Wyrok sądu: Opłaty licencyjne w kosztach uzyskania przychodów

Nawet działania przynoszące straty mogą być uzasadnione celem gospodarczym oraz współgrać z dążeniem przedsiębiorcy do osiągania przychodów i zwiększania zysków – stwierdził w wyroku z 5 września 2018 r. WSA w Gliwicach (sygn. akt I SA/Gl 706/18). Sąd uchylił decyzję urzędu celno-skarbowego odmawiającą zakwalifikowania do kosztów uzyskania przychodów opłaty licencyjnej, ponoszonej przez podmiot powiązany w związku z produkcją i sprzedażą dokonywaną wewnątrz tej samej grupy kapitałowej.

Zamiast nadpłaty zobowiązanie do zapłaty

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Spółka prowadząca działalność gospodarczą w branży motoryzacyjnej funkcjonowała na rynku w strukturze grupy kapitałowej. W procesie produkcji części samochodowych wykorzystywała w ramach licencji nabytej od innego podmiotu należącego do grupy, mającego siedzibę w USA, wiedzę technologiczną oraz znaki towarowe. W zamian za korzystanie z tych aktywów niematerialnych uiszczała na rzecz amerykańskiej firmy opłatę licencyjną. W grudniu 2016 r. zwróciła się do Urzędu Skarbowego o stwierdzenie nadpłaty w podatku dochodowym od osób prawnych za 2012 r. z tytułu jej ponoszenia.

Urząd celno-skarbowy prowadzący kontrolę celno-skarbową w zakresie rzetelności deklarowanych podstaw opodatkowania oraz prawidłowości obliczania i wpłacania podatku dochodowego od osób prawnych przekształcił tę kontrolę w postępowanie podatkowe. W jego wyniku, zamiast nadpłaty, określił spółce zobowiązanie w podatku CIT za 2012 r.

Brak racjonalnego związku opłaty licencyjnej z przychodami

Organowi nie spodobało się, że aż 91% sprzedawanych przez spółkę produktów trafiało do dystrybuujących je dalej podmiotów powiązanych. Miało to bowiem ogromny wpływ na wysokość uiszczanej przez spółkę opłaty licencyjnej, która zgodnie z zawartą z licencjodawcą umową uzależniona była właśnie od wartości sprzedaży. Zdaniem urzędu celno-skarbowego w tej sytuacji wydatki z tytułu opłaty licencyjnej nie miały racjonalnego związku z przychodami: „(…)o ile posługiwanie się znakiem towarowym oraz określoną technologią ma znaczenie w kontaktach biznesowych z podmiotami zewnętrznymi, to sprzedaż produktu spółce powiązanej pozostaje bez znaczenia dla uzyskiwanego przychodu” (I SA/Gl 706/18). Organ zarzucał spółce, że jest jedynie tzw. producentem kontraktowym, mającym zapewniony zbyt w wyniku realizacji zaleceń oraz dzięki globalnemu zarządzaniu produkcją przez dominujący podmiot z USA.

Realizacja produkcji możliwa dzięki licencji

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach przyznał rację spółce. Nie zgodził się z twierdzeniem organu, że jest ona niesamodzielnym przedsiębiorcą wykonującym tylko zalecenia dominującego podmiotu. Wskazał bowiem, że spółka, oprócz funkcji produkcyjnej, pełni również funkcje: zaopatrzeniową, magazynową, logistyczną, sprzedażową i administracyjną. Ponosi więc pełne ryzyko prowadzonej działalności gospodarczej – ryzyko wahań rynkowych, ryzyko odpowiedzialności za produkt czy ryzyko utraty płynności finansowej.

Sąd potwierdził stanowisko spółki, że w modelu biznesowym, w którym prowadzi działalność, realizacja produkcji możliwa jest tylko dzięki wykorzystaniu wiedzy technologicznej i znaków towarowych, bo tego wymagają od niej nabywcy wytwarzanego przez nią produktu. Bez tych niematerialnych aktywów przedsiębiorstwo zostałoby zmuszone do przerwania działalności produkcyjnej. Bowiem tylko spełnienie przez nie określonych standardów, możliwych do zachowania dzięki wiedzy technologicznej i identyfikowanych marką poprzez wykorzystywane znaki towarowe, pozwala mu dokonywać sprzedaży i zachować określony stopień przewagi nad konkurencją. Oczywiście spółka mogłaby nie ponosić wydatków tytułem opłaty licencyjnej za udostępnienie jej tej wiedzy, ale wówczas naraziłaby się na długotrwały i niegwarantujący powodzenia proces wypracowania własnej pozycji na rynku.

Osiągnięcie, zachowanie i zabezpieczenie źródła przychodów

W ocenie WSA w świetle powyższego bez znaczenia pozostaje, czy spółka sprzeda produkt podmiotowi powiązanemu, czy pozostającemu poza grupą kapitałową. Końcowy odbiorca produktu spółki sięga po niego właśnie lub między innymi z uwagi na jakość i markę, a te dają niematerialne wartości technologiczne i marketingowe, udostępniane spółce w zamian za opłacaną licencję. Dlatego też koszty licencji przedsiębiorca ma prawo zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów, gdyż spełniają one przesłanki zawarte w art. 15 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86 ze zm.). Spółka ponosi je bowiem zarówno w celu osiągnięcia, zachowania, jak i zabezpieczenia źródła przychodów.

Sąd podzielił w tej kwestii zdanie wyrażone w wyroku z 7 marca 2018 r. przez WSA w Krakowie: „Gdyby podatnik działań takich nie podejmował, mógłby nie sprostać konkurencji, a prowadzona przez niego działalność mogłaby stać się nierentowna. Tym samym zagrożone byłoby źródło przychodów, jakim jest prowadzenie działalności gospodarczej w jej całokształcie” (sygn. akt I SA/Kr 45/18).

Fiskus „żyje” dzięki podatnikom i ich racjonalnym działaniom

Rozstrzygnięcie WSA w Gliwicach zwraca fiskusowi uwagę na ważną kwestię. Choć jego organy dążą do maksymalizacji poboru danin podatkowych, to w swej gorliwości zapominają o bardzo ważnej zależności. To nie one są specjalistami w branżach, w których funkcjonują i prowadzą swoją działalność podatnicy. Główną ideą i celem prowadzenia działalności gospodarczej jest osiąganie rentowności, a następnie maksymalizacja zysków. A to właśnie większe zyski, podlegając opodatkowaniu, zapewniają większe wpływy do kasy fiskusa.

„Zasady dotyczące kosztów uzyskania przychodów mają w założeniu uwzględnić istotę i cel prowadzenia działalności gospodarczej, także specyfikę tej działalności, premiując wydatki służące jej rozwojowi i generowaniu przychodów. Stąd nawet takie rodzaje działań, które doraźnie powodują jedynie wydatki lub wręcz straty mogą być elementem strategii gospodarczej i nie muszą stać w sprzeczności z działaniami w celu osiągnięcia przychodów, gdy w dalszej perspektywie mają służyć zwiększaniu zysków podmiotu gospodarczego. Cel fiskalny realizuje się wówczas w podatku należnym od zysku wypracowanego na skutek takich właśnie racjonalnych działań podatnika” (I SA/Gl 706/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

eAgronom zebrał od inwestorów 4 mln zł

Założony w Tartu (Estonia), eAgronom zapewnia rolnikom dostęp do intuicyjnej platformy cyfrowej, która znacznie ułatwia codzienne zarządzanie gospodarstwem rolnym. W październiku tego roku, firma zebrała rundę inwestycyjną w wysokości 4 milionów złotych. Wśród inwestorów znaleźli się: polski fundusz Black Pearls VC, estoński Trind Ventures i United Angels VC, brytyjski TMT Investments i aniołowie biznesu, którzy odpowiadają również za sukces znanych firm – estońskich “jednorożców” jak Skype, czy Taxify.

Czym jest eAgronom?

eAgronom aplikacjaeAgronom to mobilne narzędzie, za pośrednictwem którego rolnicy, przy pomocy smartfonu, tabletu lub komputera, mogą w czasie rzeczywistym zarządzać i nadzorować gospodarstwo, jego pracowników oraz pola. Aplikacja jest skierowana do rolników uprawiających zboża i ma na celu umożliwiać elastyczne planowanie i kompleksowe zarządzanie polami. eAgronom pomaga im osiągać korzyści ekonomiczne i zmniejszyć ryzyko pojawienia się strat w uprawach, poprzez odpowiednie planowanie i rotacyjny harmonogram upraw. W Estonii, narzędzie pomaga oszczędzać rolnikom od dziesiątek do setek tysięcy euro rocznie. eAgronom jest już obecny w 9 krajach Europy i jest już wykorzystywany do zarządzania  w sumie ponad 700 000 hektarami upraw (z 50 milionów hektarów łącznej powierzchni w UE).

Założyciele

eAgronomeAgronom został założony przez Robina Saluoksa i Stenvera Jerkku zaledwie 2 lata temu. Mający polskie korzenie Robin Saluoks jest młodym ale doświadczonym przedsiębiorcą – pierwszą firmę (wciąż dobrze prosperującą) założył w wieku 17 lat. Do stworzenia narzędzia eAgronom zainspirowała go praca w gospodarstwie rolnym należącym do jego rodziców. Jednym z pierwszych użytkowników  eAgronom był właśnie Rubert Saluoks – ojciec Robina. Za swój projekt Robin Saluoks otrzymał w 2018 roku estońską nagrodę Young Entrepreneur of the Year, rok wcześniej otrzymał ją Markus Villig – CEO Taxify.

Stenver Jerkku stworzył technologiczne zaplecze programu eAgronom oraz zbudował zespół inżynierów w firmie. Jest absolwentem Wydziału Inżynierii Oprogramowania Uniwersytetu w Tartu na kierunku informatyka. Zanim poświęcił się projektowi eAgronom, Stenver zdobywał swoje doświadczenie w różnych przedsięwzięciach typu startup, włączając w to odnoszący sukcesy startup SaleMove Inc. Był także wykładowcą na Uniwersytecie w Tartu na Wydziale Inżynierii Oprogramowania.

Dodatkowe fundusze chcemy przeznaczyć na rozwój eAgronom, tak aby pomagał rolnikom w podejmowaniu trafniejszych decyzji finansowych i ekologicznych. Środki inwestycyjne wykorzystamy na rozwój funkcji analizy agronomicznej i finansowej naszej platformy, aby pomóc obliczyć, w jaki sposób decyzje rolników wpływają na wyniki finansowe.
-Stenver Jerkku, COO w eAgronom

Polska jest dla nas szczególnym rynkiem ze względu na bardzo dużą powierzchnię rolną, gdzie gospodarstwa są rozdrobnione, co również wpływa na charakter rolnictwa. – dodaje Robin. – Nieustannie zbieramy uwagi od polskich rolników i dostosowujemy nasz program do ich potrzeb. Staramy się pozytywnie wpłynąć na ich pracę, zmniejszając koszty, obciążenie oraz stres. -Robin Suloks, CEO w eAgronom

Runda inwestycyjna

Fundusz Black Pearls VC zainwestował (w ramach programu BRIdge Alfa NCBiR) w eAgronom 1 milion złotych wraz z dwoma estońskimi VC: Trind Ventures i United Angels VC, a także brytyjskim TMT Investments i aniołami biznesu: Ragnarem Sass (współzałożyciel Pipedrive, CEO LIFT99), Andrusem Purde (Pipedrive CMO, Taxify i inwestor w Qualitista), Martinem Tajur (designer w  Skype, współzałożyciel Pipedrive), Andresem Kull (inwestor i pracownik Ex-VitalFields) i Aivar Berzin (założyciel Vestman).
Ze strony Black Pearls VC w transakcję inwestycyjną zaangażowani byli Marcin P. Kowalik (Partner Zarządzający) i Aleksander Dobrzyniecki (Investment Manager).

Marcin P. Kowalik, Partner Zarządzający w Black Pearls VC
Marcin P. Kowalik, Partner Zarządzający w Black Pearls VC

eAgronom to kolejny ruch funduszu w  kierunku budowania pozycji w ekosystemie Regionu Morza Bałtyckiego. Podziwiamy świeże spojrzenie zespołu na sektor rolnictwa i jego potrzeby. Rynek oprogramowania do zarządzania rolnictwem rozwija się bardzo dynamicznie. To doskonały moment na zaoferowanie kompleksowych i dobrze zaprojektowanych rozwiązań stworzonych przez ludzi, którzy tak dobrze znają branżę. -Marcin P. Kowalik, Partner Zarządzający w Black Pearls VC

Ile zespołów startupowych ma swoje własne pole? Dosłownie – własną ziemię, uprawa której daje im pojęcie, co naprawdę oznacza rolnictwo? Cały zespół eAgronom to pasjonaci tematu, a to ma ogromne znaczenie dla rozwoju firmy i produktu. O potencjale projektu świadczy również to, że eAgronom z powodzeniem uzyskał pół miliona Euro inwestycji od własnych użytkowników! To powinno być inspirujące dla wszystkich założycieli i jest też jasną wskazówką dla inwestorów. -Ragnar Sass, współzałożyciel Pipedrive i CEO w LIFT99

Black Pearls VC jest firmą venture capital zarządzającą funduszami typu early stage. Fundusz pomaga najlepszym przedsiębiorcom i naukowcom w budowaniu firm o globalnym zasięgu, wspierając rozwój ich innowacyjnych projektów m.in. z zakresu deep tech i enterprise software. Od 2016 roku Black Pearls VC jest członkiem organizacji Invest Europe, uczestniczy także w Kauffman Fellows programie edukacyjnym dla menedżerów VC. Inwestycje w 2018 roku: Insly, Deep.BI, eAgronom

Leasing samochodów w Polsce – jakie są trendy, kto straci na zmianach w prawie

Już 1 stycznia 2019 roku wejdą w życie nowe przepisy dotyczące rozliczania kosztów leasingu samochodów w działalności gospodarczej. Stracą na nich przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy zdecydują się na leasing samochodów o wartości przekraczającej 150 tysięcy złotych (kwota netto + VAT niepodlegający odliczeniu). Dla osób zainteresowanych leasingiem aut nieprzekraczających tej ceny, nowe przepisy nie przewidują zmian w rozliczeniu rat. Według danych serwisu Oferteo.pl jest to znaczna większość leasingobiorców, ponieważ najczęściej poszukują oni samochodu o wartości do 100 tysięcy złotych.

Kto straci, kto zyska?

W praktyce zmiany w ustawie oznaczają, że dla samochodów do wartości 150 tysięcy złotych będzie można rozliczyć w kosztach prowadzenia działalności całą wartość zapłaconych rat leasingowych. Natomiast dla samochodów o większej wartości, uznawanych za luksusowe, raty leasingu można będzie rozliczyć wyłącznie w wysokości wynikającej z proporcji, w jakiej kwota 150 tysięcy pozostaje do wartości samochodu. Do tej pory przepisy nie ograniczały wartości rat, jakie mogą być ujmowana w kosztach uzyskania przychodów – mówi Piotr Juszczyk, doradca podatkowy inFakt. –   Przedsiębiorcy, których interesują droższe auta, mogą więc rozważyć podpisanie umowy leasingowej jeszcze w tym roku. Dzięki temu będą mogli rozliczać raty na starych zasadach.

Tymczasem według analizy serwisu Oferteo.pl, łączącego leasingobiorców z firmami leasingowymi, przedsiębiorcy najczęściej poszukują samochodów o wartości nieprzekraczającej 100 tysięcy złotych (76%). Pojazdu o wartości od powyżej 100 tysięcy do 200 tysięcy poszukiwało 20%, a jeszcze droższych – jedynie 4% badanych. Aż 94% badanych poszukiwało jednego samochodu, pozostali – dwóch lub więcej.

Wkład własny do 20%, okres leasingowania powyżej 3 lat

Wysokość wkładu własnegoUżytkownicy Oferteo.pl najczęściej deklarowali, że są w stanie wnieść maksymalnie do 20% wkładu własnego – wskazało tak trzy czwarte spośród nich. Dla 14% możliwą kwotą wkładu własnego było 21-35% wartości samochodu, a 4% badanych było gotowych wnieść powyżej 35%. Pozostali potrzebowali doradztwa wyspecjalizowanych firm przed podjęciem decyzji.

Leasingobiorcy najczęściej poszukiwali oferty, która pozwoli im na spłatę rat w czasie dłuższym niż trzy lata (61% badanych). Na krótszy okres spłaty był zdecydowany co trzeci badany, a 6% potrzebowało jeszcze porady.

Nowy czy używany?

Jaka jest wartość pojazduWśród użytkowników Oferteo.pl większą popularnością cieszyły się samochody używane, którymi zainteresowanych było 57% przedsiębiorców.

Zainteresowani leasingowaniem nowego auta najczęściej poszukiwali pojazdu o wartości do 100 tysięcy złotych, a używanego – do 50 tys. złotych.

Przedsiębiorcy chcą oferty „na już”

Połowa użytkowników Oferteo.pl poszukuje oferty leasingu, z której mogłaby skorzystać od razu. – To bardzo ważne zwłaszcza teraz, pod koniec roku – wskazuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Dotyczy to przede wszystkim tych, którzy są zainteresowani leasingiem droższych samochodów, ponieważ  zawierając umowę do końca 2018 roku, będą mogli rozliczać je na starych zasadach. Poza tym warto skorzystać z doradztwa wyspecjalizowanych firm, które podpowiedzą, jaka forma leasingowania będzie dla przedsiębiorcy najkorzystniejsza. Z tym również warto się pospieszyć, ponieważ obecnie takie firmy mogą dostawać wiele zapytań.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 7600 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl przez podmioty poszukujące leasingu samochodu.

Deloitte: Polska rodzina na święta wyda średnio 1 170 zł

Święta Bożego Narodzenia to dla Polaków wyjątkowy, spędzony z rodziną i przyjaciółmi czas, na którym oszczędzać nie zamierzają. Jak pokazuje dwudziesta pierwsza edycja międzynarodowego badania „Zakupy świąteczne 2018”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, w tym roku na prezenty, żywność oraz spotkania z najbliższymi zamierzamy przeznaczyć średnio 1 168 zł, czyli o 6 proc. więcej niż wydaliśmy rok temu. To najwyższy wzrost spośród analizowanych krajów. Najbardziej spodziewanym prezentem są kosmetyki i perfumy, natomiast swoim bliskim najchętniej podarujemy książkę. Z roku na rok rośnie znaczenie zakupów internetowych. Aż 44 proc. pieniędzy przeznaczonych na prezenty pozostawimy w sklepach online.                                  

Polacy deklarują, że na bożonarodzeniowe prezenty, żywność oraz spotkania z najbliższymi przeznaczą średnio 1 168 zł (272 euro). Jest to więcej niż wydali w 2017 roku, kiedy koszt ten wyniósł 1 104 zł (257 euro). – Ten sześcioprocentowy wzrost jest najwyższym w analizowanych krajach. Podobny wynik zanotowała Rosja. Największym budżetem na świąteczne wydatki dysponują jednak Brytyjczycy z 587 euro i Hiszpanie z blisko 495 euro. W porównaniu tym należy brać pod uwagę sytuację ekonomiczną i siłę nabywczą w danym kraju – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Deloitte.

Średnia dla wszystkich ankietowanych państw wyniosła 377,4 euro. W tym roku Polacy deklarują, że na prezenty przeznaczą nieco więcej niż na żywność. Pierwsza kategoria pochłonie 45 proc. (532 zł) bożonarodzeniowego budżetu, druga 44 proc. (511 zł), natomiast na spotkania towarzyskie planują przeznaczyć 11 proc. (125 zł). Na tle Europy Polacy byli najbardziej skłonni przekroczyć założony na wydatki świąteczne budżet – 53 proc. przyznaje, że w 2017 roku wydało więcej o ponad 200 zł niż zakładał pierwotny budżet (średnia dla analizowanych krajów to 32 proc.). Dużą dyscypliną w zarządzaniu świątecznym budżetem wykazali się Austriacy, Rosjanie i Brytyjczycy.

Polacy, drugi rok z rzędu, pozytywnie oceniają obecną sytuację gospodarczą. Są pod tym względem największymi optymistami w Europie. Aż 34 proc. z nich uważa obecny stan gospodarki za zadowalający. Średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 23 proc. Pod tym względem dorównują nam tylko Portugalczycy (32 proc.). Zdaniem ekspertów Deloitte optymizm ten wynika przede wszystkim z tego, że w ocenie Polaków mają oni coraz większe możliwości finansowe. Ponad jedna czwarta ankietowanych (28 proc.) deklaruje, że w tym roku dysponuje większym budżetem na konsumpcję. To najwyższy wynik wśród  badanych krajów. Co ciekawe, choć wysoki wskaźnik optymizmu w ocenie przyszłorocznej sytuacji gospodarczej także plasuje Polaków na podium, to zwiększa się odsetek pesymistów. Ponad jedna trzecia (35 proc.) respondentów obawia się złej sytuacji gospodarczej. Takie obawy mają przede wszystkim osoby w wieku 55+ oraz najlepiej zarabiający.

Prezenty last minute

Jaki prezent spodziewamy się zobaczyć pod choinką? W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, są to przede wszystkim kosmetyki i perfumy. Na podium znalazły się również słodycze i książki. Rok wcześniej kolejność pomiędzy tymi dwiema kategoriami była odwrotna. Wśród mieszkańców badanych krajów najpopularniejsze są książki, odzież i obuwie oraz bony zakupowe.

A jakimi prezentami zamierzamy obdarować najbliższych? Podobnie jak w ubiegłym roku, przede wszystkim książkami. Tuż za nimi znalazły się kosmetyki i perfumy oraz słodycze. Wśród upominków kupowanych nastolatkom dominują słodycze, gry komputerowe, książki oraz gotówka. Największy awans w rankingu zanotowały kamery cyfrowe (18 miejsc względem 2017 r.), a największy spadek (o 20 miejsc) dotknął artykuły szkolne. Do najchętniej kupowanych prezentów dla dzieci należały lalki i zabawki pluszowe (38 proc., awans z 4. miejsca), które zastąpiły zeszłorocznego zwycięzcę, czyli zabawki kreatywne i artystyczne (30 proc.). Na drugim miejscu znalazły się zabawki konstrukcyjne (37 proc.), a na trzecim książki (32 proc.).

Tak jak w poprzednich edycjach badania Polacy, wspólnie z Włochami, wiodą prym w kupowaniu prezentów na ostatnią chwilę. W obu krajach w ubiegłym roku 27 proc. respondentów nabywało prezenty w okresie od 15 do 24 grudnia. – Tegoroczne badanie nie przyniosło w tym zakresie większych zmian. Jak co roku postanawiamy co prawda, że prezenty kupimy wcześniej. Taką deklarację złożyła niespełna jedna trzecia ankietowanych. To jednak wciąż niewiele w porównaniu z innymi nacjami – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w dziale strategii marki i badań konsumenckich. Najwcześniej w Europie świąteczne zakupy planują zrobić Austriacy (48 proc.), Brytyjczycy (52 proc.) i Niemcy (55 proc.).

E-commerce rośnie, ale powoli

Inspiracji prezentowych szukamy przede wszystkim w Internecie (49,5 proc.). Pod tym względem wyprzedzają nas jedynie Włosi. Ponad 37 proc. z nas pomysłów szuka również w sklepach tradycyjnych, a nieco ponad jedna czwarta ankietowanych po prostu pyta najbliższych, o to, co chcą otrzymać.

Ci, dla których Internet jest głównym źródłem pomysłów na prezenty, korzystają przede wszystkim z wyszukiwarek (55,3 proc.), stron konkretnych marek (49 proc.) oraz stron z kuponami i ofertami (43,7 proc.).

Mimo, że Internet odgrywa coraz większą rolę w kreowaniu naszych pomysłów bożonarodzeniowych, to niemal 58 proc. z nas po prezenty uda się do sklepów stacjonarnych. Pod tym względem Polacy nie tak łatwo zmieniają swoje przyzwyczajenia. Trzeba jednak zaznaczyć, że to i tak najniższy wynik wśród ankietowanych krajów, dla których średnia wynosi aż 70 proc. – mówi Radosław Pidzik, Starszy Menedżer w zespole strategii cyfrowych i transformacji Deloitte.

Prawie jedna trzecia Polaków zdecyduje się na zakup prezentów w sklepach internetowych, ale takich które mają również oddziały stacjonarne, a jedna czwarta w platformach e-commerce. Co ciekawe, aż 26,6 proc. kupi prezenty za pośrednictwem kanałów mobilnych, co pokazuje, jak dynamicznie rozwija się ten segment rynku. Aż 44 proc. budżetu przeznaczonego na prezenty zostawimy w sklepach internetowych. – W ubiegłym roku było to 42 proc., co oznacza, że z roku na rok coraz więcej Polaków przekonuje się do zakupów w sieci. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z kupnem żywności. Tylko około 11 proc. świątecznego budżetu przeznaczonego na ten cel zostanie wydane w sklepach internetowych. To pokazuje, nie tylko jak wielki potencjał wciąż stoi przed rynkiem e-grocery, ale także jak dużą pracę muszą wykonać sprzedawcy – mówi Wojciech Górniak.

Do zakupów online najbardziej przekonuje nas dowolność pory dnia, w której możemy ich dokonać (82 proc.), jak również możliwość sprawdzenia, co inni konsumenci myślą o danym produkcie (75 proc.). Ważna jest także dostawa do domu (74 proc.) oraz łatwość porównania cen (72 proc.). Z kolei za największą zaletę zakupów tradycyjnych uważamy to, że otrzymujemy produkty bezpośrednio (81 proc.), możliwość uzyskania fachowej porady od sprzedawcy (79 proc.) oraz ochrona danych osobowych (76 proc.).

Informacje o badaniu:
Badanie online przeprowadzono w dniach 27 września – 22 października 2018 roku, wśród blisko 9,2 tys. respondentów w przedziale wiekowym od 18 do 65 lat. Tegoroczna edycja analizuje dane z dziesięciu krajów europejskich (Austria, Belgia, Niemcy, Włochy, Holandia, Polska, Portugalia, Rosja, Hiszpania i Wielka Brytania).

Co drugi Ukrainiec planuje przyjechać do Polski ponownie, ale tylko 10% chce zostać na stałe

Z danych Personnel Service wynika, że 57% Ukraińców, którzy już pracowali w Polsce, zamierza przyjechać do nas po raz kolejny. Większość z nich chciałaby pracować dłużej niż 6 miesięcy. Co piąty najchętniej wydłużyłby ten okres do roku, a co szósty nawet do dwóch lat. Eksperci zwracają jednak uwagę, że w przypadku zdecydowanej większości Ukraińców możemy mówić o emigracji zarobkowej do Polski. Zostać na stałe chciałby co dziesiąty sąsiad ze Wschodu, a zakup mieszkania czy założenie firmy planuje ok. 5%.

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

Pracownicy z Ukrainy nie zmieniają swojego podejścia do przyjazdów do naszego kraju. Traktują je jedynie zarobkowo – aż 3 na 4 chciałoby pracować w Polsce dłużej niż 6 miesięcy, ale osiedlić się w kraju nad Wisłą planuje tylko co dziesiąty zapytany. Biorąc pod uwagę rosnącą konkurencję o kadrę ze Wschodu ze strony Niemiec i naszych południowych sąsiadów, a także niż demograficzny i wyjazdy Polaków, nagląca staje się potrzeba dalszych zmian w polityce migracyjnej. Powinniśmy jak najszybciej podjąć kolejne działania, które zachęcą Ukraińców do przyjazdu i pozostania w Polsce na dłużej – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Pół roku to za mało

Dane Personnel Service wskazują wyraźnie, że zdecydowana większość Ukraińców chciałaby pracować w Polsce dłużej niż 6 miesięcy w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. Tak uważa 73,5% respondentów badania „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018”. Co piąty chce zostać w naszym kraju do roku, 16% do dwóch lat, a 15% chętnie mieszkałoby i pracowało w kraju nad Wisłą nawet powyżej 3 lat.

Moi rodacy przyjeżdżają do Polski głównie w ramach uproszczonej procedury zatrudniania lub pozwolenia na pracę sezonową, dzięki którym otrzymują 6 lub 9 miesięcy legalnego pobytu i możliwości pracy. Potem wracają do kraju i ewentualnie po jakimś czasie ponownie przyjeżdżają do Polski. Z „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” wynika, że już 4 na 10 pracujących tu osób powtarzało ten cykl dwa lub trzy razy w ciągu ostatnich pięciu lat – mówi Sergii Kravchenko, Zastępca Szefa Państwowej Służby Zatrudnienia Ukrainy.

