Monit z banku a wezwanie do zapłaty z firmy windykacyjnej

Monit to nic innego jak przypomnienie, że minął ustalony termin, w którym przysłowiowy Kowalski powinien wywiązać się ze swojego zobowiązania finansowego – zapłacić rachunek za telefon, czynsz za mieszkanie, ratę kredytu mieszkaniowego czy mandat. Wierzyciele, którymi mogą być zarówno firmy telekomunikacyjne, energetyczne, banki, instytucje pożyczkowe, urzędy miejskie czy gminne – upominając się o spłatę długu wobec nich – mogą wysłać takich przypomnień nawet kilka. Co ważne – mogą być wysyłane przez samych wierzycieli lub firmy windykacyjne – w imieniu wierzycieli. Takie pisma mogą mieć różne znaczenie i wagę. Może to być proste przypomnienie, jeśli opóźnienie w spłacie nie jest duże. Jednak może to również być tzw. ostateczne wezwanie, gdy następuje ostatnia, przedsądowa próba nawiązania kontaktu z dłużnikiem oraz przekonania go do spłaty długu polubownie.

Na każdy monit – dotyczący zaległej należności – warto odpowiedzieć, niezależnie od tego, czy pismo wysłał wierzyciel pierwotny (np. bank, urząd miejski, spółdzielnia mieszkaniowa), czy firma windykacyjna, działająca w jego imieniu. W obu przypadkach celem takiego pisma jest przypomnienie dłużnikowi o tym, że minął termin spłaty. Jeżeli bank wysyła do nas takie pismo, to musi być ono zgodne z Ustawą o prawie bankowym z 1997 roku (Dz.U. 1997 Nr 140 poz. 939, z późniejszymi zmianami). To właśnie ten akt prawny reguluje m.in. konsekwencje płynące z nieopłacenia zobowiązania w wyznaczonym terminie. Monit bankowy musi mieć więc odpowiednią formę i zawierać określone informacje. Jeżeli natomiast wierzyciel pierwotny (np. wspomniany wyżej bank) po jednym, czy czasem nawet kilku upomnieniach nie odzyska należności – zapewne sprzeda dług wierzycielowi wtórnemu (funduszowi sekurytyzacyjnemu, czy firmie windykacyjnej|) i to właśnie ten, nowy wierzyciel zacznie kontaktować się z dłużnikiem celem spłaty zobowiązania. Warto pamiętać, że w zakresie przysługującej mu wierzytelności wierzyciel wtórny ma te same prawa i obowiązki wobec dłużnika, jakie miał wierzyciel pierwotny.

Na rynku działa wiele firm windykacyjnych, więc wezwania do zapłaty przybierają różne formy. Zdarzyć się może, że takie dokumenty nie spełniają wymogów prawnych i etycznych – są na przykład wysyłane w kopercie z widocznym napisem „dłużnik” lub nie zawierają wyczerpujących informacji na temat zaległości. Przedsiębiorstwa z sektora zarządzania wierzytelnościami, zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), dając w tym zakresie dobry przykład, stosują Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych, ustanowione i przestrzegane przez członków KPF. W dokumencie tym można znaleźć zasady odnoszące się do całego procesu windykacyjnego, w tym informacje o tym, co powinno znaleźć się w wezwaniu do zapłaty i w jakiej formie powinno ono być wysyłane do konsumenta.

Oto poradnik dotyczący zarówno monitów od wierzyciela (np. z banku), jak i wezwań do zapłaty wysyłanych przez firmę windykacyjną.

Monit od wierzyciela pierwotnego. Kto ponosi koszty?

Monit jest zazwyczaj wysyłany w formie pisemnej, za potwierdzeniem odbioru. Funkcjonują jednak inne formy przypomnień: elektroniczna (gdy otrzymujemy wiadomość mailem lub SMS-em), telefoniczna lub osobista (gdy mamy do czynienia z wizytą wierzyciela). Sam wierzyciel nadaje takie przypomnienie najczęściej po 7-21 dniach od przekroczenia terminu spłaty danego zobowiązania. Koszty wysłania monitu pokrywa dłużnik, zgodnie z taryfami i opłatami danego banku, który stanowi załącznik do każdej umowy. Są one różne, w zależności od formy. Za przypomnienie w formie elektronicznej trzeba zapłacić ok. 2-5 zł, za monity listowne – kilkanaście złotych. Największe koszty obciążają dłużnika wtedy, gdy wierzyciel będzie chciał spotkać się osobiście. Koszt takiego postępowania to ok. 100 zł. W przypadku kilku, kilkunastu monitów suma wszystkich kosztów może okazać się wysoka. Co ważne – łączne koszty nadania monitów (wraz z innymi opłatami wynikającymi z opóźnień w spłacie) nie mogą przekroczyć równowartości maksymalnych odsetek ustawowych.

Jakie informacje powinny znaleźć się w monicie?

Pisemny monit, wysłany do konsumenta, powinien zawierać przede wszystkim dane adresowe wierzyciela pierwotnego (np. banku) oraz dane adresowe dłużnika. W piśmie powinien znaleźć się numer zaległej faktury lub numer umowy pożyczkowej, której sprawa dotyczy, a także kwota zadłużenia, informacja o nieprzekraczalnym terminie spłaty i numer rachunku bankowego, na który należy wpłacić zaległą kwotę. W takim piśmie mogą znaleźć się również informacje dotyczące następnych kroków, które podejmie wierzyciel, jeżeli dłużnik nie wywiąże się ze spłaty należności  (najczęściej informacja o skierowaniu sprawy na drogę sądową).

Co zrobić, gdy otrzymamy monit?

Warto podkreślić, że monit jest ponagleniem polubownym. Jeżeli nie będziemy na niego odpowiadać, to nie poniesiemy konsekwencji natury sądowej, ale brak odpowiedzi już na pierwszy taki monit stanie się przyczyną do rozpoczęcia procesu windykacyjnego, a później postępowania sądowego. Warto pamiętać, że nawet jeżeli nie mamy możliwości spłaty zobowiązania w danym momencie, lepiej skontaktować się z wierzycielem i poinformować go o naszych kłopotach finansowych lub innych zdarzeniach, które mają wpływ na spóźnianie się ze spłatą. Wierzycielowi co do zasady zawsze zależy na tym, by porozumieć się z konsumentem. Jeżeli zobaczy on dobrą wolę dłużnika, najprawdopodobniej będzie skłonny podpisać aneks do umowy czy ugodę, co pozwoli rozłożyć zobowiązanie na raty lub ustalić inny termin spłaty.

Co zrobić, gdy otrzymamy wezwanie do zapłaty z firmy windykacyjnej?

Jeżeli dotarło do nas takie pismo nie od wierzyciela, ale od firmy windykacyjnej, oznacza to, że obsługa naszego długu została zlecone tej firmie lub nabyła ona nasz dług. Nie oznacza to, że na takie wezwanie można nie opowiadać. Wręcz przeciwnie. Ignorowanie pism od firmy windykacyjnej czy unikanie innych form kontaktu może spowodować, że sprawa zostanie skierowana na drogę postępowania sądowego (a to może już obciążyć dłużnika kolejnymi kosztami, wg zasady że przegrany zwraca koszty procesu). Efektem może być wyrok sądowy i rozpoczęcie egzekucji komorniczej i kolejne, czasem wysokie, dodatkowe koszty, związane z pracą komornika.

Jakiego rodzaju informacje powinno zawierać wezwanie do zapłaty z firmy windykacyjnej?

Firma windykacyjna może przypominać dłużnikowi o spłacie m.in. mailowo, listownie, telefonicznie lub wysyłając przedstawiciela terenowego. Listowne wezwanie do zapłaty powinno zawierać wszelkie informacje dotyczące danej wierzytelności, począwszy od kwoty należność, naliczonych odsetek i daty wymagalności, aż po dane wierzyciela oraz informacje na temat dokumentu, z którego zadłużenie wynika (np. numer faktury lub umowy kredytowej).

W przypadku takiego pisma ważna jest nie tylko zawartość, ale również forma dostarczenia. Wezwanie do zapłaty powinno być zaadresowane do dłużnika, a nie np. jego rodziny, znajomych, czy sąsiadów lub do miejsca pracy. Takie działanie, poza łamaniem prywatności osoby zadłużonej oraz przepisów dotyczących danych osobowych, stanowi działanie nietyczne. Koperta, w której jest dostarczane upomnienie powinna być neutralna, to jest bez adnotacji i znaków wskazujących, że dotyczy ona długu adresata. Jeżeli jest inaczej, należy zgłosić takie działanie do Komisji Etyki KPF (o ile takie postępowanie dotyczy jednego z członków organizacji) lub do Biura Rzecznika Finansowego, które stoi na straży rzetelności wszystkich firm z branży finansowej. Można się także poprosić o pomoc Rzeczników Praw Konsumenta, czy też odwołać się do Federacji Konsumentów.

Pamiętajmy, że niezależnie od tego, czy otrzymaliśmy monit od wierzyciela pierwotnego (np. z banku), czy wezwanie do zapłaty z firmy windykacyjnej – najważniejsza jest rzetelna, konkretna i otwarta rozmowa. Warto wyjaśnić wszelkie wątpliwości, jeśli je mamy, dotyczące istnienia naszego zadłużenia (być może po prostu zapomnieliśmy opłacić fakturę) oraz w jaki sposób możemy je uregulować. Nawet, jeżeli w danym momencie nie dysponujemy wystarczającymi środkami pieniężnymi, warto powiedzieć o tym wierzycielowi. A jeśli nie mamy wątpliwości co do posiadania długu, warto zapłacić choćby małą część na potwierdzenie naszej wiarygodności. Jeśli kontaktuje się z nami wierzyciel, w szczególności wierzyciel wtórny, to jego celem jest ustalenie takiego harmonogramu spłat, który będzie dopasowany do naszych potrzeb. Unikanie kontaktu z wierzycielem pierwotnym lub firmą windykacyjną może powodować niepotrzebny stres, narażać dłużnika na dodatkowe koszty (oraz problemy natury prawnej), a w rezultacie… nie doprowadzi do tego, że dług zniknie.

Ruszyły zapisy do II edycji akceleratora Colliers dla branży proptech

Spółka Colliers International rozpoczęła nabór do akceleratora Colliers dla branży proptech na 2019 rok, który realizuje we współpracy z Techstars. Do udziału w programie zapraszane są start-upy z branży technologii dla nieruchomości, których działalność będzie miała wpływ na przyszłość sektora. Program jest częścią strategii firmy Colliers ukierunkowanej na innowacje. Dzięki inwestycjom w nowe technologie specjaliści Colliers będą mogli zaoferować swoim klientom inteligentne i spersonalizowane rozwiązania istotne w budowaniu ich przewagi konkurencyjnej.

Pierwsza edycja akceleratora Colliers i Techstars dla branży proptech odbyła się w 2018 r. Wzięły w niej udział start-upy oferujące rozwiązania dla branży nieruchomości, takie jak: zbiory danych dla najemców i inwestorów, usługi dla sektora biurowego i jego najemców, big data, analiza danych i sztuczna inteligencja, przestrzeń jako usługa, usługi dla sektora handlowego, inteligentne miasto i internet rzeczy. W ramach trzymiesięcznego programu start-upy współpracowały z ponad 150 mentorami z Colliers i innych firm z branży. Zwieńczeniem programu był tzw. demo day, podczas którego uczestnicy zaprezentowali swoje rozwiązania 600-osobowej grupie złożonej z pracowników Colliers, klientów, specjalistów z branży i inwestorów technologicznych.

— Jesteśmy podekscytowani pierwszymi sukcesami podopiecznych I edycji akceleratora i relacjami biznesowymi nawiązanymi podczas programu. Z niecierpliwością czekamy na rozpoczęcie procesu selekcji w 2019 roku — mówi Dylan Taylor, prezes i COO Colliers International. — Poprzez strategiczne inwestowanie w odpowiednie rozwiązania technologiczne i ich przedsiębiorczych twórców możemy kształtować przyszłość naszej firmy i całej branży. Peter Drucker, legendarny myśliciel i badacz nowoczesnego zarządzania, który wywarł ogromny wpływ na naszą spółkę powiedział: „Najlepszym sposobem na przewidywanie przyszłości, jest tworzenie jej”. Wydaje mi się, że właśnie to robimy.

Sylwia Pędzińska, senior partner odpowiedzialna w Colliers International w Polsce za obszar Innovation&Knowledge
Sylwia Pędzińska, senior partner odpowiedzialna w Colliers International w Polsce za obszar Innovation&Knowledge

— Kolejna odsłona akceleratora stwarza wiele nowych możliwości, zarówno dla Colliers, jak i biorących w nim udział stat-upów. Jesteśmy na bieżąco z kierunkami, w jakich podążają zmiany technologiczne w naszej branży, jednocześnie służąc wsparciem młodym przedsiębiorcom w rozwijaniu ich firm. Wierzymy, że dzięki takiej współpracy nasi klienci otrzymają produkty i usługi wspierające ich w codziennej działalności —dodaje Sylwia Pędzińska, senior partner odpowiedzialna w Colliers International w Polsce za obszar Innovation&Knowledge.

Dodatkowe informacje i zgłoszenia do akceleratora Colliers realizowanego we współpracy z Techstars dostępne są na stronie programu.

— Colliers to partner, który z ogromnym zaangażowaniem pracuje nad zmianami w branży nieruchomości komercyjnych. Wkład pracy i wsparcie, jakie spółka oferuje start-upom czynią nasz program wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju — mówi Ben Liao, dyrektor zarządzający akceleratora Colliers realizowanego we współpracy z Techstars. — Na każdym etapie dokładamy wszelkich starań, aby zapewnić start-upom najlepszą opiekę mentorską i przyspieszyć ich sukces.

Branża retailowa powinna lepiej wykorzystywać dane geolokalizacyjne

Od jakiegoś czasu dane lokalizacyjne pozwalają na testowanie efektywności akcji promocyjnych. Informują o tym, czy należy zwiększyć liczbę gazetek bądź optymalizować działania reklamowe. Mogą też służyć do badania czynnika współodwiedzalności sklepów stacjonarnych. Mając tę wiedzę, sieci liczą na większe przychody. Dla przykładu, mogą wysyłać klientom spersonalizowane komunikaty reklamowe. Przy poprawnym wykorzystywaniu ww. pomiarów, wszyscy gracze na rynku mają szanse na to, żeby się rozwijać w zrównoważony sposób i ograniczać swoje koszty. Jednak eksperci podkreślają, że sieci nie są wyspecjalizowane w prowadzeniu takich testów i analiz. I dodają, że te, które nie zainwestują w ten model, w przyszłości będą mało konkurencyjne, co w zasadzie może skończyć się kłopotami.

Cele pomiarów

Jak stwierdza dr Krzysztof Łuczak, członek zarządu firmy technologicznej Proxi.cloud, firmy sporo już wiedzą o konsumentach odwiedzających ich strony internetowe. I taką samą potrzebę zdobywania i analizowania informacji mają sklepy stacjonarne. Zyskały tę możliwość dzięki geolokalizacji. Są w stanie sprawdzać, czy osoby, które wyraziły zgodę na usługi lokalizacji, pojawiły się w konkretnej placówce. Wizyty, rejestrowane poprzez aplikacje, służą zarówno do celów badawczych, jak i marketingowych.

– W zakresie danych lokalizacyjnych, zbieranych za pomocą aplikacji mobilnych, sieci interesuje m.in. to, jak często pojawia się klient w ich sklepach na tle konkurencji. Dane są anonimizowane, ale to nie przeszkadza w testowaniu efektywności konkretnej akcji promocyjnej. Można sprawdzać, czy nie trzeba np. zwiększyć lub zmniejszyć liczby bądź też częstotliwości dystrybuowanych gazetek. Warto też analizować skuteczność działań reklamowych prowadzonych w Internecie, radiu albo na billboardach – mówi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Dr Łuczak wyjaśnia, że dzięki technologii geolokalizacji sieci mogą dużo szybciej, niż tradycyjnymi metodami, sprawdzać, czy np. rozwieszone w okolicy billboardy lub nadawane w radiu komunikaty przyciągnęły oczekiwaną liczbę klientów do sklepu stacjonarnego. A skoro kupują również wyświetlenie reklam w Internecie, to mogą także weryfikować, czy osoby, które je widziały, były w placówce. W zależności od uzyskanych wyników mają szansę korygować swoje działania.

– Dane lokalizacyjne to jedne z najcenniejszych informacji, potrzebnych do budowania ścieżki zakupowej klienta i zwiększania przychodów sieci. Jednak określanie na ich podstawie efektywności pojedynczych kampanii reklamowych może być dość ryzykowane. Sieć musiałaby prowadzić szeroko zakrojone badania długofalowo i uwzględniać wiele różnych czynników, m.in. opinię o każdej placówce. Wówczas mogłoby się okazać, że np. sam komunikat jest dobry, ale obsługa sklepu zniechęca klientów do wizyt – ostrzega Andrzej Wierzchoń, Senior Manager Sales w TERRITORY Influence/TRND CEE.

Natomiast ekspert z Proxi.cloud dodaje, że sieci mogą badać czynnik współodwiedzalności sklepów. Na jego podstawie będą wiedziały, które dokładnie placówki przyciągają więcej lub mniej osób. Z kolei Sebastian Starzyński zaznacza, że rzeczywista wartość ww. danych zależy od tego, jak dany gracz rynkowy potrafi je wykorzystać. Im lepiej wie, jak to robić, tym są one dla niego cenniejsze. Może to osiągać poprzez budowanie własnych kompetencji lub korzystanie z obsługi zewnętrznych firm.

Wykorzystywanie danych

– W mojej ocenie, sklepy nie potrafią właściwie wykorzystywać wiedzy o współodwiedzalności placówek. Przy odpowiednim podziale konkurencji na segmenty i prawidłowym korzystaniu z jej pozytywnych aspektów, wszyscy gracze na rynku rozwijaliby się w zrównoważony sposób. Duże placówki nie konkurowałyby z małymi, okolicznymi sklepami. Jedne i drugie ograniczyłyby swoje koszty, oferując zupełnie inne produkty – zwraca uwagę Andrzej Wierzchoń.

Z kolei prezes Starzyński uważa, że sieci jeszcze nie wiedzą, jak dokładnie wykorzystywać ww. informacje, bo nie specjalizują się w robieniu testów. Ci gracze, którzy nauczą się tego, nie będą zdradzać innym, co im pozwala na zdobywanie przewagi konkurencyjnej. Natomiast Andrzej Wierzchoń podpowiada, że połączenie zebranych danych geolokalizacyjnych z badaniem koszyka zakupowego w dużym detalu i stopniowe uśrednianie ułatwia dostosowanie konkretnej placówki do potrzeb jej klientów. Sieci mogą inaczej konstruować ofertę, zgodnie z oczekiwaniami konsumentów wobec danego sklepu.

– O rosnącej popularności aplikacji z usługami lokalizacji świadczy to, że uruchamiają je kolejni duzi gracze rynkowi. Przykładem może być sieć Żabka, która właśnie wprowadziła swoją Żappkę, czyli tzw. apkę dla klientów. Tego typu narzędzie zyskuje na znaczeniu w sytuacji bardzo konkurencyjnego rynku. Jednak sieci i marki dopiero zaczynają mierzyć wizyty w sklepach stacjonarnych i tak naprawdę uczą się tego – podkreśla dr Krzysztof Łuczak.

Warto dodać, że do mierzenia wizyt w placówkach najczęściej są wykorzystywane aplikacje ułatwiające zakupy. Większość sklepów stacjonarnych może być zainteresowana inwestycją w ten kanał. Można też wymienić producentów, szczególnie liderów FMCG, gdyż ich produkty są często nabywane. Samo narzędzie przynosi długofalowe efekty. W branży technologicznej mówi się, że sieci, które nie zainwestują w nie dość szybko, w przyszłości będą miały problem z dogonieniem swojej konkurencji.

– W momencie zarejestrowania wizyty klienta w sklepie warto natychmiast wysyłać do niego wiadomość push z aktualną ofertą promocyjną. W ten sposób komunikat dociera do właściwej osoby, znajdującej się w placówce i podejmującej decyzje zakupowe. Powiadomienie może być też wysłane w późniejszym czasie do osoby zainteresowanej określonym asortymentem. Jak wiadomo, dopasowanie przekazów do potrzeb użytkowników ma kluczowe znaczenie dla powodzenia kampanii – przypomina ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Według Andrzeja Wierzchonia, Polacy przejawiają wyjątkową niechęć do bycia śledzonymi przez marketerów. I to może być dużą barierą przy zbieraniu tego typu pomiarów. Ponadto sam remarketing w naszym kraju jest jeszcze mało efektywny. Klienci są niezadowoleni z tego, że tygodniami dostają informacje o produktach, które już dawno nabyli, a sklepy zwyczajnie o tym nie wiedzą. I nad tym muszą popracować specjaliści, żeby dane lokalizacyjne były dobrze wykorzystywane.

– Jedyną wadą tego typu pomiaru jest to, że nie wszyscy klienci sklepów stacjonarnych korzystają ze smartfonów i aplikacji mobilnych. Ponadto nie każdy, kto posiada oba narzędzia, wyraża zgodę na udostępnianie danych lokalizacyjnych. Pozwalanie na to w dużej mierze zależy od atrakcyjności samej aplikacji. W niektórych przypadkach 30% użytkowników dzieli się ww. informacjami na swój temat, a w innych – 70%. Te rozbieżności należy uwzględniać w analizach – podsumowuje dr Krzysztof Łuczak.

Technologie siłą napędową branży motoryzacyjnej

Producenci w Polsce zdają sobie sprawę z ogromnej roli nowych technologii w branży motoryzacyjnej. Niemal połowa (46%) widzi w tym trendzie największe możliwości dla rozwoju polskiego automotive. Mowa przede wszystkim o produkcji części lub podzespołów do aut elektrycznych, hybrydowych i autonomicznych lub całych pojazdów – wynika z raportu Exact Systems „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive”. Jednak eksperci podkreślają, że innowacje technologiczne to nie tylko szanse na rozwój, ale również potencjalne zagrożenia. W obliczu czekających branżę motoryzacyjną zmian, polscy respondenci najbardziej obawiają się zmniejszenia liczby zamówień w istniejących już fabrykach w Polsce (38%), spadku sprzedaży i produkcji pojazdów (36%) oraz niewystarczającego wsparcia rządowego dla sektora automotive (30%).

Z roku na rok znaczenie technologii w oczach zakładów motoryzacyjnych rośnie. Rok temu wskazał na nie co trzeci respondent, a dwa lata temu – co piąty. Może to być również związane z realizacją przez polski rząd Planu Rozwoju Elektromobilności, którego ważnym ogniwem będą właśnie zakłady produkcyjne w Polsce i ich włączenie w produkcję polskiego auta elektrycznego. W porównaniu do ubiegłorocznej edycji raportu, wzrósł ponad czterokrotnie odsetek respondentów, którzy liczą na nowy zakład produkcyjny (2017: 9%). Warto podkreślić, że rozwój technologii jest postrzegany jako największa możliwość wzrostu dla branży motoryzacyjnej w każdym z badanych krajów, poza Turcją, która najbardziej liczy na produkcję nowego modelu auta. Najwięcej technologicznych optymistów jest na Węgrzech (71% wskazań), w Niemczech (67%) oraz w Wielkiej Brytanii (50%).

Spokojni o politykę, zmartwieni kosztami pracy

Biorąc pod uwagę zagrożenia, jakich obawiają się przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, badane państwa możemy podzielić na dwie grupy. W pierwszej największą bolączką w najbliższych latach będą koszty pracy, w Polsce aż 2 na 3 respondentów obawia się ich wzrostu. To zdecydowanie więcej niż rok temu (18%). Do tej grupy należą również Węgry, Czechy, Słowacja, Rosja i Rumunia.

Państwa z drugiej grupy martwią się najbardziej sytuacją gospodarczo-polityczną. Wśród nich znalazła się Wielka Brytania, Turcja oraz Niemcy. Szczególne obawy panują wśród przedstawicieli brytyjskiego automotive (75% wskazań), co może być związane z procesem wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Co ciekawe, nad Wisłą producenci są nieco bardziej spokojni o otoczenie gospodarczo-polityczne niż rok wcześniej (29% w porównaniu do 42% w 2017 r.).

