Zbliżeniowe tagi NFC pozwolą błyskawicznie kupić bilet i uzyskać informację o rozkładzie. To innowacyjne w skali świata rozwiązanie z Polski

Zbliżeniowe tagi NFC pozwolą błyskawicznie kupić bilet i uzyskać informację o rozkładzie. To innowacyjne w skali świata rozwiązanie z Polski 1

Wdrożenia technologii smart city dzięki tagom zbliżeniowym mogą się stać dostępne nie tylko dla bogatych samorządów. Polska firma rozwija innowacyjne w skali świata rozwiązanie, które pozwala objąć systemem informacji pasażerskiej również te przystanki, które nie mogą być wyposażone w interaktywne tablice. Docelowo rozwiązanie pozwoli także na sprzedaż elektronicznych biletów. Tego typu wdrożenia rozwijane są już w dużych miastach, takich jak Paryż. W Polsce informacja pasażerska poprzez tagi jest testowana w Poznaniu.

– Realizujemy pilotażowe wdrożenie usługi Tap4Ticket w Poznaniu na około 100 przystankach. Polega ona na dostarczeniu dynamicznej informacji pasażerskiej na przystankach, gdzie nie ma tablicy świetlnej z rozkładami. Może to być nawet przystanek w szczerym polu, wystarczy, że nakleimy mały tag, a czekający na autobus pasażer dotknie go telefonem i otrzyma na ekran telefonu pełną informację dynamiczną – kiedy przyjedzie, która linia, nawet z dodatkowymi informacjami typu udogodnienia dla niepełnosprawnych. Wszystko bez potrzeby pobierania aplikacji – mówi agencji Newseria Innowacje Jan Szewc, doradca i konsultant w BSS Poland.

Usługa Tap4Ticket wykorzystuje zbliżeniowe znaczniki NFC. W Poznaniu ruszył już pilotażowy program we współpracy z tamtejszym Zarządem Transportu Miejskiego. Tymczasem technologia rozwijana jest na całym świecie. We wrześniu w Paryżu ruszy usługa mobilnej sprzedaży biletów Smart Navigo NFC. Dzięki niej osoby dojeżdżające do pracy lub szkoły będą mogły przechowywać na swoich urządzeniach odpowiedniki przedpłaconych kart, za pośrednictwem których można kupować bilety w biletomatach. Smart Navigo będzie przechowywać bilety i karnety na karcie SIM w smartfonach z systemem Android działających w sieci Orange lub we wbudowanym bezpiecznym elemencie, w który wyposażone są niektóre telefony Samsung. Dzięki temu z usługi będzie można korzystać nawet, jeśli smartfon jest wyłączony lub wyczerpany.

Tagi NFC mogą odegrać kluczową rolę w zwiększeniu dostępności rozwiązań z zakresu smart city i stanowić ich ważne uzupełnienie.

– Jeżeli duży biletomat bądź nawet parkometr będą zastąpione prostym tagiem, to część ludzi może z tego skorzystać, ponieważ tapnięcie (dotknięcie telefonem – przyp.red.) takiego taga spowoduje możliwość zakupu biletu w bardzo podobny sposób jak w biletomacie. To dobre uzupełnienie i pozwala na spore oszczędności dla miast, które stać na drogą infrastrukturę smart city, ponieważ możemy tę usługę rozszerzyć. Takie znaczniki mogą być również w autobusie – mówi ekspert.

Na podobne rozwiązanie zdecydowała się firma Ticketmaster zajmująca się m.in. dystrybucją biletów w amerykańskiej lidze hokeja NHL. Po tym, jak wprowadzono tam mobilną sprzedaż biletów, wzrost sprzedaży sięgnął 85 proc. Technologia SafeTix, stanowiąca uzupełnienie cyfrowej platformy sprzedaży, polega na powiązaniu unikalnego, identyfikowalnego biletu cyfrowego z telefonem komórkowym każdego kibica za pomocą zaszyfrowanego kodu kreskowego, który automatycznie odświeża się co kilka sekund. W praktyce uniemożliwia to fałszerstwa i odsprzedaż biletu.

Polska firma swoje rozwiązanie kieruje jednak na razie przede wszystkim do samorządów, zwłaszcza tych, które na wdrożenia z zakresu smart city mają niewielkie budżety.

– Mniejsze gminy, zwłaszcza te, które nie mają jakichś dużych środków unijnych na infrastrukturę, chętnie patrzą na tańsze rozwiązania. A nasze rozwiązanie jest nowoczesne i tanie. Ono w pewnym sensie jest również unikalne w skali światowej. Zastosowań NFC jest bardzo dużo, ale akurat z systemem dynamicznej informacji pasażerskiej nie jest mi znane żadne na świecie, więc jesteśmy nowatorscy – przekonuje Jan Szewc.

Według Inkwood Research światowy rynek technologii NFC będzie do 2027 roku notował średnioroczne wzrosty na poziomie 22 proc.

Ogniwa wodorowe mogą zrewolucjonizować transport. Wyposażone w nie autobusy i pociągi od niedawna wożą pasażerów

Ogniwa wodorowe mogą zrewolucjonizować transport. Wyposażone w nie autobusy i pociągi od niedawna wożą pasażerów 2

Porozumienia dotyczące redukcji emisji z transportu wymuszą na dostawcach aut ciężarowych poszukiwanie rozwiązań zeroemisyjnych. Kluczową technologią w transporcie ciężarowym mogą się okazać ogniwa wodorowe. Tankowanie tego pierwiastka trwa kilka minut, a na pełnym zbiorniku można pokonać nawet 700 kilometrów. Sam wodór  można wytwarzać w wyniku elektrolizy wody. Proces ten może być zasilany nadwyżką produkcji energii z OZE.

Wodór ma największą gęstość energii, a to oznacza, że mniejsza objętość daje nam więcej energii. W elektromobilności wodór zdominuje rozwiązania, zwłaszcza ciężki transport, natomiast transport osobowy jest opłacalny na baterie. W tej chwili jest już wiele inwestycji na świecie. Już mamy 65 eksploatowanych autobusów wodorowych, mamy pierwsze zamówienia na pociągi wodorowe. Niemcy zamówili 27 pociągów, które będą jeździć wokół Kolonii, i to jest jakiś przełom – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Tadeusz Uhl z Akademii Górniczo-Hutniczej.

W transport zeroemisyjny oparty na wodorze swój wkład ma również Polska. W czerwcu w Sztokholmie w trakcie Globalnego Szczytu Transportu Publicznego swoją premierę miał Solaris Urbino 12 Hydrogen. Model producenta z Bolechowa butle na wodór ma zamontowane na dachu. W ogniwie paliwowym pierwiastek ten jest przetwarzany na energię elektryczną. Produktami ubocznymi napędzania pojazdu w ten sposób są tylko ciepło i para wodna. Dodatkowym wyposażeniem autobusu są baterie typu Solaris High Power, stanowiące magazyn energii. Zasięg pojazdu na jednym tankowaniu wynosi 350 kilometrów. Pierwszych 12 autobusów Solaris Urbino 12 Hydrogen trafi do włoskiego miasta Bolzano.

Swoje zainteresowanie polskim autobusem wodorowym wyraziło też paryskie przedsiębiorstwo transportu publicznego RATP. Model trafi tam na wypożyczenie w ramach testów w normalnym ruchu ulicznym. Przewagą transportu wodorowego w porównaniu z elektromobilnością opartą na ładowarkach elektrycznych może być dużo prostsza adaptacja infrastruktury.

– Inwestycja w infrastrukturę jest dużo mniejsza niż przy pojazdach napędzanych bateriami, bo baterie musimy naładować, a ich ładowanie trwa długo. Wodór tankujemy dokładnie tak, jak każde inne paliwo ropopochodne na stacji benzynowej. Tankowanie autobusu wodorowego trwa maksymalnie 5 minut. Infrastruktury będzie potrzeba znacznie mniej niż infrastruktury dla pojazdów elektrycznych napędzanych bateriami – twierdzi prof. Tadeusz Uhl.

Zdaniem naukowca rozwój elektromobilności opartej na wodorze w dużej mierze zależy od atmosfery politycznej i decyzji rządzących co do wsparcia takich rozwiązań. Liderami pod względem takiej polityki są kraje wysoko rozwinięte, takie jak Japonia, Niemcy czy Francja. W ostatnim z tych krajów pod koniec czerwca została uruchomiona pierwsza stacja wodorowa dla autobusów. Czysty wodór będzie w niej wytwarzany na miejscu w wyniku elektrolizy wody. Energia potrzebna do tego procesu zostanie zapewniona z OZE. Stacja może produkować i dostarczać ponad 200 kg czystego wodoru dziennie. Głównym odbiorcą rozwiązań wodorowych będzie najprawdopodobniej transport ciężarowy i zbiorowy transport publiczny.

– Ciężarówka, gdy jedzie z prędkością 90 km/h przez 8 godzin, przejeżdża 720 km. Zbiorniki w ciężarówkach na wodór mają taką pojemność, że mogą przejechać około 700 km. Samochody osobowe mogłyby więc przejeżdżać tysiąc kilometrów. Ale myślę, że samochody osobowe zostaną na baterie, dlatego że masa tych baterii nie jest tak duża w stosunku do masy samochodu. Natomiast, gdybyśmy sobie wyobrazili ciężarówkę, która miałaby baterie na przejechanie 700 kilometrów, to 6 ton by ważyły same baterie – twierdzi ekspert.

Z czerwcowego raportu Międzynarodowej Agencji Energii wynika, że wodór może być istotną częścią zestawu narzędzi potrzebnych do osiągnięcia głębokiej dekarbonizacji, którą decydenci ustalili w ramach porozumień klimatycznych, takich jak Porozumienie Paryskie. Zapowiedziane przez niektóre rządy plany zmniejszenia emisji netto do prawie zera już do połowy XXI wieku sprawiły, że dostrzeżono potrzebę przemodelowania sposobu zasilania w sektorach, w których energia elektryczna nie jest preferowanym nośnikiem energii, a emisje są trudne do zmniejszenia. To m.in. lotnictwo, żegluga, dalekobieżny transport drogowy i ogrzewanie budynków. Światowa produkcja czystego wodoru wynosi około 70 mln ton rocznie, a kolejne 45 mln ton wodoru powstaje jako część mieszaniny gazów.

Naczelna Izba Aptekarska apeluje o większe uprawnienia dla Inspekcji Farmaceutycznej i ustawę o zawodzie farmaceuty

Według Naczelnej Izby Aptekarskiej wiele procedowanych obecnie zmian w prawie farmaceutycznym ma głęboki sensNowe przepisy muszą być jednak odpowiednio egzekwowane. Zagwarantować to może jedynie sprawnie działająca Inspekcja Farmaceutyczna, która dzisiaj zmaga się z wieloma wyzwaniami. Te wyraźnie przekraczają jej możliwości. Konieczne jest zatrudnienie większej liczby inspektorów oraz zwiększenie ich wynagrodzeń. Póki co w obrębie jednego województwa każdy z nich ma do przeprowadzenia kilkaset kontroli. W oczywisty sposób przekłada się to na ich jakość i efektywność. Nie tylko to wymaga jednak zmian.

– Chcemy wzmocnienia Inspekcji Farmaceutycznej, nadania jej nowych uprawnień i narzędzi do tego, aby mogła sprawnie wykonywać swoje zadania. Konieczne jest także szybkie wprowadzenie w życie ustawy o zawodzie farmaceuty – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Leleno, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Aptekarskiej. – To korzystny akt zarówno dla jego przedstawicieli, jak i pacjentów. Będzie stanowił podstawę do tego, żeby w przyszłości w aptekach wprowadzić opiekę farmaceutyczną, jak również dodatkowe usługi. Dotyczy to chociażby prowadzenia przeglądów lekowych, instruktaży urządzeń medycznych, czy odpowiedniego sposobu zażywania leków. Polska ma do dyspozycji 14 tysięcy aptek i punktów aptecznych oraz ponad 30 tysięcy farmaceutów, profesjonalistów medycznych, którzy udzielają dziennie nawet 2 milionów porad. W wielu europejskich krajach zainwestowanie w opiekę farmaceutyczną 1 euro oznacza nawet 4-5 euro oszczędności w systemieWarto skorzystać więc z doświadczeń innych krajów, jak i wiedzy polskich farmaceutów – wskazał Leleno.

Miesiąc na rynku akcji – podsumowanie czerwca 2019 r.

Jakub Bentke
Jakub Bentke zarządzający portfelami w AgioFunds TFI S.A.

Czerwiec giełdowym inwestorom kojarzy się zdecydowanie negatywnie. W tym roku przyniósł jednak solidne zyski. To głównie zasługa deklaracji Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiej rezerwy federalnej, zapowiadających złagodzenie polityki pieniężnej.

Indeks największych spółek warszawskiego parkietu wzrósł w czerwcu o 3,9 proc. To największa zwyżka dotycząca tego miesiąca od 2012 r. W ciągu ostatnich dziesięciu lat czerwiec zaledwie w czterech przypadkach przyniósł inwestorom zysk. Jak z tego wynika, nie zawsze opłaca się poleganie na statystycznych prawidłowościach, a w każdym razie sztywne się ich trzymanie, bez uwzględnienia bieżących uwarunkowań. Te zaś w ostatnich tygodniach okazały się sprzyjające posiadaczom akcji. Giełdowe byki otrzymały zdecydowane wsparcie ze strony najważniejszych banków centralnych świata, czyli EBC i amerykańskiej rezerwy federalnej. Szef pierwszej z tych instytucji jednoznacznie potwierdził gotowość do wsparcia gospodarki, zarówno poprzez obniżkę stóp procentowych, jak i wznowienie programu skupu obligacji. W przypadku Fed deklaracje były nieco mniej jednoznaczne, szczególnie w odniesieniu do terminu pierwszej obniżki stóp procentowych, jak również przebiegu ewentualnego cyklu łagodzenia warunków monetarnych, jednak zmiana polityki nie pozostawia wątpliwości. Inna rzecz, że inwestorzy oczekują od rezerwy federalnej chyba zbyt dużo, licząc nawet na trzy obniżki stóp w tym roku.

Te rachuby doprowadziły do nieco nietypowej sytuacji, w której jednocześnie mocno w górę poszły notowania złota, obligacji skarbowych oraz ceny akcji. Indeksy na giełdzie nowojorskiej osiągnęły poziomy najwyższe w historii. SSPS00 wzrósł w czerwcu o prawie 7 proc., a w pierwszym półroczu poszedł w górę o ponad 17 proc. co stanowi wynik najlepszy od dwudziestu lat. Także wskaźniki giełd pozostałych państw rozwiniętych, osiągnęły bardzo dobre rezultaty. Niemiecki DAX w czerwcu wzrósł o niemal 6 proc. a od początku roku o ponad 17 proc. Biorąc pod uwagę wyraźne spowolnienie w gospodarce strefy euro oraz niekorzystne perspektywy koniunktury w Stanach Zjednoczonych, takie wzrosty na giełdach wydają się uzasadnione jedynie nadziejami pokładanymi w polityce pieniężnej. Jednocześnie silne, sięgające w czerwcu 8 proc. zwyżki notowań złota oraz zejście rentowności amerykańskich dziesięcioletnich obligacji skarbowych w okolice 2 proc. czyli do poziomu najniższego od prawie trzech lat, wskazuje na to, jak żywe są obawy przed spowolnieniem gospodarczym.

Najbardziej spektakularnym na warszawskim parkiecie wydarzeniem ostatnich tygodni była dynamiczna zwyżka notowań akcji telekomów. WIG Telekomunikacja wzrósł w czerwcu o ponad 20 proc., co należy wiązać z przeprowadzoną serią podwyżek opłat, prawdopodobnie kończącymi długotrwałą i wyniszczającą wojnę cenową na tym rynku. Warto jednak także zwrócić uwagę na relatywnie mocne zachowanie sektora bankowego oraz zanotowane pod koniec miesiąca silne odbicie notowań spółek energetycznych, mogące być sygnałem zakończenia długotrwałej przeceny walorów tego sektora.

Po trwającej prawie dwa miesiące korekcie, do wzrostowej tendencji powraca segment średnich spółek. W czerwcu mWIG40D zyskał ponad 3 proc., a od majowego dołka wzrósł o ponad 5 proc., generując sygnał wyraźnej poprawy sytuacji i dobrze rokując na kolejne miesiące.

W kolejnych miesiącach można się spodziewać pewnych przetasowań na rynkach finansowych, wynikających z jednej strony z zapowiedzianego już w trakcie szczytu państw G20 wznowienia negocjacji między USA a Chinami, czyli zawieszenia dalszej eskalacji wojny handlowej, z drugiej zaś z weryfikacji prognoz makroekonomicznych i mogących z tego wynikać korekt oczekiwań w kwestii polityki pieniężnej.

Prawdopodobny spadek awersji do ryzykownych aktywów powinien mocniej pozytywnie wpłynąć na sytuację na rynkach wschodzących, które do tej pory zachowywały się nieco gorzej niż giełdy rozwinięte. MSCI Emerging Markets już w czerwcu starał się dotrzymywać kroku tym ostatnim, zwyżkując o 6 proc., ale w horyzoncie liczonym od początku roku rośnie jedynie o 10 proc.

W kolejnych miesiącach jest duża szansa na to, że rynki wschodzące będą odrabiać dystans. W szczególności dotyczy to warszawskiego parkietu, który może doświadczyć większego napływu kapitału, głównie zagranicznego. Warto bowiem zwrócić uwagę, że WIG20 w ujęciu dolarowym w czerwcu wzrósł o ponad 7 proc., a więc mocniej niż MSCI Emerging Markets, ale od początku roku zwyżkuje jedynie o 3 proc., podczas gdy wskaźnik rynków wschodzących rośnie o ponad 10 proc. Taka dysproporcja nie wydaje się uzasadniona, szczególnie z punktu widzenia dynamiki polskiej gospodarki oraz wciąż bardzo dobrych jej perspektyw. Jest więc potencjał do nadrobienia zaległości.

Miesiąc na rynku obligacji – podsumowanie czerwca 2019 r.

Czerwiec był miesiącem obfitującym w wydarzenia na rynku obligacji, zarówno skarbowych, jak i korporacyjnych. Dla pierwszego z tych segmentów przełomowe były zapowiedzi Europejskiego Banku Centralnego oraz posiedzenie amerykańskiej rezerwy federalnej, zaś na polskim rynku informacje dotyczące inflacji i wzrostu gospodarczego. 0 ile w przypadku Fed już wcześniej wiadomo było, że polityka pieniężna ulegnie złagodzeniu, to szef EBC zaskoczył rynki finansowe deklaracją podjęcia zdecydowanych działań, zmierzających do powstrzymania niekorzystnych tendencji w gospodarce strefy euro. Na działania te miałyby składać się zarówno obniżka stóp procentowych, jak i wznowienie skupu aktywów. Te zapowiedzi doprowadziły do spadku rentowności niemieckich obligacji skarbowych do rekordowo niskiego w historii poziomu. Fed w komunikacie po czerwcowym posiedzeniu był dość wstrzemięźliwy w zapowiedziach redukcji kosztów pieniądza, jednak inwestorzy liczą nawet na trzy obniżki stóp procentowych w tym roku, z czego pierwsza miałaby nastąpić już w lipcu. Tak radykalny scenariusz wdaje się mało prawdopodobny, bez pojawienia się wyraźnych sygnałów osłabienia amerykańskiej gospodarki, jednak rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych USA trzyma się na bardzo niskim poziomie około 2 proc. Spadające wskaźniki inflacji w strefie euro i w Stanach Zjednoczonych, zwiększają szanse na działania tamtejszych banków centralnych. Choć w naszych warunkach mamy do czynienia z ciągle bardzo dobrymi odczytami wskaźników makroekonomicznych, a inflacja coraz mocniej idzie w górę, przekraczając w czerwcu środkowy poziom celu, wyznaczonego przez NBP, osiągając według wstępnego szacunku 2,6 proc., Rada Polityki Pieniężnej nie kwapi się do myślenia o podwyższaniu stóp procentowych. Taka postawa polskich władz monetarnych, wraz z uwarunkowaniami zewnętrznymi, powoduje że rentowność naszych obligacji skarbowych także spada, osiągając pod koniec czerwca poziom 2,33 proc., najniższy od czterech lat. Jeśli koniunktura w polskiej i globalnej gospodarce nie ulegnie znacznemu pogorszeniu, a czynniki ryzyka nie nasilą się, w kolejnych miesiącach należy liczyć się raczej ze spadkiem cen obligacji skarbowych, czyli wzrostem ich rentowności.

Czerwiec był ostatnim miesiącem przed wejściem w życie istotnych zmian regulacji, dotyczących polskiego rynku obligacji korporacyjnych. Był to jeden, choć nie jedyny, z czynników mobilizujących emitentów do podwyższonej aktywności. W związku z tym miało miejsce sporo dużych ofert papierów dłużnych. O atrakcyjności polskiego rynku świadczy objęcie przez EBOiR dziesięcioletnich obligacji KGHM o wartości 400 mln zł, będących częścią opiewającego na 4 mld zł programu emisji obligacji tej spółki. Wśród dużych emisji należy wymienić także zakończoną powodzeniem ofertę wartych 200 mln zł obligacji Famuru, czy 160 mln zł uplasowanych papierów Polskiego Holdingu Nieruchomości oraz zakończoną redukcją zapisów liczącą 5Q0 mln zł emisję obligacji PKO Banku Hipotecznego. Również 50 mln zł pozyskał z emisji papierów dłużnych Kruk. Ofert mniejszych emitentów było niewiele i nie cieszyły się one zbyt wielkim powodzeniem.

Ciekawych propozycji inwestycyjnych nie zabraknie w najbliższych miesiącach. Emisję o wartości 30 mln zł zapowiada Ghelamco, 64 mln zł chce pozyskać Elemental Holding, do inwestorów instytucjonalny trafią obligacje Enei o wartości I mld zł., a papiery o wartości 170 mln zł zamierza zaoferować Dino.

Zbigniew Kowalczyk – doradca inwestycyjny w AgioFunds TFI SA.

Posiedzenie NBP nie zaburzyło spokoju złotego

Kluczowym makroekonomicznym wydarzeniem w Polsce w ostatnich dniach było lipcowe posiedzenie polskiego banku centralnego. NBP zgodnie z przewidywaniami pozostawił główną stopę procentową bez zmian na poziomie 1,50%. Ostatni raz stopy zostały zmienione w 2015 r. W odniesieniu do stabilności stóp procentowych, Prezes A. Glapiński powtórzył, że potrafi sobie wyobrazić, że stopy procentowe nie ulegną zmianie aż do 2021 roku. NBP na razie nie niepokoi też przyśpieszająca inflacja konsumpcyjna, która w czerwcu wynosiła 2,6% (najwyższa od listopada 2012 roku). Cel inflacyjny NBP jest ustalony na poziomie okolic 2,5%,  bieżąca podwyżka cen nie jest więc jeszcze powodem do znaczących zmian w polityce pieniężnej. Z drugiej strony, polski bank centralny liczy się z przyśpieszeniem inflacji na początku 2020 roku i z tym, że krótkoterminowo może się ona znaleźć powyżej górnej granicy tolerowanego pasma wahań, tzn. ponad 3,5%. Nie można zatem w pełni wykluczyć scenariusza, w których NBP podniesie stopy procentowe do końca tego roku. Prawdopodobieństwo takiego posunięcia w pierwszej połowie przyszłego roku jest jednak niskie. Natomiast główne banki centralne, europejski EBC i amerykański Fed, będą uwalniać politykę pieniężną, tj. obniżać stopy procentowe.

Kurs złotego w stosunku do euro w tym tygodniu się praktycznie nie zmienił i w piątek rano był na poziomie 4,24 EUR/PLN. W tym czasie kurs eurodolara był na poziomie 1,13 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Jak ceny ceny mieszkań w Europie zmieniły się w latach 2008 – 2018

Eurostat niedawno opublikował dane o cenach mieszkań na Starym Kontynencie w 2018 r. Eksperci RynekPierwotny.pl sprawdzili natomiast, jak ceny europejskich lokali i domów zmieniły się w długiej perspektywie (lata 2008 – 2018).

Niełatwo jest znaleźć spójne informacje o cenach europejskich mieszkań. Właśnie dlatego kwartalne i roczne podsumowania Eurostatu są bardzo istotne. Wspomniana instytucja regularnie publikuje wskaźniki cen nieruchomości mieszkaniowych ze wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili wykorzystać te dane do sprawdzenia, jak ceny europejskich mieszkań zmieniły się od końca poprzedniego boomu mieszkaniowego (2008 r.) do minionego roku (2018 r.). Co ważne, wyniki takiej analizy uwzględniają inflację w każdym z analizowanych krajów.

Obliczenia RynekPierwotny.pl wskazują, że dziesięcioletnia realna zmiana cen mieszkań (2008 r. – 2018 r.) na terenie poszczególnych krajów Europy wyglądała następująco:

√ Austria – wzrost o 43% √ Irlandia – spadek o 14%
√ Belgia – wzrost o 7% √ Litwa – spadek o 22%
√ Bułgaria – spadek o 27% √ Łotwa – spadek o 19%
√ Chorwacja – spadek o 21% √ Niemcy – wzrost o 26%
√ Czechy – wzrost o 14% Polska – spadek o 15%
√ Dania – wzrost o 1% √ Portugalia – wzrost o 10%
√ Estonia – spadek o 4% Rumunia – spadek o 48%
√ Finlandia – wzrost o 1% √ Słowacja – spadek o 7%
√ Francja – spadek o 1% Szwecja – wzrost o 51%
√ Grecja – spadek o 42% √ Węgry – wzrost o 1%
√ Hiszpania – spadek o 27% √ Wielka Brytania – wzrost o 7%
√ Holandia – spadek o 6% √ Włochy – spadek o 25%

W kontekście powyższych danych, uwagę zwraca nie tylko całkiem spory realny spadek dotyczący Polski. Warto również odnotować bardzo duże obniżki realnych cen metrażu z Rumunii i Grecji. Jeżeli chodzi o wzrosty, to oprócz Szwecji przoduje również Austria. Od czasu poprzedniego boomu, znacząco wzrosły również realne ceny mieszkań z Niemiec. Trzeba podkreślić, że bez uwzględnienia inflacji dodatni wynik naszych zachodnich sąsiadów byłby znacznie wyższy.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Wystartowała Neweconomy – platforma crowdfundingu udziałowego dla firm

W Polsce zaczyna swoje działanie Neweconomy – jedna z pierwszych platform crowdfundingu udziałowego skierowana do właścicieli spółek z o.o. Portal, stanowiący nowość na polskim rynku crowdfundingu, został stworzony we współpracy z serwisem Patronite.

Twórcy platformy Neweconomy wychodzą z założenia, iż na rynku kapitałowym brakuje obecnie narzędzi i źródeł finansowania spółek w początkowej fazie rozwoju. Zdane są one na finansowanie własne lub na nieprzyjazny procesowi innowacji system finansowania instytucjonalnego. Brak właściwej wyceny ryzyka wymusza formalny proces planowania. Małe spółki muszą przedstawiać szczegółowe wyniki sprzedaży i przychodów na następne kilka lat, stany zatrudnienia czy analizy rynku na archaicznych XX wiecznych wzorach biznes planów. Niestety zbiurokratyzowany proces idzie w parze z małą elastycznością inwestora publicznego, ograniczając możliwość adaptowania się przedsiębiorców do nowych nieprzewidzianych wcześniej warunków biznesowych.

Portal Neweconomy wychodzi naprzeciw potrzebom zarówno inwestorów, jak i przedsiębiorców, tworząc pierwszą w pełni zintegrowaną platformę umożliwiającą zarówno finansowanie społecznościowe w formie crowdfundingu udziałowego, jak również rzetelną ocenę spółki opartą o wypracowane algorytmy.

Neweconomy to przede wszystkim miejsce dla inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych, dla osób chcących wesprzeć dobrze zapowiadający się pomysł lub kupić w przedsprzedaży produkt, jeszcze w formie prototypu. Wierzymy, że taka platforma doskonale zafunkcjonuje na polskim rynku innowacji – mówi Przemysław Pyziel, założyciel platformy.

Portal funkcjonuje pod adresem neweconomy.pl.

Kurs euro pod wpływem słabych danych z Niemiec. Wojna walutowa Trumpa

Dziś po raz kolejny zobaczyliśmy słabsze dane z Niemiec. Efektem były spadki euro względem dolara. Prezydent Donald Trump oskarża UE i Chiny o sztuczne osłabianie wartości swoich walut, które to działania określa nawet mianem wojny. Na szczęście wojny walutowej (przynajmniej na razie) nie zamierza prowadzić tak agresywnie, jak handlowej.

Ponownie słabe odczyty zza Odry

Rano poznaliśmy dane na temat zamówień w niemieckim przemyśle. W ciągu roku spadły aż o 8,6%. Jest to wartość o 2,4% wyższa od oczekiwań analityków. Wyraźnie widać, że negatywne wyniki indeksów koniunktury nie biorą się znikąd. Ruch ten miał oczywiście odbicie na głównej parze walutowej świata. Kiepskie dane z największej gospodarki strefy euro spowodowały, że inwestorzy przenoszą swoje zainteresowanie na drugą stronę Atlantyku.

Trump i wojna walutowa

Zdaniem prezydenta USA wojna walutowa ma polegać na sztucznym osłabianiu swojej waluty w celu poprawy opłacalności eksportu, przy równoczesnym pogorszeniu warunków importu. Taki ruch jest oczywiście korzystny dla krajowych producentów, którzy stają się bardziej konkurencyjni względem zagranicznych rywali, ale finalnie konsumenci płacą więcej za dobra, ponieważ tracą realne alternatywy z innych państw. W ostatnich tygodniach dolar  rzeczywiście umacniał się względem zarówno euro, jak i juana, ale interpretacja każdej z tych par walutowych zależy od tego, jaki horyzont czasowy przyjmiemy za podstawę do analizy. W ciągu 5 lat dolar znacząco podrożał względem juana, z kolei w perspektywie 10-letniej niemal nie zmienił wartości. Nie wiadomo, jakie mogą być konsekwencje najnowszych wypowiedzi przywódcy Stanów Zjednoczonych, ale biorąc pod uwagę przebieg wojny handlowej, nie muszą to być tylko słowa rzucane na wiatr.

Amerykańskie Święto Niepodległości

Dzień wolny w USA spowodował, że wczoraj na rynkach było zdecydowanie spokojniej. Brak notowań na nowojorskiej giełdzie sprawił, że inwestorzy z zapartym tchem oczekiwali na kolejne otwarcie parkietu i odpowiedź na najbardziej nurtujące ich w ostatnich dniach pytanie, czyli czy główny indeks S&P 500 osiągnie pułap 3000 punktów. Na walutach zmienność była wyjątkowo niska. Najwyraźniej rynki czekają na powrót inwestorów zza oceanu. Dziś od rana dolar poszedł w górę względem złotego o ok. 1 grosz, co może potwierdzać tezę o oczekiwaniu na transakcje na amerykańskiej giełdzie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

EPP stawia na biura CitySpace we Wroclawiu

EPP rozwija swoją działalność we Wrocławiu. Notowana na dwóch giełdach spółka właśnie dołączyła do grona najemców CitySpace w Nobilis Business House.

Spółka EPP, największy właściciel nieruchomości handlowych w Polsce, wybrała biura serwisowane CitySpace w biurowcu Nobilis Business House przy placu Grunwaldzkim we Wrocławiu. Miejsce nie jest przypadkowe, ponieważ EPP jest właścicielem i zarządcą Pasażu Grunwaldzkiego, w którym znajduje się główna wrocławska siedziba firmy.

Nowe biura są efektem rozwoju działalności EPP w stolicy Dolnego Śląska i poszerzenia struktur spółki. Kilkunastu pracowników EPP zajęło w CitySpace kilka gabinetów z kontrolą dostępu. Powodem wynajmu powierzchni biurowej w CitySpace jest poszerzenie działów. Potrzebowaliśmy dodatkowego miejsca dla Akademii Najemcy EPP, działu architektów i działu integracyjno-operacyjnego – wyjaśnia Magdalena Nazaruk, z biura prasowego EPP. Biuro serwisowane w tym przypadku okazało się dla nas wygodnym rozwiązaniem – dodaje.

EPP już wcześniej korzystał z usług CitySpace, ale w Warszawie. Po kilku latach znów zdecydował się na biura serwisowane. – To pokazuje, że nasze elastyczne przestrzenie biurowe są doskonałym miejscem dla rozwiniętych spółek i dojrzałego biznesu. Nasze biura gwarantują najemcom pełną prywatność i komfortowe warunki pracy. Firma może skoncentrować się tylko i wyłącznie na własnym biznesie, co jest dużym plusem. Korzysta przy tym w cenie najmu z wielu udogodnień takich jak recepcja, sale konferencyjne czy w pełni wyposażone współdzielone kuchnie – mówi Magdalena Śnieżek, regional manager CitySpace.

Centra biznesowe CitySpace składają się z prywatnych gabinetów, powierzchni typu open space na wyłączność oraz pomieszczeń współdzielonych. Klienci mogą najmować je w dowolnych konfiguracjach. Do biur mają dostęp 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Serwisowana przestrzeń biurowa adresowana jest do firm różnego rodzaju – od start-upów do korporacji. Wśród najemców są firmy z branży doradczej, finansowej czy nowych technologii. CitySpace to doskonałe miejsce zarówno dla firm kilkuosobowych, jak i większych zespołów. Można tu także otworzyć biuro wirtualne. CitySpace od niedawna działa w drugiej prestiżowej lokalizacji we Wrocławiu – Aquarius Business House, gdzie na najemców czeka prawie 300 stanowisk pracy. Centra biznesowe operatora znajdują się również w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Katowicach. Firma jest obecna na polskim rynku od 2015 roku. Jej właścicielem jest Echo Investment.

EPP jest właścicielem centrów handlowych z nieruchomościami o wartości 2,6 mld euro. Portfel spółki obejmuje 24 obiekty handlowe, sześć lokalizacji biurowych oraz jeden projekt wielofunkcyjny w realizacji o łącznej powierzchni GLA wynoszącej ponad milion mkw. Nieruchomości EPP położone są w najbardziej atrakcyjnych dla handlu miastach w Polsce. Spółka notowana jest na giełdach w Johannesburgu (JSE) i Luksemburgu (Euro MTF). EPP została zarejestrowana w Holandii w styczniu 2016 roku.

Polski sektor przedsiębiorstw: 2,1 mln podmiotów i 10 mln miejsc pracy

Rosnącej liczbie przedsiębiorstw w Polsce towarzyszy wzrost miejsc pracy – w gospodarce funkcjonuje prawie 2,1 mln podmiotów, a w całym sektorze przedsiębiorstw pracuje blisko 10 mln osób. Firmy poprawiły swoją sytuację finansową: zwiększyły swoje przychody, produkcję i wartość dodaną. Odnotowano wzrost nakładów na innowacje. Na przestrzeni ostatnich lat widoczny jest rosnący trend w zakresie odsetka eksporterów wśród przedsiębiorców. Jednocześnie poprawia się zaawansowanie technologiczne polskiego eksportu. To najważniejsze wnioski płynące z tegorocznej edycji „Raportu o stanie sektora MŚP w Polsce” opracowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport, XXII edycja, prezentuje obraz sektora przedsiębiorstw w Polsce w oparciu o przekrojowe roczne dane statystyczne. Opracowanie opiera się na danych GUS zakupionych specjalnie na potrzeby raportu oraz na najbardziej aktualnych danych GUS dostępnych publicznie.

Sektor przedsiębiorstw w Polsce w liczbach

W 2017 r. w Polsce działało 2,08 mln przedsiębiorstw niefinansowych (wzrost o 3,2 proc. w porównaniu do 2016 r.) – mikro 2,0 mln, małych 53,8 tys., średnich 15,3 tys. i dużych 3,6 tys. Od 2008 do 2016 roku ich udział w tworzeniu PKB zwiększył się o 2,5 p.p. do 73,6 proc. Liczba pracujących w sektorze przedsiębiorstw rośnie nieprzerwanie od 2014 r. W 2017 r. pracowało w nim blisko 9,9 mln osób, co stanowiło wzrost o 1,7 proc. r./r.

Sektor MŚP

„Często zapominamy, jaką siłą jest sektor MŚP. A niemal połowę polskiego PKB, 49,8 proc., tworzą właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa” – powiedziała Paulina Zadura-Lichota, dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

„PARP od wielu lat specjalizuje się w monitorowaniu sytuacji sektora MSP i przygląda się zmianom w perspektywie długoletniej. Często dopiero ta dłuższa perspektywa pozwala dostrzec jak wiele zmian przeszły polskie firmy i jak systematycznie zwiększają swój udział w polskim PKB” – podsumowuje Małgorzata Oleszczuk, Prezes PARP.

Rok 2017 to wyraźna poprawa podstawowych wartości ekonomicznych mierzących sytuację finansową firm w sektorze przedsiębiorstw

Rosną nakłady inwestycyjne – w 2017 r. nakłady inwestycyjne na nowe i używane środki trwałe we wszystkich podmiotach gospodarki w Polsce wyniosły 194,4 mld zł (i były wyższe o 3 proc. w porównaniu z 2016 r.).

Poprawia się także sytuacja finansowa firm – w 2017 r. bardzo szybko zwiększały się przychody (o 8,2 proc. r./r., do 4,6 bln zł), produkcja (o 11,2 proc. r./r., do 3,5 bln zł) i wartość dodana (o 10,8 proc. r./r., do 1,15 bln zł) w firmach. Poprawił się również wskaźnik rentowności obrotu brutto (z 6,6 proc. do 7,1 proc.).

W 2017 r. odsetek eksporterów wyrobów zwiększył się do 4,7 proc. (z 4,4 proc. w 2016 r.) a w przypadku usług utrzymał się na tym samym poziomie (1 proc.). Odnotowano także wyraźną poprawę relacji wartości eksportu do importu (z poziomu 92,7 proc. w 2010 r. do 110,1 proc. – w 2017 r.) oraz eksportu do PKB (wzrost do 55 proc. w 2017 r. z poziomu 40 proc. w 2010 r.). Wyroby wysokiej i średnio-wysokiej techniki stanowią już blisko połowę polskiego eksportu towarów (45,8 proc. w 2017 r.) – dwa razy więcej niż we wstępnej fazie transformacji gospodarczej w Polsce (24,8 proc. w 1995 r.).

Nieco słabsze wyniki odnotowano w przypadku innowacyjności firm. Według najnowszych badań GUS, w latach 2015-2017 udział innowacyjnych przedsiębiorstw ogółem (bez mikro) wyniósł 14,5 proc. i był niższy o 1,6 p.p. w porównaniu z wynikami z badania 2014-2016. Jednocześnie w 2017 r. nastąpił wzrost nakładów na innowacje w firmach (z 29 mld zł w 2016 r. do 41,2 mld zł).

Niewielki odsetek firm prowadzi działalność badawczo-rozwojową. Również nakłady firm na B+R są niewielkie. Wśród przedsiębiorstw przemysłowych w 2017 r. takie nakłady ponosiło około 7 proc. firm a wśród firm usługowych – 3,2 proc. Jednak intensywność prac B+R w stosunku do PKB od lat systematycznie rośnie. W 2017 r. wskaźnik ten wynosił 1,03 proc., podczas gdy rok wcześniej było to 0,97 proc., a w 2013 r. – 0,87 proc.

Polscy przedsiębiorcy nie obawiają się sezonu ogórkowego

  • Lato to czas, kiedy gospodarka zdaje się zwalniać – pracownicy udają się na urlopy, maleje liczba zamówień, nie przybywają nowi kontrahenci.
  • Z kwartalnych wskaźników makroekonomicznych GUS-u wynika jednak, że w III kwartale nakłady polskich przedsiębiorców na inwestycje nadal się zwiększają.
  • Planując inwestycje na drugą połowę roku, warto sprawdzić, w których województwach znajdziemy obecnie pożyczki unijne na preferencyjnych warunkach.

Okres od czerwca do września to dla wielu przedsiębiorców czas spowolnienia. Sezon urlopowy sprawia, że rzadziej zawierane są nowe umowy, a większość branż zmaga się także z mniejszą liczbą zamówień na usługi. Polscy przedsiębiorcy nie pozostają jednak w tym czasie bierni. Wykorzystują mniejszy natłok obowiązków do przyjrzenia się dotychczasowym wynikom firmy i zaplanowania kolejnych inwestycji.

W III kwartale o 65% większe nakłady na inwestycje

Z kwartalnych wskaźników ekonomicznych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że od 2016 r. w III kwartale nakłady na inwestycje polskich firm zwiększają się i to aż o 65%. W 2018 r. w I kwartale przedsiębiorcy przeznaczyli na inwestycje ok. 23 mln zł, w II kw. 54 mln, a w trzecim 89 mln. Podobne wyniki zanotowano rok i 2 lata wcześniej.

Polscy przedsiębiorcy nie obawiają się sezonu ogórkowegoŹródło: GUS

Polscy przedsiębiorcy wiedzą, jak efektywnie wykorzystać czas lekkiego przestoju w pracy. Jest to np. dobry moment na zapoznanie się z możliwościami uzyskania finansowania zewnętrznego na inwestycje w firmie. Na co dzień natłok obowiązków często nie pozwala na spokojne zastanowienie się i porównanie, która opcja będzie najkorzystniejsza dla funkcjonowania przedsiębiorstwa. Nieco spokojniejszy czas można także przeznaczyć na odpowiednie przygotowanie wniosku o pożyczkę ze środków unijnych – mówi Paweł Mazur z ANG Biznes.

Środki własne, kredyt inwestycyjny, pożyczki unijne

Wybór finansowania inwestycji w firmie jest indywidualną kwestią każdego przedsiębiorstwa i powinien być oparty o dogłębną analizę jego sytuacji finansowej. Jeżeli przedsiębiorca nie może sobie pozwolić na zainwestowanie środków własnych, to warto przemyśleć inne opcje, jak kredyt inwestycyjny czy nawet środki unijne.

Obecnie, np. w województwie kujawsko- pomorskim, dostępne są dla przedsiębiorców pożyczki inwestycyjne na bardzo korzystnych warunkach. Mała pożyczka do 300 tys. zł oraz duża do 1 mln zł dla mikro, małych i średnich firm prowadzących działalność na terenie tego województwa. Oprocentowanie stałe nie przekracza 3%, natomiast oprocentowanie preferencyjne może wynieść zaledwie 1%. Co ciekawe, dostępne są także bardzo nisko oprocentowane środki dla startupów. Przed wybraniem finansowania warto więc sprawdzić, czy w województwie, w którym prowadzimy działalność występują podobne oferty – dodaje Paweł Mazur.

Źródło: ANG Biznes

V edycja Ogólnopolskiego Szczytu Gospodarczego OSG 2019

Europejskie Centrum Biznesu ma zaszczyt i przyjemność zaprosić do udziału w V edycji Ogólnopolskiego Szczytu Gospodarczego OSG 2019. Szczyt odbędzie się w dniach 26-27 września br. w Siedlcach na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym. Temat przewodni Szczytu brzmi: „Państwo – Gospodarka – Bezpieczeństwo: Filary polskiej gospodarki przyszłości”.

1 – head do informacji grafika i treść

Już po raz piąty Europejskie Centrum Biznesu pragnie zaprosić czołowych przedstawicieli świata polityki, gospodarki, nauki i biznesu na Ogólnopolski Szczyt Gospodarczy. W ramach tegorocznej edycji Szczytu pragniemy skoncentrować się na filarach polskiej gospodarki przyszłości, czyli branżach, firmach i instytucjach, które swoją działalnością i determinacją  przyczyniają się do rozwoju gospodarczego kraju. Pragniemy w ramach zaplanowanych debat przeprowadzić dyskusje ukierunkowane na zabezpieczenie polskiej gospodarki pod kątem ryzyk wynikających z niepewności inwestycyjnej, sytuacji międzynarodowej, bezpieczeństwa (gospodarczego, energetycznego, finansowego) jak również potencjału infrastrukturalnego i innowacyjnego. Temat przewodni Szczytu: Państwo-Gospodarka-Bezpieczeństwo to wspólny mianownik dla wielu inicjatyw, projektów i strategii realizowanych przez Prezydenta RP, Rząd i poszczególne resorty, a tym samym doskonały temat zapewniający niezwykle ciekawą i inspirującą dyskusję na wielu płaszczyznach. W ramach Szczytu odbędzie się Gala wręczenia statuetek Bursztyn Polskiej Gospodarki 2019.

Szczegółowe informacje: www.osg2019.pl

Program Czyste Powietrze pod znakiem zapytania

Uruchomiony pod koniec ubiegłego roku program Czyste Powietrze jeszcze na dobre nie zdążył się rozkręcić, a już jego dalsza realizacja stoi pod znakiem zapytania. Polska do 21 czerwca miała ustosunkować się do uwag przesłanych KE dotyczących programu „Czyste Powietrze”. Niestety nie podjęła kluczowych decyzji, a to może oznacza utratę unijnego wsparcia, według ekspertów nawet 6-8 mld euro.

Program miał kosztować ok 103 mld złotych, w dużej części miał być pokryty z środków Unijnych. KE od początku miała zastrzeżenia do kształtu programu. Wątpliwości budziło m.in. to, że w ramach dofinansowania można kupić kocioł na paliwa stałe (węgiel lub biomasę), a także mocno ograniczona sieć dystrybucji – program jest zarządzany przez NFOŚiGW, a środki dystrybuowane przez 16 WFOŚiGW – to za mało, żeby obsłużyć taką ilość wniosków. Zakładano, że rocznie powinno się podpisywać ok. 400 tys. umów. Do tej pory wpłynęło ponad 63 tys. wniosków, z czego wydano 26 tys. decyzji pozytywnych.

UE wysłała pismo ze swoimi uwagami z prośbą o ustosunkowanie się do nich do 21 czerwca. Były alarmujące głosy, że Polska nie dopełniła tych formalności i KE straciła cierpliwość, w skutek czego odwołała swój udział w komitecie sterującym ustalonym na 4 lipca. Strona rządowa nie widzi zagrożeń w realizacji programu. „To, do czego doszło, to odwołanie posiedzenia Komitetu Sterującego Programu Czyste Powietrze, ponieważ KE napisała, że zanim odbędzie się posiedzenie Komitetu Sterującego to chciałaby spotkania na wysokim, politycznym poziomie. Celem tego spotkania będzie podjęcie strategicznych decyzji co do tego, czy sektor bankowy i gminy zostaną przez Polskę zaangażowane jako narzędzia dystrybucji środków w Programie Czyste Powietrze. To spotkanie jeszcze się nie odbyło, dlatego Komisja uznała, że przedwczesne będzie spotkanie Komitetu Sterującego” – wyjaśnił Piotr Woźny, pełnomocnik prezesa Rady Ministrów ds. Programu Czyste Powietrze, w rozmowie z Portalem Samorządowym.

Najważniejszym celem programu jest ograniczenie emisji do atmosfery szkodliwych substancji, które powstają na skutek ogrzewania domów jednorodzinnych słabej jakości paliwem w przestarzałych domowych piecach i kotłach. Inwestycje dofinansowane z programu Czyste Powietrze zapewniają lepsze zarządzanie energią cieplną w domu o każdej porze roku. Kompleksowa modernizacja budynków, rozumiana zarówno jako zwiększenie izolacyjności ścian, wymiana stolarki, a także zastosowanie urządzeń do regulacji temperatury przy każdym odbiorniku ciepła, umożliwia dochodzące nawet do 80% zmniejszenie zapotrzebowania na energię. Dlatego przy wymianie źródła ciepła tak ważna jest również termomodernizacja budynku, która dodatkowo wpłynie na oszczędności w domowym budżecie.

„Decydując się na udział w programie warto pamiętać, że najlepszy efekt osiągniemy poprzedzając wymianę źródła ciepła kompleksową modernizacją budynku. Jeśli z jakiś względów zapadnie decyzja jedynie o wymianie kotła konieczne jest uwzględnienie w inwestycji modernizacji systemu ogrzewania i dodania funkcji regulacji temperatury w każdym pomieszczeniu, co pomoże uniknąć wzrostu kosztów ogrzewania” – mówi Aleksandra Stępniak, konsultant efektywności energetycznej Danfoss Poland.

Sprzedaż gruntu niezabudowanego a podatki

Co do zasady sprzedaż niezabudowanego gruntu, innego niż budowlany, podlega zwolnieniu z VAT. Przykładowo więc w przypadku braku planu zagospodarowania przestrzennego oraz braku przeznaczenia go w decyzji o warunkach zabudowy lub nieprzeznaczenia terenów pod zabudowę, zastosować należy zwolnienie z podatku VAT. Jest to zwolnienie obligatoryjne i nabywca takiego gruntu będzie musiał zapłacić podatek od czynności cywilnoprawnych w wysokości 2% wartości rynkowej nieruchomości.

Sprzedaż gruntu budowlanego lub zabudowanego będzie co do zasady objęta stawką 23%. Jednak prawdziwym wyzwaniem staje się dla podatników ustalenie sposobu opodatkowania dostawy gruntów, na których znajdują się obiekty budowlane lub budynki (nawet do rozbiórki). Wiele wątpliwości w tym zakresie znajduje odzwierciedlenie we wnioskach o wydanie interpretacji indywidualnych skierowanych do dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej.

Budynki „rozebrane”

Pojęcie „tereny niezabudowane” nie zostało zdefiniowane ani w polskiej ustawie, ani też w unijnych regulacjach. Jednak należy stwierdzić, że brak jakiegokolwiek zabudowania na działce jest kategorią obiektywną ze sfery faktów, a nie prawa. Innymi słowy, jeżeli na działce nie ma żadnych zabudowań, to należy ją traktować jako niezabudowaną i w konsekwencji możliwe będzie zastosowanie zwolnienia.

Czasem jednak rodzaj zabudowania może budzić wątpliwości w kontekście oceny, czy mamy do czynienia z gruntem zabudowanym, czy nie. Przykładowo WSA w Białymstoku w wyroku z 18 kwietnia 2018 r. (sygn. I SA/Bk 77/18) stwierdził, że działki, na których znajduje się tylko i wyłącznie ogrodzenie stanowiące urządzenie budowlane (a nie budowlę), są niezabudowane w rozumieniu ustawy o VAT. W innym wyroku Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że sprzedaż działek w trybie art. 209a u.g.n., na których znajdują się fragmenty budynków (np. schody, ganki) wybudowane przez nabywcę tych działek (nakłady na cudzym gruncie), podlega zwolnieniu z art. 43 ust. 1 pkt 9 ustawy o VAT (wyrok z 4 marca 2015 r., sygn. I FSK 740/14).

Dodatkowo sądy administracyjne wskazują, że istotny jest cel, dla którego sprzedawane są nieruchomości. W wyroku z 13 grudnia 2017 r. (sygn. I FSK 17/16) NSA uznał, że dostawa gruntu zabudowanego werandą przez użytkownika wieczystego nieruchomości sąsiedniej może korzystać ze zwolnienia, jeżeli celem transakcji sprzedaży działki, na której posadowiona jest część werandy wybudowanej przez użytkowników wieczystych nieruchomości sąsiedniej, jest dostawa gruntu niezabudowanego.

Dostawa terenów budowlanych

W tym miejscu warto wspomnieć, że za teren budowlany uznaje się grunt przeznaczony pod zabudowę zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, a w przypadku braku takiego planu – zgodnie z decyzją o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, o których mowa w przepisach o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Ma to istotne znaczenie zwłaszcza w przypadku rozbiórki istniejącego budynku.

Na tę problematykę zwrócił uwagę także Rzecznik Generalny w opinii w sprawie C-71/18, Skatteministeriet v KPC Herning, w której uznał, że dostawa terenu, na którym znajduje się budynek, stanowi sprzedaż terenu budowlanego podlegającą podatkowi od wartości dodanej, jeżeli zamiarem stron jest rozbiórka tego budynku w celu umożliwienia wzniesienia nowego. Pomimo że jest to tylko opinia Rzecznika Generalnego, może stanowić wskazówkę dla lokalnych organów, jak interpretować grunty niezabudowane w sytuacji, gdy zostało wydane pozwolenie na budowę lub z dokumentacji wynika, że na działce może powstać budynek.

W trakcie rozbiórki budynków

Biorąc pod uwagę dynamikę realiów gospodarczych, przedsiębiorcy często rozważają sprzedaż gruntu jeszcze w trakcie rozbiórki budynku/budowli. Można spotkać się z podejściem organów, że dostawa działki, na której budynki będą w trakcie rozbiórki, jak i wówczas gdy te budynki ulegną już rozbiórce, stanowić będzie dostawę terenów niezabudowanych, chyba że z miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego wynika, że teren ten jest przeznaczony pod zabudowę albo wydano w odniesieniu do niego decyzję o warunkach zabudowy (interpretacja indywidualna z 23 lutego 2018 r., 0114-KDIP4.4012.44.2018.2.AS). Stanowisko to odwołuje się do celu dokonywanej rozbiórki. Potwierdza ono zarazem, że jeżeli celem jest sprzedaż gruntu niezabudowanego innego niż grunt budowlany, to należy zastosować zwolnienie.

Pozwolenie na rozbiórkę

Idąc dalej, warto zastanowić się co w sytuacji, jeżeli posiadane jest jedynie pozwolenie na rozbiórkę, a żadne czynności nie zostały dokonane. Z pomocą przychodzi tu niedawny wyrok NSA z 28 marca 2019 r. (sygn. akt II FSK 820/17), w którym NSA stwierdził, że posiadanie przez sprzedawcę pozwolenia na rozbiórkę posadowionych na gruncie budynków nie może zmieniać statusu gruntu na niezabudowany. Za grunt niezabudowany można uznać dopiero działkę, na której w dniu sprzedaży trwają prace rozbiórkowe znajdujących się na niej naniesień. W konsekwencji przedmiotowa transakcja nie może zostać uznana za zwolnioną z opodatkowania VAT.

Podsumowanie

Sprzedaż gruntu, zwłaszcza z zabudowaniami, powinna być każdorazowo analizowana na gruncie ustawy o podatku od towarów i usług. W różnych sytuacjach zastosowanie znaleźć mogą odmienne podejścia, co może prowadzić do negatywnych skutków podatkowych. W konsekwencji w wyjątkowo skomplikowanych przypadkach warto wystąpić o interpretację indywidualną.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W oczekiwaniu na dane z amerykańskiego rynku pracy

Dużo nadziei jest pokładanych w dzisiejszym raporcie z rynku pracy USA, który być może przerwie rynkowy marazm i wskaże kierunek. Wyraźna pozytywna niespodzianka wymaże szanse na cięcie stóp procentowych Fed w tym miesiącu, ale spore rozczarowanie przywróci dyskusję o obniżce o 50 pb. Wszystko po środku będzie rozczarowaniem dla tych, którzy liczą na jakiekolwiek przebudzenie zmienności.

Liczba nowych miejsc pracy będzie kluczowym elementem raportu z rynku pracy USA (NFP). Konsensus zakłada przyrost w czerwcu o 160 tys. po fatalnym maju gdzie powstało tylko 75 tys. miejsc (o 100 tys. mniej niż szacowano). Wskazówki z innych publikacji z tego tygodnia nie są pozytywne. Oba wskaźniki ISM dla przemysłu i usług informowały o spowolnieniu aktywności gospodarczej. Prywatny raport ADP o zmianie zatrudnienia wskazał na powstanie 102 tys. miejsc pracy, o 40 tys. mniej niż się spodziewano. Ryzyka przeważają po negatywnej stronie i sugerują, że gospodarka odczuwa skutki globalnego spowolnienia oraz niepewności o przyszłe relacje handlowe USA m.in. z Chinami, Meksykiem, Kanadą czy strefą euro. Zatem kolejny odczyt poniżej 100 tys. będzie sygnałem alarmowym dla Fed, że trzeba szybko reagować, podczas gdy wartości na poziomie 200 tys. i wyżej dadzą przestrzeń do zwlekania z luzowaniem. Wszystko pomiędzy będzie okropnym wynikiem, który pozostawi inwestorów z pytaniami bez odpowiedzi i raczej nie skłoni, by na kilka godzin przed weekendem angażować się w masową sprzedaż lub kupno USD. Nie raz w komentarzach członków Fed pojawiało się stwierdzenie, że średniomiesięczny przyrost zatrudnienia o 150 tys. będzie wystarczający, by zaabsorbować wchodzących na rynek pracy. Zatem odchylenia nawet o 30 tys. od tej wartości nie będą stanowić argumentu za diametralną odmianą strategii Fed. Przy dyskoncie 33 pb obniżki stóp procentowych na lipcowym posiedzeniu ustawia to rynek w wygodnym położeniu, gdzie tylko spore zakończenia mogą dać pretekst, by zrewidować oczekiwania.

Osobiście uważam, że raport NFP to zbyt ważna publikacja (i ostatnio zbyt zmienna), by było warto porywać się na pełne pewności siebie przewidywania. Więcej wskazuje na to, że odczyt zatrudnienia może być poniżej prognoz, ale też niewykluczone, że traderzy już są mentalnie przygotowani na nieco niższą figurę. Ponadto cała powyższa analiza może zostać zagmatwana przez zaskoczenia w dynamice płac, stopie bezrobocia czy rewizji danych za poprzednie miesiące. Niskie zatrudnienie przy wysokich płacach będzie podnosić głosy jastrzębi w Fed, że ryzyka przebudzania inflacji są podwyższone. Silna rewizja w górę danych majowych zasugeruje, że cała dyskusja z ostatniego miesiąca o gołębim zwrocie Fed była niepotrzebna. To tym bardziej skłania mnie do wniosku, że prawdopodobieństwo skrajnych scenariuszy jest niskie, gdyż wiele czynników musi się idealnie wpasować w schemat. Ale to także uzasadnia skalę reakcji rynku, jeśli takie scenariusze wystąpią.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dyskonty głównym miejscem zakupu żywności dla niemowląt i dzieci

Liliana Różycka-Szajna, ekspert rynku FMCG w GfK sprawdziła w jaki sposób w Polsce kształtuje się rynek produktów żywnościowych dla dzieci takich jak: mleko modyfikowane, kaszka, zupki, obiadki i deserki.

Liliana Różycka-Szajna, ekspert rynku FMCG w GfK
Liliana Różycka-Szajna, ekspert rynku FMCG w GfK

Co najchętniej kupują Polacy dla swojego dziecka?

Na podstawie danych z Panelu Gospodarstw Domowych GfK za okres od maja 2018 do kwietnia 2019 roku możemy stwierdzić, że w skali roku spośród takich produktów żywnościowych dla dzieci jak: mleko modyfikowane, kaszka, zupki, obiadki i deserki, najwięcej gospodarstw domowych, ponad 14%, kupiło deserki. Co więcej, liczba nabywców wzrosła o 11% rok do roku. Ponad 12% gospodarstw kupiło kaszki i 8% mleko modyfikowane.

Mieszkańcy wsi głównym nabywcą żywności dla dzieci

Żywność dla niemowląt i małych dzieci największym zainteresowaniem cieszy się na terenach wiejskich. 37% nabywców tej kategorii to osoby z gospodarstw mieszkających na wsi. Z drugiej strony, relatywnie najmniejsze zainteresowanie żywnością dla niemowląt wykazują mieszkańcy dużych miast (powyżej 200 tysięcy mieszkańców), których w zakupach kategorii jest tylko 18%. Szczególnie dużym zainteresowaniem gospodarstw wiejskich cieszy się mleko modyfikowane i kaszki, które to kategorie mają jednocześnie relatywnie najmniejszy udział gospodarstw wielkomiejskich wśród wszystkich nabywców.

Dyskonty głównym miejscem zakupu

Głównym miejscem zakupu żywności dla niemowląt i małych dzieci są dyskonty, które odpowiadają za 38% wolumenu zakupionej kategorii i udział ich wzrósł o 2,7 p.p. rok do roku w okresie rocznym kończącym na kwietniu 2019. Jeżeli analizujemy poszczególne kategorie, które wchodzą w rynek żywności dla dzieci, to znaczenie dyskontów jest największe w zupkach – w zakupach zupek dyskonty mają udział wolumenowy na poziomie 39% i jest on wyższy niż w zakupach innych kategorii z rynku żywności dla dzieci. Dodatkowo udział dyskontów w zakupach zupek rośnie rok do roku. Drugim co do ważności kanałem zakupowym są drogerie, w których zakupiono 22% żywności dla niemowląt. Drogerie są szczególnie ważnym kanałem dla obiadków i deserków. Jednak wolumen zakupów żywności dla niemowląt w drogeriach spada rok do roku w analizowanym okresie. Rośnie natomiast znaczenie zakupów przez Internet w tej kategorii: udział wolumenowy tego kanału zwiększył się rok do roku z 4% do 5%. Waga Internetu jest największa w zakupach mleka modyfikowanego, gdzie udział wolumenowy tego kanału wynosi 8%.

Ponad połowa Polaków zrobi zakupy na letnich wyprzedażach

W całej Polsce wystartowały właśnie letnie wyprzedaże, a razem z nimi „szturm” na centra handlowe. Polacy coraz chętnej korzystają z sezonowych obniżek, a zachęcają ich do tego coraz wyższe przeceny i to już w pierwszych dniach sezonu wyprzedażowego.

Zostawimy krocie na wyprzedażach

Polacy ruszyli na wyprzedaże! Zakupy na przecenach zrobi nawet 62% rodaków – podaje KPMG w raporcie „Zakupy Polaków na wyprzedażach. Kto realnie zarządza procesem zakupu – konsument czy sprzedawca?”.  Posezonowe, letnie obniżki należą do najpopularniejszych w handlowym kalendarzu. Nie dziwić powinien więc fakt, że wydamy na nie krocie!

I rzeczywiście, w najbliższych tygodniach Polacy w sklepowych kasach zostawią całkiem sporo, średnio 316 zł! Aż 29% wyda więcej niż 300 zł. Najczęściej zmieścimy się jednak w przedziale od 150 do 300 zł – taki wydatek deklaruje blisko połowa. Co czwarty kupujący zmieści się w granicach 150 zł – podaje KPMG. Skąd tak ochocze sięganie do kieszeni?

Polacy coraz częściej oczekując na przeceny, wstrzymują się z kupowaniem zwłaszcza na przełomie maja i czerwca. Nauczyliśmy się już mechanizmu letnich przecen i wiemy, jak z niego korzystać, podobnie jak konsumenci w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy USA, czyli na bardzo dojrzałych rynkach – mówi Marta Drzewiecka, Marketing & Customer Experience Manager w firmie Newbridge Poland.

– Często upatrujemy sobie rzeczy w sklepach, które chcemy mieć, odkładamy pieniądze, a nieraz wręcz mrozimy swoje wydatki przez kilka tygodni, tylko po to, aby już w pierwszych dniach wyprzedaży, nie czekając na dalsze obniżki, głęboko sięgnąć do portfela i zrobić często największe zakupy w ciągu roku. Nieraz zamykające się w wydatkach powyżej 1000 zł  – dodaje.

I faktycznie, aż 80% Polaków potrafi powstrzymać się dziś od kupowania kilka tygodni, a nawet miesięcy, czekając na okazję w sklepie. Spontaniczne zakupy, czyli bez głębszej analizy i pod wpływem chwili robi raptem 15% z nas. Najczęstszą motywacją do robienia zakupów na posezonowych wyprzedażach wciąż pozostaje cena – wskazuje ją aż 75% robiących zakupy – podaje KPMG.

W Polsce konsument zwraca wciąż uwagę na cenę. Dla większości z nas jest to czynnik, który decyduje o tym, czy kupujemy daną rzecz, czy nie. Obniżka ceny, nawet na poziomie 20-30%, potrafi nas już zachęcić do kupowania. Nie dziwić więc powinna popularność wyprzedaży, kiedy ceny spadają nawet o minus 50-70% i to już w pierwszych dniach przecen, co jest zresztą nowością w Polsce – mówi Drzewiecka.

Polak to showroomer

To wyczekiwanie na obniżkę sprawia też, że stajemy się coraz lepiej przygotowani do zakupów i sezonu przecen, a samą wizytę w sklepie poprzedzają nawet 24 różne czynności, które mają nas przygotować do kupna. Już 59% Polaków zanim kupi coś stacjonarnie, sprawdza dokładnie produkt on-line w sklepie internetowym.

41% używa porównywarki cenowej, 28% „sonduje” podobny produkt w sklepach internetowych konkurencyjnej marki, a 30% odwiedza sklep nawet kilka tygodni przed zakupem upatrzonej rzeczy. Ponadto sprawdzamy też opinie o produkcie w sieci, przeglądamy social media producenta, a nawet „testujemy” produkt przed kupnem np. przymierzając go – podaje KPMG.

Nieodzowną częścią kupowania stał się webrooming. Coraz więcej konsumentów zanim kupi jakiś produkt stacjonarnie, sprawdza go dokładnie on-line np. w sklepie internetowym, w kanałach społecznościowych czy w serwisach ratingowych. Porównujemy ceny, jakość, opinie, a dopiero potem podejmujemy decyzję, czy warto zrobić zakup – mówi Drzewiecka.

– Jednocześnie rośnie także rola showroomingu, czyli zjawiska odwrotnego. Konsumenci coraz chętniej zanim kupią jakiś produkt na wyprzedażach w sklepie stacjonarnym, odwiedzają ten sklep przed przecenami, przymierzają rzeczy i przeglądają dostępną ofertę, zakupu jednak dokonują dopiero w momencie, kiedy ruszą przeceny – dodaje.

Kupujemy z wyższej półki

Takie przygotowywanie się nie powinno zresztą dziwić, jeśli spojrzeć na listę wyprzedażowych zakupów. Prym wiodą na niej kosmetyki. Wybiera je 58%. Tuż za nimi są ubrania – 53%. Na dalszym posezonowym podium można znaleźć także elektronikę i AGD – kupuje ją 50% Polaków. Dalej plasują się zabawki (46%) i obuwie (45%).

Co czwarta osoba na wyprzedażach kupuje zegarek, biżuterię, meble, a nawet artykuły zoologiczne. Co piąta osoba wydaje na akcesoria motoryzacyjne i kulturę. Na szarym końcu listy znaleźć można także sprzęt sportowy (16%) oraz ofertę turystyczną (9%).

Na wyprzedażach chętnie także kupujemy rzeczy premium i z wyższej półki. Są to najczęściej rzeczy marek, na które nas nie stać po regularnej cenie. Robi tak 52% kupujących. Wśród wybieranych produktów można znaleźć najczęściej elektronikę  (35%), kosmetyki (32%) i ubrania (31%) – podaje KPMG.

Ta struktura od lat się nie zmienia, aczkolwiek widzimy rosnącą popularność np. kosmetyków, co wiąże się m.in. z rozwojem sieci drogerii w Polsce i ich aktywnością. Wciąż wysoko plasują się ubrania i buty, a także marki premium i z wyższej półki. To dziś najchętniej kupowane rzeczy, co zresztą widać w sklepach, które w tym czasie notują nawet znaczący wzrost obrotów, w porównaniu do okresu przed wyprzedażami – mówi Drzewiecka.

Wyprzedaże ewoluują

Jak zauważają przedstawiciele branży retail, posezonowe wyprzedaże wciąż będą zyskiwać na popularności. Trzeba jednak przygotować się na zmiany. Te już widać. – Letnie wyprzedaże, podobnie zresztą jak zimowe, są coraz krótsze. Jeszcze 5-6 lat temu potrafiły trwać nawet 2,5 miesiąca, dziś kończą się nieraz po miesiącu, półtora. Są marki, które czas przecen zamykają nawet w 2 tygodniach – mówi przedstawicielka Newbridge Poland.

Rosnące tempo wyprzedaży ma jednak pozytywny wpływ na ceny. – Obecnie konsument nie musi czekać kilku tygodni, aż cena spadnie do poziomu -50% czy -70%. Coraz więcej sklepów, zwłaszcza dużych sieci odzieżowych, takie przeceny ma już na wstępie wyprzedaży. W efekcie te są bardzo intensywne i szybko robią miejsce nowym kolekcjom – wyjaśnia.

Skąd takie zmiany? – Towar w sklepach szybciej rotuje. Marki odzieżowe wypuszczają dziś w ciągu roku coraz częściej nie 4, a więcej kolekcji. W związku z tym muszą szybciej robić miejsce na nowości i kolekcje międzysezonowe. Pomagają w tym krótkie, acz intensywne wyprzedaże, które podobają się konsumentom. Druga sprawa to zmiany w kalendarzu handlowym – mówi Drzewiecka.

–  Dekadę temu mieliśmy 2 sezony wyprzedażowe – letni i zimowy, dziś mamy więcej okazji w ciągu roku. Rośnie popularność np. przecen międzysezonowych, czyli wczesną jesienią i późną wiosną, a także Black Friday i Black Week oraz promocji świątecznych. Wiele sklepów ma także stałe promocje, z których można korzystać np. pobierając aplikacje lub zapisując się do newsletterów – dodaje.

Źródło: Newbridge Poland/Guarana PR

IDM: pogarszająca się kondycja krajowych domów maklerskich czynnikiem ryzyka dla rozwoju rynku kapitałowego

Izba Domów Maklerskich zwraca uwagę na drastycznie pogarszającą się kondycję branży krajowych domów i biur maklerskich, które odgrywają kluczową rolę w pozyskiwaniu na rynku kapitałowym środków na rozwój dla najbardziej innowacyjnych i dynamicznych polskich firm sektora Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Dzięki działalności krajowych domów maklerskich oszczędności Polaków, inwestowane bezpośrednio lub za pośrednictwem funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, finansują rozwój krajowych przedsiębiorstw, a tym samym gospodarki. Największy potencjał wzrostu produktywność polskiej gospodarki leży w rozwoju najbardziej dynamicznych i innowacyjnych polskich firm sektora MŚP, a te firmy pozyskują środki na rozwój na polskim rynku kapitałowym za pośrednictwem krajowych biur i domów maklerskich: finansowanie sektora MŚP nie jest przedmiotem zainteresowania globalnych banków inwestycyjnych – zdalnych członków Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Udział krajowych firm inwestycyjnych jest też kluczowy dla powodzenia programu Pracowniczych Planów Kapitałowych.

Tymczasem krajowa branża maklerska, na działalności podstawowej, która jest kluczowa dla obsługi inwestorów i pozyskiwania przez spółki kapitału na rozwój, od 5 lat pogłębia straty, podczas gdy instytucje infrastrukturalne a także inni uczestnicy rynku finansowego jak np. banki, fundusze inwestycyjne odnotowują coraz większe zyski. W 2018 r. branża poniosła 215 mln zł straty na działalności podstawowej. W I kwartale br. strata ta wyniosła niemal 66 mln złotych, a w analogicznym okresie ubiegłego roku 37 mln zł. O ile we wcześniejszych okresach branża zmuszona do poszukiwania innych źródeł przychodów, przy regulacyjnych ograniczeniach, nadrabiała straty zyskiem z działalności w innych obszarach, takich jak działalność na rynku OTC czy handel na własny rachunek, to w I kwartale 2019 r. sektor odnotował straty w ujęciu całościowym.

Brak możliwości kompensowania przez domy maklerskie strat na działalności podstawowej w innych obszarach działalności, prowadzi nieuchronnie do całkowitej zapaści w branży. Od wprowadzenia ograniczeń transakcyjnych na rynku CFD po interwencji ESMA obroty na rynku forex w domach maklerskich spadły o połowę, a krajowi klienci – inwestorzy detaliczni wybierają ofertę brokerów spoza UE, gdzie dostają lepsze warunki transakcyjne. Interwencja ujawniła, zgodnie z wcześniejszymi obawami, ryzyka arbitrażu regulacyjnego, odpływu klientów do podmiotów działających poza UE co osłabiło krajowe firmy maklerskie. W tym samym czasie nadzór cypryjski
rozważa wprowadzenie konkurencyjnych rozwiązań, które wspierają lokalną branżę brokerską. Izba stoi na stanowisku, że celem interwencji krajowej KNF na rynku CFD powinna być skuteczna ochrona klienta detalicznego, przy zapewnieniu przepisów umożliwiających konkurencyjną działalność krajowych firm inwestycyjnych w Polsce i na terenie UE. Przygotowywana obecnie przez KNF interwencja krajowa będzie miała wielkie znaczenie dla przyszłości rynku CFD w Polsce i konkurencyjności krajowych domów maklerskich. Przyjęcie przez Polskę rozwiązań unijnych, bez uwzględnianie specyfiki krajowego rynku, przyczynia się do obniżenia konkurencyjności krajowych firm inwestycyjnych.

Pogłębiająca się strata na działalności podstawowej jest odzwierciedleniem kondycji polskiego rynku kapitałowego, który ma do spełnienia ważną rolę dla gospodarki. Znaczący wpływ na sytuację krajowych domów maklerskich ma zwiększająca się konkurencja tzw. zdalnych członków Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, brokerów, którzy oferują inwestorom niskie opłaty, w związku z globalnym zasięgiem i osiąganym w związku z tym efektem skali ich działania. Kondycję krajowych domów maklerskich osłabiają dalej nadmierne koszty regulacji oraz nieadekwatnie wysokie opłaty na rzecz infrastruktury giełdowej i rozliczeniowej, a także wąski zakres usług, który jest dozwolony i byłby w zakresie ich wyłącznej kompetencji.

  1. Rynek kapitałowy, a wzrost innowacyjności i rozwój gospodarczy.

Sprawny rynek kapitałowy jest fundamentem rozwoju gospodarczego opartego na wiedzy i innowacjach. To głównie rynki kapitałowe, a nie banki finansują przedsięwzięcia innowacyjne, które są źródłem wzrostu produktywności i konkurencyjności przedsiębiorstw.

Komisja Europejska w swoich dokumentach wskazuje, że „Europa jest daleko w tyle za Stanami Zjednoczonymi pod względem finansowania gospodarki przez rynki kapitałowe, przez co jest też daleko w tyle pod względem innowacyjności małych i średnich przedsiębiorstw. Firmy średniej wielkości w USA korzystają̨ z dobrodziejstw rynków kapitałowych pięć razy częściej niż takie same przedsiębiorstwa na Starym Kontynencie”.

  1. Krajowe domy maklerskich kluczowe dla rozwoju rynku kapitałowego i realizacji Planu na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

Rozwój polskiej branży domów maklerskich jest warunkiem wzrostu produktywności i konkurencyjności polskiej gospodarki. Podstawą zwiększania produktywności kapitału jest selekcja i wsparcie finansowe (pozyskanie inwestorów) dla najbardziej perspektywicznych MŚP na rynku pierwotnym. Krajowe domy maklerskie przygotowują raporty analityczne na temat spółek notowanych na GPW, czym przyczyniają się do redukcji asymetrii informacyjnej na rynku publicznym i zapewnieniu wysokiej jakość wycen rynkowych notowanych podmiotów. Właściwe wypełnianie tych funkcji wiąże się z uzyskiwaniem przez inwestorów giełdowych wyższych stóp zwrotu.

  1. Słaba kondycja finansowa krajowych domów maklerskich to czynnik, który będzie hamować rozwój polskiego rynku kapitałowego w obszarze finansowania innowacyjnych przedsiębiorstw

Izba Domów Maklerskich od kilku lat zwraca uwagę na czynniki, które osłabiają krajową branżę maklerską ze szkodą dla polskiej gospodarki.

Wysokie koszty transakcyjne na giełdzie w Warszawie.

IDM od dawna zwraca uwagę na wysokie koszty transakcyjne na warszawskiej giełdzie, gdzie otwarcie i zamknięcie pozycji jest wielokrotnie droższe niż na innych, konkurencyjnych parkietach, np. w Turcji. W wyniku presji konkurencyjnej domy maklerskie na przestrzeni lat istotnie zmniejszyły opłaty dla inwestorów, podczas gdy ze strony Giełdy obniżki były minimalne. Obecny kryzys na rynku maklerskim doskonale uwidacznia jego strukturalny problem. Domy maklerskie, które na co dzień współpracują z inwestorami, ponoszą odpowiedzialność za doradztwo i świadczone usługi, na ich obsłudze systematycznie notują straty. Dla porównania Giełda, która nie obsługuje inwestorów, a jedynie użycza domom maklerskim platformy transakcyjnej, pokazuje coraz wyższe zyski. Giełda powinna więc pełnić służebną rolę wobec krajowych domów maklerskich. W konsekwencji niezbędne jest obniżenie opłat giełdowych do poziomów konkurencyjnych i koncentracja działań na polegających przede wszystkim na zwiększeniu płynności na rynku akcji.

Domy maklerskie utraciły blisko 50% obrotów na przestrzeni ostatnich 3-4 lat w związku z rosnącym udziałem w obrotach giełdy członków zdalnych, którzy obsługują prawie wyłącznie najbardziej płynne spółki WIG20 i nie wypełniają fundamentalnego zadania krajowego rynku kapitałowego, jakim jest finansowanie przez rynek kapitałowy innowacyjnych i najbardziej dynamicznych spółek polskiego sektora MŚP.

Interesy Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, jako centralnej instytucji infrastrukturalnej rynku, powinny być podporządkowane krajowemu rynkowi kapitałowemu. Obecnie wartość wytworzona przez domy maklerskie przy obsłudze inwestorów jest niesprawiedliwie dzielona. Jej wynikiem są zyski Giełdy, przy jednoczesnych stratach domów maklerskich na obsłudze inwestorów.

Zwolnienie Zarządu Giełdy z obowiązku maksymalizacji zysku i ustalenie zasad funkcjonowania z poszanowaniem interesu ekonomicznego, zarówno Giełdy, jak i domów maklerskich, są konieczne dla rozwoju rynku kapitałowego w Polsce.

Restrykcyjne rozwiązania regulacyjne i interpretacje przepisów unijnych bez uwzględnienia realiów krajowego rynku pogłębiają kryzys branży.

Dużym problemem są rosnące koszty regulacji. Od lat zwracamy uwagę na przyjmowanie legislacji unijnych bez uwzględnienia zasady proporcjonalności a często wręcz w sposób poszerzający wymogi krajowe względem implementowanych regulacji unijnych. W efekcie domy maklerskie muszą nadmiernie rozbudowywać działy compliance, kosztem obszarów biznesowych lub zmniejszenia pokrycia analitycznego spółek, co zwiększa jedynie ryzyko dla Inwestorów i zmniejsza efektywność rynku.

Obserwujemy exodus do innych branż profesjonalistów: maklerów i doradców, którzy do tej pory pomagali polskim firmom w pozyskiwaniu kapitału. Mniej maklerów i doradców, to mniej analiz polskich spółek, a co za tym idzie mniejsze zainteresowanie polskim rynkiem. Wysokie koszty regulacyjne w ostatnich latach spowodowały likwidację działalności części biur maklerskich.

Dodatkowo niektóre banki zdecydowały się na wchłonięcie działalności maklerskiej do swoich struktur, co z reguły skutkuje ograniczeniem działalności na rynku kapitałowym.

  1. Propozycja jednolitej licencji bankowej jest szkodliwa dla rynku kapitałowego i gospodarki. Banki i firmy inwestycyjne finansują inne rodzaje przedsięwzięć inwestycyjnych.

W obecnym projekcie Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego kilkakrotnie podkreślano zalety wspólnej licencji bankowej i maklerskiej, pomijając fakt, że włączanie domów maklerskich w struktury banku jest z reguły równoznaczne z ograniczaniem przez banki działalności maklerskiej.

W ostatnich latach obserwowaliśmy wiele przypadków, w których po wchłonięciu domu maklerskiego następowało ograniczanie zakresu jego usług na korzyść sprzedaży produktów bankowych, obarczonych mniejszym ryzykiem inwestycyjnym.

Rynki kapitałowe współpracują, ale też konkurują z bankami. Doświadczenia pokazują, że system anglosaski, z dominującą rolą firm inwestycyjnych i dużym udziałem rynku kapitałowego w finansowaniu gospodarki, znacznie lepiej wspiera rozwój innowacyjnej gospodarki niż systemy zachodnioeuropejskie. Propozycja zwarta w konsultowanym dokumencie SRRK idzie w odwrotnym kierunku.

Tzw. „Big Bang” zapoczątkowany w latach lat 80-tych, czyli zniesienie rozgraniczenia pomiędzy bankami komercyjnymi, a firmami maklerskimi, miał szereg negatywnych konsekwencji.
W znacznym stopniu przyczynił się do kryzysu na rynkach finansowych w latach 2007-2008, którego skutkiem były straty w gospodarce o skali niespotykanej od czasów Wielkiej Depresji lat 30-tych.

  1. Plan na rzecz długoterminowego rozwoju polskiej gospodarki powinien obejmować́ rozwój rynku kapitałowego i rozwój branży krajowych domów maklerskich jako istotny warunek jego powodzenia

Obecny projekt Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego w Polsce nie zawiera rozwiązań zmierzających do stworzenia lepszych warunków do rozwoju krajowej branży domów maklerskich.

Słaba kondycja krajowej branży stanowi barierę w rozwoju rynku kapitałowego w Polsce. Skutkować to będzie ograniczeniem dostępu do kapitału dla najbardziej dynamicznych i innowacyjnych przedsiębiorstw, szczególnie średnich i małych, które obsługiwane są przez krajowe podmioty, a nie zagraniczne, na czym w efekcie ucierpi cała gospodarka. Bez rozwoju rynku kapitałowego nie nadrobimy dystansu do zachodniej Europy czy Stanów Zjednoczonych.

Silne krajowe domy maklerskie są warunkiem budowy innowacyjnej gospodarki, z silnym sektorem firm prywatnych mającymi centra kompetencji i zarządzania w kraju. Droga do realizacji strategicznych celów państwa ogłoszonych w rządowym Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wiedzie więc przez budowanie silnej krajowej branży maklerskiej.

Wyrażamy wolę pełnej współpracy z Rządem dla zapewnienia konkurencyjnych warunków rozwoju krajowej branży domów i biur maklerskich, a tym samym do zwiększenia produktywności i innowacyjności polskich przedsiębiorstw.

Coraz więcej cudzoziemców w Polsce. W ciągu roku przybyło blisko 50 tys. osób z zezwoleniem na pobyt

Obecnie już blisko 400 tys. cudzoziemców posiada ważne zezwolenie na pobyt w Polsce. Jak wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców, 1 czerwca 2018 roku ta grupa liczyła ponad 342 tys. Najwięcej przyjezdnych przebywa w województwie mazowieckim (116 tysięcy), małopolskim (40 tysięcy) oraz dolnośląskim (32 tysiące). Z kolei najmniej jest ich w świętokrzyskim (4,6 tysiąca), warmińsko-mazurskim (6,9 tysiąca) i podkarpackim (8,9 tysiąca). Trzeba też podkreślić, że w analizowanym okresie liczba cudzoziemców wzrosła w każdym województwie. W jedenastu z nich o co najmniej 1 tys.

– Polska jest najchętniej wybieranym państwem w UE przez cudzoziemców, którzy pochodzą z krajów nienależących do Wspólnoty. Według wyników badań Eurostatu z 2017 roku, ok. ⅔ z nich migrowało za pracą właśnie do nas. Sytuacja na rynku pracy sprawia, że firmy sięgają po przyjezdnych. Natomiast nie doszło do jakichkolwiek ułatwień w uzyskiwaniu zezwoleń na pobyt i pracę – wyjaśnia Michał Wysłocki, ekspert BCC oraz dyrektor Działu Prawa Imigracyjnego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Jak przekonuje Renata Stefańska z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, ostatnio Polska jest atrakcyjnym miejscem pracy i zamieszkania dla cudzoziemców z określonych krajów, w szczególności z byłego ZSRR. W 2018 roku wydano 328 768 zezwoleń na pracę, a rok wcześniej 235 626, podczas gdy jeszcze w 2014 roku było ich zaledwie 43 663. Otrzymują je przede wszystkim Ukraińcy. Coraz więcej jest też Białorusinów, a także obywateli odległych państw azjatyckich, tzn. Nepalczyków, Hindusów czy Banglijczyków. Z kolei Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan, podkreśla, że obcokrajowiec składa wniosek do wojewody właściwego ze względu na miejsce pobytu. Wybór tego ostatniego jest determinowany możliwością znalezienia pracy. Wpływ na to może mieć również kwestia przewlekłości procedur.

– W 2018 roku w porównaniu z rokiem wcześniejszym liczba ważnych kart pobytu wzrosła o 47 tysięcy, ale w 2017 w stosunku do 2016 roku o 58 999. Z kolei w 2016 było ich więcej o 54 349 niż 12 miesięcy wcześniej, w 2015 roku przybyło 36 803 r/r, ale w 2014 roku nastąpił już wzrost o 53 847 w odniesieniu do 2013 roku. A zatem ten stan, jeśli chodzi o liczby bezwzględne, jest dość stabilny, choć w ostatnim roku nieco przyhamował – wylicza Renata Stefańska.

W porównaniu ze stanem z 1 czerwca ubiegłego roku, nie zmieniła się czołówka województw, w których przebywa najwięcej cudzoziemców z ważnymi zezwoleniami na pobyt. Należy do niej mazowieckie (wzrost ze 110 tys. do 116 tys.), małopolskie (z 32,6 tys. do 40 tys.) i dolnośląskie (z 31,4 tys. do 32 tys.), o czym informuje Jakub Dudziak, rzecznik prasowy UdSC. W ciągu roku nie zmieniła się również grupa województw, w których przebywa najmniej cudzoziemców z ważnymi zezwoleniami na pobyt. Mowa tu o świętokrzyskim (wzrost z 4,5 tys. do 4,6 tys.), warmińsko-mazurskim (z 6,6 tys. do 6,9 tys.) i podkarpackim (z 8,4 tys. do 8,9 tys.).

– Na Mazowszu jest sporo firm produkcyjnych i powierzchni magazynowych. One są w dużej mierze obsługiwane przez cudzoziemców. Z kolei w Krakowie i we Wrocławiu prężnie działają centra usług wspólnych, w których pracuje sporo przyjezdnych. Nie jest ich tylu, co pracowników produkcyjnych z Ukrainy, ale ma to wpływ na ogólne statystyki tych województw. Ponadto międzynarodowe korporacje ułatwiają relokację kandydatom z zagranicy – mówi Michał Wysłocki.

W analizowanym okresie zwiększyła się liczba cudzoziemców w każdym województwie. W jedenastu z nich były to wzrosty liczone w tysiącach, a w pozostałych – w setkach. Największy przyrost, bo o 9,1 tysięcy, nastąpił w wielkopolskim (z 21,9 do 31 tys.). Z kolei najmniejszy wynik, wynoszący 0,1 tysięcy, zanotowano w świętokrzyskim (z 4,5 do 4,6 tys.) i podkarpackim (z 8,4 do 8,5 tys.). Nieznaczna zmiana nastąpiła też w dolnośląskim (z 31,4 do 32 tys.).

– Należy się spodziewać, że w ciągu najbliższego roku wzrośnie liczba obcokrajowców w każdym województwie. Co roku wydawane są nowe zezwolenia na pobyt. Ich liczba jak zwykle przewyższa liczbę cudzoziemców, którzy stają się obywatelami polskimi lub powracają do swoich krajów po utracie ważności ich kart pobytu – podsumowuje ekspert z Ośrodka Badań nad Migracjami UW.

Wyniki operacyjne Ronson Development w drugim kwartale 2019 r.

W drugim kwartale 2019 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 172 lokali, a narastająco od początku roku 346 lokali. Liczba lokali przekazanych klientom w drugim kwartale br., które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 289, a w całym pierwszym półroczu 2019 r. sięgnęła 434 lokali.

– Sprzedaż 172 lokali w drugim kwartale tego roku to wynik bardzo zbliżony do osiągniętego w pierwszych trzech miesiącach tego roku, kiedy znaleźliśmy nabywców na 174 lokale. Łącznie w pierwszym półroczu 2019 roku sprzedaliśmy 346 lokali wobec 436 w analogicznym okresie ubiegłego roku – wskazał Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.

Najlepiej sprzedającymi się projektami w drugim kwartale tego roku były: Miasto Moje na warszawskiej Białołęce (61 sprzedanych lokali) oraz Grunwald2 w Poznaniu.

Liczba lokali, które zostały przekazane klientom Ronson Development w drugim kwartale tego roku i w związku z tym zostaną uwzględnione w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 289 wobec 213 w analogicznym okresie 2018 r.

– Spośród 289 lokali przekazanych klientom w minionym kwartale, 130 zlokalizowanych było w dwóch pierwszych etapach projektu City Link na warszawskiej Woli, w których mamy 50-procentowy udział. Znaczący wpływ na wyniki finansowe drugiego kwartału bieżącego roku będą miały również nasz wrocławski projekt Vitalia, gdzie przekazaliśmy nabywcom 65 lokali, a także nasze dwa inne warszawskie projekty: Nova Królikarnia, gdzie wydaliśmy klucze do 41 apartamentów oraz Miasto Moje, gdzie przekazaliśmy 40 lokali – wskazał Rami Geris, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Na koniec czerwca 2019 r. oferta Ronson Development obejmowała łącznie 758 lokali. Plany Spółki na ten rok zakładają sprzedaż około 800 mieszkań oraz przekazanie podobnej liczby lokali nabywcom.

Prezes ZPP: Ustawa antylichwiarska może doprowadzić do upadku niemal wszystkie firmy pożyczkowe. Polacy zaczną się zapożyczać w szarej strefie

Prezes ZPP: Ustawa antylichwiarska może doprowadzić do upadku niemal wszystkie firmy pożyczkowe. Polacy zaczną się zapożyczać w szarej strefie 3

Jeśli ustawa antylichwiarska wejdzie w życie w proponowanym kształcie, z rynku może zniknąć zdecydowana większość pozabankowych firm oferujących kredyty konsumenckie – ostrzega Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Nowy projekt ustawy zakłada redukcję wysokości kosztów pozaodsetkowych z 55 do 20 proc. Najwięcej stracą klienci, którzy będą musieli szukać innych źródeł finansowania. Jeśli nie dostaną pożyczki w banku, będą pożyczać na lichwiarski procent od firm działających w szarej strefie – podkreśla ekspert. Dotyczy to ponad 2 mln osób.

 Projekt ustawy antylichwiarskiej, a w zasadzie nagłą zmianę tego projektu, oceniamy bardzo negatywnie. W zasadzie likwiduje to jakąkolwiek rentowność firm pożyczkowych. To jest dość poważny problem. Około 2 mln Polaków potrzebuje od czasu do czasu pożyczyć kilkaset złotych. W tym nowym reżimie, ograniczeniu pobieranego procentu do 20 proc., jest to po prostu nieopłacalne – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Przyjęty przez rząd projekt przewiduje ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych pożyczki z 55 proc. (25 proc. kosztów zależnych od całkowitej kwoty kredytu i 30 proc. od okresu spłaty) do 20 proc. Wcześniejsze projekty zakładały obniżenie limitu do poziomu 45 proc. i już wówczas eksperci ostrzegali, że może to doprowadzić sektor do ogromnego kryzysu. Limit w wysokości 20 proc. może zaś oznaczać, że znaczna część pozabankowych firm pożyczkowych, o ile nie wszystkie, po prostu upadnie. Ta poprawka została wpisana do projektu już po przyjęciu ustawy przez rząd.

 Już zmiana limitu z 55 do 45 proc. jest dotkliwa dla tych firm pożyczkowych i ogranicza im rentowność, natomiast cięcie do 20 proc. w zasadzie likwiduje jakąkolwiek rentowność i powoduje, że firmy są głęboko pod wodą. Jeżeli ktoś pożycza 300 zł i za to można mu naliczyć 60 zł kosztów, to nie znam żadnego legalnego biznesmena, który coś takiego zrobi. Jeszcze przecież ma do tego całe biuro, koszty wydawania tych pożyczek, odbierania, windykację, podatki. To niemożliwe – podkreśla Cezary Kaźmierczak.

Doświadczenia innych państw pokazują, że wprowadzanie limitów kosztów wzmacnia szarą strefę, np. na Słowacji doprowadziło do zniknięcia z rynku 85 proc. firm.

– Jest duża obawa, że po prostu powstanie czarny rynek, mafia, która będzie tym ludziom pożyczała pieniądze, a potem być może łamała im ręce. To nie jest tak, że jak ktoś napisze jakąś ustawę, to nagle popyt na jakąś usługę zniknie. Te 2 mln ludzi nadal będą potrzebowały pożyczyć kilkaset złotych od czasu do czasu – przekonuje prezes ZPP. – Tej potrzeby przy nowej regulacji – w moim przekonaniu – legalnie zaspokoić się nie da, bo to są zbyt małe kwoty i z tego nie utrzyma się żadnego legalnego biznesu.

Największymi ofiarami nowelizacji przepisów będą zwykli Polacy. Z raportu „Sektor pożyczek pozabankowych – dwie strony rynku” opracowanego przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego i Polski Związek Instytucji Pożyczkowych wynika, że tylko w 2017 roku firmy z sektora pożyczek pozabankowych udzieliły 3,87 mln pożyczek. Duża część tych klientów nie może liczyć na pożyczkę w banku, a chwilówki to dla nich jedyna szansa na załatanie domowego budżetu. ZPP podaje, że likwidacja legalnego rynku pożyczek pozabankowych doprowadzi do finansowego wykluczenia milion Polaków. Blisko 70 proc. klientów firm pożyczkowych deklaruje, że w przypadku braku możliwości uzyskania środków finansowych w ten sposób będą szukać innych źródeł finansowania.

Polskie autostrady należą do najbardziej niebezpiecznych w Europie. W ubiegłym roku doszło do ponad 400 wypadków

Polskie autostrady należą do najbardziej niebezpiecznych w Europie. W ubiegłym roku doszło do ponad 400 wypadków 4

Na polskich autostradach zginęły w ubiegłym roku 52 osoby, a ponad 600 zostało rannych. Główne przyczyny wypadków są od lat niezmienne i należą do nich: niedostosowanie prędkości, brak zachowanej odległości między pojazdami i nieprawidłowa zmiana pasa ruchu. W teorii kierowcy znają zasady bezpieczeństwa, ale praktyka – jak pokazują policyjne dane – wygląda dużo gorzej. Dlatego w tym miesiącu  rusza kampania „Bezpieczna autostrada – to dziecinnie proste”, która ma przypomnieć, że wystarczą trzy kroki, aby zwiększyć bezpieczeństwo swoje i innych uczestników ruchu: zachowanie bezpiecznego odstępu między pojazdami, patrzenie w lusterka przy zmianie pasów i trzymanie się prawego pasa.

Polskie autostrady należą do najbardziej niebezpiecznych w Europie. Już w 2017 roku Najwyższa Izba Kontroli wskazywała, że na każdy tysiąc kilometrów autostrad przypada 5 razy więcej wypadków w porównaniu do innych dróg. Powinno być dokładnie na odwrót – po to budujemy autostrady, nie pozwalamy na nich się poruszać innym uczestnikom ruchu i oddzielamy jezdnie dla każdego kierunku, żeby były bezkolizyjne. Dlatego dziwi aż tak duży stan zagrożenia na polskich autostradach – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Wroński, członek zarządu Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Z policyjnych statystyk wynika, że w ubiegłym roku na polskich autostradach, których długość wynosi 1 636,9 km, doszło do 434 wypadków, w wyniku których 52 osoby poniosły śmierć, a 636 zostało rannych.

To są liczby, które zatrważają. 2018 rok zakończył się lepszym bilansem niż 2017, natomiast wciąż jest jeszcze mnóstwo do zrobienia – mówi podinsp. Radosław Kobryś z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.

Według danych KGP główne przyczyny wypadków na autostradach są od lat niezmienne i należą do nich przede wszystkim: niedostosowanie prędkości, brak zachowanej odległości między pojazdami, zmęczenie lub zaśnięcie kierowcy bądź nieprawidłowa zmiana pasa ruchu.

Przeświadczenie, że droga jest dobra, a nawierzchnia sucha, powoduje, że kierowcy myślą sobie: „To ograniczenie prędkości jest dla frajerów, jeżdżę lepiej”. To jest zgubne. Jeżeli do tego dołożymy jeszcze rozmawianie przez telefon komórkowy, co jest zabronione, to naprawdę ręce opadają – podkreśla podinsp. Radosław Kobryś.

Co istotne, policyjne statystyki pokazują, że lwia część ubiegłorocznych wypadków drogowych – bo aż 74 proc. – miała miejsce w dobrych warunkach pogodowych. 84 proc. kolizji nastąpiło na suchej nawierzchni, a 85 proc. – przy świetle dziennym, a więc w warunkach relatywnie dobrej widoczności.

Jesteśmy przeświadczeni, że wszystko widzimy i że nasz pojazd zatrzyma się dokładnie w tym miejscu, w jakim zapragniemy. Tak niestety nie jest. Mało kto ma świadomość, że na autostradzie – kiedy pojazd jedzie z prędkością 140 km/h – zanim rozpozna zagrożenie i rozpocznie hamowanie, przejedzie jeszcze 70 metrów, zanim te hamulce zaczną zwalniać pojazd. Później trzeba jeszcze około 100 metrów, żeby ten pojazd faktycznie zatrzymać. Zatem przekraczając prędkość i jadąc 200 km/h, kierowca nie ma żadnych szans na uniknięcie wypadku drogowego, jeżeli coś wydarzy się na drodze – podkreśla podinsp. Radosław Kobryś.

W lipcu i sierpniu – kiedy wielu Polaków wyjeżdża na urlopy – zachowanie bezpieczeństwa na drogach nabiera szczególnie dużego znaczenia. W teorii kierowcy znają jego zasady, ale praktyka – jak pokazują policyjne dane – wygląda dużo gorzej. Dlatego w tym miesiącu Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego rozpoczyna kampanię „Bezpieczna autostrada – to dziecinnie proste”. Celem jest przypomnienie wszystkim kierowcom, że wystarczą trzy kroki, aby zwiększyć bezpieczeństwo swoje i innych uczestników ruchu, a są nimi: zachowanie bezpiecznego odstępu między pojazdami, patrzenie w lusterka i trzymanie się prawego pasa.

Kierowcy w naszym kraju mają problem z bezpiecznym podróżowaniem po autostradach. Mimo że są piękne, nowoczesne, liczba wypadków rośnie. Chcemy edukować, przypomnieć podstawowe zasady, którymi powinniśmy się kierować. Oczywiście nie tylko na autostradach, ale tam – jeśli się do nich nie zastosujemy – to może zrodzić bardzo poważne konsekwencje – mówi Agata Gajos, dyrektor zarządzająca Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego. – Te trzy zasady wydają się bardzo podstawowe, natomiast okazuje się, że poza prędkością są to trzy główne przyczyny wypadków na autostradach.

Spoty promujące zasady bezpiecznego poruszania się po autostradach oraz inne, przydatne wskazówki dotyczące zwiększania bezpieczeństwa na drogach będzie można zobaczyć na stronie internetowej oraz fanpage’u Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego. W ramach kampanii „Bezpieczna autostrada – to dziecinnie proste” przewidziane są także eventy przy MOP-ach (miejsce obsługi podróżnych) i na stacjach benzynowych, gdzie kierowcy będą mogli na własnej skórze przekonać się, czym grozi nadmierna prędkość.

Podczas tych eventów przy autostradach, MOP-ach i na stacjach – gdzie kierowcy zajeżdżają, żeby odpocząć, wypić kawę i zatankować – będzie można się doedukować. Będzie możliwość sprawdzenia swojego refleksu i tego, jak bardzo rozproszona jest nasza uwaga podczas używania telefonu komórkowego w trakcie jazdy. Pokażemy, ile podczas wypadku waży telefon komórkowy, który z bardzo dużą prędkością leci w nasz fotel przy zderzeniu drogowym. Mały przedmiot, który wydaje nam się bezpieczny, przy zderzeniu może być naprawdę śmiercionośnym narzędziem. Będzie można również sprawdzić się w alkogoglach i narkogoglach i zobaczyć, jak zgubne może być prowadzenie pod wpływem różnych substancji – mówi Agata Gajos.

Pogarsza się poziom moralności finansowej Polaków. Coraz częściej są w stanie zaakceptować nadużycia finansowe

Pogarsza się poziom moralności finansowej Polaków. Coraz częściej są w stanie zaakceptować nadużycia finansowe 5

Średnio w dwóch na pięć sytuacji Polacy są skłonni usprawiedliwić nadużycia w obszarze finansów, do których zaliczają się m.in. zmiana rachunku bankowego, aby uniknąć zajęcia środków przez komornika, przepisywanie majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem albo niezwracanie uwagi kasjerowi, który wydał za dużo reszty. Z kolei nieetyczne zachowania przy zaciąganiu zobowiązań kredytowych, jak np. zatajanie informacji uniemożliwiającej wzięcie pożyczki, akceptuje już 44 proc. Polaków. Poziom akceptacji dla niemoralnych albo niezgodnych z prawem zachowań wzrósł na przestrzeni ostatnich czterech lat – wynika z najnowszego badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych i BIG InfoMonitor.

Deklarowany poziom moralności finansowej Polaków jest bardzo wysoki. Aż 94 proc. uważa, że co do zasady spłata zobowiązań jest obowiązkiem moralnym. Jednak z punktu widzenia kilku poprzednich edycji badania widzimy, że zmiany, jakie nastąpiły w tym obszarze w ciągu ostatnich czterech lat, są niepokojące – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Roter, prezes zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

KPF we współpracy z BIG InfoMonitor od czterech lat cyklicznie bada moralność finansową Polaków i poziom społecznego przyzwolenia na nadużycia konsumenckie w obszarze finansów. Ten – jak wynika z najnowszej edycji sondażu, przeprowadzonej w marcu br. – wykazuje tendencję rosnącą. Określany w badaniu Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych pokazuje, że Polacy są skłonni usprawiedliwiać odstępstwo od norm prawnych bądź standardów etycznych w ponad 2/5 sytuacji.

– Zapytaliśmy Polaków, czy oddawanie długów jest oczywistym moralnym obowiązkiem. Na to pytanie 94,2 proc. Polaków odpowiada „zdecydowanie tak”. 1,2 proc. mówi „nie”, natomiast niecałe 5 proc. się waha i mówi „trudno powiedzieć”. Niestety zauważamy, że procent odpowiedzi przeczących lub wahających się trochę przyrasta – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W porównaniu z edycją badania przeprowadzoną w 2016 roku ponadtrzykrotnie wzrósł odsetek osób, które wahają się z odpowiedzią na pytanie (z 1,4 proc. do 4,6 proc.). Statystycznie już 6 na 100 Polaków podważa obowiązek wywiązywania się ze zobowiązań finansowych oraz prawa wierzyciela do odzyskania swoich należności. Częściej dotyczy to mężczyzn niż kobiet, osób młodych w wieku 18–29 lat oraz mających problemy ze spłatą pożyczki lub kredytu.

Niepokoi to, że akceptowanie zachowań nierzetelnych w obszarze finansowym w największym stopniu dotyczy osób młodych, które zaciągają więcej zobowiązań, ponieważ jako osoby dopiero wkraczające w samodzielne życie mają więcej potrzeb. Żeby je sfinansować, np. mieszkanie, potrzebują dodatkowego finansowania. A to właśnie ci młodzi akceptują zachowania nierzetelne w największym stopniu – mówi Andrzej Roter.

Średnio 44 proc. Polaków akceptuje nieetyczne zachowania przy okazji zaciągania zobowiązań kredytowych, jak np. zatajanie informacji uniemożliwiającej wzięcie kredytu, zaciąganie kredytu bez zapoznania się z warunkami spłaty czy nawet posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, by uzyskać kredyt.

– Posłużenie się nieswoim dowodem osobistym w celu wyłudzenia kredytu za dopuszczalne uznaje około 7 proc. osób, natomiast „nie” mówi 93 proc. – dodaje Sławomir Grzelczak.

Najwyższy poziom akceptacji dla niemoralnych zachowań (na poziomie 52 proc.) odnotowano jednak w obszarze związanym ze spłatą zobowiązań. Dotyczy to takich sytuacji, jak częsta zmiana rachunku bankowego, by uniknąć zajęcia środków przez komornika, przepisywanie majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem albo praca na czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji.

Usprawiedliwiamy to w łatwy sposób argumentem, że mamy zbyt niskie dochody, żeby dokonać spłaty. W polskim prawodawstwie jest jednak formuła prawna, która chroni minimalne dochody pozwalające pokryć koszty bieżącego utrzymania. Tymczasem my całe nasze dochody chronimy przed spłatą zobowiązań orzeczonych przez sądy – mówi Andrzej Roter. – Okazuje się, że praktyką w wysokim stopniu akceptowaną jest również niezwracanie uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść. Usprawiedliwiamy to argumentem, że powinien ponosić koszty swoich błędów, a duża część polskiego społeczeństwa uważa nawet, że można dzięki temu zarobić.

Zadaliśmy Polakom także pytania dotyczące szarej strefy, uciekania z podatkami VAT czy CIT. Okazuje się, że tutaj poziom akceptacji jest bardzo wysoki, potrafi przekroczyć 50 proc. – dodaje Sławomir Grzelczak. – Jeśli chodzi o normę abstrakcyjną, czyli oddawanie długów w ogóle, jesteśmy jeszcze dość moralni, ale im bardziej schodzimy na poziom konkretnych pytań, to z tą naszą moralnością jest coraz gorzej.

Średnia wszystkich odpowiedzi na pytania o możliwość usprawiedliwiania poszczególnych działań wyznaczyła Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych. Wyznaczany w badaniu Indeks stanowi miarę społecznego przyzwolenia na naruszanie przez konsumentów norm prawnych bądź standardów etycznych. W najnowszej edycji wskaźnik wyniósł 41, co oznacza, że Polacy są skłonni usprawiedliwiać odstępstwa od zasad w ponad 2/5 sytuacji.

Wyniki badania potwierdza rosnąca liczba niesolidnych dłużników w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej. W ciągu trzech lat (od marca 2016 roku do marca 2019 roku) liczba osób, które nie spłacają w terminie swoich zobowiązań, wzrosła o 30 proc., a kwota ich zaległości zwiększyła się o 67 proc.

Coraz więcej Polaków nie spłaca swoich zobowiązań kredytowych i pozakredytowych. W tej chwili w tych dwóch rejestrach jest ok. 2,8 mln osób. W ostatnich czterech latach zaobserwowaliśmy przyrost z 2,15 mln takich osób – mówi Sławomir Grzelczak. – Ogólna kwota długów, która w tej chwili wynosi około 76 mld zł, wzrosła o ponad 30 mld zł. Przeważają w niej zobowiązania pozakredytowe.

– Lepszy dostęp do kredytów i wyższe transfery socjalne, takie jak 500+, trzynastka dla emerytów i inne zapomogi, napędzają konsumpcję, apetyt na to, żebyśmy mieli coraz więcej. Myślimy trochę o spłacie naszych starych długów, zwłaszcza kiedy mamy lepszą sytuację finansową, ale potem zaciągamy nowe i wiele z nich pozostaje niepłaconych. To oznacza, że – paradoksalnie – lepsza sytuacja gospodarcza nie sprzyja wierzycielom, bo dłużników jest coraz więcej – dodaje Andrzej Roter.

T-Mobile wprowadza nową ofertę usług pakietowych. To najszybciej rosnący segment rynku telekomunikacyjnego

0

T-Mobile wprowadza nową ofertę usług pakietowych. To najszybciej rosnący segment rynku telekomunikacyjnego 6

Polski rynek usług telekomunikacyjnych wyraźnie zmierza w kierunku konwergencji – klienci coraz chętniej nabywają różne usługi od jednego dostawcy – ocenia prezes T‑Mobile Polska Andreas Maierhofer. Potwierdzają to dane UKE, z których wynika, że sprzedaż usług pakietowych wzrosła w ostatnich latach blisko trzykrotnie. Dlatego operator zdecydował się na debiut w usługach konwergentnych, wprowadzając nową ofertę Magenta 1, która łączy abonament komórkowy, Netflixa i światłowód w ramach jednego rachunku. W jej zasięgu znajduje się 2,7 mln gospodarstw domowych w Polsce.

Rynek usług telekomunikacyjnych w Polsce jest bardzo rozwinięty. Mam na myśli całą branżę, nie tylko T-Mobile Polska, ale także innych dostawców, którzy zapewniają doskonałej klasy i wysokiej jakości usługi, zarówno w obrębie sieci mobilnych, jak i stacjonarnych. Oczywiście w sektorze technologii informacyjno-komunikacyjnych czy B2B nadal istnieje potencjał rozwoju, ale w oparciu o moje doświadczenie międzynarodowe mogę zapewnić, że kondycja rynku w Polsce jest doskonała – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes zarządu T‑Mobile Polska.

Jak podkreśla, polski rynek – jak i cały i europejski rynek usług telekomunikacyjnych – wyraźnie zmierza w kierunku konwergencji. Klienci oczekują prostych modeli i coraz chętniej nabywają usługi z zakresu rozrywki, oparte na rozwiązaniach światłowodowych, w połączeniu z usługami mobilnymi od jednego dostawcy.

Wierzyliśmy w powodzenie tej strategii już w momencie, gdy rozpoczynaliśmy nad nią pracę dwa lata temu. Teraz jesteśmy w stanie dostarczać usługi konwergentne, czyli z jednej strony usługi mobilne, stacjonarne i szerokopasmowe, a z drugiej strony – usługi z zakresu rozrywki. Dlatego też podjęliśmy decyzję o transformacji z operatora mobilnego do dostawcy usług zintegrowanych. W ten sposób możemy zapewnić konsumentom pełny wachlarz usług – mówi Andreas Maierhofer.

Sprzedaż pakietów usług to jeden z najszybciej rosnących segmentów telekomunikacyjnego rynku. Zainteresowanie klientów usługami łączonymi rośnie. Potwierdzają to dane UKE, z których wynika że w latach 2013–2017 liczba klientów ofert pakietowych wzrosła prawie trzykrotnie. Według danych UKE za 2017 rok ten segment rynku wart jest ok. 5 mld zł i – przy wartości całego rynku sięgającej około 39,5 mld zł – wciąż ma ogromny potencjał rozwoju. Zwłaszcza że w Polsce nasycenie usługami pakietowymi wynosi ok. 30 proc. i jest dużo niższe niż w krajach zachodnioeuropejskich.

Konwergentny rozdział w swojej historii T-Mobile otwiera, wprowadzając ofertę Magenta 1, na którą składają się abonament komórkowy, rozrywka i internet światłowodowy. Mogą z niego skorzystać klienci znajdujący się w zasięgu infrastruktury światłowodowej jednego z partnerów T‑Mobile, czyli blisko 2,7 mln gospodarstw domowych w Polsce.

Oczekujemy, że Magenta 1 szybko stanie się jedną z najbardziej pożądanych ofert konwergentnych w Polsce. Z naszych badań wynika, że połowa konsumentów w Polsce nie jest do końca zadowolona ze swojej obecnej usługi rozrywkowej. Chcą oglądać wybrane przez siebie treści w dowolnym momencie – i my to właśnie zapewniamy. Badania pokazały również, że 26 proc. konsumentów rozważa rezygnację z tradycyjnej subskrypcji telewizyjnej na rzecz internetowych rozwiązań w zakresie rozrywki. To również jest usługa, którą dostarczamy, więc przyszłość rysuje się obiecująco – mówi Frederic Perron, członek zarządu ds. rynku prywatnego w T‑Mobile Polska.

Abonament komórkowy w połączeniu z internetem światłowodowym i Netflixem to odpowiedź operatora na zmieniające się przyzwyczajenia klientów, którzy nie chcą już płacić za możliwość przeglądania setek kanałów telewizyjnych, ponieważ nie mają na to czasu. Chcą obejrzeć wybrane przez siebie treści w dowolnym momencie i na dowolnym urządzeniu.

Obserwujemy, jak ten trend zmienia usługi telewizyjne na całym świecie. Jest to już widoczne także w Polsce i dlatego to doskonały moment na wprowadzenie Magenty 1 – mówi Frederic Perron.

Światłowód, który gwarantuje stabilność łącza i szybkie pobieranie danych z prędkością nawet do 900 Mb/s, ma zapewnić użytkownikom możliwość oglądania filmów i seriali na platformie Netflix w najwyższej jakości.

W ofercie Magenta 1 klienci mają do wyboru trzy warianty – S, M i L – które różnią się prędkością światłowodu, liczbą ekranów, na których można korzystać z usługi Netflix, oraz ceną. W każdym z wariantów użytkownicy mogą dodatkowo dokupić dekoder oraz zwiększyć prędkość światłowodu.

Operator podkreśla, że nowa oferta została zbudowana tak, żeby była prosta i przejrzysta, a zaletą jest także fakt, że klient otrzymuje jeden, zbiorczy i niższy rachunek.

Prostota jest tutaj kluczowym słowem. Przyczyną rosnącej popularności ofert konwergentnych jest połączenie różnych usług na jednym rachunku. I to jest główne założenie oferty Magenta 1. Prosta subskrypcja, którą łatwo kupić i aktywować. Po raz pierwszy w Polsce do rachunku T-Mobile dołączono Netflix, więc klienci nie muszą dokonywać różnych płatności osobno – mówi Frederic Perron.

Klienci zainteresowani wyłącznie internetem światłowodowym mogą zakupić go również jako osobną usługę bądź w pakiecie 2 w 1 w ramach oferty Magenta Rozrywka.

Dla klientów zainteresowanych wyłącznie internetem światłowodowym operator przygotował osobną ofertę Magenta Rozrywka. Do wyboru są trzy warianty oferty: do 100, 300 i 900 Mb/s, a każda z nich obejmuje router Wi-Fi w cenie abonamentu.

– Budowa oferty Magenta 1 jest oparta są na prostocie i elastyczności. Chcieliśmy zapewnić klientom ofertę, która jest możliwie najłatwiejsza do zakupu, aktywowania i dostosowania do indywidualnych potrzeb. Wraz ze zmieniającymi się potrzebami produkt umożliwia klientom zmianę treści, które chcą obejrzeć. Jest to najbardziej nowoczesne rozwiązanie w zakresie rozrywki – mówi Frederic Perron.

Z łuszczycą zmaga się prawie milion Polaków. Chorzy mają utrudniony dostęp do leczenia

Z łuszczycą zmaga się prawie milion Polaków. Chorzy mają utrudniony dostęp do leczenia 7

Co trzeci pacjent cierpiący na łuszczycę ma umiarkowaną lub ciężką jej postać, co oznacza, że zmiany skórne zajmują ponad 10 proc. powierzchni ciała. Oprócz stygmatyzacji w społeczeństwie chorzy muszą się borykać z utrudnionym dostępem do leczenia biologicznego, które na świecie stało się już powszechnym standardem. Kolejny problem to niska dostępność fototerapii, która jest stosunkowo prostym i skutecznym świadczeniem, a także psychologów, którzy pomogliby pacjentom radzić sobie z psychicznymi konsekwencjami choroby.

– Szacuje się, że w naszym kraju prawie milion osób choruje na łuszczycę, z czego u około 30 proc. jest to choroba o przebiegu umiarkowanym i ciężkim. W 1/3 przypadków rozwiną się choroby współistniejące, m.in. łuszczycowe zapalenie stawów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Witold Owczarek, kierownik Kliniki Dermatologii Wojskowego Instytutu Medycznego.

– Statystyki chorych mogą być niedoszacowane, bo są to dane NFZ, natomiast duża część pacjentów leczy się prywatnie – dodaje Dagmara Samselska, przewodnicząca Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS.

Łuszczyca może się pojawić w każdym wieku, dotyka w równym stopniu mężczyzn, jak i kobiety. Ze względu na stopień zajęcia skóry przez zmiany to schorzenie dzieli się na postać łagodną, umiarkowaną oraz ciężką. Rozpoznanie łagodnej łuszczycy dotyczy 80 proc. chorych. Z kolei – według danych podanych przez AOTMiT – zachorowalność na umiarkowaną i ciężką postać tej choroby to problem rzędu ok. 1–1,5 tys. przypadków rocznie.

– Łuszczyca, która ma postać umiarkowaną do ciężkiej, czyli zajmuje więcej niż 10 proc. powierzchni ciała, daje jeszcze objawy ogólnoustrojowe. Występuje zespół metaboliczny, cukrzyca, choroby sercowo-naczyniowe. W 35 proc. przypadków dochodzi łuszczycowe zapalenie stawów. Stąd bardzo ważne jest, żeby pacjenci mogli być wcześnie zdiagnozowani, aby można było wcześnie zacząć leczyć te ogólnoustrojowe objawy łuszczycy – dodaje Dagmara Samselska.

Jednym z głównych symptomów łuszczycy są stygmatyzujące zmiany skórne, z którymi boryka się 90 proc. pacjentów cierpiących na to schorzenie. Jego przyczyny nie są do końca znane – prawdopodobnie jego źródłem są czynniki genetyczne oraz zaburzenia immunologiczne.

– Łuszczyca objawia się w postaci plam bądź mniejszych kropek na skórze, które są pokryte srebrzystą łuską. Skóra swędzi i często pacjenci z tym świądem nie mogą sobie poradzić. Obecnie mamy gorące lato, które skłania do tego, żeby skórę odkrywać, pokazywać ciało, ale osoby chorujące na łuszczycę bardzo często skórę zakrywają, ponieważ są stygmatyzowane. Pokutuje też mylne przekonanie, że łuszczycą można się zarazić. Otóż nie można, a słońce jest jedną z naturalnych terapii dla chorych na łuszczycę – podkreśla Dagmara Samselska.

Jak podkreśla prof. Witold Owczarek, w leczeniu łuszczycy wiele zależy od nasilenia i przebiegu choroby. Pacjenci z umiarkowaną i ciężką postacią tego schorzenia wymagają leczenia ogólnego – zarówno konwencjonalnego, jak i biologicznego. Standardy w tym zakresie na całym świecie są podobne, jednak w Polsce lekarze muszą się borykać z ograniczeniami refundacyjnymi i ograniczeniami w dostępie do leków biologicznych.

– Klasyczne leki – ze względu na skuteczność i działania niepożądane – nie zawsze mogą być stosowane u wszystkich chorych. Terapia biologiczna je zastępuje – mówi prof. Witold Owczarek. – Warto zwrócić uwagę na to, że koszty terapii biologicznej znacznie się obniżyły, dlatego na świecie stała się ona standardową terapią. Nie zawsze są to terapie innowacyjne, bo mamy wiele leków biopodobnych do tych, które powstały wcześniej.

Jak podkreśla, obniżenie kosztów terapii biologicznej powinno powodować, że będzie ona stosowana częściej i u większej liczby pacjentów. Jednak w Polsce jest ona w dalszym ciągu ograniczona jedynie do programów lekowych. To obecnie jeden z głównych problemów w leczeniu łuszczycy. Po pierwsze, nie wszystkie ośrodki mają dostęp do tego typu leczenia. Po drugie, kryteria włączenia do programów lekowych są bardzo rygorystyczne, przez co nie wszyscy pacjenci mają szansę na otrzymanie leku biologicznego.

– Terapia biologiczna powinna być stosowana szerzej, bo możliwości w tym aspekcie zdecydowanie się zwiększyły – podkreśla prof. Witold Owczarek.

U większości pacjentów z umiarkowaną i ciężką postacią łuszczycy leki biologiczne powodują szybką poprawę stanu skóry poprzez zahamowanie procesów zapalnych. To z kolei przekłada się na poprawę zmian skórnych. Leki biologiczne działają na wybrany element reakcji immunologicznej i nie dopuszczają do dalszego rozwoju zmian skórnych. Jeżeli stosuje się je długofalowo, choroba w ogóle może nie dawać objawów, co zdecydowanie poprawia jakość życia pacjenta i ułatwia mu normalne funkcjonowanie.

– W tej chwili na świecie dostępna jest całkiem spora gama terapii. Niestety, w Polsce pacjenci nie mają dostępu do wszystkich. Najtrudniejsza sytuacja jest wtedy, kiedy osoby chorujące na łuszczycę umiarkowaną do ciężkiej już są odporne na terapie stosowane do tej pory, a alternatywy nie ma. Dlatego czekamy na refundację najnowszych preparatów, np. inhibitora interleukiny 23, które cechuje najwyższa skuteczność kliniczna. Są one dostępne już nie tylko za naszą zachodnią granicą, lecz także w takich krajach z naszego regionu, jak Czechy czy Słowacja – mówi Dagmara Samselska.

Jak podkreśla, dla pacjentów z łuszczycą ogromnym problemem jest też utrudniony dostęp do fototerapii, która jest świadczeniem niedoszacowanym i nieopłacalnym dla placówek medycznych.

– Bardzo ważne jest, żeby odpowiednia wycena fototerapii wpłynęła na udostępnienie tej jednej z tańszych metod terapeutycznych, ale też bardzo skutecznej, także dla pacjentów z lżejszą postacią łuszczycy – podkreśla Dagmara Samselska. – Ważne też, aby zwiększyć dostęp do psychologa czy psychiatry i aby to wsparcie było dostępne już od samego początku, kiedy pacjent styka się z diagnozą łuszczycy. Problemem jest brak pomocy psychologicznej dla dzieci chorujących na łuszczycę. Te dzieci są bardzo stygmatyzowane, więc brak psychologów dziecięcych na NFZ stanowi problem.

Istotne jest również zapewnienie pacjentom opieki koordynowanej, ponieważ łuszczyca jest skomplikowaną chorobą, która wiąże się z innymi schorzeniami, jak nadciśnienie, depresja czy łuszczycowe zapalenie stawów. Jest to pomocne w uzyskaniu remisji klinicznej, dzięki temu pacjenci będą aktywni zawodowo z korzyścią również dla całego systemu ochrony zdrowia. Jak wynika z raportu  „KOS – POS – Model koordynowanej opieki zdrowotnej dla chorych na łuszczycę plackowatą” – pośrednie koszty leczenia łuszczycy w Polsce są szacowane na około 5,3 mld zł, z czego 1,4 mld zł to koszty pośrednie związane z nieobecnością w pracy i utratą produktywności pracowników, a ok. 3,9 mld zł – koszty związane z prezenteizmem.

Wejście Facebooka z własną kryptowalutą może być rewolucją na rynku. Cyfrową walutą zapłacimy m.in. w Messengerze

Wejście Facebooka z własną kryptowalutą może być rewolucją na rynku. Cyfrową walutą zapłacimy m.in. w Messengerze 8

Już kilka milionów osób aktywnie korzysta z kryptoportfeli. Wirtualne waluty są bezpieczne, coraz więcej branż akceptuje takie płatności. Są tańsze, szybsze i praktycznie eliminują możliwość oszustwa. Bitcoinem można już płacić w niektórych placówkach KFC i Subway, kryptowaluty przyjmują też cyfrowe biblioteki, operatorzy telefonii komórkowych czy linie lotnicze. Wkrótce kryptowaluty staną się normą – wejście Facebooka na ten rynek z walutą Libra oznacza, że każda firma musi teraz poważnie traktować wirtualne pieniądze.

– Płatności kryptowalutowe wciąż należą do bardzo unikalnych, samo ich używanie nie jest jeszcze powszechne ze względu na to, że cały ekosystem jeszcze nie powstał. Natomiast Facebook w tym momencie wyważa drzwi, bo jako social media mają ponad 2 mld kont na świecie, więc jednocześnie mówimy tutaj o bardzo dużym przełomie, jeśli chodzi o adopcję w świecie kryptowalut. Facebook tym samym otwiera nowy rozdział, jeśli chodzi o wirtualnego pieniądza w naszym świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Rozmus, prezes Tokeneo.

Już w 2020 roku, choć niektóre źródła mówią nawet jeszcze o 2019 roku, na rynku pojawi się nowa kryptowaluta. Facebook już kilka miesięcy temu poinformował, że pracuje nad takim rozwiązaniem. Libra ma być dostępna z poziomu komunikatora i powiązana z tradycyjnymi walutami. Eksperci są zgodni – to może być prawdziwa rewolucja. Kryptowaluty stają się coraz popularniejsze, choć płatność nimi wciąż jeszcze należy raczej do rzadkości.

– Za pomocą kryptowalut płacimy już za drobne usługi. Pierwsi zaczęli przyjmować wynagrodzenia informatycy za swoje usługi. Bardzo popularny jest na Zachodzie handel nieruchomościami za pośrednictwem kryptowalut. Wiele sklepów wprowadza możliwość płacenia kryptowalutami, jest coraz więcej bramek płatniczych, które to umożliwiają i za niedługo będziemy mogli za praktycznie każdą rzecz zapłacić kryptowalutą. Na eBay czy Amazon już wkrótce będzie można kupić praktycznie wszystko, co jest tam sprzedawane za pomocą właśnie kryptowalut – przekonuje Tomasz Rozmus.

Największe światowe koncerny coraz częściej wdrażają kryptowaluty. Wystarczy wspomnieć takich gigantów, jak KFC i Subway. Darowizny w bitcoinie przyjmuje Wikipedia, firma Richarda Bransona, która obejmuje linie Virgin Mobile i Virgin Airline, pozwala płacić za podróże kosmiczne za pomocą kryptowaluty. AT&T jest zaś pierwszym dużym operatorem telefonii komórkowej w USA, który oferuje klientom opcję płatności kryptowalutowych za pośrednictwem BitPay. Do tego warto dodać mniejsze firmy, czasem nieoczywiste, to np. Pembury Tavern, czyli pub w Londynie, Pizza Helen w Jersey City, czy niewielki sklep z akcesoriami medycznymi w USA.

Wejście Facebooka z 2,4 mld kont społecznościowych na ten rynek może całkowicie odmienić obraz rynku, jednak Libra nie musi – przynajmniej na początku – zdetronizować bitcoina.

– Bitcoin jest numerem jeden, jeśli chodzi o kryptowalutę. Natomiast w przyszłości używalność Libry będzie zdecydowanie większa. Funkcją kryptowaluty Facebooka jest właśnie wykorzystywanie jej w płatnościach, czyli jednocześnie ta adopcja będzie bardzo duża. Bitcoin w tym momencie nie ma takich funkcji, ma oczywiście funkcję płatności, ale ten blok jest na tyle zapchany, że jeżeli by wszyscy zaczęli korzystać z Bitcoina, to byłyby duże zatorowania w sieci – mówi ekspert.

Oparte na sztucznej inteligencji data lakes to przyszłość przetwarzania danych w firmach. Pozwalają obniżyć koszty i zwiększyć przychód

Oparte na sztucznej inteligencji data lakes to przyszłość przetwarzania danych w firmach. Pozwalają obniżyć koszty i zwiększyć przychód 9

Upowszechnienie się systemów bazujących na sztucznej inteligencji wymaga od firm technologicznych opracowania nowych metod przechowywania i przetwarzania danych. Odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku są data lakes. To repozytoria ułatwiające błyskawiczną analizę danych niezależnie od ich struktury czy wielkości. Dzięki algorytmom uczenia maszynowego, pozwalają przechowywać i wyszukiwać jednocześnie tekst, dane głosowe, czy zdjęcia.

– Data lakes to kolejne stadium ewolucji technologii zwanej magazynami danych. Są to repozytoria, w których możemy przechowywać wszystkie rodzaje danych, zarówno uporządkowane, jak i nieuporządkowane – tekstowe czy głosowe – i dane przechowywane z różną częstotliwością, np. przekazywane za pośrednictwem urządzeń internetu rzeczy. Data lakes to repozytorium danych pozwalające na bardzo szybki dostęp niezależnie od rodzaju danych i wykorzystanie sztucznej inteligencji do ich dogłębnej analizy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Ayesha Khanna współzałożycielka i prezes ADDO AI.

Inżynierowie odpowiedzialni za rozwój platformy sztucznej inteligencji ADDO AI opracowali nowatorską architekturę przechowania danych, aby ułatwić pracę inteligentnym algorytmom, które muszą błyskawicznie przetwarzać informacje. Firma wyspecjalizowała się w produkcji wielkoskalowych zbiorów data lakes umożliwiających przechowywanie wszelkiego rodzaju danych na potrzeby klientów biznesowych wykorzystujących rozwiązania chmurowe.

Na potrzebę inwestowania w tego typu rozwiązania zwrócili uwagę analitycy z firmy Gartner, według których do 2022 roku aż 75 proc. wszystkich baz danych będzie przechowywanych w chmurze albo przygotowanych do migracji do narzędzi chmurowych. Ma to być związane z rosnącym zapotrzebowaniem na systemy do analizy danych, rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego.

Znaczenie data lakes rośnie, ponieważ wszystkie przedsiębiorstwa coraz lepiej dostrzegają zalety analizy danych. Ich właściwe wykorzystanie obniża koszty, dzięki automatyzacji procesów wytwórczych, optymalizacji łańcucha dostaw i automatyzacji obsługi klienta. Po drugie, pozwala uzyskać wyższy przychód, umożliwiając prowadzenie bardziej spersonalizowanych działań marketingowych i zapewniając pełniejszą wiedzę o klientach. Wreszcie, dzięki danym możliwe jest wprowadzanie zupełnie nowych rozwiązań, jak innowacje powstające w Chinach dla usprawnienia łańcucha dostaw oparte o rozpoznawanie obrazu i dane z urządzeń IoT przechowywane właśnie w repozytoriach typu data lakes – wylicza ekspertka.

Nad zrewidowaniem systemów przetwarzania informacji pracuje także firma IBM, która przygotowuje się na rosnące zainteresowanie firm rozwiązaniami z pogranicza sztucznej inteligencji. Aby przyspieszyć proces analizy informacji, IBM wdraża projekt InfoSphere Advanced Data Preparation mający ułatwić klientom przetworzenie surowych danych tak, aby ułatwić ich późniejsze przetwarzanie. Nowe narzędzie ustrukturyzuje je, sformatuje, wzbogaci o niezbędne informacje i przygotuje do współpracy z data lakesami klientów.

Technologia data lakes jest także obiektem zainteresowania firmy Qubole, która opracowała narzędzie Quantum. Jest to bezserwerowy silnik o wysokiej wydajności zdolny do przetwarzania nawet petabajtowych zbiorów informacji. Tym, co wyróżnia go na tle wielu konkurentów, jest model finansowania – klient płaci wyłącznie za przetwarzane zapytania bądź wykorzystanie data lakesów w ramach Amazon Web Services.

Można powiedzieć, że data lakes stały się głównymi ośrodkami informacji, których wykorzystanie jest kluczowe dla utrzymania konkurencyjności każdej firmy – twierdzi Ayesha Khanna.

Według MarketsandMarkets globalna wartość branży technologii data lakes do 2021 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 28 proc.

RODO: Zgoda czy prawnie uzasadniony interes? Co wybrać?

Chociaż o RODO powiedziano i napisano już wiele, w niektórych organizacjach ciągle panuje przekonanie, że aby móc przetwarzać dane osobowe jakiejś osoby, trzeba uzyskać jej zgodę. To oczywiście nieprawda – podstawy przetwarzania danych osobowych mogą być różne. Jedną z często stosowanych jest prawnie uzasadniony interes. Czy jest on lepszy od zgody?

Z punktu widzenia prawa wszystkie podstawy przetwarzania danych są równorzędne. Nie można przyjąć, że jedna z nich jest z założenia lepsza, a druga – gorsza. W niektórych przypadkach bardziej sprawdzi się zgoda, w innych – prawnie uzasadniony interes.

Należy zauważyć, że prawnie uzasadniony interes jest podstawą łatwiejszą do zastosowania niż zgoda. „Nie potrzebujemy tutaj wyraźnego oświadczenia od osoby, której dane zbieramy. Natomiast jest pewne ryzyko z tym związane, ponieważ żeby przetwarzać dane na tej podstawie, musimy spełnić ściśle określone prawem przesłanki […]. Jeżeli takie przetwarzanie mogłoby naruszyć czyjąś prywatność, godność, wolność, konstytucyjne prawa tej osoby, wówczas nie możemy z tej podstawy skorzystać” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Agnieszka Zwierzyńska, senior associate w kancelarii Łaszczuk i Wspólnicy.

Patrząc z perspektywy administratora danych osobowych, bezpieczniejsza od prawnie uzasadnionego interesu może się zatem wydawać zgoda. Trzeba jednak pamiętać o pewnej bardzo istotnej rzeczy: zgoda może zostać w każdej chwili wycofana i administrator pozostanie wtedy bez podstawy prawnej przetwarzania danych.

Biała lista podatników VAT od 1 września 2019 r. – uwaga na numery kont bankowych

Biała lista podatników zostanie opublikowana 1 września br. Będzie publicznie dostępnym wykazem podatników zarejestrowanych na VAT.

– Wbrew nazwie implikacje wprowadzenia tej listy będą miały swój skutek nie tylko w podatku VAT, ale także w podatkach dochodowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Stańczyk, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Lista będzie także wykazem tych podatników, którym odmówiono rejestracji na VAT, jak i tych, którzy zostali wykreśleni z listy podatników.

Taki publiczny “biały” dokument oprócz danych podatników będzie zawierała listę rachunków bankowych, które zgłosili w procesie rejestracji. Z tym związane są poważne zagrożenia.

– Jeżeli zdarzy się tak, że otrzymamy fakturę i przelejemy należność na rachunek inny niż jest na tej liście, to wówczas taka płatność będzie powodowała, że płatność ta nie będzie kosztem podatkowym – wyjaśnia mec. Paweł Stańczyk.

Będziemy mieli tylko trzy dni na zauważenie takiego błędu i zgłoszenie się do urzędu skarbowego. Ta reguła jednak zacznie obowiązywać od początku przyszłego roku.

Dofinansowanie na produkcję audiowizualną. Dotacje (też) dla YouTuberów już dostępne

Ustawa o finansowym wspieraniu produkcji audiowizualnej wprowadziła nowy system zachęt finansowych. Ten system ma obejmować również takie filmy, które nigdy nie ukażą się w kinie, ponieważ zostały przeznaczone wyłącznie do rozpowszechnienia w internecie.

Od 11 lutego 2019 r., w naszym porządku prawnym obowiązuje nowa ustawa z dnia 9 listopada 2018 r. o finansowym wspieraniu produkcji audiowizualnej. Podstawowym celem tej ustawy jest wprowadzenie nowej formy wsparcia finansowego dla kinematografii. Wsparcie to ma oczywiście szczytny cel. Celem tym jest doprowadzenie do stymulacji rozwoju w Polsce przemysłu filmowego, a w konsekwencji popularyzacja i promocja polskiego dziedzictwa kulturowego na świecie. W takich krajach jak Wielka Brytania, Francja, czy też Węgry, podobne mechanizmy wsparcia funkcjonują już od ponad 10 lat.

– Ustawa wprowadziła nową, nieznaną dotychczas polskiemu ustawodawstwu, formę wsparcia finansowego, która polega na refinansowaniu określonej części procentowej tzw. polskich kosztów kwalifikowanych związanych z produkcją audiowizualną albo ze świadczeniem usługi na rzecz produkcji audiowizualnej – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Marcin Huczkowski, radca prawny i partner z Zięba&Partners.

Polskie koszty kwalifikowane to koszty poniesione na terytorium Polski, które mieszczą się w katalogu zamkniętym zawartym w art. 54 ust. 5 rozporządzenia KE nr 651/2014 (dot. pomocy publicznej).

Nowa forma wsparcia ma działać zupełnie niezależnie od obecnie istniejącego (a dla podmiotów funkcjonujących w branży filmowej doskonale znanego) systemu dofinansowania przewidzianego w ustawie z dnia 30 czerwca 2005 r. o kinematografii, tj.: tzw. dotacji przyznawanych przez Polski Instytut Sztuki Filmowej („PISF”). Aczkolwiek, to właśnie PISF został wyznaczony jako operator również i tej formy finansowania.

Wsparcie mogą uzyskać przedsiębiorcy mający siedzibę na terytorium Polski, którzy stanowią producentów lub koproducentów utworu audiowizualnego, bądź też świadczą usługę na rzecz produkcji takich utworów. O refinansowanie mogą się jednak również ubiegać przedsiębiorcy zagraniczni, posiadający siedzibę w innym państwie członkowskim UE lub państwie członkowskim EFTA, pod warunkiem że posiadają oddział na terytorium Polski.

W praktyce więc, z nowego systemu zachęt mogą korzystać:

*podmioty, które de facto organizują produkcję filmową, tj. podejmują inicjatywę, faktycznie prowadzą i ponoszą odpowiedzialność za kreatywny, organizacyjny i finansowy proces produkcji filmu,

*podmioty, które wspólnie z producentem organizują, prowadzą i ponoszą odpowiedzialność za produkcję filmu lub które współfinansują produkcję filmu lub

*podmioty, które w procesie produkcji filmu świadczą, po prostu, na rzecz producenta lub koproducentów, jakieś konkretne usługi związane z daną produkcją – np. zapewniają sprzęt techniczny, wynajmują obiekty, na terenie których toczy się akcja filmu, czy też np. zajmują się produkcją udogodnień zapewniających dostęp do filmu dla osób niepełnosprawnych (np. produkcją audiodeskrypcji).

– Bardzo ciekawe jest to, że w przeciwieństwie do obecnie funkcjonujących dotacji przyznawanych przez PISF, nowy system „zachęt” przewiduje znacznie szerszy katalog dzieł audiowizualnych, które mogę podlegać refinansowaniu – wyjaśnia dr Marcin Huczkowski z kancelarii Zięba&Partners. – Obecny system dotacji, funkcjonujący na gruncie ustawy o kinematografii, przewiduje, co do zasady, możliwość udzielenia wsparcia wyłącznie dla filmów fabularnych, które są przeznaczone do eksploatacji kinowej i odznaczają się odpowiednią wartością artystyczną (bo właśnie takimi filmami zajmował się dotychczas statutowo PISF). Natomiast nowy system „zachęt” ma obejmować również takie filmy, które nigdy nie ukażą się w kinie, ponieważ zostały przeznaczone np. wyłącznie do rozpowszechnienia w Internecie (serwisy VOD), czy też w telewizji. Ponadto, nowa forma finansowania wprost obejmuje swoim zakresem, zarówno seriale jak i np. filmy animowane.

Wyłączeniu z nowego systemu wsparcia podlegają zaś np. reklamy, czy też utwory audiowizualne stworzone na potrzeby nauki lub na wewnętrzny użytek kościołów.

Wsparcie dla jednego utworu audiowizualnego może wynieść maksymalnie 15 mln zł., z zastrzeżeniem że ta kwota, co do zasady, wraz ze wszystkimi innymi pozyskanymi źródłami dofinansowania, nie może przekroczyć 50% całości kosztów utworu. Łączna kwota refinansowania, o którą może się ubiegać dany przedsiębiorca, nie może natomiast przekroczyć 20 mln zł. w danym roku kalendarzowym.

Wsparcie następuje na podstawie odpowiedniego wniosku złożonego przez przedsiębiorcę. Wniosek może być złożony nie wcześniej niż 6 miesięcy i nie później niż 2 miesiące przed rozpoczęciem prac, które mają być objęte refinansowaniem. Opłata za wniosek wydaje się przystępna. Wynosi ona 0.05% szacowanej kwoty wsparcia, jednakże nie więcej niż 1000 zł.

Nowa forma wsparcia ma postać refinansowania, w odróżnieniu od tej istniejącej obecnie. Wiąże się to z koniecznością zapewnienia przez przedsiębiorcę, który chce uzyskać refinansowanie, dysponowania na moment składania wniosku środkami na pokrycie 75% kosztów prac związanych z produkcją danego utworu audiowizualnego.

W ramach dokumentacji, która musi zostać złożona wraz z wnioskiem o refinansowanie, wnioskodawca musi wypełnić tzw. test kwalifikacyjny (zwany również testem kulturowym). Taki test ma na celu weryfikację planowanej produkcji pod kątem szeregu kryteriów związanych z zapewnieniem rozwoju sektora polskiej produkcji audiowizualnej. Najbardziej istotne jest jednak to, że nowy system zachęt nie przewiduje tzw. selekcji artystycznej, tj. nie bada wartości artystycznej utworu.

Wnioski są rozpatrywane przez PISF w terminie 28 dni kalendarzowych od ich złożenia. Przed złożeniem wniosku, można również uzyskać niezobowiązujący certyfikat poświadczający, że dany projekt wstępnie kwalifikuje się do uzyskania wsparcia.

Bardzo ważne jest to, że nawet w przypadku pozytywnego rozpatrzenia wniosku, przedsiębiorca któremu przyznano daną kwotę refinansowania nie może od razu skorzystać z tego wsparcia. Po podpisaniu z PISF odpowiedniej umowy, przyznane środki zostają wpłacone na bankowy rachunek powierniczy. Wypłata tych środków, na rzecz wnioskodawcy, może nastąpić wyłącznie po pozytywnej weryfikacji przez PISF szczegółowego raportu związanego z przebiegiem procesu produkcji danego filmu. W praktyce więc, przyznane środki będą faktycznie wypłacone przedsiębiorcy już po wyprodukowaniu danego utworu audiowizualnego.

Jak wygląda efektywność przyznawania „zachęt” na dzień dzisiejszy? Zgodnie z deklaracjami składanymi przez Ministerstwo Kultury oraz treścią wywiadu udzielonego przez dyrektora PISF, na potrzeby funkcjonowania nowego systemu zachęt, PISF ma otrzymywać z budżetu Państwa (w formie dotacji celowej) ok. 200 mln zł w skali roku. Ta dodatkowa kwota, w swoim założeniu ma podwoić obecny budżet PISF związany ze standardową formą dofinansowania produkcji filmowych. W konsekwencji, ma zostać zapewniona odpowiednia konkurencyjność polskiego sektora filmowego. Szacuje się że nowy system zachęt ma przyczynić się do ponad trzykrotnego zwiększenia wartości produkcji audiowizualnej w Polsce.

PISF został zobowiązany do publikowania na swojej stronie internetowej raportów dot. wykorzystania środków finansowych pochodzących z nowego programu wsparcia. Zgodnie z treścią raportu opublikowanego na stronie PISF, na dzień 7 czerwca 2019 r., zostało złożonych łącznie 26 wniosków o refinansowanie. 13 z tych wniosków zostało już rozpatrzonych przez PISF, a z pośród tych 13, wyłącznie w odniesieniu do dwóch została wydana pozytywna decyzja. Jednocześnie, aktualny łączny poziom udzielonych wsparć finansowych wynosi ok. 4.300.000,00 zł.

Patrząc na te dotychczasowe wyniki (na tle przyjętych założeń budżetowych) może nasunąć się, w oczywisty sposób, pewna wątpliwość, czy rzeczywiście procedura uzyskania refinansowania, w ramach nowego systemu zachęt, jest w maksymalny sposób przystępna i uproszczona, a przyznany limit budżetowy efektywnie wydatkowany. Nie mniej jednak, wydaje się, że wobec faktu iż minęło dopiero około 3 miesięcy od dnia uruchomienia nowego mechanizmu wsparcia, jest jeszcze o wiele za wcześnie na wyciąganie jakichkolwiek racjonalnych wniosków, co do tego na ile ten nowy mechanizm spełnia efektywnie swoje założone cele.

W branży e-commerce coraz większe zaległości

Polski rynek e-commerce konsekwentnie wzrasta osiągając dynamikę 13 proc. r/r, a wartość rynku szacowana jest na około 40 mld zł. Systematycznie zwiększa się odsetek Polaków, którzy robią zakupy za pośrednictwem internetu[1]. W całym 2018 roku zostało zarejestrowanych 6 863 nowych sklepów internetowych[2]. Z badań wynika, że pomimo ciągłego rozwoju branży, przedsiębiorcy nadal stają przed poważnymi wyzwaniami. Zaległości branży e-commerce w drugim półroczu 2018 roku wzrosły prawie o jedną czwartą do 157 mln zł, a przedsiębiorcy cały czas potrzebują dodatkowych środków na rozwój[3], np. z analizy Finiata.pl wynika, że głównym powodem dla którego klienci korzystają z dodatkowych funduszy są długie terminy oczekiwania na zapłatę faktur oraz coraz większa liczba kontrahentów, którzy nie płacą na czas.

Zakaz handlu w niedziele a e-commerce

Na zamknięciu sklepów w niedziele korzysta przede wszystkim e-commerce. Świadczy o tym, m.in. dynamiczny wzrost liczby nowo uruchamianych e-sklepów. Polski rynek sprzedaży internetowej urósł w ciągu ubiegłego roku o 1,8 tys. nowych podmiotów osiągając całkowitą liczbę ok. 31 tys. W całym 2018 roku zarejestrowanych zostało 6 863 nowych sklepów, a wykreślono 5 062[4]. W branży dzieje się dużo i zwykle w takich sytuacjach nie wszystkim się udaje, np. rosnąca konkurencja, a także ekspansja dużych sieci w internecie sprawia, że wiele z nowo powstałych sklepów nie utrzymuje się na rynku.

Jak pokazują badania, branża e-commerce szybko się rozwija, ale wciąż ma problemy finansowe. W drugim półroczu 2018 roku zaległości e-commerce wzrosły prawie o jedną czwartą do 157 mln zł. E-handel nie radzi sobie głównie ze spłatą kredytów, coraz więcej firm niepłacących w terminie trafia do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor za nieregulowanie faktur wystawianych przez kontrahentów[5]. Mowa tu głównie o płatnościach za telefon, internet, media oraz opłat za wynajem lokalu.

Alexander Beresvford
Alexander Beresford, CMO Finiata.pl

Tylko 30 proc. sklepów działa w polskim internecie dłużej niż 8 lat. Jednym z wielu powodów słabej kondycji finansowej, a co za tym idzie – zakończenia swojej działalności –  są zaległości w bieżącym regulowaniu zobowiązań. Żeby móc utrzymać firmę przedsiębiorcy potrzebują dodatkowych środków na już, które mogą przeznaczyć na wybrane przez nich cele – komentuje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Inwestycja w automatyzację

W 2019 roku sklepy e-commerce muszą stawiać większy nacisk na automatyzację – dla małych firm wygeneruje to oszczędności i umożliwi zmniejszenie kosztów własnych. Branża obecnie stoi przed wyzwaniami związanymi z rozwojem platform technologicznych, narzędzi obsługi klienta oraz współpracy z podmiotami zewnętrznymi.

Do największych należy przede wszystkim racjonalizacja kosztów logistycznych (obsługa wysyłki towaru). E-commerce inwestuje w rozwój, ale zdarza się, że ma problem z udźwignięciem finansowych zobowiązań. W efekcie rośnie liczba dostawców usług i towarów dla firm branży e-commerce nieotrzymujących płatności na czas.  Największy odsetek firm z zaległościami w branży występuje w województwach dolnośląskim (6,1 proc.), opolskim (6 proc.) i mazowieckim (5,7 pro.)[6].

W rzeczywistości, najważniejszy jest czas i swoboda przedsiębiorców w podejmowaniu decyzji na co przeznaczyć pieniądze, np. na wypłatę wynagrodzeń czy podatek. Niestety banki nie uwzględniają wszystkich potrzeb przedsiębiorców, zazwyczaj wiąże się to z długim oczekiwaniem na decyzję i koniecznością zebrania wielu dokumentów. W Finiacie ciągle pytamy naszych klientów czego oczekują i tworzymy dla nich nowoczesne rozwiązania. Głównym powodem dla którego przedsiębiorcy korzystają z dodatkowych funduszy są długie terminy oczekiwania na zapłatę z faktur oraz kontrahenci, którzy nie płacą na czas, dodaje Alexander Beresford.

[1]https://www.ecommerce-europe.eu/press-item/european-b2c-ecommerce-still-growing-fast-national-markets-moving-different-speeds/

[2] Dane Bisnode Polska

[3] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

[4] Dane Bisnode Polska

[5] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

[6] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor

Liczba upadłości firm wyhamowała, ale to się zmieni

W pierwszej połowie 2019 r. łączna liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 467, czyli dokładnie tyle samo ile w analogicznym okresie 2018 r.

Jak wynika z raportu międzynarodowej firmy Coface “Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2019 roku” wśród wszystkich rodzajów postępowań najwięcej ogłoszono upadłości – 267. Stanowią one aż 57 proc. wszystkich postępowań.

Łączna liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 5 proc. W I połowie 2019 r. zanotowano ich łącznie 200, co stanowi 43 proc. wszystkich postępowań.

Najbardziej znamienny jest stały wzrost liczby przyspieszonych postępowań układowych. Ich liczba wzrosła r/r o 26 proc. i w I połowie 2019 roku ta najszybsza forma restrukturyzacji stanowiła już 69 proc. wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych i 23 proc. ogółu postanowień sądowych. Pozostałe formy upadłości i restrukturyzacji zanotowały spadek.

– Te dane należy interpretować dość optymistycznie, ponieważ od 2016 r. mieliśmy do czynienia ze wzrostem upadłości i restrukturyzacji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce. – Nadal wzrasta wykorzystanie restrukturyzacji, a jest to dobry sygnał, że firmy mające kłopoty z płynnością sięgają po takie właśnie rozwiązania prawne, które mogą im pomóc w powrocie do normalnej działalności biznesowej.

Upadłości w branżach odzwierciedlają sytuację obserwowaną na rynku. Skok o
71 proc. zanotował transport (w ciągu dwóch lat o 177 proc.) oraz o 16 proc. handel
(w ciągu dwóch lat o blisko 40 proc.). Więcej o 10 proc. było postanowień w rolnictwie.

Jak dotychczas Polska jest relatywnie odporna na spowolnienie gospodarcze w strefie euro, a zwłaszcza mizerne wyniki przemysłu w Niemczech, czyli naszym głównym rynku eksportowym.

– Niemniej jednak, nie oczekujemy, aby poprawa w statystykach upadłości i restrukturyzacji była kontynuowana. Prognoza Coface zakłada 5-proc. wzrost łącznej liczby postępowań w tym roku – ocenia ekspert Coface.

Od stycznia 2020 r. upadłość konsumencka na nowych zasadach – plusy i minusy

Bankructwa mają być łatwiejsze. Najczęściej sądy odrzucały wnioski o upadłość konsumencką, gdy ich przyczyną było rażące niedbalstwo, czyli doprowadzenie do swojej niewypłacalności w sposób lekkomyślny.

– Od stycznia 2020 r. te przepisy mają się zmienić, rząd promuje to jako dobrą zmianę, ale nie wszystkie zmiany są korzystne, problemem dla konsumentów mogą okazać się plany spłat, a to jest jeden z głównych elementów postępowania przy ogłaszaniu upadłości konsumenckiej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Baran z kancelarii Baran&Pluta.

Obecnie taki plan spłat może być rozłożony na 36 miesięcy. Po zmianie przepisów ten okres wydłuży się do 7 lat. A może być gorzej, bo permanenta zmiana może trwać jeszcze dłużej.

– Sąd może umorzyć długi, ale warunkowo, jeżeli ktoś dostanie lepszą pracę albo spadek, wtedy dłużnik nie będzie wiedział czy przez okres siedmiu lat długi ma umorzone, czy będzie musiał zacząć je spłacać – komentuje mec. G.Baran.

Wynagrodzenia w branży budowlanej. Pensje rosną, zyski maleją

W 2018 roku w Ogólnopolskim Badaniu Wynagrodzeń wzięło udział ponad 9 000 pracowników z branży budowlanej. Około 60% badanych stanowili mężczyźni. Mediana miesięcznych zarobków w tej branży wyniosła 4 684 PLN brutto miesięcznie, co daje kwotę wyższą o niecałe 200 PLN od mediany OBW, która w 2018 roku wyniosła 4 500 PLN. 25% najwyżej wynagradzanych pracowników otrzymywało zarobki nie niższe niż 7 000 PLN, a 25% najniżej opłacanych pracowników zarabiało nie więcej niż 3 500 PLN.

Schemat 1. Wynagrodzenia w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)

schemat 1Najwyższe zarobki w branży budowlanej otrzymywali pracownicy w województwie mazowieckim – 5 789 PLN. Na drugim miejscu pod względem zarobków znalazło się województwo dolnośląskie, gdzie mediana płac wyniosła 5 000 PLN. W pozostałych województwach mediana płac była niższa, a w województwie podkarpackim i lubelskim nie przekroczyła kwoty 4 000 PLN.

Mapa 1. Wynagrodzenia w różnych województwach  w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)mapa 1

Na początku kariery pracownicy w budowlance otrzymują zbliżone zarobki w firmach o polskim i zagranicznym kapitale, jednak z biegiem lat różnica ta stopniowo się zwiększa. Wśród pracowników ze stażem od 9 do 10 lat dysproporcja wynosi już ponad 2 500 PLN, natomiast wśród pracowników o stażu dłuższym niż 16 lat różnica to ponad 3 500 PLN.

Wykres 1. Wynagrodzenia pracowników z różnym stażem pracy w firmach polskich i zagranicznych w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)

wykres 1Poniższa tabela prezentuje zarobki pracowników z różnym wykształceniem w firmach o różnym typie własności. Najwyższe płace w branży budowlanej otrzymywali pracownicy z tytułem magistra inżyniera zatrudnieni w firmach prywatnych. Mediana ich miesięcznych zarobków wyniosła 5 600 PLN. W firmach państwowych zarobki magistrów inżynierów były natomiast niższe o 400 PLN.

Tabela 1. Wynagrodzenia pracowników z różnym wykształceniem w firmach o różnym typie własności w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)

poziom wykształcenia typ własności próba 25% zarabiało nie więcej niż mediana 25% zarabiało nie mniej niż
średnie lub pomaturalne (zdana matura) prywatna 1252 3 062 4 000 5 359
państwowa 45 3 100 4 200 4 382
wyższe zawodowe (licencjackie/inżynierskie) prywatna 1427 3 400 4 300 6 000
państwowa 54 3 400 3 924 6 422
wyższe magisterskie prywatna 1333 3 950 5 071 7 798
państwowa 74 3 493 4 250 6 004
wyższe magisterskie inżynierskie prywatna 3661 4 000 5 600 8 100
państwowa 115 3 708 5 200 6 865

Źródło: Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń przeprowadzone przez Sedlak & Sedlak w 2018 roku

Stopy procentowe w Polsce w kolejnych kwartałach pozostaną bez zmian

Wczorajsze spotkanie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło przełomu. Członkowie RPP obecni na konferencji prasowej po spotkaniu banku, na czele z prezesem NBP, Adamem Glapińskim sugerowali, że obecnie nie należy nastawiać się na zmianę stóp procentowych.

Nowe, lipcowe projekcje Działu Analiz Ekonomicznych NBP, których fragment odczytał podczas konferencji prasowej prezes Glapiński, były zbliżone do oczekiwań z marca. Analitycy NBP spodziewają się wyższego niż zakładali wcześniej wzrostu gospodarczego tak w tym, jak i przyszłym roku. Zakładają oni również umiarkowaną inflację w 2019 roku, po czym nastąpić ma jej przyspieszenie – jednak raczej nie przekraczające górnych odchyleń widełek celu inflacyjnego. Zgodnie z retoryką prezesa Glapińskiego stopy procentowe powinny pozostać stabilne w całym horyzoncie projekcji, czyli do końca 2021 roku.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,24-4,25. W parze z dolarem amerykańskim, wspólna europejska waluta doświadczyła deprecjacji o podobnej skali.

Dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej w strefie euro w maju pokazały dość wyraźny spadek, który w ujęciu miesięcznym wyniósł -0,3%. W porównaniu do zeszłego roku sprzedaż detaliczna wzrosła zaledwie o 1,3%, co jest najniższą dynamiką od końcówki ubiegłego roku. Mimo negatywnego zaskoczenia, wpływ publikacji na zachowanie wspólnej europejskiej waluty był jednak dość ograniczony, główna para pozostaje dzisiaj względnie stabilna.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,72-4,74. Funt brytyjski cały czas pozostaje dość słaby. W tym tygodniu powodów do wyprzedaży szterlinga dostarczały przede wszystkim dane makroekonomiczne. Indeksy PMI opisujące aktywność w sektorze przemysłu, budownictwa i usług publikowane na przestrzeni ostatnich trzech dni rozczarowywały, wskazując, że obawy związane z Brexitem i globalną sytuacją gospodarczą negatywnie przekładają się na sytuację brytyjskich przedsiębiorstw.

 

USD

Kurs USD/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,75-3,77. Dane makroekonomiczne napływające wczoraj z USA były mieszane, jednak w większości rozczarowały. Negatywnie zaskoczył odczyt ADP o zatrudnieniu pozarolniczym w czerwcu, do którego dołączył wskaźnik ISM opisujący aktywność w usługach. Ten ostatni doświadczył głębszego spadku niż zakładano, schodząc do najniższego poziomu od końcówki 2017 roku. Indeks PMI dla sektora z kolei zaskoczył in plus, w czerwcu notując wzrost w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca. Nadal jednak pozostaje na niskim poziomie, a z uwagi na to, iż jego znaczenie jest dość ograniczone, ogólny wydźwięk wczorajszych odczytów był negatywny. Dane nie przeszkodziły jednak dolarowi w lekkiemu umocnieniu, tak w parze ze złotym, jak i głównymi walutami.

W czwartek aktywność na rynkach w drugiej części dnia będzie niższa niż zwykle, nie poznamy również żadnych istotnych publikacji makroekonomicznych. Ma to związek z Dniem Niepodległości, który obchodzony jest w Stanach Zjednoczonych.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Liczba bezrobotnych w Polsce najniższa w historii, ale…

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podało wartość bezrobocia na czerwiec. To już trzeci miesiąc z rzędu, kiedy osiągamy historyczny rekord. Jednak analitycy spodziewali się jeszcze lepszego rezultatu. Mogłoby to budzić pewne wątpliwości co do kondycji naszej gospodarki, ale prognozy NBP temu przeczą.

Bezrobocie cały czas w dół

Wiceminister Stanisław Szwed podał informację, że stopa bezrobocia wyniosła 5,3%. To o 0,1% mniej niż w maju i kolejny najniższy wynik od 29 lat. Co ciekawe, analitycy spodziewali się spadku do 0,2%. W głównej mierze miałby on wynikać ze zwiększonej liczby pracowników sezonowych, których zatrudnienie zwykle wzrasta o tej porze roku. Potwierdzenie tych danych przez GUS pojawi się dopiero w czwartym tygodniu lipca. Po deklaracji ministerstwa złoty delikatnie się osłabiał, ale mogła to być równie dobrze korekta ostatnich wzrostów na parze PLN/EUR i spadku kursu poniżej poziomu 4,25 zł.

NBP uspokaja w sprawie inflacji

Narodowy Bank Polski przedstawił swoje projekcje inflacji. Zakładają one brak zmian wartości stóp procentowych w naszym kraju w nadchodzących kwartałach. Według tych informacji w szczytowym momencie ceny mają rosnąć o ok. 3%, czyli w dalszym ciągu w zakresie celu inflacyjnego, pozostawiając 0,5% zapasu. Zdaniem ekspertów banku centralnego wzrost gospodarczy ma wynieść w tym roku 4,5%, a w kolejnych latach odpowiednio 3,9% oraz 3,4%. Przedstawione symulacje zakładają pewną stałość warunków zewnętrznych. Gdyby na Zachodzie doszło do poważnych zmian, to nastąpi konieczność aktualizacji tych prognoz.

Zbliża się ważny rekord na Wall Street

Amerykański indeks S&P po raz kolejny ustanowił historyczny rekord na poziomie 2995,82 punktów. Oznacza to, że do psychologicznej bariery 3000 punktów brakuje już naprawdę niewiele. Warto podkreślić, że w ciągu roku giełda poszła w górę już o 20% i biorąc pod uwagę nadchodzące zmiany stóp procentowych, wcale nie musi to być ostatnie słowo. Analitycy spodziewają się sporych obniżek stóp jeszcze w tym roku, co powoduje przesunięcie kapitału w bardziej ryzykowne miejsca. Patrząc na notowania kontraktów terminowych, to szansa tylko jednej redukcji wynosi mniej niż 10%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Budowlanka w kryzysie w szczycie sezonu – marże rzędu 1% nie są wyjątkiem

  • Sezon budowlany w pełni, ale wykonawcy schodzą z budów – np. w Szczecinie, koło Częstochowy czy Poznania.
  • Powodem jest zmiana realiów kosztowych w ostatnich latach i brak rąk do pracy.
  • Firmy budowlane codziennie walczą o zachowanie płynności i pozyskanie finansowania na bieżącą działalność.

Problemy firm budowlanychCzy czeka nas pogrom branży podobnie jak w 2014 roku?

Polska dysponuje obecnie znacznymi środkami europejskimi na inwestycje infrastrukturalne, w tym drogowe. Takie okoliczności powinny cieszyć budowlańców. Sytuacja nie jest jednak optymistyczna.

Wykonawcy mają zaległości w realizacji umów, schodzą z budów, ustają przepływy finansowe jak i płynność realizacji wielu kontraktów. Wielu wykonawców nie zarabia, a traci na realizacji umów, marża w wysokości 1% nie jest rzadkością, choć nawet taka nie zawsze jest osiągalna.

Problemy są np. w przypadku węzła łączącego autostradę A6 z ul. Zwierzyniecką w ciągu DK 10 w Szczecinie, na trzech odcinkach trasy S5 w województwie kujawsko-pomorskim czy koło Poznania. Podobne problemy są z pracami na obwodnicy Częstochowy na autostradzie A1.  Rozwiązane zostały umowy na budowę S61 Ostrów Mazowiecka – Śniadowo i S7 Warszawa Lotnisko-Lesznowola, a unieważniony został przetarg na drogę S16 Borki Wielkie – Mrągowo. Sytuacja zaczyna przypominać pogrom branży budowlanej jaki miał miejsce przed kilkoma laty.

Duzi schodzą z budowy, mali bankrutują lub szukają dodatkowego finansowania

Generalni wykonawcy rezygnację z kontynuacji umów tłumaczą wzrostem cen na rynku budowlanym i brakiem fachowej i rozsądnie wycenianej siły roboczej. To, że umów nie realizują wiodący wykonawcy kontraktów, często z zagranicy, to jedno, ale ich kłopoty rzutują na krajowych podwykonawców, czasem średnie lub małe firmy rodzinne. Kłopoty z płynnością przenoszą się na polskich podwykonawców, którzy choć nie są duzi mają czasem milionowe kontrakty u generalnych wykonawców.

– Takie firmy przeczuwając, że ich wynagrodzenie wypłacane przez dużego zagranicznego wykonawcę może „gdzieś utknąć”, albo zostać wypłacone z dużym opóźnieniem stają pod ścianą. Brak przelewu za fakturę zmusza ich do wstrzymywania zapłaty swoim podwykonawcom lub dostawcom. Powstaje efekt „kuli śniegowej”. Lepiej radzą sobie Ci, którzy szukają zewnętrznego finansowania np. w postaci faktoringu. Odczuwamy zwiększenie zainteresowania faktoringiem przez branżę budowlaną, być może dlatego, że jesteśmy jedną z niewielu firm, która budowlańców finansuje – mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Duzi wykonawcy drastycznie przeciągają terminy płatności u swoich dostawców i podwykonawców. Ci w coraz większym stopniu muszą opierać się na faktoringu, choć nie wszyscy faktorzy finansują tę branżę z powodu jej kłopotów z płynnością finansową.

Na przelew nie można czekać bez końca

Ci którzy tylko czekają na pieniądze, mogą się na nie po prostu nie doczekać. Budowlaniec trafiający do nas po finansowanie, kiedy jego faktury są jeszcze terminowo regulowane ma szansę nie tylko na szybszą wypłatę swoich już zarobionych środków w ramach usługi faktoringu, może też negocjować niższe koszty takiej usługi. Jeśli będzie zbyt długo zwlekał może po prostu być za późno na uratowanie płynności i otrzymanie finansowania. Trzeba działać teraz, sytuacja w budowlance nie poprawi się z dnia na dzień i nic na razie nie wskazuje, że będzie to wkrótce – mówi Anna Konecka – Pająk z eFaktor.

Powodem takich problemów branży jest ostra rywalizacja cenowa w przetargach, szczególnie tych, które rozstrzygały się 2-4 lata temu. Od tego czasu koszty materiałów budowlanych poszły drastycznie w górę, równocześnie spadało bezrobocie, a wrosły wymagania pracowników.

Dla przykładu w ciągu ostatnich lat ceny asfaltu wzrosły o 90 proc., betonu o 50 proc., a stali o 60 proc. Tymczasem duże firmy budowlane pracują po stałej zakontraktowanej cenie sprzed 2-3 lat z marżą na poziomie 2-3 proc. Według danych GUS za pełen 2018 rok ta marża dla generalnych wykonawców spada i oscyluje wokół 1 proc.

Gmina Olsztyn oddaje do użytku drogę DK51 sfinansowaną z funduszy unijnych

Gmina Olsztyn oddała do użytku Drogę Krajową 51 na odcinku od skrzyżowaniaul. Towarowej z ul. Leonharda do węzła Wschód (S51). Całkowity koszt inwestycji wyniósł prawie 131,5 mln zł. Unijne dofinansowanie z Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020 wyniosło 85 proc. kosztów kwalifikowanych.

Wsparcie projektu z funduszy unijnych pochodziło z Programu Operacyjnego Polska Wschodnia2014-2020 (Działanie 2.2 Infrastruktura drogowa), realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

Uroczyste oddanie drogi odbyło się w towarzystwie prezydenta Olsztyna Piotra Grzymowicza, senator RP Lidii Staroń, wicemarszałka województwa warmińsko-mazurskiego Marcina Kuchcińskiego, wicewojewody warmińsko-mazurskiego Sławomira Sadowskiego, dyrektora Departamentu Projektów Infrastrukturalnych PARP Macieja Berlińskiego oraz dyrektora regionu firmy Budimex S.A. (lider konsorcjum wykonawców) Dariusza Taraszkiewicza.

Inwestycja zlokalizowana jest we wschodniej części Olsztyna i stanowi niezbędne powiązanie układu drogowego w ciągu DK 51 z południową obwodnicą Olsztyna w ciągu DK 16 zrealizowaną przez GDDKiA.

W ramach projektu wybudowano dwa wiadukty drogowe, przebudowano obecną ulicę Towarową do ulicy Budowlanej i wybudowano jej nowy przebieg od ulicy Budowlanej do węzła „Wójtowo”.

– To jedna z najważniejszych, drogowych inwestycji Olsztyna ostatnich lat – mówi prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz. – Dzięki temu wyremontowaliśmy fragment wysłużonej trasy, biegnącej przez dzielnicę przemysłową i wybudowaliśmy zupełnie nowy fragment, wiodący do południowej obwodnicy naszego miasta. Bez wątpienia to zmiana jakościowa przestrzeni oraz funkcjonalności komunikacyjnej tego obszaru.

– Dzisiejsza uroczystość kończy realizację projektów drogowych współfinansowanych z POPW 2014-2020 zarówno w województwie warmińsko-mazurskim jak i samym Olsztynie. Wszystkie dostępne środki w ramach działania „Infrastruktura drogowa” zostały już wykorzystane. Przed nami przygotowanie nowych inwestycji do realizacji w kolejnym programie operacyjnym w nowym okresie programowania – mówił Maciej Berliński, dyrektor Departamentu Projektów Infrastrukturalnych PARP.

Przedmiot projektu:

  1. Budowa ul. Towarowej na odcinku od skrzyżowania ul. Towarowej z ul. Budowlaną do projektowanej obwodnicy Olsztyna:
  • budowa i przebudowa skrzyżowań z ul. Budowlaną i ul. Cementową;
  • budowa dróg obsługujących, ścieżek rowerowych i chodników, zatok autobusowych, zjazdów oraz wiaduktu drogowego w ciągu przebudowywanej ul. Towarowej nad torami bocznicy kolejowej do zakładów Michelin Polska;
  • przebudowa kolidującej infrastruktury;
  • wyburzenia kolidujących budynków i obiektów inżynierskich;
  • wycinka drzew oraz nowe nasadzenia zieleni.
  1. Przebudowa ul. Towarowej od skrzyżowania ul. Towarowej z ul. Leonharda do skrzyżowania z ul. Budowlaną:
  • przebudowa skrzyżowań z ul. Leonharda, ul. Stalową oraz ul. Sprzętową,
  • budowa dróg obsługujących, ścieżek rowerowych i chodników, zatok autobusowych, zjazdów oraz wiaduktu drogowego nad linią kolejową,
  • przebudowa kolidującej infrastruktury,
  • wyburzenia kolidujących budynków i obiektów inżynierskich,
  • wycinka drzew oraz nowe nasadzenia zieleni.

W wyniku realizacji projektu powstało: 0,39 km nowych dróg krajowych klasy G 2/2 (2 jezdnie po 2 pasy ruchu), 2,17 km przebudowanych do wyższych parametrów dróg krajowych oraz ponad 3 km infrastruktury rowerowej.

Realizacja projektu przyczyni się do osiągnięcia następujących celów szczegółowych:

  • wzmocnienie powiązań z układem TEN-T,
  • powiązanie układu drogowego w ciągu DK51 z południową obwodnicą Olsztyna w ciągu DK16,
  • poprawa organizacji ruchu tranzytowego i lokalnego (zmniejszenia liczby pojazdów w centrum miasta i wyprowadzenie ruchu tranzytowego z miasta),
  • pozytywny wpływ na wzrost promienia oddziaływania miasta w zakresie codziennych dojazdów do pracy,
  • podniesienie konkurencyjności i ożywienia przedsiębiorczości we wschodniej części miasta(większa integracja funkcjonujących rynków pracy).

Ceny OC niższe o kolejne 7,2% – analiza I półrocza 2019 r.

W 2018 roku ceny OC utrzymywały się na podobnym poziomie. W I półroczu 2019 r. cena obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu była natomiast o 7,2% niższa niż w pierwszych 6. miesiącach roku ubiegłego i wyniosła 687 zł.

Pierwsza połowa roku 2019 przyniosła wyraźne obniżki cen OC. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych eksperci porównywarki rankomat.pl podsumowują, jak kształtowały się średnie składki obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu w I półroczu i sprawdzają, w których województwach i miastach w Polsce kierowcy otrzymywali najkorzystniejsze oferty OC.

Jaka była średnia cena ubezpieczenia OC w I półroczu br.?

Zmiany średnich cen OC w I półroczu 2019 r.Ceny OC zaczęły spadać pod koniec 2017 roku. W 2018 r. utrzymywały się na podobnym poziomie. Początek br. przyniósł jednak nieco większe obniżki. W I półroczu 2019 roku średnia cena ubezpieczenia OC była o 7,2% niższa niż w takim samym okresie 2018 r.

„Największa dynamika wzrostu cen OC miała miejsce między I półroczem 2016 i 2017 roku. Podwyżka sięgnęła wówczas ponad 44%. Od pierwszego półrocza 2018 r. ceny OC zaczęły spadać. W pierwszym półroczu br. średnia składka OC wyniosła 687 złotych i była jeszcze niższa niż przed rokiem” – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat

Najdrożej w woj. pomorskim i dolnośląskim

Z analizy cen OC porównywarki rankomat.pl wynika, że w I połowie 2019 r. najdroższe oferty ubezpieczenia OC otrzymywali kierowcy z województw: pomorskiego (780 zł), dolnośląskiego (764 zł) i mazowieckiego (753 zł). Najmniej za obowiązkowe ubezpieczenie płacili natomiast właściciele pojazdów zarejestrowanych w województwie: podkarpackim (557 zł), opolskim (589 zł) i świętokrzyskim (598 zł).

We wszystkich regionach Polski ceny ubezpieczenia OC były niższe niż przed rokiem. Obniżki w poszczególnych województwach wyniosły od -5,4% (woj. zachodniopomorskie) do -8,7% (woj. wielkopolskie).

Największe odchylenie od średniej ceny OC w pierwszym półroczu 2019 r. odnotowano w województwach: podkarpackim (-18,9%), opolskim (-14,3%) i świętokrzyskim (-13%) .W których województwach OC było najdroższe w I półroczu 2019 roku_

Najtańsze i najdroższe miasta

W I półroczu 2019 r. najwięcej za obowiązkowe ubezpieczenie płacili kierowcy z Wrocławia, Gdańska i Warszawy. Towarzystwa ubezpieczeniowe proponowały najtańsze polisy OC mieszkańcom Rzeszowa, Kielc i Opola. Różnica cen OC pomiędzy najtańszym Rzeszowem (607 zł) a najdroższym Wrocławiem (943 zł) wyniosła aż 55,3%.W których miastach wojewódzkich OC było najdroższe w I półroczu 2019 roku_

We wszystkich miastach wojewódzkich ceny obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu spadły w porównaniu do roku ubiegłego. W I półroczu 2019 r. największe obniżki cen OC dotyczyły mieszkańców Kielc (-10%), Lublina  (- 9,2%) i Warszawy (-9,0%). W pozostałych miastach obniżki wyniosły od -5,6% w Olsztynie do -8,6% w Gdańsku.

W miastach, w których ceny OC były najwyższe, odchylenia od średniej ceny OC wynosiły: 37,3% (Wrocław), 30% (Gdańsk) i 22,4% (Warszawa). Najmniej do ubezpieczenia musieli dopłacić właściciele samochodów zarejestrowanych w Rzeszowie (-11,6%), Kielcach (-6,6%) i Opolu (-5,2%) wynika z danych rankomat.pl.