Eksperci Personnel Service wskazują, że takie wyjazdy i powroty nie są dobrym rozwiązaniem zarówno dla kadry ze Wschodu, jak i polskich przedsiębiorców. Gospodarki europejskie konkurują o Ukraińców i przy okazji poszukiwania kolejnej destynacji zarobkowej taki pracownik może zdecydować się na inną, np. na Niemcy czy Czechy. Z kolei pracodawcy co pół roku tracą pracowników i muszą wdrażać kolejnych.

Mniej Ukraińców chce tu wracać

57% Ukraińców planuje ponowny przyjazd na zarobek do naszego kraju. To wciąż dużo, ale o 5 p.p. mniej niż pół roku temu. Nieznacznie spadła także liczba tych, którzy chcieliby zostać u nas na stałe – wynosi obecnie 10,5% vs. 10,7% w I półroczu 2018. Co ciekawe, nieco więcej sąsiadów ze Wschodu chciałoby zakupić w Polsce mieszkanie – 5,2%, a pół roku temu deklarowało tak tylko 3% zapytanych. Nieruchomość w Polsce ma obecnie niecały 1% Ukraińców, którzy pracowali w Polsce. Przeważająca część naszych wschodnich sąsiadów nie planuje zakładania u nas własnego biznesu. Takie plany zadeklarowało jedynie 4,5% z nich.

– Pod względem wysokości zarobków na razie nie możemy konkurować z Niemcami, dlatego powinniśmy maksymalnie ułatwiać naszym wschodnim sąsiadom pracę i dłuższy pobyt w Polsce. Mamy inne przewagi, które możemy wykorzystać, np. bliskość geograficzną i kulturową – dodaje Krzysztof Inglot z Personnel Service.

Metodologia badania:

Dane prezentowane w raporcie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2018 r.

Umocnienie złotego

Wtorkowa sesja przyniosła umocnienie złotego. Kurs EUR/PLN spadł w okolice 4,3050. Zmiany te zachodziły przy nadal podwyższonej awersji do ryzyka, związanej z kwestiami dot. Brexitu, budżetu Włoch oraz wojny handlowej USA-Chiny. Może to wskazywać na podłoże techniczne ruchu i realizację zysków na euro po dotarciu kursu do blisko 4,34 PLN (październikowego maksimum).

Najwyraźniej skala przeceny PLN, jaka miała miejsce w ostatnich dniach, została uznana za wystarczającą biorąc pod uwagę chociażby lokalne otoczenie makroekonomiczne. Wsparciem dla złotego są też ostatnie komentarze Fed-u, do tej pory przemilczane przez krajowy rynek walutowy, a dot. obaw o globalny wzrost gospodarczy, co zostało odebrane przez globalnych inwestorów jako możliwy „wstęp” do mniej agresywnych podwyżek stóp procentowych w przyszłości i w ostatnich dniach pchnęło notowania euro powyżej 1,145 USD (we wtorek przecena na rynkach akcji lekko osłabiała euro). Choć w kwestiach brexitowych wciąż nie ma przełomu, to wtorkowe poparcie przez prezesa BoE wynegocjowanego porozumienia oraz oficjalne stanowisko Irlandii również wskazujące na brak koniecznych zmian umowy mogły dodatkowo nieco ostudzić nastroje wokół tematu.

W kraju GUS opublikował kolejne mocniejsze od oczekiwanych dane gospodarcze. Pierwszy miesiąc IV kw. przyniósł wyraźną poprawę wyników zarówno w przemyśle, jak i w budownictwie. Produkcja przemysłowa wzrosła w październiku o 7,4% r/r . W gospodarce utrzymuje się wzrost aktywności inwestycyjnej, w szczególności inwestycji samorządów, co potwierdziły wyniki dla produkcji budowlano-montażowej (wzrost o 22,4% r/r). Wysokim odczytom sprzyjał zarówno kalendarz (trzy dni więcej wobec września i jeden wobec października ub.r.), a dodatkowo w przypadku budownictwa bardzo dobre warunki pogodowe. Niemniej, jak zauważają ekonomiści Banku, ze względu na słabnący popyt zagraniczny te solidne październikowe dane nie negują obrazu stopniowego hamowania polskiego przemysłu (widocznego w wynikach PMI, który ustabilizował się w okolicy poziomu neutralnego 50 pkt.).

W tym tygodniu poznamy jeszcze dane sprzedażowe (czwartek), ale nawet jeśli i one zaskoczą pozytywnie (prognoza rynkowa wg TR: 8,1% r/r w październiku wobec 5,6% miesiąc wcześniej) również nie znajdą przełożenia w notowaniach złotego, bowiem na krajowe doniesienia gospodarcze inwestorzy reagują w mniejszym stopniu, ze względu na brak oczekiwań na szybkie zmiany w polityce pieniężnej NBP, zapowiedź których mogłaby dopiero dać silniejszy impuls rynkowi. Stan polskiej gospodarki jest wciąż dobry, na relatywnie niskim poziomie utrzymuje się jednak inflacja. Potwierdzenie stabilnego stanowiska RPP pokaże zapewne czwartkowa publikacja protokołu z jej ostatniego posiedzenia decyzyjnego. Można więc oczekiwać, że do końca tygodnia złoty będzie utrzymywał okolice obecnych poziomów.

Wykres dnia: Wzrost EUR/PLN  (linia niebieska wykresu) z ok. 4,28 do 4,33 to w dużym stopniu „dogonienie” USD/CNY, który po chwilowych spadkach po bardziej optymistycznych słowach D.Trumpa dot. porozumienia z Chinami powrócił w bliskie okolice ostatnich lokalnych szczytów.

Wzrost EUR-PLN
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Złoty zyskuje

Krwawy wtorek na rynku akcji i surowców przywraca wątpliwości o tempo ożywienia globalnej gospodarki, a perspektywa przedziurawionej świętami drugiej części tygodnia potęguje redukcję pozycji w aktywach ryzykownych. Dziś rano sytuacja się stabilizuje, ale wyczuwalny jest brak przekonania inwestorów do kierunku. Na przekór gorszym nastrojom zyskuje złoty.

EUR/PLN wrócił w pobliże 4,30, ale nie ciągnie mnie do wykrzykiwania „A nie mówiłem?!”. Naprawdę nie było fundamentalnego uzasadnienia osłabienia złotego z powodu afery KNF, w rezultacie przecena waluty miała znamiona czysto spekulacyjne. A jednak skala umocnienia złotego budzi mój niepokój, biorąc pod uwagę to, co działo się wczoraj na rynkach zewnętrznych. Pierwsze wytłumaczenie mówi, że wrażliwość złotego na wahania globalnego sentymentu jest niska – ponieważ Polska dla inwestorów zagranicznych jest po prostu nudna, zatem nie napływa tutaj masowo kapitał portfelowy, który miałby pospiesznie uciekać w momentach wzrostu awersji do ryzyka. Złoty może nawet służyć jako lokalna bezpieczna przystań do parkowania kapitału uciekającego np. z Turcji lub Rosji. Ale powód odreagowania złotego może być bardziej ponury. Perturbacje na rynkach finansowych przybrały takie rozmiary, że skłaniają inwestorów spekulacyjnych nie do szukania okazji, ale do ucieczki z pozycji, nawet jeśli te pozycje są zgodne z tradycyjnymi trendami w dobie awersji do ryzyka (np. osłabienie walut rynków wschodzących). Złoty mógł nie zyskać dlatego, bo jego fundamenty są mocne, ale dlatego, że niebezpiecznym stało się utrzymywanie pozycji na jego dalsze osłabienie. Osobiście chciałbym, aby pierwsze wytłumaczenie było słuszne. W przeciwnym wypadku mamy czysty dowód kompletnego braku zaufania inwestorów do trendów rynkowych i dominacja pesymizmu podsycanego niepewnością i brakiem konceptu na handel. Jest możliwe, że wczorajsze zawirowania były spotęgowane ograniczaniem pozycji przed długim weekendem dla amerykańskich inwestorów (choć Europa zwykle w tym okresie także notuje ograniczoną aktywność). Czas pokaże, która teoria znajdzie więcej potwierdzeń, ale na razie roztropnym wydaje się ograniczyć zaangażowanie w handel.

Co mogłoby pomóc w poprawie klimatu inwestycyjnego? Być może kompromis nad włoskim budżetem? Wczoraj różnica w rentownościach między 10-latkami Włoch i Niemiec zrównała się z październikowymi szczytami i musiało to wystraszyć włoskie władze, skoro dziś rano prasa donosi, że minister finansów Tria jest zaniepokojony wzrostem kosztów finansowania, a wicepremier Salvini może być skłonny zatwierdzić niższe wydatki socjalne, by zbliżyć się do celów budżetowych wymaganych przez KE. Refleksja włoskiego rządu przychodzi jednak zbyt późno. Jest niemal pewne (i powszechnie oczekiwane), że Komisja zarządzi dziś otwarcie Procedury Nadmiernego Deficytu dla Włoch, co w najczarniejszym scenariuszu będzie prowadzić do nałożenia sankcji finansowych na kraj. Procedura jest jednak długa i żmudna, a kary w przeszłości nie były egzekwowane, więc w międzyczasie znajdzie się czas na kompromis. Przy ponurym stanie rynków finansowych, nawet iskierka nadziei na zażegnanie konfliktu może wystarczyć, by poprawić sentyment.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Qumak drugim Optimusem? Prawnicy mówią o dużym błędzie fiskusa

Transakcje związane z wymianą udziałów pomiędzy spółkami, w których jest więcej niż kilku wspólników i żaden z nich samodzielnie nie ma większości akcji, będą przez fiskusa podwójnie opodatkowane – od wymiany udziałów oraz od przyszłego zysku ze sprzedaży akcji. To wnioski z indywidualnej interpretacji podatkowej, która została wydana w odpowiedzi na zapytanie udziałowców Euvic w związku z planowaną fuzją z przeżywającym kłopoty na rynku Qumakiem, i w ten sposób ją zablokowała. Jednak zdaniem kancelarii prawnych taka interpretacja przepisów przez fiskusa jest błędna i można ją zaskarżyć.

Prace nad połączeniem obu firm, w wyniku którego miała powstać jedna z największych w Polsce grup IT, trwały od 2017 roku. Na początku 2018 roku ustalono, że wspólnicy Euvic mają objąć akcje serii M Qumaka w zamian za 100 proc. udziałów w Euvic oraz akcje serii N, opłacone gotówkowo, które miały zapewnić kapitał konieczny do restrukturyzacji kosztowej Qumaka, wywiązania się z zaciągniętych zobowiązań, a także prowadzenia i rozwoju działalności. W wyniku tej transakcji wspólnicy Euvic posiadaliby po połączeniu ok. 65-75 proc. Qumaka, stając się faktycznie jego właścicielem, chociaż stroną przejmującą formalnie miał być Qumak.

Szczegółowa liczba akcji, których miała dotyczyć nowa emisja, została określona podczas Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Qumak we wrześniu 2018 roku. Zdecydowano wówczas o emisji 35 milionów akcji serii M w trybie subskrypcji prywatnej oraz 199 747 344 akcji serii N. Akcje serii N miały zostać objęte w zamian za wkład niepieniężny w postaci 100% udziałów w kapitale zakładowym Euvic.

Przyjęta ścieżka fuzji została skonsultowana już wiosną br. z dwoma kancelariami prawnymi specjalizującymi się w prawie podatkowym, tak żeby zweryfikować na wcześniejszym etapie, jakie skutki podatkowe może spowodować planowana transakcja. Niezależne opinie z obu kancelarii potwierdzały neutralność podatkową transakcji. Finalnym potwierdzeniem miała być indywidualna interpretacja podatkowa, o którą Euvic wystąpił po tym, jak wszystkie szczegóły szykowanej transakcji, w tym dokładna liczba akcji w nowej emisji, były już znane. Dlaczego nie wcześniej? Bo w innym przypadku indywidualna interpretacja podatkowa w żaden sposób nie chroniłaby wnioskodawcy

Kłopotliwa konkretność opisu przyszłych zdarzeń w indywidualnej interpretacji podatkowej

Indywidualna interpretacja podatkowa w założeniu ma pozwalać podatnikom na wyeliminowanie lub przynajmniej ograniczenie ryzyka podatkowego podejmowanych działań. Interpretacja wywołuje jednak skutki prawnopodatkowe tylko wtedy, gdy rzeczywisty stan faktyczny sprawy będącej przedmiotem interpretacji będzie się w pełni pokrywał z opisem przyszłego zdarzenia podanym przez wnioskodawcę w złożonym wniosku. W przypadku zmiany któregokolwiek elementu przedstawionego we wniosku opisu sprawy, udzielona odpowiedź traci swoją aktualność i przekreśla wartość ochronną indywidualnej interpretacji. Dotyczy to także takich szczegółów, jak np. liczba akcji, które mają być przedmiotem transakcji, czy też treść uchwały podjętej na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, w wyniku której planowana emisja miała dojść do skutku.

W przypadku fuzji Euvica z Qumakiem określenie tego stanu faktycznego było możliwe dopiero po zakończeniu negocjacji między akcjonariuszami Qumaka oraz wspólnikami Euvic, a także po dokładnym określeniu parytetu podziału akcji. Stało się to dopiero pod koniec czerwca 2018 roku, a wniosek o indywidualną interpretację podatkową został złożony 12 lipca 2018 rok.

Wcześniejsze wystąpienie o wiążącą indywidualną interpretację podatkową miało niewielki sens biorąc pod uwagę, że interpretacja nie zawierająca pełnych danych przyszłego zdarzenia nie miałaby formalnie żadnej wartości.

Zadecydowało jedno słowo

W zadanym pytaniu Euvic stał na stanowisku, że przydzielenie i objęcie akcji serii N Qumaka nie powoduje powstania u wspólników Euvic obowiązku podatkowego w podatku dochodowym od osób prawnych argumentując, że jest to neutralna podatkowo wymiana udziałów, zgodnie z uregulowaniami w art. 12 ust. 4d i art. 12 ust. 11 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (updop).

Dodatkowo Euvic stał na stanowisku, że do kosztów uzyskania przychodów w tej transakcji będą się zaliczały wydatki poniesione na nabycie udziałów w Euvic, bez względu czy nabycie udziałów w Euvic nastąpiło w zamian za wkład pieniężny, niepieniężny czy zorganizowaną część przedsiębiorstwa. Firma twierdziła tak na podstawie przepisu art. 16 ust. 1 pkt 8d updop, zgodnie z którym nie uważa się za koszty uzyskania przychodów wydatków poniesionych przez wspólnika na nabycie lub objęcie udziałów (akcji) przekazywanych spółce nabywającej w drodze wymiany udziałów.

W odpowiedzi na pierwsze pytanie, Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej zajął stanowisko, że planowana transakcja nie spełni warunków wymiany udziałów neutralnej podatkowo ze względu na to, że w Euvic jest więcej niż jeden wspólnik. US zastosował taką interpretację na podstawie zmiany wprowadzonej ustawą z dnia 29 sierpnia 2014 roku o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw. Wprowadzono wtedy w art. 12 ust. 4d określenie „wspólnika” w liczbie pojedynczej, zastępując dotychczasowe wyrażenie „wspólników” w liczbie mnogiej.

„Przepis ten wyraźnie wskazuje, że neutralna podatkowo wymiana udziałów ma miejsce w przypadku nabycia od pojedynczego wspólnika innej spółki udziałów (akcji) tej spółki, jeżeli w wyniku nabycia od tego wspólnika spółka nabywająca uzyska bezwzględną większość praw głosu w spółce, której udziały (akcje) są nabywane, albo posiadając bezwzględną większość praw głosu w innej spółce, zwiększa ilość udziałów (akcji) w tej spółce” – możemy przeczytać w indywidualnej interpretacji wydanej dla Euvic.

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uznał także, że względu na to, że opisana we wniosku transakcja nie może zostać uznana za neutralną podatkowo transakcję wymiany udziałów, nie będzie miał zastosowania wskazany przez Euvic przepis art. 16 ust. 1 pkt 8d updop, zgodnie z którym nie uważa się za koszty uzyskania przychodów wydatków poniesionych przez wspólnika na nabycie lub objęcie udziałów (akcji) przekazywanych spółce nabywającej w drodze wymiany udziałów.

W praktyce oznacza to, że według otrzymanych interpretacji fiskusa transakcja byłaby opodatkowana podwójnie, a wysokość podatku dla udziałowców Euvic mogłaby sięgnąć nawet 38 mln zł, co przekreśliło fuzję Qumaka z Euvic w powyżej opisanym scenariuszu.

Lekarstwo potrafi zabijać

dr Jacek Drosik
dr Jacek Drosik. adwokat, doradca podatkowy w Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak Zapiór i Wspólnicy

„Stanowisko Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej co do obydwu kwestii jest nieprawidłowe.

Sąd ten potwierdził zaprezentowane stanowisko w kolejnym orzeczeniu wyjaśniając, że „(…) art. 24 ust. 8c u.p.d.o.f. dotyczy przypadku nabycia udziałów przez spółkę przejmującą w wyniku transakcji zawieranych z wieloma wspólnikami w okresie nieprzekraczającym 6 miesięcy liczonych począwszy od miesiąca, w którym nastąpiło pierwsze nabycie” (wyrok WSA we Wrocławiu z dnia 4 sierpnia 2017 roku, sygn. akt I SA/Wr 464/17, LEX nr 2347063).

Nie tylko więc judykatura, ale też i Minister Finansów stoją na stanowisku, wedle którego spełnienie warunków dotyczących transakcji wymiany udziałów można oceniać przez pryzmat grupy wspólników, a nie jednego z nich.

Również co do drugiego spornego zagadnienia punktu – dotyczącego kosztów uzyskania przychodów, Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej nie liczy się z poglądami Ministra Finansów. Dyrektor KAS uważa, że do kosztów uzyskania przychodów należy wliczyć jedynie wartość nominalną udziałów, podczas gdy Minister Finansów wcześniej twierdził, że do kosztów zaliczyć można również wartość przeznaczoną na pokrycie podwyższenia kapitału zapasowego (zob. interpretacje indywidualne Ministra Finansów: z dnia 1 kwietnia 2015 roku, znak: IPPB3/423-52/15-2/MC, z dnia 26 marca 2014 roku ILPB3/423-619/13-5/PR, opubl. http://sip.mf.gov.pl/).

Postępowanie Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej jest niezgodne z dyrektywą Rady 2009/133/WE z dnia 19 października 2009 r. w sprawie wspólnego systemu opodatkowania mającego zastosowanie w przypadku łączenia, podziałów, podziałów przez wydzielenie, wnoszenia aktywów i wymiany udziałów dotyczących spółek różnych państw członkowskich oraz przeniesienia statutowej siedziby SE lub SCE z jednego państwa członkowskiego do innego państwa członkowskiego (wersja ujednolicona) (Dz. U. UE. L. z 2009 r. Nr 310, str. 34 z późn. zm.). Z dyrektywy tej wprost wynika, że m.in. wymiana udziałów jest instytucją prawną niezbędną w celu stworzenia we Wspólnocie warunków właściwych dla rynku wewnętrznego i takie czynności nie powinny być hamowane przez ograniczenia, niekorzystne warunki lub zniekształcenia wynikające w szczególności z przepisów podatkowych państw członkowskich.”

Komentarz Jacka Drosika, doradcy podatkowego z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy z Katowic

Dlaczego ceny energii elektrycznej w Polsce pójdą w górę?

Istnieje kilka elementów, które wypływają na ceny energii w Polsce. Pierwszym są regulacje polityki energetyczno-klimatycznej Unii Europejskiej. Aż 80 proc. polskiej energetyki i ciepłownictwa opiera się na węglu kamiennym i brunatnymZwiązana z wykorzystaniem tego paliwa emisja CO2 przekłada się bezpośrednio na wzrost cen. Bardzo istotne jest także pojawianie się nowych technologii, które rozpowszechniają się na świecie i w Europie. Dlatego już od paru lat cena hurtowa energii elektrycznej u naszych sąsiadów jest niższa niż w Polsce.

– Sytuacja, której doświadczamy w ostatnich miesiącach, jest efektem zamknięcia różnych negocjacji unijnych, ceny CO2, ale też mocnego ograniczenia polskich granic jeśli chodzi o import energii – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego – Nie ma impulsu do obniżki cen energii. W taryfie G11 – dla gospodarstw domowych – przedział 5-10 proc. wzrostu cen w 2019 roku jest realny. W przypadku samorządów i przedsiębiorstw według projekcji ceny zwiększą się aż o 40-70 proc. Polityka klimatyczna wraz z pozostałymi elementami została domknięta i trafiła bardzo mocno w polską gospodarkę. Warto podkreślić, że średnia emisyjność w Polsce to ok. 770 kg CO2/MWh. Średnia w Unii Europejskiej to trochę powyżej 300 kg CO2/MWh. Jeżeli wprowadzane są zmiany regulacyjne czy wzrost cen CO2, Polska dostaje aż dwa razy większe obciążenie – podkreślił Roszkowski.

Energa rozpoczyna budowę hybrydowego magazynu energii

Przy należącej do Energi Wytwarzanie farmie wiatrowej Bystra k. Pruszcza Gdańskiego rozpoczyna się budowa największego w Polsce magazynu energii o pojemności 27 MWh. Energa Wytwarzanie podpisała umowę na budowę hali, w której będzie zamontowany i eksploatowany hybrydowy bateryjny magazyn energii elektrycznej. Będzie to element prototypowego systemu poprawiającego bezpieczeństwo pracy sieci elektroenergetycznych.

Budowa magazynu jest przełomowym w polskiej energetyce przedsięwzięciem realizowanym przez Grupę Energa (spółki Energa Wytwarzanie oraz Energa Operator), Polskie Sieci Elektroenergetyczne oraz Hitachi w ramach wspólnego projektu „Smart Grid Demonstration Project in Poland”. Celem przedsięwzięcia jest budowa demonstracyjnego systemu ochrony sieci elektrycznej, który docelowo umożliwi odpowiednie zarządzanie dużą liczbą farm wiatrowych. Służyć temu będzie system automatyki SPS (Special Protection Scheme) oraz hybrydowy magazyn energii elektrycznej (BESS), zlokalizowany przy farmie wiatrowej Bystra, należącej do Grupy Energa.

Polsko-japońskie partnerstwo w tym projekcie to efekt współpracy zainicjowanej jeszcze w 2014 roku przez japońską organizację rządową NEDO (New Energy and Industrial Technology Development Organization) i Ministerstwo Gospodarki. Wówczas podpisano list intencyjny o realizacji w Polsce projektu rozwojowo-badawczego w obszarze inteligentnych sieci przesyłowych. Jako optymalne miejsce na zlokalizowanie magazynu energii – kluczowego elementu całego projektu – wskazano farmę wiatrową Bystra. W 2017 roku została zawarta umowy między Grupą Energa (spółki: Energa Wytwarzanie oraz Energa Operator), Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi (PSE) oraz Hitachi (Hitachi Ltd. i Hitachi Chemical Co., Ltd.) na realizację Projektu „Smart Grid Demonstration Project in Poland”, którego kluczowym elementem jest budowa magazynu energii.

W październiku br. Energa Wytwarzanie uzyskała prawomocne pozwolenie na budowę budynku magazynu. W przetargu wyłoniono wykonawcę budynku – Przedsiębiorstwo Budowlane PBI Niewczas, Patoka spółka jawna. 20 listopada 2018 r. podpisano umowę na realizację budowy budynku magazynu. Będzie on zlokalizowany przy farmie wiatrowej w Bystrej k. Pruszcza Gdańskiego, blisko stacji elektroenergetycznej. Zgodnie z projektem hala magazynu będzie miała zabudowę parterową (powierzchnia ok. 1200 m2).Energa rozpoczyna budowę hybrydowego magazynu energii

Prace rozpoczną się w najbliższych tygodniach. Harmonogram projektu przewiduje uruchomienie magazynu w drugiej połowie 2019 r. Następnym etapem, po zakończeniu budowy, będzie roczny okres testów tej innowacyjnej technologii. Zostanie oceniona m.in. wydajność magazynu oraz możliwość zastosowania magazynowania energii na szerszą skalę.

Hybrydowy magazyn energii elektrycznej (BESS) – o mocy 6 MW oraz pojemności 27 MWh – będzie się składał z dwóch zespołów baterii: litowo-jonowych oraz kwasowo-ołowiowych. Pozwoli on przede wszystkim na przetestowanie rozwiązań pozwalających na ochronę sieci przesyłowej i sieci dystrybucyjnych przed przeciążeniami, a także praktyczne sprawdzenie możliwości wykorzystania tego typu technologii na potrzeby bilansowania niedoborów bądź nadmiaru produkowanej energii.

– W wyniku partnerstwa doświadczonych liderów w zakresie rozwoju i wdrażania innowacyjnych rozwiązań w dziedzinie energetyki odnawialnej powstanie inteligentny system zarządzania siecią, którego istotnym elementem jest magazyn energii w Bystrej. Te innowacyjne przedsięwzięcie wpisuje się w naszą strategię zapewniania bezpieczeństwa energetycznego kraju i działań mających na celu zwiększenie efektywności energetycznej pracy systemu dystrybucyjnego spółki – mówi Barbara Alicja Klimiuk p.o. prezesa Zarządu Energa SA. – Grupa Energa inwestuje w nowe technologie. Mamy także doświadczenia w zakresie innowacyjnych rozwiązań w magazynowaniu energii. Nasza spółka Energa Operator zbudowała w okolicach Pucka na Pomorzu magazyn o mocy 0,75 MW i pojemności 1,5 MWh. Jest to pierwsza tego typu inwestycja w kraju.Energa rozpoczyna budowę hybrydowego magazynu energii

Moonlit Games w drodze na NewConnect

W połowie stycznia 2019 r. na giełdzie zadebiutuje Moonlit Games S.A., czołowe polskie studio gier specjalizujące się w tworzeniu gier na zlecenie oraz rozwijające własne produkcje. Wśród jego akcjonariuszy jest m.in. wiodący na rynku PlayWay S.A., notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Moonlit SA to polski gamingowy software house, zamierzający poszerzyć swoją działalność o segment produkcji własnych gier przy wykorzystaniu autorskich, innowacyjnych technologii oraz zaawansowanej strategii wydawniczej. W ramach przeprowadzonej emisji Moonlit Games pozyskał 2 mln zł na rozwój działalności związanej z produkcją i wydawnictwem własnych gier. W tym celu Spółka wyemitowała do miliona akcji, które stanowią 20% wszystkich akcji Spółki. Za debiut producenta na rynku NewConnect odpowiada Dom Maklerski Navigator.

Wyniki finansowe Moonlit charakteryzują się bardzo wysoką dynamiką. W 2017 r.  Spółka osiągnęła 699 tys. zł przychodu (o 68 proc. więcej rdr), 203 tys. zł EBITDA (wobec 50 tys. zł w 2016 r.) oraz 96 tys. zł zysku netto (wobec 21 tys. zł rok wcześniej). Firma zamierza kontynuować tempo wzrostu w związku z rozpoczęciem realizacji własnej produkcji – dzięki temu udział w przychodach ze sprzedaży gier może wzrosnąć kilkukrotnie.

Debiut na rynku NewConnect to ważny etap rozwoju Spółki. Po ogłoszeniu IPO inwestorzy bardzo szybko zainteresowali się naszym modelem biznesowym. Bardzo nas cieszy ich zaufanie oraz pozytywne przyjęcie opracowanej przez nas strategii rozwoju produkcji gier własnych. Niezależnie pracujemy też nad własną technologią oświetlenia dedykowaną do gier 2D – Angular Light. Zakończenie prac planowane jest na IV kwartał 2019 roku – mówi Piotr Gardeła, CEO/CFO Moonlit Games S.A..

