Rynek PRS w Polsce przyspiesza. Podaż rośnie, ale sektor wciąż na wczesnym etapie rozwoju

Czwarta edycja raportu Savills i CRIDO „Rynek PRS w Polsce. Aspekty komercyjne, prawne i podatkowe” pokazuje, jak szybko rozwija się rynek najmu instytucjonalnego w Polsce. To opracowanie, łączące dane rynkowe Savills i analizy regulacyjne CRIDO, stało się ważnym punktem odniesienia dla inwestorów i deweloperów. Rosnąca rola najmu instytucjonalnego w największych miastach, zmieniająca się demografia i coraz większa mobilność mieszkańców sprawiają, że rzetelne spojrzenie na sektor PRS jest bardzo istotne.

Polski sektor najmu instytucjonalnego (PRS) pozostaje jednym z najszybciej rozwijających się segmentów rynku mieszkaniowego. Z najnowszego raportu Savills i CRIDO „Rynek PRS w Polsce. Aspekty komercyjne, prawne i podatkowe” wynika, że od stycznia do końca października 2025 r. zasób mieszkań PRS zwiększył się o ponad 4 800 lokali, osiągając poziom ok. 25 100 jednostek. Oznacza to 24-procentowy wzrost w porównaniu z początkiem roku. Do końca 2027 r. całkowita podaż, biorąc pod uwagę projekty będące w budowie i planowane (ze znaną datą realizacji), może wzrosnąć do ponad 36 000 mieszkań.

Podczas panelu dyskusyjnego zorganizowanego przy okazji premiery raportu eksperci podkreślali, że mimo szybkiego wzrostu rynek PRS pozostaje na bardzo wczesnym etapie rozwoju na tle rynku najmu prywatnego. Zwracali uwagę, że skala najmu instytucjonalnego pozostaje niewielka w porównaniu z liczbą osób, które oficjalnie deklarują przychody z najmu mieszkań, co potwierdzają dane administracyjne. Zwrócono uwagę, że rozproszenie tego segmentu oraz niska podaż dużych pakietów mieszkań dostępnych do zakupu to czynniki hamulcowe tempa wzrostu oczekiwanego przez inwestorów instytucjonalnych.

Silny popyt i rosnąca rola najmu jako świadomego wyboru

Zmiana społecznych postaw wobec najmu, rosnąca mobilność, migracja do dużych miast oraz ograniczona dostępność kredytów hipotecznych – to czynniki, które w ostatnich latach napędzają rozwój sektora. Jednocześnie rośnie oczekiwanie najemców wobec jakości usług oraz transparentności i stabilności umów, którą zapewniają operatorzy instytucjonalni.

Jacek Kałużny, Head of Operational Capital Markets, Savills komentuje: – Polska wchodzi w etap, w którym najem instytucjonalny staje się pełnoprawną i racjonalną alternatywą wobec zakupu mieszkania, szczególnie w największych miastach. Wysoka transparentność rynku oraz profesjonalizacja usług najmu przyciągają zarówno najemców, jak i inwestorów.

Z danych Ministerstwa Finansów cytowanych w raporcie wynika, że w 2024 r. ponad 1,07 mln podatników deklarowało przychody z najmu prywatnego, co pokazuje skalę rynku najmu, ale też jego rozproszenie. Ta wartość nie uwzględnia również szarej strefy na rynku najmu. Jednocześnie segment PRS urósł niemal dziesięciokrotnie od 2018 r., choć nadal stanowi niewielką część całego rynku najmu, bo zaledwie 2%.

Eksperci w panelu podkreślali, że współczesny najemca jest bardziej świadomy i zwraca uwagę na standard, przewidywalność i przejrzystość procesów. Zauważono także, że zmienia się charakter mobilności – coraz częściej najem jest wyborem, a nie koniecznością, co wynika m.in. z nowych modeli życia, mobilności zawodowej czy zmieniającej się struktury rodzin.

Na czele Warszawa, Kraków i Trójmiasto

Najdynamiczniej rozwijającymi się rynkami między styczniem a październikiem 2025 r. były: Kraków (1 742 nowych lokali), Warszawa (1 484), Poznań (416) i Wrocław (369). Trójmiasto podwoiło swój zasób w wyniku oddania trzech nowych projektów. Jedynym dużym rynkiem bez zmian pozostaje Łódź.

Większość inwestorów lokuje projekty w siedmiu największych metropoliach, a średnia skala przedsięwzięcia to ok. 200 mieszkań.

To dostępność projektów gruntowych, urbanizacja oraz silne przepływy migracyjne sprawiają, że największe miasta pozostaną kluczowe dla rozwoju sektora PRS. Dane za 2025 r. potwierdzają stabilny popyt. Widzimy, że nowe projekty bardzo szybko znajdują najemców – podkreśla Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills.

W dyskusji zwrócono uwagę, że planowanie ekspansji PRS poza największe miasta i ich centra jest trudne, ponieważ kluczowym kryterium dla najemców jest dostęp do dobrej komunikacji publicznej. Podkreślano również, że koszty budowy w centrum i na przedmieściach są zbliżone, co nie pozwalałoby na zróżnicowanie czynszów w stopniu rekompensującym gorszą lokalizację.

Stabilne czynsze w większości miast

Według analizy Savills czynsze w sektorze PRS pozostają odporne na wahania rynkowe. W pierwszych dziewięciu miesiącach 2025 r. Gdańsk zanotował wzrost o 3%, a Warszawa, Wrocław, Łódź i Poznań o ok. 1,5%. Spadek o ponad 6% widoczny był w Katowicach, a w Krakowie utrzymanie stawek z poziomów notowanych na koniec 2024 r.

Autorzy opracowania zwracają uwagę, że czynsze w projektach PRS pozostają stabilne, a ich poziom jest silnie uzależniony od standardu i lokalizacji inwestycji. Kawalerki w budynkach zarządzanych instytucjonalnie kosztują zazwyczaj od 2500 do 3000 zł miesięcznie, natomiast mieszkania jednopokojowe mieszczą się w przedziale od 2000 do ponad 4000 zł, przy czym najwyższe stawki obserwowane są w projektach premium oraz w centralnych lokalizacjach największych miast.

Wioleta Wojtczak dodaje: – Wysoka jakość obsługi i przewidywalność procesu najmu sprawiają, że projekty PRS dobrze trzymają poziom czynszów. To format, który adresuje realne potrzeby najemców, czyli stabilność, bezpieczeństwo i jakość.

Liderem rynku pozostaje Resi4Rent, dysponujący portfelem około 6 200 mieszkań. Dalej są Vantage Rent z zasobem liczącym 3 287 lokali oraz LifeSpot, zarządzany przez Ares i Griffin Capital Partners, który posiada 2 450 mieszkań. Trzej najwięksi inwestorzy kontrolują łącznie 48% całego zasobu PRS nad Wisłą. Tuż za nimi plasuje się państwowy Fundusz Mieszkań na Wynajem z niespełna 2 500 mieszkań na wynajem.

Eksperci zwrócili uwagę, że w kolejnych latach potencjał wzrostu czynszów może być mniejszy, m.in. ze względu na spadające stopy procentowe oraz coraz lepszy standard mieszkań wynajmowanych na rynku prywatnym. Podkreślano także, że rośnie profesjonalizacja wynajmujących prywatnych, co wpływa na konkurencyjność obu segmentów. Zwracano również uwagę, że przewidywalność czynszów i stabilność warunków najmu pozostają kluczowymi atutami PRS w oczach najemców.

Panel ekspercki – najważniejsze wnioski

Podczas premiery raportu odbył się panel dyskusyjny prowadzony przez Jacka Kałużnego, w którym udział wzięli przedstawiciele najważniejszych podmiotów na rynku – Anna Baran MRICS Baran (G City Europe), Marek Obuchowicz (Griffin Capital Partners), Dariusz Pawlukowicz (Vantage Development & Robyg), Edyta Stelmach (Nrep) oraz Anna Pleskowicz (CRIDO).

Eksperci wskazywali na bariery strukturalne ograniczające tempo rozwoju PRS w Polsce. Szczególnie mocno akcentowano problem dostępności gruntów i wydłużające się procedury administracyjne. W dyskusji wskazano, że dobrym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie dedykowanej kategorii „budynku na wynajem” w prawie budowlanym, o ile byłaby odpowiednio określona i adresowała rzeczywiste wyzwania pojawiające się przy projektowaniu budynków z segmentu PRS. Zauważono również, że brak klarownych regulacji podatkowych prowadzi do niepewności inwestorów i może decydować o rentowności projektów. Eksperci wskazywali też, że rynek jest dziś w fazie „chorób wieku dziecięcego”, a część wyzwań dotyczy całego rynku nieruchomości – w tym inflacji kosztów budowy czy wydłużonych postępowań administracyjnych.

Rynek inwestycyjny. Jest potencjał i wciąż niska płynność

Choć sektor living w Polsce, obejmujący PRS i PBSA, nadal charakteryzuje się niską płynnością i ograniczoną liczbą transakcji – w trzech pierwszych kwartałach 2025 r. wartość inwestycji wyniosła 86,5 mln euro, głównie w formule forward – to atrakcyjność rynku pozostaje wysoka. Autorzy raportu podkreślają, że inwestorzy coraz uważniej obserwują polski rynek, a atrakcyjne stopy i rosnąca skala projektów budują fundamenty pod większą aktywność transakcyjną.

Uczestnicy panelu zwrócili uwagę, że największą barierą dla inwestorów pozostaje ograniczona liczba dostępnych do zakupu gotowych portfeli. Podkreślali, że budowa portfela od zera wymaga dziś horyzontu inwestycyjnego liczącego nawet 10 lat, m.in. ze względu na czasochłonne procedury pozyskiwania pozwoleń. Wskazywano też, że rosnące koszty finansowania oraz wysokie ceny gruntów powodują konieczność analizowania znacznie większej liczby działek i składania większej liczby ofert.

Potrzebne jasne i dedykowane regulacje

Raport zwraca uwagę, że brak precyzyjnych regulacji dedykowanych sektorowi PRS, w połączeniu z rozbieżnymi interpretacjami organów podatkowych, nadal generuje istotną niepewność inwestycyjną.

Jak dodaje Anna Pleskowicz, Partner w CRIDO: – W realiach braku dedykowanych regulacji sektor PRS wymaga każdorazowo szczegółowej analizy podatkowo-prawnej już na etapie projektowania inwestycji – zarówno w kontekście wyboru modelu biznesowego, jak i jego dostosowania do lokalnych uwarunkowań. Co istotne, konsekwencje podatkowe towarzyszą inwestorom przez cały cykl życia projektu.

Eksperci CRIDO wskazują, że niejednoznaczność przepisów podatkowych sprawia, iż część projektów może okazać się nieopłacalna już na etapie analizy finansowej. Zwracają uwagę, że nawet niewielkie różnice w interpretacjach dotyczących VAT lub podatku od nieruchomości mogą decydować o tym, czy dana inwestycja ostatecznie zostanie zrealizowana. Doświadczenie pokazuje również, że ryzyka podatkowe ujawniają się na etapie wyjścia z inwestycji, w szczególności w obszarze VAT oraz wieloletnich korekt podatku przy sprzedaży lokali.

Dodatkowo raport wskazuje na pojawiające się nowe ryzyka, takie jak: próby stosowania wyższych stawek podatku od nieruchomości dla pustostanów czy niejednolite podejście do obiektów typu domy studenckie

Rynek biurowy adaptuje się do nowych realiów. Większa popularność elastycznych biur, dłuższe kontrakty i walka o lokalizację

Na rynku biurowym mamy do czynienia z niższą dostępnością powierzchni i stałym poziomem aktywności najemców. Nowe firmy na rynku częściej zaczynają od przestrzeni flex, podpisują dłuższe kontrakty w zamian za wyższą kontrybucję na urządzenie biura i bez wahania płacą więcej za lokalizacje w centrum. Czas poszukiwania odpowiednich lokali wydłuża się, a czynsze rosną.

Najemcy są bardziej elastyczni

Aktywność najemców na rynku biurowym jest na podobnym poziomie jak w poprzednich latach. Cały czas pojawiają się nowe marki, choć jest ich mniej niż to było na przykład pięć lat temu. Obserwujemy zmiany w strategiach najmu. Podczas pandemii wiele firm chciało podnająć część swojej powierzchni czekając na podnajemcę miesiącami. Teraz, w związku z niską podażą powierzchni biurowej, oferty podnajmu potrafią znikać z rynku praktycznie natychmiast. Dużą część transakcji stanowią renegocjacje umów, a nowe budynki już w momencie oddania są skomercjalizowane w 70-90 proc.

Nowi gracze na rynku często zaczynają od elastycznych przestrzeni biurowych (flex), które są obecnie wypełnione w około 90 proc. Wykorzystują ten czas by dobrze poznać rynek, zwłaszcza od strony dostępności i oczekiwań pracowników, czekają w nich na nowe budynki lub decydują się pozostać we flexach na dłużej. W przypadku braku dostępnych powierzchni w centrum miasta część z nich rozważa lokalizacje położone dalej od centrum, choć częściej wolą poczekać w przestrzeniach elastycznych niż przenosić się na obrzeża miast. Trudniej jest ściągnąć pracownika do biura położonego daleko od centrum lub z gorszym dostępem do komunikacji miejskiej.

Wartość nominalna czynszu wzrosła, ale paradoksalnie najem w całkowitych wydatkach firmowych często stanowi dziś niższy procent niż pięć lat temu, dlatego firmy wolą płacić więcej za lepszą lokalizację. Dla mniejszych firm lokalizacja może nie mieć kluczowego znaczenia, ale duże marki, szczególnie rozpoczynające działalność w Polsce, zdecydowanie preferują centrum. Podobnie jest w miastach regionalnych. Decyzje lokalizacyjne są dziś w dużej mierze kreowane przez dział HR. Jeśli firma ma pracowników na północy Polski, może rozważyć Gdańsk. Jeśli potrzebuje dużej liczby specjalistów, kieruje się do Warszawy. Kluczowa jest dostępność talentów, a koszty biura schodzą na dalszy plan.

Kolejnym trendem na rynku jest większa skłonność firm do zawierania dłuższych kontraktów. Wynika to z dopłat do urządzenia biura, które są w wyższe w przypadku długoterminowych umów. Ceny fit-outów pozostają wysokie, a firmy nie chcą dużo dokładać do wykończenia przestrzeni. W rezultacie są skłonne podpisywać dłuższe kontrakty w zamian za wyższą kontrybucję na urządzenie biura. Widać wyraźnie, że firmy mniej obawiają się długoterminowych zobowiązań niż jeszcze kilka lat temu.

Ciekawym zjawiskiem na rynku najmu jest aktywizacja sektora publicznego, zarówno w Warszawie, jak i miastach regionalnych. Instytucje publiczne przechodzą ze starych budynków, część przebudowuje i odnawia swoje siedziby, ale są i takie, które decydują się na najem powierzchni komercyjnych.

Rynek czeka na nowe biura

Obecnie widzimy ożywienie w inwestycjach na rynku biurowym. Jest większy ruch, pojawia się kapitał, na przykład czeski i skandynawski, zainteresowany zakupami w Polsce. Rynek inwestycyjny zdecydowanie się poprawia. Łatwiejszy dostęp do kapitału i niższe stopy procentowe sprawiają, że inwestowanie w naszym kraju staje się bardziej atrakcyjne. Spodziewamy się, że więcej deweloperów zdecyduje się na nowe projekty biurowe.

Jednak proces inwestycyjny trwa lata, dlatego przez najbliższe trzy lata rynek będzie zmagał się z niedoborem podaży nowoczesnych powierzchni biurowych. To wpłynie na wzrost czynszów.

W Warszawie, gdzie pustostany są szczególnie niskie, dla firm poszukujących powyżej 5 tys. mkw. znalezienie odpowiednich powierzchni może być wyzwaniem. Dlatego firmy, które potrzebują powierzchni biurowych, powinny zacząć proces jej poszukiwania znacznie wcześniej. Cały czas będziemy borykać się z dostosowaniem przestrzeni do potrzeb pracowników tak, by chcieli oni więcej czasu spędzać na pracy stacjonarnej. Pracodawcy częściej będą dyktować warunki – zapewnią lepsze biuro oczekując od pracowników, że ich obecność będzie rosła.

AI Chamber wzywa do wzmocnienia „Digital Omnibus”. Biznes z CEE chce ambitniejszych uproszczeń

AI Chamber (Izba AI) – instytucja działająca na rzecz rozwoju innowacji AI w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE), przedłożyła list otwarty, współpodpisany przez 12 wiodących organizacji biznesowych z regionu, wzywający członków Rady Unii Europejskiej oraz Parlamentu Europejskiego do znaczącego wzmocnienia nowo zaproponowanego przez Komisję Europejską pakietu „Digital Omnibus”.

19 listopada b.r. Komisja Europejska przedstawiła projekt rozporządzenia „Digital Omnibus” w zakresie uproszczeń regulacji cyfrowych (“Digital Simplification Package”), który, obok zmian w Akcie o SI, obejmuje również propozycje zmian w RODO, dyrektywie NIS2 oraz Data Act. Digital Omnibus dostosowuje harmonogram realizacji głównych obowiązków wynikających z AI Act, redukuje obciążenia administracyjne i uzależnia stosowanie najbardziej restrykcyjnych przepisów od wcześniejszego udostępnienia odpowiednich norm i wytycznych wykonawczych. Reprezentując wspólny głos europejskich innowatorów, sygnatariusze listu popierają ambicję Komisji, by uprościć i ujednolicić przepisy cyfrowe – lecz ostrzegają, że Europa nie może pozwolić sobie na półśrodki w okresie nasilenia globalnej technologicznej rywalizacji, która będzie decydować o jej przyszłej pozycji gospodarczej i strategicznej.

Decydujący moment dla cyfrowych ambicji Europy

We wspólnym liście sygnatariusze wyrażają uznanie dla Komisji za podjęcie długo oczekiwanego pierwszego kroku w kierunku złagodzenia obciążeń regulacyjnych europejskiego sektora cyfrowego poprzez propozycję pakietu „Digital Omnibus”. Jednocześnie podkreślają, że obecny zakres pakietu „pozostaje niewystarczający”, aby odwrócić spadek konkurencyjności Europy i zapewnić jej długoterminowy dobrobyt gospodarczy. Organizacje zwracają uwagę, że Europa traci pozycję w globalnym wyścigu technologicznym, a osiągnięcie „strategicznej autonomii” nie będzie możliwe bez stworzenia warunków do rozwoju podstawowych technologii. AI Chamber zaznacza, że Digital Omnibus powinien być jedynie punktem wyjścia do znacznie ambitniejszej unijnej strategii cyfrowej, wskazując, że Europa może skutecznie chronić swoje wartości tylko wtedy, gdy utrzyma dynamiczną, opartą na danych gospodarkę.

Europejskie „prawne spaghetti”: biznes potrzebuje jasnych i prostych regulacji

List ostrzega, że nadmiernie skomplikowane przepisy stały się poważną barierą dla innowacji, szczególnie dla europejskich MŚP i start-upów. AI Act jest przykładem powstającej „sieci prawnego spaghetti”, tak złożonej, że potrafią ją zrozumieć jedynie wyspecjalizowani eksperci i prawnicy – co w praktyce faworyzuje największych graczy graczy i grozi całkowitym wykluczeniem mniejszych innowatorów z uczestniczenia w rozwoju AI.

Europa pilnie potrzebuje radykalnego uproszczenia AI Act. Musimy zapewnić małym i średnim przedsiębiorstwom jasne, proporcjonalne i zrozumiałe ścieżki zgodności – przy jednoczesnym pełnym poszanowaniu wysokich standardów ochrony praw podstawowych zakorzenionych w konstytucyjnych tradycjach państw członkowskich oraz w samej Unii.podkreśla Tomasz Snażyk, prezes AI Chamber.

Inicjatywa „Stop the Clock” nabiera tempa

List otwarty zdecydowanie popiera dotychczasowe apele branży – takie, jak m.in. inicjatywa „EU AI Champions”, wspierana przez firmy, takie jak Airbus, Siemens, Philips, E.ON, Carrefour, Mercedes-Benz i L’Oréal – o natychmiastowe „zatrzymanie zegara” i wdrożenie bezwarunkowego, dwuletniego odroczenia wejścia w życie pozostałych przepisów Aktu o sztucznej inteligencji. Taka pauza dałaby europejskim firmom czas na realne wdrożenie przepisów oraz umożliwiła gruntowny przegląd i uproszczenie obecnych ram regulacyjnych – zapobiegając dalszemu powiększaniu dystansu wobec konkurentów, jak np. Stany Zjednoczone, które konsekwentnie realizują nową strategię nastawioną na „wygranie globalnego wyścigu AI”.

