Informacja o zakończeniu współpracy Jana Rokity z tygodnikiem „Sieci” po odmowie publikacji jego tekstu wywołała przede wszystkim dyskusję polityczną. Tymczasem z punktu widzenia prawnika znacznie ciekawsze jest inne pytanie. Czy podmiot prowadzący działalność gospodarczą ma prawo powiedzieć: „nie opublikujemy tego materiału”, „nie wyemitujemy tej reklamy”, „nie podejmiemy współpracy” albo „nie chcemy tego klienta”?
To problem znacznie szerszy niż spór pomiędzy publicystą a redakcją. Dotyczy wydawnictw, mediów, agencji marketingowych, platform internetowych, organizatorów konferencji, domów produkcyjnych, influencerów, a nawet przedsiębiorców świadczących usługi na co dzień. W praktyce niemal każdy przedsiębiorca staje przed pytaniem, gdzie przebiega granica między swobodą prowadzenia działalności gospodarczej a obowiązkiem równego traktowania kontrahentów. Wbrew obiegowym opiniom odpowiedź nie jest oczywista.
Wolność słowa nie oznacza prawa do publikacji
Konstytucja RP gwarantuje wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji (art. 54 ust. 1), a także zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu (art. 14). Nie oznacza to jednak, że każdy autor może skutecznie domagać się opublikowania swojego tekstu przez wybraną redakcję. Przepisy chronią wolność wypowiedzi przed ingerencją państwa, ale nie kreują powszechnego obowiązku publikowania cudzych materiałów przez prywatne media.
Co więcej, ustawa – Prawo prasowe przyznaje redaktorowi naczelnemu szczególną pozycję. Zgodnie z art. 25 ust. 4 odpowiada on za treść przygotowywanych materiałów prasowych oraz za sprawy redakcyjne i finansowe redakcji w granicach określonych w statucie lub właściwych przepisach. Trudno byłoby pogodzić tę odpowiedzialność z obowiązkiem publikowania każdego przekazanego materiału. Autonomia redakcyjna jest zatem elementem wolności prasy, a nie jej zaprzeczeniem.
Swoboda umów również chroni przedsiębiorcę
Podobna zasada obowiązuje poza rynkiem medialnym. Art. 353¹ Kodeksu cywilnego wyraża zasadę swobody umów. Oznacza ona nie tylko możliwość kształtowania treści umowy, ale również – co do zasady – swobodę wyboru kontrahenta i decyzję, czy umowę w ogóle zawrzeć. Przedsiębiorca nie ma obowiązku współpracować z każdym zainteresowanym. W praktyce może odmówić realizacji projektu, kampanii reklamowej, organizacji wydarzenia czy świadczenia usług, jeżeli decyzja znajduje racjonalne uzasadnienie biznesowe lub organizacyjne. Nie oznacza to jednak pełnej dowolności.
Są granice odmowy
Prawo wyznacza kilka istotnych ograniczeń. Po pierwsze, przedsiębiorca nie może naruszać przepisów antydyskryminacyjnych. Odmowa współpracy motywowana cechami chronionymi przez prawo może prowadzić do odpowiedzialności cywilnej, a w określonych przypadkach również administracyjnej.
Po drugie, znaczenie ma treść zawartej już umowy. Jeżeli strony zobowiązały się do publikacji materiału albo realizacji określonej kampanii, jednostronna odmowa może stanowić niewykonanie lub nienależyte wykonanie zobowiązania, rodząc odpowiedzialność odszkodowawczą na podstawie art. 471 Kodeksu cywilnego.
Po trzecie, ograniczenia mogą wynikać z pozycji rynkowej przedsiębiorcy. W określonych sytuacjach odmowa współpracy przez podmiot dominujący może zostać oceniona także przez pryzmat przepisów o ochronie konkurencji.
Platformy internetowe mają podobny problem
Jeszcze bardziej widoczne jest to w przypadku platform cyfrowych. Serwisy społecznościowe, platformy VOD czy portale internetowe każdego dnia podejmują decyzje o usuwaniu treści, blokowaniu reklam, zawieszaniu kont czy ograniczaniu zasięgów.
Czy jest to cenzura? Nie zawsze. W wielu przypadkach są to decyzje wynikające z regulaminów świadczenia usług, ochrony reputacji platformy, obowiązków wynikających z przepisów unijnych, w tym rozporządzenia o usługach cyfrowych (Digital Services Act), czy konieczności ograniczania odpowiedzialności za publikowane treści. Także tutaj kluczowe znaczenie ma odpowiedź na pytanie, czy przedsiębiorca działa w granicach zawartej umowy oraz obowiązujących przepisów.
To samo dotyczy influencerów i agencji
Coraz częściej podobne problemy pojawiają się na rynku marketingu internetowego. Influencer odmawia publikacji materiału mimo podpisanej umowy. Agencja marketingowa rezygnuje z obsługi klienta z uwagi na ryzyko wizerunkowe. Organizator konferencji wycofuje zaproszenie dla prelegenta. Portal odrzuca artykuł sponsorowany. Każda z tych sytuacji wymaga odrębnej analizy. Kluczowe znaczenie mają odpowiedzi na kilka pytań:
- – czy strony zawarły wiążącą umowę,
- – jaki był jej zakres,
- – czy przewidziano możliwość odmowy,
- – czy decyzja narusza przepisy prawa lub zasady współżycia społecznego,
- – czy druga strona poniosła szkodę pozostającą w normalnym związku przyczynowym z odmową.
Dopiero analiza tych elementów pozwala ocenić, czy mamy do czynienia z dopuszczalnym korzystaniem ze swobody działalności gospodarczej, czy z naruszeniem zobowiązania.
Emocje nie zastąpią analizy prawnej
Spory dotyczące odmowy publikacji bardzo łatwo zamieniają się w dyskusję o wolności słowa. Z prawnego punktu widzenia jest to jednak jedynie fragment znacznie szerszego zagadnienia. Prawo musi bowiem równoważyć dwie wartości. Z jednej strony chroni wolność wypowiedzi, wolność prasy i prawo do prezentowania własnych poglądów. Z drugiej – gwarantuje przedsiębiorcom swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, autonomię redakcyjną oraz możliwość decydowania o tym, z kim i na jakich zasadach chcą współpracować.
Dlatego każda głośna sprawa dotycząca odmowy publikacji powinna być oceniana przede wszystkim przez pryzmat konkretnych przepisów, zawartych umów i okoliczności danego przypadku, a nie wyłącznie medialnych emocji.
To właśnie odróżnia debatę publiczną od analizy prawnej. I właśnie dlatego spór Jana Rokity z wydawcą – niezależnie od jego politycznego kontekstu – stanowi interesujący punkt wyjścia do znacznie szerszej dyskusji o granicach autonomii przedsiębiorcy, odpowiedzialności kontraktowej oraz wolności prowadzenia działalności gospodarczej we współczesnym obrocie.




