NIK o wydatkach spółek z udziałem Skarbu Państwa na działalność sponsoringową, medialną i usługi doradcze

Skontrolowanych dwadzieścia spółek Skarbu Państwa wydało ponad 1,5 mld zł na działalność sponsoringową oraz zakup usług doradczych i medialnych. Większość z nich, mimo wydatkowania ogromnych sum, nie przestrzegało ustanowionych przez siebie zasad i procedur w tym zakresie. Do najważniejszych nieprawidłowości NIK zaliczyła prowadzenie sponsoringu pomimo ujemnego wyniku finansowego, sponsorowanie przedsięwzięć, które nie zostały ujęte w planach, a także niegospodarne wydawanie środków. Izba zwróciła także uwagę, że spółki Skarbu Państwa tworzące Polską Fundację Narodową, która miała wspierać promocję polskiej gospodarki, a przez to ułatwiać Fundatorom osiąganie celów biznesowych, praktycznie nie mają wpływu na jej działania. Jest to o tyle niepokojące, gdyż zgodnie ze statutem, spółki te mają przelać na konto Fundacji ponad 633 mln zł w ciągu 10 lat (do 2026 roku).

Wydatki na cele promocyjne (w tym sponsoring i zakup medialnych usług reklamowych) oraz na zakup usług doradczych (konsultingowych, eksperckich) stanowią stałą pozycję w kosztach prowadzenia działalności gospodarczej, zwłaszcza przez dużych przedsiębiorców. Z punktu widzenia interesu publicznego zasadniczą kwestią jest uzyskiwanie przez spółki działające z udziałem Skarbu Państwa wymiernych efektów promocyjno – wizerunkowych z działalności sponsoringowej oraz uniknięcie niecelowego i nieefektywnego wydatkowania środków na usługi konsultingowe. Najwyższa Izba Kontroli ze względu na skalę wydatków, a także interpelacje poselskie z tym związane, zbadała czy wydatki na działalność sponsoringową, medialną i usługi doradcze ponoszone przez spółki Skarbu Państwa są zgodne z obowiązującymi zasadami i gospodarne.

Najważniejsze ustalenia kontroli

W okresie 2015-2017 r. (I połowa) 19 spośród 20 skontrolowanych spółek prze-znaczyło na sponsoring nieco ponad 760 mln zł, a wraz z darowiznami i mecenatem wydało prawie 896 mln zł. Pieniądze te stanowiły źródło finansowania lub współfinansowania m.in. klubów sportowych (zawodowych i amatorskich), obiektów sportowych oraz przedsięwzięć artystycznych, kulturalnych i biznesowych. Ponieważ działalność sponsoringowa nie podlega regulacjom prawa powszechnie obowiązującego, 19 skontrolowanych spółek wprowadziło w życie wewnętrzne uregulowania normujące zasady i procedury prowadzenia tej działalności. Jeden podmiot prowadził tę działalność bez żadnych wewnętrznych przepisów. Wszystkie skontrolowane spółki ustaliły natomiast zasady zakupu usług (w tym medialnych) oraz usług doradczych. wydatki spółek skarbu państwa na sponsoring

W okresie objętym kontrolą dostrzegalny był wyraźny wzrost wartości darowizn dokonywanych przez kontrolowane spółki: z 21,5 mln zł w 2015 r. do 50,5 mln zł w 2016 r. i 42,2 mln zł w I połowie 2017 r. NIK zauważa, że ta forma jest najmniej korzystna z punktu widzenia darczyńcy, ponieważ w najmniejszym stopniu jest związana z promowaniem spółki.

Z ustaleń kontroli wynika, że w 12 spółkach nie przestrzegano własnych regulacji związanych z działalnością sponsoringową. Najważniejsze nieprawidłowości to sponsorowanie podmiotów, przedsięwzięć lub obiektów pomimo ujemnego wyniku finansowego (pięć spółek) lub bez umieszczenia zadań w planie przedsięwzięć sponsoringowych (cztery spółki), a także zlecanie usług bez oszacowania wartości zamówienia, wybór ich wykonawcy z pominięciem zasad określonych wewnętrznymi przepisami czy nieprawidłowe przeprowadzenie postępowania. Przykładowo w jednej z dużych firm energetycznych w 2016 r. zawarto dwie nowe umowy sponsorskie na sumę 2,65 mln zł, pomimo iż w 2015 r. spółka odnotowała ujemny wynik finansowy. Przedstawiciele spółki nie potrafili wskazać żadnego uzasadnienia dla podjętej decyzji.  Jako przykład dobrych praktyk NIK wskazuje na spółkę, która pomimo dodatniego wyniku finansowego, ograniczyła planowane i faktyczne wydatki na sponsoring z 20,9 mln zł w 2015 r. do 17,8 mln zł w 2016 r. i 6,2 mln zł w I poł 2017 r. Powodem były słabsze od założonych wyniki finansowe.

Skontrolowane spółki (poza jedną) dokonywały ocen efektywności prowadzonego sponsoringu. NIK nie kwestionuje sposobu ich prowadzenia. Jednakże metodologia tych ocen była zróżnicowana i zależała przede wszystkim od skali zaangażowania finansowego spółki w realizację przedmiotu umowy sponsorskiej. Duże spółki, przeznaczające na sponsoring relatywnie wysokie kwoty, korzystały z usług wyspecjalizowanych firm określających wymierny w pieniądzu wzrost wartości marki sponsora. Inne skontrolowane podmioty, ze względu na koszty specjalistycznych analiz, sprawdzały wyłącznie wykonanie zobowiązań umownych przez sponsorowanych. Tylko jedna spółka spośród skontrolowanych 19 sponsorów nie dokonywała oceny efektów działalności sponsoringowej. Spółka ta w okresie objętym kontrolą przeznaczyła na sponsoring 3,1 mln zł, a mimo to rada nadzorcza nie analizowała i nie oceniała efektów uzyskanych z tego tytułu.

W latach 2015 – 2017 (I poł.) wszystkie skontrolowane spółki dokonywały zakupów usług doradczych i medialnych. Z ustaleń kontroli wynika, że w 10 spółkach naruszano zasady zlecania usług medialnych i doradczych. Łączne wydatki na usługi doradcze wyniosły blisko 462 mln zł. Były to zarówno usługi prawne o charakterze stałym (stała obsługa prawna), jak i doraźnym, a także usługi doradztwa podatkowego, technicznego, finansowego, prowadzenie windykacji należności w szczególnie skomplikowanych sprawach itp. Z kolei na zakupy usług medialnych, obejmujących nie tylko kampanie reklamowe czy emisję spotów, ale także np. ogłoszenia, komunikaty i artykuły informacyjne, skontrolowane spółki wydały łącznie  ponad 300 mln zł.wydatki spółek skarbu państwa na usługi doradcze

W obydwu grupach wydatków w 2016 r. nastąpił zauważalny spadek wydatków w porównaniu z 2015 r. (odpowiednio o 11 proc. i 9 proc.). Poziom kosztów tych usług w I półroczu 2017 r. wskazuje, że w tym roku nastąpiła dalsza redukcja zamówień na usługi doradcze i medialne.

Zapotrzebowanie na usługi medialne realizowane było przy wykorzystaniu wszystkich najważniejszych mediów, to jest prasy, telewizji, radia i Internetu, przy czym bezsprzecznie dominującym medium była telewizja (57 proc. łącznych wydatków), a następnie prasa i Internet (po 17 proc.).wydatki na usługi medialne spółek skarbu państwa

W 2016 r. (w porównaniu z 2015 r.) znaczącej zmianie uległy główne kierunki zakupu telewizyjnych usług medialnych. Dominującą pozycję w obydwu latach utrzymała Telewizja Polska, natomiast na drugim miejscu znalazła się telewizja Polsat, w miejsce telewizji TVN, która odnotowała znaczący spadek zleceń.wydatki na zakup telewizyjnych usług medialnych

Istotna zmiana zaszła również na rynku radiowych usług medialnych. W 2016 r. wzrósł udział Polskiego Radia jako zleceniobiorcy tych usług od skontrolowanych spółek, co pozwoliło temu nadawcy na osiągnięcie pozycji lidera.usługi radiowe

Z ustaleń kontroli wynika, że bardziej rozproszone były kierunki zakupów prasowych usług medialnych. W całym okresie objętym kontrolą (2015 – I poł. 2017 r.) żaden z głównych wydawców nie przekroczył 10 proc. udziału w zakupach tych usług przez skontrolowane spółki. Wymienione na infografice firmy są wydawcami m.in. takich  tytułów: Agora SA (Gazeta Wyborcza), Bonnier Bussines Polska sp. z o.o. (Puls Biznesu), Polska Press sp. z o.o. (19 dzienników i ok. 150 tygodników lokalnych), Forum SA (Gazeta Polska Codziennie), Gremi Media SA (Rzeczpospolita, Parkiet), Fratria sp. z o.o. (Gazeta Bankowa).prasa

Oceny efektów zakupu usług medialnych (reklamowych) prowadzone były z różnym stopniem szczegółowości. Najbardziej wszechstronnie oceniano kampanie medialne organizowane na zlecenie spółek przez domy mediowe. Wykonanie innych zleceń weryfikowano pod kątem wywiązania się zleceniobiorcy z realizacji umowy. We wszystkich spółkach oceny te potwierdziły realizację wyznaczonych celów.

Działania lub zaniechania władz 13 skontrolowanych spółek stworzyły ryzyko niegospodarności, a w trzech spółkach doprowadziły do poniesienia niegospodarnych wydatków (na kwotę prawie 660 tys. zł – 3 umowy). Szczególne zagrożenia powstawały w wyniku nieskutecznej kontroli zarządczej w obszarze zawierania i realizacji umów, tj. wskutek prowadzenia sponsoringu bez zawarcia stosownej umowy, dopuszczania wewnętrznymi przepisami możliwości zlecania usług prawniczych wyłącznie imiennie wskazanym kancelariom, stwarzania niektórym usługodawcom uprzywilejowanych warunków realizacji zleceń czy braku należytych rozliczeń wykonanych prac. Łączna kwota wydana z naruszeniem zasad należytego zarządzania finansami wyniosła blisko 11 mln zł.

Działania skontrolowanych spółek wobec Polskiej Fundacji Narodowej

Polska Fundacja Narodowa powołana została z inicjatywy Ministra Skarbu Państwa (16 listopada 2016 r. podpisany został akt notarialny o ustanowieniu Fundacji, wpis Fundacji do Krajowego Rejestru Sądowego nastąpił 29 grudnia 2016 r.). Siedemnaście tworzących ją dużych Spółek Skarbu Państwa oczekiwało, że powstanie dynamiczny podmiot, silnie wspierający promocję polskiej gospodarki, a przez to ułatwiający Fundatorom osiąganie celów biznesowych. Fundatorzy zobowiązali się do dokonania  wpłat na Fundusz Założycielski, w łącznej wysokości 97,5 mln zł (do 30 grudnia 2016 roku). Indywidualne wpłaty Fundatorów wynosiły od 1,5 mln zł do 7 mln zł (dziewięć  skontrolowanych przez NIK spółek wpłaciło łącznie 53 mln zł). Dalsze zobowiązania finansowe Fundatorów obejmują dokonywanie przez 10 lat  (począwszy od 2017 r.) wpłat na działalność statutową Fundacji. W 2017 r. wpłata miała wynosić tyle samo, ile wpłata na Fundusz Założycielski, a począwszy od 2018 r. – połowę tej kwoty (od 0,75 mln zł do 3,5 mln zł). Zgodnie z zapisami statutu Polska Fundacja Narodowa powinna otrzymać do 2026 r. łącznie ponad 633 mln zł (w tym od skontrolowanych Fundatorów – 344,5 mln zł).

Po powstaniu PFN, tworzące ją spółki praktycznie nie miały wpływu na jej działania.  Świadczy o tym choćby istotna zmiana statutowych celów Fundacji (21 czerwca 2017 roku), przeprowadzona praktycznie bez wiedzy Fundatorów. Obecnie celami Fundacji jest działalność naukowa, naukowo – techniczna, oświatowa oraz kulturalna. Na brak przejrzystości działań Fundacji zareagowało (choć nie przyniosło to skutku) tylko czterech spośród dziewięciu skontrolowanych Fundatorów. Pozostałe spółki wykazały bierność. Jednakże pisma skierowane do PFN z żądaniem przedstawienia planów działania oraz informacji o sposobie rozdysponowania otrzymanych środków pozostały bez odpowiedzi (do czasu zakończenia kontroli NIK w poszczególnych spółkach).

Wnioski i uwagi

Do Ministrów wykonujących prawa z akcji w spółkach działających z udziałem Skarbu Państwa o doprowadzenie, poprzez działania przedstawicieli Skarbu Państwa w radach nadzorczych spółek, do ścisłej kontroli przestrzegania przez zarządy wewnętrznych uregulowań dotyczących działalności sponsoringowej oraz zakupów usług doradczych i medialnych.

Do Zarządów spółek Fundatorów Polskiej Fundacji Narodowej o podjęcie poprzez przedstawicieli w Radzie Polskiej Fundacji Narodowej działań zapewniających bieżące otrzymywanie pełnych informacji o zrealizowanych, bieżących i planowanych działaniach tej Fundacji oraz o sposobie rozdysponowania środków wpłacanych przez Fundatorów.

Najwyższa Izba Kontroli zauważa, że w okresie objętym kontrolą zapisy Statutu Polskiej Fundacji Narodowej, funkcjonującej w oparciu o powszechnie obowiązujące zasady, nie stanowiły skutecznego mechanizmu pozyskiwania przez Fundatorów i opinię publiczną pełnej informacji o działaniach PFN oraz o kierunkach alokacji środków finansowych będących w jej dyspozycji. Uwzględniając szczególny charakter tej Fundacji oraz znaczenie zadań powierzonych jej do realizacji, rozważenia wymaga wzmocnienie statutowych obowiązków informacyjnych PFN, przynajmniej wobec spółek, które ją utworzyły.

Rosną bezpośrednie zagraniczne inwestycje w Polsce. Istotny wpływ na gospodarkę i społeczeństwo mają firmy farmaceutyczne

Rosną bezpośrednie zagraniczne inwestycje w Polsce. Istotny wpływ na gospodarkę i społeczeństwo mają firmy farmaceutyczne 1

Wzrasta aktywność zagranicznych inwestorów w Polsce. Tylko w 2017 roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne sięgnęły blisko 13 mld euro. Dlatego istotne jest sprawdzenie, którzy inwestorzy w szczególny sposób przyczyniają się do rozwoju Polski. Program „Odpowiedzialny partner” ma wyeksponować tych, którzy mają największy i najlepszy wpływ na polską gospodarkę i społeczeństwo. Do istotnych inwestorów zaliczają się przede wszystkim firmy farmaceutyczne. Tylko na badania i rozwój przeznaczają 14 proc. swoich zysków.

– Jako Fundacja Republikańska opracowaliśmy metodykę analizy wpływu inwestorów zagranicznych na polską gospodarkę, na polskie społeczeństwo. Ocena Wpływu Inwestora Zagranicznego zawiera 21 kryteriów zgrupowanych w 4 kategoriach: gospodarka i zakorzenienie, innowacyjność, kapitał ludzki,  ochrona środowiska i społeczność lokalna. Firmy poddające się takiemu badaniu, a mogli w nim wziąć udział tylko inwestorzy zagraniczni, działający operacyjnie w Polsce od minimum 3 lat, zostały ocenione właśnie w tych 4 kategoriach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Orzeł, ekspert Fundacji Republikańskiej.

Z analiz fDi Markets, na które powołuje się Polska Agencja Inwestycji i Handlu, wynika, że w 2017 roku inwestorzy zagraniczni bezpośrednio zainwestowali w Polsce blisko 12,9 mld euro. W efekcie ogłoszonych 335 bezpośrednich inwestycji zagranicznych powstanie ponad 86,7 tys. miejsc pracy, co stanowi najlepszy wynik w całej Unii Europejskiej. Pod względem łącznych inwestycji należymy do absolutnej europejskiej czołówki. To drugi wynik po rekordowym 2008 roku – 387 projektów o łącznej wartości 23 mld euro i 110 tys. miejsc pracy. Jak przekonują eksperci, przy ocenie inwestycji warto brać pod uwagę jakość, nie ilość, stąd program „Odpowiedzialny partner” i stworzone przez Fundację Republikańską Badanie Oceny Wpływu Inwestora Zagranicznego (OWIZ).

– Kiedy do przedstawiciela administracji centralnej przychodził reprezentant inwestora zagranicznego z raportem, który pokazuje, jak wspaniały wpływ ma on na polską gospodarkę i polskie społeczeństwo, to taki przedstawiciel rządu nie miał możliwości zweryfikowania tych informacji. Nie miał obiektywnego narzędzia pozwalającego sprawdzić, czy to, co mówi inwestor, pokrywa się z rzeczywistością, czy jednak jest trochę podkoloryzowane – wskazuje Orzeł.

Inwestycje zagranicznych firm w znaczący sposób wpływają na rozwój polskiej gospodarki. Raport ośrodka analitycznego Polityka Insight ocenia, że ulokowany w naszych kraju kapitał zagraniczny i aktywność międzynarodowych korporacji przyczyniły się do wytworzenia aż 15,6% polskiego PKB. Dzięki OWIZ można ocenić wpływ firm, które działają na polskim rynku od przynajmniej trzech lat.

– Partnerem polskiej gospodarki i nauki jest taka firma, która tutaj inwestuje i zatrudnia polską kadrę. Przykładem podmiotów, które tworzą wartość dodaną dla naszej gospodarki, są firmy farmaceutyczne. Nie jest ważne, czy to jest firma stricte polska, która rozpoczynała tutaj działalność, czy firma zagraniczna, która zdecydowała się przenieść tutaj swoją produkcję, inwestycje i badania – przekonuje Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Jak wynika z raportu McKinsey „Polska 2025 – Nowy motor wzrostu w Europie”, rynek farmaceutyczny w Polsce notuje w ostatniej dekadzie stały wzrost i obecnie odpowiada za ok. 1,3 proc. PKB. Tym samym jest największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej. Jest też drugim sektorem (po przemyśle obronnym) pod względem największych inwestycji w badania i rozwój. Jedną z takich firm jest Servier, które podczas rzeszowskiego Kongresu 590 otrzymało certyfikat „Odpowiedzialnego partnera”.

– To, co nas wyróżnia, to konsekwencja w inwestycjach, ich długofalowy charakter. Jesteśmy obecni w Polsce od 26 lat, między innymi poprzez własny zakład produkcyjny,  który stale rozbudowujemy. Mamy centrum międzynarodowych badań klinicznych odpowiedzialne nie tylko za badania i rozwój w Polsce, lecz także w krajach ościennych – wymienia Joanna Drewla, dyrektor generalna Servier Polska.

Z badania Fundacji Republikańskiej wynika, że Servier jest liderem w kategorii gospodarka i zakorzenienie oraz kapitał Ludzki

Kapitałem firmy Servier są ludzie, z tego jestem najbardziej dumna. Nasi pracownicy wiążą się z firmą na lata, średni staż pracy to 16 lat. Nie szukamy osób z wieloletnim doświadczeniem, stawiamy na ludzi z potencjałem, którym oferujemy możliwość rozwoju na każdym etapie kariery – tłumaczy Joanna Drewla.

Jak szacuje firma doradcza PwC, dotychczasowy wkład Servier w polską gospodarkę wynosi ponad 733,7 mln zł (dane z 2016 roku). Co roku firma inwestuje co najmniej 25 proc. obrotu w badania naukowe nad innowacyjnymi cząsteczkami, co przyczynia się do powstawania nowych terapii.

– Codziennie dbamy o bezpieczeństwo lekowe ponad miliona polskich pacjentów. Praktycznie wszystkie nasze leki są wytwarzane w zakładzie produkcyjnym na warszawskiej Białołęce. Nie zapominamy przy tym o jakości, która ma dla nas pierwszoplanowe znaczenie. Nasza fabryka jako pierwsza w Polsce zdobyła certyfikat GMP, dobrej praktyki wytwarzania – mówi Joanna Drewla.

Firma Servier od 21 lat inwestuje w zakład produkcyjny na warszawskiej Białołęce. Rocznie powstaje tutaj ok. 26 mln opakowań produktów leczniczych, wśród nich są leki na choroby przewlekłe: nadciśnienie, chorobę wieńcową, cukrzycę i choroby psychiatryczne. Blisko 50 proc. produkcji warszawskiego zakładu jest przeznaczone na eksport. Największym odbiorcą jest rynek francuski, na który trafia ok. 25 proc. sprzedaży zagranicznej.

– Firma Servier Polska produkuje równie dużo leków na eksport, więc to jest oczywiste, że wpływa pozytywnie na naszą gospodarkę, redukując, np. ujemny bilans handlowy w handlu lekami. Tworzy wartość dodaną poprzez wiedzę, którą transferuje do Polski, zatrudnia ekspertów, tworzy miejsca pracy dla wysoko wykwalifikowanych pracowników – ocenia Krzysztof Kopeć.

W Poznaniu, Trójmieście i Krakowie brakuje wolnych biur. W przyszłym roku czynsze pójdą w górę

W Poznaniu, Trójmieście i Krakowie brakuje wolnych biur. W przyszłym roku czynsze pójdą w górę 2

Na rynkach regionalnych przybywa zdecydowanie więcej biur niż w Warszawie. Nie sprawia to jednak, że najemcy mają większy wybór. Liczba powierzchni dostępnej do wynajęcia we wszystkich miastach regionalnych łącznie jest mniejsza niż w Warszawie. O wolne biura najtrudniej w Trójmieście, Poznaniu, Krakowie i we Wrocławiu. Z kolei stosunkowo najłatwiej i najtaniej jest wynająć biuro w Lublinie. Mimo szybkiego rozwoju regionalnych rynków biurowych firmy szukające atrakcyjnej lokalizacji dla swoich biur wciąż częściej decydują się na stolicę.

Sytuację na rynku biurowym po trzech kwartałach 2018 roku można podsumować jednym zdaniem: rynek rośnie jak na drożdżach. Zarówno rynki regionalne, jak i rynek warszawski bardzo szybko się rozwijają – aczkolwiek trzeba przyznać, że to rynki regionalne wiodą prym. Przez pierwsze trzy kwartały 2018 roku w miastach regionalnych przybyło ponad 430 tys. mkw nowoczesnej powierzchni biurowej, jeśli chodzi o Warszawę ten przyrost sięgnął 190 tys. mkw. – mówi Kamil Tyszkiewicz, dyrektor regionalny w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych CBRE.

Z raportu CBRE „Market View: Rynek Biurowy w miastach regionalnych po III kw. 2018” wynika, że na przestrzeni trzech kwartałów tego roku w regionach przybyło ponaddwukrotnie więcej nowoczesnej powierzchni biurowej niż w Warszawie. Największym rynkiem regionalnym jest Kraków (36 proc.), za nim plasują się Wrocław i Trójmiasto (po 16 proc.).

Obecnie na rynku nieruchomości komercyjnych w budowie znajduje się 1,5 mln mkw nowoczesnych biur, aczkolwiek trzeba zwrócić uwagę na to, że w niektórych miastach tej wolnej powierzchni nie ma. W Trójmieście czy Poznaniu wskaźniki wolnej powierzchni są bardzo niskie, nawet poniżej 6–7 proc., co de facto oznacza, że tej powierzchni dla najemców po prostu brakuje. Ciekawostką jest to, że na przykład w Poznaniu w biurowcach o powierzchni powyżej 10 tys. mkw. te wskaźniki są jeszcze niższe – poniżej 5 proc. W takich miastach jak Trójmiasto czy Poznań widzimy duży potencjał do tego, aby obiektów biurowych powstawało więcej – mówi Kamil Tyszkiewicz.

Według danych CBRE na rynkach regionalnych także wskaźnik pustostanów (9,6 proc.) jest niższy niż w Warszawie (10 proc.). O wolne biura najtrudniej w Poznaniu i Trójmieście, gdzie poziom pustostanów spadł poniżej 7 proc. W tych miastach poziom dostępnej powierzchni w budynkach biurowych powyżej 10 tys. mkw. jest jeszcze niższy i wynosi odpowiednio 5 proc. i nieco ponad 6 proc. Eksperci CBRE podkreślają, że są to rekordy komercjalizacji budynków i świadczą o niespotykanej jak dotąd skali popytu na biura.

Miasta, w których najbardziej brakuje biur, to już klasycznie te największe miasta o najsilniejszej dynamice rozwoju, czyli Kraków i Wrocław, które cały czas przyjmują nowych najemców. Mimo że dużo się tam buduje, potrzeby nadal rosną. Są to również miasta, w których te wskaźniki powierzchni niewynajętej są na bardzo niskim poziomie, czyli Poznań i Trójmiasto – mówi Kamil Tyszkiewicz.

We Wrocławiu i Krakowie wskaźnik pustostanów utrzymuje się na średnim, krajowym poziomie (ok. 10 proc.), natomiast o wolne biuro relatywnie najłatwiej w Lublinie, gdzie wskaźnik wolnej powierzchni wyniósł na koniec III kwartału prawie 19 proc. Mimo szybkiego rozwoju regionalnych rynków biurowych firmy szukające atrakcyjnej lokalizacji dla swoich biur wciąż częściej decydują się na stolicę – w ciągu trzech kwartałów br. wynajęły w Warszawie ponad 634 tys. mkw., podczas gdy w siedmiu głównych miastach regionalnych 421 tys. mkw. powierzchni biurowej (najwięcej w Krakowie i Trójmieście).

Popyt na budownictwo biurowe jest na bardzo wysokim poziomie i utrzyma się przez najbliższe kwartały. Rosnąca absorpcja rynku oraz malejąca podaż powodują, że ze strony najemców jest naprawdę duża presja na zdobycie nowej powierzchni biurowej. Jeśli chodzi o rynki regionalne – tutaj od lat bardzo aktywny jest Kraków, gdzie wynajmuje się najwięcej. Jednak trzeba przyznać, że w ostatnich kwartałach bardzo silnie rozwijało się Trójmiasto, goniąc te największe rynki regionalne, czyli Kraków i Wrocław, gdzie całkowita podaż przekroczyła już 1 mln mkw nowoczesnej powierzchni biurowej – zauważa Kamil Tyszkiewicz.

Ekspert CBRE wskazuje, że już od wielu kwartałów czynsze na rynkach regionalnych kształtują się na podobnym pułapie, około 10,5–15 euro za mkw. miesięcznie. Tradycyjnie już najwyższe stawki są we Wrocławiu, a najniższe w Lublinie, gdzie wskaźniki powierzchni niewynajętej są najwyższe.

Według danych CBRE na koniec trzeciego kwartału br. całkowite zasoby powierzchni biurowej w miastach regionalnych sięgnęły 4,81 mln mkw., co oznacza 10-proc. wzrost. Eksperci prognozują, że w przyszłym roku przekroczą już 5 mln mkw. i zbliżą się do tych, jakimi dysponuje stolica. Jednocześnie eksperci CBRE podkreślili, że dla stabilnego rozwoju rynku potrzebne jest przyspieszenie tempa budowy nowych powierzchni biurowych, bo ich obecna ilość po prostu nie zaspokaja potrzeb najemców.

Prognozy dla rynku biurowego na końcówkę tego roku, jak i na rok 2019 są bardzo pozytywne. Rynki regionalne i rynek warszawski prężnie się rozwijają. Aktualnie w budowie mamy 814 tys. mkw. powierzchni biurowej na rynkach regionalnych, z kolei w Warszawie jest to 750 tys. mkw. Mimo że te cyfry wydają się dość spore, jest to wynik niewystarczający, ponieważ najemcy oczekują, że podaż będzie większa. Dlatego zakładamy, że może się pojawić presja na zwiększenie czynszów na przełomie 2018 i 2019 roku – mówi Kamil Tyszkiewicz, dyrektor regionalny w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych CBRE.