Spółka zrealizowała 16 produkcji na zlecenie, a w ciągu najbliższych 4 lat zamierza wydać 6 produkcji własnych, w tym 5 gier oraz 1 technologię. Jednocześnie studio  kontynuuje pracę jako gamingowy software house – rozwijając obecnie Deadliest Catch: The Game – projekt produkowany dla Ultimate Games S.A., realizowany we współpracy z Discovery Channel, w którym spółka posiada udział w zyskach. Plany wydawnicze studia wynikają z wiedzy i doświadczenia zdobytego u boku uznanych wydawców, co powinno zapewnić znaczącą przewagę konkurencyjną. Technologia Angular Light została nagrodzona drugim miejscem w ogólnokrajowym konkursie GameINN. Strategicznym partnerem i wydawcą spółki jest Grupa PlayWay SA, która posiada 24,04% akcji Moonlit SA (po emisji).

Ostatnie lata dla rynku gier video upłynęły pod znakiem dynamicznego rozwoju, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Według analityków firmy Newzoo, zajmującej się badaniem globalnego rynku gier, przychody branży w 2016 r. wyniosły 101,1 mld USD. Dla porównania, w 2015 r. było to odpowiednio 91,8 mld USD, co oznacza wzrost wartości rynku prawie o 10 mld USD w ciągu jednego roku. Na koniec 2020 r. Newzoo prognozuje wartość światowego rynku gier na poziomie 128,5 mld USD, co świadczy o wzroście skumulowanego rocznego wskaźnika wzrostu (CAGR) o 6,2% r/r w latach 2016-2020.

NIK o wydatkach spółek z udziałem Skarbu Państwa na działalność sponsoringową, medialną i usługi doradcze

Skontrolowanych dwadzieścia spółek Skarbu Państwa wydało ponad 1,5 mld zł na działalność sponsoringową oraz zakup usług doradczych i medialnych. Większość z nich, mimo wydatkowania ogromnych sum, nie przestrzegało ustanowionych przez siebie zasad i procedur w tym zakresie. Do najważniejszych nieprawidłowości NIK zaliczyła prowadzenie sponsoringu pomimo ujemnego wyniku finansowego, sponsorowanie przedsięwzięć, które nie zostały ujęte w planach, a także niegospodarne wydawanie środków. Izba zwróciła także uwagę, że spółki Skarbu Państwa tworzące Polską Fundację Narodową, która miała wspierać promocję polskiej gospodarki, a przez to ułatwiać Fundatorom osiąganie celów biznesowych, praktycznie nie mają wpływu na jej działania. Jest to o tyle niepokojące, gdyż zgodnie ze statutem, spółki te mają przelać na konto Fundacji ponad 633 mln zł w ciągu 10 lat (do 2026 roku).

Wydatki na cele promocyjne (w tym sponsoring i zakup medialnych usług reklamowych) oraz na zakup usług doradczych (konsultingowych, eksperckich) stanowią stałą pozycję w kosztach prowadzenia działalności gospodarczej, zwłaszcza przez dużych przedsiębiorców. Z punktu widzenia interesu publicznego zasadniczą kwestią jest uzyskiwanie przez spółki działające z udziałem Skarbu Państwa wymiernych efektów promocyjno – wizerunkowych z działalności sponsoringowej oraz uniknięcie niecelowego i nieefektywnego wydatkowania środków na usługi konsultingowe. Najwyższa Izba Kontroli ze względu na skalę wydatków, a także interpelacje poselskie z tym związane, zbadała czy wydatki na działalność sponsoringową, medialną i usługi doradcze ponoszone przez spółki Skarbu Państwa są zgodne z obowiązującymi zasadami i gospodarne.

Najważniejsze ustalenia kontroli

W okresie 2015-2017 r. (I połowa) 19 spośród 20 skontrolowanych spółek prze-znaczyło na sponsoring nieco ponad 760 mln zł, a wraz z darowiznami i mecenatem wydało prawie 896 mln zł. Pieniądze te stanowiły źródło finansowania lub współfinansowania m.in. klubów sportowych (zawodowych i amatorskich), obiektów sportowych oraz przedsięwzięć artystycznych, kulturalnych i biznesowych. Ponieważ działalność sponsoringowa nie podlega regulacjom prawa powszechnie obowiązującego, 19 skontrolowanych spółek wprowadziło w życie wewnętrzne uregulowania normujące zasady i procedury prowadzenia tej działalności. Jeden podmiot prowadził tę działalność bez żadnych wewnętrznych przepisów. Wszystkie skontrolowane spółki ustaliły natomiast zasady zakupu usług (w tym medialnych) oraz usług doradczych. wydatki spółek skarbu państwa na sponsoring

W okresie objętym kontrolą dostrzegalny był wyraźny wzrost wartości darowizn dokonywanych przez kontrolowane spółki: z 21,5 mln zł w 2015 r. do 50,5 mln zł w 2016 r. i 42,2 mln zł w I połowie 2017 r. NIK zauważa, że ta forma jest najmniej korzystna z punktu widzenia darczyńcy, ponieważ w najmniejszym stopniu jest związana z promowaniem spółki.

Z ustaleń kontroli wynika, że w 12 spółkach nie przestrzegano własnych regulacji związanych z działalnością sponsoringową. Najważniejsze nieprawidłowości to sponsorowanie podmiotów, przedsięwzięć lub obiektów pomimo ujemnego wyniku finansowego (pięć spółek) lub bez umieszczenia zadań w planie przedsięwzięć sponsoringowych (cztery spółki), a także zlecanie usług bez oszacowania wartości zamówienia, wybór ich wykonawcy z pominięciem zasad określonych wewnętrznymi przepisami czy nieprawidłowe przeprowadzenie postępowania. Przykładowo w jednej z dużych firm energetycznych w 2016 r. zawarto dwie nowe umowy sponsorskie na sumę 2,65 mln zł, pomimo iż w 2015 r. spółka odnotowała ujemny wynik finansowy. Przedstawiciele spółki nie potrafili wskazać żadnego uzasadnienia dla podjętej decyzji.  Jako przykład dobrych praktyk NIK wskazuje na spółkę, która pomimo dodatniego wyniku finansowego, ograniczyła planowane i faktyczne wydatki na sponsoring z 20,9 mln zł w 2015 r. do 17,8 mln zł w 2016 r. i 6,2 mln zł w I poł 2017 r. Powodem były słabsze od założonych wyniki finansowe.

Skontrolowane spółki (poza jedną) dokonywały ocen efektywności prowadzonego sponsoringu. NIK nie kwestionuje sposobu ich prowadzenia. Jednakże metodologia tych ocen była zróżnicowana i zależała przede wszystkim od skali zaangażowania finansowego spółki w realizację przedmiotu umowy sponsorskiej. Duże spółki, przeznaczające na sponsoring relatywnie wysokie kwoty, korzystały z usług wyspecjalizowanych firm określających wymierny w pieniądzu wzrost wartości marki sponsora. Inne skontrolowane podmioty, ze względu na koszty specjalistycznych analiz, sprawdzały wyłącznie wykonanie zobowiązań umownych przez sponsorowanych. Tylko jedna spółka spośród skontrolowanych 19 sponsorów nie dokonywała oceny efektów działalności sponsoringowej. Spółka ta w okresie objętym kontrolą przeznaczyła na sponsoring 3,1 mln zł, a mimo to rada nadzorcza nie analizowała i nie oceniała efektów uzyskanych z tego tytułu.

W latach 2015 – 2017 (I poł.) wszystkie skontrolowane spółki dokonywały zakupów usług doradczych i medialnych. Z ustaleń kontroli wynika, że w 10 spółkach naruszano zasady zlecania usług medialnych i doradczych. Łączne wydatki na usługi doradcze wyniosły blisko 462 mln zł. Były to zarówno usługi prawne o charakterze stałym (stała obsługa prawna), jak i doraźnym, a także usługi doradztwa podatkowego, technicznego, finansowego, prowadzenie windykacji należności w szczególnie skomplikowanych sprawach itp. Z kolei na zakupy usług medialnych, obejmujących nie tylko kampanie reklamowe czy emisję spotów, ale także np. ogłoszenia, komunikaty i artykuły informacyjne, skontrolowane spółki wydały łącznie  ponad 300 mln zł.wydatki spółek skarbu państwa na usługi doradcze

W obydwu grupach wydatków w 2016 r. nastąpił zauważalny spadek wydatków w porównaniu z 2015 r. (odpowiednio o 11 proc. i 9 proc.). Poziom kosztów tych usług w I półroczu 2017 r. wskazuje, że w tym roku nastąpiła dalsza redukcja zamówień na usługi doradcze i medialne.

Zapotrzebowanie na usługi medialne realizowane było przy wykorzystaniu wszystkich najważniejszych mediów, to jest prasy, telewizji, radia i Internetu, przy czym bezsprzecznie dominującym medium była telewizja (57 proc. łącznych wydatków), a następnie prasa i Internet (po 17 proc.).wydatki na usługi medialne spółek skarbu państwa

W 2016 r. (w porównaniu z 2015 r.) znaczącej zmianie uległy główne kierunki zakupu telewizyjnych usług medialnych. Dominującą pozycję w obydwu latach utrzymała Telewizja Polska, natomiast na drugim miejscu znalazła się telewizja Polsat, w miejsce telewizji TVN, która odnotowała znaczący spadek zleceń.wydatki na zakup telewizyjnych usług medialnych

Istotna zmiana zaszła również na rynku radiowych usług medialnych. W 2016 r. wzrósł udział Polskiego Radia jako zleceniobiorcy tych usług od skontrolowanych spółek, co pozwoliło temu nadawcy na osiągnięcie pozycji lidera.usługi radiowe

Z ustaleń kontroli wynika, że bardziej rozproszone były kierunki zakupów prasowych usług medialnych. W całym okresie objętym kontrolą (2015 – I poł. 2017 r.) żaden z głównych wydawców nie przekroczył 10 proc. udziału w zakupach tych usług przez skontrolowane spółki. Wymienione na infografice firmy są wydawcami m.in. takich  tytułów: Agora SA (Gazeta Wyborcza), Bonnier Bussines Polska sp. z o.o. (Puls Biznesu), Polska Press sp. z o.o. (19 dzienników i ok. 150 tygodników lokalnych), Forum SA (Gazeta Polska Codziennie), Gremi Media SA (Rzeczpospolita, Parkiet), Fratria sp. z o.o. (Gazeta Bankowa).prasa

Oceny efektów zakupu usług medialnych (reklamowych) prowadzone były z różnym stopniem szczegółowości. Najbardziej wszechstronnie oceniano kampanie medialne organizowane na zlecenie spółek przez domy mediowe. Wykonanie innych zleceń weryfikowano pod kątem wywiązania się zleceniobiorcy z realizacji umowy. We wszystkich spółkach oceny te potwierdziły realizację wyznaczonych celów.

Działania lub zaniechania władz 13 skontrolowanych spółek stworzyły ryzyko niegospodarności, a w trzech spółkach doprowadziły do poniesienia niegospodarnych wydatków (na kwotę prawie 660 tys. zł – 3 umowy). Szczególne zagrożenia powstawały w wyniku nieskutecznej kontroli zarządczej w obszarze zawierania i realizacji umów, tj. wskutek prowadzenia sponsoringu bez zawarcia stosownej umowy, dopuszczania wewnętrznymi przepisami możliwości zlecania usług prawniczych wyłącznie imiennie wskazanym kancelariom, stwarzania niektórym usługodawcom uprzywilejowanych warunków realizacji zleceń czy braku należytych rozliczeń wykonanych prac. Łączna kwota wydana z naruszeniem zasad należytego zarządzania finansami wyniosła blisko 11 mln zł.

Działania skontrolowanych spółek wobec Polskiej Fundacji Narodowej

Polska Fundacja Narodowa powołana została z inicjatywy Ministra Skarbu Państwa (16 listopada 2016 r. podpisany został akt notarialny o ustanowieniu Fundacji, wpis Fundacji do Krajowego Rejestru Sądowego nastąpił 29 grudnia 2016 r.). Siedemnaście tworzących ją dużych Spółek Skarbu Państwa oczekiwało, że powstanie dynamiczny podmiot, silnie wspierający promocję polskiej gospodarki, a przez to ułatwiający Fundatorom osiąganie celów biznesowych. Fundatorzy zobowiązali się do dokonania  wpłat na Fundusz Założycielski, w łącznej wysokości 97,5 mln zł (do 30 grudnia 2016 roku). Indywidualne wpłaty Fundatorów wynosiły od 1,5 mln zł do 7 mln zł (dziewięć  skontrolowanych przez NIK spółek wpłaciło łącznie 53 mln zł). Dalsze zobowiązania finansowe Fundatorów obejmują dokonywanie przez 10 lat  (począwszy od 2017 r.) wpłat na działalność statutową Fundacji. W 2017 r. wpłata miała wynosić tyle samo, ile wpłata na Fundusz Założycielski, a począwszy od 2018 r. – połowę tej kwoty (od 0,75 mln zł do 3,5 mln zł). Zgodnie z zapisami statutu Polska Fundacja Narodowa powinna otrzymać do 2026 r. łącznie ponad 633 mln zł (w tym od skontrolowanych Fundatorów – 344,5 mln zł).

Po powstaniu PFN, tworzące ją spółki praktycznie nie miały wpływu na jej działania.  Świadczy o tym choćby istotna zmiana statutowych celów Fundacji (21 czerwca 2017 roku), przeprowadzona praktycznie bez wiedzy Fundatorów. Obecnie celami Fundacji jest działalność naukowa, naukowo – techniczna, oświatowa oraz kulturalna. Na brak przejrzystości działań Fundacji zareagowało (choć nie przyniosło to skutku) tylko czterech spośród dziewięciu skontrolowanych Fundatorów. Pozostałe spółki wykazały bierność. Jednakże pisma skierowane do PFN z żądaniem przedstawienia planów działania oraz informacji o sposobie rozdysponowania otrzymanych środków pozostały bez odpowiedzi (do czasu zakończenia kontroli NIK w poszczególnych spółkach).

Wnioski i uwagi

Do Ministrów wykonujących prawa z akcji w spółkach działających z udziałem Skarbu Państwa o doprowadzenie, poprzez działania przedstawicieli Skarbu Państwa w radach nadzorczych spółek, do ścisłej kontroli przestrzegania przez zarządy wewnętrznych uregulowań dotyczących działalności sponsoringowej oraz zakupów usług doradczych i medialnych.

Do Zarządów spółek Fundatorów Polskiej Fundacji Narodowej o podjęcie poprzez przedstawicieli w Radzie Polskiej Fundacji Narodowej działań zapewniających bieżące otrzymywanie pełnych informacji o zrealizowanych, bieżących i planowanych działaniach tej Fundacji oraz o sposobie rozdysponowania środków wpłacanych przez Fundatorów.

Najwyższa Izba Kontroli zauważa, że w okresie objętym kontrolą zapisy Statutu Polskiej Fundacji Narodowej, funkcjonującej w oparciu o powszechnie obowiązujące zasady, nie stanowiły skutecznego mechanizmu pozyskiwania przez Fundatorów i opinię publiczną pełnej informacji o działaniach PFN oraz o kierunkach alokacji środków finansowych będących w jej dyspozycji. Uwzględniając szczególny charakter tej Fundacji oraz znaczenie zadań powierzonych jej do realizacji, rozważenia wymaga wzmocnienie statutowych obowiązków informacyjnych PFN, przynajmniej wobec spółek, które ją utworzyły.

Rosną bezpośrednie zagraniczne inwestycje w Polsce. Istotny wpływ na gospodarkę i społeczeństwo mają firmy farmaceutyczne

Rosną bezpośrednie zagraniczne inwestycje w Polsce. Istotny wpływ na gospodarkę i społeczeństwo mają firmy farmaceutyczne 1

Wzrasta aktywność zagranicznych inwestorów w Polsce. Tylko w 2017 roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne sięgnęły blisko 13 mld euro. Dlatego istotne jest sprawdzenie, którzy inwestorzy w szczególny sposób przyczyniają się do rozwoju Polski. Program „Odpowiedzialny partner” ma wyeksponować tych, którzy mają największy i najlepszy wpływ na polską gospodarkę i społeczeństwo. Do istotnych inwestorów zaliczają się przede wszystkim firmy farmaceutyczne. Tylko na badania i rozwój przeznaczają 14 proc. swoich zysków.

– Jako Fundacja Republikańska opracowaliśmy metodykę analizy wpływu inwestorów zagranicznych na polską gospodarkę, na polskie społeczeństwo. Ocena Wpływu Inwestora Zagranicznego zawiera 21 kryteriów zgrupowanych w 4 kategoriach: gospodarka i zakorzenienie, innowacyjność, kapitał ludzki,  ochrona środowiska i społeczność lokalna. Firmy poddające się takiemu badaniu, a mogli w nim wziąć udział tylko inwestorzy zagraniczni, działający operacyjnie w Polsce od minimum 3 lat, zostały ocenione właśnie w tych 4 kategoriach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Orzeł, ekspert Fundacji Republikańskiej.

Z analiz fDi Markets, na które powołuje się Polska Agencja Inwestycji i Handlu, wynika, że w 2017 roku inwestorzy zagraniczni bezpośrednio zainwestowali w Polsce blisko 12,9 mld euro. W efekcie ogłoszonych 335 bezpośrednich inwestycji zagranicznych powstanie ponad 86,7 tys. miejsc pracy, co stanowi najlepszy wynik w całej Unii Europejskiej. Pod względem łącznych inwestycji należymy do absolutnej europejskiej czołówki. To drugi wynik po rekordowym 2008 roku – 387 projektów o łącznej wartości 23 mld euro i 110 tys. miejsc pracy. Jak przekonują eksperci, przy ocenie inwestycji warto brać pod uwagę jakość, nie ilość, stąd program „Odpowiedzialny partner” i stworzone przez Fundację Republikańską Badanie Oceny Wpływu Inwestora Zagranicznego (OWIZ).

– Kiedy do przedstawiciela administracji centralnej przychodził reprezentant inwestora zagranicznego z raportem, który pokazuje, jak wspaniały wpływ ma on na polską gospodarkę i polskie społeczeństwo, to taki przedstawiciel rządu nie miał możliwości zweryfikowania tych informacji. Nie miał obiektywnego narzędzia pozwalającego sprawdzić, czy to, co mówi inwestor, pokrywa się z rzeczywistością, czy jednak jest trochę podkoloryzowane – wskazuje Orzeł.

Inwestycje zagranicznych firm w znaczący sposób wpływają na rozwój polskiej gospodarki. Raport ośrodka analitycznego Polityka Insight ocenia, że ulokowany w naszych kraju kapitał zagraniczny i aktywność międzynarodowych korporacji przyczyniły się do wytworzenia aż 15,6% polskiego PKB. Dzięki OWIZ można ocenić wpływ firm, które działają na polskim rynku od przynajmniej trzech lat.

– Partnerem polskiej gospodarki i nauki jest taka firma, która tutaj inwestuje i zatrudnia polską kadrę. Przykładem podmiotów, które tworzą wartość dodaną dla naszej gospodarki, są firmy farmaceutyczne. Nie jest ważne, czy to jest firma stricte polska, która rozpoczynała tutaj działalność, czy firma zagraniczna, która zdecydowała się przenieść tutaj swoją produkcję, inwestycje i badania – przekonuje Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Jak wynika z raportu McKinsey „Polska 2025 – Nowy motor wzrostu w Europie”, rynek farmaceutyczny w Polsce notuje w ostatniej dekadzie stały wzrost i obecnie odpowiada za ok. 1,3 proc. PKB. Tym samym jest największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej. Jest też drugim sektorem (po przemyśle obronnym) pod względem największych inwestycji w badania i rozwój. Jedną z takich firm jest Servier, które podczas rzeszowskiego Kongresu 590 otrzymało certyfikat „Odpowiedzialnego partnera”.

– To, co nas wyróżnia, to konsekwencja w inwestycjach, ich długofalowy charakter. Jesteśmy obecni w Polsce od 26 lat, między innymi poprzez własny zakład produkcyjny,  który stale rozbudowujemy. Mamy centrum międzynarodowych badań klinicznych odpowiedzialne nie tylko za badania i rozwój w Polsce, lecz także w krajach ościennych – wymienia Joanna Drewla, dyrektor generalna Servier Polska.

Z badania Fundacji Republikańskiej wynika, że Servier jest liderem w kategorii gospodarka i zakorzenienie oraz kapitał Ludzki

Kapitałem firmy Servier są ludzie, z tego jestem najbardziej dumna. Nasi pracownicy wiążą się z firmą na lata, średni staż pracy to 16 lat. Nie szukamy osób z wieloletnim doświadczeniem, stawiamy na ludzi z potencjałem, którym oferujemy możliwość rozwoju na każdym etapie kariery – tłumaczy Joanna Drewla.

Jak szacuje firma doradcza PwC, dotychczasowy wkład Servier w polską gospodarkę wynosi ponad 733,7 mln zł (dane z 2016 roku). Co roku firma inwestuje co najmniej 25 proc. obrotu w badania naukowe nad innowacyjnymi cząsteczkami, co przyczynia się do powstawania nowych terapii.

– Codziennie dbamy o bezpieczeństwo lekowe ponad miliona polskich pacjentów. Praktycznie wszystkie nasze leki są wytwarzane w zakładzie produkcyjnym na warszawskiej Białołęce. Nie zapominamy przy tym o jakości, która ma dla nas pierwszoplanowe znaczenie. Nasza fabryka jako pierwsza w Polsce zdobyła certyfikat GMP, dobrej praktyki wytwarzania – mówi Joanna Drewla.

Firma Servier od 21 lat inwestuje w zakład produkcyjny na warszawskiej Białołęce. Rocznie powstaje tutaj ok. 26 mln opakowań produktów leczniczych, wśród nich są leki na choroby przewlekłe: nadciśnienie, chorobę wieńcową, cukrzycę i choroby psychiatryczne. Blisko 50 proc. produkcji warszawskiego zakładu jest przeznaczone na eksport. Największym odbiorcą jest rynek francuski, na który trafia ok. 25 proc. sprzedaży zagranicznej.

– Firma Servier Polska produkuje równie dużo leków na eksport, więc to jest oczywiste, że wpływa pozytywnie na naszą gospodarkę, redukując, np. ujemny bilans handlowy w handlu lekami. Tworzy wartość dodaną poprzez wiedzę, którą transferuje do Polski, zatrudnia ekspertów, tworzy miejsca pracy dla wysoko wykwalifikowanych pracowników – ocenia Krzysztof Kopeć.

W Poznaniu, Trójmieście i Krakowie brakuje wolnych biur. W przyszłym roku czynsze pójdą w górę

W Poznaniu, Trójmieście i Krakowie brakuje wolnych biur. W przyszłym roku czynsze pójdą w górę 2

Na rynkach regionalnych przybywa zdecydowanie więcej biur niż w Warszawie. Nie sprawia to jednak, że najemcy mają większy wybór. Liczba powierzchni dostępnej do wynajęcia we wszystkich miastach regionalnych łącznie jest mniejsza niż w Warszawie. O wolne biura najtrudniej w Trójmieście, Poznaniu, Krakowie i we Wrocławiu. Z kolei stosunkowo najłatwiej i najtaniej jest wynająć biuro w Lublinie. Mimo szybkiego rozwoju regionalnych rynków biurowych firmy szukające atrakcyjnej lokalizacji dla swoich biur wciąż częściej decydują się na stolicę.

Sytuację na rynku biurowym po trzech kwartałach 2018 roku można podsumować jednym zdaniem: rynek rośnie jak na drożdżach. Zarówno rynki regionalne, jak i rynek warszawski bardzo szybko się rozwijają – aczkolwiek trzeba przyznać, że to rynki regionalne wiodą prym. Przez pierwsze trzy kwartały 2018 roku w miastach regionalnych przybyło ponad 430 tys. mkw nowoczesnej powierzchni biurowej, jeśli chodzi o Warszawę ten przyrost sięgnął 190 tys. mkw. – mówi Kamil Tyszkiewicz, dyrektor regionalny w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych CBRE.

Z raportu CBRE „Market View: Rynek Biurowy w miastach regionalnych po III kw. 2018” wynika, że na przestrzeni trzech kwartałów tego roku w regionach przybyło ponaddwukrotnie więcej nowoczesnej powierzchni biurowej niż w Warszawie. Największym rynkiem regionalnym jest Kraków (36 proc.), za nim plasują się Wrocław i Trójmiasto (po 16 proc.).

Obecnie na rynku nieruchomości komercyjnych w budowie znajduje się 1,5 mln mkw nowoczesnych biur, aczkolwiek trzeba zwrócić uwagę na to, że w niektórych miastach tej wolnej powierzchni nie ma. W Trójmieście czy Poznaniu wskaźniki wolnej powierzchni są bardzo niskie, nawet poniżej 6–7 proc., co de facto oznacza, że tej powierzchni dla najemców po prostu brakuje. Ciekawostką jest to, że na przykład w Poznaniu w biurowcach o powierzchni powyżej 10 tys. mkw. te wskaźniki są jeszcze niższe – poniżej 5 proc. W takich miastach jak Trójmiasto czy Poznań widzimy duży potencjał do tego, aby obiektów biurowych powstawało więcej – mówi Kamil Tyszkiewicz.

Według danych CBRE na rynkach regionalnych także wskaźnik pustostanów (9,6 proc.) jest niższy niż w Warszawie (10 proc.). O wolne biura najtrudniej w Poznaniu i Trójmieście, gdzie poziom pustostanów spadł poniżej 7 proc. W tych miastach poziom dostępnej powierzchni w budynkach biurowych powyżej 10 tys. mkw. jest jeszcze niższy i wynosi odpowiednio 5 proc. i nieco ponad 6 proc. Eksperci CBRE podkreślają, że są to rekordy komercjalizacji budynków i świadczą o niespotykanej jak dotąd skali popytu na biura.

Miasta, w których najbardziej brakuje biur, to już klasycznie te największe miasta o najsilniejszej dynamice rozwoju, czyli Kraków i Wrocław, które cały czas przyjmują nowych najemców. Mimo że dużo się tam buduje, potrzeby nadal rosną. Są to również miasta, w których te wskaźniki powierzchni niewynajętej są na bardzo niskim poziomie, czyli Poznań i Trójmiasto – mówi Kamil Tyszkiewicz.

We Wrocławiu i Krakowie wskaźnik pustostanów utrzymuje się na średnim, krajowym poziomie (ok. 10 proc.), natomiast o wolne biuro relatywnie najłatwiej w Lublinie, gdzie wskaźnik wolnej powierzchni wyniósł na koniec III kwartału prawie 19 proc. Mimo szybkiego rozwoju regionalnych rynków biurowych firmy szukające atrakcyjnej lokalizacji dla swoich biur wciąż częściej decydują się na stolicę – w ciągu trzech kwartałów br. wynajęły w Warszawie ponad 634 tys. mkw., podczas gdy w siedmiu głównych miastach regionalnych 421 tys. mkw. powierzchni biurowej (najwięcej w Krakowie i Trójmieście).

Popyt na budownictwo biurowe jest na bardzo wysokim poziomie i utrzyma się przez najbliższe kwartały. Rosnąca absorpcja rynku oraz malejąca podaż powodują, że ze strony najemców jest naprawdę duża presja na zdobycie nowej powierzchni biurowej. Jeśli chodzi o rynki regionalne – tutaj od lat bardzo aktywny jest Kraków, gdzie wynajmuje się najwięcej. Jednak trzeba przyznać, że w ostatnich kwartałach bardzo silnie rozwijało się Trójmiasto, goniąc te największe rynki regionalne, czyli Kraków i Wrocław, gdzie całkowita podaż przekroczyła już 1 mln mkw nowoczesnej powierzchni biurowej – zauważa Kamil Tyszkiewicz.

Ekspert CBRE wskazuje, że już od wielu kwartałów czynsze na rynkach regionalnych kształtują się na podobnym pułapie, około 10,5–15 euro za mkw. miesięcznie. Tradycyjnie już najwyższe stawki są we Wrocławiu, a najniższe w Lublinie, gdzie wskaźniki powierzchni niewynajętej są najwyższe.

Według danych CBRE na koniec trzeciego kwartału br. całkowite zasoby powierzchni biurowej w miastach regionalnych sięgnęły 4,81 mln mkw., co oznacza 10-proc. wzrost. Eksperci prognozują, że w przyszłym roku przekroczą już 5 mln mkw. i zbliżą się do tych, jakimi dysponuje stolica. Jednocześnie eksperci CBRE podkreślili, że dla stabilnego rozwoju rynku potrzebne jest przyspieszenie tempa budowy nowych powierzchni biurowych, bo ich obecna ilość po prostu nie zaspokaja potrzeb najemców.

