W 2017 r. z faktoringu skorzystało 12,5 tys. polskich firm. To o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Wartość wierzytelności wykupionych przez firmy faktoringowe wzrosła w porównaniu z poprzednim rokiem o 17 proc. i wyniosła 222,5 mld zł – podał dziś GUS.
– Choć wartość rynku jest duża, ma on jeszcze ogromny potencjał wzrostu. Według Polskiego Związku Faktorów w I kwartale tego roku o 25 proc. – do 53 mld zł – wzrosła wartość wierzytelności przekazanych do firm faktoringowych w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej – mówi Krzysztof Tempes, dyrektor sprzedaży w firmie Siemens Finance, która wprowadziła usługę faktoringu do oferty.
– Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej sięgają po nowoczesne metody zarządzania obrotem gotówki w swoich firmach. Zbliżamy się tym samym do sposobu funkcjonowania bardziej dojrzałych gospodarek krajów Europy Zachodniej. Dzięki wykorzystaniu faktoringu firmom łatwiej zachować płynność i planować inwestycje – mówi Krzysztof Tempes. Brak płynności finansowej firm jest w Polsce poważnym problemem – według danych Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych z niepłacącymi na czas kontrahentami ma do czynienia 85 proc. polskich przedsiębiorstw, a przeciętny okres oczekiwania na zapłatę wynosi 3 miesiące i 24 dni. Co więcej, prawie co trzecia firma (28,9 proc.) borykająca się z brakiem płatności ze strony kontrahentów ogranicza swoje inwestycje.
Jak działa faktoring? W ramach usługi przedsiębiorca – zwany faktorantem – przekazuje instytucji finansowej (faktorowi) faktury wystawione kontrahentom, które mają długi termin płatności. Następnie otrzymuje na swój rachunek pieniądze od faktora w wysokości bliskiej wartości przedłożonych faktur, potrącone o wynagrodzenie firmy faktoringowej. – Faktoring pozwala „odblokować” fundusze przedsiębiorcy. Dzięki temu zwiększa się płynność finansowa firmy, łatwiej zarządzać finansami i nie wpaść w długi – dodaje Krzysztof Tempes.
Od 1 stycznia 2018 r. przeprowadzenie transakcji łączenia i dzielenia spółek wymaga uzasadnienia ekonomicznego. Jeśli zaś urząd skarbowy uzna, że głównym celem transakcji połączenia lub podzielenia spółki jest osiągnięcie korzyści podatkowej, to może zażądać podatku od spółki przejmującej inną spółkę, a także od jej wspólników. Wprowadzona z początkiem 2018 r. nowelizacja ustawy PIT oraz ustawy CIT zakłada bowiem opodatkowanie wartości całego otrzymanego przez spółkę przejmującą i wydzielanego ze spółki dzielonej majątku oraz opodatkowanie wspólników.
Stan sprzed 1 stycznia 2018 r.
Przed nowelizacją ustawa PIT umożliwiała zwolnienie z podatku dochodowego wniesienia aportu przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części (art. 21 ust. 1 pkt 109 ustawy). Z kolei ustawa CIT nie przewidywała opodatkowania takich aportów – art. 12 ust. 1 pkt 7 ustawy CIT definiował bowiem jako przychód wartość wkładu niepieniężnego w innej postaci niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część. Oznaczało to, że aport przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części nie stanowił przychodu opodatkowanego podatkiem od osób prawnych. Jednakże sama interpretacja pojęcia przedsiębiorstwa lub zorganizowanej części przedsiębiorstwa była uznaniowa, a zatem posługiwanie się tymi pojęciami przez urzędy skarbowe umożliwiało im kwestionowanie przedmiotu aportów oraz wskazywanie skutków podatkowych w związku z wniesieniem aportu.
Stan po 1 stycznia 2018 r.
Od 1 stycznia 2018 r. sytuacja związana z opodatkowaniem transakcji łączenia i dzielenia spółek diametralnie się zmieniła. Przede wszystkim z tego powodu, iż spółka przeprowadzająca przekształcenie oraz jej wspólnicy ryzykują, że zapłacą podatek dochodowy od całej wartości rynkowej przejmowanego majątku. Oczywiście w sytuacji, gdy urząd skarbowy uzna, że głównym celem transakcji było uzyskanie korzyści podatkowej, a więc że nie była ona przeprowadzona z przyczyn uzasadnionych ekonomicznie.
Zgodnie ze znowelizowanym brzmieniem art. 24 ust. 19 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych „zwolnienie z opodatkowania aportu przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części nie jest stosowane, jeżeli celem wniesienia przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części jest uniknięcie lub uchylenie się od opodatkowania”. Z kolei znowelizowany art. 24 ust. 20 tej ustawy wprowadził domniemanie, że głównym lub jednym z głównych celów aportu przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części jest uniknięcie lub uchylenie się od opodatkowania, jeżeli czynność ta nie zostanie przeprowadzona z uzasadnionych przyczyn ekonomicznych (klauzula uzasadnienia ekonomicznego transakcji). Taki sam wymóg na gruncie CIT został wprowadzony w zmienianym art. 12 ust. 12 i ust. 13 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych.
Reasumując, urząd skarbowy może zażądać zapłaty podatku aż trzykrotnie: od spółki przy przejęciu innej spółki i przy jej późniejszej sprzedaży oraz od wspólników spółki.
Ponadto z art. 12 ust. 1 pkt 7 ustawy CIT usunięto fragment „w przypadku wniesienia do spółki albo do spółdzielni wkładu niepieniężnego w innej postaci niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana część”. Oznacza to, że wniesienie każdego typu wkładu do spółki kapitałowej, także wkładu pieniężnego, skutkuje opodatkowaniem po stronie wnoszącego wkład.
Definicja klauzuli uzasadnienia ekonomicznego
Klauzula uzasadnienia ekonomicznego transakcji reorganizacji spółek stanowi tzw. małą klauzulę przeciw unikaniu opodatkowania. Została zawarta w art. 10 ust. 4 i ust. 4a ustawy CIT. Stanowi ona, że transakcje połączeń lub podziałów spółek oraz wymiany udziałów mogą korzystać z przywileju neutralności podatkowej jedynie wówczas, gdy są przeprowadzone z uzasadnionych przyczyn ekonomicznych, a nie wyłącznie bądź głównie w celu uniknięcia lub uchylenia się od opodatkowania.
Od 15 lipa 2016 r. w polskim systemie podatkowym obowiązuje ogólna klauzula przeciw unikaniu opodatkowania. 1 stycznia 2018 r. natomiast urzędy skarbowe zostały wyposażone w narzędzie do kwestionowania przeprowadzonych celem uniknięcia opodatkowania transakcji aportu przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części do spółek kapitałowych. Niestety termin „uzasadnione przyczyny ekonomiczne” jest nadal na tyle niejasny, że pozostawia dużą swobodę interpretacyjną organom podatkowym.
Dlatego też przedsiębiorcy powinni pamiętać, żeby każdą decyzję o przekształceniu swojej spółki koniecznie poprzedzić nie tylko konsultacją z doradcą podatkowym i prawnikiem, ale również głęboką refleksją biznesową oraz próbą identyfikacji wszelkich uzasadnionych przyczyn ekonomicznych planowanej transakcji.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Znamy Laureata tegorocznej edycji konkursu Mikroprzedsiębiorca Roku 2017. Wyniki rywalizacji właścicieli najmniejszych biznesów w Polsce ogłoszono 20 czerwca podczas Gali Finałowej w siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych. Główną nagrodę w wysokości 40 tysięcy złotych zdobyła Spółka KF Niccolum z Warszawy – pomysłodawca i producent innowacyjnych kosmeceutyków chroniących przed objawami alergii niklowej.
Po raz trzynasty Kapituła Konkursu, którą tworzyli przedstawiciele m. in. Citi Handlowy, Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy, Krajowej Izby Gospodarczej, Fundacji Sieć Przedsiębiorczych Kobiet czy Startup Poland, stanęła przed trudnym zadaniem wyłonienia najlepszego mikroprzedsiębiorcy minionego roku. Zgłoszenia do konkursu nadesłało ponad 200 firm reprezentujących różne specjalizacje i osiągnięcia na rynku polskim oraz na arenie międzynarodowej. Wspólny mianownik stanowiła jedynie liczba zatrudnionych pracowników, wynosząca maksymalnie 10 osób oraz obroty nieprzekraczające 2 mln euro.
Każdy rok przynosi nam potwierdzenie, jak innowacyjny i prężnie rozwijający się jest biznes prywatny w Polsce. Firmy, których profile i pomysły na osiągnięcie sukcesu w kraju i zagranicą mogliśmy analizować udowadniają, że najważniejszymi czynnikami warunkującymi powodzenie w świecie biznesu są odwaga, determinacja i pomysłowość – powiedział Sławomir S. Sikora, Prezes Zarządu Citi Handlowy, partner strategiczny konkursu.
Biorąc pod uwagę różnorodność firm nie tylko pod względem branży, ale również etapu rozwoju, lokalizacji, nowatorstwa czy funkcjonowania w określonej społeczności, poza nagrodą główną Kapituła Konkursu przyznała cztery wyróżnienia w kategorii – Start, Progres, Senior, Młody Biznes oraz 8 specjalnych wyróżnień dodatkowych Kapituły Konkursu dla firm reprezentujących poszczególne regiony kraju. Zależało nam na docenieniu lokalnych liderów biznesu. Mamy świadomość jak bardzo potrzebują wsparcia i potwierdzenia, że ich mikro działalność ma bardzo duży, wręcz makro wpływ na kształtowanie postaw i wzrost świadomości o potencjale biznesowym wśród lokalnych społeczności i mieszkańców mniejszych miejscowości – Ewa Sobkiewicz, Prezes stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, organizator Konkursu.
Spółka KF Niccolum, do której trafił tytuł Mikroprzedsiębiorcy Roku 2017, to firma z branży medycznej, która opracowała innowacyjną technologię hamującą przenikanie do wnętrza skóry jonów niklu, wywołujących reakcję alergiczną u prawie 20% populacji ludzkiej na całym świecie. Nagrodę główną oraz statuetkę z rąk organizatorów odebrała dr Izabela Anna Zawisza – twórca technologii i współzałożyciel KF Niccolum.
Wyróżnienia w kategoriach Start, Progres, Senior, Młody Biznes otrzymały firmy:
Start – PelviFly Sp. Z o.o., Progres – Riftcat Sp. Z o.o., Senior – Ludwisarnia Felczyńskich Taciszów, Młody Biznes – Kuchnia Konfliktu Sp. Z o.o.
Natomiast wyróżnienia specjalne trafiły do: SkyTronic Sp. Z o.o., Dobry Stolarz Gąska Sp. J. – właściciel marki MiaCalnea, LAPARO Sp. Z o.o., Oleowita Ewelina Narożna-Domska, Prodromus Sp. Z o.o., Seedia Sp. Z o.o., Udress Code Sp. Z o.o. oraz KSK Developments Sp. Z o.o.
Konkurs Mikroprzedsięborca Roku jest częścią programu Citi Microentrepreneurship Awards realizowanego przez Citi Foundation. Inicjatywa ma na celu stworzenie możliwości podnoszenia poziomu ekonomicznego osób o niższych dochodach, również młodzieży, na całym świecie. Nagrody w konkursie zapewniają przedsiębiorcom środki na rozwój ich działalności, w tym dostęp do sieci, kapitału, narzędzi i szkoleń, a także umożliwiają im zbudowanie równowagi ekonomicznej dla siebie, swoich rodzin i społeczności. Program Citi Microentrepreneurship Awards realizowany jest przez lokalne organizacje, które starają się wprowadzać rozwiązania na dużą skalę dzięki mikrofinansowaniu i wspieraniu przedsiębiorczości.
Japonia – ojczyzna mangi i najnowocześniejszych technologii, jest także krajem silnych tradycji, rządzonym przez cesarza. Dlatego w gamie modeli największego japońskiego producenta nie może zabraknąć limuzyny dla dygnitarzy, prezesów firm i oczywiście dworu cesarskiego. Takim samochodem jest Toyota Century. W japońskich salonach Toyoty debiutuje właśnie jej trzecia generacja.
1 z 8
Toyota Century jest oficjalną limuzyną cesarza Akihito. Władca Japonii porusza się wyposażoną specjalnie dla niego wersją tego modelu za 500 tys. dolarów. Niedługo Akihito zapewne zmieni samochód, bowiem Toyota wprowadza na rynek nową generację swojej limuzyny godnej monarchów.
Pół wieku samochodu stulecia
Toyota Century zadebiutowała w 1967 roku z okazji setnej rocznicy urodzin Sakichi Toyody, założyciela Toyota Group. Od ponad 50 lat model ten jest symbolem statusu i ulubionym samochodem japońskiej elity, pomimo faktu, że przez całe dekady Century niewiele się zmieniała. Obecnie do japońskich salonów Toyoty trafia trzecia generacja luksusowej Toyoty po 21 latach od premiery drugiej generacji – dla porównania obecna na rynku od 1966 roku Corolla doczekała się już 11 generacji.
Toyota Century kwintesencją japońskości
Nowa limuzyna Toyoty w ogromnym stopniu korzysta z tradycji, odwołując się zarówno do charakterystycznych właściwości tego modelu na przestrzeni dekad, jak i do dziedzictwa kulturowego Japonii. Jej twórcy opierają się na tradycjach japońskich mistrzów rzemiosła oraz na zasadach etyki pracy monozukuri. Jednocześnie Century korzysta z najnowszych rozwiązań technologicznych w duchu współczesnych japońskich priorytetów – zrównoważonego rozwoju oraz opieki i bezpieczeństwa dla każdego – stąd napęd hybrydowy pod maską oraz nowoczesne systemy Toyota Safety Sense i HELPNET®.
Drzwi zostały wykończone zgodnie ze sztuką rzemieślniczą epoki Heian (794-1185 n.e.). Głębia czarnego lakieru Kamui (ethernal black) została uzyskana dzięki siedmiu warstwom i różnym technikom polerowania, w tym mokrym piaskiem. Front zdobi ręcznie wykonany emblemat feniksa.
Wnętrze zostało wykończone elementami z drewna. Tylny fotel po lewej stronie ma funkcję masażu oraz otwierany podnóżek. To miejsce przeznaczone jest dla głównego pasażera, dlatego na nim skoncentrowane jest działanie systemu multimedialnego, nagłośnienia i klimatyzacji. Do ich kontroli służy ekran dotykowy w zamocowany w podłokietniku pod prawą dłonią.
Napęd hybrydowy V8
Limuzynę Toyoty napędza układ hybrydowy z 5-litrowym silnikiem V8 o mocy 380 KM i momencie obrotowym 510 Nm przy 4000 obr./min. Współpracuje z nim silnik elektryczny o mocy 224 KM i 300 Nm momentu obrotowego, dostępnego w pełnym zakresie pracy. Łącznie układ dostarcza 431 KM mocy i korzysta z baterii niklowo-wodorkowej. Century zużywa średnio 7,7 l/100 km według japońskiego cyklu JC08. Panująca we wnętrzu cisza jest efektem pracy napędu hybrydowego oraz starannego wygłuszenia kabiny.
Technologia dla bezpieczeństwa
Toyota Century jest wyposażona w pakiet systemów bezpieczeństwa czynnego Toyota Safety Sense w zaawansowanej wersji radarowej o zwiększonym zasięgu i dodatkowych funkcjach. Nowością jest system HELPNET®, który automatycznie alarmuje służby ratunkowe, kiedy w samochodzie uruchomią się poduszki powietrzne. Na podstawie danych przekazanych przez komputer na pokładzie samochodu dyspozytorzy podejmują decyzję o wysłaniu na miejsce karetki bądź helikoptera ratunkowego, a także innych potrzebnych służb – policji czy straży pożarnej.
Toyota Century jest dostępna w salonach Toyoty w całej Japonii. Producent zakłada miesięczną sprzedaż na poziomie 50 egzemplarzy. Auto jest budowane w fabryce Higashi-Fuji, niedaleko najsłynniejszego japońskiego toru wyścigowego o tej samej nazwie. Ceny zaczynają się od 19,6 milionów jenów, czyli ponad 178 tys. dolarów.
Bezzwrotne dotacje z Unii Europejskiej cieszą się dużą popularnością wśród przedsiębiorców oraz osób, które dopiero zamierzają założyć działalność gospodarczą. Najchętniej o unijne wsparcie wnioskują osoby z województw: mazowieckiego, wielkopolskiego i małopolskiego. Najczęściej poszukiwana kwota wsparcia nie przekracza 100 tysięcy złotych. Serwis Oferteo.pl sprawdził, na co Polacy najczęściej pobierają środki od UE.
Dotacje na start biznesu
Według analizy przeprowadzonej przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, najczęściej o dotację unijną występują osoby, które chcą założyć własny biznes. Tego rodzaju wsparcia finansowego dotyczyło 60% zapytań złożonych w 2017 roku w serwisie przez osoby poszukujące dotacji. – Wsparcie finansowe z Unii w połączeniu z wprowadzoną niedawno ulgą na start dla nowych przedsiębiorców może wydatnie pomóc w rozkręceniu działalności – mówi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Pamiętajmy, że ubiegając się o dotację warto skorzystać z usług profesjonalnego doradcy, który pomoże przejść przez cały proces wnioskowania o unijne środki.
Z kolei 40% badanych użytkowników Oferteo.pl poszukiwało wsparcia dla istniejącej już działalności gospodarczej. Nieznacznie więcej wniosków o dotację składali przedsiębiorcy z miast (53%) niż z terenów wiejskich, a najwięcej poszukujących dotacji osób pochodziło z województw: mazowieckiego, wielkopolskiego i małopolskiego.
Dotacje do 100 tys. złotych
Najczęściej poszukiwane były kwoty dotacji, które nie przekraczały 100 tys. złotych. Wskazała tak ponad połowa badanych. Tylko 11% poszukujących dotacji potrzebowało kwoty przekraczającej pół miliona złotych.
Na co firmy przeznaczają dotacje?
Dotacje najczęściej miałyby zostać przeznaczone na zakup maszyn i urządzeń potrzebnych do prowadzenia działalności, na co wskazało 36% badanych. Poza tym użytkownicy Oferteo.pl dzięki dotacjom chcieli wspomóc swoje sprawy lokalowe, przeznaczając je albo na budowę lub remont nieruchomości (17%), albo na wynajem lub zakup lokalu (11%). Ponadto dotacje miałyby zostać wykorzystane na stworzenie nowych miejsc pracy oraz na promocję firmy.
Metodologia badania
Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 5 300 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl przez osoby poszukujące dotacji unijnych.
Indeksy koniunktury w Europie zgodne z oczekiwaniami. Grecja powoli wychodzi na prostą, ale czekają ją lata wyrzeczeń. Argentyna otrzymała wsparcie MFW.
Koniunktura w Europie
Od rana poznajemy dzisiaj wyniki indeksów PMI dla przemysłu. Są to wstępne wyniki, a na pełne przyjdzie nam jeszcze poczekać. Czym jest indeks PMI? Skrót ten oznacza Indeks Menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. Jest to badanie, w których wspomniana kadra zarządzająca odpowiada na pytanie czy spodziewa się poprawy/pogorszenia/braku zmiany sytuacji gospodarczej. Dlaczego właśnie Ci ludzie są pytani? Bo to oni odpowiadają za zamówienia i to oni już teraz czując gorsze czasy zamówią mniej, lub czując lepsze zamówią więcej towaru. Dane te okazują się na razie zgodne z oczekiwaniami, co ciekawe trochę słabiej od oczekiwań wypadły główne gospodarki Unii, na szczęście mniejsze państwa wypadły lepiej.
Grecja wychodzi na prostą
Po 8 latach kończy się pewna epoka. Ateny otrzymują ostatni pakiet pomocy i wracają samodzielnie na rynek długu. Warto zwrócić uwagę, że jednym z warunków jest utrzymywanie pierwotnej nadwyżki w budżecie przez długie lata. Co to jest pierwotna nadwyżka? Oznacza to, że budżet przed opłaceniem kosztów zadłużenia ma mieć większe wpływy niż wydatki. Grecy idą obecnie ścieżką przetartą przez Irlandię i Portugalię. Oznacza to, że kraj będzie pod wzmożoną obserwacją struktur unijnych. Warto zwrócić uwagę, że nadwyżkę udało się wypracować kiedy na świecie mamy wyraźną poprawę koniunktury. Nie wiadomo jak będzie wyglądał budżet gdy gospodarka światowa spowolni, a tego nie można wykluczyć. Szczególnie, że plan spłaty obecnego zadłużenia sięga 42 lat.
Pożyczka dla Argentyny finalnie zaakceptowana
Umowa została uzgodniona już wcześniej, ale dopiero teraz zarząd Międzynarodowego Funduszu Walutowego zebrał się by ją oficjalnie potwierdzić. Warunkiem uzyskania pomocy jest przeprowadzenie reform, w tym głównie cięć wydatków budżetowych. Drugim istotnym warunkiem jest to, że na razie uruchomiono zaledwie 30% kwoty, a reszta będzie zależna od postępów w reformach. O tym jak duże problemy ma obecnie Argentyna najlepiej świadczy kondycja argentyńskiego peso. Jeszcze pod koniec kwietnia za dolara płaciło się 20 peso, ostatnimi dniami jest to aż 28 peso.
Dzisiaj w kalendarzu brak ważnych danych makroekonomicznych. Warto natomiast zwrócić uwagę, że w weekend odbędą się wybory w Turcji. Biorąc pod uwagę sondaże oraz styl sprawowania władzy pewnym jest kto wygra wybory. Otwartym pozostaje pytanie jak bardzo Erdogan i jego partia je wygrają i jak poważne będą protesty ze względu na nieuczciwości podczas głosowania.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Po konsultacjach społecznych Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju wprowadziło zmiany w projekcie ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących. Polegają one na przywróceniu kluczowych kompetencji organom samorządowym oraz na ich dookreśleniu, a także doprecyzowują kształt urbanistyczno-architektoniczny inwestycji. Czy Ministerstwo rozwiało w ten sposób wszystkie wątpliwości dotyczące nowego aktu prawnego?
W Polskich miastach średnio około 40% terenów objętych jest miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego. Uzyskanie pozwolenia na budowę inwestycji mieszkaniowej trwa zwykle kilka miesięcy. W przypadku terenu nieobjętego planem miejscowym inwestor najpierw musi otrzymać indywidualne warunki zabudowy, co również może zająć od kilku miesięcy do pół roku. To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej, gdy idzie o okoliczności istotnie wydłużające proces inwestycyjny. W wypadku inwestycji na gruntach rolnych musi dojść do ustalenia przeznaczenia gruntu na cele nierolnicze, co następuje w planie miejscowym (za wyjątkiem gruntów położonych w granicach administracyjnych miast) oraz konieczne jest uzyskanie decyzji wyłączającej grunt z produkcji rolnej. Proces inwestycyjny może zostać wydłużony dodatkowo przez konieczność uzyskania decyzji środowiskowej (ok. 6 miesięcy), decyzji konserwatora zabytków (ok. 1-2 miesięcy), pozwolenia wodnoprawnego (1-3 miesięcy), zezwolenia na usunięcie drzew lub krzewów (1-2 miesięcy). W wypadku inwestycji na gruntach zanieczyszczonych (np. poprzemysłowych) konieczne może okazać się dodatkowo przeprowadzenie remediacji lub działań naprawczych, co może trwać rok lub dłużej.