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

Według naszych analiz, w Polsce największy potencjał ma rozwój samochodów z napędem elektrycznym i hybryd plug-in. W związku z nowymi trendami motoryzacyjnymi, największą szansą dla naszego kraju jest powstanie nowej fabryki części i podzespołów motoryzacyjnych, a największym zagrożeniem mogą okazać się zmniejszone zamówienia na części i podzespoły w istniejących fabrykach. Co ciekawe i bardzo mnie osobiście cieszy, u aż 39% producentów motoryzacyjnych w Polsce jest dział odpowiedzialny za badania i rozwój nowoczesnych technologii, a prawie co trzeci zakład już produkuje części do ekoaut i aut autonomicznych – mówi Paweł Gos, Prezes Zarządu Exact Systems S.A.

Polscy producenci motoryzacyjni liczą, iż dzięki nadchodzącej rewolucji technologicznej w naszym kraju umocni się obszar, w którym jesteśmy liderem regionu już od kilku lat, tj. produkcja części i podzespołów. Połowa respondentów liczy na powstanie nowych fabryk, a 48% ma nadzieję, że zwiększy się wolumen zamówień w już istniejących zakładach. Nie brakuje jednak optymistów, którzy liczą, że w naszym kraju zostanie zlokalizowana nowa fabryka aut elektrycznych lub hybrydowych (41% wskazań).

– Nie dziwi fakt, że firmy widzą szansę na swój rozwój w nowych technologiach. To się dzieje już od kilku lat, czego dowodzi badanie MotoBarometr. Ten trend wynika zresztą z pewnej reakcji łańcuchowej. Inaczej mówiąc: producenci oryginalnego wyposażenia i bezpośredni dostawcy potrzebują, poszukują i właśnie z takimi innowacyjnymi podmiotami chętniej wchodzą w kooperację. Wymusza to oczywiście szerokorozumiany postęp w technologii i technice w ogóle, a nie tylko w samej branży – mówi Roman Kantorski, Prezes Polskiej Izby Motoryzacji. I dodaje: W sukurs przychodzi tutaj Sektorowy Program INNOMOTO, dzięki któremu firmy chętniej podejmują działania badawczo – rozwojowe. Obecnie mamy już II edycję tego programu, a przed nami jeszcze trzecia.

Metodologia badania

Badanie „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 597 respondentów z 9 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania). Respondentami byli przedstawiciele zakładów motoryzacyjnych, w tym OEM i Tier, a w szczególności inżynierowie ds. jakości, dyrektorzy zakładów, managerowie ds. jakości i produkcji.

Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2018 roku.

Eesti Energia podsumowuje rok 2018 z zyskiem netto w wysokości 106 mln euro

W 2018 r. estoński koncern energetyczny Eesti Energia, do którego należy działający w Polsce Enefit, wypracował 106 mln euro zysku netto (wzrost o 5% r/r). Przychody ze sprzedaży wzrosły o 16% r/r osiągając poziom 875 mln euro. Wzrost wyników to głównie rezultat wyższych cen rynkowych energii elektrycznej i paliw płynnych, oraz większego wolumenu sprzedaży energii wytworzonej z łupków bitumicznych. W Polsce Enefit zakończył 2018 r. z wolumenem obrotu 1190 GWh energii elektrycznej (sprzedaż energii oraz zakup z OZE) i portfolio blisko 250 klientów korporacyjnych.

Według Andri Avila, dyrektora finansowego Eesti Energia, wynik można uznać za satysfakcjonujący. – Choć cały rok, pod względem wyników finansowych, można zaliczyć do udanych, pozytywny wpływ na ostateczny rezultat miał czwarty kwartał, w którym przychody ze sprzedaży wyniosły 261 mln euro przy zysku netto w wysokości 40 mln euro – powiedział Andri Avila.

Na wzrost przychodów i zysku netto wpłynęły przede wszystkim rosnące ceny rynkowe ropy i energii elektrycznej, a także wzrost wydobycia ropy łupkowej. Cena rynkowa energii elektrycznej wzrosła o 42% w ciągu roku w obszarze cenowym Nord Pool Estonia.

Wzrost ceny rynkowej energii elektrycznej wynika głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, w drugiej połowie 2018 r. skandynawskie zasoby elektrowni wodnych spadły znacznie poniżej średniej, co doprowadziło do wzrostu cen energii elektrycznej w krajach bałtyckich, a także w Skandynawii. Drugim ważnym powodem wyższej ceny był trzykrotny wzrost cen uprawnień do emisji CO2 w porównaniu do średniego poziomu z 2017 r. Ponieważ energia elektryczna w Europie nadal jest produkowana głównie z paliw kopalnych, wyższa cena CO2 spowodowała znaczny wzrost cen na rynku energii elektrycznej – wyjaśnił Avila.

W 2018 r. sprzedaż energii elektrycznej przez Eesti Energia wyniosła 9,2 TWh, pozostając na poziomie z 2017 r. W związku ze wzrostem ceny rynkowej i poprawą niezawodności zakładów naftowych, Eesti Energia sprzedała w zeszłym roku 393 tys. ton ropy łupkowej – o 6% więcej niż w 2017 roku. Produkcja ropy łupkowej osiągnęła rekordowy poziom 411 tysięcy ton.

W 2018 r. rozpoczęto sprzedaż energii elektrycznej i usług energetycznych w Finlandii i Szwecji, gdzie obecnie priorytetem jest powiększanie portfela klientów. Eesti Energia sprzedaje energię i oferuje rozwiązania na sześciu rynkach: w Estonii, Łotwie, Litwie, Polsce, Finlandii i Szwecji.

Działalność Eesti Energia w Polsce

W ubiegłym roku Enefit sprzedał w Polsce 736 GWh energii elektrycznej i 91 GWh gazu ziemnego. Oferta firmy kierowana jest do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw, jak również największych odbiorców przemysłowych. Enefit oferuje również usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych. W ubiegłym roku spółka zakontraktowała łącznie 454 GWh. Umowy podpisano z farmami wiatrowymi, biogazowniami i farmami fotowoltaicznymi o łącznej mocy wytwórczej 136 MW.

Jednym z kierunków rozwoju Enefit na 2019 rok będzie działalność na rynku tzw. umów Corporate PPA. W ramach takiej umowy firma będąca odbiorcą zawiera długoterminową umowę zakupu energii bezpośrednio od wytwórcy z konkretnego źródła odnawialnego. Skala umowy zapewnia wytwórcy podstawę do finansowania inwestycji, a odbiorca zabezpiecza sobie dostawy energii w długim okresie, po korzystnej cenie. W umowach Corporate PPA Enefit będzie pełnił rolę integratora, który jako spółka obrotu posiada odpowiednie kompetencje by zapewnić wszelkie usługi, niezbędne do poprawnego działania takiego rozwiązania.

Kraków i Wrocław liderami regionalnych rynków biurowych

Kraków i Wrocław plasują się na czele rankingu miast z najwyższym poziomem nowej podaży powierzchni biurowej w 2018 roku, jak wynika z raportu pt. „At a Glance – Regionalne Rynki Biurowe – II połowa 2018”, przygotowanego przez Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa BNP Paribas Real Estate Poland. Obydwa miasta odpowiadają za 59% nowej powierzchni oddanej do użytku w ośmiu głównych miastach regionalnych oraz ponad połowę wygenerowanego w ubiegłym roku popytu netto.

W 2018 roku na ośmiu głównych rynkach regionalnych oddano łącznie do użytku ponad 511 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej – najwięcej w Krakowie (155 200 m kw.) oraz Wrocławiu (146 600 m kw.). W najbliższym czasie obydwa miasta jeszcze umocnią swoją wiodącą pozycję wśród regionów. Według danych z raportu BNP Paribas Real Estate Poland, obecnie w budowie znajduje się ok. 80 obiektów o łącznej powierzchni 860 000 m kw., z czego ponad połowa przypada właśnie na Kraków i Wrocław. Oznacza to, że po raz kolejny miasta regionalne wyprzedzą Warszawę pod względem wolumenu budowanej powierzchni.

Największe obiekty w Trójmieście

Co ciekawe, obiekty o największej powierzchni biurowej wybudowano w 2018 roku nie w stolicy Dolnego Śląska lub Małopolski, ale w Trójmieście. W Gdańsku oddano do użytku dwa kolejne budynki Olivia Business Centre: Olivia Star (45 700 m kw.) oraz Olivia Prime A (28 000 m kw). W najbliższych kwartałach rynek trójmiejski powiększy się o kolejne inwestycje, gdyż ok. 130 000 m kw. znajduje się na etapie budowy. We Wrocławiu największymi zrealizowanymi projektami były Sagittarius (24 900 m kw.) i Retro Office House (18 150 m kw.), zaś w Krakowie Equal Business Park C (23 500 m kw.) oraz O3 Business Campus III (19 200 m kw.). Duże obiekty powstały również na mniejszych rynkach, jak np. Ogrodowa 8 w Łodzi (24 700 m kw.), Spokojna 2 w Lublinie (18 500 m kw.) oraz KTW I w Katowicach (18 200 m kw.). Eksperci od dłuższego czasu dostrzegają nasilający się trend budowania większych powierzchni biurowych.

Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland
Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland

Budynki o wielkości powyżej 15 000 – 20 000 m kw., a nawet 30 000 m kw. w jednej fazie, odpowiadają za ponad połowę realizowanej obecnie nowej podaży. Dobra koniunktura na rynku zachęca deweloperów do inwestycji na większą skalę niż dotychczas – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Popyt wciąż rośnie, regiony stanowią ciekawą alternatywę dla Warszawy
W całym 2018 roku popyt netto na powierzchnie biurowe w miastach regionalnych wyniósł 451 000 m kw., z czego ponad ¼ dotyczyła budynków będących jeszcze na etapie budowy (tzw. umowy pre-let). Pod względem geograficznym największe zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe, ponad 50% wygenerowały Wrocław i Kraków. Do dużego wolumenu powierzchni wynajętej na tych dwóch rynkach przyczyniło się wysokie zainteresowanie firm z sektora finansowo-inwestycyjnego oraz technologicznego (m.in. operatorzy segmentów BPO/SSC /IT/R&D).

Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland dodaje, że wzrost znaczenia miast regionalnych wynika z kilku czynników:
Coraz więcej firm decyduje się lokować w regionach drugą, po Warszawie, siedzibę skupiającą działalność, która nie musi być prowadzona ze stolicy. Kolejny powód to wysoka jakość wykształcenia pracowników oraz, mimo stałego wzrostu, wciąż konkurencyjne koszty ich zatrudnienia. Duże znaczenie mają również atrakcyjne cenowo, niższe od warszawskich, stawki czynszu bazowego – Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Koszty najmu najlepszych obiektów w Krakowie, Wrocławiu czy Poznaniu sięgają 15 euro/ m kw./miesiąc,, podczas gdy w Warszawie czynsze w najbardziej prestiżowych lokalizacjach zaczynają się od 21.5euro / m kw. / miesiąc. Spośród wszystkich analizowanych rynków najniższym poziomem stawek czynszu typu ,,prime’’ charakteryzuje się Lublin, gdzie wahaja się one pomiędzy 11 a 13 euro m kw./ miesiąc).

Coraz mniej pustostanów

Rosnący popyt na powierzchnie biurowe przyczynił się do zmniejszenia wskaźnika pustostanów, który na koniec 2018 roku spadł do 8,4%. Co ważne, nawet w miastach z wysokim pułapem nowej podaży, udało się utrzymać lub zmniejszyć współczynnik do poziomu zbliżonego do średniej rynkowej (Kraków – 8,6%, Wrocław – ok. 9%). Oznacza to, że nowe powierzchnie, nawet przy dużych wolumenach, zostały szybko wchłonięte przez rynek. Największe spadki zanotowano na rynkach o najniższej i najwyższej obecnie stopie pustostanów, tj. Szczecin – spadek o 4,9 p. proc. do 5,1%, oraz Lublin – spadek o 4,3 p. proc. do 15,4%.

Według sprzedawców od czasu ostatniej afery z mięsem nic się nie zmieniło w zachowaniu klientów

Prawie połowa sprzedawców twierdzi, że od czasu ostatniej afery z mięsem nic się nie zmieniło w zachowaniu klientów. Ponad 30% nie zauważa, by częściej pytano ich o jakość towaru. Jeśli już konsumenci się dopytują, to głównie interesuje ich drób. Dopiero na drugim miejscu jest wołowina, wokół której wybuchł skandal. Tak wykazało badanie przeprowadzone przez Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix. Część ekspertów uważa, że Polacy nie stracili zaufania do sprawdzonych punktów sprzedaży, a szczególnie do sieci handlowych. Jednak branża radzi, by poczekać z oceną wpływu doniesień medialnych na postrzeganie produktów mięsnych przez konsumentów.

Afera bez echa?

Na pytanie, czy w ostatnim czasie ludzie bardziej interesują się jakością oferowanego mięsa, aż 43% sprzedawców odpowiedziało, że nic nie zmieniło się w zachowaniu klientów. Łącznie 32% respondentów nie zauważyło, by konsumenci częściej chcieli wiedzieć, czy z towarem jest wszystko w porządku. Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-Com Poland, stwierdza, że afery mięsne raczej nie zwiększają zainteresowania Polaków jakością kupowanych produktów.

– Chociaż ostatni skandal mięsny był dosyć głośny, to doniesienia medialne nie zrobiły specjalnego wrażenia na konsumentach. Są już przyzwyczajeni do tego, że wiele tematów w mediach jest podkręcanych tylko po to, żeby zwiększyć oglądalność programów telewizyjnych. Polacy zwracają coraz mniejszą uwagę na tego typu afery i są wierni swoim przyzwyczajeniom. Nadal uważają, że można ufać rodzimym producentom – komentuje Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Natomiast Hubert Majkowski dodaje, że skala afery w stosunku do ilości całościowej sprzedaży mięsa w Polsce nie jest tak duża. Przez to konsument jest przekonany, że jego ten problem nie dotyczy. Ponadto osoby kupujące tego rodzaju żywność w konkretnych punktach mają do nich zaufanie na podstawie własnych doświadczeń. W świadomości konsumenckiej utarło się też, że kontrola produktów mięsnych w sieciach handlowych jest bardzo rygorystyczna. Dlatego nic nie grozi klientom. Z obserwacji eksperta wynika, że mają oni większe obawy wobec towaru sprzedawanego w tzw. budkach i na targowiskach.

Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso
Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso

– Branża zareagowała natychmiast na ujawniony proceder nielegalnego handlu bydłem. Potępiliśmy go i nie baliśmy się komunikacji z konsumentami za pośrednictwem mediów, ponieważ zależało nam na jak najszybszym wyjaśnieniu sprawy. Niestety mamy świadomość, iż także w naszym środowisku, tak jak w każdym innym, mogą działać nieuczciwi ludzie. Trzeba ich eliminować z rynku, bo szkodzą uczciwym przedsiębiorcom. Kiedy minie więcej czasu, będziemy mogli ocenić rzeczywisty wpływ tego incydentu na postrzeganie mięsa przez Polaków – mówi Witold Choiński, Prezes Zarządu Związku Polskiego Mięsa.

Z badania wynika, że 12% Polaków otwarcie pyta sprzedawców o stan mięsa w powiązaniu z ww. aferą. W opinii Marcina Lenkiewicza, ten odsetek dotyczy osób, które w bardzo świadomy sposób podchodzą do odżywiania i zakupów spożywczych. Są to dociekliwi klienci, którzy nie tylko nawiązują rozmowy ze sprzedawcami czy innymi konsumentami w sklepach, ale także śledzą wszelkiego rodzaju fora internetowe i artykuły prasowe dotyczące żywności.

Lider podejrzeń

– Jeżeli konsumenci już wykazują dociekliwość, to zwykle interesuje ich drób. Tak wskazuje 51% sprzedawców. Jest to oczywiście związane z popularnością tego rodzaju mięsa w Polsce. W wyniku wzrostu świadomości konsumenckiej klienci zaczęli zwracać uwagę na jego pochodzenie i jakość. W ostatnich latach ukazało się bardzo dużo materiałów prasowych piętnujących stosowanie antybiotyków i innych środków powodujących szybki wzrost zwierząt hodowlanych – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.

Prezes Choiński zwraca uwagę na to, że coraz więcej mitów krąży w mediach na temat drobiu. Powoduje to, że wśród konsumentów narasta wiele stereotypów i lęków dotyczących tego rodzaju mięsa. Tymczasem ekspert zapewnia, że w Polsce niedopuszczone jest stosowanie antybiotyków w procesie produkcji, a wyłącznie w ściśle określonym reżimie i tylko pod nadzorem lekarza weterynarii. Dlatego każdy produkt mięsny, dostępny na naszym rynku jest wolny od ww. środków.

– Dopiero w drugiej kolejności konsumenci pytają o wołowinę – 24%. A właśnie wokół niej wybuchł ostatnio skandal. Uważam, że Polacy nie do końca pamiętają, czego dotyczyła afera, chociaż minęło niewiele czasu od jej wybuchu. Konsumenci najbardziej interesują się tymi produktami, które zwykle sami jadają. Natomiast wołowina należy do najdroższych spośród najbardziej popularnych mięs – zaznacza wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Trzecie miejsce w zestawieniu zajmuje wieprzowina – 11%. Hubert Majkowski przypomina, że w polskiej tradycji jest to najczęściej spożywany rodzaj mięsa. Konsumenci są do niego bardzo przywiązani i mają na jego temat ugruntowane przekonania. Ponadto wieprzowina nie jest napiętnowana, tak jak drób, za sposób traktowania zwierząt. Wszystkie te czynniki wskazują na mniejszą potrzebę zadawania pytań o jej jakość.

– Warto zauważyć, że wiele dobrego w zachęcaniu konsumentów do spożywania tego rodzaju produktów zrobiły działania Funduszu Promocji Mięsa Wieprzowego i Funduszu Promocji Mięsa Wołowego. My również prowadzimy szereg kampanii informacyjnych. Polacy powinni wiedzieć o tym, że w naszym kraju działają jedne z najnowocześniejszych zakładów mięsnych w Europie. Ponadto służby odpowiadające za bezpieczeństwo żywności spełniają najwyższe normy – tłumaczy Ilona Poradowska, Kierownik Biura  Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Konsumenci najmniej podejrzeń mają wobec baraniny – 3%, a także koniny – 2%. Według eksperta z Hiper-com Poland, ww. rodzaje mięsa są najrzadziej sprzedawane i konsumowane przez Polaków. To samo w sobie ogranicza pytania. Dodatkowo w świadomości konsumenta jest to, że ten ostatni produkt jest z wysokiej półki. Natomiast Marcin Lenkiewicz podsumowuje, że smakosze koniny mogą mieć bardzo sprecyzowane wymagania względem żywności i własną wiedzę na jej temat.

Badanie zostało zrealizowane na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa. Ponadto objęto nim 11 średnich i mniejszych ośrodków miejskich. Ankieta została przeprowadzona w dniach 5-20 lutego br. w sieciach handlowych, tj. w 59 hipermarketach, 54 dyskontach, 51 supermarketach i 49 sklepach convenience.

Dobre na teraz, złe na później

Chiny zapowiedziały szereg programów fiskalnych w obliczu spowolnienia gospodarczego, co w krótkimi terminie przyniesie ulgę, choć podnosi koszty do poniesienia w przyszłości. Odzew władz na wyzwania ekonomiczne nie jest niespodzianką, więc reakcja rynku ogranicza się do wzrostów na giełdzie w Szanghaju, podczas gdy na pozostałych rynkach mamy dryf w oczekiwaniu ważnych wydarzeń drugiej części tygodnia.

Na Kongresie Partii Komunistycznej Chin zapowiedziano pakiet fiskalny wart 2 bln juanów, który przewiduje m.in. obniżkę podatku VAT o 3 pkt proc., inwestycje infrastrukturalne i wsparcie kredytowe dla małych firm. Jednocześnie Partia zdecydowała się obniżyć cel dla tegorocznego wzrostu PKB do przedziału 6,0-6,5 proc. z 6,5 proc. targetowanych w latach 2017-2018. Mamy tutaj potwierdzenie podejścia do stopniowego wyhamowania wzrostu gospodarczego – w 2016 r. celem także był przedział: 6,5-7 proc. Dla rynków implikacje są dwustronne. Krótkoterminowo pozytywnie będzie przyjęta reakcja Pekinu na wyzwania gospodarcze i próby wsparcia ożywienia w obliczu trudności wywołanych przez pogorszenie warunków handlowych z USA. W długim terminie jednak cięcia podatków będą prowadzić do wzrostu konsumpcji krajowej, co poprzez wzmocniony import pogorszy bilans handlowy. Ponadto inwestycje infrastrukturalne i wsparcie kredytowe firm oznaczają wzrost lewarowania sektora publicznego i prywatnego, z czym Pekin będzie musiał się zmierzyć w przyszłości. Będą to czynniki osłabiające juana w długim horyzoncie, jednak na razie liczy się krótkoterminowy entuzjazm.

Spokojniej zrobiło się wokół tematu brexitu z uwagi na wyczekiwanie przyszłotygodniowych głosowań na temat tego, czy brexit nastąpi za miesiąc z umową, bez umowy czy zostanie odroczony? Brytyjscy parlamentarzyści nie mają jednak do końca pewności, nad czym będą głosować, gdyż nie ustają negocjacje rządu na wielu frontach. Dziś prokurator generalny Geoffrey Cox oraz minister ds. brexitu Steve Barclay jada do Brukseli w sprawie irlandzkiego backstopu. Wczoraj brytyjska prasa donosiła, że Cox złagodził swoją strategię już nie zamierza żądać sztywnej daty oraz jednostronnego mechanizmu zakończenia backstopu. Ministrowie w rządzie May uznali te żądania za zbyt „dosadne” i niemające szans na zaakceptowanie. W zamian Cox ma zaproponować „mechanizm arbitrażowy”, który miałby pozwolić Wielkiej Brytanii lub UE wystąpić z formalnym zawiadomieniem zakończenia backstopu.

Pytaniem jest, czy brexitowcy są gotowi spotkać się w połowie drogi i poprzeć plan May z takim rozwiązaniem backstopu? Zdaniem The Times, eurosceptycy z Partii Konserwatywnej wciąż żądają prawnie wiążących zmian w projekcie porozumienia, względem czego UE jest przeciwna i co najwyżej oferuje polityczne deklaracje dobrej woli. Z drugiej strony alternatywa w postaci odroczenia brexitu nawet do końca 2020 r. jest dla brexitowców jeszcze większym „złem”, gdyż podnosi ryzyko, że do brexitu może w ogóle nie dojść. Mimo to nie ma gwarancji, czy eurosceptycy z partii torysów nie będą na tyle dumni, by postawić na szali stabilność ekonomiczną kraju. W ostatnich miesiącach widziałem za dużo nieodpowiedzialnych decyzji brytyjskich polityków, by teraz być pewnym wydarzeń w przyszłym tygodniu. Choć ryzyko chaotycznego bezumownego brexitu jest już marginalne, a główny wybór jest pomiędzy zaakceptowaniem planu May lub odroczeniem daty wyjścia z UE, nie widzę z tego łatwych zysków dla funta. Po ostatnim rajdzie sporo dobrego jest już ujęte w cenach, a teraz łatwiej będzie o wyprzedaż w oparciu o zaskakujące negatywne informacje. I to nie tylko ze strony polityki – dziś uwaga na indeks PMI dla brytyjskiego sektora usługowego, który pierwszy raz od czasu referendum może spaść poniżej 50 pkt.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Auxilia S.A. przeprowadziła następną transakcję z PHI Wierzytelności

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, zrealizowała kolejną już transakcję dotyczącą należności z pozyskanych spraw odszkodowawczych o łącznej szacunkowej wartości sięgającej ok. 1 mln zł. Przeprowadzona transakcja z PHI Wierzytelności S.A. jest następstwem podpisanej w grudniu 2018 r. umowy ramowej pomiędzy podmiotami.

Auxilia S.A. wykonując postanowienia umowy ramowej zawartej z notowaną na rynku NewConnect spółką PHI Wierzytelności S.A., zrealizowała transakcję zbycia wierzytelności o całkowitej szacunkowej wartości wynoszącej ok. 1 mln zł. Aktywa stanowiące przedmiot powyższych umów są wierzytelnościami przyszłymi będącymi wynagrodzeniem Spółki ze spraw odszkodowawczych pozyskanych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. W ten sposób Emitent podpisał już trzecią kolejną umowę z PHI Wierzytelności S.A., gdyż w grudniu 2018 r. Auxilia S.A. przeprowadziła transakcję zbycia wierzytelności o całkowitej wartości na poziomie ok. 1,03 mln zł, a w styczniu br. o wartości 1,04 mln zł. Zarząd Spółki na bieżąco monitoruje efekty podjętej współpracy i na tej podstawie zamierza podejmować decyzje biznesowe w celu jak najbardziej skutecznego wykorzystania jej potencjału do wzrostu dynamiki wypracowywanych wyników finansowych, przede wszystkim zwiększenia przychodów oraz rentowności działalności.

Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.
Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.

„Komunikowana umowa ramowa określa tryb i zasady współpracy Spółki z PHI Wierzytelności S.A. Dotychczasowa współpraca przebiega zgodnie z przyjętymi założeniami i zaplanowanymi rezultatami. Niewątpliwą wartością umowy jest jej elastyczna formuła umożliwiająca dopasowywanie poszczególnych transakcji do aktualnych potrzeb zainteresowanych stron i ich partnerską współpracę.” – wyjaśnia Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

Spółka w grudniu 2018 r. podpisała z PHI Wierzytelności S.A. umowę ramową o współpracy, która określa ogólne zasady i warunki zawierania transakcji pomiędzy podmiotami w zakresie nabywania wierzytelności Spółki przez kontrahenta. Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy wyniosą ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym, co powinno mieć pozytywny wpływ na jego przychody ze sprzedaży oraz wynik netto.

Emitent dokonał w ostatnim czasie aktualizacji strategii rozwoju i będzie koncentrować się na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. przewiduje dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach. Można do nich zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

W całym 2018 r. Spółka wypracowała 1.380 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto w wysokości 10.989 tys. zł wobec 8.711 tys. zł rok wcześniej. Emitent przeprowadził pod koniec 2018 r. emisję zabezpieczonych obligacji serii B, z której pozyskał 1,32 mln zł. Termin ich wykupu został wyznaczony na dzień 18.06.2020 r. Natomiast na początku stycznia 2019 r. Auxilia S.A. dokonała terminowego wykupu obligacji serii A o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 2.773 tys. zł.

Deloitte przeprowadził największą pakietową transakcję na rynku mieszkań na wynajem

Na stołecznym rynku nieruchomości doszło do jednej z największej pod względem wartości i wolumenu transakcji pakietowej sprzedaży mieszkań w ostatnich latach. 175 apartamentów z przeznaczeniem na wynajem w budynku Pacific Residence na Powiślu kupił zagraniczny inwestor instytucjonalny. Przygotowanie i realizacja transakcji po stronie sprzedającego zostało przeprowadzone przez Zespół Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Umowę sprzedaży Pacific Residence zawarto w ostatnich dniach stycznia br.– „Do tej pory na polskim rynku nie było praktycznie porównywalnych transakcji. Dotychczas duże transakcje dotyczyły całych budynków mieszkalnych, często kupowanych jeszcze przed oddaniem obiektu do użytkowania. W związku z tym mieliśmy do czynienia z tak naprawdę nowym produktem inwestycyjnym z punktu widzenia przygotowania do sprzedaży, jak i podejścia do jego marketingu.” – mówi Dominik Stojek, Dyrektor w Dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Pacific Residence jest apartamentowcem znajdującym się w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic w Warszawie, czyli na Powiślu. Budynek jest znakomicie usytuowany, zaledwie 15 minut piechotą od Starego Miasta oraz 2 km od centrum biznesowego Warszawy. – Duże znaczenie oprócz lokalizacji miał fakt dostępności tak dużego pakietu mieszkań już oddanych do użytkowania. Rynek transakcji pakietowych na pewno będzie się dalej rozwijał, ale najpoważniejszą jego barierą może być brak dostępnych od ręki dużych pakietów mieszkań. Z tego względu, poszukując nowych produktów inwestycyjnych, w imieniu naszych klientów rozmawiamy z deweloperami mieszkaniowymi już na etapie przygotowań na do budowy.”– mówi Magdalena Topolska-Ziemak, Manager w Dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Jak pokazały dwie ostatnie edycje badania Deloitte Property Index 2017 i 2018 rynek mieszkań na wynajem w Warszawie stale rośnie. Stolica wypada pod tym względem najatrakcyjniej spośród wszystkich analizowanych metropolii Europy Środkowej – w 2017 roku należało zapłacić tu średnio 14,8 euro za m2. Rok wcześniej eksperci Deloitte obliczyli średni roczny zysk osiągany z tytułu wynajmowania mieszkania. Okazało się wówczas, że polskie miasta prezentowały się w tym aspekcie bardzo korzystnie. Zysk netto (stosunek rocznego przychodu z najmu pomniejszonego o koszty eksploatacji do łącznego kosztu zakupu i adaptacji mieszkania) w Warszawie w 2016 roku wyniósł średnio 6 proc.

Eksperci odnotowali również wzrost zainteresowania wynajmem mieszkań o podwyższonym standardzie i w atrakcyjnych lokalizacjach, co może wiązać się z dostępem do kapitału, łatwością inwestycji typu cross-border, a także w przypadku niektórych stolic europejskich z przemieszczaniem się wysoko wykwalifikowanej kadry pracowniczej.

Vivid Games zapowiada nową grę własnej produkcji

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Vivid Games konsekwentnie rozszerza portfolio gier. Zombie Blast Crew to pierwsza z zapowiedzianych na ten rok dużych premier. Tytuł trafi do globalnej dystrybucji w III kwartale na platformach iOS oraz Android.

„Zombie Blast Crew” jest spin-offem wydanej w 2018 roku gry Space Pioneer, która do tej pory została pobrana blisko 3 mln razy, uzyskując od graczy bardzo wysokie oceny.

– Produkcja Zombie Blast Crew jest znacznie szybsza i wielokrotnie tańsza w porównaniu z produkcją nowego, oryginalnego tytułu. Gra bazuje na sprawdzonych, dopracowywanych przez blisko rok mechanizmach monetyzacji i zawierać będzie rozwiązania zaimplementowane dotychczas w Space Pioneer. Nowa tematyka umożliwi dotarcie do szerszej grupy docelowej. –  komentuje Remigiusz Kościelny – Prezes Vivid Games.

 „Zombie Blast Crew” to strzelanina osadzona w realiach apokalipsy Zombie. Tytuł zaoferuje możliwość rozgrywki w trybach wieloosobowych i survivalowych, turnieje, listy rankingowe oraz kampanię jednoosobową. Do dyspozycji graczy będzie system klas postaci, szeroki wybór broni, wyposażenia oraz umiejętności z możliwością wielostopniowego ulepszania a także crafting.

W 2018 roku gry z naszego portfolio trafiły do ponad 22 mln graczy. To dobry wynik, jednakże tegoroczne oczekiwania są znacznie wyższe – zarówno w zakresie ilości pobrań jak i monetyzacji. Spin-offy, takie jak Zombie Blast Crew umożliwiają zwiększenie zasięgu, dając jednocześnie pewność w zakresie monetyzacji, natomiast gry hyper-casual przy zachowaniu wysokiego potencjału komercyjnego umożliwiają szybkie testowanie wielu konceptów przy niewielkich inwestycjach na każdy z nich – podkreśla Kościelny.

ONE MORE LEVEL S.A. ma ustaloną cenę gry „God’s Trigger

ONE MORE LEVEL S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację od firmy Techland – Wydawcy gry „God’s Trigger”, że jej cena w sprzedaży będzie wynosiła 14,99 USD. Produkcja ta 18 kwietnia 2019 r. trafi do dystrybucji na platformach PC (Steam), Microsoft Xbox One oraz Sony Playstation 4.

Do Emitenta dotarła informacja od Wydawcy gry „God’s Trigger” – spółki Techland – o cenie gry, która będzie kształtowała się na poziomie 14,99 USD. Cena gry „God’s Trigger” oficjalnie podana w dolarach będzie lokalizowana dla lokalnych rynków i przeliczana na walutę obowiązującą w danym kraju zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Premiera tej produkcji na platformach PC (Steam), Microsoft Xbox One oraz Sony Playstation 4 będzie miała miejsce w dniu 18 kwietnia 2019 r. W ubiegłym tygodniu rozpoczęła się kampania marketingowa gry „God’s Trigger” na rynku europejskim oraz w Ameryce Północnej. Zarząd ONE MORE LEVEL S.A. uważa, że ustalona cena gry wpłynie pozytywnie na liczbę sprzedanych egzemplarzy i łączną wartość przychodów.

„Jesteśmy zadowoleni z decyzji Wydawcy o ustaleniu ceny gry na poziomie 15 USD. Pozwoli ona dotrzeć do szerokiego grona graczy, dodatkowo wzmacniając potencjał gry nastawionej na granie z przyjaciółmi i znajomymi. Wierzymy, że dzięki efektywnej kampanii marketingowej nasza produkcja będzie w stanie zbudować liczną grupę graczy i odnieść sukces rynkowy, który przełoży się zarówno na bardzo dobre wyniki sprzedażowe, jak i umacnianie pozycji Spółki w branży producentów gier komputerowych.” – mówi Iwona Cygan-Opyt, Prezes Zarządu Spółki ONE MORE LEVEL S.A.

Kampania marketingowa gry „God’s Trigger” zaplanowana została na 5 miesięcy i potrwa do drugiej połowy czerwca br. W dniu premiery gra posiadać będzie także lokalny tryb kooperacyjny. Do najmocniejszych stron tej produkcji można zaliczyć zaawansowaną kooperację, możliwość rozwoju bohaterów połączoną z żonglowaniem oryginalnymi umiejętnościami każdego z nich, a także kampanię, której długość szacowana jest na 6 do 8 godzin oraz szereg poziomów dodatkowych, które znacznie wydłużają rozgrywkę. Gra otrzymała także lokalizację kinową w następujących językach: angielski, polski, niemiecki, francuski, hiszpański, włoski, rosyjski, japoński, portugalski i chiński.

Gra „God’s Trigger”, której producentem jest ONE MORE LEVEL S.A. to kooperacyjna gra akcji z gatunku Top-down Shooter. Była ona tworzona we współpracy z Wydawnictwem Techland i zgodnie z zagranicznymi oraz polskimi serwisami branżowymi należy do najbardziej wyczekiwanych tytułów w 2019 r. na konsole (PS4, Xbox One) oraz na komputery osobiste PC. W 2018 r. Spółka zaprezentowała grę „God’s Trigger” na targach Electronic Entertainment Expo 2018 (E3) w Los Angeles oraz podczas amerykańskich targów PAX WEST w Seattle. Flagowa produkcja ONE MORE LEVEL S.A. została też pokazana na krajowym rynku w trakcie największych polskich targów poświęconych tematyce gier komputerowych – Poznań Game Arena 2018. Z kolei w 2017 r. podczas branżowych targów Gamescom gra „God’s Trigger” otrzymała bardzo dobre recenzje oraz nagrodę w kategorii: Best Puzzle / Skill Game, a także była nominowana w kategorii: Gamescom award for best booth.

ONE MORE LEVEL S.A. w czerwcu 2018 r. podpisała umowę licencyjną z podmiotem, który będzie wyłącznym Wydawcą nowej gry z gatunku FPP produkowanej przez Spółkę. Całkowity budżet tego projektu kształtuje się na poziomie 4,5 mln zł. Nowa produkcja z gatunku FPP powstanie przy użyciu technologii Unreal Engine, a jej zapowiedź jest planowana na drugą połowę 2019 r. Gra będzie docelowo tworzona na platformy PC, Xbox oraz PlayStation.

Opóźnienia w Nord Stream 2 – czy dojdzie do zablokowania projektu?

Szansa na zablokowanie Nord Stream 2 jest w tym momencie trudna do zdefiniowania. Sankcje amerykańskie, które wiszą nad tym projektem, mogłyby zwiększyć jego koszt i ryzyko dla inwestorów. Póki nie są wprowadzone – nie oddziałują jednak na tyle, aby móc go zablokować. Groźba sankcji to jednak nie jedyny problem, który przyczynia się do opóźnienia realizacji przedsięwzięcia. Komplikacją jest także brak zgody Danii na poprowadzenie gazociągu przez jej wody terytorialne. Być może poskutkuje to koniecznością rewizji trasy, co potrwałoby nawet rok. Budowa może zostać też opóźniona brakiem decyzji w tej sprawie. Dodatkowo przyczynić się mogą prace nad dyrektywą gazową w Parlamencie Europejskim. Być może projekt będzie wymagał dostosowania do nowego prawa. Pozostaje kwestia sankcji amerykańskich, które oddziałują na projekt podwyższając jego koszty i zwiększając ryzyko. Dopóki nie zostaną one jednak wprowadzone, prace mogą iść naprzód. Na dnie Morza Bałtyckiego ułożone zostało już ponad 600 kilometrów gazociągu. Tymczasem Amerykanie zamiast zaostrzać – luzują niektóre obostrzenia wobec Rosji, np. w sektorze stalowym. Nie jest powiedziane, czy polityka ta ulegnie zmianie.

– Na horyzoncie widać bardzo realną możliwość opóźnienia Nord Stream 2, nie pojawia się jednak narzędzie, które miałoby go zablokować – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert oraz ekspert Instytutu Jagiellońskiego – Nie spodziewano się, że dyrektywa unijna zatrzyma ten projekt – choć perspektywa nowych przepisów budziła pewne wątpliwości. Sukcesem jest jednak doprowadzenie do rewizji. Wszystko wskazuje na to, że uda się – jeśli nie zablokować – to usankcjonować Nord Stream 2 w zgodzie z prawem europejskim. Zapewni to bezpieczeństwo konsumentów gazu, którzy nie będą musieli obawiać się nadużyć ze strony Gazpromu. Stanowcza postawa Donalda Trumpa w sprawie Nord Stream 2 jest wykorzystywana do tworzenia narracji opartej o nadmierną ingerencję ze strony USA w sprawy wewnętrzne Europy. Obrona projektu przedstawiana jest jako sposób przeciwstawiania się dyktowaniu polityki energetycznej Niemcom przez amerykańskiego prezydenta. Tym samym stanowcze i konsekwentne działania polityczne Stanów Zjednoczonych prowadzone – jeszcze przed kadencją Trumpa – od dekad, mogą nie być skuteczne – ocenił Jakóbik.

Początek roku przyniósł wzrost natężenia upadłości firm

Według danych KUKE ponownie zwiększyła się liczba upadłości w relacji do restrukturyzacji, co oznacza zmianę tendencji występujących od czasu wejścia w życie nowego prawa restrukturyzacyjnego w 2016 roku. Natężenie upadłości rośnie kolejny miesiąc z rzędu i osiągnęło obecnie najwyższy poziom od połowy 2018 roku. Jednocześnie częściej zaczynają ogłaszać niewypłacalność przedsiębiorcy prowadzący firmę w formie indywidualnej działalności gospodarczej zamiast spółki – w styczniu podmioty te stanowiły 50% rozpoczętych restrukturyzacji. W styczniu 2019 roku ogłoszono 64 upadłości (wzrost o 14,3% r/r) oraz rozpoczęto 30 restrukturyzacji (spadek o 16,7% r/r).

Suma upadłości i restrukturyzacji z ostatnich 12 miesięcy wzrosła nieznacznie do 1083 wobec 1081 w grudniu ub.r. Największy wzrost upadłości rok do roku dotyczył sektora górniczego, energetycznego i farmaceutycznego, zaś w ujęciu miesiąc do miesiąca – producentów mebli. Najszybciej maleje natomiast liczba upadłości w przemyśle chemicznym. Szczególną uwagę należy zwrócić na branżę meblarską i budowlaną – w sektorze meblarskim od początku roku nastąpiła seria ogłoszeń niewypłacalności, natomiast branża budowlana kontynuuje negatywny trend – w ciągu ostatnich 12 miesięcy z powodu niewypłacalność działalność zakończyło 87 przedsiębiorstw.

Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE
Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE

„Tak jak przewidywaliśmy, na początku roku mamy do czynienia ze wzrostem natężenia upadłości. Obniżane zgodnie przez najważniejsze instytucje prognozy wzrostu gospodarczego dla głównych rynków eksportowych Polski, w tym istotnie dla Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Włoch, nakazują większą ostrożność co do oceny sytuacji przedsiębiorstw nastawionych na eksport. Jeśli polscy producenci nie uwzględnili tego spowolnienia w swoich planach, to mogą mieć problemy z rosnącym poziomem zapasów, co grozi zachwianiem płynności. Z drugiej strony, osłabienie popytu odczuwają też lokalni producenci na tamtejszych rynkach. Polscy eksporterzy sygnalizują już kłopoty finansowe swoich konkurentów i w efekcie, dysponując ciągle przewagą kosztową, mają szansę na zwiększenie udziałów rynkowych w tej fazie cyklu” – powiedział Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE.

W styczniu br. upadłość ogłosiły 64 podmioty gospodarcze – to o 10 więcej niż miesiąc wcześniej oraz najwięcej od października ub.r. W porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku liczba firm kończących działalność w związku z niewypłacalnością wzrosła o 14,3 proc. Jednocześnie liczba wszczynanych postępowań restrukturyzacyjnych zmalała do 30 wobec 36 przed rokiem. W konsekwencji wzrost sumy upadłości i restrukturyzacji w ujęciu rok do roku był znacznie mniejszy od dynamiki samych upadłości – wyniósł on 2,2 proc. W ciągu ostatnich 12 miesięcy liczba ogłoszonych upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji wzrosła do 1083. Zgodnie z prognozą KUKE, na koniec roku wartość ta może sięgnąć 1200.

Otoczenie makroekonomiczne

Mimo notowanej w dalszym ciągu wysokiej dynamiki PKB, sytuacja makroekonomiczna stwarza wyzwania dla sektora przedsiębiorstw. Roczne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w styczniu wyniosło 7,5 proc. wobec 6,1 proc. w grudniu ub.r. Presja płacowa zatem się utrzymuje, a jest to istotny czynnik wpływający na koszty ponoszone przez firmy. Popyt w gospodarce jest ciągle silny, co pomaga zwiększać wolumen sprzedaży, jednak ceny towarów i usług rosną w wolnym tempie. W styczniu wskaźnik inflacji CPI w ujęciu rocznym zmalał do zaledwie 0,9 proc. Choć wszystko wskazuje na to, że w styczniu wzrosła inflacja bazowa, zmiany poziomu cen nadal w wielu przypadkach nie rekompensują rosnących kosztów.

Oznaki osłabienia aktywności gospodarczej to nie tylko mniejsza dynamika produkcji przemysłowej czy sprzedaży detalicznej, ale też np. zachowanie indeksów odzwierciedlających zapotrzebowanie na transport towarów. Jednym z najpilniej obserwowanych jest wskaźnik cen w przewozach morskich Baltic Dry Index, który obecnie znajduje się na najniższym poziomie od 2,5 roku.

„Trudniejsze czasy widać w podwyższonym poziomie upadłości w branży transportowej. Na razie nie da się jednoznacznie stwierdzić, co jest w tym wypadku decydującym czynnikiem, bowiem musi ona radzić sobie z różnymi wyzwaniami, jak np. z dostępnością kierowców. Dodatkowo w ubiegłym roku firmy transportowe borykały się z drożejącym paliwem. Jednocześnie zagrożeniem dla nich będzie wprowadzenie w życie niekorzystnych zapisów dyrektyw o pracownikach delegowanych. Na ile polskie firmy transportowe odczują spowolnienie gospodarki na naszym kontynencie dopiero się przekonamy” – komentuje Tomasz Ślagórski.

Upadłości w branżach

Po krótkotrwałej poprawie obserwowanej w drugiej połowie ubiegłego roku, średnie natężenie upadłości wzrosło w styczniu, osiągając najwyższy poziom od sześciu miesięcy (1,21 proc.). Częściej bankrutują w szczególności firmy z sektora farmaceutycznego, górniczego oraz energetycznego. Najwyraźniejszy spadek odsetka bankrutujących dotyczy zaś przemysłu chemicznego.

Na uwagę zasługuje sytuacja w branży meblarskiej, gdzie w okresie poprzednich dwóch miesięcy wystąpiła seria ogłoszonych niewypłacalności, co doprowadziło do wzrostu wskaźnika natężenia upadłości wśród tych firm do najwyższego poziomu od 2015 r. Ta gałąź gospodarki pozostaje relatywnie mało wrażliwa na wahania koniunktury za granicą ze względu na antycykliczność popytu na meble z Polski. Jednak wysoki udział wynagrodzeń w całkowitych kosztach czyni ją podatną na skutki narastającej presji płacowej.

Dalszemu pogorszeniu uległa kondycja budownictwaW ciągu ostatnich 12 miesięcy z powodu niewypłacalności działalność zakończyło 87 przedsiębiorstw (najwięcej od czerwca 2016 r.). Źródłem problemów pozostaje zmienne otoczenie rynkowe, niestabilne ceny materiałów oraz koszty pozostałych czynników wytwórczych, które często nie znajdują odzwierciedlenia w wartościach kontraktów.

„Przedsiębiorstwa z sektora budowlanego konstruują obecnie kosztorysy prac bardziej roztropnie niż to było w okresie poprzedzającym kryzysowy dla branży rok 2012. Wciąż jednak odczuwają deficyt pracowników z odpowiednimi kwalifikacjami, a presja ze strony wzrostu wynagrodzeń wpływa negatywnie na rentowność. Część firm poszukuje możliwości wykorzystania swoich mocy na rynkach zagranicznych, jednak obserwowane osłabienie aktywności inwestycyjnej w skali kontynentu nie daje dużej przestrzeni do ekspansji” – zaznacza Tomasz Ślagórski.

Upadłości wg województw

W porównaniu z ubiegłym rokiem, największy spadek natężenia upadłości nastąpił w województwie lubuskim (0,32 proc. wobec 0,79 proc.). Jest to również region z najniższym wskaźnikiem bankrutujących podmiotów gospodarczych w Polsce. Najwyższy wzrost natężenia upadłości można natomiast zaobserwować w województwie świętokrzyskim (1,25 proc. wobec 0,43 proc.).

Fitch straszy obniżką ratingu Polski

Fitch, jako pierwsza trzech głównych agencji ratingowych, wypowiada się na temat zmian fiskalnych ogłoszonych pod koniec lutego przez rządzącą w Polsce koalicję. Czy możemy się spodziewać kolejnych problemów z wiarygodnością kredytową naszego kraju, jak to miało miejsce w 2016 r.? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Polska nieco ponad trzy lata temu przeżywała poważne problemy w związku nagłym cięciem ratingu przez S&P. W styczniu 2016 r. kurs euro tylko w ciągu jednej sesji wzrósł o 10 gr. Poszybowały w górę rentowności obligacji skarbowych, a wśród inwestorów zagranicznych zapanował strach i pytanie – co dalej z kondycją polskiej gospodarki, która przez lata była uważana za lokalnego, a może nawet i światowego lidera krajów rozwijających się.

Z perspektywy czasu decyzja S&P Global Ratings była przesadzona. Ryzyka instytucjonalne (np. te związane z NBP) się nie zmaterializowały, a ścieżka długu do PKB zachowywała się znacznie lepiej, niż można było się tego spodziewać trzy czy cztery lata temu. Finalnie S&P wycofał się ze swojej decyzji ze stycznia 2016 r. i rating Polski powrócił do wartości A-.

Zbliżające się wybory w Polsce, jak zresztą w wielu krajach rozwijających się, niosą ryzyka fiskalne. Stanowisko Fitch zaprezentowane w poniedziałkowym komunikacie nie jest szczególnie alarmistyczne, ale może być pierwszym sygnałem ostrzegawczym w kontekście zbyt dużego wzrostu wydatków i wpływu tego faktu na rating.

Wysokie koszty, duże ryzyko

Szacunki Fitch sugerują, że wartość stymulacji fiskalnej w 2020 r. może być zbliżona do 40 mld zł (1,7 proc. PKB). Gros z tych środków zostanie przeznaczona na program Rodzina 500+ dla pierwszego dziecka oraz na trzynastą emeryturę.

Znaczny koszt tych programów nie spowoduje jednak wyraźnego przyspieszenia tempa wzrostu PKB w porównaniu do wcześniejszych szacunków. „Korzyści wzrostu pochodzące z zaproponowanych zmian fiskalnych prawdopodobnie będą umiarkowane, a konsumpcja gospodarstw domowych będzie ich bezpośrednim beneficjentem” – pisze Fitch Ratings. Agencja spodziewa się, że dynamika PKB osłabi się w 2020 r. do poziomu 3 proc. ze względu na „zmniejszanie się wzrostu inwestycji”.

Fitch Ratings zwraca uwagę, że jeżeli administracja nie znajdzie dodatkowych przychodów dla budżetu, „deficyt w 2020 r. może zostać popchnięty w stronę 3-procentowej granicy wszczęcia unijnej procedury nadmiernego deficytu”.

