4 kroki do monetyzacji danych w firmie

W ekonomii cyfrowej każdy biznes wart jest tyle, ile warte są jego dane. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na wdrożenie technologii pozwalających na przetwarzanie i analizę danych. Według badania IDG Enterprise w najbliższych latach wydatki na projekty związane z Big Data spajał będzie wspólny mianownik: monetyzacja danych. Podobnie Deloitte, w raporcie „Analytics Trends 2015”, wymienia ją jako jeden z najważniejszych trendów biznesowych w najbliższych latach. Do monetyzacji danych w firmie wiodą cztery kroki.

Monetyzacja…?

The Centre for Information Systems Research (CISR) definiuje monetyzację jako „działanie polegające na wymianie produktów bądź usług opartych na informacji, na prawne środki płatnicze o równoważnej wartości”. Prościej rzecz ujmując: chodzi o przekucie cyfrowej waluty, jaką są wielkie zbiory danych (Big Data) zgromadzone przez przedsiębiorstwo – w kapitał całkiem analogowy, którym będzie można operować na rynku bądź za pomocą którego będzie można zoptymalizować swoje działania biznesowe. Monetyzacja danych to zatem możliwość bezpośredniego i pośredniego spieniężenia wiedzy o cyfrowych zachowaniach i profilach zainteresowań klientów przedsiębiorstwa bądź internautów.

Doug Laney, jeden z kluczowych badaczy branży IT w firmie analitycznej Gartner, wśród pośrednich korzyści związanych z monetyzacją danych wymienia: optymalizację wydajności procesów biznesowych, redukcję ryzyka biznesowego, wsparcie przy opracowywaniu nowych produktów oraz sondowaniu nowych rynków, a także budowanie i umacnianie relacji partnerskich (np. w formie consultingu ekspertów Big Data). Z kolei w katalogu korzyści bezpośrednich znalazły się: rynkowy obrót danymi (hurtownie danych), rozbudowanie funkcjonujących produktów bądź usług firmy o informacje zdobyte podczas analizy danych, sprzedaż surowych danych za pośrednictwem brokerów oraz oferowanie dostępu do przeanalizowanych danych innym przedsiębiorstwom w modelu subskrypcyjnym.

Proces monetyzacji polega na przypisaniu wartości pieniężnych do konkretnych profili i grup użytkowników. Podstawą wyceny jest cenność generowanych przez nich informacji oraz rzadkość ich profilu. Wpływ ma na to wiele czynników, m. in. historia zapytań w wyszukiwarkach, pochodzenie internauty, jego wiek, wykształcenie, zainteresowania (muzyka, książki, kulinaria, etc.), przeglądane witryny internetowe, ostatnio kupowane przedmioty itd. Innymi słowy – pliki cookies, czyli cyfrowe ślady, które internauci zostawiają po sobie odwiedzając kolejne serwisy internetowe. Informacje w nich zawarte otwierają badaczom danych drogę do rozwikłania biznesowej zagadki: jakie elementy składają się na decyzje (konsumenckie, ale też: polityczne i społeczne) użytkowników Sieci – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, spółki IT, zajmującej się analityką oraz monetyzacją danych.

Wiążąc te elementy w całość firmy mogą rozpocząć proces monetyzacji danych. Jego wstępnym warunkiem jest jednak rozpoznanie wewnętrznych źródeł danych w firmie.

Krok 1 – Rozpoznać źródła danych w firmie

– Każda firma posiada w swoich strukturach przynajmniej jeden generator danych oraz przynajmniej jeden „magazyn” czy jedno „repozytorium danych”. Są nimi choćby systemy typu BI, jak np. CRM czy ERP. Im większy jest zakres działalności firmy i im bardziej jest ona rozwinięta organizacyjnie, tym więcej takich informacyjnych silosów i generatorów danych znajduje się wewnątrz niej. Dlatego CIO oraz CTO (Chief Information Officers, Chief Technology Officers) w firmach, chcąc spieniężyć dane lub wykorzystywać je w celach biznesowych, powinni najpierw ustalić, w których sektorach firmy działają największe generatory informacji. Wypunktowanie źródeł informacji wewnątrz firmy, obserwacja ich przepustowości oraz efektywności, pozwoli im zorientować się, z jak wielkim zasobem cyfrowym mają do czynienia w przypadku ich biznesu – radzi Piotr Prajsnar.

Dopiero po rozpoznaniu tych źródeł danych w firmie można przejść do kolejnego kroku.

Krok 2 – Zintegrować i ustrukturyzować źródła danych wewnątrz firmy

Wielość źródeł, z których spływają dane w firmie oraz brak jednej, wspólnej platformy, która by te dane gromadziła i porządkowała, dostarczając jasnych wskazówek i wytycznych –  to częsta przypadłość, z którą boryka się wiele przedsiębiorstw. Dane bywają najczęściej rozproszone po różnych „silosach”, agregujących informacje wewnątrz firmy. Taka sytuacja sprawia, że przedsiębiorstwo ma utrudniony dostęp do własnych danych i sprzyja informacyjnemu chaosowi, ponieważ dane nieustrukturyzowane, które nie są osadzone w ramach większej całości – dostarczają firmie jedynie strzępków informacji.

– Jeśli komunikacja między strukturami organizacji jest zaburzona lub po prostu symboliczna (np. poszczególne działy firmy nie wymieniają się gromadzonymi przez siebie danymi lub nie potrafią ich ze sobą uzgodnić), to obraz danych również nie będzie odpowiadał rzeczywistemu stanowi rzeczy. Takie dane będą niespójne, zduplikowane, nieaktualne, będą zawierały luki albo po prostu będą dostarczały błędnych wytycznych. Pod kątem biznesowym będą zatem bezwartościowe. Dlatego kluczowym elementem jest wdrożenie mechanizmu, który pozwoli firmom na dostęp do wszystkich gromadzonych i przetwarzanych przez nią danych w jednym miejscu. Zintegruje i ustrukturyzuje dane z różnych źródeł i zwizualizuje je w ramach jednej, wewnętrznej platformy danych firmy – mówi prezes Cloud Technologies.

Krok 3 – Zintegrować dane wewnętrzne z danymi z zewnętrznej platformy DMP

Chęć wyciśnięcia maksimum biznesowych korzyści z własnych zasobów cyfrowych przez firmę, wiązała się będzie z koniecznością podjęcia współpracy ze zewnętrznymi platformami Big Data. Po opanowaniu wewnętrznego chaosu danych w firmie, będzie ona musiała zintegrować wewnętrzne źródła danych o klientach – z danymi gromadzonymi i przetwarzanymi przez zewnętrzne platformy DMP (Data Management Platforms). Zewnętrzne platformy DMP są dla biznesu oknem na cyfrowy świat, ponieważ to właśnie one są dzisiaj największą skarbnicą cyfrowej wiedzy.

Tylko dzięki tej integracji w ten sposób przedsiębiorstwa będą mogły uwiarygodnić wartość posiadanych przez siebie informacji, zweryfikować ich aktualność oraz rzetelność, a także rozszerzyć swoją bazę klientów o nowe źródła wiedzy. Dlatego zamykanie się firmy wewnątrz własnych źródeł danych i bazowanie wyłącznie na pewnym wycinku informacji, obarczone jest ryzykiem biznesowej porażki. Dopiero otwarcie się na dane z zewnętrznych platform DMP pozwala firmom w pełni wykorzystać potencjał własnych zasobów cyfrowych. Tym bardziej, że systemy BI w firmach często zmagają się z cyfrowym zalewem danych, których po prostu nie są w stanie obsłużyć ani poradzić sobie z ich przetworzeniem. Z reguły zatem takie systemy gromadzą wyłącznie podstawowe dane o kliencie. Wskutek tego firmom obok nosa przechodzą często te najcenniejsze i nieprzetworzone informacje, które przedsiębiorstwo mogłoby spieniężyć.

– Integracja systemów CRM czy ERP firm z zewnętrznymi platformami DMP umożliwia firmom nie tylko lepsze rozpoznanie profilu własnego klienta i uzyskanie jego 360-stopniowej oceny. Daje również możliwość dotarcia do nowych klientów. Zwłaszcza tych, którzy będą najbliżsi cyfrowemu portretowi najlepszego klienta przedsiębiorstwa. Umożliwia to clone-modeling, zwany również look-alike modelingiem. Bazując na profilu behawioralnym najlepszego klienta firmy (czyli pewnym zestawie parametrów, określających jego zachowania i zainteresowania) firma może taki profil „sklonować” i wyszukać wśród nowych użytkowników takich, których profile są mu najbliższe. To tylko jedna z możliwości, jakie niesie ze sobą integracja zasobów danych firm z danymi z zewnętrznych hurtowni Big Data – twierdzi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Według badań Gartnera do 2017 roku 30 proc. danych, jakimi będą dysponowały przedsiębiorstwa na świecie, będzie pochodziło właśnie z zewnętrznych platform danych. IDC prognozuje zwrot biznesu w kierunku zewnętrznych, zintegrowanych platform Big Data działających w chmurze obliczeniowej, które będą w stanie te dane przetwarzać, umożliwiając tym samym przedsiębiorcom nie tylko na bieżąco aktualizowaną bazę informacji o swoich klientach, lecz przede wszystkim: monetyzację danych. Według amerykańskiego ośrodka badawczego już teraz 70 proc. dużych firm posiłkuje się danymi o użytkownikach gromadzonymi i przetwarzanymi przez zewnętrzne platformy Big Data, zaś do 2019 roku tym tropem mają pójść już wszystkie duże organizacje.

Co ciekawe – w tej części Europy największą platformę danych stworzyli… Polacy. Platforma DMP behavioralengine.com, autorstwa Cloud Technologies, gromadzi anonimowe dane o zachowaniach praktycznie każdego polskiego internauty. Ponieważ w całości funkcjonuje ona w chmurze obliczeniowej, każda firma może zintegrować z nią swoje systemy BI niemal natychmiast, bez konieczności przeprowadzania skomplikowanych wdrożeń infrastrukturalnych. Integracja wewnętrznych źródeł danych w firmie z zewnętrznymi platformami DMP, otwiera oczy przedsiębiorstwom na bogactwo cyfrowego kapitału, który tkwił zamrożony wewnątrz ich struktur.

Krok 4 – Przekuć kapitał cyfrowy w kapitał analogowy

Integrując swoje zasoby danych z zewnętrznymi platformami Big Data firmy mogą rozpocząć właściwy proces monetyzacji, czyli spieniężyć dane pośrednio lub bezpośrednio oraz zoptymalizować swoje działania biznesowe.

W „The Industrial Insights Report for 2015” 3 na 4 firmy (75 proc.) przyznają, że odnotowały wzrost przychodów, właśnie dzięki wykorzystaniu analityki danych. Z kolei „Internet Trends Report 2015” wskazuje na to, że wdrożenie analityki Big Data do procesów biznesowych czy prowadzonych przez firmę projektów, pozwoliło jej na znaczące zredukowanie kosztów operacyjnych. Koszty utrzymania infrastruktury IT w tych firmach w skali roku zmniejszyły się o 33 proc, podobnie jak koszty przechowywania danych przedsiębiorstwa, które spadły o 38 proc. Monetyzacja danych oznacza zatem nie tylko wzrost przychodów, lecz również – redukcję kosztów biznesowych.

– Big Data jest jak rozpędzony pociąg, do którego polskie firmy muszą wskoczyć jak najszybciej, żeby nie zostać z biletem na peronie. Część z nich już zdaje sobie z tego sprawę. CapGemini w swoim raporcie „Big & Fast Data: The Rise of Insight-Driven Business” donosi, że na ponad 1 000 przebadanych przedsiębiorstw aż 2/3 z nich rozumie, że jeśli zaniedba wdrożenie nowych narzędzi biznesowych z zakresu analityki danych, to straci konkurencyjność na rynku. Dlatego niemal co druga firma (54 proc.) deklaruje, że w ciągu najbliższych 3 lat znacząco zwiększy swoje inwestycje w tym obszarze. Z kolei 6 na 10 przedsiębiorstw (61 proc.) przyznaje, że analityka Big Data i wiążąca się z nią monetyzacja wielkich zbiorów danych, stanowi główny motor napędowy ich przychodów oraz ocenia ten obszar jako wartościowy dla usprawniania dotychczasowych produktów i usług – mówi Piotr Prajsnar.

W ankiecie „18th Global CEO Survey” przeprowadzonej przez PwC aż 80 proc. prezesów firm określiło analitykę, przetwarzanie i monetyzację danych – jako istotne działania z punktu widzenia strategii przedsiębiorstwa.

Dlaczego monetyzować?

Big Data staje się najcenniejszym, strategicznym wręcz zasobem, który firmy mogą zmonetyzować: spersonalizować, monitorować, zmierzyć, zoptymalizować i wykorzystać do przewidywania przyszłych zdarzeń.

– Rynek analityki danych rozwija się średnio o 23 proc. w skali roku, zaś do 2019 roku osiągnie poziom 48,6 mld USD. Rynek rośnie w tempie dwucyfrowym – podobnie jak sam wolumen danych, które potencjalnie firmy mogą zmonetyzować. IDC twierdzi, że ciągu ostatnich pięciu lat (2010-2015) liczba przetwarzanych danych wzrosła aż 7-krotnie. Jak utrzymuje Oracle, rok do roku Internet powiększa się o ponad 40 proc. nowych danych, które mogą zawierać informacje cenne dla biznesu. Czasami są to informacje bezcenne, unikatowe, które mogą stanowić źródło przewagi kompetencyjnej firmy. W najbliższych latach sukces wielu przedsiębiorstw będzie zależał od stopnia wykorzystywania przez nie danych oraz sprawności systemów analitycznych – mówi Piotr Prajsnar.

W czasach cyfrowych każda informacja o kliencie jest na wagę złota. W raporcie CapGemini: „Big & Fast Data: The Rise of Insight-Driven Business” na ponad 1 000 przebadanych przedsiębiorstw aż 2/3 z nich (65 proc.) rozumie, że jeśli zaniedba wdrożenie narzędzi służących analityce danych, to będzie miało kłopot z konkurencyjnością na rynku. 54 proc. badanych firm deklaruje, że w ciągu najbliższych 3 lat znacząco zwiększy swoje inwestycje w narzędzia do analityki Big Data, zaś 6 na 10 przedsiębiorstw (61 proc.) przyznaje, że to właśnie analityka wielkich zbiorów danych stanowi dzisiaj główny motor napędowy ich przychodów oraz ocenia ten obszar jako wartościowy dla usprawniania ich dotychczasowych produktów i usług.

Dziś z potencjału drzemiącego w Big Data korzysta co czwarta firma w zjednoczonej Europie. Polska plasuje się nieco poniżej średniej unijnej – raptem 18 proc. firm znad Wisły korzysta z takich rozwiązań u siebie. Kolejne 6 proc. zamierza jednak wdrożyć je w najbliższych miesiącach.

Jak wynika z badań „Going beyond the data. Turning data from insights into value”, przeprowadzonych przez firmę KPMG International, blisko 97 proc. CIO oraz CTO (Chief Information Officer w dużych firmach twierdzi, że wykorzystuje rozwiązania z zakresu analityki danych przynajmniej w niektórych obszarach swojej działalności. Na podium znalazły się takie obszary jak: wykorzystanie danych do zarządzania ryzykiem w firmie (97 proc. wskazań), optymalizacja sprzedaży i marketingu (92 proc.), zarządzanie finansowe (87 proc.). 3 na 4 firmy (75 proc.) wykorzystują również dane do zarządzania zasobami ludzkimi bądź alokacją kapitału. Najważniejszy jest jednak fakt, że aż 82 proc. respondentów przyznało, że wdrożenie zaawansowanych mechanizmów z zakresu analityki Big Data pozwoliło ich firmom na lepsze zrozumienie potrzeb i preferencji klientów oraz uzyskanie nowej perspektywy biznesowej, która pozwoliła im inaczej myśleć o ich biznesie. Ta zmiana optyki pozwoliła firmom lepiej odnaleźć się na rynku i łatwiej oraz szybciej osiągać profity.

Boston Consulting Group w raporcie „The Value of Our Digital Identity” twierdzi, że wartość anonimowych danych zgromadzonych o internautach z Unii Europejskiej, w 2020 roku zbliży się do okrągłego biliona EUR. Oznacza to, że cyfrowe ślady pozostawione przez Europejczyków w Sieci będą równoważne finansowo około 8 proc. PKB krajów całej Wspólnoty. Tym samym cyfrowa ekonomia stała się faktem na naszych oczach.

– Big Data przestaje być abstrakcyjnym pojęciem, oznaczającym po prostu „wielkie zbiory danych”. Współczesny biznes rozumie, że w danych zakodowane są cenne informacje, które można wykorzystać lub spieniężyć. Big Data = Big Money. Dostęp do wielkiego kapitału wiąże się jednak z koniecznością podjęcia pracy analitycznej, rozpoznania własnych źródeł danych i ich konsolidacji oraz zintegrowania ich z zewnętrznymi platformami DMP. Firmy, które zrozumieją tę kolejność i ją powtórzą, będą mogły spać – a raczej: rozwijać się – już całkiem spokojnie – dodaje CEO Cloud Technologies.

Rok 2015 rekordowym rokiem dla Toyoty w Polsce

Toyota sprzedała w Polsce w 2015 roku rekordową w swojej historii liczbę samochodów. Jednocześnie okazała się drugą najpopularniejszą marką pod względem zarejestrowanych w 2015 roku samochodów osobowych. Rok 2015 okazał się rekordowym dla marki także pod względem sprzedaży aut hybrydowych.

  • Roczny rekord sprzedaży Toyoty – 36 943 auta, najwięcej w dotychczasowej historii firmy w Polsce;
  • Czwarty z rzędu rok krajowego wzrostu sprzedaży Toyoty;
  • Udział Toyoty w polskim rynku samochodów osobowych w 2015 roku – 10,04%
  • Rekordowy rok sprzedaży hybryd Toyoty – 3819 samochodów- wzrost o 51% względem 2014

Toyota sprzedała w 2015 roku w Polsce najwięcej samochodów w swojej historii – aż 36 943 egzemplarze. Poprzedni rekord padł w 2008 roku i wyniósł 36 614 aut. Polscy klienci Toyoty zarejestrowali w zeszłym roku 35 649 samochodów osobowych, o 14% więcej niż rok wcześniej. W ten sposób Toyota okazała się drugą najpopularniejszą marką pod względem rejestracji samochodów (dane PZPM), a jej udział w rynku wzrósł z 9,4% do 10,04%.

 Rejestracje nowych samochodów osobowych w Polsce w 2015

  Marka Liczba zarejestrowanych samochodów
1 Skoda 44 441
2 Toyota 35 649
3 Volkswagen 35 550
4 Opel 29 300
5 Ford 25 549
6 Renault 18 845
7 Kia 17 618
8 Hyundai 16 033
9 Nissan 13 989
10 Dacia 13 000

Źródło: Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego

W 2015 roku Toyota kontynuowała ofensywę nowych modeli – w salonach pojawiły się Auris po szeroko zakrojonym liftingu oraz gruntownie przebudowany Avensis. Dzięki temu sprzedaż Aurisa wzrosła o ponad 1 000 egzemplarzy, zaś Avensisa o 965 aut. Ogromnym zainteresowaniem klientów cieszył się także jeden z najpopularniejszych samochodów flotowych na rynku – Yaris, którego sprzedaż wzrosła aż o 1800 egzemplarzy i wyniosła 10 110 aut.

Miniony rok przyniósł kolejny rekord sprzedaży hybryd Toyoty. Polacy kupili łącznie 3 819 tych samochodów, o 1 299 ( 51,5%) więcej niż rok wcześniej. Tradycyjnie bestsellerem okazał się hybrydowy Auris, najpopularniejszy samochód hybrydowy zarówno w Polsce, jak i w Europie. Wynik 2 689 sprzedanych egzemplarzy oznacza wzrost w stosunku do poprzedniego roku aż o 54%. Hybrydowego Yarisa wybrało 1 113 klientów, o 53% więcej niż rok wcześniej.

Liczba najpopularniejszych hybryd Toyoty sprzedanych w Polsce w 2015 

Model Liczba sprzedanych egzemplarzy Udział hybrydy w całej sprzedaży modelu Zmiana 2015 vs 2014
Auris Hybrid 2 689 27,5% +54,4%
Auris Total: 9 785    
Yaris Hybrid 1 113 11% +53,3%
Yaris Total: 10 110    

 Źródło: Dane sprzedażowe Toyota Motor Poland

Najnowszy raport. Czy polskie firmy potrafią się zmieniać?