Prognozy dla rynku biurowego na końcówkę tego roku, jak i na rok 2019 są bardzo pozytywne. Rynki regionalne i rynek warszawski prężnie się rozwijają. Aktualnie w budowie mamy 814 tys. mkw. powierzchni biurowej na rynkach regionalnych, z kolei w Warszawie jest to 750 tys. mkw. Mimo że te cyfry wydają się dość spore, jest to wynik niewystarczający, ponieważ najemcy oczekują, że podaż będzie większa. Dlatego zakładamy, że może się pojawić presja na zwiększenie czynszów na przełomie 2018 i 2019 roku – mówi Kamil Tyszkiewicz, dyrektor regionalny w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych CBRE.

Na ubrania Polacy wydają do 10 proc. swojego miesięcznego dochodu. Zakupy robią głównie w popularnych sieciówkach

Na ubrania Polacy wydają do 10 proc. swojego miesięcznego dochodu. Zakupy robią głównie w popularnych sieciówkach 3

Polacy umiarkowanie interesują się modą. Stawiają na styl nieformalny, kupują głównie w sklepach sieciowych, wydając najczęściej na zakupy odzieżowe maksymalnie 10 proc. miesięcznego dochodu. Czynnikami decydującymi o wyborze konkretnego produktu są przede wszystkim fason oraz cena produktu. Ponad 40 proc. konsumentów przyznaje, że kupuje odzież przynajmniej raz w miesiącu. Połowa respondentów dokonała zakupu odzieży lub obuwia przez internet w ciągu ostatniego półrocza, kierując się najczęściej oszczędnością oraz wygodą – wynika z najnowszego raportu „Rynek mody w Polsce”, przygotowanego przez KPMG we współpracy z Akademią Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego.

Polski sektor odzieżowy i tekstylny przeżywał załamanie w 2009 roku, od tego czasu jego wartość sprzedana jednak systematycznie rośnie, w 2016 roku wynosiła ona ponad 29 mld zł. W branży tej działało wówczas 22 tys. firm, zatrudniających ponad 187,6 tys. osób. Wartość eksportu w sektorze odzieżowym wynosi ok. 3 mld zł, natomiast import produktów odzieżowych osiągnął wartość 1,4 mld zł. Mimo że rodzimy rynek odzieżowy wyrasta na jeden z najatrakcyjniejszych w Europie Środkowo-Wschodniej, Polacy w dość umiarkowanym stopniu interesują się modą. Do zakupów odzieżowych podchodzą w sposób racjonalny i przemyślany, kierując się przede wszystkim jakością ubrania oraz jego ceną.

– Jesteśmy pragmatycznym narodem, zwracamy uwagę na to, żeby nasze ubrania były wygodne, funkcjonalne. Przeważa strój typu casual, czyli nieformalny. Zwracamy uwagę również na cenę produktu. Dalej jesteśmy bardzo podatni na promocje cenowe, poszukujemy produktów, które są warte swojej ceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Szatkowski, starszy menedżer w dziale usług doradczych w KPMG.

Z raportu KPMG „Rynek mody w Polsce 2018”, który został zrealizowany we współpracy z Akademią Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego wynika, że tylko co ósmy Polak stara się łączyć różne style ubierania, zwracając uwagę na zmieniające się trendy. Inspiracji Polacy szukają, przeglądając aktualne kolekcje firm odzieżowych, tylko co piąty śledzi blogi modowe, media społecznościowe znanych influencerów lub pokazy mody. Do najczęściej kupowanych elementów garderoby należą ubrania codzienne oraz bielizna. Buty Polacy kupują raz na pół roku, bardzo rzadko decydują się na zakup takich akcesoriów jak torebka lub biżuteria. Ponad 40 proc. badanych przez KPMG stwierdziło, że kupuje odzież przynajmniej raz w miesiącu.

– Z badań przeprowadzonych przez KPMG w Polsce wynika, że Polacy na swoje potrzeby ubraniowe wydają do 10 proc. swojego dochodu, takie dane otrzymaliśmy w blisko 50 proc. wskazań, natomiast kolejna 1/4 badanych stwierdziła, że wydaje nie więcej niż 1/4 swoich dochodów – mówi Maciej Szatkowski.

Niecałe 30 proc. respondentów przyznało, że w ich szafie znajduje się odzież, którą uważają za luksusową, najczęściej są to okrycia wierzchnie (w tym futra), garnitury i sukienki. Ankietowani Polacy wydali średnio na tego rodzaju elementy garderoby 1 403 zł. Zdecydowana większość Polaków na zakupy odzieżowe wybiera się do popularnych sieciówek, ponad 30 proc. kupuje w sklepach dyskontowych, 28 proc. wybiera natomiast placówki typu second-hand. Rosnącą popularnością cieszą się butiki oferujące marki produktowe. Połowa respondentów w ciągu ostatniego półrocza dokonała zakupu odzieży lub obuwia przez internet.

– Główną barierą, która powstrzymuje Polaków przed zakupami w internecie, jest brak możliwości fizycznego sprawdzenia produktu, przymierzenia go, zobaczenia, z jakiego materiału jest wykonany, jakiej jakości jest to wykonanie – mówi Maciej Szatkowski.

Jak pokazuje raport KPMG, Polacy dość nieufnie podchodzą do nowoczesnych technologii w modzie. 70 proc. badanych przez KPMG przyznało, że podczas przeglądania oferty sklepów internetowych nigdy nie skorzystało z takich narzędzi jak internetowa przymierzalnia, cyfrowe lustro czy wirtualny stylista. Jedynie co czwartej osobie (27 proc. wskazań) zdarzyło się oglądać produkty poprzez widok 360°. Większość firm działających w branży odzieżowej i obuwniczej wprowadza nowe technologie w procesie zarówno produkcji, jak i sprzedaży. W przypadku produkcji są to głównie nowoczesne maszyny pozwalające na automatyzację procesów. Technologie używane w sprzedaży to przede wszystkim obsługa zamówień poprzez różnego typu platformy e-commerce.

Branża modowa, zarówno w Polsce, jak i na świecie, przechodzi obecnie istotne zmiany. Wpływa na to rozwój nowoczesnych technologii, które pozwalają inaczej niż dotychczas zarządzać asortymentem. Znoszą ograniczenia związane z powierzchnią sprzedażową, umożliwiając tym samym poszerzenie asortymentu, pozwalają na personalizację produktów oraz samodzielne przygotowanie projektu odzieży lub obuwia przez konsumenta. Rozwój nowoczesnych technologii wymusza zmiany modelu biznesowego firm produkujących i sprzedających odzież, a poprzez powstawanie nowych narzędzi marketingowych zwiększa zapotrzebowanie na nowych specjalistów.

– Przemysł mody w coraz większym stopniu wykorzystuje nowe technologie zarówno w produkcji, jak i sprzedaży. Nowe technologie wykorzystywane są w celu pozyskania klientów, kreowania wizerunku marki lub zwyczajnie usprawniają codzienne działania w prowadzonym biznesie. Wpływ postępu technologicznego rodzi pilne zapotrzebowanie na pracowników posiadających wiedzę i umiejętności w tym zakresie. Rynek edukacyjny z oczywistych względów powinien nadążać za zmianami technologicznymi i uwzględniać je w procesie kształcenia – mówi Agnieszka Oleksyn-Wajda, radca prawny, kierownik Akademii Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego.

Edukacja to jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed polską branżą modową. System kształcenia i rozwój odpowiednich kompetencji pracowników sektora warunkuje jej stabilny wzrost i pozycję na tle rynków zagranicznych. Nowo powstające zawody są często niezrozumiałe, nie mają też odpowiedniej klasyfikacji choćby w Klasyfikacji Zawodów i Specjalności wymienianych przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Uniemożliwia to uznawanie efektów uczenia się uzyskanych poza edukacją formalną oraz porównywanie kwalifikacji uzyskanych w Polsce z kwalifikacjami nadawanymi w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej.

– Elementy wpływające na dynamiczny rozwój branży mody są jednocześnie tymi czynnikami, które utrudniają dopasowanie oferty edukacyjnej do potrzeb rynku pracy. Nowe zawody i specjalizacje na rynku powstają szybciej niż programy edukacyjne opracowywane przez szkoły. Wyzwaniem dla szkolnictwa jest też zapewnienie standaryzacji oferowanych programów edukacyjnych. To przekłada się na zapewnienie stabilnej i niezakłóconej obecności specjalizacji na rynku oraz ich jakości – mówi Agnieszka Oleksyn-Wajda.

Pełne wyniki raportu przygotowanego przez KPMG we współpracy z Akademią Biznesu i Prawa Mody Uczelni Łazarskiego zostały zaprezentowane podczas konferencji Fashion Economy Moda 4.0. Raport w wersji elektronicznej można pobrać ze strony kpmg.pl oraz fe.ckp.lazarski.pl.

Polska firma stworzyła inteligentne półki sklepowe. Dzięki nim sprzedawcy obniżają koszty i skupiają się na obsłudze klienta

Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud
Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud

Nowe technologie w branży retail to zarówno odpowiedź na potrzeby klientów – którzy oczekują wygody, prostoty i intuicyjnej obsługi – jak i ułatwienie dla sprzedawców czy sieci handlowych, które pozwala im ciąć koszty i zwiększać sprzedaż. Polska firma Surge Cloud stworzyła inteligentne półki sklepowe, które dzięki specjalnym sensorom zbierają dane o dostępności produktów, rotacji czy ilości brakującego towaru. Umożliwia to sklepom i producentom redukowanie strat, optymalizowanie ekspozycji i kontrolę nad oferowanymi produktami. Pozwala też poradzić sobie z coraz większym niedoborem pracowników. 

Nowe technologie w handlu detalicznym pozwalają odpowiadać na potrzeby klientów, którzy oczekują wygody, prostoty, intuicyjnej obsługi i płatności, ale też ułatwiają życie sprzedawcom i sieciom handlowym, pomagając im ciąć koszty i zwiększać sprzedaż.

– Zajmujemy się przede wszystkim optymalizacją kosztów i efektywnością sprzedaży. Dzisiaj firmy takie jak Coca-Cola czy Fanta, które produkują napoje i sprzedają je w swoich lodówkach czy urządzeniach promocyjnych, mają problem, bo nie wiedzą na bieżąco, czy cokolwiek się w nich znajduje. Wysyłają prawników, żeby sprawdzić, czy towar znajduje się na ekspozycji, i dopiero potem go domawiają. My dajemy technologię, która robi to za nich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud.

Digitalizacja jest kluczem do przyszłości zakupów – to główny wniosek z ubiegłorocznego raportu „Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku”, opracowanego przez Comarch i Kantar TNS. Zdaniem większości konsumentów (86 proc.) do końca przyszłej dekady elektroniczne i mobilne płatności całkiem zastąpią tradycyjne kasy sklepowe, a w miejsce sprzedawców pojawią się spersonalizowani, wirtualni asystenci (61 proc.). Jak wynika z raportu, 87 proc. klientów jest przekonanych, że większość sklepów będzie im zapewniać cyfrowe usługi i rozwiązania. Sklepy bez kas, inteligentne koszyki, płatności bezgotówkowe, spersonalizowane oferty czy wirtualni doradcy – tak według konsumentów będą wyglądać sklepy za kilkanaście lat.

– Sprzedaż bezpośrednia obecnie transformuje się w dwóch segmentach. Z jednej strony jest to digitalizacja, czyli pojawia się coraz więcej danych i informacji, które należy przeanalizować. Z tego punktu widzenia ważny jest partner, który we właściwy sposób zajmie się tą analizą. Z drugiej strony mamy tendencję bycia bliżej klienta – wszystkie sklepy zbliżają się do klienta, są tam, gdzie on codziennie przebywa – mówi Marcin Popiak, dyrektor regionalny sprzedaży w Crane Merchandising Systems.

Inteligentna półka to rozwiązanie, które umożliwi sieciom handlowym i producentom kontrolę nad produktami oferowanymi w sklepie. Obecnie brak danych o dostępności produktów, rotacji czy ilości towaru, który znajduje się na stanie oraz czas potrzebny na ich pozyskanie generuje koszty dla sklepu wielkopowierzchniowego i utrudnia pracę producenta czy przedstawiciela handlowego. Inteligenta półka gromadzi takie informacje w czasie rzeczywistym, co umożliwia zredukowanie strat w sprzedaży i poprawia wydajność ekspozycji poszczególnych produktów.

– Inteligenta półka za pomocą sensorów sprawdza prezencję konkretnych produktów. Jesteśmy w stanie dowiedzieć się, jaki produkt się na niej znajduje, jaki ma termin przydatności do spożycia i czy jest utrzymany planogram. Automatyzujemy wszystkie te informacje, których każdy merchandiser potrzebuje –podkreśla Marcin Dąbrowski.

Dane zbierane przez taką inteligentną półkę są przesyłane na serwer i mogą z nich korzystać sieci handlowe czy producenci, co znacznie redukuje koszty operacyjne związane z zarządzaniem merchandisingiem.

– Na ten moment skupiamy się na producentach napojów, którzy mają swoje urządzenia sklepowe – lodówki, regały w POS-ach. Dodatkowo interesują nas sieci, w których jest silna marka własna – mówi Marcin Dąbrowski.

Podczas listopadowego „Forum Rynku Spożywczego i Handlu”, w warszawskim hotelu Sheraton, firma Surge Cloud została nagrodzona za swoje rozwiązanie prestiżowa nagrodą branżową „Food&Retail Startup Star 2018”.

– Cały handel detaliczny ma dziś problemy z dostępnością pracowników, podaż pracy jest coraz mniejsza. Natomiast komputery i technologia są dobre w wykonywaniu powtarzalnych czynności, gdzie nie trzeba podejmować skomplikowanych decyzji. Maszyny są dziś w stanie wykonać za nas wszystkie te prace – od układania produktów na półce, przez kontrolę, aż po automatyzację płatności. Tym właśnie się zajmujemy. Wprowadzamy technologię tam, gdzie może ona zastąpić człowieka – mówi prezes Surge Cloud Marcin Dąbrowski.

Obok inteligentnych półek sklepowych specjalizująca się w handlometrii (zarządzaniu sprzedażą w sklepach oparte na danych) polska firma Surge Cloud stworzyła również działające na podobnej zasadzie witryny chłodnicze i chłodziarki.

Kolejny projekt to automatyzacja procesu kasowego, która pozwoli zaoszczędzić około 30 proc. kosztów pracy. Z ubiegłorocznego badania „Czy Polacy są gotowi na sklepy bez kas?”, przeprowadzonego na zlecenie MasterCard, wynika, że sklepowe kolejki to dla 47 proc. konsumentów najbardziej frustrujący element codziennych zakupów, który pochłania średnio aż 18 minut. Blisko połowie badanych zdarzyło się w ogóle zrezygnować z zakupów, ponieważ kolejka była zbyt długa. W wielu supermarketach powszechnym widokiem są już samoobsługowe kasy, ale technologia idzie naprzód i na rynku cały czas pojawiają się coraz nowocześniejsze rozwiązania. Zdaniem prezesa Surge Cloud Marcina Dąbrowskiego w przyszłości ten proces będzie się odbywał automatycznie, na zasadzie „take and go”.

– Sklepy samoobsługowe dają możliwość usprawnienia transakcji przy kasie, co pozwala na szybszą finalizację zakupów. Zyskują na tym zarówno producenci, jak i klienci. Takie aspekty jak wygoda, doświadczenie klienta, personalizacja, będą zmieniać rynek w najbliższym czasie. Klient ma podejść do półki, wziąć towar i zapłacić bez potrzeby stania w kolejce – ocenia Marcin Popiak, dyrektor regionalny sprzedaży w Crane Merchandising Systems.

Dobrym przykładem tego, jak nowe technologie mogą zmienić tradycyjne sklepy jest pilotażowe rozwiązanie Amazona. Na początku tego roku gigant otworzył w Seattle pierwszy na świecie sklep w pełni samoobsługowy, w którym nie trzeba stać w kolejce do kasy, żeby zapłacić za zakupy. Po wejściu do sklepu klient skanuje przy specjalnej bramce swój telefon z zainstalowaną aplikacją. Następnie wybiera ze sklepowych półek to, czego potrzebuje, a wybrane produkty pojawiają się w wirtualnym koszyku w jego telefonie dzięki kamerom i czujnikom. Po zakończeniu zakupów może po prostu wyjść ze sklepu, a odpowiednia kwota rachunku jest automatycznie pobierana z jego karty płatniczej.

Kadra skoczków narciarskich ma nowego sponsora. W ramach współpracy pieniądze trafią m.in. na wsparcie najmłodszych zawodników

0

Tylko w poprzednim sezonie zimowym wydatki polskiej kadry skoczków narciarskich sięgnęły 3,7 mln zł. W sezonie, który właśnie się rozpoczął, kadra będzie mogła pozwolić sobie na więcej – oficjalnym sponsorem polskiej reprezentacji została marka Milka. Istotnym elementem współpracy z PZN jest także Projekt Wspierania Młodych Skoczków, w ramach którego Milka przekaże dodatkowe środki na wspieranie młodych adeptów sportu.

– Skoki narciarskie i sporty narciarskie są w świecie Milki od 25 lat. Sponsorujemy narciarstwo alpejskie, ale również skoki. Wystarczy wspomnieć Martina Schmitta czy Andreasa Wellingera, ale zawsze brakowało nam Polaków w tym gronie. Ponieważ Polacy odnoszą sukcesy, a przede wszystkim tworzą naprawdę świetny zespół, w tym sezonie wybraliśmy właśnie polską drużynę narodową – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Idczak, prezes Mondelez Polska, właściciela marki Milka.

Od tego sezonu Milka została nowym sponsorem polskiej reprezentacji skoczków narciarskich. Tym samym polscy skoczkowie dołączyli do listy sportowców wspieranych przez markę w sezonie 2018/2019, obok czołowych narciarek alpejskich, m.in. Michaeli Kirchgasser czy Ester Ledecki, która podczas ostatnich igrzysk zdobyła złote medale w narciarstwie alpejskim i snowboardzie.

– Jeden obszar współpracy to sponsoring dużych zawodów sportowych – mówi Idczak. – Druga sfera naszego wsparcia dotyczy konkretnych sportowców. Wybieramy bohaterów, z którymi pracujemy, jak Martin Schmitt, z którym byliśmy przez 17 lat, Tina Maze, która w narciarstwie alpejskim osiągnęła bardzo wiele. Teraz do tej kadry dołączają właśnie polscy skoczkowie.

Pokrycie wszystkich wydatków pochłania niemałe koszty – tylko w sezonie 2017/2018 PZN wyliczył wydatki kadry na 3,7 mln zł.

– Z tych pieniędzy została już finansowo wsparta rehabilitacja Szymona Olka, zawodnika, który 3 lata temu odniósł ciężką kontuzję. To, co wymyślą skoczkowie, jeżeli chodzi o innowacje, tam, gdzie będziemy mieli jakieś trudności, żeby to sfinansować ze środków, którymi dysponujemy w Związku, będziemy używać pieniędzy ze sponsoringu – wskazuje Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Środki przekazane przez markę mają trafić na zapewnienie zaawansowanego technologicznie sprzętu, przeprowadzenie testów nowych kombinezonów, butów czy zapięć. Milka chce też pomóc najmłodszym adeptom skoków.

– Kierunki, na których powinniśmy się w tym sezonie skupić, to zakup kasków dla najmłodszych i wsparcie ponad 20 klubów w Polsce. Dodatkowo przekażemy fundusze na fizjoterapię w ośrodkach w Szczyrku i Zakopanem oraz na rozwój i dodatkowe szkolenia dla trenerów młodych kadr – wymienia Beata Kucejko-Pełka, dyrektor marketingu Milka.

Wsparcie młodych zawodników jest kluczowe. To na fali sukcesów Adama Małysza skokami zainteresowały się tysiące dzieci, to właśnie dzięki niemu sukcesy odnoszą nasi zawodnicy i cała drużyna. Brakuje jednak świeżej krwi, co udowodniły choćby inaugurujące sezon zawody Pucharu Świata w Wiśle, gdzie punkty zdobyli tylko zawodnicy kadry A, a żaden z sześciu skoczków grupy krajowej nie zakwalifikował się nawet do konkursu.

– Nie możemy się zachłystywać sukcesami naszych zawodników. To bardzo dojrzała grupa, za 3–4 lata powoli będą kończyć swoją karierę i następni muszą ich zastąpić. Często jeżdżę na takie zawody i widzę, że tam mamy takie diamenciki. To będą wielcy mistrzowie, ale za 15 lat, więc myślimy naprawdę bardzo perspektywicznie. Ta grupa pracuje na wielki sukces sportowy, a dzieci niech z tego korzystają poprzez poprawianie im warunków do rozwijania się w skokach narciarskich – podkreśla Apoloniusz Tajner.

W chińskim KFC można zapłacić dzięki systemowi rozpoznawania twarzy. Europa technologicznie w tyle za biometryczną potęgą Chin

W chińskim KFC można zapłacić dzięki systemowi rozpoznawania twarzy. Europa technologicznie w tyle za biometryczną potęgą Chin 4

Niedługo standardem może być płacenie twarzą. Już teraz w Chinach można użyć swojej twarzy, aby dostać się do biura, wsiąść do pociągu lub wziąć pożyczkę. W KFC zamówienie można złożyć w terminalu, który skanuje twarz klienta. Jeśli pasuje do obrazu z identyfikatora zdjęcia zapisanego w systemie, klient musi jedynie podać swój numer telefonu, a płatność zostanie zrealizowana automatycznie. Technologia wykrywa wszelkiego rodzaju oszustwa, np. podsuwanie fotografii do skanera. W Europie na technologie biometryczne będzie trzeba jeszcze zaczekać.

– Sunmi K1 to kiosk samoobsługowy, który opracowaliśmy specjalnie dla sieci fast-food i supermarketów. Dzięki temu urządzeniu możliwa jest samoobsługa klientów, którzy nie muszą stać w kolejkach do tradycyjnej kasy. Sunmi K1 umożliwia płatność gotówką, kodem QR oraz twarzą – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zhang Bin z Sunmi Technology.

Na zakupy nie trzeba już brać portfela ani nawet smartfona. To nie płatność zbliżeniowa czy za pomocą kodu QR jest przyszłością. Dzięki biometrii wystarczy mrugnięcie okiem, by bezpiecznie zatwierdzić płatność. Za pomocą twarzy można już płacić za realizację zamówienia w KPro – chińskiej odmianie sieci KFC. Ant Financial, który jest inwestorem w sieci KPro, uruchomił taką możliwość w Hangzhou. To pierwsze miejsce na świecie, w którym do płatności wystarczy twarz.

– Płatność twarzą to produkt, który opracowaliśmy wspólnie z naszym partnerem w Chinach, Alipay. Dzięki odpowiedniej kamerze biometrycznej możemy autoryzować płatność poprzez rozpoznawanie twarzy. Kamera biometryczna rozpoznaje twarz, która następnie jest weryfikowana. Jeśli klienta nie ma w bazie, zakończenie płatności jest możliwe po podaniu numeru telefonu komórkowego – tłumaczy Zhang Bin.

Do płatności wykorzystano aplikację z technologią Smile to Pay. Autoryzacja płatności odbywa się przez skanowanie twarzy klienta za pomocą kamery 3D, a technologia wykrywa takie oszustwa, jak np. podsunięcie do skanera fotografii. Wystarczy złożyć zamówienie w specjalnie przygotowanym do tego kiosku samoobsługowym, a przy wyborze formy płatności wybrać skanowanie twarzy. System wykorzystuje zdjęcie klienta z własnej bazy, rozpoznając 600 punktów na twarzy i odległości między nimi. Do autoryzacji płatności potrzebne jest mrugnięcie – aby było wiadomo, że system skanuje twarz, a nie fotografię.

Chiny są pionierem w wykorzystaniu biometrii. KFC w Kraju Środka współpracuje z przeglądarką Baidu w zakresie wykorzystywania skanu twarzy do przewidywania zamówień konsumentów. System jest oparty na sztucznej inteligencji i technologii głębokiego uczenia maszynowego i na tej podstawie rekomenduje klientowi menu. Bazuje na identyfikacji wieku i aktualnego nastroju klienta, które odczytuje z wyrazu twarzy. Z kolei w Wuzhen turystom do zwiedzania nie jest potrzebny bilet wstępu. Wystarczy zeskanowana twarz i jej połączenie z wcześniej wykupionym biletem – tyle wystarczy, by móc zwiedzać wszystkie atrakcje turystyczne.

– W Europie proces wdrożenia tej technologii może potrwać trochę dłużej, ale w tym przypadku możemy korzystać z tradycyjnych metod płatności w punktach sprzedaży, możemy się z nimi łączyć i realizować płatność gotówką lub na terminalu. Polacy już dziś mogą korzystać z możliwości samoobsługi – podkreśla Zhang Bin.

Według analityków MarketsandMarkets rynek systemów biometrycznych osiągnie do 2023 r. wartość blisko 42 mld dol. Tempo średniorocznego wzrostu w najbliższych latach wyniesie 20 proc.

Polacy opracowali aparat fotograficzny, pozwalający „zobaczyć” zdjęcie za pomocą palców. Innowacje coraz bardziej ułatwiają życie niewidomym

Polacy opracowali aparat fotograficzny, pozwalający „zobaczyć” zdjęcie za pomocą palców. Innowacje coraz bardziej ułatwiają życie niewidomym 5

Innowacyjne technologie coraz skuteczniej wspierają niewidomych. Polscy naukowcy opracowali pierwszy na świecie aparat fotograficzny dla osób pozbawionych zmysłu wzroku. Urządzenie w sprzedaży może się pojawić za rok. Tymczasem na świecie opracowywane są kolejne technologie dla ludzi z dysfunkcjami wzroku. To m.in. dotykowy tablet czy w pełni autonomiczne auta. W samej Europie liczba niewidomych wzrośnie do 2050 r. do 115 mln osób.

– Przygotowaliśmy pierwszy na świecie aparat fotograficzny dla osób niewidomych, dzięki któremu osoby niewidome będą mogły lepiej poznawać świat dookoła siebie, a także nie tylko bawić się zdjęciami, co dla wielu osób może być dosyć dziwne, lecz także wykorzystywać nasze urządzenie do edukacji –tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Cybulski, właściciel firmy Robot Manufacture.

Aparat dla niewidomych Blindtouch działa w oparciu o tworzenie tzw. tyflografik. Zdjęcia wyświetlane są na trójwymiarowej matrycy pinów. Osoba niewidoma może więc zobaczyć zarys sfotografowanego ujęcia poprzez dotyk. Rozdzielczość matrycy obecnie wynosi 35×25 pinów, ale docelowo ma zostać zwiększona do co najmniej 70×50 pinów. Sam aparat jest wyposażony w informacje głosowe, które ułatwiają posługiwanie się nim. Urządzenie cechuje się ponadto wysoką mobilnością. Mieści się w kieszeni, a bateria wytrzymuje kilka godzin użytkowania.

Robienie i przeglądanie zdjęć nie jest jednak jedyną możliwością, jaką stwarza opracowana przez Polaków technologia.

– Niewidome dzieci będą mogły wykorzystywać nasze urządzenie jako tablet dla osób niewidomych, czyli wyświetlać tam wykresy, wzory, funkcje matematyczne czy mapy. Jest to wciąż prototyp, więc jeszcze może nie jest doskonały, ale jesteśmy na dobrej drodze, żeby stworzyć coś, co będzie naprawdę użyteczne, naprawdę dobre i przyda się wielu osobom niewidomym – przekonuje Piotr Cybulski.

Opracowywane są także inne urządzenia ułatwiające osobom z dysfunkcjami wzroku codzienne funkcjonowanie. Tablet dotykowy Blitab powala wysłuchać lub przeczytać wyświetlany tekst, korzystając z alfabetu Braille&HASH39;a. Twórcy opracowali inteligentny materiał, na którym wyświetlany jest cały tekst w formie przystępnej dla niewidomych. Do obsługi urządzenia służy zestaw ikonek, po naciśnięciu których następuje np. uruchomienie aplikacji służącej do czytania. Urządzenie kosztuje około 500 euro.

