Zakupy w sieci na silnych wzrostach – trwały efekt koronawirusa? Analiza Senuto

Witryny e-commerce notują więcej wyświetleń w wynikach wyszukiwania Google. Wzrost ten można szacować na 20% w stosunku do początku marca. To o ok. 20% więcej ruchu z Google w sklepach internetowych w porównaniu ze stanem sprzed epidemii – wynika z analizy przeprowadzonej przez Senuto. Polacy kupują przez Internet dużo chętniej. Bez względu na fakt, że galerie handlowe są już otwarte.

Zmiana nawyków zakupowych

Eksperci z Senuto przeanalizowali dane dotyczące liczby wyświetleń w wyszukiwarce dla 131 domen, których dane z Search Console zostały zintegrowane z aplikacją. Już szybki rzut oka na poniższy wykres pozwala zrozumieć to, co działo się przez ostatnie 3 miesiące.Zmiany w czasie liczby wyświetleń

Niebieska linia przedstawia wyświetlenia badanych przez Senuto witryn e-commerce w Google. Czerwona linia przedstawia znormalizowaną liczbę wyszukiwań słowa „koronawirus” – dane pochodzą z Google Trends.

Od połowy marca, po pierwotnym tąpnięciu, widać trend wzrostowy. Widoczne są tylko dwa „dołki” – jeden w okolicach Wielkanocy, drugi w okolicach majówki.

Na początku marca Polacy przestraszyli się i wstrzymali z zakupami. Jednak pierwszy szok szybko minął. Podczas lockdownu zakupy w sieci przybrały na sile. Nie jest to dziwne – sklepy stacjonarne były zamknięte, a hasło #zostańwdomu dobiegało zewsząd.

Później przyszły święta, kiedy naturalnie nasza uwaga nie skupia się na zakupach. Kolejny dołek to majówka – wyjazdy znów spowodowały spadek zainteresowania zakupami. Po długim weekendzie jednak rząd zadecydował o odmrożeniu gospodarki. Można już w miarę normalnie korzystać z zakupów stacjonarnych, a mimo to trend zakupowy w sieci jest ciągle dodatni. Najbliższe tygodnie pokażą, na ile ten efekt jest stabilny, ale już teraz można podejrzewać, że nastąpiła zmiana nawyków – chętniej kupujemy w sieci. Wzrost ten nie dotyczy jednak wszystkich branż w równym stopniu. Poniższa tabela pokazuje dynamikę zmiany wyświetleń w poszczególnych kategoriach pomiędzy 21. lutego i 15. maja 2020.Dynamika zmian wyswietlen_Senuto

Kto zyskał, a kto stracił na epidemii?

Z kategorii sklepów, które zyskały na pojawieniu się koronawirusa, na uwagę zasługuje moda. W tym wypadku trend wydaje się silny, ale też trwały. Ciekawy jest też przebieg zmian zainteresowania tym tematem. Eksperci Senuto w poprzednich analizach pisali, że to moda jest kategorią, która ma szansę odbić się po pierwszym szoku. Była to trafna prognoza – kategoria po spadku w marcu wykazuje silne wzrosty. Wygląda to trochę tak, jakby ludzie przerzucili swoje zainteresowanie z koronawirusa na modę. Jak tylko internauci przyzwyczaili się do wirusa i przestali gorączkowo szukać informacji z nim związanych, od razu zaczęli realizować zakupy ubrań i akcesoriów. Zjawisko to może być spotęgowane innymi trendami – w tym m.in. sezonem wiosennym, ale na pewno jest widoczne.

Z kolei turystyka była wskazywana przez wszystkie koronawirusowe analizy jako wielki przegrany. Rzeczywiście, branża wraz z wybuchem epidemii zaliczyła ogromne spadki, które w zasadzie tylko się pogłębiały. Niemniej jednak 4 maja rząd, wprowadzając kolejny etap odmrażania gospodarki, odblokował możliwość funkcjonowania obiektów noclegowych oraz zezwolił na otwarcie niektórych obiektów rekreacyjnych. Internauci zareagowali natychmiast, choć nie jest to jeszcze powrót do stanu sprzed epidemii, bo póki co działa tylko turystyka krajowa.

Branże, która dalej są na minusie, to w zasadzie wszystkie sektory, które ciągle podlegają ograniczeniom prawnym. To one mają ujemną dynamikę w stosunku do stanu sprzed epidemii. Przykładem mogą być m.in. eventy.

E-commerce po pandemii – najważniejsze wnioski

Z analizowanych danych płyną ważne wnioski i rekomendacje, których wdrożenie powinny rozważyć serwisy e-commerce. Oto najważniejsze z nich:

  1. Zmiany zachowań w sieci są pochodną regulacji rządowych. Internet reaguje błyskawicznie i bez żadnych opóźnień. W Polsce popyt wstrzymywany przez lockdown „zakumulował się”. Znaczy to, że użytkownicy mogą przekładać zakup, ale nie chcą z niego rezygnować. Zatem, o ile charakter usługi czy towaru na to pozwala, popyt nie przepadnie, a będzie zrealizowany później.
  2. Z danych nie wynika, by jakaś branża była na drodze do trwałej utraty popytu w Internecie. W wielu branżach popyt jest wstrzymywany przez restrykcje, ale nic nie wskazuje na to, by po ich zluzowaniu miał nie powrócić. Są natomiast branże, jak np. moda, które odbijają do poziomu wyższego niż przed epidemią. Identyfikacja tego zjawiska, w zestawieniu z doniesieniami prasy o zamykaniu przez np. LPP placówek w galeriach, może świadczyć o tym, że biznesy mogą trwale przenosić się do Internetu.
  3. Zmiany w liczbie wyświetleń domen są spowodowane przez zmiany wzorców zachowań. Należy bacznie śledzić trendy oraz analizować pojawiające się słowa kluczowe. Może to powodować potrzebę redefinicji podejścia nie tylko do tak oczywistych elementów jak opisy produktów, ale także posunięcia o charakterze strategicznym, jak np. zmiany w portfolio produktowym, sposobie dostawy czy obsługi klienta.
  4. Rynek rośnie. Jak mówią szkolne teorie, jak np. macierz BCG, w takich warunkach łatwiej pozyskiwać klienta. To może uśpić czujność w e-commerce, bo przecież „wszystko idzie dobrze”. Warto jednak pamiętać, że to jest czas, kiedy klienci się uczą i wypracowują nowe nawyki. Jeśli im w tym pomożemy, to zostaną z nami; jeśli nie, to z konkurencją. Innymi słowy, teraz pozyskanie klienta może być tańsze niż w przyszłości, kiedy będzie trzeba go odebrać konkurencji. W związku z tym, być może teraz nadszedł czas, kiedy agresywna strategia marketingowa jest bardziej właściwa niż kiedykolwiek wcześniej?

Jak pandemia wpłynie na benefity pracownicze?

Trwająca wciąż pandemia koronawirusa odcisnęła bardzo silnie swoje piętno na światowej gospodarce i wpłynęła mocno zarówno na pracowników, jak i pracodawców. Wiele firm zadaje sobie pytanie, czy w takiej sytuacji pakiety dodatków pozapłacowych mają jeszcze rację bytu, a sami pracownicy obawiają się, że utracą wsparcie ze strony swojej firmy. Tym samym działy HR mają przed sobą nie lada zadanie dostosowania oferowanych benefitów do faktycznych potrzeb i zabezpieczenia na nie budżetu.

Zmiany w benefitach w trakcie pandemii

Przede wszystkim nie wszystkie z oferowanych do tej pory benefitów będą możliwe do realizacji lub będą mocno ograniczone. Niektóre z nich przestały być przywilejem, a stały się po prostu codziennością — dotyczy to zwłaszcza pracy zdalnej, która obecnie nie jest już raczej postrzegana jako benefit dla pracowników, a stała się przymusem, na który wiele firm nie było zupełnie przygotowanych. Część zaś, jak np. imprezy integracyjne, jest całkowicie niemożliwa do realizacji. Oto kilka przykładów, jak w obecnej sytuacji zmieniły się najpopularniejsze dodatki do wynagrodzenia:

  • karty sportowe — zamknięcie obiektów sportowych właściwie pozbawiło możliwości ich wykorzystania, choć część usługodawców oferuje w ich ramach treningi online,
  • posiłki — zwiększono nacisk na bezpieczeństwo, m.in. ograniczając liczbę punktów odbioru/dostawy i wyłączając możliwość stołowania się w lokalach gastronomicznych (choć ta jest powoli odmrażana),
  • przyzakładowe przedszkola/żłobki — całkowicie zamknięte, choć część oferuje wirtualne nauczanie i opiekę,
  • opieka medyczna — znacznie ograniczono ilość przyjmowanych pacjentów na rzecz konsultacji telefonicznych.

Warto przy tym pamiętać, że zawieszone benefity mogą być stopniowo przywracane, jednak tempo tego procesu stoi wciąż pod znakiem zapytania, a ponowne uruchomienie części z nich może nieść ze sobą spore trudności.

Kolejnym efektem pojawienia się koronawirusa jest fakt, że zarządy i pracodawcy znacznie dokładniej będą monitorować budżet benefitowy. W związku z tym przedstawiciele działów HR będą musieli wskazać te najbardziej potrzebne pracownikom oraz na bieżąco weryfikować ich przydatność i skuteczność. Obecna sytuacja najprawdopodobniej przewartościowała potrzeby i pewne dodatki, z których pracownicy rzadko do tej pory korzystali (np. psycholog), będą stały o wiele wyżej w hierarchii.

koronawirus i praca w biurze

Wartościowanie benefitów

Zasadniczo w obecnej sytuacji dodatki pozapłacowe można podzielić na trzy grupy — ponadczasowe, niedoceniane i przewartościowane.

Ta pierwsza obejmuje te, które cieszą się sporą popularnością niezależnie od sytuacji i raczej nie ulegnie to zmianie. Będą do przede wszystkim:

  • system pochwał,
  • posiłki,
  • opieka medyczna,
  • samochód służbowy,
  • elastyczny czas pracy.

Do grupy niedocenianych zalicza się natomiast takie dodatki, które na pierwszy rzut oka są drobne i niewiele wnoszą, jednak ich brak może być mocno odczuwalny. Trafiają tutaj więc m.in.:

  • parkingi,
  • sprzęt,
  • ubezpieczenia,
  • dłuższe płatne przerwy,
  • psycholog.

Trzecia grupa zawiera zaś wszystko, co znacznie straciło na wartości przez wzgląd na koronawirusa. Do tego worka trafiają np.:

  • działania non-profit,
  • integracje,
  • karty sportowe,
  • pakiety kulturalne.

Jak dostosować pakiet benefitów do potrzeb pracowników?

Odpowiedź jest stosunkowo prosta — trzeba zasięgnąć ich opinii i na jej podstawie zweryfikować sensowność oferowanych benefitów. Przykładowo utrzymywanie benefitu, z którego korzysta 3 z 200 osób, niekoniecznie jest dobrą inwestycją. Tutaj rodzi się jednak pewien problem logistyczny — jak przeprowadzić takie badanie, aby dotarło do możliwie największej liczby pracowników? Prostym, a zarazem skutecznym rozwiązaniem będzie ankieta. Powinna być ona anonimowa i dostosowana do charakteru wykonywanej pracy. Przykładowo wśród pracowników biurowych i zarządu można ją bez problemu przeprowadzić w formie elektronicznej, rozsyłając pocztą link. Natomiast w działach produkcji lepsze efekty osiąga się, udostępniając ją pracownikom w formie drukowanej, np. jako dodatek do gazetki pracowniczej lub przekazując ją im przez bezpośredniego przełożonego. Warto zawrzeć w niej zarówno pytania zamknięte (np. wielokrotnego wyboru), jak i otwarte (np. dlaczego chętnie korzystasz z danego benefitu) oraz punkt dotyczący sugestii wprowadzenia jakiegoś nowego benefitu. Czy zawarte w niej pytania powinny się różnić na poszczególnych szczeblach firmy? To zależy od tego, czy występują wyraźne różnice między oferowanymi im pakietami. Ankietę taką można też bez problemu połączyć z ankietą satysfakcji z pracy. Zebrane w ten sposób dane należy uważnie przeanalizować i na ich podstawie podjąć następujące decyzje:

  • co zostanie w pakiecie,
  • co trzeba będzie wycofać,
  • co warto wprowadzić do pakietu (o ile będzie taka możliwość),
  • które pozycje wymagają poprawy lub modyfikacji,
  • których propozycji nie da się zrealizować lub można będzie wprowadzić później.

Trzeba także pamiętać o odpowiednim feedbacku — każdy pracownik powinien otrzymać informację zwrotną dotyczącą ww. decyzji oraz uzasadniające je dane liczbowe. Przy wprowadzaniu nowych dodatków pozapłacowych konieczne jest także poinformowanie o tym każdego objętego nimi pracownika oraz przedstawienie zasad korzystania z danego benefitu.

Ponadto warto objąć analizą także dane uzyskane od firm obsługujących konkretny benefit dotyczące: poziomu wykorzystania, dostępności i jakości. Oczywiście nie chodzi tutaj o szczegółowe informacje o konkretnym pracowniku, a jedynie dane statystyczne, których nie obejmuje RODO — niepotrzebne więc będą dane w rodzaju: Jan Nowak odwiedził 5 razy przychodnię, a jedynie liczbowo wyrażone informacje na temat ilości osób i częstotliwości korzystania z danego dodatku. Nie powinno być zatem problemu z ich udostępnieniem.

Jak często przeprowadzać takie analizy? Absolutne minimum to raz/rok. Warto jednak decydować się na nie częściej, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Dzięki temu będzie można na bieżąco monitorować cały pakiet dodatków i w razie potrzeby sprawnie go modyfikować, zgodnie z aktualnymi potrzebami.

W ramach ewaluacji i dostosowania do pracowników warto stworzyć matrycę dostępnych benefitów i uszeregować je pod względem zaspokajania konkretnych potrzeb. Przykładowo system pochwał pracowniczych służy zaspokajaniu potrzeby szacunku i uznania, a opieka medyczna — potrzeby bezpieczeństwa. Do których potrzeb przypisać konkretny benefit? Oto przykład takiego zestawienia:

  • dofinansowanie do kursów, szkoleń, nauki języków — potrzeba samorealizacji,
  • skrzynka pomysłów, karnety sportowe — potrzeba szacunku i uznania,
  • pikniki rodzinne, działania non-profit — potrzeby społeczne,
  • grupowe ubezpieczenie, wsparcie psychologa — potrzeba bezpieczeństwa,
  • sleep roomy, obiady firmowe — potrzeby fizjologiczne i biologiczne.

Dlaczego warto zadbać o dodatki pozapłacowe także w trakcie pandemii?

Utrzymywanie pakietu benefitów, a zwłaszcza dobrze dopasowanego do potrzeb pracowników, daje wymierne korzyści, do których należą m.in.:

  • wykazywanie przez pracowników większego zaangażowania w pracę i udział w dodatkowych projektach/zadaniach,
  • budowanie pozytywnej relacji na linii pracodawcy-pracownicy i lepszego wizerunku firmy na rynku pracy,
  • mniejszy wskaźnik rotacji,
  • większe zainteresowanie zatrudnieniem w danej firmie,
  • wysoki wskaźnik korzystania z dodatków pozapłacowych, a tym samym opłacalności inwestycji,
  • pracownicy czują się docenieni oraz mają poczucie, że firma dba o nich i bierze ich zdanie pod uwagę,
  • firma jest chętnie rekomendowana wśród rodziny i znajomych pracowników.

W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że zachowanie dobrze skrojonego pakietu dodatków pozapłacowych pozwala uniknąć scenariusza, w którym nagle brakuje wykwalifikowanych pracowników, gdyż wszyscy przeszli do hojniejszego pracodawcy.

Podsumowanie

Koronawirus z jednej strony zmusił społeczeństwo do zostania w domu i zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń, a z drugiej być może przyniósł rewolucję w kwestii dodatków pozapłacowych. Pracodawcy przestali się bowiem przerzucać obszernością swoich pakietów, a skupili się na ich jakości i faktycznych potrzebach pracowników. Jest to więc pierwszy, ale znaczący krok na drodze do personalizacji, zaspokajania potrzeb i po prostu ludzkiego podejścia do pracownika.

Polska branża turystyczna ma szansę przetrwać – komentarz Piotra Kociszewskiego ze Szkoły Głównej Turystyki i Hotelarstwa Vistula

Kolejny krok w odmrażaniu krajowej turystyki! Od soboty dopuszczono możliwość oprowadzania grup turystycznych i przewożenia ich autokarami, bez limitowania liczby miejsc na poziomie 50%. Po otwarciu sektora bazy noclegowej, odmrożeniu działalności gastronomii, to następny kluczowy krok umożliwiający powrót do gry istotnej części rynku turystycznego w Polsce organizatorom turystyki, pilotom, przewodnikom, wreszcie
– przewoźnikom.

Czas na podróże zagraniczne?

To nie koniec i jeszcze nie całkowite odmrożenie branży! Dużym znakiem zapytania jest
w tym momencie realny czas otwarcia międzynarodowego ruchu lotniczego. Od 1 czerwca rozpoczął się bowiem, przy zachowaniu odpowiednich restrykcji podkreślanych m.in. przez  Urząd Lotnictwa Cywilnego, ruch lotniczy w kraju. Czy zatem od 15 czerwca, jak sugerowano częściowo w wypowiedziach niektórych polityków rządowych, będzie możliwy międzynarodowy ruch lotniczy? I nie tylko czy – ale na jakich zasadach, bowiem pojawia się m.in. wątpliwość o kontrole graniczne i obowiązkową kwarantannę. Decyzje w tych kwestiach wydają się zatem kluczowe dla bardzo rozwiniętego w Polsce sektora turystyki zorganizowanej, zarówno obsługującego sferę wyjazdową, ale i przyjazdową.

Cześć poprzednich zapisów wymaga aktualizacji

Zaznaczając, że turystyka to przecież „system naczyń połączonych” należy zauważyć tę dynamikę, z perspektywy potrzeby aktualizacji wcześniejszych wytycznych. Dotyczy to szczególnie wytycznych charakteryzujących tegoroczny wypoczynek wakacyjny dzieci
i młodzieży. W tym kontekście Polska Izba Turystyki proponuje uwzględnienie złagodzenia reżimu sanitarnego, umożliwiając – oczywiście przy zachowaniu zasad higieny – nieco większą swobodę, korzystanie z zewnętrznych atrakcji, jak np. wyjście do kina, parków rozrywki czy na basen.

Dla kogo bony turystyczne?

Ostatnim tematem, który na chwilę obecną pozostaje niewyjaśniony, a budzi potężną dyskusję, zarówno w samym środowisku branżowym, ale także wśród potencjalnych beneficjentów, jest zagadnienie bonów turystycznych. W wielu źródłach już pojawiały się kwoty, zasady, progi finansowe, tymczasem – jedna z wypowiedzi rzecznika rządu wskazała, że sprawa wcale nie jest przesądzona. Warto zatem śledzić tę dynamiczną sprawę, a jednocześnie postawić robocze pytanie – o w ogóle kształt dalszych inicjatyw antykryzysowych dla turystyki, w porównaniu z innymi sektorami gospodarki bardzo potężnie zainfekowanej?

Polacy rezerwują na potęgę

Po długim okresie pozostania w domach, można zaobserwować wzrost zainteresowania Polaków wypoczynkiem wakacyjnym, czego ilustracją mogą być dane przedstawione przez serwis rezerwacyjny Nocowanie.pl. M.in. widać wzrost w ogóle dokonywanych rezerwacji, bowiem w porównaniu z początkiem marca dokonano o 230% więcej rezerwacji, ale także w układzie tygodniowym – w 3 tygodniu maja był to wzrost o 68% w stosunku do poprzedniego, 2 tygodnia maja. Polacy, zachowując rekomendacje tzw. dystansu społecznego, są zainteresowani noclegami w miejscach spokojniejszych i ustronnych, a także w bardziej kameralnych obiektach, m.in. domkach, apartamentach, pensjonatach. Oczekują również konkretnego przekazu od właścicieli w kontekście procedur higienicznych
i dotyczących bezpieczeństwa. Zatem działania podjęte przez Polską Organizację Turystyczną, czyli audytowanie chętnych obiektów noclegowych i certyfikowanie ich jako „Obiektów przyjaznych higienicznie”, wydaje się pożądanym kierunkiem.

UNICEF Polska: Dzień Dziecka w cieniu pandemii COVID-19

Pandemia COVID-19 wywołała efekt domina, dramatycznie wpływając na zdrowie, życie i dobrobyt dzieci. Skutki koronawirusa najbardziej dotykają najmłodszych w krajach ubogich i ogarniętych wojną. Czy będziemy świadkami tzw. „straconego pokolenia”?

W wielu regionach świata Dzień Dziecka nie jest dniem szczęścia i radości. Miliony najmłodszych nawet nie wiedzą, kiedy jest ich święto. W obliczu pandemii koronawirusa, która diametralnie zmieniła życie dzieci, całe rodziny zastanawiają się, jak przeżyć kolejny dzień. UNICEF zidentyfikował najczęstsze skutki społeczno-ekonomiczne pandemii, odciskającej swoje piętno na życiu najmłodszych.

Głód

Obecnie 135 mln ludzi na świecie cierpi z powodu skrajnego głodu. Są na granicy życia i śmierci. Niedożywienie wpływa na zdrowie fizyczne i psychiczne dzieci, a także spowalnia ich rozwój poznawczy. Pandemia spowodowała kryzys ekonomiczny, który miliony rodzin pozbawił źródeł dochodu i pożywienia. Nie wiedzą czy i kiedy spożyją kolejny posiłek. W niedługim czasie liczba głodujących może wzrosnąć nawet do 265 mln. To siedem razy więcej niż liczba mieszkańców Polski.

Choroby

Jednym ze skutków pandemii jest wstrzymanie programów szczepień. Z tego powodu, co najmniej 80 milionów dzieci poniżej pierwszego roku życia jest zagrożonych chorobami takimi jak: błonica, odra i polio. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, w 2020 roku i w kolejnych latach możemy się spodziewać katastrofalnych w skutkach epidemii chorób. Swoje żniwo zbierają także choroby biegunkowe takie jak cholera. Każdego roku około pół miliona dzieci poniżej 5. roku życia umiera na skutek chorób biegunkowych. Pandemia COVID-19 i ograniczony dostęp do czystej wody oraz opieki medycznej dodatkowo pogarszają sytuację.

Ubóstwo

Pandemia koronawirusa wywołała bezprecedensowy kryzys społeczno-gospodarczy, który powoduje, że wyczerpują się zasoby finansowe rodzin na całym świecie. Bez podjęcia natychmiastowych działań, pod koniec roku nawet 672 mln dzieci może żyć w ubóstwie w krajach o niskich i średnich dochodach. Ponadto, setki milionów dzieci już teraz dotyka wielowymiarowe ubóstwo, co znaczy, że nie mają dostępu do opieki medycznej, edukacji, odpowiedniego żywienia lub miejsca zamieszkania.

Brak edukacji

Kryzys związany z COVID-19 jest kryzysem praw dziecka. Niemal 1,3 mld uczniów, czyli ponad 72%, nie chodzi do szkoły z powodu zamkniętych placówek edukacyjnych w 177 krajach na świecie. W wielu regionach obiad w szkole był dla dzieci niekiedy jedynym ciepłym posiłkiem w ciągu dnia. Teraz, gdy szkoły są zamknięte, nie mogą na to liczyć. Ponadto, według badań UNICEF, każdy dodatkowy rok nauki przekłada się na dziesięcioprocentowy wzrost dochodu w przyszłości i daje szansę na przerwanie błędnego koła ubóstwa.

