Dyskusja nad podejściem polskiej administracji do sektora prywatnego toczy się od lat, a wnioski płynące z porównania naszej rzeczywistości z krajami „starej” Unii Europejskiej są wciąż gorzkie. W państwach o ugruntowanej gospodarce rynkowej relacje na linii urząd–biznes oparte są na znacznie głębszym partnerstwie. Tamtejsi urzędnicy doskonale rozumieją prostą zależność, prężnie działający biznes napędza rozwój kraju i generuje środki, którymi administracja może dysponować. W Polsce niestety wciąż dominuje atmosfera nieufności. Zamiast dialogu, często spotykamy się z podejrzliwością. Urzędnicy zastanawiają się, co przedsiębiorcy „znowu wykombinowali”, by wykorzystać państwo do własnych celów. Choć obserwujemy pewne zmiany mentalne idące w dobrym kierunku, przed nami wciąż długa droga.
– W naszym systemie zbyt łatwo rzuca się oskarżenia o sprzyjanie partykularnym interesom biznesowym. Gdy urzędnik wykazuje inicjatywę, natychmiast pojawiają się złośliwe pytania: „co z tego miał?” lub „o co tu chodzi?” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński, Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Rzadko zakłada się, że motywacją mogła być po prostu chęć rozwoju polskiej gospodarki i powiększenia wspólnego „tortu” do podziału. Problem ten jest szczególnie widoczny przy wielkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Wiele krajów na świecie świadomie wykorzystuje takie mechanizmy, by budować potęgę swoich firm. Państwowe kontrakty są tam trampoliną, która pozwala przedsiębiorstwom nabrać siły, by następnie mogły one prowadzić skuteczną ekspansję zagraniczną, a zyski z nowych rynków transferować z powrotem do kraju. W Polsce duże przedsięwzięcia, na przykład infrastrukturalne, często od początku ustawiane są na parametrach „na styk”. W przetargach i umowach brakuje przestrzeni na to, by wykonawcy mogli się realnie rozwinąć czy zbudować kapitał na przyszłość. Nierzadko warunki są tak twarde, że firmy balansują na granicy opłacalności, a czasem wręcz dokładają do interesu. Taka polityka, zamiast kreować narodowych czempionów, podcina skrzydła rodzimemu biznesowi, odbierając mu szansę na globalną konkurencyjność – zaznaczył Piotr Soroczyński.