Ocena jeszcze w marcu

W podsumowaniu analizy Fitch zwraca uwagę, jakie elementy mogą stanowić niesprzyjający sygnał dla wiarygodności kredytowej Polski. Agencja ocenia, że „jakiekolwiek sygnały, iż znaczenie kryterium 3-procentowego deficytu unijnego osłabia się jako kotwica fiskalna lub brak ustabilizowania średnioterminowej relacji długu do PKB może być negatywne dla ratingu”.

Przegląd samego ratingu odbędzie się 29 marca. Prawdopodobnie tego dnia żadna negatywna decyzja dla Polski nie zostanie ogłoszona. Sama analiza zmian fiskalnych (powiększony 500 plus i trzynasta emerytura) może jednak pokazywać ryzyko przekroczenia unijnego limitu deficytu. Wtedy inwestorzy globalni znowu mogą mieć Polskę na cenzurowanym, co grozi większymi zmianami kursu złotego czy zmniejszenie napływu inwestycji zagranicznych.

I. Morawski: Pracownicze plany kapitałowe mają szansę osiągnąć sukces. Dzięki nim polska gospodarka może rosnąć znacznie szybciej

I. Morawski: Pracownicze plany kapitałowe mają szansę osiągnąć sukces. Dzięki nim polska gospodarka może rosnąć znacznie szybciej 1

Większe oszczędności i inwestycje w gospodarce oraz pobudzenie rynku kapitałowego – to dwa czynniki, na które może wpłynąć wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych – ocenia ekonomista Ignacy Morawski. Dzięki temu w ciągu jednego pokolenia polskie PKB na mieszkańca może wzrosnąć o 10 proc. w porównaniu do scenariusza bez PPK. Zdaniem ekonomisty szansa na powodzenie tego systemu jest niemała, jednak rządzący muszą spełnić kilka warunków.

Program ten zwiększa potencjalnie stopę oszczędzania w gospodarce, czyli część niekonsumowaną dochodu, i przez to może zwiększyć akumulację kapitału, czyli inwestycje. Dzięki temu gospodarka może się szybciej rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData. – Ważniejsze jest jednak pobudzenie rynku kapitałowego. To będzie prawdopodobnie istotne dla polskiej gospodarki, dzięki czemu będzie ona bliżej tzw. granicy technologicznej, czyli bardziej będzie rozwinięta. Im bardziej rozwinięty jest kraj, tym więcej jest inwestycji eksperymentalnych, ryzykownych, innowacyjnych i większa jest rola dywersyfikacji ryzyka, a dywersyfikację ryzyka zapewnia rynek kapitałowy.

Ministerstwo Finansów zakłada, że w pierwszej turze do programu przystąpi około 2 tys. podmiotów. W przyszłym roku obowiązek podpisania umów z  PPK spadnie na firmy zatrudniające powyżej 20 pracowników, przy czym te większe (50–250 pracowników) przystąpią od 1 stycznia, mniejsze (20–30 zatrudnionych) od połowy 2020 roku. Pół roku później przyjdzie pora na pozostałe firmy oraz jednostki samorządowe i instytucje państwowe.

Z obowiązku takiego zwolnieni będą samozatrudnieni, pracodawcy prowadzący pracownicze programy emerytalne, mikrofirmy, w których wszyscy zatrudnieni odstąpią od zamiaru oszczędzania w PPK, oraz osoby fizyczne, które zatrudniają inną osobę fizyczną do działań niezwiązanych z działalnością pracodawcy.

W optymistycznym scenariuszu w ciągu jednego pokolenia, czyli około 30–40 lat, program PPK tymi kanałami może podnieść PKB na głowę mieszkańca Polski o około 10 proc. w porównaniu do scenariusza bez zmian – mówi Ignacy Morawski.

To jest program całkiem istotny dla polskiej gospodarki, bo zwiększa dostępność finansowania szczególnie dla polskich średnich przedsiębiorstw.

– Firmy państwowe i zagraniczne nie mają problemu z dostępem do kapitału, natomiast średnie przedsiębiorstwa polskie, które chcą wykonać skok rozwojowy i stać się dużymi przedsiębiorstwami, mają większe ograniczenia w dostępnie do finansowania i dla nich ten program może być najbardziej istotny – mówi Ignacy Morawski.

Środki zgromadzone w PPK z założenia mają być inwestowane na rynku kapitałowym. Mają być one pozyskiwane od pracowników oraz pracodawców, przy czym udział tych pierwszych jest dobrowolny, a tych drugich – obowiązkowy. Ze strony pracownika składka wyniesie od 2 do 4 proc. wynagrodzenia, a pracodawca dopłaci kolejne 1,5–4 proc., co łącznie da od 3,5 do 8 proc. pensji. Państwo dopłaci do tego 200 zł na początek i co roku po 240 zł. Wypłat będzie można dokonywać po 60. roku życia. Jednak sukces tego przedsięwzięcia zależy nie tylko od tego, ilu uczestników zdecyduje się wziąć w nim udział.

Nie jest absolutnie pewne, że ten program wypali i okaże się świetnym pomysłem, natomiast jest na to duża szansa. Generalnie polityka gospodarcza polega trochę na eksperymentowaniu. Myślę, że trzeba ocenić jak najbardziej pozytywnie, że taka próba zbudowania dużego, dobrowolnego systemu oszczędzania na emeryturę została podjęta – komentuje dyrektor SpotData. – Osobom, które chcą oszczędzać dobrowolnie na emeryturę, ten program powinien się opłacać. Fundusze w tym programie będą pewnie trochę tańsze niż fundusze dostępne na rynku i będzie dopłata państwowa.

Analitycy mówią, że o sukcesie będzie można mówić w przypadku objęcia PPK połowy pracowników. Założenia resortu finansów są bardziej optymistyczne: w ciągu kilku pierwszych lat do systemu zapisać by się miało właśnie 50 proc. zatrudnionych, a docelowo nawet trzy czwarte. Podobny program wprowadzony w Wielkiej Brytanii po 10 latach przyniósł 90-proc. frekwencję. Jednak powodzenie tego systemu zależeć będzie nie tylko od liczby uczestników.

Trzeba pamiętać, że PPK przyniosą oczekiwany rezultat w postaci pozytywnego wpływu na gospodarkę tylko, jeżeli będą spełnione pewne warunki brzegowe: jeżeli poprawiona zostanie jakość instytucji otoczenia rynku kapitałowego, corporate governance, czyli jakość zarządzania spółkami Skarbu Państwa, jeżeli wyjaśniona zostanie niepewność związana z otwartymi funduszami emerytalnymi – wymienia ekonomista. – Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym pieniądze emerytów są inwestowane w spółki Skarbu Państwa, które później prowadzą jakieś projekty polityczne niezwiązane z generowaniem wartości dla akcjonariuszy. Wtedy ten program skończy się porażką.

Za kilka miesięcy mechanizm podzielonej płatności VAT ma być obowiązkowy. Firmy obawiają się tego rozwiązania

Za kilka miesięcy mechanizm podzielonej płatności VAT ma być obowiązkowy. Firmy obawiają się tego rozwiązania 2

Ze split payment, czyli mechanizmem podzielonej płatności VAT, zetknął się mniej więcej co czwarty podatnik VAT, czyli ok. 400 tys. przedsiębiorców w Polsce. Aktywnie korzysta z tego jednak trochę ponad połowa z nich. Prawdopodobnie pod koniec II kwartału tego roku mechanizm split payment stanie się już obowiązkowy. Eksperci podkreślają, że wcześniej do systemu powinny zostać wprowadzone poprawki, np. możliwość korzystania z konta, na które wpływa podatek. – W obecnym kształcie obowiązkowy split payment może dla ogromnej części firm oznaczać zachwianie płynności finansowej – ocenia Szymon Kwiatoń z Move On Finance.

 – Split payment to nic innego jak przelewanie płatności VAT swojemu kontrahentowi na dwa różne konta. Na jedno konto wpływa kwota netto za wybraną usługę, a na drugie konto wpływa sam podatek VAT. Przedsiębiorcy muszą wiedzieć, że to jest dobrowolna rzecz i w tym momencie nie muszą z tego korzystać – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Kwiatoń, koordynator procesu w Move On Finance. – Ten mechanizm jest stosowany wyłącznie dla przedsiębiorstw B2B, każde z tych przedsiębiorstw musi być podatnikiem VAT-u.

Od 1 lipca 2018 roku przedsiębiorca, który otrzymał fakturę, może podzielić płatność na dwie części. Kwota netto trafia na zwykły rachunek bankowy, pozostała część – na oddzielny rachunek VAT. Środki zebrane na tym koncie firma może wykorzystać tylko do rozliczeń swoich płatności VAT z urzędem skarbowym. Podatnicy, którzy dobrowolnie zdecydują się na podzieloną płatność, mogą korzystać z wiążących się z tym korzyści, np. nie muszą obawiać się konsekwencji związanych z zaległościami podatkowymi dostawcy, a w przypadku, gdy urząd skarbowy zakwestionuje wysokość kwoty VAT – nie zapłacą karnych odsetek.

– Kiedy podatek jest rozliczany metodą split payment, przedsiębiorca uzyskuje zwrot podatku w ciągu 25 dni, co jest dla niego bardzo dużym uproszczeniem – zaznacza Szymon Kwiatoń.

Split payment jest na razie dobrowolny. Według Krajowej Administracji Skarbowej przez ostatnie sześć miesięcy ubiegłego roku z tego mechanizmu skorzystało ok. 400 tys. podmiotów (łącznie z podatnikami, którzy skorzystali pasywnie, czyli otrzymali podzieloną wpłatę). To oznacza, że ze split payment skorzystała nawet co czwarta firma, ale aktywnie – nieco ponad 200 tys. Łączna wartość podatku VAT zapłacona przez podzieloną płatność w tym czasie wyniosła ok. 26 mld zł, czyli blisko 10 proc. udziału w wykazanym podatku VAT u wszystkich podatników.

– Z tego dobrowolnego rozwiązania, jakim jest split payment, na ten moment korzysta około 9–9,5 proc. przedsiębiorców, którzy są do tego uprawnieni. Daje to około 250 tys. firm i podatników. Tak naprawdę skala na ten moment jest mała. Wydaje mi się, że rząd chciał po prostu zobaczyć, jak to będzie wyglądać w praktyce przed wprowadzeniem tego mechanizmu obligatoryjnie, co na pewno nastąpi najpóźniej w przyszłym kwartale – ocenia ekspert Move On Finance.

Z raportu firmy doradczej EY „Split payment oczami przedsiębiorców” wynika, że ok. 70 proc. przedsiębiorców nie jest zainteresowanych wdrożeniem tej formy płatności, przede wszystkim ze względu na jej ograniczenia, a blisko 2/3 nie ocenia tego rozwiązania korzystnie. Badanie firmy inFakt wskazuje zaś, że ze wszystkich rozwiązań, które weszły w życie w 2018 roku, przedsiębiorcy jako najbardziej uciążliwe wskazali Jednolity Plik Kontrolny i właśnie split payment.

– Jeśli split payment stanie się obligatoryjny, będzie to wielką bolączką dla przedsiębiorców. Ich płynność finansowa zostanie bardzo mocno zachwiana. Będą musieli się wspierać finansowaniem zewnętrznym, kredytami bankowymi z uwagi na to, że tak naprawdę zostanie im zabrana co najmniej 1/3 środków w przedsiębiorstwie, jeżeli są podatnikami VAT – ocenia Szymon Kwiatoń.

Z badania EY wynika, że blisko 75 proc. podatników obawia się zamrożenia znacznych środków zgromadzonymi na rachunku VAT. Na wydatkowanie tych środków przedsiębiorca potrzebuje zgody naczelnika właściwego urzędu skarbowego. Ministerstwo Finansów, żeby zachęcić przedsiębiorców do podzielonej płatności, skróciło czas oczekiwania z 60 do 25 dni. Wciąż jednak oznacza to zamrożenie środków. Dlatego zdaniem eksperta, jeśli split payment będzie obowiązkowy w takiej formie, to dla części przedsiębiorców skutki jego wprowadzenia mogą być negatywne.

– Muszą zostać wprowadzone pewne poprawki, ponieważ z tego konta podatnik nie może korzystać. Gdyby rząd rozważył takie rozwiązanie, żeby z tego konta można było zapłacić ZUS, PIT czy jakiekolwiek inne podatki, myślę, że to by było bardzo dobre rozwiązanie – przekonuje Szymon Kwiatoń.

Gotowa jest już lista produktów i usług, składająca się ze 152 pozycji, które miałyby być objęte split payment. Na taki jej kształt zgodziła się już Komisja Europejska, a to oznacza, że podzielona płatność mogłaby się stać obowiązkowa w Polsce już w połowie 2019 roku.

Rośnie liczba zachorowań na kleszczowe zapalenie mózgu. Co trzeci Polak nie słyszał o tej ciężkiej chorobie

Rośnie liczba zachorowań na kleszczowe zapalenie mózgu. Co trzeci Polak nie słyszał o tej ciężkiej chorobie 3

Kleszczowe zapalenie mózgu jest ciężką chorobą ośrodkowego układu nerwowego przenoszoną przez kleszcze. Może prowadzić do niepełnosprawności, a nawet śmierci. Jak wynika z badań, 1/3 Polaków bardzo boi się kleszczy, a co czwartego ten strach powstrzymuje przed pójściem do parku bądź lasu. Mimo to poziom wiedzy jest wciąż niewystarczający, a 35 proc. Polaków nawet nie wie o istnieniu wirusa KZM. Duży odsetek nie wie też, że przed chorobą może zabezpieczyć szczepionka, która jest skuteczna niemal w 100 proc.

Wirus kleszczowego zapalenia mózgu może być bardzo groźny dla człowieka, bo dotyka ośrodkowego układu nerwowego i może wywołać zapalenie mózgu. Kleszczowe zapalenie mózgu występuje ogniskowo, najwięcej zachorowań notujemy we wschodniej części Polski i tam świadomość zagrożenia jest znacznie większa. W innych regionach Polski jest już nieco niższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Kleszczowe zapalenie mózgu to ciężka, ostra choroba ośrodkowego układu nerwowego. Może prowadzić do niepełnosprawności, a nawet śmierci. Wirusy KZM bytują w gruczołach ślinowych kleszczy, dlatego zakazić się można już w momencie ukłucia przez pajęczaka.

– Kleszcze żyją wszędzie tam, gdzie jest coś zielonego, czyli na trawnikach, w parkach i krzakach. Wydaje się, że jest ich coraz więcej. Po pierwsze dlatego, że zwierzęta leśne, takie jak dziki, jelenie czy sarny, wchodzą do miast. Także nasze psy i koty oraz ptaki przenoszą kleszcze – mówi dr inż. Anna Wierzbicka, zoolog, biolog i leśnik z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. – Kleszcze czekają na człowieka na trawie albo krzaku. Kiedy wyczują coś ciepłego i pachnącego, skaczą i atakują. Najczęściej trafiają najpierw na nasze łydki, a następnie wędrują po ubraniu, szukając dojścia do odsłoniętej skóry.

Wirusem wywołującym KZM jest zakażone 315 proc. populacji kleszczy w Polsce. Ocieplenie klimatu przyczynia się jednak do ekspansji kleszczy na tereny, na których nie występowały one do tej pory, co pociąga za sobą wzrost zachorowalności. Liczba osób zakażonych wirusem kleszczowego zapalenia mózgu wzrasta rokrocznie zarówno w Polsce, jak i całej Europie. W 2017 roku zachorowania na KZM odnotowano już w dwunastu województwach Polski, najwięcej w południowej i północno-wschodniej części kraju.

Każda osoba spędzająca czas na łonie natury jest potencjalnie narażona na KZM. Dotyczy to szczególnie aktywnych, tzn. biegaczy, rowerzystów, osób uprawiających sport, grzybiarzy, wędkarzy, działkowców, a także właścicieli psów czy rodzin z małymi dziećmi, które często spędzają czas na świeżym powietrzu. Przed ukłuciem kleszcza bardzo trudno jest się uchronić.

Polacy w bardzo wysokim stopniu deklarują, że boją się kleszczy. Ponad 90 proc. badanych podkreśla, że głównym powodem tego strachu są choroby przenoszone przez kleszcze. Co więcej, ten strach powoduje, że co czwarta osoba rezygnowała z aktywności na świeżym powietrzu, wyjścia do parku albo do lasu ze względu na kleszcze i w obawie o to, że kleszcz może ich ukłuć i mogą zachorować – mówi dr Tomasz Sobierajski, socjolog, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Z badania przeprowadzonego w ramach kampanii społecznej „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu” wynika jednak, że mimo strachu przed pajęczakami wiedza o KZM wciąż jest niewystarczająca. Co trzeci badany (35 proc.) nigdy nie słyszał o kleszczowym zapaleniu mózgu. Podobny odsetek błędnie twierdzi, że przed chorobą można się uchronić, stosując antybiotykoterapię, a co ósmy badany uważa, że nie ma żadnego sposobu na przeciwdziałania zakażeniu KZM.

Większość Polaków jest przekonana, że ich wiedza na temat kleszczowego zapalenia mózgu jest dobra lub bardzo dobra. Jednak w rzeczywistości jest znacznie gorzej. Nie wiemy, jak leczyć tę chorobę. Duża grupa badanych odpowiedziała, że istnieje szczepionka przeciwko KZM, ale co trzeci badany błędnie uważa też, że KZM można leczyć antybiotykoterapią – mówi dr Tomasz Sobierajski. – Uważamy też, że mamy dużą wiedzę o tym, jak radzić sobie w przypadku, kiedy już ukłuje nas kleszcz. Jednak z tą wiedzą też jest słabo, wprawdzie część ludzi zwraca się do lekarza albo pielęgniarki z pomocą przy wyciągnięciu kleszcza, jednak większość z nas robi to samodzielnie, przy czym można zrobić sobie krzywdę.

Na kleszczowe zapalenie mózgu nie ma skutecznej terapii (w odróżnieniu od boreliozy leczonej antybiotykami). Leczy się je wyłącznie objawowo. Jedyną metodą przeciwdziałania chorobie jest profilaktyka, w tym szczepienie ochronne. Szczepionka na KZM ma na celu czynne uodpornienie przeciw zapaleniu mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych i jest skuteczna w 99–100 proc. Szczepienie składa się z trzech dawek i najlepiej przeprowadzić je wczesną wiosną. W Polsce szczepienie przeciw KZM jest zalecane grupom ryzyka w Programie Sczepień Ochronnych. Mimo to liczba Polaków zaczepionych na KZM jest szacowana na ok. 1 proc. społeczeństwa. Dla porównania w Austrii ten odsetek wynosi 87 proc., na Łotwie – 39 proc., a w Niemczech – 17 proc. i rośnie.

Jeżeli dojdzie do kleszczowego zapalenia mózgu, to nie ma takiego leku, który zahamowałby replikację wirusa. Leczenie polega tylko na hamowaniu objawów, pomocy w przetrwaniu choroby. Jedynym zabezpieczeniem przed zachorowaniem jest wygenerowanie przeciwciał, czyli po prostu szczepionka – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Z uwagi na wzrost zachorowań na kleszczowe zapalenie mózgu, obserwowany w Polsce i całej Europie, z inicjatywy ośrodków naukowych, instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym oraz organizacji pacjentów ustanowiono w Polsce Dzień Świadomości KZM, który będzie obchodzony corocznie 30 marca.

Ogólnopolski Dzień Świadomości Kleszczowego Zapalenia Mózgu został ustanowiony w celu zwrócenia uwagi na problem przed sezonem aktywności kleszczy. Stawiamy na edukację i informowanie o tym zagrożeniu, które może być bardzo niebezpieczne dla osób mających kontakt z przyrodą, oraz o możliwości zabezpieczenia się przed tą chorobą w postaci szczepień – podkreśla prof. Joanna Zajkowska.

Organizatorami kampanii „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu” są Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej, Fundacja Aby Żyć i Pfizer, partnerem wspierającym jest Medicover. Patronem honorowym kampanii został Główny Inspektorat Sanitarny.

Paliwo z wraków na dnie Bałtyku to tykająca bomba. Jego wyciek do morza doprowadziłby do katastrofy ekologicznej i ekonomicznej

Paliwo z wraków na dnie Bałtyku to tykająca bomba. Jego wyciek do morza doprowadziłby do katastrofy ekologicznej i ekonomicznej 4

Blisko setka z zalegających na dnie Bałtyku wraków statków może być niebezpieczna dla środowiska. To bomba ekologiczna z opóźnionym zapłonem – przekonują eksperci. Niebezpieczny jest zwłaszcza wrak zatopionego podczas II wojny światowej tankowca „Franken”. Może tam znajdować się do 1,5 mln litrów paliwa, które na skutek postępującej korozji mogą się przedostać do wody. Koszt operacji oczyszczenia wraku jest szacowany na 6–20 mln euro, jednak skutki dla środowiska i całej gospodarki w przypadku wycieku mogą być znacznie poważniejsze. Samo zamknięcie kurortów na wybrzeżu Zatoki Gdańskiej w pierwszym sezonie mogłoby kosztować ponad pół miliarda złotych.

 Oprócz broni chemicznej i konwencjonalnej w morzu zalegają wraki. Część z nich jest w dalszym ciągu niebezpieczna ze względu na paliwo, jakie w nich zalega. Musimy mieć świadomość, że duże statki i okręty przemieszczały się po morzu, używając energii zawartej w paliwie. Mimo upływu około 70–80 lat, paliwo jest w nich często spotykane – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej w Instytucie Morskim w Gdańsku.

Szacuje się, że na dnie Bałtyku około sto wraków statków, z czego kilkadziesiąt w polskiej strefie, może być niebezpiecznych dla środowiska. Zdaniem ekspertów to bomba ekologiczna z opóźnionym zapłonem, a ryzyko wycieku paliwa rośnie wraz z upływem lat. To, jakie skutki dla środowiska może mieć wyciek paliwa ze statku, pokazało choćby wydarzenie z 1967 roku, kiedy z rozbitego okrętu u do morza u wybrzeży Kornwalii wyciekło ok. 120 tys. ton ropy. Skażone zostało 120 mil wybrzeża Wielkiej Brytanii i 80 kilometrów wybrzeża Francji, a odbudowa ekosystemu trwała kilka lat. Dramatyczne dla środowiska są wypadki tankowców, a tylko podczas II wojny światowej zostało ich zatopionych ponad 800.

– W rejonie Zatoki Gdańskiej jest kilkadziesiąt wraków zawierających pewne ilości paliwa, ale tak naprawdę niebezpieczne są dwa. Jeden to wrak statku pasażerskiego „Stuttgart”, który leży bardzo blisko Gdyni. Paliwo ciężkie, które z niego wyciekło, zanieczyściło około 40 ha dna. To podwodne czarne jeziora substancji podobnej do smoły. Drugim wrakiem, który może być niebezpieczny, jest niemiecki „Franken”. Zakładamy, że w jego zbiornikach nadal znajduje się znacząca ilość paliwa liczona w setkach tysięcy ton czy litrów – wskazuje Benedykt Hac.

Urząd Morski w Gdyni na podstawie danych historycznych ocenił, że znaczna część paliwa uległa zniszczeniu i wyciekła podczas storpedowania i zatopienia „Frankena” w 1945 roku. Żeby zapobiec wyciekowi paliwa, który w statku pozostał, można albo zasypać cały wrak, albo odpompować pozostałe paliwo, np. poprzez metodę hot tapping.

– W zbiorniki wbija się specjalne zawory, którymi odprowadza się, odpompowuje to paliwo. Jeśli paliwo ciężkie ma postać stałą, jest dość trudne do odpompowania, wtedy wtłacza się tam gorącą parę i zwiększając temperaturę paliwa, zmienia się jego stan na bardziej płynny, co umożliwia odpompowanie – mówi Benedykt Hac.

Badania dna morskiego w najbliższym otoczeniu „Frankena” wykazały, że normy dla niektórych toksycznych i rakotwórczych substancji zostały przekroczone nawet kilkaset razy, a ekosystem został poważnie zniszczony. Może być to jednak dopiero początek ekologicznej katastrofy. Z raportu Fundacji MARE wynika, że korozja poszycia postępuje w tempie 0,1 mm w ciągu roku. W efekcie tankowiec może się przełamać pod własnym ciężarem, a do Bałtyku trafią tysiące ton paliwa.