Śmierć

Codziennie na całym świecie 16 tysięcy dzieci umiera na skutek chorób, którym potrafimy zapobiegać. Pandemia COVID-19 dokonała spustoszenia w krajach, w których system zdrowia jest na bardzo niskim poziomie. Obecna sytuacja może spowodować, że liczba dzieci umierających każdego dnia, zwiększy się o ponad 6 tysięcy. Zgony będą spowodowane ograniczeniem dostępu do opieki medycznej oraz zwiększeniem odsetka dzieci, które mają zaburzony przyrost masy ciała. Pandemia spowodowała przerwy w dostawach sprzętu medycznego i leków. Może to skutkować dramatycznym wzrostem liczby zgonów wśród dzieci i matek.

Możemy nie robić nic. Możemy mówić, że to nas nie dotyczy. Jednak czy wiedząc, że jesteśmy w stanie zapobiec tragedii wielu dzieci, będziemy w stanie żyć z tą świadomością? Dzieci to ciche ofiary tej pandemii. Jeśli nie zadbamy o nie dziś, nie będą miały żadnego jutra, powiedział Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska. Dzieci to 33% ludzkości, ale 100% przyszłości. Naszej przyszłości.

Ułomności postępowania nakazowego jako szczególnego trybu procedury karnej

Postępowanie nakazowe uregulowane w kodeksie postępowania karnego jest szczególnym trybem postępowania zastrzeżonym dla spraw, w których prowadzone było dochodzenie i w którym sąd poprzestaje na orzeczeniu grzywny lub kary ograniczenia wolności. Cechą charakterystyczną tego postępowania jest rezygnacja z rozprawy głównej i z udziału stron, albowiem sąd orzeka wyrokiem nakazowym na posiedzeniu niejawnym, na podstawie materiałów dochodzenia i zebranych w nim dowodów. Sąd może wydać wyrok nakazowy, jeśli okoliczności czynu i wina oskarżonego nie budzą wątpliwości.

Sposób na szybkie zakończenie postępowania

Uproszczona procedura, brak postępowania dowodowego, nieobecność stron i brak obowiązku uzasadnienia wydanego wyroku mogą stanowić pewnego rodzaju pokusę dla wszystkich tych, którzy w szybkim trybie chcą załatwić sprawy przed sądem, bez udziału samego oskarżonego. Jego rola sprowadza się wyłącznie do odebrania wyroku nakazowego na poczcie i ewentualnie niewyrażenia zgody na skazanie czy orzeczoną karę poprzez wniesienie sprzeciwu. W doktrynie wskazuje się zresztą, że wyrok nakazowy jest „propozycją” składaną oskarżonemu, dotyczącą ustalenia rozmiarów odpowiedzialności karnej za zarzucony czyn, którą może, ale nie musi przyjąć (tak np. J. Skorupka, Kodeks postępowania karnego. Komentarz, Wydawnictwo C.H. Beck 2018, wydanie 3). Jednak jak pokazuje praktyka, otrzymanie wyroku nakazowego przez oskarżonego często traktowane jest przez niego jako zakończenie procesu karnego, ostateczne potwierdzenie jego winy bez możliwości odwołania. Nierzadko również wielu oskarżonym nie udaje się odebrać wyroku nakazowego, wskutek czego uprawomocnia się on bez jakiegokolwiek ich udziału.

Rzetelność postępowania w sprawach mniejszej wagi

Tymczasem nie budzi wątpliwości, że sprawy, w których możliwe jest prowadzenie postępowania przygotowawczego w formie dochodzenia, są sprawami mniejszej wagi. Ten mniejszy ciężar gatunkowy spraw nierzadko odbija się również na sposobie prowadzenia dochodzenia przez organy ścigania, które ograniczają się do zebrania nielicznych dowodów tylko i wyłącznie na potrzeby uzyskania wyroku skazującego, bez wyjaśnienia wątpliwości czy ustalenia okoliczności przemawiających na korzyść podejrzanego, a następnie oskarżonego. W istocie więc bierna postawa podejrzanego w toku prowadzonego postępowania przygotowawczego, do czego jest przecież uprawniony z mocy ustawy, może ostatecznie przemawiać na jego niekorzyść, albowiem do sądu trafią wyłącznie dowody wskazujące na jego winę i przedstawiające wersję wydarzeń jednostronnie ustaloną przez organ na potrzeby wykazania określonej, z góry przyjętej tezy. Z drugiej strony ta bierna postawa jest nierzadko narzucona poprzez przyjęty model postępowania przygotowawczego, w którym na przykład przesłuchanie świadka odbywa się bez udziału podejrzanego i któremu w związku z tym podejrzany nie może nawet zadawać pytań.

Automatyzm działania sądu

Tak zebrany materiał dowodowy, ograniczony w praktyce wyłącznie do dowodów wskazujących na winę sprawcy, potwierdzający wersję wydarzeń przyjętą przez organ, raczej nie podlega weryfikacji ani kontroli przez sąd. Trudno się temu dziwić, skoro sąd nie ma praktycznie żadnej realnej możliwości, aby ocenić zebrany w toku postępowania przygotowawczego materiał, jeśli jest on jednostronny, albo jeśli zawiera tylko zeznania świadka, którego sąd nie może przesłuchać, bo jego rola ogranicza się wyłącznie do wydania rozstrzygnięcia na posiedzeniu niejawnym. Dodatkowo sąd nie ma obowiązku uzasadnienia swojej decyzji. Owa świadomość, że nie musi się tłumaczyć z dokonanej oceny dowodów, toku rozumowania, a ostatecznie podjętej decyzji ani nikogo do niej przekonywać, sprzyjać może podejmowaniu tych decyzji automatycznie, pochopnie i bez należytego zastanowienia. Dlatego raczej rzadko zdarza się, aby sąd nabrał wątpliwości i skierował sprawę do rozpoznania w innym trybie.

Najczęstsze uchybienia sądu

Potwierdza to zresztą bogate orzecznictwo w tej kwestii, z którego wynika, że zarzutem najczęściej stawianym wyrokom nakazowym jest to, iż sąd nie powziął wątpliwości, choć w świetle zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego powziąć je powinien (np. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 20 grudnia 2018 r., V KK 555/18, Prok. I Pr. – wkł. 2019/2/5; w wyroku z dnia 10 stycznia 2002 r., IV KKN 452/01, LEX nr 559988). Jak wskazał Sąd Najwyższy w postanowieniu z dnia 31 marca 2016 r., „rażące i mające istotny wpływ na treść orzeczenia naruszenie art. 500 § 3 k.p.k. polega na wydaniu wyroku nakazowego mimo rysujących się poważnych wątpliwości co do okoliczności czynu i winy oskarżonego” (II KK 361/15, Prok. i Pr. 2016/7-8/13,14; KZS 2016/7-8/58, 62). W konsekwencji wiele spraw, w których doszło do wydania wyroku nakazowego, kończyć się musi kasacją Ministra Sprawiedliwości wniesioną na korzyść skazanego i przekazaniem sprawy do ponownego rozpoznania. Ostatecznie więc ułatwienie i przyspieszenie postępowania karnego, przy uproszonym podejściu do sprawy przez organ prowadzący dochodzenie i przez sądy, może w istocie prowadzić do jeszcze większego zaangażowania ze strony państwa i jego organów, niż gdyby sprawa została rozpoznana w zwykłym trybie.

Prawa oskarżonego

Oskarżony nie tylko nie bierze udziału w postępowaniu przed sądem, ale także nie jest informowany o ocenie dokonanej przez sąd ani o motywach rozstrzygnięcia i w konsekwencji nie wie, dlaczego sąd przyjął taki, a nie inny stan faktyczny oraz wymiar kary. Oskarżonego nie słucha się co do jego sytuacji rodzinnej czy majątkowej i zawodowej. Sąd może więc nałożyć karę ograniczenia wolności, której nie będzie on mógł wykonać bez uszczerbku na własnych obowiązkach zawodowych. Oskarżony zostaje postawiony przed faktem dokonanym już jako osoba skazana, otrzymując jedynie wyrok bez żadnego uzasadnienia. Na powyższy problem można spojrzeć przez pryzmat prawa strony do bycia wysłuchaną i prawa do obrony. Orzecznictwo strasburskie nieustannie podkreśla przecież zasadę równości broni, tj. przyznanie każdej ze stron rozsądnej możliwości przedstawienia swojej sprawy w taki sposób, aby nie pozostawać w niekorzystnym położeniu w stosunku do strony przeciwnej. To oznacza m.in., że podejrzany powinien mieć możliwość wzięcia udziału w postępowaniu dowodowym prowadzonym w postępowaniu przygotowawczym, tak aby nie był zaskoczony jego wynikami.

Postulaty

Podobnie, jeśli prawo wniesienia sprzeciwu traktowane jest jako zapewnienie skazanemu prawa do obrony, powinien on mieć możliwość efektywnego zapoznania się z materiałami dochodzenia czy choćby postępowania sądowego. Postuluje się dodatkowo, aby obowiązek uzasadnienia dotyczył także wyroku nakazowego, nawet jeśli byłoby to tylko krótkie ustosunkowanie się sądu do dowodów zgromadzonych w postępowaniu przygotowawczym i ich zwięzła ocena. Na każdym etapie postępowania karnego należałoby więc pamiętać, że wydanie wyroku nakazowego służyć ma uproszczeniu i przyspieszeniu postępowania, nie zaś wyeliminowaniu praw przysługujących oskarżonemu, w tym prawa do obrony. Co prawda kodeks postępowania karnego przewiduje instytucje, które mają urzeczywistnić to prawo do obrony i do rzetelnego procesu. Jednakże poza przepisami zapisanymi w kodeksie niezbędny jest tu również prawidłowo działający czynnik ludzki, w tym przede wszystkim dokonanie przez sąd właściwej, dogłębnej analizy materiału dowodowego zebranego w toku postępowania przygotowawczego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tomasz Konik – nowy Partner Zarządzający Deloitte Polska

1 czerwca Tomasz Konik zastąpił Marka Metryckiego na stanowisku Partnera Zarządzającego Deloitte w Polsce. Dalsze umocnienie pozycji firmy, rozwój usług łączących różne rodzaje doradztwa, rozbudowa kompetencji technologicznych oraz wywieranie pozytywnego wpływu na otoczenie to główne priorytety w strategii Deloitte. Zmiana na stanowisku Partnera Zarządzającego była poprzedzona półrocznym okresem przejściowym.

Tomasz Konik jest związany z Deloitte od ponad 20 lat. Swoją drogę zawodową w jednej z największych firm doradczych rozpoczynał jako praktykant w Dziale Audytu. Dalsze doświadczenie zawodowe zdobywał w Dziale Doradztwa Podatkowego i Prawnego. W trakcie swojej kariery w firmie kierował ogólnopolskimi zespołami ds. specjalnych stref ekonomicznych, energii i zasobów naturalnych oraz rozwijał program inicjatyw branżowych. Od 2016 roku, jako wiceprezes Zarządu Deloitte, odpowiadał za obszar firmowych programów klienckich i branżowych, pełnił również rolę partnera w Dziale Konsultingu, biorąc aktywny udział w tworzeniu nowej strategii konsultingowej.

– Tomasz przeszedł przez wszystkie szczeble drogi zawodowej w Deloitte. Wniósł dużą wartość w rozwój działów podatkowych w Katowicach, Krakowie, Rzeszowie i Ostrawie. Na swoim koncie ma również wiele sukcesów związanych z realizacją działań dla klientów, m.in. był pełnomocnikiem w jednej z pierwszych polskich spraw podatkowych, które trafiły na wokandę Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i wpłynęły na zmianę polskiego prawa – mówi Marek Metrycki, dotychczasowy Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Zmiana na stanowisku szefa Deloitte w Polsce następuje w szczególnym czasie związanym z wybuchem pandemii koronawirusa COVID-19. Firma doradcza od dawna przygotowywała się jednak do zmiany, przechodząc półroczny proces przygotowawczy.

– Objęcie stanowiska Partnera Zarządzającego w obecnej sytuacji to dla mnie dodatkowe wyzwanie. Rolą Deloitte jest dziś nie tylko dalsze świadczenie usług na najwyższym poziomie, ale także wsparcie klientów w sytuacji związanej z COVID-19, pomoc w zmianie dotychczasowych modeli biznesowych oraz w powrocie do nowej rzeczywistości – mówi Tomasz Konik, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Duże znaczenie ma także dla mnie rozwój pracowników Deloitte, umocnienie pozycji firmy na rynku pracy czy wywieranie pozytywnego wpływu na nasze otoczenie. Dziękuję Markowi Metryckiemu za cały jego wkład w dotychczasową działalność Deloitte, dzięki czemu jesteśmy dziś jedną z największych firm doradczych w Polsce – dodaje Tomasz Konik.

Tomasz Konik jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach oraz międzynarodowego programu MBA St. Gallen w Szwajcarii. Ukończył programy szkoleniowe w IMD w Lozannie, Harvard Business School w Bostonie i Said Business School w Oxfordzie. W 2015 r. zakończył studia AMP w IESE Business School Universidad de Navarra. Jego pasją jest koszykówka, bieganie długodystansowe oraz trekking w górach wysokich. Jest tatą dwóch córek.

Czas na troski przyjdzie później

Ponieważ prezydent USA Trump zaniechał zaostrzenia polityki handlowej wobec Chin, rynki odetchnęły z ulgą a inwestorzy preferują skupiać na oznakach odmrażania globalnej gospodarki. Rajd ryzyka chce trwać, lekkomyślnie ignorując średnioterminowe wyzwania.

Ostatnim pozytywnym impulsem dla rynków było powstrzymanie się prezydenta Trumpa od zerwania umowy handlowej z Chinami lub innej formy zaostrzenia relacji w odwecie za zmiany w prawie bezpieczeństwa zagrażającym autonomii Hongkongu. USA cofną specjalny status dla miasta, co pogorszy jego międzynarodową pozycję, ale póki otwarta wojna handlowa USA-Chiny jeszcze nie została na nowo rozpalona, ryzyka z tego płynące można ignorować. Zbyt silny jest rajd rynku akcji i innych ryzykownych aktywów w oparciu o sygnały restartu głównych gospodarek, aby teraz zatrzymywać go wątpliwościami. Wgląda na to, że póki zagrożenia pozostaną tylko w sferze werbalnych gróźb, można jego spychać na bok. Podobna logika tyczy się interpretacji zamieszek w USA, które oznaczają organizację dużych skupisk ludzkich i podwyższone ryzyko drugiej fali zachorowań na koronawirusa.

Na ten moment jednak risk-on rządzi. Indeksy giełdowe poprawiają 3-miesięczne szczyty i starają się wymazać marcowe załamanie. Apetyt na ryzyko umniejsza potrzebę pozostawania z akapitem w bezpiecznych przystaniach. Dobre nastroje będą ciążyć na USD i JPY, a lepszy klimat inwestycyjny w Europie pomaga w osłabieniu CHF i umocnieniu EUR. Unijna waluta w czwartek będzie musiała się zmierzyć z decyzją Europejskiego Banku Centralnego, który najprawdopodobniej rozszerzy utworzony na czas pandemii program skupu aktywów PEPP. Rynek zdyskontował już zwiększenie programu o 500 mld EUR, ale zawsze istnieje ryzyko oporu niektórych członków Rady przeciw nadmiernej ekspansji monetarnej.

Reszta uwagi w tygodniu będzie poświęcona danych z USA. Po odczytach ISM (pon, śr) oczekuje się niewielkich wzrostów, ale przy utrzymaniu wskaźników w recesyjnych obszarach. Kolejne stany znoszą zakazy i przywracana jest produkcja, ale minie trochę czasu, zanim aktywność wróci do przed pandemicznych poziomów. W przypadku majowego raportu NFP (pt) konsensus zakłada spadek zatrudniania w sektorze pozarolniczym o 8 mln osób, co będzie drugim najgorszym wynikiem w historii po 20,5 mln utraconych miejsc pracy w kwietniu. Lepsze dane będą negatywne dla dolara, gdyż głównie wzmocniłyby apetyt na ryzyko.

Złoty zaczyna tydzień od umocnienia i wymazania zamieszania wywołanego niespodziewaną obniżką stóp procentowych NBP. Bez wątpienia pomagają dobre nastroje zewnętrzne, choć rynkowa dyskusja na temat długoterminowych skutków sprowadzenia stopy procentowej niemal do zera może przyhamować dalszą aprecjację złotego. Dziś uwagę przyciągnie protokół z posiedzenia RPP, gdzie inwestorzy będą szukać szerszego wyjaśnienia zeszłotygodniowej decyzji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Siła regionów. Cushman & Wakefield przedstawia dwanaście alternatywnych lokalizacji dla biznesu w Polsce

Choć nowoczesne powierzchnie biurowe są w większości ulokowane w największych polskich aglomeracjach, to firmy coraz częściej szukają biur poza głównymi rynkami. Międzynarodowa firma doradcza Cushman& Wakefield przygotowała raport dotyczący 12 alternatywnych lokalizacji dla najemców z sektora BSS.

W raporcie„Rynek biurowy w Polsce – alternatywne lokalizacje dla najemców z sektora BSS” firma Cushman& Wakefield uwzględniła takie miasta jak Białystok, Bydgoszcz, Bielsko-Biała, Częstochowa, Elbląg, Kielce, Olsztyn, Opole, Radom, Rzeszów, Toruń oraz Zielona Góra. Eksperci podsumowali najważniejsze dane rynkowe oraz podstawowe wskaźniki ekonomiczne każdego z powyższych miast. W raporcie znajdują się także informacje dotyczące dostępnych powierzchni.

Gdzie szukać biura?

Według danych z raportu ABSL „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2019” obecnie 10% osób zatrudnionych w sektorze usług wspólnych pracuje poza dziewięcioma największymi rynkami biurowymi.

Obserwowany rozwój tych lokalizacji wynika między innymi z dostępności wykwalifikowanych pracowników, relatywnie dużej puli studentów i absolwentów, niższych kosztów operacyjnych oraz poprawiającej się infrastruktury transportowej pomiędzy analizowanymi rynkami a głównymi hubami komunikacyjnymi– mówi Krzysztof Misiak, Head of Cushman& Wakefield Poland.

Według analizy firmy całkowite zasoby powierzchni biurowej w tych dwunastu miastach to prawie 703 tys. mkw. w 200 obiektach. Jak podają eksperci, na tę powierzchnię składają się zarówno nowoczesne budynki, jak i kamienice przekształcone na funkcje biurowe. W budowie znajduje się obecnie prawie 93 tys. mkw., a kolejne 295 tys. mkw. zostało zidentyfikowane jako potencjalne projekty mogące trafić na rynek w ciągu najbliższych pięciu lat. Warto podkreślić, że większość z tych projektów realizowana jest przez lokalne firmy.

Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio
Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio

Od 2012 roku, czyli od pierwszego dnia, kiedy Pro Progressio rozpoczęło swoją działalność wspierającą rozwój sektora BSS w Polsce, mówiliśmy o ogromnym potencjale, jaki leży w polskich miastach regionalnych. Teraz, w czasach, kiedy centra operacyjne BPO i SSC można spotkać w każdym większym mieście, rozwój sektora nowoczesnych usług dla biznesu w lokalizacjach takich jak Białystok, Toruń, Radom, Olsztyn, Bydgoszcz, Opole czy Częstochowa i Kielce jest wręcz naturalny. Przewidujemy, że to właśnie w tych lokalizacjach będą tworzone w pierwszej kolejności następne centra dla firm BSS, które są już w Polsce obecne, ale także w części przypadków będą to pierwsze lokalizacje dla krajowych i zagranicznych organizacji BPO i SSC. Niższe koszty, dobra logistyka, stosunkowo niewielka konkurencja – to zalety miast regionalnych, którym ja osobiście mocno kibicuję – mówi Wiktor Doktór, Prezes Pro Progressio.

Polska liderem regionu sektora usług wspólnych

Eksperci firmy prognozują, że miasta regionalne będą przyciągać do siebie nowych najemców. Ich liczba będzie zależała m.in. oddostępnego zasobu powierzchni biurowych, dostępu do wykwalifikowanych pracowników i oferty wsparcia działań inwestycyjnych przez władze poszczególnych miast.

W najbliższych latach będziemy mogli dalej obserwować rozwój branży usług wspólnych, która w opinii Cushman & Wakefield przyśpieszy wraz z przejściem większości rozwiniętych gospodarek w fazę spowolnienia lub recesji spowodowanej wybuchem światowej pandemii. Polska, będąca liderem regionu w zakresie obsługi sektora usług wspólnych, powinna utrzymać swoją pozycję jako pożądana lokalizacja dla części firm szukających oszczędności poprzez przeniesienie części swoich procesów do tańszych lokalizacji – mówi Jan Szulborski,Senior Negotiator, Cushman & Wakefield.

Leczenie alergii na jad owadów żądlących w dobie COVID-19 nie powinno być przerywane. Jest to terapia ratująca życie

Lekarze podkreślają, że chociaż w dobie pandemii ogranicza się procedury medyczne do minimum, to zabiegi odczulania na jad owadów są  wykonywane nadal, zgodnie ze schematem leczenia. Wynika to z tego, że traktowane są jako terapia ratująca życie. Zwykle reakcja na jad owadów żądlących, typu osy, szerszenie czy pszczoły, oznacza miejscowy obrzęk i świąd w miejscu użądlenia, jednak dla niektórych osób może skończyć się wstrząsem anafilaktycznym, który zagraża życiu. Jedynym sposobem leczenia alergii na jad owadów jest odczulanie, czyli immunoterapia alergenowa. Jej skuteczność sięga 80–90 proc.

– Jad owadów zawiera alergeny, które dostają się do organizmu w trakcie użądlenia. W polskich warunkach problemem są różnego rodzaju gatunki os, ale też szerszeń, który ma podobny jad, ale wstrzykuje go znacznie więcej, więc jego użądlenie jest bardziej niebezpieczne. Jednak przede wszystkim zagrożeniem są pszczoły, których użądlenia są groźniejsze niż w przypadku os, a ostatnio coraz częściej również trzmiele, wykorzystywane w szklarniach do zapylania roślin – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Jutel, kierownik Katedry i Zakładu Immunologii Klinicznej na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu.

 Alergia na jad owadów błonkoskrzydłych jest częsta. To, jak częsta, zależy od stopnia ekspozycji na użądlenie. W takich grupach pacjentów jak pszczelarze, wędkarze czy myśliwi, czyli osób, które są nadmiernie eksponowane, ta alergia występuje znacznie częściej, dotyka nawet kilkunastu procent z nich – mówi prof. dr hab. Marita Nittner-Marszalska z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Nie każda reakcja po użądleniu owada ma charakter alergii. U osób, które nie są uczulone na jad, typowe są ból, świąd i niewielki obrzęk w miejscu użądlenia. Jednak dla wielu bliskie spotkanie z osą, pszczołą czy szerszeniem może się skończyć ciężką reakcją alergiczną.

 Z definicji jest to obrzęk, który jest większy niż powierzchnia dłoni i trwa dłużej niż dobę. To jest miejscowa reakcja alergiczna, która jest niegroźna i można ją zignorować – mówi.

Znacznie poważniejsza jest systemowa reakcja alergiczna, która może mieć przebieg łagodny, ale też dramatyczny, zagrażający życiu. W wersji łagodnej na całym ciele mogą pojawić się bąble pokrzywkowe, występują też zaczerwienienie i swędzenie skóry, obrzęk warg, powiek, szyi czy nawet całej twarzy, i to pomimo że miejsce użądlenia było odległe, jak np. stopa czy palec dłoni. W tym przypadku wystąpić mogą również objawy, które w ogóle nie kojarzą się z użądleniem, np. niepokój, ból brzucha albo skurcz oskrzeli.

