InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, będzie gospodarzem 6. edycji wydarzenia „The Business Booster” (TBB)[1] poświęconego innowacjom w energetyce. Tegoroczna edycja odbędzie się w Kopenhadze, w Danii w dniach 17-18 października, a tematem przewodnim będzie hasło „Future is Now”. Podczas dwóch dni będzie można zapoznać się ze 150 gotowymi produktami stworzonymi przy współpracy z InnoEnergy, jak również wymienić się spostrzeżeniami z przedstawicielami wiodących firm branży energetycznej z całej Europy. W poprzednich latach w TBB udział wzięli, m.in.: Orlen, PGE, Tauron, Rafako, Boryszew, Innogy Polska, Energa, EDF Polska, Grupa Kęty.
– The Business Booster to jedyne wydarzenie zrzeszające najbardziej innowacyjne start-upy z całej Europy, uznanych ekspertów branżowych, inwestorów oraz instytucje sektora publicznego, aby przyspieszyć transformację w dziedzinie czystej energii w Europie – mówi Elena Bou, Dyrektor ds. Innowacji, InnoEnergy. – Oprócz wystąpień start-upów, uczestnicy będą mogli wziąć udział w równolegle organizowanych sesjach tematycznych, a także zobaczyć ekspozycje produktów – zapowiada Bou.
Premiera: Prezentacje ekspertów i krótkie prezentacje przed inwestorami
Podczas wystąpień zostaną zaprezentowane najnowsze innowacje oraz rozwiązania, które zrewolucjonizowały obszary związane z magazynowaniem, transportem, energią wiatrową i inteligentnymi miastami. Podczas krótkich prezentacji, firmy z sektora energetycznego zwrócą się do przedsiębiorców InnoEnergy w poszukiwaniu takich rozwiązań technologicznych w energetyce, które odpowiadałyby ich wyzwaniom.
– Odpowiadamy na aktualne potrzeby uczestników, dlatego Business Booster zmienia się każdego roku. Wierzymy, że takie podejście pomaga start-upom i przedstawicielom branży energetycznej w osiągnięciu realnych korzyści z obecności na wydarzeniu – mówi Bou. Co więcej, przemyślane połączenie sesji tematycznych, prezentacji produktów i networkingu stwarza idealne warunki do nawiązywania kontaktów – dodaje.
Od wysokowydajnych rozwiązań magazynowych po sortowanie odpadów komunalnych
Wśród tegorocznych wystawców jest m.in. szwedzka firma Northvolt, która buduje największą w Europie fabrykę akumulatorów litowo-jonowych. W wydarzeniu wezmą udział również polscy przedsiębiorcy, którzy dzięki wsparciu InnoEnergy odnoszą już sukcesy rynkowe. Przykładem może być firma Impact Clean Power Technology, producent rozwiązań z zakresu magazynowania energii dla elektromobilności i przemysłu.
– Dla przedsiębiorców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, The Business Booster jest doskonałą okazją zainteresowania swoimi produktami i rozwiązaniami inwestorów i przedstawicieli przemysłu właściwie z obszaru całej Europy. Możliwość komercyjnego wejścia na rynki międzynarodowe to jedna z unikalnych zalet współpracy z InnoEnergy – mówi Sebastian Siuchta, zarządzający portfelem start-upów w InnoEnergy Central Europe.
Wśród prelegentów jest już Dr Daniel M. Kammen, profesor energii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i zdobywca Pokojowej Nagrody Nobla w 2007 roku. Z kolei w debatach panelowych i równoległych sesjach tematycznych udział wezmą Robert Rosner, dyrektor i założyciel Instytutu Polityki Energetycznej Uniwersytetu w Chicago oraz eksperci branżowi – Lars Aagaard, prezes Duńskiego Stowarzyszenia Energetycznego oraz Michael Sen, członek zarządu Siemens.
Złotówka zaczęła się umacniać i euro nie kosztuje już powyżej 4,40 zł. Zdaniem Bloomberga Danske Bank zamieszany w proceder prania pieniędzy. Porozumienie handlowe USA-UE.
Oddech złotego na rynkach
Po tym, jak za euro trzeba było płacić powyżej 4,41 zł na rynkach pojawiła się korekta. Dzisiaj rano na moment kurs zszedł do poziomu 4,37 zł. Co jest powodem umocnienia złotego? Zdaniem większości analityków jest to chęć realizowania zysków przez inwestorów, którzy grali wbrew polskiej walucie. Powoli złoty dochodzi do poziomów, gdzie jest po prostu tani. Inwestorzy widzą obecnie niedowartościowaną walutę oraz obligacje, które względem danych makroekonomicznych są również relatywnie tanie. Czy można się zatem spodziewać odbicia złotego? Potrzebne jest do tego kilka warunków. Po pierwsze pogorszenie danych makroekonomicznych z Polski. Po drugie brak kolejnych dużych ryzyk politycznych w Europie i na świecie. Po trzecie wyciszenie problemów politycznych wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości. Może się oczywiście zdarzyć, że inwestorzy, widząc dobrą cenę i tak zainwestują w złotego, jak warunki te nie będą spełnione.
Kolejny bank zamieszany w pranie pieniędzy
Jak podaje agencja Bloomberg, Danske Bank ma być zamieszany w dużą aferę związaną z praniem brudnych pieniędzy z Europy Wschodniej. Temat dotyczy wydarzeń z lat 2007-2015 i dotyczyć estońskiej filii banku. Sam bank powstrzymuje się na razie od komentarzy, gdyż prowadzi własne wewnętrzne śledztwo, by sprawdzić jak taka sytuacja mogła trwać tak długo niezauważona.
Kolejny rozdział wojny handlowej
Konflikt w ramach ceł pomiędzy USA a innymi państwami nie musi wcale oznaczać nowych ceł. Okazuje się, że możliwa jest również ich wzajemna redukcja. Właśnie taka oferta jest obecnie negocjowana pomiędzy USA a Unią Europejską. Miałaby on dotyczyć importowanych samochodów. Głównym zainteresowanym po europejskiej stronie są Niemcy, których przemysł samochodowy mocno ucierpiał na aferze dieslowej. Gdyby dla odmiany doszło do poluzowania ceł, byłby to znacznie lepszy sygnał dla rynków obawiających się recesji związanej z wojną handlową.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:30 – USA – zmiana zapasów paliw,
20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Podczas wczorajszej sesji w Londynie euro minimalnie osłabiło się względem dolara.
Nieco lepsze od zakładanych dane o aktywności biznesowej PMI dla strefy euro nie dały wystarczającego wsparcia wspólnej walucie. W drugiej połowie dnia spadek utrzymał się, jednak jego tempo znacząco zwolniło. Ze względu na osłabienie dolara kurs pary EUR/USD zakończył dzień na poziomie zbliżonym do tego z jego początku, a po zakończeniu sesji londyńskiej zaczął nawet rosnąć.
Na umocnienie renminbi, którego kurs wzrósł z najniższego poziomu od 11 miesięcy, istotny wpływ miał słabszy dolar oraz werbalna interwencja Ludowego Banku Chin. Chińscy oficjele oświadczyli również, że rząd z pewnością nie zamierza wystrzelić pierwszych strzałów w potencjalnej wojnie handlowej. Oczekuje się, że już 6 lipca zarówno Stany Zjednoczone jak i Chiny nałożą na siebie nawzajem cła na towary importowe o wartości 34 miliardów dolarów. Środki podjęte przez Chiny odpowiadają groźbom prezydenta Trumpa. Są one podejmowane w reakcji na decyzję prezydenta o ukaraniu Chin za niesprawiedliwe praktyki w handlu.
Wczoraj ożywienia doświadczył nie tylko juan. Względny spokój na rynkach umocnił również część pozostałych walut emerging markets. Skorzystały zwłaszcza najbardziej płynne waluty Europy Środkowo-Wschodniej, które były poddane dużej presji ze względu na niepewność związane z stanem globalnego handlu. Największe zyski odnotował forint węgierski, zyskiwał również polski złoty.
Funt brytyjski kontynuuje ożywienie, w czym wspiera go osłabienie dolara oraz dobre dane PMI. Zgodnie z danymi aktywność sektora usług wzrosła z wartości 54,0 w maju do 55,1 w czerwcu. Wskaźnik znajduje się tym samym na poziomie najwyższym od ośmiu miesięcy. Szereg pozytywnych zaskoczeń na froncie ekonomicznym które obserwujemy w tym tygodniu zdaje się potwierdzać, że spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii w pierwszym kwartale było zaledwie tymczasowe – tak jak sugerował Bank Anglii podczas przedostatniego spotkania.
Dziś zaleje nas prawdziwa powódź istotnych dla rynków informacji. Pośród wielu wypowiedzi członków banków centralnych i nowych publikacji makroekonomicznych, na przód wysuwa się wypowiedź przewodniczącego BoE Marka Carneya w środku dnia, raport o rynku pracy ADP oraz dane dotyczące zmian liczby bezrobotnych wnoszących o zasiłki w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy zwrócą również uwagę na wskaźniki PMI/ISM z USA, których publikacja została przesunięta ze względu na obchody Święta Niepodległości. Najistotniejsze jednak powinny być „minutki” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
12:00 – przemawia prezes BoE, Mark Carney
12:55 – przemawia Jens Weidmann z Bundesbanku
13:30 – raport Challengera dotyczący rynku pracy USA w czerwcu
14:15 – dane ADP dla USA w czerwcu
14:15 – przemawia Yves Mersch z EBC
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
15:45 – wskaźnik PMI dla usług USA w czerwcu
16:00 – wskaźnik ISM dla usług USA w czerwcu
20:00 – publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC
Po jednym dniu wywołanego świąteczną przerwa w USA uspokojenia wracają demony wojen handlowych, co nie wróży dobrze sentymentowi na rynkach. Trwa odliczanie do jutrzejszego uruchomienia przez Biały Dom ceł importowych na chińskie towary, co z dużym prawdopodobieństwem spotka się z odwetowymi działaniami Pekinu. Obawy o przygaszenie ożywienia globalne uderzają w waluty rynków wschodzących, surowce i indeksy. Na tym tle jasno świeci USD, dla którego dane są solidnym wsparciem.
Środa była potraktowana jako mini weekend z podwyższonym ryzykiem zdarzeń nadzwyczajnych, w efekcie czego we wtorek inwestorzy skupili się na domykaniu zyskownych pozycji, póki jeszcze mieli na to szanse. Jako że wczorajszy dzień minął bez niespodzianek, dziś wracamy do motywu przewodniego ostatnich dni, jaki są wojny handlowe i ich wpływ na globalną gospodarkę. Oczy inwestorów zwrócone są przede wszystkim na Chiny, gdzie dziś notowania juana były stabilne, ale rynek akcji pozostawał w niedźwiedzich nastrojach. Mocno traciły też miedź i ruda żelaza, co razem pokazuje, że jest nerwowo. W tym kontekście stabilność walut G10 imponuje, choć może to być cisza przed burzą. Do eskalacji sporu handlowego jest blisko, gdyż już jutro Biały Dom ma wprowadzić życie cła importowe obejmujące chińskie towary warte 34 mld USD. Donald Trump obiecał ograniczania importu dla dóbr wartych 50 mld USD, więc ryzykiem do końca tygodnia jest, co USA zamierzają zrobić z pozostałymi 16 mld USD. Jednocześnie Chiny zastrzegły, że „w żadnym razie” nie wykonają pierwszego ruchu, ale nie zawahają się odpowiedzieć na poczynania USA. Osobiście mam wątpliwości, czy wdrożenie ceł przyniesie reakcję rynku w stylu „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Biorąc pod uwagę, że Trumpowi nie spodobają się działania odwetowe Chin i zagrozi dalszymi cłami, może to być przyczynkiem dla dalszej fali awersji do ryzyka.
Po pozytywnej stronie należy zaznaczyć, że inwestorzy często bywają jak niesumienni uczniowie w szkole, którzy przynoszą słabe oceny, ale każda kolejna „dwója” wywołuje coraz mniejsze emocje. Tak samo może być z obecnym konfliktem handlowym. Pierwsze uderzenie cłami było najsilniejsze, a każde kolejne będą już wywoływać mniejszą reakcję rynku, gdyż zakres potencjalnych taryf będzie systematycznie mniejszy. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby USA i Chiny poszły na wojnę na ograniczenia całej wymiany handlowej – nawet Trump musiał dostać stosowna notkę, że w takiej wojnie na koniec USA przegrają. Na razie jednak jesteśmy w fazie, gdzie strach karmi się niepewnością i nie można wykluczyć przynajmniej jeszcze jednej fali skoku awersji do ryzyka.
W wyczekiwaniu na kolejny rozdział sporu handlowego w czwartek przeszkadzać będą dane z USA, które powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną USA i reszty świata. ISM dla usług powinien pozostać na wysokim poziomie ponad 58 pkt., szczególnie jego odpowiednik dla przemysłu mocno zaskoczył w poniedziałek, przecząc hipotezom, że wojna handlowa zaczyna odbijać się na aktywności biznesu. Raport ADP o zmianie zatrudnienia przygotuje nas na jutrzejszy NFP. Wieczorem minutki FOMC skupią uwagę, a tekst powinien potwierdzać, że Fed mocno stąpa po ścieżce „stopniowych podwyżek”.
Eskalacja napięć handlowych pozostaje głównym ryzykiem dla stabilności rynku FX. W G10 AUD i NZD pozostają najbardziej wrażliwe i mogą tracić głównie do USD i JPY. EUR/USD stracił kierunek bez oznak siły wybicia z przedziału 1,1530-1,1720. Na lokalnym rynku złoty skorzystał wczoraj na poprawie sentymentu i oddalił do 4,41 do 4,37, ale ostrożnie podchodzimy do perspektyw podtrzymania jednostajnego umocnienia w krótkim terminie.
Pierwsza połowa 2018 roku obfitowała w bardzo dynamiczne zmiany nastrojów inwestorów, a wraz z nimi kursów walut, cen surowców, notowań największych indeksów czy spółek. Kamil Hajdamowicz z Vienna Life komentuje największe wydarzenia minionego półrocza na rynku.
Spółki technologiczne z USA przynoszą zyski polskim funduszom
W pierwszym półroczu 2018 r. fundusze inwestycyjne oparte na spółkach notowanych w Stanach Zjednoczonych przyniosły najwyższą średnią stopę zwrotu. – Tutaj należy wyróżnić fundusze inwestujące dużą część portfela w spółki technologiczne, których stopa zwrotu wyniosła 12-15%. Bardzo dobrze zachowywały się instrumenty inwestujące w szeroki sektor spółek technologicznych, zdywersyfikowane geograficznie. Do takich należy Investor Nowych Technologii, inwestujący w spółki ze Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej i Polski, którego stopa zwrotu w I półroczu wyniosła 19,19% – mówi Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny w Vienna Life.
Motorem napędowym są tzw. FAANG-i, czyli Facebook, Amazon, Apple, Netlix i Google. W marcu pojawiła się nerwowość wśród inwestorów spowodowana współpracą spółki Facebook z Cambrige Analityca i nieuprawnionym wykorzystaniem danych milionów użytkowników. Szybko jednak ta sprawa została zapomniana, a inwestorzy skupili się na prawdziwych wartościach tych spółek, a nie na spekulacjach, które do tej pory się nie zmaterializowały. Notowaniom pomagały wyniki kwartale spółek, które w prawie 80% przypadków przebiły rynkowe oczekiwania. Można oczekiwać utrzymania tego trendu w II kwartale, chociaż coraz większym czynnikiem ryzyka pozostaje polityka monetarna Fed.
Sprzyjającym czynnikiem dla instrumentów opartych na spółkach notowanych w USA był również wzrost wartości dolara. Względem złotego umocnił się on o 7,32 proc. (licząc do 25 czerwca br.).
Trump podgrzewa rynki
Bardzo sprzeczne doniesienia o kolejnych sankcjach wprowadzanych przez Trumpa także wpływały na zmienne nastroje inwestorów. Prezydent USA wdrożył już dodatkowe opłaty za import stali i aluminium z UE. W odwecie Unia nałożyła taryfy na warte 2,8 mld euro produkty (motocykle, Bourbon, sok pomarańczowy). Trump grozi teraz wprowadzeniem 20 proc. cła na samochody importowane z państw unijnych.
Obecnie natomiast najbardziej atmosferę na rynkach podgrzewają informacje o regulacjach blokujących chińskie inwestycje w sektor technologiczny Stanów Zjednoczonych. Trump rozważa przygotowanie planu wzmożonej kontroli eksportu, którego celem jest zapobieganie wypływowi technologii do Chin. The Wall Street Journal podaje, że prezydent USA tymi działaniami chce uniemożliwić Chinom realizację strategii „Made in China 2025” – państwo środka aspiruje, by stać się globalnym liderem w 10 obszarach związanych z technologią (m.in. przemysł lotniczy, biotechnologie czy technologia informacyjna). Jesteśmy w tym momencie świadkami szeroko zakrojonej rozgrywki politycznej (która w niektórych obszarach przybiera już postać wojny gospodarczej) o globalną supremację w obszarze nowoczesnych technologii
– Rynki finansowe działają pod wpływem polityki Białego Domu. Trudno w tym momencie prognozować, czy wojna handlowa jest tylko nową formą gry negocjacyjnej i politycznej (przed wyborami do Kongresu na jesieni b.r.), czy też realną chęcią nałożenia ceł na wybrane obszary świata w celu obrony amerykańskiej gospodarki. Wpływa ona jednak na tempo globalnej wymiany handlowej i nastroje gospodarcze (odzwierciedlone w odczytach wskaźników wyprzedzających oraz w statystykach eksportu), co bezpośrednio przekłada się na nastroje rynkowych inwestorów. Obserwujemy w ostatnich tygodniach podwyższoną zmienność na rynkach finansowych, którą w szczególności dotknięte zostały rynki wschodzące, a przez to również Polska – komentuje Kamil Hajdamowicz.
GetBack i wpływ afery na rynek obligacji korporacyjnych
W wyniku problemów finansowych wrocławska firma windykacyjna winna jest dziś obligatariuszom ok. 2,5 mld zł. Na wniosek KNF w kwietniu br. zawieszono obrót akcjami spółki. Ponadto firma wielokrotnie przekładała przedstawienie sprawozdania finansowanego za ubiegły rok. Rynek i inwestorzy trwali w niewiedzy, a zainteresowanie sytuacją finansową spółki było ogromne. Gdy już wreszcie opublikowano raport, na jaw wyszło, że strata GetBack za 2017 rok wynosi 1,33 mld zł. Sytuacja związana z GetBack kolejny raz, w bardzo nieprzyjemny sposób, przypomniała wielu inwestorom zasadę, że wysoki zysk najczęściej idzie w parze z wysokim ryzykiem, a dotyczy to zarówno rynku akcji, jak i obligacji.
– Sprawa GetBacku niekorzystnie wpływa na nastroje na rynku obligacji korporacyjnych. Skutki tego zjawiska są już widoczne na rynku Catalyst. Odzwierciedla się to w przewadze strony podażowej na tym rynku, co przekłada się na spadki wycen niektórych obligacji. Inwestorzy zaczęli oczekiwać wyższej premii za ryzyko, co miało wpływ na większą trudność w uplasowaniu nowych emisji na tym rynku (z uwagi na fakt, że przez efekt spadków cen na rynku dostępne są obligacje z dużo większą rentownością niż mogliby i chcieli zaoferować emitenci). Ponadto, przez sprawę GetBacku i działania KNF trudniej będzie domom maklerskim aktywnie uplasować nowe emisje obligacji, zwłaszcza mniejszych emitentów. Jeśli do tego dołożymy zeszłoroczne zalecenie KNF, by obligacje podporządkowane banków miały nominał nie mniejszy niż 400 tys. PLN i wstrzymanie się przez część banków z nowymi emisjami, obraz drugiego półrocza na rynku obligacji korporacyjnych może być trudny – dodaje Doradca Inwestycyjny w Vienna Life.
– Trendy społeczne sprzyjają właścicielom mieszkań na wynajem – ocenia w swojej analizie perspektyw dla rynku najmu w Polsce Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri Investments i spółek Mzuri CFI, które umożliwiają grupowe inwestowanie w mieszkania na wynajem osobom dysponującym relatywnie niewielkim kapitałem. – Główne ryzyka dla rynku najmu mają natomiast charakter regulacyjny – komentuje Kaźmierczak.
W ocenie eksperta największy wpływ na rozwój rynku najmu w Polsce w perspektywie najbliższych 5 lat będzie mieć utrzymanie lub dalszy wzrost wysokiego poziomu napływu imigrantów do Polski, skutkujący wysokim poziomem popytu na mieszkania na wynajem. Według danych Mzuri, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje stanowią dużą część rynku najmu: ok. 10 proc. Dynamicznie rośnie też liczba studentów przyjeżdżających do Polski na studia (wg danych GUS w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65,8 tys. osób z zagranicy, co oznacza wzrost o 15 proc. w stosunku do roku poprzedniego). Niemniej, nie tylko imigranci będą motorem wzrostu. – Do wzrostu popularności najmu w Polsce niezmiennie przyczynia się również utrzymanie się trendu socjologicznego polegającego na rosnącym preferowaniu przez młodych ludzi najmu ponad własność. Trend ten będzie nakręcać popyt na mieszkania na wynajem – dodaje Kaźmierczak. Tendencje takie jak zwiększona mobilność pracowników, promocja najmu jako pełnoprawnej formy korzystania z mieszkania (choćby poprzez program Mieszkanie Plus), rosnąca niechęć do wieloletnich kredytów, czy duża liczba rozwodów będą dodatkowo przyczyniać się do wzrostu popularności najmu.
Z kolei takie czynniki jak wzrost stóp procentowych, rosnąca długość życia, czy dalszy wzrost cen mieszkań będą wpływać na ograniczenie podaży mieszkań na wynajem. – Mniej osób będzie inwestować w mieszkania na wynajem gdyż można zakładać, że krótkoterminowo wzrośnie relatywna atrakcyjność lokat bankowych, obligacji skarbu państwa itp., a tym samym zwolni tempo wzrostu podaży mieszkań na wynajem czyli zmniejszy się konkurencja między właścicielami mieszkań – komentuje Kaźmierczak. Z racji ograniczeń podaży gruntów, rosnących cen materiałów budowlanych i mniejszej osiągalności pracowników, inwestycja w mieszkanie na wynajem będzie też osiągalna dla mniejszej liczby osób.
Główne ryzyka dla rynku najmu w perspektywie najbliższych 5 lat mają natomiast charakter regulacyjny. – Gdyby rząd postanowił wprowadzić maksymalną stawkę czynszu za metr kwadratowy bądź zwiększyć opodatkowanie najmu mogłoby to zaburzyć atrakcyjność najmu – prognozuje Kaźmierczak. Rząd wdrożył już rozwiązania idące w tym kierunku podnosząc ryczałt od dochodów z najmu przekraczających 100 tys. zł rocznie do poziomu 12,5%. Jeśli gospodarka zacznie zwalniać i pojawią się kłopoty z finansowaniem programów socjalnych, rząd może mieć motywację do zwiększenia obciążeń właścicieli mieszkań na wynajem. – Prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest jednak średnie; a ewentualny wpływ na rynek zależny od poziomu regulacji, ale zapewne nie bardzo duży – ocenia Kaźmierczak. Czynnikiem o potencjalnym negatywnym wpływie na rynek najmu byłoby też ograniczenie możliwości wynajmowania mieszkań na krótki termin. – Coraz więcej miast w Europie wprowadza podobne ograniczenia, rząd zapowiada, że pojawią się one również w Polsce. Ich wdrożenie mogłoby zmotywować właścicieli takich mieszkań do dwóch ruchów: albo przejścia na najem długoterminowy (tym samym zwiększając konkurencję między właścicielami mieszkań na wynajem długoterminowy) albo sprzedaży mieszkania, co z kolei albo zmniejszyłoby popyt na najem (bo spadek cen skłoniłby część potencjalnych najemców do zakupu własnego mieszkania) albo zwiększyło podaż mieszkań na długi termin, gdyby lokale te zostały kupione przez inwestorów – ocenia ekspert. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza z perspektywy całego rynku jest średnie, a ewentualny wpływ na rynek niewielki.
W II kwartale 2018 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 232 lokali, czyli o 29% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Liczba lokali przekazanych klientom od początku kwietnia do końca czerwca br., które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 213 wobec 72 przed rokiem.
– W drugim kwartale tego roku osiągnęliśmy wyraźnie lepsze wyniki sprzedażowe niż w kilku poprzednich kwartałach. W ostatnich trzech miesiącach zakontraktowaliśmy sprzedaż 232 lokali, czyli niemal o 30% więcej niż przed rokiem. Strzałem w dziesiątkę okazał się nasz nowy projekt w Poznaniu – Grunwald2 wprowadzony do oferty w kwietniu. Sprzedaliśmy już tam ponad 40 mieszkań. W Warszawie naszym bestsellerem jest obecnie osiedle Miasto Moje na Białołęce, gdzie w samym drugim kwartale znaleźliśmy nabywców na ponad 60 lokali. Dlatego też niebawem planujemy rozpocząć realizację trzeciego etapu tej inwestycji. Niezmiennie dużą popularnością cieszy się również projekt City Link na Woli, w którym od kwietnia do czerwca sprzedaliśmy blisko 40 lokali. Dobre wyniki sprzedażowe notujemy także we Wrocławiu: w drugim kwartale tego roku w projektach Vitalia oraz Miasto Marina sprzedaliśmy po kilkanaście lokali – powiedział Andrzej Gutowski, członek zarządu, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.
Narastająco od początku tego roku Ronson Development znalazł nabywców łącznie na 436 lokali, co jest rezultatem podobnym do osiągniętego w pierwszej połowie 2017 r. Liczba ta uwzględnia 32 apartamenty sprzedane w prestiżowym projekcie Nova Królikarnia na warszawskim Mokotowie, który Ronson odkupił w tym roku od Global City Holdings. W samym drugim kwartale Spółka sprzedała 16 lokali w tej inwestycji.
Na koniec czerwca br. w ofercie sprzedaży Ronson Development znajdowało się łącznie ponad 880 lokali w czterech miastach: Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie.
– Drugi kwartał tego roku był dla nas bardzo udany również pod względem liczby mieszkań przekazanych nabywcom. Nasi klienci otrzymali w tym okresie klucze do 213 lokali. To niemal trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2017 r. Blisko 80 lokali przekazaliśmy w czwartym etapie projektu Espresso na Woli, którego budowa zakończyła się w lutym. W czerwcu uzyskaliśmy natomiast pozwolenie na użytkowanie pierwszego etapu osiedla Miasto Moje i do końca miesiąca zdążyliśmy przekazać nabywcom 60 mieszkań. W drugim kwartale przekazaliśmy również pierwsze 24 lokale w projekcie Nova Królikarnia. Są to głównie apartamenty o dużych metrażach i wysokiej średniej cenie jednostkowej, w związku z czym projekt ten będzie mieć znaczący udział w przychodach za drugi kwartał – wskazał Rami Geris, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.
W całej pierwszej połowie 2018 r. Ronson wydał klucze do łącznie 517 lokali, wobec 371 lokali przekazanych klientom w pierwszych sześciu miesiącach 2017 r.
Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali
Liczba lokali
2Q 2018
2Q 2017
Zmiana r/r
1-2Q 2018
1-2Q 2017
Zmiana r/r
Sprzedaż 1)
232
180
+29%
436
439
-1%
Przekazania
213
72
+196%
517
371
+39%
1) Dane za 2018 r. obejmują sprzedaż odpowiednio 16 lokali w drugim kwartale i łącznie 32 lokali w pierwszym półroczu w ramach projektu Nova Królikarnia, który trafił do portfela Ronson Development na początku kwietnia br.
Rośnie zainteresowanie wyścigami konnymi w Polsce. Otwarcie Sezonu czy Derby przyciągają coraz więcej osób. Podczas największych wydarzeń na tory przychodzi kilkanaście tysięcy osób. Warszawski Służewiec odwiedziło w tym roku już nawet kilkanaście procent widzów więcej niż w poprzednich latach. Pojawiają się też sponsorzy i dodatkowe nagrody – w Gonitwie Derby Grupa Westminster ufundowała dodatkowe nagrody w kwocie 50 tys. zł. Wyższe nagrody to też większa szansa na przyciągnięcie najlepszych stajni, a tym samym – zwiększenie prestiżu gonitw w Polsce.
– Wyścigi konne w Polsce mają duży potencjał rozwojowy. Już pierwsze wyścigi w tym sezonie przyciągnęły 15 tys. ludzi. Macie znakomite obiekty i dużo inwestujecie, jakość koni wyścigowych w Polsce rośnie z każdym rokiem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marian Ziburske, prezes zarządu Grupy Westminster, głównego partnera sezonu 2018, a prywatnie także wielki fan jeździectwa.
Wyścigi konne przyciągają coraz więcej widzów. Stają się wydarzeniem towarzyskim – w dni gonitw przychodzi coraz więcej młodych ludzi i całych rodzin.
– Osoby odwiedzające tor spędzają tu 5–6 godzin. Można przyjść z rodziną. Dobrze bawić mogą się tu również dzieci, dla których przewidziano mnóstwo aktywności, jak np. jazda na kucykach – mówi Marian Ziburske.
W gonitwach biorą udział lepsze konie, ponieważ polskie tory stają się atrakcyjne dla najlepszych stajni. W Polsce działają obecnie cztery tory wyścigowe, a największą rangę z punktu widzenia hodowli i selekcji ma tor na warszawskim Służewcu, którego partnerem w tym roku jest Grupa Westminster.
– Nie ukrywam, że konie są moją pasją – sam uprawiam jeździectwo i jestem właścicielem dwudziestu pięciu koni wyścigowych. Ale myślę też, że jest to ogólnie bardzo dobry kierunek działalności sponsorskiej – przyznaje Ziburske.
Prywatnie Marian Ziburske kocha sport, a w szczególności konie, piłkę nożną i hokeja. Sponsoruje tor wyścigowy Berlin-Hoppegarten i German Friendships, wspiera klub hokeja na lodzie HC Dynamo Pardubice w Czechach. Grupa Westminster była również oficjalnym głównym sponsorem reprezentacji Niemiec w hokeju na lodzie.
Grupa zajmująca się wynajmem nieruchomości inwestuje w Polsce od 2017 roku. Podstawą jej koncepcji biznesowej jest pozyskiwanie lokali mieszkalnych i komercyjnych, ich modernizacja lub rozbudowa, a następnie długoterminowe wynajmowanie.
– Pod względem rozwoju naszego biznesu głównego w Polsce mamy powody do dużej satysfakcji. W ciągu ostatnich czternastu miesięcy nabyliśmy już ponad tysiąc lokali. Skupiamy się na kupowaniu i długoterminowym wynajmie nieruchomości mieszkalnych na terenie całej Polski, działamy więc inaczej niż firmy deweloperskie. Dostrzegam duży potencjał na tym rynku w Polsce – mówi Marian Ziburske.
Od tego roku logo Westminster można zobaczyć na Torze Służewiec. Jak podkreśla Marian Ziburske, to nie ostatnie słowo grupy we wspieraniu sportu w Polsce. Firma ma plany związane z piłką nożną i tenisem.
– Grupa Westminster działa w charakterze partnera głównego Toru Służewiec, dzięki czemu nasze reklamy można zobaczyć w bardzo atrakcyjnych miejscach na terenie toru przez wszystkie pięćdziesiąt cztery dni wyścigowe – mówi prezes Westminster.
Nagrody w Polsce są jeszcze stosunkowo niewielkie – wynoszą zazwyczaj kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy złotych. Te największe mają pule kilkuset tysięcy. 85 proc. nagrody za wygraną gonitwę trafia do właściciela konia.
– Wyścigi z roku na rok zwiększają swoją publiczność. Obserwujemy z każdym kolejnym rokiem wzrost sprzedaży biletów na poszczególne wydarzenia. Jeszcze nie zakończyliśmy tego wzrostu i myślę, że popularność wyścigów będzie z każdym rokiem rosła. Otwarcie sezonu jest jednym z większych dni wyścigowych. W tym roku przez tor w ciągu całego dnia przewinęło się już ponad osiem tysięcy osób – mówi Sylwester Puczen, rzecznik prasowy Toru Służewiec.
Polski Klub Wyścigów Konnych przeznacza w tym sezonie ponad 600 tys. zł na dodatkowe nagrody na Torze Służewiec. Za każdy ważny start konia polskiej hodowli w gonitwach grupowych zapłaci 200 zł, ufundował też trzy nagrody dla polskich hodowców, których konie zajmą najwyższe trzy miejsca w Derby i Wielkiej Warszawskiej (odpowiednio 15, 10 i 5 tys. zł).
– Jesteśmy jednym z partnerów Gali Derby, dzięki czemu nagroda w tym sezonie wzrosła do 50 tys., czyli o 30 proc. Na innych torach w Europie ma miejsce odwrotna sytuacja – kwoty nagród są obniżane – wskazuje Marian Ziburske.
Dzięki zaangażowanie partnera na służewieckim torze pojawią się też nowe gonitwy. Na Torze Służewiec we wrześniu odbędzie się Westminster Freundschaftspreis, gdzie suma nagród wyniesie 105 tys. zł.
– Stworzyliśmy nowe międzynarodowe wyścigi, na które zaprosimy naszych partnerów z Niemiec, Słowacji i Czech. Chcemy pokazać, że wyścigi konne w Polsce stoją na międzynarodowym poziomie, a ponadto zaprezentować zagranicznym gościom przepiękny obiekt na Służewcu – mówi Marian Ziburske.
Nie tylko wyścigi w Polsce mają coraz większy prestiż, lecz także same obiekty przechodzą remonty. Tor Służewiec po generalnych pracach ma odzyskać przedwojenny blask.
– W tym roku skupialiśmy się przede wszystkim na udoskonaleniu alei dojazdowej, wymieniliśmy oświetlenie, poprawiamy kasy biletowe. W 2017 roku otworzyliśmy Trybunę Honorową po gruntownym remoncie konserwatorskim, we wcześniejszych latach prowadziliśmy takie prace na Trybunie II. Teraz czas na prace dotyczące budynków związanych z bieżącą obsługą. Poprawiamy wszystko tak, aby ta perła architektoniczna służyła nam jak najdłużej – zapowiada Sylwester Puczen.
Serwis YouTube zapowiedział wprowadzenie płatnych subskrypcji. Youtuberzy mający więcej niż 100 tys. subskrybentów będą mogli odpłatnie udostępniać ekskluzywne treści. Pojawi się także możliwość sprzedawania gadżetów za pośrednictwem serwisu i publikowania nowych materiałów w sekcji „Premiery”. Zmiany czekają także użytkowników Facebooka – serwis testuje nową funkcję pokazującą, jaki czas dana osoba spędza w mediach społecznościowych i opcję chroniącą przed niepożądanymi spoilerami filmów czy seriali.
– YouTube zapowiedział wprowadzenie płatnych subskrypcji. Kosztują blisko 5 dol. i dotyczą tych twórców, którzy mają więcej niż 100 tys. subskrybentów. Dzięki skorzystaniu z płatnej subskrypcji użytkownicy otrzymują dostęp do ekskluzywnych treści publikowanych przez twórcę. Z kolei twórcy z USA, którzy mają więcej niż 10 tys. fanów, mogą sprzedawać własne gadżety na swoim kanale YouTube – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Piotrowska, redaktor PRoto.pl.
Trzecia nowość w serwisie to sekcja „Premiery”, w której twórcy mogą zapowiadać i publikować nowe materiały.
– Facebook w ostatnich dniach poinformował o wprowadzeniu zmiany dotyczącej transparentności reklam, którą zapowiadał już w ubiegłym roku. Użytkownicy mogą teraz zobaczyć kampanie reklamowe, które w obecnym czasie są prowadzone przez strony. Nie muszą być też w grupie docelowej tych kampanii, aby móc się z nimi zapoznać – wyjaśnia Paulina Piotrowska.
Użytkownicy Facebooka zyskali dostęp do dodatkowych informacji na temat stron, również tych, które nie mają w danej chwili żadnej aktywnej reklamy. Mogą zobaczyć, kiedy powstała dana strona i czy zmieniała nazwę. W najbliższych tygodniach Facebook chce w ramach zakładki udostępnić kolejne informacje na ich temat.
– Facebook zapowiedział też powstanie narzędzia o nazwie Brand Collabs Manager, które ma ułatwiać nawiązywanie współpracy między markami a twórcami – wskazuje Paulina Piotrowska.
Za jego pośrednictwem marki będą mogły wyszukiwać facebookowych twórców i sprawdzać ich pod względem takich kryteriów jak zainteresowania, płeć czy wiek, oraz czy ich odbiorcy są zbliżeni do grupy docelowej marki. Twórcy po uzyskaniu dostępu do narzędzia mogą zaprezentować swoje portfolio, w tym np. statystyki czy dane dotyczące wcześniejszej współpracy.
Facebook poinformował też, że testuje nowy szablon dla materiałów wideo i wprowadził kolejne rozwiązania dla twórców – takie jak możliwość dodawania ankiet czy quizów, dzięki którym ich filmy mają być bardziej interaktywne.
Serwis Marka Zuckerberga rozpoczął testy nowej funkcji Keyword Snooze, która pozwala tymczasowo ukryć posty zawierające słowa kluczowe wskazane przez użytkownika. Po włączeniu funkcji wpisy z wybranymi hasłami przez 30 dni nie będą wyświetlać się na tablicy. Będzie ona także chronić użytkowników przed niepożądanymi spoilerami filmów czy seriali.
Serwis testuje też funkcję, która pokazuje czas, jaki użytkownik spędza w portalu społecznościowym. „Twój czas na Facebooku” pokazuje czas spędzony w aplikacji w ciągu tygodnia oraz średni czas poświęcony na korzystanie z serwisu w ciągu dnia. Facebook prowadzi też testy opłat za członkostwo w najbardziej popularnych grupach.
– Zmiany wprowadzono też do facebookowego komunikatora. W Messengerze pojawiły się automatycznie odtwarzające się reklamy wideo – wymienia redaktor PRoto.pl.
Z kolei Instagram poinformował o wprowadzeniu opcji zakupów do sekcji Stories. Marki zyskają możliwość oznaczania produktów w publikowanych przez siebie relacjach.
– Instagram stworzył także platformę wideo o nazwie IGTV. Jest to oddzielna aplikacja, ale żeby oglądać materiały, które są w niej publikowane, nie trzeba opuszczać Instagrama – dodaje Piotrowska.
Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach oraz Inspekcji Ochrony Środowiska. Oba projekty procedowane w ekspresowym tempie mają ukrócić patologie w branży gospodarowania odpadami i zakończyć plagę pożarów składowisk, które od kilku miesięcy przetaczają się przez całą Polskę. Jednak prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu Jerzy Ziaja ocenia, że w obecnym kształcie przepisy nie przyniosą oczekiwanego efektu i nie gwarantują zagospodarowania około 20 mln ton frakcji palnej, którą można by wykorzystać w energetyce. Spowodują za to lawinę bankructw małych i średnich przedsiębiorców.
– W Sejmie procedowana jest obecnie ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska i ustawa o odpadach. Obie mają na celu ograniczenie zjawiska, jakim jest palenie odpadów w magazynach i na składowiskach. Obecny system polega na selektywnej zbiórce i zakazie składowania frakcji palnej. Te czynności oraz jeszcze wiele innych są sfinansowane z opłaty ryczałtowej od mieszkańców, którą pobiera gmina. Problem w tym, że opłata ryczałtowa, która jest zbyt niska,powoduje, że odpady są tylko zbierane i magazynowane. Jeżeli przedsiębiorca, który wygrał przetarg, chce zagospodarować je prawidłowo, niestety nie ma na to środków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.
Podczas pierwszego czytania w Sejmie, w środę 27 czerwca, wszystkie kluby opowiedziały się za nowelizacją ustawy o gospodarce odpadami. Po drugim czytaniu w tym tygodniu oba projekty zostały odesłane do sejmowej komisji środowiska, ponieważ posłowie zgłosili do nich kolejne uwagi.
Oba procedowane w ekspresowym tempie projekty (zostały przyjęte przez rząd w końcówce czerwca) mają uszczelnić system gospodarki odpadami i zapobiegać ich nielegalnemu porzucaniu oraz ukrócić plagę pożarów magazynów i składowisk odpadów, które od kilku miesięcy wybuchają w różnych regionach Polski. Państwowa Straż Pożarna notuje lawinowy wzrost takich interwencji, a w wielu przypadkach odpady są podpalane celowo, żeby się ich pozbyć.
– W 90 proc. płoną odpady zmagazynowane przez jednostki budżetowe lub przedsiębiorców, którzy wygrali przetarg i nie wiedzą, co dalej z tymi odpadami zrobić, ponieważ nie ma możliwości pozbycia się ich poprzez legalne poddanie recyklingowi czy odzyskowi energetycznemu. Palą się magazyny, czyli odpady zebrane, posortowane, ale brakuje końcowego elementu, czyli odzysku energetycznego albo recyklingu, bo na to potrzebne są dodatkowe środki. W krajach UE odpad, który nie nadaje się do recyklingu, jest przekazywany do producentów paliwa alternatywnego. Oni przygotowują paliwo do wykorzystania energetycznego w cementowniach bądź elektrociepłowniach. W Polsce takich przepisów nie ma – mówi Jerzy Ziaja.
Jak podkreśla, ustawa ma również zaostrzyć przepisy dotyczące przewozu odpadów do odzysku energetycznego. Wiele odpadów, takich jak zużyte oleje i rozpuszczalniki, farby i kleje czy akumulatory ołowiowe, można poddawać recyklingowi i odzyskiwać z nich energię. Zaostrzenie przepisów w tej kwestii może przyczynić się do bankructwa wielu małych i średnich przedsiębiorców.
– Nowe przepisy mają zaostrzyć możliwość przywozu odpadów do odzysku energetycznego. Te, które dziś przyjeżdżają do Polski – z zezwoleniem lub bez – są z tzw. „Zielonej listy”, czyli są dopuszczone do takiej procedury przez Unię Europejską. Odpady takie poddawane są recyklingowi lub odzyskowi energetycznemu, a nie są składowane, za każdą tonę poddaną recyklingowi lub odzyskowi przedsiębiorca otrzymuje dofinansowanie na pokrycie kosztów procesu. Jak by nie liczyć, są to wpływy do budżetu państwa. Dzięki takiemu mechanizmowi przedsiębiorca może kupować polski odpad do tej samej produkcji. Zaostrzenie przepisów spowoduje, że około 3/4 małych i średnich przedsiębiorców będzie musiało pożegnać się z prowadzoną działalnością gospodarczą. W Polsce nie ma niestety szarości – jest albo zakaz, albo nakaz – mówi Jerzy Ziaja.
Prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu ocenia, że w związku z tym od 2020 roku wielu przedsiębiorców będzie musiało zamknąć działalność. Przepisy nie gwarantują zagospodarowania około 20 milionów ton frakcji palnej, którą można by wykorzystać w energetyce.
– Aby rozwiązać problem przyszłościowo, należy przede wszystkim wprowadzić ekonomię w gospodarce odpadami. Ustawy, które są aktualne procedowanie, dotyczą nie tylko odpadów komunalnych, ale również złomu, żelaza, stali czy metali nieżelaznych, baterii czy zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Musimy wprowadzić takie przepisy, które będą ekonomicznie uzasadnione, zgodne z dyrektywami UE dotyczącymi gospodarki o obiegu zamkniętym. Chodzi o system oparty na współodpowiedzialności wytwórcy odpadu i przedsiębiorcy, który taki odpad może przetworzyć pod odpowiednim nadzorem emisyjnym. Teraz mamy system, który jest dziurawy jak durszlak, taki funkcjonuje wyłącznie w Polsce – podkreśla Jerzy Ziaja.
Nowelizacja ustawy o gospodarce odpadami wprowadza m.in. obowiązkowy monitoring składowisk odpadów, a także zakaz składowania ich dłużej niż przez rok. Z kolei ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska przyznaje jej inspektorom większe uprawnienia m.in. w zakresie kontrolowania wysypisk i transportu śmieci przywożonych do Polski zza granicy.
Ogólnopolskie referendum dotyczące wydatkowania środków na służbę zdrowia, skrócenie czasu oczekiwania na refundację leków, zrównanie składek wszystkich grup społecznych, a także powołanie Funduszu na rzecz Walki z Rakiem i Chorobami Rzadkimi – to kilka z 15 propozycji think- tanku Medycznej Racji Stanu odnoszących się do przyszłego kształtu systemu ochrony zdrowia. Te reformy powinny zostać wdrożone w ciągu najbliższych 5 lat – podkreślają eksperci. W działania na rzecz zreformowania systemu ochrony zdrowia zaangażował się też Kościół.
– Dostępność do specjalistów i diagnostyki to jedno z najpilniejszych wyzwań zdrowotnych. Kolejki są problemem, który najbardziej bezpośrednio dotyka Polaków. Do tej pory reformy w ochronie zdrowia były nakierowane na rozwiązania systemowe – to niezmiernie ważne, natomiast potrzebne są też takie rozwiązania, które odczują pacjenci, bo to oni są najważniejszym elementem w systemie. Druga ważna kwestia to brak kadr medycznych i średnia wieku osób, które pracują w służbie zdrowia. Musimy stworzyć takie rozwiązania, które zwiększą zasób kadr, zatrzymają odpływ lekarzy za graniczę czy – w przypadku pielęgniarek – do innych zawodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, Minister Zdrowia.
Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Polska Unia Onkologii i Instytut Studiów Politycznych PAN już dwa lata temu zwróciły uwagę na niedoszacowanie wyzwań zdrowotnych, czego jaskrawym przejawem był brak tej tematyki podczas wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Służba zdrowia w Polsce jest historycznie mocno niedofinansowana – po 1989 roku był to jeden z obszarów, który najbardziej niedomagał finansowo i nigdy nie był priorytetem dla żadnej z ekip rządzących. Z sondażu przeprowadzonego w styczniu przez Ipsos na zlecenie OKO.press wynika, że 56 proc. Polaków chciałoby zwiększenia publicznych wydatków na służbę zdrowia.
Klimat wokół ochrony zdrowia stopniowo się jednak poprawia, czego dowodzi m.in. expose premiera Mateusza Morawieckiego, w którym po raz pierwszy zdrowie zostało zaliczone do priorytetów polskiego rządu. Z początkiem roku weszła w życie ustawa, która przewiduje, że w tym roku nakłady na służbę zdrowia mają wynieść nie mniej niż 4,67 proc. PKB, a w kolejnych latach będą stopniowo wzrastać, aby w 2024 roku osiągnąć docelowy poziom 6 proc. PKB.
W kwietniu Minister Zdrowia Łukasz Szumowski zainicjował ogólnopolską debatę o systemie służby zdrowia, której celem jest wypracowanie rozwiązań na kolejnych 15–30 lat. Debata ma potrwać do wiosny 2019 roku i zostaną w nią zaangażowani wszyscy interesariusze: pacjenci, pracownicy i pracodawcy systemu ochrony zdrowia, eksperci i samorządy.
– Musimy rozmawiać o tym, w jaki sposób najbardziej racjonalnie wydawać pieniądze na zdrowie, tak aby pacjent odniósł największą korzyść i odczuł poprawę sytuacji. Tezy, które padają w trakcie debat, są bardzo ważne dla mnie jako Ministra, urzędnika, dlatego że pokazują, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Liczę, że cykl takich debat pozwoli na wypracowanie stanowiska, które wyznaczy długoterminowy kierunek zmian. Powinniśmy dążyć do tego, żeby system opieki zdrowotnej w Polsce nie był gwałtownie zmieniany przez kolejnych Ministrów. Mam nadzieję, że uda się to wypracować. Zdrowie nie jest miejscem na rewolucje, ale na poprawę ewolucyjną opieki nad pacjentem – mówi Minister Łukasz Szumowski.
Powołany przez Instytut Studiów Politycznych PAN, Polską Unię Onkologii i Kolegium Lekarzy Rodzinnych think- tank Medycznej Racji Stanu, który swą wiedzą wsparło interdyscyplinarne grono ekspertów, opracował „15 Tez dla Zdrowia”. Są tu propozycje m.in. ogólnopolskiego referendum dotyczącego wydatkowania środków na służbę zdrowia, skrócenia czasu oczekiwania na dostęp do innowacyjnych terapii, umożliwienia pozabudżetowego dopływu środków finansowych na ochronę zdrowia i zrównania składek wszystkich grup społecznych. Wśród rekomendacji znalazło się również większe wsparcie dla pacjentów cierpiących na choroby rzadkie, seniorów osób uczestniczących w programie walki z nadwagą i otyłością. Zdaniem ekspertów think-tanku Medycznej Racji Stanu kluczowe reformy powinny zostać przeprowadzone w ciągu 5 lat („Horyzont 2023”).
– Postulujemy m.in. powołanie Funduszu na rzecz Walki z Rakiem i Chorobami Rzadkimi, ponieważ trudno zgodzić się na to by – ludzie najbardziej dotknięci przez los pozostawali bez leczenia, w przypadkach, w których podjęcie terapii jest możliwe. Jednocześnie proponujemy konkretne rozwiązania, które mogą wspomóc budżet. Tych 15 tez poddajemy w tej chwili pod dyskusję, a na początku września przekażemy je zainteresowanym resortom, ponieważ prezentowane tu rozwiązania dotyczą nie tylko Ministerstwa Zdrowia, ale również Resortu Przedsiębiorczości i Technologii oraz Rodziny Pracy i Polityki Społecznej – mówi Anna Jasińska, rzecznik prasowy think-tanku Medycznej Racji Stanu.
Ogólnopolską debatę „Medyczna Racja Stanu – Tezy dla Zdrowia” objął patronatem ks. kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Jak podkreśla, dyskusja o przyszłym kształcie systemu ochrony zdrowia powinna odbywać się ponad podziałami.
– Kościół także powinien znaleźć swoje miejsce w tej debacie na miarę tego, na ile jest przygotowany do zajmowania się takimi sprawami. Kościół zawsze będzie wypowiadał się od strony przede wszystkim etycznej, także na tematy związane ze zdrowiem, z ochroną zdrowia i głosił prawdę piątego przykazania, które stoi na straży ludzkiego zdrowia. Kościół ma potężne narzędzie, jakim jest ambona. Kształtowanie świadomości ludzi dotyczącej własnego zdrowia, odpowiedzialności za drugiego człowieka, ale również narodowej solidarności w podejściu do tej tematyki – to jest nasza szansa i nasza nadzieja – mówi ks. kardynał Kazimierz Nycz.
Działalność nierejestrowa pomoże walczyć z szarą strefą i zwiększy przedsiębiorczość – ocenia Mariusz Rutke z Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach. Na rozwiązaniu skorzystają przede wszystkim drobni usługodawcy, np. prowadzący korepetycje, świadczący drobne usługi krawieckie i osoby, dla których działalność gospodarcza ma charakter dorywczy. Obecnie w większości działają w szarej strefie, bo nie są w stanie z osiąganych przychodów zapłacić składek ZUS. Przy działalności nierejestrowej, jeśli nie przekroczą limitu, takie osoby są zwolnione ze składek społecznych.
– Działalność nierejestrowa będzie ograniczała szarą strefę. Obecnie wiele osób obawia się prowadzenia działalności gospodarczej z uwagi na zbyt wysokie składki czy dużą ilość obowiązków, która z tego wynika, natomiast rynek usług drobnych, takich jak korepetycje, usługi szewskie, w moim przekonaniu wyjdzie z szarej strefy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Rutke, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.
Z raportu Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych wynika, że w 2018 roku szara strefa wyniesie 402 mld zł, czyli o 6 mld zł więcej niż rok wcześniej. Choć największą jej część stanowi działalność ukryta – nierejestrowane transakcje legalnie działających firm, to problemem jest też działalność nieformalna – usługi świadczone przez osoby, które nie prowadzą żadnych rejestrów. Działalność nierejestrowa, która została wprowadzona 30 kwietnia, może pomóc to zmienić.
– To rozwiązanie skierowane do drobnych usługodawców, którzy dziś w większości trafiają do szarej strefy, bo nie są w stanie z osiąganych przychodów zapłacić składek ZUS – wskazuje Mariusz Rutke. – Poza tym wiele firm będzie skłonnych współpracować z takimi osobami, które prowadzą działalność nierejestrowaną, ponieważ rachunki, które te osoby będą wystawiać, można wrzucić w koszty. Ktoś, kto współpracował z szarą strefą, nie będzie miał do tego dalszej motywacji, bo tego nie da się wrzucić w koszty, a rachunki z działalności nierejestrowanej jak najbardziej – tłumaczy.
Drobni przedsiębiorcy, jeśli skorzystają z przepisów o tzw. działalności nieewidencjonowanej, unikną obowiązku rejestracji działalności gospodarczej czy płacenia składek na ZUS. Nie muszą też płacić comiesięcznych (lub cokwartalnych) zaliczek na podatek ani prowadzić skomplikowanej działalności (wystarczy uproszczona ewidencja sprzedaży).
– Osoby te mają jeden obowiązek. Muszą prowadzić minimalną ewidencję zdarzeń gospodarczych, dlatego że po zakończeniu roku kalendarzowego będą musiały rozliczyć podatek dochodowy. To jest jedyny obowiązek, który ta osoba musi spełnić, ale w porównaniu do działalności gospodarczej jest to minimum – podkreśla Rutke.
Obowiązujące od końca kwietnia przepisy mogą też pomóc zwiększyć przedsiębiorczość. Osoby, które myślą o rozpoczęciu działalności gospodarczej zniechęcają liczne formalności: obowiązek rejestracji i ponoszenia kosztów. Dzięki działalności nierejestrowej będą mogli spróbować własnego biznesu.
– To taka firma na próbę. Można sprawdzić, czy biznes zadziała, czy produkty i usługi się sprzedadzą, a następnie zacząć prowadzić standardową działalność gospodarczą – mówi ekspert WSB.
Z działalności nierejestrowej mogą skorzystać osoby, których przychody z działalności nie przekroczą w żadnym miesiącu 50 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia (w 2018 jest to 1050 zł) i które nie prowadziły wcześniej działalności (lub ich firma została wykreślona z ewidencji przed 30 kwietnia 2017 roku).
– Limit 1050 zł wydaje się właściwy. Jeżeli dana osoba przekroczy ten limit, to w tym momencie założy działalność gospodarczą. Trzeba pamiętać, że 30 kwietnia został wprowadzony także 2,5-letni okres preferencyjnego ZUS-u. Przez pół roku przedsiębiorca nie płaci składek społecznych, a później płaci składki preferencyjne, natomiast nawet po przekroczeniu okresu 2,5 roku wejdzie tzw. mały ZUS – tłumaczy Mariusz Rutke.
Roboty coraz częściej znajdują zastosowanie nie tylko w przemyśle, lecz także w medycynie. Za nami są już pierwsze operacje wykonywane przez w pełni autonomiczne roboty. Opracowywane są także egzoszkielety, czyli robotyczne powłoki zakładane na ciało człowieka, wzmacniające siłę ludzkich mięśni. Wykorzystać je można przede wszystkim przy rehabilitacji. Naukowcy z Niemiec pracują nad nową generacją urządzenia, które wspierane będzie sztuczną inteligencją, a poszczególnymi elementami będzie można sterować za pomocą głosu.
Egzoszkielety to mechaniczne powłoki zakładane na ciało człowieka, które mają za zadanie wzmacniać mięśnie człowieka, przede wszystkim w trakcie rehabilitacji. Stosowanie tego rodzaju urządzeń jest coraz popularniejsze, także w Polsce. Urządzenia są coraz lżejsze, coraz lepiej dopasowujące się do ciała człowieka, a także wyposażone w coraz bardziej zaawansowane technologie. Naukowcy z German Research Center for Artificial Intelligence opracowują egzoszkielet nowej generacji, kontrolowany za pomocą głosu, a nie jak do tej pory – pilota.
– Zaprojektowaliśmy egzoszkielet przeznaczony do rehabilitacji osób po udarze. Ma on system silników elektrycznych firmy Maxon ze sterowaniem głosowym lub pozycyjnym – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marc Tabie z German Research Center for Artificial Intelligence.
W Polsce egzoszkielety rehabilitacyjne sprzedaje gliwicka firma Technomex. Urządzenia pomagają przede wszystkim osobom po udarze, po urazie rdzenia kręgowego, ze stwardnieniem rozsianym, ale również z wieloma innymi schorzeniami neurologicznymi. Sparaliżowany 17-latek z Gliwic, Michał Żołyński, dzięki egzoszkieletowi wziął udział w tegorocznej edycji Wings For Life World Run. Wykonanie dwóch okrążeń poprzedziły cztery lata żmudnej rehabilitacji, wspieranej robotycznym szkieletem.
– Egzoszkielet może działać w różnych trybach ćwiczeń. Przykładowo jeden z trybów polega na naśladowaniu ruchów jednej ręki przez drugą, czyli klasycznej terapii metodą naśladowczą, w której ręka zdrowa porusza rękę sparaliżowaną. W innym trybie fizjoterapeuta wykonuje określony ruch egzoszkieletu, który następnie można odtworzyć 10–20 razy dzięki napięciu mięśniowemu – wyjaśnia Marc Tabie.
Zastosowań tej technologii jest jednak więcej. Egzoszkieletowe kamizelki dostarczane przez amerykańską firmę Ekso Bionics są testowane w fabryce Forda na pracownikach fizycznych. Celem ma być odciążenie ich barków, a co za tym idzie – zmniejszenie liczby urazów związanych z pracą na linii montażowej. Urządzenie kosztuje około 6,5 tys. dol. i waży około czterech kilogramów. W 2016 roku Ford zanotował najniższe od lat statystyki obrażeń u pracowników na liniach montażowych.
Egzoszkielety znajdują także zastosowanie w wojsku. Amerykański koncern zbrojeniowy Lockheed Martin opracował urządzenie nowej generacji o nazwie Onyx, które wspomoże żołnierzy w ćwiczeniach i na polu walki. Robotyczne nogi wraz z pasem zwiększą siłę i wytrzymałość żołnierzy przy noszeniu ciężkiego sprzętu, zwiększą ich mobilność zwłaszcza w trudnym terenie, a także zredukują napięcie mięśniowe nóg. Urządzenie zostanie przetestowane na jesieni przez jeden z oddziałów amerykańskich sił zbrojnych.
Według Market Research Engine globalny rynek egzoszkieletów w 2024 roku ma osiągnąć wartość 2,5 mld dol. Prognozowane tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie 24 proc.
W dobie powszechnie dostępnego internetu oraz wszechstronnych urządzeń mobilnych praca zdalna, z każdego miejsca na świecie, jest już możliwa. Obecnie już ponad 60 proc. pracowników na świecie pracuje mobilnie, wykonując swoją pracę za pośrednictwem smartfonów, tabletów lub laptopów. Aplikacje mobilne do prowadzenia wideorozmów są coraz bardziej zaawansowane, a wkrótce będą mogły wykonywać tłumaczenia w czasie rzeczywistym czy prowadzić automatyczne transkrypcje.
– Nasze badania pokazują, że ponad 60 proc. pracowników firm na świecie pracuje mobilnie, nie tylko przy swoich biurkach, lecz także w terenie. Miejsce wykonywania pracy w tej chwili może być dowolne, gdziekolwiek się znajdujemy. Nasze aplikacje również znajdują się na smartfonach i tabletach, a pracownicy mogą się połączyć do korporacyjnego systemu wideokonferencyjnego poprzez urządzenia mobilne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Abramczyk, dyrektor ds. sprzedaży na Europę Wschodnią w Polycom.
Dzięki takim aplikacjom jak Skype, FaceTime czy Hangouts możemy rozmawiać ze znajomymi z drugiego końca globu niemal twarzą w twarz, bez żadnych opłat, za pośrednictwem smartfonów, które zawsze są pod ręką. Również coraz więcej pracodawców sięga po narzędzia pozwalające przeprowadzać wirtualne konferencje z pracownikami przebywającymi na całym świecie. Dzięki nim nie muszą się ograniczać do zatrudniania wyłącznie tych specjalistów, którzy zgodzą się dojeżdżać do fizycznego biura.
Ograniczenia terytorialne przestają być także przeszkodą dla samych pracowników, którzy mogą podjąć współpracę z pracodawcą z innego miasta lub kraju, komunikując się z nim wyłącznie za pośrednictwem wideokonferencji.
– Bardzo dużo młodych osób wchodzących na rynek pracy, przyzwyczajonych jest do korzystania z wideokonferencji w życiu prywatnym i oczekuje takich samych narzędzi w swoim środowisku pracy. Firmy zderzają się tutaj z jednej strony z oczekiwaniami użytkowników, z drugiej strony z wymaganiami bezpieczeństwa i skalowalności zarządzania w firmie – zaznacza Jakub Abramczyk.
Mobilne aplikacje do wideokonferencji są coraz bardziej zaawansowane. Apple zapowiedziało już dodanie grupowego wideoczata (do 32 osób) do swojej popularnej aplikacji FaceTime. Coraz większą popularność zyskują także mobilne kamery do prowadzenia wideokonferencji. Kompaktowa kamera Logitech Connect pozwala na prowadzenie grupowych wideorozmów w jakości 1080p, pracuje na baterii przez trzy godziny i zapewnia łączność Bluetooth.
W stacjonarnych systemach wideokonferencyjnych wdrożono już pomyślnie takie funkcjonalności, jak automatyczne transkrypcje przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji czy integrację z asystentem głosowym Amazon Alexa. Technologie są dostępne np. na platformie GoToMeeting firmy LogMeln. Polycom natomiast pracuje nad wdrożeniem do swoich systemów wideokonferencyjnych technologii automatycznego tłumaczenia w czasie rzeczywistym. Kwestią czasu jest pojawienie się tych technologii także w aplikacjach mobilnych.
– Na pewno era smartfonów i mobilności bardzo mocno wpływa na rynek wideokonferencyjny. Przede wszystkim mamy dużo większą liczbę użytkowników, którzy są zainteresowani tymi połączeniami, bardzo dużo osób korzysta w życiu prywatnym z technologii wideokonferencyjnych i chcą w ten sam sposób komunikować się w pracy – przekonuje ekspert.
Według badań przeprowadzonych przez Transparency Market Research wartość światowego rynku urządzeń do wideokonferencji wzrośnie do 2026 roku do 10,5 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,9 proc.
Ponad 10 mld zł wpływów do Krajowego Funduszu Drogowego zapewnił przez siedem lat funkcjonowania elektroniczny system poboru opłat drogowych od kierowców. viaTOLL jest jednym z najbardziej efektywnych finansowo systemów w Europie, ale i najbardziej skomplikowanych. Obejmuje sieć 3660 km dróg, 964 bramownic rozmieszczonych w całym kraju, a zarejestrowanych jest w nim blisko 1,2 mln pojazdów. Od listopada br. pieczę nad nim przejmie publiczny podmiot – Główny Inspektorat Transportu Drogowego, który zastąpi dotychczasowego operatora, firmę Kapsch.
– System viaTOLL jest akceptowany przez kierowców, podobny do innych systemów europejskich w sąsiednich państwach. Czechy, Austria i Białoruś mają podobne, oparte o tę samą technologię. Po początkowym okresie, w którym była to nowość dla polskich kierowców, system uzyskał pełną akceptację, jest w pełni rozpoznawalny i nie stwarza żadnych problemów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services, operatora systemu.
Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych funkcjonuje od siedmiu lat – wystartował dokładnie 1 lipca 2011 roku. W tym czasie łączne wpływy z viaTOLL do Krajowego Funduszu Drogowego przekroczyły 10 mld zł; obecnie system zarabia średnio 5,4 mln zł dziennie. Te środki są przeznaczane na modernizację i budowę nowych dróg. Aktualnie w systemie poboru opłat viaTOLL zarejestrowanych jest prawie 1,2 mln pojazdów, a sieć obejmuje ponad 3660 kilometrów dróg.
Jak podkreśla dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services, polski system poboru opłat jest jednym z najbardziej ekonomicznych w Europie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że stawki opłat drogowych są jednymi z najniższych, a koszty operacyjne stanowią zaledwie 16 proc. wpływów (1,6 mld zł w trakcie siedmiu lat jego funkcjonowania). System działa przez 24h/dobę, siedem dni w tygodniu i 365 dni w roku bez chociażby przerw technicznych i co istotne – jest niemal w 100 procentach szczelny.
viaTOLL to skomplikowane przedsięwzięcie na ogromną skalę. Zajmuje się nim 180 osób, dodatkowe 440 pracuje w części odpowiedzialnej za manualny pobór opłat, a operator współpracuje dodatkowo z 200 firmami podwykonawczymi. System składa się z 964 bramownic rozmieszczonych w całym kraju i systemu informatycznego działającego na 200 serwerach, w którym każdego roku rejestrowanych jest ponad 900 mln rekordów. Każdego dnia Kapsch składa do GDDKiA 23 różne raporty finansowe, a wszelkiego rodzaju dokumentów związanych z systemem do tej pory Dyrekcja zatwierdziła już ponad 1,5 tys.
– Zbudowaliśmy najwięcej systemów poboru opłat w Europie. Wymogi, które postawił przed nami polski rząd, były najwyższymi z możliwych. Tylko nieliczni byliby w stanie im sprostać – przypomnę, że ostatecznie na krótkiej liście były tylko dwa startujące podmioty. To nie dziwi, ponieważ Skarb Państwa chciał zabezpieczyć w jak największym stopniu swój interes. Te wymogi udało nam się spełnić, zbudowaliśmy grupę pracowników unikalną pod względem kompetencji w skali całego kraju – mówi Marek Cywiński.
Jak podkreśla, regularnie przeprowadzane badania pokazują, że polscy kierowcy są zadowoleni z funkcjonowania systemu viaTOLL. To m.in. zasługa rozbudowanej obsługi klienta – w Polsce funkcjonuje ponad 200 takich punktów, czynnych 24 godziny na dobę.
– Pod tym względem jest to również system unikalny w stosunku do innych systemów europejskich, gdzie dostępność kanałów obsługi klienta nie jest tak powszechna jak w Polsce. O to również zadbał zamawiający – mówi Marek Cywiński.
Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych viaTOLL siedem lat temu zastąpił karty opłaty drogowej (winiety). Z systemu obowiązkowo muszą korzystać kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t. Utrzymaniem systemu – na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, zajmuje się spółka Kapsch Telematic Services, której kontrakt wygasa pod koniec tego roku.
– To rozwiązanie korzystne z punktu widzenia finansowania infrastruktury drogowej. Poprzedni system był na tyle niewydolny, że pieniądze zbierane z poboru opłat w systemie winietowym były prawie w całości konsumowane jako rekompensata przejazdów ciężarowych przez autostrady koncesyjne. Ten system zbierał około 800 mln zł rocznie. W tej chwili przychody z 3,6 tys. km dróg to prawie 2 mld zł rocznie. Wartość przychodów i skuteczność poboru opłat jest większa, również udział przewoźników zagranicznych w finansowaniu polskiej infrastruktury drogowej jest większy, niż był wtedy – mówi Marek Cywiński.
Jak poinformował minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, w toku są prace nad opracowaniem nowego systemu poboru opłat na drogach krajowych od samochodów, których masa przekracza 3,5 tony. Pieczę nad nim przejmie publiczny podmiot – Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD), który po 2 listopada br. zastąpi dotychczasowego operatora. Aktualnie trwa szkolenie pracowników i przekazywanie systemu, w tym roku nie są spodziewane już jakiekolwiek zmiany w jego funkcjonowaniu.
Na każdym etapie rozwoju biznesu przedsiębiorca powinien szukać solidnego wsparcia merytorycznego, jak i finansowego na zewnątrz firmy. Nawet w najcięższej sytuacji warto mieć sprawdzonego partnera, który podejdzie do problemów przedsiębiorcy indywidualnie i kompleksowo – podkreślają eksperci rynku finansowego.
W I kwartale 2018 roku liczba upadłości i restrukturyzacji polskich firm wyniosła 213, czyli o 13 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017 roku – podaje COIG (Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej). Szacuje się, że tylko 1/5 zakładanych dzisiaj firm przetrwa dwa pierwsze lata działalności. Dlaczego tak się dzieje?
Główne przyczyny to niewystarczający kapitał przy zakładaniu działalności, zbyt mała wiedza o skomplikowanych przepisach podatkowych, aspektach prawnych i źródłach pozyskiwania dofinansowania. Do tego często dochodzi do utraty płynności finansowej. Czasem jedynym rozwiązaniem w takiej sytuacji pozostaje ogłoszenie upadłości gospodarczej. -mówi Marta Sewerynek-Otwinowska, ekspertka z Move On Finance.
Na czym polega upadłość likwidacyjna?
O upadłości gospodarczej mówimy kiedy firma jest całkowicie niewypłacalna. W znaczeniu prawnym jest to procedura ułatwiająca wierzycielom działania w sytuacji, w której dłużnicy nie są w stanie lub nie chcą spłacić długów.
Przykładem takiego rozwiązania jest ogłoszenie upadłości likwidacyjnej, kiedy roszczenia wierzycieli zaspokajane są ze środków pochodzących ze zbycia majątku przedsiębiorstwa upadłego. Wtedy też osoba prowadząca działalność gospodarczą przestaje ją prowadzić, ale jednocześnie zwolniona jest z opłacania składek do ZUS-u.
-komentuje Marta Sewerynek-Otwinowska.
Kompromis zamiast bankructwa, czyli upadłość układowa
Podczas gdy upadłość likwidacyjna wiąże się z całkowitym zamknięciem firmy, upadłość układowa kładzie większy nacisk na dążenie do zawarcia układu dłużnika z wierzycielami i może zapobiec całkowitemu zamknięciu firmy. Jest to bardziej skomplikowana procedura, która bazuje na prawie restrukturyzacyjnym – mówi Marta Sewerynek-Otwinowska, ekspertka z Move On Finance. Na szczęście przepisy restrukturyzacyjne zmieniły się na korzyść prowadzących działalność gospodarczą – dodaje.
Wzrost ceny benzyny i oleju napędowego jest prostą konsekwencją wzrostu cen ropy naftowej. To jedyny produkt potrzebny do rafinacji w celu wytworzenia tych paliw. Kiedyś ceny gazu płynnego były mocno związane z ruchami baryłki ropy, tak jak benzyna czy olej napędowy. W ostatnich latach – ze względu na nadprodukcję gazu na rynkach światowych i większą podaż niż popyt – ta bliska relacja cen słabnie. To dobra wiadomość dla konsumentów.
– Wzrosty cen ropy naftowej i w konsekwencji także oleju napędowego i benzyny niekoniecznie muszą powodować wyższe ceny LPG, czyli autogazu na stacjach benzynowych – powiedział serwisowi eNewsroom Sylwester Śmigiel, prezes Gaspol Energy– Spodziewamy się, że różnica, którą obserwowano do tej pory przy cenie 4,5 zł, będzie się teraz jeszcze bardziej powiększała. Efektywność ekonomiczna używania LPG jako napędu samochodów wzrośnie.Brakuje wiedzy na temat tego, jak w takiej sytuacji zachowa się fiskus. Zawsze istnieją tendencje, aby opodatkować paliwa. Mówi się o pewnych daninach na rzecz Skarbu Państwa. Należy jednak wierzyć w roztropność władzy i w to, że nie narzuci takich podatków, które spowodowałyby, że gaz płynny przestanie być opłacalny. Przy dzisiejszych trendach opłacalność jazdy na autogazie będzie jeszcze większa – podkreślił Śmigiel.
Klaster LifeScience Kraków wraz z Partnerami zapraszają na konferencję Life Science Open Space, która odbędzie się w dniu 11 października 2018 roku, w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie.
Life Science Open Space 2018 to otwarte Forum Współpracy i Innowacji dla Zdrowia i Jakości Życia. Impreza adresowana jest do osób reprezentujących wszystkie dziedziny nauki, biznesu i administracji, zainteresowanych technologiami, innowacjami, otwartych na współpracę lub szukających partnerów do rozwoju przedsięwzięć, których celem jest poprawa zdrowia i jakości życia.
W programie konferencji znajdą się:
prezentacje możliwości i ofert współpracy w ramach projektów naukowych i biznesowych, takich jak rozwój technologii, innowacje produktowe, procesowe, organizacyjne, czy marketingowe
wyzwania odnośnie niezaspokojonych potrzeb, problemów do rozwiązania i nowych idei kierowane do środowiska innowatorów i wynalazców zdolnych podjąć się zadań w zamian za nagrodę,
giełda pracodawców, talentów i ofert pracy w sektorze life science,
sesja prezentacji StartUpów Pitching,
networking i biznes mixer.
Konferencja Life Science Open Space oceniana jest jako unikalne wydarzenie, na którym w jednym miejscu i czasie spotyka się wyłącznie osoby z nastawieniem na wspólne działania. Wierzymy, że tegoroczna edycja, będzie równie udana jak poprzednie i przyniesie wymierne korzyści wszystkim uczestnikom.
Szczegółowe informacje o konferencji: http://lsos.info/. Udział w wydarzeniu jest bezpłatny.
Zapraszamy do zgłaszania propozycji prezentacji (abstraktów), które wpisują się w ramy tegorocznych sesji tematycznych: Digital Health, Druk 3D, Telemedycyna, Sztuczna inteligencja, Nanotechnologie, MedTech, Innowacyjny Szpital, Nowoczesna diagnostyka i terapia, Nowe technologie i urządzenia medyczne, Aktywne i zdrowe życie, Badania nad rozwojem leków, Zdrowy dom i biuro, Kosmetologia, Biogospodarka, Nowoczesne, zrównoważone rolnictwo, Zdrowa żywność i żywienie.
Prezentacje muszą dotyczyć jednej z pięciu kategorii współpracy: WYZWANIE, OPEN INNOVATION, DEMO, STARTUP, KARIERA.
W trakcie Life Science Open Space są do zdobycia 3 nagrody w kategoriach:
# 1: Najlepszy przykład praktycznego podejścia do otwartej innowacji # 2: Najciekawsza oferta współpracy # 3: Najlepsza prezentacja biznesowa
informacje dla prezenterów znajduje się na stronie wydarzenia: www.lsos.info.
Ilość prezentacji jest ograniczona. Wszystkich chętnych zapraszamy do kontaktu!
Konferencja Life Science Open Space
11 października 2018 Lokalizacja: Centrum Konferencyjne ICE w Krakowie
Zapraszamy na stronę wydarzenia i do rejestracji: https://lsos.info/
Udział jest bezpłatny
Dostępne obecnie dane o stanie gospodarki realnej oraz opinie pozyskane od członków KIG pozwalają szacować, że eksport w maju 2018 wyniósł 17 214 mln EUR. Zwiększył się więc w stosunku do wartości notowanych dla kwietnia o 0,2%, w stosunku zaś do wielkości notowanych przed dwunastu miesiącami wzrósł o 2,5%. Wielkość eksportu odnotowana dla czerwca może okazać się wyraźnie wyższa w stosunku do notowanej w maju.
Wyniki eksportu w maju są zazwyczaj ściśle uzależnione od notowanych w kwietniu. Jeśli w czwartym miesiącu roku mamy silne odreagowanie w dół – po doskonałym marcu – to w maju notowane jest pokaźne odbicie wyników w górę. Jeśli natomiast korekta kwietniowa jest umiarkowana, to wzrosty majowe są raczej symbolicznych rozmiarów. Oczywiście jest to w znacznej mierze odzwierciedlenie różnic w czasie pracy pomiędzy wzmiankowanymi miesiącami (i terminu w jakim przypadają Święta Wielkanocy).
W bieżącym roku korekta kwietniowa eksportu przybrała raczej symboliczne rozmiary, maj powinien więc przynieść sprzedaż eksportową niemal tych samych rozmiarów co w poprzednim miesiącu. Będzie to jednak rozkład odmienny od notowanego przed rokiem. W konsekwencji pogorszeniu uległa roczna dynamika sprzedaży eksportowej z 8,6% w kwietniu do 2,5% w maju.
Słaba dynamika roczna sprzedaży eksportowej w maju i jednocześnie bardzo dobra w kwietniu, to po części efekt nietypowej bazy z roku ubiegłego. Wyniki maja rok temu prezentowały się nadzwyczaj dobrze, kwietnia zaś zostały przyjęte z rozczarowaniem. Czerwiec najprawdopodobniej przyniesie kontynuację huśtawki wyników – roczna dynamika sprzedaży eksportowej mocno wzrośnie w okolice 8% i będzie przyjmowana jako zaskakująco wysoka.
Oczekiwane zmiany eksportu
2018
2019
Eksport ogółem
7,2%
7,5%
Niemcy
7,6%
7,9%
Pozostałe kraje strefy euro
6,9%
6,7%
Kraje UE nie będące w strefie euro
7,3%
7,4%
Pozostałe kraje rozwinięte
7,5%
8,0%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej
12,0%
11,0%
Kraje rozwijające się
3,0%
6,5%
Główną walutą rozliczeniową dla polskiego eksportu pozostaje euro. W maju złoty osłabił się wobec euro o 2,1% do 4,2820 i okazał się równocześnie o 1,9% słabszy niż przed rokiem. Osłabienie majowe nie jest czymś zwyczajnym i tym razem miało u swego podłoża przede wszystkim globalny wzrost ryzyka politycznego. W jego wyniku sytuacja finansowa eksporterów ze względu na kurs uległa poprawie. Wypada podkreślić, że w maju złoty okazał się słabszy niż przed rokiem po raz pierwszy od przeszło roku. Poprawiła się też sytuacja eksporterów rozliczających sprzedaż w dolarach. W maju złoty osłabił się w stosunku do dolara – o aż 5,8% do 3,6183. Po tej zmianie złoty był już o zaledwie 5,0% mocniejszy niż przed dwunastoma miesiącami (w kwietniu skala aprecjacji wynosiła jeszcze 13,6%).Według Narodowego Banku Polskiego w pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku eksport wyniósł 68 578 mln EUR i okazał się o 5,6% większy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Według sprawozdawczości prezentowanej przez Główny Urząd Statystyczny eksport wynosząc w okresie I – IV 2018 r. 70 000 mln EUR okazał się wyższy niż przed dwunastoma miesiącami o 5,0%.
Zgodnie z aktualnymi założeniami co do stanu światowej i polskiej gospodarki w latach 2018 – 2019 można oczekiwać zwiększenia naszej sprzedaży ze 198,8 mld EUR w roku 2017 do odpowiednio 213,1 mld EUR (o 7,2%) w roku 2018 oraz do 229,2 mld EUR (o 7,5%) w roku 2019.
Grupa Murapol w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku sprzedała blisko 1,8 tys. mieszkań, czyli o ok. 12 proc. więcej niż w analogicznym okresie ub.r. Cel sprzedaży na cały 2018 rok zakłada 3,7 tys. lokali mieszkalnych. W pierwszym półroczu 2018 roku Murapol przekazał klientom 378 mieszkań. Zakładając kulminację przekazań w drugiej połowie roku, cel na cały br. zakłada przekazanie klientom 2,6 tys. lokali, co oznacza wzrost o ponad 120% w stosunku do poziomu z 2017 r. Biorąc pod uwagę założone plany sprzedaży oraz przekazań mieszkań, zarząd spółki Murapol oczekuje osiągnięcia relacji skonsolidowanego długu netto do skonsolidowanych kapitałów własnych w Grupie na poziomie poniżej 0,6x na koniec 2019 roku.
SPRZEDAŻ
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku Grupa Murapol sprzedała 1798 lokali mieszkalnych, w tym 1422 na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych. W samym drugim kwartale łączna sprzedaż wyniosła 872 lokale mieszkalne.
Plan sprzedaży na cały br. zakłada łącznie 3,7 tys. mieszkań, co oznacza wzrost w stosunku do sprzedaży w 2017 roku w wysokości 3,6 tys. mieszkań.
PRZEKAZANIA
W pierwszym półroczu br. Grupa Murapol przekazała 378 lokali mieszkalnych. Cel na cały 2018 rok to przekazanie klientom i rozpoznanie w wyniku finansowym 2,6 tys. mieszkań, co oznacza wzrost o ponad 120% w stosunku do poziomu wypracowanego w 2017 roku w wysokości 1,15 tys. mieszkań.
WPROWADZENIE DO OFERTY
Strategia Grupy zakłada konsekwentne umacnianie pozycji rynkowej dzięki stałemu poszerzaniu oferty dostępnych w sprzedaży lokali mieszkalnych. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. Grupa wprowadziła do sprzedaży 2191 mieszkań powstających w 13 projektach inwestycyjnych, m.in. w dwóch warszawskich inwestycjach – Murapol Osiedle Natura oraz Murapol Osiedle Praskie, a także Murapol Parki Krakowa, Murapol Zielone Bulwary we Wrocławiu, Murapol Nowy Poznań czy Murapol Apartamenty Trzy Stawy w Katowicach.
LICZBA MIESZKAŃ W BUDOWIE
Na zakończenie pierwszego półroczna 2018 roku, portfel projektów w budowie Grupy Murapol obejmował 6236 lokali mieszkalnych powstających w 36 projektach.
Analizując założone plany przedsprzedaży oraz cele dotyczące przekazań mieszkań, zarząd Murapol S.A. oczekuje osiągnięcia relacji skonsolidowanego długu netto do skonsolidowanych kapitałów własnych w Grupie na poziomie poniżej 0,6x na koniec 2019 roku.
Nikodem Iskra, prezes zarządu Abadon Real Estate S.A.
– Ostatnie lata działalności to dynamiczny wzrost działalności Grupy Murapol, osiągnięty dzięki wypracowanemu know-how oraz skutecznemu zagospodarowaniu niszy rynkowej zidentyfikowanej dzięki przeprowadzonym wnikliwym analizom rynku mieszkaniowego. Obrany model biznesowy zakłada dywersyfikację geograficzną, koncentrację na segmencie popularnym oraz optymalizację struktury oferty produktowej. Ponadto nowy zarząd firmy Murapol wdrożył politykę uproszczenia struktury finansowania i wzmacniania struktury bilansu, a jednym z elementów tego procesu była sprzedaż aktywów nieoperacyjnych. W bieżącym roku porządkujemy także strukturę i skład organizacji co pozwoli nam jeszcze efektywniej wykorzystywać nasz wewnętrzny potencjał. – mówi Nikodem Iskra prezes zarząd Murapol S.A. – Patrząc w przyszłość zakładamy zrównoważony rozwój w zakresie zarówno poziomu produkcji mieszkań, jak i wielkości oferty handlowej, co zapewni nam posiadany portfel projektów w budowie i jego systematyczne, ale rozważne rozbudowywanie. – dodaje Nikodem Iskra.
Grupa Murapol do tej pory komunikowała tego rodzaju informacje jedynie w treści raportów okresowych, a w interwałach półrocznych informowała o wybranych wstępnych szacunkowych jednostkowych i skonsolidowanych danych finansowych.
Spółka począwszy od drugiego kwartału 2018 roku zmienia sposób komunikacji z rynkiem poprzez wdrożenie praktyki raportowania informacji operacyjnych przekazywanych periodycznie do publicznej wiadomości, w sposób analogiczny do identyfikowanej w tym zakresie dominującej praktyki rynkowej dla emitentów z sektora deweloperskiego, w interwałach kwartalnych. Działanie to jest wynikiem zaistnienia identyfikowalnych istotnych rozbieżności pomiędzy postrzeganą przez rynek, a rzeczywistą sytuacją Grupy Murapol. Publikowane kwartalnie dane sprzedażowe, pozwolą inwestorom ocenić w sposób prawidłowy rzeczywistą sytuację Grupy Murapol i prowadzoną przez nią na bieżąco działalność deweloperską oraz zachodzące zmiany w tym zakresie.
W przyszłym tygodniu zostanie opublikowane kilka ważnych informacji, które mogą w dużej mierze wpłynąć na notowania poszczególnych walut. Pierwsze ważniejsze dane zostaną opublikowane dopiero we wtorek. W nocy poznamy australijską koniunkturę w przemyśle wg NAB. Natomiast o godzinie 9:30 brytyjski bilans handlowy.
Środa będzie emocjonująca, szczególnie dla Kanady. Jednak jako pierwsze przyjadą dane z Australii – optymizm konsumentów wg. Westpac. O 9.00 odbędzie się spotkanie członków ECB. Z kolei dopiera na godzinę 15.00 zaplanowano publikację kanadyjskich stóp procentowych.
Czwartek będzie najciekawszym dniem dla inwestorów na rynku amerykańskich obligacji. Z USA napłyną informacje na temat inflacji CPI. Na ostatni dzień sesji zaplanowano jedynie jedną publikację z USA – indeks nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan.
Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii
Źródło: Admiral Markets
Kanada – stopy procentowe
Publikacja kosztu pieniądza została zaplanowana na 11 lipca na godzinę 15:00. Z 81,2 procentowym prawdopodobieństwem zostaną podniesione o 25 punktów bazowych. Rynek praktycznie w pełni wycenił możliwą podwyżkę, dlatego zmiana stóp procentowych nie doprowadzi do dużego ruchu na parach walutowych z dolarem kanadyjskim. Większym zaskoczeniem byłoby pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie.
Źródło: Bloomberg
Stany Zjednoczone – inflacja
Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.
Ostatnie podwyżki stóp procentowych tylko na chwile zatrzymały wzrost inflacji, aktualnie po raz kolejny zaczęła rosnąć. Inflacja zostanie opublikowana 12 lipca o godzinie 13:30. Jest na co czekać.
Źródło: Admiral Markets
Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.
Instrument do obserwacji – WIG 20
Ostatnie kilka miesięcy dla kupujących było trudne, wszystko spowodowane globalną wyprzedażą na rynkach wschodzących. Ostatnie odbicie również było bardzo mizerne, ale jest światełko w tunelu. Jeżeli kupującym uda się przebić linię trendu spadkowego oraz strefę oporu w okolicy 2150 punktów, to strona kupująca otworzy sobie drogę do kontynuacji wzrostów w okolicę 2280 punktów. Zatem nie wszystko jest stracone. Z drugiej strony przebicie poprzedniego minima 2052 punktów da sprzedającym zielone światło do odwiedzenia psychologicznego poziomu 2000 punktów.
dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, kierownik studiów podyplomowych Creative Leaedership
Współczesne przywództwo coraz wyraźniej odchodzi od pojmowania władzy jako narzędzia kontroli, a kieruje się w stronę świadomego wpływu, opartego na odpowiedzialności i relacjach. W tym kontekście warto przyjrzeć się głębiej, czym jest przywództwo w biznesie, rozumiane jako proces wewnętrznego rozwoju i świadomego kształtowania kultury organizacyjnej.
Dwight Eisenhower twierdził, że miarą dobrego przywództwa jest przekonanie ludzi do robienia tego, czego chce lider. Jednak nie dlatego, że zostają do tego zmuszeni, ale dlatego, że sami tego chcą. To znak, że nie każdy, kto posiada władzę, jest jednocześnie przywódcą, a o charyzmie lidera mogą wypowiedzieć się jego podwładni, nie on sam – wyjaśnia dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, kierownik studiów podyplomowych Creative Leadership. Jak efektywnie i twórczo zarządzać zespołami na Uniwersytecie SWPS.
Na temat tego, w jaki sposób wyłaniają się liderzy, specjaliści dyskutują od lat. Główny spór toczy się na linii psychologii społecznej i psychologii osobowości. Reprezentanci pierwszego nurtu uznają, że na to, czy w konkretnym człowieku ujawnią się cechy przywódcze, wpływają sytuacja i okoliczności. Z kolei psychologia osobowości podaje, że to właśnie osobowość predestynuje konkretne osoby do objęcia liderskich pozycji lub też znacznie im to ułatwiaja. Do lat 50. XX wieku za najbliższą prawdy uznawano koncepcję great man in history, którą stworzyli psychologowie osobowości. Jednak brak konsekwentnych uwarunkowań i zależności w wynikach badań doprowadził do jej zarzucenia. Po wielu latach nastąpił powrót do tej koncepcji, dzięki użyciu metaanaliz, na które składa się suma wyników badań realizowanych w danym obszarze, potwierdziły, że osobowość ma znaczącą rolę w zdobywaniu pozycji przywódcy. Należy jednak mieć na uwadze, że nie jest to proces przyczynowo-skutkowy, a jedynie korelacja.
Cechy lidera – czyli jakie?
Z badań wynika, że cechami ułatwiającymi objęcie przywództwa są inteligencja, męskość, ekstrawersja, otwartość, sumienność oraz dominacja. Wszystkie te cechy wspólnie pomagają w zdobywaniu pozycji lidera. Szczególnie dwie z nich zasługują na wyjaśnienie. W przypadku dominacji obserwatorzy często mylą ją z kompetencją. Ma na to wpływ sposób, w jaki dominujące osoby wypowiadają się: z przekonaniem, często głośniej. Męskość z kolei traktowana jest tu bardzo stereotypowo i odnosi się do postawy wyrażającej zdecydowanie. Nie oznacza to, że kobiety nie mogą lub nie chcą stawać się liderkami – wręcz przeciwnie. Muszą jednak zmierzyć się ze społecznym oczekiwaniem, któremu trudno sprostać, że liderem mogą zostać osoby posiadające przymioty stereotypowo utożsamiane z męskością.
Kiedy potrzebujemy lidera?
Kiedy grupa rozrasta się na tyle, że pojawia się potrzeba objęcia konkretnych ról, ktoś naturalnie przejmuje rolę lidera lub jest do tej funkcji wybierany. W jaki sposób sobie z nią radzi? Psychologowie wyróżniają najczęściej dwa style zarządzania: autokratyczny (zadaniowy) i demokratyczny(społeczny). Styl autokratyczny jest niekiedy postrzegany negatywnie, zwłaszcza w organizacjach czy zespołach, w których wartością jest wspólne podejmowanie decyzji. Jak wskazują kolejne metaanalizy badań styl demokratyczy (społeczny) zdecydowanie skuteczniej podnosi satysfakcję z pracy, zadowolenie z lidera i motywacje podwładnych niż styl zadaniowy. Na produktywność grupy jednak oba style wpływają podobnie. A styl autokratyczny jest szczególnie skuteczny w 2 skrajnych przypadkach: w warunkach sprzyjających liderowi, który dobrze zna swój zespół i może pozwolić sobie na zadaniowy tryb pracy, a także w sytuacji bardzo mu niesprzyjającej, kiedy np. przywódca został wyłoniony w wyniku konfliktu. W tym przypadku skoncentrowanie na zadaniu i jego realizacji wysyła do grupy sygnał, że oto jej członkowie znaleźli się pod skrzydłami profesjonalisty. Naturalnym wyborem, kiedy przywódca napotka na problemy relacyjne z zespołem, jest demokratyczny styl zarządzania. Jest często preferowany ze względu na próbę łagodzenia zastanej sytuacji i przekonanie, że dobrze rozumiejący się i zaprzyjaźniony ze sobą i z liderem zespół będzie działał lepiej. Badania pokazują jednak, że nie jest to najlepsze rozwiązanie.
Niektórzy psychologowie społeczni wyróżniają także trzeci styl zarządzania: charyzmatyczny. To on okazuje się być najbardziej efektywny. Taki lider to rzadkość. Działający w ten sposób menadżer potrafi wzbudzać w swoim zespole entuzjazm, przy jednoczesnym stawianiu wysoko poprzeczki i głębokim przekonaniu, że jego podwładni poradzą sobie z powierzonymi zadaniami. Charyzma jest tu rozumiana jako rodzaj szczególnej relacji między liderem a zespołem. Aby konkretny model zarządzania określić mianem stylu charyzmatycznego, niezbędna jest uważności na innych ludzi, chęć dostrzegania ich potencjału i stałe przekazywanie informacji zwrotnych o rozwoju. Lider charyzmatyczny to taki, który głosi przesłanie, posiada dalekosiężną wizję i wie, jak doprowadzić zespół do jej realizacji.
Przywództwo i władza – to nie to samo
Dlaczego więc, znając dobrze możliwe style zarządzania i wiedząc, jak wdrożyć je w codzienną pracę z zespołem, wielu menadżerów nie radzi sobie ze swoją rolą? To efekt zmian w zachowaniu i postrzeganiu rzeczywistości, które powstają na skutek posiadania władzy. Tak samo jak sytuacja może stworzyć dobrych liderów, potrafi także kształtować złych przywódców. Władza i podwładność pozostają ze sobą w dynamicznej współzależności i proporcje, jakie przybiorą, wpłyną na to, w jaki sposób zarówno zespół, jak i lider, będą ze sobą funkcjonować.
Pomiędzy władzą i podwładnością
Już samo wyobrażenie sobie sytuacji, w której mieliśmy nad kimś władzę, lub wręcz przeciwnie – silnie odczuwaliśmy, że wykonujemy jedynie polecenia, wpływa na aktywowanie tego, co badacze nazywają władzą lub podwładnością. Z badań jasno wynika, że osoby z aktywizowaną władzą są w stanie o wiele szybciej podejmować decyzje, choć nie zawsze opierają się na wystarczającej liczbie danych, myślą bardziej abstrakcyjnie i dostrzegają znacznie mniej czynników uniemożliwiających wykonanie zadania. Pozostawanie, nawet przez chwilę, w pozycji władzy, uruchamia system dążenia, który wyzwala z kolei funkcje wykonawcze. Te skomplikowane terminy oznaczają w praktyce, że takie osoby są o wiele bardziej zmotywowane do działania.
Z kolei uczucie podwładności działa zupełnie odwrotnie. Uruchamia się system unikania, który upośledza funkcje wykonawcze. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacjach, w których lider wyraźnie wskazuje na podległą rolę swoich podwładnych. W efekcie menadżerowie odnoszą wrażenie, że ich zespół jest niekompetentny, a wchodzące w jego skład osoby nie myślą kreatywnie, działają wolno i popełniają błędy. W przeciwieństwie do zarządzających. Dlaczego i kiedy tak się dzieje? Odwaga w podejmowaniu ryzykownych kroków i zdecydowanie w działaniu to efekt zmiany postrzegania rzeczywistości, którą wywołuje posiadanie władzy. To także wynik z jednej strony mniejszych ograniczeń, a z drugiej możliwości gospodarowania zasobami według własnej oceny. Osoby z władzą w mniejszym stopniu kierują się ograniczeniami, a większym możliwościami wynikającymi z jej posiadania.
Oddać władzę i pozostać liderem
Kluczowym momentem w procesie kształtowania się dobrego lub złego lidera jest to, czy zechce poznać perspektywę, ograniczenia, możliwości i motywacje swoich podwładnych. Niestety menadżerowie często dystansują się od swoich zespołów, a w efekcie nie są w stanie osiągnąć celów, które zostały przed nimi postawione. Im bardziej władczy okazuje się być lider, tym bierniejsi są jego podwładni. Zmotywowanie grupy do działania wymaga od przywódcy nie tyle jeszcze mocniejszego wejścia w rolę silnego przełożonego, co oddanie zespołowi części odpowiedzialności, ale też korzystania z możliwości jakie wynikają ze sprawowanej w tym zakresie władzy. Wówczas również podwładni poczują satysfakcję, którą na co dzień odczuwają liderzy.
dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, kierownik studiów podyplomowych Creative Leaedership. Jak efektywnie i twórczo zarządzać zespołami, Uniwersytet SWPS
Fundusze z ekspozycją na polski dług są jednymi z najlepiej radzących sobie w tym roku. W sytuacji nagłych zawirowań na rynkach finansowych, z jakimi mieliśmy do czynienia od początku roku, polska gospodarka, a więc i rynek długu, wyglądają obiecująco – solidny wzrost gospodarczy, utrzymujące się niskie stopy procentowe. Stąd bardzo dobre wyniki funduszu IPOPEMA Dłużny SFIO, który od początku roku zyskał 2,09%, a w czerwcu okazał się liderem rynku z pozytywnym wynikiem 0,74%.
– Na bardzo dobry wynik w minionym miesiącu złożyły się w głównej mierze inwestycje w krajowe obligacje skarbowe o średnim i długim terminie do wykupu oraz inwestycje w obligacje zmiennokuponowe i indeksowane inflacją. Globalne ryzyka nie miały znaczącego wpływu na krajowy rynek papierów skarbowych, co pomogło w uzyskaniu wysokich wyników inwestycyjnych – potwierdza Mariusz Zaród, zarządzający funduszem.
IPOPEMA Dłużny SFIO inwestuje głównie w Polsce, okazjonalnie w portfelu znajdują się papiery z państw Europy Środkowo-Wschodniej, jak np. Węgier, Turcji czy Rumunii. Historycznie jednak udział zagranicy nie był zbyt wysoki, a zarządzający wybierał wyłącznie papiery denominowane w twardej walucie, zabezpieczając jednocześnie ryzyko walutowe.
Stopy zwrotu IPOPEMA Dłużny SFIO od początku działalności należą do najwyższych w grupie porównawczej. Choć fundusz działa od 3 lat – do tej pory niezmiennie plasuje się w czołówce. Przez okres 36 miesięcy dał zarobić inwestorom ponad 13%. Pozytywne perspektywy potwierdza zarządzający: W perspektywie najbliższych miesięcy pozostajemy pozytywnie nastawieni na polski rynek długu. Sprzyjać temu powinna ograniczona podaż obligacji skarbowych oraz inflacja utrzymująca się stale poniżej celu NBP i to w szczycie cyklu koniunkturalnego. Polski dług wspiera bardzo dobra sytuacja budżetowa, a pierwsze podwyżki stóp procentowych możemy zobaczyć dopiero w 2020 r. Sprzyjające czynniki lokalne sprawiają, iż polski dług pozostaje relatywnie odporny na globalne czynniki ryzyka – mówi Mariusz Zaród.
Graphic S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem i zarządzaniem nieruchomościami oraz prowadzeniem projektów inwestycyjnych, zmieniła nazwę na Wolfs Technology Fund S.A. Zmiana nazwy jest związana z realizowaniem działalności w nowych obszarach biznesowych.
Wolfs Technology Fund S.A. (dawniej Graphic S.A.) otrzymała postanowienie Sądu o zarejestrowaniu zmiany Statutu obejmującej zmianę nazwy. Spółka koncentruje się obecnie na prowadzeniu projektów inwestycyjnych w segmencie deweloperskim w zakresie budownictwa mieszkaniowego. Zmiana nazwy pozwoli Emitentowi lepiej budować swoją rozpoznawalność wśród inwestorów oraz interesariuszy. Zarząd Wolfs Technology Fund S.A. jest zdania, że ostatnie działania w obszarze funkcjonowania Spółki są zgodne z przyjętymi kierunkami rozwoju oraz przełożą się długoterminowy wzrost jej wartości.
„Przez ostatnie kilka miesięcy intensywnie skupiliśmy się na wdrożeniu nowej strategii rozwoju przedsiębiorstwa i realizacji zamierzonych celów. Zmiana nazwy jest jednym z ważnych elementów tego procesu, dzięki któremu dalsze działania będą bardziej transparentne dla interesariuszy Spółki, tych obecnych, jak i przyszłych. Z pewnością przełoży się to także na zwiększenie rozpoznawalności marki, którą od kilku miesięcy sukcesywnie budujemy.” – wyjaśnia Michał Krzyżanowski, Prezes Zarządu Wolfs Technology Fund S.A.
W czerwcu br. Spółka podpisała dwie przedwstępne warunkowe umowy zakupu nieruchomości gruntowych zlokalizowanych w Gdyni, na których planuje zrealizować projekty deweloperskie. Pierwszy z nich to deweloperska inwestycja mieszkaniowa usytuowana w Gdyni Oksywiu, w bardzo ciekawej okolicy, o PUM na poziomie ok. 1.100 m2, która będzie obejmowała 15-16 mieszkań i minimum 16 miejsc postojowych w garażu. Drugi projekt deweloperski Wolfs Technology Fund S.A. zostanie zrealizowany w Gdyn, w dzielnicy Mały Kack. Emitent zamierza przeprowadzić deweloperską inwestycję mieszkaniową z widokiem na Gdynię o PUM sięgającym ok. 450 m2, obejmującą 7-8 mieszkań.
W maju tego roku Sąd zarejestrował podwyższenie kapitału zakładowego Spółki w drodze emisji 2.727.500 akcji serii D. Emisja akcji serii D została przeprowadzona w drodze subskrypcji prywatnej poprzez zaoferowanie WOLFS CORPORATION S.A. z siedzibą w Chorzowie łącznie 2.727.500 sztuk akcji zwykłych imiennych serii D po cenie emisyjnej wynoszącej 2,00 zł za akcję, a więc za łączną cenę 5.455.00,00 zł za wszystkie akcje, w zamian za wniesienie przez ten podmiot wkładu niepieniężnego poprzez przeniesienie własności zorganizowanej części przedsiębiorstwa spółki WOLFS CORPORATION S.A. W skład wniesionego przedsiębiorstwa wchodzi pięć nieruchomości położonych w Katowicach i Chorzowie.
Wraz ze zmianą nazwy Spółki uruchomiona została również jej nowa strona internetowa. Jest ona dostępna pod następującym adresem – www.wolfstechfund.com
Nie od dziś wiadomo, że zawód informatyka, a szczególnie programisty jest jednym z najbardziej opłacalnych. Sprawdziliśmy zarobki informatyków w pierwszym kwartale 2018. Wynika z niego, że programistom żyje się i żyć będzie naprawdę dobrze z racji dużego zapotrzebowania na specjalistów z tej dziedziny. Ukazuje je raport przygotowany przez No Fluff Jobs, czyli czołowego portalu z ogłoszeniami o pracę dla pracowników IT.
Czym tak naprawdę zajmuje się programista? To pytanie zadaje sobie wielu z nas. Przede wszystkim taka osoba może tworzyć aplikacje lub strony internetowe. Osoba, która włada Javą, JavaScript, .NET, Phytonem czy PHP może liczyć na naprawdę dobre wynagrodzenie. Według raportu wynagrodzeń informatyk może zarobić średnio 11000 złotych brutto w przypadku umowy o pracę lub 12000 zł netto, jeśli zdecyduje się na kontrakt B2B, czyli wystawianie faktur za zrealizowane zadania.
Najbardziej opłacalne technologie
Zgodnie z danymi przedstawionymi w raporcie No Fluff Jobs w przypadku regularnego zatrudnienia najbardziej opłacalną technologią jest Angular ze średnią wysokością zarobków na poziomie 12000 złotych brutto. Angular to napisany w języku JavaScript, tak zwany otwarty framework, czyli platforma umożliwiająca tworzenie aplikacji mobilnych i internetowych. Z kolei w przypadku rozliczeń B2B, najwięcej zarobią programiści tworzący w oparciu o technologię Spring – szkielet tworzenia aplikacji w języku Java, którzy średnio mogą liczyć na 15000 złotych netto. W jednym i drugim przypadku, niezależnie od formy kontraktu, na podium znalazła się Java, która dotychczas królowała w zestawieniach. Osoby specjalizujące się w tej technologii zarobią niewiele mniej. Średnia zarobków dla programistów Java w zatrudnionych w ramach umowy o pracę to 11500 zł brutto, a w przypadku kontraktów B2B to 14250 zł netto.
Programowanie tylko dla ekspertów, czy dla każdego?
„ Nie da się ukryć, że na rynku pracy IT potrzeba przede wszystkim osób z dużym doświadczeniem, co przekłada się oczywiście na ich zarobki. Z jednej strony jest to zrozumiałe, gdyż takie osoby są w stanie aktywnie uczestniczyć w realizowaniu projektów bez żadnego przeszkolenia, właściwie od momentu rozpoczęcia współpracy. Jednakże z drugiej strony jest to swego rodzaju błędne koło, ponieważ uniemożliwia rzeszy absolwentów zdobycie cennego doświadczenia biznesowego, wymaganego przez firmy. Dlatego właśnie No Fluff Jobs od jakiegoś czasu prowadzi akcję “Początki w IT bez ściemy!”, która oprócz popularyzacji zatrudnienia programistów stawiających pierwsze kroki w świecie IT, oferuje również dziesiątki materiałów pomocnych początkującym programistom.” – informuje Tomasz Bujok, CEO & Co-founder No Fluff Jobs.
Java dostępna dla każdego.
W powszechnym przekonaniu, nauka języka programowania, takiego jak Java jest bardzo trudna i długotrwała. Niekoniecznie jest to prawdą. Oczywiście wymagane są pewne predyspozycje takie jak umiejętność logicznego myślenia. Natomiast, podstawowe kompetencje niezbędne do rozpoczęcia pracy w tym zawodzie można zdobyć w trakcie kilkutygodniowych szkoleń, takich jak na przykład Bootcamp Java organizowany przez Kodołamacz.pl. Bootcampy pozwalają na zdobycie kompetencji w relatywnie krótkim czasie, dzięki czemu proces przebranżowienia się jest znacząco krótszy w porównaniu do tradycyjnych form szkolenia, takich jak na przykład studia podyplomowe.
„W trakcie bootcampów przygotowujemy uczestników do rozpoczęcia kariery na poziomie juniorskim. Program bootcampów, dobór technologii oraz narzędzi, a także warsztatowy charakter zajęć zostały sprofilowane pod kątem potrzeb rynku i kompetencji, które są obecnie najbardziej poszukiwane przez pracodawców.” – mówi Radosław Szmit, opiekun bootcampów Java i Fullstack w Kodołamacz.pl.
Praca w domu zamiast w biurze?
Coraz częściej słyszymy o pracy zdalnej, która szczególnie w przypadku osób zatrudnionych w branży IT, często jest wygodną alternatywą wobec pracy stacjonarnej. Programiści, którzy decydują się na wykonywanie swojego zawodu poza biurem mogą liczyć na około 8300 – 14000 złotych netto w przypadku kontraktu B2B i 11500 – 16000 zł brutto, jeśli mają umowę o pracę.
Kraków, Warszawa, a może Trójmiasto?
Wysokość zarobków w dużych miastach jest zbliżona i co ciekawe przenosiny do Warszawy nie zawsze stanowią w tym wypadku gwarancję wyższych zarobków. Wszystko zależy od specjalizacji oraz formy kontraktu. Jeśli chodzi o zatrudnienie na umowę o pracę, na stanowiskach seniorskich na najwyższe zarobki – średnio 15000 zł brutto – mogą liczyć osoby, które wybiorą pracę w Trójmieście. Warszawa ze średnią 14 000 zł jest na drugim miejscu, a po piętach depczą jej Kraków i Wrocław, gdzie średnia pensja na tych stanowiskach jest o tysiąc złotych niższa. Natomiast, w przypadku kontraktów B2B dla stanowisk seniorskich najwyższe średnie stawki oferowane są w Warszawie. Mowa tutaj o 14500 zł netto. Natomiast, tuż za stolicą znalazły się Kraków i Wrocław, gdzie analogiczne stawki są jedynie o 500 złotych niższe.
Wszystkie dane pochodzą z ogłoszeń o pracę zamieszczonych w portalu No Fluff Jobs w okresie od 1 stycznia do 31 marca 2018 roku. Próbę badawczą stanowiło 1886 ofert opublikowanych na portalu w danym okresie. Wysokość wynagrodzenia w przypadku umów o pracę w każdym przypadku jest kwotą brutto, natomiast w przypadku umów B2B zawsze jest kwotą netto na fakturę.
Obserwatorzy rynku nowych technologii przywykli już do tego, że największym rozgłosem cieszą się one we wczesnym okresie dojrzewania, kiedy ze świeczką w ręku należy szukać udanych implementacji i przemyślanych zastosowań. Podobny los spotkał analitykę Big Data, która doczekawszy się wielu udanych projektów zniknęła z nagłówków gazet, jednak w naszym życiu obecna jest jak nigdy dotąd – dyskretna i niezwykle skuteczna.
Analityka danych ma się dobrze pomimo RODO – nowych unijnych regulacji w obszarze danych osobowych, które miały zadać jej bolesny cios. O tym, że zostanie z nami na dobre świadczą chociażby wyniki badania przeprowadzonego niedawno przez WARC na grupie specjalistów ds. reklamy i marketingu z całego świata. W 2018 r. analityka wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów ma być priorytetem dla 59 proc. agencji i 55 proc. dużych przedsiębiorstw. Zdaniem Grzegorza Kosińskiego, prezesa Audience Network, firmy specjalizującej się w data consultingu, przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać patrząc na rynek z szerokiej perspektywy. – To, że RODO nie zatrzyma rozwoju Big Data, nikogo w zasadzie nie powinno dziwić. Wokół RODO jest wiele niedopowiedzeń, a przecież nowe prawo ma pomóc ujednolicić oraz doprecyzować przepisy dotyczące ochrony danych osobowych w Unii Europejskiej.Dane leżą u podstaw cyfrowej gospodarki, i żadne prawo, nawet najbardziej restrykcyjne, tego nie zmieni. Zarówno internauci, jak i firmy generują ich coraz więcej. Cyfrowe Informacje spływają na serwery ze wszystkich możliwych działów – od sprzedaży, przez obsługę klienta po transport i logistykę. Nieokiełznanie tych cyfrowych zasobów to poważne zaniechanie, podczas gdy ich monetyzacja dla współczesnych przedsiębiorstw jest jak wiatr w żagle – tłumaczy Kosiński. Jego słowa znajdują pokrycie w działaniach znanych marek, które czerpią z Big Data pełnymi garściami.
Sztuczna inteligencja nakręca sprzedaż kawy
Weźmy na przekład międzynarodową sieć kawiarni Starbucks, która łącznie posiada ponad 25 000 tysięcy lokali i obsługuje tygodniowo około 90 milionów transakcji. Za sprawą aplikacji mobilnej, z której korzysta już ponad 17 milionów właścicieli smartfonów i programu lojalnościowego obejmującego 13 mln aktywnych użytkowników, korporacja zaczęła gromadzić spore wolumeny jakościowych danych. Cała sztuka polega na ich umiejętnym wykorzystaniu i zdaje się, że Starbucks całkiem sprawnie ją opanował. Dzięki dwóm wspominanym wyżej kanałom przepływu cyfrowych informacji – programowi lojalnościowemu i aplikacji mobilnej – amerykański gigant zyskał wiedzę o preferencjach zakupowych swoich klientów, od ulubionych napojów po porę dnia, w której najczęściej składają zamówienia. Gdy taka osoba odwiedza dowolny lokal uzbrojony w nowoczesny point-of-sale system, już na wstępie jest ona identyfikowana poprzez smartfona tylko po to, by barista mógł zaproponować jej ulubioną kawę.
Takiego poziomu personalizacji nie doświadczymy w innych kawiarniach, podczas gdy w sieci Starbucks to zaledwie wierzchołek góry ludowej. Analizując historię zakupów, pogodę, porę dnia czy też ważne wydarzenia, takie jak np. urodziny lub święta publiczne, aplikacja mobilna zaproponuje użytkownikowi odpowiednie pozycje z menu. Nad całym procesem czuwa działający w chmurze obliczeniowej silnik sztucznej inteligencji, który w czasie rzeczywistym analizuje dziesiątki zmiennych. Te same dane wykorzystywane są przez Starbucks w komunikacji marketingowej. Na ich podstawie generowane są spersonalizowane oferty i mailingi reklamowe. Tymczasem, z punktu widzenia konsumenta, największym hitem jest wirtualny barista – nowa funkcja w aplikacji mobilnej, która pozwala na dokonywanie zamówienia poprzez komendy głosowe lub wiadomości tekstowe – za ich interpretację również odpowiada sztuczna inteligencja.
Zarząd sieci Starbucks pokłada ufność w danych do tego stopnia, że kieruje się nimi nawet w doborze lokalizacji dla nowych kawiarni. Działanie w oparciu o przeczucie musiało ustąpić logicznym kalkulacjom, a te dokonywane są poprzez Atlas – narzędzie do mapowania i analityki biznesowej opracowane przez firmę Esri. Przetwarza ono ogromne ilości danych, w tym położenie innych kawiarni, demografię czy natężenie ruchu, by ocenić potencjał lokalizacji i wpływ otwarcia w niej oddziału na okoliczne placówki Starbucksa.
Wrocław z patentem na zwyciężanie
Nadzieję w Big Data położył również Wrocław i szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Miasto stu mostów otrzymało prestiżowy tytuł European Best Destination 2018 zostawiając w tyle Pragę, Paryż, Barcelonę i Amsterdam. Zwycięstwo umożliwiła mu internetowa kampania reklamowa oparta o profile behawioralne internautów i zaawansowaną analitykę danych. Efekty mówią same za siebie – za Wrocławiem opowiedziało się ponad 27,5 tys. osób, co stanowi 67 proc. wszystkich głosów oddanych w konkursie.
Zespół Audience Network, który odpowiadał za kompleksowy zakup mediów i targetowanie reklam, przeprowadził dokładną analizę profili osób odwiedzających serwisy wroclaw.pl oraz visitwroclaw.eu. Zdiagnozowano w ten sposób najlepiej konwertujących internautów i na podstawie utworzonych profili behawioralnych precyzyjnie określono grupę docelową, do której skierowano internetową kampanię reklamową. – Jeśli firma chce poznać, kim naprawdę są jej klienci, przygotowanie w ten sposób profili behawioralnych jest ku temu najlepszym sposobem. Na podstawie takich analiz można nie tylko docierać z reklamą internetową do osób o zbliżonej charakterystyce, lecz również tworzyć lub optymalizować całe strategie marketingowe marek – tłumaczy Marcin Filipowicz, wiceprezes Audience Network.
Aby rozszerzyć grono odbiorców, zespół Audience Network skorzystał z OnAudience.com, należącej do Cloud Technologies hurtowni anonimowych danych o internautach, która obserwuje kilkanaście miliardów urządzeń z całego świata, dokładnie analizując aktywność internetową ich użytkowników. Na podstawie opracowanej wcześniej analizy utworzono specjalny segment look-alike. Zawierał on profile osób o cechach najbardziej zbliżonych do określonej grupy docelowej, którym następnie wyświetlano reklamę w modelu programmatic buying. Obrana przez Audience Network strategia okazała się wyjątkowo skuteczna, o czym świadczy współczynnik konwersji przekraczający 60 proc. W kampanii wykorzystano również geotrapping, czyli kierowanie reklam do osób przebywających w konkretnej lokalizacji. Bannery wyświetlano internautom, którzy w danej chwili znajdowali się w konkretnych punktach użyteczności publicznej we Wrocławiu: na rynku miasta, dworcu, lotnisku lub galeriach handlowych.
Doskonałym rozwiązaniem okazało się objęcie komunikacją marketingową Polaków przebywających za granicą. Polscy emigranci chętnie oddawali głosy na bliskie ich sercu miasto, przez co wskaźnik konwersji sięgnął w tej grupie 51 proc. Dotarcie do nich było możliwie dzięki zaawansowanym narzędziom do Big Data marketingu i jakościowym danym, które w kampaniach programmatic buying są nie do zastąpienia.
Nietypowe propozycje w kampanii Toyoty
Ciekawym wykorzystaniem nierozłącznego duetu – analityki Big Data i sztucznej inteligencji – może pochwalić się Toyota. Japoński producent samochodów wspólnie z agencją Saatchi & Saatchi zrealizował nietypową kampanię, w której podjął próbę zestawienia modelu Rav4 z ulubionymi zajęciami indywidualnych konsumentów. W tym celu nakarmiono Watsona, superkomputer stworzony przez IBM, tysiącem najpopularniejszych aktywności świata. Na liście znalazło się np. bieganie, gotowanie czy taniec. Przed sztuczną inteligencją postawiono niebanalne zadania – miała ona sparować najmniej pasujące do siebie zajęcia. Na podstawie utworzonych w ten sposób par powstało 300 unikalnych filmów, które marketerzy wykorzystali w działaniach reklamowych.
“Built to take your activities further” – brzmiało główne hasło kampanii, której celem było przedstawienie Toyoty Rav4, jako modelu skrojonego pod ludzi aktywnych. Jako element wspólny dla wszystkich spotów miało zachęcać odbiorców do rozwijania swoich zainteresowań i podejmowania nowych wyzwań. Kreacje poświęcone popularnym aktywnościom wyświetlano w oparciu o zainteresowania internatów. I tak na przykład oczom osób, których cyfrowe ślady w sieci wskazywały na zamiłowanie do pilatesu, ukazał się spot namawiający do osobliwego połączenia tej formy gimnastyki z cosplay (z ang. costume playing – zabawa w przebieranie za postaci z mangi, anime, komiksów, gier komputerowych i filmów): „Przebierz się za swoją ulubioną postać fikcyjną, a następnie wykonaj podstawowe ćwiczenia nie uraniając kropli potu tak, by nie zniszczyć makijażu i nie zdradzić swojej prawdziwej tożsamości”. Z kolei fanom sztuk walki przedstawiono kreację łączącą ich ulubioną aktywność z grillowaniem. „Przygotuj mięso na ogródkowego grilla używając technik walki wręcz. Zmiękcz kotlety schabowe ciosami karate” – brzmiało wyzwanie umieszczone w końcowej części klipu.
Chris Pierantozzi, dyrektor kreatywny w Saatchi & Saatchi uważa, że stworzeniem nietypowych kombinacji aktywności mógłby równie dobrze zająć się człowiek, jednak Watson popisał się nowym poziomem kreatywności, co pomogło zespołowi podejść do sprawy nieszablonowo. – Sztuczna inteligencja pomogła nam również w skalowaniu, ponieważ w krótkim czasie potrafi wymyśleć tysiące rozwiązań, podczas gdy człowiekowi zajęłoby to dużo dłużej. W przyszłości SI pozwoli nam na jeszcze większą personalizację. Na razie jesteśmy dopiero na początku tej drogi – stwierdził Pierantozzi.
Marcel Płoszczyński, Account Executive w inPlus Media
W marcu 2018 r. prokuratorzy otrzymali wytyczne: żądać surowych kar za przestępstwa gospodarcze i finansowe. Miesiąc później Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło program reform „Sprawiedliwość i bezpieczeństwo”, który jeszcze bardziej zaostrza sankcje grożące za przestępstwa popełnione w obrocie gospodarczym. Fałszerze faktur narażający Skarb Państwa na uszczuplenie znacznej wartości mają być karani podobnie jak gwałciciele i zabójcy.
Możliwie najsurowsze karanie
12 sierpnia 2016 r. Prokurator Generalny udzielił prokuratorom wytycznych „w sprawie zasad prowadzenia postępowań przygotowawczych w sprawach o przestępstwa finansowe popełniane na szkodę wielu pokrzywdzonych przy wykorzystaniu instrumentów finansowych oraz działalności bankowej”. Rok później, 10 sierpnia 2017 r., kolejne wytyczne Prokuratora Generalnego dotyczyły „zasad prowadzenia postępowań przygotowawczych w sprawach o przestępstwa związane z procederem wyłudzania nienależnego zwrotu podatku od towarów i usług (VAT) oraz innych oszukańczych uszczupleń w tym podatku”.
Przesłanie, jakie płynęło z obu wytycznych, sprowadzało się do tego, że prokuratorzy mają wnioskować o możliwie jak najsurowsze przewidziane kary. Prokurator Generalny nakazywał w nich m.in., by w sprawach wyłudzeń, których wartość przekracza 1 mln zł, a szkoda nie została naprawiona, prokuratorzy wnioskowali dla ich sprawców o karę bezwzględnego pozbawienia wolności.
Pozbawiać wolności bez zawieszenia
Na początku marca 2018 r. Prokuratura Krajowa poinformowała o przekazanych prokuratorom zaleceniach, aby przy sporządzaniu wniosków do sądów o wymierzenie kar za przestępstwa gospodarcze lub finansowe brali pod uwagę przede wszystkim wysokość wyrządzonej szkody. Prokuratorzy mają wnioskować o kary pozbawienia wolności w górnych granicach:
– 3 lata pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 200 tys. zł;
– 5 lat pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 1 mln zł;
– 7 lat pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 5 mln zł;
– 10 lat pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 10 mln zł.
Zgodnie z zaleceniem Prokuratora Krajowego „[z]asadą powinno być wnioskowanie o karę pozbawienia wolności bez warunkowego jej zawieszenia”.
Sprawiedliwość i bezpieczeństwo
Zaprezentowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości pod koniec kwietnia 2018 r. program reform pt. „Sprawiedliwość i bezpieczeństwo” zakłada kolejne obostrzenia kar za przestępstwa popełnione w obrocie gospodarczym, przede wszystkim – podniesienie progów wymiaru kar pozbawienia wolności za oszustwa VAT. Poza tym, jak głosi program zmian, „jednym z ważniejszych aspektów reformy jest wprowadzenie elastyczności kar. Dziś prawo wiąże prokuratorom i sądom ręce. Pozwala skazać za najpoważniejsze przestępstwa na kary: do 15 lat pozbawienia wolności, osobną karę 25 lat więzienia oraz dożywocie. Nie można więc wymierzyć np. kary 22 czy 27 lat więzienia, nawet gdyby była ona odpowiednia”.
Ministerstwo chce również wysokich kar dla łapówkarzy. Przyjęcie korzyści majątkowej powyżej 1 mln zł ma być zagrożone karą pozbawienia wolności od 3 do 20 lat. Resort chce też nadać większe kompetencje prokuratorom w zakresie spraw dotyczących tzw. ustawiania przetargów publicznych. W sprawach „budzących wątpliwości” prokuratura już nie będzie musiała czekać na złożenie zawiadomienia o nieprawidłowościach. Będzie miała prawo podejmować działania z urzędu.
Obowiązujące kary za fałszerstwa na wielką skalę, czyli takie, których wartość przekracza 10 mln zł, mają ulec uelastycznieniu. Obecnie wynoszą one od 5 do 15 lat pozbawienia wolności oraz 25 lat pozbawienia wolności. Po reformie sądy będą mogły wymierzać te kary w przedziale od 5 do 25 lat pozbawienia wolności. To przedział kar taki sam jak ten przewidziany za gwałt ze szczególnym okrucieństwem czy za porwanie dla okupu połączone ze szczególnym udręczeniem. Ciężej karane mają być już tylko przestępstwa, których skutkiem jest śmierć człowieka (do 30 lat pozbawienia wolności lub dożywocie).
Oczywiście potrzeba karania nieuczciwych przedsiębiorców czy zawodowych oszustów jest jak najbardziej uzasadniona. Niepokojące wydaje się jedynie, że sporządzenie fałszywej faktury ma być zagrożone karą wyższą niż przygotowanie do zabójstwa czy przyjęcie zlecenia zabójstwa (od 2 do 15 lat pozbawienia wolności).
Podsumowanie
Kierunek zmian prawa zaostrzający kary przestępcom gospodarczym pokazuje, że została im wypowiedziana otwarta wojna. W programie reform „Sprawiedliwość i bezpieczeństwo” zostało wyraźnie wskazane: „Zaostrzone dzięki Ministerstwu Sprawiedliwości kary dla oszustów VAT-owskich przyniosły nie tylko większe o dziesiątki miliardów przychody Skarbowi Państwa, ale też udowodniły, że surowe kary dają pożądany efekt”. Aby osiągnąć ten efekt, zrewidowano również doktrynę obowiązującego prawa – na naszych oczach przestaje obowiązywać, wyrażona w art. 58 § 1 Kodeksu karnego, zasada nieorzekania kar pozbawienia wolności w przypadku przestępstw zagrożonych karą pozbawienia wolności nieprzekraczającą 5 lat, jeśli inna kara lub środek karny mogą spełnić cele kary.
Księgowy, prawnik i doradca podatkowy – bez nich przedsiębiorcy będą się bać podejmować czynności w obrocie gospodarczym, w strachu przed np. wciągnięciem w wir karuzeli VAT. Zwłaszcza że za przestępstwo gospodarcze można stracić wszystko, nie tylko wolność. Zgodnie z art. 23 Kodeksu karnego skarbowego najwyższa grzywna, jaką może wymierzyć sąd, wynosi 720 stawek dziennych. W 2018 r. to równowartość 20 mln 160 tys. zł. Z kolei art. 44a Kodeksu karnego przewiduje całkowity przepadek przedsiębiorstwa służącego do popełnienia przestępstwa, z którego sprawca nawet pośrednio uzyskał korzyść majątkową znacznej wartości.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Amerykańskie zamówienia nie są tak złe jak sądzili analitycy. Euro dotarło do 4,40 zł, będąc najdroższe od 1,5 roku. Złoto po dużych spadkach odzyskuje trochę wartości.
Lepsze od oczekiwań dane z USA
Wczoraj poznaliśmy dane na temat zamówień na dobra w USA. Analitycy oczekiwali delikatnego spadku. Dane pokazały spadek mniejszy od oczekiwań. Jest to z jednej strony dobra wiadomość, bo odczyt jest lepszy niż to na co byli gotowi inwestorzy. Z drugiej strony spadek zamówień sugeruje, że coś niedobrego dzieje się w gospodarce. Przegląd danych cząstkowych pokazuje, że za sporą część spadków odpowiada przemysł samochodowy. Inwestorzy nie zareagowali jakoś szczególnie na te dane. Powodem może być dzisiejsze święto i wczorajsza skrócona sesja. 4 lipca jest bowiem w USA Dniem Niepodległości. Przed dniami wolnymi od pracy bardzo często inwestorzy nie chcą otwierać nowych pozycji inwestycyjnych w obawie jak się zachowa rynek podczas dnia wolnego.
Euro zawraca na 4,40
W poniedziałek euro, po raz pierwszy od końca 2016 roku, osiągnęło poziom 4,40 zł. Szczyty z tamtych czasów były mniej więcej 10 groszy wyżej, zatem jak widać obecne poziomy nie są niczym nadzwyczajnym, ale już teraz wielu analityków zadaje sobie pytanie, kiedy ten ruch się odwróci. Obecnie złotemu ciąży nie tylko sytuacja na świecie, ale również kolejne zamieszanie polityczne związane z polskim sądownictwem. Inwestorzy boją się sankcji unijnych, które miałyby już realny, a nie tylko wizerunkowy wpływ.
Złoto odbija się od dna
Złoto uchodzi za bardzo dobrą inwestycję na trudne czasy. Jednak, gdy na rynkach zaczyna dziać się lepiej, wielu inwestorów w poszukiwaniu lepszych stóp zwrotu rozgląda się za innymi inwestycjami. Wczoraj złoto przebiło minima grudnia zeszłego roku, osiągając tym samym najniższy poziom od niemal roku. Dzisiaj widzimy wzrosty, aczkolwiek dopiero kolejne dni pokażą nam czy to realne odbicie czy po prostu korekta w serii ostatnich spadków. Biorąc pod uwagę potencjalną eskalację konfliktu handlowego pomiędzy USA a Chinami może się okazać, że na rynkach znów zapanuje niepokój. To właśnie strach sprzyja wzrostom na złocie.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych. Ze względu na wspomniane święto w USA można spodziewać się mniejszej zmienności na rynkach.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Kryzys w niemieckiej koalicji, liczne problemy wewnętrzne Unii Europejskiej, a przy tym wsparcie dla amerykańskiego dolara w kontekście konfliktu handlowego na linii USA – Chiny osłabia nieco europejską walutę. Niemniej jednak według ekspertów Aforti Exchange – para EUR/USD utrzymuje się w trendzie wzrostowym, dając zapowiedź wsparcia dla popytu w lipcu 2018.
Jednocześnie warto wstrzymać się jeszcze z zamianą PLN na EUR, o ile w lipcu 2018 nie zostanie przekroczony poziom 4.38, co będzie jednoznacznym sygnałem do zakupu europejskiej waluty, zanim utrzymany zostanie szeroki trend wzrostowy. Podobnie sytuacja wygląda na parze USD/PLN – zakupu amerykańskiej waluty nie powinno się dokonywać przynajmniej do momentu odnotowania trwałego ruchu powyżej poziomu 3.78.
Pozytywne sygnały dochodzą również z rynku ropy – utrzymujący się w czerwcu 2018 trend wzrostowy tego surowca, przy utrzymaniu w lipcu poziomu 70.60 USD, będzie według ekspertów Aforti Exchange, zapowiedzią dalszych wzrostów na rynku ropy.
EUR/USD drugi miesiąc z zrzędu w silnym trendzie wzrostowym
Lokalne minimum w cenie 1.1650 okazało się wystarczającym wsparciem dla rynku. Zakończenie drugiego miesiąca z rzędu powyżej poziomu 1.1650 ma jednak dużo większe znaczenie – utrzymany został bowiem trend wzrostowy, co będzie wspierać popyt w lipcu. Wspomnieć należy również o 38.2-proc. zniesieniu poprzedniej struktury wzrostowej, która pokrywa się z okolicami poziomu 1.1650. Wszystkie te elementy zapowiadają większe odreagowanie rynku w okolice poziomu 1.1920.
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/USD w układzie miesięcznym
EUR/PLN – w lipcu wyhamowanie wzrostu wartości złotówki względem euro
zdecydowane pokonanie strefy 4.2910 – 4.3110 pokazuje jednoznacznie siłę wspólnej waluty. Niemniej trzeba pamiętać, że po tak zdecydowanym wybiciu, początek kolejnego miesiąca przynosi zazwyczaj sporego zasięgu korektę – dokładnie tak, jak miało to miejsce w czerwcu 2018, kiedy jego początek spowodował cofniecie o 0,05 zł, zanim doszło do docelowego ruchu w górę. Dodatkowo, w końcówce czerwca 2018 mieliśmy do czynienia z zatrzymaniem notowań na górnym ograniczeniu szerokiego kanału spadkowego, zatem będzie to kolejny czynnik hamujący dalszą aprecjację EUR.
Dopiero trwałe wybicie wspomnianego kanału spadkowego będzie wiarygodnym sygnałem na dalsze umocnienie wspólnej waluty. Do tego brakuje również trwałego ruchu powyżej poziomu 4.38, a dopóki notowania nie doprowadzą do jego pokonania, z zakupami EUR warto się wstrzymywać.
Tym samym, przekroczenie poziomu 4.38 w lipcu 2018 będzie sygnałem na test strefy 4.4230 – 4.45. Wtedy zakupy staną się konieczne, gdyż poza potwierdzeniem zanegowania wciąż aktualnego trendu spadkowego, potwierdzi się siła szerokiego kanału wzrostowego od marca 2010 roku, a to z kolei będzie premiowało długie pozycje w EUR w drodze na szczyt z listopada 2011 roku w cenie 4.50.
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie miesięcznym
USD/PLN – w oczekiwaniu na trwały ruzh powyżej poziomu 3,78
Aż 50-proc. zniesienie poprzedniej fali spadkowej (poziom 3.77) zatrzymało rynek po raz drugi. Zarówno na koniec maja jak i czerwca podaż wykorzystała okolice poziomu 3.77 do cofnięcia.
Z zakupami USD należy się zdecydowanie wstrzymać do momentu trwałego pokonania wspomnianego poziomu. Aktualnie nie zapowiada się bowiem większe cofnięcie niż w okolice poziomu 3.65.
Tym samym, trwały ruch powyżej poziomu 3.78 będzie sygnałem, że rynek będzie dążył do kolejnego oporu w cenie 3.87. Wtedy zakupy dolara amerykańskiego będą konieczne.
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie miesięcznym
ROPA nadal na fali wzrostów
Silny ruch wzrostowy w czerwcu 2018, a przy tym trwałe i zdecydowane pokonania poziomu 68.60 USD otwiera drogę do lokalnego minimum pierwszej fali wyższego rzędu na poziomie 78.80 USD, ograniczonego dodatkowo przez 61.8-proc. zniesienie poprzedniej struktury spadkowej na poziomie 79.40 USD. Trwałe pokonanie zakresu 78.80 – 79.40 USD będzie zatem bardzo trudne.
Źródło: Aforti Exchange – notowania ropy w układzie miesięcznym
Tym samym, z uwagi na bardzo wyraźne wzrosty w czerwcu 2018, lipiec może przynieść lokalną korektę na rynku, jednakże dopóki poziom 70.60 USD będzie się utrzymywał, scenariuszem podstawowym pozostają dalsze wzrosty na rynku ropy.
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Na mundialu chwila przerwy od emocji, podobnie powinno być w przypadku rynków finansowych, które zapewne będą spokojniejsze ze względu na święto w USA. Kibice czekają na piątkowe ćwierćfinały a inwestorzy na dane z rynku pracy USA oraz pierwszy dzień obowiązywania ceł na chińskie towary o wartości 34 mld USD.
Duża część inwestorów zaczęła się obawiać, że osłabienie CNY i tąpnięcie na giełdzie w Szanghaju mogą być wiązane z silnym odpływem kapitału. Jednak werbalne wsparcie dla waluty ze strony władz monetarnych przekładające się na drugi dzień wyraźnego umocnienia juana oraz wyraźnie lepszy od prognoz PMI dla usług Chin powinny nieco rozwiewać obawy. Wszelkie porównania do sytuacji z 2015 roku, gdy strach o perspektywy Chin i stabilność tamtejszego systemu finansowego są naszym zdaniem w znikomym stopniu uzasadnione. Przede wszystkim wynika to z faktu, że tamte turbulencje były pokłosiem błędów regulatorów, którzy najpierw dopuścili do powstania bańki spekulacyjnej na rynku akcji a potem nieudolnie walczyli ze skutkami jej pęknięcia. Teraz nic takiego nie ma miejsca, choć należy pamiętać, że skala długu jest poważnym problemem w systemie finansowym Państwa Środka. Jest to jednak problem długofalowy i stały element w bilansie ryzyk a nie nowy element rynkowej układanki, który nagle pojawia się i wywołuje szok.
Pierwsze oznaki uspokojenia nastrojów idą w parze z wyhamowaniem aprecjacji USD. Po wielotygodniowym rajdzie przed dolarem nie widzimy znacznego pola do umocnienia, bardzo dużo pozytywnych informacji jest już zdyskontowanych. Szansę na najtrwalsze i największe umocnienie ma naszym zdaniem funt. GBP/USD prawdopodobnie przy 1,3050 znalazł średnioterminowy dołek i powinien odrabiać 6 – proc. załamanie z drugiego kwartału. Sprzyjać temu będzie perspektywa podwyżki stóp na posiedzeniu Banku Anglii zaplanowanym na 2 sierpnia. Jeśli obawy o przyszłość Chin zostaną szybko rozwiane to na mocne odbicie mogą liczyć AUD i NZD. Średnio – i długoterminowe perspektywy obu walut nie są naszym zdaniem pozytywne (niska akrakcyjność odsetkowa i brak perspektyw na szybki wzrost stóp procentowych) a rynek potencjalne odbicie będzie pewnie wykorzystywał do odnowienia krótkiej ekspozycji. EUR/PLN powinien schodzić na zdecydowanie niższe pułapy, ale na razie rynkowi brakuje impulsu do wygenerowania wyraźnego ruchu. Zakładamy, że kurs kwartał kończyć będzie przy 4,30. W przypadku EUR/USD scenariuszem bazowym na najbliższe sesje jest stabilizacja w bezpiecznej odległości od dołków 1,1510. Drogę do 1,1850 zamyka cały czas 1,1730.
Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers
Kurs pary EUR/USD wczoraj wyhamował dotychczasowy trend spadkowy, kończąc dzień na lekkim plusie. Zmiana mogła zostać spowodowana przez inwestorów zamykających długie pozycje na dolarze amerykańskim przed dzisiejszym świętem niepodległości USA.
Wczorajsze dane ekonomiczne dla strefy euro były dość mieszane. Inflacja mierzona wskaźnikiem PPI (zmian cen dóbr produkcyjnych) podskoczyła z 1,9% w ujęciu rocznym w kwietniu do 3% miesiąc później. Zawiodła natomiast sprzedaż detaliczna. W maju dane liczbowe nie uległy zmianie, a miesiąc wcześniej doszło do spadku o 0,1% w ujęciu miesięcznym. W tym samym miesiącu dynamika zamówień na dobra trwałe w Stanach Zjednoczonych była nieco lepsza niż zakładano, co jednak nie przełożyło się na umocnienie dolara.
We wtorek jedną najlepiej radzących sobie walut była korona szwedzka. Kurs pary EUR/SEK spadł o ponad 1%, do czego przyczynił się optymizm szwedzkiego banku centralnego, który to okazywał podczas wczorajszego spotkania.
Niektóre waluty emerging markets, w tym złoty, doświadczyły wczoraj lekkiej poprawy, wspierane przez wyhamowanie aprecjacji dolara. Same ruchy kursów były jednak niejednorodne. Wczoraj umocnieniem zakończył dzień m.in. juan chiński, który w ostatnich dniach był jedną z najchętniej wyprzedawanych walut. W momencie, gdy kurs pary USD/CNY przekroczył psychologiczną barierę 6,70, Ludowy Bank Chin ogłosił, że z uwagą obserwuje rozwój sytuacji na rynkach finansowych, oraz że będzie się starał utrzymać kurs juana na stabilnym poziomie. Według doniesień Reutersa, kilka dużych banków znajdujących się we własności państwa dokonywało operacji na rynku międzybankowym, co miało wesprzeć chińską walutę.
Funt brytyjski skorzystał z chwilowego osłabienia dolara, dzięki czemu wczorajszy dzień w relacji do głównych walut zakończył na poziomie podobnym do tego z początku tygodnia. Indeks aktywności biznesowej PMI dla budownictwa dość zaskakująco podskoczył w górę, wzrastając w czerwcu do wartości 53,1 z 52,5 w poprzednim miesiącu. Jest to tym samym najwyższy poziom wskaźnika od 7 miesięcy. Dzisiejsze dane dla najważniejszego sektora – usług – również przyniosły pozytywne zaskoczenie, wspierając funta. Indeks wzrósł z poziomu 54 do 55,1 w czerwcu, obrazując wzrost aktywności w sektorze.
W środku dzisiejszego dnia warto będzie zwrócić uwagę na dzisiejszą wypowiedź członkini Banku Anglii, Victorii Saporty (12:55). Należy pamiętać, że w drugiej połowie dnia sesja na rynkach finansowych może być dość ograniczona, z uwagi na obchodzone dziś w Stanach Zjednoczonych święto niepodległości.
Prosta spółka akcyjna to pomysł, o który start-upy – zwłaszcza z branży technologicznej – wnioskują już od dłuższego czasu. To rozwiązanie było opracowywane jeszcze w Ministerstwie Rozwoju, obecnie prace nad nim kontynuuje Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Projekt ten spełnia wymagania środowiska. Mocno dzieli jednak doktrynę prawniczą, która w regulacjach dotyczących spółek prawa handlowego widzi potrzebę uporządkowania. Chodzi o wąski margines odchodzenia od pewnych kanonów rozwiązań, z którymi mamy do czynienia w kodeksie.
–Prosta spółka akcyjna ma ułatwiać funkcjonowanie firm, które nie mają potrzeby bycia spółkami osobowymi. Są to spółki kapitałowe, ale mają być bardziej elastyczne. To budzi najwięcej wątpliwości – powiedziała serwisowi eNewsroom Agnieszka Durlik, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej – Dotychczas spółki akcyjne postrzegano jako te o stabilnym charakterze, służące długotrwałej realizacji planów biznesowych, ewentualnie tworzone w celu zrealizowania konkretnej inwestycji. W start-upach chodzi o łatwe otwarcie i likwidację spółki.Ze względu na ryzyko typowe dla branży technologicznej – jest to zrozumiałe. Kwestia ta może więc wpłynąć na chęć wejścia w takie podmioty np. funduszy venture Capital – jeśli będą mogły szybko wycofać kapitał, ewentualnie rozwiązać kwestie dotyczące wierzytelności. Stosowane są także ułatwienia w zakresie wprowadzania do spółki kapitału, know-how, rozwiązań technologicznych, czy samej wiedzy i pracy tworzących ją osób. W przypadku nowego projektu prostej spółki akcyjnej może dojść do starcia nowoczesności z tradycją. Warto, aby oba środowiska nawiązały porozumienie. Dążąc do tego, żeby spółki technologiczne i start-upy mogły działać w formie spółek kapitałowych, należałoby zagwarantować jednocześnie bezpieczeństwo obrotu gospodarczego. Jeżeli zbyt daleko pójdziemy w uproszczeniach – może okazać się, że gwarancja, jaką z reguły dają spółki kapitałowe, nie będzie miała zastosowania w prostych spółkach akcyjnych – wskazała Durlik.
Około 30 proc. budżetu każdej firmy przeznaczonego na IT dotyczy oprogramowania. W przypadku dużych firm może to być nawet kilkadziesiąt milionów złotych rocznie. Tymczasem prawie jedna czwarta zakupionego oprogramowania nigdy nie będzie wykorzystana. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy badania o rynku zarządzania oprogramowaniem w Polsce przekonują, że liczba przeprowadzanych przez producentów oprogramowania audytów będzie rosła, a bez odpowiedniego know-how i specjalistycznej technologii nie da się tym obszarem skutecznie zarządzać. Tymczasem tylko 38 proc. firm w Polsce wdrożyło narzędzie dedykowane do zarządzania oprogramowaniem.
Software Asset Management (SAM), czyli zarządzanie licencjami oprogramowania jest istotnym elementem funkcjonowania obszaru IT w każdej firmie. – Dotyczy to szczególnie dużych przedsiębiorstw, ale nie tylko. Kancelarie prawnicze oraz małe biura projektowe korzystają ze specjalistycznego, bardzo kosztownego oprogramowania, którego licencjami muszą odpowiednio zarządzać – mówi Mariusz Ustyjańczuk, Dyrektor, Lider zespołu zarządzania oprogramowaniem w Deloitte.
Coraz częstsze audyty
Z analizy Deloitte wynika, że około jedną trzecią budżetu IT każdej firmy pochłaniają wydatki związane z oprogramowaniem. W przypadku dużych firm, na przykład banków, może to być kilkadziesiąt milionów złotych rocznie. Tymczasem okazuje się, że często są to pieniądze źle wydane. Z szacunków Deloitte wynika, że średnio 22 proc., czyli prawie jedna czwarta zakupionego oprogramowania nigdy nie zostanie użyta, a 58 proc. przedsiębiorstw płaci za wsparcie oprogramowania, z którego nie korzysta. Mechanizm ten działa również w drugą stronę – aż 68 proc. firm w Polsce korzysta z oprogramowania, na które nie ma wykupionej licencji. Tymczasem każdy z producentów oprogramowania może w dowolnym momencie zainicjować audyt, który ma pokazać czy dana firma korzysta z jego produktu w odpowiedni sposób. – Jeszcze siedem lat temu przeprowadzało je w Polsce 2-3 największych producentów oprogramowania. Obecnie takie praktyki stosuje już ponad dziesięciu i ta liczba będzie nadal rosła – mówi Mariusz Ustyjańczuk.
Brakuje czasu i ludzi
Jak pokazują dane Deloitte tylko 29 proc. firm przestrzega wszystkich warunków licencji oprogramowania. W ponad połowie (54 proc.) audyty wykazały luki w procesach SAM. Tylko jedna trzecia przedsiębiorstw po przeprowadzonym audycie zdecydowała się na transformację w zakresie zarządzania licencjami oprogramowania. – Firmy w Polsce nie tylko nie mają kontroli nad tym, co się dzieje z wykupionymi przez nich licencjami, ale też wciąż bardzo rzadko decydują się na zmianę w swoim podejściu, jeśli audyt wykaże nieprawidłowości. Tymczasem producenci oprogramowania mogą nakładać na firmy bardzo wysokie kary finansowe z tego tytułu, nie wspominając już o naruszeniu zasad bezpieczeństwa teleinformatycznego – mówi Piotr Polak, Menedżer, Zespół zarządzania oprogramowaniem w Deloitte.
To reaktywne podejście może być dla firm nieopłacalne zarówno pod względem finansowym, ale także czasowym. Aż 28 proc. ankietowanych przez Deloitte firm zadeklarowało, że na obsługę audytów zgodności licencyjnej musiało przeznaczyć w ciągu ostatniego roku od 60 do 120 dni roboczych. W przypadku 48 proc. było to od 20 do 60 dni. Proaktywne podejście pozwala znacznie skrócić ten czas.
Innym problemem są ludzie. Producenci oprogramowania dysponują wieloosobowymi zespołami, które zajmują się tylko monitorowaniem warunków licencyjnych poszczególnych produktów. Tymczasem w dużych firmach zazwyczaj są to dwie lub trzy osoby (58 proc. firm), a nierzadko tylko jedna (30 proc. respondentów). – Zarządzanie oprogramowaniem w przedsiębiorstwie wymaga stworzenia silnego zespołu o odpowiednich kompetencjach. Jedna lub dwie osoby nie są w stanie odpowiednio zarządzać licencjami oprogramowania, szczególnie, gdy mówimy o dużych firmach. Aż 96 proc. badanych przez nas menedżerów ocenia poziom świadomości w obszarze SAM w swojej firmie jako niski lub średni – wyjaśnia Piotr Polak.
Nie-SAM-odzielne firmy
Prawie połowa firm (46 proc.) przyznaje, że tylko niektóre procesy SAM zostały u nich zdefiniowane, a w 23 proc. opisane i zatwierdzone. W przypadku 15 proc. firm procesy te nie zostały formalnie lub w ogóle zdefiniowane. Aż 38 proc. ankietowanych przyznaje, że zgodność licencyjna w ich firmach jest weryfikowania jedynie w razie potrzeby. Tylko w co dziesiątej jest to proces ciągły. W przypadku 7 proc. czynności tej dokonuje się jedynie w razie audytu.
Na rynku istnieją technologie, które wspomagają zarządzanie oprogramowaniem. – Dzięki nim można przeprowadzić inwentaryzację posiadanego oprogramowania, raportować i analizować oraz zintegrować je z innymi systemami IT. Większość firm rozumie, że takie narzędzie jest pomocne nie tylko w przypadku audytu zleconego przez dostawcę oprogramowania – mówi Maciej Kożuszek, Starszy Konsultant, Zespół zarządzania oprogramowaniem w Deloitte.
Aż 84 proc. ankietowanych wśród korzyści wdrożenia narzędzia SAM wskazało na wsparcie w przeprowadzeniu zgodności licencyjnej i pomoc w redukcji kosztów. Nie zmienia to jednak faktu, że prawie dwie trzecie firm (62 proc.) wciąż z takiej technologii nie korzysta. Zdaniem ekspertów Deloitte będzie się to zmieniać i w ciągu trzech kolejnych lat większość firm w Polsce będzie posiadać narzędzie SAM. – Wpłynie na to rosnąca liczba producentów, którzy decydują się na przeprowadzanie audytów zgodności licencyjnej, skomplikowane warunki licencyjne oraz nieustanny rozwój technologii – przewiduje Mariusz Ustyjańczuk.
To czego można się spodziewać, to także wzrost zainteresowania outsourcingiem usług SAM. Trend jest już widoczny na Zachodzie i coraz częściej również w Polsce. Rodzime firmy, podobnie jak to się dzieje w innych krajach, będą korzystać z wiedzy i doświadczenia zewnętrznych ekspertów z obszaru SAM.
Giełdowy Indeks Produkcji stracił w czerwcu 7.76% osiągając wartość 927.87 punktów, czyli znacznie poniżej 1000 punktów, z którymi zaczynał na początku 2016 roku. Słaby złoty pozwolił wybronić się kilku eksporterom, jednak aż dwie trzecie spółek straciło na wartości.
Obawy ekspertów, przyglądających się uważnie kondycji polskiego rynku papierów wartościowych, spełniają się na naszych oczach. Giełdowy indeks produkcji pikuje. — Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest słaba kondycja naszego rodzimego rynku akcji, który bezlitośnie stacza się w kierunku bessy — uważa Maciej Zaręba z DSR, współtwórca indeksu. Jego słowa znajdują potwierdzenia w wynikach najważniejszych spółek notowanych na GPW. WIG od historycznego szczytu zanotowanego w styczniu 2018 roku do końca czerwca spadł o 19%. Podobnie a nawet gorzej, sytuacja wygląda na pozostałych indeksach. WIG20 od styczniowej górki stracił już 20.9%, mWIG40 znajduje się obecnie 18.0% niżej, a sWIG80 od marca ubiegłego roku stracił już 24.7%. — Za umowną granicę bessy uznaje się 20% spadek wartości, więc nasza rynek akcji jest już na skraju przepaści i wygląda na to, że przymierza się do zrobienia kroku naprzód — ostrzega Zaręba. Jego zdaniem Polskie spółki produkcyjne mocno odczuwają trudną sytuację na GPW i mimo solidnych bodźców wzrostowych płynących z fundamentów polskiego przemysłu, nie były one w stanie obronić się przed spadkami. —GIP60 od początku roku stracił już ponad 20% i należy uznać, że znajduje się obecnie w fazie bessy — dodaje ekspert.
Czerwiec to piąty miesiąc w tym roku, kiedy Giełdowy Indeks Produkcji traci na wartości. Tym razem spadku wartości doświadczyło aż 40 spółek, czyli aż 2/3 ogółu polskich spółek produkcyjnych notowanych w ramach GIP60, siedem spółek zakończyło czerwiec bez zmian wartości, a jedynie 13 spółek zanotowało w czerwcu wzrost. Tracił nawet Bioton (-20.7% m/m), który w ostatnich trzech miesiącach regularnie wygrywał ranking GIP60, ale dotkliwe spadki wartości w czerwcu dotknęły również inne spółki, które wcześniej przyniosły akcjonariuszom znaczny wzrost wartości akcji i przy nerwowej atmosferze na giełdzie, gracze postanowili skonsumować wcześniej wypracowany przyrost: CCC (-24.1% m/m), Famur (-18.0% m/m), Kopex (-17.7% m/m), Wielton (-15.2% m/m), Alumetal (-14.7% m/m), PGO (-14.5% m/m), Indykpol (-13.9% m/m), ES-System (-13.8% m/m), Apator (-13.1% m/m). Spółek które straciły w czerwcu ponad 10% jest aż 17.
Mabion, czyli innowacje lekiem na zło
Trzynastu spółkom udało się w tym czasie obronić swoją wartość, z czego trzy zanotowały wzrost wartości przekraczający 10%. Zakłady Azotowe Puławy z wynikiem 10.5% m/m znalazły się na najniższym stopniu podium czerwcowego rankingu GIP60. Drugie miejsce przypadło spółce CDRL, która urosła w czerwcu o 13.2%, a najlepszy wynik w czerwcowym GIP60 osiągnęła spółka Mabion (+14.0% m/m).
Mabion to polska firma biotechnologiczna, która została utworzona w celu wprowadzenia na rynek leków biotechnologicznych najnowszej generacji opartych na humanizowanych przeciwciałach monoklonalnych. Za tymi trudnymi terminami kryje się produkcja leków celowanych, a więc takich, które działają wybiórczo na komórki nowotworowe, a co za tym idzie, zapewniają lepszą skuteczność przy mniejszej toksyczności terapii. Duży nacisk na badania i rozwój pozwolił Mabionowi osiągnąć status spółki innowacyjnej, która z powodzeniem konkuruje na wielu zagranicznych rynkach. Mabion, podobnie jak inne spółki eksportowe, korzysta na osłabieniu złotego, które nabrało na intensywności od kwietnia tego roku. Do pozytywnych informacji płynących ze spółki można zaliczyć m.in. dofinansowanie rozbudowy centrum badawczo-rozwojowego na kwotę 63.25 mln zł, przyjęcie do oceny wnioski o pozwolenie na dopuszczenie do obrotu leku MabionCD20 przez Europejską Agencję Leków, a także komunikat o podjęciu rozmów z amerykańską Agencją ds. Żywności i Leków (FDA) w sprawie dopuszczenia leku MabionCD20 na terytorium USA.
Grupa CDRL, która w tym miesiącu może pochwalić drugim co do wielkości wzrostem, jest dystrybutorem odzieży dziecięcej, którą sprzedaje pod marką własną COCCODRILLO w Polsce i zagranicą. — W przypadku tej spółki czerwcowy wzrost wartości to tylko odbicie po gwałtownym spadku zanotowanym po ogłoszeniu wyników za pierwszy kwartał — tłumaczy Maciej Zaręba. Mimo wzrostu przychodów (+24.9% r/r) spółka zanotowała spadek zysku z działalności operacyjnej (-60.9% r/r) i stratę netto w wysokości 311 tys. zł przy 1.1 mln zł zysku rok wcześniej.
Zakłady Azotowe Puławy, które w czerwców zanotowały wzrost przekraczający 10%, prowadzą działalność w dwóch segmentach: produktów nawozowych oraz chemikaliów nie nawozowych. Połowa wytwarzanych przez nie produktów przeznaczona jest na eksport. Duży udział sprzedaży zagranicznej sprawia, że spółka dobrze znosi czasy, kiedy polska waluta znajduje się pod presją, jednak w czerwcu główną przyczyną wzrostu wartości była wypłacana w tym miesiącu dywidenda w wysokości 85.25 mln zł, co dało 4.46 zł na akcję.
Polski przemysł według GUS
Jak podaje GUS, produkcja sprzedana przemysłu po oczyszczeniu z wpływu czynników sezonowych wzrosła w maju o 7.4% r/r., a więc sytuacja wygląda jeszcze lepiej niż w kwietniu, kiedy wzrost wyniósł 6.8%. — Wynik ten można interpretować jako wyjątkowo wartościowy, ponieważ w zeszłym roku w maju było więcej dni roboczych, a wkład we wzrost miało szerokie spektrum branż sektora przemysłowego. Doskonałe wyniki przemysłu i budownictwa najprawdopodobniej przełożą się do podtrzymania wzrostu gospodarczego na poziomie 5%. — uważa Maciej Zaręba.
W maju przyspieszyła również dynamika wzrostu cen produkcji sprzedanej, co doprowadziło do tego, że ceny są już średnio 1.9% wyżej niż na koniec 2017 roku. Największy wkład na wzrost tej dynamiki miały surowce sprzedawane przez firmy wydobywcze, których ceny tylko w maju wzrosły o 2.5%, a obecnie są wyższe o 2.9% w porównaniu z końcem 2017 roku. Przyspieszyła również dynamika cen w przetwórstwie przemysłowym, które na koniec maja były o 2% wyższe niż pod koniec 2017 roku.
Przemysłowy optymizm zbliża się do końca?
Wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w sekcji przetwórstwo przemysłowe nieznacznie spadł z poziomu plus 16.8 w kwietniu do plus 15.7 w maju. Wskaźnik ten jest różnicą między odsetkiem przedsiębiorstw przemysłowych sygnalizujących poprawę koniunktury (w maju wyniósł on 22.4%), a odsetkiem przedsiębiorstw zgłaszających jej pogorszenie (6.7% w maju).
Najbardziej optymistyczne opinie dotyczące koniunktury płyną obecnie od producentów tworzyw sztucznych (plus 26.2) i producentów wyrobów farmaceutycznych (plus 23.0). Należy jednak pamiętać, że nawet w tych sektorach wskaźnik klimatu koniunktury spadł średnio o 2 pkt. Największy spadek nastrojów zanotowano w branży odzieżowej, która z poziomu plus 6.7 w kwietniu zanurkowała do minus 1.4 w maju. Nie zmienia to faktu, że wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury dla przedsiębiorstw przemysłowych utrzymał się na poziomie znacznie przewyższającym odczyty z ostatnich 10 lat, na którym utrzymuje się od początku tego roku.
Najaktualniejsze dane o nastrojach panujących w przemyśle podaje firma IHS Markit za pomocą wskaźnika PMI®, który zwykle jest ogłaszany na początku następnego miesiąca. Według tej firmy nastroje w produkcji w czerwcu w całej strefie euro spadły z 55.5 do 54.9 pkt., a więc ciągle znajdują się powyżej granicy 50 pkt., która oddziela nastroje optymistyczne od pesymistycznych. PMI® obliczony dla polskiego przemysłu wyniósł w czerwcu 54.2, co było odczytem wyższym niż w maju (53.3), a także wyższym od najbardziej optymistycznych prognoz.
Polska giełda strachu
Zła koniunktura na polskim rynku kapitałowym sprawia, że ceny akcji największych polskich spółek produkcyjnych pogłębiają przepaść między wycenami panującymi na GPW, a twardymi danymi, które od wielu kwartałów płyną z polskiego przemysłu. Rosnące napięcia w światowym handlu oraz zmiany stóp procentowych przez Fed niekorzystnie wpływają na wszystkie giełdy Europy Środkowo-Wschodniej, ale warszawski parkiet stał się wyjątkowo wrażliwy na wszelkie problemy zwiększające niepewność na globalnych rynkach akcji. Indeks WIG jest niżej o jedną piątą niż na początku roku i jest to najgorszy wynik w całym regionie, obok rosyjskiego RTS (-14.8%) i węgierskiego indeksu BUX (-12.4%).
Pocieszeniem może być w tej sytuacji chyba tylko fakt, że zwykle czerwiec jest najgorszym miesiącem na warszawskim parkiecie, a lipiec najlepszym. Ale wakacyjne miesiące, w których obroty są dalekie od rekordowych, wcale nie muszą przynieść ulgi inwestorom, zwłaszcza w sytuacji, kiedy niepewność na innych rynkach akcji jest na stosunkowo wysokich poziomach.
Cukrzyca typu 2 jest istotnym zagrożeniem dla zdrowia, które kiełkuje przez wiele lat i może, nawet od dzieciństwie. To, że już dziś jest się o co martwić, potwierdzają wyniki Ogólnopolskiego Programu Profilaktyki Cukrzycy typu 2 i Chorób Cywilizacyjnych PoZdro!, w ramach którego badaniami przesiewowymi objęto w sumie blisko 24 tys. uczniów w całej Polsce. We Wrocławiu okazało się, że nadmierną wagę ciała ma 20 proc. dzieci, a u 38 proc. stwierdzono niewystarczającą wydolność fizyczną.
Światowa Organizacja Zdrowia uznaje problem otyłości wśród dzieci za epidemię XXI wieku. Według informacji opublikowanych przez czołowy periodyk medyczny „The Lancet” od 1975 roku liczba otyłych dzieci wzrosła dziesięciokrotnie. W 2016 roku na całym świecie nadmierną wagę ciała miało ponad 300 mln dzieci i nastolatków, przy czym 124 mln borykały się z otyłością, która uznawana jest za chorobę. W Polsce, jak wynika z danych Instytutu Żywności i Żywienia, nadmierną masę ciała ma ponad 22 proc. uczniów gimnazjów i podstawówek. Według Instytutu Matki i Dziecka otyłość występuje u blisko 13 proc. ośmiolatków. Zdaniem ekspertów wynika to z rosnącej zamożności Polaków, negatywnego wpływu reklam oraz zmiany trybu życia na siedzący.
– Obserwujemy dwuwymiarowość życia społecznego. Z jednej strony jest to kult pracy, z drugiej duży konsumpcjonizm. Zniknęła instytucja podwórka, zarówno gimnazjaliści, jak i uczniowie szkół podstawowych spędzają mnóstwo wolnego czasu w mass mediach, co sprzyja rozwijaniu się nadwagi i otyłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Kohut, psycholog Programu PoZdro! Fundacji Medicover.
Otyłość w wieku szkolnym może mieć dramatyczne konsekwencje w przyszłości, prowadzi bowiem do rozwoju takich schorzeń jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu 2, choroby układu sercowo-naczyniowego i niektórych nowotworów. Efektem otyłości mogą być również wady postawy, zaburzenia miesiączkowania u dziewcząt oraz stłuszczenie i marskość wątroby. Nadmierna masa ciała ma także wpływ na stan psychiczny, ponieważ rodzi poczucie odrzucenia przez grupę, prowadząc nawet do depresji.
– Dzieci z nadwagą i otyłością spotykają się z ostracyzmem społecznym, dlatego niezmiernie ważne jest wzmocnienie samooceny dziecka i poczucia własnej skuteczności. Zmiany zachodzą najpierw w głowie, więc sama świadomość dziecka, że może coś zmienić, jest bardzo istotnym elementem w dalszym procesie zmiany – mówi Anna Kohut.
Pomoc dzieciom z nadwagą i otyłością, a jednocześnie przeciwdziałanie występowaniu cukrzycy typu 2 to cele realizowanego od 2014 roku przez Fundację Medicover Ogólnopolskiego Programu Profilaktyki Cukrzycy i Chorób Cywilizacyjnych PoZdro!. Pierwszy etap projektu objął przeprowadzane na terenie szkoły dobrowolne, bezpłatne badania przesiewowe, które sprawdziły u uczniów ostrość widzenia, postawę ciała, sprawność krążeniowo-oddechową oraz masę i skład ciała.
Uczniowie, u których wystąpiło ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2, zostali skierowani wraz z rodzinami do specjalistycznego, bezpłatnego programu wsparcia w ramach Zintegrowanej Opieki Indywidualnej PoZdro!. W ramach trwającej dwa lata opieki specjalistycznej dzieci i ich rodziny odbywają konsultacje z lekarzem, psychologiem, dietetykiem i trenerem. Program przewiduje łącznie trzydzieści dwa spotkania w trakcie ośmiu wizyt w Centrach Medycznych Medicover. Mogą skorzystać z kompleksowej, bezpłatnej oferty warsztatów edukacyjnych, zajęć sportowych, szkoły zdrowego gotowania czy wymiany doświadczeń w ramach Klubu Rodzica.
– Ten projekt to nie tylko diagnostyka i badania przesiewowe, lecz także wskazówki dla rodziców i nauczycieli dotyczące dalszej pracy, planowania działań profilaktycznych w szkołach – podkreśla Ewa Monastyrska, dyrektor Wydziału Przedszkoli i Szkół Podstawowych Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.
– Program PoZdro! został skierowany najpierw do gimnazjalistów, a w roku szkolnym 2017/2018 do uczniów szkół podstawowych. Do dzieci i młodzieży, którzy mają poczucie, że to jest ten moment, kiedy zaczynają być dorośli i zaczynają podejmować swoje własne decyzje. Próbowaliśmy namówić dzieciaki, żeby się zbuntowały, ale„na zdrowie, żeby trochę inaczej się odżywiały, niż to często sugerowane jest w domu i trochę więcej ćwiczyły – dodaje Kamila Szarejko, kierownik Programu PoZdro! Fundacji Medicover.
PoZdro! to aktualnie jeden z największych na świecie programów profilaktycznych dla dzieci, biorąc pod uwagę jego skalę i liczbę przebadanych dzieci. Wystartował w Gdyni, następnie objął swoim zasięgiem Warszawę, Wrocław, Lublin oraz kilka sąsiadujących z nimi gmin. W sumie w skali całej Polski przebadano dotąd 24 tys. uczniów klas IV szkół podstawowych oraz klas I gimnazjów. Jako ostatnie kontrolowano w roku szkolnym 2017/2018 dzieci ze szkół podstawowych z Wrocławia oraz gmin Kobierzyce, Siechnice i Żórawina. Jak się okazało, 20 proc. przebadanych uczniów miało nieprawidłową masę ciała, a u 1 035 z nich stwierdzono zagrożenie zachorowania na cukrzycę typu 2 i zaproszono do części interwencyjnej Programu PoZdro!.
– 22 proc. chłopców z Wrocławia prezentowało cechy nadmiernej masy ciała w porównaniu do 16 proc. dziewczynek. Sumaryczny odsetek chłopców i dziewczynek w obu grupach wiekowych, zarówno we Wrocławiu, jak i gminach ościennych, który prezentował nieprawidłową masę ciała, oceniony został na około 20 proc. Istotną informacją jest również fakt, że w sąsiednich gminach występowała większa liczba pacjentów z nadwagą i otyłością, bo nieprawidłową antropometrię wykazywało ok. 25 proc. pacjentów – precyzuje Sebastian Więckowski, lekarz programu PoZdro! – Choroby cywilizacyjne to bardzo szeroka grupa, dlatego powinniśmy skupić na tych, które stwarzają największe ryzyko dla zdrowia i życia. Są to głównie choroby sercowo-naczyniowe, nowotwory, nadciśnienie tętnicze i właśnie cukrzyca typu 2, które odpowiadają za 80 proc. zgonów w naszej populacji.
Prowadzone w latach 2015–2018 badania przesiewowe we Wrocławiu pokazały, że nadwaga i otyłość to duży problem w szkołach podstawowych i gimnazjach. Natomiast nieprawidłowe ciśnienie krwi dotyczy głównie gimnazjalistów, choć ten problem w mniejszym stopniu dotyczy także uczniów podstawówek. U ponad 38 proc. badanych dzieci stwierdzono niewystarczającą wydolność fizyczną organizmu – testy wykazały, że na czwarte piętro bez zadyszki nie byłoby w stanie wejść ponad 39 proc. uczniów I klas gimnazjum oraz nieco ponad 37 proc. uczniów IV klas szkół podstawowych.
– We Wrocławiu udało się nam wspólnie zatrzymać tendencję wzrostową, jeśli chodzi o nadwagę i otyłość, a według danych, które posiadamy, nawet ją odwrócić. Widać, że kompleksowe, wspólne działanie różnych podmiotów w zakresie edukacji na temat zdrowego stylu życia, diagnozowania stanu zdrowia dzieci i młodzieży w tym wypadku przynosi wymierne efekty – podkreśla Joanna Nyczak, dyrektor Wydziału Zdrowia i Spraw Społecznych Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.
Dotychczas badaniami przesiewowymi w ramach programu PoZdro! objętych zostało prawie 24 tys. uczniów z całej Polski, a ponad 3,2 tys. z nich zakwalifikowanych zostało do udziału w kolejnym etapie. Młodzież, u której wykryto czynniki rozwoju chorób cywilizacyjnych, odbyła już ponad 42 tys. indywidualnych spotkań ze specjalistami w całej Polsce. W samym Wrocławiu badaniami przesiewowymi w latach 2015–2018 zostało objętych 8 282 uczniów, czyli blisko 70 proc. populacji w badanych grupach wiekowych.
Efektem programu jest także większa świadomość rodziców w zakresie roli zdrowego żywienia i aktywności fizycznej w życiu ich dzieci. Ponad 72 proc. ankietowanych rodziców zadeklarowała, że ich pociechy odżywiają się prawidłowo, tymczasem okazało się, że codziennie bądź co drugi dzień spożywają one słodkie napoje, przekąski oraz żywność typu fast food.
– Prawie wszyscy rodzice podkreślali, że ich dziecko jest bardzo aktywne fizycznie i ma odpowiednią ilość ruchu, po czym w badaniu testu wydolnościowego okazało się, że ponad 60 proc. niestety oblewa trzyminutowy test bądź ma wynik poniżej normy. To jest zatrważające, bo dziesięciolatek, który nie może wejść na 4–5 piętro bez zadyszki, może w przyszłości stać się dorosłym, który będzie miał jeszcze większy problem, żeby pokonać choćby jeden stopień – podkreśla Kamila Szarejko, kierownik Programu PoZdro! Fundacji Medicover.
– Przeciwdziałanie otyłości i nadwadze to kwestia podnoszenia świadomości rodziców i nauczycieli, a także wiedzy przekazywanej uczniom. To wymaga wielu wspólnych działań realizowanych przez różne podmioty i dzięki temu programowi się to udaje. Widać to w postawie uczniów, w tym, jak zmieniły się ich nawyki żywieniowe, do czego przywiązują większą wagę – dodaje Ewa Monastyrska.
Ustawowy zakaz handlu w niedziele, jego wpływ na liczbę odwiedzających i wielkość obrotów to duże wyzwanie dla galerii handlowych. Muszą więc szukać nowych sposobów na przyciągnięcie klientów i dostosowanie się do zmian na rynku. Warszawskie Blue City do końca roku przejdzie dużą metamorfozę, znacznie rozszerzając swoją ofertę gastronomiczną i rozrywkową, która będzie dostępna także w dni objęte ustawowym zakazem handlu.
– Nowoczesne centrum handlowe musi mieć warunki, żeby przyciągać klientów. Dziś same sklepy już nie wystarczają, konkurencja jest coraz większa, do tego doszedł zakaz handlu w niedziele, więc musimy się rozwijać w kierunkach, o których do tej pory nie myśleliśmy. U nas będzie to prawdziwa rewolucja – do końca roku Blue City stanie się kompletnie innym centrum handlowym – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Yoram Reshef, dyrektor generalny Blue City.
Rola galerii handlowych się zmienia. Klienci coraz częściej odwiedzają je całymi rodzinami, nie tylko na zakupy, lecz także po to, by przyjemnie spędzić wolny czas. Stąd rośnie znaczenie oferty gastronomicznej i rozrywkowej. Warszawskie Blue City, aby przystosować się do zmieniających się realiów rynkowych, do końca tego roku przejdzie metamorfozę. Wielomilionowe inwestycje, nowe sklepy i usługi mają przyciągnąć nowych klientów, zminimalizować skutki ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i stworzyć unikalne w skali miasta centrum handlowo-rozrywkowe.
– W ostatnim tygodniu, kiedy była niedziela handlowa i była okropna pogoda, od razu mieliśmy tu inwazję klientów podobną do okresu świątecznego. Liczymy każdego człowieka, który tu wchodzi. Część sklepów pokryje straty z tym związane tym, że mamy więcej klientów w piątki i soboty, ale są najemcy, którym się to nigdy nie uda. Dlatego inwestujemy, bo uważamy, że dodając kino czy restauracje, zapewnimy większy ruch tym najemcom, którzy są otwarci w każdą niedziele – mówi Yoram Reshef.
Jesienią w Blue City swój najnowszy koncept otworzy IKEA. Sklep, który zajmie blisko 5 tys. mkw. w samym centrum budynku, na poziomach 0 i +1. Będzie wyposażony w innowacyjne rozwiązania ułatwiające zakupy. Na miejscu dostępne będą akcesoria wyposażenia wnętrz, natomiast pozostałe produkty z asortymentu IKEA, w tym meble, będzie można zamówić online samodzielnie lub z pomocą pracowników.
– Robimy coś, czego nie zrobił nikt do tej pory. Przebudowujemy 21,6 tys. mkw. powierzchni i nikt tego nie odczuwa. Robimy to nocami, cicho, żeby centrum handlowe żyło swoim życiem. Na zewnątrz widać tylko kilka zasłoniętych sklepów. Tak jak zawsze – zdążymy na czas i zmieścimy się w budżecie –zapowiada Yoram Reshef.
Duże zmiany przejdą trzy najwyższe poziomy Blue City, gdzie skoncentrowana zostanie oferta rozrywkowa i gastronomiczna, dostępna dla klientów także w niedziele objęte ograniczeniem handlu. Pod koniec roku na poziomie +4 otworzy się pierwsze w Warszawie kino Helios. Multipleks będzie dysponować ośmioma salami kinowymi, w których znajdzie się blisko dziewięćset foteli. Kino zostanie wyposażone w rozwiązania zapewniające m.in. najwyższą jakość obrazu w rozdzielczości 4K i dźwięk Dolby Atmos.
Blisko 5 tys. mkw., dotychczas wykorzystywanych na cele biurowe, zajmie niemiecki operator fitness klubów Fit/One, który zadebiutuje w Polsce. Będzie to największy pod względem powierzchni klub fitness w Polsce (otwarcie jest planowane na połowę grudnia). Oprócz nowoczesnej siłowni zaoferuje też klientom studio z sauną, solarium i łóżkami do masażu.
Ponad 1,5 tys. mkw. na poziomie +3 zajmie natomiast TEPfactor – specjalnie zaplanowana przestrzeń, w której będzie można sprawdzić swoją sprawność fizyczną, zręczność, cierpliwość oraz umiejętność działania w grupie. TEPfactor jest atrakcją skierowaną do rodzin, grup znajomych, szkolnych, pracowników czy parterów biznesowych.
– Zapraszamy pod koniec roku: będzie otwarta IKEA, osiem sal kinowych Helios, TEPfactor – pierwszy taki projekt w Polsce, który do tej pory istnieje tylko w Dubaju i w Czechach, pierwszy w Polsce fitness Fit/One, nowe restauracje. Mam nadzieję, że w 2019 rok to będzie kompletnie nowe Blue City – mówi Yoram Reshef.
Interaktywne mapy w całym centrum zostaną wymienione na większe i nowocześniejsze, przygotowywana jest też nowa strona internetowa Blue City.
Nieco wcześniej, na jesień, zaplanowano także inaugurację odnowionej, jednej z największych sal zabaw dla dzieci Inca Play, w której przybędzie atrakcji. W sali zabaw znajdzie się m.in. specjalna, kilkupoziomowa konstrukcja umożliwiająca zabawę dorosłym wspólnie dziećmi, miejsce zabaw dla dzieci młodszych i starszych, elementy edukacyjne i salki urodzinowe. Uzupełnieniem oferty będzie kawiarnia Inca Cafe oraz imprezy i zajęcia tematyczne dla dzieci.
– Będziemy urządzać tu 150–200 imprez urodzinowych miesięcznie. Ale to nie wszystko. Niespotykaną do tej pory nigdzie w Polsce atrakcją z pewnością stanie się rura zjazdowa z trzeciego pietra na dół, która pojawi się w centrum w przyszłym roku – mówi Yoram Reshef.
Przemianie Blue City sprzyja nietypowa architektura. Siedem kondygnacji i wysokie atrium z głównym placem pośrodku ułatwia wyraźny podział galerii na strefy handlu, jedzenia i rozrywki.
– W ciągu trzech lat udało nam się zmienić Blue City tak, że wykorzystaliśmy te wysokie piętra i boczne korytarze na biura. Mamy ponad 30 tys. mkw. biur, z których tylko 1,7 tys. jest niewynajętych. Pracuje w nich 3 tys. ludzi, którzy po pracy idą na zakupy, do fryzjera, do centrum medycznego. Działa u nas szkoła tańca Egurrola Dance Studio, w której tańczy 2,5 tys. dzieci. Ich opiekunowie w tym czasie mogą pójść do kosmetyczki czy do kawiarni. W Blue City działa szkoła piłki nożnej, w której też uczą się setki dzieci, oraz minigolf – wylicza Yoram Reshef.
W Polsce na choroby rzadkie i ultrarzadkie cierpi blisko 6 proc. społeczeństwa, czyli nawet 3 mln osób. Jedną z nich jest mukopolisacharydoza, która dotyka około stu pacjentów. Choroba nie jest łatwa w zdiagnozowaniu i bardzo trudna w leczeniu. W Ministerstwie Zdrowia czeka na podjęcie decyzji o refundacji lek na mukopolisacharydozę typu IVA, który w znaczący sposób hamuje rozwój choroby i poprawia jakość życia pacjentów. W przypadku pozostałych typów mukopolisacharydozy istniejące metody leczenia doczekały się finansowania ze środków publicznych.
– Mukopolisacharydoza to grupa chorób metabolicznych charakteryzujących się postępującymi zmianami praktycznie we wszystkich układach organizmu. Jest dwanaście fenotypów tej choroby, które różnią się między sobą w obrazie klinicznym, ale przyczyna jest taka sama – spowodowana jest ona zahamowaniem metabolizmu mukopolisacharydów. Te związki nierozłożone odkładają się we wszystkich tkankach organizmu, prowadząc do dysfunkcji, destrukcji i do śmierci tkanek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Anna Tylki-Szymańska, pediatra z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.
Mukopolisacharydoza jest bardzo rzadką, wrodzoną chorobą metaboliczną. W większości przypadków jest dziedziczona w sposób recesywny autosomalny. To oznacza, że aby dziecko zachorowało zarówno matka, jak i ojciec muszą przekazać mu po jednej kopii tego samego, uszkodzonego genu.
U pacjentów chorych na mukopolisacharydozę występuje zaburzona produkcja enzymów odpowiedzialnych za rozkład mukopolisacharydów (długich łańcuchów cukrowych). Te związki są obecne m.in. w tkance łącznej, skórze, chrząstkach czy ścięgnach. U zdrowych osób mukopolisacharydy ulegają rozpadowi pod wpływem określonych enzymów. Jeśli ich produkcja jest zaburzona, to gromadzą się w tkankach i uszkadzają poszczególne narządy, takie jak serce, kości, stawy, układ oddechowy i układ nerwowy. Zaburzenia te mogą być widoczne od razu po urodzeniu lub rozwijać się wraz z wiekiem.
Mukopolisacharydoza nie jest łatwa w zdiagnozowaniu, wymaga przeprowadzenia bardzo specjalistycznych badań. Obecnie zmiany w genach odpowiadające za rozwój choroby można wykryć za pomocą badań genetycznych. Możliwe jest również zdiagnozowanie schorzenia już na etapie prenatalnym, dzięki badaniu próbki płynu owodniowego.
– Mukopolisacharydoza jest stosunkowo łatwo rozpoznawalna ze względu na charakterystyczny fenotyp. Mamy możliwość zidentyfikowania pacjentów z tą chorobą na poziomie genetycznym i biochemicznym, czyli jesteśmy w stanie potwierdzić nasze kliniczne rozpoznanie wynikami badań – mówi prof. Anna Tylki-Szymańska.
Chorobie towarzyszy też dość charakterystyczne pogrubienie rysów twarzy oraz niedosłuch, wady wzroku i zmiany kostne. Mukopolisacharydoza powoduje m.in. powiększenie wątroby, śledziony i języka, deformację kości i przykurcze w stawach oraz wywołuje choroby układu sercowo-naczyniowego (przerost mięśnia sercowego) i oddechowego.
– Liczba pacjentów z tą chorobą jest trudna do oszacowania, ale na dziś jest ich około 80–90. Najważniejsze jest, aby byli prawidłowo i szybko zdiagnozowani. Mamy bardzo długie doświadczenie – kliniczne i laboratoryjne, ponieważ laboratorium, którym dysponujemy, przeprowadza takie badania od 30 lat. Jeżeli chodzi o dostęp do leczenia, to tam, gdzie istnieje taka możliwość, chorym proponowany jest przeszczep komórek macierzystych czy leczenie enzymatyczne – mówi prof. Anna Tylki-Szymańska.
Ponieważ mukopolisacharydoza jest chorobą genetyczną, leczenie przyczynowe nie jest możliwe. Terapia polega na leczeniu objawowym i łagodzeniu skutków choroby. U części pacjentów stosuje się przeszczep szpiku, jednak większość jest poddawana enzymatycznej terapii zastępczej, która jest bardzo kosztowna. Na decyzje refundacyjną czeka lek stosowany przy mukopolisacharydozie typu IVA.
– Mukopolisacharydoza typ IVA to choroba, na którą wynaleziono lek, ale Ministerstwo Zdrowia odmówiło na razie jego refundacji. Pozostało nam wyłącznie leczenie objawowe, łagodzenie skutków choroby. Do tego potrzebna jest stała, specjalistyczna rehabilitacja, do której pacjenci nie mają dostępu. Tymczasem dostęp do niej jest ważny, ponieważ jest to choroba postępująca, z roku na rok stan pacjenta się pogarsza. Jeszcze większy problem występuje w przypadku pacjentów dorosłych, którzy pozostają zupełnie bez opieki medycznej – podkreśla Teresa Matulka, prezes Stowarzyszenia Chorych na Mukopolisacharydozę (MPS) i Choroby Rzadkie.
– Terapia dla MPS IV, dla tzw. choroby Morquio, nie jest jeszcze w Polsce dostępna i wciąż brak zgody na finansowanie jej ze środków publicznych, mimo że lek mogący znacząco poprawić jakość życia chorych od 4 lat zarejestrowany jest w UE. W naszym ośrodku dostają lek pacjenci z MPS VI, co poprawia ich sytuację życiową. To jest bardzo dobre, skuteczne leczenie. Cieszymy się, że nasi pacjenci z MPS VI są objęci właściwą terapią, tak jak na całym świecie, chcielibyśmy jednak, żeby pozostałe typy tej choroby również mogły skorzystać z leczenia – mówi prof. Zbigniew Żuber z Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego św. Ludwika w Krakowie.
Jak podkreśla, w przypadku mukopolisacharydozy problemem jest brak systemowego podejścia i kompleksowej opieki nad pacjentem, która powinna opierać się na współpracy wielu specjalistów.
– Leczenie nie polega na tym, że pacjent dostanie lek dożylnie i poprawi się jego sytuacja. On powinien być objęty całościową, wielospecjalistyczną opieką – poczynając od laryngologa, pulmonologa, okulisty, dermatologa, przez chirurga, lekarzy internistów, pediatrów, specjalistów chorób metabolicznych, po genetyków. Potrzebny jest też znakomity zespół pielęgniarski, który się będzie pacjentem opiekował, psychologowie, którzy będą wspierać jego i rodzinę, oraz dobra rehabilitacja, która musi być dopasowana do konkretnej jednostki chorobowej. Nie ma uniwersalnych metod leczenia rehabilitacyjnego, każdy pacjent musi być traktowany bardzo indywidualnie – podkreśla prof. Zbigniew Żuber.
Farmakolog kliniczny Leszek Borkowski zwraca uwagę na to, że problemy występują już na etapie diagnozowania mukopolisacharydozy, która zalicza się do chorób rzadkich. W Polsce nie ma jeszcze wypracowanych takich procedur, które pozwoliłaby skrócić drogę przez mękę rodzin i chorych dzieci, dla których uzyskanie prawidłowej diagnozy i informacji o późniejszej ścieżce terapeutycznej jest żmudnym, wielomiesięcznym procesem.
– Wiem, że choroby rzadkie są chorobami metabolicznymi, których nie można wyleczyć, ale można je zaleczyć, a jeśli tak, to należy to czynić. Szczególnie gdy wiemy, że mukopolisacharydoza typu IV nie upośledza intelektualnie. Chorzy leczeni mogliby więc żyć aktywnie także zawodowo. Chodzi także o to, żeby ci ludzie, których dotknęło nieszczęście, nie biegali po Polsce i nie dzwonili wszędzie, gdzie tylko można, tylko wiedzieli od lekarza POZ, gdzie mają iść, co mają zrobić, żeby cały proces terapeutyczny był ucywilizowany i uporządkowany. Kolejna rzecz to stworzenie domów opieki dla chorych, których rodzice bądź opiekunowie nie mogą pełnić z różnych przyczyn funkcji opiekuńczych. Ci pacjenci pozostawieni są sami sobie – podkreśla dr Leszek Borkowski.
Odkąd aparaty w telefonach nauczyły się rozpoznawać przedmioty w zasięgu obiektywu, ich funkcjonalność zaczęła wykraczać poza proste robienie zdjęć. Dziś możemy wykorzystać je do archiwizowania dokumentów, rozpoznawania tekstu czy odczytywania kodów kreskowych i QR, a następnie automatycznie wysyłać zebrane dane do aplikacji lub usługi chmurowej. Technologia znajdzie zastosowanie głównie w przemyśle i administracji – pozwoli np. błyskawicznie sczytywać dane z liczników.
– Opracowujemy rozwiązania na smartfony, tablety i inne urządzenia mobilne, które umożliwiają skanowanie danych analogowych i konwertowanie ich na dane cyfrowe. Pracujemy nad rozwiązaniami z zakresu rozpoznawania obrazów i nagrań wideo, które zawarliśmy w aplikacji. Dane z aplikacji są przekazywane do serwera bazy danych w chmurze – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michael Hausmann z firmy Pixolus.
Technologia rozpoznawania i przetwarzania obrazu z analogowego na cyfrowy wykorzystuje zarówno technologię rozszerzonej rzeczywistości, jak i uczenia maszynowego. Dane w postaci cyfr i liter są rozpoznawane za pomocą specjalnego oprogramowania, przy wykorzystaniu aparatu cyfrowego w smartfonie. Technologia może znaleźć zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Poza najbardziej oczywistym zastosowaniem, tzn. rozpoznawaniem pisma odręcznego, może się przydać także w sektorze energetycznym i opiece zdrowotnej.
Aplikacja potrafi w formie cyfrowej zapisać odczyty liczników energii elektrycznej, gazu, wody czy ciepła. Potrafi także odczytać numer IBAN z rachunku lub faktury i wykorzystać go bezpośrednio przy wykonywaniu przelewu.
– W branży logistycznej mamy kody kreskowe oraz kody QR, które można skanować urządzeniami mobilnymi. Ponadto można skanować kody IBAN wykorzystywane w sektorze finansowym. W sektorze energetycznym możemy skanować czujniki gazu i manometry, które będąc przyrządami mechanicznymi, zawsze przedstawiają dane w postaci analogowej. My możemy je przekształcić w dane cyfrowe, które znacznie łatwiej przechowywać –tłumaczy Michael Hausmann.
Jednym z najciekawszych zastosowań systemów rozpoznawania obrazu we współczesnych aparatach smartfonowych jest aplikacja Office Lens od Microsoftu. Oprogramowanie automatycznie wykadruje fotografowany dokument, wyretuszuje go i zapisze w jednym z najpopularniejszych formatów graficznych lub pliku PDF. Wyposażono ją nawet w system rozpoznawania pisma maszynowego, dzięki czemu możemy zapisać zeskanowane dokumenty do formy cyfrowej, by potem je edytować. Technologię można wykorzystać także w biznesie, np. do skanowania notatek ze spotkań z klientami oraz upubliczniania ich w firmowych chmurach danych tuż po zakończeniu zebrania. Tego typu rozwiązania można zastosować także w służbie zdrowia.
– W sektorze ochrony zdrowia wykorzystujemy nasze technologie do skanowania dokumentów na oddziałach intensywnej terapii. Obecnie większość szpitali w Niemczech czy w Polsce posługuje się dokumentacją analogową, papierową. Teraz pracownicy mogą wykorzystać aplikację do skanowania sprzętu medycznego, by wprowadzać dane bezpośrednio do systemu, co przyspiesza procesy, a nawet może skutkować np. spadkiem śmiertelności –przekonuje ekspert.
Rozwiązanie dla sektora ochrony zdrowia nie jest jeszcze dostępne na rynku. Zgodnie z harmonogramem projektu pt. „Komet”, którego partnerami są Philips i Uniklinik Aachen, rozwiązanie będzie gotowe do zastosowania na szerszą skalę w 2019 roku.
Według Research and Markets globalny rynek aplikacji dla biznesu w 2021 roku osiągnie wartość 98 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 15,24 proc. Technologia rozpoznawania obrazu do 2021 roku ma być warta 39 mld dol.
stresuje się swoją pracą. Przez to popełniają błędy, są mniej efektywni i szybciej wypaleni zawodowo" title="Ponad połowa Polaków regularnie stresuje się swoją pracą. Przez to popełniają błędy, są mniej efektywni i szybciej wypaleni zawodowo" />
Polscy pracownicy są jednymi z najbardziej zestresowanych w Europie. Ponad połowa regularnie stresuje się swoją pracą, co może prowadzić do problemów ze zdrowiem, spadku efektywności, wypalenia zawodowego, a w konsekwencji – konieczności odejścia z firmy. Zdaniem ekspertów stresem w firmie można jednak odpowiednio zarządzać, m.in. dzięki właściwej organizacji pracy i dobrej komunikacji w zespole. Decydującą rolę odgrywa lider, którego zadaniem jest kształtowanie przyjaznego środowiska pracy.
– Polscy pracownicy są jednymi z najbardziej zestresowanych w Europie. Bardziej od nas stresują się tylko Grecy i Turcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystian Krawczyk, wiceprezes zarządu Quality Watch.
Jak wynika z badań OECD, ponad połowa Polaków (53,3 proc.) odczuwa stres w pracy. W Europie pod tym względem wyprzedzają nas jedynie Grecy (58 proc.) i Turcy (67,5 proc.). W sąsiednich Czechach czy w Niemczech odsetek zestresowanych pracowników jest znacząco niższy (odpowiednio 43,4 proc. i 42,4 proc.), nie mówiąc już o krajach skandynawskich takich jak Szwecja (14 proc.) czy Norwegia (18,2 proc.).
Potwierdza to również ubiegłoroczne badanie „The Workforce View in Europe 2017”, przeprowadzone na zlecenie międzynarodowej firmy doradczej ADP. Wynika z niego, że 22 proc. Polaków codziennie doświadcza stresu w miejscu pracy, a 46 proc. stresuje się swoją pracą często bądź bardzo często. Te wyniki stawiają nas na czele stawki spośród ośmiu europejskich nacji poddanych badaniu.
– Warto podkreślić, że niewiele mamy mechanizmów, które redukują stres pracowników, to odróżnia nas od krajów zachodnich, takich jak Niemcy. Także w Japonii – gdzie stres w pracy jest olbrzymi – istnieje wiele mechanizmów, które pozwalają go rozładować i pomóc pracownikowi – podkreśla Krystian Krawczyk.
Stres ma istotny wpływ na psychikę i stan zdrowia pracowników. Długotrwała ekspozycja na stres może powodować m.in. kołatania serca, nerwobóle, bóle głowy, problemy ze snem i koncentracją, a w skrajnych przypadkach nawet prowadzić do nerwicy. Co istotne, zmniejsza on również zaangażowanie pracownika, jest przyczyną spadku efektywności, błędnych decyzji i częstszej absencji w pracy.
– To są realne koszty zarówno dla pracodawcy, jak i dla samego pracownika. Stres da się zmierzyć finansowo, można oszacować jego wpływ na organizację. Ten aspekt zdrowotny jest kluczowy – pracownik długotrwale zestresowany nie będzie efektywny, nie będzie czuł się dobrze w pracy, będzie dążył do zmiany miejsca pracy – mówi Krystian Krawczyk.
Do najbardziej stresogennych czynników w pracy należą: natłok obowiązków, nadmierna biurokracja, niewłaściwa organizacja pracy i problemy z realizacją wyznaczonych celów. Przyczynia się do niego również zła atmosfera i problemy w komunikacji z zespołem czy przełożonym.
Jak podkreśla wiceprezes Quality Watch, w dużej mierze to pracodawca decyduje o tym, czy występują sytuacje stresogenne. Prostym przykładem jest wysłanie w piątkowe popołudnie e-maila do pracownika z prośbą o przygotowanie materiałów na poniedziałek, co automatycznie buduje napięcie.
– W zarządzaniu stresem kluczowa jest rola lidera, który układa pewne procesy, komunikuje się, gra fair play. Sytuacji stresogennych jest mniej, kiedy mamy właściwy harmonogram pracy, dobre zarządzanie, a każdy ma szansę porozmawiać i skonsultować swoje wątpliwości. Pracownik nie może się obawiać rozmowy z przełożonym. Powinien wiedzieć, że zawsze może do niego przyjść, wyjaśnić pewne rzeczy, że po drugiej stronie ma partnera. Decydującą rolą lidera jest kształtowanie takiego środowiska w pracy, żeby ten stres występował jak najrzadziej – mówi Krystian Krawczyk.
Pracownik może też spróbować samodzielnie poradzić sobie ze stresem i właściwie nim zarządzić. Przede wszystkim powinien zrobić rachunek sumienia i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dane stanowisko i zakres obowiązków nie przerastają jego możliwości i czy jest w stanie dalej efektywnie pracować.
– Druga rzecz to przygotowanie się do stresu, bo nie każda sytuacja stresowa pojawia się nagle, niektóre można zaplanować. Przykładowo, jeśli stres wywołuje zaplanowane w poniedziałek spotkanie zespołu, zaplanujmy sobie, co powiemy na tym spotkaniu, przygotujmy sobie materiały, nie róbmy tego na ostatnią chwilę – mówi Krystian Krawczyk.
Warunkiem radzenia sobie ze stresem jest również utrzymywanie work-life balance, czyli równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym i czasem przeznaczonym na odpoczynek.
– Nawet jeżeli stres się pojawia, nie reagujmy emocjonalnie. To jest naturalna reakcja. Możemy sobie z nią poradzić, idąc na spacer, odpoczywając, rozmawiając z kimś. Stres może się pojawić, on jest częścią pracy, ale można nim właściwie zarządzić – podkreśla wiceprezes zarządu Quality Watch.
Informacje o poborze energii przekazywane na bieżąco pozwalają osiągnąć oszczędności na poziomie 12 proc. Wykrycie wadliwie działającego sprzętu może je podnieść nawet do 30 proc. Nowe technologie umożliwiają optymalizację pracy urządzeń domowych i nadzorują zużycie energii. Dzięki innowacyjnym urządzeniom można też sprawdzić ilość zmagazynowanej energii ze źródeł odnawialnych, decydować, kiedy i jakiego źródła użyć oraz do jakiego urządzenia przypisać nadmiar wytworzonej energii.
Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, dzięki którym można na bieżąco monitorować zużycie energii elektrycznej, sprawdzić, które urządzenia zużywają jej najwięcej i przeglądać przepływy energii. Inteligentne rejestratory zużycia energii można stosować nie tylko w firmach, lecz także w domach, zwłaszcza że są proste i intuicyjne w użyciu.
– Zakładamy obręcz na główny wyłącznik zasilania, dzięki czemu mierzymy napięcie i prąd z bardzo wysoką częstotliwością – cztery tysiące razy na sekundę. Dzięki temu słyszymy, co się dzieje. Każde urządzenie ma charakterystyczne brzmienie, a wykonując próbkowanie z wysoką częstotliwością, możemy usłyszeć, które z nich się włącza albo wyłącza. Korzystając z tylko jednego czujnika, słyszymy wszystkie urządzenia podłączone do danej linii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ben Vermeulen z firmy Smappee.
Urządzenie wystarczy podłączyć do skrzynki bezpieczników za pomocą czujnika. Rejestrator zużycia energii daje podgląd zużycia energii w czasie rzeczywistym. Dzięki aplikacji można poznać całkowite zużycie energii, także w trybie czuwania. Na wyświetlaczu smartfona pojawi się ilość zużywanej energii w danym momencie, a także zestawienie kosztów z ostatniego miesiąca lub z dowolnego, monitorowanego okresu.
– Nasza aplikacja służy jako interfejs dla użytkownika końcowego, a za pośrednictwem API zapewniamy naszym partnerom dane, aby mogli świadczyć własne usługi na rzecz ich klientów – mówi Vermeulen.
W aplikacji mobilnej można też sprawdzić, ile kilowatogodzin wytwarzają zainstalowane w domu panele słoneczne i ile można dzięki nim zaoszczędzić energii. Jeśli okaże się, że więcej jest wytwarzanej energii, nadmiar można wykorzystać do obsługi wybranego urządzenia. W ten sposób nie marnuje się prąd, a dla użytkownika oznacza to spore oszczędności.
– Analogicznie do obręczy umieszczanych na głównym wyłączniku zasilania, które mierzą ogólny pobór energii w rozbiciu na poszczególne urządzenia, możemy je również stosować na instalacjach solarnych. Dzięki temu widzimy w czasie rzeczywistym, ile energii zostało wyprodukowanej. Wiemy zatem, jak wygląda produkcja i pobór oraz ile energii nam zostało – wskazuje ekspert.
Dzięki wtyczce Comfort Plugs Smappee pozwala zdalnie zarządzać urządzeniami w domu za pomocą smartfona. Dzięki aplikacji urządzenia mogą się ze sobą komunikować, Smappee można też podłączyć do innych urządzeń w sieci. Zastosowanie inteligentnych rejestratorów zużycia energii może prowadzić do znacznych oszczędności.
– Amerykańska Rada ds. Efektywności Energetycznej wykazała, że przekazywane w czasie rzeczywistym informacje o poborze energii poszczególnych urządzeń pozwalają osiągnąć oszczędności na poziomie 12 proc. Wykrycie wadliwie działającego sprzętu, takiego jak lodówka lub zamrażarka, może je podnieść do nawet 30 proc. – podkreśla Ben Vermeulen.
Według Navigant Research globalny rynek inteligentnej energii do 2024 r. osiągnie wartość 136 mld dol.