Na nowy rok chętnie planujemy zmiany, podobnie jest z firmami. Jak sobie
z tym radzą? Okazuje się, że aż 70% zmian w polskich przedsiębiorstwach kończy się niepowodzeniem. Dzisiaj opublikowano raport z Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą.

 Autorzy ze Szkoły Zarządzania Zmianą przebadali ponad 200 organizacji, w większości dużych firm, które przeprowadzały różnego rodzaju zmiany. Dotyczyły na przykład restrukturyzacji, fuzji lub przejęcia, redukcji kosztów, przebudowania strategii, przeprojektowania procesów, wprowadzenia nowego oprogramowanie czy systemów IT.  Z jakim efektem firmy realizowały zmiany? Okazuje się, że tylko w mniej niż 30% przypadków udało się całkowicie zrealizować zakładane cele. Dlaczego tak się dzieje?

Realizacja celow zmian_OBZZ_tabelka

Glowne cele zmian_OBZZ_wykres

Jedna z najważniejszych przyczyn to kłopoty z wewnętrzną komunikacją w firmie. Zbyt często jest jednostronna. To znaczy, że pracownicy są tylko informowani o tym, co się dzieje. Tymczasem wdrażanie zmian w firmie przynosi najlepsze efekty wtedy, gdy z pracownikami się rozmawia i słucha się, co mają do powiedzenie, ponieważ wtedy są w ten proces zaangażowani – mówi Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach.

Z niewłaściwej komunikacji wynikają konkretne problemy. Ankietowani najczęściej wskazywali emocje pracowników (19%) oraz sabotowanie procesu zmian przez niektórych pracowników (13%) jako poważne przeszkody we wdrażaniu zmiany.

Jak to robić dobrze?

Co miało największy pozytywny wpływ na proces przeprowadzania zmiany? Tu ankietowani wskazywali na pierwszym miejscu na postawę menedżerów najwyższego szczebla (prawie 55%), a na drugim na zaangażowanie pracowników w proces zmian (44%).

Moje doświadczenie potwierdzają, że gdy szef stał z boku, wdrożenia zawsze kończyły się problemami. W przeprowadzaniu zmiany potrzebna jest wizja i moc sprawcza. Obie te rzeczy jednoznacznie wiążą się z szefem firmy – mówi Roman Wendt Prezes Zarządu Stowarzyszenia Interim Managers.

Z raportu wynika, że ponad 60% firm, które osiągnęły cele, wykorzystywało coaching
i mentoring dla swoich pracowników, dla porównania – w przypadku firm nierealizujących celów zrobiło tak o połowę mniej przedsiębiorstw.

 

Zmiany wywołują napięcia, a wśród pracowników wzrasta poziom stresu i niepewności. Coaching i mentoring pomagają o tyle, że wzmacniają pewność siebie i ułatwiają wykorzystanie swoich umiejętności, talentów i atutów także w sytuacji, kiedy trzeba zmienić niektóre nawyki – wyjaśnia Wiesław Grabowski Koordynator Szkoły Zarządzania Zmianą w Warszawie.

Raport pokazuje jeszcze jedną ciekawą rzecz. Jeśli polskie firmy decydowały się na zmiany w różnych obszarach, to często uwzględniały przy tym zmiany w kulturze organizacyjnej.

Kulturę organizacyjną porównam do środowiska, które może sprzyjać rozwojowi określonych kompetencji lub ten proces hamować. Dziś świat i rynki zmieniają się tak dynamicznie, że kluczowe jest stworzenie środowiska korzystnego dla zmian
i wspierającego elastyczność. Optymistyczne jest to, że polscy przedsiębiorcy
i menadżerowie coraz lepiej zdają sobie z tego sprawę
– podsumowuje Marek Janigacz, koordynator Szkoły Zarządzania Zmianą w Krakowie, konsultant i trener biznesowy.

Fundamentem silnej marki są prawdziwe wartości

– Fundamentem silnej marki są prawdziwe wartości: konkretna misja, wizja i odważna strategia. Silna marka wymaga pasji, cierpliwości, uwagi, wysiłku, poświęcenia i empatii – przekonuje Krzysztof Terlikowski, prezes firmy SEDAR S.A., produkującej Kurczaka Zagrodowego, nagrodzonego tytułem Młodej Marki Sukcesu. Partnerem głównym konkursu jest PKO Bank Polski.

Krzysztof TerlikowskiKrzysztof Terlikowski, prezes SEDAR S.A.: Zaczynamy, pod wpływem trendów promujących zdrową i naturalną żywność, poszukiwać dobrej jakości produktów. Coraz częściej czytamy etykiety i komunikaty na opakowaniu. Doskonałym przykładem zmiany nawyków żywieniowych jest sukces Kurczaka Zagrodowego. Konsumenci, którzy raz go spróbowali, zazwyczaj pozostają mu już wierni. Dlatego coraz częściej dostajemy pytania, dlaczego tak szybko znika z półek…

Niezaspokojony popyt – marzenie każdej firmy.

Bardzo nas cieszy, że rośnie grono wymagających klientów, dbających o zdrowie swoje i swojej rodziny. Należy jednak pamiętać, że nie możemy zwiększać produkcji w nieskończoność, gdyż Zagrodowy to produkt limitowany. Ze względu na to, że jest chowany wyłącznie w małych, rodzinnych gospodarstwach, nigdy nie będzie dostępny w masowych ilościach. Jesteśmy obecni w super- i hipermarketach oraz w bardzo dobrych sklepach w wielu miastach w Polsce.

Sukces Zagrodowego dowodzi, że jesteśmy już gotowi zapłacić więcej za dobrą jakość?

Zagrodowy to produkt premium, droższy od kurczaka przemysłowego. Różnica ta jednak ma swoje uzasadnienie, przekłada się na istotne korzyści smakowe i zdrowotne, zauważalne i doceniane przez naszych klientów. Zagrodowego wyróżnia o połowę dłuższy chów oraz specjalny sposób karmienia − wyłącznie naturalną karmą roślinną bogatą w surowce mineralne i witaminy, której składniki nie zawierają GMO. Zagrodowy chowany jest wyłącznie w małych, rodzinnych gospodarstwach położonych w czystym ekologicznie rejonie Podlasia, w kurnikach z dostępem do zagrody na powietrzu. Zagrodowe mają więcej przestrzeni do biegania, więc są mniej otłuszczone i regularniej umięśnione niż zwykłe kurczaki, a ich skórka jest cieńsza. Aby otrzymać taki efekt, potrzeba oczywiście większego nakładu kosztów, ale wysiłki przekładają się zdecydowanie na zadowolenie konsumentów.

Jeszcze kilkanaście lat temu kurczak był po prostu kurczakiem, klienci nie zwracali szczególnej uwagi na markę. Co najwyżej obowiązywał podział „mięso z marketu” i „z zaufanego sklepiku”. Dlaczego to się zmieniło?

Polacy wciąż najchętniej kupują mięso „luzem” – na bazarkach lub w tradycyjnych sklepikach spożywczych. Dominujący w Europie sposób sprzedaży mięsa – dostępne w sieciach handlowych porcje na „tackach” – u nas przyjmuje się powoli, z uwagi na obawy konsumentów przed nieznanym pochodzeniem surowca.

Widać jednak wyraźnie, że Polacy wykazują coraz większe zainteresowanie pochodzeniem drobiu, sposobem jego odżywiania, tym, czy w jego mięsie znajdują się antybiotyki, jaką drogę przebywa mięso, zanim trafi na stół, w jakich warunkach jest przechowywane itp. Tendencja ta przekłada się na wzrost zainteresowania porcjowanym mięsem. Konsument ma dzięki temu pewność, że mięso ma powtarzalny smak i jakość, jest świeże, wytwarzane zgodnie z restrykcyjnymi regulacjami prawnymi i pod ścisłą kontrolą lekarza weterynarii. Kurczak Zagrodowy występuje wyłącznie w takiej postaci. Im większy będzie udział w sprzedaży porcjowanego miejsca, tym większego znaczenia nabierać będzie silna marka i pozycjonowanie produktów.

Surowe mięso to mało „wdzięczna” materia reklamowa. Jak sobie Państwo z tym poradzili?

Fundamentem silnej marki są prawdziwe wartości: konkretna misja, wizja i odważna strategia. Silna marka wymaga pasji, cierpliwości, uwagi, wysiłku, poświęcenia i empatii. Warto podjąć ten wysiłek, by dotrzeć – jak nasz Kurczak Zagrodowy – do konsumentów poszukujących nietuzinkowych, zdrowych i wyjątkowych produktów. Nasi klienci wiedzą, że ich nie zawiedziemy. Biorąc pod uwagę niezliczoną ilość produktów spożywczych na rynku, takie poczucie jest bardzo cenne i buduje lojalność konsumentów.

Łatwiej jest stworzyć markę czy utrzymać jej pozycję w świadomości klientów?

Kluczowym czynnikiem powodzenia w każdym biznesie jest uczciwość. W naszej branży doskonale wiemy, że oferowanie produktu innego, niż obiecujemy to początek końca. Stworzyliśmy markę Zagrodowy w kategorii premium i taki poziom chcemy utrzymać. Przyjęliśmy wysokie standardy etyczne chowu, dbamy o dobrostan zwierząt – nie tylko o ich zdrowie i warunki, w jakich przebywają, ale także o komfort psychiczny. Kurczaki chowane są w warunkach naturalnych, z dostępem do zagrody na powietrzu, mają dużo miejsca na poruszania się. To wszystko ma swoje odzwierciedlenie w smaku i strukturze mięsa. Zagrodowy ma spójną, kruchą strukturę, a po upieczeniu jego mięso jest wyjątkowo smaczne. Nasi konsumenci powracają do smaku, który jest taki jak „kiedyś”.

Kurczak taki jak „kiedyś”, ale promowany z wykorzystaniem najnowszych narzędzi marketingu, takich jak product placement czy współpraca z blogerami. Niestandardowe sposoby dotarcia do klientów stają się jednak coraz bardziej powszechne. Jak wyróżnić się „bardziej”?

Nie mamy, jak marki wielkich korporacji, ogromnych budżetów reklamowych. Dobraliśmy narzędzia tak, by efektywnie komunikować to, co dla nas najważniejsze: Zagrodowy to najwyższa jakość i wyjątkowy smak. Postawiliśmy głównie na kampanię w prasie kobiecej, billboardy sponsorskie w telewizji, product placement w popularnych programach i serialach, takich jak „Top Chef”, „Ojciec Mateusz” czy w telewizji śniadaniowej, działania public relations. Bardzo dużą wagę przykładamy do aktywności w internecie, współpracujemy z blogosferą, jesteśmy w mediach społecznościowych.

Kilka lat temu firma SEDAR postanowiła uczynić Kurczaka Zagrodowego marką ogólnopolską. Nie bali się Państwo, że większa skala działania może oznaczać utratę niepowtarzalnego, regionalnego smaku i charakteru?

W 2010 roku podjęliśmy decyzję, że chcemy udostępnić unikalne produkty naszej marki szerszej grupie konsumentów. Ogólnopolska ekspansja oznaczała wzmocnienie sił sprzedaży, budowę sieci dystrybucji i zaawansowaną logistykę, co zawsze wiąże się z dodatkowymi wyzwaniami i ryzykiem. Nam to się udało. Kluczem do sukcesu była, w mojej ocenie, wierność przekonaniu, że musimy zachować wartość i zalety naszych produktów. Jesteśmy to winni nie tylko klientom, ale i hodowcom Zagrodowego, którzy są bardzo sumienni i z zaangażowaniem podchodzą do swojej pracy. Dlatego, choć mijają kolejne lata obecności produktu na ogólnopolskim rynku, Kurczak Zagrodowy jest taki jak wtedy, gdy był dostępny tylko w regionie Podlasia. I to na pewno się nie zmieni.

Lepsze dane z USA niż z Chin

Dobre dane z rynku pracy w USA. W Chinach znów słabsze dane i spadki na giełdach. Cena ropy ponownie najniższa od 11 lat. Integracja w Stowarzyszeniu Narodów Azji Południowo- Wschodniej bez wspólnej waluty.

Ceny ropy naftowej są najniższe od 11 lat. Zdanie to jest ostatnimi czasy bardzo często prawdziwe. Zbliżanie się do nieosiągalnego, jak się jeszcze niedawno miało wydawać, poziomu 30 dolarów za baryłkę trwa. Powodem spadków są m. in. dane z Chin. Inflacja konsumencka była zgodna z oczekiwaniami i wyniosła 1,6%. W przypadku cen producentów zmiana wyniosła -5,9% i jest to 46 miesiąc spadku cen producentów z rzędu. Biorąc pod uwagę skalę tego spadku nie zanosi się by był to ostatni taki miesiąc.

Jaki ma to wpływ na rynki walutowe? Dobrym przykładem jest rosyjski rubel, który stabilnie osuwa się w dół. W ciągu miesiąca waluta straciła około 10%. Rosjanie wracają właśnie do pracy po przerwie świątecznej. Kraj ten oprócz problemów gospodarczych musi borykać się z niedostępnością niektórych towaru, gdyż z przyczyn ideologicznych Rosja zawiesza wymianę handlową z niektórymi państwami. Po zestrzeleniu samolotu przez Turcję zawieszono import z tego kraju.

W Chinach gorąco również na giełdzie. Zawieszono co prawda mechanizm pozwalający przerywać notowania gdy dojdzie do znacznych spadków. Mechanizm ten dwukrotnie zakończył przedwcześnie sesje. Dzisiejsza sesja nie osiągnęła co prawda 7% spadków, ale pierwszy próg ostrożnościowy, wynoszący 5% został osiągnięty pod koniec notowań. Jak nie trudno się domyślić jest to najgorszy początek roku dla chińskiej giełdy w jej historii.

Trwa integracja w Stowarzyszeniu Narodów Azji Południowo-Wschodniej. Jest to obszar gospodarczy składający się z 10 państw, za to z liczbą obywateli aż 20% większą niż ma Unia Europejska, w dodatku w przeciwieństwie do niej dynamicznie rozwijający się od lat. Obecnie doszło do dalszej integracji w ramach ceł oraz standardów produkcji, usług oraz ochrony konsumentów. Region ten odrzucił obecnie plany wprowadzenia wspólnej waluty.

Piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy okazały się bardzo dobre dla dolara. Stopa bezrobocia wciąż wynosi co prawda 5%, aczkolwiek zmiana zatrudnienia wypadła znacznie lepiej niż sądzono. W sektorze prywatnym powstało 275 tysięcy miejsc pracy wobec oczekiwanych 195 tysięcy. Te dane są tym lepsze, że rynki spodziewały się spowolnienia względem listopada a odczyt okazał się lepszy. Warto natomiast zwrócić uwagę na brak zmian płacy godzinowej, podczas gdy rynki oczekiwały symbolicznego wzrostu o 0,2%.

Dzisiaj nie ma w kalendarzu danych makroekonomicznych żadnych wydarzeń, na które należało by szczególnie zwrócić uwagę.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016

Kurs EUR/PLN po ostatnich spadkach przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,3650 gdzie znajduje się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2300. Jest to również poziom, na którym kurs już trzykrotnie odbił się w górę w ciągu ostatniego kwartału.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016

Kurs CHF/PLN przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Gdyby doszło do powrotu do wzrostów istotnym poziomem są wciąż okolice 4,0400, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem są testowane obecnie okolice 3,9000-3,9100, na których to kurs wielokrotnie odbijał w górę.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016

Kurs USD/PLN powrócił do trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,8600, gdzie kurs odbijał się pod koniec grudnia.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 11.10.2015 do 11.01.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę jest krótkookresowa linia spadkowa na poziomie 5,9500. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest dopiero minimum stanowiące punkt wyjścia do obecnego ruchu wzrostowego, czyli poziom 5,6600.

Ranking ubezpieczeń komunikacyjnych. Będzie coraz drożej?

Łodzianin z Citroenem C4 z 2014 r. najtańsze ubezpieczenie komunikacyjne znajdzie w Liberty Ubezpieczenia oraz Gothaer – wynika z danych porównywarki Comperia Ubezpieczenia.

Eksperci Comperia Ubezpieczenia przeanalizowali i zestawili ze sobą oferty ubezpieczeń OC+AC+assistance+NNW dla 60-letniego kierowcy z 41-letnim stażem, zamieszkałego w Łodzi, legitymującego się 60 proc. zniżką w OC i AC. Przyjęto, że jest on właścicielem samochodu Citroen C4 Picasso 2.0 HDi Seduction wyprodukowanego w 2014 r., który dotychczas ma 20 tys. km przebiegu.

Jak wynika z danych najtańszą ofertę owemu klientowi przedstawi Liberty Ubezpieczenia. Tu – składka ubezpieczenia wyniosłaby jedyne 1452 zł. Jeszcze tylko w Gothaer oraz w Proamie ubezpieczenie kosztowałoby mniej niż 2000 zł – kolejno 1681 zł oraz 1915 zł. Na przeciwnym biegunie znalazły się oferty MTU, Axa i Link4, gdzie składka przekroczyłaby 3000 zł. Średnio należałoby przygotować się na wydatek ok. 2400 zł. – komentuje Mikołaj Fidziński, analityk Comperia.pl.

Ranking ubezpieczeń komunikacyjnych
Miejsce Towarzystwo Wysokość składki
1. Liberty Ubezpieczenia 1 452,28 zł
2. Gothaer 1 681,00 zł
3. Proama 1 915,34 zł
4. Ergo Hestia 2 037,00 zł
5. MTU 2 057,00 zł
6. HDI 2 251,00 zł
7. Warta 2 326,00 zł
8. Benefia 2 364,00 zł
9. Generali 2 486,00 zł
10. InterRisk 2 499,00 zł
11. Compensa 2 876,00 zł
12. MTU 3 007,00 zł
13. Axa 3 089,00 zł
14. LINK 4 3 208,45 zł
*zestawienie obejmuje towarzystwa ubezpieczeniowepracu
Źródło: Comperia Ubezpieczenia (ub.comperia.pl)

 

Przygotowany przez nas ranking pokazuje, jak istotne jest porównywanie ofert przed wyborem ubezpieczyciela. Różnica pomiędzy ofertami może sięgać nawet 1000 czy 1500 zł – komentuje Mikołaj Fidziński, Comperia.pl.

2016 r. trudny dla klientów?

Co prawda 2016 r. dopiero się zaczął a już wiadomo, że ceny ubezpieczeń komunikacyjnych pójdą w górę. Jest to efekt podatków, które zostaną nałożone na branżę ubezpieczeniową oraz stopniowego odchodzenia od wyniszczającej konkurencji. Na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych już od kilku lat toczy się wojna cenowa. – Towarzystwa sprzedając polisy, szczególnie OC, tak naprawdę dokładają do interesu, co widać w wynikach całej branży, która 2015 r. zakończyła na minusie. – mówi Mikołaj Fidziński, Comperia.pl. – Wszelkie podwyżki są tak naprawdę obserwowane od ubiegłego roku. Ubezpieczyciele, pomimo tego, iż obecnie dokładają do interesu, będą musieli znaleźć dodatkowe środki na opłacenie nowych podatków, m.in. podatku bankowego, który również obejmie te instytucje. Jego wymiar ma wynosić 0,44 proc. w skali roku od wartości aktywów ponad 2 mld zł – dodaje.

W tle zapowiedzianych zmian słychać również echo planów ponownego wprowadzenia dodatkowego świadczenia, z którego miałoby być finansowane leczenie ofiar wypadków drogowych – tzw. podatek Religi. Niestety koszt tego podatku ubezpieczyciele będą mogli przerzucać na klientów. I znów ucierpi ten ostatni.

JR HOLDING S.A. przeznaczy do 5 mln zł na program buy-back

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., przeznaczy środki w wysokości do 5 mln zł na realizację programu skupu akcji własnych. Emitent liczy również na dalszy rozwój segmentu biznesowego związanego z branżą Odnawialnych Źródeł Energii.

