Grupa Selena przejmuje francuskiego dystrybutora materiałów budowlanych – ACDIS France

Grupa Selena, globalny lider w zakresie chemii budowlanej finalizuje transakcję zakupu firmy ACDIS France – renomowanego dystrybutora materiałów budowlanych. Dzięki tej inwestycji Grupa Selena zyskuje dostęp do lokalnych, doświadczonych struktur handlowych i operacyjnych, wzmacniając tym samym swoja pozycję na rynku francuskim, który jest dla niej niezwykle ważny i niezmiennie stanowi jeden z kluczowych kierunków ekspansji firmy w Europie Zachodniej.

W ramach zawartej umowy Grupa Selena zamierza przejąć po spełnieniu ustalonych przez Strony warunków zawieszających 100% udziałów ACDIS France – francuskiej firmy dystrybucyjnej, która od 60 lat specjalizuje się w dostarczaniu wysokiej jakości materiałów dla budownictwa, zwłaszcza uszczelniaczy i klejów dla sektora stolarskiego i chłodniczego, sprzedawanych głównie pod marką ACO. Dystrybucja produktów oferowanych przez ACDIS France odbywa się głównie poprzez przedstawicieli handlowych firmy.

ACDIS France jest sprawdzonym partnerem biznesowym, cenionym przez lokalnych, profesjonalnych wykonawców za wyjątkowy poziom usług, dostępność produktów i wysokie standardy wsparcia technicznego.

– Wierzę, że w momencie finalizacji umowy profesjonaliści z ACDIS France wniosą do naszej organizacji doświadczenie i szeroką wiedzę na temat specyfiki lokalnego rynku, dzięki czemu będziemy mogli jak najlepiej odpowiadać na jego potrzeby, oferując na rynku francuskim nasze innowacyjne produkty z portfolio marki Tytan Professional® – mówi Walter Brattinga, Członek Zarządu ds. Handlowych Grupy Selena.

– Planowana integracja z Grupą Selena otwiera przed ACDIS France nowe perspektywy rozwoju, wzmacniając naszą ofertę produktową i usługową – podkreśla Pierre Pigaglio, były dyrektor generalny ACDIS France. – To duża szansa zarówno dla naszych klientów, jak i dla zespołu ACDIS France, który doskonale znają już wysokiej jakości rozwiązania oferowane przez Grupę Selena.

Główna siedziba spółki ACDIS France zlokalizowana jest w Tulonie, na południu Francji. Finał transakcji planowany jest w styczniu 2026.

Demografia największym wyzwaniem dla polskiego rynku pracy

Jednym z największych wyzwań dla przyszłego wzrostu i rozwoju polskiej gospodarki jest kwestia demografii – zwłaszcza dostępności rąk do pracy. Od 2013 roku Polska notuje spadki liczby osób w wieku produkcyjnym. Do tej pory udało się częściowo uzupełnić tę lukę przez dwa główne mechanizmy. Pierwszy to wzrost aktywności zawodowej Polaków – szczególnie tych bezrobotnych i biernych zawodowo, którym udało się zwiększyć udział w rynku pracy, pokrywając około połowy braków kadrowych. Drugi to napływ cudzoziemców, którzy od 2014 do 2025 roku masowo zaczęli zasilać polski rynek pracy. Liczba pracujących obcokrajowców w Polsce wzrosła z około 100 tysięcy do ponad 1,2 miliona. To był kluczowy czynnik, który pozwolił Polsce przetrwać pierwszą fazę depopulacji i utrzymać funkcjonowanie gospodarki na dotychczasowym poziomie. Niestety, prognozy demograficzne są alarmujące. Według symulacji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, aby w 2035 roku utrzymać obecny poziom zastępowalności pokoleń, konieczne byłoby przyjęcie na rynek pracy ponad 3 milionów nowych migrantów, którzy mieliby opłacać składki ZUS. To oznaczałoby trzykrotny wzrost w porównaniu do ostatnich dziesięciu lat – co wydaje się nierealne i niemożliwe do zrealizowania ze względów społecznych, instytucjonalnych i zasobowych. Nie ma społecznej zgody na tak szybki i masowy napływ cudzoziemców, a Ukraina czy Białoruś same borykają się z własnymi wyzwaniami demograficznymi.

– W związku z tym konieczne jest szersze podejście do problemu. Poza migracją, kluczowa jest jeszcze większa i skuteczniejsza aktywizacja Polaków – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Trzeba postawić na automatyzację, robotyzację i sztuczną inteligencję – aby zwiększać produktywność i ułatwiać pracę w sektorach, gdzie brakuje rąk. Równie ważne jest zaangażowanie ludzi, którzy mają potencjał do aktywizacji – osoby z niepełnosprawnościami, ludzie młodzi, którzy jeszcze nie weszli na rynek pracy, oraz osoby powyżej 50 roku życia – które są bierne zawodowo, mimo że często mogą i chciałyby pracować. Istotne jest powalczenie o tych Polaków, którzy wyemigrowali na zachód Europy. Oferty pracy w Polsce, choć coraz bardziej konkurencyjne – nadal nie dorównują wysokim stawkom lub atrakcyjności geograficznej krajów takich, jak Niemcy czy Skandynawia. Z tego powodu konieczne jest kompleksowe podejście, które obejmie nie tylko pozyskiwanie nowych pracowników z zagranicy – ale także zachęcanie Polaków mieszkających za granicą do powrotu oraz zwiększanie efektywności i atrakcyjności polskiego rynku pracy. Należy też pamiętać, że kraje takie, jak Ukraina czy Białoruś same zmagają się z własnymi wyzwaniami demograficznymi – więc poleganie wyłącznie na tych z „bliskiego otoczenia” nie wystarczy, by zapewnić stabilny rozwój gospodarki w dłuższej perspektywie – podsumowuje Andrzej Kubisiak.

Raport „Kobiety w finansach”: AI przyspiesza zmiany i pogłębia niepewność zawodową

Najnowsza edycja badania „Kobiety w finansach” pokazuje, że rozwój sztucznej inteligencji istotnie zmienia sposób pracy w sektorze i rodzi obawy o przyszłość zawodową kobiet. Z raportu wynika, że 60% pań pracujących w finansach dostrzega konieczność przekwalifikowania się i zdobywania nowych umiejętności, podczas gdy wśród mężczyzn taką potrzebę wskazuje 42%.

Sztuczna inteligencja z impetem weszła do biznesu i stanowi element codziennego funkcjonowania wielu branż. Liderzy coraz częściej powtarzają, że to ogromna szansa na niższe koszty i większą efektywność, ale wśród pracowników pojawiają się głosy niepewności i widmo zwolnień.

AI w finansach – więcej obaw niż entuzjazmu

Sztuczna inteligencja i automatyzacja procesów finansowych stają się jednym z największych wyzwań dla sektora. Jak pokazują wyniki raportu „Kobiety w finansach przygotowanego przez Antal i CFA Society Poland we współpracy z Bankiem BPH oraz Izbą Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA), aż 60% kobiet pracujących w finansach dostrzega konieczność przekwalifikowania się i zdobywania nowych umiejętności, podczas gdy wśród mężczyzn taką potrzebę wskazuje 42%. Mężczyźni z kolei częściej deklarują, że nie zauważają istotnych zmian związanych z automatyzacją
i AI – taką opinię wyraziło 27% z nich, podczas gdy wśród kobiet tylko 6%.

Podobnie więcej kobiet niż mężczyzn dostrzega ryzyko redukcji zatrudnienia na skutek automatyzacji rutynowych procesów (51% vs 43%) oraz zmniejszenia liczby stanowisk związane z rozwojem AI (36% vs 32%). Dodatkowo co trzecia respondentka (33%) obawia się, że algorytmy mogą utrwalać nierówności płci, podczas gdy podobne obawy wyraża zaledwie 8% mężczyzn.

Wpływ sztucznej inteligencji na rynek pracy w finansach jest nieunikniony. Dla kobiet, które przeważają w obszarach operacyjnych, administracyjnych i obsługi klienta – najbardziej podatnych na automatyzację – zmiany te oznaczają konieczność nabycia nowych kompetencji cyfrowych i strategicznych. Tymczasem mężczyźni, częściej zatrudnieni w działach technologicznych, są mniej narażeni na natychmiastowe skutki tych procesów. Zmiany mogą wystąpić w odleglejszej perspektywie czasu, nie wywołując jeszcze nadmiernego niepokoju, a raczej na tym etapie zaciekawieniemówi Monika Godzińska, Wiceprezeska Zarządu Banku BPH, Pion Finansów.

AI może pogłębiać nierówności, ale też je niwelować

Jednym z kluczowych wyzwań związanych z uprzedzeniami w sztucznej inteligencji są dane, które mogą być zniekształcone wskutek błędów w ich zbieraniu lub braku reprezentatywności. Takie dane prowadzą do nieprawidłowych rezultatów i utrwalania stereotypów, co szczególnie dotyka grupy marginalizowane. Aby skutecznie stawić czoła tym problemom, niezbędna jest współpraca na wszystkich szczeblach organizacji. Kluczowe jest wdrażanie algorytmów, które eliminują uprzedzenia i promują sprawiedliwość. Regularne audyty oraz monitoring systemów AI pomagają szybko identyfikować  i korygować wszelkie przejawy stronniczości.

Badania pokazują, że systemy oparte na AI często odzwierciedlają społeczne schematy związane z płcią –  na przykład narzędzia rozpoznawania twarzy częściej identyfikują mężczyzn jako domyślny punkt odniesienia, a kobiety są niedoreprezentowane. Jednocześnie taka stronniczość wynika zwykle z błędów systemowych, a nie z intencji – w przeciwieństwie do ludzkich uprzedzeń, które mogą być świadome i celowe. Dlatego dobrze zaprojektowane algorytmy mogą nie tylko unikać dyskryminacji, ale wręcz aktywnie niwelować nierówności –  podkreśla Artur Skiba, Prezes Antal.

Nowe kompetencje i etyka AI kluczowe dla przyszłości finansów

Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji rośnie znaczenie umiejętności miękkich i strategicznych. Zdaniem ekspertów w erze AI wzrasta rola kompetencji takich jak zarządzanie zmianą, etyka technologiczna czy myślenie krytyczne, które będą niezbędne dla liderek w branży finansowej.

Sztuczna inteligencja wchodzi w kluczowe procesy biznesowe, ale sukces firm w dużej mierze zależy od ludzi – ich świadomości, wiedzy i umiejętności współpracy z technologią. Dla kobiet może to być szansa na wzmocnienie pozycji w branży, jeśli zostaną odpowiednio przygotowane do pełnienia nowych ról – komentuje Małgorzata Rusewicz, prezes IZFiA.

Przyszłość finansów to współpraca ludzi i technologii

Sztuczna inteligencja  jest narzędziem wywołującym obawy o własne miejsce pracy. Wzmacnia je fakt, że dla przedstawicieli zarządów AI coraz częściej jest symbolem niższych kosztów i większej produktywności. Ten rozdźwięk u pracowników, otwartość na AI, ale i strach przed utratą własnej sprawczości, definiuje dzisiejszą rolę lidera. Przed instytucjami finansowymi stoi dziś wyzwanie nie tylko technologiczne, ale i społeczne – stworzenie środowiska pracy, które pozwoli wszystkim pracownikom rozwijać się w nowej rzeczywistości zawodowej.

Potrzebujemy równych szans w adaptacji do ery sztucznej inteligencji. Kobiety w finansach już dziś wykazują większą gotowość niż mężczyźni do nauki i zdobywania nowych kompetencji. Rolą organizacji jest wykorzystanie tej energii i zapewnienie im wsparcia w procesie zmian. Istotna jest teraz rola lidera. Umiejętność tłumaczenia, jak technologia wspiera, a nie odbiera sens pracy, staje się dziś równie ważna, jak znajomość procesów. Lider, który łączy innowacje z empatią, ma szansę nie tylko uspokoić nastroje, ale też zmotywować ludzi, by stali się aktywnymi uczestnikami zmian, a nie ich biernymi obserwatorami – podsumowuje Magda Oleksiuk, FCCA, Managing Director, CFA Society Poland,

Gospodarki wschodzące wyprzedzają świat w adopcji generatywnej sztucznej inteligencji

  • Gospodarki wschodzące, takie jak Indie, Brazylia, Meksyk i Republika Południowej Afryki wyprzedzają świat w korzystaniu z generatywnej sztucznej inteligencji. Największą aktywność, zaufanie i otwartość wobec AI wykazują osoby młode.
  • Istnieją też znaczące różnice pokoleniowe: osoby poniżej 35. roku życia znacznie częściej korzystają z AI i jej ufają, podczas gdy starsze grupy wiekowe pozostają bardziej sceptyczne lub niepewne.
  • Wysoki wskaźnik czasu przed ekranem w celach rekreacyjnych, szczególnie wśród młodzieży w gospodarkach wschodzących wiąże się ze spadkiem samopoczucia, co pokazuje, jak ważne jest zachowanie równowagi między technologią a cyfrowym dobrostanem (digital wellbeing).

Generatywna sztuczna inteligencja w krótkim czasie przeszła drogę od technologicznej ciekawostki do narzędzia, które coraz częściej towarzyszy nam na co dzień. Same statystyki jej wykorzystania nie oddają jednak pełnego obrazu zmian, jakie zachodzą. Cisco, globalny lider w obszarze sieci i cyberbezpieczeństwa wspólnie z Organizacją Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w ramach inicjatywy Digital Well-being Hub zbadało jak technologie cyfrowe wpływają na ludzi, jakie niosą korzyści i jakie rodzą wyzwania.

Najnowsze globalne dane pokazują, że pomimo entuzjazmu młodego pokolenia wobec nowej technologii, jej odbiór jest znacznie bardziej złożony.

Sama adopcja to za mało, by zrozumieć realny wpływ AI

Z badań wynika, że młodzi dorośli na całym świecie intensywnie korzystają z treści cyfrowych. Osoby poniżej 35. roku życia przodują w używaniu mediów społecznościowych, urządzeń online oraz narzędzi generatywnej AI. Na tle globalnym wyróżniają się jednak użytkownicy z gospodarek wschodzących, zwłaszcza z Indii, Brazylii, Meksyku i RPA. To oni najczęściej korzystają z AI, mają najwyższy poziom zaufania do technologii i szkolą się z jej zakresu. Z kolei respondenci z Europy deklarują większą ostrożność i niepewność wobec korzystania z AI. Jest to odwrócenie wcześniejszych trendów, w których to ekonomie rozwinięte zwykle szybciej wdrażały nowe technologie.

Jednocześnie to właśnie Indie, Brazylia, Meksyk i RPA odnotowują najdłuższy czas spędzany przed ekranem w celach rozrywkowych, większe uzależnienie od relacji budowanych wyłącznie online oraz bardziej gwałtowne wahania emocjonalne związane z korzystaniem z technologii. Na poziomie globalnym widać również, że spędzanie ponad pięciu godzin dziennie przed ekranem w celach rozrywkowych wiąże się z niższym poczuciem dobrostanu i mniejszą satysfakcją z życia. Choć to jedynie korelacja, która nie musi świadczyć o bezpośredniej przyczynie, jedno pozostaje oczywiste: rozwój technologii musi iść w parze z troską o zdrowie cyfrowe.

„Wzmacnianie gospodarek wschodzących poprzez rozwój kompetencji związanych ze sztuczną inteligencją to coś znacznie więcej niż kwestia technologii, to przede wszystkim otwieranie ludziom możliwości świadomego kształtowania własnej przyszłości. W świecie, w którym AI szybko staje się elementem codziennego życia i pracy musimy zadbać, aby technologia powstawała w sposób odpowiedzialny, z poszanowaniem zasad przejrzystości, równego traktowania i prywatności. Jej prawdziwy potencjał ujawnia się wtedy, gdy realnie wspiera dobrostan, usprawniając zadania, ułatwiając współpracę i tworząc przestrzeń do rozwoju oraz nauki. Gdy technologia i ludzie idą w parze, powstają fundamenty odpornych, zdrowych i dobrze prosperujących społeczności na całym świecie” podkreśla Guy Diedrich, starszy wiceprezes i Global Innovation Officer w Cisco.

Od „generative AI” do „generation AI”

Różnice pokoleniowe są równie wyraźne jak te geograficzne. Młodym dorosłym znacznie częściej towarzyszy przekonanie, że ich kontakty społeczne przeniosły się do sfery online, a narzędzia AI są użyteczne i wartościowe. Ponad połowa osób poniżej 35. roku życia aktywnie korzysta z AI, ponad 75% uważa ją za przydatną, a prawie połowa badanych w wieku 26–35 lat ukończyła już jakieś szkolenia w tym obszarze.

Dla kontrastu, wśród osób powyżej 45. roku życia więcej niż połowa w ogóle nie używa AI, a narzędzia te postrzegane są jako mniej przydatne. W grupie 55+ dominują odpowiedzi „nie wiem”, co wskazuje, że brak zaufania wynika częściej z niewiedzy. Różnice te znajdują odzwierciedlenie także w postrzeganiu wpływu AI na rynek pracy. Młodsze pokolenia oraz mieszkańcy gospodarek wschodzących spodziewają się największych zmian.

„Różnice pokoleniowe w korzystaniu z technologii nie są nieuchronne. To wyzwanie, któremu możemy wspólnie stawić czoła poprzez edukację i podnoszenie kompetencji cyfrowych w każdym wieku” mówi Guy Diedrich. „W Cisco już 26 tys. pracowników ukończyło szkolenia z AI, a jako członek i założyciel AI Workforce Consortium współtworzymy rozwiązania, które przygotowują rynek pracy na transformację wywołaną przez sztuczną inteligencję. Wskaźnikiem sukcesu AI nie powinna być liczba użytkowników, lecz to, czy pomaga ona ludziom. Niezależnie od wieku, umiejętności i miejsca zamieszkania”.

O badaniu

Analiza została przeprowadzona na podstawie danych z 14 krajów (Australii, Brazylii, Kanady, Francji, Niemiec, Indii, Włoch, Japonii, Korei Południowej, Meksyku, Niderlandów, Republiki Południowej Afryki, Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych), zebranych na początku 2025 roku przez wyspecjalizowaną agencję badawczą we współpracy z Cisco. Proces zbierania danych był zgodny z najlepszymi praktykami OECD, co gwarantuje ich wiarygodność, porównywalność oraz reprezentatywność na poziomie krajowym.

W ramach badania uzyskano statystycznie istotne odpowiedzi od 14 611 osób, obejmujące szerokie spektrum kontekstów społeczno-ekonomicznych i kulturowych w każdym z państw. W większości krajów próba liczyła nieco ponad 1 000 respondentów, natomiast w Indiach – 1 500. Wszyscy uczestnicy wypełnili pełną ankietę Digital Well-being Poll, składającą się z 20 pytań oraz zestawu pytań demograficznych i profilowych.

