Inwestorzy w blokach startowych

Rynek nieruchomości nie pozostaje obojętny na wydarzenia na świecie i zmiany w globalnej gospodarce. Nastroje wśród uczestników europejskich spotkań branżowych, w tym zakończonej kilka dni temu kolejnej edycji międzynarodowych targów Expo Real w Monachium, okazują się jednak być całkiem niezłe. Inwestorzy zachowują względny spokój.
Weryfikują procesy zakupowe, rewidując wcześniejsze oczekiwania co do planowanych transakcji. Obecna sytuacja rynkowa stwarza przestrzeń dla inwestorów oportunistycznych. Istotną zmianą, jaką obserwujemy jest zainteresowanie nowymi projektami deweloperskimi zgłaszane przez podmioty, które nabywały wcześniej jedynie gotowe aktywa. Branża łapie balans pomiędzy rosnącymi kosztami budowy i finansowania inwestycji oraz utrzymania nieruchomości, stawkami czynszowymi i spodziewanymi stopami kapitalizacji.

Kapitału inwestycyjnego na rynku od trzech lat nie brakuje. W obecnych warunkach fundusze mają jednak większe trudności z podejmowaniem decyzji o inwestycjach niż w poprzednich okresach spadku koniunktury, ponieważ analizy i wyceny w tak niestabilnej sytuacji, jak dzisiejsza trudniej jest oprzeć o rzeczowe dane i obiektywne kalkulacje.
Myślę jednak, że drastyczny wzrost kosztów pozyskania kapitału, z jakim musi mierzyć się rynek może zmobilizować do aktywniejszego działania niektórych inwestorów.

Czynnikiem stymulującym do inwestowania są też obecne stopy procentowe, które oznaczają potencjalnie zwiększenie przychodów z nieruchomości w wyniku indeksacji stawek czynszowych. Ceny najmu rosną, zarówno na rynku warszawskim, jak i miastach regionalnych, w których zwrot z inwestycji był zawsze wyższy niż w stolicy.

Rekordowo wysokie wskaźniki indeksacji

Duża inflacja w kraju i strefie euro powoduje, że wskaźniki indeksacji czynszu będą najwyższe od lat, co przełoży się także na wyższe przychody. Wzrost stawek czynszowych odzwierciedlają już większe wartości w wycenach. W Polsce podwyżki czynszu widoczne są najbardziej w logistyce, na rynku biur i w sektorze PRS. Jako najbardziej interesujące aktywa wybijają się natomiast retail parki, dalej biurowce, a następnie magazyny. Na te ostatnie apetyt najbardziej osłabł, mimo nadal utrzymującego się silnego popytu, historycznie najniższego poziomu pustostanów magazynowych oraz rekordowo dużej ilości powierzchni w budowie w całej Polsce.

W pierwszej połowie bieżącego roku, mimo bezprecedensowych wydarzeń i dynamicznej sytuacji geopolitycznej inwestorzy ulokowali w Polsce przeszło 40 proc. kapitału więcej niż rok wcześniej. W sferze ich zainteresowania znalazły się nieruchomości zlokalizowane na rynkach regionalnych, które oferują aktualnie znacznie większy dostęp do atrakcyjnych aktywów niż kilka lat temu. Trudno jednak prognozować, czy rynek inwestycyjny zamknie cały 2022 rok tak dobrym rezultatem, jak pierwsze półrocze. Decyzje muszą być bowiem podejmowane w warunkach wysokiej inflacji, rosnących stóp procentowych i cen energii.

Dłuższe procesy decyzyjne

Polska niezmiennie postrzegana jest jako stabilny rynek z coraz ciekawszymi zasobami nowoczesnej powierzchni, oferujący świetnie wykształconą kadrę. Oczy inwestorów, szczególnie z Azji i USA, zwrócone są jednak na wydarzenia rozgrywające się za naszą wschodnią granicą. Akcję inwestycyjną studzi też widmo globalnej recesji i kryzys energetyczny. To główne przyczyny wydłużania się procesów decyzyjnych, co w konsekwencji przełoży się prawdopodobnie na spadek wolumenów inwestycyjnych.

Konflikt w Ukrainie przyniósł destabilizację całej Europie. Turbulencje, jakie zafundował nam 2022 rok powodują, że inwestorzy na wszystkich europejskich rynkach liczyć się muszą z rosnącymi kosztami finansowania oraz budowy inwestycji, a także zmiennym poziomem popytu oraz spadkiem dostępności aktywów inwestycyjnych.

Wyhamowanie w mieszkaniówce

Po wyhamowaniu tempa produkcji w sektorze biurowym w naszym kraju, przyszła kolej na rynek mieszkaniowy. Największą ilość wstrzymywanych projektów w Polsce możemy obserwować dziś w segmencie mieszkaniowym, czego bezpośrednią przyczyną jest zamrożenie akcji kredytowych dla osób indywidualnych. Część firm deweloperskich zwolniła już bieg. Deweloperzy zmieniają plany, odkładają budowy lub po prostu sprzedają grunty z gotowymi pozwoleniami na budowę.

Poza spadkiem popytu na mieszkania i skokiem kosztów budowy, ogromne wyzwanie stanowi teraz również pozyskiwanie kapitału na realizację inwestycji oraz jego koszt. To wszystko zwiastuje nieuchronne załamanie koniunktury w mieszkaniówce i transformację sektora w kierunku wynajmu instytucjonalnego, który na naszym rynku jest segmentem o największym obecnie potencjale wzrostu. Nie spodziewałbym się jednak, że będzie to szybki proces i że zaowocuje spektakularnymi spadkami cen mieszkań.

Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner, CEO w Walter Herz

Drożyzna materiałów budowlanych zwalnia. Pytanie, czy już na dobre?

Od wiosennej górki dynamiki cen materiałów budowlanych na rekordowym  średnim poziomie 34 proc. licząc rok do roku, we wrześniu tempo drożyzny spadło już do 22 proc., czyli o ponad jedną trzecią. Oznacza to utrzymywanie się procesu hamowania parametrów uciążliwej dla budowlanki materiałowej hossy już czwarty miesiąc z rzędu. Pytanie, czy taką sytuację możną już zakwalifikować jako wiarygodny sygnał powracania rynku do względnej normalności.

Rekordowy poziom dynamiki cen materiałów budowlanych rzędu 34 proc. rok do roku w tegorocznym kwietniu i maju, we wrześniu stopniał do 22 proc. Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl oznacza to, że w relacji miesiąc do miesiąca większość pozycji z grup towarowych PSB z wolna tanieje już kolejny miesiąc z rzędu lub pozostaje na stałym poziomie cenowym. Dwunastopunktowa czteromiesięczna zniżka dynamiki oznacza już istotną korektę średniego tempa drożyzny liczonej rok do roku, pytanie jednak, czy to już stały trend.Wyk. 1 - Dynamika cen materiałów budowlanych

Tymczasem odczyt dynamiki cen materiałów budowlanych z września autorstwa Grupy PSB przynosi utrwalenie tendencji zakomunikowanych w sierpniu. W dalszym ciągu jedyną pozycją taniejącą, tym razem już o 26 proc. w relacji rdr, pozostają płyty OSB i drewno. I pomyśleć, że jeszcze w grudniu ub. roku ta grupa towarowa była niekwestionowanym liderem wzrostów cen materiałów z wynikiem 63 proc. rdr.

Tym sposobem płyty OSB zamieniły się miejscami z cementem, który pod koniec ub. roku drożał o zaledwie 7 proc. rdr, plasując się na samym dole klasyfikacji wzrostów cen materiałów budowlanych. Obecnie cement i wapno z wynikiem 40 proc. rocznej zwyżki zajmują najwyższe miejsce na podium materiałowej drożyzny.Tab.1 - Dynamika wzrostów cen materiałów budowlanych

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl tego typu sytuacja może zapowiadać pojawienie się kolejnych niespodzianek w notowaniach cenowych innych grup towarowych. Po pęknięciu bańki cenowej na płytach OSB i drewnie, być może podobne rozstrzygnięcia zobaczymy w przypadku innych pozycji z katalogu materiałów budowlanych.

Notowania giełd surowcowych wyraźnie sugerują wyraźne wyczerpanie potencjału wzrostowego najważniejszych dla budowlanki pozycji ze stalą, miedzią czy tarcicą na czele. Z kolei surowce energetyczne bardziej skłaniają się ku stabilizacji cenowej niż kolejnym falom wzrostowym. A właśnie ceny energii i ich wpływ na produkcję materiałów budowlanych już w bezpośredniej perspektywie, to aktualnie największa rynkowa niewiadoma.

Jest wielce prawdopodobne, że obserwowane słabnięcie wzrostowej dynamiki cen materiałów budowlanych ma bezpośredni związek z sytuacją na pierwotnym rynku mieszkaniowym, na którym załamanie sprzedaży nowych mieszkań skutkuje coraz bardziej drastycznym ograniczeniem aktywności inwestycyjnej firm deweloperskich. Jak mianowicie zakomunikował GUS w swojej najnowszej informacji sygnalnej budownictwa mieszkaniowego, deweloperzy w sierpniu ruszyli z budową zaledwie 5,2 tys. lokali. Jest to zaskakująco słaby wynik, wyraźnie gorszy nawet od statystyk miesięcy lockdownu z 2020 roku, i nienotowany od kilkunastu lat.

Tymczasem w najnowszej historii ceny materiałów budowlanych w Polsce były skorelowane w pierwszym rzędzie z parametrami segmentu inwestycyjnego rynku mieszkaniowego, publikowanymi co miesiąc przez GUS. Rosnące wolumeny nowych budów mieszkaniowych oraz pozwoleń na budowę napędzały rynek materiałów budowlanych i ich ceny, i vice versa. Jeżeli tego typu teza jest prawdziwa, oznaczałoby to po pierwsze zwrot rynków ku normalności, po drugie natomiast dalsze stopniowe wytracanie impetu drożyzny materiałów budowlanych w kraju.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Firmy chcą być postrzegane jako odpowiedzialnie, ale w swoich działaniach są niewiarygodne

Choć firmy coraz częściej mówią o swoim zaangażowaniu w odpowiedzialny biznes, to wyniki badania ARC Rynek i Opinia wskazują, że zdaniem dużej części konsumentów nie jest to zaangażowanie wystarczające. Dotyczy to zarówno tych przedsiębiorstw, które mogą pochwalić się konkretnymi rozwiązaniami z tego zakresu, jak i tych, które do tej pory nie angażowały się w zrównoważony biznes.

Aż 46 proc. zbadanych przez ARC Rynek i Opinia[1] konsumentów twierdzi, że firmy niewystarczająco angażują się w działania społeczne i środowiskowe, a aż 38 proc. nie wierzy w ich dobre intencje. Konsumenci dobrze przyglądają się markom. Ponad połowa z nich przyznaje, że zdarzyło im się zrezygnować z produktu czy usługi, bo firma nie zareagowała na poważny problem społeczny. Taka postawa jest zdecydowanie bardziej charakterystyczna dla osób z młodszych grup wiekowych: od 18 do 24 lat (46 proc.) oraz od 25 do 34 lat (48 proc.).

Warto też zaznaczyć, że aż 39 proc. respondentów wybrało kiedyś usługę czy produkt ze względu na zaangażowanie społeczne marki.

– Firmy chcą być postrzegane jako odpowiedzialnie i zaangażowane społecznie. Jednak wyniki badania omnibusowego pokazują, że albo nieumiejętnie komunikują to, co robią, albo są w swoich działaniach niewiarygodne – komentuje Rafał Grzeszkowski, Dyrektor Kreatywny, Partner Communication Unlimited.

Czego oczekuje konsument

Prezentowane statystyki to wstęp do badania „Dobry Biznes”, wspólnego projektu agencji Communication Unlimited oraz firmy badawczej ARC Rynek i Opinia. Jego wyniki będą przedstawione w styczniu 2023 roku w specjalnym raporcie, który uwzględniać będzie opinie konsumentów, przedstawicieli biznesu oraz ekspertów  (przedstawicieli organizacji, NGO, dziennikarzy, naukowców). Patronat nad badaniem objęła niezależna organizacja Superbrands Polska.

Połączenie perspektywy konsumentów, przedstawicieli firm i ekspertów pozwoli na szerokie spojrzenie na kwestie zaangażowania poszczególnych marek. Raport odpowie na wiele nurtujących pytań, jak np. jakie marki w swojej kategorii są najsilniej kojarzone z działaniami z zakresu zrównoważonego wzrostu, jakie działania są najbardziej oczekiwane przez konsumentów poszczególnych kategorii produktów czy jakie konkretne działania ESG są najbardziej znane i doceniane przez ekspertów oraz liderów opinii – mówi Grzegorz Sygnowski, Senior Project Manager ARC Rynek i Opinia.

Czym jest dobry biznes

O społecznym zaangażowaniu firm mówi się najczęściej w kontekście działań ESG (Environmental, Social and Corporate Governance) i konieczności ich raportowania przez firmy.

– My chcemy mówić o dobrym biznesie firm, w rozumieniu nie finansowym, ale społecznym. Dobry biznes to coś więcej niż działania ESG czy CSR. Dobry Biznes jest naturalną konsekwencją działalności firm, poważnego i odpowiedzialnego myślenia o produktach, usługach,  klientach, pracownikach i interesariuszach. Wspiera budowanie firmy i jej reputację, o ile wsparty jest odpowiednimi działaniami komunikacyjnymi. Tylko takie podejście będzie skutecznie budować wiarygodność marki w oczach wszystkich grup interesariuszy – mówi Rafał Grzeszkowski.

Największym wyzwaniem, jakie stoi dziś przed autorami strategii biznesowej, jest łączenie kwestii ekonomicznych z odpowiedzialnym biznesem. Budowanie zaufania i reputacji swojej marki poprzez rozwijanie dialogu z klientami, społecznościami, inwestorami. Firmy postrzegane jako liderzy Dobrego Biznesu mają silniejszą pozycję przetargową, jeśli chodzi o pozyskiwanie inwestycji, inicjowanie nowych działań, wejście na nowe rynki.

W dzisiejszych czasach nie wystarczy świetny produkt. W rywalizacji o serca konsumentów i partnerów biznesowych wygrywają te brandy, które wspierają ważne wartości. Dziś marketing potrzebuje autentyczności i docenienia sensu robienia „dobrego biznesu”. To nie jest pomysł na kampanię marketingową, to powód, dlaczego ludzie wybierają pracę w danej firmie, kupują jej produkty i prowadzą z nią interesy – mówi Nina Kowalewska-Motlik, Prezeska Zarządu New Communications, partnera Superbrands w Polsce.

Badanie „Dobry Biznes” będzie realizowane w ostatnim kwartale 2022 i powtarzane co roku (jeden pomiar rocznie). Marki (firmy), które wezmą udział w badaniu, będą mogły wykorzystywać jego wyniki w swojej komunikacji marketingowej i PR.

Badanie „Dobry Biznes” zostanie przeprowadzone wśród trzech grup:

  • konsumenci (18-65 lat) – próba 3000 osób, metoda CAWI
  • eksperci (przedstawiciele organizacji, NGO, dziennikarze, pracownicy uczelni) – próba 50 osób, metoda CATI
  • biznes (B2B) – firmy, metoda IDI

O przytoczonym badaniu

Wyniki przytoczone w niniejszej informacji prasowej pochodzą z badania omnibusowego zrealizowanego
w czerwcu 2022 metodą CAWI (badania online) na panelu internetowym ePanel.pl (N=1021). Próba reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości zamieszkania, wykształcenia oraz regionu GUS próba populacji Polaków w wieku 18-65 lat.

[1] Badanie Omnibus ARC Rynek i Opinia (maj 2022)

Inflacja znów rośnie. Jest szansa na osłabienie dolara

Ledwo zdążyliśmy zmartwić się tym, że inflacja w Polsce osiągnęła poziom Czech, a już Czesi w tym niechlubnym wyścigu nam uciekają. Nasza rywalizacja została jednak dostrzeżona przez Węgrów, których wskaźnik wzrostu cen wzrósł o 4,5 punktu procentowego w ciągu miesiąca.

Eksplozja inflacji na Węgrzech

Większość analityków spodziewała się, że inflacja na Węgrzech przyspieszy. Przewidywano duży wzrost, bo z 15,6% na 19,4%. Faktycznie, okazało się, że odczyt wyniósł 20,1%. Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalnie dużo. Jest to jednak dopiero 4. wynik w Unii Europejskiej. Wyższe rezultaty pokazują wszystkie państwa nadbałtyckie na północny-wschód od Polski. Należy pamiętać, że Węgry zakończyły na razie cykl podwyżek stóp procentowych. Doszły one on do imponujących wartości 13%, ale równie imponujący, był poziom amortyzowania tego procesu dla społeczeństwa. W rezultacie efekt mizerny. To właśnie dlatego, rynki zinterpretowały te dane jako niekorzystne dla forinta. Nie można się zatem dziwić, że euro jest znów najsilniejsze względem forinta w historii.

Czesi również pod presją

Praga to kolejna stolica, gdzie mają problem ze wzrostem cen. Naszym południowym sąsiadom wydawało się, że cykl podwyżek stóp procentowych dobiegł już końca i teraz trzeba już tylko czekać na efekty. Okazuje się, że może wcale tak być nie musi. Skok z 17,2% na 18% nie jest tak bolesny, jak na Węgrzech, ale z pewnością daje do myślenia. Tym bardziej, że miesiąc temu, Czesi zanotowali spadek inflacji. Teraz kolejne maksimum od początku lat 90-tych nie może cieszyć. Należy oczywiście pamiętać, że kredyty na stałą stopę procentową były w Czechach znacznie popularniejsze niż w Polsce, stąd wpływ podwyżek jest niższy.

Co w USA?

W nadchodzących dniach poznamy dwa ważne odczyty z USA. Dzisiaj będzie to wzrost cen producentów (PPI). Jutro, wzrost cen konsumentów (CPI). To właśnie od inflacji, zarówno producenckiej, jak i konsumenckiej, bardzo mocno będzie zależeć listopadowa decyzja w sprawie stóp procentowych. Obecnie rynki wyraźnie wskazują na podwyżkę o imponujące 0,75%. Gdyby inflacja spowolniła, możliwy jest scenariusz podwyżki o 0,5%. W tym scenariuszu byłby to sygnał, sugerujący osłabienie dolara. Moglibyśmy wówczas ponownie obserwować powrót dolara w okolice euro. Miałoby to również prawdopodobnie pozytywny wpływ na złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja producencka,
20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

W 2023 roku wzrosną limity podatkowe

Kurs euro w pierwszy dzień roboczy października 2022 r. (3. dnia miesiąca), wyniósł 4,8272 zł. W 2021 r. 1 października wartość euro była niższa – 4,5941 zł. Oznacza to, że w 2023 roku wzrosną limity podatkowe. 

Tzw. limity podatkowe określają górną granicę kwot, po przekroczeniu których firmy tracą pewne przywileje – np. możliwość kwartalnego opłacania podatku lub rozliczania według uproszczonej księgowości. Dlatego też przedsiębiorcy powinni uważnie monitorować swoje przychody, ponieważ przekroczenie limitów może przynieść ze sobą negatywne skutki.

Ryczałt od przychodów ewidencjonowanych

Przy stosowaniu tej formy opodatkowania obowiązuje limit przychodów z roku poprzedniego. Dlatego jest to rozwiązanie przeznaczone dla przedsiębiorców, którzy kontynuują prowadzenie działalności.

Limit podatkowy dla ryczałtu wynosi 2 mln euro. Podatnicy, którzy w 2023 roku będą chcieli nadal rozliczać się w ten sposób, mogą to zrobić jeśli ich przychód w 2022 r. nie przekroczy 9 654 400 zł. W przypadku spółek jawnych i cywilnych do limitu wlicza się przychód wszystkich wspólników.

Podatnicy rozliczający się ryczałtem mogą też opłacać należny podatek kwartalnie. W tym przypadku obowiązuje limit przychodów osiąganych w kwartale – 250 tys. euro, czyli 965 440 zł.

W przypadku ryczałtowców pilnowanie limitów jest o tyle ważne, że w przypadku przekroczenia ich automatycznie przechodzą na rozliczenie według skali podatkowej, która jest progresywna, a drugi próg wynosi aż 32%. Dlatego przedsiębiorca, który zapomni o weryfikacji przychodów po roku podatkowym, może wpaść w pułapkę drugiego progu. Widząc, że osiągnięty przychód przekroczył limit dla ryczałtu, powinien zdecydować się na przejście na podatek liniowy w wysokości 19% i złożyć samodzielnie odpowiednie oświadczenie.

Kwartalne opłacanie podatku VAT

Podatek może być opłacany kwartalnie tylko przez przedsiębiorców posiadających status tzw. małego podatnika, który określany jest limitem przychodów z poprzedniego roku. Obecnie limit ten wynosi 1,2 mln euro, czyli 5 793 000 zł. Co istotne: z kwartalnego opłacania VAT-u można skorzystać dopiero po 12 miesiącach od dnia rejestracji do VAT.

Obecnie planowane są zmiany w zasadach rozliczania VAT w ramach tzw. pakietu SLIM VAT 3. Propozycje zakładają zwiększenie limitu przychodu dla przedsiębiorców ze statusem małego podatnika z 1,2 mln do 2 mln euro, czyli z niecałych 6 mln do 9 654 000 zł.

Podatnicy rozliczający się według uproszczonej księgowości po przekroczeniu progu przychodów w wysokości 2 mln euro muszą przejść na pełne księgi. Dotyczy to osób fizycznych prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze oraz wspólników spółek cywilnych, jawnych i partnerskich. Jeśli przychód nie przekroczy w 2022 roku 9 654 000 zł, to w 2023 r. można będzie prowadzić uproszczoną księgowość.

9% stawka CIT

Stosowanie preferencyjnej stawki CIT w wysokości 9% uzależnione jest od dwóch limitów. Można jej używać, jeśli przychody brutto z roku poprzedniego nie przekraczają 2 mln euro oraz gdy przychody netto w roku podatkowym nie przekraczają 2 mln euro. Oba te warunki muszą być spełnione jednocześnie.

Pierwszą wartość już znamy: ze stawki CIT skorzystają firmy, których przychód brutto w 2022 r. nie przekroczy 9 654 000 zł. Natomiast dla stosowania stawki 9% w roku 2023 obowiązuje jeszcze limit 2 mln euro przychodów netto, liczonych po kursie z pierwszego dnia roboczego danego roku. Zatem wartość drugiego limitu na 2023 rok poznamy 2 stycznia 2023 r.

Jednorazowa amortyzacja dla małego podatnika

Status małego podatnika w podatku dochodowym umożliwia jednorazową amortyzację środków trwałych. Jednak nie oznacza to, że można dokonać jednorazowej amortyzacji każdego środka trwałego. Dotyczy to tylko tych, które zostały ujęte w klasyfikacji środków trwałych w grupach 3-6 i 8, czyli nie obejmuje np. samochód osobowych. Drugi warunek to limit wartości środka trwałego, który wynosi 50 tys. euro, a więc w 2023 r. w przeliczeniu na złotówki będzie to 241 tys.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Pranie brudnych pieniędzy – gra pozorów na coraz większą skalę

Z danych policji wynika, że w Polsce rośnie liczba wykrywanych przypadków prania brudnych pieniędzy. Pomiędzy 2017 a 2020 rokiem odnotowano 65% wzrost liczby wszczętych postępowań dotyczących tego przestępstwa, a liczba stwierdzanych przypadków wzrosła w tym samym czasie o prawie 75%. I choć wolumenowo nie są to zatrważające wartości, to na przestrzeni lat widać wyraźną tendencję wzrostową.

W 2020 roku stwierdzono w Polsce 638 przypadków prania brudnych pieniędzy, czyli wpuszczania do obiegu gospodarczego dochodów pochodzących z działalności przestępczej w celu nadania im „legalnego” charakteru. W 2017 roku było 365 takich przypadków.

Niepokojąca dynamika wzrostu dotyczy ogółu przestępstw określanych jako gospodarcze, czyli zorganizowanej przestępczości dotyczącej VAT-u, oszustw na portalach aukcyjnych czy podrabiania markowych produktów.

Jednocześnie ubiegłoroczny Bazylejski Indeks AML, niezależny raport oceniający ryzyko prania pieniędzy i finansowania terroryzmu (ML/TF) na całym świecie, wskazuje na średni globalny wzrost ryzyka prania pieniędzy w 110 ocenianych jurysdykcjach, pomimo zintensyfikowanych działań legislacyjnych zmierzających do zapobiegania temu procederowi. Przestępcy zdają się być o krok przed regulatorami.

Fazy prania brudnych pieniędzy

Proces wprowadzenia brudnych pieniędzy do systemu bankowego oraz do legalnego obrotu finansowego zazwyczaj dzieli się na 3 fazy. Mowa tu o: lokowaniu, maskowaniu i integrowaniu. Co istotne nierzadko poprzedza je faza zmiany miejsca ulokowania środków. Przykładem takiego działania może być transfer kapitału między krajami, przemyt, inwestycja w złoto, biżuterię, a w dalszej kolejności przewiezienie dóbr i upłynnienie ich w innym państwie. Na etapie lokowania wykorzystuje się metody umożliwiające obejście kontroli bankowych, m.in.:

  • structuring, czyli dzielenie wpłat (fikcyjne osoby dokonują niewielkich wpłat poniżej progu rejestracji),
  • smurfing, czyli rozdrabnianie wpłat (wiele podstawionych osób dokonuje małych wpłat),
  • refining, wymiana banknotów (polega na wymianie walut o wartościach, które nie podlegają obowiązkowi rejestracji, przez osoby podstawione)
  • blending, polega na mieszaniu pieniędzy czystych i brudnych – (np. myjnie, restauracje albo kasyna).

Layering czyli maskowanie

Maskowanie jest działaniem polegającym na zatarciu wszelkich możliwych śladów, które mogą prowadzić do prawdziwego źródła kapitału. W tej fazie dokonywanych jest wile przelewów pieniężnych do różnych banków poprzez elektroniczne systemy przekazywania środków. Wtedy też występuje handel dobrami ekskluzywnymi, takimi jak kamienie szlachetne, czy złoto.

Integration czyli integracja

Celem tej fazy jest przywrócenie wypranych środków do systemu gospodarczego. Środki mają już pozory legalności, o czym świadczyć mają dowody takie jak wydane dokumenty bankowe czy dokumenty z organizacji gospodarczych. Na tym etapie wykorzystywane są m.in. fikcyjne sprzedaże, restauracje jak również smurfing.

Gdzie przestępcy najchętniej „piorą pieniądze” ?

Do prania brudnych pieniędzy przestępcy najchętniej wykorzystują przedsiębiorstwa usługowe, takie jak myjnie, pralnie, hotele, siłownie czy restauracje. Tego rodzaju punkty są o tyle użyteczne z punktu widzenia grup przestępczych, że trudno jest określić w ich przypadku istotę przepływów transakcji.

Jednak wraz z rozwojem technologii i elektronicznych form płatności przestępcy przenoszą tzw. pralnie do świata cyfrowego. Z danych Krajowej Oceny Ryzyka Prania Pieniędzy Oraz Finansowania Terroryzmu opublikowanych przez Ministerstwo Finansów w 2019 roku wynika, że najbardziej podatne na wykorzystanie w celu prania brudnych pieniędzy są elektroniczne usługi płatnicze oferowane przez poza bankowe podmioty. W tym scenariuszu dochodzi do transferu środków pochodzących z nielegalnych źródeł za pośrednictwem dostawców internetowych, w tym nieformalnych systemów do transferu pieniędzy. Do obarczonych wysokim prawdopodobieństwem zaangażowania nielegalnych środków należą też bezgotówkowa wymiana walut, połączona z transferem środków, czy handel kryptowalutami. Skalę zjawiska obrazuje raport firmy Chainalysis z 2021 r. zajmującej się analizą blockchain, którego autorzy stwierdzają, że z szacowanych na 21,4 mld USD transakcji kryptowalutowych w 2019 r. działalność przestępcza stanowiła około 2,1 proc. (450 mln USD).

Trendy w walce z przestępczością prania pieniędzy

Na przeciwdziałanie praniu brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu (AML/CFT) przeznaczane są ogromne środki. Co roku na ten cel wydawanych jest od 715 mld do 1,87 bln euro na całym świecie. Takie kwoty nie dziwią biorąc pod uwagę skalę zjawiska. Transakcje finansowe związane z handlem w latach 2006 – 2015 w blisko 150 krajach rozwijających się aż w 27% były pozornie związane z bezprawnym finansowaniem. Ponadto w około 45% z nich doszło do przekazania środków finansowych do zagranicznych instytucji związanych z obrotem gotówkowym, co jest symptomatyczne dla mechanizmu prania pieniędzy. Z tego względu kraje świata próbują systematycznie nowelizować swoje przepisy w sposób adekwatny do istniejącego zagrożenia i nadążać za rozwiązaniami, które otwierają wciąż nowe możliwości przerzucania środków z nielegalnych źródeł.

Przykładowo Stany Zjednoczone w kwestii przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy wyróżniają dwa zakresy: działanie środków prewencyjnych (preventive or regulatory measures) oraz działanie prawa karnego (criminal measures). Ciekawy jest fakt, że początkowo prawo nakazywało rejestrowanie wszelkich transakcji pieniężnych powyżej 5 tys. dolarów. Z uwagi na zbyt dużą liczbę zgłaszanych transakcji próg ten został zwiększony do 10 tys. dolarów. USA jest ewenementem wśród krajów świata, gdyż jako jeden z niewielu wymaga zgłaszania wszelkich transakcji gotówkowych powyżej wskazanej ustawowej granicy. Warto podkreślić, że Stany Zjednoczone kwestię prania pieniędzy spenalizowały dość wcześnie, gdyż już w połowie lat 80 – od obowiązywania ustawy o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy (The Money Laundering Control Act).

Nasz zachodni sąsiad wprowadził szereg ciekawych rozwiązań legislacyjnych pozwalających skuteczniej wykrywać i przeciwdziałać przestępstwom prania pieniędzy i finansowaniu terroryzmu – m.in karalność nawet prób prania pieniędzy. Jednocześnie StGB (Strafgesetzbuch – niemiecki kodeks karny) przewiduje też zwolnienie z kary jeśli przestępca dobrowolnie zgłosi proceder właściwym organom. Warunkiem jest jednak, że w momencie zgłoszenia organy nie miały o nim wiedzy.

W Indiach z kolei ustawa o zapobieganiu praniu pieniędzy przewiduje konfiskatę mienia, które zrodziło się z takiego procederu lub było zaangażowane w taki mechanizm.

Polskie przepisy

W Polskim prawie penalizacja tego zjawiska nastąpiła stosunkowo późno, bo dopiero na mocy ustawy z 12.10.1994 r. o ochronie obrotu gospodarczego i zmianie niektórych przepisów prawa karnego (Dz.U. Nr 126, poz. 615). Obecnie art. 299 KK chroni dobro w postaci legalnego pochodzenia środków pieniężnych i innych wartości majątkowych. Penalizuje on wprowadzanie do obrotu gospodarczego środków pochodzących z przestępstwa. Przedmiotem przestępstwa prania brudnych pieniędzy są środki płatnicze, instrumenty finansowe, papiery wartościowe, wartości dewizowe, prawa majątkowe lub inne mienie ruchome, lub nieruchomości. Co istotne znamię „korzyści związanych z popełnieniem czynu zabronionego” musi być udowodnione w postępowaniu karnym w taki sam sposób jak wszystkie pozostałe znamiona przestępstwa stypizowanego w art. 299 § 1 KK.” (R. A. Stefański (red.), Kodeks karny. Komentarz. Wyd. 4, Warszawa 2018).

Przestępstwo określone w § 1 ma charakter powszechny, zatem może zostać popełnione przez każdego. Natomiast w przypadku § 2, sprawcą może być wyłącznie pracownik lub osoba działająca w imieniu lub na rzecz banku, instytucji finansowej lub kredytowej, lub innego podmiotu, na którym na podstawie przepisów prawa ciąży obowiązek rejestracji transakcji i osób dokonujących transakcji. Ważne jest również to, że przestępstwem jest już samo przygotowanie do czynów określonych w § 1 i 2 art. 299 KK.

Jednocześnie ustawodawca uznał tu za obligatoryjne orzeczenie przepadku przedmiotów pochodzących bezpośrednio, albo pośrednio z przestępstwa, a także przepadek korzyści z tego przestępstwa, ewentualnie ich równowartości.

