Grupa CDRL podsumowała wyniki za 2020 r.

Grupa CDRL, właściciel marek Coccodrillo oraz Buslik przygotowuje się do publikacji raportu finansowego za rok 2020. W ocenie spółki, na poziomie operacyjnym, mimo pandemii wyniki są zadawalające. Na wynik netto wpływ będą miały odpisy, których dokonanie było konieczne w związku z zamknięciem sklepów w galeriach handlowych, a także różnice kursowe.

– Mimo trudnej sytuacji społeczno-gospodarczej związanej z panującą pandemią, odnotowaliśmy zadawalające wyniki finansowe w 2020 roku. Było to możliwe dzięki wdrożeniu oszczędności oraz bardzo dobrze funkcjonującemu kanałowi e-commerce – obrót z zamkniętych sklepów stacjonarnych, częściowo przeniósł się do sklepu internetowego – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL.

Na wynik netto odnotowany w 2020 roku istotny wpływ będą miały odpisy z tytułu utraty wartości środków trwałych i wartości niematerialnych wynikających z przeprowadzonych testów na utratę wartości udziałów w spółkach zależnych na łączną kwotę 18,90 mln zł. Największą wartość odpisu tj. 15.5 mln zł, stanowi odpis na utratę wartości udziałów w polskich spółkach zależnych prowadzących sklepy zlokalizowane w galeriach handlowych. Dodatkowo, spółka zawiązała odpis na utratę wartości udziałów w pozostałych spółkach zależnych na kwotę 3.4 mln zł. Wynik netto będzie dodatkowo negatywnie obciążony ujemnymi różnicami kursowymi, powstałymi w skutek deprecjacji rubla białoruskiego w stosunku do EUR i USD oraz zastosowania MSSF16 w białoruskim Busliku.

Vivid Games z nowym tytułem w portfolio

Vivid Games zawarło umowę wydawniczą ze studiem Golden Goose Entertainment z siedzibą w Dover (USA). Mobbles Cards to casualowy tytuł z dużym potencjałem. Gra jest inspirowana hitami takimi jak Pokémon i Final Fantasy. Według raportów branżowych grupa docelowa potencjalnych odbiorców mobilnych gier karcianych to już 16% wszystkich mobilnych graczy.

Uważam, że wydanie Mobbles Cards to bardzo dobra decyzja. Gra prezentuje duży potencjał. Mechanika rozgrywki polega na kolekcjonowaniu kart, budowaniu zespołu najróżniejszych stworków i prowadzenia taktycznych rozgrywek o nowe karty. Planujemy rozwój tytułu o multiplayer i dodanie ponad 300 unikalnych kart. Gra jest pozbawiona brutalności i prezentuje bardzo przyjazny styl artystyczny. Pierwsze testy fazy soft launch planujemy już na kwiecień – stwierdza Patryk Batko, Product Owner odpowiedzialny za rozwój tytuły po stronie Vivid Games.

Golden Goose Entertainment stawia na gry z charakterem. Mobbles Cards to gra łącząca zabawną koncepcję z oryginalną i mocną identyfikacją wizualną. Cieszymy się, że możemy współpracować z Vivid Games, partnerem z dużym doświadczeniem, który wierzy w naszą kreatywną wizję i nie możemy już doczekać się wspólnej pracy nad fantastycznymi tytułami – podkreśla Alexander Curtelin, CEO Golden Goose.

Vercom o krok od debiutu na GPW

Vercom S.A. finalizuje postępowanie prospektowe i przygotowuje się do rozpoczęcia pierwszej oferty publicznej.

– Skala naszej działalności rośnie bardzo szybko. Uważamy, że jesteśmy gotowi stać się samodzielną spółką na giełdzie. Liczymy na uwolnienie wartości Vercom, zarówno po stronie naszej Grupy, jak i głównego akcjonariusza R22 S.A. Wejście na giełdę będzie wiązało się m.in. z nową emisją, dzięki której będziemy mogli jeszcze szybciej skalować nasz biznes i wzmocnić pozycję Grupy Vercom. – mówi Krzysztof Szyszka, prezes zarządu Vercom.

Debiut Vercom związany będzie z emisją nowych akcji oraz częściową sprzedażą akcji przez obecnych akcjonariuszy. Większościowy akcjonariusz – R22 S.A. nie zamierza uczestniczyć w ofercie i zachowa swój pakiet akcji. Szczegóły dotyczące oferty zostaną udostępnione w prospekcie po jego zatwierdzeniu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Po publikacji prospekt zostanie również udostępniony na stronie relacji inwestorskich Spółki w zakładce IPO https://vercom.pl

Vercom tworzy globalne platformy komunikacyjne w chmurze (CPaaS), które umożliwiają firmom budowanie i rozwijanie trwałych relacji z odbiorcami za pośrednictwem wielu kanałów komunikacji. Rozwiązania Grupy pomagają klientom i partnerom przezwyciężyć złożoność komunikacji, automatyzować oraz zwiększać jej skalę, zachowując przy tym wysoką dostarczalność i efektywność. Do klientów Grupy Vercom należą podmioty z różnych sektorów gospodarki, przy czym przeważają firmy e-commerce oraz oferujące usługi wspierające ekosystem e-commerce m.in. logistyka, płatności elektroniczne, digital marketing.

Działamy w segmencie B2B, jednak na co dzień praktycznie każdy może dostrzec efekty naszej pracy m.in. podczas zakupów w Internecie, autoryzacji płatności czy też zamawiania taxi lub jedzenia. Działamy na szeroką skalę, nasza oferta jest kompleksowa a technologia wszechobecna i występuje w praktycznie każdej branży, gdzie komunikacja pomiędzy firmą a klientem jest kluczowa. Jesteśmy fundamentem cyfrowego świata. Korzystamy z dynamicznego rozwoju e-commerce oraz cyfrowej transformacji w praktycznie wszystkich sektorach gospodarki. Dzięki temu mamy nieograniczoną przestrzeń do skalowania naszych rozwiązań opartych na modelu CPaaS. – mówi Krzysztof Szyszka, prezes zarządu Vercom.

Kiedy Polska odejdzie od węgla?

Temat węgla w Polsce dotyczy nie tylko osławionego Śląska. Plany redukcji i eliminacji wydobycia węgla kamiennego oraz brunatnego dotyczą aż sześciu województw – z których każde musi opracować własny Krajowy Plan Sprawiedliwej Transformacji, by pozyskać środki na w miarę łagodne odchodzenie od węgla z funduszy unijnych. Mówimy tutaj o województwach: śląskim, dolnośląskim, wielkopolskim, małopolskim, łódzkim i lubelskim. Węgiel brunatny wydobywa się także w województwie lubuskim, lecz zatrudnienie w górnictwie jest tutaj znikome. Dlatego obserwatorzy transformacji energetycznej skupiają się teraz na sześciu województwach, które w różny sposób i w różnym tempie wprowadzają w życie plan odejścia od węgla. Wszystkie te województwa przygotowują obecnie Krajowe Plany Sprawiedliwej Transformacji. Mają one pozwolić tym regionom skorzystać z mechanizmów sprawiedliwej transformacji, a w szczególności ze środków przewidzianych na ten cel w funduszach unijnych. To pomoże w złagodzeniu efektów odchodzenia od węgla.

– Odejście od węgla najwcześniej planuje ZEPAK – czyli kopalnia i elektrownia w Wielkopolsce oraz PGE w swojej kopalni i elektrowni w Bełchatowie. Tam proces ma szansę zakończyć się przed 2030 rokiem. Województwa śląskie i lubelskie chcą bardziej rozciągnąć ścieżkę odejścia. Sytuacja i deklaracje województwa dolnośląskiego oraz małopolskiego nie są jeszcze do końca znane. Najpewniej poznamy je w połowie bieżącej dekady – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Szpor z Instytutu Badań Strukturalnych. – Trzy województwa – czyli śląskie, dolnośląskie i wielkopolskie, są już traktowane przez Komisję Europejską jako przyszli beneficjenci. Natomiast pozostałe – czyli łódzkie, lubelskie i małopolskie, dopiero przygotowują swoje plany. Wciąż toczą się także negocjacje związków zawodowych i rządu. Ich wynikiem ma być ustalenie okresu, przez który będą utrzymywani pracownicy w sektorze górniczym. Warto jednak wziąć pod uwagę, że najprawdopodobniej odejście od węgla nastąpi wcześniej – mimo utrzymania w sektorze pracowników. Nie sądzę, aby w latach ‘40 warunki rynkowe i jakość pracy oferowanej przez kopalnie były atrakcyjne dla górników. Jakkolwiek kopalnie będą miały prawo funkcjonować dłużej – to nie jest pewne, że znajdą się jeszcze na Śląsku czy w innych regionach osoby chcące pracować w tym sektorze – analizuje Szpor.

Już 55 proc. imigrantów z Ukrainy chce kupić nieruchomość w Polsce. Coraz więcej planuje też otwarcie własnego biznesu

Zdecydowana większość Ukraińców jest zadowolona z pracy i jakości życia w Polsce, o czym świadczy m.in. to, że prawie połowa planuje zostać na stałe, a podobny odsetek zamierza sprowadzić do Polski swoją rodzinę. O poważnych planach Ukraińców związanych z Polską świadczy też fakt, że coraz więcej z nich decyduje się na zakup nieruchomości i założenie tutaj własnego biznesu. Takie plany ma już 40 proc. pracujących w Polsce obywateli Ukrainy. Sytuacja może się jednak zmienić, kiedy swoje granice otworzą dla nich inne kraje europejskie, bo wielu z nich jest zainteresowanych możliwością zatrudnienia w Niemczech, Czechach czy Skandynawii.

– Na emigrację zarobkową do Polski najczęściej decydują się młodzi obywatele Ukrainy, poniżej 39. roku życia. Co ciekawe, są to też osoby wykształcone. Ponad 28 proc. z nich posiada wykształcenie wyższe, a 48 proc. ma wykształcenie zawodowe lub średnie specjalistyczne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Bogdevic, wiceprezes zarządu Gremi Personal.

Na polskim rynku pracy jest około 1,2 mln Ukraińców. Z badania przeprowadzonego w lutym br. przez Centrum Analityczne Gremi Personal wynika, że 10 proc. imigrantów z Ukrainy to kadra menedżerska, a 16 proc. to pracownicy umysłowi, zatrudnieni w takich sektorach jak edukacja, inżynieria, IT czy medycyna. Z kolei ponad połowa (53 proc.) jest zatrudniona w sektorze usług albo wykonuje pracę fizyczną. Wyższe płace w porównaniu z Ukrainą to istotny czynnik dla ponad 80 proc. imigrantów.

– Trzy główne zalety pracy w Polsce są związane z czynnikami ekonomicznymi. Po pierwsze, są to wyższe wynagrodzenia niż na Ukrainie, po drugie – stabilność gospodarcza, po trzecie – łatwiejszy dostęp do uzyskania wizy lub pozwoleń na pobyt czasowy w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej – wymienia Karolina Bogdevic. – Zdecydowana większość Ukraińców jest usatysfakcjonowana z życia i pracy w Polsce. Zadeklarowało tak w sumie aż 68 proc. z nich.

Tylko 18,6 proc. wskazało, że przeszkadza im negatywne nastawienie Polaków w środowisku pracy, a nastroje ksenofobiczne na własnej skórze odczuło jedynie 2 proc. badanych.

– Ta ostatnia liczba zmniejszyła się z 26 proc. w poprzednim roku – zauważa wiceprezes zarządu Gremi Personal.

Dla 25 proc. Ukraińców ważna jest też możliwość uzyskania zezwolenia na pobyt stały. Z badania Gremi Personal wynika, że o kartę stałego pobytu zamierza postarać się aż 2/3 przebywających w Polsce Ukraińców. Sondaż przeprowadzony w lutym na grupie 1,1 tys. przebywających w Polsce obywateli Ukrainy pokazuje, że tylko co trzeci chce szybko zarobić i wrócić do kraju. Prawie połowa natomiast (46,4 proc.) planuje zostać tu na stałe, a blisko 52 proc. zamierza sprowadzić do Polski swoją rodzinę. O poważnych planach Ukraińców związanych z Polską świadczy też fakt, że coraz więcej z nich decyduje się na założenie tutaj własnego biznesu.

– W 2020 roku taką chęć deklarowało 25 proc., natomiast w tym jest to już 40 proc. badanych – mówi Karolina Bogdevic. – Jest kilka branż, które cieszą się zainteresowaniem wśród Ukraińców. To przede wszystkim transport międzynarodowy z racji tego, że Polska jest europejskim liderem w przewozach, a Ukraińcy stanowią solidną część składową związaną z obsługą przewozów. Kolejną jest branża budowlana. Ukraińcy decydują się też na świadczenie usług, a więc otwierają swoje restauracje lub salony kosmetyczne. Wchodzą też w branże kreatywne, takie jak IT, reklama, marketing, wideo czy PR.

Jak zauważa wiceprezes zarządu Gremi Personal, osoby, które decydują się na prowadzenie własnej działalności, zwykle wcześniej przez kilka lat pracują w polskich firmach, zdobywając doświadczenie i ucząc się języka.

– Druga grupa to osoby, które mają doświadczenie zdobyte na terytorium Ukrainy i przyjeżdżają do Polski od razu z takim zamierzeniem, żeby tutaj prowadzić swój biznes. Polska przyciąga ich bardzo dobrymi warunkami gospodarczymi, stabilnością, przewidywalnością i przejrzystością – mówi.

Coraz więcej Ukraińców decyduje się także na zakup nieruchomości w Polsce. W 2020 roku taką chęć deklarowało 34 proc., natomiast w tym roku ten odsetek urósł już do 55 proc.

– Ukraińcy stanowią czołówkę cudzoziemców kupujących nieruchomości w Polsce. W porównaniu do Niemców, Brytyjczyków czy Skandynawów, którzy kupują nieruchomości w celach inwestycyjnych, Ukraińcy kupują je dla siebie. Chcą tu pozostać i się integrować. Spowodowane jest to także tym, że wprowadzono realne i możliwe warunki uzyskania kredytów hipotecznych na dobrych zasadach – wyjaśnia Karolina Bogdevic.

Polska jest atrakcyjnym krajem dla imigrantów zarobkowych, szczególnie w czasie pandemii. Nie mają oni większych problemów z przekraczaniem granicy czy prolongatą dokumentów. I to jest powód, dla którego Ukraińcy wciąż interesują się Polską. Może się to jednak zmienić, kiedy swoje granice otworzą dla nich inne kraje europejskie.

– Czynnikiem decydującym będzie wtedy ekonomia, a więc obywatele Ukrainy pojadą tam, gdzie będą mogli zarobić więcej. Ich zainteresowaniem cieszą się m.in. Niemcy, Czechy, Skandynawia, Stany Zjednoczone oraz Kanada. Co ciekawe, w porównaniu do zeszłego roku zainteresowanie pracą w krajach skandynawskich wzrosło aż dwukrotnie [z 22 proc. do 42,5 proc. w 2021 roku – red.] – mówi ekspertka.

Sondaż pokazuje, że ponad 54 proc. ukraińskich imigrantów zarobkowych jest zainteresowanych możliwością zatrudnienia w innym kraju niż Polska. Wiceprezes Gremi Personal wskazuje też, że główną przeszkodą dla podejmowania w Polsce pracy przez cudzoziemców wciąż pozostają formalności i biurokracja.

– W momencie, kiedy inne kraje się otworzą, a Polska nie zmieni legislacji dotyczącej zatrudniania cudzoziemców, to możemy być na przegranej pozycji – zauważa Karolina Bogdevic.

Kolejne mutacje koronawirusa mogą pochodzić od zwierząt domowych i hodowlanych. W przyszłości psy i koty też trzeba będzie szczepić

Koronawirusem SARS-CoV-2 może się zakażać wiele gatunków zwierząt dzikich, hodowlanych i udomowionych, w tym również psy i koty. W pierwszych miesiącach pandemii dochodziło z tego powodu do przypadków porzucania zwierząt, ale WHO zapewnia, że nie ma dowodów, by zwierzęta domowe mogły przenosić chorobę. Według naukowców dalsza, długofalowa ewolucja wirusa wśród zwierząt może jednak stwarzać ryzyko nowych mutacji, które będą ponownie atakować ludzi. Niewykluczone więc, że w przyszłości masowe szczepienia domowych psów i kotów będą konieczne, żeby zatrzymać szerzenie się infekcji. Prace nad szczepionką przeciw COVID-19 dla zwierząt trwają już m.in. w Stanach Zjednoczonych i Rosji.

– Prace nad stworzeniem szczepionki przeciw COVID-19 dla zwierząt ruszyły dokładnie w tym samym momencie, co prace nad szczepionką dla ludzi. Ona jest już zasadniczo gotowa, natomiast nie jest jeszcze zarejestrowana, ten proces jest na ukończeniu. W Stanach Zjednoczonych została dopuszczona warunkowo, wydano w tym celu specjalne zezwolenie, trwają też badania kliniczne w dwóch krajach Europy – mówi agencji Newseria Biznes Artur Zalewski, lekarz weterynarii, dyrektor Biura Zarządu w Polskim Stowarzyszeniu Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych Polprowet.

Jak wskazuje, prace nad szczepionką przeciw COVID-19 dla zwierząt (przede wszystkim norek i łasicowatych, które zyskały priorytet po potwierdzonych przypadkach zakażeń odzwierzęcych z Danii) trwają już w co najmniej trzech krajach, czyli w Stanach Zjednoczonych, Finlandii i Rosji. Pierwsze eksperymentalne dawki na początku tego roku otrzymały orangutany i małpy bonobo z ZOO w San Diego po tym, jak odkryto tam przypadki choroby wśród goryli.

Koronawirus może zainfekować wiele gatunków zwierząt domowych, w tym psy i koty, choć takie przypadki należą do rzadkości. Znane są też jednak przypadki zakażenia COVID-19 u mieszkających w ogrodach zoologicznych tygrysów czy norek hodowanych na fermach. Jesienią 2020 roku rząd Danii oficjalnie nakazał wybicie kilkunastu milionów tych zwierząt po tym, gdy okazało się, że setki zakażeń COVID-19 w tym kraju były powiązane z nowymi, potencjalnie bardziej niebezpiecznymi wariantami koronawirusa, które rozwinęły się właśnie u norek hodowlanych.

Nie dość, że norki zarażały się wzajemnie ze względu na to, że przechowywane są w klatkach blisko siebie, to jeszcze zarażali się od nich ludzie. I to było główną przyczyną decyzji o wybiciu aż 17 mln zwierząt – podkreśla Artur Zalewski. – Ze względu na potencjalne ryzyko mutacji wirusa u norek, zwłaszcza u tych, które są skupione w jednym miejscu, zdecydowano się je wybić z uwagi na ochronę zdrowia publicznego.

Naukowcy uważają, że dalsza ewolucja wirusa u zwierząt i jego potencjalne przeniesienie się na ludzi stwarza duże długoterminowe ryzyko. Odzwierzęce mutacje mogą być bowiem znacznie groźniejsze i utrudniać walkę z wirusem już znanymi sposobami. Dlatego konieczne może się okazać szczepienie zwierząt, zwłaszcza domowych, na COVID-19. Tego zdania są m.in. badacze z University of East Anglia, ośrodka badawczego Earlham Institute w Norwich we wschodniej Anglii oraz University of Minnesota w USA, którzy w styczniu br. zwracali uwagę na potencjalne ryzyko na łamach pisma naukowego „Virulence”.

– Wydaje się, że szczepienie zwierząt domowych będzie wskazane, żebyśmy chronili także i siebie. Wiemy, że nie u wszystkich gatunków zwierząt wrażliwych na tego wirusa dochodzi do zachorowań, ale skoro wirus mutuje, to możemy podejrzewać, że kiedyś i u naszych milusińskich powstanie taka mutacja, która będzie w stanie nam zagrozić. Zatem jeżeli będziemy szczepić nasze zwierzęta, psy i koty, zmniejszamy prawdopodobieństwo, że one zachorują i że my się od nich zarazimy – mówi lekarz weterynarii.

W końcówce ubiegłego roku agencja Interfax cytowała wypowiedź szefa Rossielchoznadzoru (Rosyjskiej Federalnej Służby Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego) Siergieja Dankwerta o tym, że rosyjska szczepionka dla zwierząt ma być gotowa pod koniec stycznia br., a następnie musi przejść fazę rejestracji, po czym będzie gotowa do wypuszczenia na rynek w dużej ilości. Nad szczepionkami przeciw COVID-19 przeznaczonymi dla zwierząt pracują też przynajmniej dwie firmy amerykańskie. Jak wynika z ustaleń Wirtualnej Polski, jedna z nich – Zoetis – w lutym skierowała pismo do ministra rolnictwa Grzegorza Pudy ze wstępną ofertą szczepionek dla zwierząt.

Naukowcy wskazują, że choć nie ma żadnych dowodów, aby zwierzęta mogły zakażać ludzi, były już przypadki infekcji u psów i kotów mieszkających z ludźmi. Oficjalne zalecenia mówią o tym, żeby osoby zakażone unikały kontaktu ze zwierzętami domowymi tak samo jak z innymi ludźmi.

 W tej chwili uważa się, że osoby chore na COVID-19 i przebywające na kwarantannie powinny być na niej razem ze swoimi zwierzętami. Można np. poprosić kogoś z rodziny, żeby wyprowadził psa, są też różne sposoby, żeby pies zrobił w domu to, czego potrzebuje. Zdaję sobie sprawę, że w większości przypadków psy są jednak mimo wszystko wyprowadzane. Niemniej zalecenie jest takie, żeby zwierzęta – tak samo jak ludzie – pozostawały na kwarantannie i żeby ograniczać kontakty – mówi Artur Zalewski.

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny zwiększy ochronę nabywców mieszkań, ale spowoduje wzrost cen. Branża przeciwna wysokości nowych składek

Deweloperzy co do zasady zgadzają się z ideą wprowadzenia większej ochrony dla nabywców lokali i utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, ale sprzeciw budzi wysokość składek, które będą do niego odprowadzane. W założeniu UOKiK na DFG ma trafiać ok. 140 mln zł, aby rokrocznie pokryć ewentualną upadłość jednego dużego i dwóch mniejszych deweloperów. – Takie przypadki są sporadyczne, nie ma uzasadnienia dla wprowadzania dodatkowych obciążeń finansowych dla nabywców – ocenia Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

 Deweloperski Fundusz Gwarancyjny ma być kolejnym – po rachunkach powierniczych – zabezpieczeniem nabywcy. W skrócie będzie polegać na tym, że w przypadku upadłości dewelopera lub niewywiązania się z umowy nabywca otrzyma z takiego funduszu zwrot wpłaconych środków. Ma to działać podobnie jak Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Oczywiście będzie też kosztować, bo nabywcy mają dopłacać do tego 2 proc. wartości mieszkania, szczegółowa kwota zostanie ustalona w rozporządzeniu. I właśnie odnośnie do wysokości tych składek branża ma największe zastrzeżenia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Konrad Płochocki.

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny ma zapewnić dodatkową ochronę osobom, które kupują mieszkania na rynku pierwotnym. Autorem tego pomysłu jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wskazuje, że istniejące w tej chwili rozwiązania nie gwarantują nabywcom wystarczającej ochrony na wypadek upadłości dewelopera.

Obecnie większość deweloperów stosuje otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy, bez dodatkowych zabezpieczeń w postaci gwarancji ubezpieczeniowej albo bankowej (tzw. OMRP). Wypłata środków zgromadzonych na takim rachunku następuje – zgodnie z harmonogramem projektu określonym w umowie deweloperskiej – przed przeniesieniem własności nieruchomości na nabywcę. Jednak w przypadku upadłości dewelopera powoduje to ryzyko utraty przez kupującego zarówno środków finansowych, jak i nieruchomości – wskazał UOKiK.

 W mediach jest wiele przekłamań dotyczących tego, ile upadłości deweloperskich mieliśmy w funkcjonującym dotychczas systemie zabezpieczeń, czyli na rachunkach powierniczych. Przed ich wprowadzeniem upadłości rzeczywiście było sporo. Od 2015 roku, kiedy większość rynku weszła na otwarte rachunki powiernicze, za ich pośrednictwem przeprowadzono około pół miliona transakcji, a zidentyfikowaliśmy tylko dwie upadłości deweloperskie. W obu tych przypadkach nabywcy otrzymali swoje mieszkania bez żadnych dopłat. Dlatego staramy się dopytać UOKiK, czy rzeczywiście dotychczasowy system zabezpieczeń zawiódł, jakie były w związku z tym straty i jakie jest uzasadnienie dla wprowadzania dodatkowych obciążeń finansowych dla nabywców – mówi dyrektor generalny PZFD.

Projekt nowej ustawy zakłada, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będą zasilać składki wpłacane przez deweloperów. W skrócie: deweloper będzie mógł zaoferować nabywcom otwarte bądź zamknięte rachunki powiernicze, na które ci będą wpłacać pieniądze. Od każdej takiej wpłaty deweloper będzie musiał jednak odprowadzić składkę na nowo utworzony fundusz. Jej wysokość określi w rozporządzeniu minister do spraw budownictwa, ale maksymalnie ma ona wynieść 2 proc. w przypadku otwartego mieszkaniowego rachunku powierniczego albo 0,2 proc. w przypadku zamkniętego mieszkaniowego rachunku powierniczego (tzw. ZMRP). To i tak kompromisowe stawki w porównaniu do tych, które UOKiK proponował początkowo (5 proc. dla OMRP i 1 proc. dla ZMRP).