 Akcjonariusze JR HOLDING S.A. podczas NWZA, które odbyło się w dniu 07.01.2016 r., podjęli uchwałę o przyjęciu zmienionego programu skupu akcji własnych. Zgodnie z podjętą w tym zakresie uchwałą, Zarząd Spółki został upoważniony do nabycia maksymalnie 7.800.000 szt. akcji własnych po cenie nie niższej niż 0,10 zł i nie wyższej niż 2,00 zł za jedną akcję. Łączna wartość środków przeznaczonych na realizację programu buy-back wyniesie do 5 mln zł, a termin jego trwania został przewidziany do dnia 31.12.2017 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel. Nabyte akcje będą mogły być umorzone lub przeznaczone do dalszej odsprzedaży. Zarząd Spółki jest przekonany, że wdrożenie programu skupu akcji własnych wpłynie korzystnie na jej wycenę rynkową.

„Widząc niedoszacowanie wyceny rynkowej Spółki, podjęliśmy decyzję o wprowadzeniu programu skupu akcji własnych. Środki, które zamierzamy przeznaczyć na ten cel, są dosyć wysokie i wierzę, że program buy-back przyczyni się także do wzrostu płynności obrotu. Głównym celem jest umorzenie skupionych akcji, natomiast opcjonalnie Spółka może również osiągnąć zysk z dalszej odsprzedaży nabytych akcji. Liczę oczywiście na pozytywną reakcję rynku i naszych Akcjonariuszy, dla których wprowadzenie programu skupu akcji własnych powinno być bardzo dobrą informacją.” – komentuje January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

Istotnym wydarzeniem dla Emitenta związanym z rozwojem segmentu biznesowego w zakresie Odnawialnych Źródeł Energii jest podjęcie uchwał przez NWZA spółek COLUMBUS CAPITAL S.A. oraz Columbus Energy S.A. odnośnie połączenia obu podmiotów. Głównym celem nowo utworzonej Spółki będzie zdobycie wysokiej pozycji rynkowej w branży fotowoltaiki, a także przeniesienie notowań jej akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie. Podmiot będzie także prowadził działalność inwestycyjną w przedsiębiorstwa z sektora MŚP. JR HOLDING S.A. wraz z podmiotami powiązanymi posiada obecnie 35,96% łącznej liczby akcji Columbus Energy S.A.

 „Podjęcie uchwał o zatwierdzeniu planu połączenia obu spółek przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy COLUMBUS CAPITAL S.A. i Columbus Energy S.A. znacząco przybliżyło te podmioty do finalizacji całego procesu fuzji. Spółka posiada przejrzystą strategię rozwoju na kolejne lata, a jej skuteczna realizacja powinna przyczynić się do osiągania coraz lepszych wyników finansowych i stałego wzrostu wartości Spółki. Z bardzo dużym optymizmem podchodzimy do planów rozwoju COLUMBUS ENERGY S.A., bowiem tak będzie się nazywał nowy podmiot po przeprowadzonym procesie połączenia.” – ocenia Ciszewski.

JR HOLDING S.A. osiągnęła w 3 kw. 2015 r. skonsolidowany zysk netto w wysokości 2.193 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży sięgających 1.145 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach 2015 r. skonsolidowany zysk netto Spółki kształtował się na poziomie ponad 2.154 tys. zł, a wartość przychodów wynosiła 3.388 tys. zł. Emitent znajduje się także od dnia 01.10.2015 r. w segmencie NewConnect Lead, grupującym 26 największych i najpłynniejszych spółek z alternatywnego rynku.

W skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wchodzą głównie podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych. Ich głównym przedmiotem działalności jest nabywanie nieruchomości w atrakcyjnych cenach, a następnie ich modernizacja oraz zmiana struktury najemców, co pozwala na wzrost generowanych przychodów i uzyskiwanie wyższej kwoty ze sprzedaży tak zrestrukturyzowanych budynków. JR HOLDING S.A. poszerzyła również prowadzoną działalność poprzez zwiększenie zaangażowania kapitałowego w branżę Odnawialnych Źródeł Energii.

Polski Sherlybox w czołówce konkursu Xberts Innovative Brands 2016

Krakowski Sherlybox to jedyny polski produkt, który uplasował się wśród trzynastu najbardziej innowacyjnych urządzeń HighTech, wybranych w konkursie organizowanym przez Xberts, globalną platformę promującą rozwój przełomowych rozwiązań technologicznych na świecie – Sherlybox spotkał się z ogromnym zainteresowaniem uczestników tegorocznego Konwentu w Las Vegas, w tym inżynierów, specjalistów branżowych, przedstawicieli świata biznesu oraz prywatnych inwestorów.

Sherlybox CES Vegas 2016W zorganizowanym przez nas konkursie Xberts Innovative Brands 2016, Sherlybox uzyskał najwięcej nominacji w kategorii „osobisty wybór“, jako jedno z najbardziej innowacyjnych wynalazków, które czyni współczesne życie łatwiejszym, zapewnia nowy, wygodny sposób dzielenia się prywatnymi plikami z rodziną, przyjaciółmi czy współpracownikami, gdziekolwiek się aktualnie znajdują – powiedziała Sissi Wang, Business Development Manager w Xberts.

Sherlybox to ultra inteligentna, prywatna chmura o nieograniczonej pojemności, zamknięta w ergonomicznym urządzeniu o unikalnym, supernowoczesnym designie. Służy do przekazywania danych za pośrednictwem Internetu. Innowacją tego rozwiązania jest możliwość przesyłania najbardziej wrażliwych danych wskazanej grupie odbiorców bez udostępniania ich do chmury publicznej. Połączenie nawiązywane jest bezpośrednio pomiędzy komputerem osoby udostępniającej pliki, a urządzeniami osób, którym zostały one udostępnione. Dzięki temu eliminowane jest ryzyko, że dane zostaną podejrzane przez osoby do tego nieuprawnione. Nawiązanie połączenia umożliwia aplikacja Sher.ly. Samo urządzenie Sherlybox sprawia zaś, że dane będą dostępne dla zaproszonych użytkowników nawet po wyłączeniu komputera je udostępniającego.

W gronie nominowanych, poza polskim Sherlyboxem, wyróżniono m.in. takie urządzenia jak:  inteligentna szczoteczka do zębów Avori, pierwszy modułowy dron do samodzielnej konstrukcji Doramigo czy portfel umożliwiający bezprzewodowe ładowanie telefonów komórkowych pod nazwą ZEUSE.

Targi CES odbywały się w dniach 6-9 stycznia br. w Las Vegas, Nevada, USA.

A. Dakowicz (AgioFunds TFI): Nową RPP zdominują gołębie. To jednak nie będzie oznaczać wielkich obniżek stóp procentowych NBP

CEO Magazyn Polska

Na przełomie stycznia i lutego wygasają kadencje większości członków Rady Polityki Pieniężnej i prezydent oraz nowa większość parlamentarna mogą wybrać swoich przedstawicieli. W ocenie ekonomistów i analityków znajdą się w niej zwolennicy luzowania polityki monetarnej Narodowego Banku Polskiego. Znaczących obniżek stóp oczekiwać jednak raczej nie należy.

W styczniu i lutym kończy się kadencja ośmiu z dziewięciu członków RPP. Jedynie Jerzy Osiatyński, który objął stanowisko po zrzeczeniu się funkcji przez Zytę Gilowską, zasiadać ma w Radzie do końca 2019 roku. Jednocześnie w czerwcu 2016 roku upływa mandat prezesa NBP Marka Belki.

 Myślę, że patrząc na deklaracje polityczne, to spodziewalibyśmy się raczej uzupełnienia składu rady w kierunku bardziej gołębiej ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Dakowicz, prezes zarządu AgioFunds TFI.  I z punktu widzenia oceny jakości polityki makroekonomicznej może różnie być to komentowane. Natomiast z punktu widzenia sprzyjania koniunkturze, wzrostowi, to będzie to in plus.

Znanych jest już pięcioro kandydatów PiS do nowej Rady, dwoje z ramienia Sejmu i trzech z Senatu. Są nimi Grażyna Ancyparowicz i Eryk Łon oraz Eugeniusz Gatnar, Marek Chrzanowski i Jerzy Kropiwnicki. PO zaproponowała Marka Dąbrowskiego (Sejm) i Cezarego Wójcika (Senat).

O ile jednak oczekiwania co do polityki monetarnej są różne, o tyle zdaniem Adama Dakowicza obecnie należy się raczej spodziewać jej luzowania, zwiększania ilości pieniądza na rynku, a tym samym obniżania jego ceny.

 Tak jak wielu ekonomistów, tak wiele opinii możemy na ten temat odnaleźć. Natomiast krótkookresowo potencjalnie nowi członkowie będą tymi raczej luzującymi politykę monetarną. Myślę, że z perspektywy czasu przedsiębiorcy będą oceniali ten okres jako pozytywny.

Można założyć, że Rada Polityki Pieniężnej w nowym składzie praktycznie zablokuje ewentualne podwyżki stóp procentowych, ale wielkich obniżek też raczej oczekiwać nie należy.

Jakkolwiek zapowiadana jest obniżka stóp krótkookresowych, to nie widzę istotnej przestrzeni do większej obniżki  mówi prezes AgioFunds TFI. Oczywiście może się zdarzyć demonstracja swego rodzaju woli. Może być tak, że Rada w nowym składzie zdecyduje się na obniżenie jeszcze raz sygnalnie stóp procentowych po to, żeby pokazać, że jest pewna możliwość i moc sprawcza oddziaływania na politykę gospodarczą.

Rada Polityki Pieniężnej odpowiada w Polsce za inflację. Jej zadaniem jest utrzymywanie cen w ryzach i pilnowanie, by nie odbiegały one za bardzo od celu inflacyjnego NBP. Pojawiają się jednak pomysły, by jej kompetencje rozszerzyć, by podobnie tak jak Fed w Stanach Zjednoczonych odpowiadała ona też za walkę z bezrobociem. Prezes AgioFunds TFI nie uważa, by był to dobry pomysł.

 Jesteśmy w takim okresie, gdzie rąk do pracy za chwilę zacznie poważnie brakować. Nie sądzę, żeby był potrzebny szczególny dopalacz, czyli specjalna troska Narodowego Banku Polskiego o rynek pracy. Jeśli odwrócimy reformę emerytalną, o czym się dosyć głośno mówi, to za chwilę spotkamy się z sytuacją poważnego deficytu rąk do pracy. Dlatego w moim przekonaniu nie potrzeba tutaj dodatkowych stymulatorów.

Komisja senacka opinie w sprawie kandydatów na członków Rady Polityki Pieniężnej wyda jutro. Natomiast powołanie członków RPP oraz złożenie przysięgi powołanego przez Senat gremium zaplanowane jest na posiedzeniu w środę, 13 stycznia, o godz. 11.00.

USA o krok od osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia. To oznacza dynamiczny wzrost płac, wyższe stopy procentowe i mocniejszego dolara

CEO Magazyn Polska

Sytuacja na amerykańskim rynku pracy jest coraz lepsza i zdaniem ekspertów kraj ten jest o krok od osiągnięcia pełnego zatrudnienia. Mateusz Adamkiewicz, analityk HFT Brokers, uważa, że w tym roku możemy oczekiwać od dawna niewidzianego dynamicznego wzrostu wynagrodzeń w USA. Stopa bezrobocia za oceanem w grudniu, podobnie jak w październiku i listopadzie, wyniosła 5 procent i jest to najlepszy wynik od niemal 8 lat. 

 Długoterminowy trend na amerykańskim rynku pracy pozostaje absolutnie bardzo dobry podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Adamkiewicz, analityk HFT Brokers.  Tamtejszy rynek pracy jest w bardzo dobrej kondycji. Znajdujemy się o krok od stanu pełnego zatrudnienia. W tej chwili stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych wynosi 5 proc. Natomiast wg Fed pełne zatrudnienie osiągniemy przy stanie 4,9 proc.

5-proc. bezrobocie na amerykańskim rynku utrzymuje się już pełny kwartał. Poprzednim razem na tym poziomie było w kwietniu 2008 roku. Co prawda dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych dotyczące liczby osób zgłaszających się po zasiłek dla bezrobotnych w ostatnim tygodniu okazały się być o 5 tys. osób wyższe, niż przewidywali analitycy, ale i tak odnotowano spadek o 10 tys. wobec poprzedniego tygodnia. Poza tym, jak zaznacza analityk HFT Brokers, do tych danych nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi. Charakteryzują się one dużą zmiennością i nie pokazują pełnego obrazu sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Znacznie ważniejsze miesięczne dane o nowych zatrudnionych pokazały, że w sektorze pozarolniczym przybyło w grudniu 292 tys. miejsc pracy (oczekiwano 200 tys.). Zrewidowano też w górę dane za listopad z 211 tys. nowych etatów do 252 tys.

To oznacza, że jeszcze w tym roku – oprócz przyrostu miejsc pracy – można się spodziewać w USA bardziej dynamicznego przyrostu wynagrodzeń. To – jak zwraca uwagę Mateusz Adamkiewicz  bardzo ważna kwestia dla amerykańskiej Rezerwy Federalnej.

– Wielu komentatorów narzekało na ten czynnik, że choć zatrudnienie rośnie, to wynagrodzenie nie chce. Teraz, jeżeli rynek pracy jest w stanie pełnego zatrudnienia, pojawi się być może inflacja płacowa. Co oznacza, że będzie to niewątpliwie jeden z czynników, który powinien wspierać Fed w podjęciu decyzji o podnoszeniu stóp procentowych w dalszej części tego roku.

Większość analityków jest przekonana o tym, że podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych są w tym roku przesądzone. Różni ich tylko ocena, czy Fed będzie podnosił stopy dwukrotnie, czy czterokrotnie i co za tym idzie – jaki będzie stan rynku walutowego w tym roku.

 Jeżeli będą cztery podwyżki stóp procentowych, to parytet na parze euro-dolar wydaje się w zasadzie nieuchronny. Z tym wiąże się fakt, że także my zapłacimy za dolara bardzo dużo i niewykluczone jest, że na koniec roku za amerykańską walutę będziemy płacili nawet 4,3 zł  mówi analityk HFT Brokers.

Jego zdaniem jednak Fed zdecyduje się w tym roku tylko na dwie podwyżki stóp procentowych, co oznacza mniejszą skalę wzmocnienia amerykańskiej waluty.

Jeżeli będą tylko dwie podwyżki stóp procentowych, to jest to scenariusz dosyć łagodny, w którym dolar może zyskiwać łagodnie. Natomiast, jeżeli będą cztery podwyżki stóp procentowych w tym roku, co nie jest scenariuszem bazowym, ale może się wydarzyć, to niewątpliwie będzie to bardzo mocno wspierało amerykańską walutę, która ponownie powinna zostać królem tego roku.

Współwłaściciel B Grupy i Mostów Gdańsk chce pozyskać finansowanie z GPW

CEO Magazyn Polska

Współwłaściciel budujących drogi, wiadukty i mosty firm B Grupa i Mosty Gdańsk chce pozyskać finansowanie z GPW. Projektant i wykonawca obiektów budowlanych zamierza też wspierać swoją działalność dotacjami z nowej unijnej perspektywy. W programie operacyjnym Infrastruktura i Środowisko na najbliższe 5 lat Polska ma do wydania blisko 27,5 mld zł.

W kwestii finansowania naszej działalności stoimy trochę pod ścianą. Jesteśmy samodzielną jednostką z polskim kapitałem w odróżnieniu od firm zagranicznych, za którymi stoją silniejsze spółki matki, finansujące swoje odziały nieskończoną liczbą kredytów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor inż. Andrzej Berger, współwłaściciel B Grupy i Mostów Gdańsk. – Musimy szukać kapitału wewnątrz naszej firmy lub pożyczać od banków. Mimo że spełniamy wszystkie warunki, mamy dobre wyniki i płynność, to spotykamy się z drobnym oporem, ale będziemy szukali różnych alternatywnych rozwiązań pozyskania kapitału.

Spółki budowlane od kilku lat cieszą się przychylnością inwestorów na GPW. Po dramatycznym okresie sprzed Euro 2012, gdy wiele firm zbankrutowało, a inne otarły się o bankructwo z powodu kryterium najniższej ceny, która determinowała rozstrzygnięcia przetargów, od sierpnia 2012 roku do szczytu w listopadzie 2015 indeks WIG-budownictwo zyskał ponad 120 proc. Tylko w ostatnim roku wzrósł o 36,5 proc., co dało mu trzecią pod tym względem pozycję po spółkach chemicznych i spożywczych.

– Jedną z tych alternatyw jest oczywiście giełda – deklaruje Berger. – Daje wiele możliwości. Przede wszystkim dostęp do kapitału, który jest nam niezbędny na etapie już startu do przetargów, do przedstawiania gwarancji bankowych dla zamawiającego czy na zamówienie pierwszych materiałów, dopóki nie spłyną płatności za pierwsze wykonane roboty. Drugim elementem, który giełda daje, jest przejrzystość, czyli to, z czym polskie firmy się borykają.

Prezes zarządu B Grupy podkreśla, że zachodnie firmy raportują do swoich firm matek w bardzo przejrzysty sposób. Z kolei polskie firmy traktowane są jako rodzinne i ich wiarygodność nie jest tak czytelna. Jego zdaniem po wejściu na giełdę kwartalne czy miesięczne raporty pozwolą uwiarygodnić w przejrzysty sposób siłę i rzetelność firmy, takiej, która jest w stanie sprostać dużym kontraktom. Zaznacza, że te nadejdą wraz z dotacjami z nowej unijnej perspektywy. Na infrastrukturę i środowisko jest w niej przeznaczonych 27, 5 mld euro.

Firmy zachodnie, które po zakończeniu boomu, który u nas występuje, zamkną swoje oddziały. W tym samym czasie na całym świecie będą realizowały zadania poprzez swoje inne firmy córki. My jako polska firma jesteśmy zainteresowani przygotowaniem się na tę 5-letnią falę inwestycji w Polsce. Równolegle chcemy rozszerzać swoją działalność na zagraniczne rynki, które są perspektywiczne w dłuższym okresie – kilku, a nawet kilkunastu lat – mówi Berger.

B Grupa i Mosty Gdańsk, których udziałowcem jest Andrzej Berger, to firmy zajmujące się projektowaniem i wykonawstwem inwestycji drogowych, głównie mostów i wiaduktów oraz obiektów kubaturowych, takich jak sportowe. Prezes Zarządu B Grupy Andrzej Berger, którego przedsiębiorstwa mają 120 mln zł przychodów, ma ambitne plany. Jego celem jest osiągnięcie za dwa lata 400 mln zł przychodów. Siostrzane firmy zatrudniają około 80 inżynierów, a pracowników fizycznych pozyskują przez podwykonawców w proporcji 20 na 1 inżyniera.

Świat stawia na samochody napędzane wodorem. W Polsce nadal brakuje stacji, gdzie można by je tankować

CEO Magazyn Polska

Samochody zasilane wodorem to przyszłość światowej motoryzacji. Są ekologiczne, mają dobre parametry techniczne i używają paliwa, które nie uzależnia gospodarki od eksporterów ropy. Przybywa krajów, w których są już dostępne, jednak w Polsce brakuje zachęt dla ich posiadaczy, a przede wszystkim stacji, na których można takie pojazdy tankować.

Samochody zasilane wodorem są na razie znacznie droższe od klasycznych wozów. Toyota Mirai ma np. kosztować w Niemczech 66 tys. euro netto, czyli w Polsce, z VAT-em jej cena sięgałaby 350 tys. zł. To 3–4 razy więcej niż benzynowe wozy podobnej klasy. Jako nowość technologiczna o ciekawych parametrach samochód wodorowy bez problemu znalazłby jednak nabywców.

Świadomość kierowcy, który porusza się takim samochodem, jest niesamowita – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mikołaj Krupiński, rzecznik prasowy Instytutu Transportu Samochodowego. – Porusza się samochodem, który na dobrą sprawę nie wywiera żadnego wpływu na środowisko naturalne, i to jest ta największa zaleta pojazdu zasilanego wodorem, mającego napęd elektryczny.

Według niego wodór jest paliwem przyszłości nie tylko dla samochodów osobowych, lecz także dla pojazdów komunikacji miejskiej czy towarowych. Takie auta nie tylko nie zatruwają otoczenia, ale też mają wyższą sprawność. Są też znacznie lżejsze i inaczej skonstruowane. Nie wymagają ciężkich i zajmujących przestrzeń mechanizmów, dużego spalinowego silnika, masywnej skrzyni biegów ani przekładni napędowych. Z czasem wszystkie mechanizmy takich pojazdów będzie można ukryć w płaskiej podłodze, pasażerom i ładunkowi pozostawiając pełną przestrzeń nadwozia.

