Jeżeli szukasz zadaszenia reklamowego, które będzie łatwe w rozłożeniu, a jednocześnie idealnie spełni swoje zadanie, to trudno o lepszy wybór niż namiot ekspresowy.
Zalety namiotów ekspresowych
Nadruk na namiocie reklamowym
Przykładowe kolory zadaszeń
Pamiętaj też o tym, aby tego typu namioty kupować u sprawdzonego dostawcy. Dzięki temu unikniesz sytuacji, w których jakość zadaszenia nie spełni twoich oczekiwań.
Zalety namiotów ekspresowych
Największą zaletą tego typu rozwiązań jest to, że są gotowe do użycia nawet w ciągu minuty. Dodatkowo, dzięki lekkiemu stelażowi z aluminium, łatwo możesz przetransportować złożony namiot w inne miejsce. Dach namiotu przyczepiany jest za pomocą rzepów lub zamka. Oba rozwiązania pozwalają szybko poradzić sobie z zadaszeniem, a jednocześnie są bardzo trwałe. Pomimo lekkiej wagi, prawidłowo rozstawione namioty ekspresowe są wyjątkowo stabilne. Tkanina poliestrowa, z której zrobiony jest dach oraz ściany boczne jest wodoszczelna, a jej gramatura wynosi aż 220g/m². Producent tych namiotów doskonale zdaje sobie sprawę z oczekiwań klientów, którym zazwyczaj zależy przede wszystkim na trwałej reklamie. W związku z tym każdy egzemplarz posiada odporność na promieniowanie UV, co pozwala wydłużyć żywotność kolorów. Nawet po dłuższym czasie pozostaną żywe i będą wiernie oddawały logo firmy lub inne grafiki, które będziesz chciał zamieścić na powierzchni namiotu.
Nadruk na namiocie reklamowym
Jeżeli chodzi o nadruki, to są one wykonywane metodą sitodruku oraz druku cyfrowego. To pierwsze rozwiązanie lepiej sprawdzi się przy projektach charakteryzujących się powtarzalnością tych samych elementów. Druk cyfrowy będzie natomiast lepszy, jeżeli chcesz zamówić namiot z nadrukowanymi produktami lub fotografiami. Nie musisz jednak samodzielnie wybierać najlepszego rozwiązania, gdyż doświadczony specjalista pomoże ci dobrać takie, które będzie odpowiednie w twoim przypadku. Zamawiając namioty ekspresowe otrzymasz aż 3 letnią gwarancję na nadruki. Producent opracował specjalny projekt namiotów, który eliminuje ryzyko zgubienia poszczególnych elementów. Nie musisz więc się obawiać, że ty lub twoi pracownicy zostawicie niezbędne części na jakimś evencie firmowym.
Przykładowe kolory zadaszeń
Zadaszenia ekspresowe oferowane są w wielu kolorach. Dzięki temu łatwo dopasujesz je do swojego logo lub grafik, które mają się na nich znaleźć. Przykładowe kolory namiotów reklamowych, które możesz zamówić to między innymi czarny, zielony, niebieski, kolorowy, czerwony, brązowy, szary oraz biały. Pełną listę dostępnych wariantów znajdziesz na stronie producenta.
Wiele firm może sporo skorzystać na współpracy z kantorami internetowymi. Mogą tu zyskać to, co jest w biznesie najważniejsze, a mianowicie czas i pieniądze. Jest tylko jeden warunek: muszą mieć realne potrzeby walutowe.
Maciej Przygórzewski, główny analityk Walutomat
Różnica pomiędzy wymianą w banku, po standardowych stawkach, a wymianą online, w kantorze internetowym to około 5%. – Oznacza to, że wcale nie trzeba wymieniać milionów złotych, by móc zaoszczędzić. W takim przypadku przedsiębiorca oszczędza 1 000 zł na każde 20 000 zł przelewu – mówi Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy serwisu Walutomat.pl.
Najpopularniejszym powodem przemawiającym za kantorami internetowymi jest wspomniana cena waluty, czyli atrakcyjny kurs. Kantory Internetowe i społecznościowe platformy wymiany walut, by zachęcić klienta, mają warunki znacznie korzystniejsze niż standardowe warunki banków. Spready tutaj wynoszą zaledwie kilka groszy, podczas, gdy w banku czy kantorze stacjonarnym nawet kilkadziesiąt groszy na jednej jednostce waluty.
– Warto też zwrócić uwagę, że niektóre banki mają swoje własne kantory online. To wcale nie znaczy, że cena w nich jest od razu tak samo dobra jak w niezależnych kantorach internetowych. Z drugiej strony wspomniana różnica 5% również nie jest już wtedy aktualna – komentuje M. Przygórzewski z Walutomat.pl.
Tanie przelewy zagraniczne
Warto w tym miejscu zwrócić również uwagę na inne koszty, poza samą wymianą. Przelew walutowy to w dalszym ciągu dość rzadka potrzeba po stronie klienta. Za wyjątkiem tych, którzy współpracują z zagranicznymi kontrahentami. W wielu instytucjach przelew zagraniczny SWIFT jest drogi. Kantory internetowe bardzo często pozwalają na tym zaoszczędzić. Różnicę dla przedsiębiorcy widać zwłaszcza, jeśli takich przelewów zagranicznych wysyłamy więcej niż kilka w miesiącu. Przykładowo kantor Walutomat.pl umożliwia nie tylko wymianę waluty po bardzo atrakcyjnym kursie, ale również jednocześnie korzystny przelew do 40 krajów na świecie.
Prosty i wygodny
Kolejny powód, by wymieniać waluty w kantorach internetowych to po prostu wygoda. – Teoretycznie kantor online nie może dać nam niczego, czego nie mają banki. Z drugiej strony jednak, wszystkie te funkcjonalności są w kantorze od razu, a w banku trzeba za nie często dodatkowo płacić. Dobrym przykładem są przelewy w walutach obcych bez posiadania konta walutowego. W praktyce, jeżeli nie mamy stałych kontrahentów, może nas to uchronić przed wieloma drogimi niespodziankami i obowiązkami. Pod pojedynczą transakcję można otworzyć konto w obcej walucie, wysłać przelew i je zamknąć. Pytanie czy to ma sens? – komentuje M. Przygórzewski.
Jeżeli zatem chcemy uniknąć całych procedur możemy skorzystać z kantoru internetowego.
Dodatkowe opcje ekantoru
Wygodna może przejawiać się także w innych funkcjonalnościach w kantorze internetowym. Przykładowo Walutomat udostępnia Open API do integracji automatycznej z innymi systemami. Kantory często umożliwiają wymiany 7 dni w tygodniu, 24h na dobę. Oferują też wpłaty przez szybkie przelewy oraz kartami płatniczymi co zwiększa komfort korzystania i przyspiesza transakcję.
Przedsiębiorcy cenią sobie również bezpieczeństwo i właśnie szybkość transakcji w ekantorach, a największe kantory internetowe na rynku mogą im to zapewnić. Te wszystkie aspekty przemawiają za tym, by otworzyć się na wygodną i pewną wymianę waluty w internecie.
Co najmniej 700 tysięcy mieszkań i domów było wynajmowanych na koniec 2017 roku. W ostatnich latach nastąpił ich dynamiczny przyrost na rynku, a towarzyszył mu skok jakościowy. Najemcy poszukują dwupokojowych M, których jest najwięcej. Sporym zainteresowaniem cieszą się też kawalerki, a nowością są mikrokawalerki. Klienci zwracają już uwagę nie tylko na metraż, lokalizację i wyposażenie. Ich wymagania rosną z sezonu na sezon. Oczekują m.in. prostoty rozliczeń i całej obsługi. Zmienił się również profil osób korzystających z wynajmu. Nie są to studenci, którzy nie znaleźli miejsca w akademikach, a młodzi pracownicy, czasem studiujący. Według ekspertów, ten rynek jeszcze sporo urośnie.
Inwestowanie w wynajem
W przeciągu ostatnich kilku lat rynek najmu w Polsce intensywnie się rozwijał i zmieniał. Wg danych z podatków, zeznań zawierających najem przybywało ok. 7% rocznie, co podkreśla Hanna Milewska-Wilk, analityk detalicznego rynku najmu ze Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości na Wynajem „Mieszkanicznik”. Ekspert zaznacza, że na koniec 2017 roku było co najmniej 700 tysięcy wynajmowanych mieszkań i domów. Wraz z dynamicznym przyrostem nastąpił też widoczny skok jakościowy.
– Obecnie praktycznie każdy z deweloperów ma w swoich inwestycjach lokale zaprojektowane pod wynajem. To one najszybciej się sprzedają i są gotowe w momencie oddania inwestycji. Na rynku najmu zdecydowaną większość stanowią mieszkania dwupokojowe. Metraż takich lokali nie przekracza 55 m², co oddziałuje również na cenę. Najemcy coraz częściej poszukują mieszkań z wydzieloną kuchnią, aby w pełni wykorzystać niezależność pomieszczeń – komentuje dr Maciej Klukowski, dyrektor Home Management by Metrohouse.
Z kolei, jak zaznacza Dorota Pudełko z Emmerson Realty, największym powodzeniem cieszą się małe mieszkania dwupokojowe oraz kawalerki. Jednak spore zainteresowanie wzbudzają też duże wielopokojowe mieszkania, które można jeszcze podzielić na mniejsze pokoje. Dochodowy i modny zrobił się podnajem krótkoterminowy i długoterminowy takich nieruchomości. Natomiast Hanna Milewska-Wilk wskazuje, że nowym „produktem” są mikrokawalerki lub pokoje z pełnym węzłem sanitarnym. To lokale niewielkie metrażowo, ale zapewniające odpowiednią prywatność. Czynsze za nie są wyższe niż za pojedyncze pokoje, ale dochodzą do poziomu tych ze standardowych kawalerek.
– Deweloperzy przewidują strukturę mieszkań, która najlepiej się wynajmuje, ale również mogą proponować inwestycje podzielone. Dla przykładu, jedna klatka może być sugerowana jako obszar na wynajem, a kolejna – do zamieszkania przez kupujących. Taka sytuacja pozwala uniknąć w przyszłości wielu niedogodności, gdy mamy zderzenie rodzin mieszkających na stale z lokatorami korzystającymi z najmu krótkoterminowego. W takich budynkach często pojawiają się oddzielne pomieszczenia na recepcję lub ochronę – mówi Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
W opinii Jerzego Sobańskiego, wiceprezydenta Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości, najistotniejsza zmiana dotyczy najmu krótkoterminowego. Dziś stanowi on osobną gałąź rynku, a 5-10 lat temu jego popularność była bardzo ograniczona. Wynajmujący proponowali lokale na minimum pół roku, wielu deklarowało na rok. To jednak nie tylko tendencja polska, ale również ogólnoświatowa.
Rynkowe wymagania
– Najemcy poszukują mieszkań dopasowanych do swoich preferencji i mają coraz większe wymagania. Istotnym elementem jest lokalizacja znajdująca się jak najbliżej istotnych miejsc z punktu widzenia kultury i rozrywki oraz zakładu pracy. Znaczenie ma też sam dojazd. Poziom korków odstrasza od dzielnic usytuowanych daleko od centrum miasta. W dalszym ciągu niezmiennie dla najemcy poziom ceny do ofertowanego metrażu i wyposażenia to kluczowy element wyboru – stwierdza dr Klukowski.
Jak zaznacza Dorota Pudełko, oferowane do wynajęcia nieruchomości są często przygotowywane przez specjalistę od wystroju i aranżacji wnętrz. Ewentualnie właściciel korzysta z konsultacji w oparciu o doradztwo tzw. Home Stagera. Zwłaszcza posiadacze drogich apartamentów wiedzą, że warto zatrudnić profesjonalistę, aby mieszkanie wyróżniało się spośród wielu propozycji na rynku. Ekspert podkreśla, że atutem, a często nawet warunkiem najmu stało się wydzielone miejsce parkingowe na zewnątrz budynku lub w garażu podziemnym.
– Jakość mieszkań na wynajem, sam stan techniczny lokali i ich wyposażenie, znacząco się poprawiły. Nie ma już właściwie nieco przerażających meblościanek na wysoki połysk, jak z PRL-u, ale nowe, proste, funkcjonalne meble. Najemcy coraz większą uwagę zwracają nie tylko na wygląd mieszkania, wysokość opłat, ale i prostotę rozliczeń i całej obsługi. Najlepiej funkcjonuje jeden przelew za wszystkie rachunki oraz jeden numer telefonu do zgłaszania wszelkich usterek, uwag i próśb – analizuje Hanna Milewska-Wilk.
Dyrektor z Metrohouse dodaje, że najemcy dodatkowo zwracają uwagę na umeblowanie. Jeśli jest nieregularnie wymieniane, to może ich skutecznie odstraszyć. Z kolei Dorota Pudełko stwierdza, że standard mieszkań obecnie został dostosowany do wyższych wymagań najemcy. Posiadają one kompletne AGD znanych marek. Część lokali jest wyposażona w klimatyzację, system inteligentnego domu. Właściciele znacznie częściej zgadzają się doposażyć nieruchomość zgodnie z oczekiwaniami konkretnego najemcy. Dla przykładu, wymieniają sofę na rozkładaną kanapę, albo dokupują elektryczną suszarkę do bielizny.
Kto dyktuje warunki?
– W ostatnich latach zdecydowanie zmienili się najemcy. Już nie są to studenci, którzy nie znaleźli miejsc w akademikach lub nie chcą tam mieszkać. Teraz mamy do czynienia przede wszystkim z młodymi pracującymi osobami, czasem studiującymi. Coraz bardziej cenią sobie prywatność, czyli własny pokój, a także łazienkę. Kuchnie są traktowane jako miły dodatek – zauważa analityk z „Mieszkanicznika”.
Według dr. Klukowskiego, duża podaż mieszkań na wynajem zmusi kupujących do konkurowania o dobrego najemcę. Już w tym momencie osoba posiadająca cechy dobrego najemcy może lepiej negocjować warunki i kryteria najmu. Łatwiej jej też przekonać do siebie właścicieli mieszkania na wynajem. Zdaniem eksperta, również na tym rynku szybko pojawi się technologia ułatwiająca weryfikację podstawowych kryteriów najemcy. To będzie coś na wzór scoringów w innych dziedzinach.
– Wydaje się, że na rynku mamy równowagę z niewielką przewagą wynajmujących nad najemcami. Pomimo że bardzo dużo mieszkań weszło na rynek najmu, to nadal popyt jest większy niż podaż. Widać to przede wszystkim w czasie, w jakim udaje się ponownie wynająć mieszkanie po opuszczeniu przez poprzedniego lokatora – zwraca uwagę dyrektor generalny PZFD.
Prognozują wzrost
Natomiast Jerzy Sobański informuje, że w Polsce rynek najmu wygląda inaczej niż w krajach Europy Zachodniej. Tam nawet 80% osób korzysta z mieszkań wynajmowanych. U nas ten odsetek jest znacznie mniejszy. Ocenia się go na kilka czy kilkanaście procent, w zależności od miasta. Istnieje więc spory potencjał wzrostu. Jednak rodzi się pytanie, czy np. przy cenie 12 tys. zł za metr kwadratowy, warto wynajmować mieszkanie za 2 tys. zł miesięcznie. W ciągu dziesięciu lat może nastąpić zwrot kapitału 4-5%, ale nie ma pewności, czy obecna koniunktura utrzyma się przez ten czas.
– Rynek najmu z pewnością jeszcze urośnie, można spodziewać się również bardzo szybkiego tempa. W nadchodzących latach prawdopodobnie będzie go zasilać kilkanaście procent mieszkań sprzedawanych przez deweloperów. Oprócz indywidualnych nabywców, zaobserwujemy coraz więcej transakcji instytucjonalnych. Inwestorzy będą kupować całe pakiety mieszkań, a przede wszystkim całe budynki. Już dzisiaj zainteresowanie funduszy takimi transakcjami jest bardzo duże – podkreśla Konrad Płochocki.
Jak podsumowuje wiceprezydent PFRN, olbrzymi wpływ ten rynek ma stan gospodarki. Jeśli ona rozwija się bez zakłóceń, to najem pozostaje opłacalny. Jednak w przypadku spowolnienia ubywa potencjalnych najemców, zmniejsza się napływ ludzi do miasta, którzy poszukują droższych nieruchomości. Wówczas najlepiej jest kupować mieszkania, ponieważ ceny za nie szybko spadają. Obecnie zysk z najmu pozostaje większy niż z produktów bankowych. Sporo osób kupuje więc mieszkania z myślą o rynku najmu.
Oto pięć głównych strategii zarządzania danymi według Murata Kalafata, dyrektora zarządzającego Criteo w regionie Europa Wschodnia, dzięki którym Twoje kampanie marketingowe będą pasmem sukcesów.
Murat Kalafat – Criteo
Zaledwie 1,3% respondentów biorących udział w ankiecie Winterberry and IAB z 2018 r. określiło się jako „absolutnie przekonani”, że ich organizacje miały odpowiednią wiedzę, doświadczenie i umiejętności pozwalające wykorzystać cały potencjał drzemiący w posiadanych przez nie danych. W opinii ponad 87% ankietowanych spośród wszystkich umiejętności umożliwiających maksymalizację wartości danych najpotrzebniejsze są umiejętności analityczne.
To dość niepokojący trend w dobie dominacji marketingu opartego na danych, który nie tylko powinien dostarczać oczekiwanych wyników, ale także wspierać tworzenie pożądanego user experience..
Jakie są zatem strategie zarządzania danymi niezbędne do tworzenia skutecznych, cyfrowych kampanii marketingowych?
Dane i personalizacja
Większość specjalistów ds. marketingu wie, że personalizacja to jeden z najskuteczniejszych sposobów zwiększania skuteczności reklam, zwłaszcza we współczesnym świecie cyfrowym, w którym nie jest łatwo przyciągnąć uwagę konsumenta. Marki, którym udało się skutecznie wcielić zarządzanie danymi do aktywności marketingowych szybko odkryły, że ich starania były praktycznie niewidoczne dla mających sprecyzowane oczekiwania i wymagania, a często także kapryśnych klientów. Mówiąc wprost, rozczarowujące wrażenia użytkowe w sieci są po prostu ignorowane.
Wszystko to oznacza, że dane powinny być podstawą wszelkich działach podejmowanych przez markę.
Klienci przeglądający produkty, oglądający klipy wideo lub zwyczajnie surfujący w Internecie pozostawiają po sobie cyfrowy ślad. Dane te oferują wgląd we wzorce i trendy zachowań, które z kolei dostarczają cenne informacje pozwalające przewidywać potrzeby klientów i odpowiednio dostosowywać kampanie marketingowe.
Wiele marek wykorzystuje dane w nieprawidłowy sposób lub zwyczajnie nie wie, które z nich mają największą wartość. W zderzeniu z nową rzeczywistością marki zdają sobie sprawę z tego, że dostarczanie spersonalizowanych wrażeń użytkowych w sieci stało się normą.
Dane i wielokanałowość przekazu
Współcześni konsumenci zazwyczaj rozpoczynają ścieżkę zakupową na jednym urządzeniu, a kończą ją na innym, bądź też zaczynają ją w sieci, a kończą w sklepie stacjonarnym (i na odwrót).
Niestety, wiele sklepów nie dysponuje danymi w ilościach pozwalających na realizację strategii ukierunkowanych typowo na konsumentów. Mówiąc wprost, za mało wiedzą na temat swoich klientów, a wielu z nich nie radzi sobie z rozpoznawaniem indywidualnych konsumentów w gąszczu zachowań zakupowych.
Informacje na temat historii zakupowej oraz zwyczajów dotyczących korzystania z mediów społecznościowych, a także dane geolokacyjne pozwalają sprzedającym personalizować doświadczenia klienta lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Kluczem do sukcesu jest jednak inteligentne przetwarzanie oraz interpretacja danych pozwalające uzyskać wymierne korzyści zarówno w sieci, jak i w trybie offline.
Umiejętne wykorzystanie danych pozwala generować treści zgodne z preferencjami i potrzebami konsumentów w danej chwili. Firmy, które będą w stanie uzyskać kompletny obraz swoich klientów nie tylko przetrwają na rynku, ale także odniosą ogromny sukces.
Dane i współpraca
Sukces nie przychodzi jednak łatwo. Marki, sklepy i agencje reklamowe, które bardzo często nie są zgodne w kwestii praw własności do poszczególnych rodzajów informacji oraz sposobów ich udostępniania, zaczynają zauważać okazje do wykorzystania danych, w związku z czym gromadzą i analizują je tak szybko, jak to możliwe.
Może to zachęcić sklepy i marki do wymiany danych z punktów obsługi i magazynów w czasie rzeczywistym dla bardziej efektywnego planowania promocji i zwiększania wydajności operacyjnej.
Trudne uwarunkowania rynkowe sprawiają jednak, że marki, sklepy i agencje reklamowe uświadamiają sobie, że nowe metody działania oparte na ścisłej współpracy i wymianie informacji nie tylko dają ogromne korzyści, ale także pomagają uwolnić się od współpracy z zamkniętymi platformami (jak Google, Amazon itp.) i rynkami.
Marki, detaliści i agencje reklamowe odkrywają, że zbiory danych, którymi dysponują, są znacznie bardziej przydatne w połączeniu niż osobno. Podejście ukierunkowane na współpracę pozwala im szybciej reagować na dynamicznie zmieniające się zachowania konsumentów.
Działając samodzielnie, marki nie mają wystarczających danych umożliwiających im poznanie pełnego profilu klientów, przez co ich user experience może być niedoskonały. W ostatnich latach marki, sklepy i agencje reklamowe coraz częściej komunikują się między sobą, szukając sposobu na rozwiązanie problemów z tzw. suwerennością danych oraz usunięcie luk technologicznych w celu uzyskania kompleksowego obrazu klientów, na podstawie którego można tworzyć skuteczne kampanie reklamowe.
Zadanie polegające na połączeniu tak różnych zbiorów danych, zrozumieniu informacji, jakie dostarczają i wyciągnięciu właściwych wniosków bynajmniej nie jest łatwe. Z tego względu trio, które tworzą marki, sklepy i agencje reklamowe stopniowo staje się kwartetem dzięki współpracy z partnerami technologicznymi. Firmy te są w stanie nie tylko usprawnić wymianę danych między zainteresowanymi stronami, ale także dostarczają innowacyjne narzędzia analityczne pozwalające uzyskać wartościowe informacje na temat klientów.
Dane i ich mierzalność
Potencjał drzemiący w danych nie ogranicza się tylko do zdolności ich dostarczenia. Wykorzystanie informacji pozwala ocenić potencjalną skuteczność nowoczesnych kampanii marketingowych. Wiele marek odkryło, że tradycyjne wskaźniki, takie jak ROI, mają dość wąski zakres i wzmacniają negatywne trendy.
Obecnie dokładna analiza danych na etapie ewaluacji kampanii pozwala zadbać o to, aby specjaliści ds. marketing podchodzili do jej oceny w bardziej strategiczny sposób. Analiza CLV (ang. Customer Lifetime Value) pozwala ocenić wartość klienta w czasie. W swojej najprostszej formie wskaźnik CLV oblicza się, dodając zyski z danego klienta wygenerowane w okresie współpracy, a następnie pomniejszając je o koszt pozyskania tego klienta.
Choć mogłoby zdawać się, że nie ma lepszej metody pomiaru skuteczności kampanii, z ankiety, którą przeprowadziliśmy w 2019 r. wynika, że istnieją przeszkody utrudniające pełne wykorzystanie danych. Głównymi barierami dla szerszego wykorzystania wskaźnika CLV są m.in. śledzenie użytkowników na różnych urządzeniach (30%), brak możliwości gromadzenia danych od użytkowników niezalogowanych (23%) oraz brak możliwości śledzenia produktów jednorazowego użytku (21%). Braki w tych obszarach mogą mieć znaczący wpływ na dokładność kalkulacji CLV. Wskaźnik ten daje jednak firmom ogromną szansę na podniesienie jakości świadczonych usług, zwłaszcza dzięki jak najlepszemu wykorzystaniu posiadanych danych.
Dane i sztuczna inteligencja
Specjaliści ds. marketingu nie mają fizycznej możliwości ręcznej personalizacji reklam na dużą skalę, oceny posiadanych zbiorów danych ani implementowania uzyskanych informacji.
Machine learning i sztuczna inteligencja (AI) personalizują doświadczenia indywidualnych klientów z wydajnością i szybkością nieosiągalną dla człowieka.
Z ustaleń IDC wynika, że sektor sprzedaży detalicznej prześcignął sektor bankowości pod względem inwestycji w sztuczną inteligencję. Detaliści wydali już 3,4 mld dolarów na zautomatyzowanych specjalistów ds. obsługi klienta, doradców zakupowych i rekomendacje produktowe oraz merchandising związany z operacjami wielokanałowymi.
Sztuczna inteligencja pozwala sprzedawcom tworzyć modele do badania potrzeb klientów oraz ich motywacji i działań z uwzględnieniem fizycznych i cyfrowych kanałów sprzedaży. Modele te umożliwiają wprowadzanie usprawnień w wielu dziedzinach, pozwalając m.in. na tworzenie bardziej ukierunkowanych i spersonalizowanych kampanii marketingowych a także prowadzenie bardziej rozbudowanych działań promocyjnych. Osoby decyzyjne są świadome tego potencjału. Z ostatniego badania firmy IBM, które objęło ponad 1900 firm i liderów rynku konsumenckiego, wynika, że wskaźnik zastosowania inteligentnej automatyzacji w przestrzeni handlowej wzrośnie w ciągu trzech lat z 40 do ponad 80%.
Dynamicznie zmieniające się preferencje konsumentów i coraz większa konkurencja na rynku zmuszają sklepy i marki do optymalizacji kosztów i myślenia przyszłościowego. Identyfikacja trendów na podstawie dużych zbiorów danych i umiejętność wyciągania właściwych wniosków dzięki sztucznej inteligencji pozwala firmom szybciej przystosowywać się do dynamicznie zmieniających się uwarunkowań rynkowych.