RODO pod lupą: klucz do rozwoju europejskiej AI

Organizacje z zadowoleniem przyjmują zamiar Komisji, by doprecyzować przepisy RODO dotyczące trenowania AI – potwierdzając, że uzasadniony interes może stanowić dla niego  samodzielną podstawę prawną. AI Chamber apeluje o jasne i spójne zasady, zapewniające pełną jednolitość w całej UE, bez miejsca na rozbieżne interpretacje.

Wzmocnienie europejskich ram cyberbezpieczeństwa

AI Chamber, wraz z podpisanymi organizacjami, apeluje do UE o pilne uporządkowanie coraz bardziej rozbieżnych przepisów dotyczących cyberbezpieczeństwa. Choć propozycja ustanowienia Single Entry Point (SEP) dla zgłaszania incydentów to krok w dobrą stronę, nakładające się równolegle obowiązki wynikające z NIS2, CRA i DORA wciąż generują zbędną złożoność i koszty, odciągając firmy od faktycznego zarządzania ryzykiem.

Sygnatariusze listu podkreślają potrzebę stworzenia spójnych zasad raportowania i wzywają UE do umożliwienia firmom zgłaszania incydentów do organu w kraju, w którym mają siedzibę, bądź w przypadku firm transgranicznych – zgłaszania za pośrednictwem swojej siedziby głównej. Organizacje wnioskują także o wprowadzenie klauzul chroniących przed odpowiedzialnością prawną w raportowaniu oraz uwzględnienia pełnej unifikacji wymogów zgodności w pakiecie Digital Omnibus – tak, by wyeliminować nakładające się obowiązki wynikające z NIS2, CRA i DORA.

Prawa autorskie a rozwój sztucznej inteligencji

W liście podkreślono kluczową rolę wyjątków dotyczących eksploracji tekstu i danych (TDM), zawartych w artykułach 3 i 4 dyrektywy CDSM, w zakresie trenowania modeli AI. AI Chamber ostrzega, że ​​osłabienie tych przepisów może zahamować badania nad sztuczną inteligencją i zaszkodzić suwerenności technologicznej Europy, wzywając do ich ochrony i rozszerzenia w celu stworzenia stabilnej, ogólnounijnej podstawy prawnej.

AI Chamber gotowa do współpracy z decydentami UE

AI Chamber i sygnatariusze deklarują pełne wsparcie dla procesu legislacyjnego oraz działań na rzecz wzmocnienia pakietu Digital Omnibus. Podkreślają konieczność wprowadzenia jasnego mechanizmu odroczenia obowiązków wynikających z AI Act oraz ujednoliconej podstawy prawnej dla stosowania uzasadnionego interesu przy trenowaniu AI zgodnie z RODO.

Europa nie może pozwolić sobie na dalsze zwiększanie dystansu do globalnych liderów technologicznych. Jesteśmy gotowi współpracować z instytucjami UE, by stworzyć spójne, proinnowacyjne ramy regulacyjne, które wzmocnią konkurencyjność Europy i zapewnią firmom tak potrzebną pewność prawa.podsumowuje Tomasz Snażyk.

Finisz roku pod znakiem niepewności. Dane makro mieszają rynkowe nastroje

W ostatnim pełnym tygodniu roku jest spory wysyp danych – nie tylko ze Stanów, ale również globalnie. Trump ogłosił blokadę morską Wenezueli, jest reakcja na notowaniach ropy naftowej. Funt brytyjski traci po publikacji danych inflacyjnych, które powinny przesądzić o obniżce stóp już w czwartek.

Obraz gospodarki USA nieco zamazany

W tym tygodniu czeka nas sporo danych makro, a w przypadku USA, są to zarówno odczyty bieżące, jak i zaległe – w związku z blokadą instytucji rządowych, która miała miejsce niedawno. Inwestorzy czekali przede wszystkim na publikacje z rynku pracy, bo tak naprawdę obraz tego sektora gospodarki od października był nieznany. I trzeba przyznać, że pojawiły się sygnały pogorszenia koniunktury, choć nie można ich rozpatrywać jednoznacznie. Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie do poziomu 4,6% z 4,4% miesiąc wcześniej, tylko trzeba pamiętać, że zwolnienia w tym czasie dotyczyły głównie urzędników (jeden z głównych powodów shutdownu). Wydźwięk publikacji nie jest więc, aż tak zły, bo należy dodać, że w obu miesiącach zatrudnienie w sektorze prywatnym rosło. Również w przypadku innych danych można mówić o braku jednoznacznego przekazu – PMI okazały się słabsze od prognoz, ale już sprzedaż detaliczna w listopadzie była na solidnym poziomie.

Kolejny krok

Na głównej parze walutowej świata widzimy cofnięcie z poziomu 1,1750 do okolic wsparcia na 1,17. Jest to pokłosie pogorszenia się sentymentu na rynkach w związku z ogłoszeniem przez prezydenta USA blokady morskiej Wenezueli. Temat konfliktu w tym rejonie świata nie jest niczym nowym, bo od kilku tygodni pojawiają się informację o flocie zgromadzonej w okolicach tego kraju Ameryki Południowej, a rynki nawet żyły możliwym atakiem wojsk amerykańskich na Wenezuelę. Trump uznał administrację prezydenta Maduro za „organizację terrorystyczną”, a pokaz siły wojskowej może stanowić punkt zapalny przez najbliższy czas. Teraz prezydent USA skupia się na ograniczeniu eksportu ropy naftowej przez Wenezuelę (głównie do Chin). Reakcja na notowaniach „czarnego złota” nie mogła być inna, jak wzrost cen kontraktów terminowych o ponad 1%, bo ten kraj ma największe rezerwy ropy naftowej na świecie (około 18% globalnych pokładów). Eskalacja napięcia w tym regionie wpływa też na notowania złota, jako bezpiecznej przystani.

Prezent świąteczny dla BoE

Wspominaliśmy, że w tym tygodniu był spory wysyp danych i takowe pojawiły się również z Wysp Brytyjskich. I trzeba przyznać, że odczyt inflacji za listopad jest swoistym prezentem dla Banku Anglii. Odczyt CPI 3,2% r/r, jest dużo niższy od wartości w październiku, gdzie było to 3,6%. Tym samym otwiera to drogę BoE do obniżki stopy procentowej już na jutrzejszym posiedzeniu. Bank Anglii w ostatnim czasie miał twardy orzech do zgryzienia, bo kiepska sytuacja na rynku pracy, w połączeniu z niskim wzrostem gospodarczym, była w kontrze do właśnie inflacji i nie dawała jasnych sygnałów w polityce monetarnej, a wręcz hamowała jakiekolwiek decyzje. Teraz wydaje się, że mamy już splot czynników, który ułatwia decyzję BoE, a jej efekty poznamy już jutro podczas posiedzenia. Patrząc na osłabiającego się funta brytyjskiego dzisiaj, widzimy, że inwestorzy już „wiedzą” co się stanie jutro, czyli obniżka kosztu pieniądza.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 11.00 – strefa euro – inflacja CPI listopad,
  • 16.30 – USA – zapasy ropy naftowej.

Gospodarka USA hamuje, ale inflacja wciąż powyżej celu

Wczorajsze dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych wskazują na wyraźne pogorszenie jego kondycji. Stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie do 4.6%, wobec 4.4% we wrześniu i 4% w styczniu, osiągając najwyższy poziom od 2021 roku. Tendencja ta sugeruje stopniowe, ale coraz bardziej widoczne osłabienie sytuacji na rynku zatrudnienia. Jednocześnie dane dotyczące liczby miejsc pracy poza rolnictwem charakteryzują się znaczną zmiennością. W październiku odnotowano spadek zatrudnienia o 105 tys., natomiast w listopadzie wzrost o 64 tys., przy czym wahania te w dużej mierze wynikają z funkcjonowania programu odroczonych rezygnacji w administracji publicznej, co utrudnia jednoznaczną ocenę faktycznego trendu.

W szerszym ujęciu rynek pracy nie wykazuje oznak powszechnego ożywienia. W ciągu ostatnich trzech miesięcy wzrost zatrudnienia wystąpił jedynie w trzech sektorach:

  • hotelarstwie i gastronomii,
  • edukacji wraz z opieką zdrowotną,
  • budownictwie

W tym ostatnim przypadku ekspansja jest częściowo napędzana intensywnymi inwestycjami w centra danych związane z rozwojem sztucznej inteligencji. Pozostałe kluczowe branże, takie jak przemysł, sektor IT, handel oraz transport, pozostają słabe i nie generują nowych miejsc pracy. Równolegle widoczne jest wyraźne hamowanie dynamiki wynagrodzeń, gdyż wzrost średniej stawki godzinowej spadł do 3.5% rok do roku, co stanowi najniższy poziom od maja 2021 roku.

Dodatkowym źródłem niepokoju jest gwałtowny wzrost liczby osób pracujących w niepełnym wymiarze godzin z przyczyn ekonomicznych. Liczba ta wzrosła do 5.5 mln z 4.6 mln wcześniej, co oznacza bardzo silny skok, choć część obserwatorów podchodzi do tych danych z ostrożnością, wskazując na możliwość ich ograniczonej wiarygodności. Interpretację sytuacji komplikuje również wcześniejsze czasowe zamknięcie rządu federalnego, które zakłóciło proces zbierania danych przez Biuro Statystyki Pracy. W efekcie listopadowe odczyty obarczone są większym marginesem błędu, a wzrost bezrobocia może być częściowo wynikiem błędnej klasyfikacji pracowników tymczasowo zwolnionych w okresie zamknięcia administracji.

Taka „mgła danych” zwiększa niepewność decyzyjną Rezerwy Federalnej. Mimo pogarszających się sygnałów z rynku pracy Fed może opóźniać dalsze obniżki stóp procentowych, oczekując na bardziej spójne i wiarygodne informacje. Ogólny obraz rynku pracy przesuwa się z fazy „nie najlepszego” w kierunku wyraźnie słabego. Choć nie obserwuje się jeszcze masowych zwolnień, liczba ofert pracy spada, proces znalezienia zatrudnienia staje się coraz trudniejszy, a presja płacowa wyraźnie słabnie.

W tym kontekście istotnym wydarzeniem będzie jutrzejsza publikacja raportu CPI ze Stanów Zjednoczonych. Konsensus rynkowy zakłada odczyt inflacji na poziomie 3.1% rok do roku, a więc ponad 1 punkt procentowy powyżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Połączenie podwyższonej inflacji z coraz wyraźniejszym osłabieniem rynku pracy tworzy dla decydentów z FOMC wyjątkowo trudne otoczenie, wymagające równoważenia ryzyka utrwalenia się presji cenowej z postępującym spowolnieniem gospodarczym. Te sprzeczne sygnały najprawdopodobniej pozostaną w najbliższych miesiącach jednym z głównych źródeł niepewności w polityce monetarnej USA.

Na rynku walutowym widać już pierwsze reakcje na to otoczenie makroekonomiczne. Indeks DXY wzrósł do poziomu 98.543 pkt, podczas gdy EURUSD, które jeszcze wczoraj testowało poziom 1.18, obecnie notowane jest poniżej 1.1720. Może to świadczyć o narastającej przewadze dolara w oczekiwaniu na kluczowe dane inflacyjne oraz dalsze sygnały płynące z Rezerwy Federalnej.

Rynek aut luksusowych: Porsche i Ferrari na zakręcie

Porsche i Ferrari, dwie ikony luksusu i inżynieryjnej precyzji, znalazły się w trudnym momencie. Choć przez lata były synonimem prestiżu, dziś ich sytuacja coraz wyraźniej odbiega od reszty motoryzacyjnej czołówki. Od początku roku akcje Ferrari spadły o 23,4 proc., a Porsche o 20,1 proc. To najgorsze wyniki wśród dziesięciu głównych producentów samochodów. Dla porównania GM zyskał 44,8 proc., Ford 32,1 proc., a BMW 22,7 proc. Inwestorzy premiują firmy, które potrafią działać na dużą skalę, szybko dostosowują się do zmian i efektywnie kontrolują koszty. Ferrari i Porsche, mimo siły marki, dziś wyglądają na zbyt powolne i zbyt drogie. Szansą dla firm może stać się zmiana polityki UE w zakresie odejścia od aut spalinowych.

W przypadku Porsche problem ma wiele warstw. Po pierwsze, popyt na auta elektryczne słabnie. Strategia szybkiego przejścia na modele EV traci impet, a firma przesuwa zasoby z powrotem w stronę samochodów spalinowych i hybryd. To segmenty bardziej dochodowe, mniej ryzykowne i lepiej dopasowane do oczekiwań klientów. Taka korekta wpisuje się w szerszy kontekst polityczny. Kanclerz Friedrich Merz zwrócił się do Komisji Europejskiej z wnioskiem o ponowne rozpatrzenie przepisów, które przewidują zakończenie sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku. Niemiecki rząd przyjął formalny wniosek do UE o wyjątek dla ładowanych hybryd oraz niskoemisyjnych silników spalinowych. To potencjalna zmiana reguł gry, która może wpisać się w nową strategię Porsche i dać firmie większą elastyczność w najbliższych latach.

Firmie nie pomaga także struktura kosztowa. Produkcja skoncentrowana w Europie oznacza wyższe ceny energii, rosnące płace oraz większe ryzyko kursowe. Dodatkowo amerykańskie cła sięgające 15 proc. kosztują firmę 700 mln euro rocznie. Porsche nie ma fabryk w USA, przez co jest w gorszej pozycji niż konkurenci produkujący lokalnie. Problemem staje się także rynek chiński, gdzie przychody firmy w trzecim kwartale spadły aż o 21 proc. Presja konkurencji rośnie, a chińskie marki coraz skuteczniej odbierają udziały w segmencie aut elektrycznych.

Rok 2025 ma być dla Porsche okresem przejściowym, czasem cięcia kosztów, restrukturyzacji i zmiany kursu strategicznego. Symboliczna jest tu zmiana prezesa. Od stycznia stery obejmie Michael Leiters, były szef McLarena. Nowy szef ma przywrócić firmie tempo i elastyczność. Średnia cena samochodu Porsche w 2024 roku wyniosła 117 tys. euro, ale już w 2025 ma spaść do 110 tys. To sygnał, że podwyżki cen dotarły do ściany, a klienci stają się bardziej wrażliwi na koszty. Po latach bezproblemowych wzrostów firma musi zmierzyć się z nową rzeczywistością.

Ferrari z kolei boryka się z innym zestawem problemów. Akcje spadły do najniższych poziomów od dwóch lat, głównie przez opóźnienia we wdrażaniu nowego modelu F80 oraz obniżone prognozy dostaw na 2026 rok z planowanych 250 do zaledwie 200 sztuk. Do tego dochodzą rosnące koszty wprowadzania nowych modeli, które wywierają presję na marże.

Wyzwanie stanowi także Ferrari Elettrica, czyli pierwszy elektryczny model marki. Firma stawia na strategię ograniczania wolumenu produkcji, co chroni ekskluzywność, ale ogranicza możliwości wzrostu. W otoczeniu rosnących oczekiwań rynkowych taka strategia zaczyna ciążyć.

Wspólnym mianownikiem dla Porsche i Ferrari jest napięcie między prestiżem a elastycznością. Obie firmy walczą o utrzymanie swojej tożsamości w czasie, gdy rynek premiuje skalę, adaptację i efektywność. Problemy z popytem, rosnące koszty, presja konkurencji i wyzwania technologiczne pokazują, że luksus sam w sobie nie wystarczy.

Zarówno Porsche, jak i Ferrari próbują dziś odnaleźć równowagę między wizerunkiem a rentownością, między ekskluzywnością a dostępnością, między strategią a rzeczywistością rynkową. Najbliższe kwartały pokażą, czy uda się im skręcić w odpowiednim kierunku, zanim rynek zdecyduje za nie. Obie marki pozostają długoterminowo atrakcyjne, ale w krótkim terminie akcje to wciąż inwestycja o podwyższonym ryzyku.

Cyberubezpieczenia, już teraz warte 16,3 mld USD globalnie, będą nadal szybko rosnąć

W miarę jak rynek będzie się rozwijał, ubezpieczyciele przejdą od ogólnych modeli wyliczeń do szczegółowego audytu obecnej sytuacji potencjalnego klienta. Coraz częściej będą preferować firmy, które wdrażają i egzekwują odpowiednie zabezpieczenia oraz mechanizmy nadzoru, jednocześnie odmawiając ochrony tym, którzy tego nie robią.

Rynek cyberubezpieczeń, choć wciąż stanowi stosunkowo małą część globalnej branży ubezpieczeniowej, rośnie w tempie, które przyciąga uwagę zarówno liderów rynku, jak i przedsiębiorstw z różnych sektorów. Według raportu reinsurera Munich Re, globalna wartość składek brutto z tytułu polis cyber ma osiągnąć ok. 16,3 mld USD w 2025 r. – to niemal dwukrotność wartości z 2020 roku i sygnał, że cyfrowe ryzyka stają się jednym z kluczowych obszarów do zabezpieczenia dla firm na całym świecie. Przewidywania odnoszące się do całego rynku są jeszcze bardziej optymistyczne w dłuższej perspektywie: prognozy branżowe wskazują, że globalne przychody z cyberubezpieczeń mogą wzrosnąć nawet powyżej 50 mld USD do końca dekady, jeżeli obecne trendy zostaną podtrzymane.

Rosnąca fala zagrożeń napędza popyt

Dynamiczny wzrost rynku jest bezpośrednią odpowiedzią na eskalację cyberzagrożeń: ransomware, phishing, wycieki danych czy naruszenia usług w chmurze stały się codziennością dla przedsiębiorstw każdego rozmiaru. Statystyki pokazują, że coraz więcej organizacji decyduje się na ochronę przed tego typu ryzykami – 65%[1] amerykańskich firm posiada już polisę cyber, a średnia suma wypłat z tytułu roszczeń rośnie, co odzwierciedla zarówno skalę ataków, jak i ich koszt dla biznesu. W samej Wielkiej Brytanii 62%[2] małych firm jest ubezpieczonych, w porównaniu do 49% w zeszłym roku.

Ransomware odpowiada aż za 29% wszystkich roszczeń z tytułu cyberataków. Firmy często decydują się zapłacić okup, aby szybko wrócić do pracy, bowiem przestoje byłyby jeszcze bardziej kosztowne. To są momenty, w których ubezpieczenia przydają się najbardziej – mówi Marta Prus-Wójciuk, Head of Fraud Practice, SAS Central Europe.

Ewolucja modeli oceny ryzyka

Kluczową zmianą, która zachodzi w sektorze, jest transformacja podejścia do oceny i wyceny ryzyka. Tradycyjne metody aktuarialne, oparte na statystycznych modelach z przeszłości, coraz częściej ustępują miejsca technologicznym narzędziom oceny, które uwzględniają rzeczywiste praktyki bezpieczeństwa klienta oraz dynamiczne monitorowanie jego infrastruktury.

Wiodący ubezpieczyciele korzystają z analiz telemetrii, automatycznych skanerów podatności oraz algorytmów sztucznej inteligencji, aby nie tylko wycenić ryzyko bardziej precyzyjnie, lecz także – co ważniejsze – premiować te organizacje, które wdrożyły zaawansowane mechanizmy ochronne. W praktyce może to oznaczać obniżenie składki dla firmy z solidnymi kontrolami bezpieczeństwa i jednoczesne odmawianie ochrony podmiotom, które ignorują kluczowe standardy cyberhigieny.

Od statystyk do proaktywnej ochrony

Nowoczesne polityki cyberubezpieczeniowe coraz częściej integrują nie tylko finansowe rekompensaty za szkody, ale także usługi prewencyjne i wsparcie w reagowaniu na incydenty – od analiz śledczych po doradztwo prawne i PR. To sygnał, że ubezpieczyciele przekształcają się z biernych płatników odszkodowań w aktywnych partnerów w budowaniu odporności cyfrowej organizacji.

Taka ewolucja ma dwa istotne skutki. Po pierwsze, wzmacnia pozycje firm, które traktują cyberbezpieczeństwo strategicznie: przedsiębiorstwa z solidnymi zabezpieczeniami mogą liczyć na lepsze warunki polis i mniejsze straty finansowe po ataku. Po drugie, tworzy wyraźniejszą segmentację rynku polis: ubezpieczyciele będą coraz częściej odmawiać pokrycia strat podmiotom z niskim poziomem zabezpieczeń, co może skłaniać do inwestycji w technologie i procesy bezpieczeństwa jako warunek dostępu do ubezpieczenia – mówi Marta Prus-Wójciuk, Head of Fraud Practice, SAS Central Europe.