 Pierwotnie miało to być 5 proc., co spotkało się z bardzo silnym sprzeciwem. Później stanęło na 3 proc., a obecnie na 2 proc. Nadal uważamy jednak, że to nie powinno być więcej niż 0,5 proc. wartości lokalu, żeby nabywcy lokali nie ponosili niepotrzebnie zbyt dużych kosztów – mówi Konrad Płochocki.

Dyrektor PZFD wskazuje, że co do zasady rynek zgadza się z ideą wprowadzenia większej ochrony dla nabywców lokali i utworzenia nowego funduszu. Sprzeciw branży budzi jednak wysokość składek, które będą do niego odprowadzane. W założeniu UOKiK na DFG ma trafić ok. 140 mln zł, aby rokrocznie pokryć ewentualną upadłość jednego dużego i dwóch mniejszych deweloperów.

 Zależy nam na bezpiecznych transakcjach i na tym, żeby kupowanie mieszkania od dewelopera było absolutnie pewne, bo wtedy klienci chętniej w nie inwestują. To służy rynkowi. Zgadzamy się z ideą Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, ale wskazujemy, że przypadki upadłości są sporadyczne, a nabywcy otrzymują mieszkania albo odzyskują pieniądze. Dlatego nie widzimy uzasadnienia dla zabierania do 2 proc. wartości mieszkania rok w rok – podkreśla ekspert.

Jak ocenia, projektowane rozwiązanie z całą pewnością spowoduje wzrost cen mieszkań, bo deweloperzy spróbują choć w części przerzucić to nowe obciążenie na nabywców. Zwłaszcza że – choć sama składka ma wynieść do 2 proc. – ponoszone przez deweloperów koszty wzrosną jeszcze bardziej.

 Spodziewamy się, że ten system będzie oznaczać również dodatkowe obciążenia administracyjne, które narzuci na nas ustawa, i one również lekko wpłyną na wyższe koszty funkcjonowania firm deweloperskich – mówi Konrad Płochocki.

Przedłożony przez UOKiK projekt ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym jest na etapie prac sejmowych. Po pierwszym czytaniu w środę 17 marca został skierowany do Komisji Infrastruktury, choć większość klubów zapowiedziała poparcie projektowanych rozwiązań.

– Oprócz Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego projekt przewiduje jeszcze szereg innych zmian, takich jak m.in. dużo szerszy zakres kontroli deweloperów przez banki czy objęcie tą ustawą również gotowych, wybudowanych lokali i lokali garażowych, które byłyby nabywane wspólnie z mieszkaniem – wymienia dyrektor generalny PZFD.

Zgodnie z projektem nowe przepisy mają zacząć obowiązywać po 12 miesiącach od publikacji w Dzienniku Ustaw, za wyjątkiem zapisów o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym, które wejdą w życie po upływie 30 dni od dnia ogłoszenia.

Polska gospodarka powinna poradzić sobie z dwutygodniowym lockdownem. Dłuższe zamknięcie może być bardzo niebezpieczne, również dla branż do tej pory niedotkniętych pandemią

Ze względu na rekordową liczbę zakażonych i złą sytuację w służbie zdrowia do 9 kwietnia będą zamknięte przedszkola i żłobki, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne czy sklepy budowlane. – To prawdopodobnie nie wpłynie znacząco na kondycję polskiej gospodarki – ocenia ekonomista dr hab. Witold Potwora. Dalsze przedłużanie zamknięcia gospodarki może już jednak okazać się bardzo niebezpieczne. Nawet dla branż, które do tej pory nie ucierpiały mocno w związku z pandemią.

– Jeśli lockdown potrwa tylko do 9 kwietnia, to prawdopodobnie w sposób znaczący nie wpłynie na kondycję polskiej gospodarki. W ostatnich miesiącach niektóre branże rzeczywiście przeżywają dość poważne problemy, myślę tu o turystyce, gastronomii, branży eventowej, ale także częściowo o handlu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Witold Potwora, prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu. – Jeśli to będzie tydzień czy dwa tygodnie, to wydaje się, że poradzimy sobie z tym, natomiast jeśli miałoby to potrwać dłużej, to będzie bardzo niebezpiecznie.

25 marca premier i minister zdrowia ogłosili zaostrzenie warunków funkcjonowania firm – zamknięte mają być przedszkola i żłobki (z wyjątkiem dzieci pracowników medycznych), zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, sklepy budowlane. Zarządzenie obowiązuje od soboty 27 marca do 9 kwietnia. Oznacza to m.in., że po raz drugi rząd uniemożliwił działanie dużej części sklepów w handlową niedzielę – po raz pierwszy stało się to 31 stycznia (lockdown obowiązywał wówczas do końca tego miesiąca).

Cały czas się obawiamy, że w kolejnych tygodniach czy miesiącach, jeśli sytuacja potrwa dłużej, to wtedy nie będzie nas już stać na finansowanie tych mocno poturbowanych w czasie pandemii branż. Mogą też się pojawić kłopoty w tych branżach, którym do tej pory pandemia w pewnym stopniu nie przeszkadzała – przewiduje ekonomista. – Najpewniej w dalszym ciągu będziemy musieli tworzyć programy adresowane do turystyki i gastronomii. Niestety zamknięte zostaną też przedsiębiorstwa usługowe, które w ostatnich miesiącach trochę się odbiły i zaczęły względnie normalnie funkcjonować.

Jak podkreśla, mimo poważnych problemów niektórych branż polska gospodarka jako całość dobrze radzi sobie z pandemią, co potwierdzają oceny międzynarodowych instytucji i agencji ratingowych. W połowie marca agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie A- ze stabilną perspektywą. Według wstępnego szacunku GUS produkt krajowy brutto w 2020 roku był realnie niższy o 2,8 proc. w porównaniu z 2019 rokiem, wobec wzrostu o 4,5 proc. w 2019 roku (w cenach stałych roku poprzedniego). Analitycy Fitch zaznaczyli, że niewielki spadek, jaki zanotowała polska gospodarka w ubiegłym roku, to efekt silnej konsumpcji i wzrostu eksportu. W tym roku Fitch spodziewa się wzrostu PKB o 4,1 proc., a w przyszłym – o 4, 7 proc. Z kolei Komisja Europejska w lutym br. prognozowała dla Polski wzrost gospodarki o 3,1 proc. w tym roku i o 5,1 proc. w 2022 roku.

Z ostatnich informacji, choćby niektórych agencji, Fitch chociażby, czyli ocen dotyczących prognozowanego produktu krajowego brutto w tym roku, wynika, że powinniśmy się odbić w II kwartale, ale to było jeszcze przed obowiązującym lockdownem. W kolejnych miesiącach jednak te optymistyczne prognozy mogą wyhamować i może się okazać, że w tym roku nie będzie wzrostu powyżej 4 proc., tylko będzie to np. 3–3,5 proc. – wskazuje prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu.

Kardiochirurdzy chcą kupić sprzęt, który może zrewolucjonizować polską transplantologię. Pozwala trzykrotnie wydłużyć czas na przeszczep serca

Nawet do 12 godzin od pobrania serca do zakończenia przeszczepu może upłynąć dzięki aparaturze OCS Heart. Standardowo w pojemniku z lodem czas ten zamyka się w zaledwie 4 godzinach. Urządzenie pozwala na ciągłe utrzymywanie narządu w pracy, dzięki czemu nie ulega on zmianom martwiczym. Niestety, choć na całym świecie sprzęt jest z powodzeniem stosowany, to w Polsce nie udało się przeprowadzić z jego wykorzystaniem ani jednej operacji. Zbiórka społeczna, której celem było zebranie 2 mln zł na zakup 10 OCS Heart, zakończyła się niepowodzeniem. Teraz akcja będzie kontynuowana.

– OCS Heart to sprzęt do transportu serca, który pozwala bezpiecznie wszczepić ten narząd biorcy do 12 godzin od pobrania. Serce w ogóle nie jest chłodzone, tylko wyszczepione i natychmiast umieszcza się je w specjalnym aparacie, który jest wypełniony krwią dawcy. Serce zawieszone na takich rurkach po prostu bije i ono samo się odżywia. Na końcu możemy jeszcze je zbadać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii Szpitala MSWiA w Warszawie.

Standardowo serce pobrane od dawcy umieszczane jest w pojemniku z lodem. Dzięki wychłodzeniu organu udaje się jednak zapewnić jego bezpieczny przeszczep w czasie zaledwie do czterech godzin. Co więcej, obniżenie temperatury nie pozostaje bez wpływu na kondycję organu.

– Chłodzenie jednocześnie ochrania serce, ale z drugiej strony uszkadza. Organ, który jest pobrany od dawcy, właściwie od pierwszych sekund ulega destrukcji. Spowolniona jest ona przez odpowiednie płyny i właśnie lód. W czterech godzinach musi się zmieścić wszystko, a więc pobranie, dojazd, transport na przykład samolotem, a także jakieś nieprzewidziane zdarzenia, takie jak korki. Przekroczenie tego czasu oznacza, że nie wiemy, jak organ się zachowa. Musimy się liczyć z tym, że nie podejmie akcji albo funkcja będzie słaba i pacjent będzie wymagał kolejnego przeszczepu – mówi Zygmunt Kaliciński.

OCS Heart jest urządzeniem z powodzeniem stosowanym już w wielu krajach na całym świecie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych, w ramach badania klinicznego, wykorzystano go w 120 przeszczepach. W Polsce sprzęt jeszcze nie jest stosowany. Na zakup 10 takich aparatów przeznaczona była zbiórka środków uruchomiona w grudniu 2019 roku, jednak organizatorom nie udało się zgromadzić 2 mln zł.

– W zeszłym roku mógłby być przeprowadzony już pierwszy przeszczep, ale przeszkodziła nam pandemia. Praca urządzenia jest bardzo spektakularna. W aparacie przewożone jest bijące serce. Chcemy z pierwszego wszczepienia nakręcić film, żeby pokazać ludziom, że tak można i że to jest potrzebne. Twarzą naszej kampanii jest Iza, którą operowałem 25 lat temu. Teraz jest dziewczyną z marzeniami, z zamiarem bycia mamą. Niestety jej horyzont marzeń jest krótki. Aby mogła żyć, musimy jej wszczepić serce, ale u niej będzie to trudny przeszczep – zapowiada lekarz.

Z danych Poltransplantu wynika, że w 2020 roku udało się w Polsce przeszczepić 145 serc, tymczasem liczba osób na liście oczekujących na przeszczep tego narządu oscyluje stale wokół 400. Wiele wykonywanych operacji jest na tyle skomplikowanych i czasochłonnych, że czterogodzinny czas potrzebny od pobrania do wszczepienia jest niewystarczający, by operacja mogła zakończyć się powodzeniem.

– To spora i rosnąca grupa. To są dzieci, które urodziły się z wadami wrodzonymi, których się nie da skorygować. Dzięki różnym operacjom przeżyły one do wieku młodego dorosłego. Później wszystkie operacje to długi pomost do przeszczepu. Ten przeszczep będzie trwał bardzo długo, bo sama operacja wykonywana już po wielu zabiegach trwa dłużej. Do tego dochodzi wada wrodzona, a więc wszczepienie normalnego serca do pacjenta, który ma wadę naczynia, co wymaga dopasowania. Do tego dochodzi jeszcze transport – wylicza kardiochirurg. – W tym roku mamy ogromne szanse na zebranie pieniędzy, już mamy prawie połowę, ale to jest drogi sprzęt. To nie jest tylko jednorazowy zakup, to jest wejście do Polski nowego systemu, przejście w inną epokę.

Kardiolodzy chcą kupić sprzęt, który może zrewolucjonizować polską transplantologię. Pozwala trzykrotnie wydłużyć czas na przeszczep serca

Nawet do 12 godzin od pobrania serca do zakończenia przeszczepu może upłynąć dzięki aparaturze OCS Heart. Standardowo w pojemniku z lodem czas ten zamyka się w zaledwie 4 godzinach. Urządzenie pozwala na ciągłe utrzymywanie narządu w pracy, dzięki czemu nie ulega on zmianom martwiczym. Niestety, choć na całym świecie sprzęt jest z powodzeniem stosowany, to w Polsce nie udało się przeprowadzić z jego wykorzystaniem ani jednej operacji. Zbiórka społeczna, której celem było zebranie 2 mln zł na zakup 10 OCS Heart, zakończyła się niepowodzeniem. Teraz akcja będzie kontynuowana.

– OCS Heart to sprzęt do transportu serca, który pozwala bezpiecznie wszczepić ten narząd biorcy do 12 godzin od pobrania. Serce w ogóle nie jest chłodzone, tylko wyszczepione i natychmiast umieszcza się je w specjalnym aparacie, który jest wypełniony krwią dawcy. Serce zawieszone na takich rurkach po prostu bije i ono samo się odżywia. Na końcu możemy jeszcze je zbadać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii Szpitala MSWiA w Warszawie.

Standardowo serce pobrane od dawcy umieszczane jest w pojemniku z lodem. Dzięki wychłodzeniu organu udaje się jednak zapewnić jego bezpieczny przeszczep w czasie zaledwie do czterech godzin. Co więcej, obniżenie temperatury nie pozostaje bez wpływu na kondycję organu.

– Chłodzenie jednocześnie ochrania serce, ale z drugiej strony uszkadza. Organ, który jest pobrany od dawcy, właściwie od pierwszych sekund ulega destrukcji. Spowolniona jest ona przez odpowiednie płyny i właśnie lód. W czterech godzinach musi się zmieścić wszystko, a więc pobranie, dojazd, transport na przykład samolotem, a także jakieś nieprzewidziane zdarzenia, takie jak korki. Przekroczenie tego czasu oznacza, że nie wiemy, jak organ się zachowa. Musimy się liczyć z tym, że nie podejmie akcji albo funkcja będzie słaba i pacjent będzie wymagał kolejnego przeszczepu – mówi Zygmunt Kaliciński.

OCS Heart jest urządzeniem z powodzeniem stosowanym już w wielu krajach na całym świecie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych, w ramach badania klinicznego, wykorzystano go w 120 przeszczepach. W Polsce sprzęt jeszcze nie jest stosowany. Na zakup 10 takich aparatów przeznaczona była zbiórka środków uruchomiona w grudniu 2019 roku, jednak organizatorom nie udało się zgromadzić 2 mln zł.

– W zeszłym roku mógłby być przeprowadzony już pierwszy przeszczep, ale przeszkodziła nam pandemia. Praca urządzenia jest bardzo spektakularna. W aparacie przewożone jest bijące serce. Chcemy z pierwszego wszczepienia nakręcić film, żeby pokazać ludziom, że tak można i że to jest potrzebne. Twarzą naszej kampanii jest Iza, którą operowałem 25 lat temu. Teraz jest dziewczyną z marzeniami, z zamiarem bycia mamą. Niestety jej horyzont marzeń jest krótki. Aby mogła żyć, musimy jej wszczepić serce, ale u niej będzie to trudny przeszczep – zapowiada lekarz.

Z danych Poltransplantu wynika, że w 2020 roku udało się w Polsce przeszczepić 145 serc, tymczasem liczba osób na liście oczekujących na przeszczep tego narządu oscyluje stale wokół 400. Wiele wykonywanych operacji jest na tyle skomplikowanych i czasochłonnych, że czterogodzinny czas potrzebny od pobrania do wszczepienia jest niewystarczający, by operacja mogła zakończyć się powodzeniem.

– To spora i rosnąca grupa. To są dzieci, które urodziły się z wadami wrodzonymi, których się nie da skorygować. Dzięki różnym operacjom przeżyły one do wieku młodego dorosłego. Później wszystkie operacje to długi pomost do przeszczepu. Ten przeszczep będzie trwał bardzo długo, bo sama operacja wykonywana już po wielu zabiegach trwa dłużej. Do tego dochodzi wada wrodzona, a więc wszczepienie normalnego serca do pacjenta, który ma wadę naczynia, co wymaga dopasowania. Do tego dochodzi jeszcze transport – wylicza kardiochirurg. – W tym roku mamy ogromne szanse na zebranie pieniędzy, już mamy prawie połowę, ale to jest drogi sprzęt. To nie jest tylko jednorazowy zakup, to jest wejście do Polski nowego systemu, przejście w inną epokę.

Do tej pory odkryto zaledwie 10–20 proc. gatunków zwierząt, a większość nieodkrytych może wyginąć, zanim je poznamy. Naukowcy tworzą specjalną mapę, by je odnaleźć

Naukowcy z Uniwersytetu Yale stworzyli specjalną mapę nieodkrytych gatunków zwierząt na podstawie szczegółowych danych dotyczących sposobu, w jaki do tej pory odkryto 32 tys. gatunków znanych biologom. Szacuje się, że opisanych zostało zaledwie od 10 do 20 proc. gatunków. – Przy obecnym tempie globalnych zmian środowiskowych nie ma wątpliwości, że wiele gatunków wyginie, zanim dowiemy się o ich istnieniu i nie będziemy mieli okazji zastanowić się nad ich losem – podkreśla Walter Jetz, profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na Uniwersytecie Yale.

– Nieznane gatunki są zwykle pomijane przy planowaniu ochrony środowiska, zarządzaniu i podejmowaniu decyzji – wskazuje Mario Moura, profesor na Uniwersytecie Federalnym w Paraiba, były adiunkt na Uniwersytecie Yale. – Znalezienie brakujących elementów układanki różnorodności biologicznej na Ziemi ma zatem kluczowe znaczenie dla poprawy ochrony różnorodności biologicznej na świecie.

Badacze zebrali dane dotyczące lokalizacji, zasięgu geograficznego, historycznych dat odkrycia oraz cech środowiskowych i biologicznych 32 tys. znanych gatunków zwierząt. Na tej podstawie oszacowali, na jakich terenach jakiego rodzaju nieznane gatunki kręgowców najprawdopodobniej jeszcze nie zostały poznane przez człowieka.

– Mamy tendencję do odkrywania najpierw tego, co oczywiste, a dopiero później tego, co niezrozumiałe – twierdzi Mario Moura. – Potrzebujemy więcej funduszy dla taksonomistów, aby odszukać pozostałe nieodkryte gatunki.

Podstawową trudnością przy opisywaniu nowo odkrytych gatunków jest niedobór naukowców wyspecjalizowanych w taksonomii i ich nierówne rozmieszczenie. Na podstawie analizy dokonanej przez naukowców z Yale można wywnioskować, że największe szanse na odkrycia wiążą się z terenami takimi jak Brazylia, Indonezja, Madagaskar i Kolumbia. To tam może dojść aż do jednej czwartej wszystkich odkryć. Niezidentyfikowane gatunki płazów i gadów najprawdopodobniej pojawią się w regionach neotropikalnych i lasach indomalajskich.

– Bardziej równomierne rozmieszczenie zasobów taksonomicznych może przyspieszyć odkrycia gatunków i ograniczyć liczbę gatunków, których nie zdążymy poznać przed wyginięciem – wskazuje Walter Jetz.

Może to być kluczowe zwłaszcza w kontekście tworzenia nowej Konwencji o różnorodności biologicznej, której powstanie planowane jest jeszcze w tym roku. Ta, która obowiązuje teraz, pochodzi z 1992 roku i w dużym stopniu mogła się już zdezaktualizować.

Co więcej, w 2011 roku w Aichi w Japonii, podczas 10. posiedzenia Konwencji o różnorodności biologicznej, określone zostały cele Planu Strategicznego dla Różnorodności Biologicznej na lata 2011–2020.

Z raportu ONZ z 2020 roku wynika, że nie udało się w pełni osiągnąć realizacji żadnego z 20 postulatów, które obejmowały problemy od zanieczyszczenia Ziemi po ochronę raf koralowych. W odniesieniu do gatunków, w tym również tych nieodkrytych, warto zwrócić uwagę na postulaty związane z ochroną siedlisk – nie doszło do zmniejszenia ich utraty o połowę. Nie sprzyja to poznaniu rzadkich, nieodkrytych gatunków jeszcze przed ich wyginięciem.

– Taka ignorancja jest niewybaczalna i jesteśmy winni przyszłym pokoleniom szybkie wypełnienie tych luk w wiedzy – podkreśla profesor z Uniwersytetu Yale.

Usługi rekrutacyjne – kiedy warto skorzystać?

Kompletowanie personelu pracowniczego to trudny i złożony proces, a przez to bardzo czaso- i pracochłonny. Dlatego na polskim rynku pojawia się coraz więcej agencji HR, firm specjalizujących się w profesjonalnych usługach rekrutacyjnych, których zadaniem jest wesprzeć nas w tym procesie. Dzięki nim mamy o wiele większą szansę na nawiązanie współpracy z najlepszymi specjalistami w swoim fachu.

Jakie usługi rekrutacyjne oferują agencje HR?

Zakres usług rekrutacyjnych świadczonych przez agencje HR jest bardzo szeroki, ale można je dobierać w sposób indywidualny, w zależności od potrzeb. Większość standardowych procesów rekrutacji obejmuje takie działania jak:

  • diagnoza potrzeb personalnych (zdefiniowanie wymogów określonego stanowiska pracy i profilu poszukiwanego pracownika);
  • przygotowanie i skierowanie na rynek odpowiednio przygotowanej oferty pracy;
  • selekcja nadesłanych zgłoszeń (weryfikacja informacji zawartych w CV, sprawdzanie referencji);
  • organizacja i koordynacja rozmów kwalifikacyjnych;
  • ewaluacja kompetencji i rekomendacja wybranych kandydatów.

Niekiedy agencje HR jak saleshr.pl oferują też wyszukiwanie i pozyskiwanie specjalistów nieobecnych na rynku osób aktywnie poszukujących pracy. Takie usługi rekrutacyjne określa się mianem direct search i executive search Najczęściej znajdują one zastosowanie w niszowych branżach oraz w przypadku werbowania pracowników na stanowiska kierownicze.

Kiedy warto nawiązać współpracę z agencją HR?

Usługi rekrutacyjne świadczone przez profesjonalną agencję HR to rozwiązanie, o którym warto pomyśleć przede wszystkim wtedy, gdy zakładamy nową firmę lub chcemy rozwinąć już istniejącą – w obu przypadkach będziemy potrzebowali zespołu wysoko wyspecjalizowanych, zaangażowanych pracowników, którzy pomogą nam zrealizować nasze biznesowe plany i założenia. Współpraca z agencją HR to dobry pomysł także wtedy, gdy z jakiegoś powodu straciliśmy jednego z pracowników i musimy na jego miejsce pilnie znaleźć nowego, równie lub nawet bardziej kompetentnego. Eksperci chętnie nam w tym pomogą. Dzięki nim proces rekrutacji przebiegnie szybko i sprawnie przy minimum zaangażowania z naszej strony.

Deklaracja podatkowa CIT-8. Kto powinien ją wypełnić i co warto o niej wiedzieć?

Zeznanie podatkowe dotyczy wszystkich osób uzyskujących przychody. Z myślą o osobach prawnych powstał formularz CIT-8. Kto powinien rozliczać się na podstawie tego formularza? Kiedy upływa termin złożenia zeznania podatkowego CIT-8?

Deklaracja CIT-8 za ubiegły rok podatkowy. Kto powinien ją wypełnić?

CIT 8Druk CIT 8 za ubiegły rok podatkowy wypełniają między innymi organizacje pozarządowe, jak również spółki z o.o., spółki komandytowe i akcyjno-komandytowe. Zeznanie podatkowe na formularzu CIT 8 dla celów podatku dochodowego od osób prawnych obejmuje przychody i koszty w rozumieniu przepisów podatkowych. Na podstawie artykułu 12 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zachodzi konieczność zadeklarowania przychodów podatkowych, wchodzących w zakres katalogu otwartego. Przepisy mówią, że przychodami z działalności gospodarczej są również należne kwoty, niekoniecznie faktycznie otrzymane (zasada memoriałowa). Przychód należny powstaje w momencie wykonania usługi czy wydania towaru, zbycia prawa majątkowego, lecz nie później niż data wystawienia faktury lub uregulowania należności. Momentem powstania przychodu jest ostatni dzień okresu rozliczeniowego. Ma to zastosowanie na przykład w przypadku biur rachunkowych czy prawnych, świadczących zakres usług w danym okresie rozliczeniowym.