Szansą na ułatwienie codziennego funkcjonowania osobom niewidomym mogą być też samochody autonomiczne. Produkcją aut o piątej klasie autonomizacji, czyli takich, które praktycznie całkowicie eliminują zaangażowanie kierowcy w obsługę, jest zainteresowany m.in. koncern Renault. Tego typu pojazdy nie byłyby wyposażone w kierownicę, a jedynie przyjmowałyby polecenia głosowe. Zdaniem ekspertów tego typu auta mogą się pojawić w sprzedaży już w ciągu najbliższych kilku lat.

Technologii wspomagających niewidomych najprawdopodobniej będzie przybywać, ponieważ zapotrzebowanie płynące z rynku jest coraz większe.

– Rynek jest bardzo obszerny i według nas jest bardzo niewykorzystany, ponieważ liczba osób niewidomych na świecie cały czas wzrasta. Do 2050 roku będzie to już 115 mln osób niewidomych w samej UE. Dlatego istnieje rynek i zapotrzebowanie na urządzenie takie, jak nasze. Tymczasem są tylko dwie firmy, które tworzą także prototypy, jednak na żadnym z ich urządzeń nie można wyświetlać grafiki w taki sposób, jak my wyświetlamy w naszym Blindtouch – przekonuje właściciel firmy.

Światowy rynek urządzeń dla osób niepełnosprawnych według analityków Coherent Market Insights ma przekroczyć do 2024 r. wartość 26 mld dol. Pierwszy aparat dla niewidzących może być dostępny na rynku za rok.

Co dalej z kursem Bitcoina? Analiza dr Przemysława Kwietnia

2019 rok nie jest udany dla posiadaczy kryptowalut. Ceny kryptowalut osiągnęły historyczne szczyty na przełomie roku i od tej pory regularnie spadają. Cena Bitcoina spadła o 73% a najważniejsza z kryptowalut i tak radziła sobie relatywnie lepiej. Inne waluty, w tym popularne Ethereum, Dash czy Litecoin potaniały o ok. 90%. Czy w tej sytuacji inwestorzy powinni zainteresować się możliwościami zarabiania zarówno na wzrostach, jak i spadkach cen kryptowalut?

$6000 złamane, czy to kapitulacja ostatnich krypto-byków?

Należy uczciwie przyznać, że zainteresowanie kryptowalutami na przestrzeni 2018 roku spadało podobnie jak cena Bitcoina. W lipcu mieliśmy ostatnią próbę większych wzrostów, ale zakończyła się ona niepowodzeniem. Z drugiej strony przez naprawdę długi okres czasu poziom $6000 był dla ceny Bitcoina niczym betonowa podłoga – ceny co prawda niespecjalnie rosły, ale nie chciały spaść niżej. Mogło się wydawać, że rynek nie akceptuje niższej ceny. Ruch w dół został sprowokowany przez pozornie błahą z punktu widzenia całego rynku informację – fork sieci Bitcoin Cash. Cena samego BCC oczywiście runęła, ale z punktu widzenia Bitcoina czy innych krypto było wcześniej multum innych informacji, które pozornie mogły wydawać się dużo bardziej niekorzystne, jak np. kradzieże coinów. Tak czy owak mleko się wylało – cena BTC spadła gwałtownie poniżej $6000 potwierdzając jedynie to, że znajdujemy się w głębokim trendzie spadkowym.

Klasyczne rozegranie techniczne?

Może to zabrzmieć dość ironicznie, ale w przebiciu tak ważnego poziomu i podręcznikowej wręcz reakcji rynek Bitcoina w pewnym sensie potwierdził swoją dojrzałość. Takie techniczne rozegrania są normalnie gratką dla inwestorów – strefy popytu i podaży są podstawowymi informacjami dla traderów operujących wykresem, którzy po reakcji na nie oczekują odpowiednich ruchów.

Co dalej z ceną BitcoinaW ostatnim czasie cena Bitcoina wielokrotnie akceptowała kierunek wyznaczony przez analizę techniczną. Dobitnym przykładem są spadki po pokonaniu $6000. Inwestorzy mogą zarabiać na spadkach cen przy wykorzystaniu kontraktów CFD. Źródło: xStation5

W 2017 roku często można było usłyszeć, że notowania krypto, w tym samego BTC, nie akceptują jakichkolwiek kanonów analizy technicznej. Nie działały żadne strefy, kanały, zniesienia czy formacje świecowe. Cena często zachowywała się niesamowicie losowo, po części odzwierciedlając bardzo burzliwą naturę tamtego rynku. Teraz lawa trochę ostygła, część inwestorów, których przyciągnęła górka cenowa już odeszła i rynek stał się nieco spokojniejszy. Dalej zmiany cen potrafią być większe niż na giełdzie czy rynku forex, ale mają nieco bardziej systematyczny charakter. Co istotne, dla inwestora wykorzystującego analizę techniczną kierunek, w którym zmierza cena ma drugorzędne znaczenie. Większość formacji działa zarówno przy rosnących, jak i spadających cenach. Warto zatem mieć możliwość wykorzystania każdego ruchu, który wydaje nam się wiarygodny.

Rynek kontraktów – tylko jakich?

W apogeum zainteresowania kryptowalutami wielokrotnie pojawiały się głosy krytyki, sugerujące, że brak możliwości zawierania pozycji krótkich wypacza cenę Bitcoina i innych coinów. Faktem jest, że po wprowadzeniu kontraktów futures przez CBOE i CME cena przez pewien czas dynamicznie rosła, ale nie tak długo później mieliśmy szczyt cenowy. Moim zdaniem jednak nie było to bezpośrednio związane z faktem wprowadzenia futures, które ze względu na wiele ograniczeń nie są wystarczająco atrakcyjne. Spore wymogi dotyczące zabezpieczeń i duże nominały sprawiły, że rynki futures do tej pory nie odegrały większej roli i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Dla inwestorów zainteresowanych wykorzystywaniem ruchów cen pozostają więc kontrakty CFD. Mają one wiele zalet. W pierwszym rzędzie dają możliwość otwierania pozycji nastawionych nie tylko na wzrost, ale także spadek cen. Pozycja krótka zarabia, gdy cena Bitcoina czy innej kryptowaluty spada. Kontrakty są też mocno skalowalne, może np. zawrzeć je na część, powiedzmy 1/100 coina. Dzięki temu możemy lepiej zarządzać ryzykiem naszych inwestycji. Idąc dalej, kontrakty są bezpieczne na tyle, na ile wiarygodny jest nasz broker. Jeśli mamy do czynienia z dużym, mocnym kapitałowo i regulowanym brokerem nasze środki mogą być bezpieczniejsze niż portfelu krypto. Regulacje ESMA nieco zmniejszyły możliwości jeśli chodzi o dźwignię, ale nadal jest możliwość wykorzystania jej w skali 2:1. Jeśli zatem zawieramy pozycję o wartości 10 tys. złotych, wystarczy aby nasz depozyt pokrył 5 tys. złotych.  Warto zaznaczyć, że za pomocą kontraktów CFD można też zabezpieczyć przynajmniej część naszej pozycji w portfelach kryptowalut.

Co dalej z ceną Bitcoina 2Ten wykres nie pozostawia wątpliwości, że w ostatnich miesiącach zdecydowanie więcej mogli zarobić traderzy obstawiający spadki Ethereum. Czy to koniec tego coina? Absolutnie nie – pomimo utraty 90% wartości od szczytu nadal jest on niemal 4-krotnie droższy niż wiosną 2017. Źródło: xStation5

Co dalej z cenami kryptowalut?

Rynek kryptowalut często porównywany był z rynkiem akcji spółek internetowych, które przeżyły niespotykany boom w końcówce lat 90-tych, po czym na początku XXI wieku doszło do załamania ich cen. Jednak dziś nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie życia bez Internetu. Wiele firm upadło, ale technologia odniosła gigantyczny sukces i spółki na niej bazujące są dziś królami giełd. W przypadku kryptowalut fazę załamania mamy za sobą, nie wiadomo jednak w jaki sposób ostatecznie technologia odnajdzie się rynkowo. Czy regularnie płacę kryptowalutami? Czy robią to moi znajomi, moja rodzina? Czy mogę Bitcoinem zapłacić za bułkę w lokalnym dyskoncie? Wydaje się, że okres globalnej akceptacji dla kryptowalut jeszcze się nie rozpoczął i nadal nie wiadomo czy obecnie najbardziej popularne kryptowaluty będą tymi, które zmonetyzują technologię blockchain. Warto zatem zapewnić sobie możliwość zarabiania na ruchach cen w każdą ze stron lub przynajmniej zabezpieczenia swoich walut przetrzymywanych w portfelach.

dr Przemysław Kwiecień CFA
Doradca Inwestycyjny nr licencji 696
Główny Ekonomista XTB

Czy to już koniec wyprzedaży złotego?

Ostatnie dni były trudne dla krajowej waluty. Jednak całkiem możliwe, że najgorsze już za nami.

Polski złoty w poniedziałek osłabił się w relacji do głównych europejskich walut, kontynuując wyprzedaż z piątku. W parze ze słabszym dolarem amerykańskim PLN zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie. Polska waluta do pewnego stopnia poddana była wewnętrznej presji związanej z tzw. skandalem KNF. Poniedziałkowe wzrosty na krajowym rynku akcji i długu, po piątkowych spadkach, mogą jednak sugerować, że wspomniana negatywna presja zmniejsza się, co może wspierać stabilizację złotego.

Wczorajszy wieczór przyniósł z kolei pewien wzrost obaw o sytuację zewnętrzną – sesje amerykańska i azjatycka przyniosły wyraźne spadki głównych indeksów, co z zasady może również niekorzystnie wpływać na zachowanie innych aktywów uznawanych za ryzykowne, takich jak PLN. Amerykański indeks Nasdaq Composite stracił 3% i znalazł się jedynie nieznacznie powyżej minimów z ostatniego miesiąca. W konsekwencji pogorszenia nastrojów, pod presją znalazły się dziś również europejskie indeksy – jednak polska giełda radzi sobie lepiej na ich tle. Jeśli sytuacja zewnętrzna nie będzie ulegać pogorszeniu, polski złoty w relacji do euro może w najbliższym czasie wracać do niższych poziomów kanału 4,27-4,34, w którym pozostaje od czterech miesięcy.

W kontekście krajowym warto wspomnieć o ostatnich danych makro z gospodarki. Wczorajsze informacje z rynku pracy zaskoczyły in plus. Październikowe, niespodziewane podbicie dynamiki płac do 7,6% jest jednak prawdopodobnie związane z czynnikami, które nie będą istotnie pomagały w przyszłości. Szczególne znaczenie miała tutaj prawdopodobnie wypłata zaległego deputatu pracującym w górnictwie oraz efekt kalendarzowy (więcej dni roboczych w miesiącu w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej). Dynamika zatrudnienia również nie budzi optymizmu – w październiku pozostawała ona wprawdzie stabilna i zgodna z oczekiwaniami, jednak wspomniane oczekiwania były niskie w istotnym stopniu z uwagi na to, że indeks w ostatnim czasie rozczarowywał. Wzrost zatrudnienia w 2018 r. pozostaje wyraźnie niższy niż w ostatnim roku, a bezrobocie obecnie ma coraz większy problem ze spadkiem. Dzisiejsze odczyty dotyczące produkcji przemysłowej cieszą dużo bardziej. Pomimo ograniczeń ze strony rynku pracy dynamika produkcji w październiku wyniosła 7,4% rocznie wobec oczekiwanego wzrostu rzędu 6,4%, tym samym przerwana została słaba passa z poprzedniego miesiąca.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,31-4,33. Wspólna europejska waluta zakończyła dzień umocnieniem w relacji do głównych walut i złotego.

W obecnej chwili inwestorzy w strefie euro czekają na kilka wydarzeń. Istotne będzie jutrzejsze spotkanie Komisji Europejskiej, podczas którego KE wyrazi stanowisko w kwestii włoskiego budżetu. Znaczenie będzie miała również czwartkowa publikacja „minutek” ze spotkania EBC – inwestorzy prawdopodobnie szczególną uwagę poświęcą kwestii tego, w jaki sposób europejscy oficjele zapatrują się na pogorszenie sytuacji gospodarczej we wspólnym bloku. Piątek przyniesie z kolei nowe dane o aktywności gospodarczej w strefie euro w listopadzie, które pozwolą nam lepiej ocenić sytuację w jakiej się znajdujemy.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,84-4,87. Brytyjska waluta nie była wczoraj poddana większym wahaniom w relacji do głównych walut. Funt nie traci, w czym sprzyja brak informacji o zebraniu wystarczającej ilości głosów do uruchomienia wotum nieufności wobec premier May, czego obawiały się rynki.

Dziś brytyjska waluta nieco zyskuje w relacji tak do głównych walut, jak i złotego. Pomaga w tym przemówienie prezesa Banku Anglii przed Komisją Skarbu przy okazji prezentacji raportu o inflacji. Ton wypowiedzi Marka Carneya zdaje się wspierać propozycję porozumienia premier May i działania brytyjskiego rządu zmierzające do rozwiązania sytuacji, co uspokaja inwestorów.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,77-3,79. Amerykańska waluta zakończyła wczorajszy dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Dolarowi w ostatnim czasie nie sprzyjają zdystansowane komentarze członków FOMC i mieszane dane z gospodarki oraz idący za tym spadek rentowności krajowych obligacji. Dziś w początkach dnia dolar odrabia jednak część ostatnich strat, wspierany przez słabość wspólnej europejskiej waluty.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku
  • 16:00 – przemawia prezes Bundesbanku, Jens Weidmann

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Black Friday to dzień wielkich wyprzedaży i… „ad fraudów”

Eksperci z Just Run App, podmiotu zajmującego się promocją aplikacji m-commerce, przewidują, że zjawisko „ad fraudów”, czyli wyłudzanie pieniędzy od reklamodawców poprzez dostarczanie fałszywego ruchu, nasili się w trakcie Black Friday oraz przedświątecznych zakupów.

Artur Zawadzki z agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile, pomysłodawca Just Run App
Artur Zawadzki z agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile, pomysłodawca Just Run App

23 listopada, czyli Black Friday, może być trudny dla branży reklamy online – przyznaje Artur Zawadzki z agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile, pomysłodawca Just Run App. – Nasilona aktywność reklamodawców w tym czasie sprzyja zapotrzebowaniu na ruch, każdy chce pozyskać użytkownika i każdy chce to zrobić tanio. Z powodu skali zjawiska na nadużycia są narażeni wszyscy reklamodawcy, także ci inwestujący w reklamę mobilną.

„Ad fraudy” polegają na sprzedaży impresji, klików lub konwersji, które są generowane automatycznie przez boty a nie ludzi. Paradoksalnie, problem najbardziej dotyka tych reklamodawców, którzy preferują reklamę efektywnościową (o ile nie kończy się np. płatnością), czyli rozliczaną za osiągnięcie pożądanej akcji, np. wejście na stronę czy wypełnienie formularza. Ze względu na model rozliczenia, dużą rolę reklamy wideo oraz rozproszenie wydawców najbardziej podatny na nadużycia jest programmatic – kanał generujący w 2017 r. wydatki reklamowe o wartości ponad 560 mln złotych, co stanowi 28% całościowego budżetu na reklamę display w Polsce[1].

„Ad fraudy” są nową formą globalnej cyberprzestępczości – dodaje Artur Zawadzki. – Reklamodawcy są ofiarami wyłudzeń na skalę miliardów dolarów rocznie. Według analityków z firmy Forrester w 2016 r. „ad fraudy” kosztowały reklamodawców 7,4 mld dolarów. O ile nie zostaną podjęte żadne regulacje rynkowe, ta liczba ma wzrosnąć do blisko 11 mld dolarów do 2021 r.

Problem ad fraudów dotyczy także branży mobilnej. Na początku tego roku, w wyniku śledztwa przeprowadzonego przez BuzzFeed odkryto sieć aplikacji, których użytkownicy byli potajemnie śledzeni, a ich aktywność w aplikacjach została następnie skopiowana i wykorzystana do stworzenia fałszywego ruchu, zdolnego ominąć najważniejsze systemy do wykrywania „ad fraudów”. Zidentyfikowane aplikacje zostały zainstalowane na telefonach z Androidem ponad 115 milionów razy. Jak podał BuzzFeed, były wśród nich również aplikacje adresowane do dzieci[2].

W przypadku branży mobilnej problem „ad fraudów” dotyczy nie tylko emisji reklam, ale i instalacji aplikacji. Według szacunków firmy AppsFlyer, tylko w pierwszym kwartale 2018 r. marketerzy aplikacji mobilnych mieli do czynienia z oszustwami reklamowymi o wartości od 700 do 800 milionów dolarów, co stanowi wzrost o 30% w porównaniu do średniej kwartalnej za 2017 r. Wnioski z badanej próby 2500 aplikacji są następujące – „nieuczciwe” instalacje stanowią 11% wszystkich płatnych instalacji, w przypadku niektórych aplikacji udział „ad fraudów” przekracza czasem 30%, branże najbardziej podatne na tego typu nadużycia to m-commerce i branża finansowa. To tu za akcje użytkownika płaci się najwięcej, więc i pokusa ze strony oszustów jest największa.

Problemu „ad fraudów” z racji skali, kosztów, a także kwestii bezpieczeństwa danych użytkowników nie można lekceważyć – podkreśla Artur Zawadzki.  – To jest jednak bardzo ciężka walka z przeciwnikiem, który cały czas doskonali technologię i działa na masową skalę. Co może pomóc? Współpraca z zaufanymi partnerami i oprogramowanie, które tego typu działania wykrywa. W taką właśnie autorską technologię, wykorzystującą ogromne bazy danych i uczenie maszynowe inwestujemy w ramach Just Run App. Analizując dane pochodzące z naszej własnej sieci Mobigate oraz z sieci programatycznych widzimy różnice w zachowaniach użytkowników. Śledzimy tu pewne statystyczne rozkłady związane z używanymi urządzeniami, oprogramowaniem czy lokalizacją. Danych, które mogą pomóc, jest naprawdę dużo: IP, model urządzenia, wspomniana już lokalizacja, sieć z której korzysta instalujący aplikację, rozkład godzinowy instalacji, czas między kliknięciem a instalacją, ustawienia językowe, brak lub niezgodne ID. W przypadku poszczególnych kampanii mają one różną wagę, ale mając odpowiednią ilość danych nasze narzędzia wykorzystujące metody machine learning czy artificial intelligence są w stanie wyłapywać coraz więcej anomalii.

[1] Według szacunków Grupy Roboczej Programmatic przy IAB Polska, opartych na danych IHS oraz IAB Polska/ PwC AdE.

[2] https://www.buzzfeednews.com/article/craigsilverman/how-a-massive-ad-fraud-scheme-exploited-android-phones-to

Produkcja rośnie, ale spowolnienie puka do drzwi

Ważne dla firm: Spowolnienie gospodarcze w Europie Zachodniej zaczyna powoli docierać do polskich przedsiębiorstw, ale na razie ma wyjątkowo łagodny przebieg

Październik przyniósł dalszy wzrost produkcji sprzedanej przemysłu. Dynamika w ujęciu rocznym (w cenach stałych) wyniosła 7,4% i 9,9% w ujęciu miesięcznym. Po wyeliminowaniu czynników sezonowych i kalendarzowych skorygowane wielkości wyniosły odpowiednio 5,0% r/r i 1,2% m/m. Jest to wyraźnie wolniejszy wzrost niż przed rokiem (12,3%). Oznacza to, że choć przemysł spowalnia w skali roku, słabszy wrześniowy wynik, był raczej chwilową zadyszką.

Przetwórstwo przemysłowe odnotowało roczną dynamikę wzrostu nieznacznie poniżej średniej (7,3%). Produkcja sprzedana w przetwórstwie rosła wolniej niż wytwarzanie i zaopatrywanie w energię (11,5%) czy dostawa wody i gospodarowanie odpadami (8,6%).

Wzrost sprzedanej produkcji na przestrzeni roku w przetwórstwie przemysłowym objął 95,9% gałęzi, chociaż przy dużym zróżnicowaniu dynamik: najwyższa dla urządzeń elektrycznych (19,5%), podczas gdy 9,1% w przypadku pojazdów samochodowych i 8,1% – maszyn i urządzeń.

Produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 22,4% r/r. To więcej niż przed rokiem (20,2%) oraz przed miesiącem (7,8%), ale korekta o liczbę dni roboczych już studzi entuzjazm: odpowiednio 19,6% r/r oraz -0,5% m/m. Ujawnia się pewna ciekawa zależność: budowa budynków miała silny wkład do dynamiki produkcji budowlano-montażowej w horyzoncie rocznym, ale już nie miesięcznym (pomimo dobrych warunków atmosferycznych).

Można przypuszczać, że fala spowolnienia w Europie Zachodniej zaczyna wpływać na oczekiwania polskich przedsiębiorców. Jak na razie, to spowolnienie przyjmuje jednak łagodne oblicze.

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Coraz chętniej ulegamy pokusom Black Friday i Cyber Monday

Black Friday, Cyber Monday oraz zakupy świąteczne stanowią dla detalistów i producentów ostatnią prostą w handlowym maratonie roku. Ze względu na rosnący udział zakupów dokonywanych za pomocą urządzeń mobilnych na tym etapie istotną rolę odegra kanał sprzedaży online, z każdym rokiem coraz ważniejszy element w strategii omnichannel.

W Polsce widać już pierwsze efekty tego typu działań marketingowych. Obecnie już 60 proc. polskich konsumentów twierdzi, że spotkało się wcześniej z określeniem Black Friday czy Czarny Piątek. To znaczny wzrost w porównaniu z ubiegłorocznymi deklaracjami, kiedy znajomość tego pojęcia deklarowało zaledwie 30 proc. Polaków. Stąd też niemal 30 proc. z nich planuje skorzystać w tym roku z wyprzedaży z okazji zbliżającego się Czarnego Piątku. To wzrost o 6 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Inne zmiany zachodzące w postawach konsumentów także zdecydują o skali sukcesu tych okresowych działań promocyjnych handlowców. W badaniu GfK Consumer Life obserwowany jest spadek odsetka konsumentów, którzy deklarują, iż cena jest najważniejszym czynnikiem ich decyzji zakupowych (56 proc. w 2017 wobec 59 proc. w 2015 roku). Ponad dwie trzecie z nich przyznaje, że jakość można przedkładać nad ilość, tzn. posiadanie gorszych produktów, nawet w większej ilości, można zrekompensować posiadaniem mniejszej ich ilości, ale w lepszym gatunku.

Co więcej obecnie niemal 70 proc. konsumentów uważa, że doświadczenie jest ważniejsze niż posiadanie. Gotowość do zapłaty za jakość nie oznacza jednak, iż „polowanie” na okazje przestaje być atrakcyjnym zajęciem. Dwie trzecie polskich konsumentów odczuwa satysfakcję trafiając w sklepie na dobrą promocję. Ponadto połowa przyznaje, że lubi kupować najnowszą lub nowszą wersję produktu, który już posiadają. To wzrost o 5 pp. w porównaniu z rokiem 2015.

Gdyby polscy nabywcy mieli skorzystać z wyprzedaży, najbardziej atrakcyjne byłyby dla nich promocje na odzież, buty i bieliznę (51 proc. wskazań, o 5 pp. więcej r/r.), artykuły wyposażenia mieszkania i sprzęt AGD (38 proc.; wzrost o 7 pp.) oraz sprzęt RTV i elektronikę użytkową (37 proc.; wynik bez zmian).

Przemysław Dwojak, Senior Director w dziale Sales Effectiveness, komentuje: „Detaliści i producenci powinni wykorzystywać rosnący zapał konsumentów do poszukiwania doświadczeń. Wraz z rozwojem kanału e-commerce, wzmocnienie obszaru doświadczeń staje się coraz bardziej istotne dla utrzymania znaczenia sklepów stacjonarnych. Akcje promocyjne, jak Black Friday czy Cyber Monday, wpływają na zmianę tradycyjnej sezonowości i koncentracji sprzedaży. W skali całego świata odgrywają coraz większą rolę w handlu, najsilniej oddziałując przede wszystkim na rynki dóbr technologicznych. Dlatego dla detalistów i producentów tak istotne jest dobre zaplanowanie i skuteczne przeprowadzenie działań związanych z tego rodzaju wydarzeniami. Znaczące obniżki są kluczem do sukcesu kampanii promocyjnych. Jednak wymaga to od producentów ostrożności, aby uczestnictwo w tego typu akcjach nie wiązało się z obniżaniem marży ponad to, co konieczne.”

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z:

  1. Badania własnego przeprowadzonego metodą omnibus (wywiady face-to-face CAPI), zrealizowanego w dniach 2-10 listopada 2018 roku na reprezentatywnej, ogólnopolskiej, losowej próbie Polaków N=1000 w wieku powyżej 15 roku życia.
  2. Badania GfK Consumer Life przeprowadzonego na próbie 26 000 konsumentów w wieku 15+ w 21 krajach.

Alior Bank obchodzi 10-lecie działalności

Kiedyś jeden z pierwszych finansowych startupów, dziś dynamicznie rozwijający się bank uniwersalny. Alior Bank, który przoduje na rynku pod względem jakości bankowości tradycyjnej, a jednocześnie wyznacza trendy w usługach finansowych online, jest na rynku już 10 lat. Przypominamy początki działania polskiej firmy, która odważnie weszła na bankowy rynek w czasach kryzysu i szybko zdobyła znaczną jego część. Wyjaśniamy dlaczego w logo Alior Banku znajduje się anioł, skąd wzięły się meloniki i co dla banku oznacza „wyższa kultura”.

10 lat Alior BankuAlior Bank to bank uniwersalny, którego usługi skierowane są zarówno do klientów indywidualnych, jak i biznesowych. W swojej działalności łączy zasady tradycyjnej bankowości z innowacyjnymi rozwiązaniami, dzięki którym wyznacza nowe trendy w usługach finansowych i systematycznie wzmacnia swoją pozycję rynkową. Tę zawdzięcza czwartej co do wielkości sieci dystrybucji w kraju, nowoczesnej bankowości internetowej i mobilnej, wysokiej jakości usługom, a także nieustannie wzbogacanej ofercie produktów.

Pomimo upływu czasu, duch innowacyjności i swoista startupowość ciągle stanowią o kulturze Alior Banku. Jesteśmy Cyfrowym Buntownikiem, co oznacza, że chcemy służyć jak najlepiej klientom w sposób bezpieczny i przyjazny, wykorzystując dostępne technologie, najnowsze osiągnięcia i trendy. Będziemy ciągle dopasowywać nasze produkty i usługi do zmieniających się potrzeb klientów, a także rozwijać innowacje, również w oparciu o partnerstwa. Wierzę, że dzięki dużej elastyczności i bardzo dobrej współpracy „biznesu” z IT, będziemy w stanie sprawnie i szybko wdrożyć nowatorskie rozwiązania – wyjaśnia Krzysztof Bachta, wiceprezes zarządu kierujący pracami zarządu Alior Banku.

Skok na głęboką wodę

Idea Alior Banku powstała w 2007 r. i szybko weszła w życie, przekładając się na konkretny biznesplan.  Pomysłodawcą i założycielem instytucji był Wojciech Sobieraj, który kierował bankiem od początku istnienia do czerwca 2017 r. Koncepcja nowego banku zakładała maksymalne wykorzystanie potencjału polskiego rynku, wynikającego z: przedsiębiorczej populacji (prawie 4 miliony przedsiębiorstw) dobrze znającej technologię informatyczną (5. miejsce w Europie pod względem liczby użytkowników portalu Facebook), zdominowania polskiego sektora bankowego przez banki o przestarzałych modelach działalności, gdzie na innowacje kładziono niewielki nacisk lub przez banki kontrolowane przez zagraniczne podmioty, w których decyzje strategiczne podejmowane były głównie poza Polską.

Po pozyskaniu inwestora – Grupy Carlo Tassara – gotowego do wniesienia kapitału w wysokości 1,5 mld zł na założenie banku, powołano zespół doświadczonych na polskim rynku menedżerów i rozpoczęto opracowywanie szczegółowej strategii dla nowej instytucji. Alior Bank rozpoczął działalność 17 listopada 2008 r. z 40 oddziałami i tysiącem pracowników.