Na ubrania Polacy wydają do 10 proc. swojego miesięcznego dochodu. Zakupy robią głównie w popularnych sieciówkach

Na ubrania Polacy wydają do 10 proc. swojego miesięcznego dochodu. Zakupy robią głównie w popularnych sieciówkach 3

Polacy umiarkowanie interesują się modą. Stawiają na styl nieformalny, kupują głównie w sklepach sieciowych, wydając najczęściej na zakupy odzieżowe maksymalnie 10 proc. miesięcznego dochodu. Czynnikami decydującymi o wyborze konkretnego produktu są przede wszystkim fason oraz cena produktu. Ponad 40 proc. konsumentów przyznaje, że kupuje odzież przynajmniej raz w miesiącu. Połowa respondentów dokonała zakupu odzieży lub obuwia przez internet w ciągu ostatniego półrocza, kierując się najczęściej oszczędnością oraz wygodą – wynika z najnowszego raportu „Rynek mody w Polsce”, przygotowanego przez KPMG we współpracy z Akademią Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego.

Polski sektor odzieżowy i tekstylny przeżywał załamanie w 2009 roku, od tego czasu jego wartość sprzedana jednak systematycznie rośnie, w 2016 roku wynosiła ona ponad 29 mld zł. W branży tej działało wówczas 22 tys. firm, zatrudniających ponad 187,6 tys. osób. Wartość eksportu w sektorze odzieżowym wynosi ok. 3 mld zł, natomiast import produktów odzieżowych osiągnął wartość 1,4 mld zł. Mimo że rodzimy rynek odzieżowy wyrasta na jeden z najatrakcyjniejszych w Europie Środkowo-Wschodniej, Polacy w dość umiarkowanym stopniu interesują się modą. Do zakupów odzieżowych podchodzą w sposób racjonalny i przemyślany, kierując się przede wszystkim jakością ubrania oraz jego ceną.

– Jesteśmy pragmatycznym narodem, zwracamy uwagę na to, żeby nasze ubrania były wygodne, funkcjonalne. Przeważa strój typu casual, czyli nieformalny. Zwracamy uwagę również na cenę produktu. Dalej jesteśmy bardzo podatni na promocje cenowe, poszukujemy produktów, które są warte swojej ceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Szatkowski, starszy menedżer w dziale usług doradczych w KPMG.

Z raportu KPMG „Rynek mody w Polsce 2018”, który został zrealizowany we współpracy z Akademią Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego wynika, że tylko co ósmy Polak stara się łączyć różne style ubierania, zwracając uwagę na zmieniające się trendy. Inspiracji Polacy szukają, przeglądając aktualne kolekcje firm odzieżowych, tylko co piąty śledzi blogi modowe, media społecznościowe znanych influencerów lub pokazy mody. Do najczęściej kupowanych elementów garderoby należą ubrania codzienne oraz bielizna. Buty Polacy kupują raz na pół roku, bardzo rzadko decydują się na zakup takich akcesoriów jak torebka lub biżuteria. Ponad 40 proc. badanych przez KPMG stwierdziło, że kupuje odzież przynajmniej raz w miesiącu.

– Z badań przeprowadzonych przez KPMG w Polsce wynika, że Polacy na swoje potrzeby ubraniowe wydają do 10 proc. swojego dochodu, takie dane otrzymaliśmy w blisko 50 proc. wskazań, natomiast kolejna 1/4 badanych stwierdziła, że wydaje nie więcej niż 1/4 swoich dochodów – mówi Maciej Szatkowski.

Niecałe 30 proc. respondentów przyznało, że w ich szafie znajduje się odzież, którą uważają za luksusową, najczęściej są to okrycia wierzchnie (w tym futra), garnitury i sukienki. Ankietowani Polacy wydali średnio na tego rodzaju elementy garderoby 1 403 zł. Zdecydowana większość Polaków na zakupy odzieżowe wybiera się do popularnych sieciówek, ponad 30 proc. kupuje w sklepach dyskontowych, 28 proc. wybiera natomiast placówki typu second-hand. Rosnącą popularnością cieszą się butiki oferujące marki produktowe. Połowa respondentów w ciągu ostatniego półrocza dokonała zakupu odzieży lub obuwia przez internet.

– Główną barierą, która powstrzymuje Polaków przed zakupami w internecie, jest brak możliwości fizycznego sprawdzenia produktu, przymierzenia go, zobaczenia, z jakiego materiału jest wykonany, jakiej jakości jest to wykonanie – mówi Maciej Szatkowski.

Jak pokazuje raport KPMG, Polacy dość nieufnie podchodzą do nowoczesnych technologii w modzie. 70 proc. badanych przez KPMG przyznało, że podczas przeglądania oferty sklepów internetowych nigdy nie skorzystało z takich narzędzi jak internetowa przymierzalnia, cyfrowe lustro czy wirtualny stylista. Jedynie co czwartej osobie (27 proc. wskazań) zdarzyło się oglądać produkty poprzez widok 360°. Większość firm działających w branży odzieżowej i obuwniczej wprowadza nowe technologie w procesie zarówno produkcji, jak i sprzedaży. W przypadku produkcji są to głównie nowoczesne maszyny pozwalające na automatyzację procesów. Technologie używane w sprzedaży to przede wszystkim obsługa zamówień poprzez różnego typu platformy e-commerce.

Branża modowa, zarówno w Polsce, jak i na świecie, przechodzi obecnie istotne zmiany. Wpływa na to rozwój nowoczesnych technologii, które pozwalają inaczej niż dotychczas zarządzać asortymentem. Znoszą ograniczenia związane z powierzchnią sprzedażową, umożliwiając tym samym poszerzenie asortymentu, pozwalają na personalizację produktów oraz samodzielne przygotowanie projektu odzieży lub obuwia przez konsumenta. Rozwój nowoczesnych technologii wymusza zmiany modelu biznesowego firm produkujących i sprzedających odzież, a poprzez powstawanie nowych narzędzi marketingowych zwiększa zapotrzebowanie na nowych specjalistów.

– Przemysł mody w coraz większym stopniu wykorzystuje nowe technologie zarówno w produkcji, jak i sprzedaży. Nowe technologie wykorzystywane są w celu pozyskania klientów, kreowania wizerunku marki lub zwyczajnie usprawniają codzienne działania w prowadzonym biznesie. Wpływ postępu technologicznego rodzi pilne zapotrzebowanie na pracowników posiadających wiedzę i umiejętności w tym zakresie. Rynek edukacyjny z oczywistych względów powinien nadążać za zmianami technologicznymi i uwzględniać je w procesie kształcenia – mówi Agnieszka Oleksyn-Wajda, radca prawny, kierownik Akademii Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego.

Edukacja to jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed polską branżą modową. System kształcenia i rozwój odpowiednich kompetencji pracowników sektora warunkuje jej stabilny wzrost i pozycję na tle rynków zagranicznych. Nowo powstające zawody są często niezrozumiałe, nie mają też odpowiedniej klasyfikacji choćby w Klasyfikacji Zawodów i Specjalności wymienianych przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Uniemożliwia to uznawanie efektów uczenia się uzyskanych poza edukacją formalną oraz porównywanie kwalifikacji uzyskanych w Polsce z kwalifikacjami nadawanymi w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej.

– Elementy wpływające na dynamiczny rozwój branży mody są jednocześnie tymi czynnikami, które utrudniają dopasowanie oferty edukacyjnej do potrzeb rynku pracy. Nowe zawody i specjalizacje na rynku powstają szybciej niż programy edukacyjne opracowywane przez szkoły. Wyzwaniem dla szkolnictwa jest też zapewnienie standaryzacji oferowanych programów edukacyjnych. To przekłada się na zapewnienie stabilnej i niezakłóconej obecności specjalizacji na rynku oraz ich jakości – mówi Agnieszka Oleksyn-Wajda.

Pełne wyniki raportu przygotowanego przez KPMG we współpracy z Akademią Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego zostały zaprezentowane podczas konferencji Fashion Economy Moda 4.0. Raport w wersji elektronicznej można pobrać ze strony kpmg.pl oraz fe.ckp.lazarski.pl.

Polska firma stworzyła inteligentne półki sklepowe. Dzięki nim sprzedawcy obniżają koszty i skupiają się na obsłudze klienta

Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud
Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud

Nowe technologie w branży retail to zarówno odpowiedź na potrzeby klientów – którzy oczekują wygody, prostoty i intuicyjnej obsługi – jak i ułatwienie dla sprzedawców czy sieci handlowych, które pozwala im ciąć koszty i zwiększać sprzedaż. Polska firma Surge Cloud stworzyła inteligentne półki sklepowe, które dzięki specjalnym sensorom zbierają dane o dostępności produktów, rotacji czy ilości brakującego towaru. Umożliwia to sklepom i producentom redukowanie strat, optymalizowanie ekspozycji i kontrolę nad oferowanymi produktami. Pozwala też poradzić sobie z coraz większym niedoborem pracowników. 

Nowe technologie w handlu detalicznym pozwalają odpowiadać na potrzeby klientów, którzy oczekują wygody, prostoty, intuicyjnej obsługi i płatności, ale też ułatwiają życie sprzedawcom i sieciom handlowym, pomagając im ciąć koszty i zwiększać sprzedaż.

– Zajmujemy się przede wszystkim optymalizacją kosztów i efektywnością sprzedaży. Dzisiaj firmy takie jak Coca-Cola czy Fanta, które produkują napoje i sprzedają je w swoich lodówkach czy urządzeniach promocyjnych, mają problem, bo nie wiedzą na bieżąco, czy cokolwiek się w nich znajduje. Wysyłają prawników, żeby sprawdzić, czy towar znajduje się na ekspozycji, i dopiero potem go domawiają. My dajemy technologię, która robi to za nich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud.

Digitalizacja jest kluczem do przyszłości zakupów – to główny wniosek z ubiegłorocznego raportu „Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku”, opracowanego przez Comarch i Kantar TNS. Zdaniem większości konsumentów (86 proc.) do końca przyszłej dekady elektroniczne i mobilne płatności całkiem zastąpią tradycyjne kasy sklepowe, a w miejsce sprzedawców pojawią się spersonalizowani, wirtualni asystenci (61 proc.). Jak wynika z raportu, 87 proc. klientów jest przekonanych, że większość sklepów będzie im zapewniać cyfrowe usługi i rozwiązania. Sklepy bez kas, inteligentne koszyki, płatności bezgotówkowe, spersonalizowane oferty czy wirtualni doradcy – tak według konsumentów będą wyglądać sklepy za kilkanaście lat.

– Sprzedaż bezpośrednia obecnie transformuje się w dwóch segmentach. Z jednej strony jest to digitalizacja, czyli pojawia się coraz więcej danych i informacji, które należy przeanalizować. Z tego punktu widzenia ważny jest partner, który we właściwy sposób zajmie się tą analizą. Z drugiej strony mamy tendencję bycia bliżej klienta – wszystkie sklepy zbliżają się do klienta, są tam, gdzie on codziennie przebywa – mówi Marcin Popiak, dyrektor regionalny sprzedaży w Crane Merchandising Systems.

Inteligentna półka to rozwiązanie, które umożliwi sieciom handlowym i producentom kontrolę nad produktami oferowanymi w sklepie. Obecnie brak danych o dostępności produktów, rotacji czy ilości towaru, który znajduje się na stanie oraz czas potrzebny na ich pozyskanie generuje koszty dla sklepu wielkopowierzchniowego i utrudnia pracę producenta czy przedstawiciela handlowego. Inteligenta półka gromadzi takie informacje w czasie rzeczywistym, co umożliwia zredukowanie strat w sprzedaży i poprawia wydajność ekspozycji poszczególnych produktów.

– Inteligenta półka za pomocą sensorów sprawdza prezencję konkretnych produktów. Jesteśmy w stanie dowiedzieć się, jaki produkt się na niej znajduje, jaki ma termin przydatności do spożycia i czy jest utrzymany planogram. Automatyzujemy wszystkie te informacje, których każdy merchandiser potrzebuje –podkreśla Marcin Dąbrowski.

Dane zbierane przez taką inteligentną półkę są przesyłane na serwer i mogą z nich korzystać sieci handlowe czy producenci, co znacznie redukuje koszty operacyjne związane z zarządzaniem merchandisingiem.

– Na ten moment skupiamy się na producentach napojów, którzy mają swoje urządzenia sklepowe – lodówki, regały w POS-ach. Dodatkowo interesują nas sieci, w których jest silna marka własna – mówi Marcin Dąbrowski.

Podczas listopadowego „Forum Rynku Spożywczego i Handlu”, w warszawskim hotelu Sheraton, firma Surge Cloud została nagrodzona za swoje rozwiązanie prestiżowa nagrodą branżową „Food&Retail Startup Star 2018”.

– Cały handel detaliczny ma dziś problemy z dostępnością pracowników, podaż pracy jest coraz mniejsza. Natomiast komputery i technologia są dobre w wykonywaniu powtarzalnych czynności, gdzie nie trzeba podejmować skomplikowanych decyzji. Maszyny są dziś w stanie wykonać za nas wszystkie te prace – od układania produktów na półce, przez kontrolę, aż po automatyzację płatności. Tym właśnie się zajmujemy. Wprowadzamy technologię tam, gdzie może ona zastąpić człowieka – mówi prezes Surge Cloud Marcin Dąbrowski.

Obok inteligentnych półek sklepowych specjalizująca się w handlometrii (zarządzaniu sprzedażą w sklepach oparte na danych) polska firma Surge Cloud stworzyła również działające na podobnej zasadzie witryny chłodnicze i chłodziarki.

Kolejny projekt to automatyzacja procesu kasowego, która pozwoli zaoszczędzić około 30 proc. kosztów pracy. Z ubiegłorocznego badania „Czy Polacy są gotowi na sklepy bez kas?”, przeprowadzonego na zlecenie MasterCard, wynika, że sklepowe kolejki to dla 47 proc. konsumentów najbardziej frustrujący element codziennych zakupów, który pochłania średnio aż 18 minut. Blisko połowie badanych zdarzyło się w ogóle zrezygnować z zakupów, ponieważ kolejka była zbyt długa. W wielu supermarketach powszechnym widokiem są już samoobsługowe kasy, ale technologia idzie naprzód i na rynku cały czas pojawiają się coraz nowocześniejsze rozwiązania. Zdaniem prezesa Surge Cloud Marcina Dąbrowskiego w przyszłości ten proces będzie się odbywał automatycznie, na zasadzie „take and go”.

– Sklepy samoobsługowe dają możliwość usprawnienia transakcji przy kasie, co pozwala na szybszą finalizację zakupów. Zyskują na tym zarówno producenci, jak i klienci. Takie aspekty jak wygoda, doświadczenie klienta, personalizacja, będą zmieniać rynek w najbliższym czasie. Klient ma podejść do półki, wziąć towar i zapłacić bez potrzeby stania w kolejce – ocenia Marcin Popiak, dyrektor regionalny sprzedaży w Crane Merchandising Systems.

Dobrym przykładem tego, jak nowe technologie mogą zmienić tradycyjne sklepy jest pilotażowe rozwiązanie Amazona. Na początku tego roku gigant otworzył w Seattle pierwszy na świecie sklep w pełni samoobsługowy, w którym nie trzeba stać w kolejce do kasy, żeby zapłacić za zakupy. Po wejściu do sklepu klient skanuje przy specjalnej bramce swój telefon z zainstalowaną aplikacją. Następnie wybiera ze sklepowych półek to, czego potrzebuje, a wybrane produkty pojawiają się w wirtualnym koszyku w jego telefonie dzięki kamerom i czujnikom. Po zakończeniu zakupów może po prostu wyjść ze sklepu, a odpowiednia kwota rachunku jest automatycznie pobierana z jego karty płatniczej.

Kadra skoczków narciarskich ma nowego sponsora. W ramach współpracy pieniądze trafią m.in. na wsparcie najmłodszych zawodników

0

Tylko w poprzednim sezonie zimowym wydatki polskiej kadry skoczków narciarskich sięgnęły 3,7 mln zł. W sezonie, który właśnie się rozpoczął, kadra będzie mogła pozwolić sobie na więcej – oficjalnym sponsorem polskiej reprezentacji została marka Milka. Istotnym elementem współpracy z PZN jest także Projekt Wspierania Młodych Skoczków, w ramach którego Milka przekaże dodatkowe środki na wspieranie młodych adeptów sportu.

– Skoki narciarskie i sporty narciarskie są w świecie Milki od 25 lat. Sponsorujemy narciarstwo alpejskie, ale również skoki. Wystarczy wspomnieć Martina Schmitta czy Andreasa Wellingera, ale zawsze brakowało nam Polaków w tym gronie. Ponieważ Polacy odnoszą sukcesy, a przede wszystkim tworzą naprawdę świetny zespół, w tym sezonie wybraliśmy właśnie polską drużynę narodową – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Idczak, prezes Mondelez Polska, właściciela marki Milka.

Od tego sezonu Milka została nowym sponsorem polskiej reprezentacji skoczków narciarskich. Tym samym polscy skoczkowie dołączyli do listy sportowców wspieranych przez markę w sezonie 2018/2019, obok czołowych narciarek alpejskich, m.in. Michaeli Kirchgasser czy Ester Ledecki, która podczas ostatnich igrzysk zdobyła złote medale w narciarstwie alpejskim i snowboardzie.

– Jeden obszar współpracy to sponsoring dużych zawodów sportowych – mówi Idczak. – Druga sfera naszego wsparcia dotyczy konkretnych sportowców. Wybieramy bohaterów, z którymi pracujemy, jak Martin Schmitt, z którym byliśmy przez 17 lat, Tina Maze, która w narciarstwie alpejskim osiągnęła bardzo wiele. Teraz do tej kadry dołączają właśnie polscy skoczkowie.

Pokrycie wszystkich wydatków pochłania niemałe koszty – tylko w sezonie 2017/2018 PZN wyliczył wydatki kadry na 3,7 mln zł.

– Z tych pieniędzy została już finansowo wsparta rehabilitacja Szymona Olka, zawodnika, który 3 lata temu odniósł ciężką kontuzję. To, co wymyślą skoczkowie, jeżeli chodzi o innowacje, tam, gdzie będziemy mieli jakieś trudności, żeby to sfinansować ze środków, którymi dysponujemy w Związku, będziemy używać pieniędzy ze sponsoringu – wskazuje Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Środki przekazane przez markę mają trafić na zapewnienie zaawansowanego technologicznie sprzętu, przeprowadzenie testów nowych kombinezonów, butów czy zapięć. Milka chce też pomóc najmłodszym adeptom skoków.

– Kierunki, na których powinniśmy się w tym sezonie skupić, to zakup kasków dla najmłodszych i wsparcie ponad 20 klubów w Polsce. Dodatkowo przekażemy fundusze na fizjoterapię w ośrodkach w Szczyrku i Zakopanem oraz na rozwój i dodatkowe szkolenia dla trenerów młodych kadr – wymienia Beata Kucejko-Pełka, dyrektor marketingu Milka.

Wsparcie młodych zawodników jest kluczowe. To na fali sukcesów Adama Małysza skokami zainteresowały się tysiące dzieci, to właśnie dzięki niemu sukcesy odnoszą nasi zawodnicy i cała drużyna. Brakuje jednak świeżej krwi, co udowodniły choćby inaugurujące sezon zawody Pucharu Świata w Wiśle, gdzie punkty zdobyli tylko zawodnicy kadry A, a żaden z sześciu skoczków grupy krajowej nie zakwalifikował się nawet do konkursu.

– Nie możemy się zachłystywać sukcesami naszych zawodników. To bardzo dojrzała grupa, za 3–4 lata powoli będą kończyć swoją karierę i następni muszą ich zastąpić. Często jeżdżę na takie zawody i widzę, że tam mamy takie diamenciki. To będą wielcy mistrzowie, ale za 15 lat, więc myślimy naprawdę bardzo perspektywicznie. Ta grupa pracuje na wielki sukces sportowy, a dzieci niech z tego korzystają poprzez poprawianie im warunków do rozwijania się w skokach narciarskich – podkreśla Apoloniusz Tajner.

W chińskim KFC można zapłacić dzięki systemowi rozpoznawania twarzy. Europa technologicznie w tyle za biometryczną potęgą Chin

W chińskim KFC można zapłacić dzięki systemowi rozpoznawania twarzy. Europa technologicznie w tyle za biometryczną potęgą Chin 4

Niedługo standardem może być płacenie twarzą. Już teraz w Chinach można użyć swojej twarzy, aby dostać się do biura, wsiąść do pociągu lub wziąć pożyczkę. W KFC zamówienie można złożyć w terminalu, który skanuje twarz klienta. Jeśli pasuje do obrazu z identyfikatora zdjęcia zapisanego w systemie, klient musi jedynie podać swój numer telefonu, a płatność zostanie zrealizowana automatycznie. Technologia wykrywa wszelkiego rodzaju oszustwa, np. podsuwanie fotografii do skanera. W Europie na technologie biometryczne będzie trzeba jeszcze zaczekać.

– Sunmi K1 to kiosk samoobsługowy, który opracowaliśmy specjalnie dla sieci fast-food i supermarketów. Dzięki temu urządzeniu możliwa jest samoobsługa klientów, którzy nie muszą stać w kolejkach do tradycyjnej kasy. Sunmi K1 umożliwia płatność gotówką, kodem QR oraz twarzą – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zhang Bin z Sunmi Technology.

Na zakupy nie trzeba już brać portfela ani nawet smartfona. To nie płatność zbliżeniowa czy za pomocą kodu QR jest przyszłością. Dzięki biometrii wystarczy mrugnięcie okiem, by bezpiecznie zatwierdzić płatność. Za pomocą twarzy można już płacić za realizację zamówienia w KPro – chińskiej odmianie sieci KFC. Ant Financial, który jest inwestorem w sieci KPro, uruchomił taką możliwość w Hangzhou. To pierwsze miejsce na świecie, w którym do płatności wystarczy twarz.

– Płatność twarzą to produkt, który opracowaliśmy wspólnie z naszym partnerem w Chinach, Alipay. Dzięki odpowiedniej kamerze biometrycznej możemy autoryzować płatność poprzez rozpoznawanie twarzy. Kamera biometryczna rozpoznaje twarz, która następnie jest weryfikowana. Jeśli klienta nie ma w bazie, zakończenie płatności jest możliwe po podaniu numeru telefonu komórkowego – tłumaczy Zhang Bin.

Do płatności wykorzystano aplikację z technologią Smile to Pay. Autoryzacja płatności odbywa się przez skanowanie twarzy klienta za pomocą kamery 3D, a technologia wykrywa takie oszustwa, jak np. podsunięcie do skanera fotografii. Wystarczy złożyć zamówienie w specjalnie przygotowanym do tego kiosku samoobsługowym, a przy wyborze formy płatności wybrać skanowanie twarzy. System wykorzystuje zdjęcie klienta z własnej bazy, rozpoznając 600 punktów na twarzy i odległości między nimi. Do autoryzacji płatności potrzebne jest mrugnięcie – aby było wiadomo, że system skanuje twarz, a nie fotografię.

Chiny są pionierem w wykorzystaniu biometrii. KFC w Kraju Środka współpracuje z przeglądarką Baidu w zakresie wykorzystywania skanu twarzy do przewidywania zamówień konsumentów. System jest oparty na sztucznej inteligencji i technologii głębokiego uczenia maszynowego i na tej podstawie rekomenduje klientowi menu. Bazuje na identyfikacji wieku i aktualnego nastroju klienta, które odczytuje z wyrazu twarzy. Z kolei w Wuzhen turystom do zwiedzania nie jest potrzebny bilet wstępu. Wystarczy zeskanowana twarz i jej połączenie z wcześniej wykupionym biletem – tyle wystarczy, by móc zwiedzać wszystkie atrakcje turystyczne.

– W Europie proces wdrożenia tej technologii może potrwać trochę dłużej, ale w tym przypadku możemy korzystać z tradycyjnych metod płatności w punktach sprzedaży, możemy się z nimi łączyć i realizować płatność gotówką lub na terminalu. Polacy już dziś mogą korzystać z możliwości samoobsługi – podkreśla Zhang Bin.

Według analityków MarketsandMarkets rynek systemów biometrycznych osiągnie do 2023 r. wartość blisko 42 mld dol. Tempo średniorocznego wzrostu w najbliższych latach wyniesie 20 proc.

Polacy opracowali aparat fotograficzny, pozwalający „zobaczyć” zdjęcie za pomocą palców. Innowacje coraz bardziej ułatwiają życie niewidomym

Polacy opracowali aparat fotograficzny, pozwalający „zobaczyć” zdjęcie za pomocą palców. Innowacje coraz bardziej ułatwiają życie niewidomym 5

Innowacyjne technologie coraz skuteczniej wspierają niewidomych. Polscy naukowcy opracowali pierwszy na świecie aparat fotograficzny dla osób pozbawionych zmysłu wzroku. Urządzenie w sprzedaży może się pojawić za rok. Tymczasem na świecie opracowywane są kolejne technologie dla ludzi z dysfunkcjami wzroku. To m.in. dotykowy tablet czy w pełni autonomiczne auta. W samej Europie liczba niewidomych wzrośnie do 2050 r. do 115 mln osób.

– Przygotowaliśmy pierwszy na świecie aparat fotograficzny dla osób niewidomych, dzięki któremu osoby niewidome będą mogły lepiej poznawać świat dookoła siebie, a także nie tylko bawić się zdjęciami, co dla wielu osób może być dosyć dziwne, lecz także wykorzystywać nasze urządzenie do edukacji –tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Cybulski, właściciel firmy Robot Manufacture.

Aparat dla niewidomych Blindtouch działa w oparciu o tworzenie tzw. tyflografik. Zdjęcia wyświetlane są na trójwymiarowej matrycy pinów. Osoba niewidoma może więc zobaczyć zarys sfotografowanego ujęcia poprzez dotyk. Rozdzielczość matrycy obecnie wynosi 35×25 pinów, ale docelowo ma zostać zwiększona do co najmniej 70×50 pinów. Sam aparat jest wyposażony w informacje głosowe, które ułatwiają posługiwanie się nim. Urządzenie cechuje się ponadto wysoką mobilnością. Mieści się w kieszeni, a bateria wytrzymuje kilka godzin użytkowania.

Robienie i przeglądanie zdjęć nie jest jednak jedyną możliwością, jaką stwarza opracowana przez Polaków technologia.

– Niewidome dzieci będą mogły wykorzystywać nasze urządzenie jako tablet dla osób niewidomych, czyli wyświetlać tam wykresy, wzory, funkcje matematyczne czy mapy. Jest to wciąż prototyp, więc jeszcze może nie jest doskonały, ale jesteśmy na dobrej drodze, żeby stworzyć coś, co będzie naprawdę użyteczne, naprawdę dobre i przyda się wielu osobom niewidomym – przekonuje Piotr Cybulski.

Opracowywane są także inne urządzenia ułatwiające osobom z dysfunkcjami wzroku codzienne funkcjonowanie. Tablet dotykowy Blitab powala wysłuchać lub przeczytać wyświetlany tekst, korzystając z alfabetu Braille&HASH39;a. Twórcy opracowali inteligentny materiał, na którym wyświetlany jest cały tekst w formie przystępnej dla niewidomych. Do obsługi urządzenia służy zestaw ikonek, po naciśnięciu których następuje np. uruchomienie aplikacji służącej do czytania. Urządzenie kosztuje około 500 euro.

Szansą na ułatwienie codziennego funkcjonowania osobom niewidomym mogą być też samochody autonomiczne. Produkcją aut o piątej klasie autonomizacji, czyli takich, które praktycznie całkowicie eliminują zaangażowanie kierowcy w obsługę, jest zainteresowany m.in. koncern Renault. Tego typu pojazdy nie byłyby wyposażone w kierownicę, a jedynie przyjmowałyby polecenia głosowe. Zdaniem ekspertów tego typu auta mogą się pojawić w sprzedaży już w ciągu najbliższych kilku lat.

Technologii wspomagających niewidomych najprawdopodobniej będzie przybywać, ponieważ zapotrzebowanie płynące z rynku jest coraz większe.

– Rynek jest bardzo obszerny i według nas jest bardzo niewykorzystany, ponieważ liczba osób niewidomych na świecie cały czas wzrasta. Do 2050 roku będzie to już 115 mln osób niewidomych w samej UE. Dlatego istnieje rynek i zapotrzebowanie na urządzenie takie, jak nasze. Tymczasem są tylko dwie firmy, które tworzą także prototypy, jednak na żadnym z ich urządzeń nie można wyświetlać grafiki w taki sposób, jak my wyświetlamy w naszym Blindtouch – przekonuje właściciel firmy.