Fakt, że wodór możemy wykorzystywać jako paliwo, budzi największe emocje, bo jest to paliwo alternatywne do powszechnie stosowanych paliw ropopochodnych – zwraca uwagę Mikołaj Krupiński. – Efektem reakcji chemicznej w ogniwie paliwowym wodoru z tlenem jedyną pozostałością, nazwijmy to negatywną, jest para wodna. Natomiast plusem jest to, że mamy czystą energię elektryczną, którą dostarczamy do silnika elektrycznego napędzającego samochód.

Jak podkreśla Krupiński, napęd wodorowy jest dziś całkowicie bezpieczny i sprawdzony, posiada homologację zarówno europejską, jak i innych światowych instytucji. Samochody te są dopuszczane na rynki światowe, spełniają wszystkie wymagania stawiane prawem. Jest już dwóch światowych producentów, Toyota i Hyundai, którzy już mają w pełni produkcyjne samochody wodorowe. Można by je też sprowadzać do Polski. Problem w tym, że na razie nie byłoby gdzie ich tankować.

Najważniejszym krokiem na drodze do upowszechniania instalacji wodorowych, czyli samochodów wodorowych, będzie rozbudowa infrastruktury wodorowej – mówi rzecznik prasowy Instytutu Transportu Samochodowego. – Dopiero zapewnienie rozbudowanej infrastruktury w Europie, bo skupiamy się przede wszystkim na rynku polskim, europejskim, pozwoli na dynamiczny rozwój tej gałęzi motoryzacji.

W ramach europejskiego projektu HIT-2-Corridors, w którym brał udział Instytut Transportu Samochodowego, szacowano możliwości stworzenia infrastruktury wodorowej w Europie. W trzech krajach w ramach projektu wybudowano stacje wodorowe. Mikołaj Krupiński z Instytutu Transportu Samochodowego liczy, że wraz z kontynuacją tego projektu powstaną one także w Polsce, a według planów pierwsze dwie mają zacząć działać jeszcze w tej dekadzie. Żeby jednak Polacy zaczęli kupować ekologiczne środki transportu, potrzebna jest też zmiana przepisów.

Kluczowe jest pojawienie się zachęt, czyli forma dopłaty do zakupu takiego samochodu, np. darmowy wjazd do centrów miast, jeżeli takie będą płatne, możliwość poruszania się buspasami dla takich samochodów, uprzywilejowanie w postaci darmowych parkingów. Ale możliwe są też inne zachęty, które w dłuższej perspektywie spowodują, że kierowca będzie chciał kupić taki samochód – mówi Krupiński.

Prof. S. Gomułka: Mimo rekordowego deficytu Polsce nie grozi kryzys finansów publicznych

0

CEO Magazyn Polska

Deficyt zapisany w ustawie budżetowej na 2016 rok ma wynieść 54,7 mld złotych. Mimo tak dużego niedoboru polskim finansom publicznym raczej nie grozi kryzys – ocenia prof. Stanisław Gomułka z Business Centre Club. Dla rządu wyzwaniem będzie natomiast uszczelnienie systemu podatkowego. Luka dochodowa z tytułu niezapłaconego podatku VAT to równowartość 3 proc. PKB. Zagrożeniem po stronie dochodowej może być także niższa od oczekiwań inflacja.

– Powodzenie działań nowego rządu w obszarze finansów publicznych jest uzależnione w sposób niezwykle wysoki od powodzenia działań w obszarze uszczelniania systemu podatkowego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club.

Jak wynika z prognoz firmy doradczej PwC, wysokość luki podatkowej VAT w 2015 roku mogła wynieść aż 53 mld złotych, co stanowi równowartość 3 proc. wielkości polskiego PKB. Dla porównania w 2007 roku wielkość luki szacowana była na 0,6 proc. PKB. Gdyby udało się ją zmniejszyć do takiego poziomu, budżet zyskałby niemal 43 mld zł.

– Poprzedni rząd zabiegał o jej zmniejszenie i te zabiegi nie zakończyły się powodzeniem. Jestem zatem dość sceptyczny, że uda się szybko zmniejszyć tę lukę w znaczący sposób. Powinno się udać coś uzyskać, ale czy to będzie 5 mld zł rocznie, czy 50 mld, tak jak chciałaby większość rządowa, to trudno teraz powiedzieć – stwierdza Gomułka.

W ustawie budżetowej 2015 przewidziano, że wysokość deficytu budżetowego wyniesie prawie 50 mld złotych. Zdaniem ekonomisty łagodna polityka fiskalna prowadzona przez obecny rząd wcale nie musi skutkować kryzysem finansów publicznych. Zauważa jednak, że wielu inwestorów związanych z rynkiem akcji oraz walut przewidywało właśnie taki scenariusz.

– Stąd między innymi presja na rynku akcji, a także osłabienie złotego. Niestety, po tym, jak nowy minister finansów przedstawił swoje propozycje budżetowe na 2016 rok dla inwestorów zagranicznych i krajowych, nie wygląda to już tak bardzo źle – ocenia ekonomista.

Od maja 2015 roku indeks giełdowy WIG stracił na wartości ponad 20 procent. Jeszcze gorzej radził sobie WIG20, który w tym okresie zanotował ponad 30-procentowy spadek.

Jak dodaje główny ekonomista Business Centre Club, w najbliższych miesiącach inwestorzy będą uważnie przyglądać się działaniom podejmowanym przez obecny rząd.

– Będzie to okres próby. Tego, jak zdeterminowany będzie rząd, żeby realizować szybko swoje zobowiązania i jak efektywny będzie w uszczelnianiu systemu podatkowego – stwierdza.

Według profesora Gomułki pewnym zagrożeniem dla wpływów budżetowych jest inflacja. Choć w założeniach rząd przyjął, że poziom przeciętnego wzrostu cen wyniesie w przyszłym roku jedynie 1,7 proc., to jednak ostatnie szacunki NBP mówią o jeszcze niższej dynamice na poziomie 1,1 proc. Ekspert dodaje, że nawet 1-proc. zmiana wpływów to około 3–4 mld złotych.

– Tego rodzaju uszczuplenie w budżecie nie musi jednak prowadzić do katastrofy. W systemie finansów publicznych jest na tyle elastyczności, żeby zaabsorbować tego rodzaju różnicę.  Prawdopodobnie więc nie będzie konieczności nowelizacji budżetu na 2016 rok – podsumowuje.

Przedsiębiorcy coraz częściej będą finansować inwestycje za pomocą obligacji korporacyjnych. Ich rynek wart jest 65 mld zł

CEO Magazyn Polska

W III kwartale 2015 roku polski rynek obligacji korporacyjnych rósł w tempie 30 proc. rocznie. W 2016 roku wzrost może być jeszcze szybszy, przede wszystkim za sprawą regulacji, które dotkną sektor bankowy i potencjalnie mogą ograniczyć akcję kredytową. Przedsiębiorcy mają coraz większą świadomość na temat zalet emisji obligacji i jej przewag nad finansowaniem kredytowym.

Za nami kolejny rekordowy rok, który zakończy się prawdopodobnie łączną kwotą 63–64 mld, może nawet 65 mld zł, czyli kolejny rok wzrostów. Jesteśmy zadowoleni, że to źródło finansowania jest wykorzystywane coraz chętniej przez polskie przedsiębiorstwa – mówi agencji Newseria Mirosław Dudziński, dyrektor regionalny Fitch Ratings, odpowiedzialny za przedsiębiorstwa i projekty infrastrukturalne w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

Według danych za 11 miesięcy 2015 roku wartość emisji obligacji przedsiębiorstw o terminie zapadalności powyżej 1 roku wyniosła ponad 63 mld zł. To o 20 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Ogółem wartość wyemitowanego długu nieskarbowego wyniosła na koniec listopada ubiegłego roku niemal 146 mld zł.

Polski rynek obligacji rośnie nieprzerwanie od 2009 roku. Jak tłumaczy Dudziński, spowodowane jest to przede wszystkim rosnącą świadomością dyrektorów finansowych i menadżerów, którzy coraz chętniej sięgają po to źródło kapitału.

W porównaniu do kredytu bankowego spłata takiego zadłużenia nie jest amortyzowana, a wiarygodni emitenci mogą uzyskać środki bez zabezpieczeń. Zaletą długu korporacyjnego jest także to, że można potencjalnie pozyskać finansowanie na dłuższy termin niż w przypadku kredytu – tłumaczy Dudziński.

Dodaje, że po tę formę finansowania sięgają firmy z różnych sektorów gospodarki. W poprzednich latach szczególnie aktywna była branża deweloperska, która miała problemy z pozyskiwaniem kredytów bankowych.

– W mojej ocenie perspektywy dla rynku są bardzo dobre. Poza wzrostem świadomości przedsiębiorców dojdą jeszcze dwa bardzo ważne elementy. Pierwszy to wzrost zaostrzenie regulacji dla banków związany z wymogami Komitetu Bazylejskiego, a drugi to wprowadzany właśnie podatek bankowy –prognozuje dyrektor Fitch Ratings.

Reguły bazylejskie zobowiązują banki do tworzenia rezerw kapitałowych, dzięki którym osiągną one docelowy poziom współczynnika wypłacalności. Z założenia ma to ograniczyć ryzyko utraty płynności przez bank. Analitycy oceniają, że może to doprowadzić do spadku akcji kredytowej. Instytucje finansowe będą ostrożniej udzielać kredytów, a ich koszty wzrosną.

Wielu na rynku uważa, że podatek bankowy, przynajmniej w części, będzie przerzucony na klientów, co powinno spowodować poszukiwanie kapitału w innych źródłach. Pierwszym wyborem są właśnie obligacje. Z drugiej strony wzrost rentowności powinien przyciągnąć jeszcze większą rzeszę inwestorów, ponieważ dochodowości będą dla nich bardziej atrakcyjne – ocenia Dudziński. – Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że rynek obligacji korporacyjnych będzie się rozwijał szybciej niż w 2015 roku, może to będzie nawet 30–40 proc.

Jak podkreśla, jedną z branż, która będzie szczególnie zainteresowana pozyskiwaniem kapitału przez emisję obligacji, jest sektor energetyczny. Zdaniem dyrektora regionalnego Fitch Ratings kolejne inwestycje oparte na węglu będą finansowane na rynku dłużnym, przynajmniej częściowo.

Niedawno pierwszy bank, czyli ING, ogłosił globalnie, że nie zamierza finansować nowych instalacji opartych na węglu. Myślę, że kolejne banki, które chcą pokazać, że są proekologiczne, mogą pójść tą drogą – stwierdza Mirosław Dudziński. – Inwestorzy raczej będą się skupiali na rentownościach, które dany papier może zaoferować im i ich klientom.

Ponaddwukrotnie w ciągu 25 lat wzrosła zachorowalność na nowotwory krwi. Pacjenci mają ograniczony dostęp do nowoczesnego leczenia

CEO Magazyn Polska

Nowotwór układu krwiotwórczego jest nieuleczalny, jednak dzięki nowoczesnym lekom może się stać chorobą przewlekłą. Tego typu terapie są jednak bardzo kosztowne – miesięczny koszt to nawet 20–30 tys. zł. Problemem dla polskich pacjentów jest jednak brak refundacji, a także ograniczony dostęp do ośrodków oferujących nowoczesne metody leczenia.

Z raportu Instytutu Ochrony Zdrowia wynika, że w ciągu ostatnich 25 lat liczba Polaków chorych na nowotwory krwi wzrosła dwukrotnie. W 1990 roku na choroby te cierpiało 9 osób na 100 tys. mieszkańców – dziś liczba ta zwiększyła się do blisko 17. Nowotwory układu krwiotwórczego to w przeważającej mierze choroby rzadkie, występujące u relatywnie niewielkiej liczby osób. Do najczęściej diagnozowanych należy przewlekła białaczka szpikowa, chłoniak Hodgkina i szpiczak mnogi. Wraz ze wzrostem zachorowań zwiększają się jednak możliwości leczenia – obecnie stosowane są spersonalizowane terapie, które sprawiają, że nowotwory krwi stają się chorobami przewlekłymi. Nowoczesne leki są w stanie wydłużyć życie chorych nawet o 20 lat.

W perspektywie ostatnich trzech bądź sześciu tygodni w Stanach Zjednoczonych zarejestrowano trzy nowe leki do leczenia szpiczaka plazmocytowego. W Polsce zarejestrowano także trzy, ale w ostatnim roku. Wiosną lub latem przyszłego roku będziemy mieli sześć nowych leków, w tym trzy z grup zupełnie dotychczas nieużywanych w leczeniu tej choroby – mówi agencji informacyjnej Newseria dr med. Dominik Dytfeld, prezes zarządu Polskiego Konsorcjum Szpiczakowego.

Polscy pacjenci z chorobami onkohematologicznymi mają jednak ograniczone możliwości optymalnego leczenia. Głównym problemem jest nierówny dostęp do określonych świadczeń – jakość terapii w poszczególnych ośrodkach zdrowia jest bardzo różna. Nowoczesne terapie są też bardzo kosztowne – miesięczny koszt leczenia może wynieść nawet 30 tys. zł. Większość leków stosowanych w onkohematologii należy do tzw. programów lekowych, ograniczonych limitami finansowania. Ze względu na małą liczbę chorych wiele leków nie trafia na listę terapii refundowanych przez NFZ.

Niby mamy leczenie bezlimitowe w onkologii, niestety, w tych programach lekowych jest limit. Mnie to dziwi, ponieważ wykorzystanie środków w tym roku do października było na poziomie zaledwie 70 proc., więc są pewne możliwości, można by to spokojnie uwolnić tak, żeby pacjent miał leczenie jak najbliżej miejsca zamieszkania – mówi Jacek Gugulski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową.

Zdaniem organizacji pacjenckich, skupionych wokół inicjatywy Dialog dla Zdrowia, rozwiązaniem problemów chorych na nowotwory krwi jest przede wszystkim optymalne stosowanie leków. Proponują one m.in. zastosowanie silniejszego, a więc droższego schematu terapii dla pacjentów z wyższej grupy ryzyka, u których ryzyko niepowodzenia innych form leczenia jest bardzo wysokie. Środowiska pacjentów proponują też położenie nacisku na badania molekularne, które pozwalają dobrać najwłaściwszy lek dla danego pacjenta lub stadium jego choroby.

Nie dla każdego pacjenta np. ze szpiczakiem taki sam lek może być zastosowany w danym momencie choroby. Chodzi o to, żeby lekarz miał możliwość zastosowania różnych leków. O tych rozwiązaniach rozmawiamy z decydentami. Chcemy, aby zwiększono finansowanie na badania molekularne. Czasami jest tak, że podawany jest lek, który kosztuje kilkadziesiąt tysięcy, ale nie robi się badań, bo nie ma na to pieniędzy w szpitalu. A potem się okazuje, że terapia nie jest dobrze prowadzona. Gdyby wykonano to badanie, to okazałoby się już na początku, że trzeba podać inny lek – mówi Gugulski.

Precyzyjne dobranie metody terapeutycznej zwiększa szansę na skuteczne leczenie. W ten sposób można uniknąć marnotrawienia środków oraz czasu pacjenta.

Jak wyjaśnia, do tego potrzebne są stale aktualizowane informacje na temat skuteczności i działań niepożądanych tych leków w Polsce. Dla poprawy sytuacji pacjentów hematoonkologicznych istotna jest również współpraca z firmami farmaceutycznymi.

Firmy farmaceutyczne dysponują ogromną wiedzą na temat wyselekcjonowanych chorób, przeciw którym produkują leki. Mają o lekach ogromną wiedzę, która nie zawsze jest dostępna, a z drugiej strony mają środki finansowe. Przekonanie firmy farmaceutycznej, żeby podzieliła się zyskiem z organizacją pacjencką nie jest czymś złym, a wręcz przeciwnie, bo są to pieniądze, bez których te organizacje nie mogłyby prowadzić działalności – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski.

Nowotwory hematologiczne powstają w komórkach szpiku kostnego lub układu limfatycznego. Najczęstsze objawy to osłabienie, permanentne zmęczenie, przedłużające się infekcje, powiększone węzły chłonne. Według szacunków co roku na nowotwory te zapada ok. 10 tys. osób.

Polacy tylko jedną trzecią czasu spędzonego w pracy wykorzystują efektywnie. Powinni wziąć przykład ze Skandynawów

CEO Magazyn Polska

Zaledwie 36 proc. czasu poświęconego na pracę jest efektywnie wykorzystywane – wynika z badań zrealizowanych przez firmę Compass & Partners. Powodem niskiej wydajności jest przekonanie, że o jakości pracy decyduje czas poświęcony na jej wykonywanie. Tymczasem jej nadrzędnym celem powinno być zaspokojenie potrzeb klientów. Pod tym względem powinniśmy się wzorować na skandynawskiej kulturze pracy, gdzie wiele firm wprowadziło nienormowany czas pracy, a pracownicy rozliczani są jedynie za osiągnięte rezultaty.

Dzisiaj pracownicy, którzy przychodzą do pracy na 8 godzin, postrzegają ją jako bardzo ciężką, często wyrabiając nadgodziny – mówi agencji informacyjnej Newseria Dawid Pyszniak, partner zarządzający w Compass & Partners.

Ekspert tłumaczy, że spędzanie w pracy nadmiernej liczby godzin nie jest jednak równoznaczne z efektywnością.

Na podstawie badania przeprowadzonych przez Compass & Partners wiemy, że zaledwie w 36 procentach pracujemy efektywnie. Jest to stosunkowo niewiele. Większość z nas błędnie myśli, że pracując długo, zostając w pracy na nadgodziny, pracujemy dobrze, w związku z czym wszyscy powinni być zadowoleni – wyjaśnia Dawid Pyszniak.

Jak podkreśla, większości pracownikom zależy na tym, żeby odsiedzieć w pracy ustawowe osiem godzin. Wielu z nich robi to, co do nich należy, nie koncentrując się przy tym na jakości wykonywanych zadań. Według Pyszniaka może to wynikać również z tego, że pracownicy niższego szczebla nie wiedzą nic na temat konkretnych oczekiwań klientów firmy.

Ta wiedza zatrzymuje się bardzo często na działach sprzedaży, na zarządzie lub na menadżerach wysokiego szczebla. Pracownicy, którzy biorą udział w procesie, w wytwarzaniu produktu lub usługi myślą, że ponieważ pracują ileś lat w firmie, to robią to dobrze, bo od zawsze tak robili – mówi Pyszniak.

Tymczasem, jak wskazują badania Instytutu Gallupa z 2013 roku, najbardziej motywujące dla pracownika czynniki to możliwość rozwoju i wpływ na pracę. Eksperci są zgodni, że bez tego trudno mówić o zaangażowaniu i zadowoleniu z pracy, a co za tym idzie – o większej efektywności. Dziś tylko 13 proc. zatrudnionych przyznaje, że czerpie satysfakcję z pracy.

Najbardziej motywującym niefinansowym czynnikiem dla pracowników jest informacja zwrotna od naszego przełożonego. Czyli jeśli połączymy to, że pracownik ma wpływ na zlecaną mu pracę, wie, czego konkretnie oczekuje klient, i pracuje z mądrym szefem, który pokazuje mu kierunek rozwoju, możemy podnosić efektywność, a także zdobyć większą liczbę klientów – mówi partner zarządzający w Compass & Partners.

Jak podkreśla, wiele zależy od postawy liderów, czyli kadry zarządzającej. Proces zwiększania efektywności w organizacji powinien się więc rozpocząć właśnie od nich.

Począwszy od członków zarządu, poprzez kadrę B-1, czyli menadżerów wyższego szczebla, menadżerów liniowych, wszyscy powinniśmy zadbać o wolę do zmiany, o poczucie, że przychodzimy do pracy jako liderzy, po to, żeby zabrać naszych pracowników z miejsca, w którym są, do miejsca, w którym jeszcze nigdy nie byli. I ta podróż jest skoncentrowana na tym, żeby rozwijać naszych pracowników, współpracowników i partnerów biznesowych i dbać o to, żeby byli lepsi od nas – wyjaśnia Dawid Pyszniak.