Alior Bank jako pierwszy w kraju, już na starcie działalności, zaoferował klientom m.in. konta osobiste z bezpłatnym dostępem do bankomatów w Polsce i na świecie oraz lokatami overnight. Z kolei małym i średnim firmom udostępnił rachunek zarabiający (klient otrzymywał wynagrodzenie, jeżeli średnie saldo na rachunku przekroczyło określony próg), a także zintegrowane rachunki – bieżący i maklerski. Menedżerowie Alior Banku od początku stawiali na awangardowe rozwiązania i angażowali w ich inicjowanie i rozwój wszystkich pracowników. Tak powstał nieformalny „Klub Google” (później Innovation Lab) pracujący nad innowacjami i czerpiąc pomysły z zagranicy. Starania szybko się opłaciły i Alior Bank został dostrzeżony przez rynek. W latach 2009 i 2010 zwyciężył w kilku kategoriach rankingu Przyjazny Bank Newsweeka.

– Początki pracy nie były zbyt komfortowe, tym większy uśmiech pojawia się na twarzy, gdy wraca się do nich teraz myślami. Pracowaliśmy na krzesłach samodzielnie kupionych w IKEA, a główną salą spotkań była kawiarnia Coffe Heaven na dole budynku Equator przy Al. Jerozolimskich w Warszawie. Nie przeszkadzało nam to jednak w tworzeniu zupełnie nowatorskiej na tamte czasy oferty, kopiowanej przez konkurencję, na którą składało się konto z możliwością darmowych opłat za rachunki w kasie banku, bezpłatne wypłaty
z bankomatów czy gwarancja najniższej raty pożyczki –
wspominają pracownicy warszawskiej centrali Alior Banku.

Wyróżnij się, albo zgiń

Alior Bank w swoim logotypie umieścił anioła, symbolizującego ochronę i bezpieczeństwo.
Kompozycja z dwóch kwadratów, odzwierciedla doskonałość, zaufanie, solidność oraz partnerskie relacje pomiędzy klientami i bankiem. Rycina przedstawiająca anioła stylizowana jest na tradycyjny miedzioryt. Nawiązuje do grafiki banknotów, papierów wartościowych, komunikując wiarygodność. Za sprawą geometrycznego kształtu logo ma nowoczesny charakter, a elegancka czcionka sprawia, że jest ponadczasowe. Kolorystyka logo oparta jest na dwóch kolorach: złoto-żółtym oraz burgundzie. Złoto-żółta barwa symbolizuje słońce, dobrobyt, natomiast burgund doświadczenie i pewność – tłumaczy Michał Wójcik, dyrektor Departamentu Marketingu i PR Alior Banku.

Wojciech Sobieraj – Prezes Zarządu Alior Banku
Wojciech Sobieraj

Ówczesny prezes Alior Banku – Wojciech Sobieraj chciał, by jego firma była konkurencyjna na trzech polach. Po pierwsze, aby oferowała szerokiej grupie odbiorców usługi dostępne dotychczas wyłącznie dla nielicznych wybranych klientów. Po drugie, aby usługi były przystępne cenowo, a klienci płacili za rzeczywistą wartość dodaną, nie za coś co jest powszechnie dostępne. Po trzecie, aby byli zadowoleni z wysokiej jakości obsługi i kompetencji bankierów. Działania marketingowe Alior Bank rozpoczął od akcji pod hasłem „Zbuduj z nami nowy bank”. Blisko 60 tys. osób wyraziło swoje opinie dotyczące godzin pracy placówek, systemu obsługi klienta czy produktów i usług podczas spotkań, które bank przeprowadzał ze społecznościami lokalnymi w całej Polsce lub biorąc udział w internetowej akcji.

aliorBank od początku istnienia konsekwentnie komunikuje się w mediach, wykorzystując w swoich kampaniach „Bankowców w melonikach”. – Melonik symbolizuje klasę i wysoki poziom. Budzi skojarzenia ze stylem i najlepszymi tradycjami. „Bankowcy w melonikach” proponują powrót do świata fundamentalnych, racjonalnych reguł, którymi kiedyś szczyciła się bankowość – wyjaśnia Michał Wójcik. Alior Bank wystartował w 2008 roku z dwoma spotami telewizyjnymi. W pierwszym „Melonikowcy” trzymali w ręku parasole – symbol ochrony – które pomagały im w bezpiecznym lądowaniu z nieba. Po wylądowaniu podążali w kierunku placu, na którym wszyscy wspólnie budowali nowy solidny bank. Drugi spot, w którym bankier w meloniku przechadzał się po kuli ziemskiej, promował konto osobiste. – Hasło Alior Banku „Wyższa kultura bankowości” (zmienione w 2017 roku na: Wyższa Kultura. Bank Nowości) odwołuje się do „nowego ładu finansowego”, przechodzenia od trudnego dla klientów świata liczb, analiz, procentów – do świata idei i form związanych z pieniędzmi. Słowo „wyższa” kojarzy się z pojęciami o podobnej konstrukcji np. wyższe wykształcenie, wskazującymi na jakość – wspomina dyrektor marketingu. Alior Bank i agencja reklamowa PZL zostały nagrodzone Grand Prix EFFIE 2009 oraz Złotym EFFIE w kategorii „Launch” za kampanię reklamową wprowadzającą na rynek markę Alior Bank.

Wiatr w żagle

W 2011 r. Alior Bank wprowadził do oferty usługę Rachunki bez Opłat, która pozwalała na regulowanie opłat za comiesięczne rachunki w oddziałach banku bez prowizji. Inicjatywa ta znacząco przyczyniła się do pozyskania nowych klientów. Bank udostępnił też pierwszy na rynku bankowy Kantor Walutowy online oraz rozwiązania z zakresu asset management.

W ciągu zaledwie czterech lat działalności Alior Bank zbudował jedną z największych sieci dystrybucji w Polsce pod względem liczby placówek – na koniec września 2012 r. było ich już ponad 680. Bank postawił także na rozwój zdalnych kanałów, obejmujących bankowość online i mobilną, bankowość wirtualną, centra obsługi telefonicznej. Uruchomiony w czerwcu 2012 r. wirtualny oddział Alior Banku, który działał pod marką Alior Sync, był pierwszym w Polsce bankiem internetowym nowej generacji i prawdziwym przełomem na rynku usług finansowych. W Alior Sync można było bowiem załatwić online wszystkie te sprawy, które dotychczas realizowane były tylko w sposób tradycyjny. Za to rozwiązanie Alior Bank otrzymał nagrodę BAI – Global Banking Innovation Award w kategorii Discruptive Innovation. W maju 2014 r. markę Alior Sync zastąpiła marka T-Mobile Usługi Bankowe. To efekt strategicznego partnerstwa banku i operatora komórkowego T-Mobile.

14 grudnia 2012 r. Alior Bank zadebiutował na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, przeprowadzając największą ofertę publiczną prywatnej spółki w historii GPW o łącznej wartości 2,1 mld zł. W 2015 r. Grupa PZU zakupiła 25% kapitału zakładowego banku. W tym samym roku nastąpiła fuzja Alior Banku z Meritum Bankiem, w kolejnym do Alior Banku włączono wydzieloną część Banku BPH SA.

Alior Bank dziś

Obecnie bankiem kieruje Krzysztof Bachta, który do niedawna pełnił funkcję dyrektora zarządzającego ds. strategii i rozwoju w Grupie PZU. Alior Bankowi zaufało już ponad 4 mln klientów, może pochwalić się 864 placówkami własnymi i partnerskimi w całej Polsce. Jego bogata oferta dla biznesu przyciągnęła już 180 tys. firm. Bank zatrudnia ponad 8 tys. pracowników. Alior Bank działa wg strategii „Cyfrowego buntownika” na lata 2017-2020, która zakłada m.in. poprawę wskaźników finansowych i dynamiczny rozwój technologiczny. W zeszłym roku bank zmienił hasło na „Wyższa kultura. Bank nowości”, które podkreśla skupienie banku na kanałach cyfrowych i tzw. daily bankingu. Zmieniła się też komunikacja „Melonikowca” jako człowieka stojącego za cyfrową rewolucją.

Krzysztof Bachta
Krzysztof Bachta

W tegorocznej edycji konkursu EFMA Distribution & Marketing Innovation Awards, Alior Bank zdobył złoto w kategorii “Offering Innovation” za Konto Jakże Osobiste. Zajął też pierwsze miejsca w rankingach Forbesa zdobywając tytuły: Bank przyjazny firmie oraz Bank rekomendowany firmie. Może poszczycić się również mianem Przyjaznego banku „Newsweeka”, gdzie w rankingu zdeklasował konkurencję w dwóch kluczowych dla siebie kategoriach – Bankowość tradycyjna i Bankowość internetowa.

Bitcoin leci na dno. Cena spada do granicy 4 tys. dolarów

Cena bitcoina spada do granicy 4 tys. dolarów. To najniższy poziom od października 2017 r. Jeszcze tydzień temu najpopularniejsza kryptowaluta kosztowała o 35 proc. więcej. Przeceny nie wywołał jeden czynnik, nałożyło się ich przynajmniej kilka – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Jakkolwiek spojrzeć na tegoroczny spadek kryptowalut, liczby robią wrażenie. Wartość całego rynku zmniejszyła się o ok. 650 mld dolarów (z blisko 800 do zaledwie 145 mld dol.). Sam bitcoin w swoim szczycie był wart niemal pięciokrotnie więcej niż dziś, a ethereum, trzecia co do wielkości kryptowaluta, nawet dziesięciokrotnie.

Ogromne spadki zbiegły się w czasie z tzw. hard forkiem bitcoina casha, czyli wprowadzeniem nowego oprogramowania, które de facto powoduje podzielenie kryptowaluty na dwie. Taki zabieg to zwykle duży element niepewności, dlatego jeszcze przed zaplanowanym na 15 listopada podziałem część uczestników rynku wolała się zabezpieczyć i ograniczyć kryptowalutowe inwestycje.

Od kilku miesięcy kryptowalutom ciąży także widmo pozwów sądowych, które SEC (amerykański odpowiednik KNF) rzekomo przygotowuje przeciw wielu podmiotom związanym przede wszystkim z ICO, tj. ofertą publiczną kryptomonet. W miniony piątek, dzień po wspomnianym “hard forku”, SEC ogłosił, że firmy Airfox i Paragon Coin. Inc. będą musiały zapłacić po 250 tys. dol. kompensacji inwestorom za niezarejestrowanie swoich ICO jako papierów wartościowych. Będą ponadto musiały zarejestrować swoje tokeny (z ICO) jako papiery wartościowe.

Rejestracja oznacza większe restrykcje, których wcześniej ICO było praktycznie pozbawione. Zwiększyły się obecnie szanse, że SEC szykuje kolejne kary i w praktyce zwiąże ręce następnym podmiotom. Część inwestorów i podmiotów, by uprzedzić ten ruch,  również prawdopodobnie zmniejsza swoją ekspozycję na kryptowaluty, co dodatkowo wzmaga falę wyprzedaży.

Choć wydaje się, że “hard fork”, wyroki SEC i pozbywanie się w szybkim tempie kryptowalut w związku z ICO to główne powody obecnej wyprzedaży, nie należy zapominać, że już przez ostatnie dwa miesiące cały rynek znajdował się blisko najniższych poziomów od listopada ub.r. Okres niskich, ale stabilnych notowań, został brutalnie zakończony, nałożeniem się negatywnych czynników i przebiciem kolejnych psychologicznych barier (najpierw 6 tys., a potem 5 tys. dol.), co jeszcze bardziej przyspieszyło przecenę.

Wysoka zmienność, z jakiej znane są kryptowaluty, powróciła, przynajmniej na najbliższe tygodnie. Choć możemy, i najprawdopodobniej będziemy, w pewnym momencie obserwować odreagowanie i wzrosty cen, spekulacyjny charakter tych ruchów powoduje, że cena bitcoina w ciągu tygodnia może wynieść 3 tys. dol., ale równie dobrze wrócić do 6 tys. Tu warto jednak przypomnieć, że w połowie lipca ub.r. bitcoin kosztował poniżej 2 tys. dol. Zatem potencjał spadkowy jest jeszcze duży.

Czy przyszłość komunikacji miejskiej to… powrót do przeszłości?

Czasem zrównoważony rozwój nie wymaga opracowania nowych technologii, lecz raczej powrotu dobrych rozwiązań istniejących od dawna. W ostatnich latach coraz więcej miast wspiera niskoemisyjne środki transportu, dlatego rośnie popularność tramwajów i trolejbusów.

Lublin, Niepołomice, Olsztyn i Wągrowiec – te miasta zostały nagrodzone lub wyróżnione w konkursie ECO-MIASTO 2018 za rozwijanie zrównoważonej mobilności. Nagrodą dla laureatów, Lublina i Niepołomic, są testy Renault ZOE przez okres jednego miesiąca. Organizatorami projektu ECO-MIASTO są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa. ECO-MIASTO jest realizowane we współpracy z Renault Polska, SAUR Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, Dalkią i TIRU, a także WSPÓLNIE – Fundacją LafargeHolcim.

Powrót tramwajów

Olsztyn tramwaj Zwrot ku tramwajom to trend widoczny na całym świecie. W drugiej połowie XX wieku w wielu europejskich i amerykańskich miastach zrezygnowano z tego środka transportu na rzecz autobusów oraz prywatnych samochodów, ale w ostatnich latach coraz większą wagę przywiązuje się do rozwoju zrównoważonej mobilności. Zaletą tramwajów jest w pełni elektryczny napęd, zerowa emisja spalin, a w wielu miastach również zupełnie odrębna infrastruktura, dzięki czemu te pojazdy nie stoją w korkach. Nowoczesne, klimatyzowane i niskopodłogowe wagony zapewniają wysoki komfort podróżowania. Dlatego tramwaje wróciły m.in. do Bordeaux, Edynburga, Paryża czy Waszyngtonu.

Olsztyn to jedno z wielu miast o podobnej historii, choć jedyne takie w Polsce. W latach 60. zlikwidowano miejscową trakcję tramwajową, ale w XXI wieku pojawił się pomysł jej przywrócenia. Ostatecznie tramwaje wróciły do miasta pod koniec 2015 r. Obecnie mieszkańcy mogą korzystać z trzech linii, a planach są kolejne dwie oraz zakup nowych wagonów. Za reaktywację i rozwój komunikacji tramwajowej Olsztyn został wyróżniony w konkursie ECO-MIASTO 2018.

Nowe odcinki i zielone torowiska

Olsztyn tramwajW wielu polskich miastach sieć tramwajowa jest wykorzystywana od kilkudziesięciu lat, a nawet od końca XIX stulecia. W XXI wieku, m.in. dzięki dofinansowaniom z Unii Europejskiej, szereg ośrodków miejskich nie tylko nie rezygnuje z tego środka transportu, lecz go rozwija – wśród miast rozbudowujących sieć tramwajową można wymienić Bydgoszcz, Częstochowę, Elbląg, Gdańsk, Kraków, Łódź, Poznań, Szczecin, Toruń, Warszawę czy Wrocław.

Nowym pomysłem nie są również zielone torowiska, które ostatnio zyskują na popularności. Sam pomysł pojawił się jeszcze na początku XX w., a na zachodzie Europy upowszechnił się w latach 80. Zalety takiego rozwiązania to redukcja hałasu związanego z ruchem tramwajowym oraz pochłanianie zanieczyszczeń, a także walory estetyczne. Obecnie po torowiskach pokrytych zielenią jeżdżą tramwaje m.in. w aglomeracji górnośląskiej, Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu, WarszawieWrocławiu.

Trolejbusy – relikt przeszłości czy ekologiczna alternatywa dla autobusów?

Lublin trolejbusW przeszłości trolejbusy wykorzystywano w wielu miastach w Europie i na świecie. Stopniowo z nich rezygnowano, kiedy pojawiły się nowoczesne autobusy, które uznano za bardziej uniwersalny środek transportu – nie wymagały one bowiem budowy specjalnej sieci trakcyjnej. Jeszcze do 1995 r. trolejbusy jeździły np. po Warszawie, ale ostatecznie sieć zlikwidowano.

Wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej miasta szukają alternatyw dla autobusów z silnikami diesla. Obecnie w użyciu są już autobusy elektryczne, ale trolejbusy mają nad nimi pewną przewagę – nie wymagają kilkugodzinnego ładowania baterii. W dodatku to właśnie przez drogi akumulator koszt zakupu elektrycznego autobusu bywa dużo wyższy niż w przypadku trolejbusu. W porównaniu do tramwajów trolejbusy są zaś nieco cichsze, a niezbędna infrastruktura – mniej kosztowna. Mogą też one pokonywać bardziej strome wzniesienia.

Obok Gdyni i Tych jednym z trzech ośrodków miejskich w Polsce wykorzystujących współcześnie transport trolejbusowy jest Lublin. Dzięki temu udział taboru niskoemisyjnego we flocie transportu publicznego osiągnął już 30%, a w planach jest osiągnięcie 50%. Lublin otrzymał tytuł laureata konkursu ECO-MIASTO 2018 w kategorii mobilność zrównoważona.

Trolejbus i autobus w jednym

W Gdyni niedawno pojawiły się pojazdy, które łączą zalety trolejbusów i autobusów elektrycznych. Są to trolejbusy, które zostały wyposażone w baterie. Pozwala im to przejechać nawet 30 km bez sieci trakcyjnej. Już od października takie trolejbusy umożliwiają dojazd do Ergo Areny na pograniczu Sopotu i Gdańska, a w planach są kolejne połączenia.

CFO czują zaostrzenie polityki podatkowej

Aż 72 proc. badanych dyrektorów finansowych w Polsce zauważa bardziej restrykcyjną praktykę fiskusa w ostatnim roku. Spada też przyzwolenie CFO dla działań Ministerstwa Finansów.

Ostatnie lata to czas silnych zmian w polskim systemie podatkowym. Ministerstwo Finansów stale wprowadza zmiany i regulacje dotyczące podatków, które są coraz bardziej uciążliwe dla polskich podatników. Firma audytorsko-doradcza Grant Thornton i towarzystwo ubezpieczeniowe Euler Hermes drugi rok z rzędu sprawdziły, jak te zmiany są odbierane przez dyrektorów finansowych firm działających w Polsce.

Z badania zaprezentowanego w raporcie „CFO czują dokręcenie fiskalnej śruby” wynika, że znaczna większość badanych (72 proc.) silnie odczuwa zaostrzenie się praktyki podatkowej MF. Jest to o 29 pkt proc. więcej niż w ubiegłorocznej edycji badania. Z kolei już tylko 27 proc. dyrektorów finansowych nie zauważa zmian w podatkach – w zeszłym roku takich odpowiedzi było aż 57 proc. Co ciekawe, w tym roku 1 proc. badanych uważa, że polityka podatkowa urzędów skarbowych uległa złagodnieniu (w poprzednim badaniu nie było ani jednej takiej odpowiedzi).

Wykres. Jak z Pana(-i) perspektywy zmieniła się praktyka podatkowa urzędów skarbowych wobec przedsiębiorstw w ostatnich 12 miesiącach?

perspektywy zmieniła się praktyka podatkowa urzędów skarbowych wobec przedsiębiorstw w ostatnich 12 miesiącach
Źródło: Badanie Grant Thornton i Euler Hermes przeprowadzone wśród 200 dyrektorów finansowych działających w Polsce firm.

Na pytanie o obszary, w których odczuwalne są najsilniejsze zmiany, 61 proc. dyrektorów finansowych wskazało zmiany w wymaganiach sprawozdawczych wobec podatników, 66 proc. zaostrzenie przepisów podatkowych, a 30 proc. uważa, że decyzje urzędów są wydawane na korzyść firmy rzadziej niż dotąd (w zeszłym roku było to odpowiednio 63 proc., 66 proc. i 15 proc.). W tegorocznej edycji badania ankietowani w znacznie mniejszym stopniu niż w roku ubiegłym uważają, że „kontrole skarbowe są bardziej szczegółowe niż dotychczas” (26 proc. odpowiedzi wobec 45 proc. w zeszłym roku) oraz że są „częstsze niż dotychczas” (29 proc. wobec 49 proc. rok temu).

Wydaje się, że pogorszenie się nastrojów CFO jest podyktowane głównie ostatnimi zmianami prawa podatkowego. Wprowadzenie szeregu mechanizmów, które mają zapobiegać unikaniu opodatkowania, jest odbierane negatywnie – podatnicy mogą czuć obawę, że ich działania biznesowe zostaną zakwalifikowane jako niezgodna z prawem optymalizacja podatkowa – mówi Dariusz Gałązka, Partner w Grant Thornton. Co prawda, w firmach spada liczba prowadzonych kontroli. Z naszych doświadczeń wynika jednak, że jednocześnie organy podatkowe w trakcie kontroli mają coraz więcej zastrzeżeń. Nie chodzi tu już tylko o oczywiste błędy podatników czy naruszenia przez nich przepisów prawa, ale często organy doszukują się nieprawidłowości tam, gdzie one nie występują – dodaje.

Zmiany w polityce podatkowej wprowadzane przez MF mają na celu uszczelnienie systemu podatkowego. Badani CFO zapytani o skuteczność tworzonych regulacji w większości (65 proc. respondentów) popierają działania MF oraz uważają, że przyczynią się one do uszczelniania systemu podatkowego. Jednak w porównaniu do zeszłorocznego badania poparcie dla działań MF wyraźnie spadło. Pozytywnych odpowiedzi jest o 17 pkt proc. mniej niż w zeszłym roku, natomiast znacznie wzrósł odsetek CFO opowiadających się przeciwko zmianom w polityce podatkowej – obecnie już 35 proc. ankietowanych uważa, że wprowadzane regulacje nie przyczynią się do uszczelniania systemu podatkowego (wzrost z 18 proc. w zeszłym roku).

Wyniki badania sugerują też, że CFO czują się coraz bardziej zaniepokojeni zaostrzającą się polityką fiskalną państwa. Już 58 proc. ankietowanych uważa, że działania MF utrudnią działalność ich firm. Jest to wynik niemal o połowę wyższy niż w zeszłym rokiem, w którym takich odpowiedzi było tylko 32 proc. Znacznie mniej dyrektorów finansowych (37proc. w stosunku do 66 proc. w zeszłym roku) twierdzi, że wprowadzane przez MF zmiany w polityce podatkowej nie mają wpływu na działalność ich firm. Co ciekawe, nieco wzrósł procent odpowiedzi deklarujących, że wprowadzane regulacje ułatwią działalność ich przedsiębiorstw – z 2 proc. w zeszłym roku, do 5 proc. w tym roku.

Przeprowadzone badanie ponownie wyraźnie pokazuje, jak istotny element wśród zadań dyrektorów finansowych stanowią podatki oraz ich zmiany. Utrzymujący się i umacniany kierunek zmian podatkowych zdecydowanie nie sprzyja elastyczności prowadzenia działalności gospodarczej. Zapowiadane ostatnio „szczególna opieka podatkowa” wybranych branż budzi kolejne obawy. Wykazane w poprzednim roku zrozumienie dla wprowadzanych zmian słabnie, co nie może dziwić w świetle pożądanej przez przedsiębiorców stabilności otoczenia prawno-podatkowego. Dodatkowe nakłady pracy wymagane dla spełnienia nowych wymogów nie przekładają się ostatecznie na poprawę rentowności działalności – uważa Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu, Euler Hermes.

Upadłość konsumencka byłych przedsiębiorców

Były przedsiębiorca może zostać oddłużony pomimo posiadania długów w związku z wcześniej prowadzoną działalnością gospodarczą. Sporządzenie skutecznego wniosku o ogłoszenie upadłości jest znacznie trudniejsze wobec byłego przedsiębiorcy niż wobec konsumenta, który takiej działalności wcześniej nie prowadził. Wniosek taki wymaga bowiem głębszego uzasadnienia i właściwego opisania postępowania przedsiębiorcy jako osoby niewypłacalnej. W trakcie postępowania w przedmiocie ogłoszenia upadłości sąd zbada nie tylko aktualne istnienie stanu niewypłacalności dłużnika, ale także to, czy dłużnik, mając taki obowiązek, złożył wniosek o upadłość jako przedsiębiorca.

Sprzyjające nowelizacje przepisów upadłościowych

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ostatnie dwie duże nowelizacje ustawy Prawo upadłościowe i naprawcze (obecnie Prawo upadłościowe, dalej pu) dokonane w latach 2014 i 2015 przyniosły szereg istotnych zmian w przepisach dotyczących postępowania upadłościowego prowadzonego wobec osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej, czyli tzw. upadłości konsumenckiej. Zmienione tymi nowelizacjami przepisy nakazują takie prowadzenie postępowań upadłościowych wobec konsumentów, które umożliwi umorzenie zobowiązań upadłego niewykonanych w trakcie postępowania upadłościowego, a dopiero w drugiej kolejności – jeśli jest to możliwe – nakazują zaspokojenie roszczeń wierzycieli w jak najwyższym stopniu. Odmienny jest zatem cel prowadzenia postępowań upadłościowych względem konsumentów od postępowań prowadzonych względem przedsiębiorców (m.in. osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, wspólników osobowych spółek handlowych ponoszących odpowiedzialność za zobowiązania spółki całym swoim majątkiem, czy wreszcie spółek kapitałowych). Celem nadrzędnym takich postępowań jest więc oddłużenie dłużnika, a nie zaspokojenie wierzycieli.

Brak barier czasowych na złożenie wniosku

Na gruncie aktualnie obowiązujących przepisów nie istnieją żadne bariery czasowe uniemożliwiające byłemu przedsiębiorcy złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości. Wniosek taki może złożyć nawet następnego dnia po zaprzestaniu wykonywania działalności gospodarczej i wykreśleniu jej z ewidencji działalności gospodarczej (CEIDG). Do wniosku w takim wypadku warto będzie załączyć odpowiedni dokument poświadczający, że nie jest się już przedsiębiorcą.

Upadłość byłego przedsiębiorcy na wniosek wierzyciela

Co do zasady wniosek o ogłoszenie upadłości składa dłużnik. W odniesieniu jednak do byłych przedsiębiorców oraz osób prowadzących tzw. ukrytą działalność gospodarczą ustawa dopuszcza dwa wyjątki. Wniosek o ogłoszenie upadłości byłego przedsiębiorcy, jak również wspólnika osobowej spółki handlowej, może także złożyć jego wierzyciel, o ile od dnia wykreślenia tego przedsiębiorcy z ewidencji nie upłynął rok. Wierzyciel może również złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości tzw. niezarejestrowanego przedsiębiorcy, o ile od dnia zaprzestania prowadzenia działalności nie upłynął rok. W obydwu ww. przypadkach zgodnie z treścią ustawy Prawo upadłościowe postępowania takie prowadzone są według przepisów o postępowaniu upadłościowym wobec konsumentów. W takich przypadkach nie stosuje się więc m.in. przepisów o tzw. ubóstwie masy (art. 13 ust. 1 i ust. 2 pu), czy o „wielości” wierzycieli (art. 11 ust. 1 w zw. z art. 1 ust. 1 pkt 1 pu), które stanowią najczęstsze przyczyny oddalania wniosków.

Negatywna przesłanka ogłoszenia upadłości byłego przedsiębiorcy

Z punktu widzenia byłego przedsiębiorcy, lecz również każdej innej osoby, na której ciążył obowiązek zgłoszenia w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości (mowa jest tutaj zatem o osobach wskazanych w art. 21 ust. 2 pu, które na podstawie ustawy, umowy spółki lub statutu mają prawo do prowadzenia spraw dłużnika i do jego reprezentowania), istotne jest czy mając taki obowiązek złożył on w wymaganym przepisami terminie wniosek o ogłoszenie upadłości. Sąd może bowiem oddalić wniosek o upadłość konsumencką byłego przedsiębiorcy, o ile stwierdzi, że były przedsiębiorca, pomimo zaistnienia przesłanek do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, wniosku takiego w wymaganym terminie nie złożył. Jest to jedna z negatywnych przesłanek do ogłoszenia upadłości i oddalenia przez sąd wniosku konsumenta. Co istotne, sąd upadłościowy bada tę przesłankę, cofając się aż dziesięć lat wstecz od dnia złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości. Ustawodawca nie zaopatrzył jednak przywołanej przesłanki przymiotem bezwzględności. Uznał bowiem, iż mogą ją sanować tzw. klauzule rozsądku, czyli „względy słuszności” lub „względy humanitarne”.