 Skórne i obrzękowe grupy reakcji są zwykle niegroźne dla życia. Niestety są również formy groźniejsze, rzadsze, ale rozwijające się bardzo dynamicznie. One przebiegają z zajęciem układu oddechowego, kiedy występuje intensywna duszność, czasem ze świszczącym oddechem. Może pojawić się osłabienie, spadek ciśnienia, przyspieszenie akcji serca i tzw. objawy sercowo-krążeniowe, które mogą powodować istotne zagrożenie dla życia. Tych objawów bardzo się boimy – mówi prof. Marita Nittner-Marszalska.

Takie ciężkie, systemowe reakcje alergiczne stanowią śmiertelne zagrożenie dla osób uczulonych. Pojawiają się wówczas: uczucie przeszkody w gardle, duszności, kaszel ze świszczącym oddechem, zasłabnięcie, bóle brzucha, a nawet utrata przytomności. W najpoważniejszych przypadkach może rozwinąć się wstrząs anafilaktyczny wymagający natychmiastowego specjalistycznego leczenia.

– Wstrząs anafilaktyczny rozwija się szybko. Pacjent traci ciśnienie, słabnie, potem traci przytomność i może też stracić życie. Jest to sytuacja krańcowa, najgroźniejsza ze znanych nam reakcji alergicznych. Zresztą taka jest też definicja anafilaksji – jest to reakcja alergiczna, która stanowi bezpośrednie zagrożenie życia – mówi badaczka.

Ryzyko, że po użądleniu przez owada błonkoskrzydłego, czyli osę, pszczołę lub szerszenia, pojawi się poważna, systemowa reakcja alergiczna, dotyczy w Europie nawet 8 proc. populacji, przy czym u ok. 3 proc. osób mogą wystąpić objawy ciężkie, stanowiące bezpośrednie zagrożenie życia. Specjaliści podkreślają, że osoby, które doświadczyły objawów reakcji alergicznej, powinny skontaktować się z alergologiem, który zaleci obserwację kolejnych reakcji i ustali, jakie leki należy podać w razie użądlenia.

 Jeżeli pacjent doznał łagodnych objawów miejscowych, to nie trzeba wykonywać żadnych badań diagnostycznych. Należy je obserwować, choć one w niewielkim stopniu grożą wystąpieniem poważniejszej reakcji w przyszłości. Z kolei jeśli ktoś doświadczył reakcji uogólnionej, tej poważniejszej, to nie powinien ignorować takich objawów, ale zgłosić się do alergologa. Wtedy zlecamy badania diagnostyczne, które są dla nas podstawą do dalszego postępowania i kwalifikacji pacjentów do odczulania. Pacjenci z alergią na jad owadów błonkoskrzydłych i ciężkimi objawami absolutnie i bezwzględnie powinni być odczulani, czyli poddani immunoterapii – podkreśla prof. Marita Nittner-Marszalska.

Odczulanie, czyli immunoterapia alergenowa jadami, jest jedynym przyczynowym leczeniem alergii na jad owadów błonkoskrzydłych. Wszystkie osoby, u których po użądleniu owadów rozwinęły się ciężkie objawy, powinny zostać poddane tej terapii, ponieważ istnieje ryzyko, że przy kolejnym takim zdarzeniu wystąpi równie ciężka lub nawet cięższa reakcja alergiczna zagrażająca życiu.

– Immunoterapia jest podstawowym leczeniem, bo jej celem jest uzyskanie tolerancji alergenu. Za pomocą leków nie potrafimy profilaktycznie zabezpieczyć pacjenta. Jedyną możliwością jest wstrzykiwanie odpowiednio przygotowanego alergenu. To powoduje, że pacjent nabiera tolerancji, czyli stanu, który jest charakterystyczny dla osób bez alergii – mówi prof. Marek Jutel.

Do immunoterapii kwalifikowani są pacjenci w każdym wieku – zarówno dzieci, jak i dorośli, a nawet seniorzy. Odczulanie u dzieci można rozpocząć po ukończeniu przez nie piątego roku życia, ale i od tej reguły stosuje się wyjątki.

– Wyjątki dotyczą zwłaszcza alergii na jad owadów. Jeżeli mamy zagrożenie życia, to w takich przypadkach możemy odczulać nawet młodsze dzieci – mówi naukowiec z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – W ten sposób przywracamy pacjenta do zdrowia, ale w naturalny sposób – nie stosujemy żadnych środków chemicznych, tylko alergen, na który pacjent jest uczulony.

Zwykle immunoterapię stosuje się przez okres od trzech do pięciu lat, czyli stosunkowo krótko w porównaniu z leczeniem farmakologicznym, które wielu pacjentów musi kontynuować przez całe życie.

– To jedna z najskuteczniejszych terapii w medycynie w ogóle. W przypadku alergii na jad pszczoły skuteczność immunoterapii wynosi powyżej 90 proc. To oznacza, że 90 na 100 pacjentów, u których występowały ciężkie, groźne dla życia reakcje alergiczne, nie będzie ich mieć po odczulaniu. W przypadku jadu osy mamy skuteczność krańcową ok. 80 proc. Gdy porównamy ją ze skutecznością leków przeciwhistaminowych na poziomie 5 do 10 proc., to immunoterapia jest faktycznie leczeniem, którego nie da się zastąpić – mówi prof. Marek Jutel,

Specjaliści podkreślają, że chociaż w dobie pandemii ogranicza się procedury medyczne do minimum, to zabiegi odczulania na jad owadów powinny być wykonywane nadal i zgodnie ze schematem zaleconym przez alergologa.

 Sezon sprzyja aktywności owadów, robi się bardzo ciepło i one są wszędzie wokół nas. Musimy się więc strzec, niezależnie od istniejącej sytuacji epidemiologicznej – zaznacza prof. Marita Nittner-Marszalska.

Małgorzata Leitner: Pandemia koronawirusa miała duży wpływ na branżę rozrywkową. Wielu artystów zostało pozbawionych zarobku

0

W wywiadzie dla PRoto.pl menedżerka podkreśla, że kryzys i społeczna izolacja wywołane koronawirusem całkowicie zaburzyły rytm funkcjonowania zarówno branży rozrywkowej, jak i modowej. Wiele gwiazd z dnia na dzień zostało pozbawionych dochodów.  Nie udało się też zrealizować zagranicznych kontraktów, co więcej, nie wiadomo też, kiedy zostanie wznowiona ta współpraca. Leitner zapewnia jednak, że jej firma skupiła się na takiej formie działalności, dzięki której pomimo kryzysu nadal może oferować podopiecznym sporo zleceń.

– Wpływ COVID-19 i napędzanego przez niego strachu ma wpływ zarówno na lokalne, jak i globalne interesy branży rozrywkowej. W Warszawie odwołano koncerty, imprezy, pokazy mody, prezentacje, tym samym pozbawiając większość artystów możliwości zarobku. Odwołane loty, przełożone sesje zdjęciowe postawiły pod znakiem zapytania sens dalszych inwestycji w sektorze modelingu – mówi  w wywiadzie dla PRoto.pl Małgorzata Leitner, menedżerka oraz założycielka i właścicielka agencji Avant Mangement i szkoły Avant School.

Jej zdaniem pandemia koronawirusa, izolacja i obostrzenia już poczyniły duże zmiany w branży modowej. Trudno cokolwiek planować, bo nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Szczególnie niepewna jest współpraca zagraniczna.

– Zamknęły się dwie czołowe agencje modelek w Polsce. Międzynarodowa moda została zamrożona z dnia na dzień wraz z zamknięciem granic państw. Działa tylko online booking internetowych świadczeń artystów-influencerów. Kontrahenci chętniej decydują się na działania krótko- niż długoterminowe, wybierają bezpieczną telewizję i wygodny internet, przerzucając budżety do tych sektorów. Działania są podejmowane lokalnie zamiast globalnie – mówi Małgorzata Leitner.

Zdaniem właścicielki agencji Avant Management nawet w momencie, kiedy obostrzenia zostaną całkowicie zniesione i wszystko wróci do normy, współpraca z zagranicznymi gwiazdami będzie mocno ograniczona.

– Zanim ktokolwiek zdecyduje się na zatrudnianie gwiazd z zagranicy, będzie reklamował swoje produkty i usługi lokalnie przy pomocy wyspecjalizowanej w danej branży agencji, realizując łatwo mierzalne, szybkie i wygodne w obsłudze kampanie z udziałem gwiazd i twórców mających łącznie miliony followersów gotowych kupić ich produkty tutaj, zaraz – mówi menedżerka.

Zaznacza jednak, że nawet w tym trudnym czasie jej agencja działa nieprzerwanie. A wszystko dzięki odpowiednim decyzjom podjętym w 2016 roku.

– Chcąc całkowicie uniezależnić się od zagranicznych rynków mody, weszliśmy pełną parą w new business kampanii influencerskich i produkcji programów telewizyjnych. Dzięki takiej dywersyfikacji dzisiaj zachowujemy spokój i płynność podczas kryzysu i co najważniejsze – możemy oferować naszym artystom potok zleceń – mówi Małgorzata Leitner.

Przyznaje, że pandemia i zamknięcie w domach zmieniły sposób prowadzenia komunikacji artystów z mediami i fanami. Większość gwiazd jednak doskonale odnajduje się w nowej rzeczywistości.

Wobec braku możliwości spotkania i bezpośredniego kontaktu wśród artystów królują live’y, calle na Zoomie, relacje na stories i TikToki. Ewentualnie wirtualne wspomnienia z odwiedzanych zimą ciepłych zakątków świata. Mam wrażenie, że coraz bardziej liczy się wartościowy content i wygrywają twórcy, którzy potrafią tworzyć na zawołanie ciekawe treści – mówi właścicielka agencji Avant Mangement i szkoły Avant School.

Pandemia może pogorszyć sytuację finansową kopalń i przyspieszyć ich zamykanie. Zmiany na Śląsku wymagają odpowiedniego przygotowania

Polskie górnictwo zatrudnia ponad 80 tys. osób i to ten sektor jest w tej chwili najbardziej dotknięty przez koronawirusa. – Obawiam się, że z powodu pandemii i jej skutków wygaszanie kopalni może przyspieszyć, a jest to proces, który powinno się właściwie przygotować – podkreśla Izabela Zygmunt z CEE Bankwatch Network. To też proces, którego nie da się uniknąć ze względu chociażby na cele klimatyczne Unii Europejskiej. Powinny mu jednak towarzyszyć uzgodnienia wszystkich zainteresowanych stron, przede wszystkim górników i społeczności lokalnych, a także wykorzystanie miliardów euro w ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.

W tej chwili kryzys zdrowotny najmocniej dotyka Śląska i górników. Ta grupa generalnie pracuje w bardzo niebezpiecznych warunkach, a teraz jeszcze ze zdwojoną siłą dosięgły ją skutki pandemii. Ten czynnik z dużym prawdopodobieństwem może przyspieszyć zamknięcia kopalń. Wszyscy wiemy, że dla węgla nie ma przyszłości w energetyce. Z drugiej strony kopalnie powinny być zamykane nie wskutek jakiegoś kryzysu, który nagle pogarsza ich już i tak trudną sytuację ekonomiczną, ale w stopniowym procesie, który jest zaplanowany i uporządkowany – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Zygmunt, national campaigner, CEE Bankwatch Network Poland.

Według danych ARP na koniec marca br. w sektorze górniczym zatrudnionych było 82,6 tys. osób. Węgiel jest surowcem, na którym opiera się polska energetyka – w 2019 roku jego udział w produkcji energii elektrycznej wyniósł 73,6 proc. Jednak stopniowe wygaszanie jego wydobycia jest nieuniknione, m.in. z przyczyn ekonomicznych, klimatycznych, jak i polityki UE. Projekt polityki energetycznej Polski zakłada, że udział tego surowca w miksie energetycznym będzie sukcesywnie spadać (do poziomu 60 proc. w 2030 roku) przy równoczesnym zwiększaniu znaczenia energii z odnawialnych źródeł energii.

Polska Zielona Sieć wskazuje, że pomimo politycznych obietnic w niedługim czasie prawdopodobne są zamknięcia kolejnych kopalń, a plany budowy nowych stoją pod znakiem zapytania. Górnicy, mieszkańcy i samorządy regionów górniczych powinni o tym wiedzieć, żeby móc przygotować się na zmiany.

 Na Śląsku lokalne społeczności bardzo często są przeciwne kopalniom, bo mają z tego dużo kłopotu. Ale proces ich wygaszania należałoby właściwie przygotować. Obawiam się, że z powodu pandemii i jej skutków, czyli prawdopodobnie pogorszenia i tak już słabej sytuacji ekonomicznej kopalń, to może nastąpić szybciej. Zanim ktokolwiek zdąży przygotować jakieś realne alternatywy dla ludzi, którzy stracą pracę, dla samorządów, które stracą dochody z podatków, i dla całych społeczności, które ekonomicznie są zależne od tych zakładów – mówi ekspertka.

Sprawna transformacja regionów górniczych będzie jednak możliwa tylko wtedy, gdy zaplanuje się ją z odpowiednim wyprzedzeniem i w sposób demokratyczny, przy współudziale wszystkich, w tym górników.

 Pogodzenie interesów górników z celami zielonej transformacji absolutnie jest możliwe. Im nie chodzi o to, żeby wydobywać węgiel jeszcze przez 200 lat, ale o to, żeby nadal mieć gdzie pracować i aby ta zmiana nie wiązała się z rozpadem lokalnych społeczności – podkreśla.

Śląsk jest tradycyjnie regionem górniczym. Wiele osób postrzega zieloną transformację jako zagrożenie dla jego tożsamości kulturowej i lokalnych społeczności, które są też ekonomicznie uzależnione od kopalń. Jednak w procesie zmian Śląsk będzie mógł skorzystać ze środków, które UE przewidziała w ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.

– Mamy w tej chwili zwiększony budżet sprawiedliwej transformacji. W perspektywie kilku, kilkunastu miesięcy te pieniądze będą mogły popłynąć na Śląsk i do pozostałych regionów węglowych w Polsce. Teraz rządzący i górnicze związki zawodowe – które stoją na bardzo konserwatywnym stanowisku, co niekoniecznie odzwierciedla punkt widzenia wszystkich górników – powinni usiąść przy wspólnym stole i zacząć planować, jak skorzystać z tych pieniędzy. To będą miliardy euro, które można albo zmarnować, albo wydać dobrze, ale w tym celu trzeba najpierw porozmawiać ze wszystkimi, którzy mają coś na ten temat do powiedzenia – podkreśla Izabela Zygmunt.

Projekt Funduszu Sprawiedliwej Transformacji został przedstawiony przez Komisję Europejską w grudniu ubiegłego roku. To nowy unijny instrument finansowy, który będzie wspierać obszary stające przed poważnymi wyzwaniami społecznymi i gospodarczymi w związku z dążeniem UE do osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 roku. W przypadku Polski pieniądze z funduszu mają trafić właśnie do regionów węglowych wchodzących na ścieżkę transformacji.

– Wykonano kilka gestów w naszą stronę, m.in. Fundusz Sprawiedliwej Transformacji został radykalnie zwiększony. To oznacza docenienie wagi tego problemu, jaki mamy z odejściem od obecnego systemu produkcji energii i przejściem na nowy. Tutaj będą dodatkowe duże środki. Obecnie ten fundusz ma 40 mld euro plus dodatkowe instrumenty, łącznie na pewno powyżej 100 mld dla regionów górniczych – wyjaśnia ekspertka.

W ubiegłym tygodniu Komisja Europejska przedstawiła nowy instrument pożyczkowy na rzecz sektora publicznego w ramach mechanizmu sprawiedliwej transformacji. Z niego także będą mogły korzystać regiony, których gospodarka opiera się na węglu. Narzędzie to obejmie 1,5 mld euro w formie dotacji z budżetu UE oraz 10 mld euro w formie pożyczek z Europejskiego Banku inwestycyjnego. Te pieniądze powinny wygenerować inwestycje rzędu 25–30 mld euro.

– Dla Polski stawka jest dużo większa, bo możemy skorzystać z pieniędzy unijnych w dużo większym zakresie. Część pieniędzy zostanie bowiem skierowana na zwiększenie budżetu polityki spójności. Jednak jasno nakreślono, na jakie cele mają iść te pieniądze. I to są cele, do których – patrząc na plany rządu dotyczące energetyki i węgla – my się na razie nie zapisaliśmy – mówi Izabela Zygmunt.

Nadopiekuńczość i brak konsekwencji to jedne z najczęstszych błędów wychowawczych. Współczesnym rodzicom trudno ich uniknąć

– Nie ma idealnych rodziców i wszyscy popełniają jakieś błędy – mówi psycholog, dr Iwona Krosny-Wekselberg. Jak podkreśla, współczesnym rodzicom trudno uniknąć błędów wychowawczych, chociażby z powodu pośpiechu i braku czasu, nagromadzenia sprzecznych informacji czerpanych z portali czy książek o rodzicielstwie, a czasem też przez własne doświadczenia z dzieciństwa, oczekiwania rodzinne i rady mam czy teściowych. Często powodem są też popularne wśród rodziców stereotypy – np. ten, że dzieciństwo powinno być najszczęśliwszym okresem w życiu. Takie przekonanie skutkuje roztoczeniem nad dzieckiem parasola ochronnego, co zaburza rozwój jego osobowości.

– Przez przekonanie, że dzieciństwo jest najszczęśliwszym okresem w życiu, dorośli często się nie domyślają, że dziecko może mieć swoje troski i że ma prawo do swoich humorów. To może powodować, że deprecjonują i bagatelizują jego problemy. Tymczasem ono ma masę problemów, ponieważ stawia się przed nim ogrom zadań do wykonania, z którymi różnie sobie radzi – mówi agencji Newseria dr Iwona Krosny-Wekselberg, psycholog i wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej na kierunku pedagogika i psychologia.

Kolejnym mitem jest ten, że dobrze wychowane dziecko oznacza grzeczne. Tymczasem dziecko, które jest posłuszne, bardzo często boi się otwarcie okazywać swoje emocje, jest wycofane, potulne i podporządkowane, a to rzutuje na jego zachowanie w przyszłości.

 Posłuszeństwo dziecka wobec rodzica nie może być jego jedynym celem. W wychowaniu nie chodzi o to, żeby dzieckiem sterować, ale kształtować w nim silne „ja”, bo kiedyś ono będzie musiało poradzić sobie w życiu – mówi ekspertka. – Dziecko właśnie w rodzinie powinno przejść trening asertywności, mieć doświadczenie w mówieniu „nie”, poczucie wpływu na otoczenie. Jeżeli tego nie ma i tego rodzaju zachowania są karane, to może doprowadzić to do rozwoju uległej osobowości. Potem rodzice się dziwią, że dziecko jest konformistyczne i ulega grupie rówieśniczej. Tymczasem dziecko nie zostało nauczone, że może mieć własne zdanie i może się na coś nie zgodzić.

Popularny wśród rodziców jest też mit o skuteczności i wyższości kary nad nagrodą. Wielu wręcz obawia się chwalić i nagradzać dobre zachowania, myśląc, że w ten sposób zdemotywują dziecko.

 To jest trochę dziwne założenie. U ludzi utrwalają się właśnie te zachowania, które przynoszą pozytywne rezultaty. Aprobata otoczenia jest sygnałem, że dane zachowanie może przynieść korzyści, więc warto je powtarzać. Jeśli rodzice reagują głównie wtedy, kiedy coś idzie źle, dziecko dostanie dwóję albo pobije się z kolegą, pokazują mu w ten sposób, że tylko złym zachowaniem jest w stanie zwrócić ich uwagę – mówi wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Psycholog podkreśla, że nie ma idealnych rodziców i wszyscy bez wyjątków popełniają błędy wychowawcze. Te najczęstsze można podzielić na tzw. błędy zimne i ciepłe. Te pierwsze są związane z dystansem uczuciowym, oziębłością, brakiem akceptacji, a nawet odrzuceniem.

 Rygoryzm, ograniczanie spontanicznej aktywności dziecka, obojętność czy agresja (oprócz fizycznej i słownej chodzi również o jej bierną formę, np. obrażanie się) zwiększają poziom lęku i obniżają samoocenę dziecka, więc staje się ono wycofane, bierne. Warto też mieć świadomość, że agresja rodzica modeluje agresję u dzieci frustracja osoby niedocenianej, poniżanej, niesprawiedliwie karanej może powodować, że przenosi swój gniew i rozładowuje napięcie poprzez agresję np. wobec rówieśników.​ To wszystko wpływa na dziecko, które bardzo krytycznie podchodzi do własnej aktywności albo wręcz jest obojętne. Takie zachowania mogą też zwiększać u dzieci poczucie lęku, z pewnością nie wpływają na harmonijny rozwój osobowości – podkreśla dr Iwona Krosny-Wekselberg.

Jednak nawet rodzice, którzy pozostają z dziećmi w bliskiej, ciepłej i uczuciowej relacji, popełniają błędy wychowawcze, choć innego rodzaju. W tym modelu częste są właśnie tzw. błędy ciepłe. Te polegają m.in. na uleganiu dziecku, spełnianiu jego zachcianek, wyręczaniu w obowiązkach, a tłumaczone są jego dobrem.

Ciepłe błędy są nazywane syndromem nadopiekuńczości. Mogą prowadzić do tego, że dziecko staje się zależne emocjonalnie od opiekuna, nie ma warunków, żeby wzmacniać swoją odporność psychiczną. Brakuje mu treningu w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami, bo często jest w nich wyręczane. W efekcie tworzy się u niego wyobrażenie, że ludzie są po to, żeby mu pomagać, że nie jest za nic odpowiedzialne. A skoro wszyscy je kontrolują i roztaczają nad nim parasol ochronny, to być może nie jest wystarczająco dobre – mówi ekspertka.

Tego rodzaju zachowania hamują u dzieci poczucie sprawstwa, wewnętrznej kontroli i przekonania, że samodzielnie dadzą sobie radę. Dlatego dzieci, które są wychowywane w takim nadopiekuńczym modelu, mają niższą odporność psychiczną. Kiedy natrafiają na trudną sytuację, od razu się z niej wycofują albo uruchamiają schemat szukania pomocy. Częstym efektem jest też to, że traktują innych ludzi instrumentalnie.

– Kiedy dziecko dorasta i opuszcza dom ze schematem ludzie są dla mnie i mogę z nich korzystać, to niekoniecznie dobrze wpłynie na jego kontakty społeczne – mówi wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Jak podkreśla, nawet dobre intencje nie ustrzegą rodziców przed popełnianiem błędów wychowawczych.

– Ludzie często mają dobre motywacje. Jednak często też ich starania, żeby uczynić życie dziecka szczęśliwym, zapewnić mu opiekę, wyrozumiałość i poczucie beztroski, powodują, że ono nie ma warunków, aby optymalnie rozwijać swój potencjał i stawać się samodzielne, bo niestety ciągle jest pod parasolem ochronnym. Oprócz tego motywem rodziców bywa po prostu ich potrzeba, żeby w dzisiejszych, zabieganych czasach mieć trochę spokoju. Czasem łatwiej zrobić coś za dziecko, dla świętego spokoju odpuścić, niż mobilizować cały potencjał i nie rezygnować z myślą o odległych korzyściach takiej postawy – mówi dr Iwona Krosny-Wekselberg.