Najwięcej czasu zajmuje jednak zmiana miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Proces ten może zająć 2 lata (w Warszawie od 3 do 7 lat), a czasami wiąże się z koniecznością uprzedniej zmiany studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy, co oznacza kolejne 2 lata oczekiwania. W wypadku skumulowania wymienionych wyżej czynników, proces poprzedzający uzyskanie pozwolenia na budowę może przekroczyć kilka lat, nawet gdy część decyzji jest uzyskiwana jednocześnie.
Obecnie uzgadniany projekt ustawy zamierza skrócić najbardziej długotrwałe etapy procesu inwestycyjnego. Nowy projekt przemodelował procedurę lokalizacji inwestycji mieszkaniowych w ten sposób, że kompetencje w tym zakresie powierzono wyłącznie radzie gminy (pierwotnie miał je posiadać wojewoda), która będzie podejmowała uchwałę w tym zakresie, po zasięgnięciu niezbędnych opinii i dokonaniu uzgodnień oraz po umożliwieniu złożenia uwag przez mieszkańców. Natomiast kwestię ewentualnej niezgodności inwestycji mieszkaniowej lub towarzyszącej z planem miejscowym rozstrzygnięto w ten sposób, że rada gminy nie będzie już wyrażała w tym zakresie odrębnej zgody (jak projektowano uprzednio). Uwzględniając uwagi krytyków poprzedniej wersji projektu, w nowym projekcie przyjęto założenie, że inwestycje mieszkaniowe i towarzyszące będą realizowane niezależnie od istnienia lub ustaleń planu miejscowego, pod warunkiem, że nie będą sprzeczne z ustaleniami studium uwarunkowań oraz uchwałą o utworzeniu parku kulturowego (wymóg niesprzeczności ze studium nie będzie dotyczył terenów w przeszłości wykorzystywanych jako tereny kolejowe, wojskowe, produkcyjne lub usług pocztowych, na których funkcje te nie są realizowane). Takie rozwiązanie nie powinno budzić zastrzeżeń, zważywszy na nadzwyczajny charakter tej regulacji, mającej na celu przede wszystkim przyspieszenie procedur administracyjnych związanych z realizacją inwestycji mieszkaniowych.
Rozwiązanie wydaje się rozsądne, wypośrodkowując interesy zwolenników zwiększenia liczby oddawanych do użytku mieszkań oraz rzeczników silnego uregulowania prawnego kwestii porządku urbanistycznego. Dodatkowo wprowadzono obowiązek uwzględnienia inwestycji mieszkaniowych co do których zostało wydane pozwolenie na użytkowanie, przy sporządzaniu lub zmianie planów miejscowych w przyszłości, co powinno zapewnić zachowanie spójności i przejrzystości planistycznej oraz uniknięcie rozproszenia ustaleń planistycznych w kilku aktach prawnych.
Uchwała rady gminy ustalająca lokalizację inwestycji mieszkaniowej i towarzyszącej będzie podlegała standardowemu obowiązkowi przedłożenia wojewodzie i jego kontroli jako organu nadzoru, który będzie mógł stwierdzić jej nieważność. Stwierdzenie nieważności uchwały przez organ nadzorczy wstrzyma wykonalność uchwały. Rada gminy będzie mogła zaskarżyć rozstrzygnięcie nadzorcze do WSA. Natomiast zgoda wyrażona w formie decyzji będzie podlegała standardowej procedurze odwoławczej. Niezależnie od tego trybu, skargę na uchwałę rady gminy będzie mógł wnieść każdy, czyjego interes prawny lub uprawnienie zostaną nią naruszone, przy czym nowy projekt skraca terminy na wniesienie i rozpatrzenie tej skargi oraz wprowadza 2 miesięczny termin na rozpoznanie skargi kasacyjnej wniesionej w tym postępowaniu (co znacznie skróci okres niepewności dla inwestorów, zważywszy, że obecnie na rozpoznanie skargi kasacyjnej przez NSA oczekuje się od 1,5 roku do 2 lat).
Krytycy pierwotnego projektu ustawy formułowali również zastrzeżenia do zapisów związanych z koncepcją urbanistyczno-architektoniczną. Nowy projekt precyzuje, że koncepcję należy dołączyć już do wniosku o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej a jej wykonanie należy powierzyć osobom posiadającym uprawnienia urbanistyczne lub architektom posiadającym uprawnienia projektowe w branży architektonicznej. Zrezygnowano zatem z pierwotnego pomysłu konkursu na koncepcję urbanistyczno-architektoniczną, który mógłby okazać się długotrwały, na rzecz powierzenia przygotowania koncepcji specjalistom w tym zakresie, co z jednej strony powinno skrócić proces przygotowania wniosku o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej a z drugiej strony powinno zapewnić zachowanie niezbędnych standardów urbanistycznych i architektonicznych.
Nowy projekt rezygnuje z najbardziej krytykowanego pomysłu przyznającego kompetencje z zakresu zagospodarowania terenu inwestycjami mieszkaniowymi wojewodzie, co należy przyjąć z aprobatą, zważywszy, że co do zasady kwestie planistyczne należą w polskim porządku prawnym wyłącznie do kompetencji rady gminy, zaś wojewodzie przyznawano kompetencje w tym zakresie w ograniczonym zakresie.
Wycofano się również z pomysłu wydawania pozwoleń na użytkowanie inwestycji mieszkaniowych przez wojewódzkich inspektorów nadzoru budowlanego, co zasługuje na aprobatę, zważywszy, że są to organy nieprzygotowane do prowadzenia tego rodzaju postępowań, a powiatowe inspektoraty nadzoru, którym powierzono w nowym projekcie wydawanie pozwoleń na użytkowanie inwestycji mieszkaniowych posiadają w tym zakresie wieloletnie doświadczenie i wypracowane standardy postępowania w relacjach z inwestorami., co przywraca inwestorom poczucie pewności i przewidywalności w procesie inwestycyjnym.
Na marginesie należy także wskazać, że sam projekt ustawy nie wyłącza dalszego stosowania decyzji o warunkach zabudowy jako podstawy realizacji inwestycji mieszkaniowych. Jednak zważywszy na to, że Ministerstwo Infrastruktury prowadzi prace nad ustawą ograniczającą możliwość wydawania w przyszłości decyzji o warunkach zabudowy oraz przewidującą wygaśnięcie decyzji dotychczas wydanych, skutek nowych regulacji może być taki, że po wygaśnięciu uzyskanych dotychczas decyzji o warunkach zabudowy procedura lokalizacji inwestycji mieszkaniowych będzie jedyną możliwą formą ich realizacji.
Podsumowując, stwierdzić należy, iż nowy projekt zrezygnował z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów, uwzględniając z jednej strony zastrzeżenia krytyków, ale nie zarzucając jednocześnie ułatwień proceduralnych pozwalających na przyspieszenie procesu realizacji inwestycji mieszkaniowych. Nowy projekt kompetencje z zakresu władztwa planistycznego nadal pozostawia w całości radzie gminy, co podważa twierdzenia przeciwników projektu, którzy obawiają się, że projekt powiększy chaos urbanistyczny. Zastrzeżenia może jedynie budzić uproszczenie procedury udziału społeczeństwa w procesie ustalania lokalizacji inwestycji mieszkaniowych na terenach objętych planami zagospodarowania. W tym zakresie należy jednak podkreślić, że procedura konsultacji społecznych nie została w projekcie wyłączona, a projekt nie wyklucza możliwości zaskarżenia uchwały rady gminy wyrażającej zgodę na lokalizację inwestycji mieszkaniowej przez osoby mające w tym interes prawny.
Opracowanie: Sebastian Janicki, kancelaria Magnusson, Tokaj i Partnerzy
Hotele w Moskwie i Sankt Petersburgu trzeci rok z rzędu odnotowały wzrost wyników operacyjnych za sprawą zwiększonego ruchu turystycznego. Z badania przeprowadzonego przez Colliers International wynika, że obłożenie w Moskwie wzrosło o 3%, osiągając po raz pierwszy od 2015 r. rekordowy poziom 75%, a w Sankt Petersburgu o 5,5%. Średni przychód z pokoju hotelowego zwiększył się do 4345 rubli, co stanowi najwyższą kwotę od ostatnich trzech lat.
Według danych Colliers International, w 2017 r. Moskwę odwiedziło 21,5 mln turystów, czyli o 13% więcej niż w 2016 r., a Sankt Petersburg 7,5 mln, co stanowi wzrost o 8,4% w porównaniu z poprzednim rokiem. Tendencja wzrostowa wyników operacyjnych odnotowywanych przez hotele w obu miastach utrzymuje się na stabilnym poziomie trzeci rok z rzędu.
Wzrost obłożenia
Obłożenie hoteli w Moskwie zwiększyło się o 3 punkty procentowe rok do roku, cena za pokój hotelowy (ADR) wzrosła o 1,6%, a wysokość przychodu z pokoju (RevPAR) zwiększyła się o 5%. W ostatnich trzech latach obłożenie hoteli w Moskwie wzrosło o 7,5% i po raz pierwszy od 2015 r. osiągnęło poziom 75%.
W Sankt Petersburgu, gdzie ruch turystyczny ma charakter bardziej sezonowy, obłożenie hoteli utrzymało się na poziomie z 2016 r. i w 2017 r. wyniosło 68% r. Ze względu na wzrost cen pokoi w sezonie przychód z pokoju (RevPAR) w Sankt Petersburgu zwiększył się jednak o 5,5%. Największy wzrost cen miał miejsce podczas ważnych wydarzeń sportowych i biznesowych w mieście – Pucharu Konfederacji i Petersburskiego Międzynarodowego Forum Ekonomicznego (SPIEF).
Colliers International przewiduje, że w 2018 r. średnioroczne obłożenie hoteli w Moskwie może wzrosnąć o 5%, osiągając tym samym 80%, a w Petersburgu o 3%, osiągając poziom 71%. Specjaliści z firmy Colliers oczekują, że rozgrywane w Rosji Mistrzostwa Świata w piłce nożnej będą miały większy wpływ na wyniki operacyjne branży hotelarskiej w Moskwie niż w Sankt Petersburgu, biorąc pod uwagę, że ze względu na bezpłatne przejazdy pociągami i przystępne cenowo bilety lotnicze część fanów może wykupić zakwaterowanie w Moskwie, a do Petersburga wybrać się na całodzienną wycieczkę. Colliers International przewiduje także, że średnioroczna cena pokoju hotelowego (ADR) w Moskwie wzrośnie o 28%-30% do kwoty 5930 rubli za dobę, czyli do średniej ceny w 2017 r., a Sankt Petersburg odnotuje wzrost na poziomie 22%-26%.
Evgenia Tuchkova, dyrektor w dziale Business Development, Colliers International w Sankt Petersburgu
— Po kryzysie gospodarczym w 2014 r. rosyjska branża turystyczna ponownie przyspieszyła i w dalszym ciągu odnotowuje stabilny wzrost. Zdecydowanie zwiększył się ruch turystyczny z Chin i Korei Południowej, a jednocześnie rośnie zainteresowanie turystów z Zachodu. W 2018 r. Rosja stała się przedmiotem zwiększonego zainteresowania za sprawą Mistrzostw Świata w piłce nożnej, a także Wschodniego Forum Ekonomicznego i SPIEF. Dla hotelarzy w Moskwie i Sankt Petersburgu to teraz najbardziej dochodowy okres od ostatnich czterech lat. Oczekujemy, że w 2018 r. obłożenie i przychody hoteli w obu miastach osiągną najwyższy poziom w ostatnich pięciu latach — wyjaśnia Evgenia Tuchkova, dyrektor w dziale Business Development, Colliers International w Sankt Petersburgu.
Więcej obcokrajowców
Ruch turystyczny w Moskwie wciąż najbardziej napędza turystyka krajowa, w której największy udział mają podróże służbowe (do 75%). W Sankt Petersburgu do wzrostu wyników przyczynili się zagraniczni turyści, których udział w ogólnej liczbie odwiedzających był dwa razy większy niż w Moskwie, gdzie 22% wszystkich turystów stanowili obcokrajowcy. W 2017 r. co drugi turysta odwiedzający Sankt Petersburg pochodził z zagranicy.
Ruch turystyczny w 2017 r. (zmiany rok do roku)
Moskwa
Sankt Petersburg
Turyści z Rosji
+15%
-8%
Zagraniczni turyści
+7%
+32%
Do najważniejszych czynników zwiększających atrakcyjność Rosji jako kierunku turystycznego należy osłabienie rubla, zbliżające się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej FIFA 2018, a także zakrojona na szeroką skalę promocja Moskwy i Sankt Petersburga za granicą mająca na celu przyciągnięcie turystów z krajów, z którymi Rosja podpisała umowy o podróżach bezwizowych. Według prognoz Federalnej Agencji Turystyki (Rosturizm) podczas Mistrzostw Świata Rosję odwiedzi 1,5 mln obcokrajowców.
W ostatnich latach gwałtownie wzrosło zainteresowanie Rosją wśród turystów z Chin. Według danych rosyjskich służb granicznych liczba obywateli Chin odwiedzających Rosję wzrosła o 38% w ostatnich ośmiu latach, osiągając w 2017 r. 1,78 mln. Stały wzrost ruchu turystycznego zaobserwowano także wśród obywateli Korei Południowej. W ostatnich czterech latach, z uwagi na zawarte przez oba kraje porozumienie o ruchu bezwizowym, liczba turystów z Korei Południowej zwiększyła się o ponad 50% – ze 135 tys. w 2014 r. do 276 tys. w 2017 r.
Na zwiększone zainteresowanie Rosją wskazują także statystyki dotyczące ruchu turystycznego ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Liczba turystów z USA wzrosła w ubiegłym roku o 18%, a Kanadyjczyków o 26%. Wśród krajów zachodnioeuropejskich odnotowano mniej imponujący wzrost. W porównaniu z 2016 r. liczba odwiedzających z Niemiec wzrosła w 2017 r. o 2,4%, liczba turystów z Francji zwiększyła się o 4,6%, a ruch turystyczny z Wielkiej Brytanii utrzymał się na tym samym poziomie.
Kraje o największym udziale w turystyce przyjazdowej*
*na podstawie liczby wjazdów obywateli innych państw na terytorium Federacji Rosyjskiej, z wyłączeniem krajów WNP
Źródło: Służba Graniczna Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji
Mimo że Moskwa dominuje jako punkt wjazdu obcokrajowców do kraju, to w Sankt Petersburgu obserwuje się większy wzrost liczby zagranicznych turystów wynoszący około 1 miliona osób rocznie w porównaniu z 300 tys. w Moskwie. Na podstawie liczby turystów przyjeżdżających bezpośrednio do Sankt Petersburga na pierwszym miejscu znajduje się Finlandia (530 tys.), a za nią Niemcy (250 tys.), Estonia (230 tys.) i USA (170 tys.). Turyści z Chin zajmują piąte miejsce w rankingu dla Sankt Petersburgu, przy czym dane dotyczące ich liczby mogą być mylące, biorąc pod uwagę, że większość Chińczyków rozpoczyna swoją podróż przez Rosję w Moskwie i przyjeżdża do Sankt Petersburga, korzystając z wewnętrznych połączeń.
Dnia 9 lipca 2018 r. wchodzi w życie nowelizacją kodeksu cywilnego w zakresie nowych zasad dotyczących przedawnień roszczeń. Przewiduje ona nie tylko zmiany w długości i liczeniu terminów przedawnienia, ale wprowadza dość rewolucyjne rozróżnienie w sposobie korzystania z dobrodziejstwa zarzutu przedawnienia przez konsumenta i przedsiębiorcę.
Przedawnienie po 6 latach, a nie 10
Ustawa wprowadza nowy generalny termin przedawnienia, w miejsce dotychczasowego 10-letniego termin 6-letni. Dotyczy on też roszczeń stwierdzonych prawomocnym orzeczeniem sądu, choćby termin przedawnienia roszczeń tego rodzaju był krótszy. Termin przedawnienia dla roszczeń o świadczenia okresowe oraz roszczeń związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej pozostaje nadal trzyletni.
Ponadto, w odniesieniu do wszystkich terminów przedawnienia nie krótszych niż dwa lata zasadniczo zmienia się ich sposób liczenia – koniec terminu przedawnienia przypadać ma od teraz zawsze na ostatni dzień roku kalendarzowego, czyli 31 grudnia.
Zróżnicowanie sytuacji konsumenta i przedsiębiorcy
Rewolucją wprowadzaną przez nowelizację jest to, że zmieni ona sytuację konsumenta i przedsiębiorcy w kwestii prawa przedawnienia – zmiany w niektórych aspektach polepszą sytuacją konsumenta, a w niektórych pogorszą.
Polepszenie sytuacji konsumenta, a pogorszenie przedsiębiorcy
Ustawa przewiduje że przeciwko konsumentowi nie można domagać się spełnienia już przedawnionego roszczenia. Ustawa przyznaje bowiem sądom uprawnienie do stwierdzenia przedawnienia na korzyść konsumenta niezależnie od tego, czy konsument taki zarzut przedawnienia podniósł. Zasadniczo zmienia to obowiązującą aktualnie zasadę, że przedawnione wierzytelności mogą być dochodzone przez wierzyciela, a dłużnik uwolnić od nich może się jedynie formalnie podnosząc zarzut przedawnienia. W praktyce wierzyciele często domagali się od konsumenta zapłaty przedawnionych roszczeń licząc na to, że konsument nie zorientuje się, że roszczenie już jest przedawnione. W takich wypadkach, jeśli konsument nie podniósł zarzutu przedawnienia sam, sąd nie mógł wierzytelności uznać za przedawnionej.
Polepszenie sytuacji konsumenta względem przedsiębiorcy przewidują też przepisy przejściowe regulujące zmianę terminu przedawnienia z 10 lat na lat 6. Co do zasady, w stosunku do przedsiębiorców, do przysługujących im roszczeń powstałych przed dniem wejścia w życie nowej ustawy stosuje się nowe, krótsze, terminy przedawnienia, o ile roszczenia te nie uległy już przedawnieniu. W przypadku konsumentów zaś, terminy przedawnienia przysługujących im roszczeń powstałych przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy i w tym dniu jeszcze nieprzedawnionych w każdym wypadku stosuje się stare, dłuższe, terminy przedawnienia.
Pogorszenie sytuacji konsumenta, a polepszenie przedsiębiorcy
Od przywileju konsumenta, że nie można dochodzić przeciwko niemu przedawnionych roszczeń, projekt czyni zaskakująco daleko idący wyjątek. Sądy będą mogły bowiem w ogóle nie uwzględnić upływu terminu przedawnienia roszczeń przysługujących przeciwko konsumentom, jeśli uznają, że przedawnienie jest narusza zasadę słuszności.
Oznacza to, że nawet jeśli konsument sam podniesie zarzut przedawnienia, to sąd może uznać, że dług i tak powinien on spłacić. Co najbardziej zaskakujące, dotyczy to tylko długów konsumentów! Oznacza to, że w sporze pomiędzy konsumentem a bankiem, gdy długi obu stron się przedawnią, tylko bank może być pewny, że jego dług nie będzie mógł być dochodzony, jeśli podniesie zarzut przedawnienia. Konsument zawsze będzie natomiast niepewny, czy sąd nie uzna, że musi on spłacić swój dług mimo, że upłyną termin przedawnienia.
Wydaje się, że nowelizacja podyktowana jest interesem banków w sprawach frankowych. W związku z tym, że sądy stwierdzają nieważność niektórych umów indeksowanych do waluty obcej, coraz częściej pojawia się sytuacja, gdy banki i konsumenci muszą sobie zwrócić wszystko, co w wykonaniu takiej umowy otrzymały. Roszczenia banków w tym przypadku są jednak takiego rodzaju, że podlegają przedawnieniu z upływem 3 lat od wypłaty kredytu, podczas gdy roszczenia konsumentów przedawniają się zaś z upływem lat 10 licząc od chwili spłacenia każdej raty. Unieważnienie umów prowadziłoby więc do sytuacji, w której tylko jedna ze stron – banki – musiałaby zwrócić to, co jej druga strona świadczyła. W konsekwencji unieważnienie umów kredytowych prowadziłoby do tego, że konsumenci uzyskaliby kredyty bez obowiązku ich spłat.
Sytuacja taka faktycznie godziłaby w poczucie sprawiedliwości, ale można go uniknąć stosując już obowiązujące obecnie prawo, w tym zasadę współżycia społecznego z art. 5 k.c.
Wchodząca w życie nowelizacja sama w sobie natomiast uderza w poczucie sprawiedliwości. Po pierwsze dlatego, że rodzi stan niepewności prawnej konsumenta, któremu trudno będzie przewidzieć, kiedy jego dług może być dochodzony przez drugą stronę. Po drugie dlatego, że osłabia pozycję procesową jednego podmiotu względem drugiego tylko dlatego, że jest konsumentem
Autorzy:
dr Robert Rykowski, adwokat, Rykowski & Gniewkowski Kancelaria Adwokatów i Radców Prawnych Sp.k.
Adam Tula, adwokat, Rykowski & Gniewkowski Kancelaria Adwokatów i Radców Prawnych Sp.k.
Niemal co drugi użytkownik ma zainstalowaną na swoim telefonie lub tablecie choć jedną aplikację zakupową. Z drugiej strony, jak pokazują wyniki analizy Just Run App oraz Spicy Mobile, wydawcy inwestujący w m-commerce muszą mocno walczyć o klienta. Większość aplikacji mobilnych traci w pierwszych miesiącach nawet 80% pozyskanych użytkowników.
Według badań Forrester, 63% użytkowników trafia na aplikację poprzez znalezienie jej w sklepie z aplikacjami. Tymczasem, w samym Google Play, w kategorii „Zakupy” znajdziemy w sumie aż 98 tysięcy aplikacji zakupowych – są wśród nich programy lojalnościowe, gazetki promocyjne, aplikacje z kuponami czy typowe aplikacje sprzedażowe. Jeszcze trudniej wydawcom dotrzeć do klientów korzystających z urządzeń mobilnych firmy Apple. Do 2016 r. w sklepie App Store nie było bowiem oddzielnej kategorii „Zakupy”, teraz mieści ona blisko 29 tysięcy aplikacji, a wiele z nich wciąż znajduje się w innych miejscach sklepu.
W skali globalnej liczba aplikacji zakupowych nie jest zawrotna – stanowią one ok. 3% ogółu aplikacji dostępnych na świecie w Google Play oraz 1,33% aplikacji w App Store. Jednak, gdy spojrzymy na liczbę pobrań, widać, jak trudno wydawcom zaistnieć na rynku m-commerce. Z analizy, jaką przeprowadziły agencja Spicy Mobile oraz Just Run App, wynika, że jedynie 4% aplikacji zakupowych w Google Play może pochwalić się liczbą pobrań na poziomie ponad 50 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że tego typu rozwiązania są tworzone przez firmy z myślą o konkretnym celu – wsparciu sprzedaży, wzrost z inwestycji może być dla wielu bardzo trudny do osiągnięcia.
„Rynek jest bardzo konkurencyjny i opanowany przez aplikacje międzynarodowych sieci handlowych oraz duże sklepy internetowe. Wśród nich najliczniejszą grupę tworzą branża odzieżowa, spożywcza oraz drogerie” – komentuje wyniki Michał Pietruszka, stojący na czele zespołu Just Run App, specjalizującego się w rozwoju i promocji aplikacji m-commerce. – „Nowym graczom trudno zaistnieć z aplikacją sprzedażową. Średni miesięczny potencjał instalacyjny na polskim rynku szacuję na poziomie ok. 12 tysięcy pobrań. Oczywiście, w przypadku rozpoznawalnej marki handlowej może być on dużo, dużo wyższy”.