Podsumowanie

Pranie brudnych pieniędzy to problem globalny. Słabość prewencji, procedur i egzekucji prawa w jednym miejscu na świecie powoduje, że automatycznie staje się ono przyczółkiem przestępców i miejscem tworzenia anonimowych struktur umożliwiających pranie brudnych pieniędzy z całego świata. Te same konsekwencje i ryzyka niesie bezgotówkowy przepływ środków, którego nie ograniczają przecież państwowe granice i regulacje pojedynczych krajów. Dlatego rozwiązania i procesy przeciwdziałania tego rodzaju przestępczości muszą być projektowane także na globalną skalę.

Autor: Robert Nogacki, partner zarządzający, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizująca się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Co piąty konsument z Polski zrezygnował z danej marki ze względu na jej nieetyczne lub antyspołeczne działanie

Sustainable Brands Poland oraz Ipsos przeprowadzili badanie na reprezentatywnej grupie polskich konsumentów w wieku 16-74. Podstawowym celem była diagnoza stanu świadomości polskich konsumentów w obszarze zrównoważonego rozwoju oraz związanych z nim wartości i zachowań – ze szczególnym naciskiem na spójność między deklarowanymi intencjami a realnymi działaniami. Podstawowe wnioski wskazują, że aż co piąty konsument w Polsce odwrócił się od firmy lub brandu za nieetyczne lub antyspołeczne zachowanie, a jednocześnie aż 68% z nas uważa, że posiada realny wpływ na działanie brandów.

Zrównoważony rozwój to nie tylko kwestie związane z ekologią, czy społeczną odpowiedzialnością biznesu. To również więcej, niż rekompensowanie szkód wywołanych przez działanie biznesu. To przede wszystkim sposób odpowiedzialnego działania brandów we wszystkich obszarach wpływających na ich funkcjonowanie jako organizacji. Dotyczy to produktów końcowych w szerokim spektrum – od produkcji i łańcucha dostaw, przez podejście do kwestii społecznych i pracowniczych, po same produkty i usługi, będące emanacją wartości marek i podążających za nimi konsumentów.

Platforma Sustainable Brands funkcjonuje już w 20 krajach, jednocząc największe brandy, które chcą dzielić się wiedzą lub czerpać wiedzę z zakresu zrównoważonej transformacji marki. W Polsce organizacja zaczęła swoją działalność, a pierwszym przedsięwzięciem będzie zalożycielska konferencja Shaping Behaviors for Impact ’22, na której przedstawione zostaną główne wnioski z badania Socio-Cultural Trend Tracker 2022 z Ipsos oraz odbędą się panele dyskusyjne z CEO i CMO m.in. Microsoft, Orange, Veolia, a także pokazane zostaną case study – Siemens oraz Clovin.

– Sustainable Brands dysponuje całą paletą autorskich rozwiązań audytorskich i narzędzi wspomagających zrównoważoną transformację brandów i ich wpływ na zmianę zachowań i postaw konsumentów. Nasza globalna platforma opiera się również na wiedzy firm, zgromadzonych w unikalnej w swojej skali i misji wspólnocie światowych oraz lokalnych marek. Naszą ambicją jest stać się dla nich partnerem i think-tankiem wspierającym ich w podróży transformacyjnej, również w regionie CEE – mówi Tomasz Pawlikowski, współzałożyciel Sustainable Brands Poland.

Badanie Socio-Cultural Trend Tracker 2022 zostało przeprowadzone na reprezentatywnej grupie 2 001 polskich konsumentów, w wieku 16-74. Głównym celem było sprawdzenie gotowości konsumentów do podjęcia działań w obszarze 9 Zachowań Zrównoważonego Stylu Życia, zdefiniowanych przez Brands For Good (link: https://sbbrandsforgood.pl/9-kluczowych-zachowan-zrownowazonego-stylu-zycia). Dodatkowo, zebrano także ocenę zrównoważonych działań wśród 214 największych Brandów z 15 sektorów: sklepy budowlane i wyposażeniowe, higiena osobista, kosmetyki, bankowość, finanse i ubezpieczenia, telekomunikacja, sklepy online, napoje, napoje alkoholowe, sklepy odzieżowe, energia i paliwa, elektronika, medycyna bez recepty, produkty tytoniowe, przekąski, żywność.

– Bardzo cenimy sobie współpracę z Sustainable Brands i cieszymy się, że Polska dołącza do listy krajów, w których wspólnie realizujemy badanie Socio-Cultural Trend Tracker. Jego metodologia wyróżnia się na tle wielu innych badań dotyczących zrównoważonego rozwoju, co najmniej na kilka sposobów. Po pierwsze, definiujemy obszar sustainability szeroko, uwzględniając w nim również kwestie społeczne, np. te związane z równością płci albo przejawami społeczeństwa obywatelskiego. Inne badania nierzadko zawężają zrównoważony rozwój do kwestii ekologicznych – które są oczywiście bardzo ważne, ale bynajmniej nie wyczerpują tematu. Po drugie, ta szeroka perspektywa została przełożona na model 9 Zachowań Zrównoważonego Stylu Życia, które stanowią analityczny szkielet naszego raportu i pozwalają na formułowanie klarownych, konkretnych wniosków. Po trzecie, zrównoważone zachowania badamy nie tylko poprzez ogólne deklaracje zgody lub niezgody na nie, ale również pytając o bardzo szczegółowe „mikro-akcje”, czyli codzienne zachowania – na pozór małe i nieznaczące, ale z doniosłymi konsekwencjami w skali społecznej. Po piąte wreszcie, szeroka definicja próby pozwala nam analizować sytuację nawet w takich podgrupach jak Generacja Z czy osoby w wieku emerytalnym. Podsumowując, Ipsos realizuje globalnie wiele badań na temat zrównoważonego rozwoju i nasi eksperci są autorami licznych publikacji i wystąpień konferencyjnych na ten temat. Doskonale znając temat, gorąco polecamy raport z Socio-Cultural Trend Trackera jako lekturę świeżą i inspirującą – tłumaczy Mateusz Głowacki, Dyrektor badań ilościowych w Ipsos Poland.

Wybrane wnioski z badania Sustainable Brands i Ipsos:

  1. Jeden na pięciu konsumentów zrezygnował z marki i jej produktów za nieetyczne lub antyspołeczne działanie.
  2. Zdecydowana większość konsumentów (68%) wierzy, że ma wpływ na działania marek.
  3. Ponad 3/4 deklaruje, że pozostanie lojalna wobec marek, które pozwolą im żyć w lepszy i bardziej zrównoważony sposób
  4. Zgodnie z wynikami badania aż 97% Polaków zwraca uwagę na zrównoważony i odpowiedzialny rozwój – tyle z nas deklaruje, że przynajmniej od czasu do czasu stara się zachowywać w sposób, który chroni planetę, jej mieszkańców i zasoby.
  5. Chronić środowisko może każdy z nas i tego też oczekujemy od firm i marek. Jednak blisko 1/3 z badanych uważa, że przerasta to ich możliwości, a tylko biznes, państwo i instytucje mają ich zdaniem systemową moc sprawczą, żeby wprowadzać zmiany na lepsze.
  6. Jednym z kluczowych wniosków jest wskazanie, że w Polsce liderkami zrównoważonego rozwoju są kobiety – to one najczęściej podejmują działania związane ze zrównoważonym i odpowiedzialnym rozwojem i to one częściej deklarują, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy zamierzają takie działania podejmować i wdrażać.
  7. Dwie największe bariery w postępowaniu w sposób zrównoważony to: „Nie wiem jak zacząć” oraz „To nie jest mój priorytet”.
  8. Jednocześnie aż 61% konsumentów deklaruje ograniczenie zużycia wody oraz marnotrawstwa żywności jako działań, które podejmą w ciągu 12 miesięcy.
  9. 54% z nas planuje jeść więcej owoców, warzyw i produktów roślinnych (głównie ze względu na korzyści zdrowotne). Jednocześnie połowa z nas planuje kupować więcej trwalszych produktów, kosztem tych jednorazowych oraz kupować produkty z recyklingu.

ABB: produkcja żegna się z Chinami, ale brakuje specjalistów

Czy Chiny przestaną być fabryką świata? Wiele na to wskazuje. 7 na 10 producentów planuje przenieść swoje zakłady z powrotem do kraju macierzystego. Problem w tym, że dziś brakuje nam specjalistów, którzy są w stanie zrealizować ten proces, wynika z najnowszych badań ABB.

  • 80 proc. specjalistów z branży edukacyjnej twierdzi, że roboty i automatyzacja będą kształtować rynek pracy w ciągu najbliższych dziesięciu lat
  • Tylko jedna na cztery placówki edukacyjne wykorzystuje roboty w programach nauczania, mimo że 70 proc. firm amerykańskich i europejskich planuje inwestycje w robotykę i automatykę w ciągu najbliższych trzech lat*
  • Globalny program edukacyjny ABB, który obejmuje ponad 100 uczelni kształcących ponad 30 000 studentów rocznie, rozszerza się o nowe placówki w obszarze robotyki i automatyki

Globalne badanie ABB ujawniło rosnący trend wśród amerykańskich i europejskich przedsiębiorstw w kierunku „re-shoringu” lub „nearshoringu”, czyli przenoszenia – w większym lub mniejszym zakresie – działalności z powrotem do kraju macierzystego. Ma to zapewnić większą elastyczność w obliczu globalnych wyzwań. Jednocześnie zwrócono uwagę na znaczną lukę w edukacji w zakresie umiejętności niezbędnych dla skutecznego przeprowadzenia tych procesów.

Według badania, 74 proc. europejskich i 70 proc. amerykańskich przedsiębiorstw planuje przeniesienie lub takie przeorganizowanie działalności, aby usprawnić łańcuch dostaw w odpowiedzi na niedobory siły roboczej, potrzebę bardziej zrównoważonego rozwoju, czy też ogólny krajobraz niepewności. Większość z tych firm postrzega automatyzację jako czynnik umożliwiający te zmiany, przy czym 75 proc. ankietowanych firm europejskich i 62 proc. amerykańskich planuje inwestycje w robotykę i automatyzację w ciągu najbliższych trzech lat.

Pomimo takiego popytu na automatyzację, badanie wykazało znaczną lukę w edukacji i szkoleniach, które dostarczyłyby na rynek umiejętności niezbędnych do sprawnego poruszania się w coraz bardziej zautomatyzowanych miejscach pracy w przyszłości. 80 proc. specjalistów z branży edukacyjnej uważa, że robotyka i automatyzacja będą kształtować przyszłość zatrudnienia w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Jednocześnie tylko jedna na cztery instytucje edukacyjne wykorzystuje obecnie roboty w ramach swoich programów nauczania.

Aby pomóc w wypełnieniu tej luki, ABB realizuje obecnie ponad 100 globalnych partnerstw ze szkołami i uczelniami wyższymi. W ramach swojej oferty edukacyjnej firma dostarcza m.in. pakiety oprogramowania, w tym ABB Wizard Easy programming, RobotStudio® i RobotStudio® AR Viewer App, a także sprzęt w postaci współpracujących stanowisk zrobotyzowanych i pakietów aplikacyjnych.

Niedawno ABB rozszerzyła swój globalny program edukacyjny w zakresie robotyki i automatyki. Do programu dołączyły m.in. nowe ośrodki, w tym firmowy kampus innowacyjno-szkoleniowy w Austrii. Nowy obiekt, wraz z innymi regionalnymi centrami szkoleniowymi w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Brazylii, powiększa zaplecze szkoleniowe ABB do ponad 40 lokalizacji na całym świecie. W sumie firma każdego roku szkoli ponad 30 000 uczniów i studentów, a także praktykantów i pracowników.

Jedną ze wspomnianych lokalizacji jest Polska, gdzie ABB realizuje swoją lokalną strategię współpracy ze środowiskiem naukowym. – Badanie ABB zwraca uwagę na konieczność szerszego propagowania kierunków nauczania z zakresu robotyki i automatyzacji na każdym możliwym poziomie edukacji. W Polsce ABB od lat angażuje się w programy edukacyjne – mówi Beata Syczewska, dyrektorka Dywizji Robotyki ABB w Polsce i dodaje: – Współpracujemy z technicznymi uczelniami wyższymi organizując dla studentów tematyczne spotkania w naszym Centrum Szkoleniowym Robotyki w Warszawie. Co roku zapraszamy studentów do odbycia praktyk zawodowych w naszej firmie, gdzie każdy ma możliwość pogłębienia swojej wiedzy w praktyce, pracując nad konkretnymi projektami z zakresu robotyki.

W wielu uczelniach i szkołach technicznych na terenie kraju od lat prowadzone są programy nauczania z wykorzystaniem robotów ABB. – Studenci mają również możliwość pracy z wykorzystaniem RobotStudio, który jest najczęściej stosowanym na świecie oprogramowaniem do programowania robotów. W celach edukacyjnych dostarczamy oprogramowanie za darmo, ze wszystkimi dodatkami procesowymi, w wersji sieciowej umożliwiającej jednoczesne korzystanie 100 osobom na danej uczelni – tłumaczy Beata Syczewska.

Przedsiębiorstwa ramię w ramię z uczelniami

W raporcie powstałym na podstawie wspomnianego badania branżą, która w największym stopniu ulegnie automatyzacji, jest transport i magazynowanie. Drugie miejsce zajmuje branża przetwórcza, a trzecie budowlana. Co ciekawe, wysokie pozycje, jeśli chodzi o potencjał automatyzacji miejsc pracy zajmują branże, które mogą kojarzyć się również z wykształceniem humanistycznym – np. administracja i usługi wsparcia, administracja publiczna, czy też finanse i ubezpieczenia.

Zmiana musi nastąpić teraz – dodał Sami Atiya, dyrektor biznesu Robotyki i Automatyki Dyskretnej ABB. – Firmy zwracają się ku automatyzacji, aby zrównoważyć niedobory siły roboczej, poprawić wydajność i zwiększyć odporność na rynkową zmienność. Dlatego też pracownicy potrzebują umiejętności, aby wykorzystać automatyzację do wykonywania swoich zadań i rozszerzenia własnych ról. Przedsiębiorstwa muszą połączyć siły, współpracując z instytucjami edukacyjnymi i rządami, aby zapewnić przygotowanie społeczeństwa do pracy w przyszłości. Tylko dzięki temu możemy w pełni wykorzystać elastyczną automatyzację i możliwości trwającej reindustrializacji.

* Badanie ABB dotyczące łańcucha dostaw, 2022 r. Publikacja ta łączy wnioski z badań ABB dotyczących łańcucha dostaw i edukacji, przeprowadzonych w 2022 roku.

„Great Resignation” ważną lekcją dla pracodawców

Great Resignation” to termin określający światowy trend związany z masową rezygnacją z pracy przez pracowników. Rezygnacje te powodowane są różnymi czynnikami m.in. frustracją z powodu warunków pracy i płacy w firmach, sposobem traktowania pracowników przez pracodawców w związku z pandemią i wywołanymi nią obostrzeniami, ale również przewartościowaniem przez pracowników swojego życia oraz kariery zawodowej i podejmowanymi w związku z tym radykalnymi decyzjami o zmianach.

Termin „Great Resignation” po raz pierwszy wskazał profesor zarządzania Anthony Klotz z Texas A&M University’s Mays Business School, który już w maju 2021 roku stwierdził, że pandemia COVID-19 doprowadzi do masowych rezygnacji z pracy i zmian na rynku pracy. Profesor Klotz odnosił się wówczas do trendu na amerykańskim rynku pracy, jednak zjawisko to dotyczy całego świata w tym również Polski.

Great Resignation” jest ważną lekcją dla pracodawców. Nauczyła ona firmy, że pracownicy nie są im dani na zawsze i aby zatrzymać w organizacji talenty należy o nie dbać. mówi Barbara Grześ, ekspertka i wykładowczyni WSB Warszawa.

Ciekawe badania na skalę globalną wokół aspektów „Great Resignation”, w tym postrzegania obecnego rynku pracy przez pracowników – ich nadziei i obaw związanych z pracą – przeprowadziła w marcu 2022 roku firma PwC, tytuł raportu prezentujący wyniki przeprowadzonych badań to „Global Workforce Hopes and Fears Survey 2022”. W badaniu wzięło udział 52 195 osób pracujących lub aktywnych na rynku pracy z 44 krajów świata, w tym 18 558 osób z Europy. Próba do badania zastała zaprojektowana w taki sposób aby odzwierciedlała zakres branż, cechy demograficzne oraz kluczowe aspekty związane z charakterystyką pracy.

Przedmiotem badania były m.in. takie obszary jak zadowolenie z pracy i płacy, skłonność pracowników do zmiany pracodawcy ze względu na wiek. Twórcy badania pochylili się również nad czynnikami mającymi wpływ na zadowolenie pracowników z pracy oraz wpływie specjalistycznych umiejętności na ich poczucie pewności w pracy. Ważnym aspektem na który zwrócono uwagę w raporcie jest kwestia otwartości pracowników na pracę hybrydową i zdalną.

Skłonność do zmiany pracy uzależniona od wieku

Wielu pracodawców w chwili obecnej zastanawia się jak zatrzymać w organizacji talenty i nie dopuścić do „Great Resignation”. Jak wynika z przytoczonego wyżej badania, rekordowa liczba osób, które odeszły z pracy od początku pandemii utrzymuje się na stałym wysokim poziomie i nie słabnie. Co więcej, co piąty pracownik planuje zrezygnować z pracy jeszcze w 2022 roku. Badanie pokazuje też największą skłonność do zmiany pracodawcy wśród osób z pokolenia „Z” oraz „Millenialsów” – czyli osób w wieku od 18-41 lat – aż 50% osób z tej grupy deklaruje chęć zmiany pracodawcy w perspektywie najbliższych 12 miesięcy. Jest to krytyczna grupa i niewątpliwie ważnym zadaniem dla menedżerów jest znalezienie i zrozumienie przyczyn takich decyzji oraz szukanie skutecznych rozwiązań, które spowodują, że pracownicy Ci będą mniej skłonni do zmiany pracodawcy.

Dla porównania osoby z pokolenia „Baby Boomers”, czyli osoby które obecnie są w przedziale wiekowym 58-76 lat, przejawiają najmniejszą skłonność do zmiany pracodawcy – tylko 9% osób z tej grupy wiekowej deklaruje taką chęć, zaś wśród osób z pokolenia „X” (osoby obecnie w wieku 42-57 lat) deklaracje taką składa jedynie 15% osób.

Wyniki przywołanych badań skłaniają do refleksji, czym jest spowodowana taka różnica w podejściu osób z poszczególnych generacji. Niewątpliwe jednym z istotnych aspektów takiego stanu rzeczy może być znacznie wyższa skłonność do podejmowania ryzyka ludzi w młodym wieku, różnice wynikające z aspektów pokoleniowych, ale również postępująca rewolucja cyfrowa oraz coraz wyższe wymagania w zakresie umiejętności cyfrowych stawiane przez pracodawców, które powodują, że wiele osób z generacji X i Baby Boomers, nie nadąża za zamianami technologicznymi, ich umiejętności nie są tak wysokie w tym zakresie jak osób z pokolenia Z czy Millenialsów. Z tego też może wynikać ich mniejsza skłonność do ryzyka lub wręcz wycofania się z eksploracji rynku pracy i pozostawiania wiernym obecnemu pracodawcy. Z jednej strony pracodawcy zatrudniający takie osoby mają znacznie mniejsze ryzyko, że dotknie ich trend „Great Resignation”, z drugiej zaś strony, cyfryzacja i rewolucja technologiczna jest już stałym elementem naszej rzeczywistości, a tempo zmian w tym zakresie nie będzie zwalniać. Aby rozwijać organizację jej pracownicy muszę sprostać cyfrowym wyzwaniom, zatem ważne jest aby pracodawcy przykładali większą uwagę do wsparcia tych osób w rozwoju ich umiejętności cyfrowych i radzeniu sobie z nową technologią. Podnoszenie kompetencji cyfrowych w ramach szkoleń, warsztatów dedykowanych tym pracownikom niewątpliwie przełoży się na wartość dodaną i dla pracowników i dla organizacji.

Pieniądze nie są jedyną motywacją pracowników

Jak wynika z raportu, jednym z istotnych powodów dla których pracownicy szukają nowej pracy są oczywiście kwestie finansowe. W przedmiotowym badaniu aż 71 % badanych osób wskazało, że bardzo ważnym czynnikiem jest dla nich godziwe wynagrodzenie za wykonaną pracę. Biorąc pod uwagę rosnące koszty życia i galopującą inflację, aspekt ten z dnia na dzień nabiera coraz większego znaczenia. Oczekiwania pracowników związane z poziomem ich wynagrodzenia rosną i pracodawcy nie mogą pozostawać obojętni na te kwestie. Nie oznacza to oczywiście, że pracodawcy mają w nieskończoność podnosić wynagrodzenia pracownikom. Niewątpliwie działy HR powinny na bieżąco śledzić sytuację na rynku pracy jak również dbać aby stanowiska pracy w ich organizacjach były właściwie zwartościowane. Jednocześnie pamiętać należy, że aspekt finansowy, choć wskazywany przez znakomitą większość jako jeden z najbardziej istotnych, nie jest jedynym czynnikiem, który skłania pracowników do podjęcia decyzji o pozostaniu w organizacji lub odejściu z niej. Czynników o które pracodawca może zadbać, a które nie są związane z aspektem finansowy, jest znacznie więcej.

Badanie „Global Workforce Hopes and Fears Survey 2022”wykazało, że aż 69% badanych jako istotny aspekt wskazało spełnienie zawodowe, a dla 66% osób bardzo ważna jest możliwość bycia sobą w pracy. Niewiele mniej bo 60% badanych jako istotny czynnik determinujący ich zadowolenie w pracy uznaje wsparcie swojego zespołu w utrzymaniu dobrego samopoczucia oraz możliwość wykazania się innowacyjnością i kreatywnością w pracy.

Czynniki te nie mają bezpośredniego związku z finansowym zaangażowaniem pracodawcy – wymagają one jednak czysto ludzkiego zaangażowania ze strony zarówno zarządu, menedżerów i liderów liniowych i członków zespołów. To czynniki które wynikają przede wszystkim z poziomu i jakości przywództwa w organizacji, budowania atmosfery pracy opartej na otwartości, transparentności, wzajemnym szacunku i zaufaniu do członków zespołu.

Nie bez znaczenia dla pracowników jest również elastyczność pracy – rozumiana jako możliwość wyboru kiedy i gdzie będą wykonywać pracę – blisko 47% badanych osób właśnie te elementy wskazało jako istotne. Jednocześnie spośród grupy osób, które potwierdziły, że ich praca może być wykonywana zdalnie, aż 63% badanych preferuje rozwiązanie hybrydowe – czyli połączenie pracy wykonywanej w biurze i pracy zdalnej, zaś 26% preferuje wyłączanie pracę zdalną. Jednie 11% badanych wskazało, że preferowaną formą pracy jest praca wyłącznie z biura, bez opcji świadczenia pracy zdalnie.

Zmiany, zmiany, zmiany

Rynek pracy się zmienił – oczekiwania pracowników dzisiaj zdecydowanie odbiegają do oczekiwań jakie te same osoby miały jeszcze dwa lata temu. Bez wątpienia głównym katalizatorem tych zmian była pandemia COVID-19, która przyczyniła się również do tego, że pracownicy znacznie większą wagę przykładają do komfortu pracy, kwestii spełnienia zawodowego, sfery wellbeing, swobody i niezależności, możliwości lepszego łączenia pracy zawodowej z życiem osobistym.

Pandemia i związany z nią rozkwit pracy zdalnej, dała pracownikom również możliwość innego spojrzenia na możliwości jakie mają w zakresie poszukiwania pracy. Dynamiczny rozwój nowych technologii, platformy do pracy zdalnej i hybrydowej powodują, że rynek pracy nie jest ograniczony wyłącznie do danego miasta, województwa czy kraju. Pracownicy mogą poszukiwać pracy na całym świecie. Co więcej, dzisiaj już nic nie stoi na przeszkodzie aby wykonywać swoją pracę z najdalszych zakątków świata, świadcząc ją dla organizacji rozporoszonych po całym globie – łącząc spełnienie zawodowe, życie osobiste i realizację marzeń.

Organizacje, które nie są w gotowe na to aby szybko dostosować się do nowych realiów i oczekiwań pracowników będą mierzyć się jeszcze długo z trendem „Great Resignation”. Te zaś organizacje, które odrobiły lekcje, rozumieją zachodzące na rynku zmiany i fakt, że są one nieodwracalne, nie tylko zatrzymają talenty wewnątrz organizacji, ale również przyciągną do siebie nowe, przekładając to na rozwój organizacji i pracowników.

Trend „Great Resignation” niewątpliwie będzie się utrzymywał w dłuższej perspektywie. Chociaż z pozoru trend ten sprzyja pracownikom, to w mojej ocenie ma również pozytywny wpływ na kształtowanie się właściwych postaw po stronie pracodawców. Jestem przekonana, że w istotnej mierze wpłynie on na ich większą uważność i otwartość na potrzeby i oczekiwania pracowników, przywiązywanie większej wagi zarówno do aspektów właściwego wartościowania stanowisk pracy i godziwego wynagradzania za pracę, ale również, a może przede wszystkim, przyłożenia większej wagi do aspektów pozafinansowych, które razem wzięte – jak zostało to wykazane z przytoczonych badaniach – odgrywają kluczową rolę i mają istotne znaczenie dla pracowników.

Reasumując, można niewątpliwie wskazać, że utrzymujący się obecnie na świecie trend związany z masową rezygnacją z pracy przez pracowników ma sporo negatywnych skutków dla pracodawców, którzy muszą mierzyć się dużą rotacją pracowników i ciągłą presją na aspekty płacowe. Jednak według mnie w dłuższej perspektywie jest w tym znacznie więcej pozytywów dla wszystkich uczestników rynku pracy – tak pracodawców jak i pracowników.

Niesłabnący trend „Great Resignation” przełoży się na równie silny tren „Great Attention & Care” jaki będzie dominował na rynku pracy w kolejnych dekadach. Trend stawiający przed pracodawcami potrzebę budowania trwałych relacji z pracownikami, zwracania większej uwagi na ich potrzeby, troski o rozwój, spełnienie zawodowe i dobre samopoczucie w organizacji. To zaś przełoży się poprawę sytuacji zarówno pracowników jak i pracodawców, a jednocześnie będzie miało pozytywny wpływ na rozwój i wyniki organizacji. podsumowuje Barbara Grześ.

Zaledwie 31% pracowników w Polsce uważa, że może otwarcie rozmawiać z przełożonym o swoim zdrowiu psychicznym

Zdrowie psychiczne pracowników staje się coraz ważniejszą kwestią dla pracodawców. Wiele firm wdraża programy wsparcia psychologicznego i buduje kulturę organizacyjną, której filarami są otwarta komunikacja oraz ogólny dobrostan zatrudnionych. Jak to wygląda w praktyce? Jak wynika z sondażu Hays, zaledwie co drugi pracownik na świecie ma poczucie, że może otwarcie rozmawiać o swoim zdrowiu psychicznym w miejscu pracy. W Polsce ten odsetek wynosi zaledwie 31 proc.

Październik, w którym każdego roku obchodzony jest Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego, jest traktowany jako okazja do przyjrzenia się temu zagadnieniu w miejscu pracy. Kondycja psychiczna pracowników oraz towarzyszące jej tabu pozostają bowiem aktualnym wyzwaniem. Nieustanne niepokoje na świecie budzą obawy i stres, które mogą wpływać na ogólny dobrostan pracowników. Ci z kolei nie zawsze mają poczucie, że mogą otwarcie rozmawiać z przełożonym o swoich problemach.

Zdrowie psychiczne nadal tematem tabu

Jak wynika z sondażu internetowego Hays, w którym wzięło udział blisko 27 tys. osób na świecie, niewiele ponad połowa respondentów (51 proc.) uważa, że może otwarcie rozmawiać z przełożonym o swoim zdrowiu psychicznym. Wyniki dla Polski są jeszcze mniej optymistyczne, bowiem zaledwie 31 proc. uczestników badania zgodziła się z tym twierdzeniem.

Czy możesz otwarcie rozmawiać z przełożonym na temat swojego zdrowia psychicznego?

  Świat Polska
Tak 51% 31%
Nie 49% 69%

Źródło: Badanie Hays, październik 2022

Dlaczego jest to tak istotne? Jak zauważa Agnieszka Pietrasik, Dyrektor Wykonawcza w Hays Poland, to właśnie relacje z bezpośrednim przełożonym mają największy wpływ na samopoczucie pracownika, jego zaangażowanie i poczucie własnej wartości. – Menedżerowie powinni tworzyć środowisko, w którym członkowie zespołu czują się na tyle swobodnie, aby móc otwarcie mówić o wyzwaniach, z którymi się mierzą. Oczywiście pracownicy nie mają obowiązku zwierzać się szefowi ze swoich problemów, natomiast powinni mieć poczucie, że nie muszą ich ukrywać oraz mogą liczyć na zrozumienie i wsparcie – dodaje Agnieszka Pietrasik.

Wyzwanie: dostrzec trudności

Tymczasem problem jest poważny. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że nawet 15 proc. osób w wieku produkcyjnym w swoim życiu doświadczy zaburzeń psychicznych, a depresja i przewlekłe stany lękowe są problemem, który każdego roku kosztuje światową gospodarkę około 1 bilion dolarów.

Zdrowie psychiczne to ważny aspekt nie tylko w życiu prywatnym, ale również zawodowym. Dobre samopoczucie pracowników wpływa bowiem na efekty współpracy całego zespołu oraz ich produktywność. Stąd też tak ważnym jest, aby lider zespołu nie tylko tworzył warunki pracy sprzyjające otwartej, opartej na zaufaniu komunikacji, ale również był dostępny dla swoich podwładnych i obserwował, czy wszystko u nich w porządku.

Przed pandemią menedżerom łatwiej było dostrzec ewentualne trudności, z jakimi mierzą się pracownicy, ponieważ ich zespoły z dużym prawdopodobieństwem pracowały stacjonarnie w biurze. Teraz, gdy tak wielu profesjonalistów praktykuje hybrydowy lub zdalny model pracy, jest to znacznie trudniejsze. Liderzy zespołów muszą w związku z tym dołożyć większych starań, aby odpowiednio wspierać swoich podwładnych, nawet jeśli nie mają z nimi regularnego, bezpośredniego kontaktu.

Oznaki, że pracownik mierzy się z problemami natury psychicznej, nie są takie same w każdym przypadku. Co więcej, jeśli nie widuje się kogoś regularnie, to często trudno jest dostrzec, że dzieje się coś złego. Typowe objawy mogą jednak obejmować zmianę nastroju lub dotychczasowego zachowania, sposób interakcji z innymi oraz utratę motywacji. Do tego bardzo często dochodzą trudności z koncentracją i nieustępujące uczucie zmęczenia lub niepokoju.

Liderzy zespołów nie są w stanie rozwiązać problemów ze zdrowiem psychicznym swoich pracowników, nie jest to również ich odpowiedzialnością. Mogą natomiast dokonywać na co dzień pozytywnych wyborów, które przyczyniają się do wspierania zdrowia psychicznego w miejscu pracy. Powinni być również dobrymi wzorami do naśladowania – przykładowo, poprzez dbanie o swoją równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym oraz zachęcanie podwładnych do tego samego – wyjaśnia Agnieszka Pietrasik z Hays Poland.

Promowanie wellbeingu

Menedżerowie mają obowiązek dbać o dobrostan swoich pracowników i muszą podejmować środki, które pozwolą zapobiec pogorszeniu się ich zdrowia psychicznego. W praktyce oznacza to budowanie kultury pracy w zespole, w której wszyscy są równie zaangażowani i czują się na tyle komfortowo, aby komunikować zarówno swoje pozytywne, jak i negatywne doświadczenia.

Aby zatrudnieni czuli się dobrze i bezpiecznie w organizacji, należy dzielić się z nimi wiedzą na temat najlepszych praktyk poprawiających dobrostan psychiczny oraz promować postawę work-life balance. Można tego dokonać zarówno w bezpośrednich, indywidualnych rozmowach z podwładnymi, jak również podczas spotkań zespołowych, w czasie których powinno znaleźć się miejsce również na mniej oficjalne tematy.

Dobrą praktyką jest pytać pracowników, co u nich słychać i jak się czują. Nie należy jednak traktować tego pytania wyłącznie jak elementu wymiany uprzejmości. Ważne jest wysłuchanie pracownika i zaoferowanie mu wsparcia, jeśli takowego potrzebuje. Należy również respektować jego granice. Zdrowie psychiczne czy szerzej – życie prywatne – jest sprawą osobistą i nie każdy ma ochotę dzielić się nią z przełożonym – dodaje Agnieszka Pietrasik z Hays Poland.

