Coface: Wzrost upadłości i restrukturyzacji. Najwięcej postanowień w handlu

  • W pierwszych trzech kwartałach 2018 r. liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 728. To o 93 więcej (+15 proc.) niż w analogicznym okresie 2017.
  • Wśród wszystkich rodzajów postanowień najwięcej ogłoszono upadłości, tj. 414. Stanowią one aż 57 proc. wszystkich postępowań.
  • Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 34 proc. Po trzech kw. 2018 r. zanotowano ich łącznie 314. Stanowią one 43 proc. wszystkich postępowań (po 3 kw. 2017 stanowiły 37 proc.).
  • Wśród postępowań restrukturyzacyjnych najwięcej odnotowano przyspieszonych postępowań układowych, czyli 199 (to aż o 46 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017), a najmniej postępowań o zatwierdzenie układu (3).
  • Najwięcej upadłości i restrukturyzacji miało miejsce w handlu (175 tj. 24 proc. wszystkich postanowień). Na drugim miejscu znalazła się produkcja (172), niemniej jednak odnotowała ona spadek (o 5) w porównaniu do danych po trzecim kwartale roku poprzedniego.
  • Największy skok postępowań odnotowaliśmy w transporcie (+52 proc.). W budownictwie sytuacja prawie nie zmieniła się.
Postanowienia upadłościowe (A) i restrukturyzacyjne (B) w Polsce
w pierwszych trzech kwartałach lat 2008-2018
 
rodzaj postępowania upadłościowego I-IX 2008 I-IX 2009 I-IX 2010 I-IX 2011 I-IX 2012 I-IX 2013 I-IX 2014 I-IX 2015 I-IX 2016 I-IX 2017 zmiana

2018/17

I-IX 2018
(A) Upadłości 270 429 420 447 521 562 551 509 441 400 414
(A) Upadłości z możliwością zawarcia układu* 47 80 91 89 121 137 93 76 25 0 0
(B) Postępowanie o zatwierdzenie układu*** 2 9 3
(B) Przyspieszone postępowanie układowe*** 88 136 199
(B) Postępowanie układowe*** 22 30 27
(B) Postępowanie sanacyjne*** 34 60 85
ogółem 317* 509* 511* 536* 642* 699* 644* 585* 612* 635** +15% 728**

 

** Stan wg wiedzy na koniec trzeciego kwartału.
* Stan wg wiedzy na koniec każdego roku.

Komentuje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej

Liczba przedsiębiorstw w Polsce, wobec których ogłoszono upadłości lub restrukturyzacje zwiększa się. Dynamika nie jest już tak wysoka jak na początku tego roku, jednak 15-proc. wzrost ogólnej liczby postanowień w pierwszych trzech kwartałach tego roku potwierdza, że sprzyjające otoczenie makroekonomiczne nie pomogło poprawić sytuacji płynnościowej biznesu w Polsce. Zgodnie z najbardziej aktualnymi danymi wzrost gospodarczy Polski sięgnął 5,2 proc. w pierwszej połowie 2018 r. i pomimo, że w drugim półroczu nasza gospodarka będzie już rosła w wolniejszym tempie to w całym bieżącym roku tempo wzrostu PKB może być nawet wyższe niż odnotowane w roku poprzednim. A już 2017 r. był okresem przyspieszenia gospodarczego z najwyższym tempem wzrostu PKB na przestrzeni poprzednich sześciu lat.W statystykach upadłości i restrukturyzacji obserwujemy coraz większy udział postanowień restrukturyzacyjnych. Od wprowadzenia zmian prawnych na początku 2016 r. i umożliwienia przedsiębiorstwom skorzystania z różnych form przewidzianych prawem restrukturyzacji ich udział stopniowo rośnie. Po trzech kwartałach 2018 r. udział ten przekroczył 43 proc., a najbardziej powszechnie wykorzystywaną formą restrukturyzacji są przyspieszone postępowania układowe, które stanowią niemal 2/3 wszystkich postanowień restrukturyzacyjnych. Dynamicznie wzrasta liczba sanacji, czyli najbardziej zaawansowanego rodzaju postępowania restrukturyzacyjnego będącego hybrydą upadłości i układu, których to udział przekroczył ¼ łącznej liczy restrukturyzacji. Z drugiej strony pomimo, że zmiany prawne przyczyniły się do wzrostu łącznej liczby postanowień, to jednak Polska odnotowuje najniższy wskaźnik upadłości w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Upadłości i restrukturyzacje dotyczą 4 na 10 tys. firm, co jest konsekwencją nadal dosyć niskiego wykorzystania przewidzianych prawem rozwiązań w przypadku znacznego pogorszenia sytuacji płynnościowej w przedsiębiorstwie. Zgodnie z naszymi szacunkami łączna liczba upadłości restrukturyzacji w Polsce nieznacznie przekroczy 1000 postanowień w tym roku, podczas gdy w mniejszych od naszej gospodarkach, jak Węgry czy Rumunia jest ich wielokrotnie więcej, odpowiednio 16 i 8 razy tyle co w Polsce. W tych krajach powszechność wykorzystania przewidzianych prawem postępowań jest znacznie wyższa i obrazuje nie tyle trudne warunki do prowadzenia biznesu, co inne uwarunkowania prawne i zdefiniowanie upadłości firmy.Wracając do sytuacji makroekonomicznej, jej wpływ jest pozytywny dla przedsiębiorstw, ale jednocześnie nie jest jedynym czynnikiem mogącym zniwelować trudności, jakich doświadcza biznes. Główną siłą napędową naszej gospodarki pozostaje konsumpcja gospodarstw domowych, których zwiększony popyt jest sprzyjający bezpośrednio lub pośrednio dla firm, jednak obecna sytuacja na rynku pracy jest dosyć niekorzystna dla przedsiębiorców. Kolejny rok z rzędu wynagrodzenia pracowników rosną w dynamicznym tempie, a narastające braki kadrowe są zgłaszane przez coraz większą liczbę firm w Polsce jako barierę w ich bieżącej działalności. Wraz z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym otoczenie makroekonomiczne nie będzie już tak sprzyjające dla biznesu, a coraz większa liczba firm będzie zasilała statystyki upadłości i restrukturyzacji. Już obecnie odnotowujemy istotny wzrost postanowień w branży transportowej, która jest uważana za papierek lakmusowy sytuacji gospodarczej – pierwsza odczuwa zarówno poprawę, jak i pogorszenie popytu i wymiany towarów. Polskie firmy transportowe są bardzo aktywne na rynkach zagranicznych, a spowalniający globalny handel jest już odczuwany przez takie potęgi eksportowe jak chociażby Niemcy. W transporcie opóźnienia w spłacie należności są najwyższe spośród wszystkich branż w Polsce (zgodnie z ostatnim Badaniem Płatności Coface), a znaczny deficyt pracowników, wzrost cen paliw, czy działania protekcjonistyczne krajów Europy Zachodniej powodują, że trudności płynnościowe mogą dość szybko przerodzić się w konieczność ogłoszenia upadłości lub restrukturyzacji.Upadłości i restrukturyzacje według branż Charakterystyka upadłości i restrukturyzacji w wybranych sektorachKomentuje Marcin Siwa, dyrektor działu oceny ryzyka w CofacePrzetwórstwo przemysłoweSytuacja w przemyśle potwierdza to, co się dzieje w gospodarce. Dane makroekonomiczne od dłuższego czasu są dobre, zaczęły nieco rosnąć inwestycje, zatem produkcja przemysłowa jest „na fali”. Porównując dane r/r widzimy niewielki spadek liczby upadłości w tym segmencie gospodarki, pomimo że ogólne statystyki tak dobrze nie wyglądają. To, co może niepokoić to fakt, że te działy produkcji przemysłowej, które zawsze miały istotny udział w liczbie upadłości, po trzech kwartałach 2018 r. pokazują wynik gorszy niż przed rokiem. Szczególnie jest to widoczne w produkcji wyrobów metalowych, gdzie wzrost jest ponad 20 proc., ale niewielkie wzrosty pojawiają się także w przypadku przemysłu maszynowego, produkcji spożywczej, czy wyrobów z drewna. Przemysł, jak i inne działy gospodarki zmaga się z rosnącymi kosztami. Coraz trudniej jest je przełożyć na cenę uzyskiwaną od klientów, jednak póki gospodarka jest rozpędzona, przemysł powinien mieć się relatywnie dobrze.HandelFirmy handlowe mają się coraz gorzej. Dotyczy to przede wszystkim działalności hurtowej, choć jak wiemy, również niektóre sieci detaliczne mają poważne problemy. Statystycznie jednak wzrost upadłości i restrukturyzacji w handlu hurtowym jest bardzo duży (22 proc.), co świadczy o rosnącym ryzyku prowadzenia działalności w tym segmencie. Ogromna konkurencja, konsolidacja branży, a tym samym presja na marże oraz rosnące koszty pracy wpływają na to, że wiele firm ma problemy z płynnością. Wiele mniejszych i średnich podmiotów wykazuje spadające przychody i zyski. Coraz trudniej jest przetrwać firmom, które nie są w stanie wykorzystać efektu skali działalności, gdyż są na to po prostu zbyt małe. Sprzedaż detaliczna ma się nieco lepiej, choć wcale nie świadczy to o tym, że wyżej wymienione czynniki ryzyka nie występują. Wciąż wysoki popyt wewnętrzny wspiera nieco handel detaliczny, stąd liczba upadłości spadła rok do roku.BudownictwoW budownictwie wiele się dzieje. Od początku tego roku ruszyły nieco inwestycje infrastrukturalne. W większych miastach również budownictwo komercyjne, czy mieszkaniowe mają się dobrze. Sektor zawsze był obarczony dużym ryzykiem płynnościowym. Wiele wskazuje na to, że branża osiągnęła szczyt wzrostu. Powstaje pytanie, jakie będzie tempo spadku. Wiele dużych podmiotów zaczyna generować straty. Wiele informuje o przeszacowaniach wcześniej oczekiwanych zysków na realizowanych projektach. Te, które wydawały się opłacalne z perspektywy roku 2016 lub jeszcze 2017, obecnie przynoszą straty. Wpływ na to miał ogromny wzrost kosztów materiałów budowlanych, wzrost kosztów robocizny oraz jej brak. Problemy finansowe i organizacyjne dużych firm odbijają się negatywnie na płynności mniejszych podmiotów podwykonawczych, które tradycyjnie ponoszą największe ryzyko finansowe. Analiza przeterminowań w branży pozwala stwierdzić, że obecnie największe problemy płynnościowe mają małe i średnie firmy budowlane. Wśród nich przeterminowań w płatnościach jest zdecydowanie najwięcej. Może to skutkować w kolejnych kwartałach wzrostem liczby upadłości czy restrukturyzacji w branży.TransportCzęsto mówi się o tym, że branża transportowa jest wskaźnikiem kondycji gospodarki. Reaguje najszybciej na oznaki poprawy i pogorszenia. Jeśli przyjąć to założenie i porównać je z tym, co dzieje się w statystykach upadłościowych, nie może to napawać optymizmem. Wzrost liczby niewypłacalności jest bowiem bardzo istotny – o 52 proc.. Również analiza wartości przeterminowanych należności świadczy o tym, że z płynnością w branży transportowej nie jest dobrze. Znów dotyczy to głównie mniejszych podmiotów, które mają długi sięgające kilku, kilkunastu tysięcy złotych, ale i tak mają poważne problemy z ich uregulowaniem na czas. Branża boryka się, podobnie jak budownictwo, z problemem kosztów pracy i dostępności pracowników na rynku. Do tego dochodzą rosnące ceny paliw. Zmiany cen na rynku ropy naftowej raczej nie pozwalają sądzić, by ceny paliw miały spaść. Można się raczej spodziewać ruchów w górę. Wszystko to sprawia, że obecnie branża transportowa jest postrzegana jako jedna z najbardziej zagrożonych od strony zatorów płatniczych.Upadłości i restrukturyzacje według regionówW większości województw odnotowano wzrost liczby upadających i objętych restrukturyzacją firm. Województwo mazowieckie, gdzie zarejestrowanych jest najwięcej podmiotów, zanotowało spadek liczby bankructw i restrukturyzacji o prawie 9 proc., chociaż nadal to właśnie tam jest ich najwięcej (tj. 128, co stanowi niemal 18-proc. udział we wszystkich postanowieniach). Spadek, chociaż równie niewielki, widoczny jest w woj. lubuskim (o 25 proc.), gdzie upadłości i restrukturyzacji odnotowano teraz najmniej, w woj. warmińsko-mazurskim (o 23 proc.), w woj. dolnośląskim (o 13 proc.) oraz zachodniopomorskim (o 5 proc.). W województwie opolskim sytuacja nie zmieniła się – zanotowała tyle samo postępowań co po trzecim kw. 2017 r.Upadłości i restrukturyzacje według form prawnych przedsiębiorstw  Analizując formy prawne upadających i restrukturyzowanych przedsiębiorstw, prawie we wszystkich grupach widoczny jest wzrost postępowań. Aż o 64 wzrosły one wśród przedsiębiorców (+38 proc.). Zaś największą grupę wśród firm objętych postępowaniami stanowią jak zwykle spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (348, tj. 48 proc. wszystkich postępowań), ale warto podkreślić, że mimo to grupa zanotowała spadek upadłości i restrukturyzacji po trzecim kw. 2018 r.Spadek odnotowaliśmy także w pozostałych formach ogółem, do których zaliczają się m.in. przedsiębiorstwa państwowe, stowarzyszenia, fundacje.Prezentowane statystyki są przygotowywane przez ubezpieczyciela należności Coface od 1997 roku w oparciu o daty wydania postanowień sądów o ogłoszeniu upadłości, czyli faktyczne daty upadłości. Podane wyniki za trzy kwartały 2018 nie są ostateczne i należy się jeszcze spodziewać wzrostu liczby postanowień. Jednak dane sprzed roku, do których liczony jest ostatni wzrost procentowy r/r., pochodzą także z września, co zapewnia rzetelność porównań statystycznych. Dane historyczne, dotyczące lat 2008-2016, pokazują wyniki znane na koniec każdego roku.1 stycznia 2016 roku wprowadzono nowe prawo restrukturyzacyjne. Głównym celem postępowania restrukturyzacyjnego, oprócz zaspokojenia wierzycieli, jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika przez umożliwienie mu restrukturyzacji w drodze zawarcia układu z wierzycielami, a w przypadku postępowania sanacyjnego – również przez przeprowadzenie działań sanacyjnych, przy zabezpiecze-niu słusznych praw wierzycieli.Istotną zmianą jest także fakt, że w obecnym prawie postępowaniu restrukturyzacyjnemu podlegają zarówno firmy niewypłacalne, jak i zagrożone niewypłacalnością, w związku z tym nowe statystyki pokazują nie tylko liczbę bankrutów, ale także firm zagrożonych bankructwem. Wcześniej obowiązują-ce prawo umożliwiało ogłoszenie upadłości układowej tylko wobec firmy faktycznie niewypłacalnej.

*** Procedury restrukturyzacyjne, które pojawiły się od 1 stycznia 2016 r.
* Procedura obecna w starym prawie upadłościowym. Postanowienia w 2016 r. są wynikiem wniosków złożonych w 2015 r.
branża liczba *

upadłości

I-IX 2008

…. liczba**
upadłości i restr.

I-IX 2017

liczba**
upadłości i restr.

I-IX 2018

zmiana

2018/2017

PRODUKCJA, w tym: 137   177 172 spadek
Przetwórstwo przemysłowe, w tym m.in.: 130 158 154 spadek
         Produkcja artykułów spożywczych i napojów 25 22 24 wzrost
         Produkcja metali i metalowych wyrobów gotowych 15 34 41 +20,5%
         Produkcja maszyn, urządzeń i urządzeń elektrycznych 6 14 16 wzrost
         Produkcja wyrobów z drewna, z wyłączeniem mebli 7 18 20 wzrost
         Produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców

niemetalicznych (w tym materiały budowlane)

6 10 6 spadek
         Produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych 6 10 8 spadek
         Produkcja odzieży i wyrobów tekstylnych 19 8 7 spadek
         Poligrafia i reprodukcja 8 7 6 spadek
         Produkcja papieru i wyrobów z papieru 6 3 4 wzrost
         Produkcja mebli 9 3 3 bez zmian
         Przetwórstwo przemysłowe pozostałe 23 29 19 -34%
HANDEL, w tym m.in.: 71   162 175 +8%
          Handel hurtowy 52 95 116 +22%
          Handel detaliczny 11 51 43 -16%
BUDOWNICTWO 48   105 104 porównywalnie
TRANSPORT 11   23 35 +52%
POZOSTAŁE branże, w tym m.in.: 50   168 242 +44%
          Działalność związana z obsługą rynku nieruchomości 4 25 20 spadek
ogółem 317*   635 **  728** +15%
*Stan wg wiedzy na koniec roku.
** Stan wg wiedzy na koniec trzeciego kwartału.
województwo liczba**
upadłości i restr.

I-IX 2017

liczba**
upadłości i restr.

I-IX 2018

zmiana

2018/2017

mazowieckie 140 128 -8,5%
śląskie 77 87 +13%
wielkopolskie 47 69 +47%
dolnośląskie 70 61 -13%
podkarpackie 27 47 +74%
małopolskie 36 44 +22%
podlaskie 25 42 +68%
pomorskie 32 40 +25%
lubelskie 31 40 +29%
kujawsko-pomorskie 24 39 +62,5%
zachodniopomorskie 38 36 porównywalnie
łódzkie 18 25 +39%
warmińsko-mazurskie 26 20 -23%
świętokrzyskie 10 20 +100%
opolskie 18 18 bez zmian
lubuskie 16 12 -25%
ogółem 635** 728** +15%
** Stan wg wiedzy na koniec trzeciego kwartału.
409998
20
36
42
39
69
12
128
25
40
18
20
61
47
87
87
47
44
44
forma prawna liczba *

upadłości

I-IX 2008

…. liczba **

upadłości

i restr. I-IX 2017

liczba **

upadłości

i restr. I-IX 2018

 

zmiana

2018/2017

 

udział
w 3 kw. 2018
Spółka z o.o. 202 352 348 spadek 48%
Przedsiębiorca 63 167 231 +38% 32%
Spółka akcyjna 18 53 74 +40% 10%
Spółka jawna 12 24 28 wzrost 4%
Spółka komandytowa 3 18 28 +55% 4%
Spółdzielnia 10 8 10 wzrost 1%
Pozostałe formy 9 13 9 spadek 1%
ogółem 317*   635** 728** +15% 100%
** Stan wg wiedzy na koniec trzeciego kwartału.
*Stan wg wiedzy na koniec roku.

CPK ma na siebie zarabiać – szlak komunikacyjny, połączenia kolejowe i Airport City

Istnieją dwa modele rozwoju polskiego ruchu lotniczego, czyli miejsca Polski w systemie komunikacyjnym Europy i świata. Pierwszy opiera się o porty regionalne i tzw. duoport, czyli jedno główne lotnisko w Warszawie i drugie, komplementarne.

Należy pamiętać, że Warszawa-Okęcie nie ma potencjału, aby być dużym lotniskiem tranzytowym – bazą dla dużego przewoźnika, który mógłby się na nim utrzymać i rozwijać, aby być konkurencyjnym. W tym modelu pieniądze zarabiane w Polsce będą wydawane za granicą, czyli na przewoźników obcych w zagranicznych portach. Będziemy jedynie dawcą pasażerów do innych hubów. Doprowadzi to do tego, że główne szlaki komunikacyjne ominą nasz kraj, tak samo jak wszystkie korzyści ekonomiczne z nimi związane. Program CPK – stanowiący pierwszą strategię rozwoju polskiego transportu, będącą częścią strategii rozwoju kraju – obejmuje także komponent kolejowy. W jego ramach ma powstać do tysiąca nowych połączeń, które skomunikują główne skupiska ludności z portem, w czasie krótszym niż 2 godziny. Docelowo miasta te powinny być także odpowiednio połączone w dogodny sposób ze sobą. Porównując to z dzisiejszymi czasami dojazdów za pomocą transportu kolejowego, widać ogromną przepaść. Po 1990 roku w Polsce wybudowano mniej niż 40 kilometrów nowych torów. Ten komponent CPK może kosztować nawet do 50 miliardów złotych. Powinien on jednak w istotny sposób przełożyć się na ekonomiczne korzyści.

– W drugim modelu – który zakłada powstanie Centralnego Portu Komunikacyjnego – pasażerowie, także spoza kraju będą latać przede wszystkim przez CPK. Dzięki temu pieniądze z zagranicy będą wydawane w Polsce – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Szpikowski, prezes Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” – Główny szlak komunikacyjny będzie wówczas przebiegał przez nasz kraj. To z kolei przyniesie korzyści ekonomiczne i gospodarcze. Tam, gdzie istnieją duże skupiska ludności powstają centra komunikacyjne, handlowe, wystawiennicze, przeładunkowe czy też logistyczne. Powstały w ten sposób węzeł komunikacyjny obrasta w biznes. Koszt jego budowy szacowany jest na 35 miliardów złotych. Trzecim elementem, do którego warunki rozwoju stworzy program CPK, choć nie będzie przez niego wprost budowany, jest tzw. Airport City, czyli integracja Warszawy i Łodzi. To także stworzenie warunków do rozwoju idei Smart City oraz wszystkich inteligentnych i innowacyjnych rozwiązań, które powstaną. To możliwość stworzenia ogromnego skupiska ludności, które miałoby od 4 do 6 milionów mieszkańców. Stałoby się ono istotnym ośrodkiem, tworzącym nowe miasto, o bardzo znaczącym miejscu w systemie komunikacyjnym Polski, Europy i świata. Jeśli chodzi o sam komponent lotniczy, to w momencie wytworzenia krytycznego ruchu przesiadkowego, który zostałby przeniesiony z Lotniska Chopina do CPK, obejmowałby 30-35 milionów pasażerów. Będzie to przedsięwzięcie ekonomiczne, które wygeneruje korzyści. Jako lotnisko i jako węzeł ma na siebie zarabiać – ocenił Szpikowski.

Nowa spółka joint venture Vienna House

UBM hotels Management GmbH, spółka-córka wiodącego w Europie dewelopera hotelowego UBM Development AG, oraz Vienna International Hotelmanagement AG (Vienna House), największa spółka hotelowa w Austrii, podpisały umowę o założeniu spółki joint venture. Jej celem jest wspólny rozwój w Europie Środkowej poprzez tworzenie nowych projektów hotelowych na zasadzie franczyzy.

Celem biznesowym joint venture jest realizacja nowych projektów w Europie Środkowej pod międzynarodowymi markami franczyzowymi w ramach działalności operacyjnej. Spółka joint venture z udziałami 50/50, z siedzibą w Monachium, została zawiązana z mocą wsteczną w dniu 1 stycznia 2018 roku i nosi nazwę UBM+VH Hotels GmbH.

„Dwóch partnerów z wieloletnim doświadczeniem łączy siły, wchodząc na rynek z tą przyszłościową spółką. Widzę w tej współpracy duży potencjał do osiągnięcia sukcesu jako uzupełnienie własnych strategii rozwoju każdego z partnerów” – tłumaczy Rolf Hübner, Prezes UBM hotels Management GmbH. Rupert Simoner, Prezes Zarządu Vienna House, dodaje: „Bardzo się cieszę na tę współpracę. Uważam ją za wspaniałą szansę dalszego rozwoju. Otwiera się przed nami kolejny obszar działalności, w dalszym ciągu realizujemy jednak jasną strategię naszej marki”.

Spółka joint venture będzie koncentrować się na zawieraniu umów o dzierżawę hoteli na zasadzie kontraktów franczyzowych z osobami trzecimi. Na razie będą one obejmować rynki główne, czyli Niemcy, Austrię, Polskę i kraje Beneluksu. Obaj partnerzy są odpowiedzialni za identyfikację nowych projektów i dzielą się swoimi obowiązkami w zakresie zarządzania hotelami zgodnie ze swoimi głównymi kompetencjami. W związku z tym Vienna House odpowiada za strategiczne zarządzanie hotelami, natomiast UBM hotels – za zarządzanie aktywami.

„Możliwość prowadzenia obiektów w ramach kontraktów franczyzowych wspólnie z doświadczonym partnerem poszerzy ofertę UBM hotels” – tłumaczy Hübner. „Oczekujemy, że ta nowa współpraca – wraz z wykorzystaniem naszego sprawdzonego modelu zarządzania hotelami na podstawie międzynarodowych umów o zarządzaniu – da motywację do dalszego rozwoju”.

W skład zarządu spółki UBM+VH Hotels GmbH wchodzą Johanna Weichselbaumer i Martin Ykema ze strony Vienna International oraz Rolf Hübner i Erwin Zeller ze strony UBM hotels.

Pierwszymi przedsięwzięciami spółki joint venture są hotele Holiday Inn Munich Leuchtenbergring i Holiday Inn Munich Westpark. Po intensywnych pracach remontowych i rozbudowie zlokalizowany przy dworcu kolejowym Leuchtenbergring obiekt z 279 pokojami został otwarty w maju 2018 roku. W tym czasie przebudowano i poszerzono cały hotel wraz z pokojami, zapleczem konferencyjnym, holem oraz restauracjami i garażem podziemnym. Obiekt Holiday Inn Munich Westpark został zmodernizowany już w sierpniu 2017 roku. Ma 207 pokoi i charakterystyczny dla marki otwarty hol.

Maciej Witucki, Work Service S.A. : Wyniki po II kwartałach 2018 r. są poniżej naszych oczekiwań

Wyniki pierwszego półrocza, po wyłączeniu niefinansowych odpisów, są porównywalne z ubiegłorocznymi, ale znajdują są poniżej naszych oczekiwań. W głównej mierze, strata na działalności operacyjnej jest wynikiem niepieniężnych odpisów księgowych z lat ubiegłych i zdarzeń jednorazowych, które obniżyły nasz wynik o 26,6 mln zł. Ponosimy również koszty związane z procesami restukturyzacyjnymi i dostępem do kapitału. Jednak, podążając za naszą strategią, skupiamy się dziś na organicznym rozwoju biznesu na kluczowych dla nas rynkach Europy Środkowej. Efekty tych działań widać w rezultatach spółek z Polski, Czech czy Węgrzech. Co więcej, ze względu na spadające bezrobocie i rosnące problemy rekrutacyjne na polskim rynku pracy, zapotrzebowanie firm na kadry ze wschodu utrzymuje się na wysokich poziomach. Między innymi ten popyt, a także nasze wzmożone działania operacyjne i sprzedażowe, przełożyły się na podwojenie w ciągu ostatniego roku liczby pracowników z Ukrainy, których nasza Grupa zrekrutowała dla klientów.