O skali trudności w promocji aplikacji – i tym samym pozyskaniu mobilnego konsumenta – świadczy dodatkowo fakt, że przeciętny użytkownik instaluje na swoim smartfonie lub tablecie zaledwie kilka aplikacji miesięcznie. Jednocześnie, część z aplikacji już zainstalowanych usuwa. Większość aplikacji traci 70-80% użytkowników pozyskanych dzięki kampanii reklamowej w ciągu 60 dni od dnia instalacji. Wiąże się to z niedopasowaniem aplikacji do potrzeb konsumentów, instalowaniem produktu z ciekawości lub nieprzemyślanymi działaniami reklamowymi ze strony wydawców – nastawionymi na pozyskanie jakiegokolwiek ruchu a nie wartościowych użytkowników.
„Na rodzimym rynku m-commerce nie brak spektakularnych sukcesów, które pokazują, jak wiele pozostaje do ugrania” – dodaje Michał Pietruszka. – „W ubiegłym roku, na przykładzie aplikacji drogerii Rossmann, okazało się, że możliwe jest wprowadzenie w ciągu zaledwie kilku miesięcy aplikacji z niszowym zasięgiem do pierwszej dziesiątki aplikacji mobilnych w Polsce. Również rosnąca w krótkim czasie liczba pobrań aplikacji sieci handlowej Auchan, ok. 50 tysięcy pobrań w dwa miesiące, świadczy, że konsumenci są zainteresowani takimi produktami, a wydawcy muszą inwestować w atrakcyjność aplikacji i jej regularną promocję”.
Wyniki Spicy Mobile oraz Just Run App pokazują, że popularność aplikacji zakupowych rośnie z miesiąca na miesiąc. W marcu br. korzystało z nich już 49% użytkowników z systemem operacyjnym Android (41% w grudniu 2017 r.). Rośnie także miesięczna liczba wywołań aplikacji zakupowych przypadająca na jednego użytkownika – z 56 w styczniu do 85 w marcu 2018 r., co oznacza wzrost o ok. 50% w ciągu zaledwie trzech miesięcy.
Do najbardziej popularnych aplikacji należą: OLX.pl, Rossmann, AliExpress Shopping App oraz Allegro. Warto wspomnieć, że jeszcze dwa lata temu rynek był zdominowany przez dwóch graczy – Allegro oraz OLX.pl. Rok temu do tej dwójki dołączyła aplikacja chińskiego giganta handlu online – AliExpress. Dziś, rynek jest już bardziej rozdrobniony. W czołówce rankingu, z zasięgiem ponad 10%, są już cztery aplikacje. Doszło także do znacznych przetasowań związanych z pojawieniem się nowych graczy.
Zdaniem ekspertów na dalszy wzrost popularności aplikacji zakupowych będą wpływać inwestycje dużych sieci handlowych, zmiana podejścia do klienta mobilnego, a także ułatwienia w zakresie płatności mobilnych. Aplikacje – poza prezentacją aktualnej oferty promocyjnej – będą coraz częściej oferować „wartość dodaną”, dostępną jedynie dla swoich użytkowników. Mogą to być programy lojalnościowe, rozwiązania gamifikacyjne czy też dostępność w sprzedaży wybranych produktów wyłącznie z poziomu aplikacji. Równolegle będziemy świadkami innej rewolucji – przeniknięcia sfery online i offline. W sklepach przyszłości aplikacja pomoże nam dokonać zakupów szybko i bez zbędnych utrudnień. Wybierając przepis kulinarny, automatycznie dodamy wszystkie potrzebne składniki do listy zakupów, a dzięki rozwiązaniom „scan&go” unikniemy kolejki przy kasie.
„Do urządzeń mobilnych przenosimy coraz więcej funkcji z tzw. dużego internetu. Wydawcy muszą jednak pamiętać, że kanał mobile nie jest jego kopią. Rynek aplikacji jest dużo bardziej konkurencyjny, a użytkownicy selekcjonują instalowane aplikacje. Poza atrakcyjnością aplikacji, na sukces składają się działania promocyjne: umiejętność pozyskania wysokiej jakości ruchu i zdobycie wysokiej pozycji w rankingu sklepu z aplikacjami” – podsumowuje Michał Pietruszka.
Obligacje wspierane są przez popyt na bezpieczne aktywa ze strony inwestorów. Kurs EURPLN nie przestaje rosnąć. W czwartek, pomimo solidnych danych sprzedażowych i wyhamowaniu spadków przez EURUSD przebity został opór na 4,33.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Czwartkowa sesja przyniosła dalszy wzrost notowań EURPLN. Para przetestowała opór na poziomie 4,332. Nasilający się popyt na bezpieczne aktywa sprawia, że waluta nasza nie reaguje na krajowe publikacje gospodarcze, choć te potwierdzają solidne tempo rozwoju polskiej gospodarki. Po dobrych odczytach z rynku pracy i danych produkcyjnych, w czwartek GUS opublikował wyniki dla sprzedaży. Majowy wzrost o 7,6% znacząco przebił rynkowe oczekiwania, co jednak nie znalazło przełożenia w notowaniach złotego. Nie zmienia to faktu, że w II kwartale kraj rozwija się i jak szacują ekonomiści PKO BP dynamika PKB może przewyższyć 5%. Dane są jednak neutralne dla oceny perspektyw krajowej polityki pieniężnej, co sprawia, że nie mają wpływu na PLN, któremu w ostatnim czasie mocno ciąży rosnąca na świecie awersja do ryzyka.
Perspektywa dalszych podwyżek stóp w USA i obawy o skutki gospodarcze potencjalnej wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami sprawiają, że waluty uważane za bezpieczne, w tym dolar amerykański, stały się w ostatnich dniach bardzo poszukiwane. W rezultacie kurs EURUSD w czwartek chwilowo spadł do blisko 1,15 wobec 1,20 notowanych w połowie maja i 1,23 w połowie kwietnia. Po południu, wraz z publikacją słabszego indeksu Fed Filadelfia przyszło odreagowanie do 1,163.
W czwartek we wzrostach dolara pokonał jedynie funt brytyjski, pozytywnie reagując na informację, że główny ekonomista BoE niespodziewanie opowiedział się po stronie decydentów, którzy chcieli podwyższyć stopy już teraz, co wsparło oczekiwania na taki ruch w nieodległej przyszłości. W reakcji na te jastrzębie informacje kurs GBPUSD wzrósł powyżej 1,325.
Na rynku stopy procentowej rentowności obligacji nadal utrzymują się nisko. Wobec relatywnie neutralnego wpływu publikowanych danych z krajowej gospodarki, nasza krzywa pozostawała głównie pod wpływem wydarzeń zagranicznych. Otoczenie, w którym panują obawy dotyczące wojen handlowych oraz gołębiej postawy władz monetarnych w Europie sprzyjają niższym rentownościom papierów skarbowych. Dodatkowo w czwartek popyt na niemieckie Bundy (których notowania zbliżają się do 0,30%) wzmagały obawy o przekazanie kierownictwa włoskiej komisji do spraw finansowych w senacie oraz sejmie politykom eurosceptycznym. Napięcia na włoskiej scenie politycznej przyczyniły się do rozszerzenie spreadu między obligacjami niemieckimi a włoskimi o około 20pb.
Z kolei spread między polskimi a węgierskimi papierami 10-letnimi spadł poniżej -40pb, kiedy jeszcze na początku roku notowany był w powyżej 130pb. Rynek zauważa słabnącą skuteczność niekonwencjonalnych działań polityki monetarnej Banku Węgier. Podczas czerwcowego posiedzenia, węgierscy bankierzy zasygnalizowali możliwość wyjścia z ultraluźnej polityki pieniężnej. Jednak rynek nie jest przekonany, co do chęci trzymania się NBH tego stanowiska, co widoczne jest w notowaniach forinta, który osłabia się względem euro. Para EURHUF przebiła poziom 325.
Wykres dnia: Spread polskich papierów nad węgierskimi zdecydowanie odsunął się od tegorocznych szczytów.
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Umowy zamówień publicznych są bardzo często jednostronnie kształtowane przez zamawiających. Na rynku możemy zaobserwować model, w którym zamawiający zawiera umowę z przedsiębiorcą, ale nie daje mu żadnej gwarancji, że będzie ona wykonana. Zdarza się, że nawet w przypadku kontraktu zawartego na rok – lub kilka lat – instytucja publiczna nie zamawia ani jednej usługi czy produktu. KIO i sądy jednoznacznie wskazują, że takie praktyki są naganne. Zwłaszcza że umowy są tak skonstruowane, że zamawiający nie ponosi żadnych tego konsekwencji – a wykonawca jest zmuszony do zrzeczenia się wszelkich roszczeń z tytułu niewykonania umowy.
– Wykonawcy są zmuszani do podpisywania umów, w których zrzekają się wszelkich roszczeń– powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich – Oznacza to, że nie tylko nie zarobią, ale nie mogą nawet dochodzić odszkodowania z tytułu zawartej umowy – jeśli zamawiający z arbitralnie dobranych, nieznanych i niemożliwych do przewidzenia przez przedsiębiorców powodów nie wykonał jej. Należy przypomnieć, że te umowy są od dawna uznawane za sprzeczne z prawem. Już wiele lat temu Krajowa Izba Odwoławcza stwierdziła, że takie kontrakty są niedopuszczalne i naruszają prawo zamówień publicznych. Takie stanowisko znalazło również potwierdzenie w orzecznictwie sądów – wskazał Lang.
Co trzeci pracownik przyznaje, że jego obecny sposób działania wpływa negatywnie na efektywność wykonywanej przez niego pracy, a co czwarty nie ma pewności, że wykonuje swoje obowiązki wystarczająco wydajnie. Takie zaskakujące wyniki niesie ze sobą tegoroczne badanie „Praca, moc, energia w polskich firmach” zrealizowane przez Human Power. Wyniki opublikowane zostały w raporcie „Mental Master”.
– Dominujący w polskich organizacjach styl pracy w dużej mierze sabotuje efektywność pracowników i managerów – uważa Małgorzata Czernecka, psycholog, szefowa Human Power i inicjatorka badania.
W tegorocznym badaniu – podobnie jak w edycji ubiegłorocznej – ujawniły się problematyczne kwestie związane z tzw. wielozadaniowością. Blisko 60 proc. pracowników czuje presję, aby wykonywać kilka zadań naraz. Jednocześnie fatalną normą stała się sytuacja, w której godzimy się na przerywanie naszych zadań przez maile, telefony czy rozmowy ad hoc ze współpracownikami (w takich warunkach pracuje ponad 66 proc. badanych). Ale też i co trzeci ankietowany ocenia, że nie potrafi pracować bez ciągłego sprawdzania poczty czy powiadomień na telefonie!
– Efektywność staje się w tych warunkach pojęciem wielce dyskusyjnym – podkreśla Małgorzata Czernecka. – Rzecz w tym, że wydajność pracy można podnieść niekoniecznie przez samą optymalizację procesów czy zwiększanie wynagrodzeń, ale przez świadome zarządzanie energią pracowników, zmianę stylu ich pracy i kreowanie zupełnie nowych nawyków działania.
Koszty obecnego stylu pracy, opartego na ciągłej mobilizacji, konieczności obsługiwania ogromnej liczby danych i informacji oraz presji wielozadaniowości, są wysokie. Z raportu „Mental Master” wynika, że aż 40 proc. badanych odczuwa w pracy frustrację i zniecierpliwienie. Blisko połowa pracowników obserwuje u siebie pogorszenie zapamiętywania bieżących informacji czy terminów. Wielu ma problemy z koncentracją uwagi na wykonywanym zadaniu. Co czwarty nie pamięta, co robił poprzedniego dnia w pracy!
Niewiele firm na polskim rynku zdaje sobie sprawę z czynników, które mają bezpośredni wpływ na obniżanie efektywności ich pracowników i managerów. Pracodawcy muszą być świadomi, że efektywność pracowników zależy nie tylko od samych organizacji, ale i od chęci jednostek do wzięcia odpowiedzialności za sposób wykonywania przez nie zadań, dbania o siebie i innych czy wprowadzania w życie nowych nawyków i rytuałów.
Obecna sytuacja na rynku pracy pokazuje, za czym podążają pracownicy – coraz rzadziej jest to kwestia wyższego wynagrodzenia. Czynnikiem silnie prowokującym do zmiany jest chęć samorealizacji, doświadczania większego dopasowania, komfortu, spójności i równowagi. I tu jest ogromne pole do działania dla organizacji, w kontekście kreowania nowoczesnego, pełnego energii środowiska pracy.
– Tworzenie przestrzeni pracy z myślą o indywidualnych potrzebach jest dziś kluczowe, ponieważ to zmotywowani i skuteczni pracownicy decydują o konkurencyjności firmy – dodaje Beata Osiecka, CEO Kinnarps Polska, jednego z partnerów badania.
Pełna wersja raportu dostępna jest na stronie: http://humanpower.pl/raport2018.
O badaniu:
Badanie „Praca, Moc, Energia w polskich firmach. Sześć obszarów, które wpływają na efektywność organizacji” realizowane jest we współpracy z Aon, Kinnarps Polska, Dailyfruits, Benefit Systems, Uniwersytetem Łódzkim oraz Akademią Leona Koźmińskiego. Ankieta dystrybuowana jest wśród pracowników i kadry zarządzającej dużych przedsiębiorstw w Polsce W tegorocznej edycji wzięły udział 2322 osoby, w tym 646 przedstawicieli kadry kierowniczej i 1676 pracowników na innych stanowiskach.
Przychody z tytułu własności nieruchomości nie podlegają opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych, jeśli budynek wykorzystywany jest wyłącznie lub w głównym stopniu na własne potrzeby podatnika. Problem pojawia się w sytuacji, gdy spółka wynajmuje część powierzchni biurowej innym podmiotom. Zdaniem fiskusa jedynie przeznaczenie niewielkiej części nieruchomości na cele komercyjne pozwala uniknąć podatku.
Nowe przepisy jak zawsze nieprecyzyjne
Zgodnie z ustawą o CIT przychody z tytułu własności środków trwałych (budynków biurowych oraz handlowo-usługowych), których wartość początkowa przekracza 10 mln zł, podlegają opodatkowaniu stawką 0,035% za każdy miesiąc. Przepisu tego nie stosuje się m.in. do budynków, które są wykorzystywane wyłącznie lub w głównym stopniu na własne potrzeby podatnika. Jak czytamy w uzasadnieniu do projektu nowelizacji, celem wprowadzonego w 2018 r. rozwiązania było przeciwdziałanie optymalizacji podatkowej oraz rzeczywiste opodatkowanie zwrotu z inwestycji, który uzyskują podatnicy inwestujący w nieruchomości komercyjne.
Już na etapie prac w sejmie zwracano uwagę, że kryterium przeznaczenia nieruchomości „głównie na potrzeby własne podatnika” jest bardzo nieostre i pozostawia organom podatkowym szerokie pole do interpretacji. Jako przykład „własnych potrzeb podatnika” autorzy projektu wymienili wykorzystywanie budynku np. w charakterze siedziby zarządu spółki lub pomieszczenia dla jej pracowników. Nie ulega jednak wątpliwości, że treść przepisu w dalszym ciągu będzie budziła spory interpretacyjne. Nie ma pewności, jak dużą powierzchnię budynku można wynająć np. firmie zewnętrznej, aby nie podlegać z tego tytułu opodatkowaniu CIT.
Sporne 25%
Pewna spółka stanęła przed takim właśnie problemem. W swojej ewidencji środków trwałych posiadała budynki biurowe, które były wykorzystywane przez pracowników administracyjnych, ale również częściowo wynajmowane jej spółkom zależnym lub innym podmiotom świadczącym usługi zarówno dla niej, jak i spółek zależnych. We wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej spółka wskazała, że wynajem powierzchni nie jest jej głównym celem zarobkowym ani przedmiotem działalności, a odbywa się niejako przy okazji. Spółka wyliczyła, że w jednym z należących do niej budynków wynajmowanych jest 25,4% powierzchni. Powołując się na definicję słowa „główny”, podatnik uznał, że należy przez to rozumieć: „mający największe znaczenie”, „podstawowy” „najważniejszy”. Tym samym – w ocenie spółki – trzeba przyjąć, że głównym, podstawowym celem, dla którego wykorzystuje ona swoje nieruchomości, są jej własne potrzeby, tj. zapewnienie powierzchni biurowej swoim pracownikom, a zatem spółka nie będzie podlegała opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych z tytułu wynajmu nieruchomości.
Powierzchnia nie ma znaczenia
W interpretacji z dnia 21 maja 2018 r. (nr 0111-KDIB1-1.4010.68.2018.3.BS) Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej nie zgodził się ze stanowiskiem podatnika. Za budynki biurowe wykorzystywane w głównym stopniu na własne potrzeby można jego zdaniem uznać tylko takie budynki, których nieistotna, marginalna część powierzchni nie jest wykorzystywana na własne potrzeby podatnika. Dopiero wówczas można stwierdzić, że spółka nie uzyskuje z tego źródła przychodu.
Trzeba również wziąć pod uwagę cel przepisów, zgodnie z którymi wyłączone z opodatkowania mają być nieruchomości, z których podatnik nie uzyskuje przychodów w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Z tego samego powodu nie są opodatkowane również nieruchomości, od których nie dokonuje się już odpisów amortyzacyjnych. Zatem nawet jeśli podatnik wynajmuje nie więcej niż 30% powierzchni danego budynku, to w ocenie Dyrektora KIS już uzyskuje on z tego tytułu przychody. W rezultacie nie można uznać, że budynek ten jest wykorzystywany przez niego w głównym stopniu na własne potrzeby.
Omawiana interpretacja wskazuje, że organy podatkowe bardzo chętnie interpretują nieprecyzyjne przepisy na korzyść Skarbu Państwa. Wydają się przy tym zapominać o fundamentalnej zasadzie rozstrzygania niedających się usunąć wątpliwości na korzyść podatnika. Na szczęście fiskus nie jest konsekwentny i może się okazać, że już wkrótce zaprezentuje stanowisko diametralnie różne od wyżej opisanego. Dla podatnika oznacza to szansę na obronę swojego stanowiska – jeżeli tylko dysponuje on konkretnymi argumentami, które rzucą nowe światło na jego sprawę. Każda sprawa podatkowa to przecież inny stan faktyczny, a często drobne niuanse mogą zadecydować, że szala przechyli się na naszą stronę. Dlatego też pomoc kompetentnego doradcy, który wskaże nam kierunek działania, może się okazać bezcenna.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Dolar słabnie na koniec tygodnia, co wygląda bardziej jak wyraz technicznego zmęczenia po ostatniej dobre passie, niż skutek bezpośrednich czynników. Sortowanie pozycji przez inwestorów oraz pozytywne dane z Eurolandu będą sprzyjać dzisiejszemu odbiciu EUR/USD i ciągnąc za sobą inne crossy z dolarem, choć w dłuższym horyzoncie lepiej nie zapominać, jak silne zaplecze ma waluta USA.
Jeszcze wczoraj przed południem wydawało się, że podaż kontroluje „grę” na eurodolarze i przełamanie 1,15 jest pewne. Nic z tego jednak nie wyszło, a kolejna (piąta w przeciągu tygodnia) próba pociągnięcia EUR/USD na nowe minima ostatecznie przyniosła kapitulację sporej grupy inwestorów. Zmęczenie brakiem postępów przerodziło się w odwrót, który pociągnął wyprzedaż USD na całym rynku. Chaos na FX odbił się na spadku rentowności długu USA, co w dalszej kolejności zainicjowało wyprzedaż na Wall Street. Jak w starym piłkarskim porzekadle, niewykorzystane sytuacje się mszczą.
Osobiście przemawia do mnie takie wytłumaczenie wczorajszych wydarzeń niż popularyzowane przez niektóre źródła uzasadnianie osłabienia USD niespodziewanym spadkiem indeksu Fed z Filadelfii. Po pierwsze, kiedy ostatni raz słyszeliśmy o tym, że Fed z Filadelfii wpłynął na USD? Jest to drugorzędny wskaźnik, który rynek zwykle ignoruje. Po drugie, spadek do 19,9 z 34,4 w maju wygląda na znaczny tylko przez to, że zeszłomiesięczny odczyt był nadzwyczajnie wysoki. W kwietniu indeks był na 23,2, a średnia za ostatnie 12 miesięcy wynosi 25). To wszystko są solidne poziomy. Po trzecie, w ubiegłym tygodniu bliźniaczy indeks NY Empire State (mierzy aktywność biznesu w rejonie Nowego Jorku) poprawił tegoroczne szczyty. Oczywiście po drodze mieliśmy wybuch wojny handlowej USA-Chiny, co mogło wpłynąć na odpowiedzi przedsiębiorców dla ankiety Philly Fed, ale to tylko podkreśla, jak łatwo te indeksy mogą ulegać silnym wahaniom i dlatego nie można na ich podstawie wyciągać solidnych wniosków. Czy słabszy odczyt indeksu Philly Fed mógł być tym ostatnim kamyczkiem, który wywołał lawinę? Tak. Jednak bynajmniej nie jest on dowodem pogarszania się fundamentów dolara. lawina jednak została uruchomiona i porządkowanie pozycji przez inwestorów może ciążyć na USD w ostatnich godzinach handlu w tym tygodniu. Później wiele będzie zależeć, czy zalety USD zostaną przypomniane. Fed jest jastrzębi, ale rynek na razie niechętny jest do dyskontowania większej liczby podwyżek stóp procentowych. Jeśli spór USA-Chiny się znów zaogni, USD będzie pełnił rolę „bezpiecznej przystani”, choć na tym etapie już same groźby Trumpa nie wystarczą. Jeśli już, to doniesienia z nocy sugerują, że strony chcą szybko przystąpić do negocjacji, co dziś idealnie wpisuje się korektę siły USD względem np. AUD i NZD.
Na pozostałych crossach z USA krótkoterminowe impulsy przemawiają za podtrzymaniem korekty, choć bardziej od strony lepszych informacji dla tych walut niż złe wieści dla USD. Lepsze odczyty indeksów PMI z Eurolandu ocieplają wizerunek waluty i podsycają spekulacje, że oczekiwane odbicie ożywienia w drugim kwartale rzeczywiście może się realizować. GBP wczoraj dostał solidny impuls od Banku Anglii, gdzie już trzech z dziewięciu członków MPC chce podwyżki stóp procentowych i szanse na taką decyzję na sierpniowym posiedzeniu wzrosły 50 proc. do 70 proc. Sądzę, że funt ma jeszcze pole do wzrostów i odreagowania ostatniej fali sceptycyzmu.
Dziś odbywają się oficjalne rozmowy członków OPEC i Rosji o przyszłości limitów wydobycia. Według różnych doniesień wygrywającą propozycją jest zwiększenie wydobycia o 1 mln baryłek/dzień, choć nie do końca pewne jest, czy zyska ono poparcie wszystkich – Iran nie jest przekonany. Po sporej huśtawce w notowaniach ropy w tym tygodniu trudno teraz ocenić, jakie rozwiązanie i w jakim stopniu jest zdyskontowane. Konferencja prasowa jest zaplanowana na godzinę 13:00, ale jeśli przeszłość czegoś nas nauczyła, to że decyzja wycieka wcześniej.