Światowy rynek urządzeń dla osób niepełnosprawnych według analityków Coherent Market Insights ma przekroczyć do 2024 r. wartość 26 mld dol. Pierwszy aparat dla niewidzących może być dostępny na rynku za rok.

Co dalej z kursem Bitcoina? Analiza dr Przemysława Kwietnia

2019 rok nie jest udany dla posiadaczy kryptowalut. Ceny kryptowalut osiągnęły historyczne szczyty na przełomie roku i od tej pory regularnie spadają. Cena Bitcoina spadła o 73% a najważniejsza z kryptowalut i tak radziła sobie relatywnie lepiej. Inne waluty, w tym popularne Ethereum, Dash czy Litecoin potaniały o ok. 90%. Czy w tej sytuacji inwestorzy powinni zainteresować się możliwościami zarabiania zarówno na wzrostach, jak i spadkach cen kryptowalut?

$6000 złamane, czy to kapitulacja ostatnich krypto-byków?

Należy uczciwie przyznać, że zainteresowanie kryptowalutami na przestrzeni 2018 roku spadało podobnie jak cena Bitcoina. W lipcu mieliśmy ostatnią próbę większych wzrostów, ale zakończyła się ona niepowodzeniem. Z drugiej strony przez naprawdę długi okres czasu poziom $6000 był dla ceny Bitcoina niczym betonowa podłoga – ceny co prawda niespecjalnie rosły, ale nie chciały spaść niżej. Mogło się wydawać, że rynek nie akceptuje niższej ceny. Ruch w dół został sprowokowany przez pozornie błahą z punktu widzenia całego rynku informację – fork sieci Bitcoin Cash. Cena samego BCC oczywiście runęła, ale z punktu widzenia Bitcoina czy innych krypto było wcześniej multum innych informacji, które pozornie mogły wydawać się dużo bardziej niekorzystne, jak np. kradzieże coinów. Tak czy owak mleko się wylało – cena BTC spadła gwałtownie poniżej $6000 potwierdzając jedynie to, że znajdujemy się w głębokim trendzie spadkowym.

Klasyczne rozegranie techniczne?

Może to zabrzmieć dość ironicznie, ale w przebiciu tak ważnego poziomu i podręcznikowej wręcz reakcji rynek Bitcoina w pewnym sensie potwierdził swoją dojrzałość. Takie techniczne rozegrania są normalnie gratką dla inwestorów – strefy popytu i podaży są podstawowymi informacjami dla traderów operujących wykresem, którzy po reakcji na nie oczekują odpowiednich ruchów.

Co dalej z ceną BitcoinaW ostatnim czasie cena Bitcoina wielokrotnie akceptowała kierunek wyznaczony przez analizę techniczną. Dobitnym przykładem są spadki po pokonaniu $6000. Inwestorzy mogą zarabiać na spadkach cen przy wykorzystaniu kontraktów CFD. Źródło: xStation5

W 2017 roku często można było usłyszeć, że notowania krypto, w tym samego BTC, nie akceptują jakichkolwiek kanonów analizy technicznej. Nie działały żadne strefy, kanały, zniesienia czy formacje świecowe. Cena często zachowywała się niesamowicie losowo, po części odzwierciedlając bardzo burzliwą naturę tamtego rynku. Teraz lawa trochę ostygła, część inwestorów, których przyciągnęła górka cenowa już odeszła i rynek stał się nieco spokojniejszy. Dalej zmiany cen potrafią być większe niż na giełdzie czy rynku forex, ale mają nieco bardziej systematyczny charakter. Co istotne, dla inwestora wykorzystującego analizę techniczną kierunek, w którym zmierza cena ma drugorzędne znaczenie. Większość formacji działa zarówno przy rosnących, jak i spadających cenach. Warto zatem mieć możliwość wykorzystania każdego ruchu, który wydaje nam się wiarygodny.

Rynek kontraktów – tylko jakich?

W apogeum zainteresowania kryptowalutami wielokrotnie pojawiały się głosy krytyki, sugerujące, że brak możliwości zawierania pozycji krótkich wypacza cenę Bitcoina i innych coinów. Faktem jest, że po wprowadzeniu kontraktów futures przez CBOE i CME cena przez pewien czas dynamicznie rosła, ale nie tak długo później mieliśmy szczyt cenowy. Moim zdaniem jednak nie było to bezpośrednio związane z faktem wprowadzenia futures, które ze względu na wiele ograniczeń nie są wystarczająco atrakcyjne. Spore wymogi dotyczące zabezpieczeń i duże nominały sprawiły, że rynki futures do tej pory nie odegrały większej roli i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Dla inwestorów zainteresowanych wykorzystywaniem ruchów cen pozostają więc kontrakty CFD. Mają one wiele zalet. W pierwszym rzędzie dają możliwość otwierania pozycji nastawionych nie tylko na wzrost, ale także spadek cen. Pozycja krótka zarabia, gdy cena Bitcoina czy innej kryptowaluty spada. Kontrakty są też mocno skalowalne, może np. zawrzeć je na część, powiedzmy 1/100 coina. Dzięki temu możemy lepiej zarządzać ryzykiem naszych inwestycji. Idąc dalej, kontrakty są bezpieczne na tyle, na ile wiarygodny jest nasz broker. Jeśli mamy do czynienia z dużym, mocnym kapitałowo i regulowanym brokerem nasze środki mogą być bezpieczniejsze niż portfelu krypto. Regulacje ESMA nieco zmniejszyły możliwości jeśli chodzi o dźwignię, ale nadal jest możliwość wykorzystania jej w skali 2:1. Jeśli zatem zawieramy pozycję o wartości 10 tys. złotych, wystarczy aby nasz depozyt pokrył 5 tys. złotych.  Warto zaznaczyć, że za pomocą kontraktów CFD można też zabezpieczyć przynajmniej część naszej pozycji w portfelach kryptowalut.

Co dalej z ceną Bitcoina 2Ten wykres nie pozostawia wątpliwości, że w ostatnich miesiącach zdecydowanie więcej mogli zarobić traderzy obstawiający spadki Ethereum. Czy to koniec tego coina? Absolutnie nie – pomimo utraty 90% wartości od szczytu nadal jest on niemal 4-krotnie droższy niż wiosną 2017. Źródło: xStation5

Co dalej z cenami kryptowalut?

Rynek kryptowalut często porównywany był z rynkiem akcji spółek internetowych, które przeżyły niespotykany boom w końcówce lat 90-tych, po czym na początku XXI wieku doszło do załamania ich cen. Jednak dziś nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie życia bez Internetu. Wiele firm upadło, ale technologia odniosła gigantyczny sukces i spółki na niej bazujące są dziś królami giełd. W przypadku kryptowalut fazę załamania mamy za sobą, nie wiadomo jednak w jaki sposób ostatecznie technologia odnajdzie się rynkowo. Czy regularnie płacę kryptowalutami? Czy robią to moi znajomi, moja rodzina? Czy mogę Bitcoinem zapłacić za bułkę w lokalnym dyskoncie? Wydaje się, że okres globalnej akceptacji dla kryptowalut jeszcze się nie rozpoczął i nadal nie wiadomo czy obecnie najbardziej popularne kryptowaluty będą tymi, które zmonetyzują technologię blockchain. Warto zatem zapewnić sobie możliwość zarabiania na ruchach cen w każdą ze stron lub przynajmniej zabezpieczenia swoich walut przetrzymywanych w portfelach.

dr Przemysław Kwiecień CFA
Doradca Inwestycyjny nr licencji 696
Główny Ekonomista XTB

Czy to już koniec wyprzedaży złotego?

Ostatnie dni były trudne dla krajowej waluty. Jednak całkiem możliwe, że najgorsze już za nami.

Polski złoty w poniedziałek osłabił się w relacji do głównych europejskich walut, kontynuując wyprzedaż z piątku. W parze ze słabszym dolarem amerykańskim PLN zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie. Polska waluta do pewnego stopnia poddana była wewnętrznej presji związanej z tzw. skandalem KNF. Poniedziałkowe wzrosty na krajowym rynku akcji i długu, po piątkowych spadkach, mogą jednak sugerować, że wspomniana negatywna presja zmniejsza się, co może wspierać stabilizację złotego.

Wczorajszy wieczór przyniósł z kolei pewien wzrost obaw o sytuację zewnętrzną – sesje amerykańska i azjatycka przyniosły wyraźne spadki głównych indeksów, co z zasady może również niekorzystnie wpływać na zachowanie innych aktywów uznawanych za ryzykowne, takich jak PLN. Amerykański indeks Nasdaq Composite stracił 3% i znalazł się jedynie nieznacznie powyżej minimów z ostatniego miesiąca. W konsekwencji pogorszenia nastrojów, pod presją znalazły się dziś również europejskie indeksy – jednak polska giełda radzi sobie lepiej na ich tle. Jeśli sytuacja zewnętrzna nie będzie ulegać pogorszeniu, polski złoty w relacji do euro może w najbliższym czasie wracać do niższych poziomów kanału 4,27-4,34, w którym pozostaje od czterech miesięcy.

W kontekście krajowym warto wspomnieć o ostatnich danych makro z gospodarki. Wczorajsze informacje z rynku pracy zaskoczyły in plus. Październikowe, niespodziewane podbicie dynamiki płac do 7,6% jest jednak prawdopodobnie związane z czynnikami, które nie będą istotnie pomagały w przyszłości. Szczególne znaczenie miała tutaj prawdopodobnie wypłata zaległego deputatu pracującym w górnictwie oraz efekt kalendarzowy (więcej dni roboczych w miesiącu w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej). Dynamika zatrudnienia również nie budzi optymizmu – w październiku pozostawała ona wprawdzie stabilna i zgodna z oczekiwaniami, jednak wspomniane oczekiwania były niskie w istotnym stopniu z uwagi na to, że indeks w ostatnim czasie rozczarowywał. Wzrost zatrudnienia w 2018 r. pozostaje wyraźnie niższy niż w ostatnim roku, a bezrobocie obecnie ma coraz większy problem ze spadkiem. Dzisiejsze odczyty dotyczące produkcji przemysłowej cieszą dużo bardziej. Pomimo ograniczeń ze strony rynku pracy dynamika produkcji w październiku wyniosła 7,4% rocznie wobec oczekiwanego wzrostu rzędu 6,4%, tym samym przerwana została słaba passa z poprzedniego miesiąca.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,31-4,33. Wspólna europejska waluta zakończyła dzień umocnieniem w relacji do głównych walut i złotego.

W obecnej chwili inwestorzy w strefie euro czekają na kilka wydarzeń. Istotne będzie jutrzejsze spotkanie Komisji Europejskiej, podczas którego KE wyrazi stanowisko w kwestii włoskiego budżetu. Znaczenie będzie miała również czwartkowa publikacja „minutek” ze spotkania EBC – inwestorzy prawdopodobnie szczególną uwagę poświęcą kwestii tego, w jaki sposób europejscy oficjele zapatrują się na pogorszenie sytuacji gospodarczej we wspólnym bloku. Piątek przyniesie z kolei nowe dane o aktywności gospodarczej w strefie euro w listopadzie, które pozwolą nam lepiej ocenić sytuację w jakiej się znajdujemy.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,84-4,87. Brytyjska waluta nie była wczoraj poddana większym wahaniom w relacji do głównych walut. Funt nie traci, w czym sprzyja brak informacji o zebraniu wystarczającej ilości głosów do uruchomienia wotum nieufności wobec premier May, czego obawiały się rynki.

Dziś brytyjska waluta nieco zyskuje w relacji tak do głównych walut, jak i złotego. Pomaga w tym przemówienie prezesa Banku Anglii przed Komisją Skarbu przy okazji prezentacji raportu o inflacji. Ton wypowiedzi Marka Carneya zdaje się wspierać propozycję porozumienia premier May i działania brytyjskiego rządu zmierzające do rozwiązania sytuacji, co uspokaja inwestorów.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,77-3,79. Amerykańska waluta zakończyła wczorajszy dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Dolarowi w ostatnim czasie nie sprzyjają zdystansowane komentarze członków FOMC i mieszane dane z gospodarki oraz idący za tym spadek rentowności krajowych obligacji. Dziś w początkach dnia dolar odrabia jednak część ostatnich strat, wspierany przez słabość wspólnej europejskiej waluty.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku
  • 16:00 – przemawia prezes Bundesbanku, Jens Weidmann

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Black Friday to dzień wielkich wyprzedaży i… „ad fraudów”

Eksperci z Just Run App, podmiotu zajmującego się promocją aplikacji m-commerce, przewidują, że zjawisko „ad fraudów”, czyli wyłudzanie pieniędzy od reklamodawców poprzez dostarczanie fałszywego ruchu, nasili się w trakcie Black Friday oraz przedświątecznych zakupów.

Artur Zawadzki z agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile, pomysłodawca Just Run App
Artur Zawadzki z agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile, pomysłodawca Just Run App

23 listopada, czyli Black Friday, może być trudny dla branży reklamy online – przyznaje Artur Zawadzki z agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile, pomysłodawca Just Run App. – Nasilona aktywność reklamodawców w tym czasie sprzyja zapotrzebowaniu na ruch, każdy chce pozyskać użytkownika i każdy chce to zrobić tanio. Z powodu skali zjawiska na nadużycia są narażeni wszyscy reklamodawcy, także ci inwestujący w reklamę mobilną.

„Ad fraudy” polegają na sprzedaży impresji, klików lub konwersji, które są generowane automatycznie przez boty a nie ludzi. Paradoksalnie, problem najbardziej dotyka tych reklamodawców, którzy preferują reklamę efektywnościową (o ile nie kończy się np. płatnością), czyli rozliczaną za osiągnięcie pożądanej akcji, np. wejście na stronę czy wypełnienie formularza. Ze względu na model rozliczenia, dużą rolę reklamy wideo oraz rozproszenie wydawców najbardziej podatny na nadużycia jest programmatic – kanał generujący w 2017 r. wydatki reklamowe o wartości ponad 560 mln złotych, co stanowi 28% całościowego budżetu na reklamę display w Polsce[1].

„Ad fraudy” są nową formą globalnej cyberprzestępczości – dodaje Artur Zawadzki. – Reklamodawcy są ofiarami wyłudzeń na skalę miliardów dolarów rocznie. Według analityków z firmy Forrester w 2016 r. „ad fraudy” kosztowały reklamodawców 7,4 mld dolarów. O ile nie zostaną podjęte żadne regulacje rynkowe, ta liczba ma wzrosnąć do blisko 11 mld dolarów do 2021 r.

Problem ad fraudów dotyczy także branży mobilnej. Na początku tego roku, w wyniku śledztwa przeprowadzonego przez BuzzFeed odkryto sieć aplikacji, których użytkownicy byli potajemnie śledzeni, a ich aktywność w aplikacjach została następnie skopiowana i wykorzystana do stworzenia fałszywego ruchu, zdolnego ominąć najważniejsze systemy do wykrywania „ad fraudów”. Zidentyfikowane aplikacje zostały zainstalowane na telefonach z Androidem ponad 115 milionów razy. Jak podał BuzzFeed, były wśród nich również aplikacje adresowane do dzieci[2].

W przypadku branży mobilnej problem „ad fraudów” dotyczy nie tylko emisji reklam, ale i instalacji aplikacji. Według szacunków firmy AppsFlyer, tylko w pierwszym kwartale 2018 r. marketerzy aplikacji mobilnych mieli do czynienia z oszustwami reklamowymi o wartości od 700 do 800 milionów dolarów, co stanowi wzrost o 30% w porównaniu do średniej kwartalnej za 2017 r. Wnioski z badanej próby 2500 aplikacji są następujące – „nieuczciwe” instalacje stanowią 11% wszystkich płatnych instalacji, w przypadku niektórych aplikacji udział „ad fraudów” przekracza czasem 30%, branże najbardziej podatne na tego typu nadużycia to m-commerce i branża finansowa. To tu za akcje użytkownika płaci się najwięcej, więc i pokusa ze strony oszustów jest największa.

Problemu „ad fraudów” z racji skali, kosztów, a także kwestii bezpieczeństwa danych użytkowników nie można lekceważyć – podkreśla Artur Zawadzki.  – To jest jednak bardzo ciężka walka z przeciwnikiem, który cały czas doskonali technologię i działa na masową skalę. Co może pomóc? Współpraca z zaufanymi partnerami i oprogramowanie, które tego typu działania wykrywa. W taką właśnie autorską technologię, wykorzystującą ogromne bazy danych i uczenie maszynowe inwestujemy w ramach Just Run App. Analizując dane pochodzące z naszej własnej sieci Mobigate oraz z sieci programatycznych widzimy różnice w zachowaniach użytkowników. Śledzimy tu pewne statystyczne rozkłady związane z używanymi urządzeniami, oprogramowaniem czy lokalizacją. Danych, które mogą pomóc, jest naprawdę dużo: IP, model urządzenia, wspomniana już lokalizacja, sieć z której korzysta instalujący aplikację, rozkład godzinowy instalacji, czas między kliknięciem a instalacją, ustawienia językowe, brak lub niezgodne ID. W przypadku poszczególnych kampanii mają one różną wagę, ale mając odpowiednią ilość danych nasze narzędzia wykorzystujące metody machine learning czy artificial intelligence są w stanie wyłapywać coraz więcej anomalii.

[1] Według szacunków Grupy Roboczej Programmatic przy IAB Polska, opartych na danych IHS oraz IAB Polska/ PwC AdE.

[2] https://www.buzzfeednews.com/article/craigsilverman/how-a-massive-ad-fraud-scheme-exploited-android-phones-to

Produkcja rośnie, ale spowolnienie puka do drzwi

Ważne dla firm: Spowolnienie gospodarcze w Europie Zachodniej zaczyna powoli docierać do polskich przedsiębiorstw, ale na razie ma wyjątkowo łagodny przebieg

Październik przyniósł dalszy wzrost produkcji sprzedanej przemysłu. Dynamika w ujęciu rocznym (w cenach stałych) wyniosła 7,4% i 9,9% w ujęciu miesięcznym. Po wyeliminowaniu czynników sezonowych i kalendarzowych skorygowane wielkości wyniosły odpowiednio 5,0% r/r i 1,2% m/m. Jest to wyraźnie wolniejszy wzrost niż przed rokiem (12,3%). Oznacza to, że choć przemysł spowalnia w skali roku, słabszy wrześniowy wynik, był raczej chwilową zadyszką.

Przetwórstwo przemysłowe odnotowało roczną dynamikę wzrostu nieznacznie poniżej średniej (7,3%). Produkcja sprzedana w przetwórstwie rosła wolniej niż wytwarzanie i zaopatrywanie w energię (11,5%) czy dostawa wody i gospodarowanie odpadami (8,6%).

Wzrost sprzedanej produkcji na przestrzeni roku w przetwórstwie przemysłowym objął 95,9% gałęzi, chociaż przy dużym zróżnicowaniu dynamik: najwyższa dla urządzeń elektrycznych (19,5%), podczas gdy 9,1% w przypadku pojazdów samochodowych i 8,1% – maszyn i urządzeń.

Produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 22,4% r/r. To więcej niż przed rokiem (20,2%) oraz przed miesiącem (7,8%), ale korekta o liczbę dni roboczych już studzi entuzjazm: odpowiednio 19,6% r/r oraz -0,5% m/m. Ujawnia się pewna ciekawa zależność: budowa budynków miała silny wkład do dynamiki produkcji budowlano-montażowej w horyzoncie rocznym, ale już nie miesięcznym (pomimo dobrych warunków atmosferycznych).

Można przypuszczać, że fala spowolnienia w Europie Zachodniej zaczyna wpływać na oczekiwania polskich przedsiębiorców. Jak na razie, to spowolnienie przyjmuje jednak łagodne oblicze.

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Coraz chętniej ulegamy pokusom Black Friday i Cyber Monday

Black Friday, Cyber Monday oraz zakupy świąteczne stanowią dla detalistów i producentów ostatnią prostą w handlowym maratonie roku. Ze względu na rosnący udział zakupów dokonywanych za pomocą urządzeń mobilnych na tym etapie istotną rolę odegra kanał sprzedaży online, z każdym rokiem coraz ważniejszy element w strategii omnichannel.

W Polsce widać już pierwsze efekty tego typu działań marketingowych. Obecnie już 60 proc. polskich konsumentów twierdzi, że spotkało się wcześniej z określeniem Black Friday czy Czarny Piątek. To znaczny wzrost w porównaniu z ubiegłorocznymi deklaracjami, kiedy znajomość tego pojęcia deklarowało zaledwie 30 proc. Polaków. Stąd też niemal 30 proc. z nich planuje skorzystać w tym roku z wyprzedaży z okazji zbliżającego się Czarnego Piątku. To wzrost o 6 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Inne zmiany zachodzące w postawach konsumentów także zdecydują o skali sukcesu tych okresowych działań promocyjnych handlowców. W badaniu GfK Consumer Life obserwowany jest spadek odsetka konsumentów, którzy deklarują, iż cena jest najważniejszym czynnikiem ich decyzji zakupowych (56 proc. w 2017 wobec 59 proc. w 2015 roku). Ponad dwie trzecie z nich przyznaje, że jakość można przedkładać nad ilość, tzn. posiadanie gorszych produktów, nawet w większej ilości, można zrekompensować posiadaniem mniejszej ich ilości, ale w lepszym gatunku.

Co więcej obecnie niemal 70 proc. konsumentów uważa, że doświadczenie jest ważniejsze niż posiadanie. Gotowość do zapłaty za jakość nie oznacza jednak, iż „polowanie” na okazje przestaje być atrakcyjnym zajęciem. Dwie trzecie polskich konsumentów odczuwa satysfakcję trafiając w sklepie na dobrą promocję. Ponadto połowa przyznaje, że lubi kupować najnowszą lub nowszą wersję produktu, który już posiadają. To wzrost o 5 pp. w porównaniu z rokiem 2015.

Gdyby polscy nabywcy mieli skorzystać z wyprzedaży, najbardziej atrakcyjne byłyby dla nich promocje na odzież, buty i bieliznę (51 proc. wskazań, o 5 pp. więcej r/r.), artykuły wyposażenia mieszkania i sprzęt AGD (38 proc.; wzrost o 7 pp.) oraz sprzęt RTV i elektronikę użytkową (37 proc.; wynik bez zmian).

Przemysław Dwojak, Senior Director w dziale Sales Effectiveness, komentuje: „Detaliści i producenci powinni wykorzystywać rosnący zapał konsumentów do poszukiwania doświadczeń. Wraz z rozwojem kanału e-commerce, wzmocnienie obszaru doświadczeń staje się coraz bardziej istotne dla utrzymania znaczenia sklepów stacjonarnych. Akcje promocyjne, jak Black Friday czy Cyber Monday, wpływają na zmianę tradycyjnej sezonowości i koncentracji sprzedaży. W skali całego świata odgrywają coraz większą rolę w handlu, najsilniej oddziałując przede wszystkim na rynki dóbr technologicznych. Dlatego dla detalistów i producentów tak istotne jest dobre zaplanowanie i skuteczne przeprowadzenie działań związanych z tego rodzaju wydarzeniami. Znaczące obniżki są kluczem do sukcesu kampanii promocyjnych. Jednak wymaga to od producentów ostrożności, aby uczestnictwo w tego typu akcjach nie wiązało się z obniżaniem marży ponad to, co konieczne.”

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z:

  1. Badania własnego przeprowadzonego metodą omnibus (wywiady face-to-face CAPI), zrealizowanego w dniach 2-10 listopada 2018 roku na reprezentatywnej, ogólnopolskiej, losowej próbie Polaków N=1000 w wieku powyżej 15 roku życia.
  2. Badania GfK Consumer Life przeprowadzonego na próbie 26 000 konsumentów w wieku 15+ w 21 krajach.

Alior Bank obchodzi 10-lecie działalności

Kiedyś jeden z pierwszych finansowych startupów, dziś dynamicznie rozwijający się bank uniwersalny. Alior Bank, który przoduje na rynku pod względem jakości bankowości tradycyjnej, a jednocześnie wyznacza trendy w usługach finansowych online, jest na rynku już 10 lat. Przypominamy początki działania polskiej firmy, która odważnie weszła na bankowy rynek w czasach kryzysu i szybko zdobyła znaczną jego część. Wyjaśniamy dlaczego w logo Alior Banku znajduje się anioł, skąd wzięły się meloniki i co dla banku oznacza „wyższa kultura”.

10 lat Alior BankuAlior Bank to bank uniwersalny, którego usługi skierowane są zarówno do klientów indywidualnych, jak i biznesowych. W swojej działalności łączy zasady tradycyjnej bankowości z innowacyjnymi rozwiązaniami, dzięki którym wyznacza nowe trendy w usługach finansowych i systematycznie wzmacnia swoją pozycję rynkową. Tę zawdzięcza czwartej co do wielkości sieci dystrybucji w kraju, nowoczesnej bankowości internetowej i mobilnej, wysokiej jakości usługom, a także nieustannie wzbogacanej ofercie produktów.

Pomimo upływu czasu, duch innowacyjności i swoista startupowość ciągle stanowią o kulturze Alior Banku. Jesteśmy Cyfrowym Buntownikiem, co oznacza, że chcemy służyć jak najlepiej klientom w sposób bezpieczny i przyjazny, wykorzystując dostępne technologie, najnowsze osiągnięcia i trendy. Będziemy ciągle dopasowywać nasze produkty i usługi do zmieniających się potrzeb klientów, a także rozwijać innowacje, również w oparciu o partnerstwa. Wierzę, że dzięki dużej elastyczności i bardzo dobrej współpracy „biznesu” z IT, będziemy w stanie sprawnie i szybko wdrożyć nowatorskie rozwiązania – wyjaśnia Krzysztof Bachta, wiceprezes zarządu kierujący pracami zarządu Alior Banku.

Skok na głęboką wodę

Idea Alior Banku powstała w 2007 r. i szybko weszła w życie, przekładając się na konkretny biznesplan.  Pomysłodawcą i założycielem instytucji był Wojciech Sobieraj, który kierował bankiem od początku istnienia do czerwca 2017 r. Koncepcja nowego banku zakładała maksymalne wykorzystanie potencjału polskiego rynku, wynikającego z: przedsiębiorczej populacji (prawie 4 miliony przedsiębiorstw) dobrze znającej technologię informatyczną (5. miejsce w Europie pod względem liczby użytkowników portalu Facebook), zdominowania polskiego sektora bankowego przez banki o przestarzałych modelach działalności, gdzie na innowacje kładziono niewielki nacisk lub przez banki kontrolowane przez zagraniczne podmioty, w których decyzje strategiczne podejmowane były głównie poza Polską.

Po pozyskaniu inwestora – Grupy Carlo Tassara – gotowego do wniesienia kapitału w wysokości 1,5 mld zł na założenie banku, powołano zespół doświadczonych na polskim rynku menedżerów i rozpoczęto opracowywanie szczegółowej strategii dla nowej instytucji. Alior Bank rozpoczął działalność 17 listopada 2008 r. z 40 oddziałami i tysiącem pracowników.

Alior Bank jako pierwszy w kraju, już na starcie działalności, zaoferował klientom m.in. konta osobiste z bezpłatnym dostępem do bankomatów w Polsce i na świecie oraz lokatami overnight. Z kolei małym i średnim firmom udostępnił rachunek zarabiający (klient otrzymywał wynagrodzenie, jeżeli średnie saldo na rachunku przekroczyło określony próg), a także zintegrowane rachunki – bieżący i maklerski. Menedżerowie Alior Banku od początku stawiali na awangardowe rozwiązania i angażowali w ich inicjowanie i rozwój wszystkich pracowników. Tak powstał nieformalny „Klub Google” (później Innovation Lab) pracujący nad innowacjami i czerpiąc pomysły z zagranicy. Starania szybko się opłaciły i Alior Bank został dostrzeżony przez rynek. W latach 2009 i 2010 zwyciężył w kilku kategoriach rankingu Przyjazny Bank Newsweeka.