Jak wypełnić zeznanie CIT-8? Formularz elektroniczny to najwygodniejszy sposób

CIT-8 należy podpisać podpisem kwalifikowanym. Wypełnia się go wyłącznie drogą elektroniczną. Najwygodniejszy jest do tego celu interaktywny formularz. Warto uprzednio zapoznać się z informacjami dotyczącymi jego wypełniania, który można znaleźć na stronie internetowej Ministerstwa Finansów. Wypełnianie formularza CIT 8 w 2021 najlepiej zacząć od wpisania roku podatkowego. Zeznanie składa się zawsze za rok ubiegły, zatem należy wpisać datę 2020. Jeżeli chodzi o datę dzienną, w większości przypadków pokrywa się ona z pierwszym i ostatnim dniem ubiegłego roku kalendarzowego. Podawane są one także w zeznaniu finansowym. Następnym polem do uzupełnienia jest numer NIP organizacji. W części A wskazuje się miejsce i cel złożenia zeznania. Adres urzędu skarbowego powinien być zgodny z rejonem, do którego należy ostatnia siedziba organizacji. System przypisze adres do danego urzędu skarbowego, co stanowi spore ułatwienie dla podatnika. W interaktywnym formularzu należy zaznaczyć również, czy celem złożenia formularza jest złożenie zeznania podatkowego, czy też korekta już raz złożonej deklaracji podatkowej. Zaznacza się tego, wpisując w wybrane pole znak krzyżyka. W części C formularza CIT-8 online należy wskazać informacje na temat liczby załączników. Mogą to być: załącznik CIT-8/0 lub CIT-D. Załącznik CIT-8/0 wypełnia się w momencie, gdy organizacja uzyskuje dochody, które są zwolnione z podatku. Z kolei załącznik CIT-D znajduje zastosowanie w sytuacji, gdy organizacja otrzymała w ubiegłym roku podatkowym jakiekolwiek darowizny. W części L podatnik musi wskazać odpowiedni dla niego rok podatkowy. Czy pokrywa się on z rokiem kalendarzowym? Odpowiedź „tak” lub „nie” w punkcie 300. Będzie dla urzędu skarbowego wystarczająca.

Kiedy upływa termin składania zeznania rocznego na formularzu CIT-8?

Termin składania formularza CIT-8 do urzędu skarbowego upływa do końca trzeciego miesiąca roku podatkowego występującego po roku, którego dotyczy zeznanie. W przypadku większości podatników, u których rok podatkowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym, będzie to zatem 31 marca 2021.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 29.03 – 2.04.2020

Wyczerpało się paliwo do wzrostu ryzykownych aktywów oparte o oczekiwania przyspieszenia ożywienia dzięki postępowi szczepień i fiskalno-monetarnej pomocy. Rosnąca liczba zachorowań i zaostrzenie restrykcji w Europie wywołało świeżą falę awersji do ryzyka. Na rynkach szukanie nowego punktu równowagi potrwa do czasu aż negatywne informacje przestaną przysłaniać generalnie wciąż pozytywny obraz globalnej gospodarki. Na zawirowaniach wygrywa dolar, a dane z USA w przyszłym tygodniu najprawdopodobniej mu nie zaszkodzą.

Wydarzenia tygodnia: NFP, nastroje konsumentów, ISM z USA, CPI z Eurolandu, PMI/CPI z Polski, bilans handlowy/sprzedaż z Australii, PKB z Kanady

USA

W USA marcowy raport z rynku pracy (pt) powinien wskazać silne odbicie zatrudnienia, odzwierciedlając otwieranie gospodarki. Regionalne indeksy koniunktury oraz najniższa od roku liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych sugerują start procesu szybkiej poprawy warunków na rynku pracy. Indeks nastrojów konsumentów (wt) również powinien pokazać dobry wynik, kiedy Amerykanie odzyskują pracę i otrzymują wsparcie fiskalne. Kolejny odczyt ISM dla przemysłu powyżej 60 pkt (czw) podkreśli szybkie tempo ekspansji sektora. Razem dane mogą napędzać umocnienie USD.

Strefa euro

Inflacja konsumencka z Niemiec (wt) i Eurolandu (śr) są jedynymi istotnymi publikacjami z bloku. Wzrost cen energii i efekty bazy implikują wyraźne przyspieszenie inflacji. Poza tym finalny odczyt PMI dla przemysłu (czw) prawdopodobnie potwierdzi silne tempo aktywności. Świeże dane z Hiszpanii i Włoch powinny wpisywać się w ten schemat, choć uwagę zwracają nasilające się zakłócenia dostaw, co może osłabiać przyszłą produkcję i generować podwyższoną presję inflacyjną. W efekcie wysokie wartości PMI nie w całości są pozytywne. Dla EUR dane będą drugorzędne z większą uwagą na sytuację zdrowotną w Europie i podleganie pod nastroje wokół USD.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii ostatnia rewizja PKB za IV kw. zostanie uzupełniona jedynie o dynamiki komponentów, ale dane nie będą miały wpływu na funta. GBP ma się relatywnie dobrze w przestrzeni G10, gdyż inwestorzy pozytywnie oceniają wysokie tempo szczepień w Wielkiej Brytanii. Mimo to przy tendencjach do redukcji pozycji nawet GBP nie obroni się przez ucieczką w kierunku USD.

Polska

Kalendarz z Polski zawiera CPI (śr) i PMI dla przemysłu (czw). Po spowolnieniu w lutym do 2,4 proc. inflacja ponownie zacznie odbijać w kierunku 3 proc., głównie z pomocą wyższych cen paliw. Lepsze nastroje w przemyśle idą za szybszym wzrostem aktywności w Europie Zachodniej. Dobre dane nie odmienią jednak pesymistycznego klimatu wokół złotego, gdzie warunki dyktują obawy o skutki trzeciej fali zachorowań i niepewność o wyrok SN ws. kredytów frankowych.

Australia

Kilka intersujących odczytów napłynie z Australii w tym pozytywne sygnały z rynku nieruchomości (śr), bilans handlowy (czw) i sprzedaż detaliczna (czw). Dane powinny podkreślić solidne fundamenty AUD, ale w nadchodzących dniach może to nie wystarczyć, by przerwać spiralę ucieczki od ryzykownych walut surowcowych.

Kanada

W Kanadzie styczniowy PKB (śr) będzie obciążony wpływem lockdownu, ale dla rynku jest to już stara wiadomość z większą uwagą na ponowne otwieranie gospodarki, gdzie lepsze perspektywy skłaniają Bank Kanady do redukcji QE. CAD radzi sobie relatywnie lepiej na tle np. walut z Antypodów i ma przestrzeń do szybszego odreagowania ostatniej słabości, o ile zawirowania na rynku ropy nie będą wywierać większej presji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

PGE sprzedała Skarbowi Państwa udziały w spółce PGE EJ 1

Po kilku miesiącach negocjacji PGE wraz z pozostałymi wspólnikami podpisała umowę sprzedaży udziałów w spółce PGE EJ 1. Skarb Państwa zapłaci za wszystkie udziały w spółce ok. 531 mln zł, z czego PGE za swoje udziały otrzyma kwotę blisko 372 mln zł.

Nabycie przez Skarb Państwa 100 proc. udziałów w PGE EJ 1 jest elementem przygotowania do realizacji Programu Polskiej Energetyki Jądrowej, przyjętego przez Radę Ministrów 2 października 2020 r. Rezultaty działań prowadzonych przez Spółkę będą niezbędnym wkładem do dokumentacji, która umożliwi Rządowi podjęcie wiążącej decyzji dotyczącej wyboru technologii i partnera do budowy elektrowni jądrowych w Polsce – stwierdził Piotr Naimski, Pełnomocnik Rządu do spraw Strategicznej Infrastruktury Energetycznej, podpisujący umowę w imieniu Skarbu Państwa.

Umowa sprzedaży została podpisana przez wszystkie podmioty posiadające udziały w spółce PGE EJ 1. PGE posiadała 70 proc. udziałów w PGE EJ 1, a  Enea, KGHM Polska Miedź oraz TAURON Polska Energia  po 10 proc. udziałów w spółce. Cena za wszystkie udziały w PGE EJ 1 wyniosła 531,36 mln zł, z czego na PGE przypada 371,95 mln zł.

Dzisiejsza umowa sprzedaży udziałów w PGE EJ 1 kończy etap zaangażowania PGE oraz pozostałych wspólników w projekt budowy pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. W drugiej połowie 2021 roku PGE EJ 1 zakończy prace nad Raportem o odziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko oraz Raportem Lokalizacyjnym, które są podstawą do uzyskania decyzji środowiskowej i lokalizacyjnej. To dobry moment na przejęcie projektu przez Skarb Państwa – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy EnergetycznejRząd nada inwestycji odpowiedni priorytet, a dzięki posiadanym zasobom i możliwościom dokona wyboru najlepszego partnera, lokalizacji  i technologii dla pierwszej polskiej elektrowni jądrowej.

Negocjacje dotyczące sprzedaży udziałów w PGE EJ 1 na rzecz Skarbu Państwa rozpoczęły się w październiku 2020 r. od podpisania listu intencyjnego przez Pełnomocnika Rządu do spraw Strategicznej Infrastruktury Energetycznej Piotra Naimskiego – w imieniu Skarbu Państwa reprezentowanego przez Prezesa Rady Ministrów – oraz przedstawicieli wszystkich podmiotów posiadających udziały w spółce PGE EJ 1.

Spółka PGE EJ 1 jest odpowiedzialna za przygotowanie i realizację inwestycji polegającej na budowie i eksploatacji pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Aktualnie działalność spółki PGE EJ 1 koncentruje się na opracowaniu Raportu o odziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko (Raport OOŚ) oraz Raportu Lokalizacyjnego. Jednocześnie kontynuowane są badania lokalizacyjne i środowiskowe w dwóch wariantach lokalizacyjnych „Lubiatowo-Kopalino” (gmina Choczewo) oraz „Żarnowiec” (gmina Krokowa i Gniewino).

Czy założenia projektu fundacji rodzinnej pomogą zwiększyć odsetek przetrwania rodzimych biznesów?

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Biznesu Rodzinnego wynika, że aż 36% firm w Polsce jest wyraźnie rodzinnych i świadomych własnej tożsamości. Generują one 18% PKB. Sukcesję w przeciągu najbliższych pięciu lat planuje 57% z nich. Tylko 30% polskich firm rodzinnych potrafi przejść z sukcesem do drugiego pokolenia.  Nieodpowiednio przeprowadzone i źle przygotowane procesy mogą stanowić zagrożenie nie tylko dla rodzimego biznesu, ale także dla naszej gospodarki. Czy projekt fundacji rodzinnej pomoże firmom rodzinnym w przetrwaniu? Czy zabezpieczenie majątku rodzin biznesowych, który zakłada projekt ustawy, będzie wystarczający?

Na stronie Rządowego Centrum Legislacyjnego właśnie opublikowano założenia projektu ustawy o fundacji rodzinnej. Celem ustawy jest wprowadzenie nowego podmiotu dla właścicieli firm – fundacji rodzinnej.  Będą one ważnym elementem sukcesji dla wielu rodzin biznesowych. Wprowadzenie takiego rozwiązania to przede wszystkim element zapobiegający rozproszeniu biznesu w kolejnych pokoleniach i działanie na rzecz długowieczności, wielopokoleniowości firm rodzinnych. Oznacza to, że kontrolę nad fundacją i jej majątkiem nestor może przekazać niezliczonym pokoleniom rodziny, utrwalając w ten sposób wyznawane przez siebie wartości, zapewniając kontynuację działalność biznesową i budowanie marki i nazwiska jeszcze długo po zakończeniu życia pokolenia założycieli.

Temat ten budzi wiele emocji i nadziei, gdyż wielu nestorów polskiego biznesu upatruje w fundacji rodzinnej rozwiązania swoich osobistych dylematów związanych z przekazaniem firmy następnym pokoleniom, takich jak brak dziedzica, rodzina wielodzietna czy zachowania destrukcyjne wśród członków rodziny. Dlaczego z fundacją wiążą się takie oczekiwania? Projektowany podmiot ma umożliwić wskazanym przez fundatora beneficjentom czerpanie z niego korzyści. Dlatego warto już teraz zacząć przygotowania do założenia fundacji i podjąć pierwsze kroki w tym celu.

Projekt fundacji rodzinnej pomoże firmom rodzinnym w przetrwaniu. Jednakże założenie fundacji wciąż nie rozwiązuje problemu sukcesji i przeniesienia firmy rodzinnej w długowieczność. Aby rodzinny biznes przetrwał, potrzebne jest szersze spojrzenie poza obszar własności. Dlatego tak ważne jest, by stwarzać jak najlepsze szanse, by przedsiębiorstwa te budowały swą wielopokoleniowość w oparciu o dobre procesy sukcesyjne. Przekazanie własności często jest niewystarczające. Transfer unikalnej wiedzy i wartości, władzy oraz wspólnej wizji może być kluczowym czynnikiem zachowania zbudowanej przez pierwsze pokolenie przewagi konkurencyjnej. Dla firm jest to ważne z punktu widzenia profesjonalizacji i ciągłego rozwoju, a dla rodzin biznesowych – w kontekście budowania kapitału.

Nieodpowiednio przeprowadzona pierwsza fala procesów sukcesyjnych w Polsce to zagrożenie dla polskiej gospodarki. „Najważniejszym wyzwaniem stojącym przed firmami, które często prowadzą działalność od ponad 30 lat, jest przekazanie odpowiedzialności za zarządzanie firmą kolejnej generacji. Dobrze przeprowadzona sukcesja to także stabilna i bezpieczna firma, a w skali kraju: lepsza gospodarka, miejsce zatrudnienia, kapitał społeczny” – zaznacza dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego.

Co to oznacza dla chcących przekazać dorobek życia kolejnemu pokoleniu? Aby dobrze przygotować się do założenia fundacji rodzinnej, przygotowania należy zacząć już dziś. Poza zabezpieczeniem własności, którą z założenia ma chronić ustawa, ważne są także inne aspekty. To konieczność opracowania kompleksowego, holistycznego rozwiązania. Należy do nich rozmowa w rodzinie i przygotowanie właściwych założeń sukcesyjnych. Dobrą praktyką jest wdrożenie Konstytucji firmy rodzinnej, która później może mieć swoje oparcie w statucie fundacji oraz być pierwszym krokiem w drodze ku długowieczności i wielopokoleniowości firm.

Euro rekordowo drogie. Złoty najsłabszy od ponad dekady

Rozwój sytuacji pandemicznej ma w tej chwili bardzo wymierny wpływ na kursy walut. Widmo lockdownu cały czas straszy inwestorów, którzy czują się pewniej przenosząc środki za ocean.

Mniej bezrobotnych w USA

Wczorajsze dane na temat zasiłków dla bezrobotnych w USA okazały się najniższe od wielu miesięcy. Wreszcie udało się przebić poziom 700 tysięcy wniosków tygodniowo. W czasach przed pandemią było to co prawda trzykrotnie mniej, ale od tego czasu wiele się zmieniło. Wskaźnik ten jednak w miarę stabilnie wraca w stronę starej normy. Przekłada się to zresztą na stopę bezrobocia, która po gwałtownych wzrostach na początku pandemii również stopniowo maleje. Rynki przyjęły te dane korzystnie, a dolar jest najsilniejszy względem euro od pierwszej połowy listopada i zamieszania podczas wyborów w USA.

Złoty najsłabszy od ponad dekady

Wczoraj w ciągu dnia euro podskoczyło do niemal 4,65 zł, przebijając tym samym maksima z 2020 roku. Był to najwyższy poziom od kryzysu z 2008 roku. Co powoduje taką słabość polskiej waluty? Zarówno Polska jak i ogólnie Europa nie radzą sobie najlepiej z pandemią. Opóźnienia programu szczepień powodują, że liczba zakażeń rośnie, a to z kolei powoduje kolejne lockdowny. To właśnie strach przed zamykaniem gospodarki powoduje, że inwestorzy znacznie przychylniej patrzą na możliwości inwestycji po drugiej stronie oceanu.

Szczyt Unii Europejskiej

Sytuacja epidemiczna i opóźnienia programu szczepień są na tyle poważne, że doszło właśnie do organizacji nadzwyczajnego szczytu unijnego poświęconego temu tematowi. Co ciekawe w dalszym ciągu podtrzymywany jest cel zaszczepienia do końca lata 70% dorosłej populacji Unii Europejskiej. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wskazuje na opóźnienia spowodowane przez niezrealizowanie w terminie całości dostaw przez producentów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,
15:00 – USA – Raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Długoterminowa prognoza kursu złotego

Po dość krótkim okresie aprecjacji złotego na przełomie lat 2020 i 2021 polska waluta ponownie znalazła się pod presją. W czwartek kurs EUR/PLN znalazł się na najwyższym poziomie od 2009 roku. Niewykluczone, że obecny marazm jeszcze potrwa, jednak liczymy, że przed końcem roku złoty powróci do poziomów zbliżonych do tych, które znamy z okresu sprzed pandemii, ok. 4,30.

Osłabienie złotego powinno mieć charakter tymczasowy

Od końca lutego br. na złotego niekorzystnie oddziaływały czynniki globalne, regionalne, jak i krajowe.

Na przełomie lutego i marca presję na waluty emerging markets wywarły rosnące rentowności obligacji w USA. Podobnie jak inne kluczowe waluty regionu, poddał się jej również złoty. Szczególnie niekorzystne były kilkakrotne silne, jednodniowe ruchy, które wywołały popłoch na rynku.

Ponadto, w podobnym czasie zaczęła się wyraźnie zarysowywać różnica między UE a innymi kluczowymi gospodarkami (USA, Wielką Brytanią). Powolny postęp w zakresie szczepień i utrzymujące się silne obostrzenia w krajach UE istotnie kontrastowały i nadal kontrastują ze znaczną poprawą notowaną w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w krajach strefy euro, gdzie obserwujemy początek trzeciej fali zakażeń, obostrzenia są przywracane, podczas gdy USA, po wyszczepieniu znacznej części grupy osób najbardziej narażonych na ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19, w coraz większym stopniu je łagodzą.

Jest to jeden z kluczowych elementów sprawiających, że w tym samym czasie oczekiwania względem ożywienia gospodarczego w USA wzrosły, podczas gdy w strefie euro pozostały niemal niezmienione lub spadły. Za przykład w tym kontekście może służyć porównanie aktualizacji prognoz banków centralnych – EBC i Fedu. Pierwszy z nich w marcu zrewidował prognozy PKB na 2021 rok, oczekując wzrostu rzędu 4% wobec 3,9% w grudniu. Z kolei marcowa projekcja Rezerwy Federalnej zakłada wzrost gospodarki USA w 2021 roku o 6,5% wobec 4,2% w grudniu.

W okolicach połowy lutego zaczęto notować pogorszenie sytuacji epidemicznej w krajach regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polsce. Jest ona jednym z krajów, w których sytuacja na tym froncie nadal pogarsza się, co powoduje nałożenie nowych obostrzeń i tym samym oddala perspektywę powrotu do normalności.

Powyższe kwestie uznajemy za najistotniejsze w kontekście ostatniego osłabienia złotego, który już wcześniej znajdował się na wyjątkowo niskich poziomach w związku z niespodziewanymi interwencjami ze strony Narodowego Banku Polskiego pod koniec 2020 roku.

Jednak większość czynników, które w ostatnim czasie negatywnie oddziaływały na złotego, uznajemy za tymczasowe. Tempo wzrostu rentowności amerykańskich obligacji od początku tego roku było niezwykle wysokie i wspierane w istotnej części przez bodźce, które w znacznej mierze są już zawarte w cenach (m.in. pakiet fiskalny Bidena). Reakcja rynku na ów wzrost na przełomie lutego i marca była silna, aczkolwiek wygląda na to, że po kilku tygodniach aktywa stały się nań mniej wrażliwe. Nie zakładamy, że trend w zakresie rentowności ulegnie zmianie, niemniej nie spodziewamy się tak wysokiego tempa ich wzrostu jak wcześniej. Nie oczekujemy także, że w przyszłości rynek będzie reagował na nie równie silnie.

Równocześnie spodziewamy się, że sytuacja epidemiczna w Europie, po tymczasowym pogorszeniu, również ulegnie poprawie. Wsparciem dla tego scenariusza jest oczekiwane silne przyspieszenie tempa szczepień w drugim i trzecim kwartale. Analogiczne oczekiwania mamy względem sytuacji epidemicznej w Polsce: obecnie sytuacja jest niezwykle trudna, niemniej trudno zakładać, że trwające pogorszenie będzie permanentne. Biorąc pod uwagę, że sytuacja w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zaczęła wykładniczo pogarszać się szybciej niż w kluczowych krajach strefy euro, poprawa również powinna być szybsza. Obecnie już widać ją w krajach takich jak Czechy czy Słowacja.

Rewidujemy krótkoterminową prognozę dla kursu EUR/PLN w górę. Nie widzimy potencjału do dalszego silnego osłabienia złotego. Równocześnie nie wykluczamy, że marazm i pozostawanie polskiej waluty w okolicy obecnych poziomów może trwać nawet tygodniami. Im dłużej kurs EUR/PLN będzie utrzymywał się na tak wysokich poziomach, tym bardziej w naszej ocenie prawdopodobny staje się jednak scenariusz skokowej aprecjacji waluty. Nie byłoby to nic specjalnie odbiegającego od normy, jeśli za normę uznać sytuację z roku poprzedniego, w którym kilkakrotnie obserwowaliśmy takie epizody.

  EUR/PLN USD/PLN
Q2-2021 4,45 3,62
Q3-2021 4,35 3,51
E-2021 4,30 3,44
Q1-2022 4,27 3,42
E-2022 4,20 3,31

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Rosną koszty utrzymania mieszkań

Koszty związane z utrzymaniem mieszkania są jednymi z najwyższych kosztów ponoszonych przez przeciętnego Kowalskiego. Niestety, z roku na rok utrzymanie mieszkania coraz mocniej obciąża domowy budżet i wszystko wskazuje na to, że w kolejnych latach wszyscy musimy liczyć się z kolejnymi podwyżkami w tym aspekcie.

W ciągu 12 miesięcy koszty utrzymania mieszkania statystycznej trzyosobowej rodziny wzrosły o około 60 złotych miesięcznie, co w skali całego roku daje kwotę niemal 7000 zł. Na tak znaczny wzrost kosztów składa się kilka elementów. Po pierwsze wyższe opłaty za wywóz śmieci, w tym aspekcie rząd nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i planuje nie tylko wprowadzenie nowych zasad segregacji, ale też wyższe opłaty lub nowe metody wyliczania stawek.  Ceny wywozu śmieci w 2019 roku wzrosły o 31,3 proc., a w 2020 o aż 53,6 proc., a to wcale nie koniec. Poszczególne samorządy chcą wprowadzać lokalne zasady wyliczania opłat.  Właśnie wprowadzane są kolejne podwyżki i to niemałe. Od stycznia ruszyły w Poznaniu, Kielcach, Opolu, Rybniku, Częstochowie, Szczecinie, Mysłowicach, Nowej Soli, Zielonej Górze, Słupsku i w wielu innych miejscowościach. Od lutego – w Łodzi, a już za chwilę, bo od kwietnia – w Warszawie.

Kolejnym elementem składającym się na rosnące koszty utrzymania mieszkania są ceny prądu. Na koniec 2020 roku za prąd musieliśmy płacić o prawie 12% więcej niż przed rokiem. Problem w tym, że tegoroczne podwyżki nie będą ostatnimi. W 2021 roku jeszcze więcej zapłacimy za energię elektryczną. W sumie można się spodziewać, że podwyżka dla przeciętnego gospodarstwa domowego wyniesie kilkanaście procent. Rząd zapowiadał rekompensatę za podwyżki dla indywidualnych odbiorców, jednak w ostatnim czasie wycofano się z tych deklaracji, więc 100% kosztów podwyżki poniosą końcowi odbiorcy.

Trzecia grupa powodów wyższych kosztów utrzymania mieszkań to wzrost podatków. Większość gmin zaktualizowała stawki podatku od nieruchomości do maksymalnych dopuszczalnych, a te w 2021 roku będą o 3,9 % wyższe niż w roku poprzednim. Jednocześnie zmienią się przepisy dotyczące mającego przeciwdziałać suszom podatku od deszczówki. Płacić go będą również właściciele działek o powierzchni od 600 m kw., których ponad połowa powierzchni jest zabudowana.

Jeśli rząd spełni obietnice i w 2024 roku minimalna płaca wyniesie 4 tys. złotych, dalsze podwyżki czynszów z powodu wyższych wynagrodzeń obsługi budynku będą nieuniknione. Już teraz właściciel 50-cio metrowego mieszkania płaci o ok. 89 zł więcej niż przed rokiem. Wspólnoty osiedlowe chcąc optymalizować koszty, próbują w rozmaity sposób zniwelować wydatki. Szczególnie małe wspólnoty mieszkaniowe decydują się na rezygnację z ochrony. Tylko w tym roku koszty ochrony zwiększyły się o ponad 15%. Jak wynika z naszych obserwacji barierą utrzymywania ochrony na osiedlach jest opłata w wysokości ok. 100 złotych od lokalu. Jeśli zbliżamy się do tej kwoty, rośnie liczba mieszkańców, którzy opowiadają się za rezygnacją z usług firmy ochroniarskiej, a wspólnoty muszą taką decyzje respektować. Dodatkowo, może okazać się, że firmy ochroniarskie, które współpracują głównie z małymi osiedlami będą musiały ograniczyć swój personel. Może się więc okazać, że dużo wyższa w stosunku do obecnej płaca minimalna przyczyni się do wzrostu bezrobocia.

Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus

Bardzo dobre nastroje w niemieckim przemyśle

Mijający tydzień nie obfitował zbyt wiele kluczowych danych makroekonomicznych. Z opublikowanych danych najbardziej pozytywnie zaskoczyły wstępne wyniki wskaźnika PMI w niemieckim przemyśle, który wzrósł do poziomu 66,6 pkt. Biorąc pod uwagę, że każda wartość powyżej 50 punktów jest postrzegana jako oznaka przyszłej ekspansji, można oczekiwać, że niemiecki przemysł planuje solidny wzrost po ustąpieniu koronakryzysu. To również dobra wiadomość dla europejskiego, jak również polskiego sektora produkcyjnego. Jednak można się spodziewać, że bardziej znaczący wzrost prawdopodobnie nastąpi dopiero w drugiej połowie tego roku.