Rynek reklamy online dynamicznie rośnie, m.in. za sprawą coraz bardziej spersonalizowanych reklam na Facebooku. Jeszcze w tym roku udział amerykańskiego portalu w globalnym rynku reklamy internetowej przekroczy 20 proc. Doskonałym sposobem na wyświetlanie spersonalizowanych reklam w przestrzeniach publicznych mogą być inteligentne lustra. Wyświetlane na lustrach np. w restauracjach czy w przebieralniach reklamy ciężko przeoczyć. Urządzenia sprawdzą się także w warunkach domowych, gdzie wyświetlą prognozę pogody lub lokalne informacje.
‒ Inteligentne lustro przypomina zwykłe lustra, w których możemy zobaczyć własne odbicie. Jednak w tym przypadku zastosowano szkło specjalnego przeznaczenia z wbudowanym wyświetlaczem, który może służyć do przekazywania różnego rodzaju informacji, takich jak data, godzina czy pogoda ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Til Geib z firmy Revelc.
Konstrukcja opiera się na miniaturowym komputerze Raspberry Pi, dzięki któremu obraz z laptopa lub smartfona może być wyświetlany na wyświetlaczu, zintegrowanym z taflą lustra. Rozwiązanie firmy Revelc jest przeznaczone dla zwykłych użytkowników, którzy treści na ekran lustra będą mogli przesyłać za pomocą przygotowywanej aplikacji w taki sam sposób, w jaki w tej chwili można wyświetlać treści z telefonu na ekranie np. telewizora. Z urządzenia skorzystają także firmy, dla których może to być doskonały nośnik reklamowy.
‒ Lustro stanowi przedmiot codziennego użytku, który możemy znaleźć w łazienkach, przymierzalniach itd. Wszyscy korzystamy z luster, np. żeby poprawić makijaż lub fryzurę. Jeśli więc służyłyby one także do wyświetlania reklam, nie moglibyśmy ich uniknąć. Jest to zatem dogodne rozwiązanie dla firm, umożliwiające im bezpośrednie dotarcie do klientów, którzy ‒ przeglądając się w lustrze ‒ będą niejako zmuszeni do zapoznania się z przekazywanymi treściami. Dla przykładu lustro może służyć do wyświetlenia informacji o rozpoczęciu wyprzedaży z 50-procentową obniżką cen ‒ tłumaczy Til Geib.
Zastosowań dla inteligentnych luster jest znacznie więcej. Lustro łazienkowe HiMirror ze zintegrowaną kamerą analizuje kondycję skóry twarzy i potrafi nakładać wirtualny make-up. Brytyjska firma Magic Mirror zajmuje się wdrażaniem interaktywnych kiosków, stworzonych głównie z myślą o branży odzieżowej. Pozwalają one przymierzać cyfrowe ubrania, kompletować stroje a nawet dzielić się wirtualnymi stylizacjami w mediach społecznościowych. Urządzenia mogą także zostać wykorzystane do informowania o produktach będących na wyprzedaży lub proponowania strojów pasujących do sylwetki.
W przyszłości przy zastosowaniu technologii rozpoznawania twarzy i integracji np. z portalem Facebook, możliwe będzie wyświetlanie użytkownikom spersonalizowanych reklam. Według agencji Zenith, udział amerykańskiego portalu w globalnym rynku reklamy internetowej przekroczy w tym roku 20 proc.
Według Research and Markets rynek inteligentnych luster może osiągnąć w 2022 roku wartość 1,22 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,4 proc. Agencja Magna podaje, że globalny rynek reklamy online w 2020 r. osiągnie wartość 291 mld dol.
Technologie związane z magazynowaniem energii wytworzonej ze źródeł odnawialnych to jedna z najpilniejszych potrzeb branży OZE. Stworzenie wydajnych ogniw doprowadzi do decentralizacji produkcji energii i uwolni gospodarstwa domowe od niezbyt korzystnego systemu prosumenckiego. W dłuższym okresie może się to przełożyć na całkowitą rezygnację z paliw kopalnianych. W ciągu nieco ponad dekady produkcja energii z OZE wzrosła w Polsce pięciokrotnie.
Jednym z zasadniczych problemów utrudniających skuteczne przejście na pozyskiwanie energii głównie ze źródeł odnawialnych jest magazynowanie wyprodukowanej energii. Potrzebne są do tego bardzo pojemne ogniwa, zdolne zmagazynować dużą ilość energii. Powinny cechować się dużą żywotnością, by użytkownik nie napotykał na problem kosztów związanych z ich wymianą.
– Stawiamy na duży rozwój technologii i rozwiązań związanych z magazynowaniem energii. Mówimy tu o typowych rozwiązaniach litowych i jonowych, jak i magazynach przepływowych. To ostatni element układanki, aby domknąć pełen system, który pozwoli nam przejść w dłuższym okresie na energetykę odnawialną i w pewien sposób uwolnić się od paliw kopalnych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Miler, prezes InnoEnergy Central Europe.
Opracowanie takiej technologii zrewolucjonizowałoby rozumienie produkcji energii z odnawialnych źródeł energii i model produkcji. Obecnie, z uwagi na to, że nie mamy dostępu do odpowiednio wydajnych magazynów energii, gospodarstwo wytwarzające energię ze źródeł odnawialnych produkuje ją głównie na pokrycie własnych bieżących potrzeb.
Po wejściu w życie aktualnie obowiązującej ustawy o odnawialnych źródłach energii, w gospodarstwach produkujących energię z OZE montowane są liczniki dwukierunkowe. W inwestowaniu w energię na przykład z ogniw fotowoltaicznych bardzo ważne jest obecnie to, by nie przewymiarować instalacji – powinna ona być tak skomponowana, by pokrywać od 90 do 100 proc. rocznego zapotrzebowania na energię. W takiej sytuacji inwestor staje się prosumentem, czyli odbiorcą końcowym, dokonującym zakupu energii elektrycznej na podstawie kompleksowej umowy zakładającej produkcję przez niego energii wyłącznie z OZE.
Taki mechanizm pozwala prosumentowi pobierać darmową energię w zamian za tę, którą wyprodukował w swojej mikroinstalacji. Ponadto, za każdą wprowadzoną do sieci kilowatogodzinę energii prosument otrzymuje rabat pozwalający mu otrzymać rabat na energię kupowaną w okresach zwiększonego zapotrzebowania. Takie rozwiązanie nie do końca satysfakcjonuje inwestorów decydujących się na montaż ogniw fotowoltaicznych. Ilość energii wyprodukowanej nie jest bowiem równa tej, którą można potem pobrać z sieci. Co więcej, przewymiarowanie instalacji i produkcja zbyt dużej ilości energii prowadzi do utraty statusu prosumenta i wynikających z nich przywilejów. Te nastroje przekładają się na spodziewane trendy rozwoju rynku OZE.
– Wydaje mi się, że głównym trendem, który nastąpi w najbliższych latach będzie decentralizacja wytwarzania i konsumpcji energetyki w dłuższym terminie. Będzie to miało bardzo duże znaczenie dla całego modelu ekonomicznego, w którym funkcjonujemy jako kraj. Nagle okaże się, że główne decyzje inwestycyjne nie są czynione przez duże koncerny. Te miliardy euro to nie jest decyzja jednego zarządu, ale setki tysięcy obywateli, decydujących o tym, w jaki sposób będą chcieli konsumować, ale też produkować energię – przewiduje Jakub Miler.
Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że ilość wytworzonej energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii zamknęła się w wartości ponad 20 milionów megawatogodzin w roku 2016. Dla porównania – w 2005 roku było to około 3,8 milionów MWh.
Liczba zagranicznych turystów odwiedzających Polskę rośnie z roku na rok – w 2017 przyjechało ich ponad 18,3 mln i zostawili w naszym kraju blisko 33 mld zł. Rosnącą frekwencją cieszą się m.in. Kraków, Gdańsk czy Wrocław, który urasta do rangi europejskiej stolicy. Coraz większą popularnością, głównie wśród Niemców i Skandynawów, cieszy się też turystyka medyczna i estetyczna.
– Polska do tej pory była szerzej nieznana, nie była postrzegana jako kraj turystyczny. Natomiast teraz znalazła się w sferze zainteresowań turystów z całego świata. Co więcej, sami Polacy docenili swój kraj i zaczynają go poznawać. Mamy góry, morze, jeziora, wydmy, mamy swoją pustynię, wspaniałą historię i cudowne obiekty historyczne. Polska jest jeszcze ciągle nieodkryta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Szczęsny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.
Według danych przytaczanych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki w ubiegłym roku do Polski przyjechało 18,3 mln zagranicznych turystów (wzrost o 4,1 proc. w stosunku do 2016 roku), najwięcej z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy oraz USA i Rosji. Według statystyk Polskiej Organizacji Turystycznej z roku na rok Polskę odwiedza też coraz więcej turystów z Chin i Izraela.
W zeszłym roku wydatki związane z pobytem zagranicznych turystów w Polsce sięgnęły 8,7 mld dol. (wzrost o 8,8 proc.), czyli ponad 32,6 mld zł (wzrost o 3,5 proc.). Z badań przeprowadzonych przez Polską Organizację Turystyczną wynika, że 96 proc. zagranicznych turystów było zadowolonych z pobytu w Polsce, a 85 proc. planuje odwiedzić ją ponownie.
– Turyści przyjeżdżają do Polski między innymi dlatego, że jest to kraj postkomunistyczny. To ich interesuje. Polska jest krajem medialnym, o którym mówi się, natomiast turyści go nie znają. A to, co nieznane, jest dzisiaj bardzo atrakcyjne. Poszukujemy ciągle nowych, nieznanych miejsc, bo współczesny turysta praktycznie wszędzie już był i zastanawia się, dokąd pojechać, gdzie jeszcze nie był. Właśnie takim miejscem jest Polska. Turyści polubili nasz kraj, szczególnie ci, którzy już tutaj byli. Pierwsi byli turyści biznesowi, którzy przyjeżdżali w celach zawodowych. Oni, poznając Polskę, robili dobrą reklamę –mówi Krystyna Szczęsny.
Ekspertka Wyższej Szkoły Bankowej ocenia, że wiele dobrego dla promocji polskiej turystyki robiła – i nadal robi – Polska Organizacja Turystyczna, która promuje kraj za granicą, prowadzi ośrodki turystyczne w czternastu krajach świata i wydaje foldery dotyczące polskich atrakcji turystycznych w dwunastu językach. POT prowadzi też serwis internetowy Polska.Travel, gdzie zagraniczni turyści mogą zaplanować wycieczkę, uzyskać niezbędne informacje dotyczące zakwaterowania i pobytu. To, jak również promocja Polski na targach turystycznych w Europie i poza nią, składa się na pozytywny wizerunek kraju jako destynacji turystycznej.
– Polska znana jest z tego, że ma bogatą historię, dlatego turyści chcą przyjeżdżać i ją poznawać. Wiedzą, że mamy ciągle nieskażone, dziewicze tereny, które dzisiaj są w cenie. Polska jest również bardzo gościnna, turyści postrzegają ją jako kraj bezpieczny, przyjazny, z uprzejmymi ludźmi. To wszystko wpływa na jej pozytywny wizerunek i na fakt, że zmienia się stereotyp związany z naszym krajem. Polska jest odwiedzana również dlatego, że ma mnóstwo wspaniałych obiektów – przepięknie odrestaurowane zamki i pałace, ze specyficzną atmosferą, przygotowane na przyjęcie turystów. Każde miejsce – od Tatr, Pienin i Bałtyku, aż po miasta – ma swój urok – mówi Krystyna Szczęsny.
Najpopularniejszym polskim miastem wśród zagranicznych turystów z zagranicy jest Kraków, w ubiegłym roku odwiedzony przez 12,9 mln osób (o 400 tys. więcej rok do roku). Rosnącą frekwencją cieszą się także m.in. Tatry, Świętokrzyskie, Poznań czy Wrocław.
– Na pewno najbardziej znane i kojarzone z Polską są główne miasta jak Warszawa czy Kraków. Natomiast na szczególną uwagę dzisiaj z pewnością zasługuje Wrocław, który jest wielką konkurencją dla takich metropolii jak Mediolan, Londyn, Paryż, a nawet Barcelona i Ateny. Dziś w Europie mówi się, że we Wrocławiu trzeba bywać – mówi Krystyna Szczęsny.
Drugim miastem, które zyskuje popularność, jest Gdańsk.
– To miasto postawiło na promocję poza głównym sezonem turystycznym i ma świetne oferty, uszyte na miarę każdego turysty. Gdańsk promuje się jako „miasto wolności”, które ma jednoczyć ludzi z różnych zakątków świata, różnych narodowości, władających różnymi językami, reprezentujących różne religie i kulturę. Myślę, że dzięki temu Gdańsk wygrywa, ciesząc się zainteresowaniem wśród turystów ze Skandynawii, Niemiec i innych części świata – podkreśla Krystyna Szczęsny.
Ekspertka Wyższej Szkoły Bankowej zwraca uwagę na to, że coraz popularniejsza w Polsce staje się również turystyka zdrowotna i medyczna. Zwłaszcza turyści z Niemiec i Skandynawii chętnie przyjeżdżają do Polski, żeby poddać się operacji plastycznej bądź skorzystać z usług stomatologicznych ze względu na relatywnie niską cenę i wysoką jakość.
– Ludzie kładą dziś bardzo duży nacisk na swoje zdrowie i dobrą kondycję. W związku z tym do Polski przyjeżdżają turyści – głównie z Niemiec, ale nie tylko, którzy chcą skorzystać z polskich uzdrowisk, usług wellness i SPA. Z turystyką zdrowotną wiąże się też turystyka medyczna, która przez turystów z Niemiec, Anglii, Skandynawii czy nawet z USA i Włoch jest postrzegana jako usługi na bardzo wysokim poziomie. Oni przyjeżdżają do nas, aby dokonać operacji plastycznych czy skorzystać z usług stomatologicznych, a przy okazji poznają nasz kraj – mówi Krystyna Szczęsny.
Branża medyczna będzie wykorzystywać coraz więcej nowinek technologicznych i innowacyjnych rozwiązań. Pozwalają one na szybszą diagnostykę, efektywną terapię i sprawną rehabilitację. Skoordynowana komunikacja z pacjentem, m.in. poprzez e-czaty czy wideoczaty, jest kluczowa dla kompleksowej opieki. Nowe technologie powinny być nakierowane na wczesną diagnostykę i pozwolić na rehabilitację w domu. Innowacyjne usługi i produkty medyczne zostały nagrodzone w konkursie „Teraz Polska”. Firmy dostrzegły, że mogą dzięki temu aktywnie promować te innowacje wśród pacjentów.
– Zainteresowanie firm konkursem „Teraz Polska”, szczególnie z branży medycznej, jest rosnące. Wiele ośrodków, zarówno tych samorządowych, jak i tych prywatnych, zaczyna się starać o to godło, nie tylko w usługach, lecz także w produktach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Przybył, prezes zarządu Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.
W tegorocznej, 28. edycji konkursu, nagrodzone zostały cztery firmy z branży medycznej: Polpharma za produkt Polopiryna S, Grupa LUX MED za kompleksową skoordynowaną opiekę onkologiczną, firma Wychowański za autorskie nieinwazyjne techniki natychmiastowych implantacji stomatologicznych, a także Centrum Słuchu i Mowy „Medincus” za opracowanie Stymulatora Polimodalnej Percepcji Sensorycznej do prowadzenia terapii metodą Skarżyńskiego.
– Wszyscy dostrzegają potencjał Godła „Teraz Polska” ze względu na jego ogromną rozpoznawalność wśród konsumentów – powyżej 75 proc. Możemy być pewni, że oznakowanie się godłem pomoże tym instytucjom w rozpropagowaniu swojej usługi czy produktu wśród społeczności, ponieważ kojarzone jest z najwyższą jakością. W służbie zdrowia najwyższa jakość jest najważniejsza, bo o zdrowie każdy chce dbać – mówi Krzysztof Przybył.
Raport firmy PwC „Pacjent w świecie cyfrowym” wskazuje, że służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywała coraz więcej nowinek technologicznych – urządzeń mobilnych, telediagnostyki czy sztucznej inteligencji. W najbliższej przyszłości ponad 14 mln pacjentów może korzystać z nowych technologii w procesie leczenia. Największy potencjał mają przede wszystkim usługi telemedyczne, które mogą zrewolucjonizować system opieki zdrowotnej: przyspieszyć możliwość rozpoznania choroby czy poprawić jakość monitorowania leczenia
– Nowe technologie pozwalają na szybszą diagnostykę, bardziej efektywną terapię i sprawną rehabilitację. Często są wytworem wielu wynalazców, którzy starają się doprowadzić do tego, by były one użyteczne dla pacjentów – ocenia dr hab. Piotr Skarżyński, członek zarządu Centrum Mowy i Słuchu Medincus. – Jest wiele innowacji, które dostają wiele nagród, natomiast nie są użytkowane, bo są zbyt trudne do zastosowania w codziennym życiu. Powinny być nakierowane na wczesną diagnostykę, która pozwala na zmniejszenie kosztów diagnostyki i ewentualnej terapii. Nowe technologie, które pozwalają na rehabilitację, powinny być dostosowane do naszych telefonów komórkowych i pozwolić na rehabilitację w domu.
Opracowany przez Centrum Słuchu i Mowy Medincus Stymulator Polimodalnej Percepcji Sensorycznej do prowadzenia terapii metodą Skarżyńskiego umożliwia wszechstronną terapię dla pacjentów z problemami słuchu.
Mobilne rozwiązania stają się już standardem w opiece nad pacjentami. Zebra Technologies prognozuje, że w 2022 roku z urządzeń mobilnych w celach służbowych korzystać będzie 98 proc. lekarzy i 97 proc. personelu pielęgniarskiego. Na rynku pojawia się też coraz więcej rozwiązań, które pozwalają pacjentom skutecznie monitorować stan swojego zdrowia, a w przypadku niepokojących objawów lekarz sam kontaktuje się z pacjentem.
– Żeby wydłużyć Polakom życie, nie wystarczy tylko normalna opieka medyczna i kontakt lekarza z pacjentem, lecz przede wszystkim potrzebna jest absolutnie nowoczesna technologia. To telemedycyna, kontakt z pacjentem poprzez różne inne narzędzia informatyczne, takie jak e-czaty czy wideoczaty, generalnie komunikacja z pacjentem w sposób skoordynowany, gdzie widzimy ścieżkę pacjenta w sposób ciągły, używając nowej technologii – wskazuje Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Grupa LUX MED wykorzystuje model pielęgniarki prowadzącej, oparty na primary nursing, w diagnostyce i leczeniu chorób onkologicznych. Polska Unia Onkologii ocenia, że tylko co drugi pacjent w Polsce jest leczony na takim samym poziomie, co chorzy w Europie Zachodniej. Takie rozwiązania, jak to wprowadzone przez LUX MED, pozwalają na kompleksową opiekę, a dzięki wykorzystaniu w diagnostyce badań molekularnych terapie są spersonalizowane i dostosowane do konkretnych pacjentów. To o tyle istotne, że choroby onkologiczne dotkną w przyszłości co czwartego Polaka.
– W onkologii nasza opieka jest charakterystyczna poprzez primary nursing, pielęgniarkę, która jest głównym koordynatorem opieki onkologicznej, ale też poprzez szerokie, holistyczne podejście do pacjenta. Pacjent ma kontakt nie tylko z lekarzem, z pielęgniarką, lecz także z psychoonkologami czy organizacjami pacjenckimi – tłumaczy Anna Rulkiewicz.
Wino można podrabiać tak samo jak masło, czekoladę czy kawę. Prawdziwe wino gronowe powstaje wyłącznie z winogron i jest chronione prawem. Zdarzają się jednak producenci, którzy korzystają z coraz większej konsumpcji trunku i na rynek wypuszczają produkt, który z prawdziwym winem ma niewiele wspólnego – stosują niedozwolone dodatki, dodają cukier, dolewają wody. Dotychczas polscy konsumenci nie mieli pewności, co tak naprawdę kupują. Teraz ma się to zmienić. W łódzkim Bionanoparku jedno z laboratoriów uzyskało właśnie akredytację w obszarze autentykacji win.
– Wino to produkt absolutnie magiczny. Powstaje wyłącznie z winogron, według prawa do wina nie wolno dolewać wody, dosypywać cukru, blendować z innymi alkoholami. Wino to po prostu czysty produkt winogronowy. Winogrona tracą smak podczas transportu, nie mają już takich właściwości, więc wino trzeba robić tu i teraz, z dojrzałych winogron, tuż po zbiorach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Bosacka, dziennikarka, prowadząca program „Wiem, co jem i wiem, co kupuję”.
Zgodnie z polską ustawą wyroby winiarskie dzielą się na wina powstałe w wyniku całkowitej lub częściowej fermentacji alkoholowej wyłącznie świeżych winogron lub moszczu winogronowego oraz napoje fermentowane z dodatkiem wody i cukrów. Na rynek trafiają jednak podrabiane wina gronowe: z dodatkiem wody, cukrów, mieszane z alkoholem czy z dodatkiem ekstraktów z owoców.
– Do tej pory problem polegał na tym, że przeciętny Kowalski, stając przed półką z ogromnym wyborem win, tak naprawdę nie wiedział, co kupuje i co pije. Nie mógł w żaden sposób sprawdzić, czy dane wino jest autentyczne – podkreśla Katarzyna Bosacka.
Temat jest istotny, zwłaszcza że wino cieszy się w Polsce coraz większą popularnością. Konsumujemy go coraz więcej i z coraz większą świadomością – zwracamy uwagę na etykiety, potrafimy dopasować wino do potraw i okazji. Z danych Grupy Ambra wynika, że polski rynek wina wzrósł w 2017 roku o ponad 6 proc. Choć spożycie jest znacznie mniejsze niż w Europie Zachodniej, powoli gonimy czołówkę.
Dobrą sytuację na rynku wykorzystują nieuczciwi producenci, którzy z podrobionymi winami próbują dostać się na sklepowe półki. Sieci handlowe nie zawsze są tego świadome. Autentyczność wina najczęściej sprawdzają importerzy.
– W doborze dostawców wina bierzemy przede wszystkim pod uwagę ich renomę na rynku światowym i europejskim, ale również przeprowadzamy audyty na miejscu przed zakupem win. Ponadto od lat zlecamy kontrole autentyczności kupowanych przez nas win w laboratoriach zagranicznych, głównie w Niemczech oraz we Włoszech – tłumaczy Artur Dubaj, główny technolog firmy Ambra, producenta, importera i dystrybutora win.
Dotychczas autentyczność wina można było sprawdzić wyłącznie w zagranicznych laboratoriach. Wykrycie elementarnych zafałszowań wymaga zaawansowanej technologii, która od teraz dostępna jest także w Polsce. W Łodzi rozpoczęło działalność laboratorium autentykacji win, gdzie specjaliści za pomocą metod izotopowych – z dostępem do izotopowego spektrometru mas oraz spektrometru magnetycznego rezonansu jądrowego – mogą sprawdzić autentyczność trunku.
– Jednymi z najnowocześniejszych technik wykorzystywanych w autentykacji win są metody izotopowe. Większość pierwiastków jest mieszaniną izotopów i naturalne zmiany w ich składzie izotopowym w wyniku procesów biochemicznych i chemicznych pozwalają nam potwierdzić autentyczność win. Wykrywamy takie zafałszowania jak dodatek cukru buraczanego lub trzcinowego do moszczu gronowego na etapie fermentacji lub nielegalny dodatek wody – wyjaśnia Kamila Klajman, menedżerka Laboratorium Autentykacji Produktów w Bionanoparku.
