Po wielu dniach opierania się wzrostowi ryzyk na rynkach inwestorzy w końcu uznali, że jednak potencjalny konflikt na Wschodzie wygrywa ze wszystkimi dobrymi sygnałami z Polski. Doszło do gwałtownej przeceny polskiej waluty.
Nagła słabość złotego
Napięcia na Wschodzie nie słabną. Słabną za to nerwy inwestorów. Wczoraj byliśmy świadkami kolejnej przeceny na giełdach. Główne indeksy leciały nawet około 5% w dół. Powodem są potencjalne konsekwencje, które mogą spowodować sankcje. Niestety są one gospodarczo niekorzystne dla obydwóch stron. Fakt ten zawsze powoduje, że państwa, które na nich potencjalnie najwięcej tracą, są najmniej chętne do działania. Wczoraj oprócz parkietów tracił również polski złoty. Rodzimą walutę dodatkowo pogrążyły słabsze dane ze sprzedaży detalicznej.
Co się dzieje w Rosji?
W głównych mediach oczywiście głównym tematem jest mobilizacja sił na granicy z Ukrainą. Zajmiemy się jednak teraz bardziej sytuacją gospodarczą, a ta, delikatnie mówiąc, nie jest najlepsza. Rentowność 10-letnich obligacji, która jeszcze w grudniu pomimo podwyżek stóp procentowych znajdowała się na poziomie 8,5%, teraz wyskoczyła do niemal 10%. Kraj ten w przeciwieństwie do Europy Zachodniej bardzo szybko podniósł stopy procentowe w okolice inflacji, którą wygląda na to, że udało się ustabilizować. Z drugiej strony na giełdzie w ostatnich tygodniach widać wręcz panikę. Indeks notowany w dolarze, który jeszcze pod koniec października przekraczał 1900 pkt, obecnie po bardzo słabym styczniu znajduje się ledwo ponad 1300 pkt. Pokazuje to, jak bardzo inwestorzy uciekają z pieniędzmi. W tym samym czasie rubel stracił na wartości z 5,7 grosza na 5,1 grosza.
Koniunktura w Europie
Wraz ze wzrostem zachorowań zmienia się też nastawienie menedżerów ankietowanych w badaniach. Pokazują to chociażby ostatnie ankiety PMI. Skoro rosną zachorowania, to oczywiste jest, że w usługach pojawiają się wątpliwości, względem przynajmniej wprowadzenia lockdownów, czy chęci obywateli do wychodzenia z domu. Z drugiej strony obywatele siedzący w domach to rosnący popyt na dobra. Tłumaczy to wyraźny wzrost optymizmu w przemyśle.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
O włączenie targowych firm podlegających pod PKD 82.30 i 73.11 do pomocy w ramach tarczy 10.0, przyznanie im rządowego wsparcia na obiecane przez ministerstwo m-ce maj-sierpień 2021, wliczenie do rozliczenia tarczy PFR 2.0 czasu do sierpnia 2021 włącznie czy przedstawienie im wytycznych dotyczących bezpiecznej organizacji imprez targowych – zwraca się do premiera Komitet Obrony Branży Targowej. Zaznacza on, że rząd całkowicie pominął branżę targową w ostatniej tarczy rządowej 10.0 i wprowadził dyskryminujący ją sposób rozliczenia tarczy PFR 2.0 dla średnich i małych firm, gdzie prognozowane zwroty środków sięgają u nich średnio 50 % wartości pomocy. Zwraca też uwagę, na lekceważenie targowych przedsiębiorców przez resort Rozwoju i Technologii w rozmowach on-line w 2021 roku w sytuacji, gdy funkcjonowanie imprez targowych odbywa się obecnie w coraz bardziej ograniczonym wymiarze, przy braku możliwości obsługi polskich wystawców za granicą.
Branża targowa należy do najbardziej poszkodowanych przez trwającą już prawie 2 lata pandemię, jak również do najbardziej ignorowanych przez polskie władze. Reprezentanci pracujących dla targów firm są jednak zdeterminowani, by walczyć o przetrwanie tego najtrudniejszego, bez wątpienia, czasu w ich ponad 30 letniej historii. Po raz kolejny zwracają się do premiera Mateusza Morawieckiego o to, by – jak piszą – przyjrzał się „małej, acz newralgicznej dla gospodarki branży – branży targów i wystaw, kluczowej w promocji polskiej gospodarki czy naszego eksportu, a jednocześnie, (…) lekceważonej przez członków rządu, a szczególnie tych, którzy reprezentują Ministerstwo Rozwoju i Technologii, a więc resortu, który powinien wspierać małe i średnie firmy”.
– Dziś nasza sytuacja, po ponownym restarcie we wrześniu 2021 roku, rysuje się ponownie w czarnych barwach: nie mamy pracy – przeczytać można w przekazanym Kancelarii Prezesa Rady Ministrów piśmie.
Piętrzą się problemy przed branżą targową
Jego autorzy zwracają uwagę na główne problemy pracujących dla branżowych targów firm:
– Brak ustawy odszkodowawczej, którą początkowo zainteresowało się paru senatorów RP, niestety bez konsekwencji i dalszego ciągu. Pomimo starań niektórych z nich, próżno szukać jej projektu w programie prac sejmu.
– Całkowite zignorowanie ich w ostatniej tarczy rządowej 10.0.
– Brak dotrzymania obietnic przedstawicieli Pańskiego Rządu w kwestii przedłużenia im pomocy rządowej na – tradycyjnie już – martwe dla nich miesiące maj, czerwiec, lipiec i sierpień 2021.
– Dyskryminujący tę branżę sposób rozliczenia tarczy PFR 2.0 dla średnich i małych firm, gdzie prognozowane zwroty środków sięgają u targowych przedsiębiorców średnio 50 % wartości pomocy.
– Funkcjonowanie targów w obecnej sytuacji pandemicznej w Polsce – w coraz mocniej ograniczonym wymiarze, oraz brak możliwości obsługi polskich wystawców za granicą w związku z decyzjami o odwoływaniu imprez od początku roku z kompletnie nieznanym dziś finałem czasowym.
– Lekceważenie ich przez resort Rozwoju i Technologii w rozmowach on-line w 2021 roku i brak świadomości znaczenia targów dla polskiej gospodarki i eksportu.
Kolejny już apel do premiera
Sygnatariusze listu zwracają się do premiera po raz kolejny. Chcą, aby na branżę targów
i wystaw gospodarczych spojrzał poprzez jej strategiczne znaczenie w promocji polskiej gospodarki. – Żądamy, aby przestał Pan pozostawiać nas samych na łaskę i niełaskę skutków pandemii, ze szkodą dla polskiej gospodarki i polskich firm, które żyją z eksportu – apelują targowi przedsiębiorcy.
Przypominają przy tym, że w tzw. „normalnych czasach” znane na świecie polskie imprezy targowe stanowiły – także dla premiera – doskonałe forum do nawiązywania gospodarczych kontaktów czy – słusznego z resztą – chwalenia polskich osiągnięć w różnych dziedzinach, a w szczególności – ogłaszania ambitnych projektów gospodarczych dla Polski. – Za parę miesięcy nie będzie czego po naszej branży już zbierać. Szczególnie dotyczy to firm okołotargowych, mniejszych, obsługujących imprezy przy np. projektowaniu i budowie powierzchni wystawienniczych czy zajmujących się targową logistyką – przewidują autorzy listu.
Negatywny wpływ na promocję polskiej gospodarki
Ostrzegają też, że brak przedsiębiorstw w tej subbranży odbije się bardzo negatywnie na możliwościach promocji polskiej gospodarki, a w szczególności polskiego eksportu. – Apelujemy do Pana ponownie o chwilę refleksji nad nami i pomocy nam w najbardziej tragicznym kryzysie targów w krótkiej historii kapitalizmu post transformacyjnego w Polsce
– piszą przedsiębiorcy z Komitetu Obrony Branży Targowej i przedstawiają swoje żądania:
– włączenia ich (PKD 82.30, 73.11) do pomocy w ramach tarczy 10.0;
– przyznania im pomocy rządowej na obiecane przez ministerstwo m-ce maj-sierpień 2021;
– wliczenia do rozliczenia tarczy PFR 2.0 czasu do sierpnia 2021 włącznie;
– stworzenia z pieniędzy zgromadzonych w PFR tarczy wsparcia dla przemysłu targowego o symbolu PFR 3.0, która pozwoli naszej branży przetrwać do połowy roku 2022,
– przedstawienia im wytycznych dotyczących bezpiecznej organizacji imprez targowych, gdyż – jak podkreślają – pomimo ich wielokrotnych apeli, wciąż czekają na decyzję w sprawie szczegółowych reguł gwarantujących udział wyłącznie osób zdrowych w targach. Przypominają, że tego typu rozwiązania wprowadzane są w innych krajach europejskich, którym – jak widać – zależy na utrzymaniu branży targowej.
W Polsce źle, w Europie – znacznie lepiej
Zwracają jednocześnie uwagę, że w państwach Unii Europejskiej zostały uruchomione fundusze na wsparcie targów i konferencji, co bez wątpienia związane jest z dostrzeżeniem i właściwą oceną potencjału tych branż. – To zatem pewne, że targi wyjdą tam z obecnego kryzysu obronną ręką i w przyszłości będą mogły nawet wchłonąć te, które bez wystarczającego wsparcia skazane są dziś na upadek lub utratę dotychczasowego znaczenia – prognozują przedsiębiorcy, mając na myśli także imprezy cieszące się międzynarodową renomą w naszej części Europy, gdzie pozbawione koniecznego wsparcia, czuć się mogą zagrożone.
Wskazują, że branża targowa należy do najbardziej poszkodowanych przez panującą od blisko 2 lat pandemię, gdyż jako pierwsza została w marcu roku 2020 „uziemiona” i jako ostatnia doczekała się restartu we wrześniu 2021 roku.
– Rządową pomoc w roku 2020 otrzymaliśmy z tarczy PFR 1.0. Została ona, dla naszego targowego PKD 82.30, umorzona w całości – przede wszystkim dzięki naszej determinacji i prowadzonym przez naszych przedsiębiorców działaniom w sferach edukacyjnej, informacyjnej czy nawet protestacyjnej – przyznają przedstawiciele firm zrzeszonych w Komitecie Obrony Branży Targowej.
Wsparcie, jakie dostała branża targowa
Przypominają, że dostali także pomoc od Państwa w ramach tarcz rządowych 1.0 – 9.0. – Należy podkreślić, że wsparcie to dotyczyło zatrudnienia w naszych firmach, co bez wątpienia było jednocześnie korzystne dla polityki społecznej Pańskiego Rządu. Do dziś wątpliwości budzi to, czy zostaliśmy potraktowani właściwie – tak jak inne dotknięte kryzysem dziedziny gospodarki i czy przeznaczone dla nas środki okazały się wystarczające na to, by dalej funkcjonować, nawet w znacznie skromniejszym wymiarze – dzielą się swoim spostrzeżeniem targowi przedsiębiorcy.
Wolimy normalnie pracować
Ich zdaniem, dzieje się tak pomimo licznych zapewnień, że rządowi Rzeczpospolitej zależy na egzystencji i rozwoju rodzimych przedsiębiorstw, z których spora część – tak jak znani w całej Europie tirowcy – wypracowała sobie bardzo dobrą opinię poza granicami Polski i stała się swoistą wizytówką polskiego rozwoju.
– Wolelibyśmy normalnie pracować i nie być zaskakiwani co chwilę coraz to „lepszymi pomysłami”. Kropla drąży skałę – po raz kolejny czekamy na reakcję. Mamy już chyba w KPRM swój segregator – napisali na swoim profilu w mediach społecznościowych właściciele targowych firm z Komitetu Obrony Branży Targowej.
W odpowiedzi, Michał Dworczyk, minister-członek Rady Ministrów, skierował na razie pismo Komitetu Obrony Branży Targowej do ministra rozwoju i technologii, prosząc o „rozważenie możliwości spotkania z Zainteresowanymi oraz udzielenie odpowiedzi na ww. wystąpienie (tj. list Komitetu Obrony Branży Targowej do premiera), z kopią do wiadomości Prezesa Rady Ministrów”.
Targowi przedsiębiorcy zauważają, że dziś, bez wprowadzanych obostrzeń dla stwarzających ryzyko zachorowania osób, gdy liczba zakażonych w błyskawicznym tempie rośnie, w branży panuje strach. – Brak strategii rządu w walce z pandemią powoduje korporacyjne zakazy udziału w targach i konferencjach. Gdy de facto pozbawieni jesteśmy środków pomocowych, alternatywnym rozwiązaniem dla branży stałoby się uruchomienie przez PFR kolejnej tarczy, tym razem – 3.0. Pozwoliłoby to na przetrwanie najbardziej poszkodowanym przez COVID przedsiębiorstwom – twierdzą sygnatariusze listu i czekają na jakąkolwiek odpowiedź ze strony władz. Ich cierpliwość – jak zaznaczają – wystawiana jest na kolejną próbę. Jeśli pozostaną bez niej, rozważą kolejne kroki w walce o swoje przetrwanie.
Coraz więcej właścicieli przedsiębiorstw decyduje się na współpracę z kontrahentami zza granicy, głównie z krajów Unii Europejskiej. Relacje biznesowe z partnerami pozakrajowymi wiążą się niestety z dużo większym ryzykiem. Aby temu zapobiec – właściciele przedsiębiorstw mogą zdecydować się na współpracę z firmą faktoringową, która pomaga m.in. utrzymać płynność finansową i chronić interesy swoich klientów.
Rozwój biznesu z faktoringiem międzynarodowym
Według danych, pochodzących z Głównego Urzędu Statystycznego, łatwo można zauważyć, że eksport towarów polskich rośnie z każdym kolejnym rokiem. Handel zagraniczny to dla każdego przedsiębiorcy ogromna szansa rozwoju, ale i wielkie wyzwanie. Egzekwowanie należności jest bowiem trudniejsze i wiąże się z pewnym ryzykiem.
Ponieważ prawo handlowe za granicą wygląda inaczej, niż w Polsce, dla wielu firm weryfikacja zagranicznych partnerów biznesowych jest utrudniona. Częstym problemem polskich przedsiębiorców są długie terminy spłaty oraz wszelkie opóźnienia. Sprawia to, że niejednokrotnie oczekują oni na należności nawet do pół roku. Problem ten może skutkować utratą płynności finansowej, która – zwłaszcza dla niewielkich firm – może oznaczać początek końca. Z tego powodu coraz więcej firm decyduje się skorzystać z usług faktoringu międzynarodowego.
Faktoring międzynarodowy – rodzaje
Wśród rodzajów faktoringu międzynarodowego wyróżnić należy model eksportowy, gdy przedsiębiorcy wysyłają towary za granicę, oraz importowy, gdy to towary zza granicy przybywają do Polski.
Faktoring eksportowy
Ten rodzaj finansowania pozwala na zachowanie płynności finansowej przedsiębiorstwa. Wydłużone terminy płatności (nawet do 120 dni od momentu wystawienia faktury) to dla właścicieli firm duży problem. Oni sami posiadają przecież zobowiązania, które muszą spłacać w określonym czasie. Faktoring eksportowy polega na powierzeniu kopii faktury faktorowi, którego zadaniem jest wypłata zaliczki w wysokości do 90% wartości faktury na konto przedsiębiorcy. Następnie faktor egzekwuje spłatę od kontrahenta, a kiedy ten wypełni zobowiązania – przekazuje eksporterowi należności.
Faktoring importowy
Przedsiębiorstwa, które importują towary z za granicy mogą skorzystać z opcji faktoringu importowego. W tym przypadku przedsiębiorca-importer nawiązuje współpracę z firmą faktoringową, mającą swoją działalność w kraju, z którego importowane są towary. Jej zadaniem jest weryfikacja sytuacji finansowej firmy i spłata zobowiązań na konto zagranicznego kontrahenta. Rozliczenie z faktorem następuje w umówionym przez obie strony terminie.
Duża część transakcji, związanych z faktoringiem międzynarodowym, realizowana jest przy udziale dwóch faktorów. To najbardziej efektywna i najszybsza opcja faktoringowa, w której bierze udział faktor eksportowy oraz importowy. Zadaniem pierwszego jest cesja wierzytelności nabytej od eksportera i przekazaniu jej faktorowi importowemu, który dzięki temu może opłacić transakcję od importera. Kolejno faktor importowy dokonuje przekazania płatności drugiemu faktorowi, który rozlicza się z przedsiębiorcą. Jeśli klient zagraniczny nie spłaci należności w terminie – faktor importowy rozlicza się z eksportowym i rozpoczyna ściąganie długu.
Korzyści z faktoringu międzynarodowego
Faktoring eksportowy to ogromne udogodnienie m.in. w procesie weryfikacji przyszłych kontrahentów. Stanowi to dla przedsiębiorstw zabezpieczenie w przypadku transakcji międzynarodowych.
Faktoring międzynarodowy to również skuteczny sposób na pozyskanie środków finansowych na działalność bieżącą, inwestycje oraz ochrona przed ryzykiem kursowym. W momencie sprzedaży faktury firmie faktoringowej – przedsiębiorca natychmiastowo otrzymuje należności z faktury. Nie ma więc zagrożenia zmianą kursu waluty, w której była wystawiona.
Faktoring międzynarodowy powstał z myślą o firmach, podejmujących współpracę z kontrahentami na rynkach zagranicznych. Pozwala to w szybki sposób pozyskać środki na działalność bieżącą i inwestycję, a także minimalizuje ryzyko, związane z transakcjami zagranicznymi.
Transport kolejowy w latach pandemii jest traktowany jako sprawdzone, zrównoważone i konkurencyjne rozwiązanie, z którego korzystają firmy praktycznie ze wszystkich gałęzi gospodarki – od branży motoryzacyjnej po FMCG. Alice Defranoux, Head of Rail Freight Business z GEFCO wskazuje najważniejsze czynniki jakie wpłynęły na ten rynek w minionym roku oraz na aktualne trendy.
Jak wygląda obecna sytuacja kolejowego transportu towarowego między Chinami a Europą?
W 2021 r. pomiędzy Chinami a Europą kursował średnio jeden pociąg co godzinę. Międzykontynentalne przewozy kolejowe na Jedwabnym Szlaku odpowiadają 4% przepływów między tymi dwoma kontynentami. Jednak wzrost jest obecnie spowolniony ze względu na ograniczenia infrastrukturalne. Dlatego koniecznością były nowe trasy, takie jak połączenie morskie i kolejowe przez porty rosyjskie, aby przezwyciężyć wspomniane ograniczenia. To rozwiązanie udowodniło swoją konkurencyjność podczas kryzysu w transporcie oceanicznym i nadal robi wrażenie fakt, że codziennie pociągi pokonują w Rosji ponad 1200 km. Po pierwszej fali pandemii, kolejowy transport towarowy stał się atrakcyjny dla wielu firm z praktycznie wszystkich sektorów.
2021 był Europejskim Rokiem Kolei. Co z tego wynika?
Sytuacja w Europie jest zgoła inna niż między Chinami a Europą. Odległości są oczywiście mniejsze, ale każdy kraj ma własne zasady zarządzania infrastrukturą. Te fakty sprawiają, że połączenia europejskie są technicznie bardziej skomplikowane i w rzeczywistości ograniczają konkurencyjność kolejowych przewozów towarowych. Unia Europejska ogłosiła 2021 Europejskim Rokiem Kolei z ambitnym planem osiągnięcia 30% udziału w ruchu przewozowym do 2030 roku. To wyzwanie, bo średnia od lat utrzymuje się na poziomie 18%.
W przypadku dużych przepływów i długich dystansów, kolej jest bez wątpienia konkurencyjnym i korzystnym dla środowiska rozwiązaniem. GEFCO obsługuje sto pociągów tygodniowo w ramach dostaw pojazdów gotowych, ale także pociągi z zaopatrzeniem dla zakładów produkcyjnych. W 2021 roku uruchomiliśmy regularne połączenie między Francją i Hiszpanią na okres 3 lat. Ten modalny transport drogowo-kolejowy pozwala ograniczyć roczną emisję CO2 o 1400 ton. Oznacza to redukcję emisji dwutlenku węgla o 78% w porównaniu z transportem drogowym. Jest to również rozwiązanie konkurencyjne, ponieważ czas tranzytu wynosi 36 godzin, a połączenie jest stabilne pod względem stawek i zdolności przewozowych. Dzięki temu możemy naszym klientom oferować bezpieczną usługę w niepewnych czasach, gdy ceny paliw oraz braki kierowców zakłócają transport drogowy towarów w Europie.
Jednym z wyzwań nadchodzących miesięcy, zarówno dla nas jak i dla naszych klientów, jest przeniesienie przepływów realizowanych pojazdami ciężarowymi na rozwiązania intermodalne.
Dlaczego kolejowy transport towarowy należy traktować jako zrównoważone i konkurencyjne rozwiązanie transportowe?
Jeśli chcesz być konkurencyjnym, musisz mieć możliwość obsłużenia transportu na znacznych odległościach. Zalecane jest posiadanie co najmniej 1000 km linii kolejowej na 150 km dojazdu (drogowego) do terminalu kolejowego. Oczywiście pozostaje to w sferze bardzo teoretycznej, gdyż trzeba również wziąć pod uwagę koszty i czas tranzytu, elastyczność, przepustowość, stabilność stawek i oczywiście emisje CO2. Należy również podkreślić, że kolejowy transport towarowy oferuje szereg rozwiązań o wartości dodanej, takich jak zabezpieczony transport, transport w kontrolowanej temperaturze czy śledzenie przepływów, którego dzisiejszy poziom nie byłby możliwy bez rozwoju Internetu Rzeczy. Na przykład między Chinami a Europą, co zostało udowodnione podczas kryzysów, udało nam się uzyskać czas tranzytu wynoszący około 18 dni oraz istotne ograniczenie emisji CO2 w porównaniu z transportem lotniczym. Kolejowy transport towarowy stał się prawdziwą, zrównoważoną alternatywą dla wszystkich sektorów, w tym dla branży dóbr konsumpcyjnych.
Kolej to rozwiązanie sprzyjające środowisku pod względem redukcji emisji CO2, a także innych emisji. Jakich?
Rzeczywiście, kolejowy transport towarowy przyczynia się do redukcji emisji CO2 i jest pierwszym krokiem w kierunku zrównoważonego łańcucha dostaw. W listopadzie 2021 roku zaprezentowaliśmy nasz pierwszy neutralny pod względem emisji dwutlenku węgla pociąg towarowy ze Słowacji do Chin dla klienta z branży dóbr konsumpcyjnych. Najpierw zoptymalizowaliśmy trasę, a następnie zrównoważyliśmy 100% wartości emisji CO2. Emisja zależy od sposobu produkcji energii elektrycznej w różnych krajach, ale ogólnie rzecz biorąc, kolejowy transport towarowy umożliwia również ograniczenie emisji drobnych cząstek stałych (PM10), dwutlenku siarki (S02), tlenków azotu (NOX) i węglowodorów (NMHC), zmniejszając ryzyko dla zdrowia związane z zanieczyszczeniem powietrza.
Od czasu pierwszego kryzysu COVID-19, a następnie kryzysu w transporcie oceanicznym, kolejowy transport towarowy stał się zrównoważonym rozwiązaniem dla planów transportowych wszystkich branż i z perspektywy GEFCO możemy ten trend potwierdzić. Możemy spodziewać się dwucyfrowego wzrostu w miarę przechodzenia na bardziej zrównoważoną gospodarkę.
Od 2021 r. obowiązuje w Polsce nowa forma opodatkowania podatkiem dochodowym przedsiębiorstw i innych osób prawnych zwana Estońskim CIT-em. Polski Ład od nowego roku zmodyfikował tę formę rozliczeń firm z fiskusem, czyniąc ją atrakcyjniejszą, a przede wszystkim bardziej przejrzystą. Spółki, które chciałyby przejść na Estoński CIT powinny się jednak spieszyć – czas mają tylko do 31 stycznia.
Na czym polega Estoński CIT i czym się różni od klasycznego?
Najważniejszą zaletą Estońskiego CIT-u z punktu widzenia udziałowców i wspólników jest znacznie niższe niż w przypadku klasycznego CIT-u opodatkowanie wypłacanych na ich rzecz dywidend. Przy tradycyjnym rozliczeniu podatku dochodowego od osób prawnych, mali podatnicy i przedsiębiorcy rozpoczynający działalność gospodarczą obarczeni są 9% stawką CIT. Jednak w połączeniu z koniecznością opodatkowania podatkiem dochodowym od osób fizycznych zysku wypłacanego wspólnikom, całkowite obciążenie wypracowanego przez spółkę zysku wyniesie 26,29%. W Estońskim CIT całkowita stawka opodatkowania wyniesie tylko 20%. Jeszcze więcej zaoszczędzą więksi podatnicy. W ich przypadku łączna stawka opodatkowania CIT i PIT od wypłaconej dywidendy wyniesie w systemie Estońskim 25% zamiast 34,39% w klasycznym.
Przyjmijmy, że spółka zarobi w 2022 roku 10 mln zł, generując koszty uzyskania przychodu w kwocie 9 mln zł, jej dochód wyniesie 1 mln zł. Przy tradycyjnej metodzie opodatkowania CIT, zapłaciłaby 9% podatek dochodowy, a więc 90 000 zł. Podejmując uchwałę o wypłacie całości zysku w formie dywidendy, jako płatnik zmuszona będzie pobrać dodatkowe 19% podatku dochodowego od osób fizycznych (910 000 zł x 19% = 172 900 zł). Sumując, łączne opodatkowanie wypłaconego 1 mln zysku wyniesie 262 900 zł (a więc 26,29%).
W przypadku Estońskiego CIT co prawda opodatkowanie podatkiem dochodowym od osób prawnych jest wyższe, bo wynosi 10% (w naszym przykładzie 1 000 000 zł x 10% = 100 000 zł CIT), za to PIT będzie znacznie niższy: (1 00 000 zł x 19%) – (90% x 100 000 zł) = 190 000 zł – 90 000 zł = 100 000 zł. Całkowite opodatkowanie 1 mln zł wypracowanego przez spółkę zysku po jego wypłacie na rzecz wspólników wyniesie wiec tylko 200 000 zł (a więc 20%).