– Początki pracy nie były zbyt komfortowe, tym większy uśmiech pojawia się na twarzy, gdy wraca się do nich teraz myślami. Pracowaliśmy na krzesłach samodzielnie kupionych w IKEA, a główną salą spotkań była kawiarnia Coffe Heaven na dole budynku Equator przy Al. Jerozolimskich w Warszawie. Nie przeszkadzało nam to jednak w tworzeniu zupełnie nowatorskiej na tamte czasy oferty, kopiowanej przez konkurencję, na którą składało się konto z możliwością darmowych opłat za rachunki w kasie banku, bezpłatne wypłaty
z bankomatów czy gwarancja najniższej raty pożyczki –
wspominają pracownicy warszawskiej centrali Alior Banku.

Wyróżnij się, albo zgiń

Alior Bank w swoim logotypie umieścił anioła, symbolizującego ochronę i bezpieczeństwo.
Kompozycja z dwóch kwadratów, odzwierciedla doskonałość, zaufanie, solidność oraz partnerskie relacje pomiędzy klientami i bankiem. Rycina przedstawiająca anioła stylizowana jest na tradycyjny miedzioryt. Nawiązuje do grafiki banknotów, papierów wartościowych, komunikując wiarygodność. Za sprawą geometrycznego kształtu logo ma nowoczesny charakter, a elegancka czcionka sprawia, że jest ponadczasowe. Kolorystyka logo oparta jest na dwóch kolorach: złoto-żółtym oraz burgundzie. Złoto-żółta barwa symbolizuje słońce, dobrobyt, natomiast burgund doświadczenie i pewność – tłumaczy Michał Wójcik, dyrektor Departamentu Marketingu i PR Alior Banku.

Wojciech Sobieraj – Prezes Zarządu Alior Banku
Wojciech Sobieraj

Ówczesny prezes Alior Banku – Wojciech Sobieraj chciał, by jego firma była konkurencyjna na trzech polach. Po pierwsze, aby oferowała szerokiej grupie odbiorców usługi dostępne dotychczas wyłącznie dla nielicznych wybranych klientów. Po drugie, aby usługi były przystępne cenowo, a klienci płacili za rzeczywistą wartość dodaną, nie za coś co jest powszechnie dostępne. Po trzecie, aby byli zadowoleni z wysokiej jakości obsługi i kompetencji bankierów. Działania marketingowe Alior Bank rozpoczął od akcji pod hasłem „Zbuduj z nami nowy bank”. Blisko 60 tys. osób wyraziło swoje opinie dotyczące godzin pracy placówek, systemu obsługi klienta czy produktów i usług podczas spotkań, które bank przeprowadzał ze społecznościami lokalnymi w całej Polsce lub biorąc udział w internetowej akcji.

aliorBank od początku istnienia konsekwentnie komunikuje się w mediach, wykorzystując w swoich kampaniach „Bankowców w melonikach”. – Melonik symbolizuje klasę i wysoki poziom. Budzi skojarzenia ze stylem i najlepszymi tradycjami. „Bankowcy w melonikach” proponują powrót do świata fundamentalnych, racjonalnych reguł, którymi kiedyś szczyciła się bankowość – wyjaśnia Michał Wójcik. Alior Bank wystartował w 2008 roku z dwoma spotami telewizyjnymi. W pierwszym „Melonikowcy” trzymali w ręku parasole – symbol ochrony – które pomagały im w bezpiecznym lądowaniu z nieba. Po wylądowaniu podążali w kierunku placu, na którym wszyscy wspólnie budowali nowy solidny bank. Drugi spot, w którym bankier w meloniku przechadzał się po kuli ziemskiej, promował konto osobiste. – Hasło Alior Banku „Wyższa kultura bankowości” (zmienione w 2017 roku na: Wyższa Kultura. Bank Nowości) odwołuje się do „nowego ładu finansowego”, przechodzenia od trudnego dla klientów świata liczb, analiz, procentów – do świata idei i form związanych z pieniędzmi. Słowo „wyższa” kojarzy się z pojęciami o podobnej konstrukcji np. wyższe wykształcenie, wskazującymi na jakość – wspomina dyrektor marketingu. Alior Bank i agencja reklamowa PZL zostały nagrodzone Grand Prix EFFIE 2009 oraz Złotym EFFIE w kategorii „Launch” za kampanię reklamową wprowadzającą na rynek markę Alior Bank.

Wiatr w żagle

W 2011 r. Alior Bank wprowadził do oferty usługę Rachunki bez Opłat, która pozwalała na regulowanie opłat za comiesięczne rachunki w oddziałach banku bez prowizji. Inicjatywa ta znacząco przyczyniła się do pozyskania nowych klientów. Bank udostępnił też pierwszy na rynku bankowy Kantor Walutowy online oraz rozwiązania z zakresu asset management.

W ciągu zaledwie czterech lat działalności Alior Bank zbudował jedną z największych sieci dystrybucji w Polsce pod względem liczby placówek – na koniec września 2012 r. było ich już ponad 680. Bank postawił także na rozwój zdalnych kanałów, obejmujących bankowość online i mobilną, bankowość wirtualną, centra obsługi telefonicznej. Uruchomiony w czerwcu 2012 r. wirtualny oddział Alior Banku, który działał pod marką Alior Sync, był pierwszym w Polsce bankiem internetowym nowej generacji i prawdziwym przełomem na rynku usług finansowych. W Alior Sync można było bowiem załatwić online wszystkie te sprawy, które dotychczas realizowane były tylko w sposób tradycyjny. Za to rozwiązanie Alior Bank otrzymał nagrodę BAI – Global Banking Innovation Award w kategorii Discruptive Innovation. W maju 2014 r. markę Alior Sync zastąpiła marka T-Mobile Usługi Bankowe. To efekt strategicznego partnerstwa banku i operatora komórkowego T-Mobile.

14 grudnia 2012 r. Alior Bank zadebiutował na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, przeprowadzając największą ofertę publiczną prywatnej spółki w historii GPW o łącznej wartości 2,1 mld zł. W 2015 r. Grupa PZU zakupiła 25% kapitału zakładowego banku. W tym samym roku nastąpiła fuzja Alior Banku z Meritum Bankiem, w kolejnym do Alior Banku włączono wydzieloną część Banku BPH SA.

Alior Bank dziś

Obecnie bankiem kieruje Krzysztof Bachta, który do niedawna pełnił funkcję dyrektora zarządzającego ds. strategii i rozwoju w Grupie PZU. Alior Bankowi zaufało już ponad 4 mln klientów, może pochwalić się 864 placówkami własnymi i partnerskimi w całej Polsce. Jego bogata oferta dla biznesu przyciągnęła już 180 tys. firm. Bank zatrudnia ponad 8 tys. pracowników. Alior Bank działa wg strategii „Cyfrowego buntownika” na lata 2017-2020, która zakłada m.in. poprawę wskaźników finansowych i dynamiczny rozwój technologiczny. W zeszłym roku bank zmienił hasło na „Wyższa kultura. Bank nowości”, które podkreśla skupienie banku na kanałach cyfrowych i tzw. daily bankingu. Zmieniła się też komunikacja „Melonikowca” jako człowieka stojącego za cyfrową rewolucją.

Krzysztof Bachta
Krzysztof Bachta

W tegorocznej edycji konkursu EFMA Distribution & Marketing Innovation Awards, Alior Bank zdobył złoto w kategorii “Offering Innovation” za Konto Jakże Osobiste. Zajął też pierwsze miejsca w rankingach Forbesa zdobywając tytuły: Bank przyjazny firmie oraz Bank rekomendowany firmie. Może poszczycić się również mianem Przyjaznego banku „Newsweeka”, gdzie w rankingu zdeklasował konkurencję w dwóch kluczowych dla siebie kategoriach – Bankowość tradycyjna i Bankowość internetowa.

Bitcoin leci na dno. Cena spada do granicy 4 tys. dolarów

Cena bitcoina spada do granicy 4 tys. dolarów. To najniższy poziom od października 2017 r. Jeszcze tydzień temu najpopularniejsza kryptowaluta kosztowała o 35 proc. więcej. Przeceny nie wywołał jeden czynnik, nałożyło się ich przynajmniej kilka – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Jakkolwiek spojrzeć na tegoroczny spadek kryptowalut, liczby robią wrażenie. Wartość całego rynku zmniejszyła się o ok. 650 mld dolarów (z blisko 800 do zaledwie 145 mld dol.). Sam bitcoin w swoim szczycie był wart niemal pięciokrotnie więcej niż dziś, a ethereum, trzecia co do wielkości kryptowaluta, nawet dziesięciokrotnie.

Ogromne spadki zbiegły się w czasie z tzw. hard forkiem bitcoina casha, czyli wprowadzeniem nowego oprogramowania, które de facto powoduje podzielenie kryptowaluty na dwie. Taki zabieg to zwykle duży element niepewności, dlatego jeszcze przed zaplanowanym na 15 listopada podziałem część uczestników rynku wolała się zabezpieczyć i ograniczyć kryptowalutowe inwestycje.

Od kilku miesięcy kryptowalutom ciąży także widmo pozwów sądowych, które SEC (amerykański odpowiednik KNF) rzekomo przygotowuje przeciw wielu podmiotom związanym przede wszystkim z ICO, tj. ofertą publiczną kryptomonet. W miniony piątek, dzień po wspomnianym “hard forku”, SEC ogłosił, że firmy Airfox i Paragon Coin. Inc. będą musiały zapłacić po 250 tys. dol. kompensacji inwestorom za niezarejestrowanie swoich ICO jako papierów wartościowych. Będą ponadto musiały zarejestrować swoje tokeny (z ICO) jako papiery wartościowe.

Rejestracja oznacza większe restrykcje, których wcześniej ICO było praktycznie pozbawione. Zwiększyły się obecnie szanse, że SEC szykuje kolejne kary i w praktyce zwiąże ręce następnym podmiotom. Część inwestorów i podmiotów, by uprzedzić ten ruch,  również prawdopodobnie zmniejsza swoją ekspozycję na kryptowaluty, co dodatkowo wzmaga falę wyprzedaży.

Choć wydaje się, że “hard fork”, wyroki SEC i pozbywanie się w szybkim tempie kryptowalut w związku z ICO to główne powody obecnej wyprzedaży, nie należy zapominać, że już przez ostatnie dwa miesiące cały rynek znajdował się blisko najniższych poziomów od listopada ub.r. Okres niskich, ale stabilnych notowań, został brutalnie zakończony, nałożeniem się negatywnych czynników i przebiciem kolejnych psychologicznych barier (najpierw 6 tys., a potem 5 tys. dol.), co jeszcze bardziej przyspieszyło przecenę.

Wysoka zmienność, z jakiej znane są kryptowaluty, powróciła, przynajmniej na najbliższe tygodnie. Choć możemy, i najprawdopodobniej będziemy, w pewnym momencie obserwować odreagowanie i wzrosty cen, spekulacyjny charakter tych ruchów powoduje, że cena bitcoina w ciągu tygodnia może wynieść 3 tys. dol., ale równie dobrze wrócić do 6 tys. Tu warto jednak przypomnieć, że w połowie lipca ub.r. bitcoin kosztował poniżej 2 tys. dol. Zatem potencjał spadkowy jest jeszcze duży.

Czy przyszłość komunikacji miejskiej to… powrót do przeszłości?

Czasem zrównoważony rozwój nie wymaga opracowania nowych technologii, lecz raczej powrotu dobrych rozwiązań istniejących od dawna. W ostatnich latach coraz więcej miast wspiera niskoemisyjne środki transportu, dlatego rośnie popularność tramwajów i trolejbusów.

Lublin, Niepołomice, Olsztyn i Wągrowiec – te miasta zostały nagrodzone lub wyróżnione w konkursie ECO-MIASTO 2018 za rozwijanie zrównoważonej mobilności. Nagrodą dla laureatów, Lublina i Niepołomic, są testy Renault ZOE przez okres jednego miesiąca. Organizatorami projektu ECO-MIASTO są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa. ECO-MIASTO jest realizowane we współpracy z Renault Polska, SAUR Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, Dalkią i TIRU, a także WSPÓLNIE – Fundacją LafargeHolcim.

Powrót tramwajów

Olsztyn tramwaj Zwrot ku tramwajom to trend widoczny na całym świecie. W drugiej połowie XX wieku w wielu europejskich i amerykańskich miastach zrezygnowano z tego środka transportu na rzecz autobusów oraz prywatnych samochodów, ale w ostatnich latach coraz większą wagę przywiązuje się do rozwoju zrównoważonej mobilności. Zaletą tramwajów jest w pełni elektryczny napęd, zerowa emisja spalin, a w wielu miastach również zupełnie odrębna infrastruktura, dzięki czemu te pojazdy nie stoją w korkach. Nowoczesne, klimatyzowane i niskopodłogowe wagony zapewniają wysoki komfort podróżowania. Dlatego tramwaje wróciły m.in. do Bordeaux, Edynburga, Paryża czy Waszyngtonu.

Olsztyn to jedno z wielu miast o podobnej historii, choć jedyne takie w Polsce. W latach 60. zlikwidowano miejscową trakcję tramwajową, ale w XXI wieku pojawił się pomysł jej przywrócenia. Ostatecznie tramwaje wróciły do miasta pod koniec 2015 r. Obecnie mieszkańcy mogą korzystać z trzech linii, a planach są kolejne dwie oraz zakup nowych wagonów. Za reaktywację i rozwój komunikacji tramwajowej Olsztyn został wyróżniony w konkursie ECO-MIASTO 2018.

Nowe odcinki i zielone torowiska

Olsztyn tramwajW wielu polskich miastach sieć tramwajowa jest wykorzystywana od kilkudziesięciu lat, a nawet od końca XIX stulecia. W XXI wieku, m.in. dzięki dofinansowaniom z Unii Europejskiej, szereg ośrodków miejskich nie tylko nie rezygnuje z tego środka transportu, lecz go rozwija – wśród miast rozbudowujących sieć tramwajową można wymienić Bydgoszcz, Częstochowę, Elbląg, Gdańsk, Kraków, Łódź, Poznań, Szczecin, Toruń, Warszawę czy Wrocław.

Nowym pomysłem nie są również zielone torowiska, które ostatnio zyskują na popularności. Sam pomysł pojawił się jeszcze na początku XX w., a na zachodzie Europy upowszechnił się w latach 80. Zalety takiego rozwiązania to redukcja hałasu związanego z ruchem tramwajowym oraz pochłanianie zanieczyszczeń, a także walory estetyczne. Obecnie po torowiskach pokrytych zielenią jeżdżą tramwaje m.in. w aglomeracji górnośląskiej, Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu, WarszawieWrocławiu.

Trolejbusy – relikt przeszłości czy ekologiczna alternatywa dla autobusów?

Lublin trolejbusW przeszłości trolejbusy wykorzystywano w wielu miastach w Europie i na świecie. Stopniowo z nich rezygnowano, kiedy pojawiły się nowoczesne autobusy, które uznano za bardziej uniwersalny środek transportu – nie wymagały one bowiem budowy specjalnej sieci trakcyjnej. Jeszcze do 1995 r. trolejbusy jeździły np. po Warszawie, ale ostatecznie sieć zlikwidowano.

Wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej miasta szukają alternatyw dla autobusów z silnikami diesla. Obecnie w użyciu są już autobusy elektryczne, ale trolejbusy mają nad nimi pewną przewagę – nie wymagają kilkugodzinnego ładowania baterii. W dodatku to właśnie przez drogi akumulator koszt zakupu elektrycznego autobusu bywa dużo wyższy niż w przypadku trolejbusu. W porównaniu do tramwajów trolejbusy są zaś nieco cichsze, a niezbędna infrastruktura – mniej kosztowna. Mogą też one pokonywać bardziej strome wzniesienia.

Obok Gdyni i Tych jednym z trzech ośrodków miejskich w Polsce wykorzystujących współcześnie transport trolejbusowy jest Lublin. Dzięki temu udział taboru niskoemisyjnego we flocie transportu publicznego osiągnął już 30%, a w planach jest osiągnięcie 50%. Lublin otrzymał tytuł laureata konkursu ECO-MIASTO 2018 w kategorii mobilność zrównoważona.

Trolejbus i autobus w jednym

W Gdyni niedawno pojawiły się pojazdy, które łączą zalety trolejbusów i autobusów elektrycznych. Są to trolejbusy, które zostały wyposażone w baterie. Pozwala im to przejechać nawet 30 km bez sieci trakcyjnej. Już od października takie trolejbusy umożliwiają dojazd do Ergo Areny na pograniczu Sopotu i Gdańska, a w planach są kolejne połączenia.

CFO czują zaostrzenie polityki podatkowej

Aż 72 proc. badanych dyrektorów finansowych w Polsce zauważa bardziej restrykcyjną praktykę fiskusa w ostatnim roku. Spada też przyzwolenie CFO dla działań Ministerstwa Finansów.

Ostatnie lata to czas silnych zmian w polskim systemie podatkowym. Ministerstwo Finansów stale wprowadza zmiany i regulacje dotyczące podatków, które są coraz bardziej uciążliwe dla polskich podatników. Firma audytorsko-doradcza Grant Thornton i towarzystwo ubezpieczeniowe Euler Hermes drugi rok z rzędu sprawdziły, jak te zmiany są odbierane przez dyrektorów finansowych firm działających w Polsce.

Z badania zaprezentowanego w raporcie „CFO czują dokręcenie fiskalnej śruby” wynika, że znaczna większość badanych (72 proc.) silnie odczuwa zaostrzenie się praktyki podatkowej MF. Jest to o 29 pkt proc. więcej niż w ubiegłorocznej edycji badania. Z kolei już tylko 27 proc. dyrektorów finansowych nie zauważa zmian w podatkach – w zeszłym roku takich odpowiedzi było aż 57 proc. Co ciekawe, w tym roku 1 proc. badanych uważa, że polityka podatkowa urzędów skarbowych uległa złagodnieniu (w poprzednim badaniu nie było ani jednej takiej odpowiedzi).

Wykres. Jak z Pana(-i) perspektywy zmieniła się praktyka podatkowa urzędów skarbowych wobec przedsiębiorstw w ostatnich 12 miesiącach?

perspektywy zmieniła się praktyka podatkowa urzędów skarbowych wobec przedsiębiorstw w ostatnich 12 miesiącach
Źródło: Badanie Grant Thornton i Euler Hermes przeprowadzone wśród 200 dyrektorów finansowych działających w Polsce firm.

Na pytanie o obszary, w których odczuwalne są najsilniejsze zmiany, 61 proc. dyrektorów finansowych wskazało zmiany w wymaganiach sprawozdawczych wobec podatników, 66 proc. zaostrzenie przepisów podatkowych, a 30 proc. uważa, że decyzje urzędów są wydawane na korzyść firmy rzadziej niż dotąd (w zeszłym roku było to odpowiednio 63 proc., 66 proc. i 15 proc.). W tegorocznej edycji badania ankietowani w znacznie mniejszym stopniu niż w roku ubiegłym uważają, że „kontrole skarbowe są bardziej szczegółowe niż dotychczas” (26 proc. odpowiedzi wobec 45 proc. w zeszłym roku) oraz że są „częstsze niż dotychczas” (29 proc. wobec 49 proc. rok temu).

Wydaje się, że pogorszenie się nastrojów CFO jest podyktowane głównie ostatnimi zmianami prawa podatkowego. Wprowadzenie szeregu mechanizmów, które mają zapobiegać unikaniu opodatkowania, jest odbierane negatywnie – podatnicy mogą czuć obawę, że ich działania biznesowe zostaną zakwalifikowane jako niezgodna z prawem optymalizacja podatkowa – mówi Dariusz Gałązka, Partner w Grant Thornton. Co prawda, w firmach spada liczba prowadzonych kontroli. Z naszych doświadczeń wynika jednak, że jednocześnie organy podatkowe w trakcie kontroli mają coraz więcej zastrzeżeń. Nie chodzi tu już tylko o oczywiste błędy podatników czy naruszenia przez nich przepisów prawa, ale często organy doszukują się nieprawidłowości tam, gdzie one nie występują – dodaje.

Zmiany w polityce podatkowej wprowadzane przez MF mają na celu uszczelnienie systemu podatkowego. Badani CFO zapytani o skuteczność tworzonych regulacji w większości (65 proc. respondentów) popierają działania MF oraz uważają, że przyczynią się one do uszczelniania systemu podatkowego. Jednak w porównaniu do zeszłorocznego badania poparcie dla działań MF wyraźnie spadło. Pozytywnych odpowiedzi jest o 17 pkt proc. mniej niż w zeszłym roku, natomiast znacznie wzrósł odsetek CFO opowiadających się przeciwko zmianom w polityce podatkowej – obecnie już 35 proc. ankietowanych uważa, że wprowadzane regulacje nie przyczynią się do uszczelniania systemu podatkowego (wzrost z 18 proc. w zeszłym roku).

Wyniki badania sugerują też, że CFO czują się coraz bardziej zaniepokojeni zaostrzającą się polityką fiskalną państwa. Już 58 proc. ankietowanych uważa, że działania MF utrudnią działalność ich firm. Jest to wynik niemal o połowę wyższy niż w zeszłym rokiem, w którym takich odpowiedzi było tylko 32 proc. Znacznie mniej dyrektorów finansowych (37proc. w stosunku do 66 proc. w zeszłym roku) twierdzi, że wprowadzane przez MF zmiany w polityce podatkowej nie mają wpływu na działalność ich firm. Co ciekawe, nieco wzrósł procent odpowiedzi deklarujących, że wprowadzane regulacje ułatwią działalność ich przedsiębiorstw – z 2 proc. w zeszłym roku, do 5 proc. w tym roku.

Przeprowadzone badanie ponownie wyraźnie pokazuje, jak istotny element wśród zadań dyrektorów finansowych stanowią podatki oraz ich zmiany. Utrzymujący się i umacniany kierunek zmian podatkowych zdecydowanie nie sprzyja elastyczności prowadzenia działalności gospodarczej. Zapowiadane ostatnio „szczególna opieka podatkowa” wybranych branż budzi kolejne obawy. Wykazane w poprzednim roku zrozumienie dla wprowadzanych zmian słabnie, co nie może dziwić w świetle pożądanej przez przedsiębiorców stabilności otoczenia prawno-podatkowego. Dodatkowe nakłady pracy wymagane dla spełnienia nowych wymogów nie przekładają się ostatecznie na poprawę rentowności działalności – uważa Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu, Euler Hermes.

Upadłość konsumencka byłych przedsiębiorców

Były przedsiębiorca może zostać oddłużony pomimo posiadania długów w związku z wcześniej prowadzoną działalnością gospodarczą. Sporządzenie skutecznego wniosku o ogłoszenie upadłości jest znacznie trudniejsze wobec byłego przedsiębiorcy niż wobec konsumenta, który takiej działalności wcześniej nie prowadził. Wniosek taki wymaga bowiem głębszego uzasadnienia i właściwego opisania postępowania przedsiębiorcy jako osoby niewypłacalnej. W trakcie postępowania w przedmiocie ogłoszenia upadłości sąd zbada nie tylko aktualne istnienie stanu niewypłacalności dłużnika, ale także to, czy dłużnik, mając taki obowiązek, złożył wniosek o upadłość jako przedsiębiorca.

Sprzyjające nowelizacje przepisów upadłościowych

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ostatnie dwie duże nowelizacje ustawy Prawo upadłościowe i naprawcze (obecnie Prawo upadłościowe, dalej pu) dokonane w latach 2014 i 2015 przyniosły szereg istotnych zmian w przepisach dotyczących postępowania upadłościowego prowadzonego wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, czyli tzw. upadłości konsumenckiej. Zmienione tymi nowelizacjami przepisy nakazują takie prowadzenie postępowań upadłościowych wobec konsumentów, które umożliwi umorzenie zobowiązań upadłego niewykonanych w trakcie postępowania upadłościowego, a dopiero w drugiej kolejności – jeśli jest to możliwe – nakazują zaspokojenie roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu. Odmienny jest zatem cel prowadzenia postępowań upadłościowych względem konsumentów od postępowań prowadzonych względem przedsiębiorców (m.in. osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, wspólników osobowych spółek handlowych ponoszących odpowiedzialność za zobowiązania spółki całym swoim majątkiem, czy wreszcie spółek kapitałowych). Celem nadrzędnym takich postępowań jest więc oddłużenie dłużnika, a nie zaspokojenie wierzycieli.

Brak barier czasowych na złożenie wniosku

Na gruncie aktualnie obowiązujących przepisów nie istnieją żadne bariery czasowe uniemożliwiające byłemu przedsiębiorcy złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości. Wniosek taki może złożyć nawet następnego dnia po zaprzestaniu wykonywania działalności gospodarczej i wykreśleniu jej z ewidencji działalności gospodarczej (CEIDG). Do wniosku w takim wypadku warto będzie załączyć odpowiedni dokument poświadczający, że nie jest się już przedsiębiorcą.

Upadłość byłego przedsiębiorcy na wniosek wierzyciela

Co do zasady wniosek o ogłoszenie upadłości składa dłużnik. W odniesieniu jednak do byłych przedsiębiorców oraz osób prowadzących tzw. ukrytą działalność gospodarczą ustawa dopuszcza dwa wyjątki. Wniosek o ogłoszenie upadłości byłego przedsiębiorcy, jak również wspólnika osobowej spółki handlowej, może także złożyć jego wierzyciel, o ile od dnia wykreślenia tego przedsiębiorcy z ewidencji nie upłynął rok. Wierzyciel może również złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości tzw. niezarejestrowanego przedsiębiorcy, o ile od dnia zaprzestania prowadzenia działalności nie upłynął rok. W obydwu ww. przypadkach zgodnie z treścią ustawy Prawo upadłościowe postępowania takie prowadzone są według przepisów o postępowaniu upadłościowym wobec konsumentów. W takich przypadkach nie stosuje się więc m.in. przepisów o tzw. ubóstwie masy (art. 13 ust. 1 i ust. 2 pu), czy o „wielości” wierzycieli (art. 11 ust. 1 w zw. z art. 1 ust. 1 pkt 1 pu), które stanowią najczęstsze przyczyny oddalania wniosków.

Negatywna przesłanka ogłoszenia upadłości byłego przedsiębiorcy

Z punktu widzenia byłego przedsiębiorcy, lecz również każdej innej osoby, na której ciążył obowiązek zgłoszenia w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości (mowa jest tutaj zatem o osobach wskazanych w art. 21 ust. 2 pu, które na podstawie ustawy, umowy spółki lub statutu mają prawo do prowadzenia spraw dłużnika i do jego reprezentowania), istotne jest czy mając taki obowiązek złożył on w wymaganym przepisami terminie wniosek o ogłoszenie upadłości. Sąd może bowiem oddalić wniosek o upadłość konsumencką byłego przedsiębiorcy, o ile stwierdzi, że były przedsiębiorca, pomimo zaistnienia przesłanek do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, wniosku takiego w wymaganym terminie nie złożył. Jest to jedna z negatywnych przesłanek do ogłoszenia upadłości i oddalenia przez sąd wniosku konsumenta. Co istotne, sąd upadłościowy bada tę przesłankę, cofając się aż dziesięć lat wstecz od dnia złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości. Ustawodawca nie zaopatrzył jednak przywołanej przesłanki przymiotem bezwzględności. Uznał bowiem, iż mogą ją sanować tzw. klauzule rozsądku, czyli „względy słuszności” lub „względy humanitarne”.

Długi z działalności gospodarczej

We wniosku o ogłoszenie upadłości były przedsiębiorca powinien umieścić nie tylko zobowiązania prywatne (niezwiązane z działalnością gospodarczą), lecz również długi powstałe w trakcie wcześniej prowadzonej działalności gospodarczej lub zawodowej. Celem postępowania upadłościowego prowadzonego wobec konsumenta jest bowiem jego całkowite oddłużenie, a więc umorzenie wszelkich zobowiązań bez względu na ich charakter. Badając wniosek o upadłość, sądy nie weryfikują rodzaju wskazanych tam zobowiązań. Badanie wniosku ograniczają wyłącznie do stwierdzenia faktu niewypłacalności dłużnika oraz tego, czy w chwili składania wniosku jest on osobą nieprowadzącą działalności gospodarczej.