– Ryzyko, że do takiego wycieku dojdzie, jest bardzo duże, ponieważ „Franken” spoczywa na dnie już ponad 70 lat. Sęk w tym, żeby zapobiec temu, zanim do tego dojdzie, ponieważ zabezpieczenie takiego obszaru w momencie nastąpienia wycieku jest dużo trudniejsze, a niektóre zmiany mogą być nieodwracalne – przekonuje Olga Sarna z Fundacji MARE.

Jak wynika z raportu Fundacji MARE, zakładając, że na statku do oczyszczenia pozostało 5–6 zbiorników, a do sprawdzenia kolejne 3–4, w tym najtrudniej dostępne zbiorniki w siłowni, to koszt zabezpieczenia wraku może wynieść 6–8 mln euro. Jest to jednak wariant optymistyczny, bo rzeczywisty koszt może sięgnąć nawet 20 mln euro.

– Te rozbieżności wynikają ze zmieniającego się stanu wraku, ale także z faktu, że na wraku jest amunicja i broń, co znacząco podnosi ryzyko przeprowadzenia takiej operacji. Wymaga to dodatkowych zabezpieczeń, zaangażowania jednostek, które mogą tę broń zabezpieczyć. Dlatego dopiero w trakcie prac okaże się, jaki to będzie koszt. Jednak i tak są to pieniądze o wiele mniejsze niż potencjalne straty ekonomiczne – ocenia Olga Sarna.

Wyciek paliwa może zanieczyścić całe wybrzeże Zatoki Gdańskiej. To oznacza zagrożenie dla wielu chronionych gatunków zwierząt, a także olbrzymie straty ekonomiczne: zanieczyszczenie plaż może spowodować ich zamknięcie, co oznacza katastrofę dla kurortów nad Zatoką Gdańską. Szacunki Benedykta Haca wskazują, że tylko w pierwszym sezonie może to kosztować nawet pół miliarda złotych.

– W momencie zanieczyszczenia Zatoki Gdańskiej i obszarów przybrzeżnych mówimy o załamaniu się turystyki w całym rejonie, więc straty finansowe dla tego obszaru i całego kraju mogłyby być bardzo duże – przypomina Olga Sarna.

Amerykańskie uczelnie i instytuty badawcze kuszą talenty z Polski. Do tej pory z Programem Fulbrighta wyjechało 2 tys. osób

Amerykańskie uczelnie i instytuty badawcze kuszą talenty z Polski. Do tej pory z Programem Fulbrighta wyjechało 2 tys. osób 5

Mimo licznych programów unijnych i szerokich możliwości współpracy na gruncie europejskim amerykański rynek akademicki nadal przyciąga utalentowanych studentów, doktorantów i naukowców z Polski. Wyjeżdżają tam na okresowe stypendia bądź realizują cały tok studiów. Jednym ze sposobów sfinansowania nauki w USA jest Program Fulbrighta. W roku akademickim 2019/2020 do Stanów Zjednoczonych wyjadą z nim 62 osoby. W ciągu 60 lat funkcjonowania programu to już 2 tys. stypendystów. Tyle samo Amerykanów przyjechało na polskie uczelnie.  

 Jest wiele możliwości współpracy w zakresie szkolnictwa wyższego pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi. Po pierwsze, studenci z obu krajów wyjeżdżają na wymiany – zarówno krótkoterminowe, semestralne czy roczne, jak i realizują cały tok studiów za granicą. Dotyczy to przede wszystkim Polaków w Stanach, ale mamy też całkiem sporo Amerykanów w Polsce. Poza tym są wyjazdy badawcze zarówno dla doktorantów, jak i doświadczonych badaczy z tytułami doktorskimi czy profesorskimi. Polacy wyjeżdżają na uczelnie i do instytutów badawczych niemal na terenie całych Stanów, z tego rodzą się wieloletnie projekty współpracy. Jedną z możliwości sfinansowania takiego wyjazdu jest Program Fulbrighta – mówi Justyna Janiszewska, dyrektor wykonawcza Komisji Fulbrighta.

Program Fulbrighta to największy amerykański program wymiany naukowej, który działa od 1946 roku. W tym czasie jego stypendystami zostało ponad 400 tys. osób z całego świata, w tym 59 laureatów Nagrody Nobla, 33 przywódców państw i 90 laureatów Nagrody Pulitzera. Program Fulbrighta jest uznawany za jeden z najbardziej prestiżowych programów wymiany na świecie. W Polsce działa od 1959 roku, jest finansowany ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz amerykańskiego Departamentu Stanu. Do tej pory stypendia Fulbrighta umożliwiły wyjazd do USA ponad 2 tys. polskim studentom, doktorantom i pracownikom naukowym w celu podjęcia studiów lub realizacji projektów badawczych. Program działa dwukierunkowo, co oznacza, że również amerykańscy studenci i badacze mają możliwość przyjazdu i pobytu naukowego w Polsce.

– Bilans Programu Fulbrighta w Polsce w trakcie 60 lat jego działania to ponad 4 tys. absolwentów z obu krajów i niezliczone projekty współpracy, które przetrwały okres stypendium i rozwinęły się w wieloletnie partnerstwo. Myślę, że ten program znacznie przyczynił się do budowania dobrego klimatu pomiędzy oboma krajami – mówi Justyna Janiszewska.

Jak podkreśla, taka współpraca naukowa i dyplomacja za pośrednictwem kręgów akademickich jest bardzo istotnym elementem budowania trwałych więzi międzynarodowych. Pozwala też przenosić na polski grunt dobre praktyki, podpatrzone przez studentów i badaczy w USA.

– Sami dyplomaci czy misje wojskowe tego za nas nie załatwią. W czasie swojego grantu za granicą akademicy mają możliwość oddziaływania na osoby, z którymi się stykają, m.in. na setki studentów na uczelniach. Wracają ze znajomością kultury kraju, w którym się znaleźli, i przekazują to dalej u siebie. Jednym z przykładów jest street law. To metodologia nauczania o prawie i na temat prawa, którą podpatrzyli m.in. stypendyści Programu Fulbrighta i w tej chwili z powodzeniem jest realizowana w Polsce – mówi Justyna Janiszewska.

Polacy, którzy wyjeżdżają na studia do Stanów Zjednoczonych, postrzegają to przede wszystkim jako szansę na ukończenie prestiżowej amerykańskiej uczelni, co później zaprocentuje na rynku pracy. Z kolei dla badaczy i doktorantów możliwość współpracy z ludźmi, którzy przeszli inny tok edukacji i inaczej przygotowywali się do prowadzenia badań, to szansa spojrzenia na swoją pracę badawczą z innej perspektywy, rozwoju swojej kariery badawczej i akademickiej.

– Amerykański rynek akademicki i silne instytucje badawcze przyciągają ludzi z całego świata. Polscy badacze – niezależnie od tego, co sądzimy o stanie naszego środowiska akademickiego – są bardzo dobrze postrzegani i łatwo adaptują się do warunków amerykańskich. Ta współpraca ma przed sobą bardzo dobre perspektywy, zwłaszcza że pojawiają się nowe możliwości sfinansowania jej ze strony polskiej, zarówno poprzez państwowe instytucje badawcze, jak i przez Narodową Agencję Wymiany Akademickiej. Programy unijne trochę zmieniły akcent i spowodowały, że wielu polskich badaczy jest bardziej zainteresowanych współpracą z partnerami i kolegami z Europy, niemniej warto podtrzymywać tę współpracę transatlantycką – mówi Justyna Janiszewska.

Jak ocenia, polskie uczelnie po latach realizacji Programu Erasmus i innych programów wymiany akademickiej są dobrze przygotowane na przyjmowanie zagranicznych studentów, w tym z USA. Z danych GUS i Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej wynika, że studenci z zagranicy stanowią obecnie około 5 proc. ogółu studentów w Polsce, rok temu na polskich uczelniach kształciło się blisko 73 tys. cudzoziemców.

Wirtualni prezenterzy na razie nie zastąpią influencerów. Zmiana związana z nowymi technologiami jest jednak nieunikniona

Wirtualni prezenterzy na razie nie zastąpią influencerów. Zmiana związana z nowymi technologiami jest jednak nieunikniona 6

Marketing internetowy będzie się zmieniał, zwłaszcza pod wpływem sztucznej inteligencji i coraz większej automatyzacji. Zjawisko influencer marketingu zakorzeniło się już jednak na dobre w marketingowych realiach i według ekspertów będzie się wciąż dynamicznie rozwijać. Nie przeszkodzą w tym coraz częściej tworzone wirtualne postacie i coraz szerzej wykorzystywane w marketingu uczenie maszynowe. Nowe technologie będą jednak miały wpływ na kształt, w jaki treści internetowe, także tworzone przez influencerów, będą konsumowane.

– Sztuczna inteligencja będzie miała wpływ na to, jak działają poszczególne platformy. Technologie związane z wizualizacją będą wpływały na to, jak się tworzy treści. Ma to też oczywiście olbrzymi wpływ kulturotwórczy na to, jak każde kolejne pokolenie w ogóle rozumie internet. To już widzimy po młodych ludziach, którzy korzystają z TikToka. Oni zupełnie inaczej patrzą na internet niż my, którzy zaczęliśmy od internetu na dużym ekranie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Konrad Traczyk, prezes zarządu Hash.fm.

Na zmianę w komunikacji poprzez internet wpływa także rozwój urządzeń mobilnych. Z danych Internet World Stats wynika, że z internetu korzysta na całym świecie już ponad 4 mld osób. Z analizy sporządzonej przez Ofcom wynika natomiast, że smartfony stały się najpopularniejszym urządzeniem, z którego łączymy się z internetem. W Stanach Zjednoczonych użytkownicy smartfonów spędzają średnio 87 godzin miesięcznie, przeglądając strony internetowe.

W ślad za tym idą większe nakłady firm na reklamę mobilną. Kreowanie jej, również przez influencerów, ułatwiają możliwości współczesnych smartfonów, które pozwalają na korzystanie już z technologii sztucznej inteligencji, a także z elementów wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości.

– Tak jak smartfon zrewolucjonizował to, jak się korzysta w ogóle z internetu, tak samo takie nowinki jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość czy sztuczna inteligencja będą miały wpływ na to, jak treści internetowe powstają. To już widać np. filtry, które pozwalają przebierać na żywo i tworzyć animacje to jest już przecież rzeczywistość. Stopniowo będzie to wszystko miało wpływ na branżę – mówi Konrad Traczyk.

Sztuczna inteligencja w połączeniu z wirtualną rzeczywistością może odmienić oblicze konsumowania i przekazywania treści, nie tylko reklamowych, lecz także informacyjnych. Chińska agencja Xinhua pod koniec 2018 r. zaprezentowała pierwszego, wspieranego sztuczną inteligencją wirtualnego prezentera, którego nie sposób odróżnić od żywego człowieka. W przyszłości wirtualne postacie mogą także reklamować produkty zamiast prawdziwych osób.

– Wszelkie tezy i rozmowy o tym, czy sztuczna inteligencja połączona z VR, czyli technologią tworzenia wirtualnych postaci, zastąpi influencerów, to jest fajna dyskusja dla znawców i fanów science fiction, ale to trzeba rozpatrywać w ogóle w kategorii szerszej, tzn. jak wirtualna rzeczywistość i sztuczna inteligencja zmienią w ogóle nasz świat – wskazuje prezes zarządu Hash.fm.

Najpopularniejsi polscy influencerzy są obserwowani przez kilka milionów osób. Docierająca głównie do młodych odbiorców aplikacja TikTok stanowi kolejną, niezwykle potężną płaszczyznę rozwoju dla influencer marketingu. Po zaledwie czterech latach działania TikTok zgromadził grupę ponad 600 mln użytkowników. To aż jedna trzecia tego, co platformie YouTube udało się osiągnąć w ciągu 14 lat.

– Influencer marketing rozwija się bardzo szybko. Wszystkie liczby, zarówno, jeżeli chodzi o wydatki marketingowe, jak i oglądalność na tych nowoczesnych platformach, gdzie twórcy rządzą, to wszystko bardzo dynamicznie rośnie. Wychodzimy z założenia, że to będzie rynek zarówno jeżeli chodzi o twórców, jak i reklamodawców przez kilka lat jeszcze bardzo dynamicznie rosnący, zanim się ustabilizuje – przewiduje ekspert.

Polskie ministerstwa pod obstrzałem hakerów. W zabezpieczeniu kluczowych sektorów przed atakami ma pomóc nowy rodzaj wojsk

Polskie ministerstwa pod obstrzałem hakerów. W zabezpieczeniu kluczowych sektorów przed atakami ma pomóc nowy rodzaj wojsk 7

Najbliższe lata mogą upłynąć pod znakiem coraz większego zagrożenia cyberatakami w konfliktach politycznych. Na tym polu obecność zaznaczają przede wszystkim USA, Chiny, Rosja, Iran i Izrael, do grona ważnych graczy dołączają kolejne kraje, m.in. Turcja, Nigeria i Polska. Powstające właśnie Wojska Obrony Cyberprzestrzeni mają zapewnić bezpieczeństwo sektorów kluczowych dla bezpieczeństwa kraju i instytucji rządowych. Pierwsze ataki cyberprzestępców wymierzone w serwery Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych udało się unieszkodliwić, ale to tylko początek olbrzymich zagrożeń – ostrzegają eksperci.

– Jeżeli rzeczywiście kilka projektów, kilka przedsięwzięć zostanie zrealizowanych w ramach ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, to mamy szansę na praktyczny przełom. W 2018 roku to było od strony teoretycznej, bo ta ustawa się pojawiła jako papier, to był pewien przełom, natomiast teraz mamy szansę na przełom praktyczny – mówi agencji Newseria Innowacje Mirosław Maj, prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Krajowy system cyberbezpieczeństwa ma zapewnić bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni, w tym niezakłócone świadczenie usług kluczowych poprzez odpowiedni poziom bezpieczeństwa systemów informacyjnych i zapewnienie obsługi wszelkich incydentów naruszenia bezpieczeństwa cyfrowego. Systemem zostało objętych dwadzieścia podmiotów, w tym m.in. operatorzy usług kluczowych (przede wszystkim związanych z energią, transportem, bankowością, zaopatrzeniem w wodę pitną, czy ochroną zdrowia) oraz dostawcy usług cyfrowych, którzy na co dzień świadczą usługi najbardziej narażone na incydenty naruszenia bezpieczeństwa cyfrowego.

Wojska Obrony Cyberprzestrzeni w znaczący sposób wpłyną na nasze bezpieczeństwo.

– Na końcu tego łańcucha różnych możliwości obronnych zawsze będą stały Wojska Obrony Cyberprzestrzeni. Gdyby doszło do tych najtrudniejszych zdarzeń od strony obrony państwa, to właśnie one nie tylko po to, żeby bronić swoje zasoby – czołgi, armaty, będą miały w takiej sytuacji swoje zadania związane również z obroną sektora cywilnego, czyli np. infrastruktury krytycznej – zaznacza Mirosław Maj.

Zdaniem ekspertów Wojska Obrony Cyberprzestrzeni zostały powołane w ostatnim możliwym momencie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich lat. Te zaś pokazują, że serwery najważniejszych polskich instytucji i firm już są na celowniku cyberprzestępców.

W 2016 roku cyberprzestępcy APT28, powiązani z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU, próbowali kilkukrotnie przeprowadzić atak na najważniejsze polskie ministerstwa, także tuż przed szczytem NATO. Zmasowany atak przeprowadzili pod koniec 2018 roku – do kilku resortów trafiły e-maile z plikami „Note 77 Pakistan.docx”, „Rocket attacks on Israel.docx” czy „Brexit 15.11.2018.docx”. E-maile trafiły tylko do wybranych pracowników, co miało zwiększyć ich wiarygodność. Złośliwe oprogramowanie zostało zneutralizowane, ale ataki będą się powtarzać.

– Jedną z ważniejszych rzeczy, które powinniśmy zrobić, to w najbardziej istotnych sektorach gospodarki u tzw. operatorów usług kluczowych wdrożyć rzeczywiste rozwiązania organizacyjne i techniczne, jeżeli chodzi o cyberbezpieczeństwo. Niektóre sektory są dosyć zaawansowane w tej dziedzinie, np. sektor finansowy czy sektor elektroenergetyczny, ale niektóre, np. takie jak sektor ochrony zdrowia, zupełnie jest w lesie – mówi prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Atak na jeden z kluczowych sektorów może nie tylko oznaczać paraliż państwa, istnieje ryzyko, że przestaną całkowicie działać najważniejsze segmenty, tym łatwiej wówczas będzie uderzyć w kolejne resorty i sektory. Taki atak przeprowadzono na Estonię w 2007 roku, kiedy serwery rządowe zostały masowo zaatakowane przez hakerów z rosyjskiej organizacji „Nasi”. W ciągu kilkunastu dni przestały działać strony banków, zablokowano wiele transakcji online, nie można było też wejść na stronę najpopularniejszego dziennika w kraju. Hakerzy zaatakowali też strony partii politycznych, parlamentu, szkół czy policji. Państwo bezradne od środka jest zaś łatwym łupem także dla klasycznych wojsk.

Zdaniem eksperta kluczowe jest przeprowadzenie regularnych ćwiczeń, które pokazałaby, jak państwo rzeczywiście mogłoby zdać cyberegzamin.

– Wraz z klasycznymi cyberzagrożeniami również w cyberprzestrzeni pojawiają się zagrożenia związane z operacjami informacyjnymi. My to często nazywamy dezinformacją czy fake newsami, ale to jest znacznie poważniejsze zagadnienie mówiące o tym, że również poprzez działania operacji informacyjnych w cyberprzestrzeni w dużym stopniu można wpłynąć na stan bezpieczeństwa państwa. Powinniśmy w sposób usystematyzowany wiedzieć, jak sobie radzić z takimi zagrożeniami, mieć struktury, które w trybie ciągłym, dzień po dniu, pracują nad tym, żeby tego typu zagrożenia likwidować – przekonuje Mirosław Maj.

Na fake newsy narażone są już wszystkie segmenty gospodarki. Jak pokazały doświadczenia ostatnich lat, niemal nie ma na to przygotowanych instytucji. Wydarzenia kampanii prezydenckiej w USA, zwłaszcza zakres rozprzestrzeniania się fake newsów, pokazały, że rozpowszechnianie fałszywych informacji ma wpływ na całe społeczeństwo, ale kreuje też globalne wydarzenia. Angażowanie sieci botów do masowego zarządzania profilami mediów społecznościowych, włamania, aby pozyskać kompromitujące dane w postaci cyfrowej, może się okazać skuteczniejszą bronią niż zmasowany atak wojsk.

– Nie ma żadnych przesłanek mówiących o tym, żeby ten trend został zastopowany. Na ile on doprowadzi do realnego, niebezpiecznego konfliktu, który może mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości – trudno powiedzieć. Na pewno jest duża praca do wykonania, jeżeli chodzi o współpracę międzynarodową. Są różne pomysły, np. na cyfrową Konwencję Genewską. To nie będzie proste, ale z pewnością mamy dosyć duże ryzyko tego, że poważny konflikt odbędzie się w cyberprzestrzeni i powinniśmy brać to pod uwagę – przestrzega Mirosław Maj.

Jak wybrać dobrą niszczarkę do firmy?

niszczarkaKażda firma musi dbać o prywatność klientów oraz poufność danych. Jedynym sposobem na to jest dbanie o to, by usuwać wszystkie niepotrzebne dokumenty oraz korespondencję.

W tym celu warto wyposażyć się w niszczarkę, która szybko i sprawnie poradzi sobie ze zniszczeniem tego, co niepotrzebne. Jak jednak wybrać odpowiedni sprzęt? Na co zwrócić uwagę? Sprawdźmy!

Szerokość i rodzaj ścinek

Podstawowym elementem, na który musimy zwrócić uwagę jest szerokość ścinek oraz ich rodzaj. Do wyboru mamy urządzenia, które tną dokumenty na drobne elementy. To dobry wybór gdy zależy nam na maksymalnym zabezpieczeniu swoich danych. Drugi typ urządzeń to niszczarki, które tną dokumenty na paski. W przypadku tego typu niszczarek wybierajmy te, które tną paski o jak najmniejszej szerokości.

Głośność urządzenia

Poszukując idealnej niszczarki do biura sprawdźmy jak głośno pracuje urządzenie, którego zakupem jesteśmy zainteresowani. Obecnie za optymalnie pracujące uznaje się niszczarki, których dźwięk pracy nie przekracza 50 decybeli. Głośniejsze urządzenia będą przeszkadzały – ich dźwięk jest bowiem uciążliwy.

Sprawdzony producent

Wybierając niszczarkę warto postawić na urządzenia stworzone przez znanych i cenionych producentów takich jak HSM czy Rexel. Sprawdzony producent to gwarancja najwyższej jakości materiałów oraz niezawodności.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę?

Jeśli zależy nam na tym, by niszczarka była urządzeniem, które spełni wszystkie nasze oczekiwania zwróćmy uwagę na wielkość pojemnika na ścinki. Im większy, tym rzadziej będziemy musieli zajmować się jego opróżnianiem. Sprawdź także czy niszczarka poradzi sobie z przecinaniem kart płatniczych lub płyt CD. Warto poza tym wybrać urządzenie, które posiada zabezpieczenia przed zranieniem się, automatyczny włącznik, możliwość zatrzymania niszczenia dokumentów w każdym momencie oraz inne, dodatkowe funkcje.

Podsumowując, w dzisiejszych czasach znalezienie niszczarki, która spełni wszystkie nasze oczekiwania nie jest zadaniem trudnym. Biorąc pod uwagę powyższe kryteria szybko znajdziemy sprzęt, który sprawdzi się w biurze.

Współpraca Ministerstwa Nauki z NCBR szansą dla innowacyjnych przedsiębiorców

Innowacje to koło napędowe dzisiejszej gospodarki – pozwalają zmienić lub ulepszyć istniejące rozwiązania, co zwykle przekłada się na różnego rodzaju korzyści. O działaniach wspierających innowacyjność w polskim społeczeństwie opowiada minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin oraz zastępca dyrektora NCBR profesor Aleksander Nawrat.

Gowin-fotoMinisterstwo Nauki podkreśla zalety tzw. dużej ustawy o innowacyjności. Uchwalona w listopadzie 2017 roku, ustawa miała na celu poprawę otoczenia prawnego działalności innowacyjnej. Istotą zmian wprowadzoną przez ten akt prawny jest usunięcie barier związanych z działalnością innowacyjną oraz stworzenie skutecznych mechanizmów wspierania (np. poprzez system podatkowy) nowatorskich rozwiązań w praktyce.- „My wspieramy polskie firmy od strony naukowej i tutaj widać wyraźny postęp. Wszystko dzięki wejściu w życie ustawy o innowacyjności, dającej realne ulgi podatkowe dla przedsiębiorców, którzy inwestują w współpracę z nauką. W 2017 roku nakłady na badania i rozwój wzrosły o 15%, ale w 2018 roku ten wzrost będzie zdecydowanie większy, bo od 1 stycznia 2018 roku obowiązują nowe ulgi, które są rekordowe w skali świata – za każdą zainwestowaną w badania i rozwój złotówkę, czyli we współpracę ze światem naukowym, przedsiębiorca od podstawy opodatkowania może sobie odpisać dwa złote.” – dla Newsrm.tv wyjaśnia minister Jarosław Gowin.

Najważniejsze kwestie, jakie ten dokument prawny reguluje, to: zwiększenie wysokości ulgi podatkowej na działalność badawczo-rozwojową do 100 proc. (i 150 proc. dla Centrów Badawczo-Rozwojowych – CBR) oraz doprecyzowanie i rozszerzenie katalogu kosztów kwalifikowanych do ulgi B+R. Dodatkowo, ustawa umożliwi korzystanie z ulgi B+R dla części przedsiębiorstw działających poza Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi, wydłuży do 2023 r. wyłączenia tzw. podwójnego opodatkowania spółek kapitałowych i spółek komandytowo-akcyjnych zaangażowanych w działalność B+R oraz ułatwi finansowanie start-upów, poprzez doprecyzowanie sposobu opodatkowania pożyczki konwertowanej na akcje lub udziały.

Flagową kampanią Narodowego Centrum Badań i Rozwoju jest projekt „NCBR dla firm”. To cykl spotkań, podczas których uczestnicy zdobywają wiedzę i umiejętności przydatne podczas aplikowania o wsparcie na realizację innowacyjnych projektów. W trakcie tych spotkań eksperci NCBR przedstawiają możliwości uzyskania dofinansowania na działania, które pozwolą na wprowadzanie nowatorskich rozwiązań w prowadzonej działalności lub udoskonalanie już istniejących produktów lub usług. Spotkania skierowane są do przedsiębiorców oraz jednostek naukowych (będących w konsorcjum z przedsiębiorcą), a ich celem spotkań jest przygotowanie uczestników do tworzenia wysokiej jakości projektów badawczo-rozwojowych:

„NCBR dla firm to czterdzieści dziewięć wizyt w kraju, spotkania z kilkoma tysiącami przedsiębiorców, którzy wprowadzili w swoich biznesach innowacje, ale nigdy nie korzystali z pomocy publicznej. Myślę, że NCBR możemy śmiało określić jako instytucję ubezpieczającą od ryzyka nieudanych prac badawczych.” – mówi zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, prof. dr hab. inż. Aleksander Nawrat.

Grupa eSky: od turystyki do technologii

Łukasz Neska
Łukasz Neska z Grupy eSky

Ponad 30 światowych rynków, na których świadczą usługi turystyczne to wciąż za mało, bo dzięki technologii mogą w ciągu kilku tygodni otworzyć się zarówno na dostawców, jak i użytkowników kolejnych państw. Są w ścisłej czołówce agentów turystycznych online w Europie Centralnej i Ameryce Południowej. Zaczynali od sprzedaży pakietów Work&Travel, dziś specjalizują się w sprzedaży biletów lotniczych nawet do najdalszych zakątków globu. W ofercie mają także dynamiczne pakiety lot+hotel, ubezpieczenia i wynajem aut. Niedawno wspólnie z Google Polska jako pierwsi w branży turystycznej wprowadzili rozwiązania głosowe. Wywodząca się z Katowic Grupa eSky nie zwalnia tempa. W 2019 roku chce wejść na kolejne rynki, rozbudować ofertę produktową oraz nawiązać nowe partnerstwa z przewoźnikami.

Rozmowa z Łukaszem Neską – wiceprezesem zarządu i CMO Grupy eSky

– Jak zaczyna się biznes oparty na internetowej sprzedaży biletów lotniczych?

Tak naprawdę wszystko się zaczęło od programu Work&Travel. Założyciele Grupy eSky wyjechali do Stanów by dosłownie „pracować i zwiedzać”. Tam przyjrzeli się bliżej stojącemu za inicjatywą modelowi biznesowemu i postanowili przeszczepić go na rodzimy grunt. W Polsce młodych ludzi chętnych do pracy za ocean przybywało, więc powołana spółka zaczęła przynosić zyski. Wkrótce, właściciele zorientowali się, że gros klientów po prostu kupuje bilety lotnicze przez internet i dostrzegli szansę na rozwój. Zbiegło się to w czasie z akcesją Polski do Unii Europejskiej i późniejszym otwarciem brytyjskiego rynku pracy, co spowodowało, że sprzedaż biletów lotniczych online zaczęła rosnąć niezwykle dynamicznie. Następnym krokiem było rozbudowanie bazy dostawców – przewoźników oferujących loty rejsowe, tanie oraz chartery – i tak eSky stał się internetową agencją turystyczną.

– W jaki sposób rozbudowywana była baza dostawców? Nawiązywaliście współprace z poszczególnymi przewoźnikami czy globalnymi dostawcami?

W zasadzie szukaliśmy dojścia każdą drogą zarówno nawiązując współpracę bezpośrednio z liniami lotniczymi, jak i korzystając z tzw. „agregatorów”. Jednym z pierwszych partnerów był globalny dostawca kontentu lotniczego, który pozwolił nam włączyć ofertę linii rejsowych. Dziś mamy ponad 100 partnerów i oferujemy połączenia ponad 950 przewoźników. Od początku stawialiśmy też na współpracę międzynarodową i ekspansję, co również pozwoliło rozbudowywać nasze bazy dostawców. Wchodząc na każdy nowy rynek dokładnie analizowaliśmy warunki lokalne i preferencje podróżnych, a następnie zapraszaliśmy do współpracy lokalnych dostawców i włączaliśmy ich usługi do naszej oferty. Dzięki temu wszyscy użytkownicy – zarówno z nowo pozyskanego rynku, jak i dotychczasowi klienci eSky – zyskiwali nowe możliwości podróżowania. W tej chwili ten model działania i międzynarodowa obecność Grupy eSky jest naszym największym atutem w oczach partnerów. Dajemy im bowiem możliwość dotarcia i pozyskania odbiorców z nowych, niekiedy wcześniej niedostępnych dla nich rynków.

– A jak się do tego miała technologia? Żeby analizować oferty tak wielu dostawców konieczne były zaawansowane systemy?

Istotą naszego biznesu jest szybka analiza setek tysięcy danych oraz wybór optymalnego dla danego klienta połączenia lotniczego. W tej chwili nie tylko integrujemy oferty 950 przewoźników, ale też ponad 1,3 miliona hoteli i apartamentów. Tworzymy autorskie pakiety lot+hotel, które zestawiamy pod kątem konkretnego użytkownika. Obecnie pracujemy z największymi globalnymi systemami dystrybucji, które stale nasycają nasz system aktualnymi danymi. Nasze technologie muszą za tym nadążać. O ile istotą naszego biznesu jest integracja wielkich zbiorów danych oraz ich błyskawiczna analiza, to kluczem do sukcesu jest umiejętne i elastyczne dopasowanie odpowiedzi do oczekiwań użytkownika znajdującego się „tu i teraz” przed ekranem. A dziś potrzeby użytkownika zmieniają się błyskawicznie. Za cel postawiliśmy sobie jak najszybsze reagowanie na zmiany oraz możliwość skalowania biznesu tak, by móc prowadzić dynamiczną ekspansję geograficzną. Dziś, dzięki przebudowie systemu, nasi administratorzy mogą zwinnie łączyć uniwersalne segmenty modułowe nawet bez głębokiej znajomości programowania. Pozwala nam to skrócić czas, od chwili podjęcia decyzji o wejściu na dany rynek do uruchomienia na nim sprzedaży, do zaledwie kilku tygodni.

– Czy były jakieś wpadki? Co okazało się „wąskim gardłem” w procesie rozwoju Grupy?

Bez nich się nie obyło. W 2009 roku – gdy weszliśmy na rynek rumuński – źle oceniliśmy popyt i wydolność naszych systemów, w tym obsługi klienta. Nasi konsultanci nie nadążali z obsługą zamówień a klienci rezygnowali, bo czas obsługi był dla nich zbyt długi. Z kolei na rynku brazylijskim natknęliśmy się – w nieznanej nam wcześniej skali – na falę wyłudzeń i fraudów. Musieliśmy stworzyć zaawansowany system weryfikacji płatności i klientów, polegający na współpracy z bankami, systemami płatności i wystawcami kart płatniczych. Na porażkach się uczymy i wyciągamy z nich konstruktywne wnioski. Zresztą nie tylko na porażkach, ale po prostu na wielu międzynarodowych doświadczeniach. Na początku naszej ekspansji – gdy wchodziliśmy do Rumunii, Bułgarii i Brazylii – wychodziliśmy z założenia, że w każdym kraju musimy mieć zarejestrowaną spółkę, biuro i dedykowany zespół. Oczywiście w niektórych krajach nadal jest to konieczne, choćby po to, by mieć dostęp do lokalnych systemów płatności, lecz nie we wszystkich. Teraz stawiamy na domeny narodowe i bardzo dużą wagę przywiązujemy do copywritingu. Wiemy – również z doświadczenia – że czasem jedno słowo, niewłaściwie użyte w ofercie lub formularzu zakupowym, może zniechęcić klienta i przekreślić sprzedaż.

– Jaka jest obecnie skala biznesu Grupy eSky?

W tej chwili prowadzimy ponad 30 domen narodowych na rynkach w Europie, Ameryce Południowej i Środkowej, ale docieramy do ponad 250 państw i terytoriów zależnych na całym świecie. Zdarzyło nam się sprzedać bilety lotnicze nawet użytkownikom z Korei Północnej. Poza centralą w Katowicach mamy 3 główne huby – w Sofii, Bukareszcie i Porto Alegre. Dynamikę naszej ekspansji widać choćby w tym, ze w ostatnim roku weszliśmy na 10 nowych rynków, między innymi do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Francji, Argentyny i Meksyku. Zaadresowaliśmy także społeczność hiszpańskojęzyczną w Stanach Zjednoczonych. Rocznie z naszych serwisów korzysta blisko 150 mln użytkowników, a naszą aplikację mobilną pobrało ponad 3,6 mln użytkowników. W 2018 roku całkowita wartość transakcji przekroczyła 1,5 mld PLN i była wyższa od ubiegłorocznej o 41%, przychody wyniosły 180 mln złotych. Dynamika wzrostów kluczowych wskaźników od kilku lat jest dwucyfrowa. Jesteśmy na fali wzrostowej.

– Jaki kurs obierzecie w kolejnych latach?

Jesteśmy prekursorem i chętnie testujemy nowe rozwiązania. Całkiem niedawno uruchomiliśmy głosowe wyszukiwanie ofert dzięki współpracy z Google Polska. Nasz Google Asystent – Ewa, pomaga użytkownikom wyszukać atrakcyjne połączenia i zaplanować podróż. W połowie stycznia na rynku pojawiła się pierwsza wersja aplikacji, ale już pracujemy nad jej dalszym rozwojem. Bierzemy aktywny udział w trwającej rewolucji głosowej – przeszczepiamy ją na polski grunt – bo jesteśmy przekonani, że to trend przyszłości.

Ponadto, cały czas rozbudowujemy ofertę dla użytkowników. Ostatnio znacząco poszerzyliśmy liczbę przewoźników, m.in. pozyskaliśmy dostęp do kontentu kolejnych 90 linii lotniczych, które przede wszystkim obsługują pasażerów na bliskim wschodzie, Rosji czy w krajach postradzieckich. Będziemy też wzmacniać naszą pozycję na obecnych rynkach poprzez rozwój nowych produktów oraz poszerzanie rozwiązań pakietowych – naszych autorskich zestawień „lot+hotel”. Planujemy także dalszą ekspansję, bo nasz potencjał w tym zakresie jest bardzo duży i chcemy go jak najlepiej wykorzystać.

Jeszcze tydzień pozostał do końca rejestracji w konkursie PowerUp! 2019

Jeszcze tylko do 11 marca przyjmowane są zgłoszenia do piątej edycji PowerUp!, największego konkursu dla start-upów z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej. To już ostatni moment, aby dołączyć do rywalizacji o główną wygraną w wysokości 50 000€ i finansowanie do kwoty 150 000€. Udział w PowerUp! to także niepowtarzalna szansa na dostęp do międzynarodowej sieci partnerów biznesowych InnoEnergy i rozwój biznesu w skali globalnej.

Swoją kandydaturę mogą zgłosić start-upy, pracujące nad rozwiązaniami dla przemysłu z takich obszarów jak: energia, technologie czystego powietrza, mobilność, ciepłownictwo, cleantech oraz technologie smart. InnoEnergy, organizator konkursu, postanowił dodatkowo podkreślić w tej edycji znaczenie tematu czystego powietrza, stanowiącego istotny element jego działalności. Po raz pierwszy w historii PowerUp! przyznana zostanie dodatkowa nagroda specjalna Clean Air Challenge Award, o którą ubiegać się mogą start-upy, prezentujące produkty i usługi, przyczyniające się do ograniczenia zanieczyszczenia powietrza.

Atrakcyjne nagrody pieniężne to jedynie część wyróżniania, na jakie mogą liczyć laureaci PowerUp!. Dla rozwoju start-upów równie cenne jest zaproszenie do prestiżowego akceleratora biznesu Highway® by InnoEnergy, który oprócz szansy na finansowanie sięgające 150 000€ oznacza także dostęp do międzynarodowej sieci partnerów biznesowych i unikatowego know-how InnoEnergy.

„Program oferuje uczestnikom kompleksowe wsparcie, mentoring oraz praktyczną pomoc w zakresie m.in. budowania zespołów, ochrony produktu czy dotarcia do zewnętrznych instytucji finansowych, aż do etapu komercjalizacji projektu. Współpracujemy z instytutami badawczymi i uczelniami, dlatego jesteśmy w stanie zaprosić do kooperacji inżynierów i technologów z różnych dziedzin. Szczycimy się tym, że wspieramy taki start-up także w poszukiwaniu pierwszych klientów”-  Jakub Miler, CEO InnoEnergy Central Europe

Bootcampy w postaci serii szkoleń i warsztatów to kolejny etap konkursu dla zespołów, które przejdą przez fazę zgłoszeń. Uznani europejscy mentorzy biznesowi przygotują uczestników najpierw do zaplanowanych na marzec i kwiecień finałów krajowych, a następnie do finału głównego, który odbędzie się 21 maja w Krakowie podczas Impact’19 – jednego z najważniejszych wydarzeń gospodarczych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Swoją kandydaturę do udziału w zeszłorocznej edycji PowerUp! zgłosiło niemal 300 start-upów z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, wśród których Polska okazała się rekordzistą – z naszego kraju pochodziło aż 38 zespołów. O podnoszącym się prestiżu konkursu świadczy fakt, iż stające do rywalizacji drużyny to coraz częściej także małe i średnie przedsiębiorstwa, prezentujące gotowy prototyp, a nawet funkcjonujący produkt czy usługę.

W zeszłorocznym polskim finale zwycięzcą został start-up z obszaru smart building: Indoorway, którego narzędzie zapewnia nie tylko dokładną nawigację po obiektach i mapowanie przestrzeni, ale również optymalizację linii produkcyjnych i planu magazynu, czy poprawę bezpieczeństwa pracowników. Solato to z kolei laureat finału krajowego sprzed dwóch lat, prezentujący rozwiązanie mające na celu optymalizację pracy elektrycznych urządzeń grzewczych w inteligentnej sieci.

Do udziału w konkursie mogą zgłaszać się start-upy, pracujące nad rozwiązaniami (produktami lub usługami), których maksymalny czas wejścia na rynek to 2 lata. Warunkiem koniecznym do wzięcia udziału jest również posiadanie zabezpieczonych praw autorskich oraz dedykowany projektowi zespół. Szczegółowe zasady uczestnictwa oraz formularz zgłoszeniowy dostępne są pod adresem:

www.powerup.innoenergy.com.

Termin rejestracji upływa już za tydzień, 11 marca.

Według 82% Polaków główną przyczyną smogu jest palenie nieodpowiednich rzeczy w piecach

Wyniki badania ARC Rynek i Opinia „Smog – prawdy i mity wśród Polaków”[1] przeprowadzonego na zlecenie eurobanku w ramach kampanii #BezSmogu, ukazały aktualny poziom świadomości społeczeństwa nt. tego niebezpiecznego zjawiska. Czy Polacy przekładają jednak tę wiedzę na realne działania mające na celu ochronę zdrowia ich oraz najbliższych?

Polacy o przyczynach smogu

Zjawisko smogu jest problemem, z którym Polacy mierzą się od lat. Jednocześnie działania na rzecz poprawy jakości powietrza są jednym z największych i najbardziej istotnych wyzwań współczesnej cywilizacji. W tym kontekście nie dziwią więc wyniki ogólnopolskiego badania opinii wskazujące, że 99% społeczeństwa słyszało o smogu. Co ważne, jako wysoką można również uznać świadomość Polaków dotyczącą czynników powodujących powstawanie smogu. 83% z nich uważa, że powstaje on w konsekwencji pyłów przedostających się do atmosfery. Jeśli chodzi o konkretne powody – 82% badanych jako najczęstszą przyczynę powstawania smogu wskazuje palenie nieodpowiednich rzeczy w piecach. Tego zdania są przede wszystkim mieszkańcy województw, w których zjawisko smogu od lat występuje z największym nasileniem – czyli śląskiego (85%), małopolskiego i mazowieckiego (po 84%). 67% Polaków wskazuje także, że smog powstaje w wyniku używania starych pieców grzewczych. Jednak co zaskakuje,  6% Polaków uważa, że przyczyną powstawania smogu jest palenie papierosów.

Świadomość a realna ochrona

Jak zadeklarowali sami Polacy, 99% z nich słyszało o smogu, a 59% twierdzi, że posiada dużą wiedzę na temat tego zjawiska. Natomiast tylko 43% badanych przekłada tę wiedzę na konkretne działanie, czyli sprawdzanie informacji o stężeniu pyłów w powietrzu. Zainteresowanie aktualnym stanem powietrza jest największe wśród mieszkańców dużych miast, powyżej 500 tys. mieszkańców (57%) oraz mieszkańców województwa małopolskiego (61%), śląskiego (52%) oraz świętokrzyskiego (50%). Najrzadziej natomiast takich informacji poszukują mieszkańcy województwa podlaskiego i kujawsko-pomorskiego (po 26%). Do codziennego sprawdzania informacji nt. zanieczyszczenia powietrza przyznało się jedynie 12% Polaków.

Jak wskazali badani, najczęstszym powodem sięgania po informacje nt. smogu jest ciekawość (37%), która niestety nie przekłada się na zmianę planów i zachowań mającą na celu zwiększenie ochrony zdrowia w momencie występowania zwiększonego poziomu zanieczyszczeń w powietrzu. Jedynie 23% Polaków przyznało, że sprawdza informacje nt. smogu w trosce o swoje zdrowie. Jednocześnie 16% badanych deklaruje, że szuka informacji na temat jakości powietrza w trosce o swoje dzieci i jeśli normy są przekroczone to rezygnuje z wychodzenia z dziećmi na zewnątrz. Informacje o natężeniu smogu Polacy czerpią głównie z internetu (40%), a 13% ze specjalnych alertów smogowych. Dla 26% głównym źródłem informacji jest telewizja. Wyniki badania ukazały również, że prawie ¼ Polaków nie sprawdza informacji nt. smogu, ponieważ nie wie, gdzie je znaleźć.

Wpływ smogu na nasz organizm jest ogromny, dlatego tak ważne jest, aby sprawdzać aktualny poziom zanieczyszczeń powietrza – zwłaszcza gdy planujemy spacer z rodziną lub inne aktywności na zewnątrz. Równie istotne jest, aby dostęp do bieżących pomiarów mieli wszyscy. A jak pokazują wyniki badania,  znaczący odsetek Polaków nie wie, skąd można czerpać informacje o stężeniu smogu. Dlatego w ramach kampanii #BezSmogu poszerzamy ogólnopolską sieć z danymi dotyczącymi jakości powietrza, montując czujniki smogu w naszych placówkach nie tylko w dużych miastach, ale również w mniejszych miejscowościach. Dane z aktualnym stanem powietrza dostępne są w aplikacjach Airly oraz na stronie https://airly.eu/map/pl.  – mówi Magdalena Suchanek, Dyrektor Zarządzający, Euro Bank S.A.

[1] Badanie zrealizowano techniką wywiadów internetowych CAWI, z wykorzystaniem panelu internautów ARC Rynek i Opinia – ePanel. Łącznie zrealizowano N=3283 wywiady. Próba badawcza była reprezentatywna dla Polaków w wieku 18-65 lat. Badanie zostało zrealizowane we wrześniu  2018 r.

Stabilizacja na rynku ropy

Od dołka z 26 grudnia cena ropy na świecie wzrosła o 35 proc. Optymistyczny scenariusz dla klientów polskich stacji benzynowych jest taki, że ceny nie będą już ulegać większym zmianom.

Wzrost światowych cen był wywołany przede wszystkim ograniczeniem wydobycia przez Arabię Saudyjską. Prezydent USA już na to zareagował, wprawdzie na Twitterze, ale sygnał ten prawdopodobnie został odczytany w Arabii Saudyjskiej, której bardzo zależy na dobrych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.

Gdy na świecie ceny spadały, było to słabo odczuwalne na polskich stacjach benzynowych. Stąd też i tak szybki, duży wzrost cen światowych nie przyniósł aż tak dynamicznych zmian ceny.

– Dla nas wniosek jest taki, że nie należy się spodziewać spadków cen – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – W optymistycznym scenariuszu dla klientów ceny nie będą ulegać większym zmianom.

Materiał dowodowy w postępowaniu podatkowym

Finał sprawy podatkowej najczęściej zależy od charakteru, rodzaju i treści zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego. Element ten jest istotny szczególnie wtedy, gdy organ administracji spiera się z podatnikiem co do określonych faktów. Nie jest przy tym tak, że postępowanie dowodowe stanowi obligatoryjną część postępowania podatkowego. Obowiązek jego przeprowadzenia dotyczy wyłącznie ściśle określonych sytuacji. Kiedy należy je przeprowadzić? Jakie są w tym zakresie uprawnienia fiskusa oraz strony?

Kiedy prowadzi się postępowanie dowodowe?

Fiskus przeprowadzi postępowanie dowodowe, gdy przedłożone przez stronę dokumenty nie mogą stanowić podstawy do wydania merytorycznego orzeczenia, a zatem są po prostu niewystarczające. Przepisy Ordynacji podatkowej narzucają na organ podatkowy obowiązek przeprowadzenia postępowania dowodowego w określonym czasie – „bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w ciągu miesiąca, a sprawy szczególnie skomplikowanej – nie później niż w ciągu 2 miesięcy od dnia wszczęcia postępowania”, chyba że poszczególne przepisy Ordynacji podatkowej stanowią inaczej. Oczywiście ocena tego, czy sprawa może być załatwiona na podstawie przedstawionych dowodów, należy do fiskusa. Ma on zatem w tym zakresie pewną swobodę.

Co może stanowić dowód w postępowaniu podatkowym?

Analizując zagadnienie postępowania dowodowego w sprawach podatkowych, należałoby wskazać, czym w zasadzie jest dowód w postępowaniu podatkowym. W oparciu o przepisy Ordynacji podatkowej dowodem może być wszystko to, co może przyczynić się do wyjaśnienia okoliczności sprawy i jednocześnie nie jest sprzeczne z prawem. To dość szeroki katalog pozostawiający ogromną swobodę działania. Dowodami mogą być bowiem „księgi podatkowe, deklaracje złożone przez stronę, zeznania świadków, opinie biegłych, materiały i informacje zebrane w wyniku oględzin, informacje podatkowe oraz inne dokumenty zgromadzone w toku działalności analitycznej Krajowej Administracji Skarbowej, czynności sprawdzających, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej oraz materiały zgromadzone w toku postępowania karnego albo postępowania w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe”. W celu pozyskania stosownych dokumentów organ podatkowy posiada uprawnienie do wystąpienia z odpowiednimi wnioskami do różnych osób i organów.

„Jeżeli z dowodów zgromadzonych w toku postępowania podatkowego wynika potrzeba uzupełnienia tych dowodów lub ich porównania z informacjami pochodzącymi z banku, bank jest obowiązany na pisemne żądanie naczelnika urzędu skarbowego, a w toku postępowania odwoławczego na żądanie dyrektora izby administracji skarbowej, zwanych dalej „upoważnionymi organami podatkowymi”, do sporządzenia i przekazania informacji dotyczących strony postępowania w zakresie: posiadanych rachunków bankowych lub rachunków oszczędnościowych, liczby tych rachunków, a także obrotów i stanów tych rachunków; posiadanych rachunków pieniężnych lub rachunków papierów wartościowych, liczby tych rachunków, a także obrotów i stanów tych rachunków; zawartych umów kredytowych lub umów pożyczek pieniężnych, a także umów depozytowych; nabytych za pośrednictwem banków akcji Skarbu Państwa lub obligacji Skarbu Państwa, a także obrotu tymi papierami wartościowymi; obrotu wydawanymi przez banki certyfikatami depozytowymi lub innymi papierami wartościowymi”.

Przepisy te stosuje się odpowiednio do takich instytucji jak zakłady ubezpieczeń, fundusze inwestycyjne, dobrowolne fundusze emerytalne i banki prowadzące działalność maklerską w zakresie prowadzonych indywidualnych kont emerytalnych oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego, a także domy maklerskie oraz spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. W tym zakresie warto jednak wiedzieć o pewnym ograniczeniu. Zwracanie się do instytucji finansowych z prośbą o podanie określonych informacji jest ostatnim krokiem postępowania dowodowego i może być dokonane tylko wtedy, gdy zaistnieje potrzeba uzupełnienia już zebranych dowodów albo ich weryfikacji. Nie jest zatem tak, że fiskus może tuż po wszczęciu postępowania zwrócić się do banku o szczegółowe informacje na temat dokonywanych przez podatnika transakcji i przelewów.