Estoński CIT dający spółce możliwość dobrowolnego wyboru opodatkowania podatkiem dochodowym od osób prawnych przychodów w formie 10% ryczałtu od tradycyjnego opodatkowania CIT różni się także momentem powstania obowiązku podatkowego. Klasyczny CIT polega na comiesięcznym odprowadzaniu zaliczek na podatek dochodowy oraz podsumowaniu i zamknięciu rozliczeń, w tym podatku wraz z zamknięciem roku podatkowego. Przystąpienie do Estońskiego CIT-u natomiast pozwala nie płacić podatku, dopóty dopóki zysk wypracowany przez spółkę w niej zostaje, a jeśli jest dystrybuowany, to wyłącznie w formie nakładów na inwestycje w rozwój przedsiębiorstwa. Spółka zapłaci więc podatek dopiero w momencie wypłaty zysków, np. w postaci dywidendy. W rzeczywistości więc to przedsiębiorca decyduje, kiedy zapłaci podatek dochodowy. Natomiast brak obowiązku odprowadzania comiesięcznych zaliczek sprawia, że w kasie spółki pozostaje do dyspozycji więcej środków na bieżącą działalność.
Dodatkowo, Estoński CIT upraszcza realizację obowiązków rozliczeniowych – w jego przypadku nie ma konieczności prowadzenia odrębnej rachunkowości podatkowej.
Estoński CIT dla kogo?
Estoński CIT dla kogo?
Estoński CIT 2.0, czyli w wersji poprawionej Polskim Ładem oferuje bardziej liberalne warunki przystąpienia i pozostawania w systemie tego opodatkowania niż jego wcześniejsza wersja. Dotąd mogły z niego korzystać tylko spółki akcyjne i z o.o. Od 1 stycznia 2022 r. dostępny jest również dla prostych spółek akcyjnych, spółek komandytowych oraz komandytowo-akcyjnych. Co istotne od 2022 roku zniesiono też limit przychodów dla podmiotów chcących przystąpić do tej formy opodatkowania, który do tej pory wynosił 100 mln zł przychodów z VAT.
Do Estońskiego CIT na nowych zasadach mogą przystąpić przedsiębiorcy spełniający wymogi określone w art. 28j ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, czyli przedsiębiorcy, którzy:
a) zatrudniają co najmniej 3 osoby, przy czym w przypadku przedsiębiorców dopiero rozpoczynających działalność po roku od wyboru modelu Estońskiego CIT-u muszą zatrudniać min. 1 osobę i sukcesywnie zwiększać poziom zatrudniania w kolejnych 2 latach do osiągnięcia limitu 3 osób
b) działają w formie: spółki z o.o., spółki akcyjnej, prostej spółki akcyjnej, spółki komandytowej i komandytowo-akcyjnej,
c) wspólnikami są wyłącznie osoby fizyczne,
d) spółka nie posiada udziałów w innych podmiotach (może za to je posiadać sam wspólnik),
e) więcej niż 50% przychodów spółki pochodzi z jej działalności operacyjnej (czyli mniej niż 50% przychodów pochodzi z tzw. przychodów pasywnych (odsetki, prawa autorskie, wierzytelności).
Estoński CIT podstawa opodatkowania
Podstawę opodatkowania Estońskim CIT stanowią jedynie wypracowane przez spółkę zyski. Będą to więc wypłacone wspólnikom dywidendy, jak i udzielone mu bezzwrotne pożyczki, suma dochodów z podzielonego zysku i zysku przeznaczonego na pokrycie strat, ustalona w miesiącu, w którym podjęto uchwałę o podziale lub pokryciu wyniku finansowego netto, najpóźniej do końca 6-ego miesiąca po ostatnim dniu roku podatkowego, za który sporządzone jest sprawozdanie finansowe, suma zysków netto osiągniętych w każdym roku podatkowym stosowania opodatkowania ryczałtem w części, w jakiej te zyski nie były zyskami podzielonymi lub nie zostały przeznaczone na pokrycie straty, suma dochodu z tytułu ukrytych zysków (ukryte dywidendy) i wydatków niezwiązanych z działalnością gospodarczą spółki, dochód z tytułu zmiany wartości składników majątku, oraz dochód z nieujawnionych operacji gospodarczych. Przedsiębiorca nie zapłaci natomiast podatku od tej części zysku, która pozostanie w spółce, lub zostanie reinwestowana.
Dodatkową korzyścią dla przedsiębiorców jest wprowadzona Polskim Ładem (od 1 stycznia 2022 r.) swoista abolicja podatkowa. Spółki, które wybiorą opodatkowanie Estońskim CIT-em, i zobowiążą się do pozostawania w jego systemie przez co najmniej 4 lata, nie będą zobligowane do uregulowania różnicy w ujmowaniu przychodów oraz kosztów na gruncie prawa podatkowego oraz ustawy o rachunkowości.
Jak przejść na Estoński CIT 2.0?
W celu przejścia na Estoński CIT należy złożyć zawiadomienie o tym do właściwego naczelnika urzędu skarbowego do końca pierwszego miesiąca roku podatkowego, czyli do 31 stycznia (jeśli rokiem podatkowym spółki jest rok kalendarzowy). Można to zrobić również później, jednak wówczas będzie się to wiązało z koniecznością:
rozliczenia CIT na dotychczasowych, klasycznych zasadach,
zamknięcia ksiąg rachunkowych,
sporządzenia sprawozdania finansowego.
Wszystko to na potrzeby ustalenia podstawy opodatkowania Estońskim CIT.
Rezygnacja z Estońskiego CIT
Tak jak przystąpienie do Estońskiego CIT jest dobrowolne, tak rezygnacja z niego i powrót do klasycznych zasad rozliczeń CIT nie stanowi problemu, tym bardziej że od 1 stycznia nie wiąże się to z koniecznością uiszczenia podatku od niewypłaconego zysku, a wygenerowanego przez spółkę podczas funkcjonowania pod Estońskim CIT-em. W pierwszym roku obowiązywania systemu estońskiego, spółka zobowiązana była zapłacić podatek wraz z datą wyjścia z tego systemu. Od 2022 r., pomimo podjęcia decyzji o wyjściu z Estońskiego CIT, spółka zapłaci podatek na jego zasadach, czyli dopiero w momencie wypłaty zysków wypracowanych w okresie jego obowiązywania, a więc w praktyce nawet po kilku latach.
Podsumowanie
Najważniejszą z punktu widzenia udziałowców i wspólników zaletą Estońskiego CIT-u jest znacznie niższe niż w przypadku klasycznego CIT-u opodatkowanie wypłacanych na ich rzecz dywidend. Istotny jest również moment opodatkowania – dopóki spółka nie dokona wypłaty zysku, a pozostawi go w kasie przedsiębiorstwa lub przeznaczy np. na inwestycję w innowacje, i rozwój firmy, wówczas podatku nie zapłaci w ogóle. Dokonując planowania podatkowego rozliczeń przedsiębiorstwa, czy to w ramach klasycznego, czy Estońskiego CIT, należy jednak pamiętać o zmianach wprowadzonych Polskim Ładem od 1 stycznia 2022 r. Na jego mocy część poniesionych przez firmę wydatków, mających obniżyć jej podstawę opodatkowania, zostanie całkowicie wyłączona z kosztów uzyskania przychodu, jeśli fiskus uzna je za tzw. ukrytą dywidendę.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
PepsiCo w Europie ogłosiło, że wyeliminuje pierwotne tworzywa sztuczne ze wszystkich swoich opakowań chipsów, chrupek i nachosów do 2030 r. Zmiana obejmie takie marki, jak Lay’s, Doritos i Walkers, których opakowania będą wytwarzane z plastiku pochodzącego w 100% z recyklingu lub materiałów odnawialnych. Szacuje się, że dzięki przejściu na opakowania elastyczne z tworzyw sztucznych, do których produkcji nie potrzeba użycia paliw kopalnych, PepsiCo może zredukować emisję gazów cieplarnianych na tonę materiału opakowaniowego o 40%[1]. Ta zmiana jest kolejnym krokiem w realizacji strategii kompleksowej transformacji firmy w kierunku zrównoważonego rozwojupep+ (PepsiCo Positive).
PepsiCo używa elastycznych tworzyw sztucznych do produkcji opakowań przekąsek, ponieważ takie opakowanie jest lekkie w porównaniu z alternatywnymi rodzajami opakowań, a zatem ma niski ślad węglowy. Jest ono również bardzo skuteczne w utrzymywaniu świeżości, co ogranicza marnowanie żywności. Według PepsiCo konieczne są zmiany w celu zmniejszenia ilości wykorzystywanych pierwotnych tworzyw sztucznych, czyli takich, do których wytworzenia potrzeba wydobycia paliw kopalnych, a także promowanie idei gospodarki obiegu zamkniętego dla opakowań.
– Recykling opakowań elastycznych powinien być normą w całej Europie. W wizji naszej firmy opakowania elastyczne będą wolne od tworzyw sztucznych pochodzących z pierwotnych źródeł i staną się częścią rozwijającej się gospodarki obiegu zamkniętego, w której elastyczne opakowania są wartościowym surowcem – mogą być poddawane recyklingowi, by mogły powstać z nich kolejne, nowe opakowania. Wraz z naszymi partnerami inwestujemy w rozwój nowych technologii pozwalających nam osiągnąć ten cel. Dodatkowo, potrzebujemy odpowiednich regulacji prawnych, aby opakowania nigdy nie stawały się odpadami – powiedział Silviu Popovici, Dyrektor Generalny PepsiCo na Europę.
Materiał foli opakowaniowych będzie pochodzić z uprzednio użytych tworzyw sztucznych, a jego część z surowca odnawialnego – z produktów ubocznych powstających w zakładach produkcyjnych firmy, takich jak zużyty olej lub odpady z pulpy papierowej. Testy konsumenckie opakowań zawierających surowiec odnawialny rozpoczną się na rynkach europejskich w 2022 r., począwszy od linii Lay’s we Francji w pierwszej połowie bieżącego roku, a później dla marki Walkers w Wielkiej Brytanii.
Michał Jaszczyk, prezes PepsiCo Polska
– Jako lider prośrodowiskowej zmiany w branży spożywczej, PepsiCo w Polsce w grudniu 2021 r. wypełniło deklarację dotyczącą dalszych inwestycji w zmianę procesu produkcyjnego i wdrożenie do produkcji butelek powstałych z plastiku pochodzącego z recyklingu (rPET) dla napojów Pepsi, Pepsi MAX oraz Mirinda, a w 2020 r. Lipton Ice Tea. Nieustannie inwestujemy w rozwój działań na rzecz środowiska i kładziemy nacisk na poszukiwanie rozwiązań eliminujących kluczowe czynniki emisji gazów cieplarnianych. Chcemy kreować pozytywne wybory na rzecz naszej planety i jej mieszkańców oraz realizować założenia gospodarki obiegu zamkniętego, w której surowce są wykorzystywane wielokrotnie, dlatego wprowadziliśmy w naszej ofercie opakowania na chipsy, chrupki i nachosy pozbawione pierwotnych tworzyw sztucznych, których produkcja związana jest z dodatkową emisją CO2 i zużyciem zasobów naturalnych. Jednocześnie jednak wiemy, że, aby zwiększyć zbiórkę opakowań elastycznych, potrzeba nam świadomych i odpowiedzialnych konsumentów, którzy będą segregować odpady – powiedział Michał Jaszczyk, prezes PepsiCo Polska.
PepsiCo w Europie skoncentruje swoje działania na trzech strategicznych filarach: właściwym projektowaniu, tworzeniu właściwej infrastruktury i nadawaniu opakowaniom elastycznym właściwego nowego życia. Poza przejściem na opakowania z surowców pochodzących z recyklingu i surowców odnawialnych, PepsiCo opracowało program „Making Bags Better”, który skupi się na wprowadzeniu szeregu inwestycji i innowacji, dzięki którym w Europie więcej opakowań z elastycznych tworzyw sztucznych będzie poddawanych recyklingowi i ponownie wykorzystywanych.
Właściwe projektowanie
PepsiCo w Europie stosuje materiały, które ułatwiają recykling, wykorzystując innowacyjne technologie do projektowania prostszej struktury torebek opakowaniowych. Nowe koncepcje opakowań zawierają większe proporcje tworzyw sztucznych nadających się do recyklingu powszechnie określanych jako monomateriały, takich jak polipropylen. Opakowania zawierające komponent wyprodukowany z jednego tego samego typu tworzywa są zgodne z wytycznymi dotyczącymi projektowania dla recyklingu opracowanymi przez organizację Circular Economy for Flexible Packaging (CEFLEX), które zostały uzgodnione przez interesariuszy działających na rzecz łańcucha wartości opakowań elastycznych.
Ponadto w 2022 r. marka Pepsi na 11 rynkach europejskich zmieni butelki na pochodzące w 100% z recyklingu (100% rPET), przy czym w Polsce do zmiany opakowań na 100% rPET doszło już w listopadzie 2021 roku. Firma będzie kontynuować inwestycje w budowę modelu biznesowego składającego się z opakowań wielokrotnego użytku, m.in. poprzez rozwiązanie SodaStream, urządzenie do tworzenia napojów z portfolio PepsiCo we własnym domu. Co pozwoli wyeliminować ok. 200 miliardów plastikowych butelek do 2030 r.
PepsiCo pracuje również nad ograniczeniem zbędnej zawartości tworzyw sztucznych w swoich torebkach i wielopakach w ramach zobowiązania dotyczącego zmniejszenia o 50% ilości plastiku pierwotnego na opakowanie do 2030 r. Przykładem realizacji tego celu jest rynek brytyjski, gdzie w przypadku części asortymentu PepsiCo zmniejszyło zewnętrzne opakowania wielopakowe nawet o 30% dzięki wykorzystaniu w swoich zakładach produkcyjnych innowacyjnej technologii.
Odpowiednia infrastruktura
PepsiCo inwestuje w infrastrukturę, aby dać opakowaniom elastycznym drugie życie. Składa się na to współpraca i finansowanie rozwoju efektywnych systemów zbiórki odpadów w Europie oraz inwestowanie w takie programy, jak Flexible Plastics Fund w Wielkiej Brytanii i ReFlex w Polsce. Prowadzone razem z partnerami polskie przedsięwzięcie ReFlex ma na celu zwiększenie zbiórki i recyklingu odpadów opakowaniowych po elastycznych opakowaniach wielomateriałowych oraz z tworzyw sztucznych, które zwiększy masę odpadów, takich jak folie po chipsach, wysortowywanych przez instalacje komunalne. W ramach tego podejścia PepsiCo opowiada się za ustanowieniem ambitnych celów w zakresie recyklingu opakowań z tworzyw sztucznych, a szczególnie folii elastycznych, za przyspieszeniem wprowadzenia zakazu składowania odpadów na wysypiskach, za szybkim przyjęciem opłat w ramach Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP), które wspomogą zbiórkę, sortowanie i rzeczywisty recykling opakowań elastycznych. Aby zwiększyć skalę sortowania i recykling oraz je usprawnić PepsiCo inwestuje również w technologie, testując inteligentne opakowania dla kilku marek w Niemczech i Francji w 2022 r. w ramach projektu Holy Grail 2.0 Digital Watermarks initiative. PepsiCo podjęło także współpracę z partnerami z branży recyklingowej, takimi jak Borealis i TOMRA, aby przyspieszyć postęp w zakresie zaawansowanych technologii recyklingu opakowań elastycznych.
Właściwe nowe życie
Celem PepsiCo jest budowanie popytu na surowce z opakowań elastycznych pochodzących z recyklingu, by można je było szerzej wykorzystywać. Firma kontynuuje również badania nad nowymi możliwościami użycia elastycznych opakowań na przekąski. Starania PepsiCo koncentrują się na obiegu zamkniętym typu „bag-to-bag”, który jest odpowiedni dla opakowań na żywność, a także zbieranie, zaawansowane sortowanie i recykling elastycznych materiałów w celu wytworzenia wartościowych i trwałych produktów. Jest to ważny pierwszy krok w kierunku budowania przyszłości opakowań elastycznych w obiegu zamkniętym, dlatego PepsiCo bada również możliwości przetwarzania opakowań na granulat, który może być przerobiony na np. części w przemyśle motoryzacyjnym.
– Dzięki współpracy i wprowadzaniu innowacji możemy realnie zbudować gospodarkę obiegu zamkniętego dla naszych opakowań na żywność w Europie. Obecnie podaż materiałów pochodzących z recyklingu i odnawialnych surowców do produkcji opakowań elastycznych jest ograniczona. Jeśli jednak infrastruktura dotycząca przetwarzania opakowań elastycznych, podobna do tej na plastikowe butelki do napojów, będzie coraz lepsza, szybciej zrealizujemy nasze plany i zobowiązania – stwierdziła Archana Jagannathan, dyrektor ds. zrównoważonych opakowań PepsiCo w Europe.
[1] W oparciu o ocenę cyklu życia produktów „Cradle to Grave” przygotowaną przez Franklin Associates, A Division of ERG, z wykorzystaniem metodologii „odcięcia” (cut-off), danych dostarczonych przez dostawców i przemysł oraz spodziewanego scenariusza końca życia produktu na rok 2030. Ocena ta obejmuje kredyty z tytułu składowania dwutlenku węgla, kredyty z tytułu produkcji energii elektrycznej z odpadów oraz kredyty z tytułu uniknięcia przetwarzania odpadów.
GlucoStation – pierwszy na świecie przebadany klinicznie glukometr bezinwazyjny stworzony przez polski start-up GlucoActive już wkrótce wspomoże walkę z cukrzycą.
Obecnie trwa testowanie nowej konfiguracji urządzenia, które ma trafić do sprzedaży już pod koniec tego roku.
Start-up, korzystając z zainteresowania inwestorów, planuje pozyskać 4 mln złotych w ramach kolejnej rundy, aby zakończyć proces certyfikacji i uruchomić produkcję.
– Naszym celem jest demokratyzacja technologii bezinwazyjnego pomiaru glukozy. Chcemy wprowadzić na rynek pierwsze na świecie certyfikowane medycznie urządzenie tego typu. Zakładamy, że GlucoStation w detalu kosztować będzie nie więcej niż 1000 euro, a raz zakupiony glukometr będzie mógł być wykorzystywany przez lata – podkreśla Robert Stachurski, CEO GlucoActive.
Według analiz, w ciągu najbliższych 5 lat globalny rynek glukometrów przekroczy wartość 15 mld USD. Obecnie jednak pacjent walczący z cukrzycą może skorzystać jedynie z inwazyjnych metod pomiaru, polegających najczęściej na nakłuwaniu palca i pobraniu próbki krwi. Na rynku dostępne są dziś także urządzenia półinwazyjne, działające na zasadzie inteligentnego plastra wyposażonego w mikroigły. Tego typu metoda badania poziomu glukozy nie jest jednak w Polsce refundowana i oznacza dla pacjenta comiesięczne dodatkowe koszty. Certyfikowane medycznie urządzenie od GlucoActive rozwiązuje problem dyskomfortu związanego z regularnym nakłuwaniem w zamian za poniesienie jednorazowego kosztu zakupu.
Walka z epidemią XXI wieku
Co roku ok. 3,7 milionów osób na całym świecie umiera na cukrzycę, a niemal pół miliarda cierpi na tę chorobę. W ciągu najbliższych 25 lat liczba cukrzyków ma się zwiększyć do 700 milionów, chociaż nie wszyscy z nich będą zdawali sobie sprawę, że są chorzy. Nad Wisłą z kolei prawie 3 miliony osób żyją ze zdiagnozowaną cukrzycą, chociaż szacunki podają, że w rzeczywistości chorych może być dużo więcej. Skąd taka dysproporcja?
Nie tylko Polacy boją się diagnozy
– Perspektywa regularnego monitorowania poziomu glukozy poprzez pobieranie krwi i życia w zgodzie z wieloma ścisłymi wytycznymi przeraża wiele osób na tyle, że świadomie unikają one badań i poddania się leczeniu. To z kolei przekłada się na niższą jakość życia tysięcy cukrzyków, za sprawą towarzyszących im dolegliwości. Może to także doprowadzić nawet do przedwczesnej śmierci – mówi Bartosz Kawa, CTO GlucoActive i ekspert w dziedzinie mikrooptyki.
Jednym z elementów życia cukrzyka jest regularne nakłuwanie się w celu monitorowania poziomu glukozy we krwi. To jednak dla wielu osób proces bardzo niekomfortowy i niosący pewne ryzyka. Pacjenci skarżą się na wyższe prawdopodobieństwo zakażenia, chwilową utratę czucia w palcach czy trudności ze znalezieniem odpowiedniego miejsca do przeprowadzenia badania, np. w pracy, na uczelni czy w szkole.
– Wiele osób z diagnozą może świadomie unikać regularnego monitorowania poziomu glukozy we krwi. Może to być nawet objaw „wypalenia cukrzycowego”, czyli stanu, w którym nie mamy już siły na walkę z tą chorobą i codzienne zarządzanie życiem w rytm jej wymagań. Dotyczyć to może już nawet co czwartej osoby z cukrzycą typu 1 oraz co piątej z cukrzycą typu 2 – podkreśla Dariusz Gajewicz, Project Manager w GlucoActive.
Przełomowa technologia od GlucoActive
Znakiem skali problemu jest to, że kilkadziesiąt globalnych firm takich jak Samsung, Google czy Apple próbowało lub próbuje swoich sił w znalezieniu rozwiązania, które poprawi jakość życia cukrzyków. Już prawie 3 mld USD na całym świecie wydano na badania nad nieinwazyjnymi glukometrami (a więc takimi, które nie wymagają nakłuwania), jednak w większości przypadków uzyskiwanie rezultaty pozostają niesatysfakcjonujące.
Przełomem okazała się koncepcja rozwijana przez polski start-up GlucoActive.
Polscy naukowcy stworzyli GlucoStation – niewielkie, stacjonarne urządzenie, które monitoruje stężenie glukozy we krwi przy wykorzystaniu zaawansowanych metod optycznych. W praktyce wystarczy jedynie przyłożyć do urządzenia rękę na kilka sekund. W tym czasie żyły w ręce zostają naświetlone wiązką o odpowiedniej długości fali, która umożliwia ustalenie poziomu cukru. Jest to nie tylko całkowicie bezbolesne, ale też w stu procentach bezpieczne.
– Wyniki niezależnego eksperymentu medycznego, który niedawno został przeprowadzony na GlucoStation, są bardzo obiecujące. W skrócie: technologia działa i oferuje dokładność na poziomie dostępnych na rynku urządzeń inwazyjnych. Obecnie pracujemy nad tym, aby zapewnić jak najlepszą żywotność urządzenia i uodpornić je na działania zmiennych warunków zewnętrznych – mówi Robert Stachurski z GlucoActive.
Warto podkreślić, że koncepcja zaproponowana przez GlucoActive może mieć zastosowanie w wielu dziedzinach życia – w tym m.in. przy kontroli jakości substancji chemicznych. Choć innowacyjna technologia rozwijana jest w niewielkiej placówce R&D we Wrocławiu, skala rozwiązania polskich naukowców ma wymiar globalny i posiada wielki potencjał w zakresie komercjalizacji.
Polski SentiOne przeprowadził analizę popularności serwisów streamingowych i VOD wśród Internautów za cały 2021 r. Jej wyniki potwierdzają zdecydowaną przewagę Netflixa nad konkurencją. Natomiast wśród serwisów VOD, gdzie płaci się za dostęp do pojedynczych tytułów, najpopularniejszy jest Player.pl. Spore zainteresowanie budzi VOD TVP, na którym wiele treści jest dostępnych bezpłatnie. Sporo dyskusji wywołuje również serwis Disney +, mimo że oficjalnie nie jest dostępny w Polsce.
Oglądalność tradycyjnej telewizji w Polsce powoli spada. W 2021 r. Polacy spędzili na oglądaniu telewizji średnio 4 godziny, 6 minut i 34 sekundy na dobę – to najniższy wynik od roku 2012, a tendencja spadkowa dotyczy wszystkich grup wiekowych, jak wynika z danych. Jednocześnie gwałtownie rośnie oglądalność platform streamingowych – o 266 proc. w ciągu ostatnich trzech lat. Według danych z listopada 2021 r. najpopularniejszym serwisem streamingowym w Polsce był Netflix, z ponad 13 mln użytkowników. Za nim w pierwszej trójce znalazły się VOD Wp.pl (4,6 mln użytkowników) i Player.pl (4,1 mln użytkowników).
A jak to wygląda nie pod względem liczby użytkowników, ale popularności w rozmowach Internautów?
SentiOne, polska firma zajmująca się m.in. monitoringiem Internetu z wykorzystaniem zaawansowanej technologii sztucznej inteligencji, postanowiła to sprawdzić. Analiza obejmuje cały rok 2021 i dotyczy platform streamingowych, pobierających opłaty abonamentowe, jak i serwisów VOD, gdzie płaci się za dostęp do poszczególnych tytułów.
PLATFORMY STREAMINGOWE
Najpopularniejszy Netflix omawiany w kontekście „Wiedźmina”
W zestawieniu platform streamingowych króluje Netflix z ponad 1,3 mln wzmianek, które osiągnęły zasięg na poziomie 4,6 mld wyświetleń. Najwięcej z nich odnotowano w styczniu – ponad 177 tys. Natomiast gwałtowny wzrost zasięgu – o niemal 170 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca – miał miejsce w sierpniu, czyli w miesiącu, w którym zmieniły się ceny niektórych pakietów abonamentowych.
W kontekście Netflixa często rozmawiano o Wiedźminie. Sformułowania „wiedźmin serial” i „wiedźmin netflix” odnotowały w sumie 76,5 tys. wzmianek o zasięgu 281 mln wyświetleń. Ponad 29 tys. pochodzi z grudnia, kiedy drugi sezon „Wiedźmina” miał swoją premierę. Dla porównania „Squid Game”, pod względem oglądalności największy światowy hit Netflixa, w Polsce był wymieniany 59,6 tys. razy. Wzmianki na jego temat osiągnęły zasięg na poziomie 91 mln wyświetleń.