Mimo że cyberubezpieczenia rosną szybko, rynek wciąż pozostaje niedostatecznie nasycony – szacuje się, że wiele firm albo nie posiada takich polis, albo ich zakres jest niewystarczający. Geograficzne i sektorowe luki w ubezpieczeniu pozostają znaczące, co oznacza ogromną przestrzeń do rozwoju produktów, szczególnie dla MŚP i organizacji z tzw. ochrony krytycznej.

[1] https://sqmagazine.co.uk/cyber-insurance-statistics/

[2] https://heimdalsecurity.com/blog/uk-cybersecurity-statistics/

AI produkuje muzyczny spam. Skala problemu rośnie

0

Brytyjska wokalistka Emily Portman w lipcu otrzymała gratulacje od fana z okazji premiery nowego albumu — kłopot polegał na tym, że artystka nigdy takiej płyty nie nagrała. Wkrótce okazało się, że na platformach Spotify i Apple Music pod jej nazwiskiem opublikowano album zatytułowany „Orca”, w całości wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Incydent ten stał się kolejnym sygnałem narastającego kryzysu w branży muzycznej, w której serwisy streamingowe coraz częściej zalewane są fałszywymi nagraniami przypisywanymi realnym artystom.

Portman szybko zorientowała się, że opublikowane utwory nie są jej autorstwa. Choć tytuły piosenek nawiązywały do jej stylistyki, wokale brzmiały nienaturalnie perfekcyjnie, a teksty — jak sama podkreślała — były pozbawione znaczenia. Artystka zwraca uwagę, że osoby podszywające się pod muzyków wykorzystują luki w systemach dystrybucyjnych, przesyłając treści bez skutecznej weryfikacji tożsamości. Jej zdaniem jest to jedno z najłatwiejszych i jednocześnie najbardziej powszechnych oszustw funkcjonujących obecnie w internecie.

Skala zjawiska okazuje się znacząca. Z badania Ipsos przeprowadzonego na zlecenie francuskiej platformy Deezer wynika, że aż 97 proc. słuchaczy nie potrafi odróżnić utworów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję od autentycznych nagrań. Deezer poinformował, że tylko w listopadzie do serwisu trafiało każdego dnia ponad 50 tys. w pełni wygenerowanych przez AI utworów, co stanowiło około jednej trzeciej wszystkich nowych zgłoszeń.

Jak wyjaśnia Dougie Brown z organizacji branżowej UK Music, przypisywanie takich nagrań rozpoznawalnym nazwiskom ma przede wszystkim umożliwić czerpanie korzyści finansowych z tantiem. Choć pojedyncze wpływy ze streamingu są niewielkie, ich łączna wartość może rosnąć dzięki wykorzystaniu botów sztucznie zawyżających liczbę odtworzeń.

W odpowiedzi na narastającą krytykę Spotify ogłosił we wrześniu działania mające na celu poprawę wiarygodności platformy, w tym usunięcie w ciągu ostatniego roku około 75 mln utworów uznanych za spam. Serwis, podobnie jak Apple Music, deklaruje ścisłą współpracę z dystrybutorami w celu skuteczniejszego wykrywania fałszywych treści. Jak podkreśla Spotify, dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji przyspiesza i uwidacznia istniejące od lat problemy branży muzycznej, takie jak spam, oszustwa i wprowadzające w błąd treści.

Trump straszy sankcjami wobec europejskich firm w sporze o politykę cyfrową UE

Administracja prezydenta Donalda Trumpa ogłosiła we wtorek możliwość nałożenia sankcji na kluczowe europejskie korporacje, takie jak Accenture, Siemens czy Spotify. Działania te mają być reakcją na – według Waszyngtonu – dyskryminujące podatki cyfrowe oraz regulacje UE, które w ocenie USA szkodzą interesom amerykańskich firm technologicznych.

Biuro Przedstawiciela Handlowego Stanów Zjednoczonych (USTR) ogłosiło, że jest gotowe użyć „wszystkich dostępnych instrumentów” do przeciwdziałania unijnym regulacjom. To oznacza zaostrzenie już trwającego sporu transatlantyckiego na temat zasad funkcjonowania rynku technologicznego. W oficjalnym komunikacie zaznaczono, że nowe restrykcje lub opłaty mogą obejmować także inne europejskie firmy, takie jak SAP, DHL, Capgemini, Publicis, Amadeus oraz Mistral.

Spór o regulacje cyfrowe

Napięcia między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską rosną wobec unijnych regulacji dotyczących sektora cyfrowego, szczególnie ustawy o usługach cyfrowych (DSA) oraz ustawy o rynkach cyfrowych (DMA). Te przepisy nakładają surowe wymogi dotyczące moderacji treści i mają na celu ograniczenie pozycji dominujących największych światowych platform technologicznych, takich jak Meta, Apple, Google czy Amazon.

Na początku miesiąca Komisja Europejska nałożyła na platformę X, należącą do Elona Muska, karę w wysokości 140 mln dolarów za naruszenie wymogów przejrzystości określonych w DSA. Decyzja ta spotkała się z ostrą krytyką prezydenta Trumpa, który ostrzegł, że „Europa powinna zachować ostrożność”. Równolegle Bruksela rozpoczęła postępowania wobec Google’a, Microsoftu, Amazona i Mety, dotyczące m.in. praktyk w zakresie sztucznej inteligencji oraz usług chmurowych.

Ryzyko dla relacji handlowych

Eskalacja konfliktu może zagrozić umowie handlowej z sierpnia 2025 roku, w której ustalono 15-procentowy limit ceł na większość eksportu z UE do USA. Dla Europy był to sukces, ponieważ umożliwił uniknięcie ustępstw w ważnych sprawach regulacji cyfrowych, które UE uważa za część swojej suwerenności technologicznej.

Administracja USA wskazuje, że polityka cyfrowa Unii wciąż jest jednym z głównych punktów spornych. Nie wyklucza też działań odwetowych, takich jak podniesienie ceł, jeśli Bruksela nadal będzie egzekwować przepisy, które Waszyngton uważa za dyskryminujące. Z kolei przedstawiciele UE podkreślają ograniczoną gotowość do zmian i swoje prawo do samodzielnego kształtowania zasad rynku cyfrowego. Komisja Europejska konsekwentnie realizuje politykę egzekwowania prawa, nakładając w ostatnich latach wielomiliardowe kary na amerykańskie firmy technologiczne za naruszenia przepisów antymonopolowych, podatkowych i ochrony danych.

Komisarz UE: nie wrócimy do importu rosyjskiej energii

Komisarz ds. energii Dan Jørgensen, występując podczas sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, poinformował, że Unia Europejska podjęła decyzję o definitywnym zakończeniu importu energii z Rosji. Jak podkreślił, Wspólnota nie zamierza wracać do dotychczasowego modelu współpracy energetycznej z Moskwą. Decyzja ta ma charakter jednoznaczny i ostateczny oraz ma zapobiec powtórzeniu błędów z przeszłości. Stanowi ona bezprecedensowy krok w historii Unii Europejskiej i oznacza definitywne zerwanie wieloletniej zależności energetycznej od Rosji.

Stopniowe, lecz nieodwracalne wycofanie

Zgodnie ze wstępnym porozumieniem osiągniętym na początku grudnia przez Parlament Europejski i Radę UE, w życie wejdzie prawnie wiążący zakaz importu rosyjskiego gazu ziemnego we wszystkich jego formach. Import skroplonego gazu ziemnego (LNG) zostanie całkowicie wstrzymany do końca 2026 roku, natomiast dostawy gazu przesyłanego rurociągami wygasną do końca września 2027 roku.

W przypadku kontraktów krótkoterminowych zawartych przed 17 czerwca 2025 roku zakaz zacznie obowiązywać wiosną 2026 roku. Umowy długoterminowe zostaną objęte restrykcjami od stycznia 2027 roku, a ich pełne wygaśnięcie nastąpi do końca września tego samego roku.

Komisarz Jørgensen zapowiedział ponadto, że na początku 2026 roku Komisja Europejska przedstawi propozycję zakazu importu rosyjskiej ropy naftowej, a następnie – surowców i technologii związanych z energetyką jądrową. Jak podkreślił, działania te mają bezpośrednio ograniczyć finansowanie reżimu Władimira Putina i stanowią dowód zdolności Unii Europejskiej do wspólnego, solidarnego działania.

Decyzja spotkała się jednak z ostrą krytyką ze strony części europosłów z Węgier. Przedstawiciel partii Fidesz László András zwrócił uwagę, że według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego węgierska gospodarka mogłaby skurczyć się nawet o cztery procent, gdyby kraj został zmuszony do zastąpienia rosyjskich dostaw energii innymi źródłami. Europosłanka Enikő Győri oceniła z kolei, że przyjęte rozwiązanie stanowi „prawny wybieg”, pozwalający obejść zasadę jednomyślności w podejmowaniu decyzji. Węgry i Słowacja zapowiedziały zaskarżenie rozporządzenia na drodze prawnej.

Obecnie Rosja odpowiada za około 12–13 procent importu gazu do Unii Europejskiej, co oznacza wyraźny spadek w porównaniu z poziomem około 45 procent w 2022 roku. Mimo to państwa członkowskie nadal wydają ponad miliard euro miesięcznie na zakup rosyjskiego gazu, co podkreśla skalę wyzwań związanych z pełnym uniezależnieniem się od tych dostaw.

USA: konsumpcja hamuje, rynek pracy słabnie. Rosną obawy o recesję

Sprzedaż detaliczna w Stanach Zjednoczonych pozostała bez zmian w październiku, a stopa bezrobocia wzrosła w listopadzie do 4,6%, osiągając najwyższy poziom od września 2021 r. – wynika z opóźnionych danych rządowych opublikowanych we wtorek. Zestaw tych informacji wzmacnia sygnały, że amerykańska gospodarka stopniowo traci impet, a presja narasta zarówno po stronie wydatków konsumenckich, jak i rynku pracy.

Publikacje zostały przesunięte w czasie z powodu 43-dniowego zamknięcia rządu federalnego, co dodatkowo utrudnia interpretację trendów. Mimo to ekonomiści coraz częściej ostrzegają, że ryzyko recesji rośnie.

Sprzedaż detaliczna: stagnacja na nagłówku, zróżnicowanie pod spodem

W październiku wartość sprzedaży detalicznej wyniosła 732,6 mld dolarów, nie zmieniając się względem września. To wynik słabszy od oczekiwań ekonomistów, którzy liczyli na wzrost o 0,1%. Do wyhamowania przyczyniły się m.in. niższe ceny benzyny (dane nie są korygowane o inflację) oraz spadek sprzedaży pojazdów o 1,6%. Ten ostatni czynnik był w dużej mierze efektem wygaśnięcia federalnej ulgi podatkowej na auta elektryczne (7 500 USD) z końcem września, co wcześniej sztucznie podbiło popyt.

Pod powierzchnią płaskiego nagłówka widać jednak bardziej zniuansowany obraz. Tzw. grupa kontrolna – kluczowa miara dla PKB, wyłączająca samochody, paliwa, materiały budowlane i gastronomię – wzrosła o 0,8%, najmocniej od czterech miesięcy i wyraźnie powyżej prognoz (0,4%). Sprzedaż internetowa zwiększyła się o 1,8%, a domy towarowe odnotowały wzrost aż o 4,9%, co sugeruje selektywną odporność popytu.

Konsumpcja „w kształcie litery K”

Badania instytucjonalne wskazują na pogłębiające się zróżnicowanie zachowań konsumentów. Gospodarstwa domowe z dochodami powyżej 100 tys. USD rocznie zwiększyły wydatki o 2,6% r/r w listopadzie, podczas gdy grupy o niższych dochodach zanotowały wzrost zaledwie 0,6%. Oznacza to, że wzrost wydatków uznaniowych w coraz większym stopniu napędzają osoby lepiej sytuowane, podczas gdy gospodarstwa o niższych dochodach ograniczają m.in. wydatki na podróże i odzież.

Rynek pracy: wyższe bezrobocie i więcej pracy „na skróty”

Równolegle narastają obawy o rynek pracy. Stopa bezrobocia wzrosła do 4,6% z 4,4% we wrześniu. Zatrudnienie w niepełnym wymiarze z przyczyn ekonomicznych zwiększyło się w listopadzie o prawie 1 mln osób, do 5,5 mln, co sugeruje, że firmy częściej ograniczają godziny, zamiast przeprowadzać masowe zwolnienia.

Listopadowy przyrost zatrudnienia wyniósł 64 tys. miejsc pracy, po spadku o 105 tys. w październiku. Październikowe tąpnięcie w dużej mierze wiązano z redukcjami w sektorze federalnym – ponad 150 tys. pracowników miało przyjąć odprawy w ramach inicjatyw ograniczających wielkość administracji. Biuro Statystyki Pracy zaznaczyło przy tym, że dane z badania gospodarstw domowych za październik nie zostały zebrane podczas zamknięcia rządu, dlatego brak jest oficjalnej stopy bezrobocia za ten miesiąc.

Ekonomiści i Fed ostrzegają

Ryzyko, że gospodarka wpadnie w recesję, jest niepokojąco wysokie – ocenia Mark Zandi, główny ekonomista Moody’s Analytics. Jego zdaniem, jeśli dojdzie do wyraźnego nasilenia zwolnień, recesja na rynku pracy stanie się faktem.

Podobnie ostrożne sygnały płyną z Rezerwy Federalnej. Jerome Powell przyznał niedawno, że rynek pracy „ma istotne ryzyka spadkowe”, wskazując na możliwość, że po uwzględnieniu rewizji bazowych tworzenie miejsc pracy mogło być faktycznie ujemne. Najnowsze korekty pokazują bowiem, że w minionym roku powstało o 911 tys. miejsc pracy mniej, niż pierwotnie raportowano.

Wniosek: dane o sprzedaży i zatrudnieniu rysują obraz gospodarki, która nie załamuje się gwałtownie, ale wyraźnie zwalnia. Przy rosnącym bezrobociu, nierównomiernej konsumpcji i niepewności wokół jakości danych, kolejne miesiące – oraz komunikacja Fed – będą kluczowe dla oceny, czy USA zdołają uniknąć recesji.

Parlament Europejski wzmacnia klauzulę ochronną w umowie UE–Mercosur

Parlament Europejski przyjął we wtorek wzmocnioną klauzulę ochronną do umowy handlowej UE z państwami Mercosuru. Jej celem jest zabezpieczenie interesów europejskich rolników przed nadmiernym napływem produktów rolnych z Ameryki Południowej. Głosowanie odbyło się w czasie, gdy przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen planuje podpisać porozumienie w Brazylii w sobotę 20 grudnia, mimo sprzeciwu m.in. Francji i Włoch.

Zaostrzenie mechanizmów ochronnych

Stanowisko PE przeszło większością 431 głosów „za”, przy 161 „przeciw” i 70 wstrzymujących się. Europosłowie zaostrzyli pierwotną propozycję Komisji Europejskiej, obniżając progi uruchamiające środki ochronne. Zgodnie z przyjętymi poprawkami procedura zabezpieczająca ma być wszczynana już przy spadku cen produktów wrażliwych w UE o 5 proc. (zamiast 10 proc.), a Komisja Europejska będzie zobowiązana zareagować w ciągu 14 dni, a nie 21.

Klauzula ma pełnić rolę „hamulca bezpieczeństwa” w sytuacji, gdy import z Mercosuru – m.in. wołowiny, drobiu czy jaj – zacznie destabilizować unijny rynek. Zmiany przewidują również skrócenie czasu postępowań wyjaśniających w sprawie zakłóceń rynkowych: z sześciu do trzech miesięcy, a w przypadku produktów szczególnie wrażliwych – z czterech do dwóch miesięcy.

Spór polityczny i stanowisko Polski

Przeciwko przyjętym rozwiązaniom głosowali europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Piotr Müller ocenił, że proponowane instrumenty ochronne są niewystarczające i mają charakter głównie polityczny. Podobne stanowisko przedstawili także Anna Bryłka i Bogdan Rzońca.

Minister rolnictwa Stefan Krajewski podkreślił natomiast, że Polska sprzeciwia się umowie w obecnym kształcie i deklaruje współpracę z Francją w celu zablokowania prób dzielenia porozumienia na części. Równolegle polscy europosłowie Krzysztof Hetman i Dariusz Joński zgłosili poprawki, w tym postulat rozszerzenia listy produktów objętych ochroną o jaja klasy A i B.

Gabriel Mato, sprawozdawca PE ds. Mercosuru, uznał przyjęty kompromis za istotne wzmocnienie skuteczności rozporządzenia. Ostateczny tekst ma zostać doprecyzowany w negocjacjach Parlamentu z państwami członkowskimi 17 grudnia. Sama umowa z Mercosurem – obejmująca Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Boliwię – po podpisaniu będzie jeszcze wymagała ratyfikacji przez Parlament Europejski.

Chiny wprowadzają pięcioletnie cła na wieprzowinę z UE

Chiny ogłosiły we wtorek nałożenie ceł antydumpingowych na import wieprzowiny i produktów wieprzowych z Unii Europejskiej na okres pięciu lat. Ostateczne stawki, wynoszące od 4,9 do 19,8 proc., wejdą w życie w środę i będą obowiązywać do grudnia 2030 roku. Decyzja kończy trwające 18 miesięcy postępowanie antydumpingowe dotyczące importu wieprzowiny z Unii Europejskiej, powszechnie postrzegane jako odwet Pekinu na unijne cła na chińskie pojazdy elektryczne.

Nowe stawki są wyraźnie niższe od tymczasowych opłat, które we wrześniu sięgały nawet 62,4 proc. Obejmą jednak znaczący strumień handlu – ponad 2 mld dolarów rocznego eksportu wieprzowiny z UE do Chin. Chińskie Ministerstwo Handlu uznało, że europejscy eksporterzy sprzedawali wieprzowinę i produkty uboczne pochodzenia wieprzowego po cenach dumpingowych, poniżej kosztów produkcji, wyrządzając szkody krajowym producentom.

Sygnał deeskalacji, ale nie koniec sporów

Obniżenie stawek względem propozycji tymczasowych jest interpretowane jako efekt negocjacji prowadzonych w ostatnich miesiącach między Pekinem a Brukselą. Eksperci podkreślają, że rezultat odzwierciedla skoordynowane wysiłki dyplomatyczne po obu stronach, choć nie oznacza pełnego wygaszenia napięć. Dochodzenie w sprawie wieprzowiny rozpoczęto w czerwcu 2024 r., krótko po tym, jak UE nałożyła cła sięgające 45,3 proc. na chińskie samochody elektryczne, argumentując je nieuczciwymi subsydiami państwowymi.

W ostatnich miesiącach Pekin odwiedzili m.in. prezydent Francji Emmanuel Macron oraz król Hiszpanii Felipe, a rozmowy handlowe stały się jednym z głównych tematów dialogu politycznego. Mimo to decyzja Chin potwierdza, że spory sektorowe – zwłaszcza na styku rolnictwa i przemysłu – pozostaną elementem relacji UE–Chiny.

Rynek po szczycie z czasu kryzysu ASF

Eksport wieprzowiny z UE do Chin osiągnął rekordowy poziom 7,4 mld euro w 2020 roku, gdy afrykański pomór świń zdziesiątkował chińskie stada i wywindował popyt na import. Od tego czasu sprzedaż stopniowo malała wraz z odbudową krajowej produkcji w Chinach. Mimo spadku wolumenów Unia Europejska pozostaje największym eksporterem wieprzowiny na świecie, wysyłając za granicę około 13 proc. swojej rocznej produkcji, a Chiny pozostają jej najważniejszym klientem.

Co dalej

Chociaż obniżenie stawek celnych łagodzi bezpośredni cios dla europejskich producentów, pięcioletni okres obowiązywania ceł wprowadza długotrwałą niepewność w sektorze. Dla Brukseli decyzja Pekinu jest równocześnie sygnałem, że spory handlowe z Chinami coraz częściej dotyczą obszarów politycznie i społecznie wrażliwych, takich jak rolnictwo. W najbliższym czasie producenci będą musieli zmienić strategie cenowe i logistyczne, a w dłuższej perspektywie powinni się liczyć z tym, że relacje handlowe UE–Chiny mogą nadal być narażone na działania odwetowe z obu stron.

Ford wycofuje się z dużych samochodów elektrycznych. Branża motoryzacyjna koryguje strategię po spowolnieniu popytu na EV

Sektor motoryzacyjny wchodzi w fazę wyraźnej korekty strategii dotyczącej elektromobilności. W ciągu dwóch dni pojawiły się dwa sygnały, które rynek interpretuje jako zmianę tonu po latach „pełnej elektryfikacji”: Ford ogłosił wycofanie się z części planów dotyczących dużych pojazdów elektrycznych i ujął w wynikach 19,5 mld dolarów kosztów, a w Unii Europejskiej rośnie prawdopodobieństwo złagodzenia zasad, które w praktyce miały doprowadzić do zakończenia sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku.

Tłem tych decyzji jest spowolnienie tempa globalnych rejestracji samochodów elektrycznych w listopadzie. Według danych Benchmark Mineral Intelligence, globalna sprzedaż EV w tym miesiącu osiągnęła około 2 milionów, a roczny wskaźnik wzrostu wyniósł około 6% – najwolniej od wielu miesięcy. Jednocześnie, w ujęciu rocznym, rok 2025 nadal jest mocny: od stycznia do listopada globalna sprzedaż EV wzrosła o 21% w porównaniu z poprzednim rokiem, osiągając 18,5 miliona sztuk.

Ford: stop dla części projektów i zwrot ku hybrydom oraz EREV

Ford ogłosił, że na koszty związane z przeglądem swojego programu pojazdów elektrycznych przeznaczy około 19,5 mld dolarów. Z tej sumy 8,5 mld dolarów to odpisy na aktywa związane z anulowanymi projektami EV, 6 mld dolarów to koszty zamknięcia joint venture z koreańskim SK On, a pozostałe 5 mld dolarów to dodatkowe wydatki na program.

 F-150 Lightning eletrycznyJednocześnie spółka ogłosiła zmianę kierunku produktowego w segmencie dużych modeli: zamiast kolejnej generacji w pełni elektrycznych dużych pickupów i planowanych dużych elektrycznych aut użytkowych, Ford chce mocniej postawić na hybrydy oraz rozwiązania EREV (extended-range electric vehicle), czyli elektryczny napęd wspierany spalinowym generatorem. W tej logice ma zostać wstrzymany dotychczasowy kierunek dla elektrycznego pickupa F-150 Lightning, który ma ewoluować w stronę wariantu o wydłużonym zasięgu.

Prezes Jim Farley argumentuje, że jest to „zmiana napędzana przez klientów” i ma zbudować „bardziej odporny i bardziej dochodowy” model działania. Ford zakłada, że do 2030 r. ok. 50% globalnego wolumenu sprzedaży będą stanowiły łącznie hybrydy, EREV i pełne elektryki, wobec ok. 17% w 2025 r.

UE: odejście od „100%” na rzecz „90%” i furtka dla części technologii po 2035 r.

Równolegle Komisja Europejska rozważa rozwiązania, które w praktyce osłabiają założenie pełnego zakazu rejestracji nowych aut spalinowych od 2035 r. Z doniesień wynika, że w miejsce wymogu „zeroemisyjności” rozpatrywany jest wariant redukcji emisji CO₂ o 90% względem poziomów z 2021 r., co oznacza pozostawienie 10% „marginesu” – a więc przestrzeń dla części technologii (np. hybryd plug-in czy rozwiązań z wydłużonym zasięgiem) oraz mechanizmów kompensacyjnych.

Taki zwrot ma być efektem presji politycznej i lobbingu państw oraz przemysłu motoryzacyjnego, który alarmuje o kosztach transformacji, konkurencji z Chinami i ryzyku utraty miejsc pracy. Jednocześnie trzeba podkreślić, że ewentualne zmiany wymagają ścieżki legislacyjnej i akceptacji współprawodawców, więc kierunek jest sygnałem politycznym, ale nie „zamkniętą” decyzją regulacyjną.

Popyt: Europa rośnie, USA hamują, Chiny zwalniają

Benchmark Mineral Intelligence pokazuje wyraźnie zróżnicowany obraz regionalny. Europa pozostaje jasnym punktem – wzrost rejestracji w listopadzie był mocny, wspierany programami krajowymi. Z kolei dynamika w Chinach osłabła, a Ameryka Północna doświadczyła silnego spadku wolumenów w listopadzie, co część analiz wiąże ze zmianami bodźców fiskalnych i niepewnością regulacyjną.

To właśnie ta mieszanka – wolniejsze tempo wzrostu globalnego popytu, presja kosztowa i rosnąca ostrożność klientów – powoduje, że producenci przechodzą z narracji „EV za wszelką cenę” do podejścia bardziej pragmatycznego: większy udział hybryd, warianty pośrednie (EREV) i elastyczność inwestycji.

Co to oznacza dla rynku

Decyzje Forda i dyskusja w UE nie są zapowiedzią „końca elektryków”, ale sygnałem, że branża przestawia się na etap selekcji projektów i technologii: mniej wielkich, kapitałochłonnych zakładów opartych o optymistyczne scenariusze popytu, a więcej produktów przejściowych, które odpowiadają na realne bariery klientów (cena, infrastruktura, zasięg, tempo ładowania).

Najbliższe miesiące pokażą, czy spowolnienie z listopada było jedynie „chwilową przerwą” w trendzie, czy początkiem dłuższego okresu, w którym to hybrydy i rozwiązania pośrednie będą pełnić rolę pomostu – również dlatego, że polityka (USA i UE) coraz wyraźniej wpływa na to, jak szybko opłaca się przechodzić na pełną elektryfikację.

Inflacja bazowa w Polsce na najniżej od 6 lat. Presja cenowa wyraźnie słabnie

Inflacja bazowa w Polsce spadła w listopadzie 2025 roku do 2,7 proc. w ujęciu rocznym – poinformował we wtorek Narodowy Bank Polski. To najniższy poziom tego wskaźnika od listopada 2019 roku i pierwszy taki odczyt od sześciu lat. Dane potwierdzają wyraźne wygasanie wewnętrznej presji inflacyjnej w gospodarce i wzmacniają oczekiwania dotyczące dalszego łagodzenia polityki pieniężnej.

Odczyt inflacji bazowej był zgodny z prognozami ekonomistów i oznacza spadek z 3,0 proc. zanotowanych w październiku. Analitycy zwracają uwagę, że obniżenie tego wskaźnika jest szczególnie istotne z punktu widzenia decyzji Rady Polityki Pieniężnej, ponieważ inflacja bazowa w mniejszym stopniu podlega krótkoterminowym wahaniom i lepiej odzwierciedla trwałe tendencje cenowe w gospodarce.

Wszystkie miary inflacji bazowej spadają

Narodowy Bank Polski publikuje cztery różne miary inflacji bazowej, które pozwalają dokładniej analizować źródła zmian cen. W listopadzie wszystkie te wskaźniki odnotowały spadki. Inflacja po wyłączeniu cen administrowanych, czyli regulowanych przez państwo, obniżyła się do 2,0 proc. z 2,3 proc. miesiąc wcześniej. Z kolei tzw. 15-procentowa średnia obcięta, eliminująca skrajne zmiany cen, spadła do 2,4 proc. z 2,6 proc. w październiku.

Najczęściej przywoływana inflacja bazowa, która wyklucza ceny energii, paliw oraz żywności, uznawana jest za kluczowy wskaźnik dla banku centralnego. Jak podkreśla NBP, pozwala ona „lepiej identyfikować źródła inflacji i trafniej prognozować jej przyszłe tendencje”, a tym samym stanowi ważną podstawę do kształtowania polityki stóp procentowych.

Większa przestrzeń do obniżek stóp procentowych

Publikacja danych o inflacji bazowej następuje niedługo po informacji Głównego Urzędu Statystycznego, zgodnie z którą inflacja konsumencka CPI w listopadzie wyniosła 2,5 proc. rok do roku, czyli dokładnie tyle, ile wynosi cel inflacyjny NBP. Poprawa sytuacji cenowej znalazła już odzwierciedlenie w decyzjach Rady Polityki Pieniężnej, która w grudniu po raz szósty w 2025 roku obniżyła stopy procentowe. Stopa referencyjna NBP spadła wówczas do 4,0 proc.

Spadek inflacji bazowej do najniższego poziomu od lat znacząco zwiększa przestrzeń do dalszego łagodzenia polityki pieniężnej. W prognozach na początek 2026 roku coraz częściej pojawiają się oczekiwania kolejnych obniżek stóp, które mogłyby sprowadzić stopę referencyjną do 3,5 proc., a nawet niżej.

Zgodnie z listopadową projekcją Narodowego Banku Polskiego inflacja w 2026 roku ma wynieść średnio 2,9 proc., a w 2027 roku powrócić w okolice celu inflacyjnego na poziomie 2,5 proc. Jeśli te scenariusze się potwierdzą, obecne dane o inflacji bazowej mogą okazać się jednym z kluczowych argumentów za kontynuacją cyklu obniżek stóp procentowych w nadchodzących kwartałach.

Kurs dolara poniżej 3,59 PLN. Rynek czeka na dane z USA

Amerykański dolar znajduje się pod presją przed popołudniowymi danymi z amerykańskiego rynku pracy. W tym samym czasie poznamy także wyniki sprzedaży detalicznej w USA. Jeżeli publikacje będą znacząco odbiegać od prognoz, w drugiej połowie sesji czeka nas zwiększona zmienność. We wtorek o poranku złoty pozostawał silny względem dolara i euro, spychając kurs USD/PLN poniżej 3,59 PLN, a EUR/PLN do 4,22 PLN. W zupełnie innym kierunku podążają notowania GBP/PLN, a to za sprawą najnowszych publikacji z Wysp, które umocniły słabego ostatnimi czasy funta.

Co dalej z dolarem?

We wtorek o poranku notowania głównej pary walutowej świata oscylowały przy 1,176 USD. Jest to poziom, do którego eurodolar dotarł jeszcze w piątek. Miało to związek z zeszłotygodniową decyzją FED o cięciu stóp procentowych. Konsekwencją redukcji kosztu pieniądza w USA był wzrost EUR/USD z 1,162 USD do 1,176 USD (osłabienie dolara względem euro). Dziś rynek ewidentnie czeka na popołudniowe dane z USA. Dowodem na to jest brak zmienności po publikacji gorszych niż oczekiwano danych PMI ze strefy euro. Indeks badający gałąź przemysłu spadł z 49,6 pkt. do 49,2 pkt, mimo oczekiwanego wzrostu do 49,9 pkt. Oznacza to pozostanie przemysłu w strefie dekoniunktury (poniżej 50 pkt.). Spadek z 53,6 pkt. na 52,6 pkt. odnotowano także w sektorze usługowym (prognoza 53,3 pkt.). Brak reakcji rynków podkreśla mizerny wizerunek dolara, który nie zdołał wykorzystać gorszych danych ze strefy euro, aby odrobić choć część ostatnich strat względem euro. Dziś rynki czekają na dane z USA. O godzinie 14:30 poznamy wyniki sprzedaży detalicznej (październik) i publikacje z amerykańskiego rynku pracy ( listopad + częściowo za październik).

Złoty nie narzeka

W tym czasie krajowa waluta pozostaje silna. Kurs EUR/PLN próbuje przełamać wsparcie 4,22 PLN, które było wielokrotnie testowane w ciągu ostatniego miesiąca. Co więcej, wczorajsze zejście do 4,216 PLN jest najniższym poziomem w drugiej połowie 2025 roku. Złotego, poza silną gospodarką czy rosnącymi rezerwami złota, ponownie wspierają medialne doniesienia o kolejnym kroku mającym przybliżyć świat do zakończenia konfliktu za naszą wschodnią granicą. Tym razem powiew optymizmu wokół PLN przyniosło zaoferowanie „znaczących” gwarancji bezpieczeństwa USA dla Kijowa. Oprócz tego mamy osłabienie waluty zza oceanu, z którą złoty jest ujemnie skorelowany. Gdy kapitał płynie do Europy, dolar słabnie, a krajowa waluta zyskuje. Doskonale obrazuje to wczorajsze zejście kursu USD/PLN poniżej 3,59 PLN. Dziś przed publikacją danych z USA wycena dolara w złotych ponownie spadła poniżej wskazanego poziomu. Dlaczego więc siłę złotego trudno dziś dostrzec na wykresie GBP/PLN?

Pakiet danych z Wysp

Wtorkowy poranek to także pakiet danych z brytyjskiej gospodarki, która boryka się z wieloma problemami. Aby je podkreślić, zaczniemy od oczekiwanego wzrostu stopy bezrobocia z 5% do 5,1%. Przypomnę, że rok zaczynaliśmy przy poziomie 4,4%. Dodatkowo liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych złożonych w listopadzie jest wysoka i wynosi 20,1 tys. Oznacza to słabość rynku pracy. Dodatkowo średniotygodniowa dynamika płac (4,7% r/r) rośnie mocniej od oczekiwań (4,4% r/r), co jest rezultatem proinflacyjnym. Jedynym pozytywnym aspektem są lepsze od oczekiwań dane PMI, które jako wskaźniki wyprzedzające pozostały w strefie rozwoju. Indeks badający przemysł wzrósł z 50,2 pkt. do 51,2 pkt. Wskaźnik usługowy zwyżkował z 51,3 pkt. do 52,1 pkt. Słaby rynek pracy z lepszymi prognozami na przyszłość wsparł dziś funta na forex. W konsekwencji kurs GBP/PLN wzrósł od rana z 4,80 PLN do 4,82 PLN. Pamiętajmy, że w czwartek decyzję monetarną podejmuje Bank Anglii. Rynek niejednogłośnie spodziewa się obniżki stóp o 25 punktów bazowych. Ma ona być wstępem do schodzenia z wysokiego kosztu pieniądza, który ciąży brytyjskiej gospodarce. To daje lepszą perspektywę na przyszłość, co umacnia dziś  osłabionego ostatnimi czasy funta.

Ostrożność wraca na rynki. Dane makro i AI testują wyceny

Wtorkowy handel na światowych rynkach akcji przebiega pod znakiem wyraźnego schłodzenia nastrojów. Inwestorzy pozostają ostrożni w oczekiwaniu na kluczowe dane z amerykańskiego rynku pracy oraz serię decyzji banków centralnych, które w najbliższych dniach mogą wpłynąć na kształtowanie się oczekiwań dotyczących stóp procentowych w 2026 roku. Dodatkowym czynnikiem obciążającym nastroje są ponowne wątpliwości dotyczące wycen spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, co szczególnie ciąży sektorowi technologicznemu.

Azja: sesja zakończona spadkami, technologia najsłabsza

Rynki azjatyckie mają za sobą wyraźnie słabszą sesję. Japoński indeks Nikkei 225 zakończył handel spadkiem o około 1,6%, schodząc do poziomu 49 383,29 pkt. W Hongkongu Hang Seng zamknął się około 1,5% niżej, na poziomie 25 235,41 pkt, natomiast chiński Shanghai Composite stracił około 1,1%, kończąc dzień na 3 824,81 pkt.

Wyprzedaż była widoczna w całym regionie i wynikała przede wszystkim z ograniczania ryzyka przed publikacją danych z USA. Najsłabiej zachowywały się spółki technologiczne, które ponownie znalazły się pod presją rosnących wątpliwości co do trwałości wysokich wycen w sektorze AI.

Europa: ostrożny handel i rotacja w stronę defensywy

W Europie sesja trwa w mieszanych nastrojach. Inwestorzy ograniczają zaangażowanie w bardziej cykliczne branże, a kapitał kierowany jest w stronę sektorów defensywnych, w szczególności ochrony zdrowia. Spółki technologiczne i przemysłowe pozostają relatywnie słabsze, co odzwierciedla rosnącą niepewność co do perspektyw wzrostu w warunkach potencjalnie dłużej utrzymujących się restrykcyjnych warunków finansowych.

Rynki europejskie funkcjonują jednocześnie w cieniu nadchodzących wydarzeń makroekonomicznych – obok danych z USA inwestorzy oczekują także decyzji banków centralnych w strefie euro oraz w Wielkiej Brytanii.

USA: dane z rynku pracy w centrum uwagi przed otwarciem Wall Street

Przed otwarciem sesji w USA kluczowym punktem dnia pozostają opublikowane dane z amerykańskiego rynku pracy za listopad. Z raportów wynika, że gospodarka Stanów Zjednoczonych stworzyła 64 tys. nowych miejsc pracy, co było wynikiem nieco lepszym od części prognoz. Jednocześnie stopa bezrobocia wzrosła do 4,6%, osiągając najwyższy poziom od 2021 roku.

Dodatkowo rewizje danych za październik pokazały spadek zatrudnienia o 105 tys. etatów, co część analityków wiąże m.in. z redukcjami w sektorze federalnym. Taki zestaw danych wzmacnia obraz stopniowo hamującego rynku pracy – bez gwałtownego załamania, ale z wyraźnym spadkiem dynamiki zatrudnienia. Kontrakty terminowe na Wall Street sygnalizują w tym otoczeniu ostrożne otwarcie handlu.

Wyceny AI ponownie pod lupą inwestorów

Równolegle do czynników makroekonomicznych rynki ponownie konfrontują się z pytaniem o zasadność wycen spółek technologicznych, zwłaszcza tych bezpośrednio powiązanych z boomem na sztuczną inteligencję. Szczególna uwaga skupia się na firmach z sektora półprzewodników, gdzie po bardzo mocnych wynikach finansowych narasta dyskusja, czy tempo realnej monetyzacji inwestycji w infrastrukturę AI nadąży za rynkowymi oczekiwaniami.

Pod presją znalazły się m.in. akcje Broadcomu, wokół których toczy się debata dotycząca skali portfela zamówień na rozwiązania AI – szacowanego na około 73 mld dolarów i realizowanego w horyzoncie około 18 miesięcy. W połączeniu z rosnącą wrażliwością rynku na dane makroekonomiczne oraz komunikację Rezerwy Federalnej, sektor technologiczny reaguje szczególnie nerwowo.

Zwracają na to uwagę również badania Bank of America cytowane przez media. Dla części zarządzających „bańka AI” pozostaje jednym z kluczowych ryzyk dla rynków finansowych, a segment akcji powiązanych ze sztuczną inteligencją coraz częściej postrzegany jest jako obszar spekulacyjnego przewartościowania. W takim otoczeniu nawet niewielkie impulsy niepewności wystarczają, by wywołać silniejsze ruchy korekcyjne.

Bezrobocie w Wielkiej Brytanii najwyższe od 2021 roku. Rynek pracy słabnie

Stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii wzrosła w październiku do 5,1 proc., osiągając najwyższy poziom od marca 2021 roku. Najnowsze dane potwierdzają dalsze schładzanie rynku pracy i wzmacniają oczekiwania, że Bank Anglii już w tym tygodniu zdecyduje się na kolejną obniżkę stóp procentowych.

Jak poinformował Krajowy Urząd Statystyczny (ONS), stopa bezrobocia liczona dla trzymiesięcznego okresu do października wzrosła z 5,0 proc. w poprzednim odczycie i była zgodna z prognozami rynkowymi. Jednocześnie wyhamowało tempo wzrostu wynagrodzeń. Płace, z wyłączeniem premii, rosły w ujęciu rocznym o 4,6 proc., wobec 4,7 proc. po korekcie danych we wrześniu. To kolejny sygnał słabnącej presji płacowej w gospodarce.

Dane z rynku pracy pokazują także spadek zatrudnienia. Liczba osób figurujących na listach płac obniżyła się w listopadzie o 38 tys., do 30,3 mln. ONS zwraca uwagę, że pogorszenie sytuacji jest szczególnie widoczne wśród młodszych pracowników. „Ogólny obraz nadal wskazuje na słabnący rynek pracy” – oceniła Liz McKeown, dyrektor ds. statystyki gospodarczej w ONS, podkreślając jednocześnie rosnące bezrobocie i malejącą liczbę etatów.

Oczekiwana obniżka stóp procentowych

Opublikowane dane wyraźnie wzmacniają scenariusz luzowania polityki pieniężnej. Rynek niemal jednomyślnie zakłada, że Bank Anglii obniży w czwartek główną stopę procentową z 4,0 proc. do 3,75 proc. Byłaby to czwarta obniżka stóp w 2025 roku. W ankiecie Reutersa wszyscy ekonomiści biorący udział w badaniu wskazywali na taki właśnie ruch.

Choć w listopadzie Komitet Polityki Pieniężnej głosował minimalną większością 5–4 za utrzymaniem stóp bez zmian, prezes Banku Anglii Andrew Bailey sygnalizował, że poprawa perspektyw inflacyjnych może wpłynąć na zmianę nastawienia banku centralnego. Inflacja konsumencka w Wielkiej Brytanii spadła w październiku do 3,6 proc. z 3,8 proc. miesiąc wcześniej, a oczekiwania inflacyjne gospodarstw domowych obniżyły się w listopadzie do 3,5 proc.

Uczestnicy rynku finansowego prognozują, że w 2026 roku możliwe będą jeszcze jedna lub dwie kolejne obniżki stóp. Około dwie trzecie ekonomistów spodziewa się, że do marca przyszłego roku główna stopa procentowa spadnie do 3,5 proc.

Presja fiskalna i niepewność pracodawców

Osłabienie rynku pracy zbiegło się w czasie z listopadowym budżetem zaprezentowanym przez minister finansów Rachel Reeves. Zakłada on podwyżki podatków o łącznej wartości 26 mld funtów. Przedstawiciele biznesu wskazują, że rosnące obciążenia fiskalne, w tym wyższe składki na ubezpieczenie społeczne (National Insurance), zwiększają niepewność i skłaniają firmy do ostrożniejszego podejścia w kwestii zatrudniania nowych pracowników.

Szczególnie wyraźne różnice widoczne są między sektorami gospodarki. W sektorze prywatnym tempo wzrostu płac spowolniło do 3,9 proc. w trzech miesiącach do października, co jest najsłabszym wynikiem od początku 2021 roku. Z kolei wynagrodzenia w sektorze publicznym wzrosły o 7,6 proc., częściowo z powodu wcześniejszych niż zwykle podwyżek. Największy spadek zatrudnienia odnotowano w handlu hurtowym i detalicznym, gdzie liczba pracowników otrzymujących wynagrodzenie była o 71 tys. niższa niż rok wcześniej.

Całość danych rysuje obraz gospodarki, w której rynek pracy stopniowo traci impet, a odpowiedzialność za podtrzymanie wzrostu coraz wyraźniej przesuwa się na politykę pieniężną. Decyzja Banku Anglii w nadchodzących dniach będzie kluczowym sygnałem dla rynków, czy władze monetarne uznają, że ryzyko spowolnienia gospodarki przeważa nad obawami o utrzymującą się inflację.

Akcje europejskich spółek zbrojeniowych spadają po sygnałach postępu w rozmowach pokojowych

Akcje europejskich spółek zbrojeniowych wyraźnie tracą we wtorek, gdy inwestorzy reagują na sygnały postępu w rozmowach pokojowych mających na celu zakończenie wojny Rosji z Ukrainą. Rynek zaczyna dyskontować scenariusz deeskalacji konfliktu, co skutkuje najsilniejszymi od kilku tygodni jednodniowymi spadkami notowań największych producentów uzbrojenia w Europie.

Wyprzedaż następuje po poniedziałkowych wypowiedziach amerykańskich urzędników, z których wynika, że Ukraina mogłaby otrzymać gwarancje bezpieczeństwa wzorowane na artykule 5 Traktatu Północnoatlantyckiego w ramach ewentualnego porozumienia pokojowego z Rosją. Propozycja pojawia się po dwóch dniach intensywnych rozmów w Berlinie pomiędzy prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim a specjalnym wysłannikiem USA Steve’em Witkoffem, przy udziale Jareda Kushnera.

Jak podaje Reuters, przedstawiciele administracji USA określają te gwarancje jako „zbliżone do artykułu 5”, co oznaczałoby daleko idące zobowiązania wobec Ukrainy mimo jej braku formalnego członkostwa w NATO. Prezydent Donald Trump deklaruje optymizm, informując, że po zakończeniu rozmów konsultuje się z przywódcami Niemiec, Włoch, Finlandii, Wielkiej Brytanii, Polski, Danii i Holandii.

Przed rozpoczęciem negocjacji Wołodymyr Zełenski sygnalizuje gotowość do rezygnacji z dążenia do członkostwa w NATO w zamian za twarde gwarancje bezpieczeństwa ze strony Zachodu, co stanowi istotną zmianę dotychczasowej linii politycznej Kijowa. W rozmowach uczestniczą również przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz sekretarz generalny NATO Mark Rutte, podkreślając wagę negocjacji. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz ocenia, że po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji realna staje się perspektywa zawieszenia broni.

Krótkoterminowe nastroje rynkowe pozostają zdominowane przez oczekiwania geopolityczne i możliwość deeskalacji konfliktu, które ograniczają apetyt inwestorów na akcje spółek zbrojeniowych.

Rosja zagrożeniem dla Europy nawet po pokoju w Ukrainie – ostrzeżega premier Finlandii

Premier Finlandii Petteri Orpo ostrzegł 16 grudnia, że nawet w przypadku zawarcia porozumienia pokojowego lub wprowadzenia zawieszenia broni w Ukrainie Rosja pozostanie długofalowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Europy. Jego zdaniem Kreml będzie dążył do przesunięcia części sił wojskowych w pobliże wschodniej granicy NATO oraz w rejon Morza Bałtyckiego.

Wypowiedź Orpo padła przed pierwszym w historii szczytem tzw. wschodniej flanki Unii Europejskiej, który odbył się w Helsinkach. W spotkaniu uczestniczyli przywódcy państw graniczących z Rosją i Białorusią, w tym Finlandii, Szwecji, krajów bałtyckich, Polski, Rumunii i Bułgarii. Celem rozmów było skoordynowanie priorytetów obronnych państw regionu oraz wypracowanie wspólnego stanowiska przed unijnym szczytem zaplanowanym na 17–18 grudnia w Brukseli.

Agenda rozmów obejmowała m.in. wzmocnienie obrony powietrznej, rozwój zdolności dronowych oraz usprawnienie planowania przerzutu wojsk i uzbrojenia przez terytorium Europy. Przywódcy podkreślali potrzebę lepszej koordynacji działań wojskowych i logistycznych w obliczu utrzymującego się zagrożenia ze strony Rosji.

W tle dyskusji pojawił się również temat finansowania bezpieczeństwa. Państwa tzw. frontowe naciskają na zwiększenie europejskiego wsparcia dla wzmocnienia wschodniej flanki oraz skuteczniejsze wykorzystanie dostępnych instrumentów obronnych UE. Argumentują, że to właśnie kraje bezpośrednio narażone na presję militarną i działania hybrydowe ponoszą dziś największy ciężar odstraszania Rosji.

Trump wstrzymuje miliardowe inwestycje w Wielkiej Brytanii

Administracja prezydenta Donalda Trumpa w ubiegłym tygodniu zdecydowała się zawiesić kluczowe porozumienie technologiczne z Wielką Brytanią o wartości 31 mld funtów (około 42 mld dolarów). Decyzja ta została podjęta w kontekście narastających napięć handlowych między oboma krajami i została potwierdzona w poniedziałek przez stronę brytyjską. Zawieszenie obejmuje szeroko planowane inwestycje amerykańskich firm technologicznych, takich jak Microsoft, Nvidia i Google.

Porozumienie podpisane we wrześniu podczas wizyty państwowej Donalda Trumpa w Zjednoczonym Królestwie, miało stanowić podstawę dla głębszej współpracy w kluczowych sektorach, takich jak sztuczna inteligencja, technologie kwantowe i cywilna energetyka jądrowa. Jego zawieszenie jest poważnym problemem politycznym dla premiera Keira Starmera, który uznawał tę umowę za przełomową dla relacji brytyjsko-amerykańskich.

Zgodnie z informacjami z „Financial Times”, głównym źródłem konfliktu są pozataryfowe bariery handlowe, w tym brytyjskie regulacje dotyczące standardów produktów spożywczych i przemysłowych. Administracja amerykańska wywiera presję na Londyn, domagając się ustępstw w obszarach wykraczających poza techniczną współpracę. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów jest brytyjny 2-procentowy podatek od usług cyfrowych, który najbardziej obciąża amerykańskie firmy technologiczne i przynosi Wielkiej Brytanii około 800 mln funtów rocznie. Wciąż sporne są również normy bezpieczeństwa żywności, szczególnie zakazy, takie jak chlorowanie drobiu czy używanie hormonów wzrostu w hodowli bydła.

Zawieszone porozumienie zawierało nadzwyczaj ambitne deklaracje inwestycyjne. Microsoft planował wydać 22 mld funtów na rozwój infrastruktury chmurowej i AI, Google – 5 mld funtów na centra danych i badania nad sztuczną inteligencją, a Nvidia zamierzała zainstalować około 120 tys. procesorów graficznych w Wielkiej Brytanii. Jednocześnie w treści umowy zapisano, że jej pełne wdrożenie zależy od „istotnych postępów” w realizacji szerszej umowy handlowej, która została uzgodniona w maju.

Rzecznik brytyjskiego rządu podkreślił, że relacje ze Stanami Zjednoczonymi pozostają stabilne, a Londyn nadal dąży do uruchomienia porozumienia w sposób przynoszący korzyści obu gospodarkom. Jeden z urzędników rządowych określił obecną sytuację jako element twardej taktyki negocjacyjnej ze strony USA, wyrażając jednocześnie przekonanie, że rozmowy w najbliższym czasie zostaną wznowione.

Ukraińskie drony będą produkowane w Niemczech. Powstaje joint venture Frontline Robotics i Quantum Systems

Ukraińska spółka Frontline Robotics oraz niemiecki koncern obronny Quantum Systems poinformowały o powołaniu wspólnego podmiotu, który ma odpowiadać za seryjną produkcję bezzałogowych systemów bojowych na terenie Niemiec. Plan zakłada wytwarzanie tysięcy dronów rocznie. Realizacja projektu oznaczałaby pierwsze uruchomienie wielkoskalowej produkcji ukraińskich dronów wojskowych w Europie poza granicami Ukrainy.

Inwestycja o wartości 40 mln euro, produkcja na potrzeby Kijowa

Jak wynika z dostępnych informacji, produkcja ma ruszyć w zakładzie zlokalizowanym w południowych Niemczech, którego wartość szacowana jest na około 40 mln euro. W pierwszym roku działalności planowane jest wytworzenie około 10 tys. dronów, a w kolejnych latach – zwiększenie skali do „dziesiątek tysięcy” egzemplarzy rocznie. Ze względów bezpieczeństwa dokładne miejsce inwestycji nie zostało ujawnione.

Na początkowym etapie całość produkcji ma być przeznaczona wyłącznie dla ukraińskiego Ministerstwa Obrony. Ewentualna sprzedaż nadwyżek innym zachodnim odbiorcom wojskowym ma być rozważana dopiero w dalszej perspektywie, w zależności od zdolności produkcyjnych i zapotrzebowania.

Trzy sprawdzone rozwiązania z pola walki

Według doniesień mediów branżowych, linie produkcyjne w Niemczech mają wytwarzać trzy systemy opracowane na Ukrainie i przetestowane w warunkach bojowych: drona logistycznego Linza, bezzałogowiec rozpoznawczy Zoom oraz zdalnie sterowany moduł uzbrojenia Buria, wyposażony m.in. w karabin maszynowy i granatnik.

Element szerszej strategii i sygnał polityczny

Projekt wpisuje się w szerszą strategię relokacji części ukraińskiej produkcji zbrojeniowej do bezpieczniejszych lokalizacji na terenie Unii Europejskiej. Celem jest ograniczenie ryzyka zakłóceń wytwarzania sprzętu wojskowego wynikających z rosyjskich ataków na infrastrukturę na Ukrainie.

Znaczenie inicjatywy wykracza jednak poza wymiar przemysłowy. Jej ogłoszenie zbiegło się w czasie z wizytą prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w Berlinie oraz prezentacją niemieckiego „10-punktowego” planu pogłębienia współpracy obronnej z Ukrainą, obejmującego m.in. wsparcie dla sektora zbrojeniowego i rozwój wspólnych projektów zakupowych.

Usługi w Polsce rosną szybciej niż przemysł. Sektor głównym motorem gospodarki

Produkcja usług w Polsce we wrześniu 2025 roku wzrosła o 7,5 proc. rok do roku – podał w poniedziałek Główny Urząd Statystyczny. Dane potwierdzają, że to właśnie sektor usług pozostaje głównym źródłem wzrostu gospodarczego, podczas gdy przemysł odbudowuje się wolniej.

Według wstępnych danych GUS opublikowanych 15 grudnia, w ujęciu miesiąc do miesiąca produkcja usług wzrosła we wrześniu o 6,9 proc. Po odsezonowaniu była ona o 7,5 proc. wyższa niż przed rokiem oraz o 0,2 proc. wyższa niż w sierpniu.

Media i IT liderami wzrostu

Najsilniejszy wzrost odnotowano w działalności związanej z nadawaniem programów ogólnodostępnych i abonamentowych, gdzie produkcja usług wzrosła aż o 28,5 proc. rok do roku. Drugim najszybciej rosnącym segmentem była działalność usługowa w zakresie informacji, ze wzrostem o 23,7 proc.

W całej sekcji informacja i komunikacja dynamika wyniosła 11,5 proc. r/r, co potwierdza rosnącą rolę sektora cyfrowego, IT oraz usług opartych na wiedzy w strukturze polskiej gospodarki.

Spadki w ochronie i telekomunikacji

Nie wszystkie segmenty usług zanotowały wzrost. Największe spadki produkcji wystąpiły w:

  • działalności detektywistycznej i ochroniarskiej – spadek o 6,7 proc. r/r,
  • telekomunikacji – spadek o 4,9 proc. r/r.

Usługi napędzają PKB

Dane o produkcji usług wpisują się w szerszy trend strukturalnych zmian w polskiej gospodarce. W III kwartale 2025 roku tempo wzrostu PKB przyspieszyło do 3,8 proc. rok do roku, a kluczowy wkład we wzrost wartości dodanej pochodził właśnie z sektora usług.

Motorem wzrostu pozostają usługi, wolno odbija przemysł” – ocenili ekonomiści ING Banku Śląskiego. Z kolei Polski Instytut Ekonomiczny zwrócił uwagę, że w latach 2019–2024 wartość eksportu usług wzrosła o ponad 70 proc., z 271 mld zł do 471 mld zł, co dodatkowo wzmacnia znaczenie tego sektora dla bilansu gospodarczego kraju.

Polska wciąż poniżej średniej UE

Mimo dynamicznego wzrostu, udział usług w wartości dodanej PKB Polski wynosi obecnie około 39 proc., czyli o 10 punktów procentowych mniej niż średnia unijna, która kształtuje się na poziomie 49 proc. Ekonomiści wskazują, że oznacza to zarówno strukturalne zapóźnienie, jak i potencjał dalszego wzrostu w kolejnych latach, zwłaszcza w obszarach usług cyfrowych, biznesowych i eksportowych.

Opublikowane dane GUS potwierdzają, że transformacja polskiej gospodarki w kierunku modelu usługowego postępuje, choć tempo tego procesu pozostaje zróżnicowane między poszczególnymi branżami.

Polska z dużą nadwyżką na rachunku bieżącym. Dane lepsze od prognoz, ale presja na finanse publiczne rośnie

Polska zanotowała w październiku 2025 r. dużo lepszy od oczekiwań wynik na rachunku bieżącym. Narodowy Bank Polski podał, że saldo wyniosło 1,924 mld euro nadwyżki, podczas gdy rynek spodziewał się ok. 84 mln euro deficytu. To sygnał wyraźnej poprawy sytuacji zewnętrznej w ujęciu miesiąc do miesiąca, choć dzieje się to w tle rosnących napięć po stronie finansów publicznych.

Październikowy wynik jest też lepszy niż rok wcześniej. W analogicznym miesiącu 2024 r. nadwyżka na rachunku bieżącym wynosiła 918 mln euro. Kluczową rolę odegrał handel zagraniczny: w październiku pojawiła się nadwyżka handlowa 553 mln euro, podczas gdy we wrześniu saldo handlowe było mocno ujemne i sięgało -1,022 mld euro.

Dane szczegółowe pokazują, że eksport wzrósł o 3,7% rok do roku, czyli wyraźnie mocniej, niż zakładał konsensus (3,1%). Jednocześnie import zwiększył się tylko o 0,9%, podczas gdy prognozy mówiły o wzroście rzędu 5,1%. W efekcie, w ujęciu 12-miesięcznym saldo rachunku bieżącego poprawiło się do -0,8% PKB z -0,9% PKB po wrześniu.

Lepszy bilans zewnętrzny kontrastuje jednak z pogarszającą się sytuacją budżetu. Deficyt budżetowy po listopadzie wyniósł 244,9 mld zł, co odpowiada 84,8% kwoty zaplanowanej na cały rok. Jeszcze po październiku deficyt wynosił 227,1 mld zł, co pokazuje, że pod koniec roku narastał bardzo szybko.

Po jedenastu miesiącach dochody budżetu państwa wyniosły 526,1 mld zł (83,1% planu), a wydatki sięgnęły 771,0 mld zł (83,7% planu). Jednocześnie spadły rezerwy walutowe w kasach budżetowych: na koniec listopada wynosiły 4,865 mld euro, wobec 6,878 mld euro miesiąc wcześniej. Ministerstwo Finansów wyjaśniało, że w listopadzie realizowano płatności w walutach obcych związane z obsługą długu Skarbu Państwa (spłata kapitału i odsetek).

W szerszym kontekście makroekonomicznym perspektywy fiskalne nadal pozostają trudne. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że w 2025 r. deficyt sektora finansów publicznych Polski może sięgnąć około 7% PKB, a relacja długu publicznego do PKB może zbliżyć się do 60%. Równocześnie Narodowy Bank Polski kontynuuje łagodzenie polityki pieniężnej: w grudniu stopy procentowe obniżono o 25 pb do 4,0% (szósta obniżka w tym roku), po spadku inflacji do 2,4% w listopadzie.

Podsumowując, październikowa nadwyżka na rachunku bieżącym potwierdza wyraźną poprawę pozycji Polski w relacjach gospodarczych z zagranicą, wynikającą przede wszystkim z lepszych wyników handlu zagranicznego oraz ograniczenia importu. Równocześnie dane budżetowe pokazują, że presja fiskalna pozostaje wysoka – deficyt szybko narasta, a rezerwy walutowe zgromadzone w kasach budżetowych uległy zmniejszeniu. W kolejnych kwartałach kluczowe będzie, czy poprawa bilansu zewnętrznego okaże się trwała i w jakim stopniu będzie w stanie choć częściowo równoważyć narastające nierównowagi w finansach publicznych.

Elon Musk pierwszym człowiekiem z majątkiem powyżej 600 mld dolarów

0

Elon Musk przekroczył kolejny, bezprecedensowy próg w historii prywatnych fortun. Według najnowszych wyliczeń jego majątek netto po raz pierwszy przekroczył 600 mld dolarów i na początku tygodnia miał sięgnąć ok. 677 mld dolarów. Tak spektakularny skok to przede wszystkim efekt gwałtownego wzrostu wyceny SpaceX, który umocnił Muska na pozycji najbogatszego człowieka na świecie – z przewagą szacowaną na ok. 425 mld dolarów nad kolejną osobą w rankingu.

Kluczowym impulsem okazała się niedawna transakcja na rynku wtórnym, powiązana ze sprzedażą akcji przez insiderów spółki kosmicznej. W jej wyniku SpaceX wyceniono na ok. 800 mld dolarów, czyli niemal dwukrotnie więcej niż latem, gdy punktem odniesienia dla wyceny miał być ok. 400 mld dolarów. Cena akcji w tej transakcji została ustalona na ok. 421 dolarów za walor, wobec ok. 212 dolarów w lipcu. W praktyce oznacza to, że – przy udziale Muska szacowanym na ok. 42% – sam pakiet w SpaceX jest obecnie wart ok. 336 mld dolarów i stał się jego najcenniejszym aktywem, podnosząc łączną wartość jego fortuny o ok. 168 mld dolarów. Przy tej skali SpaceX ma też wyprzedzać wyceną inne prywatne firmy, w tym OpenAI, które w październiku wyceniano na ok. 500 mld dolarów.

Równolegle SpaceX szykuje się do potencjalnego debiutu giełdowego w 2026 roku. Według informacji przekazanych spółce przez dyrektora finansowego Breta Johnsena, IPO mogłoby w takim scenariuszu wycenić całą firmę na nawet około 1,5 bln dolarów. Pozyskany kapitał miałby wesprzeć finansowanie tego, co firma określa jako „szalony rytm lotów” rakiety Starship, projektów związanych z centrami danych AI w kosmosie oraz planów budowy bazy księżycowej.

Musk nie opiera jednak swojej pozycji wyłącznie na SpaceX. Znaczną część jego majątku stanowi także pakiet w Tesli – ok. 12% udziałów wycenianych na ok. 197 mld dolarów – oraz większościowy, ok. 53-procentowy udział w xAI Holdings, szacowany na ok. 60 mld dolarów. Do tego dochodzą jego udziały w X Corp., Neuralink i The Boring Company, które uzupełniają portfel najważniejszych aktywów.

Na horyzoncie pojawiają się też potencjalne czynniki mogące dalej zwiększyć wartość jego majątku. Akcjonariusze Tesli mieli w listopadzie zatwierdzić pakiet wynagrodzenia, który – przy realizacji ambitnych celów spółki – mógłby dać Muskowi prawo do dodatkowych akcji o wartości nawet do 1 bln dolarów przed opodatkowaniem. Warunkiem jest m.in. wielokrotne zwiększenie kapitalizacji rynkowej Tesli w najbliższej dekadzie. Dodatkowo media informują, że xAI Holdings rozważa pozyskanie około 15 mld dolarów finansowania przy wycenie rzędu 230 mld dolarów.

Przekroczenie 600 mld dolarów to kolejny etap serii rekordów, które Musk ustanawia od kilku lat. W danych przywoływanych w zestawieniu pojawiają się wcześniejsze kamienie milowe: ok. 300 mld dolarów w listopadzie 2021 roku, ok. 400 mld dolarów w grudniu 2024 roku oraz ok. 500 mld dolarów w październiku 2025 roku. Jeszcze w marcu 2020 roku jego majątek miał wynosić ok. 24,6 mld dolarów, zanim gwałtowny wzrost notowań Tesli wyniósł go do grona nielicznych, którzy w krótkim czasie przekroczyli barierę 100 mld dolarów.

Na wzroście wyceny SpaceX korzystają również inni inwestorzy. Wśród nich wymienia się Alphabet, właściciela Google’a, który jest w spółce od 2015 roku. Wówczas – wspólnie z Fidelity Investments – miał zainwestować ok. 1 mld dolarów, uzyskując łącznie ok. 10% udziałów. Alphabet miał już wcześniej raportować znaczący, niezrealizowany zysk na tej inwestycji: w kwietniu 2025 roku wskazywano kwotę rzędu 8 mld dolarów po tym, jak oferta przetargowa wyceniła SpaceX na ok. 350 mld dolarów.

Złoty wśród liderów CEE. Słabość dolara i apetyt na ryzyko wspierają PLN

Dolar doświadczył wyprzedaży względem większości walut G10 po tym, jak Rezerwa Federalna zawiodła w ubiegłym tygodniu rynkowe oczekiwania „jastrzębiego cięcia”.

Kluczowe punkty:

  • PLN zyskuje, wspierany przez korzystny sentyment.
  • USD dalej spada po nieudanym „jastrzębim cięciu” Fedu.
  • EBC powinien utrzymać stopy i podnieść projekcje wzrostu.
  • BoE powinien obniżyć stopy, ale głosowanie może być wyrównane.

Fed powrócił do rozluźniania polityki monetarnej, a komunikaty podkreślały raczej słabość rynku pracy niż dalszy brak sukcesu w osiągnięciu celu inflacyjnego. Rynki skupiły się na różnicy między Fedem i innymi bankami centralnymi, jak Europejski Bank Centralny, który zakończył cykl obniżek i jego kolejnym ruchem będzie prawdopodobnie podwyżka stóp procentowych. Jedynym wyjątkiem spośród głównych walut był jen japoński, który w dalszym ciągu traci przez obawy dotyczące ekspansji fiskalnej. Warto zauważyć, że rentowności długoterminowych obligacji skarbowych w USA nie wykazały trwałego spadku w wyniku gołębiości Fedu i zakończyły tydzień znacznym wzrostem, nawet mimo deprecjacji dolara, co uwypukla, przed jak trudnym zadaniem stoi FOMC.

Posiedzenia banków centralnych w tym tygodniu powinny podkreślić rosnące różnice w polityce monetarnej głównych obszarów gospodarczych. Podczas gdy Fed w dalszym ciągu obniża stopy procentowe, oczekuje się, że Bank Japonii w piątek (19.12) je podniesie. W czwartek (18.12) EBC utrzyma stopy, zaś Bank Anglii je obetnie. Poznamy również kluczowe dane gospodarcze z USA, począwszy od spóźnionego raportu NFP (non-farm payrolls) za listopad we wtorek (16.12), a skończywszy na raporcie inflacyjnym z tego samego miesiąca w czwartek (18.12). Pośród zatrzęsienia danych będziemy uważnie śledzić rentowności na długim końcu, cierpliwość rynku do polityki inflacyjnej wydaje się bowiem wyczerpywać.

PLN

Złoty trzyma się dobrze. W ubiegłym tygodniu radził sobie lepiej od większości walut rynków wschodzących, w tym wszystkich walut regionu CEE. Kurs EUR/PLN rozpoczął ten tydzień spadkiem poniżej poziomu 4,22 i pozostaje blisko lokalnych minimów. Złotego wspierają apetyt na ryzyko i słabość dolara, która jest korzystna dla europejskich walut.

Danych z Polski było jednak w ostatnich dniach niewiele. Ten tydzień przyniesie ich więcej, a uwaga skupi się na odczytach dynamiki płac i produkcji przemysłowej w listopadzie (czwartek 18.12). Ta pierwsza będzie szczególnie interesująca w kontekście dalszych kroków NBP. Obecnie najbardziej prawdopodobna wydaje się krótka przerwa w procesie obniżek stóp procentowych.

EUR

Ostatnie komentarze oficjeli EBC, w szczególności Isabel Schnabel, potwierdzają nasz pogląd, że bank zakończył cykl obniżek stóp procentowych i bardziej prawdopodobne jest, że kolejny ruch będzie w górę, nie w dół. Choć jest zdecydowanie zbyt wcześnie, by Rada Prezesów wprost powiedziała o takiej możliwości, uważamy, że czwartkowe posiedzenie (18.12) przyniesie pozytywny ton w kontekście perspektyw wzrostu – prezeska Christine Lagarde w ubiegłym tygodniu właściwie potwierdziła, że prognozy zostaną zrewidowane w górę.

Spodziewamy się, że wstępne odczyty wskaźników PMI (wtorek 16.12) wesprą te jastrzębie wieści, potwierdzając, że gospodarka strefy euro cechuje się wciąż zaskakującą odpornością. W efekcie różnica między krótkoterminowymi stopami procentowymi po obu stronach Atlantyku szybko maleje. W połączeniu z tym, że aktywa strefy euro stają się alternatywą dla dolara, powinno to zapewnić dalsze wsparcie wspólnej walucie w średnim terminie.

USD

Mgła zasnuwająca amerykańską gospodarkę powinna znacznie się rozrzedzić w tym tygodniu. Oczekuje się, że raport NFP (wtorek 16.12) pokaże, że na rynku pracy wciąż przybywa miejsc pracy, wbrew ponurym komentarzom prezesa Fedu Jerome’a Powella podczas konferencji prasowej po ubiegłotygodniowym posiedzeniu banku. Listopadowy raport CPI obejmie dwa miesiące zmian dynamiki, jako że po raz pierwszy w historii zrezygnowano z miesięcznego, październikowego, odczytu.

Choć oczekuje się, że tegotygodniowe dane pokażą brak dalszych postępów w sprowadzeniu inflacji do celu Fedu, z powodu niepewności rozpiętość oczekiwań jest wyjątkowo szeroka. Jak przypuszczaliśmy, dot plot z ubiegłego tygodnia pokazał po tylko jednej obniżce stóp procentowych w 2026 i 2027 r., różnica między jastrzębiami i gołębiami mogła jednak nigdy nie być tak duża. Do końca tygodnia powinniśmy zyskać znacznie klarowniejszy obraz osiągania przez Fed konkurujących celów – niskiej inflacji i pełnego zatrudnienia – nim wkroczymy w 2026 r.

GBP

Ten tydzień może być dla funta kluczowy. Czwartkowe (18.12) posiedzenie Banku Anglii poprzedzą dane z rynku pracy w październiku i wstępne odczyty wskaźników PMI dla aktywności biznesowej (wtorek 16.12) oraz listopadowy raport inflacyjny (środa 17.12). Oczekuje się, że będą tak samo stagflacyjne jak wcześniej – czyli na rynku pracy w dalszym ciągu ubywa wakatów, uporczywie wysoka inflacja utrzymuje się zaś znacznie powyżej celu banku – co sprawia, że zarządzanie polityką monetarną jest wyjątkowo trudne.

Wciąż oczekujemy w czwartek kolejnej obniżki bazowej stopy procentowej, do 3,75%, nie jest jednak jasne kiedy, ani nawet czy Bank Anglii będzie mógł kontynuować swój cykl cięć, jeśli inflacja nie zacznie wykazywać wyraźnego trendu spadkowego. Głosowanie prawdopodobnie ponownie będzie wyrównane, co podkreśli rosnącą rozbieżność między poglądami członków Komitetu. Spodziewamy się również, że prezes Andrew Bailey i spółka powtórzą, że wszelkie dalsze obniżki stóp procentowych będą „stopniowe i ostrożne” i w żadnym razie nie są pewne.

Rozwój pod skrzydłami Aniołów ze Sterling Angels

Mentoring, smart money i realny wpływ na rozwój młodych firm – tak w skrócie można podsumować działalność Sterling Angels w 2025 roku. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy stowarzyszenie objęło mentoringiem 30 młodych spółek, a część z nich również wsparło finansowo, w tym m.in. Tequipy oraz HeyDrop. Działania Sterling Angels po raz kolejny pokazały, jak istotną rolę w rozwoju ekosystemu odgrywa połączenie kapitału, wiedzy i doświadczenia.

Pojęcie angels investors pojawiło się kilkadziesiąt lat temu w artystycznym środowisku Broadwayu w Stanach Zjednoczonych, gdzie zamożni mecenasi wspierali ambitne sztuki teatralne. Wkrótce potem anioły trafiły do świata biznesu, gdzie do dzisiaj oznaczają inwestorów gotowych zaryzykować własne środki na rzecz obiecujących, choć jeszcze niepewnych projektów. – Bez aniołów biznesu trudno byłoby mówić o rozwoju ekosystemu startupowego w skali, jaką obserwujemy dziś. Ich rola jest kluczowa, szczególnie na etapach pre-seed i seed, gdy młode firmy poszukują nie tylko pierwszego zastrzyku kapitału, ale także mentorów, którzy pomogą im uniknąć typowych biznesowych pułapekwyjaśnia Marek Dworak – Prezes Stowarzyszenia Sterling Angels.

Polska Sieć Aniołów Biznesu, stowarzyszenie Sterling Angels, działa nieprzerwanie od 2019 roku, odpowiadając na realną potrzebę rynku, na którym każdego roku blisko 300 startupów w Polsce aktywnie poszukuje finansowania na wczesnym etapie rozwoju. Członkowie stowarzyszenia angażują się w różnorodne projekty – od technologii i AI, przez e-commerce i fintech, po innowacje w obszarze zdrowia oraz rynku sztuki.

Model działania Sterling Angels opiera się jednak nie tylko na inwestycjach kapitałowych, lecz przede wszystkim na aktywnym wsparciu merytorycznym i mentoringu. Członkowie sieci dzielą się swoim doświadczeniem, know-how oraz kontaktami, wspierając zespoły na kluczowych etapach rozwoju biznesu. Równolegle stowarzyszenie realizuje inwestycje, w ramach których średni ticket inwestycyjny wynosi około 100 tys. zł. Dzięki wspólnemu podejściu do selekcji projektów Sterling Angels może również uczestniczyć w większych rundach finansowania, tworząc dla startupów środowisko, w którym kapitał naturalnie łączy się z wiedzą, relacjami i realnym wsparciem w skalowaniu działalności.

Realna siła napędowa rynku

Rola aniołów biznesu wykracza dziś bowiem daleko poza samo finansowanie. To przede wszystkim tzw. smart money, czyli kapitał, który oprócz środków finansowych wnosi realną wartość dodaną. Składają się na nią doświadczenie biznesowe, dogłębna znajomość rynku oraz sieć relacji, które dla młodej spółki bardzo często okazują się ważniejsze niż sam przelew na konto. – Wieloletnie obserwacje europejskiego rynku jednoznacznie pokazują, że prawdziwą siłą aniołów biznesu jest współpraca. Indywidualnie można zainwestować kapitał, jednak dopiero działając w grupie buduje się skalę, która otwiera dostęp do lepszych projektów i pozwala realnie wpływać na rozwój młodych firm. Po pięciu latach intensywnego rozwoju Sterling Angels tworzy dziś społeczność ponad 40 aktywnych aniołów biznesu i cały czas przyjmuje nowe osoby – mówi Dworak.

Siła Sterling Angels nie wynika wyłącznie z doświadczenia inwestycyjnego jego członków. To przede wszystkim społeczność ekspertów, którzy świadomie budują wartość także wewnątrz organizacji, systematycznie rozwijając kompetencje niezbędne w dynamicznie zmieniającym się świecie biznesu. Przestrzenią do wymiany wiedzy i pogłębiania kompetencji był m.in. cykl spotkań “Connect&Grow Otwarta Integracja Sterling Angels” realizowany wspólnie z Województwem Małopolskim w ramach ramach projektu “działalność wspomagająca rozwój gospodarczy, w tym rozwój przedsiębiorczości.

– Prelekcje i dyskusje koncentrowały się na aktualnych trendach w świecie startupów, technologii i inwestycji. Szczególny nacisk położyliśmy na zagadnienia związane z kapitałem na rynku sztuki oraz projektami z obszaru AI i dual-use – wspomina Dworak. Letnie i jesienne edycje wydarzeń zgromadziły nie tylko aniołów biznesu, lecz także przedsiębiorców oraz innych przedstawicieli szeroko rozumianego środowiska biznesowego.

Budowanie skali, kompetencji i sieci na 2026 rok

Patrząc w przyszłość, Sterling Angels planuje w 2026 roku dalsze zwiększanie skali swoich działań. Obejmie to wsparcie jeszcze większej liczby obiecujących startupów, rozwój programów edukacyjnych dla członków oraz aktywne zaangażowanie w inicjatywy akceleracyjne. W planach znajdują się również nowe projekty mentoringowe i networkingowe, a także rozszerzenie wsparcia dla startupów działających w obszarach sztucznej inteligencji, zrównoważonego rozwoju oraz technologii medycznych.

Coraz więcej kontrowersji dotyczących AI w rekrutacji

Wraz ze wzrostem wykorzystania systemów sztucznej inteligencji (AI) przez przedsiębiorców, rośnie ryzyko prawne i biznesowe takich działań. Nie inaczej jest w przypadku procesów rekrutacji. „Działy HR w Polsce już dziś bardzo chętnie korzystają w różnych aspektach z narzędzi wykorzysujących AI. Doświadczenia innych jurysdykcji pokazują jednak, że takie rozwiązania mogą się wiązać z istotnym ryzkiem i wymagają odpowiedniego nadzoru, aby uniknąć niepożądanych konsekwencji” – podkreśla Anna Panek, specjalizująca się w prawie pracy w kancelarii Wolf Theiss.

Choć automatyzacja rekrutacji niesie ze sobą znaczne korzyści – m.in. oszczędność czasu, redukcję kosztów i poprawę efektywności – wiąże się również z poważnymi wyzwaniami prawnymi i etycznymi.

Ryzyko bardzo realne

Istnieje jednak ryzyko, że takie rozwiązania mogą nieumyślnie dyskryminować niektóre chronione grupy społeczne. Już w 2023 r. doszło do pierwszego rozstrzygnięcia sądowego dotyczącego tych aspektów. W ramach ugody między EEOC (Equal Employment Opportunity Commission – Amerykańska Komisja ds. Równych Szans Zatrudnienia) a firmą iTutorGroup, gdzie system automatycznie odrzucał starszych kandydatów, firma zgodnie z warunkami ugody zgodziła się zapłacić 365 tys. USD grupie kandydatów, których podania zostały odrzucone ze względu na ich wiek. W ugodzie firma nie przyznała się do żadnego wykroczenia, ale zgodziła się przedłożyć EEOC „proponowane procedury antydyskryminacyjne i skargowe mające zastosowanie do selekcji, zatrudniania i nadzoru” kandydatów i pracowników.

„Podobnych spraw w USA, czy innych jurysdykcjach przybywa, wraz ze zwiększaniem się skali wykorzystywania AI. Choć w Polsce nie mieliśmy jeszcze takich rozstrzygnięć, to warto zauważyć, że sztuczna inteligencja coraz mocniej wpływa na kształtowanie procesów biznesowych. Szczególne widoczne jest to w rekrutacji – AI wpływa na sposób pozyskiwania kandydatów, jak i organizację całego procesu rekrutacyjnego, co staje się coraz bardziej zauważalne” – mówi Anna Panek z Wolf Theiss.

Media szeroko informowały m.in. o przypadku firmy Exdrog, która podczas przetargu na utrzymanie dróg w Małopolsce, wykorzystała AI do przygotowania dokumentów, które miały wykazać, że zaoferowana przez nią cena nie jest rażąco niska. Problem w tym, że wykonawca powoływał się na nieistniejące i nigdy niewydane interpretacje podatkowe, które rzekomo dotyczyły podobnych spraw. Krajowa Izba Odwoławcza wykluczyła Exdrog z postępowania przetargowego.

Jak działy HR wykorzystują dziś AI

Dziś wykorzystanie AI w procesach rekrutacji dotyczy głównie analizy aplikacji w krótkim czasie, wyszukując kluczowe kompetencje i doświadczenie dopasowane do wymagań stanowiska. Coraz częściej też pierwszy kontakt kandydata z firmą odbywa się poprzez chatboty, które udzielają informacji, przeprowadzają wstępny wywiad czy zbierają dane. Niektóre narzędzia analizują także mimikę, ton głosu lub sposób wypowiedzi kandydatów podczas rozmów kwalifikacyjnych online — próbując wnioskować o ich cechach osobowości lub kompetencjach miękkich. Modele predykcyjne potrafią z kolei szacować, który kandydat ma największe szanse odnieść sukces na danym stanowisku, bazując na danych historycznych i statystycznych.

„W Polsce coraz częściej automatyzuje się procesy rekrutacyjne, głównie za pomocą systemów ATS (Applicant Tracking Systemoprogramowanie do zarządzania procesem rekrutacji) ale również za pomocą innych systemów opartych na AI. Takie technologie wspierają rekruterów w selekcji kandydatów, oszczędzają czas, redukują powtarzalne zadania i tym samym skracają proces rekrutacyjny. Należy jednak pamiętać, że wdrożenie tych technologii musi być zgodne z obowiązującymi przepisami oraz nie może prowadzić do dyskryminacji kandydatów ze względu na cechy chronione prawem, tj. wiek, rasa, płeć” – mówi Anna Panek.

Jakie są ramy prawne dla rozwiązań AI w HR?

Ryzyko nieświadomej dyskryminacji kandydatów może prowadzić do naruszenia art. 21 Karty Praw Podstawowych UE oraz dyrektywy o równości w zatrudnieniu (2000/78/WE). Na gruncie polskiego prawa niektóre działania związane z wykorzystaniem AI w rekrutacji mogą naruszać przepisy o ochronie danych osobowych czy Kodeksu pracy. Przetwarzanie danych kandydatów musi mieć podstawę prawną (np. kandydat wyraził na nie zgodę lub istnieje uzasadniony interes pracodawcy), a dodatkowo należy pamiętać o realizacji obowiązków informacyjnych czy zapewnieniu kandydatom przysługującym im praw.

„Pracodawca, który korzysta z narzędzi AI w procesie rekrutacji pozostaje odpowiedzialny za przestrzeganie przepisów wynikających z Kodeksu pracy – w szczególności zasad równego traktowania, czy przeciwdziałania dyskryminacji. Należy również pamiętać o katalogu danych osobowych, których pracodawca może żądać od osoby ubiegającej się o zatrudnienie, aby uniknąć gromadzenia informacji wykraczających poza dopuszczalny zakres” – mówi ekspert.

Jak wskazują specjaliści, oprócz RODO i obowiązujących już przepisów UE, duży wpływ na wykorzystanie AI podczas rekrutacji ma AI Act, czyli Rozporządzenie UE w sprawie sztucznej inteligencji, którego pełna implementacja ma nastąpić 2 sierpnia 2027 r.

„AI Act uznaje systemy sztucznej inteligencji stosowanej w obszarze zatrudnienia, w tym w procesach rekrutacji, doboru kandydatów czy dostępu do samozatrudnienia, za systemy wysokiego ryzyka. Wynika to z faktu, że takie narzędzia mogą bezpośrednio wpływać na przyszłość zawodową kandydatów, ich prawa podstawowe, czy źródło utrzymania. Korzystanie z nich będzie wiązało się z m.in. z obowiązkiem wdrożenia odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, zapewnienia większej transparentności oraz nadzoru człowieka nad podejmowanymi decyzjami” – dodaje Anna Panek.

Korzystanie z systemów AI w miejscu pracy będzie wiązało się również z dodatkowymi obowiązkami informacyjnymi dla pracodawców. AI Act m.in. przewiduje (art. 26 ust. 7), że zanim taki system zostanie wdrożony, pracodawca będzie musiał poinformować pracowników i ich przedstawicieli, że taki system, będzie używany. Warto zauważyć, że na gruncie polskich przepisów pojawiają się pierwsze propozycje w zakresie informowania o stosowaniu systemów AI. Projekt nowelizacji ustawy o związkach zawodowych przewiduje, że pracodawca ma być zobowiązany – na wniosek zakładowej organizacji związkowej – do udzielenia informacji dotyczących m.in. parametrów, zasad i instrukcji na których opierają się algorytmy wykorzystywane w zakładzie pracy do podejmowania decyzji związanych z sytuacją pracownika.

Podsumowanie

AI w rekrutacji to potężne narzędzie, które może zwiększyć efektywność procesu zatrudniania. Należy jednak pamiętać, że brak kontroli nad danymi i decyzjami algorytmicznymi, może prowadzić do poważnych naruszeń prawa, oraz tworzyć ryzyko biznesowe i finansowe.

Stosowanie sztucznej inteligencji w rekrutacji powinno wspierać proces, a nie całkowicie go zastępować. Nadzór człowieka jest kluczowy, ponieważ algorytmy mogą odrzucać kandydatów o nietypowych ścieżkach kariery, którzy w praktyce okazują się świetnym wyborem, a także prowadzić do nieświadomej dyskryminacji. Innowacje muszą iść w parze z odpowiedzialnością i przestrzeganiem prawa, aby uniknąć ryzyka naruszenia praw kandydatów” – podkreśla Anna Panek.

By przeciwdziałać tym ryzykom, specjaliści zalecają regularne testowanie modeli pod kątem uprzedzeń i dyskryminacji i wprowadzenie zasady, dotyczącej weryfikowana przez człowieka każdej decyzji AI. Pomocne w dostosowaniu prowadzonych działań do obowiązujących przepisów są z pewnością audyty prawne, zapewniające zgodność procedur z RODO i AI Act. które pomogą zweryfikować, czy kandydaci są należycie informowani o stosowaniu AI, a zbierane dane są niezbędne do procesu rekrutacji.

Zmiany w zarządzie LINK4. Robert Tomaszewski nowym prezesem

Rada Nadzorcza LINK4 SA w wyniku przeprowadzonego postępowania kwalifikacyjnego podjęła 5 grudnia 2025 r. uchwałę w sprawie powołania Roberta Tomaszewskiego w skład zarządu spółki, powierzając mu funkcję prezesa zarządu LINK4 SA pod warunkiem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego.

Do czasu uzyskania zgody KNF, Rada Nadzorcza powierzyła Robertowi Tomaszewskiemu pełnienie obowiązków prezesa zarządu LINK4 SA w zakresie dopuszczalnym przez stosowne przepisy. Uchwała weszła w życie z chwilą podjęcia. Powołanie następuje od 1 stycznia 2026 r. na okres wspólnej kadencji, obejmującej 2 pełne lata obrotowe 2026-2027.

Robert Tomaszewski jest menedżerem z ponad 25-letnim doświadczeniem w branży ubezpieczeniowej, posiadającym doskonałe kompetencje w obszarze inżynierii finansowej firmy, aspektach produktowych, technologicznych i marketingowych.

Przez większą część swojej kariery zawodowej związany był z T.U. ERGO Hestia SA, gdzie pełnił m.in. funkcję Dyrektora Zarządzającego ds. Sprzedaży, Dyrektora Zarządzającego ds. Ubezpieczeń Detalicznych oraz Dyrektora Biura Likwidacji Szkód – Analizy.

Był odpowiedzialny m.in. za wdrożenie w 2003 r. systemu Uranos –  jednego z najlepiej ocenianych i funkcjonujących do dziś narzędzi IT, opracowanie systemów motywacyjnych dla underwriterów i likwidatorów szkód oraz implementację platform sprzedaży iHestia i Jupiter dla agentów. W 2018 r. z powodzeniem rozpoczął budowę dynamicznego pricingu w ERGO Hestia. W 2021 r. wdrożył w sieci agencyjnej pierwszy na rynku ubezpieczeniowym program certyfikacji.

Robert Tomaszewski jest absolwentem Uniwersytetu Gdańskiego na kierunku informatyka i ekonometria ze specjalizacją statystyka ubezpieczeniowa oraz studiów podyplomowych z rachunkowości w Wyższej Szkole Finansów i Rachunkowości w Sopocie.

Chiny umieściły na orbicie pierwszą komercyjną eksperymentalną kapsułę kosmiczną

Chiny wykonały kolejny krok w rozwoju swojego komercyjnego sektora kosmicznego. W sobotę rano z Centrum Startów Satelitarnych Jiuquan w północno-zachodniej części kraju wystartowała rakieta nośna Kuaizhou-11 Y8, która pomyślnie umieściła na orbicie pierwszą w historii Chin komercyjną eksperymentalną kapsułę kosmiczną.

Rakieta na paliwo stałe została wystrzelona o godzinie 9:08 czasu pekińskiego i wyniosła na zaplanowane orbity dwa ładunki. Głównym elementem misji był eksperymentalny statek kosmiczny DEAR-5, opracowany przez prywatną firmę AZSpace z siedzibą w Pekinie. Drugim ładunkiem był satelita Xiwang-5 Phase-2, zbudowany przez Chińską Akademię Technologii Kosmicznej.

Kamień milowy dla komercyjnego sektora kosmicznego

Statek DEAR-5, którego nazwa jest skrótem od „Discovery, Exploration, Advance and Reentry” (Odkrycie, Eksploracja, Postęp i Powrót), stanowi pierwszą komercyjnie opracowaną w Chinach platformę orbitalną zdolną do transportu i obsługi ładunków eksperymentalnych. Cylindryczna kapsuła została zaprojektowana do pracy na orbicie przez co najmniej rok i przewozi 34 ładunki badawcze przygotowane przez uniwersytety, instytuty naukowe oraz firmy prywatne.

DEAR-5 dysponuje ładownością do 300 kilogramów oraz przestrzenią ładunkową o objętości 1,8 metra sześciennego. W trakcie misji będzie prowadzić eksperymenty m.in. z zakresu mikrograwitacji, nauk o życiu w kosmosie, inżynierii materiałowej oraz medycyny lotniczej. Statek wyposażono w inteligentny system zarządzania ładunkiem, zdolny do obsługi ponad 100 eksperymentów orbitalnych, a także w zestaw instrumentów badawczych, w tym kamerę optyczną, czujniki środowiska kosmicznego oraz urządzenie do uprawy roślin w warunkach kosmicznych.

Jak podkreślił przewodniczący AZSpace Zhang Xiaomin, kapsuła ma „funkcjonować jednocześnie jako laboratorium kosmiczne dla naukowców, orbitalna fabryka dla przedsiębiorców oraz system logistyczny wspierający stację kosmiczną”.

Rozbudowa zdolności startowych Chin

Sobotni start był czwartą misją rakiety Kuaizhou-11, produkowanej przez państwowy koncern China Aerospace Science and Industry Corporation. Rakieta o wysokości 25 metrów jest w stanie wynieść do jednej tony ładunku na orbitę heliosynchroniczną na wysokości około 700 kilometrów. Po nieudanym locie inauguracyjnym w lipcu 2020 roku, Kuaizhou-11 powróciła do regularnych misji po udanym starcie w grudniu 2022 roku.

Był to jednocześnie 86. orbitalny start Chin w 2025 roku, co potwierdza rekordowe tempo rozwoju krajowego programu kosmicznego. Tegoroczna liczba startów już przekroczyła wcześniejsze roczne rekordy.

Według oficjalnych danych, wartość chińskiego komercyjnego rynku kosmicznego ma w 2025 roku przekroczyć 2,5 biliona juanów (około 344 miliardy dolarów). W sektorze działa obecnie ponad 600 firm. W listopadzie Narodowa Administracja Kosmiczna Chin powołała specjalny Departament Kosmonautyki Komercyjnej, którego zadaniem jest nadzór nad dynamicznie rozwijającym się przemysłem.

Ostrzeżenia NATO o Rosji wywołują ostrą reakcję Moskwy

Kreml skrytykował w niedzielę sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego za apel do państw sojuszu, by przygotowywały się na możliwość wojny na dużą skalę z Rosją. Moskwa uznała te słowa za nieodpowiedzialne i przekonywała, że świadczą o „zapomnieniu” okropności II wojny światowej. Ostra reakcja padła trzy dni po wystąpieniu Ruttego w Berlinie, w którym ostrzegł, że NATO powinno być gotowe na konflikt „na skalę wojny, którą przeżyli nasi dziadkowie lub pradziadkowie”.

– Wygląda to na wypowiedź przedstawiciela pokolenia, któremu udało się zapomnieć, jak naprawdę wyglądała II wojna światowa – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow w rozmowie z Pawłem Zarubinem, reporterem rosyjskiej telewizji państwowej. – Nie mają o tym pojęcia, a niestety pan Rutte, wygłaszając takie nieodpowiedzialne oświadczenia, po prostu nie rozumie, o czym mówi – dodał.

Wystąpienie Ruttego z 11 grudnia, wygłoszone podczas wydarzenia Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w Berlinie, należało do jego najbardziej stanowczych ostrzeżeń od objęcia funkcji szefa NATO. – Jesteśmy kolejnym celem Rosji. I już jesteśmy zagrożeni – mówił, oceniając, że Moskwa może być gotowa do użycia siły militarnej przeciwko państwom sojuszu w perspektywie pięciu lat. Słowa te padły w czasie, gdy prezydent USA Donald Trump prowadzi negocjacje mające doprowadzić do zakończenia trwającej niemal cztery lata inwazji Rosji na Ukrainę.

Szef NATO wezwał jednocześnie sojuszników do szybkiego zwiększenia wydatków obronnych, tak aby osiągnąć cel 5 proc. PKB uzgodniony na szczycie w czerwcu w Hadze. Ostrzegł, że „zbyt wielu jest po cichu zadowolonych”, a „zbyt wielu wierzy, że czas działa na naszą korzyść”. Wskazał też na nasilające się działania hybrydowe Rosji wobec państw NATO, w tym naruszenia przestrzeni powietrznej, cyberataki oraz przypadki sabotażu infrastruktury.

Kreml konsekwentnie odrzuca oskarżenia, jakoby Rosja planowała atak na członków NATO, określając je jako „nonsens” mający podsycać antyrosyjskie nastroje w Europie. Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow mówił 11 grudnia, że Moskwa nie ma agresywnych planów wobec sojuszu, a nawet zaproponował udzielenie pisemnych gwarancji. Wcześniej w grudniu prezydent Władimir Putin przekonywał, że Rosja nie dąży do wojny z Europą, jednocześnie ostrzegając, że ewentualny konflikt wywołany przez europejskie mocarstwa „zakończyłby się bardzo szybko”.

Europejscy i ukraińscy przywódcy utrzymują natomiast, że zwycięstwo Rosji na Ukrainie mogłoby ośmielić Moskwę do testowania spójności sojuszu i zwiększyć ryzyko agresji wobec terytorium NATO. Rosja odpowiada, że to rozszerzanie NATO na wschód stanowi zagrożenie dla jej bezpieczeństwa.

Programowanie bez programistów? AI no-code wchodzi do mainstreamu

Rynek platform AI typu no-code szykuje się na dynamiczny wzrost. Zgodnie z analizą opublikowaną 12 grudnia przez firmę badawczą MarketsandMarkets™, jego wartość ma wzrosnąć z 4,9 mld dolarów w 2024 roku do 24,7 mld dolarów w 2029 roku. Oznacza to średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) na poziomie 38,2 proc., napędzane rosnącym zapotrzebowaniem na narzędzia sztucznej inteligencji dostępne także dla użytkowników bez zaplecza technicznego.

Platformy no-code umożliwiają tworzenie aplikacji opartych na AI bez konieczności pisania kodu, wykorzystując interfejsy typu „przeciągnij i upuść” oraz wizualne modele przepływu pracy. Dzięki temu zaawansowane technologie – takie jak przetwarzanie języka naturalnego, widzenie komputerowe, uczenie głębokie czy analityka predykcyjna – trafiają do firm i zespołów, które dotąd były wykluczone z ich wdrażania. Zmiana ta jest widoczna w wielu sektorach, m.in. w ochronie zdrowia, finansach, handlu detalicznym i przemyśle.

Tworzenie aplikacji AI wymaga wydajnego sprzętu. Morele.net oferuje komputery stacjonarne z najnowszymi procesorami i kartami graficznymi, które sprawdzą się zarówno w profesjonalnym programowaniu, jak i w pracy kreatywnej.

Treść sponsorowana

Wzrost znaczenia „obywatelskich deweloperów”

Rozwój platform no-code sprzyja rosnącej roli tzw. deweloperów obywatelskich, czyli pracowników nietechnicznych, którzy samodzielnie budują aplikacje na potrzeby swoich organizacji. Według prognoz Forrester, już w 2025 roku mogą oni odpowiadać za około 30 proc. aplikacji automatyzujących procesy z wykorzystaniem generatywnej AI. Platformy te obsługują różne typy danych – tekst, obrazy, wideo czy dźwięk – upraszczając realizację zadań takich jak analiza nastrojów czy rozpoznawanie obrazów.

Rynek przyciąga największych graczy technologicznych

Segment AI no-code staje się obszarem intensywnej konkurencji największych firm technologicznych. Na rynku aktywne są m.in. IBM, Microsoft, Google, Amazon Web Services i Salesforce, a także wyspecjalizowani dostawcy tacy jak C3 AI, H2O.ai, DataRobot, Dataiku czy Qlik. Na początku 2025 roku IBM ogłosił rozszerzenie funkcji AI w swojej platformie no-code, natomiast Microsoft wzmocnił integrację sztucznej inteligencji w ramach Power Platform.

Chatboty i automatyzacja napędzają adopcję

Największy udział w rynku mają chatboty i wirtualni asystenci, wykorzystywani głównie w obsłudze klienta. Coraz większe znaczenie zyskują również narzędzia do automatyzacji procesów, predykcyjnej oceny klientów czy analizy obrazu. Szczególnie szybko rozwiązania no-code AI przyjmują się w sektorze bankowym, finansowym i ubezpieczeniowym, gdzie są wykorzystywane m.in. do oceny ryzyka kredytowego, wykrywania nadużyć oraz automatyzacji procesów bez angażowania dużych zespołów IT.

Na rynku pojawiają się także nowe platformy. Przykładem jest CodeFlying firmy KuaFuAI, która deklaruje ponad 500 tys. twórców i milion wygenerowanych aplikacji. Narzędzie pozwala tworzyć kompletne aplikacje – wraz z zapleczem administracyjnym – na podstawie poleceń w języku naturalnym. Według danych spółki system wygenerował już łącznie 16 mld linii kodu.

Szacunki dotyczące skali rynku różnią się w zależności od źródła. Grand View Research ocenia, że wartość rynku platform AI no-code wyniosła 4,28 mld dolarów w 2024 roku i może wzrosnąć do 44,15 mld dolarów do 2033 roku, przy średniorocznym wzroście na poziomie 30,2 proc. Rozbieżności w prognozach podkreślają jednak jedno: rynek pozostaje dynamiczny i wciąż znajduje się we wczesnej fazie rozwoju.

EBC zmienia podejście do testów warunków skrajnych. Banki same wskażą scenariusze ryzyka

Europejski Bank Centralny poinformował w piątek, że w 2026 roku przeprowadzi odwrócony test warunków skrajnych skoncentrowany na ryzyku geopolitycznym, obejmujący 110 banków bezpośrednio nadzorowanych w strefie euro. Każda instytucja zostanie zobowiązana do wskazania scenariuszy geopolitycznych, które mogłyby doprowadzić do spadku jej kapitału podstawowego Tier 1 (CET1) o co najmniej 300 punktów bazowych. EBC podkreśla, że jest to odpowiedź na rosnące znaczenie napięć politycznych, konfliktów regionalnych oraz fragmentacji handlu dla stabilności systemu finansowego. Ćwiczenie stanowi istotną zmianę w podejściu nadzorczym banku centralnego.

Wyniki testu mają zostać opublikowane latem 2026 roku i będą uwzględnione w Procesie Przeglądu i Oceny Nadzorczej (SREP). Nie przełożą się one jednak bezpośrednio na formalne wymogi kapitałowe. Zidentyfikowane słabości wpłyną natomiast na ocenę buforów kapitałowych, które banki muszą utrzymywać ponad minima regulacyjne. Celem jest wzmocnienie odporności instytucji finansowych poprzez lepsze rozpoznanie ich indywidualnych podatności na ryzyka geopolityczne.

Odwrócony test warunków skrajnych różni się zasadniczo od tradycyjnych ćwiczeń tego typu. Zamiast otrzymywać od regulatora wspólny scenariusz, banki same będą musiały opracować zdarzenia geopolityczne prowadzące do z góry określonej skali strat kapitałowych. EBC zaznaczył, że takie podejście zmusza instytucje do dogłębnej analizy własnych modeli biznesowych i specyficznych źródeł ryzyka. Banki będą również raportować potencjalny wpływ tych scenariuszy na płynność oraz warunki finansowania.

Nowy test uzupełni przeprowadzony w 2025 roku test warunków skrajnych Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, który opierał się na jednolitym scenariuszu dla wszystkich uczestników. Tamto ćwiczenie wykazało średni spadek wskaźnika CET1 o około 370 punktów bazowych, a mimo to banki europejskie zachowały relatywnie wysoką odporność kapitałową. EBC podkreśla jednak, że rosnąca złożoność zagrożeń geopolitycznych wymaga bardziej zindywidualizowanego podejścia.

Ryzyko geopolityczne zostało wskazane jako jeden z głównych priorytetów nadzorczych EBC na lata 2026–2028. Przewodnicząca Rady Nadzorczej EBC Claudia Buch zaznaczyła wcześniej w Parlamencie Europejskim, że banki muszą być w stanie zidentyfikować scenariusze, które mogłyby poważnie zagrozić ich wypłacalności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, napięcia na Bliskim Wschodzie oraz bariery handlowe wynikające z ceł i sankcji tworzą środowisko podwyższonej niepewności. Zdaniem EBC czynniki te oddziałują na sektor bankowy poprzez rynki finansowe, realną gospodarkę oraz ryzyko operacyjne.

Test zostanie przeprowadzony w ramach istniejących wewnętrznych procesów oceny adekwatności kapitałowej banków, aby ograniczyć koszty i obciążenia administracyjne. Instytucje będą korzystać głównie z już funkcjonujących szablonów raportowych, bez konieczności tworzenia nowych systemów sprawozdawczych. EBC liczy, że takie rozwiązanie pozwoli pogłębić analizę ryzyk geopolitycznych przy zachowaniu efektywności nadzoru.

Cios w Shein i Temu. UE wprowadza cło na tanie przesyłki z Chin

Unia Europejska od 1 lipca 2026 roku zacznie pobierać stałe cło w wysokości 3 euro od przesyłek o wartości poniżej 150 euro pochodzących z krajów trzecich. Nowe rozwiązanie uderzy przede wszystkim w chińskie platformy e-commerce, takie jak Shein i Temu, które odpowiadają za zdecydowaną większość drobnych przesyłek trafiających na unijny rynek. Opłata ma charakter przejściowy i będzie obowiązywać do momentu uruchomienia docelowego systemu celnego opartego na Centrum Danych Celnych UE, planowanego na połowę 2028 roku.

Porozumienie w tej sprawie ministrowie finansów państw UE osiągnęli podczas spotkania w Brukseli 12 listopada 2025 roku, przyspieszając tym samym proces reformy w porównaniu z pierwotnymi planami zniesienia zwolnienia celnego typu „de minimis”. Skala zjawiska, z którym mierzy się Unia, jest bezprecedensowa. Według danych Komisji Europejskiej w 2024 roku do UE trafiło 4,6 mld paczek o wartości poniżej 150 euro, co oznacza napływ ponad 145 przesyłek na sekundę. Aż 91 proc. z nich pochodziło z Chin.

Statystyki pokazują gwałtowną dynamikę wzrostu. W 2022 roku liczba takich przesyłek wynosiła 1,4 mld, rok później 2,3 mld, by w 2024 roku ponad dwukrotnie przekroczyć ten poziom. Komisja Europejska spodziewa się dalszego zwiększania wolumenu, jeśli nie zostaną wprowadzone dodatkowe bariery regulacyjne i finansowe.

Obecnie paczki o wartości do 150 euro są zwolnione z cła, choć podlegają podatkowi VAT i procedurom deklaracyjnym. Zdaniem instytucji unijnych system ten faworyzuje sprzedawców spoza UE kosztem europejskich detalistów, którzy muszą spełniać bardziej rygorystyczne wymogi prawne, podatkowe i środowiskowe. Stała opłata celna ma – według Komisji – wyrównać warunki konkurencji między handlem internetowym a tradycyjną sprzedażą detaliczną.

Komisarz UE ds. handlu Maroš Šefčovič podkreśla, że wprowadzenie jednolitej opłaty w wysokości 3 euro za paczkę zwiększy konkurencyjność europejskich firm i ograniczy masowy napływ tanich produktów spoza Wspólnoty. Decyzję pozytywnie oceniły także niektóre państwa członkowskie. Francuski minister finansów Roland Lescure określił ją jako „duże zwycięstwo Unii Europejskiej”.

Oprócz argumentów ekonomicznych istotną rolę odegrały kwestie bezpieczeństwa konsumentów. Organizacje konsumenckie wskazują, że znaczna część produktów sprzedawanych przez platformy takie jak Shein i Temu nie spełnia unijnych norm. Testy wykazały m.in. obecność niebezpiecznych substancji chemicznych w zabawkach, ryzyko zadławienia związane z małymi elementami, wadliwe ładowarki USB grożące pożarem oraz biżuterię zawierającą kadm i ołów w stężeniach wielokrotnie przekraczających dopuszczalne limity.

Unijne cło w wysokości 3 euro ma charakter rozwiązania pomostowego. Docelowo UE planuje pełne zniesienie zwolnienia celnego dla przesyłek o niskiej wartości i objęcie wszystkich paczek standardowymi stawkami celnymi, zależnymi od rodzaju towaru. Ma to być możliwe po uruchomieniu Centrum Danych Celnych UE oraz nowej Agencji Celnej UE, co według obecnego harmonogramu nastąpi w 2028 roku. Reformę poparł również Parlament Europejski w rezolucji z lipca 2025 roku dotyczącej bezpieczeństwa produktów w handlu elektronicznym.

Chiński regulator rynku reaguje na wojnę cenową w branży motoryzacyjnej

Chiński główny regulator rynku (SAMR) opublikował w piątek projekt wytycznych, które mają ograniczyć trwającą od trzech lat wojnę cenową w krajowej branży motoryzacyjnej. Państwowa Administracja Regulacji Rynku wskazuje, że nasilająca się konkurencja cenowa szkodzi stabilności sektora i może wzmacniać presję deflacyjną w drugiej największej gospodarce świata. Dokument dotyczy zarówno producentów aut, jak i praktyk cenowych w szerszym łańcuchu dostaw. Projekt został skierowany do konsultacji publicznych, które potrwają do 22 grudnia.

Wytyczne pod nazwą „Wytyczne dotyczące zgodności zachowań cenowych w przemyśle motoryzacyjnym” zakładają m.in. zakaz sprzedaży pojazdów poniżej kosztów produkcji. Regulator oczekuje też wprowadzenia kompleksowych systemów zarządzania cenami, obejmujących sprzedaż aut, usługi finansowe oraz relacje z dealerami. Zastrzeżono, że firmy stosujące sprzedaż poniżej kosztów w celu eliminowania konkurentów lub monopolizowania rynku mogą być narażone na „znaczące ryzyko prawne”. Jednocześnie w projekcie nie wskazano konkretnych kar za naruszenia.

Propozycje spotkały się z pozytywnym odbiorem części branży, w tym największych producentów, takich jak BYD i Xpeng. Spółki te zadeklarowały wzmocnienie działań na rzecz zgodności z regulacjami oraz unikanie oszustw cenowych i nieuczciwej konkurencji. Wsparcie dla interwencji pojawia się w sytuacji, gdy długotrwała wojna cenowa obniżyła rentowność sektora, a dealerzy odnotowują rosnące straty. Chińskie Stowarzyszenie Dealerów Samochodowych informowało o stratach detalicznych rzędu 177,6 mld juanów w pierwszych 11 miesiącach 2024 roku.

Regulator odnosi się też do zjawiska określanego w Chinach jako „inwolucja”, rozumianego jako hiperkonkurencyjny „wyścig na dno”. Tylko w pierwszych czterech miesiącach 2025 roku ceny obniżono dla ponad 60 modeli, a w niektórych przypadkach cięcia przekraczały 30%. Marże zysku w całej branży spadły do 3,9% w pierwszym kwartale 2025 roku, poniżej średniej dla sektora produkcyjnego. Jednocześnie ponad połowa dealerów działała ze stratą w pierwszej połowie roku.

Projekt wytycznych obejmuje praktyki cenowe w całym łańcuchu dostaw – od producentów samochodów po dostawców części. Z jednej strony wymaga poszanowania autonomii dealerów w zakresie ustalania cen, z drugiej kładzie nacisk na przejrzyste ujawnianie opłat, m.in. za funkcje wymagające płatnego odblokowania. Regulacje mają też przeciwdziałać nieuzasadnionemu zawyżaniu cen przez producentów części podczas zakłóceń w łańcuchach dostaw. Chińskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów oceniło, że proponowane zasady mogą zwiększyć przejrzystość cen, poprawić stabilność łańcucha dostaw i chronić długoterminowe interesy konsumentów.

Tureckie statki trafione w ukraińskich portach po rozmowach Erdoğana z Putinem

Siły rosyjskie przeprowadziły w piątek atak rakietowy i dronowy na dwa ukraińskie porty w obwodzie odeskim, uszkadzając trzy statki należące do tureckich armatorów i raniąc co najmniej jedną osobę – poinformowali ukraińscy urzędnicy oraz źródła zaznajomione ze sprawą.

Uderzenia były wymierzone w porty Czarnomorsk i Odessa. Prom Cenk T, należący do tureckich właścicieli, stanął w płomieniach po trafieniu podczas postoju w porcie Czarnomorsk. Jak przekazała turecka firma żeglugowa Cenk Shipping, statek – przewożący świeże owoce, warzywa oraz inne artykuły spożywcze na trasie z tureckiego Karasu do Odessy – został trafiony około godziny 16.00 czasu lokalnego. Rzecznik ukraińskiej marynarki wojennej potwierdził w rozmowie z agencją Reuters, że w wyniku ataków uszkodzone zostały łącznie trzy statki należące do tureckich armatorów, nie ujawniając jednak szczegółów dotyczących pozostałych jednostek.

„Rosja przeprowadziła atak rakietowy na cywilną infrastrukturę portową w obwodzie odeskim” – oświadczył ukraiński minister ds. odbudowy Ołeksij Kuleba. Dodał, że w porcie w Odessie ranny został pracownik prywatnej firmy, a jeden z dźwigów kontenerowych uległ uszkodzeniu. Tureckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło trafienie statku należącego do tureckiego armatora, zaznaczając jednocześnie, że żaden obywatel Turcji nie odniósł obrażeń.

Atak nastąpił zaledwie kilka godzin po spotkaniu prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana z prezydentem Rosji Władimirem Putinem w Turkmenistanie. Podczas rozmów Erdogan apelował do Putina o zgodę na „ograniczone zawieszenie broni”, obejmujące wstrzymanie ataków na porty i infrastrukturę energetyczną. Czas przeprowadzenia uderzenia wywołał w Ankarze nowe apele o zaprzestanie ataków na infrastrukturę portową Ukrainy.

Piątkowy atak wpisuje się w narastające napięcia na Morzu Czarnym. Wcześniej, 2 grudnia, Władimir Putin groził, że „odetnie Ukrainę od morza” w odpowiedzi na ukraińskie ataki dronów morskich na rosyjskie tankowce. W dniach 28–29 listopada ukraińskie drony uderzyły w dwa objęte sankcjami rosyjskie tankowce – Kairos i Virat – gdy jednostki te kierowały się po załadunek ropy na rynki zagraniczne.

„Najbardziej radykalnym rozwiązaniem byłoby odcięcie Ukrainy od morza, co w zasadzie uniemożliwiłoby piractwo” – mówił Putin w telewizyjnym wystąpieniu, zapowiadając możliwość nasilenia ataków na ukraińskie obiekty portowe i statki.

Trzy główne porty czarnomorskie w obwodzie odeskim stanowią kluczowe zaplecze gospodarcze Ukrainy, jednego z największych światowych eksporterów surowców i produktów rolnych. Według danych ukraińskiego resortu infrastruktury od lutego 2022 roku rosyjskie ataki doprowadziły do uszkodzenia lub zniszczenia blisko 400 elementów infrastruktury portowej oraz ponad 30 statków.

Ukraińskie siły powietrzne potwierdziły, że w piątkowym ataku użyto zarówno rakiet, jak i dronów. Prezydent Wołodymyr Zełenski ocenił, że uderzenie to jest kolejnym dowodem na to, iż Rosja prowadzi „wojnę wymierzoną w niszczenie normalnego życia na Ukrainie”.

ChatGPT otrzyma specjalny tryb +18. OpenAI potwierdza termin wdrożenia

OpenAI potwierdziło w czwartek, że ChatGPT otrzyma „tryb dla dorosłych” w pierwszym kwartale 2026 roku. Funkcja będzie dostępna wyłącznie dla zweryfikowanych użytkowników powyżej 18. roku życia i umożliwi dostęp do mniej ograniczonych treści. Ogłoszenie pojawiło się podczas prezentacji nowego modelu GPT-5.2, wyznaczając pierwszy konkretny termin wdrożenia zapowiadanej wcześniej opcji. Prezes Sam Altman sugerował już na początku roku, że firma przygotowuje bardziej elastyczny system kontroli treści.

Dyrektor generalna OpenAI ds. aplikacji, Fidji Simo, poinformowała, że firma chce najpierw dopracować technologię przewidywania wieku użytkowników. System ma automatycznie oceniać, czy dana osoba jest niepełnoletnia, analizując wzorce zachowania i aktywności. Zabezpieczenia mają działać domyślnie na korzyść ochrony młodszych użytkowników. Według Simo decyzja o udostępnieniu trybu dla dorosłych zapadnie dopiero po pełnym przetestowaniu tych mechanizmów.

OpenAI prowadzi obecnie testy systemu przewidywania wieku w kilku krajach. Model analizuje m.in. godziny korzystania z aplikacji, charakter aktywności i historię konta, aby oszacować wiek użytkownika. Jeśli system nie ma pewności, automatycznie włącza bardziej restrykcyjne filtry treści. Błędnie oznaczone osoby dorosłe będą mogły potwierdzić swój wiek poprzez zewnętrzną usługę Persona.

Weryfikacja wieku będzie wymagała przesłania dokumentu tożsamości oraz wykonania krótkiej procedury selfie z rozpoznawaniem twarzy. Podczas procesu użytkownik musi obrócić głowę w lewo i prawo, aby system mógł zweryfikować geometrię twarzy. OpenAI podkreśla, że dane wykorzystywane w procesie będą przetwarzane wyłącznie na potrzeby potwierdzenia wieku. Funkcja ta ma stanowić kluczowy element nowej polityki bezpieczeństwa treści.

Wprowadzenie trybu dla dorosłych następuje po wcześniejszych regulacjach dotyczących treści wrażliwych, szczególnie tych związanych ze zdrowiem psychicznym. Firma zaostrzyła swoje zasady po pozwach zarzucających, że ChatGPT mógł przyczyniać się do kryzysów psychicznych. W październiku Sam Altman ogłosił, że ograniczenia zostały wzmocnione jako działanie prewencyjne, ale firma chce stopniowo je równoważyć. Zapowiedział także podejście polegające na „traktowaniu dorosłych jak dorosłych”.

Altman podkreślał na platformie X, że OpenAI „zwiększy elastyczność systemu” w przypadku użytkowników pełnoletnich. Jednocześnie firma utrzyma surowe zabezpieczenia dla osób poniżej 18. roku życia. Nowy tryb ma być częścią szerszego pakietu funkcji kontrolujących wiek użytkowników. OpenAI zapewnia, że priorytetem pozostaje bezpieczeństwo, przejrzystość i zgodność regulacyjna.

Złoty najmocniejszy w regionie, metale szlachetne biją rekordy

Drugi tydzień grudnia ma szansę skończyć się całkiem pozytywnym sentymentem na wielu rynkach. Polski złoty pozostaje silny, momentami nawet wbrew otoczeniu. Złoto pozazdrościło srebru i coraz śmielej zerka na historyczne szczyty. Kolejny pakiet danych z Wielkiej Brytanii potwierdza problemy tamtejszej gospodarki, a to nie pomaga funtowi.

Ulubieńcy inwestorów: PLN i metale

Piątkowy handel na rynkach kapitałowych wciąż przebiega pod dyktando byków, ale na części parkietów zwyżki stają się coraz bardziej kosmetyczne. W Azji sesja zamknęła się jeszcze mocno, Hongkong zyskał 1,7%, a Tokio 1,4%. W Europie po godz. 14 króluje kolor zielony, ale z biegiem czasu kierunek staje się coraz mniej pewny. Paryż, Mediolan i Madryt rosną o 0,5%, ale już Londyn, Frankfurt czy Amsterdam są blisko punktu odniesienia. Kontrakty na Wall Street wskazują na możliwość negatywnego otwarcia za oceanem. W tym otoczeniu bardzo dobrze performuje Warszawa, gdzie WIG20 idzie w górę o blisko 1% (ale tutaj głównym „winowajcą” jest spółka LPP, która po publikacji wyników wystrzeliła o blisko 13%!).

Coraz bardziej rozgrzany jest rynek metali szlachetnych. Kontrakty na srebro przebiły 64 USD za uncję, tym samym ustanawiając po raz kolejny w ostatnich dniach historyczny rekord. Wreszcie srebru pozazdrościło złoto, którego kontrakty dziś po raz pierwszy od połowy października wyszły powyżej 4300 USD za uncję. Wyjątkowo spokojnie wygląda handel na ropie naftowej – i to pomimo rosnących napięć wokół Wenezueli, która mimo licznych sankcji pozostaje wciąż jednym z kluczowych dostawców surowca. Za baryłkę odmiany Brent trzeba płacić ponad 61 USD.

Wreszcie rynek walutowy, gdzie dolar amerykański przynajmniej chwilowo zatrzymał swój trend osłabienia. Na kursie EUR/USD wytrzymał opór przy 1,176 $, gdzie wypadały maksima z początku października. Eurodolar skorygował się do okolic 1,173 $, ale już w tym miejscu napotkał wsparcie, które ostatecznie może wprowadzić główną parę globu w lokalną konsolidację. W dalszym ciągu w doskonałej dyspozycji znajduje się polski złoty, który nie oddaje pola mimo lekko mocniejszego USD na szerokim rynku. Warto podkreślić, że PLN w trakcie piątkowej sesji znacząco wyróżnia się na tle innych walut regionu, które solidarnie tracą (Węgry pokazały spodziewane, ale bardzo słabe dane o produkcji przemysłowej, za to w Rumunii inflacja utrzymuje się blisko 10% rdr). Kurs euro nie oddala się od 4,22 zł, kurs dolara balansuje na psychologicznym poziomie 3,60 zł, a kurs franka zszedł poniżej 4,53 zł.

GBP pod presją danych i BoE

Pakiet danych makro z Wielkiej Brytanii nie zachwycił. Wręcz można pokusić się o tezę, że był kolejnym dowodem na trudności, z którymi zmaga się tamtejsza gospodarka. Zacznijmy jednak od jedynego odczytu, który okazał się lepszy od prognoz. Mowa o produkcji przemysłowej, która w październiku w ujęciu miesięcznym wzrosła o 1,1%. Wciąż lepiej od oczekiwań, ale mimo wszystko pod kreską znalazł się ten sam wskaźnik w ujęciu rocznym (-0,8%). Reszta publikacji nie zdołała wypełnić rynkowego konsensusu, a najbardziej w oczy rzuca się miesięczne tempo PKB (Brytyjczycy podają wzrost gospodarczy również w takim wydaniu), które w październiku rok do roku wyniosło +1,1% (przy spodziewanym odbiciu do +1,4%). Dzisiejsze odczyty jeszcze mocniej uwiarygodniają opcję obniżki stóp procentowych o 25 pb na posiedzeniu Banku Anglii, które zakończy się 18 grudnia. Niepewność co do tego scenariusza bazowego ogniskuje się jedynie wokół podziałów w gremium decyzyjnym, które przy ostatniej okazji utrzymało koszt kredytu stosunkiem głosów 5-4. Obawy bankierów koncentrują się oczywiście na uporczywej inflacji, która w przyszłym roku w dalszym ciągu nie ma zejść poniżej 3%. GBP słabnie dziś na szerokim rynku, ale można to uznać za kontynuację wcześniej rozpoczętych ruchów. Kurs GBP/USD siłuje się ze wsparciem w okolicy 1,337 $, kurs EUR/GBP dobija do 0,877 ₤, a kurs GBP/PLN balansuje na 4,82 zł.

Włochy wprowadzają dodatkową opłatę 2 euro na paczki spoza UE

Włoski rząd zapowiedział wprowadzenie nowej opłaty w wysokości 2 euro na przesyłki o niskiej wartości pochodzące spoza Unii Europejskiej. Premier Giorgia Meloni podkreśla, że rozwiązanie to ma zwiększyć wpływy do budżetu państwa i pomóc w sfinansowaniu korekt w ustawie budżetowej. Jednocześnie nowe regulacje są wymierzone w zagraniczne platformy e-commerce, takie jak Shein czy Temu, które – zdaniem władz – zalewają włoski rynek tanimi produktami.

Z dokumentów parlamentarnych wynika, że opłata obejmie przesyłki o wartości do 150 euro wysyłane spoza UE. Rzym szacuje, że w 2026 roku przyniesie ona 122,5 mln euro dodatkowych dochodów, a od 2027 roku wpływy mogą wzrosnąć do około 245 mln euro rocznie.

Rząd tłumaczy wprowadzenie nowego obciążenia gwałtownym wzrostem importu tanich towarów spoza Unii, głównie z Chin. W 2024 roku unijne służby celne obsłużyły około 4,6 mld przesyłek o niskiej wartości, z czego aż 91 proc. pochodziło z Chin. Oznacza to niemal dwukrotny wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim.

Według władz w Rzymie tak duża skala importu wywiera silną presję konkurencyjną na włoskie firmy, szczególnie z branży odzieżowej i tekstylnej. Nowa opłata ma poprawić warunki funkcjonowania lokalnych producentów, którzy muszą konkurować z towarami sprzedawanymi po cenach znacznie niższych niż koszty europejskiej produkcji.

Zapowiadane zmiany wpisują się w szerszy europejski trend zaostrzania przepisów dotyczących importu tanich produktów. 13 listopada 2025 roku Rada Europejska osiągnęła porozumienie w sprawie zniesienia progu de minimis, który obecnie zwalnia z ceł przesyłki o wartości poniżej 150 euro.

Śledztwo ws. budowy lotniska w Radomiu. Nieuzasadnione wydatki i szkoda majątkowa

Prokuratura Regionalna w Lublinie wszczęła śledztwo w sprawie budowy Portu Lotniczego Warszawa–Radom. Postępowanie ma ustalić, czy decyzje podejmowane w latach 2017–2023 doprowadziły do powstania szkody majątkowej w spółce Polskie Porty Lotnicze, przekraczającej 812,5 mln zł. Śledztwo rozpoczęto na podstawie zawiadomienia złożonego przez samo PPL, które uznało, że środki przeznaczone na rozbudowę lotniska wydatkowano bez uzasadnienia ekonomicznego, mimo analiz wskazujących na nieopłacalność projektu i jego oparcie na nierealnych, czysto teoretycznych założeniach.

Zawiadomienie obejmuje działania dwóch byłych prezesów PPL: Mariusza Szpikowskiego, kierującego spółką w latach 2016–2020, oraz Stanisława Wojtery, pełniącego tę funkcję w latach 2020–2024. Jak poinformował rzecznik Prokuratury Regionalnej w Warszawie Mateusz Martyniuk, Szpikowskiemu przypisuje się wyrządzenie szkody przekraczającej 815 mln zł, natomiast Wojterze – ponad 61 mln zł. W zawiadomieniu wskazano również na możliwe nieprawidłowości po stronie Ministerstwa Infrastruktury, które sprawowało nadzór nad PPL i – według autorów zawiadomienia – miało narzucić spółce obowiązek realizacji inwestycji.

Były prezes Mariusz Szpikowski w październikowym oświadczeniu dla PAP bronił swoich decyzji, podkreślając, że PPL realizowało politykę zgodną z decyzjami rządowymi i nie miało podstaw do ich podważania. Jego zdaniem projekt lotniska w Radomiu utracił rację bytu po 2021 roku, gdy dopuszczono rozwój ruchu niskokosztowego i czarterowego na Lotnisku Chopina, co w praktyce podważyło sens funkcjonowania Radomia jako portu komplementarnego.

Port Lotniczy Warszawa–Radom, otwarty w kwietniu 2023 roku, od początku zmaga się z bardzo niskim ruchem pasażerskim. W listopadzie 2025 roku obsłużył zaledwie 3,7 tys. pasażerów, a od początku roku – 92,4 tys., co stanowi ułamek zakładanego poziomu 1,5 mln pasażerów rocznie. Z audytu przygotowanego na zlecenie PPL, do którego dotarło Radio Zet, wynika, że skumulowana strata lotniska do 2032 roku może sięgnąć od 600 do nawet 800 mln zł. Na obecnym etapie postępowania nikomu nie przedstawiono zarzutów.