To często wiąże się z błędem niekonsekwencji, który dla wychowania dziecka może mieć szczególnie niebezpieczne skutki. Tym bardziej że rodzicom czasem trudno jest rozpoznać, która postawa i zachowanie są tymi właściwymi, a nie pomagają w tym także często sprzeczne informacje czerpane z portali czy książek o rodzicielstwie, oczekiwań rodzinnych i rad mam czy teściowych.

– Brak konsekwencji rodzica utrudnia dziecku opanowanie zasad obowiązujących w domu, jakiejś hierarchii wartości. Skoro wszystko jest zmienne, ono  zaczyna się gubić, nie wie, czego ma się trzymać. Poza tym, jeżeli rodzic za coś karze, a innym razem nie, raz na coś pozwala, a kolejnym nie, to traci w oczach swojego dziecka autorytet. Wtedy maleje możliwość, że będzie mieć na swoją pociechę wpływ, ponieważ jest nieprzewidywalny. A rodzic nieprzewidywalny nie zaspokaja podstawowej potrzeby dziecięcej, jaką jest potrzeba bezpieczeństwa. Warto dodać, że dla jej zaspokojenia oprócz możliwości przewidywania ważna jest też możliwość otwartej komunikacji z osobami bliskimi. Zaburzają ją błędy, np. karanie za szczerość czy lekceważenie tego, co dziecko przeżywa, czy wreszcie mówienie mu, że jest jeszcze małe i niczego nie rozumie  – podkreśla psycholog i wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Ekspertka dodaje, że zaspokojenie tej podstawowej potrzeby – bezpieczeństwa – jest szczególnie ważne dla rozwoju dzieci.

– Rozwój bowiem to zmiana, a dziecko, które jest niepewne i nieufne, wycofuje się i może nie korzystać z nowych doświadczeń, które rozwijają jego osobowość i umiejętności samodzielnego radzenia sobie w życiu – dodaje dr Iwona Krosny-Wekselberg.

Zużyliśmy miliony ton maseczek i rękawiczek. Polscy naukowcy zbadają, jak bezpiecznie dla środowiska zutylizować odpady

W USA produkuje się fartuchy wielokrotnego użytku z poduszek powietrznych, które można prać nawet 50 razy. Naukowcy z Uniwersytetu w Nebrasce testują, czy światło ultrafioletowe odkazi i przedłuży żywotność masek medycznych. Wszystko po to, by zmniejszyć ilość odpadów. Maseczki czy rękawiczki, które chronią przed koronawirusem, dla środowiska mogą być dużym zagrożeniem. Polscy naukowcy angażują się w projekt badawczy UPS-Plus, który ma zbadać, w jaki sposób bezpiecznie utylizować zużyty sprzęt ochronny.

Środki ochrony indywidualnej zaśmiecają już morza i oceany oraz zalegają na brzegach plaż. UCL Plastic Waste Innovation Hub ocenia, że gdyby tylko w Wielkiej Brytanii całe społeczeństwo nosiło maski wielokrotnego użytku, mogłoby to zapobiec powstaniu 66 tys. ton zanieczyszczonych odpadów z tworzyw sztucznych.

Na świecie pojawiają się już pierwsze innowacyjne rozwiązania bezpieczniejsze dla środowiska. W USA firma Ford produkuje fartuchy wielokrotnego użytku z poduszek powietrznych, które można prać do 50 razy. Uniwersytet w Nebrasce testuje, czy światło ultrafioletowe może odkazić i przedłużyć żywotność masek medycznych. W Polsce z kolei naukowcy w ramach projektu UPS-Plus zbadają, w jaki sposób bezpiecznie zutylizować zużyty sprzęt ochronny.

– Projekt UPS-Plus jest realizowany przez interdyscyplinarny zespół naukowców Politechniki Śląskiej, głównie z Wydziału Inżynierii Środowiska i Energetyki, ale także z Wydziału Chemicznego oraz Wydziału Mechanicznego Technologicznego. Dotyczy on optymalizacji procesu spalania i waloryzacji ubocznych produktów spalania dla wypełnienia założeń gospodarki o obiegu zamkniętym (UPS-Plus). W projekcie badamy różne paliwa, w tym odpadowe, tzw. RDF, pod kątem optymalizacji ich recyklingu energetycznego i materiałowego – mówi dr hab. inż. Sylwester Kalisz, kierownik projektu, z Katedry Maszyn i Urządzeń Energetycznych Politechniki Śląskiej.

W ramach projektu naukowcy chcą sprawdzić, jaki wpływ na środowisko ma COVID-19, przede wszystkim w kontekście sprzętu ochronnego. Zwłaszcza że nawet rękawice wykonane z gumy lateksowej, produktu naturalnego, nie zawsze są wyborem przyjaznym dla środowiska. Ze względu na chemiczne dodatki zastosowane do ich produkcji, mogą mu zaszkodzić.

List intencyjny dotyczący udziału w projekcie badawczym UPS-Plus podpisała firma Etisoft, produkująca maseczki, rękawiczki czy przyłbice ochronne.

– Jako firma, która bardzo szybko odnalazła się w nowej rzeczywistości, świadomie i z pełną odpowiedzialnością jesteśmy gotowi wspierać ekologiczne działania służące recyklingowi i ponownemu wykorzystaniu maseczek i przyłbic – mówi Michał Majnusz, prezes Etisoftu. – Nasza rola w rozszerzeniu projektu będzie polegała na dostarczaniu materiału z masek oraz dostępnych danych materiałowych i technologicznych do dalszych badań. Mam nadzieję, że dołożymy w ten sposób swoją cegiełkę do rozwiązania problemu, z którym niewątpliwie wkrótce będzie się borykać nasza planeta.

Zalety wirtualnego biura

E-office cieszy się coraz to większą popularnością, stając się doskonałą alternatywą dla klasycznych biur w centrum miasta. Przedsiębiorcy, ceniący sobie pracę zdalną oraz firmy, szukające sposobu na optymalizację kosztów, niezwykle chętnie sięgają po to rozwiązanie, odkrywając stopniowo coraz to więcej, innych zalet.

Od ponad 20 lat przedsiębiorcy potwierdzają, że można z powodzeniem prowadzić biznes mając siedzibę w formie e-office. Przyjrzymy się zatem temu zagadnieniu nieco bliżej.

Co to jest wirtualne biuro?

Zacznijmy jednak od początku, czyli od wyjaśnienia czym właściwie jest wirtualne biuro. Jest to usługa polegająca na outsourcingu naszej obsługi biurowej, bez jednoczesnej konieczności fizycznej obecności w danym miejscu.

Tworzenie takiego wirtualnego adresu, przede wszystkim, ma za zadanie zredukować koszty, które związane są z wynajmowaniem lokalu czy zatrudnianiem pozostałych pracowników. Najprościej mówiąc – zapewniają rejestrację przedsiębiorstwa pod pewnym, wskazanym przez siebie adresem, dzięki czemu możliwe jest prowadzenie działalność z np. naszego domu.

Warto nadmienić, że wirtualne biuro umożliwia posiadanie m.in. indywidualnych numerów telefonów, obsługi prawnej, obsługi księgowej, przechowywania dokumentów czy założenia rachunku firmowego.

Skąd pomysł wirtualnych biur?

Pomysł wirtualnych biur narodził się w 1994 roku, dzięki pomysłodawcy – Ralphowi Gregorowi. To on jako pierwszych przeprowadził obserwacje społeczną, której wnioski pozwoliły sądzić, że szerokie grono przedsiębiorców nie potrzebuje i nie chce prowadzić własnego biura – m.in. ze względu na duże koszty. Idea i pomysł stosowania e-biznesów ugruntowała się niedługo po przekazaniu wyników obserwacji, a firma, którą założył Ralph prosperuje do dziś, odnosząc spore sukcesy.

Zalety takiego rozwiązania

Poniekąd już z powyższego wstępu wywnioskować możemy jakie są największe zalety wirtualnego biura. Uporządkujmy zatem tą wiedzę i zbierzmy wszystkie te wartości w jedno miejsce.

Po pierwsze – największą zaletą i często podstawowym determinantem do założenia wirtualnego adresu jest zmniejszenie wysokości opłat za czynsz i media. Efektem tego jest ogólna optymalizacja kosztów, związanych z np. jego wyposażeniem.

Po drugie – adres wirtualny nie stawia tak wiele ograniczeń, jak moglibyśmy pierwotnie przypuszczać. Prawda jest taka, że biura tworzone w ten sposób nadal zatrudniają szeroką kadrę pracowników, korzystając m.in. z usług księgowych. Przekonanie więc, że e-biznes okraszony jest mnóstwem ograniczeń dla przedsiębiorców jest dużym uproszczeniem – często zupełnie niesłusznym.

Po trzecie – możemy sięgnąć po nieocenioną pomoc w kwestii formalnej, która często jest kołem ratunkowym dla niezdecydowanych lub początkujących biznesów. Chcąc założyć np. wirtualny adres Wrocław skorzystać możemy z pomocy Dc.Biz, oddając tym samym trudne zadanie zaufanej i doświadczonej w tej materii firmie.

Po czwarte – zyskujemy prestiżowy adres w centrum miasta, dzięki czemu zdobywany znaczącą przewagę konkurencyjną. Tak oto założone wirtualne biuro Wrocław pozwala nam zyskać klientów z całego województwa, wzmacniając tym samym wizerunek i markę na rynku. Profesjonalna wizytówka firmy staje się więc solidnym filarem, który zachęca klientów do skontaktowania się i zapoznania się z naszymi usługami.

Po piąte – i ostatnie – zyskujesz swobodę, dzięki której możesz pracować w każdym miejscu i o każdym czasie, przyjeżdżając jedynie na okazjonalne spotkania z klientem (w np. wynajmowanej na godziny sali konferencyjnej).

Społeczna odpowiedzialność biznesu – dowiedz się, na czym polega i poznaj przykłady

Coraz większy nacisk kładzie się na to, by działalność firmy nie skupiała się jedynie na doskonałej obsłudze i wysokiej jakości produktów, ale także na angażowaniu w działania na rzecz społeczeństwa. Kiedy organizacja ma na celu nie tylko realizację własnych interesów, ale też podejmowanie decyzji wspierającej społeczeństwo, mówi się o społecznej odpowiedzialności biznesu. Dlaczego jest to ważne?

Czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu?

Z tym terminem możemy spotkać się coraz częściej, co jest świadectwem tego, że jego rola rośnie. Społeczna odpowiedzialność biznesu jest pojęciem zamiennie używanym z CSR (ang. corporate social responsibility) i dotyczy takiej strategii działań biznesowych, które dobrowolnie uwzględniają ochronę środowiska, relacje ze społecznością lokalną, czy pracownikami. Wszystko to ma na celu zrównoważony rozwój ekonomiczny i społeczny. Dokładne zasady, jakimi kierują się firmy funkcjonujące zgodnie z tym modelem, w 2010 roku określiła Międzynarodowa Organizacja Standaryzacyjna.

Dlaczego warto zadbać o działania z zakresu CSR?

Wspieranie rozwoju lokalnego i ekologii to szczytne cele, ale przedsiębiorca mógłby się zastanawiać, jakie on sam ma z tego korzyści. Przede wszystkim, społeczna odpowiedzialność biznesu stawia firmę w lepszym świetle. Zyskuje ona miano solidnego pracodawcy i partnera, lojalnej i rzetelnej firmy, a wszystko to przekłada się na budowanie pozytywnego wizerunku. Należy jednak pamiętać, że działania z zakresu CSR powinny wypływać z poczucia odpowiedzialności, a nie chęci zysków. Istotą społecznej odpowiedzialności biznesu jest bezinteresowność, która nadaje tym działaniom wyjątkowego charakteru.

Biorąc pod uwagę to, jak wiele dzieje się wokół ochrony środowiska, poprawy warunków pracy i dbałości o rynek lokalny, ma to podwójne znaczenie. Działania stanowiące odpowiedź na bieżące sprawy i problemy mogą dać nam dużą przewagę nad konkurencyjną firmą, która albo nie przedsięwzięła podobnych działań, albo ich nie nagłaśnia. Warto również zauważyć, że dzięki takim działaniom łatwiej można znaleźć partnerów biznesowych. Natomiast klienci, widząc naszą lojalność, odpłacą się tym samym i również będą wobec nas lojalni.

Przykłady, w jaki sposób można realizować założenia strategii

Wszystko to brzmi wzniośle i bardzo atrakcyjne, ale rodzić może kolejne pytania. Co obejmują działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu i jak zacząć je wdrażać? Wbrew pozorom pole do manewru mamy całkiem spore. Podstawą są etyczne decyzje, zarówno związanie z podejściem do pracowników, jak i uczciwa konkurencja i różne przedsięwzięcia proekologiczne. Wśród przykładów narzędzi, jakimi możemy się posłużyć, wymienia się segregowanie odpadów, skrócenie łańcucha dostaw, promowanie sportu wśród dzieci i młodzieży, dofinansowanie lokalnych inwestycji, wolontariat pracowniczy, programy pracownicze nastawione na rozwój i dbanie o zdrowie o pracowników. Powszechne są również różnego rodzaju kampanie społeczne. Są to jedynie przykłady, a korzyści spore, warto więc się nimi zainteresować. Jest ich znacznie więcej – zobacz na blogu Harbingers.io.

Źródła finansowania i dotacji dla przedsiębiorców w czasie pandemii

Każdy przedsiębiorca będący pracodawcą, u którego wystąpił kwalifikowany spadek obrotów gospodarczych w następstwie pandemii COVID-19 w wysokości określonej Ustawą ws. Tarczy antykryzysowej ma do wyboru, po spełnieniu dodatkowych warunków, możliwości uzyskania dofinansowania wynagrodzeń pracowników. Płynność finansową firm może także poprawić wsparcie przewidziane w Tarczy finansowej PFR. Dodatkowo Ustawy o Tarczy antykryzysowej dają także możliwość bieżącego rozliczania ulgi na działalność B+R, a także 5-procentowej stawki CIT w ramach IP Box. Tarcza antykryzysowa wprowadziła konkretne mechanizmy dofinansowania do wynagrodzeń pracowników, które ze względu na wysokość kwot możliwych do otrzymania nie powinny być pomijane przez przedsiębiorców.

Rozwiązania zawarte w Tarczy antykryzysowej mają za zadanie pomóc firmom utrzymać płynność finansową. Każdy przedsiębiorca będący pracodawcą, u którego wystąpił kwalifikowany spadek obrotów gospodarczych w następstwie pandemii COVID-19 w wysokości określonej Ustawą ws. Tarczy antykryzysowej ma do wyboru, po spełnieniu dodatkowych warunków, możliwości uzyskania dofinansowania wynagrodzeń pracowników. Płynność finansową firm może także poprawić wsparcie przewidziane w Tarczy finansowej PFR. Dodatkowo Ustawy o Tarczy antykryzysowej dają także możliwość bieżącego rozliczania ulgi na działalność B+R, a także 5-procentowej stawki CIT w ramach IP Box.

Dofinansowanie wynagrodzeń z FGŚP

Tarcza antykryzysowa wprowadziła konkretne mechanizmy dofinansowania do wynagrodzeń pracowników, które ze względu na wysokość kwot możliwych do otrzymania nie powinny być pomijane przez przedsiębiorców.

Należy przy tym starannie przeanalizować warunki wejścia do danego programu, aby wybrać ten najbardziej właściwy, mając na uwadze m.in. skalę spadku obrotów gospodarczych. Dofinansowania z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych są adresowane do wszystkich przedsiębiorców, niezależnie od ich wielkości, z kolei możliwość uzyskania dofinansowania od starosty jest kierowana wyłącznie do sektora MŚP. Progi spadku obrotów oraz wysokość dofinansowania są różne w obu tych programach. W przypadku dofinansowania do starosty atrakcyjnym aspektem jest brak konieczności modyfikowania warunków zatrudnienia, wygląda na to – i należy ocenić to pozytywnie – że procedowana obecnie kolejna odsłona Tarczy Antykryzysowej (4.0) wprowadzi podobną zasadę również w stosunku do dofinansowania z FGŚP – mówi Wojciech Majkowski, dyrektor w zespole ds. podatku dochodowego od osób prawnych w KPMG w Polsce.

W przypadku aplikowania o dofinansowanie z FGŚP według obecnych zasad przedmiotem analizy powinno być faktyczne zapotrzebowanie na pracę, tj. wymiar czasu pracy, o który zasadne jest obniżenie etatów – aby z jednej strony zachować możliwości funkcjonowania przedsiębiorstwa, a z drugiej ubiegać się o dofinansowanie.

Niekoniecznie właściwe będzie w każdym przypadku wykorzystywanie maksymalnego dostępnego limitu obniżenia (tj. 20%), w szczególności biorąc pod uwagę, że uruchamianie kolejnych gałęzi gospodarki powinno odpowiednio postępować. Z drugiej strony, analiza powinna skupić się na wysokości dofinansowania możliwego do otrzymania. Nie ulega wątpliwości, że przy obecnej konstrukcji tego rozwiązania, obniżenie o mniejszy wymiar czasu pracy np. 5% w wielu przypadkach pozwala osiągnąć efektywnie dużo wyższą kwotę dofinansowania (uwzględniając nawet oszczędności z tytułu samego obniżenia), przy jednoczesnym zachowaniu większych możliwości kadrowych. Ważne jest także to, aby działania podejmowane co do warunków zatrudnienia pracowników nie były działaniami fikcyjnymi, nakierowanymi wyłącznie na formalne spełnienie warunków otrzymania dofinansowania – mówi dr Konrad Kleszczewski, menedżer w zespole ds. podatku dochodowego od osób prawnych w KPMG w Polsce.

Tarcza Finansowa PFR

Program dla Dużych Firm będzie skierowany do przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 250 pracowników i których obroty przekraczają 50 mln euro lub ich suma bilansowa przekracza 43 mln euro. Program będzie dostępny również dla mniejszych podmiotów, tj. dla firm, które zatrudniają powyżej 150 pracowników, a ich roczny obrót za 2019 r. przekroczył 100 mln PLN jeśli ich luka finansowania przewyższa kwotę 3,5 mln PLN, czyli wykracza poza ramy Tarczy Finansowej PFR skierowanej do MŚP.

Ważne jest też kryterium formalno-prawne rezydencji podatkowej, czyli spółka musi być zarejestrowana w Polsce, musi mieć rezydencję podatkową w Europejskim Obszarze Gospodarczym, jak również beneficjent rzeczywisty spółki nie może być zarejestrowany w tzw. raju podatkowym. Inne formalne wymogi, to przede wszystkim brak zalegania ze składkami ZUS i podatkami na koniec roku 2019 oraz na dzień złożenia wniosku. Kolejnym wymaganiem jest wykazanie tzw. luki płynnościowej w okresie prognozy, która to luka będzie determinowała kwotę dofinansowania. Tarcza Finansowa PFR dla Dużych Firm to tak naprawdę trzy programy tj. finansowanie płynnościowe (program o wartości 10 mld PLN, zaakceptowany przez Komisję Europejską w dniu 25 maja), finansowanie preferencyjne (program o wartości 7,5 mld PLN) oraz finansowanie inwestycyjne (program o wartości 7,5 mld PLN). Dwa ostatnie programy nadal oczekują na akceptację ze strony Komisji Europejskiej. Wydaje się, że intencją PFR jest formalne uruchomienie trzech programów jednocześnie – mówi Adam Popłonkowski, dyrektor w dziale Deal Advisory w zespole finansowania i restrukturyzacji w KPMG w Polsce.

Ulga B+R oraz stawka IP Box CIT 5% sposobem na zwiększenie płynności finansowej

Przedsiębiorca, który do tej pory nie skorzystał z wprowadzonej w 2016 r. ulgi podatkowej na prace B+R, a dokonywał ulepszeń swoich produktów lub procesów ma szanse na odzyskanie nadpłaconego podatku dochodowego za ubiegłe lata.

W samym tylko 2018 r. podatnicy CIT skorzystali z ulgi na kwotę ponad 800 mln PLN. Zastrzyk gotówki z odzyskanego podatku w obecnych czasach jest szczególnie pożądany przez przedsiębiorców i warto nad nim pomyśleć. IP Box wprowadzony w 2019 r. daje możliwość co roku zmniejszenia odprowadzanego do fiskusa podatku dochodowego, co poprawi sytuację płynnościową przedsiębiorstwa. Przedsiębiorcy, którzy sprzedają produkty lub usługi, które zawierają innowacyjne komponenty, powinni się przyjrzeć czy mogą się kwalifikować do IP Box, nawet jeżeli do tej pory nie mieli tzw. kwalifikowanych praw własności intelektualnych, jak np. patent czy wzór użytkowy to mogą je zacząć zgłaszać celem skorzystania z niższego opodatkowania – mówi Kiejstut Żagun, dyrektor w zespole innowacji, ulg i dotacji w KPMG w Polsce.

Gdzie jest granica dla drukowania pieniędzy bez gwałtownego osłabienia polskiej waluty

Dane o spadku dochodów budżetowych i wzroście podaży pieniądza analitycy uznają za co najmniej dość szokujące. Wartość papierowej gotówki i monet w obiegu zwiększyła się w kwietniu o 20,2 mld zł.

Dochody podatkowe w kwietniu były o 32 proc. mniejsze niż rok temu. To oznacza ich spadek o 11,5 mld złotych. Wpływy z podatku VAT zmniejszyły się o 22,5 proc., z akcyzy o 21 proc., z podatku PIT o 32 proc. Największy regres dotyczył dochodów budżetu z CIT – były mniejsze aż o 58 proc.

Wydatki państwa w kwietniu były o 22 proc. wyższe niż rok temu. Czyli wzrosły o 7,7 mld zł. Wzrost wydatków i załamanie się dochodów podatkowych dało w efekcie deficyt na poziomie 9,5 mld złotych. Licząc od początku roku, wynosi on już 18,9 mld zł, a licząc za ostatnie dwanaście miesięcy nawet 32,5 mld zł.

Ratowanie przedsiębiorstw przed utratą płynności, wprowadzanie kolejnych tarcz antykryzysowych – związane jest więc z drukowaniem pieniędzy.

– Kryzys jest tak szczególny, jakiego nie znaliśmy, bo związany jest z pandemią, stoimy więc przed pytaniem: jeżeli nie drukować pieniędzy, to co innego robić? – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego. – Trzeba jednak upewnić się czy te pieniądze są dobrze wydawane. Rewizja wydatków będzie potrzebna, ale to jeszcze nie jest ten moment, aby to zrobić.

Natomiast już teraz warto postawić pytanie na jaką skalę NBP może drukować pieniądze, aby nie wywołać niepokoju na światowych rynkach, związanego ze stanem deficytu budżetowego i długu publicznego.

– Powinniśmy patrzeć jak postępują inni i zachowywać się podobnie, obserwując czy nie doprowadzimy do nadmiernego osłabienia złotego – komentuje ekspert. – Natomiast ekonomiści będą spierać się o politykę monetarną, a tu konsensusu nie ma. Istotne jest, że ten dodruk pieniędzy odbywa się w trójkącie Ministerstwo Finansów, BGK, NBP. Ten dług nie wycieka poza instytucje sektora finansów publicznych, nie ma ryzyka, że zagraniczny inwestor wykupi obligacje wartości 20 mld zł doprowadzając następnie do gwałtownego osłabienia złotego.

Czy nie powinniśmy jednak znowelizować ustawę budżetową, aby dowiedzieć się jaki jest rzeczywisty stan finansów państwa? Niektóre kraju UE już są po takiej nowelizacji.