Sprzedaż aut w Chinach spadła w listopadzie o 8,5%

Sprzedaż samochodów osobowych w Chinach spadła w listopadzie o 8,5% rok do roku, osiągając poziom 2,24 mln pojazdów. To drugi z rzędu miesiąc spadków, co – jak wskazują analitycy – odzwierciedla wygasanie wcześniejszych programów dopłat oraz ostrożniejszą postawę konsumentów, którzy wiele zakupów dokonali już wcześniej w tym roku. Dane pokazują wyraźne ochłodzenie popytu na największym rynku motoryzacyjnym świata.

Według China Passenger Car Association (CPCA), listopadowy wynik pogorszył się po symbolicznym, 0,8-procentowym spadku sprzedaży w październiku. Sytuacja zbiegła się w czasie z wycofywaniem przez prowincje programów dopłat do wymiany pojazdów oraz zbliżającym się końcem zwolnienia z podatku od zakupu samochodów elektrycznych i hybrydowych. Preferencje podatkowe wygasną 31 grudnia, co dodatkowo wpływa na decyzje zakupowe konsumentów.

„Korekty programów dopłat w większości chińskich prowincji wzmocniły wyczekującą postawę konsumentów, co znacząco odbiło się na listopadowej sprzedaży” – poinformowało CPCA w najnowszym raporcie.

Trump Jr.: Ukraina „bardziej skorumpowana niż Rosja”, a pomoc USA niepewna

Donald Trump Jr. podczas Forum w Dosze zasugerował, że administracja jego ojca może ograniczyć dalsze wsparcie dla Ukrainy, jeśli rozmowy pokojowe z Rosją pozostaną w impasie. W trakcie wystąpienia Trump Jr. skrytykował prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i kwestionował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej oraz finansowej. Zapytany wprost, czy Donald Trump mógłby zrezygnować z dalszego wspierania Kijowa, odpowiedział, że „to możliwe”. Jak podkreślił, nieprzewidywalność jego ojca ma być elementem szerszej strategii negocjacyjnej, mającej – jego zdaniem – skłaniać strony do większej ostrożności i bardziej „uczciwego intelektualnie” podejścia do rozmów pokojowych.

Trump Jr. formułował również ostre zarzuty pod adresem władz Ukrainy, sugerując, że kraj ten jest „bardziej skorumpowany niż Rosja”. Według niego Zełenski miał wykorzystywać realia wojny do wzmocnienia własnej pozycji politycznej, korzystając z międzynarodowego wsparcia oraz pozytywnego wizerunku na Zachodzie.

Podczas wystąpienia Trump Jr. przytoczył także anegdotę z Monako, twierdząc, że na ulicach widział wiele luksusowych samochodów na ukraińskich tablicach rejestracyjnych. Sugerował, że ich właściciele mogli opuścić kraj w trakcie wojny, podczas gdy ciężar walki ponoszą głównie najbiedniejsze warstwy społeczeństwa.

Trump przygląda się fuzji Netflixa z Warner Bros. Discovery

Donald Trump zapowiedział w niedzielę, że planowane przejęcie części Warner Bros. Discovery przez Netflix za 82,7 mld dolarów „może stanowić problem” ze względu na skalę koncentracji rynku. Prezydent USA podkreślił, że zamierza osobiście zaangażować się w proces decyzyjny dotyczący jednej z największych fuzji w historii branży medialnej. Jego wypowiedź wpisuje się w narastającą debatę w Waszyngtonie na temat wpływu konsolidacji na konkurencję w sektorze streamingu i produkcji filmowo-telewizyjnej.

W piątek, 5 grudnia, Netflix poinformował o zawarciu porozumienia dotyczącego przejęcia studiów filmowych i telewizyjnych Warner Bros. oraz platform HBO i HBO Max. Transakcja nie obejmuje tradycyjnych kanałów telewizyjnych, takich jak polski TVN czy amerykańska CNN, które pozostaną poza strukturą przejmowanych aktywów. Ustalona wartość oferty wynosi 27,75 dolara za akcję Warner Bros. Discovery – 23,25 dolara ma zostać wypłacone w gotówce, a pozostałe 4,50 dolara w akcjach Netflixa. Według informacji branżowych propozycja Netflixa była o około 4 dolary za akcję wyższa od konkurencyjnej oferty konsorcjum Paramount–Skydance, co przesądziło o dalszym kierunku negocjacji.

Rząd chce ograniczyć szarą strefę najmu krótkoterminowego

Od maja przyszłego roku wszyscy właściciele mieszkań i domów wynajmowanych krótkoterminowo będą zobowiązani do zarejestrowania swoich obiektów w centralnej bazie danych. Informację tę przekazał wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Za brak wpisu do rejestru ma grozić administracyjna kara pieniężna w wysokości do 50 tys. zł.

Nowe obowiązki wynikają z rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1028 dotyczącego gromadzenia i udostępniania danych o usługach najmu krótkoterminowego. Jak zapowiedział Raś, celem regulacji jest uporządkowanie rynku oraz ograniczenie skali nieformalnego wynajmu. W ocenie wiceministra wprowadzenie rejestru może spowodować, że część właścicieli zrezygnuje z najmu dobowego na rzecz najmu długoterminowego lub sprzedaży nieruchomości.

Ministerstwo Sportu i Turystyki szacuje, że szara strefa stanowi obecnie około 30–35 proc. rynku najmu krótkoterminowego w Polsce. Centralna baza danych ma zwiększyć przejrzystość i umożliwić skuteczniejszą kontrolę tego segmentu rynku. Każdy właściciel będzie zobowiązany do uzyskania indywidualnego numeru rejestracyjnego i przekazania go platformom pośredniczącym, takim jak Booking czy Airbnb.

Zgodnie z zapowiedziami resortu platformy rezerwacyjne nie będą mogły publikować ofert obiektów, które nie posiadają numeru rejestracyjnego. Wiceminister Ireneusz Raś podkreślił, że rozwiązanie to ma zwiększyć bezpieczeństwo najemców oraz ujednolicić zasady funkcjonowania rynku. Dane gromadzone w rejestrze mają być również wykorzystywane przez samorządy oraz administrację skarbową.

Resort planuje także kolejne zmiany w przyszłości. Od 1 stycznia 2029 roku samorządy mają zyskać możliwość wyznaczania stref, w których wynajem krótkoterminowy będzie zakazany. Zdaniem wiceministra decyzja o wprowadzaniu takich ograniczeń może jednak zostać odłożona, ponieważ już sam obowiązek rejestracji powinien doprowadzić do zmniejszenia liczby lokali wynajmowanych na doby.

Projektowane rozwiązania są wzorowane na przepisach funkcjonujących m.in. w Hiszpanii. W maju 2025 roku tamtejsze władze nakazały zablokowanie około 65 tys. ofert najmu krótkoterminowego ze względu na brak numerów licencji lub rejestracji. W Polsce platformy rezerwacyjne mają być dodatkowo zobowiązane do przekazywania gminom informacji o liczbie rezerwacji i gości, co ma ułatwić pobór opłat turystycznych oraz ograniczyć unikanie opodatkowania.

Produkcja przemysłowa w Niemczech wzrosła w październiku o 1,8 proc. m/m, powyżej prognoz

Produkcja przemysłowa w Niemczech wzrosła w październiku o 1,8 proc. m/m, wynika z danych opublikowanych przez federalny urząd statystyczny Destatis. Odczyt wyraźnie przebił oczekiwania analityków, którzy prognozowali wzrost na poziomie 0,4 proc. m/m. Był to jednocześnie pierwszy przypadek od początku 2024 roku, gdy niemiecki przemysł zanotował wzrost przez dwa kolejne miesiące m/m.

Październikowy wynik nastąpił po zrewidowanym w dół wzroście o 1,1 proc. m/m we wrześniu. Dane te stanowią rzadki pozytywny sygnał dla największej gospodarki Europy, która od dłuższego czasu zmaga się z głębokim spowolnieniem. Przedstawiciele niemieckiego przemysłu określali je w ostatnich miesiącach jako najpoważniejszy kryzys od zakończenia II wojny światowej.

Według Destatis poprawa w październiku była napędzana przede wszystkim przez sektor budowlany, elektronikę oraz produkcję maszyn. To właśnie te branże w największym stopniu przyczyniły się do miesięcznego wzrostu produkcji przemysłowej. Ekonomiści zwracają uwagę, że skala odbicia w tych obszarach może sugerować zbliżanie się sektora do punktu stabilizacji po długim okresie spadków.

Jednocześnie dane długoterminowe pozostają mniej optymistyczne. W ujęciu trzymiesięcznym, obejmującym okres od sierpnia do października, produkcja przemysłowa była o 1,5 proc. niższa niż w poprzednich trzech miesiącach. W zestawieniu rok do roku (r/r) wzrost produkcji w październiku 2025 r. wyniósł jedynie 0,8 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem 2024 roku.

Opublikowane dane wpisują się jednak w szerszy obraz stopniowej stabilizacji niemieckiego przemysłu. W piątek Destatis poinformował, że po uwzględnieniu czynników sezonowych zamówienia przemysłowe wzrosły w październiku o 1,5 proc. m/m. W połączeniu z danymi o produkcji może to wskazywać na poprawę nastrojów w sektorze wytwórczym, choć ekonomiści podkreślają, że o trwałym odwróceniu trendu będzie można mówić dopiero po kolejnych podobnych odczytach.

UODO interweniuje ws. prywatnego monitoringu. Naruszenie przepisów RODO

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski nakazał właścicielowi prywatnego monitoringu zaprzestanie przetwarzania danych osobowych w terminie 7 dni od doręczenia decyzji. Sprawa dotyczyła instalacji monitoringu wizyjnego, który obejmował nie tylko prywatną posesję właściciela, lecz także drogę publiczną oraz sąsiednie nieruchomości. Zdaniem organu takie działania odbywały się bez podstawy prawnej i naruszały przepisy RODO. Postępowanie zostało wszczęte w wyniku skarg złożonych przez mieszkańców sąsiednich posesji.

Skarżący wskazali, że na posesji zamontowano kilkanaście kamer rejestrujących zarówno obraz, jak i dźwięk przez całą dobę. Monitoring obejmował przestrzeń publiczną oraz tereny należące do sąsiadów, a dane były zbierane bez ich zgody. Mieszkańcy podnosili, że stała obserwacja powodowała poczucie nękania oraz naruszenia prywatności. Wskazano również, że jedna z kamer miała obiektyw skierowany bezpośrednio na okno toalety w sąsiednim budynku.

Prezes UODO dwukrotnie wzywał właściciela monitoringu do złożenia wyjaśnień, jednak korespondencja nie została przez niego odebrana. Brak reakcji nie wstrzymał jednak dalszego postępowania administracyjnego. Organ oparł się na dokumentacji złożonej przez skarżących oraz na własnych ustaleniach, uznając przedstawione zarzuty za udowodnione. UODO przypomniał, że w tego typu sprawach dowodami mogą być m.in. zeznania świadków oraz oględziny miejsca.

W ocenie Prezesa UODO w sprawie nie mógł zostać zastosowany tzw. wyjątek domowy, o którym mowa w art. 2 ust. 2 lit. c RODO. Dotyczy on wyłącznie sytuacji, w których monitoring ogranicza się do terenu prywatnej nieruchomości i nie wykracza poza sferę osobistą osoby fizycznej. Organ powołał się na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE z 2014 roku w sprawie František Ryneš, które jednoznacznie wskazuje, że monitoring obejmujący choćby częściowo przestrzeń publiczną podlega przepisom o ochronie danych osobowych.

Na podstawie art. 58 ust. 2 lit. c RODO Prezes UODO nakazał zaprzestanie przetwarzania danych osobowych w postaci wizerunku i głosu osób skarżących. Decyzja obejmuje monitoring skierowany na drogę publiczną oraz sąsiednie nieruchomości. Organ wskazał, że wykonanie decyzji powinno polegać na demontażu kamer lub ich trwałym przestawieniu wyłącznie na teren własnej posesji. Tylko takie działania pozwolą na wyeliminowanie dalszych naruszeń przepisów.

W decyzji odniesiono się także do wykorzystywania nagrań z monitoringu do inicjowania postępowań w sprawach o wykroczenia. Prezes UODO podkreślił, że zapewnienie porządku publicznego należy do kompetencji organów państwowych. Zadanie to nie może być realizowane przez osoby prywatne przy użyciu własnych systemów monitoringu wizyjnego. Organ zaznaczył, że właściciel nieruchomości nie jest uprawniony do zastępowania w tej roli instytucji publicznych.

Polski retail stawia na parki handlowe. Trend się umacnia

Parki handlowe zyskują na polskim rynku retail. Niższe koszty budowy i eksploatacji oraz elastyczność w dostosowywaniu konceptu do potrzeb rynku przyciągają coraz więcej kapitału. Eksperci przestrzegają jednak: czas łatwych zysków się kończy, z kolei sukces nowych projektów wymaga długofalowej strategii i dokładnej analizy nasycenia rynku.

Parki handlowe zyskują na znaczeniu na polskim rynku nieruchomości komercyjnych, odbierając klientów tradycyjnym galeriom handlowym. Wprawdzie galerie handlowe wciąż zajmują czterokrotnie większą powierzchnię handlową w Polsce niż parki handlowe, to patrząc na nowe inwestycje, parki stają się coraz popularniejsze. Według raportu Polskiej Rady Centrów Handlowych, w pierwszym półroczu 2025 roku do użytku oddano 133 tys. mkw. nowej powierzchni, z czego aż 83,4 proc. stanowiły parki handlowe. Ponad połowę nowej powierzchni (61 proc.) zrealizowano w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. Wśród inwestycji z tego roku znalazły się M Park Mrągowo (dla LCP Properties jest to ich największy park handlowy w Polsce) czy park handlowy Łabędzka w Gliwicach (powstał w wyniku przebudowy dawnego centrum handlowego z Tesco). A od roku działa San Park Piaseczno, największy park handlowy w województwie mazowieckim.

Dla wielu konsumentów w Polsce, parki, czyli otwarte kompleksy z bezpośrednim dostępem do sklepów, darmowymi parkingami i wygodną lokalizacją przy głównych arteriach komunikacyjnych, są preferowanym miejscem zakupów. Zalety te dostrzegli również inwestorzy, którzy coraz chętniej lokują w nie kapitał. Doceniają przede wszystkim niższe koszty operacyjne, stabilne stopy zwrotu i elastyczność dostosowania do zmieniających się potrzeb rynku.

Niższe koszty i szybszy zwrot z inwestycji

Główną zaletą parków handlowych jest ich efektywność ekonomiczna. Koszty budowy są niższe w porównaniu do tradycyjnych centrów handlowych. Na oszczędności inwestycyjne wpływa brak klimatyzowanych przestrzeni wspólnych, wind, eskalatorów czy skomplikowanych systemów wentylacyjnych. Równie istotne są niższe koszty operacyjne. Parki generują mniejsze wydatki na utrzymanie, głównie dzięki ograniczonym kosztom energii i prostszej strukturze zarządzania. Dla najemców oznacza to niższe czynsze najmu oraz koszt obsługi, co przy zachowaniu wysokiego ruchu klientów przekłada się na lepszą rentowność ich działalności. Z perspektywy inwestora takie obiekty oferują bardziej przewidywalny przepływ gotówki i krótszy okres zwrotu z inwestycji niż w przypadku tradycyjnych galerii handlowych.

Gastronomia i usługi wkraczają do parków handlowych

Parki handlowe z definicji są obiektami bazującymi na prostocie, jednak w ostatnich latach obserwujemy jak poszerzają swoją ofertę. Wymusza to na deweloperach otwieranie się na nowych najemców. W efekcie, wprowadzają do parków handlowych gastronomię i usługi, które tradycyjnie były domeną galerii handlowych.

Czy jest to dobry kierunek? – Dzięki wprowadzeniu do parków handlowych usług i gastronomii można uzyskać przynajmniej trzy rodzaje korzyści. Po pierwsze, zwiększyć przychody czynszowe. Po drugie, można ustabilizować przychody czynszowe w dłuższym okresie, co wynika z tego, na jak długo zawierane są umowy najmu. Po trzecie, pozwala to uatrakcyjnić koncept parku i pozyskać nowych klientów – komentuje Dariusz Kalinowski, partner zarządzający Harvent Capital, były członek zarządu Emperia.

Ekspert zaznacza, że sukces zależy od długoterminowej wizji właściciela – ci, którzy koncentrują się wyłącznie na maksymalizacji przychodów w krótkim okresie, ryzykują częstą rotację najemców i niejasny koncept handlowy. – Rozwój gastronomii odbywa się na dwa sposoby: poprzez przeznaczenie części powierzchni najmu na lokale gastronomiczne oraz udostępnienie fragmentów parkingu dla tego rodzaju usług – podkreśla Kalinowski.

ESG to nie moda a konieczność

Rosnące wymogi dotyczące zrównoważonego rozwoju stają się kolejnym czynnikiem wpływającym na atrakcyjność inwestycyjną parków handlowych. Wdrażanie rozwiązań takich jak ESG (Environmental, Social, and Governance), certyfikacja BREEAM (Building Research Establishment Environmental Assessment Method) czy instalacja paneli fotowoltaicznych, zwiększają nakłady inwestycyjne od kilku do nawet kilkunastu procent. – Jednak korzyści znacznie przewyższają początkowe koszty. Mamy bowiem do czynienia z oszczędnościami operacyjnymi. Dzięki efektywności energetycznej parki z certyfikacją BREEAM notują redukcję kosztów eksploatacji o nawet kilkadziesiąt procent rocznie. Do tego dochodzą premie czynszowe – najemcy akceptują czynsz wyższy za powierzchnie w obiektach certyfikowanych – mówi Radosław Jodko, ekspert ds. inwestycji RRJ Group.

Jodko wskazuje również, że duże sieci handlowe, realizujące własne cele ESG, preferują certyfikowane lokalizacje i akceptują wyższe czynsze za takie powierzchnie. Ponadto, ekspert ostrzega, że w kontekście taksonomii UE i rosnących wymogów regulacyjnych, budynki bez certyfikacji już za 5-7 lat mogą stać się „aktywami osieroconymi”. Z tego właśnie powodu, inwestycje w zrównoważone rozwiązania są nie luksusem a koniecznością. Chcąc być konkurencyjnym na rynku, nie da się zignorować tego kierunku rozwoju.

Gdzie jest granica? Jak nie przeinwestować?

W sytuacji rosnącego nasycenia rynku, największym wyzwaniem pozostaje określenie granicy opłacalności nowych projektów. Dariusz Kalinowski przestrzega przed krótkowzrocznym podejściem deweloperów koncentrujących się wyłącznie na komercjalizacji i natychmiastowej sprzedaży obiektu. – Zachęcam do innego spojrzenia na temat. Jeśli przyjmiemy założenie, że zostaniemy właścicielem konkretnego parku przez co najmniej 10 lat, automatycznie zmieni się nam sposób oceny inwestycji. Dzięki takiemu podejściu, nasza analiza będzie głębsza, uwzględniająca wiele czynników, również tych, które będą oddziaływały na inwestycję w średnim lub długim horyzoncie czasowym – wskazuje Kalinowski.