Sąd ogłosi upadłość byłego przedsiębiorcy, o ile obie powyższe przesłanki zostaną spełnione, a ponadto nie zajdzie żadna z negatywnych przesłanek uniemożliwiających wydanie korzystnego dla dłużnika orzeczenia, w szczególności, o ile dłużnik nie doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie nie zwiększył jej stopnia umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa.

Cel postępowania upadłościowego – umorzenie długów

Postępowanie upadłościowe prowadzone wobec konsumenta (także byłego przedsiębiorcy) ma na celu jego oddłużenie. Po jego zakończeniu, co ma miejsce zazwyczaj po wykonaniu planu spłaty wierzycieli, umorzeniu podlega każde zobowiązanie pieniężne dłużnika, z wyjątkiem zobowiązań, które powstały po dacie ogłoszenia upadłości, zobowiązań alimentacyjnych, rent z tytułu odszkodowania za wywołanie choroby, niezdolności do pracy, kalectwa lub śmierci, zobowiązań z tytułu orzeczonych przez sąd kar grzywny, zobowiązań z tytułu obowiązku naprawienia szkody, z tytułu zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, zobowiązań zasądzonych tytułem nawiązki, z tytułu świadczenia pieniężnego orzeczonego przez sąd jako środek karny oraz zobowiązań z tytułu świadczenia pieniężnego orzeczonych przez sąd jako środek związany z poddaniem sprawcy próbie, a także roszczeń o naprawienie szkody wynikającej z przestępstwa lub wykroczenia stwierdzonego prawomocnym orzeczeniem sądu oraz wierzytelności, których upadły umyślnie nie ujawnił, jeżeli wierzyciel nie brał udziału w postępowaniu. Wskazany powyżej katalog wierzytelności niepodlegających w wyniku postępowania upadłościowego umorzeniu ma charakter zamknięty, zatem wszelkie pozostałe zobowiązania, w tym zobowiązania publiczno-prawne, zostaną umorzone.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nowe oczekiwania klientów odmieniają rynek

Nowe oczekiwania klientów sprawiają, że w perspektywie 5 lat rynek produktów i usług ulegnie znacznym zmianom. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Ricoh wynika, że w tym okresie 24% firm z sektora MŚP spodziewa całkowitej reorganizacji swojej oferty. Stosunek jakości do ceny (43%), więcej możliwości wyboru (42%) oraz jakość związana z samym korzystaniem z usług, w tym obsługą klienta (41%), będą kształtowały sposób w jaki funkcjonują innowacyjne firmy. 51% badanych chce wykorzystać nowe technologie by uprościć i przyśpieszyć procesy. Dzięki temu pracownicy nie będą przeciążeni np. czasochłonnymi obowiązkami administracyjnymi i będą mogli zapewnić wyższy poziom obsługi klienta.

Rośnie świadomość potencjału danych o preferencjach klienta, którymi dysponuje firma. 47% badanych planuje w większym stopniu dbać o pozyskanie i analizę informacji zwrotnych od klientów. 54% chce się skupić na rozwijaniu i pogłębianiu dotychczasowych relacji. Jedynie 32% planuje włączyć klientów i partnerów do procesu tworzenia nowych produktów i usług.

David Mills
David Mills, CEO w Ricoh Europe

„Przyszłość sektora MŚP kreuje się właśnie teraz. Firmy muszą teraz podjąć kluczowe decyzje dotyczące nowej ścieżki rozwoju.  Z pewnością największy wpływ na długoterminowy sukces firm będzie miała zdolność do szybkiego reagowania na zachodzące zmiany. Orężem w tym procesie będą nowe technologie. To dzięki nim będą mogli usprawnić funkcjonowanie firmy, przyśpieszyć prace nad nowymi produktami i zwiększyć efektywność” – powiedział David Mills, CEO w Ricoh Europe.

O badaniu

Projekt badawczy Generation Innovate zrealizowano w 23 krajach w Europie na próbie 3300 przedstawicieli kadry zarządzającej MŚP.

Dalsza przecena złotego

Awersja do ryzyka przyczynia się do utrzymania się spreadów polskich papierów nad rynkami bazowymi z dala od tegorocznych minimów. Złoty nadal tracił na wartości. Pozostając pod wpływem czynników globalnych kurs EUR/PLN wrósł do 4,335.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas poniedziałkowej sesji złoty nadal tracił na wartości. Pozostając pod wpływem wysokiej awersji do ryzyka związanej zarówno z tematem Brexitu oraz włoskiego budżetu, ale też utrzymującego konfliktu pomiędzy USA a Chinami, jeszcze podczas sesji europejskiej notowania EUR/PLN zaatakowały opór na poziomie 4,332. Theresa May walczy o przetrwanie na stanowisku premiera i o poparcie dla umowy brexitowej, bez której Wielka Brytania opuściłaby Unię w sposób „nieuporządkowany” i „potencjalnie bardzo chaotyczny”. Z kolei w sporze Włoch z KE rynek czeka na opinie Komisji dot. drugiej wersji projektu budżetu. Biorąc pod uwagę wprowadzone jedynie marginalne zmiany istnieje ryzyko, że zostanie on najprawdopodobniej ponownie zakwestionowany. Apetytu na ryzyko nie poprawiły też doniesienia o braku publikacji (po raz pierwszy w historii) wspólnego komunikatu po zakończonym szczycie Wspólnoty Gospodarczej i Pacyfiku (APCE) ze względu na napięcia i braku porozumienia w relacjach USA-Chiny.

Tymczasem kolejne dane krajowe pokazują dobre odczyty, co jednak nadal nie znajduje większego przełożenia w cenie złotego, ze względu na zapowiedzianą, stabilną politykę RPP odnośnie stóp procentowych, co zapewne zostanie potwierdzone w czwartkowej publikacji protokołu z jej ostatniego posiedzenia. W poniedziałek GUS opublikował raporty dot. rynku pracy. W październiku roczna dynamika zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw utrzymała się na poziomie wrześniowym 3,2% r/r, mocno wzrosła zaś dynamika wynagrodzeń, do 7,6% z 6,7% we wrześniu. Rynek pracy nadal pozostaje więc wsparciem dla wydatków gospodarstw domowych (w październiku fundusz płac w sektorze przedsiębiorstw – bez uwzględnienia wzrostu cen – zwiększył się o 11% r/r). We wtorek poznamy dane produkcyjne, po który oczekuje się wyższych odczytów niż we wrześniu, co jednak nadal pozostawać powinno be wpływu na złotego.  EUR/PLN powinien utrzymywać okolice poziomów obecnie notowanych.

Początek tygodnia przyniósł spadki rentowności polskich obligacji skarbowych. Krzywa dochodowości przesunęła się o około 3pb na całej swojej długości, w związku z czym papiery w sektorze 2-letnim notowane są w okolicy 1,60%, a w 10-letnim w pobliżu 3,25%. Oczekujemy, że zaplanowane na ten tydzień publikacje nie powinny przyczyniać się do wzmożonej zmienności, oczekujemy więc stabilizacji wokół aktualnych poziomów z możliwością do dalszej korekty spadkowej ostatnich wzrostów rentowności. Nastawienie RPP powinno wspierać potencjał do spadku rentowności 2-letnich w stronę 1,55%, gdyż członkowie RPP jak dr R. Sura podkreślają, że wzrostowe trendy inflacyjne są na razie ledwo zarysowane i nie dają podstaw do podwyżki stóp procentowych.

Pomimo przesunięcia się polskiej krzywej dochodowości w dół, spready nad notowaniami papierów z rynków bazowych zdecydowanie odbiły od ostatnich dołków. Spread między polskimi a amerykańskimi obligacjami w sektorze 10-letnim znajduje się w okolicy 20pb, po tym jak jeszcze na początku listopada na krótko spadł poniżej zera. Za mocniejszym spadkiem rentowności na rynkach bazowych niż w Polsce przemawiała wysoka awersja wobec ryzyka. Zamieszenie w Wielkiej Brytanii, Włoszech czy na linii USA-Chiny skutkowało większym zainteresowaniem aktywami bezpiecznej przystani ze strony inwestorów. Również czynniki lokalne powodują wzrost spreadów kredytowych, gdzie ASW w sektorze 10-letnim znalazł się w pobliżu 40pb, na co wpływ mają między innymi obawy o płynność niektórych banków.

Wykres dnia: Awersja do ryzyka przyczynia się do utrzymania się spreadów polskich papierów nad rynkami bazowymi z dala od tegorocznych minimów.

Awersja do ryzyka przyczynia się do utrzymania się spreadów polskich papierów nad rynkami bazowymi z dala od tegorocznych minimów
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy/Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Polacy na wyprzedażach wydają nawet o 40 % więcej. Podczas Black Friday ten wzrost może osiągnąć nawet 70%!

W 2017 r. na świecie wartość sprzedaży detalicznej online wyniosła ponad 2 bln USD, a do 2021 r. ma ona wzrosnąć ponad dwukrotnie i osiągnąć niemal 5 bln USD[1]. Jednym z czynników napędzających rozwój e-commerce jest rosnąca popularność wyprzedaży, które generują dodatkowy ruch na stronach i zwiększają obroty sklepów.

Przykład?

W 2017 roku w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i Ukrainie sprzedaż w okresie tzw. Black Friday wzrosła aż o 59 proc., a podczas posezonowych wyprzedaży o ponad 40% – wynika z danych Answear.com.

W Polsce wyprzedaże są szczególnie popularne. Prawie co drugi badany Polak (49 proc.) wstrzymuje się z decyzją o zakupie do czasu rozpoczęcia promocji lub wyprzedaży – wynika z raportu KPMG.

Z kolei towarami najchętniej kupowanymi przez Polaków w trakcie promocji i wyprzedaży są obuwie (74 proc.) i odzież (67 proc.). Co ciekawe, połowa Polaków (50 proc.) podczas robienia zakupów postanowiła kupić dodatkową, wcześniej nieplanowaną rzecz – przeciętnie były to dodatkowo dwa produkty[2].

Święto wyprzedaży – Black Friday

Wzrasta także popularność wyprzedaży online, co najlepiej widać podczas Black Friday – w 2017 r. w USA dochody ze sprzedaży online w tym dniu wyniosły 2,36 miliardów USD, co oznacza niemal 20 proc. wzrost w porównaniu do 2016 r.[3] Ten trend widać także na rynku europejskim – w 2017 r. zysk Answear.com w okresie Black Friday zwiększył się prawie o połowę w stosunku do 2016 r.

Krzysztof Bajołek,Jesteśmy obecni w 6 państwach Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki czemu doskonale widzimy to, czego oczekują klienci na poszczególnych rynkach. Różna dojrzałość rynku, zamożność konsumentów, preferencje zakupowe czy dostępność marek – to wszystko ma wpływ na zwyczaje klientów w różnych krajach. Co ciekawe, dużo zależy także od pogody – im chłodniej, tym sprzedaż okazuje się lepsza. Jednak jedno jest niezmienne – w trakcie wyprzedaży zainteresowanie zakupami zawsze wzrasta. – tłumaczy Krzysztof Bajołek, Prezes Answear.com.

W Polsce w 2017 roku na zakupy z okazji Black Friday zdecydowało się już 23% klientów (w 2016 tylko 12%[4]). W Rumunii, podczas Black Friday klienci kupili produkty o wartości przekraczającej 200 mln EUR, czyli o 35% więcej niż w 2016 roku (130 milionów euro)[5], ale w tym kraju ten jeden dzień wyprzedaży zyskuje rangę niemal święta narodowego, podczas którego zostają nawet odwoływane zajęcia na uczelniach! Z kolei w Czechach wzrost sprzedaży w tym dniu był przewidywany na poziomie powyżej 50%[6]. Na Węgrzech w 2017 roku w Black Friday zakupy planowało 3,3 miliona osób – w 2016 roku było to niewiele ponad 2 miliony[7] – wynika z danych Answear.

Rozwój Answear.com wspiera fundusz inwestycyjny MCI.TechVentures.

– Dostrzegając trendy na jednym rynku możemy szybciej odpowiedzieć na podobne potrzeby w innych państwach. Jednym z nich jest właśnie popularność wyprzedaży. Z drugiej strony należy pamiętać, że jest to bardzo duże wyzwanie, zwłaszcza w obszarze logistyki – nie ma dobrego e-commerce bez świetnie zorganizowanej części logistycznej – tłumaczy Maciej Bogaczyk, Senior Investment Director w funduszu MCI.TechVentures.

Zainteresowanie wyprzedażami z okazji Black Friday notuje się zarówno w asortymencie damskim, jak i męskim, przy czym ten ostatni ma nawet większą dynamikę wzrostu (ponad 82% w 2017 roku w porównaniu z poprzednim rokiem). W przypadku kolekcji damskiej najchętniej kupowane są jeansy i spodnie, w asortymencie męskim – swetry i kurtki.

Wciąż nowe okazje

Dane potwierdzają, że wyprzedaże przyciągają klientów, dlatego sprzedawcy tworzą dla nich coraz to nowe okazje. Na popularności zyskuje choćby zapoczątkowany w 2009 r. Dzień Singla, hucznie obchodzony zwłaszcza w Chinach. O tym, że jest to jedno z największych świąt handlowych na świecie, świadczą liczby. W 2017 r. wysokość obrotów tylko w tym jednym dniu odnotowanych przez serwisy Alibaba’s Tmall i Taobao osiągnęła 25,3 mld USD[8]. W tym roku koncern Alibaba pobił rekord – w czasie Dnia Singla złożono ponad miliard zamówień, a przychody ze sprzedaży wyniosły 30,8 mld USD.

Sklepy odnotowują także zwiększone zyski przy okazji Cyber Monday. Zapoczątkowane w Stanach Zjednoczonych święto wyprzedaży to doskonała okazja dla mniejszych sklepów internetowych, które nie muszą konkurować z większymi sieciami w czasie Black Friday. W tym dniu najczęściej kupowane są ubrania i obuwie – w 2017 r. sprzedaż online dokonana tylko przez komputery stacjonarne w tym dniu w USA wyniosła 3,36 mld USD (o 26 proc więcej niż rok wcześniej, gdy było to 2,67 miliarda USD)[9].  Także w Polsce Cyber-poniedziałek okazuje się specjalnym dniem, a klienci, którzy spóźnili się na Czarny Piątek, mogą podczas poweekendowych zakupów wydać nawet o 40% więcej – wynika z danych Answear.com

Relatywnie nowe okazje zakupowe, jak Black Friday czy Cyber Monday, spowodowały zmianę tendencji w handlu – często to listopad jest teraz miesiącem, kiedy sklepy notują jedną z największych sprzedaży w roku. Szacuje się, że udział listopada w obrotach rocznych sklepów i dostawców usług stanowi około 20 proc. Klienci, nauczeni doświadczeniem, nie czekają już na ostatnią chwilę z zakupem prezentów. Jednocześnie ogromne listopadowe wyprzedaże, jak Black Friday zachęcają do wcześniejszego skompletowania listy prezentowej.

[1] Statista, Retail e-commerce sales worldwide from 2014 to 2021 (in billion U.S. dollars)

[2] KPMG, Wyprzedaże i promocje – jak zmieniają zwyczaje zakupowe Polaków?

[3] Statista, Comparison of U.S. online sales revenue on Thanksgiving and Black Friday from 2008 to 2017 (in million U.S. dollars)

[4] GfK Poland, Black Friday w polskich sklepach – marketingowa moda czy handlowe żniwa

[5] GPeC, E-commerce Market Report 2017: Romanians purchased online 2.8 billion euro worth of products

[6] CzechTrade, Black Friday is comparable to after-Christmas sales

[7] DailyNews Hungary, Black Friday madness reaches Hungary

[8] Statista, Alibaba’s gross merchandise volume on Singles Day from 2011 to 2017 (in billion U.S. dollars)

[9] Statista, Desktop e-commerce spending in the United States on Cyber Monday from 2005 to 2017 (in million U.S. dollars)

Nadchodzą zmiany w dziedziczeniu jednoosobowych przedsiębiorstw

Dotychczas po śmierci właściciela jednoosobowego przedsiębiorstwa jego spadkobiercy mogli odziedziczyć jedynie majątek firmy, czyli lokal, wyposażenie, towar czy prawa niematerialne, jednak bez możliwości stania się jej nowym właścicielem. Z tego powodu, a także wskutek  długotrwałego postępowania spadkowego wiele przedsiębiorstw przestawało funkcjonować. Od 25 listopada br. roku, dzięki wprowadzeniu ustawy o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej, nastąpi zmiana, dzięki której firma będzie mogła zachować ciągłość „bytu” mimo śmierci jej właściciela.

Według kodeksu cywilnego przedsiębiorstwem nazywany jest zespół niematerialnych oraz materialnych elementów niezbędnych do kierowania działalnością gospodarczą. Warunki, dzięki którym firma będzie w stanie dalej funkcjonować, a z których przedsiębiorca może skorzystać jeszcze za życia do niedawna były wyraźnie ograniczone, ze względu na przedmioty i wartości, które wiążą się jedynie z osobą, która założyła działalność, jak NIP, nazwa firmy, czyli imię i nazwisko właściciela oraz koncesje, licencje czy zezwolenia. Dodatkowym problemem był brak konkretnych przepisów na temat działań w przypadku śmierci właściciela jednoosobowej działalności gospodarczej.

Dobra zmiana

Do 25 listopada br. roku jednoosobowa działalność gospodarcza sama w sobie nie mogła stać się własnością spadkobiercy, na spadkobierców przechodziły jedynie poszczególne składniki majątku przedsiębiorcy. Natomiast dzięki ustawie z 5 lipca 2018 roku o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej zostanie zapewniona kontynuacja działalności gospodarczej po śmierci przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą lub w formie spółki cywilnej. To szansa na rozwój, ponieważ pozwoli kontynuować bez większych zakłóceń działalność wielu dobrze prosperujących firm oraz ocalić setki miejsc pracy.

– Wprowadzone narzędzia pozwolą osobom prowadzącym działalność gospodarczą w tej formie zapewnić, za pomocą prostych działań, kontynuowanie w sposób ciągły często dzieła ich życia. Dodatkowo pomogą również spadkobiercom w łatwy sposób zapewnić dalsze funkcjonowanie przedsiębiorstwa w momencie, w którym oni dopiero będą to przedsiębiorstwo „przejmowali” i uczyli się jego funkcjonowania – mówi Zuzanna Kostur-Nienartowicz, radca prawny z kancelarii prawnej Ecovis Milczarek i Wspólnicy.

Należy pamiętać, że ustawa o zarządzie sukcesyjnym, wprowadza narzędzia przejściowe, tymczasowe, które nie dają gwarancji trwałości firmy. Dlatego przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą lub wspólnicy spółki cywilnej powinni jeszcze za życia podjąć niezbędne czynności zmierzające do zaplanowania i uporządkowania sukcesji. Myślenie o zapewnieniu sukcesji i dalszych losach prowadzonej firmy powinno również dotyczyć przejścia na emeryturę zapewniającego kontynuację działalności firmy, a przede wszystkich gwarantującego ustępującemu właścicielowi dochód na emeryturze.

O uregulowaniu sukcesji powinni również myśleć wspólnicy spółek osobowych i kapitałowych, tak aby spółki te po śmierci wspólników, którzy często również prowadzą sprawy spółki, mogły w sposób niezakłócony prowadzić dalszą działalność – dodaje ekspertka.

Celem ustawy jest umożliwienie funkcjonowania przedsiębiorstwa na analogicznych zasadach jak za życia jego właściciela, od momentu otwarcia spadku do jego podziału. Dzięki temu nie poniesie ono istotnych strat, które byłyby związane z przejęciem władzy przez nowego właściciela.

Prywatne akademie piłkarskie czeka duża rewolucja. W tle są też duże pieniądze

Część branży przewiduje, że nowy program certyfikacji wykluczy z obiegu małe podmioty. Nie spełnią one wysokich oczekiwań i przez to stracą zaufanie rodziców oraz zawodników. Eksperci dodają również, że to będzie głównie szansa dla dużych i bogatych akademii, co jeszcze bardziej utrwali już widoczne podziały na rynku. Piotr Reiss, były piłkarz Lecha Poznań, uważa, że PZPN nie wspiera klubów oraz trenerów, którzy faktycznie wychowują zawodników, a niektóre projekty nie są konsultowane ze środowiskiem. Z kolei Roman Kosecki wyjaśnia, że nie każda szkółka musi starać się o certyfikat. Ale warto będzie o niego powalczyć, m.in. w celu podniesienia prestiżu. Były wiceprezes PZPN twierdzi też, że beneficjentom będą wypłacane wysokie sumy, nawet rzędu kilkuset tys. złotych. Każdego roku będzie także można uzyskać lub stracić wyróżnienie. Zapowiada się zatem poważna rywalizacja między akademiami. 

Po co certyfikować?

Jak oficjalnie informuje PZPN, Program Certyfikacji Szkółek Piłkarskich ma na celu podniesienie i ujednolicenie poziomu edukacyjnego. Każdy chętny podmiot będzie weryfikowany w ramach sześciu obszarów. Będą sprawdzane kwalifikacje trenerów. Zostanie przeanalizowany program szkoleniowy.  Znaczenie będzie miała też ilość drużyn w rozgrywkach, liczba zawodników przypadająca na trenera oraz infrastruktura. Ponadto ocenie zostanie poddany sprzęt sportowy.

– To rozwiązanie da szkółkom możliwość zaprezentowania się przed związkiem. Uzyskanie certyfikatu na jednym z trzech poziomów będzie można porównać do zdobycia gwiazdki Michelin przez luksusową restaurację. Każde z tych wyróżnień niesamowicie podniesie prestiż akademii, co zapewne będzie wykorzystywane m.in. w komunikatach marketingowych – mówi Roman Kosecki, były kapitan reprezentacji Polski oraz współtwórca programu.

Brązową gwiazdkę otrzymają szkółki piłkarskie, które spełnią podstawowe kryteria dotyczące kwalifikacji trenerów Grassroots C, programu szkoleniowego Akademii Młodych Orłów (AMO) i liczby drużyn w grupach – maksymalnie 20 osób na trenera. Srebrną – dostaną podmioty koncentrujące się na ciągłym i systematycznym rozwoju zawodnika. Dla kadry szkoleniowej będzie wymagana ważna licencja trenerska UEFA B lub wyższa w zespołach liczących do 14 adeptów na 1 instruktora. Złota gwiazdka zostanie przyznana za profesjonalne szkolenie zarówno chłopców, jak i dziewczynek. Ich zajęcia będą musieli prowadzić fachowcy z aktualnymi licencjami UEFA B lub wyższymi w grupach do 12 osób na 1 trenera.

– Niestety na polskim rynku funkcjonuje wiele szkółek, które powinny być zamknięte. Narażają dzieci na liczne niebezpieczeństwa poprzez niezapewnianie im dostatecznej opieki czy infrastruktury. Wynika to z tego, że dziś właściwie każdy może założyć prywatną akademię. Nie regulują tego żadne przepisy. Wymagana jest jedynie licencja trenerska do prowadzenia zespołów biorących udział w oficjalnych rozgrywkach. Poza tym panuje pełna swoboda. Dlatego cieszę się, że zostanie zaprowadzony pewien porządek – komentuje Olaf Ćwierzyński, Koordynator warszawskiej Akademii Piłkarskiej  EsKadra.

Kto na tym zyska?

Zdaniem Piotra Reissa, projekty PZPN są ciekawe i ważne, ale nie rozwiązują problemu u podstaw. Dla przykładu, programu AMO nie konsultowano wcześniej z akademiami, a teraz zaburza on organizację szkolenia w wielu ośrodkach. Kampania billboardowa, promująca piłkę dla każdego, jest olśniewająca. Jednak kilkaset tysięcy złotych, które prawdopodobnie na nią wydano, można było przeznaczyć np. na kobiecy futbol.

– W mojej ocenie, już co najmniej dwa lata temu mógł być gotowy ten program. Jednak potrzebne było solidne przygotowanie i spełnienie szeregu procedur. Związek działa według określonych priorytetów, a za tym pomysłem stoją duże pieniądze. Beneficjentom mają być przyznawane środki od kilkudziesięciu do kilkuset tys. złotych. Takie kwoty mogą poważnie zmienić sytuację wielu szkółek i oczywiście ich adeptów. Ponadto każdy, kto spróbuje swoich sił, bez względu na wynik, zyska też fachowe wskazówki w zakresie prowadzenia akademii – przekonuje Roman Kosecki.

W opinii Olafa Ćwierzyńskiego, weryfikacja jakości przede wszystkim uwiarygodni szkółki w oczach rodziców. Będą mogli posyłać swoje pociechy do akademii przekonani o tym, że dokonali właściwych wyborów. Obie strony na tym skorzystają. Jak zaznacza ekspert, dotychczas PZPN nie informował w swoich przekazach o możliwości uzyskania nagród finansowych. Za ewentualnie przyznane środki można by było wiele dobrego zrobić, od wzmocnienia procesów szkoleniowych po zakup nowego sprzętu czy też poprawę warunków socjalnych. Z drugiej strony pieniądze mogłyby być też dodatkową motywacją dla szkółek. Te słabsze będą musiały bardziej postarać się o certyfikat, co z pewnością podniesie poziom szkolenia w Polsce. Ostatecznie wygrają najlepsi, którzy stworzą idealne warunki dla swoich zawodników.

– Wprowadzenie certyfikacji zwiększy świadomość rodziców, którzy często nie potrafią wybrać odpowiednich akademii dla swoich dzieci. Najczęściej zawożą je tam, gdzie mają bliżej. A to jest duży błąd. Adepci zyskają też na tym, że niektóre szkółki zwyczajnie upadną w wyniku oczywistego podziału rynku na lepsze i gorsze placówki edukacyjne – ocenia Adrian Leszczyński, właściciel Dziecięcej Akademii Piłkarskiej w Kielcach.

Zaostrzy się rywalizacja

Ci, którzy otrzymają gwiazdki, trafią do elitarnego grona i zyskają przewagę konkurencyjną. Małe akademie w dużych miastach obawiają się tego, że częściowo nie spełniają wysokich kryteriów i mogą zostać zmarginalizowane na rynku. Niektórzy eksperci przewidują, że to będzie ich faktycznym problemem. Spadek zainteresowania nimi może nastąpić już po wręczeniu pierwszych certyfikatów.

– Akademie chcąc rywalizować o najwyższe gwiazdki, będą dążyły do poprawy bazy treningowej i struktury organizacyjnej, a także do zwiększenia ilości trenerów tak, jak w innych krajach Europy. To wiąże się z większymi nakładami finansowymi, ale ma też na celu polepszenie jakości szkolenia. Każdy zawodnik, który poważnie marzy o karierze piłkarskiej, chce trenować w najlepszych warunkach. Mniejsze akademie nie upadną, bo chętnych do gry w piłkę jest wielu. Najważniejsze jest to, by współpraca między klubami była dobra. Najbardziej utalentowani adepci w odpowiednim momencie powinni trafiać do największych akademii i klubów Ekstraklasy – twierdzi Tomasz Horwat, Dyrektor AP WKS Śląsk Wrocław.

Według Piotra Reissa, należy poprawić atmosferę i relacje pomiędzy klubami, które często uważają się za lepsze, bo np. występują w Ekstraklasie. Były piłkarz zaznacza też, że najpopularniejsze akademie uprawiają głównie scauting i selekcje, a trenerzy w nich wcale nie są lepsi niż pracownicy innych, mniej znanych ośrodków. Apeluje też, by PZPN zaczął wspierać projekty, które mają realny wpływ na przyszłość piłki. W tym warto edukować trenerów pracujących w najmłodszych kategoriach, budować pełnowymiarowe boiska i hale pneumatyczne na okres zimowy oraz promować sprawność ogólną. Dzięki temu za kilkanaście lat zyska na tym cały polski futbol.

– Brak certyfikatu oczywiście nie będzie oznaczał, że dana szkółka jest zła. Nie każda musi starać się o wyróżnienie, ale nierobienie tego to zamykanie sobie drogi do pieniędzy. Jest o co walczyć i nie należy bać się certyfikacji, tylko brać się do pracy. Można np. starać się o dotacje w samorządach, żeby polepszyć warunki szkoleniowe – zachęca Roman Kosecki.