– Nowelizacja jest konieczna, ale musimy najpierw wiedzieć, jak mocno pandemia uderzyła w gospodarkę, potrzebne są prognozy jak bardzo musimy się jeszcze zadłużyć jako państwo i jak będzie wyglądał na ścieżce wzrostu powrót do normalności – mówi M.Lachowicz. – Nie spodziewałbym się dokumentów potrzebnych do nowelizacji wcześniej niż w III kwartale.

Czy CD Projekt pozostanie najdroższą polską spółką na GPW?

Pod względem kapitalizacji CD Projekt to dziś największa spółka na GPW, daleko wyprzedzająca tuzów takich, jak PKN Orlen. Jej notowania przekroczyły psychologiczną barierę 400 zł za akcję.

Globalny popyt na gry wideo w czasie pandemii wspiera ceny akcji spółek gamingowych. Wyniki finansowe CD Projekt za I kw. tego roku były rekordowe i wyprzedziły oczekiwania. Rok do roku zysk netto spółki wzrósł pięciokrotnie, do 92 mln zł. Firma poinformowała też, że sprzedaż jej gier o Wiedźminie przekroczyła 50 mln kopii.

Wartość rynkowa CD Projekt jest już widocznie większa niż największego polskiego koncernu, czyli Orlenu. Ta całkowicie prywatna firma jest też wyceniana wyżej niż inne spółki z udziałem Skarbu Państwa. Kapitalizacja CD Projekt ostatnio waha się w okolicach 40 mld zł, w porównaniu z ok. 28 mld zł w przypadku PKN Orlen i PKO BP.

– CD Projekt wyprzedził wszystkie spółki WIG20, a stało się to w momencie, gdy GPW dość mocno dołowała i zwłaszcza inwestorzy zagraniczni sprzedawali akcje spółek z tego indeksu – przypomina w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets.

Od czasu marcowego dołka na GPW akcje CD Projekt zyskały już 70 proc. Dla sukcesu spółki istotne jest, że działa ona globalnie. Sprzedaż jej gier ze świata Wiedźmina rośnie m.in. w USA.

– Także inna polska spółka gamingowa z GPW – Ten Square Games – wyprzedziła kilka spółek z GPW – dodaje ekspert CMC Markets. – Jej kapitalizacja jest już większa niż na przykład Alior Banku, CCC czy JSW.

Podobną tendencję widać również w przypadku zagranicznych producentów gier. CMC Markets skonstruowało „koszyk” akcji światowych firm z tego sektora. Przez ostatnie dwa miesiące jego wartość rynkowa urosła o ponad 50 proc.

– Apetyt na akcje CD Projekt jest bardzo duży, pomimo że spółka zapowiedziała, że tym razem nie wypłaci dywidendy, ponieważ jak najwięcej środków chce przeznaczyć na promocję nowej gry pt. „Cyberpunk 2077” – dodaje Leściorz.

Jego zdaniem, jeśli nowa produkcja CD Projekt, której premiera planowana jest na wrzesień, odniesie rynkowy sukces, spółka ma szansę pozostać liderem GPW nawet po wygaśnięciu pandemii.

Jakie kłopoty spowoduje proponowana ustawowa ochrona polskich przedsiębiorstw przed wrogim przejęciem

Proponowana ustawowa ochrona polskich przedsiębiorstw przed wrogim przejęciem doprowadzi do wydłużenia czasu zawierania transakcji. Ograniczy również dostęp do kapitału firmom, które chcąc ratować się przed bankructwem będą poszukiwały zastrzyku kapitału.

Projekt Tarczy Antykryzysowej 4.0 oprócz dopłat do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych przedsiębiorcom na zapewnienie płynności finansowej wprowadza także szereg innych istotnych zmian prawnych i podatkowych, w tym m.in.: przepisy wprowadzające kontrole przy nabywaniu udziałów polskich spółek.

Wprowadzane zmiany mają chronić przedsiębiorstwa przed ich wrogim przejęciem przez podmioty spoza obszaru Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Inwestorzy spoza tych obszarów będą musieli zgłosić chęć nabycia takiej firmy lub jej udziałów do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

– Przedsiębiorcy nie mają powodów do zadowolenia, ponieważ proponowane zmiany doprowadzą do przedłużenia procesu transakcji zbycia udziałów w spółce. W projekcie odstąpiono od wskazania konkretnych podmiotów, których mają dotyczyć nowe regulacje. W konsekwencji będzie się musiał liczyć z nimi każdy, kto w którymkolwiek z dwóch ostatnich lat obrotowych przekroczył 10 mln euro przychodu i może się zakwalifikować do jednej z 21 branża wskazanych w projekcie ustawy (m.in. przetwórstwo mięsa, mleka, zbóż oraz owoców i warzyw.

Trudno też obronić argument, że ustawa ma chronić firmy przed wrogim przejęciem, bo z takim mamy do czynienia, gdy transakcja przeprowadzana jest wbrew woli zarządu czy właścicieli. Ta ustawa, jeżeli jej projekt nie zostanie zmieniony, będzie blokować transakcje, które chcą przeprowadzić właściciele dla dobra firmy.

Weryfikacja transakcji przez UOKiK może trwać kilka miesięcy. Proponowane zmiany ograniczają też polskim firmom dostęp do zagranicznego kapitału.

– To utrudnienie okaże się istotne dla firm rodzinnych, ponieważ wstrzymane zostały prace nad ustawą o polskiej fundacji prywatnej, dlatego można wyobrazić sobie taki scenariusz, że właściciel firmy rodzinnej, który nie ma komu jej przekazać, będzie musiał zmierzyć się z dodatkową procedurą i komplikacjami – wyjaśnia A. Turska z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Ryzyko prowadzenia biznesu przy utrudnionym dostępie do kapitału zwiększa także to, że przepisy te są wprowadzane bez żadnego ograniczenia czasowego. W związku z tym, istnieją obawy, że mogą być wprowadzane na stałe.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 1.06 – 5.06.2020

W ostatnich dniach inwestorzy zdecydowali się silniej dyskontować perspektywy odbicia gospodarczego po okresie zastoju wywołanego pandemią koronawirusa. Jednak wzmacnianie apetytu na ryzyko nie przychodzi łatwo w obliczu narastających napięć na linii USA-Chiny. Rynki mogą teraz być bardziej wrażliwe na negatywne impulsy. Dane makro będą przypominać, jak wielkie szkody wyrządził kryzys zdrowotny.

Przyszły tydzień: ISM/PMI, NFP z USA, EBC, RBA, PKB z Australii, BoC, rynek pracy z Kanady

USA

W USA po odczytach ISM (pon, śr) oczekuje się niewielkich wzrostów, ale przy utrzymaniu wskaźników w recesyjnych obszarach. Kolejne stany znoszą zakazy i przywracana jest produkcja, ale minie trochę czasu, zanim aktywność wróci do przedpandemicznych poziomów. Niepewne przyszłości firmy dalej redukują zatrudnienie, co powinno zostać odzwierciedlone w majowym raporcie NFP (pt). Konsensus zakłada spadek zatrudniania w sektorze pozarolniczym o 8 mln osób, co będzie drugim najgorszym wynikiem w historii po 20,5 mln utraconych miejsc pracy w kwietniu. Stopa bezrobocia ma wzrosnąć do 19,5 proc., ale wynik może być niższy, jeśli więcej Amerykanów zdecyduje się przerwać aktywne poszukiwanie pracy. USA potrzebują odwrócenia trendu na rynku pracy, by określić ekonomiczny punkt odbicia, co jest istotne dla odbudowy zaufania biznesu i konsumpcji. To może być istotne dla fundamentów USD w przyszłości, podczas gdy na razie będzie ważniejszy jego status bezpiecznej przystani.

Strefa euro

Europejski Bank Centralny prawdopodobnie zakomunikuje rozszerzenie programu skup aktywów PEPP (czw). Wskazał na to protokół z ostatniego posiedzenia EBC, w którym zaznaczono, że wysoka niepewność zmusza bank do ciągłej rewizji środków. Ponadto tempo wykorzystania PEPP sugeruje, że fundusz wyczerpie się do końca III kw., podczas gdy miał służyć do końca roku. Uważamy, że EBC powiększy PEPP o dodatkowe 500 mld EUR, ale nie dokona innych zmian w polityce, gdyż bank w PEPP widzi główne narzędzie do walki z kryzysem. Zwiększenie PEPP powinno być już w cenach i nie zachwieje pozycją EUR. Waluta natomiast może być bardziej wrażliwa na schłodzenie rynkowych nastrojów, gdyby nasiliły się ryzyka geopolityczne. Tydzień przynosi też rewizję PMI (pon, czw) oraz sprzedaż detaliczną (czw), ale dane powinny przejść bez echa.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy finalne szacunki PMI (pon, śr), gdzie wstępne dane pokazały odbicie mniejsze od oczekiwań. To źle rokuje dla dynamiki PKB w II kw., nawet jeśli lockdown ma być stopniowo znoszony w czerwcu. Mimo to finalne szacunki (wzbogacone o ankiety zebrane w późniejszym terminie) mogą okazać się wyższe wraz z nadziejami na otwarcie gospodarki. Funt chwilo korzysta na poprawie nastrojów rynkowych i słabości USD, jednak fundamenty GBP pozostają niekorzystne. Jeśli do końca czerwca Wielka Brytania nie zdecyduje się na przedłużenie negocjacji handlowych z Eurolandu (najbardziej prawdopodobny scenariusz), perspektywa twardego brexitu od 2021 r. będzie osłabiać funta.

Polska

W Polsce w odczycie indeksu PMI dla przemysłu (pon) widzimy ryzyko podtrzymania dużego pesymizmu przedsiębiorców w obliczu trudności związanych z pandemią. Pomimo poluzowania lockdownu w maju, nie wszędzie sytuacja musiała ulec wyraźnej poprawie, którą menadżerowie chcieliby odnotować w swoich ankietach. Ubytek zamówień i decyzje dotyczące redukcji zatrudnienia będą obniżać wynik PMI. Jak zwykle wpływ danych na PLN powinien być marginalny. Większym problemem jest wyważenie długoterminowych skutków nieoczekiwanej obniżki stóp procentowych RPP z poprawą apetytu na ryzyko na rynkach globalnych. Niezdecydowane może zakotwiczyć EUR/PLN pod 4,50.

Chiny

W odczytach PMI dla chińskiego sektora przemysłowego (pon) i usługowego (śr) istotne będzie, w jakim tempie postępuje odbudowa gospodarcza. Lepsze dane obudzą nadzieje na szybsze odbicie w innych częściach świata.

Australia

W Australii PKB za I kw. (śr) powinno być ujemne, ale panuje duży rozstrzał w prognozach, co może odbić się na postawie AUD, choć dane nie powinny mieć większego znaczenia od sentymentu opartego o odbiór napięć na linii USA-Chiny. AUD/USD testuje 3-miesięczne szczyty i potrzebuje podtrzymania trybu risk-on. Po posiedzeniu RBA (wt) nie spodziewamy się niespodzianek.

Kanada

Z Kanady otrzymamy decyzję BoC (śr) oraz raport z rynku pracy (pt). Już w kwietniu BoC przestawił politykę z obniżek stopy procentowej (0,25 proc.) na skup aktywów i teraz powinien się trzymać nowo obranej strategii. W kwietniu też uruchomił dwa nowe programy wsparcia sytemu finansowego. Teraz BoC powinien przyjąć postawę wait-and-see i czekać na efekty dotychczasowego luzowania. Rynek pracy pozostaje w trudnym stanie po tym, jak w dwa miesiące odpłynęło z niego 3 mln osób. W maju spadek zatrudnienia powinien być kontynuowany. Słabsze dane mogą zachwiać CAD, który aktualnie korzysta na poprawie rynkowych nastrojów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trzecia obniżka stóp procentowych w tym roku – komentarz Aleksandra Pawlaka, Prezesa Zarządu Tavex

Decyzją Rady Polityki Pieniężnej stopy procentowe zostały ponownie (po raz trzeci w tym roku) obniżone, a stopa referencyjna wynosi obecnie 0.1%. Jest to nie tylko rekordowo niski poziom w historii Polski, lecz również najniższy w regionie – stopy są niższe niż w Czechach czy na Węgrzech.

Było to dość niespodziewane – przez rynki – posunięcie Rady Polityki Pieniężnej. Jednak reakcja na kursach była umiarkowana – kurs EUR/PLN zatrzymał umacnianie się i znajduje się w okolicach 4,45, w których ostatnio był na początku pandemii.

Na ten moment ciężko ocenić bezpośrednie konsekwencje tego posunięcia, ze względu na bardzo krótki odstęp czasu od poprzedniej obniżki. To czego możemy być pewni to pogorszenia wyników finansowych banków, ze względu na ograniczone możliwości przerzucenia obniżki na deponentów. Dzięki gotówce, którą wciąż możemy wypłacać w dowolnym momencie i operować w dogodny dla siebie sposób chronimy się przed ujemnym oprocentowaniem naszych depozytów. Warto to podkreślić szczególnie w obliczu wielu informacji od organizacji kartowych czy fundacji wspierających płatności bezgotówkowe.

W krajach zachodniej Europy, w wielu bankach, nowym standardem stało się obciążanie depozytów powyżej pewnej kwoty. W związku z tym możemy spodziewać się odpływów depozytów w horyzoncie 6-12 miesięcy – w miarę kończenia się lokat założonych przez oszczędzających. Jest to oczywiście dobra informacja dla złota – de facto zerowe stopy oznaczają brak nagrody za przechowywanie lokat. Spodziewamy się więc dalszego wzrostu zainteresowania złotem na polskim rynku w obliczu bardzo ograniczonych możliwości bezpiecznego lokowania oszczędności.

Dr Sławomir Dudek: Dane o PKB potwierdzają początek recesji w Polsce

Zgodnie z drugim szacunkiem GUS za I kw., poziom PKB zmniejszył się o 0,4 proc. w porównaniu do kwartału poprzedniego (po oczyszczeniu z sezonowości). Wynik ten jest nieco lepszy niż w szybkim szacunku z połowy maja (-0,5 proc. kw/kw). Jeżeli spojrzymy na wartość dodaną, to spadek był głębszy i wyniósł 0,8 proc. kw/kw. Dane potwierdzają, że mamy początek recesji w Polsce, choć jest to jeden z lepszych wyników w Unii Europejskiej – ocenia główny ekonomista Pracodawców RP dr Sławomir Dudek.

W Polsce zamykanie gospodarki rozpoczęło się od połowy marca, gdy epidemia była w początkowej fazie, w związku z czym efekty podażowe i popytowe ujawniały się w I kw. jeszcze stosunkowo w ograniczonym zakresie. Spadki wartości dodanej zanotowano w I kw. jedynie w przemyśle i handlu. Te branże najszybciej zostały dotknięte kryzysem. Spadek w handlu wyniósł aż 2,3 proc. kw/kw, a w przemyśle 0,4 proc. kw/kw. W I kw transport nie zanotował jeszcze spadku w porównaniu do IV kw. ub. r., lecz wzrost wyniósł prawie zero, co oznacza gwałtowne spowolnienie w porównaniu ze  średnim wzrostem o ok. + 2,2 proc. w poprzednich kwartałach.

 Wykres 1: Tempo zmian wartości dodanej po sekcjach (kw/kw wyrównane sezonowo)

Tempo zmian wartości dodanej po sekcjach
Źródło: obliczenia własne na podstawie GUS

Od strony popytowej mamy załamanie konsumpcji. Spadek konsumpcji wyniósł 2,2 proc. kw/kw (wyrównane sezonowo), która rosła w poprzednich okresach średnio o ok. +1 proc. kwartalnie. Spadły również inwestycje, o 0,7 proc. kw/kw. Łącznie popyt krajowy był na plusie, a spadki były kompensowane wydatkami publicznymi i korektą zapasów.

Wykres 2: Tempo zmian popytu krajowego i jego komponentów (kw/kw wyrównane sezonowo)

Tempo zmian popytu krajowego i jego komponentów
Źródło: obliczenia własne na podstawie GUS

Niestety zmniejszyła się i tak już niska stopa inwestycji. W I kw. „anualizowana” stopa inwestycji zmniejszyła się do 18,4 proc.

Wszyscy ekonomiści oczekiwali zmniejszenia się poziomu PKB już w I kwartale. Komisja Europejska zakładała w swojej ostatniej prognozie spadek w I kw. o 1 proc. kw/kw wyrównane sezonowo. Bieżące dane są więc nieznacznie lepsze, choć wartość dodana spadła o 0,8 proc. r/r.

Wykres 3: Roczna stopa inwestycji do PKB (proc. PKB)

Roczna stopa inwestycji do PKB
Źródło: obliczenia własne na podstawie GUS

To dobra informacja, ale musimy mieć na uwadze, że prawdziwe uderzenie kryzysu przyjdzie w II kw. Wszyscy ekonomiści zakładają duży spadek PKB w II kw., niektórzy nawet dwucyfrowy. KE zakłada spadek aż o 8,7 proc. kw/kw wyrównane sezonowo. Jednak ogromne spadki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej wskazują, że spadek PKB może być głębszy, może nawet się zbliżyć do 10 proc. kw/kw.

dr Sławomir Dudek,  główny ekonomista Pracodawców RP

W drugim kwartale wpadniemy w techniczną recesję

Obok szybkiego szacunku inflacji, dzisiaj GUS opublikował bardzo istotne dane o polskim PKB – w I kwartale produkt wzrósł o 2% r/r (4,8% przed rokiem), co oznacza jego korektę na plus o 0,1 pkt proc. w porównaniu do szybkiego szacunku z połowy miesiąca.

Po korekcie sezonowej dynamika spada do 1,7% r/r oraz -0,4% w ujęciu kwartalnym. Jeszcze jeden kwartał z ujemną dynamiką (co graniczy z pewnością) i Polska oficjalnie odnotuje recesję techniczną. Rok 2020 przyniesie pierwsze w ostatnich 30 latach skurczenie się gospodarki, którego skala może się pogłębić, jeśli wygaszanie epidemii spowolni i tak długi proces odmrażania.

Wstępny szacunek dostarcza ciekawej informacji na temat struktury naszego PKB w tym nietypowym czasie. Głównym źródłem wzrostu niezmiennie był popyt krajowy (1,6 pkt proc.), na który niemal w równym stopniu złożyły się spożycie prywatne (0,7 pkt proc.) i publiczne (0,8 pkt proc.). O ile bowiem spożycie publiczne w relatywnie wysokim stopniu składa się ze sztywnych wydatków dość wolno dostosowujących się do otoczenia, gospodarstwa domowe „głosują portfelem”.

Widzieliśmy to w danych o koniunkturze konsumenckiej czy sprzedaży detalicznej w ostatnich miesiącach. Inwestycje właściwie zamarły (wkład do dynamiki 0,0 pkt proc., dynamika 0,9% w stosunku do 6,1% kwartał wcześniej) – co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę zarówno właściwości szoku podażowo-popytowego, jak również niespotykaną skalę niepewności, która jest zabójcza dla jakichkolwiek długofalowych decyzji. Notujemy dodatni eksport netto (0,4 pkt proc.), co najpewniej wynikało z relatywnie niewielkiego uszczerbku na bilansie wymiany w usługach w porównaniu do wymiany dóbr. Innymi słowy, eksport naszych usług zniwelował efekt przewagi importu nad eksportem dóbr.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Praworządność i miliardy unijnej pomocy

Unijny Instrument Odbudowy (Next Generation EU) to dla Polski ogromne pieniądze – 64,5 mld euro. Ale jest „haczyk”: będzie je można wydać tylko na cele określone przez KE. Zdaniem Pracodawców RP znaczący jest też fakt dodania do dokumentu gospodarczego rozdziału dot. praworządności. Czy ta kwestia okaże się przeszkodą do zasilenia polskiej gospodarki unijnym wsparciem?

Unijny Instrument Odbudowy to konkretna wizja tego, jak zdaniem KE ma wyglądać Unia po kryzysie wywołanym przez pandemię. 750 mld euro już od stycznia 2021 roku ma zostać wykorzystane zgodnie z trzema „filarami”. Pierwszy to pomoc dla państw członkowskich przez wsparcie inwestycji, reform oraz sprawiedliwej transformacji. Drugi to wsparcie inwestycyjne konkretnych technologii oraz przedsiębiorstw. Trzeci filar kumuluje wnioski wyciągnięte z kryzysu: to nowy program zdrowotny, wsparcie kluczowych programów zorientowanych na przyszłe kryzysy.

„Z tego dokumentu wynika, że KE ma sprecyzowany plan. Chce wykorzystać kryzys i następujące po nim odbicie nie tylko do odbudowy, ale przebudowy gospodarki europejskiej. Ma ona rozkwitnąć, ale w nowym kształcie. Zielona, dzięki wprowadzeniu Zielonego Ładu i inwestycjom w odnawialne źródła energii. Cyfrowa przez wdrożenie i wykorzystanie technologii 5G, a także sztucznej inteligencji” – mówi główny ekonomista Pracodawców RP dr Sławomir Dudek.

Powstać ma nowy mechanizm wspierający płynność dochodowych firm, które znalazły się w trudnej sytuacji z powodu koronawirusa. Dzięki temu zapewniona zostanie wypłacalność tych podmiotów. Dodatkowych 21 mld euro pozostanie w rezerwie, którą będzie można wykorzystać w elastyczny sposób na reagowanie na sytuacje kryzysowe. Harmonogram prac nad przyjęciem Instrumentu Odbudowy zakłada, iż do lipca br. Rada Europejska uzgodni zarówno Ramy Finansowe na lata 2021-2027, jak i sam Instrument. Następnie w lecie będą trwały konsultacje z Parlamentem Europejskim. Wczesną jesienią zostaną przyjęte Wieloletnie Ramy Finansowe, a w październiku wszystko zatwierdzi Rada Europejska.

To wszystko nie oznacza jednak, że Polska może już szykować się na przyjęcie 64,5 mld euro. Droga do tych pieniędzy nie stoi otworem. „Zgłębiając dostępne już teraz dokumenty widać, że KE nie tylko ma plan, ale też sztywną koncepcję jego realizacji. Pieniądze dla poszczególnych krajów będą przekazywane na konkretne cele. Nie będą „grantem” do wykorzystania według „widzimisię” danego rządu, ale tylko zgodnie z wolą KE. Inaczej pieniędzy nie będzie” – mówi Dudek.

W Instrumencie pojawia się też rozdział dotyczący praworządności. Warto pamiętać, że od dawna już w Brukseli słychać głosy o konieczności powiązania podziału unijnych funduszy ze sprawą przestrzegania praworządności. Na tym tle między Warszawą, a Brukselą toczy się ciągły spór.

„Nie ma w tej chwili szczegółów tłumaczących jak UE chce wiązać praworządność z Unijnym Instrumentem Odbudowy. Ale fakt pojawienia się tego rozdziału jest znaczący, biorąc pod uwagę konflikt między Brukselą a Warszawą właśnie na tym tle. Można się spodziewać, że jakieś rozwiązania łączące kwestie funduszy na odbudowę gospodarki z praworządnością pojawią się w kolejnych dokumentach” – ocenia Dudek. „Nie będzie to okoliczność przybliżająca polskich przedsiębiorców do uzyskania unijnej pomocy” – mówi dr Sławomir Dudek.

W maju inflacja znowu spadła

W świetle dzisiejszego szybkiego szacunku GUS, inflacja w maju wyniosła 2,9% r/r (w kwietniu osiągnęła 3,4%, a w marcu 4,6%) oraz obniżyła się o 0,2% w ujęciu miesięcznym. Obserwujemy kontynuację trendu spadkowego, zbiegającego do celu inflacyjnego.