Jodko podkreśla przy tym, że minimalna populacja w promieniu 15 minut dojazdu wynosi 30-40 tys. mieszkańców dla parku o powierzchni 5-8 tys. metrów kwadratowych, zaś wskaźnik nasycenia powierzchnią handlową nie powinien przekraczać 300-350 metrów kwadratowych na tysiąc mieszkańców. Budowa drugiego parku w niewielkiej odległości od konkurencji ma sens tylko wtedy, gdy pierwszy park obsługuje maksymalnie 60-70 proc. potencjału rynkowego i kiedy istnieją wyraźnie odrębne dzielnice mieszkaniowe, o różnych profilach demograficznych.

Inwestorzy zwracają uwagę na możliwość stworzenia odmiennego miksu najemców. W ich ocenie, jeśli konkurencja oferuje dyskont spożywczy i drogerie, warto postawić na elektronikę, sport czy artykuły do domu. W ten sposób unikniemy kanibalizacji, która następuje, kiedy mamy do czynienia z ponad 70-proc. pokryciem asortymentowym.

Rynki reagują na dane z USA i Kanady

Dane z USA zostały zdominowane przez słabsze wydatki i lepszy od oczekiwań indeks Uniwersytetu Michigan. W Polsce główne ośrodki analityczne nie są zgodne, co dalej ze stopami procentowymi. Rynek pracy w Kanadzie poprawia się dzięki dużemu wzrostowi zatrudnienia na ułamki etatu.

Portfele Amerykanów

Piątek przyniósł dwa ważne odczyty z amerykańskiej gospodarki. Wydatki Amerykanów zwiększyły się o 0,3%, co jest wynikiem słabszym od oczekiwanego wzrostu o 0,4%. Z kolei dochody rosną zgodnie z prognozami o 0,4%. Trzeba pamiętać, że są to dane za wrzesień, mamy tutaj zatem lekkie opóźnienie. Intuicyjnie – skoro wydatki nie rosną tak szybko jak dochody – to dobrze, bo obywatele się nie będą aż tak zadłużać. Problem w tym, że tak to nie działa. Tamtejsza gospodarka jest silnie zbudowana na konsumpcji i wszystkie spowolnienia wydawania pieniędzy odbijają się negatywnie na rynkach. Piątek dla dolara uratował co prawda indeks Uniwersytetu Michigan, który pokazał wyraźnie lepszy od oczekiwań wynik. Pomimo tego dobrego rezultatu umocnienie dolara względem euro było zaledwie symboliczne.

Co dalej ze stopami w Polsce?

Jesteśmy obecnie w dziwnej sytuacji. Podczas ostatnich siedmiu posiedzeń decyzyjnych RPP stopy procentowe spadały średnio o 0,25% na spotkanie. Obecnie jednak rynek coraz częściej mówi o możliwej przerwie. Wśród analityków bankowych nie ma jednak zgody. Są tacy, co sugerują, że RPP będzie czekać do marcowej projekcji inflacyjnej. Jeżeli coś wydaje się pewne, to tylko kierunek w dół. Wątpliwości budzą pytania: kiedy i o ile. Asekuracyjne prognozy wskazują o 0,5% w 2026 roku. Są jednak również ośrodki mówiące o 3%. Wydaje się, że kluczowa będzie grudniowa inflacja. Pokaże ona, czy listopadowy spadek do 2,4% to anomalia w danych, czy naprawdę mamy ceny pod kontrolą. Potwierdzenie w grudniu kolejnego wyniku poniżej 2,4% mogłoby znów otworzyć worek z obniżkami stóp. Im dalej jednak będziemy od kolejnych ruchów w dół, tym mocniejszy powinien być złoty i odwrotnie – im bliżej, tym bardziej powinien słabnąć.

Rynek pracy w Kanadzie

W piątek oczekiwano wzrostu stopy bezrobocia w Kanadzie z 6,9% na 7,0%. Niespodziewanie jednak odczyt wyniósł zaledwie 6,5%. Tak duża niespodzianka we wskaźnikach bezrobocia jest bardzo rzadkim wynikiem. Co wpłynęło na ten rezultat? Analitycy spodziewali się spadku liczby miejsc pracy o 5,5 tysiąca, tymczasem mamy wzrost o 53,6 tysiąca. Dane te mają jednak swoje drugie dno. Chodzi o podział na zatrudnienie w pełnym i niepełnym wymiarze czasu. Niestety, pomimo wzrostu liczby miejsc pracy o 53,6 tysiąca, liczba pełnoetatowych stanowisk spadła o 9,4 tysiąca. W rezultacie ta nagła poprawa wynika z miejsc pracy na niepełny etat. Jak reagowały waluty? Mimo takiej struktury wzrostu zatrudnienia – optymistycznie. Dolar kanadyjski podskoczył po tych danych o dwa grosze, z okolic 2,60 zł do 2,62 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Zełenski w Londynie. Gwarancje dla Ukrainy głównym tematem spotkania

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski spotkał się w poniedziałek w Londynie z premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem, prezydentem Francji Emmanuelem Macronem oraz kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem. Rozmowy dotyczyły koordynacji stanowiska Europy wobec negocjacji pokojowych prowadzonych przez Stany Zjednoczone z Rosją. Spotkanie odbyło się kilka godzin po tym, jak prezydent USA Donald Trump publicznie skrytykował Zełenskiego za rzekome niezapoznanie się z najnowszą propozycją pokojową Waszyngtonu.

Spotkanie na Downing Street było poświęcone postępom w rozmowach dyplomatycznych oraz kwestii przyszłych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Europejscy przywódcy omawiali możliwości zwiększenia swojego udziału w procesie negocjacyjnym, który dotąd w dużym stopniu prowadzony jest przez administrację Donalda Trumpa. Londyńskie spotkanie ma posłużyć wypracowaniu wspólnego stanowiska przed kolejnymi etapami rozmów.

Rozmowy w Wielkiej Brytanii odbyły się po trzech dniach spotkań w Miami, gdzie przedstawiciele USA prowadzili negocjacje z delegacją ukraińską. Ze strony amerykańskiej uczestniczyli w nich specjalny wysłannik Steve Witkoff oraz Jared Kushner, a Ukrainę reprezentowali minister obrony Rustem Umerow i dowódca operacyjny Andrij Hnatow. Według strony ukraińskiej negocjacje zakończyły się bez przełomu, a nierozstrzygnięte pozostały kwestie terytorialne oraz zakres gwarancji bezpieczeństwa.

W niedzielę wieczorem Donald Trump powiedział dziennikarzom, że jest „rozczarowany” tym, iż Zełenski nie przeczytał jeszcze amerykańskiej propozycji pokojowej. Jak stwierdził, dokument uzyskał pozytywne opinie zarówno wśród współpracowników prezydenta Ukrainy, jak i po stronie rosyjskiej. Trump dodał, że nie ma pewności, czy sam Zełenski akceptuje przedstawione warunki.

Podczas spotkań w Londynie Emmanuel Macron podkreślił, że każde porozumienie pokojowe musi zawierać realne i trwałe gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Przywódcy Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii zgodzili się, że bez takich zabezpieczeń ryzyko ponownej agresji Rosji pozostanie wysokie. Dyskusje dotyczyły również sposobów zwiększenia presji politycznej na Moskwę.

Zarządy firm na całym świecie nie nadążają za rewolucją AI

  • Tylko 38% zarządów ma wystarczającą wiedzę do korzystania z narzędzi AI.
  • Zarządy poświęcają tylko 9% swojego czasu na technologie, mimo że 75% deklaruje większe zainteresowanie AI niż przed pandemią.
  • 30% zarządów nie poświęca AI wystarczająco uwagi, a 11% w ogóle się tym nie zajmuje.
  • Ponad 50% czasu członków zarządu pochłaniana jest przez tradycyjne obowiązki nadzorcze, ograniczając skupienie na AI.
  • Zaledwie 13% firm ma w pełni skalowalne systemy AI, a 18% potrafi w mniej niż 3 miesiące przekształcić pilotaż w stałe wdrożenie.

Heidrick & Struggles International, wiodący globalny doradca w zakresie przywództwa i kształtowania kultury organizacyjnej, opublikował raport* dotyczący rosnącego znaczenia sztucznej inteligencji w strategicznym zarządzaniu oraz sposobów, w jakie zarządy firm na całym świecie budują kompetencje niezbędne do skutecznego nadzorowania procesów w AI. Jak pokazują dane, sztuczna inteligencja staje się dziś centralnym elementem strategii i rozwoju biznesu. Jednak pomimo rosnącego zainteresowania technologią, znaczna część rad nadzorczych i zarządów przyznaje, że nie ma odpowiedniej wiedzy, by skutecznie nadzorować inwestycje w AI. W efekcie wiele firm traci szansę na transformację lub wpada w pułapkę złego zarządzania ryzykiem.

Więcej czasu na AI – ale nadal za mało kompetencji na najwyższym poziomie

Sytuacja, którą obserwujemy dziś w globalnym biznesie, jest przełomowa. W 2024 roku – jak wskazał raport – blisko trzy czwarte członków zarządów i dyrektorów generalnych deklarowało, że poświęca więcej czasu na technologie wschodzące, w tym AI, niż przed pandemią. Jednak jednocześnie tylko 9% czasu tych osób było przeznaczone na tematy technologiczne, co pokazuje, jak niewielki jest udział AI w codziennym nadzorze korporacyjnym. Co więcej, ponad połowa czasu członków zarządu pochłaniana jest przez tradycyjne obowiązki nadzorcze, co dodatkowo ogranicza ich możliwość skupienia się na AI. Dla około 30% respondentów osoby na szczeblu zarządu wciąż nie poświęcają wystarczająco dużo uwagi sztucznej inteligencji, a 11% przyznaje, że w ogóle się tym nie zajmuje.

Firmy mają problem z wdrażaniem AI: brakuje wiedzy, procesów i operacyjnej gotowości

Zaledwie 38% ankietowanych AI/data-officerów uznało, że ich zarząd „w dużym stopniu” posiada wiedzę pozwalającą korzystać z narzędzi AI. W obszarze wdrożeń technologii sytuacja również nie napawa optymizmem – tylko 13% firm deklaruje, że ich systemy i zabezpieczenia oparte na sztucznej inteligencji są w pełni wdrożone i skalowalne, a jedynie 18% firm deklaruje, że potrafi w ciągu mniej niż trzech miesięcy przekształcić projekt AI z fazy pilotażowej w stałe, wdrożone rozwiązanie operacyjne. Może to wskazywać, że brakuje nie tylko wizji, ale i zdolności operacyjnych, by sztuczna inteligencja realnie generowała wymierne korzyści.

Dlaczego zarządom tak trudno nadrobić lukę kompetencyjną?

Raport wskazuje na kilka kluczowych barier:

  • brakuje kandydatów z doświadczeniem AI, którzy nadawaliby się do rad nadzorczych,
  • tempo rozwoju technologii powoduje, że wiedza szybko się dezaktualizuje,
  • powierzenie kompetencji AI tylko jednej osobie w zarządzie jest błędem — obniża różnorodność perspektyw i zwalnia pozostałych członków z odpowiedzialności za zrozumienie tematu.

Dlatego wiele firm decyduje się na alternatywne rozwiązania: zamiast bezpośredniego rozszerzania składu zarządu, inwestują w edukację obecnych członków, angażują zewnętrznych konsultantów albo powołują doradcze komitety.  Część spółek decyduje się też na przejęcia firm AI, co automatycznie zwiększa liczbę specjalistów – a co za tym idzie, pośrednio ułatwia radzie nadzorczej dostęp do wiedzy technicznej.

W dłuższej perspektywie kluczowe będzie to, by każdy członek zarządu miał przynajmniej podstawowe kompetencje w obszarze AI, a organizacje zamiast jednej osoby-eksperta raczej stawiały na zbiorową wiedzę na temat sztucznej inteligencji.

AI już dziś redefiniuje sposób, w jaki firmy budują przewagę konkurencyjną. Aby jednak w pełni wykorzystać jej potencjał, zarządy muszą nadrobić luki kompetencyjne i włączyć sztuczną inteligencję do strategicznego nadzoru. To nie jest już kwestia wizji, ale również odpowiedzialnościpodkreśla Łukasz Kiniewicz, Partner Zarządzający na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią.

AI to nie tylko technologia — to źródło przewagi konkurencyjnej, innowacji, ale też ryzyka. Firmy, których zarządy szybko nadrobią luki kompetencyjne, mogą szybciej adaptować narzędzia AI, przyspieszyć rozwój produktów i usług, optymalizować procesy, a także skuteczniej zarządzać ryzykiem związanym z regulacjami, etyką, cyberbezpieczeństwem czy zrównoważonym rozwojem. W przeciwnym razie — mogą pozostać w tyle albo narazić się na poważne błędy zarządcze.

Jak Polacy kupują na święta? Bez rewolucji, ale z wyraźną zmianą nawyków

W tym roku 70,4% Polaków nabędzie produkty na świąteczny stół w sklepach stacjonarnych. 27,1% rodaków zrobi część zakupów online, a resztę – offline. 1,6% kupi żywność wyłącznie w e-sklepach. Dla 0,6% społeczeństwa ta kwestia nie będzie miała znaczenia, a 0,3% nie potrafi się określić. W porównaniu z zeszłym rokiem ubędzie osób robiących tego typu zakupy w sposób tradycyjny (-4,2 p.p.). Jednocześnie przybędzie kupujących hybrydowo (+5,7 p.p.) i tylko online (+0,2 p.p.). Wiadomo też, że 34,1% rodaków zrealizuje największe zakupy spożywcze tydzień przed świętami, 24,5% – kilka dni przed nimi, a 19,9% – dwa tygodnie przed Wigilią. Na początku grudnia już ruszyło do sklepów 16,5% konsumentów. 3,5% Polaków jeszcze nie wie, kiedy to zrobi. Dla 1,5% osób to bez znaczenia. W tym roku opcja robienia zakupów już na początku grudnia zyskała na znaczeniu (+5,4 p.p.). Z kolei pomysł zaopatrywania się dosłownie kilka dni przed Bożym Narodzeniem stracił na popularności (-3,7 p.p.).

Z badania UCE RESEARCH i Grupy BLIX wiadomo, że 70,4% Polaków zamierza zrobić zakupy spożywcze na Boże Narodzenie w sklepach stacjonarnych (rok wcześniej – 74,6%). 27,1% rodaków zrealizuje część zakupów online, a resztę – offline (poprzednio – 21,4%). Tylko 1,6% konsumentów kupi żywność wyłącznie w e-sklepach (poprzednio – 1,4%). Dla 0,6% społeczeństwa ta kwestia nie ma znaczenia (wcześniej – 1,9%). Z kolei 0,3% nie potrafi się określić w tym zakresie (0,8%).

– To, że ponad 70% Polaków wciąż wybiera sklepy stacjonarne, jest absolutnie zgodne z tym, co widzimy w danych rynkowych przez cały rok. Boże Narodzenie to jest ten moment, w którym liczy się kontrola nad zakupem – świeżość, wygląd produktów, możliwość własnoręcznego wyboru mięs, ryb, warzyw czy ciast. Dla wielu osób to również rytuał. Coroczne świąteczne zakupy są zakorzenione kulturowo i emocjonalnie. To jest tradycyjny moment, kiedy Polacy chcą mieć pewność, że wszystko kupują tak, jak trzeba – mówi Marcin Lenkiewicz, jeden ze współautorów badania z Grupy BLIX.

Natomiast dr Krzysztof Łuczak, drugi ze współautorów raportu z Grupy BLIX, uważa, że spadek odsetka osób robiących zakupy spożywcze tylko stacjonarnie (-4,2 p.p.) nie jest przypadkiem. – Widzimy stopniowe przeciekanie klientów z modelu tradycyjnego do hybrydowego. Część produktów budżetowych kupowanych jest online. W przypadku artykułów spożywczych dotyczy to przede wszystkim napojów w wielopakach, ale także innych cięższych produktów z kategorii kosmetycznych i chemii gospodarczej. Reszta artykułów jest nabywana tradycyjnie. Rosnący odsetek osób miksujących zakupy to mocny sygnał, że polski konsument, choć wciąż jest pragmatyczny, robi się coraz bardziej wygodny i technologiczny – dodaje ekspert.

W porównaniu z ubiegłym rokiem widać, że dla mniejszej ilości konsumentów sposób robienia ww. zakupów nie ma znaczenia (-1,3 p.p.). Ubyło też osób niezdecydowanych (-0,5 p.p.). Z kolei wzrost odsetka osób kupujących żywność online – zarówno hybrydowo (+5,7 p.p.), jak i w pełnym wymiarze e-commerce (+0,2 p.p.) – zdaniem Marcina Lenkiewicza – pokazuje, że e-handel w FMCG rośnie, ale w bardzo pragmatyczny sposób. Polacy nie przenoszą całych świątecznych zakupów do sieci, tylko dokładają online jako wygodne uzupełnienie. Ciężkie, powtarzalne produkty zamawiają z dostawą, a świeże kupują stacjonarnie. To nie jest rewolucja, lecz rozwój modelu hybrydowego.

– Kluczowe czynniki to wygoda, unikanie kolejek, większa dostępność szybkich dostaw i rosnąca rola aplikacji planujących zakupy. Dla rynku oznacza to konieczność obecności marek zarówno offline, jak i w digitalu, gdzie konsumenci przygotowują świąteczne koszyki. Jednocześnie twarde dane firm badawczych pokazują, że realny udział FMCG online w Polsce to nadal tylko 2-3%, więc deklaracje nie zawsze przekładają się na faktyczne zachowania – zwraca uwagę dr Krzysztof Łuczak.

Badanie pokazuje też, kiedy Polacy zamierzają zrobić największe zakupy spożywcze na Boże Narodzenie. 34,1% rodaków zostawia to zadanie na tydzień przed świętami (rok temu – 33,8%), 24,5% (poprzednio – 28,2%) – na kilka dni przed nimi, a 19,9% (20,5%) – na dwa tygodnie przed Wigilią. Na początku grudnia już ruszyło do sklepów 16,5% konsumentów (11,1%). 3,5% Polaków (rok wcześniej – 3,7%) jeszcze nie wie, kiedy kupi produkty na świąteczny stół. Tylko dla 1,5% osób (2,7%) nie ma to znaczenia.

– Polacy planują świąteczne zakupy bardzo pragmatycznie. Największy ruch w sklepach przypada na tydzień przed świętami, bo to moment, który daje najlepszą równowagę między świeżością produktów a pewnością dostępności. Jednocześnie widać spadek odsetka osób, które zrobią zakupy kilka dni przed Wigilią. Fakt, że więcej klientów niż rok temu już się zaopatruje, wynika zarówno z rosnącej presji cenowej, jak i z coraz lepszego zarządzania czasem oraz budżetem – wyjaśnia Marcin Lenkiewicz.

Z powyższych odpowiedzi wynika również, że w czterech przypadkach zmiany rdr. nie przekraczają 1,1 p.p. Natomiast opcja robienia zakupów na świąteczny stół już na początku grudnia zyskała 5,4 p.p. Z kolei pomysł zaopatrywania się dosłownie kilka dni przed Bożym Narodzeniem stracił 3,7 p.p. Według autorów badania, Polacy chcą wcześniej rozłożyć wydatki i korzystać z promocji, które dziś startują wcześniej niż kiedykolwiek. Dyskonty i sieci convenience prowadzą szerokie akcje promocyjne już od przełomu listopada i grudnia.

– Zmęczenie tłumami, większa presja cenowa i szersza oferta przedświąteczna w dyskontach sprawiają, że popyt rozlewa się na więcej tygodni, a nie kumuluje tylko w ostatnich dniach. Dla sieci handlowych oznacza to wyraźniejsze rozciągnięcie wysokich obrotów na cały grudzień. Wzrosła rola promocji w pierwszej połowie miesiąca i konieczność zarządzania dostępnością produktów w dwóch falach – wczesnej promocyjnej i świeżej przedświątecznej. To oznacza bardziej stabilny, ale dłuższy okres wzmożonego ruchu w sklepach – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 25-27.11.2025 r. przez Grupę BLIX i UCE RESEARCH metodą CAWI na próbie 1007 osób respondentów odpowiedzialnych za codzienne zakupy w swoich gospodarstwach domowych.

Kredyty mieszkaniowe wracają do łask. BIK raportuje ponad 50-proc. wzrost popytu

Wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe wzrosła w listopadzie 2025 roku o 50,3 proc. rok do roku – wynika z najnowszego BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. Oznacza to, że w przeliczeniu na dzień roboczy banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej zapytania na kwoty wyraźnie wyższe niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Dane potwierdzają utrzymujące się silne ożywienie popytu na finansowanie zakupu nieruchomości.

W listopadzie 2025 roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 37,06 tys. osób, wobec 26,93 tys. rok wcześniej. Przekłada się to na wzrost liczby wnioskujących o 37,6 proc. w ujęciu rocznym. Jednocześnie w porównaniu do października br. liczba osób składających wnioski spadła o 13,6 proc., co może wskazywać na krótkoterminowe wahania aktywności na rynku.

Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego wyniosła w listopadzie 476,5 tys. zł. Była ona wyższa o 9,2 proc. niż rok wcześniej i nieznacznie, bo o 0,3 proc., przewyższała poziom z października 2025 roku. Jak zwraca uwagę BIK, jest to wartość jedynie minimalnie niższa od rekordowej średniej odnotowanej w czerwcu br., która wyniosła 477 tys. zł.

„Już o połowę więcej osób niż rok temu złożyło wniosek o kredyt mieszkaniowy w listopadzie. Wraz z kolejnymi obniżkami stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej rośnie zainteresowanie finansowaniem zakupu nieruchomości kredytem bankowym” – ocenia Sławomir Nosal, kierownik Zespołu Analiz BI w BIK. Jego zdaniem utrzymujący się wysoki popyt oznacza, że także roczna dynamika wartości udzielanych kredytów pozostanie wysoka w kolejnych miesiącach.

BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe jest wskaźnikiem mierzącym zmiany wartości wniosków składanych przez klientów indywidualnych w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego. Dane te są wykorzystywane przez analityków i instytucje finansowe do oceny trendów na rynku mieszkaniowym oraz prognozowania przyszłej akcji kredytowej.

Claas i dealerzy z karami ponad 170 mln zł za zmowę na rynku maszyn rolniczych

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał decyzję w sprawie wieloletniej zmowy na rynku maszyn rolniczych marki Claas. Jak podał UOKiK, przez ponad 11 lat rolnicy nie mogli swobodnie kupować maszyn i części zamiennych tej marki w konkurencyjnych cenach ani od dowolnie wybranego sprzedawcy. Skutkiem postępowania są kary finansowe nałożone na sześć spółek o łącznej wartości ponad 170 mln zł. Decyzja dotyczy zarówno producenta, jak i największych dealerów marki w Polsce.

Postępowanie wykazało istnienie porozumienia ograniczającego konkurencję, które polegało na terytorialnym podziale rynku oraz ustalaniu cen sprzedaży. W zmowie uczestniczyły spółka Claas Polska, zarządzająca siecią dystrybucji, oraz pięciu dealerów: Agro Sznajder WKP, Przedsiębiorstwo Techniczno-Handlowe Roltex, Świerkot, Agrimasz i Agroas. Niedozwolone praktyki trwały co najmniej od października 2011 roku do stycznia 2023 roku. Zdaniem UOKiK mechanizm ten prowadził do ograniczenia wyboru i podwyższania cen dla rolników.

Z ustaleń urzędu wynika, że dealerzy mieli przypisane konkretne obszary sprzedaży. Rolnicy, którzy zgłaszali się po ofertę do sprzedawcy spoza swojego regionu, byli odsyłani do „właściwego terytorialnie” dealera lub otrzymywali wyraźnie mniej korzystne propozycje cenowe. Sprzedawcy informowali się wzajemnie o takich zapytaniach, a komunikacja ta odbywała się również za pośrednictwem Claas Polska.

Zgromadzony przez UOKiK materiał dowodowy, w tym korespondencja mailowa zabezpieczona w trakcie przeszukań, wskazuje, że Claas Polska aktywnie uczestniczyła w utrzymywaniu ustaleń zmowy. Spółka miała koordynować podział rynku, monitorować działania dealerów oraz reagować na przypadki naruszenia przyjętych zasad. W sytuacjach, gdy doszło do sprzedaży maszyny klientowi spoza przydzielonego obszaru, stosowano wewnętrzne rozliczenia finansowe pomiędzy dealerami.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny podkreślił, że praktyki te były szczególnie niekorzystne dla rolników, którzy często pozostają lojalni wobec jednej marki przez wiele lat. Jak zaznaczył, ograniczenie konkurencji powodowało, że w zamian za przywiązanie do marki klienci otrzymywali wyższe ceny, niż wynikałoby to z uczciwej rywalizacji pomiędzy sprzedawcami. Zdaniem urzędu działania te miały realny wpływ na koszty funkcjonowania gospodarstw rolnych.

Kary nałożone na przedsiębiorców wyniosły łącznie 170 382 000 zł. Najwyższą sankcję otrzymała Claas Polska – ponad 71 mln zł, a następnie Agroas – blisko 49 mln zł. Pozostałe kary dotyczyły spółek Agro Sznajder WKP, Agrimasz, Świerkot oraz Przedsiębiorstwa Techniczno-Handlowego Roltex. Decyzja nie jest prawomocna, a ukaranym podmiotom przysługuje prawo odwołania do sądu.

UOKiK poinformował, że sprawa Claas wpisuje się w szersze działania urzędu na rzecz ochrony konkurencji w sektorze rolnym. Jak zapowiedział prezes urzędu, obecnie toczą się kolejne postępowania dotyczące sprzedaży maszyn rolniczych. Ich wyniki mogą przynieść następne decyzje i sankcje wobec uczestników rynku.

Biura klasy premium stają się dobrem deficytowym. Wygra ten, kto wcześniej wystartuje

Kolejne kilka lat ukształtuje rynek biurowy na nowo. Deweloperzy muszą przedefiniować swoje modele działania, a najemcy – nauczyć się planować z dużym wyprzedzeniem. Ci, którzy zrobią to pierwsi, zyskają przewagę. Bo w sytuacji, gdy biura klasy premium stają się dobrem deficytowym, coraz bardziej liczy się strategia – mówi Karol Wyka, dyrektor zarządzający działu powierzchni biurowych w firmie Newmark Polska.

Biurowa Warszawa to dzisiaj dwa światy. W Śródmieściu i na bliskiej Woli podaż topnieje, a najemcy walczą o każdy metr kwadratowy. Tymczasem na Służewcu puste piętra czekają na nowych użytkowników. Podobnie jest w miastach regionalnych, gdzie mniejsze firmy mogą wybierać w ofertach i negocjować świetne warunki. W gorszym położeniu znalazły się tam organizacje potrzebujące większych powierzchni, bo takich biur w regionach po prostu brakuje.

– Rynek biurowy się zmienia, zmuszając najemców do bardziej strategicznego myślenia. Zamiast skupiać się wyłącznie na ograniczaniu kosztów tu i teraz, patrzą na wartość długofalową – lokalizację, dostępność komunikacyjną, reputację budynku czy poziom obsługi ze strony właściciela. Coraz większe znaczenie ma całościowe doświadczenie użytkownika – szybki i wygodny dojazd do biura, a w sąsiedztwie restauracje, przedszkola i punkty usługowe. Najemcy pytają też o takie udogodnienia, jak parking rotacyjny czy miejsca parkingowe dla gości, co podkreśla fakt, że o wyborze konkretnego budynku mogą przesądzić detale – podkreśla Karol Wyka.

Warszawski wyścig po wymarzone biura

Konkurencja o najlepsze budynki zaostrza się w stolicy. Firmom, które zaspały i za późno pomyślały o relokacji, pozostanie renegocjowanie warunków najmu w dotychczasowym budynku albo przeprowadzka poza centrum. – Od 2023 roku rynek biurowy funkcjonuje w luce podażowej, której skutki pogłębiają się z każdym kwartałem. W 2026 roku w Warszawie deweloperzy planują dostarczyć zaledwie 60 tys. mkw. nowej powierzchni, co może być najniższym wynikiem od początku prowadzenia statystyk dla warszawskiego rynku biurowego – informuje dyrektor w Newmark Polska. W efekcie tak niskiej nowej podaży wskaźnik pustostanów w stolicy po raz pierwszy od końca 2020 roku spadł poniżej 10 proc., w Centralnym Obszarze Biznesu (COB) zbliżył się nawet do 7 proc., z kolei w zachodniej strefie biurowej, czyli m.in. w okolicach Ronda Daszyńskiego, pustostany wynoszą już tylko 5,8%. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że rynek wraca do równowagi i znów sprzyja wynajmującym. Jednak, jak zauważa ekspert, diabeł tkwi w szczegółach.

– Średni wskaźnik wolnych powierzchni w skali miasta nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji na rynku. Podczas, gdy w COB każdy wolny metr kwadratowy błyskawicznie znika z rynku, to już na Służewcu czy w korytarzu Żwirki i Wigury poziom pustostanów sięga 17–18 proc. Tam nadal można znaleźć atrakcyjne oferty, które wymagają jednak dokładnej analizy pod względem jakości, dostępności komunikacyjnej oraz usług towarzyszących – zauważa Karol Wyka.

Zegar tyka dla największych

Niska aktywność deweloperów i ograniczona podaż powodują, że duże firmy muszą planować swoje relokacje ze znacznie większym wyprzedzeniem. W przypadku największych organizacji ten proces powinien zaczynać się nawet pięć lat przed planowaną przeprowadzką.

Ekspert Newmark Polska podkreśla, że deweloperzy, którzy mają już zabezpieczone grunty pod nowe inwestycje biurowe, często wstrzymują rozpoczęcie budowy do momentu podpisania pierwszych znaczących najmów. Dla firm poszukujących dużych powierzchni to szansa, by stać się kluczowym najemcą – czyli tym, który uruchamia projekt i jednocześnie zyskuje silniejszą pozycję negocjacyjną zarówno w kwestiach finansowych, jak i w zakresie dostosowania biura do własnych potrzeb.

– Dlatego firmy potrzebujące większych powierzchni – średnio od 5 tys. mkw. – powinny już teraz rozpocząć proces najmu z myślą o 2030 roku. Niektórym może się to wydawać zbyt długim horyzontem, ale warto pamiętać, że proces wyboru doradcy, a potem analiza sytuacji rynkowej, zbadanie potrzeb firmy i wybór budynku wraz z negocjacjami umowy to kilkanaście miesięcy, a budowa biurowca – minimum dwa–trzy lata. Opóźnienie decyzji może więc oznaczać, że w momencie wygaśnięcia obecnej umowy po prostu nie będzie dokąd się przenieść – twierdzi Wyka.

Regiony wciąż po stronie najemców

Podczas gdy w centrum Warszawy wraca rynek wynajmującego i właściciele budynków mają coraz większą kontrolę nad kształtem transakcji, w miastach regionalnych to najemcy nadal rozdają karty.

– W miastach regionalnych wciąż obserwujemy wysoki poziom pustostanów – w niektórych lokalizacjach, jak Katowice, Wrocław czy Łódź, przekracza on 20 proc. To sprawia, że firmy potrzebujące do 4 tys. mkw. mają swoje pięć minut na wykorzystanie okazji i wynegocjowanie naprawdę korzystnych warunków – zauważa Karol Wyka. – To jednak sytuacja przejściowa. Nowoczesnych powierzchni w regionach praktycznie nie przybywa. W pierwszych trzech kwartałach tego roku oddano zaledwie 18 tys. mkw. biur, a żaden z projektów nie przekroczył 10 tys. mkw., co pozwala przypuszczać, że za dwa–trzy lata przewaga najemców zniknie, a czynsze zaczną rosnąć – dodaje ekspert.

W znacznie trudniejszym położeniu są firmy poszukujące biur o powierzchni powyżej 10 tys. mkw. Ograniczona podaż i rozproszone wakaty oznaczają, że dużych, nowoczesnych biur po prostu brakuje. – Dlatego duże firmy bardzo często nie mają dokąd się relokować, nawet gdyby chciały. To powoduje, że w miastach regionalnych ponad 50 proc. transakcji stanowią renegocjacje. Na przedłużenie dotychczasowych umów coraz częściej decydują się też mniejsze firmy, które liczą na szybkie oszczędności. W dłuższej perspektywie może się to jednak okazać pułapką, ponieważ budynki się starzeją, a koszty ich utrzymania rosną – zaznacza Wyka.

Silnik rynku zmienia obroty

Największe zapotrzebowanie na biura zgłaszają obecnie instytucje finansowe, farmaceutyczne oraz sektor publiczny. Z kolei branża technologiczna, jeszcze niedawno jeden z głównych motorów popytu, wykazuje aktualnie nieco mniejszą dynamikę. Wynika to m.in. z większej elastyczności modelu pracy w firmach IT oraz ograniczenia przez nie przestrzeni biurowych po pandemii.

Zgodnie z najnowszym raportem Grafton Recruitment, branża IT w Polsce rozwija się w wolniejszym, ale nadal optymistycznym tempie. Firmy technologiczne planują swoje potrzeby biurowe z dużym wyprzedzeniem – nawet na 5–7 lat – koncentrując się na rozwoju kompetencji technologicznych, zwłaszcza w obszarach sztucznej inteligencji i digitalizacji. Według Karola Wyki, w praktyce oznacza to dojrzewanie rynku, który zmienia podejście z ilościowego na jakościowe. – Najemcy z branży IT nie potrzebują już tak dużych powierzchni jak wcześniej, ale oczekują przestrzeni lepiej dopasowanych do stylu pracy hybrydowej i integracji zespołów. Rynek dojrzał i dziś koncentruje się na strategicznych potrzebach oraz oczekiwaniach pracowników, a nie tylko na metrażu – podkreśla ekspert.

Przyszłość należy do dobrze przygotowanych

Co czeka rynek biurowy w najbliższych latach? – Jeśli aktywność deweloperów utrzyma się na obecnym poziomie, w perspektywie dwóch – trzech lat najemcy będą musieli liczyć się z wyższymi czynszami i mniejszą dostępnością powierzchni – prognozuje ekspert. – W dłuższym terminie spodziewamy się ożywienia inwestycyjnego, w pierwszej kolejności w Warszawie, ale dopóki rynek kapitałowy się nie odrodzi, deweloperzy pozostaną ostrożni.

Polski rynek biurowy wchodzi w fazę, w której o sukcesie nie decydują już wyłącznie czynsze czy metraże, lecz zdolność do długofalowego planowania i elastycznego reagowania na zmiany. Wczesne przygotowanie, przemyślane zarządzanie przestrzenią oraz strategiczna współpraca z doradcami stają się fundamentem stabilności w czasach ograniczonej podaży. – Na dynamicznie zmieniającym się rynku doradca jest kimś więcej niż pośrednikiem. To partner, który, zanim jeszcze pojawią się problemy, potrafi przewidzieć ryzyka i ocenić, czy deweloper jest stabilny finansowo i czy rzeczywiście dostarczy budynek zgodnie z harmonogramem. Rzetelna analiza i doświadczenie dobrych doradców pozwalają uniknąć przykrych niespodzianek już po podpisaniu umowy – zaznacza Karol Wyka. – Naszą rolą jest również takie ujednolicenie ofert, żeby można było je porównywać w sposób przejrzysty i zrozumiały. Sprowadzając parametry do wspólnego mianownika, umożliwiamy najemcy podjęcie decyzji w oparciu o fakty, a nie o pozorne różnice. Bo transparentność, według mnie, jest kluczem do skutecznych negocjacji – podsumowuje dyrektor w Newmark Polska.

Aktywa operatora TurkStream zajęte w Holandii na wniosek Ukrainy

Sąd w Amsterdamie zajął majątek South Stream Transport, operatora gazociągu TurkStream kontrolowanego przez Gazprom – podał rosyjski dziennik „Wiedomosti”, a informacje te potwierdziła agencja Interfax. Decyzja dotyczy aktywów spółki zarejestrowanej w Holandii, odpowiedzialnej za podmorski odcinek gazociągu, którym rosyjski gaz płynie m.in. na Węgry i do krajów Europy Południowo-Wschodniej. Z ustaleń „Wiedomosti” wynika, że amsterdamski sąd wydał postanowienie o zajęciu majątku już w lipcu, na wniosek strony ukraińskiej. Sprawa stała się szerzej znana dopiero teraz, kiedy premier Węgier Viktor Orbán udał się do Stambułu na rozmowy z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem, podczas których jednym z głównych tematów miały być kwestie energetyczne.

Wniosek o zabezpieczenie majątku South Stream Transport złożyła spółka energetyczna DTEK Krymenergo, należąca do ukraińskiego miliardera Rinata Achmetowa. Firma powołała się na wyrok Stałego Trybunału Arbitrażowego w Hadze z 1 listopada 2023 r., w którym Rosję zobowiązano do wypłaty ok. 208 mln dolarów odszkodowania za przejęte w 2014 r. aktywa energetyczne na Krymie. Trybunał uznał wówczas, że doszło do bezprawnego wywłaszczenia majątku bez rekompensaty, z naruszeniem umowy o ochronie inwestycji między Rosją a Ukrainą. Rosja zaskarżyła to orzeczenie, a postępowanie odwoławcze toczy się obecnie przed sądem apelacyjnym w Hadze.

DTEK przekonuje, że South Stream Transport jest ściśle powiązana z państwem rosyjskim poprzez Gazprom, który kontroluje operatora TurkStreamu. Zajęcie aktywów w Holandii ma zabezpieczyć roszczenia wynikające z wyroku arbitrażowego do czasu, aż Rosja wykona orzeczenie. Według doniesień medialnych, sąd w Amsterdamie nakazał zajęcie środków znajdujących się na rachunkach South Stream Transport w banku ABN Amro, choć wartość zamrożonych aktywów nie została ujawniona. Podobne środki wobec spółek związanych z Gazpromem Holandia stosowała już wcześniej w innych sprawach arbitrażowych, m.in. na wniosek Naftohazu.

W sierpniu South Stream Transport zwrócił się do sądu w Amsterdamie o uchylenie zabezpieczenia lub zobowiązanie DTEK do jego cofnięcia. Wniosek został jednak oddalony, a sąd podtrzymał wcześniejsze zarządzenie o zajęciu aktywów spółki. Dodatkowo operator TurkStreamu został obciążony kosztami postępowania sądowego. Sprawa jest kolejnym elementem międzynarodowych sporów prawnych, w których ukraińskie firmy próbują wyegzekwować od Federacji Rosyjskiej odszkodowania za utracone aktywa na Krymie, wykorzystując do tego sądy w państwach europejskich.

Szef Nvidii: Małe reaktory jądrowe zasilą centra danych i otworzą nową erę AI

W rozmowie z Joem Roganem szef Nvidii Jensen Huang stwierdził, że obecnie największym ograniczeniem rozwoju sztucznej inteligencji nie są już półprzewodniki, lecz energia elektryczna. Określił ją mianem „wąskiego gardła” dla całego sektora AI. Zapowiedział, że w ciągu najbliższych sześciu–siedmiu lat firmy technologiczne mogą zacząć uruchamiać własne małe reaktory jądrowe, zdolne do generowania setek megawatów energii bezpośrednio na potrzeby centrów danych. Według Huanga w przyszłości przedsiębiorstwa te mogą stać się również producentami energii, podobnie jak operatorzy farm wiatrowych czy słonecznych.

Huang argumentował, że lokalne źródła energii jądrowej pozwoliłyby jednocześnie odciążyć krajowe sieci elektroenergetyczne i zapewnić stabilne, niezawodne zasilanie, kluczowe dla dalszego rozwoju sztucznej inteligencji. Zwrócił uwagę, że nadwyżki energii wytwarzanej przez takie instalacje mogłyby trafiać do lokalnych społeczności. Joe Rogan określił to podejście jako „najmądrzejszy sposób działania”, zgadzając się z tezą o konieczności głębokiej transformacji infrastruktury energetycznej.

Prognozy szefa Nvidii wpisują się w szerszy trend widoczny na rynku energetycznym i technologicznym. W październiku 2024 roku Google ogłosił zakup 500 megawatów energii od producenta małych reaktorów Kairos Power, planując uruchomienie pierwszego zaawansowanego reaktora do 2030 roku. Z kolei w sierpniu 2025 roku Kairos i Tennessee Valley Authority podpisały pierwszą w USA umowę na dostawy energii z reaktorów nowej generacji, które mają zasilać centra danych Google, w tym elektrownię Hermes 2 o mocy 50 megawatów w Oak Ridge. Działania te pokazują, że sektor technologiczny coraz aktywniej poszukuje alternatywnych źródeł energii.

Skala wyzwania potwierdzają także prognozy instytucji finansowych i międzynarodowych. Według Goldman Sachs zużycie energii przez centra danych może do 2030 roku wzrosnąć o 175% w porównaniu z 2023 rokiem, co byłoby porównywalne z dołączeniem do globalnej sieci energetycznej nowego dużego państwa. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje natomiast, że globalne zapotrzebowanie centrów danych wzrośnie z 415 TWh w 2024 roku do 945 TWh w 2030 roku. Autorzy raportów zwracają uwagę, że bez znaczącej rozbudowy infrastruktury energetycznej rozwój AI może napotkać poważne bariery.

W trakcie rozmowy Huang nawiązał także do początków rewolucji w głębokim uczeniu maszynowym. Przypomniał, że przełomowy model AlexNet z 2012 roku został wytrenowany przy użyciu zaledwie dwóch kart GTX 580, co pokazuje, jak skromne były początki współczesnej sztucznej inteligencji. Wspomniał również o wczesnej współpracy Nvidii z Elonem Muskiem przy komputerze dla pierwszego Modelu S oraz systemach autonomicznej jazdy. Gdy w 2016 roku Nvidia zaprezentowała swój pierwszy superkomputer DGX-1, jedną z pierwszych zamówionych jednostek odebrał właśnie Musk, przeznaczając ją dla OpenAI.

Hakerzy z grupy Everest grożą publikacją danych ASUS-a, firma wskazuje na zewnętrznego dostawcę

Grupa ransomware Everest poinformowała, że wykradła ponad 1 terabajt danych należących do firmy ASUS. W oświadczeniu opublikowanym w dark webie cyberprzestępcy twierdzili, że przejęte materiały obejmują m.in. „kod źródłowy kamery”.

ASUS odpowiedział jeszcze tego samego dnia, wyjaśniając, że atak dotyczył zewnętrznego dostawcy, a nie bezpośrednio systemów firmy. Producent podkreślił, że incydent nie wpłynął na bezpieczeństwo produktów, działanie wewnętrznych systemów ani prywatność użytkowników. Jednocześnie firma, będąca piątym największym producentem komputerów na świecie, potwierdziła, że naruszenie dotyczyło części kodu źródłowego związanego z oprogramowaniem kamer wykorzystywanych w smartfonach i laptopach.

Według szczegółów opublikowanych przez Everest, ASUS miał 21 godzin na nawiązanie kontaktu z grupą za pośrednictwem szyfrowanego komunikatora Qtox. Na stronie umieszczono licznik odliczający czas do możliwego wycieku danych, przy czym przestępcy nie ujawnili kwoty okupu. Badacze z Cybernews zwracają uwagę, że brak próbek rzekomo skradzionych danych utrudnia potwierdzenie autentyczności twierdzeń grupy. Specjaliści oceniają, że „kod źródłowy kamery” może obejmować firmware, sterowniki lub inne elementy oprogramowania odpowiedzialne za obsługę modułów kamer w urządzeniach ASUS. Jeśli dane okazałyby się prawdziwe, mogłyby zostać wykorzystane do identyfikowania podatności i opracowywania ukierunkowanych ataków.

Incydent wpisuje się w rosnącą aktywność grupy Everest, która od 2023 roku umieściła na swojej liście wycieków ponad 250 firm. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy grupa miała zgłosić ponad 100 nowych ofiar. W listopadzie 2025 roku cyberprzestępcy twierdzili, że wykradli setki gigabajtów danych z Under Armour oraz brazylijskiego giganta energetycznego Petrobras. Everest przyznał się także do ataków na linie lotnicze Iberia i firmę Collins Aerospace, z których ostatni doprowadził do poważnych zakłóceń w systemach odprawy na europejskich lotniskach.

ASUS ma już w swojej historii poważny incydent związany z cyberbezpieczeństwem. W 2019 roku firma poinformowała o ataku ShadowHammer, w którym przestępcy skompromitowali narzędzie Live Update służące do dystrybucji aktualizacji oprogramowania. W wyniku tamtego ataku zagrożonych mogło być nawet 500 tysięcy urządzeń. Obecna sytuacja skłania firmę do dalszego wzmacniania zabezpieczeń i kontroli nad łańcuchem dostaw, który w ostatnich latach stał się jednym z głównych celów grup cyberprzestępczych.

Gospodarka Australii przyspiesza, jednak perspektywa obniżek stóp staje pod znakiem zapytania

Gospodarka Australii zanotowała w trzecim kwartale najszybsze tempo wzrostu w ujęciu rocznym od dwóch lat, choć jednocześnie pojawiły się czynniki, które mogą utrudnić bankowi centralnemu decyzje dotyczące dalszych obniżek stóp procentowych. Z danych Australijskiego Biura Statystycznego wynika, że produkt krajowy brutto wzrósł o 2,1% rok do roku, nieznacznie powyżej szacowanego przez Bank Rezerw Australii trendu wzrostu na poziomie 2%.

W ujęciu kwartalnym PKB zwiększył się o 0,4%, co okazało się wynikiem słabszym od prognoz ekonomistów spodziewających się wzrostu na poziomie 0,7%. Był to także rezultat niższy niż skorygowany w górę wzrost o 0,7% odnotowany w drugim kwartale.

Na wyniki kwartału wpłynęło przede wszystkim zmniejszenie zapasów, które odjęło od wzrostu 0,5 punktu procentowego. Jednocześnie podstawowe wskaźniki pozostały solidne, a krajowy popyt finalny wzrósł na tyle wyraźnie, że dodał 1,1 punktu procentowego do PKB. Oznacza to przesunięcie napędu gospodarczego z sektora publicznego na prywatny. Silny wkład inwestycji prywatnych, które wzrosły o 2,9%, stanowił największy kwartalny skok od marca 2021 roku. Wzrost ten napędzały przede wszystkim wydatki na maszyny i wyposażenie związane z rozbudową centrów danych, co — jak zauważyła Grace Kim z ABS — odzwierciedla rosnące zapotrzebowanie firm na infrastrukturę dla sztucznej inteligencji i usług chmurowych.

Wzrost konsumpcji gospodarstw domowych o 0,5% dodał 0,3 punktu procentowego do wzrostu PKB, natomiast wydatki rządowe zwiększyły wzrost o kolejne 0,2 punktu procentowego. Wskaźnik oszczędności gospodarstw domowych wzrósł do 6,4% w porównaniu z wcześniej odnotowanym poziomem 6,0%, co wskazuje, że konsumenci nadal dysponują siłą nabywczą mimo presji kosztów życia. Dane te sugerują szeroką odporność popytu krajowego i stabilizację konsumpcji w warunkach podwyższonej niepewności gospodarczej.

Silny wzrost gospodarczy zderza się jednak z ponownie nasilającymi się obawami o inflację, co może wpłynąć na decyzje Banku Rezerw Australii. Deflator popytu krajowego wzrósł w kwartale o 1,3%, a nominalny PKB zwiększył się o 1,7%, wskazując na rosnącą presję cenową. Inflacja konsumencka wzrosła w październiku do 3,8%, przekraczając docelowy przedział banku centralnego wynoszący 2–3%. Jednocześnie obcięta średnia — kluczowa miara inflacji bazowej — wzrosła do 3,3%, sugerując, że presja cenowa pozostaje utrwalona.

Zestawienie solidnego wzrostu gospodarczego z uporczywą inflacją tworzy złożone tło dla polityki pieniężnej. RBA będzie musiał ocenić, czy gospodarka wymaga dalszego luzowania, czy też istnieje ryzyko, że obniżki stóp procentowych przyspieszą inflację. Najnowsze dane sugerują, że decyzje banku centralnego w nadchodzących miesiącach mogą stać się bardziej ostrożne, a perspektywy cięć stóp procentowych — mniej pewne.

Francja broni zakazu, inni chcą zmian. Napięcia wokół przyszłości aut spalinowych

Unia Europejska znalazła się w trudnej sytuacji dotyczącej planowanego zakazu sprzedaży nowych samochodów z silnikami spalinowymi od 2035 roku. Sześć państw członkowskich, w tym Polska, zaapelowało w tym tygodniu do Komisji Europejskiej o złagodzenie przepisów, argumentując potrzebę dopuszczenia bardziej zróżnicowanych technologii napędowych. Francja sprzeciwia się jednak jakimkolwiek zmianom i ostrzega, że odejście od pierwotnego planu podważyłoby inwestycje w europejskie fabryki baterii. Jednocześnie Komisja Europejska opóźnia przedstawienie pakietu wsparcia dla przemysłu motoryzacyjnego, który pierwotnie miał zostać zaprezentowany 10 grudnia. Nowy termin publikacji może przesunąć się na 16 grudnia albo na początek stycznia.

Premierzy Włoch, Polski, Bułgarii, Czech, Węgier i Słowacji we wspólnym liście zażądali, aby po 2035 roku nadal można było sprzedawać hybrydy typu plug-in, pojazdy z przedłużonym zasięgiem oraz auta zasilane paliwami alternatywnymi. Argumentują, że technologiczna różnorodność jest konieczna, by zapewnić płynne przejście do neutralności klimatycznej. W tym samym czasie francuski prezydent Emmanuel Macron przestrzegł, że rezygnacja z celu na 2035 rok zagrozi europejskim inwestycjom w sektorze baterii. Francja dodatkowo proponuje obowiązkową elektryfikację flot firmowych z wykorzystaniem pojazdów produkowanych w Europie. Niemcy sprzeciwiają się jednak takim rozwiązaniom, uznając je za zbyt restrykcyjne.

Debata polityczna toczy się równolegle z rosnącą presją ze strony producentów samochodów. Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA) stwierdziło, że sektor motoryzacyjny otrzymał najbardziej wymagające cele dekarbonizacyjne, choć ich realizacja okazuje się znacznie trudniejsza, niż pierwotnie zakładano. Szef BMW Oliver Zipse argumentował w Brukseli, że obowiązkowa elektryfikacja flot firmowych wprowadziłaby zakaz silników spalinowych „tylnymi drzwiami”. Z kolei prezes Stellantis John Elkann ostrzegł, że bez złagodzenia regulacji Europa może utracić konkurencyjność na globalnym rynku motoryzacyjnym.

Niepokój producentów potęguje rosnąca obecność chińskich marek elektrycznych, które agresywnie zdobywają europejski rynek dzięki niższym cenom. Sytuacja ta wywołuje obawy przed narastającym kryzysem, zwłaszcza w kontekście niepewności regulacyjnej w UE. Komisarz UE ds. transportu Apostolos Tzitzikostas zasugerował, że silniki spalinowe mogłyby nadal być używane po 2035 roku, jeśli pojazdy tankowałyby wyłącznie biopaliwa lub e-paliwa. Organizacje ekologiczne, takie jak Transport & Environment, stanowczo sprzeciwiają się takim wyjątkom. Wskazują, że biopaliwa mają niekorzystny bilans węglowy i mogą prowadzić do poważnych szkód środowiskowych, w tym wylesiania.

Przyszłość unijnych przepisów dotyczących samochodów spalinowych pozostaje więc niepewna. UE musi znaleźć kompromis między celami klimatycznymi, ochroną strategicznych inwestycji a realiami ekonomicznymi i konkurencyjnością przemysłu motoryzacyjnego. Decyzje podjęte w najbliższych tygodniach mogą przesądzić o kierunku europejskiej transformacji transportowej na kolejne dekady.

Europa szykuje zwrot w polityce surowcowej wobec Chin

Unia Europejska ogłosiła plan o wartości 3 miliardów euro mający na celu zmniejszenie strategicznej zależności od Chin w zakresie metali ziem rzadkich i innych surowców kluczowych dla europejskiego przemysłu. Inicjatywa ReSourceEU, zaprezentowana przez Komisję Europejską, zakłada finansowanie 25–30 projektów związanych z wydobyciem, rafinacją i recyklingiem, realizowanych zarówno w Europie, jak i w krajach partnerskich. Plan jest odpowiedzią na rosnące napięcia geopolityczne oraz ograniczenia eksportowe wprowadzane przez Pekin. Wiceprzewodniczący Komisji Stephane Séjourné podkreślił, że UE musi zagwarantować własną niezależność w obszarze surowców krytycznych. Jak wskazano, materiały te są niezbędne dla sektorów motoryzacyjnego, elektronicznego i obronnego.

Kluczowym elementem strategii ma być utworzenie Europejskiego Centrum Surowców Krytycznych na początku 2026 roku. Instytucja ta będzie wzorowana na japońskiej agencji JOGMEC i zajmie się monitorowaniem zapotrzebowania przemysłu oraz koordynacją wspólnych zakupów surowców w imieniu państw członkowskich. Centrum będzie również odpowiedzialne za tworzenie i zarządzanie strategicznymi rezerwami surowców. Jak wyjaśnił Séjourné, jego zadania obejmą ocenę potrzeb rynkowych, organizację wspólnych zamówień oraz magazynowanie i dystrybucję materiałów. Dodatkowo UE planuje ograniczyć eksport złomu metalowego i odpadów z magnesów trwałych, aby promować ich recykling na terenie Europy.

Decyzje Brukseli wynikają z gwałtownego wzrostu presji geopolitycznej. Chiny, które posiadają większość globalnych rezerw metali ziem rzadkich, wprowadziły w 2025 roku zaostrzone kontrole eksportu, najpierw w kwietniu, a następnie w październiku, choć część z nich została później zawieszona. Europa musi jednocześnie mierzyć się z bardziej konfrontacyjną polityką handlową Stanów Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa. Komisarz UE ds. handlu Maroš Šefčovič ocenił, że handel stał się narzędziem presji politycznej, a łańcuchy dostaw znajdują się pod silną presją. UE stara się więc ograniczyć swoje podatności, szczególnie w sektorach związanych z transformacją energetyczną i technologiami zaawansowanymi.

Zgodnie z założeniami programu ReSourceEU środki finansowe mają pochodzić z funduszy unijnych oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Celem jest zmniejszenie zależności Europy od importu surowców krytycznych nawet o 50 procent do 2029 roku. Szacuje się, że Europa importuje rocznie około 20 tysięcy ton magnesów trwałych, z czego aż 17–18 tysięcy ton pochodzi z Chin, co stanowi około 98 procent europejskiego rynku. Nowy pakiet działań ma umożliwić UE wzmocnienie swoich zdolności produkcyjnych i recyklingowych oraz poprawić odporność strategicznych łańcuchów dostaw. Władze unijne podkreślają, że inwestycje w sektor surowców krytycznych są niezbędne, aby utrzymać konkurencyjność gospodarki i ograniczyć ryzyka wynikające z globalnych napięć.

Kreml reaguje na plan Brukseli. Groźby w związku z rosyjskimi aktywami

Rosja ostrzegła, że plan Unii Europejskiej zakładający wykorzystanie zamrożonych rosyjskich aktywów na wsparcie Ukrainy może zostać przez Moskwę uznany za potencjalny akt wojny. Ostrzeżenie pojawiło się w momencie, gdy państwa członkowskie UE intensywnie pracują nad finalizacją pakietu finansowego o wartości około 90 mld euro, który w dłuższej perspektywie ma wesprzeć Kijów.

Rosyjskie władze podkreślają, że decyzje dotyczące rosyjskiego majątku mają dla nich szczególnie wrażliwy charakter, zarówno polityczny, jak i prawny. W ocenie Moskwy sięgnięcie po te środki mogłoby zostać uznane za działanie bezpośrednio uderzające w rosyjskie interesy.

Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że Moskwa może potraktować takie działania jako „casus belli”, czyli przyczynę lub uzasadnienie do wojny. Zaznaczył, że ewentualne konsekwencje dotknęłyby nie tylko instytucji unijnych, ale również poszczególnych państw członkowskich UE. W jego wypowiedziach pojawiło się ostrzeżenie przed „poważnymi skutkami”, choć nie sprecyzowano, jakie dokładnie kroki Rosja mogłaby podjąć. Tego typu sformułowania mają charakter sygnału politycznego kierowanego zarówno do Brukseli, jak i do stolic europejskich. Rosyjska strona stara się w ten sposób zniechęcić Unię do wprowadzania w życie planu wykorzystania zamrożonych aktywów.

Wypowiedzi Miedwiediewa pojawiły się dzień po tym, jak przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przedstawiła szczegóły projektu przekształcenia unieruchomionych rosyjskich aktywów w mechanizm finansowego wsparcia dla Ukrainy. Zakłada on, że dochody z tych środków mogłyby zasilić specjalny fundusz, który w długim okresie pomógłby pokryć potrzeby odbudowy i funkcjonowania państwa ukraińskiego. Rozwiązanie to ma być formą odpowiedzi na koszty wojny ponoszone przez Ukrainę i jej partnerów. Jednocześnie w Unii toczy się dyskusja nad zgodnością takiego kroku z prawem międzynarodowym i europejskim. Część państw członkowskich domaga się szczegółowych zabezpieczeń prawnych, aby zminimalizować ryzyko sporów sądowych oraz odwetu ze strony Rosji.

Prace nad unijnym pakietem finansowym i sposobem wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów trwają równolegle i są ze sobą ściśle powiązane. Dla wielu stolic europejskich kluczowe jest znalezienie równowagi między dalszym wsparciem Ukrainy a ograniczaniem eskalacji napięć z Rosją. Ostrzeżenia płynące z Moskwy stanowią dodatkowy czynnik, który państwa UE muszą brać pod uwagę, analizując skutki polityczne i prawne swoich decyzji. Spór o przyszłość zamrożonych aktywów stał się jednym z głównych punktów zapalnych w relacjach między Unią Europejską a Rosją w ostatnich miesiącach. Wynik tych negocjacji będzie miał znaczenie nie tylko dla finansowania pomocy dla Ukrainy, ale także dla dalszego kształtu stosunków UE–Rosja.

Dario Vitale odchodzi z Versace. Pierwszy w historii dyrektor kreatywny spoza rodziny znika tuż po przejęciu marki przez Pradę

0

Dario Vitale opuszcza stanowisko dyrektora kreatywnego Versace ze skutkiem od 12 grudnia, kończąc nagle zaledwie ośmiomiesięczną kadencję, w trakcie której zaprezentował tylko jedną kolekcję dla legendarnego włoskiego domu mody. Informację ogłoszono w tym tygodniu – zaledwie dwa dni po sfinalizowaniu przejęcia Versace przez grupę Prada za 1,25 mld euro (1,38 mld dolarów), do którego doszło 2 grudnia.

Oficjalnie marka określiła rozstanie jako „wspólną decyzję”. Sam moment odejścia niemal natychmiast wywołał jednak falę spekulacji na temat rzeczywistych przyczyn zakończenia współpracy. Według WWD źródła z branży twierdzą, że Vitale już wcześniej analizował alternatywne ścieżki zawodowe poza strukturami Prady, co może sugerować narastającą rozbieżność wizji przyszłości Versace pomiędzy projektantem a nowym właścicielem.

Krótki, ale znaczący rozdział

42-letni Dario Vitale zapisał się w historii marki jako pierwszy dyrektor kreatywny Versace spoza rodziny założycieli w jej 47-letnich dziejach. W marcu zastąpił Donatellę Versace, przenosząc się do Mediolanu po ponad 14 latach pracy w Miu Miu, gdzie pełnił funkcję dyrektora ds. designu i wizerunku.

Jego jedyna kolekcja – Wiosna/Lato 2026 – pokazana we wrześniu w Pinacoteca Ambrosiana, została uznana za jeden z najmocniejszych momentów sezonu. Inspirowany estetyką lat 80. pokaz łączył intensywne kolory, retro sylwetki i bardziej swobodne, mniej dosłowne podejście do charakterystycznej dla Versace zmysłowości. Krytycy i kupcy chwalili energię kolekcji oraz fakt, że wnosiła świeżość, nie zrywając z DNA marki.

Niedopasowanie do nowej struktury

Mimo pozytywnego odbioru już od początku pojawiały się pytania, czy Vitale odnajdzie się w strukturach grupy Prada. Jak zauważało WWD, kierownictwo Prady niechętnie patrzy na odejścia długoletnich pracowników, a Vitale był wcześniej silnie związany z Miu Miu – jedną z kluczowych marek w portfolio grupy.

W tym kontekście jego szybkie rozstanie z Versace interpretowane jest jako pierwszy sygnał twardego podejścia Prady do integracji przejętej marki, nawet kosztem kreatywnej ciągłości.

Versace w nowej rzeczywistości właścicielskiej

Versace poinformowało, że do czasu ogłoszenia następcy zespół kreatywny będzie kontynuował pracę pod bezpośrednim nadzorem CEO Emmanuela Gintzburgera. Nowy dyrektor kreatywny ma zostać ogłoszony „we właściwym czasie”.

Po przejęciu strategiczną kontrolę nad marką obejmie Lorenzo Bertelli, syn Miuccii Prady i jeden z kluczowych menedżerów grupy, który ma objąć funkcję przewodniczącego rady nadzorczej Versace. Bertelli otwarcie podkreślał, że marka ma „znacznie większy potencjał niż obecne przychody”, co sugeruje głęboką restrukturyzację i przedefiniowanie pozycji Versace w segmencie luksusu.

Donatella Versace, która w marcu ustąpiła ze stanowiska dyrektorki kreatywnej po niemal 30 latach, pozostaje w firmie jako główna ambasadorka marki. Jej obecność ma zapewnić symboliczny pomost między dziedzictwem rodziny Versace a nową, korporacyjną rzeczywistością pod auspicjami Prady.

Szybkie odejście Vitale’a pokazuje jednak jasno, że pod parasolem Prady nie będzie miejsca na półśrodki. Versace wchodzi w fazę twardej integracji biznesowej i strategicznej, w której kreatywna niezależność może ustąpić miejsca dyscyplinie zarządczej i długofalowym celom właściciela.

AMD podnosi ceny kart Radeon RX 9000. Rosnące koszty pamięci uderzają w rynek GPU

AMD oficjalnie potwierdziło podwyżki cen kart graficznych z serii Radeon RX 9000, przerzucając rosnące koszty komponentów – przede wszystkim pamięci – bezpośrednio na konsumentów. Z informacji branżowych, na które powołuje się serwis Tom’s Hardware, wynika, że korekta cen została już wprowadzona na poziomie dystrybutorów, a kolejna podwyżka jest planowana na styczeń 2026 roku.

Zmieniona polityka cenowa obejmuje całą linię układów RDNA 4 i ma charakter systemowy, a nie jednorazowy. Wzrost cen wynosi 10 dolarów za każde 8 GB pamięci VRAM, co – choć nominalnie niewielkie – wpisuje się w szerszy trend rosnących kosztów sprzętu PC.

Nowe ceny kart Radeon RX 9000

W praktyce podwyżki przekładają się na następujące zmiany sugerowanych cen detalicznych (MSRP):

  • Radeon RX 9070 XT: wzrost z 599 do 619 USD
  • Radeon RX 9070: z 549 do 569 USD
  • Radeon RX 9060 XT 16 GB: z 349 do 369 USD
  • Radeon RX 9060 XT 8 GB: z 299 do 309 USD

Choć różnice cenowe nie są drastyczne, stanowią kolejny etap narastającej presji kosztowej w segmencie kart graficznych, który od lat zmaga się z wahaniami podaży, stagnacją marż i cyklicznymi niedoborami kluczowych komponentów.

Globalny niedobór GDDR6

Bezpośrednią przyczyną podwyżek jest globalny niedobór pamięci GDDR6, wykorzystywanej w kartach graficznych dla rynku konsumenckiego. Problem ten jest pochodną boomu na akceleratory AI i centra danych, które masowo wykorzystują pamięć HBM (High Bandwidth Memory).

Najwięksi producenci pamięci DRAM stopniowo przekierowują moce produkcyjne z GDDR6 na HBM, gdzie marże są wyższe, a popyt – niemal nieograniczony. Efektem jest ograniczona dostępność pamięci dla klasycznych GPU.

Dane cytowane przez Reuters pokazują skalę problemu:

  • ceny spot niektórych segmentów pamięci ponad dwukrotnie wzrosły od lutego 2025 roku,
  • poziom zapasów DRAM spadł do 2–4 tygodni, wobec 7–17 tygodni pod koniec 2022 r.

Branża: to nie koniec podwyżek

Sygnały z branży sugerują, że obecne podwyżki mogą być jedynie początkiem. PowerColor, jeden z największych partnerów AMD produkujących niereferencyjne karty graficzne, już w listopadzie ostrzegał klientów, że 2026 rok przyniesie dalszy wzrost cen, a promocje z Black Friday mogą być „ostatnią okazją” do zakupu GPU w relatywnie przystępnych cenach.

Z kolei anonimowe źródło cytowane przez Tom’s Hardware wskazuje, że Nvidia może pójść w ślady AMD, choć skala i tempo ewentualnych korekt pozostają nieznane. W tle pojawiają się również ostrzeżenia o możliwych niedoborach wyższych modeli GeForce RTX 50, w tym RTX 5070 Ti i mocniejszych wariantów, na początku 2026 roku.

Sklepy jeszcze bez szoku cenowego

Dla konsumentów istotną informacją jest fakt, że ceny detaliczne w wielu krajach pozostają na razie bez zmian, a w części sklepów nawet spadają. Wynika to z wyprzedaży zapasów kart zakupionych przed wprowadzeniem nowych cenników hurtowych oraz z wydłużonych promocji po Black Friday.

Realny wzrost cen stanie się widoczny dopiero wraz z nowymi dostawami kart graficznych, już według zaktualizowanych stawek dystrybucyjnych.

Ryzeny bez podwyżek – na razie

Ważne uzupełnienie: mimo spekulacji rynkowych AMD nie podniosło cen procesorów Ryzen. Tom’s Hardware potwierdził 3 grudnia, że firma nie przekazała partnerom żadnych sygnałów o planowanych podwyżkach CPU, co sugeruje, że problem kosztowy koncentruje się obecnie wyłącznie na segmencie pamięci i kart graficznych.

Dla rynku GPU nadchodzące miesiące mogą więc okazać się kolejną próbą równowagi między popytem, dostępnością komponentów a rosnącymi kosztami infrastruktury półprzewodnikowej.

UE szykuje przetarg na budowę gigafabryk AI

Unia Europejska przygotowuje się do uruchomienia formalnego przetargu na budowę tzw. gigafabryk sztucznej inteligencji na początku 2026 roku. Będzie to możliwe po zawarciu umowy finansowej między Komisją Europejską a Grupą Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Projekt ma stać się jednym z filarów europejskiej strategii technologicznej oraz odpowiedzią na przyspieszony wyścig inwestycyjny w infrastrukturę AI w Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Pakiety kontrolne w rękach Europy

Za politykę związaną z suwerennością technologiczną, bezpieczeństwem i ochroną demokracji odpowiada w Komisji Europejskiej wiceprzewodnicząca Henna Virkkunen. Podkreśla ona, że pakiety kontrolne gigafabryk AI muszą pozostać w rękach podmiotów z Unii Europejskiej.

Zdaniem Virkkunen tylko taki model własności gwarantuje, że powstająca infrastruktura realnie wzmocni konkurencyjność Europy, zamiast pogłębiać zależność od dostawców technologii spoza Wspólnoty. Bruksela chce w ten sposób ograniczyć ryzyko, że kluczowe zasoby obliczeniowe – niezbędne do rozwoju zaawansowanej sztucznej inteligencji – zostaną zdominowane przez podmioty z USA lub Azji.

Umowa z EBI przyspieszy finansowanie projektów

3 grudnia Komisja Europejska i Grupa EBI podpisały memorandum ustaleń, które tworzy ramy dla szybszego finansowania i rozwoju projektów gigafabryk AI. W praktyce oznacza to, że EBI będzie świadczył wsparcie doradcze dla konsorcjów już zainteresowanych udziałem w programie.

Eksperci banku mają pomagać firmom i partnerstwom publiczno-prywatnym w przejściu od ogólnych pomysłów do konkretnych projektów inwestycyjnych spełniających wymogi finansowe i techniczne. Celem jest skrócenie czasu pomiędzy pierwszą deklaracją udziału a faktycznym rozpoczęciem budowy.

Memorandum ma także ułatwić współfinansowanie inwestycji przez EBI, obok środków z budżetu unijnego oraz kapitału prywatnego. Dzięki temu projekty mają być dla inwestorów mniej ryzykowne i łatwiejsze do zrealizowania w krótszym horyzoncie.

Zainteresowanie przemysłu większe niż zakładano

Skala zainteresowania ze strony biznesu przerosła oczekiwania Komisji. W czerwcu do Brukseli trafiło 76 wniosków z 16 państw członkowskich, obejmujących 60 potencjalnych lokalizacji gigafabryk.

Wśród zgłaszających znalazły się zarówno przedsiębiorstwa z UE, jak i podmioty spoza Europy: globalne koncerny technologiczne, operatorzy centrów danych, firmy telekomunikacyjne oraz duże fundusze inwestycyjne.

– To znacząco przewyższa nasze pierwotne oczekiwania i pokazuje, że europejski ekosystem AI zaczyna osiągać masę krytyczną – komentowała Virkkunen po zakończeniu naboru. Jej zdaniem to wyraźny sygnał, że przemysł widzi w projekcie realną szansę na zbudowanie europejskiego zaplecza obliczeniowego o globalnym znaczeniu.

InvestAI: 200 mld euro, z czego 20 mld na gigafabryki

Gigafabryki AI są jednym z centralnych elementów inicjatywy InvestAI, ogłoszonej w lutym 2025 roku przez przewodniczącą Komisji Ursulę von der Leyen. Program ma zmobilizować 200 mld euro inwestycji w sztuczną inteligencję, z czego 20 mld euro zostało przeznaczone specjalnie na projekty gigafabryk AI.

Plan zakłada powstanie do pięciu dużych hubów obliczeniowych w różnych częściach Unii. Każdy z nich miałby dysponować około 100 tys. zaawansowanych akceleratorów AI, co oznacza moc obliczeniową niemal czterokrotnie większą niż w przypadku obecnie rozwijanych centrów danych AI w Europie.

Gigafabryki mają powstawać w formule partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Komisja szacuje, że 65–70 proc. nakładów inwestycyjnych pokryje kapitał prywatny, zaś pozostałą część zapewnią środki publiczne – unijne i krajowe. Koszt pojedynczego projektu jest wyceniany na 4–5 mld euro, co stawia je wśród największych inwestycji infrastrukturalnych w historii europejskiej gospodarki cyfrowej.

Europejska odpowiedź na miliardowe projekty w USA

Europejskie plany powstają w cieniu bezprecedensowych inwestycji w Stanach Zjednoczonych. W styczniu 2025 roku prezydent Donald Trump ogłosił Projekt Stargate – wspólne przedsięwzięcie OpenAI, SoftBanku i Oracle – obejmujące do 500 mld dolarów nakładów na centra danych AI w ciągu czterech lat. Już na starcie zabezpieczono finansowanie na poziomie 100 mld dolarów.

Na tym tle europejskie projekty są mniejsze, ale Bruksela kładzie nacisk na długoterminową kontrolę właścicielską, bezpieczeństwo danych oraz zgodność z regulacjami, a nie tylko na samą skalę inwestycji. Celem jest zmniejszenie zależności od zewnętrznych dostawców infrastruktury, takich jak amerykańskie hiperskalowe chmury publiczne.

Start operacyjny po 2028 roku

Nowe ośrodki mają być wykorzystywane przede wszystkim do trenowania najbardziej złożonych i kapitałochłonnych modeli sztucznej inteligencji. Z ich zasobów mają korzystać m.in. projekty z obszaru medycyny, zielonych technologii, przemysłu obronnego, zaawansowanej produkcji oraz eksploracji kosmosu.

Architektura gigafabryk ma się opierać na bazie 19 mniejszych fabryk AI, które już powstają przy wsparciu unijnym w różnych krajach członkowskich. Te istniejące ośrodki mają pełnić rolę „zaplecza” i poligonu doświadczalnego dla większych inwestycji.

Zgodnie z obecnym harmonogramem pierwsze gigafabryki AI mają rozpocząć działalność operacyjną w 2028 roku. Będzie to kluczowy test dla Brukseli: czy Unia potrafi nie tylko tworzyć regulacje dotyczące sztucznej inteligencji, ale również zbudować własną, strategiczną infrastrukturę obliczeniową, uniezależnić się od zewnętrznych centrów danych i wzmocnić swoją pozycję w globalnym wyścigu technologicznym.

UBS może zredukować kolejne 10 tys. etatów do 2027 r. Problemy z integracją Credit Suisse i presja kosztowa

UBS rozważa likwidację nawet 10 tys. miejsc pracy do 2027 roku – informuje szwajcarski tygodnik SonntagsBlick. Ewentualne cięcia mają być konsekwencją wolniejszej, niż zakładano, integracji Credit Suisse oraz utrzymującej się presji na koszty operacyjne największego banku w Szwajcarii.

Według doniesień temat dalszych redukcji zatrudnienia jest przedmiotem bieżących dyskusji wewnątrz banku. Zwolnienia miałyby objąć zarówno Szwajcarię, jak i rynki zagraniczne, obniżając łączne zatrudnienie grupy do około 95 tys. etatów (FTE). UBS nie potwierdza konkretnych liczb, deklarując jednocześnie chęć ograniczania zwolnień do minimum.

Bank podkreśla, że w pierwszej kolejności stawia na naturalną rotację, wcześniejsze emerytury i mobilność wewnętrzną, a także zastępowanie zewnętrznych kontraktorów własnymi pracownikami. Ma to zmniejszyć społeczne i operacyjne koszty restrukturyzacji.

Głównym źródłem presji pozostają problemy z integracją Credit Suisse, przejętego w 2023 r. Część relacji z klientami wciąż nie została przeniesiona, a legacy IT dawnego Credit Suisse musi nadal działać równolegle z systemami UBS. To opóźnia pełną konsolidację i podnosi koszty.

Prezes UBS Sergio Ermotti zapowiadał 13 mld dolarów oszczędności wynikających z fuzji. Do końca września zrealizowano ok. 10 mld dolarów, czyli 77% celu, jednak tempo dalszych oszczędności wyraźnie wyhamowało.

Od momentu przejęcia Credit Suisse bank zlikwidował już około 15 tys. etatów. Na koniec 2024 r. UBS zatrudniał 110 323 pracowników, wobec 119 100 bezpośrednio po finalizacji transakcji. W samej Szwajcarii bank nadal planuje redukcję około 3 tys. miejsc pracy.

Największa fala zwolnień przypadła na pierwszą fazę integracji. W III kwartale 2023 r. zatrudnienie zmniejszyło się o ponad 3 tys. etatów, po czym tempo redukcji spadło do średnio ok. 1,3 tys. etatów na kwartał.

W styczniu Ermotti przyznał, że dalsze cięcia są „nieuniknione”, jeśli UBS chce zrealizować remaining 5,5 mld dolarów oszczędności. Jednocześnie zapowiedział, że bank będzie preferował dobrowolne odejścia zamiast przymusowych zwolnień.

Doniesienia SonntagsBlick pokazują, że integracja jednej z największych transakcji bankowych w Europie pozostaje bardziej złożona i kosztowna, niż pierwotnie zakładano. Dla rynku to sygnał, że presja na efektywność i koszty pozostanie jednym z kluczowych tematów strategii UBS w najbliższych latach.

Kreml buduje mit „zrujnowanej Europy”. Twarde dane temu przeczą

Rosyjskie MSZ ogłosiło w sobotę, że państwa europejskie miały ponieść 1,6 bln euro strat w wyniku sankcji nałożonych na Rosję w latach 2022–2025. Komunikat opublikowano przy okazji obchodów Międzynarodowego Dnia przeciwko Jednostronnym Środkom Przymusu ONZ, który Kreml konsekwentnie wykorzystuje do krytyki zachodniej polityki sankcyjnej.

W oświadczeniu podkreślono, że mimo „bezprecedensowej presji gospodarczej” rosyjska gospodarka miała wykazać się „wysoką odpornością i zdolnością adaptacji” oraz nadal notować stabilny wzrost. Moskwa przekonuje jednocześnie, że sankcje rzekomo przynoszą większe szkody ich autorom niż Rosji i blokują budowę „sprawiedliwego, wielobiegunowego porządku światowego”.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ponownie nazwał sankcje „bronią obosieczną”. Według tej narracji Zachód, ograniczając relacje gospodarcze z Rosją, „strzela sobie w stopę” i sam pogarsza swoją sytuację ekonomiczną.

Ten obraz nie znajduje jednak pełnego potwierdzenia w danych międzynarodowych instytucji finansowych. Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył prognozę wzrostu rosyjskiego PKB w 2025 r. do 0,6 proc., po silnym, ale jednorazowym wzroście 4,3 proc. w 2024 r., napędzanym głównie wydatkami wojennymi.

MFW prognozuje również inflację na poziomie ok. 9 proc. w 2025 r., wyraźnie wyższą niż globalna średnia. Wysokie ceny, kontrola kapitału, izolacja finansowa i uzależnienie od eksportu surowców wskazują, że długoterminowa odporność rosyjskiej gospodarki jest znacznie bardziej ograniczona, niż sugeruje Kreml.

Również twierdzenia o 1,6 bln euro strat po stronie Europy znacząco odbiegają od niezależnych analiz. Badania austriackich i europejskich ośrodków wskazują, że wpływ sankcji na PKB UE w 2023 r. wyniósł ok. 0,2 proc., czyli w przybliżeniu 30–40 mld euro.

Szersze szacunki dla lat 2022–2024 mówią o kosztach rzędu 100–500 mld euro, wynikających głównie z zerwania handlu z Rosją, przebudowy łańcuchów dostaw oraz gwałtownego wzrostu cen energii. Są to kwoty istotne, ale wielokrotnie niższe od podawanych przez rosyjską dyplomację.

Ekonomiści zwracają uwagę, że choć koszty dla Europy były realne i szczególnie dotknęły przemysł energochłonny, to równolegle nastąpiło szybkie przyspieszenie inwestycji w LNG, OZE i infrastrukturę energetyczną. W średnim i długim okresie oznacza to większą odporność UE i trwałe uniezależnienie się od rosyjskich surowców.

Zdaniem analityków kwota 1,6 bln euro ma przede wszystkim funkcję propagandową. Jej celem jest osłabienie poparcia dla sankcji i wsparcia Ukrainy poprzez sugestię, że to Europa ponosi największy koszt wojny gospodarczej.

W rzeczywistości spór o liczby dotyczy mniej minionych strat, a bardziej przyszłości. Kluczowe pytanie brzmi, która gospodarka w perspektywie dekady zapłaci wyższą cenę – ta, która przyspiesza dywersyfikację i modernizację, czy ta, która traci dostęp do technologii, kapitału i głównych rynków zbytu.

Digital Network po historycznym przejęciu Braughman Group. Spółka zapowiada dynamiczny wzrost

Digital Network SA, lider cyfrowego segmentu DOOH, zakończył proces przejęcia Braughman Group Media Outdoor – jednej z trzech największych firm outdoorowych w kraju i dominującego gracza w segmencie premium. Finalizacji transakcji sprzyjały uchwała walnego zgromadzenia oraz umowa kredytowa z bankiem, gwarantująca pełne finansowanie – co pozwoliło zamknąć projekt określany przez rynek jako największy w historii polskiej reklamy zewnętrznej.

Strategiczny zakup wpisuje się w kierunek dynamicznej digitalizacji mediów zewnętrznych i ma zwiększyć skalę działalności całej grupy, poprawić jej rentowność oraz umocnić potencjał wzrostu wartości dla akcjonariuszy. Zdaniem analityków połączenie dwóch podmiotów jest naturalną konsekwencją ich rozwoju – synergią kompetencji i doświadczenia na dobrze rozpoznawalnym rynku, co daje realną szansę na sprawny proces integracji Braughman Group z Digital Network.

Prezes Digital Network, Agnieszka Godlewska, podkreśla, że fuzja to znacznie więcej niż suma wyników finansowych. – Połączenie to nowy poziom możliwości operacyjnych i strategicznych. Konsolidacja działów, usunięcie konkurencji o prestiżowe lokalizacje, w tym infrastrukturę PKP, oraz perspektywa digitalizacji kolejnych nośników tworzą fundament pod nową skalę działalności – zaznacza.

Jak dodaje, większa organizacja oznacza również mocniejszą pozycję negocjacyjną, co pozwala zabiegać o większe budżety reklamowe oraz korzystniejsze warunki współpracy. Już obecnie firma prowadzi rozmowy dotyczące przyszłorocznych kontraktów i integruje ofertę, jednocześnie analizując możliwości digitalizacji przejętej sieci nośników.

Dane finansowe Braughman Group za okres styczeń–sierpień 2025 roku pokazują skalę przejęcia: 76,6 mln zł przychodów, 19,3 mln zł zysku EBIT i marża operacyjna na poziomie 25,2%. To wyniki porównywalne z rezultatami Digital Network, co oznacza, że po połączeniu rynek zyska podmiot o niespotykanej dotąd sile operacyjnej w sektorze DOOH.

Od początku roku notowania Digital Network wzrosły o 150%, a zaledwie w ostatnich 30 dniach – o 30%. Optymistycznie oceniają spółkę także analitycy. W raporcie z 30 listopada 2025 r. Dom Maklerski BOŚ po raz kolejny podniósł cenę docelową – tym razem do 160 zł, czyli o ponad 15% powyżej aktualnego kursu. Pierwsza rekomendacja DM BOŚ z czerwca 2024 roku wynosiła 84 zł, a kolejne podwyżki były efektem wyników przewyższających oczekiwania rynku. Eksperci podkreślają, że Digital Network nie tylko działa w jednym z najbardziej dynamicznych segmentów reklamowych, ale w wielu aspektach wyprzedza jego tempo, generując imponującą marżę operacyjną 45,6% i marżę EBIT na poziomie 30% – wyniki rzadko spotykane w branży reklamowej.

Dynamiczna pozycja firmy to odzwierciedlenie zmian zachodzących w sektorze reklamy zewnętrznej, który przechodzi intensywny proces przechodzenia z tradycyjnych plansz na cyfrowe ekrany LED. Według danych OOH Magazine, tylko w trzecim kwartale 2025 roku segment DOOH urósł o 14,6% rok do roku. Dzięki przejęciu Braughman Group Digital Network umacnia się jako największy beneficjent tej transformacji – i to wyraźnie ponad tempo całego rynku. Zawdzięcza to skali, technologii, doświadczeniu oraz dodatkowej przewadze – przyciąganiu budżetów internetowych poprzez sprzedaż reklam w globalnym modelu PROGRAMATIC.

Intel nie nadąża z produkcją. Popyt na Core Ultra i Xeon 6 przewyższa możliwości firmy

Intel przyznał w tym tygodniu, że gwałtownie rosnący popyt na jego najnowsze procesory znacząco przewyższa obecne moce produkcyjne. Spółka nie jest w stanie zabezpieczyć wystarczającej liczby płytek krzemowych od TSMC, aby w pełni zaspokoić zapotrzebowanie na układy z serii Core Ultra 200, obejmujące linie Lunar Lake i Arrow Lake.

Podczas konferencji UBS Global Technology and AI Conference (3–5 grudnia) wiceprezes korporacyjny Intela John Pitzer nie pozostawił wątpliwości co do skali problemu:

„Gdybyśmy mieli więcej płytek Lunar Lake, sprzedawalibyśmy więcej Lunar Lake. Gdybyśmy mieli więcej płytek Arrow Lake, sprzedawalibyśmy więcej Arrow Lake” – powiedział wprost.

Ograniczenia także po stronie centrów danych

Niedobory nie dotyczą wyłącznie segmentu konsumenckiego. Intel zmaga się również z wąskimi gardłami produkcyjnymi w ofercie dla centrów danych. Jak ujawnił Pitzer, własne fabryki firmy wciąż w dużej mierze opierają się na starszych procesach technologicznych Intel 7 i 10 nm, co ogranicza skalę produkcji serwerowych procesorów Xeon 6 „Granite Rapids”.

„Szczerze mówiąc, gdybyśmy mieli więcej płytek Granite Rapids, sprzedawalibyśmy więcej Granite Rapids” – przyznał menedżer.

Dodał, że Intel aktywnie przesuwa moce produkcyjne z rynku PC w stronę serwerów, ponieważ to właśnie tam luka między popytem a podażą jest obecnie największa.

OpenAI przejmuje polski startup Neptune

0

OpenAI sfinalizowało przejęcie Neptune, warszawskiego startupu rozwijającego narzędzia do monitorowania i debugowania procesu trenowania modeli sztucznej inteligencji. Transakcja – zawarta w całości w formie akcji i bez ujawnienia warunków finansowych – wzmacnia technologiczne zaplecze OpenAI w kluczowym momencie zaostrzającej się konkurencji na rynku AI.

Integracja Neptune oznacza włączenie jego rozwiązań bezpośrednio do infrastruktury treningowej OpenAI. Celem jest zwiększenie kontroli i przejrzystości procesu uczenia dużych modeli językowych, w tym kolejnych wersji ChatGPT.

Jak podkreślił Jakub Pachocki z OpenAI, Neptune stworzyło szybki i precyzyjny system analizy złożonych procesów treningowych. OpenAI planuje ścisłą współpracę z zespołem startupu, aby głęboko zintegrować jego narzędzia z własnym stosem technologicznym i lepiej rozumieć zachowanie modeli w trakcie uczenia.

Neptune działa na rynku od 2017 roku i zostało założone w Warszawie przez Piotra Niedźwiedzia oraz trzech współzałożycieli. Firma wyspecjalizowała się w narzędziach dla inżynierów machine learningu, umożliwiających śledzenie eksperymentów, porównywanie wersji modeli i szybkie wykrywanie błędów w procesie treningu.

Startup pozyskał dotychczas ponad 18 mln dolarów finansowania od inwestorów, w tym Almaz Capital i TDJ Pitango. Co istotne, OpenAI korzystało z rozwiązań Neptune już od ponad roku, zanim zdecydowało się na pełne przejęcie spółki.

Transakcja ma wyraźnie strategiczny charakter. Dochodzi do niej w momencie rosnącej presji konkurencyjnej, zwłaszcza ze strony Google i modeli Gemini, które coraz mocniej rywalizują z ofertą OpenAI.

Według doniesień amerykańskich mediów Sam Altman ogłosił wewnętrzny „stan alarmowy”, wzywając firmę do przyspieszenia prac nad kluczowymi usprawnieniami ChatGPT. Na pierwszy plan mają trafić szybkość, stabilność i personalizacja, natomiast inne projekty – w tym inicjatywy reklamowe czy specjalistyczni agenci AI – zostały czasowo odsunięte.

W tym kontekście przejęcie polskiego startupu ma pozwolić OpenAI szybciej iterować modele i lepiej kontrolować cały cykl ich trenowania. Dla OpenAI to wzmocnienie technologiczne, a dla polskiego ekosystemu startupowego – jeden z najbardziej prestiżowych exitów w historii krajowej branży AI.

Orbán zapowiada delegację do Moskwy. Budapeszt szykuje się na interesy z Rosją „po wojnie”

Premier Węgier Viktor Orbán zapowiedział wysłanie w najbliższych dniach delegacji handlowej do Moskwy, której zadaniem ma być przygotowanie gruntu pod szerszą współpracę gospodarczą z Rosją po zakończeniu wojny w Ukrainie. Deklaracja padła podczas przedwyborczego zgromadzenia Fideszu w Kecskemét, gdzie Orbán przedstawił trwający konflikt jako kluczowy punkt odniesienia dla przyszłości kraju.

Orbán stwierdził, że Węgry muszą „myśleć z wyprzedzeniem”, zakładając scenariusz, w którym USA doprowadzą do reintegration Rosji z globalną gospodarką, a sankcje zostaną zniesione. W jego ocenie w takim świecie Budapeszt powinien być gotowy na szybkie wykorzystanie nowych możliwości gospodarczych. Premier dodał, że wybory parlamentarne w 2026 r. będą „ostatnimi przed wojną”, podbijając stawkę nadchodzącej kampanii.

Kontynuacja energetycznego zwrotu ku Rosji

Zapowiedź delegacji to konsekwentny ciąg dalszy polityki Orbána wobec Moskwy. Zaledwie tydzień wcześniej szef węgierskiego rządu spotkał się na Kremlu z Władimirem Putinem, zapewniając, że Węgry nadal będą kupować rosyjską ropę i gaz.

Orbán podkreślał wówczas, że „rosyjska energia stanowi fundament bezpieczeństwa energetycznego Węgier teraz i w przyszłości”. Putin z kolei określił jego stanowisko wobec wojny w Ukrainie jako „wyważone”, umacniając wizerunek Budapesztu jako najbardziej prorosyjskiego rządu w Unii Europejskiej.

MOL celuje w aktywa objęte sankcjami

Równolegle rośnie apetyt węgierskiego biznesu na przejęcie części rosyjskich aktywów energetycznych. Grupa MOL poinformowała stronę amerykańską o zainteresowaniu zakupem międzynarodowych aktywów Łukoilu objętych sankcjami, w tym rafinerii, sieci stacji paliw w Europie oraz udziałów w projektach w Kazachstanie i Azerbejdżanie.

Według doniesień te plany były jednym z tematów rozmowy Orbána z prezydentem USA Donaldem Trumpem podczas listopadowej wizyty w Waszyngtonie. Po spotkaniu Węgry uzyskały roczne wyłączenie spod amerykańskich sankcji na rosyjską energię, co może otworzyć MOL-owi drogę do aktywnego udziału w przyszłym „przemeblowaniu” rynku aktywów energetycznych.

Kurs kolizyjny z Brukselą

Budapeszt coraz wyraźniej wchodzi w konflikt z unijną polityką wobec Rosji. 3 grudnia UE zatwierdziła plan stopniowego zakończenia importu rosyjskiego gazu do końca 2027 r., ale Węgry już zapowiedziały, że będą go kwestionować.

Minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó zapowiedział zaskarżenie planu do Trybunału Sprawiedliwości UE, nazywając go „brukselskim dyktatem”. Podkreślił, że w jego ocenie bez rosyjskich surowców nie da się fizycznie zapewnić Węgrom bezpiecznych dostaw ropy i gazu, co ma czynić unijną strategię nierealną.

Eksperci zwracają uwagę, że polityka Orbána wobec Rosji coraz bardziej rozmija się z linią Brukseli. Analityk think tanku Bruegel Jacob Kirkegaard określił niedawną wizytę premiera Węgier w Moskwie jako „środkowy palec” pokazany Unii Europejskiej, podważający spójność unijnego frontu wobec Kremla.

Od lat europejscy urzędnicy zarzucają Orbánowi wykorzystywanie członkostwa w UE do blokowania kluczowych decyzji – od pakietów wsparcia dla Ukrainy po kolejne rundy sankcji energetycznych. Zapowiedź wysłania delegacji handlowej do Moskwy tylko wzmacnia wrażenie, że Budapeszt chce ustawić się w roli „mostu” między Rosją a Zachodem po wojnie, nawet kosztem dalszej konfrontacji z instytucjami unijnymi.

ING podnosi prognozę dla Rumunii, ale ostrzega przed recesją techniczną

ING Bank Rumunia podwyższył prognozę wzrostu gospodarczego na 2025 rok z 0,3% do 1,1%, jednocześnie sygnalizując realne ryzyko recesji technicznej w drugiej połowie roku. Ekonomiści banku zakładają, że po spadku aktywności w III kwartale może dojść do kolejnej kontrakcji PKB w IV kwartale. Taki scenariusz oznaczałby pierwszą recesję techniczną od czasu pandemii.

Jak zwracają uwagę główny ekonomista ING Valentin Tătaru oraz Štefan Posea, gospodarka już skurczyła się o 0,2% kwartał do kwartału w III kwartale 2025 r. Stało się tak mimo wzrostu PKB o 1,6% w ujęciu rocznym. Dwa kolejne kwartały spadku aktywności spełniałyby definicję recesji technicznej.

Największym źródłem ryzyka pozostaje słabnąca konsumpcja prywatna. W październiku sprzedaż detaliczna spadła o 4% rok do roku, co jest najsilniejszym tąpnięciem od okresu pandemicznego. Spadki objęły wszystkie kluczowe kategorie, w tym żywność, co sugeruje wyraźne ograniczanie wydatków przez gospodarstwa domowe.

ING wskazuje, że presja ze strony wyższych podatków pośrednich oraz niepewność dochodowa mocno uderzają w nastroje konsumentów. Zaufanie konsumenckie pozostaje bardzo niskie, a wkład konsumpcji prywatnej do wzrostu PKB w III kwartale wyniósł zaledwie 0,3 pkt proc. To poziom, który nie jest w stanie zrównoważyć słabnącej dynamiki gospodarki.

Jasnym punktem pozostają inwestycje, które w III kwartale dodały aż 2,7 pkt proc. do wzrostu PKB. ING liczy, że to właśnie one będą głównym motorem ożywienia w 2026 r., kiedy tempo wzrostu miałoby przyspieszyć do 1,4%. Kluczową rolę mają odegrać inwestycje publiczne finansowane z Krajowego Planu Odbudowy.

Bardziej umiarkowany scenariusz przedstawia BCR–Erste. Bank zakłada wzrost PKB Rumunii na poziomie 1,3% w 2025 r. i stagnację, a nie spadek, w IV kwartale, co pozwoliłoby uniknąć recesji technicznej. Na 2026 r. prognozowany jest wzrost rzędu 2,1%, również oparty głównie na środkach unijnych.

W rezultacie Rumunia wchodzi w 2025 rok z lepszymi prognozami wzrostu niż jeszcze kilka miesięcy temu. Jednocześnie gospodarka pozostaje narażona na krótkotrwałą recesję, jeśli osłabienie konsumpcji okaże się trwalsze, niż zakładają rynki i banki.

Tokeny Terry rosną, mimo że prokuratura domaga się 12 lat więzienia dla Do Kwona

Amerykańska prokuratura federalna domaga się 12 lat więzienia dla Do Kwona, założyciela Terraform Labs i twórcy upadłego ekosystemu Terra. Wniosek o wymiar kary trafił do sądu federalnego na Manhattanie na kilka dni przed ogłoszeniem wyroku. Jak podkreśla Departament Sprawiedliwości USA, proponowana kara ma odzwierciedlać „kolosalną skalę” strat, które przekroczyły 40 mld dolarów i wstrząsnęły globalnym rynkiem kryptowalut.

Do Kwon, dziś 34-letni, przyznał się w sierpniu do spisku w celu popełnienia oszustwa. Oświadczył, że „świadomie” uczestniczył w wprowadzaniu inwestorów w błąd co do stabilności i mechanizmów działania projektu. Zgodnie z porozumieniem z prokuraturą śledczy mogą rekomendować karę do 12 lat więzienia, choć formalnie grozi mu nawet do 25 lat pozbawienia wolności. Wyrok ma ogłosić 11 grudnia sędzia Paul Engelmayer.

Tokeny Terry rosną mimo ciężkich zarzutów

Paradoksalnie, mimo poważnych zarzutów rynek tokenów powiązanych z Terrą zareagował gwałtownymi wzrostami. Dane giełdowe pokazują, że 5 grudnia token LUNA zdrożał o około 70%, osiągając poziom ok. 0,11 USD. Z kolei Terra Classic (LUNC) zanotowała skok nawet o 122% w bardzo krótkim czasie.

Wraz ze wzrostami cen gwałtownie wzrosły także obroty, co sugeruje napływ krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego. Inwestorzy zdają się wykorzystywać medialny rozgłos wokół sprawy Do Kwona, a nie realne fundamenty projektu. Dla wielu uczestników rynku to kolejny dowód, jak silnie rynek kryptowalut reaguje na narrację i emocje.

Departament Sprawiedliwości USA jednoznacznie zestawia sprawę Do Kwona z innymi głośnymi aferami kryptowalutowymi. W dokumentach sądowych pojawiają się nazwiska Sama Bankmana-Frieda, skazanego w 2023 roku na 25 lat więzienia, oraz Alexa Mashinsky’ego z Celsiusa, który usłyszał wyrok 12 lat. Zdaniem prokuratorów twórca Terry powinien zostać potraktowany podobnie.

Śledczy podkreślają, że straty wynikające z upadku Terry – ponad 40 mld dolarów – wielokrotnie przewyższają szkody przypisywane Celsiusowi. Zwracają też uwagę, że w przeciwieństwie do Mashinsky’ego, Do Kwon przez długi czas unikał odpowiedzialności, posługując się fałszywymi dokumentami. Został zatrzymany dopiero w Czarnogórze w marcu 2023 roku.

Obrona Do Kwona domaga się znacznie łagodniejszego wyroku – pięciu lat pozbawienia wolności. Adwokaci wskazują, że oskarżony spędził już wiele miesięcy w areszcie w Czarnogórze. Prawnicy podnoszą również fakt zgody na przepadek majątku o wartości ponad 19 mln dolarów. Ma to świadczyć o współpracy z wymiarem sprawiedliwości i ograniczaniu skutków przestępstwa.

Dodatkowo w Korei Południowej toczy się odrębne postępowanie, w którym prokuratura domaga się nawet 40 lat więzienia.

Front sześciu państw UE, z Polską na czele, naciska na rewizję unijnej strategii motoryzacyjnej

Sześć państw Unii Europejskiej wystąpiło z oficjalnym apelem do Komisji Europejskiej o odejście od planowanego na 2035 rok zakazu sprzedaży nowych samochodów z silnikami spalinowymi. Sygnatariusze domagają się dopuszczenia po tej dacie m.in. hybryd typu plug-in, pojazdów z przedłużaczem zasięgu oraz samochodów wykorzystujących ogniwa paliwowe. Ich zdaniem obecna strategia podważa konkurencyjność europejskiego przemysłu motoryzacyjnego i stoi w sprzeczności z zasadą neutralności technologicznej.

List skierowany do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen został podpisany 4 grudnia przez premierów Włoch, Polski, Bułgarii, Czech, Węgier i Słowacji, w tym Giorgię Meloni i Donalda Tuska. Dokument trafił do Brukseli na krótko przed oczekiwaną prezentacją nowego unijnego pakietu motoryzacyjnego, której termin – według nieoficjalnych informacji – może zostać przesunięty na początek 2026 roku.

Ostrzeżenie przed deindustrializacją

Autorzy apelu wskazują, że europejski sektor motoryzacyjny oraz polityka klimatyczna UE znalazły się w kluczowym momencie. Ich zdaniem utrzymanie sztywnego zakazu silników spalinowych grozi deindustrializacją części kontynentu i nie przełoży się automatycznie na skuteczną transformację ekologiczną.

„Nie ma nic zielonego na przemysłowej pustyni” – podkreślają liderzy sześciu państw, akcentując, że cele klimatyczne muszą uwzględniać realia gospodarcze, dostępność technologii oraz globalną konkurencję, z jaką mierzą się europejscy producenci.

W liście pojawia się postulat rewizji unijnych przepisów dotyczących norm emisji CO₂ dla samochodów osobowych i dostawczych tak, aby zamiast jednego, zeroemisyjnego rozwiązania dopuścić różne ścieżki ograniczania emisji.

Paliwa alternatywne jako element transformacji

Istotnym elementem propozycji jest także włączenie do polityki regulacyjnej UE paliw niskoemisyjnych i odnawialnych, w szczególności biopaliw i paliw syntetycznych. Sygnatariusze argumentują, że rozwiązania te mogą pozwolić na redukcję emisji bez gwałtownego porzucania istniejącej bazy technologicznej i infrastruktury.

Takie podejście miałoby umożliwić bardziej stopniowe dostosowanie przemysłu, zmniejszyć ryzyko utraty miejsc pracy oraz ograniczyć przenoszenie produkcji poza Unię Europejską, zwłaszcza do krajów azjatyckich.

Coraz silniejszy nacisk na Komisję

Stanowisko sześciu państw wpisuje się w szerszy trend rosnącej presji politycznej na Komisję Europejską. Podobne sygnały napływają z Niemiec – kanclerz Friedrich Merz wcześniej apelował o odejście od „sztywnej daty 2035 roku” i zastąpienie jej bardziej elastycznym, technologicznie otwartym podejściem.

Dla Brukseli oznacza to coraz trudniejsze balansowanie pomiędzy ambitnymi celami klimatycznymi a interesami przemysłowymi sektora motoryzacyjnego, który pozostaje jednym z filarów europejskiej gospodarki i zatrudnia miliony pracowników.

Spór o przyszłość motoryzacji

Choć obowiązujące przepisy nadal przewidują zakaz sprzedaży nowych samochodów emitujących CO₂ od 2035 roku, apel sześciu państw pokazuje, że polityczna zgoda wokół tej daty słabnie. Zbliżająca się rewizja regulacji oraz zapowiadany pakiet motoryzacyjny mogą stać się areną ostrego sporu między zwolennikami szybkiego przejścia na elektromobilność a krajami domagającymi się bardziej realistycznej, technologicznie neutralnej transformacji.

Decyzje podjęte w najbliższych miesiącach przesądzą o tym, czy unijna polityka klimatyczna w motoryzacji pozostanie sztywnym harmonogramem, czy też przekształci się w ramy pozwalające na różne drogi dojścia do neutralności klimatycznej.

Musk dementuje doniesienia o wycenie SpaceX na 800 mld dolarów

Elon Musk zaprzeczył doniesieniom, jakoby SpaceX prowadziło rozmowy o pozyskaniu finansowania przy wycenie sięgającej 800 mld dolarów. W sobotnim wpisie na platformie X określił te informacje jako nieprawdziwe i zaznaczył, że spółka nie realizuje obecnie rundy finansowania w takiej formie.

„W mediach pojawiło się wiele doniesień, że SpaceX pozyskuje kapitał przy wycenie 800 mld dolarów. To nie jest prawda” – napisał Musk. Dodał, że firma od lat generuje dodatnie przepływy pieniężne i zamiast klasycznych rund inwestycyjnych przeprowadza okresowe wykupy akcji. Odbywają się one dwa razy w roku i mają na celu zapewnienie płynności pracownikom oraz dotychczasowym akcjonariuszom.

Reakcja na doniesienia największych redakcji

Wypowiedź Muska była odpowiedzią na publikacje m.in. „The Wall Street Journal” i Bloomberga, które informowały, że zarząd SpaceX rozważał wewnętrzną sprzedaż akcji mogącą sugerować wycenę spółki w przedziale 750–800 mld dolarów. Według tych relacji rozmowy miały odbyć się podczas spotkania w kompleksie Starbase w Teksasie, gdzie dyrektor finansowy Bret Johnsen miał omawiać możliwe scenariusze z inwestorami.

Musk podkreślił jednak, że tego typu transakcje nie oznaczają pozyskiwania nowego kapitału ani formalnej rundy finansowania, lecz są elementem wewnętrznej polityki spółki dotyczącej obrotu akcjami.

Skokowe wzrosty wyceny w tle

Plotki o rekordowej wycenie SpaceX pojawiły się w kontekście szybkiego wzrostu wartości firmy w ostatnich kwartałach. W grudniu 2024 r. spółka była wyceniana na około 350 mld dolarów, a w lipcu 2025 r. – podczas wtórnej sprzedaży akcji – na około 400 mld dolarów. Sugestie o poziomie bliskim 800 mld dolarów oznaczałyby ponad dwukrotne zwiększenie wyceny w ciągu niespełna pół roku.

Taka wartość uczyniłaby SpaceX najcenniejszą prywatną firmą świata, wyprzedzając m.in. OpenAI, które jesienią 2025 r. osiągnęło wycenę rzędu 500 mld dolarów.

Debiut giełdowy pozostaje otwartą kwestią

Choć Musk zdementował informacje o finansowaniu przy wycenie 800 mld dolarów, spekulacje na temat przyszłego IPO SpaceX nie ustają. Według wcześniejszych doniesień kierownictwo spółki miało sygnalizować inwestorom, że debiut giełdowy mógłby zostać rozważony pod koniec 2026 roku, jeśli sytuacja rynkowa i operacyjna będzie sprzyjająca.

Na razie SpaceX – zgodnie z deklaracjami właściciela – pozostaje przy modelu samofinansowania działalności oraz ograniczonych, cyklicznych wykupów akcji, co czyni ją jedną z nielicznych dużych firm technologicznych działających poza rynkiem publicznym.

Administracja Trumpa straszy „cywilizacyjnym wymazaniem” Europy

Administracja Donalda Trumpa przedstawiła nową Strategię Bezpieczeństwa Narodowego USA, utrzymaną w ostrym, konfrontacyjnym tonie wobec europejskich sojuszników i zapowiadającą zasadniczą zmianę w relacjach transatlantyckich. Dokument kreśli pesymistyczną wizję przyszłości Europy, ostrzegając przed „wymazaniem cywilizacyjnym” oraz scenariuszem, w którym kontynent – na skutek masowej imigracji i niskiej dzietności – w perspektywie kilkunastu–kilkudziesięciu lat stanie się „nie do rozpoznania”.

Strategia wzywa państwa europejskie do przejęcia głównej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo, a jednocześnie zapowiada zacieśnianie relacji Stanów Zjednoczonych z „patriotycznymi siłami politycznymi” w Europie. Jest to wyraźny sygnał, że Biały Dom dąży do budowania alternatywnych kanałów wpływu, z pominięciem dotychczasowych elit politycznych oraz struktur Unii Europejskiej.

Radykalna narracja o przemianach Europy

Liczący 33 strony dokument, datowany na listopad 2025 r., posługuje się językiem, który – zdaniem części ekspertów – nawiązuje do retoryki znanej z teorii „Wielkiej Wymiany”. W rozdziale dotyczącym „promowania europejskiej wielkości” autorzy przekonują, że stagnacja gospodarcza Starego Kontynentu jest problemem drugorzędnym wobec znacznie poważniejszego zagrożenia o charakterze cywilizacyjnym.

Strategia sugeruje, że w horyzoncie kilkudziesięciu lat niektóre państwa NATO mogą stać się w większości „nieeuropejskie”, a migracja miałaby prowadzić nie tylko do zmian demograficznych, lecz także do osłabienia kulturowej i politycznej tożsamości Europy.

Krytyka polityki wobec Ukrainy

Dokument zawiera również ostrą ocenę europejskiego podejścia do wojny w Ukrainie. Autorzy zarzucają rządom unijnym nierealistyczne oczekiwania wobec konfliktu oraz pomijanie głosu społeczeństw, które – według Strategii – miałyby opowiadać się za szybkim zakończeniem wojny nawet kosztem kompromisów.

Moment przedstawienia dokumentu zbiega się z trwającymi rozmowami pokojowymi z udziałem przedstawicieli USA i Ukrainy w Miami, co może dodatkowo utrudnić utrzymanie jednolitego stanowiska Zachodu wobec Kijowa i Moskwy.

Reakcje w Polsce na strategię Trumpa: Tusk apeluje o jedność Zachodu, Bartosiak mówi o zwrocie strategicznym

Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego administracji Donalda Trumpa wywołała w Polsce szeroką dyskusję – od politycznych apeli o jedność Zachodu po ostrzeżenia przed koniecznością strategicznej samodzielności Europy. Dokument, który sygnalizuje ograniczenie amerykańskich zobowiązań wobec sojuszników, został odebrany w Warszawie jako zapowiedź poważnej zmiany geopolitycznej. Reakcje pokazują rosnące rozdźwięki w ocenie tego, jak Polska powinna się przygotować na nową rzeczywistość.

Premier Donald Tusk odniósł się do sprawy w mediach społecznościowych, kierując bezpośredni apel do amerykańskiej opinii publicznej. Przypomniał, że Europa od dekad pozostaje najbliższym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a wspólne bezpieczeństwo opiera się na tych samych interesach i zagrożeniach. Jego wpis był próbą studzenia emocji i ratowania politycznej spójności Zachodu.

W kraju odebrano go jako sygnał, że rząd wciąż stawia na utrzymanie strategicznego partnerstwa z USA, nawet w obliczu zmieniającej się linii Białego Domu. Jednocześnie pojawiły się głosy, że samo apelowanie może okazać się niewystarczające.

Znacznie ostrzejszą reakcję zaprezentował Jacek Bartosiak, który otwarcie zakwestionował sens dyplomatycznych gestów wobec Waszyngtonu. Jego zdaniem Polska i region muszą przyjąć do wiadomości, że USA mogą ograniczyć swoje zaangażowanie, a bezpieczeństwo trzeba będzie budować w większym stopniu samodzielnie. Bartosiak wzywa do konkretnych działań, a nie publicznych listów czy apeli.

Wśród jego postulatów pojawia się budowa regionalnego bloku wojskowego z udziałem państw północnej i wschodniej flanki NATO. Kluczowe znaczenie miałoby stworzenie własnych systemów dowodzenia, rozpoznania i rażenia, niezależnych od amerykańskiej infrastruktury. Strateg podkreśla, że czas na takie decyzje liczony jest w miesiącach, a nie w latach.

Bartosiak postuluje także głęboką rewizję dotychczasowych zakupów uzbrojenia w USA oraz rozwój tanich, masowych środków odstraszania, takich jak drony i rakiety dalekiego zasięgu. Ważnym elementem jego wizji jest otwarcie sektora technologii wojskowych dla prywatnego kapitału oraz rozpoczęcie realnej debaty o nowym modelu powszechnej służby wojskowej. W jego ocenie bez takiego zwrotu Polska może znaleźć się w sytuacji strategicznej próżni.

Zwrot w polityce bezpieczeństwa USA

Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego potwierdza zmianę kierunku amerykańskiej polityki: od roli globalnego gwaranta porządku w stronę selektywnego zaangażowania i większego obciążania sojuszników odpowiedzialnością za własne bezpieczeństwo.

Dla Europy oznacza to konieczność szybkiego wzmacniania realnych zdolności obronnych, pogłębiania spójności w ramach UE i NATO oraz przygotowania się na rosnącą presję ze strony Waszyngtonu, który coraz częściej sięga po narracje charakterystyczne dla skrajnej prawicy. Dokument może stać się punktem zwrotnym – albo przyspieszy proces budowy bardziej autonomicznego systemu bezpieczeństwa w Europie, albo pogłębi wewnętrzne podziały, osłabiając zdolność Unii do wspólnego działania.

Musk atakuje Unię Europejską po karze dla X. „UE powinna zostać rozwiązana”

Elon Musk wezwał w sobotę do rozwiązania Unii Europejskiej, reagując na nałożenie przez Komisję Europejską kary w wysokości 120 mln euro na platformę społecznościową X. Grzywna, ogłoszona dzień wcześniej, jest pierwszą sankcją wymierzoną na podstawie Aktu o usługach cyfrowych (DSA) i dotyczy naruszeń zasad przejrzystości.

UE powinna zostać rozwiązana, a suwerenność zwrócona poszczególnym krajom, aby rządy mogły lepiej reprezentować swoich obywateli” – napisał Musk na X. W kolejnym wpisie stwierdził, że „unijna biurokracja powoli dusi Europę na śmierć”.

Reakcja Muska jest odbierana jako nieproporcjonalna i emocjonalna. Część komentatorów zwraca uwagę, że miliarder zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, które – zamiast podjąć dialog regulacyjny lub skorzystać z dostępnych środków prawnych – sięga po polityczne prowokacje i hasła o likwidacji Unii Europejskiej.

Eskalacja sporu transatlantyckiego

Stanowisko Muska wpisuje się w narastający spór między Brukselą a częścią amerykańskiego establishmentu polityczno-biznesowego wokół regulacji cyfrowych. Dzień wcześniej amerykański sekretarz stanu Marco Rubio określił karę dla X jako „atak na amerykańskie firmy technologiczne”, a przedstawiciele administracji USA krytykowali DSA jako formę eksterytorialnej presji regulacyjnej.

Z perspektywy Komisji Europejskiej DSA ma jednak charakter neutralny wobec pochodzenia firm i służy ochronie użytkowników, przejrzystości rynku reklamowego oraz możliwości niezależnej kontroli badań nad funkcjonowaniem platform.

Wypowiedzi Muska znacząco podnoszą temperaturę sporu, lecz nie mają bezpośredniego wpływu na obowiązywanie DSA. Decyzja wobec X jest powszechnie postrzegana jako test egzekucyjny nowych unijnych regulacji, który wyznaczy standard postępowań wobec pozostałych globalnych platform technologicznych działających w Europie.

Orbán otwarcie po stronie Muska

Po stronie Elona Muska opowiedział się premier Węgier Viktor Orbán, który w komentarzu w mediach społecznościowych napisał, że „kiedy brukselscy nadzorcy nie mogą wygrać debaty, sięgają po grzywny”. Węgierski szef rządu pochwalił Muska za „utrzymywanie linii” wobec – jak to ujął – nadmiernej ingerencji Brukseli.

Zbliżenie między Orbánem a Muskiem wpisuje się w długotrwałą strategię Budapesztu polegającą na kwestionowaniu kompetencji instytucji unijnych i wspieraniu narracji o ograniczaniu suwerenności państw członkowskich przez Brukselę. Jednocześnie Orbán od lat utrzymuje bliskie relacje polityczne z obozem Donalda Trumpa.