Ukazały się także wyniki lutowej stopy bezrobocia w Polsce. Według tych danych, udział bezrobotnych w Polsce pozostał na niezmienionym poziomie 6,5%. Można to uznać za pozytywny wynik, biorąc pod uwagę sytuację związaną z pandemią oraz fakt, że bezrobocie w Polsce tradycyjnie rośnie w pierwszym kwartale.

W tym tygodniu złoty dalej słabł i w piątek rano oscylował na poziomie 4,63 PLN/EUR. Eurodolar spadł do poziomu 1,178 USD/EUR.

Nadal trwa więc osłabienie polskiej waluty, które rozpoczęło się w drugiej połowie lutego. Prawdopodobnie wynika ono głównie z utrzymującej się nerwowości na rynkach finansowych oraz nieuchronnej interwencji NBP w przypadku spadku kursu poniżej 4,5.

Marta Pavlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Jak wzmacniać odporność psychiczną pracowników w dobie pandemii?

Brak zaangażowania, zmęczenie oraz coraz słabsza kondycja psychiczna pracowników skłania organizacje do wdrażania programów Mental Health.
Elżbieta Krokosz, Dyrektor Zarządzająca Talent Deveploment Institute, Master Coach, ekspert w obszarze przywództwa oraz rozwoju potencjału ludzi zadaje pytanie: „Czy pracownicy mają w sobie gotowość, aby w kontekście zawodowym korzystać ze wsparcia psychologa?”

„Wraz z kolejną falą pojawiło się zjawisko, które można nazwać marazmem i znieczuleniem na otaczającą rzeczywistość. Przestaliśmy się interesować liczbą zachorowań, nie martwimy się już tak bardzo o swoje zdrowie i bezpieczeństwo. Izolacja i oddzielenie od organizacji
i kolegów z pracy obniża motywację, zapał, zaangażowanie i przekłada się na kondycję psychiczną ludzi” – zauważa Elżbieta Krokosz, która od ponad 20 lat zajmuje się rozwojem potencjału ludzi.

Potwierdza to badanie „Praca Zdalna” przeprowadzone przez SW Research na zlecenie Instytut LB Medical1. Prawie 41% ankietowanych przyznało, że czuje wyczerpanie psychiczne w związku z ciągłym przebywaniem w domu. Dla 45% badanych brak kontaktu ze współpracownikami wpływa na uciążliwość pracy zdalnej. Organizacje dostrzegają sytuację pracowników i zadają pytanie: Jak wzmocnić siłę psychiczną pracowników?

Dlaczego programy Mental Health mogą nie działać?

Ekspertka wymienia dwa powody, dla których pracownicy z własnej woli nie wezmą udziału w takich programach. To wstyd i lęk. Założenia Elżbiety Krokosz potwierdza badanie „Kondycja psychiczna pracowników”2 , które wskazuje, że 42% polskich pracowników nie przyznałoby się do swoich zaburzeń psychicznych w miejscu pracy.

„W życiu prywatnym mamy opór, aby powiedzieć, że korzystamy ze wsparcia psychologa,
a co dopiero w kontekście biznesowym? Dodatkowo instynktownie pojawia się obawa, że jak będzie naprawdę źle, to zaczną zwalniać tych najsłabszych. A kto jest słaby? Ten, co sobie nie radzi” – mówi Elżbieta Krokosz.

Jak wzmacniać siłę psychiczną i zwiększyć zaangażowanie pracowników?

„Martin Seligman, ojciec psychologii pozytywnej zwrócił uwagę na kluczową rzecz, która szczególnie teraz ma ogromne znaczenie. Większość ludzi nie potrzebuje głębokiej pracy psychologicznej. Zmęczenie, zniechęcenie, poczucie marazmu to nie jest jeszcze powód do terapii. Dzisiaj ludzie przede wszystkim potrzebują dobrej energii, inspiracji i rozpalenia ognia w sobie, dla siebie. Tutaj rozwiązaniem jest coaching, ale w innym wydaniu niż jesteśmy przyzwyczajeni” – wyjaśnia Elżbieta Krokosz, prekursorka self coachingu oraz autorka programu Self Coaching Program.

Coaching jest najdroższą (indywidualną) formą wsparcia liderów i najczęściej z tego rozwiązania korzystają top menedżerowie. Jest to narzędzie poufne, odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Elżbieta Krokosz postanowiła wykorzystać efekty pracy coachingowej z top managerami i stworzyć formułę wsparcia tak samo efektywnego, ale jednak z perspektywy finansowej dostępnego nie tylko dla menedżerów – ale dla członków zespołu. Tutaj, gdzie to wsparcie jest bardzo obecnie potrzebne, proponując rozwiązanie Self Coaching Program.

Self Coaching Program – siłownia mentalna

„Realizując wiele ambitnych zadań, celów potrzebujemy cały czas budować siłę psychiczną. Często nie potrzebujemy kolejnego szkolenia, kolejnej dawki wiedzy – potrzebujemy pracy
nad sobą z coachem, która pomoże nam poradzić sobie z wyzwaniem i jeszcze lepiej wykorzystać własny potencjał” – wyjaśnia Elżbieta Krokosz.

Założeniem Self Coaching Program jest nauczenie ludzi, aby stawali się najlepszymi coachami dla samego siebie. Uczestnicy otrzymują comiesięczne wsparcie i działania rozwojowe, składające się ze szkoleń online, sesji mentoringowych oraz sesji coachingowych. Uczestnik może zgłosić się na sesję coachingową, która odbywa się anonimowo i przysłuchują się jej inne osoby w programie.

„Gdy pracowałam z top menedżerami brakowało mi punktu odniesienia w postaci innych menedżerów. Gdyby menedżer usłyszał, jakie problemy stoją przed innymi, nabrałby dystansu do własnych wyzwań. Dodatkowo zyskałby przekonanie, że nie tylko on boryka się z różnymi trudnościami. Wbrew pozorom to pomaga odzyskać spokój. Kolejną wartością, która płynie z takiej formuły to nabycie umiejętności coachowania samego siebie, zadawania sobie odpowiednich pytań i szukania odpowiedzi w sobie” – wyjaśnia Elżbieta Krokosz.

Self coaching jest siłownią mentalną, która pozwala budować swoją wewnętrzną siłę i jeszcze lepiej wykorzystywać swój potencjał. Po co? Aby zostać jeszcze lepszą wersją siebie i czerpać satysfakcję z wykonywanej pracy, a w obecnych czasach przede wszystkim po to, aby dużo lepiej radzić sobie z trudnościami, jakie od strony psychicznej niesie pandemia. Nie za pomocą głębokiej pracy psychologicznej, którą oferują programy typu Mental Health, ale za pomocą umiejętności spojrzenia na swoje trudności z dystansu, nauczenia się technik do zarządzania swoim sposobem myślenia, swoją odpornością psychiczną ze wsparciem też coacha, ale nie za koszt co najmniej tysiąca złotych, co jest w zasięgu finansowym tylko dostępne dla top managerów. Musi teraz wspierać wszystkich, także członków zespołów, a nie tylko kadrę menedżerską.

***

1 Badanie „Praca Zdalna” przeprowadzone na zlecenie Instytut LB Medical

2 Badanie „Kondycja psychiczna pracowników” przeprowadzone na zlecenie Instytut LB Medical

https://naszawtymglowa.pl/kondycja-psychiczna-pracownikow-badania-przeprowadzone-przez-instytut-lb-medical-i-sw-research/

Wierzyciel, który na pokrycie swych roszczeń nabył kilka nieruchomości w drodze postępowania egzekucyjnego, sprzedając je, nie podlega opodatkowaniu VAT jak przedsiębiorca

Podatnik udzielił pożyczek na łączną kwotę 80 400 EUR zabezpieczonych hipoteką na kilku nieruchomościach. Ponieważ pożyczki nie zostały zwrócone, nieruchomości wystawiono na licytację, a trzy z nich przysądzono podatnikowi. Ten sprzedał je, spieniężył, wobec czego fiskus stwierdził, że dokonane transakcje przyniosły mu dochody w wysokości 145 000 EUR, w związku z czym zostały one uznane za działalność gospodarczą o charakterze ciągłym, wykonywaną w celu uzyskania dochodu, i na tej podstawie wysunął roszczenie zapłaty VAT od tych sprzedaży. Korzystne dla podatnika, przeciwne organom skarbowym rozstrzygnięcie, 20 stycznia 2021 r. wydał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który uznał, że takiej sprzedaży nieruchomości nie można automatycznie uznawać za działalność gospodarczą, bo jest to przejaw zwykłego wykonywania prawa własności oraz prawidłowego zarządzania własnym majątkiem.

Przysądzenie zlicytowanych nieruchomości dłużnika

W 2009 r. w Rumunii podatnik udzielił innej osobie kilku pożyczek na łączną kwotę 80 400 EUR zabezpieczonych hipoteką na kilku nieruchomościach. Wskutek braku zwrotu pożyczonych pieniędzy nieruchomości zostały wystawione na licytację, a trzy z nich przysądzono na rzecz pożyczkodawcy. W 2010 r. sprzedał on jedną z tych nieruchomości, a dodatkowo grunt, który nabył wcześniej w 2005 r. Dwie z pozostałych przysądzonych nieruchomości zbył w latach 2011-2012.

Fiskus domagał się zapłaty VAT

W 2016 r. organ skarbowy przeprowadził kontrolę podatkową, w wyniku której ustalił, że podatnik na dzień 30 czerwca 2010 r. uzyskał z dokonanych przez siebie transakcji sprzedaży nieruchomości ok. 145 000 EUR dochodu. Zdaniem rumuńskiego fiskusa transakcje te zostały dokonane w ramach działalności gospodarczej. Stąd ich sprzedawca powinien od dnia 1 lipca 2010 r. być zarejestrowany do celów VAT, gdyż przekroczył wynoszący 35 000 EUR próg obrotu, powyżej którego nie obowiązuje szczególny system zwolnień przewidziany w art. 152 ust. 1 i 2 krajowego kodeksu podatkowego.

W opinii organu żadna z przedmiotowych nieruchomości nie była wykorzystywana przez podatnika do użytku osobistego, bowiem obie zostały nabyte z zamiarem ich odsprzedaży z zyskiem. Podobnie zresztą jak nieruchomość sprzedana przez tego podatnika w 2012 r. Tylko transakcja z 2011 r. może korzystać ze zwolnienia z VAT, gdyż dokonana w jej ramach dostawa nieruchomości nastąpiła po dniu 31 grudnia roku następującego po pierwszym zasiedleniu. W marcu 2016 r. organ skarbowy obciążył podatnika dodatkowym zobowiązaniem w VAT wraz z odsetkami i karami za zwłokę.

Sposób na odzyskanie mienia

Podatnik wniósł odwołanie od tej decyzji, ale organ II instancji nie przychylił się do niego. Dlatego też skierował do sądu okręgowego skargę, a sąd stanął po stronie podatnika, uznając, że zwykłe nabycie i sprzedaż nieruchomości same w sobie nie mogą być od razu uznawane za działalność gospodarczą. Ponadto w tej akurat sprawie dokonana przez podatnika sprzedaż nieruchomości była jedynie sposobem na odzyskanie udzielonych przez niego w 2009 r. pożyczek.

Organ skarbowy wniósł kasację. Sąd apelacyjny postanowił zawiesić postępowanie i skierować do Trybunału Sprawiedliwości UE pytania:

  1. a) Czy art. 2 unijnej dyrektywy VAT sprzeciwia się, aby transakcja, poprzez którą podatnik jako wierzyciel uzyskuje w drodze przysądzenia nieruchomość będącą przedmiotem przymusowej egzekucji i po pewnym czasie dokonuje jej sprzedaży w celu odzyskania pożyczonej kwoty, mogła zostać uznana za działalność gospodarczą?
  2. b) Czy taki podmiot można uznać za podatnika VAT?

Przejaw prawidłowego zarządzania własnym majątkiem

TSUE wskazał, że dla uznania podmiotu dokonującego transakcji za podatnika VAT przy jej dokonywaniu transakcja ta musi być powiązana z działalnością gospodarczą tego podmiotu. A jak ocenił sąd, w tej sprawie trudno kwalifikować przeprowadzoną przez wierzyciela sprzedaż nieruchomości, celem zaspokojenia swego roszczenia o zwrot pożyczonych środków, jako czynność związaną z prowadzoną przez tego wierzyciela działalnością gospodarczą, skoro był to przejaw zwykłego wykonywania prawa własności oraz prawidłowego zarządzania swoim majątkiem. Faktu tego nie zmienia również okoliczność, że podatnik sam stawił się na licytacji i nabył w jej trakcie nieruchomości, których dotyczyły zabezpieczenia hipoteczne, nie czekając na odzyskanie pożyczonych kwot w ramach egzekucji zabezpieczeń od dłużnika. Zamiarem podatnika było odzyskanie swoich wierzytelności i odtworzenie utraconego majątku. Nie przedsięwziął on też żadnych aktywnych działań charakterystycznych dla obrotu nieruchomościami. Dlatego, jak orzekł Trybunał:

„…transakcja, w ramach której dana osoba uzyskuje w drodze przysądzenia nieruchomość będącą przedmiotem egzekucji wszczętej w celu odzyskania uprzednio udzielonej pożyczki, a następnie dokonuje sprzedaży tej nieruchomości, nie stanowi sama w sobie działalności gospodarczej, jeżeli transakcja ta wchodzi w zakres zwykłego wykonywania prawa własności oraz prawidłowego zarządzania majątkiem prywatnym, w związku z czym osoby tej nie można uważać za podatnika w odniesieniu do tej transakcji” (wyrok z 20 stycznia 2021 r., w sprawie C‑655/19, Administraţia Judeţeană a Finanţelor Publice Sibiu, Direcţia Generală Regională a Finanţelor Publice Braşov przeciwko LN, ECLI:EU:C:2021:40).

Podsumowanie

W celu utorowania sobie drogi do nałożenia na podatników opodatkowania VAT organy skarbowe chętnie wrzucają każdy przejaw ich działań do jednego worka pod nazwą „działalność gospodarcza”. To obrazuje także, jak wielką niewiedzą na temat jej prowadzenia legitymują się organy. Z drugiej strony, gdyby w tej sprawie wierzyciel zgadzał się ze stanowiskiem organów, musiałby czekać z założonymi rękami, licząc na łut szczęścia, że być może dłużnik sam zwróci należne mu pieniądze. Jednak, gdy czynnie walczył o odzyskanie swojego majątku, fiskus chciał te działania – jak nazwał TSUE – „prawidłowego zarządzania majątkiem prywatnym” opodatkować. Dlatego wyrok TSUE to bardzo korzystne dla podatników rozstrzygnięcie, które sprzeciwia się takim nieuprawnionym działaniom skarbówki.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Fundusz Woven Capital Toyoty inwestuje w autonomiczne pojazdy Nuro – przyszłość rynku lokalnych przesyłek

Woven Capital, nowy fundusz inwestycyjny Toyoty, wybrał właśnie pierwszego beneficjenta. Fundusz zainwestował w spółkę Nuro, która opracowała innowacyjne autonomiczne pojazdy wyspecjalizowane w dostarczaniu towarów indywidualnym odbiorcom. Mówiąc w skrócie – pojazdy Nuro mogą już wkrótce zastąpić działających lokalnie kurierów.

Toyota powołała niedawno Woven Capital, fundusz o wartości 800 mln dolarów, w ramach tworzenia nowej grupy firm Woven Group, skupiającej się na technologiach przyszłości. Fundusz specjalizuje się we wspieraniu start-upów, których technologie są bliskie komercjalizacji. W pierwszej kolejności Woven Capital zakupił udziały spółki Nuro. Pozyskany kapitał zostanie przeznaczony na opracowanie seryjnych pojazdów, które przekształcą rynek lokalnych przesyłek. Pojazdy Nuro są w pełni autonomiczne i bezzałogowe. Mogą dostarczać zakupy, jedzenie na wynos czy leki z okolicznych sklepów i restauracji, robiąc to szybko, tanio i bezpiecznie. Firma nawiązała już współpracę m.in. z Kroger, Domino’s, Walmart i CVS.autonomiczne pojazdy Nuro (1)

Fundusz Woven Capital został założony przez Toyotę w styczniu 2021 roku jako inwestycyjne ramię Woven Planet Group, która powstała po przekształceniu firmy badawczo-rozwojowej Toyota Research Institute-Advanced Development. Współpraca z Nuro to pierwsza z serii inwestycji w firmy rozwijające innowacyjne technologie i modele biznesowe z dziedziny mobilności, automatyzacji, sztucznej inteligencji, analizy danych, łączności w sieci oraz smart cities.

„Zespół Nuro dowiódł, że są liderami autonomicznych pojazdów do lokalnego rozwożenia przesyłek. Dzięki świetnej technologii i szerokiej współpracy z największymi amerykańskimi markami zrewolucjonizują działanie lokalnego handlu. W postpandemicznym świecie Nuro jest skazane na sukces – klienci będą potrzebowali szybkich, bezpiecznych i przyjaznych dla klienta dostaw. Profil tej firmy doskonale wpisuje się w wizję mobilności, którą rozwija i wspiera Woven Planet Group” – powiedział George Kellerman, dyrektor zarządzający Woven Capital.

„Woven Capital skupia się na bezpiecznej mobilności i nowych technologiach, a co więcej, został założony przez Toyotę. Dzięki temu jest to dla nas idealny inwestor. Zespół Woven Capital dobrze rozumie i docenia naszą pracę nad funkcjonalnymi autonomicznymi pojazdami do transportu przesyłek. Z ich wsparciem będzie nam łatwiej współtworzyć przyszłość mobilności i poprawiać jakość życia ludzi” – dodał Dave Ferguson, prezes i współzałożyciel Nuro.

W sklepach ubywa promocji. Gazetki są też coraz cieńsze. Ponowy lockdown jeszcze bardziej to zaostrzy

Według analiz rynkowych, w ub.r. było o ponad 17% mniej promocji w gazetkach niż w 2019 roku. Na rynku ubyło też samych publikacji – o 19,5%. Do tego sieci handlowe zmniejszyły liczbę ich stron oraz powierzchnię – o 20%. Powody tych wszystkich redukcji wyjaśnia Karol Kamiński, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail. Tłumaczy również, dlaczego dyskonty przyjęły odwrotną strategię niż pozostałe formaty. I podpowiada, jak branża powinna reagować w tej sytuacji. Do tego dodaje, że ponowny lockdown i ewentualna dłuższa izolacja gospodarki może pogłębić podziały i skomplikować sytuację w całym handlu.

W branży coraz częściej mówi się o tym, że na rynku ubywa promocji. Potwierdził to ostatnio ogólnopolski raport „Indeks promocji gazetkowych w handlu 2019/20”. Wynika z niego, że w ub.r. było ich mniej w polskich sklepach o 17,2% w relacji rocznej. Pana zdaniem, to było wyłącznie efektem pandemii?

Karol Kamiński: Oczywiście zeszły rok był szczególny pod wieloma względami. Czasowe zamknięcie części sklepów, szok i duża niepewność w zakresie dalszych obostrzeń to były czynniki mocno ograniczające aktywność promocyjną retailerów. Sieci handlowe skoncentrowały się głównie na promowaniu produktów pierwszej potrzeby, co też zmniejszyło ilość prowadzonych akcji.

Jednak pandemia nie była jedynym hamulcem. W ciągu ostatnich kilku lat rokrocznie notowano kilkuprocentowe spadki, które w końcu przekroczyły 10%. Analiza porównawcza wyników z I półrocza 2019 i 2020 roku wykazała spadek o 15%. Wówczas analitycy programu branżowego AdRetail Inspirio prognozowali, że w całym roku wyniesie on blisko 20%. I ta diagnoza niestety okazała się trafna.

Z czego więc wynika sukcesywne ograniczanie liczby promocji z roku na rok?

Karol Kamiński: Mniejszych przyczyn oczywiście jest wiele, ale jednym z głównym powodów jest to, że sieci próbują oszczędzać, często w sposób mało racjonalny, ale jednak. Natomiast patrząc na to finalnie, można dostrzec pewną taktykę. Promocje przyznaje się wtedy, kiedy sieć ma w tym uzasadniony interes, np. coś naprawdę słabo się sprzedaje. Oczywiście od powyższego są wyjątki, ale niemniej jednak ta zasada jest naczelna. Poza tym uważam, że kończą  się czasy, kiedy sieci komunikowały, że wszystko mają w dobrej promocji. Teraz mocno segregują i wybierają asortyment, który później poddają rabatowaniu. Często takie decyzje podejmują też po dokonaniu różnego rodzaju analiz wewnętrznych i badań opinii.

Odnosząc się jeszcze do ww. raportu, można zauważyć, że na największym minusie są ostatnio sklepy z art. dla dzieci – ok. 87%. Duże spadki mają też sieci RTV-AGD – ponad 45%, sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki – 38%, a także hipermarkety – blisko 24%. Dlatego akurat tego typu formaty tak wyraźnie zmniejszyły liczbę promocji?

Karol Kamiński: W zeszłym roku klienci odłożyli zakupy z wybranych kategorii produktowych na tzw. lepsze czasy. Natomiast sieci handlowe, obserwując sytuację rynkową i nastroje konsumenckie, ograniczyły ich promocje. Uważam też, że niebagatelne znaczenie miał dynamiczny rozwój dyskontów, które w czasie pandemii zaoferowały tańszy towar niż wyspecjalizowane w tym asortymencie sklepy. Do tego poszerzyły swój asortyment, m.in. w zakresie produktów dziecięcych.

Rzeczywiście ww. raport wykazał, że dyskonty odnotowały największy na rynku przyrost promocji – 12%. Co to oznacza dla branży?

Karol Kamiński: Wzrost promocji w tym formacie, podczas gdy większość była na minusie, oznacza, że dyskonty wyraźnie i konsekwentnie od kilku lat wypychają z rynku całą szeroko pojętą konkurencję. Branża powinna wyciągać z tego wnioski. Im szybciej to zrobi, tym lepszy i trwalszy będzie tego efekt.

Konsumenci, ze względu na dość niepewną sytuację w gospodarce, coraz bardziej będą stawiać na towary z rabatami. Sieci muszą wychodzić tym oczekiwaniom naprzeciw, jeśli nie chcą zostać w tyle za dyskontami. Z perspektywy biznesowej może okazać się to nie lada wyzwaniem. Z roku na rok rozwija się trend sprawdzania rzetelności promocji, które przy takich okazjach jak Black Friday pozostają nierzadko wydmuszką i pustym hasłem marketingowym.

Obecny czas wyjątkowo służy temu, aby sieci dogłębniej badały nowe preferencje konsumenckie i na tej podstawie dobierały produkty w promocji, które przyciągną więcej klientów do ich sklepów. Trafionym rozwiązaniem mogą okazać się spersonalizowane oferty, bo Polacy już od dłuższego czasu mają dość przypadkowych rabatów.

Czy w tym roku sieci handlowe zdołają nieco podnieść liczbę promocji?  

Karol Kamiński: Uważam, że w tym półroczu nie ma na to szans. Proszę zauważyć, że stoimy właśnie w obliczu kolejnego lockdownu, a doniesienia epidemiczne z dnia na dzień są coraz gorsze. I właściwie nie wiadomo, co będzie dalej. Wobec tego można założyć, że w najlepszym przypadku ilość promocji na rynku utrzyma się na dotychczasowym, niskim poziomie. Nie zakładam jednak, że nagle ze sklepów ubędzie większość promocji, bo to byłoby działaniem mocno irracjonalnym. Oczywiście sieci chcą odrobić poniesione straty, ale nie zdecydują się na dalsze drastyczne obniżki. Natomiast gdyby gospodarka była izolowana w kolejnych kwartałach, ogólny spadek może przekroczyć do końca roku nawet 25%.

Oprócz zmniejszenia liczby promocji sieci handlowe sukcesywnie ograniczają też wydawanie papierowych gazetek. Oba trendy są ze sobą mocno powiązane?

Karol Kamiński: Moim zdaniem, nie do końca tak jest. Trend spadkowy dotyczący papierowych wydań, który jest widoczny od kilku lat, głównie ma związek z postępującą cyfryzacją handlu. W zeszłym roku pandemia przyspieszyła te zmiany. Sieci doceniły elektroniczne kanały dystrybucji, które konsumenci uznali za bezpieczniejsze w dobie koronawirusa. Papier już wcześniej nie był preferowany przez klientów mających na względzie kwestie ekologiczne, ale dopiero w zeszłym roku wzbudził prawdziwą niechęć, również w starszych grupach wiekowych. Wielu z nich porzuciło stereotypowe przyzwyczajenia na rzecz świata online, gdzie treści okazały się lepiej dostępne i skumulowane w jednym miejscu.

Z punktu widzenia sieci handlowych wybór narzędzi cyfrowych nie tylko wpisuje się w dobrą strategię PR-ową. To przede wszystkim zdecydowanie tańsze rozwiązanie, biorąc pod uwagę problemy związane z rosnącymi kosztami papieru, druku, dystrybucji, pracy i usług zewnętrznych.