Długi z działalności gospodarczej

We wniosku o ogłoszenie upadłości były przedsiębiorca powinien umieścić nie tylko zobowiązania prywatne (niezwiązane z działalnością gospodarczą), lecz również długi powstałe w trakcie wcześniej prowadzonej działalności gospodarczej lub zawodowej. Celem postępowania upadłościowego prowadzonego wobec konsumenta jest bowiem jego całkowite oddłużenie, a więc umorzenie wszelkich zobowiązań bez względu na ich charakter. Badając wniosek o upadłość, sądy nie weryfikują rodzaju wskazanych tam zobowiązań. Badanie wniosku ograniczają wyłącznie do stwierdzenia faktu niewypłacalności dłużnika oraz tego, czy w chwili składania wniosku jest on osobą nieprowadzącą działalności gospodarczej.

Sąd ogłosi upadłość byłego przedsiębiorcy, o ile obie powyższe przesłanki zostaną spełnione, a ponadto nie zajdzie żadna z negatywnych przesłanek uniemożliwiających wydanie korzystnego dla dłużnika orzeczenia, w szczególności, o ile dłużnik nie doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie nie zwiększył jej stopnia umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa.

Cel postępowania upadłościowego – umorzenie długów

Postępowanie upadłościowe prowadzone wobec konsumenta (także byłego przedsiębiorcy) ma na celu jego oddłużenie. Po jego zakończeniu, co ma miejsce zazwyczaj po wykonaniu planu spłaty wierzycieli, umorzeniu podlega każde zobowiązanie pieniężne dłużnika, z wyjątkiem zobowiązań, które powstały po dacie ogłoszenia upadłości, zobowiązań alimentacyjnych, rent z tytułu odszkodowania za wywołanie choroby, niezdolności do pracy, kalectwa lub śmierci, zobowiązań z tytułu orzeczonych przez sąd kar grzywny, zobowiązań z tytułu obowiązku naprawienia szkody, z tytułu zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, zobowiązań zasądzonych tytułem nawiązki, z tytułu świadczenia pieniężnego orzeczonego przez sąd jako środek karny oraz zobowiązań z tytułu świadczenia pieniężnego orzeczonych przez sąd jako środek związany z poddaniem sprawcy próbie, a także roszczeń o naprawienie szkody wynikającej z przestępstwa lub wykroczenia stwierdzonego prawomocnym orzeczeniem sądu oraz wierzytelności, których upadły umyślnie nie ujawnił, jeżeli wierzyciel nie brał udziału w postępowaniu. Wskazany powyżej katalog wierzytelności niepodlegających w wyniku postępowania upadłościowego umorzeniu ma charakter zamknięty, zatem wszelkie pozostałe zobowiązania, w tym zobowiązania publiczno-prawne, zostaną umorzone.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nowe oczekiwania klientów odmieniają rynek

Nowe oczekiwania klientów sprawiają, że w perspektywie 5 lat rynek produktów i usług ulegnie znacznym zmianom. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Ricoh wynika, że w tym okresie 24% firm z sektora MŚP spodziewa całkowitej reorganizacji swojej oferty. Stosunek jakości do ceny (43%), więcej możliwości wyboru (42%) oraz jakość związana z samym korzystaniem z usług, w tym obsługą klienta (41%), będą kształtowały sposób w jaki funkcjonują innowacyjne firmy. 51% badanych chce wykorzystać nowe technologie by uprościć i przyśpieszyć procesy. Dzięki temu pracownicy nie będą przeciążeni np. czasochłonnymi obowiązkami administracyjnymi i będą mogli zapewnić wyższy poziom obsługi klienta.

Rośnie świadomość potencjału danych o preferencjach klienta, którymi dysponuje firma. 47% badanych planuje w większym stopniu dbać o pozyskanie i analizę informacji zwrotnych od klientów. 54% chce się skupić na rozwijaniu i pogłębianiu dotychczasowych relacji. Jedynie 32% planuje włączyć klientów i partnerów do procesu tworzenia nowych produktów i usług.

David Mills
David Mills, CEO w Ricoh Europe

„Przyszłość sektora MŚP kreuje się właśnie teraz. Firmy muszą teraz podjąć kluczowe decyzje dotyczące nowej ścieżki rozwoju.  Z pewnością największy wpływ na długoterminowy sukces firm będzie miała zdolność do szybkiego reagowania na zachodzące zmiany. Orężem w tym procesie będą nowe technologie. To dzięki nim będą mogli usprawnić funkcjonowanie firmy, przyśpieszyć prace nad nowymi produktami i zwiększyć efektywność” – powiedział David Mills, CEO w Ricoh Europe.

O badaniu

Projekt badawczy Generation Innovate zrealizowano w 23 krajach w Europie na próbie 3300 przedstawicieli kadry zarządzającej MŚP.

Dalsza przecena złotego

Awersja do ryzyka przyczynia się do utrzymania się spreadów polskich papierów nad rynkami bazowymi z dala od tegorocznych minimów. Złoty nadal tracił na wartości. Pozostając pod wpływem czynników globalnych kurs EUR/PLN wrósł do 4,335.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas poniedziałkowej sesji złoty nadal tracił na wartości. Pozostając pod wpływem wysokiej awersji do ryzyka związanej zarówno z tematem Brexitu oraz włoskiego budżetu, ale też utrzymującego konfliktu pomiędzy USA a Chinami, jeszcze podczas sesji europejskiej notowania EUR/PLN zaatakowały opór na poziomie 4,332. Theresa May walczy o przetrwanie na stanowisku premiera i o poparcie dla umowy brexitowej, bez której Wielka Brytania opuściłaby Unię w sposób „nieuporządkowany” i „potencjalnie bardzo chaotyczny”. Z kolei w sporze Włoch z KE rynek czeka na opinie Komisji dot. drugiej wersji projektu budżetu. Biorąc pod uwagę wprowadzone jedynie marginalne zmiany istnieje ryzyko, że zostanie on najprawdopodobniej ponownie zakwestionowany. Apetytu na ryzyko nie poprawiły też doniesienia o braku publikacji (po raz pierwszy w historii) wspólnego komunikatu po zakończonym szczycie Wspólnoty Gospodarczej i Pacyfiku (APCE) ze względu na napięcia i braku porozumienia w relacjach USA-Chiny.

Tymczasem kolejne dane krajowe pokazują dobre odczyty, co jednak nadal nie znajduje większego przełożenia w cenie złotego, ze względu na zapowiedzianą, stabilną politykę RPP odnośnie stóp procentowych, co zapewne zostanie potwierdzone w czwartkowej publikacji protokołu z jej ostatniego posiedzenia. W poniedziałek GUS opublikował raporty dot. rynku pracy. W październiku roczna dynamika zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw utrzymała się na poziomie wrześniowym 3,2% r/r, mocno wzrosła zaś dynamika wynagrodzeń, do 7,6% z 6,7% we wrześniu. Rynek pracy nadal pozostaje więc wsparciem dla wydatków gospodarstw domowych (w październiku fundusz płac w sektorze przedsiębiorstw – bez uwzględnienia wzrostu cen – zwiększył się o 11% r/r). We wtorek poznamy dane produkcyjne, po który oczekuje się wyższych odczytów niż we wrześniu, co jednak nadal pozostawać powinno be wpływu na złotego.  EUR/PLN powinien utrzymywać okolice poziomów obecnie notowanych.

Początek tygodnia przyniósł spadki rentowności polskich obligacji skarbowych. Krzywa dochodowości przesunęła się o około 3pb na całej swojej długości, w związku z czym papiery w sektorze 2-letnim notowane są w okolicy 1,60%, a w 10-letnim w pobliżu 3,25%. Oczekujemy, że zaplanowane na ten tydzień publikacje nie powinny przyczyniać się do wzmożonej zmienności, oczekujemy więc stabilizacji wokół aktualnych poziomów z możliwością do dalszej korekty spadkowej ostatnich wzrostów rentowności. Nastawienie RPP powinno wspierać potencjał do spadku rentowności 2-letnich w stronę 1,55%, gdyż członkowie RPP jak dr R. Sura podkreślają, że wzrostowe trendy inflacyjne są na razie ledwo zarysowane i nie dają podstaw do podwyżki stóp procentowych.

Pomimo przesunięcia się polskiej krzywej dochodowości w dół, spready nad notowaniami papierów z rynków bazowych zdecydowanie odbiły od ostatnich dołków. Spread między polskimi a amerykańskimi obligacjami w sektorze 10-letnim znajduje się w okolicy 20pb, po tym jak jeszcze na początku listopada na krótko spadł poniżej zera. Za mocniejszym spadkiem rentowności na rynkach bazowych niż w Polsce przemawiała wysoka awersja wobec ryzyka. Zamieszenie w Wielkiej Brytanii, Włoszech czy na linii USA-Chiny skutkowało większym zainteresowaniem aktywami bezpiecznej przystani ze strony inwestorów. Również czynniki lokalne powodują wzrost spreadów kredytowych, gdzie ASW w sektorze 10-letnim znalazł się w pobliżu 40pb, na co wpływ mają między innymi obawy o płynność niektórych banków.

Wykres dnia: Awersja do ryzyka przyczynia się do utrzymania się spreadów polskich papierów nad rynkami bazowymi z dala od tegorocznych minimów.

Awersja do ryzyka przyczynia się do utrzymania się spreadów polskich papierów nad rynkami bazowymi z dala od tegorocznych minimów
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy/Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Polacy na wyprzedażach wydają nawet o 40 % więcej. Podczas Black Friday ten wzrost może osiągnąć nawet 70%!

W 2017 r. na świecie wartość sprzedaży detalicznej online wyniosła ponad 2 bln USD, a do 2021 r. ma ona wzrosnąć ponad dwukrotnie i osiągnąć niemal 5 bln USD[1]. Jednym z czynników napędzających rozwój e-commerce jest rosnąca popularność wyprzedaży, które generują dodatkowy ruch na stronach i zwiększają obroty sklepów.

Przykład?

W 2017 roku w Polsce, Czechach, na Słowacji, Węgrzech i Ukrainie sprzedaż w okresie tzw. Black Friday wzrosła aż o 59 proc., a podczas posezonowych wyprzedaży o ponad 40% – wynika z danych Answear.com.

W Polsce wyprzedaże są szczególnie popularne. Prawie co drugi badany Polak (49 proc.) wstrzymuje się z decyzją o zakupie do czasu rozpoczęcia promocji lub wyprzedaży – wynika z raportu KPMG.

Z kolei towarami najchętniej kupowanymi przez Polaków w trakcie promocji i wyprzedaży są obuwie (74 proc.) i odzież (67 proc.). Co ciekawe, połowa Polaków (50 proc.) podczas robienia zakupów postanowiła kupić dodatkową, wcześniej nieplanowaną rzecz – przeciętnie były to dodatkowo dwa produkty[2].

Święto wyprzedaży – Black Friday

Wzrasta także popularność wyprzedaży online, co najlepiej widać podczas Black Friday – w 2017 r. w USA dochody ze sprzedaży online w tym dniu wyniosły 2,36 miliardów USD, co oznacza niemal 20 proc. wzrost w porównaniu do 2016 r.[3] Ten trend widać także na rynku europejskim – w 2017 r. zysk Answear.com w okresie Black Friday zwiększył się prawie o połowę w stosunku do 2016 r.

Krzysztof Bajołek,Jesteśmy obecni w 6 państwach Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki czemu doskonale widzimy to, czego oczekują klienci na poszczególnych rynkach. Różna dojrzałość rynku, zamożność konsumentów, preferencje zakupowe czy dostępność marek – to wszystko ma wpływ na zwyczaje klientów w różnych krajach. Co ciekawe, dużo zależy także od pogody – im chłodniej, tym sprzedaż okazuje się lepsza. Jednak jedno jest niezmienne – w trakcie wyprzedaży zainteresowanie zakupami zawsze wzrasta. – tłumaczy Krzysztof Bajołek, Prezes Answear.com.

W Polsce w 2017 roku na zakupy z okazji Black Friday zdecydowało się już 23% klientów (w 2016 tylko 12%[4]). W Rumunii, podczas Black Friday klienci kupili produkty o wartości przekraczającej 200 mln EUR, czyli o 35% więcej niż w 2016 roku (130 milionów euro)[5], ale w tym kraju ten jeden dzień wyprzedaży zyskuje rangę niemal święta narodowego, podczas którego zostają nawet odwoływane zajęcia na uczelniach! Z kolei w Czechach wzrost sprzedaży w tym dniu był przewidywany na poziomie powyżej 50%[6]. Na Węgrzech w 2017 roku w Black Friday zakupy planowało 3,3 miliona osób – w 2016 roku było to niewiele ponad 2 miliony[7] – wynika z danych Answear.

Rozwój Answear.com wspiera fundusz inwestycyjny MCI.TechVentures.

– Dostrzegając trendy na jednym rynku możemy szybciej odpowiedzieć na podobne potrzeby w innych państwach. Jednym z nich jest właśnie popularność wyprzedaży. Z drugiej strony należy pamiętać, że jest to bardzo duże wyzwanie, zwłaszcza w obszarze logistyki – nie ma dobrego e-commerce bez świetnie zorganizowanej części logistycznej – tłumaczy Maciej Bogaczyk, Senior Investment Director w funduszu MCI.TechVentures.

Zainteresowanie wyprzedażami z okazji Black Friday notuje się zarówno w asortymencie damskim, jak i męskim, przy czym ten ostatni ma nawet większą dynamikę wzrostu (ponad 82% w 2017 roku w porównaniu z poprzednim rokiem). W przypadku kolekcji damskiej najchętniej kupowane są jeansy i spodnie, w asortymencie męskim – swetry i kurtki.

Wciąż nowe okazje

Dane potwierdzają, że wyprzedaże przyciągają klientów, dlatego sprzedawcy tworzą dla nich coraz to nowe okazje. Na popularności zyskuje choćby zapoczątkowany w 2009 r. Dzień Singla, hucznie obchodzony zwłaszcza w Chinach. O tym, że jest to jedno z największych świąt handlowych na świecie, świadczą liczby. W 2017 r. wysokość obrotów tylko w tym jednym dniu odnotowanych przez serwisy Alibaba’s Tmall i Taobao osiągnęła 25,3 mld USD[8]. W tym roku koncern Alibaba pobił rekord – w czasie Dnia Singla złożono ponad miliard zamówień, a przychody ze sprzedaży wyniosły 30,8 mld USD.

Sklepy odnotowują także zwiększone zyski przy okazji Cyber Monday. Zapoczątkowane w Stanach Zjednoczonych święto wyprzedaży to doskonała okazja dla mniejszych sklepów internetowych, które nie muszą konkurować z większymi sieciami w czasie Black Friday. W tym dniu najczęściej kupowane są ubrania i obuwie – w 2017 r. sprzedaż online dokonana tylko przez komputery stacjonarne w tym dniu w USA wyniosła 3,36 mld USD (o 26 proc więcej niż rok wcześniej, gdy było to 2,67 miliarda USD)[9].  Także w Polsce Cyber-poniedziałek okazuje się specjalnym dniem, a klienci, którzy spóźnili się na Czarny Piątek, mogą podczas poweekendowych zakupów wydać nawet o 40% więcej – wynika z danych Answear.com

Relatywnie nowe okazje zakupowe, jak Black Friday czy Cyber Monday, spowodowały zmianę tendencji w handlu – często to listopad jest teraz miesiącem, kiedy sklepy notują jedną z największych sprzedaży w roku. Szacuje się, że udział listopada w obrotach rocznych sklepów i dostawców usług stanowi około 20 proc. Klienci, nauczeni doświadczeniem, nie czekają już na ostatnią chwilę z zakupem prezentów. Jednocześnie ogromne listopadowe wyprzedaże, jak Black Friday zachęcają do wcześniejszego skompletowania listy prezentowej.

[1] Statista, Retail e-commerce sales worldwide from 2014 to 2021 (in billion U.S. dollars)

[2] KPMG, Wyprzedaże i promocje – jak zmieniają zwyczaje zakupowe Polaków?

[3] Statista, Comparison of U.S. online sales revenue on Thanksgiving and Black Friday from 2008 to 2017 (in million U.S. dollars)

[4] GfK Poland, Black Friday w polskich sklepach – marketingowa moda czy handlowe żniwa

[5] GPeC, E-commerce Market Report 2017: Romanians purchased online 2.8 billion euro worth of products

[6] CzechTrade, Black Friday is comparable to after-Christmas sales

[7] DailyNews Hungary, Black Friday madness reaches Hungary

[8] Statista, Alibaba’s gross merchandise volume on Singles Day from 2011 to 2017 (in billion U.S. dollars)

[9] Statista, Desktop e-commerce spending in the United States on Cyber Monday from 2005 to 2017 (in million U.S. dollars)

Nadchodzą zmiany w dziedziczeniu jednoosobowych przedsiębiorstw

Dotychczas po śmierci właściciela jednoosobowego przedsiębiorstwa jego spadkobiercy mogli odziedziczyć jedynie majątek firmy, czyli lokal, wyposażenie, towar czy prawa niematerialne, jednak bez możliwości stania się jej nowym właścicielem. Z tego powodu, a także wskutek  długotrwałego postępowania spadkowego wiele przedsiębiorstw przestawało funkcjonować. Od 25 listopada br. roku, dzięki wprowadzeniu ustawy o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej, nastąpi zmiana, dzięki której firma będzie mogła zachować ciągłość „bytu” mimo śmierci jej właściciela.

Według kodeksu cywilnego przedsiębiorstwem nazywany jest zespół niematerialnych oraz materialnych elementów niezbędnych do kierowania działalnością gospodarczą. Warunki, dzięki którym firma będzie w stanie dalej funkcjonować, a z których przedsiębiorca może skorzystać jeszcze za życia do niedawna były wyraźnie ograniczone, ze względu na przedmioty i wartości, które wiążą się jedynie z osobą, która założyła działalność, jak NIP, nazwa firmy, czyli imię i nazwisko właściciela oraz koncesje, licencje czy zezwolenia. Dodatkowym problemem był brak konkretnych przepisów na temat działań w przypadku śmierci właściciela jednoosobowej działalności gospodarczej.

Dobra zmiana

Do 25 listopada br. roku jednoosobowa działalność gospodarcza sama w sobie nie mogła stać się własnością spadkobiercy, na spadkobierców przechodziły jedynie poszczególne składniki majątku przedsiębiorcy. Natomiast dzięki ustawie z 5 lipca 2018 roku o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej zostanie zapewniona kontynuacja działalności gospodarczej po śmierci przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą lub w formie spółki cywilnej. To szansa na rozwój, ponieważ pozwoli kontynuować bez większych zakłóceń działalność wielu dobrze prosperujących firm oraz ocalić setki miejsc pracy.

– Wprowadzone narzędzia pozwolą osobom prowadzącym działalność gospodarczą w tej formie zapewnić, za pomocą prostych działań, kontynuowanie w sposób ciągły często dzieła ich życia. Dodatkowo pomogą również spadkobiercom w łatwy sposób zapewnić dalsze funkcjonowanie przedsiębiorstwa w momencie, w którym oni dopiero będą to przedsiębiorstwo „przejmowali” i uczyli się jego funkcjonowania – mówi Zuzanna Kostur-Nienartowicz, radca prawny z kancelarii prawnej Ecovis Milczarek i Wspólnicy.

Należy pamiętać, że ustawa o zarządzie sukcesyjnym, wprowadza narzędzia przejściowe, tymczasowe, które nie dają gwarancji trwałości firmy. Dlatego przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą lub wspólnicy spółki cywilnej powinni jeszcze za życia podjąć niezbędne czynności zmierzające do zaplanowania i uporządkowania sukcesji. Myślenie o zapewnieniu sukcesji i dalszych losach prowadzonej firmy powinno również dotyczyć przejścia na emeryturę zapewniającego kontynuację działalności firmy, a przede wszystkich gwarantującego ustępującemu właścicielowi dochód na emeryturze.

O uregulowaniu sukcesji powinni również myśleć wspólnicy spółek osobowych i kapitałowych, tak aby spółki te po śmierci wspólników, którzy często również prowadzą sprawy spółki, mogły w sposób niezakłócony prowadzić dalszą działalność – dodaje ekspertka.

Celem ustawy jest umożliwienie funkcjonowania przedsiębiorstwa na analogicznych zasadach jak za życia jego właściciela, od momentu otwarcia spadku do jego podziału. Dzięki temu nie poniesie ono istotnych strat, które byłyby związane z przejęciem władzy przez nowego właściciela.

Prywatne akademie piłkarskie czeka duża rewolucja. W tle są też duże pieniądze

Część branży przewiduje, że nowy program certyfikacji wykluczy z obiegu małe podmioty. Nie spełnią one wysokich oczekiwań i przez to stracą zaufanie rodziców oraz zawodników. Eksperci dodają również, że to będzie głównie szansa dla dużych i bogatych akademii, co jeszcze bardziej utrwali już widoczne podziały na rynku. Piotr Reiss, były piłkarz Lecha Poznań, uważa, że PZPN nie wspiera klubów oraz trenerów, którzy faktycznie wychowują zawodników, a niektóre projekty nie są konsultowane ze środowiskiem. Z kolei Roman Kosecki wyjaśnia, że nie każda szkółka musi starać się o certyfikat. Ale warto będzie o niego powalczyć, m.in. w celu podniesienia prestiżu. Były wiceprezes PZPN twierdzi też, że beneficjentom będą wypłacane wysokie sumy, nawet rzędu kilkuset tys. złotych. Każdego roku będzie także można uzyskać lub stracić wyróżnienie. Zapowiada się zatem poważna rywalizacja między akademiami. 

Po co certyfikować?

Jak oficjalnie informuje PZPN, Program Certyfikacji Szkółek Piłkarskich ma na celu podniesienie i ujednolicenie poziomu edukacyjnego. Każdy chętny podmiot będzie weryfikowany w ramach sześciu obszarów. Będą sprawdzane kwalifikacje trenerów. Zostanie przeanalizowany program szkoleniowy.  Znaczenie będzie miała też ilość drużyn w rozgrywkach, liczba zawodników przypadająca na trenera oraz infrastruktura. Ponadto ocenie zostanie poddany sprzęt sportowy.

– To rozwiązanie da szkółkom możliwość zaprezentowania się przed związkiem. Uzyskanie certyfikatu na jednym z trzech poziomów będzie można porównać do zdobycia gwiazdki Michelin przez luksusową restaurację. Każde z tych wyróżnień niesamowicie podniesie prestiż akademii, co zapewne będzie wykorzystywane m.in. w komunikatach marketingowych – mówi Roman Kosecki, były kapitan reprezentacji Polski oraz współtwórca programu.

Brązową gwiazdkę otrzymają szkółki piłkarskie, które spełnią podstawowe kryteria dotyczące kwalifikacji trenerów Grassroots C, programu szkoleniowego Akademii Młodych Orłów (AMO) i liczby drużyn w grupach – maksymalnie 20 osób na trenera. Srebrną – dostaną podmioty koncentrujące się na ciągłym i systematycznym rozwoju zawodnika. Dla kadry szkoleniowej będzie wymagana ważna licencja trenerska UEFA B lub wyższa w zespołach liczących do 14 adeptów na 1 instruktora. Złota gwiazdka zostanie przyznana za profesjonalne szkolenie zarówno chłopców, jak i dziewczynek. Ich zajęcia będą musieli prowadzić fachowcy z aktualnymi licencjami UEFA B lub wyższymi w grupach do 12 osób na 1 trenera.

– Niestety na polskim rynku funkcjonuje wiele szkółek, które powinny być zamknięte. Narażają dzieci na liczne niebezpieczeństwa poprzez niezapewnianie im dostatecznej opieki czy infrastruktury. Wynika to z tego, że dziś właściwie każdy może założyć prywatną akademię. Nie regulują tego żadne przepisy. Wymagana jest jedynie licencja trenerska do prowadzenia zespołów biorących udział w oficjalnych rozgrywkach. Poza tym panuje pełna swoboda. Dlatego cieszę się, że zostanie zaprowadzony pewien porządek – komentuje Olaf Ćwierzyński, Koordynator warszawskiej Akademii Piłkarskiej  EsKadra.

Kto na tym zyska?

Zdaniem Piotra Reissa, projekty PZPN są ciekawe i ważne, ale nie rozwiązują problemu u podstaw. Dla przykładu, programu AMO nie konsultowano wcześniej z akademiami, a teraz zaburza on organizację szkolenia w wielu ośrodkach. Kampania billboardowa, promująca piłkę dla każdego, jest olśniewająca. Jednak kilkaset tysięcy złotych, które prawdopodobnie na nią wydano, można było przeznaczyć np. na kobiecy futbol.

– W mojej ocenie, już co najmniej dwa lata temu mógł być gotowy ten program. Jednak potrzebne było solidne przygotowanie i spełnienie szeregu procedur. Związek działa według określonych priorytetów, a za tym pomysłem stoją duże pieniądze. Beneficjentom mają być przyznawane środki od kilkudziesięciu do kilkuset tys. złotych. Takie kwoty mogą poważnie zmienić sytuację wielu szkółek i oczywiście ich adeptów. Ponadto każdy, kto spróbuje swoich sił, bez względu na wynik, zyska też fachowe wskazówki w zakresie prowadzenia akademii – przekonuje Roman Kosecki.

W opinii Olafa Ćwierzyńskiego, weryfikacja jakości przede wszystkim uwiarygodni szkółki w oczach rodziców. Będą mogli posyłać swoje pociechy do akademii przekonani o tym, że dokonali właściwych wyborów. Obie strony na tym skorzystają. Jak zaznacza ekspert, dotychczas PZPN nie informował w swoich przekazach o możliwości uzyskania nagród finansowych. Za ewentualnie przyznane środki można by było wiele dobrego zrobić, od wzmocnienia procesów szkoleniowych po zakup nowego sprzętu czy też poprawę warunków socjalnych. Z drugiej strony pieniądze mogłyby być też dodatkową motywacją dla szkółek. Te słabsze będą musiały bardziej postarać się o certyfikat, co z pewnością podniesie poziom szkolenia w Polsce. Ostatecznie wygrają najlepsi, którzy stworzą idealne warunki dla swoich zawodników.

– Wprowadzenie certyfikacji zwiększy świadomość rodziców, którzy często nie potrafią wybrać odpowiednich akademii dla swoich dzieci. Najczęściej zawożą je tam, gdzie mają bliżej. A to jest duży błąd. Adepci zyskają też na tym, że niektóre szkółki zwyczajnie upadną w wyniku oczywistego podziału rynku na lepsze i gorsze placówki edukacyjne – ocenia Adrian Leszczyński, właściciel Dziecięcej Akademii Piłkarskiej w Kielcach.

Zaostrzy się rywalizacja

Ci, którzy otrzymają gwiazdki, trafią do elitarnego grona i zyskają przewagę konkurencyjną. Małe akademie w dużych miastach obawiają się tego, że częściowo nie spełniają wysokich kryteriów i mogą zostać zmarginalizowane na rynku. Niektórzy eksperci przewidują, że to będzie ich faktycznym problemem. Spadek zainteresowania nimi może nastąpić już po wręczeniu pierwszych certyfikatów.

– Akademie chcąc rywalizować o najwyższe gwiazdki, będą dążyły do poprawy bazy treningowej i struktury organizacyjnej, a także do zwiększenia ilości trenerów tak, jak w innych krajach Europy. To wiąże się z większymi nakładami finansowymi, ale ma też na celu polepszenie jakości szkolenia. Każdy zawodnik, który poważnie marzy o karierze piłkarskiej, chce trenować w najlepszych warunkach. Mniejsze akademie nie upadną, bo chętnych do gry w piłkę jest wielu. Najważniejsze jest to, by współpraca między klubami była dobra. Najbardziej utalentowani adepci w odpowiednim momencie powinni trafiać do największych akademii i klubów Ekstraklasy – twierdzi Tomasz Horwat, Dyrektor AP WKS Śląsk Wrocław.

Według Piotra Reissa, należy poprawić atmosferę i relacje pomiędzy klubami, które często uważają się za lepsze, bo np. występują w Ekstraklasie. Były piłkarz zaznacza też, że najpopularniejsze akademie uprawiają głównie scauting i selekcje, a trenerzy w nich wcale nie są lepsi niż pracownicy innych, mniej znanych ośrodków. Apeluje też, by PZPN zaczął wspierać projekty, które mają realny wpływ na przyszłość piłki. W tym warto edukować trenerów pracujących w najmłodszych kategoriach, budować pełnowymiarowe boiska i hale pneumatyczne na okres zimowy oraz promować sprawność ogólną. Dzięki temu za kilkanaście lat zyska na tym cały polski futbol.

