Synektik: Rynek urządzeń medycznych jest perspektywiczny. W br. wzrost wydatków na ochronę zdrowia będzie ponaddwukrotnie wyższy niż PKB

CEO Magazyn Polska

Według przygotowującej się do przejścia na główny parkiet giełdowy spółki Synektik rynek ochrony zdrowia jest stabilny i perspektywiczny. Wydatki na usługi i produkty od kilku lat rosną średnio dwa razy szybciej niż PKB. W br. na ochronę zdrowia Narodowy Fundusz Zdrowia wyda ponad 66 mld zł, w przyszłym – 67,6 mld zł. Do wydatków państwa w tym zakresie dochodzą środki przeznaczane przez pacjentów w ramach prywatnej opieki medycznej.

Potrzeby rynku w zakresie urządzeń czy technologii medycznych można łatwo przewidzieć, bo wyznaczane są przez światowe i europejskie trendy – zauważa Cezary Kozanecki, prezes zarządu Synektik. – W stosunku do krajów Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych w Polsce potrzeby rynku ochrony zdrowia w dalszym ciągu są jeszcze bardzo duże. Branża jest zatem perspektywiczna i widzimy zdecydowany wzrost możliwości prowadzenia działalności.

Spółka Synektik rozwija się w kilku obszarach. Dostarcza zarówno związane z medycyną rozwiązania informatyczne, sprzęt medyczny, jak i radiofarmaceutyki oraz nowe technologie w zakresie radiofarmacji (we współpracy z instytucjami, także zagranicznymi).

Jeżeli chodzi o konkurencję, to w poszczególnych obszarach jest ona różna – wskazuje Cezary Kozanecki. – W zakresie radiofarmacji uważamy się za lidera, mamy około 50 proc. rynku krajowego w zakresie dostaw radioznaczników.

Firma ma zakłady w Kielcach i Warszawie, w których produkuje się radioznaczniki na potrzeby diagnozowania chorób onkologicznych.

Produkty te wykorzystane są do badania na urządzeniach typu PET/CT czy PET/MR. Pozwalają na wczesną diagnostykę chorób nowotworowych – tłumaczy Kozanecki. – Radiofarmaceutyki stosowane są do różnych grup nowotworów, w związku z tym mówimy nie o jednym produkcie, a o wielu.

Radiofarmacja, jak precyzuje prezes spółki Synektik, rozwija się również w innych kierunkach: kardiologii oraz neurologii.

Bierzemy aktywny udział również w opracowywaniu radioznaczników, które będą przydatne w diagnostyce kardiologicznej czy neurologicznej – przekonuje Cezary Kozanecki.

Przyszłoroczny plan finansowy NFZ zakłada wpływy na poziomie 66,85 mld zł, w tym z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych ma pochodzić 63,56 mld zł, a Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS) – 3,2 mld zł. Na ochronę zdrowia fundusz przeznaczy 67,6 mld zł, z czego największą pozycją są koszty leczenia szpitalnego – 28,44 mld zł.

Obniżki stóp NBP zmniejszą zyski polskich banków. Analitycy radzą, by wstrzymać się z inwestowaniem w nie do przyszłego roku

0

CEO Magazyn Polska

Mimo że polskie banki są w bardzo dobrej kondycji, inwestowanie pieniędzy w ich akcje staje się ryzykowne. Obniżanie przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych może pogorszyć dobre tegoroczne wyniki sektora, a wyceny są już wysokie.

Wraz z obniżeniem oprocentowania kredytów i lokat, co zmniejszy ich atrakcyjność, spadną bankowe prowizje. Dodatkowo wynik instytucji finansowych pomniejszą obniżone opłaty interchange pobierane przy transakcjach kartami płatniczymi. W rezultacie w II półroczu zyski sektora mogą nie być już tak wysokie jak w pierwszym.

– Z dużym prawdopodobieństwem będą gorsze niż te z I półrocza – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. – Już nastąpiła jedna obniżka stóp procentowych, która wpłynie negatywnie na wynik odsetkowy banków. Pod znakiem zapytania jest to, czy do końca roku nie będzie jeszcze jednej, co by jeszcze pogłębiło te spadki.

W tej sytuacji akcje banków nie są inwestycją zalecaną przez analityków. Dziś trudno bowiem przewidzieć, jaka będzie ich wycena w końcówce roku.

– W chwili obecnej jesteśmy z naszymi rekomendacjami i zaleceniami inwestycyjnymi raczej wstrzemięźliwi – tłumaczy Iza Rokicka. – Uważamy, że może nastąpić jeszcze większa korekta wycen banków. W związku z tym zalecalibyśmy wstrzymanie się z zakupami jeszcze tej jesieni i zimy. Warto poczekać na następny rok.

W tym roku indeks WIG-banki stracił 0,65 proc., przy czym miał kilka faz wzrostów i spadków. Obecnie jest w trendzie spadkowym – od 19 września stracił prawie 10 proc.

O ile jednak krótkoterminowo akcje polskich banków trudno oszacować, fundamentalnie są to spółki solidne. W I półroczu – jak podaje Główny Urząd Statystyczny –  w sektorze bankowym odnotowano wynik finansowy netto w wysokości 8,7 mld zł, o 6,3 proc. wyższy od osiągniętego rok wcześniej.

Iza Rokicka nie ma wątpliwości, że dobrą kondycję polskiego sektora bankowego potwierdzą też stress-testy Europejskiego Banku Centralnego, Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego i KNF-u.

– Jeżeli chodzi o banki polskie, to tutaj nie spodziewam się negatywnych zaskoczeń – uważa analityk Ipopema Securities. – Nie dostrzegam, żeby wśród dużych czy średnich banków było jakieś niebezpieczeństwo czy zagrożenie utratą wypłacalności. Z drugiej strony może się zdarzyć, że jeden czy dwa zostaną zachęcone przez regulatora do podniesienia kapitału, ale to nie będzie nic stresującego i nic bardzo nieprzyjemnego.

Polskie banki bardzo dobrze wypadają na tle unijnej konkurencji. O ile ich przygotowanie na wypadek kryzysu finansowego nie budzi niepokoju, jest kilka europejskich banków, które mogą mieć z tym kłopot.

– Dużą niewiadomą jest to, jak wypadną te stress-testy w Europie – mówi Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. – Tutaj oczekiwania nie są jednoznaczne. Rynek jest bardzo rozchwiany i z niecierpliwością czeka na wyniki. Przyniosą one na pewno wiele interesujących odpowiedzi i wtedy będzie łatwiej rozmawiać o przyszłości banków, czy to w Polsce, czy w Europie.

Bez podwyżek w PGNiG. Głównie przez sytuację na rynku w kraju i za granicą

CEO Magazyn Polska

Zakończył się spór zbiorowy o wynagrodzenia w PGNiG. Płace nie wzrosną, bo spółce udało się przekonać związkowców, że w obliczu liberalizacji rynku gazu wyższe wynagrodzenia nie są możliwe. Eksperci podkreślają, że to sukces zarządu, a także dowód na odpowiedzialną postawę pracowników.

Spór dotyczył przede wszystkim podniesienia wynagrodzeń dla pracowników PGNiG oraz cofnięcia wypowiedzenia układu zbiorowego, czyli porozumienia pomiędzy pracodawcą a pracownikami gwarantującego określone prawa – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr Filip Elżanowski, radca prawny i ekspert rynku energetycznego z Kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski. Podkreśla: ‒ Warunki tego porozumienia wydają się bardzo korzystne dla spółki, ale świadczą też o bardzo dużej rozważności, jeżeli chodzi o pracowników.

Spór zbiorowy w PGNiG rozpoczął się na początku lipca br. Związkowcy domagali się m.in. podwyżki wynagrodzeń w tym roku o ponad 5,5 proc. oraz wzrostu wartości bonów do 2000 zł. Przedstawiciele pracowników żądali również wycofania decyzji o wypowiedzeniu porozumień dotyczących premii. PGNiG od początku podkreślało, że tych warunków spełnić nie może z uwagi na sytuację gospodarczą, kondycję spółki oraz trwającą restrukturyzację PGNiG.

Elżanowski podkreśla, że istotą sporu były żądania dotyczące wyższych wynagrodzeń. Dodaje, że PGNiG przechodzące głęboką restrukturyzację w warunkach liberalizacji rynku gazu, która negatywnie wpływa na przychody spółki, z ekonomicznego punktu widzenia musiało wypowiedzieć niekorzystny dla spółki układ zbiorowy pracy.

Spór zbiorowy nie zakończył się podniesieniem wynagrodzeń. To bardzo ważne, bo bardzo łatwo jest zakończyć spór zbiorowy, podwyższając uposażenie pracowników i powiedzieć, że odnieśliśmy sukces. Tutaj zarówno strona pracownicza, jak i pracodawca wykazali się dużym zrozumieniem przede wszystkim dla sytuacji rynkowej – podkreśla Elżanowski.

Ekspert podkreśla, że porozumienie to dobry i uspokajający sygnał dla całego rynku i akcjonariuszy PGNiG. Chwali zarząd spółki, który pomimo dużych wyzwań przed nim stojących umiał przekonać związkowców do swoich racji. Elżanowski przypomina, że plan restrukturyzacji ma doprowadzić do tego, że sytuacja finansowa PGNiG nie pogorszy się, a budżet na wynagrodzenia nie ulegnie zmniejszeniu.

Dodaje, że pracownicy zrozumieli, że PGNiG mierzy się z wyzwaniami nie tylko na rynku krajowym, związanymi z liberalizacją, lecz także na rynku międzynarodowym z uwagi m.in. na sytuację na Wschodzie.

Zazwyczaj pracownik nie myśli w skali globalnej, taki obowiązek ma zarząd. Tutaj obie strony stanęły na wysokości zadania. To bardzo dobry komunikat dla akcjonariuszy i rynku – podkreśla Elżanowski.

Podkreśla, że spór zbiorowy zawsze rodzi ryzyko strajku, a z drugiej strony spełnienie wygórowanych żądań pracowników może ograniczyć możliwości rozwoju spółki. Dlatego wypracowany kompromis jest dobrym sygnałem w kontekście koncesji i umów handlowych posiadanych przez PGNiG.

Rośnie sprzedaż e-gazet. Ruch SA stawia więc na cyfryzację

CEO Magazyn Polska

Rynek prasy zmienia się stopniowo. Nadal dominują u nas wydania drukowane, choć coraz częściej Polacy czytają elektroniczne wersje prasy i wiadomości.

‒ Rynek prasy papierowej jest w tendencji spadkowej, natomiast rynek prasy elektronicznej jest w gwałtownej tendencji wzrostowej ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Pazura, wiceprezes zarządu spółki Ruch. ‒ Ruch ma pełną ofertę prasy papierowej, ale równocześnie dzięki bliskiej współpracy z e-Kioskiem jesteśmy zdecydowanym liderem, jeżeli chodzi o ofertę prasy elektronicznej i łączonej.

W pierwszym półroczu 2014 roku spadki sprzedaży odnotowały prawie wszystkie gazety codzienne ‒ podał serwis Wirtualnemedia.pl, powołując się na dane Związku Kontroli Dystrybucji Prasy. „Fakt” i „Super Express” w rok straciły kolejno 4,36 proc. czytelników (średnia sprzedaż ponad 333 tys. egz.)  i 2,67 proc. czytelników (sprzedaż 153 022 egz.). Średnia sprzedaż „Gazety Wyborczej” spadła o 17 proc. (do 174 708 egz.).

Tendencje dotyczące wydań elektronicznych wyglądają zupełnie inaczej. Tu liderem jest e-wydanie „Dziennika Gazety Prawnej”, które w I półroczu zanotowało średnią sprzedaż na poziomie 9,2 tys. egzemplarzy, co oznacza roczny wzrost o 6,46 proc. Druga jest „Rzeczypospolita” ze średnią e- sprzedażą na poziomie 7,2 tys. (wzrost o 45,55 proc.), a trzeci „Puls Biznesu” ‒ 2,4 tys. egzemplarzy (wzrost o 9,07 proc.).

Prenumerata papierowa w tej chwili się stabilizuje, przynajmniej w Ruchu. Natomiast znacząco rozwija się prenumerata elektroniczna, której mamy pełną ofertę ‒ podkreśla Jerzy Pazura.

Mimo to spółka nie rezygnuje też z tradycyjnych metod dystrybucji. Kioski Ruchu będą poszerzały swój asortyment.

‒ Myślę, że kioski przetrwałyby pewnie bez innych usług, ale jeżeli chcemy być silnym graczem rynkowym, jeżeli chcemy się rozwijać, to musimy wchodzić w nową ofertę, czyli w cyfryzację. Od tego żaden operator i żaden dystrybutor nie ucieknie. Ruch chce być na czele stawki tych, którzy zmieniają rynek ‒ deklaruje wiceprezes Ruchu.

Ruch SA jest najstarszą polską firmą zajmującą się dystrybucją gazet. Dziś dysponuje siecią 2,5 tys. kiosków w całym kraju. Zajmuje się dystrybucją ok. 6 tys. tytułów prasowych.

Nadchodzi koniec spadków bezrobocia. Jeszcze w tym roku możliwa reakcja pracodawców na słabą koniunkturę

CEO Magazyn Polska

Pomimo dobrych sygnałów z rynku pracy, rozwój polskiej gospodarki spowalnia. Obecna słaba sytuacja w sektorze produkcyjnym może przełożyć się na wzrost bezrobocia pod koniec tego i na początku przyszłego roku. Mimo to tempo wzrostu PKB nie powinno spaść poniżej 2,5 proc.

Obecne dane rysują trochę mieszany obraz polskiej gospodarki. Z jednej strony widzimy bardzo słabe wyniki produkcji, słabsze wyniki sprzedaży. Z drugiej strony mamy do czynienia z całkiem dobrymi wynikami chociażby stopy bezrobocia, zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw czy wynagrodzeń –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus.

Choć bezrobocie we wrześniu spadło do 11,5 proc. (czyli była o 1,5 pkt proc. niższa niż rok wcześniej), to wskaźnik produkcji przemysłowej PMI we wrześniu wyniósł 49,5 punktu, czyli był poniżej granicy 50 punktów świadczącej o dobrej koniunkturze w sektorze. Choć było to o 0,5 punktu więcej niż w sierpniu, to po raz ostatni PMI powyżej 50 punktów był w czerwcu br.

Mróz podkreśla, że rynek pracy zawsze reaguje na dane o produkcji z opóźnieniem. Więc choć teraz bezrobocie spada, to jeszcze w tym roku lub na początku przyszłego należy spodziewać się wzrostu odsetka osób bez pracy.

Mamy spowolnienie w polskiej gospodarce, które nie jest bardzo duże, bo według moich szacunków przez kilka kolejnych kwartałów, mniej więcej do połowy przyszłego roku, będziemy widzieć dynamikę wzrostu gospodarczego rzędu 2,5 proc., były już gorsze okresy w polskiej gospodarce. Niemniej jednak w tym momencie sytuacja nie będzie tak dobra jak ta, do jakiej przyzwyczailiśmy się w pierwszej połowie 2014 roku – przestrzega Mróz.

Dodaje, że przez kilka najbliższych miesięcy dane z rynku pracy wciąż będą bardzo dobre, bo przedsiębiorcy nadal uważają, że spowolnienie jest tymczasowe. Jednak Mróz ocenia, że już wkrótce zacznie się to zmieniać, a przyszłoroczne dane o bezrobociu i wynagrodzeniach nie będą tak dobre, jak tegoroczne.

Polska gospodarka przez jeszcze nawet kilka miesięcy będzie się też zmagać z deflacją. Wskaźnik cen koszyka produktów maleje głównie ze względu na taniejącą żywność, a wrześniowe dane Światowej Organizacji Żywności (FAO) mówią o cenach najniższych od 2010 r.

Na to nakładają się nasze czynniki lokalne, czyli chociażby sytuacja z embargiem, które wpłynęło na niektóre kategorie żywnościowe. To powoduje, że ryzyko utrzymania się deflacji albo bardzo niskiej inflacji w polskiej gospodarce jest teraz bardzo duże – dodaje Mróz.

Dodaje, że embargo rosyjskie oraz konflikt na Ukrainie wpływają nie tylko na ceny żywności, lecz także na sytuację wszystkich innych eksporterów. Zwłaszcza Rosja należy do dużych partnerów handlowych Polski, a zmniejszenie wolumenu wymiany handlowej dotyka bardzo wielu przedsiębiorców. Mróz zauważa jednak, że ta sytuacja utrzymuje się już od pewnego czasu, więc spółki zdążyły się do niej przyzwyczaić i dopasować.

Malejący eksport na Wschód miała kompensować sprzedaż w innych kierunkach, w tym do Niemiec. Za Odrą sytuacja gospodarcza jest jednak także nie najlepsza, więc polscy przedsiębiorcy nie odrabiają wszystkich strat.

Najprawdopodobniej nie będziemy dalej spowalniać, jeżeli chodzi o dynamikę wzrostu gospodarczego, ale małe są też szanse na to, że w najbliższym czasie powrócimy do lepszych poziomów dynamiki PKB – podsumowuje Marcin Mróz.

Dolar będzie jeszcze droższy, cena franka spadnie

Dolar za prawie 3,40 oraz tańszy frank i euro – takie zmiany na rynku walutowym przewidują analitycy zapytani przez Money.pl. To dobre wieści dla osób zadłużonych w szwajcarskiej walucie. Niektórym rata spadnie nawet o 70 złotych.

Polska waluta mocno staniała. Jeżeli spojrzymy na jej notowania w stosunku do euro, franka szwajcarskiego oraz dolara, to spadek wartości wynosi od 2,3 do prawie 9 procent. Największa zmiana dotyczy amerykańskiego pieniądza. Biorąc pod uwagę wydarzenia w Europie oraz Stanach Zjednoczonych, trudno o optymizm.

Od początku czerwca średni kurs NBP franka szwajcarskiego wzrósł z 3,36 do ponad 3,50 zł. – Należy mieć na uwadze, że kurs, po którym spłacamy raty kredytów, jest znacznie wyższy niż ten z NBP – przypomina Konrad Pluciński, ekspert MarketMoney.pl.

Pluciński dodaje, że w ostatnim półroczu najniższą ratę płaciliśmy w czerwcu. – Przyjmując, że wynosi ona 500 franków miesięcznie i spłacamy ją po kursie wyższym od średniego o 7 groszy – to średnia z 22 banków, które oferowały niegdyś kredyty walutowe – to musieliśmy wtedy oddać do banku 1715 złotych. Na dziś, przy takich samych założeniach, rata wyniosłaby nas 1785 złotych, czyli o 70 złotych więcej.

 

Wysokość raty kredytu walutowego w zależności od kursu franka
Kurs CHF/PLN 300 CHF 400 CHF 500 CHF 600 CHF 700 CHF
3,00 zł 900 zł 1 200 zł 1 500 zł 1 800 zł 2 100 zł
3,10 zł 930 zł 1 240 zł 1 550 zł 1 860 zł 2 170 zł
3,20 zł 960 zł 1 280 zł 1 600 zł 1 920 zł 2 240 zł
3,30 zł 990 zł 1 320 zł 1 650 zł 1 980 zł 2 310 zł
3,40 zł 1 020 zł 1 360 zł 1 700 zł 2 040 zł 2 380 zł
3,50 zł 1 050 zł 1 400 zł 1 750 zł 2 100 zł 2 450 zł
3,60 zł 1 080 zł 1 440 zł 1 800 zł 2 160 zł 2 520 zł
3,70 zł 1 110 zł 1 480 zł 1 850 zł 2 220 zł 2 590 zł
3,80 zł 1 140 zł 1 520 zł 1 900 zł 2 280 zł 2 660 zł
Źródło: MarketMoney.pl

W przypadku wyższych kredytów, rata w tym czasie wzrosła nawet o kilkaset złotych.