Pod względem efektywności i zaangażowania w pracę Polska nie różni się od pozostałych krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Przedstawiciel Compass & Partners jest zdania, że polskim przedsiębiorstwom pod względem mentalności najbliższej jest do krajów skandynawskich i to właśnie na ich kulturze pracy powinniśmy się wzorować.

Od nich moglibyśmy czerpać inspiracje. Dziś tak naprawdę koncentrujemy się na tym, że jako menadżerowie promujemy siebie, a nie rozwijamy zespołu – wyjaśnia Pyszniak.

Rozmówca podaje przykład skandynawskich firm, w których czas pracy jest nielimitowany. W takim podejściu najistotniejsze jest bowiem zaspokojenie klienta, a nie odliczanie godzin poświęconych na realizację tego celu.

Ta kultura pracy skoncentrowana na dostarczeniu wartości dodanej, a nie spędzaniu 8 godzin z życia na odsiedzenie w pracy, to jest kierunek, który dzisiaj polskie przedsiębiorstwa powinny obrać – zauważa Dawid Pyszniak.

Na zimowe ferie za granicą warto zabrać kartę wielowalutową. Może znacznie zmniejszyć koszty wyjazdu

0

CEO Magazyn Polska

Wyjazd na ferie zimowe planuje 14 proc. Polaków. Zdecydowana większość z nich podczas zagranicznych podróży będzie płacić gotówką. Najczęściej kupują walutę przed wyjazdem w kantorze. Tylko 34 proc. decyduje się na kartę, przede wszystkim w obawie przed prowizją lub niekorzystnym przewalutowaniem. Dlatego na rynku pojawiła się karta walutowa, która podczas wyjazdu automatycznie przełącza się między walutami. W ofercie są też pakiety dla podróżujących gwarantujące ubezpieczenie w podróży.

Podczas wyjazdów zagranicznych, takich jak zbliżające się ferie zimowe, w naszych portfelach króluje gotówka, najczęściej wymieniona w pobliskim kantorze. Jest z nią jednak wiele problemów – trzeba dokładnie oszacować kwotę, której potrzebujemy, ponieważ oddając pieniądze z powrotem do kantoru, w wyniku zmiany kursów poniesiemy dodatkowe koszty. Jeśli natomiast zostanie nam bilon, to w ogóle będzie problem z jego oddaniem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Sionkowski, ekspert w zakresie produktów kartowych w Banku Pekao SA.

Większość Polaków nie ufa kartom płatniczym podczas zagranicznych podróży. Z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie Deutsche Banku wynika, że 28 proc. osób za najwygodniejszą formę płatności za granicą uważa walutę wymienioną w polskim kantorze. Co czwarty Polak wskazał wypłatę gotówki w bankomacie za granicą. Sondaż przeprowadzony na zlecenie Visa pokazuje, że podczas zagranicznych wyjazdów z karty korzysta 34 proc. osób. Przy podróżach po Polsce odsetek ten wzrasta do 61 proc.

Jednym z głównych powodów niekorzystania z kart jest obawa przed dodatkową prowizją, jaka może zostać naliczona. Boimy się niekorzystnych, często podwójnych przewalutowań, jakie bank pobiera podczas transakcji. Mamy też obawy, że jadąc w odległe miejsce, transakcje kartowe w ogóle nie będą tam honorowane. Pokutuje także mit, że z gotówką w portfelu czujemy się bezpieczni i bardziej kontrolujemy wydatki – tłumaczy Sionkowski.

Z myślą o podróżujących banki coraz częściej oferują karty walutowe, przeważnie w euro lub dolarach. Bank Pekao SA oferuje jedną kartę, która obsługuje rachunki w czterech walutach – oprócz euro i dolarów amerykańskich, również funty i franki szwajcarskie. Część banków nie wydaje karty do takich kont, inne jednak umożliwiają przełączenie karty do konta w złotych, która działa też do konta walutowego. Można to zrobić na stałe lub tylko na czas zagranicznej podróży. Wystarczy wówczas zasilić konto jedną z wybranych walut. Nie trzeba też każdorazowo informować banku o wyjeździe, prosząc o „przepięcie” do karty konta w danej walucie.

Jeśli jedziemy na narty do Włoch i na lotnisku w Warszawie płacimy kartą za kawę, to ta kwota zostaje automatycznie pobrana z naszego rachunku złotowego. Po wylądowaniu w Mediolanie bądź w Bergamo płacimy 20 euro tą samą kartą wielowalutową, a kwota zostaje pobrana z naszego rachunku bez żadnej ingerencji, wszystko dzieje się automatycznie. Nie jest to więc nasza dodatkowa karta, na co dzień używamy jej jako standardowej karty złotowej, natomiast wyjeżdżając, automatycznie przełącza się ona na kartę walutową – tłumaczy przedstawiciel Banku Pekao.

Płatność kartą wielowalutową za granicą może się okazać najtańszą opcją, bo nie ponosi się dodatkowych prowizji za przewalutowanie transakcji. Korzystanie z kart złotowych może spowodować, że koszt wyjazdu znacznie wzrośnie. Do kosztów przewalutowania po niekoniecznie korzystnym kursie dochodzi często prowizja za takie operacje, co może zwiększyć ich koszty nawet o kilkanaście procent. Dla budżetu może to oznaczać znaczny uszczerbek w wysokości od 3 do nawet 11 proc.

Przy kartach walutowych warto płacić bezpośrednio u sprzedawcy. Wypłata gotówki z bankomatu może się okazać bardzo kosztowna, bo większość transakcji wiąże się z dodatkową prowizją, niezależnie od wypłacanej kwoty.

Zawsze przed wyjazdem należy sprawdzić opłaty i prowizje, jakimi możemy zostać obciążeni, i usługi, do których mamy dostęp w swoim banku. Można to sprawdzić w taryfie opłat i prowizji lub dzwoniąc na infolinię banku – przypomina Rafał Sionkowski.

Jak wynika z rankingu przygotowanego przez portal ekontobankowe.pl, rachunki walutowe są prowadzone przez większość działających banków. Różnią się oprocentowaniem, opłatami za prowadzenie, za karty płatnicze, za przelewy, za korzystanie z bankomatów czy koniecznością posiadania konta osobistego w konkretnej instytucji finansowej. Na rynku dostępne są też rozwiązania, które łączą kartę walutową z dodatkowymi ułatwieniami dla podróżujących.

Mamy usługę wymiany walut, dzięki której klienci w szybki i bezpieczny sposób mogą wymienić walutę w bankowości elektronicznej Pekao24. Do niektórych rachunków dodajemy ubezpieczenie w podróży za granicą, które gwarantuje, że nie będziemy ponosić dodatkowych kosztów opieki medycznej czy transportu medycznego – wyjaśnia Sionkowski.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Jakie sejfy wybierają Polacy?

Sejfy to urządzenia, które systematycznie zyskują na popularności. Zmienia się sposób ich postrzegania, a także potrzeby i oczekiwania klientów, a wraz z nimi dostępna na rynku oferta. Jakie trendy już są widoczne oraz czego można spodziewać się po nadchodzącym roku?

Obecnie o sejfach mówimy w kategoriach standardowego elementu wyposażenia domu. Pojawiają się one w coraz większej liczbie mieszkań i domów, i niekoniecznie służą wyłącznie przechowywaniu kosztowności.

W ostatnich latach zauważyliśmy znaczny wzrost świadomości klientów, którzy dostrzegają przydatność oraz funkcjonalność sejfów. Chcą oni ulokować w sejfie to, co dla nich cenne, np. rodzinne pamiątki, dokumenty lub fotografie, a więc rzeczy o niskiej wartości nominalnej, ale bezcenne ze względów sentymentalnych – wyjaśnia Wojciech Tyburski, Dyrektor Handlowy Konsmetal.

Ochrona i zabezpieczenie to nie wszystko, wiele osób dostrzega także inne funkcjonalności tych urządzeń. Sejf to doskonały organizer. Pozwala z łatwością utrzymać porządek w dokumentacji. Wszelkie przedmioty, z których korzystamy od czasu do czasu, a które zwykle trudno zlokalizować w domu, można schować właśnie do sejfu, a tym samym zawsze znaleźć je, kiedy są pilnie potrzebne.

W ostatnim roku, wśród najpopularniejszych modeli, których sprzedaż dosyć gwałtownie wzrosła, można wskazać sejfy Koliber oraz sejfy MLB. Pierwsze z nich to klasyczne produkty do domu. Z powodzeniem można w nich trzymać dokumenty lub paszport. W tej linii są także urządzenia przystosowane do przechowywania laptopów. Klienci doceniają ich uniwersalność, ponieważ sejfy Koliber można stosować jako urządzenia wolnostojące lub zamontować je w meblach. Są dostępne także w wersji ściennej – wyjaśnia Wojciech Tyburski.

Konsmetal_Sejf-LS-67_Popularność sejfów MLB związana jest z przepisami dotyczącymi przechowywania broni długiej. Jak pokazują dane z ostatniego roku, wiele osób dokonuje zakupu wymieniając dotychczasowe urządzenie na nowszy i bardziej funkcjonalny model, spełniający wymogi najnowszego rozporządzenia w sprawie przechowywania, noszenia oraz ewidencjonowania broni i amunicji z 2014 roku.

Wiele osób kojarzy sejfy z szyfrowym zamkiem, obecnie jest to jednak bardziej filmowe wyobrażenie niż rzeczywistość. Klienci częściej wybierają zamki elektroniczne. W ich opinii są one nie tylko wygodniejsze, ale także posiadają szereg dodatkowych funkcjonalności, takich jak czasowe opóźnienie otwarcia, rejestr zdarzeń, który pozwala sprawdzić, kto i kiedy otwierał sejf oraz możliwość podłączenia urządzenia do domowego systemu alarmowego.

Klienci coraz większą uwagę zwracają na kwestie wizualne. Sejf staje się często ciekawym elementem wystroju wnętrza. Wiele osób odchodzi od dominującej dotychczas szarości, wybierając urządzenie w połyskującej czerni czy ciemnej zieleni. Ten kolor stał się hitem wśród nabywców urządzeń MLB. Jest on kojarzony z myślistwem, zatem idealnie wpisuje się w kolorystykę wnętrz oraz pasuje do innych akcesoriów.

Ważny segment rynku tworzą urządzenia dedykowane biurom. Poza szafami na dokumenty, które od lat cieszą się największą popularnością, przedsiębiorcy coraz częściej sięgają także po sejfy wrzutowe. Są one szczególnie przydatne w miejscach, gdzie niezbędny jest stały kontakt z klientem. Otwór wrzutowy pozwala na szybkie i wygodne deponowanie gotówki czy napływających do biura dokumentów.

W nowym roku, poza nowościami produktowymi, które zaprezentują producenci, będzie można obserwować dalsze pobudzenie rynku detalicznego. Od kilku lat systematycznie rośnie popularność sejfów wśród klientów indywidualnych i ten trend z pewnością już się nie odwróci. Wręcz przeciwnie, możemy spodziewać się tylko jego nasilenia.

Zmiany w przepisach dotyczących stawek adwokackich i radcowskich – będzie nam łatwej odzyskiwać długi?

Z początkiem tego roku po raz pierwszy od kilkunastu lat w sposób istotny zmieniły się w Polsce opłaty za czynności adwokackie i radcowskie. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że od 1 stycznia 2016 r. wzrosły one dwukrotnie. Nowe regulacje dotyczą także kwot, które w razie przegrania procesu dłużnik będzie musiał zapłacić wierzycielowi tytułem zwrotu kosztów wynagrodzenia prawnika. Co ta zmiana w praktyce oznacza dla klientów kancelarii prawnych i dlaczego w konsekwencji jest ona korzystna szczególnie dla przedsiębiorców czekających na swoje należności? Wyjaśnia to Michał Jurczak, adwokat z WFY Group LAW&TAX.

 michal-jurczakMogłoby się wydawać, że zmiana kosztów obsługi prawnej mocno uderzy po kieszeni klientów kancelarii prawnych, jednak – jak zauważa adwokat Michał Jurczak z WFY Group LAW&TAX – wbrew pojawiającym się komentarzom nowelizacja przepisów nie musi się wiązać ze zwiększeniem kosztów pomocy prawnej, a wręcz przeciwnie – w ostatecznym rozrachunku może pozytywnie wpłynąć na szybkość i skuteczność funkcjonowania wielu procedur, szczególnie tych związanych z odzyskiwaniem zaległych firmom należności.

Jak to możliwe? – Obecnie w sprawach o zapłatę z reguły nie są pobierane opłaty wstępne w przypadku spraw mniej skomplikowanych i to nadal nie ulegnie zmianie. Tam, gdzie opłaty są pobierane, wzrost minimalnej stawki praktycznie nie będzie odczuwalny dla klientów, zwiększa się bowiem kwota, którą to nie klient, ale jego przeciwnik będzie musiał zapłacić tytułem kosztów wynagrodzenia kancelarii, gdy przegra proces – wyjaśnia Jurczak. Co ważne wzrost opłat za czynności prawne może także wpłynąć na zmniejszenie zatorów płatniczych bez konieczności interwencji sądowej, szczególnie jeśli mowa o mniejszych kwotach zadłużenia. – Dla osób zalegających z zapłatą drobnych kwot proces sądowy może wiązać się z dodatkowymi, bardzo wysokimi kosztami. W skrajnych przypadkach suma, którą dłużnik w razie przegranej będzie musiał zapłacić, gdy sprawa trafi do sądu, może nawet przewyższyć wartość pierwotnego długu – wyjaśnia Michał Jurczak z WFY Group LAW&TAX. – W konsekwencji sprawy częściej niż dotychczas mogą się kończyć jeszcze na etapie przedsądowym. Dłużnik świadomy ewentualnych kosztów bądź nauczony doświadczeniem będzie starał się spłacić dług lub zawrzeć ugodę zanim sprawa trafi do sądu. Rozwiązanie takie dla wierzyciela będzie oznaczało oszczędność czasu, a dla dłużnika pieniędzy – dodaje.

Dla przykładu dłużnik zalegający z zapłatą 1501 zł w razie przegrania procesu będzie musiał uregulować płatność za adwokata drugiej strony w wysokości 1200 zł. Do tego dochodzą jeszcze także opłaty sądowe, w tym przypadku 30 zł. Pamiętajmy jednak, że będą to jedynie podstawowe wydatki. Mogą one bowiem dodatkowo wzrosnąć o koszty stawiennictwa świadków lub opinii biegłych. W konsekwencji będzie oznaczać to powiększenie pierwotnego zadłużenia prawie o 100%. W przypadku sprawy o zapłatę 5000-10000 zł koszy adwokackie wyniosą 2400 zł, a przy kwocie 10000-50000 zł będzie to 4800 zł. – W długoterminowej perspektywie zmiana przepisów może mieć więc pozytywny wpływ na przedsiębiorców. Spowoduje bowiem, że łatwiejsze i bardziej opłacalne, nawet gdy konieczne będzie wystąpienie na drogę sądową, stanie się dochodzenie drobnych kwot, które w wielu branżach, np. spożywczej lub transportowej, stanowią przecież większość zaległości – podsumowuje Jurczak.

W 2015 roku sądy opublikowały informacje o upadłości 747 firm w Polsce

Poprawa ominęła sektory produkcji i usług, a o pogorszeniu można mówić także pod kątem miejsca działalności firm – w tym w woj. mazowieckim i śląskim

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego przeanalizowała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – w 2015 roku oficjalnie opublikowano informację o upadłości 747 przedsiębiorstw wobec analogicznej liczby 822 upadłości przed rokiem (zmiana o 9%.). Poprawa nie była jednak jednolita – zarówno pod względem branżowym, jak i miejsca prowadzenia działalności.

Głównie czynniki finansowe a nie popytowe (niskie zyski pomimo wysokich obrotów i zamówień) wpłyną na prognozowane wyhamowanie tendencji spadku liczby upadłości w 2016 r do -3% (a więc trzykrotnie mniejszej niż w 2015).

  • Wzrost rentowności (m.in. w sektorze dystrybucji i handlu) notują głównie największe podmioty (zatrudnienie powyżej 49 osób) – w efekcie upadają one rzadziej niż przed rokiem. Firmy mniejsze są ofiarami minimalnych marż wiążących się z deflacją – nie są w stanie konkurować cenami.
  • Problemy sektora produkcyjnego (wyrobów stalowych, budowlanych) omijają na razie producentów art. spożywczych.
  • Transport – wzrost liczby upadłości nie oddaje kondycji całego sektora, jest raczej efektem koncentracji w branży, którą przyspiesza utrata rynków wschodnich i wzmożona konkurencja o kabotaż na rynkach zachodnioeuropejskich.

Liczba upadłości rosła widocznie na Mazowszu i Śląsku, a jednocześnie spektakularnie spadała na Dolnym Śląsku, w Wielkopolsce i Małopolsce.

Liczba upadlosci

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Dobre perspektywy, złe perspektywy – ten dylemat nie dotyczy jedynie budownictwa

Wzrost wartości inwestycji infrastrukturalnych, których kumulacja jest właśnie przed nami (drogowych, kolejowych, w dalszej kolejności samorządowych) oraz rekordowo duża wartość inwestycji mieszkaniowych (ilość wydawanych pozwoleń, rozpoczynanych inwestycji i oddawanych mieszkań na poziomach wzrostu powyżej 20% r/r) zapewniają dobre perspektywy branży budowlanej, równoważąc także spodziewany spadek wartości inwestycji przedsiębiorstw w infrastrukturę (handlową i produkcyjną, z wyłączeniem magazynowej). Czy budownictwo będzie kołem zamachowym gospodarki w 2016 roku? Wątpię – ono ją w Polsce co najwyżej pogrąża w trudnych dla siebie latachmówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Tym razem jego miejsce jako czynniki ryzyka w gospodarce anno domini 2016 zajmą kondycja finansowa samych przedsiębiorstw jak i sektora finansowego udzielającego im finansowania. Analiza wyników firm i upadłości za poprzedni, 2015 rok wskazuje na narastający powoli problem finansów przedsiębiorstw, przede wszystkim tych mniejszych. Problem konkurencji głównie ceną – na rynku krajowym jak i eksportowym drenuje rentowność firm. W efekcie zwiększało się zauważalnie na przestrzeni ostatnich kwartałów ich zadłużenie, finansowały się one długiem zamiast zyskiem nie z wyboru, ale z konieczności (to także wpływa na nadchodzący spadek inwestycji prywatnych). Ten wewnętrzny do tej problem firm (dzięki finansowaniu z zewnątrz nie był tak ewidentny dla kontrahentów) zderzy się zapewne z problemem zewnętrznym – spodziewanym spadkiem akcji kredytowej banków (szykowany podatek od instytucji finansowych nie jest tu jedynym czynnikiem o tym decydującym, towarzyszą mu m.in. konieczność pokrycia wysokich strat w wyniku ostatnich upadłości podmiotów finansowych oraz wymóg podnoszenia kapitalizacji własnej). Stabilny eksport i popyt wewnętrzny (jak bardzo – to okaże się po analizie wyników sprzedaży z IV kwartału, gdy czynniki polityczne – terroryzm i problem migracji mógł skłonić ludzi do większej ostrożności) nie rekompensowały dotychczas firmom wszystkich czynników ryzyka, pozwalały utrzymać wysoki poziom sprzedaży, ale już nie zysków. Dodatkowo w polskie firmy uderzyć może rykoszetem postępująca stagnacja na rynkach wschodzących, wpływająca bezpośrednio na naszych kontrahentów zachodnioeuropejskich. To wpłynie na minimalną już co najwyżej zmianę liczby upadłości polskich przedsiębiorstw – spodziewamy się, że tak „rozpędzona” gospodarka polska zanotuje 3% spadek ich liczby w bieżącym, 2016 roku.