Analizy przeprowadzone na zlecenie programu branżowego AdRetail Inspirio wykazały, że 2019 roku względem 2018 roku z rynku ubyło 9,4% tradycyjnych publikacji, a w zeszłym roku – aż 19,5%. Spadek był pogłębiony przez pandemię?

Karol Kamiński: W ub.r. to był kluczowy czynnik. W obliczu tak bezprecedensowego wydarzenia, jakim okazała się tzw. narodowa kwarantanna, sieci handlowe mocniej postawiły na działania promocyjne w obszarze online. Warto podkreślić, że na 11 analizowanych formatów 10 zmniejszyło liczbę drukowanych publikacji. Największej redukcji dokonały sklepy z art. dla dzieci – 82%. Za nimi były sieci RTV-ADG –  41%, hipermarkety – 35%, sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 12%, supermarkety – 7%, a na końcu – hurtownie – 3%.

Zamknięcie centrów handlowych ograniczyło dostęp zwłaszcza do sklepów dziecięcych i elektronicznych. Sieci RTV-AGD w znaczącym stopniu przeniosły promocje do Internetu i w ten sposób skompensowały nieskuteczność wydawania papierowych publikacji.

Co istotne, ofiarami pandemii okazały się nawet apteki, bo konsumenci zaczęli bać się w nich przebywać i dotykać gazetek. Skrócili swoje wizyty do minimum.

Tylko dyskonty odnotowały wzrost i to o 23%. Tego typu sieci stanowią na rynku absolutny wyjątek i fenomen. Ich konkurencja stara się teraz odrabiać straty, ale nie poprzez podnoszenie nakładów papierowych wydań. Różnego typu sieci koncentrują się bardziej na rozwijaniu e-gazetek.

Przeprowadzone analizy wykazały również, że w ub.r. sieci handlowe wydały o ponad 20% mniej stron w gazetkach promocyjnych w porównaniu z 2019 rokiem. Dwa lata temu spadek wyniósł zaledwie 3,5%. Był on 6-krotnie większy z powodu pandemii?

Karol Kamiński: Drastyczny spadek ilości stron był mocno powiązany z mniejszą liczbą gazetek na rynku. Podobnie jak w przypadku ww. parametru, największą redukcję przeprowadziły sklepy dziecięce – o 84%. Duże cięcia wprowadziły też hipermarkety – o 42%, a także sieci RTV-AGD – 45%. Dalej uplasowały się sklepy z art. kategorii kultury i rozrywki – 33%, drogerie i apteki – 28%, cash & carry – 9%, supermarkety – 6%, jak również hurtownie – 4%.

Sieci handlowe nie chciały inwestować w tego typu materiały, skoro klienci nie mieli dostępu do sklepów. Dobrze też wyczuły intencje konsumentów, którzy w czasie pandemii ograniczyli zakupy do żywności, art. do higieny osobistej i chemii gospodarczej.

Zaskoczeniem nie jest też to, że i w tym przypadku dyskonty odnotowały przyrost – o 11%. Sądzę, że dyskonty jeszcze zaostrzą swoją rywalizację o klientów. Zaczną importować szereg produktów. Ich towary będą silnie promowane, a gazetki – grubsze.

Co ciekawe, identyczny wzrost jak dyskonty odnotowały sieci DIY. Tego typu sklepy mogły pozwolić sobie na dodatkowe strony, bo lockdown akurat im sprzyjał. Przebywający w domach konsumenci chętniej majsterkowali i nabywali potrzebne im do tego produkty. Sieci odpowiedziały na to większą aktywnością.

W ub.r. wyraźne cięcia zostały też odnotowane w przypadku powierzchni promocyjnej gazetek – o 19,8% w stosunku do 2019 roku. Było to połączone z ww. parametrami?

Karol Kamiński: To było przede wszystkim powiązane z mniejszą ilością stron. W obu przypadkach są podobne wyniki. Tak jak w kwestii ww. indeksów, największy spadek odnotowały sklepy dziecięce – o 82%. O połowę mniejszy miały sieci RTV-AGD – 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety – 35%. Dalej były sklepy z art. kulturą i rozrywką – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 14%, sieci typu convenience – 4%, supermarkety – 7%, a także hurtownie – 3%.

Zmiana powierzchni promocyjnej wynika też z tego, że sieci raczej rezygnują z większych formatów gazetek typu A3. Sklepy eksperymentują z różnymi rozmiarami publikacji. Optymalizują wygląd i funkcjonalność tego rodzaju nośnika informacji.

Co prognozuje Pan w tym roku?

Karol Kamiński: Przewiduję, że w tym roku pojawi się więcej alternatyw dla papierowych gazetek i będą one związane z szerszym wchodzeniem sieci do kanału online. Obecna sytuacja epidemiczna sprzyja przechodzeniu z papieru na e-wydania gazetek i komunikację ofert w Internecie. Konsumenci mają teraz większą styczność z e-komunikacją, co potwierdzają choćby statystyki konsumpcji portali agregujących akcje promocyjne. Wydawcy serwisów i aplikacji gazetkowych już odczuli dużo większe zainteresowanie promocją w obszarze online. Z pewnością ten rok będzie przełomowy, jeśli chodzi o dalsze ograniczanie papierowych wydań. Pandemia temu mocno sprzyja.

Allianz kupi Aviva Polska za 2,5 mld euro

  • Allianz będzie piątym co do wielkości zakładem ubezpieczeń w Polsce i umocni wiodącą pozycję, pod względem rentowności, w Europie Środkowo-Wschodniej (Region CEE)
  • Wartość transakcji wynosi 2,5 mld euro

Allianz ogłosił dziś zawarcie umowy nabycia polskich operacji ubezpieczeń życiowych
i majątkowych, a także działalności w zakresie funduszy emerytalnych i zarządzania aktywami od Grupy Aviva i nabycia po 51 procent udziałów w spółkach oferujących życiowe
i majątkowe produkty bancasurrance będących wspólnymi przedsięwzięciami Aviva
i Santander.

Transakcja o wartości 2,5 mld euro skutkować będzie wzrostem dochodów bezpośrednio po zamknięciu, uwzględniając wypłatę dywidendy w wysokości 0,2 mld euro przy cenie 2,7 mld euro.

Allianz stanie się drugą, co do wielkości, pod względem zysku operacyjnego firmą ubezpieczeniową Europy Środkowo-Wschodniej i będzie na dobrej drodze, aby stworzyć kolejny kluczowy region w Grupie Allianz. Pod względem łącznej wartości składki przypisanej brutto, Allianz będzie w Polsce piątym co do wielkości zakładem ubezpieczeń, awansując na drugie miejsce w kategorii ubezpieczeń życiowych.[1] W przypadku uzyskania wymaganych zgód organów nadzoru, zamknięcie transakcji przewiduje się w ciągu 12 miesięcy.

Umowa ta stanowi dla Allianz ważny krok w historii rentownego rozwoju w regionie CEE i zwiększania skali działalności w Polsce, będącej największym rynkiem CEE z 38 milionami mieszkańców i PKB rzędu około 600 mld USD.

Dzięki transakcji Allianz podwoi przychody na atrakcyjnym, polskim rynku ubezpieczeniowym i osiągnie pożądaną równowagę segmentów majątkowego i życiowego w prowadzonej działalności. W szczególności silna koncentracja Avivy na dynamicznym i rentownym polskim rynku ubezpieczeń życiowych w sposób znaczący przyczyni się do poprawy rentowności operacyjnej Allianz. Ponadto, silna sieć agentów wyłącznych oraz długoterminowa współpraca joint-venture z Santander w segmencie bancassurance poszerzą bazę dystrybucyjną i wzmocnią pozycję rynkową Allianz.

„Bardzo nas cieszy możliwość dalszego zwiększenia obecności marki Allianz w Europie Środkowo-Wschodniej i pomyślnej realizacji strategii rozwoju w regionie. Łącząc nasze doświadczenie w branży ubezpieczeniowej oraz obszarze cyfryzacji ze znaczącymi inwestycjami w innowacje technologiczne, klienci będą czerpać korzyści z innowacyjnych produktów i doskonałej jakości usług” ­- powiedział Oliver Bäte, CEO Grupy Allianz.

„Jesteśmy bardzo zadowoleni, że zawrzemy tę umowę, ponieważ akwizycja operacji Aviva stanowić będzie impuls do rozwoju w Polsce, tworząc jednocześnie efekt skali w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej” – powiedział Klaus-Peter Roehler, Członek Zarządu Allianz SE odpowiedzialny za działalność ubezpieczeniową w krajach niemieckojęzycznych oraz w Europie Środkowo-Wschodniej. „Dodatkowo, mając klienta w centrum naszych działań przy projektowaniu i dystrybucji produktów oraz wykorzystując innowacje i technologię jako kluczowe czynniki zapewniające satysfakcję klientów, mamy fantastyczną okazję do wzmocnienia naszej obecności.”

[1] Wg wielkości za rok 2020.

Teraz rządzi dolar

Zmierzamy do końca generalnie ponurego tygodnia obfitującego w redukcję ryzykownych pozycji przy odnowionych obawach o zagrożenia związane z pandemią. Dzisiejsze odbicie aktywów ryzykownych jest tylko pozorną oznaką poprawy nastrojów raczej dyktowaną porządkowaniem pozycji przed weekendem.

EUR/USD spadł pod 1,18, ale dolar jest silniejszy także wobec jena i franka. Jest tylko jeden zwycięzca trendu ucieczki od ryzyka. Dolara wspierają dobre dane makro, wysokie tempo szczepień i hojna polityka fiskalna. Na pierwsze wskazały wczoraj dane z rynku pracy, według których w ubiegłym tygodniu liczba nowych wniosków o zasiłek spadła do najniższego poziomu od roku. Wczoraj też prezydent Biden zapowiedział, że podwoi wysiłki w sczepieniu Amerykanów i ogłosił nowy cel 200 mln podanych dawek do końca kwietnia po tym, jak pierwotny cel 100 mln udało się zrealizować na 42 dni przed planowanym terminem. Kiedy narastają obawy o przyszłość ekonomiczną w innych częściach świata (aktualnie w Europie), postęp ożywienia i sukcesy na polu walki z wirusem są ważnymi wyróżnikami. I wcale nie mają tu znaczenia prognozy wyższej inflacji i spekulacje o szybszym zacieśnianiu polityki Fed – to jeszcze tydzień temu stało za wyższymi rentownościami i mocniejszym dolarem. Interesujące, jak zmienne mogą być założenia dla argumentowania siły USD. Wyjątkowość USA i dolara jest jednak przejściowa. Trzecia fala zachorowań przeminie, szczepienia postępują na całym świecie i finalnie inne kraje zaczną doganiać USA w odbiciu gospodarczych. Przy deklaracjach Fed o podtrzymaniu akomodacji na dłużej, dolar wróci do statusu waluty finansującej rajd ryzyka. Ale na razie nie ma mowy o wracaniu do strategii reflacyjnej. Dolar teraz rządzi.

Złoty w czwartek przez moment był najsłabszy do euro od 12 lat (EUR/PLN 4,6467). Rynek pod dyktando dolara oznacza utrzymanie negatywnego nastawienia w stosunku do walut rynków wschodzących. Dodatkowo pogarszająca się sytuacja zdrowotna w Polsce rodzi spekulacje o opóźnienie odbicia gospodarczego. Wczoraj rząd zapowiedział nowe restrykcje, w tym zamknięcia na dwa tygodnie sklepów budowlanych i meblowych, salonów fryzjerskich i kosmetycznych oraz żłobków i przedszkoli. Nowe obostrzenia nie obniżą liczby nowych zakażeń z dnia na dzień, w konsekwencji rozwój pandemii w najbliższych dniach prawdopodobnie dalej będzie wywierał negatywną presję na złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak budownictwo modułowe podbija światowe rynki?

Prefabrykacja, pozwala na ekspansję eksportową i transport prefabrykatów w dowolne miejsce świata,  a na krajowym rynku wciąż notujemy niedobór od 2,6 do nawet 3 milionów mieszkań. Koniunkturę silnie wykorzystują już Chiny, ale również Polskie firmy podbijają, coraz bardziej odległe rynki świata np. w USA, Kanadzie czy Afryce. Od lat jesteśmy też obecni w Skandynawii i na największym rynku importu prefabrykacji, czyli w Niemczech.  

Budownictwo modułowe weszło już do głównego nurtu, a automatyzacja procesów produkcyjnych dodatkowo umacnia jego pozycję i zwiększa konkurencyjność w porównaniu do modelu konwencjonalnego. Obecna, czwarta z kolei rewolucja przemysłowa charakteryzuje się fuzją technologii i maszyn, które coraz inteligentniej komunikują się ze sobą i wykorzystują zasoby wspólnych danych w oparciu o sztuczną inteligencję.

Eksperci prognozują, że wielkość globalnego rynku budownictwa modułowego podwoi się w ciągu dekady do kwoty 108,8 mld USD w 2025 r. Daje to olbrzymie możliwości dla rozwoju polskiej gospodarki. Dla przykładu Grupa InterContinental, buduje Holiday Inn Express z modułów transportowanych z Chin. Marriott w Stanach Zjednoczonych zamówił je u Polskiego dostawcy, a Grupa Hilton wkrótce otworzy pierwszy w Afryce hotel modułowy w stolicy Ghany, Akrze. Inny krajowy producent modułów mieszkalnych i usługowych podpisał kontrakt na postawienie akademika za 90 mln zł w Ugandzie. Firma zapowiada kolejne inwestycje w Afryce m.in. biurowce, zaplecze budowlane, punkty medyczno-apteczne. Brak na tych rynkach materiałów budowlanych wykorzystywanych przez tradycyjne nowoczesne budownictwo, takich jak beton czy itong, sprawia, że gotowe moduły mieszkaniowe czy usługowe opłaca się przywieźć nawet z Wrocławia.

Rewolucja przemysłowa 4.0 wzmacnia rolę prefabrykacji

W ostatnich latach, prefabrykowane budynki stały się głównym kierunkiem transformacji, modernizacji i innowacyjność metod budowlanych w Chinach. Chińska Rada Państwowa zaproponowała nawet, aby w ciągu następnej dekady prefabrykowane budynki stanowiły 30% wszystkich nowych budynków. Stąd prefabrykacja w Chinach staje przed bezprecedensowymi możliwościami i wyzwaniami eksportowymi. Nowoczesna prefabrykacja w nurcie Przemysłu 4.0 to jeden z najważniejszych trendów budowlanych przyszłości, który ma wiele zastosowań z zakresu budownictwa wielkokubaturowego (np. domy, centra handlowe, wieżowce, osiedla mieszkaniowe, parkingi, biurowce, obiekty sportowo-widowiskowe, dworce) czy inżynieryjnego (np. mosty, tunele).

W naszym kraju niekiedy jeszcze mylnie kojarzona z epoką wielkiej płyty z socjalistycznych czasów PRL. Jednak to powiązanie z obecną prefabrykacją modułową ma się jak zestawienie Poloneza wyprodukowanego w ówczesnym FSO z dzisiejszą Teslą. Szacuje się, że w Polsce jest obecnie około 50 fabryk elementów prefabrykowanych, a nasz kraj może być niedługo potentatem w produkcji gotowych elementów modułowych dla budownictwa mieszkaniowego.  Atuty prefabrykacji modułowej to m.in. skrócenie nawet o połowę cyklu operacyjnego inwestycji, ekologia, zmniejszenie zatrudnienia pracowników na budowie, duży potencjał projektowo architektoniczny, wysoka precyzja i jakość wykonania, możliwość realizacji inwestycji w warunkach zimowych, lepsza trwałość i odporność na pożary czy korzystniejsza izolacja termiczna. Badania dotyczące dźwiękoszczelności i akustyki mieszkań wykazały, iż przewyższają polskie normy obowiązujące od 2021 r., jak odporność na wibracje szczególnie istotne w halach koncertowych czy niższe koszty eksploatacyjne. Nie ma też konieczności organizowania magazynu materiałów na placu budowy, co przyczynia się do wzrostu bezpieczeństwa i ma wpływ na środowisko. Znam też przypadek, gdzie inwestor w wyniku swojego błędu musiał dokonać przeróbki i dzięki prefabrykacji mógł wyjąć schody z klatek, a następnie te same zamontować ponownie. To wszystko powoduje, że rosnący popyt na budownictwo modułowe znajdziemy na wszystkich kontynentach. 

Ważnym czynnikiem wpływających na sukces przedsiębiorstw jest optymalizacja kosztów produkcji. Cyfryzacja wchodzi wielkimi krokami w następne dziedziny naszego życia. Trwa kolejna rewolucja przemysłowa, po pierwszej (stulecie pary), drugiej (wiek elektryczności) i trzeciej (era komputerów) przyszedł czas na czwartą, określaną również mianem Przemysłu 4.0. Cechuje się ona znacznym zwiększeniem wydajności produkcji, wprowadzaniem systemów cyber fizycznych (CPS) oraz zaawansowaną automatyką przemysłową, a to z kolei pozwala na zredukowanie kosztów.

Globalny eksport to nowe możliwości dla biznesu

Wbrew oczekiwaniom kryzys wywołany pandemią w 2020 roku nie wpłynął negatywnie na rynek domów prefabrykowanych w Niemczech. W ubiegłym roku wybudowano tam łącznie 23 006 mieszkań, stosując prefabrykowane konstrukcje przemysłowe – o 4,9% więcej niż rok wcześniej. Szacuje się, że do 2022 r. w sześciu północnoeuropejskich krajach zostanie sprzedanych około 70.100 takich lokali, przy czym popyt w Niemczech znacznie wzrasta, zwłaszcza na gotowe rozwiązania “pod klucz”.

W Szwecji już ponad 80 procent mieszkań powstaje z prefabrykatów, to około 50 tys. mieszkań rocznie, a dzięki nowoczesnej technologii niektóre projekty powstają w kilka miesięcy. Stosowanie technologii przyspieszających budowę jest tam powszechne, gdyż według Szwedzkiej Krajowej Rady Budownictwa Mieszkaniowego kraj ten potrzebuje 600 000 nowych mieszkań do 2025 roku aby pokryć wszystkie potrzeby mieszkaniowe obywateli.

Budowa domów modułowych 3D jest też dobrze rozwinięta w Rosji i jest tam jedną z najbardziej obiecujących metod zapewniających wysoki współczynnik budowy budynków mieszkalnych. We Włoszech oczekuje się, że popyt na prefabrykowane, antysejsmiczne domy ze stali zyska na popularności ze względu na ich zasadność i skuteczność w zakresie bezpieczeństwa, zwłaszcza na obszarach, na których występują powtarzające się zdarzenia sejsmiczne. Wielka Brytania planuje budować około 300.000 nowych domów rocznie do 2020 roku, aby sprostać wyzwaniom na rynku mieszkaniowym, oczekuje się, że konstrukcje prefabrykowane odegrają tam znaczącą rolę.

Polskie firmy konkurują o nowe rynki zbytu

Od kilku lat  budownictwo modułowe oparte o nowoczesne zautomatyzowane ekologiczne fabryki, staje się coraz bardziej popularne i zyskuje na znaczeniu również w naszym kraju. To zdecydowanie ważny trend rozwoju sektora budowlanego, który czeka dalszy duży wzrost z korzyścią dla rozwoju firm, które zajmują się jego produkcją i posiadają już “know how”. Łącznie sektor materiałów i usług budowlanych w Polsce tworzy 20,3 proc. PKB, co przekłada się rocznie na prawie 120 mld wpływów do skarbu państwa. W 2020 roku całkowite przychody największych producentów prefabrykatów w Polsce, po raz pierwszy przekroczyły 5 mld zł i dynamicznie rosną. Natomiast GUS szacuje, że wykorzystanie prefabrykacji w budownictwie mieszkaniowym w naszym kraju w 2020 roku mogło przekroczyć aż 8 procent. W Chinach przybywa nowoczesnych fabryk, głównie za sprawą rozwoju eksportu modułowych obiektów do wielu krajów świata np. Norwegii, USA czy Nowej Zelandii, a jak obliczył Bank Światowy w 2018 roku z tego tytułu wpływy Państwa Środka wyniosły ponad 1,5 miliarda USD. W tym samym czasie Polska wyeksportowała, ale głównie do krajów Skandynawskich i Niemiec prefabrykaty za łączną sumę 296 milionów USD.  Według ONZ w 2019 r. Chiński eksport prefabrykowanych budynków do Niemiec wyniósł 56,34 mln USD. Natomiast w tym samym roku, głównymi importerami prefabrykowanych budynków były Niemcy (945 mln USD), Stany Zjednoczone (503 mln USD), Norwegia (490 mln USD), Francja (456 mln USD) i Uzbekistan (346 mln USD).

Autor / fot. Adam Białas, ekspert rynku dyr. “BIALAS Consulting & Solutions”, dziennikarz biznesowy.

30-lecie integracji handlowej Ameryki Południowej pod znakiem zwiększającej się roli Chin w regionie

Trzydzieści lat temu, 26 marca 1991 r. w Asunción, Argentyna, Brazylia, Paragwaj
i Urugwaj zawarły traktat o powstaniu Wspólnego Rynku Południa – Mercosur. Jest to najważniejsze i największe w Ameryce Łacińskiej porozumienie integracyjne. Jego członkowie łącznie generują ponad połowę PKB regionu oraz stanowią piątą gospodarkę na świecie. W ciągu trzech dekad nominalne PKB ugrupowania wzrosło czterokrotnie, a liczone na osobę trzykrotnie. Od 2015 r. najważniejszym partnerem w handlu towarowym Mercosur są Chiny. Do Państwa Środka trafia prawie co czwarty wyprodukowany tam towar. Wartość eksportu Mercosur do Chin, 72 mld USD, niewiele ustępuje wartości łącznego eksportu do UE i USA razem – wynoszącego 76 mld USD (odpowiednio 42 i 35 mld USD). Z kolei pod względem importu Chiny nadal są najważniejszym partnerem Mercosur, ale ze znacznie mniejszą przewagą – 19 proc. towarów pochodzi z tego państwa, z UE 17 proc. i z USA 16 proc. – wyliczają analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

W skład ugrupowania przejściowo (w latach 2012-2016) wchodziła także Wenezuela, która została zawieszona z powodu łamania zasad demokratycznych, ustalonych
w Protokole z Ushuaia w 1998 r. Od momentu zawarcia porozumienia, w każdym z krajów Mercosur wzrosły wartości wskaźnika HDI, opisującego nie tylko ekonomiczny wymiar rozwoju, ale także społeczny. Pierwsza dekada XXI wieku przyniosła ogromny sukces gospodarczy, jednak od 2012 r. region dotknęła stagnacja gospodarcza, wynikająca ze spowolnienia gospodarki ogólnoświatowej i spadku zewnętrznego popytu na produkty eksportowe Ameryki Łacińskiej.

Kryzys pandemii koronawirusa tę sytuację jeszcze dodatkowo pogłębia – Ameryka Łacińska jest nim szczególnie silnie dotknięta zarówno pod względem zdrowotnym, jak
i gospodarczym. Trzeba pamiętać, że oprócz stricte gospodarczych problemów, Mercosur jest wewnętrznie niespójna z powodów politycznych i historycznych. Państwa członkowskie ugrupowania cechują duże dysproporcje pod względem liczby ludności (przykładowo Brazylia liczy ok. 210 mln ludności a Urugwaj 3,5 mln) i poziomu generowanego PKB (Brazylia –  1877,8 mld USD, a Paragwaj – 38,1 mld USD w 2019 r.),
a także bagaż antagonizmów pochodzących jeszcze z czasów kolonialnych. Dotyczyło to szczególnie Argentyny i Brazylii, byłych kolonii hiszpańskiej i portugalskiej
– mówi Katarzyna Sierocińska, ekspertka zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Wykres 1. Skumulowane nominalne PKB państw Mercosur i udział Mercosur
w światowym PKB w latach 1990-2019 [mld USD i %]

Skumulowane nominalne PKB
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Banku Światowego

Chiny głównym partnerem handlowym Mercosur

Mercosur w ciągu 30 lat zwiększył swoje znaczenie w handlu światowym – z 1,2 proc.
w 1991 r. do 1,5 proc. w 2019 r., przy czym to znaczenie, zarówno pod względem eksportu jak i importu, było rekordowe w 2011 r. Sięgnęło wówczas 1,9 proc., w dużej mierze wskutek problemów gospodarek rozwiniętych po kryzysie finansowym. Od 1991 r. eksport wzrósł 6,5-krotnie, a import ponad 7-krotnie, choć w stosunku do 2011 r. ostatnia dekada przyniosła spadek eksportu o 14 proc., a importu o 24 proc., co również podkreśla złą kondycję gospodarczą regionu jeszcze przed pandemią.

Wykres 2. Obroty handlowe i udział w handlu światowym państw Mercosur w latach 1990-2019 (mld USD i %)

Obroty handlowe i udział w handlu światowym państw Mercosur
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych WITS-Comtrade

Kluczowym partnerem w handlu towarowym stały się dla Mercosur Chiny. Trafia tam prawie co czwarty wyprodukowany towar. Wzrost roli Chin jest odzwierciedleniem transformacji handlowej, jaką przeszedł Mercosur. Jeszcze w 1991 r. Państwo Środka było 28. partnerem grupy pod względem importu, a w 2004 r. trzecim, odpowiadającym za 4 proc. importu państw południowoamerykańskich, podczas gdy UE za 21 proc. Pod względem kierunków importu państw Mercosur sytuacja przedstawiała się podobnie.

Wskazuje to na ogromną przemianę zależności jaka zaszła, szczególnie pod względem docelowego rynku zbytu, co jest kluczowe dla gospodarek wschodzących. Chociaż
w danych dotyczących napływających FDI nie widać ogromnego znaczenia Chin
w regionie, Pekin dokonuje inwestycji strategicznych szczególnie w infrastrukturę czy energetykę. Bardzo silny wpływ Chin widoczny jest w Argentynie, gdzie inwestycje Państwa Środka mają zabezpieczać import żywności oraz dostęp do strategicznej infrastruktury, w tym portów.

UE zamierzała zawrzeć z Mercosur umowę o wolnym handlu, by odwrócić ten relatywny spadek znaczenia w regionie, jednak wynegocjowane porozumienie może nigdy nie zostać ratyfikowane. W UE narasta skłonność do powiązania handlu z ochroną klimatu
i środowiska, a polityka, przede wszystkim Brazylii, pozostawia pod tym względem wiele do życzenia. Głównym problemem jest nielegalna wycinka i wypalanie Puszczy Amazońskiej, co nie spotyka się ze skutecznymi przeciwdziałaniami administracji – szczególnie za prezydentury Jaira Bolsonaro. Bez wyraźnych zmian w polityce tego kraju wobec Amazonii, bądź zawarcia dodatkowego porozumienia dotyczącego zrównoważonego rozwoju, ratyfikacja umowy przez UE wydaje się niemożliwa. Obecnie Stany Zjednoczone też nie są chętne do zawierania kolejnych umów liberalizujących handel. Sprawia to, że Mercosur staje się narażony na silną zależność od Chin gotowych do intensyfikacji relacji
– mówi Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Powolny proces integracji

Proces integracji wbrew pierwotnym założeniom jest dość powolny. Planowano utworzenie wolnego rynku do końca 1994 roku, ale cel ten nie został zrealizowany do tej pory. Istnieje natomiast unia celna, ale jej działalność z powodu licznych barier pozataryfowych jest utrudniona. Ugrupowanie funkcjonuje pomimo kryzysów gospodarczych dotykających region (np. w latach 1999-2001 w Brazylii i Argentynie), problemów na poziomie instytucjonalnym oraz braków w harmonizacji wspólnego prawodawstwa. Integrację gospodarczą także utrudniają czynniki obiektywne: słabo rozwinięta sieć międzynarodowych połączeń drogowych i kolejowych między krajami oraz zbyt mała liczba przejść granicznych. Pomimo działalności licznych instytucji, wciąż brakuje silnego politycznie organu ponadnarodowego, który łagodziłby często przeciwstawne interesy elit politycznych, które znajdują wyraz w wyjątkach od przyjętych reguł w handlu (co szczególnie dotyczy największego państwa, Brazylii).

Osiągnięciem ugrupowania w procesie integracji jest utworzenie w 2005 r. Funduszu Konwergencji Strukturalnej Mercosur (FOCEM), który mając do dyspozycji rocznie 100 mln USD finansuje projekty służące wyrównaniu różnic pomiędzy państwami członkowskimi. Realizowane są głównie projekty infrastrukturalne, socjalne, mające na celu poprawę funkcjonowania instytucji Mercosur, ale także wspierające działalność małych i średnich przedsiębiorstw. Pomagają one w tworzeniu nowych łańcuchów produkcji, np. z sektora motoryzacyjnego, czy gazowo-naftowego. Dla obywateli państw członkowskich – oraz
z Chile, Peru, Boliwii i Kolumbii jako państw stowarzyszonych – wprowadzane są ułatwienia związane z pobytem i zgodą na podjęcie pracy w innym kraju ugrupowania.
W 2021 roku wprowadzony ma być też projekt wspólnego obywatelstwa Mercosur. Inne kierunki rozwoju integracji ugrupowania skupione są też na kwestiach społecznych, kulturalnych i edukacyjnych.

Kryzys zdrowotny i gospodarczy związany z pandemią znacząco ograniczą możliwości rozwoju integracji i mogą narazić region na dalsze zwiększanie zależności od Chin. Szczególnie wobec sytuacji, kiedy możliwości rozwoju relacji gospodarczych z UE wydają się stać w impasie.

Współpraca z agencją PR – najważniejsze zasady

Współpraca z agencją PR jest elementem strategii marketingowej, który pozwoli nam nie tylko poprawić wizerunek wśród obecnych klientów, ale również pozyskać nowych. Jakie są najważniejsze zasady współpracy z agencją PR?

Jasno określone cele

Pierwszą zasadą, której koniecznie należy się trzymać już od samego początku współpracy, są jasno zdefiniowane cele. Właśnie na ich podstawie przedsiębiorca będzie mógł zweryfikować, czy działania podejmowanie przez agencję PR dają wymierne efekty pod postacią wyników liczbowych. Zdefiniowanie celów już na początku współpracy pozwoli uniknąć potencjalnych nieporozumień na dalszych etapach.

Zaufanie to podstawa

Jedną z podstawowych reguł w trakcie współpracy między firmą a agencją PR, jest zasada wzajemnego zaufania. Podpisując umowę, przedsiębiorca przekazuje tajne informacje przedstawicielom agencji, które zostaną później wykorzystane w celach promocyjnych marki. Zaufanie pozwoli oddać spore pole do popisu kreatywnym pracownikom, którzy sprawią, że promowana marka ma szanse wybić się na tle konkurencji. Agencja PR powinna działać w sposób transparentny, aby uniknąć konfliktów interesów.

Graj w otwarte karty

Szczerość z agencją PR jest kluczem do sukcesu. Już na samym etapie tworzenia briefu przedsiębiorca musi przedstawić prawdę na temat obecnych metod promocyjnych oraz samego działania firmy. Prawda może być bolesna, ponieważ w trakcie briefingu można zauważyć wiele niedociągnięć, które negatywnie wpływały na wizerunek firmy, jednakże nikt nie miał czasu zająć się danym problemem. Wyjawienie takich problemów agencji PR może spowodować, że część problemów zniknie w bardzo krótkim czasie, dając sporą satysfakcję z uzyskiwanych efektów.

Ogranicz spontaniczność

Nawet spontaniczne akcje promocyjne powinny być konsultowane wcześniej z agencją PR. To ona musi pozwolić na przeprowadzenie danej akcji promocyjnej, aby mieściła się w strategii promocji marki. Dla wielu przedsiębiorców jest to spora przeszkoda, ponieważ wcześniej nie musieli analizować z kimkolwiek zamierzonych działań. Teraz jednak warto konsultować wszelkie pomysły promocyjne z ludźmi bardziej doświadczonymi w tej dziedzinie marketingu. Może to uchronić firmę przed kryzysem wizerunkowym.

Każda firma jest inna, zatem oferta dopasowana do potrzeb powinna być priorytetem, aby przyszła współpraca mogła dać solidne efekty. Należy pamiętać, że w dużej mierze od wyboru agencji PR zależy wizerunek naszej marki. Koniecznie musi to być wybór przemyślany i omówiony z innymi ważnymi członkami firmy.

Najwyższe czynsze w Warszawie i… Bielsku-Białej

Według analityków REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce, w marcu 2021 w danych widać delikatną korektę dotychczasowego trendu wzrostowego wolnej powierzchni. Najemcy z kolei częściej niż w lutym podpisywali umowy na powierzchnię w obiektach znajdujących się w budowie.

Obecnie w Polsce, w oddanych obiektach znajduje się 1,8 mln mkw. wolnej powierzchni dostępnej do wynajęcia. Oznacza to, że od końca lutego w oddanych obiektach biurowych przybyło 7,1 tys. mkw. wolnej powierzchni.

– Mówiąc o wolnej powierzchni w obiektach w budowie, od końca lutego wynajęto ok. 10 tys. mkw. Dla porównania, do połowy lutego w obiektach w budowie wynajęto tylko 740 mkw.  powierzchni biurowych – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. REDD_1

Czynsz wyjściowy dla istniejących obiektów

Według danych REDD średni wyjściowy czynsz dla istniejących budynków biurowych klasy A, B oraz C na polskim rynku wynosi 9,90 EUR/m2.

– Obecnie najwyższy średni wyjściowy czynsz obserwujemy w Warszawie – to 13,86 EUR/m2. Na drugim miejscu wśród rynków regionalnych niespodziewanie znalazła się Bielsko-Biała. Wyjściowy czynsz za biura ukształtował się tam na poziomie 13,50EUR/m2.  Bielsko-Biała to mały rynek biurowy, składający się głównie z nowoczesnej powierzchni. Stąd tak wysokie średnie stawki czynszu – podaje Piotr Smagała z REDD.

Następnymi na liście są Kraków (12,86 EUR/m2) oraz Sopot (12,73EUR/m2).

REDD_2

Powstające powierzchnie w Polsce

Obecnie szacowana powierzchnia warszawskich budynków znajdujących się w budowie wynosi 586 384 mkw., w Katowicach to 148 781 mkw., a w Krakowie 128 775 mkw. Poza pierwszą trójką znajduje się Wrocław, gdzie buduje się ok. 98 754 mkw. nowej powierzani biurowej.REDD_3

Polska ma coraz lepszą cyfrową administrację. E-recepta strzałem w dziesiątkę

Poziom rozwoju cyfrowej administracji w państwie to ważny wskaźnik cywilizacyjny. Jest on mierzony na kilka sposobów – między innymi przez Organizację Narodów Zjednoczonych. W ubiegłym roku w zestawieniu United Nations E-governments Development Index Polska zajęła 24 miejsce. Oznacza to, że nasz kraj awansował o aż 9 pozycji w porównaniu z rokiem poprzednim. Dane użyte do zestawienia ONZ zebrane zostały jeszcze przed pandemią i dotyczą dostępu obywateli do usług telekomunikacyjnych oraz poziomu rozwoju narzędzi cyfrowych w administracji państw. Polska w każdym z tych obszarów notuje dobre wyniki – zarówno na poziomie światowym, jak i europejskim. Tutaj warto wspomnieć o tym, na ile Polacy z tej administracji korzystają – szczególnie w ubiegłym roku, kiedy to dostęp do urzędów na normalnych zasadach był w zasadzie niemożliwy. Przywołać można więc dane Ministerstwa Cyfryzacji – zgodnie z którymi w ubiegłym, 2020 roku, ponad 4 miliony osób założyło profil zaufany. Stanowi to niemal połowę wszystkich profili zaufanych, jakie obecnie są w użytku. Około połowy nowo nazwanych dzieci zostało zarejestrowanych drogą elektroniczną. Widać więc, że wykorzystanie cyfrowych usług administracyjnych rośnie.

– Największy postęp zanotowaliśmy w filarze dostępu do infrastruktury telekomunikacyjnej. Oprócz tego zestawienia, stworzonego dla krajów całego świata, warto przyjrzeć się corocznemu rankingowi DESI (Digital Economy Society Index), stworzonemu przez Komisję Europejską. W obszarze usług i administracji Polska zajmuje 20 miejsce – co również jest awansem w porównaniu z 2019 rokiem, kiedy było to miejsce 23, i 2018, który przyniósł nam 25 miejsce – powiedział serwisowi e-Newsroom Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w PIE. – Od tego stopniowego przesuwania się na tle innych krajów ważniejsze jest jednak to, że cały czas poprawiamy dystans zarówno do średniej unijnej, jak i do krajów liderów. Jednak z usług wprowadzonych w Polsce tuż przez wybuchem epidemii okazała się strzałem w dziesiątkę. Mowa o e-recepcie, która pomogła Polakom w zakupie leków – gdy każdorazowa wizyta u lekarza wiązała się z dużą obawą zarażenia się. E-recepta okazała się rozwiązaniem bardzo dobrze trafiającym w swój czas. To pokazuje, jak cyfrowa administracja jest potrzebna. Szczególnie w kryzysowych sytuacjach, z jaką mamy cały czas do czynienia – wskazuje Święcicki.

Ostatnie dni konsultacji Krajowego Planu Odbudowy. Duże miasta walczą o większy dostęp do unijnych środków

Największe polskie miasta i ich obszary metropolitalne zostały potraktowane jak beneficjenci drugiej kategorii – to stanowisko prezydentów miast zrzeszonych w Unii Metropolii Polskich dotyczące rządowego Krajowego Planu Odbudowy. W toku trwających konsultacji postulują włączenie dużych miast do różnych obszarów projektów, z których zostały one wyłączone, m.in. dotyczących transportu szynowego czy ochrony środowiska. Konsultacje dokumentu potrwają do 2 kwietnia.

Krajowy Plan Odbudowy jest dokumentem, który w dużej mierze opiera się na wsparciu za pośrednictwem organów centralnych. W naszej ocenie efektywniejsze i dużo skuteczniejsze będzie działanie poprzez samorządy i o takie rozwiązania będziemy zabiegać – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Kamiński, dyrektor Biura Koordynacji Projektów i Rewitalizacji Miasta Urzędu Miasta Poznania. – Konsultacje jeszcze trwają, ale składamy stosowne postulaty poprzez Unię Metropolii Polskich, jako samorząd oraz za pośrednictwem innych podmiotów, które z nami współpracują i są w te działania zaangażowane.

Krajowy Plan Odbudowy opracowany przez Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej to dokument, który ma być podstawą do wydatkowania przyznanych Polsce funduszy pomocowych Unii Europejskiej w ramach Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. W tej chwili trwają jego konsultacje społeczne. Prezydenci miast Unii Metropolii Polskich ocenili go krytycznie, argumentując, że nie uwzględnia on w wystarczającym stopniu potrzeb największych miast Polski oraz ich obszarów metropolitalnych. Stwierdzili także, że pominięcie największych polskich miast w dostępie do środków finansowych UE na niskoemisyjny transport czy zielone i niebieskie inwestycje może spowodować, że wykorzystanie funduszy i zrealizowanie celów UE będzie niemożliwe.

– Zaskakujące jest to, że wsparcie jest skoncentrowane bardziej na podmiotach małych lub średnich. Oczywiście mamy świadomość potrzeb, jakie występują w małych samorządach, i konieczność finansowania zadań, które są w małych i średnich miastach, a także na wsiach, ale duże miasta wojewódzkie są motorem napędowym lokalnych gospodarek. Pominięcie ich w niektórych obszarach KPO stanowi bardzo duży problem i będziemy próbowali nadal dyskutować ze stroną rządową, aby te relacje odwrócić – zapowiada Grzegorz Kamiński.

Jak podkreśla, dyskryminujące dla dużych miast są m.in. zapisy dotyczące komunikacji i transportu. Zakładają one wsparcie tylko dla inwestycji w obszarze komunikacji autobusowej, opartej na wodorze czy pojazdach elektrycznych, ale zupełnie pomijają transport szynowy.

Duże miasta miałyby zrezygnować z tramwajów na rzecz autobusów? Nie ukrywam, że ja sobie tego nie wyobrażam – kwituje ekspert z Urzędu Miasta Poznania.

Zaznacza, że poza transportem w dużych metropoliach jest wiele innych obszarów, które wymagają wsparcia. Należy do nich np. ochrona jakości powietrza. W tej kwestii potrzebna jest pomoc finansowa zarówno dla mieszkańców na wymianę źródeł ciepła, jak i dla miast na budowę sieci ciepłownictwa miejskiego oraz tworzenie obszarów zielonych.

– Emisja z transportu, ograniczenie emisji pyłów z tzw. kopciuchów może wpłynąć na poprawę jakości życia mieszkańców, ale także na atrakcyjność inwestycyjną miasta – wyjaśnia dyrektor Biura Koordynacji Projektów i Rewitalizacji Miasta w poznańskim urzędzie. Kolejny obszar to wsparcie dla przedsiębiorców. Jeżeli KPO ma być planem popandemicznym, to powinniśmy w dużej mierze wspierać lokalną gospodarkę. Z pewnością wzrośnie bezrobocie, szczególnie w tych branżach, które są najbardziej dotknięte przez lockdown i pandemię, zatem należy stworzyć ofertę pomocową dla przedsiębiorców i mieszkańców, np. instrumenty wsparcia w zakresie najmu lokali lub zachęty do tworzenia nowych firm – wymienia.

Poznań liczy również na dofinansowanie nowoczesnych rozwiązań w edukację zdalną i kolejne e-usługi dla mieszkańców.

To wszystko może dać mieszkańcom i przedsiębiorcom z dużych ośrodków szansę na szybszy wzrost po pandemii – podkreśla Grzegorz Kamiński. – Każde środki finansowe, które będą wydane w Wielkopolsce, będą pieniędzmi dobrze zainwestowanymi. Od wielu lat widzimy, że rządowe finansowanie koncentruje się na regionach wschodnich. Oczywiście mamy świadomość potrzeb w tych regionach, ale niestety w ten sposób tworzymy potencjał inwestycyjny na Wschodzie, tracąc ten, który jest na Zachodzie. Mimo tego, że regiony zachodnie nadal dynamicznie się rozwijają, moglibyśmy osiągnąć więcej, rozwijać się jeszcze szybciej, tworzyć jeszcze lepszą przestrzeń i dawać szansę do bogacenia się mieszkańców i przedsiębiorców.

Krajowy Plan Odbudowy powstał w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej we współpracy z resortami odpowiedzialnymi za poszczególne obszary. 26 lutego rozpoczęły się konsultacje społeczne projektu, a od kilku dni równolegle trwają również wysłuchania KPO. Zakończą się one 2 kwietnia, a do 30 kwietnia KPO trafi do Komisji Europejskiej, która będzie mieć dwa miesiące na jego zaakceptowanie. Dokument będzie podstawą do skorzystania z Funduszu Odbudowy, w ramach którego Polska otrzyma 58 mld zł w postaci dotacji i pożyczek.

Artyści wciąż w trudnej sytuacji finansowej. Wiele grup zawodowych w teatrach straciło ponad połowę swoich zarobków

70 proc. artystek i artystów teatralnych ocenia swoją sytuację zawodową jako złą, w tym ok. 30 proc. wskazuje, że jest bardzo zła. Mimo że aż 74 proc. pracuje online, zdecydowanej większości towarzyszy niepokój związany z pandemią. To wnioski z badania wykonanego na zlecenie Instytutu Teatralnego. Spadek zarobków deklarowali przedstawiciele każdej z badanych grup artystów, ale w niektórych przypadkach skala jest alarmująca. Przykładowo aktorzy scen muzycznych zadeklarowali spadek zarobków o 77 proc. w porównaniu do poziomu sprzed pandemii, ze średniej miesięcznej ok. 6836 brutto do zaledwie ok. 1553 zł brutto.

Kilka dni przed Międzynarodowym Dniem Teatru, który przypada 27 marca, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego opublikował raport z badania przeprowadzonego  przez Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS na temat sytuacji zawodowej i społeczno-ekonomicznej artystek i artystów teatru w dobie pandemii. Wyniki nie napawają optymizmem.

Sytuacja materialna artystek i artystów teatralnych w znacznym stopniu pogorszyła się przez pandemię: aż 92 proc. osób uznało, że ograniczenie działalności teatrów wpłynęło na poziom ich zarobków, a u 80 proc. osób zmieniła się sytuacja zawodowa, w zasadzie zawsze na gorsze. Tylko 26 proc. respondentów pracowało w takim samym wymiarze czasu jak przed zamrożeniem gospodarki.

Sytuacja zawodowa artystów była dość trudna już przez pandemią. Część z nich żyła na skraju ubóstwa. Od ponad roku po wybuchu pandemii dochody artystów, którzy w większości pracują na tzw. umowach śmieciowych, są bardzo niestabilne i niepewne. W większości przypadków, chociażby wśród artystów teatru, praca stała się po prostu niemożliwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Emilia Cholewicka, artystka, tancerka i doktorantka Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS.

Ponad 32 proc. respondentów przyznaje, że korzysta ze wsparcia finansowego ze strony bliskich. Podobny odsetek twierdzi, że nie ma żadnych oszczędności, tyle samo – że ma ich najwyżej na trzy miesiące. Tylko niespełna co czwarta osoba (24 proc.) ma oszczędności wystarczające na przeżycie dłużej niż trzy miesiące.

Choć w teatrach mogą się odbywać próby oraz praca na sali i po wejściu do większości teatrów wydaje się, że życie płynie normalnie, to nikt nie wychodzi na scenę. To ma ogromne znaczenie, bo umowy o dzieło, zlecenia i niestabilna praca dają znać o sobie w momencie, kiedy artysta nie może wykonać dzieła. Jeśli nie zagra przedstawienia, to wynagrodzenie nie zostaje mu wypłacone – tłumaczy Emilia Cholewicka.

Jak podkreśla, pomoc oferowana przez rząd w formie zapomogi dla artystów z resortu kultury to 1,8 tys. zł, czyli jest to kwota, za którą chociażby w Warszawie przeżycie jest praktycznie niemożliwe.

Część artystek i artystów teatralnych pracuje na etacie i wydawałoby się, że są chronieni przed utratą dochodów, ale system płac przewiduje bardzo małe wynagrodzenie podstawowe, a de facto zarabia się poprzez granie przedstawień. Kiedy nie wychodzi się na scenę, to pozostaje niewielkie wynagrodzenie. Tylko część teatrów, tak jak chociażby Opera Narodowa, która ma swoje stałe zespoły, zmieniły ten system płac i podstawa jest wyższa – mówi ekspertka Uniwersytetu SWPS.

74 proc. respondentów badania zadeklarowało, że podjęło się pracy artystycznej online. Wśród badanych grup zawodowych deklarację pracy artystycznej online złożyli wszyscy dramaturdzy i kierownicy literaccy, ale już tylko połowa scenografów. Emilia Cholewicka zwraca jednak uwagę, że w badaniu nie zostały uwzględnione osoby zajmujące się techniczną stroną przedstawień, ale ich również dotknęły obniżki dochodów.

W gronie artystów teatralnych aż 94 proc. ocenia, że ich zarobki znacznie spadły w stosunku do tego, jaka była ich sytuacja przed pandemią. 74 proc. z nich mówi o znacznie skróconym czasie pracy i wykonywania zawodu. Najbardziej dotkniętą grupą są artyści scen muzycznych, którzy utracili ok. 77 proc. zarobków. Scenografowie zadeklarowali spadek zarobków o 66 proc., reżyserzy teatralni – o 64 proc., a dramaturdzy o 61 proc..

Tylko 56 proc. uczestników badania zadeklarowało, że korzystało z różnych form wsparcia. 38 proc. sięgnęło po środki z MKiDN (38 proc.) oraz ogólnodostępnego wsparcia państwowego (tarcza antykryzysowa i świadczenia postojowe) – 33 proc.

– Mówimy tutaj zarówno o środkach z Funduszu Wsparcia Kultury, który miał na celu wsparcie konkretnych działań internetowych, ale również o systemie zapomóg, które nie są niczym nowym, bo od zawsze artysta nieposiadający pracy może aplikować o taką pomoc. Jest jednak pewien mankament – proces otrzymania takiej zapomogi trwa aż cztery miesiące – uściśla Emilia Cholewicka. – Kiedy jednak uniemożliwia się artyście wykonywanie jakiejkolwiek pracy, jest to suma, która nie pozwala na przeżycie.

Nieco mniej niż połowa artystek i artystów teatru nie korzystała z pomocy państwa czy z jakichkolwiek innych środków, np. z Unii Europejskiej. Trudności z uzyskaniem wsparcia najczęściej wynikały z braku informacji o możliwościach uzyskania pomocy (48 proc.) i z wyzwań administracyjnych (42 proc.). Ponad połowa badanych przyznała, że zabrakło im w programach rządowych pomocy finansowej, która pozwoliłaby im na przeżycie oraz na rozwój artystyczny.

Dr Leszek Borkowski: Najbardziej niepokojąca jest łatwość rozprzestrzeniania nowych mutacji wirusa. Problem mają również kraje z rewelacyjną służbą zdrowia

– Niepokoi nas łatwość, z jaką wirus przechodzi z jednej osoby na drugą, co jest efektem mutacji – mówi farmakolog, dr Leszek Borkowski. Brytyjska odmiana koronawirusa charakteryzuje się nie tylko większą zakażalnością, lecz także prowadzi do większej liczby hospitalizacji. A to z kolei jest powodem niewydolności służby zdrowia. Wczoraj resort zdrowia poinformował, że zajętych jest 75 proc. łóżek covidowych i respiratorów. Jak podkreśla rząd, to najtrudniejszy moment pandemii od 13 miesięcy. Problemy z wydolnością systemu mają także kraje, w których służba zdrowia jest oceniana dużo lepiej niż w Polsce.

Objawy COVID-19 teraz i rok temu są w sumie bardzo podobne. Na szczęście już umiemy je rozróżniać od grypy i chorób grypopodobnych. Natomiast niepokoi nas łatwość, z jaką ten wirus przechodzi z jednego człowieka na drugiego, czyli jego rozprzestrzenianie się. Jest to efekt mutacji i również pojawiają się pewne mutacje, które powodują, że w wyniku tego przeniesienia wirus jest bardziej zjadliwy, bardziej zaraźliwy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie. – Mówię tutaj o mutacji E484K, która powoduje, że wirus uodpornia się na blokowanie go przez przeciwciało znajdujące się w organizmie człowieka po kontakcie z białkiem wirusowym. Na szczęście nie jest to jeszcze bardzo powszechne, ale za to jest intensywnie obserwowane.

W czwartek Ministerstwo Zdrowia podało, że w ciągu ostatniej doby na COVID-19 zachorowało ponad 34 tys. osób, a zmarło 520. Specjaliści twierdzą, że jesteśmy w szczycie trzeciej fali koronawirusa i najtrudniejszym momencie od początku pandemii, dlatego od 27 marca rząd wprowadza dalsze obostrzenia: zamyka punkty usługowe, np. salony fryzjerskie i kosmetyczne, sklepy meblowe, żłobki i przedszkola, ogranicza liczbę osób w sklepach i kościołach.

Minister zdrowia Adam Niedzielski niedawno poinformował, że w Polsce mutacja brytyjska wypiera inne warianty wirusa. Jej udział w kolejnych badaniach genomu sięga już 80 proc. Jeszcze na początku marca było to 30 proc. Ta mutacja jest groźniejsza nie tylko z powodu wyższej zakaźności, ale i śmiertelności.

– Mutacja to jest błąd, jaki powstaje w przepisywaniu białka w czasie replikacji. Jeżeli takich mutacji mamy więcej, to mamy wariant, jeżeli ta zmiana się utrwala, to wtedy mamy nowy szczep wirusa. Na szczęście szczepu nie zarejestrowano, zarejestrowano kilka wariantów, mówię tutaj o wariancie brytyjskim, południowoafrykańskim, brazylijskim, szczególnie tym związanym z miastem Manaus, czy kalifornijskim – wylicza ekspert. – Limfocyty B, czyli limfocyty pamięci, uczą się, jak rozpoznawać białka wirusa w pewnym przedziale. Jeżeli białko wirusa zawiera fragment zmutowany, który wykracza poza tolerancję pamięci limfocytu B, to wtedy ochrona organizmu będzie zdecydowanie mniejsza. Cały czas mówimy o najgroźniejszym białku kolca, ono stanowi klucz do drzwi naszej komórki. Jeżeli mamy metodę zablokowania tego klucza, to wirus nie dostanie się do naszych komórek i nie zarazi nas.

Farmakolog podkreśla, że nie można przewidzieć, w jakim kierunku pójdą mutacje. Przypomina, że zarejestrowano już ponad 15 tys. mutacji, a z tej liczby naprawdę groźnych jest około pięciu. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaszczepienie jak największej liczby osób, tymczasem w Polsce zaszczepionych dwiema dawkami zostało niespełna 1,9 mln osób, a przynajmniej jedną dawkę (czyli do tej grupy wchodzą też zaszczepieni obiema dawkami) otrzymało ok. 3,5 mln Polaków. To nieco ponad 8 proc. społeczeństwa. Szczepionki chronią nie tylko przed konkretną formą wirusa, ale także przed innymi – poprzez ćwiczenie układu immunologicznego. W rezultacie nawet jeśli dojdzie do zachorowania, zakażona osoba przechodzi chorobę lżej i nie wymaga hospitalizacji czy respiratora.

– Zawsze na tysiąc zakażonych jest jakaś liczba osób, które wymagają hospitalizacji, a wśród nich jest zawsze jakiś ułamek procenta tych, którzy mają przebieg choroby bardzo ciężki i wymagają respiratora. Im więcej jest zachorowań, to tym więcej będzie hospitalizacji i potrzebnych miejsc z respiratorem – wyjaśnia dr n. farm. Leszek Borkowski.

Rząd przyznaje, że dochodzimy do granic wydolności służby zdrowia. Jesienią, w szczycie drugiej fali, obłożenie łóżek było rzędu 23 tys., teraz przekracza 27 tys. Zajętych jest ok. 75 proc. covidowych łóżek i respiratorów. Celem rządu jest zwiększenie bazy łóżek, ale większym problemem jest dostępność kadr medycznych. Najtrudniejsza sytuacja jest w województwach śląskim i mazowieckim.

– Ta niewydolność systemu opieki zdrowotnej dotyka nas, na szczęście, nie w tym samym czasie w całej Polsce, ale ona dotyka nas na różnych oddziałach SOR, w różnych szpitalach w kraju. Dzięki temu szpitale z sąsiednich województw mogą wspierać pracę swoich kolegów w tych województwach, które sobie nie dają rady. Proces ten jest typowy dla wszystkich krajów, w których jest pandemia, to nie jest tylko problem Polski, ale również tych krajów, które dotychczas mówiły, że mają rewelacyjną służbę zdrowia – podkreśla farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie.

Większa zakaźność nowej mutacji koronawirusa to jedna z przyczyn szybko rosnącej liczby chorych. Drugą, bardziej prozaiczną, jest nieprzestrzeganie zasad dystansu, higieny czy noszenia maseczek. Lekarz wolskiego szpitala podkreśla, że im dłużej utrzymują się restrykcje, tym trudniej społeczeństwu jest się do nich stosować, ale bez tego cały trud służby zdrowia idzie na marne.

– SARS-CoV-2 na pewno będzie wirusem endemicznym, który będzie żył razem z nami, ale niekoniecznie musi zakażać. Takie wirusy mają to do siebie, że pozostają długo w uśpieniu, nagle coś się dzieje i atakują ludzi bądź zwierzęta, bo ten problem dotyczy również zwierząt – konkluduje dr. n. farm. Leszek Borkowski. – Tu będzie podobnie. Nie da się usunąć całkowicie SARS-CoV-2 z naszego otoczenia, natomiast chodzi o to, żeby on był w stanie uśpionym. Poza tym będziemy coraz bardziej odporni, im więcej będziemy mieli czasu, tym lepiej będziemy mogli myśleć o nowych szczepionkach i lekach. Ludzkość przetrwała wiele pandemii i również z tą sobie poradzimy, tylko musimy być rozsądni.

Leczenie biologiczne może się stać dużo tańsze. Przełomowa technologia oczyszczania białek pozwoli obniżyć koszty produkcji przeciwciał

Niezwykle skuteczne w leczeniu przewlekłych chorób przeciwciała monoklonalne można produkować w dużo mniej kosztowny niż dotychczas sposób. Dzięki oczyszczaniu białek w procesie wytrącania będzie się dało radykalnie obniżyć koszt produkcji leków wykorzystywanych w programach terapii nieswoistych chorób zapalnych jelit, łuszczycy, reumatoidalnego zapalenia stawów czy nowotworów. Na razie wysoka cena sprawia, że dostęp do leczenia jest znacznie ograniczony. Przeciwciała monoklonalne są także rozpatrywane jako możliwa terapia choroby COVID-19.

– Osiem na dziesięć najlepiej sprzedających się leków należy do kategorii przeciwciał monoklonalnych – wskazuje Andrew Zydney, profesor inżynierii chemicznej na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. – Każdego roku osoby fizyczne i firmy ubezpieczeniowe wydają ponad 100 mld dol. na przeciwciała, a koszty leczenia jednego pacjenta często przekraczają 50 tys. dolarów. Nadal istnieje ogromne, niezaspokojone zapotrzebowanie na te produkty w leczeniu coraz większej liczby chorób.

W Polsce dostępnych jest pięć terapii biologicznych, stosowanych w programach lekowych choroby Leśniowskiego-Crohna. Leczenie jest jednak dostępne w przypadku osiągnięcia indukcji remisji tylko przez maksymalnie dwa lata, a nie dopóki utrzymana jest odpowiedź kliniczna. W rezultacie pacjent chcący zachować ciągłość leczenia musiałby samodzielnie finansować terapię. Roczny koszt w przypadku najtańszego leku to 15 tys. zł, a najdroższego – 200 tys. zł. Przeważająca część kosztów tych leków to drogi proces produkcyjny przeciwciał.

Nowy proces produkcyjny, oparty na oczyszczaniu białek, polega na dodawaniu chlorku cynku i glikolu polietylenowego do roztworu zawierającego przeciwciało. Umożliwia to bezproblemowe wypłukanie zanieczyszczeń.

– Wytrącać się oznacza „wydostawać się” z roztworu w postaci stałej – tłumaczy Andrew Zydney. – Na przykład sól się rozpuszcza, gdy włożymy ją do ciepłej wody. Ale jeśli włożymy dużo soli do zimnej wody, część tej soli pozostanie w postaci stałych kryształów. W ten sam sposób białka normalnie rozpuszczałyby się w roztworze, ale w pewnych warunkach można je znaleźć w postaci stałej.

Proces ten jest stosowany już od 70 lat przy preparowaniu osocza krwi. Nigdy wcześniej jednak nie był stosowany w odniesieniu do białek. Te otrzymywane były w bardzo kosztownym i dość powolnym procesie chromatografii.

– To, co robimy w naszej grupie badawczej, ma stosunkowo niewielką skalę – wskazuje naukowiec. – Jednak proces wytrącania może być łatwo skalowany, co potencjalnie umożliwi firmom biofarmaceutycznym produkcję tańszych przeciwciał dla pacjentów, którzy ich potrzebują.

Według The Business Research Company światowy rynek produkcji przeciwciał monoklonalnych wygenerował w 2020 roku przychody sięgające niemal 107 mld dol. W roku 2021 obroty wzrosną do niemal 114,5 mld dol.

Przeciwciała monoklonalne są także rozpatrywane jako możliwa terapia choroby COVID-19.

Biometria bezdotykowa w najbliższych latach zanotuje spektakularne wzrosty. W Polsce rozwijany jest m.in. system płatności za pomocą oka

W wyniku pandemii koronawirusa biometria bezdotykowa może zanotować spektakularne wzrosty. Rozwiązania opierające się na skanowaniu tęczówki oka, twarzy, rozpoznawaniu głosu czy np. chodu, są higieniczne i bezpieczne. Zwłaszcza technologia skanowania tęczówki, która umożliwia dokonywanie płatności bez żadnego kontaktu, jedynie za pośrednictwem spojrzenia, może się rozwinąć w dobie pandemii. Aplikację pozwalającą na płacenie okiem rozwija polski start-up.

– Od momentu, kiedy wybuchła pandemia, na całym świecie można zaobserwować zdecydowany, skokowy wzrost zainteresowania systemami biometrycznymi. Biometria nie tylko w pandemii zyskała na znaczeniu, dużo wcześniej była bardzo istotnym elementem rozwiązań, nie tylko technologicznych, ale w ogóle informacyjnych, przekazywania danych, identyfikacji ludzi na świecie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Barbara Mróz-Gorgoń, dyrektor ds. marketingu w PayEye.

Z raportu MarketsandMarkets wynika, że światowy rynek systemów uwierzytelnianych przez biometrię zanotuje w najbliższych latach wzrost z 36,6 mld dol. w 2020 roku do 68,6 mld dol. w roku 2025. Zdaniem analityków największy wpływ na kształtowanie popytu na kontaktowe systemy biometryczne miał wybuch pandemii COVID-19. Eksperci uważają, że po jej ustąpieniu zapotrzebowanie na kontaktowe systemy biometryczne prawdopodobnie drastycznie spadnie. Analogicznie oczekuje się, że bezkontaktowe systemy biometryczne, takie jak rozpoznawanie twarzy, tęczówki i rozpoznawanie głosu, w wyniku pandemii zanotują spektakularne wzrosty.

– Jeżeli obserwujemy trendy całego rynku, to klienci chcą, wręcz domagają się rozwiązań bardziej intuicyjnych, prostszych, bezpiecznych i higienicznych, czasem nawet nieświadomie. Natomiast wszelkie dyrektywy, cały system prawny, właściwie globalnie, również skłania nas ku temu, że biometria będzie warunkiem sine qua non, tą drugą na pewno, a nie wiadomo, czy kiedyś nie najważniejszą formą identyfikowania konsumentów – wskazuje ekspertka.

Jednym z rynków, na których zwłaszcza bezkontaktowa biometria jest pożądana w czasie pandemii koronawirusa, są finanse. Do zabezpieczania płatności jest obecnie wykorzystywanych już kilka technologii biometrycznych. Aplikacje płatnicze są wyposażone w algorytmy rozpoznawania twarzy, skanowania odcisków palców, a nawet biometrii behawioralnej. Polski start-up rozwija technologię płacenia za pomocą skanu tęczówki oka.

– Oczywiście od dawna znamy system, kiedy policja rozpoznawała sprawców poprzez odciski palców. Rozwiązanie PayEye opiera się na skanowaniu tęczówki oka. Biometria oparta na tym rozwiązaniu jest zdecydowanie bezpieczniejsza. W piramidzie biometrycznych rozwiązań jest druga zaraz po kodzie DNA, dlatego że ma ponad 250 unikatowych elementów, a odcisk palca tylko 40 – wylicza Barbara Mróz-Gorgoń.

Rozwiązanie oferowane przez polski start-up umożliwia autoryzację transakcji poprzez skanowanie tęczówki oka. Aby móc dokonać płatności w ten sposób, należy wypełnić formularz online i stworzyć osobisty wzorzec na bazie tęczówki oka oraz potwierdzić tożsamość. Samo płacenie sprowadza się już tylko do zeskanowania oka. Co ważne, PayEye podlega nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego, co świadczy o wiarygodności dostawcy aplikacji. Możliwość dokonywania płatności w sposób zupełnie bezdotykowy, niezwiązany z wymianą pieniędzy, wyciąganiem karty czy zbliżaniem telefonu lub zegarka do czytnika, zyskała znaczenie zwłaszcza w obliczu pandemii koronawirusa.

– Od dawna obserwujemy trend rosnący, natomiast pandemia zdecydowanie tutaj przyspiesza, szczególnie w kontekście naszego rozwiązania, które opiera się na skanowaniu oka, a zatem rozwiązania bezdotykowego, bardzo higienicznego i wysoce bezpiecznego – podkreśla Barbara Mróz-Gorgoń.

Kompostownik – wszystko, co powinieneś o nim wiedzieć

W dobie rosnących trendów ekologicznych coraz więcej osób rozumie potrzebę prowadzenia kompostownika. W ten sposób mogą oni samodzielnie przetwarzać odpady organiczne pochodzące z gospodarstwa domowego, na przykład obierki z warzyw czy cytrynę i fusy po herbacie. Efektem tej pracy jest uzyskanie próchnicy – wspaniałego, naturalnego nawozu pod warzywa, kwiaty czy też inne nasadzenia. Na jaki rodzaj kompostownika się zdecydować? Jaki rozmiar będzie idealny do potrzeb przeciętnego gospodarstwa domowego? Z jakiego materiału, drewna czy plastiku, lepiej wybrać pojemnik?

Jak wybrać rozmiar kompostownika?

Rozmiar kompostownika powinien być dopasowany do rozmiarów gospodarstwa domowego oraz jego bieżących potrzeb. Jeżeli produkujesz mało odpadów organicznych, które możesz utylizować we własnym zakresie, zdecyduj się na mniejszy pojemnik. Z kolei jeśli masz dużą rodzinę, a w Waszym śmietniku codziennie gromadzi się bardzo dużo herbacianych fusów, skórek z owoców i warzyw, skorupki po jajkach, możesz zdecydować się na większy pojemnik. Bardziej pojemny zbiornik to także rozwiązanie polecane w przypadku tych posesji, na których posadzone są maliny, porzeczki i większe krzewy czy duże drzewa – wówczas istnieje realne prawdopodobieństwo, że uzbiera się zdecydowanie więcej odpadów pochodzenia organicznego, które można przerobić na próchnicę. Duży kompostownik będzie również doskonałym rozwiązaniem dla posiadaczy okazałych ogrodów – można w nim składować ściętą trawę i chwasty, które po pewnym czasie dadzą żyzną glebę z substancjami organicznymi i solami mineralnymi, idealną do ponownego zastosowania.

Z jakiego materiału warto wybrać kompostownik?

Kompostownik może być wykonany z naturalnego drewna lub z tworzywa sztucznego. Pierwszy z nich na pewno lepiej wpisuje się w ogrodową, przydomową przestrzeń. Drewno nie jest jednak odporne na wilgoć, zatem procesy gnilne, w połączeniu z opadami deszczu i śniegu, mogą negatywnie wpłynąć na jego konstrukcję i wygląd. Decydując się na kompostownik wykonany z desek, należy pamiętać o okresowej konserwacji pojemnika przy użyciu farby lub oleju do drewna.

W sklepach ogólnobudowlanych i ogrodniczych, takich jak Castorama, bez problemu można nabyć również kompostowniki wykonane z tworzywa sztucznego. Ich zaletą jest większa wytrzymałość na warunki atmosferyczne. Polipropylen, z którego zazwyczaj są wykonane, świetnie radzi sobie zarówno z ostrym letnim słońcem, jak również deszczem czy mrozem. Niestraszny mu również śnieg. Na skutek ostrego słońca czy skrajnych temperatur może się jednak z czasem wypaczyć. Trudno go też zakonserwować – z biegiem lat najprawdopodobniej wyblaknie i wypłowieje. Jak więc widać wyraźnie, każdy z rodzajów kompostowników ma swoje plusy i minusy.

Kompostownik otwarty czy z klapą? Który z nich wybrać do swojego ogrodu?

Kompostownik otwarty ma tę zaletę, że łatwiej dokładać do niego kolejne chwasty i odpady organiczne. To najtańsze i bardzo proste w eksploatacji urządzenie. Niestety wiąże się z wolniejszymi procesami rozkładu. Może też prezentować się nieestetycznie – w przypadku małych ogródków. Z kolei kompostownik zamknięty może ograniczać wydostawanie się z pojemnika mało przyjemnych zapachów na cały ogród, a także cechuje się szybszym rozkładem materii organicznej na próchnicę. Domownicy i goście nie muszą też oglądać jego zawartości, gdyż jest dyskretnie zakryta. Niezależnie od tego, czy wybierzesz kompostownik otwarty, czy też z klapą, warto pojemnik przesypywać i stale przerabiać. Warto również spulchnić zawartość kompostownika raz na jakiś czas (co najmniej co trzy tygodnie) przy użyciu wideł. Wówczas dżdżownice i inne owady lepiej sobie z nimi poradzą i szybciej je przerobią. Nie będą też wtedy odbywać się procesy beztlenowe i nie będą pojawiać się chorobotwórcze grzyby czy pleśnie.

Gdzie postawić kompostownik?

Kompostownik nie jest elementem, który warto eksponować – zarówno z uwagi na widoki (na przykład żerujące na odpadkach larwy, wijące się dżdżownice czy ślimaki), jak również na odór. Właściciele ogrodów mogą przeznaczyć na niego skrajny róg posesji. Zapachy dochodzące z pojemnika, związane z gromadzeniem rozkładających się odpadków organicznych, ale także gniciem chwastów czy orzechów, mogą nie być najprzyjemniejsze dla domowników i gości przybywających do ogrodu na przykład na grilla. Dlatego też najlepiej wygospodarować na kompostownik miejsce jak najbardziej oddalone od domu, altany czy innych zabudowań służących relaksowi.

Zalety i wady kompostowania

Wśród oczywistych zalet kompostowania znajduje się nieinwazyjne pozbywanie się liści, kwiatów i odpadów z gospodarstwa domowego. Odpadki pochodzenia organicznego nie trafiają do plastikowych worków (jak to bywa często w przypadku mieszkańców bloków) i nie są przewożone na wysypisko, lecz dokonuje się ich wstępna selekcja bezpośrednio na posesji, na której zostały wytworzone. To służy lepszej segregacji i przeróbce odpadów. Wadą kompostowania może być jedynie nieprzyjemny zapach, wynikający z przebiegających procesów próchnicowych.

Warunki podyktowane pandemią uwypukliły wyzwania w zakresie ryzyk niefinansowych

O 17 p.p. wzrósł odsetek dyrektorów ds. ryzyka, którzy w najbliższych dwóch latach spodziewają się wzmożonych działań w obszarze zarządzania ryzykiem kredytowym.

Wśród trendów, które w ciągu najbliższych dwóch lat będą miały największy wpływ na funkcjonowanie instytucji finansowych, specjaliści zajmujący się zarządzaniem ryzykiem najczęściej wymieniają kwestie związane z obecną sytuacją gospodarczą i społeczną. 48 proc. z nich wskazuje na światowy kryzys finansowy, a 42 proc. na pandemię – wynika z 12. edycji badania „Global risk management survey. A moving target: Refocusing risk and resiliency amidst continued uncertainty” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.

12. edycja badania „Global risk management survey” firmy Deloitte to kolejny etap serii badań prezentujących stosowane w branży finansowej praktyki zarządzania ryzykiem i wyzwania, z którymi musi się ona mierzyć. Ankietę przeprowadzoną od marca do września 2020 r. wypełnili reprezentanci 57 instytucji finansowych na całym świecie, działających w różnych sektorach i posiadających łączne aktywa w wysokości 27,2 bln dolarów.

Pierwsze obawy dotyczące perspektyw ekonomicznych pojawiły się już na początku minionego roku, ale scenariusz przebiegu pandemii jest zaskoczeniem dla większości ekspertów i wciąż istotnie wpływa na postrzeganie ryzyka w sektorze finansowym.

Wynikające z pandemii ostre spowolnienie gospodarcze miało poważne konsekwencje dla zarządzania ryzykiem. Szczególnie w zakresie udzielania kredytów konsumentom i przedsiębiorstwom. Wiele banków zezwoliło na odroczenie płatności lub zaproponowało modyfikacje warunków kredytów, ale jednocześnie zaostrzyło kryteria udzielania nowych. Koronakryzys dodatkowo uwypuklił znaczenie ryzyk niefinansowych, na których w ostatnich latach skupiały się instytucje finansowe. – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

Rosnące ryzyko kredytowe w trudnych czasach

Obawy dotyczące ryzyka kredytowego zwykle osiągają najwyższy poziom w okresie spowolnienia gospodarczego, nie dziwi więc, że 20 proc. respondentów badania Deloitte określiło właśnie ryzyko kredytowe jako to, które będzie miało największy wpływ na ich instytucje w najbliższych dwóch latach. To wskazanie zdecydowanie dominuje nad innymi – kwestiami zrównoważonego rozwoju i klimatu oraz zagrożeniami regulacyjnymi (po 14 proc.), a także zagadnieniami z obszaru strategii (11 proc.) i cyberbezpieczeństwa (5 proc.).

W porównaniu do poprzedniej edycji badania widać, że kwestie dotyczące ryzyka kredytowego są obecnie o wiele bardziej istotne dla ankietowanych. W 2018 r. tylko 3 proc. pytanych wskazywało ryzyko kredytowe jako to, którego znaczenie wzrośnie najbardziej w kolejnych dwóch latach, teraz taką ocenę przedstawia co piąty badany – żadne inne ryzyko nie było w tym kontekście wskazywane częściej. A zatem pomiar ewentualnego ryzyka kredytowego będzie w najbliższej przyszłości kluczową kwestią dla 62 proc. przedstawicieli branży finansowej. – mówi Paweł Jagłowski, dyrektor, dział zarządzania ryzykiem, Deloitte.

Respondenci reprezentujący banki wskazują, iż z ich perspektywy obszarami zarządzania ryzykiem kredytowym, które w najbliższych latach spowodują największe trudności mogą być: wycena zabezpieczeń oraz kredyty komercyjne (po 48 proc.), nieruchomości komercyjne oraz kredyty niezabezpieczone (po 43 proc.) i pożyczki lewarowane (41 proc.).

Większy nacisk na ryzyko pozafinansowe

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez ekspertów Deloitte, przedstawiciele badanych instytucji uznali, że znaczący wpływ zarówno na osiągane wyniki biznesowe, ale także na reputację rynkową firmy mogą mieć różne rodzaje ryzyka niefinansowego.

Rozmowy z przedstawicielami polskich banków potwierdzają, że ryzyko kredytowe pomimo utrzymującej się na rynku niepewności i jest dobrze zarządzane i mierzone, bo to na nim skupiała się uwaga przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Znacznie więcej wyzwań będzie stanowić pomiar, zarządzanie i wyznaczenie apetytu na poszczególne niefinansowe rodzajeryzyka, takie jak prawne, ryzyko zgodności, ryzyko fraudów, ryzyko operacyjne, w tym bezpieczeństwa i niezawodność systemów, a także cyberbezpieczeństwo, ryzyko zewnętrzne oraz dotyczące czynników ESG. – ocenia Przemysław Szczygielski.

W tym zakresie pozytywnie efektywność działania swoich organizacji ocenia tylko dwie trzecie pytanych, podczas gdy w obszarze finansowym prawie wszyscy respondenci określili swoje firmy jako wyjątkowo lub bardzo skuteczne. Wskazania są jeszcze niższe, gdy przyjrzymy się ich poszczególnym rodzajom: zarządzanie i kultura korporacyjna (55 proc.), czynniki geopolityczne (42 proc.), jakość gromadzonych danych (26 proc.).