HBO GO z „Mare z Easttown”
Serwis HBO GO był przez Internautów wymieniany 152,5 tys. razy, a wzmianki na jego temat osiągnęły zasięg na poziomie 353 mln wyświetleń. Najwięcej wypowiedzi odnotowano w marcu – 18,7 tys. W kontekście HBO GO często wspominano serial „Mare z Easttown” – 8,2 tys. wzmianek, które osiągnęły 12 mln wyświetleń zasięgu. Ponad 4,7 tys. razy wymieniany był serial „Euforia”, a wzmianki o nim osiągnęły 9 mln wyświetleń.
Amazon Prime Video popularny wśród mężczyzn
Na trzecim miejscu znalazł się serwis Amazon Prime Video – 77,6 tys. wzmianek z 90 mln wyświetleń zasięgu. Największą liczbę wypowiedzi i najwyższe zasięgi serwis odnotował w październiku. O ile w przypadku Netflixa i HBO GO wypowiedzi rozkładają się mniej więcej po równo między mężczyznami i kobietami, to tutaj zaledwie 13 proc. wszystkich wypowiedzi pochodzi od kobiet.
Disney + popularny, chociaż legalnie wciąż niedostępny
Ciekawym przypadkiem jest Disney +, który w Polsce cieszy się sporym zainteresowaniem, chociaż oficjalnie nie jest jeszcze u nas dostępny. W minionym roku pojawił się w wypowiedziach polskich Internautów 73 tys. razy, a wypowiedzi osiągnęły 219 mln wyświetleń zasięgu. Często towarzyszyły im hasztagi „chcemydisneypluswpolsce” i „releasedisneyplusinpoland”, sporo też rozmawiano o produkcjach ze światów Star Wars i Marvela – m.in. „The Mandalorian” czy „Wanda Vision”. O ile liczba wzmianek na temat serwisu rozkłada się w miarę równomiernie na wszystkie miesiące roku, to w marcu odnotowały one bardzo gwałtowny wzrost zasięgu – o ponad 1700 proc.
O Apple TV + rozmawiają głównie mężczyźni
Kolejny pod względem popularności wśród polskich Internautów jest serwis Apple TV +, wzmiankowany 63,3 tys. razy, z zasięgiem na poziomie 239 mln wyświetleń. Kobiety stanowią tylko 19 proc. autorów wszystkich wzmianek. Internauci sporo rozmawiali m.in. o serialach „Ted Lasso”, „Fundacja” i „For All Mankind”.
Można się spodziewać, że w 2022 r. w tym układzie znaczenia platform w Polsce zajdzie zmiana – komentuje Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, autorka bloga o popkulturze „Zwierz Popkulturalny” – Miejsce HBO GO ma w marcu zająć HBO Max, które oferuje większy katalog produkcji i wyższą jakość streamingu. Z kolei na drugą połowę roku szykuje się debiut Disney + w Polsce, co zapewne zachęci wielu Internautów do wykupienia legalnej subskrypcji. Aktualnie brak tej możliwości jest przez wiele osób omijany przy wykorzystaniu VPN lub torrentów. Na koniec – Amazon Prime Video zapowiedziało na jesień premierę serialu na podstawie „Władcy Pierścieni”, który może sprawić, że ta obecnie mało popularna platforma będzie chętniej subskrybowana, a sama produkcja szeroko omawiana.
Ipla i jej rebranding do Polsat Box Go
Telewizja internetowa Polsat Box Go z pakietami streamingowymi, która powstała z połączenia serwisów Ipla i Cyfrowy Polsat GO, odnotowała 100,1 tys. wzmianek z 103 mln wyświetleń zasięgu. Dyskusje w sieci wokół platformy często dotyczyły Ligi Mistrzów, stąd jednym z popularnych towarzyszących haseł był #matchday.
Nowi gracze na rynku streamingowym
W sierpniu 2021 r. na polski rynek weszła platforma Viaplay. Mimo krótkiego okresu działania odnotowała w polskim Internecie blisko 30 tys. wzmianek z 27 mln wyświetleń zasięgu. Autorami aż 90 proc. z nich są mężczyźni, a większość pojawiających się w jej kontekście słów jest związana ze sportem, szczególnie piłką nożną – m.in. „mecze”, „Lewandowski”, „Legia”, „Bayern”.
SERWISY VOD
Player.pl odnotował nieco ponad 35 tys. wzmianek i 23 mln wyświetleń zasięgu. Blisko 14,5 tys. wzmianek, a więc ponad połowa, pochodzi z lutego. Na jego temat najwięcej rozmów toczyło się na Facebooku, z którego pochodzi 71 proc. wzmianek.
VOD.pl odnotował 25,5 tys. wzmianek, które zyskały zasięg na poziomie 161 mln wyświetleń. Szczyt popularności serwisu wśród Internautów przypada na okres od stycznia do marca 2021 r.
O CDA Premium często rozmawia się na forach
Z kolei serwis CDA Premium odnotował 7,3 tys. wzmianek, które wygenerowały 5 mln wyświetleń zasięgu. W tym wypadku aż 36 proc. wypowiedzi pochodzi z forów internetowych. Liczba wzmianek rozkładała się w ciągu roku w miarę równo, odnotowując tylko spadek w okresie wakacyjnym.
Rakuten TV odnotował blisko 6 tys. wzmianek z 10 mln wyświetleń zasięgu. Najwięcej wypowiedzi – 44 proc. – pochodzi z portali internetowych.
TVP źródłem kultury
Wśród polskich Internautów bardzo popularny jest również VOD TVP, w którym wiele treści jest dostępnych bezpłatnie. Serwis był wymieniany blisko 75 tys. razy, a wzmianki o nim osiągnęły 153 mln wyświetleń zasięgu. Najwięcej wzmianek serwis odnotował w lutym. Bardzo popularnym hasztagiem używanym w kontekście tego serwisu jest „kultura”.
Wysoka pozycja TVP VOD nie dziwi. To serwis szeroko rozpoznawany i gwarantujący dostęp do popularnych filmów i seriali polskich. Jednocześnie ma szeroki katalog seriali tureckich, które cieszą się dużą popularnością i niekoniecznie są dostępne w innych serwisach VOD – mówi Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, autorka bloga o popkulturze „Zwierz Popkulturalny”.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) postuluje, aby pilnie zmienić art. 291 kodeksu postępowania karnego w zakresie zabezpieczenia mienia. Mienie niezbędne do prowadzenia przedsiębiorstwa na wniosek strony lub podejrzanego powinno być oddawane w zarząd przymusowy na czas prowadzenia postępowania wyjaśniającego. Dzięki takiej niedużej zmianie procedury karnej oskarżony miałby szansę na wykorzystywanie rzeczy niezbędnych do prowadzenia firmy, zaś Skarb Państwa nie ponosiłby kosztów np. magazynowania czy strat wynikających z dewaluacji aktywów, nie generowaniu obrotów przez przedsiębiorstwo, zwolnień pracowników, zadłużania przedsiębiorstwa wobec Skarbu Państwa. W przypadku mienia niezbędnego do prowadzenia przedsiębiorstwa, ustanowienie zarządu powinno być wręcz zasadą. Unieruchomienie przedsiębiorstwa zmniejsza bowiem szanse na naprawienie szkody czy realne zabezpieczenie, a więc wprost godzi w istotę postępowania zabezpieczającego.
Zajęcie ruchomości wchodzącej w skład przedsiębiorstwa oznacza, że nie może ona już służyć działalności gospodarczej. Zwykle zajęcie polegające na odebraniu rzeczy oskarżonemu lub usunięciu rzecz z przedsiębiorstwa ogranicza możliwość jego prowadzenia, a niemal zawsze prowadzi do znacznej degradacji majątku firmy. W rezultacie majątek firmy ulega uszczuplaniu, nieraz bardzo znacznemu, a zarazem Skarb Państwa ponosi znaczne koszty. Co więcej, tak zdegradowany majątek po pewnym czasie nie przedstawia już swojej pierwotnej wartości, a zatem cel zabezpieczenia nie może być osiągnięty.
To na zarządcy przymusowym wyznaczonym przez sąd spoczywałby obowiązek dbania, aby wartość zabezpieczenia nie uległa dewaluacji, a przedsiębiorstwo miało zapewnioną możliwość ciągłość pracy. Wyposażenie oskarżonych w możliwość złożenia takiego wniosku uzupełniałoby obecne przepisy art. 292a KPK, które przewidują już możliwość ustanowienia zarządcy z urzędu.
„Postępowanie karne bardzo często oddziałuje nie tylko na podejrzanych o popełnienie przestępstw, ale także na samo przedsiębiorstwo. Oczywiście, chodzi nie tylko postępowania w sprawach przestępstw z których sprawcy mogli osiągnąć znaczne korzyści majątkowe – jak dotyczące zorganizowanej przestępczości lub obrotu narkotykami – ale także postępowania dotyczące podejrzenia popełnienia przestępstw w związku z działalnością gospodarczą. W takich sprawach często prokurator sięga po środki w postaci zabezpieczenia mienia, wobec którego może grozić przepadek. W myśl art. 291 Kodeksu postępowania karnego – w razie zarzucenia oskarżonemu popełnienia przestępstwa, za które lub w związku z którym można orzec np. grzywnę, świadczenie pieniężne lub przepadek mienia – prokurator może ustanowić zabezpieczenie wykonania tego orzeczenia postanawiając m.in. o zajęciu ruchomości należących do oskarżonego lub na mienia jego przedsiębiorstwa, które służyło do popełnienia lub ukrycia korzyści z przestępstwa. Z tych względów należy dokonać rewizji obecnych przepisów paraliżujących działalność zarobkową przedsiębiorstw podczas prowadzonego postepowania – aby je uchronić przed poważnymi szkodami, a Skarbowi Państwa oszczędzić niepotrzebnych wydatków” – podkreśla Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Dotychczasowy Dyrektor Zarządzający Job Impulse – Łukasz Koszczoł – objął stanowisko Prezesa zarządu firmy. Zmiana jest wynikiem konsekwentnej realizacji strategii rozwoju przedsiębiorstwa. Job Impulse to jedna z wiodących firm rekrutacyjnych w kraju, dzięki której rocznie pracę znajduje ponad 30 000 osób, w tym osoby młode, kandydaci z niepełnosprawnościami oraz cudzoziemcy.
Łukasz Koszczoł jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, posiada blisko 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu i sprzedaży, z branżą rekrutacji i agencji zatrudnienia związany od ponad 12 lat. Od końca 2017 roku pełni w Job Impulse funkcję Dyrektora Zarządzającego. Odpowiada także za Job Impulse Ukraina oraz portal pracy dorywczej strefajob.pl. Dodatkowo działa jako Członek Rady Biznesu przy Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, wykładowca studiów podyplomowych Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie na kierunku rekrutacja i selekcja, realizowanym wspólnie z Polskim Forum HR, oraz praktyk biznesu prowadzący wykłady w ramach programu MBA na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu.
– Przez ostatnie lata jako Dyrektor Zarządzający pracowałem nad rozwojem organizacji, dywersyfikacją portfela usług i współtworzeniem strategii firmy. Między innymi poprzez uruchomienie wyspecjalizowanych linii biznesowych – Ahead Professionals, Job Abroad, Job Outsourcing oraz usług – Office Angels. Bardzo ważnym aspektem są dla mnie wartości, które określiliśmy wspólnie z zespołem i które wyznaczają kierunek działań Job Impulse. Ludzie, współpraca, zaufanie, szacunek, zaangażowanie i rozwój – jest to dla nas ważne i nas motywuje – mówi Łukasz Koszczoł.
Plany Job Impulse na nadchodzący rok dotyczą przede wszystkim konsekwentnej realizacji strategii firmy, w tym kontynuacji dotychczasowych działań takich, jak: kompleksowe wsparcie klientów w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu biznesowym i prawnym oraz skuteczny rozwój ich planów biznesowych. W kolejnych miesiącach firma skupiać się będzie także na rozwijaniu marki strefajob.pl, aby w jeszcze bardziej efektywny sposób rekrutować i obsługiwać pracowników na zlecenia krótkoterminowe. Ponadto firma planuje wdrożenie projektu związanego z zatrudnianiem pracowników z Azji.
Polacy chętnie korzystają z możliwości swobodnego przepływu osób, który obowiązuje w Unii Europejskiej i pozwala obywatelom wspólnoty osiedlać się w krajach członkowskich oraz podejmować tam pracę. Jednym z najczęściej wybieranych państw, do jakich udają się nasi rodacy w celach zarobkowych, są Niemcy. W poniższym artykule poruszamy kwestię opodatkowania usług budowlanych na terenie Niemiec oraz możliwości zwolnienia z tych zobowiązań.
Czym jest Freistellung?
Freistellung, a właściwie Freistellungsbescheinigung jest zaświadczeniem wydawanym przez niemiecki urząd skarbowy, które pozwala na zwolnienie oferowanych usług budowlanych z podatku Bauabzugsteuer. Jest to szczególny rodzaj podatku dochodowego (§ 48d ust. 1 niem. ustawy o podatku dochodowym), który zobowiązuje zleceniodawcę do odliczenia 15% od kwoty wynagrodzenia zleceniobiorcy. Oznacza to, że osoba wykonująca zlecenie, otrzymuje jedynie 85% należnej zapłaty.
Na podstawie paragrafu 48 ust. 2 pkt 2 ustawy o podatku dochodowym, wymieniony wyżej podatek nie przysługuje, gdy wartość usług budowlanych świadczonych na rzecz podmiotu zlecającego w danym roku kalendarzowym jest niższa niż 5 000 euro.
Jak uzyskać zaświadczenie zwalniające z podatku budowlanego?
Do uzyskania zaświadczenie o zwolnieniu z obowiązku zapłaty podatku od świadczonej usługi budowlane (Freistellung) osoba przyjmująca zlecenie (zleceniobiorca) powinna udać się do właściwego urzędu skarbowego w Niemczech i tam złożyć stosowny wniosek. Krokiem, który musi poprzedzić tę czynność, jest rejestracja podatkowa, ponieważ do zwolnienia z podatku wymagane jest posiadanie numeru identyfikacji podatkowej (niem. Steuernummer).
Jeśli wykonawca dopiero zaczyna świadczenie usług budowlanych i nie zdążył jeszcze dokonać rejestracji podatkowej, jest zobligowany do złożenia wniosku o rejestrację i nadanie niemieckiego numeru NIP. We wniosku należy wykazać, jaki jest cel ubiegania się o status niemieckiego podatnika. W tym przypadku będzie to chęć wydania Freistellungsbescheinigung.
Polscy przedsiębiorcy budowlani, którzy zdecydowali się na założenie firmy w Niemczech, mają do wyboru kilka urzędów, w których mogą dokonać rejestracji – są one przydzielane alfabetycznie ze względu na nazwę firmy. Podział prezentuje się następująco:
od litery A do G urząd skarbowy w Hameln (niem. Finanzamt Hameln),
od litery H do L urząd skarbowy Oranienburg (niem. Finanzamt Oranienburg),
od litery M do R – urząd skarbowy w Cottbus (niem. Finanzamt Cottbus),
od litery S do Ź – urząd skarbowy w Nördlingen z placówką w Donauwörth (niem. Finanzamt Nördlingen mit Außenstelle Donauwörth).
Zwolnienie z podatku Bauabzugsteuer – jak je odnowić?
Kiedy przedsiębiorca uzyska już Freistellungsbescheinigung, musi pamiętać, że jest ono wydawane jest na czas określony, dlatego po upływie tego okresu (najczęściej roku), należy udać się do odpowiedniego urzędu i odnowić zwolnienie. Uzyskanie dokumentu Freistellungsbescheinigung jest możliwe także w przypadku osób, które nie posiadają siedziby firmy na terenie Republiki Federalnej Niemiec. Wystarczy wówczas wykazać, że zostały wypełnione wszystkie obowiązki podatkowe na terenie Niemiec.
67% firm MŚP sprzedaje swoje produkty w kanałach tradycyjnych i to z tych kanałów ma zdecydowaną większość́ przychodów. Wyniki raportu EFL „Cyfrowa (r)ewolucja na rynku leasingu. Pod lupą” wskazują, że w kolejnych latach tradycyjna sprzedaż może jednak sporo stracić na rzecz zamówień internetowych. Dziś tylko 14% firm ma co najmniej połowę̨ przychodów z kanału online. Za 5 lat taki wynik prognozuje 22% zapytanych. Do sprzedaży internetowej wiele firm skłoniła pandemia – co czwarta firma zaczęła sprzedawać w sieci dopiero w 2020 lub 2021 roku. Rozszerzenie sprzedaży o Internet obejmuje zarówno korzystanie z platform marketplace typu Allegro jak i tworzenie sklepów internetowych, w których właściciele mogą sprzedawać swoje produkty bezpośrednio. Co więcej, w pierwszym roku pandemicznym w polskim Internecie pojawiło się aż 3,6 mln nowych użytkowników usług online.
– Choć sprzedaż internetowa stała się codziennością i większość z nas nie wyobraża sobie bez niej zakupów, to jak wskazują wyniki naszego badania, nie jest to wcale taka „stara sprawa”. Ponad dwie trzecie mikro, małych i średnich firm sprzedaż online rozpoczęła dopiero w ostatnich 4 latach. Co więcej, dużą część firm do przeniesienia swojej sprzedaży do internetu skłoniła najpewniej trwająca pandemia, gdyż aż 27% podmiotów wdrożyła sprzedaż online w 2020 lub 2021 roku. W szczególności dotyczy to najmniejszych przedsiębiorców, wśród których w pierwszych 2 latach pandemii 35% zapytanych rozpoczęło internetową sprzedaż. Coś, na co wcześniej potrzebowaliśmy kilku-kilkunastu lat, dziś realizujemy w kilka miesięcy a nawet dni. Dwa lata z COVID-19 i trudnym otoczeniem społeczno-gospodarczym wystarczyły, aby przedsiębiorczość w Polsce znalazła się w zupełnie nowym miejscu – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.
To młodzi sprzedają w Internecie
Z raportu EFL wynika, że 2 na 3 firmy z sektora MŚP (67%) sprzedają swoje produkty w kanałach tradycyjnych, a co trzecia (33%) wdrożyła kanały zdalnej sprzedaży. 22% prowadzi własny sklep internetowy, a 20% korzysta z platform zakupowych takich jak Allegro czy Amazon. Warto zwrócić uwagę, że najmłodsi przedsiębiorcy są najbardziej za pan brat z internetową sprzedażą. 62% przedsiębiorców z pokolenia Z sprzedaje swoje produkty online. Niemal połowa korzysta z platform (46%), a 38% z własnych e-sklepów. Dla porównania, tylko 33% „Iksów” i 15% BabyBoomersów sprzedaje online.
Biorąc pod uwagę branże, budownictwo, transport i logistyka oraz usługi najczęściej koncentrują się na tradycyjnej sprzedaży. Odpowiednio 83%, 81% i 77% działa tylko w tradycyjnych kanałach. Z nowoczesnych kanałów sprzedaży nieco częściej korzysta branża produkcyjna (47%), a zdecydowany prym wiedzie handel – 62% przedstawicieli tego sektora jest obecna ze swoimi produktami w Internecie.
Online będzie sprzedawać coraz więcej
Wielkość przychodów ze sprzedaży internetowej nie robi dziś wrażenia. 59% badanych MŚP osiąga maksymalnie 10% przychodów online. W kolejnych latach tradycyjna sprzedaż może jednak sporo stracić na rzecz zamówień złożonych przez Internet. Dziś 14% firm ma co najmniej połowę przychodów z kanału online, za 5 lat taki wynik prognozuje 22% zapytanych.
Udział kanału online spada wraz z wielkością organizacji. Podczas gdy 22% najmniejszych firm realizuje co najmniej połowę swojej sprzedaży online, w małych 17%, to w średnich tylko 4%. Ten sam trend dotyczy perspektywy 5-letniej. Co trzeci mikroprzedsiębiorca prognozuje, że za 5 lat osiągnie połowę przychodów online, co czwarty mały i tylko co dziesiąty średni.
Sprzedaż online ma przede wszystkim duży potencjał w handlu. Udział sprzedaży w kanałach zdalnych jest tutaj znacznie wyższy niż w innych branżach. 23% badanych z handlu osiąga minimum połowę przychodów z narzędzi online. W perspektywie 5 lat taki wynik prognozuje 38% „handlowców”. Dla porównania, tylko co dziesiąta firma usługowa i co siódma budowlana osiąga taki wynik.
Nowa grupa konsumentów online
Łukasz Pietrzak z Google Polska wskazuje, że w 2020 roku w polskim internecie pojawiło się aż 3,6 mln nowych użytkowników usług online. To potwierdza znaczne zwiększenie grupy konsumentów, którzy przez internet chcą konsumować usługi cyfrowe, dokonywać transakcji, mieć kontakt z małymi i średnimi przedsiębiorstwami. – Ci nowi konsumenci są bardzo charakterystyczni. Jest to jeden z ostatnich segmentów, który dołączył do świata online’owego. Są to szczególnie osoby starsze, które do tej pory z tej technologii nie korzystały, a zostały poprzez COVID-19 w pewien sposób do tego zmuszone i dokonały adaptacji kompetencji cyfrowych, nauczyły się z nich korzystać. Ta nowa rzeczywistość stawia przed małymi i średnimi przedsiębiorstwami zarówno wyzwanie, ale też i dużą szansę na to, żeby zaadaptować się, zbudować szybko kompetencje cyfrowe i wykorzystać możliwości, które przed nimi stoją. Warto podkreślić, że zachowania konsumenckie są często punktem wyjścia do tego, jak biznes musi się stale adaptować. Osoby indywidualne zawsze są krok do przodu przed biznesem, to oni nam wyznaczają, w którą stronę musimy iść, to oni szybciej się adaptują, a biznes musi się do nich dostosować – mówi Łukasz Pietrzak, Marketing Manager, Google Polska.
Zakupy firmowe przenoszą się do sieci
Przedsiębiorcy częściej niż sprzedają – kupują online. Przeciętnie mikro, małe i średnie firmy robią 33% zakupów przez Internet. Z jednej strony są podmioty, które wciąż zdecydowanie częściej wybierają się na tradycyjne zakupy – 11% firm kupuje online tylko do 10% potrzebnych rzeczy. Z drugiej, co piąta robi ponad 40% zakupów w sieci. W perspektywie kolejnych lat, pozycja internetowych zakupów jeszcze bardziej się umocni. Prawie połowa badanych (46%) szacuje, że udział produktów nabywanych online dla firmy wzrośnie o 31-50% w perspektywie 5 lat.
Tutaj po raz kolejny widać różnice pokoleniowe. Znacznie częściej za pan brat z zakupami online są młodsi przedsiębiorcy. 4 na 10 przedstawicieli Zetek robi od 41 do 70% takich zakupów, podczas gdy 4 na 10 reprezentantów pokolenia BB – od 21% do 30%. Jednak największej dynamiki wzrostu spodziewają się pokolenia Y oraz BB – odpowiednio 60% i 51% zapytanych szacuje wzrost na poziomie 31%-50%. Najmłodsi przedsiębiorcy już są mocno zaangażowani w zakupy online i prawdopodobnie dlatego ich odpowiedzi są najbardziej zróżnicowane.
Wraz ze wzrostem wielkości firmy rosnąć będzie w przyszłości udział zakupów online dla firmy. Ponad połowa badanych (57%) ze średnich przedsiębiorstw twierdzi, że za 5 lat udział zakupów online wzrośnie o 31-50%. Mikro podmiotów o takiej opinii jest zdecydowanie mniej (37%)
– W 2020 roku co druga polska firma dokonała przynajmniej jednego zakupu na Allegro. Dodając do tego wartość handlu online w kategorii zakupów firmowych, która tylko w ubiegłym roku wyniosła w Polsce ponad 340 mld zł, podjęliśmy decyzję o stworzeniu Allegro Biznes. To platforma dla firm, na której przedsiębiorcy mogą wybierać spośród ponad 130 mln ofert z cenami netto. Duża część z nich posiada również ceny hurtowe i rabaty na duże zamówienia. Dodatkowo, przy co trzeciej ofercie jest możliwość skorzystania z elastycznych metod płatności, które cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem. Na Allegro Biznes kupujący ma nawet 60 dni na spłatę swojego zobowiązania – na rynku jest to najczęściej maksymalnie 30 dni. Tworząc Allegro Biznes zależało nam na zapewnieniu takiego standardu, do którego już od wielu lat przedsiębiorcy byli przyzwyczajeni korzystając z Allegro w dotychczasowym wydaniu – konsumenckim. To właśnie znana wszystkim od lat platforma i jej funkcjonalności były bazą do nowego projektu biznesowego – mówi Dagmara Brzezińska, Commercial Category Management Director, Allegro.
Kumulacja obaw o charakterze geopolitycznym (Rosja – Ukraina) oraz makroekonomicznym (posiedzenie FOMC) sprawia, że apetyt na ryzyko na rynkach finansowych wyraźnie opadł. Pod presją sprzedających znalazła się spora część ryzykownych aktywów, jednak ostatnie godziny handlu na Wall Street dały nadzieję na zmianę nastawienia inwestorów. Na rynku terminowym we wtorek można jednak zaobserwować niechęć do kontynuowania odbicia. W takim otoczeniu cierpią również Polskie aktywa.
Poniedziałkowy handel na Wall Street zdominowany był przez obóz niedźwiedzi. Czołowe indeksy zniżkowały bardzo wyraźnie, jednak ostatnia godzina handlu przyniosła zryw optymizmu i rynek kasowy zamkną się powyżej poziomów odniesienia. Dow Jones dodał 0,29 proc., a S&P500 umocnił się o 0,28 proc. Nasdaq100 zyskiwał 0,63 proc. Na rynku terminowym we wtorek rano nie widać apetytu na kontynuację odbicia. Notowania futures zarówno na indeksy w Europie jak i USA cofają się na południe.
Na szerokim rynku nastroje inwestorów determinują obecnie dwa wydarzenia, które skłaniają do redukcji długich pozycji na bardziej ryzykownych klasach aktywów. Eskalacja napięć na linii Rosja – Ukraina (de facto na linii Rosja – kraje Zachodu/NATO) budzi uzasadnione obawy. Pomimo, iż ze strategicznego punktu widzenia otwarty konflikt militarny jest mało prawdopodobny, to rozwój konfliktu zmierza w stronę działań o charakterze militarnym (możliwe lokalne ataki), co w naturalny sposób budzi awersję do ryzyka wśród inwestorów. Rzecznik Departamentu Obrony USA Kirby powiedział, że 8,5 tys. Amerykańskich żołnierzy jest w stanie gotowości w celu udzielenia pomocy NATO. Znaczącym ryzykiem są również, niemal pewne w sytuacji rozwoju konfliktu, sankcje gospodarcze wymierzone w Rosję. Obawy inwestorów o taki rozwój wydarzeń dobrze obrazuje rozjazd notowań Rosyjskiego indeksu akcji oraz ropy naftowej, które historycznie były ze sobą dość dobrze skorelowane. Ryzyka geopolityczne najczęściej mają jednak krótkotrwały wpływ na rynki finansowe. W bieżącym tygodniu mamy jednak do czynienia z innym ważnym, o ile nie ważniejszym, wydarzeniem.
W środę Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku (FOMC) podejmie decyzję ws. poziomu stóp procentowych w USA. O ile podwyżka stóp nie jest rozważana w styczniu, o tyle Fed może przygotować rynek na podwyżkę w kolejnych miesiącach (prawdopodobny marzec). Jastrzębie tony mogą wywoływać niechęć inwestorów do ryzykownych aktywów i negatywnie przekładać się na ceny akcji. Rynek obawia się, że podwyżki stóp w USA, ale też w innych częściach świata, stłumią wzrost gospodarczy, a tym samym pogorszą koniunkturę dla spółek z Wall Street. Równocześnie trwa sezon publikacji wyników kwartalnych w USA, a w bieżący tygodniu swoimi raportami pochwali się kilka znaczących spółek. W dotychczasowych rezultatach próżno szukać wzorca, jednak znacząca reakcja inwestorów na niewielkie minięcie się z prognozami wyników Netflix wskazuje na dość korekcyjne nastroje.
Globalne czynniki nie pozostają bez wpływu na krajowe podwórko. Od początku roku szeroki WIG stracił 4,44 proc. Również złoty cierpi z powodu rosnącej awersji do ryzykownych aktywów. Złotemu nie pomógł nawet szef NBP A. Glapiński, który przed weekendem sugerował konieczność podwyższania stóp procentowych mocniej niż wycenia to rynek. Nie można wykluczyć, że słowa mają działać prewencyjnie przed ucieczką kapitału z regionu, niemniej rynek szybko dostosował wycenę, a kontrakty FRA powędrowały na wyższe poziomy. Pomimo to złoty traci we wtorek względem głównych rywali i kwotowany jest na poziomie: 4,57 za euro, 4,0435 za dolara oraz 5,45 za funta.
7R z rekordowymi wynikami w 2021 r. Dwa razy więcej zakończonych inwestycji, wzrost przychodów ze sprzedaży obiektów i pół miliona wynajętej powierzchni.
W 2021 r. firma 7R, polski deweloper obiektów magazynowo-produkcyjnych, oddała do użytku niemal 400 000 mkw. certyfikowanej powierzchni, podwajając tym samym wynik sprzed roku. W ostatnich 12 miesiącach 7R sprzedało funduszom inwestycyjnym i firmom nieruchomościowym 17 projektów na łączną kwotę niemal 400 mln euro. Wzrosła także liczba najemców dewelopera, który w 2021 r. wynajął niemal 500 000 mkw. Z kolei portfel nieruchomości, którymi zarządza 7R, przekroczył 1 mln mkw.
Konsekwentnie realizujemy naszą strategię rozwoju 7R. Po 13 latach działalności oddaliśmy klientom do użytkowania niemal 1,5 mln mkw. nowoczesnej, certyfikowanej powierzchni magazynowej i produkcyjnej, w procesie inwestycyjnym mamy kolejne 4 mln mkw. Od 2019 r. podwoiliśmy liczbę pracowników, by jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby przedsiębiorców i zapewniać im wysokiej klasy powierzchnie do realizowania strategicznych operacji biznesowych, mówi Tomasz Lubowiecki, założyciel i prezes 7R.
W 2021 r. 7R oddała do użytku niemal 400 tys. mkw. powierzchni. W poprzednim roku było to ok. 180 000 mkw. Obiekty 7R charakteryzują się wysoką jakością wykonania, a także technologicznymi i proekologicznymi rozwiązaniami. Z jednej strony zapewniają one zgodność ze standardami ESG i są przyjazne dla środowiska, z drugiej – oznaczają konkretne oszczędności dla najemców, związane m.in. z energooszczędnością budynków.
Od dawna widzimy duże zainteresowanie naszymi obiektami zarówno ze strony najemców, jak też inwestorów. W 7R oferujemy magazyny typu big box, jak również szyte na miarę BTS-y, czy magazyny miejskie z naszej linii City Flex Last Mile Logistics. Cieszą nas świetne wyniki z poprzedniego roku, ale patrzymy już w przyszłość. W 2022 r. zamierzamy oddać do użytku ok. 1 mln mkw. powierzchni, a w połowie roku zgodnie z planem rozpocząć budowę naszej pierwszej zagranicznej inwestycji w Czechach, komentuje Bartłomiej Krawiecki, wiceprezes zarządu i COO w 7R.
Zróżnicowany portfel najemców
W obiektach dewelopera swoje operacje prowadzą firmy z różnych branż, takich jak: logistyka, handel, farmacja, czy motoryzacja. Portfel najemców 7R w ostatnim roku istotnie się powiększył – firma wynajęła ponad 500 tys. mkw. powierzchni (o 25% więcej niż przed rokiem) w ramach 64 umów. W tym roku deweloper oprócz zakończenia budowy nowych parków logistycznych i magazynów miejskich zamierza oddać także do użytku ciekawe obiekty zrealizowane w formule Built-to-Suit (BTS). Jednym z nich jest wysokiej klasy magazyn dla Aluprof SA, jednego z czołowych producentów systemów aluminiowych w Europie, który będzie zlokalizowany na Śląsku. Z kolei pod Warszawą powstaje nowoczesny magazyn dla Żabki o łącznej powierzchni ok. 60 000 mkw. Centrum będzie wyposażone w innowacyjne rozwiązania automatyczne, a także proekologiczne, co potwierdzi certyfikacja BREEAM.
Gorące aktywa na celowniku inwestorów
Zgodnie z raportami ekspertów magazyny są tą klasą aktywów, które cieszą się w Europie największym zainteresowaniem inwestorów. Ma to swoje odzwierciedlenie także w wynikach 7R. Deweloper w minionym roku sprzedał 17 inwestycji za łączną kwotę niemal 400 mln euro. To ogromny wzrost w porównaniu z 2020 roku – wówczas 7R sprzedał siedem projektów o łącznej wartości 75 mln euro.
Poprzedni, rekordowy dla nas rok, to potwierdzenie właściwego kierunku rozwoju naszego biznesu. Inwestorzy poszukują wysokiej jakości produktów, które zapewniają zysk w długiej perspektywie i – co bardzo ważne – spełniają standardy ESG. Nasza współpraca z największymi globalnymi funduszami inwestycyjnymi pokazuje siłę portfela nieruchomości 7R. Plany na ten rok są jeszcze bardziej ambitne, dodaje Łukasz Jachna, Chief Capital Markets Officer, członek zarządu w 7R.
W ofercie 7R znajduje się także zarządzanie nieruchomościami. Obecnie zespół Property Management, odpowiedzialny za tę usługę, zarządza 48 budynkami o łącznej powierzchni ponad 1 mln mkw.
ESG, jakość i technologie
W 2021 r. 7R, jako pierwszy deweloper magazynowo-przemysłowy dołączył do grona członków korporacyjnych Urban Land Institute Poland, aby wraz z innymi członkami organizacji świadomie kształtować przyszłość branży nieruchomości oraz budować najwyższe standardy jakości na rynku magazynowym. 7R jest także aktywnym członkiem Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego oraz Proptech Foundation.
Kontynuacją promocji i wymiany wiedzy w zakresie ESG jest podjęta w 2022 r. przez 7R współpraca w ramach platformy European Sustainable Business Network.
Certyfikowane, nowoczesne powierzchnie magazynowe i produkcyjne to specjalność 7R. Wdrażamy w nich innowacyjne i przyjazne środowisku rozwiązania. Żaden biznes nie działa w próżni i musi brać odpowiedzialność za otoczenie, w którym funkcjonuje. Zgodność ze standardami ESG jest priorytetem naszej strategii biznesowej, podsumowuje Ryszard Gretkowski, wiceprezes zarządu 7R.
Wg danych z CEIDG, w ub.r. w całej Polsce złożono prawie 274 tys. wniosków dot. zawieszenia jednoosobowych firm. To o ok. 8 tys. mniej niż rok wcześniej. W 2021 r. najwięcej było ich w grudniu – prawie 38 tysięcy, a w 2020 roku – w marcu – blisko 48,9 tys. W zeszłym roku tylko w woj. świętokrzyskim nastąpił wzrost rdr. Najmniejsze spadki odnotowano w pomorskim, podkarpackim i wielkopolskim, a największe – w kujawsko-pomorskim, opolskim i lubuskim. Patrząc wyłącznie na dane z 2021 roku, widać, że ww. wnioski najczęściej wpływały do urzędów w mazowieckim, śląskim i małopolskim. Najrzadziej składano je w woj. opolskim, świętokrzyskim oraz podlaskim.
Różnice w relacji rocznej
W 2021 roku do rejestru Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) wpłynęło prawie 273,9 wniosków w zakresie zawieszenia jednoosobowych działalności gospodarczych. To o 2,8% mniej niż w 2020 roku, gdy odnotowano ich 281,8 tys. Dodatkowo Ministerstwo Rozwoju i Technologii informuje, że w latach 2016-2019 średnia roczna liczba ww. wniosków kształtowała się na poziomie 306,6 tys.
– Ograniczenia, wprowadzone w marcu 2020 roku w ramach walki z pandemią, przyczyniły się do tego, że wielu właścicieli firm zdecydowało się na zawieszenie działalności gospodarczej, zgodnie z art. 22 § 1 Prawa przedsiębiorców. Przy braku możliwości prowadzenia biznesu, było to korzystne, ze względu na zwolnienie z opłacania składek ZUS i podatków dochodowych. Nie należało też składać deklaracji ZUS i VAT. Rok 2021, w świetle wcześniejszych 12 miesięcy, był stabilniejszy, co jest widoczne po ilości zgłaszanych wniosków – komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.
Patrząc na szczegółowe dane z 2021 roku, widać, że najwięcej wniosków dot. zawieszenia działalności gospodarczej odnotowano w grudniu – prawie 38 tys. To znacznie więcej niż we wcześniejszych miesiącach, kiedy było ich średnio ok. 21,5 tys. miesięcznie, tj. od 16,2 tys. w kwietniu do 26,4 tys. w sierpniu. Natomiast w 2020 roku zdecydowanie najwięcej wniosków zaobserwowano w marcu – prawie 48,9 tysięcy, a najmniej w maju – 11,2 tys.
– Na zwiększenie liczby wniosków o zawieszenie działalności w grudniu ub.r. wpłynęła sytuacja gospodarcza. Kluczowe były zmiany, które miały nadejść w styczniu 2022 roku w związku z tzw. Nowym Ładem. Natomiast wzrost w marcu 2020 roku to efekt wybuchu pandemii. Przedsiębiorcy, żywiąc obawy odnośnie przyszłości, zaczęli zawieszać prowadzoną działalność – uważa Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.
Podobną opinię wyraża Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny. Zdaniem eksperta, nagły wzrost liczby wniosków w grudniu 2021 roku był wynikiem obaw przedsiębiorców co do rentowności ich biznesów. Właściciele firm przestraszyli się, że koszty prowadzonej przez nich działalności wzrosną, gdy zaczną obowiązywać przepisy w ramach pakietu zmian. Z kolei Andrzej Głowacki, prezes zarządu DGA Kancelaria Restrukturyzacji i Upadłości, stwierdza, że wysoka liczba wniosków w grudniu 2021 r. jest powiązana z brakiem pełnej wiedzy na temat funkcjonowania Polskiego Ładu od 1 stycznia 2022 roku. To kwestia niepewności co do przyszłej sytuacji.
– Ostatnio największe znaczenie miały zmiany dot. składek zdrowotnych uiszczanych przez przedsiębiorców. Zgodnie z Nowym Ładem, ich wysokość nie ma już stałej wartości. Jest uzależniona od dochodów osiąganych w danym miesiącu. I trzeba ją stale obliczać. To jest niekorzystne dla właścicieli firm. Przewiduję, że najmocniej dotknie to JDG, ze względu na małą skalę działalności i wzrost biurokracji. Wielu drobnych przedsiębiorców zwyczajnie nie może pozwolić sobie na korzystanie z usług biur rachunkowych czy doradców podatkowych – mówi Marek Niczyporuk.
Sytuacja w województwach
W ub.r. wyłącznie w województwie świętokrzyskim odnotowano wzrost liczby wniosków dot. zawieszenia JDG w stosunku do 2020 roku, tj. o 0,8%. Natomiast najmniejsze spadki w relacji rocznej zaobserwowano w woj. pomorskim – o 0,4%, podkarpackim – o 1,1%, a także w wielkopolskim – 2,9%. Z kolei najbardziej na minusie były takie województwa, jak kujawsko-pomorskie – 10,1%, opolskie – 8,5% i lubuskie – 8,4%.
– Wpływ na ww. dane miały takie czynniki, jak specyfika regionu, w tym poziom rozwoju przemysłu, a także dominujący w danym województwie rodzaj działalności gospodarczej. Warto też pamiętać, że w tym samym czasie w różnych częściach Polski były wprowadzane niejednakowe obostrzenia. Zależały one od zróżnicowanej sytuacji pandemicznej – zauważa mec. Niczyporuk.
Do tego trzeba dodać, że w 2021 roku najwięcej wniosków było w woj. mazowieckim, śląskim i małopolskim – odpowiednio 36,8 tysięcy, blisko 23,8 tys. i prawie 22,3 tys. Najmniej zanotowano ich w opolskim, świętokrzyskim oraz podlaskim – 4,5 tysięcy, 5,6 tys. i 5,6 tys. W opinii Adriana Parola, tak duże rozbieżności wynikają z różnych potencjałów gospodarczych województw. Najlepsze warunki występują w mazowieckim, śląskim i małopolskim. Z kolei w woj. opolskim, świętokrzyskim i podlaskim, gdzie głównie dominuje produkcja rolna i jest mniej firm, potencjał jest niższy.
– Zróżnicowanie liczby wniosków jest wynikiem struktury prowadzonych działalności. W Warszawie, Katowicach i Krakowie JDG obejmuje bardzo szerokie spektrum podmiotów, np. menedżerów, kurierów, kierowców czy lekarzy. Wyższa ich liczba przekłada się na większą ilość wniosków w woj. mazowieckim, śląskim i małopolskim – wyjaśnia ekspert z DGA.
Tegoroczny potencjał
Z kolei jak zaznacza resort, analiza liczby aktywnych działalności gospodarczych wskazuje na utrzymujący się dodatni bilans JDG zarejestrowanych w CEIDG. Według stanu na 1 stycznia 2022 roku, mamy 2,58 mln aktywnych przedsiębiorstw. Jest to o około 57 tys. więcej niż przed rokiem. To też znacznie większa liczba niż we wcześniejszych latach (2019-01-01 – 2,405 mln, 2020-01-01 – 2,460 mln, 2021-01-01 – 2,523 mln, 2022-01-01 – 2,580 mln).
– Spodziewam się wielkiej dynamiki w najbliższych miesiącach. Wiele osób prowadzących JDG, w odpowiedzi na wprowadzenie Polskiego Ładu, będzie rozważało podjęcie działalności w innej formie prawnej. Z kolei ci, którzy świadczą pracę w oparciu o umowę o pracę, mogą podjąć starania w kierunku przekształcenia ich stosunku pracy na zadach B2B – prognozuje radca prawny i doradca restrukturyzacyjny Łukasz Goszczyński.
Natomiast Adrian Parol stanowczo zaznacza, że obecna sytuacja gospodarcza nie napawa optymizmem. Dlatego ekspert spodziewa się wzrostu liczby wniosków o zawieszenie jednoosobowych działalności. Przy dynamicznie rosnących kosztach prowadzenie jakiejkolwiek firmy, a zwłaszcza w tej formie, staje się w Polsce coraz mniej opłacalne.
Najszybciej rozwijającą się technologią magazynowania energii jest obecnie bateria litowo-jonowa, którą zawierają telefony czy komputery. Jest to technologia, która została niesamowicie rozwinięta przez ostatnie lata. Widać to m.in. po coraz bardziej wydłużającym się czasie działania baterii w laptopach. To, co zaczęło się od elektroniki i telefonów komórkowych, teraz rozwija się na wielką skalę – tego typu magazyny energii można kupić do domu. Powstają także wielkie magazyny energii, które są w stanie wesprzeć całą sieć. Nie oznacza to, że z użytku wychodzą bardziej tradycyjne magazyny energii – wciąż korzystamy z, przykładowo, elektrowni szczytowo-pompowych, w których woda przepompowywana jest ze zbiornika niższego do wyższego. W Polsce mogą powstać kolejne elektrownie szczytowo-pompowe, np. na terenach pozostałych po kopalniach odkrywkowych węgla brunatnego, które znajdują się chociażby w Turowie.
– Rozwijają się także takie technologie, jak baterie przepływowe, które bazują na elektrolicie w formie ciekłej – powiedział serwisowi eNewsroom Bernard Swoczyna, specjalista ds. magazynowania energii WWF. – Naukowcy pracują nad wieloma rozwiązaniami, a ich ceny spadają. Magazynowanie prądu staje się coraz łatwiejsze. Pojawiają się również technologie pozwalające na przesuwanie zapotrzebowania na prąd na inne godziny. Czy to w zakładach przemysłowych, czy to w prywatnych domach – jest możliwe korzystanie z energii w godzinach nocnych. Oznacza to, że ludzie posiadający np. ogrzewanie elektryczne korzystają często z nocnej taryfy, a ludzie jeżdżący samochodami elektrycznymi mogą je ładować u siebie w domu nocą. Można nastawiać pranie na wczesne, poranne godziny – aby pralka zużyła prąd w momencie, gdy jest on najtańszy. Kolejną powstającą technologią są magazyny ciepła. W Warszawie działa magazyn, w którym znajduje się 30 tys. m³ gorącej wody. Jest to objętość równowarta kilkudziesięciu napełnionych basenów. Te wszystkie magazyny energii elektrycznej oraz ciepła wspierają sieć energetyczną i pozwalają przez długi czas cieszyć się tanią energią pochodzącą z odnawialnych źródeł – wskazuje Swoczyna.
W 2021 roku organizacje z całego świata doświadczyły aż o 50 proc. więcej cyberataków niż rok wcześniej. Wśród najbardziej dotkniętych znalazł się sektor producentów i dostawców oprogramowania, w którym liczba ataków wzrosła aż o 143 proc. W najnowszym Raporcie Bezpieczeństwa 2022, firma Check Point Research przedstawia kluczowe techniki i wektory ataków zaobserwowane w ostatnich 12 miesiącach. Uwzględniając grudniowe eksploity Log4J, powrót botnetu Emotet oraz przybierające na sile ataki ransomware, eksperci podkreślają potrzebę bardziej spójnego podejścia do bezpieczeństwa cybernetycznego.
Analitycy bezpieczeństwa cybernetycznego zauważają, że w 2021 roku organizacje doświadczyły co tydzień o połowę więcej cyberataków niż w 2020 roku. Na czele najczęściej obieranych celów znalazł się sektor edukacyjny/badawczy, który odnotował 1 605 ataków tygodniowo (wzrost o 75%). Na drugim miejscu znalazł się sektor rządowy/wojskowy z 1136 atakami w tygodniu (wzrost o 47%), następnie komunikacyjny z 1079 atakami (wzrost o 51%). Największe wzrosty odnotowano jednak wśród producentów i dostawców oprogramowania (146%), co idzie w parze z coraz bardziej popularnym trendem ataków na łańcuchy dostaw.
W Polsce ciekawostką jest wysoki – znacznie powyżej średniej światowej – wzrost liczby ataków na agendy rządowe. Sektor rządowy i wojskowy atakowany był o 73% częściej niż w 2020 roku. Sytuacja ta może być jedną z przyczyn obowiązywania pierwszego stopienia alarmu dotyczącego zagrożeń terrorystycznych w cyberprzestrzeni, czyli ALFA-CRP. Alarm ma charakter prewencyjny i – jak ogłosił koordynator Służb Specjalnych – wynika z cyberataków, które przeprowadzone zostały w ostatnich dniach przeciwko kilku ukraińskim agencjom rządowym i współpracującym z nimi organizacjom.
– Uwzględniając ostatnie wydarzenia oraz fakt, iż sektor rządowy i wojskowy w Polsce jest drugim najczęściej atakowanym, ogłoszenie alarmu ALFA-CRP wydaje się słusznym krokiem. Można się jedynie zastanowić, czy nie nastąpiło to zbyt późno – mówi Wojciech Głażewski, szef firmy Check Point w Polsce.
Kluczowe techniki i wektory
Rok 2021 był dla cyberbezpieczeństwa szczególny – atak SolarWinds na początku roku, który prezentował zupełnie nowy poziom zasięgu, powrót botnetu Emotet czy pojawienie się dziesiątek eksploitów, wykorzystujących luki w Apache Log4j – były wydarzeniami, które wpłynęły na bezpieczeństwo cybernetyczne niemal każdego. Od administracji państw, przez międzynarodowe korporacje, aż po użytkowników indywidualnych. Kluczowe techniki i wektory ataków zostały opisane w najnowszej edycji Raportu Bezpieczeństwa firmy Check Point Research.
– W roku, który rozpoczął się od jednego z najbardziej niszczycielskich ataków na łańcuch dostaw w historii, cyberprzestępcy stali się coraz bardziej pewni siebie. Punktem kulminacyjnym był exploit wykorzystujący lukę w Log4j, który po raz kolejny zaskoczył specjalistów bezpieczeństwa i zwrócił uwagę na poziom ryzyka nieodłącznie związany z łańcuchami dostaw oprogramowania. W międzyczasie byliśmy świadkami ataku na usługi w chmurze, zagrożenia koncentrującego się na urządzeniach mobilnych, okupu za Colonial Pipeline oraz odrodzenia się jednego z najniebezpieczniejszych botnetów w historii – mówi Maya Horowitz, wiceprezes ds. badań w Check Point Research.
Eksperci Check Point Research wskazali najważniejsze trendy, które będą miały wpływ na tegoroczne wydarzenia w cyberprzestrzeni:
– Ataki na łańcuch dostaw: atak SolarWinds położył podwaliny pod szaleństwo ataków na łańcuch dostaw. W 2021 r. miały miejsce liczne ataki, takie jak Codecov w kwietniu i Kaseya w lipcu, czy grudniowa luka w Log4j, która wpłynęła na tysiące organizacji na całym świecie. Uderzający wpływ osiągnięty przez tę jedną lukę w bibliotece open-source pokazuje ogromne ryzyko nieodłącznie związane z łańcuchami dostaw oprogramowania.
– Ataki cybernetyczne zakłócające codzienne życie: W 2021 r. nastąpił wzrost liczby ataków wymierzonych w infrastrukturę krytyczną, co doprowadziło do ogromnych zakłóceń w codziennym życiu obywateli, a w niektórych przypadkach zagroziło nawet ich poczuciu bezpieczeństwa fizycznego.
– Atak na usługi w chmurze: Luki w zabezpieczeniach dostawców usług w chmurze stały się w 2021 r. znacznie bardziej alarmujące niż wcześniej. Ujawnione w ciągu roku podatności pozwoliły atakującym na wykonanie dowolnego kodu, osiągnięcie uprawnień roota, dostęp do ogromnych ilości prywatnych treści, a nawet krzyżowanie infekcji pomiędzy różnymi środowiskami.
– Zmiany w środowisku mobilnym: W ciągu roku hakerzy coraz częściej wykorzystywali smishing (SMS phishing) do dystrybucji szkodliwego oprogramowania oraz włożyli znaczne wysiłki we włamania na konta w mediach społecznościowych w celu uzyskania dostępu do urządzeń mobilnych. Ciągła cyfryzacja sektora bankowego doprowadziła do wdrożenia różnych aplikacji zaprojektowanych w celu ograniczenia interakcji twarzą w twarz, a te z kolei doprowadziły do rozpowszechnienia nowych zagrożeń.
– Pęknięcia w ekosystemie ransomware: Rządy i organy ścigania zmieniły swoje stanowisko wobec zorganizowanych grup ransomware w 2021 r., przechodząc od środków zapobiegawczych i reaktywnych do proaktywnych operacji ofensywnych przeciwko operatorom ransomware, ich funduszom i infrastrukturze wspierającej. Główna zmiana nastąpiła po incydencie Colonial Pipeline w maju, który uświadomił administracji Bidena, że musi zwiększyć wysiłki w walce z tym zagrożeniem.
– Powrót Emoteta: Jeden z najbardziej niebezpiecznych i cieszących się złą sławą botnetów w historii powrócił. Od czasu powrotu Emoteta w listopadzie, Check Point Research ustaliło, że aktywność złośliwego oprogramowania wynosi co najmniej połowę jej poziomu ze stycznia 2021 r., czyli na chwilę przed jego pierwotnym usunięciem. Tendencja wzrostowa utrzymywała się przez cały grudzień dzięki kampaniom przeprowadzonym na koniec roku. Eksperci oczekują, że będzie kontynuowana w 2022 r. …przynajmniej do czasu kolejnej próby usunięcia.