Za majowy wynik odpowiada relatywnie niewielki wzrost cen żywności (0,1% m/m) – chociaż oczywiście w skali roku wzrosty są odczuwalne (6,1% r/r). Prawdopodobnie więc widzimy tu efekt wysokiej bazy – po dużych wzrostach w kwietniu br. i maju 2019 relatywna zmiana pozostaje niewielka. Przede wszystkim jednak obserwujemy utrzymujące się na wciąż niskich (chociaż już rosnących) poziomach ceny paliw. Powrót do pełnej aktywności gospodarczej nie nastąpił, i nadprodukcja znajduje odzwierciedlenie w cenach. To pozwala na oszczędności nie tylko kierowcom, ale również obniża ceny transportu żywności. Niewielki przyrost cen wydaje się odzwierciedlać mechanizmy rynkowe, tak w kraju (warunki atmosferyczne, marcowe zakupy po wybuchu pandemii), jak i globalnie (np. zapotrzebowanie na wieprzowinę), co stawia pod znakiem zapytania konieczność interwencji przez państwo.

W kontekście inflacji należy wspomnieć o wczorajszej decyzji Rady Polityki Pieniężnej, która niespodziewanie po raz trzeci w ostatnim kwartale obniżyła stopy. Stopę referencyjną obcięto o 40 pkt bazowych, do 0,1%. W informacji po posiedzeniu NBP pisze o konieczności zmniejszenia skali spadku dochodów gospodarstw domowych i firm oraz stymulacji koniunktury. Nie dostarcza jednak uzasadnienia, dlaczego poprzednie dwie decyzje okazały się niewystarczające.

Należy uświadomić sobie, że konsekwencje niższych stóp poniosą nie tylko kredytobiorcy i oszczędzający, ale np. banki, którym zamyka się przestrzeń zarobkowania. Niezależnie, jak podają badania, efekty spadków stóp procentowych ujawniają się najwcześniej po roku – byłoby więc tym bardziej zasadne poznać źródła decyzji RPP.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Popularność renty dożywotniej to fakt

Fundusz Hipoteczny DOM zapytał ponad 1000 seniorów o rentę dożywotnią oraz znajomość podmiotów ją oferujących. Wśród najważniejszych pytań było również to z kim emeryci woleliby podpisać umowę o dożywocie: z firmą, czy osobą prywatną.

Z ankiety telefonicznej przeprowadzonej wśród osób 65+ wynika, że 92 proc. seniorów słyszało o rencie dożywotniej.[1] Badanie zrealizowano pod koniec 2019 roku. Dla porównania, w podobnym badaniu, ale przeprowadzonym w 2017 roku znajomość renty dożywotniej wskazywało 69,3 proc. emerytów.[2]

– Gdy wchodziliśmy na polski rynek, czyli blisko jedenaście lat temu, wiedza o hipotece odwróconej była niewielka. Cieszy mnie, że z każdym kolejnym rokiem przybywa osób, które wiedzą jak funkcjonuje to rozwiązanie, dla kogo jest przeznaczone i od czego zależy wysokość świadczeń. Na początku tej drogi kluczowe było uświadomienie, że hipoteka odwrócona jest bezpieczna i może istnieć w różnych modelach. Na rodzimym rynku najczęściej mówi się o modelu kredytowym i sprzedażowym, ale są kraje takie jak Wielka Brytania, czy Stany Zjednoczone, w których seniorzy mogą korzystać z kilkudziesięciu a nawet kilkuset rozwiązań – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Przypomnijmy, że w Polsce model kredytowy jest utożsamiany z odwróconym kredytem hipotecznym, który mogłyby oferować banki, ale dotychczas żaden z nich nie zdecydował się na taki krok. O modelu sprzedażowym mówimy w przypadku renty dożywotniej oferowanej m.in. przez fundusze hipoteczne.

– Kolejny ważny obszar naszego badania opinii, ale również wieloletniej edukacji, dotyczy podmiotów oferujących rentę dożywotnią. O Funduszu Hipotecznym DOM słyszało 66 proc. badanych, ale co ciekawe, co dwudziesty ankietowany wciąż jest przekonany, że hipoteka odwrócona jest dostępna w bankach, a to przecież nieprawda – mówi Robert Majkowski.

Z kim umowa?

Z badania opinii Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że 44 proc. seniorów chciałoby podpisać umowę o dożywocie z firmą, a 11 proc. z osobą prywatną. Aż 44 proc. respondentów jest niezdecydowana i deklaruje, że trudno im podjąć jednoznaczną decyzję w tej kwestii. – Podobne badania realizujemy od lat, zazwyczaj co roku. W poprzednich latach taki sam odsetek seniorów był zdecydowany podpisać umowę z osobą prywatną, co z profesjonalnym funduszem hipotecznym. Dziś więcej osób wybrałoby profesjonalną instytucję, co jest satysfakcjonujące, bo od lat edukujemy seniorów i wskazujemy na ryzyka, jakie wiążą się z zawarciem umowy z nieprofesjonalną osobą. Wciąż wielu seniorów pozostaje jednak niezdecydowanych – mówi Robert Majkowski. Emeryci zapytani o szczegóły swoich wyborów twierdzą, że umowa z firmą jest korzystniejsza, bo gwarantuje bezpieczeństwo – tak odpowiadało 36 proc. osób spośród tych, którzy podpisaliby kontrakt z firmą. Kolejne 36 proc. doceniłoby, że taki kontrakt jest zawarty zgodnie z literą prawa. Co piąty emeryt przyznawał ponadto (21 proc.), że instytucję łatwiej skontrolować, a więc budzi większe zaufanie, zapewnia stabilność. Na zaufanie, jako ważny czynnik brany pod uwagę podczas wyboru, wskazywały również osoby „opowiadające się” za umową z osobą prywatną. – Właściwie zaufanie jest dla nich najważniejszym z czynników. Według 52 proc. ankietowanych osoba prywatna, której przekazuje się mieszkanie w zamian za świadczenia pieniężne, to ktoś znajomy, kto budzi zaufanie. Z naszych spostrzeżeń oraz danych płynących z notariatu, a dotyczących unieważniania umów o dożywocie wynika natomiast, że nadmierne zaufanie wobec osób prywatnych nie zawsze jest dobre, zwłaszcza jeśli chodzi o tak ważną kwestię jak przepisanie własności mieszkania – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

[1] Ankieta telefoniczna przeprowadzona przez Fundusz Hipoteczny DOM wśród osób 65+ pod koniec 2019 roku. Próba = 1007 osób.

[2] Ankieta telefoniczna przeprowadzona przez Fundusz Hipoteczny DOM wśród osób 65+ w lipcu 2017 roku. Próba = 1200 osób.

IV etap odmrażania – promyk nadziej dla branżowych imprez. Sektor targowy czeka na rozporządzenia i zalecenia

Promyk nadziei, choć jeszcze nie zielone światło. Tym dla branży targowej jest rządowa zapowiedź kolejnego etapu odblokowywania gospodarki. Już niebawem możliwa będzie bowiem organizacja targów, wystaw i kongresów. – Nie otwieramy jeszcze szampana, bo wciąż jest sporo niewiadomych – mówi Beata Kozyra – prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego, odnosząc się do rządowego anonsu o IV etapie odmrażania gospodarki. Ma on również pod ścisłymi rygorami otworzyć dla zainteresowanych m.in. kina, teatry, siłownie czy salony masażu i dać możliwość organizacji wesel dla maksymalnie 150 osób.

  • Im szybciej, rozpoczniemy przygotowania do otwarcia imprez targowych, tym lepiej – uważa prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego.
  • To proces drogi i czasochłonny, bo cykl pracy firm przygotowujących np. przestrzenie wystawiennicze liczony jest w miesiącach.
  • Potrzebna jest pewność, a taką da tylko szczegółowy harmonogram odmrażania branży targowej i precyzyjne zasady bezpieczeństwa i higieny.

Możliwość organizacji targów czy kongresów to dla branży targowej ważny krok na drodze do normalizacji gospodarki.

– Promyk nadziei, choć jeszcze nie zielone światło – tak mówi o decyzji rządu Beata Kozyra – prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Przyznaje jednak, że na otwarcie szampana jest jeszcze za wcześnie: – Wciąż jest tu jeszcze sporo niewiadomych, dlatego czekamy na szczegóły związane z tym etapem odmrażania dla naszej branży. Według niej:

  • Po pierwsze organizatorzy imprez targowych i pracujące dla nich przedsiębiorstwa muszą zaczekać na rozporządzenia i oficjalne zalecenia rządu. To tam bowiem znajdą się szczegółowe informacje dotyczące tego, co konkretnie oraz w jaki sposób (np. liczba osób na m2 i inne rygory bezpieczeństwa) będzie można odmrażać. – Po, do tej pory, bardzo udanej współpracy z Panią Premier Jadwigą Emilewicz oraz Panią Minister Olgą Semeniuk, jestem optymistką i zakładam, że wypracowane wspólnie z Ministerstwem Rozwoju oraz Polską Izbą Przemysłu Targowego nasze propozycje dot. etapów i zasad odmrażania targów zostaną zaakceptowane przez Ministerstwo Zdrowia.
  II POŁOWA CZERWCA LIPIEC SIERPIEŃ WRZESIEŃ
Spotkania B2B z udziałem uczestników krajowych 1 osoba na 4 m2
zgodnie z wytycznymi dla organizatorów targów zaproponowanymi przez MR i GIS
1 osoba na 2 m2 100% dopuszczalnej pojemności
Organizacja targów B2B dla uczestników międzynarodowych   2 osoba na 2 m2 100% dopuszczalnej pojemności
Organizacja targów B2C     100% dopuszczalnej pojemności
Targi w plenerze reżim sanitarny bez limitów

 

  • Po drugie, sektor targów, kongresów i konferencji jest dziś gotowy do pracy w trybie koniecznych reżimów sanitarnych. Organizatorzy targów tworzą bowiem dla wszystkich zainteresowanych bezpieczne miejsce do spotkań, wymiany doświadczeń biznesowych, a przede wszystkim – do zawierania nowych kontaktów i podpisywania, nawet długoletnich, umów. – Procedury, które opracowaliśmy podczas minionych 3 miesięcy, pozwalają nam dziś organizować imprezy targowe i towarzyszące im kongresy i konferencje w sposób  bezpieczny, przy.  respektowaniu wszystkich wymogów sanitarnych – opisuje sytuację w branży Beata Kozyra, która wskazuje jednocześnie, że jej środowisko dodatkowo pomagać będzie wszystkim przedsiębiorcom przy odtwarzaniu siatki powiązań biznesowych. Relacjonuje, że w najbliższym czasie wysiłek kierowanej przez nią Izby – po rzeczywistym odmrożeniu targów – będzie  koncentrować się na dynamicznej odbudowie popytu na organizowane przez branże wydarzenia. Z tego właśnie, jak uważa, wynika konieczność poinformowania potencjalnych wystawców i uczestników targów o tym, jaki jest szczegółowy harmonogram odmrażania poszczególnych etapów dla tego sektora. – Posiadanie tej wiedzy, a także pewność, że np. od połowy sierpnia można będzie już organizować targi, pozwoli nam z większym spokojem na rozpoczęcie przygotowań do ich organizacji. Koszty przygotowań są przecież ogromne. Do tworzenia poszczególnych imprez potrzebny jest też czas. Z konkretnym harmonogramem odmrażania targów możemy już śmiało np. rozmawiać z wystawcami – zauważa prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego. Jej zdaniem, posiadanie przez nich takiej wiedzy da im większe poczucie bezpieczeństwa, co z kolei spowoduje, że np. będą zgadzać się na wpłatę zaliczki za uczestnictwo w planowanych imprezach branżowych.

IV etap to także dla branży targowej nadzieja na odzyskanie przychodów, które od lutego 2020 wynoszą 0 zł. Osoby zatrudnione w firmach branży targowej (organizatorzy targów, operatorzy obiektów targowych, firmy projektujące i budujące stoiska targowe, firm spedycji i transportu targowego, przedstawiciele zagranicznych targów w Polsce, firmy usług IT i AV), jak również same firmy, mimo, że pozostają bez pracy już czwarty miesiąc, gotowe są do natychmiastowego wzięcia na siebie ciężaru przygotowań do imprez – twierdzi Beata Kozyra.

Jak wynika z posiadanych przez nią informacji, firmy czekają już w „blokach startowych”, żeby ruszyć z normalną pracą. – A nowa perspektywa unijna na kolejne lata nakierowana jest bowiem na intensyfikację produkcji na rynkach UE, nawet za cenę przeniesienia aktywności z uznawanego dotąd za „tani” Dalekiego Wschodu – zwraca uwagę prezes Izby, według której to najlepsza pora na ostry start gospodarki, a targi taką możliwość właśnie stwarzają. Im szybciej więc, tym lepiej, bo, jak zauważa Beata Kozyra, cykl przygotowawczy i produkcyjny imprez targowych jest wielomiesięczny i wymaga żmudnych przygotowań, łącznie ze zlecaniem konkretnych działań rodzimym podwykonawcom z różnych branż – np. meblowej, metalowej czy transportowej.

Rząd zapowiedział teraz wydanie szczegółowych aktów, które precyzować będą cały zasady ujęte w IV etapie odmrażania gospodarki. Branża targowa ma zatem nadzieje, że po ich wydaniu, będzie można zacząć przygotowania do pierwszych imprez.

Tegoroczne wakacje spędźmy w Polsce

Więcej czasu na odstąpienie od umowy, możliwość wystawienia „vouchera turystycznego” do wykorzystania w zamian za odwołaną imprezę turystyczną czy zachęcenie Polaków do wypoczynku w kraju. Pożyczki w wysokości do 0,5 mln zł z Banku Gospodarstwa Krajowego dla przedsiębiorców z branży turystycznej. Zwroty składek na Turystyczny Fundusz Gwarancyjny. O tych i innych rozwiązaniach pomocowych dla branży turystycznej rozmawiali eksperci z Ministerstwa Rozwoju, Polskiej Organizacji Turystycznej i Banku Gospodarstwa Krajowego na pierwszej wideokonferencji z cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”.

„Tarcza antykryzysowa dla biznesu” to seria spotkań on-line poświęconych wybranym narzędziom z tarczy antykryzysowej i finansowej organizowana przez Ministerstwo Rozwoju oraz Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Przez najbliższe tygodnie eksperci z dziedzin prawa, finansów i ekonomii podzielą się z przedsiębiorcami wiedzą i praktycznymi wskazówkami na temat korzystania z rozwiązań osłonowych proponowanych firmom przez rząd.

Podczas pierwszej konferencji (26 maja br.) omówiono kluczowe tematy związane ze wsparciem przedsiębiorców z branży turystycznej dotkniętych skutkami COVID-19. Dr Dominik Borek, Zastępca Dyrektora w Departamencie Turystyki w Ministerstwie Rozwoju poruszył kwestie zmian prawnych w obszarze turystyki w związku z COVID-19. Szczególną uwagę poświęcono m.in. zwrotom składek wpłaconych na Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, wstrzymaniu poboru opłat audiowizualnych i abonamentowych oraz przesunięciu w czasie skuteczności oświadczenia o rozwiązaniu umowy o imprezę turystyczną.

– Impreza turystyczna rozwiązuje się z mocy prawa, nie w momencie złożenia oświadczenia o odstąpieniu od umowy, ale po upływie określonego czasu – w tym przypadku jest to 180 dni. Ten przepis ma na celu zachowanie kompromisu pomiędzy konsumentami a organizatorami turystyki. 180 dni to czas na to, aby organizator zaproponował możliwość skorzystania z „vouchera turystycznego”. Jest to korzystne rozwiązanie, ponieważ ustawa zakłada, iż jego kwota nie może być niższa, niż wpłaty dokonane przez konsumenta, a niejednokrotnie bywa tak, że organizatorzy zwiększają wartość takiego vouchera właśnie po to, żeby klient w przyszłości skorzystał z takiej możliwości. Voucher jest ważny przez rok – jest to czas na wniesienie opłaty na wybraną imprezę turystyczną, która może odbyć się nawet za 2 lata – mówi dr Dominik Borek.

Z kolei Jacek Janowski, dyrektor Departamentu Promocji i Turystyki Krajowej w Polskiej Organizacji Turystycznej, podczas swojej prezentacji mówił o kampanii „Odpoczywaj w Polsce”. Ma ona na celu zachęcenie Polaków do podróżowania po kraju po rozluźnieniu czy ustaniu rygorów związanych z sytuacją epidemiczną.

Rozpoczęliśmy działania promocyjne, które mają na celu utrzymanie kontaktu z turystą, który podczas kryzysu związanego z epidemią koronawirusa, zmienił swoje plany. Aktualnie 30 proc. Polaków planuje wyjazd turystyczny z przynajmniej jednym noclegiem. Aż 87 proc. z nich chce podróżować po Polsce. Stąd pomysł na kampanię „Odpoczywaj w Polsce”. Już na początku czerwca br. będziemy chcieli dotrzeć do szerokiego grona turystów z informacją, że warto odwiedzić polskie regiony i organizować wyjazdy do krajowych atrakcji turystycznych – mówi Jacek Janowski.

Jak zaznacza – W wielu miejscach można już bezpiecznie spędzić czas z rodziną, nie tylko w naturze. Kampania będzie się opierać na portalu odpoczywajwpolsce.pl. Chcemy zachęcić turystów do szukania miejsc i atrakcji na wyjazdy w Polsce. Będziemy pokazywać tam certyfikowane produkty turystyczne, rekomendowane miejsca czy obiekty turystyczne, których jest ponad 250 w całej Polsce. Zostanie również przygotowana interaktywna mapa Polski, na której znajdą się najciekawsze atrakcje w danym regionie.

Przemysław Derwich, Dyrektor Biura Projektów i Produktów Kapitałowych z Banku Gospodarstwa Krajowego przedstawił natomiast program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka” realizowany od 2016 roku oraz zmiany, jakie zostały wprowadzone w jego obszarze w celu złagodzenia skutków COVID-19.

Projekt kierujemy do mikro-, małych- i średnich przedsiębiorców z branży turystycznej lub okołoturystycznej. Wsparcie udzielane jest na obszarze 5 województw (lubelskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego). Co ważne, finansowanie jest oferowane przedsiębiorcom bez względu na to, gdzie mają zarejestrowaną swoją działalność – warunkiem jest to, aby inwestycja była ulokowana na terenie jednego z województw Polski Wschodniej. Pożyczki mogą wspierać różne inwestycje: obiekty noclegowe, gastronomiczne, związane z kulturą, turystyką zdrowotną, rękodziełem czy produkcją ekologicznych, regionalnych produktów – mówi Przemysław Derwich.

Przedsiębiorcy z branży turystycznej, działający w innych regionach, mogą korzystać z bardziej standardowej oferty BGK. Ruszyła pożyczka płynnościowa finansowana ze środków Unii Europejskiej, z programu Inteligentny Rozwój, dostępna na terenie całego kraju. W poszczególnych województwach uruchamiane są dodatkowe pożyczki płynnościowe dla małych i średnich przedsiębiorstw – dodaje ekspert BGK.

Izraelska firma inwigilowała użytkowników WhatsApp

Śledztwo przeciwko izraelskiej firmie NSO Group na podstawie pozwu złożonego rok temu przez WhatsApp ujawniło, że firma korzystała z serwerów amerykańskich i „była głęboko zaangażowana” we włamania do telefonów komórkowych 1400 użytkowników WhatsApp, w tym wyższych urzędników państwowych, dziennikarzy i obrońców praw człowieka. Izraelska firma jest również oskarżana o poważne naruszenia praw człowieka, w tym włamania do telefonów kilkunastu indyjskich dziennikarzy i dysydentów z Rwandy.

NSO Group od lat utrzymuje, że jej oprogramowanie szpiegujące Pegasus jest kupowane przez klientów rządowych do śledzenia terrorystów i innych przestępców, a firma nie ma wpływu na sposób, w jaki ci klienci – w przeszłości m.in. Arabia Saudyjska i Meksyk – wykorzystują to oprogramowanie.

Jak ustalił WhatsApp na podstawie własnego dochodzenia, serwery kontrolowane przez NSO Group, a nie klientów rządowych, były integralną częścią działań hackerskich. Ofiary włamania odbierały telefony za pomocą aplikacji do przesyłania wiadomości, a następnie były infekowane Pegasusem, który przez cały czas był monitorowany i aktualizowany przez NSO Group.

W oświadczeniu dla The Guardian NSO Group podtrzymała swoje wcześniejsze stanowisko, że jej produkty służą do powstrzymywania terroryzmu, ograniczania przemocy i ratowania życia, a firma nie obsługuje oprogramowania Pegasus dla swoich klientów.

W trakcie śledztwa ujawniono, że w okresie pandemii COVID-19 izraelska firma uruchomiła nowy program zwany Fleming, który wykorzystuje dane z telefonu komórkowego i informacje dotyczące zdrowia publicznego do identyfikacji kontaktów osób zainfekowanych koronawirusem. Według NBC News program ten kupiły Stany Zjednoczone.

NSO Group utrzymuje, że program Fleming okazał się niezbędny dla rządów na całym świecie, usiłujących powstrzymać wybuch epidemii. Zdaniem firmy również dziennikarze z kilku krajów, którzy zapoznali się z technologią Fleming, uznali, że jest to wielka rewolucja w oprogramowaniu analitycznym, która nie narusza prywatności.

Źródło: The Guardian z 29.04.2020 r.

Cyberszpiedzy poszukają informacji dotyczącej szczepionki na COVID-19

W wywiadzie dla BBC Bill Evanina, dyrektor Narodowego Centrum Kontrwywiadu i Bezpieczeństwa USA, powiedział, że zagraniczne agencje szpiegowskie prowadzą rozpoznanie badań nad szczepionką na koronawirusa. Rząd USA ostrzegł instytuty medyczne i organizacje badawcze przed takim ryzykiem. Nie ujawnił jednak, czy potwierdzone zostały przypadki kradzieży danych.

W jego ocenie rozpoczął się międzynarodowy wyścig w wyprodukowaniu szczepionki przeciwko COVID-19, w którym uczestniczą naukowcy, firmy i rządy. Ich wysiłki są jednocześnie chronione przez krajowe agencje bezpieczeństwa przed kradzieżą ze strony zagranicznych służb. Kontrwywiad amerykański udziela rządowi, przedsiębiorstwom i środowiskom akademickim porad dotyczących przeciwdziałania penetracji ze strony wywiadów. Według Evanina wszelkie dane wskazują na to, iż służby chińskie są zainteresowane amerykańskimi badaniami.

Według BBC rząd USA próbuje pomóc w pracach nad szczepionką za pomocą programu o nazwie Operation Warp Speed. Według amerykańskiego kontrwywiadu dane biomedyczne od dawna są „priorytetowym celem cyberszpiegostwa”, a organizacje publicznie powiązane z pracą nad wirusem stały się jego „celem”.

Kanadyjskie Centrum Bezpieczeństwa Cybernetycznego ostrzegło w marcu, że „wyrafinowani gracze mogą próbować ukraść własność intelektualną organizacji zaangażowanych w badania i rozwój związane z COVID-19”. Zdaniem BBC również amerykańscy i zachodni szpiedzy są zainteresowani tym, co dzieje się w Chinach, w tym wszelkimi rozbieżnościami w liczbie ofiar śmiertelnych epidemii, a także badaniami nad szczepionkami i terapiami.

Źródło: BBC News z 01.05.2020 r.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Stany Zjednoczone rozważają zakończenie wymiany wywiadowczej z krajami penalizującymi homoseksualizm

Administracja prezydenta USA rozważa możliwość ograniczenia lub zakończenia wymiany danych wywiadowczych z krajami, które ścigają karnie osoby homoseksualne. Inicjatywę przypisuje się Richardowi Grenellowi, który w lutym 2020 r. został powołany przez Biały Dom na stanowisko pełniącego obowiązki Dyrektora Wywiadu Narodowego. Uważany jest on za pierwszą osobę homoseksualną, która nie ukrywa swoich preferencji i otwarcie pełni funkcję w administracji USA.

Ideą proponowanego posunięcia jest wywarcie presji na kraje, które nadal penalizują homoseksualizm, aby zmieniły swoje prawo. Przed mianowaniem na stanowisko dyrektora wywiadu narodowego Grenell otrzymał od prezydenta Trumpa zadanie wykorzystania polityki zagranicznej USA, w tym pomocy finansowej, do położenia kresu kryminalizacji homoseksualizmu na całym świecie.

Richard Grenell nadał priorytet kwestiom związanym z dyskryminacją osób homoseksualnych w miejscu pracy. Po objęciu funkcji wysłał pismo do agencji członkowskich Społeczności Wywiadowczej, wzywając do zapewnienia polityki ochrony pracowników LGBT przed molestowaniem i dyskryminacją.

Ograniczenie przez USA wymiany danych wywiadowczych mogłoby wpłynąć na stosunki Waszyngtonu z kilkoma kluczowymi partnerami, w tym z Arabią Saudyjską, Kenią, Nigerią i Egiptem. W wywiadzie dla The New York Times Grenell oznajmił, że USA są bezpieczniejsze, gdy ich partnerzy przestrzegają podstawowych praw człowieka. Tolerancja wobec osób LGBT jest zdaniem Grenella „wartością amerykańską”, stąd wspólnota wywiadowcza powinna promować to, co jest „polityką Stanów Zjednoczonych”.

Źródło: portal intelNews.org z 27.04.2020 r.

Społeczność Wywiadowcza USA: koronawirus nie jest wytworem człowieka ani bioinżynierii

Społeczność Wywiadowcza USA (US Intelligence Community) poprzez biuro dyrektora wywiadu narodowego wydała w dniu 30 kwietnia 2020 r. oświadczenie, że nowy koronawirus „nie został wytworzony przez człowieka ani zmodyfikowany genetycznie”. Oświadczenie jest wspólną opinią 17 służb specjalnych i agencji rządowych, tworzących Społeczność Wywiadowczą.

Dalej stwierdzono, że nowy koronawirus „ma korzenie w Chinach”, podzielając tym samym opinię większości ekspertów w dziedzinie zdrowia publicznego. Jednak zasadnicze stwierdzenie nie wyklucza możliwości, że wirus mógł pochodzić z ośrodka naukowego w Chinach i że mógł ulotnić się „przez kontakt z zarażonymi zwierzętami” lub „w wyniku wypadku w laboratorium”.

Wspólnota Wywiadowcza USA zapewniła, że będzie nadal rygorystycznie badać pojawiające się informacje i dane wywiadowcze w celu ustalenia, czy istnieje połączenie laboratoryjne z wirusem.

Na początku kwietnia generał armii USA Mark Milley, przewodniczący kolegium szefów sztabów, powiedział mediom, że ciężar dowodów wydaje się wskazywać na naturalne pochodzenie COVID-19. Jednak według medialnych doniesień amerykańskie i inne zachodnie agencje wywiadowcze „wciąż rozważają możliwość” wydostania się wirusa z rządowego laboratorium w Wuhan.

Źródło: strona internetowa Biura Dyrektora Generalnego Wywiadu Narodowego z 01.05.2020 r.

Ministerstwo Finansów: większość wniosków o ulgi podatkowe została rozpatrzona pozytywnie

Złożono już 56 tysięcy wniosków o przyznanie różnego rodzaju ulg ze względu na pandemię koronawirusa, z czego zdecydowaną większość stanowią wnioski przedsiębiorców – poinformowali przedstawiciele Departamentu Poboru Podatków Ministerstwa Finansów na drugim webinarium z cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”. Ponad 23600 wniosków zostało rozpatrzonych pozytywnie. Osoby prowadzące działalność gospodarczą mają czas na składanie zeznań podatkowych do 1 czerwca.

„Stale monitorujemy liczbę wniosków z powołaniem się na okoliczności pandemii. Jeżeli chodzi o styczeń i luty, to były to jednostkowe przypadki. Jednak od marca lawinowo wzrosła liczba wniosków składanych przez przedsiębiorców” – powiedziała Dagmara Olechowska, naczelnik Wydziału Spraw Wierzycielskich w Ministerstwie Finansów. „Według danych z 20 maja złożono 56 tys. wniosków z powołaniem się na okoliczności związane z pandemią, z czego 53,5 tys. przez przedsiębiorców” – uzupełniła.

Olechowska dodała, że liczba pozytywnych decyzji do ubiegłego tygodnia wynosiła ponad 23600 (na 35 tys. wydanych). Decyzje te opiewają na kwotę ponad 1,5 mld zł. „Wpływa 6-7 tys. wniosków tygodniowo, czasem ich liczba oscyluje wokół 10 tys. Najwięcej tam, gdzie jest najwięcej przedsiębiorców, przede wszystkim w województwie mazowieckim” – wyjaśniła. Przedstawicielka MF zapewniła, że organy podatkowe rozpatrują złożone dokumenty możliwie jak najszybciej.

Arkadiusz Jedynak, zastępca dyrektora Departamentu Poboru Podatków MF przypomniał, że choć termin składania rozliczeń podatku dochodowego minął 30 kwietnia, to faktycznie deklaracje podatkowe mogą być składane do 1 czerwca (31 maja to niedziela) bez żadnych konsekwencji.

Nie zostaną też naliczone odsetki za zwłokę. „Przepisy ustawy nie regulują kwestii odsetek, mówią jedynie o niekaraniu za złożenie zeznania po 30 kwietnia, a przed 1 czerwca. Natomiast Minister Finansów wydał rozporządzenie w sprawie zaniechania poboru odsetek za zwłokę w tym okresie” – tłumaczył Jedynak.

Ekspert wyjaśnił, że ustawodawca zmienił przepisy tarczy, wskazując, że niezapłacony podatek do 1 czerwca nie jest ujmowany w zaświadczeniu o niezaleganiu. Nie stanowi też podstawy do tego, żeby odmówić przedsiębiorcy wsparcia w ramach instytucji finansowych na podstawie programów rządowych związanych z tarczą antykryzysową.

Jak zaznaczył Jedynak, ustawodawca przewidział również dłuższy termin na zapłatę zaliczek w przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych. Pracodawca może przekazać zaliczki za marzec i kwiecień do 1 czerwca.

Przedłużony został termin składania deklaracji CIT-8 (zeznanie o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) przez podatnika podatku dochodowego od osób prawnych). „Dla większości podatników jest to termin 31 maja (de facto 1 czerwca, gdyż 31 maja to niedziela). Natomiast organizacje osiągające wyłącznie przychody wolne od podatku oraz te działające w sferze pożytku publicznego, których przychody z tego tytułu stanowią 80 proc. ich przychodów – mogą złożyć CIT-8 aż do 31 lipca” – powiedział przedstawiciel resortu finansów.

Ordynacja podatkowa przewiduje szereg ulg dla przedsiębiorców: umorzenie zaległości podatkowych, odroczenie terminu ich płatności oraz rozłożenie na raty. Decyzje o przyznaniu ulg są uznaniowe – decyduje o tym urząd skarbowy, a każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie. Urząd może zweryfikować informacje zawarte we wniosku, np. sprawdzić sytuację majątkową wnioskodawcy. Przy wydawaniu decyzji organ podatkowy bierze pod uwagę ważny interes podatnika oraz interes publiczny.

Dagmara Olechowska wyjaśniła, że sformułowanie „ważny interes podatnika” oznacza sytuację, gdy z powodu nadzwyczajnych, losowych przypadków, podatnik nie jest w stanie uregulować zaległości podatkowych, np. z powodu utraty możliwości zarobkowania czy losowej utraty majątku. Interes publiczny występuje wtedy, gdy zapłata zaległości podatkowej spowoduje konieczność sięgania przez podatnika do środków pomocy państwa, gdyż nie będzie on w stanie zaspakajać swoich potrzeb materialnych.

„Oczywiście wniosek musi być odpowiednio uzasadniony, uargumentowany” – zaznaczyła naczelnik Wydziału Spraw Wierzycielskich MF. „Podatnik, składając wniosek, zobligowany jest określić, jak sytuacja epidemii i związane z nią zamrożenie wielu branż, wpłynęło na jego płynność finansową i możliwość płacenia podatków w terminie” – stwierdziła. Dodała, że w interesie publicznym jest, by przedsiębiorcy przetrwali ten kryzys.

Eksperci resortu finansów zachęcali do korzystania z generatora wniosków na stronie biznes.gov.pl, który bardzo ułatwia prawidłowe ich wypełnienie.

Kolejne webinarium z cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu” odbędzie się w czwartek, 28 maja i będzie dotyczyło zmian w Prawie Zamówień Publicznych w celu przeciwdziałania epidemii oraz nowego PZP, jako impulsu dla gospodarki.

Wrogie państwa chcą wykraść brytyjskie badania nad COVID-19

Według brytyjskiego Narodowego Centrum Bezpieczeństwa Cybernetycznego (NCSC) wrogie państwa próbują włamać się do systemów brytyjskich uniwersytetów i zaplecza naukowego, aby wykraść badania dotyczące COVID-19, w tym szczepionek na wirusa. Liczba takich ukierunkowanych cyberataków wzrosła, a za hackerstwem stoją państwa takie jak Iran i Rosja. Eksperci NCSC twierdzą, że do grona prawdopodobnych sprawców należą także Chiny.

Ocenia się, że dziesiątki uniwersytetów i instytucji o charakterze biomedycznym pracuje nad badaniami dotyczącymi COVID-19, począwszy od nowych testów diagnostycznych, na leczeniu eksperymentalnym skończywszy. Prawdopodobnie do tej pory nie było udanych ataków, a rzecznik NCSC podkreślił, iż służba chroni organizacje zagrożone tego rodzaju atakiem, w tym Uniwersytety Oxford i Cambridge oraz współpracujące z nimi firmy. Skala cyberataków przeciwko Wlk. Brytanii zarówno ze strony przestępców, jak i państw pozostała stabilna podczas pandemii.

James Sullivan, były cyberanalityk z National Crime Agency i szef badań cybernetycznych w Royal United Services Institute, nie dostrzega niczego dziwnego w tym, że wrogie państwa usiłują pozyskać badania nad COVID-19. Jego zdaniem pandemia doprowadziła do ogólnego wzrostu cyberaktywności wrogich państw, gdyż jest okazją do gromadzenia danych wywiadowczych i zakłóceń. Dodatkowo szczepionka na COVID-19 to bardzo konkurencyjny obszar. Z tych właśnie względów obserwuje się napięcia geopolityczne rozgrywające się w tej przestrzeni.

Obecne ataki uwypukliły problemy związane z cyberbezpieczeństwem w sektorze opieki zdrowotnej. W 2017 r. NHS, odpowiednik polskiego NFZ, padło ofiarą globalnego ataku ransomware Wanna Cry, na którym ucierpiały dziesiątki tysięcy urządzeń.

Państwa zaliczane do sojuszu wywiadowczego zwanego Five Eyes (Australia, Kanada, Nowa Zelandia, Wielka Brytania i USA) twierdzą, że Chiny celowo ukryły lub zniszczyły dowody dotyczące wybuchu epidemii koronawirusa, co miało kosztować dziesiątki tysięcy istnień ludzkich. Chiński rząd miał tuszować informacje o rozwoju wirusa, wyciszając lub doprowadzając do „znikania” lekarzy zabierających głos w tej sprawie. Niszczył też dowody w laboratoriach i odmawiał dostarczenia próbek międzynarodowym naukowcom pracującym nad szczepionką.

Źródło: The Guardian z 03.05.2020 r.

Czy koronawirus podniesie czynsze mieszkaniowe?

Pandemia koronawirusa jest to ogromne wyzwanie również dla wspólnot i zarządców nieruchomości nie tylko pod względem organizacyjnym, ale też finansowym. Stan pandemii generuje konieczność częstszego dezynfekowania powierzchni wspólnych nieruchomości przy użyciu specjalistycznych, a więc droższych środków. Końcowe koszty poniosą niestety mieszkańcy nieruchomości, którzy powoli zaczynają zmagać się też z problemami dotyczącymi opłat czynszów.

Pomimo konieczności częstszego dokładniejszego dezynfekowania części wspólnych nieruchomości jako zarządcy nie otrzymujemy żadnego wsparcia finansowego ze strony państwa. Obecnie większe wydatki ponosimy na każdym z obiektów, wiąże się to z zakupem specjalistycznych środków do dezynfekcji. Odpowiednie rozporządzenia dotyczące wsparcia finansowego nie muszą być elementem tarczy antykryzysowej, ale powinny być natychmiast wdrażane równolegle do projektów zapobiegającym eskalacji kryzysu gospodarczego. Jeśli obecna sytuacja utrzyma się przez dłuższy czas, wspólnoty będą niestety zmuszone do podniesienia czynszów dla mieszkańców, ponieważ utrzymanie nieruchomości będzie generowało wyższe koszty.

Dodatkową kwestią, na którą warto zwrócić uwagę w kontekście wpływu koronawirusa na rynek nieruchomość jest sprawa kłopotów mieszkańców z opłatami czynszów. Kryzys gospodarczy i związany z nim wzrost bezrobocia bez wątpienia przełoży się na problemy wspólnot mieszkaniowych z egzekwowaniem płatności za czynsze mieszkaniowe. Strona rządowa zapowiedziała wsparcie rodzin i dopłat do czynszów mieszkaniowych oraz miejskich spółek, które będą mogły budować tańsze mieszkania. To oczywiści dobre informacje, ważne, jednak, żeby propozycje nie pozostały tylko propozycjami. Istotne jest ich szybkie wdrożenie.

Rozporządzenia dotyczące zarówno finansowego wsparcia wspólnot jaki i kwestie dopłat do czynszów czy wsparcia miejskich spółek mieszkaniowych powinny być natychmiast wdrażane. To niezwykle ważne, aby zapanować nad chaosem, który obecnie panuje w regulacjach pomiędzy państwem, zarządcami a obywatelem.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o., firmy wyspecjalizowanej w zarządzaniu nieruchomościami.

Obniżka stóp NBP – jak wpłynie na mieszkaniówkę?

Czwartkowa obniżka stóp procentowych przez RPP była dla rynków dużym zaskoczeniem i spotkała się z falą komentarzy, w zdecydowanie przeważającej części o wydźwięku negatywnym. Rada podjęła bezprecedensową decyzję o obniżce stopy referencyjnej o 40 pb. do niewiarygodnego wręcz jak dotąd w krajowych warunkach poziomu zaledwie 0,1 proc. Jak tego typu posunięcie może wpłynąć na koniunkturę rynku mieszkaniowego?

Trudno oczekiwać, że obniżenie stóp prawie do zera wpłynie znacząco na rynek kredytów mieszkaniowych, zwłaszcza ich dostępność oraz statystyki. Banki zaostrzyły warunki kredytowania nieruchomości mieszkaniowych po wybuchu pandemii i ta sytuacja raczej nieprędko powróci do stanu sprzed kryzysu. Natomiast dla spłacających hipoteki decyzja RPP ma jednoznacznie pozytywny skutek spadku raty średnio rzędu nawet kilkuset złotych.

Dużo większe znaczenie ostatni ruch RPP w kwestii wysokości stóp procentowych NBP może mieć dla perspektyw zakupów inwestycyjnych na pierwotnym rynku mieszkaniowym. Dla inwestorów sama różnica rzędu 40 pb. stopy referencyjnej może nie mieć już wprawdzie decydującego znaczenia, jednak decyzja Rady świadczy o jej niesłabnącej determinacji w obniżaniu i utrzymywaniu kosztu rodzimego pieniądza na rekordowo niskich poziomach. A pozbawiony tym samym resztek nadziei na wyższe stopy w przewidywalnej perspektywie kapitał inwestycyjny po raz kolejny będzie poszukiwał alternatywnych przystani, z których tradycyjnie na plan pierwszy wysuwa się mieszkaniówka.

Umiarkowanie pozytywne przesłanki obniżki stóp dla rynku nieruchomości potwierdza warszawska giełda, na której w trakcie spadkowej piątkowej sesji w wyniku silnej przeceny sektora bankowego, subindeks WIG-Nieruchomości rośnie kolejny dzień, tym razem o około 1 proc.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Zmiana stóp procentowych jest niezrozumiała. I to z kilku powodów

Zdaniem ekspertów decyzja Rady Polityki Pieniężnej była zaskakująca, a moment jej wydania – niezrozumiały. Przede wszystkim dlatego, że złoty będzie mocniej odczuwał skrajnie niski poziom realnych stóp procentowych. Kolejne dane – w tym odczyt CPI – będą potwierdzać hamowanie dynamiki cen. Prognoza TMS Brokers to 3,0 proc. rok do roku. Po cięciu stóp rośnie ryzyko korekty ostatniego umocnienia – niedowartościowanej do tej pory z wielu powodów – polskiej waluty.

W zaskakującej decyzji Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o obniżce stopy referencyjnej o 40 pb do 0,1 proc., stopy lombardowej o 50 pb do 0,5 proc., a stopa depozytowa pozostała na 0 proc. Tym samym oprocentowanie w Polsce sięgnęło swojego „technicznego” minimum. W uzasadnieniu Rada napisała, że luzowanie polityki pozwoli złagodzić negatywne skutki pandemii oraz ograniczy ryzyko obniżenia się inflacji poniżej celu inflacyjnego NBP w średnim okresie.

– Jakkolwiek w teorii można zgodzić się z argumentacją, tak moment decyzji jest niezrozumiały i to z kilku powodów. Po cięciach z marca i kwietnia łącznie o 100 pb oraz uruchomieniu programu skupu aktywów przekaz ze strony członków RPP przybrał neutralny ton, co mogło sugerować, że teraz Rada poczeka na efekty dotychczasowych decyzji. Dodatkowo zakończenie lockdown’ów w Europie i pierwsze oznaki stabilizacji sytuacji gospodarczej w strefie euro nie wymuszały ze strony banku centralnego kontynuacji luzowania polityki. Co więcej, po stanowczych decyzjach z poprzednich miesięcy, dodatkowe cięcie stopy referencyjnej o 40 pb przynosi niewielkie wsparcie dla gospodarki. Wszelkie dostosowania po stronie kredytobiorców i kredytodawców w reakcji na pandemię już się dokonały i wczorajsza obniżka istotnie sytuacji nie odmieni. Sporo znaków zapytania pozostaje po majowej decyzji, stąd tym bardziej rozczarowujący jest brak konferencji prasowej, która mogłaby rozjaśnić sytuację – ocenia Konrad Białas główny ekonomista TMS Brokers.

Według eksperta możliwym wytłumaczeniem zachowania RPP jest wcześniejsza chęć sprowadzenia stóp procentowych do zera w jednym kroku, jednak członkowie Rady mogli obawiać się silnego negatywnego wpływu na złotego i destabilizacji krajowego rynku finansowego.

– Stąd zdecydowali się na „badanie” rynku i rozbicia strategii na kilka kroków. Brak nasilenia deprecjacji złotego pomimo cięcia o 100 pb, a także ostatnia fala aprecjacji o ok. 3 proc. mogły dać sygnał do kontynuowania luzowania według wcześniej założonego planu – tłumaczy Białas.

Ekspert zauważa też, że decyzja o obniżce nie przyniosła wyraźnego wzrostu EUR/PLN, co bierze się z faktu, że rynek stopy procentowej już wcześniej wyceniał cięcie w kierunku zera.

– Inwestorzy na rynku walutowym – jeszcze do ubiegłego tygodnia – utrzymywali strategie na osłabienie złotego i dopiero pod wpływem generalnej poprawy apetytu na ryzyko skapitulowali. Teraz to oni wydają się najbardziej pokrzywdzeni, szczególnie, że decyzja RPP podnosi ryzyko powrotu negatywnej presji na złotego. Zakładamy, że RPP nie zdecyduje się na ujemne stopy procentowej (sugeruje to zatrzymanie na niestandardowym poziomie 0,1 proc.), ale też nie uznajemy obniżek jako tymczasowych, które zostaną szybko odwrócone, jak tylko sytuacja gospodarcza ulegnie poprawie. Spodziewamy się utrzymania rekordowo niskich stóp przez długi czas, najprawdopodobniej do końca kadencji Rady w czerwcu 2022 r. Oznacza to długoterminowe utrzymanie ujemnych realnych stóp procentowych w Polsce, które aktualnie są na poziomie -2,8 proc., co daje czwarty, najniższy wynik na świecie. To może być dużą skazą na wizerunku złotego w przyszłości i stanowić ryzyko dla naszych dotychczasowych prognoz – ocenia Białas.

Warto dodać, że posiedzenie RPP, które miało się odbyć na początku czerwca – będzie miało miejsce 16 czerwca. Nie wiadomo, czy zostanie ono zwieńczone konferencją prasową, wiadomo jednak, że będzie posiedzeniem jednodniowym.

Technologia ubiera płaszcz Zbawiciela przed koronawirusem, aby ostatecznie rozprawić się z naszą prywatnością

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. Ludzie, a nawet całe społeczności, do tej pory niezwykle czułe na punkcie poszanowania swojej prywatności, proszą o jej ograniczenia. Trudno, powiadają, w obliczu zagrożenia epidemicznego odzierajcie nas z intymności, byleby ratować życie! Po ludzku ta postawa jest jak najbardziej zrozumiała. Ale, trawestując słynne stwierdzenie W. Churchilla, wyartykułowane w obliczu nie mniejszego zagrożenia, można im odpowiedzieć: mieliście do wyboru bezpieczeństwo lub prywatność, wybraliście bezpieczeństwo, lecz w dłuższej perspektywie – w konsekwencji takiego wyboru – i te utracicie bezpowrotnie („mieliście do wyboru wojnę lub hańbę, wybraliście hańbę, a wojnę i tak będziecie mieli” – Churchill).

Bezpowrotnie tracona prywatność?

Na całym świecie wdrażane są aplikacje telefoniczne, które pozwalają śledzić osoby zarażone COVID-19, czy też pozostające w kwarantannie, dla ustalenia zakresu ich kontaktów i potencjalnego rozprzestrzeniania się epidemii. Rosyjska aplikacja do monitorowania przestrzegania przez zarażonych obywateli zaleconego reżimu, ma dostęp do połączeń, lokalizacji, aparatu, pamięci, informacji o sieci i innych danych. Wiele rządów azjatyckich z tego samego powodu, śledzi ludzi przez telefony komórkowe, bez ich uprzedniej zgody. Tajwan wykorzystuje dane sieciowe do monitorowania obywateli poddanych kwarantannie; w jednym przypadku mężczyznę odwiedziła policja 45 minut po tym, jak jego telefon nie odpowiadał – zepsuł się.

Być może najbardziej ekstremalną opcją jest narzędzie programowe oferowane przez izraelską firmę szpiegowską NSO Group. Przewiduje, że rządy będą wymagać od operatorów telefonii komórkowej wszystkich danych dotyczących ruchu dowolnego abonenta. Co więcej, Izrael wykorzystuje swoją jednostkę wywiadowczą Shin Bet, zwykle zajmującą się terroryzmem, do śledzenia potencjalnych zarażonych koronawirusem za pomocą danych telekomunikacyjnych. W Korei Południowej skanuje się informacje ze smartfonów obywateli, aby w ciągu 10 minut znaleźć osoby, które mogły zarazić się wirusem. Władze posunęły się dalej – gromadzą nie tylko dane z telefonów komórkowych i GPS, ale także dotyczące transportu publicznego, kart kredytowych, kwestii imigracyjnych.