Praktyka pokazuje, że ogromny wpływ na pracowników mają działania, które nie są stricte inicjatywami mającymi na celu poprawę dobrostanu. Ważna jest koncentracja na codzienności – na tym, jak traktowani są pracownicy, czy osiągają work-life balance, czy nie są przytłoczeni obowiązkami i stresem. Dla organizacji kluczowe powinno być stworzenie środowiska, które jest sprawiedliwe dla wszystkich.

Bańki na rynkach mieszkaniowych w światowych metropoliach

  • Globalny boom mieszkaniowy dobiega końca.
  • Nie ma ryzyka bańki na warszawskim rynku mieszkaniowym, ale wzrost cen jest pod presją.

Według raportu UBS Global Real Estate Bubble Index Toronto i Frankfurt wykazują najwyższy poziom ryzyka bańki na rynkach mieszkaniowych. Na potrzeby tego badania UBS przeprowadziło analizę cen nieruchomości mieszkalnych w 25 czołowych miastach na świecie. Od połowy 2021 r. do połowy 2022 r. nominalny wzrost cen mieszkań w analizowanych miastach przyspieszył do średnio 10%. Globalny boom mieszkaniowy dobiega jednak końca.

UBS Global Real Estate Bubble Index 2022, coroczne badanie przeprowadzane przez UBS Global Wealth Management’s Chief Investment Office, wskazuje, że nierównowaga na rynkach mieszkaniowych w światowych metropoliach jest bardzo wysoka, a poziom cen nie jest zgodny z rosnącymi stopami procentowymi. Na czele tegorocznego indeksu znajdują się Toronto i Frankfurt, których rynki wykazują wyraźne cechy bańki cenowej. Podwyższone ryzyko istnieje również w Zurychu, Monachium, Hongkongu, Vancouver, Amsterdamie, Tel Awiwie i Tokio.

W USA wszystkie z pięciu analizowanych miast znajdują się w kategorii przeszacowanych, przy czym nierównowaga jest bardziej wyraźna w Miami i Los Angeles niż w San Francisco, Bostonie i Nowym Jorku. Rynki mieszkaniowe w Sztokholmie, Paryżu i Sydney pozostają przeszacowane pomimo pierwszych objawów ochłodzenia. Do pozostałych rynków wykazujących oznaki przeszacowania należą Genewa, Londyn, Madryt i Singapur. Sao Paulo, które dołączyło do rankingu po raz pierwszy, jest odpowiednio wyceniane, podobnie jak Mediolan i Warszawa. Rynek mieszkaniowy w Dubaju, pomimo dynamicznego roku, również jest odpowiednio wyceniany.

Wyceny na rekordowym poziomie

Nominalny wzrost cen mieszkań w 25 analizowanych miastach przyspieszył średnio do prawie 10% od połowy 2021 r. do połowy 2022 r., co stanowi najwyższy roczny wskaźnik wzrostu od 2007 r. W rzeczywistości wszystkie miasta z wyjątkiem trzech – Paryża, Hongkongu i Sztokholmu – odnotowały zwyżkę cen. Ponadto praktycznie we wszystkich miastach nastąpiło przyspieszenie wzrostu wolumenu kredytów hipotecznych. Drugi rok z rzędu zadłużenie gospodarstw domowych rosło znacznie szybciej niż w średniej długoterminowej.

W ujęciu średnim wyniki indeksu nie wzrosły w porównaniu z ubiegłym rokiem. Silny wzrost dochodów i czynszów złagodził dalsze narastanie nierównowagi. Przez drugi rok z rzędu ceny mieszkań na obszarach pozamiejskich rosły szybciej niż w miastach. Ponadto wzrost cen uległ znacznemu spowolnieniu w ujęciu skorygowanym o inflację. Niemniej obecne wyceny są bardzo wysokie.

Rosnące stopy procentowe demaskują brak równowagi

Niskie stopy procentowe w ciągu ostatniej dekady spowodowały, że ceny nieruchomości mieszkaniowych stale oddalały się od wzrostu dochodów i czynszów. W miastach znajdujących się w strefie ryzyka wystąpienia bańki ceny wzrosły w tym okresie średnio o 60% w ujęciu skorygowanym o inflację, podczas gdy realne dochody i czynsze wzrosły jedynie o około 12%.

Od najniższego punktu w połowie 2021 r. średnie oprocentowanie kredytów hipotecznych podwoiło się we wszystkich analizowanych miastach. W połączeniu z zauważalnie wyższymi cenami nieruchomości spowodowało to, że powierzchnia mieszkalna, na którą stać wysoko wykwalifikowanego pracownika sektora usług, jest średnio o jedną trzecią niższa niż tuż przed pandemią. Claudio Saputelli, Head of Real Estate at UBS Global Wealth Management’s Chief Investment Office, dodał: „Inflacja i straty aktywów spowodowane obecnymi zawirowaniami na rynkach finansowych zmniejszają siłę nabywczą gospodarstw domowych, co ogranicza popyt na dodatkową przestrzeń mieszkalną. Mieszkania stają się tym samym również mniej atrakcyjne jako inwestycja, ponieważ koszty kredytów w wielu miastach coraz częściej przekraczają stopy zwrotu z mieszkań na wynajem.”

Koniec gry

Silny (jeszcze) rynek pracy stał się więc w większości miast ostatnim filarem wsparcia dla rynku mieszkań własnościowych. Wraz z pogorszeniem się warunków gospodarczych także i ten rynek jest zagrożony załamaniem. Maciej Skoczek, autor badania w UBS Global Wealth Management, podsumował: „Rzeczywiście jesteśmy świadkami tego, że światowy boom na rynkach mieszkaniowych w końcu znalazł się pod presją. W większości wysoko wycenianych miast w najbliższych kwartałach należy spodziewać się znaczących korekt cen.”

UBS Global Real Estate Bubble Index: Overview, 2022UBS Global Real Estate Bubble Index

Perspektywy regionalne

Szwajcaria

Utrzymujący się silny popyt inwestycyjny w środowisku ujemnych stóp procentowych był głównym czynnikiem napędzającym trend cenowy w Zurychu. Ceny mieszkań w regionie podniosły się o około 20% od początku pandemii. Ogólnie rzecz biorąc, relacja między cenami zakupu a czynszami jest pozbawiona równowagi, a rynek znajduje się w strefie ryzyka bańki. Wysokie ceny zakupu zostaną zweryfikowane przez podwyżki stóp procentowych Szwajcarskiego Banku Narodowego. Jednak dzięki utrzymującemu się silnemu wzrostowi liczby ludności w obszarze gospodarczym Zurychu dostosowanie cen może nastąpić z czasem, bez wystąpienia korekty cen nominalnych w krótkim okresie czasu. W Genewie stosunek cen do czynszów osiągnął wysoki poziom. Nie odzwierciedla on stóp procentowych, które również są wyraźnie dodatnie. W konsekwencji rynek jest przeszacowany. Miasto pozostaje jednak w tyle za Zurychem zarówno pod względem wzrostu cen, jak i liczby ludności, ponieważ mieszkańcy Genewy przenoszą się do regionów o bardziej przystępnych cenach.

Europa

Frankfurt i Monachium wykazują największe ryzyko wystąpienia bańki mieszkaniowej wśród rynków strefy euro objętych niniejszym raportem. W obu niemieckich miastach ceny nieruchomości wzrosły ponad dwukrotnie w ujęciu nominalnym w ciągu ostatniej dekady. Między połową 2021 r. a połową 2022 r. wzrost cen wyhamował z poziomu dwucyfrowego do około 5%. Połączenie rosnących kosztów finansowania i perspektywy niskiego wzrostu gospodarczego w 2023 r. powinno nieco schłodzić rozgrzany rynek pomimo historycznie niskiego współczynnika pustostanów. Rynek mieszkaniowy w Amsterdamie odnotował największy wzrost cen wśród rynków strefy euro – 17% w ujęciu nominalnym – i znajduje się obecnie w strefie ryzyka wystąpienia bańki. Silne podstawy ekonomiczne nie zapobiegną korekcie w przypadku dalszego wzrostu oprocentowania kredytów hipotecznych. W Madrycie wzrost cen również przyspieszył od początku pandemii. Stolica Hiszpanii znajduje się obecnie w strefie przeszacowanej, choć wykwalifikowany pracownik sektora usług może tam zakupić największą powierzchnię mieszkalną spośród wszystkich rynków strefy euro objętych badaniem. Oprócz ożywienia gospodarczego po pandemii i niższych stóp procentowych, zachęty podatkowe do renowacji budynków przyczyniły się do wzrostu cen w Mediolanie po dekadzie stagnacji. Mieszkalnictwo w Paryżu stanowi natomiast wyjątek wśród analizowanych rynków strefy euro. Nominalne ceny nieruchomości nie zmieniły się w okresie od połowy 2021 r. do połowy 2022 r. i w konsekwencji stolica Francji znalazła się poza obszarem ryzyka bańki. Paryż pozostaje jednak najmniej przystępnym cenowo rynkiem strefy euro uwzględnionym w badaniu.

Rynek mieszkaniowy Londynu zalicza się do kategorii rynków przeszacowanych. Ceny są o 6% wyższe niż rok temu, czemu sprzyja strukturalny niedobór mieszkań przy rosnącym popycie po pandemii. Czynsze wzrosły, ponieważ potencjalni nabywcy mają trudności ze znalezieniem odpowiednich nieruchomości. Jednak rosnące oprocentowanie kredytów hipotecznych, koniec zwolnień od opłat skarbowych i niepewne perspektywy gospodarcze pogarszają perspektywy cenowe. Warszawa ma jeden z najsilniejszych rynków pracy w Europie Środkowo-Wschodniej, a boom przyciąga nowych mieszkańców i inwestorów kupujących na wynajem. Rynek pozostaje odpowiednio wyceniany, ale mieszkania stają się coraz bardziej niedostępne dla mieszkańców ze względu na wysokie ceny i szybko rosnące oprocentowanie kredytów hipotecznych. Zaostrzenie polityki monetarnej wywarło natomiast natychmiastowy wpływ na rynek mieszkaniowy Sztokholmu. Nastąpił tam spadek cen o ponad 10% w drugim kwartale tego roku, co spowodowało, że rynek opuścił strefę bańki i znalazł się w strefie przeszacowanej.

Bliski Wschód

Ceny domów w Tel Awiwie wzrosły mniej więcej trzykrotnie w latach 2001-2017. Czynsze niemal dotrzymywały kroku wzrostowi cen, odzwierciedlając fundamentalny niedobór mieszkań. Po krótkim okresie korekty w 2018 r. na rynku pojawiła się kolejna fala gwałtownego wzrostu cen. Tylko między połową 2021 r. a połową 2022 r. ceny poszybowały o 18%, co było najwyższym wskaźnikiem od 2010 r. Także wolumeny kredytów hipotecznych wystrzeliły w górę o 18%, co stanowi najszybsze tempo od 25 lat. W związku z tym rynek ten po raz pierwszy znalazł się w strefie ryzyka bańki. Rynek mieszkaniowy Dubaju od dwóch dekad przypomina kolejkę górską, ponieważ popyt jest silnie skorelowany z cenami ropy. Rosnące ceny ropy i wzrost imigracji ożywiły rynek w zeszłym roku. Ceny mieszkań podniosły się o 10% między połową 2021 r. a połową 2022 r. Jednak w ciągu ostatnich czterech kwartałów czynsze prześcignęły wzrost cen domów. W związku z tym rynek pozostaje odpowiednio wyceniany.

Azja i Pacyfik

Ceny mieszkań w Tokio wzrastały niemal nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat dzięki atrakcyjnym warunkom finansowania i wzrostowi liczby ludności. Brak równowagi osiągnął próg ryzyka bańki, ponieważ przystępność cenowa stale się pogarsza. Ostatnio pojawiły się jednak oznaki osłabienia: wzrost cen zmniejszył się o połowę do 5% w ujęciu rocznym i po raz pierwszy od dekady pozostaje w tyle za średnią krajową. W Sydney ceny wzrosły łącznie o ponad 30% w 2020 r. i 2021 roku, zanim ubiegłoroczne zaostrzenie kryteriów udzielania kredytów i tegoroczne agresywne podwyżki stóp procentowych gwałtownie zmniejszyły przystępność cen. W rezultacie ceny spadły o ponad 5% w drugim kwartale 2022 r. Pomimo tego rynek nadal pozostaje wysoce przeszacowany. Rynek w Hongkongu odnotował nominalną korektę cen o około 4% w okresie od połowy 2021 r. do połowy 2022 r., co stanowi najsłabszy wskaźnik rocznego wzrostu spośród wszystkich analizowanych miast. Niemniej jednak rynek nie opuścił jeszcze terytorium ryzyka bańki. Singapur cieszy się silną międzynarodową pozycją jako centrum biznesowe, a ceny mieszkań wzrosły o kolejne 11% w okresie od połowy 2021 r. do połowy 2022 r.

Ameryki

Analizowane miasta USA miały znacznie silniejszy wzrost cen od początku pandemii w porównaniu z poprzednimi latami. Miami nadal korzysta ze znacznego dodatniego salda migracji i dużego zainteresowania inwestorów zagranicznych. Odnotowało ono najsilniejsze roczne wskaźniki wzrostu cen domów i czynszów, co spowodowało, że miasto jest jeszcze w większym stopniu przeszacowane. W San Francisco również zaobserwowano silny wzrost cen. Biorąc pod uwagę stłumione zatrudnienie w branży technologicznej oraz perspektywę kontynuacji modeli pracy zdalnej i hybrydowej, perspektywy dla cen mieszkań w San Francisco rysują się w ciemnych barwach. W Los Angeles nierównowaga już wcześniej była wysoka, a od zeszłego roku jeszcze wzrosła. Nieosiągalność finansowa mieszkań osiągnęła niemalże rekordowe wartości. Boston skorzystał z najwyższego wzrostu dochodów spośród wszystkich miast objętych badaniem dzięki silnej i zróżnicowanej gospodarce. Nierównowaga pozostała na mniej więcej niezmienionym poziomie w porównaniu z ubiegłym rokiem. Nowy Jork z kolei wykazał się najsłabszym wzrostem cen od połowy 2021 r. spośród wszystkich analizowanych miast USA. Nadal pozostaje w tyle za bardziej przystępnymi cenowo miastami i stanami, które są przyjazne pod względem podatkowym, biznesowym i regulacyjnym.

Realne poziomy cen domów w Vancouver i Toronto wzrosły ponad trzykrotnie w ciągu ostatnich 25 lat. W ostatnich kilku latach ranking wysyłał wiele sygnałów ostrzegawczych. Ostatni skok cen o kolejne 35% od początku pandemii nie jest do utrzymania. Niedawne podniesienie stóp procentowych przez Bank Kanady będzie prawdopodobnie ostatnią kroplą, która przeleje czarę. Korekta cen zaczyna się już szykować.

Po długim okresie stagnacji wzrost cen w Sao Paulo nieco przyspieszył, ale rynek pozostaje odpowiednio wyceniany. Pomimo niedawnego gwałtownego wzrostu stóp procentowych popyt na nowe kredyty hipoteczne utrzymuje się na wysokim poziomie. W miarę zbliżania się końca cyklu zacieśniania polityki pieniężnej i utrzymywania się dobrych perspektyw gospodarczych nieruchomości mogą zyskiwać na wartości.

Rising prices in most cities Inflation-adjusted price growth rates, in %

Rising prices in most cities Inflation-adjusted price growth rates, in %
www.ubs.com/global-real-estate-bubble-index

W 2022 r. liczba transakcji IPO zmniejszyła się o 44%

Raport EY Global IPO Trends wskazuje, że rynek debiutów giełdowych w dalszym ciągu znajduje się w trudnym położeniu. W okresie pierwszych dziewięciu miesięcy 2022 r. – analizując dane w ujęciu rok do roku – liczba transakcji IPO zmniejszyła się o 44%, a wpływy z nich o 57%. W samym trzecim kwartale 2022 r. były to spadki odpowiednio o 41% i 56%. Sektor technologiczny przoduje w zakresie wolumenów transakcji, jednak w kategorii wartości liderem jest energetyka. Najwięcej powodów do obaw mają przedstawiciele sektora dóbr konsumenckich, gdzie średnia wartość pojedynczej transakcji spadła o 69%. Najbliższe miesiące nie zapowiadają przełamania negatywnego trendu.

Najnowsza edycja raportu EY Global IPO Trends wskazuje, że ubiegłoroczne rekordy na rynku debiutów giełdowych (Initial Public Offering – IPO) to już odległa przyszłość. Wyniki, zarówno za trzeci kwartał jak i pierwsze dziewięć miesięcy 2022 r., wskazują na dalsze pogłębianie – obserwowanej od początku roku – negatywnej tendencji.

W skali globalnej liczba transakcji, w okresie styczeń-wrzesień, zmniejszyła się o 44% – z 1 773 do 992. Jeszcze większe spadki (57%) zanotowano w obszarze wpływów – z 341,7 do 146 miliardów dolarów. W samym trzecim kwartale 2022 r. miało miejsce 355 IPO o wartości 50,6 miliarda dolarów. W porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej oznacza to spadki o odpowiednio 41% i 56%.

Obecną zawiłą sytuację na rynku debiutów giełdowych trudno uznać za zaskoczenie. Globalne geopolityczne i makroekonomiczne wyzwania wynikające z wojny w Ukrainie oraz wciąż trudnej sytuacji pandemicznej w Chinach odcisnęły znaczące piętno na niemal każdej gałęzi gospodarki. Sprawia to, że kolejne firmy odkładają w czasie decyzję o wejściu na giełdę, czekając na poprawę koniunktury – mówi Anna Zaremba, Partnerka EY Polska, CFO Consulting, odpowiedzialna za rynek IPO.

(Chwilowy) koniec amerykańskiego snu

Wyniki zarówno za trzeci kwartał, jak i cały okres styczeń-wrzesień, wskazują szczególnie na negatywne trendy w obu Amerykach. Porównując dane od początku roku (analogicznie za 2021 i 2022), w tym regionie liczba transakcji zmniejszyła się o 72% (z 420 do 116), a ich wartość o 94% (z $134 mld do $7.5 mld). W efekcie, aktywność IPO w USA osiągnęła najniższy poziom od 20 lat.

Sytuację w Europie również można opisywać wyłącznie w pesymistycznym tonie. W trakcie pierwszych dziewięciu miesięcy roku, liczba transakcji spadła o 66% (z 359 do 123), a ich wartość o 76% (z $63,68 mld do $15,16 mld).

W przypadku Giełdy Papierów Wartościowych, na debiut w trzecim kwartale zdecydowały się 4 przedsiębiorstwa. Były to jednak wyłącznie spółki, które przeszły z NewConnect i nie są uwzględnione w metodologii przyjętej w raporcie EY.

Najbardziej stabilną sytuację można zaobserwować w regionie Azji i Pacyfiku. W okresie styczeń-wrzesień zanotowano tam najmniejsze spadki wynoszące – rok do roku – 25% (liczba transakcji) oraz 22% (wartość). Wpływ na to miał fakt, że aż 5 z 10 największych dotychczasowych IPO w 2022 r. było przeprowadzonych w tym obszarze geograficznym. W efekcie, w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy roku odpowiadał on za 61% globalnej liczby transakcji oraz 69% ich wartości.

Chwilowy brak perspektyw na poprawę…

W okresie styczeń-wrzesień 2022 r. miało miejsce 218 debiutów giełdowych firm z sektora technologicznego. Stanowiło to 22% wszystkich globalnych IPO. Ilość nie zawsze przekładała się jednak na jakość. Średnia wartość pojedynczej transakcji spadła na przestrzeni roku z 261 do 123 milionów dolarów. Na drugim końcu skali znajduje się sektor energetyczny. Pomimo, że odpowiada on za 7% transakcji to ich wartość wynosi już 22% globalnego rynku. Równocześnie najwyższy procentowy spadek wysokości transakcji osiągnął sektor dóbr konsumenckich – 69%.

Rosnąca inflacja i związane z tym zjawiskiem działania banków centralnych, niepewna sytuacja geopolityczna oraz potencjalny rozwój pandemii koronawirusa to trzy główne czynniki odziaływujące na międzynarodową stabilność gospodarczą, a co za tym idzie – sytuację na rynku IPO. Perspektywy rozwoju na kolejne miesiące nie są optymistyczne, co sprawia że wiele organizacji będzie preferowało poczekać na swój debiut giełdowy, przynajmniej do 2023 roku.

…. jednak warto przygotowywać się już teraz.

Aktualna, pełna niepewności sytuacja rynkowa w naturalny sposób nie sprzyja podejmowaniu decyzji o wejściu na giełdę. To jednak optymalny czas na przygotowanie całego procesu. Wymaga on bowiem nierzadko wielomiesięcznych, dogłębnych analiz i zmian w skali całej organizacji – począwszy od jej struktury, przez procesy finansowe i podatkowe oraz środowisko kontroli wewnętrznych, po nowe funkcje, typowe dla spółek publicznych, np. relacji inwestorskich.

Średni czas potrzebny na przygotowanie organizacji do transakcji IPO wynosi pomiędzy 12 a 24 miesiące. Planując wejście firmy na giełdę oczywiście należy mieć na uwadze aktualną sytuację rynkową, jednak nie powinna być ona decydującym czynnikiem w aspekcie rozpoczęcia przygotowań. Część przedsiębiorstw rozpoczynając ten proces teraz, zakończy go pod koniec 2024 roku. W momencie zmiany koniunktury organizacje, które wykorzystały moment bessy na odpowiednie przygotowanie staną przed perspektywą osiągnięcia lepszych wycen i pozyskania większego kapitału. Warto mieć ten aspekt na uwadze – podsumowuje Justyna Rawicka, Starsza Menadżerka w Dziale CFO Consulting, EY Polska.

W siedem miesięcy zapadło blisko 11 tys. wyroków w sprawach frankowych

  • Frankowiczów obsługuje już ponad półtysięczna armia sędziów. I podobno to wciąż za mało.
  • Najwięcej wyroków w sprawach frankowych  zapada w Warszawie, Katowicach i Gdańsku.

Jak wynika z danych 45 sądów okręgowych, w pierwszych siedmiu miesiącach br. zakończono w nich łącznie ponad 10,5 tys. tzw. spraw frankowych. Wydano w sumie blisko 8,3 tys. wyroków. Statystyki te nie obejmują Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie w okresie od stycznia do czerwca br. takich przypadków odnotowano odpowiednio niespełna 4,5 tys. oraz prawie 2,5 tys. Wiadomo też, że w tamtejszym XXVIII Wydziale Cywilnym, czyli zajmującym się ww. sporami na koniec czerwca br. było 24 orzeczników. W pozostałych wydziałach cywilnych pierwszoinstancyjnych w SO w Warszawie również orzeka się w tego typu sprawach, ale tylko w tych, które wpłynęły przed kwietniem 2021 roku. Natomiast, według stanu z 31 lipca tego roku, we wcześniej wspomnianych przeszło 40 placówkach było 540 aktywnych sędziów zajmujących się sporami frankowymi.

Zbyt wolno

Z danych uzyskanych z 45 sądów okręgowych (bez SO w Warszawie) wynika, że w okresie od 1 stycznia do 31 lipca br. zakończono w nich ponad 10,5 tys. spraw frankowych. Najwięcej zamknięto ich w Sądzie Okręgowym w Łodzi – 770. Kolejne wysokie wyniki padły w Katowicach – 763, w Poznaniu – 749, w Gdańsku – 691, jak również w Krakowie – 598. Na końcu zestawienia jest Zamość – 6.  Wcześniej widać Krosno – 10, Sosnowiec – 11 (przy czym ten sąd działa dopiero od 1 kwietnia br.), Radom – 15, a także Tarnów – 20. Natomiast w SO w Warszawie, ale w krótszym okresie, bo od 1 stycznia do 30 czerwca 2022 roku, takich spraw zostało zakończonych 4479.

– Analizując dane, widać, że różnice są znaczące. Wpływ na to może mieć ogólna liczba spraw frankowych w danym sądzie, które zostały zarejestrowane. Ale istotą sprawy powinna być przede wszystkim organizacja pracy, a także utrwalona linia orzecznicza w danym sądzie. Możemy założyć, że w Zamościu, Radomiu czy Krośnie jeszcze ona się nie wykształciła. Sędziowie wstrzymują się z wydawaniem orzeczeń, oczekując na pojawienie się ważnego wyroku Sądu Najwyższego, który usunąłby wszelkie wątpliwości w tych sprawach – komentuje radca prawny Adrian Goska z Kancelarii SubiGo.

Jak stwierdza Arkadiusz Szcześniak, prezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu (SBB), ciągle mało jest zakończonych takich sporów, biorąc pod uwagę ponad 80 tysięcy spraw. Istotne jest, aby zwiększono obsadę w sądach. Należy także wesprzeć organizacyjnie i technicznie wydziały zajmujące się tą problematyką. Według eksperta, realnie brakuje narzędzi do zwalczania przewlekłości w postępowaniach sądowych. Ewentualne kary z tego tytułu płaci Skarb Państwa, a nie sędzia, który przez długi czas nie wykonuje żadnej czynności w danej sprawie. Z kolei adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal uważa, że czas trwania postępowania zależy od obłożenia sędziego, do którego trafia dana sprawa. Jeśli ma on w miarę wolny kalendarz, to można liczyć na szybki termin rozprawy i rozstrzygnięcie w I instancji w ciągu roku. Jednak postępowanie apelacyjne trwa jeszcze minimum 10-12 miesięcy.

– Z mojego doświadczenia wynika, że średnio ok. 18 miesięcy trwają sprawy frankowe do czasu uzyskania prawomocnego wyroku. Najszybciej takie orzeczenie zapadło po trzech miesiącach, ale była to wyjątkowa sytuacja, gdyż bank uchybił formalnej procedurze. Obecnie termin sprawy, która może trwać najdłużej, został wyznaczony na 9 marca 2025 roku. To oznacza, że rozstrzygnięcie w I instancji może zająć 4 lata – dodaje mec. Goska.

Wydajność sądów

Według danych z ponad 40 sądów okręgowych (z wyłączeniem SO w Warszawie), od 1 stycznia do 31 lipca br. zapadło w nich niespełna 8300 wyroków w sprawach frankowych. W większości tych miejsc było po co najmniej 100 takich rozstrzygnięć w analizowanym okresie. Najwięcej odnotowano ich w Katowicach – 617. Dalej na liście widzimy Gdańsk – 596, Poznań – 554, Łódź – 531, a także Szczecin – 502. Na końcu zestawienia są takie miasta, jak Sosnowiec – 0 (przy czym ten sąd działa dopiero od 1 kwietnia br.), Krosno – 1, Zamość – 2, Radom – 5 i Tarnów – 16. Natomiast w Sądzie Okręgowym w Warszawie, ale w pierwszej połowie tego roku, w ww. sprawach zapadły 2454 wyroki.

– Z punktu widzenia frankowiczów korzystne jest pojawianie się wyroków w innych miastach niż siedziby banków. Wcześniej klienci mogli kierować pozwy tylko do Sądu Okręgowego w Warszawie, we Wrocławiu i w Gdańsku – mówi ekspert Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Z kolei Adrian Goska zwraca uwagę na sądy, które wydają najwięcej wyroków. Według eksperta, tam orzecznicy w sposób dostatecznie dobry zorganizowali sobie pracę w tego rodzaju sprawach. Ponadto  wykorzystują oni procedurę cywilną, umożliwiającą przygotowanie do rozprawy na posiedzeniach niejawnych. Dochodzi więc np. do rozstrzygania o wnioskach dowodowych czy też ich realizacji poprzez składanie zeznań na piśmie przez świadków czy strony.

Braki kadrowe

Według stanu z 31 lipca tego roku, w 45 sądach okręgowych (z wyłączeniem SO w Warszawie) było 540 aktywnych sędziów zajmujących się sprawami frankowymi. Najwięcej orzekało ich w SO w Poznaniu – 40. Dalej w tym zestawieniu widać Łódź – 33, a także Gdańsk – 27. Sąd Okręgowy Warszawa Praga w Warszawie oraz SO we Wrocławiu są następne w rankingu – po 25. Na końcu listy mamy Sosnowiec (przy czym SO działa od 1 kwietnia br.) – 4, jak również Tarnów, Słupsk i Sieradz – po 5. Natomiast w SO w Warszawie, według stanu z 30 czerwca, było 24 sędziów orzekających w XXVIII Wydziale Cywilnym. Ponadto w pozostałych wydziałach cywilnych pierwszoinstancyjnych SO w Warszawie sędziowie również orzekają w sprawach frankowych. Dotyczy to sporów, które wpłynęły przed kwietniem 2021 roku, tj. przed utworzeniem ww. wydziału.

– Liczba sędziów jest skorelowana z wielkością ośrodka i samego sądu. Orzecznicy tzw. wydziału frankowego w SO w Warszawie zajmują się tylko tymi sporami. Natomiast ci, którzy pracują w innych wydziałach lub sądach, rozpoznają także pozostałe sprawy cywilne. Zbyt mała liczba sędziów na pewno wpływa na czas postępowania. Warto przypomnieć, że na koniec 2020 r. w całym kraju było aż ok. 1000 wakatów na stanowiskach sędziowskich – zauważa mec. Jakub Bartosiak.

W opinii radcy prawnego Adriana Goski, najlepszym rozwiązaniem byłoby zwiększenie obsady w sądach okręgowych. Ewentualnie należy utworzyć kolejne w Polsce wydziały frankowe, np. w Gdańsku i we Wrocławiu, celem usprawnienia wydawania orzeczeń. Konieczne jest również znaczące zwiększenie obsady sędziów w XXVIII Wydziale Cywilnym SO w Warszawie. Jednak mimo obecnych ograniczeń, zdaniem eksperta, w najbliższych miesiącach wyroki powinny zapadać szybciej. Przede wszystkim ze względu na utrwaloną linię orzeczniczą. Ponadto sądy skutecznie ograniczają próby opóźnienia procesu przez banki. Ale bez znaczącego zwiększenia liczby sędziów oraz przy dalszym wzroście wpływu pozwów wydłuży się czas oczekiwania na pierwszą rozprawę.

– W wielu wydziałach liczba spraw przypadających na jednego sędziego jest za duża. Konieczne jest wzmocnienie wybranych wydziałów cywilnych, ale także mobilizowanie tych sędziów, którzy prowadzą postępowania po kilka lat bez wydania wyroku. Nowych orzekających jest ciągle za mało. Nie ułatwia tej sprawy spór o sposób mianowania sędziów. Te problemy należy rozwiązać w pierwszej kolejności, tak aby nikt nie mógł kwestionować wyroku, a następnie – zwiększyć liczbę sędziów – analizuje Arkadiusz Szcześniak.

Prognozy i nadzieje

Mecenas Bartosiak przewiduje dalszy wzrost liczby sporów frankowych. Jeśli sędziowie nie zdecydują się na wydawanie wyroków bez przeprowadzania rozpraw, jedynie na podstawie dokumentów, to czas postępowań nie ulegnie skróceniu. Ekspert z MBM Legal podkreśla, że w sprawach frankowych nie ma sporu o fakty, lecz o zgodność z prawem treści umów kredytowych.

– Obecnie wydłużają się terminy w wielu wydziałach. Może to wynikać także z oczekiwania części sędziów na wyrok w sprawie wynagrodzenia za korzystanie z kapitału. Rozprawa w TSUE odbędzie się 12 października. Mamy nadzieję, że niedługo potem zapadnie wyrok i ta kwestia zostanie definitywnie wyjaśniona – zaznacza prezes Stowarzyszenia SBB.

Jak podsumowuje adwokat Jakub Bartosiak, nadal najwięcej spraw będzie trafiało do Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie są najbardziej doświadczeni sędziowie. Jeśli utrwali się korzystne dla kredytobiorców orzecznictwo pozostałych sądów, to za rok czy za dwa lata wzrośnie liczb kierowanych do nich spraw. Jeżeli jednak sędziowie w całej Polsce nie zdecydują się na wydawanie wyroków bez prowadzenia rozpraw, jedynie na podstawie analiz dokumentów, to czas postępowań nie ulegnie skróceniu.