– Zamiast polegać na działaniach reaktywnych i naprawczych, niektóre szokujące wydarzenia uświadomiły rządom, że muszą przyjąć bardziej proaktywne podejście do radzenia sobie z ryzykiem cybernetycznym. Ta sama filozofia dotyczy również przedsiębiorstw, które nie mogą już sobie pozwolić na rozproszone, reaktywne podejście do radzenia sobie z zagrożeniami. Potrzebują one widoczności typu 360 stopni, informacji o zagrożeniach w czasie rzeczywistym oraz infrastruktury bezpieczeństwa, którą można zmobilizować w skuteczny, połączony sposób – dodaje wiceprezes Check Point Software.
Intel zamierza zaprezentować chip do wydobywania bitcoinów.
Tak zwany chip „Bonanza Mine” zostanie zaprezentowany na Międzynarodowej Konferencji Obwodów Półprzewodnikowych (ISSCC), która rozpocznie się 20 lutego.
Zapowiedź nie oznacza jednak, że Intel sam zacznie wydobywać BTC – zamiast tego zamierza produkować technologię ułatwiającą wydobycie.
Obecnie największym rywalem firmy na tym rynku jest Bitmain. Istnieje zapotrzebowanie na chipy do wydobywania bitcoinów, ponieważ zwykłe procesory graficzne (GPU) nie są zaprojektowane do rozwiązywania złożonych skrótów i jako takie wydobywają BTC bardzo nieefektywnie, zarówno pod względem czasu, jak i zużytej energii.
Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro
Podczas gdy na rynku wyraźnie rośnie niepokój, złoty wciąż jest mocny. Powodem tej sytuacji są oczekiwania względem podwyżek stóp procentowych w kolejnych miesiącach.
Ryzyka na Wschodzie
Wbrew początkowym oczekiwaniom, że konflikt militarny pomiędzy Rosją a Ukrainą to tylko bardzo niestosowna presja na słabszego partnera, rynki nie są spokojne. Inwestorzy przygotowują się na negatywną eskalację napięć. Chwilę po zmarginalizowaniu koronawirusa inwestorzy znaleźli nowy problem. Widać to wyraźnie zarówno po spadkach na parkietach akcyjnych, jak i po wzrostach cen metali szlachetnych. Nie obyło się bez wpływu na rynki walutowe. W górę idzie frank szwajcarski względem euro. Jest już prawie na poziomach z przełomu grudnia i stycznia. Jest to o tyle istotne, że wówczas był najdroższy od 2015 roku.
Jakiej podwyżki stóp spodziewać się w lutym?
Piątkowa wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego, o możliwej wyższej od oczekiwań podwyżce stóp procentowych, zaskoczyła rynki. Wskazuje on wprawdzie na dane makroekonomiczne, aczkolwiek od tak dawna były one ignorowane, że analitycy spodziewali się kontynuacji tej prawidłowości. Mowa jest o potencjalnej wyższej podwyżce, to znaczy, że być może już w lutym osiągniemy 3%. Docelowy poziom stóp procentowych przewidywany dla Polski to 4%. Oznaczałoby to, że od początku podwyżek stóp procentowych w każdej racie kredytowej zapłacimy za każde 100 000 zł tego kredytu dodatkowo ponad 300 zł.
Produkcja przemysłowa
Wspomniane przez prezesa NBP dane makroekonomiczne to nie tylko inflacja. Mowa chociażby jeszcze o opublikowanej w piątek produkcji przemysłowej, rosnącej o 16,7%, czyli 3,7% powyżej oczekiwań. W połączeniu z bardzo wysokim 11,2% wzrostem wynagrodzeń pokazuje to, że polska gospodarka ma się bardzo dobrze. W rezultacie wspomniane podwyżki stóp procentowych nie powinny powodować nadmiernego schłodzenia gospodarki. To właśnie ten wniosek najprawdopodobniej powoduje, że inwestorzy kupują złotego, licząc na dalsze wzrosty stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
W ciągu najbliższych kilkunastu lat będziemy obserwowali wygaszanie produkcji samochodów z tradycyjnymi silnikami. Przykładowo General Motors ogłosiło, że planuje zaprzestać tworzenia aut spalinowych do 2035 roku. Zostaną one zastąpione przez pojazdy elektryczne. Podobne plany ma m.in. Audi. Potencjał branży e-mobilności jest bardzo duży, a prym wiodą Stany Zjednoczone i Chiny. Chcąc złamać ich dominację, Europa musi wytworzyć własną bazę produkcyjną. Polska ma szansę odegrać ważną rolę w regionie i stać się liderem w tym obszarze gospodarki.
Jak podkreślają eksperci z ISI Emerging Markets Group, organizacji zajmującej się agregowaniem danych służących do pogłębionych analiz ekonomicznych, priorytetem Polski w 2022 powinna być e-mobilność. Jest o co walczyć, gdyż zgodnie z przewidywaniami, wartość europejskiego rynku produkcji ogniw i baterii wykorzystywanych w pojazdach elektrycznych wyniesie ok. 250 mld Euro w 2025 r.
Solidne podstawy motoryzacji nad Wisłą
Polska już teraz może spełnić prawie 1/3 europejskiego zapotrzebowania na baterie do pojazdów elektrycznych. Wynika to m.in. z faktu, że branża motoryzacyjna od lat jest silnie rozwijana nad Wisłą. W 2020 roku Polska stała się siódmym największym producentem pojazdów silnikowych w Unii Europejskiej. W tym samym roku Polska stała się największym eksporterem w Europie akumulatorów litowo-jonowych i trzecim na świecie, zaraz po Chinach i Korei Południowej. Sektor motoryzacyjny stanowi 11% produkcji przemysłowej i generuje 4% PKB. Eksport baterii litowo-jonowych wynosi blisko 2% całkowitego przemysłu, co oznacza, że był najistotniejszym towarem eksportowym w całym kraju.
Biznes e-mobilności stawia na Polskę
Obecnie w okolicach Wrocławia, w Kobierzycach, znajduje się największa w Europie fabryka baterii litowo-jonowych do pojazdów elektrycznych, a w planach są kolejne inwestycje. Południowokoreański koncern LG Energy Solutions chce przeznaczyć 300 mln Euro na rozbudowę zakładu produkcyjnego, tak aby stał się największym na świecie, co zaspokoiłoby 60% obecnego zapotrzebowania Starego Kontynentu. Ponadto, szwedzki producent baterii do e-pojazdów, Northvolt, poinformował w lutym 2021, że zainwestuje 200 mln dolarów w budowę fabryki akumulatorów w Gdańsku. Będzie ona powstawać w dwóch etapach, a rozpoczęcie produkcji planowane jest na obecny 2022 rok. Co więcej, kolejna południowokoreańska firma SK IE Technology, otworzyła w październiku ubiegłego roku swój pierwszy zakład produkcji separatorów do baterii litowo-jonowych w Polsce i zapowiedziała otwarcie kolejnych na koniec 2023 r.
Ponadto Polska może stać się liderem w zakresie recyklingu baterii litowo-jonowych. Nie jest to łatwy proces, gdyż są one znacznie większe i cięższe od tradycyjnych akumulatorów, cechuje je dużo bardziej złożona konstrukcja, a w przypadku niewłaściwego rozebrania na części grożą nawet eksplozją. Zdaniem ekspertów z ISI Emerging Markets Group właściwy recycling kluczowego elementu pojazdów elektrycznych stanie się ważną niszą rynku motoryzacyjnego, bez którego e-mobliność nie ma szans się rozwinąć. Polska może upatrywać w tym swoją szansę. Europejski Bank dla Odbudowy i Rozwoju (EBOR) zaoferował, że udzieli pożyczki w wysokości do 25 mln euro dla Elemental Holding, polskiej firmy zajmującej się zbiórką i recyklingiem odpadów elektrycznych.
Wyzwania na drodze do sukcesu
Pomimo dobrych perspektyw Polska będzie musiała zmierzyć się z pewnymi wyzwaniami. Analitycy ISI Emerging Markets Group zwracają przede wszystkim uwagę na wciąż znaczącą dominację USA i Chin. Szacuje się, że globalna zdolność produkcyjna ogniw litowych w tych krajach wynosi 12% dla USA i 73% dla Państwa Środka. Jest to efekt ogromnych inwestycji oraz strategii rządowych, które zostały wdrożone w trakcie ostatniej dekady. Jak wynika z opracowania Państwowego Instytutu Geologicznego, w Polsce wciąż brak jest perspektyw na odkrycie złóż litu. Jest to zresztą problem całej Europy, która posiada bardzo niewiele tego cennego surowca.
Kolejne wyzwanie stanowią zakłócenia łańcuchów dostaw wywołane przez pandemię COVID-19. Sektor motoryzacyjny odczuł to szczególnie dotkliwie, co widać na przykładzie Niemiec, gdzie jak podaje Federalny Urząd Statystyczny produkcja samochodów i części samochodowych spadła w ciągu miesiąca o 17,5%. W tych trudnych warunkach biznesowych kluczowy staje się wgląd do aktualnych danych z rynku. Dostęp do informacji zebranych na platformach analitycznych, takich jaki CEIC, gdzie znajdują się dane z ponad 200 gospodarek, pozwala szybko reagować, aby zapewnić kluczowe komponenty. Pomaga to w porę identyfikować potencjalne wąskie gardła oraz przestoje, a także zorganizować w razie potrzeby alternatywne metody transportowe.
W momencie w którym potrzebujemy kompleksowej porady prawnej swoje kroki kierujemy do wyspecjalizowanej kancelarii adwokackiej. Pracują tam doświadczeni prawnicy, którzy przyjrzą się problemowi i znajdą najbardziej efektywne rozwiązanie, nawet z pozoru w trudnej sytuacji. Na co konkretnie zwrócić uwagę, aby wybrać placówkę, która będzie charakteryzować się najlepszą obsługą? Podpowiadamy.
Zakres usług
Na początek warto zwrócić uwagę na zakres usług. Kancelaria adwokacka powinna być w stanie zaoferować najwyższą jakość świadczeń i dopasować ofertę do potrzeb konkretnego klienta. Na profesjonalizm wpływa w dużym stopniu doświadczenie zatrudnionych tam adwokatów. Zanim udamy się do konkretnej placówki warto sprawdzić to w czym się specjalizują i jaki jest ich zakres działalności.
Jakość obsługi
Kluczową rolę dla każdego klienta ma jakość obsługi. Wiarygodna kancelaria adwokacka w Poznaniu lub w innym większym mieście musi zapracować na swoją renomę. Opinie zadowolonych klientów świadczą o tym, że warto im zaufać. Świadczy to o jej skuteczności i o tym, że trafiają tam także osoby z rekomendacji. Duże znaczenie w takim przypadku ma podejście do klienta. Zależy to bezpośrednio od osób zatrudnionych w takiej placówce. Dobry adwokat powinien być w stanie porozmawiać z klientem w sposób rzeczowy, bez używania skomplikowanych sformułowań z języka prawnego. Musi być także cierpliwy. Niektóre sprawy są wielce skomplikowane i wymagają bardzo dużego zaangażowania, aby móc je doprowadzić z sukcesem do samego końca. W takim przypadku przydaje się także kreatywność. To właśnie praca doświadczonych i wykwalifikowanych adwokatów wpływa na samą jakość kancelarii adwokackiej.
Cena usług prawnych
Z pewnością duże znaczenie dla wielu osób odgrywa cena. Jeśli dysponujemy niewielkim budżetem to chcemy właściwie spożytkować nasze pieniądze. Należy jednak mieć świadomość tego, że nie zawsze tania usługa adwokacka jest gwarancją sukcesu. Niekiedy nawet drobne błędy mniej doświadczonych adwokatów mogą zdecydować o przegranej w sądzie. Dlatego na takich usługach nie zawsze warto oszczędzać, szczególnie jeśli proces toczy się o wysoką stawkę.
Umiejętności nie tylko w sądzie
Dobry adwokat umie skutecznie działać nie tylko w sądzie. Dlatego wybierając kancelarię adwokacką warto zwrócić uwagę czy mogą się oni poszczycić się sukcesami przed właściwym postępowaniem. Mowa tutaj zwłaszcza o negocjacjach, które przeprowadzone w sposób właściwy mogą pozwolić zaoszczędzić na kosztach postępowania sądowego.
Ze względu na pandemię, od 2020 roku zwracamy większą uwagę na estetykę naszych kuchni, w których przyszło nam spędzać wiele więcej czasu. Przez to okres ten był dla branży AGD wyjątkowo łaskawy – wielu z nas decydowało się bowiem na zakup nowego sprzętu. A czego w 2022 roku może spodziewać się branża? Na te pytania opowiadają przedstawiciele firmy SOLGAZ, polskiego producenta opatentowanych płyt gazowych bez płomieni.
Pomimo pandemii, poprzedni rok dla branży AGD był owocny. Spędzając większą część czasu w domu na pracy, nauce oraz z racji zamknięcia większości lokali gastronomicznych, konsumenci mieli czas by ustalić nowe priorytety i potrzeby. Większą uwagę poświęcali na wybór rozwiązań, które maksymalnie ułatwiały im codzienne życie oraz świadomiej podchodzili do zakupu wszelkiego rodzaju sprzętów użytku domowego. To z kolei przyczyniło się do wzrostu ich sprzedaży. Czy ta tendencja utrzyma się również w nowym, 2022 roku?
Jak mówi Ireneusz Bartnikowski, Prezes firmy SOLGAZ, jeżeli nadal będziemy pracować i uczyć się hybrydowo lub w formule home office – a co za tym idzie – przygotowywać i spożywać posiłki w domach, to na pewno w dalszym ciągu wpływać to będzie na zwiększone zapotrzebowanie na domowy sprzęt kuchenny:
– W przypadku branży AGD, udało nam się uniknąć kryzysu spowodowanego zagrożeniem epidemiologicznym. Widać to w stabilnym i rosnącym zainteresowaniu klientów naszymi rozwiązaniami, skutkującym 15% wzrostem sprzedaży, w tym 17% płyt „gaz-pod-szkłem”. Jeżeli w 2022 roku konsumenci będą kontynuować codzienne przygotowanie posiłków w domach, a aktywność w lokalach gastronomicznych pozostanie wciąż ograniczona, wzrost ten cały czas będzie odczuwalny.
Więcej oszczędności
Kolejnym czynnikiem, wpływającym w 2022 roku na sprzedaż AGD, będzie galopująca inflacja oraz idące za nią kolejne podwyżki cen. Wymusi to szukanie oszczędności. Z jednej strony, jako że zwyżki kosztów dotykają boleśnie również producentów AGD, skutkując wzrostem cen sprzętu, będziemy przyspieszać decyzje zakupowe, by kupić potrzebne wyposażenie wcześniej i za mniejszą kwotę. Z drugiej – będziemy poszukiwać sposobów na tanie gotowanie, którego synonimem są kuchenki na gaz.
– Mimo drastycznych podwyżek cen paliwa gazowego, gotowanie na gazie nadal pozostaje tańsze, niż na płytach zasilanych prądem. Jest to szczególnie widoczne w przypadku płyt gazowych bez płomieni, które zużywają do 50% mniej tego paliwa. – wyjaśnia Ireneusz Bartnikowski, Prezes firmy SOLGAZ.
Tradycyjne kuchenki gazowe, choć bazują na tańszym paliwie, zużywają go zdecydowanie więcej niż płyty gazowe bez płomieni, które są aktualnie najciekawszym rozwiązaniem pod względem kosztów eksploatacji i nowoczesnego designu. Jest to rodzaj płyty, który łączy w sobie zalety wszystkich dostępnych opcji – ceramiczna płyta, brak wystających rusztów, możliwość regulacji temperatury czy blokada rodzicielska – tworząc niezawodną hybrydę funkcjonalności z zasilaniem gazowym. Zużywa ona do 50% mniej gazu niż jej tradycyjna wersja.
Seria funkcjonalności i designu
Eksperci SOLGAZ wskazują, że w 2022 roku świadomiej podejdziemy także do zakupu wszelkiego rodzaju sprzętów użytku domowego, zwracając uwagę nie tylko na ich cieszący oko design, ale także ekonomiczność i funkcjonalność. Pragnąc stworzyć idealne wnętrze, sprzęt AGD zakupimy seriami – oprócz płyty kuchennej, od razu dobierać będziemy do niej również piekarnik i okap od tego samego producenta:
– Przez ostatnie wydarzenia nabraliśmy pewności, że chcemy mieszkać w ładnych wnętrzach i gotować w równie przyciągających wzrok kuchniach. Innowacyjne rozwiązania o nowoczesnym designie – na przykład takie jak płyty „gaz pod szkłem” Innova – mają przede wszystkim ułatwić nasze codzienne gotowanie i pomóc w efektywnym wykorzystaniu naszego czasu oraz energii. Pamiętajmy jednak, że kupując w 2022 roku płytę grzewczą oraz piekarnik lub okap, warto zdecydować się na zakup u jednego producenta, ponieważ w ten sposób mamy gwarancję stworzenia harmonijnej aranżacji kuchni. Takie są nowoczesne rozwiązania gazowe firmy SOLGAZ, czyli wysokiej jakości urządzenia o atrakcyjnym designie i zaawansowanych funkcjonalnościach. – podpowiada Kamila Prałat z firmy SOLGAZ.
Lokalny patriotyzm
W 2022 roku zwrócimy się również ku polskim rozwiązaniom, wspomagają rodzime biznesy przeżywające kryzys związany z pandemią COVID-19. W związku z tym, produkty całkowicie opracowane i produkowane w Polsce będą nam szczególnie bliskie. Przykładem są rozwiązania polskiej firmy SOLGAZ, której płyty gazowe bez płomieni funkcjonują już w 100 tysięcy polskich domów. Korzystają z nich zwolennicy gotowania na gazie, którzy coraz śmielej zamieniają tradycyjne rozwiązania na nowoczesne płyty w technologii gaz-pod-szkłem.
– Nasze rozwiązania z sukcesem podbijają serca fanów standardowych kuchenek gazowych, jak i gładkich tafli płyt elektrycznych czy indukcyjnych nie tylko w samej Polsce. Płyty „gaz-pod-szkłem” firmy SOLGAZ dostępne są również między innymi w Niemczech, na Ukrainie, Czechach, Słowacji, Hiszpanii i w Wielkiej Brytanii. – mówi ekspertka firmy SOLGAZ.
W 2022 roku będziemy otaczać się polskimi, wygodnymi i wysokojakościowymi rozwiązaniami – w tym sprzętami AGD, które umożliwią nam łączenie funkcjonalności, innowacyjności i oszczędności. Przykładem są innowacyjne płyty polskiego producenta – firmy SOLGAZ – które spełnią wszystkie oczekiwania, jakie stawia przed nami 2022 rok.
W styczniu Rada Polityki Pieniężnej po raz czwarty od października 2021 r. zdecydowała się podnieść stopy procentowe, w celu przeciwdziałania szalejącej inflacji. Ekonomiści przewidują, że to nie koniec podwyżek i raty kredytów mogą ponownie wzrosnąć. Podczas debaty zorganizowanej przez Otodom, Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP przewidywał, że rynek może na te zmiany zareagować z opóźnieniem, bo banki obliczały dostępność kredytów zakładając podwyżki stóp.
Z danych Otodom wynika, że liczba wyświetleń ogłoszeń dotyczących sprzedaży domów i mieszkań w drugiej połowie 2021 r. była o 23% niższa niż w na początku roku. Rekordową liczbę miesięcznych wyświetleń ofert w serwisie odnotowywano, gdy oprocentowanie na lokatach wahało się w granicach zera, a stopa referencyjna NBP wynosiła około 0,1%.
Podczas debaty na temat trendów na rynku Piotr Bujak przekonywał, że pierwsze podwyżki stóp procentowych, jak na razie, nie wpłynęły na dostępność kredytów hipotecznych, ponieważ przy obliczaniu zdolności kredytowej banki i tak zakładały poziom stóp wyższy niż 0%. Ekonomista zwracał również uwagę, że rosnące stopy procentowe i niepewność na rynku mogą przynajmniej spowodować osłabienie popytu inwestycyjnego, ponieważ potencjalni kupujący być może pomyślą o ulokowaniu nadwyżek kapitału w innych aktywach.
– Należy również pamiętać, że znaczna część inwestorów nie znajduje się pod bezpośrednim wpływem rosnących stóp, ponieważ finansuje zakup inwestycji ze środków własnych, bez zaciągania kredytu” – komentuje Jarosław Krawczyk, PR Lead Otodom.
Potwierdzają to dane NBP, opublikowane w raporcie na temat sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych w 3 kwartale 2021 r., z których wynika, że mieszkania kupowane wyłącznie ze środków własnych w ubiegłym roku stanowiły znaczną część wszystkich zakupionych lokali – w 1 kwartale 2021 r. 70% mieszkań kupiono bez zaciągania kredytu, w 2 kwartale 60%, a w 3Q 50%. Niższy procent zakupów mieszkań ze środków własnych w przedostatnim kwartale, według raportu NBP, „(…) wiąże się z wysoką wypłatą kredytów mieszkaniowych względem liczby sprzedanych mieszkań”.
Brak zainteresowania, czy zbyt mało ofert?
Jak podaje Biuro Maklerskie Pekao SA, giełdowi deweloperzy sprzedali w 4Q 2021 r. aż o 14% mniej mieszkań niż w poprzednim kwartale, czyli przed podniesieniem stóp. Z jednej strony może wynikać to ze słabnącego zainteresowania niektórych kupujących, z drugiej zaś z kurczącej się oferty dostępnych mieszkań. Podczas debaty Otodom, wiceprezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich Konrad Płochocki podkreślał, że spadek sprzedaży zanotowany przez deweloperów giełdowych to przede wszystkim efekt mniejszej podaży na rynku, czyli niedostatecznej liczby ofert, a nie braku zainteresowania. Według wiceprezesa PZFD jedną z przyczyn tej sytuacji są gwałtownie wzrastające ceny gruntów, które utrudniają deweloperom proces inwestycji, a także niektóre uregulowania prawne, brak miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego oraz rok rocznie wzrastające ceny materiałów budowlanych.
Złoty utracił zyski z ostatnich dwóch tygodni – na rynku coraz wyraźniej widać obawy o potencjalną agresję Rosji na Ukrainę. Dalsza eskalacja na Wschodzie może doprowadzić do jeszcze wyraźniejszego osłabienia polskiej waluty.
Ubiegły tydzień przyniósł istotne zmiany na rynku. Obserwowaliśmy spadek rentowności w USA z lokalnych maksimów i jednoczesną presję na aktywa ryzykowne. Jednym z ważniejszych katalizatorów wyprzedaży tych ostatnich jest ryzyko geopolityczne związane z napięciem wokół Ukrainy. Jest ono odległe dla większości kluczowych walut rynków wschodzących, mocno uderza jednak w rubla rosyjskiego i waluty regionu CEE, w tym złotego, które zaczęły obecny tydzień od wyraźnego osłabienia. Wyjątkowo dobrze radzą sobie za to waluty safe haven: jen japoński i frank szwajcarski, a także dolar amerykański.
Najważniejszym z zaplanowanych na najbliższe dni wydarzeń będzie zebranie Rezerwy Federalnej. Rynek niemal powszechnie oczekuje, że FOMC w środę otworzy drzwi do podwyżki stóp w marcu, a może i ogłosi jeszcze wcześniejsze wygaszenie programu QE.
PLN
Po wyjątkowo dobrych piątkowych danych o produkcji przemysłowej i płacach prezes NBP Adam Glapiński dokonał istotnego zwrotu w retoryce, stwierdzając, że stopy procentowe powinny wzrosnąć bardziej, niż zakłada rynek. Jeszcze w piątek rano kontrakty na przyszłą stopę procentową (FRA) sugerowały docelowy wzrost stóp do ok. 3,75%. Po słowach prezesa NBP rozpoczęło się dostosowywanie rynkowych oczekiwań. Są one mocno rozedrgane, co może ograniczać ich wartość informacyjną, niemniej obecnie wyceniana przez rynek stopa znajduje się ok. 50 pb. wyżej niż w piątek. Oznacza to, że kluczowa stopa procentowa docelowo ma zdaniem rynku wynieść ok. 4,25%.
Złoty w takiej sytuacji powinien zyskiwać, jednak po chwilowej aprecjacji waluta doświadczyła wyraźnej presji deprecjacyjnej, która utrzymała się na początku tego tygodnia i może ograniczać krótkoterminowe perspektywy umocnienia złotego. Mimo że w kraju zaczęła się kolejna, rekordowa fala zakażeń COVID-19, wszystko wskazuje na to, że głównym katalizatorem osłabienia złotego jest napięcie w kontekście sytuacji na Wschodzie. W przypadku dalszej eskalacji może ono doprowadzić do jeszcze wyraźniejszego osłabienia krajowej waluty.
EUR
Jesteśmy świadkami powstawania istotnego rozłamu w poglądach Rady Prezesów Europejskiego Banku Centralnego. Wszystko wskazuje na to, że jej członkowie coraz mniej komfortowo czują się w obliczu optymistycznych założeń banku dotyczących szybkiego powrotu do dwuprocentowej inflacji. Występuje też zróżnicowanie poglądów w zakresie wygaszania programu QE, co widać po ostatnich minutkach z posiedzenia EBC.
Prezeska Christine Lagarde wydaje się jednak utrzymywać gołębie spojrzenie na inflację i jej perspektywy. Uważamy, że prognozy inflacji EBC są niewiarygodnie optymistyczne. Spodziewamy się, że rozłam w Radzie będzie coraz większy i ostatecznie doprowadzi do podniesienia stóp przez EBC przed końcem roku, co wesprze euro.
Dzisiejsze wyprzedzające wskaźniki PMI dotyczące aktywności biznesowej w strefie euro pokazały negatywny wpływ Omikrona, który szczególnie mocno wpłynął na sytuację sektora usług. Bazując na tych danych, na początku roku nadal jednak mamy do czynienia z wyraźną ekspansją we wspólnym bloku.
USD
Oczekiwania rynkowe względem podwyżek stóp procentowych Fedu ponownie wzrosły w zeszłym tygodniu, nawet mimo awersji do ryzyka i obniżenia krzywej dochodowości papierów skarbowych. Poza zmiennością na rynkach ubiegły tydzień nie przyniósł wielu nowych informacji z USA.