– Brak certyfikatu oczywiście nie będzie oznaczał, że dana szkółka jest zła. Nie każda musi starać się o wyróżnienie, ale nierobienie tego to zamykanie sobie drogi do pieniędzy. Jest o co walczyć i nie należy bać się certyfikacji, tylko brać się do pracy. Można np. starać się o dotacje w samorządach, żeby polepszyć warunki szkoleniowe – zachęca Roman Kosecki.

Podmiot przystępujący do ww. programu musi mieć przynajmniej po jednej drużynie w każdej z kategorii wiekowych od G (6 lat) do D (13 lat) i prowadzić szkolenia w nie krótszym okresie niż przez ostatnie dwa sezony. Nowe akademie mogą traktować takie warunki uzyskania certyfikatu jako dyskryminację. Innego zdania jest jednak Olaf Ćwierzyński. Prowadzona przez niego AP EsKadra jeszcze nie spełnia ww. wymogu, bo funkcjonuje dopiero od półtora roku. Jednak Koordynator podkreśla, że wskazane kryterium jest uzasadnione. Utrzymanie się na rynku przez 2 lata jest pewnym potwierdzeniem skuteczności działania oraz zdobytego zaufania rodziców i zawodników. Jak dodaje, trzeba najpierw zapracować na sukces, a nie od razu oczekiwać wyróżnień.

– Jeśli ktoś jest jeszcze za krótko na rynku, to powinien przygotować się do osiągnięcia dobrego wyniku w pierwszym możliwym terminie, żeby np. od razu dostać srebrną gwiazdkę. Z kolei ten, kto otrzyma złotą, niech nie spoczywa na laurach, bo rok później może nie mieć żadnej. I to jest mobilizujące – przekonuje były wiceprezes PZPN ds. szkoleniowych.

Składanie wniosków o przyjęcie do programu na kolejny sezon będzie możliwe od marca 2019 roku. Eksperci podsumowując, podkreślają, że tak naprawdę pierwsze doświadczenia w tym temacie pokażą, jak daleko certyfikacja zmotywuje branżę piłkarską do rozwoju bądź jak bardzo ją zmieni. Okaże się też, czy narzucone małym akademiom reguły ostatecznie wyjdą im na dobre, czy jednak zmarginalizują ich pozycję na rynku. Jedno wydaje się pewne – rywalizacja na krajowym podwórku zaostrzy się.

Polski rynek magazynowy w drodze po kolejny rekord

Polski rynek magazynowy na drodze po kolejne rekordy. Ponad 3 mln mkw. wynajęte od początku roku, 2,16 mln w budowie.

 

Bardzo dobre wyniki za III kw. br. na rynku magazynowy pokazują, że trend wzrostu jest utrzymany. Popyt od początku roku przekroczył 3 mln mkw., z czego 870 tys. mkw. zostało wynajęte w III kw. br. Jest to wynik o 20% wyższy w porównaniu do III kw. 2017 r. W budowie jest imponująca liczba 2,16 mln mkw. powierzchni magazynowo – produkcyjnej, z czego 33% będzie oddanej do końca roku, czytamy w raporcie przygotowanym przez AXI IMMO.  

Popyt – trend wzrostowy utrzymany

Zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe ze strony najemców nie słabnie. W III kw. br. wynajętych zostało 870 tys. mkw., jest to wynik o ponad 20% wyższy w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. Ponad 62% z całości popytu stanowiły nowe umowy najmu i ekspansje. Od stycznia do końca września br. wynajętych został ponad 3 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo produkcyjnej. Szacujemy, że na koniec roku popyt może osiągnąć 4 mln mkw., podobnie jak w roku ubiegłym.

Najwięcej powierzchni magazynowej wynajęto w regionie Górnego Śląska – blisko 250 tys. mkw., z czego 71% stanowiły nowe umowy najmu i ekspansje. Na drugim miejscu znalazł się region Warszawy, gdzie łącznie na terenie miasta i w okolicach podpisane zostały umowy najmu na ponad 175 tys. mkw. Ponadto, wynik powyżej 150 tys. mkw. osiągnął Dolny Śląsk i powyżej 100 tys. mkw. Polska Centralna.

Podobnie jak w poprzednich kwartałach roku w strukturze nowych umów najmu przewodzą operatorzy logistyczni (33%), sieci handlowe/dystrybutorzy (15,5%) i e-commerce (9,8%).

Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO
Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO

Wysoki udział nowych umów najmu w strukturze popytu pozwala stawiać optymistyczne prognozy na kolejne kwartały. Pomimo spadającej dostępność pracowników, Polska pozostaje atrakcyjną destynacją, zarówno dla firm logistycznych, jak też produkcyjnych i dystrybutorów. Te pierwsze wybierają regiony bliżej granicy z Niemcami, gdzie powstają centralne magazyny do obsługi Europy Zachodniej. Firmy produkcyjne coraz częściej decydują się na lokalizacje w głębi kraju, w tym w Polsce Wschodniej, gdzie potencjał pozyskania rąk do pracy jest wyższy. Natomiast dla firm dystrybucyjnych naturalną destynacją są duże miasta i ich bliskie okolice, gdzie szybkość i wysoka częstotliwość dostaw jest coraz ważniejsza – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Podaż – roczny przyrost nowej powierzchni na poziomie 2,8 mln mkw.

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce w III kwartale 2018 roku przekroczyła 15,1 mln mkw. To rezultat oddania do użytkowania od początku roku 1,34 mln mkw., z czego 622 tys. mkw. to inwestycje zakończone w III kw. br. Jest to wynik o 29% niższy w porównaniu do III kw. 2017 r., ale nadal wysoki biorąc pod uwagę, że ponad 2,16 mln mkw. pozostaje w budowie.

Najwięcej nowej powierzchni A-klasowej deweloperzy dostarczyli na rynek w regionie Polski Centralnej, bo ponad 210 tys. mkw., następnie na Górnym Śląsku – 124 tys. mkw. W tych dwóch regionach od ponad roku aktywność deweloperska jest najwyższa. Warto również odnotować wysoki wynik w Polsce Wschodniej i Zachodniej, gdzie oddanych do użytku było po 75 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej.

Niekwestionowanym liderem pod względem liczby i wolumenu powierzchni pozostającej w budowie jest Polska Centralna (566 tys. mkw.), następnie Górny Śląsk (365 tys. mkw.) i Dolny Śląsk (325 tys. mkw) oraz Warszawa (280 tys. mkw.).

Udział inwestycji BTS utrzymuje się na wysokim blisko 20% poziomie, ale też w porównaniu do poprzedniego kwartału br. wzrósł udział projektów spekulacyjnych w budowie, który na koniec września br. wyniósł 41%.

Niska dostępność powierzchni, pomimo dużej liczby inwestycji w budowie

Średni poziom pustostanów w III kw. br. utrzymywał się na niskim poziomie i na koniec września wyniósł 4,0%, co było wynikiem jak w poprzednim kwartale br. Należy jednak zaznaczyć, że widoczne są znaczące różnice w dostępności w poszczególnych regionach. Najwięcej wolnej powierzchni do wynajęcia od zaraz odnotowano w Polsce Wschodniej (9,5%), znaczący skok w porównaniu z II kw. br., o 7 p.p. Wśród głównych rynków najwyższy wskaźnik odnotowano w granicach Warszawy (7,4%), następnie w regionie Poznania (6,9%). Wzrostu dostępności powierzchni w perspektywie pół roku można spodziewać się w Łodzi, gdzie nowe projekty częściowo spekulacyjne realizują deweloperzy Panattoni, Prologis i Segro.

Stawki czynszów na dalszej ścieżce wzrostu

Dalszy trend wzrostu stawek czynszów o 0,1 do 0,3 euro na metrze kwadratowym widoczny jest niemal we wszystkich regionach magazynowych kraju. Poza wzrostem kosztów budowy, w tym materiałów budowalnych i pracy, dochodzą czynniki związane z konsolidacjami na rynku właścicielskim. Wysoka aktywność azjatyckich platform inwestycyjnych i kolejne zakupy portfelowe w tym w Polsce, powodują, że nowi właściciela dążą do podnoszenia wartości nieruchomości i ograniczają zakres oferowanych wakacji czynszowych i innych zachęt dla najemców.

Aktualnie najniższe stawki efektywne w okolicach 2,0 euro/mkw. nadal możliwe są do osiągniecia w Błoniu i Grodzisku Maz. pod Warszawą. Trend wzrostu wyraźnie widoczny jest w regionie Wrocławia, Górnego Śląska oraz wybranych lokalizacjach Polski Centralnej. Relatywnie wysokie stawki utrzymują się na nowych rynkach, takich jak Białystok, Szczecin czy Bydgoszcz, gdzie średnie stawki efektywne wahają się w przedziale od 2,5 do 2,8 euro/mkw.

Prognozy

Rynek magazynowy w najbliższych kwartałach pozostanie na ścieżce wzrostu. Szacujemy, że na koniec roku popyt powinien osiągnąć podobną wartość 4 mln mkw., jak w roku ubiegłym. Głównym motorem napędowym popytu pozostanie szeroko rozumiany sektor e-commerce i sieci handlowe.

Na koniec roku całkowite zasoby magazynowe w Polsce przekroczą 16 mln mkw., spodziewany roczny przyrost powierzchni magazynowej wyniesie ok. 2,8 mln mkw.

Na rynku inwestycyjnym widoczne jest bardzo duże zainteresowania sektorem magazynowym, który aktualnie jest najwyżej oceniany spośród wszystkich rodzajów aktywów w sektorze nieruchomości komercyjnych. W regionie CEE i Polsce będziemy świadkami kolejnych dużych przejęć i zakupów portfelowych. Co może mieć dodatkowy wpływ na wzrost stawek czynszów w Polsce.

W perspektywie długoterminowej niska dostępność pracowników będzie impulsem dla wielu firm do rozwoju narzędzi automatyzacji, co z kolei będzie wymagało od deweloperów jeszcze ściślejszego dostosowania powierzchni do potrzeb najemców. Efektem tego będzie zwiększona liczba inwestycji BTS, o zmiennych parametrach technicznych np. wysokość obiektu powyżej 10 m, ponadstandardowa nośność posadzki, mezaniny czy podwyższone parametry związane z zapotrzebowaniem na media.

Damian Ragan w zarządzie banku Credit Agricole

Nowa osoba wchodzi do zarządu Credit Agricole. Damian Ragan będzie zarządzał siecią sprzedaży i rozwijał kanały dystrybucji. Zastąpi na tym stanowisku Richarda Pareta, który kończy właśnie kilkuletni kontrakt w Polsce i swoją karierę będzie rozwijał w międzynarodowych strukturach Grupy.

Damian Ragan
Damian Ragan

Damian Ragan jest związany z bankowością od ponad dwudziestu lat. Ostatnio był pierwszym zastępcą prezesa Kredobanku na Ukrainie – należącego do PKO BP. Wcześniej zarządzał m.in. siecią sprzedaży w Nordea Banku, był też szefem dystrybucji w banku BPH. Od zawsze związany ze sprzedażą, swoją karierę zaczynał w Pekao SA. Damian Ragan ma biznesowe wykształcenie. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, ukończył Executive MBA na Warszawskim Uniwersytecie Technologicznym oraz studia podyplomowe na University of Colorado. Zrealizował też wiele międzynarodowych programów szkoleniowych w obszarze zarządzania i bankowości m.in. w London Business School.

W Credit Agricole Damian Ragan będzie zarządzał sprzedażą w obszarze bankowości detalicznej oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Będą mu podlegać wszystkie kanały dystrybucji, w tym bankowość elektroniczna. Natomiast Richard Paret, po pięciu latach wdrażania strategicznych zmian w sieci sprzedaży związanych z rozwijaniem bankowości uniwersalnej, a wcześniej w obszarze ryzyka, kończy właśnie kontrakt w Polsce. W najbliższych miesiącach rozpocznie nowy etap swojej międzynarodowej kariery w ramach grupy.

Grupa Crédit Agricole należy do 10-ciu największych grup finansowych na świecie, jest również liderem w dziedzinie bancassurance i zarządzania aktywami w Europie. Obsługuje 52 miliony klientów na całym świecie. Od 120 lat pozostaje wierna swoim wartościom, takim jak koncentracja na kliencie, odpowiedzialność i wspieranie lokalnych społeczności, z wykorzystaniem nowych technologii.

Na polskim rynku marka Crédit Agricole jest obecna od 2011 roku. Prezesem Zarządu banku jest Piotr Kwiatkowski, I wiceprezesem Olivier Constantin. W skład zarządu wchodzą również: Beata Janczur, Jean Bernard-Mas, Jędrzej Marciniak oraz Bartłomiej Posnow.

Polska to magazynowa potęga. Zostawiamy w tyle Czechy i Słowację, depczemy po piętach Hiszpanii

Polskie zasoby powierzchni magazynowej wynoszą prawie 15 mln mkw. (o 2 mln więcej r/r) i zostawiają daleko w tyle naszych południowych sąsiadów. Mamy jej dwa razy więcej niż Czechy i sześć razy tyle, co Słowacja. Co więcej, nasz kraj depcze po piętach Hiszpanii, w której powierzchnia magazynowa wynosi 15,5 mln mkw. – wynika z raportu CBRE „Market  View:  Polski  rynek przemysłowy i logistyczny po  III  kw.  2018”. Obiekty przemysłowo-magazynowe są coraz atrakcyjniejsze dla inwestorów – wolumen transakcji na tym rynku w ciągu trzech kwartałów br. wyniósł 1,1 mld euro. To prawie tyle samo, co w całym minionym roku, czyli 2018 rok może okazać się pod tym względem rekordowy.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

Wzrost gospodarczy w naszym kraju – zwiększający się popyt, rosnące zakupy, rozwój sprzedaży internetowej napędza bezpośrednio rynek magazynowy. Nie bez znaczenia jest również liczba inwestycji zagranicznych. Jesteśmy obecnie w punkcie szczytowym tej hossy. Ani pod koniec tego roku, ani w przyszłym nie spodziewamy się dużej zmiany na rynku. Dobra passa jeszcze potrwa, a rok 2018 będzie rekordowy jeżeli chodzi o aktywność deweloperów i inwestorów oraz popyt ze strony najemców – mówi Beata Hryniewska, Szef Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Podaż głównie w centrum kraju

Na rynku znajduje się obecnie 14,94 mln mkw. powierzchni magazynowej i logistycznej, o ponad 2 mln mkw. więcej niż w tym samym okresie 2017 roku. Zasoby magazynowe Polski już są zbliżone do większej o prawie 200 tys. km2 Hiszpanii – tam zajmują 15,5 mln mkw. Daleko w tyle pozostawiamy sąsiadujące z nami Czechy i Słowację, posiadające odpowiednio ok. 7,6 mln i 2,4 mln mkw.

Z raportu CBRE wynika też, że magazynów i obiektów przemysłowych będzie ciągle przybywać. Prawie 2,1 mln mkw. pozostaje w budowie, z czego jedna czwarta znajduje się w centralnej Polsce. Aż cztery powstające inwestycje, każda o wielkości ponad 100 tys. mkw., to projekty dla konkretnych klientów – Panattoni Gliwice, Hillwood Zalando Gluchow, Panattoni Leroy Merlin oraz Hillwood Zalando Olsztynek.

Na znaczeniu w Polsce zyskuje „logistyka miejska” – deweloperzy widzą potencjał w mniejszych obiektach magazynowych, leżących bliżej miast. Takie przestrzenie dają możliwość szybkiej realizacji zamówień, co jest szczególnie ważne dla rozwijającego się sektora handlu elektronicznego. Tego typu obiekty powstają w Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie oraz Gdańsku.

Dużo w budowie, ale większość już zajęta

W trzech pierwszych kwartałach br. popyt na powierzchnię magazynową wzrósł o 13% w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku i wyniósł 3,1 mln mkw. Największe zapotrzebowanie widoczne było w Polsce Centralnej, Regionie Warszawy, oraz na Górnym Śląsku. Wśród najemców prym wiodą firmy z obszarów handlu elektronicznego i sektora logistycznego. To branże, które dokonały największych transakcji najmu w III kwartale br.

– Buduje się dużo, mimo to firmy poszukujące przestrzeni magazynowo-produkcyjnej mają problem ze znalezieniem powierzchni dostępnej do wynajęcia, ponieważ aż 80% nowych inwestycji jest już skomercjalizowana. Największy problem mają przedsiębiorstwa szukające powierzchni na zachodzie i północy naszego kraju, gdzie magazynów dostępnych od zaraz praktycznie nie ma – dodaje Beata Hryniewska z CBRE.

Dostępność wolnej przestrzeni przemysłowej i logistycznej jest bardzo ograniczona. Przez kilka ostatnich lat następował stopniowy spadek pustostanów we wszystkich regionach Polski. Obecnie poziom pustostanów w Polsce jest bliski najniższemu w historii – wynosi 4,5%

Poziom inwestycji coraz bliżej rekordu

Suma inwestycji w nieruchomości w pierwszych trzech kwartałach br. wyniosła 1,1 mld euro – to prawie tyle samo, co w całym minionym roku. Pozwala to przewidywać, że całkowity wolumen transakcji przemysłowo-magazynowych w 2018 roku będzie rekordowy. Największe transakcje dotychczas to m.in. przejęcie przez Deutsche Asset & Wealth Management centrum dystrybucyjnego Zalando Szczecin, za kwotę 57 mln euro, a także  przejęcie przez firmę Invesco centrum dystrybucyjnego w Szczecinie – za  110 mln euro. Za największą transakcję portfelową trzech pierwszych kwartałów tego roku można uznać nabycie 9 magazynów przez Griffin RE za kwotę 196 mln euro.

Czy Polacy łączą relacje zawodowe z prywatnymi?

Relacje ze współpracownikami w miejscu pracy są ważne dla 97 proc. polskich pracowników. Natomiast 94 proc. badanych przyznało, że zależy im również na dobrych stosunkach z menagerem lub przełożonym. Jednocześnie, tylko 36 proc. respondentów przyjaźni się z kolegą lub koleżanką z pracy i jeszcze mniej, bo zaledwie 13 proc. określiłoby swą relację z przełożonym jako przyjacielską – wynika z badania „Życie w Pracy” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Pracownicy po godzinach

36 proc. respondentów ma co najmniej jednego kolegę lub koleżankę w pracy, którego traktuje, jak przyjaciela. Natomiast 6 na 10 badanych pracowników z Polski deklaruje, że utrzymuje ze współpracownikami prywatną relacje, z czego bardziej otwarte na to są osoby w młodszym wieku. Takiej odpowiedzi udzieliło 65,6 proc. respondentów między 25 a 34 r.ż. w porównaniu do 62 proc. ankietowanych między 35 a 44 r.ż. i 51 proc. badanych miedzy 45 i 59 r.ż.FirmowyPrzyjaciel1_MichaelPage

W badaniu zapytano również polskich pracowników o to, w jaki sposób podtrzymują kontakty ze swoimi kolegami i koleżankami z pracy. Okazuje się, że 47 proc. sms-uje i dzwoni do siebie również w osobistych sprawach, a 41,5 proc. spotyka się także poza biurem. Co piąty badany (22 proc.) spędza natomiast wspólnie ze znajomymi z pracy czas w weekend, a 12,4 proc. jeździ razem na wakacje i urlopy. Ponadto, jak wynika z badania Michael Page, aż 70 proc. respondentów przyznało, że ich bliscy i przyjaciele poznali również ich współpracowników.

Z szefem na dystans

FirmowyPrzyjaciel2_MichaelPageNieco z większym dystansem podchodzimy natomiast do „przyjacielskich” relacji z szefem. Taką wieź deklaruje tylko 13 proc. ankietowanych. Niemal co trzeci badany (32 proc.) wskazał, że utrzymuje z przełożonym koleżeńskie relacje. Z kolei tylko 19 proc. sms-uje i dzwoni do niego w osobistych sprawach, a 16 proc. spotyka się z nim także poza biurem. Jeszcze mniej, bo niecałe 6 proc. potwierdziło, że spędza z szefem wspólnie czas w weekendy, a 2,7 proc. jeździ razem na wakacje i urlopy. Ponadto, 44 proc. respondentów przyznało, że ich bliscy i znajomi mieli okazję poznać ich przełożonego lub managera.

Infografika3_MichaelPageJak wynika z badania Michael Page, relacje w pracy oddziałują na produktywność pracowników. Wg ankietowanych, na poprawę wydajności mogą wpłynąć zarówno dobre stosunki ze współpracownikami (72 proc.) oraz z managerem (59,8 proc.). Jeszcze więcej, bo 97 proc. polskich pracowników przyznało, że kontakty z kolegami i koleżankami są dla nich ważne, a 94 proc. respondentów zależy również na porozumieniu z przełożonym i szefem.

Zmiany w zarządzie Banku Pekao. Roksana Ciurysek-Gedir i Andrzej Kopyrski rezygnują

Bank Pekao S.A. poinformował, że w dniu 19 listopada 2018 r. Rada Nadzorcza powołała zarząd nowej kadencji. W jego skład wchodzą Prezes Zarządu Michał Krupiński oraz wiceprezesi: Tomasz Kubiak, Piotr Lehmann, Marek Lusztyn, Tomasz Styczyński i Marek Tomczuk. Nowa trzyletnia kadencja rozpocznie się w dniu następującym po odbyciu Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Banku, zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za rok 2018.

Michał Krupiński
Michał Krupiński

– Jednogłośna decyzja ponownego powołania obecnych członków zarządu na kolejną turę to oznaka zaufania dla realizowanej przez bank strategii, której efektem jest znacząca poprawa rentowności i efektywności oraz zwiększenie dynamik wzrostu w najbardziej dochodowych częściach biznesu – powiedział Prezes Zarządu Michał Krupiński. – Będziemy kontynuować pracę, aby Bank Pekao był instytucją finansową pierwszego wyboru dla klientów, co przełoży się na budowę wartości dla naszych akcjonariuszy.

Jednocześnie Bank Pekao informuje, że dotychczasowi członkowie zarządu Roksana Ciurysek-Gedir i Andrzej Kopyrski złożyli rezygnacje z pełnionych funkcji z dniem 30 listopada 2018 roku. Rada Nadzorcza przyjęła ich rezygnacje, dziękując za dotychczasowy wkład w rozwój banku. Roksana Ciurysek-Gedir planuje współpracę z bankiem w zakresie relacji międzynarodowych, kontynuując to, czym zajmowała się na stanowisku członka zarządu.

Dodatkowo, w dniu wczorajszym w Banku Pekao zakończyły się prace nad wdrożeniem w życie uchwały Walnego Zgromadzenia Banku z czerwca o dostosowaniu wynagrodzenia członków zarządu do wymogów ustawy o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami, zwanej potocznie ustawą kominową.

Na spotkaniu Rada Nadzorcza pozytywnie zaopiniowała kierunkowe propozycje podziału zysków za lata 2018-2020, o czym Bank Pekao informował w osobnym komunikacie.

Ustawa o PPK podpisana – komentarz prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o PPK. Wejdzie ona w życie z początkiem 2019 roku. Tymczasem pojawiają się kolejne głosy eksperckie przekonujące, że oszczędzanie w Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) może nie przynosić wymiernych korzyści, a zwłaszcza emerytom, którzy już dziś pobierają jedne z najniższych świadczeń w Europie. Pozarządowy ośrodek badawczy GRAPE, prowadzony przez Fundację Adeptów i Miłośników Ekonomii, opublikował niedawno raport pt. „Świat bez PPK byłby lepszy?”, z którego wynika, że oszczędzanie w ramach PPK nie zmniejszy skali ubóstwa, które coraz częściej dotyka seniorów. Główną autorką opracowania jest dr hab. Joanna Tyrowicz, była doradczyni ekonomiczna w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego i wieloletnia ekspertka od rynku pracy.

Warto przypomnieć, że wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK) jest jednym z pomysłów Rządu na poprawę jakości życia polskich emerytów. Od przyszłego roku Polacy będą mogli odkładać na swoją emeryturę w ramach PPK oddając do puli 2 proc. swojej pensji netto. Emerytów mają też wesprzeć pracodawcy, którzy będą mogli dopłacić kolejne 1,5 proc. oraz Rząd, który nagrodzi chętnych kwotą 250 zł na start, a później będzie dodawał po 240 zł rocznie.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

Jedną z tez raportu przygotowanego przez GRAPE jest stwierdzenie, że „Świat bez PPK jest lepszy niż świat z PPK. 74% obecnie żyjących ludzi traci na jego wprowadzeniu, w tym 96% emerytów. (…) PPK w praktyce w niewielkim stopniu zmienia ubóstwo w starszym wieku”. Powyższe stwierdzenie jest niestety prawdziwe. Warto wyodrębnić trzy grupy społeczne, a więc emerytów, którzy już pobierają świadczenia, osoby, które przejdą na emeryturę w niedługiej perspektywie czasu oraz obywateli, którzy zaczną pobierać swoje emerytury dopiero za 20, czy też 30 lat. W mojej opinii program PPK będzie odpowiadał tylko na potrzeby trzeciej grupy osób, natomiast wciąż będzie pomijał i marginalizował seniorów, którzy już dziś są na emeryturze lub na tę emeryturę zaraz przejdą. A sytuacja materialna tych osób nie jest zadowalająca.

Z danych GUS wynika, że statystyczna emerytura w Polsce w marcu 2018 roku wynosiła średnio 2179 zł brutto, przy czym mediana wynosiła 1939 zł brutto (równo połowa polskich emerytów pobiera świadczenia poniżej tej kwoty). Warto również dodać, że najczęściej pobierana kwota emerytury (dominanta) wynosi raptem 1065,60 zł brutto. Polskie emerytury są jednymi z najniższych w całej Europie, a sami seniorzy są jedną z najbardziej zadłużonych grup społecznych. Z danych KRD wynika, że średnie zadłużenie polskiego emeryta wynosi ponad 12 tys. zł. Niestety Polacy nie posiadają wielu oszczędności, które mogłyby zapewnić im byt na starość. Z raportu Pracowni Badań Społecznych wynika, że tylko 21 proc. z nich oszczędza lub podejmuje jakiekolwiek działania z myślą o przyszłej emeryturze. Blisko połowa badanych (45 proc.), zamiast płacić składkę emerytalną, wolałaby otrzymywać wyższe wynagrodzenie. W mojej opinii Rząd powinien sięgnąć po narzędzia, które poprawią sytuację materialną obecnych seniorów. Jednym z takich rozwiązań jest hipoteka odwrócona określana również rentą dożywotnią, która coraz częściej postrzegana jest jako ratunek dla niewydolnych systemów emerytalnych. W najnowszej monografii prawniczej „Odwrócona hipoteka jako nowa usługa na rynku finansowym” wydanej pod redakcją dr hab. Edyty Rutkowskiej-Tomaszewskiej można przeczytać, że w całej Europie jest potencjał dla hipoteki odwróconej w kwocie 20 mld euro rocznie, a wartość nieruchomości posiadanych przez emerytów już w 2010 roku odpowiadała jednej trzeciej luki emerytalnej w Europie. Już w 2013 roku szacowano, że w perspektywie 10-15 lat najwyższy popyt na tę usługę będzie można zaobserwować m.in. w Polsce, Finlandii, Szwecji, Łotwie, Litwie, Niemczech, Belgii czy Francji. Ten moment właśnie nadszedł, zwłaszcza, że ponad 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość.

W ubiegłym miesiącu odbyło się posiedzenie Sejmowej Komisji Polityki Senioralnej, podczas którego debatowano na temat regulacji rynku hipoteki odwróconej. Przedstawiciele Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii zgodzili się, że rynek powinien być uregulowany w taki sposób, by gwarantować seniorom bezpieczeństwo. W dokumencie opisującym założenia polityki społecznej wobec osób starszych do 2030 roku uwzględniono punkt dotyczący opracowania projektu ustawy o rencie dożywotniej, a propozycja została uwzględniona, na etapie procedowania, przez Stały Komitet Rady Ministrów. Mam nadzieję, że prace nad projektem Ustawy o dożywotnim świadczeniu pieniężnym zostaną wznowione. Seniorzy już dziś mogliby korzystać ze środków zamrożonych w nieruchomości. Tak dzieje się za granicą. Tam osoby starsze w momencie przejścia na emeryturę czerpią z kapitału, który udało im się zgromadzić. Tym kapitałem coraz częściej jest mieszkanie.