Polskie laboratorium otrzymało już certyfikat akredytacji i tym samym dołączyło do wiodących jednostek zza granicy. Laboratorium autentykacji win w Łodzi pozwoli różnym instytucjom, jak UOKiK czy PIH, a także importerom, hurtowniom czy sklepom sprawdzić jakość wina.
– W tej części Europy jak na razie jesteśmy jedyni. Nie trzeba będzie już wozić win do Włoch, Francji czy Austrii, gdzie do tej pory były najbliższe ośrodki, posiadające akredytację. Poza samą nauką pokazujemy także pewne możliwości dla przemysłu, dla firm. Myślę, że zyskają na tym także konsumenci – przekonuje Marek Cieślak, prezes Bionanoparku.
Ekspansywna polityka Rosji pozostaje największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski i wschodniej flanki NATO – mówi ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego dr Beata Górka-Winter. Relacje z Rosją będą zapewne szeroko omawiane na zbliżającym się, lipcowym szczycie NATO w Brukseli. Wśród państw Sojuszu i Unii Europejskiej rośnie także przekonanie, że ewentualny przyszły konflikt może się rozegrać w cyberprzestrzeni. Świadomość i mobilizacja w tym kierunku – zarówno w UE, jak i w NATO – jest ogromna – podkreśla ekspertka.
– Największe dla UE zagrożenia od kilku lat pozostają niezmienne. Na wschodniej flance NATO, która jest jednocześnie wschodnią flanką UE, mamy do czynienia z szeregiem działań o charakterze prowokacyjnym. W przeciwieństwie do tego, co działo się w Gruzji czy obecnie na Ukrainie, nie jest to jeszcze stan najwyższego zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski. Natomiast wszystkie działania militarne podejmowane przez Rosję podczas ćwiczeń, w których państwa NATO występują jako przeciwnik Rosji, rozgrywanie różnych scenariuszy wojskowych przeciwko Sojuszowi – to budzi nasze głębokie obawy –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Beata Górka-Winter, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.
Pod koniec maja zakończyła się w Warszawie wiosenna sesja Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. Jednym z dyskutowanych tematów były zagrożenia dla państw Sojuszu ze strony Rosji i jej ekspansywna polityka w regionie Morza Bałtyckiego. W swoim wystąpieniu prezydent Andrzej Duda podkreślił, że aneksja Krymu, interwencja wojskowa na Ukrainie oraz inwazja na Gruzję w 2008 roku dobrze oddają intencje Rosji, kwestionującej ład międzynarodowy, wobec czego kluczowe jest wzmacnianie sojuszu transatlantyckiego. Relacje z Rosją będą szeroko omawiane przez przywódców także na zbliżającym się, lipcowym szczycie NATO w Brukseli.
W lipcu 2016 roku na szczycie NATO w Warszawie podjęto decyzję o wzmocnieniu wschodniej flanki NATO, co było podyktowane właśnie agresywną rosyjską polityką na Ukrainie. W połowie marca br. sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapowiedział, że wojska międzynarodowe będą stacjonować w Polsce, dopóki zagrożenie ze strony Rosji nie ustąpi. NATO zamierza jednak kontynuować ustaloną na szczycie w Warszawie politykę odstraszania i podtrzymywania otwartości na dialog z Rosją.
– Ważną kwestią jest brak przejrzystości tego, co Rosja robi w ramach ćwiczeń, ile faktycznie uczestniczy w nich formacji. Wcześniejszą dobrą praktyką była otwartość, goszczenie inspektorów lub obserwatorów z innych państw, wizytowanie instalacji wojskowych, podawanie pułapów posiadanego sprzętu, obserwowanie i kontrolowanie, oczywiście do pewnego stopnia, tego, w jaki sposób druga strona formułuje swoją politykę bezpieczeństwa, w jaki sprzęt i uzbrojenie się zbroi. Od wielu lat tej przejrzystości po stronie rosyjskiej w ogóle nie ma. Kolejną istotną kwestią na wschodniej flance jest przemieszczanie wojsk, sprzętu, uzbrojenia – nad czym też, jako Sojusz, mamy niewielką kontrolę. Z drugiej strony po stronie NATO czy UE ta otwartość wciąż jest dużo większa – ocenia dr Beata Górka-Winter.
Według opublikowanego w lutym raportu SIPRI, szwedzkiego instytutu badawczego, mocarstwowe ambicje Rosji są źródłem zagrożenia dla bezpieczeństwa Europy, a potencjał militarny NATO jest zbyt słaby, żeby odeprzeć ewentualną agresję na kraje bałtyckie. Z symulacji wynika, że w przypadku ataku na Łotwę dotarcie do Rygi zajęłoby Rosjanom dwie doby. Podobny scenariusz przedstawili wcześniej analitycy instytutu RAND Corporation – wynika z niego, że w przypadku agresji Rosja byłaby w stanie zająć państwa nadbałtyckie w ciągu 60 godzin. Opublikowany w marcu br. raport centrum analitycznego RAND pokazuje, że w razie konfliktu w regionie Morza Bałtyckiego Rosja będzie miała przewagę nad siłami NATO.
W marcu tego roku szefowie MSZ Litwy, Łotwy i Estonii rozmawiali w Waszyngtonie z sekretarzem stanu USA Rexem Tillersonem o zagrożeniach ze strony Rosji, podkreślając niebezpieczeństwo związane z atakami hybrydowymi i cyberatakami. Według oświadczenia Departamentu Stanu kraje nadbałtyckie i USA zgodziły się na zacieśnienie współpracy w celu zwalczania rosyjskiej dezinformacji i ataków cybernetycznych. Rosyjska ekspansywna polityka była też jednym z tematów omawianych podczas kwietniowego szczytu z udziałem państw bałtyckich w Waszyngtonie.
– W ostatnich latach gwałtownie wzrosła świadomość tego, że przyszła wojna może rozegrać się w cyberprzestrzeni. Scenariusze tego typu konfliktów – w których huby energetyczne, systemy bankowe, dostęp rządu i obywateli do całej infrastruktury informatycznej państwa są blokowane – zainspirował państwa UE i NATO do podjęcia aktywnych działań, by zabezpieczyć się na wypadek wystąpienia takiego scenariusza. Ataki hakerskie, których najwięcej notujemy z terytorium Chin i Rosji, powtarzają się notorycznie i właściwie nie ma już dzisiaj instytucji, która byłaby na nie odporna. Nawet w Stanach Zjednoczonych, które są jednym z liderów tworzenia instytucji w zakresie cyberobrony, udało się zaatakować najwyższe urzędy, co pokazuje, jak trudno jest temu zjawisku przeciwdziałać. Natomiast bez wątpienia świadomość i mobilizacja na tym kierunku – zarówno w UE, jak i w NATO – jest ogromna –podkreśla ekspertka ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.
Ekspansywna polityka Rosji, agresja na Ukrainie i wznowienie zbrojeń są w dalszym ciągu wskazywane jako jedno z największych zagrożeń dla Polski, Europy i Sojuszu.
– Cały wysiłek polskiej dyplomacji, osób i instytucji odpowiedzialnych za politykę bezpieczeństwa w NATO i UE od wielu lat jest nakierowany na to, żeby aktywnie temu zagrożeniu przeciwdziałać – mówi dr Beata Górka-Winter.
Raka prostaty co roku diagnozuje się u blisko 11 tys. mężczyzn, a wskaźnik umieralności wśród pacjentów z tym nowotworem sięga nawet 50 proc. Mógłby być o wiele niższy, gdyby nie polityka refundacyjna i procedury NFZ, które uniemożliwiają leczenie sekwencyjne. Zastosowanie różnych sekwencji leków, jeden po drugim lub wymiennie, pozwala maksymalnie wykorzystać ich efekt terapeutyczny i wydłużyć życie pacjentów. Zwłaszcza tych, którzy uodpornili się na dotychczas stosowane leczenie. Mimo że w listopadzie na listy refundacyjne trafiły nowe leki, procedury Funduszu nie pozwalają stosować ich sekwencyjne wbrew zaleceniom lekarzy i ekspertów.
– Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów za 2015 ok nowotwór prostaty zbliża się do pozycji lidera, wyprzedzając raka płuc. Niewątpliwie czeka nas boom: będziemy go rozpoznawać u coraz większej liczby osób. Wiemy, że jest to problem społeczny. Wiemy też, że nie wszyscy pacjenci wymagają agresywnego leczenia, ale najpierw musimy ich zdiagnozować i zobaczyć, z jaką chorobą mamy do czynienia. Pacjenci z najbardziej agresywną postacią powinni dostawać wielodyscyplinarne leczenie od początku, w krótkim czasie i w wyspecjalizowanych ośrodkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Iwona Skoneczna, urolog i onkolog ze Szpitala św. Elżbiety – Mokotowskiego Centrum Zdrowia.
Rak prostaty (gruczołu krokowego) to w tej chwili drugi najczęstszy nowotwór złośliwy wśród mężczyzn. Każdego roku diagnozuje się u około 11 tys. nowych przypadków i stwierdza 4–4,5 tys. zgonów, których przyczyną jest właśnie nowotwór prostaty. Choroba najczęściej dotyka mężczyzn po 50 roku życia, ale grupie ryzyka znajdują się również dużo młodsi.
– Rak prostaty jest dużym problemem, znajduje się na drugim miejscu pod względem częstotliwości występowania i w pierwszej piątce głównych zabójców. To jest nowotwór, który zabija, jeżeli nie jest odpowiednio leczony – mówi prof. Anna Kołodziej, sekretarz zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Urologicznego.
Wskaźnik śmiertelności wśród pacjentów z rakiem prostaty sięga obecnie nawet 50 proc. Mógłby być o wiele niższy, gdyby w Polsce poprawił się dostęp do wczesnej diagnostyki i terapii nowej generacji, których wiele pojawiło się w ostatnich latach. Urolodzy i onkolodzy podkreślają, że procedury i polityka refundacyjna NFZ w zakresie raka prostaty wymagają zmian.
– Dzięki temu, że w ostatniej dekadzie mamy wysyp wielu nowych leków, mamy szansę przedłużyć życie pacjentom z zaawansowanym procesem nowotworowym gruczołu krokowego i zamienić chorobę, która do tej pory była terminalna, w chorobę przewlekłą, długotrwałą. To podobnie jak w przypadku cukrzycy, która też jest śmiertelną chorobą, tylko rozciągniętą na lata. Taki sukces w onkologii widzieliśmy już w terapii zaawansowanego raka nerki, a teraz w leczeniu raka gruczołu krokowego. Każdy lek, który w tej dekadzie został wynaleziony i z powodzeniem zastosowany u pacjentów, skutkuje przedłużeniem im życia o minimum 2–3 lata – mówi prof. Anna Kołodziej.
W leczeniu ważna jest sekwencyjność terapii, ponieważ nowotwór – w miarę podawania pacjentowi kolejnych dawek leku – wykształca klony oporne na leczenie. To znaczy, że chory po prostu uodparnia się na zastosowany lek, który przestaje działać.
Zastosowanie różnych sekwencji leków (jeden po drugim lub wymiennie) pozwala sobie z tym poradzić, maksymalnie wykorzystać efekt terapeutyczny i wydłużyć życie chorego, zwłaszcza że większość z nich ma inny mechanizm i inny receptor, mimo że należą do jednej grupy antyandrogenów.
– Mając inny receptor androgenowy, działając w innym środowisku komórki albo jądra komórkowego, te leki za każdym razem powodują u danego pacjenta przedłużenie życia. Niestety, w Polsce nie jest to przyjęte do wiadomości. Mamy do dyspozycji programy lekowe wykluczające się wzajemnie, które nie przedłużają chorym życia. Co więcej, programy są często skonstruowane tak, aby płatnik, czyli NFZ, mógł jak najwięcej zaoszczędzić. Tak więc pacjent musi spełnić kryteria, które są niemożliwe do spełnienia, aby go włączyć do tej terapii – mówi prof. Anna Kołodziej.
W tej chwili polityka refundacyjna uniemożliwia zastosowanie u pacjentów z rakiem prostaty sekwencyjnego leczenia. Co prawda, w listopadzie ubiegłego roku na listę leków refundowanych, po długim oczekiwaniu, trafiły nowe leki, m.in. zarejestrowane w leczeniu opornego na kastrację raka prostaty, jednak leczenie nimi sekwencyjnie jest niemożliwe, bo – zgodnie z procedurami NFZ – jeżeli pacjent otrzyma jeden lek, to kolejnym nie można go już bezpłatnie leczyć.
– Leki nowej generacji są rewelacyjne. Leczeni nimi pacjenci mówią, że po miesięcznej lub dwumiesięcznej terapii wstają z łóżka, idą do pracy i na dodatek dojeżdżają do niej na rowerze. Okazuje się jednak, że te leki nie mogą być stosowane tak jak powinny – czyli sekwencyjnie, jeden po drugim lub wymiennie. Zgodnie z opinią wydaną przez biegłych dla Ministerstwa Zdrowia jest to niemożliwe. Inaczej twierdzi zarówno Polskie Towarzystwo Urologiczne i eksperci –podkreśla Bogusław Olawski, prezes Sekcji Prostaty Stowarzyszenia UroConti.
W tym tygodniu pacjenci z rakiem prostaty – wspólnie z wieloma innymi organizacjami – wystosowali apel do Ministra Zdrowia o zajęcie się tymi obszarami polskiej urologii, które wymagają zmian, między innymi w zakresie dalszego poszerzenia dostępu do refundowanych nowoczesnych terapii.
– Pacjenci z rakiem prostaty nie domagają się szczególnego traktowania. Chcielibyśmy jedynie nie musieć dłużej walczyć o to, co cały świat z powodzeniem stosuje od dawna, a co dla nas nadal jest niedostępne. Mamy prawo do takich samych standardów leczenia jak pacjenci w innych krajach. Tymczasem nadal jesteśmy w ogonie Europy, jeśli chodzi o nowoczesne leczenie raka prostaty, zarówno przed chemioterapią, gdzie mamy do dyspozycji tylko jeden lek, jak i po chemioterapii, gdzie nasze leczenie ogranicza zakaz sekwencyjności, który jest sprzeczny z międzynarodowymi standardami – stwierdził Bogusław Olawski, prezes Sekcji Prostaty Stowarzyszenia UroConti.
Konsekwentne działania w obszarze gospodarki obiegu zamkniętego pozwoliły polskiemu producentowi sprzętu medycznego do minimum ograniczyć ilość odpadów przekazanych do składowania. W roku 2017 Famed Żywiec wytworzył 183 ton odpadów, z których niemal 99 proc. zostało ponownie wykorzystanych. W trakcie zorganizowanej pod auspicjami Ministerstwa Środowiska konferencji spółkę wyróżniono m.in. tytułem Lidera Czystszej Produkcji za rok 2017.
Niemal 99 proc. odpadów ponownie wykorzystywanych
W latach 2015 i 2016 w związku z działalnością firmy powstało łącznie 471 ton odpadów (odpowiednio 264 w 2015 i 207 w 2016), z których jedynie 10 ton nie zostało ponownie wykorzystanych. W roku 2017 Famed wytworzył 183 ton odpadów. W ramach procedur Gospodarki Obiegu Zamkniętego (GOZ) wszystkie odpady poprodukcyjne (180,64 ton) zostały poddane recyklingowi – wewnętrznemu lub przez firmy zewnętrzne – oraz innym procesom odzysku. Do składowania zostało przekazanych jedynie ok. 2,3 ton materiałów budowlanych powstałych w wyniku prac remontowych i ok. 3 ton odpadów komunalnych.
1 z 3
Europa produkuje śmieci
Według danych Eurostatu*, w 2014 roku, w dwudziestu ośmiu krajach UE wytworzonych zostało 2500 mln ton odpadów. Sektor wytwórczy (produkcja) odpowiada za ok. 10 proc z nich. W Polsce wytworzono niemal 180 mln ton odpadów, a przedsiębiorstwa produkcyjne wygenerowały 17,6 proc. z nich. Była to największa odnotowana ilość odpadów, co związane jest m.in. z rosnącą liczbą ludności i rozwojem gospodarki.
– W Famedzie systematycznie zmniejszamy ilość wytwarzanych odpadów, a wynik osiągnięty w obszarze recyklingu, to powód do ogromnej satysfakcji – komentuje Jolanta Sygut, Specjalista ds. Ochrony Środowiska i Laboratorium Famed Żywiec.
Podczas zorganizowanej pod auspicjami Ministerstwa Środowiska konferencji „Czystsza Produkcja i Gospodarka o Obiegu Zamkniętym” Famed został uhonorowany tytułem Lidera Czystszej Produkcji za rok 2017. Spotkanie było poświęcone zapobieganiu zanieczyszczeniom i nadmiernemu zużyciu zasobów przez polskie firmy, a także gospodarce w obiegu zamkniętym.
Podczas konferencji Famed odebrał także Świadectwo Czystszej Produkcji – w dowód aktywnego uczestnictwa w Polskim Ruchu CP, popartego raportowaniem prowadzonym od 1996 roku – a także certyfikat potwierdzający wpis do Polskiego Rejestru Czystszej Produkcji i Odpowiedzialnej Przedsiębiorczości, którego laureatem pozostaje od roku 2002. Rejestr prowadzony przez Stowarzyszenie Polski Ruch Czystszej Produkcji (www.cp.org.pl), działa pod przewodnictwem Wiceministra Środowiska Sławomira Mazurka. Patronat nad programem sprawują Główny Inspektor Ochrony Środowiska oraz Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.
Produkcja w jednym miejscu
Famed, jako jedna z nielicznych firm branży medycznej, prowadzi produkcję
z wykorzystaniem wytwarzanych samodzielnie elementów. Spółka zachowuje pełną kontrolę nad wszystkimi procesami na każdym etapie produkcji – od przyjęcia do magazynu stali z której powstają gotowe wyroby, aż po zakończenie wszystkich etapów produkcji składających się nawet z kilku tysięcy elementów składowych łóżek szpitalnych, foteli zabiegowych czy stołów operacyjnych.
Procesy technologiczne wykorzystywane w ramach produkcji powodują powstawanie odpadów wymagających utylizacji. Jednak, mimo wzrostu produkcji – zużycie surowców roku wyniosło ok. 200 ton w 2016 i ok. 300 ton w 2017, polski wytwórca systematycznie zmniejsza liczbę generowanych odpadów. To efekt prowadzonej przez firmę polityki czystszej produkcji i gospodarki obiegu zamkniętego, którą Famed realizuje od dwudziestu czterech lat. W 1999 roku spółka podpisała Międzynarodową Deklarację Czystszej Produkcji UNEP – dokument, którego sygnatariuszem jest m.in Polska. Z kolei we wrześniu 2004 r. podpisał deklarację poparcia dla Inicjatywy Sekretarza Generalnego ONZ – United Nations Global Compact, deklarując wdrożenie jej zasad oraz zobowiązanie do ich dalszego przestrzegania.**
– Wykorzystywanie materiałów w obiegu zamkniętym wiąże się z podwójną korzyścią. Dla nas jako firmy w aspekcie ekonomicznych, ale przede wszystkim dla środowiska
i społeczności lokalnej Żywiecczyzny. Wszyscy mamy świadomość z jakimi problemami, np. w zakresie stanu powietrza, boryka się nasze miasto. Zasady odpowiedzialności społecznej stosowane są fundamentem działalności Famedu, a w przededniu zaplanowanego na grudzień Szczytu Klimatycznego ta tematyka nabiera szczególnego znaczenia – komentuje Małgorzata Kotajny-Szewczyk, Dyrektor ds. Logistyki Famed Żywiec.
Laboratorium pomaga chronić środowisko
Niebagatelną rolę w działaniach związanych z ochroną środowiska odgrywa laboratorium Famedu. To w nim przeprowadzane są testy i badania wszystkich materiałów wchodzących w skład jego wyrobów, ale również opracowywane są rozwiązania, przyczyniające się do proekologicznej działalności spółki.
Famed Żywiec już w latach 90-tych wprowadził pełną segregację odpadów poprodukcyjnych i administracyjnych. Dzięki zastosowaniu m.in. stacji odzysku niklu udało się ograniczyć pobór wody oraz ilość powstających ścieków. Zakładowe Laboratorium monitoruje jakość ścieków odprowadzanych do kanalizacji miejskiej, które dzięki temu nie przekraczają stężeń parametrów, np. metali ciężkich, zawartych
w umowie z przedsiębiorstwem wodociągowym. W efekcie są bezpieczne dla środowiska. W celu zmniejszenia ilości odpadów z tworzywa sztucznego zakupiono urządzenie, które pozwala przetworzyć odpady na granulat będący pełnowartościowym surowcem. Jest on wykorzystywany do formowania tworzyw metodą wtrysku lub ponownego przygotowania płyt, wykorzystywanych do operacji termoformowania elementów łózek, stołów i foteli. 75 proc. masy wytwarzanych odpadów jest przetwarzanych w firmie, pozostałe 25 proc. przekazane są do odzysku w firmach zewnętrznych. Nadwyżki granulatu przekazywane są do sprzedaży.
– Wdrażając nowe procesy technologiczne oceniamy możliwość zminimalizowania ich oddziaływania na środowisko. Nie marnujemy materiałów wykorzystywanych do produkcji, a konsekwentne inwestycje w technologie i park maszynowy sprawiają, że możemy się pochwalić ich całkowitym ponownym zagospodarowaniem – mówi Jolanta Sygut, Specjalista ds. Ochrony Środowiska i Laboratorium Famed Żywiec.
Innymi przykładami są kąpiele chemiczne i elektrochemiczne, w których przygotowywana jest stal przed poddaniem jej obróbce gięcia, cięcia, spawania, nakładaniu powłoki lakierniczej oraz niklowo – chromowej.
– Standardowe kąpiele stosowane w linii do mycia i pasywacji stali pracują około sześciu miesięcy. Jednak dzięki zastosowaniu przez nas odpowiedniego komponentu nasza kąpiel myjąca pracuje nieprzerwanie już 11 lat, przy zachowaniu tej samej, najwyższej jakości. Bez możliwości regeneracji, kąpiel oraz wody popłuczne, co pół roku w ilości ponad 13 m3 musiałyby trafiać do utylizacji, czyli unieszkodliwienia – wyjaśnia Jolanta Sygut.
Grupa Murapol sprzedała teren inwestycyjny w Berlinie za kwotę 6,2 mln euro netto, stanowiącą ponad 400 proc. ceny zakupu sprzed dwóch lat. Obecna wartość gruntu w Berlinie jest wyrazem przede wszystkim kompleksowego przygotowania przez Grupę Murapol terenu do rozpoczęcia na nim prac budowlanych – tj. uregulowania formalności administracyjnych i procesów pozwoleniodawczych poprzedzających rozpoczęcie realizacji na nim inwestycji. Ponadto, uzyskana cena sprzedaży odzwierciedla jakość przygotowanej przez Grupę Murapol dokumentacji projektowej i kosztorysowej, w tym atrakcyjność struktury zaprojektowanych lokali oraz optymalizację kosztową budżetu projektu mieszkaniowego.
Dwa lata temu Grupa Murapol zakupiła grunt o powierzchni 1 ha, położony przy Am Luckefeld w Berlinie za łączną cenę 1,45 mln euro netto, pod realizację inwestycji nieruchomościowej obejmującej 126 lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej wynoszącej ponad 8 tys. mkw. W tym czasie, pracownia projektowo-wykonawcza należąca do holdingu Murapol – Murapol Architects Drive – wspólnie ze spółką z Grupy dedykowaną działalności na rynku niemieckim – Murager – oraz niemiecką pracownią architektoniczną prowadzoną przez arch. Łukasza Siubiaka, przeprocedowała ogół formalności administracyjnych poprzedzających realizację na nabytym terenie projektu, uzyskując niezbędne decyzje urzędowe oraz przygotowując pełną dokumentację dotyczącą planowanego zamierzenia inwestycyjnego. Efektem wykonanej przez Grupę Murapol systemowej pracy jest znaczący wzrost wartości zakupionego terenu inwestycyjnego, czego odzwierciedleniem jest cena uzyskana w transakcji jego sprzedaży.
– Podjęliśmy decyzję o skorzystaniu z momentu inwestycyjnego jakim jest sprzedaż gruntu w Berlinie przede wszystkim ze względu wyjątkową atrakcyjność ofert, które spływały do nas od inwestorów zainteresowanych jego zakupem wraz z opracowaną przez nas dokumentacją dotyczącą przygotowywanej na nim inwestycji. Uznaliśmy, że wobec czterokrotności wartości nieruchomości uzyskanej w ciągu 2 lat od jej nabycia, korzystniejszym rozwiązaniem będzie upłynnienie aktywa niż realizacja na nim projektu mieszkaniowego. Pomimo zauważalnego wzrostu cen mieszkań na rynku niemieckim, marża jaką wypracowalibyśmy na sprzedaży wybudowanych lokali nie zrekompensowałaby ryzyk związanych z realizacją pierwszego projektu w tej lokalizacji – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A. – Wykonaliśmy ogrom pracy projektowo-proceduralnej, uzyskując wszystkie niezbędne zezwolenia, co w połączeniu z dużą atrakcyjnością projektu inwestycji oraz jej modelu budżetowego, znalazło odzwierciedlenie w liczbie otrzymywanych ofert zakupu, a także ich ekonomice. Ostatecznie wybraliśmy tę propozycję, która w naszej ocenie była najbardziej optymalna.– dodaje Nikodem Iskra
Sprzedawany grunt w Berlinie nie posiadał obciążeń hipotecznych, a środki z jego sprzedaży trafią do Grupy Murapol i zostaną przeznaczone na finansowanie podstawowej działalności deweloperskiej związanej z realizacją projektów mieszkaniowych na krajowym rynku nieruchomościowym.
Murapol pozostaje ze swoją działalnością na rynku niemieckim, a obecnie pracuje także nad projektem mieszkaniowym, który powstanie w Zossen. Na początku br. Grupa, wspólnie z tamtejszym samorządem, opracowała miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, w który wpisuje się przygotowywana inwestycja. Obecnie trwa procedowanie formalności administracyjnych związanych z uzyskaniem decyzji o pozwoleniu na budowę tego przedsięwzięcia deweloperskiego.
– Poza pracą nad projektem w Zossen, stale analizujemy niemiecki rynek pod kątem zakupu kolejnych, atrakcyjnych działek, na których moglibyśmy zrealizować projekty mieszkaniowe dające nam satysfakcjonujący poziom zwrotu z inwestycji. Bardzo przydatne w naszej aktywności w tej lokalizacji jest duże doświadczenie zespołów pracowni projektowo-wykonawczej – Murapol Architects Drive oraz spółki Murager w procedowaniu w tamtejszych organach formalności administracyjnych związanych z realizacją projektów mieszkaniowych – komentuje Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.
Na drugim rynku zagranicznym, na którym Grupa Murapol jest obecna – w Edynburgu – trwają prace nad dwoma przedsięwzięciami deweloperskimi. Na nieruchomości przy London Road, będącej już własnością Grupy, prowadzone są już prace nad projektem wykonawczym inwestycji, która kilka tygodni temu uzyskała decyzję o pozwoleniu na budowę 30 lokali mieszkalnych o łącznym PUM 2,1 tys. mkw. W drugiej lokalizacji w stolicy Szkocji – przy Ferry Road – Murapol posiada zakontraktowaną nieruchomość z uzyskanym pozwoleniem na budowę obejmującym część zamierzenia inwestycyjnego Grupy. Obecnie Murapol pracuje nad uregulowaniem spraw dotyczących pozostałej części zaplanowanego projektu, który łącznie zakłada budowę ok. 20 mieszkań o powierzchni użytkowej 2 tys. mkw.
Posiedzenie Szwajcarskiego Banku Narodowego było powodem by odświeżyć temat franka. Poza deklaracjami gotowości nic się jednak nie wydarzyło. Złoto i złoty tracą po ostatniej decyzji FED-u.
Frank jest wysoko wyceniany
Szwajcarski Bank Narodowy jak mantrę powtarza tą kwestię od lat używając różnych określeń na poziom przewartościowania. Działania jakie są w tym celu podejmowane to utrzymywanie rekordowo niskich stóp procentowych. Problem w tym, że Szwajcarów głównie interesuje relacja franka do euro. Osłabianie go względem waluty, którą EBC również stara się osłabić nie jest zatem wcale łatwym zadaniem. Na posiedzeniu utrzymano rekordowo niskie stopy procentowe. Padła również deklaracja o możliwej bezpośredniej interwencji walutowej. Biorąc jednak pod uwagę, że frank od szczytów z ostatnich tygodni stracił, po zamieszaniu we włoskiej polityce oraz wojnie handlowej, na wartości już ponad 4% pojawia się pytanie kiedy ta interwencja miałaby nastąpić.
Złoto w odwrocie
Cena złota wyrażona w dolarach osiągnęła najniższy poziom od pół roku. Analitycy wskazują, że powodem są rosnące stopy procentowe w USA. Na rynku zdaniem inwestorów może się zacząć epoka wyższych stóp zwrotu zatem trzymanie środków w złocie nie jest optymalną decyzją. Skoro można będzie na obligacjach zarobić kilka procent w skali roku może się okazać to znacznie atrakcyjniejszą możliwością niż trzymanie zamrożonych środków w złocie. Warto zwrócić z kolei uwagę, że cena złota jest wyrażana w dolarach w rezultacie przez ostatnie umocnienia amerykańskiej waluty cena wyrażona w innych walutach wcale nie jest taka niska.
Lepsze dane z Polski
Dzisiaj o godzinie 10:00 poznaliśmy dane na temat wzrostu sprzedaży detalicznej. Rośnie ona o 7,6% w skali roku to o ponad 1% więcej niż oczekiwali analitycy. Dane te nie były jednak wystarczająco ważne by wpłynąć na notowania złotego przytłoczonego przez niepokoje na rynkach światowych. W rezultacie złoty dalej traci. Euro przekroczyło dzisiaj 4,33 zł, frank 3,77 zł, dolar 3,76 zł z kolei funt 4,93 zł.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Jak zwiększyć efektywność energetyczną w samorządzie i jak doprowadzić do tego, aby gmina był energetycznie samowystarczalna – m.in. tego będą się uczyć władze ukraińskich jednostek gminnych, tzw. zjednoczonych hromad, od polskich samorządowców i ekspertów w ramach startującego w czerwcu pilotażu projektu „Nasza energia – hromada samowystarczalna energetycznie”.
Za akcją edukacyjną stoi Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza, która zrealizuje ją w partnerstwie z Fundacją Solidarności Międzynarodowej i Krajową Agencją Poszanowania Energii S.A. Natomiast działania współfinansowane ze środków Programu „Wsparcie Demokracji 2018”, który jest finansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.
„Celem naszego projektu jest zwiększenie efektywności energetycznej ukraińskich samorządów, zjednoczonych hromad. Chcemy w tym wesprzeć Ukrainę i pokazać polskie wzorce i zastosowania” – mówi Dariusz Szymczycha z Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
Pilotaż w obwodzie charkowskim
Jeszcze w tym miesiącu wystartuje pilotaż programu. Zostanie on przeprowadzony w pięciu wybranych hromadach z obwodu charkowskiego, gdzie zostaną przeprowadzone analizy energetyczne, zakończone rekomendacjami. Władze i specjaliści z tych ukraińskich jednostek gminnych wezmą również udział w podróży studyjnej do Polski, w czasie której zapoznają się z dobrymi praktyki polskich samorządów w dziedzinie energoefektywności i wytwarzania energii. Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza planuje też szkolenie na temat pozyskiwania środków do realizacji działań rekomendowanych hromadom. Ma ono zostać przeprowadzone w Kijowie z udziałem ukraińskich ekspertów. Jak informuje Dariusz Szymczycha, efekty i rekomendacje płynące z projektu „Nasza energia” zostaną zaprezentowane jesienią na III Polsko-Ukraińskim Forum Samorządowym w Kijowie. Organizatorzy liczą, że doświadczenia zebrane w czasie realizacji tego pilotażu, umożliwią objęcie projektu znacznie większą liczbę ukraińskich jednostek gminnych.
Polska samorządność wzorem dla Ukrainy
Jak przypomina Dariusz Szymczycha doświadczenia polskiej samorządności nie po raz pierwszy są ważnym wzorcem dla Ukrainy. Polskie rozwiązania były już przykładem w decentralizacji ukraińskiej władzy. Jest to tam jedna z najważniejszych obecnie przeprowadzanych reform. „Warto dzielić się z Ukrainą także innymi polskimi doświadczeniami i wykorzystywać potencjał, jaki jest we współpracy między Warszawą a Kijowem. Rozwój naszego wschodniego jest ważny także z punktu widzenia polskiego interesu i naszej gospodarki, dlatego trzeba go wspierać” – zauważa Szymczycha.
Po bardzo dobrym 2017 roku globalny rynek biurowy utrzymał wysokie tempo rozwoju w pierwszych miesiącach 2018. Spada poziom pustostanów, a popyt sięgnął najwyższego od 2008 roku poziomu – 10 mln mkw. wynajętych na 96 rynkach. To wynik wyższy o 7% niż rok temu.
Globalny rynek biurowy rośnie w siłę
W perspektywie globalnej to Azja i Pacyfik odnotowały największy, aż 12-procentowy wzrost najmu rok do roku. W Europie, w I kw. 2018, wynajęto 3,1 miliona mkw., co stanowi wzrost o 6% rok do roku i o 23% w perspektywie ostatnich dziesięciu lat. Paryż odnotował w I kw. 2018 najwyższy popyt od 2006 roku, Londyn przekroczył oczekiwania – zapotrzebowanie na biura wzrosło o 8% rok do roku. Wielka piątka niemieckich lokalizacji biurowych odnotowała bardziej zrównoważony popyt w porównaniu do solidnego I kw. 2017 r. Globalne trendy znajdują odzwierciedlenie również na polskim rynku.
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL
„W pierwszych trzech miesiącach tego roku podpisano umowy najmu na prawie 330 000 mkw., z czego ok. 127 000 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą, w budowie znajdowało się natomiast 1,8 mln mkw. biur. Łącznie, zasoby biurowe w Polsce sięgają już 9,8 mln mkw. Nowa podaż – wliczając obiekty ukończone w pierwszym kwartale – w tym roku może sięgnąć nawet 800 000 mkw., dzięki czemu polski rynek biurowy już niebawem przekroczy granicę 10 mln mkw.”, mówi Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.
Ciekawym zjawiskiem jest wzrost popularności elastycznych powierzchni, zarówno wśród mniejszych firm, jak i korporacji.
Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce
„Wartą uwagi jest ciągle rosnąca popularność elastycznych przestrzeni do pracy, dotyczy to zarówno Polski, jak i światowych rynków. Jak wynika z naszych analiz, na początku 2018 roku w ujęciu globalnym operatorzy coworkingowi byli kluczowym źródłem popytu na wynajem powierzchni biurowej. Ma to bezpośredni związek z zaostrzającą się rywalizacją o specjalistów – firmy szukają nowych sposobów, aby przyciągnąć i zatrzymać pracowników, a to pociąga konieczność dostosowania się do ich potrzeb i zapewnienia im środowiska pracy wspierającego produktywność i dobre samopoczucie. Coraz częściej na te oczekiwania odpowiadają oryginalne koncepty coworkingowe”, dodaje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.
Pozytywne wyniki I kw. 2018 sprawiły, że światowy rynek najmu znalazł się na dobrej drodze do kolejnego, solidnego roku, mimo że wskaźniki prawdopodobnie nie przekroczą ubiegłorocznych wyników.
Zmniejsza się ilość pustostanów, a wzrastają czynsze
Globalny wskaźnik pustostanów spadł o kolejne 20 pp osiągając tym samym poziom 11,7% w pierwszym kwartale roku, pomimo oddawania do użytku kolejnych projektów biurowych. Najniższy poziom zanotowano w Europie – 7%, czyli o ok. 3% mniej niż na polskim rynku. W rejonie Azji i Pacyfiku poziom pustostanów wynosi 10,9%.
Rozwój rynku nieruchomości biurowych znajduje swoje odzwierciedlenie w zmianach stawek czynszów prime, które wzrosły o 3,8% rok do roku.
W ramach swojej ekspansji geograficznej, Grupa MOL wchodzi na polski rynek z ofertą blisko 900 nowych produktów – smarów i olejów.
W ofercie polskich dystrybutorów pojawią się m.in. oleje do pojazdów ciężarowych, maszyn rolniczych i budowlanych, samochodów osobowych i motocykli, a także środki smarowe stosowane w przemyśle.
Smary i oleje MOL spełniają najnowsze specyfikacje jakościowe, jednocześnie spełniając lub przewyższając obowiązujące standardy przemysłowe. Produkty te posiadają aprobaty wiodących producentów pojazdów, silników i maszyn, co jest potwierdzeniem ich jakości i wydajności.
Nowe produkty MOL będą dostępne poprzez sieć dystrybutorów w całej Polsce oraz w ramach sieci Slovnaft Partner składającej się z 80 partnerskich stacji paliw w południowej Polsce.
Warszawa, 21 czerwca 2018 r. – Węgierski koncern naftowy MOL wzmacnia swoją obecność w Polsce, wprowadzając na rynek portfolio blisko 900 nowych produktów pod markami MOL, MOL Dynamic i MOL Essence. Dzięki współpracy z siecią wiodących dystrybutorów w branży, oferta smarów i olejów MOL jest już dostępna na terenie całego kraju.
MOL Lubricants, spółka zależna należąca do Grupy MOL, należy do największych producentów i kluczowych dostawców środków smarowych w Europie Środkowo – Wschodniej. Firma jest właścicielem dwóch zakładów produkcyjnych oraz laboratoriów na Węgrzech i w Chorwacji, a także posiada 11 biur sprzedaży i 9 centrów logistycznych w całym regionie.
Obszar działalności MOL Lubricants skupia się na krajach Europy Środkowo-Wschodniej, ale eksport obejmuje również inne kraje europejskie, takie jak Niemcy i Włochy, a także kraje Europy Wschodniej, takie jak Ukraina czy Rosja. Firma jest także aktywna w tak odległych krajach jak Tajwan, Chiny i Wyspy Cooka. Koncern jest wiodącym dostawcą wysokiej jakości markowych środków smarowych samochodowych i przemysłowych oraz powiązanych z nimi usług na rynku węgierskim, słowackim i chorwackim. Poprzez swoją rozbudowaną sieć dystrybutorów jest obecny w niemal 50 krajach na całym świecie, a średnie przychody Grupy z ogólnej sprzedaży markowych środków smarowych wynoszą ok. 130 mln EUR rocznie. Importerem produktów MOL Lubricants jest Spółka Slovnaft Polska należąca do Grupy MOL.
„Dotychczas oferta MOL Lubricants nie była obecna na polskim rynku. Polska dystrybucja naszych produktów to kolejny krok w drodze do wzmocnienia naszej pozycji w regionie. Jako kluczowy producent olejów i smarów jesteśmy obecni na większości rynków europejskich. Polska gospodarka należy do największych w tej części Europy, dlatego wejście na ten rynek było dla nas oczywistym krokiem dla strategicznego wzmocnienia pozycji naszej firmy w Europie Środkowo – Wschodniej.” – powiedział Szabolcs Vida, dyrektor generalny MOL Lubricants.
Historia MOL Lubricants sięga roku 1907, kiedy jeszcze pod nazwą Vacuum Oil Comapany rozpoczęła produkcję w węgierskim mieście Almasfuzito. W swojej ponad stuletniej historii zdążyła rozwinąć zaplecze technologiczne, umożliwiające ciągłe doskonalenie produkcji środków smarowych, tworząc bazę dla ekspansji w regionie.
Pozytywne nastawienie do inwestycji w Polski rynek olejów smarowych potwierdza najnowszy raport POPiHN. Według ekspertów, rynek olejów smarowych osiągnął w 2017 r. wielkość 227 tys. ton, czyli odnotował wzrost 1,62% rdr. Sprzedaż samych olejów silnikowych w Polsce wyniosła 108 tys. ton, z czego sprzedaż olejów silnikowych do pojazdów ciężarowych wzrosła o 7,7% rdr.
Spadki rentowności są kontynuowane wobec obaw o skutki potencjalnej wojny handlowej. Stabilizacja. W środę EURPLN utrzymywał okolice 4,315 zaś EURUSD lekko poniżej 1,16. Dobre perspektywy dla dolara źle wróżą polskiemu złotemu.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Środową sesję cechowała stabilizacja. Kurs EURPLN notowany był w okolicach 4,315. Od początku tygodnia krajowy rynek walutowy pozostaje w układzie typu risk-off. W dalszym ciągu w centrum uwagi znajdują się kwestie związane z wojną handlową na linii USA-Chiny. Każda (jak do tej pory) zapowiedź Waszyngtonu nałożenia ceł na produkty z Chin spotyka się z analogicznym ruchem ze strony Pekinu. Kurs EURUSD stabilizuje się po osiągnięciu 11-miesięcznych minimów poniżej 1,16.
Biorąc pod uwagę charakter konfliktu handlowego, trudno oczekiwać, aby awersja do ryzyka szybko ustąpiła. Perspektywy dla złotego nie wyglądają więc dobrze. Obecnie nie można wykluczyć, że najlepszym scenariuszem dla złotego będzie stabilizacja, sytuacja okołorynkowa przemawia bowiem za ruchem EURPLN powyżej 4,32.
Dolara wspiera nie tylko wysoka obecnie awersja do ryzyka, ale też doniesienia z seminarium bankierów centralnych w Sintrze, potwierdzające gołębie nastawienie EBC do polityki monetarnej (M. Draghi wyraził cierpliwość w podejmowaniu decyzji odnośnie terminu wzrostu kosztu pieniądza) i jastrzębie Fed-u (wg J. Powell’a przesłanki za podwyżkami stóp pozostają silne).
Dane z polskiej gospodarki nadal zaskakują pozytywnie. W środę GUS poinformował o poprawie w czerwcu zarówno obecnych jak i przyszłych nastrojów konsumentów. Niemniej również i tym razem dobre dane nie miały wpływu na notowania złotego. Podobnie może być też z czwartkową publikacja odczytów sprzedażowych (prognoza: w maju 6,6% r/r wobec 4,6% miesiąc wcześniej), gdyż PLN nadal pozostawać powinien pod wpływem słabych nastrojów z szerokiego rynku.
Na rynku stopy procentowej dominowały spadki rentowności obligacji. Polskie „dziesięciolatki” zdecydowanie przesunęły się poniżej 3,20% w okolice 3,16%. Naszym zdaniem do końca miesiąca papiery w tym terminie zapadalności będą oscylowały w okolicach 3,15% na co w dużym stopniu wpływać będą uwarunkowania lokalne, wspierane globalnym trendem spadkowym rentowności. W tym wypadku niewielki wpływ na notowania rynkowe miały dane o inflacji cen producenckich. Opublikowany we wtorek PPI dla Polski w maju zanotował wzrost do 2,8% r/r z 1,1%, natomiast niemieckie dane, które poznaliśmy w środę pokazały odbicie w kierunku 2,7% r/r z 2%. Jednak nie przyczyniło się to do wyraźnej reakcji rynkowej, gdyż wzrost PPI spowodowany był w dużym stopniu przez wyższe ceny ropy w tym okresie, co było już uwzględnione w wycenach papierów skarbowych.
Zagranicą wciąż odczuwane są napięcia związane z potencjalnymi wojnami handlowymi, co wspiera wyceny aktywów bezpiecznej przystani. Niemieckie i amerykańskie benchmarki 10-letnie notowane są obecnie poniżej odpowiednio 0,40% oraz 2,90%. Jednak dalsze spadki krzywych dochodowości mogą być ograniczone w związku ze stanowczą postawą Fed-u.
Wykres dnia: Inflacja cen producenckich odbiła w maju zarówno w Niemczech jak i w Polsce, na co wpływały rosnące w tym okresie ceny ropy
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
IT Future Expo to VI edycja dorocznego spotkania elity polskiego IT, w całości poświęconego technologiom dla biznesu. To miejsce tworzenia się silnych relacji biznesowych. 16h merytoryki oraz wystąpienia najlepszych speakerów, pozwolą wyjść z głową pełną pomysłów i gotowych rozwiązań.
Jeśli chcesz:
dowiedzieć się co napędza branżę ?
poznać aktualne trendy w rozwoju technologii dla przedsiębiorstw
wymienić doświadczenia i najlepsze praktyki oraz nawiązać istotne partnerstwa
to wydarzenie jest dla Ciebie! Zainspiruj się targami z udziałem liderów rynku, które pozwolą również dokładnie przyjrzeć się obowiązującym trendom i nadchodzącym wyzwaniom dla biznesu, w obliczu dynamicznie pędzącej cyfryzacji. Spotkaniu towarzyszyć będzie również gala rozdania nagród IT Future Awards – wyróżniająca najlepsze rozwiązania i usługi IT w Polsce, wybrane przez internautów oraz czołowych CIO. Jeszcze do 17 lipca 2018, przyjmowane są zgłoszenia do konkursu www.liderzyit.pl
Organizatorzy przygotowali kolejne nowości i atrakcje. Oprócz sztandarowego wydarzenia towarzyszącego – IT Future Congress, w trakcie którego eksperci poruszą najważniejsze aspekty rozwoju branży. Będzie można odwiedzić specjalistyczne strefy tematyczne i bezpłatnie zasięgnąć porad specjalistów w zakresie newralgicznych zagadnień, wpływających na funkcjonowanie firmy.
Podczas tej edycji po raz pierwszy odbędzie się także debata z udziałem Ministerstwa Cyfryzacji oraz Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, której głównym celem jest poszerzenie sieci komunikacji pomiędzy twórcami technologii, a decydentami, w zakresie kształtowania polityki cyfryzacji na poziomie lokalnym i transnarodowym. Tematem rozważań będzie odpowiedź na pytanie „Co zrobić, aby Polska dołączyła do grona najbardziej cyfrowych państw na świecie?” Udział w debacie weźmie m.in. Karol Okoński – Podsekretarz Stanu – Ministerstwo Cyfryzacji, Piotr Czarnecki – Prezes Zarządu Raiffeisen Polbank, Jacek Niewęgłowski – Członek Zarządu – Play, Janusz Moroz – Członek Zarządu – Innogy Polska , a także przedstawiciele Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, którzy przekażą swoje pomysły w sprawie zakwalifikowania Polski do grona najbardziej cyfrowych państw na świecie.
Zapraszamy również do odwiedzenia stref specjalnych => IT Law Point, 3D & VR, IT Consulting Point oraz punktu porad w zakresie Dotacji UE na IT jeśli;
Nurtują Cię najnowsze regulacje Unii Europejskiej dotyczące ochrony danych osobowych?
Chcesz wiedzieć jak zabezpieczyć firmę przed wyciekaniem istotnych informacji na zewnątrz?
Od dawna masz w planach przeprowadzenie analizy polityki bezpieczeństwa organizacji?
Zastanawiasz się na rozwiązaniem, które efektywnie zoptymalizuje pracę firmy?
A może chcesz dowiedzieć się o najnowszych programach dotacji z Unii Europejskiej w zakresie dofinansowań na wdrażanie rozwiązań informatycznych?
Z nowości, warto też wspomnieć o strefie dronów, która po raz kolejny znajdzie się w programie tematycznym targów. W strefie tej będzie można dowiedzieć się o możliwościach wykorzystania tych bezzałogowych statków powietrznych w biznesie. Kluczowi gracze zademonstrują funkcje najnowszych urządzeń oraz przeprowadzą loty pokazowe, co będzie niewątpliwą atrakcją dla Zwiedzających.
Gościem Specjalnym targów będzie Przemysław Pająk, redaktor naczelny Spider’s Web, który poprowadzi inspirujące wystąpienie o tym co wie o nas Facebook i Google i czy to już początek końca prywatności na świecie. Chcesz dowiedzieć się więcej? Zarejestruj się bezpłatnie na wydarzenie już dziś: http://itfuture.pl/#REJESTRACJA Ilość darmowych miejsc ograniczona!
Podczas równolegle odbywającego się IT FUTURE CONGRESS wysłuchamy wystąpień ekspertów branżowych oraz liderów rynku, z którymi podzielimy wiedzę nt. obecnych wyzwań branży IT. Wśród prelegentów m.in.: Krzysztof Wykręt – CIO w Hochtief Polska, Sebastian Starzyński – Prezes ABR Sesta czy Paweł Wawrzyniak – IT Architect w Nordea. Sponsorem Strategicznym wydarzenia jest firma Canon, a pozostałymi partnerami eventu: CA Technologies, Fast IT Solutions, Hewlett Packard Enterprise, VERTIV oraz APC by Schneider Electronics. Sprawdź kto jeszcze znalazł się w gronie wystawców: http://itfuture.pl/#sponsors i nie zapomnij o konieczności odrębnej rejestracji na kongres: http://itfuture.pl/rejestracja-na-kongres/
We wtorek, 19 czerwca 2018 r., miał miejsce jeden z największych ataków DDoS w polskim Internecie na infrastrukturę DNS firmy nazwa.pl, lidera usług hostingowych w Polsce. Incydent ten utrudnił Klientom spółki korzystanie z usług WWW i poczty. Atak DDoS jest najczęstszą formą stosowaną w celu zaburzenia funkcjonowania systemów sieciowych i może dotknąć każdego dostawcę usług. Administratorzy systemów nazwa.pl powstrzymali incydent, wykorzystując do tego narzędzia sieciowe wsparte najnowszym wdrożeniem, czyli technologią serwerów DNS Anycast.
DDoS – skrót od ang. Distributed Denial of Service – to rozproszony atak, który ma na celu zatrzymanie prawidłowego funkcjonowania usługi lub spowodowanie odmowy jej działania. Atak tego typu generuje sztuczny ruch tak, aby wykorzystać wszystkie wolne zasoby serwerów i doprowadzić do niedostępności usług. Do przeprowadzenia ataków służą między innymi botnety, czyli grupy komputerów zainfekowanych szkodliwym oprogramowaniem, pozostającym w ukryciu przed użytkownikiem i pozwalającym jego twórcy na sprawowanie zdalnej kontroli nad wszystkimi zarażonymi komputerami. Wykorzystanie przez przestępców zainfekowanych komputerów czyni źródło ataku DDoS niemożliwym do zlokalizowania, a wyśledzenie jego sprawców jest niezwykle trudne.
Ataki typu DDoS są jednym z największych problemów współczesnego Internetu, a ich skala rośnie z roku na rok. W ostatnim czasie spada średni czas trwania ataku DDoS. Obecnie trwa on najczęściej poniżej 30 minut, jednak mimo to nadal zdarzają się incydenty trwające nawet kilka dni. W przypadku ataku na serwery nazwa.pl, zdarzenie podzielone było na dwa etapy trwające: 30 minut – pierwszy incydent i 2 h i 20 minut – drugi incydent. Po zakończeniu głównego ataku pojedyncze boty atakowały system do końca dnia. W wyniku zdarzenia ruch na serwerach wzrósł dwudziestokrotnie w porównaniu z godzinami szczytu występującymi podczas codziennego funkcjonowania systemu.
Podczas wtorkowego zdarzenia administratorzy systemów nazwa.pl rozłożyli sztucznie generowany ruch na dodatkowe klastry serwerów utworzonych w wyniku migracji serwerów DNS do technologii Cloud – chmury. Dzięki temu serwery zostały połączone w klastry, dając możliwość szybkiego skalowania zasobów. Takie rozwiązanie pozwala na zwiększenie dostępnych zasobów w odpowiedzi na nagły wzrost sztucznego ruchu będącego wynikiem ataków generowanych przy pomocy wspomnianych wcześniej botnetów. Już w obecnej konfiguracji technologia serwerów DNS Anycast zastosowana w nazwa.pl jest w stanie obsługiwać kilka milionów zapytań na sekundę, co redukuje do minimum możliwość przeprowadzania podobnego ataku w przyszłości.
Rynki korzystają z kolejnej doby bez eskalacji napięć handlowych i przechodzą w tryb stabilnego wyczekiwania. Ucieczki od ryzyka już nie ma, ale też nie widać zapału do wskakiwania z powrotem na ryzykowne aktywa. Jesteśmy bliżej wakacyjnego zastoju, który dziś mogą zmącić decyzje trzech banków centralnych gospodarek rozwiniętych, choć oczekiwania przed nimi nie są wygórowane.
W Szwajcarii tamtejszy SNB odbywa kwartalne posiedzenie, ale spokojnie mógłby sobie zrobić przerwę przynajmniej do połowy przyszłego roku. Pomimo poprawy w danych o inflacji (1 proc. r/r w maju – najwyżej do 7lat) i PKB (2,2 proc. r/r w I kw.), bank ma inne sprawy na głowie. Włoski kryzys polityczny zatrzymał deprecjację franka i ściągnął EUR/CHF z 1,20 z powrotem do 1,15. Stąd SNB z pewnością podtrzyma obawy, że frank jest „wysoce wyceniany”. Wreszcie SNB nie zrobi nic, zanim EBC nie da pierwszy sygnału do normalizacji polityki stóp procentowych, a po supergołębim rezultacie posiedzenia EBC w ubiegłym tygodniu można się spodziewać, że także i SNB powstrzyma się od podwyżek przynajmniej przez rok.
Również Norges Bank powinien pozostawić główną stopę procentową bez zmian, choć norweski bank nie zamierza czekać ze zmianą nastawienia na EBC. W poprzednich miesiącach bank już zdążył zakomunikować, że szykuje się z podwyżką „na koniec lata tego roku”, co dla rynku oznacza wrzesień. Jakkolwiek nie oczekuję, aby Norges Bank dał wyraźne sugestie, że wrzesień jest TYM miesiącem, to jednak dotychczasowa retoryka powinna pozostać podtrzymana. Gołębie niespodzianki także są mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że wskaźniki koniunktury w Norwegii wskazują na siłę gospodarki i dobre perspektywy. NOK może w komunikacie znaleźć potwierdzenie do umocnienia i odreagowania słabości wynikłej z pogorszenia globalnego sentymentu.
Wreszcie Bank Anglii także nie powinien zmienić parametrów polityki (stopy procentowe, program skupu aktywów). Dotychczasowi zwolennicy podwyżki (McCafferty i Saunders) powinni pozostać przy swoim zdaniu, ale reszta komitetu zachowa swoje ostrożne podejście. Dane od ostatniego posiedzenia nie dają jasnych przesłanek, że drugi kwartał przynosi tak istotne odbicie po słabym starcie roku. Indeksy PMI odbiły, a ceny w przemyśle rosną, ale produkcja wytwórcza w kwietnia załamała się. Mimo to BoE pewnie chciałoby zdążyć z podwyżką przed rozstrzygnięciami (lub zamieszaniem z powodu ich braku) negocjacji Brexitu, co nastąpi w październiku/listopadzie. Z tego względu nadzieje na podwyżkę w sierpniu nie gasną, ale BoE dziś raczej nie da sugestii, czy jest to bardziej lub mniej realne. Jednak nawet niewielkie zmiany w treści komunikatu dotyczące oceny aktywności gospodarczej mogą być istotne dla dzisiejszego zachowania GBP. Asymetria ryzyka wyraża przewagę na korzyść funta, gdyż neutralny komunikat nie zakłóci rosnących oczekiwań na sierpniową podwyżkę.
Rynek lotniczy bardzo się zmienia i rozwija. W 2004 roku weszło w życie rozporządzenie WE 261/2004, które miało go zdyscyplinować. Na podstawie rozporządzenia w przypadkach, kiedy z winy linii lotniczej lot opóźnia się ponad 3 godziny lub jest odwołamy, pasażerowie powinni otrzymywać należne im odszkodowania. Mimo, że regulacja istnieje od kilkunastu lat, a lotów jest coraz więcej – niewiele osób ma świadomość swoich praw i korzysta z przysługującego im odszkodowania. GIVT postawił sobie za cel wzmocnienie pozycji pasażerów w relacji do linii lotniczych i stworzył platformę technologiczną, która ułatwia uzyskanie należnego odszkodowania. Jednym z zadań, które stawia sobie GIVT jest wyrównanie praw pasażera w stosunku do przewoźników, którzy z definicji są silniejszą stroną.
– Naszą misją jest nie tylko uświadomienie pasażerów o przysługujących im rekompensatach, ale także jak najszybsze dostarczenie im gotówki, która w przypadku odwołanych lotów zamienia problemy związane z podróżą na miłe zaskoczenie – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Podoba, prezes GIVT – Pierwszego pasażera, który miał problem z linią lotniczą firma przyjęła w lipcu zeszłego roku. Od tego czasu spółka obsłużyła kilkanaście tysięcy klientów. Za kilka lat GIVT chce obsługiwać dziesiątki tysięcy pasażerów na terenie całej Unii Europejskiej i nie tylko. Spółka rozpoczęła działalność w Bułgarii i Rumunii.Wkrótce będzie obecna w większości krajów unijnych. W najbliższych tygodniach GIVT zacznie obsługiwać klientów w kolejnych pięciu językach oprócz angielskiego. Do zrealizowania tego planu potrzebna jest inwestycja w technologie, wiedza, jak oceniać loty oraz relacje i siła negocjacji z liniami lotniczymi. Wymaga to odpowiedniego zaplecza finansowego. Na początku przedsięwzięcie udało się sfinansować z własnych środków, później dołączyło kilkunastu inwestorów indywidualnych, a ostatnio wsparcia udzieliła rodzina Zaleskich. Funkcję przewodniczącej rady nadzorczej spółki objęła Helene Zaleski, która ma bardzo bogate doświadczenie biznesowe. Wcześniej wspierała już w Polsce projekty działające na dużą skalę. Jej osobiste zaangażowanie potwierdza wiarę w to, że GIVT może rozwijać się jeszcze szybciej – ocenił Podoba.
Według agencji ratingowej Fitch, wzrost PKB dla Polski na ten rok ma wynieść 4,4 proc., a w skali globalnej będzie to 3,3 proc. Coraz częściej mówi się, że po kilku latach bardzo dobrej koniunktury gospodarczej wystąpiły symptomy „przegrzania” gospodarki, które może skutkować spowolnieniem. Zdaniem uczestników debaty „Rynek bankowy 10 lat po Lehman Brothers” na razie obserwujemy niewiele sygnałów, które mogłyby świadczyć o powtórce kryzysu o skali porównywalnej do tego z 2008 r. To co może niepokoić to wciąż niewielki ruch w obszarze inwestycji prywatnych oraz sytuacja na rynku pracy. W opinii uczestników debaty, poziom zadłużenia w polskiej gospodarce jest niski – mamy dużą nadpłynność sektora bankowego, dlatego trudno wyobrazić sobie poziom finansowania, którego polskie banki nie byłyby w stanie zapewnić.
Zdaniem zdecydowanej większości uczestników panelu, reprezentantów polskiego sektora bankowego, w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy pozostaniemy w cyklu wzrostu PKB, dobrej koniunktury w sektorze przedsiębiorstw oraz niskich kosztów ryzyka. – Jesteśmy w tej chwili dziesięć lat po wielkim kryzysie finansowym, który wstrząsnął gospodarką w skali makro i mikro. To naturalne, że coraz częściej pojawiają się pytania, kiedy nastąpi kolejny kryzys, ale nic nie wskazuje na to, by miało to nastąpić w najbliższym czasie – mówi Piotr Biernacki, Dyrektor Departamentu Finansowania Strukturyzowanego i Projektowego, DNB Bank Polska. – Możemy się spodziewać co najwyżej spowolnienia gospodarczego, ale raczej nie w perspektywie najbliższych 12 miesięcy. Naszym zdaniem powinno ono mieć łagodny charakter – dodaje.
Dlaczego wciąż rating „A-”
Z wyliczeń analityków agencji ratingowej Fitch wynika, że w tym roku wzrost poziomu PKB na świecie wyniesie 3,3 proc., a w Polsce będzie to 4,4 proc. W ostatnich tygodniach agencja ogłosiła aktualizację ratingu dla Polski, który utrzymała na poziomie „A-”, a jego perspektywę określono jako stabilną. – Rating odzwierciedla silne fundamenty makroekonomiczne w Polsce, wspierane przez solidny sektor bankowy. Poziom ratingu jest natomiast ograniczony niskim PKB na mieszkańca oraz wysokim, choć malejącym, zadłużeniem zagranicznym netto, które wynosi obecnie 31 proc. PKB podczas gdy mediana wynosi 12,7 proc. – tłumaczy Małgorzata Kleniewska-Wodtke, Prezes Zarządu Fitch Polska.
Rozpędzony rynek kredytów
Zdaniem Fitch, w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy należy spodziewać się w krajach Europy Środkowej przyspieszenia akcji kredytowej, choć nie dla wszystkich państw będzie ono na jednakowym poziomie. Fitch spodziewa się, że w Polsce tempo wzrostu akcji kredytowej przyspieszy w 2018 r. do 7 – 8 proc. przy założeniu stabilnych kursów wymiany walut. Produkty o wyższej marży, głównie kredyty konsumpcyjne i MŚP, będą nadal głównym celem banków i w związku z tym agencja oczekuje, że będą najszybciej rosnącymi składnikami portfeli kredytowych. Fitch przewiduje stabilny wzrost poziomu kredytów korporacyjnych i detalicznych kredytów hipotecznych.
Firmy są nadal relatywnie ostrożne w zaciąganiu nowych kredytów i banki muszą wykonać pracę, by ich do tego zachęcać. Skala inwestycji musiałaby być znacząco wyższa, żeby popyt na kredyt mocno się zwiększył.
W opinii uczestników debaty, polska gospodarka charakteryzuje się niskim poziomem lewarowania. Trudno wyobrazić sobie poziom kredytów, którego polskie banki nie byłyby w stanie pokryć. – Nadpłynność sektora bankowego i konkurencja powodują, że warunki finansowania są zbyt agresywne, a banki zmuszone są je akceptować. Biznes bankowy jest trudny, więc nie jest łatwo uzyskiwać dobre marże, które są i tak relatywnie niższe niż w Europie – mówi Piotr Biernacki.
Dziś trudno wyobrazić sobie sytuację, w której banki nie byłby wstanie podażowo zaspokoić zapotrzebowania na kredyty. – To co nas bardziej martwi, to ograniczona rola, którą w finansowaniu polskich przedsiębiorstw odgrywa rynek obligacji oraz rynek giełdowy. Prowadzi to do sytuacji, w której banki są zmuszone brać na siebie zwiększony poziom ryzyka, który na bardziej dojrzałych rynkach wzięliby na siebie inwestorzy instytucjonalni lub akcjonariusze – tłumaczy Piotr Biernacki.
Uczestnicy debaty „Rynek bankowy 10 lat po Lehman Brothers.” zgodni są co do tego, że kolejne 12 m-cy nie przyniesie ożywienia na warszawskiej giełdzie. Nie będziemy obserwowali nowych IPO, a raczej większą aktywność w zakresie delistingu, czyli wycofywania firm z publicznego obrotu.
Zbyt niskie bezrobocie nie pomaga
Wciąż niewystarczający poziom inwestycji prywatnych to, zdaniem uczestników debaty, poważny powód do niepokoju zarówno dla rządzących, jak biznesu. Z danych GUS wynika, że w pierwszym kwartale tego roku wzrosły one o 8,1 proc. r/r, co jest wciąż poziomem niesatysfakcjonującym, biorąc pod uwagę słabe lata 2016 i 2017. Podstawą wzrostu gospodarczego pozostaje więc konsumpcja prywatna oraz inwestycje sektora publicznego. Kolejne społeczne programy rządowe, chociażby jak ten dotyczący wyprawki szkolnej oraz lata wyborcze, począwszy od jesiennych wyborów samorządowych, zapewne nie zmienią tego obrazu Zdaniem ekspertów, niepokojąca jest sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie spadło w kwietniu do 6,3 proc., a według metodologii Eurostatu było to nawet 3,8 proc. Ze względu na brak rąk do pracy firmy bardzo ostrożnie będą podchodzić do nowych inwestycji.
Osobnym wyzwaniem pozostaje niezmiennie niepewna sytuacja geopolityczna, która również może wywołać wstrząsy w gospodarce i doprowadzić do kryzysu.
Studenci Politechniki Wrocławskiej opracowują drukarkę 3D z wbudowanym, trójwymiarowym skanerem. Dzięki takiemu rozwiązaniu urządzenie pozwoli za pomocą jednego przycisku powielić dany przedmiot. Skanowane przedmioty i projekty przechowywane mają być w chmurze, co pozwoli w każdym momencie do nich powrócić. Instrukcja obsługi w rozszerzonej rzeczywistości pozwoli obsługiwać drukarkę każdemu użytkownikowi.
– ScanPi to replikator obiektów przestrzennych. Mamy w nim więc pierwszą komorę służącą do skanowania, gdzie uzyskujemy cyfrowy model przestrzenny obiektu. W kolejnej komorze możemy ten element powielić, czyli wydrukować. Zeskanowane elementy możemy albo przechowywać na dyskach zewnętrznych (do siedmiu urządzeń – przyp.red.) typu pendrive czy karty SD. Elementy te można zapisać również w chmurze, a potem odtworzyć je na przykład po roku lub dwóch latach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Poskart z Politechniki Wrocławskiej.
Na rynku dostępne są podobne rozwiązania takie jak XYZprinting da Vinci. To również drukarka 3D wyposażona w dwugłowicowy skaner umożliwiający stworzenie cyfrowej repliki przedmiotu w czasie około pięciu minut. Cena urządzenia to około 3 500 złotych. Rozwiązanie proponowane przez studentów Politechniki Wrocławskiej ma jednak iść o krok dalej. Za pomocą jednego przycisku możemy zeskanować i wielokrotnie wydrukować żądany przedmiot. Pomyślano także o przeciętnym użytkowniku. Dzięki instrukcji obsługi wykonanej w technologii rozszerzonej rzeczywistości, każdy będzie w stanie obsługiwać urządzenie.
– Drukarka ma samouczek oparty na rozszerzonej rzeczywistości, który pokazuje użytkownikowi, w jaki sposób przejść przez etapy skanowania i drukowania w bardzo przystępny sposób. Do drukarek dostajemy najczęściej grubą, nieporęczną instrukcję użytkownika, która często ląduje w śmietniku lub po roku nie wiemy, gdzie jest. W ScanPi możemy z panelu dotykowego pobrać aplikację, która krok po kroku wyjaśnia, jak wykonać pierwszy skan, pierwszy wydruk– mówi Bartosz Poskart.
W ScanPi wdrożono także internet rzeczy. Urządzenie oferuje usługi serwerowe, które pozwalają na przechowywanie modeli i informacji procesowych, czyli informacji pochodzących z czujników, na przykład o tym, czy komora skanowania jest otwarta, o obecności przedmiotu w komorach czy o temperaturach wewnątrz komór. Replikator może znaleźć zastosowanie w wielu dziedzinach.
– Może to być na przykład przemysł. Możemy zeskanować np. zębatki, wały, tuleje, a potem te wszystkie elementy przetrzymywać na serwerze. W momencie, kiedy taki element ulegnie awarii, drukujemy go i po dwóch godzinach maszyna znowu działa. W ten sposób oszczędzamy dużo pieniędzy, utrzymując ciągłość produkcji – mówi przedstawiciel projektu ScanPi.
Przedsięwzięcie ma jak na razie charakter projektu studenckiego, ale jego twórcy myślą o powołaniu do życia start-upu.
Z szacunków MarketsandMarkets wynika, że rynek druku 3D do 2023 roku osiągnie wartość niemal 26 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu ma oscylować w granicach 26 proc.
Już wkrótce technologie, które nie tylko wyświetlają obrazy w powietrzu, lecz także pozwalają na interakcję z nimi – podobnie jak przy panelu dotykowym – staną się codziennością. Dotykowe hologramy wykorzystują światło emitowane przez specjalne panele LCD, a reagują na dotyk dzięki czujnikom jonowym. Technologia znajdzie zastosowanie wszędzie tam, gdzie ekrany dotykowe powinny być sterylne, np. szpitalach, restauracjach czy rafineriach ropy naftowej. To także doskonały nośnik reklamy. W przyszłości dotykowe hologramy będzie można znaleźć w najnowszych samochodach.
Hologramy to technologia przyszłości. Ich zastosowanie ograniczone jest właściwie jedynie kreatywnością użytkowników. Na rynku pojawiają się już coraz bardziej zaawansowane technologie, pozwalające wyświetlić trójwymiarowego człowieka. Japońska firma Aska3D idzie o krok. Stworzyła hologram z interfejsem dotykowym, który można kontrolować za pomocą rąk.
– W tworzonych przez nas wyświetlaczach holograficznych stosujemy szkło poddawane szczególnej obróbce, zawierające tysiące mikroluster. Ekran LCD zostaje ustawiony pod kątem 45 stopni, dzięki czemu światło emitowane przez monitor odbija się od szkła, a powstałe wewnątrz wiązki wychodzą na zewnątrz. W ten sposób powstają obrazy, które możemy zobaczyć. W celu wytworzenia pola stosujemy czujniki jonowe. W momencie dotknięcia palcem jony ulegają rozproszeniu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kazuhiro Yamamoto z Aska3D.
Technologia opracowana przez Aska3D wysyła światło emitowane przez obraz lub obiekt za pomocą specjalnej szklanej płytki i zbiera je po drugiej stronie płytki w takiej samej odległości. W ten sposób powstaje obraz identyczny z oryginałem. Rozmiar wyświetlanego obrazu i odległość, przy której obraz może być wyświetlany, zależą od wielkości płyty. Kąt padania i wynurzenia mają ten sam kąt odbicia, a płytka działa jako powierzchnia projekcyjna do wyświetlania obrazów w powietrzu w stosunku 1: 1.
Szklane płyty ASKA3D osiągają wysoką jakość obrazowania i duże obrazy w powietrzu. Firma opracowuje też plastikowe płyty. Choć mają nieco słabszą jakość obrazowania, mogą być dostarczane w dużych ilościach. Możliwość wejścia w interakcję z obrazem holograficznym tak jak ze zwykłym ekranem dotykowym, może znaleźć zastosowanie w wielu miejscach i dziedzinach.
– Urządzenie znajduje zastosowanie m.in. w restauracjach, gdzie mamy do czynienia z drobnoustrojami. Część osób nie chce użytkować ekranów, które ktoś dotykał już wcześniej. Kolejnym obszarem zastosowania są zakłady produkcyjne, w tym rafinerie ropy naftowej. Pracownicy wykonujący swoją pracę mogą korzystać z ekranu dotykowego nawet, gdy mają zabrudzone dłonie. Ekrany można stosować także w branży motoryzacyjnej ‒ w konsolach środkowych samochodów luksusowych, a także w szpitalach dla zachowania większej higieny – wymienia ekspert.
Jak szacują analitycy researchandmarkets.com, globalny rynek wyświetlaczy holograficznych będzie warty w 2023 r. ponad 7,6 mld dolarów. Tempo średniorocznego wzrostu w najbliższych pięciu latach przekroczy 28 proc.
Blisko połowie konsumentów zdarzyło się zrezygnować z zakupów, ponieważ kolejka do kasy w sklepie była zbyt długa – wynika z badań przeprowadzonych dla MasterCard. Klienci chcą większej wygody, dlatego duża część retailerów wdraża już nowe technologie i innowacje, które mają ją zapewnić. Sklepy bez kas, inteligentne koszyki, płatności bezgotówkowe, spersonalizowane oferty czy wirtualni doradcy – tak według konsumentów będą wyglądać sklepy za kilka lat.
– Sklep przyszłości będzie miejscem, w którym będzie zachodzić komunikacja pomiędzy półkami, towarami, sprzętem a konsumentem. Strefa kasowa będzie wyposażona wyłącznie w kasy samoobsługowe. Regały będą się komunikować z klientem, który przechodzi obok, a nawigacja będzie połączona ze smartfonem, podobnie jak karty lojalnościowe. Można na nich umieścić informację o płci i wieku konsumenta, a także jego upodobaniach, dzięki czemu operator będzie mógł zaproponować mu coś ciekawego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anatolii Khodziuk, prezes zarządu Modern Expo.
Jak wynika z ubiegłorocznego badania „Czy Polacy są gotowi na sklepy bez kas?” przeprowadzonego na zlecenie MasterCard, sklepowe kolejki to dla 47 proc. konsumentów najbardziej frustrujący element codziennych zakupów, który pochłania średnio aż 18 minut. Blisko połowie badanych zdarzyło się w ogóle zrezygnować z zakupów, ponieważ kolejka była zbyt długa. W wielu supermarketach powszechnym widokiem są już samoobsługowe kasy, ale technologia idzie naprzód i w coraz większym stopniu zmienia branżę retail. Wymuszają to oczekiwania klientów – zwłaszcza młodszego pokolenia – przyzwyczajonego do nierozstawania się ze smartfonem.
– Najwięksi operatorzy i retailerzy już zaczynają wprowadzać wiele nowinek powiązanych z najnowszymi technologiami. Przykładem są self-checkouty, czyli kasy samoobsługowe, które mogą zastąpić pracę kasjera. Mogą to być również kasy hybrydowe, które pracują z kasjerem, ale w godzinach szczytu i dużych kolejek mogą być obsługiwane bezosobowo – mówi Anatolii Khodziuk.
Z badania „Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku”, przeprowadzonego przez Comarch i Kantar TNS, wynika, że kluczem do zakupów przyszłości jest digitalizacja. Większość konsumentów (86 proc.) sądzi, że do końca przyszłej dekady kasy sklepowe zostaną całkiem zastąpione przez elektroniczne i mobilne płatności, a tradycyjni sprzedawcy zostaną zastąpieni osobistym, wirtualnym doradcą (61 proc.). 87 proc. klientów jest przekonanych, że większość sklepów będzie im zapewniać cyfrowe usługi i rozwiązania.
– Smartwózek może sczytać kod, rozpoznać towar i od razu wszystko policzyć. Przy takim wózku nie ma potrzeby podchodzenia do kasy – transakcja zakupu odbywa się natychmiastowo, nie trzeba podchodzić do kasy – można zapłacić telefonem. Z każdym dniem to rozwiązanie staje się coraz popularniejsze – mówi Anatolii Khodziuk.
Na podstawie badania przyzwyczajeń konsumenta i analizy big data sklep może tworzyć i podsuwać spersonalizowane dla niego oferty i promocje w czasie rzeczywistym. Jak wynika z badań, w Polsce 44 proc. konsumentów chciałoby otrzymywać takie spersonalizowane oferty, ułożone w oparciu o ich dane osobowe i dotychczasowe preferencje. To zainteresowanie jest największe (58 proc.) w najmłodszej grupie wiekowej między 18 a 24 rokiem życia.
– Kiedy klient przechodzi pomiędzy regałami, półki komunikują się z nim, wysyłając na smartfon informacje o interesujących go produktach czy nowych ofertach. To właśnie interakcja i komunikacja z klientem w środku sklepu jest przyszłością. Dzięki badaniu biometrycznemu konsumenta, można poprowadzić i zmapować miejsca, na które klient zwraca uwagę. Mając taką mapę, można przeanalizować i zaproponować mu coś, co zaspokoi jego potrzeby i oczekiwania – mówi prezes zarządu Modern Expo.
Technologia daje możliwość zbadania „zimnych” i „gorących” miejsc w sklepie, które najczęściej przyciągają wzrok i uwagę konsumentów. Mając takie dane, można nie tylko budować atrakcyjne oferty, lecz także odpowiednio planować ekspozycje i sterować sprzedażą. Rozwiązania technologiczne pozwalają też na bieżąco śledzić stan towaru na półkach i wysyłać automatyczne komunikaty o zapotrzebowaniu, jeżeli jakiegoś artykułu zaczyna brakować.
– Praca ludzka w takim sklepie przyszłości będzie minimalna – choć nie uważam, że w ogóle stanie się niepotrzebna. Niektóre typy sklepów mogą pracować autonomicznie, ale raczej będą to sklepy convenience, z limitowaną liczbą towarów. One już istnieją, przykładem jest Amazon Go – sklep, który pracuje bez kas i w którym nie jest wykorzystywana praca ludzka – mówi Anatolii Khodziuk.
Produkcja budowlano-montażowa rośnie w tempie dwucyfrowym od miesięcy, a firmy z branży budowlanej odczuły poprawę koniunktury. Gwałtowny wzrost popytu na materiały budowlane wywołał jednak skok w ich cenach. Sytuację dodatkowo pogarsza wzrost cen gruntów i brak rąk do pracy. Branża posiłkuje się pracownikami zza wschodniej granicy – szacuje się, że już teraz na polskich budowach pracuje ponad milion Ukraińców i Białorusinów. Prezes Unibepu Leszek Gołąbiecki ocenia, że budżety deweloperów są pod presją, co będzie się znacząco przekładać na ceny mieszkań, zwłaszcza tych najtańszych.
– Sytuacja na rynku budowlanym jest w ostatnich latach bardzo dynamiczna. Mamy do czynienia z dużą liczbą zamówień, zarówno w budownictwie mieszkalnym, jak i infrastrukturalnym. Po zapaści rynku budowlanego w 2016 roku produkcja budowlano-montażowa bardzo dynamicznie wzrosła. A to przełożyło się to na wzrost płac i cen materiałów budowlanych, kłopoty z ich dostępnością, w szczególności kruszyw w branży infrastrukturalnej, a także na brak rąk do pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Gołąbiecki, prezes zarządu Unibep.
Produkcja budowlano-montażowa już od miesięcy rośnie w dwucyfrowym tempie. Pierwszy kwartał przyniósł 26-proc. wzrost w skali roku, natomiast w kwietniu i w maju – według danych GUS – dynamika oscylowała wokół 20 proc. rdr. Boom w budownictwie to dobra informacja dla całego rynku, ale ma tez swoje minusy, ponieważ duży i gwałtowny wzrost popytu na materiały budowlane powoduje wzrost ich cen, a tym samym rosną koszty całości inwestycji.
Większość firm budowlanych boryka się w obecnie nie tylko ze wzrostem cen usług podwykonawców, lecz także z niską podażą siły roboczej. Sytuację w branży budowlanej ratują pracownicy z Ukrainy i Białorusi. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w zeszłym roku wydano już ponad 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi – to prawie 40-proc. wzrost rok do roku. Zdecydowana większość (94 proc.) dotyczyła obywateli Ukrainy. W budownictwie, gdzie w ubiegłym roku pracowało 214 tys. Ukraińców, wzrost rok do roku wyniósł 34 proc.
– Widać, że mamy teraz rynek pracownika, rynek podwykonawcy. Jako grupa Unibep od lat dobrze radziliśmy sobie z naszymi podwykonawcami, zarówno w złych, jak i dobrych czasach dla budownictwa. To dzięki terminowym płatnościom i uczciwej współpracy. Poza tym mamy dostęp do siły roboczej na Białorusi i Ukrainie, ponieważ od wielu lat jesteśmy obecni na rynkach wschodnich. Bez nich polskie budownictwo miałoby bardzo duże problemy. Już teraz ocenia się, że ponad milion Ukraińców i Białorusinów pracuje na polskich budowach – podkreśla Leszek Gołąbiecki.
Prezes zarządu Unibep ocenia, że w dłuższej perspektywie ceny podwykonawstwa i materiałów budowlanych utrzymają się na obecnym poziomie i nie będą podlegać znaczącym wahaniom. Natomiast podwyższone koszty mogą się odbić – i to dość znacząco – na cenach mieszkań. Sytuację dodatkowo pogarsza wzrost cen gruntów – szczególnie na rynku warszawskim, poznańskim czy trójmiejskim, przez co budżety deweloperów są pod presją. Deweloperzy mogą albo zmniejszyć swoje marże, albo podnieść cenę mieszkań.
– Brak rąk do pracy i wzrost cen odbił się na budżetach wszystkich generalnych wykonawców. Te marże z pewnością spadły i będzie to jeszcze obserwowane na przełomie 2018 i 2019 roku. Natomiast wszyscy już uwzględniają w ofertach te wyższe ceny, które obowiązują na rynku. W mojej ocenie one nie ulegną zmianie – znacząco nie spadną i nie wzrosną. Natomiast obserwowany wzrost kosztów robocizny i materiałów musi się odbić dość znacząco na cenie mieszkań. W mojej opinii w szczególności ceny tych tańszych mieszkań muszą wzrosnąć, aby zrównać wzrost kosztów wykonawstwa i gruntów –mówi Leszek Gołąbiecki.
Według prognoz choroby nowotworowe dotkną co czwartego Polaka. Szanse polskich pacjentów na wygraną walkę z chorobą wciąż są jednak ograniczone, głównie z powodu późnej diagnostyki i trudnego dostępu do nowoczesnych terapii. Co więcej, w polskich szpitalach nadal brakuje odpowiedniej opieki psychoonkologicznej.
Z danych Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że najczęściej występującym nowotworem jest nowotwór płuc i jelita grubego. Kobiety chorują też na raka piersi, a mężczyźni na raka prostaty. Zgodnie z danymi WHO na świecie co roku diagnozuje się choroby nowotworowe u ponad 14 mln osób. W Polsce, według Krajowego Rejestru Nowotworów, rocznie przybywa ponad 150 tys. nowych chorych. Liczba ta zwiększyła się dwukrotnie w ciągu ostatnich trzech dekad. Według prognoz trend wzrostowy utrzyma się w kolejnych latach.
– Statystyka niestety jest nieubłagana. Co czwarty Polak zostanie dotknięty chorobą nowotworową – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Z raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny za 2016 rok wynika, że rocznie choroby nowotworowe zabijają prawie 100 tys. Polaków, jest to jeden z najwyższych wskaźników umieralności w Europie. Równie niekorzystnie Polska wypada pod względem pięcioletnich przeżyć, odsetek tych pacjentów wynosi nieco ponad 40 proc., podczas gdy w większości krajów europejskich przekracza 54 proc. Mniejsze szanse polskich pacjentów na wygraną walkę z chorobą onkologiczną to efekt niedostatecznej liczby wyspecjalizowanych ośrodków medycznych, zbyt późnej diagnostyki, ograniczonego dostępu do nowoczesnego leczenia oraz braku opieki skoordynowanej.
– Najważniejsze jest to, aby z czyjąś pomocą ułożyć mapę choroby. Popełniłem ten błąd, że byłem kompletnie zdezorientowany i właściwie każdy zespół lekarzy brał inicjatywę w swoje ręce, co okazało się dla mnie nie takie znowu dobre – mówi Jerzy Stuhr, Stowarzyszenie Wspierania Onkologii Unicorn.
Skalę problemu w polskim systemie ochrony zdrowia dostrzega też sektor niepubliczny, który rozwija kompetencje oraz infrastrukturę pozwalającą leczyć pacjentów z chorobą nowotworową. Przykładem jest należący do Grupy LUX MED szpital Magodent, który funkcjonuje w modelu skoordynowanej opieki. Obowiązuje tu Szybka Ścieżka Onkologiczna, która umożliwia pacjentowi z podejrzeniem choroby onkologicznej bezzwłoczne otrzymanie karty DiLO i włączenie go pod opiekę koordynatora. Nad przebiegiem leczenia czuwa pielęgniarka prowadząca, która sprawuje opiekę nad chorym od momentu przyjęcia do szpitala
– Jest to model primary nursing, oparty o model brytyjski, w którym pielęgniarka pełni rolę osoby prowadzącej opiekę nad pacjentem i zajmuje się nim od momentu pojawienia się w szpitalu do momentu wypisu. Jesteśmy jedyną organizacją, która wprowadziła w Polsce to rozwiązanie na taką skalę – mówi Anna Rulkiewicz.
Choroba onkologiczna wiąże się z wieloma problemami emocjonalnymi, m.in. lękiem, złością i depresją. Holistyczne podejście do pacjentów obejmuje więc opiekę psychologiczną pozwalającą pacjentowi i jego rodzinie zaadaptować się do nowej sytuacji, zrozumieć naturę choroby i pokonać strach. Odpowiednie wsparcie psychologiczne korzystnie wpływa na przebieg leczenia i zwiększa szanse pacjenta na wygranie z chorobą.
– Lekarzowi jest łatwiej leczyć pacjenta, który nie jest wystraszony, nie boi się. Z takim pacjentem jest zupełnie inna rozmowa. Bardzo zachęcamy, żeby lekarze posyłali do nas pacjentów, szczególnie takich, którzy są już po diagnozie i czekają na leczenie. Przychodzą do nas, a my uwalniamy ich od lęków –mówi Barbara Stuhr, Stowarzyszenie Wspierania Onkologii Unicorn.
Psychoonkologia jest dziedziną relatywnie młodą. W Polsce dopiero w 1992 roku rozpoczęło działalność Polskie Towarzystwo Psychoonkologiczne, którego celem jest wspieranie chorych i ich rodzin podczas leczenia, i mimo że dość prężnie się rozwija, powstają nawet studia podyplomowe przeznaczone dla studentów kierunków medycznych, to dziś w polskich szpitalach nadal brakuje odpowiedniej kadry mogącej zapewnić pacjentom odpowiednie wsparcie psychologiczne.
– Na gruncie krakowskim w szpitalach jest dramatycznie mało psychologów. Rozmowa psychoonkologa z pacjentem, który za moment idzie na operację, jest nie do przecenienia. Ten pacjent zupełnie inaczej później funkcjonuje – mówi Barbara Stuhr.
– Do mnie zwracali się lekarze, żebym pomógł przy jakimś pacjencie, z którym oni sobie nie mogli dać rady. „Jak Pan do niego coś powie, to może to pomoże, bo Pan to przeżył” – mówią. A przecież ja nie jestem fachowcem, a psychoonkolog natychmiast by wiedział, jak odblokować tego pacjenta, żeby chciał żyć – dodaje Jerzy Stuhr.
W procesie opieki nad pacjentem istotną rolę odgrywają nie tylko doświadczeni psychoonkolodzy, lecz także różnorodne grupy wsparcia. Grupa LUX MED współpracuje w tym zakresie z organizacjami pacjenckimi, takimi jak Fundacja OnkoCafe – Razem Lepiej. Model kompleksowej opieki medycznej wspierany jest przez nowoczesną infrastrukturę.
– Dbamy nie tylko o zdrowie psychiczne samego pacjenta, lecz także dbamy o jego rodzinę. Kluczowa jest tu rola psychoonkologów i organizacji pacjenckich. Cały ten model wspierany jest przez bardzo dobrą, przyjazną i nowoczesną infrastrukturę – dodaje Anna Rulkiewicz.
Carsharing, elektromobilność i samochody autonomiczne to główne trendy, które będą kształtować nie tylko rynek motoryzacyjny, lecz także branżę oponiarską. W miarę wzrostu popularności carsharingu zwiększą się też przebiegi pojazdów, przez co zarządzanie obsługą opon stanie się kluczowe dla operatorów flot. W przypadku samochodów autonomicznych inteligentne opony zbierające dane o otoczeniu i podłożu mogą stanowić o ich rynkowej przewadze. Nad rozwojem takich rozwiązań pracuje Goodyear, który stworzył m.in. prototyp inteligentnej opony – kompletnego systemu obejmującego oponę, czujniki i algorytmy pracujące w chmurze, które komunikują się w czasie rzeczywistym za pośrednictwem aplikacji.
– W przyszłości opony będą miały za zadanie sprostać nowym wyzwaniom związanym z mobilnością. Obserwujemy wiele zmian w segmencie mobilności, i to zmian zachodzących bardzo szybko. Dostrzegamy rosnącą popularność współdzielenia pojazdów oraz rozwój rynku pojazdów autonomicznych i elektrycznych. W coraz większym stopniu bazują one na dostępie do internetu. Trzymając rękę na pulsie, chcemy tworzyć opony, które sprostają tym wyzwaniom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Percy LeMaire, dyrektor ds. technologii opon osobowych w Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.
Carsharing, elektromobilność i samochody autonomiczne to główne trendy, które będą kształtować w nadchodzących latach rynek motoryzacyjny – nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Z prognoz firmy doradczej PwC („The five dimensions of automative transformation”) wynika, że w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formie współdzielenia. Jedno auto carsharingowe może zastąpić od siedmiu do jedenastu prywatnych samochodów, które są użytkowane średnio przez godzinę dziennie, natomiast pojazdy współdzielone – nawet do dziesięciu godzin. Szacuje się, że europejski rynek carsharingu (obecnie liczy 70 tys. pojazdów i ponad 6 mln użytkowników) będzie rósł nawet o 30 proc. w kolejnych latach.
– Zarządcom flot przeznaczonych do wspólnego korzystania zależy na maksymalnej redukcji kosztów eksploatacji. Tego rodzaju wyzwaniom sprostają tzw. opony podłączone (connected tyres), które będą dostarczać informacje o stanie bieżnika. To pozwoli zarządcom flot przewidywać defekty opon i stosować środki zapobiegawcze – wyjaśnia Percy LeMaire.
Rozwojowi kolejnego trendu – elektromobilności – na polskim rynku sprzyja przyjęta w styczniu ustawa, która wprowadza m.in. system zachęt dla nabywców takich aut. Z majowego raportu EY i ING Banku Śląskiego („Samochody elektryczne. Którym pasem zamierzamy jechać?”) wynika, że w ciągu najbliższych pięciu lat czeka nas dość dynamiczny rozwój tego segmentu – do 2023 roku samochody elektryczne będą stanowić około 6 proc. ogółu sprzedaży. Już w tej chwili część państw (m.in. Norwegia i Niemcy) planuje całkowite wstrzymanie sprzedaży samochodów spalinowych w latach 2025–2030.
– Bolączką samochodów elektrycznych jest m.in. szybkie zużycie opon związane z wysokim momentem obrotowym. Istotną kwestią jest też hałas, dlatego chcemy oferować opony, które będą pracować niezwykle cicho – zapowiada Percy LeMaire.
Dynamiczny rozwój czeka także segment autonomicznych pojazdów. Prace nad nimi prowadzą globalni giganci jak Uber, Google, Tesla, Ford, Toyota czy Volvo. Pierwsze takie auta mają się pojawić na rynku w okolicach 2020 roku.
To wymusza na branży oponiarskiej prace nad inteligentnymi oponami. Prototyp takiej opony zaprezentował Goodyear podczas Salonu Motoryzacyjnego w Genewie 2018. Jest to kompletny system obejmujący oponę, czujniki i algorytmy pracujące w chmurze. Komponenty systemu komunikują się z operatorem floty za pośrednictwem aplikacji mobilnej, co umożliwia przekazywanie danych w czasie rzeczywistym. Dzięki temu operator może optymalnie eksploatować opony, wdrażać bezpieczniejszą i bardziej efektywną kosztowo motoryzację oraz maksymalizować czas bez przestojów.
– Nasze nowe opony niewiele dzieli od etapu produkcji. Jedna z nich powstała z myślą o pojazdach elektrycznych, a druga to opona inteligentna, dzięki której kierowcy będą mogli uzyskać pełniejsze informacje o stanie bieżnika – mówi dyrektor ds. technologii opon osobowych w Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu. – Mamy także koncepcję opony „tlenowej”. To rozwiązanie o dość odległej perspektywie, około 20 lat, które ma w inteligentny sposób wyjść naprzeciw wyzwaniom związanym ze zrównoważonym rozwojem i ochroną środowiska. Opona ta oczyszcza powietrze i współpracuje ze środowiskiem. Jej inteligentny charakter wynika również z tego, że łączy się z otoczeniem i infrastrukturą poprzez sieć.
Czujniki w inteligentnych oponach zbierają dane z pojazdu oraz źródeł zewnętrznych i w czasie rzeczywistym dostarczają je do specjalnych algorytmów, opracowanych przez inżynierów Goodyear. W ten sposób informacje o oponie, jej stopniu zużycia, temperaturze czy ciśnieniu są stale aktualizowane i przekazywane do operatora floty, który może precyzyjnie przewidzieć i zapobiec ewentualnym problemom.
– Uważam, że ze względu na rozwój mobilności inteligentne opony staną się niezbędne. Przykładowo, nikt jeszcze nie wie, kiedy dokładnie pojazdy na piątym poziomie autonomii pojawią na rynku, ale to z pewnością nastąpi. Te pojazdy będą prowadzić się same, podczas gdy dzisiaj kierowca musi zwracać uwagę na wiele czynników zewnętrznych. Fakt, że opona stanowi jedyny punkt styczny pojazdu z nawierzchnią może stanowić przewagę w stosunku do tych pojazdów, które wyposażono w starsze czujniki, przez co nie są w stanie odczytać wielu informacji dotyczących np. przyczepności czy stanu nawierzchni. Inteligentna opona będzie rejestrować te dane i przekazywać je do samochodu lub otoczenia – mówi Percy LeMaire.
Katarzyna Panek, rzecznik prasowy Panek SA, ocenia, że na ten moment jedną z barier dla rozwoju nowoczesnej mobilności w Polsce jest prawo, które nie nadąża za rynkiem. Z kolei świadomość społeczeństwa i samych kierowców dotycząca zarówno ekologii, jak i trendów na motoryzacyjnym rynku jest bardzo wysoka.
– Polskie społeczeństwo jest gotowe na przemiany, świetnie się dostosowuje. Niestety, trochę brakuje nam różnego rodzaju przepisów związanych z parkowaniem, emisjami spalin czy importem samochodów. Bardzo ważne jest to, żebyśmy zaczęli myśleć o tym, że samochód musi być nie tylko fajny, lecz także ma być bezpieczny dla nas i dobry dla środowiska – mówi Katarzyna Panek.