Styczniowe zebranie Rezerwy Federalnej, którego wynik poznamy w środę 26.01, będzie kluczowym wydarzeniem dla rynków walutowych. Uważamy, że poza jasnym sygnałem o podwyżce w maju istnieje spora szansa na ogłoszenie zakończenia programu QE nawet szybciej, niż jest to obecnie planowane. Wpływ takiej decyzji byłby niewielki, ale efekt psychologiczny tak jastrzębiego sygnału jest nie do przewidzenia. Dlatego uważamy, że bardziej prawdopodobne jest jednak wygaszenie programu zgodnie z planem, choć spodziewamy się bardzo jastrzębiej komunikacji z posiedzenia.
GBP
Umocnienie brytyjskiej waluty w zeszłym tygodniu zostało zatrzymane przez publikację słabych danych z gospodarki Wielkiej Brytanii i ogólnie negatywny sentyment względem ryzyka. Co tyczy się tego pierwszego, szczególnie rozczarował gwałtowny spadek sprzedaży detalicznej w grudniu. Niemniej wyraźnie wyższa od oczekiwań inflacja w tym samym miesiącu niemal gwarantuje, że Bank Anglii w lutym po raz kolejny podniesie stopy procentowe.
Inflacja konsumencka w ubiegłym miesiącu osiągnęła 5,4% (powyżej konsensusu 5,1%) i była najwyższa od marca 1992 r. Najważniejsze w tym tygodniu dane z Wielkiej Brytanii, styczniowe odczyty PMI, rozczarowały, ściągane w dół przez sytuację pandemiczną, niemniej nadal sugerują, że gospodarka kraju doświadcza wyraźnej ekspansji.
CHF
Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu drugą najlepiej radzącą sobie walutą G10, za jenem japońskim, a dzisiejszego ranka kurs EUR/CHF osiągnął kolejne lokalne minimum, zbliżając się do poziomu 1,03. Nowe obawy dotyczące globalnego wzrostu i zwiększone ryzyko eskalacji napięcia między Rosją i Ukrainą, które dołączyły do obaw związanych z Omikronem, zwiększają słabość euro i wspierają waluty safe haven.
Wpływają one na zmiany sentymentu rynkowego, dlatego w tym tygodniu wciąż skupiamy się na opisanych powyżej tematach. Wart zauważenia będzie również odczyt szwajcarskiego wskaźnika wyprzedzającego KOF w styczniu, który zostanie opublikowany w piątek, ponieważ jest on jedną z najlepszych miar pozwalających ocenić perspektywy gospodarcze kraju.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury
Fundusz inwestycyjny Movens Growth Equity powstał w ramach Movens Capital. Jego łączna kapitalizacja wyniesie 100 mln PLN. 50 mln PLN to efekt umowy z NIF ASI- funduszem funduszy utworzonym przez Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, a kolejne 50 mln PLN pochodzić będzie od prywatnych inwestorów.
Movens Growth Equity chce wspierać rozwój małych i średnich przedsiębiorstw z Polski tworzących rozwiązania z obszarów transformacji cyfrowej oraz zmieniających się preferencji konsumenckich. W tym celu zapewni im finansowanie kapitałowe oraz bieżące aktywne wsparcie i doradztwo finansowo-biznesowe.
Partnerami zarządzającymi w funduszu są: dr Maciej Kraus, Łukasz Pawłowski oraz Radosław Rejman. Wcześniej jako zespół z sukcesem zainwestowali w m.in. Grupę Netsprint, Packhelp, Salad Story czy Fenige.
Fundusz wesprze swoje spółki portfelowe przede wszystkim w obszarach kluczowych dla budowania wartości firm: strategii rozwoju (organicznego oraz poprzez akwizycje), zarządzaniu marżami i optymalizacją cen, finansach i kontrolingu, tworzeniu struktury operacyjnej i realizacji procesów HR, a także strategii wyjścia (np. przygotowania spółki do jej sprzedaży w przyszłości). Zaoferuje im również wsparcie sprawdzonych ekspertów z Polski i z zagranicy, m.in. w zakresie realizacji działań marketingowych umożliwiających dynamiczny wzrost firmy (growth-hacking) oraz ukierunkowanych na uzyskanie pożądanego efektu, np. sprzedażowego (performance marketing).
– Obecnie w Polsce jest tylko kilka funduszy inwestujących w sektor MŚP. Tymczasem ma on ogromny potencjał. Zazwyczaj są to firmy prowadzone przez osoby doskonale znające swoją branżę, tworzące produkty, cieszące się zainteresowaniem odbiorców i osiągające przychody. Wystarczy im niewielkie wsparcie, aby przejść na wyższy poziom. Tu upatrujemy naszej roli. Oferujemy kapitał na poziomie 5 – 25 mln PLN i bieżące wsparcie finansowo-biznesowe w 5 strategicznych obszarach. Nie jest naszym celem przejmowanie kontroli w spółkach, interesuje nas objęcie pakietu 20-40 proc. udziałów, przy 5-letnim horyzoncie inwestycyjnym – mówi dr Maciej Kraus, partner w Movens Growth Equity.
Fundusz chce inwestować w przedsiębiorstwa oferujące rozwiązania z dwóch obszarów: cyfrowej transformacji oraz zmieniających się preferencji konsumentów (“customer retail”). W pierwszej grupie znajdują się m.in. firmy tworzące usługi dla e-commerce, IT, AdTech oraz fintechy. Druga grupa to spółki adresujące potrzeby wynikające ze zmian zachodzących w preferencjach oraz stylu życia konsumentów, związane m.in. ze zdrowym żywieniem, edukacją, ekologią czy rozrywką.
– Wybrane przez nas sektory czeka długoterminowy wzrost, a wiele nisz nie jest zdominowanych przez dużych graczy, co zapewnia wiele atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych. Chcemy współpracować z innowacyjnymi firmami, stworzonymi przez pasjonatów, których produkty już teraz odpowiadają na rodzące się trendy. Zależy nam na wsparciu przedsiębiorców, chcących rozwijać swój pomysł, a nie sprzedawać firmę na wczesnym etapie. Wierzymy, że z naszym wsparciem staną się liderami swoich kategorii, nie tylko w Polsce – dodaje Łukasz Pawłowski, partner w Movens Growth Equity.
Na inwestycje nowy fundusz przeznaczy 100 mln PLN, z czego 50 mln PLN zostało pozyskanych ze środków unijnych w ramach umowy z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.
– W planach inwestycyjnych kreślimy szerokie spektrum naszych zainteresowań. Niezwykle dynamiczne procesy cyfryzacyjne, związane z upowszechnieniem usług cyfrowych w biznesie i życiu codziennym, stanowią jednoznaczne wskazanie do działalności kapitałowej w tej przestrzeni – mówi Krzysztof Szubert, Prezes Zarządu NCBR Investment Fund ASI S.A. (NIF) i dodaje – Jestem przekonany, że wspólne inwestycje z funduszem Movens Growth Equity w polskie podmioty z sektora cyfryzacji, będące już na etapie wzrostu i ekspansji, mają szansę przynieść bardzo dobre efekty biznesowe.
Movens Growth Equity jest zarządzany przez trzech rozpoznawalnych w środowisku managerów z wieloletnim doświadczeniem inwestycyjnym, biznesowym i doradczym. Dr Maciej Kraus jest jednym z czołowych ekspertów w CEE w zakresie zarządzania cenami na rynkach B2B i B2C a także aniołem biznesu, wykładowcą MBA na Stanford, mówcą TED i autorem książek. Doradzał zarówno globalnym koncernom (Siemens, Daimler, Johnson&Johnson, Cemex), jak i mniejszym organizacjom. Łukasz Pawłowski to bankier inwestycyjny oraz anioł biznesu, posiadający doświadczenie w doradztwie z obszaru fuzji i przejęć oraz finansów przedsiębiorstw. Na swoim koncie ma kilkadziesiąt zakończonych sukcesem transakcji kapitałowych. Pracował m.in. w EY Corporate Finance, CAG, Espirito Santo Investment Bank (obecnie Haitong Bank). Z kolei Radosław Rejman posiada niemal 20-letnie doświadczenie w obszarze corporate finance, zarządzaniu inwestycyjnym, a także operacyjnym zarządzaniu aktywami, produkcją i handlem. Odpowiadał za zarządzanie finansowe i operacyjne w towarzystwach funduszy inwestycyjnych (Opera TFI i Skanska TFI) oraz domach maklerskich (Opera Dom Maklerski, Opera Kwiatkowski i Wspólnicy), przez niemal dekadę zasiadając w zarządach instytucji finansowych.
Partnerzy Movens Growth Equity jak dotąd zainwestowali w kilka rosnących spółek zgodnych ze strategią funduszu. Wśród nich znajdują się m.in. Salad Story – największa w Polsce sieć restauracji typu “convenience” ze zdrowymi posiłkami, Grupa Netsprint – zajmująca się marketingiem internetowym, Packhelp – marketplace oferujący spersonalizowane opakowania, Fenige – fintech dostarczający rozwiązania płatnicze, a także 7anna – producent oraz dystrybutor rowerów gravel, MTB i urban pod markami Rondo, NS Bikes, Octane One i Creme.
– Prowadzimy obecnie zaawansowane negocjacje z kolejnymi firmami o wsparciu kapitałowym ze strony Movens Growth Equity. Jedna z nich zajmuje się szeroko rozumianym climate tech, a druga pochodzi z branży e-commerce. Liczymy na to, że już niebawem będziemy mogli pochwalić się kolejnymi inwestycjami w portfelu– dodaje Radosław Rejman, partner w Movens Growth Equity.
Najmujący mieszkania na podstawie kilkuletniej umowy muszą się w tym roku liczyć z 5,1% podwyżką czynszu. W gorszej sytuacji mogą się znaleźć ci najemcy, którzy zawarli umowy najmu na rok. Dlaczego? Wyjaśnia to portal GetHome.pl.
– W czasie obowiązywania kilkuletniej umowy najmu właściciel mieszkania może co roku waloryzować czynsz o wskaźnik inflacji – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo. I dodaje, że na taką waloryzację – zwykle dokonywaną w lutym – pozwala ustawa o ochronie praw lokatorów. Średnioroczny inflacyjny wskaźnik ogłasza w styczniu prezes GUS. Najnowszy wskaźnik wynosi 5,1%, co oznacza, że z taką podwyżką czynszu muszą się w tym roku liczyć najemcy długoterminowi. W przypadku czynszu w wysokości 2 tys. zł podwyżka wyniesie ok. 100 zł. Oczywiście mogą poprosić wynajmującego, żeby z niej zrezygnował.
– Natomiast każde przedłużenie rocznej umowy najmu jest dla wynajmującego okazją do podwyżki czynszu, o ile pozwala mu na to sytuacja rynkowa – podkreśla Marek Wielgo.
Zwraca uwagę, że w ostatnich latach taki sposób „waloryzacji” był dla najemców mniej korzystny od inflacyjnego. Np. w latach 2015-2016. mieliśmy wręcz do czynienia z deflacją. W przypadku umowy najmu przewidującej taką sytuację (konieczna jest stosowna klauzula) oznaczało to obniżkę czynszu. Wyjątkiem był rok 2020, gdy wskutek pandemii Covid-19 wielu wynajmujących mieszkania, zwłaszcza w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu zmuszonych było do obniżki czynszów. Popyt na nie wyraźnie się bowiem skurczył m.in. z powodu przejścia wielu uczelni na tryb zdalny. Z najmu rezygnowało też wielu cudzoziemców. Mogli więc zacierać ręce ci najemcy, którzy w 2019 r. lub na początku 2020 r. zdecydowali się na zawarcie rocznej umowy najmu. W przypadku jej wydłużenia o kolejny rok, mogli bowiem liczyć na obniżkę czynszu.
Jednak w drugiej połowie 2021 r. sytuacja na rynku diametralnie się zmieniła. Według AMRON w III kwartale przeciętny czynsz w Warszawie i Krakowie wzrósł aż o ponad 8%! AMRON nie podał jeszcze danych za IV kwartał, ale z sygnałów docierających z rynku wynika, że utrzymała się tendencja wzrostowa.
– Wygląda więc na to, że kilkuletnie umowy najmu mieszkania, z coroczną waloryzacją inflacyjną czynszu znów stały się dla najemców bardziej korzystne – komentuje ekspert GetHome.pl. Tym bardziej, że jak wynika z danych serwisu Unirepo.pl, który analizuje oferty w 38 portalach ogłoszeniowych, w końcówce 2021 r. sytuacja na rynku najmu wygląda wręcz dramatycznie pod względem liczby ofert. W listopadzie było ich o połowę mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej!
Dodajmy, że poza czynszem wynajmujący pobierają również opłaty, których wysokość od nich nie zależy, np. za wodę i odbiór ścieków czy śmieci. Niestety, utrzymanie mieszkania jest najszybciej rosnącą pozycją w budżetach domowych wielu polskich rodzin. GUS podał właśnie, że w grudniu 2021 r. opłaty za mieszkanie, w tym opłaty za media były aż o 11,2% wyższe niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Tempo wzrostu jest więc znacznie szybsze od wskaźnika inflacji, który GUS oszacował na 8,6%.
Najbardziej dotkliwe dla kieszeni właścicieli mieszkań i najemców były podwyżki kosztów ogrzewania i cen energii. Np. opał podrożał średnio o 39,8%, a gaz – o 18,8%. Kolejny rok z rzędu rosły opłaty za wywóz śmieci – tym razem średnio o 16,2%. GUS poinformował również, że w grudniu opłata na rzecz właścicieli byłao 6,4% wyższa niż w 2020 r. Akurat ta podwyżka była więc niższa od wskaźnika inflacji.
Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) publikuje zagregowane dane dotyczące warszawskiego rynku najmu powierzchni biurowych w czwartym kwartale 2021 roku. Źródłem danych są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Newmark Polska, Savills), a informacje dotyczą zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych projektów oddanych do użytku, wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.
Na koniec grudnia 2021 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie osiągnęły wielkość 6 150 900 m kw.
W IV kwartale 2021 roku na stołeczny rynek dostarczono ponad 31 500 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej w trzech projektach, a mianowicie: Central Point (18 000 m kw.), pierwsza faza budynku Fabryka PZO (12 100 m kw.) oraz EC Powiśle D3 (1 500 m kw.). Łącznie od początku roku warszawski rynek biurowy został powiększony o 16 budynków biurowych o całkowitej powierzchni wynoszącej niemal 325 000 m kw.
Na koniec IV kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 12,7% (wzrost o 0,2 pp w porównaniu do poprzedniego kwartału oraz powiększenie o 2,8 pp w odniesieniu do IV kw. 2020.). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła 778 400 m kw. W strefach centralnych współczynnik pustostanów wyniósł 12,9%, natomiast poza centrum miasta sięgnął 12,4%.
W całym 2021 roku popyt brutto na nowoczesne powierzchnie biurowe wyniósł około 646 500 m kw., w tym aż 250 800 m kw. przypadło na IV kw. 2021 roku. Największym zainteresowaniem najemców w ostatnim kwartale ubiegłego roku cieszyły się strefy Centrum, Centralny Obszar Biznesu oraz Mokotów. W ciągu czterech kwartałów 2021 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom – 49% (włączając umowy przednajmu), renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 45% zarejestrowanego popytu, a ekspansje – 6%.
Największymi transakcjami IV kwartału 2021 r. były: renegocjacja oraz ekspansja powierzchni przez AstraZeneca w budynku Postępu 14 (20 800 m kw.), umowa przednajmu poufnego najemcy z branży IT w wieżowcu Varso Tower (15 000 m kw.) oraz przedłużenie umowy przez GDDKiA w biurowcu Green Corner B (12 800 m kw.).
W 2021 r. zgłoszono rekordową liczbę 20 130 podatności w oprogramowaniu – średnio 55 dziennie. Jednak tylko 4% z nich stanowiło wysokie ryzyko dla organizacji.
Organizacja może zmniejszyć szanse na naruszenie bezpieczeństwa cyfrowego nawet 29-krotnie, naprawiając w pierwszej kolejności luki wysokiego ryzyka i posiadając zdolność do usuwania skutków ataków.
Popularny social listening, czyli wykorzystanie wzmianek na Twitterze w celu nadania priorytetów poprawkom oprogramowania jest dwa razy bardziej skuteczne w ograniczaniu wykorzystywania luk niż standardowy system oceny podatności CVSS (Common Vulnerability Scoring System).
Nowe badanie Cisco, Kenna Security i Cyentia Institute określa skuteczność różnych strategii zarządzania podatnościami oraz możliwości wykorzystania ich przez całe organizacje, rozszerzając tym samym procedury postępowania w zakresie cyberbezpieczeństwa oparte na analizie ryzyka. Przy średnio 55 nowych lukach odkrywanych w oprogramowaniu każdego dnia w 2021 roku, nawet najlepiej wyposażone i dysponujące odpowiednimi zasobami zespoły IT nie są w stanie usunąć wszystkich podatności w infrastrukturze. Na szczęście, istnieje lepsze rozwiązanie.
Najnowsze badanie przeprowadzone przez Kenna Security, obecnie część Cisco, lidera na rynku zarządzania podatnościami opartego na analizie ryzyka, oraz Cyentia Institute, pokazują, że prawidłowe nadanie priorytetu jest bardziej efektywne niż zwiększenie zdolności organizacji do łatania luk. Zastosowanie obu tych metod jednocześnie może 29-krotne zmniejszyć ryzyko wykorzystania luk do przeprowadzenia skutecznego ataku.
„Exploity w cyberprzestrzeni były kiedyś najlepszym wskaźnikiem tego, które luki w zabezpieczeniach powinny być traktowane priorytetowo. Teraz możemy dodatkowo określić prawdopodobieństwo, czy dana organizacja zostanie zaatakowana, co od dawna było w naszych planach i dążeniach” – mówi Ed Bellis, współzałożyciel i dyrektor ds. technologii w firmie Kenna Security, będącej obecnie częścią Cisco. „Dzięki temu organizacje mają znacznie większe szanse na skuteczną walkę z potencjalnymi cyberzagrożeniami, a badania pokazują, że nasi klienci każdego dnia z powodzeniem zarządzają ryzykiem związanym z podatnościami”.
Możliwości wykorzystania podatności do ataku na organizacje zostały określone przy użyciu otwartego systemu EPSS (Exploit Prediction Scoring System). Jest to międzybranżowy projekt, w którego skład wchodzą Kenna Security i Cyentia Institute, zarządzany przez FIRST.org.
Wnioski z badania są zgodne z ostatnią dyrektywą Agencji ds. Cyberbezpieczeństwa i Bezpieczeństwa Infrastruktury (CISA – Cybersecurity and Infrastructure Security Agency), która sugeruje, że lepiej jest odejść od ustalania priorytetów w usuwaniu luk w oparciu o wyniki CVSS i zamiast tego skupić się na podatnościach wysokiego ryzyka. Analiza pokazuje, że czynniki takie jak kod danego exploita, a nawet wzmianki o nim na Twitterze są lepszymi sygnałami ostrzegawczymi niż wyniki CVSS.
Badania wskazują również, że:
Prawie wszystkie (95%) zasoby IT posiadają co najmniej jedną podatność, którą można łatwo wykorzystać.
Nadawanie priorytetów podatnościom za pomocą kodu exploita jest 11 razy bardziej efektywne niż CVSS w minimalizowaniu możliwości ich wykorzystania.
Większość (87%) organizacji posiada otwarte podatności w co najmniej jednej czwartej swoich aktywnych zasobów, a 41% z nich wykazuje podatności w trzech na cztery zasoby.
W przypadku zdecydowanej większości (62%) podatności istnieje mniej niż 1% szans, że zostaną one wykorzystane przez cyberprzestępców. Tylko dla 5% znanych podatności prawdopodobieństwo to przekracza 10%.
Prowadzenie własnego biznesu w dzisiejszych czasach nie może obejść się bez strony internetowej. Niezależnie od tego, czy założysz ją samodzielnie, czy też zlecisz to zadanie jakiemuś podmiotowi, musisz na początku poczynić pewne założenia. W jaki sposób zaprojektować wirtualną przestrzeń, aby była doskonałą wizytówką Twojej firmy? Od czego zacząć i o czym pamiętać? Żeby się tego dowiedzieć, przeczytaj poniższy artykuł.
Strona internetowa własnej firmy – od czego zacząć?
Budowanie strony internetowej należy zacząć od dobrego pomysłu. Warto odpowiedzieć sobie na pytania:
Czemu ma służyć moja strona internetowa?
Jakie informacje ma zawierać?
W jaki sposób zamierzam ją rozbudowywać?
Czym chcę się wyróżnić na tle konkurencji?
Dobrze jest przemyśleć koncepcję, a następnie przedyskutować ją z kimś innym – np. wspólnikiem czy partnerem biznesowym. Burza mózgów może przyczynić się do powstania nowych, ciekawych pomysłów, a także zdefiniowania kierunku rozwoju strategii marketingowej.
Ważną decyzją jest także ustalenie, jak strona internetowa ma wyglądać pod względem warstwy wizualnej. Dotyczy to zarówno kolorystyki, jak i układu elementów na ekranie oraz sposobu przemieszczania się pomiędzy nimi. Łatwa obsługa witryny skłania użytkownika do poświęcenia większej ilości czasu na jej eksplorowanie.
Styl strony internetowej powinien być kompatybilny z logotypem firmy. Ten sam sposób przedstawienia treści warto również zastosować na wizytówkach, w folderach reklamowych czy innych materiałach promocyjnych. Uzyskana w ten sposób spójność wizerunku pozwala na wytworzenie w odbiorcy wrażenia profesjonalizmu.
Pamiętaj, że prowadzenie strony internetowej wymaga niezawodnego dostępu do sieci. Szybki internet w nowoczesnej technologii światłowodowej, z gwarancją stabilności i rozbudowanym supportem technicznym po stronie dostawcy, to podstawa funkcjonowania każdego przedsiębiorstwa. Oferty dla klientów biznesowych zawierają wiele udogodnień, z których warto korzystać. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, wejdź na https://www.upc.pl/biznes/internet/kup-internet/.
Strona internetowa własnej firmy – o czym pamiętać?
Kiedy ogólna koncepcja strony internetowej jest już opracowana, warto pomyśleć o detalach. Dużo zależy tu od branży, której dotyczy Twój biznes. Uniwersalna we wszystkich przypadkach jest konieczność zadbania o następujące kwestie.
Wiarygodność
Osoby odwiedzające stronę internetową Twojej firmy powinny mieć poczucie, że to miejsce prowadzone przez specjalistów godnych zaufania. Warto stworzyć zakładkę, w której zostanie przedstawiona misja przedsiębiorstwa, a take jego założyciele. Oprócz wymienienia konkretnych osób z imienia i nazwiska, dobrze jest umieścić na stronie ich zdjęcia.
Dane kontaktowe
Tworząc stronę internetową własnej firmy, należy pamiętać o pozostawieniu użytkownikom możliwości nawiązania kontaktu. Może się to odbywać poprzez odpowiednio skonfigurowany formularz, ale warto też umieścić gdzieś adres mailowy lub numer telefonu. Nowoczesną formą komunikacji jest korzystanie z różnego rodzaju aplikacji lub mediów społecznościowych. Uruchomienie na stronie internetowej czatu to opcja, która jest zdecydowanie warta rozważenia.
Odpowiedni przekaz
W zależności od tego, czym zajmuje się Twoja firma oraz jakie są jej cele biznesowe, Twoja oferta może być skierowana do różnej grupy docelowej. Ważne, aby dostosować sposób przekazu do zakładanego odbiorcy. Zastanów się, jaki powinien być język komunikacji na Twojej stronie internetowej. Wolisz posługiwać się tekstem pisanym czy grafiką? A może najlepszym środkiem komunikacji będą multimedia? To wszystko ma znaczenie w budowaniu relacji z potencjalnym klientem.
Obecność w mediach społecznościowych
Social media to w dzisiejszych czasach potężne narzędzie budowania sieci kontaktów, poszukiwania partnerów biznesowych, a także prezentowania swojej oferty szerokiemu gronu odbiorców. Warto dbać o widoczność na portalach społecznościowych, np. prowadząc tam kampanie reklamowe przekierowujące użytkowników do Twojej strony internetowej.
Po piątkowym zamknięciu rynków europejskich złoty gwałtownie zyskał na wartości. Paliwem do wzrostów była wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego dla agencji Bloomberg. Przewodniczący RPP jasno stwierdził, że jego zdaniem stopy procentowe w Polsce wzrosną bardziej niż wskazuje to wycena rynkowa. Za nami najgorszy tydzień na Wall Street od ponad roku. SP500 stracił 5,7 a Nasdaq Composite 7,6 proc.
Umocnienie złotego było chwilowe. EUR/PLN zszedł do poziomu 4,5080 po czym widzieliśmy odbicie i aktualnie para walutowa kwotowana jest na poziomie 4,53. Dynamiczna reakcja była spowodowana tym, że jeszcze niedawno Glapiński był nieco bardziej „gołębi” i zakładał podwyżki do poziomu poniżej rynkowego konsensusu. Aktualnie w Polsce główna stopa procentowa jest na poziomie 2,25 proc. i biorąc pod uwagę stopy rynku pieniężnego, przed zakończeniem cyklu zacieśniania zakłada się jeszcze około dwóch podwyżek, każda o 50 bps. Przy inflacji bliskiej 9 proc. i niewielkich szansach na jej znaczne obniżenie w najbliższych kwartałach, rynek może zacząć wyceniać ujemne realne stopy procentowe. Na EUR/PLN nie został przełamany dołek z 20 stycznia (4,5070). Kurs jedynie zbliżył się do tego poziomu. Po kilkutygodniowej aprecjacji, być może przyszedł czas na odreagowanie do 4,55-4,56.
Z kolei stawki kontraktów na przyszłą stopę procentową dynamicznie wzrosły w piątek. Kontrakt FRA3x6 urósł do poziomu 4,32, FRA6x9 do 4,47 a FRA9x12 do 4,4630. To dobre instrumenty, które pomagają określić, czego należy się spodziewać na rynku stóp procentowych w krótkim i średnim terminie. Widać, że rynek OTC zakłada znacznie wyższe stopy w Polsce na koniec tego roku.
Na Wall Street nie dzieje się najlepiej. Spadki to pokłosie moim zdaniem kilku czynników. Z pewnością jednym z nich jest konflikt na linii Rosja – Ukraina. To eskaluje niepewność. Kolejnym argumentem mogą być rozczarowujące wyniki spółek. Jesteśmy w trakcie sezonu publikacji raportów za IV kwartał. Głównym czynnikiem powodującym niedźwiedzi sentyment na rynkach – wg mojej opinii – jest zbliżające się posiedzenie FOMC (środa), podczas której rynki mogą otrzymać więcej konkretów co do podwyżek stóp oraz w jaki sposób będzie wyglądać redukacja bilansu Fed. Jeśli otrzymamy coś więcej niż to co wiemy obecnie, wówczas przecena może się jeszcze pogłębić. Jeśli jednak Powell będzie wystarczająco dyplomatyczny i dobrze „zagra” słowem, kolejne odbicie na indeksach jest prawdopodobne. SP500 do tej pory wykonał korektę o podobnym zasięgu do tej z września 2020 roku – czyli największej w okresie „covidowym”. To oznacza, że indeks znajduje się na wsparciu technicznym. Początek tego tygodnia wydaje się być kluczowym i przyniesie odpowiedz na pytanie czy koniec korekty na Wall Street to aktualne poziomy. Przełamanie poziomu 4400 pkt. otworzy drogę do 4250 pkt., gdzie wypadają minima z października oraz lipca 2021 roku.
Polskie firmy deklarują, że tylko w ciągu jednego kwartału są w stanie zatrudnić nawet 15 tys. pracowników IT. Najwięcej ofert pracy jest dla programistów (28%), testerów oprogramowania (14%) oraz wdrożeniowców (8%). Poza tym specjaliści z sektora IT mogą liczyć na kolejne podwyżki – analizują najnowsze dane eksperci z Kodilla.com.
Pandemia zmniejszyła wzrost zatrudnienia w branży IT praktycznie na chwilę. – Przed kryzysem gospodarczym wywołanym tym zdarzeniem, czyli w latach 2018-2019, chęć powiększenia kadry o specjalistów od IT deklarowało 18% polskich firm. W 2020 roku, kiedy ogłoszono stan pandemii, liczba ta rzeczywiście spadła – do 6%. Sytuacja ponownie odwróciła się w 2021 roku, kiedy chęć zatrudnienia ekspertów od nowoczesnych technologii wykazywało aż 66% polskich pracodawców – Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com, przywołuje wyniki badania sektora IT, które zostało przeprowadzone przez Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (2020-2021).
Wciąż zbyt mało specjalistów od IT – a rynek rośnie!
Dane pokazują, że mimo niestabilnego okresu, rynek pracy w sektorze nowych technologii szybuje w górę, a liczba ofert pracy kierowanych do specjalistów IT z końcem ubiegłego roku zwiększyła się o 140% (dane No Fluff Jobs).
Poza tym, z badania PARP i Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że tylko w jednym kwartale polskie firmy są w stanie zatrudnić ok. 14,5 tys. specjalistów z różnych obszarów IT. – Gdyby taki wzrost zatrudnienia udałoby się utrzymać przez cały rok, na rynku pracy pojawiłoby się kolejne 60 tys. miejsc pracy dla programistów – prognozuje Magdalena Rogóż.
Ze wspomnianego badania PARP i Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika ponadto, że w 2022 roku do grona najbardziej pożądanych specjalistów IT (obok programistów, na których czeka 28% wakatów), dołączają także testerzy oprogramowania (poziom ofert pracy dla nich ma utrzymać się na poziomie 14%) oraz wdrożeniowcy (8%).
Co jeszcze ma wpływ na rynek pracy w branży IT?
Rozwój technologiczny, który został przyspieszony o ok. pięć–siedem lat (w porównaniu do stanu sprzed pandemii)
Zwiększone przez pandemię zapotrzebowanie na e-usługi – m.in. w administracji publicznej, handlu czy zdrowiu.
Dynamiczny rozwój cyberbezpieczeństwa – z badania No Fluff Jobs wynika, że tylko w 2021 roku liczba publikowanych w tym serwisie ofert dla specjalistów od cyberbezpieczeństwa wzrosła aż o 366%.
– Nie tylko polskie firmy chcą zatrudniać programistów. Pandemia praktycznie zatarła granice na rynku pracy, ułatwiając zagranicznym pracodawcom pozyskiwanie talentów z naszego kraju – uzupełnia Magdalena Rogóż.
IT znów z największymi podwyżkami
Z raportu płacowego Hays Technology dla rynku IT Contracting wynika, że w 2022 roku aż 99% przedsiębiorstw IT planuje rekrutacje. Jednocześnie pracodawcy mają świadomość, że realizacja tego planu nie będzie łatwa – aż 77% ankietowanych przyznaje, że spodziewa się trudności w pozyskiwaniu pracowników.
Problemem jest nie tylko brak wykwalifikowanych pracowników, ale także presja płacowa. Dlatego, zgodnie z raportem Hays, aż 84% firm z branży IT deklaruje podwyżki – na poziomie ok. 5%. Również według “Raportu Płacowego Sedlak & Sedlak 2021 – jesień” pracodawcy planują przyznać podwyżki wynoszące ok. 5%. A przecież firmy technologiczne już i tak oferują najwyższą medianę w kraju!
– Analizując wynagrodzenia, które otrzymują pracownicy IT, do najlepiej zarabiających w Polsce należą osoby specjalizujące się w Security, DevOps, Big Data oraz Business Intelligence – mówi Magdalena Rogóż.
Specjaliści od Security zarabiają od 18,5 do 25 tys. PLN netto (+VAT),
Specjaliści od DevOps zarabiają od 16,8 do 23,5 tys. PLN netto (+VAT)
Specjaliści od Big Data zarabiają od 16 do 22 tys. PLN netto (+VAT)
Specjaliści od Business Intelligence zarabiają od 15,1 do 21 tys. PLN netto (+VAT)
(stawki przy umowie B2B)
Pamiętajmy, że istotny wpływ na wysokość wynagrodzenia ma branża oraz specyfika stanowiska. Nie wszyscy dyrektorzy mogą liczyć na wysokie pensje. Przykładowo dyrektor działu IT (19 800 PLN) będzie zarabiał prawie czterokrotnie więcej niż dyrektor szkoły (7 400 PLN).
Postępująca cyfryzacja i zmiany na rynku wywołane pandemią tylko przyspieszają rozwój branży IT. – Nie powinien zatem dziwić fakt, że zwiększa się zarówno zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych specjalistów, jak i zmienia się struktura zarobków dla przedstawicieli branży związanych z nowoczesnymi technologiami – podsumowuje Magdalena Rogóż.
Według najnowszych danych GUS w grudniu 2021 r. w porównaniu z listopadem br. odnotowano wzrost wartości sprzedaży detalicznej przez Internet w cenach bieżących (o 3,2%). Udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej wyniósł 10,2% względem 11,4% na koniec listopada.
Poniżej najnowsze dane komentują eksperci z Unity Group i Insightland:
Sebastian Błaszkiewicz – dyrektor sprzedaży w Unity Group:
To był kolejny rekordowy rok dla e-commerce. W 2022 r. też będzie obfitował w przełomowe wydarzenia.
W grudniu w porównaniu z listopadem 2021 r. odnotowano wzrost wartości sprzedaży detalicznej przez Internet w cenach bieżących (o 3,2%). Udział tej sprzedaży zmniejszył się z 11,4% w listopadzie do 10,2% w grudniu 2021 r.
W ostatnim miesiącu ubiegłego roku do większych e-zakupów związanych ze świętami (zarówno prezentów, jak i FMCG) mogła skłonić polskich klientów przede wszystkim lepsza logistyka: szybsze dostawy oraz większa sieć punktów umożliwiających odbiór osobisty. Najbliższy rok z pewnością przyniesie kolejne zmiany w obszarze dostaw, już teraz obserwuję, że rewolucja tego rynku coraz bardziej przyspiesza. InPost 2022 r. rozpoczął informacją, że w sieci sklepów Żabka postawi maszyny typu InDoor, a na tym nie koniec – przez następne pięć lat spółka będzie obsługiwać także dostawy zakupów z platformy ogłoszeniowej OLX. O rynek automatów paczkowych zawalczyć chcą również Allegro, które do końca 2022 r. zamierza postawić ich co najmniej 3 tys., do gry weszły też ALiExpress, Orlen czy Poczta Polska. Jak wiadomo, większa konkurencja to teoretycznie większa dostępność tej usługi i niższe ceny dla konsumentów, ale na efekty tej walki trzeba będzie jeszcze poczekać.
Na plus działają również nowe usługi i technologie ułatwiające ścieżkę konsumenta, np. płatności przez internet są coraz prostsze, szybsze, a powiększająca się oferta płatności odroczonych jeszcze bardziej uatrakcyjniają zakupy online. Jak wynika z zeszłorocznych badań Klarny większość kupujących w Polsce (77%) zna już tę formę płatności, a 69% twierdzi że miałoby większe zaufanie do sprzedawców, gdyby ci oferowali opcję „Kup teraz, zapłać później”. Dlatego też coraz większa grupa e-sprzedawców wdraża to rozwiązanie u siebie, licząc na wyraźny skok obrotów.
Jednak czynnikiem in minus dla e-zakupów mógł być problem z dostępnością towarów – w takich sytuacjach konsumenci szukają zamienników albo innych miejsc, w których dany produkt można kupić – tym zachowaniom zakupowym oczywiście sprzyja e-commerce, bo sprawdzenie dostępności towarów w internecie jest dużo prostsze. Drugim niekorzystnym czynnikiem są od kilku miesięcy rosnące ceny – w obliczu podwyżek wydajemy przypuszczalnie tyle samo, ale siłą rzeczy kupujemy mniej, a to będzie przekładać się na dane GUS dot. e-handlu w najbliższym roku.
Katarzyna Iwanich – prezes zarządu Insightland z grupy Hexe Capital:
Grudzień to ostatni miesiąc największego peaku sprzedażowego w roku. Udział e-commerce w sprzedaży detalicznej delikatnie spadł, choć jego wartość w cenach bieżących jest większa, niż w listopadzie. W grudniu wzrosła wartość sprzedaży detalicznej ogółem, natomiast większy niż miesiąc wcześniej był udział transakcji dokonanych w tradycyjnych sklepach stacjonarnych.
Wzrost wartości sprzedaży przez Internet w grudniu pokazuje, że Polacy coraz chętniej kupują świąteczne prezenty online. Jedna z największych barier przed zakupami online – zwroty – są dziś bezproblemowe i szybkie, choć z pewnością nie będziemy w styczniu świadkami masowego odesłania nietrafionych prezentów. Styczeń z pewnością będzie miesiącem lekkiego wahnięcia wartości sprzedaży detalicznej w dół, choć nie będą to duże spadki. Początek roku to zawsze czas wyprzedaży i wielu Polaków właśnie wtedy robi największe zakupy. Tu online ma szansę na większy niż w grudniu udział. Całościowo w 2022 udział e-handlu sprzedaży detalicznej będzie sukcesywnie rósł. Miesiąc do miesiąca możemy widzieć lekkie różnice w górę i w dół, ale na koniec roku na pewno online zanotuje wzrost względem roku ubiegłego.
Skuteczne zaskarżenie decyzji organu uniemożliwia dokonanie potrąceń z wpłat podatnika na poczet zaległości podatkowych.
Podatnik wpłacił w urzędzie skarbowym 50 000 zł, ale naczelnik urzędu zamiast na wskazany przez niego cel, zaliczył wpłatę na poczet zaległości podatkowych. Podatnik wniósł skargę na takie działanie organu i wygrał.
Podatnik wpłacił pieniądze, urząd zaliczył wpłatę na poczet zaległości podatkowych
Naczelnik urzędu skarbowego określił podatnikowi zobowiązanie w podatku dochodowym za 2012 rok w kwocie ponad 3,6 mln zł, a jego decyzję utrzymał w mocy Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Łodzi. W listopadzie 2019 r. sąd uchylił decyzje organów obu instancji. Wyrok nie był prawomocny. 10 września 2019 r. podatnik dokonał w urzędzie skarbowym wpłaty 50 000 zł tytułem uregulowania swoich bieżących spraw, ale po blisko 1,5 roku (w styczniu 2021 r.) naczelnik tego urzędu poinformował go, że wpłata ta została zaliczona na poczet jego zaległości podatkowych za 2012 rok, i tylko w części wynoszącej 41 300 zł, bowiem aż 8 700 zł pochłonęły odsetki.
Podatnik zaskarżył postanowienie naczelnika, podnosząc, że zobowiązania te nie były wymagalne, bo ostateczna decyzja Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Łodzi, w oparciu o którą ustalono zobowiązanie podatkowe za 2012 r., została uchylona wyrokiem WSA w Łodzi z 26 listopada 2019 r.
Według skarbówki priorytetem jest zaspokojenie wierzytelności podatkowych
DIAS stwierdził, że nie jest istotne, na co przedsiębiorca wpłacił pieniądze do urzędu. Liczy się bowiem sam fakt wpłaty, a organ podatkowy z urzędu miał obowiązek zaspokoić z tych środków istniejące wierzytelności podatkowe. Wydane przez organ I instancji postanowienie o zaliczeniu wpłaty na poczet zaległości podatkowych stanowi więc jedynie czynności rachunkowo-techniczne. Organ II instancji dodał jednocześnie, że fakt toczącego się postępowania sądowo-administracyjnego w przedmiocie decyzji, z której wynika ta zaległość podatkowa, nie ma wpływu na dokonaną przez fiskusa operację, bo wyrok sądu z listopada 2019 r. uchylający tę decyzję nie jest prawomocny, co oznacza, że decyzja ta nadal pozostaje w obiegu prawnym. Co prawda, Dyrektor przyznał, że od chwili wydania wyroku organ nie może ściągać należności w drodze egzekucji, przymusu administracyjnego, ale zaliczenie dobrowolnej wpłaty podatnika nie stanowi przejawu władczego działania organu.
Organ nie mógł pokryć zobowiązań, które nie były wymagalne
Podatnik, zaskarżając decyzję fiskusa do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi, wskazał m.in., że przez 5 lat prowadzenia przeciw niemu postępowania karnego skarbowego, którego wszczęcie zawiesiło bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego za 2012 r., organy nie przeprowadziły niemal żadnej czynności i nie poczyniły żadnych ustaleń. Zdaniem podatnika fiskus nie mógł pobrać żadnych wpłat na poczet zobowiązań podatkowych, skoro zobowiązania te nie są wymagalne, bo określająca je decyzja Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Łodzi została uchylona wyrokiem sądu.
Sąd stanął po stronie podatnika
WSA w Łodzi przyznał rację podatnikowi. Stwierdził, że DIAS wydał postanowienie o zaliczeniu wpłaty podatnika na poczet zaległości podatkowych za 2012 rok (utrzymujące w mocy wcześniejsze postanowienie wydane przez NUS) już po wyroku z listopada 2019 r., a zatem już po uchyleniu decyzji wymiarowej tych zaległości. Wcześniejsze zaliczenie wpłaty dokonane przez naczelnika urzędu skarbowego zostało wyeliminowane przez sam organ odwoławczy w 2020 roku. Sąd orzekł więc, że w obliczu uchylenia decyzji wymiarowej nie podlega ona wykonaniu, a wykonanie wynikającego z niej zobowiązania podlega wstrzymaniu do czasu uprawomocnienia się tego wyroku.
„Wprawdzie wskazany wyrok nie jest prawomocny, na co kładzie nacisk organ odwoławczy w zaskarżonym postanowieniu, jednak jego skutkiem jest wyeliminowanie z obrotu prawnego decyzji podatkowej, która do chwili uprawomocnienia się tego wyroku nie wywołuje skutków prawnych (…) Nie można zatem dokonywać zaliczeń wpłat na poczet zaległości wynikających z takiej decyzji” (wyrok WSA w Łodzi z 10 listopada 2021 r., sygn. akt I SA/Łd 602/21).
Podsumowanie
Wyrok łódzkiego sądu administracyjnego unaocznia, jak istotne jest przeciwstawianie się bezprawnym decyzjom fiskusa i zaskarżanie samowolnych potrąceń z ich majątku, czego – jak dowodzi niniejszy wyrok – organom podatkowym we ww. okolicznościach robić nie wolno.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W trakcie ostatniego roku, rynek pracy przeżywał swego rodzaju rollercoaster – od zwalniania pracowników z powodu zamykania branż, aż po nakładanie na nich dodatkowych obowiązków z powodu braków kadrowych.
Z najnowszego raportu „People at Work 2021: A Global Workforce view” wynika, jednak, że w przypadku co czwartego mężczyzny i prawie co piątej kobiety możliwości ich rozwoju w trakcie pandemii wzrosły.
Pandemia spowodowała wiele zawirowań na rynku pracy oraz wywarła wpływ na wiele sektorów gospodarki. Pracodawcy częściej niż dotychczas musieli podejmować decyzje związane z ograniczeniami w przedsiębiorstwach, a także dostosować tryb pracy do panujących warunków epidemicznych. Firma ADP, lider usług kadrowo-płacowych w badaniu „People at Work 2021: A Global Workforce view” zbadała, jak pandemia wpłynęła na obowiązki pracowników, a także ich możliwości rozwoju w trakcie pandemii COVID-19.
Krok do przodu, krok wstecz
Po ponad roku trwania pandemii, pracownicy zdążyli już przyzwyczaić się do dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. W trakcie całego tego okresu, wydawać by się mogło, że możliwości związane z rozwojem kariery i zdolności będą posiadać barierę, jednak jak wynika z badania przeprowadzonego przez ADP „People at Work 2021: A Global Workforce view” połowa polskich pracowników przyznaje, że ich możliwości rozwoju w trakcie pandemii nie zmieniły się. Ponadto 26 proc. mężczyzn przyznaje, że ich perspektywy wzrosły; takiego samego zdania jest 17 proc. Polek.
– Przejście na pracę zdalną sprawiło, że rozwój pracowników np. w kwestii obsługi technologii cyfrowych znacznie się polepszył. Zyskali oni nowe doświadczenia, które w przyszłości
z pewnością pomogą im w codziennym funkcjonowaniu w swoich organizacjach. Warto zaznaczyć, jednak, że z raportu „People at Work 2021: A Global Workforce view” wynika, że zaledwie w połowie przypadków przełożeni zadbali o niezbędny dla pracowników sprzęt do pracy. Takie sygnały budzą więc obawy, że pracownicy mogli nie zostać w należyty sposób przeszkoleni czy też z powodu niedostatecznego wyposażenia mogą czuć, że ich rozwój nie uległ progresowi – twierdzi Anna Barbachowska, HR Business Partner w ADP Polska
Wyzwania dla wybranych
Nie wszyscy pracownicy mogą pochwalić się tym, że w trakcie pandemii zyskali nowe możliwości, m.in. dlatego, że ich stanowisko zostało zlikwidowane, a obowiązki zostały rozdzielone pomiędzy inne osoby. Z danych ADP wynika, że co drugi ankietowany przyznaje, że z powodu zwolnienia kogoś ze stanowiska jego rola w firmie zmieniła się lub przyjął na siebie dodatkowe obowiązki. Co ciekawe częściej dodatkowych zadań podejmowali się mężczyźni (53 proc.) niż kobiety (46 proc.). Sytuacja podobnie przedstawia się także w państwach europejskich, gdzie wskaźnik wśród mężczyzn wyniósł 48 proc., a wśród kobiet 43 proc.
– Częstsze podejmowanie się dodatkowych zadań przez mężczyzn, może wynikać z faktu, że w trakcie pandemii, to właśnie kobiety częściej rezygnowały z zatrudnienia, na rzecz życia prywatnego, w tym opieki nad zdalnie uczącymi się dziećmi. Według badania ADP 44 proc. pracowników przyznaje, że w trakcie pandemii ich pracodawca nie dawał im możliwości dzielenia się swoją pracą czy zadaniami ze współpracownikami. W związku z tym, niektóre osoby nie mogły pozwolić sobie na przyjęcie na siebie dodatkowych zadań, wiedząc, że mogą nie poradzić sobie z już i tak utrudnioną formą pracy – kontynuuje Barbachowska.
Szef docenia starania
Z powodu pandemii benefity pracownicze takie jak owocowe wtorki czy pakiet sportowy straciły na znaczeniu. Znacznie częściej można jednak zauważyć, że pracodawcy starają się wspierać well-being pracowników. Według raportu sporządzonego przez ADP 52 proc. pracowników przyznaje, że w trakcie pandemii COVID-19, pracodawca dbał o ich dobre samopoczucie. Najbardziej docenianymi osobami, są osoby 55+, które uważają, że pracodawca zauważa ich wkład w pracę firmy. Mimo to, co drugi polski pracownik uważa, że bardziej odpowiadał mu sposób, w jaki mógł pełnić swoje obowiązki.
– Pandemia przewartościowała potrzeby pracowników oraz benefity, których oczekują od swoich przełożonych. Warto dodać także, że wsparcie dla zatrudnionych osób, jest obecnie niezwykle ważne. Skumulowany od ponad roku stres znacznie wpływa na samopoczucie, ale także efektywność pracowników. Warto więc zadbać nie tylko o ich docenianie, ale także o ich zdrowie psychiczne, by po zakończeniu pandemii, nie okazało się, że dobrze przeszkolona przez nas osoba, którą darzymy ogromnym uznaniem nie musiała korzystać z pomocy psychologa w związku ze stresem i problemami, które przeżywała w trakcie pandemii – kończy Anna Barbachowska.
Przedsiębiorcy zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie są poważnie zaniepokojeni sytuacją epidemiczną w Polsce. To, co się dzieje jest mocno odczuwalne w wielu firmach i wiąże się z realnym obniżeniem efektywności operacyjnej w handlu, przemyśle, logistyce czy transporcie. W opinii Izby należy jak najszybciej przyjąć ustawę, która zezwoli pracodawcom na weryfikację szczepień przez pracowników. Dynamika Omikrona wymaga także innych rozwiązań, które mogą zachęcać przedsiębiorców i pracowników do namawiania do szczepień.
Na kwarantannach przebywają całe zmiany pracowników. To zmniejsza wydolność operacyjną firm
Statystyki są nieubłagalne, każdego tygodnia na kwarantannach przebywa nawet ponad 400 tysięcy Polaków. Spodziewamy się, że wariant Omikron wygeneruje wśród pracowników jeszcze większe absencje, co może spowodować paraliż w niektórych firmach.
– Jako przedsiębiorcy jesteśmy rozgoryczeni, że nasze wielomiesięczne apele o to, by przyjąć ustawę zezwalającą na weryfikację szczepień pracowników do dzisiaj nie zostały wysłuchane. Od miesięcy jesteśmy mamieni wizją ustawy, która pozwoli pracodawcom na realne uporządkowanie sytuacji w firmach i zabezpieczenie innych pracowników, a także klientów. Niestety nic nie wskazuje na to, by rozwiązanie zostało przyjęte, a sygnały polityczne są w tym przypadku sprzeczne. Kiedy cały świat zbroi się przed wariantem Omikron i stara się obronić swoją gospodarkę i miejsca pracy, u nas wciąż dominuje przekonanie, że doraźne interesy polityczne są ważniejsze niż bezpieczeństwo obywateli – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.
– Proszę nie ulegać wrażeniu, że w gospodarce jest idealnie, bo dane makroekonomiczne są dobre. My rozmawiamy codziennie z przedsiębiorcami, którzy czasem nie wiedzą czym się zająć najpierw: problemami z opłatami z gaz i prąd, Polskim Ładem czy może pandemią, która dziesiątkuje im kadry. Sytuacja jest patowa. My już nie apelujemy, a żądamy konkretnych rozwiązań pomagającym przedsiębiorcom w ratowaniu ich firm – mówi Hanna Mojsiuk.
Izba odbiera wiadomości od przedsiębiorców o tym, że na kwarantannie przebywają często całe zmiany pracowników w firmach produkcyjnych czy prawie całe restauracje lub obiekty handlowe. Taka sytuacja paraliżuje firmy. – Pozytywnie oceniamy skrócenie czasu kwarantanny do siedmiu dni. To ułatwi pracodawcom możliwość układania grafików pod obecną sytuację – mówi Hanna Mojsiuk.
„Nieformalny lockdown” sprawia, że obroty w przedsiębiorstwach spadają
Nie zgadzamy się z diagnozą Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który stwierdził, że dynamiczna charakterystyka wariantu Omikron nie będzie powodowała poważnych komplikacji w firmach. Oczywiście brak lockdownu należy uznać za dobrą diagnozę pod kątem oceny obecnej sytuacji gospodarczej, ale tak naprawdę nie niektórych branżach nie trzeba formalnego lockdownu, by obroty spadały, a przedsiębiorcy znaleźli się w trudnej sytuacji.
– Gastronomia, hotelarstwo, turystyka, transport, branże kreatywne, kultura, fitness. Tutaj nie trzeba formalnego lockdownu, by zauważyć odpływ klientów. Rozmawiamy z przedstawicielami gastronomii, którzy mówią wręcz o gigantycznych spadkach przychodów z tygodnia na tydzień. Turystyka narzeka na brak gości z zagranicy. Transport jest dziesiątkowany przez kwarantanny i problemy z łańcuchami dostaw oraz możliwością przejazdu przez niektóre kraje europejskie. Nie jest łatwo. Nie zgadzamy się na bagatelizowanie problemów przedsiębiorców – mówi Hanna Mojsiuk.
– Oczekujemy, że w najbliższym czasie zaproponowana zostanie nowa formuła wspierania przedsiębiorców, którzy są poszkodowani przez pandemię COVID-19 – dodaje Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.
Inflacja w grudniu ubiegłego roku sięgnęła już 8,6% – w związku z tym nie ma się co dziwić, że rządzący zainteresowali się tym tematem i chcieliby, aby wzrost cen spowolnił. Wprowadzony pomysł tarczy antyinflacyjnej z pewnością uderza w składowe inflacji, które powodują najwięcej wzrostów – czyli surowce energetyczne. Wydaje się, że to jest działanie dosyć trafne, ponieważ w następnych miesiącach będziemy widzieli utrzymujące się dosyć wysokie ceny surowców energetycznych. Zwłaszcza, że mamy sezon zimowy – kiedy notujemy najwyższy popyt na gaz lub inne tego typu surowce. Po sezonie zimowym jednak ceny prawdopodobnie zaczną się obniżać. Tak więc, czy tarcza antyinflacyjna będzie produkowała więcej szkody czy pożytku? Należy zauważyć, że będzie ona powodowała impuls popytowy – czyli inflację, która wynika z czynników wewnętrznych. Jest to zatem odłożenie problemów w czasie.
– Same ceny surowców energetycznych w połowie roku 2022 nie powinny być aż tak wysokie, jednak dojdą inne składowe – jak typowo wyższy popyt oraz obniżenie VAT-u na żywność. Chodzi tutaj o stawkę pięcio-procentową, która zostanie obniżona do zera. Pamiętajmy, że producenci żywności działają na dosyć niskich marżach. Więc efekt po wygaśnięciu tarczy antyinflacyjnej może być wyższy w przypadku produktów żywnościowych. Z tego wynika, że opóźniamy problem w czasie – ale też napędzamy późniejsza inflację – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Wpływ na ceny będą mieć także kursy walut. Niestety, polska waluta jest obecnie pod duża presją wynikającą ze sporu na linii Polska – Unia Europejska. Nadal nie wyjaśniona jest też kwestia dostępu do środków finansowych z Funduszu Odbudowy. W związku z tym nawet przy umocnieniu się waluty nie można zakładać, że będzie to trwały efekt – przewiduje Sielewicz.
O upadłość w minionym roku otarło się ponad 7 proc. firm sektora MŚP. W tym roku czarnego scenariusza obawia się niemal co piąty biznes, przede wszystkim firmy mikro i małe, zatrudniające do 49 osób – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Najczęściej są to reprezentanci budownictwa, usług i transportu, podczas gdy w zeszłym roku o przyszłość najbardziej drżał przemysł. Przyczyn kłopotów przedsiębiorcy upatrują głównie wśród zmian prawno-podatkowych oraz inflacji i spadku popytu.
Przedłużająca się pandemia sprawiła, że firmy nieco się z nią oswoiły i w nietypowych warunkach zaczęły sobie radzić lepiej niż w pierwszym roku panowania COVID-19. Gdy w 2020 r. o ryzku bankructwa mówiło 11 proc., w 2021 r. było to 7 proc. Zapytane natomiast o prognozy, pod koniec 2020 r. aż w 36 proc. przypadków przewidywały dla siebie czarny scenariusz na 2021 r. Tym razem, w grudniu 2021 r. w rozpoczętym właśnie 2022 r., upadłości, ewentualnego zawieszenia czy zamknięcia firmy obawiało się 19 proc. ankietowanych. – W sumie, jeśli chodzi o odsetek mówiących o ryzyku upadłości czy też obawiających się takiej sytuacji, odpowiedzi sektora MŚP są zbliżone do tych sprzed pandemii – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Czy ogromny strach przed upadłością w minionym roku miał uzasadnienie? Liczby pokazują, że tak. Rok 2021 zakończył się największą od blisko dwóch dekad liczbą bankructw i upadłości. Jak podaje Dun&Bradstreet, w 2021 roku w sądach gospodarczych ogłoszono 939 upadłości i restrukturyzacji polskich firm, o blisko 6 proc. więcej niż w 2020 r. Ale do pełni obrazu zagrożenia niewypłacalnością, jakiego doświadczył biznes, należy też dodać przypadki pozasądowego uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu, z którego skorzystało 1197 podmiotów. Wraz z sądowymi upadłościami i restrukturyzacjami daje to o 71 proc. niewypłacalnych przedsiębiorstw więcej niż rok wcześniej. Choć należy zaznaczyć, że wzrost dokonał się m.in. za sprawą nowych regulacji dopuszczających pozasądowy układ, które weszły w życie w czasie pandemii w 2020 r. i działały dopiero od drugiej połowy roku, więc statystyki za 2020 r. i 2021 r. nie są do końca porównywalne.
Źródło: Dun & Bradstreet
W jakiej branży najbardziej przybyło niewypłacalności?
Z danych zebranych przez Dun&Bradstreet wynika, że największą liczbę niewypłacalności na koniec minionego roku odnotowano w sektorze szeroko rozumianych usług. Łącznie upadłość ogłosiło tu 560 firm, co w porównaniu do roku ubiegłego stanowi wzrost o blisko 75 proc. Niewiele lepiej było w handlu. Zarówno tym detalicznym jak i hurtowym. Łącznie na koniec 2021 roku niewypłacalność dotknęła, przy ponad 50 proc. wzroście rok do roku, nieco ponad 400 podmiotów. Podobnie jak w przypadku przedsiębiorstw produkcyjnych, gdzie łącznie upadłość ogłosiło 389 podmiotów, co w skali roku stanowi wzrost o 43 proc. W branżach w powszechnej opinii uznawanych za koła zamachowe polskiej gospodarki, tj. w budownictwie i transporcie, także mało powodów do optymizmu. W budownictwie w 2021 roku ogłoszono, przy ponad 50 proc. wzroście, łącznie 203 niewypłacalności W sektorze transportu, magazynowania i logistyce 133, o 35 proc. więcej w porównaniu do 2020 r.
Kto się boi upadłości?
Co może nieco zaskakiwać, w tym roku upadłości czy konieczności zakończenia działalności najbardziej obawia się budownictwo (aż 32 proc. odpowiedzi). Rok temu był to głównie przemysł, a przedstawiciele firm budowlanych o ewentualności bankructwa wspominali sporadycznie.
– Choć wydawałoby się, że pandemia nie dotyka budownictwa, koniunktura mu sprzyja, niestety sytuacja nie jest tak jednoznacznie pozytywna. Gwałtownie drożeją materiały budowlane, brakuje rąk do pracy, a rynek kontraktów wcale nie jest równie obfity dla firm o różnej specjalizacji. Znów zaczęły pogłębiać się problemy zatorów płatniczych – mówi Sławomir Grzelczak,
W okresie od listopada 2020 r. do listopada 2021 r. zaległości budownictwa wobec dostawców i banków podwyższyły się o niemal 16 proc., do 6,06 mld zł i to w warunkach, gdy dla wszystkich branż zmiana ta wyniosła 11 proc., wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy informacji kredytowych BIK. Co jednak szczególnie istotne, mamy do czynienia ze sporą odmianą po tym jak w 2019 r. zaległości budownictwa podwyższyły się o 8 proc., a w kolejnym roku nawet nieznacznie spadły. A przecież w przypadku budownictwa silne łańcuchy wzajemnych powiązań sprawiają, że często zaległości pojawiają się dlatego, że jednej firmie budowlanej po prostu nie zapłaciła inna firma z branży.
W największym stopniu, o prawie 40 proc., wzrosły zaległości firm związanych z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej (dróg, mostów, tuneli, rurociągów), do 1,13 mld zł. Firmom od robót budowlanych specjalistycznych, gdzie znajdują się m.in. firmy przygotowujące teren pod budowę, wykonujące instalacje czy roboty wykończeniowe, przeterminowane zobowiązania podwyższyły się o ponad 15 proc., do 1,43 mld zł. Roboty budowlane związane ze wznoszeniem budynków zwiększyły przeterminowane zobowiązania w najmniejszym stopniu, ale tylko dzięki spadkowi długów zakwalifikowanych tu podmiotów zorientowanych na realizację projektów budowlanych od strony finansowej, technicznej czy rzeczowej, a nie budowalnej. Znajdujące się tu firmy skoncentrowane na budowie zwiększyły bowiem swoje zaległości o prawie jedną piątą, do 2,3 mld zł. Jak wynika z badania, co czwarta firm budowlana wskazuje, że u podstaw ewentualnych kłopotów z utrzymaniem działalności mogą leżeć długotrwałe zatory płatnicze. W takim stopniu nie obawia się tego zjawiska żaden inny sektor.
Po budownictwie, najwięcej strachu przed upadłością w br. widać w branży usługowej (28 proc.), a następnie transportowej (24 proc.). Nieco pewniej czuje się natomiast handel, choć i tu o ryzyku bankructwa czy zawieszenia działalności wspomina 17 proc. ankietowanych i przemysł, gdzie o lęku przed upadłością mówi „tylko” 9 proc. przedsiębiorstw.
– W przypadku transportu w zmianach zaległości ciążących na branży nie widać podstaw do tak dużych obaw. Transport w okresie listopad 2020-listopad 2021 zmniejszył wartość swoich nieopłaconych faktur i rat kredytowych czy leasingowych. Spadek jest nieznaczny, bo o 1,1 proc. do 2,19 mld zł, ale to sytuacja dotychczas niespotykana. Przed pandemią przewóz osób i towarów oraz logistyka zwiększały długi wobec dostawców i instytucji finansowych w największym stopniu – mówi Sławomir Grzelczak.
Z kolei przemysł, najmniej obawiający się utarty płynności finansowej i upadłości, niestety nie ma najlepszej passy, notuje wzrost zaległości o ponad 15 proc., czyli ponad 0,9 mld zł. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą produkcji spożywczej, która ma już prawie 1,9 mld zł przeterminowanych zobowiązań, 0,5 mld zł więcej niż w listopadzie 2020 r. Taka dynamika wzrostu, to spora odmiana po tym jak firmy przetwórstwa przemysłowego radziły sobie wcześniej, notując niższe wzrosty zaległości niż reszta gospodarki.
Co do handlu, to ogólnie patrząc długi zanotowały jednocyfrowy wzrost, jednak głównie dlatego, że niemal nie zmieniły się zaległości handlu detalicznego i sprzedających pojazdy, ale już handel hurtowy podwyższył zaległości o 12 proc., co może wynikać zarówno z faktu, że firmom tym nie płacą w terminie odbiorcy, więc same też mają trudności, ale częściowo zapewne również z przekonania, że po prostu mogą sobie pozwolić na opóźnienia rozliczeń ze swoimi dostawcami.
W prognozach MŚP dotyczących upadłości, w stosunku do 2020 r. nie zmienił się fakt, że o przyszłość najbardziej drżą mikro i małe firmy, zatrudniające nie więcej niż 49 osób. Średnie przedsiębiorstwa, z załogą od 50 do 249 pracowników, niemal nie biorą pod uwagę ewentualności bankructwa (jedynie 2 proc. wskazań, przed rokiem 1 proc.). Nie bez znaczenia jest również liczba kontrahentów – niestety, im jest ich mniej, tym gorzej, stąd firmy posiadające do 10 odbiorców czują się bardziej zagrożone, o ryzyku upadłości bądź zawieszeniu działalności mówi co trzecia (34 proc.).
Co może przyczynić się do bankructwa?
Co może spowodować, że firma w tym roku stanie na krawędzi? Zdaniem niemal połowy ankietowanych przedsiębiorstw (45 proc.) przede wszystkim zmiany prawno-podatkowe. Na kolejnych miejscach, prawie jedna trzecia ankietowanych podmiotów wymienia spadek popytu, a niemal 30 proc. – inflację.
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor
Trzecią grupę potencjalnych przyczyn upadłości stanowią problemy ze znalezieniem pracowników, wzrost kosztów i kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej, od 10 do 13 proc. wskazań. Sama pandemia i lockdowny to ewentualny przyczynek do likwidacji firmy według zaledwie 2 proc. firm.
Zmian prawno-podatkowych obawiają się zarówno mikro firmy jak i małe zatrudniające do 49 osób. Małe firmy mocno obawiają się też inflacji i problemów ze znalezieniem pracowników. Od czasu do czasu wymieniają też strach przed zmniejszeniem popytu m.in. ze względu na zmianę zachowań klientów przechodzących z zakupami do internetu. Według średnich przedsiębiorstw (z załogą od 50 do 249 osób) przeszkodą nie do pokonania jest przede wszystkim ewentualny spadek popytu.
Różne przyczyny obaw ma też każda branża. Firmy budowalne uważają, że w tarapaty mogą je wpędzić w pierwszej kolejności zmiany prawno-podatkowe (53 proc), a następnie inflacja (35 proc.) i brak terminowych płatności od zleceniodawców (23 proc.). Handel mówi głównie o inflacji (50 proc.) i rosnących kosztach (25 proc.), natomiast dla odmiany przemysł źródła obaw upatruje w spadku popytu (50 proc.) i braku pracowników (42 proc.). Podobnie transport lęka się zmniejszenia zainteresowania swoimi usługami (33 proc.), ale tu też powraca problem zmian prawno-podatkowych (44 proc.). Nowe porządki stresują również firmy usługowe (51 proc.). Uważają one także, że wywrócić mogą je kłopoty z płynnością (17 proc.), czyli właściwie brak terminowych płatności od klientów albo niespodziewane wydatki lub też jedno i drugie jednocześnie.
– Choć wiele wskazuje na to, że pandemię udało się w pewnym zakresie oswoić, a wzrost gospodarczy z jakim w tych okolicznościach mamy do czynienia dla wielu jest pozytywnym zaskoczeniem, to nie ma wątpliwości, że rok 2022 przyniesie przedsiębiorcom masę wyzwań i nie będzie należał do najłatwiejszych. Dla wielu prowadzących firmy, i to niezależnie od wielkości czy branży, podstawowym problemem i największą przeszkodą będzie niepewność. Warto więc ograniczać ją tam, gdzie jest to możliwe, jak choćby w relacjach z kontrahentami, których można sprawdzić pod kątem wiarygodności płatniczej – podkreśla Sławomir Grzelczak.
Badanie zrealizowane przez Instytut Keralla Research wśród mikro, małych i średnich firm. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: 1-22 grudnia 2021 r.
Gdy normą staje się praca zdalna, wojna o talenty przybiera międzynarodowy charakter – szczególnie wśród pracowników w branży IT, na których z roku na rok zapotrzebowanie rośnie. Jakie specjalizacje będą najbardziej pożądane w sektorze IT w 2022 roku?
Szacuje się, że w Polsce jest około 50 tys. nieobsadzonych stanowisk w branży IT. W Unii Europejskiej – ponad 600 tys. W 2022 roku, 40 proc. pracodawców planuje rekrutować do działów IT, przy czym aż 74 proc. spodziewa się trudności w rekrutacji – wynika z raportu płacowego Hays Poland 2022. I chociaż doświadczenie jest atutem, rosnąca liczba szkoleń przebranżawiających i kursów doszkalających pozwala wejść na rynek osobom, które z sektorem IT miały wcześniej do czynienia mało lub zupełnie nic. Po chwilowym spadku w 2020 roku, znowu widać wzrost ogłoszeń pracy dla juniorów.
Jakie specjalizacje wewnątrz IT będą najbardziej poszukiwane w 2022 roku?
Data Scientist / Analityk Big Data
Zawód przyszłości określony przez Harvard Business Review jako najseksowniejszy zawód XXI wieku. Firmy gromadzą dziś gigantyczne ilości danych wewnętrznych i zewnętrznych, których analiza w czasie teraźniejszym umożliwia zrozumienie zachowania klientów, ich segmentację, budowanie nowych usług i ofert. Bez big data nie ma systemów rekomendacyjnych w sklepach online czy usługach subskrypcyjnych. Data scientist pracuje na olbrzymich zbiorach danych, które porządkuje, analizuje, a następnie wizualizuje. To interdyscyplinarna rola, wymagająca – poza znajomością języków programowania, wiedzy z zakresu machine learning, statystyki, analizy biznesowej – także umiejętności komunikacyjnych.
Jest odpowiedzialny za projektowanie, budowę i wdrożenia systemów IT. Identyfikuje wymagania, planuje procesy i opracowuje projekty informatyczne w oparciu o przyjęte założenia biznesowe czy technologie. Łączy bogate doświadczenie programisty ze znajomością metodyki zarządzania projektami oraz rozumieniem celów biznesowych organizacji. Istotne jest także analityczne myślenie i komunikatywność.
Doświadczenie użytkownika (ang. User Experience, UX) jest dziś jednym z kluczowych parametrów decydujących o sukcesie w branży e-commerce. Czym jest UX? To suma odczuć i emocji użytkownika podczas kontaktu ze stroną internetową czy aplikacją. UX designer bada i analizuje potrzeby i zachowania użytkowników, ocenia użyteczność witryn, projektuje interakcję z produktem, tworzy makiety i prototypy. To praca łącząca znajomość psychologii, analitycznego myślenia i empatii.
W Polsce brakuje 17,5 tys. specjalistów od cyberbezpieczeństwa, czytamy w raporcie HackerU Polska. Na jednego kandydata przypada 7 wakatów, a aż 60 proc. specjalistów od bezpieczeństwa otrzymuje od jednej do trzech propozycji zawodowych od rekruterów tygodniowo. Co więcej, z badania Global Digital Trust Insights przeprowadzonego przez PwC wynika, że 69 proc. organizacji planuje zwiększyć wydatki na cyberbezpieczeństwo w 2022 roku. Specjaliści odpowiadający za bezpieczeństwo projektują strategie, analizują złośliwe oprogramowania, dbają o zgodność z normami bezpieczeństwa, zajmują się audytem oraz organizują politykę bezpieczeństwa firmy.
Z chmury korzystają współcześnie prawie wszyscy, w tym banki, platformy streamingowe i sklepy internetowe. Dla biznesu chmura oznacza wygodny i bezpieczny dostęp do usług, gdzie płaci się za faktyczne zużycie, a zapotrzebowanie można szybko zwiększyć, gdy pojawi się taka potrzeba. To m.in. dzięki chmurze biznes mógł tak sprawnie działać w trakcie pandemii, a pracownicy i uczniowe komunikować się online.
Wdrożenie chmury w polskich firmach i instytucjach publicznych może przynieść gospodarce dodatkowo 121 miliardów złotych w roku 2030 – czyli 4 proc. PKB – czytamy w raporcie “Chmura 2030” firmy McKinsey & Company. Kim jest specjalista cloud? To zarówno architekt chmury, jej administrator lub inżynier oprogramowania, sieci czy bezpieczeństwa.
Według raportu Global Knowledge “2021 IT Skills and Salary” w dziesiątce najczęściej posiadanych certyfikatów, znajdują się te dotyczące cloud computing i cyberbezpieczeństwa. Przygotowanie do niektórych z nich umożliwiają poszczególne szkolenia przebranżowiające, m.in. kurs cyberbezpieczeństwa organizowany we współpracy Uniwersytetu Warszawskiego i HackerU, który przygotowuje do rozpoznawalnego na całym świecie certyfikatu Offensive Security Certified Professional (OSCP).
Dla tych, którzy nie są w stanie dobrać dla siebie żadnego z ww. zawodów jest też pocieszająca informacja – do 2030 roku poszukiwane będę zupełnie nowe profesje, które jeszcze nie powstały.
Podane w tekście zarobki są w kwocie brutto dla umowy o pracę, źródło: Raport Devire, przegląd wynagrodzeń Polska 2021
Nawet co dziesiąty młody Polak może odczuwać wypalenie pandemiczne, wiążące się m.in. z objawami depresyjnymi i lękowymi – wynika z badań psychologów z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pokazały one, że rok po wybuchu pandemii sytuacja ta nadal stresuje.
„Pandemia COVID-19 wiąże się z długotrwałą ekspozycją na nowe i stosunkowo trwałe stresory jak zagrożenie zdrowia, izolacja, niepewność co do kolejnych fal i nowych wariantów koronawirusa. Funkcjonowanie w warunkach takiego chronicznego stresu pandemicznego może powodować rozwój syndromu wypalenia podobnego do wypalenia zawodowego, co potwierdziły nasze badania” – powiedział dr Marcin Moroń z Instytutu Psychologii UŚ.
Badania przeprowadzono wiosną ubiegłego roku, a więc rok po wybuchu pandemii. „Pokazaliśmy w nich, że objawy wypalenia pandemicznego wiążą się z symptomami depresyjnymi i lękowymi. Zaskoczyło nas, że po roku od rozpoczęcia pandemii wciąż był to nasilony sposób reagowania na rzeczywistość, który się nadal utrzymuje, co widzimy w kolejnych próbach z października i grudnia ubiegłego roku” – dodał.
Badania przeprowadzono na grupie 431 osób – uczniów szkół średnich i młodych dorosłych. Wynika z nich, że 8-10 proc. ankietowanych ma problem z wypaleniem pandemicznym.
„Główne objawy, które zaobserwowaliśmy, to pogorszenie obrazu siebie, pogorszenie poczucia sprawstwa. Te osoby emocjonalnie czują się smutne, bezradne, pozbawione nadziei” – wskazał Moroń.
Dodał, że były to badania przesiewowe, które zakładają pewien margines błędu, jednak średnio jedna na dziesięć osób z wypaleniem pandemicznym to „alarmujący wskaźnik”. Dookreślił też, że „przyjęty próg określenia klinicznie istotnego poziomu wypalenia pandemicznego oparto na występowaniu nasilonych objawów depresyjnych i lękowych ujętych wspólnie”.
Jak ponadto wynika z badań, w radzeniu sobie z sytuacją pandemiczną pomaga odporność psychiczna, czyli zdolność do powracania do równowagi psychicznej po jakimś okresie wyzwań i trudności. Istotna jest też inteligencja emocjonalna, czyli zdolność rozumienia swoich reakcji emocjonalnych i odpowiedniego ich regulowania.
„Zjawisko wypalenia pandemicznego jest dynamiczne. Na razie końca pandemii nie widać, a osób z objawami depresyjnymi i lękowymi może przybywać. Wypalenie pandemiczne jest osobną grupą objawów, nie należy tego traktować jako innej formy smutku, depresji czy lęku. O trudnościach w adaptacji do sytuacji pandemii i jej konsekwencji warto rozmawiać i być wrażliwym na trudności adaptacyjne związane z bezprecedensową sytuacją ogólnoświatowych wyzwań dla zdrowia publicznego, zwłaszcza u młodych ludzi” – podsumował Moroń.
Wyniki badań jego zespołu zostały opublikowane w czasopiśmie Current Psychology. Zaprezentowano w nich polską wersję narzędzi pomiarowych służących do oceny stresu pandemicznego i wypalenia pandemicznego. Badacze prowadzą teraz dalsze badania nad zagadnieniem wypalenia pandemicznego w kontekście relacji rodzinnych oraz innych typów wypalenia.
Zaledwie dwa tygodnie wystarczyły, żeby zakończył się nabór na dofinasowanie do ogólnodostępnych stacji ładowania o mocy co najmniej 150 kW, uruchomiony przez NFOŚiGW w ramach programu „Wsparcie infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych i infrastruktury do tankowania wodoru” – informuje Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA). Budżet naboru wynosił 315 mln zł.
Program NFOŚiGW „Wsparcie infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych i infrastruktury do tankowania wodoru” został uruchomiony 7 stycznia 2022 r. Przewiduje on dotacje do nieogólnodostępnych stacji ładowania (o mocy co najmniej 22 kW), stacji ogólnodostępnych o mocy od 50 do mniej niż 150 kW, ogólnodostępnych stacji ultraszybkich (o mocy co najmniej 150 kW) oraz stacji tankowania wodoru. Łączny na ten cel zarezerwowano 870 mln zł.
Program cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. 21 stycznia NFOŚiGW poinformował o wyczerpaniu budżetu w ramach naboru do ultraszybkich stacji ładowania o mocy co najmniej 150 kW. Do wydania na ten cel było 315 mln zł. Beneficjenci (przedsiębiorcy, jednostki samorządu terytorialnego, spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe oraz rolnicy indywidualni) mieli możliwość ubiegania się o dotacje w wysokości do 50% kosztów kwalifikowanych.
– Tak szybkie wyczerpanie budżetu na dotacje do stacji ultraszybkich dowodzi przede wszystkim tego, że program był oczekiwany przez branżę, a dzięki procesowi konsultacji, jego kształt w dużym stopniu odpowiada oczekiwaniom rynku – ocenia Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA. – Obecnie kierowcy samochodów elektrycznych w Polsce mają do dyspozycji zaledwie 50 stacji ładowania o mocy co najmniej 150 kW. Ten stan rzeczy musimy zmienić.
Budowa ultraszybkich ładowarek jest kluczowa dla rozwoju rynku pojazdów elektrycznych. Ładowarki wysokiej mocy uruchamia się przede wszystkim w kluczowych lokalizacjach, o dużym natężeniu ruchu, w tym na trasach przelotowych. Są to urządzenia najlepiej dostosowane do potrzeb kierowców samochodów elektrycznych obecnej generacji. Pozwalają znacznie skrócić czas uzupełniania energii. Równocześnie są to jednak inwestycje bardzo kosztowne, sięgające kilkuset tysięcy złotych.
– Rozbudowa infrastruktury ultraszybkiej stanowi poważne wyzwanie zarówno z uwagi na szereg barier administracyjno-prawnych (m.in. takich jak najdłuższe w Europie procedury przyłączeniowe do sieci elektroenergetycznej) jak też fakt, że z uwagi na niską liczbę samochodów elektrycznych na polskich drogach popyt na usługi ładowania jest jeszcze stosunkowo niewielki, co wpływa negatywnie na możliwości inwestycyjne operatorów infrastruktury ogólnodostępnej. Dlatego też uruchamianie programów wsparcia w tym zakresie jest kluczowe na obecnym etapie rozwoju rynku – podsumowuje Maciej Mazur.
Zgodnie z „Licznikiem elektromobilności”, prowadzonym przez PSPA i PZPM, pod koniec grudnia 2021 r. w Polsce funkcjonowały 1 932 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (3 784 punkty). 30% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 70% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W grudniu uruchomiono 119 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (240 punktów). Na podstawie prognoz PSPA ujętych w najnowszej edycji cyklicznego raportu „Polish EV Outlook”, do 2025 r. w Polsce może funkcjonować ponad 40 tys. ogólnodostępnych ładowarek.