Sztuczna inteligencja może także pomóc w podejmowaniu lepszych decyzji strategicznych dotyczących przyszłości. Obejmuje to m.in. optymalizację wykorzystania posiadanej przestrzeni sklepowej oraz lokalizacji, a także przewidywanie wydajności sklepów w przypadku ich powiększania.
Współczesny marketing oparty na wydajności bazuje na danych. To dzięki nim można tworzyć bardziej skuteczne i spersonalizowane kampanie pozwalające firmom dokładniej mierzyć sukces oraz pomagające im dostarczać wrażenia użytkowe na niespotykaną wcześniej skalę. W dłuższej perspektywie to marki tworzące przemyślane strategie wykorzystywania danych odniosą sukces i przetrwają trudny dla branży marketingowej okres przemian.
W czerwcu, na zlecenie RTV EURO AGD, agencja Smartscope przeprowadziła badanie dotyczące postaw Polaków wobec kwestii ekologicznych. Aż 92% respondentów zadeklarowało, że dbanie o ekologię jest dla nich ważnym tematem, a do odpowiedzialności za środowisko poczuwa się aż 90% badanych.
Polacy są coraz bardziej świadomi, angażują się w działania proekologiczne – segregują śmieci, oszczędzają wodę i energię, rezygnują z używania jednorazowych plastików. Potwierdza to badanie RTV EURO AGD, które pokazuje, że aż 89% osób martwi się o stan środowiska naturalnego i podobnej troski oczekuje także od producentów i sieci handlowych działających w segmencie elektroniki użytkowej.
Zaangażowanie w kwestie ekologiczne nie jest tylko kwestią indywidualnych postaw, ale również zmian legislacyjnych, które zachodzą w polskim prawie. Zgodnie z obowiązującą od 2016 roku ustawą o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym klienci mogą pozbywać się sprzętu tylko w wyznaczonych punktach, obowiązek odbioru takiego sprzętu spoczywa również na dystrybutorach i sklepach z elektroniką o powierzchni co najmniej 400 mkw. Aż 59% badanych deklaruje, że oddaje zużyty sprzęt elektroniczny do autoryzowanych placówek.
– Co roku rośnie liczba elektroodpadów odbieranych przez nas od klientów. Tylko w 2018 r. było to aż 10 tys. ton. Klienci nie tylko przynoszą sprzęt do naszych placówek stacjonarnych, ale korzystają z opcji odbioru sprzętu z domu. Jako jedyni na rynku oferujemy bardzo wygodne rozwiązanie obejmujące dostawę, montaż i odbiór zużytego sprzętu z domu klienta podczas jednej wizyty. Dzięki takiej opcji klient może już w tym samym dniu korzystać z nowych urządzeń, a stare nie zalegają mu niepotrzebnie w domu. To szczególnie ważne w przypadku dużego sprzętu AGD, np. pralek czy lodówek – mówi Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – To znaczne ułatwienie dla konsumentów, pozwalające też mieć kontrolę nad tym, dokąd trafia zużyty sprzęt.
Mimo iż funkcjonuje wiele punktów odbioru elektroodpadów aż 7% proc. badanych wciąż wyrzuca zużyty sprzęt do śmietników, a kolejne 3% nie wie, co ma z nim zrobić, więc magazynuje go w domu.
Aż 88% respondentów uważa, że producenci i sprzedawcy sprzętu elektronicznego, RTV i AGD powinni szczególnie dbać o środowisko.
– Przed tak dużą siecią z elektroniką użytkową, jak RTV EURO AGD, stoi wiele wyzwań związanych z ekologią. Ze względu na skalę naszego działania jednym z istotnych jest zarządzanie produktami niepełnowartościowymi – dodaje Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Przy czym w naszej branży klasyfikowane do tej kategorii są np. produkty, które są fabrycznie nowe, a mają uszkodzone opakowanie. Uruchomienie sprzedaży outletowej jest jednym ze sposobów na to, aby znalazły nabywców. W naszym sklepie online klienci mogą sprawdzić, czy poszukiwany przez nich sprzęt jest też dostępny po obniżonej cenie w outlecie, znajdą tam szczegółowe informacje, w jakim jest stanie i zdjęcia potencjalnych uszkodzeń. Dla obu stron takie rozwiązanie jest korzystne.
Według badania RTV EURO AGD aż 80% respondentów zapłaciłoby więcej za sprzęt elektroniczny, gdyby wiedzieli, że dzięki temu będzie służył im dłużej i mniej szkodził środowisku.
– Od dawna oferujemy możliwość przedłużenia gwarancji na okres 3 lub 5 lat, dzięki czemu klient ma zapewnioną m.in. naprawę sprzętu w okresie pogwarancyjnym – stwierdza Artur Binkowski, Dyrektor ds. Ubezpieczeń w RTV EURO AGD. – To z pewnością opcja dla tych, którzy dbają o środowisko i zależy im na użytkowaniu sprzętu elektronicznego jak najdłużej.
Badanie postaw związanych z ekologią zostało zrealizowane przez agencję badawczą Smartscope w maju 2019 r. na panelu internetowym na próbie 560 osób.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., wypłaci dywidendę z zysku za 2018 r. w wysokości 0,09 zł na akcję. Jest to tym samym najwyższa dywidenda w całej historii Spółki.
Podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Emitenta, które odbyło się w dniu 28.06.2019 r., podjęta została Uchwała o wypłacie dywidendy w kwocie 0,09 zł. Łącznie na ten cel Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. przeznaczy środki w wysokości 889.380,00 zł. Z kolei kwota 179.290,51 zł trafi na kapitał zapasowy Spółki. Dzień dywidendy został ustalony na 16 sierpnia 2019 r., a dzień jej wypłaty na 30 sierpnia 2019 r. Emitent od wielu lat dzieli się wypracowywanym zyskiem z inwestorami, a tegoroczna dywidenda jest najwyższa w całej jego historii. Zarząd Spółki jest bardzo zadowolony z dotychczasowych efektów przyjętej polityki dywidendowej.
„Wypłata dywidendy dla Akcjonariuszy jest zgodna z naszą polityką dzielenia się zyskiem z inwestorami. Liczymy, że taka polityka zapewni nam stabilny akcjonariat fundamentalnie związany ze Spółką.” – ocenia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
Grupa Kapitałowa WEC zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem w wysokości ponad 1,06 mln zł wobec 0,87 mln zł rok wcześniej. Z kolei jednostkowy zysk netto Spółki za 2018 r. wyniósł 1.068.670,51 zł. W 1 kw. 2019 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. miała ponad 211 tys. zł skonsolidowanego zysku netto, podczas gdy rok wcześniej sięgnął on 187 tys. zł. Grupa Kapitałowa WEC notuje łączny wzrost przychodów poprzez stały i zrównoważony wzrost przychodów w ramach poszczególnych segmentów biznesowych, a więc windykacji pakietów B2C, świadczeniu usług faktoringowych i udzielaniu pożyczek B2B. Spółka prowadzi bardzo aktywne prace w zakresie obsługi zakupionych portfeli wierzytelności.
W ostatnim czasie Emitent zawarł umowę ramową z podmiotem z branży usług pożyczkowych, na mocy której będzie on otrzymywał cyklicznie – co tydzień – do obsługi 150-300 szt. wierzytelności o wartości nie mniejszej niż 250 tys. zł na okres 30-60 dni, w zależności od kampanii. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. otrzymała już pierwszy pakiet do obsługi o wartości 390 tys. zł. Spółka zrealizowała również zakup nieprzedawnionych wierzytelności od kontrahenta będącego grupą kapitałową dostawcy energii. Całkowita wartość nominalna nabytych pakietów przekracza 2,2 mln zł. Oba podmioty współpracują już i przeprowadziły wspólnie kilka transakcji.
W Polsce już od kilku dobrych lat przewiduje się tryumfalny powrót do łask ulic handlowych. Tymczasem, kiedy lokalizacja high street wygrywa już z galerią rywalizację o najemcę, częściej mamy do czynienia z nową restauracją, niż ekskluzywnym butikiem znanej marki. O tym, jak zmienia się postrzeganie ulic handlowych, barierach ich rozwoju oraz potencjale, jaki drzemie w projektach mixed-use, rozmawiamy z Moniką Hryniewicz i Michałem Stysiem – szefową działu najmu oraz prezesem firmy OPG Property Professionals.
Michał Styś, OPG Property Professionals
Monika Hryniewicz, OPG Property Professionals
Polski rynek powierzchni handlowych dojrzewa, co owocuje dywersyfikacją i rozwojem dostępnych formatów. Czy tradycyjne galerie i ulice handlowe stanowią dziś dla siebie wzajemną konkurencję?
Monika Hryniewicz: Podczas gdy na Oxford Street w Londynie czy paryskim Avenue des Champs Elysées znajdziemy głównie sklepy z odzieżą i akcesoriami, w Polsce ulice należą raczej do branży gastronomicznej. W samej Warszawie restauracje, bary i kawiarnie stanowią około 30% wszystkich najemców w lokalizacjach high street – to dwukrotnie wyższy odsetek, niż w rodzimych centrach handlowych. Na pierwszy plan wybija się ulica Nowy Świat, która powoli uchodzi za najdłuższą restaurację w Europie. Spośród wszystkich znajdujących się tam biznesów, co drugi najemca prowadzi lokal gastronomiczny. Operatorzy z sektora modowego, stanowiący dominującą kategorię zakupową w tradycyjnych galeriach w Polsce, do ulic handlowych podchodzą jeszcze dość ostrożnie…
Skąd owa ostrożność?
Monika Hryniewicz: Sporą rolę odgrywają nawyki zakupowe Polaków, w dużej mierze wykształcone tuż po transformacji ustrojowej, kiedy to centra handlowe wyrastały jedno po drugim. Marki modowe zazwyczaj czują się bezpieczniej w miejscach, w których klienci mogą załatwić kilka spraw jednocześnie, bo sprzyja to też spontanicznym decyzjom zakupowym. Często oczekujemy pełnej oferty, najlepiej pod jednym dachem – także w sensie dosłownym, ponieważ do galerii, w odróżnieniu od ulicy handlowej, możemy się wybrać bez względu na panującą danego dnia pogodę. Co więcej, znajdujący się często tuż obok wielkopowierzchniowy parking umożliwia wygodny dojazd samochodem. W przypadku polskich lokalizacji high street z tym niestety bywa różnie. Wsparciem dla najemców galerii handlowych jest także marketing prowadzony przez podmiot zarządzający projektem. Z drugiej strony otwarcie butiku przy znanej i często uczęszczanej ulicy tradycyjnie nadaje marce pewnego prestiżu, wyróżniając ją na mapie miasta. Witryna, która w centrum handlowym może zginąć w tłumie, na tętniącej życiem ulicy ma szansę przyciągnąć wzrok i portfel klienta.
Właśnie – jak na decyzje najemców wpływa ewentualna konkurencja ze strony innych marek? Czym różni się umowa najmu i relacje z zarządcą galerii i ulicy handlowej?
Monika Hryniewicz: Konkurencja to kwestia, do której marki modowe podchodzą w dość indywidualny sposób – jedne na niej korzystają, drugie unikają, co w dużym stopniu zależy od specyfiki oferowanego produktu. Ze względu na dominację innych branż, w tym wspomnianej gastronomii, brak konkurencji może stanowić pewną przewagę ulicy handlowej, zwłaszcza dla marek z półki premium. Zaletą jest tu też większa swoboda w kwestii godzin otwarcia, a często też podziału powierzchni oraz możliwych do zrealizowania prac wykończeniowych. Z drugiej strony galerią zarządza jedna firma, z którą najemca może ustalić kwestie sąsiedztwa i potwierdzić je odpowiednimi zapisami w umowie.
Częstą bolączką lokalizacji high street jest właśnie brak takiej kontroli w postaci przemyślanej strategii komercjalizacji większych fragmentów miast czy reprezentacyjnych ulic, która z jednej strony tworzyłaby warunki dla integracji prywatnych właścicieli lokali, a z drugiej – odpowiadała potrzebom operatorów z bardziej prestiżowych i dochodowych sektorów handlu.
Czy ulice handlowe w Polsce mają jeszcze szansę powalczyć o prestiżowych najemców z branży modowej?
Michał Styś: Rynek powierzchni komercyjnych w obrębie lokalizacji high street w Polsce jest jeszcze stosunkowo młody, dlatego podlega dość dynamicznym przemianom. Nadziei należałoby upatrywać w przestrzeniach typu mixed-use, które przeżywają obecnie prawdziwy rozkwit. Poprzez świetne położenie przy lub nieopodal ulic handlowych oraz przemyślaną strategię zarządzania, projekty te są w stanie skupić wokół siebie najemców o konkretnym profilu, a dzięki integracji z żyjącą tkanką miasta, stanowią atrakcyjne miejsce do spędzania wolnego czasu. To udało się już na zarządzanym przez nas OFF Piotrkowska Center przy najbardziej znanej ulicy handlowej w Łodzi, czy przy Półwiejskiej w Poznaniu, gdzie sukces odniósł Stary Browar. Oba miejsca mocno pozycjonują się na branżę modową, choć o ich sile tak naprawdę decyduje suma wielu innych czynników.
W czym tkwi sekret?
Michał Styś: Ulice handlowe potrzebują magnesów, które przyciągną nowe pokolenie klientów. Wraz z rosnącą siłą nabywczą generacji Y i Z, potrzeby zakupowe Polaków coraz silniej ewoluują w stronę unikatowego doświadczenia. A o to łatwiej w miejscu z przeszłością, niż w przeszklonej galerii. Weźmy na przykład Piotrkowską, która była kiedyś najważniejszą ulicą handlową w Polsce. Chcemy przyłożyć rękę do przywrócenia jej dawnego blasku i choć zadanie to jawi się jako niesamowicie złożone, to pamiętajmy, że jako jedna z pierwszych firm zarządzających projektami przeszczepiliśmy na polski grunt ideę placemakingu. Wiedzieliśmy, że inwestycja w kameralny charakter przestrzeni, wyjątkowy „genius loci”, atmosferę dawnej fabryki Ramischa w końcu się opłaci. Modne sklepy specjalistyczne z dużymi witrynami oraz showroomy polskich i zagranicznych projektantów chcemy przeplatać klimatycznymi knajpkami, klubokawiarniami, ogródkami restauracyjnymi, a wszystko to przy akompaniamencie wydarzeń kulturalnych, takich jak Łódź Design Festival czy Fotofestiwal.
Czyli z punktu widzenia biznesu, projekty mixed-use tak naprawdę łączą to, co najlepsze z dwóch światów: ulic i galerii handlowych?
Monika Hryniewicz: Tak, pod warunkiem że właściciel lub dysponent ma pewną wizję komercjalizacji, potrafi ją wdrożyć i się jej konsekwentnie trzyma. Oprócz oczywistego prestiżu, operatorzy modowi z jednej strony zyskują na towarzystwie innych biznesów, które zwiększają szansę spontanicznego zakupu, z drugiej – mają wiele do powiedzenia w kwestii sąsiedztwa innych marek lub mogą wręcz uzależnić swoje przyjście od pozyskania anchor tenanta. Ich ubrania i akcesoria widać z witryn sklepowych w ruchliwej części miasta, a często – tak jak w przypadku Starego Browaru czy wkrótce naszego OFFa – ich klienci mogą przyjechać samochodem, bo czeka na nich miejsce parkingowe. Dla najemców gastronomicznych niezwykle istotnym atutem lokalizacji jest możliwość otwarcia ogródka przy lokalu, co wpisuje się w widoczną już od kilku dobrych lat tendencję do spędzania wolnego czasu na zewnątrz. Będąc częścią modnego miejsca, restauracje, bary i kawiarnie często wzmacniają też swój wizerunek na kulinarnej mapie miasta.
Co takie projekty mogą zaoferować klientom, czego nie mają inne lokalizacje?
Michał Styś: Oryginalność i autentyczność. Dziś na OFF Piotrkowska Center swój sklep ma m.in. łódzka marka Pan Tu Nie Stał, która odniosła wielki sukces w Polsce. Choć nie znajduje się na parterze, świetnie radzi sobie również Animal Kingdom – rodzinna firma jubilerska łącząca współczesny design i tradycyjne technologie tworzenia biżuterii. Ciekawym miejscem jest także Brush Barber Shop: za dnia męski salon fryzjerski i golibroda, a wieczorem cocktail bar, gdzie często gra muzyka na żywo. W meblotece YELLOW, która łączy funkcje kawiarni, lunch baru, galerii sztuki i butiku, oprócz pysznego deseru kupimy pamiątki z Łodzi lub upcyklingowane przedmioty użytku domowego, a w salonie NAP – utrzymane w skandynawskiej stylistyce, unikatowe meble, lampy i dodatki z najwyższej półki. Tego typu koncepty nie byłyby w stanie funkcjonować w tradycyjnej galerii handlowej. W ramach kolejnego etapu rozwoju przestrzeni, na dachu budynku FERN OFFICE, który uzupełni przestrzeń dawnej fabryki Ramischa, powstanie z kolei pierwszy publicznie dostępny w centrum Łodzi rooftop. Znajdzie się tam miejsce na klub muzyczny lub restaurację i strefę relaksu z tarasem widokowym, leżakami i kinem plenerowym, dobrze znanym tutejszym bywalcom. Mamy nadzieję, że dzięki realizacji tego projektu kolejny najemcy, którzy zamieszkają na OFFie, uruchomią efekt domina i napędzą dalsze ożywienie ulicy Piotrkowskiej.
Wstępny entuzjazm wywołany wynikiem rozmowy Trump-Xi nie znajduje dziś kontynuacji, gdyż tak naprawdę wnioski ze spotkania nie dają solidnego punktu zaczepienia. Dla kontrastu dane makro wskazuje na postępujące spowolnienie gospodarcze. Rynki mogłyby wrócić do starego tematu: „Co teraz zrobi Fed?”, ale wypada poczekać na piątkowy raport z rynku pracy USA. No i do tego dochodzi czwartkowa dziura.
O tym, dlaczego euforia z powodu powrotu USA i Chin do negocjacji handlowych jest nieuzasadniona, pisaliśmy wczoraj. Żadne deklaracje nie zostały przelane na papier w postaci konkretów, a słowo zawsze można zmienić. Niech najlepszym podsumowaniem tego będzie poniedziałkowy komentarz Trumpa, który oczekuje, że umowa handlowa będzie musiała być „jakoś przechylona” na korzyść USA. Zatem nie wiemy, jak i kiedy „będzie lepiej” w globalnej wymianie handlowej, tymczasem już teraz otrzymujemy dowody, że nastroje w światowym przemyśle są ponure. Wysyp indeksów PMI za czerwiec pokazał gorsze odczyty m.in. w Chinach, Eurolandzie, Wielkiej Brytanii, Polsce i USA. Ponad połowa wskaźników z gospodarek wschodzących (w tym z Chin) znajduje się poniżej 50 pkt, tj. wskazuje o kurczeniu się sektora przemysłowego. Niepewność wokół przyszłego kształtu relacji handlowych już narobiła szkód i jedną obietnicą głów państw po rozmowie pozbawionej technicznych dyskusji nie uda się tego szybko naprawić. Jeśli indeksy akcji mają dyskontować kondycję gospodarki, wczorajsza euforia nie ma szans na trwałe utrzymanie.
Staram się unikać stwierdzenia, że zaczynamy sezon wakacyjny, co automatycznie oznacza ograniczenie zmienności na rynkach. Ale ten tydzień może sprawiać takie wrażenie. Kombinacja wniosków po szczycie G20 i słabych PMI nie pozwala zbudować solidnego przekonania, co grać dalej: poprawę czy pogorszenie stanu globalnego gospodarki. Wczorajszy handel mógł być w pewnym sensie emocjonujący, choć nie można oprzeć się wrażeniu, że więcej było tam porządkowania pozycji po szczycie G20, podczas gdy nie ma apetytu, by zaczynać budowanie nowej strategii. Jeśli odpychamy na bok temat wojen handlowych, wracamy do dyskusji o polityce Fed i jej implikacjach dla innych banków centralnych. Ale i w tym aspekcie mało kto zacznie spieszyć się decyzjami inwestycyjnymi. Wczoraj ISM dla przemysłu wskazał na wyhamowanie tempa ekspansji, ale sektor przemysłowy ma małe znaczenie w USA (12 proc. PKB) i dopiero ISM dla usług dostarczy ważniejszych informacji, choć i tak najważniejszy w tym tygodniu będzie raport NF w piątek. Stąd inwestorzy prawdopodobnie wstrzymają się z działaniami aż do piątku, a może i dopiero do następnego poniedziałku. Jeśli dodamy do tego fakt, że czwartek jest świętem w USA, warunki są idealne, by nic nie robić.
CDM Pekao i DM Banku Handlowego, dwa najstarsze i do niedawna wiodące domy maklerskie kończą działalność w dotychczasowej formie. Wcześniej decyzje o włączeniu domów maklerskich w bankowe struktury podjęły inne duże instytucje finansowe, czyli BZ WBK, ING i mBank. Te zmiany wiążą się zarówno z nadziejami, jak i zagrożeniami dla naszego rynku kapitałowego.
Gdy w latach 1990-1991 Igor Chalupec i Sławomir Horbaczewski z pionierską pasją organizowali pierwsze w powojennej Polsce biura maklerskie, z pewnością byli przekonani, że ten biznes będzie się rozwijał przez lata i nie zakładali jego likwidacji, choć pewnie zdawali sobie sprawę, że model jego działania będzie ulegał zmianom. Chalupec, sam wówczas bardzo młody, zdecydowanie postanowił zbudować zespół składający się z nowicjuszy, ludzi którzy dopiero co skończyli studia i nie mieli większego doświadczenia zawodowego, a w szczególności w instytucjach rynku finansowego. W COK Banku Handlowego od początku roiło się od znanych nazwisk, głośnych również z późniejszych, często spektakularnych karier. Mimo tych różnic, oba biura przez wiele lat dominowały na polskim rynku kapitałowym i w wyrównanej walce rywalizowały o miano najbardziej aktywnych podmiotów maklerskich, choć w różnych kategoriach. CDM Pekao celował głównie, choć nie wyłącznie, w inwestorów indywidualnych oraz organizację emisji akcji polskich spółek, zaś COK BH specjalizował się bardziej w obsłudze inwestorów zagranicznych, głównie instytucjonalnych.
Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której udział w giełdowych obrotach rodzimych inwestorów indywidualnych jest najniższy w historii i sięga zaledwie 12 proc., a pod względem udziału w obrotach dominują inwestorzy zagraniczni, odpowiadający za 61 proc. handlu akcjami na warszawskim parkiecie, a ich obsługę zapewniają przede wszystkim Merrill Lynch, JP Morgan i Morgan Stanley, coraz skuteczniej rywalizując z DM Banku Handlowego i DM PKO BP pod względem działu w obrotach. Można by powiedzieć, że tak duża aktywność renomowanych globalnych banków inwestycyjnych i zagranicznych graczy, to dowód na rosnącą światową pozycję naszego rynku kapitałowego, gdyby nie fakt, że dla takich tuzów polskie akcje stanowią margines działalności, udział globalnych graczy zwiększa się kosztem krajowych inwestorów, a kapitał zagranicznych podmiotów nie trafia do polskich firm lecz podtrzymuje przy życiu gasnący rynek wtórny, koncentrując się w dodatku na walorach zaledwie kilkunastu największych i najbardziej płynnych spółek.
Ambitne plany budowy regionalnego centrum finansowego z warszawską giełdą w roli głównej, kończą się postępującą marginalizacją polskiego rynku i trwającą od lat walką rodzimych biur maklerskich o przetrwanie. Niedawny awans Warszawy do grona rynków rozwiniętych to sukces bardziej medialny niż realny, jeśli wziąć pod uwagę symboliczny, sięgający 0,154 proc. udział polskich akcji w indeksie FTSE Developed All Cap, tym bardziej że towarzyszy mu ograniczenie roli naszego rynku we wskaźnikach rynków wschodzących, gdzie musimy ustąpić miejsca firmom z Chin, Argentyny i Arabii Saudyjskiej.
Zasadnicza kwestia dotycząca tego, czy „wcielenie” wydzielonej do tej pory działalności maklerskiej do bankowych struktur, przyniesie zwiększenie roli rynku kapitałowego, czy też pogłębi trwającą od kilku lat jego marginalizację, nie jest oczywiście rozstrzygnięta. Trudno jednak spodziewać się, że dzięki jednolitej licencji, za pośrednictwem bankowych placówek akcje polskich spółek trafią „pod strzechy”, a nawet można by obawiać się takiej sytuacji, gdyby miała szansę zaistnieć. Dystrybucja obligacji korporacyjnych poprzez bankową sieć przyniosła już sporo problemów i doprowadziła do narzuconego przez KNF ograniczenia aktywnej roli banków w tym zakresie. A przecież rynek akcji niesie za sobą równie duże, jeśli nie większe zagrożenia. Maklerzy i ich kompetencje „rozpłyną” się najpewniej w bankowej masówce i preferowanych przez nią produktów, czyli głównie lokat i kredytów. Naszym bankom daleko do modelu anglosaskiego, w którym do rynku kapitałowego nie trzeba nikogo przekonywać.
Branżę maklerską z pewnością czeka w najbliższym czasie nie ewolucja, ale wręcz rewolucja. Droga do niej wiedzie jednak raczej nie przez ograniczanie roli profesjonalistów na rzecz „wielofunkcyjnych” stanowisk bankowych, lecz przez nowoczesne rozwiązania technologiczne, które pozwolą uwolnić maklerów od czynności czysto technicznych i formalnych, a umożliwią skoncentrowanie się na istocie tego zawodu, a więc pomaganiu inwestorom i posiadaczom oszczędności oraz spółkom w podejmowaniu odpowiednich decyzji. To na tym, a nie na przekazywaniu zleceń na giełdę, koncentruje się rola pracowników Merrill Lynch, JP Morgan i Morgan Stanley i na tym polega siła tych instytucji i to jest to, czego polskim biurom i domom maklerskim oraz rynkowi potrzeba.
Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP) opublikowała raport podsumowujący wkład francuskich firm w rozwój wybranych sektorów polskiej gospodarki z okazji obchodzonego w tym roku jubileuszu 25-lecia istnienia Izby.
Od przeszło ćwierć wieku francuskie firmy wspierają rozwój gospodarczy Polski uczestnicząc w budowie polskich miast, łącząc ze sobą ich mieszkańców oraz scalając lokalne społeczności. W obliczu skokowego wręcz postępu technologicznego i licznych zmian społecznych pomagają polskiemu społeczeństwu iść naprzód w globalnym świecie wspierając polskie przedsiębiorstwa i wnosząc swój unikatowy savoir-faire do polskiej gospodarki.
„Pierwsze firmy z francuskim kapitałem zaczęły pojawiać się na polskim rynku wraz z początkiem transformacji i w większości nadal są obecne w naszym kraju, co pokazuje, że od początku stawiały na długofalowe relacje. Rozwój aktywności w Polsce rozpoczynały często od podstaw, aby z czasem stać się trwałym ogniwem łańcucha wartości polskiej gospodarki – tu reinwestują zyski (ponad 3,6 mld PLN w 2017 roku*), zatrudniają ponad 200.000 osób i współpracują z lokalnymi dostawcami i partnerami”, przekonuje Monika Constant, dyrektor generalna CCIFP.
Obecnie Francja jest jednym z trzech największych inwestorów zagranicznych w Polsce z kapitałem przekraczającym 80 mld PLN i ponad 200 tys. bezpośrednich miejsc pracy. Inwestycje te przez lata prowadzone były równolegle w niemal wszystkich gałęziach gospodarki.
Francuskie przedsiębiorstwa działające w Polsce reprezentują przede wszystkim dwa sektory: handel oraz przemysł. Ważnym obszarem działalności firm z francuskim kapitałem są także usługi finansowe. Co czwarta francuska firma zainwestowała w Polsce co najmniej 1 mln dolarów. Firmy z sektora budowlanego reprezentują 9% firm z francuskim kapitałem na polskim rynku, a te związane z działalnością dedykowaną obsłudze rynku nieruchomości, 7%*.
Monika Constant, Dyrektor Generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej
„Dzisiejsze realia społeczne i gospodarcze znacznie różnią się od tych sprzed 25 lat. Przed polskim społeczeństwem stoi szereg nowych wyzwań, jak postępująca urbanizacja czy błyskawiczny rozwój nowych technologii. Jak francuskie firmy przygotowują siebie i nas na nadchodzącą przyszłość? Jak dostosowują się do bardziej zurbanizowanego i cyfrowego świata i jakie są kluczowe wyzwania, które stawia przed nimi gospodarcza przyszłość? Jakie w tym kontekście szanse stwarza efektywna międzynarodowa współpraca biznesowa i jak nasze społeczeństwo może na tym zyskać? Jubileusz 25-lecia Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej jest bez wątpienia doskonałą okazją ku temu, by dotychczasowe rezultaty podjętych wspólnie z naszymi francuskimi partnerami działań pokazać w jak najbardziej pozytywnym świetle. Zachęcam do lektury publikacji” – dodaje Monika Constant.
* : dane pochodzą ze wspólnego raportu CCIFP i KPMG podsumowującego 25 lat inwestycji francuskich w Polsce „25 lat polsko-francuskiego partnerstwa”
Tachograf, mimo że cyfrowy, nie obejdzie się bez wpisów manualnych. Jest szereg sytuacji, które wymagają wprowadzenia danych ręcznie. Po co? Na przykład, by podczas kontroli nie było tak zwanych pustych okresów. Dlaczego? Bo według prawa każda czynność kierowcy zawodowego powinna by odnotowana. Rafał Frejtag, ekspert Inelo, podaje praktyczne wskazówki, jak uniknąć błędów w pracy z inteligentnym tacho.
Kierowcy ciężarówek często i regularnie zadają pytania dotyczące logowania karty do tachografu. W ciągu czterech miesięcy telefon alarmowy OCRK (Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców) dzwonił aż 103 razy z właśnie takimi wątpliwościami.[1] Sytuacje niestandardowe, pomyłki, czy po prostu brak wiedzy w zakresie korzystania z tacho oraz przepisów jasno określających ścieżkę postępowania w przypadku jakiegoś błędu, narażają przewoźników i kierowców na ryzyko poniesienia konsekwencji finansowych. Tymczasem istnieje wiele rozwiązań, które mogą zapobiegać ewentualnym kryzysom – mówi ekspert marki Inelo – Rafał Frejtag.
Fundamentalne zasady
Posiadanie karty kierowcy lub wykresówki, w przypadku analogowych tacho, jest niezbędne do prowadzenia pojazdów o DMC powyżej 3,5 ton. Na tych nośnikach przy pomocy rejestratora zapisywane są czynności wykonywane przez kierującego ciężarówką, dzięki czemu podczas kontroli można sprawdzić czas jego pracy i odpoczynków w ciągu doby. Każda osoba uprawniona do prowadzenia tirów może posługiwać się wyłącznie jedną aktualną i imienną kartą.
Mimo że kierowca powinien użytkować jedynie swój dokument – często zdarza się, że korzysta z cudzych kart, a tym samym łamie przepisy dotyczące norm czasu pracy. Za takie przewinienie truckerowi grozi kara w wysokości 2000 zł, zaś firma może zostać obciążona sankcją wynoszącą 3000 zł – przypomina Rafał Frejtag.
Obowiązkiem kierowcy jest rejestrowanie na karcie wszystkich swoich aktywności podczas dnia pracy. Nie może ona zostać wyjęta z urządzenia rejestrującego dane, co regulują przepisy. Jednak te same regulacje wskazują na przypadki, w których może zdarzyć się sytuacja, gdy dokument zostanie odłączony. Kiedy? Tego już artykuł 34 Rozporządzenia PE i RUE nr 165/2014 precyzyjnie nie określa:
Nie wyjmuje się wykresówki ani karty kierowcy z urządzenia rejestrującego przed zakończeniem dziennego okresu pracy, chyba że jej wyjęcie jest dopuszczalne z innych powodów.
Dopuszczalne przypadki
Kiedy zatem możemy wyjąć kartę z tachografu?
Oczywiście – karta może zostać wyjęta z tachografu po zakończeniu dnia pracy kierowcy, nie jest to jednak element obowiązkowy, gdyż w sytuacji, w której nośnik pozostanie w rejestratorze, będzie zapisywany odpoczynek pracownika – zauważa ekspert. –Trzeba jednak pamiętać, że karta kierowcy jest podstawowym dokumentem stanowiącym źródło informacji o czasie i przebiegu pracy, zatem powinna być ona pozostawiona wyłącznie do dyspozycji kierowcy wskazanego imiennie na przedniej wersji nośnika.– przestrzega ekspert.
Co, gdy karta została wyjęta?
Istnieją czynności, które na karcie kierowcy można zapisać manualnie – za pomocą tachografu, przy wkładaniu karty kierowcy. W taki sposób trucker może odnotować aktywności takie jak: okres innej pracy, gotowości, przerwy lub odpoczynku. Bardzo ważnym aspektem jest pełne uzupełnienie czasu, tak by nie pozostawić niezagospodarowanych i nieopisanych momentów i zdarzeń w ciągu dnia pracy za kółkiem, które będą uwzględnione podczas kontroli jako tzw. puste okresy – radzi Rafał Frejtag.
UWAGA! Wyjęcie karty w trakcie trwania odpoczynku lub przerwy może zostać uwzględnione jako przerwanie tej aktywności, za co mogą grozić konsekwencje.
Co jeśli brakuje wpisu manualnego ?
W sytuacji, w której kierowca nie dokonał wpisu manualnego, konieczne jest, by posiadał zapisaną w innej formie informację, w jaki sposób jego niezarejestrowany w tacho czas został spożytkowany. Zatem, jeśli nie było możliwości wprowadzenia wpisu ręcznie, kierujący pojazdem musi posiadać tzw. urlopówkę, czyli zaświadczenie o działalności kierowcy wydane przez przewoźnika. W dokumencie przedsiębiorca wskazuje jaki rodzaj aktywności wykonywał trucker w okresie nie uwzględnionym przez tachograf – dodaje ekspert Inelo.
Kontrola? Czas start!
Inną sytuacją, w której karta kierowcy zostaje wyjęta z tachografu jest kontrola inspekcji drogowej. Art. 34 rozporządzenia 165/2016 nakłada obowiązek okazania dokumentu uprawnionym organom:
Jeśli kierowca prowadzi pojazd wyposażony w tachograf cyfrowy, musi być w stanie okazać, na każde żądanie upoważnionego funkcjonariusza służb kontrolnych: (1) swoją kartę kierowcy.
Warto wiedzieć, że odczyt danych z karty nie musi być jednoznaczny z jej wyjęciem z rejestratora, gdyż dostępne są urządzenia, umożliwiające odczyty przez tachograf bez konieczności wyjmowania dokumentu.
Jeśli jednak podczas kontroli, decyzją inspektora, należy wyjąć kartę kierowcy z urządzenia zapisującego dane, trzeba pamiętać o dokonaniu odpowiedniego wpisu manualnego po zakończeniu kontroli, który będzie określał okoliczności sytuacji, w której w tacho nie był dostępny dokument – przypomina ekspert Inelo.
W przypadku odczytu kart kierowców przez przedsiębiorstwa, coraz bardziej popularny jest odczyt zdalny dokonywany przez internet, bez konieczności wyjęcia karty z tachografu. Aby przewoźnik mógł korzystać z takich rozwiązań, konieczne jest doposażenie pojazdu w odpowiednie urządzenia. Najczęściej są to zaawansowane systemy telematyczne, które zapewniają takie funkcjonalności.
Poważna sprawa
Obowiązkiem przewoźnika jest zapewnienie kierowcy możliwości nabycia umiejętności i wiedzy z zakresu rejestracji czasu pracy i obsługi tachografu, o czym mówi artykuł 33 wyżej już wspomnianego rozporządzenia 165/2014. Kierujący ciężarówką, którzy nie przestrzegają wytycznych względem zapisu aktywności na karcie, powinni liczyć się z karami nakładanymi nie tylko na nich, ale także na całe przedsiębiorstwo. Przykładowo, za brak wpisu kraju rozpoczęcia/zakończenia dziennego okresu pracy lub brak wpisu manualnego, kierowca może zostać obciążony karą w wysokości 100 zł za każdy dzień, a przedsiębiorstwo 50 zł za każdy okres, w którym wpis manualny nie pojawia się. Co więcej – zgodnie z taryfikatorem, od września 2018 roku takie wykroczenie uwzględniane jest jako bardzo poważne naruszenie.
Jeśli osoba poruszająca się pojazdem ciężarowym wyposażonym w tachograf cyfrowy nie posiada aktualnej karty kierowcy, podczas kontroli musi ona liczyć się z karą w wysokości 500 zł, zaś przewoźnik zgodnie z obowiązującym taryfikatorem może zostać obciążony karą wynoszącą 2000 zł.
Regulacje nie zawsze jasno wytyczają ścieżkę postępowania w danych okolicznościach, co niejednokrotnie może wprowadzić kierującego i przewoźnika w zakłopotanie. W sytuacjach nietypowych warto skonsultować się z firmami wyspecjalizowanymi w rozliczaniu czasu pracy kierowców, które pomogą obrać bezpieczną drogę dalszego postępowania.
[1] Badania własne OCRK przeprowadzone na podstawie 2039 rozmów w okresie 01.09.2018-24.01.2019
ACCIONA Construcción S.A. („ACCIONA”, „Wzywający”) ogłasza wezwanie na wszystkie akcje spółki Mostostal Warszawa S.A. („Spółka”) nienależące do Wzywającego, tj. na 9.981.267 akcji stanowiących 49,91% łącznej liczby akcji Spółki i głosów na walnym zgromadzeniu Spółki („Wezwanie”). Wezwanie będzie miało dwa etapy przyjmowania zapisów, a przewidywana data rozliczenia zapisów złożonych w pierwszym etapie to 9 sierpnia, zaledwie 17 dni po rozpoczęciu okresu zapisów.
Oferowana cena na poziomie 3,45 zł za akcję oznacza:
12,7% premii w stosunku do ceny zamknięcia na dzień poprzedzający ogłoszenie wezwania,
13,9% premii w stosunku do trzymiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji,
28,7% premii w stosunku do sześciomiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji.
Okres przyjmowania zapisów rozpoczyna się 23 lipca, a jego zakończenie przewidywane jest na 21 sierpnia 2019 r. Okres przyjmowania zapisów składa się z dwóch etapów, zgodnie z poniższym harmonogramem. Inwestorzy zainteresowani szybkim wyjściem z inwestycji mogą otrzymać środki znacznie szybciej niż w przypadku typowego wezwania.
I etap przyjmowania zapisów:
Rozpoczęcie I etapu przyjmowania zapisów:
23 lipca 2019 r.
Zakończenie I etapu przyjmowania zapisów:
1 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów:
6 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów:
9 sierpnia 2019 r.
II etap przyjmowania zapisów:
Rozpoczęcie II etapu przyjmowania zapisów:
2 sierpnia 2019 r.
Zakończenie II etapu przyjmowania zapisów:
21 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów:
26 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów:
29 sierpnia 2019 r.
ACCIONA, jako inwestor strategiczny, wspiera rozwój i działalność Mostostalu Warszawa od 1999 r., zarówno w dobrych jak i gorszych okresach na rynku. Swoje zaangażowanie potwierdziła zapewniając Spółce w formie pożyczek ok. 450 mln zł gotówki. Od wielu lat, branża przechodzi przez trudny okres, przy rosnących kosztach siły roboczej i materiałów, oraz niskiej elastyczności kontraktów budowlanych. Wiele firm budowlanych w Polsce zbankrutowało. Mostostal Warszawa nie podzielił ich losu dzięki zaangażowaniu ACCIONA i dostarczonej gotówce w postaci wewnątrzgrupowych pożyczek. Pełna integracja Mostostalu w ramach międzynarodowej grupy jest kluczowa na lokalnym rynku, który wymaga dywersyfikacji, wiedzy technicznej i siły finansowej dającej dostęp do gwarancji.
ACCIONA zdecydowała się dążyć do wycofania Mostostalu z obrotu giełdowego aby uprościć strukturę grupy, w szczególności w obliczu znaczących potrzeb w zakresie dostępu do finansowania i gwarancji, a także wsparcia technicznego niezbędnego do dalszego rozwoju Spółki. Dlatego zostało ogłoszone Wezwanie mające na celu rozpoczęcie procedury wycofania akcji Mostostalu z obrotu na GPW. Transakcja umożliwia inwestorom wyjście z inwestycji w relatywnie niepłynną Spółkę, która ponadto nie wypłaca akcjonariuszom dywidendy. Przy obecnej sytuacji Spółki i całej branży w Polsce, Wzywający ocenia, iż zaproponowana oferta jest atrakcyjną opcją dla inwestorów.
Jeżeli po przeprowadzeniu Wezwania Wzywający będzie posiadał akcje Spółki reprezentujące liczbę głosów na walnym zgromadzeniu Spółki umożliwiającą przeprowadzenie procedury przymusowego wykupu zgodnie z właściwymi przepisami prawa, Wzywający zamierza przeprowadzić procedurę przymusowego wykupu akcji akcjonariuszy mniejszościowych Spółki, po którym nastąpi przywrócenie akcjom Spółki formy materialnej oraz wycofanie ich z obrotu na rynku regulowanym GPW.
Podmiotem pośredniczącym w Wezwaniu jest Santander Bank Polska – Santander Biuro Maklerskie, który pełni także rolę doradcy finansowego.
Ubiegły tydzień na rynkach minął inwestorom wyczekiwaniem na spotkanie grupy G20, gdzie miało dojść do spotkania prezydenta Trumpa z chińskim przywódcą Xi Jinping. Inwestorzy oczekiwali pozytywnych informacji ze szczytu G20, co sprawiło że rynki akcyjne w minionym tygodniu delikatnie rosły. Decydenci nie zawiedli oczekiwań inwestorów, a wydarzeniem weekendu była deklaracja prezydentów Chin i USA w sprawie chęci powrotu do rozmów handlowych. Strona amerykańska zgodziła się, by amerykańskie firmy sprzedawały produkty chińskiemu koncernowi Huawei. Chiny natomiast zdecydowały o zwiększonych zakupach produktów rolnych.
W Polsce GPW zanotowała umiarkowany wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 1,27%. Wzrost wartości największych spółek (tworzących indeks WIG20) był nieco słabszy 0,84%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z wynikami: 1,76% wzrostu dla sWIG80 oraz spadek o 2,61% dla mWIG40.
Na środę (03.07.2019) jest zaplanowane posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej – po południu poznamy decyzję w sprawie poziomów stóp: depozytowej, lombardowej, referencyjnej oraz redyskontowej. Jakakolwiek zmiana zostanie uznana za niespodziankę. Natomiast w piątek (05.07.2019) poznamy dane o stopie bezrobocia oraz dynamice zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych, co może mieć kluczowe znaczenia dla rynkowego sentymentu w lipcu.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
26 czerwca 2019 odbyła się rozprawa przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie w sprawie, w której Sąd Okręgowy dwa lata wcześniej stwierdził po raz pierwszy nieważność umowy kredytu indeksowanego. Był to jeden z pierwszych przypadków dotyczących tego typu produktu banku Millenium. Bank próbował przedłużyć postępowanie, składając wniosek o jego zawieszenie do czasu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w tzw. polskiej sprawie frankowej.
– Uważamy, że umowy kredytu są nieważne niezależnie od tego, co powie TSUE – powiedziała serwisowi eNewsroomBarbara Garlacz, radca prawny – Sąd apelacyjny podzielił w tym zakresie argumentację. Po wysłuchaniu obu stron zamknął rozprawę i zapowiedział ogłoszenie wyroku 10 lipca 2019 roku.Należy dodać, że jeżeli zostanie utrzymany w mocy wyrok Sądu Okręgowego stwierdzający nieważność umowy kredytu indeksowanego, będzie to najprawdopodobniej jedna z pierwszych spraw, która z tak szeroką argumentacją trafi do Sądu Najwyższego. Zapewne zajmie się on tą kwestią w najbliższym czasie. Dotychczas już wskazywał, że umowy kredytów indeksowanych powinny być rozliczone w oparciu o kwotę kredytu w złotówkach oprocentowaną stawką LIBOR. Były to jednak orzeczenia wydane na dosyć wąskiej kanwie argumentów prawnych. Kredytobiorcy tymczasem wskazują na coraz szerszy zasięg wadliwości tych umów, dotykający ich różnych elementów.Ta wiedza i linia obrony trafia do sądów okręgowych, apelacyjnych, a wkrótce być może okazję do jej rozpatrzenia będzie miał także Sąd Najwyższy – dodała Garlacz.
Tylko co trzeci Polak korzysta z usług stomatologicznych refundowanych w ramach NFZ. Większość wybiera usługi prywatnych gabinetów, głównie ze względu na wyższą jakość usług. To tym bardziej istotne, że Polacy poszukują nie tylko podstawowego leczenia, lecz także bardziej wyspecjalizowanych usług z zakresu implantologii, wybielania czy ortodoncji. Małym gabinetom trudno sprostać rosnącym wymaganiom pacjentów, dlatego coraz chętniej dołączają do dużych sieci. Grupa LUX MED chce w ciągu trzech lat podwoić liczbę gabinetów w ramach swojej sieci.
– Rynek usług stomatologicznych w Polsce jest bardzo rozdrobniony, jednak teraz coraz bardziej widoczny jest trend konsolidacji tego rodzaju usług. Co więcej, ludzie od wielu lat chodzą do stomatologa przede wszystkim prywatnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Stomatologia pozostaje jedyną gałęzią medycyny, z usług której pacjenci korzystają częściej prywatnie niż publicznie, głównie ze względu na krótszy czas oczekiwania i lepszą jakość usług. Jak wynika z badań CBOS, w pierwszym półroczu 2018 roku 53 proc. Polaków przynajmniej raz odwiedziło dentystę lub protetyka, a zdecydowana większość (82 proc.) wybrała usługi prywatnej kliniki stomatologicznej. Na korzystanie z usług stomatologicznych refundowanych w ramach NFZ decyduje się zaledwie co trzeci Polak (36 proc.).
– Stomatologia w Polsce to są głównie gabinety indywidualne. U nas nie funkcjonują jeszcze duże sieci – mówi Daniel Petryczkiewicz, szef projektu rozwoju stomatologii w Grupie LUX MED.
Jak podkreśla, pacjenci szukają usług coraz wyższej jakości. Zwracają uwagę m.in. na to, czy gabinet stomatologiczny ma odpowiednie zaplecze, szeroki zakres usług, czy jest przyjazny i komfortowy. Drugim, zauważalnym na rynku trendem jest tzw. wellbeing, który powoduje, że pacjenci w coraz większym stopniu dbają o swoje zdrowie i chcą coraz lepiej wyglądać.
– Nasz wygląd świadczy o statusie społecznym, a stomatologia się w to wpisuje. Wykonuje się na przykład więcej różnego rodzaju zabiegów estetycznych, takich jak licówki, wszczepianie implantów, wybielanie zębów. Chcemy pięknie wyglądać – nie tylko być dobrze ubrani, mieć fajny telefon i samochód, lecz także piękne zęby – mówi Daniel Petryczkiewicz.
– Polacy wciąż w największym stopniu korzystają z usług w zakresie stomatologii zachowawczej, czyli z leczenia podstawowego i to pewnie przez lata się nie zmieni. Natomiast obserwujemy wzrost zainteresowania leczeniem specjalistycznym. Coraz więcej pacjentów pyta o ortodoncję. Widzimy w statystykach, jak bardzo rośnie zapotrzebowanie na tego typu usługi. Następnie rośnie też zapotrzebowanie na leczenie implantologiczne, periodontologiczne, protetyczne – dodaje Alicja Chowaniec-Prażuch, dyrektor Stomatologii LUX MED.
Jak podkreśla, coraz więcej Polaków poszukuje również leczenia wieloprofilowego, co oznacza, że chcą przyjść do jednego gabinetu i rozwiązać w nim wszystkie swoje potrzeby stomatologiczne.
– Dlatego też nasze placówki przygotowujemy pod takim kątem, aby dać pacjentom możliwość skorzystania ze wszystkich opcji leczenia w jednym miejscu. Co bardzo istotne, robi to też jeden zespół lekarzy, którzy ze sobą współpracują i którzy mają do siebie nawzajem zaufanie. Pacjent jest prowadzony w ramach jednej dokumentacji medycznej, wszyscy lekarze wiedzą, w jaki sposób odbywa się leczenie i w razie potrzeby w każdej chwili może zainterweniować lekarz innej specjalności – wyjaśnia Alicja Chowaniec-Prażuch.
Prezes Grupy LUX MED zauważa, że rynek stomatologiczny w Polsce jest w trakcie konsolidacji właśnie z tego względu, żeby sprostać rosnącym oczekiwaniom pacjentów. Mniejsze podmioty dołączają do większych sieci, dzięki czemu stają się częścią silnego brandu o ugruntowanej pozycji, zyskują dostęp do know-how i nie muszą się martwić o aspekty związane z zarządzaniem, marketingiem czy pozyskiwaniem funduszy na inwestycje. Efektem konsolidacji jest wzrost jakości i dostępności usług. Wcześniej na polskim rynku podobny proces przeszły już chociażby salony optyczne, sieci siłowni czy handel detaliczny.
– Ważna jest dla nas nie tylko stomatologia zachowawcza, lecz także bardzo specjalistyczna opieka dentystyczna. Chcemy w pełni, od początku do końca, obsłużyć małych i dorosłych pacjentów, najbardziej kompleksowo jak się da – mówi Anna Rulkiewicz.
Jak podkreśla, Grupa LUX MED bardzo intensywnie uczestniczy w konsolidacji polskiego rynku stomatologicznego – obecnie jest już największą siecią w kraju, liczącą blisko 200 własnych gabinetów i 70 centrów medycznych. Natomiast w ciągu najbliższych trzech lat grupa planuje podwoić liczbę gabinetów i implementować usługi specjalistycznej stomatologii na terenie całego kraju.
– Zaczęliśmy od Warszawy, która była dla nas kluczowa. Właśnie otwieramy nową, w Wilanowie, gdzie mamy bardzo wielu pacjentów. To jednak dopiero początek drogi. Mamy w planach inne duże miasta. Otworzyliśmy już placówki m.in. w Krakowie i planujemy kolejne w każdym dużym mieście, gdzie mamy nasze przychodnie ambulatoryjne. Wierzymy, że to jest naszym pacjentom potrzebne – mówi Anna Rulkiewicz.
Nowo otwarta placówka Grupy LUX MED na warszawskim Wilanowie ma świadczyć bardzo szeroki zakres usług: począwszy od podstawowej stomatologii zachowawczej i dziecięcej, po leczenie ortodontyczne, protetyczne, implantologiczno-chirurgiczne i periodontologiczne oraz pełną diagnostykę – w tym m.in. pantomogram, zdjęcia punktowe, cefalometrię niezbędną do leczenia ortodontycznego i tomografię komputerową potrzebną do przeprowadzenia leczenia implantologicznego.
– LUX MED jest największą siecią stomatologiczną. Staramy się zmienić ten paradygmat, że leczyć zęby można tylko w miejscu zamieszkania. Dlatego otwieramy swoje centra stomatologiczne również w pobliżu centrów biurowych czy komunikacyjnych. Wynika to z faktu, że nawyki społeczne zaczynają się zmieniać: coraz więcej czasu spędzamy poza domem. My staramy się podążać za pacjentem i być tam, gdzie on przebywa. Budując sieć LUX MED Stomatologia staramy się dotrzeć do pacjenta w tych miejscach, gdzie on spędza najwięcej czasu – podkreśla Daniel Petryczkiewicz.
Regionalne lotniska obsługują około 2/3 całego ruchu lotniczego w Polsce. W 2018 roku odprawiły łącznie 28,1 mln pasażerów. Liderem wzrostu wśród lotnisk do miliona pasażerów jest Bydgoszcz, który w ciągu roku zanotował blisko 25-proc. wzrost liczby odprawionych osób. Aby możliwy był dalszy rozwój, lotnisko rozwija też siatkę połączeń hubowych, aby zwiększyć w ten sposób dostępność komunikacyjną dla regionu. Regionalne lotniska muszą dywersyfikować swoją działalność, opierając się nie tylko na ruchu pasażerskim, lecz także na transporcie cargo i ten segment również zamierzamy rozwijać – zapowiada Daniel Mackiewicz z Portu Lotniczego Bydgoszcz.
– Port Lotniczy Bydgoszcz ma za sobą bardzo dobry rok, który zakończyliśmy wzrostem o niemal 25 proc. liczby odprawionych podróżnych. Po raz pierwszy w historii lotniska przekroczyliśmy liczbę 400 tys. w ciągu roku. Nasz wzrost stawia nas jednocześnie w pozycji lidera wśród małych lotnisk regionalnych, tzw. aspirujących milionerów. Wzrost odnotowaliśmy na wszystkich segmentach, zarówno lotów legacy, low-costowych, jak i czarterowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Daniel Mackiewicz, kierownik ds. marketingu w Porcie Lotniczym Bydgoszcz.
W 2018 roku lotnisko w Bydgoszczy obsłużyło ponad 80 tys. pasażerów więcej niż rok wcześniej. Ten rok może się okazać jeszcze lepszy – w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2019 roku lotnisko odprawiło ponad 153 tys. pasażerów, co oznacza ponad 5-proc. wzrost w stosunku do analogicznego okresu 2018 roku.
Jak jednak wskazuje Mackiewicz, prognozy rozwoju lotnictwa pasażerskiego zakładają spowolnienie wzrostów natężenia ruchu. Do tego dochodzi niepewność związana z sytuacją makroekonomiczną czy brexitem. Dlatego mniejsze porty regionalne nie mogą opierać się tylko na ruchu pasażerskim, lecz także stawiają na dywersyfikację przychodów.
– Te wszystkie czynniki skłaniają nas do tego, żeby ostrożniej podchodzić do planów i perspektyw. Regionalne lotniska muszą dywersyfikować swoją działalność, opierając się również na transporcie cargo. Ten segment również zamierzamy rozwijać – zapowiada Daniel Mackiewicz.
Ubiegłoroczny sezon czarterowy był najlepszy w historii portu. Wzrost sięgnął 107 proc., odprawiono niemal 35 tys. pasażerów. W ofercie pojawiły się dwa nowe kierunki rejsowe i dwa nowe kierunki wakacyjne. W tym sezonie letnim można lecieć do miasta Burgas w Bułgarii, tureckiej Antalyi i na greckie wyspy – Kretę i Zakynthos. Pasażerowie coraz częściej korzystają też z oferty regularnych przewoźników („legacy airlines”), nie tylko w celach biznesowych, lecz także turystycznych.
– W ścisłym sezonie letnim można linią lotniczą Lufthansa z Bydgoszczy przez Frankfurt dolecieć na południe Europy do miejsc takich, jak Lizbona, Porto, Majorka czy Wenecja, w cenie około 600 zł za bilet w dwie strony – wskazuje Mackiewicz.
Ekspert przypomina, że rekordowy ubiegłoroczny wynik został zrealizowany z wykorzystaniem terminala zaprojektowanego z myślą o obsłudze 200 tys. pasażerów. Dzięki inwestycjom poprawiła się jakość i bezpieczeństwo obsługi. Nowa ścieżka pasażera pozwoliła przenieść punkt kontroli bezpieczeństwa na piętro terminala, co poprawiło płynność ruchu. Większa jest też dostępność i powierzchnia części komercyjnej lotniska.
W tym roku zaplanowane są prace obejmujące m.in. modernizację parkingu i wdrożenie nowego systemu parkingowego. W planach jest też dalsza przebudowa ogólnodostępnego terminalu. W perspektywie wieloletniej wokół lotniska ma powstać Airport City, regionalne centrum turystyczno-biznesowe, które połączy komunikację lotniczą z koleją, powstaną hotele i centra konferencyjne.
– W ciągu ostatniej dekady podwojona została powierzchnia dla pasażerów, jednak widzimy dalszą potrzebę rozwoju i inwestowania w te obszary w celu poprawy bezpieczeństwa i komfortu podróżnych – zapewnia Daniel Mackiewicz.
Ekspert zapowiada także dalszy rozwój siatki połączeń. Kluczowe są zwłaszcza połączenia hubowe, które zwiększają dostępność komunikacyjną dla regionu. Lotnisko w Bydgoszczy dzięki obecności i systematycznemu zwiększaniu oferty przez Lufthansę umożliwia pasażerom kontynuowanie podróży w ponad 200 kierunkach na całym świecie.
Istotne również jest zapewnienie bezpośrednich połączeń z ośrodkami o największym potencjale dla regionu, m.in. z Londynem i portami skandynawskimi.
– Prowadzimy rozmowy zarówno z przewoźnikami obecnymi w Porcie Lotniczym Bydgoszcz, jak i z potencjalnymi, którzy mogliby otworzyć połączenia rejsowe. Istotnym argumentem w rozmowach z przewoźnikami są informacje z regionu – prowadzimy stały dialog z różnymi środowiskami regionu, zarówno biznesowymi, jak i turystycznymi, organizatorami dużych wydarzeń, międzynarodowych eventów sportowych czy biznesowych – tłumaczy Mackiewicz.
stresem i nie rozpoznają emocji" title="Polacy są coraz bardziej przepracowani i przemęczeni. W efekcie nie radzą sobie ze stresem i nie rozpoznają emocji" />
Tylko 6 proc. Polaków jest w stanie regulować swoje emocje. Zdecydowana większość ma z tym problem, nie potrafi nawet nazwać towarzyszących im uczuć. Nie wiedzą, jak radzić sobie ze stresem i zmianami. Pomóc może SPA dla umysłu, czyli trening emocji, który pozwoli nam je zrozumieć – mówi prof. Rafał Ohme, ekspert w dziedzinie emocji, komunikacji i zarządzania. – Nawet najlepsze lekarstwa nie zastąpią jednak spotkania ze znajomymi. Oksytocyny, które się wówczas wyzwalają, spalają hormon stresu. Tylko trzeba się tego nauczyć – przypomina ekspert.
– SPA dla umysłu to taki trening szarych komórek, żeby trochę sobie poćwiczyły emocji na co dzień. Człowiek nie ćwiczy emocji, tylko od maleńkości ćwiczy rozum. Jak idzie do przedszkola, to się uczy czytania, ale nikt go nie uczy emocji, tego, w jaki sposób radzić sobie ze stresem. Są sposoby, które pozwalają spalić hormon stresu zwany kortyzolem, który wyrządza naszemu organizmowi dużo więcej szkody niż sam stan psychologiczny smutku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Rafał Ohme, ekspert w dziedzinie emocji, komunikacji i zarządzania, współautor książki „Spa dla umysłu” (wyd. Burda Książki).
Badania świadomości emocjonalnej przeprowadzone przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Inteligencji Emocjonalnej i polski Instytut Rozwoju Emocji wskazują, że Polacy nie tylko nie radzą sobie z emocjami, lecz także nie zawsze potrafią je prawidłowo rozpoznać. Co trzecia osoba aktywna zawodowo nie potrafi nazwać towarzyszących jej emocji. Tylko 6 proc. ocenia, że potrafi je regulować.
– Bardzo potrzebujemy takiego SPA dla umysłu. Polacy ciężko pracują. Jesteśmy narodem, który pracuje na dwa etaty, dlatego że bardzo często nasze wynagrodzenie z podstawowego miejsca pracy jest niewystarczające i trzeba coś dodatkowego robić. Oprócz tego mamy trzeci zawód, jakim jest wychowanie dzieci – tłumaczy prof. Rafał Ohme.
Ze statystyk OECD wynika, że Polacy należą do czołówki najbardziej przepracowanych narodów. W pracy spędzamy ponad 1,9 tys. godzin rocznie. Z badań aktywności ekonomicznej ludności prowadzonych przez GUS wynika, że ok. 847 tys. osób zarabia w więcej niż jednym miejscu (dane za I kwartał 2019 roku). Do tego dochodzą domowe obowiązki. Brakuje czasu, by wgłębić się we własne emocje, a tym bardziej je analizować.
– Trening emocji polega na tym, żeby po pierwsze, poznać lepiej siebie i swoje emocje. Jest na to kilka sposobów. W książce dokładnie punkt po punkcie wyjaśniam, co trzeba zrobić. W EmoNotesie, który towarzyszy książce, jest dokładnie rozrysowane: zrobiłeś to, to teraz przejdź do punktu drugiego. Jak zrobiłeś punkt drugi, przejdź do punktu trzeciego, masz na to 6 miesięcy. Po drugie, nauczyć się palić ten nieszczęsny kortyzol – wskazuje współautor książki „Spa dla umysłu”.
Pomocne są też drobne czynności, o których zazwyczaj zapominamy. Stres pomagają rozładować np. wspólny posiłek bez zerkania w ekran smartfona, skupienie się na najbliższych i rozmowie. Wszystkie badania jasno wskazują, że nic nie zastąpi kontaktu z żywym człowiekiem, nie przez media społecznościowe, ale zwykłego spotkania.
– Kawa wypita w Starbucksie z grupką oddanych przyjaciół zrobi ci dużo więcej niż najlepsze beta-blokery czy lekarstwa. To nie jest metafora, tylko fizycznie sprawdzana emisja hormonów, np. oksytocyny, która ma na nas wpływ ozdrawiający, bo pali kortyzol. Oksytocynę wytwarzamy wtedy, kiedy się przytulamy do drugiego człowieka, tylko koniecznie przez co najmniej 6 sekund. Wiedzą o tym małe dzieci, które kiedy zgubią zabawkę, biegną do mamusi, żeby się przytulić. One są ekspertami neurobiologii – przekonuje prof. Rafał Ohme.
Nowe zalecenia Financial Action Task Force obligują giełdy kryptowalut do ujawniania danych swoich klientów. Nie wiadomo jeszcze, kiedy ani w jakim kształcie nowe regulacje zostaną wdrożone przez 37 państw należących do organizacji. Branża obawia się, że zaszkodzą prywatności użytkowników, ale – jak ocenia CEO Tokeneo Tomasz Rozmus – zmiany wymusza rosnąca liczba ataków hakerskich i obawy rządów o pranie brudnych pieniędzy. – Anonimowość zniknie niedługo z giełd kryptowalutowych – podkreśla ekspert.
– Nie ma jeszcze podanych dat, w których te przepisy zostaną wdrożone, i na jakich dokładnie zasadach. Myślę, że na pewno jeszcze nie w tym roku, ale już na początku 2020 takie przepisy powinny obowiązywać na całym świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Rozmus, prezes Tokeneo.
W ubiegłym tygodniu FATF (Financial Action Task Force) przedstawiła swoje zalecenia dotyczące dostawców usług wirtualnych, w tym m.in. giełd kryptowalutowych. Nowe standardy obligują je do wymieniania między sobą informacji o klientach. Jest to powszechna praktyka np. w bankach międzynarodowych, ale nowość dla branży kryptowalut, dotąd opartej na anonimowości. Zalecenia FATF obejmują 37 krajów członkowskich organizacji.
– Świat idzie w kierunku tokenizacji i digitalizacji, natomiast takie przepisy, jakie obecnie funkcjonują w tradycyjnej wymianie pieniądza, będą obowiązywać również na rynku kryptowalutowym. Zmieni się tylko droga przekazywania tych pieniędzy – do tej pory to banki przyjmowały i wysyłały fizyczną gotówkę, a w tym momencie pieniądz jest cyfrowy. Natomiast uregulowanie tego rynku jest konieczne, a nowe przepisy wymuszą po prostu pełną weryfikację i będą dążyć do tego, żeby zlikwidować anonimowość – mówi Tomasz Rozmus.
Nowe zalecenia FATF wymagają, żeby każda transakcja rejestrowana na giełdzie kryptowalutowej zawierała szereg określonych informacji, w tym m.in. nazwę inicjatora transakcji, jego numer konta i fizyczny adres lub krajowy numer identyfikacyjny, nazwę beneficjenta oraz numer jego rachunku wykorzystywany do przetwarzania transakcji.
Część branży argumentuje, że wejście w życie nowych przepisów dotyczących giełd kryptowalutowych zaszkodzi prywatności ich użytkowników. Jednak – jak ocenia CEO Tokeneo – to coraz częstsze ataki hakerskie i rządy narodowe, które obawiają się procederu prania brudnych pieniędzy, zmuszają podmioty takie jak giełdy kryptowalutowe czy kantory do przedstawiania pełnych danych klientów będących uczestnikami tego rynku.
– W tym momencie handel może nie jest jeszcze zupełnie uregulowany, ale poszczególne rządy bardzo jasno wypowiadają się w kwestii dokumentów, jakie musi przedstawić uczestnik tego rynku, który zakłada konto na giełdzie. Jest więc pełna weryfikacja danych. Już niedługo giełdy będą musiały się wymieniać także informacjami o tym, jakiej transakcji dokonał klient. Ten rynek kryptowalutowy, który z początku był tak atrakcyjny, bo anonimowy, w tym momencie już taki nie jest – podkreśla Tomasz Rozmus.
Jak podkreślają eksperci, ostateczny kształt nowych regulacji będzie zależny od tego, jak zostaną zinterpretowane i wdrożone przez poszczególne państwa członkowskie FATF. Natomiast przełożenie zasad obowiązujących od dawna w transferach narodowych na giełdy kryptowalut nie sprawi, że przejmą one choć w części rolę banków.
– Giełdy kryptowalutowe będą działały po prostu tak, jak tradycyjne giełdy w tradycyjnym modelu finansowym, czyli będą notowały wycenę poszczególnych kryptowalut. Natomiast nie wydaje się, żeby zastąpiły banki, bo one nie oddadzą tego rynku. Jedyne, co branża kryptowalutowa może wymusić na bankach, to przyjmowanie depozytów w kryptowalutach – mówi Tomasz Rozmus.
Artyści coraz częściej korzystają z opcji internetowych aukcji. Pozwalają im one dotrzeć do kolekcjonerów na całym świecie. Największe portale umożliwiają prowadzenie aukcji na żywo w kilkudziesięciu krajach, zapewniają przy tym szybkie tłumaczenie. Z kolei dla kolekcjonerów licytacje to szansa na zakup w okazyjnej cenie, ale wybór obrazu przez internet niesie ze sobą ryzyko. Internet jest zawodny, konieczna jest odpowiednia wiedza i weryfikacja informacji – przestrzega Jacek Łydżba, artysta malarz.
Z badania KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2017” wynika, że blisko połowa bogatych Polaków inwestowała lub inwestuje w sztukę albo planuje taki krok w przyszłości. Z ostatnich dostępnych danych GUS wynika, że pieniądze wydane na obrazy stanowią ok. 65 proc. kwoty za wszystkie sprzedane dzieła. Malarstwo dawne (sprzed 1945 roku) i współczesne stanowią mniej więcej połowę rynku. Najpopularniejszym kanałem sprzedaży są aukcje dzieł sztuki (47 proc.). Niewiele mniej osób wybiera tradycyjne placówki i galerie (ok. 42 proc.). E-handel sztuką stanowi ok. 10 proc. sprzedaży, ale szybko rośnie. Przybywa portali, które umożliwiają licytacje na żywo z dowolnego miejsca na świecie. Dodatkowo zapewniają szybkie tłumaczenie, a ceny podają w dowolnie wybranej walucie.
– Internet jest jednak zawodny, bo tam jest wszystko, i dobre rzeczy, i te niesprawdzone, trzeba to weryfikować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Łydżba, artysta malarz. – To nawet nie są galerie, tylko sklepy z obrazami. Wielu ludzi zaczęło malować amatorsko i sprzedają to online, próbując dorobić sobie do emerytury albo realizując swoją pasję. Takie obrazy mają zazwyczaj niestety kiepską jakość, ale to łatwo zweryfikować.
Przed zakupem obrazu, zwłaszcza w internecie, konieczna jest odpowiednia wiedza.
– Obrazy kiepskiej jakości łatwo poznać po tym, że naśladują kogoś, jakiś styl. To łatwe do rozpoznania, ale trzeba miećwiedzę w tym zakresie – przekonuje malarz. – Większość ludzi nie radzi sobie warsztatowo, nie wie, jak kłaść farby, jakich używać narzędzi, i to też jest takim elementem rozpoznawalnym w fatalnych obrazach.
Ekspert przekonuje, że jeśli obraz ma być formą inwestycji, internet nie zawsze jest najlepszym miejscem na zakup. Zwłaszcza jeśli kupującemu brakuje niezbędnej wiedzy, lepiej skorzystać z pomocy specjalistów, a obraz wybrać w galerii.
– Tę wiedzę można zaczerpnąć od ludzi, którzy się tym interesują i na tym znają, od artystów, historyków sztuki albo ludzi, którzy kolekcjonują obrazy. Oni wskażą miejsca i galerie, które są dobre, pewne i oferują dobrą jakość – tłumaczy Jacek Łydżba.
Dzieła sztuki są coraz częściej wybierane jako alternatywna forma inwestycji. Przyjmuje się, że średnio na współczesnym obrazie można w perspektywie kilkudziesięciu lat zarobić ok. 10 proc. Wszystko zależy jednak od artysty i jego stylu. Na rynku jest coraz więcej artystów, których obrazy mogą się okazać dobrą inwestycją. Trzeba jednak umieć ich znaleźć.
– Wiedza jest potrzebna, bo pozwala bezbłędnie poznać dobrego artystę. Ta umiejętność jest pożądana i wskazana. Można też oczywiście zwrócić się do specjalisty, marszanda, historyka sztuki, kogoś, kto zna temat, interesuje się tym, jest to jego zawód i pasja. A już połączenie tych dwóch kwestii – wiedzy własnej i eksperckiej – jest rewelacyjne – mówi Jacek Łydżba.
Rekordy aukcyjne biją obecnie dzieła twórców współczesnych: Wojciecha Fangora, Magdaleny Abakanowicz czy Ryszarda Winiarskiego. Na liście tysiąca najdroższych dzieł, według portalu Artinfo, przeważa malarstwo, choć ostatni rok przyniósł sporo rekordowych sprzedaży rzeźby, głownie za sprawą rosnących cen na prace Magdaleny Abakanowicz. Zdecydowana większość w rankingu TOP 1000 przypada jednak na malarstwo. Obecnie artystą o najwyższej łącznej wartości sprzedaży jest Wojciech Fangor – w rankingu znajduje się jego 66 obiektów, a obroty sięgają 54 mln zł.
Z ostatniej kontroli przeprowadzonej przez Najwyższą Izbę Kontroli wynika, że polskie urzędy masowo nie przestrzegają podstawowych norm bezpieczeństwa komputerowego, przez co narażają się na wyciek wrażliwych danych. Przeszło 80 proc. placówek poddanych kontroli niewłaściwie zarządza uprawnieniami użytkowników, a w aż 57 proc. przypadków pracownicy nie przestrzegają narzuconych norm bezpieczeństwa. Wdrożenie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa ma zagwarantować, że ewentualne incydenty będą zgłaszane zaraz po ich wykryciu, umożliwiając tym samym błyskawiczne zniwelowanie zagrożenia.
– Poziom cyberbezpieczeństwa urzędu może stanowić o poziomie zaufania obywatela i o możliwości wykonywania swoich obowiązków. Cyberbezpieczeństwo jest w pewien sposób niedoinwestowane, nie jest postrzegane jako obszar, który jest równie ważny, jak wszystkie inne inwestycje w budżetach lokalnych. To jest nasza praca od jakiegoś czasu, żeby pokazywać, że w budżecie danej jednostki cyberbezpieczeństwo musi być traktowane na równi z pozostałymi obszarami, jak płace, wydatki na budynek, ogrzewanie i wszystkie inne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Jak wynika z raportu opracowanego przez Związek Cyfrowa Polska, zagrożenie ze strony cyberprzestępców jest ogromne. Z badań wynika, że tylko w 2017 roku doszło do 6 mln prób cyberataków, a w ciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków na komputery stacjonarne i przenośne wzrosła aż o 232 proc. O skali i niebezpieczeństwie, na jakie wystawione są urzędy, przekonali się niedawno urzędnicy Baltimore. Na początku maja 2019 roku cyberprzestępcy wykorzystali złośliwe oprogramowanie, aby wymusić od władz Baltimore wypłatę okupu. Kiedy przedstawiciele urzędu miejskiego nie zgodzili się na zapłatę, hakerzy zablokowali systemy administracyjne, płatnicze i komunikacyjne, paraliżując funkcjonowanie całego miasta na kilka dni.
Cyberprzestępcy najchętniej obierają za cel smartfony, laptopy czy drukarki, które zwykle są słabiej zabezpieczone przez atakami hackerskimi, a w przetargach na systemy teleinformatyczne dla jednostek administracyjnych nie uwzględnia się wymagań związanych z dostarczaniem certyfikatów cyberbezpieczeństwa.
– Kompetencje osób i płace w urzędach są często niższe niż te, które oferują firmy komercyjne. Brak wystarczającej obsługi przez specjalistów IT też ewidentnie jest jedną z przyczyn. Staramy się trochę stymulować ten rynek poprzez fakt wpływania na to, że tych specjalistów IT po prostu będzie coraz więcej, bo widzimy, że wszystkie sektory gospodarki i administracji ich potrzebują – podkreśla Karol Okoński.
Aby odpowiedzieć na najpilniejsze wyzwania związane z zachowaniem bezpieczeństwa komputerowego, w ubiegłym roku przyjęto ustawę o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która obliguje jednostki samorządowe do zgłaszania przypadków cyberataków w ciągu 24 godzin od ich wykrycia do odpowiedniego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego. Wejście ustawy w życie jest elementem wdrożenia wymogów unijnej dyrektywy NIS opisującej regulacje dotyczące zapewnienia wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych w krajach Unii Europejskiej.
Skalę zagrożenia ze strony cyberprzestępców dobrze oddaje raport opracowany przez Zespół Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego CSIRT GOV przy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Urzędnicy ABW w ramach rocznego sprawozdania zbadali, jak często polskie urzędy mierzyły się z atakami hakerskimi. W 2018 roku doszło do 6 236 przypadków naruszenia bezpieczeństwa teleinformatycznego państwowych jednostek administracyjnych. Wszystkich prób ataków było blisko 32 tys., o 3,5 tys. więcej niż w 2017 roku.
Jeden z głośniejszych ataków, z którym mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, był wycelowany w System Rejestrów Państwowych. Hakerzy wykorzystali awarię SRP, aby przypuścić zmasowany atak DDoS, blokując tym samym dostęp m.in. do baz dowodów osobistych czy PESEL.
W raporcie NIK wskazano najgroźniejsze zaniechania, przez które urzędy narażają się na ataki. W przeszło połowie urzędów nie przestrzega się norm bezpieczeństwa m.in. w zakresie stosowania haseł o odpowiedniej długości; większość urzędów korzysta także z komputerów pracujących na systemie operacyjnym, który nie jest już wspierany przez producenta. W co trzecim urzędzie nie ustalono zasad dotyczących korzystania ze służbowych urządzeń mobilnych, a 70 proc. jednostek nie przeprowadza obowiązkowych rocznych audytów bezpieczeństwa.
– W naszych kampaniach informacyjnych, które nabrały pewnej intensywności w tym roku, chcemy informować i zbudować wiedzę dotyczącą cyberbezpieczeństwa na wszelkim etapie i w przestrzeni publicznej. Również poprzez uwzględnienie tego w programach szkolnych, aby podstawowe zachowania co do cyberbezpieczeństwa były po prostu jak najbardziej naturalne dla każdego z nas – zapowiada podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Według analityków z firmy Markets and Markets wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2017 roku wyniosła 127,63 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 248,26mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10,2 proc.
Rok 2019 minie w branży technologicznej pod znakiem sztucznej inteligencji. Zaawansowane rozwiązania z zakresu uczenia maszynowego wkraczają również na rynek telewizyjny, gdzie wykorzystywane są zarówno do usprawniania działania samych odbiorników, jak i profilowania ramówki. Wykorzystanie sztucznej inteligencji ułatwi obsługę telewizorów oraz pozwoli lepiej dopasować ofertę programową do wymagań indywidualnych odbiorców.
– Sztuczna inteligencja daje nam możliwość analizowania zachowań grup odbiorców i pojedynczych osób oraz dobierania jak najlepszych treści przy rekomendacjach. To głównie dotyczy publikacji online, internetowych, gdzie jesteśmy w stanie przewidzieć, dobrać i zainteresować odbiorcę treścią z naszego ogromnego zasobu danych. Sztuczna inteligencja pomaga też w budowaniu efektywności reklamy, która nadal finansuje ogromną część działalności mediów na świecie. Efektywność tej reklamy w oparciu o zainteresowania poszczególnych widzów czy odbiorców jest kluczem do dalszego jej rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciek Maciejowski, członek zarządu TVN Discovery Polska.
Czołowi producenci telewizorów, LG i Samsung, wprowadzili już na rynek odbiorniki wyposażone w procesory opierające się na sztucznej inteligencji do usprawnienia obrazu oraz dźwięku. Układy SI w tych sprzętach nauczono inteligentnego skalowania rozdzielczości materiału źródłowego oraz optymalizowania poziomów dźwięku, aby ten idealnie rozchodził się w każdym pomieszczeniu i każda kwestia była wyraźnie słyszana przez odbiorcę.
Potencjał inteligentnych telewizorów nie ogranicza się jednak jedynie do korekcji audiowizualnej. Firma LG w 2018 roku jako pierwsza wprowadziła na rynek telewizor z asystentem głosowym komunikującym się z użytkownikiem w języku polskim, a w tym roku zintegrowała go z Asystentem Google. Dzięki temu telewizory LG można obsługiwać za pośrednictwem komend głosowych, a w przyszłości mogą zostać wykorzystane także jako narzędzie do sterowania systemem inteligentnego domu. Inteligentny asystent pozwoli głosowo wybrać treści do odtworzenia, a także np. przygasić oświetlenie, kiedy rozpoczniemy seans.
Sztuczna inteligencja chętnie jest wykorzystywana także przez dostawców treści, takich jak Netflix. Platforma zbudowała swoją popularność m.in. dzięki wysoce funkcjonalnemu systemowi rekomendacji, który uczy się naszych zachowań, analizuje nasz gust filmowy i tak dobiera proponowane treści, aby jak najlepiej pasowały do danego użytkownika. Korporacja nieustannie modyfikuje także okładki filmowe, aby sprawdzić, jaki przekaz wizualny najlepiej trafia do konkretnych grup odbiorców. Rozwiązania tego typu stają się coraz powszechniejsze w tej branży.
– Dzisiaj tworzymy treści zarówno w liniowych kanałach, ale też w onlinie, gdzie sposób dostępu do tych treści jest przedmiotem mechanizmów sztucznej inteligencji. To jest rekomendacja, to są wszystkie możliwe udogodnienia, z których korzystają nieświadomie odbiorcy naszych kanałów. Wykorzystujemy też technologię rozpoznania obrazu, gdy oglądamy samochody, sukienki, aparaty telefoniczne, czy fotograficzne, to system może dobrać kontekstową reklamę. To są potężne narzędzia, które bez sztucznej inteligencji nie byłyby możliwe – twierdzi ekspert.
Media Distillery opracowało zestaw kompleksowych narzędzi do monitorowania zaangażowania odbiorców. System EPG Correction pozwala korygować czas elektronicznych programów telewizyjnych, aby precyzyjnie i automatycznie ustalić moment, w którym rozpoczyna się dana audycja. Binge Markers z kolei umożliwia zintegrowanie w platformie wideo narzędzia do pomijania napisów, aby przyspieszyć odtwarzanie kolejnych odcinków seriali, a Addressable TV pozwala automatycznie tagować treści, aby ułatwić wyświetlanie przy nich adekwatnych reklam.
Sztuczna inteligencja pojawia się także w programach newsowych. Chiński koncern medialny Xinhua opracował wirtualnych prezenterów telewizyjnych, którzy przetwarzają tekst pisany na mówiony. System generowania obrazu synchronizuje syntezowaną mowę z ruchem ust wirtualnego prezentera, aby ten przemawiał w naturalny sposób. Dzięki temu Xinhua nie musi polegać na czynniku ludzkim – sztuczna inteligencja dostępna jest 24 godziny na dobę i może bez przerwy prowadzić relacje telewizyjne.
– Telewizja jako tradycyjna liniowa telewizja zawsze będzie istnieć. Są eventy, newsy, sport i jest coś takiego, co nazywa się appointment TV, które się dzieje tu i teraz i której siłą również odbioru jest to, że można to obejrzeć na żywo. Sam internet nie wyprze telewizji, ponieważ internet sam w sobie jest sposobem dostępu do treści. Dzisiaj grupa Discovery TVN przez internet i przez telewizję dociera do kilkunastu milionów dziennie i dla nas zaciera się granica tego, kto korzysta z internetu, a kto korzysta z telewizji. Ważne jest, że ma kontakt z naszą produkcją, z naszą twórczością – mówi Maciek Maciejowski.
Według marketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2017 roku wyniosła 16 mld dol. Analitycy przewidują, że do 2022 roku wzrośnie ona do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.
Niedawno znów pojawiły się informacje o wprowadzeniu możliwości czasowego wycofania samochodów osobowych z ruchu. Analizujemy rzadko opisywane aspekty takiej zmiany.
Zapowiedź zmiany przepisów o czasowym wycofaniu pojazdów mechanicznych z ruchu może wydawać się nieco zaskakująca, ponieważ rząd wcześniej (w 2017 r.) sceptycznie odnosił się do propozycji, które miały zapewnić kierowcom ubezpieczeniowe oszczędności. W tym kontekście warto wspomnieć o poselskim projekcie ustawy o zmianie ustawy – Prawo o ruchu drogowym (druk sejmowy nr 1454). Analizowany projekt zakładał, że wszystkie pojazdy mechaniczne (a nie tylko duże pojazdy firmowe – tak jak obecnie) będą mogły zostać czasowo wycofane z ruchu. Czas przerwy w ich użytkowaniu byłby samodzielnie określany przez właściciela. Takie liberalne podejście nie spodobało się rządowi w 2017 roku.
Poselski projekt został skrytykowany między innymi za brak wymaganego odniesienia do przepisów ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych i zbyt krótkie vacatio legis (wynoszące tylko 30 dni). „Ważniejszy był jednak argument wskazujący, że liberalne zasady wycofywania pojazdów z ruchu (na dowolnie określony przez właściciela czas) będą skutkowały pojawieniem się dużej liczby starych i nieużytkowanych samochodów. Rząd podkreślił, że takie pojazdy pozbawione odpowiedniego zabezpieczenia (np. stojące na chodniku) stanowią zagrożenie dla środowiska. Podobna obawa dotycząca ekologii obecnie może hamować plany znaczącej liberalizacji przepisów” – dodaje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
W ramach swojej opinii do liberalnego projektu posłów zakładającego czasowe wycofanie pojazdów z ruchu (zobacz druk 1454) rząd zwrócił również uwagę na ciekawe zjawisko, którego nie uwzględnia wiele osób. Mowa o możliwym wzroście średnich cen polis OC wywołanym faktem, że ubezpieczyciele będą sobie chcieli zrekompensować ubytek składki na wskutek czasowego wycofania z ruchu części pojazdów mechanicznych. Rządowe obliczenia z 2017 roku sugerowały, że czasowe wycofanie z ruchu 10% samochodów osobowych skutkowałoby przeciętnym wzrostem ceny ubezpieczenia OC o 60 zł rocznie. „Z podwyżkami składek OC o podobnej skali mielibyśmy do czynienia gdyby czasowe wycofanie pojazdów z ruchu zostało znacząco ułatwione w bieżącym roku. Ewentualne zmiany dotyczące wycofania aut z ruchu i ciągłości polis OC prawdopodobnie będą jednak na tyle ostrożne, że nie wpłyną znacząco na koszty obowiązkowych ubezpieczeń. Do takich wniosków prowadzą wstępne propozycje Ministerstwa Infrastruktury” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Konieczność ewentualnego pokrycia kosztów czasowego wycofania z ruchu samochodów osobowych przez wszystkich kierowców to nie jedyna kwestia, która stosunkowo rzadko pojawia się w dyskusji na temat zapowiadanych zmian. Zwolennicy sporego złagodzenia przepisów dotyczących wycofania aut z ruchu wskazują czasami, że na terenie innych krajów Unii Europejskiej analogiczne regulacje są bardziej liberalne. W praktyce sytuacja okazuje się jednak bardziej skomplikowana. Informacje dotyczące 2017 roku wskazują, że wówczas właściciele samochodów osobowych z Włoch i Łotwy również nie mieli możliwości czasowego wycofania takich pojazdów z ruchu. Bardziej liberalne przepisy obowiązywały na terenie Estonii, Litwy, Czech, Francji oraz Belgii. „W wymienionych krajach kierowcy musieli jednak spełnić szereg warunków. Chodzi o formalne wyrejestrowanie samochodu osobowego, zwrot tablic rejestracyjnych, zobowiązanie do garażowania auta w zamkniętym pomieszczeniu i powiadomienie urzędników o miejscu przechowywania pojazdu” – wymienia Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Medialne komentarze dotyczące czasowego wycofania samochodów osobowych z ruchu (jako nowej propozycji Ministerstwa Infrastruktury), niestety nie uwzględniają jeszcze jednej kwestii, która wydaje się bardzo ważna. Mowa o upływającym czasie. Coraz bardziej zmniejsza on szanse na wprowadzenie odpowiednich zmian prawnych przed jesiennym wyborami parlamentarnymi. W tym kontekście warto pamiętać, że pomysły Ministerstwa Infrastruktury odnośnie przejściowego wycofania z ruchu samochodów osobowych znajdują się na bardzo wczesnym etapie prac legislacyjnych. „Istnieje zatem dość duże prawdopodobieństwo, że do październikowych wyborów odpowiednie zmiany prawne nie zostaną wprowadzone. Wtedy tematem ułatwień dla kierowców (od początku) będzie mógł zająć się kolejny Parlament” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce (KPF) uznaje za całkowicie niezasadne drastyczne ograniczenie maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu (proponowane zmiany art. 36a ustawy o kredycie konsumenckim w brzmieniu przyjętym w drodze reasumpcji decyzji Rady Ministrów z dnia 25 czerwca 2019 r.). W opinii KPF wdrożenie rządowej propozycji jest wysoce szkodliwe dla całego rynku consumer finance, w tym dla pożyczkodawców, pożyczkobiorców oraz budżetu państwa i poważnie zaburzy równowagę stron umowy pożyczki.
Przyjęcie proponowanych zmian limitu kosztów pozaodsetkowych w obszarze kredytu konsumenckiego (10% + 10%) spowoduje w szczególności:
wzrost wykluczenia gospodarstw domowych z rynku finansowego – duża część obsługiwanej przez sektor grupy 3 milionów klientów może zostać pozbawiona możliwości finansowania bieżących potrzeb – nie zniknie popyt, zlikwidowana zostanie podaż,
rozwój szarej strefy pożyczek i podziemia lichwiarskiego, w którą wejdą osoby wykluczone z legalnego rynku finansowego, zarówno bankowego, SKOK i instytucji pożyczkowych, dziś zaciągające i spłacające swoje zobowiązania,
likwidację do 40 tysięcy miejsc pracy w sektorze pożyczkowym i sektorach z nim związanych, w tym m.in. pośrednictwa finansowego, windykacji, dostarczania danych, czy dostarczania nowoczesnych rozwiązań typu FinTech,
drastyczne ograniczenie wpływów z podatków CIT, PIT i VAT – szacunki branży wskazują na możliwe uszczuplenie dochodów nawet o kwotę przekraczającą 2 miliardy złotych rocznie,
zachwianie rynku Funduszy Inwestycyjnych i podważenie wiarygodności rynku kapitałowego w Polsce (zmiany realnie wpłyną na odpływ inwestorów zagranicznych oraz straty dla właścicieli jednostek uczestnictw Funduszy, które finansowały ten sektor),
konieczność utrzymania przez państwo pracowników zlikwidowanych firm przez okres, w którym będą oni pozostawać bez pracy,
osłabienie konkurencji na rynku konsumenckich produktów finansowych, co negatywnie odbije się na oferowanych usługach.
KPF wyraża też zdecydowany sprzeciw wobec generalizowania pojęcia lichwy i przypisywania tej kategorii pojęciowej, niejako z definicji, instytucjom pożyczkowym, udzielającym kredytu konsumenckiego na podstawie ustawy z dnia 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim. Instytucje pożyczkowe, podobnie jak inne sektory rynku usług kredytowych dla konsumentów, działają w oparciu o tę samą dla wszystkich przedsiębiorców ustawę o kredycie konsumenckim, podlegają prawnym ograniczeniom w zakresie kosztów, nie pobierają wyższych niż przewidziane prawem opłat i nie mają prawa do żądania zabezpieczenia finansowania nieruchomościami mieszkalnymi.
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
– Wbrew powszechnej opinii, którą – co stwierdzamy ze smutkiem – powielają też niektórzy ministrowie rządu RP, pozabankowe organizacje pożyczkowe nie są lichwą. Podmioty wpisane do Rejestru Instytucji Pożyczkowych, prowadzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego, działając legalnie, prowadzą swoją działalność zgodnie z polskim prawodawstwem – podkreśla Andrzej Roter, prezes Zarządu KPF. – Co więcej, firmy zrzeszone w organizacjach branżowych od lat podejmują szereg inicjatyw na rzecz samoregulacji branży (np. Kodeks Dobrych Praktyk KPF) i angażują się w działania na rzecz odpowiedzialnej sprzedaży, zarówno z poziomu pojedynczych przedsiębiorstw, jak i całego sektora.
Chcąc zwrócić uwagę szerokiego grona interesariuszy pozabankowych organizacji finansowych oraz pośredników finansowych na problem, jak również by zachęcić projektodawców do rzetelnego dialogu społecznego, w oparciu o rzetelną analizę ekonomiczną, branża wystosowała petycję, w której apeluje do Premiera Mateusza Morawieckiego o rewizję projektowanych przepisów legislacyjnych, skutkujących likwidacją sektora pożyczek pozabankowych oraz sektora pośrednictwa finansowego.
– Jesteśmy gotowi do merytorycznej dyskusji na temat takich zmian w prawie, które jeszcze lepiej będą chronić Polaków przed prawdziwie lichwiarskimi pożyczkami, prowadzącymi do różnych patologii. Jednak, aby taka dyskusja miała sens, branża pożyczkowa musi istnieć, a przegłosowanie zmian w zaproponowanym kształcie doprowadzi do jej wykluczenia z legalnego obrotu gospodarczego – alarmuje Marcin Czugan, Wiceprezes Zarządu KPF.
Niemal połowa pracowników z Europy (47 proc.) odrzuca przejście na freelancing lub samozatrudnienie (w poprzednim raporcie było to tylko 39,6 proc.)
W Polsce obserwujemy wzrost zainteresowania samozatrudnieniem
(z 19,6 w „Workforce View in Europe 2018” do 26,5 proc.)
Z najnowszego badania „Workforce View in Europe 2019”, przeprowadzonego przez firmę ADP® wynika, że atrakcyjność freelancingu i samozatrudnienia w Europie maleje. Niemal połowa pracowników (47 proc.) twierdzi, że nie interesują ich te formy zatrudnienia. Według raportu „Workforce View in Europe 2018” możliwość przejścia na freelancing lub samozatrudnienie odrzucał jedynie co trzeci ankietowany (39,6 proc.). Liczba pracowników, którzy poważnie rozważają przejście na ten niezależny styl życia, spadła do poziomu zaledwie 15,2 proc.
„Ucieczka od wolności”
Wcześniejsza rosnąca popularność freelancingu i samozatrudnienia wynikała z pragnienia bardziej elastycznego sposobu pracy, wspieranego rozwojem nowych technologii. Aktualnie tendencja ta słabnie, a brak stabilności politycznej i ekonomicznej skłania europejskich pracowników do powrotu do bezpieczeństwa stałych umów o pracę.
– Z odpowiedzi europejskich pracowników wynika, że szczyt popularności freelancingu mamy już za sobą. Europejczycy ponownie dostrzegają korzyści posiadania pewnej, stałej posady, tym bardziej, że coraz więcej firm otwiera się na elastyczne godziny pracy. Pracownikom coraz bardziej zależy na zachowaniu równowagi między życiem zawodowym i prywatnym – na szczęście pracodawcy to dostrzegają i wprowadzają rozwiązania, które mają na celu dać ludziom czas na realizację pasji i spędzanie czasu z bliskimi. Nie wolno nam jednak spoczywać na laurach. Freelancing wciąż dla wielu stanowi kuszącą alternatywę. Warto zadbać, by nasze oferty pracy mogły z powodzeniem konkurować z pracą freelancera – mówi Anna Barbachowska, HR Business Partner w ADP Polska.
Niezależne zatrudnienie wciąż pociąga włoskich pracowników – 68 proc. interesuje się przejściem na freelancing albo już pracuje na własną rękę. Zaraz za Włochami plasują się pracownicy z Wielkiej Brytanii i Polski (62 proc.). Jeśli chodzi o samozatrudnienie, 44 proc. niemieckich i 41 proc. holenderskich pracowników podziela zainteresowanie samozatrudnieniem.
Polacy „na swoim”?
Polacy – w przeciwieństwie do pozostałych nacji, które wzięły udział w badaniu ADP – nie zmieniają poglądów na temat freelancingu. Od dwóch lat odsetek Polaków, których kategorycznie nie interesuje freelancing ani samozatrudnienie, utrzymuje się na poziomie 38,1 proc. Warto jednak zauważyć, że polscy pracownicy znacznie przychylniej patrzą na możliwość przejścia na samozatrudnienie niż dwa lata temu. Liczba osób zainteresowanych zmianą formy zatrudnienia na własną działalność gospodarczą wzrosła w Polsce z 19,6 proc. do 26,5 proc.
– Polski rynek pracy zdecydowanie różni się od rynków państw zachodnich pod względem wysokości wynagrodzeń. Warto też pamiętać o kwestii kosztów pracy. Dochody z działalności gospodarczej są w Polsce opodatkowane (włączając w to obciążenia z tytułu ubezpieczeń społecznych) stosunkowo nisko w porównaniu do kosztów umów o pracę (w szczególności w przypadku opodatkowania podatkiem liniowym oraz odprowadzania składek ZUS od minimalnej podstawy). Wiele osób wystawia więc fakturę, ale de facto wykonuje działalność o znamionach umowy o pracę. W tym świetle, przyczyn odnotowanego w badaniu ADP wzrostu zainteresowania samozatrudnieniem wśród Polaków można upatrywać w chęci obniżenia obciążeń podatkowych i uzyskiwania wyższych dochodów. Ta perspektywa może też się zmienić, ponieważ fiskus zapowiada wprowadzenie tzw. „testu przedsiębiorcy” celem wyeliminowania jednoosobowych podmiotów (freelancerów), które wystawiają jedną fakturę jednemu przedsiębiorcy, który często był dotychczas pracodawcą freelancera – mówi Tomasz Czerkies, radca prawny w ADP Polska.
„Aż po grób”
Z odpowiedzi ponad 10 000 europejskich pracowników, którzy wzięli udział w badaniu „Workforce View in Europe 2019”, wyłania się wzrost zainteresowania pracą w jednej firmie przez całe życie. Ponad jedna czwarta (27,2 proc.) respondentów przewiduje kontynuowanie pracy w aktualnej firmie do końca swojej kariery, co stanowi wzrost o dwa punkty procentowe w stosunku do roku ubiegłego. Co ciekawe, takie podejście nie jest najbardziej powszechne jedynie w najstarszych grupach wiekowych. Plan pozostania w obecnej pracy do końca kariery podziela 27,9 proc. osób w wieku 34-45 lat oraz 37,4 proc. osób w wieku 45-54 i 28,6 proc. w wieku 55+. Jeśli chodzi o nacje, najmniej mobilni są Włosi, Holendrzy i Hiszpanie. Przeciętnie pracownicy uważają, że będą pracować dla swojego aktualnego pracodawcy przez nieco mniej niż cztery i pół roku, co stanowi drobny wzrost w stosunku do poprzedniego raportu.
Jeśli chodzi o polskich pracowników, tylko 17,5 proc. wyraziło chęć pozostania w obecnej firmie do końca kariery. Największy odsetek respondentów (27,1 proc.) planuje pracować w obecnej pracy od 2 do 5 lat. Pracownicy w grupie wiekowej 34-45 lat są zdecydowanie bardziej mobilni w porównaniu do średniej europejskiej – tylko 13,3 proc. respondentów planuje pozostać u obecnego pracodawcy do końca kariery. Przyczyny mogą jednak tkwić nie tylko w otwartości polskich pracowników na zmiany, ale też w jakości warunków zatrudnienia.
Wprowadzenie ograniczenia handlu w niedziele spowodowało, że wielu Polaków musiało zmienić swoje przyzwyczajenia. Dotyczy to nie tylko zwyczajów zakupowych, ale również sposobu spędzania wolnego czasu. Ciekawych obserwacji na ten temat dostarczają wyniki ankiet zrealizowanych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research oraz wywiadów przeprowadzonych przez Danae. Chęć spędzania wolnego czasu była jednym z czterech najważniejszych powodów, dla którego Polacy odwiedzali centra handlowe w niedziele. Grupami, które wskazywały go częściej, byli mieszkańcy wsi oraz miast o populacji nieprzekraczającej 100 tysięcy. Jednak dla części z nich zakaz handlu w niedziele nie ma istotnego znaczenia.
Jak pokazują badania zrealizowane przez SW Research, przed wprowadzeniem ustawy ograniczającej handel, ponad połowa Polaków (52 proc.) robiła zakupy przynajmniej kilka niedziel w miesiącu. Jednak powody wizyt w centrach handlowych były różne. Najczęściej związane one były z zakupami – odzieżowymi (37,8 proc.), spożywczymi (36 proc.) czy wyposażeniem domu (24,9 proc.). Co ciekawe kobiety chętniej odwiedzały centra handlowe w niedziele po to, aby dokonać zakupów związanych z garderobą (41,9 proc. badanych kobiet), zaś celem wizyt mężczyzn w tego typu placówkach, były zakupy spożywcze (41,4 proc. mężczyzn uczestniczących w badaniach). Ale jak wynika z ankiety nie tylko możliwość zrobienia spokojnych zakupów kierowała kroki Polaków do centrów handlowych. Znacząca grupa badanych traktowała niedzielną wizytę jako okazję do spędzenia wolnego czasu w towarzystwie rodziny i przyjaciół (18,8 proc.) lub możliwość skorzystania z dostępnej tam oferty gastronomicznej (18,4 proc.). Uwagę zwraca fakt, że różnice między wskazaniami kobiet i mężczyzn były niewielkie, a to pokazuje, że dla niemal co piątego Polaka, centra handlowe, ze swoją bogatą ofertą kulturalno-gastronomiczną, stanowiły istotny element życia społecznego.
Okazuje się jednak, że wymiar społeczny tego typu placówek miał nieco inne znaczenie dla mieszkańców wsi i małych miast niż dla respondentów zamieszkujących większe aglomeracje. Ilustrują to badania, z których wynika, że najliczniejszą grupę wśród osób, które niedzielne wizyty w centrach handlowych traktowały jako możliwość spędzenia czasu z rodziną i przyjaciółmi stanowili mieszkańcy wsi oraz mniejszych miejscowości (do 100 tys. mieszkańców). Natomiast mieszkańcy miast o populacji przekraczającej 500 tys. częściej wskazywali chęć odwiedzenia kawiarni, baru czy restauracji. Zestawienie tych odpowiedzi nasuwa ciekawy wniosek – wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę może nie tylko utrudniać swobodne zakupy, ale także ograniczać dostęp do oferty kulturalno-rozrywkowej, który szczególnie odczuli mieszkańcy wsi i małych miejscowości. Problem ten w mniejszym stopniu dotknąć może mieszkańców większych miejscowości.Zgodnie z prawem, ustawa nie reguluje działalności gastronomicznej w niedzielę co w praktyce oznacza, że osoby z większych miast mogą swobodnie korzystać z oferty kawiarni, barów i restauracji.
Jak wielu osób dotyczy ten problem najlepiej obrazują statystyki. Jak podaje GUS mieszkańcy wsi stanowią obecnie prawie 40 proc. ludności Polski[i]. Co więcej, w wyniku migracji wewnętrznej tereny wiejskie zyskują nowych mieszkańców. W samym 2018 r. na przeprowadzkę na wieś zdecydowało się ponad 28 tys. osób[ii]. Ten kierunek migracji wewnętrznej jest konsekwencją wielu czynników. Jednym z nich jest fakt, że silna ekspansja dużych miast skłania młodych, wykształconych ludzi do osiedlania się na terenach zlokalizowanych na ich obrzeżach. Takie rozwiązanie wydaje się też łączyć kilka zalet – obniżenie kosztów kupna mieszkania lub domu, ucieczkę od zgiełku metropolii, a równocześnie możliwość pracy w niej. Z drugiej jednak strony osoby te nie chcą zupełnie rezygnować z oferty dużych miast. Tymczasem ustawa ograniczająca handel w niedziele mogła spowodować, że część mieszkańców wsi i małych miast zmuszona została do zmiany przyjętego modelu funkcjonowania.
Tezę tę zdają się potwierdzać badania jakościowe przeprowadzone przez Danae. Niektóre osoby uczestniczące w wywiadach zwracały uwagę na to, że w miejscowościach, w których dostęp do atrakcji jest ograniczony, często sezonowy, niedzielny wyjazd do centrum handlowego był zarówno okazją do zakupów, jak i ciekawego sposobu spędzenia czasu. Jedna z respondentek, mieszkanka podkrakowskiej wsi przyznaje:W naszej miejscowości nic nie ma. To jest mała wiocha, kompletnie. Są jakieś świetlice środowiskowe, ale to są w tygodniu zajęcia (…). W weekend nic nie ma. Inny badany mówi: Jest mniej możliwości na wydanie ciężko zarobionych pieniędzy. Mam nadzieję, że to jest też mimo wszystko przejściowe i liczę, że to wszystko wróci do normy, czyli po prostu będą zniesione te niedziele niehandlowe. Z tego na pewno byłbym zadowolony. W trakcie wywiadów jakościowych, respondenci prezentujący podejście bardziej aktywne zarówno w codziennym życiu, jak i w sposobie spędzania wolnego czasu, wskazywali na uciążliwości związane z ograniczeniem handlu w niedzielę. Dla nich wprowadzenie zmian w prawie oznaczało konieczność reorganizacji całego tygodnia. Jeden z uczestników badania podkreśla:Jeśli chciałoby się wyskoczyć ze znajomymi (…), to ciężko znaleźć w niedzielę jakieś połączenie. Szczególnie teraz jak nie ma tych niedziel handlowych, to jest mniej połączeń. Jak były pracujące, to było więcej połączeń.
Jednak w trakcie badań jakościowych pojawiały się również głosy osób, które z uwagi na swoje przyzwyczajenia, a także preferencje spędzania wolnego czasu w najbliższej okolicy, nie odczuły zmian. Jeden z respondentów mówi:My już jesteśmy tak przyzwyczajone tym trybem, że robiło się zawsze zakupy w sobotę albo w piątek, bo to była wioska po PGR-ach (…). Wiadomo było, że w niedzielę byłozawsze zamknięte. Ci są zwolennikami obowiązujących przepisów.
***
Przedstawione wyniki dotyczą badań ilościowych, które obejmowały 2 pytania, jak również 13 wywiadów jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostało 7 pytań
na reprezentatywnej próbie 1 000 dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzonych było 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.
[i] GUS, Ludność. Stan i struktura oraz ruch naturalny w przekroju terytorialnym w 2018 r. Stan w dniu 30 VI
[ii] GUS, Ludność. Stan i struktura oraz ruch naturalny w przekroju terytorialnym w 2018 r. Stan w dniu 31 XII
Na rynkach mamy do czynienia z dziwną sytuacją. Dane z Zachodu nie napawają optymizmem, ale za to u nas w górę idą inwestycje zagraniczne, a złotówka zyskuje. Oznacza to, że przestajemy być postrzegani przez pryzmat wyższego ryzyka inwestycyjnego, z czym mierzyliśmy się do tej pory.
Indeksy PMI z Europy
Indeks PMI jest wynikiem badania ankietowego menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia w danej branży. Jeżeli taka sama liczba respondentów wskaże w przewidywaniach poprawę i pogorszenie koniunktury, to wskaźnik wyniesie 50 pkt. Powyżej tej granicy można się spodziewać rozwoju, a poniżej recesji. Dane dla Polski wskazały 48,4 punktu, czyli 0,5 punktu poniżej oczekiwań. Łączny indeks dla strefy euro był jeszcze słabszy i osiągnął 47,6 punktu. Głównym winowajcą są Niemcy, gdzie pesymizm ankietowanych zbił odczyt do 45 punktów.
Siła złotego
Słabe dane ze świata w połączeniu z dobrą kondycją polskiej gospodarki zwiększają zaufanie do naszego kraju. Owszem, niepokój związany z rosnącymi wydatkami socjalnymi nie został wymazany z szerokiego obrazu, ale wyraźnie widać, że Polska zaczęła być postrzegana jako dobre miejsce do inwestowania. Zobaczymy to nie tylko na warszawskiej giełdzie, która w ciągu miesiąca poszła ok. 8% w górę, ale również w innych wskaźnikach, w tym w kursach walut. Od początku maja rentowność polskich obligacji 10-letnich spadła z 3% na 2,4%. Euro z okolic 4,30 zł przedarło się do 4,24 zł i jest najtańsze od pierwszej połowy 2018 roku. Dolar kosztuje poniżej 3,75 zł i jest najtańszy od pół roku. Funt ponownie spadł poniżej poziomu 4,75 zł, który w jego przypadku również nie był widziany od 6 miesięcy. Frank kosztuje 3,81 zł. Wynik względem szwajcarskiej waluty nie jest tak imponujący, jak w przypadku innych par z PLN, gdyż od lat jest ona uważana za dobrą przystań inwestycyjną w trudniejszych czasach.
Dane zza oceanu
Piątkowe dane z USA zaczęły się od dobrych wiadomości. Odczyty na temat wydatków Amerykanów (ujawnione o 14:30) okazały się zgodne z oczekiwaniami. Co oznacza, że rosną wolniej, ale zgodnie z przewidywaniami analityków. Słabiej natomiast wypadł indeks Chicago PMI. Spodziewano się delikatnego regresu i utrzymania poziomu 53,8 pkt, podczas gdy wynik wyniósł jedynie 49,7 pkt, czyli poniżej granicy oddzielającej rozwój od recesji. Większość menedżerów nie wierzy w korzystny rozwój sytuacji. O możliwych początkach recesji świadczą także dane z rynku ropy. O ile sama cena czarnego złota w dalszym ciągu rośnie (powoli), o tyle zauważalny jest już spadek liczby odwiertów na amerykańskiej ziemi. Świadczy to o tym, że firmy nie wierzą w większe zapotrzebowania na ten surowiec w najbliższej przyszłości.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważniejszych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Sprawne funkcjonowanie współczesnych firm zależy przede wszystkim od posiadania odpowiedniego zaplecza technologicznego. Nowoczesnych rozwiązań nie da się jednak efektywnie wdrażać bez pomocy ekspertów najwyższej klasy. Sposobem na pozyskanie takiego wsparcia bez konieczności zatrudniania specjalisty na stałe jest skorzystanie z usługi konsultingu IT.
Rozwiązanie dla startupów i nie tylko
By utrzymać konkurencyjną pozycję na szybko zmieniającym się rynku, startupy i firmy sektora MŚP muszą korzystać z innowacyjnych rozwiązań technologicznych. Do ich doboru i wdrożenia niezbędna jest wiedza specjalisty, którego młode firmy najczęściej nie mają w swoim zespole. Zatrudnienie eksperta na etat może przekraczać możliwości finansowe rozwijającego się przedsiębiorstwa. W takiej sytuacji pomocne jest skorzystanie ze wsparcia doświadczonego konsultanta. Konsultant może wybrać optymalną dla przedsiębiorstwa technologię, a następnie przekazać specjalistyczną wiedzę na jej temat członkom zespołu, którzy później będą w stanie korzystać z niej samodzielnie. Ekspert jednocześnie pełni funkcję architekta i mentora. Konsultant może wesprzeć firmę w licznych sytuacjach, jedną z nich jest modernizacja rozwiązań.
Modernizacja rozwiązań
Modernizacja technologiczna polega na wymianie rozwiązań zastosowanych w projekcie na nowsze lub aktualizacji już tych istniejących. Duże przedsiębiorstwa często mają problem z utrzymaniem stosu technologicznego, który będzie atrakcyjny zarówno dla pracowników i potencjalnych kandydatów. Specjalista, który ma wprowadzić do przedsiębiorstwa nową technologię, musi posiadać zaawansowaną wiedzę na jej temat i być w stanie zintegrować ją z resztą systemu informatycznego firmy.
Obniżenie długu technologicznego
Kolejną sytuacją wymagającą konsultacji z ekspertem jest dług technologiczny. Dług technologiczny jest to pogorszenie jakości kodu w systemie informatycznym, co zwiększa jego skomplikowanie i rozmiar, owocując błędami i utrudnieniem w pracy programistów. Dług technologiczny to zjawisko, które może powstać w sposób naturalny lub na skutek wdrażania nowych funkcjonalności z naciskiem na czas ich powstania, ale bez wystarczającej dbałości o jakość architektury.
Tylko ekspert jest w stanie skutecznie przenalizować i wdrożyć plan ulepszenia oprogramowania. W środowisku specjalistycznym proces ten nosi nazwę „refactoringu”. Operacja taka niesie ze sobą duże ryzyko powstania błędów i wysokie koszty. Co więcej wymaga czasochłonnych, dokładnych testów i nie przynosi żadnych nowych funkcjonalności. Pomoc eksperta jest konieczna do przeprowadzenia skutecznego refactoringu, gdyż osoba bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia może pogorszyć sytuację.
Pomoc w sytuacjach kryzysowych
Gdy dochodzi do poważnej awarii, czas odgrywa kluczową rolę, a każda kolejna minuta wstrzymuje pracę części lub całego biznesu i może doprowadzić do kar umownych. Jeśli zespół nie jest w stanie szybko i skutecznie jej usunąć, pomoc wykwalifikowanego eksperta jest najlepszym wyjściem z sytuacji. Warto pamiętać, że im projekt jest większy, tym łatwiej o błąd, którego mniej doświadczony deweloper nie będzie w stanie naprawić.
Zbliżający się deadline
Każdy spotkał się z sytuacją, w której mimo zbliżającej się daty ukończenia projektu, ten nie był gotowy do przekazania klientowi. Opóźnienia zwykle wiążą się z dużymi stratami finansowymi. Szybka pomoc doświadczonego eksperta może uratować nie tylko budżet, ale również wizerunek firmy.
Profesjonalne wsparcie dostosowane do indywidualnych potrzeb
Profesjonalny konsultant jest w stanie dogłębnie przeanalizować potrzeby informatyczne firmy i rozwiązać problemy związane z wdrażaniem technologii, co znacząco poprawi jej funkcjonowanie. Warto zatem nawiązać współpracę ze specjalistą, którego umiejętności i kompetencje najlepiej wpasowują się w specyfikę przedsiębiorstwa.
Na rynku od dłuższego czasu brakowało miejsca, w którym firmy mogłyby szybko i sprawnie znaleźć odpowiedniego dla siebie konsultanta. Specjaliści zwykle poszukiwani są za pośrednictwem kontaktów bezpośrednich. Media społecznościowe i klasyczne portale pracy również nie stanowią wystarczająco efektywnego rozwiązania – wyjaśnił Michał Shyjatyj, CEO JobsForGeek.com – kompleksowego narzędzia ułatwiającego proces poszukiwania konsultanta oraz rozwiązującego inne problemy rekrutacyjne w branży IT.
Jak stać się konsultantem IT?
Aby zostać konsultantem należy posiadać wieloletnie doświadczenie. Potrzebna będzie również doskonała i bardzo szczegółowa wiedza z zakresu konkretnych technologii. Warto pamiętać o tym, że konsultacje IT to bardzo elastyczne zajęcie, które można wykonywać nawet posiadając stałe zatrudnienie – powiedział Marcin Mroczkowski, CTO JobsForGeek.com
Jeśli uważasz się za guru jakiejś technologii i chciałbyś sprawdzić się, podzielić tą wiedzą, zdobyć unikalne doświadczenie, to zostanie konsultantem IT może być idealne dla Ciebie.
Dawno temu pojawił się pogląd, że w przyszłości praca będzie tylko dla wybranych, bo niemal wszystkie czynności będą za nas wykonywały roboty. I choć robotyzacja i cyfryzacja postępują to bezrobocie spada. Co więcej z najnowszych badań wynika, że ten trend będzie rósł. Trzeba jednak wiedzieć, w jakiej dziedzinie się specjalizować by później nie mieć kłopotu ze znalezieniem zajęcia.
Dla nastolatków
W kultowym już filmie jeden z bohaterów w scenie na balkonie tłumaczy drugiemu, że w życiu najważniejsze to odpowiedzieć sobie na pytanie: co się najbardziej lubi robić? – i zacząć to robić. Dziś odpowiedź może wydawać się prosta, bo firmy w zasadzie potrzebują pracowników wszystkich branż. Bezrobocie w Polsce kształtuje się w okolicach 5 procent. Warto jednak pamiętać, że dane podawane przez Główny Urząd Statystyczny pokazują liczbę wszystkich zarejestrowanych osób w urzędach pracy. Także tych, którzy pracują na czarno lub na pracy im nie zależy, chcą jednak mieć ubezpieczenie zdrowotne. Aby zobaczyć, w którym miejscu jesteśmy w rzeczywistości, należy porównać się z innymi krajami Unii Europejskiej. Najlepszy będzie do tego wskaźnik BAEL, czyli badanie aktywności ekonomicznej ludności. Wskaźnik pokazujący tylko tych, którzy aktywnie poszukują zatrudnienia. W nim Polska jest jednym z liderów Wspólnoty. Przed nami są tylko Czesi, gdzie bezrobocie spadło poniżej 2 procent. Dalej są Niemcy i Polska, czyli kraje, w których poziom osób bez pracy jest w okolicach 3 procent.
Wynagrodzenia wciąż odstają
Choć pracy nie brakuje, to pensje, szczególnie w mniejszych miejscowościach, z tymi europejskimi nie mają zbyt wiele wspólnego. Jednak dochodzenie do zachodniego poziomu trochę potrwa. Mimo tego, że nasza gospodarka rośnie naprawdę szybko w porównaniu do innych. Podczas gdy w ciągu ostatnich 30 lat PKB per capita wzrosło we Francji 31% w Niemczech 45%, w Czechach 63%, to w Polsce aż o 116%. Wynagrodzenia również rosną bardzo szybko. W tym roku są wyższe średnio o 7% niż w zeszłym i przekraczają poziom pięciu tysięcy złotych brutto. Średnia nie opisuje idealnie sytuacji ekonomicznej Polaków, ale idealnie pasuje do pewnego porównania. W 1999 to samo wynagrodzenie wynosiło 1700 złotych. W dane historyczne aż trudno uwierzyć, bo pokazują, że w 1992 zarabialiśmy średnio 300 złotych! – Oczywiście trzeba zauważyć, że podane dane nie uwzględniają efektu inflacji, a ta w szczególnie w pierwszej połowie lat 90 potrafiła znacząco przekroczyć 40% (dla porównania, dziś wzrost z poziomu 2% na 2,2% jest uznawany jako znaczący). Ale nawet uwzględniając ten czynnik, wzrost jest imponujący – komentuje Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami w Vienna Life Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie.
Bardzo ciekawie wyglądają też prognozy wzrostu wynagrodzeń. W ciągu 5 lat dogonimy Grecję, a prześcigniemy Portugalię. 20 lat potrzebujemy by dogonić Włochów, a 30, by mieć u siebie średnią dla strefy EURO. Wielka Brytania to 59 a Niemcy aż 77 lat.
– Warto pamiętać, że bogactwo krajów Europy Zachodniej ma u źródła nie tylko wyższy poziom zarobków, ale przede wszystkim wyższy poziom kapitału, gromadzonego przez wiele lat i pokoleń.
O oszczędnościach i inwestycjach powinny myśleć zarówno osoby dopiero wchodzące na rynek pracy, jak i przebywające na nim od wielu lat. Po drodze może pojawiać się wiele celów pośrednich, jak kupno nowego samochodu, mieszkanie, czy studia dzieci. Wcześniejsze zgromadzenie odpowiedniego kapitału pozwoli nam zrealizować nasze cele w najbardziej korzystny kosztowo sposób. Jednak patrząc szerzej, głównym celem gromadzenia kapitału jest utrzymanie komfortu życia na emeryturze, jak również możliwość przekazania go następnym pokoleniom, jak to ma miejsce w Europie Zachodniej. Co ważne, tylko odpowiednie połączenie oszczędności i inwestycji zapewni nam długoterminowy sukces. Nie ma jednak złotego rozwiązania odpowiedniego dla każdego, warto więc wcześniej skontaktować się z wykwalifikowanym doradcą finansowym, aby zaplanować podział zgromadzonych już przez nas środków i dalsze kroki na przyszłość – dodaje Hajdamowicz.
Dlatego tak ważne jest by dziś wybrać zawód, w którym będzie się nie tylko dobrze zarabiało, ale też taki, który nie zniknie zanim nasze zarobki wyrównają się z europejskimi.
Gdzie tak, gdzie lepiej nie?
Mit, że cyfryzacja lub robotyzacja zabiorą nam miejsca pracy obala najnowsze badanie ManpowerGroup. „Rewolucja umiejętności 4.0. Czy roboty potrzebują ludzi?”. Jasno wynika
z niego, że w najbliższym czasie właśnie z powodu zachodzących zmian aż 87 procent przedsiębiorców zamierza zatrudnienie albo zwiększyć albo, co najmniej utrzymać. Najwięcej osób do pracy będzie potrzebowała branża IT. Ale w czasach nadchodzącej rewolucji cyfrowej opisanej hasłami 5G czy Internet Rzeczy nie ma się, co temu dziwić. Może zaskakiwać za to przyszłe zwiększone zapotrzebowanie branży przemysłowej. Z drugiej strony mamy administrację i zarządzenie biurem. Tu aż 19% pracodawców zapowiada, że będzie zwalniać, tylko 4% zamierza powiększać zespoły. A jeszcze nie tak dawno kierunek Zarządzanie był jednym z najbardziej obleganych na studiach. Dziś liczą się jednak inne umiejętności. Z jednej strony programowanie – to z pewnością zawód przyszłości, ale z drugiej strony coraz bardziej cenione na rynku pracy są umiejętności miękkie. Człowieka, który wykonuje proste powtarzalne i monotonne czynności łatwo będzie zastąpić. Wystarczy spojrzeć jak wyglądają dziś linie produkcyjne w fabrykach samochodów. Tak będzie wyglądała przyszłość w wielu branżach, ale robot samochodu już nam nie sprzeda. Tu będzie potrzebny człowiek. W przyszłości, zatem na znaczeniu jeszcze bardziej zyska umiejętność komunikacji czy budowania relacji.
Tekst powstał w ramach współpracy z ekspertami portalu edukacyjnego Viem.pl
Niezależnie od tego, czy jest to Amazon, Apple, Google czy Microsoft, każdy z tych gigantów branży technologicznej chce zdobyć pierwsze miejsce na wysoce konkurencyjnym rynku asystentów głosowych. Roczny wzrost sprzedaży jasno wskazuje, że ta technologia staje się dla nas coraz istotniejsza. Przewiduje się nawet, że technologia mowy stanie się interfejsem przyszłości. Czy wciąż zatem będziemy potrzebować fizycznych urządzeń wejściowych do obsługi komputera lub innych urządzeń elektronicznych i jakie wyzwania technologia asysty głosowej ma jeszcze do pokonania?
Historia i rozwój interfejsu użytkownika
Przypatrując się bliżej ewolucji interfejsów użytkownika komputerów i aplikacji, jasnym jest, że sposób, w jaki używamy urządzeń cyfrowych jest coraz bardziej w zgodzie z naszymi ludzkimi interakcjami. Początkowo komputery były na tyle abstrakcyjne, że mogły być obsługiwane jedynie przez ekspertów. Ten problem już nie istnieje, od kiedy wprowadzono kompaktowe systemy PC. Przykładowo pojawienie się pierwszej myszki komputerowej w 1968 r. udostępniło komputer stacjonarny znacznie szerszej publiczności.
Aktualny rozwój ekranów dotykowych idzie krok naprzód: w tym momencie reagują już one na naturalne gesty jak pisanie czy wycieranie. Logiczne jest, że następnym krokiem w coraz bardziej intuicyjnym używaniu i kontroli urządzeń elektronicznych i aplikacji jest mowa. Rezultatem będzie mieszanka rozszerzonej rzeczywistości (AR), gestów i komend głosowych, by jeszcze łatwiej sterować urządzeniami.
Wyzwania technologii głosowej
Wyzwanie 1: Obawy dotyczące bezpieczeństwa
Mówienie, zamiast wprowadzania danych do urządzenia za pomocą ekranu dotykowego, jest po prostu o wiele bardziej intuicyjne i zwyczajnie szybsze dla konsumenta. Użytkownikom jednak pozostaje dylemat do rozwiązania. Z jednej strony istnieje pragnienie, by cyfrowy asystent oferował realną pomoc i ulgę w codziennym życiu, ale do tego musi dobrze użytkownika rozumieć. Aby to jednak zapewnić, użytkownik musi ujawnić informacje o sobie, by asystent głosowy mógł ich użyć do uczenia się za pomocą sztucznej inteligencji.
Wielu użytkowników jest niechętnych do dzielenia się tymi informacjami ze względu na obawy związane z bezpieczeństwem. Potwierdziło to badanie przeprowadzone w marcu 2019 r. przez OnePoll na zlecenie reichelt elektronik. Nawet wśród tych, którzy korzystają już z asystenta głosowego, znaczna część (50%) obawia się o bezpieczeństwo, a aż 62% badanych jest zaniepokojonych sposobem przechowywania ich danych. Żaden z obecnie dostępnych modeli nie jest w stanie wyeliminować tych obaw.
Wyzwanie 2: Przezwyciężenie uprzedzenia ze względu na płeć
Alexa, Siri, Cortana – wszyscy najbardziej znani i popularni asystenci głosowi mają damski głos i są postrzegane jako kobiety. W swojej roli – wiecznie cierpliwych, poddanych pomocnic, które bez pytania wykonują rozkazy, wzmacniają przestarzały podział ról – jak wykazał to niedawny raport UNESCO. Jako szczególnie ryzykowne podkreśla się to, że asystenci głosowi zachowują się zazwyczaj pobłażliwie, a nawet zalotnie w odpowiedzi na aluzje seksualne lub obelgi.
W tym miejscu wychodzi na jaw, że sztuczna inteligencja w żadnym wypadku nie jest neutralna, a pod silnym wpływem danych, na których się ją rozwija. Przez to ludzkie uprzedzenia i dyskryminacja są przekierowywane na cyfrowego pomocnika. Producenci stoją zatem przed ogromnym wyzwaniem zredukowania w swoich systemach istniejącego uprzedzenia ze względu na płeć, by zapewnić jakość i dobre doświadczenie wszystkim użytkownikom.
Wyzwanie 3: Używanie w przestrzeni publicznej
Kolejną trudnością, o której nie mówi się wystarczająco często, to używanie interfejsów głosowych w przestrzeni publicznej, jak w pociągach czy restauracjach. W takim przypadku przechodni mogą podsłuchać dyktowane treści, przez co prywatne informacje trafiają nie tylko do adresata, ale do wszystkich obecnych w bezpośrednim otoczeniu. Kolejną kwestią, która odgrywa rolę we wdrażaniu głosowego trybu wprowadzania danych, jest zanieczyszczenie hałasem. Przykładowo, gdyby cały przedział w pociągu rozmawiał ze swoimi asystentami głosowymi zamiast stukania i przesuwania po smartfonach lub tabletach, ogromnie wzrósłby poziom hałasu.
Wyzwanie 4: Rozpoznawanie mowy
W ostatnich latach rozwój systemów mowy polepszył się kilkukrotnie i producenci pracują w pocie czoła, by nieustannie pchać technologię do przodu. Niemniej jednak wskaźnik rozpoznawania słów wciąż nie sięga 100%.
Ponadto, pojawiają się trudności kiedy osoba próbująca skomunikować się z asystentem głosowym używa dialektu. To zjawisko potwierdzają konsumenci. 39% badanych przyznaje, że nie są przekonani, że zostali poprawnie zrozumieni przez system.
Technologia głosowa jest przede wszystkim używana w smart domach i samochodach:
Nawet jeśli przewiduje się użycie asystentów językowych jako interfejsu użytkownika, nadal istnieje kilka przeszkód do pokonania, aby użytkownik postrzegał je jako prawdziwy atut. Niemniej jednak systemy głosowe są coraz lepsze i zdobywają coraz więcej sfer życia.
Sporą przewagą nad pisaniem jest fakt, że ręce są swobodne. Dzięki temu głosowe wprowadzanie danych było do tej pory wykorzystywane przede wszystkim w sektorze smart domów. Kolejnym zdobywanym terytorium jest samochód. Tu korzyści są oczywiste: kierowca może podawać instrukcje jednocześnie trzymając ręce wciąż na kierownicy.
Z tego można wywnioskować, że asystenci głosowi obecnie zyskują przewagę wszędzie tam, gdzie jesteśmy zajęci innymi sprawami lub potrzebujemy obu rąk do danej aktywności. Funkcjonowanie technologii to niemal nieistotna sprawa. Mało prawdopodobne, że w niedalekiej przyszłości całkowicie zastąpią one smartfon, ale mają potencjał, by zasadniczo zmienić nasze podejście do technologii.
Frank Gerwarth, product manager systemów asysty głosowej w reichelt elektronik
Nie ulega wątpliwości, że na przestrzeni lat coraz więcej polskich podmiotów dokonuje obrotu wirtualną walutą. Zauważył to również polski ustawodawca, nowelizując w ostatnim czasie przepisy ustaw o podatkach dochodowych, celem rozwiania wątpliwości co do sposobu opodatkowania handlu kryptowalutą.
Z kolei w jednej z majowych interpretacji indywidualnych prawa podatkowego Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wypowiedział się w przedmiocie ustalenia kraju odprowadzenia podatku z tytułu sprzedaży wirtualnej waluty przez polskiego rezydenta podatkowego zagranicznemu podmiotowi.
O co pytał podatnik
Wnioskodawca – polski rezydent podatkowy wskazał, że zamierza prowadzić platformę internetową umożliwiającą wymianę waluty tradycyjnej na walutę wirtualną lub waluty wirtualnej na walutę tradycyjną. Kursy poszczególnych walut będą określane w odniesieniu do PLN. Wnioskodawca wskazał ponadto, że za pośrednictwem platformy internetowej będzie dokonywał sprzedaży waluty na rzecz podmiotów mających miejsce zamieszkania za granicą. Środki pieniężne również będą pochodzić z zagranicy. Polskiego podatnika interesowała zatem odpowiedź na pytanie, czy środki te powinny zostać opodatkowane w Polsce?
Stanowisko organu
Odpowiadając na to zagadnienie, Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wskazał, że zgodnie z art. 3 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych osoby fizyczne, jeżeli mają miejsce zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, podlegają obowiązkowi podatkowemu od całości swoich dochodów (przychodów) bez względu na miejsce położenia źródeł przychodów (nieograniczony obowiązek podatkowy).
Dyrektor KIS potwierdził więc, że ustalenie miejsca zamieszkania podatnika decyduje o zakresie ciążącego obowiązku podatkowego. Inaczej rzecz ujmując, od miejsca zamieszkania zależy, czy podatnik podlega nieograniczonemu, czy ograniczonemu obowiązkowi podatkowemu w Polsce. Nieograniczonym obowiązkiem podatkowym objęci są podatnicy, którzy mają miejsce zamieszkania w Polsce. Podlegają więc obowiązkowi podatkowemu od całości swoich dochodów bez względu na miejsce położenia źródeł przychodów. Natomiast, jeśli podatnik będzie posiadał miejsce zamieszkania za granicą, to w Polsce będzie płacił podatek tylko od dochodów uzyskanych w Polsce (ograniczony obowiązek podatkowy).
Mając powyższe na uwadze, Dyrektor KIS potwierdził, że skoro zbywca wirtualnych walut posiada miejsce zamieszkania dla celów podatkowych w Polsce, to uzyskanie środków pieniężnych od zagranicznego podmiotu z tytułu sprzedaży kryptowaluty, niezależnie od tego, gdzie znajdą się środki ze sprzedaży – będzie opodatkowane w Polsce.
Zakład podatkowy
Jednocześnie organ podatkowy podkreślił, że jeśli sprzedaż wirtualnej waluty odbędzie się za pośrednictwem zakładu podatkowego np. zorganizowanej filii/biura zlokalizowanego za granicą, to środki z tytułu tej sprzedaży będą opodatkowane w kraju, w którym to biuro/filia ma swoją siedzibę. Takie stanowisko wynika z umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania zawartej z danym krajem, w którym zakład podatkowy jest położony.
Wnioski
Z wydanej w dniu 8 maja 2019 r. interpretacji podatkowej płyną zatem następujące konkluzje.
Polski rezydent podatkowy otrzymujący środki pieniężne z tytułu sprzedaży wirtualnej waluty będzie zawsze zobowiązany do ich opodatkowania w Polsce. W tym przypadku brak jest jakichkolwiek wyjątków np. związanych z zawarciem umowy za granicą czy brakiem transferu środków pieniężnych na polski rachunek bankowy.
Drugi wniosek jest następujący. Jeśli sprzedaży wirtualnej waluty dokona przedsiębiorca i sprzedaż ta odbędzie się za pośrednictwem zakładu podatkowego (np. biura) położonego w innym państwie, to zyski ze sprzedaży waluty będą opodatkowane w kraju położenia tego zakładu. Mając na uwadze, że w niektórych krajach opodatkowanie zysków z handlu wirtualną walutą nie występuje w ogóle lub jest ustalone na minimalnym poziomie, to polscy rezydenci podatkowi posiadający zakład w danej jurysdykcji podatkowej mogą nie zapłacić podatku w ogóle.
Podobnie będzie z osobami, które nie posiadają polskiej rezydencji podatkowej, a więc z osobami, które nie posiadają w Polsce miejsca zamieszkania dla celów podatkowych. Takie podmioty również nie zapłacą podatku polskiemu fiskusowi. Należy jednak zasygnalizować, że sprzedaż wirtualnej waluty przez zagranicznego rezydenta podatkowego polskiemu podmiotowi może wygenerować obowiązek zapłaty podatku w Polsce. Stanie się tak, jeśli środki pieniężne będą wypłacone przez osobę fizyczną, osobę prawną albo jednostkę organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej, które mają miejsce zamieszkania lub siedzibę w Polsce. Obowiązek ten może powstać niezależnie od miejsca zawarcia umowy i wykonania świadczenia.
Zważywszy na to, że Polska przoduje w adaptacji bitcoina oraz innych wirtualnych walut, to w świetle wydanego orzeczenia istotne staje się ustalenie kraju odprowadzenia podatku, a dalej czy podatek ten w ogóle powinien zostać uiszczony, zgodnie z przepisami obowiązującymi w danej jurysdykcji podatkowej.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Agnieszka Szopa-Maziukiewicz – wiceprezes BIG InfoMonitor
Rada Nadzorcza Biura Informacji Gospodarczej BIG InfoMonitor S.A., podjęła uchwałę o rozszerzeniu składu Zarządu Spółki obecnej kadencji z dwóch do trzech osób i z dniem 1 lipca 2019 r. na stanowisko wiceprezesa zarządu powołała Agnieszkę Szopę – Maziukiewicz. Nowa Wiceprezes BIG InfoMonitor będzie odpowiadała za zarządzanie procesami związanymi z jakością danych i informacją gospodarczą w bazie BIG, automatyzacją raportów cyklicznych oraz za nadzór nad pionem projektów informatycznych. Jej silne kompetencje IT w zarządzaniu Grupą BIK będą stanowić istotne wzmocnienie zarządu spółki BIG InfoMonitor.
Agnieszka Szopa – Maziukiewicz, która z dniem 1 lipca 2019 r. wzmocni skład zarządu BIG InfoMonitor, jest obok wiceprezes Aleksandry Hybsz, drugą kobietą w trzyosobowym zarządzie Spółki. Prezesem zarządu BIG InfoMonitor jest Sławomir Grzelczak.
Agnieszka Szopa – Maziukiewicz jest doświadczonym menadżerem, posiada szerokie kompetencje w obszarach: IT, cyberbezpieczeństwa i zarządzania projektami. Od 2013 r. jest związana z Grupą BIK jako Dyrektor Zarządzający Obszarem IT. W latach 2011–2013 pełniła rolę dyrektora Departamentu IT w Kredyt Banku. Wcześniej była zastępcą dyrektora IT, odpowiedzialną za rozwój i projekty w Deutsche Bank PBC. W latach 2001–2010 sprawowała szereg funkcji menedżerskich w Raiffeisen Bank Polska, odpowiadała m.in. za obszar zarządzania projektami, rozwój systemów transakcyjnych oraz utrzymanie aplikacji bankowych.
Agnieszka Szopa-Maziukiewicz, w 2018 r. została uhonorowana Diamentem CIO sektorowej innowacji, plasując się w gronie ósemki najlepszych szefów IT w Polsce.
Ubiegły tydzień przyniósł umocnienie polskiego złotego w parze z euro do najwyższego poziomu od ponad roku. Złotemu pomaga poprawa sentymentu, która wspiera również pozostałe waluty rynków wschodzących.
Niskie rentowności obligacji w krajach G10 w ubiegłym tygodniu sprawiły, że inwestorzy w większym stopniu zaczynają interesować się inwestowaniem na rynkach wschodzących, które oferują wyższe stopy zwrotu. W minionym tygodniu waluty G10 stabilizowały się względem siebie, natomiast waluty rynków wschodzących doświadczały aprecjacji. W ostatnich dniach najwięcej zyskały rupia indonezyjska, rupia indyjska, a także rand południowoafrykański. Euro zakończyło ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z dolarem amerykańskim, a funt brytyjski po raz kolejny cierpiał z powodu niepewności inwestorów – związanej oczywiście z Brexitem.
W tym tygodniu na rynku walutowym najpewniej nadal dominować będzie kwestia spadku napięcia w relacjach handlowych między Chinami i USA, co powinno nastąpić po weekendowym szczycie grupy G20. Postęp w relacjach powinien sprzyjać bardziej ryzykownym aktywom, zwłaszcza walutom rynków wschodzących.
W kalendarzu ekonomicznym dla tego tygodnia na pierwszy plan wysuwa się publikacja raportu z amerykańskiego rynku pracy. Dane o stopie bezrobocia i kreacji miejsc pracy pozwolą na zweryfikowanie, czy rynki finansowe nie przesadziły z wyceną pełnego cyklu czterech obniżek stóp procentowych Rezerwy Federalnej.
PLN
Podobnie jak inne waluty rynków wschodzących, polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut, co w istotnym stopniu związane było z poprawą sentymentu do ryzyka. W parze z euro złoty znalazł się na najwyższym poziomie od ponad roku.
Wśród informacji z Polski z minionego tygodnia warto zwrócić uwagę szczególnie na dane o inflacji CPI w czerwcu, które pokazały niespodziewane przyspieszenie dynamiki cen do poziomu 2,6%. Tym samym, inflacja CPI jest najwyższa od listopada 2012 roku i po raz pierwszy od końcówki 2017 roku przekracza cel inflacyjny NBP. W tym kontekście warto obserwować kolejne działania Rady, przed decydentami stoi bowiem trudne zadanie: czy docelowo zacieśniać politykę monetarną (biorąc pod uwagę wysoki wzrost cen) czy jednak utrzymywać stopy procentowe na niezmienionym poziomie (biorąc pod uwagę utrzymujące się ryzyka, powodujące ostatni zwrot retoryki najważniejszych globalnych banków centralnych)?
GBP
Doniesienia prasowe o tym, że faworyt w wyścigu o posadę lidera Partii Konserwatywnej, Boris Johnson, przygotowuje projekt budżetu na wypadek tzw. Brexitu bez umowy raczej nie pomoże brytyjskiej walucie w tym tygodniu. O ile informacje z zeszłego tygodnia potwierdziły, że dane o wzroście brytyjskiej gospodarki były lepsze od wstępnych oczekiwań (około 2% w ujęciu zanualizowanym), rynki finansowe obecnie skupiają się przede wszystkim na ryzyku „no dealu”.
W tej kwestii nadchodzący tydzień nie przyniesie żadnych rozstrzygnięć. Z kolei odczyty wskaźników aktywności biznesowej PMI, które poznamy w pierwszych trzech dniach tygodnia, pokażą nam, jak duży wpływ na oczekiwania przedsiębiorstw ma ponowny wzrost niepewności związanej z Brexitem.
EUR
Wstępny odczyt czerwcowej dynamiki cen w strefie euro przyniósł stosunkowo optymistyczne wieści. Bazowy wskaźnik inflacji, wykluczający z koszyka ceny najbardziej zmiennych dóbr (czyli energii i żywności), wzrósł do poziomu 1,1%. To nadal znacznie poniżej celu inflacyjnego EBC, aczkolwiek wciąż jest to wzrost rocznego indeksu o 0,3 p.p. w ciągu jednego miesiąca, co daje nam pewną nadzieję, że w końcu zaczniemy obserwować trend wzrostowy indeksu.
Biorąc pod uwagę ogromną wartość pozycji spekulacyjnych przeciwko euro, spodziewamy się, że jakiekolwiek dobre odczyty wskaźników makroekonomicznych w bloku walutowym powinny przełożyć się na umocnienie wspólnej europejskiej waluty.
USD
Reprezentanci Rezerwy Federalnej wydają się wykluczać możliwość obniżki stóp procentowych FOMC o 50 punktów bazowych w lipcu, co pozwoliło rentownościom 10-letnich obligacji skarbowych USA na utrzymanie się nieco powyżej poziomu 2%, a także doprowadziło do umiarkowanego wsparcia USD w parach z pozostałymi walutami G10.
Wśród danych makroekonomicznych z tego tygodnia szczególną uwagę warto zwrócić na piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy w czerwcu. Pozwoli on stwierdzić, czy znaczny spadek w danych z ubiegłego miesiąca jest jednorazowym zaburzeniem w statystykach, czy też w amerykańskiej gospodarce faktycznie rozpoczyna się spowolnienie. Jeżeli majowa słabość okaże się w istocie jednorazowa, liczymy na znaczny spadek w (naszym zdaniem przesadnej) wycenie prawdopodobieństwa obniżek stóp procentowych w USA.
Mimo osłabienia budzących obawy czynników ekonomicznych oraz gospodarczych, przedsiębiorcy zachowują czujność i z mniejszym zaufaniem podchodzą do globalnej sytuacji gospodarczej. W Polsce CFO częściej spodziewają się spadku przychodów niż ich wzrostu, a – jak wynika z najnowszego badania firmy doradczej Deloitte „European CFO Survey Eyes on demand” – skłonność firm do inwestowania i powiększania zespołów pracowników jest najniższa w całej historii badania.
Deloitte zapytał o opinię 1 473 dyrektorów finansowych z 20 krajów Europy, w tym z Austrii, Belgii, Danii, Finlandii, Niemiec, Grecji, Islandii, Irlandii, Włoch, Luksemburga, Holandii, Norwegii, Portugalii, Rosji, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Polski.
Z badania wynika, że 35 proc. dyrektorów finansowych w Polsce patrzy na prognozy finansowe spółki z optymizmem większym niż jeszcze w poprzedniej edycji badania. Tyle samo respondentów deklaruje jednak, że poziom optymizmu się obniżył. Globalnie to odpowiednio 24 proc. i 26 proc. Optymizm netto, rozumiany jako odsetek osób wskazujących, że perspektywy finansowe ich firm są optymistyczne pomniejszony o odsetek wskazujących na pogorszenie sytuacji, wyniósł więc -2 proc. W tej edycji badania widać, że nastroje pogorszyły się znacznie bardziej w strefie euro niż poza nią. Także tu szczególnie zwiększyła się liczba dyrektorów finansowych, którzy uważają za prawdopodobny i niebezpieczny kolejny kryzys w strefie euro.
Niepewność wciąż wysoka
Zdecydowana większość dyrektorów finansowych, bo aż 63 proc., nadal uważa obecny poziom niepewności finansowej i gospodarczej za wysoki lub bardzo wysoki. To niewielki wzrost w porównaniu z sytuacją sprzed pół roku. W Polsce wysoką niepewność deklaruje 35 proc. zapytanych CFO, u 10 proc. ta niepewność jest na niskim poziomie. – Należy zwrócić uwagę na ciekawy trend. Odwróciły się proporcje, które utrzymywały się od końca 2017 r. między postrzeganiem CFO w strefie euro i poza nią. Największy wpływ na tę zmianę mają dyrektorzy finansowi z Turcji i znaczący spadek postrzeganej niepewności wśród nich. Odsetek CFO z tego kraju, którzy uważają, że niepewność jest wysoka, jest o połowę mniejszy niż w poprzednim badaniu. Inflacja co prawda nadal pozostaje wysoka, a kurs liry tureckiej niepewny, ale tamtejsi dyrektorzy finansowi najwidoczniej uważają, że najgorsze już za nimi – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance, Deloitte. Dyrektorzy finansowi zdecydowanie ostrożniej podchodzą do kwestii ryzyka. Jedynie 20 proc. CFO w Europie uważa, że to dobry moment na podejmowanie ryzyka. W Polsce taką opinię ma 35 proc. badanych, podczas gdy aż 65 proc. jest przeciwnego zdania.
Polscy CFO nie liczą na większy zysk
60 proc. dyrektorów finansowych spodziewa się, że w ciągu najbliższego roku przychody spółki wzrosną. W podziale na poszczególne kraje Polska wypada tu najsłabiej. Nadzieję na wzrost przychodów ma jedynie 25 proc. CFO znad Wisły. Najwięcej – w Irlandii, aż 84 proc. Globalnie spadku przychodów spodziewa się 21 proc. ankietowanych dyrektorów. W Polsce aż 35 proc. Prześciga nas tylko Wielka Brytania, gdzie spadków spodziewa się połowa badanych CFO.
– Perspektywy CFO na najbliższe 12 miesięcy w zakresie ewolucji przychodów i marż operacyjnych w ich spółkach są gorsze niż sześć miesięcy temu. Saldo netto w przypadku obu wskaźników jest na historycznie niskim poziomie. Przy spodziewanej stagnacji lub spadku przychodów, wzroście cen ropy naftowej oraz niemożności łatwego obniżenia kosztów pracy przez przedsiębiorstwa w Europie, nie jest zaskoczeniem, że perspektywy zysku wyglądają ponuro – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.
Wzrost kosztów i brak wykwalifikowanej kadry
Ponad połowa (55 proc.) ankietowanych w Polsce wskazała na rosnące koszty i niedobór doświadczonych pracowników, jako na największe ryzyka przed jakimi stoi Polska. Globalnie jedynie 9 proc. zapytanych przez Deloitte dyrektorów finansowych optymistycznie ocenia przyszłe inwestycje kapitałowe. W porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy, perspektywy dotyczące zarówno wydatków kapitałowych, jak i zatrudnienia uległy pogorszeniu. Odsetek dyrektorów finansowych spodziewających się spadku wydatków inwestycyjnych wzrósł z 12 proc. jesienią 2018 r. do 19 proc. W przypadku planów zatrudnienia wzrost ten wynosi 23 proc (z 15 proc). Poza Wielką Brytanią, również w Islandii i w Polsce znacznie spadły wydatki inwestycyjne i plany zatrudnienia. Obecnie 35 proc. dyrektorów finansowych w Polsce spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy nakłady inwestycyjne wzrosną (w poprzedniej edycji badania podobnie przewidywało 42 proc respondentów), zaś 30 proc. oczekuje, że spadną (poprzednio 20 proc). Jedna czwarta dyrektorów finansowych uważa, że w ciągu najbliższego roku liczba pracowników firmy wzrośnie, co w porównaniu z ubiegłym badaniem stanowi spadek o 7 p.p. Natomiast 20 proc. oczekuje, że zmaleje ona (poprzednio 11 proc.).
Wśród ryzyk polscy CFO bardzo często wskazują też na spadek popytu krajowego lub recesję (40 proc.) oraz wzmożone kontrole (40 proc.) i zwiększające się obowiązki sprawozdawcze w zakresie podatków (35 proc.).
Strategia ekspansji przede wszystkim
Dyrektorzy finansowi są nadal nastawieni na strategie zorientowane na wzrost. W większości krajów wśród trzech najważniejszych priorytetów umieszczali właśnie ekspansję. – Nie da się jednak nie zauważyć, że od ostatniego badania dwukrotnie wzrosła liczba krajów, gdzie redukcja kosztów była najważniejszą strategią na najbliższy rok – mówi Piotr Świętochowski.
Polscy CFO częściej niż ci z innych krajów Europy stawiają na strategię ekspansji, głównie w obszarze fuzji i przejęć, wzrostu inwestycji kapitałowych czy inwestycje B+R oraz digitalizację. Znaczenie digitalizacji jako najwyższego priorytetu strategicznego w ostatnich czterech edycjach badania stale wzrasta. – Wydaje się więc, że pomimo rosnącej niepewności w skali makro przedsiębiorstwa europejskie nadal koncentrują się na transformacji cyfrowej, by w ten sposób dostosować się do szybko zmieniających się warunków rynkowych i podnosić efektywność swojej działalności – dodaje Julia Patorska.
W maju 2019 roku firma SW Research na zlecenie Samsung Polska przeprowadziła badanie dot. wykorzystania i postrzegania nowoczesnych urządzeń elektronicznych w cztero- i pięciogwiazdkowych hotelach. Wnioski z nich płynące są jednoznaczne – nowoczesne technologie wpływają na wybór miejsca noclegowego zarówno przez gości prywatnych, jak i biznesowych. Aż 81% badanych przyznało, że poleciłoby hotel gdyby był zaawansowany technologiczne, a brak wysokiej jakości urządzeń skłoniłoby do polecenia go tylko przez 46% ankietowanych.
Rozwój technologii nie omija branży hotelowej, która coraz częściej musi sięgać po nowinki technologiczne, aby zagwarantować najwyższy poziom usług i przyciągnąć młodsze pokolenia klientów wychowane na nowych technologiach. Badanie przeprowadzone przez SW Research wśród 421 osób, które w ostatnim roku przynajmniej raz odwiedziły hotel o wyższym standardzie, zostało podzielone na cztery obszary związane z postrzeganiem technologii, obecności urządzeń elektronicznych w hotelu, wpływu technologii na wizerunek i opinie hotelu oraz skłonność do jego rekomendacji.
Urządzenia zawsze pod ręką
Niezależnie czy służbowo, czy na urlop, Polacy nie ruszają się w podróż bez urządzeń elektronicznych. Najczęściej do hotelu zabieramy ze sobą smartfon (75%) i laptop (65%), które traktowane są jako rzeczy osobiste. Na uwagę zasługuje natomiast potrzeba zabierania routera Wi-Fi, który w hotelach tej klasy powinien być standardem. Co ciekawe, oczekiwania co do klasy sprzętów w samym hotelu rosną wraz ze spadkiem wieku gościa (młodsi wymagają więcej w zakresie technologii) oraz wśród osób, które mają przy sobie mniej urządzeń elektronicznych.
Jeżeli chodzi o jakość dostępnych już sprzętów hotelowych, to 60,3% gości ocenia je dobrze lub bardzo dobrze (26,6%). Wyniki badań wskazują, że to nadal telewizor (87,6%) jest najczęściej dostrzeganym sprzętem w pokoju hotelowym i raczej nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie ulegnie to zmianie. Telewizory SMART pozwalają nie tylko na oglądanie ulubionych kanałów TV, ale także na zarządzenie wszystkimi urządzeniami w pokoju takimi jak, klimatyzacja, oświetlenie czy rolety elektryczne za pomocą systemu HMS (Hotel Management System). Goście często zwracają także uwagę na klimatyzację (87%) i router Wi-Fi (75%) (który coraz częściej jest integralną częścią SMART TV), a także panele dotykowe do sterowania oświetleniem czy temperaturą (39,9%). Ciekawostką jest coraz częstsza obecność oczyszczacza powietrza w pokoju hotelowym. 39% osób zauważa jego obecność, a aż 79% chciałoby z niego skorzystać gdyby był dostępny. Wynika to w dużej mierze z rosnącej świadomości Polaków odnośnie jakości powietrza w polskich miastach i coraz bardziej popularnego trendu związanego ze zdrowym trybem życia.
Rozrywka to ważny element pobytu w hotelu (zarówno prywatnie i służbowo). Badania wskazują, że chęć odtwarzania swoich ulubionych seriali i piosenek na telewizorze SMART ze smartfona deklaruje około 80% ankietowanych (80% VOD i 76% serwisy streamingowe). Wiele osób chce mieć także łatwy dostęp do usług hotelowych takich jako możliwość zamówienia jedzenia, prania czy masażu. 78% badanych stwierdziło, że chciałoby korzystać z tych udogodnień za pomocą telewizora.
Najmniejszą popularnością cieszą się obecnie tak zwani asystenci głosowi. Tylko 46,3% osób chciałoby skorzystać z takiego rozwiązania w pokoju hotelowym gdyby było ono dostępne, a zauważyło je tylko 8,5%. Wynika to z małej popularności tego typu rozwiązań i przywiązania do bardziej tradycyjnych metod interakcji z urządzeniami – np. poprzez dotyk – powiedział Michał Bordewicz, Key Account Manager w Samsung Polska.
Technologie w holu i sali konferencyjnej
Goście hotelowi coraz częściej zwracają także uwagę na ekrany dotykowe (23,8%). Aż 82% gości hotelowych, którzy wzięli udział w badaniu, deklaruje, że chętnie skorzystałoby z dotykowego ekranu w holu, aby znaleźć pomysł na spotkanie biznesowe lub wyjście w celach rozrywkowych. Coraz więcej osób zauważa także ekrany reklamowe (32,5%) czy ściany ekranów (14,5%) ustawione w holu. Pełnią one nie tylko funkcje reklamowe, ale mogą dostarczać ważnych informacji takich jak odloty samolotów, pogoda, czy sytuacja drogowa na mieście.
Ekrany dotykowe, takie jak elektroniczne flipcharty stają się także ważnym elementem wyposażenia sal konferencyjnych. Choć takie rozwiązanie zauważało jedynie 13% ankietowanych, to ponad 70% stwierdziła, że chciałaby z niego skorzystać gdyby było dostępne. Wynikać to może m.in. z dużej intuicyjności takiego rozwiązania, które mimo rozbudowanych możliwości prezentacyjnych, obsługuje się tylko palcem i rysikiem – skomentował Michał Bordewicz.
Nowoczesne technologie, a zadowolenie z pobytu w hotelu
Zaawansowanie technologiczne ma bardzo istotny wpływ na zadowolenie z pobytu w hotelu. Gdy klienci ocenili hotel jako bardziej zaawansowany, prawie wszyscy (98%) byli z niego zadowoleni. W grupie osób, które oceniły hotel jako mniej zaawansowany technologicznie, odsetek zadowolonych był niższy (78%). Na zadowolenie z hotelu wpływ ma również jakość znajdującego się w nim nowoczesnego sprzętu. Gdy była ona oceniona wyżej, aż 99% osób wyrażało zadowolenie, a przy gorszej ocenie odsetek ten był na poziomie 88%.
Jeszcze wyraźniejsze różnice widać w przypadku gotowości do polecenia hotelu ze względu na dostępne technologie. Aż 81% badanych przyznało, że poleciłoby hotel gdyby był zaawansowany technologiczne. Hotel mało zaawansowany technologicznie byłby godny polecenia tylko przez 46% ankietowanych. Na rekomendacje ma wpływ także jakość nowoczesnego sprzętu. Wysoka jakość urządzeń sprawia, że 92% ankietowanych poleciłoby go znajomym lub współpracownikom. W przypadku dostępu do niskiej jakości sprzętu, odsetek ten spada do 59%.
Nowoczesne technologie wpływają także na postrzeganie hotelu. Pomimo tego, że badanie objęło wyłącznie gości hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych, hotele ocenione jako bardziej zaawansowane technologicznie wydawały się gościom bardziej prestiżowe, luksusowe oraz premium niż hotele, które były ocenione jako mniej zaawansowane technologicznie.
W badaniu zapytaliśmy także ankietowanych czy obecność urządzeń marki Samsung przekłada się na chęć polecenia hotelu. Okazało się, że w przypadku podróży służbowych różnica w rekomendacji miejsca noclegowego, w którym znajdowały się urządzenia Samsung była wyższa aż o 15%. W przypadku podróży prywatnych różnica wynosiła 9% – dodał Michał Bordewicz.
Zaawansowany – chętniej wybierany
Czy jednak obecność nowoczesnych rozwiązań w hotelu, ma bezpośredni wpływ na jego wybór jako miejsca do wypoczynku lub przystanku w podróży służbowej? Przeprowadzony przez SW Research eksperyment dowodzi, że tak. Ankietowanym zaprezentowano dwa zdjęcia z opisami pokoi hotelowych, z których jedno zawierało informacje o dostępnych rozwiązaniach technologicznych, a drugie nie. Pokój z wyszczególnionymi urządzeniami przez 94% ankietowanych był postrzegany jako atrakcyjny i taki, za pobyt w którym warto zapłacić więcej (81,6%). W przypadku opisu bez wyszczególnionych urządzeń, 88,2% oceniło go jako atrakcyjny, a tylko 71,4% uznało, że warto za niego zapłacić więcej.
Przeprowadzone badania wskazują jednoznacznie, że dostęp do urządzeń elektronicznych w hotelu to obecnie konieczność. Technologia to dziś synonim luksusu i prestiżu, i sprawia, że hotel odbierany jest jako miejsce premium, co przekłada się na zadowolenie gości z pobytu. Możliwość sterowania urządzeniami w pokoju w wygodny i intuicyjny sposób (np. za pomocą SMART TV), dostęp do ekranów dotykowych czy oczyszczaczy powietrza to tylko niektóre oczekiwania wysuwane przez gości. Badania jasno pokazują, że hotele wchodzą w erę, w której na wybór hotelu coraz większe znaczenie będzie miało nie tylko wygodne łóżko czy dobra lokalizacja, ale także dostęp do dużej liczby dobrej jakości urządzeń elektronicznych.
Aż 67 % Polaków boi się zestarzeć! – wynika z najnowszego badania STADA „The Future ofYour Health” 2019[1]. Okazuje się, że w procesie starzenia najbardziej martwi nas konieczność uzależnienia od innych osób i utrata samodzielności. Co ciekawe, jesteśmy także najbardziej zazdrośni o cudze zdrowie, wygląd i sylwetkę na plaży. Czy lęk przed starzeniem motywuje nas do większego dbania o własne zdrowie? Czy w dobie ogromnego postępu technologicznego w medycynie, faktycznie mamy się czego obawiać spoglądając w przyszłość? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań, znajdziemy w wynikach międzynarodowego raportu badawczego „The Future of Your Health” 2019 przygotowanego na zlecenie firmy STADA.
Prognozuje się, że do roku 2050, jedna piąta populacji będzie w wieku 60 lat lub więcej[2]. Jak oceniamy te przewidywania? Okazuje się, że dla większości Polaków, okres senioralny kojarzy się z lękiem. Obawiamy się utraty pamięci, niedołężności, demencji (16%), a przede wszystkim uzależnienia od pomocy drugiej osoby w najprostszych codziennych czynnościach (26%). Potwierdzają to wyniki najnowszego międzynarodowego raportu „The Future of Your Health” 2019 przygotowanego na zlecenie firmy STADA. Aż 67% z nas boi się zestarzeć i w ocenie tego kryterium zajmujemy pierwsze miejsce wśród wszystkich państw biorących udział w badaniu!
Badamy się, jednak wciąż zbyt rzadko i nieregularnie!
Niestety, pomimo tak silnego lęku przed starzeniem, który powinien motywować nas do działania, tylko 40% z nas regularnie wykonuje prewencyjne badania przesiewowe, tj. badanie piersi, gastroskopia, czy badanie prostaty. W dobie tak szerokiego dostępu do diagnostyki i licznych kampanii społecznych zachęcających do profilaktyki, wykonywanie testów jest wciąż na niskim poziomie. Z ankiet wynika, że to głównie kobiety w wieku 50 + systematycznie dbają o siebie i wierzą w znaczenie badań screeningowych. Mężczyźni i osoby młodsze wykonują badania przesiewowe dopiero wtedy, kiedy źle się czują (36%).
Nasza wiedza na temat nowotworów także pozostaje na niskim poziomie. Tylko 30% respondentów potrafi odpowiedzieć na szczegółowe pytania „co to jest nowotwór, czy oznacza to samo co rak, czy może być złośliwy, czy łagodny”. Być może nasz lęk przed starością wynika z niewystarczającej wiedzy w tym zakresie?
Jesteśmy zazdrośni… o sylwetkę i zdrowie innych
Co ciekawe, międzynarodowy raport badawczy pokazał, że co drugi Polak odczuwa zazdrość o cudzą sylwetkę, zdrowie drugiej osoby, czy jej wygląd (figurę) na plaży! Czy jesteśmy aż tak niepewni siebie i pełni kompleksów? Z ankiet wynika, że niestety, ale w naszej zazdrości przodujemy na tle innych mieszkańców starego kontynentu. Aż 66 % rodaków otwarcie przyznaje, że chce wyglądać lepiej, niż ich znajomi. W szczególności zazdrosne są kobiety i ludzie młodzi.
Pesymiści, ale otwarci na nowe technologie
Postępujące starzenie społeczeństwa, ale także rozwój cywilizacyjny i technologiczny wymuszają na systemie ochrony zdrowia wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań, nowoczesnego sprzętu i skutecznych metod leczenia. Żyjemy coraz dłużej, a co się z tym wiąże, potrzebujemy takich usprawnień, które pozwolą nam nie tylko się starzeć, ale starzeć się zdrowo.
Czy jako społeczeństwo jesteśmy otwarci na zmiany? Okazuje się, że tak. Polacy są gotowi na nowe technologie medyczne. Ponad połowa z nas (57%) byłaby skłonna poddać się operacji chirurgicznej z użyciem robota, przez co plasujemy się w czołówce europejskich państw, których pacjenci są chętni na obecność takich sprzętów na salach zabiegowych. Ponadto, 58% z nas mogłoby konsultować się ze swoim lekarzem rodzinnym za pomocą kamery internetowej, a 48% rodaków jest gotowych na wszycie pod skórę specjalnego biosensora, monitorującego na stałe stan zdrowia pacjenta. Jaki z tego wniosek? Jesteśmy narodem otwartym na nowinki technologiczne, wierzymy w postęp i rozwój nauki w tym obszarze.
Czy jednak za otwartością na nowe, stoi wiedza? Spośród wszystkich badanych krajów okazało się, że to właśnie Polacy są najbardziej chętni (88%) do przeprowadzenia testów genetycznych, jeśli zostałyby one zalecone przez lekarza. Jednak, tylko 23% ankietowanych potrafi określić, co takie testy mogą wykryć. Niestety, nasza wiedza na temat leków generycznych jest także niewielka. Tylko 25% respondentów wie, co ten termin w ogóle oznacza.
Raport „The Future of Your Health” 2019 wskazał nasze słabe strony i niewątpliwie dał wiele do myślenia. Co ważne, Polacy pomimo okazjonalnych obaw względem bardziej inwazyjnych i cyfrowych postępów w medycynie, mają otwarte umysły w kontekście spraw związanych ze zdrowiem w przyszłości. Ale niestety lęk przed starzeniem i obawy związane z brakiem samodzielności, demencją czy niedołężnością, a także zazdrość o cudzą sylwetkę i zdrowie, kształtują dość pesymistyczny obraz. Okazuje się, że tylko niecała połowa (46%) rodaków z optymizmem patrzy w przyszłość ochrony zdrowia. Z tym wynikiem plasujemy się jako jedno z najbardziej pesymistycznych państw w Europie, przy czym największymi optymistami okazują się Hiszpanie (62%).
Pomimo faktu, że w takich aspektach jak otwartość na nowoczesne rozwiązania w medycynie, polscy pacjenci reprezentują otwarte podejście do kwestii zdrowia, to okazuje się, że musimy włożyć jeszcze wiele starań, aby zminimalizować lęk przed starością i obawy o naszą przyszłość – wyjaśnia Krzysztof Stec, General Manager STADA Poland.
Raport „The Future of Your Health” 2019 opracowano na podstawie badania opinii, przeprowadzonego przez instytut badań rynkowych Kantar Health, w imieniu STADA Arzneimittel AG, na grupie 18 tys. respondentów w wieku od 18 do 99 lat, z dziewięciu europejskich krajów: Belgii, Francji, Niemiec, Włoch, Polski, Rosji, Serbii, Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii.
Wszelkie dalsze informacje na temat Raportu nt. Zdrowia STADA można znaleźć na stronie www.yourhealth.stada
[1] STADA Group Health Report „The Future of Your Health” 2019, opracowano na podstawie wyników badania opinii przeprowadzonego w listopadzie i grudniu 2018r. na zlecenie Kantar Health w imieniu firmy STADA Arzneimittel AG, na grupie respondentów z Belgii, Francji, Niemiec, Włoch, Polski, Rosji, Serbii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, n= 18 000.
[2] World Health Organization (WHO). (https://apps.who.int/iris/bitstream/handle/10665/186463/9789240694811_eng.pdf;jsessionid=6B7D8C78C99BAD1E76A301ECEBA1B29D?sequence=1, dostęp: 16.05.2019)
Cena złota wystrzeliła do poziomów najwyższych od 2013 r. Jest duże prawdopodobieństwo, że nadal będzie rosła.
Ta zwyżka ceny jest związana z odpływem kapitału do bezpiecznej przystani, to konsekwencja konfliktu Iran-USA. Kapitał ucieka z rynku giełdowego. Drugi powód, to polityka monetarna w USA, a więc cięcie stóp procentowych, bardzo prawdopodobne już w lipcu.
– Cena pokonała poziom 1 430 USD za uncję. I powinna kontynuować wzrosty, które może powstrzymać porozumienie pomiędzy USA i Chinami, jeśli do takiego dojdzie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.
Średnia cena promocyjna standardowej kostki masła wyniosła 6,32 zł w maju 2018 roku, a dokładnie 12 miesięcy później sięgnęła 6,50 zł. To daje wartość na poziomie niecałych 3%. Z kolei maksymalny koszt zakupu produktu w promocji spadł w tym roku o ponad 13%. Za to minimalna cena rabatowa poszła w górę o niespełna 9%. Zdaniem części ekspertów, sklepy wyjątkowo skrupulatnie dbają o to, by oferować niedrogie masło, szczególnie w sytuacji, gdy media podkręcają wokół niego atmosferę. Niektórzy specjaliści prognozują jeszcze większe obniżki, a inni przypominają o tym, że zależą one od wielu czynników, m.in. od sytuacji podażowo-popytowej na światowych rynkach. A to nie jest już takie łatwe do przewidzenia.
W maju ub. roku kostkę masła można było kupić w promocji średnio za 6,32 zł, a po 12 miesiącach – za 6,50 zł. To nieduża różnica, biorąc pod uwagę, że media donosiły o dużych podwyżkach. Jednak tutaj trzeba zauważyć, że są to ceny promocyjne z gazetek handlowych, a nie regularne wartości. Natomiast jak wyjaśnia Bartłomiej Domański, analityk z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland, odpowiedzialnej za badanie, po skokowych wzrostach cen w latach 2017-2018 sytuacja się uspokoiła. Niewielki wzrost był naturalny i zrekompensował inflację.
– Masło jest ważnym produktem w handlu spożywczym. Dla przykładu, w supermarketach o powierzchni 301-2500 m2 pojawia się na prawie co 20 paragonie. Zwykle jest też dużo droższe od swoich roślinnych substytutów. Dlatego konsumenci często sugerują się jego ceną przy wyborze konkretnego sklepu. W czasach, gdy media podkręcają atmosferę wokół tego artykułu, sieci szczególnie dbają o to, by oferować atrakcyjne rabaty w gazetkach – tłumaczy Elżbieta Szarejko z Centrum Monitorowania Rynku (CMR).
Różnica pomiędzy średnią ceną promocyjną kostki masła z maja ub. i tego roku wyniosła dokładnie 2,85%. Bartłomiej Domański podkreśla, że wartości oferowanych rabatów zaczęły się stabilizować. Zaobserwowany niewielki wzrost może zwiastować wprowadzanie jeszcze większych obniżek w kolejnych miesiącach. Zdaniem eksperta, przemawiają za tym atrakcyjne ceny hurtowe na rynku mleczarskim.
– Od stycznia do kwietnia br. cena detaliczna masła zmniejszyła się o ponad 7%. W analogicznym okresie ub. roku odnotowaliśmy jej wzrost o ok. 4%. Dlatego też nie dziwi mnie to, że średni koszt zakupu tego produktu w promocji podniósł się prawie o 3% na przestrzeni roku. Trudno jednak przewidywać przyszłe rabaty. Zawsze zależą one od wielu czynników, w tym m.in. od sytuacji podażowo-popytowej na światowych rynkach – mówi Agnieszka Maliszewska, Dyrektor Polskiej Izby Mleka.
W przypadku promocyjnej ceny maksymalnej kostki masła nastąpił spadek aż o 13,22% w ciągu roku. W opinii eksperta z Hiper-Com Poland, był on spowodowany tym, że zwiastowane przez media podwyżki były fatalistycznym założeniem. Rzeczywistość okazała się mniej dramatyczna od wysnuwanych scenariuszy.
– Obniżenie maksymalnej ceny promocyjnej jest wynikiem zmniejszenia kosztu zakupu masła w zbycie. Wskazuje to na stopniową stabilizację rynku. Jednocześnie odzwierciedla trend spadkowy dot. wartości tłuszczu mlecznego zarówno w kraju, jak i za granicą. Według ostatnich danych Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, średnia cena zbytu masła konfekcjonowanego u producentów w pierwszym tygodniu czerwca br. była już o 30% niższa niż w analogicznym tygodniu 2018 roku – informuje ekspert z Polskiej Izby Mleka.
Z kolei minimalna cena promocyjna poszła w górę o 8,5%. Według Bartłomieja Domańskiego, musiała ona zrekompensować obniżki wartości maksymalnych. W ten sposób sieci handlowe pokazały, że masło nie będzie już tak tanie, jak kilka lat temu. Dyrektor Maliszewska dodaje, że wpływ na to mogą mieć również programy socjalne, w tym 500 plus. Zwiększanie zawartości portfeli Polaków zachęca sklepy do tego, żeby podnosić najniższe ceny jednego z najpopularniejszych produktów.
Analiza została wykonana przez ekspertów z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland. Porównywano ceny promocyjne masła z maja ub. i tego roku. Wzięto pod uwagę dane z gazetek handlowych wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash&carry, a także hurtowni.
Po wejściu w życie przepisów RODO osoby prywatne wciąż mają prawo do nagrywania telefonicznych rozmów osobistych bez informowania o tym drugiej strony. Jednak podmioty podlegające nowej regulacji muszą powiadamiać swoich rozmówców o rejestracji i celu zapisu. Naruszenie tego obowiązku grozi karą nawet do 4% przychodów. Ponadto powinny przedstawić administratora danych. W każdym przypadku publiczne wykorzystywanie zarejestrowanych wypowiedzi bez zgody dyskutantów może narażać na zarzut naruszenia dóbr osobistych, na podstawie przepisów prawa cywilnego. Takie działanie wiąże się także z ryzykiem zniesławienia i sankcją karną. Z kolei podsłuch, czyli nagranie przez osoby trzecie, grozi karą pozbawienia wolności.
W przeszłości nagrywanie rozmów telefonicznych czy bezpośrednich było legalne nawet bez informowania rozmówców o takiej działalności. Po wprowadzeniu RODO (Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych) nie jest to już tak jasne. Jednak mecenas Paweł Litwiński, partner w kancelarii Barta Litwiński, wskazuje, że te przepisy nie dotyczą osób fizycznych przetwarzających dane dla celów osobistych lub domowych.
– Nagrywanie z takich powodów nie jest sprzeczne z prawem i nie trzeba o nim informować, niezależnie od liczby uczestników dyskusji. Nie jest jednak zgodne z dobrymi obyczajami. Przetwarzanie danych, a więc także rejestrowanie rozmów prywatnych nie zostało objęte regulacją przepisów o ochronie danych osobowych – informuje mecenas Natalia Zawadzka z Kancelarii Radców Prawnych Lubasz i Wspólnicy.
Konsekwencje upublicznienia nagranych legalnie rozmów (bez informowania rozmówców) będą uzależnione od sposobu wykorzystania. Inaczej będzie oceniana samodzielna publikacja w Internecie (która może prowadzić do tzw. „samosądu”), a w inny sposób będzie postrzegane przesłanie nagrania do mediów (które są związane zasadami prawa prasowego dotyczącymi weryfikacji i ochrony swoich źródeł). Odmienne skutki będzie miało również ujawnienie nagrania swojemu prawnikowi i wykorzystanie go w postępowaniu sądowym.
– We wszystkich przypadkach publikujący może dopuścić się naruszenia dóbr osobistych osoby nagranej, ale oczywiście sąd będzie musiał uwzględnić fakt działania w interesie społecznym. Natomiast wykorzystywanie nagrań w postępowaniu sądowym, zarówno karnym, jak i cywilnym, już raczej nikogo nie dziwi i co do zasady nie rodzi konsekwencji dla nagrywającego – twierdzi Natalia Zawadzka.
Jeżeli jednak nagranie zostanie opublikowane w celu ośmieszenia czy kompromitacji nagranej osoby – ujawniający musi liczyć się z zarzutem zniesławienia lub powództwem cywilnym z zakresu ochrony dóbr osobistych. W przypadku szantażu nagrywający naraża się na zarzut z art. 191 § 1 k.k. (zmuszanie groźbą bezprawną do określonego zachowania) i karę pozbawienia wolności do lat 3.
– Jako przykład wyroku skazującego za samo grożenie kompromitującym nagraniem można podać orzeczenie Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Północ w Warszawie z 14 marca 2018 r. (IV K 579/17) – sprawa dotyczyła akurat nagrania filmowego bez zgody zainteresowanej osoby, ale wydaje się, że rozstrzygnięcie byłoby podobne w sytuacji, gdyby pokrzywdzona zgodziła się na nagranie wyłącznie dla celów prywatnych, a nagrywający groził jego upublicznieniem – uważa Natalia Zawadzka.
Natomiast Paweł Litwiński stwierdza, że w przypadku rozmów do celów zawodowych lub w związku z prowadzeniem działalności gospodarczej należy poinformować o nagrywaniu, ponieważ zapis głosu osoby to też informacja o charakterze danych osobowych. Przykładowo rejestracja dyskusji prowadzonej przez znajomych nie wymaga powiadamiania, ale rozmowy telefonicznej przez pracownika call center – już tak. Natomiast konsument nie ma takiego obowiązku.
– W przypadku nagrań wykonywanych dla potrzeb działalności gospodarczej lub zawodowej rozmówcy podlegają regulacjom RODO opisanym w art.13. Wówczas powinni także określić, kto jest administratorem danych i jaki jest cel nagrania. Klientowi nagrywanemu przysługują wszystkie prawa przewidziane dla osób, których dane dotyczą – prawo dostępu do nich, ich sprostowania, usuwania, sprzeciwu wobec przetwarzania. Warto też zwrócić uwagę na to, że klient nie zawsze musi wyrażać zgodę na nagrywanie. Czasem taki sposób utrwalenia rozmów jest usprawiedliwiony tzw. interesem prawnym administratora – wyjaśnia adwokat z Kancelarii Lubasz i Wspólnicy.
Partner w kancelarii Barta Litwiński podkreśla, że w przypadku osób niepodlegających RODO nie ma obowiązków informacyjnych, ale aktualna pozostaje cywilnoprawna ochrona prywatności, czci i godności, czyli np. konsument, który nagrywa telemarketerów i następnie rozpowszechnia te rozmowy, naruszając prawa nagranych ludzi, może liczyć się z pozwem. Natomiast osoby i podmioty zobowiązane tymi przepisami muszą nie tylko informować, ale także zabezpieczyć nagrania przed ujawnieniem ich nieupoważnionym słuchaczom.
– Nie ma jednoznacznej linii orzeczniczej dotyczącej wykorzystania nagrań prywatnych w postępowaniu sądowym. W jednym z wyroków Sąd Najwyższy stwierdził, że do wykazania winy w rozkładzie pożycia małżeńskiego służyć może nagranie rozmów prowadzonych przez strony procesu nawet bez wiedzy jednej z nich, o ile nie zakwestionowano ich autentyczności. W innym przypadku Sąd Apelacyjny w Warszawie stwierdził, że ochroną art. 23. k.c. objęte jest prawo do swobody wypowiedzi, wyboru rozmówcy i tajemnica rozmowy. Gromadzenie materiału dowodowego w procesie i prezentowanie go nie powinno odbywać się z naruszeniem zasad współżycia społecznego – mówi Natalia Zawadzka.
Adwokat Paweł Litwiński przypomina też, że niepoinformowanie o nagrywaniu, jeżeli podlega się RODO, to naruszenie obowiązków informacyjnych, zagrożone karą finansową do 4% przychodu. Jednak złamanie przepisów nie powoduje automatycznie, że rozmowy nie mogą być wykorzystane. Jeżeli jednak takie zapisy miałby zostać zgłoszone jako dowód w postępowaniu sądowym, wówczas sąd może nie uwzględnić takiego wniosku dowodowego. I to się zdarza w praktyce.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wraz z Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) przedstawiła raport dotyczący Pracowniczych Planów Kapitałowych. Program ten został przeanalizowany pod kątem wpływu na sytuację pracowników oraz tego, jak może przyczynić się do przyszłego rozwoju rynku finansowego w Polsce. Analiza pokazała, że przyjmując nawet bardzo ostrożne założenia makroekonomiczne, osoba uczestnicząca w PPK przez cały okres aktywności zawodowej ma szansę na zgromadzenie kapitału, który w momencie przejścia na emeryturę pozwala na wypłatę równowartości czternastokrotności miesięcznego świadczenia należnego z ZUS-u. W innym ujęciu oznacza to otrzymywanie przez 10 lat miesięcznie 36 proc. emerytury ZUS. Pozytywny będzie także wpływ programu na rynek finansowy. Obecnie zmaga się on z wypływaniem coraz większych kwot z OFE, w ramach tzw. suwaka bezpieczeństwa.
– To rozwiązania, które może poprawić sytuację osób przechodzących na emeryturę w perspektywie kilku najbliższych dekad – powiedział serwisowi eNewsroomŁukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Przyszli emeryci muszą liczyć się z tym, że świadczenie w ramach systemu bazowego będzie niewielkie w stosunku do ich zarobków. Jego wartość to ok. 30 proc. ostatniej pensji. Potwierdza to naglącą potrzebę partycypacji w różnego rodzaju dodatkowych formach oszczędzania. Jednym z nich jest PPK. W ramach tego systemu nie tylko pracownik uczestniczy w gromadzeniu kapitału, ale do programu środki dokłada także sam pracodawca. Przewidziane są także wpłaty z Funduszu Pracy, czyli tzw. składka powitalna oraz dopłata roczna. Po zakończeniu okresu oszczędzania za każdą 1 złotówkę wpłaconą przez pracownika przysługuje 3 złote w postaci składki od pracodawcy i państwa oraz zysku kapitałowego, jaki zostanie wypracowany przez czas inwestowania.Wprowadzenie PPK da dodatkowy impuls do rozwoju. Środki odkładane w ramach oszczędności będą się akumulowały i generowały dodatnie przepływy na rynek. Dziś w różnego rodzaju funduszach emerytalnych w Polsce zgromadzone są aktywa o wartości ok. 9 proc. PKB. Według FPP i CAPLE istnieje duże prawdopodobieństwo, że środki te wzrosną do 20 proc. PKB do 2040 roku – wyjaśnił Kozłowski.
Pracownicy traktują Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) z dużą rezerwą – wynika z sondy Pracodawców RP. Na niekorzystny odbiór Planów niewątpliwie ma wpływ historia Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE) i ich demontażu kilka lat temu.
Sonda była skierowana do pracowników firm zrzeszonych w Pracodawcach RP. 54,4 proc. zapytanych odpowiedziało, że dokładnie zna mechanizm działania PPK. Jednak aż 77,7 proc. zadeklarowało brak zaufania do tego programu. 41,5 proc. zapowiedziało rezygnację już na starcie, a 82 proc. nie chce zwiększać składki ponad wpłatę podstawową. Znamienne jest, że na pytanie o udział w OFE twierdząco odpowiedziało 76,9 proc.
– Na podstawie wyników ankiety można z dużym prawdopodobieństwem trafności stwierdzić, że masowość udziału w PPK nie jest taka pewna. To zły sygnał – uważa dr Leszek Juchniewicz, Główny Ekonomista Pracodawców RP. Jako przyczyny chłodnego przyjęcia wymienia nie tylko sprawę OFE i przejęcia tych funduszy przez ZUS. W ciągu ostatnich dwudziestu lat przeprowadzano sześć fundamentalnych reform. Była to reforma emerytalna w 1999 roku (wprowadzająca m.in. właśnie OFE), dwie zmiany wieku emerytalnego, częściowa nacjonalizacja OFE, a teraz wprowadzenie PPK i definitywna likwidacja OFE.
Według Juchniewicza PPK ma jednak cechy, które powodują jego wyróżnienie na tle dotychczasowych koncepcji – a przez to stanowi krok w dobrą stronę. Plany są adresowane do pełnoletnich pracowników od 18 do 54 roku życia włącznie, którzy zostaną do nich automatycznie zapisani. Można jednak z PPK wystąpić, lub dopisać co dotyczy osób powyżej 55 roku życia. Obligatoryjnie przystępują za to pracodawcy, którzy wpłacają część składki na konto pracowników.
Otrzymają oni również dotację z budżetu państwa w postaci składki powitalnej (250 zł) i corocznej kwotowej dopłaty (240 zł). Ma to zachęcić pracowników do długoterminowego oszczędzania na czas emerytury, czyli na okres poza aktywnością zawodową. – Tego rodzaju zachęta wydaje się być w polskich warunkach koniecznością, co wprost wynika z niskiej stopy oszczędności, charakteryzującą polskie społeczeństwo. Ta stopa oszczędności wynosi w Polsce zaledwie ok. 2,5 – 3 proc., podczas gdy w krajach UE osiąga poziom 3-4 razy wyższy – tłumaczy Juchniewicz . – Innymi słowy – mało oszczędzamy, bo…mało zarabiamy. Na szczęście ta tendencja zdaje się pozytywnie odmieniać – dodaje .
Według OECD Polska odnotowuje pozytywny trend zwiększania się stopy oszczędności per capita (to efekt rosnących zarobków i niskiego bezrobocia), zaś w ciągu najbliższych 2 lat stopa oszczędności ma wynieść w Polsce ok. 3,6 proc. – To dobry prognostyk i chyba też potwierdzenie słuszności koncepcji PPK – ocenia Juchniewicz.