Aktywność w poszukiwaniu dowodów

Podatnik powinien zatem aktywnie uczestniczyć w prowadzonym przez fiskusa postępowaniu dowodowym. Może to uchronić go przed wieloma negatywnymi konsekwencjami. Strona może w szczególności się bronić i samodzielnie kompletować określone dowody. Zgodnie z art. 187 § 1 Ordynacji podatkowej podstawowym obowiązkiem organu podatkowego jest zebranie i wyczerpujące rozpatrzenie całego materiału dowodowego. Nie może on traktować dowodów wybiórczo albo zaniechać przeprowadzenia określonych czynności, zmierzających do pozyskania istotnego dowodu. Przepis ten często wykorzystuje się do sformułowania zarzutów przy stosowaniu określonych środków zaskarżenia. Najłatwiej bowiem zarzucić organowi, że podjęte przez niego czynności były niewystarczające. Zawsze może okazać się, że istnieje jakiś drobny szczegół lub luka, która nie została uwzględniona przy wydawanym orzeczeniu, w konsekwencji czego doszło do naruszenia przepisu art. 187 § 1 Ordynacji podatkowej, a także jednej z ogólnych zasad postępowania – wskazanej w art. 122 Ordynacji podatkowej. Inną podstawą skutecznego zarzutu może być art. 187 § 3 Ordynacji podatkowej. W oparciu o te przepisy organ może posłużyć się w toku postępowania faktami, które są mu znane z urzędu. Takie fakty nie wymagają żadnego dowodu.

Niewątpliwie jednak organ podatkowy, chcąc skorzystać ze swojego uprawnienia, musi o tym fakcie poinformować stronę. Jeżeli fiskus zaniecha powiadomienia podatnika o istnieniu takich faktów, będzie to stanowiło istotne naruszenie przepisów. Strona może w ten sposób próbować udowodnić, że nie miała możliwości odniesienia się do pewnych kwestii, a zatem jej udział w sprawie został w pewnym stopniu ograniczony. Bronią w rękach podatników może być również wnioskowanie o przeprowadzenie innych dowodów niż te wskazane przez organ podatkowy. Jak wiadomo, fiskus musi uwzględnić cały zgromadzony w sprawie materiał dowodowy. Jeżeli zebrane przez niego informacje są niekorzystne dla podatnika, dla ich zrównoważenia można wskazać na własne dowody.

Warto jednak pamiętać o tym, że organ podatkowy może odmówić uwzględnienia przygotowania danego dowodu, jeżeli nie ma on znaczenia dla sprawy, a także, jeżeli wskazane przez stronę okoliczności zostały już stwierdzone innym, już przeprowadzonym dowodem. Jeszcze innym środkiem ochrony podatnika może być odmowa udziału w jego przesłuchaniu jako strony. Niekiedy milczenie podatnika może przynieść więcej korzyści niż udzielane przez niego wyjaśnienia. Pewnych faktów, bez wyjaśnień strony, organ nie będzie bowiem mógł uznać za udowodnione. W oparciu o art. 199 Ordynacji podatkowej organ podatkowy może przesłuchać stronę wyłącznie wtedy, gdy wyraziła na to zgodę.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polacy na emeryturze będą chcieli spędzać czas z rodziną i podróżować

Aż 63% Polaków na emeryturze chce poświęcić czas bliskim, a 52% chce spędzić ten czas aktywnie na podróżach – tak o emeryturze myślą głównie młodsi ludzie. Jednak 24% osób, zwłaszcza starszych uważa, że to czas, w którym mogą pojawić się problemy finansowe. To wnioski z badania “Życie na emeryturze – wyobrażenia i postawy Polaków”, zrealizowanego na zlecenie Izby  Zarządzających Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia.

Ponad połowie ankietowanych (52%) emerytura kojarzy się z odpoczynkiem, częściej taką odpowiedź zaznaczali mężczyźni (53% do 50%) i osoby w wieku 18-24 lat.  45% ankietowanych wskazało, że emerytura kojarzy się z czasem dla siebie, tutaj więcej kobiet wytypowało taką odpowiedź (48% do 43%) i osoby w wieku 25-34 lat. Dla 42% emerytura to czas, który można poświęcić bliskim, w tym przypadku również więcej kobiet wskazywało na taką odpowiedź (44% do 40%), co ciekawe częściej taką odpowiedź zaznaczały osoby w wieku 18-24 lat, niż osoby w wieku 45-64 lat.  Blisko 1/3 Polaków (33%) emeryturę kojarzy z problemami finansowymi, taką odpowiedź wskazywały częściej kobiety (36% do 31%) i osoby w wieku starszym 45-64 lat.

Wyobrażenia Polaków na temat emerytury są bardzo różne. Dla ponad połowy, w większości mężczyzn (61% do 52%) i osób w wieku 18-24 lat (aż 76%) emerytura to czas, w którym będą odpoczywać. 54% osób planuje spędzać czas z bliskimi, w większości kobiety (59% do 50%), 52% poświęci ten czas dla siebie, w taką odpowiedź również wskazywała przewaga kobiet (57% do 47%). W obu przypadkach więcej takich odpowiedzi wytypowały osoby w wieku 18-24 lat. Młode osoby w przedziale wieku 18-24 częściej też wyobrażają sobie emeryturę jako czas, który można przeznaczyć na hobby i pasje. 24% osób mieszkających w Polsce wskazuje, że na emeryturze będzie miało problemy finansowe, takie odpowiedzi częściej zaznaczały kobiety (27% do 22%) oraz osoby w wieku starszym 45-64 lat.

prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami
prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami

Wnioski z badań wyraźnie wskazują, że dla młodych ludzi emerytura coraz częściej zaczyna się kojarzyć z pozytywnymi aspektami. Podróże, hobby, czas dla rodziny – tak za kilkadziesiąt lat chcą spędzać czas na emeryturze młodzi ludzie. Uważam, że w dużej mierze ma na to wpływ stabilizujące się otoczenie gospodarcze w Polsce, które oferuje młodszemu pokoleniu  coraz bardziej różnorodne formy rozwoju zawodowego. To na pewno wpływa na pozytywne myślenie o własnej przyszłości. Nie można jednak zapominać o grupie Polaków dla których emerytura kojarzy się przede wszystkim z kłopotami finansowymi. Tym bardziej więc, myśląc o emeryturze nie można zapominać o różnych formach oszczędzania lub bezpiecznego inwestowania własnych środków finansowych, które zapewnią nam godne życie w przyszłości komentuje prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.

Polacy mają wiele pomysłów na spędzanie wolnego czasu na emeryturze. 63% osób wskazało, że poświęci wówczas więcej czasu rodzinie, taką odpowiedź zaznaczały zazwyczaj osoby w wieku 25-34 lat z wyższym wykształceniem. Wielu ankietowanych wskazało również na podróżowanie (52%), w większości osoby w wieku 18-24 lat, z dużą przewagą z wyższym wykształceniem (64%). Rozwijanie hobby, to rodzaj spędzenia czasu na emeryturze najchętniej wybierany przez młode osoby w wieku 18-24 lat, w większości mężczyzn (55% do 45%), tutaj również widoczna jest przewaga osób z wyższym wykształceniem (60%). W mniejszym stopniu Polacy planują opiekować się wnukami, na taką odpowiedź wskazało 39% ankietowanych w większości kobiety (44% do 35%), a także pracować w mniejszym wymiarze godzin (30%), co ciekawe taką odpowiedź wskazało tyle samo osób z wyższym, jak i średnim wykształceniem (po 34%) a tylko 21% z podstawowym lub zawodowym.

Kurs funta kontynuuje wzrosty

Zeszły tydzień oferował wiele dość zróżnicowanych reakcji walut. Jedynym wyraźnym trendem była postępująca aprecjacja funta brytyjskiego. A co czeka nas w najbliższych dniach?

Theresa May ogłosiła, że w przypadku, gdy jej umowa regulująca wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zostanie odrzucona podczas głosowania w Izbie Gmin, które odbędzie się 12 marca, to wtedy premier Zjednoczonego Królestwa podda pod głosowanie decyzję o przedłużeniu ostatecznego terminu rozpoczęcia Brexitu (na ten moment wypada on 29 marca). Wydaje się to w dużym stopniu ograniczać prawdopodobieństwo tzw. Brexitu bez umowy, a w krótkim okresie pozwoliło szterlingowi na umocnienie się o 2% względem dolara amerykańskiego i wzrost na nieco mniejszą skalę w relacji do euro, czy złotego. Kursy większości pozostałych walut G10 utrzymywały się w swoich dotychczasowych korytarzach wahań.

W kalendarzu na ten tydzień na pierwszy plan wysuwa się spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego. Z kolei w piątek poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy, które mogą wywołać nieco zmienności. Poza tym, tak jak dotychczas, wieści polityczne dotyczące negocjacji handlowych między Chinami i USA oraz postęp ws. Brexitu będą wymagały od inwestorów nieustannej czujności.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do dwóch głównych walut, osłabiając się jedynie w parze z silniejszym funtem brytyjskim. Złoty umocnił się mimo dość rozczarowujących krajowych danych makroekonomicznych publikowanych w ubiegłym tygodniu. Walucie mógł pomóc wzrost pary EUR/USD i poprawa sentymentu. Nadal jednak w relacji do euro, złoty znajduje się w okolicy środka wąskiego korytarza, w którym utrzymuje się od kilku miesięcy. W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na środowe spotkanie Rady Polityki Pieniężnej, szczególnie na konferencję prasową po spotkaniu. Oczywiście, podobnie jak praktycznie cały rynek, nie oczekujemy zmiany stóp ani teraz, ani w najbliższym czasie.

GBP

Dane makroekonomiczne z zeszłego tygodnia były bez wątpienia słabe, jednak nie na tym skupiają się inwestorzy. Na kształtowanie się kursu szterlinga względem innych walut wpływa przede wszystkim prawdopodobieństwo tzw. Brexitu bez umowy, które względnie spadło od czasu ostatniej wypowiedzi Theresy May. Premier Wielkiej Brytanii zgodziła się poddać pod głosowanie decyzję o wyjściu kraju z Unii Europejskiej bez umowy regulującej relacje handlowe między obiema stronami, jeżeli podczas zebrania, które odbędzie się 12 marca, Izba Gmin odrzuci jej propozycję umowy. Bukmacherzy wyceniają obecnie taki scenariusz na 1 do 6. Jeszcze kilka tygodni temu prawdopodobieństwo było szacowane na 35%. Funt brytyjski zareagował na te wieści umocnieniem, aczkolwiek jesteśmy zdania, że aprecjacja szterlinga może niedługo się zatrzymać, do momentu, w którym nie poznamy nowych informacji lub do czasu głosowania w Izbie Gmin.

W najbliższy wtorek poznamy odczyty indeksów aktywności biznesowej dla sektora usług w Wielkiej Brytanii. Jednak w dalszym ciągu oczekujemy, że na kształtowanie się kursu funta największy wpływ będą miały wieści dotyczące Brexitu.

EUR

Spadek bazowej dynamiki cen w strefie euro do zaledwie 1% rocznie, jak i inne rozczarowujące dane makroekonomiczne, nie sprzyjały Europejskiemu Bankowi Centralnemu. W najbliższym tygodniu dla kursu euro najistotniejszym wydarzeniem będzie spotkanie EBC, a dokładniej to, w jakim stopniu bank centralny zdecyduje się obniżyć projekcje inflacji, jak i wzrostu gospodarczego. Warto jednocześnie zwrócić uwagę, że rynki już teraz wyceniają „gołębi” zwrot EBC podczas czwartkowego spotkania z dość wysokim prawdopodobieństwem. Należy również podkreślić, że spread rocznych rentowności między USA a strefą euro jest obecnie najniższy od kilkunastu miesięcy – Rezerwa Federalna również przyjęła ostatnio bardziej gołębią retorykę. Większą wagę będziemy przywiązywać do danych dotyczących produkcji przemysłowej w Niemczech, Włoszech oraz Francji. Na podstawie tych danych będzie można stwierdzić z większą pewnością, czy niedawne osłabienie w strefie euro wynikało ze zmian cyklu koniunkturalnego, czy też z nałożenia się kilku jednorazowych czynników.

USD

Kluczowymi wydarzeniami w kalendarzu ekonomicznym dla Stanów Zjednoczonych będą publikacja beżowej księgi Rezerwy Federalnej, kilka wypowiedzi członków FOMC oraz raport z amerykańskiego rynku pracy w lutym, który poznamy w najbliższy piątek. Niemniej równie istotne, co dane makroekonomiczne, będą informacje związane z negocjacjami handlowymi na linii Chiny-USA. W momencie pisania komentarza pojawiają się plotki o tym, że niedługo między obydwoma krajami dojdzie do zawarcia porozumienia w handlu. Jeżeli faktycznie dojdzie ono do skutku, z rynku zniknie jeden z najistotniejszych czynników ryzyka, czyli widmo eskalacji wojny handlowej. W połączeniu z niskimi stopami procentowymi w USA oraz stabilnym wzrostem gospodarczym stwarza to dość dobre warunki dla aprecjacji walut rynków wschodzących.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Devire podsumowuje wyniki za 2018 r.

Devire, firma rekrutacyjna i outsourcingowa, zwiększyła przychody ze sprzedaży o 41 proc.  W Polsce obroty wzrosły o 13 mln i wyniosły 53 mln. Zysk (EBITDA) w 2018 roku wzrósł natomiast prawie dwukrotnie, w stosunku do roku wcześniej. Organizacja działa w modelu zbliżonym do turkusowej organizacji.

Marża netto ze sprzedaży usługi rekrutacji stałej wzrosła o 66 proc. i wyniosła 15 mln.   Firma zwiększyła zatrudnienie o 34 proc..Pod koniec 2018r. zatrudniała blisko 120 konsultantów wewnętrznych. W maju powołano czeską spółkę, która działa obecnie z trzech lokalizacjach: Praga, Ostrawa i Hradec Kralove. Jest to kolejny,  obok Niemiec, rynek zagraniczny na którym operuje Devire.

Michał Młynarczyk, Dyrektor Zarządzający Devire
Michał Młynarczyk, Dyrektor Zarządzający Devire

2018 był dla nas rokiem stabilnego wzrostu na bazie inwestycji poczynionych w 2017 roku. Budujemy biznes na lata stąd kluczowe jest, aby go oprzeć na silnych fundamentach. Zaprosiliśmy więc do współpracy kilku najlepszych menedżerów i konsultantów z rynku. W 2018 znacząco powiększyliśmy zespół Outsourcingu, wzmocniliśmy usługi rekrutacji stałych. Stworzyliśmy także dwie nowe usługi RPO oraz devire.digital agencję Employer Brandingową), które w następnych latach będą stanowić dodatkowe źródła wzrostu –  mówi Michał Młynarczyk, Dyrektor Zarządzający Devire

Inwestycja w narzędzia

Devire wdrożyło nowy autorski program CRM służący zarządzaniu kandydatami i relacjami z klientami zwany JARVIS. Program automatyzuje pracę konsultantów. Udostępniając połączenie ze wszystkimi największymi portalami pracy w Polsce -pozwala na szybkie dotarcie do każdego z ponad 350 tys.  kandydatów, znajdujących się w bazie danych Devire. Kolejnym wdrożonym narzędziem jest internetowa platforma grywalizacyjna, dzięki której każdy z konsultantów ma dostęp do kafeteryjnego modelu wyboru nagród i benefitów, wykonuje różnego zadania kreatywne czy szkoleniowe.

Do agencji dołączył m.in. Łukasz Dłuski – były menedżer pionu w Michael Page – objął stanowisko członka zarządu oraz Dyrektora działu rekrutacji stałych i executive search w regionie Polski centralnej. Przywitaliśmy również Michała Gołgowskiego byłego Dyrektora Zarządzającego w Spring – marki rekrutacji specjalistycznej Adecco – sprawuje funkcję Country Managera w Devire Niemcy.

W 2018r. postawiliśmy na zwiększenie skuteczności prowadzonych rekrutacji. Dzięki temu w tym roku znaleźliśmy pracę dla ponad 1000 kandydatów. Duża zasługa w tym świetnego i zmotywowane zespołu, który zgodnie z panującymi u nas ”zasadami Turkusu” wychodzi z inicjatywą i sam sugeruje sposoby optymalizacji działania firmymówi Michał Młynarczyk.

Rynek HR rośnie

Według raportu Polskiego Forum HR – wyniki agencji zatrudnienia w trzecim kwartale 2018r. wykazały, że liczba pracowników tymczasowych spadła o 16 proc. w stosunku do poprzedniego roku a obroty firm w zakresie usług rekrutacji stałej wzrosły o 1 proc. Firmy członkowskie Polskiego HR (PFHR) zatrudniały w tym czasie 105 tys. osób z czego 90 proc. na podstawie umów o pracę. Według danych 335 tys. osób to całkowita liczba pracowników tymczasowych w Polsce.szacowana liczba pracowników tymczasowych

Podsumowując rok 2018 rynek kandydata sprawił, że pracodawca przestał być tą silniejszą stroną stosunku pracy. Pracownicy częściej zmieniają zatrudnienie, w szczególności pracownicy tymczasowi, którym teraz łatwiej niż kiedykolwiek znaleźć jest stałą pracę.

Wartość rynku pracy tymczasowej w trzecim kwartale spadła o 2 proc. w stosunku do tego samego okresu poprzedniego roku. Firmy członkowskie PFHR w tym czasie wypracowały obroty na poziomie 907 mln zł, szacowana wartość całego rynku pracy tymczasowej w Polsce wyniosła w tym czasie 1,65 mld zł. Popyt na usługę rekrutacyjną w 3 kwartale roku firmy członkowskie wypracowały w tym zakresie obroty na poziomie 40,2 mln zł, z czego 33,8 mln zł (wzrost rok do roku na poziomie 1%, ale już w porównaniu do poprzedniego kwartału spadek 2%) na rzecz polskich i 6,4 mln zł na potrzeby zagranicznych pracodawców.

Cyberprzestępcy sięgają po memy. Kwartalny raport Fortinet

Fortinet zaprezentował wyniki najnowszego raportu o cyberzagrożeniach. Badania pokazują, że cyberprzestępcy w swojej działalności sięgają nawet po… memy na portalach społecznościowych, za pomocą których rozprzestrzeniają szkodliwe oprogramowanie. Ponadto wciąż interesują się urządzeniami z kategorii IoT – w szczególności kamerami internetowymi.

Kluczowe wnioski z raportu dotyczącego IV kwartału 2018 roku:

  • Złośliwe oprogramowanie zakamuflowane w memach – steganografia jest techniką, która polega na ukrywaniu komunikatu w sposób niemożliwy do wykrycia, gdzie tajny jest sam fakt prowadzenia komunikacji. Cyberprzestępcy także wykorzystują ten mechanizm. W ostatnim kwartale analitycy Fortinet wykryli złośliwe oprogramowanie wykorzystujące komendy ukryte w memach udostępnianych w mediach społecznościowych. Dzięki temu maskowana zostaje komunikacja z serwerem sterującym/centralą (CnC – Command and Control Center). W trakcie ataku próbki złośliwego oprogramowania wyszukują zdjęcia na powiązanej osi czasu na Twitterze, pobierają je i szukają wewnątrz obrazków ukrytych poleceń. Na ich podstawie podejmują kolejne aktywności, np. ataki DoS (ang. Denial of Service, odmowa usługi) czy też przesyłanie dalej wykradzionych haseł. Z uwagi na to, że ruch na Twitterze jest szyfrowany, wykrycie takich zagrożeń wewnątrz sieci może być bardzo trudne.
  • Kamery IP na celowniku – według danych laboratorium FortiGuard Labs, 6 z 12 największych eksploitów[1] było powiązanych z IoT, a 4 z nich dotyczyły kamer IP. Dostęp do tych urządzeń mógłby pozwolić przestępcom nie tylko na podglądanie prywatnych interakcji, ale też na włamanie się do systemów informatycznych, aby przeprowadzić ataki ransomware lub DoS. – Trzeba być świadomym, że cyberataku można dokonać nawet za pomocą urządzenia, które ma na celu zapewnić nam bezpieczeństwo – przypomina Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.
  • Eksploity i botnety[2] na rekordowym poziomie – średnia liczba eksploitów wykrytych przez jedną firmę wzrosła o 10%, a liczba zidentyfikowanych unikalnych eksploitów o 5%. Jednocześnie botnety, czyli sieci zainfekowanych urządzeń, stały się bardziej złożone i trudniejsze do wykrycia. Zidentyfikowanie ich zajmowało firmom średnio 12 dni.
  • Narzędzia dostępne dla wszystkich – narzędzia typu „open source” służące do tworzenia złośliwego oprogramowania można pobierać z popularnych serwisów hostingowych. Jako że są one dostępne dla wszystkich, mogą być wykorzystane również do szkodliwych celów. Są wówczas „uzbrajane” i przekształcane w złośliwe oprogramowanie – głównie w ransomware. Przykładem takiego otwartego kodu źródłowego, który został zmodyfikowany przez cyberprzestępców, jest słynny botnet Mirai. Pojawił się w 2016 roku i doprowadził do czasowego wyłączenia takich serwisów jak Netflix, Twitter czy Reddit. Od tamtej porty wciąż ukazują się jego nowe warianty. Narzędzia „open source” są bardzo przydatne także dla specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa. Umożliwiają bowiem testowanie zabezpieczeń i analizę luk.
  • Adware to poważny problem – oprogramowanie wyświetlające odbiorcy niepożądane reklamy wciąż pozostaje realnym zagrożeniem. Według analityków Fortinet, Adware odpowiada za jedną czwartą infekcji złośliwym oprogramowaniem w Europie. Przykłady można znaleźć nawet w oficjalnych aplikacjach, co sprawia, że jest ono szczególnie uciążliwe dla użytkowników mobilnych.
  • Uwaga na technologie operacyjne – łączenie środowisk IT oraz OT (technologii operacyjnych) sprzyja przeprowadzaniu ataków wymierzonych w infrastrukturę krytyczną. Atak, który ma na celu systemy sterujące ICS (ang. Industrial Control Systems) oraz urządzenia takie jak zawory, inteligentne mierniki czy liczniki, może mieć druzgocące konsekwencje dla środowiska, a nawet ludzkiego zdrowia i życia.

[1] Rodzaj złośliwego oprogramowania wykorzystującego lukę w zabezpieczeniach.

[2] Sieć urządzeń, mogą to być komputery lub sprzęty IoT, zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem.

Dwucyfrowe wzrosty Grupy eSky oraz ambitne plany na przyszłość

Grupa eSky, oparty na zaawansowanej technologii agent turystyczny online, w 2018 roku wypracowała blisko 1,5 miliarda złotych przychodów (liczonych jako całkowita wartość przeprowadzonych transakcji – TTV) oraz przychody netto na poziomie 180 milionów złotych. Oznacza to wzrost TTV o 41% a przychodów netto o ponad 35% w stosunku do roku 2017. Ponadto, liczba dokonanych za pomocą serwisu eSky rezerwacji lotniczych wzrosła rok do roku o 44% i wyniosła ponad 1,2 miliona. Ubiegły rok dla Grupy eSky to także wejście na rekordową liczbę nowych rynków – w tym do Wielkiej Brytanii i Irlandii, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Grecji oraz krajów bałkańskich. W strategicznych planach na kolejne lata Grupa zakłada jeszcze intensywniejszą ekspansję, rozbudowanie siatki połączeń – zwłaszcza do krajów azjatyckich i afrykańskich – a także dalszy rozwój oferty pakietowej „Lot+Hotel” oraz połączeń łączonych.

Łukasz Neska
Łukasz Neska z Grupy eSky

W najbliższym okresie Grupa eSky skoncentruje się na wejściu na nowe rynki, ale także będzie dalej włączała do swojej oferty nowych przewoźników i rozwijała siatkę połączeń. W tej chwili użytkownicy serwisu eSky mogą skorzystać z oferty ponad 950 przewoźników- zarówno tanich linii lotniczych, charterów, jak i lotów regularnych. Doskonałe wyniki finansowe wywodzącej się z Katowic spółki są również rezultatem rozwoju oferty produktowej, w tym stale doskonalonej i poszerzanej oferty pakietowej „Lot+Hotel”, a także rozwoju technologii wspierającej użytkowników w planowaniu podróży. W 2018 roku liczba osób aktywnie korzystających z serwisu wzrosła do 180 milionów. Grupa odnotowała także wzrost pobrań aplikacji mobilnej – do 3,6 miliona użytkowników.

To nad czym również chcemy się skupić w 2019 roku to – obok ekspansji – dalszy rozwój naszych rozwiązań technologicznych. Myślimy o ulepszeniu oferty dostępnej w ramach lotów łączonych, pracujemy nad optymalizacją działania całej technologii oraz poprawie algorytmów wyszukań. Skupimy się także na dalszym intensywnym rozwoju oferty pakietowej „Lot+Hotel” – dodaje Łukasz Neska z Grupy eSky.

Rekord na poznańskim rynku mieszkaniowym

Spośród sześciu największych miast to Poznań może poszczycić się najwyższym wzrostem liczby mieszkań w ofercie na koniec ubiegłego roku. Analitycy rynku bardzo pozytywnie oceniają zmiany w stolicy Wielkopolski. Do sprzedaży trafia coraz więcej mieszkań. Na przykład na Dębcu niebawem pojawi się ich kolejnych 137.

Aktywność deweloperów w ostatnim roku świadczy o tym, że rynek jest w dobrej formie. Zespół doradczy REAS w podsumowaniu roku 2018 pisze, że wprawdzie liczba sprzedanych lokali na sześciu największych rynkach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Łódź) zmniejszyła się w porównaniu z poprzednim rokiem o 11%, to była wyższa niż w bardzo udanym roku 2016. Zdaniem ekspertów szczególnie dobrze sytuacja wygląda na rynku warszawskim i poznańskim. W Poznaniu tylko w ostatnim kwartale ubiegłego roku w sprzedaży pojawiło się ponad 1,9 tys. mieszkań, o 8% więcej od dotychczasowego rekordu z analogicznego okresu 2016 roku. W całym poprzednim roku liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży była o 66% większa niż w 2017 roku, co również zostało bardzo pozytywnie ocenione przez analityków rynku nieruchomości mieszkaniowych. Ponadto Poznań może poszczycić się najwyższym wzrostem liczby lokali w ofercie, która na koniec grudnia wyniosła 5,2 tys. lokali (wzrost o 31,6% w ujęciu rocznym).

Przedstawiciele poznańskich deweloperów mówią, że do wprowadzenia nowych lokali do sprzedaży zachęcają ich dobre wyniki sprzedażowe, wysoki popyt, a także większa liczba klientów inwestycyjnych. – Na rynku pojawiło się kilku nowych graczy, co wpłynęło na większą konkurencję i zwiększenie aktywności obecnych na rynku deweloperów – argumentuje Roma Peczyńska, marketing manager inwestycji Red Park na Dębcu, realizowanej przez RED Development.

Analitycy REAS spodziewają się nieznacznego pogorszenia wyników sprzedażowych polskich deweloperów w 2019 roku. Jednakże dopóki stopy procentowe będą utrzymywać się na niskim poziomie, a na rynku nie pojawi się alternatywny produkt inwestycyjny, to przewidują stabilne zainteresowanie kupowaniem mieszkań zarówno na własne potrzeby, jak i pod wynajem. Roma Peczyńska prognozuje jeszcze bardziej optymistycznie:
Możemy spodziewać się równie dobrych wyników sprzedażowych, ponieważ rynek zaakceptował wyższe ceny. Podwyżki cen były nieuniknione, a wywołane m.in. coraz wyższymi kosztami budowy. Deweloperzy jednocześnie wykorzystują dobrą passę i budują szybko przy jednoczesnym szybkim tempie sprzedaży. My również w odpowiedzi na potrzeby naszych klientów wchodzimy z nową ofertą.

Spadek rentowności najmu – gdzie najbardziej opłaca się inwestować?

W większości badanych miast rentowność zakupu mieszkań na wynajem spada. Spadek spowodowany jest głównie tym, że stawki najmu nie nadążają za wzrostem cen mieszkań. Z obliczeń Home Brokera wynika, że w 2018 r. ceny nieruchomości w największych miastach Polski wzrosły o prawie 15 proc.

Osoby, które obecnie zakupią mieszkania z przeznaczeniem na wynajem mogą liczyć na zysk roczny rzędu 5,02 proc. Co ciekawe, zaledwie pół roku temu wartość ta wynosiła ponad 5,3 proc. Jak komentuje Rafał Malik z Funduszu Mieszkań na Wynajem: – Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest znaczny wzrost cen mieszkań w minionych 12 miesiącach. Przyczyn należy upatrywać w drożejących materiałach budowlanych, wzroście kosztów robocizny i windujących cen gruntów pozyskiwanych pod inwestycje. Pomimo tego rynek wciąż dynamicznie się rozwija, rosnące ceny najmu nie zniechęcają inwestorów ani indywidualnych klientów. Sprzyja temu szczególnie dobra sytuacja na polskim rynku pracy.

Gdańsk, Warszawa i Wrocław w czołówce, Białystok i Poznań z najsłabszą rentownością

Warto podkreślić, że wskaźnik rentowności jest zróżnicowany dla poszczególnych polskich miast. Najlepszym miejscem do inwestowania w nieruchomości przeznaczone do wynajmu jest Trójmiasto, a dokładnie Gdańsk. Średnia oczekiwana rentowność najmu wynosi tam ponad 5,81 proc. w skali roku. To o wiele lepiej niż w przypadku średniej krajowej, ale jeszcze kilka miesięcy temu wynosiła ona aż 6,14 proc. – Od lat dużym zainteresowaniem cieszy się pas nadmorski, gdzie klienci kupują mieszkania pod wynajem, głównie krótkoterminowy, z myślą o turystach. Trójmiasto jest doskonałym miejscem do inwestowania ze względu na zielone tereny, nowoczesną infrastrukturę i czyste powietrze. Widząc dobrą passę na tym rynku, w lutym Fundusz Mieszkań na Wynajem oddał do użytku nową inwestycję w Gdańsku przy ul. Kołodzieja. Na najemców czeka prawie 80 lokali gotowych do zamieszkania. To już druga taka inwestycja Funduszu w tym mieście, która cieszy się sporym zainteresowaniem – opowiada ekspert.

Zaraz za Trójmiastem plasuje się rynek warszawski i wrocławski. Rentowność najmu wynosi w Warszawie 5,46 proc., natomiast we Wrocławiu 5,27 proc. Pomimo tego, że w stolicy za metr kwadratowy trzeba zapłacić najwięcej, bo ponad 8 tys. zł, a stawki najmu są najwyższe w kraju, to rynek cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem inwestorów. Na uwagę zasługuje fakt, że spośród największych polskich miast najniższa rentowność występuje w Białymstoku (4,47 proc.) i Poznaniu (4,40 proc.).

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Pomimo różnych wskaźników rentowności w poszczególnych miastach, warto jednak podkreślić, że inwestycja w mieszkanie na wynajem jest nadal bardziej atrakcyjna niż lokaty bankowe czy obligacje skarbowe. W ostatnich latach dostrzegamy, że rynek przeszedł ogromną przemianę za sprawą przybywających w błyskawicznym tempie nowych mieszkań, na które jest duży popyt  – dodaje Rafał Malik. Ekspert z Funduszu Mieszkań na Wynajem zauważa także, że wzrasta zainteresowanie inwestorów całymi pakietami mieszkań przeznaczonymi na wynajem.

Eksport w styczniu 2019 – prognoza Krajowej Izby Gospodarczej

Dostępne obecnie dane o stanie gospodarki realnej oraz opinie pozyskane od członków KIG pozwalają szacować, że eksport w styczniu 2019 wyniósł 18 287 mln EUR. Zwiększył się tym samym w stosunku do wartości notowanych dla grudnia o 14,3%, w stosunku zaś do wielkości notowanych przed dwunastu miesiącami wzrósł o 3,0%. Wielkość eksportu w lutym, z przyczyn sezonowych, może okazać się niższa w stosunku do wypracowanej w styczniu.

Styczeń to zazwyczaj miesiąc, w którym działalność eksportowa ulega wyraźnemu zwiększeniu. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszym jest wzrost zamówień ze strony handlu detalicznego, który wciąż wyprzedaje zapasy po okresie świąteczno-noworocznym, ale jednocześnie zaczyna budować zapasy na rozpoczęcie promocji i sprzedaży kolekcji wiosennych. Drugim powodem jest stopniowy wzrost aktywności zakupowej firm produkcyjnych w zakresie pozyskiwania surowców, komponentów i półproduktów niezbędnych do ich produkcji. Firmy domykając ostateczną pulę zamówień na rok bieżący, zaczynają odbudowywać zapasy, z których wychodzą zazwyczaj w końcówce roku tuż przed dokonywaniem rocznej sprawozdawczości (gdzie lepiej w dokumentach prezentuje się większy zasób środków na rachunku, niż zapasów w magazynie).

W ostatnich miesiącach roku 2018 w eksporcie doskonale prezentował się październik, a bardzo dobrze listopad. Grudzień na ich tle wypadł słabiej, zanotowana wtedy korekta sezonowa sprzedaży była głębsza niż zazwyczaj. Styczeń tego roku może mieć więc wzrost sprzedaży nieco większy, niż przed dwunastoma miesiącami, wynoszący teraz 14,3% wobec poprzednich 13,6%. Roczna dynamika sprzedaży mogła więc poprawić się do 3,0% z 2,3% w grudniu. Pozostanie jednak niższa od listopadowej – 7,2% i październikowej – 12,1%. Eksport w styczniu 2019 – prognoza Krajowej Izby Gospodarczej

Wyniki eksportu w 2018 roku prezentowały się odmiennie niż zakładały to wcześniejsze prognozy. Pierwsze miesiące były lepsze niż się spodziewano. Poprawa wyników była bowiem szybsza. Odmiennie prezentowały się dane kończące rok – były słabsze od prognozowanych. U naszych głównych partnerów handlowych, nastąpiło bowiem równoczesne osłabienie bieżącej aktywności gospodarczej oraz pogorszenie perspektyw gospodarczych dla najbliższych kwartałów.

Zmiany eksportu 2019 (prog.) 2020 (prog.)
Eksport ogółem 6,5% 8,4%
Niemcy 7,0% 8,8%
Pozostałe kraje strefy euro 6,7% 8,2%
Kraje UE nie będące w strefie euro 6,0% 8,5%
Pozostałe kraje rozwinięte 7,0% 9,4%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej 8,0% 9,5%
Kraje rozwijające się 3,0% 5,0%

W styczniu złoty nieznacznie osłabił się wobec euro o 0,1% do 4,2954 i równocześnie okazał się o 3,2% słabszy niż przed rokiem. Zmiany te poprawiały pozycję konkurencyjną naszych eksporterów. Jeszcze korzystniej prezentowała się sytuacja eksporterów rozliczających sprzedaż w dolarach. W styczniu co prawda złoty wzmocnił się w stosunku do tej waluty – o 0,2% do 3,7617 ale był jednocześnie słabszy niż przed rokiem o 10,2%.  wycena złotego

Według wstępnych danych Narodowego Banku Polskiego w 2018 roku eksport wyniósł 213 912 mln EUR i okazał się o 6,0% większy niż w roku 2017. Według sprawozdawczości prezentowanej przez Główny Urząd Statystyczny eksport wynosząc w okresie I – XII 2018 r. 221 000 mln EUR okazał się wyższy niż rok wcześniej o 7,0%.
Zgodnie z aktualnymi założeniami co do stanu światowej i polskiej gospodarki w latach 2019 – 2020 można oczekiwać zwiększenia naszej sprzedaży z 213,9 mld EUR w roku 2018 do odpowiednio 227,8 mld EUR (o 6,5%) w roku 2019 oraz do 246,9 mld EUR (o 8,4%) w roku 2020.

Small business potrzebuje biur

Według „Raportu o stanie sektora MSP w Polsce 2018” przygotowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości,  w naszym kraju zdecydowanie dominują mikrofirmy. Ich udział w strukturze wszystkich przedsiębiorstw wynosi aż 96% i wciąż rośnie. To sprawia, że wzrasta również zapotrzebowanie na małe powierzchnie biurowe dostosowane do potrzeb small businessu.

Polskich mikrofirm jest coraz więcej – jak wynika z danych PARP, obecnie ich liczba wynosi 1,94 mln. To o 13 proc. więcej niż dziesięć lat wstecz. Własna działalność gospodarcza staje się coraz bardziej popularna, przede wszystkim dlatego, że jej założenie jest dziś o wiele łatwiejsze niż jeszcze kilka lat temu. Nie tylko można zarejestrować firmę w jednym okienku lub przez Internet, ale także skorzystać z dotacji na jej założenie, m.in. z Unii Europejskiej). Dodatkowo, od kwietnia 2018 r. młodzi przedsiębiorcy mogą liczyć na jeszcze więcej udogodnień. Zakładając pierwszą firmę lub otwierając nową działalność po pięciu latach, są zwolnieni z płacenia składek ZUS przez 6 miesięcy. To sprawia, że polski small business nabrał rozpędu i wszystko wskazuje na to, że ten trend utrzyma się dłużej.

Większa ilość małych przedsiębiorstw wiąże się również z rosnącym zapotrzebowaniem na nieduże powierzchni e biurowe. Według specjalistów rynku nieruchomości wciąż jest ich na rynku zbyt mało w stosunku do zapotrzebowania. – Rynek biurowy cały czas intensywnie się rozwija – mówi Krzysztof Strembicki, doradca ds. rynku komercyjnego w Verso Nieruchomości. – Dużo się buduje, cały czas powstają nowe biurowce. Jednak większość z nich to wielkie powierzchnie, powyżej 1 tys. mkw, przeznaczone dla dużych korporacji. Zdecydowanie jednak brakuje tych mniejszych, do 150 mkw. Tymczasem chętnych na nie jest coraz więcej. W tym wypadku popyt wyraźnie przewyższa podaż.

Na potrzeby mikro- i małych przedsiębiorstw coraz częściej odpowiadają deweloperzy, którzy uwzględniają w swoich planach organizację stref dla small businessu a także biura coworkingowe. Dzięki temu w wielu nowoczesnych biurowcach całe piętra zajmują mikro- i małe przedsiębiorstwa.

– W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie rynku, właśnie z myślą o niewielkich firmach w naszym Parku Biznesu przy ulicy Strzegomskiej otworzyliśmy strefę small business – mówi Adam Galewski, dyrektor generalny firm Devco i BFF Investment Polska, zarządzających Wrocławskimi Parkami Biznesu. – Pod nowe przestrzenie został w całości zaadaptowany jeden z budynków kompleksu. Dla najemców przygotowaliśmy powierzchnie biurowe od 30 do 200 metrów kwadratowych, wszystkie z dostępem do zaplecza kuchennego i sanitarnego, a także sal konferencyjnych.  To już druga nasza strefa przeznaczona dla małych i średnich firm. Pierwsza, z sukcesem funkcjonuje przy ulicy Bierutowskiej.

Małe przedsiębiorstwa zwykle poszukują wygodnej przestrzeni do pracy, gdzie oprócz bieżącej działalności, mogą zaprosić kontrahentów lub zorganizować szkolenie. Pracownicy cenią sobie dobry dojazd, wygodny parking oraz możliwość skorzystania z sal konferencyjnych i zaplecza kuchennego. To wszystko zapewniają nowoczesne strefy small business, których coraz więcej będzie pojawiać się na polskim rynku biurowym.

Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B

Jak pokazuje raport „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”, klient jest najważniejszy jedynie teoretycznie. W praktyce firmy nie weryfikują swojego podejścia – nie wiedzą dokładnie, jak zaspokoić oczekiwania nabywcy i co w relacjach sprzedażowych należy poprawić. Stoi to w opozycji do idei klientocentryzmu, którą tak wiele przedsiębiorstw implementuje do swojej strategii biznesowej. Z badania przeprowadzonego przez grupę firm związanych ze sprzedażą wynika, że obecnie nabywcy oczekują od dostawców nie tylko perfekcyjnej znajomości własnej oferty w kontekście danej sytuacji biznesowej klienta, ale również handlowego profesjonalizmu, spójności przekazu oraz uprawnień do podejmowania wiążących decyzji. Jednocześnie klienci wskazują, że relacje handlowe, z jakimi mają do czynienia, często dalekie są od ich wymagań.

Dysonans pomiędzy perspektywą firmy, a wizją klienta widać szczególnie dobrze, gdy przeanalizuje się sposób sprzedaży – 67% dostawców uznaje, że najważniejsze jest odpowiednie zrozumienie biznesu i branży klienta, ale aż 65% nabywców uważa, że handlowcy zbyt mało odnoszą się do ich potrzeb biznesowych. 51% klientów narzeka także na brak wyczerpującego podsumowania spotkania, podczas gdy istotność tego elementu dostrzega aż 59% dostawców – wynika z badań Infoteam Sales Process Consulting AG, stworzonych we współpracy z firmą Livespace, Wydawnictwem Explanator oraz Grupą IQS.

Wiedza ważniejsza od prestiżowej marki

Umówienie pierwszego spotkania z klientem bywa niezwykle trudne, wymaga pomysłu i determinacji. Jak zatem przekonać potencjalnego nabywcę do poświęcenia swojego czasu i wysłuchania naszej oferty? Co ciekawe, wedle raportu „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”, klient nie podejmuje decyzji na podstawie magii nazwy. Aż 75% respondentów stwierdziło, że spośród ofert wielu firm dokonuje racjonalnego wyboru opartego na przewadze konkurencyjnej – cenowej i technologicznej. Większość nabywców chce odczuć, że ich potrzeby są zaadresowane, więc przy pierwszym kontakcie zwracają szczególną uwagę na indywidualne podejście dostawcy. 65% klientów oczekuje dopasowania oferty i odniesienia do zidentyfikowanych potrzeb, zainteresowania, czy i na ile są zadowoleni z tego, co otrzymują od swoich obecnych partnerów biznesowych.

Firmy zdecydowanie przeceniają znaczenie swojej marki. Aż 54% uznaje markę za główny argument przekonujący nabywcę do pierwszego spotkania – tego samego zdania jest zaledwie 34% nabywców. W konsekwencji prowadzi to do nadmiernego skupiania się na prezentowaniu zalet firmy i zbyt dużej ilości ogólnych informacji, zamiast skupieniu się na potrzebach klienta i proponowaniu rozwiązań do nich dopasowanych. Na potrzebę poprawy tego elementu wskazuje aż 65% nabywców. W dodatku takie rozmywanie tematu i brak indywidualizacji oferty postrzegane jest za nieprofesjonalne, a  wielu klientów dostrzega potrzebę pogłębienia wiedzy eksperckiej przez handlowców – komentuje Piotr Bień, CEO i założyciel Infoteam Consulting Poland.

Jednym z zaniedbywanych przez dostawców sposobów na zjednanie sobie klienta jest przedstawienie rekomendacji analogicznych do potrzeb potencjalnego nabywcy – 54% konsumentów docenia referencje, a tylko 20% dostawców z nich korzysta.

Firmy dostrzegają potrzeby klientów, ale ich nie realizują

Dostawcy zdają sobie sprawę, że ich wiedza o zindywidualizowanych potrzebach klienta może otworzyć wiele drzwi. 67% z nich deklaruje, że są świadomi jak ważne przy pierwszym spotkaniu jest, by ich przedstawiciel rozumiał biznes i branże nabywcy. Ponad połowa uważa też za istotne dostarczenie wyczerpującego podsumowania spotkania i uzgodnienia kolejnych kroków.

Niestety coraz częściej wychodzi na jaw, że wiedza o działaniach, które są ważne dla klientów, a ich realizacja to dwie różne kwestie. 65% nabywców stwierdziło, że poprawy wymaga sposób, w jaki dostawcy przekazują informacje o firmie i usługach. Zazwyczaj są one ogólne i niedostosowane do sytuacji klienta. Nisko oceniana jest także wiedza ekspercka sprzedawców – aż 48% uważa, że nie jest ona wystarczająca.

Klient niespełniony czy nielojalny?

Wedle badania „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”, nabywcy i dostawcy niejednokrotnie dostrzegają inne sfery priorytetowe w ich relacjach, kładąc nacisk na odmienne kompetencje. Efektem powyższego dysonansu są coraz częściej spotykane masowe migracje klientów i brak przywiązania do firmy.

– To, co zazwyczaj klasyfikujemy jako „nielojalność klienta”, jest często efektem teoretycznego podejścia do klientocentryzmu. A nabywca rozczarowany jakością obsługi rozpoczyna poszukiwanie nowego dostawcy. Klient oczekuje od nas aktywności i zaangażowania, rozwiązań dostosowanych do potrzeb oraz konkurencyjnej ceny. Jeśli do strategii klientocentrycznej podejdziemy metodycznie i będziemy mierzyć oczekiwania oraz zadowolenie konsumentów z naszych działań, a także na bieżąco dostosowywać proces sprzedaży do ich preferencji, zyskamy podwójnie. Po pierwsze ograniczymy rotację klientów i przywiążemy ich do naszej marki, po drugie będziemy w stanie przyciągnąć do siebie osoby niezadowolone z usług oferowanych im przez konkurencję. Na szczęście możemy skorzystać z pomocy i do dyspozycji mamy różnego rodzaju narzędzia wspierające sprzedaż, jak np. CRM, który dostawcy mogą użyć do dopasowania procesu sprzedaży do danego typu klienta – podsumowuje Michał Skurowski, Prezes Zarządu Livespace.

Grzegorz Strutyński zostaje Dyrektorem Komercyjnym w Globalworth Poland

Grzegorz Strutyński został mianowany na stanowisko Dyrektora Komercyjnego (Commercial Director) w Globalworth Poland, który jest obecnie największym instytucjonalnym inwestorem i właścicielem powierzchni biurowej w kraju. W swojej nowej roli będzie on odpowiedzialny za całość procesów wynajmu, wdrażanie rozwiązań PropTech, aktywności w obszarze CSR oraz działania marketingowe i PR. Wraz z Dyrektorem Operacyjnym, Arturem Apostołem, Grzegorz Strutyński będzie też nadzorował zespoły property & asset management oraz techniczny.

Grzegorz Strutyński - Dyrektor Komercyjny (Commercial Director) w Globalworth Poland
Grzegorz Strutyński – Dyrektor Komercyjny (Commercial Director) w Globalworth Poland

Stanowisko Grzegorza Strutyńskiego jest związane ze strategicznym celem Globalworth Poland, czyli budowaniem długoterminowych relacji z obecnymi i przyszłymi najemcami, którzy poszukują powierzchni biurowej w Polsce.

Wspaniale, że mogę powitać Grzegorza w naszym zespole. To menedżer z ogromną wiedzą i wieloletnią, międzynarodową praktyką na rynku biurowym. Przyciągając tak utalentowanych ludzi do Globalworth, budujemy silny zespół specjalistów z dużym doświadczeniem i umiejętnościami, które pozwalają nam zarządzać i rozwijać jeden z największych portfeli nieruchomości w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jestem przekonany, że dotychczasowa kariera zawodowa Grzegorza, a także znajomość potrzeb najemców będzie ważnym atutem w rozwoju naszej firmy. Jestem dumny, widząc, jak Globalworth staje się dojrzałą organizacją o solidnej strukturze z wykwalifikowaną kadrą zarządzającą. Jesteśmy dobrze przygotowani do realizacji kolejnych celów biznesowych w Polsce.

Dimitris Raptis, CEO Globalworth Poland
Dimitris Raptis, CEO Globalworth Poland

Dimitris Raptis, CEO Globalworth Poland

Grzegorz ma ponad 20-letnie doświadczenie na rynku nieruchomości komercyjnych, które zdobywał pracując w wiodących firmach w Polsce i za granicą, gdzie zarządzał zespołami i kierował działami wynajmu, realizacji projektów biurowych i marketingu.

Cieszę się, że mogę dołączyć do Globalworth Poland i być częścią tak wspaniałego zespołu ekspertów z sektora nieruchomości. Firma ma jasną wizję rozwoju biznesu na polskim rynku. Przejmując kolejne nieruchomości skupia się na stabilnych i długoterminowych relacjach z najemcami, środowiskiem biznesu i lokalnymi społecznościami. Mam nadzieję, że moje doświadczenie i znajomość sektora pozwoli jeszcze lepiej realizować cele Globalworth.

Grzegorz Strutyński, Dyrektor Komercyjny w Globalworth Poland

Globalworth wszedł na polski rynek nieruchomości pod koniec 2017 roku, aby zaledwie w niecałe siedem miesięcy stać się największym instytucjonalnym inwestorem i właścicielem nieruchomości biurowych w kraju. Wielkość portfela Globalworth Poland, obejmującego biura i projekty wielofunkcyjne, to obecnie 425 000 mkw. o wartości 1,2 mld EUR. W najbliższych miesiącach Globalworth będzie dalej koncentrował się na umacnianiu swojej pozycji w segmencie biurowym oraz budowaniu długoterminowych relacji z najemcami swoich budynków.