Podmiot przystępujący do ww. programu musi mieć przynajmniej po jednej drużynie w każdej z kategorii wiekowych od G (6 lat) do D (13 lat) i prowadzić szkolenia w nie krótszym okresie niż przez ostatnie dwa sezony. Nowe akademie mogą traktować takie warunki uzyskania certyfikatu jako dyskryminację. Innego zdania jest jednak Olaf Ćwierzyński. Prowadzona przez niego AP EsKadra jeszcze nie spełnia ww. wymogu, bo funkcjonuje dopiero od półtora roku. Jednak Koordynator podkreśla, że wskazane kryterium jest uzasadnione. Utrzymanie się na rynku przez 2 lata jest pewnym potwierdzeniem skuteczności działania oraz zdobytego zaufania rodziców i zawodników. Jak dodaje, trzeba najpierw zapracować na sukces, a nie od razu oczekiwać wyróżnień.

– Jeśli ktoś jest jeszcze za krótko na rynku, to powinien przygotować się do osiągnięcia dobrego wyniku w pierwszym możliwym terminie, żeby np. od razu dostać srebrną gwiazdkę. Z kolei ten, kto otrzyma złotą, niech nie spoczywa na laurach, bo rok później może nie mieć żadnej. I to jest mobilizujące – przekonuje były wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych.

Składanie wniosków o przyjęcie do programu na kolejny sezon będzie możliwe od marca 2019 roku. Eksperci podsumowując, podkreślają, że tak naprawdę pierwsze doświadczenia w tym temacie pokażą, jak daleko certyfikacja zmotywuje branżę piłkarską do rozwoju bądź jak bardzo ją zmieni. Okaże się też, czy narzucone małym akademiom reguły ostatecznie wyjdą im na dobre, czy jednak zmarginalizują ich pozycję na rynku. Jedno wydaje się pewne – rywalizacja na krajowym podwórku zaostrzy się.

Polski rynek magazynowy w drodze po kolejny rekord

Polski rynek magazynowy na drodze po kolejne rekordy. Ponad 3 mln mkw. wynajęte od początku roku, 2,16 mln w budowie.

 

Bardzo dobre wyniki za III kw. br. na rynku magazynowy pokazują, że trend wzrostu jest utrzymany. Popyt od początku roku przekroczył 3 mln mkw., z czego 870 tys. mkw. zostało wynajęte w III kw. br. Jest to wynik o 20% wyższy w porównaniu do III kw. 2017 r. W budowie jest imponująca liczba 2,16 mln mkw. powierzchni magazynowo – produkcyjnej, z czego 33% będzie oddanej do końca roku, czytamy w raporcie przygotowanym przez AXI IMMO.  

Popyt – trend wzrostowy utrzymany

Zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe ze strony najemców nie słabnie. W III kw. br. wynajętych zostało 870 tys. mkw., jest to wynik o ponad 20% wyższy w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. Ponad 62% z całości popytu stanowiły nowe umowy najmu i ekspansje. Od stycznia do końca września br. wynajętych został ponad 3 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo produkcyjnej. Szacujemy, że na koniec roku popyt może osiągnąć 4 mln mkw., podobnie jak w roku ubiegłym.

Najwięcej powierzchni magazynowej wynajęto w regionie Górnego Śląska – blisko 250 tys. mkw., z czego 71% stanowiły nowe umowy najmu i ekspansje. Na drugim miejscu znalazł się region Warszawy, gdzie łącznie na terenie miasta i w okolicach podpisane zostały umowy najmu na ponad 175 tys. mkw. Ponadto, wynik powyżej 150 tys. mkw. osiągnął Dolny Śląsk i powyżej 100 tys. mkw. Polska Centralna.

Podobnie jak w poprzednich kwartałach roku w strukturze nowych umów najmu przewodzą operatorzy logistyczni (33%), sieci handlowe/dystrybutorzy (15,5%) i e-commerce (9,8%).

Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO
Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO

Wysoki udział nowych umów najmu w strukturze popytu pozwala stawiać optymistyczne prognozy na kolejne kwartały. Pomimo spadającej dostępność pracowników, Polska pozostaje atrakcyjną destynacją, zarówno dla firm logistycznych, jak też produkcyjnych i dystrybutorów. Te pierwsze wybierają regiony bliżej granicy z Niemcami, gdzie powstają centralne magazyny do obsługi Europy Zachodniej. Firmy produkcyjne coraz częściej decydują się na lokalizacje w głębi kraju, w tym w Polsce Wschodniej, gdzie potencjał pozyskania rąk do pracy jest wyższy. Natomiast dla firm dystrybucyjnych naturalną destynacją są duże miasta i ich bliskie okolice, gdzie szybkość i wysoka częstotliwość dostaw jest coraz ważniejsza – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Podaż – roczny przyrost nowej powierzchni na poziomie 2,8 mln mkw.

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce w III kwartale 2018 roku przekroczyła 15,1 mln mkw. To rezultat oddania do użytkowania od początku roku 1,34 mln mkw., z czego 622 tys. mkw. to inwestycje zakończone w III kw. br. Jest to wynik o 29% niższy w porównaniu do III kw. 2017 r., ale nadal wysoki biorąc pod uwagę, że ponad 2,16 mln mkw. pozostaje w budowie.

Najwięcej nowej powierzchni A-klasowej deweloperzy dostarczyli na rynek w regionie Polski Centralnej, bo ponad 210 tys. mkw., następnie na Górnym Śląsku – 124 tys. mkw. W tych dwóch regionach od ponad roku aktywność deweloperska jest najwyższa. Warto również odnotować wysoki wynik w Polsce Wschodniej i Zachodniej, gdzie oddanych do użytku było po 75 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej.

Niekwestionowanym liderem pod względem liczby i wolumenu powierzchni pozostającej w budowie jest Polska Centralna (566 tys. mkw.), następnie Górny Śląsk (365 tys. mkw.) i Dolny Śląsk (325 tys. mkw) oraz Warszawa (280 tys. mkw.).

Udział inwestycji BTS utrzymuje się na wysokim blisko 20% poziomie, ale też w porównaniu do poprzedniego kwartału br. wzrósł udział projektów spekulacyjnych w budowie, który na koniec września br. wyniósł 41%.

Niska dostępność powierzchni, pomimo dużej liczby inwestycji w budowie

Średni poziom pustostanów w III kw. br. utrzymywał się na niskim poziomie i na koniec września wyniósł 4,0%, co było wynikiem jak w poprzednim kwartale br. Należy jednak zaznaczyć, że widoczne są znaczące różnice w dostępności w poszczególnych regionach. Najwięcej wolnej powierzchni do wynajęcia od zaraz odnotowano w Polsce Wschodniej (9,5%), znaczący skok w porównaniu z II kw. br., o 7 p.p. Wśród głównych rynków najwyższy wskaźnik odnotowano w granicach Warszawy (7,4%), następnie w regionie Poznania (6,9%). Wzrostu dostępności powierzchni w perspektywie pół roku można spodziewać się w Łodzi, gdzie nowe projekty częściowo spekulacyjne realizują deweloperzy Panattoni, Prologis i Segro.

Stawki czynszów na dalszej ścieżce wzrostu

Dalszy trend wzrostu stawek czynszów o 0,1 do 0,3 euro na metrze kwadratowym widoczny jest niemal we wszystkich regionach magazynowych kraju. Poza wzrostem kosztów budowy, w tym materiałów budowalnych i pracy, dochodzą czynniki związane z konsolidacjami na rynku właścicielskim. Wysoka aktywność azjatyckich platform inwestycyjnych i kolejne zakupy portfelowe w tym w Polsce, powodują, że nowi właściciela dążą do podnoszenia wartości nieruchomości i ograniczają zakres oferowanych wakacji czynszowych i innych zachęt dla najemców.

Aktualnie najniższe stawki efektywne w okolicach 2,0 euro/mkw. nadal możliwe są do osiągniecia w Błoniu i Grodzisku Maz. pod Warszawą. Trend wzrostu wyraźnie widoczny jest w regionie Wrocławia, Górnego Śląska oraz wybranych lokalizacjach Polski Centralnej. Relatywnie wysokie stawki utrzymują się na nowych rynkach, takich jak Białystok, Szczecin czy Bydgoszcz, gdzie średnie stawki efektywne wahają się w przedziale od 2,5 do 2,8 euro/mkw.

Prognozy

Rynek magazynowy w najbliższych kwartałach pozostanie na ścieżce wzrostu. Szacujemy, że na koniec roku popyt powinien osiągnąć podobną wartość 4 mln mkw., jak w roku ubiegłym. Głównym motorem napędowym popytu pozostanie szeroko rozumiany sektor e-commerce i sieci handlowe.

Na koniec roku całkowite zasoby magazynowe w Polsce przekroczą 16 mln mkw., spodziewany roczny przyrost powierzchni magazynowej wyniesie ok. 2,8 mln mkw.

Na rynku inwestycyjnym widoczne jest bardzo duże zainteresowania sektorem magazynowym, który aktualnie jest najwyżej oceniany spośród wszystkich rodzajów aktywów w sektorze nieruchomości komercyjnych. W regionie CEE i Polsce będziemy świadkami kolejnych dużych przejęć i zakupów portfelowych. Co może mieć dodatkowy wpływ na wzrost stawek czynszów w Polsce.

W perspektywie długoterminowej niska dostępność pracowników będzie impulsem dla wielu firm do rozwoju narzędzi automatyzacji, co z kolei będzie wymagało od deweloperów jeszcze ściślejszego dostosowania powierzchni do potrzeb najemców. Efektem tego będzie zwiększona liczba inwestycji BTS, o zmiennych parametrach technicznych np. wysokość obiektu powyżej 10 m, ponadstandardowa nośność posadzki, mezaniny czy podwyższone parametry związane z zapotrzebowaniem na media.

Damian Ragan w zarządzie banku Credit Agricole

Nowa osoba wchodzi do zarządu Credit Agricole. Damian Ragan będzie zarządzał siecią sprzedaży i rozwijał kanały dystrybucji. Zastąpi na tym stanowisku Richarda Pareta, który kończy właśnie kilkuletni kontrakt w Polsce i swoją karierę będzie rozwijał w międzynarodowych strukturach Grupy.

Damian Ragan
Damian Ragan

Damian Ragan jest związany z bankowością od ponad dwudziestu lat. Ostatnio był pierwszym zastępcą prezesa Kredobanku na Ukrainie – należącego do PKO BP. Wcześniej zarządzał m.in. siecią sprzedaży w Nordea Banku, był też szefem dystrybucji w banku BPH. Od zawsze związany ze sprzedażą, swoją karierę zaczynał w Pekao SA. Damian Ragan ma biznesowe wykształcenie. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, ukończył Executive MBA na Warszawskim Uniwersytecie Technologicznym oraz studia podyplomowe na University of Colorado. Zrealizował też wiele międzynarodowych programów szkoleniowych w obszarze zarządzania i bankowości m.in. w London Business School.

W Credit Agricole Damian Ragan będzie zarządzał sprzedażą w obszarze bankowości detalicznej oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Będą mu podlegać wszystkie kanały dystrybucji, w tym bankowość elektroniczna. Natomiast Richard Paret, po pięciu latach wdrażania strategicznych zmian w sieci sprzedaży związanych z rozwijaniem bankowości uniwersalnej, a wcześniej w obszarze ryzyka, kończy właśnie kontrakt w Polsce. W najbliższych miesiącach rozpocznie nowy etap swojej międzynarodowej kariery w ramach grupy.

Grupa Crédit Agricole należy do 10-ciu największych grup finansowych na świecie, jest również liderem w dziedzinie bancassurance i zarządzania aktywami w Europie. Obsługuje 52 miliony klientów na całym świecie. Od 120 lat pozostaje wierna swoim wartościom, takim jak koncentracja na kliencie, odpowiedzialność i wspieranie lokalnych społeczności, z wykorzystaniem nowych technologii.

Na polskim rynku marka Crédit Agricole jest obecna od 2011 roku. Prezesem Zarządu banku jest Piotr Kwiatkowski, I wiceprezesem Olivier Constantin. W skład zarządu wchodzą również: Beata Janczur, Jean Bernard-Mas, Jędrzej Marciniak oraz Bartłomiej Posnow.

Polska to magazynowa potęga. Zostawiamy w tyle Czechy i Słowację, depczemy po piętach Hiszpanii

Polskie zasoby powierzchni magazynowej wynoszą prawie 15 mln mkw. (o 2 mln więcej r/r) i zostawiają daleko w tyle naszych południowych sąsiadów. Mamy jej dwa razy więcej niż Czechy i sześć razy tyle, co Słowacja. Co więcej, nasz kraj depcze po piętach Hiszpanii, w której powierzchnia magazynowa wynosi 15,5 mln mkw. – wynika z raportu CBRE „Market  View:  Polski  rynek przemysłowy i logistyczny po  III  kw.  2018”. Obiekty przemysłowo-magazynowe są coraz atrakcyjniejsze dla inwestorów – wolumen transakcji na tym rynku w ciągu trzech kwartałów br. wyniósł 1,1 mld euro. To prawie tyle samo, co w całym minionym roku, czyli 2018 rok może okazać się pod tym względem rekordowy.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

Wzrost gospodarczy w naszym kraju – zwiększający się popyt, rosnące zakupy, rozwój sprzedaży internetowej napędza bezpośrednio rynek magazynowy. Nie bez znaczenia jest również liczba inwestycji zagranicznych. Jesteśmy obecnie w punkcie szczytowym tej hossy. Ani pod koniec tego roku, ani w przyszłym nie spodziewamy się dużej zmiany na rynku. Dobra passa jeszcze potrwa, a rok 2018 będzie rekordowy jeżeli chodzi o aktywność deweloperów i inwestorów oraz popyt ze strony najemców – mówi Beata Hryniewska, Szef Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Podaż głównie w centrum kraju

Na rynku znajduje się obecnie 14,94 mln mkw. powierzchni magazynowej i logistycznej, o ponad 2 mln mkw. więcej niż w tym samym okresie 2017 roku. Zasoby magazynowe Polski już są zbliżone do większej o prawie 200 tys. km2 Hiszpanii – tam zajmują 15,5 mln mkw. Daleko w tyle pozostawiamy sąsiadujące z nami Czechy i Słowację, posiadające odpowiednio ok. 7,6 mln i 2,4 mln mkw.

Z raportu CBRE wynika też, że magazynów i obiektów przemysłowych będzie ciągle przybywać. Prawie 2,1 mln mkw. pozostaje w budowie, z czego jedna czwarta znajduje się w centralnej Polsce. Aż cztery powstające inwestycje, każda o wielkości ponad 100 tys. mkw., to projekty dla konkretnych klientów – Panattoni Gliwice, Hillwood Zalando Gluchow, Panattoni Leroy Merlin oraz Hillwood Zalando Olsztynek.

Na znaczeniu w Polsce zyskuje „logistyka miejska” – deweloperzy widzą potencjał w mniejszych obiektach magazynowych, leżących bliżej miast. Takie przestrzenie dają możliwość szybkiej realizacji zamówień, co jest szczególnie ważne dla rozwijającego się sektora handlu elektronicznego. Tego typu obiekty powstają w Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie oraz Gdańsku.

Dużo w budowie, ale większość już zajęta

W trzech pierwszych kwartałach br. popyt na powierzchnię magazynową wzrósł o 13% w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku i wyniósł 3,1 mln mkw. Największe zapotrzebowanie widoczne było w Polsce Centralnej, Regionie Warszawy, oraz na Górnym Śląsku. Wśród najemców prym wiodą firmy z obszarów handlu elektronicznego i sektora logistycznego. To branże, które dokonały największych transakcji najmu w III kwartale br.

– Buduje się dużo, mimo to firmy poszukujące przestrzeni magazynowo-produkcyjnej mają problem ze znalezieniem powierzchni dostępnej do wynajęcia, ponieważ aż 80% nowych inwestycji jest już skomercjalizowana. Największy problem mają przedsiębiorstwa szukające powierzchni na zachodzie i północy naszego kraju, gdzie magazynów dostępnych od zaraz praktycznie nie ma – dodaje Beata Hryniewska z CBRE.

Dostępność wolnej przestrzeni przemysłowej i logistycznej jest bardzo ograniczona. Przez kilka ostatnich lat następował stopniowy spadek pustostanów we wszystkich regionach Polski. Obecnie poziom pustostanów w Polsce jest bliski najniższemu w historii – wynosi 4,5%

Poziom inwestycji coraz bliżej rekordu

Suma inwestycji w nieruchomości w pierwszych trzech kwartałach br. wyniosła 1,1 mld euro – to prawie tyle samo, co w całym minionym roku. Pozwala to przewidywać, że całkowity wolumen transakcji przemysłowo-magazynowych w 2018 roku będzie rekordowy. Największe transakcje dotychczas to m.in. przejęcie przez Deutsche Asset & Wealth Management centrum dystrybucyjnego Zalando Szczecin, za kwotę 57 mln euro, a także  przejęcie przez firmę Invesco centrum dystrybucyjnego w Szczecinie – za  110 mln euro. Za największą transakcję portfelową trzech pierwszych kwartałów tego roku można uznać nabycie 9 magazynów przez Griffin RE za kwotę 196 mln euro.

Czy Polacy łączą relacje zawodowe z prywatnymi?

Relacje ze współpracownikami w miejscu pracy są ważne dla 97 proc. polskich pracowników. Natomiast 94 proc. badanych przyznało, że zależy im również na dobrych stosunkach z menagerem lub przełożonym. Jednocześnie, tylko 36 proc. respondentów przyjaźni się z kolegą lub koleżanką z pracy i jeszcze mniej, bo zaledwie 13 proc. określiłoby swą relację z przełożonym jako przyjacielską – wynika z badania „Życie w Pracy” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Pracownicy po godzinach

36 proc. respondentów ma co najmniej jednego kolegę lub koleżankę w pracy, którego traktuje, jak przyjaciela. Natomiast 6 na 10 badanych pracowników z Polski deklaruje, że utrzymuje ze współpracownikami prywatną relacje, z czego bardziej otwarte na to są osoby w młodszym wieku. Takiej odpowiedzi udzieliło 65,6 proc. respondentów między 25 a 34 r.ż. w porównaniu do 62 proc. ankietowanych między 35 a 44 r.ż. i 51 proc. badanych miedzy 45 i 59 r.ż.FirmowyPrzyjaciel1_MichaelPage

W badaniu zapytano również polskich pracowników o to, w jaki sposób podtrzymują kontakty ze swoimi kolegami i koleżankami z pracy. Okazuje się, że 47 proc. sms-uje i dzwoni do siebie również w osobistych sprawach, a 41,5 proc. spotyka się także poza biurem. Co piąty badany (22 proc.) spędza natomiast wspólnie ze znajomymi z pracy czas w weekend, a 12,4 proc. jeździ razem na wakacje i urlopy. Ponadto, jak wynika z badania Michael Page, aż 70 proc. respondentów przyznało, że ich bliscy i przyjaciele poznali również ich współpracowników.

Z szefem na dystans

FirmowyPrzyjaciel2_MichaelPageNieco z większym dystansem podchodzimy natomiast do „przyjacielskich” relacji z szefem. Taką wieź deklaruje tylko 13 proc. ankietowanych. Niemal co trzeci badany (32 proc.) wskazał, że utrzymuje z przełożonym koleżeńskie relacje. Z kolei tylko 19 proc. sms-uje i dzwoni do niego w osobistych sprawach, a 16 proc. spotyka się z nim także poza biurem. Jeszcze mniej, bo niecałe 6 proc. potwierdziło, że spędza z szefem wspólnie czas w weekendy, a 2,7 proc. jeździ razem na wakacje i urlopy. Ponadto, 44 proc. respondentów przyznało, że ich bliscy i znajomi mieli okazję poznać ich przełożonego lub managera.

Infografika3_MichaelPageJak wynika z badania Michael Page, relacje w pracy oddziałują na produktywność pracowników. Wg ankietowanych, na poprawę wydajności mogą wpłynąć zarówno dobre stosunki ze współpracownikami (72 proc.) oraz z managerem (59,8 proc.). Jeszcze więcej, bo 97 proc. polskich pracowników przyznało, że kontakty z kolegami i koleżankami są dla nich ważne, a 94 proc. respondentów zależy również na porozumieniu z przełożonym i szefem.

Zmiany w zarządzie Banku Pekao. Roksana Ciurysek-Gedir i Andrzej Kopyrski rezygnują

Bank Pekao S.A. poinformował, że w dniu 19 listopada 2018 r. Rada Nadzorcza powołała zarząd nowej kadencji. W jego skład wchodzą Prezes Zarządu Michał Krupiński oraz wiceprezesi: Tomasz Kubiak, Piotr Lehmann, Marek Lusztyn, Tomasz Styczyński i Marek Tomczuk. Nowa trzyletnia kadencja rozpocznie się w dniu następującym po odbyciu Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Banku, zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za rok 2018.

Michał Krupiński
Michał Krupiński

– Jednogłośna decyzja ponownego powołania obecnych członków zarządu na kolejną turę to oznaka zaufania dla realizowanej przez bank strategii, której efektem jest znacząca poprawa rentowności i efektywności oraz zwiększenie dynamik wzrostu w najbardziej dochodowych częściach biznesu – powiedział Prezes Zarządu Michał Krupiński. – Będziemy kontynuować pracę, aby Bank Pekao był instytucją finansową pierwszego wyboru dla klientów, co przełoży się na budowę wartości dla naszych akcjonariuszy.

Jednocześnie Bank Pekao informuje, że dotychczasowi członkowie zarządu Roksana Ciurysek-Gedir i Andrzej Kopyrski złożyli rezygnacje z pełnionych funkcji z dniem 30 listopada 2018 roku. Rada Nadzorcza przyjęła ich rezygnacje, dziękując za dotychczasowy wkład w rozwój banku. Roksana Ciurysek-Gedir planuje współpracę z bankiem w zakresie relacji międzynarodowych, kontynuując to, czym zajmowała się na stanowisku członka zarządu.

Dodatkowo, w dniu wczorajszym w Banku Pekao zakończyły się prace nad wdrożeniem w życie uchwały Walnego Zgromadzenia Banku z czerwca o dostosowaniu wynagrodzenia członków zarządu do wymogów ustawy o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami, zwanej potocznie ustawą kominową.

Na spotkaniu Rada Nadzorcza pozytywnie zaopiniowała kierunkowe propozycje podziału zysków za lata 2018-2020, o czym Bank Pekao informował w osobnym komunikacie.

Ustawa o PPK podpisana – komentarz prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o PPK. Wejdzie ona w życie z początkiem 2019 roku. Tymczasem pojawiają się kolejne głosy eksperckie przekonujące, że oszczędzanie w Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) może nie przynosić wymiernych korzyści, a zwłaszcza emerytom, którzy już dziś pobierają jedne z najniższych świadczeń w Europie. Pozarządowy ośrodek badawczy GRAPE, prowadzony przez Fundację Adeptów i Miłośników Ekonomii, opublikował niedawno raport pt. „Świat bez PPK byłby lepszy?”, z którego wynika, że oszczędzanie w ramach PPK nie zmniejszy skali ubóstwa, które coraz częściej dotyka seniorów. Główną autorką opracowania jest dr hab. Joanna Tyrowicz, była doradczyni ekonomiczna w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego i wieloletnia ekspertka od rynku pracy.

Warto przypomnieć, że wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK) jest jednym z pomysłów Rządu na poprawę jakości życia polskich emerytów. Od przyszłego roku Polacy będą mogli odkładać na swoją emeryturę w ramach PPK oddając do puli 2 proc. swojej pensji netto. Emerytów mają też wesprzeć pracodawcy, którzy będą mogli dopłacić kolejne 1,5 proc. oraz Rząd, który nagrodzi chętnych kwotą 250 zł na start, a później będzie dodawał po 240 zł rocznie.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

Jedną z tez raportu przygotowanego przez GRAPE jest stwierdzenie, że „Świat bez PPK jest lepszy niż świat z PPK. 74% obecnie żyjących ludzi traci na jego wprowadzeniu, w tym 96% emerytów. (…) PPK w praktyce w niewielkim stopniu zmienia ubóstwo w starszym wieku”. Powyższe stwierdzenie jest niestety prawdziwe. Warto wyodrębnić trzy grupy społeczne, a więc emerytów, którzy już pobierają świadczenia, osoby, które przejdą na emeryturę w niedługiej perspektywie czasu oraz obywateli, którzy zaczną pobierać swoje emerytury dopiero za 20, czy też 30 lat. W mojej opinii program PPK będzie odpowiadał tylko na potrzeby trzeciej grupy osób, natomiast wciąż będzie pomijał i marginalizował seniorów, którzy już dziś są na emeryturze lub na tę emeryturę zaraz przejdą. A sytuacja materialna tych osób nie jest zadowalająca.

Z danych GUS wynika, że statystyczna emerytura w Polsce w marcu 2018 roku wynosiła średnio 2179 zł brutto, przy czym mediana wynosiła 1939 zł brutto (równo połowa polskich emerytów pobiera świadczenia poniżej tej kwoty). Warto również dodać, że najczęściej pobierana kwota emerytury (dominanta) wynosi raptem 1065,60 zł brutto. Polskie emerytury są jednymi z najniższych w całej Europie, a sami seniorzy są jedną z najbardziej zadłużonych grup społecznych. Z danych KRD wynika, że średnie zadłużenie polskiego emeryta wynosi ponad 12 tys. zł. Niestety Polacy nie posiadają wielu oszczędności, które mogłyby zapewnić im byt na starość. Z raportu Pracowni Badań Społecznych wynika, że tylko 21 proc. z nich oszczędza lub podejmuje jakiekolwiek działania z myślą o przyszłej emeryturze. Blisko połowa badanych (45 proc.), zamiast płacić składkę emerytalną, wolałaby otrzymywać wyższe wynagrodzenie. W mojej opinii Rząd powinien sięgnąć po narzędzia, które poprawią sytuację materialną obecnych seniorów. Jednym z takich rozwiązań jest hipoteka odwrócona określana również rentą dożywotnią, która coraz częściej postrzegana jest jako ratunek dla niewydolnych systemów emerytalnych. W najnowszej monografii prawniczej „Odwrócona hipoteka jako nowa usługa na rynku finansowym” wydanej pod redakcją dr hab. Edyty Rutkowskiej-Tomaszewskiej można przeczytać, że w całej Europie jest potencjał dla hipoteki odwróconej w kwocie 20 mld euro rocznie, a wartość nieruchomości posiadanych przez emerytów już w 2010 roku odpowiadała jednej trzeciej luki emerytalnej w Europie. Już w 2013 roku szacowano, że w perspektywie 10-15 lat najwyższy popyt na tę usługę będzie można zaobserwować m.in. w Polsce, Finlandii, Szwecji, Łotwie, Litwie, Niemczech, Belgii czy Francji. Ten moment właśnie nadszedł, zwłaszcza, że ponad 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość.

W ubiegłym miesiącu odbyło się posiedzenie Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej, podczas którego debatowano na temat regulacji rynku hipoteki odwróconej. Przedstawiciele Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii zgodzili się, że rynek powinien być uregulowany w taki sposób, by gwarantować seniorom bezpieczeństwo. W dokumencie opisującym założenia polityki społecznej wobec osób starszych do 2030 roku uwzględniono punkt dotyczący opracowania projektu ustawy o rencie dożywotniej, a propozycja została uwzględniona, na etapie procedowania, przez Stały Komitet Rady Ministrów. Mam nadzieję, że prace nad projektem Ustawy o dożywotnim świadczeniu pieniężnym zostaną wznowione. Seniorzy już dziś mogliby korzystać ze środków zamrożonych w nieruchomości. Tak dzieje się za granicą. Tam osoby starsze w momencie przejścia na emeryturę czerpią z kapitału, który udało im się zgromadzić. Tym kapitałem coraz częściej jest mieszkanie.

Wyprzedaż akcji spółek technologicznych. Dziś zyskują bezpieczne aktywa

Dyktat dla klimatu rynkowego przejmuje rynek akcji, gdzie wyprzedaż spółek technologicznych ciągnie się od Wall Street przez Azję i ciąży na otwarciu w Europie. Na FX oznacza to ucieczkę w JPY i CHF, ale też redukcję nawisu długich pozycji w USD. W tej atmosferze odreagowanie złotego, poobijanego przez aferę KNF, musi się opóźnić.