Według ekspertów Deloitte wiele instytucji ma jeszcze sporo do zrobienia, aby zwiększyć swoje możliwości i poprawić rezultaty osiągane w zakresie zarządzania ryzykiem niefinansowym. Tylko nie więcej niż jedna trzecia respondentów stwierdziła, że w ich instytucjach szczególnie lub bardzo dobrze rozwinięte są takie metody działania jak: analiza przyczyn zdarzeń (33 proc.), analizy scenariuszy (25 proc.), modelowanie ryzyka i kapitału (25 proc.), karty wyników (23 proc.) i wykorzystanie zewnętrznych informacji o zagrożeniach (21 proc.). Żaden z ankietowanych tak wysoko nie ocenił jednak swoich instytucji, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych zbiorów informacji. Są to np. dane nieustrukturyzowane, czyli niespełniające konkretnego standardu zapisu ani nie zorganizowane w określony z góry sposób. Ich charakter skutkuje często nieprawidłowościami i niejasnościami, co uniemożliwia ich efektywne wykorzystanie.

Cyberbezpieczeństwo i potencjał informatyczny

Wynikające z pandemii zmiany w sposobie wykonywania obowiązków zawodowych i powszechny zdalny model pracy spowodowały, że zagrożenie cyberatakami, z którym instytucje finansowe borykają się od lat, dodatkowo przybrało na sile. Dla jednej trzeciej ankietowanych niebezpieczeństwa informatyczne są na drugim miejscu wśród trzech ryzyk, które będą w najbliższym czasie zyskiwały na znaczeniu. Tylko 61 proc. respondentów uznało, że ich instytucje są wyjątkowo lub bardzo skuteczne w zarządzaniu tego rodzaju ryzykiem, a 87 proc. stwierdziło, że poprawa ich zdolności w tym zakresie będzie dla nich niezwykle lub bardzo ważna w ciągu najbliższych dwóch lat.

Respondenci najczęściej, bo w 67 proc. przypadków, uważali, że największym wyzwaniem w zwalczaniu cyberzagrożeń jest przewidywanie i wyprzedzanie ewoluujących potrzeb biznesowych – związanych ze sposobem pracy, otoczeniem biznesowym czy zachowaniem konsumentów. Co więcej, we wszystkich branżach widać wyraźnie silną konkurencję w pozyskiwaniu ekspertów w tej dziedzinie. 57 proc. ankietowanych wskazało na poważne trudności w wyszukiwaniu i zatrudnianiu wykwalifikowanych specjalistów. – zauważa Paweł Jagłowski.

W wynikach badania widać też wyraźny wzrost potencjału wykorzystania sztucznej inteligencji oraz technologii cyfrowych w celu obniżenia kosztów i zwiększenia efektywności zarządzania ryzykiem. Choć aż połowa respondentów dostrzega zasadność stosowania takich rozwiązań i wynikające z nich korzyści, większość instytucji jeszcze ich nie wdrożyła. Najczęściej stosowano przetwarzanie danych w chmurze (46 proc.), 29 proc. instytucji twierdzi, że korzysta ze zrobotyzowanej automatyzacji procesów (RPA), uczenie maszynowe wymienia 27 proc. pytanych, a analizę kognitywną 13 proc.

Istotne z punktu widzenia zarządzania wiedzą o potencjalnych zagrożeniach jest wykorzystanie nowych technologii do efektywnego oraz bezpiecznego gromadzenia i przetwarzania kompleksowych, wysokiej jakości, aktualnych danych dotyczących ryzyka.

Zyskują czynniki ESG

Tylko 44 proc. respondentów oceniło swoje instytucje jako wyjątkowo lub bardzo skuteczne w zarządzaniu ryzykiem wynikającym z relacji z osobami trzecimi, w tym zagrożeniami dotyczącymi prywatności danych, niewypełniania obowiązków, nieetycznego postępowania czy utraty ciągłości procesów biznesowych. Takie podejście skutkuje z kolei wskazaniem przez 64 proc. ankietowanych, że poprawa zarządzania ryzykiem ze strony stron trzecich będzie dla ich instytucji w nadchodzących dwóch latach niezwykle lub bardzo ważna.

Wraz z pogłębiającą się troską o zagrożenia klimatyczne i rosnącą wagą społecznej odpowiedzialności biznesu, na znaczeniu w strategiach instytucji finansowych zyskują też kwestie czynników ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność, ład korporacyjny). 38 proc. respondentów wskazało raportowanie pozafinansowe jako jeden z trzech rodzajów ryzyka, które będą miały największe znaczenie dla ich instytucji w ciągu najbliższych dwóch lat. Jednak tylko 33 proc. pytanych uznało, że ich instytucje są wyjątkowo lub bardzo skuteczne w zarządzaniu tymi zagrożeniami.

Instytucje finansowe powinny zachować czujność i aktywnie monitorować, w jaki sposób sytuacja pandemiczna wpływa zarówno na rozmiar, jak i charakter szeregu ryzyk finansowych i niefinansowych. Gwałtowne spowolnienie gospodarcze w połączeniu z nagłymi zmianami zachowań konsumentów i strategii biznesowych przedsiębiorstw oznaczają, że dotychczasowe modele działania oparte na danych sprzed kryzysu wywołanego przez COVID-19 nie będą już odpowiadać rzeczywistości postpandemicznej. – podsumowuje Przemysław Szczygielski.

O badaniu
Raport “Global risk management survey. A moving target: Refocusing risk and resiliency amidst continued uncertainty” przedstawia wyniki 12. edycja badania prowadzonego przez firmę doradczą Deloitte między marcem a wrześniem 2020 r. Zebrano w nim opinie dyrektorów ds. ryzyka lub ich odpowiedników z 57 instytucji finansowych z Ameryki Północnej, rejonu Azji i Pacyfiku oraz Europy, o aktywach wynoszących łącznie 27,2 bln dol.

Barometr Rynku Pracy XV: Ciągłe obawy a nowy optymizm

W obliczu nowej sytuacji gospodarczej 57% pracujących Polaków odczuło negatywny wpływ pandemii na swoją sytuację zawodową. Choć 34% z nich obawia się utraty pracy, 46,8% oczekuje wzrostu wynagrodzenia. Zamierza je zwiększyć 22,5% firm, a aż 74,6% chce utrzymać ich poziom. Kryzys gospodarczy jest odczuwalny przez ponad 40% przedsiębiorstw, wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Work Service.

„Barometr Rynku Pracy” pokazuje z jednej strony, w jakim stopniu Polacy odczuwają konse­kwencje pandemii i jak widzą swoją zawodową przyszłość, z drugiej – perspektywę firm, ich plany dotyczące zatrudnienia i rozwoju działalności.

– Wyniki badania pokazują rzeczywisty obraz polskiego rynku pracy po blisko roku walki z pandemią. Choć wciąż unikamy pesymistycznego scenariusza zapaści gospodarczej i znacznego wzrostu bezrobocia, firmy i zatrudnieni postrzegają sytuację jako trudną, a przede wszystkim wciąż niestabilną. Pracownicy odczuwają skutki spadku zatrudnienia i obniżenia wynagrodzeń, a znajdujące się w niełatwej sytuacji gospodarczej firmy nie mają spójnej strategii powrotu do normalności. Czynnik zdrowotny związany z COVID-19 wciąż wprowadza niepewność – komentuje dr hab. Jacek Męcina, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan.

Pandemia a sytuacja zawodowa Polaków

Negatywny wpływ pandemii na swoją sytuację zawodową odczuło 57% pracujących Polaków, wynika z Barometru Rynku Pracy przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Work Service w grudniu 2020 i styczniu 2021. Średnio jeden na trzech pracujących miał zmniejszone wynagrodzenie, jeden na pięciu został objęty bezpłatnym urlopem. 16% badanych straciło pracę, przy czym dwukrotnie częściej były to kobiety niż mężczyźni. Zmniejszenie wynagrodzenia dotyczyło zazwyczaj jednej osoby w rodzinie (73%), znacznie rzadziej większej liczby. Spośród wszystkich zatrudnionych najwięcej osób deklarowało obniżkę od 11% do 30% pensji, a jednemu procentowi badanych obniżono wynagrodzenie o ponad połowę.

Rekordowy wzrost obaw przed utratą pracy

34,6% pracujących Polaków obawia się utraty pracy w ciągu najbliższych dwóch lat. To dwukrotnie więcej niż lipcu 2020 roku. Spokojnych o zatrudnienie jest 43%, podczas gdy w lipcu 2020 roku było to blisko dwa razy więcej. Utraty zatrudnienia najbardziej obawiają się zatrudnieni na niepełnym etacie, najmniej zarabiający oraz pracujący w oparciu o umowę zlecenia lub o dzieło. Najbardziej niepewni przyszłości są pracownicy handlu.

– Przełom 2020 i 2021 roku był rewolucyjny dla rynku pracy. W pierwszej połowie ub. roku tylko jeden na dziesięciu zatrudnionych obawiał się utraty źródeł dochodów, a spokojnych o pracę było ponad 80%. Polacy zadziwiali pozytywnym postrzeganiem rynkowych realiów. Od tego czasu sytuacja diametralnie się zmieniła. Różnica między lękającymi się i spokojnymi o zawodową przyszłość wynosi zaledwie 10% – komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service.

Najwyższy od lat odsetek zamierzających zmienić pracę

Odsetek osób, które myślą o zmianie miejsca zatrudnienia jest najwyższy od 2014 roku, wynika z Barometru Rynku Pracy. Jeden na trzech pracujących Polaków zamierza zmienić pracę w ciągu najbliższego roku. Jednocześnie do 45,8% zmalał odsetek osób, które tego nie planują, a sześciokrotnie zwiększyła się liczba niezdecydowanych. Odsetek poszukujących zatrudnienia jest wyższy wśród osób obawiających się utraty pracy i stanowi 55,3% tej grupy. Jest znacznie wyższy niż latem i na początku 2020 roku.

Większość  badanych planuje szukać zatrudnienia na portalach pracy. Blisko połowa chce korzystać z dedykowanych aplikacji, mediów społecznościowych lub relacji ze znajomymi. W porównaniu z lutym 2020 roku wzrosła popularność urzędów pracy oraz agencji zatrudnienia.

Odwrócenie trendu? Wzrost otwartości na przekwalifikowanie się

Przekwalifikowanie się bierze pod uwagę ponad 65% osób rozważających zmianę pracy lub obawiających się zwolnienia. Odsetek osób zamierzających zmienić zawód jest obecnie znacznie wyższy niż we wcześniejszych falach badania. Chęć zmiany może wynikać z obecnego poczucia niepewności powodowanej ekonomicznymi i społecznymi konsekwencjami pandemii. Najczęściej zmianę zawodu biorą pod uwagę osoby pracujące w handlu, to aż 78,4% spośród obawiających się utraty pracy lub rozważających jej zmianę.

W oczekiwaniu na podwyżki

Blisko 47% zatrudnionych oczekuje wzrostu pensji w najbliższych miesiącach. Jednym z istotnych powodów tak wysokiego odsetka może być fakt, że wielu pracodawców obniżyło wynagrodzenia w 2020 roku.  Znacznie mniej osób, niż pół roku temu spodziewa się utrzymania poziomu wynagrodzenia w najbliższych miesiącach. Nieznacznie wzrósł odsetek osób oczekujących podwyżki, więcej osób liczy się z obniżeniem pensji.

Dwukrotny wzrost rozważających emigrację zarobkową

Wyjazd za granicę w celach zarobkowych w ciągu najbliższego roku rozważa blisko 18% badanych powyżej 18 roku życia, pracujących, bezrobotnych, uczących się, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. To blisko dwa razy więcej niż w lipcu 2020 roku. Zdecydowanych jest ponad 6%, podczas gdy pół roku wcześniej było to dwa razy mniej. Spadł odsetek Polaków niewykluczonych z rynku pracy, którzy nie planują wyjazdu za granicę z 87,3% w lipcu 2020 do 69,7% w grudniu ub. roku. Jednocześnie czterokrotnie wzrosła w tym okresie liczba niezdecydowanych. Podobnie jak w poprzednich latach, rozważający wyjazd najczęściej wskazywali Niemcy, Holandię i Wielką Brytanię.

Kryzysu gospodarczego nie odnotowuje 51,5 % przedsiębiorstw

Jak wynika z XV „Barometru Rynku Pracy”, kryzys gospodarczy jest odczuwalny przez ponad 40% firm, w szczególności małych. Pogorszenie sytuacji zaobserwowała w pierwszej kolejności branża handlowa i usługowa, w najmniejszym stopniu – sektor publiczny i produkcja.

– Podczas pandemii przedsiębiorcy skupili się na walce o efektywność przy jednoczesnej ochronie miejsc pracy, a decyzje o wstrzymaniu zatrudnień nie były dla nikogo zaskoczeniem. Ceną za ograniczenie zwolnień było obniżenie wymiaru czasu pracy i płacy oraz wprowadzenie bezpłatnych urlopów. Pomocne były też tarcze antykryzysowe. W rezultacie odsetek firm, które chcą utrzymać zatrudnienie i wysokość wynagrodzeń nadal pozostaje wysoki. Następujące po sobie odmrażania gospodarki i wprowadzanie obostrzeń wpływają jednak na niepewność przyszłości i tym samym znaczną ostrożność – komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service.

Utrzymanie poziomu zatrudnienia

Choć odsetek pracodawców planujących utrzymanie zatrudnienia zmalał o blisko 7% rok do roku, nadal pozostaje wysoki i na początku roku wyniósł 74,6%. Rekrutację pracowników, na którą nastawiają się głównie firmy średnie i duże, z sektora usług i przemysłu, planuje w ciągu następnego kwartału ponad 35% firm. Chcą w ten sposób uzupełnić niedobory kadrowe lub zwiększyć zatrudnienie. Redukcję planuje 4%, czyli tyle, ile w poprzednich latach.

Na zbliżonym poziomie rok do roku pozostaje liczba firm zamierzających zwiększyć liczbę pracowników (około 14%). Do 7,2% wzrósł odsetek przedsiębiorców, którzy nie są w stanie określić zakresu zmian. To najwyższy odsetek od początku realizacji „Barometru Rynku Pracy”, świadczący o niepewności firm w obecnej sytuacji gospodarczej.

A jednak rekrutacje!

Odsetek firm, które planują rekrutację w najbliższym kwartale znacząco wzrósł w porównaniu z poprzednimi latami i wynosi 69,5%, chce zatrudnić pracowników niższego szczebla. Pracowników średniego szczebla chce zatrudnić blisko 40% firm, o 11,5% mniej niż rok wcześniej. W ciągu ostatnich lat systematycznie rosło zapotrzebowanie na przedstawicieli kadry zarządzającej (obecnie 12,8%). Pracowników niższego szczebla najczęściej potrzebują duże firmy, przede wszystkim branży przemysłowej, usług i handlu, a średniego szczebla – sektor publiczny oraz branża handlowa.

– Mimo rosnącego bezrobocia nie zwiększa się dostępność pracowników o oczekiwanych kompetencjach. Odsetek przedsiębiorstw, które odczuwają bariery w prowadzeniu działalności wynikające z niedoboru pracowników w różnych branżach, rośnie w ostatnich miesiącach. Może to oznaczać – obserwowany w badaniach międzynarodowych, m.in. OECD – wzrost dynamiki oczekiwań kompetencyjnych pracodawców, związany ze zmianą treści pracy będącej wynikiem digitalizacji – komentuje dr hab. Łukasz Sienkiewicz, prof. Politechniki Gdańskiej, Prezes Zarządu Instytutu Analiz Rynku Pracy. Ekspert ds. rynku pracy Komisji Europejskiej. 

Pensje jednak w górę?

Pomimo niełatwej sytuacji gospodarczej aż 65,5% firm chce utrzymać poziom wynagrodzeń w ciągu najbliższego kwartału, a 22,5% zamierza je zwiększyć. Przy czym prawdopodobnie część z nich obniżyła pensje po wybuchu pandemii. O zmniejszeniu wynagrodzeń myśli zaledwie 1,6% przedsiębiorstw. Jedna firma na dziesięć nie wie, jakie podejmie decyzje dotyczące wynagrodzeń. Jest to najwyższy odsetek odnotowany w ramach wszystkich edycji „Barometru Rynku Pracy”. Zwiększenie wynagrodzeń planuje w pierwszej kolejności przemysł i handel, ich utrzymanie– usługi, sektor publiczny i handel.

Łatwiejsza rekrutacja pracowników, specjalistów jednak brak

68,6% firm nie odnotowało trudności w znalezieniu pracowników w ciągu ostatnich miesięcy. To blisko 20% więcej niż rok wcześniej. Z problemami w rekrutacji pracowników, zwłaszcza niższego szczebla, borykało się 28,2% firm. Łatwiejsze niż w latach poprzednich pozyskanie kadr można tłumaczyć aktualną sytuacją na rynku pracy, w tym wzrostem bezrobocia oraz niepewnością dotyczącą perspektyw opanowania pandemii. Zwiększona liczba rozważających zmianę pracy lub przebranżowienie może dodatkowo ułatwić firmom rekrutację. Najmniejszy problem z pozyskaniem pracowników ma handel, największy – przedsiębiorstwa przemysłowe i firmy działające w usługach.

Pełna wersja XV Barometru Rynku Pracy   https://www.workservice.com/pl/Centrum-prasowe/Raporty/Barometr-Rynku-Pracy/Barometr-Rynku-Pracy-Work-Service-XV-edycja

###

Metodologia badania – XV edycja badania Barometr Rynku Pracy została przeprowadzona przez ARC Rynek i Opinia sp. z o.o. na zlecenie Work Service. Zostało zrealizowane w dniach 21.12.2020-12.012021 metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) z przedstawicielami małych, dużych i średnich firm. Próbę 507 pracodawców dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po ok. 170 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Badanie pracowników zostało przeprowadzone w okresie 17 – 22.12.2020 roku metodą wywiadów online (CAWI) na panelu badawczym epanel.pl należącym do ARC Rynek i Opinia. Próba bazowa 524 pracowników odpowiada strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości miejscowości zamieszkania – dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. W pytaniach dotyczących emigracji zarobkowej próbę tę uzupełniono o bezrobotnych, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz uczących się – próba wraz z pracującymi – 708.

Spółki coraz odważniej zerkają na warszawski parkiet

Największy debiut w historii warszawskiej giełdy przetarł szlak dla kolejnych spółek szukających kapitału. Atrakcyjnych wycen można się spodziewać zwłaszcza w sektorze nowoczesnych technologii. To odzwierciedlenie światowych trendów.

Największy debiut giełdowy w historii Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW), czyli ubiegłoroczne IPO Allegro, przetarło giełdowy szlak dla innych spółek z sektora nowoczesnych technologii szukających kapitału. Paradoksalnie, inwestorzy giełdowi są skłonni płacić za tego typu aktywa więcej niż branżowi.

– Inwestorzy przez ostatnie lata utracili wiarę w giełdę – topniała liczba spółek dających istotne zwroty z kapitału i pokazujących perspektywy dynamicznego rozwoju. Odzwierciedleniem tego negatywnego sentymentu był fakt, że przez kilka lat z rzędu wartość spółek wycofywanych z giełdy była wyższa niż wartość debiutów giełdowych. W ubiegłym roku, wraz z jednym dużym IPO, ten trend się zmienił – mówi Bartłomiej Smolarek, Lider Zespołu ds. Fuzji i Przejęć, Partner EY Polska.

Debiuty i wycofania z giełdy (ilość i wartość w mln EUR w ostatnich trzech latach)

Debiuty i wycofania z giełdy
Źródło: Rocznik statystyczny GPW

– Optymizm co do perspektyw giełdy budzą pojawiający się kolejni inwestorzy finansowi, zmienia się też struktura branżowa giełdy. Kiedyś na GPW królowała branża surowcowa, potem banki, teraz powoli na czoło wysuwa się branża technologiczna, obejmująca e-commerce, imponująca jest również liczba i wycena firm gamingowych na warszawskim parkiecie. Spółki z szeroko pojętego sektora technologii to biznesy perspektywiczne, dające dobre stopy zwrotu. Kupno akcji technologicznych spółek giełdowych daje szansę przysłowiowemu Kowalskiemu na inwestycję w innowacje – mówi Magdalena Warpas, Associate Partner, EY Polska.

Kluczowe sektory spółek notowanych na GPW (stan na koniec 2019 r.)Kluczowe sektory spółek notowanych na GPW

Kluczowe sektory spółek notowanych na GPW 2
Źródło: Rocznik statystyczny GPW

Private equity pomoże

Zainteresowanie pozyskiwaniem kapitału z giełdy mogą wzmocnić inwestorzy z sektora private equity. Debiut giełdowy może łatwiej się wpisać w ich naturalny cykl wychodzenia z inwestycji niż pozyskiwanie inwestora strategicznego dla aktywów z portfolio funduszy, zwłaszcza w kontekście ograniczeń związanych z pandemią, która w wielu wypadkach zawęziła obszar pozyskiwania kapitału.

– Ten rok będzie może mniej spektakularny dla rynku pierwotnego. Niemniej jeśli odejmiemy efekt jednej, dużej transakcji z 2020 r., możemy spodziewać się w 2021 r. powtórzenia ubiegłorocznego wyniku. Ubiegły rok umocnił wyraźną od kilku lat zmianę trendu przejawiającego się w zmniejszeniu roli spółek przemysłowych i wzroście znaczenia podmiotów z sektora nowoczesnych technologii, gier czy medycyny. Inwestorzy finansowi przekonali się też, że giełda jest realną i atrakcyjną alternatywą wyjścia z inwestycji wobec próby pozyskania inwestora branżowego. To może stworzyć szansę na zbliżenie się do ubiegłorocznych rekordów w perspektywie kolejnych kilku lat – mówi Robert Klimacki, Partner w Dziale Audytu EY.

Rekordy na GPW w 2020 r.

Polska w ubiegłym roku odpowiadała za 1% światowego rynku IPO pod względem wartości i 0,6% pod względem liczby transakcji. Dla porównania, rok wcześniej było to odpowiednio 0,01% i 1%. Ubiegłoroczny wynik to zasługa oferty publicznej Allegro, największego IPO w historii Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Największy polski e-commerce był drugim co do wielkości debiutem giełdowym w Europie w 2020 r. i dziesiątym debiutem giełdowym na świecie pod względem wartości.

Największe debiuty giełdowe na świecie (wartość w mln USD)

Największe debiuty giełdowe na świecie
Źródło: Dealogic, EY

Ubiegły rok sprawił, że Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie znalazła się na światowej mapie rynków pierwotnych. W Europie była numerem pięć, w zaszczytnym gronie giełd tradycyjnie uznawanych jako centra kapitału.

– Liczymy, że pozytywny sentyment inwestorów i wzmożone zainteresowanie warszawskim parkietem będą kontynuowane w kolejnych latach, umożliwiając trwałe wejście GPW na mapę liczących się ośrodków giełdowych w Europie – mówi Bartłomiej Smolarek.

Największe giełdy w Europie pod kątem IPOs (mln EUR)

Największe giełdy w Europie pod kątem IPOs
Źródło: Global IPO Trends

Boom na debiuty giełdowe

Wzmożone zainteresowanie rynkiem kapitałowym w Polsce jest odzwierciedleniem trendu w Europie i na świecie. Po stosunkowo słabym 2019 r., ubiegły rok był okresem zwiększonej aktywności na rynku debiutów giełdowych na świecie, zwłaszcza w drugiej połowie roku. Z danych EY wynika, że w ubiegłym roku na światowych rynkach zadebiutowały 1363 podmioty, a wartość ofert publicznych wyniosła 268 mld USD. To wzrost odpowiednio o 19% i 29% rok do roku. Wartość ofert publicznych na świecie w 2020 r. była najwyższa od 2010 r.

Liczba i wartość IPO na świecie (mld USD)

Liczba i wartość IPO na świecie
Źródło: Global IPO Trends

– Liczne grono podmiotów przygotowujących się do debiutów giełdowych na światowych giełdach pozwala patrzeć optymistycznie na aktywność na globalnym rynku pierwotnym w pierwszej połowie 2021 r. Wspomagać ten trend będzie wysoka płynność i optymizm towarzyszący coraz większej dostępności szczepionki na koronawirusa. Uzgodnione warunki Brexitu również będą wspierały aktywność na rynku pierwotnym, dzięki zwiększonej przejrzystości zasad współpracy handlowej pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią – mówi Paul Go, EY Global IPO Leader.

Spółki technologiczne niezmiennie na szczycie listy

Zarówno pod względem liczby debiutów, jak również ich wartości, kolejny rok z rzędu na szczycie zestawienia znalazły się spółki technologiczne, czyli związane m.in. z segmentem komputerowym, elektronicznym, internetowym i oprogramowania, usług IT. W 2020 r. na świecie zadebiutowało ich 324, a wartość ofert publicznych wyniosła 89,08 mld USD. W minionym roku na drugą pozycję pod względem liczby debiutów awansowały spółki z sektora przemysłowego, ale pod względem wartości ofert drugie miejsce zajęły firmy z sektora ochrony zdrowia, które w minionym roku zdecydowanie zwiększyły wartość ofert w porównaniu z poprzednimi latami. Rozwój pandemii zwrócił uwagę inwestorów na ten sektor, a na giełdzie w drugim półroczu zadebiutowali między innymi europejscy producenci szczepionki na Covid-19: BioNTech SE i CureVac. W tym roku na giełdzie w Amsterdamie zadebiutował InPost, operator sieci paczkomatów założony przez Rafała Brzoskę.

Spółki technologiczne niezmiennie na szczycie listy

wartość ipo
Źródło: Global IPO Trends