 Spodziewać się więc można, większej liczby miesięcy, w których liczba upadłości będzie rosła w porównaniu do ubiegłego roku (w 2015 roku mieliśmy z tym do czynienia jedynie w marcu i w listopadzie).

wygrani i przegrani

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo – jak na razie lepiej, ale jak zawsze spodziewać należy się wypadków przy pracy…

W polskim budownictwie problemem jest nie tylko niefrasobliwe jeszcze czasami podejście do kwestii BHP, ale także finansowanie inwestycji. W tej drugiej kwestii wciąż to wykonawca i jego dostawca materiałów zmuszeni są przez długi, bo przekraczający 2-3 miesiące okres samodzielnie finansować realizowane prace. – Dlatego gdy wartość inwestycji rośnie, to rosną najpierw „napięcia” finansowe, gdyż przed spodziewanymi zyskami konieczne są zwiększone nakłady – mówi Michał Modrzejewski, Dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes.Tego ryzyka nie „osładza” nadzieja ponad standardowych zysków, gdyż jak na razie ceny większości prac jak i materiałów są nadal na niespodziewanie niskim poziomie. Widzimy już pierwsze efekty – nie można tego określić falą, ale w comiesięcznych statystykach bankructw są ponownie obecne firmy wyspecjalizowane w budownictwie drogowym i pracach specjalistycznych. Większa ekspozycja na ryzyko wynikająca ze wzrostu sprzedaży, wzrostu zaangażowania kapitału ale nie zysków (niskie ceny) uderza też w mniejszych producentów i dystrybutorów materiałów budowlanych – ubiegły rok był rekordowy pod tym względem zwłaszcza dla tych pierwszych.

Produkcja – przemysł ciężki na straconej pozycji

Czynniki zewnętrzne jak i wewnętrzne czynią sytuację sektora stalowego niełatwą. Dumpingowe ceny stali z Azji i Europy wschodniej oraz niskie ceny w obrocie wewnętrznym sprawiają, że produkcja i handel tymi wyrobami jest często na granicy rentowności. Także produkcja części, konstrukcji stalowych i maszyn jest zagrożona z powodu spodziewanego spadku wartości inwestycji w kraju, jak i na świecie. Nadal widoczne są także problemy krajowych producentów i dystrybutorów odzieży oraz wyrobów włókienniczych (w tym na potrzeby wystroju wnętrz i produkcji mebli). Na tym tle dobrze wypada branża spożywcza, która jednak ostrożnie przygląda się zmianom w handlu detalicznym. Postępująca koncentracja (znikanie z rynku rokrocznie do 5 tys. sklepów) oraz zapowiadane obciążenia handlu, które w części wiodący dystrybutorzy przerzucić będą chcieli na swoich dostawców rodzą w bieżącym roku ryzyko potencjalnych strat. Presji na obniżki cen żywności z jednej strony towarzyszy wzrost kosztów ich produkcji spowodowany m.in. wzrostem cen importowanych komponentów (np. kakao) oraz osłabieniem naszej waluty względem dolara.

Liczba upadlosci rok 2015

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Transport – wzrost liczby upadłości, ale…

Liczba upadłości w transporcie procentowo wzrosła wprawdzie znacznie, bo o 28%, ale… chociaż rzeczywiście część firm przeżywa problemy w związku ze zwiększoną konkurencja o zlecenia kabotażowe w Europie zachodniej (utrudnienia w postaci m.in. minimalnej płacy, jak i konkurencja z innych krajów cierpiących na wskutek zamknięcia rynku rosyjskiego, np. Litwy), to jednocześnie sprzedaż taboru ma się świetnie! Jak inaczej można nazwać stały, comiesięczny wzrost sprzedaży i rejestracji względem i tak niezłego w sprzedaży ciężarówek 2014 roku – np. w listopadzie o blisko 30-40% r/r (a w kategorii najcięższych zestawów i autobusów jeszcze więcej)! Nie jest to więc rynek łatwy, ale część firm – te o większej skali działalności, ale też te wyspecjalizowane w określonym frachcie czy dające inną wartość dodaną (np. lepszy monitoring i zabezpieczenie ładunku) radzą sobie na nim na tyle dobrze, że mogą sobie pozwolić na inwestycje. Cierpią głównie przewoźnicy indywidualni, małe rodzinne firmy, które coraz częściej szukają sobie nisz dostosowanych do swoich możliwości lub są podwykonawcami największych spedytorów – czasy indywidualnych „trackerów” przemierzających nasz kontynent powoli się kończą.

wojewodztwa zyskujace i tracace

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

Mazowsze, Śląsk vs. Dolny Śląsk, Wielkopolska i Małopolska

W dwóch pierwszych województwach w ubiegłym roku zanotowano widoczny wzrost liczby upadłości, natomiast w pozostałych trzech silnych gospodarczo regionach równie widoczny spadek ich liczby. Trudno znaleźć jednoznaczny klucz do wyjaśnienia tej prawidłowości – po części ta różnica wiąże się z przewagą niektórych branż przeżywających boom lub zapaść na swoje produkty i usługi (np. RTV/AGD na Dolnym Śląsku vs. Przemysł ciężki i górnictwo na Śląsku), a po części z największą m.in. liczba firm małych na Mazowszu (handlowe, usługowe etc.), które przezywają wspomniane problemy z rentownością, a nie z popytem. Niezależnie od tego, na którym krańcu statystyki upadłości są te województwa, to w każdym z nich widoczne są jako wyraźna grupa (nierzadko 20-30% ogółu) upadłości firm budowlanych.

wojewodztwa w 2015Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

Toyota liderem wdrażania nowych rozwiązań z dziedziny autonomicznego prowadzenia

  • Toyota zgłosiła ponad 1400 patentów z dziedziny technologii automatycznego prowadzenia samochodów w latach 2010-2015;
  • To ponad 2 razy więcej niż jakakolwiek inna firma na świecie;
  • Na 2. miejscu rankingu znajduje się należąca do Toyota Group firma Denso;
  • Toyota zainwestuje kolejny miliard dolarów w rozwój sztucznej inteligencji i automatycznego prowadzenia.

 W latach 2010-2015 Toyota zarejestrowała ponad 1400 patentów dotyczących technologii autonomicznego prowadzenia pojazdów – ponad 2 razy więcej niż jakakolwiek inna firma na świecie. Tak wynika z raportu opublikowanego przez Dział Nauki i Własności Intelektualnej koncernu medialnego Thompson Reuters. W rankingu zdecydowanie dominuje branża motoryzacyjna, pozostawiając w tyle czołowe firmy nowych technologii.

Jak powiedział dr Gill Pratt, CEO Toyota Research Institute, „całkowicie samoprowadzący się samochód to cel długofalowy, który urzeczywistni się dopiero, gdy z systemów autonomicznego prowadzenia zostanie wyeliminowane wszelkie ryzyko popełnienia błędu. Do tego czasu Toyota koncentruje wysiłki na wyposażaniu samochodów w technologię automatycznego hamowania i inne zaawansowane systemy bezpieczeństwa czynnego, które pomagają kierowcom unikać wypadków”.

Toyota zobowiązała się wobec amerykańskiego urzędu National Highway Traffic Safety Administration (NHTSA) do wyposażenia wszystkich nowych samochodów w układ automatycznego hamowania. Obecnie system ten wraz z kilkoma innymi rozwiązaniami z dziedziny bezpieczeństwa czynnego jest stopniowo wprowadzany do wszystkich modeli japońskiej marki pod nazwą Toyota Safety Sense. Nowa generacja pakietu, która wejdzie na rynek w tym roku, otrzyma dodatkowe funkcje: zapobieganie zderzeniom z dodatkową funkcją wykrywania pieszych oraz aktywny tempomat, który samodzielnie będzie utrzymywał bezpieczną odległość od poprzedzającego samochodu.

W Japonii nowe modele Priusa i Crown otrzymały przełomowy system ITS Connect, który opiera swoje działanie na automatycznej komunikacji między pojazdami oraz między pojazdami a urządzeniami infrastruktury drogowej. System ostrzega o zagrożeniu zderzenia z autami, których nie są w stanie wykryć czujniki zamontowane w pojeździe, asystuje kierowcy podczas skrętu w lewo, zapobiega wypadkom z udziałem pieszych, informuje o czerwonym świetle, a także ostrzega o zbliżającym się pojeździe  uprzywilejowanym na sygnale. Toyota jako pierwszy producent samochodów na świecie wprowadziła ITS do komercyjnej oferty.

W listopadzie Toyota utworzyła w Stanach Zjednoczonych Toyota Research Institute, który skupi się na rozwoju sztucznej inteligencji i technologii automatycznego prowadzenia pojazdów. Inwestycja jest warta miliard dolarów. Podczas konferencji prasowej na targach CES w Las Vegas Gill Pratt przedstawił nowy zespół Toyota Research Institute, składający się z wybitnych specjalistów w dziedzinie robotyki, sztucznej inteligencji i autonomicznego prowadzenia, wśród których znalazł się James Kuffner, dotychczasowy szef Google Robotics i współtwórca autonomicznego samochodu Google.

Wyniki badania zespołu Reutersa to nie pierwszy sukces Toyoty w dziedzinie innowacyjności. W sierpniu Center of Automotive Management (CAM) na Uniwersytecie Nauk Stosowanych (FHDW) w Niemczech opublikował raport, z którego wynika, że Toyota zarejestrowała najwięcej patentów na polu napędów samochodowych (26% wszystkich zarejestrowanych wniosków). Toyota od lat należy do ścisłej czołówki najbardziej innowacyjnych firm na świecie według Boston Consulting Group. W tym roku japoński koncern zajął 6. miejsce, dystansując pozostałych największych graczy w branży motoryzacyjnej oraz większość technologicznych gigantów.

26b najwiekszych innowatorow

 

Nowe trasy na Lotnisku Chopina

Rok 2016 zapowiada się rekordowo pod względem liczby nowych tras uruchamianych z Lotniska Chopina, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy już na początku roku ogłoszonych 25 nowych tras. Jest to największa liczba wśród wszystkich portów lotniczych w Europie i absolutny rekord – mówi newsrm.tv Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy Lotniska Chopina w Warszawie.

Najwięcej nowych połączeń uruchamiają Polskie Linie Lotnicze LOT, które po dwuletniej karencji związanej ze skorzystaniem z pomocy publicznej mogą wznowić ekspansję na nowych kierunkach, a także przywrócić loty na trasach zamkniętych w 2013 r. na polecenie Komisji Europejskiej. LOT ogłosił oficjalnie otwarcie 18 nowych tras, według następującego harmonogramu:

    • Od 1 stycznia połączenia do: Dusseldorfu (11 lotów tygodniowo), Erywania (3 raz tygodniowo), Zurychu (10 lotów tygodniowo).
    • Od 2 stycznia połączenia do: Barcelony (4 razy w tygodniu), Belgradu (3 razy w tygodniu), Kiszyniowa (3 razy w tygodniu), Kluż-Napoki (4 razy w tygodniu) i Zagrzebia (4 razy w tygodniu).
    • Od 13 stycznia połączenie do Tokio (3 razy w tygodniu).
    • Od 21 stycznia połączenie do Wenecji (3 razy w tygodniu).
    • Od 1 marca połączenia do: Charkowa (5 razy w tygodniu) i Luksemburga (6 razy w tygodniu)
    • Od 2 marca połączenia do: Aten (3 razy w tygodniu) i Lubljany (4 razy w tygodniu).
    • Od 28 marca połączenia do: Połągi (6 razy w tygodniu) i Koszyc (6 razy w tygodniu).
    • Od 30 marca połączenia do: Bejrutu (2 razy w tygodniu) i Nicei (4 razy w tygodniu).
    • Od 30 kwietnia połączenia do Splitu (3 razy w tygodniu) i Zadaru (1 raz w tygodniu).

Natomiast od 1 marca LOT zwiększa częstotliwość lotów na trasie Warszawa – Szczecin: z 12 do 17 rejsów w tygodniu, a w sezonie lato 2016 aż do 19 rejsów w tygodniu, na trasie Warszawa – Kijów: z 12 do 14 rejsów tygodniowo. Zaś od 27 marca liczba rejsów na trasie Warszawa – Tel Awiw zwiększy się z 5 do 7 rejsów tygodniowo.

Drugi największy przewoźnik operujący na Lotnisku Chopina – Wizzair – zapowiedział, że od maja powiększy swoją bazę w Warszawie o szósty samolot i uruchomi cztery nowe trasy.

Od 13 maja węgierski przewoźnik uruchomi połączenia do: Aberdeen (2 razy w tygodniu), Bari (2 razy w tygodniu), Bristolu (2 razy w tygodniu), Rejkiawiku (dwa razy w tygodniu). Najprawdopodobniej latem do siatki Wizzair’a powrócą także połączenia sezonowe z kurortami w Bułgarii, Grecji i we Włoszech.

Przewoźnik planuje również zastąpienie dwóch bazujących na Lotnisku Chopina maszyn Airbus A320 ze 180 miejscami większymi modelami Airbus A321 z 230 miejscami. Umożliwi to zwiększenie częstotliwości rejsów i oferowania na trasach, które obecnie cieszą się największą popularnością wśród pasażerów podróżujących z Warszawy: Londyn Luton 26 z 23, Sztokholm Skavsta 7 z 6, Budapeszt 7 z 6, Oslo Torp 7 z 5, Doncaster 4 z 3, Kutaisi 3 z 2, Birmingham 3 z 2, Katania 2 z 1.

Uzupełnieniem siatki nowych tras zapowiedzianych na 2016 r. jest kolejna trasa transatlantycka: Warszawa-Toronto, którą ogłosiła linia Air Canada Rouge. Od 16 czerwca przewoźnik uruchomi to połączenie z częstotliwością 4 razy w tygodniu.

– Tak duża liczba nowych tras i połączeń daje uzasadnioną nadzieję na kolejny rekordowy wynik Lotniska Chopina. O ile w 2015 r. po raz pierwszy przekraczamy granicę 11 milionów, o tyle w 2016 – o ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego – obsłużymy około 12 milionów pasażerów. To stawia Lotnisko Chopina na pierwszym miejscu wśród lotnisk w Europie Środkowo-Wschodniej i gwarantuje pasażerom z całego regionu wygodne połączenia z całym światem – komentuje Michał Kaczmarzyk, dyrektor Lotniska Chopina.

Obecnie, w sezonie Zima 2015/16 Lotnisko Chopina obsługuje bezpośrednie połączenia rozkładowe z 82 destynacjami w 41 krajach na trzech kontynentach. Na lotnisku operuje 32 przewoźników oferujących połączenia rozkładowe oraz 18 przewoźników wykonujących pasażerskie loty czarterowe.

Kolejne problemy banków

Wpływy z podatku bankowego to rzecz trudna do oszacowania, aczkolwiek kolejne doniesienia o problemach tej branży nie wróżą najlepiej dla zakładanych celów. Niczym bumerang wraca temat obniżek stóp procentowych w Polsce. Spokojniej w Chinach.

Uchwalony podatek bankowy ma jeden podstawowy problem, którego nie docenił ustawodawca. Są to wpłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Gdyby pokrywał on tylko bankructwa banków nie byłoby z nim problemu. Kłopot polega na tym, że pokrywa on również bankructwa SKOK-ów. Wydawać by się mogło, że tak małe podmioty nie wpłyną na stabilność systemu. Nie jest to do końca prawdą. Upadający właśnie SKOK Kujawiak to “tylko” niecałe 200 mln zł depozytów. Problemem jest to, że suma wypłat w ciągu ostatnich 18 miesięcy przekroczyła już 3 mld złotych i tyle banki muszą z powrotem dorzucić do funduszu. Sytuacja na rynku będzie coraz bardziej patologiczna, gdyż na BFG składają się tylko banki. Z kolei podatek bankowy ze względu na limit kwoty aktywów nie objąłby żadnego z upadających SKOK-ów. Drugą konsekwencją tych bankructw jest to, że są to koszty sektora. A od tych kosztów banki nie zapłacą podatków. W rezultacie środki, które miały banki wpłacać do budżetu znowu się kurczą.

Andrzej Kaźmierczak, członek RPP, w wywiadzie dla TV Trwam wypowiedział się na temat możliwości poluzowania polityki pieniężnej w Polsce. Wskazywał na możliwości stymulowania gospodarki przez decyzje Rady. Wymienił zarówno zmiany stóp procentowych, jak i obniżenie rezerwy obowiązkowej. Obniżenie rezerwy obowiązkowej pojawia się w wielu wypowiedziach. Spowodowane jest to tym, że banki po ostatnich wpłatach na BFG i spodziewanych na podatek mogą chcieć zmniejszyć akcję kredytową, by móc wypłacić dywidendy. W kwestii obniżki stóp procentowych pojawił się problem stabilności zarówno finansowej, jak i kursu walutowego. Zwrócił on oczywiście uwagę na różnicę w stopach procentowych pomiędzy Polską a Zachodem. Jaki wpływ dla złotego miałyby te decyzje? Należałoby się raczej spodziewać osłabienia rodzimej waluty. Niższe stopy procentowe oznaczają niższe oprocentowanie najbezpieczniejszych inwestycji w danej walucie. Kadencja Kaźmierczaka kończy się co prawda 19 lutego, ale wyraża on to co większość kandydatów do tego gremium.

Wczorajsze dane z USA okazały się odrobinę gorsze od oczekiwań. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 277 tysięcy wobec oczekiwanych 272 tysięcy. Ponieważ są to dane tygodniowe charakteryzujące się sporymi wahaniami inwestorzy przeważnie nie reagują na różnice kilku tysięcy w jedną lub drugą stronę. Tak też było w tym wypadku.

Sesja w Chinach pomimo słabszego początku, kiedy to w 20 minut indeks stracił ponad 3% i zapowiadało się na powtórkę, przebiegła spokojnie i do końca dnia odrobiono straty. Dzisiaj warto zwrócić uwagę na dalsze dane z amerykańskiego rynku pracy o godzinie 14:30.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016

Kurs EUR/PLN po ostatnich spadkach przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,3650 gdzie znajduje się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2250. Jest to poziom, na którym kurs już trzykrotnie odbił się w górę w ciągu ostatniego kwartału.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016

Kurs CHF/PLN przeszedł z trendu wzrostowego w boczny. Gdyby doszło do powrotu do wzrostów istotnym poziomem są wciąż okolice 4,0400, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem są testowane obecnie okolice 3,9000-3,9100, na których to kurs wielokrotnie odbijał w górę.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016

Kurs USD/PLN powrócił do trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,8600, gdzie kurs odbijał się pod koniec grudnia.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.10.2015 do 08.01.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę jest krótkookresowa linia spadkowa na poziomie 5,9500. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest dopiero minimum stanowiące punkt wyjścia do obecnego ruchu wzrostowego, czyli poziom 5,6600.

DM Vestor: Pracowity rok przed OT Logistics. Spółka musi odbudować zaufanie inwestorów oraz poprawić osiągane wyniki

CEO Magazyn Polska

Dla grupy OT Logistics, lidera spedycji morskiej i kolejowej, najbliższe miesiące będą okresem konsolidacji oraz aktywnych działań prosprzedażowych – przewiduje Piotr Nowacki z Domu Maklerskiego Vestor. Dzięki licznym przejęciom spółka może wykorzystać efekt synergii, a zbycie aktywów nieoperacyjnych powinno istotnie poprawić jej płynność. Tylko same nieruchomości inwestycyjne we Wrocławiu warte są ok. 140 mln złotych. Spółka musi przy tym odbudować zaufanie inwestorów, pokazując, że potrafi trwale obniżyć koszty.

– Na pewno ten rok będzie pełen wyzwań. 2015 rok przyniósł pewne zmiany na polskim rynku logistycznym, które też odczuło OT Logistics. Trzeba pamiętać również o tym, że doszło do zmiany zarządu w samej spółce. W 2016 roku powinniśmy zaobserwować pierwsze efekty działań restrukturyzacyjnych, czyli obniżenie kosztów i jednoczenie grupy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Nawrocki, dyrektor działu analiz Domu Maklerskiego Vestor.

Analityk przypomina, że w ostatnich 3 latach grupa OT Logistics dokonała serii akwizycji, a wśród obiektów przejęć znalazły się m.in. C. Hartwig Gdynia, Bałtycki Terminal Drobnicowy Gdynia SA oraz Luka Rijeka, chorwacka spółka działająca w branży portowej.

Jak ocenia Piotr Nowacki, najbliższy rok w grupie OT Logistics powinien przebiegać pod znakiem konsolidacji oraz działań prosprzedażowych. Na kondycję spółki istotny wpływ będzie miała przy tym sytuacja makroekonomiczna panująca w Polsce oraz za granicą, głównie w Niemczech.

– Rozwój gospodarczy w Polsce powinien automatycznie napędzić zapotrzebowanie na wymianę towarów m.in. z Chinami. Przede wszystkim patrzymy tutaj na import rudy żelaza, który obsługuje się w porcie w Świnoujściu, ale też innych materiałów, chociażby towarów rolnych – zauważa.