Według analityków ankietowanych przez Money.pl, za miesiąc za jedno euro zapłacimy 4,20 zł, czyli nieznacznie mniej niż teraz. Najbardziej optymistyczny jest Konrad Białas z TMS Brokers: W dłuższym terminie nie jestem zwolennikiem stwierdzenia, że nadchodzi kolejna faza kryzysu, który spowodowałoby całkowitą ucieczkę kapitału z polskiego rynku, a w konsekwencji osłabienia złotego.

Prognozy analityków dla euro (dane w złotych)
analityk instytucja za miesiąc za 3 miesiące za 6 miesięcy
Marcin Kiepas Admiral Markets 4,20 4,12 4,05
Konrad Białas TMS Brokers 4,18 4,15 4,17
Michał Stajniak XTB 4,20 4,19 4,20
Źródło: Money.pl

Konrad Białas wskazuje na działania Europejskiego Banku Centralnego. Jeżeli ten postanowiłby zasilać rynek gotówką i skupowałby obligacje, to nastąpiłby wzrost zainteresowania inwestowaniem na rynku polskim ze względu na solidne fundamenty. Napływ kapitału powinien dalej umacniać złotego. Kurs wtedy powinien zmierzać do kierunku 4,10 zł za euro.

Jeżeli chodzi o franka szwajcarskiego, analitycy nie przewidują dalszej tendencji umacniania się go względem złotego. W krótkim okresie cena franka szwajcarskiego może dojść do poziomu 3,57. Natomiast w perspektywie trzech miesięcy spodziewane jest nawet zejście poniżej poziomu 3,40.

Prognozy analityków dla franka (dane w złotych)
analityk instytucja za miesiąc za 3 miesiące za 6 miesięcy
Marcin Kiepas Admiral Markets 3,46 3,38 3,31
Konrad Białas TMS Brokers 3,45 3,42 3,45
Michał Stajniak XTB 3,46 3,46 3,46
Źródło: Money.pl

W przypadku dolara, analityk XTB Michał Stajniak jest zdania, że będzie on zyskiwał w stosunku do większości walut, w tym także do złotego. W perspektywie sześciu miesięcy ma on kosztować około 3,40 zł. Umocnienie będzie postępować sukcesywnie. Według analityków, za trzy miesiące będziemy za niego płacić około 3,35 zł.

Prognozy analityków dla dolara (dane w złotych)
analityk instytucja za miesiąc za 3 miesiące za 6 miesięcy
Marcin Kiepas Admiral Markets 3,28 3,30 3,38
Konrad Białas TMS Brokers 3,32 3,35 3,39
Michał Stajniak XTB 3,31 3,35 3,42
Źródło: Money.pl

Jak twierdzi Marcin Kiepas, osłabienie dolara jest chwilowe i inwestorzy nie odwrócą się od niego: Ostatnie dane stały się jedynie pretekstem do chwilowego zatrzymania spadku ceny euro względem dolara. Według analityka Admiral Markets dolar nadal będzie się umacniał i w perspektywie sześciu kolejnych miesięcy. Oznacza to, że za jednego dolara prawdopodobnie przyjdzie nam zapłacić 1,2 euro. Tymczasem jeszcze w lipcu tego roku płaciliśmy 1,37.

Modernizacja elektroenergetyki pod nadzorem URE

Codziennie do sieci elektroenergetycznej przyłączani są nowi klienci – wzrasta wykorzystanie linii przesyłowych. Niestety, w większości są one w fatalnym stanie, przez co coraz częściej dochodzi o przerw w dostawie prądu. Ma się to zmienić.

Polska sieć energetyczna nie była modernizowana od 40 lat. Nic dziwnego, że infrastruktura jest w fatalnym stanie. Przekłada się to nie tylko na jakość dostarczanego prądu, ale też coraz wyższe rachunki. Ponadto, jak wyliczyło Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, w czasie przesyłu z elektrowni do odbiorcy „ginie” ponad 7% wytworzonej energii. To strata ponad 2 mld zł rocznie.

Rozwój elektroenergetyki w dużym stopniu zależy od spółek dystrybucyjnych. Ich działania nie mogą być oczywiście samowolne. Nadzór nad nimi sprawuje Urząd Regulacji Energetyki (URE). Każda ze spółek jest zobowiązana do tworzenia planów rozwoju, które URE weryfikuje. Uwzględniają one inwestycje firmy na kilka najbliższych lat.

„Ma to na celu sprawdzenie, czy na pewno spółki elektroenergetyczne świadczące usługi dystrybucyjne chcą robić to, co zdaniem Urzędu powinny robić” – mówi serwisowi infoWire.pl Artur Stawiarski, Dyrektor ds. Rozwoju Sieci RWE Stoen Operator. Chodzi o to, aby inwestycje spółek dystrybucyjnych były spójne z rozwojem elektroenergetyki, który URE planuje.

Jak informuje ekspert, wspomniane plany inwestycyjne zazwyczaj spełniają oczekiwania Urzędu. Mogłyby spełniać je jeszcze bardziej, ale do tego konieczne są pewne zmiany legislacyjne, np. w prawie budowlanym czy energetycznym.

Wielka loteria Drosed – wyrok Sądu Apelacyjnego

0

Na opakowaniach produktów objętych promocją powinna się znajdować informacja o czasie jej trwania. Sąd Apelacyjny w Warszawie podzielił stanowisko UOKiK

Przedsiębiorca ma obowiązek podawania konsumentom rzetelnej, prawdziwej i pełnej informacji o swojej ofercie.  Potwierdza to wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie dotyczący decyzji UOKiK z grudnia 2010 roku. Urząd zakwestionował wówczas praktyki spółki Drosed. Zgodnie z regulaminem Wielkiej Loterii Drosed aby wziąć udział w losowaniu nagród należało kupić co najmniej dwa promocyjne produkty Drosed (np. pasztet lub mielonkę) i wysłać zgłoszenie SMS-em. Na konserwach biorących udział w loterii nie było jednak informacji o terminie dokonywania zgłoszeń, który ostatecznie upływał 31 października 2010 r. Tymczasem produkty objęte Wielką Loterią Drosed były sprzedawane także po zakończeniu promocji.

W opinii UOKiK praktyka spółki Drosed mogła prowadzić do nabywania przez konsumentów  promocyjnych produktów w celu wzięcia udziału w loterii już po jej zakończeniu.

Sąd Apelacyjny w Warszawie podzielił stanowisko Urzędu. Wyrok z 3 października 2014 r. (VI ACa 1954/13) jest prawomocny.

 

UOKiK wybierze najlepsze prace magisterskie

0

Do 31 października można jeszcze wysyłać zgłoszenia do udziału w konkursach na najlepsze prace magisterskie poświęcone ochronie konsumentów i konkurencji. Wszyscy studenci zainteresowani tematyką mogą wziąć w nich udział i zawalczyć o nagrody finansowe – 3 w każdej z dwóch dziedzin oraz wyróżnienia. Zwycięzcy otrzymają po 5 tys. zł.

Podobnie jak w latach ubiegłych, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zachęca studentów do udziału w konkursie na najlepszą pracę magisterską i zaprezentowania własnych dokonań naukowych. Komisje wybierające najlepsze opracowania będą oczekiwać na zgłoszenia do końca października.

W kategorii ochrona konkurencji, prace poświęcone polityce antymonopolowej mogą zgłosić absolwenci wszystkich kierunków, o ile spełniają one wymogi przewidziane w regulaminie. W kategorii ochrona konsumentów przyjmowane są wyłącznie zgłoszenia od absolwentów prawa i administracji, a nadesłane opracowania nie mogą poruszać następujących zagadnień: bezpieczeństwo produktów, odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny, bezpieczeństwo żywności oraz jakość wyrobów i usług. Dla autorów prac z zakresu prawa antymonopolowego przewidziana jest dodatkowa szansa na otrzymanie wyróżnienia Stowarzyszenia Prawa Konkurencji.

Komisje konkursowe ocenią poziom merytoryczny oraz edytorski otrzymanych prac. Szczególnie ceniona wśród autorów będzie oryginalność, kreatywność oraz samodzielność w formułowaniu tematów i hipotez badawczych.

Do obu konkursów można zgłaszać prace, które zostały obronione w terminie od 16 października 2013 r. do 15 października 2014 r. Należy je przesyłać do 31 października 2014 r. z dopiskiem „Konkurs na pracę magisterską BP konkurencja” lub „Konkurs na pracę magisterską BP konsumenci”. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 31 stycznia 2015 roku.

Zgłoszenie musi zawierać: wypełniony formularz, jeden egzemplarz pracy w miękkiej oprawie oraz egzemplarz na nośniku elektronicznym, a także streszczenie pracy. Należy także dołączyć zaświadczenie wydane przez władze uczelni, potwierdzające ocenę uzyskaną z pracy oraz informację, kiedy została ona obroniona. Szczegółowe informacje znajdują się w Regulaminach, umieszczonych na stronie www.uokik.gov.pl.

Partnerem medialnym konkursów jest Dziennik Gazeta Prawna. Jego wydawca ufundował dla wszystkich laureatów 6-miesięczny dostęp do elektronicznego wydania „Dziennika Gazety Prawnej”. Oba konkursy zostały również objęte patronatem wydawnictwa Wolters Kluwer. Dodatkowo patronem części poświęconej konkurencji jest Polskie Towarzystwo Ekonomiczne.

 

Gry hazardowe i zakłady bukmacherskie: zmiana brytyjskich przepisów dot. miejsca opodatkowania

Ministerstwo Finansów informuje, że od 1 grudnia 2014 r. zmieniają się przepisy podatkowe w Wielkiej Brytanii w zakresie opodatkowania podmiotów prowadzących gry hazardowe i zakłady bukmacherskie (betting and gaming duties). Zmiana będzie dotyczyć także operatorów tego rodzaju usług z siedzibą w Polsce i realizujących swoje usługi w Wielkiej Brytanii.

Zmiana dotyczy miejsca opodatkowania – z miejsca dostawy („place of supply”) na miejsce konsumpcji („place of consumtion”). W efekcie operatorzy świadczący usługi w zakresie hazardu spoza Wielkiej Brytanii na rzecz konsumentów na jej terytorium staną się brytyjskimi podatnikami w zakresie podatku od gier hazardowych i zakładów wzajemnych.

Zmiany będą dotyczyć podatków od:

  1. zakładów wzajemnych – totalizatorów i zakładów bukmacherskich,
  2. gier liczbowych,
  3. gier organizowanych przez internet, w tym kasyn internetowych.

Więcej informacji nt. powyższych zmian prawa i wskazanych podatków można znaleźć na stronie HM Revenue & Customs (link otwiera nowe okno w serwisie zewnetrznym).

Ozusowanie umów od 2016 roku

Umowy zlecenia będą ozusowane od 1 stycznia 2016 roku, tak jak proponowali pracodawcy – zdecydował dzisiaj Sejm. To dobra decyzja z punktu widzenia pracowników i przedsiębiorców – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Zbyt szybkie wprowadzenie, tak istotnych zmian, już po trzech miesiącach, mogłoby doprowadzić do zmniejszenia zatrudnienia, a nawet wypchnięcia części zleceń do szarej strefy. W ten sposób główne założenie nowelizacji przepisów – mające na celu zwiększenie bezpieczeństwa zatrudnionych – nie byłoby spełnione. Ucierpieliby pracodawcy, pracownicy oraz budżet państwa, osiągając niższe przychody z podatków przedsiębiorstw.

Konfederacja Lewiatan od samego początku apelowała o wydłużenie vacatio legis z 3 do właśnie 12 miesięcy – mówi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.
Nowe przepisy wprowadzają obowiązek odprowadzania składek do ZUS od wszelkich umów zleceń do wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Uniemożliwiają też zawieranie podwójnych umów, w taki sposób, aby unikać ozusowania.

Posłowie wprowadzili też do ustawy Prawo Zamówień Publicznych możliwość wypowiedzenia (z terminem 3 miesiące) umowy w przypadku nie zawarcia do 1 marca 2016 r. porozumienia w sprawie odpowiedniej zmiany wynagrodzenia z umowy o zamówienia publiczne.

Konfederacja Lewiatan

Ceny paliw. Czy tankować na zapas przed dniem Wszystkich Świętych?

Ceny paliw osiągnęły najniższy poziom od trzech lat. Tylko w ciągu ostatnich pięciu dni litr benzyny potaniał średnio o 9 groszy, z kolei oleju napędowego o 7. Dzięki temu, jak podaje portal Money.pl dziś stacjach płacimy średnio 5,20 za litr tańszej dziewięćdziesiątki piątki, 30 groszy więcej za droższą Pb98, za diesla 5,11 zł, a za gaz 2,55 zł. A może być jeszcze taniej.

Niskie ceny paliw związane są przede wszystkim ze spadkiem ceny ropy naftowej na światowych giełdach. Jej wartość w ciągu ostatnich trzech miesięcy spadła o około jedną piątą i znalazła się na poziomie najniższym aż od czterech lat, czyli średnio na poziomie 86 dolarów za baryłkę (około 120 litrów).

Analitycy przewidują, że obecny poziom cen z pewnością utrzyma się w ciągu następnych tygodni. – Być może na pojedynczych stacjach można spodziewać się kolejnych obniżek. To będą jednak wyjątki, a średnia cena pozostanie na obecnym poziomie – przewiduje w rozmowie z Money.pl Rafał Zywert, analityk rynku paliw BM Reflex. Dodaje, że na większe promocje nie możemy liczyć, bowiem spadek cen ropy już wyhamował. – W skali kraju, średni spadek do poziomu pięciu złotych jest bardzo mało prawdopodobny.Bezpośredni wpływ na ceny w Polsce ma też wartość złotego w stosunku do dolara. Ostatnie tygodnie przyniosły spore osłabienie naszej waluty. Wydaje się jednak, że w najbliższym miesiącu złoty nie będzie gwałtownie słabnąć i choć dolar będzie się umacniał, to jednak powoli. Innymi słowy, kierowcy na razie nie muszą się martwić o sytuację na rynku walut.

Dużo większym optymistą jest Jakub Bogucki, analityk e-petrol.pl: W najbliższych tygodniach jest szansa, że będą dalsze spadki – przewiduje w Money.pl. – Zejście poniżej pięciu złotych jest prawdopodobne. Dla benzyny 4,95 zł, a dla diesla 4,90 zł.

Prognoza cen paliw na najbliższy miesiąc
BM Reflex e-petrol.pl
Źródło: Money.pl
Pb95 5,10-5,20 4,95-5,05
Pb98 5,45-5,55 5,40-5,45
ON 5,10-5,15 4,9
LPG 2,55-2,65 2,55-2,65

– Mamy do czynienia z tak dużym spadkiem cen hurtowych w ostatnich kilkunastu dniach, zwłaszcza na benzynie, że właściciele stacji bez specjalnej zmiany marż mogą obniżyć ceny detaliczne, a i tak będą na nich nieźle zarabiać – twierdzi Bogucki. Jak podkreśla, ceny paliw będą się różnić ze względu na poszczególne stacje benzynowe. – Nie wszystkie od razu zdecydują się obniżyć ceny.

Analitycy nie przewidują także nagłych wzrostów przed dniem Wszystkich Świętych i Dniem Niepodległości. W ostatnich latach zdarzało się, że na niektórych stacjach zaraz przed długimi weekendami ceny nagle szybko wzrastały. – Myślę, że nie dojdzie do takich sytuacji w tym roku. To nadal będą jedynie wyjątki, więc śmiało można ocenić, że ceny utrzymają się na obecnym poziomie – uspokaja Rafał Zywert.

Według najnowszych danych, ceny paliwa Pb95 na polskich stacjach na koniec września były najniższe w Unii Europejskiej. Natomiast olej napędowy tańszy był tylko w Luksemburgu. Głównie dzięki dużo niższemu podatkowi VAT. Według danych Oil Bulletin, na które powołuje się Money.pl, średnia cena Pb95 w Polsce na koniec września wyniosła 1,27 euro za litr. Średnio w Unii za litr tego paliwa płaci się 1,46 euro.

Niestety, z niskich cen u nas mogą skorzystać jedynie goście z bogatszych państw Wspólnoty. Za średnią krajową pensję brutto w ciągu roku możemy bowiem teoretycznie kupić około 9158 litrów benzyny. Przykładowo Włosi, którzy za Pb95 płacą najwięcej na Starym Kontynencie, za pensję brutto mogą sobie pozwolić na 16800 litrów.

Wiktor Orban wprowadza podatek od Internetu

Źle się dzieje w państwie… węgierskim. Rząd Wiktora Orbana chce wprowadzić podatek od danych pobranych za pośrednictwem sieci Internet. Stawka podatku miałaby wynieść 2,06 zł za rozpoczęcie pobierania każdego gigabajta danych. Powodem tej decyzji są coraz mniejsze wpływy do fiskusa z tytułu przesyłania sms-ów oraz rozmów telefonicznych.

– Świat się rozwija, powstają nowe technologie, a wraz z nimi nowe podatki. Cesarz rzymski Wespazjan w 70 n.e roku wprowadził podatek od toalet miejskich; Marek Belka w 2002 roku wprowadził podatek od zysków kapitałowych, a Wiktor Orban przejdzie do historii jako pierwszy premier, który opodatkował Internet. Konsekwencje nowej daniny są oczywiste – ceny wzrosną. Wątpię jednak, by na skutek podatku Węgrzy przestali korzystać z Internetu – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Do zmiany prawa węgierskiego władze motywuje to, że coraz mniej osób korzysta z SMS-ów oraz rozmów telefonicznych, które do tej pory objęte były podatkiem. Przybywa natomiast osób komunikujących się za pośrednictwem sieci. Opodatkowani mają zostać dostawcy Internetu, którzy najprawdopodobniej wkalkulują nową daninę w ceny dla klientów. Górny limit podatku najprawdopodobniej wyniesie ok. 10 zł dla klientów indywidualnych i 70 zł dla firm.

Na razie nie ma takiego zapisu, ale można się tego spodziewać na podstawie zasad konstrukcji obciążeń zawartych w sms-ach i rozmowach telefonicznych. Jeśli rząd nie wprowadzi stosownego limitu to najaktywniejsi internauci będą musieli zapłacić nawet kilkaset złotych podatku od Internetu miesięcznie.

Nowy podatek telekomunikacyjny może przynieść rządowi w Budapeszcie kwotę 20 mld forintów (275 mln zł). Szacunki portalu Index mówią natomiast aż o 95 mld forintów (1,3 mld zł). To kolejny specjalny podatek nałożony przez rząd Wiktora Orbana. Wcześniej węgierski fiskus sięgnął do kieszeni banków, firm energetycznych i sieci handlowych.

Węgrzy są oburzeni

Propozycja węgierskiego rządu oburzyła część tamtejszych internautów. Na Facebooku powstają kolejne strony, które gromadzą przeciwników opodatkowania sieci. Ich zdaniem wyższy koszt dostępu do Internetu przyniesie spadek liczby użytkowników oraz ograniczy wolność wypowiedzi. Przeciwnicy opodatkowania Internetu przypominają też, że w 2008 r. przeciwko tego typu propozycjom opowiedział się … sam Fidesz, czyli partia Wiktora Orbana.

– W Polsce na razie nikt nie planuje podatku od Internetu. Rząd ma problemy z wprowadzeniem nawet prostej opłaty audiowizualnej. Dla podatników to dobra wiadomość. Niestety, na podatki nie ma patentów, a naśladownictwo w tym temacie jest powszechne. Prędzej czy później Polacy też zapłacą za Internet – dodaje Piechowiak.

UOKiK karze za polisolokaty, a fiskus je likwiduje

0

UOKiK nałożył ponad 50 mln zł kary za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów na cztery instytucje finansowe oferujące tzw. polisolokaty. Tymczasem nowe przepisy dotyczące objęcia podatkiem Belki również polisolokat tak negatywnie wpływają na ich atrakcyjność, że prawdopodobnie całkowicie znikną z oferty instytucji finansowych.

– Polisolokata to ciekawy produkt finansowy, który poprzez inwestycje w ubezpieczenia umożliwiał uniknięcie podatku Belki. Z tego powodu spodziewany zysk był większy niż na zwykłej lokacie. Niemniej, jest to produkt skomplikowany i wiąże się z nim ryzyko utraty zainwestowanych środków. Część instytucji finansowych nie informowała o tym klientów w sposób rzetelny, stąd decyzja UOKiK-u. Blisko 50 mln zł kary finansowej, to bardzo dużo nawet dla instytucji finansowych – przekonuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Przez pewien czas polisolokaty były w Polsce bardzo popularne, bo przynosiły wyższy zysk. Okazało się jednak, że produkt ten ma też swoją ciemną stronę. Część z nich stała się dla klientów pułapkami. Banki i towarzystwa ubezpieczeniowe zaczęły wprowadzać do umów niekorzystne zapisy, a wcześniejsze zerwanie umów skutkowało utratą znacznej części oszczędności. Ukarane przez UOKiK firmy nie informowały o tym klientów w sposób rzetelny.

Fiskus zlikwiduje polisolokaty

Decyzja UOKiKU zbiega się z wprowadzeniem nowych przepisów podatkowych dotyczących polisolokat. – Od 18 października będą one obłożone podatkiem Belki tak samo jak zwykłe lokaty. Tym samym tracą one na atrakcyjności, a biorąc pod uwagę ich stopień skomplikowania i utrudnienia w wycofaniu środków, można spodziewać się, że niebawem znikną z oferty instytucji finansowych – dodaje Piechowiak.

– Polisolokaty obłożone podatkiem Belki tracą rację bytu, bo nie będą się różnić od zwykłych lokat bankowych. Ich zasadniczą przewagą nad lokatami był do tej pory wyższy zysk. Minusem – brak gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Produkty te były traktowane jako ubezpieczenia i podlegały pod Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, a jego gwarancje opiewały na niższe sumy. Nowe przepisy podatkowe dotyczą tylko umów zawieranych po 18 października. Polisolokaty założone wcześniej do zakończenia umowy pozostają zwolnione z podatku dochodowego  – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Polska na drugim miejscu w Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej pod względem liczby fuzji i przejęć w pierwszej połowie 2014 roku

Łączna wartość transakcji fuzji i przejęć w regionie Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej w pierwszym półroczu 2014 wyniosła 18,5 mld USD. To o ponad 1/3 więcej niż w tym samym okresie w roku 2013. Pierwsze miejsce w tym zestawieniu zajęła Turcja, za nią uplasowały się Czechy i Polska. Także pod względem liczby transakcji rankingowi przewodzi Turcja ze 153 transakcjami. Za nią znalazła się Polska, gdzie podpisano 112 umów i Czechy ze 111 umowami.

Według „Barometru transakcji fuzji i przejęć EY” w całym regionie Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej obejmującym 11 krajów, w pierwszej połowie 2014 roku, przeprowadzono w sumie 629 transakcji. To o 4,6% mniej niż w analogicznym okresie w 2013 roku.

Wykres1.jpg

Wartość transakcji w badanym okresie wyniosła 18,5 miliarda USD. To wzrost o 35,9% w porównaniu z pierwszą połową 2013 roku. Taka różnica wynika przede wszystkim z dużej transakcji, która miała miejsce w Czechach. Na drugim miejscu znalazła się Turcja, a na trzecim Polska.

Wykres2.jpg

– Za większością fuzji i przejęć stali inwestorzy strategiczni, którzy odpowiadali za 63% transakcji w Polsce, podczas gdy inwestorzy finansowi za 37%. – mówi Brendan O’Mahony, Partner Zarządzający Działem Doradztwa Transakcyjnego EY. – Te wyniki są spójne z tym, co obserwujemy w innych częściach świata. W najbliższym czasie spodziewamy się zwiększenia zaangażowania funduszy private equity w inwestycje w Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej – dodaje.

Ponad połowa (51%) transakcji w regionie to wewnętrzne fuzje i przejęcia. W przypadku Polski 32% stanowili inwestorzy zagraniczni, przede wszystkim z Niemiec, USA, Szwecji, Francji oraz Grecji. 17% transakcji to kierunek odwrotny – polskie spółki przejmujące firmy poza granicami kraju. To wzrost o 5 punktów procentowych w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. – Obserwujemy wzrost liczby transakcji wychodzących. Można tu mówić o pewnym trendzie. W czerwcu tego roku PKN Orlen sfinalizował przejęcie spółki wydobywczej Birchill Exploration z Kanady za ponad 700 mln zł. To największa transakcja w tej branży w tej części Starego Kontynentu. Warto przypomnieć, że pod koniec 2013 roku płocki koncern przejął także TriOil, kanadyjską spółkę notowaną na giełdzie w Toronto. W tym samym okresie Grupa Azoty kupiła złoża fosforytów w Senegalu za blisko 29 mln USD. Z kolei obecne półrocze niewątpliwie należeć będzie do spółki PZU, która przejęła Link4 a także firmy ubezpieczeniowe na Litwie i Łotwie za 350 mln euro. To pokazuje, że polskie firmy coraz odważniej wychodzą na międzynarodowy rynek fuzji i przejęć – dodaje Bartłomiej Smolarek.

Głównym sektorem gospodarki podlegającym przemianom właścicielskim były firmy  IT. – W Polsce zadecydowała o tym przede wszystkim transakcja sprzedaży Wirtualnej Polski przez Orange. Był to też największy zakup w regionie w tej branży –  mówi Bartłomiej Smolarek, Partner w Dziale Doradztwa Transakcyjnego EY. W całym regionie przejmowano także spółki przemysłowe (13%), usługowe (10%). Na czwartym miejscu znalazł się sektor energetyczno-wydobywczy, farmaceutyczny, a także nieruchomości. Do 10 największych transakcji w regionie należał m.in. zakup budynku Rondo 1 w Warszawie przez DeAWM Distributors z Niemiec za kwotę 411 mln USD.

„Barometr transakcji fuzji i przejęć EY” jest analizą i podsumowaniem dostępnych publicznie informacji znajdujących się m.in. w: DealWatch, MergerMarket, Capital IQ, Zephyr, a także w zasobach własnych EY.

 

Podsumowanie sezonu podręcznikowego 2014

0

Coraz więcej Polaków kupuje podręczniki i wyprawkę szkolną w sieci. Jak wynika ze statystyk sklepu internetowego Merlin.pl, w tym roku aż 52% kupujących stanowili nowi klienci. W porównaniu do poprzedniego sezonu, łączna wartość zamówień podręczników wzrosła blisko dwukrotnie, a w przypadku art. papierniczych i przyborów szkolnych nawet o 320%.

Szczyt sezonu podręcznikowego tradycyjnie przypada na sierpień – w tym czasie dokonano ponad 46 proc. wszystkich szkolnych zakupów, jak wynika z danych Merlin.pl. Niemal co siódmy zakup przypadł na czerwiec i lipiec, czyli na długo przed rozpoczęciem roku szkolnego. Co ciekawe, duża grupa rodziców wybrała się na zakupy podręcznikowe dopiero we wrześniu.

– Analizując tegoroczny sezon, zauważamy, że coraz więcej zamówień podręczników przypada w terminie rozpoczęcia roku szkolnego, a nawet później. W tym roku już 4 na 10 paczek z wyprawką szkolną kompletowano we wrześniu mówi Anna Bibik, kierownik projektu podręczniki w Merlin.pl Tym samym, w stosunku do ubiegłego roku liczba zamówień podręczników po 1 września wzrosła dwukrotnie – dodaje Anna Bibik.

Rekordowym okresem sprzedaży podręczników w Merlin.pl był przełom sierpnia i września – najwięcej paczek kompletowano w dniach 25 i 26 sierpnia oraz od 1 do 3 września. W tym czasie dzienna liczba zamówień była czterokrotnie wyższa od średniej w całym sezonie podręcznikowym, bijąc rekord wysyłanych paczek w sezonie świątecznym, tradycyjnie najbardziej intensywnym okresie dla e-sklepów.

Według statystyk Merlin.pl, zakupy podręczników online cieszyły się największą popularnością w województwach mazowieckim, wielkopolskim i śląskim – mieszkańcy tych regionów dokonali największej liczby zamówień. Niezmiennie na szkolne zakupy w sieci częściej wybierają się mamy, niż ojcowie – w tym roku 66 % wszystkich klientów, którzy zakupili podręczniki lub elementy wyprawki szkolnej, stanowiły kobiety.

Przygotowując się do tegorocznego sezonu sprzedaży artykułów szkolnych, Merlin.pl położył nacisk na usprawnienie procesu realizacji zamówień. Sklep postawił także na przyspieszenie kompletowania i wysyłki produktów. Aby sprostać realizacji wzmożonej liczby zamówień,  zwiększono także liczbę pracowników magazynu w sezonie. Dodatkowym usprawnieniem dla klientów była także dedykowana wyszukiwarka podręczników i ćwiczeń na stronie sklepu.

– W tym roku ponownie udostępniliśmy wyszukiwarkę zawierającą gotowe listy podręczników z 40 tys. klas. Rodzice mogli w trzech prostych krokach sprawdzić i wybrać właściwy zestaw książek z bazy. Wystarczyło odszukać klasę dziecka, a system prezentował gotowy zestaw podręczników i ćwiczeń, co znacznie skracało proces poszukiwań każdego tytułu z osobna podsumowuje Anna Bibik z Merlin.pl.

Sklepy internetowe oferują klientom decydującym się na zakup podręczników w sieci wiele form odbioru m.in. przesyłkę pocztową, kuriera, paczkomaty czy odbiór własny. W przypadku  Merlin.pl, niemal wszystkie zamówienia od kwoty 150 zł były wysyłane bezpłatnie, a dodatkowo klienci mogli wskazać jeden z niemal 200 punktów odbioru własnego zlokalizowanych w całej Polsce (partnerska sieć sklepów Małpka Express, Kolporter).

Kobieta-szef (nie)mile widziana?

Niedawne powołanie na stanowisko Prezesa Rady Ministrów kobiety oraz deklaracje Ewy Kopacz o wykorzystaniu w zarządzaniu większego zakresu typowo kobiecych kompetencji, ożywiły dyskusję na temat dostępu kobiet do kierowniczych stanowisk w administracji państwowej oraz biznesie. Czy ich dyskryminacja na rynku pracy to już przeszłość?

Szef kobieta czy mężczyzna?

Według psychologów „kobiecy” styl zarządzania opiera się na komunikacji, demokracji i partnerstwie, natomiast „męski” jest skoncentrowany głównie na osiągnięciu celu, jakim jest zwiększenie zysków i pomniejszenie kosztów ponoszonych przez firmę. Od 1992 roku badania opinii społecznej na temat preferencji Polaków odnośnie płci przełożonego prowadzi Centrum Badania Opinii Społecznej. Statystki pokazują, że około 1/3 badanych chętniej w roli szefa widzi mężczyznę i to na przestrzeni lat nie uległo większym zmianom. Jednak w 2013 roku już dla 53% badanych płeć przełożonego przestała mieć znaczenie, podczas gdy 20 lat wcześniej ambiwalentnie traktowało ją tylko 34% ankietowanych. Choć odsetek osób preferujących kobiety na stanowisku szefa pozostaje na podobnym poziomie to wyraźnie widać, że część zwolenników męskiego stylu zarządzania z biegiem lat zmieniła stanowisko i kwestia płci przestała mieć dla nich znaczenie.

Co ciekawe, okazuje się, że płeć badanych pracowników nie ma znaczenia, jeśli chodzi o ich preferencje odnośnie płci przełożonego. Choć zarówno mężczyźni, jak i kobiety częściej wybierają szefa-mężczyznę, to dla ponad połowy z nich nie ma to większego znaczenia. Ważne są jego kompetencje i styl zarządzania, a nie tylko płeć biologiczna.

 

Czy Pan(i) osobiście wolał(a)by mieć w pracy szefa kobietę czy szefa mężczyznę?
1992 1998 2003 2006 2013
Kobietę 13% 10% 12% 9% 9%
Mężczyznę 47% 42% 37% 39% 36%
Wszystko jedno 34% 44% 45% 49% 53%
Trudno powiedzieć 6% 4% 6% 3% 2%

Źródło: CBOS, Kobieta Pracująca, komunikat z badań nr BS/28/2013

 

Anty-dyskryminacyjne prawo pracy

Od momentu wykonania przez CBOS pierwszego badania, w polskim prawie pracy wprowadzono szereg anty-dyskryminacyjnych zmian. W związku z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, do Kodeksu Pracy wprowadzono nowy rozdział IIa zatytułowany „Równe traktowanie w zatrudnieniu”, który zawiera definicje niewłaściwych praktyk, takich jak dyskryminacja czy molestowanie seksualne. – Przepisy te zawierają przykładowy katalog kryteriów dyskryminacji pracowników takich jak: płeć, wiek, niepełnosprawność, rasa, religia, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkowa, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientacja seksualna oraz zatrudnienie na czas określony lub nieokreślony, albo w pełnym lub w niepełnym wymiarze czasu pracy. Jest to katalog otwarty, o czym świadczy użyte w przepisie słowo „w szczególności”. Oznacza to, że oprócz cech wymienionych w ustawie ochronie podlegać mogą również inne kwestie, np. światopogląd czy wygląd. Pracownicy powinni być traktowani równo w zakresie nawiązywania i rozwiązywania stosunku pracy, warunków zatrudnienia czy dostępu do awansów i szkoleń – wyjaśnia Agnieszka Janowska, radca prawny i Dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers. Z badań prowadzonych m.in. przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wynika, że pracownicy najczęściej skarżą się na dyskryminację z powodu płci (prawie wyłącznie kobiety) oraz wieku (tu częściej pracownicy starsi).

Dyskryminacyjna rekrutacja

Dyskryminacja może mieć miejsce już na etapie wstępnej rekrutacji. – Adresowanie ofert pracy tylko do jednej płci, stawianie odmiennych wymagań nawet, jeśli kobieta i mężczyzna ubiegają się o to samo stanowisko, czy różnicowanie pytań podczas rozmowy kwalifikacyjnej to tylko niektóre przykłady dyskryminacji, z którymi można zetknąć się w czasie poszukiwania pracy. Nierzadko zdarza się również, że podczas takiej rozmowy pracodawca zadaje pytania, które są niezgodnie z prawem – wyjaśnia Agnieszka Janowska.

Do dyskryminacji kobiet najczęściej dochodzi właśnie na etapie rekrutacji –Szczególnie narażone są na nią młode kobiety, gdyż pracodawcy starają się ograniczyć ryzyko zakłóceń toku pracy z powodu korzystania przez nie z urlopów macierzyńskich czy innych uprawnień rodzicielskich.– dodaje Dorota Strzelec, psycholog pracy z firmy doradczej StaffPoland. Często też kandydatkom zadaje się inne pytania na rozmowach kwalifikacyjnych. Pracodawcy raczej nie interesują się stanem rodziny i dyspozycyjnością młodych mężczyzn, za to w przypadku młodych kobiet jest to dla nich kwestia kluczowa. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że tego typu pytania na rozmowie kwalifikacyjnej są niezgodnie z prawem i nie muszą na nie odpowiadać. Przyszły pracodawca może szczegółowo sprawdzać wszelkie aspekty wykształcenia, doświadczenia zawodowego i praktycznych kompetencji kandydatów, jednak nie może zbierać danych na temat naszego stanu cywilnego, ilości i wieku posiadanych dzieci, stanu zdrowia czy nałogów.

Ponadto nadal często zdarza się, że kobieta otrzymuje niższe wynagrodzenie, mniejsze podwyżki, jest jej trudniej awansować niż mężczyznom o takich samych kompetencjach, wykonujących pracę na takim samym stanowisku. – Sytuacja ta powoli zmienia się na lepsze, dzięki determinacji samych kobiet. Coraz częściej można spotkać je na stanowiskach szefów działów czy członków zarządu w branżach dotychczas typowo „męskich” jak np. IT, nowe technologie czy różne specjalności techniczne – dodaje Dorota Strzelec.

Celowy wybór kobiety to dyskryminacja?

Nie każde odmienne traktowanie stanowi dyskryminację zakazaną przez Kodeks Pracy, gdyż prawo przewiduje zasady równego traktowania wyłączenie w określonych sytuacjach. – Zasady równego traktowania w zatrudnieniu nie naruszają działania proporcjonalnego do osiągnięcia celu różnicowania sytuacji pracownika, polegającego na niezatrudnianiu pracownika z jednej lub kilku przyczyn wymienionych w prawie pracy, jako cechy prawnie chronione (np. płeć, wiek) pod warunkiem, że rodzaj pracy lub warunki jej wykonywania są rzeczywistym i decydującym wymaganiem zawodowym. Oznacza to, że dopuszcza się możliwość odstąpienia od zasady równego traktowania w przypadku, gdy specyfika danego zawodu wymaga, aby kandydat spełniał określone warunki, tj. był takiej, a nie innej płci, czy osiągnął określony wiek – tłumaczy Agnieszka Janowska.

Przykładem trafnie obrazującym tę sytuację jest przypadek doświadczonego sprzedawcy, który ubiegał się o zatrudnienie w salonie sukien ślubnych. Właścicielka salonu odrzuciła jego kandydaturę wyłącznie ze względu na płeć argumentując, że nie jest to zwykły sklep odzieżowy i od personelu wymagane są również szczególnego rodzaju kompetencje. Sprzedawca(czyni) ma bowiem nie tylko udzielać informacji o ofercie salonu, ale musi też umieć słuchać, doradzać i zarządzać emocjami klientek, brać udział w mierzeniu i dopasowywaniu sukien, dodatków, a nawet bielizny. Obecność sprzedawcy-mężczyzny w tej, stresującej dla wielu klientek sytuacji, mogłaby stanowić dla nich duży dyskomfort oraz przyczynić się do spadku konkurencyjności salonu na rynku. Sprawa była rozpatrywana przez kolejne sądy, łącznie z Sądem Najwyższym. Żadna z instancji nie podzieliła jednak zdania kandydata na sprzedawcę, uznając za słuszną argumentację właścicielki salonu.

Warto również podkreślić, że osoba, wobec której pracodawca naruszył zasadę równego traktowania w zatrudnieniu, ma prawo do odszkodowania, którego wysokość nie może być niższa niż minimalne wynagrodzenie za pracę. Co ciekawe, Kodeks Pracy nie określa jego maksymalnej wysokości. Jeśli pracownik przedstawi przed sądem dowody, które uprawdopodobnią zarzut nierównego traktowania w zatrudnieniu, a dokładnie tego, że doszło do dyskryminacji bezpośredniej lub pośredniej, to na pracodawcę przejdzie ciężar udowodnienia, że nie nastąpiło naruszenie zasady równego traktowania.

 

Będzie duża podwyżka dla duchownych. Wygrali z rządem

0

W przyszłym roku Fundusz Kościelny pochłonie aż o ponad 23 mln złotych więcej. Jeszcze nie tak dawno, resort cyfryzacji zapowiadał, że od 2015 roku Fundusz będzie zastąpiony innym mechanizmem – możliwością dokonania odpisu podatkowego na wybrany kościół lub związek wyznaniowy. Wystarczyły jednak gniewne pomruki ze strony duchownych, by minister Andrzej Halicki sprawę odłożył na „po wyborach” i jednocześnie zaplanować wzrost wydatków z budżetu na księży.

Targi w sprawie Funduszu Kościelnego i zastąpienia go odpisem podatkowym ciągną się już dwa lata. Projekt zmian przedstawił ówczesny minister administracji i cyfryzacji Michał Boni. Już 21 lutego 2013 roku strony ogłosiły kompromis i zawarcie porozumienia. Fundusz Kościelny miał zostać zastąpiony dobrowolnym odpisem 0,5 proc. Państwo przez 3 lata miało wyrównywać różnicę między tym, co zadeklarowali podatnicy, a dotychczasową kwotą około 90-100 mln zł przekazywaną z budżetu na Fundusz.

Nowy minister cyfryzacji Andrzej Halicki przyznał niedawno, że z planowanych na przyszły rok zmian – nici. Mało tego, że Fundusz Kościelny, z którego finansuje się ubezpieczenia duchownych pozostanie, zaplanowano w przyszłym roku przeznaczyć na ten cel z kasy państwa 118 mln 230 tys. zł, czyli aż o jedną czwartą więcej niż w tym roku (94 mln 374 tys. zł). Wydatki na duchownych w ramach Funduszu Kościelnego rosły z roku na rok, ale nigdy tak drastycznie. Zdaniem strony kościelnej, winna to być to być nawet kwota sięgająca 130 mln zł.

Wydatki z budżetu na kościoły będą jeszcze wyższe niż planowany Fundusz Kościelny. Andrzej Halicki ujawnił bowiem, że z funduszu zostanie wyłączone finansowanie remontów zabytkowych świątyń. Będzie to domena Ministerstwa Kultury i Sztuki, samorządów oraz ich kontraktów terytorialnych i funduszy unijnych. Oznacza to, że oprócz 118 mln zł, na te cele popłyną dodatkowe miliony. 

– „Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji i Konferencja Episkopatu Polski KEP ustaliły zasadnicze kwestie co do przekształcenia Funduszu Kościelnego w dobrowolny odpis podatkowy na poziomie 0,5 proc. Do omówienia zostały drobne zagadnienia” – wyjaśnia Money.pl ks. Józef Kloch, rzecznik Komisji. Ze względu na okres wyborczy prawo związane z przekształceniem Funduszu Kościelnego ma wejść w życie w 2016 roku.

„Drobne zagadnienia”, które jak zapewnia rzecznik KEP, które zostały do uzgodnienia, to jednak dość długa liczba warunków postawiona przez duchownych. Jak poinformowano nas w biurze prasowym MAiC, nieuzgodniona pozostaje:

  • kwestia ubezpieczenia zdrowotnego dla alumnów, którzy nie są studentami wydziałów teologicznych na państwowych uniwersytetach bądź na KUL, UKSW czy Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Zaproponowany przez stronę rządową projekt ustawy przewiduje, że za studentów seminariów duchownych składki zdrowotne powinien płacić Kościół. Kościół katolicki powiedział nie;
  • podwyższenie wysokości tzw. kwoty gwarantowanej (czyli minimum tego, co duchowni dostaliby niezależnie od tego, ile podatnicy przekazaliby im wypełniając PIT-y. Zgodnie z projektem ustawy nie może ona przekroczyć kwoty przewidzianej w 2013 roku w budżecie państwa na Fundusz Kościelny). Postulat został zgłoszony przez liczną grupę kościołów i innych związków (np. Kościół katolicki, Kościół ewangelicko-augsburski);
  • wydłużenie okresu przejściowego, w którym kościoły i inne związki wyznaniowe będą uprawnione do otrzymania dotacji przeznaczonych na zaliczki środków uzyskanych z odpisów podatkowych w ramach kwoty gwarantowanej. Obecnie projekt przewiduje trzyletni okres przejściowy. Postulat zgłosiła liczna grupa kościołów i innych związków, w tym Kościół katolicki;
  • dopuszczenie możliwości przekazywania środków z odpisu (w ramach 0,5 proc.) na dwie różne wspólnoty religijne, w przypadku małżeństw rozliczających się wspólnie – np. po 0,25 proc. na każdą wspólnotę religijną. Obecnie projekt przewiduje możliwość przekazania kwoty w wysokości nieprzekraczającej 0,5 proc. podatku należnego na rzecz jednego kościoła albo jednego innego związku wyznaniowego. Postulat zgłosił Kościół ewangelicko-augsburski.

– „Wznowienie rozmów jest uwarunkowane wypracowaniem stanowiska administracji rządowej w kwestii wymienionych wyżej postulatów kościołów i innych związków wyznaniowych” – poinformował Money.pl Artur Koziołek, rzecznik prasowy MAiC.

Fundusz Kościelny istnieje od blisko 65 lat

Fundusz Kościelny został powołany na mocy art. 8 ustawy z dnia 20 marca 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego jako forma rekompensaty dla kościołów za przejęte przez państwo nieruchomości ziemskie. Fundusz działa na rzecz kościołów i innych związków wyznaniowych, posiadających uregulowaną sytuację prawną w Rzeczypospolitej Polskiej. Środki Funduszu Kościelnego przeznaczane były na następujące cele:

1) wspomaganie kościelnej działalności charytatywnej, kościelnej działalności oświatowo-wychowawczej i opiekuńczo-wychowawczej, a także inicjatyw związanych ze zwalczaniem patologii społecznych oraz współdziałania w tym zakresie organów administracji rządowej z kościołami i innymi związkami wyznaniowymi (ok. 8 proc. środków);

2) remonty i konserwację obiektów sakralnych o wartości zabytkowej (około 8 proc. środków);

3) finansowanie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych (ponad 85 proc. środków).

Jednak od 2010 roku środki Funduszu Kościelnego przeznaczane są wyłącznie na finansowanie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych. Na szkoły, ochronki, remonty i konserwację obiektów sakralnych płyną z budżetu dodatkowe pieniądze.

Zmiany właścicielskie na rynku bankowym. Z Polski mogą zniknąć znane marki

CEO Magazyn Polska

Na polskim rynku bankowym trwa konsolidacja. Kolejne instytucje są przejmowane, łączą się z innymi. Część znanych w Polsce marek zniknie z rynku. W połowie października General Electric ogłosił, że jest gotów sprzedać 90 proc. udziałów w BPH.

– Moim zdaniem, chociaż nie będzie to zgodne z wypowiedziami regulatora, zostanie on przejęty jednak przez bank lokalny, a nie bank nieobecny w tej chwili w Polsce. W związku z tym należy się spodziewać zniknięcia przynajmniej tego podmiotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities.

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, pod koniec czerwca działalność operacyjną prowadziły w Polsce 634 banki, o 8 mniej niż rok wcześniej. Wśród nich było 567 banków spółdzielczych. Pozostałe 67 to banki komercyjne. Tych było o 3 mniej niż przed rokiem. Można oczekiwać, że z rynku zniknie jeszcze kilka znanych marek bankowych.

– W tej chwili toczy się fuzja BNP z BGŻ, zostanie jeden bank – uważa Iza Rokicka. – Na sprzedaż jest Meritum Bank i FM Bank, więc na pewno ta liczba banków się skurczy. Na tych bankach, które wymieniłam, myślę, że się nie skończy. Na pewno należy przemyśleć, co się stanie z bankami tak zwanymi francuskimi, czyli w posiadaniu banków francuskich, czy one zostaną, czy będą się łączą, a może będą wystawione na sprzedaż.

O ile jednak wśród większych banków sytuacja własnościowa powoli zaczyna się klarować, można teraz oczekiwać sporych przetasowań wśród instytucji lokalnych.

Wydaje się, że połączenia, fuzje czy też przejęcia w ramach średnich i największych banków częściowo już mamy za sobą. Widać zdecydowanie trend na rynku. Pojawia się coraz więcej ofert kupna lub chęci zakupu mniejszych banków – zauważa analityk Ipopema Securities.

Kolejne decyzje mogą zapaść jeszcze w październiku, po tym jak Europejski Bank Centralny ujawni w niedzielę, jak unijny sektor bankowy poradził sobie z symulowanym zagrożeniem kryzysem walutowym. O ile jednak kondycja naszych banków nie budzi tu specjalnych obaw, o tyle ich zachodnioeuropejscy właściciele mogą mieć problemy. I by się z nimi uporać, spróbują np. sprzedać część aktywów.

Lada moment ukażą się wyniki stress-testów w Europie, tak zwane AQR i to może być kolejnym triggerem [procedurą wykonywaną automatycznie jako reakcja na pewne zdarzenia – red.]. Mogą się pojawić potencjalnie kolejne podmioty na sprzedaż, więc na pewno więcej transakcji będzie w ramach mniejszych banków, ale  nie skreślałabym  jednoznacznie pierwszej dziesiątki czy pierwszej piętnastki – prognozuje Iza Rokicka.

Na rynku bankowym można też oczekiwać pojawienia się nowych instytucji. Nowe przepisy pozwalają powoływać banki hipoteczne. Na ich podstawie powstały już dwa, należące do mBanku i Pekao, zaś PKO BP tworzy właśnie trzeci.

– Nie wykluczam, że to nie jest koniec – ocenia analityk Ipopema Securities. –  Regulator wymaga, żeby banki pozyskiwały długoterminowe finansowanie. Jedną z takich możliwości jest właśnie emisja listów zastawnych, a żeby to robić, potrzebny jest bank hipoteczny. Więc liczba tych banków będzie moim zdaniem rosła.

NIK audytorem Rady Europy. Umowa została podpisana

Najwyższa Izba Kontroli objęła funkcję audytora Rady Europy. Będzie ją pełnić przez pięć lat. To kolejne międzynarodowe wyróżnienie dla NIK po wyborze na audytora CERN-u czy koordynatora przeglądu partnerskiego Międzynarodowej Rady Audytorów NATO.

Poprzednikami NIK na stanowisku audytora zewnętrznego Rady Europy były najwyższe organy kontroli takich krajów jak Wielka Brytania czy ostatnio Francja. O tę funkcję razem z Polską ubiegały się Niemcy, Norwegia, Włochy i Grecja. – Cieszymy się, że Rada wybrała właśnie nas. To duży prestiż, ale też duża odpowiedzialność – mówi prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski, który podpisał w środę Strasburgu umowę ustalającą warunki audytu.

Aby realizować te i wiele innych zadań Rada stworzyła skomplikowaną strukturę instytucji, agencji i biur działających w całej Europie. – Nasi kontrolerzy będą mieli trudne zadanie, ale wykorzystamy lata praktyki w kontrolach krajowych i zagranicznych – mówi szef NIK. Nie ma też wątpliwości, że audyt Rady Europy będzie dla Izby najważniejszym doświadczeniem nadchodzących lat.

Koszty audytu pokryje Rada Europy. Dodatkową korzyścią będzie zaangażowanie NIK w szereg projektów na rzecz krajów Europy Wschodniej i Środkowo-Wschodniej. Rada Europy jest bowiem również animatorem programów rozwojowych i pomocowych – finansowanych obecnie np. przez Austrię, Szwajcarię i Szwecję – które także wymagają audytu. NIK sprawdzi w najbliższych latach finansowanie programów dla Ukrainy (Ukraine Immediate Measures Package), Mołdawii (Confidence building measures for the Transnistrian region of the Republic of Moldova) oraz Armenii (Institutional Support to the Communities Association of Armenia).

Potrzebny kompromis w sprawie polityki klimatycznej 2030

Na zbliżającym się szczycie Rady Europejskiej (23-24 października) zapadnie decyzja o ramach polityki klimatycznej po 2020 roku. Interes Polski wymaga konstruktywnej postawy rządu w tej dyskusji. Kolejne weto nic nam nie da. Nie zatrzyma kreślenia dalszych celów klimatycznych dla Europy, a jedynie wykluczy Polskę z dyskusji o kształcie tej polityki. Zamiast blokowania decyzji, Polska powinna się skupić na wynegocjowaniu najlepszych dla siebie rozstrzygnięć – uważa Konfederacja Lewiatan.

Pragmatyczna polityka klimatyczna UE mogłaby przynieść korzyści zarówno dla środowiska naturalnego jak i dla europejskiej, w tym polskiej, gospodarki. Sęk w tym, że do tej pory jest raczej źródłem dodatkowych obciążeń niż siłą napędową rozwoju w Europie. Dlatego jeśli chcemy realizować politykę klimatyczną po 2020 roku, a tego chcą najwięksi gracze w UE (Niemcy, Francja, Wielka Brytania), musimy wyciągnąć wnioski z dotychczasowych doświadczeń i przygotować założenia nowej polityki opartej na efektywności kosztowej, bezpieczeństwie energetycznym i ochronie klimatu.

Na szczycie Rady Europejskiej zapadnie decyzja o ramach polityki klimatycznej po 2020 roku. Konfederacja Lewiatan uważa, że interes Polski wymaga konstruktywnej postawy rządu w tej dyskusji. Kolejne weto nic nam nie da. Nie zatrzyma kreślenia dalszych celów klimatycznych dla Europy, a jedynie wykluczy Polskę z dyskusji o kształcie tej polityki. Nie można też zapominać, że równolegle do ustalania celów redukcji CO2 toczą się prace nad przyjęciem restrykcyjnych standardów emisji innych gazów. Niespełnienie ich będzie skutkowało zamknięciem instalacji, a nie „tylko” wyższymi kosztami jak w przypadku standardów klimatycznych. Dlatego dodatkowe środki, wynegocjowane w ramach pakietu klimatycznego, są Polsce bardzo potrzebne, bo pomogą obniżyć koszty dostosowania instalacji do tych przepisów.

Zamiast więc blokowania decyzji politycznej  o kształcie nowych ram polityki klimatycznej  do roku 2030 Polska powinna się skupić na wynegocjowaniu najlepszych dla siebie rozstrzygnięć w następujących obszarach:

a)      Redystrybucja obciążeń między państwami członkowskimi

b)      Udoskonalenie mechanizmów ochrony przemysłu przed carbon leakage

c)       Mechanizmy wsparcia transformacji polskiej energetyki zawodowej

d)      Reguły podziału wysiłku redukcyjnego między sektorami ETS oraz non-ETS.

Kluczowe jest wynegocjowanie narzędzi łagodzących skutki realizacji polityki klimatycznej przez energetykę i przemysł. Rząd powinien dążyć do uzgodnienia solidarnych, elastycznych i dostosowanych do lokalnych warunków narzędzi wsparcia tych sektorów, które chroniąc konkurencyjność gospodarki, będą zarazem istotnym impulsem do jej  transformacji w kierunku niskoemisyjnym.

Jednocześnie widzimy zagrożenia płynące z realizacji bardzo ambitnej, jednostronnej polityki klimatycznej w UE. Samotna realizacja celów klimatycznych nie będzie skuteczna w zapobieżeniu ocieplenia Ziemi, będzie natomiast zagrożeniem konkurencyjności gospodarki europejskiej. Dlatego, też ambicję polityki klimatycznej po roku 2020 Europa powinna uzależnić od rezultatów globalnych negocjacji klimatycznych i ostatecznego kształtu porozumienia klimatycznego, które ma zostać zawarte w Paryżu w 2015 roku.

Do tego czasu powinny się toczyć prace nad architekturą przyszłej polityki i usprawnieniem dotychczas funkcjonujących narzędzi. W tym kontekście Lewiatan proponuje następujące mechanizmy, które umożliwią Polsce realizację polityki klimatycznej przy jednoczesnym utrzymaniu wzrostu gospodarczego.

SPRAWIEDLIWY KLUCZ ROZDZIAŁU UPRAWNIEŃ

Redystrybucja uprawnień w ramach systemu handlu emisjami (EU ETS) powinna sprawiedliwie uwzględniać specyfikę krajów członkowskich. Klucz rozdziału uprawnień powinien mieć na względzie takie czynniki jak: historyczny poziom emisji i obecny poziom rozwoju gospodarczego, a także udział rodzimych paliw kopalnych w koszyku paliwowym, w celu zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego.

Dzięki zastosowaniu takiego klucza podziału, Polska otrzymałaby dodatkową pulę uprawnień, którą powinna przeznaczyć na inwestycje ograniczające emisje w energetyce i przemyśle. Szacowane przez nas potrzeby inwestycyjne obniżające emisyjność w samej energetyce zawodowej wynoszą ok 12 -16 mld euro do 2030 roku.

 WSPARCIE TRANSFORMACJI SEKTORA ENERGETYKI

Dobrze zaprojektowane rozwiązania wsparcia modernizacji energetyki pomogłyby zminimalizować negatywne skutki wzrostu cen uprawnień i cen energii na polską gospodarkę.

ETS pozostanie centralnym elementem unijnej polityki klimatyczno-energetycznej, więc transformacja polskiej energetyki będzie się musiała dokonać w jego ramach. Nowe kraje członkowskie UE (NMS) powinny otrzymać dodatkową alokację uprawnień do emisji jako formę rekompensaty za wyższe koszty redukcji emisji niż w UE15.

Proponujemy stworzenie w NMS krajowych Funduszy Niskoemisyjnych Inwestycji, zasilanych z wpływów z ETS uzyskanych przez nie w ramach dodatkowych w stosunku do krajowej koperty uprawnień alokacji. Celem tych funduszy byłoby wsparcie modernizacji sektora elektroenergetycznego. Wspierałyby one nowe projekty pośrednio, poprzez dofinansowanie krajowych instrumentów wsparcia inwestycji redukujących emisję CO2 w sektorze. W ten sposób zmniejszony zostałby ciężar finansowania niskoemisyjnej transformacji ponoszony przez konsumentów bez odkładania niezbędnej modernizacji. Mechanizm ten ma szansę być efektywnym jedynie jeśli będzie zarządzany z poziomu krajowego, a nie z poziomu UE. Dotychczasowe doświadczenia Polski pokazują, że fundusze zarządzane z poziomu Brukseli były wydatkowane z dużo mniejszą wydajnością.

Do transformacji energetycznej należy podejść kompleksowo, uwzględniając nie tylko elektroenergetykę, ale też ciepłownictwo i powiązane z nim problemy efektywności energetycznej budynków oraz szkodliwego smogu. Na aktywne wsparcie zasługuje kogeneracja jako równoprawny sposób obniżenia emisji. Potrzebna jest jednak także spójna krajowa strategia rozwoju tego segmentu energetyki, zakładająca rozbudowę sieci ciepłowniczych oraz inwestycje w wysokosprawne instalacje CHP, w tym oparte na lokalnych odpadach oraz biomasie.

 OCHRONA PRZEMYSŁU

Redukcja emisji w przemyśle stanowi większe wyzwanie niż w innych sektorach gospodarki. Po pierwsze, potencjał opłacalnych działań redukcyjnych został już w znacznej mierze wykorzystany. Po drugie, w warunkach globalnej konkurencji obciążenie europejskiego przemysłu kosztami emisji wobec braku porównywalnych działań poza UE stwarza ryzyko przenoszenia produkcji poza Europę, a więc ucieczki emisji (carbon leakage).

Opracowanie i wdrożenie niskoemisyjnych technologii w UE będzie niemożliwe bez mechanizmów skutecznie chroniących europejski przemysł przed carbon leakage, a jednocześnie tworzących bodźce do rozwijania innowacyjnych rozwiązań redukujących emisje przemysłowe. Obecnie funkcjonujące mechanizmy osłonowe wymagają modyfikacji, nie zapewniają bowiem stabilnych i przewidywalnych warunków funkcjonowania przemysłu. Konieczne będzie urealnienie benchmarków przemysłowych oraz odejście od alokacji ex ante bezpłatnych uprawnień na rzecz alokacji ex post (w oparciu o rzeczywistą wielkość produkcji), a także stworzenie scentralizowanego mechanizmu rekompensowania kosztów pośrednich emisji.

Stanowisko Lewiatana w tym zakresie podzielają BUSINESSEUROPE oraz inne europejskie stowarzyszenia przemysłowe.

Uwzględnienie powyższych zagadnień to dla Polski kwestie kluczowe z punktu widzenia konkurencyjność gospodarki. Liczymy, że konstruktywną postawą wykaże się nie tylko polski rząd, ale także pozostali negocjatorzy, i że Konkluzje Rady w sprawie Ram Polityki Klimatycznej UE do 2030 roku będą uwzględniać specyfikę poszczególnych państw członkowskich. I co najważniejsze, będą podstawą do sprawiedliwego podziału ambicji klimatycznych pomiędzy krajami członkowskimi.

Konfederacja Lewiatan

Mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa potrzebują leasingu

W latach 2009-2013 oraz w 2014 r. 31% mikro, małych i średnich przedsiębiorstw korzystało z leasingu w celach inwestycyjnych. Niektóre z nich  kilkakrotnie, zapewniając sobie w ten sposób dostęp do środków transportu, maszyn i urządzeń, sprzętu IT, ale też sprzętu medycznego czy maszyn rolniczych – wynika z badania, które przeprowadziła Konfederacja Lewiatan.

Dla MMŚP leasing jest szansą na prowadzenie i rozwój działalności, ponieważ zapewnia dostęp do niezbędnych aktywów trwałych i zwalnia w ten sposób środki finansowe na działalność operacyjną, w tym m.in. na wspieranie sprzedaży. A przede wszystkim pozwala małym firmom zachować płynność finansową, co często byłoby trudne, gdyby musiały one finansować tak działalność operacyjną, jak i inwestycje.

– Przez cały okres rozwoju polskiego rynku leasingu nie zmieniło się postrzeganie korzyści jakie niesie ze sobą ten instrument finansowy. Są to: korzyści podatkowe, łatwość dostępu do finansowania i korzystniejsze niż w przypadku kredytu – warunki finansowania. Wraz z upowszechnieniem się wiedzy na temat leasingu, rośnie zainteresowanie leasingiem w poszczególnych sektorach gospodarczych. W 2000 roku jedynie 13,7 % przedsiębiorstw przemysłowych deklarowało, że korzysta z leasingu,  a w 2014 wskaźnik ten wzrósł do 30,9 %. Kluczowy był również wzrost znaczenia leasingu w branży budowlano – montażowej. W okresie od 2000  do 2014 udział przedsiębiorców deklarujących korzystanie z leasingu wzrósł z 23,4 % do 38 % – mówi Wojciech Rybak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Kim są MMŚP korzystające z leasingu

Najchętniej z tej formy finansowania inwestycji korzystają firmy średnie – w tej grupie firm prawie 2/3 to leasingobiorcy. Ale oczywiście bezwzględnie najwięcej leasingobiorców jest wśród mikroprzedsiębiorstw zatrudniających od 1 do 9 pracowników, bowiem stanowią one blisko 60 proc. wszystkich firm działających w Polsce, a wśród nich ponad 28% to firmy inwestujące z wykorzystaniem leasingu.

– Najbardziej otwarte na korzystanie z leasingu są firmy przemysłowe, firmy z sektora opieka zdrowotna i pomoc społeczna, z sektora działalność profesjonalna, naukowa i techniczna i oczywiście firmy transportowe. Przemysł i transport nie dziwią, ale opieka zdrowotna trochę tak. Okazuje się, że firmy działające w tym sektorze (a MMŚP-pracodawców, czyli zatrudniających od 1 do 9 osób jest tu ponad 26,5 tys. firm) potrzebują sprzęt medyczny i bez leasingu dostęp do niego nie byłby możliwy, a tym samym prowadzenie działalności także nie byłoby możliwe. Relatywnie dużo firm korzystających z leasingu jest także w sektorze rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybołówstwo (ponad 20 proc.). W początkach polskiego leasingu sektor ten omijał firmy leasingowe, a one omijały ten sektor. Dzisiaj okazuje się, że rozwój małych firm rolno-spożywczych często bazuje na możliwości inwestowania z wykorzystaniem właśnie leasingu – podkreśla dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Badania wskazują, że z leasingu korzystają w największym stopniu firmy działające na rynku 6-11 lat. To firmy już po okresie „przetrwania”, które wchodzą w fazę rozwoju i leasing jest świetnym instrumentem na ten rozwój pozwalającym.

Ciekawe, że relatywnie mniejszym zainteresowaniem cieszy się leasing wśród firm „kobiecych”, tj. takich których właścicielką jest kobieta i firmą zarządza kobieta niż wśród firm „męskich” czy „mieszanych. Po leasing chętniej sięgają firmy, których właściciele i osoby zarządzające mają wyższe wykształcenie.

Ostatnie lata pokazały zatem, że przeciętny leasingobiorca to firma prowadząca działalność produkcyjną, działająca w ochronie zdrowia i pomocy społecznej lub w transporcie, firma średnia, firma działająca na rynku 6-11 lat, której właściciel i osoba zarządzająca ma wyższe wykształcenie i jest mężczyzną.

Firmy- leasingobiorcy to firmy rozwoju

MMŚP korzystające z leasingu to firmy nastawione na rozwój – prawie 50 proc. firm w tej grupie to przedsiębiorstwa, których celem strategicznym jest wzrost sprzedaży, wzrost udziału w rynku, wzrost zysku. W grupie firm nie korzystających z leasingu stanowią one „tylko” 30 proc. Prawie 40% leasingobiorców (firm, które korzystały z leasingu w latach 2009-2013 i/lub korzystają w 2014 r.) inwestuje w 2014 r. W grupie MMŚP niekorzystających z leasingu inwestuje „jedynie” 16 proc. Leasingobiorcy inwestujący w 2014 r. koncentrują swoje inwestycje na zakupie maszyn i urządzeń, a 46 proc. spośród nich – na zakupie maszyn i urządzeń w związku z zastosowaniem nowej technologii. Jednocześnie źródła finansowania tych inwestycji są zrównoważone – dla 37 proc. MMŚP-leasingobiorców podstawę do finansowania inwestycji stanowią kapitały własne, dla ¼ – leasing, a dla 15 proc. – kredyt bankowy. To zróżnicowanie i zrównoważenie finansowania (środki własne i środki obce) pozwala MMŚP-leasingobiorcom na skuteczne wykorzystywanie szans rynkowych. To ważne, bowiem ponad 60 proc. tych MMŚP opiera swoją filozofię prowadzenia biznesu  na założeniu, że jeżeli rynek na to pozwala, firmę należy rozwijać szybciej korzystając z zewnętrznego finansowania. W grupie firm niekorzystających z leasingu takich MMŚP jest tylko nieco ponad 1/3. Pozostałe 2/3 rozwija biznes powoli, bo nie chcą korzystać z zewnętrznego finansowania.

Leasingobiorcy definiują swoje priorytety biznesowe jako działanie w długim okresie, oparte na planach strategicznych, z wykorzystaniem środków obcych, inwestowaniem w innowacje produktowe i ekspansją zagraniczną. W grupie leasingobiorców tych ostatnich jest 20 proc., podczas gdy w grupie MMŚP nie korzystających z leasingu jest ich tylko 4,4 proc.

Leasingobiorcy to także firmy zdecydowanie w większym stopniu korzystające z nowoczesnych technologii informatycznych – więcej niż wśród nie-leasingobiorców jest wśród nich firm obsługujących klienta przez Internet (prawie 2/3), wystawiających e-faktury (prawie 50 proc.) posiadających portal on-line dla klientów (prawie ¼) czy wykorzystujących specjalistyczne oprogramowanie do zarządzania zapasami (prawie 55 proc.).

MMŚP korzystające z leasingu to zatem firmy, które inwestują, głównie w rozbudowę i modernizację aparatu wytwórczego, w tym związanego z wykorzystaniem nowych technologii, korzystające w sposób zrównoważony z różnych źródeł finansowania, a jednocześnie nie oczekujących na środki unijne, czyli przysłowiową „mannę z nieba”. Filozofią prowadzenia przez nie biznesu jest korzystanie z szans rynkowych i wykorzystywanie do tego zewnętrznego finansowania, a priorytetami biznesowymi – działanie w długim okresie, inwestowanie w innowacje i ekspansja zagraniczna. A wszystko z zastosowaniem nowoczesnych technologii informatycznych.

Chcielibyśmy, aby większość polskich mikro, małych i średnich przedsiębiorstw prezentowało takie CV. Leasing oczywiście nie tworzy z MMŚP takich małych biznesowych championów. Ale na pewno pomaga w urealnianiu możliwości rozwojowych, w  wykorzystywaniu szans rynkowych, w wykorzystywaniu wewnętrznego potencjału naszych „maluchów”. Jest im potrzebny!!!

12 edycja badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP”, przygotowana została przez Konfederację Lewiatan, a zrealizowana na losowej próbie 1111 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw przez CBOS od 6 maja – 18 lipca 2014 r.

 

Konfederacja Lewiatan

Umowy na czas określony po nowemu

Ministerstwo Pracy w projekcie nowelizacji kodeksu pracy zaproponowało, żeby można było podpisać maksymalnie tylko trzy umowy o pracę na czas określony, a łączny ich czas nie mógł być dłuższy niż 33 miesiące. Konfederacja Lewiatan uważa, że to nadmierna regulacja.

– Rozczarowuje, że nie wykorzystano szansy na wprowadzenie rozwiązań, które przyniosłyby realną zmianę na lepsze. Chodzi przede wszystkim propozycję dotyczącą okresów wypowiedzenia. Jest to proste przeniesienie rozwiązań obowiązujących w przypadku umów na czas nieokreślony. Podnosząc ochronę dla zatrudnienia terminowego należało obniżyć poziom ochrony kontraktów na czas nieokreślony. Inaczej zmniejszy się w ogóle liczba umów o pracę regulowanych w Kodeksie Pracy – mówi dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan.
Stąd propozycja Konfederacji Lewiatan zmiany okresów wypowiedzenia dla obu tych rodzajów umów: 2 tygodnie – jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż 12 miesięcy, 1 miesiąc – jeżeli był zatrudniony co najmniej 12 miesięcy, 2 miesiące – jeżeli pracownik był zatrudniony co najmniej 36 miesięcy.

– Wprowadzenie zarówno liczbowego jak i czasowego ograniczenia dla umów terminowych (33 miesiące, 3 umowy) jest nadmierną regulacją. Skoro już wprowadzono maksymalny okres łącznego stosowania umów nie ma potrzeby określania ich maksymalnej liczby, tym bardziej, że proponowane warunki wypowiedzenia nie zależą od długości umowy, ale od okresu zatrudnienia u danego pracodawcy. W naszej ocenie okres ten powinien wynosić 48 miesięcy, bez określania liczby dopuszczalnych umów. Wprowadzenie okoliczności, w których umowy mogą być zawarte na dłuższy okres niż zaproponowane 33 miesiące nie jest wystarczające. Tym bardziej, że zaproponowano tu konieczność zgłaszania takich przypadków do Państwowej Inspekcji Pracy. To niepotrzebna i nadmierna restrykcja – dodaje dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Konfederacji Lewiatan.

Niestety, resort pracy nie chce wydłużenia okresu próbnego do 6 miesięcy, co postulowały organizacje pracodawców. Mogłoby to zwiększyć szanse osób młodych na zatrudnienie. Firmy potrzebują formuły pozwalającej na przygotowanie nowych pracowników do pracy, a 3 miesiące to często za krótko.

Lewiatan zgadza się na możliwość jednostronnego zwolnienia pracownika z obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia.
Projekt Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wymaga głębszej analizy. Doceniamy fakt, że projekt nie uwzględnił pojawiających się z różnych stron dość egzotycznych pomysłów, które mogłyby oddziaływać destrukcyjnie na rynek pracy. Niemniej wspólne stanowisko organizacji pracodawców w znacznej części nie zostało w nim uwzględnione, więc nie może on zyskać naszego pełnego poparcia.

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło do konsultacji projekt zmian w kodeksie pracy regulujących zasady zawierania i wypowiadania umów o prace na czas określony. Projekt ten było oczekiwany od wydania przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyroku w sprawie C-38/14 wskazujący przede wszystkim na nierówności w długości okresów wypowiedzenia między umowami na czas określony i nie określony. Konieczność przedstawienia przez rząd propozycji w tej sprawie jest okazją na ograniczenie zjawiska tzw. dualizmu czy segmentacji rynku pracy. W Polsce udział pracowników zatrudnionych na umowy na czas określony jest największy w Unii Europejskiej; ponad 28% przy średniej dla UE wynoszącej 14%. Ta sytuacja jest w dłuższej perspektywie niekorzystna dla gospodarki, a wynika z nadmiernej różnicy w poziomie ochrony umów na czas nieokreślony i na czas określony. Wszystkie reprezentatywne organizacje pracodawców już w kwietniu 2014 r. przedstawiły wspólne stanowisko zmian, które w naszej ocenie doprowadziłyby do zwiększenia popularności umów na czas nieokreślony, jednocześnie nie ograniczając poziomu zatrudnienia. Lewiatan to stanowisko podtrzymuje.

Konfederacja Lewiatan

Skład nowej KE: komentarz Henryki Bochniarz

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan, po ogłoszeniu wyniku głosowania nad zatwierdzeniem nowego składu Komisji Europejskiej.

– Drużyna J.C. Junckera otrzymała w dzisiejszym głosowaniu silny mandat od Parlamentu Europejskiego. Środowisko biznesu dobrze ocenia zmiany wprowadzone przez nowego przewodniczącego KE, wynikające z wsłuchiwania się w postulaty biznesu, jak choćby wzmocnienie roli wiceprzewodniczących KE czy połączenie konkretnych obszarów, jak polityka energetyczno- klimatyczna. Po raz pierwszy UE będzie miała też komisarza odpowiadającego za sprawy dotyczące mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, czyli ponad 90 proc. wszystkich przedsiębiorstw działających w krajach członkowskich UE, wytwarzających ponad 50 proc. europejskiego PKB wypracowanego przez firmy i zatrudniających ponad 60 proc. pracujących w sektorze przedsiębiorstw. Poprawa warunków funkcjonowania i rozwoju tego sektora, stanowiącego kręgosłup europejskiej gospodarki, to duże wyzwanie stojące przed Elżbietą Bieńkowską. Jestem przekonana, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. O sukcesie zadecyduje otwartość na współpracę ze środowiskiem biznesu.

W pokryzysowej Europie wiele jest do zrobienia, by przywrócić konkurencyjność gospodarczą i wzrost. Dlatego w nadchodzących dniach BUSINESSEUROPE, największa organizacja pracodawców w UE, przekaże na ręce przewodniczącego nowej Komisji Europejskiej postulaty i propozycje biznesu zawarte w 10-punktowym planie.
Konfederacja Lewiatan

Komunikat o wyborze Dealerów Skarbowych Papierów Wartościowych na 2015 r.

Ministerstwo Finansów informuje, że dokonany został wybór Dealerów Skarbowych Papierów Wartościowych (DSPW) na rok 2015.

Minister Finansów dokonał wyboru grona DSPW na podstawie wyników konkursu prowadzonego zgodnie z zasadami określonymi w Regulaminie pełnienia funkcji Dealera Skarbowych Papierów Wartościowych z dnia 19 września 2013 r., trwającego od 1 października 2013 r. do 30 września 2014 r.

Tytuł Dealera Skarbowych Papierów Wartościowych na rok 2015 został przyznany następującym bankom (w kolejności odpowiadającej pozycji zdobytej w konkursie):

 DSPW2015
1  Bank Handlowy w Warszawie S.A.
2  BNP Paribas S.A.
3  ING Bank Śląski S.A.
4  Bank Zachodni WBK S.A.
5  HSBC Bank plc
6  PKO BP S.A.
7  Bank PEKAO S.A.
8  Société Générale S.A. Oddział w Polsce
9/10  Bank Millennium S.A.
9/10  Goldman Sachs International
11  Deutsche Bank Polska S.A.
12  Barclays Bank plc
13  mBank S.A.
14  Erste Group Bank AG
15  J.P. Morgan Securities plc

Komunikat MF dot. prac nad Rejestrem Dłużników Należności Publicznoprawnych

Ministerstwo Finansów informuje, że projekt założeń ustawy, który przewiduje utworzenie Rejestru Dłużników Należności Publicznoprawnych został uzgodniony.

W związku z doniesieniami medialnymi na temat Rejestru Dłużników Ministerstwo Finansów wyjaśnia, że projekt założeń zmiany ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, obejmujący utworzenie Rejestru Dłużników Należności Publicznoprawnych w wyniku dyskusji w ramach konsultacji z innymi resortami oraz partnerami społecznymi został uzgodniony i 17 października został przekazany do dalszych prac legislacyjnych.

W trakcie bezpośrednich spotkań wyjaśnionych zostało wiele wątpliwości,  poszukując przy tym jak najlepszych rozwiązań służących realizacji celów tego projektu. Głównymi celami utworzenia Rejestru są: zwiększenie poziomu dobrowolnego regulowania należności publicznoprawnych i przez to zmniejszenie ilości wszczynanych uciążliwych dla zobowiązanych egzekucji administracyjnych, a także dostarczanie informacji o wiarygodności płatniczej dłużników ujętych w Rejestrze.

Tym ma się zasadniczo różnić Rejestr Dłużników Należności Publicznoprawnych od rejestru dłużników niewypłacalnych w Krajowym Rejestrze Sądowym, który zawiera informacje o takich dłużnikach, wobec których egzekucja jest już bezskuteczna.

Wpis do rejestru dłużników nie nastąpi natychmiast od momentu np. spóźnienia się z wpłatą. Ten instrument  będzie stosowany po zakończeniu całego postepowania administracyjnego czy sądowego uwzględniając rozstrzygnięcia wydane w tych postępowaniach.

W wyniku wspólnych prac międzyresortowych oraz z udziałem partnerów społecznych  projekt założeń został zmieniony i uzupełniony także w kierunku zapewniającym właściwą ochronę prawa do prywatności osób indywidualnych, jak również zabezpieczenie systemu przed masowym przeszukiwaniem sieci w celu zdobycia informacji o zaległościach publicznoprawnych. Jednym z takich narzędzi zabezpieczających będzie dostępność do Rejestru wyłącznie  po zalogowaniu się do Portalu Podatkowego. Ponadto przyjęto jednakowe kryteria wyszukiwania dla wszystkich zainteresowanych podmiotów – zarówno urzędów publicznych, jak i osób indywidualnych: według numeru PESEL, NIP albo REGON.

Ministerstwo Sprawiedliwości pismem z dnia 8 października br., wniesionym już po konferencji uzgodnieniowej, uznało projekt za uzgodniony. Zmieniony i uzupełniony projekt założeń (link otwiera nowe okno w serwisie zewnetrznym) opublikowany został na stronie Rządowego Centrum Legislacji.

Ponad 45% pracujących Polaków nie otrzymuje w pracy benefitów

Prawie połowa z nas nie otrzymuje w pracy dodatkowych świadczeń – wynika z raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku”. Najczęściej oferowane benefity to prywatna opieka medyczna i ubezpieczenie na życie. Samochód służbowy czy karty przedpłacone to dobra wciąż przeznaczone tylko do wybranych.

Jak pokazuje raport Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku”, tylko 55% z nas otrzymuje benefity w pracy. Największą popularnością cieszą się te związane z naszym zdrowiem. Najrzadziej wręczane są z kolei dobra takie jak służbowy samochód czy karta pre-paid. W sferze naszych marzeń pozostają wciąż codziennie opłacony lunch czy karta na paliwo.

Zdrowie ponad wszystko

28% Polaków deklaruje otrzymywanie od pracodawcy prywatnej opieki medycznej – wynika z danych serwisu zarobki.pracuj.pl. W ramach tego świadczenia pracownik uprawniony jest do korzystania z usług prywatnych placówek medycznych nieodpłatnie bądź w niższej cenie. Ubezpieczenie na życie, zapewniające pracownikowi i jego rodzinie zabezpieczenie finansowe w przypadku utraty przez niego zdrowia lub życia, jest z kolei oferowane co piątemu respondentowi. Na zdrowie wpływa także kondycja fizyczna, dlatego 16% pracodawców oferuje podwładnym karnety sportowo-rekreacyjne, upoważniające do korzystania z usług oferowanych przez placówki sportowe oraz gabinety odnowy biologicznej.

Profity tylko dla wybranych?

O ile telefon komórkowy do celów prywatnych otrzymuje aż 18% pracujących Polaków, to posiadanie samochodu służbowego deklaruje jedynie 8% – pokazują dane serwisu zarobki.pracuj.pl. Przeważnie oznacza to możliwość dojazdu i powrotu z miejsca pracy do miejsca zamieszkania, jednak często też wykorzystywanie auta do innych celów. Jeszcze rzadziej niż samochód deklarowane są karty przedpłacone – możliwość korzystania z nich potwierdziło jedynie 3% badanych. Tę bezgotówkową formę płatności można wykorzystywać w punktach handlowych
i usługowych. Najrzadziej spotykanym benefitem są programy emerytalne, ich posiadanie deklaruje niecałe 3%Polaków.

Jakie benefity cenią sobie Polacy?

Jak pokazują dane z raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku”, najważniejsza dla pracowników jest prywatna opieka medyczna – tak zadeklarowało 42% pracujących Polaków. Na drugim miejscu (40%) stawiane jest ubezpieczenie na życie. Dane z serwisu zarobki.pracuj.pl pokrywają się z tym, co najczęściej oferują nam pracodawcy. Pierwszą trójkę najważniejszych benefitów zamykają świadczenia socjalne. Pomoc materialna, jakiej udziela pracodawca, może objawiać się wsparciem finansowym (zwrotnym lub bezzwrotnym) bądź pomocą materialną w postaci np. paczek żywnościowych, podręczników szkolnych czy odzieży. Najmniej istotne okazują się być kupony na usługi turystyczne – ważne tylko dla 7% pracujących Polaków, czy kupony na usługi kulturalne – wymieniło je 12% respondentów.

O czym wciąż możemy jeszcze tylko pomarzyć?

Jak pokazuje raport Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku” z pośród nietypowych benefitów największym, niespełnionym marzeniem pracujących Polaków pozostaje otrzymywanie od pracodawcy karty na paliwo – deklaruje tak 43% z nas. Kolejnym benefitem, o którym marzymy, jest voucher na wakacje (37%). Pierwszą trójkę zamykają z kolei karnety na wydarzenia kulturalne (30%). Wśród najczęstszych odpowiedzi znalazły się też codziennie opłacony lunch (19%) czy dofinansowanie przedszkola (23%).

Chociaż benefity odgrywają znaczącą rolę przy wyborze pracodawcy i warto zwracać na nie uwagę przy negocjowaniu warunków współpracy, na pierwszym miejscu stawiane są wciąż zarobki. Dla tych wszystkich, którzy nie wiedzą, jakie kwoty mogą otrzymać na swoim stanowisku albo starają się o podwyżkę, portal Pracuj.pl stworzył narzędzie, które ułatwi rozmowę z przełożonym o wynagrodzeniu. Serwis zarobki.pracuj.plumożliwia sprawdzenie, czy nasza pensja jest adekwatna zarówno do doświadczenia, jak i stanowiska.

Raport Pracuj.pl: „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych przez TNS na zlecenie Pracuj.pl w dniach 10-15 września 2014 r. na reprezentatywnej grupie pracujących Polaków (n=1000) oraz na podstawie danych z serwisu zarobki.pracuj.pl.

Drosed zamierza inwestować w produkcję mięsa z kaczki i gęsi oraz produkty gotowe do przyrządzenia na grillu

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz bardziej przekonują się do mięsa drobiowego, w tym roku zjedzą go już niewiele mniej niż wieprzowiny. Siedlecki Drosed zamierza skoncentrować się na rozwijaniu niszowych i jeszcze mało docenianych segmentów drobiowego rynku, takich jak mięso z kaczek i gęsi.

Jak prognozuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w tym roku Polacy zjedzą 37 kg wieprzowiny na osobę, czyli o ponad 5 kg mniej niż w 2010 roku. Jednocześnie prognozowane spożycie drobiu w 2014 roku to 30 kg, czyli o ponad 5 kg więcej niż przed czterema laty.

Na polskim rynku drobiowym dominują oczywiście kurczaki, jednak szanse na wzrost branża dostrzega w innych gatunkach zwierząt.

– Staramy się patrzeć bardziej w przyszłość i trochę urozmaicać klientowi asortyment – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Lewicki prezes zarządu Grupy Drosed. – Jeżeli chodzi o mięso, to nie inwestujemy aż tak dużo jak inni w ten podstawowy, mainstreamowy produkt, którym jest kurczak, bo tam jest olbrzymi przyrost, olbrzymi rynek i olbrzymia konkurencja.

Jak podaje Krajowa Rada Drobiarstwa, w 2013 roku w Polsce hodowano na mięso ponad 760 mln kur i zaledwie 26 mln indyków. Kaczych brojlerów było ponad 11 mln, a tuczonych gęsi – 6,6 mln. Jako ciekawostkę można też przytoczyć dane o hodowli 2 tys. strusi.

– Mamy w swoim portfolio bardzo dużo innego asortymentu – deklaruje prezes Lewicki. – Jesteśmy jednym z największych graczy w Polsce, największym dostawcą kaczki, jednym z dużych producentów gęsi. Staramy się urozmaicać portfolio o tyle, żeby dać klientowi szansę kupowania drobiu lepszej jakości.

Spożywając coraz więcej mięsa drobiowego, Polacy poszukują nie tylko niższych cen. Część konsumentów szuka nowych smaków i produktów z wyższej półki.

– Jest jeszcze olbrzymi potencjał w kaczce i gęsi – ocenia Jacek Lewicki. – Na razie mało sprzedaje się elementów z kaczki, ale to można zmienić. Jest to tylko kwestia pewnego dostosowania poziomu cenowego do potrzeb klienta.

Paradoksalnie potencjał można dostrzec też w masowo sprzedawanym w Polsce mięsie kurzym. Są klienci, którzy chcą jeść kurczaki lepszej jakości niż oferuje chów przemysłowy, i są za to gotowi zapłacić.

– Mamy też kurczaka lepszej jakości, kurczaka zagrodowego, który jest bardziej wyrafinowanym produktem mówi prezes grupy Drosed. – Można powiedzieć, że to jest dzisiaj jedyny produkt pakowany w mięsie drobiowym, który został zaakceptowany przez tradycyjną dystrybucję. Ma on markę, jest zapakowany, ma swoje dodatkowe wartości, lepsze mięso, przez dłuższy chów, przez pewną specyfikę tego chowu.

Najtrudniej, jak ubolewa prezes grupy Drosed, przekonać polskich konsumentów do mięs poddanych wstępnej obróbce. Produktów przyprawionych, przygotowanych na grilla czy do pieczenia.

– Mamy zatem olbrzymie pole do popisu, chociażby właśnie w takich daniach gotowych. To jest oczywiście śpiew przyszłości, ale pewnie kiedyś klient w końcu zaakceptuje ten trochę bardziej przetworzony produkt.

Sprzedaż detaliczna we wrześniu wzrosła o 2,4 proc. Realnie wzrost wyniósł ponad 3 proc. (prognoza)

CEO Magazyn Polska

Większość analityków uważa, że polska sprzedaż detaliczna we wrześniu wzrosła mocniej niż w sierpniu. Prognozują wzrost o 2,4-2,5 proc. Choć nie jest to imponujące przyspieszenie, na wynik wpływ miał spadek cen, czyli deflacja. Realnie wzrost jest wyższy.

– Wrześniowy odczyt powinien pokazać poprawę kondycji gospodarki i konsumpcji prywatnej. Spodziewam się przyspieszenia dynamiki do poziomu 2,4 z 1,7 w sierpniu, częściowo ze względu na korzystniejszy efekt kalendarzowy – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.

Pomimo dobrych prognoz wrześniowej sprzedaży detalicznej trzeba pamiętać, że dynamika wzrostu jest znacznie słabsza niż na przełomie roku, kiedy wynosiła około 5 proc., czy w lutym i kwietniu, gdy sięgnęła 7-8 proc.

– Natomiast trzeba zwrócić uwagę na to, że statystyki sprzedaży detalicznej i dynamika nominalna sprzedaży są zaniżone przez niską inflację, w zasadzie deflację na poziomie cen żywności i paliw. To powoduje, że w ujęciu nominalnym te dynamiki są mniejsze – podkreśla Grzegorz Maliszewski.

Jak mówi, w ujęciu realnym sprzedaż rośnie w tempie ponad 3-proc. i prawdopodobnie to tempo ulegnie przyspieszeniu również we wrześniu.

– W związku z tym rzeczywisty i realny poziom konsumpcji jest wyższy, niż wskazują na to wartości nominalne, a spadek inflacji i brak presji inflacyjnej powoduje, że konsumpcja realna i dochody realne gospodarstw domowych się zwiększają. W związku z tym jest większy potencjał do tego, żeby utrzymać się na ścieżce wzrostowej – ocenia główny ekonomista Banku Millennium.

Poziom sprzedaży detalicznej najbardziej obniżają w ostatnich miesiącach paliwa oraz samochody. Sprzedaż nowych aut spada, bowiem na początku roku istniała jeszcze możliwość, by kupować je na korzystniejszych zasadach podatkowych. Kto miał możliwość odliczenia podatku VAT, kupował samochód w I kwartale. Dziś kupujących w salonach motoryzacyjnych jest więc znacznie mniej.

– Natomiast ważne i pozytywne jest to, że rośnie sprzedaż produktów z kategorii dóbr trwałego użytku, czyli mebli, AGD i RTV mówi Grzegorz Maliszewski. – Po wyeliminowaniu tych najbardziej spadających komponentów, czyli aut i paliw, sprzedaż rośnie w ujęciu realnym o ponad 5 proc. W związku z tym to nie jest taki zły odczyt ,patrząc na pogarszający się sentyment w gospodarce polskiej i europejskiej.

W ocenie głównego ekonomisty Banku Millennium można oczekiwać, że sprzedaż dóbr trwałego użytku będzie w Polsce rosła także w kolejnych miesiącach.

670 mln zł pożyczek na rozwój miast w trzech województwach

CEO Magazyn Polska

Już ponad 80 projektów uzyskało za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego pożyczkę z europejskiego programu JESSICA. Inwestycje uzyskały wsparcie w wysokości 670 mln zł, ale łączna ich wartość jest znacznie większa. Program kładzie nacisk na funkcje społeczne inwestycji, dzięki czemu korzystają z nich wszyscy mieszkańcy miast. Jednym z projektów jest odbudowa warszawskiej Hali Koszyki.

Tylko pięć województw w Polsce zdecydowało się na wdrożenie takich inicjatyw, czyli wykorzystanie zwrotnych instrumentów finansowych do wspierania projektów miejskich. Trzy z nich to są partnerzy Banku Gospodarstwa Krajowego. Udało się sfinansować 82 fantastyczne projekty. Łączna wysokość wsparcia finansowego, jakie zostało udzielone w ramach programu JESSICA, opiewa na kwotę 670 mln zł, ale przy okazji własne środki wyłożyły też podmioty prywatne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Kacprzyk, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Obecnie w programie JESSICA we współpracy z BGK uczestniczą województwa wielkopolskie, mazowieckie oraz częściowo województwo pomorskie. Z innymi bankami współpracują województwa zachodniopomorskie i śląskie.

JESSICA to inicjatywa umożliwiająca uzyskanie pożyczki na preferencyjnych warunkach na inwestycje na terenach miejskich. Mogą się o nią ubiegać zarówno jednostki publiczne, jak i prywatni inwestorzy. Ważnym kryterium jest funkcja społeczna realizowanych inwestycji. Mogą one dotyczyć m.in. rewitalizacji obszarów miejskich, tworzenia placówek kulturalnych lub innych form poprawy przestrzeni miejskiej. Łącznie środki na realizację programu w Polsce to 256 mln euro (ponad 1 mld zł).

Inwestorzy stopniowo przekonywali się do finansowania zwrotnego w formie pożyczek JESSICA. Potrzebowali z pewnością przykładów, które zachęcałyby ich do tego, żeby nawiązywać współpracę z bankiem i aplikować o pożyczkę. Niewątpliwie Wielkopolska miała utrudnione zadanie, ponieważ był to pierwszy region – podkreśla Anna Gajewska, dyrektor Departamentu Programów Europejskich w BGK.

Dodaje, że łatwiej było w Pomorskiem i Mazowieckiem, gdzie inwestorzy czekali na uruchomienie programu z gotowymi projektami. W Wielkopolsce dominują inwestycje samorządowe, co według Gajewskiej wiąże się z charakterem realizowanych tam projektów – dotyczą one rewitalizacji miejskich przestrzeni publicznych, a także modernizacji szkół i obiektów kultury. Z kolei na Mazowszu spółki komunalne za pomocą środków z programu JESSICA realizują inwestycje z zakresu efektywności energetycznej.

Mówimy tutaj o bardzo różnych projektach w bardzo różnej skali. Ciekawym projektem jest na przykład akademik w Poznaniu, ale są też na przykład przestrzenie handlowo-usługowe. Te projekty rewitalizacyjne są z oczywistych powodów widoczne publicznie i powszechnie mogą być ocenione. Mniej być może widoczne, ale nie mniej ważne, są na przykład projekty termomodernizacyjne – wylicza Kacprzyk.

Innym dużym projektem realizowanym w ramach inicjatywy jest odbudowa warszawskiej Hali Koszyki. Projekt ma wartość ponad 300 mln zł, z czego 25 mln zł to pożyczka ze środków JESSICA. Realizuje go firma Griffin Real Estate.

Dzięki pożyczce udzielonej na warunkach preferencyjnych będziemy w stanie realizować wszystkie funkcje społeczne, które mieliśmy w planie w ramach realizacji hali. Pożyczka umożliwi nam jeszcze szersze przystosowanie tego projektu do potrzeb społecznych – zapowiada Dorota Wysokińska-Kuzdra, senior partner w Griffin Real Estate.

Wysokińska-Kuzdra podkreśla, że mimo różnych źródeł finansowania pożyczki JESSICA i kredytu komercyjnego z BGK procedury były bardzo proste. Dodaje, że dzięki programowi inwestorzy mogą przeprowadzić projekty, które nie miałyby szans na kredyt komercyjny.

Radosław Stępień, wiceprezes BGK ocenia, że samorządy są coraz lepiej przygotowane do pozyskiwania pożyczek z inicjatywy JESSICA. Zwrotny model finansowania może być coraz popularniejszy.

Ten model finansowania – nie dotacjami, lecz właśnie pożyczkami – się sprawdza – zapewnia Radosław Krawczykowski z Wielkopolskiego Urzędu Marszałkowskiego. ‒ Liczymy na to, że po 2020 roku, kiedy środki unijne się skończą, uda się poszczególnym województwom wygenerować takie kwoty, które pozwolą na to, żeby w przyszłości dalej finansować ciekawe projekty.

J. Steinhoff: SKOK-i to istotny element polskiego systemu finansowego. Nadzór nad nimi powinien być racjonalny

CEO Magazyn Polska

Trwają Narodowe Konsultacje dotyczące roli polskiej bankowości spółdzielczej. Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki, jest przekonany, że SKOK-i powinny dalej funkcjonować w Polsce, a nadzór Komisji Nadzoru Finansowego nad nimi powinien być tak skonstruowany, by wzmacniać dobrze funkcjonujące kasy.

Uważam, że bankowość spółdzielcza jest bardzo istotnym i racjonalnym mechanizmem funkcjonującym w polskiej gospodarce – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. ‒ Mam nadzieję, że wszelkie regulacje będą uwzględniały z jednej strony specyfikę bankowości spółdzielczej, z drugiej strony będą właściwie zabezpieczały interesy ludzi, którzy w instytucjach spółdzielczych lokują swoje oszczędności.

Bankowość spółdzielcza, czyli SKOK-i, ma w Polsce długą tradycję. Pierwsze instytucje tego typu powstały już w okresie międzywojennym. Od banków różnią się tym, że każdy z depozytariuszy staje się równocześnie akcjonariuszem kasy. Podobne instytucje funkcjonują w ok. 100 krajach świata, a popularność zyskują m.in. w Stanach Zjednoczonych. Od dwóch lat SKOK-i objęte są kuratelą Komisji Nadzoru Finansowego.

Zgodnie z danymi SKOK w czerwcu br. funkcjonowało w Polsce niemal 1,9 tys. oddziałów kas, które miały ponad 2,6 mln członków. Ich łączne depozyty sięgały 17 mld zł, a aktywa – 18,2 mld zł.

Pozycja SKOK-ów jest jednak niepewna, bo część z kas ma problemy finansowe. Jedna z nich, SKOK Wspólnota, niedawno ogłosiła upadłość, ale depozyty członków były bezpieczne – ok. 900 mln zł zostało wypłacone z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Sektor SKOK-ów nie jest jednak jednolity: są kasy małe o niewielkich aktywach, które nie mają dużego udziału w całym sektorze, są też kasy duże, koncentrujące większy udział. Z danych z I półrocze wynika, że największe SKOK-i w Polsce odnotowały dobre wyniki. SKOK Stefczyka podał, że od stycznia do czerwca wypracował ponad 15 mln zł zysku. Z kolei wynik SKOK-u Wołomin za ten okres to 32,6 mln zł zysku, a wskaźnik wypłacalności na dzień 30 czerwca to 7,99 proc.

Zastanawiając się na przyszłością SKOK-ów w polskim sektorze finansowym, środowiska związane z bankowością spółdzielczą zainicjowały akcję Narodowe Konsultacje, w których wszyscy mogą wyrazić swoje zdanie na temat miejsca kas w polskim systemie finansowym

Oczywiście świadomość obecnego stanu musi uwzględniać to, że po pierwsze potrzebny jest racjonalny nadzór nad tą bankowością, a po drugie bezpieczeństwo depozytów musi być zapewnione – podkreśla Steinhoff. ‒ Mam nadzieję, że bankowość spółdzielcza będzie się w Polsce rozwijała i że będziemy mieli spółdzielczość finansową na miarę doświadczeń na przykład Republiki Federalnej Niemiec, gdzie to świetnie funkcjonuje.

Steinhoff dodaje, że potrzebny jest kompromis w zakresie regulacji i nadzoru nad bankowością, także spółdzielczą. Jego zdaniem prawo i KNF nie mogą paraliżować działalności instytucji finansowych i muszą zezwalać na pewien stopień ryzyka, muszą jednak chronić też interes depozytariuszy.

Spada koszt kredytów i oprocentowanie depozytów. Oprocentowanie powyżej 3 procent już wkrótce będzie rzadkością

CEO Magazyn Polska

Stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego są rekordowo niskie, a wiele wskazuje na to, że październikowa obniżka nie jest ostatnią w tym cyklu. Spadek oprocentowania kredytów cieszy klientów, mniej – niższe zyski z depozytów. Choć przedstawiciele banków przekonują, że wciąż jest to bardzo atrakcyjny instrument do oszczędzania, to banki i tak będą musiały powalczyć o pieniądze klientów nowymi produktami.

Po ostatniej decyzji Rady Polityki Pieniężnej od 9 października stopa referencyjna NBP spadła z 2,5 do 2 proc., stopa lombardowa – z 4 do 3 proc., zaś stopa redyskontowa – z 2,75 do 2,25 proc.

To oznacza, że maksymalne oprocentowanie kredytów też zostało dosyć radykalnie obniżone – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ireneusz Wojciechowski, członek zarządu Toyota Bank Polska. – Oprocentowanie kredytów jest dziś chyba najniższe w historii. To powinno zachęcić konsumentów do ich zaciągania.

Decyzja RPP ma spowodować, że na rynek trafi więcej pieniędzy, bo potanieją kredyty, ceny zaczną rosnąć, a firmy – więcej zarabiać. Konsumenci i przedsiębiorcy otrzymali sygnał, że czas zacząć wydawać pieniądze na zaspokajanie własnych potrzeb lub inwestycje. Zwiększone wydatki powinny pobudzić wzrost gospodarczy w kraju. To zaś oznacza słabszy czas dla oszczędzających. Obok tanich kredytów decyzja Rady przyniosła również obniżkę oprocentowania depozytów.

Większość banków została zmuszona do tego, aby skorygować dość wysokie oprocentowanie lokat terminowych – mówi Ireneusz Wojciechowski. – Wydaje mi się, że oprocentowanie powyżej 3 procent, które jeszcze widzimy, lada chwila powinno zniknąć z ofert banków.

Banki będą więc musiały w inny sposób walczyć o oszczędności Polaków. Jak informuje Wojciechowski, Toyota Bank Polska proponuje swoim klientom konto oszczędnościowe oparte na indeksie stóp procentowych, konkretnie na stawce WIBOR. Jego zdaniem oszczędzający w ten sposób skorzystają na zapowiadanym trendzie, który zakłada, że po fali obniżek w niedługim okresie rozpocznie się cykl podwyżek.

Są pierwsze takie głosy za oceanem, na Wyspach Brytyjskich – banki centralne tych krajów myślą o tym, by w niedługim czasie zacząć podnosić stopy. To przełoży się na globalną gospodarkę finansową i w efekcie my też znajdziemy się prędzej czy później w środowisku rosnących stóp procentowych – ocenia Ireneusz Wojciechowski. – Oprocentowanie naszego konta aktualizowane jest i będzie co kwartał i bazuje na stawce WIBOR. Oprocentowanie końcowe to składowa stawki WIBOR 3M z końca kwartału wraz z dodaną do niego marżą na poziomie 0,25 pkt proc. Dziś klient w Toyota Bank Polska otrzymuje oprocentowanie na poziomie 3,15 proc.

Zdaniem Wojciechowskiego ze względu na przewidywalność stopy zwrotu lokaty bankowe wciąż pozostaną atrakcyjną alternatywą dla rynku akcji czy funduszy. Choć oprocentowanie lokat nominalnie wydaje się mało atrakcyjne, bo najniższe w historii, faktycznie nie jest takie złe, gdy uwzględni się spadające w ostatnich miesiącach ceny.

– Jest to klasyczna psychologia liczb – uważa członek zarządu Toyota Bank Polska. – Musimy przyzwyczaić się do tego, że jesteśmy w najniższym w ostatnim 20-leciu środowisku stóp procentowych w Polsce i klienci muszą zaakceptować tę sytuację. Lokaty, których realny zysk dzisiaj oscyluje w granicach 2 pkt proc., zestawione z poziomem deflacji w ostatnich miesiącach dają bardzo wysoką realną stopę procentową.

KGHM z najlepszym raportem rocznym. Przedstawiciele firmy odebrali dwie nagrody: Best of the Best i za wartość użytkową raportu

CEO Magazyn Polska

KGHM Polska Miedź to jedna z pierwszych firm, która opublikowała zintegrowany raport roczny. W raporcie za ubiegły rok uwzględniono nie tylko aspekty finansowe, lecz także informacje o działalności dodatkowej: CSR, ochronie środowiska i relacjach ze społecznością. – To zarówno przynosi korzyści wizerunkowe, jak i poprawia komunikację z interesariuszami – podkreślają przedstawiciele firmy.

Przedstawiamy nie tylko dane finansowe, lecz także informujemy o tym, co ważnego dzieje się w firmie: jak wygląda działalność na różnych polach, nie tylko tych podstawowych, związanych z działalnością wytwórczą – przekonuje Marek Bestrzyński, dyrektor naczelny centrali KGHM Polska Miedź SA. – Produkcja metali nieżelaznych jest dla nas kluczowa. Ale ważne jest także szerokie spektrum działalności dodatkowej, jaką jest społeczna odpowiedzialność biznesu, ochrona środowiska i relacje ze społecznością, również lokalną.

Zintegrowany raport ma na celu nie tylko przekazać w prosty sposób wszystkie dane finansowe, lecz także budować platformy komunikacji z interesariuszami (podmiotami w różny sposób zaangażowanymi w działalność koncernu). Koncern stara się prezentować w taki sposób swoje sprawozdania, aby docierały one do jak najszerszego grona odbiorców.

Obok formy papierowej, do której odbiorcy mają jednak ograniczony dostęp, publikujemy raport w postaci elektronicznej – tłumaczy Ludmiła Mordylak. – Ta wersja na pewno dociera szerszego grona zarówno analityków, jak i osób potencjalnie zainteresowanych naszą firmą, choćby inwestorów i drobnych akcjonariuszy, którzy śledzą nasze wyniki.

Firma nie wyklucza tego, że w przyszłości będzie publikować raporty już tylko w wersji elektronicznej.

KGHM jest jedną z pierwszych firm, które zdecydowały się na publikację takiego raportu. W innych krajach są one bardziej popularne. Zintegrowany raport roczny KGHM Polska Miedź SA został nagrodzony w tegorocznej, organizowanej już po raz dziewiąty przez Instytut Rachunkowości i Finansów edycji konkursu „The Best Annual Report 2013”. Celem rywalizacji jest promowanie raportów rocznych o największej wartości użytkowej dla akcjonariuszy i inwestorów, czyli takich, na podstawie których można podejmować decyzje inwestycyjne przy stosunkowo minimalnym ryzyku.

Raport został bardzo dobrze odebrany, o czym świadczy nagroda i wyróżnienie, które traktujemy jako bodziec do dalszej pracy, poszukiwań, doskonalenia – mówi Bestrzyński. – Będziemy się starać prezentować raporty w jeszcze lepszej postaci i formule bardziej czytelnej dla odbiorcy końcowego. Jest to wartość sama w sobie, bo ona powoduje, że rozwijamy się i zdobywamy doświadczenie. Dopiero uczymy się raportowania zintegrowanego, ale wysoko ustawiliśmy sobie poprzeczkę.

Farmio, producent jaj bez GMO, zajmie się produkcją mięsa z kurczaków. Drób będzie hodowany bez antybiotyków

CEO Magazyn Polska

Farmio, producent jaj kurzych, stawia na produkcję, w której nie używa się środków modyfikowanych genetycznie (GMO) ani antybiotyków. Przedsiębiorstwo w swojej działalności nie zamierza się ograniczać tylko do jaj. Obecnie wprowadza na rynek mięso drobiowe, a w kolejce czekają inne artykuły spożywcze.

Jak wynika z danych Krajowej Rady Drobiarstwa i Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, w ubiegłym roku wyprodukowano 9 mld jaj konsumpcyjnych, czyli o około 6 proc. (pół miliarda) więcej niż w 2012 roku, co stanowiło blisko 8 proc. produkcji Unii Europejskiej.

Jak zauważa Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu i dyrektor zarządzający firmy Farmio, rynek jaj to jedna z kategorii produktów spożywczych, w której dotychczas marki praktycznie nie istniały lub nie miały znaczenia.

Stąd też wzięła się nasza decyzja o tym, by najpierw wejść w tę kategorię. Była to dobra platforma do tego, by wśród konsumentów wykreować świadomość nowej marki spożywczej – przekonuje Artur Węgłowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Rynek jaj konsumenckich, jak informuje wiceprezes zarządu spółki Farmio, jest wart obecnie około 3 mld zł rocznie. Jest to wartość nieobejmująca rynku B2B (dla przedsiębiorstw segmentu HoReCa, czyli hoteli, restauracji i cateringu).

Rynek jest niestabilny, od kilku lat spożycie jaj w Polsce spadało – zauważa Węgłowski. – W ostatnim roku nastąpiła stabilizacja, a nawet lekkie drgnięcie do góry pod względem spożycia per capita. Mamy więc dużo do zrobienia w kwestii pobudzenia tej kategorii.

Pod względem wielkości produkcji Polska jest szóstym producentem w UE, po Francji (14 proc.), Hiszpanii, Niemczech, Włoszech (po 11 proc.) i Wielkiej Brytanii (wytwarzającej mniej więcej podobne ilości jaj co Polska).

– Spożycie ich przez statystycznego Polaka jest jednak dużo mniejsze niż w innych krajach Europy Zachodniej – twierdzi Węgłowski. – Państwo nic nie robi w zakresie informowania konsumentów o walorach jaj, które są przecież doskonałym posiłkiem.

Spółka Farmio, jak informuje jej wiceprezes, nie zamierza ograniczać działalności do rynku jaj konsumpcyjnych.

Farmio to rodzina produktów, która będzie występować w wielu kategoriach – zapowiada Węgłowski. – W tym momencie wprowadzamy na rynek polski mięso drobiowe. Nie jest to jednak nasze ostatnie słowo. Kolejka pomysłów i projektów w różnych kategoriach jest długa. Docelowo chciałbym, aby konsument mógł spotkać w sklepie produkty Farmio w bardzo wielu miejscach.

Spółka chce się specjalizować w sprzedaży produktów spożywczych wysokiej jakości. Marka jest i będzie obecna w szerokiej sieci dystrybucji, więc istotne jest dla niej zapewnienie powtarzalności jakości sygnowanych nią artykułów.

Dwa koncepty stanowią wartość dodaną dla konsumenta – informuje Węgłowski. – Pierwszym jest to, że karmimy nioski czy brojlery paszą wolną od GMO. Temat jest w Polsce nowy. Konsumenci w dużych miastach bardziej zastanawiają się nad tym, co jedzą, bo świadomość zjawiska modyfikacji genetycznych jest większa. Natomiast w małych miejscowościach jest ona wciąż dużo niższa.

Drugą wartością jest wyeliminowanie z procesu produkcji antybiotyków. W rezultacie sygnowane marką firmy artykuły są praktycznie ich pozbawione.

To jest trudne, ale da się to osiągnąć – przekonuje Artur Węgłowski. – Swego czasu rząd holenderski sponsorował projekt chowu bezantybiotykowego. Współpracowałem wtedy z holenderskimi hodowcami i weterynarzami, którzy przynieśli to know-how do Polski. Wprowadzili te zasady w naszej firmie i u naszych współpracowników, dlatego teraz robimy to już tylko w ten sposób. Nadmienię, że w przypadku mięsa przestrzeganie takich standardów to w ogóle unikalna sprawa.

Jak podkreśla, w Polsce użycie antybiotyków należy do najwyższych w UE – wynosi 520 ton rocznie i wciąż rośnie. Na rynku spożywczym jest w związku z tym wiele kategorii produktów, w których pozycjonowaniu cena odgrywa kluczową rolę.

Właśnie te kategorie są dla nas najbardziej interesujące, tam chcemy wprowadzić naszą markę i jej wartości dodane – mówi Węgłowski. – Ale jest także bardzo wiele do zrobienia po stronie wzrostu w ogóle całych kategorii. Świadomość spożywania jaj to obszar, który jest rzadko dotykany. Mało mówi się o tym, jak dobre jest to pożywienie. Będziemy wiele robić w zakresie PR-u, żeby podnosić wartość tej kategorii. Ale interesuje nas także budowanie świadomości firmy w innych, głównie pozbawionych marki rodzajach produktów.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 października 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 22 października 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Przedsiębiorcy nadużywają praw pracowniczych

Od 1 stycznia do 31 sierpnia br. inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy przeprowadzili blisko 16 tysięcy kontroli podczas których stwierdzili nieprawidłowości dotyczące czasu pracy. Prawie jedna trzecia z nich dotyczyła ewidencjonowania czasu pracy. Eksperci zwracają uwagę na to, że nadużycia można byłoby zminimalizować, gdyby w firmach zautomatyzowano tworzenie harmonogramów czasu pracy.

W okresie od stycznia do sierpnia br. inspektorzy pracy przeprowadzili łącznie 15,7 tys. kontroli podczas których stwierdzili nieprawidłowości dotyczące czasu pracy. W związku z nimi skierowali do pracodawców ponad 30,1 tys. wniosków w wystąpieniach, wydali 571 poleceń ustnych, a także wydali 862 decyzje na mocy przepisów ustawy o transporcie drogowym.

Papier sprzyja nadużyciom

Nieprawidłowości najczęściej dotyczyły nieustalenia w umowie o pracę liczby „ponadwymiarowych” godzin pracy za które pracownikowi przysługuje dodatek do wynagrodzenia (16% wniosków w wystąpieniach). Mowa tutaj o pracownikach zatrudnionych w niepełnym wymiarze czasu pracy. Liczne uchybienia stwierdzono także w obszarze ewidencji czasu pracy: nieprowadzenia jej w ogóle lub prowadzenia ewidencji w sposób nierzetelny (odpowiednio 9 i 15% wniosków) oraz nieokreślania w układzie zbiorowym pracy, regulaminie pracy lub obwieszczeniu systemów czasu pracy (12% wniosków). Najwięcej naruszeń przepisów o czasie pracy ujawniono w mikroprzedsiębiorstwach zatrudniających od 1 do 9 pracowników (55%) oraz w zakładach o zatrudnieniu od 10 do 49 pracowników (30%).

– Problem dotyczy przede wszystkim małych i średnich firm, które jeszcze się nie zinformatyzowały i nie wdrożyły systemów nadzorujących tworzenie harmonogramów czasu pracy. Część takich przedsiębiorstw wciąż korzysta z archaicznej, papierowej listy obecności. W sytuacji gdy przepisy permanentnie zmieniają się, nie da się sprawnie zarządzać harmonogramami pracowniczymi, nie posiłkując się narzędziami IT. Widać to zwłaszcza w firmach handlowych, które w godzinach szczytu zwiększają na kilka godzin zatrudnienie. Tam stworzenie planu pracy zgodnie z przepisami jest bardzo skomplikowane. – tłumaczy Wojciech Mularski z firmy BPSC specjalizującej się w doradztwie informatycznym i HR.

Zarząd często nie zna skali problemu

Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że przepisów nie przestrzegają  także większe firmy, które posiadają już systemy kadrowo-płacowe. Powód?  Zdaniem inspektorów, część przedsiębiorców łamie prawo świadomie, by obniżać koszty prowadzenia działalności. PIP zwraca jednak również uwagę na niedostateczną znajomość regulacji prawnych, których stosowanie często wymaga posiłkowania się orzecznictwem Sądu Najwyższego a także na brak należytej staranności przy prowadzeniu dokumentacji.

– Problem polega na tym, że systemy kadrowo-płacowe funkcjonują często w oderwaniu od reszty przedsiębiorstwa. To skutkuje tym, że kadra kierownicza nie ma dostępu do bieżących informacji na temat harmonogramów czasu pracy i niekiedy nie zdaje sobie sprawy z nieprawidłowości. tłumaczy  Wojciech Mularski z BPSC. Jego zdaniem problem można byłoby zminimalizować wdrażając systemy do zarządzania czasem pracy.  Analizują one nie tylko to czy pracodawca układając harmonogram respektuje 11-godzinną przerwę w pracy, prawo do 35-godzinnego ciągłego tygodniowego odpoczynku czy co 4 wolnej od pracy niedzieli. – Mogą też optymalizować koszty pracy podpowiadając czy bardziej opłaca się zatrudnić pracownika tymczasowego, czy też wypłacić nadgodziny „etatowcowi”.  – przekonuje Wojciech Mularski.

Transport, przemysł i handel na czarnej liście

Według ostatnich danych PIP nieprawidłowości dotyczące czasu pracy występują głównie w takich branżach jak handel i naprawy, przetwórstwo przemysłowe, gospodarka magazynowa oraz transport. Problem dostrzegają też sami przedsiębiorcy.

 – W branży transportowej wielu przewoźników nie stosuje się do przepisów o czasie pracy, bo łamiąc prawo, zmniejszają oni w ten sposób koszty działalności. To obok przeładowanych samochodówi zaniżania stawek, jeden z największych grzechów branży – przyznaje Karolina Gil z firmy Pall-Ex Polska, która od lat zwraca uwagę na potrzebę poprawy standardów w branży transportowej. Jej zdaniem winę za taki stan rzeczy ponoszą nie tylko właściciele firm, ale także ci klienci, dla których jedynym kryterium wyboru przewoźnika pozostaje cena.  – Presja jest czasami tak duża, że przepisy obchodzą także te firmy, które do tej pory skwapliwie ich przestrzegały. – mówi Karolina Gil.

Na nieprawidłowości w obszarze tworzenia harmonogramów pracy Państwowa Inspekcja Pracy zwracała uwagę już wielokrotnie. W kwietniu br. informowała, że na 433 kontrole przestrzegania przepisów o czasie pracy w zakładach różnych branż, w 231 przypadkach pracodawcy w ogóle nie prowadzili harmonogramów, w 116 tworzyli je nieprawidłowo a w 100 nie przekazali pracownikom harmonogramu w terminie.

 

Ceny mieszkań i sprzedaż jak w boomie z 2007 roku

Mieszkania deweloperskie sprzedają się na pniu, pomimo że wchodzi ich teraz na rynek więcej

Sprzedaż nowych mieszkań idzie deweloperom ostatnio bardzo dobrze. Dlatego też w ofercie rynkowej zmniejsza się ilość lokali oddanych do użytku. W Warszawie na koniec września br. deweloperzy mieli wystawionych do sprzedaży ponad 3,6 tys. gotowych mieszkań, o ok. 600 mniej niż kwartał wcześniej. Z każdym miesiącem ich liczba maleje. Ukończony lokal to teraz co piąte mieszkanie ze stołecznej oferty deweloperskiej, oblicza firma Reas.

Podobnie jak w innych dużych miastach, na warszawski rynek deweloperzy wprowadzają obecnie wiele nowych projektów. W ciągu ostatniego kwartału stołeczna oferta wzrosła o 8,7 proc. Od początku lipca do końca września br. w sześciu największych miastach (w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu, Poznaniu i Łodzi) firmy wystawiły do sprzedaży 13,5 tys. mieszkań. W większości miast oferta nowych mieszkań zwiększyła się o kilka procent.

Podobnie jak w Warszawie, w innych aglomeracjach także zmalała liczba gotowych mieszkań oczekujących na nabywców. W ciągu roku ich pula w sześciu największych miastach w kraju stopniała o jedną piątą. Teraz w głównych ośrodkach miejskich niemal co czwarte mieszkanie deweloperskie można kupić i od razu odebrać do niego klucze.

W sumie w największych sześciu miastach jest teraz do nabycia 47,6 tys. nowych mieszkań. To wciąż znacznie mniej niż w rekordowym pod tym względem 2007 roku, kiedy na rynku deweloperskim było w sprzedaży ok. 54 tys. mieszkań.

Sprzedaje się niemal tyle mieszkań, ile wchodzi na rynek

Oferta deweloperska rośnie już drugi kwartał z rzędu, ale wyniki sprzedaży również są bardzo dobre. W ciągu ostatniego kwartału w wymienionych wyżej miastach nabywców znalazło 10 tys. mieszkań deweloperskich. Z tego ponad 4 tys. lokali sprzedało się w Warszawie, oblicza Reas.

Większa ilość wprowadzanych na rynek projektów to odpowiedź deweloperów na utrzymujący się od roku wyraźnie większy popyt na mieszkania. W ostatnich czterech kwartałach sprzedano w głównych aglomeracjach o prawie 19 proc. mieszkań więcej (blisko 42,7 tys. lokali) niż w rekordowym dotychczas 2007 roku. W tym samym okresie na rynek weszło ok. 44,8 tysiąca mieszkań. Popyt niemalże zrównoważył zatem podaż.

Świetne wyniki sprzedaży, jakie w tym roku odnotowują firmy deweloperskie to zasługa niskiego oprocentowania kredytów, a także dopasowanej do oczekiwań klientów oferty rynkowej. Od października zainteresowanie zakupem mieszkań ma szansę jeszcze wzrosnąć także dzięki większej dostępności ofert, które obejmuje teraz program dopłat do kredytów Mieszkanie dla Młodych.

Impulsem do podjęcia decyzji o kupnie mieszkania  jeszcze przed końcem bieżącego roku jest też niższy obowiązkowy wkład własny do zaciąganego kredytu, który od stycznia 2015 roku wzrośnie do 10 proc. Jeszcze tylko do końca tego roku można pożyczyć od banku 95 proc. wartości mieszkania, od nowego roku trzeba będzie mieć 10 proc. zgromadzonych środków własnych.

W Warszawie od 4,5 tys. do 50 tys. zł za metr

A jak zachowują się ceny mieszkań? Dobra koniunktura utrzymująca się na rynku nowych mieszkań nie przyniosła na razie widocznych ruchów cen. Nowe projekty wyceniane są podobnie jak poprzednie. W większości miast ceny mieszkań deweloperskich są stabilne. Tylko w Poznaniu widać lekki wzrost średnich stawek, informuje Reas. Ze względu na wzrost oferty rynkowej, analitycy nie prognozują w najbliższym czasie wyraźnych podwyżek stawek.

Ze względu na strukturę dostępnych mieszkań wiele osób decyduje się teraz na zakup lokali w inwestycjach będących na wczesnym etapie budowy. Wzięcie mają nawet mieszkania w projektach, w których prace budowlane jeszcze nie ruszyły. Wtedy nabywcy mogą liczyć na niższe ceny.

Klienci są dziś dobrze przygotowani do zakupu mieszkań. Potrafią szybko ocenić jakość ofert i porównać stawki w konkurencyjnych projektach i nie zawsze wybierają najniżej wycenione inwestycje. – Firmy projektują teraz coraz ciekawsze inwestycje i starają się oferować mieszkania w atrakcyjnych rynkowo cenach.  Na białołęckim osiedlu Tarasy Dionizosa mamy w tej chwili mieszkania w cenie od 5500 zł/mkw. Biorąc pod uwagę lokalizację projektu przy lesie, podwyższony standard oddawanych mieszkań i budynków oraz aranżację części wspólnych to dobra oferta i nasi klienci o tym wiedzą. Wybierają lepszą jakość życia, a nie najtańsze mieszkania w dzielnicy, mając świadomość, że wiążą się z danym miejscem na długo – wyjaśnia Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa SA.

W podstawowym standardzie w odległych rejonach warszawskiej Białołęki znajdziemy mieszkania wycenione nawet poniżej 5 tys. zł/mkw. Podobne ceny obowiązują również w Wesołej i Rembertowie.

Więcej mieszkań z dopłatą

Na warszawskiej Woli za metr nowego mieszkania musimy zapłacić co najmniej 7 tys. zł. Analitycy oceniają, że w tej dzielnicy będzie niebawem drożej, bo na tzw. bliskiej Woli rośnie centrum biznesowe, w którym zatrudnionych ma być nawet 15 tys. osób.

W Wilanowie ceny mieszkań deweloperskich zaczynają się od 6,5 tys. zł za metr, a w rozbudowujących się obecnie przemysłowych rejonach Żoliborza – na tzw. Nowym Żoliborzu znajdziemy nowe mieszkania w kwocie od 7,5 tys. zł/mkw.

W cenie do 6583 zł za mkw., tj. kwalifikującej mieszkanie do dopłaty w programie Mieszkanie dla Młodych mieszczą się w tej chwili prawie wszystkie lokale w inwestycjach zlokalizowanych na Białołęce. MdM obejmuje też dużą część ofert w inwestycjach znajdujących się na warszawskim Bemowie, w Ursusie, czy w Wawrze.

Należy zaznaczyć też, że część stołecznej oferty deweloperskiej skierowana jest do innego klienta, niż mieszkania powstające w większości inwestycji w mieście. W prestiżowych stołecznych lokalizacjach jak Powiśle, stary Mokotów, czy w ekskluzywnych projektach w Śródmieściu mieszkania wycenione są niewspółmiernie wyżej. Od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych za metr. Rekordowa wycena  w jednym z warszawskich apartamentowców sięga 50 tys. zł/mkw.

Stosunek Polaków do wprowadzenia euro w październiku

W październiku ponad 76 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników wzrósł o 1 punkt proc. Obecnie 38 proc. Polaków jest zdecydowanie przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 38 proc.

Odsetek zwolenników przyjęcia euro spadł w porównaniu do pomiaru wrześniowego o 3 punkt proc. Obecnie jest ich łącznie nieco ponad 18 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 3 proc., 15 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro.

Jedynie 6 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do 80 proc. Nieco mniej przeciwników wprowadzenia euro jest jedynie wśród grup respondentów młodszych do 29 roku życia (około 60 proc.).

Preferencje polityczne respondentów także nie wpływają na polaryzację opinii na temat wprowadzenia euro. Wysokie odsetki przeciwników przyjęcia euro występują wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań, nieco liczniej występują oni wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (79 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (68 proc.).

Bank Millennium: bezrobocie we wrześniu wyniosło 11,5 proc. Nie musi to jednak oznaczać wzrostu liczby miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie we wrześniu z dużym prawdopodobieństwem po raz kolejny spadło. Zdaniem analityków Banku Millennium wyniosło 11,5 proc. wobec 11,7 proc. w sierpniu. Nie musi to jednak oznaczać rzeczywistego wzrostu popytu na pracę. Statystyki zaburzane są przez działania Urzędów Pracy, które mogą wykluczać z rejestru bezrobotnych, mimo że nie znaleźli oni zatrudnienia. Nowe miejsca pracy powinny powstawać w firmach sprzedających za granicą. Spadek koniunktury w Niemczech może jednak wyhamować tempo poprawy na rynku zatrudnienia.

Według Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w sierpniu br. wyniosła 11,7 proc. wobec 11,8 proc. miesiąc wcześniej, po korekcie. Odnotowano wtedy spadek liczby bezrobotnych i stopy bezrobocia zarówno w ujęciu rocznym, jak i miesięcznym. Mniejsza niż miesiąc wcześniej i przed rokiem była liczba bezrobotnych nowo zarejestrowanych, jak i wyrejestrowanych z urzędów pracy.

Bezrobocie we wrześniu prawdopodobnie spadnie, taki jest też szacunek przedstawiony przez ministra pracy i polityki społecznej – informuje Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Można spodziewać się odczytu za wrzesień na poziomie 11,5 proc. Ocenić go należy pozytywnie, ponieważ byłby to pierwszy od 2008 roku spadek stopy bezrobocia w tym miesiącu. Sytuacja na rynku pracy statystycznie zatem się poprawia.

Tak wyraźny spadek stopy bezrobocia niekoniecznie jednak – zdaniem Maliszewskiego – musi wiązać się ze wzrostem zatrudnienia i rzeczywistą, realną poprawą na rynku pracy.

Trzeba mieć na uwadze to, że statystyki zatrudnienia rejestrowanego zaburzane są przez działania Urzędów Pracy, które mogą wykluczać z rejestru bezrobotnych, mimo że nie znaleźli oni zatrudnienia – tłumaczy Maliszewski. – W związku z tym, o ile trend poprawy na rynku pracy jest widoczny, to jego skala niekoniecznie musi wiązać się [jeden do jednego] ze skalą spadku stopy rejestrowanego bezrobocia.

Nowe miejsca pracy – zdaniem głównego ekonomisty Banku Millennium – powinny się pojawić w przedsiębiorstwach, które dużą część produktów lub usług sprzedają za granicą.

Eksporterzy ciągle wykazują wzrosty, zwiększają zatrudnienie i realizują inwestycje, bo działają na wysokim wykorzystaniu mocy wytwórczych – argumentuje Grzegorz Maliszewski. – W związku z tym, żeby dalej produkować i realizować zamówienia, muszą podnosić wydajność i zatrudnienie. Produkcja mebli, AGD i RTV czy urządzeń elektrycznych to obszary, w których wciąż widać wzrost zapotrzebowania na pracę.

Według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego w okresie od stycznia do sierpnia br. udział Niemiec w polskim eksporcie wzrósł o 0,8 pkt, do 25,9 proc., w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku. W związku z tym – zdaniem Grzegorza Maliszewskiego – niemiecka gospodarka nadal będzie pośrednio wpływała na poziom bezrobocia w Polsce.

Z tego też powodu możliwy jest niższy odczyt wzrostu gospodarczego i jego prognozy na przyszły rok, a jeśli tak rzeczywiście się stanie, to także tempo poprawy sytuacji na rynku pracy i spadku stopy bezrobocia będzie mniejsze – zauważa Maliszewski. – Aczkolwiek trzeba też mieć na uwadze to, że polskie firmy, poza Niemcami, aktywnie szukają nowych rynków zbytu. Jeśli będzie dekoniunktura u naszego zachodniego sąsiada i mniejsza sprzedaż na rynek niemiecki, to polskie przedsiębiorstwa prawdopodobnie będą szukały innych rynków zbytu. Przełożenie koniunktury za Odrą na krajowy rynek pracy powinno być wtedy mniejsze.

Zdaniem analityka państwo ma instrumenty, za pomocą których może efektywnie regulować poziom bezrobocia.

Większe środki z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej na walkę z bezrobociem ewidentnie oznaczają niższe jego poziomy – przekonuje Maliszewski. – Więcej osób jest wyrejestrowanych, ponieważ znajduje prace subsydiowane, czy też jest kierowana na szkolenie i inne formy przeciwdziałania bezrobociu. Rząd może też wspierać gospodarkę jako całość, czyli pobudzać popyt krajowy, zwiększając na przykład transfery socjalne. Chociażby planowana w przyszłym roku wyższa niż zakładano waloryzacja będzie miała dobry wpływ na popyt konsumpcyjny. W związku z tym przedsiębiorstwa będą miały więcej możliwości kreacji nowych miejsc pracy.

Obsługa prawna dla małych firm

0

Małe firmy funkcjonują w obrocie gospodarczym na równi z dużymi i często z nimi konkurują. Tyle, że ta walka bywa nierówna.

Duże przedsiębiorstwa dysponują armią prawników, gotową wykorzystać najmniejsze potknięcie konkurentów, czy nawet mniejszych podwykonawców na swoją korzyść. Małe, zazwyczaj nie korzystają z jakiejkolwiek pomocy prawnej, pozostając bezradne ze swoimi problemami.

Małe firmy nie szukają pomocy prawnej

Może się wydawać, że mały Dawid nie ma szans w konfrontacji z potężnym Goliatem. Nie musi być to jednak prawdą, o ile ten mniejszy wykorzysta swój spryt, który w tym przypadku może polegać na skorzystaniu ze wsparcia profesjonalistów. Niestety, wciąż niewielu drobnych przedsiębiorców sięga po taką pomoc.

– Spośród firm jednoosobowych zaledwie 13% korzysta z usług prawnika, a w przypadku firm zatrudniających od dwóch do dziewięciu osób – 29% – przytacza statystyki Paweł Buszkiewicz, dyrektor zarządzający z gdyńskiej kancelarii Arkana.

Dlaczego tak się dzieje? Najczęściej przedsiębiorcy obawiają się kosztów obsługi prawnej i w związku z tym próbują samodzielnie stawiać czoła problemom. Poza tym przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność w bardzo ograniczonym zakresie, np. na rzecz tylko jednego podmiotu, często opierają wzajemne relacje na zaufaniu i nie przykładają dużej wagi do kwestii prawnych. Są też tacy, którzy zamiast poszukać kancelarii z doświadczeniem w ich branży, z góry zakładają, że tak wyspecjalizowanego zespołu prawników łatwo nie znajdą.

– Obsługę prawną przedsiębiorstwa można porównać do garnituru. Najlepszy jest szyty na miarę – mówi Paweł Buszkiewicz, który nie zgadza się z poglądem, że na stałą obsługę prawną pozwolić mogą sobie tylko duże firmy. Jego zdaniem nawet te najmniejsze mogą dobrać usługi prawne dokładnie do swoich potrzeb.

– Zakres stałej obsługi jest zawsze dopasowany do potrzeb klienta. Najczęściej współpraca polega na rozwiązywaniu bieżących zagadnień prawnych, przygotowywaniu lub opiniowaniu umów i dokumentów, windykacji wierzytelności oraz prowadzeniu sporów sądowych. Ważne jednak, że zakres współpracy zazwyczaj jest ustalany elastycznie, gdyż w momencie zawierania umowy z kancelarią nie sposób przewidzieć wszystkich zagadnień prawnych, z jakimi przyjdzie się zmierzyć firmie w najbliższym czasie – wyjaśnia dyrektor kancelarii Arkana.

Strach (przed kosztami) ma wielkie oczy

Nawet jeśli przedsiębiorca zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo współpraca z kancelarią pomogłaby w funkcjonowaniu jego firmy, barierą bywają zakładane koszty. Po pierwsze jednak, nie zawsze są one tak wysokie, jak przewidują właściciele firm, po drugie, w praktyce stosowane są różne modele rozliczeń. Dlatego nawet, jeśli w jednej kancelarii firma nie znajdzie rozwiązania odpowiedniego dla siebie, warto szukać dalej.

Popularnym rozwiązaniem jest rozliczanie usług na podstawie ustalonego ryczałtu, ale w przypadku małych firm korzystniejsze może okazać się korzystanie z wynegocjowanej stawki godzinowej lub każdorazowe wycenianie poszczególnych usług. Miesięczny koszt obsługi uzależniony jest od wielu czynników, więc trudno podać średnią czy też typową stawkę dla małej firmy. Cena zależeć będzie przede wszystkim od przedmiotu zlecenia, stopnia jego skomplikowania oraz czasochłonności.

– Pewną pomocą w oszacowaniu miesięcznego kosztu obsługi prawej może być odpowiedź na pytanie, ile kosztowałoby zatrudnienie prawnika w firmie na stałe. Czy wystarczyłoby zatrudnić jednego radcę prawnego na 1/2 etatu, czy może ilość zagadnień prawnych w danej firmie wymagałaby pracy kilku prawników – podpowiada Paweł Buszkiewicz.

Jeśli wiemy już, że w naszej małej firmie pracy wystarczyłoby dla prawnika zatrudnionego np. na 1/4 etatu, oszacowanie oczekiwanego kosztu obsługi prawnej nie powinno być szczególnie trudne.

Zanim będzie za późno…

Pomoc prawnika w małej firmie bywa niedoceniana. A przecież przedsiębiorca przeważnie nie zna szczegółów ustaw, rozporządzeń, czy najczęściej stosowanych interpretacji i nie ma czasu, by bardzo wnikliwie studiować je samodzielnie.  Nieznajomość prawa nie zwalnia jednak z obowiązku jego przestrzegania. Łatwo więc o sytuację, w której zwykła niewiedza ściągnie na firmę poważne konsekwencje.

Prawnik będzie służył pomocą w wielu sytuacjach istotnych z punktu widzenia prowadzonej działalności. Doradzi również, jakie kroki podjąć, aby nasz biznes rozwijał się jak najlepiej. Nie zapominajmy, że taka współpraca pozwoli odciążyć przedsiębiorcę, który zyska więcej czasu i energii do prowadzenia swojego biznesu, zamiast borykać się z problemami prawnymi.

Aby ta pomoc była autentyczna i odczuwalna przez właściciela małej firmy, najkorzystniejsze będzie dla niego podjęcie stałej współpracy z kancelarią. Stała obsługa prawna pozwoli zwracać się o pomoc nie tylko od czasu do czasu, gdy nawarstwiające się problemy postawią już przedsiębiorcę pod ścianą, ale korzystać ze wsparcia na bieżąco, gdy tylko pojawi się problem.

– Niestety, często zdarza się, iż przedsiębiorcy zgłaszają się do kancelarii prawnych zbyt późno. Wtedy nawet w przypadku prostych spraw podjęcie skutecznych działań może być niemożliwe, chociażby z uwagi na upływ terminów sądowych do złożenia odpowiednich pism – zauważa Paweł Buszkiewicz.

Poszukując kancelarii odpowiedniej dla swojej firmy, przedsiębiorca powinien zwrócić uwagę na jej doświadczenie, przepływ informacji, a także na szybkość działania. Warto wybierać nowoczesne kancelarie prawne, które są na bieżąco z często zmieniającymi się przepisami, a także nowinkami technicznymi.

Profesjonalna kancelaria to taka, która indywidualnie podchodzi do każdego klienta. Poznamy ją po tym, że zanim przedstawi klientowi wiążącą ofertę, wcześniej dokona analizy jego działalności.