Inwestorzy muszą wyważyć teraz dwie tendencje. Z jednej strony słabość rynku akcji przemawia za ucieczką w kierunku bezpiecznych aktywów, co widać w umocnieniu JPY i CHF. Ale w obliczu krótszego tygodnia (Święto Dziękczynienia w czwartek) zasadne jest całkowite wyjście z rynku i przeczekanie perturbacji z boku, nie ryzykując niestrawności po konsumpcji ogromnego indyka. Pod tym kątem największe zagrożenie dotyczy posiadaczy pozycji w USD. Dokłada się do tego ziarno niepokoju zasiane przez przedstawicieli Fed przed weekendem oraz rozczarowujące dane (jak wczoraj indeks nastrojów deweloperów). Przy cofnięciu rentowności obligacji skarbowych USA (10-latki są już po 3,05 proc. wobec 3,17 proc. tydzień temu) presja na dolara ma wiele wspierających argumentów. To przede wszystkim dobra wiadomość dla EUR, które przestało być kowalem własnego losu. Jeśli rynek będzie zdecydowany redukować długie pozycje w dolarze, będzie to podstawowa siła dla pociągnięcia EUR/USD wyżej.

Bez zaskoczenia dla nikogo brexit pozostaje w centrum uwagi, nawet jeśli na razie nie słychać o przełomie. Mimo to brak wieści jest traktowany jako dobra wiadomość, co wystarcza do ustabilizowania notowań funta. Wczoraj pewien niepokój zasiał sprzeciw premier May dla pomysłu wydłużenia okresu przejściowego o dodatkowe dwa lata. Co z jednej strony mogłoby wygładzić proces dostosowania relacji (głównie handlowych) między Wielka Brytanią i UE, z drugiej oznacza także dwie dodatkowe wpłaty do unijnego budżetu. Ta druga część rozwiązania zagotowałaby krew w żyłach eurosceptyków i premier May raczej nie chce dokładać sobie problemów. Co może ją jednak cieszyć, to wciąż niezatwierdzone głosowanie nad wotum nieufności. Pomimo licznych spekulacji nadal nic nie wiadomo, czy uzbierało się 48 posłów z listami za zwołaniem głosowania. Na rynku kiełkuje przekonanie, że poniedziałek był terminem ostatecznym na decyzję – albo przez weekend namyślili się Ci, co mieli, albo nic z tego nie będzie. Zawahanie brexitersów uzasadnione podstawy, gdyż jeśli May przetrwa głosowanie, nie będzie mogła mu ponownie podlegać przez następne 12 miesięcy. Brak głosowania nad wotum może przejściowo wesprzeć funta, ale bez euforii. Niezależnie co stanie się z May, projekt porozumienia w obecnej formie będzie odrzucony przez brytyjski parlament, zatem ryzyko chaotycznego brexitu wciąż jest wysokie. Rynek się boi i na poważnie myśli o zabezpieczeniu na wypadek załamania funta – na rynku opcji różnica w wycenie opcji na spadek GBP/USD względem opcji na wzrost (25-delta risk reversal) na miesiąc do przodu jest największa od czasu referendum w 2016 r.

Dalej chcę myśleć, że osłabienie złotego w związku z aferą KNF jest nieuzasadnione (moje argumenty wymieniłem we wczorajszym komentarzu). Uważam, że spekulacyjny popyt na EUR/PLN powinien się szybko wyczerpać, ale proces ten opóźni się, jeśli klimat rynkowy będzie negatywny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Na twardym brexicie motoryzacja w Polsce straci najwięcej w Europie Środkowo-Wschodniej

Polska jest piątym najważniejszym partnerem motoryzacyjnej wymiany handlowej dla Wielkiej Brytanii. Pod względem bilansu handlowego wyprzedają nas jedynie Niemcy, Belgia, Hiszpania i Francja. W 2017 r. eksport polskich produktów motoryzacyjnych na Wyspy miał wartość 1,5 mld euro i stanowił ok. 6% całej motosprzedaży zagranicznej. Zdaniem ekspertów Exact Systems, potencjalny twardy brexit uderzy w brytyjski, unijny i polski automotive. Brytyjczycy stracą zaufanych i konkurencyjnych cenowo dostawców części (78% pochodzi z importu unijnego), a zakłady produkcyjne w Polsce odczują największy spadek obrotów wśród wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Produkcja motoryzacyjna w Wielkiej Brytanii nastawiona jest na eksport – dotyczy to zarówno aut osobowych, jak i części do nich. 80% z 1,67 mln wyprodukowanych w 2017r. na Wyspach pojazdów znalazło nabywców za granicą, a ponad połowa z tej grupy (czyli 719 tys.) trafiła do Unii Europejskiej. W segmencie części motoryzacyjnych ten odsetek jest jeszcze wyższy – 60% brytyjskiej produkcji sprzedano do UE (pod względem wartości). Silną zależność od unijnego rynku widać także w imporcie. W ubiegłym roku na Wyspy sprowadzono prawie 2 mln aut oraz komponenty motoryzacyjne z UE warte łącznie ok. 46 mld euro, co stanowi odpowiednio aż 85% całkowitego importu samochodów (pod względem ilości) oraz 78% całkowitego importu części do Zjednoczonego Królestwa (pod względem wartości).

Państwa członkowskie Unii Europejskiej wysłały do Wielkiej  Brytanii 34% swojego całkowitego eksportu aut (pod względem ilości) oraz 15,5% całkowitego eksportu części (pod względem wartości). Jednym z 5 najważniejszych unijnych partnerów Wielkiej Brytanii w handlu samochodami i komponentami jest Polska. W 2017 r. odnotowaliśmy dodatni bilans handlowy na poziomie 0,7 mld euro – wyeksportowaliśmy na Wyspy produkty motoryzacyjne za 1,5 mld euro i ściągnęliśmy mototowary warte 0,8 mld euro.

Jacek Opala Exact Systems
Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaży w Exact Systems S.A.

– Wynik negocjacji brexitowych może okazać się bardzo ważny dla przyszłości motoryzacji w naszym kraju. Ewentualny twardy brexit odczujemy podwójnie. Po pierwsze, powinniśmy się liczyć z potencjalnymi stratami w eksporcie bezpośrednim i to najwyższymi w Europie Środkowo-Wschodniej. Spośród wszystkich krajów regionu, na Wyspy trafia najwięcej właśnie naszych produktów motoryzacyjnych. Po drugie, odnotujemy również straty pośrednie, bo utrudniony dostęp do rynku brytyjskiego oznacza mniejszą sprzedaż aut z UE na Wyspach, czyli niższe zapotrzebowanie np. na polskie części w unijnych fabrykach. Wszystko przez bardzo umiędzynarodowiony łańcuch dostaw, który zostanie rozerwany, jeśli Wielka Brytania nie dojdzie do porozumienia z UE. Wyspy Brytyjskie to drugi największy rynek motoryzacyjny w Europie za Niemcami, pod względem liczby zarejestrowanych pojazdów (ponad 2,5 mln w 2017, przy 15 mln w całej Unii). Pamiętajmy przy tym, że najwięcej produktów motoryzacyjnych do Wielkiej Brytanii eksportują Niemcy – nasz główny partner handlowy – twierdzi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A.

Miękki brexit ostatnią nadzieją motobranży?

Mianem miękkiego brexitu określamy sytuację, w której Wielka Brytania wyjdzie ze struktur Unii Europejskiej, ale pozostanie na wspólnym rynku, co gwarantuje swobodny przepływ towarów, usług, osób i kapitału. Będzie mieć wówczas status podobny do Norwegii i Szwajcarii. To rozwiązanie dla branży motoryzacyjnej optymalne, ponieważ nie ucierpi obustronna wymiana handlowa. Nie będzie trzeba reorganizować sprawnie działającego modelu biznesowego, opartego na zintegrowanym łańcuchu dostaw i braku magazynowania na zapas. Model ten, zwany just-in-time, może funkcjonować jedynie w warunkach wspólnego rynku i otwartych granic.

Niestety miękki brexit nie pokrywa się z oczekiwaniami części brytyjskiego społeczeństwa oraz polityków rządzącej Partii Konserwatywnej. Szukając konsensusu premier Theresa May przygotowała tzw. plan z Chequers. – Zakładał on, że Wielka Brytania pozostanie na wspólnym rynku, ale na własnych zasadach tzn. bez swobody przepływu osób i kapitału, które mają zostać uregulowane osobnymi umowami. Unia nie zgodziła się na taki precedens, ponieważ te swobody są integralną częścią wspólnego rynku. Pójście w tej kwestii na ustępstwa osłabiłoby pozycję UE, która chce wyjść z brytyjskiego kryzysu z twarzą i nie dopuścić do kolejnego rozłamu wewnątrz Wspólnoty. Nowa wersja umowy brexitowej, opublikowana w połowie listopada, jest dużo bardziej zgodna z oczekiwaniami Unii niż plan z Chequers. Czy to wystarczy, aby uzyskać zgodę Brukseli? Wydaje się, że do nowej umowy znacznie trudniej będzie przekonać brytyjski Parlament – mówi Dan Clues, General Manager brytyjskiej spółki Exact Systems.

Zatem co się stanie, jeśli obie strony nie dojdą do porozumienia?

Niełatwe życie po twardym brexicie

Scenariusz twardego brexitu wiąże się przede wszystkim z zamknięciem granic i przywróceniem na nich pełnej kontroli, co spowoduje szereg problemów natury logistycznej. Znacznie wydłuży się czas oczekiwania na części, zakłady będą mieć opóźnienia w produkcji i nie będą nadążać z realizacją bieżących zamówień. Wymusi to zmianę koncepcji produkcji z just-in-time na magazynowanie zapasów i przejście z produkcji globalnej na lokalną. Zanim jednak nastąpi zmiana modelu produkcji, mogą zdarzyć się zatory, zmniejszenie produkcji czy zwolnienia pracowników. Niektóre firmy już przygotowują się na ten scenariusz np. Mini po brexicie planuje w kwietniu czasowo wyłączać produkcję. Producent szuka również lokalizacji na magazynowanie części oraz inwestuje w systemy informatyczne do obsługi nowych rodzajów dokumentów, które dopiero wejdą do obiegu. Natomiast McLaren chce gromadzić najważniejsze komponenty i w razie problemów zmieniać harmonogram wysyłek do UE.

Zmiany na produkcyjnej mapie Europy

Niektóre firmy rozważają zamknięcie swoich fabryk na Wyspach i przenoszenie produkcji części bliżej głównych zakładów. Bardzo prawdopodobne, że to samo będzie się działo także w drugą stronę – ucieczka z kontynentu na Wyspy, w celu optymalizacji finansowej procesów produkcyjnych. – Jeśli motobranża w Wielkiej Brytanii zacznie bazować w większym stopniu na dostawcach zlokalizowanych w swoim kraju, to ucierpią nie tylko fabryki z Polski, ale również polskie firmy logistyczne. Rocznie 2 mln aut ciężarowych wjeżdża do Zjednoczonego Królestwa, z czego ponad 1/5 (450 tys.) należy do polskich przewoźników. Coraz więcej mówi się też o przeniesieniu części transportu drogowego na morski, na czym skorzystać mogą holenderskie i belgijskie porty – mówi Jacek Opala.

Ekspert Exact Systems zwraca również uwagę, iż ucieczka części fabryk z Wysp do Unii wywoła efekt domina: – Ruch Jaguar Land Rover (JLR), który przesuwa ciężar produkcji na Słowację, wymusi na  lokalnych oddziałach międzynarodowych graczy, takich jak Lear czy Brose, przeniesienie swojej produkcji dla JLR z zakładów w Wielkiej Brytanii do tych zlokalizowanych na Słowacji lub w pobliżu, np. do Polski – dodaje Opala.

Tego produktu nie wpuścimy, czyli problemy z jednolitą homologacją

W razie twardego brexitu części motoryzacyjne nie będą spełniały wymogów UE lub GB, bo nie będzie jednolitego procesu certyfikacji, przez co mogą wystąpić problemy z homologacją np. silników diesla. Już teraz JLR wprowadziło 3-dniowy tydzień pracy w fabryce w Castle Bromwich, obowiązujący od października do grudnia. Jest to spowodowane wejściem nowych testów emisji spalin i koniecznością uzyskania nowej homologacji UE. Zastoje w produkcji mogą zachęcać do obniżenia norm emisji w Wielkiej Brytanii.

Aby uniknąć w przyszłości problemów z dopuszczeniem swoich produktów na rynek unijny McLaren rozważa certyfikowanie ich także w Niemczech, a Honda uzyskuje licencje zarówno w Wielkiej Brytanii jak i UE.

Turcja zamiast Wielkiej Brytanii?

Twardy brexit zmusi zakłady motoryzacyjne w Polsce do intensywniejszego poszukiwania alternatywnych rynków zbytu. W 2017 r. 90% eksportowanych części znajdowało nabywców w UE (wzrost 10,4% r/r), ale dynamika wzrostu na rynkach pozaunijnych osiągnęła 29%. Ten trend będzie w najbliższych latach kontynuowany. Szczególnie ważna z polskiego punktu widzenia może okazać się sytuacja polityczno-gospodarcza w Turcji.

– Kwestia brexitu pojawiła się w trudnym czasie dla brytyjskiego rynku motoryzacyjnego, ponieważ producenci zmagają się również z efektami skandalu emisyjnego i zmianą silników diesla na napędy hybrydowe oraz elektryczne. Uważam, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE będzie mieć negatywne konsekwencje dla naszego rynku motoryzacyjnego, a jedynie miękki brexit może złagodzić ich skutki. Zapewni brytyjskim firmom dostęp do jednolitego rynku oraz da brytyjskiemu rządowi prawo do współdecydowania o zasadach panujących na rynku europejskim – podsumowuje Dan Clues.

Brexit to potoczne określenie dla procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, rozpoczętego w czerwcu 2016 r. Wówczas odbyło się referendum dotyczące członkostwa Zjednoczonego Królestwa w UE, w którym większość głosujących (51,89%) opowiedziała się za opuszczeniem struktur unijnych. Pomimo niewiążącego charakteru tego referendum, premier Theresa May rozpoczęła brexit. Wielka Brytania ma opuścić Wspólnotę do 29 marca 2019 r. Do tego dnia obie strony mają czas na dojście do porozumienia w kwestiach prawnych.

Źródła danych:

  • Brexit and the auto industry: facts and figures (ACEA)
  • Rekordowy eksport przemysłu motoryzacyjnego w 2017 roku (AutomotiveSuppliers.pl)
  • http://www.autonews.com

Polskę ominął boom na pożyczki społecznościowe. W Chinach standardy pożyczania P2P nie nadążyły za popytem

Do 2025 roku globalny rynek peer-to-peer lending ma osiągnąć wartość 1000 mld dolarów.[1] W Chinach liczba osób, które korzystały z platform social lendingowych przekroczyła 3,5 mln. Popularność tej metody przyczyniła się jednak do upadku wielu chińskich serwisów P2P. W Polsce formuła pożyczania społecznościowego jeszcze się nie przyjęła. Ograniczeniem dla rynku wciąż są przeszkody prawne, ale też mocna alternatywa w postaci FinTechów i firm udzielających pożyczek online.

Sama koncepcja pożyczek typu social lending jest prosta. Serwisy internetowe udostępniają przestrzeń osobom prywatnym, w ramach której mogą one pożyczać pieniądze innym osobom. Formalności podczas całego procesu są ograniczone do minimum, w odróżnieniu od procedury kredytowej w banku. Pierwsza platforma tego typu rozpoczęła swoje funkcjonowanie w 2005 roku w Wielkiej Brytanii.

Social lending popularny na świecie

Na rynkach takich jak Chiny, Indie czy Brazylia pożyczanie społecznościowe stało się popularną metodą zdobywania pieniędzy przez osoby prywatne. Według danych portalu wdzj.com, pod koniec września ubiegłego roku już ponad 3,5 mln Chińczyków korzystało ze społecznościowych platform pożyczkowych.[2]

Jednak niedostateczny poziom regulacji rynkowych i słabe mechanizmy scoringowe odbiły się negatywnie na rynku. Coraz więcej osób pożyczało na platformach społecznościowych pieniądze, których nie byli w stanie oddać. W rezultacie nastąpiła fala bankructw wśród platform oferujących pożyczki społecznościowe.

Czy Polsce grozi powtórka z chińskiego scenariusza? Raczej nie. Rynek pożyczek P2P jest u nas niszą. Financial Times donosił, że pod koniec 2017 roku chiński rynek social lending osiągnął wartość 445 mld dolarów.[3] W tym samym okresie wartość polskiego rynku pożyczek społecznościowych była szacowana przez ekspertów na ok. 100 mln złotych.

Dominik Ciula, Sales Manager Aasa Polska
Dominik Ciula, Sales Manager Aasa Polska

To niewiele, biorąc pod uwagę, że krajowy rynek profesjonalnych pozabankowych pożyczek online pod koniec ubiegłego roku był wart już ok. 3 mld złotych. Musimy pamiętać, że pożyczanie społecznościowe jest popularniejsze w krajach, gdzie kredyty są w dużej mierze udzielane przez banki i wiążą się z licznymi formalnościami oraz trudnymi do spełnienia wymogami – zauważa Dominik Ciula, Sales Manager Aasa Polska. – Natomiast w Polsce, dzięki dobrze rozwiniętemu rynkowi FinTech, zaciągnięcie szybkiej pożyczki przez internet nie stanowi większego wyzwania.

Siła polskich FinTechów pożyczkowych

Eksperci wskazują, że po pożyczki w ramach social lending najczęściej sięgają osoby, które szybko potrzebują niewielkich kwot, a jednocześnie nie mają odpowiedniej zdolności kredytowej. W Polsce pożyczanie peer-to-peer nie znalazło zbyt wielu entuzjastów. Powodem jest mocna alternatywa w postaci nowoczesnych firm pożyczkowych online. Jak pokazuje raport „Mapa Polskiego Fintechu 2018”, w polskim sektorze FinTechowym aż 51 proc. firm specjalizuje się w płatnościach, a kolejne 31 proc. w obszarze kredytów oraz pożyczek.[4]

– Priorytetem dla pożyczkobiorców jest szybkie zdobycie pieniędzy. Pożyczanie online w FinTechu charakteryzuje się takim samym tempem, jak w przypadku platform społecznościowych, a jednocześnie jest transparentne i bezpieczne. Ocena zdolności kredytowej następuje w czasie rzeczywistym, przy minimum formalności. Pożyczkobiorcy mogą zapoznać się z dokładnymi kosztami zobowiązania oraz kwotą, która pozostaje do spłacenia – komentuje Dominik Ciula.

Na kondycję krajowego rynku pożyczek społecznościowych wpływa również brak odpowiednich regulacji prawnych. Ustawa dotycząca pozabankowych kredytów konsumenckich jasno określa, że pożyczek mogą udzielać tylko instytucje wpisane do rejestru Komisji Nadzoru Finansowego. Zanim taki wpis nastąpi, firmy muszą spełnić szereg wymogów, m.in. posiadać minimum 200 000 złotych kapitału własnego. Jeśli nie powstaną przepisy regulujące rynek social lending, a branża FinTech nadal będzie się tak dynamicznie rozwijać, sytuacja pożyczania społecznościowego w Polsce raczej nie ulegnie zmianie w najbliższym czasie.

[1] Źródło: https://www.statista.com/statistics/325902/global-p2p-lending/

[2] Źródło: wzdj.com

[3] Źródło: https://www.ft.com/content/a494591a-867a-11e7-bf50-e1c239b45787

[4] Źródło: https://www.cashless.pl/system/uploads/ckeditor/attachments/1908/Mapa_Polskiego_Fintechu_2018.pdf

Zuzanna Paciorkiewicz pokieruje Działem Zarządzania Nieruchomościami Cushman & Wakefield w Polsce

Z początkiem listopada br. w międzynarodowej firmie doradczej Cushman & Wakefield nastąpiła zmiana na stanowisku szefa w Dziale Zarządzania Nieruchomościami w Polsce. Kierownictwo zostało powierzone Zuzannie Paciorkiewicz, Head of Operations, Asset Services Poland.

dr Zuzanna Paciorkiewicz
dr Zuzanna Paciorkiewicz

Dr Zuzanna Paciorkiewicz, jest certyfikowanym członkiem RICS i posiada wieloletnie doświadczenie w branży nieruchomości komercyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem obiektów biurowych i magazynowych. Do tej pory zarządzała 39-osobowym zespołem profesjonalistów oraz ponad 1,4 mln mkw. powierzchni komercyjnej w całej Polsce. Zuzanna współpracuje z międzynarodowymi funduszami oraz prywatnymi inwestorami i deweloperami. Ma także doświadczenie akademickie – przez 12 lat była pracownikiem naukowym i wykładowcą w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Po fuzji firm DTZ i Cushman & Wakefield Zuzanna była odpowiedzialna za reorganizację struktury działu w ramach Asset Services Business Space. Zuzanna od wielu lat aktywnie uczestniczy w promowaniu proekologicznych rozwiązań w nieruchomościach i jest w tym zakresie cenionym ekspertem.

Blisko 500 mld złotych na rachunkach bankowych

492,8 mld zł trzymają polskie gospodarstwa domowe na bankowych rachunkach bieżących. Są to nieoprocentowane pieniądze, które w zestawieniu z dwuprocentową inflacją realnie tracą na wartości. Polacy szukają więc bezpiecznych inwestycji.

Gdyby 500 mld złotych rozdzielić równo pomiędzy wszystkich mieszkańców Polski, wyszłoby, że każdy z nas trzyma na bankowym koncie około 13 tys. złotych. Przez 10 lat kwota ta wzrosła ponad trzykrotnie (jesienią 2008 r. wynosiła niespełna 4 tys. zł na osobę), a tylko w ciągu ostatnich 24 miesięcy – o ponad 30 proc. Według statystyk Narodowego Banku Polskiego są to pieniądze trzymane na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. W praktyce oznacza to, że ta suma leży na kontach, tracąc na wartości. Zjada je inflacja wynosząca obecnie około 2 proc. w skali roku.

Ten dynamiczny wzrost pieniędzy trzymanych w bankach jest konsekwencją wzrostu gospodarczego i wyższych w ostatnich latach pensji. Część z tych oszczędności Polacy próbują pomnażać, ale gros pieniędzy po prostu leży i czeka.

Coraz mniej pieniędzy na lokatach

Niemały odsetek przyrostu pieniędzy na rachunkach bankowych jest wynikiem odpływu gotówki z depozytów terminowych. Kwota, którą trzymamy na lokatach spadła przez dwa lata o 21,5 mld zł, przy czym dla samych lokat w rodzimej walucie było to prawie 25 mld zł. Aktualnie na lokatach w bankach polskie gospodarstwa domowe mają zdeponowane 289,9 mld zł, z czego 268,9 mld zł przypada na rachunki złotowe, a reszta – walutowe.

Przez wiele lat Polacy zdecydowanie chętniej trzymali swoje oszczędności na lokatach niż na rachunkach bieżących. Wiosną 2001 r. było to aż cztery razy więcej. Potem różnica systematycznie malała i latem 2007 r. po raz pierwszy pieniądze zgromadzone na kontach przerosły te trzymane na depozytach. Przez kolejnych dziewięć lat obie kwoty rosły, a sytuacja zmieniała się w zależności od kondycji rynkowej. Dopiero w 2016 r. doszło do przełamania i niskie oprocentowanie lokat sprawiło, że Polacy zaczęli się od nich odwracać, co wyraźnie widać w statystykach.

Kwoty zgromadzone na rachunkach bieżących i terminowych przez gospodarstwa domowe wraz z porównaniem do średniego oprocentowania lokat

Kwoty zgromadzone na rachunkach bieżących i terminowych przez gospodarstwa domowe wraz z porównaniem do średniego oprocentowania lokat
źródło: opracowanie własne na podstawie danych Narodowego Banku Polskiego

Bezpieczne inwestycje w cenie

Polacy coraz częściej po wygaśnięciu lokaty nie zakładają kolejnej. To zachowanie wynika przede wszystkim z niskiego oprocentowania depozytów. – To jednak ciekawy mechanizm, że Polacy rezygnują z lokat i trzymają pieniądze na rachunku bieżącym, które zwykle nie jest w ogóle oprocentowane. Jednocześnie w ostatnim czasie bardzo wzrosła popularność obligacji Skarbu Państwa. W tym roku kupujemy ich średnio w miesiącu za 990 mln zł. Łącznie przez ostatnie dwa lata zainwestowaliśmy w papiery skarbowe 17,2 mld zł. Tymczasem w latach 2015-2016 było to 7,9 mld zł – komentuje Bartosz Kucharczyk, kierownik zespołu produktów inwestycyjnych BGŻOptima.

Rosnąca sprzedaż obligacji skarbowych jest sygnałem, że Polacy poszukują alternatywnych sposobów na bezpieczne ulokowanie pieniędzy. Ważne jest, że w 2019 r. trend ten prawdopodobnie jeszcze się wzmocni, a to za sprawą m.in. rosnącej inflacji. Według Narodowego Banku Polskiego w przyszłym roku inflacja wyniesie 2,7 proc. (przy 1,9 proc. aktualnie), zatem dostępne depozyty będą jeszcze mniej opłacalne.

Pieniędzy będzie coraz więcej

Nic nie wskazuje na to, by okres dynamicznego wzrostu kwoty przetrzymywanej przez Polaków na bankowych rachunkach bieżących miał się wkrótce zatrzymać. Jest to związane z utrzymującą się dobrą sytuacją gospodarczą. Nie bez znaczenia jest także regularny napływ gotówki z programu Rodzina 500+. – Nie powinniśmy pozwalać, aby nasze pieniądze traciły na inflacji. Przy bardzo ograniczonym ryzyku inwestycyjnym rozwiązaniem, które warto rozważyć są fundusze pieniężne. Mogą być one uzupełnieniem dla depozytów i lokat terminowych. Przeznaczając część oszczędności na fundusz możemy potencjalnie uzyskać wyższy zysk niż wypłaci nam bank – zauważa ekspert BGŻOptima.

Marek Dietl: Wejście w życie PPK jest początkiem nowej epoki dla GPW

  • Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) w Sali Notowań Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
  • Rynek kapitałowy odgrywa istotną rolę w budowaniu bezpiecznego systemu emerytalnego
  • GPW planuje zorganizowanie cyklu szkoleń dla małych i średnich przedsiębiorstw dotyczących PPK

Prezydent RP Andrzej Duda podpisał ustawę o Pracowniczych Planach Kapitałowych, która zakłada utworzenie powszechnego, dobrowolnego i prywatnego systemu oszczędzania, współtworzonego przez pracowników, pracodawców i państwo. Program ma dotyczyć – według szacunków rządu – ok. 11,5 mln pracowników i zapewnić dodatkowe oszczędności dla przyszłych emerytów po ukończeniu przez nich 60. roku życia. Program PPK będzie prowadzony przez Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, zakłady ubezpieczeń i Powszechne Towarzystwa Emerytalne.

Polski rynek kapitałowy jest bardzo ważną częścią gospodarki, a giełda pełni ważną rolę we wspieraniu wzrostu gospodarczego. Projekt ustawy o PPK zakłada, że jej wdrożenie wzmocni istotnie polski system finansowy, w szczególności rynek kapitałowy, w tym rynek akcji, obligacji korporacyjnych, obligacji skarbowych, funduszy rynku nieruchomości (w tym REIT). Na giełdę będą bowiem mogły wpływać dodatkowe pieniądze za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych odpowiedzialnych za zarządzanie i pomnażanie pieniędzy zgromadzonych na kontach PPK.

Podpisanie ustawy o PPK nie bez powodu obywa się dziś w centrum rynku kapitałowego – na Giełdzie Papierów Wartościowych. To właśnie warszawska giełda będzie platformą, dzięki której pieniądze zgormadzone w ramach PPK będą przekształcane w inwestycje pomnażające emeryturę. W ten sposób przyszli emeryci będą mogli skorzystać z owoców wzrostu gospodarczego. W historii rozwoju rynku kapitałowego wejście w życie PPK jest początkiem nowej epoki – mówi Marek Dietl, prezes GPW.

Od stycznia 2019 r. GPW rozpoczyna ogólnopolski projekt edukacyjny skierowany do pracowników poświęcony Pracowniczym Planom Kapitałowym. Oferta bezpłatnych szkoleń zostanie skierowana do firm zatrudniających ponad 250 osób. Zgodnie z danymi GUS za I półrocze 2018 roku, w Polsce aż 3557 firm spełnia przedmiotowe kryterium jako adresat szkoleń z zakresu PPK. Przedsiębiorstwa te zatrudniają łącznie 3,1 mln pracowników. Celem szkolenia jest propagowanie świadomego zarządzania swoimi oszczędnościami poprzez Program PPK.

Pracownicze Plany Kapitałowe dużym wyzwaniem dla pracodawców

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o Pracowniczych Planach Kapitałowych, która wejdzie w życie już na początku 2019 roku, ale w praktyce dla największych pracodawców zacznie mieć zastosowanie od 1 lipca 2019 roku. Firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników, które pierwsze muszą wdrożyć to rozwiązanie, mają na to  10 miesięcy. Aż 75 proc. pracodawców przyznaje, że decyzja o wprowadzeniu PPK jest ściśle powiązana z obowiązkiem ustawodawczym – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Polskie Stowarzyszenie HR. Dla wszystkich oznaczać to będzie dodatkowe obciążenia administracyjne, z którymi będą musieli zmierzyć się zarządzający kadrami. W odpowiedzi na to wyzwanie eksperci Instytutu Emerytalnego i Nationale-Nederlanden PTE przygotowali podręcznik dla pracodawców, który krok po kroku pomoże im przygotować się i wdrożyć PPK. 

Tylko jedna trzecia ankietowanych pracodawców deklaruje, że planowała wdrożenie programu emerytalnego, zanim ogłoszono rządowy pomysł stworzenia powszechnych pracowniczych planów kapitałowych. Dla zdecydowanej większości ich wprowadzenie wynika z obowiązku, jaki nakłada na pracodawców ustawa o PPK. Dlatego powstanie obowiązku tworzenia PPK zmusza firmy do jak najszybszego rozpoczęcia przygotowań do dostosowania się do nowych przepisów.

Zdecydowanie największym wyzwaniem, jaki dostrzegają firmy we wdrożeniu PPK są dodatkowe koszty, jakie pracodawcy będą musieli ponieść w związku z obowiązkowymi wpłatami ze strony pracodawcy (74 proc.). Zgodnie z ustawą, minimalna kwota, którą będzie musiał odprowadzać dla każdego uczestnika to 1,5 proc. jego wynagrodzenia.

Mimo kluczowej roli, jaką zatrudniający będą pełnić w prowadzeniu PPK, aż 61 proc. uczestniczących w badaniu firm przyznaje, że obawiają się, że PPK traktowane będą przez pracowników jako program rządowy, a nie świadczenie, które sfinansuje pracodawca. Proces wprowadzania PPK do firm powinien być więc uzupełniony działaniami edukacyjnymi, które pozwolą pracownikom zrozumieć założenia projektu oraz mechanizmy funkcjonowania PPK. Świadomość i wiedza na temat PPK mogą zwiększyć zaufanie społeczne i zachęcić Polaków do skorzystania z tego programu.

Bazując na naszym wieloletnim doświadczeniu w praktycznym doradzaniu pracodawcom w tworzeniu i funkcjonowaniu form dodatkowego oszczędzania na emeryturę przygotowaliśmy kompendium wiedzy o PPK, które powinno pomóc każdemu zainteresowanemu w zrozumieniu nie tylko jak będą działały te rozwiązania, ale także, a może przede wszystkim w przygotowaniu się do wyzwań jakie niosą ze sobą PPK – mówi dr Antoni Kolek, Prezes Zarządu Instytutu Emerytalnego.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

„Pracownicze Plany Kapitałowe – podręcznik dla pracodawcy” ma pomóc osobom odpowiedzialnym za wprowadzenie programu w swojej firmie. Kompendium prezentuje informacje niezbędne na każdym etapie funkcjonowania PPK w organizacji. Autorzy wyjaśniają w nim, jakie są najważniejsze założenia i sposób funkcjonowania PPK. Tłumaczą również, jak działać w nowym otoczeniu prawnym.

– Wprowadzenie PPK wiąże się z szeregiem nowych obowiązków, jakie czekają pracodawców. To oni odpowiadają chociażby za wybór instytucji finansowej, która będzie zarządzać pracowniczym planem kapitałowym oraz za zawarcie z nią umów w imieniu swoich pracowników. Dlatego odpowiednie przygotowanie i zrozumienie wymogów, jakie są stawiane zatrudniającym, jest kluczowe dla powodzenia tego projektu – mówi Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE.

W podręczniku zaprezentowane zostały krok po kroku działania, które każdy z pracodawców musi spełnić wprowadzając PPK do swojej firmy. Już dziś największe z nich – zatrudniające powyżej 250 osób – powinny uwzględnić w swoich rocznych budżetach koszty związane z wpłatami dla każdego pracownika.

Cyfryzacja nowym motorem polskiej gospodarki. Do 2025 roku może przynieść dodatkowe 275 mld zł

Cyfryzacja nowym motorem polskiej gospodarki. Do 2025 roku może przynieść dodatkowe 275 mld zł 6

Dotychczasowe motory wzrostu Polski, takie jak podaż taniej i wykwalifikowanej siły roboczej czy napływ środków z Unii Europejskiej, zaczynają słabnąć. Jest jednak szansa, że nową siłą napędową gospodarki stanie się cyfryzacja, która do 2025 roku może przynieść 275 mld zł dodatkowego PKB – wynika z najnowszego raportu firmy doradczej McKinsey & Company. Eksperci podkreślają, że umożliwiłoby to zwiększenie globalnej konkurencyjności Polski. Z analiz firmy McKinsey wynika, że tempo rozwoju cyfrowej gospodarki w Polsce już i tak znacznie przyspieszyło. W latach 2012-2016 rosła ona o 7 proc, rocznie, co było dwukrotnie wyższym wynikiem niż w największych krajach UE.

W Polsce w latach 1996-2017 PKB na mieszkańca wzrósł o 123 proc. Było to możliwe m.in. dzięki prężnie rozwijającym się tradycyjnym sektorom gospodarki, dużej dynamice eksportu, inwestycjom zagranicznym, rosnącej sile roboczej przy jej stosunkowo niskich kosztach oraz środkom z UE.

Dziś jednak wiele z tych czynników zaczyna tracić na sile, co widać choćby na przykładzie rynku pracy: przy rekordowo niskim bezrobociu (4,9 proc. w 2017 roku) siła robocza staje się coraz droższa.

Z naszych analiz wynika, że  cyfryzacja i jej przyspieszenie może stać się istotnym motorem wzrostu dla polskiej gospodarki w nadchodzących latach – podkreśla Marcin Purta, partner zarządzający McKinsey & Company w Polsce.

Z najnowszego raportu firmy doradczej McKinsey & Company „Polska jako Cyfrowy Challenger. Cyfryzacja nowym motorem wzrostu dla kraju i regionu” wynika, że dzięki cyfryzacji PKB Polski może wzrosnąć o 275 mld złotych (64 mld euro) do 2025 roku. Umożliwiłoby to Polsce awans do grona najbardziej zaawansowanych cyfrowo gospodarek w Europie, czyli tzw. Cyfrowych Liderów (Digital Frontrunners): Belgii, Danii, Estonii, Finlandii, Holandii, Irlandii, Luksemburga, Norwegii i Szwecji. W ambitnym scenariuszu odsetek PKB, który generuje gospodarka cyfrowa Polski, wzrósłby do 15 proc. PKB w roku 2025.

– To jest w naszej ocenie bardzo istotna wartość. Oznaczałaby dodatkowy 1 punkt procentowy wzrostu PKB każdego roku. Jednak aby ten potencjał wykorzystać, konieczne są wspólne działania administracji publicznej, firm i obywateli. Firmy z pewnością mogłyby szerzej stosować technologie i narzędzia cyfrowe, takie  jak analiza Big Data, wykorzystanie rozwiązań chmurowych i sprzedaży online czy wykorzystanie reklamy online. Niski poziom wykorzystania tych narzędzi widzimy w szczególności w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw – mówi Marcin Purta.

Według McKinsey równie istotne są zadania związane z przekwalifikowaniem pracowników i upewnieniem się, że posiadają niezbędne kwalifikacje do stosowania narzędzi cyfrowych.

Jak wynika z szacunków McKinsey & Company, w 2016 roku gospodarka cyfrowa odpowiadała w Polsce za 6,2 proc. PKB, czyli równowartości 112 mld złotych (26 mld euro). To nieco poniżej średniej dla Europy Środkowo-Wschodniej (6,5 proc.). Jednak z drugiej strony dystans do średniej dla pięciu największych krajów UE, gdzie gospodarka cyfrowa odpowiada za 6,9 proc. PKB, jest stosunkowo niewielki i możliwy do nadrobienia.

– Aby przyspieszyć cyfryzację Polski, przede wszystkim rząd powinien skoordynować działania swoich resortów. Mamy w Polsce wiele zasobów – kadrowych, intelektualnych, ale też zasobów technicznych – natomiast problemem jest zarządzanie pomiędzy resortami, ale jednocześnie zarządzanie w ramach firm prywatnych, które nie są w stanie we właściwy sposób pozyskiwać środków finansowych na projekty związane z machine learning czy sztuczną inteligencją – mówi Robert Kroplewski, Pełnomocnik Ministra Cyfryzacji ds. społeczeństwa informacyjnego.

Według ekspertów McKinsey kluczowe znaczenie ma również współpraca w regionie. Tzw. Cyfrowi Challengerzy mogą wykorzystać cyfrową szansę tylko, jeśli będą ściśle współpracować, wykorzystując efekt skali. PKB tych dziesięciu krajów (oprócz Polski w jej skład wchodzą także Bułgaria, Czechy, Chorwacja, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry) sięga 1,4 biliona euro, co odpowiada wielkości 12. gospodarki świata. Obszarami, w których ich współpraca mogłaby przynieść korzyści, jest na przykład dostęp do publicznych zbiorów danych czy projekty infrastrukturalne w zakresie światłowodów i technologii 5G.

Pełnomocnik Ministra Cyfryzacji Robert Kroplewski podkreśla również znaczenie współpracy pomiędzy sektorem publicznym i prywatnym biznesem, które powinny wspólnie budować ekosystem sprzyjający wdrażaniu innowacji. Sektor publiczny odpowiada jednak za politykę ogólną, tworzenie możliwości i impulsów rozwojowych – natomiast nie jest odpowiedzialny za samoorganizację przedsiębiorstw, które same muszą dostrzec szansę rozwoju w cyfryzacji.

– Okazuje się, że przepływ danych elektronicznych w 46 proc. wpływa na PKB Polski, to dla nas ogromna szansa. Z drugiej strony, 60 proc. polskich przedsiębiorstw nie jest zainteresowanych inwestowaniem w technologie cyfrowe, co oznacza że mamy zaszłości. Pytanie: z czego to wynika? Z obawy o celowość tych inwestycji, czy też z braku wiedzy w jaki sposób można te technologie wykorzystać dla wspomagania sprzedaży, usług czy wspomagania rozwoju własnych kadr? Tutaj potrzebna jest również edukacja, programy edukacyjne. Jako rząd możemy  wspomóc programy NCBiR, wprowadzić do nich komponent technologii cyfrowych, np. sztucznej inteligencji, dedykować środki finansowe dla rozwoju konkretnych usług – mówi Robert Kroplewski.

Jak zauważa Artur Waliszewski, dyrektor biznesowy Google w Europie Środkowo-Wschodniej, na rozwoju cyfryzacji polska gospodarka może bardzo dużo zyskać, m.in. zwiększając wydajność pracy.

– Eksport jest doskonałym przykładem, który pokazuje jakie szanse stwarza cyfryzacja. Dzisiaj można założyć firmę i oferować usługi cyfrowe klientom w USA czy w Niemczech. Nie trzeba się martwić otwieraniem biura w tych krajach, jeżdżeniem tam, budowaniem struktur firmy – czyli wydatki są stosunkowo małe, a potencjalne zyski bardzo wysokie. Jest w Polsce wiele firm, np. w branży gier mobilnych, które tę szansę wykorzystują. Dzięki temu z ich usług może korzystać nie tylko 38 mln klientów w Polsce, ale już kilkaset milionów ludzi na całym świecie. Aby skorzystać z cyfrowej szansy, firmy muszą sobie uświadomić, że dzisiaj klient nie jest od nich oddalony geograficznie. Jest od nich oddalony cyfrowo – podkreśla Artur Waliszewski.

Minister rolnictwa: Rośnie eksport polskiej żywności do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zapotrzebowanie jest na mięso halal, produkty mleczne czy słodycze

Minister rolnictwa: Rośnie eksport polskiej żywności do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zapotrzebowanie jest na mięso halal, produkty mleczne czy słodycze 7

Rośnie eksport rolno-spożywczy do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. To drugi po Arabii Saudyjskiej największy partner gospodarczy i handlowy Polski w tym regionie. Tylko w 2017 roku eksport na rynek ZEA osiągnął wartość 85 mln euro i wzrósł o 11 proc. w ciągu roku. Potencjał jest jednak znacznie większy. Hitem eksportowym mają szanse stać się mięso halal, produkty mleczne, słodycze czy przetwory owocowe. Polscy przedsiębiorcy mogą liczyć na pomoc rządu, jednak dużo zależy od nich samych – podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa.

Wymiana rolno-spożywcza z Emiratami Arabskimi wynosi kilkadziesiąt milionów euro. Można się tym szczycić, ale wydaje mi się, że potencjał jest bez porównania większy. To jest kraj, który nie tylko potrzebuje żywności dla stosunkowo niewielkiej ilości swoich mieszkańców, około 10 mln, ale przede wszystkim potrafi handlować żywnością ze znaczną częścią świata, z Azją, z Afryką, z krajami arabskimi. Jako taki pośrednik, do krajów gdzie nigdy sami nie będziemy umieli skutecznie handlować, bardzo by się nam przydał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Zjednoczone Emiraty Arabskie są drugim, po Arabii Saudyjskiej, największym partnerem gospodarczym i handlowym Polski na obszarze krajów Rady Współpracy Państw Zatoki. W 2017 roku eksport polskich artykułów rolno-spożywczych wyniósł ok. 85 mln euro, czyli 11 proc. więcej niż w 2016 roku. Najwięcej sprzedajemy przetworów spożywczych, słodyczy i papierosów, ale ZEA mogą być też dobrym odbiorcą mięsa halal, które Polska obecnie eksportuje do kilkudziesięciu krajów.

ZEA potrzebują przede wszystkim dużych ilości mięsa, oczywiście mięsa halal, wołowiny i drobiu. To są ogromne ilości produktów mlecznych, przede wszystkim o krótkich terminach przydatności, bo świat nie chce żywności która ma pół roku czy rok ważności napisane na opakowaniu, staje się to żywność śmieciowa, więc również kwestia szybkości transportu, logistyki, będzie o tym decydowała – wskazuje Ardanowski.

W 2017 roku wartość eksportu produktów mleczarskich z Polski na rynki pozaunijne zwiększyła się o 27 proc., do 476 mln euro. Najwięcej sprzedajemy do Algierii, Chin i Arabii Saudyjskiej.

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest też wielkie zapotrzebowanie na cukier. Jesteśmy przecież wielkim producentem cukru, w krajach muzułmańskich duże wzięcie mają słodycze, miód, to są rzeczy które mamy. To są na pewno – biorąc pod uwagę tamten klimat – także soki z owoców i warzyw, które rosną w naszym klimacie, sok jabłkowy, różnego rodzaju koncentraty z owoców miękkich – wymienia minister rolnictwa.

Polska jest w czołówce światowych eksporterów słodyczy. Tylko latach 2012-2016 eksport polskich słodyczy wzrósł o blisko 79,5 proc. Z analiz ekspertów Banku BGŻ BNP Paribas wynika zaś, że w 2017 roku Polska wyeksportowała 15,2 tys. ton miodu, czyli o 11 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdecydowana większość trafia na rynki unijne, jednak to kraje muzułmańskie mogą być istotnym odbiorcą. Jak wskazuje Ardanowski, gama produktów które mogą stać się hitem eksportowym do tej części świata jest ogromna, ale aby wykorzystać ten potencjał dużo zależy od polskich producentów.

Rolą administracji, rządu, jest pomoc w pokonywaniu barier organizacyjnych, prawnych, dostępu do rynku, porozumień w krajach orientu. Jest bardzo ważne również, czy władze publiczne uwiarygadniają poszczególne firmy wskazując, że one są popierane, więc każda polska firma na tego typu wsparcie ze strony przedstawicieli rządu może liczyć, natomiast reszta jest w rękach samych przedsiębiorców – przekonuje minister.

Jak podkreśla Ardanowski, Polska nie może konkurować niskimi cenami, pod tym względem nie wygramy np. z Ukrainą (ceny owoców), czy Brazylią (mięsa). Wartością polskich produktów jest przede wszystkim wysoka jakość.

Dla ZEA jest bardzo ważne, że Polska nie kopie się z koniem, nie ściga się wyłącznie niskimi cenami żywności. Nigdy nie wygramy z Brazylią w produkcji kurczaków czy z Argentyną w produkcji wołowiny, czy z wielkimi obszarami Rosji, Ukrainy, w produkcji pszenicy czy innych zbóż. My musimy się czymś wyróżniać i ta nasza żywność ma być najlepsza na świecie, ma być tą żywnością, za którą będzie ktoś gotowy zapłacić lepszą cenę wiedząc o tym, że to jest crème de la crème na stołach światowych – podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski.

Nowe technologie w zakupach pomagają firmom ciąć koszty nawet do 15 proc. Sztuczna inteligencja sama wybierze najlepszego dostawcę, a system zaksięguje fakturę

Andrzej Zawistowski, Członek Zarządu, PSML
Andrzej Zawistowski, Członek Zarządu, PSML

Usprawnienie procesów zakupowych może przynieść firmie oszczędności sięgające nawet 15 proc. kosztów. Optymalizacja tego obszaru jest szczególnie istotna teraz, kiedy wiele firm boryka się z presją płacową i musi szukać oszczędności w innych obszarach. Z drugiej strony dla wielu firm pozyskanie dobrych fachowców od zakupów stanowi nie lada problem. Dlatego w obszar zakupów wkracza sztuczna inteligencja, która nie tylko usprawnia proces zakupowy i pozwala firmie ciąć koszty, lecz także ułatwia pracę ludzi, którzy mogą skupić się na bardziej strategicznych zadaniach.

Firmy mogą oszczędzać na bardzo wiele sposobów, jednym z nich jest zarządzanie popytem, czyli dobre zdefiniowanie tego, co ma zostać kupione. Niekupowanie rzeczy zbędnych daje lepsze efekty niż jakiekolwiek negocjacje, które też są istotną metodą obniżki kosztów funkcjonowania firm. Każda złotówka zaoszczędzona na zakupach przekłada się automatycznie na zysk firmy 1:1 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Borowiecki, prezes zarządu OptiBuy.

Optymalizacja procesu zakupowego nabiera znaczenia szczególnie w obecnej sytuacji na rynku pracy, kiedy stopa bezrobocia spadła do 5,7 proc. czyli najniższego poziomu od 28 lat. Wiele firm jest zmuszonych podnosić płace, aby zatrzymać pracowników. Jak wynika z tegorocznego „Badania niedoboru talentów” Manpower Group – problem ze znalezieniem pracowników o odpowiednich kompetencjach zgłasza w Polsce już 51 proc. firm. To najwyższy wynik od dziesięciu lat. Wśród dużych firm, zatrudniających powyżej 250 osób, ten wskaźnik jest jeszcze wyższy i sięga już 75 proc.

Również presja płacowa utrzymuje się na wysokim poziomie. Dynamika wzrostu płac to ok. 7 proc. rdr. W tej sytuacji efektywne zakupy są dla firmy sposobem na znalezienie dodatkowych oszczędności. Mogą one sięgać nawet 10–15 proc.

Technologii zakupowych jest coraz więcej. Mamy tzw. narzędzia sourcingowe, które pozwalają nam w efektywny sposób wybrać dostawcę. Mamy narzędzia dotyczące analizy wydatków, abyśmy wiedzieli, gdzie firmowe pieniądze są faktycznie wydawane. Mamy także cały szereg narzędzi tzw. procure-to-pay, czyli od zapotrzebowania do płatności, które pozwalają nam automatyzować proces zgłaszania wniosków zakupowych i zatwierdzania ich, aż po końcowe rozliczenie faktury z dostawcami – mówi Mateusz Borowiecki.

Jak podkreśla, na efektywność procesu zakupowego w firmie – obok dobrze dobranych narzędzi i technologii – ma wpływ także dobrze przygotowana kadra.

Te wszystkie czynniki wpływają na to, że jedne firmy kupują coś efektywniej, produkty lepszej jakości po niższej cenie, a inne niestety radzą sobie na tym polu gorzej, przez co tracą przewagę konkurencyjną – podkreśla prezes zarządu OptiBuy.

W ocenie ekspertów technologie, zwłaszcza robotyzacja i sztuczna inteligencja, odgrywają w obszarze zakupów coraz większą rolę. Pozwalają one szybciej i łatwiej składać zamówienia, przetwarzać faktury czy rozliczać się z dostawcami. Jak wynika z ubiegłorocznego badania brytyjskiej firmy konsultingowej Hackett Group, 84 proc. przedstawicieli organizacji zakupowych ocenia, że cyfryzacja gruntownie zmieni procesy zakupowe w nadchodzących latach.

Wszyscy w zakupach koncentrujemy się na bezpośrednich czynnościach i cenie, natomiast nikt nie mierzy kosztów procesowych. Jednak z badań przeprowadzonych przez Amerykanów wynika, że koszt procesowania jednego zamówienia – od momentu powstania zapotrzebowania aż do momentu zapłaty dostawcy – kształtuje się od 40 dol. do nawet 400 dol. za jedno zamówienie w przypadku firm, które najgorzej sobie z tym radzą. Dlaczego te najlepsze firmy są tak niskokosztowe? Otóż dlatego, że używają technologii. Automatyzują procesy, które same w sobie nie przynoszą żadnej wartości dodanej – podkreśla Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Managerów Logistyki i Zakupów.

Nowe technologie to remedium na bolączkę wielu firm, jaką jest coraz większy problem z pozyskaniem dobrych ekspertów zakupowych. Pozwalają m.in. zredukować do minimum zadania manualne, związane z przetwarzaniem zamówień, obsługą faktur czy opisywaniem dokumentów. Dzięki temu pracownicy działów zakupów mogą skupić się na bardziej strategicznych zadaniach.

Sztuczna inteligencja w zakupach może być wykorzystywana w wielu obszarach. Jednym z nich jest wybór dostawców. SI potrafi analizować bardzo dużą ilość danych, sugerując, który dostawca będzie dla firmy najlepszy. Wiąże się z tym wiele wymiernych korzyści. Innym obszarem jest proces weryfikacji ceny. SI, analizując bardzo dużą ilość danych wewnętrznych i zewnętrznych, jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, jaka jest cena danej usługi na konkretnym rynku. Człowiek nie jest w stanie przeanalizować tak dużej ilości informacji – mówi Izabela Smulska-Kowalczyk, EMEA Procurement Sourcing Leader, IBM

– Wszyscy wiemy, ile czasu zajmuje nam uzgadnianie faktur. Wykonywane ręcznie konsumuje bardzo dużo czasu pracowników działu zakupów albo po stronie partnera biznesowego, w marketingu, kontrolingu czy finansach. Wprowadzenie prostego systemu informatycznego eliminuje w ogóle działanie człowieka. Faktura sama uzgadnia się w systemie. System ma zgłoszone zapotrzebowanie, ma potwierdzenie odbioru i kiedy przychodzi faktura po prostu sprawdza niczym automatyczny weryfikator – dodaje Andrzej Zawistowski.

Rzecznik Praw Dziecka: nieszczepienie dzieci może narazić je na bardzo dotkliwe dolegliwości, nawet na śmierć

Rzecznik Praw Dziecka: nieszczepienie dzieci może narazić je na bardzo dotkliwe dolegliwości, nawet na śmierć 8

Niestosowanie szczepień narusza prawo dzieci do zdrowia, uważa Marek Michalak. Były Rzecznik Praw Dziecka chce dogłębnych zmian w kodeksie rodzinnym, które zwiększałyby ochronę prawną najmłodszych obywateli. Jego zdaniem Polacy muszą nauczyć się traktować dzieci podmiotowo, dlatego z języka prawniczego powinien zniknąć pejoratywny termin „władza rodzicielska”, zastąpiony określeniem „odpowiedzialność rodzicielska”.

Marek Michalak w tym roku przedstawił projekt nowelizacji Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który eksperci określili mianem przełomowego. Wprowadza on zupełnie inny sposób myślenia o dziecku oraz jego miejscu w rodzinie i społeczeństwie. Zdaniem Marka Michalaka Polacy muszą nauczyć się podmiotowego traktowania najmłodszych, a zaproponowana przez niego nowelizacja bazuje właśnie na postrzeganiu dziecka jako małego człowieka i obywatela.

– Dzieci to nie są przedmioty, to nie są ludzie mniejszej kategorii, to są ludzie tu i teraz. Korczak mówił: „nie ma dzieci, są ludzie”, ale o innej skali pojęć, o innej wrażliwości, czyli osoby które wymagają szczególnej ochrony ze względu na swój wiek, na inne możliwości działania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rzecznik Praw Dziecka.

Zaproponowany przez Marka Michalaka projekt wprowadza definicję dobra dziecka, której nie ma w obecnym stanie prawnym. Rzecznik Praw Dziecka podkreśla, że zapewnianie dzieciom wyżywienia i edukacji to nie wszystko, dorośli powinni dawać im bowiem swoją uwagę i wolny czas. Ich zadaniem jest budowanie w najmłodszych poczucie własnej wartości. Marek Michalak zwraca też uwagę, że dzieci mają relatywnie małą ochronę prawną, nie stoją za nimi związki zawodowe ani wybrani przez nich parlamentarzyści.

– Ja zaproponowałem projekt nowego kodeksu rodzinnego i uważam, że powinny realne prace w parlamencie zostać podjęte nad zmianą prawa rodzinnego, ale nie takie łatanie, jeden przepis z jednej strony, drugi przepis z drugiej strony – mówi Marek Michalak.

Rzecznik Praw Dziecka przypomina, że od momentu uchwalenia obecnie obowiązującego Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego podejście Polaków do dzieci uległo istotnym zmianom. Akceptowalne społecznie traktowanie najmłodszych w sposób przedmiotowy oraz wynikająca z tego przemoc wobec dzieci dziś nie mają już racji bytu. Dlatego jedną z najważniejszych zmian zawartych w projekcie Marka Michalaka jest zastąpienie pejoratywnego terminu „władza rodzicielstwa” określeniem „odpowiedzialność rodzicielka”.

– Nie po to, żeby rodzicom odebrać możliwość wychowywania swoich dzieci, bo to byłoby przecież niemądre, tylko po to, żebyśmy właściwe relacje międzyludzkie tworzyli, a właściwe relacje nie polegają na tym, że ktoś patrzy z góry na drugiego człowieka, tylko z tym człowiekiem razem współpracuje – mówi Rzecznik Praw Dziecka.

Zgodnie z koncepcją Marka Michalaka odpowiedzialność rodzicielska oznaczałby troskę o potrzeby dziecka i ich zaspokajanie, oraz przestrzeganie przynależnych mu praw. Należy do nich m.in. prawo do zdrowia, w tym do szczepień ochronnych.

–  Szczepionki są profilaktyką, one zostały odkryte po co? Po to, żeby chronić populację przed chorobami, przed śmiercią. Jeśli my nie będziemy z nich korzystać, możemy narazić nasze dzieci na bardzo dotkliwe dolegliwości, a wręcz w ostateczności na śmierć – mówi Marek Michalak.