Dyrektor w DM Vestor podkreśla, że OT Logistics posiada w swoim bilansie m.in. nieruchomości we Wrocławiu, których wartość szacowana jest na około 140 mln złotych. Do tego dochodzi także pakiet akcji spółki Luka Rijeka, za który spółka mogłaby otrzymać mniej więcej 65 mln złotych. Tyko te dwie pozycje wyceniane są na około 205 mln złotych. Tymczasem kapitalizacja giełdowa spółki na początku roku wynosiła niewiele ponad 240 mln złotych.

– Część inwestorów liczy na wyprzedaż aktywów nieoperacyjnych. Tu chodzi tylko o to, aby nie być zmuszonym do ich wyprzedaży, czyli żeby na swoich warunkach tę wyprzedaż przeprowadzić. Ewentualną sprzedaż działek inwestycyjnych odczytałbym jako pozytyw – uważa Nawrocki.

W raporcie z 29 grudnia 2015 roku Dom Maklerski Vestor wyznaczył cenę docelową spółki OT Logistics na poziomie 275 zł za jedną akcję. W dniu wydania rekomendacji akcjami logistycznego operatora handlowano w przedziale 166–170 złotych. Jeśli przewidywania analityka się sprawdzą, to po ostatnich spadkach przestrzeń do wzrostu kursu wyniesie niemal 80 proc.

– W wycenie dużo zależy od ujęcia tych aktywów nieoperacyjnych, o których wspomniałem, oraz od podejścia do samej wyceny. Przykładowo, my przyjmujemy bardzo konserwatywnie 50 proc. dyskonta do wartości księgowej – tłumaczy.

Rozmówca dodaje przy tym, że spółka musi jednak starać się, by zyskać na wiarygodności w oczach inwestorów. Może to zrobić m.in. realizując zapowiadany program oszczędnościowy. Jest zdania, że grupa z pewnością ma jeszcze pewne rezerwy umożliwiające zmniejszenie kosztów operacyjnych.

– Jeżeli inwestorzy zobaczą, że nie ma ryzyka złamania kowenantów (czyli klauzul) długu w tym roku, to wtedy możemy liczyć na istotne odbicie kursu akcji. Dzisiaj, patrząc na wynik z III kwartału, widać, że było ryzyko, które najbardziej ciążyło kursowi – ocenia.

Grupa kapitałowa OT Logistics w III kwartale 2015 roku osiągnęła ponad 183,6 mln zł przychodów ze sprzedaży (spadek o 15 proc. rdr). Znacząco zmniejszył się także zysk operacyjny, który wyniósł niecałe 5,3 mln złotych. To wynik aż o 62 proc. słabszy niż w tym samym okresie rok wcześniej. Zysk netto spadł natomiast ponadsiedmiokrotnie do niespełna 1 mln zł.

I. Morawski (BIZ Bank): Światową gospodarkę czeka rok niemrawego rozwoju. Jest więcej niewiadomych i zagrożeń niż czynników pobudzających wzrost

CEO Magazyn Polska

Nic nie wskazuje na to, by światowa gospodarka miała przeżyć w tym roku nadzwyczajne ożywienie. Przeciwnie, zagrożeń jest sporo, a najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada dalszy powolny wzrost – uważa Ignacy Morawski główny ekonomista BIZ Banku. W jego ocenie kurs euro w Polsce lekko spadnie, natomiast dolar do końca roku podrożeje o około 5 proc. 

– Najciekawsze jest to, jak szybko z dołka będą wychodzić te kraje spośród rynków wschodzących, które notowały recesję, czyli na przykład Rosja czy Brazylia  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.  Jaki będzie wzrost gospodarczy w Chinach – tam też mamy spowolnienie. Wiele zależy od tego, czy te potencjał gospodarczy tych krajów cały czas będzie maleć czy ich gospodarka zacznie odbijać.

Z prognoz banku Bank of America Merrill Lynch wynika, że w 2015 roku PKB strefy euro wzrosło o 1,5 proc., natomiast w br. tempo wyniesie 1,7 proc. Ignacy Morawski mówi, że trudno mu sobie obecnie wyobrazić takie czynniki, które mogłyby w rozpoczynającym się roku mocno pchnąć w górę globalną gospodarkę. Przypomina, że powszechnie oczekiwano, że czynnikiem, który będzie bardzo pozytywnym impulsem dla wzrostu gospodarczego na świecie będą niskie ceny ropy.

– Uważano, że to będzie globalne cięcie podatku konsumpcyjnego. Na niskich cenach ropy tracą oczywiście producenci, ale zyskują konsumenci. Wiele ważnych gospodarek na świecie to są importerzy ropy, głównie w Europie. Wydawało się zatem, że te niskie ceny ropy wesprą globalny wzrost gospodarczy, ale nic takiego nie miało miejsca. Na pewno pozytywny efekt jest widoczny, ale on nie jest tak silny, jak można było tego oczekiwać.

W rezultacie światowa gospodarka utrzymuje się, jak to określa główny ekonomista BIZ Banku, w umiarkowanie satysfakcjonującym trendzie wzrostu. Morawski podkreśla, że takie były lata 2014–2015 i podobnie będzie w 2016 roku. Dodaje, że nie należy oczekiwać wielkiego przełomu ani spektakularnych decyzji w amerykańskiej gospodarce.

– Jest koniunktura, ale wzrost jest poniżej długookresowego trendu. Można powiedzieć, że wzrost gospodarczy jest kruchy, wrażliwy na turbulencje finansowe. Jednocześnie występuje wiele czynników globalnych, które trzymają inflację w ryzach. Dlatego jestem zdania, że Fed będzie podnosił stopy bardzo wolno. Może w tempie pięćdziesięciu punktów bazowych, czyli pół punktu procentowego na rok.

O ile jednak nie bardzo wiadomo, co mogłoby ożywić światową gospodarkę, znacznie bardziej wyraziste są zagrożenia, które mogą ją osłabić. W ocenie Ignacego Morawskiego z BIZ Banku Europa należąca do grona międzynarodowych liderów prędzej czy później będzie musiała się zmierzyć z wyjściem Grecji ze strefy euro. Jak podkreśla ekonomista, to będzie jednak znacznie mniejszy problem niż ewentualny brexit. W 2017 roku w Wielkiej Brytanii odbędzie się referendum, w którym obywatele tego kraju zdecydują o tym, czy pozostać w Unii Europejskiej.

– Wyjście Wielkiej Brytanii mogłoby być pierwszym krokiem do rozpadu Unii Europejskiej. To jest ryzyko dużo większe niż ryzyko wyjścia Grecji, bo strefa euro może spokojnie funkcjonować bez Grecji. Natomiast Unia Europejska bez Wielkiej Brytanii będzie mocno osłabiona politycznie.

Główny ekonomista BIZ Banku ocenia, że o ile nie dojdzie nieprzewidywalnego zdarzenia, takiego jak globalna recesja i silne turbulencje finansowe, o tyle kurs euro w Polsce nie powinien się mocno zmienić, do końca roku zmierzając w kierunku 4,2 zł. Morawski uważa, że dolar amerykański może natomiast jeszcze podrożeć, osiągając cenę około 4,15 zł.

Rynek dobrze przyjął kandydaturę prof. Małgorzaty Zaleskiej na prezesa GPW. Największym wyzwaniem będzie dla niej przyciągnięcie na parkiet drobnych inwestorów

CEO Magazyn Polska

Rynek dobrze zna kandydatkę na prezesa Giełdy Papierów Wartościowych prof. Małgorzatę Zaleską i pozytywnie przyjmie jej nominację – uważa analityk HFT Brokers Mateusz Adamkiewicz. Co nie znaczy, że nowa prezes GPW będzie miała łatwe zadanie. Ceny akcji na polskiej giełdzie od kilku miesięcy spadają, debiutów jest bardzo mało, a zagrożenia wewnętrzne i międzynarodowe są poważne.

Profesor Zaleska jest kandydatką Ministerstwa Skarbu Państwa, który jest największym udziałowcem GPW, więc jej nominacja wydaje się przesądzona. Na rynku kandydatura ta została dobrze przyjęta. Małgorzata Zaleska od dwóch dekad związana jest z polskim rynkiem kapitałowym.

 Rynek przyjmuje tę kandydaturę spokojnie. Jest to osoba znana w środowisku, mająca odpowiednie wykształcenie i kompetencje, aby znaleźć się na tym stanowisku podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Adamkiewicz, analityk HFT Brokers. – Wcześniej już miała doświadczenie na GPW. Zasiadała w Radzie Giełdy Papierów Wartościowych, była prezesem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego oraz zasiadała w zarządzie NBP.

Nowa prezes ma przejąć kierownictwo warszawskiej giełdy w trudnym momencie. Od ponad pół roku ceny akcji spadają. WIG20 stracił w tym czasie ponad 25 procent.

Myślę, że na naszej giełdzie nastąpił pewnego rodzaju punkt przesilenia już kilka lat temu mówi Mateusz Adamkiewicz. Nasza giełda rozwijała się bardzo dobrze, natomiast ten ostatni rok nie był już specjalnie udany. Po pierwsze, spadła liczba debiutów, dlatego trzeba przyciągnąć nowych debiutantów na parkiet główny i na NewConnect. Po drugie, zmagamy się ze spadającymi obrotami wśród inwestorów indywidualnych.

Zdaniem analityka na polskim parkiecie przełom może nastąpić, jeżeli jej szefostwo zacznie energicznie poprawiać panującą wokół niej nie najlepszą atmosferę. Adamkiewicz dodał, że giełdę trzeba unowocześnić, stworzyć nowe możliwości inwestowania, ale przede wszystkim przekonać ludzi, że warto lokować oszczędności w akcjach.

Myślę, że będzie to jedno z większych wyzwań, żeby z powrotem zainteresować przeciętnego Polaka inwestycjami na Giełdzie Papierów Wartościowych ocenia analityk HFT Brokers. – Osobiście życzyłbym sobie także, żeby nieco bardziej został rozwinięty rynek instrumentów pochodnych na GPW. Wielokrotnie zapowiadano już, że giełda się tym zajmie. Niestety, cały czas ten temat był odsuwany na bok, ale być może wreszcie do niego wrócimy.

Mateusz Adamkiewicz z HFT Brokers zaznacza, że nie należy jednak oczekiwać, że obecny rok przyniesie warszawskiej giełdzie pozytywny przełom. Dodaje, że można liczyć na pewne uspokojenie nastrojów i stagnację. Potencjalnych zagrożeń jest bowiem zbyt dużo i inwestorzy raczej będą się obawiali kupować polskie akcje. Rozmówca podkreśla, że występuje zbyt wiele ryzyk związanych i ze światową, i z krajową gospodarką. Adamkiewicz wskazuje też na wciąż nierozwiązaną kwestię kredytów we frankach szwajcarskich i strat, jakie w związku z tym zagrażają bankom.

To jest potencjalnie duże ryzyko przede wszystkim dla WIG20 i dla banków zwraca uwagę Mateusz Adamkiewicz z HFT Brokers. Myślę, że spółki małe i średnie cały czas będą dobrze odwzorowywać koniunkturę w polskiej gospodarce. Będą sobie radziły dobrze i ten rok powinien w zasadzie być dosyć spokojny i dobry dla naszej giełdy. Przy założeniu, że nie dojdzie do większego kryzysu związanego z Chinami.

Program budowy dróg krajowych ma zostać urealniony. Zmiany dotyczyć będą także systemu poboru opłat za drogi

CEO Magazyn Polska

Program budowy dróg krajowych na latach 2014–2023 w obecnej postaci jest mało realny do wykonania – uważa Barbara Dzieciuchowicz z Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. Resort infrastruktury i budownictwa pracuje nad jego urealnieniem, przede wszystkim nad kwestią finansowania inwestycji. Zapowiada też zajęcie się kwestią systemu opłat za drogi. We wtorek rząd przyjął nowe przepisy dotyczące definicji europejskiej usługi opłaty elektronicznej.

Program budowy dróg krajowych na lata 20142023 z perspektywą do 2025 roku, który został uchwalony jeszcze przez poprzedni rząd we wrześniu, jest mało realny. Myślę, że trzeba zrobić przegląd tego programu zarówno pod względem rzeczowym, jak i finansowym – mówi agencji Newseria Barbara Dzieciuchowicz, prezes zarządu Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Program będzie realizowany przy wykorzystaniu zarówno środków unijnych, jak i wkładu krajowego, który pochodził będzie z Krajowego Funduszu Drogowego. W opinii ekspertów od strony finansowania krajowego jest zbyt optymistyczny. Środki mają pozwolić na zbudowanie blisko 4 tys. kilometrów autostrad i dróg szybkiego ruchu, a także 57 obwodnic miejskich. Jak ocenia Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, inwestycje planowane w programie obliczone są na kwotę 107 mld zł, a zapisano na ich realizację blisko 190 mld zł.

– Zarówno załącznik numer 1, który pokazuje zadania inwestycyjne, będzie urealniony, jak i załącznik numer 6. To jest Program Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, bardzo ważny załącznik, ale ma 52 strony, w związku z tym wszystkie inwestycje związane z poprawą bezpieczeństwa, choć potrzebne, to myślę, że są nierealne do zrealizowania w takim czasie i za te środki – mówi Dzieciuchowicz.

Z realizacją inwestycji wiąże się kolejny postulat branży drogownictwa, a mianowicie zmiana podejścia zamawiającego, czyli GDDKiA, do firm startujących w przetargach.

Zmiana dotyczyć ma warunków, jakie są stawiane firmom przystępującym do przetargów i kwestii rażąco niskich cen. Pojawiały się firmy, które w Polsce nie mają żadnego kapitału, nie mają żadnego doświadczenia, sprzętu ani ludzi, a wygrywają przetargi na drogi ekspresowe – mówi Dzieciuchowicz. – Chcielibyśmy, żeby główny inwestor korzystał z zapisów w zakresie weryfikacji firm, żeby wprowadzał zastrzeżenia dotyczące wykonania siłami własnymi kluczowych elementów inwestycji, bo tego nie ma w tych przetargach.

Istotną kwestią, którą będzie musiał się zająć w kolejnych latach resort infrastruktury i budownictwa, jest też system opłat za drogi. Jak podkreśla prezes OIGD, Polska dysponuje nowoczesną siecią dróg ekspresowych i autostrad, ale systemy pobierania opłat wciąż są przestarzałe i niejednolite.

Umowa z firmą Kapsch, która obsługuje viaTOLL, kończy się w 2018 roku, ale czas biegnie bardzo szybko. Wiemy, że mamy koncesjonariuszy, ale pojawia się konieczność renegocjacji umów i znalezienia takiego modelu, który będzie dla wszystkich satysfakcjonujący. To jest zadanie bardzo poważne, nie na miesiąc czy dwa, dlatego już teraz trzeba zacząć o tym myśleć – wyjaśnia Dzieciuchowicz.

Rząd przyspieszył prace nad dostosowaniem polskiego prawa do wymogów UE. 5 stycznia Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji przepisów w sprawie definicji europejskiej usługi opłaty elektronicznej (EETS). Wdrożenie tej usługi – zgodnie z wymogami KE państwa członkowskie powinny to zrobić do listopada 2017 roku – umożliwi uiszczanie opłaty za płatne drogi w UE za pomocą jednego urządzenia pokładowego, co powinno ułatwić życie kierowcom. Państwa członkowskie powinny zapewnić interoperacyjność krajowych systemów poboru opłat.

Napięcia między Iranem a Arabią Saudyjską groźne dla notowań ropy naftowej. W razie otwartego konfliktu jej cena może gwałtownie wzrosnąć

CEO Magazyn Polska

Zerwanie stosunków dyplomatycznych między Arabią Saudyjską a Iranem potwierdza bardzo napiętą sytuację na Bliskim Wschodzie – uważa ekonomista Marek Wołos. To region o istotnym znaczeniu geopolitycznym, gdzie znajduje się większość światowych zasobów ropy naftowej. Jakiekolwiek konflikty w tej części świata mogą doprowadzić do gwałtownych wzrostów na globalnych rynkach surowców. Z drugiej strony sytuację stabilizuje nadpodaż taniej ropy pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych.

– Iran i Arabia Saudyjska ciągle ze sobą rywalizują. Są to dwa kraje, które na scenie geopolitycznej są mocnymi konkurentami – mówi agencji informacyjnej Newseria ekonomista Marek Wołos.

Deklaracje państw OECD (dominującą rolę odgrywa tu Arabia Saudyjska) o utrzymaniu podaży ropy na dotychczasowym poziomie wraz ze skokowym wzrostem podaży surowca ze Stanów Zjednoczonych doprowadziły do gwałtownych spadków na rynku ropy naftowej. Obecnie za baryłkę ropy typu Crude inwestorzy płacą zaledwie około 33 dolary. To o ponad 60 proc. mniej niż jeszcze półtora roku temu.

– Arabia Saudyjska to kluczowy producent ropy naftowej, Iran wchodzi na ten rynek. Myślę, że to dzięki temu, że Iran nie zmniejszył produkcji, a wręcz ją zwiększa mamy do czynienia m.in. z niskimi cenami ropy naftowej – ocenia Marek Wołos.

Według danych za 2014 rok Arabia Saudyjska jest największym obok Stanów Zjednoczonych producentem ropy naftowej na świecie. Dzienne wydobycie surowca sięga tam 11,6 mln baryłek. Natomiast Iran pod względem produkcji znajduje się na 7. miejscu na świecie. Na powierzchnię trafia tam każdego dnia 3,4 mln baryłek.

– Napięcia między tymi dwoma krajami przekładają się na notowania ropy naftowej. Gdyby pojawiły się coraz większe konflikty, które mogą z tych napięć wynikać, toby wiązało się ze zmniejszeniem wydobycia ropy naftowej i wyższymi jej ceny – stwierdza ekonomista.

Potwierdzeniem bardzo napiętej sytuacji panującej na Bliskim Wschodzie jest zerwanie przez Arabię Saudyjską stosunków dyplomatycznych z Iranem, do którego doszło na początku stycznia 2016 roku. Oficjalnym powodem są ataki na saudyjską ambasadę oraz konsulat na terenie Republiki Iranu. Z kolei strona irańska tłumaczy, że zamieszki pod saudyjskimi placówkami dyplomatycznymi są następstwem egzekucji szyickiego duchownego, który otwarcie krytykował politykę prowadzoną przez Arabię Saudyjską. Jednocześnie oskarża Arabię o atak na irańską placówkę dyplomatyczną w stolicy Jemenu.

– Myślę, że to napięcie wchodzi teraz w kulminacyjny moment. Będzie ono miało znaczenie przede wszystkim z punktu widzenia gospodarczego – uważa Marek Wołos.

Podkreśla jednak, że nawet jeśli w wyniku nasilenia konfliktów na Bliskim Wschodzie cena ropy znacząco wrośnie, sytuację stabilizuje bardzo tania ropa z USA.

– W taki właśnie sposób reaguje rynek. Natomiast nie są to jeszcze przesadne i silne reakcje, bo oprócz tych dwóch krajów, które dyktują ceny ropy, mamy do czynienia cały czas z bardzo tanią ropą ze Stanów Zjednoczonych i to się jeszcze w najbliższym czasie nie zmieni – zauważa Wołos.

Do końca 2016 r. zasoby powierzchni biurowej w centrum Warszawy zwiększą się o prawie jedną czwartą. Rośnie też zainteresowanie najemców

CEO Magazyn Polska

Podaż powierzchni biurowej w centralnych strefach Warszawy wzrośnie o 23 proc. – wynika z prognoz firmy CBRE. Eksperci oceniają, że w lokalizacjach poza centrum może się zwiększyć liczba pustostanów. Prognozują również, że wynajmujący będą coraz większą wagę przywiązywać do jakość oferowanej powierzchni i dobrych relacji z najemcami.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Warszawie przeżywa pewnego rodzaju przewartościowanie. Stolica dysponuje coraz lepszą infrastrukturą komunikacyjną. Wiele firm przenosi się do centrum miasta, następuje intensyfikacja roli centrum w życiu ekonomicznym i gospodarczym. Obecnie na atrakcyjności zyskuje centralna lokalizacja i potwierdzają to realizowane w tym rejonie inwestycje – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Kosińska, prezes zarządu spółki Centrum Bankowo-Finansowe „Nowy Świat” SA.