Sfinks z EBITDA 4,53 mln zł w I półroczu 2018 r.

Spółka Sfinks Polska, zarządzająca sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło, Fabryka Pizzy oraz WOOK, w I półroczu br. wypracowała przychody ze sprzedaży w wysokości 82,71 mln zł wobec 87,90 mln zł rok wcześniej. Gastronomiczny operator zwiększył przy tym zysk na sprzedaży o 1,48 mln zł rok do roku. Jednocześnie spółka odnotowała jednostkowy wynik netto na poziomie (-)2,81 mln zł oraz wynik EBITDA w wysokości 4,53 mln zł, podczas gdy przed rokiem było to odpowiednio: (-)1,06 mln zł i 6,31 mln zł. Bezpośredni wpływ na obniżenie wyniku miały zmiany w otoczeniu, w tym wprowadzenie zakazu handlu w niedziele, co spowodowało obniżenie sprzedaży, a tym samym  konieczność utworzenia rezerw na aktywa kilku restauracji.

– Ubiegłe półrocze to przede wszystkim istotna poprawa rentowności na poziomie sprzedaży. Na wzrost operacyjnej efektywności biznesu wpłynęło obniżenie kosztów produkcji oraz znaczące ograniczenie kosztów zarządu. Ponadto porównując wyniki za tegoroczne pierwsze półrocze i analogiczny okres ubiegłego roku trzeba mieć na uwadze, że w obu tych okresach wystąpiły zdarzenia jednorazowe, z tym że każde o przeciwnym działaniu. I tak w 2017 r. było to ok. 2 mln zł „in plus”, a w tym półroczu mamy niekorzystny wpływ odpisów na około 1 mln zł utworzonych na kilka restauracji w centrach handlowych, które osiągnęły wyniki poniżej planu – wyjaśnia Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Mimo iż operacyjnie biznes restauracyjny w grupie Sfinks ma się lepiej, w I półroczu 2018 r. spółka, podobnie jak wiele innych podmiotów z branży, musiała mierzyć się ze zmianami w otoczeniu, w tym niedzielami wolnymi od handlu, które pośrednio wpłynęły na gastronomię.

– W każdym centrum handlowym sytuacja wygląda inaczej. Niestety nie wszystkie obiekty są w stanie wyjść z tej sytuacji obronną ręką, bo nie mają odpowiedniej oferty usługowej czy strefy rozrywki albo są nie dość aktywne marketingowo, żeby neutralizować wpływ zmienionych przepisów. Jednocześnie są też galerie, które dobrze sobie radzą w nowych warunkach. Dla nas oznaczało to analizę każdego lokalu znajdującego się w obiekcie handlowym i przyjęcie dla niego indywidualnej strategii rozmów z wynajmującymi. W kilku przypadkach musieliśmy utworzyć rezerwy, które ostatecznie obciążyły wynik pierwszego półrocza – mówi prezes spółki.

Jednocześnie Sfinks w I półroczu rozwijał sieć, uruchamiając lokale w ramach swoich wiodących marek. Łącznie w tym okresie przybyło osiem restauracji. W ramach sieci Sphinx ruszyły trzy nowe lokalizacje – w Bydgoszczy, Mińsku Mazowieckim i we Wrocławiu. Nowy, reprezentacyjny lokal powstał też w sieci Chłopskie Jadło. Od czerwca tego roku działa restauracja tej marki w sercu turystycznej Warszawy, w Domu Polonii przy Krakowskim Przedmieściu. Oprócz tego Sfinks rozwijał portfolio nowych marek. Powstały trzy restauracje Fabryka Pizzy – w Warszawie, Kołobrzegu i Mińsku Mazowieckim. Spółka uruchomiła również pierwszą restaurację swojej autorskiej marki Lepione & Pieczone. Restauracja działa w Łodzi. Oprócz tradycyjnego kanału sprzedaży Sfinks rozwijał sprzedaż w segmencie delivery. Firma uruchomiła własny portal do zamawiania online dań w dostawie – Smacznieiszybko.pl, stopniowo poszerzając zasięg usługi o kolejne lokale i miasta.

– Rozwój zasięgu, portfolio marek i kanałów sprzedaży to jedno z zadań wyznaczonych przez strategię rozwoju, jaką przyjęliśmy w ubiegłym roku. Jednocześnie finalizujemy wdrażanie kilku ważnych i szeroko zakrojonych projektów organizacyjnych, które mają umożliwić efektywniejsze zarządzanie siecią. Realizacji tych założeń przysłuży się też nasze najnowsze porozumienie z bankiem, dotyczące zmiany warunków kredytu. Wydłużenie okresu spłaty i korzystniejszy harmonogram oznaczają poprawę płynności i pozwalają na planowanie tempa rozwoju spółki w długim okresie – podsumowuje Sylwester Cacek.

Chińskie firmy zwiększają inwestycje w Polsce. Globalny producent skanerów cargo i innych używanych na lotniskach, uruchomił swoją nową fabrykę pod Warszawą

Chińskie firmy zwiększają inwestycje w Polsce. Globalny producent skanerów cargo i innych używanych na lotniskach, uruchomił swoją nową fabrykę pod Warszawą 1

Z danych PAIH wynika, że zaangażowanie chińskich inwestorów w Polsce rośnie bardzo szybko. Na koniec ubiegłego roku deklarowane nakłady inwestycyjne sięgnęły 1,26 mld euro, podczas gdy rok wcześniej były prawie dwukrotnie niższe. Działalność na polskim rynku rozszerzy także Nuctech, chiński potentat  produkcji skanerów i systemów kontroli bezpieczeństwa. W podwarszawskiej Kobyłce firma zainwestowała 40 mln zł w fabrykę, z której takie urządzenia będą trafiać na rynki globalne. Nowy obiekt to jedyny zakład Nuctech w Europie i czwarty na świecie.

Nuctech Warsaw Company Limited Sp. z o.o. należy do chińskiego koncernu technologicznego Nuctech, renomowanego dostawcy systemów kontroli bezpieczeństwa dla służb celnych i skarbowych, przemysłu lotniczego, portów i kolei oraz instytucji użyteczności publicznej. Produkuje urządzenia przeznaczone do kontrolowania ładunków cargo, w tym skanery mobilne, kolejowe i stacjonarne oraz skanery bagażowe, które wykorzystują najnowszą technologię opartą na tomografii komputerowej (systemy kontroli CT), a także systemy do wykrywania ładunków wybuchowych, broni, narkotyków. Urządzenia produkowane przez Nuctech służą kontroli bezpieczeństwa. Dzięki zaawansowanym technologicznie rozwiązaniom, pozwalają na wykrywanie zagrożeń, pomagają w walce z przemytem, handlem ludźmi i oszustwami handlowymi.

– Zdecydowaliśmy się wybrać Polskę ze względu na jej centralne położenie w Europie. Warszawa jest naturalnym wyborem, ponieważ jest to stolica Polski i również posiada doskonałe zaplecze technologiczne i edukacyjne. Inny powód jest taki, że od momentu przystąpienia do UE Polska gospodarka cały czas dynamicznie się rozwija – mówi prof. Chen Zhiqiang, Prezes Zarządu i Prezydent Nuctech Co. Ltd.

– Przede wszystkim w naszym odczuciu  bardzo wysoki jest poziom kultury lokalnych mieszkańców, pracowników, Także doskonałe jest położenie geograficzne Kobyłki, wiedzy technicznej, a także kultury – wzajemne zrozumienie i możliwości współpracy, a także czynniki takie jak doskonałe położenie geograficzne Polski i bliskość do Warszawy, więc biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, zdecydowaliśmy się na wybudowanie fabryki właśnie tutaj – dodaje Fu Qiyuan, Dyrektor Generalny Nuctech Europe i Członek Zarządu, Nuctech Warsaw Company Limited Sp. z o.o. – Po wielu latach doświadczeń czujemy się  tak zżyci z lokalną społecznością, że była to naturalna decyzja, aby dalej rozwijać tutaj nasz biznes. Całkowity koszt inwestycji to ok. 10 mln euro. 

Na polskim rynku firma działa od ponad 14 lat. Do tej pory wyprodukowano w Polsce około 70 urządzeń przeznaczonych do kontrolowania ładunków cargo, które zostały dostarczone do wielu krajów w Europie i Afryce północnej. Taki sprzęt wspomaga też kontrole bezpieczeństwa w Polsce – na wschodniej granicy Polski pracuje 11 skanerów cargo: 2 na kolejowych przejściach granicznych, 7 na przejściach drogowych i 2 w portach, a kilkanaście skanerów bagażowych wspomaga pracę i zapewnia bezpieczeństwo na lotniskach i w ważnych urzędach.

– Mamy w Polsce 11 dużych skanerów cargo i budujemy kolejne. Jako przykład mogę wymienić skanery mobilne w portach w Gdańsku i Gdyni oraz skanery na granicy rosyjskiej, ukraińskiej i białoruskiej. Największy skaner, skanujący jednocześnie trzy tory, jest zlokalizowany na kolejowym przejściu granicznym w Terespolu. Tego typu urządzenia będą teraz produkowane w Polsce. Wcześniej również zajmowaliśmy się ich produkcją, ale na mniejsza skalę. Powstanie nowego zakładu podwaja nasze moce produkcyjne oraz umożliwia produkcję nowych typów urządzeń, których produkcja w dotychczasowym zakładzie nie była możliwa. Mamy na co dzień do czynienia z transferem technologii z Chin do Polski. To ważne dla całego regionu wschodniej Europy, bo te urządzenia  głównie trafiają na wschodnią granicę. Mamy urządzenia wszędzie – od Finlandii po Turcję, właściwie w każdym kraju będącym granicą Schengen – mówi Paweł Woszczyk, Kierownik Departamentu Obsługi Klienta w Nuctech Warsaw Company Limited Sp. z. o.o.

Nuctech Warsaw zajmuje się projektowaniem, produkcją oraz obsługą posprzedażową skanerów i systemów do kontroli bezpieczeństwa. Chiński koncern technologiczny zadecydował o rozszerzeniu działalności w Polsce i w podwarszawskiej Kobyłce uruchomił nowy zakład produkcyjno-biurowy o powierzchni blisko 6 tys. mkw. Nowy obiekt to jedyny zakład Nuctech w Europie, a czwarty na świecie – po centrali w Chinach i fabrykach w Dubaju i Brazylii.

– Będą tu produkowane przede wszystkim skanery rentgenowskie do skanowania pojazdów ciężarowych i wagonów kolejowych, czyli największe nasze urządzenia, ale również urządzenia do kontroli bezpieczeństwa stosowane na lotniskach i przeznaczone głównie na rynek europejski, łącznie z Turcją i krajami północnej Afryki. Aktualnie Nuctech Warsaw zatrudnia około 90 pracowników – głównie wykwalifikowany personel techniczny. To ludzie, którzy nie tylko montują i produkują te urządzenia, ale także instalują je w różnych miejscach świata i serwisują. W nowym zakładzie znajdzie się miejsce na centrum szkoleniowe i serwisowe dla  aktualnych i przyszłych partnerów, którzy lokalnie będą świadczyć usługi – mówi Paweł Woszczyk.

Inwestycja w nową fabrykę pozwoli firmie podwoić produkcję. Nowy zakład jest wyposażony w innowacyjne, dostosowane do specyfiki produkcji stanowiska montażowe, biura i przestrzeń do prac badawczo-rozwojowych. Laboratoryjne warunki w nowej fabryce umożliwią produkcję urządzeń, jakich nie można było produkować w dotychczas.

Inwestor podkreśla, że budowa nowej fabryki oznacza nowe miejsca pracy dla utalentowanych inżynierów. Stworzy też możliwości rozwoju zawodowego obecnej i przyszłej kadry technicznej Nuctech, między innymi poprzez intensywne szkolenia w Chinach.

– Ta inwestycja jest dla nas, mieszkańców Kobyłki, jak i całego regionu bardzo cenna. Nuctech to znany producent skanerów, światowy potentat. Oczywiście to nowe miejsca pracy, to także podatki płacone w Kobyłce, ale także rozwój naszego miasta i całego regionu. Inwestycja o tej skali stwarza dobry klimat dla biznesu. Pokazuje, że jesteśmy miastem otwartym, że czekamy na inwestycje. Nuctech jako potentat, kooperuje z odbiorcami zarówno w Polsce, jak i w Europie oraz w Azji, i w Ameryce i tutaj również liczymy na dobre kontakty – mówi Robert Roguski, burmistrz miasta Kobyłka.

W drugiej połowie roku polska gospodarka będzie się rozwijać nieco wolniej. Sprzyjać jej będzie konsumpcja i dobra koniunktura na świecie

W drugiej połowie roku polska gospodarka będzie się rozwijać nieco wolniej. Sprzyjać jej będzie konsumpcja i dobra koniunktura na świecie 2

W II połowie 2018 roku polska gospodarka nieco zwolni, prognozuje Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego. Siłą napędowa polskiego PKB wciąż będzie popyt zewnętrzny i eksport. Choć niektóre branże mocno odczuwają wzrost kosztów związanych z wynagrodzeniami pracowników, większość firm radzi sobie z rekrutacją, zatrudniając cudzoziemców. Dzięki temu, pomimo jednego z najniższych w Unii Europejskiej poziomów stopy bezrobocia, polskie firmy odnotowują dobre wyniki.

– W II połowie tego roku polska gospodarka będzie rosła w trochę wolniejszym tempie niż w pierwszych sześciu miesiącach tego roku, wzrost gospodarczy zapewne spowolni nieco poniżej 5 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego. – Główne motory napędowe pozostaną te same, tzn. po pierwsze cały czas powinniśmy zobaczyć zdrowy wzrost polskiego eksportu o 5–10 proc., co prawda strefa euro wyhamowała w pierwszych kwartałach tego roku, wzrost tam się znormalizował po nadzwyczaj mocnym wzroście PKB w II połowie 2017 roku, ale nadal popyt zewnętrzny jest dość mocny, więc pierwszą machiną napędową polskiej gospodarki będzie popyt zewnętrzny i solidny wzrost eksportu.

W I i II kwartale 2018 roku polski produkt krajowy brutto urósł odpowiednio o 5,2 proc. i 5,1 proc. To wyraźnie szybciej niż rok wcześniej, nie wspominając o słabym pod tym względem 2016 roku. Jak uzasadnia Narodowy Bank Polski w najnowszym raporcie o inflacji, dynamika ta będzie się powoli obniżać w ślad za słabszym wzrostem gospodarczym u najważniejszych partnerów handlowych Polski, czyli Niemiec i innych krajów strefy euro. Jednak napływ środków z UE i wzrost inwestycji oraz wciąż wysoka konsumpcja sprawią, że polska gospodarka nie odczuje znacznego pogorszenia.

– Drugi silnik to będą inwestycje, one w I połowie tego roku już nieźle się rozpędziły po słabych dwóch latach w 2016–2017 roku – tłumaczy Piotr Bujak. – Średnio w I połowie tego roku inwestycje wzrosły o ponad 6 proc., w II kwartale może być nawet lepiej i to będzie solidny wzrost w przedziale 5–10 proc. i to będzie się wiązać z kilkoma czynnikami. Po pierwsze, rosnące wykorzystanie środków unijnych, po drugie, bardzo wysokie wykorzystanie mocy produkcyjnych w polskich przedsiębiorstwach, jeśli chcą one myśleć o zwiększaniu produkcji, sprzedaży, to muszą zwiększać majątek produkcyjny, muszą inwestować. Dodatkowy element to cały czas niezła sytuacja gospodarcza na świecie. Co prawda mamy pewne spowolnienie u naszych głównych partnerów handlowych w strefie euro, w Niemczech, ale nadal wzrost gospodarczy u naszych głównych partnerów handlowych jest bardzo solidny.

Nakłady inwestycyjne firm w I połowie 2018 roku były wyższe o 10,3 proc. od notowanych w I półroczu 2017 roku. Ostatecznie – według centralnej ścieżki prognoz NBP – w 2018 roku PKB powinien wzrosnąć o 4,6 proc., podobnie jak w roku ubiegłym. Wynagrodzenia wzrosną średnio o 6,9 proc., a w 2019 roku nawet o 7 proc. Jednocześnie dalej będzie spadać bezrobocie, a rosnąć – wydajność pracy i stopa aktywności zawodowej. Wszystkie te czynniki, które powodują, że wskaźnik optymizmu konsumentów jest na rekordowym poziomie, będzie napędzało konsumpcję, a ta – wzrost gospodarczy.

– Wzrost konsumpcji będzie się utrzymywać w granicach 4,5–5 proc. – prognozuje Piotr Bujak. – Brak pracowników jest coraz poważniejszą barierą dla polskich przedsiębiorstw. W różnych badaniach ankietowych to jest w tej chwili najczęściej wskazywana bariera dalszego rozwoju i trzeba się liczyć z tym, że w kolejnych latach polska gospodarka właśnie z tego powodu, z powodu braku wykwalifikowanych pracowników, będzie wyhamowywać, ale warto też mieć świadomość, że w Polsce te problemy są mniejsze niż w niektórych krajach naszego regionu. Zawdzięczamy to bardzo dużemu napływowi, większemu niż do innych krajów, pracowników zza granicy i to jest na razie podstawowy sposób, w jaki polskie przedsiębiorstwa radzą sobie z brakiem pracowników.

Tylko w pierwszej połowie 2018 roku Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wydało niemal 150 tysięcy zezwoleń na pracę. Oświadczeń o zamiarze zatrudnienia cudzoziemców polscy pracodawcy złożyli ponad 750 tys. Najwięcej zatrudnianych jest oczywiście Ukraińców, ale ich liczba w strukturze zatrudnianych cudzoziemców spada (w 2017 roku było to 94 proc., o 2 pkt proc. mniej niż rok wcześniej). Rośnie za to udział pozostałych nacji uprawnionych do podjęcia w Polsce pracy na podstawie oświadczenia, czyli Białorusinów, Gruzinów, Rosjan, Ormian i Mołdawian.

– To, co powinno przeciwdziałać problemom z dostępnością pracowników, to również wzrost aktywności zawodowej Polaków. W ostatnich latach widzimy, że Polacy wracają na rynek pracy, ci którzy przez lata byli nieaktywni, zachęca ich zapewne wzrost wynagrodzeń solidny o ponad 5 proc. i to też jest czynnik który powinien powodować, że pracodawcom uda się nadal zwiększać zatrudnienie – informuje główny ekonomista PKO Banku Polskiego. – Kolejny element, na który można liczyć, który zapewne przynajmniej część przedsiębiorstw będzie wykorzystywać, to automatyzacja i robotyzacja procesów produkcyjnych, czyli po prostu zastępowanie ludzi, których brakuje maszynami, automatami, robotami.

W I połowie roku przedsiębiorstwa niefinansowe zwiększyły przychody o 6,5 proc., ale koszty wzrosły o 7,2 proc. (dane GUS). Wskaźnik poziomu kosztów wzrósł z 94,3 proc. do 94,9 proc. Jednak niemal trzy na cztery firmy odnotowały zysk netto i był to współczynnik wyższy niż rok wcześniej. W przetwórstwie przemysłowym sięgnął on 78,5 proc. Jednak wynik finansowy netto był średnio o 6,7 proc. niższy niż rok wcześniej.

– Patrząc na wyniki finansowe ogółu polskich przedsiębiorstw, to w ostatnich latach były bardzo dobre, poprawiały się do rekordowo wysokich poziomów jeśli chodzi o zysk, marże również ulegały zwiększeniu, więc nie było widać efektu rosnących kosztów pracy czy kosztów materiałów, przynajmniej w skali całej gospodarki, bo w niektórych sektorach, takich jak budownictwo, ten negatywny efekt wzrostu kosztów był widoczny i początek tego roku pokazał utrzymanie tej relatywnie dobrej sytuacji – zapewnia Piotr Bujak. – Polskie firmy ponoszą wyższe koszty pracy, ale jednocześnie mocno rośnie wydajność pracowników i jak na razie wyniki finansowe nie ucierpiały mocno na skutek wzrostu kosztów pracy i kosztów materiałów, przy czym nie dotyczy to w równym stopniu wszystkich sektorów gospodarki, są takie, jak w szczególności budownictwo, które z tą presją kosztową radzą sobie relatywnie słabo.

Brakuje rąk do pracy. Rząd sięgnie po osoby bierne zawodowo

Brakuje rąk do pracy. Rząd sięgnie po osoby bierne zawodowo 3

Rekordowo niskie bezrobocie i niska podaż pracy hamują rozwój polskich przedsiębiorstw. Z brakiem rąk do pracy borykają się przede wszystkim branża budowlana i produkcyjna. Nowelizacja ustawy o rynku pracy ma dostosować go do nowych realiów i zwiększyć elastyczność działania urzędów pracy, tak aby mogły efektywniej aktywizować osoby długotrwale bezrobotne i sięgnąć po niewykorzystane do tej pory zasoby, czyli osoby bierne zawodowo. Projekt został już skierowany na Komitet Stały Rady Ministrów. 

– Jesteśmy w końcowej fazie konsultacji ustawy o rynku pracy. Mam nadzieję, że ustawa będzie procedowana już na najbliższym Komitecie Stałym Rady Ministrów, później oczywiście Rada Ministrów i skierowanie projektu do Sejmu. Projekt ustawy o rynku pracy jest obszerny, liczący prawie 500 artykułów, także jest nad czym pracować. Po 14 latach obowiązywania obecnej ustawy zmiany były konieczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Nowelizacja ustawy o rynku pracy, przygotowana przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, na początku lipca trafiła do konsultacji społecznych i uzgodnień międzyresortowych. Zastąpi dotychczasową ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która obowiązuje od 14 lat. Zmiany mają m.in. dostosować rynek pracy do nowych realiów, czyli panującego od miesięcy rekordowo niskiego bezrobocia i co za tym idzie – niskiej podaży pracy, która zaczyna hamować rozwój przedsiębiorstw. Z brakiem rąk do pracy borykają się przede wszystkim branża budowlana i produkcyjna. W całej gospodarce jest około 130 tys. wolnych wakatów. Nie licząc imigrantów z Ukrainy, ta liczba wynosiłaby nawet ok. pół miliona.

– Zmiany, które wprowadzamy, wynikają ze zmieniającej się i dynamicznej sytuacji na rynku pracy. Mamy najniższe od 28 lat bezrobocie. Mamy też świadomość, że są jeszcze w naszym kraju tereny, gdzie to bezrobocie jest wciąż wysokie, dwucyfrowe, są takie powiaty. Wiemy, że w tych zasobach bezrobotnych głównym problemem są długotrwale bezrobotni i osoby powyżej 50. roku życia, czyli osoby starsze. Jeśli chodzi o młodych, im dzisiaj łatwiej jest znaleźć pracę – mówi wiceminister pracy Stanisław Szwed.

Nowelizacja ustawy o rynku pracy ma zwiększyć elastyczność działania urzędów pracy, aby mogły efektywniej aktywizować osoby długotrwale bezrobotne i sięgnąć po niewykorzystane do tej pory zasoby, czyli osoby bierne zawodowo. Jedną z głównych zmian będzie rezygnacja z tzw. profilowania i limitów wiekowych, które do tej pory bardzo utrudniały służbom zatrudnienia aktywizację osób bez pracy.

– Znieśliśmy to, co było zmorą obecnej ustawy, czyli tzw. profilowanie, określanie grup, do których może być tylko skierowane wsparcie. Nie określamy również limitów wiekowych. Jedyną grupą, którą wyróżniamy, są osoby powyżej 50. roku życia. Te propozycje i środki w pierwszej kolejności będą wykorzystywane na wsparcie dla tych osób, które są najtrudniejsze do zaktywizowania. Ważnym elementem są również środki w Krajowym Funduszu Szkoleniowym przeznaczone na przeszkolenia, na podnoszenie kompetencji. W tym zakresie grupą wiodącą również są osoby powyżej 50. roku życia, którym trudniej jest się przekwalifikować czy zdobyć nowy zawód – mówi Stanisław Szwed.

Zgodnie z nową propozycją, osoby długotrwale bezrobotne i po 50. roku życia będą miały pierwszeństwo w dostępie do szkoleń podnoszących ich kwalifikacje zawodowe. Jak podkreśla wiceminister pracy, te dwie grupy – czyli osoby długotrwale bez pracy i po 50 roku życia – zostały priorytetowo potraktowane w projekcie nowych przepisów.

– Mamy też świadomość, że nie wszyscy, którzy są w zasobach urzędów pracy, chcą być aktywizowani czy podejmować pracę. Część osób rejestruje się choćby ze względu na obowiązek ubezpieczenia zdrowotnego – zauważa też wiceminister Stanisław Szwed.

Jak podkreśla, ustawa o rynku pracy przewiduje również rozwiązania ukierunkowane na pracodawców.

– Jedną z takich propozycji dla firm zatrudniających do 50 pracowników będzie tzw. bon ofertowy. Będzie to polegać na tym, że jeżeli z UP nie będzie oferty dla pracodawcy – będzie on mógł skorzystać z agencji zatrudnienia czy z agencji pracy tymczasowej, która znajdzie mu takiego pracownika. Środki w wysokości zasiłku dla bezrobotnych pracodawca może przeznaczyć dla firmy, która taką osobę mu znajdzie, przeszkoli czy przygotuje do podjęcia pracy – mówi Stanisław Szwed, wiceminister pracy.

Jest szansa na lepsze leczenie chorych na tętnicze nadciśnienie płucne. Choroba ta uniemożliwia normalne funkcjonowanie w społeczeństwie

Jest szansa na lepsze leczenie chorych na tętnicze nadciśnienie płucne. Choroba ta uniemożliwia normalne funkcjonowanie w społeczeństwie 4

Tętnicze nadciśnienie płucne (TNP) to najbardziej złośliwy rodzaj nadciśnienia płucnego. Jest chorobą rzadką, którą w Polsce rozpoznaje się u około 120 osób rocznie. Mimo to statystyki dotyczące śmiertelności są porównywalne z chorobami nowotworowymi. U 5 na 10 pacjentów dochodzi do zgonu w ciągu 5 lat od rozpoznania schorzenia. Obecnie w Polsce żyje około 1 100 osób z tętniczym nadciśnieniem płucnym. Średnia ich wieku wynosi 45–50 lat.

Choroba, choć często niewidoczna na pierwszy rzut oka, potrafi zrujnować życie pacjenta i sprawić, że najprostsze czynności, jak zakupy czy wchodzenie po schodach, będą trudne bądź nawet niemożliwe do wykonania. O codziennych zmaganiach z życiem bez tchu traktuje raport „Tętnicze nadciśnienie płucne – różne aspekty życia pacjentów i ich opiekunów”, przygotowany przez zespół ekspertów, lekarzy i pielęgniarek zajmujących się chorymi na TNP oraz samych pacjentów. W raporcie wykorzystano także wyniki pierwszego w Polsce badania przeprowadzonego wśród pacjentów cierpiących na TNP, ich opiekunów i pielęgniarek.

– Na początku pacjenci odczuwają większą męczliwość, duszność, czyli objawy, które są obecne w wielu innych chorobach układu oddechowego, krążenia, bardziej powszechnych niż nadciśnienie płucne – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Marcin Kurzyna, Klinika Krążenia Płucnego i Chorób Zakrzepowo-Zatorowych w Europejskim Centrum Zdrowia w Otwocku.

Objawy te często mylone są, nawet przez lekarzy, z symptomami stresu, przemęczenia lub procesu starzenia się organizmu. Aby mówić o poprawie sytuacji pacjentów, niezbędne jest zwiększenie świadomości środowiska medycznego, by choroba była szybciej wykrywana, a pacjenci jak najszybciej otrzymywali skuteczne leczenie. Bardziej alarmujące sygnały pojawiają się na dalszym etapie rozwoju choroby – duszność zaczyna występować nawet przy niewielkim wysiłku, możliwe są zasłabnięcia, bóle w klatce piersiowej, plucie krwią, obrzęki oraz płyn w jamach opłucnej, świadczące o niewydolności serca. Kluczowe jest wdrożenie odpowiedniego leczenia.

– Leczenie tętniczego nadciśnienia płucnego w Polsce opiera się o wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, natomiast do pewnego stopnia jest limitowane wytycznymi zawartymi w programie lekowym tętniczego nadciśnienia płucnego – mówi prof. Grzegorz Kopeć, Przewodniczący Sekcji Krążenia Płucnego Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Terapia tętniczego nadciśnienia płucnego opiera się na wytycznych Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, jest jednak ograniczona przez polski program lekowy. Pacjenci mają dostęp do większości leków o różnych mechanizmach działania, stosowanych w Europie Zachodniej i USA. Problemem jest jednak ograniczona możliwość stosowania terapii kombinowanych, polegających na łączeniu dwóch, a nawet trzech leków – tego rodzaju leczenie daje znacznie lepsze efekty niż terapia jednym lekiem. Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy w resorcie zdrowia i przy współudziale ekspertów Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego trwały prace nad unowocześnieniem programu lekowego dla pacjentów z nadciśnieniem płucnym.

–  W tej nowej wersji, która mamy nadzieję wejdzie już w listopadzie, pacjenci będą mieli dostęp właśnie do leczenia trójlekowego. Ten program będzie bardziej zbliżony do standardów Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, pozwoli także na nowe opcje terapeutyczne u dzieci z tętniczym nadciśnieniem płucnym – mówi  prof. Grzegorz Kopeć.

Postęp, jaki w ostatnich latach dokonał się w medycynie, sprawił, że tętnicze nadciśnienie płucne przestało być chorobą jednoznacznie śmiertelną, a stało się schorzeniem przewlekłym, choć o trudnym rokowaniu. Wciąż jest to jednak choroba znacznie ograniczająca codzienne życie, często nawet wykluczająca z normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Dla chorych wysiłkiem bywa nawet tak prozaiczna czynność jak umycie zębów, dojazd do pracy może natomiast stanowić prawdziwe wyzwanie. Problemy te najczęściej nie spotykają się ze zrozumieniem i akceptacją ze strony zdrowych członków społeczeństwa.

– Trudnością też bywa organizacja codziennego życia, pacjenci wymagają specyficznej terapii, muszą się skontaktować z ośrodkami bardzo często odległymi od miejsca zamieszkania, muszą tam dojechać na kontrolę, po leki. Największy problem to poruszanie się, czyli czynność, która u pacjentów powoduje duszności – mówi Magdalena Janus, kardiolog, Szpital Kliniczny Przemienienia Pańskiego w Poznaniu.

Eksperci podkreślają, że opiekę nad pacjentami z tętniczym nadciśnieniem płucnym należy dostosować nie tylko do stopnia zaawansowania choroby, lecz także ich potrzeb emocjonalnych. Fizyczne następstwa choroby powinny być dla personelu medycznego równie ważne jak psychiczne samopoczucie pacjenta. Istotne jest ponadto zwiększenie świadomości społecznej na temat tętniczego nadciśnienia płucnego i pokazanie, jak istotny jest  wpływ tej choroby na psychikę, emocjonalność, relacje międzyludzkie oraz codzienne życie pacjentów, łącznie z tak prozaicznymi czynnościami jak wychodzenie z domu, robienie zakupów czy praca zawodowa.

– Pacjentów bardzo boli to, jak niska jest świadomość społeczna tego problemu. Oni są bardzo chorzy, tej choroby nie widać i spotykają się często z niezrozumieniem w pracy, wśród znajomych, ale także wśród najbliższych i to jest to, z czym będziemy chcieli się zmierzyć i to zmienić – mówi prof. Marcin Kurzyna.

Zwiększenie świadomości społecznej to cel projektu edukacyjnego „Życie bez tchu”. Jego ambasadorką została Kinga Baranowska, himalaistka, zdobywczyni dziewięciu ośmiotysięczników, która choć cieszy się doskonałym zdrowiem, rozumie trudności z zaczerpnięciem oddechu. Na wysokości powyżej 7 tys. m. człowiek bardzo szybko zaczyna odczuwać zmęczenie, musi się zatrzymywać co kilka kroków, aby odpocząć, wyrównać tętno i nabrać tlenu do płuc. Ludzi, którzy zmagają się z tego rodzaju problemami z powodu choroby, himalaistka uważa za bohaterów dnia codziennego.

Są to dzielne osoby, które każdego dnia muszą się zmagać z bardzo podstawowymi czynnościami. Na przykład takimi jak zrobienie herbaty, przejście do następnego pomieszczenia, zwykłe, codzienne proste czynności, nad którymi zdrowe osoby nie zastanawiają się i które nie sprawiają im trudności – mówi Kinga Baranowska.

Polacy wśród najmniej wysportowanych Europejczyków. Nie ćwiczą zwłaszcza dzieci i seniorzy

Polacy wśród najmniej wysportowanych Europejczyków. Nie ćwiczą zwłaszcza dzieci i seniorzy 5

Regularne uprawianie sportu to nawyk niespełna połowy Polaków. Najmniej aktywni fizyczne są seniorzy – aż 83 proc. z nich w ogóle nie ćwiczy – oraz dzieci, które tyją najszybciej spośród swoich europejskich rówieśników. Aby przełamać tę tendencję, powstaje coraz więcej inicjatyw promujących aktywność fizyczną. Ruch to nie tylko recepta na zdrowie i szczupłą sylwetkę, lecz także doskonały sposób spędzania wolnego czasu w rodzinnym gronie.

Z badania MultiSport Index 2018, przeprowadzonego przy współpracy Benefit Systems i Kantar TNS, wynika, że blisko połowa Polaków uprawia sport przynajmniej raz w tygodniu.  Z drugiej strony wciąż 38 proc. Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej, włączając w to spacery czy jazdę na rowerze.

– Polacy są europejskimi średniakami pod względem aktywności sportowej. Bardzo daleko nam do Niemców i Skandynawów, ale jesteśmy też znacząco przed krajami Europy Wschodniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Radzki, członek zarządu Benefit Systems.

Z badań Instytutu Matki i Dziecka przeprowadzonych pod auspicjami WHO wynika, że Polskie dzieci są jednymi z najszybciej tyjących w Europie. 31,2 proc. ośmiolatków w Polsce ma nadmierną masę ciała, a z otyłością zmaga się 12,7 proc. z nich. Wspieranie aktywności fizycznej wśród dzieci staje się społecznym priorytetem. Ważna jest zarówno wtórna edukacja najmłodszych w zakresie zdrowego i aktywnego trybu życia, jak również włączenie jej na stałe jako istotny element socjalizacji mającej wpływ na późniejsze życie.

– Brak ruchu wśród polskich dzieci i otyłość to problemy, które plasują nas zdecydowanie ponad średnią europejską i to jest coś, z czym musimy walczyć. Każdy, kto może, powinien coś z tym zrobić i to jak najszybciej. Zdrowe, dobre nawyki powinny być promowane od najmłodszych lat – mówi Adam Radzki.

Jednym ze sposobów aktywizacji sportowej dzieci jest program „Aktywne Szkoły MultiSport”, którego pomysłodawcą i fundatorem jest Benefit Systems. Dotychczas skorzystało z niego 15 tys. dzieci z 35 szkół podstawowych na Dolnym Śląsku.

Podczas VI Narodowego Dnia Sportu, który miał miejsce 15 września, Aktywne Szkoły MultiSport pojawiły się po raz pierwszy w Warszawie. Aż 250 dzieci miało okazję wziąć udział multimedialnym teście sprawności EuroFit+, wyzywając na pojedynek Złe Zło, czyli Galaktycznego Potwora Bezruchu. Nad ośmioma sportowymi stacjami czuwali animatorzy, zwani Pogromcami Bezruchu, a bajkowa fabuła sportowej gry skutecznie zmobilizowała najmłodszych do ćwiczeń.

W Aktywnych Strefach dzieci mogły uczestniczyć w zajęciach sportowych wraz z rodzicami i dziadkami, udowadniając, że sport łączy pokolenia. O oprawę muzyczną Zumby i Zorby zadbała  DJ Wika, która od lat pokazuje Polakom, że na aktywność fizyczną i dobrą zabawę nigdy nie jest za późno. Seniorzy stanowią rosnącą grupę społeczną w większości krajów europejskich.

–  To będzie duża demograficzna zmiana dla całej Polski i duże wyzwanie dla bardzo wielu gałęzi gospodarki. Dzisiaj już nie musimy nikogo przekonywać, że sport to zdrowie, tego już nie trzeba tłumaczyć, ale trzeba zrobić ten pierwszy krok by wrócić do aktywności – mówi Adam Radzki.

Tymczasem, jak pokazuje raport MultiSport Index 2018, nieaktywne osoby najłatwiej spotkać w gronie emerytów i rencistów (75 proc.) oraz seniorów powyżej 60 roku życia (74 proc.). Według psycholog Joanny Kotek, seniorom zdarza się traktować obowiązki domowe jako wystarczającą ilość ruchu – jest to jednak niewystarczające, aby zachować odpowiedni poziom witalności. W 2050 roku osoby w wieku 60–79 lat będą stanowić jedną czwartą całej ludności Unii Europejskiej, dlatego już dziś priorytetem staje się wdrażanie zdrowych nawyków u tej grupy społecznej.

– W krajach skandynawskich kilkadziesiąt procent seniorów jest aktywnych. W Polsce to jest zaledwie kilka procent, dlatego musimy zacząć gonić. Trzeba seniorom pokazywać, że aktywność w różnych klubach sportowych jest dla nich możliwa, ciekawa i dostosowana do ich możliwości – mówi Adam Radzki.

Benefit Systems uruchomił specjalną ofertę MultiSport Senior skierowaną do osób po 65 roku życia. Program obejmuje zajęcia dostosowane do wieku, stanu zdrowia i możliwości fizycznych seniorów. Karty MultiSport umożliwiają codzienne korzystanie z różnorodnych form treningu – obecnie dostępnych jest ponad 20 dyscyplin, które można uprawiać na czterech tysiącach obiektów sportowych zlokalizowanych w 650 miastach Polski. Z danych operatora kart, firmy Benefit Systems, wynika, że z możliwości tej korzysta 920 tys. osób. 78 proc. z nich deklaruje, że ćwiczy częściej właśnie dzięki karcie MultiSport, a dwie trzecie przyznaje, że spróbowało dzięki niej nowych form treningu.

Aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na stan zdrowia. Właśnie z tego powodu aż 45 proc. aktywnych Polaków uprawia sport. Regularna aktywność zmniejsza ryzyko wystąpienia wielu chorób, m.in. cukrzycy i nadciśnienia, redukuje napięcie nerwowe, wzmacnia kondycję i wydolność serca, a także przyczynia się do obniżenia poziomu cholesterolu we krwi.

Cyfrowi asystenci głosowi trafiają do samochodów. Ułatwią prowadzenie pojazdu, a także pozwolą na obsługę nawigacji czy smartfona

Cyfrowi asystenci głosowi trafiają do samochodów. Ułatwią prowadzenie pojazdu, a także pozwolą na obsługę nawigacji czy smartfona 6

Asystenci głosowi już wkrótce mogą rządzić naszymi mieszkaniami. Sterowanie głosem zastąpi standardowe używanie smartfona. Już niedługo cyfrowi asystenci ułatwią też podróżowanie samochodem. Rozwiązania działające w oparciu o system sztucznej inteligencji umożliwiają komunikację człowieka z samochodem. Pozwalają na obsługę za pomocą komend głosowych i gestów większości funkcji auta, w tym odebranie wiadomości i odpowiedź na nią, a nawet włączenie silnika. Systemy inteligentnego asystenta samochodowego wprowadzają już największe koncerny, ale dostępne są na rynku także uniwersalne rozwiązania, które nie wymagają integracji z samochodem.

– Chris to inteligentne urządzenie do montażu w każdym samochodzie, umożliwiające kontrolę aplikacji i usług na smartfonie za pomocą głosu i gestów. Jednym z ważniejszych przykładów zastosowań jest przekazywanie wiadomości, na przykład z aplikacji WhatsApp. Urządzenie mówi nam „Cześć Daniel, masz nową wiadomość w WhatsApp. Czy mam ją przeczytać?”. Gdy odpowiesz tak, urządzenie przeczyta wiadomość, wysłucha naszej odpowiedzi i wyślę ją. To wszystko bez dotykania telefonu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Daniel Mieves, szef marketingu German Auto Labs.

Asystenci głosowi stają się coraz popularniejsi. Pomagają w zakupach, ułatwiają życie, są przydatni w mieszkaniach, gdzie włączą czajnik, ekspres do kawy, zgaszą światło czy zmienią program w telewizji. Od niedawna pomagają także w samochodach. Pozwalają na bezdotykową obsługę większości funkcji pojazdów: wyznaczają trasę, odbierają wiadomości, a nawet włączają i wyłączają silnik.

– Urządzenie pozwala na głosową obsługę nawigacji, odtwarzacza muzyki oraz pełni funkcję zestawu głośnomówiącego. Chrisa można stosować w każdym samochodzie i z każdym smartfonem. Potrzebujemy jedynie 12-woltowego gniazdka zasilania w samochodowej zapalniczce. Należy zainstalować darmową aplikację na urządzenia z systemem Android lub iOS i połączyć urządzenia – tłumaczy Daniel Mieves.

Inteligentnego asystenta do swoich pojazdów jako pierwszy wprowadził Ford, po nim kolejne największe koncerny – BMW i Mercedes. Nad swoimi asystentami pracują już także koreańscy producenci – Hyundai i KIA.

Komunikacja głosowa zwiększa bezpieczeństwo. Użytkownik może korzystać ze smartfona, nie odrywając oczu od jezdni. To jednak nie jest jedyne ułatwienia. Kierowcy Fordów jako pierwsi mogli skorzystać z asystentki Amazonu zintegrowanej z komputerem pokładowym, choć nie oferowała ona pełni swoich możliwości. Asystent BMW z kolei na bieżąco uczy się użytkownika i jego upodobań, reaguje np. na zmęczenie kierowcy, dostosowuje oświetlenie i temperaturę w kabinie.

Chris to uniwersalny asystent dla kierowców, który można zainstalować w każdym aucie. Po sparowaniu go ze smartfonem pozwoli odpowiadać na wiadomości, odbierać i wykonywać połączenia telefoniczne czy korzystać z nawigacji GPS.

– Urządzenie ma pięć mikrofonów, które zapewniają doskonałą jakość dźwięku i tłumienie szumów. Jest też mały czujnik ruchu, jeśli więc chcemy posłuchać muzyki, wystarczy machnąć dłonią w powietrzu, a urządzenie przejdzie do następnego kawałka. Mówienie „Następna piosenka, następna piosenka…” nie jest zbyt wygodne – wskazuje przedstawiciel German Auto Labs.

Co istotne, sprawdzi się także w starszych modelach samochodów – asystenta można podłączyć do systemu car audio poprzez Bluetooth lub przez nadajnik FM umożliwiający podłączenie do radia. System działa też w systemie offline. To istotne zwłaszcza przy nawigacji – nawet jeśli się zgubimy i stracimy zasięg, Chris pomoże znaleźć drogę.

– Wiele osób korzysta z Siri, która, podobnie jak Alexa, sprawdza się świetnie w salonie. Nasze urządzenie powstało z myślą o samochodach. Podczas jazdy samochodem możesz utracić dostęp do internetu – Chris słucha cię i rozmawia z tobą nawet offline – przekonuje Daniel Mieves.

Z czasem cyfrowy asystent będzie kontrolować system jazdy kierowcy, podpowie, jak prowadzić, by obniżyć poziom spalania paliwa, ostrzeże przed niskim ciśnieniem w oponach, pomoże zamówić dodatkowe usługi. Wyznaczy też optymalną trasę.

Urządzenie obsługuje język angielski i niemiecki. W 2019 roku dodany zostanie język francuski i hiszpański, na polski język jednak jeszcze trochę poczekamy. Twórcy planują kolejne języki europejskie ok. 2020 roku, nie wiadomo jednak, kiedy Chris porozmawia z kierowcami po polsku.

– Chris kosztuje 300 euro. Zakup nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi opłatami za mapy, nowe aplikacje, nowe języki. Po zakupie urządzenia gwarantujemy jego darmowe aktualizacje – podkreśla Daniel Mieves.

Według Visiongain, rynek inteligentnych asystentów w branży automotive był warty w 2017 r. ponad 350 mln dol. Z kolei analitycy MarketsandMarkets szacują, że globalny rynek wirtualnych asystentów w ogóle osiągnie wartość blisko 18 mld dol. w 2023 r.

Nadchodzi rewolucja w handlu. Sklepy wyposażone w czujniki i skanery 3D same będą pobierały należność za zakupy

Nadchodzi rewolucja w handlu. Sklepy wyposażone w czujniki i skanery 3D same będą pobierały należność za zakupy 7

Płatności mobilne i internetowe są coraz bardziej zaawansowane. W amerykańskich i chińskich sklepach testuje się już rozwiązania znane z filmów science-fiction. Po zrobieniu zakupów klient zostaje rozpoznany za pomocą skanera 3D i odpowiednia kwota jest automatycznie pobierana z jego konta. Polacy tymczasem na potęgę korzystają z płatności zbliżeniowych, a coraz większa liczba sklepów i punktów usługowych, nawet tych najmniejszych, pozwala na zapłacenie kartą lub telefonem. Transakcje stają się również coraz bezpieczniejsze dzięki wprowadzanym regulacjom prawnym.

Transakcje bezgotówkowe stają się coraz popularniejsze. W przyszłości kartą zapłacimy w urzędach, niewielkich sklepach czy środkach komunikacji miejskiej. Pojawiają się także systemy płatności automatycznych, które umożliwiają błyskawiczną realizację transakcji za pośrednictwem aplikacji mobilnej bądź systemów biometrycznych.

– W przyszłości prawdopodobnie w ogóle nie będziemy płacić, tzn. będziemy płacić, nie płacąc. Kierunek pokazuje, że płatności stają się coraz bardziej niewidoczne, ponieważ wszyscy lubimy robić zakupy, niekoniecznie lubimy płacić i mamy zarówno w sklepach stacjonarnych takie projekty, jak i w sklepach internetowych. W USA są już pilotażowo prowadzone projekty, gdzie po prostu wchodzimy do sklepu, jesteśmy śledzeni przez szereg czujników, wychodzimy ze sklepu, płatność odbywa się automatycznie w tle – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Miłosz Kurzawski, dyrektor sprzedaży w Blue Media.

Zautomatyzowane systemy płatności mogą się okazać rewolucją w handlu. Takie rozwiązania obecnie testuje się m.in. w Stanach Zjednoczonych. Amazon testuje nowy format sklepów stacjonarnych, drogerie Go. W tych sklepach nie spotkamy tradycyjnych kasjerów, na wejściu klient paruje swoją aplikację mobilną z koszykiem, a następnie wkłada do niego zakupy i wychodzi przez bramkę płatniczą, która automatycznie obciąża rachunek użytkownika. Do 2021 roku Amazon planuje uruchomić 3 tys. sklepów Go.

W Chinach z kolei wprowadzono system automatycznych płatności zbliżeniowych. Firma Alibaba w ramach programu pilotażowego w chińskim mieście Hangzhou wprowadziła do jednej z restauracji KFC kioski wyposażone w skaner 3D. Klienci usługi Alipay, którzy zarejestrują w serwisie wzór biometryczny swojej twarzy, po złożeniu zamówienia w kiosku mogą zapłacić, uśmiechając się do kamery. Biometria będzie coraz szerzej wykorzystywana do dokonywania płatności.

– Z pewnością w przyszłości bardzo mocny wzrost będą miały płatności z wykorzystaniem głosu, asystentów głosowych, biometrii głosowej i biometrii palcem. Coraz częściej, szczególnie w USA, wykorzystujemy swój głos i asystentów głosowych, takich jak Amazon Alexa czy Siri, właśnie po to, żeby dokonać zakupu. Mówimy do naszego urządzenia, co chcemy kupić, płatność dzieje się w tle z wykorzystaniem naszej biometrii, jesteśmy rozpoznawani na podstawie naszej próbki głosu – tłumaczy Miłosz Kurzawski.

W Polsce coraz chętniej płacimy za pomocą technologii zbliżeniowych. Dzięki nim można płacić nie tylko za pomocą karty zbliżeniowej, lecz także za pomocą telefonu z technologią NFC. Systemy płatności rozwijają się m.in. dzięki możliwości darmowego wdrożenia płatności bezgotówkowych dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz organów administracji publicznej w ramach programu Polska Bezgotówkowa. Uczestnicy programu zostaną zwolnieni na dwanaście miesięcy z kosztów instalacji oraz obsługi terminala oraz opłat za same transakcje.

Najnowsze technologie będzie można zobaczyć już wkrótce w sklepach Żabka. Sieć wraz z Microsoftem chce wyposażyć swoje placówki w inteligentne półki, które będą informować o dacie przydatności produktów, czy innowacyjne kasy, które same rozpoznają, jaki produkty klient chce kupić. Na koniec za zakupy będzie można zapłacić za pomocą aplikacji, nie wyjmując portfela z kieszeni. Koncepcja sklepu przyszłości została już oficjalnie zaprezentowana i czeka na pierwsze wdrożenia.

Sporym przełomem mogą się okazać także terminale mPOS, które coraz częściej można spotkać np. na targach rzemieślniczych czy w małych punktach usługowych i handlowych. Za urządzenia takie jak SumUp płaci się tylko raz, a następnie od każdej transakcji pobierana jest stała opłata. Użytkownicy nie muszą ponosić kosztów wynajmu lub obsługi bankowej, jak ma to miejsce w przypadku klasycznych terminali. Z tego powodu mPOS-y sprawdzają się w rękach tych przedsiębiorców, którzy prowadzą sprzedaż sezonową lub okazyjną.

– Polacy pokochali płatności bezgotówkowe. Jesteśmy absolutnie światowym liderem w zakresie płatności zbliżeniowych, stąd też udział płatności kartą w stosunku do płatności gotówką zwiększa się. Coraz chętniej sięgamy po portfel po to, żeby zapłacić kartą. Pomagają w tym takie programy jak np. Polska Bezgotówkowa, których celem jest terminalizacja mniejszych punktów handlowych – mówi ekspert Blue Media.

Coraz częściej sięgamy także po internetowe płatności automatyczne. Przeglądarki mogą zapisać dane naszej karty kredytowej, aby umożliwić płacenie za zakupy w sieci jednym kliknięciem, bez konieczności logowania się na konto bankowe. Realizację transakcji bezgotówkowych ułatwiają także aplikacje mobilne, które pozwalają płacić zbliżeniowo za pośrednictwem telefonów czy inteligentnych zegarków. A o popularności transakcji tego typu w Polsce najlepiej świadczy udany start usługi Apple Pay w połowie czerwca. W pierwszym tygodniu od uruchomienia usługi, skorzystało z niej 40 proc. klientów banku, którzy mają iPhone’a.

Wzrost popularności płatności internetowych wymusza wprowadzanie nowych wymogów bezpieczeństwa. Na początku roku urzędnicy unijni wprowadzili dyrektywę PSD2, która precyzuje zasady funkcjonowania płatności w sieci i wymaga na państwach członkowskich wprowadzenie silnej autentykacji. Docelowo wszystkie transakcje internetowe powinny wykorzystywać co najmniej dwa spośród trzech zabezpieczeń: biometryczne, sprzętowe oraz hasło.

– W przyszłości płatności internetowe będą coraz bezpieczniejsze, wymusza to wprowadzona dyrektywa PSD2, która nakazuje wszystkim podmiotom z sektora finansowego, bankom czy innym instytucjom finansowym wprowadzenie silnego uwierzytelnienia użytkownika, czyli co najmniej dwóch składników autentykacji w celu wykonania transakcji – wskazuje ekspert.

Według raportu opracowanego przez Mastercard, w ciągu ostatniego roku liczba klientów realizujących transakcje bezgotówkowe za pośrednictwem smartfonów wzrosła 2,5-krotnie, osiągając poziom 1,5 mln.

Dolar kończy tydzień umocnieniem

Amerykańska waluta zyskiwała, jednak nie z uwagi na informacje z USA – walutę wsparł niepokój polityczny w UE i słabe dane ze strefy euro. Polski złoty cierpiał z tego powodu, jednak ostatecznie w parze z euro i tak zakończył tydzień na plusie.

Umocnieniu dolara z zeszłego tygodnia towarzyszyły dość specyficzne warunki polityczno-gospodarcze. Komunikat po spotkaniu Rezerwy Federalnej był dość gołębi, a rentowności obligacji USA nieco spadły. Niemniej, słabe dane dotyczące inflacji po drugiej stronie Atlantyku oraz konflikt Włoch z Unią Europejską na tle planowanego budżetu kraju pociągnęły w dół waluty Starego Kontynentu. Funt brytyjski radził sobie całkiem dobrze w związku z poprawą nastrojów w kwestii negocjacji dotyczących Brexitu. Zeszły tydzień był z kolei dość mieszany dla walut gospodarek wschodzących – waluty Ameryki Łacińskiej doświadczały w większości silnego ożywienia, podczas gdy waluty Azji były nadal ściągane w dół ze względu na napięcia na tle handlu między Chinami i Stanami Zjednoczonymi.

Najbliższy tydzień prawdopodobnie będzie cechować się sporą zmiennością na rynku walutowym, możemy obserwować większe wahania euro, jak i funta brytyjskiego.  Na wspólną europejską walutę oraz szterlinga będą wpływać informacje z konferencji brytyjskiej Partii Konserwatywnej, jak i rozwój sytuacji politycznej we Włoszech. Pod koniec tygodnia w Stanach Zjednoczonych opublikowany zostanie comiesięczny raport o rynku pracy, który znajdzie się w centrum uwagi inwestorów.

PLN

Ubiegły tydzień był dość mieszany dla polskiego złotego. Złoty umocnił się w relacji do euro, jednak osłabił w parze z dolarem amerykańskim i funtem brytyjskim. Początkowo złotemu sprzyjała stabilizacja na głównej parze i uspokojenie nastrojów na rynkach, jednak w drugiej części tygodnia polskiej walucie nie sprzyjały m.in. powrót niepokoju w związku z sytuacją we Włoszech i siła dolara amerykańskiego.

Co tyczy się danych z Polski, w ubiegłym tygodniu nie było ich zbyt wiele. Warto wspomnieć jedynie o stopie bezrobocia, która we wrześniu niespodziewanie spadła do poziomu 5,8%. Tym samym bezrobocie w Polsce było najniższe niemal od trzech dekad. Dzisiejsze dane z kolei rozczarowały: inflacja CPI zanotowała we wrześniu głębszy spadek niż oczekiwano (z 2% do 1,8% w ujęciu rocznym), indeks PMI opisujący aktywność w sektorze przemysłowym ponownie zanotował silny, niespodziewany spadek i znalazł się na poziomie 50,5 – najniższym od końcówki 2016 r i niepokojąco blisko granicy 50, wyznaczającej ekspansję sektora. Obecnie wygląda na to, że słabość przemysłu w strefie euro, w związku z sytuacją w globalnym handlu, przekłada się na sytuację w Polsce potwierdzając, iż najpewniej będziemy mieli do czynienia z wyhamowaniem ekspansji gospodarczej. To, do jakiego stopnia, zależeć będzie w części od tego, czy i w jaki sposób niższa aktywność przełoży się na spadek produkcji przemysłowej, a w samych danych o produkcji spowolnienia nie widać.

Oprócz dzisiejszych danych w tym tygodniu warto zwrócić uwagę na spotkanie Rady Polityki Pieniężnej w środę. Oczywiście, w związku z tym, iż nikt nie spodziewa się zmiany stóp procentowych, istotniejsza od samej decyzji będzie konferencja prasowa po spotkaniu banku centralnego.

GBP

Wydarzenia z zeszłego tygodnia potwierdziły naszą opinię o dobrych perspektywach dla funta brytyjskiego. Rynki finansowe wyceniały walutę Wielkiej Brytanii na poziomie, który zakładał najgorszy możliwy scenariusz negocjacji ws. Brexitu, stąd brak negatywnych wieści w ostatnim czasie doprowadził do wzmocnienia brytyjskiej waluty. Nasz pogląd, zgodnie z którym funt powinien się umacniać zostanie poddany kolejnej próbie już w tym tygodniu. Rozpocznie się bowiem konferencja rządzącej Partii Konserwatywnej, która może być potencjalnym źródłem informacji negatywnie wpływających na brytyjską walutę i szerzej na cały rynek walutowy. Oprócz wieści dotyczących Brexitu, warto obserwować publikację danych o aktywności brytyjskiej gospodarki, które poznamy w pierwszej części tygodnia.

EUR

W ostatnim tygodniu euro ponownie stało się ofiarą populistów – prawicowy rząd Włoch ogłosił, że jego plan budżetu zakłada, że w najbliższych trzech latach deficyt będzie wynosił 2,4% PKB, tym samym ma być wyższy od wcześniejszych założeń. Sytuacji euro nie poprawiły również wstępne dane o inflacji – nie tylko były one względnie słabe, ale podważyły również optymizm przewodniczącego EBC Mario Draghiego, który całkiem niedawno zapewniał, że dynamika cen w strefie euro w średnim okresie osiągnie cel inflacyjny Europejskiego Banku Centralnego. O ile sam poziom inflacji był zgodny z oczekiwaniami, dużo ważniejszy wskaźnik bazowy, który nieuwzględnia wahań cen najbardziej zmiennych komponentów (czyli żywności i energii) ponownie spadł poniżej poziomu 1%. Nasze oczekiwania względem podwyżki stóp procentowych w strefie euro w trzecim kwartale przyszłego roku są oparte na założeniu zrównoważonego wzrostu dynamiki cen, dotychczas jednak nie obserwujemy przekonującego trendu wzrostowego.

USD

Oczekiwanej przez rynek podwyżce stóp procentowych w USA towarzyszyła dość gołębia retoryka ze strony FOMC. Bank zasugerował, że nie uznaje bieżącej polityki monetarnej za akomodacyjną, co może oznaczać, że możemy znajdować się bliżej końca cyklu zacieśniania polityki monetarnej niż sądzi większość obserwatorów rynku. Mimo, iż rentowności amerykańskich obligacji na spotkanie FOMC zareagowały spadkami, dolar nie osłabił się, ze względu na to, iż negatywne informacje ze Starego Kontynentu przysłoniły te z USA.

W piątek opublikowany zostanie kluczowy raport z amerykańskiego rynku pracy. Konsensus spodziewa się dobrych danych NFP, jednak również tym razem, najważniejsze dla dolara prawdopodobnie będą dane o dynamice płac, w ostatnim czasie zaskakujące na plus. Jeśli i tym razem dane będą optymistyczne, waluta może otrzymać wsparcie.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Piotr Kalisz nowym Członkiem Zarządu Nest Banku

Piotr Kalisz został powołany na Członka Zarządu Nest Banku i funkcję tę zacznie pełnić od 1 października 2018 r. Będzie odpowiedzialny za Pion Operacji, Logistyki i IT (COO). Nowy Członek Zarządu zastąpi Grażynę Musiatowicz-Podbiał, która złożyła rezygnację ze stanowiska.

Piotr Kalisz jest absolwentem Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. Karierę w bankowości rozpoczął w 1999 roku w WestTrust w Gwatemali. Następnie pracując w Accenture współtworzył pierwszy polski bank wirtualny – mBank. Od 2003 roku zdobywał doświadczenie w Banku Pekao SA., gdzie odpowiadał za stworzenie i rozwój Centralnego Back Office. W 2007 roku został członkiem zarządu Provident Polska SA odpowiedzialnym za zarządzanie projektami, procesami, IT, operacje i logistykę. W 2017 roku objął funkcję Globalnego Dyrektora ds. Wdrażania Rozwiązań w Grupie International Personal Finance. Piotr Kalisz został powołany na stanowisko Członka Zarządu Nest Banku uchwałą Rady Nadzorczej z 19 września 2018 r.

Aleksandra Paszkiewicz w zarządzie Nationale-Nederlanden Usługi Finansowe S.A.

Aleksandra Paszkiewicz - Nationale-Nederlanden Usługi Finansowe S.A.
Aleksandra Paszkiewicz – Nationale-Nederlanden Usługi Finansowe S.A.

Aleksandra Paszkiewicz, dotychczas Dyrektor HR, dołączyła do zarządu Nationale-Nederlanden Usługi Finansowe S.A. Jako Chief HR Officer (CHRO) odpowiada za obszary zarządzania zasobami ludzkimi, komunikacji korporacyjnej i PR oraz administracji.

Aleksandra Paszkiewicz ma kilkunastoletnie doświadczenie w budowaniu i wdrażaniu strategii HR w dynamicznie rozwijających się firmach sektora finansowego i telekomunikacyjnego. Od 7 lat jest związana z Nationale-Nederlanden, gdzie wcześniej odpowiadała za budowanie inspirującego środowiska pracy, rozwój kapitału ludzkiego i budowanie marki Nationale-Nederlanden jako pracodawcy.

W swojej pracy promuje działanie specjalistów od HR, jako strategicznych partnerów w rozwoju biznesu oraz podejście oparte na projektowaniu pozytywnych doświadczeń pracowników. Aktywnie działa na rzecz rozwoju dobrych praktyk zarządzania efektywnością organizacji i kapitałem ludzkim.

W ramach zarządu Nationale-Nederlanden będzie odpowiadać nie tylko za obszar zarządzania zasobami ludzkimi, ale także komunikację korporacyjną oraz administrację.

Cryptojacking na domowym IoT

Cryptojacking staje się coraz większym problemem. Cyberprzestępcom nie wystarcza już przejmowanie mocy obliczeniowej komputerów, aby za ich pomocą pozyskiwać kryptowaluty. Sięgają więc po domowe urządzenia z kategorii internetu rzeczy (ang. Internet of Things, IoT), które są dla nich wyjątkowo łatwym celem.

Skąd to zainteresowanie ze strony cyberprzestępców? – Urządzenia multimedialne są szczególnie atrakcyjnymi celami z uwagi na to, że wykorzystują mocne procesory graficzne (GPU), a do tego cechuje je niski poziom zabezpieczeń – wyjaśnia Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów w Polsce. – W dodatku przez większość czasu urządzenia są podłączone do zasilania i pozostawione w trybie czuwania, co utrudnia wykrycie przypadków cryptojackingu.

Użytkowanie IoT w wielu aspektach poprawia jakość naszego życia, jednak nie jest pozbawione niebezpieczeństw. Internet rzeczy znacząco rozszerzył potencjalny obszar ataków, a cyberprzestępcy zaczęli to wykorzystywać, tworząc coraz bardziej wyrafinowane warianty złośliwego oprogramowania, za pomocą którego atakują i przejmują urządzenia IoT.

Co więcej, zainfekowane urządzenia stanowią również zagrożenie dla biznesu. Pracownicy wykonujący obowiązki zdalnie często łączą swoje urządzenia robocze z tą samą siecią, do której podłączone są ich domowe urządzenia IoT. Dane z ostatniego globalnego raportu cyberzagrożeń firmy Fortinet pokazują, że prawie co czwarta badana organizacja (23,3%) doświadczyła aktywności związanej z cryptojackingiem. – Złośliwe oprogramowanie rozprzestrzeniło się do firmowej sieci za pośrednictwem urządzeń, które wcześniej zostały zainfekowane w sieci domowej. W tej sytuacji firmy powinny uwzględniać w strategii bezpieczeństwa również urządzenia, z których pracownicy korzystają poza biurem ­– zwraca uwagę Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.

Grupa Recykl rozpoczyna budowę nowego zakładu produkcyjnego w Chełmie

Grupa Recykl uzyskała pozwolenie na budowę nowego zakładu produkcyjnego w Chełmie. Ponadto spółka wybrała generalnego wykonawcę I części prac budowlanych, z którym niebawem zawrze umowę. Prace w zakresie m.in. budowy hali produkcyjnej o wartości 9,9 mln zł rozpoczną się w ciągu kilku tygodni i zakończą w marcu 2019 r. Inwestycja będzie wiązać się z wejściem w nowy, perspektywiczny  i wysokomarżowy obszar dodatków mineralno-asfaltowych SMA, uzyskiwanych w procesie recyklingu opon, które znajdą zastosowanie m.in. w budowie nawierzchni asfaltowych.

Wydana przez władze miasta Chełm decyzja w zakresie pozwolenia na budowę to wejście projektu  w kluczową fazę realizacji. Spółka wybrała także wykonawcę I części prac budowlanych, obejmującą głównie budowę hali produkcyjnej, laboratorium jakości i zaplecza socjalnego. Wartość prac wynosi 9,912 mln zł, a ich termin zakończenie upłynie 21 marca kolejnego roku. Wybór wykonawcy II części prac (budowa placów i boksów magazynowych, biura oraz dróg wewnętrznych) o zbliżonej wartości nastąpi w najbliższych tygodniach. Powierzchnia zakładu w Chełmie wyniesie 30 tys. m2..

Otrzymanie pozwolenia na budowę oznacza zakończenie ostatniego ważnego etapu przed startem realizacji obiektu w Chełmie. Niebawem po podpisaniu umowy, wybrany wykonawca rozpocznie I etap prac budowlanych. Firmę, która wykonana pozostałe prace chcemy wybrać do ok. połowy listopada i zakończenia tego etapu spodziewamy się z końcem czerwca 2019 r. Najbliższe kwartały upłyną także pod kątem zamawiania linii technologicznej i maszyn, ale także kontynuacji kolejnych rozmów handlowych z partnerami zainteresowanymi ofertą zakładu. Naszym celem jest sprzedaż min. 30 proc. produkcji na rynkach zagranicznych – mówi Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Zarządu Grupy Recykl.

W lipcu br. Grupa Recykl osiągnęła porozumienie z jednym z kluczowych kontrahentów – Pro Plast EPP obejmujące prowadzenie wspólnej działalności poprzez spółkę celową (Rekoplast Kompozyt). Zadaniem Recykla będzie dostarczenie podaży surowca oraz zapewnienie przedsięwzięciu zdolności kredytowej. Po stronie Partnera stoi przygotowanie i uruchomienie linii oraz bieżące prowadzenie procesu produkcyjnego i sprzedażowego, czemu w dużym stopniu pomocne będzie Jego wieloletnie doświadczenie i zdobyte know how.

Podtrzymujemy nasze plany startu produkcji w nowym obiekcie w Chełmie w ostatnich miesiącach 2019 roku. Podkreślmy także, iż w I połowie przyszłego roku rozpocznie działalność operacyjną nowa spółka produkująca wyroby gotowe w oparciu o granulat gumowy. Zamówiliśmy już linię technologiczną i niezbędne zasoby produkcyjne. W wariancie konserwatywnym liczymy na wzrost EBITDA o milion zł w pełnym roku, tj. 2020 – dodaje Maciej Jasiewicz.

Dzięki analityce big data poznasz klienta i jego potrzeby

Zgodnie z raportem KPMG aż 82 proc. respondentów przyznało, że wdrożenie zaawansowanych mechanizmów z zakresu analityki big data pozwoliło ich firmom na lepsze zrozumienie potrzeb i preferencji klientów oraz uzyskanie nowej perspektywy, która pozwoliła im inaczej myśleć o biznesie.

Dane te pokazują jak dynamicznie rozwijają się metodologie wykorzystania analityki danych w zakresie kreowania i zaspokajania potrzeb klientów przez firmy na całym świecie. Rynek analityki danych jako usługi wzrasta o blisko 61 proc. w skali roku, z korzyścią dla obydwu stron.

– Data enrichment, czyli wzbogacanie baz danych, staje się coraz bardziej popularne, ponieważ pozwala, z jednej strony, właścicielowi bazy uzyskać więcej informacji na temat jego obecnych klientów i lepsze ich sprofilowanie. Z drugiej, klienci otrzymują personalizowane komunikaty reklamowe z interesującymi ich produktami, co przekłada się na lepsze efekty działań marketingowych i przyśpieszenie procesu zakupowego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kamil Milian, dyrektor operacyjny Salelifter, Grupa SARE.

Do niedawna wzbogaceniu mogły podlegać dane osobowe/adresowe (imię, nazwisko, wiek, e-mail, numer telefonu itd.). Obecnie mechanizmy big data pozwalają wejść na wyższy poziom, gdzie można pozyskać informacje dotyczące aktywności, zainteresowań i preferencji zakupowych danego użytkownika oraz ocenić jego wartość marketingową.

Podmioty zajmujące się monetyzacją dużych wolumenów baz danych posiadają stale aktualizowane zbiory informacji behawioralnych i profili użytkowników. Dane te znacząco pomagają marketerom w skutecznym pozyskaniu i wykorzystaniu nowych informacji na temat użytkowników. Dla firm bazodanowych i właścicieli profesjonalnie monetyzowanych baz stanowią one nieocenione źródło informacji. Dzięki nim mogą zwiększać swoje zyski, lepiej dopasowując oferty do grup docelowych i podnosząc skuteczność kampanii.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Ryzyka geopolityczne ustępują miejsca czynnikom makroekonomicznym, w efekcie czego wrażliwość walut na dane może się zwiększyć. W przyszłym tygodniu raport z rynku pracy USA będzie gwiazdą, ale uwaga skupi się także na indeksach aktywności biznesu w Europie (PMI) i USA (ISM). Zmienność mogą też generować sprzedaż detaliczna z Australii i dane z rynku pracy Kanady. Posiedzenia banków centralnych w Australii i Polsce powinny przejść bez echa. W odwodzie nieco szumu może dalej generować sprawa włoskich finansów publicznych.

Przyszły tydzień: NFP, ISM z USA, PMI z Europy, RPP, raport Tankan z Japonii, RBA, sprzedaż detaliczna z Australii, rynek pracy z Kanady

USA

W USA ankiety ISM (pon, śr) i raport NFP (pt) są najważniejszymi publikacjami. Nastroje w przemyśle i usługach są podwyższone relatywnie do innych głównych gospodarek i nawet wyniki poniżej sierpniowych odczytów wciąż będą pozytywnie świadczyć o sile ożywienia. W raporcie z rynku pracy dynamika płac dalej będzie skupiać największą uwagę i im większa presja płacowa, tym silniejsze uzasadnienie dla agresywnej ścieżki zacieśniania polityki Fed. Pomijając większe zaskoczenia, dane tylko potwierdzą to, co już jest zakorzenione w wycenie USD. Dobre dane będą jednak przemawiać za utrzymaniem pozytywnego sentymentu rynkowego, co wesprze USD względem walut defensywnych, za to pozycja względem walut ryzykownych uzależniona będzie od kierunku, który wybiorą rentowności obligacji (wyżej=lepiej).

Strefa euro

W strefie euro pogorszenie indeksów PMI we wrześniu stało się faktem we wstępnych odczytach i rewizje tego nie zmienią. Sprzedaż detaliczna z bloku (śr) i zamówienia z Niemiec (pt) raczej nie sprawią super niespodzianki. Oznacza to, że EUR przede wszystkim będzie musiało otrząsnąć się z negatywnego wpływu informacji o zwiększeniu deficytu budżetowego Włoch w 2019 r., zanim zacznie korzystać z technicznych aspektów poprawy globalnego sentymentu i optymistycznego przekazu z EBC.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii indeksy PMI (pon-śr) będą w centrum uwagi. Nastroje w przedsiębiorstwach ostatnio były dość dobre, ale może to się zmienić pod wpływem straszenia brakiem porozumienia z UE w sprawie Brexitu. GBP miał ostatnio chwile uniesienia na nadziejach gładkiego porozumienia, ale sądzimy, że w następnych tygodniach przynajmniej jeszcze raz scenariusz „no-deal Brexit” będzie ciążył na GBP, zanim zobaczymy rajd ulgi.

Polska

W Polsce indeks PMI dla przemysłu (pon) naszym zdaniem obniży się do 50,7, co oznaczałoby najgorszy wynik od listopada 2017 r. Słabe odczyty z niemieckiego przemysłu mogą ciążyć na nastojach w polskich firmach i wpłynąć na ograniczanie zamówień eksportowych. Problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników powinny zaniżać subindeksy zatrudnienia. Inflacja CPI (pon) pozostaje stabilna blisko 2 proc., co powinno ukontentować Radę Polityki Pieniężnej. Na konferencji po posiedzeniu RPP (śr) zapewne kolejny raz usłyszymy, że poziom stóp procentowych nie zmieni się do 2020 r. Słabe dane stanowią ryzyko dla złotego, a przy silnym USD i odgrzanej dyskusji o stabilności fiskalnej Włoch EUR/PLN może odbijać do 4,30.

Japonia

W Japonii interesujący może być kwartalny raport Tankan o nastrojach w firmach (pon). Według prognoz warunki pogorszenia biznesu pozostały bez zmian w przypadku dużych spółek, ale pogorszyły się w mniejszych przedsiębiorstwach. Ogólnie z raportu może wyłaniać się obraz umiarkowanego ożywienia w klimacie ostrożnego podejścia do sytuacji na rynkach zewnętrznych (wojny handlowe). Z raportu nie powinny wynikać silne sygnały dla BoJ. USD/JPY pozostanie barometrem sentymentu rynkowego, ale widzimy większe szanse na wzrost apetytu na ryzyko i osłabienie JPY.

Australia

Kalendarz z Australii jest bogaty i zawiera oczekiwania inflacyjne (pon), decyzję RBA (wt), pozwolenia na budowę (śr), bilans handlowy (czw) i sprzedaż detaliczną (pt). Pomimo poprawy rynkowego sentymentu AUD ma problemy, by wyjść na wyższe poziomy, co wiele mówi o nastawieniu uczestników rynku. W takim klimacie wrażliwość na rozczarowujące odczyty może być większa niż w przypadku pozytywnych niespodzianek. Po RBA nie spodziewamy się istotnych zmian w komunikacie. W Nowej Zelandii wydane pozwolenia na budowę domów są jedyną w miarę istotna publikacją. Oczekujemy relatywnie lepszej postawy NZD od AUD, gdyż rynek ma jeszcze do odjęcia z wyceny spekulacje odnośnie obniżki stóp procentowych RBNZ, podczas gdy bank w ostatnim komunikacie pozostał neutralny.

Kanada

Raport z rynku pracy Kanady (pt) będzie uważnie analizowany po sporym negatywnym zaskoczeniu przed miesiącem (spadek zatrudnienia o 51,6 tys.). Będziemy zainteresowani, na ile było to jednorazowe wahnięcie i czy nie zaważy na perspektywach zacieśniania polityki BoC. Ogólnie od strony sytuacji makro może być łatwiej wesprzeć CAD, ale proces ten pozostaje wstrzymany, dopóki nie słychać co finalizacji negocjacji NAFTA. Wstępny terminie wrześniowy nie został spełniony, przez co CAD przejściowo może być pod presja redukcji długich pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Imponujące tempo polskiej gospodarki. Podsumowanie danych za sierpień 2018 r.

Sprzedaż detaliczna 1 w cenach stałych w sierpniu br. była wyższa niż przed rokiem o 6,7%, wobec wzrostu o 6,9% w sierpniu ub.r. W porównaniu z lipcem miał miejsce wzrost sprzedaży detalicznej o 1,2%. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w sierpniu 2018 r. wyniosło 4 798,27 zł.

– Tempo wzrostu gospodarczego jest nadal bardzo wysokie, bo mamy nadal bardzo solidny wzrost wydatków na konsumpcję – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Choć tempo wzrostu PKB będzie w kolejnych miesiącach słabnąć, to wysoki popyt wewnętrzny powinien się utrzymywać.

W sierpniu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 5,0% w porównaniu z sierpniem ub. roku, a produkcja budowlano-montażowa – o 20,0%. W okresie styczeń – sierpień br. produkcja sprzedana przemysłu była o 6,6% wyższa w porównaniu z analogicznym okresem ub. roku, kiedy notowano wzrost o 6,2%, natomiast produkcja budowlano-montażowa była o 20,6% wyższa niż przed rokiem, kiedy notowano wzrost o 12,5%.

Według wstępnych danych produkcja sprzedana przemysłu w cenach stałych (w przedsiębiorstwach o liczbie pracujących powyżej 9 osób) była w sierpniu br. o 5,0% wyższa niż przed rokiem (kiedy notowano wzrost o 8,8%) i o 0,8% wyższa w porównaniu z lipcem br. Po wyeliminowaniu wpływu czynników o charakterze sezonowym produkcja sprzedana przemysłu ukształtowała się na poziomie o 5,0% wyższym niż w analogicznym miesiącu ub. roku i o 0,5% wyższym w porównaniu z lipcem br.

– Pojawiły się nadzieje, że zaczyna rosnąć popyt inwestycyjny – komentuje ekspert z XTB.

Ile utargujesz u dewelopera? W Gdańsku nawet ponad 10%

Warto negocjować z deweloperem. Tym bardziej, że nawet mała obniżka ceny mieszkania, choćby o 1% w tym przypadku idzie już w tysiące złotych. Obniżki bywają duże, największe w Gdańsku, gdzie można zbić cenę o ponad 10%.

Najłatwiej wynegocjować obniżkę ceny na początku oraz na końcu realizacji inwestycji. Zanim budowa tak na dobre się rozpocznie deweloperowi zwykle zależy na sprzedaży, czy nawet rezerwacji części mieszkań. Będzie on mógł się nimi pochwalić w banku. Poprawi to jego pozycję w negocjacjach dotyczących kredytu na realizację już całej inwestycji. Ponadto banki zanim wypłacą kredyt zwykle oczekują, że pewien odsetek z puli wszystkich lokali w projekcie znajdzie nowych właścicieli jeszcze w ramach tzw. przedsprzedaży. Poza tym fakt, że w danej inwestycji część lokali została już sprzedana przyciąga kolejnych chętnych. Bardziej ufają oni takiemu deweloperowi i przeważnie można ich skłonić do złożenia podpisu pod umową nie oferując już większego upustu.

– Możliwość wynegocjowania obniżki pod koniec realizacji projektu wynika z kolei ze zwyczajowego pośpiechu dewelopera – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M.Skoczeń z Emmerson Realty SA. – Każdemu deweloperowi zależy na czasie, bo sprawne zakończenie inwestycji pozwala na rozpoczęcie kolejnej. W takiej sytuacji należy jednak zachować daleko posuniętą ostrożność, bo ważne jest dlaczego tych kilki mieszkań nikt dotąd nie kupoł. Przeważnie wynika to z jego defektów: kiepskiego rozkładu pomieszczeń, problemów z instalacjami czy innych mankamentów. Trzeba, więc dokładnie się zastanowić. Dobrym pomysłem może być zaproszenie do takiego lokalu specjalisty, który bardzo szybko będzie potrafił wskazać jego braki.

Największa różnica między ceną ofertową a transakcyjną za mkw. nowych mieszkań w II kwartale bieżącego roku miała miejsce właśnie w stolicy Pomorza. Osobom, które zakupiły lokal mieszkalny w Gdańsku prosto od dewelopera udawało się wynegocjować średnio ponad jedną dziesiątą z wyjściowej stawki. W pozostałych miastach było to już wyraźnie mniej. W Warszawie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach przeciętnie udało się obniżyć cenę o około 5%. Najniższe rabaty skłonni byli dawać deweloperzy z Poznania i Krakowa. Upust w tych miastach wynosił odpowiednio 2,6% i tylko 2,3%.

Pracodawcy RP o założeniach budżetu państwa na 2019 r.

Propozycja budżetu państwa na rok 2019 jest konsekwentną realizacją założeń socjalnych strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju do roku 2020. Jego założenia są realne, choć nie pozbawione elementów ryzyka.

Tempo wzrostu PKB w kolejnym roku najprawdopodobniej będzie niższe niż w obecnym. Powodem do niepokoju jest fakt, że głównym źródłem tego wzrostu ma być konsumpcja krajowa realizowana przy wysokim poziomie wykorzystania mocy produkcyjnych i niskich inwestycjach. Wizja zwiększania inwestycji sektora instytucji rządowych i samorządowych nie jest pocieszająca, bo nie zastąpi to inwestycji prywatnych.

Budżet przewiduje nie tylko utrzymanie dotychczasowych bardzo kosztownych programów społecznych, ale także ich rozszerzanie oraz masowe transfery dla coraz szerszych grup społecznych. Pominięte zostaną jednak te grupy osób, które współtworzą dochód narodowy. Rząd zakłada m.in. wzrost wynagrodzeń w sferze budżetowej. Oczywiście wszyscy Obywatele, w tym pracodawcy i pracownicy, zainteresowani są poprawą jakości usług publicznych. Ten wzrost wydatków takich efektów jednak nie przyniesie. Zwiększy jedynie frustrację pracowników instytucji publicznych i ich roszczeniowy stosunek do państwa. Jest to wynikiem zaniechań i praktycznego zatrzymania reform systemowych w administracji. Istnieje obawa, że podobnie nieskuteczne będą kosztowne działania adresowane do Policji, Straży Granicznej i Służby Więziennej. Także w tych obszarach nie dokonano istotnych zmian systemowych i brak jest powszechnych mechanizmów uzależniających finansowanie od jakości i ilości świadczonych usług. W budżecie zapewniono środki na nieśmiertelne pozycje wydatkowe takie, jak restrukturyzacja górnictwa czy dopłaty do paliwa rolniczego. Należy oczekiwać, że rezultaty finansowania tych działań będą identyczne jak w latach ubiegłych. Zapewnią one zatem ekonomiczną stratę, ale być może dostarczą korzyści politycznych.

Budżet państwa prawdopodobnie słusznie zakłada dalszy spadek bezrobocia co oznacza dalszy wzrost kosztów pracy i spadek opłacalności prowadzenia działalności gospodarczej. Przy bardzo niskiej aktywności zawodowej Polaków, eliminacji z rynku pracy wielu osób w związku z obniżeniem wieku emerytalnego i braku wcześniejszych reform szkolnictwa – ogromny problemem dla pracodawców będzie pozyskanie pracowników. Niska aktywność zawodowa nie jest samoistnym problemem tylko skutkiem działania państwa. Kolejne transfery środków jedynie zniechęcają do podejmowania pracy. Pracodawcy mogliby sobie poradzić z tym problemem poprzez zwiększanie efektywności pracy uzyskiwane np. dzięki szkoleniom pracowników. Z analizy budżetu państwa wynika jednak, że w tych kwestiach na pomoc rządu liczyć nie można.

Największym problemem jest krótkowzroczność rządu. Obecnie znajdujemy się prawdopodobnie na szczycie wzrostu gospodarczego. Oznacza to, że trzeba być gotowym na ograniczenie tempa wzrostu, a najrozsądniej byłoby przygotowywać się na kryzys światowy, którego nadejście przewiduje wielu ekspertów.

Tego rodzaju ostrzeżenia należy traktować niezwykle poważnie. Zamiast tego rząd planuje dalszy wzrost trudnych do ograniczenia w dłuższym okresie wydatków. W przewidywaniach rządu na lata 2020-2022 widoczny jest optymizm, który nie jest uzasadniony. Przewiduje się „relatywnie” dobrą koniunkturę. Elementarna odpowiedzialność nakazuje przygotowywanie gospodarki na nadejście poważnych problemów. Polska nie jest na nie dziś gotowa, a dzięki wydatkom na programy socjalne nie będzie gotowa również w chwili, gdy kryzys już nadejdzie.

Marketing, reklama i reprezentacja w kosztach podatkowych

Intensywne działania marketingowe znacznie zwiększają szanse przedsiębiorcy na pozyskanie nowych klientów. Jednak nie każdy wydatek związany z promocją firmy można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów.

Koszty uzyskania przychodów

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Zgodnie z definicją ustawową kosztami uzyskania przychodów są wydatki poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub w celu zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów, z wyjątkiem tych wydatków, które wprost zostały wyłączone z możliwości zaliczenia ich do kosztów uzyskania przychodów. Jak podkreśla się w orzecznictwie: „warunkiem uznania danego wydatku za koszt uzyskania przychodu jest łączne spełnienie następujących warunków faktycznego (rzeczywistego) poniesienia wydatku przez podatnika, istnienie związku z prowadzoną przez podatnika działalnością oraz poniesienie go w celu uzyskania przychodu, jego zwiększenia, bądź zachowania źródła przychodu” (Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 24 kwietnia 2018 r., sygn. akt II FSK 1140/16).

Działania marketingowe, czyli reklama i reprezentacja w kosztach

Co do zasady wydatki na reklamę można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów. Jedynym wyjątkiem od tej reguły są usługi reklamowe poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych, ewentualnie podmiotów mających siedzibę na terytorium stosującym szkodliwą konkurencję podatkową.

Odmiennie natomiast ukształtowała się kwestia wydatków na reprezentację, które wprost zostały wyłączone z kosztów uzyskania przychodów. Zgodnie z przepisami: „nie uważa się za koszty uzyskania przychodów kosztów reprezentacji, w szczególności poniesionych na usługi gastronomiczne, zakup żywności oraz napojów, w tym alkoholowych”.

Na czym zatem polega problem przedsiębiorców? Komplikacje powoduje konieczność oceny wydatku i zakwalifikowania go do kosztów „reklamy” bądź „reprezentacji”, a także weryfikacji możliwości zaliczenia takiego nakładu do kosztów uzyskania przychodów.

Reklama a reprezentacja – definicje

Cała trudność polega na rozróżnieniu pojęcia „reklamy” od „reprezentacji”. Choć słowniczki ustawowe są dość obszerne, na próżno szukać w nich definicji powyższych terminów.

Skoro brak jest definicji w ustawach podatkowych, należy odnieść się do powszechnego rozumienia znaczenia „reklamy” i „reprezentacji”, a jeszcze lepiej, posłużyć się wyjaśnieniami wypracowanymi na przestrzeni lat przez orzecznictwo i doktrynę.

Naczelny Sąd Administracyjny wielokrotnie wyjaśniał znaczenie pojęcia „reklamy” i „reprezentacji” odwołując się nie tylko do słownika języka polskiego, ale również etymologii słów.

„Reklamą” – zgodnie ze słownikiem języka polskiego – jest „działanie mające na celu zachęcenie potencjalnych klientów do zakupu konkretnych towarów lub do skorzystania z określonych usług” (Słownik Języka Polskiego PWN).

Zgodnie ze stanowiskiem NSA, „reprezentacja” to nic innego, jak „działanie w celu wykreowania oraz utrwalenia pozytywnego wizerunku podatnika wobec innych podmiotów” (Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 31 stycznia 2017 r., sygn. akt II FSK 3994/14). Słowo to pochodzi od łacińskiego representatio, czyli wizerunek. NSA podkreślił również, że wbrew znaczeniu słownikowemu, kwestia okazałości, wystawności i ponadprzeciętności nie ma żadnego znaczenia.

Na pierwszy rzut oka oba pojęcia mają podobne znaczenie. Jednak jak zauważył NSA w wyroku z dnia 2 lutego 2010 r., sygn. akt II FSK 1472/08: „Reklama wiąże się z zamiarem utrwalenia w świadomości kontrahenta, choćby potencjalnego, reklamowanej firmy lub jej produktu, natomiast reprezentacja polega na działaniach zmierzających do podniesienia prestiżu firmy u jej kontrahentów. (…) to, co promuje logo danej firmy, jest reklamą, natomiast to, co przy wykorzystaniu logo innych firm ma służyć dobremu wizerunkowi własnej firmy, należy do sfery reprezentacji”.

Podsumowanie

Pomimo wielokrotnych prób odróżnienia wydatków na reklamę od wydatków reprezentacyjnych, znaczenie tych pojęć w dalszym ciągu pozostaje nieostre. Dlatego właśnie w celu stwierdzenia, czy wydatek został poniesiony na reprezentację, każdy przypadek należy oceniać odrębnie, według całokształtu okoliczności. W dalszym ciągu podatnicy składają wnioski o interpretacje w zakresie możliwości zaliczania do takich kosztów wydatków m.in. na: upominki dla kontrahentów, poczęstunek, catering, artykuły spożywcze, organizację konferencji oraz imprez im towarzyszących i części artystycznej jako usługi kompleksowej, spotkania z inwestorami, spotkania integracyjne, szkolenia etc.

Przykładowo, problematyczną kwestią może być chęć organizacji wydarzenia (czy to konferencji, czy spotkania biznesowego, szkolenia lub imprezy integracyjnej), a następnie zaliczenie do kosztów uzyskania przychodów wydatków na taką organizację. Organ podatkowy ma prawo zakwestionować działania podatnika i wyłączyć z kosztów podatkowych część poniesionych wydatków. Dlatego przy składaniu wniosku o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej należy zadbać o dobre uzasadnienie własnego stanowiska, będące kluczem do osiągnięcia korzystnej interpretacji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Ghelamco atrakcyjne dla inwestorów. Kwota wykupionych obligacji przekroczyła już miliard złotych

Pod koniec września Ghelamco dokona kolejnego wykupu obligacji na kwotę 6,3 mln euro. Dotychczas spółka łącznie wykupiła 16 serii obligacji za ponad miliard złotych. W sierpniu 2018 roku Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt emisyjny w związku z publicznymi ofertami obligacji w ramach programu VI o łącznej wartości do 400 mln zł. W 2018 roku spółka ustanowiła również program VII kierowany do inwestorów profesjonalnych o łącznej wartości do 400 mln zł.

Jak dotąd Ghelamco Invest wyemitowało 35 serii obligacji na łączną kwotę ponad 1,9 mld zł. Do lipca 2018 roku spółka wykupiła łącznie 16 serii obligacji za kwotę ponad miliarda złotych.

W samym 2018 roku Ghelamco wykupiło obligacje za ponad 222,2 mln zł. Ostatni wykup miał miejsce w lipcu na kwotę blisko 183 mln zł. W tym roku zaplanowano jeszcze jeden – 28 września 2018 r. Kwota wykupu sięgnie w tym przypadku 6,3 mln euro.

Obecnie wartość obligacji wyemitowanych i niewykupionych wynosi 841 mln zł. Po wykupie w dniu 28 sierpnia 2018 roku saldo obligacji osiągnie wartość ok. 814 mln zł, a całkowita kwota obligacji wykupionych w 2018 roku, przy blisko zerowym poziomie nowych emisji, wyniesie 250 mln zł.

– Ghelamco od lat jest wiarygodnym i atrakcyjnym dla inwestorów emitentem. Nasze programy kierujemy zarówno do inwestorów indywidualnych, jak i profesjonalnych. W lipcu 2018 roku spółka ustanowiła VII program emisji na kwotę 400 mln zł dla inwestorów profesjonalnych. W kilka dni po jego ustanowieniu został zatwierdzony prospekt emisyjny, w oparciu o który będą mogły być oferowane inwestorom indywidualnym obligacje do kwoty 400 mln zł – mówi Jarosław Jukiel, dyrektor finansowy i członek zarządu spółek Ghelamco w Polsce.

W sierpniu tego roku KNF zatwierdziła program na publiczne emisje obligacji
w ramach programu VI wartego do 400 mln zł. Jest to już trzecia oferta skierowana do inwestorów indywidualnych. Obligacje Ghelamco notowane są na rynku Catalyst. Obecnie w obrocie znajduje się 18 serii obligacji. Rentowność papierów Ghelamco wynosiła od 3,9 do 6 proc.

Spółka realizuje obecnie kilka dużych projektów. Wszystkie cieszą się dużym zainteresowaniem najemców. Budynki Ghelamco bardzo często wybierane są przez globalne instytucje finansowe. I tak, w The Warsaw HUB, jednym
z największych projektów biurowych w Polsce, znajdzie się siedziba brytyjskiego banku Standard Chartered. Natomiast w oddanym właśnie do użytku budynku .big w Krakowie będzie się mieściła polska centrala amerykańskiej firmy State Street, lidera wśród dostawców usług finansowych.

– Zdecydowana większość naszych inwestycji znajduje najemców jeszcze przed ukończeniem budowy. Nasze projekty spełniają wymagania największych światowych graczy, takich jak Samsung, JLL, BNP Paribas Securities Services, State Street czy Standard Chartered – zauważa Jarosław Zagórski, dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco w Polsce.

Projekty Ghelamco cieszą się także dużym zainteresowaniem inwestorów instytucjonalnych. W 2017 roku spółka sprzedała Budynek B, wchodzący w skład kompleksu Warsaw Spire, funduszowi CA Immo. Wartość transakcji wyniosła ponad 100 mln euro. Z kolei 50-proc. udziałowcem wieży Warsaw Spire stał się nowojorski fundusz inwestycyjny Madison International Realty. Obiekt wyceniono na 350 mln euro, co czyni go najdroższym wieżowcem biurowym w Polsce.

Włosi mają kompromis i ryzyko zwiększenia długu.

Mamy wstępne porozumienie budżetowe. Znalazły się pieniądze na bardzo ryzykowne projekty takie jak dochód obywatelski dla najuboższych. Miniony tydzień był wyjątkowo łaskawy dla złotego.

Porozumienie we Włoszech

Po burzliwych dniach Włosi osiągnęli wstępny kompromis w sprawie budżetu. Znalazło się w nim kilka nowatorskich rozwiązań w tym środki na szeroko komentowany programy dochodu obywatelskiego. Był to jeden z głównych postulatów wyborczych wchodzącej w skład rządu ruchu pięciu gwiazd. Ma to pozwolić wyjść z ubóstwa 6,5 milionom osób we Włoszech. Koszt tej operacji ma wynieść zaledwie 10 miliardów euro. Analitycy wątpią w skuteczność tego rozwiązania biorąc pod uwagę pole do nadużyć oraz kwotę około 125 euro na osobę miesięcznie. Drugim wątpliwym tematem są emerytury obywatelskie. Oba te projekty budzą niepokój inwestorów o poziom zadłużenia Włoch. Kraj ten jeszcze nie jest w sytuacji Grecji. Warto jednak spojrzeć na tendencje. Grecy są po pakiecie reform i opanowali sytuację, Włosi właśnie tracą panowanie. To właśnie dlatego euro właśnie w ciągu jednego dnia osłabiło się względem zarówno dolara jak i franka. To właśnie to było powodem tego, że silnie powiązana z euro złotówka również przestała się umacniać.

Dobry tydzień złotego

Pomimo problemów we Włoszech kończący się dzisiaj tydzień był na rynkach walutowych bardzo dobry dla złotego. Euro staniało z 4,31 zł na 4,27 zł. Frank z 3,83 zł na 3,76 zł. Dolar i funt z kolei pozostały na zbliżonych poziomach przez cały ten czas odpowiednio w okolicach 3,66 zł i 4,80 zł. Powodem tego faktu, były lepsze sygnały z wysp, które pozwoliły się tym walutom umocnić względem euro podobnie jak złotemu. Większa przecena franka wynikała z faktu, że analitycy coraz mniej się boją skrajnych scenariuszy. Tym samym nie są tak chętni do lokowania środków w ujemnie oprocentowanej szwajcarskiej bezpiecznej przystani.

Sprzedaż detaliczna wciąż w górę

O 10:00 poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej w Polsce. W ciągu roku wzrosła ona o imponujące 9%. Z jednej strony jest to zasługą dobrej koniunktury. Z drugiej strony rząd wykorzystuje dobrą sytuację do większych transferów socjalnych do społeczeństwa, które przekładają się głównie na konsumpcję a tym samym sprzedaż. Jak zareagował złoty? Dane zderzyły się w czasie z indeksami PMI w Europie. W rezultacie dobre dane z Polski zostały przykryte przez słabsze perspektywy gospodarcze naszych głównych partnerów handlowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 10:30 -Wielka Brytania – Produkt Krajowy Brutto, rewizja danych,
  • 14:30 – USA – dochody i wydatki amerykanów,
  • 15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Największa reforma emerytalna od lat – PPK (Pracownicze Plany Kapitałowe)

Piotr Kochański, Rafał Zięba
Piotr Kochański, Rafał Zięba

Nadciąga poważna przebudowa systemu emerytalnego. Chociaż wciąż jest jeszcze na etapie przygotowań, jej wprowadzenie nastąpi najprawdopodobniej bardzo szybko. Czy rzeczywiście zachęci ona Polaków do oszczędzania na emeryturę? O ile wzrosną koszty pracy i jak wpłynie to na rynek inwestycyjny?

Prace nad nową reformą systemu emerytalnego, która wprowadza pracownicze programy kapitałowe (PPK), nabierają rozpędu. Reforma ta została właśnie przyjęta przez rząd. Jakie ma ona znaczenie i kiedy ujrzy światło dzienne?

Piotr Kochański: Będzie to największa przebudowa funduszu emerytalnego od 2013 r., w którym zlikwidowano niemal wszystkie otwarte fundusze emerytalne (OFE). Program obejmie 11 milionów Polaków, 9 milionów z sektora prywatnego i 2 miliony z sektora publicznego. Obejmie on nie tylko osoby pracujące na podstawie umów o pracę, ale także na podstawie umów cywilnoprawnych. Program ten wejdzie w życie już w styczniu 2019 r. Podmiotom zatrudniającym wielu pracowników zostanie wówczas tylko sześć miesięcy na podpisanie umów z funduszami inwestycyjnymi i przystąpienie do pobierania składek.

Wydaje się, że jest to bardzo dobra inicjatywa, która może pomóc w zbudowaniu elementu kapitałowego w systemie emerytalnym. W przeszłości były już takie próby, np. w przypadku dobrowolnych pracowniczych programów emerytalnych (PPE). Ich wpływ był jednak zaledwie marginalny. Utworzono jedynie niewiele ponad 1000 takich programów.

Dlaczego PPK miałyby wypaść lepiej od PPE?

Rafał Zięba: Przede wszystkim są one obowiązkowe dla wszystkich pracodawców, nawet tych, którzy zatrudniają tylko jedną osobę. Pracodawcy będą musieli podpisać umowy z odpowiednimi funduszami, a swoim pracownikom zaoferować PPK. Szczególnie ważne jest to, aby obejmowały one wszystkich pracowników, nawet pracowników kontraktowych, o ile w ramach ich umów (w tym umów zlecenia) wymagane jest odprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne.

P.K.: System samoczynnie obejmie pracowników. Ich subskrypcja do pojedynczego (lub wielu) PPK nastąpi automatycznie. Pracownik może zrezygnować z programu w każdej chwili, jednak po czterech latach zostanie on jeszcze raz objęty takim programem, po czym będzie mógł z niego ponownie zrezygnować.

Czy będą one cieszyły się popularnością wśród pracowników?

P.K.: Z pracowniczymi programami emerytalnymi spotkałem się po raz pierwszy jako młody prawnik, po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Uczestnicząc w rekrutacji do kancelarii prawnej, jedną z kart przetargowych, które mój przyszły pracodawca wykorzystał, był program emerytalny. To kolejny aspekt tych programów – mogą one służyć pracodawcom do przyciągania pracowników.

Jako pracodawcy prowadzący w Polsce kancelarię prawną oraz inne spółki doradcze i produkujące oprogramowanie, stosujemy szereg zachęt finansowych, których celem jest wzmocnienie więzi z naszymi protegowanymi i najcenniejszymi pracownikami w naszej organizacji. Najlepszymi zachętami są te, z których pracownicy mogą czerpać długoterminowe korzyści, generujące bezpieczne zyski dzięki stabilnemu oprocentowaniu zainwestowanego kapitału. PPK wydają się być dostosowane do tej wizji i inspirują nas do opracowywania nowych zachęt dla pracowników, które tworzą rzeczywiste więzi z pracodawcą. Jednocześnie zapewniają one rzeczywisty, namacalny system wynagradzania pracownika i pracodawcy za wspólnie wykonywaną pracę.

Co, jeśli pracodawca nie zechce podpisać umowy z funduszem?

R.Z.: Osobom, które nie podpiszą umowy lub nie odprowadzą składek, będą groziły kary w wysokości od 1 000 PLN do 1 mln PLN. Ponadto, jeśli pracodawca „nakłaniał” pracownika do rezygnacji z PPK, grożą mu również grzywny w wysokości do 1,5 proc. całego rocznego funduszu wynagrodzeń.

W jakim stopniu będą one egzekwowane? Wiemy, że sądy pracy dość skutecznie chronią pracowników przed niewłaściwym postępowaniem pracodawców.

P.K.: Biorąc pod uwagę wysokość grożących kar, tj. do 1 mln PLN lub do 1,5 proc. całego rocznego funduszu wynagrodzeń – pracodawcy nie mogą sobie pozwolić na ignorowanie przepisów PPK. Podobne mechanizmy już stosowane są w polskim ustawodawstwie, jak choćby w przypadku RODO lub przepisów antymonopolowych, gdzie zagrożenie wprost nawiązuje do osiąganych przychodów. Stosowanie nowych przepisów mają zapewnić przewidziane w ustawie o PPK mechanizmy kontroli, w tym przepływ informacji o pracodawcach zobowiązanych do stworzenia PPK, a także nowe uprawnienia kontrolne Państwowej Inspekcji Pracy.

Wydaje się, że zagrożenie grożącymi sankcjami na tym poziomie może rzeczywiście skutecznie przeciwdziałać niestosowaniu się do projektowanych przepisów.

Jednym z najbardziej oczywistych pytań jest to, z jakimi kosztami będzie wiązało się to dla pracodawcy i pracownika?

R.Z.: Minimalna składka pracownika wyniesie 2 proc. jego wynagrodzenia. Osoby, które zarabiają poniżej 120 proc. minimalnego wynagrodzenia (w 2019 r. – 2 664 PLN), będą mogły obniżyć wysokość składek do 0,5 proc. Jeśli pracownik zechce zaoszczędzić więcej, będzie mógł odłożyć kolejne 2 proc.

Pracodawca będzie zobowiązany do odprowadzenia składki w wysokości 1,5% wynagrodzenia, a także będzie mógł odprowadzić dodatkową składkę w wysokości 2,5%, co może stanowić dla pracodawców dodatkową zachętę do przyciągania utalentowanych osób.

Całkowita minimalna składka wyniesie zatem od 3,5 proc. (2 proc. w przypadku osób o najniższych zarobkach) do nawet 8 proc.

Swój wkład do funduszu wniesie również SP w postaci tzw. „dopłaty powitalnej”, w ramach której przekaże 250 PLN na konto każdego pracownika. Co roku będzie obowiązywała tzw. „dopłata lojalnościowa”, która w 2019 r. wyniesie 240 PLN.

Czy ten dodatkowy koszt będzie istotnym czynnikiem dla spółek zainteresowanych inwestowaniem w Polsce?

P.K.: Nowy system nakłada dodatkowe koszty pracy. Już teraz, tj. jeszcze przed wdrożeniem systemu, spółki analizują, czy bardziej opłacalne nie byłoby wprowadzenie PPE zamiast PPK. Jeżeli pracodawca zaproponował już dołączenie do PPE, odprowadził składkę w wysokości co najmniej 3,5% i co najmniej 25% pracowników dołączyło do PPE, nie będzie musiał on odprowadzać składek za pracowników objętych już zakładowym PPE.

R.Z.: Patrząc z perspektywy globalnej koszty te nie będą wymierne, niemniej trzeba wziąć pod uwagę indywidualne wyniki finansowe. Przykładowo dla samej branży górniczej ten koszt obliczany jest na ok. 107 mln PLN. To w kontekście osiąganych przychodów w tym sektorze może wydawać się niewiele, ale już w kontekście wrażliwości na wahania koniunktury w przemyśle wydobywczym, w przypadku poszczególnych spółek, może być wymiernym, ważnym kosztem mającym wpływ na wynik finansowy.

Kto będzie odpowiedzialny za zarządzanie nowymi funduszami emerytalnymi?

P.K.: PPK będą mogły być oferowane przez fundusze inwestycyjne, pracownicze fundusze emerytalne i towarzystwa ubezpieczeń na życie. Instytucje te będą musiały złożyć wniosek o wpisanie ich do tzw. rejestru PPK, który będzie prowadzony przez Polski Fundusz Rozwoju.

A do kogo należy wybór funduszu, od którego mają zależeć przyszłe emerytury pracowników?

P.K.: Pracodawca wraz ze związkami zawodowymi lub przedstawicielami pracowników, jeśli w spółce nie ma związków zawodowych.

Co się stanie w przypadku zmiany pracy? Gdzie trafią pieniądze? Zostaną przeniesione do funduszu u nowego pracodawcy?

P.K.: Zgromadzone w PPK środki będą podążać za pracownikiem. W przypadku zmiany pracodawcy zgromadzone już środki mogą zostać przeniesione na inne konto PPK u nowego pracodawcy. System zakłada dalsze pozyskiwanie środków, a zmiana pracodawcy nie będzie miała negatywnego wpływu na już zgromadzone środki.

Polacy nie mają dobrych doświadczeń z prywatnymi programami emerytalnymi. Wprowadzone w 1999 r. prywatne fundusze emerytalne OFE zostały niemal całkowicie zlikwidowane w 2013 r., pozostawiając wielu Polaków rozgoryczonych tym, że ich oszczędności zostały w praktyce przeznaczone na zmniejszenie deficytu budżetowego. Jakiej rekcji na wprowadzenie nowych przepisów można oczekiwać z ich strony?

R.Z.: OFE były krytykowane z wielu powodów. Większość z tych kwestii została rozwiązana w ramach nowo proponowanego programu. Ustawodawca na przykład wyraźnie stwierdził, że zgromadzone w programach pieniądze stanowią prywatną własność pracownika. Nie będą one podlegać egzekucji sądowej, z wyjątkiem egzekucji alimentów. Pieniądze te będą również dziedziczone przez rodzinę pracownika.

Ponadto ograniczono opłaty za zarządzanie funduszami emerytalnymi, które spotkały się z falą krytyki w obliczu kryzysu w 2008 r. Zarządzający funduszami będą pobierać jedynie opłatę za zarządzanie w wysokości do 0,5 proc. aktywów funduszu, którą będą mogli podnieść do 0,6 proc. tylko w przypadku osiągnięcia dodatniej stopy zwrotu, która przekracza referencyjną stopę zwrotu ustaloną przez Ministerstwo Finansów oraz opartą na międzybankowej stopie referencyjnej i obligacjach pięcioletnich. Dla porównania wynagrodzenie za zarządzanie funduszami inwestycyjnymi w 2016 r. sięgało nawet 4 proc.

Jeśli gromadzone w PPK środki są rzeczywiście prywatnymi pieniędzmi Polaków, to na jakich warunkach będą mogli je wycofać?

R.Z.: Po osiągnięciu 60. roku życia będą mieli prawo przede wszystkim do wypłaty 25 proc. swoich pieniędzy w formie ryczałtu oraz do wypłaty pozostałej części w co najmniej 120 miesięcznych ratach. W przypadku choroby – własnej, małżonka lub dzieci – będą także uprawnieni do wypłaty 25 proc. tych środków w formie ryczałtu. Jeśli będą chcieli kupić lub zbudować dom, będą mogli wycofać wszystkie zgromadzone pieniądze, jednak w ciągu następnych 15 lat będą musieli wpłacić je z powrotem do funduszu.

Wszyscy wciąż pamiętamy, co stało się z wieloma funduszami emerytalnymi w latach 2008 i 2009. W czasie kryzysu finansowego wiele z nich „wyparowało”. Czy Polacy będą czuć się bezpiecznie, inwestując w fundusze emerytalne?

P.K.: Wszystko zależy od sposobu zarządzania tymi funduszami. Ustawodawca podjął pewne środki ostrożności, aby zapewnić, że zgromadzone w tych funduszach pieniądze są inwestowane bezpiecznie. Na przykład im bliżej wieku emerytalnego będzie pracownik, tym mniejsze będzie dopuszczalne ryzyko w portfelu inwestycyjnym. Tak więc struktura inwestycji będzie inna w przypadku 25-latka niż 40-latka lub 60-latka.

Skoro istnieje tak wiele ograniczeń dotyczących sposobu zarządzania tymi funduszami, czy fundusze inwestycyjne i towarzystwa ubezpieczeniowe będą faktycznie zainteresowane ich prowadzeniem?

P.K.: Tutaj teoria spotka się z rzeczywistością. Wszyscy mamy nadzieję na jak najlepszy rozwój wypadków. Zdecydowanie nie można tego pozostawić przypadkowi. Musi istnieć system, który zapewni, że fundusze te będą prowadzone w sposób profesjonalny i rozsądny.

Obawiam się, że wdrożenie może nastąpić zbyt szybko, aby instytucje mogły stworzyć zespoły, narzędzia i know-how potrzebne do uruchomienia PPK w odpowiednim czasie. Następnie pojawia się pytanie o to, czy uda nam się zebrać liczne grono osób zarządzających systemem, które będą w stanie od razu zapewnić skuteczne zarządzanie tymi funduszami. Osobiście obawiam się, że może to być trudne. Jednak na pochwałę zasługuje determinacja i perspektywiczne myślenie autorów projektu.ppk timeline

R.Z.: Z pewnością zarządzanie tym środkami musi być powierzane tylko i wyłącznie podmiotom profesjonalnym, które historycznie wykazały się należytą starannością i efektywnością. Przez ostatnie 25 lat zebraliśmy już wiele doświadczeń, które dają odpowiednią bazę do dokonania właściwego wyboru. Oczywiście wiadomym jest, że na rynku finansowym nie jest nic na sto procent, niemniej rozsądna i zdywersyfikowana polityka inwestycyjna może skutecznie zapobiegać wahaniom rynków kapitałowych czy różnicom w kursach wymiany walut.

Czy pieniądze z PPK będą w stanie tchnąć nowe życie w Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie, która została w dużej mierze zmarginalizowana po wycofaniu przez OFE kapitału w 2013 r.?

P.K.: Myślę, że wierzymy w to wszyscy, iż nowy system stanowić będzie wydajne źródło inwestycji na WSE. Obecnie płynność na polskiej giełdzie jest znacznie mniejsza niż parę lat temu, do czego niewątpliwie przyczyniły się zmiany prawne dotyczące otwartych funduszy emerytalnych. Taka sama sytuacja dotyczy nowych IPO, których liczba nie zbliża się do wyników z roku poprzedniego. PPK może być „nowym otwarciem” dla WSE, która z pewnością jest rynkiem odpowiednio uregulowanym i zasługującym na dynamiczny dalszy rozwój.

R.Z.: Trzeba przyznać, że oprócz samego braku odpowiedniego wolumenu środków finansowych na rynku giełdowym barierę stanowią niektóre przepisy, jak choćby regulacje dotyczące obrotu akcji, w przypadku gdy dana spółka jest użytkownikiem wieczystym gruntów rolnych. W takim przypadku spółki w prospekcie informować muszą o przysługujących ARR prawach pierwokupu wszystkich nowo emitowanych akcji, co dla potencjalnych inwestorów stanowi podwyższone ryzyko. Zniesienie tych ograniczeń w żaden sposób nie przyczyni się do osłabienia przepisów chroniących grunty rolne i poprawi atrakcyjność inwestowania w te spółki.

Podobne ograniczenie dotyczy spółek SP wpisanych na listę spółek strategicznych, gdzie zakaz obrotu dotyczy akcji będących własnością SP, co jest zrozumiałe, i jest rozciągany – wydaje się, że wbrew ustawie – także na obrót prawami poboru. W praktyce ogranicza to pulę nabywców do SP.

Niewątpliwie, aby stan GPW mógł ulec poprawie, ustawodawca, Komisja Nadzoru Finansowego lub Prokuratoria Generalna muszą rozwiązać kwestię stosowania tych przepisów.

Magiczna liczba trzy i realne obietnice, czyli jak zabrać się do sprzedaży?

Działasz na rynku od dłuższego czasu? A może od niedawna prowadzisz swój biznes lub dopiero rozkręcasz innowacyjny start up? Niezależnie do tego aby przetrwać i móc dalej się rozwijać, potrzebujesz osób zainteresowanych twoimi usługami lub produktami. Jak przygotować się do rozmowy z potencjalnymi klientami, żeby budować z nimi długotrwałe relacje?

Skup się na potrzebach

Istnieje wiele modeli biznesowych i technik sprzedażowych. Jeśli przygotowujesz się do rozmowy z potencjalnym klientem warto znać metodę CZK (skrót od pierwszych liter: cecha, zaleta, korzyść) który pomoże ci w opracowaniu argumentacji w oparciu o cechy, zalety i korzyści związane z twoją usługą lub produktem. Zgodnie z nią zaczynać powinno się od cech, czyli opisu elementów charakteryzujących produkt, które decydują o tym, jaki on jest. Następnie powinieneś przejść do wynikających z nich ogólnych zalet, a dalej do niezwykle ważnej kwestii – korzyści. – O ile zalety to uniwersalne plusy, korzyści odnoszą się już bezpośrednio do naszego rozmówcy. Chodzi o indywidualne zyski, jakie klient osiągnie dzięki zaspokojeniu swoich konkretnych potrzeb. Właśnie aspekt bezpośredniego odwołania się do nich jest kluczowy w modelu CZK. Wiedząc, czego oczekuje nasz rozmówca możemy działać niezwykle trafnie, rozkładając ciężar i akcent argumentacji proporcjonalnie do wagi, którą nasz potencjalny klient przykłada do danej kwestii – wyjaśnia Krzysztof Sójka, menedżer projektów w firmie szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Swoją wypowiedź możesz dodatkowo wzmocnić przekazując komunikaty w odpowiedniej formie, czyli osobistej i powiązanej z rozmówcą. Punktem wyjścia jest znajomość jego potrzeb, aby jednak jak najtrafniej na nie odpowiedzieć, warto znać kilka poniższych zasad.

Magiczna liczba trzy

Przygotowując się do rozmowy z potencjalnym klientem dobrze pamiętać o tym, że zarówno zbytnie ograniczenie wyboru, jak i za duży wachlarz dostępnych opcji, może skutkować rezygnacją bądź tzw. decyzyjnym zamieszaniem, czyli problemem z podjęciem decyzji. – Magiczna liczba w sprzedaży to trzy. Z jednej strony jest na tyle wysoka, że daje możliwość wyboru, z drugiej zaś na tyle niska, by nie powodować decyzyjnego bezwładu. Przeważnie mamy możliwość zaspokojenia potrzeb klienta na kilka sposobów. Jeżeli jednak nie możemy złożyć trzech konkretnych propozycji, poprzestańmy na dwóch. Ważne, by dać alternatywne rozwiązania – mówi Krzysztof Sójka z Integra Consulting Poland. Pamiętaj też o tym, że celem twojej prezentacji nie jest przedstawienie wszystkich cech wybranych produktów czy usług, ale omówienie i koncentrowanie się przede wszystkim na kluczowej dla twojego potencjalnego klienta korzyści. Uważaj więc na pułapkę przekonywania go do tego, co tak naprawdę wcale go nie interesuje bądź jest dla niego wręcz bezużyteczne. To tylko odciągnie jego uwagę od istoty twojej argumentacji.

Zawsze dotrzymuj słowa

W relacjach biznesowych bardzo istotną kwestią jest wiarygodność. Zawsze dotrzymuj więc obietnic, nawet tych najmniejszych i nigdy nie deklaruj czegoś, czego nie będziesz mógł zrobić. Pamiętaj o tym, że zaufanie, które zbudujesz w pozornie mało znaczących sytuacjach, może zadecydować o tym, czy rozmówca wybierze właśnie twoją firmę. Jeśli zapyta cię o opinię na temat oferty konkurencji, nie krytykuj jej, wspomnij jednak o tym, ze względu na jakie unikatowe cechy klienci wybierają twój produkt czy usługę. Koncentruj się na swoich zaletach i wyróżnikach, nie zaś na oczernianiu innych producentów czy dostawców usług.

Nie obrażaj się, tylko szukaj rozwiązań

Nawet jeśli masz już spore doświadczenie w skutecznym identyfikowaniu i zaspakajaniu potrzeb klienta, możliwe, że spotkasz się z jego zastrzeżeniami. Nie obawiaj się tego również, gdy dopiero zaczynasz budowanie relacji biznesowych. To naturalne, że w czasie twojej prezentacji klient może mieć pytania czy wątpliwości. Absolutnie ich nie ignoruj, tylko staraj się ustosunkować do wszystkich uwag. Spróbuj im sprostać poprzez znalezienie kreatywnego rozwiązania problemu i uwypuklenie zalet. – Radzenie sobie z zastrzeżeniami wymaga panowania nad swoimi emocjami. Niestety bywa, że dajemy się ponieść zachowaniom mało skutecznym, przyjmując wrogą postawę, której ceną jest utrata zamówienia, a w dalszej perspektywie także kontraktu z klientem. Zamiast robić uniki, warto dokonać świadomego wyboru swojej reakcji. Umiejętne wyjaśnienie wątpliwości klienta i zmierzenia się z jego ewentualnymi obiekcjami może pomóc zyskać w jego oczach na wiarygodności – mówi Krzysztof Sójka z Integra Consulting Poland. – Pamiętajmy o tym, że to kwestia kluczowe, jeśli chcemy budować długotrwałe relacje biznesowe – dodaje.

ABS Investment S.A. inwestuje w Instytut Szkoleń i Analiz Gospodarczych

Spółka ABS Investment S.A. dokonała zakupu akcji spółki Instytut Szkoleń i Analiz Gospodarczych S.A. i przekroczyła próg 5% głosów na WZA tego podmiotu. Zaangażowanie kapitałowe Emitenta w ISiAG S.A. wpisuje się w założenia jego polityki inwestycyjnej.

ABS Investment S.A. poinformowała o nabyciu 400.000 akcji notowanej na rynku NewConnect spółki Instytut Szkoleń i Analiz Gospodarczych S.A. i posiada obecnie 403.500 akcji tej spółki, co stanowi 5,93% udziału w jej kapitale zakładowym oraz w ogólnej liczbie głosów na WZA. ISiAG S.A. to podmiot notowany na rynku NewConnect od czerwca 2011 r., którego podstawowym przedmiotem działalności jest organizowanie i prowadzenie szkoleń dedykowanych. Spółka w trakcie swojej wieloletniej działalności wypracowała własną i rozpoznawalną markę, posiada własne call center oraz współpracuje z wysokiej klasy kadrą szkoleniową, co stanowi jej istotne przewagi konkurencyjne. ISiAG S.A. prowadzi również działalność naukowo-badawczą i specjalizuje się w badaniu rynku w zakresie odbiorcy profilowanego przez danego zleceniodawcę, wykorzystując przy tym nowoczesne metody gwarantujące wysoką efektywność. Zarząd ABS Investment S.A. bardzo optymistycznie ocenia potencjał nowej spółki portfelowej i liczy, że inwestycja przełoży się pozytywnie na wzrost wartości całego portfela inwestycyjnego.

„Decyzja o tej inwestycji została spowodowana oczekiwaną synergią w obszarze szkoleń i analiz gospodarczych ze spółkami z portfela ABS. Drugim czynnikiem, który zadecydował o inwestycji był bardzo interesujący pomysł na biznes w spółce zależnej Medical Apartments Sp. z o.o. Zamierzamy aktywnie uczestniczyć w planowanym procesie połącznia ISiAG z tą spółką oraz wspierać rozwój połączonych biznesów. Dodatkowo, bardzo dobrze oceniamy poziom zarządzania w ISiAG. Liczę na to, że ta inwestycja znajdzie się w TOP 15 inwestycji ABS.” – wyjaśnia Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

We wrześniu 2018 r. Instytut Szkoleń i Analiz Gospodarczych S.A. podpisał ze swoją spółką zależną Medical Apartments Sp. z o.o. list intencyjny, w którym obie spółki zgodnie wyznaczyły sobie cel rozpoczęcia współpracy w kierunku połączenia obu podmiotów oraz zmiany profilu działalności i nazwy. Spółki określiły, że priorytetem dla współpracy będzie to, że Medical Apartments Sp. z o.o. planuje przedsięwzięcie biznesowe, które będzie polegać na prowadzeniu turnusów dietetyczno-oczyszczających. Działalność ta stanie się dominującą po połączeniu obu podmiotów. Z kolei dotychczasowa działalność szkoleniowa oraz naukowo-badawcza będzie realizowana w ramach połączonego podmiotu.

„Pomysł biznesowy realizowany w spółce zależnej Medical Apartments w mojej ocenie jest nowatorski i wpisuje się w trend dbania o wypoczynek w połączeniu ze zdrową żywnością. Powodzenie tego projektu w Nowogrodzie umożliwi jego powielanie w innych lokalizacjach, co będzie skutkować zwiększeniem zarówno skali biznesu, jak i jego wartości. Nie bez znaczenia pozostaje również aspekt badawczo-rozwojowy tego projektu.” – podsumowuje Prezes Jarosz.

ABS Investment S.A. zakończyła 2017 r. zyskiem netto w wysokości 3,97 zł utrzymując dzięki temu bardzo dobre wyniki finansowe w trzyletnim cyklu. Łącznie w latach 2015-2017 zysk netto Spółki wyniósł blisko 10,3 mln zł, istotnie zwiększając w ten sposób poziom aktywów i kapitałów własnych.

Na początku 2018 r. Zarząd ABS Investment S.A. poinformował, że po przeprowadzonych rozmowach z Zarządem notowanej na rynku NewConnect spółki Beskidzkie Biuro Consultingowe S.A. (BBC) podjął decyzję o przeanalizowaniu opcji strategii rozwoju Spółki polegającej na możliwości stworzenia Grupy Kapitałowej z BBC jako podmiotem zależnym lub połączenia się z BBC w drodze przejęcia tej spółki.

Polska 8. rynkiem handlu artykułami spożywczymi w Europie

Do 2022 handel artykułami spożywczymi na Starym Kontynencie urośnie o 377,6 mld euro, osiągając wartość 2 289 mld euro. Według firmy IGD, motorem napędowym będą kraje Europy Centralnej. Nad Wisłą sprzedaż artykułów spożywczych będzie rosła w tempie 3,1% rok do roku. To szybciej niż w krajach bogatszych od Polski — Francji (2,1%), Niemczech (2%), czy Włoszech (2%). Zdaniem ekspertów, inwestycje w nowe technologie mogą jeszcze przyspieszyć rozwój rynku.

Analitycy z IGD oceniają, że europejski rynek handel artykułami spożywczymi do końca 2022 roku będzie rósł rok do roku w tempie na poziomie 3,7%. To spowoduje, że już za cztery lata rynek będzie wart 2 289 mld euro. To o 23% więcej niż dziś.

Rynek Handlu Artykułami Spożywczymi w Europie w 2022Przez najbliższe cztery lata rynki, które warte są najwięcej warte, utrzymają swoje pozycje. I tak liderem handlu artykułami spożywczymi w Europie jest Rosja. Według analiz IGD, rynek w największym kraju globu jest wart aż 284 mld euro. W 2022 będzie to już 359 mld euro. Dalej są nasi zachodni sąsiedzi, których sprzedaż artykułów spożywczych jest wyceniania dziś na 239 mld euro. Za cztery lata urośnie ona o 25 mld euro, osiągając wartość 264 mld. Tuż za Niemcami jest rynek francuski, który wart jest dziś 224 mld, a w 2022 r. będzie to już 250 mld. – Wartość jaką osiągnie rynek rynku handlu artykułami spożywczymi w 2022 roku będzie odpowiadał za 16% globalnych wydatków. Szczególnie w Europy Wschodniej i Centralnej możemy spodziewać, że rynek będzie dynamicznie się rozwijał – wyjaśnia Wojciech Stramski CEO Lab4Motion, która dostarcza rozwiązania analityczne dla m.in. sieci handlowych.

Liczby potwierdzają słowa eksperta. W pierwszej dziesiątce państw, w których tempo wzrostu rynku handlu artykułami spożywczymi będzie najszybsze, jest 6 krajów ze wschodniej i środkowej części kontynentu. Według danych IGD prawdziwy boom w spożywczym handlu będzie w Turcji. W tym kraju rynek będzie rok rocznie rósł w 11% tempie. To spowoduje, że do 2022 roku rynek handlu artykułami spożywczymi w tradycyjnym formacie nad Bosforem urośnie aż o 83 mld euro, osiągając wartość 195 mld euro. Dalej jest Ukraina, w której rynek będzie rozwijał się 8,1% rdr i Norwegia – 5,3%.Roczny Wskaźnik Wzrostu TOP 10

8 rynek Europy

Polska to dziś ósmy rynek handlu artykułami spożywczymi w Europie. Eksperci wyceniają jego wartość na prawie 63 mld euro. To prawie trzy razy więcej niż w sąsiednich Czechach. A jak oceniają eksperci IGD, przez najbliższe cztery lata rynek będzie rósł o 3,1% rok rocznie. Jeżeli rynek nad Wisłą będzie rozwijał się w takim tempie, wówczas osiągnie wartość 73,22 mld euro. – Polski rynek rozwija się bardzo stabilnie. Wzrost o ponad 10 mld euro w ciągu czterech lat nie jest zaskoczeniem. Ponieważ dobra koniunktura napędza nasz sektor spożywczy. Najlepszym tego potwierdzeniem jest stale rosnąca liczba produktów w sklepach – wyjaśnia Wojciech Stramski z Lab4Motion i dodaje – Tylko w ubiegłym roku w Biedronce i Lidlu na półkach pojawiło się o ponad 20% więcej artykułów niż w 2016.

Walka o klienta

Rosnące wydatki to dobra wiadomość dla handlowców i producentów. Ponieważ to w sklepach stacjonarnych Polacy najczęściej kupują artykułu spożywcze. To duża szansa dla tych dostawców i retailerów, którzy planują digitalizację i wdrożenie rozwiązań poprawiające m.in. ekspozycję artykułów na półce. — Klienci oczekują od retailerów wygody, jaką daje e-commerce. Kupujący są przyzwyczajeni do natychmiastowego, spersonalizowanego i wygodnego korzystania z zakupów online, do którego przywykli korzystając z zakupów w sieci — tłumaczy Wojciech Stramski prezes firmy Lab4Motion i dodaje — Niezbędna będzie precyzyjna analiza zachowań konsumentów. Dogłębna wiedza uzyskana z precyzyjnej analityki może być wykorzystywana do budowania ofert w zupełnie nowy sposób. Handel stacjonarny, w znacznym stopniu jest jeszcze analogowy, ale z roku na rok wdraża zaawansowane rozwiązania technologiczne.

Prognozy Oxford Economics, pokazują dobitnie, że w ciągu najbliższych dwóch lat branża handlowa będzie inwestować w nowe technologie znacznie chętniej niż firmy z innych sektorów gospodarki. 2/3 detalistów twierdzi, że transformacja cyfrowa jest dziś klucze do przetrwania na rynku. Jedną z technologii, która już dziś zmienia sklepy, jest analiza półki sklepowej. — Skanowanie półek niedługo będzie standardem w branży handlowej. Dzięki temu rozwiązaniu retailerzy mogą zwiększyć sprzedaż i podnieść konkurencyjność. Jak pokazują dane, firmy, które wykorzystują analizę obrazu stałego, podnoszą sprzedaż od 3% do 5% — mówi Michael Valenti, ekspert Frost & Sullivan. Technologia rozpoznawania obrazu pozwala automatycznie wyłapywać szereg informacji, a dzięki algorytmowi maszynowego uczenia, jest dokładniejsza od człowieka o około 25 punktów procentowych, osiągając niemal 100% skuteczność monitoringu.

Zamieszanie we Włoszech spowodowało przecenę euro

Trzeci kwartał zamykałby się w pozytywnych nastrojach, gdyby nie dyskusja o włoskim budżecie, gdzie przyszłoroczna dziura będzie większa niż wcześniej zakładano. Jest to oczywiście negatywna informacja dla EUR, ale spadek EUR/USD o ponad centa wyolbrzymia faktyczny wpływ włoskiej polityki na rynek walutowy.

Czwartek był ostatnim dniem dla ustalenia szkicu włoskiego budżetu na 2019 r. i koalicja rządzących populistów uzgodniła deficyt na poziomie 2,4 proc. PKB. Jest to więcej od 1,6-1,9 proc. pojawiających się w konwersacjach w ostatnim czasie oraz deklaracjach ministra finansów. Jest to też trzy razy więcej od tego, co planował poprzedni rząd. Skok rentowności włoskich 10-latek o 20 pb na starcie piątkowego handlu nie może dziwić. Rzym może iść w spór z Brukselą, ale też wyższe ryzyko kredytowe może stać się pożywką dla spekulacji, że EBC z powodu wzrostu rentowności włoskich obligacji będzie odwlekał normalizację polityki. Kupujący EUR mogą czuć się niekomfortowo.

A jednak chciałbym odczarować skalę spadku EUR/USD z ostatnich kilkunastu godzin. Wieści z Włoch trafiły w wyjątkowo niewygodnym czasie. Zanim sprawa budżetu eksplodowała, rynek już był w fazie analizowania decyzji FOMC, która pomimo tego, że jej wstępny odbiór był gołębi, nie wystarczyła na popchniecie EUR/USD ponad 1,18. I od tego zaczęły się pierwsze problemy. Sporo rynku liczyło na wyrwanie się kursu z konsolidacji i porażka przerodziła się w kapitulację, a w czwartek rano informacje z Włoch dolały tylko oliwy do ognia. Nie chce powiedzieć, że spadki EUR/USD są nieuzasadnione (bo jak najbardziej są), ale kwestia włoskiego długu nie jest tak poważna dla wyceny EUR, jak by się mogło wydawać. Co przede wszystkim się liczy dla EUR, to kierunek polityki EBC. Ostatnim razem prezes Draghi stwierdził, że bank nie widzi w temacie włoskich finansów żadnego czynnika ryzyka dla swoich prognoz. Zamieszanie w Italii całkowicie przyćmiło silny odczyt CPI z Niemiec (2,3 proc. r/r, prog. 1,9 proc.), a jak pamiętamy z początku tygodnia Draghi oczekuje „relatywnie energicznego” wzrostu inflacji. Wówczas sceptycznie podchodziłem do tego argumentu za optymizmem szefa EBC, ale być może dane w końcu zaczną za nim przemawiać. Dziś uwaga zostanie zwrócona na szacunki inflacji z Eurolandu, gdzie ryzyka wokół prognozy 2,1 proc. przeważają po pozytywnej stronie. Włoski szum z czasem przycichnie, ale silne dane zostaną. Warto o tym pamiętać na starcie nowego kwartału.

Poza włoskimi zawirowaniami, nastroje na rynkach są pozytywne. Wczoraj Wall Street pięło się w górę, a w nocy japoński Nikkei225 poprawił 27-letnie szczyty. Rynek zdaje się powoli zapominać o wakacyjnych koszmarach (wojny handlowe, Turcja), które w rzeczywistości nie przyniosły szoków wtórnych na inne rynki i globalną gospodarkę. Odrzucanie premii za ryzyko może być motorem dla wzrostu aktywów ryzykownych w kolejnych tygodniach, a zaostrzanie polityki monetarnej (nie tylko Fed) obudzi wzrost rentowności obligacji. Razem to niekorzystny mix dla bezpiecznych JPY i CHF. USD/JPY w nocy zaliczył tegoroczne szczyty, a warunki makro powinny sprzyjać kontynuacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs euro do dolara w dół, ale bez wpływu na kondycję złotego

Zaskakująco wyższa inflacja w Niemczech nie daje pola do spadków rentowności obligacji. Pomimo niższych notowań euro do dolara dobre nastroje nie opuszczają złotego. Kurs EUR/PLN zszedł już do wsparcia na 4,265.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W czwartek kurs EUR/PLN zszedł do 4,265 i to pomimo spadku EUR/USD poniżej 1,165. Najprawdopodobniej wsparciem dla PLN nadal pozostawał ostatni komentarz prezesa EBC, po którym na rynku pojawiły się nadzieje na szybsze niż dotąd oczekiwano podwyżki stóp w strefie euro. W ocenie Mario Draghiego w nadchodzących miesiącach w wyniku wyższego wzrostu płac można też podziewać się przyspieszenia tempa inflacji (co potwierdziła wczorajsza publikacja inflacji z Niemiec). Nie bez znaczenia dla notowań złotego jest też usunięcie z wrześniowego komunikatu Fed-u sformułowania, że polityka pieniężna w USA pozostanie „akomodacyjna”. To oznaczać może, że w ocenie Fed-u stopy procentowe są coraz bliżej poziomu „neutralnego”, przez co bliski zaczyna być koniec cyklu ich podwyżek.

Spadek EUR/USD można tłumaczyć powrotem obaw o stan finansów publicznych Włoch. Już podczas sesji europejskie na rynku pojawiły się obawy o możliwy wzrost docelowego poziomu deficytu, po informacjach, że planowane prace nad projektem budżetu mogą się opóźnić. O ile ostatnie komentarze sugerowały, że deficyt będzie się kształtował w okolicach 2,0%, to jednak groźby Ruchu 5 Gwiazd sugerowały, że może być to więcej, co wzbudzało niepokój o stabilności włoskich finansów publicznych i przebieg rozmów z Brukselą. Późnym wieczorem po długich negocjacjach i groźbie impasu rządząca we Włoszech koalicja potwierdziła deficyt na poziomie 2,4% PKB na 2019 rok. Do tego na notowaniach wspólnej waluty ciążyły też opublikowane dane, które pokazały, że nastroje gospodarce EZ słabną nieprzerwanie od dziewięciu miesięcy, co jest najdłuższą taką serią od 2011r., wywołaną niepewnością związaną z polityką (w tym napięciami we Włoszech) i protekcjonizmem Trumpa. Indeks nastrojów konsumentów spadł we wrześniu do -2,9 pkt z -1,9 pkt w sierpniu. Z kolei wskaźnik dla producentów obniżył się z 5,6 do 4,7 pkt. Ogólny wskaźnik nastrojów gospodarce spadł zaś z 111,6 do 110,9 pkt. EBC opublikował też biuletyn ekonomiczny, który potwierdził, że tempo wzrostu globalnej gospodarki może zwolnić w najbliższym czasie, a ryzyko związane z konfliktem handlowym może negatywnie wpływać na nastroje na światowych rynkach.

Na rynku stopy procentowej wynik posiedzenia Fed przyniósł lekkie spadki rentowności obligacji, jednak dotyczyły one w głównej mierze rynku amerykańskiego i nie przekraczały 5pb. Rentowności polskich papierów z kolei utrzymały się w pobliżu poziomów obserwowanych w ostatnich dniach, gdzie rentowności obligacji 5-letnich są powyżej 2,55%, a 10-letnich powyżej 3,25%. Na podwyższonych poziomach utrzymała się również niemiecka krzywa dochodowości, gdzie 10Y Bund oscyluje pomiędzy 0,50% a 0,55%. W czwartek opublikowany został wstępny szacunek inflacji za wrzesień, zgodnie z którym niemieckie CPI przyspieszyło do 2,3% r/r z 2,0% w sierpniu. Niemiecki odczyt wpisuje się w przedstawiane ostatnio stanowisko Draghi’ego na temat „energicznego” wzrostu cen. Na poniedziałek zaplanowana jest publikacja inflacji w Polsce, gdzie rynek oczekuje odczytu zbliżonego do 2% r/r (podobnie jak w sierpniu).

W piątek dla inwestorów na polskim rynku dłużnym istotna może okazać się publikacja planu podaży obligacji przez Ministerstwo Finansów w czwartym kwartale. Po tym, jak MF zdecydował się na odwołanie jednego z wrześniowym przetargów, szacujemy, że podaż w całym Q4 powinna być zbliżona do 20-25mld PLN (uwzględniając aukcje zamiany). Taka informacja powinna sprzyjać stabilizacji polskiej krzywej dochodowości.

Wykres dnia: Publikowana w czwartek inflacja dla Niemiec okazała się wyższa od oczekiwań rynku. W poniedziałek swój szacunek CPI za wrzesień poda GUS.

inflacja dla Niemiec okazała się wyższa od oczekiwań rynku
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Split payment szansą na wzrost rynku faktoringu w Polsce?

Obowiązujące od 1 lipca 2018 roku przepisy dotyczące split payment, czyli podzielonej płatności w VAT, miały uszczelnić system podatkowy, zabezpieczając Skarb Państwa przed nadużyciami. Trudno po jednym kwartale od ich wdrożenia mówić już o pozytywnych efektach w tym wymiarze, ale warto przyjrzeć się, kto w dłuższej perspektywie może na nich skorzystać. Według ekspertów Aforti Factor na wprowadzonych zmianach zyska nie tylko państwo. Nowe przepisy mogą się również pośrednio przyczynić do wzrostu rynku faktoringu w Polsce, otwartego na wsparcie przedsiębiorców poszukujących dostępu do gotówki.

Wprowadzone w lipcu 2018 roku przepisy dotyczące podzielonej płatności nadal rodzą wiele obaw wśród mikro, małych i średnich przedsiębiorców rozliczających się z fiskusem. Mimo tego, w lipcu i sierpniu 2018 roku z opcji podzielonej płatności skorzystało już – według najnowszych danych Ministerstwa Finansów – ok. 120 tys. przedsiębiorstw, czyli ponad 7 proc. uprawnionych firm. Jednocześnie liczba transakcji rozliczonych z wykorzystaniem systemu split payment – sięgająca 2,4 mln – stanowiła 1,5 proc. wszystkich operacji między firmami odprowadzającymi podatek VAT, a ich wartość – szacowana na ok. 40 mld zł – oscyluje na poziomie ok. 5-procentowego udziału we wszystkich transakcjach tego typu.

Mimo bezsprzecznych korzyści dla sektora finansów, głównym problemem z perspektywy firm sektora MSP, związanym z wprowadzeniem mechanizmu podzielonej płatności, jest brak swobody w obracaniu przez przedsiębiorcę środkami finansowymi zgromadzonymi na rachunku VAT, na który trafi 23 proc. z kwoty widniejącej na wystawionej przez nich fakturze. Dysponowanie tymi zasobami będzie możliwe dopiero po wydaniu zgody urzędnika, który na podjęcie decyzji ma aż 60 dni. Tym samym, obiekcje przedsiębiorców dotyczące split payment wynikają z tego, że część należnych im środków trafi nie bezpośrednio do nich, ale na specjalnie utworzone konta. „Zamrożone” w ten sposób pieniądze mogą stanowić realne zagrożenie dla prowadzonych biznesów, ograniczając płynność finansową, a tym samym realizację bieżących zleceń. Czy te obawy są słuszne?

W opinii ekspertów Aforti Factor, split payment jako rozwiązanie systemowe – ale jednocześnie nieobowiązkowe – nie powinien budzić niepokoju wśród przedsiębiorców. Co prawda, nie mają oni wpływu na to, czy i ilu ich płatników zechce skorzystać z tej formuły, ale jednocześnie mogą zapewnić sobie alternatywne źródło finansowania faktur opłacanych przez ich klientów zgodnie z zasadą split payment. Umożliwia to chociażby rosnący na popularności faktoring.

Z danych Polskiego Związku Faktorów (PZF) wynika, że w 2017 roku firmy faktoringowe sfinansowały wierzytelności o łącznej wartości 185 mld zł, obsługując ok. 10,2 mln faktur. Oznacza to wzrost obrotów o 16,7 proc. rok do roku. Jednocześnie z usług tego typu skorzystało 9 tys. klientów względem niespełna 8 tys. w 2016 roku. Oznacza to, że nasycenie krajowego rynku faktoringu nie jest jeszcze duże, chociaż już ponad 14 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorców korzysta z tego rozwiązania. Dodatkową szansą na rozwój branży finansowania faktur staje się zatem pośrednio wprowadzenie systemu split payment, którego niepotrzebnie obawiają się polscy przedsiębiorcy.

Warto podkreślić, że pomniejszone ‘chwilowo’ wpływy firmy – powstałe w wyniku podzielonej płatności – można zastąpić finansowaniem zewnętrznym, oferowanym przez firmy faktoringowe, doskonale przygotowane do tego, by odciążać przedsiębiorców w tego typu sytuacjach.

Z rynkowych obserwacji ekspertów Aforti Factor wynika, że niektóre z nich już od momentu wprowadzenia rozwiązania split payment zapewniają mikro, małym i średnim przedsiębiorcom wypłatę do 100 proc. zgłoszonych faktur, bez względu na konieczność odprowadzenia podatku VAT na osobny rachunek. Tym samym, mechanizm podzielonej płatność nie wpływa na wielkość wypłacanych klientom zaliczek, co pozwala na zachowanie płynności finansowej, szczególnie istotnej w przypadku najmniejszych firm, bazujących na bieżącym przepływie gotówki i środkach własnych.

Mimo obaw samych przedsiębiorców, dotyczących działania systemu split payment, nowe rozwiązanie może skutecznie przyczynić się do wzrostu popularności faktoringu, w oparciu o który firmy z sektora MSP mają dostęp do zewnętrznego finansowania faktur realizowanych w systemie podzielonej płatności. Nawet jeżeli udział tej grupy przedsiębiorców w strukturze klientów firm faktoringowych nie będzie duży, według ekspertów Aforti Factor może to mimo wszystko skutkować wzrostem liczby klientów, jak też wartości wierzytelności finansowanych przez firm faktoringowe, dając grunt pod perspektywy dynamicznego rozwoju rodzimego rynku finansowania faktur.

Jacek Książek, Dyrektor Zarządzający ds. sprzedaży faktoringu, Aforti Factor / Grupa AFORTI

Grupa Murapol zakontraktowała grunt przy ul. Pachońskiego w Krakowie za kwotę ok. 27,1 mln zł netto

Grupa Murapol zawarła warunkową przedwstępną umowę dot. zakupu prawa użytkowania wieczystego nieruchomości przy ul. Pachońskiego w Krakowie, o łącznej powierzchni 2,04 ha za kwotę ok. 27,1 mln zł netto. Na zakontraktowanych terenie deweloper zamierza zrealizować projekt inwestycyjny obejmujący 572 lokale mieszkalne o łącznej powierzchni użytkowej ponad 23,5 tys. mkw.

Zawarta umowa dotyczy gruntu, który historycznie był już zakontraktowany przez Murapol, ale Spółka odmówiła zawarcia przyrzeczonej umowy dot. zakupu tego terenu. Podpisany dzisiaj dokument reguluje kwestie sporne, które stanowiły podstawę ww. odmowy, tj. zawiera zobowiązanie sprzedającego do pokrycia z ceny sprzedaży nieruchomości opłaty za zmianę ich celu użytkowania wieczystego. Ponadto przyrzeczona umowa sprzedaży prawa użytkowania wieczystego gruntu zostanie podpisana do 31 maja 2019 roku po spełnieniu warunku zawieszającego, jakim jest doprowadzenie przez sprzedającego do zmiany terminów zagospodarowania jednej z nieruchomości na swój koszt i w sposób zgodny z oczekiwaniami kupującego, umożliwiający jej realizację zgodnie z przepisami prawa.

W dniu podpisania umowy przedwstępnej, Murapol wpłacił na rzecz sprzedającego zadatek oraz zaliczkę w łącznej kwocie 12 mln zł netto.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

– Pomimo odejścia od stołu rozmów ze sprzedającym, ostatecznie udało nam się dojść do konsensusu, a zawarte w podpisanej dzisiaj umowie nowe warunki współpracy są akceptowalne dla obydwu stron transakcji. Bardzo nas to cieszy, gdyż zakontraktowany grunt jest atrakcyjny inwestycyjnie, o czym wiedzieliśmy już w pierwszym podejściu do jego zakupu – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA.

Obecnie w sąsiedztwie zakontraktowanej nieruchomości Grupa Murapol realizuje projekt Murapol Parki Krakowa. W ramach pierwszego etapu inwestycji do dyspozycji klientów zostały postawione 152 mieszkania, a kolejne etapy są w przygotowaniu.

Sklepy stacjonarne z elektroniką idą w odstawkę. Polacy traktują je jak wystawy, a kupują w Internecie

Niemal połowa ankietowanych bezpośrednio przed zakupem sprzętu elektronicznego sprawdza ceny w Internecie. W tym kanale najchętniej nabywa go blisko 60% konsumentów. Tutaj trzeba zaznaczyć, że 22% porównuje oferty z sieci i ze sklepów stacjonarnych. Tuż przed transakcją łącznie 71% szuka tańszego towaru lub promocji. Dokładnie w tym celu 24% respondentów wykorzystuje gazetki elektroniczne, a 11% – papierowe. Natomiast 33% używa do tego porównywarek cenowych. Według ekspertów, wyniki badania Grupy AdRetail i Hiper-Com Poland jednoznacznie potwierdzają wieloletnie obserwacje, z których wynika, że jednak tradycyjne publikacje i handel stacjonarny stopniowo odchodzą do lamusa.

Szukamy w sieci

Aż 49% konsumentów sprawdza koszty zakupu elektroniki w sieci – w porównywarkach cen i na stronach internetowych. Natomiast ci, którzy wybierają gazetki handlowe, wolą wersje elektroniczne od papierowych. Zdaniem Jacka Tredera, Process Managera z porównywarki cenowej Nokaut.pl, te pierwsze można szybko wyszukać w Internecie pod kątem aktualnych preferencji zakupowych. Druga forma zwykle trafia do naszej skrzynki losowo, więc rzadko odpowiada na bieżące potrzeby.

– Do sprawdzania cen konkretnego sprzętu w sieci wystarczają porównywarki. Jeśli klienci jeszcze nie sprecyzowali, np. modelu urządzenia, mogą szukać go w Internecie lub analizować gazetki. Te jednak ograniczają się do wybranych towarów. Nawet porównywanie propozycji z różnych publikacji dotyczy ograniczonego asortymentu. Nie ma też pewności, że ten sam produkt pojawi się w publikacjach i w serwisach internetowych – uważa Maciej Tygielski, szef sprzedaży w Grupie AdRetail.

Znakiem czasów jest też fakt, że łącznie już tylko 10% konsumentów sprawdza ceny osobiście lub telefonicznie w sklepie stacjonarnym. Według Huberta Majkowskiego, wynika to z faktu, że dostęp do informacji przez stronę internetową jest łatwiejszy i szybszy. Nie wymaga wyjaśnień, jakich cech i funkcji oczekujemy czy próśb o porównanie z innymi produktami. Niemniej zawsze będzie istnieć grupa ludzi preferujących tego typu kontakt.

– Nasze dane potwierdzają trend zanikania chętnych do poszukiwania ofert przez bezpośredni kontakt z placówkami stacjonarnymi. Wpływa na to brak czasu, umiejscowienie najciekawszych produktów tylko w centrach handlowych i komfort sprawdzenia ofert online. Ta mniejszość to prawdopodobnie najstarsi konsumenci, którzy oczekują rozmowy ze sprzedawcą. Jednocześnie nie wiedzą, że ich doradca ma wytyczne, co powinien sprzedawać zgodnie z polityką sieci czy sklepu – komentuje Maciej Tygielski.

Stawiamy na e-sklepy

Badanie wykazało, że 58% zainteresowanych kupnem sprzętu elektronicznego chce go nabywać w Internecie. W opinii Jacka Tredera, wynika to m.in. z dostępności ofert wielu sklepów oddalonych od miejsca zamieszkania i z możliwości przeprowadzenia zakupu nawet w późnych godzinach wieczornych. Ekspert zwraca również uwagę na coraz lepszą jakość prezentacji artykułów w sieci, atrakcyjne formy dostaw i łatwość zwrotu zakupionego towaru.

– Jednak 39% badanych najchętniej kupuje elektronikę w sklepach stacjonarnych. Tradycyjny sposób robienia zakupów preferują głównie konsumenci po 50. roku życia, a także osoby, które nie przyzwyczaiły się jeszcze do korzystania z nowych możliwości, jakie oferuje Internet. Ponadto niektórzy klienci potrzebują osobiście sprawdzić, jak działa wybrany sprzęt. Chcą np. przekonać się, czy jest wygodny w użyciu – informuje Hubert Majkowski.

Łącznie 68% respondentów przyznało, że bezpośrednio przed zakupem w jednym czasie poszukuje okazji w wielu miejscach. Szef sprzedaży w Grupie AdRetail uważa, że zapewne konsumenci liczą na znalezienie najtańszych propozycji. Dodaje też, że skoro 22% badanych porównuje ceny w Internecie z ofertami sklepów stacjonarnych, to prawdopodobnie oznacza chęć sprawdzenia, jak wypada konkretna placówka. 14% osób konfrontujących asortyment sklepów z promocjami w publikacjach sieci handlowych ma zapewne nadzieję na dokonanie korzystniejszego wyboru.

– Takie porównania świadczą o dużej świadomości konsumenckiej i chęci dokonania najlepszego zakupu. Natomiast zestawienie propozycji z elektronicznych gazetek handlowych z ofertami tradycyjnych placówek to także próba sprawdzenia, czy faktycznie w Internecie jest taniej. Dla osób, które to praktykują, liczy się m.in. finalny koszt, czas dostawy i sposób płatności. Należy wskazać, że 11% ankietowanych analizuje różnice pomiędzy asortymentem sklepów stacjonarnych i produktami prezentowanymi w e-gazetkach oraz w papierowych publikacjach. To nie jest wysoki wskaźnik, ale przewiduję, że grupa świadomych klientów będzie się powiększać – mówi Country Manager Hiper-com Polska.

Jeden kierunek

W sumie 71% ankietowanych bezpośrednio przed zakupem szuka wybrany sprzęt elektroniczny w tańszej cenie lub w promocji. Wśród tych konsumentów 44% deklaruje, że raczej to praktykuje. W ocenie Macieja Tygielskiego, prawdopodobnie dopuszczają oni możliwość nabycia sprzętu w wyniku nagłej potrzeby. Jeśli np. psuje się telewizor, to klient szybko szuka zastępnika. W takiej sytuacji jest gotowy zapłacić więcej, nie oglądając się na okazje.

– E-gazetka to – zaraz po porównywarkach cenowych i wyszukiwarkach – jedna z lepszych form szukania w Internecie. Dlatego, chcąc znaleźć wybrany sprzęt w tańszej cenie lub w promocji tuż przed zakupem, aż 24% badanych korzysta z elektronicznych publikacji, a 11% – z papierowych – stwierdza Jacek Treder.

Hubert Majkowski zaznacza, że poszukiwanie promocji jest naturalne dla konsumentów mających sprecyzowane cele zakupowe. W takiej sytuacji skupiają się już tylko na najkorzystniejszej cenie. A tu pomagają porównywarki cen, z których korzysta aż 33% badanych. Z drugiej strony ekspert zauważa, że w świadomości konsumenckiej wciąż atrakcyjna propozycja w gazetce równa się najlepszej możliwej ofercie na rynku. Skoro wielka sieć handlowa pokazuje, że jest tańsza i lepsza od konkurencji, to prawdopodobnie tak jest. A to przekonanie kieruje część konsumentów do sprawdzania ofert w publikacjach elektronicznych i drukowanych.

– Świat handlu ewidentnie przenosi się do Internetu. W nim można poznać wszystkie produkty w dowolnych kategoriach, a często też znaleźć wyczerpujące informacje, od specyfikacji technicznych po recenzje sprzętu i urządzeń. W placówkach stacjonarnych trudno liczyć na fachową obsługę doradcy. Niełatwo spotkać konsultanta, który rzetelnie wyjaśni np. skąd biorą się różnice cen. A klienci, którzy odkryją lepsze usługi w Internecie, już nie wrócą do tradycyjnych zakupów. I to jest obecnie najważniejszy kierunek w zachodzących zmianach na rynku – podsumowuje Maciej Tygielski.

Badanie zostało przeprowadzone na terenie 6 dużych miast (Warszawa, Kraków, Katowice, Wrocław, Poznań i Łódź) na próbie 514 osób bezpośrednio kupujących w sklepach z elektroniką. Uczestnicy ankiety deklarowali, że co najmniej raz w roku sami robią tego typu zakupy, a także czytają lub szukają promocji w papierowych lub elektronicznych gazetkach handlowych.

Klastry mogą się przyczynić do powstania nowych przedsiębiorstw i innowacji. Krajom Grupy Wyszehradzkiej pomogą dogonić Europę w rozwoju technologicznym

Klastry mogą się przyczynić do powstania nowych przedsiębiorstw i innowacji. Krajom Grupy Wyszehradzkiej pomogą dogonić Europę w rozwoju technologicznym 8

Dzięki swojej innowacyjności klastry mogą się przyczynić do transformacji nie tylko polskiej, lecz także europejskiej gospodarki. Firmy z regionu Grupy Wyszehradzkiej należące do organizacji klastrowych reprezentują najwyższy poziom innowacji i zaawansowania technologicznego. Dlatego współpraca w ramach klastrów może przekierować gospodarkę tego regionu w kierunku Przemysłu 4.0, opartego na innowacjach i nowych trendach technologicznych. 

– Kraje Grupy Wyszehradzkiej mają podobną strukturę gospodarczą, charakteryzuje je dość duży udział przemysłu. W Czechach przekracza on 30 proc., w Polsce i pozostałych krajach jest to niespełna 30 proc. przy średniej dla krajów starej Unii na poziomie 17 proc. Wciąż jest to jednak przemysł mniej produktywny niż w Europie Zachodniej. Stąd też potrzeba, aby przekierować go na tory nowoczesnego, zasilanego cyfryzacją i robotyzacją Przemysłu 4.0. Rola klastrów jest tutaj ogromna – mówi Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju.

W Polsce działa ponad 100 klastrów (w tym 16 klastrów kluczowych o strategicznym znaczeniu dla gospodarki, wyłonionych w konkursie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii) – czyli organizacji skupiających firmy i jednostki naukowe z innowacyjnych sektorów gospodarki w określonych regionach Polski. Współpraca w ramach klastra pozwala im realizować wspólne prace badawczo-rozwojowe, przyciągać inwestycje i wymieniać doświadczenia, ułatwia nawiązywanie kontaktów handlowych. Najwięcej polskich klastrów działa w sektorze technologii ICT, przemysłu lotniczego, biotechnologii, przemysłu chemicznego, recyklingu oraz budownictwa.

– Istotą klastra jest podział wyspecjalizowanej pracy. Tam, gdzie jest wielu specjalistów i dużo specjalistycznych procesów, jest duża szansa na wyłonienie się zagłębia czy klastra pewnych kompetencji. Najczęściej ma to miejsce wtedy, kiedy mówimy o zrobieniu czegoś złożonego i trudnego – mówi Jan Staniłko, dyrektor Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.

Klaster stwarza korzystne warunki dla powstawania nowych przedsiębiorstw i rozwijania innowacji. Tworzy również nową wartość dla wszystkich podmiotów, które do niego przynależą – nie tylko firm, lecz także uczelni, instytucji naukowych, lokalnych samorządów i innych organizacji wspierających.

– Klastry zwiększają atrakcyjność gospodarek, głównie w sensie inwestycyjnym lub kontraktowym, oferując wyspecjalizowane usługi albo pewną komasację potencjału produkcyjnego. Z tym mamy obecnie do czynienia w krajach Europy Środkowej. Czeka je natomiast wejście na ścieżkę zdolności do tworzenia swoich własnych produktów. Taką zdolność uzyskuje się długo, bo jest to do skomplikowany proces przebudowy przedsiębiorstw. Z pozycji konsorcjum produkcyjnego muszą one przejść do aktywności opartych na współbieżnym projektowaniu różnych rzeczy. Jest to dużo bardziej złożone od strony zarządczej – mówi Jan Staniłko.

Klastry określa się mianem lokomotyw rozwoju regionalnego. Poprzez rozwój skupionych w nich podmiotów, przyczyniają się także do wzrostu innowacyjności całej krajowej gospodarki.

– Klastry przede wszystkim kładą nacisk na budowanie relacji, zaufania, kapitału społecznego. Dzięki temu, że organizujemy przedsiębiorców, łączymy ich z naukowcami, budujemy szanse współpracy i tak właśnie powstają innowacje – mówi Krzysztof Krystowski, prezes Związku Pracodawców Klastry Polskie.

Dzięki innowacjom klastry mogą przyczynić się do transformacji nie tylko polskiej, lecz także europejskiej gospodarki. Firmy z regionu Grupy Wyszehradzkiej, które należą do organizacji klastrowych, reprezentują najwyższy poziom innowacji i zaawansowania technologicznego w stosunku do średniej przemysłowej krajów V4. Dlatego współpraca w ramach klastrów może przekierować gospodarkę tego regionu w kierunku Przemysłu 4.0, opartego na innowacjach i nowych trendach technologicznych.

Bliższa współpraca podmiotów w regionie V4 oraz Industry 4.0 były głównymi tematami I Kongresu Klastrów Wyszehradzkich, który zakończył się wczoraj w Gliwicach. Ponad 40 ekspertów z 7 krajów – przedstawicieli biznesu, administracji publicznej i środowisk akademickich, głównie z Polski, Czech, Słowacji i Węgier – przez dwa dni debatowało m.in. o finansowaniu i najważniejszych problemach związanych z działalnością klastrów w regionie V4 oraz ich roli w reindustrializacji europejskiej gospodarki.

– Konkurencyjność firm w regionach bardzo często wiąże się z tzw. smart specialisation, czyli inteligentnymi specjalizacjami lokalnymi. Klastry są jednym z narzędzi, dzięki którym można wspierać i rozwijać takie inteligentne specjalizacje regionalne. My – jako klastry z Polski, Czech, Słowacji i Węgier –wspieramy przedsiębiorców poprzez budowanie infrastruktury zarówno społecznej, jak i technicznej, poprzez wspieranie ich inwestycji, rozwoju pracowników, prowadzeniu prac badawczych, żeby dzięki relacjom z nauką tworzyli nowe rozwiązania technologiczne i tworzyli innowacje, a dzięki temu stawali się bardziej konkurencyjni – mówi Krzysztof Krystowski.

Jak podkreśla, Grupa Wyszehradzka należy do przemysłowych liderów Europy. Spośród pięciu państw UE, w których przemysł odgrywa największą rolę, aż cztery stanowią kraje V4.

– Jesteśmy krajami silnie uprzemysłowionymi, w których przemysł jest coraz bardziej innowacyjny, aczkolwiek wiemy, że nadal mamy sporą lukę do nadrobienia w stosunku do liderów innowacji głównie z Europy Zachodniej – podkreśla Krzysztof Krystowski.

– Gospodarka regionu V4 to 64 mln Europejczyków, PKB rzędu biliona euro i ogromne nasycenie firmami, szczególnie z sektora MŚP to gigantyczny potencjał i trzeba budować go we wspólnym łańcuchu, który przyniesie korzyść wszystkim – dodaje Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju.

Rząd stawia na rozwój biotechnologii. Na wsparcie tego sektora trafi kilkaset milionów złotych

Rząd stawia na rozwój biotechnologii. Na wsparcie tego sektora trafi kilkaset milionów złotych 9

W najbliższej dekadzie na rozwój biotechnologii trafi 500 mln zł w ramach rządowego projektu Wirtualnego Instytutu Badawczego. Finansowanie otrzymają wyłonieni w trakcie rekrutacji liderzy – naukowcy, którzy pokierują pracami zespołów badawczych. To nie jest jedyne wsparcie, na jakie może liczyć branża biotechnologii, w kolejnych latach do tego sektora trafi zastrzyk wielomilionowego finansowania, które zapewni między innymi Polski Fundusz Rozwoju. Biotechnologia ma być jednym z motorów innowacyjności w polskiej gospodarce. Problemem jest jednak niedobór kadr.

– Rozwój biotechnologii jest ogromną szansą dla polskiej gospodarki. To sektor niezwykle dynamicznie rozwijający się na całym świecie, w którym także Polska ma swoje osiągnięcia. Startujemy w momencie, w którym mamy już prężnie działające koncerny biotechnologiczne oraz firmy, które rozwinęły się na przestrzeni ostatnich lat, jak Selvita czy OncoArendi. Natomiast musimy nadgonić w globalnym wyścigu. Teraz wszyscy, zarówno na poziomie rządu, jak i przedsiębiorców, powinni się skupić na tym, aby rozwijać ten sektor we współpracy z polskimi naukowcami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dytko, prezes PORT Polskiego Ośrodka Rozwoju i Technologii, który będzie operatorem Wirtualnego Instytutu Badawczego.

W uchwalonej w ubiegłym roku Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR) biotechnologia jest wymieniona jako jeden z motorów innowacyjności polskiej gospodarki. To jedna z najszybciej rosnących branż, napędzana zarówno przez innowacyjne projekty badawcze polskich firm biotechnologicznych, jak i inwestycje zagranicznych firm z tego sektora, które przyciąga wykwalifikowana kadra i zaplecze naukowe.

Jak podaje Polska Agencja Inwestycji i Handlu, przy wykorzystaniu nowoczesnych technik inżynierii genetycznej w Polsce produkowane są hormony, przeciwciała oraz testy diagnostyczne, które powoli stają się wizytówką polskiego przemysłu biotechnologicznego. Uznaniem cieszą się też produkty z dziedziny biofarmacji (udoskonalenia procesów produkcji białek ludzkich i peptydów na bazie bakterii E. coli oraz innych komórek hodowlanych), uznawanej obecnie za najszybciej rozwijającą się gałąź sektora. Polski rynek biotechnologiczny ma też znaczący, i wciąż niewykorzystany, potencjał w dziedzinie szczepionek, leków proteinowych i odczynników.

W ramach Programu Rozwoju Biotechnologii (zainicjowanego w SOR) w najbliższych latach Polski Fundusz Rozwoju zainwestuje w rozwój tego sektora około 300 mln zł. W marcu dofinansowanie w wysokości 40 mln zł otrzymała już Selvita – jedna z największych polskich spółek biotechnologicznych, która notuje duże sukcesy m.in. w obszarze leków onkologicznych. PFR wesprze też badania biotechnologiczne w kluczowych obszarach, takich jak kapitał ludzki, finansowanie, promocja, otoczenie instytucjonalne, infrastruktura i regulacje prawne. Celem Programu Rozwoju Biotechnologii ma być powstanie takiego ekosystemu, który umożliwi tworzenie innowacyjnych technologii i leków z przeznaczeniem na polski i globalny rynek.

Kolejnym narzędziem będzie Wirtualny Instytut Badawczy – rządowy projekt, w ramach którego na biotechnologię w ciągu najbliższych 10 lat przeznaczone zostanie 500 mln zł.

– Jednym z podstawowych e założeń tego programu jest to, że będziemy rekrutować liderów zespołów badawczych. Nie instytucje, nie podmioty czy firmy, ale liderów zespołów badawczych, którzy będą mogli tworzyć swoje zespoły i otrzymać finansowanie na konkretne projekty badawczo-rozwojowe. Wirtualność instytutu polega na tym, że członkowie tych zespołów będą prowadzić badania, pracując w swoich macierzystych ośrodkach, na przykład w Szczecinie, Gdańsku, Warszawie czy Monachium. Stworzony zostanie również międzynarodowy komitet, złożony m.in. z przedsiębiorców, jego rolą będzie dbałość o wyłonienie jak najwartościowszych liderów, którzy dadzą gwarancję, że program zakończy się wdrożeniami oraz sukcesem – mówi Piotr Dytko.

Wirtualny Instytut Badawczy ma być finansowany ze środków Funduszu Nauki Polskiej, którego utworzenie postuluje resort nauki. Fundusz (zarządzany przez Bank Gospodarstwa Krajowego) ma m.in. rozwiązać problem niskiej podaży i komercjalizacji innowacyjnych pomysłów, który wynika z braku stabilnego i elastycznego systemu finansowania. Ustawa, która przewiduje utworzenie Funduszu Nauki Polskiej, została opublikowana w lipcu, z końcem sierpnia zakończył się etap konsultacji społecznych. Resort nauki liczy na to, że w październiku projekt trafi pod obrady Rady Ministrów, a następnie znajdzie się w Sejmie. Ustawa o wspieraniu działalności naukowej z Funduszu Nauki Polskiej miałaby wejść w życie z początkiem 2019 roku, co umożliwi ogłoszenie pierwszych konkursów na zespoły badawcze już w styczniu przyszłego roku.

Prezes PORT Polskiego Ośrodka Rozwoju i Technologii ocenia, że podstawową barierą dla rozwoju branży biotechnologicznej w Polsce pozostaje brak wystarczających zasobów wykwalifikowanej kadry.

– Takie dziedziny jak modelowanie molekularne czy chemia komputerowa w zasadzie nie są rozwijane w Polsce w procesie edukacji. Tymczasem są to obszary, w których pilnie potrzebni są fachowcy, aby w naszym kraju rozwinęła się biotechnologia 2.0. Potrzebujemy również dookreślić nasze miejsce w rozwoju biotechnologii, musimy postawić sobie pytanie: czy w tym globalnym wyścigu jesteśmy w stanie faktycznie zostać liderem? Czy też powinniśmy poszukać dla siebie przestrzeni w miejscu, z którego startujemy – mówi Piotr Dytko.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2016 roku działalność w obszarze biotechnologii prowadziły w Polsce 184 przedsiębiorstwa, a ich liczba rok do roku wzrosła o 15 proc. Natomiast nakłady na działalność biotechnologiczną nieznacznie przekroczyły 761 mln zł, a więc były niższe o 23 proc. w ujęciu rocznym.

Zrobotyzowane teleskopy nie są w stanie wykryć wszystkich zagrożeń na niebie. Raz na tydzień obok Ziemi przelatuje potencjalnie niebezpieczny obiekt

Zrobotyzowane teleskopy nie są w stanie wykryć wszystkich zagrożeń na niebie. Raz na tydzień obok Ziemi przelatuje potencjalnie niebezpieczny obiekt 10

Niebo jest obserwowane przez zrobotyzowane teleskopy, a cały proces obserwacji jest zautomatyzowany, mimo to raz na tydzień niedaleko Ziemi przelatuje potencjalnie niebezpieczny obiekt. Skutki uderzenia w naszą planetę części z nich mogłoby być katastrofalne. Użycie głowic jądrowych czy statku kosmicznego, który miałby się zderzyć ze zmierzającą ku Ziemi planetoidą to rozwiązania ryzykowne i trudne. Okazuje się jednak, że wystarczy biała farba, byśmy nie musieli obawiać się zderzenia z kosmicznymi obiektami.

– Planetoida Bennu za 117 lat może uderzyć w Ziemię. To jest szansa 1:2500, czyli w sumie niewielka, choć z drugiej strony to naprawdę duże zagrożenie, więc NASA podniosła alarm. Faktycznie jest się czego bać. Planetoida ma 500 m średnicy, więc to jest pocisk, kula armatnia. Planetoidy pędzą z prędkością od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów na sekundę, przy takiej prędkości taka planetoida mogłaby zrobić kilkukilometrowy krater. Strach pomyśleć, coby się stało, gdyby uderzyła w miasto – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Centrum Nauki Kopernik.

Asteroida Bennu ma 500 metrów średnicy, waży 77 mld ton i już w 2135 roku może uderzyć w Ziemię. Skutki mogłyby być katastrofalne. Planetoida jest większa niż wieża Eiffla czy Empire State Building. Według wyliczeń naukowców przy zderzeniu uwolniłaby 1,2 tys. megaton energii, czyli 80 tys. razy więcej niż bomba zrzucona na Hiroszimę. Choć jej potencjalne uderzenie w Ziemię nie oznacza końca ludzkości, mogłaby spowodować istotne szkody.

NASA już teraz pracuje nad tym, jak zabezpieczyć się przed wielkimi obiektami kosmicznymi, które zmierzają w kierunku Ziemi. Jednym ze scenariuszy jest użycie głowic jądrowych, rodem z filmu „Armageddon”. Do zniszczenia asteroidy można byłoby też użyć Hammera, czyli 9-metrowego statku kosmicznego. Jest jednak znacznie prostszy sposób i wszystko wskazuje na to, że znacznie bardziej skuteczny.

– Chodzi o pomalowanie asteroidy specjalną, białą farbą. Wiemy, że światło jest niczym piłeczki pingpongowe. Fotony, które tworzą światło, nic nie ważą, ale mają ogromną prędkość i dużą energię. To potrafimy wykorzystać, np. stosując żagiel słoneczny do deorbitacji starych satelitów, wykorzystujemy światło słoneczne albo światło innej gwiazdy do napędu. Tutaj to może nam posłużyć do odchylenia orbity takiej planetoidy. Przez wiele miesięcy albo lat taka farba będzie odbijała światło słoneczne i przez to trajektoria bardzo powoli, ale sukcesywnie będzie się zmieniała – tłumaczy Mateusz Borkowicz.

Po pomalowaniu asteroida zmieniłaby właściwości termiczne. Pochłaniałaby więcej promieniowania i dzięki temu systematycznie zmieniała trajektorię lotu. Pokryć planetoidę farbą mógłby specjalny statek kosmiczny. Pomysł pomalowania obiektu kosmicznego farbą może sprawić, że nie będziemy już musieli obawiać się zderzenia z ogromną planetoidą. Takie rozwiązanie można byłoby zastosować przy każdym obiekcie kosmicznym. Problemem jest jednak odpowiednio wczesne odkrycie planetoidy, która potencjalnie mogłaby nam zagrażać.

– Naukowcy śledzą niebo i badają, na ile się da, ale nie są w stanie objąć badaniami 100 proc. nieba, nie są w stanie wybrać wszystkich obiektów. To jest na razie niewykonalne i nie jestem pewien, czy w przyszłości będzie wykonalne. Mimo że mamy zrobotyzowane teleskopy, mimo że te obserwacje są zautomatyzowane, to raz w tygodniu jakiś obiekt, który potencjalnie zagraża Ziemi, albo niewielkie fragmenty komet, przelatują w odległości od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy kilometrów od Ziemi – tłumaczy ekspert.

Do tej pory znamy ok. 8,1 tys. planetoid NEO (ang. Near Earth Object) o średnicy większej niż 140 metrów, które znajdują się blisko Ziemi. Z danych NASA wynika, że aktualnie w Układzie Słonecznym może się znajdować łącznie 25 tys. planetoid typu NEO. Wciąż jeszcze nie znamy więc blisko 17 tys. większych obiektów. Blisko 887 NEO ma średnicę większą niż kilometr, czyli szkody przez nie wyrządzone w przypadku uderzenia byłyby odczuwalne w skali całej Ziemi.

– Często się zdarza, że naukowcy dopiero po przelocie są w stanie zauważyć, że taki niebezpieczny obiekt przeleciał blisko Ziemi, co doprowadza niektórych do szału, bo to jest oczywiście niebezpieczeństwo. Z drugiej strony, jeżeli mamy do czynienia z obiektem, który jest w stanie tak realnie nam zagrozić, czyli unicestwić życie na Ziemi albo przynajmniej unicestwić jedno miasto, takie obiekty są przeważnie duże i jesteśmy w stanie je odpowiednio wcześnie wykryć – mówi Mateusz Borkowicz.

Umiejętne zarządzanie czasem poprawia organizację pracy. Podstawa to dobre planowanie

Umiejętne zarządzanie czasem poprawia organizację pracy. Podstawa to dobre planowanie 11

E-maile i telefony, biurowe plotki ze współpracownikami przy kawie albo nagłe, ale mało ważne zadania do wykonania na już potrafią skutecznie zdezorganizować dzień pracy i odciągnąć od realizacji zawodowych celów. Aby poprawić efektywność pracy, warto się stosować do zasad zarządzania czasem i zarządzania sobą w czasie. Podstawą jest planowanie i wyznaczanie priorytetów. 

Aby efektywnie zarządzać swoim czasem w miejscu pracy, trzeba wykorzystywać zasady zarządzania czasem. Tych zasad jest bardzo dużo i nie każdy pracownik musi się stosować do wszystkich. Są natomiast są pewne fundamenty, które pozwalają się dobrze zorganizować i w ciągu tego ustawowego, ośmiogodzinnego dnia pracy wykonać wszystkie zadania – mówi Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu, autorka książki „Nawyk produktywności”.

Z badania przeprowadzonego dla VoucherCloud na 1 989 pracownikach biur w Wielkiej Brytanii wynika, że pracujemy efektywnie tylko przez pierwsze 2 godz. i 53 min spędzanych w biurze. Natomiast z każdą kolejną godziną pracownik poświęca coraz więcej czasu na przerwy na kawę, papierosa, social media albo biurowe plotki. Tylko 21 proc. stwierdziło, że udaje im się zachować produktywność przez cały dzień. Narzędziem, które poprawia efektywność pracy i pomaga w osiąganiu konkretnych celów, są zasady zarządzania czasem. Podstawową jest planowanie i wyznaczanie sobie priorytetów, które powinny zostać zrealizowane w ciągu dnia.

Aby uporać się ze wszystkimi obowiązkami zawodowymi, które mamy do wykonania, polecam zastosować zasady zarządzania sobą w czasie. Podstawą jest codzienne planowanie swojego dnia, żeby wiedzieć, jakie zadania są do wykonania i umieścić je w przestrzeni czasowej. To jest absolutna podstawa i bez niej trudno mówić o jakiejkolwiek efektywności. Nie planując swojego dnia, swojej pracy, bardzo często wpadamy w wir różnego rodzaju poleceń, e-maili, telefonów, pilnych rzeczy do wykonania. W efekcie okazuje się, że pracownicy potrafią spędzić w pracy 8 godzin i tak naprawdę nie wypracować żadnego efektu, bo cały dzień zajmują się tymi sprawami nagłymi, które nie prowadzą de facto do realizacji żadnego celu – podkreśla Agnieszka Jarzębowska.

Jak podkreśla, najbardziej efektywnie pracujemy rano. Natomiast w wielu firmach poranek jest marnotrawiony przeważnie na biurowych plotkach ze współpracownikami przy kawie, sprawdzaniu e-maili i social mediów albo innych rozpraszaczach uwagi. Dlatego dzień pracy warto rozpocząć od wykonania jednego, najważniejszego zadania.

Druga zasada zarządzania czasem, którą warto wykorzystać, mówi, aby każdego dnia określać trzy najważniejsze zadania do realizacji, które są ważne dla naszego stanowiska pracy. W ciągu całego dnia pracy spływa na nas bardzo wiele zadań, które zaczynają się nawarstwiać. Wpadamy w kołowrotek i zajmujemy się wieloma rzeczami, które nie mają znacznej wartości. Kiedy wiemy, jakie są trzy najważniejsze zadania każdego dnia, to robimy wszystko, aby skupić się na ich realizacji. Nawet jeśli wpadnie nam dużo przypadkowych czy pilnych zadań do wykonania, to mamy poczucie, że i tak zrobiliśmy coś ważnego, co doprowadza nas do realizacji celu, na który pracujemy – mówi Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu, autorka książki „Nawyk produktywności”.

Źle dobrane okulary mogą powodować bóle oka i upośledzenie widzenia. Przy ich wyborze warto się zdać na pomoc lekarza

Źle dobrane okulary mogą powodować bóle oka i upośledzenie widzenia. Przy ich wyborze warto się zdać na pomoc lekarza 12

Okulary w marketach kuszą niską ceną, ale zamiast pomagać, szkodzą oczom. Ich producenci nie biorą pod uwagę różnic w budowie gałek ocznych, soczewki są więc w stanie korygować wadę tylko w jednym oku. Noszenie takich okularów może prowadzić do dalszego upośledzenia widzenia, uczucia suchości w oku oraz bólów głowy. Aby prawidłowo dobrać okulary korygujące, należy się zwrócić do lekarza specjalisty. 

Narząd wzroku człowieka składa się z oczu i narządów dodatkowych m.in. mięśni, które poruszają oczami, powiek i rzęs. Funkcje widzenia realizują obie gałki oczne, każda z nich inaczej odbiera jednak bodźce wizualne, ostateczny obraz powstaje natomiast dopiero w mózgu. Impulsy świetlne odebrane przez oczy zostają przetworzone na sygnały nerwowe, następnie przesyłane do mózgu i tam analizowane i scalane w obraz. Układ optyczny w każdej z gałek ocznych może ponadto nieznacznie różnić się od siebie.

– Oczodoły są tak skonstruowane, że odległość między oczyma u różnych ludzi jest różna, może być też różnica odległości między nasadą nosa a środkową częścią gałki ocznej, inna po prawej stronie, inna po lewej stronie – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Jerzy Szaflik z Centrum Mikrochirurgii Oka „Laser”.

Wszystko to sprawia, że korygowanie wad wzroku wymaga wyrównywania różnic dla każdego oka osobno i powinno być wykonywane przez specjalistów. W okularach dostępnych w aptekach lub supermarketach soczewki odznaczają się jednakowym stopniem korekcji, co oznacza, że nie odpowiadają sposobowi widzenia obu gałek ocznych. Różnice te mogą nie mieć istotnego wpływu na sposób widzenia i komfort człowieka, o ile nie są duże, a okulary przystosowane są do widzenia w bliży i używane przez krótki czas, np. do przeczytania niedługiego tekstu.

– Natomiast jeżeli mamy okulary do stałego noszenia i różnice między wartością refrakcji obu oczu są różne, to może powodować, że pacjent zaczyna z tego powodu mieć kłopoty. Osoba korzystająca z okularów źle dobranych, nie przez lekarza okulistę, nie z pomocą profesjonalisty, tylko z półki, zaczyna źle widzieć po pewnym czasie, oczy mogą pacjenta boleć, może mieć bóle głowy, może mieć pieczenie, kłucie – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Skorzystanie z pomocy specjalisty jest szczególnie ważne przy dobieraniu pierwszych okularów u osób powyżej 40 roku życia. Okulista nie tylko prawidłowo określi stopień wad w obu gałkach ocznych i dobierze szkła korygujące, lecz także zbada narząd wzroku. Dzięki temu możliwe będzie wykrycie schorzeń powodujących destrukcję gałek ocznych np. zaćmy lub jaskry. Choroby te mogą się bowiem długo rozwijać, nie dając niepokojących pacjenta objawów.

– Objawem, który niepokoi każdego pacjenta, jest ból, w początkowym okresie jaskry, a nawet w zaawansowanej jaskrze okularów zbadać również cały narząd wzroku, natomiast absolutnie konieczne jest, żeby dobierać okulary w sposób profesjonalny – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Warto pamiętać, by z pomocy specjalisty korzystać także przy kupowaniu okularów dla dzieci. Lekarz przeprowadzi dokładne badanie polegające na nazywaniu przez małego pacjenta optotypów np. cyfr na tablicach, oraz sprawdzeniu dna i przedniej części oka. Dopiero wtedy możliwe będzie określenie stopnia wady i dobranie soczewek. Badanie najczęściej trzeba powtórzyć.

– Trzeba analizować, czy dobrane okulary dają komfort, ewentualnie dawać okulary w postępie, co 3 miesiące zmieniać te okulary, dlatego tak bardzo ważne jest, żeby dobierać okulary w sposób, który pozwala dawać gwarancję, że są dobrze dobrane – mówi prof. Jerzy Szaflik.

Sprzęt paramedyczny staje się coraz bardziej zaawansowany. Na rynku pojawiają się urządzenia służące do relaksu, redukcji stresu czy poprawy jakości snu

Sprzęt paramedyczny staje się coraz bardziej zaawansowany. Na rynku pojawiają się urządzenia służące do relaksu, redukcji <a title=stresu czy poprawy jakości snu" title="Sprzęt paramedyczny staje się coraz bardziej zaawansowany. Na rynku pojawiają się urządzenia służące do relaksu, redukcji stresu czy poprawy jakości snu" />

stresu-czy-poprawy-jakości-snu.png” alt=”” />

Technologia w służbie ludzkości oznacza nie tylko wspieranie przez innowacje fundamentalnych problemów, takich jak głód czy epidemie chorób, lecz także poprawianie ludziom nastroju czy samopoczucia. Wibrujący reduktor stresu czy szumiąca opaska na lepszy sen to paramedyczne urządzenia, mające poprawić komfort życia ich użytkowników. Najczęściej są polecane jako uzupełnienie standardowego leczenia. Rynek domowych urządzeń medycznych dynamicznie rośnie, a sprzęt staje się coraz bardziej zaawansowany.

– Aurai to nasz wodny masażer oczu. Masuje oczy za pomocą wody, która niesie ze sobą temperaturę i wibracje. Dzięki temu możliwa jest stymulacja krążenia wokół oczu różnymi temperaturami, a wibracje rozluźniają napięte mięśnie. Pojemnik urządzenia można napełniać zwykłą wodą, np. z kranu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jill Yang z Aurai.

Z badań przeprowadzonych przez MilwardBrown wynika, że przeciętny Polak spędza dziennie 6,5 godziny wpatrując się w ekran komputera, smartfona lub tabletu. Z komputerów i smartfonów korzystamy zwykle w pracy, a po przyjściu do domu włączamy telewizor, który również osłabia nasze oczy. Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń pozwalających zniwelować niepożądane skutki promieniowania z wyświetlaczy. Aurai pomoże jednak również alergikom i osobom, które cierpią np. na suchość oczu.

– Obecnie ludzie spędzają wiele czasu, wpatrując się w ekrany komputerów i telefonów. Korzystając z cyklu ciepłego, mogą ukoić nadwyrężone i zmęczone oczy. Cykl ten pomaga także osobom z problemem suchych oczu. Z drugiej strony cykl chłodny jest zalecany dla osób borykających się ze swędzeniem lub przekrwieniem oczu spowodowanym przez alergie. Panie mogą korzystać z tego trybu, by radzić sobie z cieniami pod oczami i opuchlizną – przekonuje Jill Yang.

Technologia pomaga także w walce ze stresem. Firma Touchpoints zaprezentowała zestaw gadżetów wearables, które można nosić w kieszeni lub na ręce jak zegarek. Urządzenia wysyłają wibracje o odpowiednim natężeniu, przez co zmniejszają poziom stresu u użytkownika. Sprzęt może być także stosowany wspomagająco przez osoby dotknięte autyzmem, ADHD czy chorobą Parkinsona.

Philips SmartSleeep z kolei to opaska zakładana na głowę, która emituje szum o specjalnym natężeniu mający ułatwić zasypianie. Opaskę wyposażono w sensory, które poprzez kontakt z czołem użytkownika wykrywają aktywność płata czołowego mózgu. Dzięki temu wykrywana jest faza głęboka snu, dla której modulowany jest szum o dobranym odpowiednio natężeniu. Dźwięk przenoszony jest z wykorzystaniem przewodnictwa kostnego, dzięki czemu nie jest słyszalny dla osób z otoczenia.

Pomóc w zasypianiu może także Aurai, ale producent przekonuje, by z urządzenia korzystać częściej.

– Po pracy można włączyć tryb chłodny w celu ukojenia oczu nadwyrężonych długą pracą z komputerem. Następnie stosujemy tryb ciepły w celu poprawy jakości snu. Rano po przebudzeniu zalecamy wykonanie cyklu ciepłego, który posłuży nam jako swoista rozgrzewka. Następnie wykonujemy cykl chłodny dla orzeźwienia – tłumaczy ekspertka.

Firma zamierza zadebiutować z produktem na europejskim rynku. Aktualnie jest na etapie poszukiwania dystrybutora, ale przewiduje, że przed końcem roku uda się wprowadzić masażer do sprzedaży w Europie. Przewidywany koszt urządzenia to 199 euro.

Z analiz udostępnionych przez Meticulous Research wynika, że światowy rynek domowych urządzeń medycznych do 2022 roku osiągnie wartość niemal 49 mld dol.