W Indiach władze wprowadziły obowiązkową aplikację pod nazwa Aarogya Setu do śledzenia kontaktów wszystkich pracowników sektora publicznego i prywatnego. Aplikacja ocenia ryzyko infekcji użytkowników na podstawie ich lokalizacji, historii medycznej i odbywanych podróży. Obrońcy praw człowieka określają ją „polem minowym prywatności”. Indie znajdują się wśród rosnącej liczby państw korzystających z aplikacji mobilnych, aparatów do rozpoznawania twarzy, dronów i innych technologii do monitorowania ludzi poddanych kwarantannie oraz określania, kto może pracować, korzystać z transportu publicznego itp.

W państwach demokratycznych te same działania czynione są bardziej subtelnie, „w białych rękawiczkach”. Utrzymuje się, iż tożsamość śledzonych osób jest skrzętnie skrywana. Amerykańscy urzędnicy pobierają od operatorów dane o lokalizacji telefonów komórkowych w celu monitorowania tłumów, ale nie osób fizycznych. Szybko jednak łamie się te normy. Zaledwie 1-2 miesiące temu blokada Wuhan w Chinach wydawała się drakońskim dziełem państwa autorytarnego, obecnie nawet najbardziej liberalne stany USA wdrażają podobne środki. Nie ma głośnych protestów, kiedy liczby zgonów na wschodnim wybrzeżu są podobne, albo przekraczają skutki ataków na Pearl Harbor lub 11 września.

W obliczu pandemicznej katastrofy szybkie ograniczenie swobód obywatelskich zdaje się być konieczne. Koronawirus spowodował, że imperatywy zdrowia publicznego zderzyły się z demokratycznymi zasadami, tak istotnymi, jak wolność zgromadzeń czy swoboda przemieszczania się. Nadchodzą kolejne ograniczenia swobód obywatelskich, szczególnie w sferze cyfrowej. Historia pokazuje jednak, że koniec bezpośredniego zagrożenia nie oznacza automatycznego przywrócenia ograniczonych w jego okresie praw.

Warto w tym miejscu przytoczyć przykład 11 września 2001 roku. Po atakach terrorystycznych Amerykanie, ale nie tylko oni, skwapliwie bądź milcząco zgodzili się, aby państwa podsłuchiwały ich rozmowy telefoniczne bądź przeglądały e-maile, oferując w zamian ochronę przed terrorystami. Czując społeczną akceptację rządzący wprowadzali więc tajne i jawne systemy inwigilacji, z których wiele było niezgodnych z prawem.

Działania ingerujące w prywatność, obłudnie projektowane jako tymczasowe („tylko na razie”), stały się powszechne i trwałe. Edward Snowden i inni whistleblowerzy ujawnili, jak ogromne ilości danych telefonicznych lub e-mailowych było regularnie gromadzonych przez rządy, a obywatele dowiadywali się, że ich demokratyczny sposób życia został pogwałcony lub – o parodosie – był „chroniony” przez agencje bezpieczeństwa.

Technologiczni „zbawiciele”

W wojnie z terroryzmem w sukurs przyszła technologia. Miliardy ludzi godziły się, żeby ich prywatność odstawiono na bok, akceptowały nigdy niesprecyzowaną umowę, w ramach której Facebook lub Google mogły zgromadzić o nich oszałamiającą ilość danych w zamian za bezpłatny dostęp do aplikacji sprawnie przesyłającej wiadomości i fotografie, kreującej możliwość chwalenia się „naszym tańczącym dzieckiem lub psem prowadzącym samochód”. Życie stało się lepsze dzięki platformom, które najwyraźniej o nic nie pytały, a jednak stworzyły przemysł o wartości bilionów dolarów, wzmocniony komercyjną i predykcyjną siłą obserwowania użytkowników mediów społecznościowych. Pomimo rosnących obaw, około 2,5 miliarda osób każdego miesiąca nadal korzysta z Facebooka.

Zdolności technologicznych gigantów urosły do takich rozmiarów, iż mogą – jak to ilustruje przykład Aleksandra Kogana i Cambrigde Analytica – tworzyć swoiste maszyny propagandowe wpływające na wyniki demokratycznych wyborów. Wykształcił się, jak to określiła w swoje książce Shoshana Zuboff, inwigilacyjny kapitalizm („The Age of Surveillance Capitalism”). Termin ten odnosi się do siły i bogactwa zgromadzonego przez firmy technologiczne, którym dano darmową przepustkę do robienia wszystkiego, co chciały: dostęp do prywatnych informacji, a przez to możliwość określenia zwyczajów, upodobań ludzi; mogą łączyć te dane, aby przewidywać nasze zachowanie, a następnie sprzedawać komercyjne prognozy.

Dzisiaj, w okresie szalejącej pandemii koronawirusa technologiczni „zbawiciele” spieszą ponownie z pomocą. Sprzyja im oczywisty kryzys przywództwa (Trump, Johnson).Wkraczamy w daleko bardziej intensywną i wyrafinowaną erę masowego gromadzenia danych – teraz będzie wiadomo, kto zbliżył się do kogo i kiedy, kto jest zdrowy, a kto nie, kto ma prawo wejść do metra, a kto będzie z niego „pogoniony”. Nie odbierasz telefonu? Za chwilę policja załomocze do drzwi.

Wprawdzie ochrona zdrowia publicznego, jeszcze przed wkroczeniem wielkiej technologii, charakteryzowała się obecnością pewnych elementów nadzoru i śledzenia rozwoju chorób, wprawdzie poświęcaliśmy jakiś skrawek prywatności, tak jak godziliśmy się na szczepienie naszych dzieci, ale obecna inwigilacja burzy ten stary, tradycyjny monitoring. Podobnie jak 11 września, mamy do czynienia z eksplozją paniki, pośpieszną walką z nadejściem „najgorszego”, niecierpliwym wyczekiwaniem powrotu upragnionej normalności, więc „przemysł inwigilacji” zrozumiał, że jest to szansa – porównywalna z tamtą z 2001 r. – do legitymizacji i normalizacji tejże inwigilacji. Co więcej, widoczna jest ogromna chęć ludzi do udzielania pomocy w tym zakresie.

Jedynym modelem, który wydaje się skuteczny w powstrzymywaniu koronawirusa jest kompilacja szeroko zakrojonych testów, powszechnego stosowania sprzętu ochrony osobistej i wdrożenia technologii nadzoru. Rządy Hongkongu, Singapuru, Korei Południowej i Tajwanu zdołały uniknąć długotrwałych blokad – niektóre nawet utrzymują otwarte firmy, restauracje i szkoły – stosując takie połączone podejście. Ale trzeba zrozumieć, iż pomoc władzom medycznym w zwalczaniu wirusa to coś innego, niż pomoc organom bezpieczeństwa w przechwytywaniu naszych danych.

Nie wszyscy wszakże podzielają pogląd o konieczności ochrony prywatności nawet w czasach epidemii. Były portugalski minister w UE Bruno Macaes, obecnie pisarz i komentator, w zadziwiającym tweetcie stwierdził: „Coraz bardziej jestem przekonany, że największą bitwą naszych czasów jest ta przeciwko „religii prywatności”. To dosłownie może nas wszystkich zabić”. Wprawdzie potem wyjaśniał, iż nie krytykuje prywatności jako takiej, ale ponieważ nigdy nie musieliśmy jej definiować to pozostawała metaforą albo gorzej – religią. Jednak pomysł, że obawa o prywatność w bitwie przeciwko wirusowi jest nie tylko nieistotna, ale może okazać się śmiertelna, wydaje się dość skrajny. Z drugiej strony zwolennicy bezkompromisowej ochrony prywatności wydają się sądzić, że każda forma monitorowania osób z wirusem nosi znamiona podejrzanej inwigilacji. Mamy więc do czynienia ze ścianą nieufności, ponieważ przez ostatnie 20 lat, od World Trade Center, nie udało się stworzyć instytucji, ustawodawstwa czy paradygmatów, które pozwalają zaufać temu inwazyjnemu technologicznemu światu.

Potrzebna Cyfrowa Karta Praw

W wielu krajach (niestety w małym stopniu w Polsce) toczy się debata nad aplikacjami do śledzenia osób chorych czy podejrzanych o nosicielstwo COVID-19. Naukowcy biją na alarm w obliczu ewidentnych przypadków gwałcenia prywatności. Na przełomie kwietnia i maja około 600 naukowców z całego świata, we wspólnym oświadczeniu ostrzegło, że aplikacje do śledzenia kontaktów oparte na GPS nie mają „wystarczającej dokładności” i zagrażają prywatności, a niektóre umożliwiają inwigilację dla realizacji innych celów.

Obecnie jest dobry moment, aby społeczeństwa wysoko rozwinięte zaczęły tworzyć ramy prawne do okiełznania wszechmocnych technologii, do wykształcenia regulacji w nowej erze cyfrowej. W październiku 2019 r. podczas Światowego Forum Sztucznej Inteligencji dla Ludzkości prezydent Emmanuel Macron wezwał ekspertów i rządy do wspólnego zdefiniowania nowej karty praw, gwarantującej podstawową ochronę w świecie cyfrowym, podkreślając, że „stawka jest absolutnie krytyczna i kluczowa dla naszych demokracji”.

Na ogół przeważa opinia, iż istnieje możliwość pogodzenia technicznego monitoringu, pozwalającego identyfikować ogniska rozprzestrzeniania się wirusa, z całkowitym zachowaniem prywatności. Uważa się, iż takim rozwiązaniem jest już aktywny singapurski TraceTogether. Kraje zachodnie, jak Wielka Brytania, które są bardziej ostrożne w kwestii naruszeń prywatności, prawdopodobnie będą wolniej sięgać po technologie monitoringu kontaktów, nawet jeśli miałoby to oznaczać dłuższe „zamknięcie” państwa.

Profesor Jon Crowcroft, twórca jednej z pierwszych aplikacji mobilnych monitorujących grypę na Uniwersytecie Cambridge w 2011 roku, uważa, że wprowadzenie przez rządy narzędzi inwigilacyjnych powinno być obwarowane szeregiem zabezpieczeń, jak na przykład konkretnym czasem usunięcia danych po wygaszeniu epidemii. Tego rodzaju aplikacje, jego zdaniem, niosą niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest wymuszanie izolacji na ludziach. Pozostaje przy tym sceptyczny w sprawach ochrony swobód, ponieważ w przeszłości to praktyczność triumfowała nad prywatnością.

Rządy demokratyczne potrzebują narzędzi cyfrowych do walki z kryzysem, ale zbyt daleko posunięte udostępnianie danych może być niebezpieczne dla obywateli. Jak można osiągnąć właściwą równowagę? Zdrowie publiczne, prawa do prywatności i dobrobyt gospodarczy są trzema paradygmatami wszystkich społeczeństw demokratycznych. Ale wymagają kompromisów i trzymania się kilku żelaznych zasad.

Po pierwsze, wszelkie podjęte środki nadzoru muszą być odwracalne, proporcjonalne i całkowicie przejrzyste. Proces ich usuwania należy zdefiniować w momencie wdrażania. Przeszłość pokazała, że są pokusy do utrwalania nadzwyczajnych stanów i rozwiązań. Na przykład wiele przepisów dotyczących szeroko zakrojonego nadzoru w „tymczasowej” ustawie PATRIOT, zostało rutynowo odnowionych przez Kongres w 2005 r., a ostatnio przedłużono je w marcu 2020 r.

Po drugie, rządy powinny wymagać od twórców aplikacji wykazania, w jaki sposób informacja ma pomóc w zwalczaniu koronawirusa. Na przykład nie ma uzasadnionego powodu do gromadzenia przez wiele miesięcy danych dotyczących lokalizacji lub kontaktów osób w przypadku wirusa z dwutygodniowym okresem inkubacji. W przeciwnym razie ich posiadacze będą mieli pokusę wykorzystania danych do celów politycznych czy komercyjnych.

Po trzecie, przywódcy polityczni muszą zająć się problemem strukturalnym. Tradycyjne normy i instytucje, które leżą u podstaw demokracji są niekompatybilne z cyfrowym światem. Eksperci ds. polityki cyfrowej od dawna dostrzegają zachwianą równowagę między technologiami cyfrowymi, a swobodami jednostki. Zachodnim liderom brakowało woli politycznej do systemowych rozwiązań. Generalny brak przygotowania polityków na samą pandemię winien być ostrzeżeniem, że nieprzewidziane wyzwania mogą być katastrofalne dla społeczeństwa. O ile panuje pewność, że pandemia nie zagraża na trwałe takim swobodom, jak gromadzenie się i przemieszczanie, o tyle nie ma takiego przekonania, jeśli chodzi o prawa cyfrowe – znacznie bardziej skomplikowane i mętne. Jest natomiast obawa, jak najbardziej uzasadniona, że przyjęte w sytuacjach nadzwyczajnych środki mogą uczynić z masowej inwigilacji nową normą.

W końcu kwietnia 2020 r. grupa republikańskich senatorów USA przedstawiła projekt ustawy, której celem jest rozwiązanie kwestii prywatności konsumentów dotkniętych technologicznym nadzorem w okresie epidemii koronawirusa. Przewidują w niej odpowiedzialność podmiotów, które wykorzystywałyby dane osobowe w innym celu niż zwalczanie COVID-19. Z drugiej strony ustawa zezwala firmom technologicznym opracowanie „platform, które mogłyby wyśledzić, pomóc spłaszczyć krzywą i zatrzymać rozprzestrzenianie się wirusa przy zachowaniu ochrony prywatności obywateli USA” (Reuters 30.04.2020 r.). Prawo wymagałoby od firm uzyskania wyraźnej zgody od osoby, jeśli gromadzone dane miałyby dotyczyć jej zdrowia, lokalizacji lub relacji z inną osobą. Operatorzy mieliby obowiązek usunięcia danych po ich wykorzystaniu.

Chociaż z wypowiedzi uczonych i senatorów przebija optymizm, a zainteresowane firmy, jak Apple czy Google, zapewniają, że prywatność, przejrzystość i zgoda obywateli mają ogromne znaczenie przy tworzeniu aplikacji, to należy zachować daleko posunięty sceptycyzm. Ujawnienie danych osobowych wprawdzie ma korzystny wpływ na ograniczanie wirusa, ale wywołuje tzw. efekty zewnętrzne. Zazwyczaj szkodliwe. Zgromadzenie w jednym miejscu olbrzymich ilości informacji o sferze prywatnej obywateli, daje ogromną władzę niektórym podmiotom publicznym i prywatnym, które niechętnie się jej wyrzekną. Politycy dziś skoncentrowani na walce z pandemią „nie mają głowy” do równoległej pracy nad rozwiązaniami prawnymi, które w zarodku zdusiłyby wszelkie pokusy zawłaszczania lub manipulowania danymi osobowymi. Ale społeczeństwa obywatelskie winny reagować teraz, natychmiast, bo jutro będzie już za późno. Okaże się kolejny raz, że w imię naszego dobra, „zaprzedaliśmy diabłu duszę”.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Narzędzia analityczne pomogą branży energetycznej funkcjonować w czasach kryzysu

Jednym ze skutków pandemii COVID-19 jest czasowy spadek zapotrzebowania na energię elektryczną, co przyznali eksperci największych firm w branży, jak Tauron czy Innogy Stoen Operator. Polska branża energetyczna w dużej mierze polega na przemyśle i budownictwie. Tymczasem w wielu zakładach produkcyjnych ograniczono lub wręcz czasowo zaprzestano pracy. Tylko w sektorze motoryzacyjnym zamknięto fabryki Nissana, Forda, Volkswagena, BMW czy Michelin. Wprawdzie obserwuje się większy pobór energii w gospodarstwach domowych, ale nie zrekompensuje on strat wywołanych przez zamknięcie szkół, centrów handlowych, restauracji oraz kin. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, ważne jest umiejętne zarządzanie produkcją i dystrybucją energii, w czym pomagają systemy analityczne.

(29 maja 2020 r.) – Spowolnienie w przemyśle jest spowodowane nie tylko zaleceniami sanitarno-epidemiologicznymi i względami bezpieczeństwa, ale również problemami z utrzymaniem ciągłości łańcucha dostaw – utrudnieniami w handlu międzynarodowym i brakiem dostaw komponentów niezbędnych w procesach wytwórczych. Wraz ze stopniowym łagodzeniem restrykcji zapotrzebowanie na energię będzie rosło. Jednak obecnie przedstawiciele branży odnotowują straty i zastanawiają się, co zrobić, aby przetrwać trudny okres. Jednym z wyzwań jest prawidłowa predykcja wzrostu zapotrzebowania na energię wraz ze stopniowym odmrażaniem gospodarki. Eksperci SAS podkreślają, że biorąc pod uwagę zmieniającą się sytuację na świecie, ważna jest możliwość szybkiego przygotowywania prognoz zmian zapotrzebowania na energię. Nowoczesne rozwiązania analityczne pozwalają znacznie skrócić ten czas, w niektórych przypadkach z kilku tygodni do zaledwie kilku godzin.

Tempo powrotu gospodarki do stanu sprzed wybuchu epidemii COVID-19 pozostaje wielką niewiadomą. Trudno przewidzieć, jak szybko po zniesieniu restrykcji klienci zaczną korzystać z usług w takim wymiarze, jak przed pandemią. Możliwe, że część osób przez długi czas zrezygnuje np. z podróży zagranicznych lub odwiedzania centrów handlowych, obawiając się skupisk ludzi. Z drugiej strony, wznowienie prac fabryk doprowadzi do wzrostu zapotrzebowania na energię. W warunkach polskiej gospodarki nakładają się na to trudne do uwzględnienia w prognozach sprzedaży energii zmiany klimatyczne oraz szybki w ostatnim czasie wzrost liczby odnawialnych źródeł energii. Dlatego szczególnej uwagi wymagają obecnie procesy prognozowania zapotrzebowania na energię, jej produkcji i dystrybucji – mówi Maciej Chachulski, Senior Account Executive w SAS.

Przygotować się na wzrost zapotrzebowania na energię

Odmrożenie kluczowych gałęzi gospodarki, takich jak transport i przemysł oraz powrót części pracowników do biur prowadzić będzie do wzrostu zapotrzebowania na energię. Stosowane do chwili wybuchu epidemii COVID-19 modele prognostyczne wydają się być niedostosowane do dostarczania wiarygodnych wyników w warunkach zmiennego środowiska zewnętrznego, szczególnie w odniesieniu do prognozowania średnio- i długoterminowego. Konieczne jest uwzględnienie takich czynników jak rozwój lub wygaszanie epidemii, tempo odmrażania poszczególnych sektorów gospodarki i regionów geograficznych, zmiany wskaźników syntetycznych rodzaju COVID-19 Government Response Stringency Index dotyczących zarówno Polski, jak i krajów z którymi prowadzimy wymianę handlową.

Narzędzia analityczne muszą uwzględniać także szybkie zmiany środowiska wytwarzania i dystrybucji energii. Pojawia się coraz więcej odnawialnych, rozproszonych terytorialnie źródeł energii, które mogą odegrać istotną rolę w zapewnieniu bilansu energetycznego.

Wejść na ścieżkę wzrostu

Kryzys całej gospodarki skutkuje zmniejszeniem sprzedaży energii. Według najnowszych danych Międzynarodowej Agencji Energii globalny spadek zapotrzebowania w roku 2020 szacuje się na 6%. W Polsce, po 16 pierwszych tygodniach bieżącego roku średnie zapotrzebowanie na prąd było niższe o 4,52% niż w analogicznym okresie w 2019 r. Branża musi szukać oszczędności. Coraz większe znaczenie mają wiarygodne odczyty urządzeń pomiarowych w punktach poboru energii czy w systemach SCADA, ich agregacja i prawidłowa interpretacja w czasie rzeczywistym. Szybko dostępne raporty warunkują podejmowanie prawidłowych działań zarządczych zarówno w obszarze dostaw i sprzedaży, jak i utrzymania parametrów jakościowych dostaw.

Przykład stanowi firma Eandis oferująca usługi sieciowe dla energetyki, gazownictwa, ciepłownictwa oraz oświetlenia ulic na terenie 229 miast w Belgii. Do niedawna firma używała tradycyjnych metod raportowania. Wymagania użytkowników zainicjowały zmianę, ponieważ stosowane do tej pory procesy gromadzenia, ekstrakcji i ładowania danych do hurtowni danych oraz tworzenia raportów były czasochłonne, a wyniki trudne w interpretacji. Przy wykorzystaniu rozwiązań SAS Institute, w tym SAS Visual Analytics analitycy potrafią teraz wykonać w ciągu kilku minut pracę, która zajmowała uprzednio 3-6 miesięcy oraz w kilka sekund przygotować wizualizację wyników, samodzielnie aktualizując treść raportów stosownie do swoich indywidualnych potrzeb.

Decentralizacja rozwiązań klasy Business Intelligence i możliwość szybkiego dostępu do raportów pozwoliła dużej liczbie pracowników firmy właściwie wykorzystać złożone zbiory informacji i podejmować dobre decyzje, w tym dotyczące zarządzania siecią Smart Grid.

Stopy procentowe w dół!

Wczoraj Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe. To spore zaskoczenie.  Główna stopa wynosi 0,1% i jest na historycznym minimum. Na tę decyzję złoty zareagował spadkiem, co zdarza się często w przypadku obniżek stóp.

Jednak obniżka

Rada Polityki Pieniężnej podjęła decyzję o kolejnym cięciu stóp procentowych. Główną stopę procentową obniżono do 0,1% z 0,5%. Stopa depozytowa pozostała na niezmienionym poziomie 0%, a stopę lombardową obniżono z kolei z 1% na 0,5%. Złoty zareagował na te dane wyraźnym osłabieniem. Polska waluta straciła wczoraj od momentu publikacji około 3 groszy względem głównych walut. Skoro stopa zwrotu w Polsce z inwestycji niskiego ryzyka spada, to i waluta okazuje się mniej atrakcyjna. Widać to było momentalnie po rentowności obligacji, gdzie rentowność od razu spadła.

Gospodarka w USA się kurczy

Amerykańskie PKB wzrasta już tylko o zaledwie ćwierć procenta w skali roku. Wczorajsze dane wykazały spadek co prawda, ale jest to podyktowane specyfiką podawania danych makroekonomicznych w USA. Publikuje się tam wskaźnik kwartalny, rozciągnięty na rok. W rezultacie w ten sposób oglądaliśmy -5%. Tak źle byłoby jednak dopiero, gdyby pandemia trwała przez 4 kwartały, a jest szansa, że tak źle nie będzie. Pełny raport o PKB za I kwartał ukaże się dopiero pod koniec czerwca, natomiast dane za II kwartał pokażą skalę problemu. Na skutek tych danych dolar znów jest w odwrocie względem euro i jest najsłabszy względem europejskiej waluty od marca. Widać to dobrze po jego cenie złotowej, która spadła poniżej 4 zł.

Gospodarka Polski

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat zarówno zmian cen jak i wzrostu PKB w Polsce. Inflacja zgodnie z oczekiwaniami spowalnia. Ceny rosną już tylko o 2,9% w skali roku, jest to nadal powyżej celu inflacyjnego, ale coraz bliżej korytarza wahań. Gospodarka z kolei kwartalnie kurczy się o 0,4%, co wcale nie jest złym wynikiem na tle świata. Rocznie mamy wciąż wzrost, ale zaledwie 1,7%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl