We wtorek 22 października GUS opublikował raport na temat sprzedaży detalicznej. Przeważnie jest to odczyt istotny dla dość wąskiej grupy analityków, rzadko się zdarza, by opinia publiczna zawracała sobie nim głowę. Odczytowi temu brakuje wiele do tych czołowych, rzadko jest zapraszany nawet do wyższej ligi tych regionalnych. Ot, czasem ktoś go odkurzy, by potwierdzić „szerszy obraz”. Tym razem było jednak inaczej.
Katastrofalny wynik
Odczyt na poziomie minus trzech procent, gdy analitycy spodziewali się wyniku o pięć punktów procentowych wyższego, wywołał lawinę komentarzy. W mediach i na tak zwanych socjalach mogliśmy przeczytać o wyniku katastrofalnym, tragicznym, kryzysowym. Pojawiły się hasła, że polski konsument „zmarł”. Pytanie, skąd się wzięła cała ta kasandryczna narracja? Z całą pewnością odczyt ten był zły, pokazuje pewne bardzo niebezpieczne tendencje. Po odsianiu z debaty emocji oraz clickbaitowych nagłówków, rezultat -3% rdr w żadnym stopniu nie jest apokaliptyczny. Tak jak lipcowy wynik na poziomie 4,4% na plusie, który nikogo aż tak bardzo nie zachwycił. Zresztą przez całe pierwsze półrocze wartości przy znaku plusa były wyższe od obecnego rezultatu in minus.
Inflacja zmęczyła konsumenta
Wydaje się, że to właśnie trend powinien bardziej martwić, niż sam ostatni wynik. Ewidentnie mamy do czynienia z dość intensywnym hamowaniem. Konsument w Polsce oczywiście nie jest „martwy”, jak to barwnie próbują niektórzy opisywać, ale ponad wszelką wątpliwość jest „chory”. Wgryzienie się w detale gusowskiej publikacji pokazuje, że nie ma tu mowy o jakichś jednorazowych zaburzeniach. Problem jest szeroki zarówno geograficznie (więc to nie powódź za nim stoi), jak i portfelowo (na czerwono świeci się cała gama składowych). Najbardziej sensowne wytłumaczenie? Wydaje się, że wreszcie daje o sobie znać podwyższona inflacja. Konsumenci ewidentnie zaczynają być zmęczeni funkcjonowaniem w rzeczywistości wciąż rosnących cen, zwłaszcza że również w dynamice wynagrodzeń dzieją się niepokojące rzeczy. Przez prawie trzy lata żyliśmy w otoczeniu inflacji wyraźnie powyżej celu, momentami dochodząc do wręcz patologicznych wartości. Dołek, który zaliczyliśmy na początku tego roku, okazał się wyjątkowo nietrwały i znowu dynamika cen oscyluje wokół 5%. Potwierdza to tylko starą prawdę, że bez stabilnego pieniądza w dłuższej perspektywie wydrenowanie lokalnego konsumenta jest nieuniknione.
Gospodarka oparta na konsumpcji
Konsumpcja dla polskiej gospodarki ma szczególne znaczenie. Od dawna to rynek wewnętrzny był głównym motorem napędowym rodzimego PKB. W momencie, gdy inne składowe zawodziły, jak choćby inwestycje czy wydatki publiczne, konsumpcja regularnie ciągnęła gospodarkę w górę. W dwóch pierwszych kwartałach dodała do wyniku PKB po 2,7 punktu procentowego. Bez niej ciężko wyobrazić sobie rezultat powyżej zera. Na początku roku znaczna część analityków zakładała, że w nadchodzących miesiącach środki z KPO zluzują trochę konsumentów. Na razie jednak nie wygląda to tak różowo, jak w zapowiedziach.
Głosowanie portfelem
Sprzedaż detaliczna może mieć też znaczący wpływ na politykę pieniężną. W rzeczywistości tlącego się konfliktu między rządem a bankiem centralnym to właśnie konsument, głosując portfelem, może wymusić na decydentach działanie. Jeszcze niedawno spora część członków RPP na czele z prezesem otwarcie mówiła o braku obniżek stóp w przyszłym roku. Obecnie narracja się zmienia, padają zapowiedzi, że po marcowych projekcjach NBP będzie można rozpocząć debatę nad wprowadzaniem luzowania. Jeżeli spadkowa tendencja sprzedaży detalicznej potwierdzi się w nadchodzących miesiącach, może zabraknąć pola na jakąkolwiek dyskusję. Kluczowy w tym równaniu może okazać się grudzień. Jeżeli magia świąt nie rozrusza konsumpcji, będzie to oznaczać, że problem jest już bardzo poważny i ideę drogiego pieniądza – czyli wysokich stóp procentowych – należy jak najszybciej pożegnać.
Autor: Krzysztof Adamczak, dealer walutowy Walutomat.pl