Bakalland i Purella łączą się. Nowa nazwa korporacyjna to FoodWell

  • Bakalland, działający od 1991 roku lider w bakaliach i zdrowych batonach, oraz Purella, innowator kategorii zdrowej żywności, połączyły się. Nowa nazwa korporacyjna dla szerszego portfolio to FoodWell.
  • W planach jest stworzenie najsilniejszej grupy w segmencie zdrowej żywności w Polsce i systematycznie rozszerzanie międzynarodowej działalności.
  • Wszystkie marki działające w ramach Bakallandu i Purelli oczywiście pozostają na rynku i będą dynamicznie rozwijane.
  • Sukces FoodWell ma zapewnić mariaż doświadczenia i innowacyjności oraz strategia biznesowa odpowiadająca trendom konsumenckim.
  • Do 2026 roku firma chce przekroczyć 1 mld złotych obrotu rocznie. 1/3 przychodów będzie pochodziła z kanału e-commerce oraz eksportu.
Marian Owerko, prezes zarządu FoodWell
Marian Owerko, prezes zarządu FoodWell

Mój powrót na stanowisko prezesa to przemyślana decyzja – Bakalland to duża firma w branży FMCG, dla której impakt Purelli jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Bakalland pokazał przez wiele lat, że nie tylko doskonale rozumie potrzeby klientów, ale też że jest w stanie zagwarantować stabilny rozwój biznesowy i budować duże kategorie. Purella to innowacyjna spółka, która świetnie rozumie współczesne trendy. Te firmy idealnie do siebie pasują. Po połączeniu tworzymy grupę o bardzo dużym potencjale produkcyjnym oraz o wyróżniającej się sile dystrybucyjnej, skupionej w obecnych kanałach, ale najdynamiczniej w e-commerce oraz eksporcie – mówi Marian Owerko, prezes zarządu FoodWell.

Udało się skompletować prawdziwy „dream team”, najlepszy zespół, jaki mogłem sobie wyobrazić. Na stanowiskach wiceprezesów zarządu będą mnie wspierać: Michał Czerwiński (CCO) i Karol Kleszcz (CFO). W zarządzie FoodWell zasiadają również: Artur Ryczkowski (CSO), Artur Gajewski (CMO) i Tomasz Szafarczyk (COO). Dla realizacji naszej strategii bardzo ważna jest obecność w akcjonariacie Rafała Brzoski, co wzmacnia nasze plany biznesowe – dodaje prezes.

Zarząd FoodWell od lewej Tomasz Szafarczyk, Artur Gajewski, Michał Czerwiński, Marian Owerko, Karol
Zarząd FoodWell od lewej Tomasz Szafarczyk, Artur Gajewski, Michał Czerwiński, Marian Owerko, Karol Kleszcz

Innowacje i trendy

Nowo przyjęta strategia firmy obejmuje 10-letni horyzont czasowy. Nowa organizacja będzie rozwijać wszystkie marki, które funkcjonowały do tej pory w obu firmach. W portfelu FoodWell znajdują się: Bakalland, Delecta, Anatol, Purella i BeRAW. FoodWell chce być liderem w kategorii zdrowych produktów ze szczególnym wskazaniem na roślinne pochodzenie składników. Zarząd podkreśla również znaczenie marki Delecta, silnego gracza na rynku produktów do pieczenia i deserów, która systematycznie będzie uzupełniana o propozycje zawierające produkty roślinne. Osiąganiu celów ma sprzyjać rozpoznawalność marek Bakalland i Purelli oraz posiadanie trzech fabryk w Janowie Podlaskim, Włocławku i Białymstoku.

Zachowamy te kategorie produktowe, które mamy obecnie, znajdziemy dla nich również nowe pomysły. Będziemy też rozwijać kierunki innowacyjne, głównie produkty oparte o surowce roślinne, będące zamiennikami mięsa i mleka – mówi Michał Czerwiński, CCO w FoodWell.

W Warszawie powstało centrum innowacji, którego zespół analizuje na bieżąco nowości rynkowe, proponując zmiany w ofercie produktowej. Pierwsze produkty „plant based” zostaną wprowadzone w IV kw. 2022 r. Strategia zakłada również rozwój kategorii  „zdrowych batonów”, jak i „superfoods” oraz produktów funkcjonalnych.

Będziemy demokratyzowali zdrową żywność. Zapewnimy do niej dostęp wszystkim klientom dzięki atrakcyjnym cenom i wielokanałowej dystrybucji. Wierzymy, że nasze produkty, które są jednocześnie zdrowe i smaczne, będą inspirowały do wyboru lepszego stylu odżywania. Nieprzypadkowo opieramy nasz koncept na czterech fundamentach: wellbeingu, ludziach, innowacyjności i rozwoju oraz odpowiedzialności – mówi Artur Gajewski, CMO w FoodWell.

Doświadczenie i zakupy

Strategia grupy zakłada silną koncentrację na doskonałości operacyjnej, czyli w konsekwencji zapewnieniu organizacji jak najlepszych wyników finansowych. To one mają otwierać drogę ku innowacji, nowym rynkom i ewentualnym przejęciom, a także zapewniać dostęp do najlepszych specjalistów, tworzących strukturę organizacyjną FoodWell. Do 2026 roku, firma planuje podwojenie przychodów, których 1/3 będzie generowana z rynku e-commerce oraz z eksportu.

– Poprzez bakaliowe DNA jesteśmy zwinną organizacją z dobrze osadzonym procesem S&OP. Dostarczając klientom serwis operacyjny na poziomie 97% przez ostatnie pandemiczne lata pokazaliśmy, że nasze operacje są odporne na zewnętrzne zawirowania. Do zakładów w Janowie Podlaskim i Włocławku dołącza nowoczesna fabryka w Białymstoku – po połączeniu znacząco wzrasta poziom naszej wartości dodanej. Jesteśmy dobrze przygotowani na obsłużenie dynamicznego wzrostu w przyszłości – mówi Tomasz Szafarczyk, COO w FoodWell.

Całe przedsięwzięcie jest autorskim konceptem właścicieli: Rafała Brzoski i Mariana Owerko. FoodWell na tle konkurencji wyróżnia się stylem zarządzania i myśleniem o firmie w długim horyzoncie czasowym.

– Konkurujemy z międzynarodowymi graczami: w płatkach śniadaniowych i batonach ze szwajcarskim koncernem Nestle, w produktach do pieczenia i deserach z niemiecką firmą dr Oetker, a w bakaliach z austriacką firmą Kresto. Jesteśmy pewni, że polski kapitał, doświadczenie menedżerów, otwartość na innowacje i nasz unikalny know-how, to potencjał do międzynarodowego sukcesu FoodWell. Już dziś przypatrujemy się rynkowi z zainteresowaniem, poszukując podmiotów w Polsce i Europie, zwłaszcza w Skandynawii, które będziemy mogli przejąć, zapewniając sobie tym samym komplementarność w wybranych obszarach – dodaje Marian Owerko.

PFR Ventures inwestuje 240 mln PLN w Lakestar i Northzone

PFR Ventures podpisało umowy z Lakestar i Northzone, dwoma międzynarodowymi funduszami venture capital, które zainwestują łącznie blisko 500 mln PLN w polskie innowacyjne spółki. Publiczny inwestor alokował do nich łącznie 240 mln PLN, czyli blisko połowę tej kwoty.

PFR Ventures zarządza kapitałem o wartości blisko 4 mld PLN, wykorzystywanym na inwestycje w fundusze venture capital i private equity. Celem jest budowa krajowego rynku VC, poprzez inwestycje w nowe lokalne zespoły skoncentrowane na etapie zalążkowym oraz przyciąganie doświadczonych, międzynarodowych funduszy z bardziej rozwiniętych ekosystemów, które zapewniają kapitał spółkom na etapie wzrostu.

– Polski ekosystem innowacji nabrał rozpędu i wykazuje się odpornością na spowolnienie gospodarcze, którego doświadczają Europa Zachodnia i USA. W rekordowym roku 2021 krajowe spółki pozyskały 3,6 mld PLN, a tylko w pierwszej połowie roku 2022 było to ponad 2 mld PLN. Lokalne zespoły zapewniają przede wszystkim kapitał zalążkowy, ale to międzynarodowe fundusze pozwalają spółkom na dalszy rozwój i ekspansję. Kontynuujemy strategię przyciągania do Polski najlepszych zagranicznych inwestorów venture capital, które zapewniają nie tylko kapitał, ale też wprowadzają na polski rynek najlepsze praktyki inwestycyjne – mówi Maciej Ćwikiewicz, prezes PFR Ventures.

Do grona międzynarodowych funduszy, w które zainwestował PFR Ventures, dołączyły Lakestar i Northzone. Oba są już aktywne w Polsce. Lakestar finansuje Uncapped (2021), a także Revolut, który stworzył ponad 700 miejsc pracy w Krakowie. Northzone przewodził rundzie A polsko-francuskiego start-upu Stonly (2022), którego zespół inżynieryjny pracuje również w Krakowie.

Lakestar to fundusz z ponad 10-letnim doświadczeniem, który inwestuje w innowacyjne europejskie spółki na wczesnym etapie i w fazie wzrostu. Fundusz wsparł ponad 130 start-upów, w tym takie jednorożce jak Blockchain.com, Sennder, Glovo, Revolut i Spotify.

Northzone to założony w roku 1996 fundusz, który ma na swoim koncie ponad 175 inwestycji w inwestycjach zalążkowych oraz rundach A i B, w Europie i Stanach Zjednoczonych. Zespół wsparł w rozwoju jednorożce takie jak Hopin, Klarna, Spotify, czy TIER Mobility. PFR Ventures inwestuje w najnowszy fundusz Northzone o docelowej kapitalizacji ponad 1 mld EUR.

Misja Lakestar to wspieranie rozkwitającego europejskiego ekosystemu start-upów. Wsparcie publicznych instytucji, takich jak PFR, to kluczowy komponent w realizacji tej misji. Uczestnicząc w finansowaniu innowacji, europejskie państwa układają fundamenty dla przemysłu i gospodarki przyszłości. Cieszymy się z partnerstwa z PFR Ventures i wierzymy, że wspólnie przyczynimy się do dalszego rozwoju ekosystemu start-upów w Polsce – mówi Klaus Hommels, Założyciel i Prezes Lakestar.

– Cieszymy się, że możemy wspierać w rozwoju założycieli start-upów z Europy Środkowo-Wschodniej. Obserwujemy transformację tego regionu w szybko rosnące i dynamiczne centrum technologiczne. Tutejsi przedsiębiorcy i pracownicy mają wysokie kompetencje techniczne oraz globalne ambicje i śmiało wykorzystują między innymi chmurę obliczeniową, by dowodzić, że międzynarodowi liderzy technologiczni mogą powstać w każdym miejscu na Ziemi – mówi Michiel Kottling, Partner w Northzone.

PFR Ventures już wcześniej inwestował w międzynarodowe zespoły aktywne w Polsce. W jego portfelu znajduje się m.in. DN Capital (inwestor w Nomagic), Finch Capital (Symmetrical), White Star Capital (Packhelp, Uncapped), polsko-amerykański Atmos Ventures (Molecule.one i Nethone), holenderski Oxx (Codility) oraz polsko-niemiecki Sunfish Partners (Aether Biomedical Molecule.one).

– Inwestycje PFR Ventures w nowe zespoły zarządzające opieramy głównie na środkach z UE. Z kolei środki Polskiego Funduszu Rozwoju przeznaczamy na inwestycje w międzynarodowe, doświadczone fundusze, które chcą poszerzać swoją eskpozycję w Polsce. Planujemy wykorzystywać też ten budżet na alokację do bardziej doświadczonych polskich zespołów. Wkrótce poinformujemy o pierwszych tego typu inwestycjach – komentuje Bartłomiej Samsonowicz, dyrektor inwestycyjny w PFR Ventures.

PFR Ventures zainwestował dotychczas ponad 600 mln PLN w 13 międzynarodowych funduszy, które zapewniły ponad 230 mln PLN dla 29 polskich spółek. Łączna wartość kapitału zarządzanego przez te fundusze to ponad 12,4 mld PLN.

Thorium Space pozyskał 18 mln zł w programie na rzecz obronności kraju

Thorium Space, producent zaawansowanych systemów komunikacji satelitarnej (Space Advanced Communication Company), otrzymał 18,1 mln zł dofinansowania w ramach Programu na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa pn. „Rozwój nowoczesnych, przełomowych technologii służących bezpieczeństwu i obronności państwa” pk. „SZAFIR”. Łącznie Thorium Space pozyskało i podpisało już umowy na wsparcie grantowe na niespełna 100 mln zł.

Łączna wartość projektu, którego efektem końcowym będzie zbudowanie Taktycznego Adaptacyjnego Transpondera Satelitarnego (T-XPDR), to nieco ponad 20 mln zł. Thorium Space wnioskował o dofinansowanie w wysokości 18,1 mln zł i otrzymał w pełnej wysokości, jako jedna z zaledwie kilku firm startujących w programie „Szafir”. Na początku kwietnia bieżącego roku, do drugiego rozstrzygającego etapu w konkursie, zaklasyfikowano zaledwie 9 z 80 ubiegających się projektów.

Jesteśmy bardzo dumni, że po raz kolejny w obliczu ogromnej, merytorycznej konkurencji, nasz projekt zdobył uznanie oceniających. W obliczu dynamicznie zmieniającej się sytuacji geopolitycznej na świecie, nasze rozwiązanie, które zapewni bezpieczną, w pełni szyfrowaną łączność satelitarną, to jeden z kluczy dla bezpieczeństwa państwa – podkreśla Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space.

Celem projektu jest opracowanie demonstratora w pełni cyfrowego, adaptacyjnego transpondera telekomunikacyjnego działającego w paśmie Ka (segment kosmiczny), zbudowanego z użyciem najnowszej technologii SDR/SDS oraz Cognitive Radio, przeznaczonego do realizacji taktycznej łączności satelitarnej (PTSC), wyposażonego w innowacyjne, wielowiązkowe, płaskie, elektronicznie sterowane macierze antenowe.

Transponder ten pozwala na zapewnienie bezpiecznej, w pełni szyfrowanej łączności cyfrowej, a dzięki możliwości cyfrowego kształtowania oraz kierowania wiązek radiowych na określony obszar (także dynamicznie) oraz cyfrowej generacji sygnałów radiowych pozwala na pracę z użyciem technologii Beam Hopping, Beam Tracking,Beam Forming.

„Szafir” to kolejne dofinansowanie, które zdobył Thorium Space. W ubiegłym roku spółka uzyskała wsparcie do projektu „Stacja bazowa 5G w paśmie milimetrowy / Polish 5G mmWave Micro Cell” oraz dofinasowanie do projektu „SUBCOM – Satelitarny system teledetekcji oraz komunikacji suborbitalnych rakiet badawczych”. Łączna wartość projektów to ponad 60 mln zł, a wartość uzyskanego dofinansowania przekroczyła 48 mln zł. Łącznie Thorium Space pozyskało i podpisało już umowy na wsparcie grantowe na niespełna 100 mln zł, razem z finasowanie inwestorów to już ponad 120 mln zł.

FPP: W przyszłości zeroemisyjność pieców gazowych zapewni bioLPG

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) podkreśla, że wymiana pieców węglowych na gazowe LPG przyczynia się do ograniczenie emisji szkodliwych pyłów i niebezpiecznego benzopirenu o blisko 100%. Warto o tym pamiętać w obliczu nadchodzącej zimy i zawieszenia w Polsce obowiązywania norm jakościowych dla paliw stałych. W ramach projektowanej nowelizacji europejskiej dyrektywy o charakterystyce energetycznej budynków (EPBD) od 2030 r. wszystkie nowe budynki muszą mieć charakter zeroemisyjny, a źródła energii i ciepła będą musiały wykorzystywać wyłącznie energię odnawialną. Do paliw odnawialnych zgodnie z dyrektywą o odnawialnych źródłach energii zalicza się m.in. biopropan, tzw. bioLPG.

Piece gazowe są bezpiecznym i ekologicznym źródłem ciepła dla Polaków, a w przyszłości zastosowanie zamiennika w postaci bioLPG zapewni ich zeroemisyjność. Zgodnie z przepisami wszyscy użytkownicy pieców zainstalowanych przed 2030 rokiem będą mogli używać gazu LPG – choć stopniowo w ich zbiornikach pojawi się identyczny z chemicznego punktu widzenia bioLPG.

Smog pozostaje jednym z wyzwań cywilizacyjnych. Można się z nim mierzyć przez wymianę starych pieców węglowych na kombinację pieców gazowych –szczególnie w przypadku starszych budynków – i pomp ciepła – w nowszych. Dla obu technologii można nadal skorzystać z dofinansowania w ramach rządowego programu Czyste Powietrze.

Zalety użytkowania pieców gazowych LPG:

  • Gaz płynny LPG nie podlega pod rozporządzenie o ograniczeniu poboru gazu ziemnego – potencjalne ogłoszenie stopni zasilania nie wpływa na dostawy gazu płynnego.
  • Gaz płynny LPG można łatwo magazynować – można w dowolnym momencie przed sezonem grzewczym napełnić zbiornik na całą zimę.
  • Obecne ceny propanu grzewczego są wyjątkowo atrakcyjne – według analiz Ministerstwa Klimatu i Środowiska propan w 2022 r. staniał w relacji do innych paliw, jak pelet, olej opałowy czy gaz ziemny.
  • Gaz płynny LPG pochodzenia kopalnego będzie stopniowo zastępowany biopropanem (bioLPG) produkowanym z odpadów – paliwem wspieranym przez regulacje europejskie, który ma identyczne cechy fizyko-chemiczne, jak tradycyjny LPG pochodzenia kopalnego.

„Gaz płynny – w tym bioLPG – stanowi wartościowe uzupełnienie miksu energetycznego na obszarach wiejskich i trudnodostępnych. To wygodne i bezobsługowe rozwiązanie, nie wymaga miejsca na magazynowanie opału i oznacza relatywnie niski – w porównaniu do np. pomp ciepła – koszt inwestycji. Ogrzewanie gazem jest przyjazne środowisku –nie powoduje smogu, a emisja dwutlenku węgla jest dwukrotnie niższa niż w przypadku węgla kamiennego. Takie piece będzie można użytkować także po 2030 roku, a w nowych budynkach będzie można używać bioLPG, co zapewni zeroemisyjność źródła ciepła” – podkreśla Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

W Polsce jest obecnie ok. 2 mln domów jednorodzinnych w miastach – zwykle z dostępem do energii z sieci – oraz ok. 3,7 mln domów na terenach wiejskich. Około 1,5 mln gospodarstw domowych wykorzystuje starsze piece węglowe, prawdopodobnie połowa z nich jest głównym źródłem smogu w Polsce.

Od 2027 r. nowobudowane budynki użyteczności publicznej, a od 2030 r. wszystkie nowobudowane – w tym mieszkalne – będą prawdopodobnie musiały mieć charakter zeroemisyjny. Źródła energii i ciepła zasilające lokalnie budynki zeroemisyjne będą musiały wykorzystywać wyłącznie energię odnawialną, co oznacza, że nie będzie dopuszczalne stosowanie paliw pochodzenia kopalnego – ale już np. bioLPG tak. Źródła ciepła zainstalowane przed wejściem w życie projektowanych przepisów będą mogły być nadal eksploatowane.

Krach na rynku brytyjskich obligacji skarbowych (Gilt) – kluczowe wnioski

  • Krach obligacji skarbowych w Wielkiej Brytanii nie stanowił powtórki kryzysu długu publicznego strefy euro, a raczej wywołany ryzykiem utraty płynności wypadek rynkowy, który zagroził stabilności finansowej – wynika z analiz Allianz Trade. Ponieważ swapy ryzyka kredytowego (CDS) dla Wielkiej Brytanii nie podążyły ścieżką wzrostu rentowności obligacji skarbowych, to ryzyko utraty płynności raczej niż ryzyko kredytowe spowodowało zmiany na rynku obligacji skarbowych. Nie doszło tu również do konfliktu o dominację finansowa pomiędzy bankami centralnymi i rynkami, ponieważ Bank Anglii działał jako mechanizm ochronny na rzecz a nie przeciwko rynkom. Zdaniem Allianz Trade wysokie ryzyko dla stabilności finansowej spowoduje wzrost liczby banków centralnych wywierających nacisk na podnoszenie stóp krótkoterminowych przy jednoczesnym utrzymaniu stóp długoterminowych pod kontrolą.
  • Obrót na rynku brytyjskich obligacji państwowych będzie przez pewien czas wyboisty. Ale Wielka Brytania nie stanowi wyjątku, jeśli chodzi o ryzyko płynności. Ryzyko to uderzyło ją jako pierwszą w związku z niefortunną interakcją sygnałów polityki monetarnej (zacieśnianie) i fiskalnej (luzowanie). Z analiz Allianz Trade wynika, że podobne ryzyko utraty płynności może wystąpić głównie w strefie euro, ale też w USA, ponieważ zmienność na rynku obligacji osiągnęła poziomy niewidziane od przełomu lat 2008-09, a bezpieczne zabezpieczenia pozostają rzadkie.
  • Allianz Trade uważa, że Bank Anglii będzie musiał pozostać „kredytodawcą ostatniej szansy” dłużej niż tylko do końca października i przełożyć na później swój program zacieśniania ilościowego celem przywrócenia pewności. Potrzebny jest też nadal realny zwrot polityki fiskalnej, wykraczający poza rezygnację z obniżki podatków dla 45% najlepiej zarabiających (co pozwoli zaoszczędzić 2,5 mld GBP). W obecnej formie, pakiet fiskalny popchnie brytyjski deficyt fiskalny ku poziomowi zbliżonemu do -7% PKB w 2023 r., a dług publiczny do 103% PKB. W związku z tym wszystkie oczy będą zwrócone na średnio-terminową ścieżkę fiskalną, którą kanclerz skarbu najprawdopodobniej przedstawi już w tym miesiącu, mając na uwadze kryzys. Ponieważ wyższe o +100bp stopy skarbowe są równe wysiłkom fiskalnym na poziomie 0,5% PKD dla stabilizacji długu, a także w związku ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, ryzyko pogorszenia się sytuacji fiskalnej w kontekście potencjalnego wzrostu na poziomie ok. +1% pozostaje bardzo wysokie. W związku z tym wydaje się, że planowane na 31 października rozpoczęcie transakcji sprzedaży obligacji skarbowych na poziomie 10 mld GBP na kwartał będzie trudne.
  • W świetle wysokiego podwójnego deficytu nie można wykluczyć dalszego spadku wartości GBP – wynika z analiz Allianz Trade. Jeśli wiarygodność fiskalna zostanie zakwestionowana ponownie do końca listopada, możemy spodziewać się spadku o -7% względem USD. W tak wrażliwym otoczeniu Bank Anglii będzie zmuszony do szybszego podnoszenia stóp procentowych (do 4% pod koniec 2022 r., co stanowić będzie wynik wyższy o 150bp w porównaniu do uprzednich przewidywań), ale przy ograniczonym wpływie na PKB.
  • Wyższe koszty finansowania mogą spowodować wzrost ryzyka korporacyjnego – wynika z analiz Allianz Trade. Dodatkowe zwiększenie stóp o +150 bps spowoduje spadek marż korporacyjnych o niemalże -2pp i wzrost stóp procentowych kredytów bankowych dla firm o +130 bps. Bufory podatkowe są nadal o 35% wyższe względem poziomów z 2019 r., ale skoncentrowane są głównie w rękach dużych firm. W związku z tym potencjalne warunki skrajne w zakresie płynności w połączeniu ze wzrostem kosztów energii zwiększą udział MSP narażonych na ryzyko upadłości do poziomu powyżej 20% w Wielkiej Brytanii, czy do poziomów sprzed Covid-u. Generalnie przewidujemy wzrost poziomu upadłości przedsiębiorstw do +15% powyżej poziomów sprzed Covid-u w 2023 r. (do 25.400 przypadków).

Rynki natychmiast zaczęły podważać masywny brytyjski pakiet luzowania fiskalnego, który miał być w całości finansowany dodatkowymi emisjami obligacji w sytuacji, gdzie Bank Anglii miał rozpocząć sprzedaż obligacji skarbowych. Rezygnacja z obniżki podatków dla najlepiej zarabiających jest krokiem w dobrym kierunku, ale wejście na wiarygodna ścieżkę średnioterminowa będzie wymagać więcej. Dnia 23 września kanclerz skarbu Kwasi Kwarteng ogłosił ambitny pakiet wydatkowania na poziomie ok. 7% PKB (lub ponad 200 mld GBP) na okres kolejnych dwóch lat celem zwalczenia kryzysu energetycznego. Pakiet przewidywał cięcia podatkowe na poziomie 45 mld GBP, które miały być finansowane dodatkowymi pożyczkami i stanowiły największy przejaw luzowania fiskalnego od 1972 r., większy o 15 mld GBP niż przewidywano. Odpowiada on ponad 50% pakietu Covid-owego łącznie i powinien spowodować wzrost długu publicznego do 103% PKB w 2023 r. z poziomu 96% w 2022 r., co spowodowałoby deficyt budżetowy na poziomie -7% PKB.

Ogłoszenie bodźca fiskalnego w czasie, gdy Wielka Brytania posiada znaczny deficyt obrotów bieżących (patrz Tabela 2) i gdy Bank Anglii miał rozpocząć zacieśnianie ilościowe wywołało kryzys zaufania na rynkach. Wartość funda względem dolara amerykańskiego spadła gwałtownie 23 września (-3,5%), osiągając najniższy poziom od 1985 r. Choć ostatnie ogłoszenie Banku Anglii o zaangażowaniu się w celowane zakupy QE długoterminowych brytyjskich obligacji skarbowych przyniosło rynkowi niewielką ulgę, efekt ten będzie z pewnością krótkoterminowy, ponieważ nie podjęto w pełni działań nacelowanych na przyczyny tej wyprzedaży. Zwrot w zakresie cięć podatkowych dla osób o wyższych dochodach dał walucie nieco odetchnąć, ale droga do odzyskania wiarygodności fiskalnej i rządowej jest nadal długa. W końcu koszt tej części pakietu był najmniejszy, przez co nie rozwiano wątpliwości co do finansowania deficytu fiskalnego.

Inwestycje portfelowe stanowią niezwykle istotne źródło finansowania zewnętrznego w Wielkiej Brytanii (Rysunek 1), szczególnie w ostatnich latach. Tym niemniej, utrata zaufania dla państwa ze strony inwestorów z pewnością może przynieść problemy. Dla PKB może być to poważny problem, ponieważ waluta jest silnie negatywnie skorelowana z awersją do ryzyka (Rysunek 2).  W przypadku „nagłego zatrzymania” wpływów kapitałowych, obroty bieżące mogłyby ulec praktycznie natychmiastowemu odwróceniu, co zaś spowodowałoby (dalszy jeszcze) spadek wartości waluty.

Rysunek 1 – Równowaga płatności (suma bieżąca na Kw IV, % PKB)Równowaga płatności

[legenda od góry: Obroty bieżące; Wpływy z inwestycji bezpośrednich netto; Wpływy z inwestycji portfelowych (IP) netto; IP: kapitał; IP: dług]

Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Rysunek 2 – PKB vs S&P500PKB vs S&P500

[legenda: GBP-USD (prawa strona – odwrócone)]

Źródła: Refinitiv, Allianz Research

Modele wyceny FX[1] (Tabela 1) wskazują, że choć wycena GBP już jest zaniżona, nie jest to najtańsza waluta – wśród walut krajów G10 najgorsze pozycje zajmują szwedzka korona (SEK), norweska korona (NOK) i japoński jen (JPY). Należy zauważyć, że model FEER, który uwzględnia dynamikę sektora zewnętrznego sugeruje, iż wycena funta jest nadal zawyżona, pomimo znacznego deficytu obrotów bieżących w Wielkiej Brytanii. W ujęciu zbiorczym, modele wskazują, że GBP nie jest tak na prawdę szczególnie tani, przez co nie można wykluczyć dalszego spadku wartości.

Jeśli skoncentrujemy się na założeniach modelu FEER i przyjmiemy, iż konieczna jest pełna korekta obrotów bieżących, przybliżone szacunki wskazują, że wartość funta powinna spaść o niemalże 30% w ujęciu realnym efektywnym. Dla pary walutowej GBP-USD wymagany byłby spadek na poziomie 7%. To powiedziawszy, polityka monetarna powinna odegrać tu istotną rolę, a Bank Anglii powinien zacząć podnosić stopy procentowe szybciej i z całą pewnością silniej niż przewidywano, co powinno zapewnić walucie pewne – choć ograniczone – wsparcie. W końcu wyższe stopy procentowe powinny mieć wpływ zarówno na już anemiczny wzrost, jak i na stronę fiskalną. Do czasu ogłoszenia planów polityki monetarnej i szczegółów planu fiskalnego przewidujemy, że funt pozostanie walutą wysoce zmienną, ulegającą wpływom pojawiających się informacji z frontu fiskalnego.

Tabela 1 – Wycena FXWycena FX

[average – średnia; Undervalued – zaniżona wycena; Overvalued – zawyżona wycena]

Sources: Refinitiv, Allianz Research.

Źródła: Refinitiv, Allianz Research.

Wszystkie oczy będą zwrócone na średnio-terminowy plan fiskalny, który może zostać zaprezentowany już w tym miesiącu. Zapewnienie wiarygodności będzie wymagać czegoś więcej niż tylko rezygnacji z cięć podatkowych, które powinny zredukować pakiet luzujący o 2,5 mld GBP. W szczególności bardzo optymistyczny docelowy wzrost roczny na poziomie +2,5% należy porównywać z przeszłymi wynikami na poziomie +2,1% notowanymi w latach 2010-15, czy 1,9% wzrostem po referendum w sprawie Brexitu i przed kryzysem wywołanym Covid-19. Dla kontekstu należy wskazać, że potencjalny wzrost realnego PKB Wielkiej Brytanii od Brexitu obniżył się do +1% rocznie.

Przewidujemy, że pakiet fiskalny zapewni dodatkowy wzrost o +1,1pp po upływie jednego roku, co w ujęciu netto powinno dać jedynie +0,1pp (patrz Tabela 2). To nie wystarczy dla stabilizacji długu publicznego, szczególnie w kontekście rosnących stóp procentowych, które wymagają dodatkowych korekt fiskalnych (wyższe o 100bps stopy skarbowe są równe wysiłkom fiskalnym odpowiadającym 0,5% PKB).

Tabela 2 – Wpływ środków luzowania fiskalnego w Wielkiej Brytanii

Pakiet cięć podatkowych (z wyłączeniem obniżenia stawki podatku dla 45% najlepiej zarabiających) mld GBP 42,5
% PKB 1,8%
Mnożnik fiskalny w pierwszym roku Egzogenny szok fiskalny na poziomie 1% PKB 0,6
Wpływ luzowania fiskalnego na wzrost realnego PKB (pp)   +1,0
Wzrost kluczowych stóp procentowych konieczny do skompensowania inflacji (bp)   100
Wpływ rosnących stóp na realny PKB -0,5
Wpływ netto na wzrost realnego PKB   0,5

Źródła: Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Źródła krajowe, Allianz Research

Tabela 3 – Kluczowe prognozy gospodarcze

Wielka Brytania 2020 2021 2022 2023
PKB -9,3% 7,4% 3,4% -0,2%
Wydatki konsumenckie -10,6% 6,2% 4,2% 0,5%
Wydatki publiczne -5,9% 14,3% 0,7% 8,5%
Inwestycje -9,5% 5,9% 5,0% 2,1%
Akcje* -0,8% 0,9% 2,7% -1,4%
Eksport -13,0% -1,3% 2,3% 0,1%
Import -15,8% 3,8% 14,4% 2,8%
Eksport netto 1,0% -1,5% -3,5% -0,9%
Obroty bieżące (% PKB) -2,5% -2,6% -6,0% -6,5%
Zatrudnienie -0,8% -0,5% 2,5% 0,5%
Wskaźnik bezrobocia 5,1% 4,5% 3,8% 4,0%
Wynagrodzenia 1,8% 5,9% 5,0% 4,9%
Inflacja 0,9% 2,6% 9,1% 7,5%
Stopa Banku Anglii 0,10% 0,25% 4,00% 4,00%
Bilans fiskalny (% PKB) -16,9% -8,1% -6,0% -7,0%
Dług publiczny (% PKB) 103,0% 95,0% 96,0% 103,0%

Zmiana w okresie, chyba że wskazano inaczej: * udział we wzroście PKB

** mds de £

Źródła: Źródła krajowe, Allianz Research

W międzyczasie Bank Anglii może być zmuszony pozostać „kredytodawcą ostatniej szansy” dłużej niż tylko do połowy października i przełożyć na później swój program zacieśniania ilościowego (QT) celem przywrócenia pewności. Bank Anglii musiał sobie przypomnieć, że jego zadaniem jest nie tylko równoważenie wzrostu stóp i ryzyka recesji, ale też zapewnianie stabilności finansowej. Dla wielu inwestorów połączenie rozbudowanego pakietu fiskalnego i agresywnego „jastrzębiego” stanowiska monetarnego stało się sygnałem do sprzedaży obligacji skarbowych. Mając na względzie już trudne warunki płynnościowe, spowodowało to spiralę spadkową wraz ze wzrostem zmienności, co doprowadziło do cięcia marż, jeszcze pogarszając sytuację płynnościową, aż do zupełnej zapaści animacji rynku. By zapobiec kryzysowi systemowemu, Bank Anglii musiał opóźnić realizację swych planów w zakresie zacieśniania ilościowego (GT) i interweniować jako animator rynku ostatniej szansy poprzez wznowienie zakupu obligacji skarbowych (zakupy na poziomie 5 mld GBP przez okres 13 dni, na łączną kwotę 65 mld BGP). Krach obligacji skarbowych nie stanowił powtórki kryzysu długu publicznego ostatnio widzianego w strefie euro w 2012 r., a raczej wywołany ryzykiem utraty płynności wypadek rynkowy. Ponieważ swapy ryzyka kredytowego dla Wielkiej Brytanii nie podążyły ścieżką wzrostu rentowności obligacji skarbowych, to ryzyko utraty płynności a nie ryzyko kredytowe spowodowało zmiany na rynku obligacji skarbowych. Nie doszło tu również do konfliktu o dominację finansowa pomiędzy bankami centralnymi i rynkami, ponieważ Bank Anglii działał jako mechanizm ochronny na rzecz a nie przeciwko rynkom.