W stolicy w budowie są 44 budynki biurowe o łącznej powierzchni 643 tys. mkw. Blisko połowa z nich znajduje się w ścisłym centrum. Jak prognozują analitycy CBRE, podaż w centralnych strefach stolicy do 2017 roku wzrośnie o 23 proc. Coraz większa, a co za tym idzie – również coraz atrakcyjniejsza cenowa oferta deweloperów powoduje, że najemcy coraz częściej decydują się na zmianę dotychczasowej siedziby, często wybierając tę w ścisłym centrum. Co więcej, ten trend powinien się utrzymać.

Naszym zdaniem w tym roku poszukiwaną przez najemców lokalizacją będzie centrum miasta. To zarówno lokalizacja naszego biurowca Nowy Świat 2.0, czyli najbardziej prestiżowe okolice Traktu Królewskiego i Starego Miasta, jak i okolice Ronda ONZ i Woli jako lokalizacje satelitarne – podkreśla Małgorzata Kosińska.

Z raportu firmy Knight Frank „Polska – Rynek komercyjny. III kw. 2015 roku” wynika, że w strukturze najmu pod względem lokalizacji w Warszawie dominuje Centralny Obszar Biznesu (34 proc.). 24 proc. wynajętej powierzchni znajduje się na Służewcu. Ze względu na budowę drugiej linii metra rośnie też popularność Woli (ok. 7 proc.). Podobna liczba najemców decyduje się na Żoliborz.

Rynek powierzchni biurowych w 2016 roku się ustabilizuje – przekonuje Kosińska. – Obserwujemy dość dużą liczbę pustostanów w lokalizacjach satelitarnych. Uważam, że lokalizacje w centrum miasta i w pobliżu kluczowych linii komunikacyjnych będą szybko zyskiwały na wartości.

Według raportu „Market View – warszawski rynek biurowy w III kw. 2015” firmy CBRE rośnie liczba oddanych biur, większe jest też zainteresowanie najemców. Całkowita powierzchnia biurowa w stolicy wynosi ponad 4,6 mln mkw. Tylko w III kwartale ubiegłego roku wynajęto ponad 222 tys. mkw. Przez trzy kwartały roku poziom najmu przekroczył 610 tys. mkw. – tyle samo, co w całym 2014 roku. Poziom pustostanów spadł w III kw. do 12,9 proc.

W 2016 rok czeka nas trudna praca nad pozyskiwaniem nowych najemców. Coraz bardziej będzie się liczyła trwałość marki i jej wizerunek, dobra jakość oraz relacje z najemcami – mówi Małgorzata Kosińska.

Duża konkurencja na rynku sprawia, że deweloperzy stosują elastyczną politykę cenową i ceny najmu powinny spadać. Obecnie średnie stawki w budynkach klasy A wynoszą 20 euro za mkw. miesięcznie w centrum i 13 euro za mkw. miesięcznie poza centrum.

Polski rynek przewozów lotniczych rośnie w dwucyfrowym tempie. W stosunku do Zachodu wciąż jest jednak daleko w tyle

CEO Magazyn Polska

Polska pod względem rozwoju rynku lotniczego nadal znajduje się daleko za europejską czołówką – statystyczny Niemiec lata trzykrotnie częściej niż Polak. W III kwartale 2015 roku polskie lotniska odprawiły ponad 9,8 mln pasażerów (wzrost o 11 proc. rdr). W całym roku liczba podróżnych przekroczyła 30 milionów.

Rynek przewozów lotniczych w Polsce jest nadal rynkiem dość młodym i jeszcze dynamicznie się rozwijającym. Współczynnik lotności Polaków w tej chwili nie przekracza 1. Czesi podróżują prawie dwukrotnie więcej niż Polacy, nie mówiąc o krajach UE, gdzie współczynnik ten wynosi 2–3 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych Enter Air. – Ten wskaźnik to liczba podróży w danym roku w danym państwie przeliczona na liczbę mieszkańców. To oznacza, że prawie 40 mln podróży było wykonanych z polskiego rynku.

Według danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego w okresie I–III kwartału 2015 roku polskie porty lotnicze obsłużyły ponad 23,7 mln pasażerów (wzrost o 13 proc. rdr). W całym roku odprawionych mogło zostać ponad 30 mln osób. Rekordowe wyniki w obsłudze pasażerów zanotowały m.in. lotniska we Wrocławiu (11 proc. wzrostu), w Krakowie (14 proc.) czy w Rzeszowie (o 7,3 proc.). Lotnisko Chopina w Warszawie przekroczyło granicę 11 mln pasażerów ( w 2014 roku 10,5 mln).

Przedstawiciele rynku oczekują, że liczba osób korzystających z transportu lotniczego będzie w najbliższym czasie dynamicznie rosnąć. W perspektywie kilku lat możliwe jest przewiezienie nawet 50–70 mln pasażerów rocznie.

W segmencie, w którym operuje Enter Air, czyli w segmencie podróży turystycznych, szybciej przybywa podróżujących niż na rynku wszystkich przewozów lotniczych. To pewnie wynika z tego, że Polacy coraz chętniej podróżują i chcą poznawać nowe kraje – zauważa Kobielski.

Przewoźnicy czarterowi – jak wynika z danych ULC – w III kwartale odnotowali 13-proc. wzrost ruchu. Enter Air obsłużył największą liczbę pasażerów, ale największe wzrosty ilościowe odnotowali Small Planet Airlines oraz Travel Service. Przedstawiciel spółki Enter Air uważa, że obecność konkurencji to pozytywny czynnik, który stymuluje rynek przewozów lotniczych.

Życzymy dobrze naszym konkurentom, bo jeśli oni będą dobrze funkcjonować, to nie będzie ryzyka powstania nowej linii lotniczej. W ciągu ostatnich 5 lat powstały 4 linie lotnicze i wszystkie 4 upadły. W związku z tym fakt istnienia zdrowej konkurencji jest gwarantem bezpieczeństwa, że ci, którzy już na rynku są, będą funkcjonowali w oparciu o zasady biznesu – mówi Andrzej Kobielski.

Jak dodaje Kobielski, głównym czynnikiem kształtującym polski rynek przewozów lotniczych w dalszym ciągu pozostaje cena.

Na nasze przychody największy wpływ ma zasobność portfeli Polaków i ich skłonność do wydawania pieniędzy na potrzeby inne niż te podstawowe. Co ciekawe, w Polsce na liście priorytetów podróże lotnicze czy zagraniczne wakacje znalazły się na trzecim miejscu. W Europie jest to zwykle piąte lub szóste miejsce – wyjaśnia.

Na funkcjonowanie branży wpływ ma także kondycja touroperatorów. Jak wyjaśnia Andrzej Kobielski, ten rynek jest w miarę ustabilizowany.

Czołówka graczy, czyli Itaka, TUI i Rainbow Tours, będzie trzymać miejsca liderów i raczej rosnąć strukturalnie niż przez akwizycje. Na rynku lotniczym nie spodziewamy się fuzji. One mogą mieć miejsce na rynkach zagranicznych – uważa przedstawiciel Enter Air.

Polska blogosfera się profesjonalizuje. Blogerzy szukają nowych kanałów dotarcia do odbiorcy

CEO Magazyn Polska

Blogerzy pozytywnie oceniają rozwój polskiej blogosfery. Ich zdaniem przechodzi ona obecnie fazę profesjonalizacji i jest coraz lepiej odbierana przez czytelników. Blogerzy chętnie eksperymentują z nowymi formami docierania do czytelnika – coraz większą popularnością cieszy się wideo i platforma YouTube. Zdaniem blogerów szansę na sukces mają autorzy oferujący ciekawy, profesjonalny i najlepiej niszowy content. 

Blogowanie nie traci w Polsce popularności. Blogi zarówno przez czytelników, jak i specjalistów od marketingu postrzegane są jako wiarygodne i opiniotwórcze medium. Co najmniej raz w miesiącu blogi czyta połowa internautów. Z raportu „Polska blogosfera 2014” wynika, że największym zainteresowaniem ze strony czytelników cieszą się blogi z kategorii lifestyle, kulinaria, uroda, blog osobisty i fotografia. Młodsi chętnie piszą blogi osobiste i lifestyle&HASH39;owe, a starsi – blogi kulinarne i urodowe. Zdaniem samych autorów polska blogosfera stale się profesjonalizuje.

Blogosfera w Polsce jest w bardzo ciekawym momencie – już nie jest na etapie pamiętników, przeszliśmy moment zaskoczenia, że na blogach można zarabiać, a właściwie teraz się profesjonalizuje. Jest wiele blogów, które potrafią zarobić na tyle ciekawe pieniądze, że mogą realizować swoje własne projekty, bardzo oryginalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Budzich, autor bloga o mediach, reklamie i marketingu Mediafun.

Z raportu wynika, że blogerzy publikują najczęściej dwa posty w tygodniu, a napisanie każdego artykułu poprzedzają dogłębnymi przygotowaniami. Według raportu „Blogerzy w Polsce 2013” blogerzy mają duży wpływ na gusta i postawy swoich czytelników – 34 proc. osób czytających blogi twierdzi, że zdarzyło im się kupić produkt lub usługę, o której dowiedzieli się z bloga. 27 proc. wzięło udział w wydarzeniu lub imprezie polecanej przez blogera, a 39 proc. zrezygnowało z zakupu produktu, który skrytykował autor bloga.

Aby doprowadzić klienta do momentu zakupu, trzeba obudować ten proces tworzeniem treści wokół marki, wokół trendu, spowodować na to modę i w tę ideę idealnie wpasują się materiały i teksty na blogach czy w mediach społecznościowych. Blogerzy, digital influencers, produkują mnóstwo tego typu contentu, dzieląc się swoimi wrażeniami, doświadczeniami czy wręcz kreując modę na pewnego rodzaju wydarzenia – mówi Maciej Budzich.

Zdaniem Macieja Budzicha blogerzy mają w tym zakresie znaczną przewagę nad dziennikarzami. Stoi za nimi ich pasja i zainteresowania, czytelnik ma więc pewność, że bloger szczerze poleca lub odradza daną usługę, produkt lub wydarzenie. Ich teksty odbierane są inaczej niż artykuły anonimowych dziennikarzy. Obecnie polscy blogerzy chętnie eksperymentują z nowymi formami dotarcia do czytelników. Coraz popularniejsza staje się forma wideo – zarówno jako krótkie filmiki publikowane na Facebooku czy Snapchacie, jak i prowadzenie własnego kanału na platformie YouTube.

Jako youtuber zarabiam z samego AdSense’a średnią krajową, jest okej, ale ze współpracy komercyjnych naprawdę możemy wyżyć. W tej chwili dla mnie zawód youtubera, twórcy internetowego jest pełnoetatowym zawodem. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ daje mi to ogromną wolność i spełnienie zawodowe – mówi Martin Stankiewicz, youtuber, twórca internetowy.

Badanie WhitePress przeprowadzone wśród blogerów wskazuje, że największa ich grupa zaczęła zarabiać w mniej niż rok lub nieco ponad rok od uruchomienia bloga/ portalu (po 31,7 proc. odpowiedzi). Według ankietowanych sukces finansowy zależy przede wszystkim od zaangażowania w tworzenie wysokiej jakości treści (57,9 proc.), systematyczności w tworzeniu treści (52,5 proc.) oraz cierpliwości (43,7 proc.). Do najpopularniejszych form zarabiania należą artykuły sponsorowane (2/3 badanych) oraz reklamy (64,5 proc.).

Przybywa biokonsumentów. Moda na zdrową żywność nie mija

CEO Magazyn Polska

Zdrowe odżywanie nie jest chwilową modą, ale coraz silniejszym trendem – wynika z badania przeprowadzonego przez Ośrodek Ewaluacji. Polacy chcą jeść zdrowo i odpowiedzialnie, dlatego coraz częściej wybierają żywność nieprzetworzoną, bez konserwantów i chemicznych dodatków. W ten sposób chcą dbać o zdrowie swoje i bliskich. Ekologiczną żywność kupują nie tylko w supermarketach i osiedlowych sklepach, lecz także na lokalnych bazarkach.

W wyniku badania „Kogo nęci zdrowe jedzenie?” udało  nam się podzielić respondentów na następujące grupy: biodietetycy – 52 proc., biotradycjonaliści – 26 proc., bionowatorzy – 13 proc. i bioaktywiści – 9 proc. konsumentów. Różnią się tym, co stanowi dla nich priorytet w jedzeniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Leszczyńska, prezes zarządu Ośrodka Ewaluacji.

Biodietetycy zwracają uwagę przede wszystkim na to, żeby jedzenie było nieprzetworzone i pochodziło z dobrego, pewnego źródła. Cenią to, co naturalne. Wśród nich jest też grupa, która poświęca czas na samodzielnie przygotowanie posiłków. Częściej niż inne grupy uprawiają sport.

Biotradycjonaliści zwracają mniejszą uwagę na certyfikaty, na przetwórstwo żywności, natomiast ważne jest dla nich smaczne jedzenie samodzielnie przygotowane w domu – tłumaczy Małgorzata Leszczyńska. – Bionowatorzy częściej jadają na mieście i kierują się opinią znajomych o tym, gdzie mogą zjeść dobrze. Natomiast bioaktywiści są w największym stopniu zaangażowani społecznie, są zwolennikami lokalnego jedzenia i sprzeciwiają się wielkim markom, które w jakiś sposób zawłaszczają rynek.

Badani przyznają, że podczas zakupów dużą wagę przywiązują do świeżości, walorów smakowych i wartości odżywczej produktów. Dla 75 proc. ankietowanych ważna jest cena, dla 65 proc. – kraj pochodzenia, a dla 51 proc. – marka producenta. Polacy coraz częściej wybierają również taką żywność, która została wyprodukowana w poszanowaniu środowiska.

Badani przyznają, że kupują zdrowe jedzenie, bo chcą dbać o zdrowie własne i swoich bliskich. Celebrowanie wspólnych posiłków jednak nie stało się jeszcze dobrą tradycją.

Było zaledwie kilkanaście procent wskazań mówiących o tym, że zdrowe jedzenie to też wspólny stół i wspólne biesiadowanie – mówi Małgorzata Leszczyńska.

Z badania wynika, że miejsce zakupu jest ważne dla 46 proc. ankietowanych, a na certyfikaty zwraca uwagę 34 proc.

Najczęściej badani kupują tam, gdzie jest blisko, czyli w lokalnych sklepach i w marketach. Bionowatorzy najczęściej robią zakupy w działach ze zdrową żywnością w supermarketach. Przeżywamy renesans bazarów, na których można kupić zdrową żywność, zarówno rozumianą jako jedzenie z certyfikatem, jak i pochodzącą z pewnego źródła, nieprzetworzoną, bez ulepszaczy – wyjaśnia Małgorzata Leszczyńska.

W supermarketach kupuje 55 proc. badanych, w lokalnych sklepach – 53 proc., a na bazarach – 51 proc. 25 proc. respondentów kupuje zdrowe jedzenie w kooperatywach spożywczych i jak na razie jest to trend tylko w dużych miastach.

Osoby, które kupują na bazarach, oprowadziły nas po nich, pokazały, co i gdzie kupują, dlaczego właśnie w tym miejscu, ale powiedziały także o tym, co im przeszkadza w tych bazarach – mówi Małgorzata Leszczyńska. – Wśród badanych można wyróżnić dwie postawy: konserwatywną, czyli osoby, dla których zdrowe jedzenie to jedzenie wyłącznie certyfikowane i nieprzetworzone, oraz grupę bardziej liberalną, która dopuszcza kupowanie również rzeczy gotowych, ale z pewnego źródła.

Osoby, które przywiązują dużą wagę do zdrowego jedzenia, również aktywnie działają w kuchni. 69 proc. respondentów samodzielnie robi przetwory i hoduje zioła, 44 proc. piecze chleb, 37 proc. uprawia warzywa, a 19 proc. robi wędliny.

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.01.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

COLUMBUS CAPITAL S.A. ma zgodę Akcjonariuszy na połączenie z Columbus Energy S.A.

Podczas NWZA notowanej na rynku NewConnect Spółki COLUMBUS CAPITAL S.A., które odbyło się w dniu 04.01.2016 r., jej Akcjonariusze wyrazili zgodę na połączenie z Columbus Energy S.A. Nowo powstały podmiot będzie prowadził działalność w segmencie energetycznym oraz inwestycyjnym.

 Akcjonariusze COLUMBUS CAPITAL S.A. podczas wczorajszego NWZA Spółki podjęli uchwałę o połączeniu ze spółką Columbus Energy S.A. na zasadach określonych w planie połączenia uzgodnionym w dniu 26.10.2015 r. Połączenie obu podmiotów nastąpi w drodze przejęcia przez Spółkę COLUMBUS CAPITAL S.A. Spółki Columbus Energy S.A. poprzez przeniesienie całego majątku Columbus Energy S.A. na COLUMBUS CAPITAL S.A. w zamian za nowo emitowane akcje. COLUMBUS CAPITAL S.A. wyemituje dla Akcjonariuszy Columbus Energy S.A. nie mniej niż 249.964.267 i nie więcej niż 253.163.457 akcji serii E. Przyjęty parytet wymiany akcji ustalony na podstawie wycen obu podmiotów wynosi 11,6 akcji COLUMBUS CAPITAL S.A. za 1 akcję Columbus Energy S.A. Głównym celem Spółki będzie utrzymanie wysokiej pozycji rynkowej w branży fotowoltaiki oraz przeniesienie notowań jej akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie.

„Wyrażenie zgody przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Spółki na połączenie z Columbus Energy S.A. jest kolejnym krokiem w kierunku zbudowania mocnego podmiotu działającego w branży Odnawialnych Źródeł Energii. Będziemy teraz przeprowadzali wszelkie formalności związane z rejestracją połączenia przez Sąd rejestrowy. Naszym głównym celem pozostaje zdobycie mocnej pozycji rynkowej w branży Odnawialnych Źródeł Energii, w szczególności w segmencie mikroinstalacji fotowoltaicznych. Wierzę, że przeprowadzone połączenie pozwoli nam zrealizować nasze plany rozwoju, bowiem dzięki tej transakcji uzyskamy efekty synergii, które wynikają z wykorzystania oraz wzajemnego uzupełnienia potencjału obu podmiotów, a także z optymalizacji i zwiększenia skali działania. Będziemy również dążyli do przeniesienia notowań akcji Spółki na rynek regulowany GPW w Warszawie.” – mówi Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki COLUMBUS CAPITAL S.A.

 

COLUMBUS CAPITAL S.A. otrzymała także informację od Columbus Energy S.A., że w dniu 04.01.2016 r. NWZA tej Spółki wyraziło zgodę na połączenie z COLUMBUS CAPITAL S.A. na zasadach określonych w planie połączenia uzgodnionym w dniu 26.10.2015 r.

 

Połączenie obu spółek było jednym z głównych celów Emitenta w jego zmodyfikowanej strategii rozwoju na lata 2015-2016. Spółka zamierza zwiększać swoje przychody poszukując nowych kanałów sprzedażowych i zawierając nowe umowy, w tym również na usługi doradcze i konsultingowe. Głównym celem długoterminowym dla COLUMBUS ENERGY S.A., bo tak będzie się nazywała Spółka po połączeniu, jest osiągnięcie pozycji lidera na rynku firm działających w segmencie Odnawialnych Źródeł Energii. Emitent planuje również prowadzić aktywną działalność inwestycyjną w podmioty z sektora MŚP.

„Posiadamy szczegółowo określoną strategię rozwoju, którą będziemy realizowali w kolejnych latach. Chcemy być podmiotem transparentnym, potrafiącym skutecznie rozwijać swoje dwa główne segmenty biznesowe, a mianowicie Odnawialne Źródła Energii oraz działalność inwestycyjną. Przyjęliśmy zasadę, że każde nasze nowe przedsięwzięcie biznesowe powinno umożliwiać generowanie stałych przychodów. Bardzo dużą wagę będziemy również przykładali do systematycznego optymalizowania kosztów działalności, co będzie na pozwalało osiągać coraz lepsze wyniki finansowe.” – dodaje Zieliński.

 Narastająco, po trzech kwartałach 2015 r. Grupa Kapitałowa COLUMBUS CAPITAL S.A. wypracowała zysk netto w wysokości 472 tys. zł. Z kolei Columbus Energy S.A. osiągnęła w tym okresie zysk netto na poziomie 1.154 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży sięgających 7.323 tys. zł.