Od czasu pojawienia się ogłoszeń budżetowych rynki przewidują, że brytyjskie stopy procentowe powinny osiągnąć szczyt w wysokości 6% przyszłego lata, osiągając tym samym ponad dwukrotnie wyższy poziom od obecnego 2,25%. Bardziej agresywne podnoszenie stóp procentowych sprzyjałoby wzrostowi wartości GBP powyżej 1,10/USD, co jest czynnikiem kluczowym w utrzymaniu inflacji w ryzach. Efekt przeniesienia na ceny importowe w Wielkiej Brytanii jest jednym z najwyższych w krajach rozwiniętych, jako że ocenia się, iż 55% ceny importowej odzwierciedla zmiany kursów walutowych – w porównaniu do np. 10% w Niemczech, czy 5% we Francji. Ponadto 30% wydatków konsumenckich zależy od importu. Patrząc więc na historyczny efekt przeniesienia Allianz Trade zauważa, że obniżenie wartości o -10% oznaczałoby wzrost inflacji o niemalże +3pp w ciągu jednego roku. Z drugiej strony, zwiększenie wzrostu jest ograniczone, ponieważ przewiduje się, że spadek wzrostu PKB przełoży się na zmianę cen eksportowych na poziomie odpowiadającym jedynie 40% zmiany kursów walutowych[2]. Efekt przeniesienia może być jeszcze niższy, mając na względzie niski poziom wzrostu globalnego i najniższych szacunkach dla wzrostu handlu globalnego od roku 2019 (+1,2%)[3]. W związku z tym Allianz Trade uważa, iż celem kompensacji rosnącej inflacji Bank Anglii będzie musiał zwiększyć stopy procentowe do 4% do końca 2022 r., a następnie wstrzymać wprowadzanie zmian w tym zakresie w 2023 r.

Obrót na rynku brytyjskich obligacji państwowych będzie przez pewien czas wyboisty.  Ale Wielka Brytania nie stanowi wyjątku, jeśli chodzi o ryzyko płynności.  Ryzyko to uderzyło ją jako pierwszą w związku z niefortunną interakcją sygnałów polityki monetarnej i fiskalnej. Podobne ryzyko utraty płynności może wystąpić w strefie euro i USA, ponieważ zmienność na rynku obligacji osiągnęła poziomy niewidziane od kryzysu finansowego z 2008 r., a bezpieczne zabezpieczenia pozostają rzadkie. Allianz Trade uważa, że obligacje skarbowe państw strefy euro są bardziej narażone na ryzyko (Rysunek 3).

Rysunek 3 – Zmienność na rynku obligacji zbliżona do poziomów z okresu globalnego kryzysu finansowegoZmienność na rynku obligacji zbliżona do poziomów z okresu globalnego kryzysu finansowego

[legenda od góry: USA – zmienność na rynku obligacji skarbowych (Indeks MOVE); STREFA EURO – Wskaźnik zmienności na rynku obligacji (skarbowe I NFC) (prawa strona)]

Źródła: Refinitiv Datastream, Allianz Research

Z krachu brytyjskich obligacji skarbowych wyciągamy następujące wnioski:

  • Poza możliwością wywołania recesji, ryzyko stabilności finansowej może ograniczyć zwiększanie stóp procentowych i doprowadzić do zwrotu w polityce monetarnej.
  • Krach brytyjskich obligacji skarbowych może oznaczać koniec sekwencjonowania QE, gdzie zakupy obligacji i zwiększanie stóp uważano za wzajemnie wykluczające się. Nowe model działania może obejmować wywieranie przez banki centralne presji na podnoszenie stóp krótkoterminowych przy jednoczesnym utrzymaniu stóp długoterminowych pod kontrolą (spłaszczanie krzywej rentowności).
  • Nie należy porównywać obecnego cyklu podnoszenia stóp do cykli z lat 70. i 80. XX wieku, ponieważ system finansowy jest obecnie dużo bardziej wrażliwy na zmienność stóp procentowych w związku z zakresem finansjalizacji, stosowania dźwigni finansowej i ekspozycji na instrumenty pochodne. Do zarządzania poziomem zmienności przywiązywać się teraz będzie znacznie większą wagę w polityce monetarnej.
  • Bank centralny nadal będzie mieć wpływ na sytuację, ale dotyczyć to będzie jedynie aktywów koniecznych dla funkcjonowania systemu finansowego (aktywa bezpieczne, kwalifikujące się do operacji mających na celu regulację polityki monetarnej). Zwiększy to rozwidlenie cenowe, ponieważ aktywa te stanowić będą ucieleśnienie premii za dogodność.

Rysunek 4 – Ryzyko utraty płynności na brytyjskim, amerykańskim i niemieckim rynku obligacji*Ryzyko utraty płynności na brytyjskim, amerykańskim i niemieckim rynku obligacji

[legenda od lewej: brytyjskie obligacje skarbowe; amerykańskie obligacje skarbowe; niemieckie obligacje skarbowe]

*Wskaźniki mierzące łącznie odchylenia ceny kupna/sprzedaży od krzywej wartości godziwej

Źródła: Bloomberg, Allianz Research

Indeks FTSE 100 pozostaje odporny, pomimo ostatniej zmienności poziomu dochodu stałego, ale premia za ryzyko wzrosła. Przez większą część 2022 r. wyniki FTSE 100 były lepsze niż wyniki pozostałych rynków światowych dzięki typowego dla tego indeksu nastawienia „defensywnego” oraz względnie wysokiej wadze sektorów towarowych, które skorzystały na super cyklu towarowym. Jednocześnie, jeśli chodzi o stronę przychodów, fakt, iż większość spółek tworzących FTSE 100 generuje przychody raczej poza Wielką Brytanią (~75%) jednocześnie wykazując przychody w GBP powoduje klasyfikację FTSE 100 jako aktywa o niskiej zależności od sytuacji w Wielkiej Brytanii, powodując wzrost lub zapobiegając spadkowi strukturalnemu wykazywanych zysków. W konsekwencji, nawet jeśli rynki brytyjskich obligacji skarbowych i kredytów korporacyjnych cechowały się znacznym stopniem zmienności, FTSE 100 zachował odporność, a ciągły spadek wartości PKB pozytywnie kompensował pogarszające się światowe warunki gospodarcze. Ta odporność strukturalna dotyczy jedynie 100 największych graczy rynkowych. Największe spółki z przedziału 101 do 305 tworzące indeks FTSE 250 osiągnęły wyniki odpowiadające innym globalnym rynkom kapitałowym, głównie dlatego, że w obszarze tych 250 graczy podejście nie jest już tak defensywne i skoncentrowane na towarach, a głównym źródłem przychodów jest krajowy rynek brytyjski (Rysunek 5).

Rysunek 5 – Wyniki globalnych rynków kapitałowych narastająco od początku roku (%)Wyniki globalnych rynków kapitałowych

Źródła: Refinitiv Datastream, Allianz Research

Ta odporność rynkowa zostanie wystawiona na próbę w najbliższej przyszłości, ale dane podstawowe nadal narzucają mu etykietę „taniego”. Nawet jeśli indeks FTSE 100 wykazał swego rodzaju odporność w ujęciu rok do roku, globalne spowolnienie gospodarcze musi wywrzeć wpływ strukturalny na bilanse firm brytyjskich, jako że przewiduje się, iż globalna erozja popytu wywierać będzie w najbliższej przyszłości niebagatelną presję, szczególnie na firmy zależne od sytuacji na rynku towarowym. W tym zakresie analitycy nieustannie obniżają szacunki zarobków, przyspieszając przewidywania dotyczące spadków bilansów w związku z przewidywanym globalnym spadkiem popytu. Warunki te wywierać będą presję na indeks do końca roku. Tym niemniej, nawet uwzględniwszy swego rodzaju konsensus co do ogólnych spadków cen, fakt, iż wyniki głównego indeksu plasują się przy niższym krańcu spektrum wskaźnika cen do zarobków powoduje, że przyczepiła się do niego etykieta „już taniego”. Poza tym względnie wysokie dywidendy i skupy akcji nieustannie wywierają dodatkową presję, szczególnie że niekwalifikująca się część dywidend firm FTSE 100 ma swe źródło w przychodach wyrażonych w USD celem zabezpieczenia inwestorów przed ryzykiem wynikającym z osłabienia funta brytyjskiego.  Na koniec, patrząc z perspektywy składu, wysoce defensywne i skoncentrowane na towarach podejście rynkowe w połączeniu z wysoką koncentracją środków finansowych i niską ekspozycją na akcje „wzrostowe”, które powinny zapewnić zabezpieczenie przed presją ze strony stóp procentowych wynikającą z aktywów o długich okresach przepływów pieniężnych, powinno umożliwić indeksowi FTSE 100 utrzymać ten poziom odporności w najbliższej przyszłości. Poza tym fakt, że Bank Anglii wydaje się być gotowy do podjęcia interwencji, jeśli sprawy zajdą za daleko na froncie płynności i luzowania polityki fiskalnej (co powinno być korzystne dla rynku lokalnego, szczególnie w zakresie firm FTSE 250), powinien umożliwić rynkom pewne odbicie cenowe pomimo środków ochronnych przewidzianych w polityce.  Powinno to doprowadzić indeks FTSE 100 do poziomu zbliżonego do -2%/0% rocznie w 2022 r. oraz do niskich, ale dodatnich wskazań w roku 2023 (Rysunek 6).

Rysunek – Wyniki kapitałowe vs marże zysku netto i rozpiętość zarobków*Krach na rynku brytyjskich obligacji skarbowych (Gilt) - kluczowe wnioski 1 Wyniki kapitałowe vs marże zysku netto i rozpiętość zarobków

[Legenda od góry: Marża zysku netto (r/r % – opóźnienie 6M – prawa strona); FTSE 100 (r/r%); Rozpiętość zarobków (%)*]

Źródła: IBES, Worldscope, Refinitiv Datastream, Allianz Research

Uwaga: * liczba aktualizacji zwiększających szacunki poziomu zysków na akcję – liczba aktualizacji obniżających szacunki poziomu zysków na akcję jako % łącznej liczby szacunków

W związku z przewidywanym wzrostem kosztów finansowania rośnie ryzyko korporacyjne. W związku z odejściem od instrumentów kapitałowych oraz brakiem takiej odporności, jak wykazana przez FTSE 100, wskaźnik ryzyka korporacyjnego obrał tę samą ścieżkę jak jego europejskie odpowiedniki. Perspektywy obrania bardziej stromej i zakładającej utrzymanie wyższych poziomów stóp przez dłuższy okres czasu polityki monetarnej w połączeniu z rosnącą niepewnością makroekonomiczną w Wielkiej Brytanii prowadzą do strukturalnej zmiany wskaźników ryzyka kredytowego na całej krzywej korporacyjnej. Tym niemniej, również dzięki niskim wolumenom przyznawanych kredytów korporacyjnych w funtach brytyjskich, wzrost kosztów finansowania nie odcisnął się jeszcze znacząco na średniej wartości korporacyjnego kuponu dłużnego w obrocie, która pozostała stabilna na poziomie około 3,6% dla klasy inwestycyjnej. Jednocześnie, głównie dzięki większemu niż przewidywano pakietowi fiskalnemu i zakupom celowanym Banku Angielskiego, sytuacja w zakresie kredytów korporacyjnych w funtach brytyjskich skompensowała częściowo środki ochronne zapewniane przez politykę, powodując tym samym szalony wzrost ryzyka kredytowego (Rysunek 7).

Rysunek 7 – Spready korporacyjne klasy inwestycyjnej (zmiana r/r w bps)

Spready korporacyjne klasy inwestycyjnejŹródła: BofA, Refinitiv Datastream, Allianz Research

Model rozkładu korporacyjnego Allianz Trade wskazuje, że komponent zmienności kapitałowej modelu nie odgrywa istotnej roli w ostatnio poszerzających się spreadach korporacyjnych. Głównymi czynnikami powodującymi ostatnie zmiany wskaźników ryzyka kredytowego są pogorszenie się warunków gospodarczych (odzwierciedlonych w ufności konsumenckiej) w związku z przekraczającą przewidywania inflacją oraz pasywnym wynikami bilansu Banku Anglii (wkład ze strony bilansu Banku Anglii). Obecnie obserwowane czynniki wskazują na wysoce niestabilną sytuację, pogarszająca się koniunktura gospodarcza powodować będzie jeszcze większą presję na spready kredytowe, a efekt netto bilansowania QT i QE przyniesie kolejne wyzwania (Rysunek 8). Tym niemniej, silne działania fiskalne w połączeniu z nadal wysokim poziomem odporności brytyjskim firm, czy to w zakresie poziomu posiadanych środków pieniężnych czy wskaźników obsługi zadłużenia, pozwalają nam uznać, że spready korporacyjne w funtach brytyjskich utrzymają się na poziomie zbliżonym odpowiednio do 200bps i 600bps dla klasy inwestycyjnej i klasy wysokiej rentowności (w porównaniu do obecnych poziomów 230bps i 660bps).

Rysunek 8 – Rozbicie kredytu korporacyjnego klasy inwestycyjnej w Wielkiej Brytanii (r/r – bps)Rozbicie kredytu korporacyjnego klasy inwestycyjnej w Wielkiej Brytanii

[legenda od góry: udział Banku Anglii w bilansie; Udział FTSE VIX; Udział pewności konsumentów brytyjskich; spread IG r/r; szacunki r/r]

Źródła: Refinitiv Datastream, Allianz Research

Pomimo raczej umiarkowanych i wskazujących na względną odporność prognoz dla aktywów obarczonych ryzykiem, należy podkreślić wysoką wrażliwość i zmienność rynku w związku z obserwowanymi obecnie czynnikami endogennymi i egzogennymi. W związku z tym, szczególnie jeśli banki centralne pozostaną przy obecnie objętym „jastrzębim” odejściu polegającym na utrzymywaniu wyższych stóp przez dłuższy okres czasu, konieczne będzie obranie ostrożnego podejścia, szczególnie w roku 2022.

[1] Ocena wartości waluty nie jest zadaniem łatwym, a liczba modeli dostępnych w tym zakresie jest duża. Jednym z najpopularniejszych modeli jest Parytet Siły Nabywczej (PPP): jednym z możliwych podejść jest pomiar odchylenia Realnego Efektywnego Kursu Walutowego (REER) względem jego długoterminowej średniej. Tym niemiej jasnym jest, że wahania REER powiązane są głównie z warunkami handlowymi i zmianami produktywności względnej kraju. Dlatego korzystamy z behawioralnego modelu fundamentalnego kursu równowagi (BEER), który uwzględnia te zmienne. Trend realnych kursów walutowych jest w sposób oczywisty powiązany z bilansem płatności, który uwzględnia wszystkie przepływy i transakcje finansowe pomiędzy rezydentami i nie-rezydentami. Modele fundamentalnego kursu walutowego równowagi (FEER) w szczególności wskazują, że zbyt wysoki bilans obrotów bieżących wymaga zwiększenia wartości waluty, natomiast zbyt niski – jej obniżenia.

[2] Szacunki Europejskiego Banku Centralnego.

[3] Zapraszamy do lektury naszej najnowszej Globalnej Prognozy Gospodarczej.

Kurs USD/JPY prowokuje BoJ

Swego nowego najniższego od listopada 2020 poziomu dotknął wczoraj S&P 500. Nasdaq Composite osiągnął we wtorek najniższy poziom od lipca 2020. Ponad swoim cyklicznym minimum z końca września zdołała utrzymywać się średnia przemysłowa Dow Jonesa. Dziś rano na giełdach Azji i Oceanii swe nowe cykliczne minima osiągnęły główne indeksy w Hongkongu, na Tajwanie i w Malezji. Rosły natomiast po świątecznej przerwie indeksy giełd w chinach kontynentalnych (Shanghai Composite +1,53 proc., Shanghai B-Share Index +2,34 proc.).

Na początku sesji na europejskich rynkach akcji przeważały dziś rano spadki (DAX –0,79 proc., CAC 40 -0,49 proc. ok. godz. 9:45). Brytyjski FTSE 250 był dziś rano najniżej od maja 2020.

WIG-20 spadał dziś ok. godz. 9:45 o 0,59 proc. utrzymując się jednak powyżej poziomów wczorajszych minimów. Wśród składników mWIG-u 40 swój najniższy od końca 2020 roku poziom osiągnął dziś kurs akcji spółki Enea.

Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych krajów strefy euro utrzymywały się w okolicach swych najwyższych poziomów od 2011 roku. Rentowność amerykańskich 10-latek utrzymywała się w pobliżu swego maksimum z 2010 roku. Nadal szeroki był ujemny „spread” pomiędzy rentownościami 10-letnich i 2-letnich obligacji skarbowych (3,937 proc. i 4,2974 proc. odpowiednio).

Minimalnie spadały dziś rano ceny kontrakty na ropę naftową (WTI -0,34 proc., Brent -0,14 proc. ok. godz. 9:30). Taniały dziś rano również metale szlachetne (złoto -0,68 proc., srebro –1,76 proc., platyna -1,16 proc., pallad –0,17 proc.) oraz miedź (-1,11 proc.).

Lekko umacniało się względem USD dziś rano euro (+0,13 proc. ok. godz. 9:15). Kurs amerykańskiego dolara osiągnął dziś najwyższy poziom od 1998 roku względem japońskiego jena testując poziom, na którym nastąpiła we wrześniu ostatnia – pierwsza od 24 lat – interwencja banku centralnego Japonii w obronie jena. Amerykański dolar osiągnął dziś historyczny szczyt względem malezyjskiego ringgita pokonując poprzednie maksimum ze stycznia 1998. USD osiągnął dziś również nowe najwyższe od 2020 roku poziomy względem australijskiego dolara i południowoafrykańskiego randa. Amerykański dolar zaliczył również dziś rano swe nowe historyczne maksimum względem węgierskiego forinta.

Polski złoty się dziś rano kosmetycznie umacniał (EUR/PLN –0,03 proc., USD/PLN -0,18 proc. ok godz. 9:25).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara utrzymywał się w okolicach dolnego ograniczenia przedziału wahań z ostatnich 4 miesięcy wydobywając się dziś rano powyżej poziomu 19000 USD (+0,73 proc. ok. godz. 9:10).

Autor Wojciech Białek, TMS Brokers

Rozprawa w TSUE w dniu 12.10.2022 r. o tzw. wynagrodzeniu za korzystanie z kapitału. Czego mogą spodziewać się Frankowicze?

Kwestia tzw. wynagrodzenia za korzystanie z kapitału na rzecz banków jest aktualnie najgorętszym tematem w środowisku Frankowiczów. Trudno się temu dziwić. Kredytobiorcy zastanawiają się czy wytaczanie procesu bankowi z tytułu nieważnej umowy kredytu ma sens, jeżeli mieliby w związku z tym zapłacić bankowi wynagrodzenie w trudniej do przewidzenia wysokości. Dlatego też polski sąd zwrócił się do TSUE z pytaniem prejudycjalnym i zapytał, czy w przypadku nieważności umowy kredytu strony (czyli zarówno bank, ale także i kredytobiorca) mogą oprócz zwrotu pieniędzy zapłaconych w wykonaniu tej umowy (bank – kapitału kredytu, konsument – rat, opłat, prowizji i składek ubezpieczeniowych) oraz odsetek ustawowych za opóźnienie od chwili wezwania do zapłaty, domagać się także jakichkolwiek innych świadczeń, w szczególności wynagrodzenia, odszkodowania, zwrotu kosztów lub waloryzacji świadczenia.

Sprawa została zarejestrowania w TSUE pod sygn. akt C-520/21 i 12 października 2022 roku obserwowaliśmy pierwszą jej odsłonę. Na wyrok będziemy musieli jeszcze poczekać, natomiast ja jestem całkowicie spokojna o treść rozstrzygnięcia w tej sprawie.

O co chodzi z tzw. wynagrodzeniem za korzystanie z kapitału?

Sprawy z powództwa banków o tzw. wynagrodzenie za korzystanie z kapitału po raz pierwszy w sądach pojawiły się 2-3 lata temu. Banki – widząc, że masowo przegrywają procesy z Frankowiczami doszły do wniosku, że nie mogą dopuścić do utraty zysków wynikających z tych umów, zaczęły występować z pozwami o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału. Z reguły przez banki zostali pozwani Klienci, którzy najwcześniej wytoczyli powództwa, czyli w latach 2015 – 2018, chociaż zdarzają się kontrpozwy w sprawach złożonych później. Wynika to przede wszystkim z instytucji przedawnienia. Banki zapewne obawiają się, że sądy mogą uznawać, że jeżeli kredytobiorca złożył pozew o uznanie jego umowy za nieważną przykładowo w 2016 czy 2017 roku, to od tego momentu rozpoczął bieg 3-letni termin przedawnienia roszczeń o zwrot kapitału.

Tzw. „wynagrodzenie za korzystanie z kapitału” nagrodą dla banków za nieuczciwe działanie?

Przyznanie bankom możliwości domagania się do kredytobiorców tzw. „wynagrodzenia za korzystanie z kapitału” oznaczałoby de facto, że banki odniosłyby korzyści ze stosowania w relacji ze swoimi klientami konsumentami niedozwolonych postanowień umownych. Możliwość orzeczenia przez sąd dodatkowej opłaty pod postacią tzw. wynagrodzenia za korzystanie z kapitału nie tylko osłabiałyby odstraszające i prewencyjne skutki wynikające z Dyrektywy 93/13, lecz nawet mogłoby mieć efekt odwrotny. Uznanie dodatkowej opłaty w postaci wynagrodzenia za korzystanie z kapitału służyłoby bowiem wyłącznie interesom przedsiębiorcy, który mógłby założyć, że stosowanie w relacjach z konsumentami nieuczciwych warunków umownych może być dla niego opłacalne. Bowiem w efekcie orzeczenia nieważności umowy kredytu bank traciłby prawo do zapłaty uzgodnionych odsetek i kosztów, ale otrzymywałby wynagrodzenie za kapitał, które byłoby dla niego „nagrodą” za nieuczciwe działanie.

Dlatego też roszczenia wysunięte przez banki z pewnością są przedwczesne i stanowią nadużycie prawa. O jego jakiejkolwiek zasadności można dywagować dopiero w momencie uznania danej umowy kredytu za nieważną, dokonania rozliczenia przez bank i wykreślenia hipoteki. Wtedy też po banku ziści się możliwość wystąpienia z roszczeniem o zwrot kwoty udostępnionego kapitału. Należy podkreślić, że w polskim porządku prawnym nie istnieje przepis, który tworzyłby podstawę prawną domagania się przez bank od Frankowicza wynagrodzenia za korzystanie z kapitału za cały okres, w której kredytobiorca rzeczywiście posiadał udostępnioną kwotę kapitału, trwając w przeświadczeniu, że działa w dobrej wierze.

Trudno zaakceptować sytuację, w której bank jako profesjonalista na rynku, który zawodowo zajmuje się udzielaniem kredytów, będący jednocześnie autorem nieważnej umowy kredytu, której klient banku nie miał możliwości negocjować, miałby uzyskać wynagrodzenie z tytułu swojego nieuczciwego działania. Dlatego też uważam, że TSUE nie przyzna racji bankom w tym zakresie, bo byłoby to również sprzeczne z efektem mrożącym dla przedsiębiorców, który jest przecież stałym elementem orzeczeń tego trybunału. Uznanie zasadności takich roszczeń banków spowodowałoby, że w przyszłości przedsiębiorcy nie mieliby oporów, aby proponować swoim klientom (niezależnie od branży) wadliwe prawnie umowy, skoro zamiast konsekwencji takiego działania dostawaliby wynagrodzenie, a to z kolei stawiałby pod ogromnym znakiem zapytania sens ochrony konsumentów nie tylko w Polsce, ale także w Unii Europejskiej. Nie ulega wątpliwości, że byłoby to niejako obejście prawa – skoro bank nie zarobi na akcji kredytowej, bo zaoferował swoim klientom nieuczciwe umowy, to zarobi na wynagrodzeniu, które nie ma podstaw prawnych. Uwzględnienie stanowiska banków doprowadziłoby w istocie do reaktywacji nieważnej umowy kredytu w zakresie oprocentowania. I tutaj konieczne jest odwołanie do Dyrektywy 93/13 i efektu mrożącego, mającego zniechęcić banki przed stosowaniem w umowach z klientami nieuczciwych warunków umownych. O jakim efekcie mrożącym mówilibyśmy, gdyby bank dostał wynagrodzenie za proponowanie nieuczciwych umów na poziomie 1/3-1/2 kwoty kredytu?

Co z wynagrodzeniem dla kredytobiorcy?

Ważnym aspektem tej sprawy jest także kwestia ewentualnego wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, ale zasądzanego od banku na rzecz kredytobiorcy. Pytanie prejudycjalnie dotyczy bowiem także tej kwestii, bo przecież i banki przez wiele lat korzystały z kapitału wpłacanego przez kredytobiorców z tytułu rat kapitałowo – odsetkowych. Niejednokrotnie obecnie są to wyższe kwoty niż te, które przed laty udostępnił im bank, czyli w skrócie bank korzysta z wyższej kwoty kapitału niż kredytobiorca. Ten temat nie jest praktycznie w ogóle poruszany i analizowany zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w sądach, natomiast nie jest wykluczone, że w tym zakresie TSUE może zająć zupełnie niespodziewane stanowisko.

Co dalej?

Jeżeli chodzi o wpływ tego orzeczenia na sprawy frankowe to przede wszystkim porażka banków powinna spowodować zaprzestanie składania przez banki tego rodzaju pozwów. Trudno wytłumaczyć sens takich działań, jeżeli TSUE orzeknie, że takie wynagrodzenie bankom się po prostu nie należy. W efekcie spraw z powództwa banków powinno być mniej, a musimy pamiętać, że gros spraw w sądach, szczególnie w Wydziale Frankowym, to właśnie sprawy wnoszone przez banki. Niewątpliwe także pozytywna dla Frankowiczów decyzja TSUE zachęci kolejnych kredytobiorców do podjęcia walki w sądzie, bo zniknie „straszak” w postaci kontrpozwu banku, niemniej nauczona doświadczeniem uważam, że sektor bankowy będzie wymyślał kolejne konstrukcje prawne, aby zniechęcić przed procesem sądowym.

O wyrok TSUE w sprawie C-520/21 jestem całkowicie spokojna. Dotychczasowy dorobek orzeczniczy TSUE hołduje ochronie interesów konsumentów i uważam, że tak też będzie i w tym przypadku. Trudno, aby kredytobiorca ponosił konsekwencje finansowe tego, że bank przed laty zaproponował mu wadliwą prawnie umowę kredytu, której na dodatek był jedynym autorem. Nie powinno budzić większych wątpliwości, że te roszczenia nie mają bowiem żadnego uzasadnienia prawnego w polskim systemie prawnym, szczególnie żadna realna podstawa prawna nie wynika z lektury takich pozwów. Jako prawnik specjalizujący się w tego rodzaju sprawach akcję składania pozwów przez banki przeciwko Frankowiczom oceniam jako akcję odstraszającą, która ma na celu zniechęcić kredytobiorców przed dochodzeniem ich praw na drodze sądowej. Oczywistym jest także, że gdyby takie wynagrodzenie miało być bankom zasądzane to stałoby to w jawnej sprzeczności z celem Dyrektywy 93/13. Uważam także, że po tym wyroku w Polsce skończy się temat tzw. wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, chociaż nie uważam, że banki złożą broń. Raczej spodziewam się nowych pomysłów jak zniechęcić Frankowiczów i innych posiadaczy kredytów powiązanych z walutą obcą przed wystąpieniem na drogę postępowania sądowego.

Karolina Pilawska – adwokat, wspólnik w kancelarii Pilawska Zorski Adwokaci. Specjalistka z zakresu sporów konsumentów z bankami. Od wielu lat z sukcesami reprezentuje interesy Frankowiczów w polskich sądach. 

Rozstrzygnięcie TSUE w sprawie frankowiczów może mieć wpływ na inne umowy konsumenckie

Dziś odbyło się posiedzenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który ma rozstrzygnąć, czy w razie unieważnienia hipoteki frankowej bankowi przysługuje prawo do wynagrodzenia za usługę finansową w związku z wieloletnim korzystaniem z kapitału udostępnionego kredytobiorcy. – Konsument jest przecież właścicielem nieruchomości zakupionej ze środków udostępnionych mu w ramach kredytu. Wartość tej nieruchomości w ostatnich latach rosła. Mimo to konsument żąda od banku zwrotu wszystkich zapłaconych rat, a sam zwraca tylko kapitał. To jest sytuacja niemożliwa w normalnych warunkach rynkowych – mówi Anna Cudna-Wagner, partner w Kancelarii CMS. Jak podkreśla, rozstrzygnięcie TSUE w sprawie C520/21 będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów na linii kredytobiorcy–banki, ale wpłynie też na stabilność całego polskiego sektora finansowego.

– W przypadku negatywnego dla banków rozstrzygnięcia TSUE trzeba by się zastanowić, jaki to będzie mieć wpływ nie tylko na sektor finansowy, ale i inne sektory gospodarki, w których przedsiębiorcy zawierają umowy z konsumentami. Tę sprawę można bowiem łatwo odnieść do każdej innej, długoterminowej umowy konsumenckiej. Może się okazać, że takie porozumienia po latach czy nawet już po wykonaniu tych umów będą mogły zostać podważone przez konsumenta, który dąży do uzyskania towaru czy usługi za darmo – mówi Anna Cudna-Wagner, partner w Kancelarii CMS Cameron McKenna Nabarro Olswang Pośniak i Bejm.

Z danych Związku Banków Polskich, udostępnionych Business Insiderowi, wynika, że na koniec maja br. w Polsce toczyło się ok. 90 tys. indywidualnych spraw dotyczących hipotek frankowych i tylko w I kwartale br. do sądów napłynęło 16,6 tys. nowych pozwów przeciwko bankom dotyczących niedozwolonych klauzul w umowach kredytów denominowanych i indeksowanych do franka. Dotychczasowe orzecznictwo w takich sprawach było raczej korzystne dla frankowiczów, którzy – w przypadku unieważnienia przez sąd wadliwej umowy frankowej – zwracają bankowi tylko kwotę nominalną kredytu, bez odsetek. Jednak coraz częściej to banki pozywają frankowiczów, domagając się od nich zwrotu kapitału oraz wynagrodzenia za korzystanie ze środków udostępnionych im w ramach kredytu.

– Oprócz zwrotu kapitału banki domagają się także zwrotu wartości usługi finansowej, jaką przedstawia korzystanie z tego kapitału – mówi ekspertka. – Unijna dyrektywa (Dyrektywa Rady 93/13/EWG w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich – przyp. red.) mówi o przywróceniu równości stron i tego – jak ujął to już wcześniej Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej – aby konsument znalazł się w takiej sytuacji, w jakiej byłby, gdyby w umowie nie było kwestionowanych postanowień. Jednak sytuacja, w której konsument zwraca wyłącznie kapitał, nią nie jest.

Na 12 października br. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zaplanował rozprawę, podczas której ma się zająć sprawą, czy banki mają prawo do wynagrodzenia za bezumowne korzystanie z kapitału. To odpowiedź na pytanie prejudycjalne, które w sierpniu ub.r. zadał TSUE Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. Stanowisko TSUE dotyczące tej sprawy będzie jednoznaczną odpowiedzią na pytanie, czy w razie unieważnienia umowy kredytu frankowego bankowi przysługuje prawo do wynagrodzenia za to, że kredytobiorca przez lata korzystał z udostępnionego mu kapitału.

– Banki nie żądają pieniędzy z tytułu nieważnej umowy. Banki oczekują tylko wyrównania tej wartości, którą konsument rzeczywiście uzyskał. On otrzymał określone pieniądze na cel mieszkaniowy, bez obowiązku zwrotu tych pieniędzy wcześniej niż w ustalonym czasie. I możliwość korzystania z tych pieniędzy też ma oczywiście swoją wartość – podkreśla Anna Cudna-Wagner. – Konsument jest przecież właścicielem nieruchomości zakupionej ze środków udostępnionych mu w ramach kredytu. Wartość tej nieruchomości w ostatnich latach rosła. Mimo to konsument żąda od banku zwrotu wszystkich zapłaconych rat, a sam zwraca tylko kapitał. To jest sytuacja niemożliwa w normalnych warunkach rynkowych.

Wyrok TSUE w sprawie C-520/21 jest oczekiwany przez tysiące polskich frankowiczów i będzie mieć kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu sporów na linii kredytobiorcy – banki. Wpłynie też na skalę kosztów ponoszonych przez sektor bankowy.

– Gdyby TSUE nie podzielił argumentów wysuwanych przez banki, to bezpośrednie konsekwencje tego negatywnego rozstrzygnięcia zostały oszacowane przez Komisję Nadzoru Finansowego na ok. 100 mld zł. Tyle wyniesie strata na poziomie całego sektora. I taka kwota z całą pewnością negatywnie odbije się na możliwości współdziałania banków z innymi sektorami gospodarki w Polsce czy za granicą – mówi partner w Kancelarii CMS.

Jak wskazuje, sektor finansowy poniesie stratę i tak – nawet jeżeli TSUE przyzna bankom prawo do wynagrodzenia za wieloletnie korzystanie z ich kapitału przez kredytobiorców frankowych.

– Komisja Nadzoru Finansowego oszacowała straty całego sektora finansowego w Polsce w różnych scenariuszach rozstrzygnięcia problemu frankowego. I w scenariuszu, w którym bank jest uprawniony do zwrotu nie tylko nominalnej kwoty kapitału, ale także wartości, jaką ten kapitał przedstawia, ta strata sektora została oszacowana na ponad 50 mld zł. To oczywiste, że banki – nawet w razie pozytywnego dla nich rozstrzygnięcia TSUE – i tak poniosą istotną stratę – mówi Anna Cudna-Wagner. – Nie jest zasadny argument, z którym spotykamy się w publicznej debacie, mówiący, że roszczenia banków o zwrot wartości usługi finansowej, jaką jest korzystanie z kapitału, nie powinny być uwzględnione, ponieważ banki nie poniosłyby z tego tytułu żadnej straty.

W tym sporze wypowiadają się m.in. UOKiK, KNF i Rzecznik Praw Finansowych, a także polski rząd, który swoje stanowisko do sprawy nr C-520/21 przekazał na piśmie do TSUE.

– Gdyby konsument oddawał wyłącznie kapitał, doszłoby do jego bezpodstawnego wzbogacenia się o wartość, jaką przedstawia na rynku korzystanie z tego kapitału – podkreśla partner w Kancelarii CMS Cameron McKenna Nabarro Olswang Pośniak i Bejm. – Najłatwiej wytłumaczyć, na czym polega to bezpodstawne wzbogacenie, porównując jego sytuację do kredytobiorcy, który zaciągnął kredyt złotówkowy. Ten kredytobiorca złotówkowy przez kilkanaście lat spłaca wynagrodzenie dla banku w postaci odsetek kapitałowych. Natomiast kredytobiorca frankowy, którego umowa została unieważniona, oddaje wyłącznie kapitał. Rynkowy koszt tego kapitału stanowi jego bezpodstawne wzbogacenie.

Ważna rozprawa w TSUE w sprawie kredytów frankowych

Posiadacze kredytów we frankach i sektor bankowy czekają na wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczący prawa banków do opłaty za korzystanie z kapitału w przypadku unieważnienia umów frankowych. Dziś w TSUE odbędzie się rozprawa i wysłuchanie stron. Zdaniem Jarosława Bełdowskiego, radcy prawnego i adiunkta w Katedrze Międzynarodowych Studiów Porównawczych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, rozstrzygnięcie faworyzujące frankowiczów mogłoby zagrozić stabilności systemu bankowego.

− Zarówno dla frankowiczów, jak i dla banków to rozstrzygnięcie będzie miało charakter fundamentalny. Sprawa dotyczy tego, czy system finansowy będzie stabilny, a także czy rozstrzygnięcie będzie sprawiedliwe od strony społecznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Bełdowski, radca prawny i adiunkt w Katedrze Międzynarodowych Studiów Porównawczych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. − Miejmy nadzieję, że Trybunał będzie w stanie wypowiedzieć się w tej kwestii, bo na razie jest ona jak gorący kartofel przerzucany pomiędzy sądami.

12 października Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma się ponownie zająć kwestią umów frankowych. Problem rozstrzygany obecnie przez TSUE w sprawie C-520/21 polega na tym, czy po unieważnieniu umowy o kredyt frankowy banki, oprócz zwrotu samego kapitału, mają także prawo domagać się opłaty za okres, w jakim frankowicze korzystali z pożyczonych im pieniędzy. Zdaniem Jarosława Bełdowskiego istnieją przesłanki prawne i ekonomiczne za tym, aby banki ubiegały się o zwrot kosztów korzystania z kapitału.

− Jeśli chodzi o stronę prawną, mówimy tu o bezpodstawnym wzbogaceniu. Regułą bezpodstawnego wzbogacenia jest to, że musimy oddać dokładnie to wszystko w takim stanie, w jakim otrzymaliśmy w trakcie umowy. Musimy pamiętać o tym, że wartość pieniądza zmienia się w czasie. Mamy inflację i wiemy, że jeżeli ktoś miał 100 zł przez 10 lat, to wartość tego pieniądza po 10 latach będzie inna – podkreśla radca prawny. − Musimy też pamiętać, że banki nie są instytucjami charytatywnymi, nie mają drukarek pieniędzy w swoich skarbcach, one te pieniądze muszą pozyskać z rynku po to, żeby udzielić kredytu. I teraz to jest fundamentalne pytanie polegające na tym, czy powinniśmy zwrócić wyłącznie wartość nominalną, czyli te 100 zł, czy też zwrócić bankowi również koszt pozyskania tych pieniędzy, koszt realnie poniesiony przez bank.

Z danych Związku Banków Polskich wynika, że na koniec maja toczyło się w Polsce 90 tys. indywidualnych spraw dotyczących hipotek frankowych. Szacunkowo kredyt taki wzięło 600–700 tys. osób (zazwyczaj małżeństw). Frankowiczów do unieważniania umów zachęcać może wzrost raty kredytu ze względu na wysoki kurs szwajcarskiej waluty, za którą trzeba już płacić powyżej 5 zł, oraz fakt, że Szwajcarski Bank Narodowy już dwukrotnie w tym roku podniósł stopy procentowe, kończąc z polityką ujemnych stóp.

– Sektor bankowy w przypadku niekorzystnego wyroku TSUE z pewnością poniósłby poważne straty, co w niepewnej sytuacji gospodarczej ma bardzo duże znaczenie. Ponadto musimy też pamiętać, że chodzi o sprawiedliwość społeczną. Osoby, które wzięły kredyt we franku i korzystały z niższych stóp procentowych, niższej inflacji i niższych rat kapitałowych i odsetkowych, będą uprzywilejowane względem osób, które wzięły kredyt złotowy – argumentuje adiunkt z Katedry Międzynarodowych Studiów Porównawczych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Jak mają się czuć ci, którzy wzięli kredyty w polskich złotych w porównaniu do frankowiczów, którzy musieliby zwrócić bankowi tylko nominalną wartość kredytu, bez opłaty za udzielenie kapitału? To skrajnie niesprawiedliwe.

5 października Jacek Jastrzębski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, przystąpił w roli prokuratora do sprawy, którą rozstrzygać będzie TSUE. Co istotne, w oficjalnym stanowisku polskiego rządu przesłanym w sierpniu do Trybunału Sprawiedliwości nie uwzględniono opinii KNF. − Mamy wiele opinii agencji rządowych, które wypowiadały się w tej kwestii, natomiast z doniesień medialnych wynika, że rząd przyjął wyłącznie stanowisko instytucji, które na co dzień ustawowo zajmują się ochroną konsumentów. Gdyby to się zmaterializowało, będzie to poważne zagrożenie dla sektora bankowego w Polsce – alarmuje Jarosław Bełdowski.

Surowce tanieją, ale wojna może to zmienić

Od szczytu w czerwcu, ceny surowców spadły o 16 proc. Jednak eskalacja wojny na Ukrainie po raz kolejny zwraca naszą uwagę na zależność rynku surowców od sytuacji politycznej. Gdyby doszło do kolejnego znacznego wzrostu ich cen, oznaczałoby to dalszy wzrost inflacji w Polsce i na świecie.

Rynek surowców w tym roku to prawdziwy roller-coaster. Bloomberg Commodity Index (BCI), czyli szeroki indeks surowcowy, spadł o 16 proc. wobec swojego szczytu z czerwca br. Jednak surowce to aktywa, które w tym roku, pod względem możliwości zarabiania nie miały konkurencji. Od początku roku BCI wzrósł o 16 proc. Pomiędzy poszczególnymi surowcami występują spore różnice, zależnie od sposobu ich wykorzystania i zmian popytu na niego w czasie spowolnienia gospodarczego.

Obecne spadki cen niektórych surowców, to efekt umocnienia się dolara oraz coraz mocniejszych obaw dotyczących recesji na świecie. Jednak dalsza eskalacja sytuacji na Ukrainie, może skutkować kolejnymi sankcjami na Rosję, co może wpływać na sytuację na rynku.

Spadki cen metali przemysłowych od miedzi po aluminium, to pokłosie sytuacji w gospodarce chińskiej, która generuje ponad połowę światowego popytu na te surowce. Odradzanie się Chin po pandemii jest bolesne i skokowe, rynek surowców reaguje szczególnie na znaczne spowolnienie na chińskim rynku nieruchomości. Z drugiej strony jednak Chiny zapowiedziały program stymulowania wzrostu o wartości 1 biliona juanów (700 miliardów złotych). W tym tygodniu rozpoczyna się także kongres Komunistycznej Partii Chin, który będzie miał ogromne znaczenie dla tego jak będzie wyglądał rozwój chińskiej gospodarki w najbliższych miesiącach i latach.

Od początku roku na światowym rynku o 60 proc. staniało drewno. Jest to sygnał nadchodzących problemów także dla amerykańskiego rynku mieszkaniowego, gdzie 90 proc. domów ma konstrukcję drewnianą. Spadają także ceny kakao i bawełny bowiem rynek obawia się, że w recesji konsumenci będą ciąć wydatki na nie. A wysokie zapasy obu tych surowców rekompensują tegoroczne gorsze zbiory.

Po drugiej stronie są surowce, które cały czas drożeją. Ceny litu i niklu rosły w tym roku, wraz z coraz szybszym wprowadzaniem pojazdów elektrycznych. Rosną także ceny zboża, co jest także wynikiem ograniczania podaży przez wojnę na Ukrainie. Bowiem obecny eksport ukraińskiego zboża jest niewielki w porównaniu do sytuacji sprzed wojny.  A może on ulec dalszemu zahamowaniu w wyniku eskalacji działań wojennych. W czasie recesji, konsumenci bardziej skupiają się na zaspokojeniu podstawowych potrzeb stąd, popyt na podstawowe produkty spożywcze nie powinien ulec zahamowaniu. Popyt ten jest także wspierany przez ciągły wzrost populacji na świecie.

Ceny aktualne na dzień 11.10.2022 godz 12:30 CET

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Polski startup – Demoboost pozyskał 1,7 miliona euro

Innowacyjna platforma do tworzenia, udostępniania i trackowania spersonalizowanych i interaktywnych prezentacji demo dla firm software’owych, Demoboost otrzymała dofinansowanie w wysokości 1,7 miliona euro. Kwota ta pozwoli na przyspieszenie globalnej ekspansji i dalsze rozwinięcie rozwiązania demonstracyjnego, podnoszącego istotnie efektywność i ROI procesów sprzedażowych w branży IT.

Demoboost to warszawski startup, założony przez Piotra Zesiuka (Prezes), Pawła Jaszczurowskiego (CEO), Kamila Smugę (CTO) & Annę Decroix (CMO). Pomaga firmom software’owym skutecznie wprowadzać na rynek i efektywnie sprzedawać oraz wdrażać ich produkty. Opracowane przez firmę rozwiązanie, umożliwia tworzenie stabilnych, wersji demonstracyjnych, bez potrzeby kodowania. Założyciele startupu zapowiadają, że zebrane środki przyspieszą globalną ekspansję platformy oraz umożliwią dalszy jej rozwój.

Coraz powszechniejsza digitalizacja procesów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej przyczyniła się do powstania olbrzymiego zapotrzebowania na adresujące coraz to nowe potrzeby oprogramowanie. Już dziś szacuje się, że globalny rynek oprogramowania jako usługi (SaaS) jest wart, aż 130 miliardów dolarów. Według prognoz do 2028 roku rynek ten będzie posiadał prognozowaną złożoną roczną stopę wzrostu na poziomie 27,5%. Wtedy to ma osiągnąć wartość 717 miliardów dolarów.

Wraz z powiększającą się nominalną wartością rynku, rosną oczekiwania potencjalnych nabywców, a same procesy zakupu oprogramowania stają się bardziej złożone. Już dziś 57% przychodów na rynku SaaS generują partnerzy kanałowi[1]. Założyciele Demoboost doskonale poznali dynamikę zakupu i sprzedaży software’u dzięki wieloletniej współpracy jako członkowie zespołu Salesforce. Udało im się zgłębić specyfikę pracy zarówno w charakterze vendora jak i resellera. Doświadczenie w kupowaniu oprogramowania dla globalnych korporacji pomogło zdiagnozować funkcjonowanie potężnej luki rynkowej pomiędzy rosnącymi oczekiwaniami nabywców, a zdolnością dostawców do nadążania za nimi.

Dzisiejsi kupujący, oczekują natychmiastowego dostępu do istotnych informacji o produkcie, zanim podejmą decyzje o zakupie. Mają też jasno określone wymagania. Jak podaje Gartner, 88% kupców oprogramowania korzysta ze strony vendorów, a z kolei 60% decyzji o zakupie jest podejmowanych przed spotkaniem z teamem sprzedażowym[2].

W przypadku branży IT jednym z najbardziej efektywnych sposobów akwizycji klienta jest prezentacja wersji demonstracyjnych, które pozwalają poznać specyfikę danego software’u. Niestety od kliknięcia „zamów demo” na stronie internetowej do pierwszego spotkania handlowego mija średnio 5 dni i jest to jeden z wielu etapów całego procesu, który może trwać nawet kilka miesięcy. Rosnące zapotrzebowanie na wersje demonstracyjne we wszystkich etapach procesu sprzedażowego i luka kadrowa w branży przyczynia się do wydłużenia tego procesu. Te problemy są jeszcze bardziej widoczne dla dystrybutorów, którzy często sprzedając wiele produktów jednocześnie, mają mniejszy dostęp to ekspertyzy i środków, którymi dysponują vendorzy.

Demoboost pomaga zwiększać efektywność pracy demoinżynierów, co jest możliwe, dzięki bibliotece demo. Demoinżynierowie są odpowiedzialni za tworzenie szablonów wersji demonstracyjnych produktów, które następnie mogą być wykorzystywane przez całą organizację oraz jej partnerów do prezentacji na żywo lub na żądanie. Dzięki temu na przykład zespół sprzedaży będzie zawsze w stanie dostarczyć dopasowane do projektu demo na żywo bez zbędnych opóźnień, a marketerzy zyskują narzędzie do generowania większej liczby i lepszych jakościowo leadów, podczas gdy zespoły customer success będą mogły zautomatyzować proces onboardingu.

Chociaż firma została założona tylko rok temu, ma już zasięg globalny (klienci między innymi z Polski, Niemiec, Irlandii, US, Indii, Hong Kongu i Australii) i współpracuje z wieloma globalnymi klientami korporacyjnymi, jak chociażby: Veritas i Citrix, a także z szybko rozwijającymi się startup’ami, takimi jak Kogena i Ken24.

Rzadko zdarza się, aby startup na tak wczesnym etapie rozwoju miał produkt, który działa na tyle dobrze, że jest już używany przez dużą grupę firm będących liderami w swoich branżach. To świadczy nie tylko o wizji założycieli, ale także o ich zdolności do jej realizacji. Jesteśmy przekonani, że Demoboost będzie firmą definiującą kategorię demo – podkreśla Andreas Goeldi, btov Partners.

Demoboost to pierwszy startup w Europie, który posiada w swojej ofercie tego typu usługę. Przedstawiciele Demoboost nie ukrywają, że wraz z szybko pozyskanym zaufaniem partnerów biznesowych oraz dzięki jasnej wizji rozwoju produktu ich ambicją jest stać się wiodącą firmą na rynku.

Jesteśmy niezwykle dumni z całego zespołu Demoboost i pracy, którą wspólnie wykonaliśmy, doprowadzając firmę do tego momentu. Szalenie cieszą nas pozytywne opinie oraz zaufanie, jakim zostaliśmy obdarzeni przez klientów i partnerów. A przecież to dopiero początek! Nie możemy się doczekać, aby wzbogacić nasz know-how wspólnie z takimi inwestorami jak BTOV, Movens Capital i naszymi aniołami biznesu – zaznacza Paweł Jaszczurowski, CEO Demoboost.

Dzięki opracowaniu przełomowych dla sektora sprzedaży w IT narzędzi projekt zyskał zaufanie funduszu btov i Movens Capital oraz Aniołów Biznesu, takich jak: Rafał Brzoska (założyciel & CEO, InPost), Julius Goellner (wsólpzałozyciel ARRtist), Piotr Karwatka i Tomasz Karwatka (Catch the Tornado), Remy Lazarovici (SVP, EMEA Sales, Celonis), Szymon Walach (InPost), Maciej Zawadzinski (założyciel & CEO, Piwik PRO).

[1] https://www.cloudsoftwareassociation.com/2020/01/14/rob-belcher-saas-capital-talk/

[2] https://www.gartner.com/en/articles/the-saas-buying-experience-mapping-how-businesses-buy-software

Poprawki Polskiego Ładu korzystne dla podatników

Od 1 lipca bieżącego roku obowiązują nowe przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Przede wszystkim dotyczy to zmian w PIT – które stanowią korektę tych rozwiązań, które obowiązywały w ramach Polskiego Ładu. Główną zmianą jest obniżenie stawki podatkowej w ramach pierwszego przydziału skali podatkowej z 17 do 12% – jako rekompensata za likwidację ulgi dla klasy średniej. Był to mechanizm, który budził poważne wątpliwości. Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) z satysfakcją przyjęła, że Ministerstwo Finansów zdecydowało się poprawić te rozwiązania i wdrożyć prostszy mechanizm, który generuje mniej wątpliwości po stronie podatników.

– Obniżka stawki w ramach skali podatkowej w przypadku przedsiębiorców powoduje to, że opłacalność różnych form opodatkowania względem siebie może ulec zmianie. Natomiast przedsiębiorcy podejmowali wybór form opodatkowania, które stosują w roku 2022, jeszcze przed wejściem w życie zmian i przed ogłoszeniem projektu ustawy nowelizującej przepisy w tym zakresie – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Stąd też dobrze, że w wyniku uwag zgłoszonych przez Federację Przedsiębiorców Polskich do procedowanego projektu ustawy uwzględniona została możliwość zmiany form opodatkowania wybranej przez przedsiębiorcę w czasie trwania roku podatkowego. Jest to rozwiązanie zasadne, ponieważ powoduje zachowanie konstytucyjnego charakteru tych zmian. Należy pamiętać o tym, że naczelną zasadą prawa podatkowego jest to, że w przypadku zmian reguł gry – czyli zmian przepisów w czasie roku podatkowego – żadna nie może być na niekorzyść podatnika. Możliwość wyboru i zmiany form opodatkowania w czasie trwania roku podatkowego powoduje, że ta zasada jest realizowana w praktyce – wyjaśnia Kozłowski.

Nadpłacanie kredytów bije rekordy. Czy to dobrze dla inwestycji?

Dodatkowe wakacje kredytowe zaproponowane jako pomoc w czasie rosnących stóp procentowych cieszą się sporym zainteresowaniem. Jednak moda na nadpłacanie nie jest nowa. Już w pierwszym półroczu tego roku kredytobiorcy nadpłacili prawie 25 mld złotych. To więcej niż przez cały zeszły, rekordowy pod tym względem rok. Czy to dobry znak dla inwestorów?

Osoby inwestujące w nieruchomości najczęściej finansują ich zakup na jeden z dwóch sposobów – wykładając gotówkę lub korzystając z kredytu bankowego. W każdym z przypadków liczy się to, która z metod będzie tańsza. Gdy kredyty są drogie, gotówka może okazać się lepszym rozwiązaniem. W czasie niskich stóp procentowych, więcej osób będzie skłonnych zaciągnąć kredyt. I to niezależnie od tego, czy zakup nieruchomości traktowaliśmy jako spełnienie podstawowych potrzeb mieszkaniowych, czy też jako inwestycję i możliwość zarabiania na przykład na wynajmie. Duży ruch na rynku nieruchomości, spora liczba przeprowadzanych transakcji spowodowały, że w 2021 roku na wcześniejszą spłatę i nadpłatę kredytu przeznaczono 23 mld złotych. Wlicza się do tego spłaty dokonane w wyniku sprzedaży mieszkań obciążonych wcześniej kredytem. Wystarczyło jednak sześć miesięcy 2022 roku, by chęć do nadpłacania kredytu przebiła ten wynik. Jak pokazują dane HREIT, rosnące stopy procentowe sprawiły, że do czerwca kredytobiorcy w Polsce nadpłacili ponad 25 mld złotych.

Nadpłacanie kredytu. Jak to wpływa na rynek?

Takie zachowanie pozwala obniżyć nieznacznie raty kredytu hipotecznego. To szczególnie ważne przede wszystkim dla tych, którzy inwestują w nieruchomości i posiłkują się kredytem. Niższe koszty obsługi zobowiązania, właśnie dzięki nadpłacie, są w stanie poprawić zyskowność najmu. Lepsza rentowność z inwestycji pozwala uzyskać wynik nierzadko przewyższający zarobek na lokacie bankowej. Szczególnie, że w odróżnieniu od lokaty bankowej, do końca trwania inwestycji nieruchomościowej jest ona naszą własnością i na dodatek zwiększa swoją wartość.

Inwestując w nieruchomości, warto dobrze policzyć, czy w konkretnym przypadku nadpłata kredytu nam się opłaca. Może okazać się bowiem, że zamiast nadpłacać obsługiwane zobowiązanie, lepiej utrzymać wyższy stan gotówkowy. Choćby po to, by przygotować się na zakup kolejnej nieruchomości pod wynajem.

Łańcuchy dostaw odbudowują się, a skala inwestycji nie tylko w Polsce, ale też na świecie maleje. To ma wpływ na normalizację cen wielu materiałów budowlanych. Do tego zrywanie kontraktów budowlanych powoduje, że dostępność ekip budowlanych wzrosła. Zanim rynek i banki zauważą zmianę trendu, można wykorzystać tę okazję.

Utrzymanie wyższego stanu gotówkowego może pozwolić na zakup kolejnej nieruchomości z pominięciem sporego obciążenia wynikającego z kosztów obsługi zadłużenia. O ile bowiem jesteśmy w stanie oszacować, jak może zachować się rynek nieruchomości w okolicy, w której działamy i błyskawicznie zareagować w przypadku sporych zmian, to refinansowanie czy jakakolwiek zmiana w umowie kredytowej to sporo dodatkowych formalności. Wolna gotówka przyda się na zakup kolejnej nieruchomości jako inwestycji. W okresie wysokiej inflacji nieruchomości okazują się najlepszym sposobem ochrony przed utratą wartości pieniądza.

Czy więc opłaca się dziś nadpłacać kredyt? Na wszystko należy spojrzeć ze swojej, prywatnej perspektywy. Jeśli koszt finansowania jest niższy niż rentowność inwestycji w najem, nadpłata może okazać się nieopłacalna. Szczególnie, że zachowanie oszczędności pozwoli nam poprawić płynność finansową. A ta jest bardzo ważna w trudniejszych gospodarczo czasach.

Inflacja, a nadpłacanie kredytu

Istnieje też podejście zakładające, że przy obliczaniu opłacalności inwestycji uwzględniamy inflację. Przy zastosowaniu tej metody może się okazać, że finansowanie kredytem jest wyjątkowo korzystne. Gdy bowiem koszt kredytu wynosi 7%, a inflacja 16% lub więcej, to realnie kilka punktów procentowych zyskujemy na utracie wartości pieniądza. Sprawdza się to jednak tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie osiągnąć stopę zwrotu z inwestycji przynajmniej na poziomie inflacji lub gdy znacząco zwiększamy swoje zyski, co powoduje, że do dyspozycji mamy wyższe kwoty.

Głównym powodem nadpłaty i podstawową korzyścią jest zmniejszenie łącznego kosztu obsługi długu hipotecznego. Po prostu dzięki nadpłacie będziemy musieli oddać bankowi mniej odsetek. Jeśli chcemy odczuć efekty tu i teraz, warto wybrać opcję polegającą na zmniejszeniu raty przy niezmienionym okresie kredytowania. To istotne wsparcie bieżącego, domowego budżetu. Jeśli jednak chcemy maksymalnie ograniczyć łączny koszt obsługi kredytu w skali 10 czy 20 lat, to korzystniej będzie pozostać przy tej samej racie, ale skrócić okres kredytowania. Wówczas krócej będziemy spłacać odsetki i szybciej pozbędziemy się kredytu.

Michał Sapota, Prezes Heritage Real Estate Investment Trust

Specjaliści data science potrzebni od zaraz

W polskich firmach na 10 tysięcy pracowników jest średnio tylko 8 specjalistów w zakresie sztucznej inteligencji. 60 proc. przedsiębiorstw ma mniej niż 10 ekspertów w tej dziedzinie. Równocześnie badania pokazują, że nawet w Stanach Zjednoczonych luka kompetencyjna w obszarze AI hamuje produktywność i innowacyjność.

Z jednej strony, jak wynika z raportu “State of Polish AI” Fundacji Digital Poland, Polska jest liderem Europy Środkowo-Wschodniej, jeśli chodzi o kadry wyspecjalizowane w SI. Nasz kraj zajmuje pod tym względem 7 miejsce w Unii Europejskiej. Z kolei według badania “State of Science Index”, opublikowanego przez 3M, ponad 50% Polaków uważa, że SI to interesująca technologia, która ma wpływ na codzienność. Ale 83% nie planuje kształcenia w tym kierunku. Z drugiej strony, na 10 tysięcy pracowników mamy nad Wisłą zaledwie 8 ekspertów od AI (dla porównania, Luksemburg – 53). Jedynie 13 proc. firm dysponuje ponad 40-osobowymi zespołami zajmującymi się AI. Dziedziną zwykle zajmują się mężczyźni, kobiety stanowią 13 proc.

Kadry nie nadążają za inwestycjami

Szerszy kontekst tym informacjom przynosi nowe badanie przeprowadzone przez SAS, z którego wynika, że potrzebne są pilne działania na rzecz podnoszenia kompetencji w obrębie sztucznej inteligencji i data science. Luka kompetencyjna widoczna na rynku już dziś hamuje produktywność i innowacyjność gospodarki USA. Brak wystarczającej liczby specjalistów w zakresie SI może powodować marnowanie inwestycji dotyczących technologii i opóźniać procesy cyfryzacyjne. Według wyliczeń Fortune Business Insights, wartość światowego rynku AI wzrośnie w ciągu 7 najbliższych lat z niespełna 0,4 do 1,4 biliona dolarów. Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe to dla firm priorytety inwestycyjne na najbliższe 1-2 lata – tak z kolei mówią respondenci badania SAS.

Brak prostych recept na lukę kompetencyjną

Jeśli rozwój kadr nie nadąży za opisanymi wydatkami, inwestycje zostaną zmarnowane. Jak firmy chcą podejść do problemu? ¾ zamierza szkolić obecnych pracowników, 64 proc. planuje natomiast rekrutacje. Z raportu SAS wynika, że podnoszenie kwalifikacji może być bardziej opłacalne niż zatrudnianie nowych pracowników. Odpowiedzi menadżerów uwidoczniają jednak bariery, takie jak brak czasu i motywacji oraz obawy, że zatrudnieni przeniosą nowe umiejętności do innych firm. Zarządzający planują również współpracę z uczelniami pod kątem wyszukiwania uzdolnionych osób. Niemniej rozumieją, że nie mogą w rekrutacjach polegać wyłącznie na tym źródle. Badanie pokazuje jeszcze, że pracodawcy przy decyzjach personalnych nie kierują się wyłącznie dyplomem kandydata. 74 proc. docenia doświadczenie w pracy nad projektamii wdrożeniami, a 71 proc. premiuje ukończone szkolenia. Dla 54 proc. znaczenie mają certyfikaty pochodzące np. od dostawców technologii. 53 proc. ceni udział w hakatonach. Natomiast dla 54 proc. istotnym punktem oceny kandydata pozostaje dyplom akademicki.

Szkolić swoich pracowników

– Firmy nie mogą polegać wyłącznie na absolwentach lub przejmować pracowników innych przedsiębiorstw – przekonuje współautorka raportu, dr Sally Eaves. – Dobrą wiadomością jest, że pracodawcy zaczęli już dostrzegać wartość szkoleń wewnętrznych i certyfikatów – akcentuje ekspertka w zakresie sztucznej inteligencji.

Raport SAS pt. “Jak rozwiązać problem luki kompetencyjnej w zakresie data science?” daje trzy zalecenia odnośnie tego problemu:

  • konsolidacja zróżnicowanych narzędzi AI i analityki wokół nowoczesnych, otwartych, wielojęzycznych rozwiązań, które zwiększą produktywność data science
  • poprawa warunków podnoszenia kwalifikacji i doskonalenia umiejętności pracowników, w tym osób bez kompetencji technicznych
  • stymulowanie środowiska i kultury ustawicznego rozwoju (uczenia się przez całe życie), w ramach których pracownicy są zachęcani do poszerzania umiejętności.

Według uczniów empatia u nauczycieli jest ważniejsza niż ich wiedza

W badaniu przeprowadzonym przez producenta papieru POL*, zaledwie 15% uczniów wskazuje, że najbardziej ceni ekspercką wiedzę nauczyciela. Dziś lubiany i ceniony nauczyciel to taki, który przede wszystkim stawia na dialog i kompetencje miękkie. To także osoba wrażliwa na niepokojące sygnały dotyczące stanu psychicznego uczniów i potrafiąca reagować na ich problemy. Jaki więc jest idealny pedagog i jak pomóc nauczycielom sprostać oczekiwaniom uczniów w czasach braków kadrowych w oświacie i przeciążenia zadaniami tych, którzy pracują w zawodzie? Tematem zajęła się Polska Akcja Humanitarna we współpracy z producentem papieru maki POL. 

Najważniejsze cechy nauczyciela Ocena spotkania z pedagogiem Pedagog w szkole

W badaniu przeprowadzonym wśród uczniów szkół podstawowych i średnich, zapytano o cechy idealnego nauczyciela. Okazuje się, że to tzw. „kompetencje miękkie”, szczególnie z zakresu komunikacji, są najbardziej pożądane przez uczniów.  Dobry nauczyciel to taki, który kieruje się empatią i szuka wspólnego języka z uczniami. Niestety niedobór szkolnych pedagogów oraz przeciążenie nauczycieli powoduje, że często trudno wpisać się im w te oczekiwania. Akcja „POLećmy ze wsparciem” skierowana do nauczycieli odpowiada na ten problem. W ramach programu pod patronatem Polskiej Akcji Humanitarnej opracowano specjalny bezpłatny poradnik dla nauczycieli, który w praktyczny sposób podpowie im jak na co dzień budować relacje z uczniami i rozmawiać z nimi w sytuacjach trudnych i stresujących.

Słuchać, słyszeć, rozmawiać

33% uczniów ceni indywidualne podejście nauczycieli do podopiecznych i próbę dotarcia do każdego; 32% wskazuje umiejętność rozmowy z uczniami i znalezienia z nimi wspólnego języka; kolejne 32% marzy o nauczycielu, który jest cierpliwy i poświęca uczniom odpowiednią ilość czasu.

Jednocześnie aż 75% uczniów deklaruje, że lubi swoich nauczycieli. Przy czym 40% nastolatków chciałoby częściej z nimi rozmawiać na tematy niezwiązane z przedmiotem. Młodzi oczekują większego zainteresowania nimi jako ludźmi, a nie tylko jako uczniami.

  • Chciałabym, aby nauczyciele zrozumieli, że nie bez powodu wybrałam kierunek humanistyczny i mogę nie być zbyt dobra np. na chemii czy fizyce – mówi Emilia, uczennica II klasy liceum ogólnokształcącego.
  • Nauczyciele powinni się zainteresować młodzieżą i powinni być bardziej uważni na to, co mówią – dodaje Bartek, uczeń 7 klasy szkoły podstawowej.
  • Idealna szkoła? – Bardziej bezpośrednie relacje, mniej pośpiechu, więcej luźnych zajęć, wyjść, wspólnych spotkań – podsumowuje Wiktoria, uczennica III klasy liceum ogólnokształcącego.

Trochę bardziej wstrzemięźliwi są rodzice. Tylko 1/3 z nich uważa, że nauczyciele powinni podejmować aktywne kroki, jakimi są rozmowa z uczniem o jego problemach poza klasą. Równocześnie większość rodziców chciałoby otrzymać wsparcie od nauczycieli przy wychowywaniu swojego dziecka. Mniej niż połowa rodziców uważa, że nauczyciel powinien być dla ucznia inspiracją i wzorem.

– W polskich szkołach funkcjonują dwa modele komunikacji. Jeden to ten stary, który koncentruje się bardziej na dyscyplinie, autorytecie, który często ma mobilizować uczniów przez wywołanie w nich poczucia lęku. Drugi to ten poszukujący porozumienia, nastawiony na dialog. W tym ujęciu nauczyciel jest przewodnikiem i partnerem. Z radością obserwuję, że coraz więcej nauczycieli idzie tą drugą ścieżką. Jednak nie jest to łatwe. Liczba podopiecznych przypadająca na jednego nauczyciela, a czasami także brak umiejętności – mimo chęci – powodują, że kontakty na linii nauczyciel-uczeń, ale też nauczyciel-rodzic miewają raczej status „to skomplikowane”. Dlatego przygotowaliśmy poradnik, który ma pomoc reagować w codziennych sytuacjach – mówi Karolina Isio-Kurpińska, autorka pomocnika dla nauczycieli i pracowników szkół „Zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży”, który powstał w ramach kampanii „POLećmy ze wsparciem”, realizowanej przez markę POL oraz PAH.

Nauczymy się rozmawiać

Poradnik zwraca uwagę m.in. na sposób komunikowania się z uczniami w sytuacjach dla nich szczególnie trudnych, np. przy przekazywaniu przez nauczyciela informacji na temat złych wyników ucznia. W takich momentach użyte słowa i sposób komunikacji mogą zmotywować ucznia lub wręcz przeciwnie – wpłynąć negatywnie na samoocenę. Zadaniem poradnika jest budowanie świadomości takich sytuacji oraz udzielenie konkretnych porad. Są tu też wskazówki dotyczące rozmów z rodzicami, którzy czasem mają zupełnie inne spojrzenie lub wręcz nie dostrzegają problemów dotyczących wyników dziecka. Materiał został opracowany na podstawie faktycznych doświadczeń nauczycieli w relacjach z uczniami. Można go będzie pobrać bezpłatnie na stronie www: https://polecmyzewsparciem.pl/.

Nauczyciele nie muszą mieć przygotowania psychologicznego i mogą mieć poczucie, że jest to zadanie przekraczające ich kompetencje. W kampanii „POLećmy ze wsparciem” podkreślamy, że nie chodzi o nakładanie na barki nauczycieli kolejnego obowiązku. Poradnik opiera się także na gotowych scenariuszach rozmowy w najbardziej typowych sytuacjach, z którymi w ciągu roku mierzy się zarówno uczeń, jak i nauczyciel- mówi Karolina Isio-Kurpińska.

Pedagog – wsparcie doceniane przez uczniów

Okazuje się, że młodzież wysoko ocenia pomoc szkolnego pedagoga. Uczniowie chętnie omawiają z nim m.in. problemy w szkole, takie jak konflikty z innymi uczniami bądź nauczycielami lub problemy rodzinne czy w kontaktach międzyludzkich.

Jak wskazuje badanie, uczniowie i uczennice, którzy odbyli spotkanie z pedagogiem (38%) w minionym roku, w zdecydowanej większości postrzegają to spotkanie jako pomocne – 73%. W ramach wybranych grup to dziewczynki w większym stopniu pozytywnie opisały swoje doświadczenie z pedagogiem – 80% (w porównaniu do 68% chłopców).

Wyniki te dają jasny sygnał – pomoc specjalisty, jakim jest pedagog jest dziś bardzo potrzebna w szkole, a dostęp do porady powinien mieć każdy uczeń. Dlatego Polska Akcja Humanitarna od 2021 roku w ramach rozszerzonego programu „Pajacyk”, dzięki wsparciu partnerów, finansuje różne formy zajęć psychoterapeutycznych dla dzieci i młodzieży w wieku 6-18 lat. Akcje takie jak „POLećmy ze wsparciem” pomagają nam dotrzeć do większej liczby potrzebujących – mówi Magdalena Jaranowska, menedżerka programu „Pajacyk” w Polskiej Akcji Humanitarnej.

POL zlecił przeprowadzenie badania „Idealny nauczyciel. Polscy uczniowie i ich oczekiwania wobec nauczycieli” oraz wraz z PAH i ekspertką, Karoliną Isio-Kurpińska, przygotował bezpłatny poradnik dla nauczycieli. Wszystko po to, by zwrócić uwagę na problem kondycji psychicznej uczniów.

*Raport „Idealny nauczyciel. Polscy uczniowie i ich oczekiwania wobec nauczycieli”, 10.08.2022 zrealizowany na zlecenie POL. Badanie zostało zrealizowane techniką CAWI w ramach panelu internetowego. Łącznie przeprowadzono 300 wywiadów, po 50 wśród uczniów klas 7 – 8 podstawówki oraz 1 – 4 klas liceum.

Paliwo ma szansę stanieć. Konflikt wewnątrz RPP

Poziom 8 zł za litr diesla to koszmar tego roku. Przez wzrost kursu dolara znów wracamy do niego, pomimo wyraźnie tańszej ropy niż na początku rosyjskiej agresji.

Chwila oddechu na ropie

Wczoraj wreszcie byliśmy świadkami odbicia w dół cen ropy. Ciężko nazwać ropę Crude po 95 dolarów za baryłkę tanim surowcem. Z drugiej strony kierowcy zmuszeni tankować diesla za prawie 8 zł z każdego odbicia się z pewnością ucieszą. Tym bardziej że pogoda w kolejnych miesiącach mniej będzie nas zachęcać do korzystania z alternatywnych form komunikacji niż latem. W tle jeszcze mamy kolejne spekulacje na temat pandemii COVID-19 w Chinach. Wiadomości te stawiają pod znakiem zapytania tamtejszą aktywność gospodarczą, a to obniża prognozowany popyt na ropę naftową.

Konflikt wewnątrz RPP

Poparcie społeczne dla polityki monetarnej jest ostatnio wyjątkowo niskie. Niestety wraz z niepopularnymi decyzjami pojawiają się również konflikty wewnątrz tego gremium. Biorąc pod uwagę, że członkowie senaccy wybrani są przez opozycję, a członkowie sejmowi przez rząd konflikt mniejszy lub większy może się pojawiać. Apolityczny, przynajmniej z założenia, prezes i członkowie prezydenccy, którzy formalnie też nie powinni stać po żadnej ze stron, nie tonują jednak obecnych problemów. Powodem obecnego sporu u podstaw są kwestie merytoryczne. Strona rządowa nie chce podnosić stóp procentowych, by ułatwić rządowi życie, członkowie senaccy bardziej dążą do ograniczenia inflacji kosztem wyższych stóp. W materiałach publikowanych przez tych ostatnich pojawiły się jednak informacje o tym kto jak głosował, co spowodowało oświadczenie prezesa oraz 4 członków o skierowaniu zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Takie rzeczy się jeszcze nie działy, a zaufania rynków to nie buduje.

Wzrost bezrobocia w Czechach

Zgodnie z oczekiwaniami analityków bezrobocie u naszego południowego partnera wzrosło do poziomu 3,5%. Nie jest to oczywiście pułap, który powinien nas mocno niepokoić. Mamy przecież koniec sezonu wakacyjnego w związku z czym prac sezonowych powoli zaczyna ubywać. Jest to zawsze jednak sygnał ostrzegawczy. W kryzysach ekonomicznych to wzrost liczby bezrobotnych, a tym samym spadek dochodów społeczeństwa, jest często niestety powodem pogłębiania problemów. Im słabiej w gospodarce, tym niższe zatrudnienie. Im niższe zatrudnienie, tym mniej pieniędzy u obywateli. Ci z kolei mniej konsumują, a pętla się zamyka. Nie można zatem lekceważyć takich sygnałów. Korona czeska pozostała w miarę stabilna po publikacji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ile jeszcze gotowa jest znieść polska branża TSL? Czeka nas fala bankructw

Polscy przewoźnicy widzą przyszłość w ciemnych barwach, co nie jest zaskoczeniem, jeśli spojrzymy na obecną sytuację na rynku – recesja stała się faktem. Ta sytuacja oczywiście ma bezpośrednie przełożenie na transport, bowiem nieustannie piętrzące się kryzysy doprowadziły do dalekosiężnych zmian w przepływie towarów. Z kolei ze względu na zmieniającą się sytuację gospodarczą i polityczną ciężko przewidzieć jakiekolwiek długofalowe konsekwencje dla branży TSL – zauważa Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Spadek zapotrzebowania na transport staje się coraz bardziej widoczny. Okres jesienny zawsze był wysokim sezonem, z kolei w czasie wakacji obserwować można było wyraźnie spadki popytu na usługi transportowe, dlatego konkretne wnioski będziemy mogli wyciągnąć dopiero w niedalekiej przyszłości. Jednak prognozy pozostają nieubłagane i wszystko wskazuje na długotrwałą stagnację, co jest bezpośrednio związane z recesją i zmniejszeniem popytu na konsumpcję i towary. Konsekwencje tych wydarzeń mogą być znacznie bardziej dalekosiężne niż myślimy, a dodatkowo transport nieustannie napotyka na kolejne przeszkody, które skutecznie odwracają myśli od końca kryzysu.

Fala bankructw

W tym sezonie jesiennym wiele firm transportowych upadnie, niestety nie możemy się w tej kwestii oszukiwać. Rekordy inflacji, ciągłe podwyżki stóp procentowych, bardzo szybki wzrost kosztów, szczególnie paliwa i energii, a także wciąż zwiększające się wymagania prawne, które trzeba spełnić, stwarzają sytuację bez wyjścia. Mniejszych przedsiębiorstw nie stać w tej sytuacji również na zakup taboru – na to mogą sobie pozwolić duże, często międzynarodowe firmy. Przyszłość małych rodzimych biznesów jest na pierwszy rzut oka bardzo pesymistyczna, a dodatkowym problemem jest uzyskanie i przedłużenie dokumentów potwierdzających legalny pobyt ukraińskich kierowców w krajach Unii, zatrudnionych przez polskich przewoźników. Sytuacji nie poprawia również niedobór pracowników, wśród których brakuje już nie tylko osób na stanowiska truckerów. Ostatnio branża TSL mierzy się z trudnościami w pozyskaniu pracowników do… działów handlowych. Pracodawcy w całym kraju potrzebują osób, które będą odpowiedzialne za pozyskiwanie klientów i sprzedaż usług logistycznych, a jak się okazuje, zadanie nie jest proste, bowiem oczekiwania finansowe kandydatów są znacznie wyższe od ofert, w związku z czym łatwo przegrać walkę o pracownika z konkurencją. Brak Home Office również skutecznie zniechęca wiele osób do rozpoczęcia pracy w danej firmie, jednak obecnie to nie są jedyne szczególnie palące bolączki branży.

Ceny prądu a magazyny

Wzrost cen prądu to zdecydowanie temat, który budzi niepokój nie tylko wśród przedsiębiorców, ale również wszystkich obywateli. W branży TSL wzrost cen i konieczność oszczędzania znacząco wyhamują rozwój zielonego transportu opartego na elektryczności. Po drugie ceny prądu mają bezpośrednie przełożenie na koszty magazynowania towarów, szczególnie tych, które wymagają chłodni lub mroźni. Kiedy dodamy do tego wzrosty cen niezbędnych elementów, jak palety i folie, wówczas widzimy, że koszty magazynowania wzrosną gwałtownie i znacząco. Do tej pory można było zrekompensować je poprzez optymalizacje, takie, jak chociażby montaż paneli fotowoltaicznych. Niestety teraz to nie wystarczy, bowiem wzrosty są dosłownie ekstremalne. Zresztą nie tylko ceny prądu są niepokojące, duże obawy wzbudza również sytuacja z gazem. Wzrost cen gazu trwa od kwartałów, a jego znaczące przyspieszenie obserwujemy od dwóch miesięcy, co więcej te realia mogą się znacznie pogorszyć przez obniżanie przepływów z Rosji. Znacząca, negatywna presja wywołana przez te niedobory powoduje dużą zmienność rynków i najwyższe w historii ceny gazu.  Nie wiadomo, jak sprawa potoczy się w tym aspekcie – czy Rosja zupełnie odetnie dostawy? A może podejmie decyzję o zwiększeniu przepływów do Europy, aby nie ograniczać wydobycia na polach gazowych? Tutaj niestety możemy tylko gdybać.

Dalekosiężne konsekwencje

Problemy branży TSL będą niestety odczuwane mocno przez zwykłych obywateli. Koszty związane ze wzrostem cen energii przełożą się na kolejny wzrost cen żywności, a niedobór kierowców ciężarówek może skutkować powtórką sytuacji, która miała kiedyś miejsce w Wielkiej Brytanii, czyli brakiem towarów na sklepowych półkach i zastojem w sektorze e-commerce. Inflacja powoduje spadek dokonywanych zakupów, a to bezpośrednio przekłada się na spadek zapotrzebowania na transport, co komplikuje już i tak trudną sytuację w branży, a dodatkowo inflacja w strefie euro oznacza dalszy wzrost cen paliwa, nowych ciężarówek oraz ich części. Rosnące koszty niszczą branżę TSL zwłaszcza, iż coraz bardziej dostrzegane jest spowolnienie gospodarcze i chociaż o jego skali na ten moment ciężko jeszcze coś powiedzieć, to obniżona aktywność gospodarcza potrwa z pewnością jeszcze dłużej niż do połowy przyszłego roku. Jak się uchronić przed konsekwencjami tej rzeczywistości? Większość firm z branży stawia na dywersyfikację, aby w jakiś sposób utrzymać się na powierzchni. Szukanie nowej sprzedaży, nowych klientów, a może zacieśnienie współpracy z dotychczasowymi – nie ma jednej recepty na poradzenie sobie z obecnym kryzysem. Zatem ile jeszcze jest w stanie znieść polska branża TSL? To pytanie, na które ciężko mi znaleźć odpowiedź, jednak możemy wszyscy być pod wrażeniem jej dotychczasowej siły i miejmy nadzieję, że będzie gotowa przetrwać ten kryzys i stać się silniejsza niż kiedykolwiek.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Vivid Games z 4,4 mln zł zysku netto za wrzesień

Spółka zaksięgowała we wrześniowych przychodach zbycie technologii Bidlogic, co przełożyło się na rekordową miesięczną sprzedaż na poziomie blisko 8 mln zł (narastająco 32 mln zł) oraz znaczący zysk netto. Na koniec miesiąca na rachunkach Spółki było 6,2 mln zł, a EBITDA wyniosła 7,1 mln zł. W zakresie przychodów z gier, niezmiennie, największy udział wypracowały Real Boxing 2 (74%) i Eroblast (20%). Spółka kładzie nacisk na zwiększenie rentowności portfolio w ostatnim kwartale.

Sprzedaż technologii Bidlogic istotnie wzmocniła stabilność finansową Spółki i zwiększyła nasze możliwości podjęcia nowych inwestycji. Kolejnym krokiem jest znacząca poprawa rentowności portfolio. „Jesteśmy obecnie w dużo lepszej sytuacji niż przed kilkoma miesiącami. Środki pozyskane ze sprzedaży Bidlogic zapewniają nam nie tylko większą stabilność finansową, ale również otwierają możliwości kolejnych inwestycji. Od kilku tygodni analizujemy różne scenariusze, uwzględniające zarówno przedterminową spłatę obligacji, jak i przyspieszenie prac nad nowym tytułem. Priorytetem jest obecnie zwiększenie dochodowości bieżącej działalności. Wybierzemy scenariusz, który to umożliwi w największym stopniu” – podkreśla Jarosław Wojczakowski, CEO Vivid Games.

Zespół Real Boxing 2 nieprzerwanie pracuje nad realizacją strategicznego celu 1 mln USD miesięcznych przychodów. We wrześniu przychody z gry wyniosły ok. 0,4 mln USD. W ostatnich tygodniach w grze wprowadzono istotne zmiany wpływające na skuteczność monetyzacji. Kalendarz produkcyjny jest też wypełniony ambitnymi planami na nadchodzące miesiące. „Real Boxing 2 utrzymuje bardzo dobre pozycjonowanie zarówno w Apple App Store jak i Google Play. Osłabienie wyników zostało spowodowane z jednej strony pogorszeniem koniunktury, widocznym na całym rynku. Z drugiej, podmianą narzędzia do atrybucji użytkowników. Nowy system potrzebował czasu na adaptację, jednak teraz pozwala na efektywniejsze i bardziej przewidywalne kampanie UA” – wyjaśnia Bartosz Biniecki, Product owner Real Boxing 2. „W IV kwartale pozostajemy skupieni na pogłębianiu zaangażowania użytkowników, co przekłada się na monetyzację. W sierpniu wprowadziliśmy do gry możliwość walki z gospodarzami kampanii live-ops, dołączającymi do gry, co najmniej raz w miesiącu. Jesteśmy też w przededniu uruchomienia tzw. paska aktualności (news bar), który umożliwi bieżącą komunikację z graczami. Równolegle przygotowujemy się do najważniejszych w roku świąt, skupiając się na użytkownikach z USA. Jesteśmy już gotowi na Halloween, kończymy prace nad akcjami pod Black Friday. Już w tym momencie przygotowujemy się na okres bożonarodzeniowy i nowy rok. Dodatkowo, pierwszy raz zaprezentujemy oferty związane z najważniejszym wydarzeniem sportowym w USA – Superbowl. Jestem przekonany, że efekty tych działań będą widoczne.” – dodaje Bartosz Biniecki.

W III kw. 2022 r. sprzedaż mieszkań u deweloperów giełdowych mniejsza o połowę

W trzecim kwartale br. kontraktacja deweloperów mieszkaniowych notowanych na rynku podstawowym i Catalyst warszawskiej GPW pozostawała pod wpływem zdecydowanie kroczącego regresu. Czy rynek pierwotny czeka dalsze pogorszenie koniunktury sprzedażowej?

Sprzedażowej równi pochyłej ciąg dalszy

Potrzeba było dokładnie roku czasu od daty pierwszej podwyżki stóp procentowych NBP, aby koniunktura sprzedażowa pierwotnego segmentu mieszkaniówki cofnęła się o mniej więcej osiem lat, czyli niemal dokładnie do punktu wyjścia okresu ostatniej prosperity. Do takiego właśnie wniosku prowadzą najnowsze statystyki sprzedaży giełdowych tuzów branży deweloperskiej.

Jak wskazują eksperci portalu RynekPierwotny.pl notowana na rodzimej GPW stawka czternastu deweloperów mieszkaniowych w III kwartale br. znalazła nabywców na zaledwie 3524 lokale. To o 47 proc. mniej licząc rok do roku i 17 proc. słabiej w relacji kwartał do kwartału. W II kwartale br. parametry te wynosiły odpowiednio -41 proc. i -16 proc. W kolejnych okresach kwartalnych mamy więc postępujący dużymi krokami regres, którego końca póki co nie widać.

Niewiele mniej deprymująco prezentuje się wynik ogółem za trzy kwartały na poziomie 12 769 lokali, gorszy w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego o 37 proc.

Tym samym koniunktura sprzedażowa pierwotnego rynku mieszkaniowego cofnęła się do okolic roku 2014 czyli początków niedawno zakończonego okresu prosperity. Wyniki kontraktacji komunikowane obecnie przez deweloperskie spółki giełdowe dość wiernie korespondują bowiem z analogicznymi wynikami wypracowywanymi przed ośmiu laty. Pytanie, czy w przyśpieszonym tempie rynek zszedł już na koniunkturalne dno, czy może znajduje się ono jeszcze niżej.

Kontynuacja regresu wciąż prawdopodobna

Jedynym wyjątkiem potwierdzającym regułę kontynuacji koniunkturalnej zapaści pierwotnego segmentu mieszkaniówki, jest kwartalny wynik dewelopera Victoria Dom, niezależnie od faktu, że spółka publikuje swoje raporty sprzedażowe wraz z wolumenem płatnych umów rezerwacyjnych obok umów deweloperskich i sprzedaży. Rezultat 445 zakontraktowanych mieszkań w minionym kwartale jest w tym przypadku lepszy rok do roku o 19 proc., co jest jedynym dodatnim wynikiem deweloperów giełdowych zarówno kwartalnym jak i licząc od początku roku.

Zarząd Victoria Dom tłumaczy taką sytuację odczuwalnym hamowaniem spadku kontraktacji z ostatnich miesięcy oraz widocznymi oznakami stabilizacji. Niestety tego typu optymistyczna diagnoza absolutnie nie koresponduje z wynikami całej reszty stawki giełdowych tuzów branży deweloperskiej, w przypadku której średnio sprzedaż mieszkań tąpnęła w III kw. o grubo ponad połowę w relacji rok do roku.

Co gorsza jednak, główna przyczyna takiego stanu rzeczy, czyli bieżący cykl podnoszenia stóp procentowych NBP, do trudnych do przewidzenia jeszcze rok temu poziomów, z całą pewnością nie dobiegł jeszcze końca. A dopóki koszt rodzimego pieniądza będzie windowany, dopóty sytuacja na rynku nieruchomości nie osiągnie stanu względnej choćby stabilizacji. Stąd prosty wniosek, że IV kwartał br. z dużym prawdopodobieństwem powinien przynieść kolejny regres sprzedaży mieszkań, tak u deweloperów giełdowych, jak i wszystkich pozostałych.W III kw. 2022 r. sprzedaż mieszkań u deweloperów giełdowych mniejsza o połowę 2

WIG – Nieruchomości wciąż ponadprzeciętnie mocny

Tymczasem, jak wskazują analitycy portalu RynekPierwotny.pl, załamanie koniunktury sprzedażowej na rynku nieruchomości mieszkaniowych nie spowodowało analogicznej reakcji giełdowego wskaźnika koniunktury giełdowej spółek deweloperskich. Co więcej, Indeks WIG – Nieruchomości pomimo średnioterminowego trendu spadkowego wciąż dość mocno trzyma się ponad linią 10 – letniej długoterminowej hossy, tracąc od początku roku zaledwie 16 proc. swojej kapitalizacji. Dla porównania strata indeksu rodzimych blue chipów WIG-20 od początku roku to już, bagatela, prawie 40 proc. Wygląda więc na to, że akcje deweloperów w czasach największej od lat bessy to jedna z najmniej dokuczliwych opcji dla portfeli inwestorów giełdowych.

Tego typu siła relatywna może wynikać po pierwsze, z wiary akcjonariuszy spółek deweloperskich w stosunkowo szybki powrót koniunktury, wynikający choćby z liczonego najczęściej w milionach jednostek deficytu mieszkaniowego w Polsce. Po drugie, fakt że deweloperzy mieszkaniowi coraz mniej sprzedają, bynajmniej nie oznacza, że proporcjonalnie mniej zarabiają. Zyski spółek deweloperskich, z których następnie wypłacane są dywidendy, liczone są bowiem od przekazań lokali, a tych w roku bieżącym wciąż powinno być pod dostatkiem, w efekcie jeszcze „byczej” kontraktacji z lat 2020/21.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

GfK: Polacy kupują coraz mniej

Aż 80 proc. polskich konsumentów planuje ograniczenie wydatków oraz poszukiwanie oszczędności przy zakupach produktów spożywczych i większych dóbr oraz usług. Równocześnie Polacy coraz częściej sięgają po najtańsze produkty, aktywnie szukają promocji, a coraz większy odsetek całkowicie rezygnuje z zakupów wybranych kategorii. Takie wnioski płyną z 13. fali badania Current Consumer Mood zrealizowanego we wrześniu br. przez firmę GfK.

Galopująca inflacja, rosnące koszty kredytów oraz napięcia na arenie międzynarodowej coraz mocniej wpływają na decyzje konsumentów. Polacy odczuwają skokowe podwyżki cen i w odpowiedzi coraz intensywniej poszukują oszczędności. – Obecnie 82 proc. nabywców przyznaje, że kupuje mniej większych produktów i usług. Co więcej, aż 78 proc. Polaków deklaruje podobne oszczędności podczas zakupów spożywczych. Przeciętny koszyk polskiego konsumenta kurczy się z miesiąca na miesiąc. I choć wolumenowo kupujemy mniej, na zakupy wydajemy więcej – mówi Dominika Grusznic-Drobińska, director marketing & consumer intelligence w GfK.

Jak oszczędzają Polacy?

Z raportu Current Consumer Mood wynika, że konsumenci mają różne strategie na cięcie wydatków. Ponad połowa nabywców wybiera najtańsze produkty spożywcze. – Cena znów stała się najważniejszym czynnikiem w podejmowaniu decyzji zakupowych. Konsumenci coraz częściej rezygnują z produktów ulubionych marek. Na znaczeniu straciły także lokalne pochodzenie czy pozytywny wpływ na zdrowiewymienia Dominika Grusznic-Drobińska.Rosnące znaczenie kryterium niskiej ceny z pewnością wzmocni pozycję rynkową marek własnych, które również oferują wysoką jakość, a kosztują mniej dodaje ekspertka.

Według danych GfK Polacy tną także wydatki na większe produkty. Niemal 70 proc. konsumentów powstrzymuje się od zakupu zbędnych rzeczy, połowa chętniej niż dotychczas korzysta z promocji, a 42 proc. szuka zbliżonych produktów w niższych cenach. Najrzadszą strategią nadal pozostają zakupy z drugiej ręki. – Trudna sytuacja ekonomiczna skutecznie przekonuje Polaków do ekologicznych zachowań. Liczba konsumentów, którzy decydują się na zakup używanych przedmiotów konsekwentnie rośnie. Przez ostatnie półtora roku zwiększyła się o 10 punktów procentowych i obecnie wynosi 29 proc. – zaznacza Dominika Grusznic-Drobińska.

JRH przybliża dwie ze swoich inwestycji w raporcie miesięcznym

Firma inwestycyjna JR HOLDING ASI S.A. opublikowała raport miesięczny, w którym po raz pierwszy zaprezentowała bardziej szczegółowo dwie ze swoich inwestycji – LaserTec oraz GREEN LANES. Spółka przypomniała również, że w minionym miesiącu zawarła dwie przedwstępne umowy objęcia łącznie 1,87 mln akcji przy cenie 8 zł za sztukę co w sumie przyniesie do końca roku niemal 15 mln zł na inwestycje.

JRH zapowiedziała zmiany w zawartości publikowanych regularnie raportów miesięcznych. Ze względu na planowane przeniesienie notowań na rynek główny GPW, a co za tym idzie obowiązek sporządzania sprawozdań finansowych zgodnie z MSSF/MSR, co zajmuje więcej czasu, wyceny spółek portfelowych będą prezentowane w raportach kwartalnych i rocznym (oraz półrocznym po przejściu na GPW).

„W dalszym ciągu w raportach miesięcznych będziemy ukazywać Państwu aktualną strukturę naszych inwestycji wraz najważniejszymi informacjami z JRH oraz spółek portfelowych, nowością w raportach miesięcznych, będą rozszerzone opisy działalności co najmniej jednej spółki niepublicznej z naszego portfela, aby Państwo mogli lepiej zaznajomić się z biznesami, w które inwestujemy.” – zadeklarował w liście do akcjonariuszy, Prezes Spółki January Ciszewski.

Pierwszą spółką przedstawioną szerzej w nowej formule jest LaserTec – twórca nowoczesnych rozwiązań i producent magazynów energii o mocach od 5 kWh do 10 MWh. Jest to producent kompletnych urządzeń bateryjnych i kompetentny podmiot w integracji magazynów energii z instalacjami fotowoltaicznymi małymi 5-20 kWp, średnimi 50 do 1000 kWp, przemysłowymi od 1 do 10 MWp wzwyż. Spółka rozwija własne projekty dotyczące systemów Battery Management Systems (BMS) i Energy Management Systems (EMS) znajdujących zastosowanie w stacjonarnych magazynach energii i bateriach trakcyjnych do pojazdów elektrycznych, a także projekty z zakresu elektroniki stosowanej w systemach magazynowania i przetwarzania energii elektrycznej.

Przed 2021 rokiem spółka działała w segmencie usług laserowych, który obecnie na tle segmentu bateryjnego stał się drugoplanowym, spółka wydzieliła go organizacyjnie i nadal uzyskuje z jego działalności stałe przychody, stara się pozyskiwać w tym obszarze nowych klientów oraz rozwijać działalność.

„Posiadana gama produktów i technologii a także kompetencje w ich rozwijaniu pozwolą LaserTec, dzięki wsparciu inwestorów, odpowiedzieć na aktualne wyzwania stojące przed branżą OZE. Oferowane rozwiązania znajdą zastosowanie w rozwoju infrastruktury na potrzeby sieci elektromobilności, stabilizacji sieci elektroenergetycznych, rozwoju OZE oraz integracji z sieciami trakcyjnymi.” – przekonuje January Ciszewski.

GREEN LANES to zintegrowana grupa, rozwijająca proekologiczne technologie w branży przetwórstwa konopi włóknistych w modelu „zero waste”. Celem Spółki jest tworzenie proekologicznych produktów przy jednoczesnym wykorzystaniu dodatkowej wartości ekonomicznej, wynikającej z optymalizacji kosztu surowca, dzięki pełnemu wykorzystaniu wszystkich elementów pochodzących z konopi.

Spółka „The True Green” opracowała technologię produkcji substytutu drewna twardego na bazie łodygi konopi. Kończy ona pracę na uruchomieniem prototypowej linii produkcyjnej, która w przyszłości ma być przeskalowana do produkcji seryjnej. Termin zakończenia prac to listopad 2022. Projekt zajął pierwsze miejsce w kategorii “Environment” w konkursie „Start-up Challenge” organizowanym przez European Tech and Start-up Days podczas XIV Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Przetwórstwem ziarna zajmuje się „Green Lanes Proteins”. Dzięki zastosowaniu innowacji technologicznych i procesowych spółka uzyskuje wysokoskoncentrowany izolat białka konopi bogatego w edestynę. Wytwarzany produkt jest cenną alternatywą w stosunku do innych roślinnych izolatów np. grochowego czy sojowego. Prace R&D zostały zakończone a sprzedaż zostanie uruchomiona jeszcze w tym roku. Ponadto spółka jako pierwsza w Europie opracowała technologię wytwarzania roślinnych zamienników mięsa drugiej generacji na bazie teksturowanego białka konopi. Wytworzone produkty w postaci burgerów oraz „mięsa” szarpanego w drugim kwartale 2022 roku z powodzeniem zostały wprowadzone na rynek gastronomiczny pod marką HEMPEAT. W kolejnych okresach spółka prognozuje utrzymanie dotychczasowej dynamiki wzrostu lokali i przychodów oraz zapowiada wprowadzenie do obrotu nowych produktów na bazie HEMPEAT, takich jak substytut mięsa mielonego oraz meatballs.

„Produkty opracowane przez GREEN LANES doskonale pasują do bieżących trendów. Pozyskiwanie, z odnawialnych źródeł, produktów takich jak substytuty drewna czy mięsa odpowiadają na potrzeby dzisiejszych czasów. Spółka GREEN LANES wpisuje się, podobnie jak LaserTec w strategię inwestycyjną JR HOLDING. Chcemy wywierać pozytywny wpływ na technologie przyszłości a nawet kreować trendy, wspierając innowacyjnych przedsiębiorców uczestniczyć w rozwoju gospodarki. Wierzę, że dzięki temu, będziemy w długim terminie kreować ponadprzeciętną wartość dla naszych akcjonariuszy.” – podsumował January Ciszewski.

JRH poinformował również, że w minionym miesiącu spółka portfelowa The Batteries zajęła 8 miejsce w Top 25 najlepszych polskich startupów 2022 miesięcznika „My Company Polska” oraz otrzymała główną nagrodę w kategorii „Najlepsze rozwiązanie technologiczne” w tegorocznym konkursie „Orły Innowacji Rzeczpospolitej”. W tym samym konkursie inna spółka portfelowa – Livekid otrzymała wyróżnienie w kategorii: „Start-up z potencjałem Polska-Świat”.

Rehabilitacja po COVID-19 w Centrum Osteohelp.pl Kraków

Choroba COVID-19 może przebiegać łagodnie, ale nawet w takiej sytuacji jej następstwa bywają poważne. Powikłania pocovidowe mają różne nasilenie i przybierają odmienny charakter, jednak w żadnym wypadku nie należy lekceważyć żadnych dolegliwości, które pojawiły się po przebytej infekcji. Dzięki specjalistycznej rehabilitacji stan zdrowia osób cierpiących z powodu zespołu pocovidowego może się znacznie poprawić!osteohelp krakow

Fizjoterapia w Krakowie – dzięki niej poczujesz się znacznie lepiej

Nie musisz już dłużej zastanawiać się nad tym, gdzie szukać pomocy. Krakowskie Centrum Fizjoterapii i Osteopatii Osteohelp.pl, które mieści się przy ul. Limanowskiego 15, specjalizuje się między innymi w rehabilitacji Pacjentów zmagających się powikłaniami po chorobie wywołanej wirusem SARS-CoV-2. W tym miejscu przekonasz się, że nowoczesna fizjoterapia wykorzystuje różne, niezwykle skuteczne metody, które pomagają nawet całkowicie wyeliminować niektóre dolegliwości. Jeśli zdecydujesz się na skorzystanie z oferty osteohelp.pl, zobaczysz, jak skuteczne mogą być manipulacje tkanek miękkich, masaż leczniczy i relaksacyjny oraz terapia manualna.

Fizjoterapeuta potraktuje Cię indywidualnie i zaplanuje dokładnie to, jak będzie przebiegała rehabilitacja. Wykorzysta on całą swoją wiedzę, by jak najlepiej dobrać metody pracy i oczyścić Twój organizm z cytokin powodujących przewlekły stan zapalny. Jego starania sprawią, że Twoja sprawność psycho-ruchowa będzie lepsza, a ogólna odporność poprawi się. W zależności od potrzeb Pacjenta rehabilitant może pracować na przykład nad przywróceniem prawidłowego rytmu i ruchu przepływu krwi w naczyniach krwionośnych, usprawnieniem wymiany gazowej i pracy płuc czy łagodzeniem zaburzeń neurologicznych. Nie trać czasu i jak najszybciej umów się na spotkanie, podczas którego sporo dowiesz się o stanie swojego zdrowia i zaczniesz pracować nad jego poprawą!

Tylko 31% organizacji z Europy i Wielkiej Brytanii uważa, że ich model zarządzania ryzykiem jest „dojrzały” lub „solidny”

  • 47% organizacji z siedzibą w Europie i Wielkiej Brytanii określiłoby swoje kluczowe wskaźniki ryzyka jako „przeważnie” lub „bardzo” solidne
  • 48% respondentów stwierdziło, że Covid-19 „w większości” lub „w znacznym stopniu” zmienił charakter najważniejszych zagrożeń wpływających na ich organizację

W rzeczywistości, w której globalne organizacje stoją w obliczu coraz bardziej złożonego otoczenia ryzyka, znaczna ich część ma niewystarczające podejście do zarządzania ryzykiem i niedojrzałe procesy zarządzania ryzykiem korporacyjnym (ang. Enterprise Risk Management, ERM) – wskazuje nowy raport. AICPA & CIMA wraz z Enterprise Risk Management Initiative (ERM Initiative) na Uniwersytecie Stanowym Karoliny Północnej przeprowadziły ankietę wśród 747 globalnych liderów finansów i biznesu, której wyniki zostały opublikowane w raporcie “2022 Global State of Risk Oversight: Managing the Rapidly Evolving Risk Landscape”.

W ankiecie zmierzono ocenę poziomu dojrzałości w zakresie proaktywnego zarządzania ryzykiem poprzez wdrażanie procesów ERM. Jest to metodologia, która strategicznie analizuje zarządzanie ryzykiem z perspektywy całej firmy lub organizacji i ma na celu identyfikację, ocenę i przygotowanie na potencjalne straty, niebezpieczeństwa, zagrożenia i inne potencjalne szkody, które mogą kolidować z operacjami i celami organizacji i/lub prowadzić do strat.

Zwiększona niepewność i szybko zmieniająca się rzeczywistość, w tym zmiany geopolityczne, zakłócenia w łańcuchu dostaw, rywalizacja o talenty i utrzymujące się skutki globalnej pandemii, w dalszym ciągu napędzają ryzyko, z którym musi się zmierzyć kadra zarządzająca. Ale nawet w obliczu tych złożonych zagrożeń tylko 31% respondentów z Wielkiej Brytanii i Europy stwierdziło, że ich model zarządzania ryzykiem jest „dojrzały” lub „solidny”.

Inne kluczowe wnioski z raportu to:

  • Tylko 13% kadry kierowniczej z Europy i Wielkiej Brytanii uważa, że ​​procesy zarządzania ryzykiem w ich organizacji zapewniają im przewagę konkurencyjną
  • 64% organizacji z siedzibą w Europie i Wielkiej Brytanii twierdzi, że posiada ustandaryzowany proces identyfikacji ryzyka.

Liderzy biznesu rozumieją, że organizacje muszą podejmować ryzyko, aby generować zyski. Jednak wśród respondentów pytanych czy ich procesy zarządzania ryzykiem zapewniają im przewagę konkurencyjną, widoczna była zauważalna różnica między analizowanymi regionami. 40% respondentów w Azji i Austrazji oraz 34% w Afryce i na Bliskim Wschodzie uważa, że ​​ich nadzór nad ryzykiem zapewnia im istotną przewagę konkurencyjną, podczas gdy w Europie i Wielkiej Brytanii odsetek ten wynosił tylko 13%.

Mark Beasley, KPMG Professor of Accounting, Director of the ERM Initiative, NC State  (Uniwersytet Stanowy Karoliny Północnej), powiedział:

„Globalnie organizacje zmagają się z realiami coraz bardziej złożonego otoczenia ryzyka, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ich obecne podejście do nadzoru nad ryzykiem może być niewystarczające. Co ciekawe, jeszcze przed ogromnie destrukcyjną pandemią Covid-19 liderzy biznesu czuli przytłaczający ciężar i złożoność zagrożeń wpływających na ich organizacje. Jak sugerują nasze badania, zarządzanie ryzykiem nie staje się łatwiejsze”.

Ash Noah CPA, CGMA, Vice President & Managing Director of Management Accounting Association of International Certified Professional Accountants, reprezentujące AICPA & CIMA, powiedział:

„Liderzy biznesu, którzy rozumieją, że ryzyko i zyski są ze sobą powiązane, prawdopodobnie zwiększą swoje inwestycje w nadzór nad ryzykiem, aby wzmocnić odporność i zwinność swojej organizacji nawigując po złożonym i niepewnym krajobrazie ryzyka. Co więcej, korzystanie z ERM wspiera tworzenie wartości oraz długoterminowej rentowności i zrównoważony rozwój.”

Metodologia badania

2022 Global State of Risk Oversight: Managing the Rapidly Evolving Risk Landscape obejmuje dane zebrane w 2022 r. w ramach ankiety online przeprowadzonej wśród światowych liderów biznesu z czterech głównych regionów: Europy i Wielkiej Brytanii, Azji i Austrazji, Afryki i Bliskiego Wschodu oraz Stanów Zjednoczonych. Około połowa z nich pełni wysokie funkcje w księgowości i finansach, a pozostali reprezentują różne stanowiska kierownicze w różnych branżach. W sumie zebrano 747 w pełni wypełnionych ankiet.

Nasdaq ustnowił nowe dwuletnia minima. Złoto ponownie traci

Wczorajsza sesja na Wall Street przebiegła pod dyktando sprzedających. Najwięcej z indeksów stracił Nasdaq zamykając się pod kreską ponad 1 proc. Słabe nastroje utrzymują się z piątku, kiedy administracja Bidena ogłosiła nowe ograniczenia dla amerykańskich firm w zakresie sprzedaży półprzewodników i powiązanego sprzętu produkcyjnego do Chin. Rynek czekana CPI z USA, które już w czwartek. Przed nami start sezonu publikacji wyników amerykańskich spółek.

Nasdaq ustnowił nowe dwuletnia minima. Indeksowi SP500 oraz Dow Jones do takiego wyniku brakuje niewiele. Jak na razie nie widać zakończenia spadków na Wall Street. Dolar po NFP jest coraz silniejszy a główna para walutowa osuwa się w stronę dołków z końca września. Złoto ponownie traci a odbicie cen surowca na początku października okazało się jedynie korektą techniczną.

Jesteśmy po danych z amerykańskiego rynku pracy a przed odczytem inflacji. Przed weekendem dowiedzieliśmy się, że zatrudnienie w USA ponownie znacząco wzrosło we wrześniu, zwiększając się o 263 tys. Jednocześnie stopa bezrobocia zaskakująco mocno spadła do 3,5%. Wynik NFP jest wciąż silny i znacznie przekracza próg około 70 tys. – tyle jest potrzebnych wakatów każdego miesiąca do integracji rosnącej populacji na rynku pracy. Spadek stopy bezrobocia wynikał głównie z tego, że z rynku pracy wycofało się we wrześniu 57 tys. osób. Współczynnik aktywności zawodowej ponownie nieznacznie spadł do 62,3 proc. Od początku roku nie widać tu żadnego postępu.

Z punktu widzenia Fed napięcia na rynku pracy nie zmalały więc w wystarczającym stopniu, należy spodziewać się kolejnych, wysokich podwyżek stóp. Dane nie są w 100 proc. klarowne. Popyt na pracę wciąż znacznie przewyższa podaż. Dalszy lekki spadek inflacji płacowej (płace godzinowe były o 5 proc. wyższe niż rok wcześniej; wzrost płac osiągnął w marcu szczyt na poziomie 5,6 proc.) należy więc interpretować z ostrożnością.

Dalsze podwyżki stóp przez Fed mają na celu ograniczać inflację. Rezerwa Federalna chciałaby również, aby rynek pracy uległ schłodzeniu, wówczas ten czynnik w zdecydowanie szybszy sposób wpłynąłby na spowolnienie dynamiki wzrostu cen.

Czwartek może okazać się dniem wyższej zmienności. Konsensus rynkowy zakłada wzrost inflacji bazowej do 6,5 proc. co argumentowane jest coraz wyższymi cenami czynszów. Pamiętajmy, że koszty mieszkaniowe są najważniejszą pozycją w koszyku dóbr. Z kolei spadek cen używanych aut będzie nieco tłumił wynik. Perspektywy dla inflacji zasadniczej są lepsze. Tutaj dalszy spadek cen benzyny łagodzi sytuację. Ponadto wzrost cen żywności powinien powoli tracić impet.

Dane są szczególnie ważne, ponieważ będą mogły wpłynąć na kolejną decyzję Rezerwy Federalnej. W tym roku zaplanowane są jeszcze posiedzenia listopadowe oraz grudniowe. Niższe odczyty będę wodą na młyn wszystkich tych uczestników rynku, którzy oczekują złagodzenia polityki monetarnej przez Fed. Wyższe wręcz przeciwnie – utrzymania obecnego tempa zacieśniania lub jego podwyższenia.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Ostatni dzwonek, żeby zadbać o system edukacji w Polsce

– Skończmy z masowym rozdawaniem coraz mniej wartych matur i przestańmy próbować kształcić ludzi na pracowników fabryk. Oceniajmy szkoły przez pryzmat atrakcyjności oferty, pozwólmy uczyć przedmiotów zawodowych porządnie i przede wszystkim zadbajmy o tych nauczycieli, którzy jeszcze zostali przy tablicach – Mateusz Krajewski, prezes największej w Polsce fundacji oświatowej analizuje krytyczną sytuację systemu edukacji i przedstawia pomysły na jego ratowanie.

Przekornie można powiedzieć, że system edukacji w Polsce jest efektywny. Dowody? Oto i one: wystarczy efektywność mierzyć w bardzo prosty sposób: na przykład odsetkiem uczniów zdających egzamin ósmoklasisty i opanowaniem podstawy programowej. Albo poziomem oferty opiekuńczej, czyli zagospodarowania czasu dzieci, kiedy ich rodzice są w pracy. Ba, przykładając taką miarę, można powiedzieć nawet, że efektywność polskiego systemu oświaty jest bardzo wysoka.

– Gdybyśmy przyjęli taką definicję efektywności, to nasze państwo za pieniądze włożone w system edukacji dostaje wynik na oczekiwanym poziomie – twierdzi Mateusz Krajewski, prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. – Przecież większość ósmoklasistów zdaje egzamin z przyzwoitym wynikiem, a poziom opieki jest wystarczający, bo liczba wypadków w szkołach jest niewielka.

Tylko czy o taki wymiar i kryteria efektywności powinno w polskiej szkole chodzić? Gdyby rozumieć ją inaczej: jako rozwój, jako poszukiwanie w uczniach talentów i umiejętne kierowanie ich w stronę wykorzystania w życiu i w pracy ich umiejętności i potencjału, ocena będzie zupełnie inna.

Diagnoza: Nadal próbujemy wychowywać pracowników fabryk

W ciągu ostatnich 30, może nawet 50 lat, merytorycznie i programowo w polskiej oświacie zaszły stosunkowo niewielkie zmiany. Mentalnie stoimy w miejscu i dalej wychowujemy pracownika fabryki. W pruskim modelu staramy się przekazywać uniwersalną wiedzę wszystkim. Dzisiaj to już się nie sprawdza i nie prowadzi do spektakularnych efektów.

– Jeśli naszą ambicją jest wychowywanie kolejnych pokoleń, które umieją czytać, pisać, liczyć i formułować proste tezy, to zasadniczo nam się to udaje. Ale czy to tworzy jakiekolwiek zasoby kreatywności, talentu? Nie! – analizuje Mateusz Krajewski. – Ani system pruski, ani potem radziecki, nie były zainteresowane indywidualnością. Miały wypuszczać kolejne roczniki ludzi uległych, potrafiących przeczytać instrukcje i się do nich zastosować. Najlepiej bez dyskusji. Rzecz w tym, że po 1989 roku nasze myślenie o szkole pozostało w tych ramach.

Oczywiście, mało który masowy system jest skonstruowany tak, żeby wspierać indywidualności. Jednak z doświadczeń innych krajów wiemy, że jest to możliwe. Tymczasem polska szkoła robi niewiele, by kierować młodych ludzi tak, aby w dorosłym życiu potrafili wykorzystać swoje zdolności. Żeby robili w życiu to, co lubią i byli w tym naprawdę dobrzy. A wtedy skorzystalibyśmy wszyscy. Z naszą gospodarką na czele.

Inna wizja szkoły podstawowej

Nawet dzisiaj, w niedofinansowanym systemie, można stworzyć atrakcyjną ofertę szkoły podstawowej. Można ją prowadzić inaczej, w sposób interesujący, rozwijający dzieci i korzystny dla rodziców.

– Kluczowe jest zapewnienie spokojnych warunków pracy i odciążenie od zbędnych zadań. To organ prowadzący powinien dbać o wsparcie techniczne i administracyjne. Zapewniać pomoc w pozyskiwaniu dodatkowych środków, dobre narzędzia do pracy czy atrakcyjne szkolenia – wylicza Mateusz Krajewski. – To da się zrobić i nasze szkoły są tego przykładem. Dyrektor z dużą autonomią, fachowiec potrafiący zorganizować funkcjonowanie placówki pod kątem merytorycznym, ma czas, przestrzeń i warunki do zajmowania się rozwijaniem szkoły. Do realizowania ciekawych pomysłów, dbania o jakość i poziom nauki.

Jak podkreśla prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty, jakość szkoły nie powinna być mierzona poziomem zdawalności testów czy egzaminów. Głównym kryterium oceny powinien być poziom zadowolenia uczniów i to, ilu chętnych wskazuje szkołę jako placówki pierwszego wyboru. To, jak jest oceniana przez uczniów i czy chcą do niej przychodzić kolejne roczniki.

– Jest wiele badań, które pokazują, że jeśli rozlicza się ludzi pod kątem wyniku, potrafią zachowywać się skandalicznie, tylko po to, żeby w określonym momencie mieć określoną cyfrę – tłumaczy Krajewski. – W szkole nie powinniśmy się skupiać na tej finalnej cyfrze, tylko na sposobie, w jakim ją osiągnęliśmy. Na tym, żeby uczeń się rozwijał, rósł intelektualnie, poznawczo, moralnie. Rozwijał się jako człowiek. Lepiej, żeby wynik był przeciętny, ale proces był stabilny. Dzięki temu szkoły będą kończyć nieporównywalnie lepiej ukształtowani ludzie. Tacy, którzy będą mieć wartościowy punkt odniesienia. Umiejący szanować, wybitnych, przeciętnych i tych, którym trzeba pomóc. Ludzie, którzy potrafią dbać o siebie nawzajem, a nie tylko o to, żeby napisać jakiś test na określoną liczbę punktów.

W publicznej debacie, jako rozwiązanie finansowych bolączek systemu oświaty, pojawia się pomysł bonu oświatowego. Ta idea tak naprawdę… już działa. Pieniądze w postaci subwencji idą za dzieckiem od dobrych 20 lat. Działałaby jeszcze lepiej, gdyby samorządy, zwłaszcza duże, miały odwagę likwidować placówki, które sobie nie radzą. Tej odwagi jednak brakuje.

– Żeby ten system zadziałał w pełni, rozwiązanie jest bardzo proste. Trzeba w większej mierze do budowy sieci placówek publicznych dopuścić niezależne organy prowadzące – postuluje Mateusz Krajewski. – Każdy niesamorządowy podmiot jest pod nieporównywalnie większą presją, żeby zrobić dobrą szkołę. Ile ma w niej dzieci, tyle ma pieniędzy. Tutaj trzeba się ścigać i starać o jakość oferty i przede wszystkim o jakość relacji.

Tak funkcjonujące szkoły – choć jest ich w Polsce jeszcze niewiele – wcale nie mają gorszych wyników edukacyjnych. Mogą pochwalić się olimpijczykami z każdego przedmiotu. Potrafią wychować profesjonalnych sportowców z sukcesami. A przede wszystkim mają coś, co staje się coraz bardziej wartościową walutą: atmosferę spokoju i szacunku. Na każdej płaszczyźnie.

Lepiej być szczęśliwym dekarzem, niż smutnym księgowym

Dziś nie trzeba być naukowcem, żeby robić w życiu rzeczy zaawansowane i potrzebne innym. Takie, które pozwalają dobrze zarabiać i spędzać czas w sposób sprawiający przyjemność. Jednak młodym ludziom w ogóle nie pokazuje się przykładów szczęśliwych i spełnionych osób, które pracują rękami. A przecież tacy ludzie są wokół nas!

– Jako kraj rozdajemy zdecydowanie za dużo matur. Świadectwo dojrzałości zdewaluowało się do tego stopnia, że nie ma już większego znaczenia na rynku pracy. Coraz mniejszą wartość ma też dla samych maturzystów – przyznaje prezes fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. – Szkoła mogłaby i powinna przekazać nastolatkom wiedzę praktyczną, pomóc im wybrać sensownie, według zainteresowań to, czym chcą się w życiu zajmować. Lepiej być w życiu szczęśliwym dekarzem, niż smutnym księgowym.

Zadowolonych, dobrze zarabiających mechaników, hydraulików czy dekarzy właśnie wcale nie trzeba dziś długo szukać. Tymczasem wciąż pokutuje teza, że szkoła branżowa jest karą. Czymś gorszym. Choć powoli zainteresowanie dobrymi technikami i szkołami branżowymi rośnie, w szerszej skali nie są one w stanie stworzyć wystarczająco atrakcyjnej oferty. Problemem szkół technicznych jest też nieaktualność wiedzy.

Tu pojawia się słowo-mantra: pieniądze. Żeby w szkole technicznej chciał uczyć dobry fachowiec, trzeba mu dobrze zapłacić. Nawet jeśli znajdzie się entuzjasta, który chciałby poprowadzić zawodowe warsztaty przez kilka godzin w tygodniu, sprawa rozbija się o kolejną barierę: formalności. Żeby mieć uprawnienia do pracy z uczniami trzeba przejść bardzo żmudny, skomplikowany i zniechęcający proces.

– To powinno nas skłonić do postawienia pytania: czy nauczyciel zawodu koniecznie powinien być pedagogiem? – zastanawia się Mateusz Krajewski. – Może rozwiązaniem będzie sytuacja, kiedy klasa ma wychowawcę-pedagoga, który dba o klasę jako grupę, uczy odpowiedzialności i pracy zespołowej, ale kładzenia instalacji, dekarstwa albo hydrauliki uczy fachowiec z tej dziedziny.

Takie podejście pozwoliłoby osiągnąć dwa efekty. Zamiast nieatrakcyjnych pieniędzy za etat, dobremu specjaliście z określonej dziedziny można zaproponować rozsądną stawkę za godzinę cennych zawodowo warsztatów. Usuwając formalne, biurokratyczne przeszkody przed szkoleniem młodzieży w niewielkim wymiarze godzinowym – być może pod okiem pedagoga-wychowawcy – od razu podnosimy atrakcyjność oferty szkół. A za tym idą uczniowie. Za nimi z kolei – pieniądze.

Zatrzymać nauczyciela i skrócić drogę do tablicy

Systemowe rozwiązanie kwestii płac nauczycieli prędzej czy później musi się znaleźć.  Ostatnie lata pokazały, że w podbramkowych sytuacjach – a taka właśnie nieuchronnie nadchodzi dla oświaty – udaje się znaleźć potrzebne środki.

Jednak żeby zdolni ludzie chcieli po studiach podejmować pracę w szkołach, nawet pieniądze mogą okazać się za słabym magnesem. Odium, ciążące nad zawodem nauczyciela, odzieranie go z szacunku i prestiżu przez lata zrobiło dużo złego.

– Już teraz jest przestrzeń, żeby rozmawiać o działaniach pomocowych dla nauczycieli. Żeby próbować zatrzymać w szkołach tych, którym jeszcze chce się uczyć. Zaczynając od spraw najbardziej oczywistych, czyli przeciwdziałających wypaleniu zawodowemu – mówi Mateusz Krajewski. – W tej chwili nie ma takiego miejsca, w którym nauczyciel mógłby bezpłatnie porozmawiać z fachowcami o tym, jak się czuje, dlaczego tak się czuje i co może z tym zrobić. Superwizja dla nauczyciela jest niesamowicie potrzebna. Również możliwość spotkania się z pedagogami z innych szkół. Rozmowa, wymiana doświadczeń i pomysłów. W tej chwili takie rzeczy są niszowe, lub nikt się tym w ogóle nie zajmuje.

Pomysłem na taką przestrzeń jest projekt instytucji Rzecznika Praw Nauczyciela, nad którym pracuje fundacja Ogólnopolski Operator Oświaty. Oprócz wsparcia zawodowego, emocjonalnego i psychologicznego, projekt obejmuje też obszar poradnictwa prawnego. Na przykład w kwestii wniosków, wszelkich kontroli, ale również relacji w pracy, w tym z rodzicami. Projekt – który zyskał już wstępne zainteresowanie kilku samorządów – miałby być finansowany z grantów i środków unijnych.

– Trzeba zrobić wszystko, żeby zatrzymać odpływ pracowników ze szkół. Edukacja nie jest już rynkiem pracodawcy, gdzie zamęczonych nauczycieli można było wymieniać na nowych. Dzisiaj prawie nikt nie startuje nawet w konkursach na dyrektorów. Nikt nie chce tej pracy – wyjaśnia Mateusz Krajewski. – Trzeba zacząć poważnie myśleć o skróceniu ścieżki wejścia do zawodu nauczyciela. Zwłaszcza w przypadku nauczania początkowego. Nie ma dziś żadnego uzasadnienia dla kształcenia nauczycieli na pięcioletnich, jednolitych studiach. Nauczyciel nie musi być magistrem. Powinien być fachowcem od pracy z grupą. Ma być pedagogiem, mieć w sobie trochę miłości do zawodu i dzieci, z którymi pracuje.

Czarne chmury na horyzoncie

Jakość i dostępność systemu opieki nad dzieckiem jest jednoznacznie powiązany z decyzją o posiadaniu dziecka. Dostępność żłobków, przedszkoli i szkół to klucz do rozwiązania fundamentalnego problemu, jakim dzisiaj jest demografia. Tymczasem kryzys już trwa. W oświacie katastrofalnie brakuje ludzi, a ci którzy zostali, stają na głowie, żeby system działał. Tego paliwa nie starczy jednak na długo.

– Kwestią maksymalnie dwóch lat będzie rozpoczęcie dyskusji o współpłaceniu rodziców za ofertę szkół. Oczywiście podstawa programowa musi być realizowana bezpłatnie, jednak z innych rzeczy będzie trzeba sukcesywnie rezygnować – przewiduje Mateusz Krajewski. – Za chwilę skończy się też dyskusja na temat indywidualnego dotarcia do ucznia, bo wyczynem będzie jakiekolwiek dotarcie. System zmierza do punktu, w którym woła się trzy klasy do jednego nauczyciela, albo organizuje zajęcia w formie wykładu dla kilkuset uczniów i raz na trzy miesiące zalicza materiał.

Zdaniem prezesa fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty, w całkiem niedalekiej przyszłości może czekać nas szkoła, która będzie ograniczać się wyłącznie do funkcji opiekuńczej. Bo do jej sprawowania nie potrzeba wykształcenia pedagogicznego. A nauczycieli… nie będzie.

– Dlatego za wszelką cenę musimy zadbać o ludzi pracujących jeszcze w szkołach. O ich warunki pracy i poczucie bezpieczeństwa – podkreśla Mateusz Krajewski. – Jeśli tego nie zrobimy, zacznijmy już teraz pisać algorytmy, do uczenia dzieci matematyki i wszystkich innych przedmiotów. Będziemy na nie skazani szybciej, niż nam się wydaje.

Pomysły na opanowanie kryzysu systemu oświaty fundacja Ogólnopolski Operator Oświaty przedstawiła już we wrześniu, podczas XXXI Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Kolejną okazją do dyskusji będzie panel „Kadrowa katastrofa w oświacie. Czy możemy jej jeszcze uniknąć?” podczas XX Samorządowego Forum Kapitału i Finansów w Katowicach.

W dyskusji wezmą udział przedstawiciele największych polskich miast, odpowiadający za oświatę w Krakowie, Wrocławiu i na Śląsku.

MINUTOR Energia podpisuje pierwszą umowę z Tauronem

MINUTOR Energia, notowana na New Connect spółka, która specjalizuje się w sprzedaży fotowoltaiki i produkcji magazynów energii, zawarł z TAURON Nowe Technologie S.A. z siedzibą we Wrocławiu umowę na zaprojektowanie i montaż instalacji fotowoltaicznej na rzecz klienta TAURON Nowe Technologie S.A. Realizacja instalacji ma nastąpić w terminie 45 dni od daty zawarcia niniejszej umowy.

– Jestem niezwykle zadowolony z podpisania obecnej umowy. Jest to nasz pierwszy podpisany projekt z TAURON Nowe Technologie, ale na pewno nie ostatni. Obecny kontrakt jest zaplanowany na kilka etapów, a w kolejce są jeszcze inne postępowania na etapie negocjacji, koncepcji czy to ofertowania, w których wspólnie bierzemy udział. Rynek B2B zwłaszcza dużych instalacji charakteryzuje się zdecydowanie dłuższą ścieżką sprzedażową niż rynek B2C. Niemniej jednak, idziemy w dobrym kierunku. – powiedział Zbisław Lasek, prezes Grupy MINUTOR Energia.

Podpisana umowa jest następstwem zawartej 19 maja 2022 r. z TAURON Nowe Technologie S.A. umowy o współpracy w zakresie zlecania robót dotyczących budowy instalacji fotowoltaicznych. Zapowiedź rozpoczęcia współpracy pojawiła się już na tegorocznym Europejskim Kongresie Gospodarczym, którą ogłosił wtedy Piotr Apollo, prezes TAURON Nowe Technologie S.A.

– Spółka Minutor jest naszym certyfikowanym instalatorem fotowoltaiki, więc zdążyliśmy się już poznać podczas realizacji kilku projektów. Dlatego mamy pewność, że kolejne wspólne zadanie będzie obsłużone bezproblemowo. To dla nas szczególnie ważne żeby klient, który wykłada na inwestycję niemałe pieniądze, nie musiał martwić się o przebieg procesu inwestycyjnego. Nasz certyfikowany partner posiada prężny, doświadczony i merytoryczny dział koncepcyjno-projektowy przygotowujący dla nas oferty, które później kierujemy do naszych największych klientów. – dodał Piotr Apollo, prezes TAURON Nowe Technologie S.A. – Sezon wakacyjny się skończył i od początku września dostrzegamy wzmożoną aktywność wśród potencjalnych klientów, dlatego niebawem będziemy zapewne świadkami kolejnych podpisanych umów na projekty wielkoskalowe z naszym partnerem – zakończył Piotr Apollo.

MINUTOR Energia prowadzi obecnie emisję akcji serii D o wartości do 3 mln zł, której celem jest m.in. podwyższenie kapitału zakładowego w spółce-córce, odpowiadającej za produkcję magazynów energii.

Rośnie sprzedaż i przychody Miraculum

Notowana na rynku głównym GPW firma kosmetyczna Miraculum sukcesywnie zwiększa przychody ze sprzedaży, zwłaszcza z eksportu. We wrześniu spółka odnotowała wzrost przychodów ze sprzedaży netto o 11 proc. r/r. Sprzedaż na eksport wzrosła aż o 92 proc. r/r. Narastająco, od stycznia do września tego roku, Miraculum szacuje wzrost przychodów w tym kanale sprzedaży o 78 proc. względem analogicznego okresu ubiegłego roku.

Działająca od 1924 r. Miraculum skupia w swoim portfolio 11 marek, w tym m.in. Miraculum, Pani Walewska, Joko i Chopin. Spółka we wrześniu zrealizowała kolejne dostawy do klienta z Arabii Saudyjskiej – sprzedaż narastająco w ramach zawartego kontraktu wynosi obecnie ok. 385 tys. USD. Jednocześnie firma prowadzi z nim rozmowy o kolejnych zamówieniach na I kwartał 2023 r. W zeszłym miesiącu Miraculum zrealizowała także sprzedaż do klientów z Tajwanu, Mołdawii, Finlandii, Kazachstanu, Hiszpanii i wielu innych państw. Dzięki rozwijaniu eksportu przychody netto spółki w tym kanale dynamicznie rosły kolejny miesiąc z rzędu. We wrześniu wyniosły 1,65 mln zł, co stanowi wzrost o 92 proc. w stosunku do września 2021 r. (858 tys. zł). Narastająco, w okresie styczeń-wrzesień br., przychody te wynoszą  prawie 8 mln zł. Natomiast przychody ze sprzedaży netto w ww. okresie wynoszą 32,1 mln zł, co stanowi wzrost o 36 proc. w stosunku do okresu styczeń-wrzesień 2021 r. (23.531 tys. zł).

– Konsekwentnie realizujemy naszą strategię rozwoju, w ramach której rozwijamy i wzmacniamy poszczególne kanały sprzedaży. Ostatnie miesiące to czas intensywnego rozwoju i pracy naszego działu eksportu, czego efekty są już dobrze widoczne w naszych wynikach sprzedaży. Co istotne, realizacji kolejnych kontraktów i wzrostowi przychodów z eksportu towarzyszą długofalowy rozwój sprzedaży w kanale nowoczesnym oraz wzrost marży, co przełoży się pozytywnie na nasze wyniki finansowe w długiej perspektywie – komentuje Sławomir Ziemski, członek zarządu Miraculum.

Również we wrześniu Miraculum poszerzyło zakres współpracy z największą drogerią internetową w Europie – Notino. W jej ofercie poza kosmetykami z serii Miraculum i Pani Walewska są już także dostępne perfumy premium marki Chopin. Miraculum posiada wyłączność na używanie unijnego i międzynarodowego znaku towarowego „Chopin” dla produktów kosmetycznych, a umowa z Narodowym Instytutem Fryderyka Chopina obejmuje wszystkie rynki krajów Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Chin, Japonii i Korei Południowej. Poszerzenie współpracy z Notino powinno przełożyć się na dalszy rozwój nowoczesnego kanału dystrybucji. Narastająco, w okresie styczeń-wrzesień 2022 r., Miraculum szacuje przychody ze sprzedaży netto w tym kanale na 12,4 mln zł, co stanowi wzrost o 39 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku.