Polskie górnictwo pilnie potrzebuje nowych technologii. Szansą na rozwój tego sektora jest otwarcie na prywatny kapitał

Polskie górnictwo pilnie potrzebuje nowych technologii. Szansą na rozwój tego sektora jest otwarcie na prywatny kapitał 1

Z danych Agencji Rozwoju Przemysłu wynika, że sytuacja polskiego górnictwa poprawia się. Okres chwilowej stabilizacji trzeba wykorzystać na reformy, a polskie kopalnie muszą jak najszybciej nadrobić zapóźnienie technologiczne – uważa Jerzy Kurella ekspert Instytutu Staszica. Jak podkreśla, to jeden z głównych warunków restrukturyzacji górnictwa. Były prezes Tauronu i PGNiG ocenia, że otwarcie na inwestorów prywatnych, którzy mają kapitał, technologię i doświadczenie, może być szansą na rozwój dla sektora górniczego. 

– Państwo musi wyznaczyć ramy dla działalności zakładów górniczych i spółek energetycznych, dlatego konieczne jest opracowanie długoterminowej strategii surowcowej. Branża energetyczna – w tym również sektor węgla kamiennego i cała gospodarka – czeka na finalną wersję Polskiej Strategii Energetycznej 2050, która jest przygotowywana przez Ministerstwo Energii we współpracy z rozwoju i finansów. Ten dokument jest swego rodzaju biblią dla całej gospodarki, bez niego trudno będzie prowadzić długoterminowe inwestycje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki Instytutu Staszica, były prezes Tauronu i PGNiG.

Sytuacja w polskim górnictwie jest dobra – pokazują dane Agencji Rozwoju Przemysłu a trzy kwartały 2017 roku. Wydobycie sięgnęło w tym okresie 49 mln ton węgla, co oznacza, że w ujęciu rocznym wzrosło o 22 proc. Wynik finansowy netto sektora węgla kamiennego wyniósł 1,66 mld zł, co istotne, większość spółek górniczych wykazała dodatnie wyniki finansowe. Przychody ze sprzedaży węgla wzrosły o jedną piątą i przekroczyły 15 mld zł. Na sytuację branży korzystnie wpływają wysokie ceny węgla na rynkach międzynarodowych przekraczające 90 dol. za tonę. Z drugiej strony w produkcji wzrasta udział węgla koksowego i surowca o wyższych wskaźnikach kaloryczności. Zakłady górnicze osiągają na ich sprzedaży wyższe marże.

Ekspert Instytutu Staszica podkreśla, że choć sytuacja w sektorze węgla kamiennego jest stabilna, to nie należy wpadać w hurraoptymizm, ponieważ polskie górnictwo pilnie potrzebuje gruntownych reform.

– Wydajność polskich kopalni jest istotnym mankamentem. Obecnie wynosi około 700 ton w przeliczeniu na pracownika. To zdecydowanie za mało, żeby zakłady górnicze mogły myśleć o długotrwałych, dodatnich wynikach finansowych. W tym zakresie jest wiele do poprawy, jeśli chcemy mówić o realnej konkurencji z globalnymi koncernami z Australii, USA czy Rosji – podkreśla Jerzy Kurella.

Wydajność zakładów górniczych powinna się kształtować na poziomie minimum tysiąca ton na pracownika, żeby kopalnia mogła utrzymać rentowność. Kopalnie z grupy Tauron i prywatna kopalnia Silesia utrzymują ten wskaźnik na poziomie 1,1 tys. ton. Natomiast wydajność w lubelskim zagłębiu w kopalni Bogdanka kształtuje się na poziomie 1,7 tys. ton.

To jednak wyjątki. W górnośląskich kopalniach średnia wydajność przekracza nieznacznie 700 ton. Ekspert Instytutu Staszica ocenia, że zakłady górnicze mają wiele do zrobienia w zakresie organizacji pracy i zmiany modelu kosztowego. W tej chwili większość jest nieefektywna kosztowo i słabo radzi sobie z zarządzaniem kosztami stałymi i operacyjnymi, przez co nie reaguje elastycznie na zmienne otoczenie rynkowe.

Zdaniem Kurelli, obecny okres stabilizacji w górnictwie należy wykorzystać na reformy i zmianę technologiczną. W ciągu ostatnich dwóch dekad miał miejsce duży postęp i w zakresie wydobycia i przetwarzania węgla, który w większości ominął polskie kopalnie. Nadrobienie zapóźnień technologicznych to jeden z głównych warunków restrukturyzacji górnictwa.

Szansą na poprawę efektywności zakładów górniczych jest też wykorzystanie czystych technologii węglowych, przede wszystkim zgazowania odpadów węglowych.

– Uważam, że nie powinniśmy się obawiać sektora prywatnego, który brałby udział w zarządzaniu czy finansowaniu kopalni węgla kamiennego w Polsce. Wręcz przeciwnie, sektor prywatny jest niezbędny dla poprawy efektywności całego sektora. Tego typu inwestycje są szansą na transfer nowoczesnych technologii, nowych rozwiązań z zakresu organizacji pracy, doświadczeń związanych z dbałością o koszty i elastyczność w zarządzaniu kopalniami. Szerszy dostęp inwestorów prywatnych do sektora górniczego w Polsce jest wręcz koniecznością. Nie możemy się skupiać tylko na potencjalnych obawach z tym związanych – podkreśla Jerzy Kurella.

Otwarcie się na inwestorów prywatnych, którzy mają kapitał, technologię i doświadczenie, może być szansą na rozwój dla sektora górniczego. Przykładem jest prywatna kopalnia Silesia, przejęta przez czeskiego inwestora, który wzorcowo wywiązuje się ze zobowiązań podjętych w momencie nabycia zakładu.

– Dobrym prognostykiem jest zainteresowanie australijskiego koncernu Prairie Mining, który chciałby zainwestować w nieaktywne od kilkunastu lat i nierentowne złoże Dębieńsko. Widać, że jest zainteresowanie prywatnych podmiotów, również z zagranicy, inwestycjami w sektor górnictwa – zauważa Jerzy Kurella.

Ze względu na szybki rozwój gospodarczy w Polsce zapotrzebowanie na energię będzie rosnąć skokowo. W tej chwili średnie zużycie energii wynosi ok. 3 560 kWh rocznie w przeliczeniu na mieszkańca, co stanowi 65 proc. unijnej średniej.

– Kilka dni temu zakończył się szczyt klimatyczny COP23 w Bonn, gdzie 20 państw – w tym Kanada, Francja, Belgia czy Wielka Brytania – zadeklarowało, że w najbliższych latach zamkną wszystkie swoje kopalnie. Paktu nie podpisały kraje rozwijające przemysł węglowy, jak Niemcy, USA, Chiny czy Indie. To pokazuje, że przemysł węglowy nadal ma rację bytu. W tym kontekście jestem przekonany, że istnieje szansa dla polskiego górnictwa, które będzie głównym dostawcą energetycznego dla elektrowni w Polsce – przewiduje Jerzy Kurella.

Dochody rolników znacznie niższe niż innych grup zawodowych. Brakuje młodych chętnych do przejmowania gospodarstw

Dochody rolników znacznie niższe niż innych grup zawodowych. Brakuje młodych chętnych do przejmowania gospodarstw 2

Po wejściu do Unii Europejskiej w polskim rolnictwie zaszły duże zmiany. Rosną dochody gospodarstw rolnych, poprawia się też jakość życia na wsi, co jest zauważalne np. w dostępie do infrastruktury. Wciąż jednak wiele obszarów wymaga modernizacji, a dochody rolników są niższe niż innych grup zawodowych. Problemem jest też zmiana pokoleniowa i założenia prawne dla rozwoju rolnictwa, o których eksperci z całego świata rozmawiali w trakcie ubiegłotygodniowej konferencji „Integracja europejska, jako determinanta polityki wiejskiej” na SGGW pod patronatem ministra Krzysztofa Jurgiela.

Tematem konferencji był rozwój rolnictwa, zwłaszcza w kontekście ekonomicznym i prawnym. Wzięli w niej udział eksperci z Polski, Włoch, Francji czy Niemiec. Organizatorem konferencji była Fundacja Programów Pomocy Dla Rolnictwa (FAPA), niezależna jednostka doradcza i wykonawcza dla resortu rolnictwa.

– Takie spotkania są bardzo potrzebne, bowiem działalność rolnicza stanowi fragment szerszego kontekstu działalności ekonomicznej. Okazję do spotkania mają nie tylko prawnicy agraryści, lecz także ekonomiści i przedstawiciele innych zawodów, którzy łącznie prowadzą działalność gospodarczą czy rolniczą mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Ángel Sánchez Hernández z hiszpańskiego Universidad de La Rioja.

Polska jest jednym z najbardziej rozwiniętych rolniczo państw UE. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego na koniec 2015 roku działalność prowadziło nieco ponad 1,4 mln gospodarstw, jednak ich liczba maleje nieprzerwanie od 2010 roku. Jedna trzecia (32 proc.) to średnie gospodarstwa o areale 2 do 5 ha, które przynoszą relatywnie niewielkie dochody. Niemal co czwarte (23 proc.) liczy pomiędzy 5 a 10 ha, natomiast największe gospodarstwa rolne powyżej 20 ha, które na ogół są dobrze wyposażone, profesjonalnie podchodzą do produkcji rolnej i przynoszą dobre dochody, stanowią niecałe 10 proc.

 Pomimo Wspólnej Polityki Rolnej dochody rolników w całej Unii są stosunkowo niskie. Brakuje młodych rolników chętnych do przejmowania gospodarstw, mamy zahamowany proces wymiany pokoleń, szczególnie w starej Europie. Jeżeli gospodarstwo jest duże, dobrze wyposażone i dochodowe, wtedy jeszcze młodzi chcą w nim zostawać, aczkolwiek w przyszłości też będą zmieniać zdanie – mówi dr Czesław Siekierski, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego.

Jak podaje GUS, w ubiegłym roku dochód rozporządzalny w gospodarstwach rolnych wzrósł o 11 proc. Natomiast średni dochód gospodarstw rolnych w przeliczeniu na 1 ha wyniósł 2577 zł i był znacznie wyższy niż jeszcze rok wcześniej (1975 zł w 2015 roku), co ma być efektem wzrostu produkcji globalnej wyższej dotacji z UE. Szacuje się, że obecnie 40–50 proc. dochodów rolników stanowią unijne dotacje.

– W Polsce jakość życia wyraźnie wzrosła po wejściu do Unii, kiedy otrzymaliśmy wsparcie w ramach WPR. Były to dopłaty bezpośrednie do hektara, a więc te środki dostały duże, średnie i małe gospodarstwa w zależności od wielkości. Ich wpływ był istotny, bo – szczególnie w małych gospodarstwach – część była przeznaczona na wsparcie bieżących potrzeb. Natomiast sektor ładnie się rozwija, o czym najlepiej świadczy wzrost poziomu eksportu i powszechna dostępność do żywności w Polsce – mówi dr Czesław Siekierski.

 Zmniejszył się dysparytet dochodów rolniczych w relacji do dochodów pozarolniczych. W 1990 roku dochody rolnicze sięgały 38 proc. dochodów pozarolniczych. Natomiast w tej chwili sięgają w Polsce 80–82 proc. Pojawia się jednak nowe zjawisko deprywacji rolników. Mimo że sytuacja się poprawia, rolnicy ciągle narzekają, ponieważ dynamika rozwoju gospodarczego, szczególnie poza rolnictwem, jest szybsza, rolnicy ciągle muszą nadganiać. Mimo że produkują więcej, lepiej, wydajniej, wciąż pozostają w dysparytecie w stosunku do innych zawodów – tłumaczy prof. dr hab. Andrzej Czyżewski, kierownik Katedry Makroekonomii i Gospodarki Żywnościowej z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Obecnie tylko dwa kraje, Czechy i Estonia, mają parytet dochodów rolniczych wyższy niż poza rolnictwem. W pozostałych sektor nie mógłby funkcjonować na rynkowych zasadach bez unijnego wsparcia i Wspólnej Polityki Rolnej.

 Wiele jeszcze przed nami, szczególnie jeśli chodzi o problem zagospodarowania ziemi, która nie jest użytkowana rolniczo, głównie w południowo-wschodniej Polsce. Tam gospodarstwa są rozdrobnione. Szacuje się, że 20–30 proc. ziemi jest nieużytkowanej w sposób właściwy dla potrzeb rolnictwa –mówi dr Czesław Siekierski.

– Problematyka rozwoju obszarów wiejskich pojawiła się na pewnym etapie rozwoju WPR. Wszystkie państwa członkowskie się nią zajmują. W niektórych, jak Włochy czy Szwajcaria, mówi się nawet, że istnieje prawo wiejskie. W tej konferencji biorą udział zarówno prawnicy, jak i ekonomiści. Uważam, że w zakresie problematyki rolnej czy rozwoju obszarów wiejskich powinni się wypowiadać przedstawiciele różnych dziedzin naukowych – mówi prof. dr hab. Roman Budzinowski, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Prawników Agrarystów.

W 2018 roku Polska będzie gospodarzem Światowego Kongresu Prawa Rolnego. Organizatorzy – Polskie Stowarzyszenie Prawników Agrarystów i włoskie Unione Mondiale degli Agraristi Universitari – szacują, że do Poznania może przyjechać ponad czterystu uczestników i ekspertów nauk rolnych z całego świata. Za dwa lata, również we wrześniu, odbędzie się w Polsce Europejski Kongres Prawa Rolnego.

 Te kongresy, światowy i europejski, to będzie milowy krok na drodze naszego rozwoju i internacjonalizacji badań. Prawo rolne, które odpowiada po części za bezpieczeństwo żywnościowe, czyli za dostęp każdego człowieka do zdrowej żywności, stanowi przedmiot zainteresowania wszystkich państw, w tym Polski i krajów UE. Jest zatem wspólna płaszczyzna do dyskusji – mówi prof. dr hab. Roman Budzinowski.

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe rewolucjonizują informatykę śledczą. Nowy system automatycznie wyśledzi źródło cyberataku

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe rewolucjonizują informatykę śledczą. Nowy system automatycznie wyśledzi źródło cyberataku 3

Coraz większa ilość danych cyfrowych powoduje większą potrzebę ich śledzenia, odzyskiwania lub analizowania. Wraz z liczbą danych przechowywanych w cyberprzestrzeni, rośnie także liczba cyberataków. To wyzwanie dla tych, którzy zajmują się śledzeniem poczynań cyberprzestępców. Informatyka śledcza wkracza w nową fazę. Stworzony przez amerykańskich naukowców system pozwoli cofnąć się w czasie, by dokładnie prześledzić, w jaki sposób cyberprzestępca złamał zabezpieczenia systemu.

Naukowcy z Georgia Institute of Technology we współpracy z amerykańskim departamentem obrony stworzyli system RAIN (Refinable Attack Investigation), określany jako pierwsze zautomatyzowane narzędzie informatyki śledczej. Oprogramowanie pozwala dokładnie prześledzić, w jaki sposób cyberprzestępca złamał zabezpieczenia, nawet jeśli zatarł on wszystkie ślady. RAIN w pełni automatycznie przeszukuje sieć w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń.

Naukowcy ułożyli zbierane przez narzędzie informacje w hierarchiczny sposób i zastosowali zróżnicowane metody automatycznej analizy danych, dzięki czemu nie wystąpią problemy z ograniczonym miejscem na przechowywanie logów – informacji, dotyczących niepożądanych zdarzeń czy błędów w systemie. W najgłębszej warstwie system potrafi wydobyć informacje na poziomie jednego bajta.

– Bez technologii niewiele moglibyśmy zrobić, przy tej liczbie danych możemy sobie wyobrazić, że gdybyśmy chcieli wydrukować wszystkie informacje zawarte na standardowym dysku, to mielibyśmy stos kartek A4 na kilkanaście kilometrów w górę. W związku z tym żaden człowiek nie jest w stanie przetworzyć takiej ilości informacji, dlatego niezbędna jest dzisiaj ta technologia – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sebastian Małycha, prezes zarządu firmy Mediarecovery.

Kolejnym przykładem zautomatyzowanych działań śledczych w cyberprzestrzeni są zaawansowane algorytmy portalu społecznościowego Facebook, który wykorzystuje systemy rozpoznawania i dopasowywania obrazów oraz uczenia maszynowego do wychwytywania postów związanych z terroryzmem. Wykorzystanie metod sztucznej inteligencji pozwala na zablokowanie nawet 99 proc. niepożądanych treści, zanim ktokolwiek je zobaczy lub oznaczy.

– Możemy wyśledzić, czyli przeanalizować, każdy rodzaj danych i uzyskać to, co nas interesuje, bez względu na to, czy jest to tekst, czy liczby w sensie numer PESEL, czy jest to kawałek obrazka, zdjęcie tablicy rejestracyjnej, czy są to jakieś warunki logiczne typu większy, mniejszy, równy itd. Od strony cyfrowej nie jesteśmy w żaden sposób ograniczeni – mówi ekspert.

Usługi informatyki śledczej są przeznaczone dla firm, które chcą udowodnić np. nielojalność pracownika, czy wynosi informacje z firmy, wysyła je na zewnątrz. Z usług skorzystać mogą także osoby prywatne, np. w poszukiwaniu dowodów zdrady przed postępowaniem rozwodowym. W Polsce informatyka śledcza wykorzystywana jest jednak przede wszystkim przez wymiar sprawiedliwości.

– Dostajemy konkretne postanowienie od prokuratora, w którym jest mowa: proszę sprawdzić, czy na dysku znajdują się treści związane z pornografią, skany dowodów osobistych, skany jakichś dokumentów, pełnomocnictw – wymienia Sebastian Małycha.

Na świecie rośnie zainteresowanie informatyką śledczą dla potrzeb organów ścigania. W listopadzie prezydent Donald Trump podpisał ustawę zatwierdzającą działalność Narodowego Instytutu Informatyki Śledczej (National Computer Forensics Institute). Urząd od 2008 roku na zlecenie amerykańskiego Secret Service i Alabama Office of Prosecution Services przeszkolił w zakresie informatyki śledczej niemal siedem tysięcy policjantów, prokuratorów i sędziów.

Europejski rynek informatyki śledczej był w ubiegłym roku warty 790 mln dol. Eksperci prognozują jednak jego błyskawiczny wzrost na średniorocznym poziomie 13,40 proc. Oznacza to, że do roku 2022 wartość tego rynku na samym tylko Starym Kontynencie wzrośnie do 1,66 mld dol.

Inwestowanie w młodą sztukę to istna loteria. Ale Polacy coraz chętniej podejmują to ryzyko

Eksperci ostrzegają przed lokowaniem kapitału w dziełach, zwłaszcza początkujących i szerzej nieznanych autorów. Tymczasem, wg raportu Artinfo.pl, w ub. roku wartość tego typu transakcji wyniosła w sumie 7,7 mln zł. Z kolei tylko w I półroczu br. aukcje przyniosły 4,2 mln zł. To pozwala przewidywać kolejny wzrost. Nabywców przyciągają niskie ceny wywoławcze i perspektywa zysku. Czasem zdarza się, że prace zakupione 4-5 lat temu z powodzeniem sprzedaje się nawet o 200% drożej. Jednak w praktyce nie jest to takie proste. Na ewentualny zarobek, w długoterminowej perspektywie, składa się wiele czynników. Generalnie rynek sztuki jest najmniej przejrzysty i najbardziej nieprzewidywalny ze wszystkich. Poznanie go wymaga dużo większego zaangażowania, niż np. inwestowanie w nieruchomości.

Rosnący popyt

W 2016 roku przeprowadzono 96 aukcji młodej sztuki, a w I półroczu br. – aż 56. Zgodnie z prognozami ekspertów, w całym 2017 roku ich liczba ma przekroczyć 120. Z obserwacji Artura Dumanowskiego z Domu Aukcyjnego Desa Unicum wynika, że zainteresowanie dziełami początkujących artystów sukcesywnie rośnie od kilku lat. Można je licytować już od 500 zł, więc bariera cenowa praktycznie nie istnieje. Właśnie dlatego Polacy decydują się na inwestowanie w prace debiutantów. Coraz częściej pojawiają się też aukcje z cenami wywoławczymi w wysokości 1000 zł. Generalnie obiekty autorstwa mało znanych twórców są tanie, ale w ciągu kilku lat mogą zyskać na wartości.

– W latach 2008-2010 aukcjami młodej sztuki zajmowało się tylko kilka domów aukcyjnych i galerii. Z czasem tego typu inicjatyw zaczęło przybywać, a obecnie jest już ich naprawdę dużo. Właściwie co chwilę zakładany jest nowy dom aukcyjny, skoncentrowany wokół młodej sztuki. Nawet, będąc w branży, trudno jest wiedzieć o wszystkich. W związku z tym, 2017 rok na pewno przebije 2016 pod względem obrotów – mówi Dilan Abdulla z Sopockiego Domu Aukcyjnego.

W ub. roku obrót na aukcjach młodej sztuki tylko w Desa Unicum wyniósł niemal 2,5 mln zł. Jedną z najdroższych prac okazała się „Dziewczynka z lalką” Katarzyny Słowiańskiej-Kucz, sprzedana za 17,7 tys. zł. To było ponad 35 razy więcej w stosunku do ceny wywoławczej. Jak wyjaśnia Artur Dumanowski, młoda sztuka, po współczesnej, jest obecnie drugim najdynamiczniej rozwijającym się segmentem rynku. Jeszcze kilka lat temu nikt nie był gotowy płacić tak dużo za prace początkujących artystów. Wszystko wskazuje na to, że ich wartość nadal będzie rosła. W ocenie eksperta, coraz więcej osób może pozwolić sobie na odwiedzanie aukcji młodej sztuki.

Ile można zarobić?

– Nastawienie na szybki zarobek, w przypadku inwestowania w młodą sztukę, jest skazane na porażkę. Dzieła artystów o ugruntowanej pozycji na rynku często przynoszą zwrot po kilku latach. Natomiast zakup prac debiutantów to istna loteria. Oczywiście są młodzi stażem twórcy, którzy zwrócili już na siebie uwagę mecenasów i znaleźli się np. w ścisłej czołówce rankingu Kompas Sztuki. Na pracach artystów umieszczanych na tego typu listach można zarobić więcej, bo ich ceny są z reguły wyższe. Docenieni autorzy są zwyczajnie pewniejsi dla inwestorów – zaznacza Artur Kaliński, artysta, performer i doradca ds. inwestowania w młodą sztukę.

Dilan Abdulla podkreśla, że nabywane obecnie dzieła debiutujących artystów mogą przynieść zyski nie nam, lecz naszym dzieciom czy wnukom. Wprawdzie zdarza się, że obiekty kupione 4-5 lat temu da się teraz sprzedać, zyskując nawet 200%. Ale nie jest to regułą i dotyczy prac garstki najbardziej aktywnych twórców. Jeżeli dany artysta bierze udział w wystawach oraz konkursach w kraju i zagranicą, to istnieje duża szansa na to, że jego prace z czasem zdobędą wysokie noty. Analizę w tym zakresie może przeprowadzić doświadczony specjalista. Ekspert zaznacza też, że młoda sztuka to jest zupełnie inny rynek, niż np. nieruchomości. Poznanie jego specyfiki wymaga dużego zaangażowania, m.in. oglądania wystaw. W praktyce trudno to osiągnąć bez prawdziwej pasji.

– Chcąc zarobić na młodej sztuce, trzeba obserwować rynek. Najlepiej zacząć od zapoznania się z prasą związaną ze sztuką i śledzenia wyników aukcyjnych z ostatnich lat na portalach internetowych. Z pewnością należy oglądać wystawy i czytać profesjonalną literaturę. Nie da się określić, po jakim czasie nabędziemy odpowiednich umiejętności do rozsądnego inwestowania w młodą sztukę i ile zarobimy. Niektórym osobom przychodzi taki sukces bardzo szybko, innym nigdy to się nie udaje. To indywidualna kwestia. W tym biznesie przede wszystkim liczy się posiadanie wrażliwości artystycznej. Nie mając jej, można zatrudnić specjalistę – podpowiada Mariusz Szewczyk z Domu Aukcyjnego Rempex.

Z kolei Artur Dumanowski stwierdza, że trudno jest z góry oszacować wartość prac artysty, który dopiero wchodzi na rynek. Sam przebieg licytacji potwierdza, że jest co najmniej dwóch zainteresowanych danym dziełem. Dlatego to aukcje niejako wskazują przyszłe notowania, zwłaszcza jeśli wciąż pojawia się na nich twórczość tego samego autorstwa i osiąga coraz wyższe ceny.

– Od dłuższego czasu zauważam, że inwestorzy różnego kalibru analizują rynek młodej sztuki. Uważnie obserwują i kupują dzieła, które uznają za tzw. pewniaki przyszłego zarobku. W praktyce efektywne inwestowanie wymaga nie tylko stałego odwiedzania domów aukcyjnych i galerii, ale również śledzenia indywidualnych zbiorów i wystaw. Warto też rozmawiać z artystami i odwiedzać ich w pracowniach. Wbrew pozorom, nie jest trudno do nich bezpośrednio dotrzeć – wyjaśnia Artur Kaliński.

Korzystając z porad Dilana Abdulli, przed przystąpieniem do jakichkolwiek zakupów inwestycyjnych trzeba sprawdzić, które domy aukcyjne mają najlepszą renomę i co konkretnie oferują. Należy zapoznać się z harmonogramem aukcji młodej sztuki i być na bieżąco z wynikami licytacji. Warto też oglądać na żywo aukcje i poznawać twórczość interesujących nas artystów. Takie analizowanie rynku oczywiście wymaga wielu godzin, ale powinno odpowiednio zaprocentować.

– Odpowiedzi na pytania, czyje prace, za ile kupić i kiedy sprzedać, nie są tak oczywiste, jak niektórym się wydaje. Gdyby tak było, to mielibyśmy samych milionerów. Generalnie rynek sztuki jest najmniej przejrzysty i najbardziej nieprzewidywalny ze wszystkich. Szwajcarski bank UBS, w ramach usługi art banking, swoim ekskluzywnym klientom podaje tylko aktualną cenę rynką oferowanego dzieła – ostrzega Kama Zboralska, inicjatorka prestiżowych rankingów polskich artystów współczesnych, Kompas Sztuki i Kompas Młodej Sztuki.

Kogo i co kupować?

W opinii Joanny Dziewulskiej z Domu Aukcyjnego Agra-Art, dzieła dawnych mistrzów, powstałe przed 1945 rokiem, są najstabilniejszą formą inwestowania w sztukę. W miarę bezpieczny może być zakup prac klasyków współczesności, np. Kantora, Stażewskiego, Wróblewskiego, Fangora, Gierowskiego czy Tarasina. Natomiast świadome inwestowanie w dzieła debiutantów wymaga sporej umiejętności przewidywania, dużego doświadczenia i wiedzy, która nie jest powszechnie dostępna.

– Obecnie do najciekawszych artystów polskiej młodej sztuki należą: Adam Wątor, Sonia Ruciak, Aleksandra Kowalczyk, Patrycja Nurkan, Agata Krutul, Grzegorz Klimek i Andrzej Sobiepan. To właśnie ich prace cieszą się największym zainteresowaniem na aukcjach. Dlatego kariery tych twórców warto uważnie obserwować. Ich sukcesy na pewno wynikają z prowadzonej działalności artystycznej. Stale się rozwijają. Są autorami kolejnych wystaw i ich twórczość trafia do szerszego grona odbiorców – wskazuje Artur Dumanowski.

Jak zaznacza ekspert z Sopockiego Domu Aukcyjnego, już teraz jest grono artystów, których prace osiągają wysokie ceny na aukcjach. Można ich odszukać, śledząc rankingi najwyższych transakcji na rynku. Ale nawet, jeśli dany twórca osiąga wysokie wyniki, to nie oznacza, że w dłuższej perspektywie zakup jego obrazu będzie trafioną inwestycją. Warto więc zachować ostrożność, korzystać z rad specjalistów i kierować się własną intuicją. Najatrakcyjniejsze oferty generują ponad połowę łącznych przychodów na rynku. Dlatego najlepiej jest szukać firm aukcyjnych, które mają dobre wyniki w klasyfikacjach, a tym samym dostęp do prac najbardziej obiecujących artystów.

– Każdy zakup warto skonsultować z ekspertem, ale on też nie zagwarantuje zarobku na konkretnym obiekcie w określonym terminie. Jeżeli nabędziemy dzieło pochodzące z dobrego okresu twórczego uznanego już artysty i nie przepłacimy, to raczej nie powinniśmy stracić. Ewentualny zysk może zweryfikować tylko czas – podkreśla Kama Zboralska.

W I połowie 2017 roku aż 84% wszystkich obiektów wylicytowanych na aukcjach w Polsce stanowiło malarstwo. Dlatego ta gałąź sztuki jest uznawana przez ekspertów rynkowych za najbardziej przyszłościową. Co więcej, 53%, sprzedanych na rynku obrazów odbyło się na aukcjach młodej sztuki. Średnia wylicytowana cena wynosiła 1506 zł, więc nie była bagatelną kwotą. Natomiast, jak pokazuje raport portalu Atrinfo.pl, wiele obrazów sprzedano taniej, bo za 800-1000 zł.

– Na polskich aukcjach młodej sztuki ceny obrazów niejednokrotnie są zawrotne w stosunku do wywoławczych 500 zł. Często mają one niewiele wspólnego z potocznym rozumieniem piękna. A jednak kupujący widzą w nich coś więcej, niż ozdobę salonu czy gabinetu. Natomiast na świecie coraz większym uznaniem cieszą się instalacje, dzieła sztuki performatywnej lub streetartu. W Polsce jest to słabo widoczne. Ale, w mojej ocenie, to tylko kwestia czasu, kiedy inwestorzy dostrzegą, że właśnie w tych niszach leży dodatkowy potencjał dla generowania przyszłego zysku – przewiduje Artur Kaliński.

Ponadto, Dilan Abdulla zauważa, że na rynku rośnie zainteresowanie rzeźbą, więc zakup takich prac może również zaprocentować. Oczywiście tak, jak w przypadku każdego obiektu młodej sztuki, zarobek wymaga czasu. Trzeba zachować ostrożność i pamiętać, że obrazy zawsze najlepiej się sprzedają, z praktycznych względów. Ciężkie, masywne i duże rzeźby trudniej znajdują miejsca w domach kolekcjonerów, niż malarstwo. Natomiast plakaty, grafiki, czy rysunki są tańsze, ale zyski z nich mogą być niższe. Dodatkowo prace na papierze są bardziej podatne na upływający czas i ich przechowywanie jest bardziej skomplikowane.

Marketingowe pułapki?

– Trzeba mieć świadomość tego, że młoda sztuka jest najbardziej narażona na działania spekulacyjne ze wszystkich segmentów tego rynku. Charakteryzuje się ogromną różnorodnością, przez co łatwiej jest galernikom wykreować wartość prac nieznanego artysty. Na rynku zauważalny jest też okresowy koniunkturalizm. Największe spadki cen odnotowuje się we wrześniu i w październiku. Jest to więc idealny moment na kupowanie. Z kolei, najpoważniejsze podwyżki przypadają na koniec roku i wtedy właśnie opłaca się sprzedawać obiekty artystyczne. Ale, jak to ze sztuką bywa, to też nie jest regułą – tłumaczy Artur Kaliński.

Specjalista z Domu Aukcyjnego Rempex uważa, że rynek sztuki, jak każdy inny, jest poddawany działaniom manipulacyjnym i marketingowym. To stwarza dodatkowe ryzyko dla kupujących. Oczywiście zdarza się, że artysta o wątpliwym talencie i warsztacie ma dobry marketing. Dlatego, ekspert zaleca, aby porównywać ze sobą ceny dzieł interesującego nas twórcy w różnych domach aukcyjnych. Jeżeli dany autor współpracuje tylko z jednym z nich, to może być informacją na temat jego faktycznej aktywności. Ale nie należy go od razu skreślać. Prace takiej osoby mogą być też sprzedawane na rynku wtórnym. I to również warto zweryfikować.

– Nie da się ukryć, że domy aukcyjne i galerie nie zajmują się sprzedażą dzieł sztuki charytatywnie. Jednak nie należy tego demonizować. Działania marketingowe oczywiście są prowadzone, ale ich zakres jest zdecydowanie mniej nachalny, niż w wypadku innych rynków. Tak, jak w przypadku każdej inwestycji, trzeba mieć otwarty umysł i słuchać tego, co mówią eksperci. Warto również kierować się własną wiedzą i intuicją, a także liczyć na odrobinę szczęścia – stwierdza Dilan Abdulla.

Jak podsumowuje Artur Dumanowski, na rynku sztuki dużą rolę odgrywają kuratorzy i instytucje. Inwestorzy są gotowi płacić więcej za prace artystów, które były wystawiane np. w galeriach. Dobrym przykładem jest twórczość Władysława Hasiora. Przez lata był artystą zapomnianym, aż w 2013 roku zaprezentowano jego dzieła na największych na świecie targach sztuki ArtBasel. Tam okazały się sensacją. Zaledwie 2 lata później jego „Popiersie” zostało sprzedane za ponad pół mln zł, przy cenie wywoławczej 130 tys. zł. W 2014 roku odbyła się głośna monograficzna wystawa jego prac w MOCAK-u. Wystawiany na niej „Ochotnik” niedługo potem był sprzedany za 141 tys. zł. A jeszcze dekadę temu ceny dzieł tego artysty oscylowały wokół 5-10 tys. zł.

Nowe regulacje Federalnej Komisji Łączności USA dotyczące kontroli Internetu

Federalna Komisja Łączności Stanów Zjednoczonych przygotowała nowe regulacje, które dotyczą kontroli nad Internetem. Cele są szczytne – chodzi o to, aby pozbawić kontroli aparat państwowy, a przekazać ją w ręce firm telekomunikacyjnych będących dostawcami Internetu dla użytkowników. Zmiany budzą sprzeciw sprzedawców i producentów kontentu, czyli treści internetowych – dużych firm, jak np. Netflix. Dostawcy usług internetowych są też dostawcami treści. Swoje programy mogą więc sprzedawać taniej, niż programy konkurencji. Taka sytuacja może skończyć się dużym konfliktem w Stanach Zjednoczonych.

– Jest drugie dno tej decyzji. Kryją się za nią interesy różnych sił i lobbystów. Zwykle w takich sytuacjach ofiarą jest użytkownik. Według tej propozycji firmy mają zyskać kontrolę nad dostawą Internetu. Będą mogły decydować, które kanały powinny dostać szybsze łącza, a które zostaną wolniejsze lub odłączone – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – W świetle amerykańskiego prawa to niedopuszczalne, ponieważ Internet jest uznawany za dobro wspólne, tak jak np. prąd. Tak, jak inne media ma on być dostępny dla wszystkich bez ograniczeń. Z jednej strony będą firmy telekomunikacyjne i sympatyzująca z tym rozwiązaniem Federalna Komisja Łączności, a z drugiej – tuzy jak Google, Facebook i inne firmy dostarczające treści internetowe. Gdyby projekt ten przeszedł, stworzyłby pewien bardzo groźny precedens – zarządzanie bardzo ważnymi dla życia codziennego dobrami wspólnymi oddaje się w ręce komercyjnych firm. Zwykle była to domena zastrzeżona dla władz państwowych, czy międzynarodowych. Kontrola podmiotów prywatnych byłaby znacznie trudniejsza niż nadzorowanie aparatu państwowego – ocenił Arendarski.

XVIII edycja Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL

grafika do podstawowej informacji tekstowejPrzed nami XVIII edycja Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL, która odbędzie się w dniach 29-30 stycznia 2018 r.  w Warszawie Hotelu Marriott. Patronem Medialnym Kongresu jest CEO Magazyn Polska. Temat przewodni tegorocznego Kongresu brzmi:

„Rok 2018: Perspektywy rozwoju polskiej energetyki”

Rok 2018 jest dla polskich wytwórców i dostawców energii czasem intensywnych zmian związanych zarówno z otoczeniem legislacyjnym, optymalizacją procesów wytwarzania, zapewnieniem bezpieczeństwa operacyjnego spółek strategicznych, przygotowaniem nowych inwestycji jak i nowymi priorytetami rządowej polityki energetycznej. Przyjęta panelowa formuła Kongresu połączona z wystąpieniami przedstawicieli największych w kraju przedsiębiorstw energetycznych, najważniejszych organizacji branżowych, środowisk akademickich i przedstawicieli biznesu stwarza szansę na wszechstronne przeanalizowanie strategii polskich spółek energetycznych oraz zmian zachodzących na rynku. W tym gronie chcemy poruszyć kwestie kondycji sektora elektroenergetycznego i gazowego, perspektyw dla rozwoju elektromobilności i kogeneracji, budowania rynku mocy, a także coraz silniejszego wpływu legislacji i sytuacji międzynarodowej na bezpieczeństwo energetyczne.

Szczegółowe informacje na temat Kongresu: www.powerpol.pl.

Konfliktowy współpracownik. Oto 8 zdań, które pozwolą uniknąć sporów w pracy

Spór w pracy można uciąć jednym zdaniem. Ważne, aby wypowiedzieć je z pewnością, z jednej strony – pokazując niezadowolenie z zachowania współpracownika, z drugiej – dając mu szansę na zmianę sposobu komunikacji.

Awanturnik w zespole. Kto choć raz pracował z taką osobą, wie, że bardzo ważna jest odpowiednia reakcja na kłótliwego współpracownika. Błędem jest wchodzenie w niepotrzebne słowne utarczki. Jeszcze gorzej, gdy lubiąca kłótnie osoba zobaczy, że kolega z pracy się denerwuje i nie potrafi bronić. Siedzenie cicho również nie pomoże, gdyż podnosi ryzyko, że współpracownik będzie wygłaszał nieprzyjemny monolog nad naszą głową.

Tymczasem na kłótliwą osobę jest sposób, w zasadzie nie jeden. Uciąć zbędną dyskusję. Choć propozycje odpowiedzi mogą wydawać się „mocne”, pamiętajmy, że naszym przeciwnikiem jest współpracownik, dla którego awantury są codziennością. Psychologowie, który uczą, jak sobie radzić z gniewnymi ludźmi, podkreślają, że musimy pokazać im asertywność, siłę i w ten sposób zakomunikować, że wymagamy szacunku. Ważne jest to, aby zdań nie wypowiadać agresywnie, ale ze spokojem.

Oto osiem sformułowań polecanych przez serwis rekrutacyjny MonsterPolska.pl, które warto wykorzystać wobec konfliktowych współpracowników:

  1. „Posłuchaj. Nie kłóćmy się”.
    Krótkie stwierdzenie, bez poszukiwania okrężnej drogi, potrafi zastopować przeciwnika. Niektórzy wręcz nieświadomie prowadzą do kłótni, gdyż jest to jedyny sposób komunikacji, jaki znają. Dlatego wyrażenie swoich oczekiwań jest bardzo ważne – podkreśla Joanna Żukowska z MonsterPolska.pl.
  2. „Proponuję zakończyć ten spór i wspólnie rozwiązać problem. Możemy?”
    To zdanie idealne na osoby, które mają w zwyczaju „szukać zaczepki”, podkręcać konflikt, zarzucać oskarżeniami i nie próbować w dyskusji iść krok do przodu. Powiedzenie wprost takiej osobie, że dyskusja jest bezowocna, zabiera cenny czas zespołowi i nic nie wnosi, działa często onieśmielająco.
    Poza tym „mąciciel” nie będzie chciał uchodzić za osobę, która nie ma do zaoferowania konstruktywnego rozwiązania z sytuacji. Można się spodziewać, że zmieni sposób rozmowy o 180 stopni. Pytanie „możemy?” ułatwi dalszą rozmowę i pozwoli na wyjście z impasu.

    3. „Cenię cię jako pracownika, ale jest mi przykro, gdy krzyczysz. Możemy porozmawiać?”
    Połączenie pozytywnego komunikatu i prośby sprawia, że do rozmówcy dociera przekaz, iż nie wypada się kłócić. Warto mówić o swoich emocjach i tym, że jest nam przykro – mówi Żukowska.

Autor książki „Inteligentny sposób radzenia sobie z głupimi uwagami i docinkami” B. Berkchan podkreśla, że komplement jest jedną ze skutecznych strategii samoobrony, dlatego zdanie mówiące o naszych oczekiwaniach, możemy poprzedzić zdaniem podkreślającym atut danej osoby. Mówienie bez ogródek – to żelazna zasada obrony przed agresywnymi ludźmi.

  1. „Próbujesz wejść ze mną w spór już trzeci raz w tym tygodniu. Zróbmy przerwę i wróćmy do tej rozmowy za kwadrans, dobrze?”.
    Informowanie i wyznaczenie reguł – to według Berkchana, skuteczny sposób komunikowania się z trudnymi przeciwnikami. Wypowiedzenie tych słów ze spokojem, ale jednocześnie z pełnym przekonaniem o ich słuszności, zaniepokoi osobę, która wszczyna konflikty. Raz – zda sobie sprawę, że współpracownicy odnotowują takie zachowania, dwa – usłyszy, że koledzy z pracy życzą sobie zmiany. Osoba, niejako przyłapana na gorącym uczynku, będzie się chciała z tego wywinąć. Jest spora szansa, że następnym razem powstrzyma awanturnicze zapędy.
  2. „Przyjdź do mnie proszę, jak będziesz chciał/a porozmawiać na spokojnie”.
    Musimy obudzić w sobie asertywność i nauczyć się stawiać innym granice, zwłaszcza gdy chętnie je łamią. Pamiętajmy, że w pracy możemy wymagać szacunku.

    6. „Rozumiem, że skoro krzyczysz, masz lepsze rozwiązanie dla zespołu. Słuchamy”.
    Zdaniem doktor Lilian Glass, znanej w USA specjalistki w dziedzinie komunikacji międzyludzkiej odważna postawa jest jedną ze skutecznych metod obrony przed toksyczną osobą. Mogą jej użyć w pracy pewne siebie osoby, które nie będą borykać się w kolejnych tygodniach z wyrzutami sumienia. Wezwanie firmowego „krzykacza” do odpowiedzi zdziała cuda. Warto bowiem pamiętać, że niektórzy współpracownicy chętnie się awanturują, ale nie potrafią zaproponować korzystnych dla wszystkich rozwiązań.
    Przyłapanie ich na gorącym uczynku w pracy, działa bezwzględnie. Taka osoba momentalnie się wycofuje i pilnuje się w przyszłości.

  3. „A gdzie dzień dobry, uśmiech na powitanie? Trzeba dbać o relacje w pracy”.
    Żartobliwie wypowiedziane zdanie do wchodzącej i już naburmuszonej osoby z zespołu może jej dać do myślenia, że koledzy z działu są wprawnymi obserwatorami. A skoro niepoprawne i niekoleżeńskie zachowanie widzą koledzy, to sygnał, że najpewniej widzi to także szef. W efekcie współpracownikowi może zapalić się lampka ostrzegawcza, że o relacje w zespole trzeba dbać – radzi Żukowska z MonsterPolska.pl.

    8. „Stawiam na półce puszkę. Kto niemiło będzie odzywał się do kolegów z zespołu lub użyje przekleństw, wpłaca złotówkę”.
    Takie zbiórki prowadzone są w niejednym biurze, w którym zwłaszcza szefowi zależy na utrzymaniu wysokiego poziomu w komunikacji między zespołem. Wprowadzenie tej zasady jest też jasnym odgórnym komunikatem, że firma nie toleruje kłótliwych współpracowników.

Sposobów na trudnych współpracowników jest kilka. Czasem warto użyć żartu, a czasem trzeba posłużyć się chłodnym komunikatem i obudzić w sobie asertywność. Najważniejsze to jednak nie dać się zdominować przez współpracownika i walczyć o poziom rozmowy w pracy.

Na giełdach Trump, wśród walut BREXIT

Początki tygodnia na rynkach finansowych bywają niezbyt emocjonujące. Tym razem jednak było nieco inaczej, bowiem główną gwiazdą poniedziałkowego zamieszania stał się funt szterling (-0,2 proc.) będący zakładnikiem potencjalnego przełomu na linii Bruksela-Londyn. Apetyt na osiągnięcie konsensusu w sprawie BREXIT-u wyraźnie narzucił Philippe Lamberts, belijski europoseł z ramienia Zielonych, który po rozmowie z Michelem Barnierem, głównym negocjatorem po stronie UE, dał nadzieję na rychły konsensus. Pobożne oczekiwania uczestników rynku przekreśliły nagłówki BBC wskazujące na fiasko dzisiejszych rozmów.

Dzisiejszej sile amerykańskiego dolara najsilniej próbował się oprzeć jego kanadyjski odpowiednik (-0,1 proc.) – obecnie obserwuje się próbę utrzymania przez USD/CAD poniżej psychologicznego poziomu 1,2700. Nieco mniej udaną sesję notuje euro (-0,4 proc.), które nie mogło liczyć na napływ danych istotnie warunkujących rynkowy sentyment. Na dnie koszyka walut G10 znajdują się szwajcarski frank (-1,0 proc.) oraz szwedzka korona (-0,9 proc.). Przetasowania na rynku ropy naftowej istotnie uderzają w siłę korony szwedzkiej (-0,5 proc.), która wypycha parę USD/NOK w okolicę poziomu 8,3300.

Poniedziałkowe dane zza oceanu zyskały w opinii inwestorów drugorzędne znaczenie. Dzisiejsza sesja przyniosła potwierdzenie plotek odnośnie wyboru Thomasa Barkina, menedżera wyższego szczebla w McKinsey, na stanowisko przewodniczącego oddziału Fed w Richmond. Dolar nie znalazł się pod presją powyższej decyzji, bowiem rynek spodziewa się podtrzymania przez Barkina dość jastrzębiego wydźwięku charakterystycznego dla jego poprzedników. W cieniu komunikatu znalazła się solidna rewizja październikowych zamówień fabrycznych, którym towarzyszyły wyższe zamówienia na dobra kapitałowe spoza sektora obronnego oraz lotniczego dają nadzieję na budowę oczekiwań w zakresie bardziej pokaźnego tempa wzrostu w ostatnim kwartale. Przy obecnej kalibracji modelu nowcastowego spodziewamy się, że amerykańska gospodarka zakończy rok z zannualizowaną dynamiką PKB na poziomie 3,7 proc.

Przyjęcie przez amerykański Senat ustawy o reformie podatkowej istotnie wpłynęło na nastroje na europejskich parkietach. We Frankfurcie miano lidera zyskał Fresenius (4,4 proc.) będący jednym z największych beneficjentów zmian administracji Donalda Trumpa. Wśród komponentów indeksu DAX (1,5 proc.) wzrostowych nastrojów jedynie nie podzielił Infineon (-0,7 proc.), który znalazł się pod presją niezbyt pozytywnych nastrojów wśród spółek technologicznych. W Londynie najbardziej pokaźną zwyżkę odnotował Carnival (3,5 proc.), aczkolwiek miano gwiazdy sesji zyskał Sky (2,8 proc.) za sprawą negocjacji Walta Disneya w sprawie przejęcia istotnej części aktywów 21st Century Fox. Możliwość bardziej pokaźnej zwyżki indeksu FTSE 100 (0,5 proc.) ograniczyły spółki z sektora wydobywczego. Dzisiejszą przecenę Randgold Resources (-1,2 proc.) skutecznie ograniczyła pomyślna nota RBC, w której założono utrzymanie wskaźników na poziomach typowych dla branży.

Przy Książęcej swoje pięć minut miała Jastrzębska Spółka Węglowa (6,1 proc.) za sprawą rekomendacji kupna wydanej przez Haitong (cena docelowa: 114,27 PLN, obecnie: 95,92 PLN). Dość wysoko znalazły się również walory Alior Banku oraz Orange Polska, które od piątkowego zamknięcia zyskały aż 4,0 proc. Potencjalne wzrosty indeksu WIG 20 (0,6 proc.) najsilniej ograniczało LPP (-1,4 proc.) raportujące w trakcie piątkowej sesji roczny wzrost sprzedaży na poziomie 24 proc. przy jednoczesnym spadku marży do 59 proc. Na dole stawki znalazł się również PKO Bank Polski, którego inwestorzy stopniowo realizują październikowe oraz listopadowe zyski.

Na rynku surowców energetycznych w wyraźnym odwrocie znajdują się styczniowe kontrakty na gaz ziemny, których 3,1 proc. przecena okrywa niezbyt udaną sesję w wykonaniu ropy. Obecnie za baryłkę West Texas Intermediate należy zapłacić 57,60 USD, tj. 1,2 proc. mniej względem poziomów z piątkowego zamknięcia. W odwrocie znajdują się również metale szlachetne. Najbardziej pokaźny ruch w stronę południa ma za sobą pallad (-2,2 proc.), który próbuje dystansować się od przeceny platyny (-1,5 proc.) oraz srebra (-0,8 proc.). W przypadku złota (-0,5 proc.) należy mówić o nieco skromniejszym ruchu, bowiem za uncję żółtego kruszcu należy obecnie zapłacić 1 274 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Bandera, własność oraz czarterowanie – jak zarządzać jachtem? (PODATKI)

Dzięki właściwej strukturze zarządzania jachtem można wykorzystać jednocześnie zalety kilku różnych jurysdykcji. Zarządzanie takim aktywem jak jacht nie jest proste – przede wszystkim z uwagi na to, że nieraz wymaga wykorzystania licznych jurysdykcji. Dlatego niektórzy doradcy żeglarscy decydują się wybrać jedną jurysdykcję, za pośrednictwem której można zarządzać danym jachtem. Z kolei inni doradcy są po prostu nieświadomi tego, że możliwy jest model posiadania jachtu oparty na wielu jurysdykcjach – skutek jest ten sam.

Branża jachtów jest wyraźnie skoncentrowana wokół Morza Śródziemnego. Nic więc dziwnego, że Europa wiedzie prym w budowie jachtów i posiada ok. 80% udziałów w rynku. Nie należy jednak zapominać o państwach należących do Gulf Cooperation Council, które wprowadziły lub wprowadzają podatki podobne do podatku VAT.

Utworzenie odpowiedniej struktury własności dla jachtów jako punkt wyjścia

Kiedy osoba fizyczna rozważa posiadanie i zarządzanie aktywem tak złożonym i cennym jak jacht, powinna dążyć do ustanowienia odpowiedniej struktury własności dla jachtu. Jej ustanowienie przynosi bowiem takie korzyści jak segregacja aktywów i ograniczenie odpowiedzialności czy korzyści podatkowe.

Między innymi z powyższych względów opracowanie struktury własności jachtu jest bardzo ważne. Należy wziąć to pod uwagę nie tylko przy zakupie nowego jachtu, ale i już w trakcie zarządzania nim – żadna struktura nie może być idealna przez długie lata, gdy przepisy dynamicznie się zmieniają.

Bandera, własność oraz czarterowanie jachtu

Przed zakupem nowego jachtu należy wybrać odpowiednią jurysdykcję, z której można zarządzać jachtem, w której można mieć jacht oraz go zarejestrować. Wiele osób zakłada, że musi wybrać tylko jedną jurysdykcję. Tak jednak nie jest. W istocie wybranie jednej jurysdykcji może poważnie ograniczyć możliwości działania jako właściciela lub menedżera. Idealna struktura może wykorzystywać nawet trzy odrębne jurysdykcje.

Zacznijmy od wyjaśnienia, co rozumiemy przez jurysdykcję bandery, własności i czarterowania:

  • jurysdykcja bandery: kraj, zgodnie z którego przepisami jacht jest zarejestrowany oraz który ma obowiązek egzekwowania przestrzegania przepisów;
  • jurysdykcja własności: kraj, w którym struktura własności (spółka) jest zarejestrowana lub gdzie struktura własności (spółka) utrzymuje główne miejsce prowadzenia działalności;
  • jurysdykcja czarterowania: kraj, z którego jacht będzie zarządzany, czyli wyczarterowany lub wynajmowany, lub gdzie będzie jego miejsce do cumowania.

Wybór najlepszej jurysdykcji

Przed podjęciem decyzji o zakupie jachtu należy zadać sobie trzy pytania: dlaczego kupuję ten jacht, gdzie chcę na nim pływać i jaką mogę mieć pewność, że zarządzam tym luksusowym dobrem w najbezpieczniejszy i najbardziej efektywny sposób?

Odpowiedzi na te pytania pozwolą usprawnić i uporządkować złożoną kwestię własności jachtów.

Pytanie: dlaczego kupuję jacht?

Priorytetem powinno być ustalenie faktycznego przeznaczenia jachtu – należy zdecydować, czy jacht ma być używany prywatnie czy komercyjnie.

Jeżeli osoba fizyczna chciałaby zakupić jacht na własny użytek, to należałoby w pierwszej kolejności rozważyć jej miejsce zamieszkania i miejsce, w którym zamierza korzystać z jachtu przy wprowadzaniu odpowiedniej struktury własności.

Jeśli właściciel statku chciałby komercyjnie wykorzystać jacht, tak aby był on dostępny do czarteru, pojawiają się pytania: gdzie właściciel zamierza udostępnić jacht do czarteru? Kim będą potencjalni użytkownicy statku? Jakiej będą narodowości? Odpowiedzi na te pytania umożliwią właścicielowi stworzenie wydajnej struktury własności.

Należy pamiętać, że VAT UE może obejmować jacht niezależnie od ostatecznego właściciela rzeczywistego i jego bandery, ponieważ będzie on zależał od tego, gdzie jacht jest fizycznie zlokalizowany, a w przypadku jachtu „komercyjnego” – gdzie jest wyczarterowany.

Lokalizacja: gdzie znajduje się jacht?

Niezwykle ważne jest również to, czy jacht będzie zlokalizowany na wodach UE, czy też nie. Zarówno miejsce zamieszkania ostatecznego beneficjenta rzeczywistego, jak i miejsce, gdzie ostateczny właściciel rzeczywisty będzie jacht udostępniał do czarteru, będą wpływały na tę decyzję.

W przypadku stwierdzenia, że jacht ma być używany na europejskich wodach terytorialnych, opodatkowanie VAT zawsze będzie jednym z najważniejszych czynników, które należy wziąć pod uwagę przy ustanawianiu i zarządzaniu strukturą jachtu. Unijne przepisy dotyczące VAT, choć teoretycznie powinny być zharmonizowane w całej UE, są różnie stosowane w państwach członkowskich. W skrajnych przypadkach powoduje to, że różne interpretacje przepisów unijnych pojawiają się w dwóch portach w tym samym kraju. Ponadto niektóre państwa członkowskie zmieniają swoją politykę i interpretację przepisów VAT i unijnego kodeksu celnego w zależności od… sezonu.

Bandera: jaka bandera jest najlepsza?

Wszystkie powyższe rozważania mogą wpływać na wybór bandery jachtu, jednak nie musi to oznaczać, że państwo bandery powinno być tożsame z państwem prowadzenia działalności lub jurysdykcją własności, a nawet rejestracji podatkowej.

Państwo bandery jest to państwo, zgodnie z którego prawem jacht jest zarejestrowany lub posiada licencję, a także które może (i powinno) egzekwować przepisy dotyczące jachtów zarejestrowanych pod jego banderą, w tym przepisy dotyczące inspekcji, certyfikacji i wydawania przepisów dotyczących bezpieczeństwa i zapobiegania zanieczyszczeniom.

Podejmując decyzję dotyczącą bandery statku, należy wziąć pod uwagę następujące kwestie:

  • jacht (jego cechy fizyczne, takie jak wiek, długość, tonaż, specyfikacja, kodowanie);
  • stabilność i reputację kraju i jego bandery;
  • zgodność z międzynarodowymi standardami i przepisami dotyczącymi bandery jachtów;
  • wymagania, proces i opłaty związane z rejestracją jachtu, a także poziom usług świadczonych przez rejestr.

Łącząc wszystko w jedno

Nieaktualna struktura własności może doprowadzić do zajęcia jachtu, anulowania czarteru, drakońskich kar… Innymi słowy, może kosztować właściciela niewielką fortunę.

CASE STUDY 1: Prywatna własność jachtu spoza UE

Ostateczny beneficjent spoza UE -> Spółka będąca właścicielem jachtu z siedzibą spoza UE -> Jacht pływający pod banderą spoza UE

  • Czasowy przywóz do celów podatku VAT.
  • Brak połączenia z UE, tylko do użytku prywatnego.
  • Należy zachować ostrożność, aby uniknąć problemów.

Jeżeli ostateczny właściciel rzeczywisty jachtu jest osobą spoza UE, która chciałaby używać jachtu jedynie do celów prywatnych, najlepiej byłoby utworzyć strukturę offshore’ową, a także zapewnić, aby jacht był oznaczony flagą spoza terytorium UE. Umożliwi to właścicielowi skorzystanie z ulgi czasowego przywozu. Jacht będące własnością osoby niebędącej rezydentem UE i zarejestrowany poza UE jest bowiem uprawniony do bezcłowego przywozu do UE, pod warunkiem że jacht nie jest czarterowany lub w inny sposób wykorzystywany w celach handlowych.

Procedura ta wymaga, aby jacht zawijał do kraju UE i podlegał procedurze czasowego przywozu w uzgodnieniu z organami celnymi danego kraju. Właściciel jachtu będzie mógł następnie swobodnie korzystać z jachtu na wodach UE, a zatem jacht będzie mógł przemieszczać się z jednego państwa członkowskiego do drugiego bez dodatkowych formalności celnych przez dozwolony okres 18 miesięcy. Przed upływem wyznaczonego okresu jacht powinien opuścić wody UE, jednak jego właściciel może od razu zwrócić się o kolejny okres 18 miesięcy czasowego przywozu, powracając na terytorium UE po zawinięciu do portu spoza UE.

Ponieważ jacht będzie przywożony do UE tylko na czas określony, a zatem będzie dostępny w swobodnym obrocie w UE przez określony czas, właściciel jachtu nie będzie podlegał standardowym stawkom podatku VAT należnego od wartości jachtu. Właściciel jachtu spoza UE, który pozostaje na wodach UE dłużej niż przez uzgodniony okres, będzie musiał opłacić podatek VAT od wartości jachtu.

Chociaż opisywana koncepcja jest możliwa do zaakceptowania w całej UE, należy ją stosować ostrożnie – przy jednoczesnym zapewnieniu, że ostateczny właściciel rzeczywisty jachtu oraz użytkownicy statku nie są w żaden sposób związani z UE. Należy również bezwzględnie zapewnić, że jacht jest wykorzystywany wyłącznie do celów prywatnych, a nie komercyjnych.

Ponieważ nie ma działalności gospodarczej, nie ma też podatku VAT z tytułu czarteru ani żadnego innego wymaganego podatku należnego. Jednakże naliczony podatek VAT od wydatków poniesionych przez właściciela jachtu zasadniczo nie podlega zwrotowi.

CASE STUDY 2: Prywatna własność jachtu na terenie UE

Ostateczny beneficjent z UE -> Spółka wynajmująca z siedzibą w UE -> Jacht pod banderą UE lub spoza UE

  • Spółka będąca właścicielem jachtu dzierżawi jacht z powrotem beneficjentowi rzeczywistemu.
  • Tylko do użytku prywatnego.
  • Brak wymogu umieszczenia bandery UE na jachcie.

W przypadku gdy ostateczny beneficjent rzeczywisty jachtu jest obywatelem/rezydentem UE, który chciałby być właścicielem jachtu na zasadach prywatnych, niekomercyjnych, to najlepiej by było, gdyby rozważył on ustanowienie struktury własnościowej opartej na prawach UE.

Jeżeli osoba fizyczna lub osoba prawna będąca rezydentem UE posiada jacht, będzie ona miała prawo do swobodnego przemieszczania się w UE, pod warunkiem że podatek VAT zostanie zapłacony od wartości jachtu w jednym z państw członkowskich UE.

W tym scenariuszu przy podejmowaniu decyzji, które państwo bandery byłoby najodpowiedniejsze, można rozważyć dwie możliwości: zarówno w UE, jak i poza nią. Większość właścicieli jachtów wolałaby wybrać banderę UE, głównie ze względu na czynniki wizerunkowe. Wbrew powszechnemu przekonaniu, w tym przypadku wybór bandery spoza UE jest możliwy i nie będzie mieć wpływu na strukturę lub użytkowanie jachtu.

Kiedy dana osoba fizyczna zdecyduje się na zakup jachtu, mądrze byłoby natychmiast ustanowić odpowiednią strukturę do jego zakupu bezpośrednio przez podmiot, a nie w swoim osobistym imieniu. Taka struktura umożliwi właścicielowi jachtu skorzystanie z dostępnych programów leasingowych.

Obecnie w krajach członkowskich UE dostępne są różne programy leasingowe. Najkorzystniejsze oferują właścicielom jachtów, którzy chcieliby kupić nowe jachty, atrakcyjne możliwości w zakresie podatku VAT. Ponadto po sfinalizowaniu programu leasingu jacht zostanie uznany za automatycznie „opłacony podatkiem VAT UE” i będzie mógł swobodnie poruszać się po wodach UE bez żadnych ograniczeń.

Podczas korzystania z tych programów, spółka, za pośrednictwem której właściciel zakupił jacht, jest na ogół zobowiązana do zawarcia umowy leasingu, zgodnie z którą jako leasingodawca zawrze umowę na wykorzystanie jachtu przez ostatecznego beneficjenta rzeczywistego jako leasingobiorcy w zamian za wynagrodzenie. Ponadto na koniec okresu leasingu leasingobiorca może zdecydować się na zakup jachtu po cenie procentowej od pierwotnej ceny jachtu.

Do celów podatku VAT leasing jachtu stanowi świadczenie usług z prawem do odliczenia naliczonego podatku VAT przez leasingodawcę. To świadczenie usług podlega opodatkowaniu zgodnie z użytkowaniem jachtu na wodach terytorialnych UE. Takie rozwiązanie oparte jest na przepisach dotyczących efektywnego wykorzystania i korzystania z przepisów dyrektywy w sprawie podatku VAT w UE i jest ustalane z wykorzystaniem z góry określonych wartości procentowych w zależności od wielkości i środków napędowych jachtu (żegluga a silnik), które skutkują obniżoną efektywną stawką podatku VAT.

CASE STUDY 3: W pełni komercyjna struktura czarteru

Beneficjent rzeczywisty z UE lub spoza UE -> Spółka posiadająca z siedzibą w UE -> Jacht pod banderą UE

  • Odroczenie podatku VAT jest możliwe.
  • Można wybrać system leasingu jachtu.
  • Preferowana jest flaga UE, aby uniknąć problemów w niektórych państwach członkowskich.

W tym scenariuszu, gdy jacht jest nabywany na rynku krajowym lub w innym państwie członkowskim, lub poza UE, VAT należny przy zakupie jachtu można odzyskać, a nawet odroczyć.

Po zakupie jachtu – ponieważ w tym przypadku właściciel jachtu zamierza posiadać go w UE w celach czysto komercyjnych – jacht powinien przejść odpowiednie procedury VAT i celne, aby następnie mógł zostać przywieziony do UE. Najlepiej byłoby, gdyby jacht został zarejestrowany w państwie członkowskim UE, ale, jak wspomniano wcześniej, właściciel ma swobodę wyboru między banderą UE a banderą spoza UE, a jego decyzja nie będzie miała bezpośredniego wpływu na strukturę własności jachtu i obowiązki jego właściciela.

Ustalając strukturę własności jachtu, należy pamiętać, że sytuacja, w której właściciel zdecyduje się na połączenie struktur UE z banderą spoza UE, może wywołać zamieszanie, powodując m.in. powstanie zobowiązań z tytułu podatku VAT.

Jeżeli decydujemy się na odroczenie podatku VAT (o ile jest możliwe), nie musimy płacić podatku VAT należnego przy zakupie jachtu, a następnie ubiegać się o jego zwrot. Innymi słowy, podatek VAT byłby rozliczany w samym rozliczeniu VAT, co zapewniłoby neutralny wpływ przepływów pieniężnych z tytułu VAT. W dalszej kolejności, jeżeli właściciel jachtu będzie chciał uzyskać status „VAT zapłacony” za jacht, może on skorzystać z programów leasingowych wspomnianych wyżej, w związku z odroczeniem podatku VAT. Umożliwiłoby to właścicielowi jachtu płacenie VAT stopniowo przez cały okres leasingu po obniżonej cenie.

Czarter jachtu na wodach UE jest traktowany jako świadczenie usług, a zatem jest opodatkowany do celów podatku VAT. Oznaczałoby to, że właściciel jachtu będzie podlegał obowiązkowi rejestracji na podatek VAT w urzędzie skarbowym państwa członkowskiego, w którym świadczy on takie usługi, w związku z wynajmem czarteru na wodach UE. Zwykle zatem komercyjna struktura czarterowa działająca na wodach UE może wymagać do zarządzania wielu rejestracji na VAT w różnych państwach członkowskich. Dlatego też niewykluczone, że może być konieczne wyznaczenie doradców podatkowych w niektórych krajach członkowskich w celu zapewnienia, że przepisy VAT są przestrzegane.

Zasady dotyczące podatku VAT i obowiązujące stawki różnią się w zależności od jurysdykcji, w której czarter się rozpoczyna. Istnieją możliwości obniżenia stawek podatku VAT w wielu krajach członkowskich, takich jak Francja, Włochy i Malta.

Popularne jurysdykcje jachtowe

W związku z tym, że coraz więcej państw członkowskich wdraża podatki u źródła od struktur własności jachtów w jurysdykcjach bez umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, wielu właścicieli jachtów rejestruje je na Malcie, która znajduje się na terenie UE.

Państwo członkowskie UE: Malta

Malta to w pełni niezależna, była jurysdykcja brytyjska położona na południe od Sycylii. Jest położona w sercu Morza Śródziemnego i od 2005 r. jest członkiem Unii Europejskiej.

Od momentu przystąpienia do UE Malta stale udoskonalała swoje usługi świadczone na rzecz europejskiego przemysłu żeglarskiego i jest obecnie uważana za najważniejszą europejską jurysdykcję żeglarską. Przykładowo, system leasingu jachtów na Malcie w ostatnich latach okazał się niezwykle atrakcyjny i obecnie jest najpopularniejszy w Europie. Podobnie jak bandera maltańska, która jest dziś najpopularniejsza w regionie Morza Śródziemnomorskiego. Malta znajduje się również na białej liście Memorandum Paryskiego z 1982 r.

Ponadto Malta oferuje również:

  • odroczenie zwrotu podatku VAT dla właścicieli jachtów;
  • konkurencyjne koszty zakładania spółek, rejestracji jachtów i tonażu;
  • konkurencyjny system podatkowy;
  • doskonałe zaplecze fizyczne dla jachtów;
  • brak ograniczeń w sprzedaży lub obciążeniach hipotecznych jachtów oraz możliwość rejestracji jachtów będących jeszcze w budowie;
  • anglojęzyczny kraj z anglosaskim dziedzictwem prawnym i biznesowym.

Państwo spoza UE: Wyspa Man

Wyspa Man jest zależna od Korony Brytyjskiej, ale ma całkowicie niezależne ustawodawstwo krajowe; jest położona na Morzu Irlandzkim między Wielką Brytanią i Irlandią.

Prywatny rejestr jachtowy Wyspy Man został uruchomiony w 2002 r. i szybko został uznany za wewnętrzną banderę z wyboru. To była ta wyspa, która pierwotnie napisała Duży Kodeks Jachtowy MCA (LY2). Podobnie jak Malta, oferuje ona przyjazny dla klienta rejestr jachtów, który reaguje na jego potrzeby znacznie szybciej niż te w większych jurysdykcjach.

Obecnie Wyspa Man jest częścią UE (dzięki umowie z Wielką Brytanią) dla celów podatku VAT i celnych, więc pełny import jachtu i odroczenie podatku VAT jest opcją dla jachtów dostarczanych ze stoczni północnoeuropejskich lub rejsem z USA. Może się to jednak zmienić po Brexicie.

Wyspa Man oferuje system prawny i biznesowy podobny do brytyjskiego.

Zaangażowanie dobrze poinformowanych i doświadczonych doradców jest niezbędne, by zapewnić wydajną strukturę operacyjną jachtu. Właściwie skonstruowana struktura ze wszystkimi współpracującymi częściami składowymi zapewni zaś potencjalnemu właścicielowi spokój ducha.

Autor: prawnik Maja Czarzasty-Zybert, radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Windows i Office – tanio sprzedam!

To najpotężniejszy przeciwnik cyfrowej rewolucji. Przeciwnik, który nie ma twarzy. Walka z nim przypomina poniekąd walkę Don Kichota z wiatrakami – z tą jednak różnicą, że tutaj problem jest poważny i przede wszystkim: realny. Piractwo komputerowe stało się jedną z największych bolączek cyfrowych czasów. Wartość nielegalnego oprogramowania przekroczyła już próg 60 mld dolarów. Tej sytuacji sprzyja często niewiedza samych użytkowników, którzy kupują w Internecie oprogramowanie wątpliwego pochodzenia, kierując się tylko jednym – kuszącą ceną.

„Piraty” warte miliardy euro

Liczba ściąganych programów bądź kluczy kupowanych po „atrakcyjnej cenie” w Sieci stale utrzymuje się na wysokim poziomie. Piracki software napędza dziś nie tylko komputery indywidualnych użytkowników. Z szacunków Business Software Alliance wynika, że w zeszłym roku aż 48 proc. oprogramowania było użytkowanych niezgodnie z licencją. I choć trudno jednoznacznie wskazać winnego – właściciel firmy? pracownik? – to jedno nie ulega wątpliwości. Za wykrycie „pirata” na komputerze firmy odpowiedzialność ponosi zazwyczaj jej właściciel lub zarządzający.

Tylko jeden incydent tego typu wystarczy by uruchomić lawinę i poważnie naruszyć bezpieczeństwo przedsiębiorstwa. Wykrycie pirackiego oprogramowania może spowodować przestój w pracy całego zespołu, a w rezultacie doprowadzić do konieczności wydania firmowych pieniędzy na prawnika i procesy sądowe. Nie bez znaczenia pozostają też zagrożenie utraty reputacji biznesowej i nadszarpnięcie zaufania partnerów oraz klientów firmy.

Nielegalne oprogramowanie potrafi doprowadzić przedsiębiorstwo do konieczności poniesienia niepotrzebnych kosztów: odwirusowanie komputerów, zastrzeżenie kart bankomatowych, albo naprawa sprzętu, wszystko nie tylko uszczupla kieszeń właściciela, ale także naraża na niepotrzebne nerwy. Dodatkowo, zainstalowany na komputerze „pirat” może w pełni zablokować komputer. Tu przykładem może być „ransomware” czyli tak zwane „oprogramowanie szantażujące”, często towarzyszące pirackiemu oprogramowaniu, którego usunięcie będzie uzależnione od zapłaty okupu hakerom.

Piracki software to tykająca bomba, która czeka tylko na oderwanie zawleczki. Według raportu IDC Causes and Costs of Security Threats from Pirated Software in Europe 2017 największą obawą przedsiębiorców i użytkowników domowych jest utrata danych, do której może doprowadzić korzystanie z nielegalnego oprogramowania. Jako główne zagrożenie wskazało ją aż 45 proc. dużych i 59 proc. małych i średnich firm, a także co drugi użytkownik indywidualny (51 proc.).

NIElegalne się NIE opłaca

Jedną z najczęstszych metod stosowanych przez cyberprzestępców jest zainfekowanie programu instalacyjnego złośliwym oprogramowaniem. Choć pozornie wszystko wydaje się przebiegać w jak najlepszym porządku, to oprócz zainstalowania (nielegalnego) oprogramowania na komputerze – użytkownik zainstaluje w nim również niepożądane aplikacje: dodatkowe pliki, tzw. malware, na którym składać się mogą rozmaite wirusy, trojany, backdoory itd. Według wspominanego wcześniej badania IDC aż 96 proc. ankietowanych biorących udział w badaniu użytkowników wyraziło swoje zaniepokojenie możliwością korzystania z zainfekowanego oprogramowania.

Szacuje się, że nielegalne kopie zwiększają ryzyko zawirusowania komputera aż o 33 proc. Na pirackim procederze europejskie firmy tracą dziś nawet 51 mld euro[1]. Usunięcie tych niepożądanych towarzyszy pirackiego oprogramowania wiąże się nierzadko z dużym wysiłkiem ze strony użytkownika (lub firmy) i uszczupleniem portfela. Często również nie da się ich usunąć bez szkody na funkcjonalności samego (nielegalnego) oprogramowania. Z drugiej strony – to nie lada gratka dla piratów, którzy dzięki takiemu “bonusowi” dodawanemu przez nich do nielegalnego oprogramowania, uzyskują łatwy dostęp do danych użytkownika lub firmy i swobodnie mogą nimi dysponować, otrzymując wgląd w każdy plik i w każde hasło, którego zapragną.

Utrata danych to jednak nie wszystko. Może zdarzyć się tak, że wraz z pirackim oprogramowaniem na komputerze instalowany jest również spyware. Jego samoistne aktywowanie otwiera przestępcom drogę dostępu do wszelkiego rodzaju umów, kont bankowych, strony www, portali społecznościowych oraz danych dotyczących wysokości wynagrodzeń, a nawet prywatnej korespondencji mailowej pracowników. Jednego dnia, w ułamku sekundy, wiarygodna dotychczas firma – może obrócić się w nieświadomie wspierającą cyberprzestępców instytucję. Nawet po ujawieniu takiej informacji i naprawieniu szkód wyrządzonych przez piracki software, pozyskanie nowych klientów czy odbudowa reputacji firmy może okazać się dużym wyzwaniem.

„Promocja w sieci”, czyli jak rozpoznać nielegalne oprogramowanie?

Podejrzanie niska cena. To pierwszy element, który powinien zapalić użytkownikom i firmom czerwoną lampkę ostrzegawczą i wzbudzić ich wątpliwości. Jeśli cena oferowanego oprogramowania okazuje się rażąco niższa od tej, która widnieje na stronach jego oficjalnych dystrybutorów, to można mieć już poważne wątpliwości, czy mamy do czynienia z legalnym źródłem. Najnowszy Windows 10 za 49,99 zł? A może Office za 10,99 zł? Takich ofert, rodem z owianego złą sławą, nieistniającego już Stadionu Dziesięciolecia, wcale w Sieci nie brakuje. Niestety – chętnych na ich zakup również.

Poza kuszącą ceną, uwagę użytkownika powinna skupić także strona, na jakiej zamierza kupić oprogramowanie. Zgodnie z badaniem IDC aż 66 proc. użytkowników z Europy, którzy zakupili nielegalne oprogramowanie na podejrzanych aukcjach internetowych lub od nieautoryzowanych sprzedawców, doświadczyło trudności związanych z jego użytkowaniem na komputerze. Ryzyko, że oprogramowanie zakupione z nielegalnego źródła jest zainfekowane malwarem, w przypadku firm wynosi 35 proc. Z kolei u użytkowników domowych – wzrasta już do 44 proc.

Dlatego warto sprawdzić dwa razy, czy na pewno mamy do czynienia z legalnym dystrybutorem oprogramowania. Koszt jest żaden – to tylko kilka minut aż wyświetlą nam się odpowiedzi w wyszukiwarce. W końcu – lepiej nie kupować kota w worku.

Nie ryzykuj – sprawdź, co może Cię czekać, jeśli pirackie oprogramowanie trafi do Twojej firmy lub domowego komputera! www.wybierajlegalne.pl

  • [1] Raport IDC Causes and Costs of Security Threats From Pirated Software in Europe

Firmy Esri i Autodesk łączą siły w obszarze dostarczania rozwiązań do projektowania miast

Firmy Esri i Autodesk poinformowały o nawiązaniu współpracy, która tworzy podwaliny pod nowe rozwiązania do projektowania i zarządzania miastami. Połączenie w jednym środowisku danych 2D i 3D z informacją przestrzenną otwiera zupełnie nowe możliwości dla administracji publicznej, branży deweloperskiej i obywateli w obszarze tworzenia przyjaznej, inteligentnej i bezpiecznej przestrzeni miejskiej.

Połączenie technologii GIS i BIM (Building Information Modeling) pozwoli na uzyskanie bardziej wartościowych i pełniejszych informacji na temat miasta, jego otoczenia i mieszkańców. Nowe możliwości w zakresie wykorzystania danych geograficznych i tych pochodzących z BIM pozwolą między innymi na:

  • Bezpośrednie uzyskanie dostępu do informacji geograficznych w celu budowania bardziej niezawodnych modeli kontekstowych do planowania, wstępnego projektowania i zarządzania miastami i budynkami.
  • Bezpośrednie zapisywanie danych BIM do bazy danych systemów geograficznych oferowanych przez Esri, by zmniejszyć ryzyko pominięcia istotnych danych.
  • Bezpośrednie uzyskanie dostępu do informacji BIM z aplikacji Esri, w celu lepszego zarządzania aktywami.

„Połączenie tych dwóch technologii pozwoli na lepsze planowanie, projektowanie, budowanie i zarządzanie posiadaną infrastrukturą. Większe zaangażowanie wszystkich interesariuszy pozwoli na redukcję liczby potrzebnych dokumentów, skróci proces uzyskania pozwolenia na budowę oraz zmniejszy ryzyko odrzucenia projektu” – mówi Tomasz Galant, Prezes Zarządu w Esri Polska.

ONZ przewiduje, że w ciągu następnych 30 lat światowa populacja zwiększy się o 2,5 mld ludzi. Takie obciążenie dla naszej planety wymaga zastosowania nowatorskich rozwiązań, które pozwolą na lepsze wykorzystanie dostępnej przestrzeni pod budowę i rozwój inteligentnych miast w duchu zrównoważonego rozwoju.

Odwzorowanie modelu miasta w technologii 3D i umieszczenie go na trójwymiarowej mapie pozwala na natychmiastowe uzyskanie danych o tym, jakie ulice przylegają do budynku i jaki panuje na nich aktualnie ruch. Daje również informacje, jak wygląda z zewnątrz i wewnątrz oraz z jakich materiałów i komponentów jest zbudowany. Na tej podstawie można m.in. przewidywać natężenie ruchu w danym miejscu, rozmieszczać kamery monitoringu miejskiego czy przeprowadzać symulacje akcji ratunkowych w przypadku wystąpienia pożarów lub innych nieprzewidzianych zdarzeń.

Wykorzystanie na szeroką skalę sensorów i czujników i zintegrowanie danych z nich płynących z modelami miast w 3D daje użytkownikom dostęp do dokładnych analiz w czasie rzeczywistym. Partnerstwo między firmami może przyczynić się również do rozbicia silosów danych, co ułatwi współpracę i dzielenie się informacjami między różnymi departamentami. Administracja publiczna wykorzystuje GIS w celu zrozumienia informacji geodemograficznych i zarządzania działaniami związanymi z dostarczaniem mediów dla mieszkańców czy zarządzania transportem. Dane pochodzące z BIM są wykorzystywane w procesie oceny scenariuszy budowlanych i projektowych.

Rozwiązania do tworzenia trójwymiarowych modeli miast były również wykorzystywane przy produkcji filmów animowanych, takich jak „Zwierzogród” czy „Wielka Szóstka”. Aplikacja CityEngine od Esri pozwala na generowanie i szczegółowe „teksturowanie” budynków i geometrii ulic, co pozwoliło w krótkim czasie „zbudować” wirtualne miasto składające się z 300 000 obiektów.

„W tym konkretnym przypadku chodziło o stworzenie iluzji tętniącego życiem miasta. Mówiąc o współpracy między Esri a Autodesk i połączeniu technologii GIS i BIM, mówimy o zbudowaniu niezwykle szczegółowego modelu, którego każdy element będzie dokładnie opisany i w pełni edytowalny” – dodaje Tomasz Galant.

Branża call center skutecznie walczy o wizerunek

Dynamiczny rozwój branży call center i usług outsourcingowych w roku 2016 szedł w parze ze wzrostem świadomości sektora i aktywnymi działaniami na rzecz poprawy wizerunku telemarketingu – wynika z analizy medialnej przygotowanej przez Polskie Stowarzyszenie Marketingu SMB we współpracy z „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”. Nadal jednak najwięcej publikacji na temat call center pojawia się w mediach branżowych.

Rynek usług call i contact center rośnie w Polsce w tempie 30 proc. 135 firm, jakie zidentyfikowano w badaniu, dysponuje ponad 12 tys. stanowisk, a 61 proc. podmiotów zamierza zwiększyć liczbę zatrudnionych. Prawie połowa firm ma swoją siedzibę w Warszawie, a najwięcej firm prowadzi działalność od 5 lat. Najczęściej z usług call center korzystają branża finansowa, telekomunikacja, ubezpieczenia i energetyka. Największy wzrost zainteresowania usługami cc wykazuje miedzy innymi sektor mediów. Ponad połowę firm deklarujących udział w organizacjach branżowych zrzeszają SMB i Fundacja Pro Progressio.

– Ubiegły rok, z którego pochodzą zebrane przez nas dane, cechował się dużą dynamiką zmian w zakresie akwizycji kilku dużych graczy na rynku. Ma to swoje odzwierciedlenie w niektórych danych i analizach. Jednocześnie jednak sytuacja w branży wydaje się coraz bardziej stabilna, a jej dalszy rozwój opierać się będzie najprawdopodobniej na przewidywalnych i zgodnych ze światowymi trendach – komentuje Marcin Sosnowski, dyrektor wykonawczy SMB.

W szczegółowej analizie medialnej sektora badaniu poddane zostały publikacje z prasy, internetu, radia i telewizji, jakie ukazały się w 2016 roku. Dodatkowa ocena dotyczyła obecności w mediach poszczególnych firm – dostawców usług call center.

Na temat call center opublikowano w roku 2016 blisko 7,8 tys. informacji, których ekwiwalent szacunkowy* wyniósł 56,6 mln złotych. Ponad połowa przekazu miała zasięg regionalny. Najwięcej publikacji odnotowano w województwach pomorskim (451), mazowieckim (397) i kujawsko-pomorskim (373), najmniej – w lubuskim (59), opolskim (74) i świętokrzyskim (107). Zdecydowanie najpopularniejszym źródłem informacji był internet – 84 proc. Najczęściej monitorowano materiały w branżowych mediach call center: Forumcallcenter.pl, Ccnews.pl i Outsourcingportal.eu.

– W dalszym ciągu najwięcej publikacji na temat call center pojawia się w mediach branżowych. Ich zasięg i skala dotarcia, w szczególności do szerokiego kręgu odbiorców spoza tego sektora, jest ograniczona. Należy docenić rolę i pracę tych mediów w rozpowszechnianiu informacji i wiedzy służących edukacji i rozwojowi rynku. W poszukiwaniu metod na zmianę sposobu postrzegania branży przez konsumentów należy jednak szukać narzędzi alternatywnych i uzupełniających ten kanał dotarcia – wyjaśnia Marcin Szczupak, kierownik działu raportów medialnych „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

Analiza 1200 publikacji na temat call center przez pryzmat podmiotów działających w branży wykazała, że 90 proc. doniesień miało neutralny charakter, a pozostałe 10 proc. było nacechowanych pozytywnie. Tych ostatnich najwięcej dostarczył konkurs „Telemarketer Roku 2016” oraz doniesienia o nowych miejscach prasy dla telemarketerów.

– Z analizy wyników raportu wynika między innymi zaskakujący raczej wniosek, że skala publikacji na temat branży o wydźwięku negatywnym jest w mediach niewielka. Choć może to w pierwszej chwili dziwić, po głębszej analizie pozwala jednak wysnuć kolejne wnioski, które wskazują, że publiczne komentarze na temat branży o zabarwieniu negatywnym pochodzą ze zdecydowanej większości z komentarzy użytkowników internetu do artykułów, a także są przedmiotem wymiany spostrzeżeń w portalach społecznościowych – dodaje Marcin Szczupak.Branża call center skutecznie walczy o wizerunek

Najpopularniejsza w mediach była marka Contact Center, która zgromadziła 368 materiałów. Druga w zestawieniu Call Center Inter Galactica zebrała o 213 publikacji mniej. Trzeci był Transcom Wordlwide Poland z wynikiem 97 informacji. Marka ta osiągnęła najwyższy wynik ekwiwalentu reklamowego zweryfikowanego** – 325 mln zł, głównie z powodu otwarcia oddziału w Białymstoku. Największe dotarcie materiałów uzyskały Arteria – 102 mln potencjalnych kontaktów z odbiorcami, Call Center Inter Galactica – 84 mln oraz Call Center Poland – 43 mln.

– Opracowane wyniki wskazują na bardzo duże różnice w obecności poszczególnych firm w komunikatach w poszczególnych mediach. Kilka spółek cechuje się bardzo dużą intensywnością tych komunikatów, podczas gdy inne nie są praktycznie w ogóle obecne w mediach – podkreśla Marcin Sosnowski.

O analizowanych markach cc najczęściej pisano na portalach branżowych, jednak największe dotarcie generowały media ekonomiczne, takie jak biznes.onet.pl, finanse.wp.pl, money.pl czy bankier.pl. Tematem publikacji była głównie działalność korporacyjna podmiotów i ich wyniki finansowe.

Zagadnienia telemarketingu poruszano w 0,9 tys. materiałów, publikowanych najczęściej przez media specjalistyczne. Z informacjami tymi mogło zetknąć się nawet 246 mln odbiorców. Znacznie popularniejszym hasłem było contact center, które pojawiło się w 2,9 tys. informacji i wygenerowało dotarcie na poziomie 546 mln potencjalnych kontaktów.

* Ekwiwalent szacunkowy – to wartość stanowiąca koszt umieszczenia w danym medium reklamy o takiej samej powierzchni jak zmonitorowana informacja

** Ekwiwalent zweryfikowany – wartość stanowiąca koszt umieszczenia w danym medium reklamy, z uwzględnieniem udziału procentowego analizowanego podmiotu w zmonitorowanej informacji

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – listopad 2017 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 18,7% rdr do 21,4 mld zł
  • Wzrost średniej dziennej wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń o 13% do 1 mld zł
  • Wzrost wartości emisji obligacji notowanych na rynku Catalyst o 16,5% do 93,9 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 8,8% do poziomu 10,7 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem o 7% rdr do 14,7 TWh
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia o 13,4% do 3,8 TWh2

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 22 mld zł w listopadzie 2017 r., czyli o 17,8% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 18,7% rdr, do poziomu 21,4 mld zł, a średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w listopadzie 2017 r. poziom 1 017 mln zł, o 13% większy niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec listopada 2017 r. wyniosła 62 440,31 pkt i była o 28,4% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 7,6% rdr. W ramach arkusza zleceń wartość obrotu akcjami na rynku alternatywnym GPW wyniosła 82 mln zł, co oznacza spadek o 8,3% rdr. Od początku roku obrót w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wyniósł 1,3 mld zł, co oznacza wzrost o 14,1%.

W listopadzie 2017 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 578,3 tys. szt., o 14,7% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 334,5 tys. szt., co oznacza spadek o 4,1% rdr.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 93,9 mld zł na koniec listopada 2017 r. wobec 80,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła w listopadzie o 13% rdr, do poziomu 192,4 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w listopadzie tego roku 48,8 mld zł i była o 0,7% niższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w listopadzie 2017 r. wyniósł 10,7 TWh, co oznacza wzrost o 8,8% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 16,3% do poziomu 8,6 TWh, w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w listopadzie 2017 r. 14,7 TWh, o 7% mniej niż rok wcześniej. Na rynku terminowym wolumen obrotu wzrósł o 2,1% do poziomu 12,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)3, na rynkach spot i terminowym wyniósł w listopadzie 2017 r. 3,8 TWh, co oznacza wzrost o 13,4% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) sięgnął w listopadzie 2017 r. 50,7 ktoe4, w porównaniu do 55,3 ktoe rok wcześniej.

Kapitalizacja 427 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec listopada 2017 r. 654,42 mld zł (155,61 mld EUR). Łączna kapitalizacja 477 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec listopada tego roku 1 390,11 mld zł (330,55 mld EUR).

Na Głównym Rynku w listopadzie 2017 r. zadebiutowała spółka Venture INC, której wartość oferty wyniosła 30 mln zł.

Na NewConnect w listopadzie 2017 r. zadebiutowały spółki Gremi Media, Cambridge Chocolate Technologies i Cherrypick Games, których łączna wartość ofert wyniosła 65 mln zł.

Na Catalyst w listopadzie 2017 r. zadebiutowały obligacje Gminy Miasta Płock i spółki Statima o łącznej wartości emisji wynoszącej 61,7 mln zł.

W listopadzie 2017 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, o jedną więcej niż rok wcześniej.

  • [1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
  • 2 z wyłączeniem praw wynikających ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną
  • 3 świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane , notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg;)
  • 4 ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Wyniki BETACOM S.A. I połowa 2017 r.

Betacom S.A. opublikowała właśnie swoje półroczne sprawozdanie finansowe. Spółka w roku obrotowym rozpoczynającym się 1 kwietnia 2017, osiągnęła blisko 79 mln PLN przychodu ze sprzedaży. To ponad 11% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego, kiedy firma wypracowała 71 mln PLN. Dobre wyniki są efektem m.in. realizacji nowej strategii zakomunikowanej rynkowi jesienią tego roku.

W zakończonym właśnie półroczu finansowym, Betacom S.A. wypracowała niemal 79 mln zł przychodów, co stanowi ponad 11-procentowy wzrost w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Podobnie dobry wynik wypracowano w odniesieniu do zysku netto za pierwsze półrocze roku obrotowego rozpoczynającego się 1 kwietnia br., spółka wypracowała 0,82 mln zł zysku netto, tj. o 25% więcej niż w pierwszym półroczu poprzedniego roku obrotowego.

Komentując dobre wyniki pierwszego półrocza, Bartłomiej Antczak, Prezes Zarządu Betacom S.A., powiedział: – „Dobre wyniki to rezultat ciężkiej pracy całego zespołu, który efektywnie połączył realizację bieżących planów sprzedażowych z pracami mającymi na celu zdefiniowanie programu transformacji spółki. Nowa strategia na lata 2017-2020 zakłada oparcie działalności na czterech podstawowych liniach biznesowych: Hybrydowym IT, Smart Workplace, Logistyce oraz Edukacji. Nowa strategia i program transformacji zakładają odejście od monolitycznej struktury. Chcemy, aby każda z linii biznesowych działała w ramach własnych planów budżetowych i posiadała niezależne cele ilościowe i jakościowe do osiągnięcia.”

Tab. 1. Betacom S.A.: wybrane wyniki finansowe za I półrocze roku obrotowego 2017/2018

– źródło raport półroczny Spółki Betacom S.A., opublikowany w dniu 30-11-2017 r.:

WYBRANE DANE FINANSOWE w tys. PLN
od 1.04.2017

do 30.09.2017

od 1.04.2016

do 30.09.2016

Przychody netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów 79 024 70 991
Zysk (strata) brutto 1 037 853
Zysk (strata) netto 826 661
Aktywa, razem (na koniec półrocza bieżącego roku obrotowego i na koniec poprzedniego roku obrotowego) 57 755 76 571
Zysk (strata) na jedną akcję zwykłą (w zł) 0,41 0,33
Wartość księgowa na jedną akcję (w zł) (na koniec półrocza bieżącego roku obrotowego i na koniec poprzedniego roku obrotowego) 9,57 9,33

 

Zarząd określił główne kierunki rozwoju spółki, a za podstawowy cel swoich działań przyjął podniesienie wartości dla akcjonariuszy. Sprzedaż produktów własnych, sprzedaż na rynkach międzynarodowych oraz sprzedaż w modelu rekurencyjnym w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw – to 3 główne wymiary, których realizacji podporządkowane zostały działania operacyjne i strategiczne dla nowo powstałych czterech linii biznesowych.

– „Realizacja naszych planów to fundament podniesienia rentowności spółki. Rok 2018 to czas nowych inicjatyw biznesowych i zapewniam, że będzie jeszcze niejedna okazja do rozmowy o nich. Chcemy, żeby każdy z naszych inwestorów wiedział, że Betacom będzie się zmieniał in plus w kolejnych latach, co już widać po dobrych wynikach. Mamy ambitne plany, mogę obiecać, że szykujemy nowe odsłony naszego biznesu, co dla inwestorów będzie interesujące, a dla wartości spółki – pozytywne. Co więcej, nasze ostatnie inicjatywy biznesowe poza granicami kraju napawają jeszcze większym optymizmem.
W obszarze edukacji, wraz z lokalnym Partnerem, zakończyliśmy wdrożenie pierwszego etapu rozwiązania dla Ministerstwa Edukacji na Słowacji, opartego o Eduwarebox – autorskim produkcie Betacom. Już niebawem zakomunikujemy rynkowi kolejne przedsięwzięcia biznesowe z wprowadzenia produktów własnych w Polsce i na świecie. Mam nadzieje, że rynek dostrzeże ten nowy pozytywny wymiar działań Betacomu.” – dodaje Bartłomiej Antczak. dodaje Bartłomiej Antczak.

Bilety za 1 zł już po raz trzeci w aplikacji mPay

mPay i Mastercard ponownie zachęcają pasażerów do sięgania w życiu codziennym po nowoczesne, bezgotówkowe rozwiązania płatnicze. Tym razem z tańszych przejazdów można korzystać także w Trójmieście oraz kilkunastu okolicznych miejscowościach. W promocyjnej puli znalazło się 80 tys. biletów komunikacji miejskiej, spośród których każdy kosztuje jedynie złotówkę.

mPay – zakup biletu za 1 zlW ramach poprzednich edycji akcji „Bilet za 1 zł z Masterpass od mPay” pasażerowie skorzystali z tańszych przejazdów blisko 300 tys. razy. Jedynym warunkiem było kupowanie biletów przy użyciu aplikacji mobilnej i karty płatniczej zarejestrowanej w portfelu cyfrowym Masterpass. Najnowsza, trzecia odsłona promocji działa na identycznych zasadach. Można w niej uczestniczyć wielokrotnie, kupując taniej bilety jednorazowe lub czasowe do 90 minut o wartości od 1,10 zł do 5 zł.

Przejazdy za złotówkę są dostępne we wszystkich miastach, w których mPay udostępnia płatności za bilety komunikacji miejskiej. Od 1 grudnia usługa działa także nad morzem, gdzie użytkownicy aplikacji mogą  kupować bilety metropolitalne. Pozwalają one na korzystanie ze środków komunikacji miejskiej na obszarze Trójmiasta oraz kilkunastu innych miejscowości zlokalizowanych nad Zatoką Gdańską.

Aplikacja mPay 2– Z radością kontynuujemy inicjatywę, która zwróciła uwagę mieszkańców wielu polskich miast na to, jak bardzo nowoczesną formy płatności ułatwiają codzienne czynności. Wystarczy mieć przy sobie telefon, aby kupowanie biletów przestało być uciążliwe i przede wszystkich czasochłonne. Przy obecnym tempie życia ma to ogromną wartość – mówi Maciej Orzechowski, prezes zarządu mPay S.A.

Wspólna akcja mPay i Mastercard dostarcza też interesujących danych na temat tego, w jaki sposób pasażerowie komunikacji miejskiej korzystają z mobilnych biletów. Podczas jej jesiennej odsłony aż 43 proc. wszystkich transakcji zostało zrealizowanych w Warszawie, a najczęściej kupowanym biletem okazał się jednorazowy przesiadkowy 75-minutowy. We wszystkich miastach pasażerowie najchętniej korzystali z aplikacji w porannych i popołudniowych godzinach szczytu, dokonując transakcji przede wszystkim między 7:00 a 8:00 (16 proc.) oraz między 15:00 a 17:00 (27 proc). Średnio 5 proc. zakupów przypadało na godziny między 22:00 a 5:00, kiedy dostęp do klasycznych punktów sprzedaży biletów bywa mocno utrudniony. Mobilne zakupy rozkładały się równomiernie na wszystkie dni powszednie (po ok. 16 proc.), zmniejszając swoją dynamikę niemal o połowę w czasie weekendów. W zdecydowanej większości (79 proc.) pasażerowie używali do kupowania biletów aplikacji mPay w wersji na telefony z systemem Android.

Jak kupować bilety za złotówkę?

Wystarczy uruchomić mPay w komórce, a następnie wybrać miasto i jeden z dostępnych biletów. Proces ten można znacznie przyspieszyć, dodając wybrane bilety do listy ulubionych. W kolejnym kroku należy wybrać jedną z metod płatności kartą, np. mPay Wallet Masterpass, gdzie do sfinalizowania zakupu wystarczy wpisanie kodu PIN. Innym sposobem jest skorzystanie z opcji „Masterpass portfel elektroniczny” i dokonanie płatności za pomocą dowolnego portfela działającego w ramach Masterpass.

Jak podłączyć kartę płatniczą?

W promocji mogą uczestniczyć posiadacze kart z logo różnych banków i organizacji płatniczych. Aby móc płacić nimi za bilety, należy być użytkownikiem dowolnego portfela dostępnego w Masterpass. Rejestracji można dokonać m.in z poziomu aplikacji mPay w telefonie. W tym celu wystarczy wejść do zakładki „Karty płatnicze”, wybrać opcję „Dodaj kartę” i wypełnić krótki formularz potrzebnymi danymi.

Promocja będzie trwała do wyczerpania puli 80 tys. biletów, nie dłużej jednak niż do końca roku. Jej regulamin jest dostępny jest na stronie internetowej mPay.

40% nauczycieli przyznaje, że nie potrafi angażować uczniów

Pracuś, urwis, introwertyk, ekstrawertyk, kujon, niechluj. Szufladkowanie uczniów to problem, z którym od zawsze boryka się polska edukacja. Ostatnie raporty Najwyższej Izby Kontroli i Instytutu Badań Edukacyjnych alarmują, że rodzimy system edukacji nie stosuje indywidualnego podejścia do uczniów. Czy polski uczeń może być traktowany jednostkowo?

Jakie idą za tym korzyści?

Według Instytutu Badań Edukacyjnych, 98% nauczycieli uważa swoją pracę za społecznie ważną. Trudno się z nimi nie zgodzić. Ich wpływ na nasze społeczeństwo jest olbrzymi. Dla 91% z nich, decydującym powodem wyboru swojej profesji było to, że po prostu lubią pracę z dziećmi. Niewiele mniej, bo 88% przyznaje, że utrzymanie porządku w klasie nie jest dla nich kłopotem. Problem polskiej edukacji jednak nie leży w dyscyplinie, a w zaangażowaniu uczniów. Aż 40% pedagogów przyznaje, że nie potrafi zmotywować swoich podopiecznych do większej aktywności. Potwierdza to również najnowsza edycja międzynarodowego raportu TALIS, która wskazuje, że polscy nauczyciele, rzadziej niż pedagodzy z innych krajów, prowadzą zajęcia w małych grupach, czy oparte na dłuższych projektach, a to właśnie one w największym stopniu angażują uczniów.

Dyscyplina tak, zaangażowanie nie

Trudno jednak winić samych nauczycieli. NIK regularnie wskazuje na te same problemy w polskim systemie edukacji – brak odpowiednich warunków lokalowych (przepełnione klasy) i brak zaplecza technologicznego. Pracujący w skrajnych warunkach nauczyciele nawet z 35-cio osobową grupą, w naturalny sposób skupiają się na utrzymaniu dyscypliny, a wtedy kreatywność, zaangażowanie i sami uczniowie trafiają do szuflady, z której potem bardzo trudno wyjść, nawet po zakończeniu edukacji. Według TALIS brak zrozumienia i indywidualnego podejścia do uczniów, negatywnie wyróżnia nas na tle innych systemów edukacji.

Przez grywalizację do edukacji

Jakie mogą być metody na zaangażowanie uczniów i obudzenie w nich pasji? Rozwiązanie może leżeć we wsparciu systemu edukacji za pomocą rozwiązań z dziedziny nowych technologii, umożliwiających np. edukację on-line w grywalizacyjnej formie. Skuteczność tej metody potwierdzają wyniki badań prowadzonych przez Brainly, czyli platformę peer-to-peer learning z której korzysta już 100 milionów uczniów miesięcznie na całym świecie. Wyniki ankiety przeprowadzonej przez krakowską firmę wskazują, że aż 91% uczniów uważa korzystanie z platformy za pomocne w zapamiętywaniu treści, wzmacniające samoocenę (86%) i poszerzające bazę wiedzy (83%).

„W swojej wieloletniej praktyce pedagoga szkolnego, wbrew obiegowej opinii, nauczyłam się tego, że nie istnieje jedna określona lista typów uczniów. Każdy z podopiecznych, których spotkamy w trakcie jego edukacyjnej drogi, jest inny i zasługuje na indywidualne podejście. Niestety powszechne w polskiej edukacji szufladkowanie zabija samodzielne myślenie i staje się często czymś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni. Uczniowie w końcu godzą się z przypisaną im „łatką” i utożsamiają z nią, a to najgorsze co może się wydarzyć” – komentuje Barbara Kowol pedagog szkolny z Gimnazjum nr 2 w Wodzisławiu Śląskim. „Ważne jest też podejście do ucznia jako do człowieka z jego uczuciami, które nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka. Podopieczny musi czuć, że jest dla nas ważny i staramy się go zrozumieć, a nie oceniać. Musi wiedzieć, że go szanujemy” – dodaje Barbara Kowol.

Myślenie niesamodzielne

Nacisk na rozwijanie umiejętności samodzielnego myślenia spada wraz z wkraczaniem przez uczniów w kolejne etapy edukacji. Na poziomie szkoły średniej próżno szukać matematycznych gier czy zabaw, które mogłyby sprawić, że uczniowie uważani dotychczas za mniej zdolnych i aktywnych odnaleźliby pasję w nauce przedmiotów ścisłych.
„Uczniowie korzystający z naszej platformy, chcą wyjść poza szkolne schematy. Wymieniając się z rówieśnikami wiedzą i informacjami, angażują się oraz szukają sposobu na uzupełnienie braków w przyjaznym dla nich środowisku opartym na grywalizacji” – komentuje Anna Sieroń Opiekun Treści w społeczności Brainly. „Z naszego portalu korzysta miesięcznie 100 milionów dzieci z całego świata. To, że angażują się w wyszukiwanie informacji i naukę w grupie pokazuje jak duży drzemie w nich potencjał, który czeka dopiero na odkrycie” – dodaje Anna Sieroń.

Indywidualne podejście do nauczania opłaca się wszystkim, a naszym dzieciom w szczególności. Choć rodzima edukacja zmienia się póki co bardzo wolno, to nowoczesne rozwiązania oparte na mechanizmach społecznościowych i nowych technologiach, takie jak Brainly, mogą tchnąć nowe życie w polską szkołę i wyrzucić szufladki na śmietnik historii.

Boom gospodarczy w Europie, mocna poprawa w Indiach

Listopadowy zestaw indeksów PMI potwierdza, że dynamika poprawy koniunktury w Europie jest coraz wyższa – korzysta z tego także Polska. Kolejny słabszy odczyt w Chinach nie przeszkodził odbiciu w Indiach i wyraźnej poprawie w Korei Południowej.

Azja – Chiny słabną. Mocna poprawa w Indiach i rekordy w Korei.

Azja – Chiny słabną Mocna poprawa w Indiach i rekordy w KoreiBoom gospodarczy w Europie, mocna poprawa w Indiach 4

Listopadowe odczyty przemysłowych indeksów PMI w Azji były mieszane potwierdzając, że kilka krajów azjatyckich boryka się z własnymi problemami i nie wykorzystuje w pełni koniunktury gospodarczej panującej na świecie. Dotyczy to chociażby Chin, gdzie przemysłowy PMI 5 miesiąc z rzędu spada. Ponieważ kompozyt w dalszym ciągu pozostaje powyżej granicy 50 pkt, należy stwierdzić, że sytuacja w chińskim przemyśle pozostaje stabilna, chociaż widoczne są pewne oznaki słabości – Chińczycy nie przestają zwalniać pracowników, a wzrost popytu i nowych zamówień jest niewystarczający do zahamowania tej tendencji. Warto również zwrócić uwagę, że listopad był kolejnym miesiącem z rzędu, w którym wyraźnie rosły ceny produkcji oraz ceny wyrobów gotowych, co powinno wspierać wzrost inflacji w Państwie Środka i na świecie. Uważamy, że dopóki przemysłowy PMI będzie znajdował się powyżej 50 pkt bariery oddzielającej fazę rozwoju od fazy recesji to o stabilność sytuacji w Chinach możemy być spokojni.

Poprawa kondycji w indyjskim sektorze przemysłowym była w listopadzie najmocniejsza od 13 miesięcy. Przede wszystkim dzięki wzrostowi produkcji oraz nowym zamówieniom, które przełożyły się na największy przyrost zatrudnienia od września 2012 roku. Co ważne, tym razem również zamówienia eksportowe, choć minimalnie, były wyższe niż przed miesiącem. Listopadowy kompozyt przemysłowy okazał się zaskakująco dobry sugerując, że wszystko co najgorsze, po wprowadzeniu GST, gospodarka indyjska może już mieć za sobą. Potwierdziły to również dane o dynamice wzrostu gospodarczego w III kwartale. Obserwowany wzrost cen może być jednak w nadchodzących miesiącach dla indyjskiej gospodarki sporym wyzwaniem, ponieważ w obliczu wyższej inflacji bank centralny raczej nie zdecyduje się dalej obniżać stóp procentowych, bo wspomóc podnoszącą się gospodarkę. Tym niemniej uważamy, że wprowadzona reforma podatkowa już w nadchodzących miesiącach zacznie indyjskiej gospodarce przynosić korzyści.

Europa – boom gospodarczy w Europie. Mocna poprawa w Polsce.

Boom gospodarczy w Europie, mocna poprawa w Indiach 5boom w europie

To co od kilku miesięcy obserwujemy w Europie można już chyba śmiało nazwać boomem gospodarczym. Obraz makroekonomiczny na Starym Kontynencie z miesiąca na miesiąc jest coraz lepszy, a publikacje przemysłowych indeksów PMI sugerują, że dynamika poprawy staje się coraz wyższa. W listopadzie okazało się, że wzrost produkcji i nowych zamówień, w tym rekordowy wzrost zamówień eksportowych, były najwyższe od kilkunastu lat, a dynamika wzrostu zatrudnienia kolejny miesiąc z rzędu znalazła się na historycznie wysokim poziomie. Bardzo wysoki popyt i coraz dłuższy czas realizacji zamówień powoduje, że w wielu sektorach coraz częściej mamy do czynienia z rynkiem producenta, co skutkuje wzrostem cen wyrobów gotowych. To na co szczególnie chcemy zwrócić uwagę to fakt, iż przedstawiciele firm przemysłowych w Europie inwestują coraz większe w środki w powiększenie mocy produkcyjnych. A to sugeruje, że przedsiębiorcy oczekują, że 2018 rok również okaże się czasem dynamicznej poprawy warunków gospodarczych na Starym Kontynencie. Uważamy, że póki co obraz makroekonomiczny w Europie powinien się dalej poprawiać, przy rosnących cenach wyrobów gotowych. W nieco dłuższej perspektywie dalszy wzrost zatrudnienia i wzrost cen produktów finalnych powinien wreszcie przełożyć się na wyraźniejszy wzrost dynamiki inflacji, zwłaszcza przy obecnych, relatywnie wysokich cenach ropy naftowej. Uważamy to za nasz scenariusz bazowy, którego skutkiem będzie nieco szybsze rozpoczęcie dyskusji o zacieśnianiu polityki pieniężnej w Europie, co powinno być bardzo silnym impulsem wzrostowym dla wspólnotowej waluty.

Rewelacyjna koniunktura gospodarcza w Europie to świetna wiadomość dla polskiego przemysłu. Z badań Markitu wynika, że rodzimi przedsiębiorcy coraz bardziej zauważalnie korzystają na boomie gospodarczym w strefie euro, co potwierdza listopadowy odczyt przemysłowego indeksu PMI, który znalazł się na najwyższym poziomie od 9 miesięcy. Wg ankiet wielkość produkcji przemysłowej urosła najszybciej od marca, a liczba nowych zamówień była wyższa niż miesiąc wcześniej. Najsilniejsza od 7 lat presja na łańcuch dostaw spowodowała wzrost opóźnień w dostawach, a rosnące koszty produkcji przełożyły się na wzrost cen wyrobów gotowych. Biorąc pod uwagę świetne dane z Europy w naszej opinii jest duże prawdopodobieństwo kontynuacji poprawy obrazu makroekonomicznego w Polsce. Dlatego też uważamy, że to co możemy zaobserwować w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni na polskiej giełdzie, należy traktować po prostu jako korektę. Niepokoić może mocny wzrost cen wyrobów gotowych, który jest już widoczny w dynamice inflacji. Uważamy bowiem, że Rada Polityki Pieniężnej nie docenia tempa poprawiającej się koniunktury i być może będzie zmuszona już w przyszłym roku podnieść koszt pieniądza, by utrzymać inflację w celu.

USA i Ameryka Łacińska – rewelacyjna Brazylia. Odbicie w Meksyku.

Boom gospodarczy w Europie, mocna poprawa w Indiach 6USA i Ameryka Łacińska

Sektor przemysłowy w Brazylii dynamicznie w listopadzie przyspieszył, głównie dzięki największemu wzrostowi nowych zamówień od przeszło 7 lat, wskutek czego producenci wyraźnie zwiększyli produkcję i zakupy półfabrykatów. Ponieważ presja na dostawców urosła gwałtownie, nie byli oni w stanie obsłużyć bieżącego popytu, dlatego też producenci wykorzystywali zapasy. Ostatnie odczyty indeksów PMI z brazylijskiej gospodarki dają wyraźne sygnały, że koniunktura gospodarcza zaczyna się tam zauważalnie poprawiać, mimo wciąż obecnego bardzo wysokiego ryzyka politycznego. Bez wątpienia wpływ na to ma wyraźna poprawa koniunktury gospodarczej na całym świecie, ale także lepszy sentyment lokalnie. Są więc spore szanse na to, że w tak sprzyjających okolicznościach przedsiębiorcy zaczną wreszcie inwestować, co dotychczas było jednym z większych problemów.

Ubiegłomiesięczne tąpnięcie w meksykańskim przemyśle było skutkiem przede wszystkim potężnego trzęsienia ziemi. W listopadzie po wyraźnym spowolnieniu nie ma już właściwie śladu. Największą kontrybucję do kompozytu dołożył subindeks nowych zamówień – wzrost nowego biznesu był najmocniejszy od ponad półtora roku. W środowisku rosnącego popytu przedsiębiorcy zareagowali zwiększoną produkcją. Odnotowano również wyraźny wzrost zakupów półfabrykatów i wyższą dynamikę zatrudnienia. Niestety osłabienie waluty spowodowało, że koszty produkcji wzrosły, jednak wzrost popytu był na tyle silny, że przedsiębiorcy mogli przerzucić część kosztów na finalnych odbiorców, generując dodatkową presję inflacyjną.

Podsumowując sytuację za oceanem, zarówno Brazylia, jak i Meksyk wyraźnie korzystają na globalnej poprawie obrazu makroekonomicznego. I chociaż w brazylijskie firmy nie wydają jeszcze środków na inwestycje, co ma miejsce w Meksyku, wydaje się, że coraz bardziej sprzyjające otoczenie makroekonomiczne zmusi do tego lokalnych przedsiębiorców.

Autor: Szymon Juszczyk – Zarządzający Portfelami RDM Wealth Management S.A.

W co chcą inwestować polskie firmy

Listę celów inwestycyjnych firm w Polsce otwierają wydatki na zwiększenie mocy produkcyjnych. Taki plan ma 60% z grona tych firm, które deklarują inwestycje. Niestety znacząco spadła skłonność do inwestycji w badania i rozwój: rok temu ten aspekt wskazało 21% badanych podmiotów, obecnie tylko niespełna 14%.

Sprzyjajaca polskiej gospodarce bardzo dobra koniunktura pozwoliła firmom – zwłaszcza dużym – zgromadzić dość środków obrotowych, by to nimi właśnie finansować nowe inwestycje. W efekcie w skali roku silnie – z 65 do 85% – wzrósł odsetek wskazań na środki własne jako optymalne źródło finansowania inwestycji. Kredytem bankowym, podobnie jak rok temu, planuje wesprzeć swoje inwestycje 28% przedsiębiorstw. Najwyższą skłonność do sięgnięcia po kredyt przejawiają małe firmy (41%). Rośnie znaczenie leasingu – wskazało go 22% badanych firm (rok temu – 16%).

40% badanych podmiotów nie widzi potrzeby pozyskania dodatkowego kapitału z zewnątrz (rok temu – 33%). Finansowanie zewnętrzne wciąż uważane jest za rozwiązanie ostateczne, gdy wyczerpią się inne możliwości.

– Blisko co trzecia firma z przez nas badanych pragnie uzyskać dotacje z funduszy UE – mówi w rozmowie z MarketNews24 prof. dr hab. Małgorzata Bombol z SGH. – Czyli firmy te nie odczuwają swych potrzeb inwestycyjnych jako pilne.

Deutsche Bank po raz drugi przeprowadził kompleksowe badanie polskich przedsiębiorstw. To grupa niejednorodna, dlatego – wzorem ubiegłorocznej edycji raportu – w większości badanych aspektów zastosowano dodatkowe kryterium analizy: skalę działania (małe, średnie, i duże firmy) oraz zasięg terytorialny (lokalne, regionalne, ogólnopolskie, działające w europejskiej i globalnej skali).

Badanie objęło łącznie reprezentatywną grupę 500 firm, w tym 72 % małych (do 10 mln euro obrotu rocznego), 20,5% średnich (do 50 mln euro obrotu rocznego) oraz 7,5% dużych (powyżej 50 mln euro obrotu rocznego). Najczęściej reprezentowane były przedsiębiorstwa lokalne (32%) i ogólnopolskie (30%). 14% działa na skalę europejską, co dziesiąta – na skalę globalną.

Podatki w ostrzejszej wersji

Polski przemysł nie zwalnia tempa

Odczyt PMI polskiego przemysłu za listopad 2017 r. wyniósł 54,2 i okazał się najwyższy od dziewięciu miesięcy. Jednocześnie, odczyt ten był wyższy od oczekiwań rynkowych na poziomie 54. Dla porównania, odczyt październikowy był równy 53,4.

W raporcie za listopad IHS Markit zwraca uwagę na przyspieszoną ekspansję produkcji, wydłużony czas dostaw oraz zwiększone zapasy. Z drugiej strony w listopadzie widoczne było niewielkie spowolnienie napływu nowych zamówień oraz wolniejsze tempo tworzenia nowych miejsc pracy.

Badanie wskazuje, że po raz pierwszy od czterech miesięcy polscy producenci zredukowali zaległości w realizacji zleceń.

Producenci komunikują niewystarczającą podaż na rynku surowców, co przełożyło się na wzmocnienie presji na podwyżkę cen. Ankietowani zwracają uwagę zwłaszcza na wyższe ceny stali i papieru.

W perspektywie 12 miesięcy niemal połowa badanych firm spodziewa się wzrostu produkcji, a spadku spodziewa się ponad pięć razy mniej ankietowanych.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström Dom Maklerski

Raportowanie do Urzędu Ochrony Danych Osobowych o własnych naruszeniach

Raportowanie do Urzędu Ochrony Danych Osobowych (dalej UODO) o własnych naruszeniach to konstrukcja prawna wywodząca się z art. 33 Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. (RODO) i w stosunku do przepisów ustawy o ochronie danych osobowych jest ona całkowicie nowa.

Od 25 maja 2018r. będzie to obowiązek powszechny, nałożony na każdego administratora danych osobowych oraz każdy podmiot przetwarzający dane czyli procesora. Polegać on będzie na informowaniu, przez te podmioty, UODO o naruszeniu przepisów ochrony danych osobowych. Termin jaki wyznacza europejski Ustawodawca został ustalony na 72h. Jeżeli w przeciągu tego czasu  administrator nie powiadomi organu nadzorczego o naruszeniu w dalszym ciągu jest zobligowany to zrobić, podając przyczynę opóźnienia. Oczywiście termin biegnie od momentu w którym administrator lub procesor dowie się o zaistniałym naruszeniu.

Czy warto ukrywać przed organem naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych?

Uchylanie się od obowiązku poinformowania organu nadzorczego wiąże się z nałożeniem przez Urząd, określonych w art. 83. Ust. 4 RODO, kar. Sankcje finansowe będą bardzo odczuwalne dla administratorów danych, gdyż mogą wynosić nawet 100 tys. euro lub 2% całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego przedsiębiorstwa. Nie warto również liczyć na pobłażliwe traktowanie przez UODO w chwili, gdy nie zgłosi się do niego wystąpienia incydentu. Kara nałożona po zaraportowaniu naruszenia do UODO będzie na pewno niższa niż ta nałożona przez Urząd w przypadku wykrycia zatajenia nieprawidłowości.

W jaki sposób będzie można informować organ?

Zgodnie z zapisami przedstawionymi w projekcie ustawy z dnia 12 września 2017 r. o ochronie danych osobowych, Prezes UODO będzie prowadził system teleinformatyczny za pomocą, którego będzie można informować go o naruszeniach. Prawdopodobnie będzie to formularz elektroniczny na stronie Urzędu. Warto pamiętać, iż istotnym będzie wprowadzenie odpowiednich rozwiązań organizacyjnych. Pracownik, który dowie się o incydencie musi wiedzieć do kogo zgłosić zaistniałą sytuację. Dobrym rozwiązaniem będzie więc stworzenie wewnętrznej polityki działania na wypadek wystąpienia incydentów.

O jakich incydentach należy poinformować UODO?

Pomocne, w ocenie jakie incydenty należy zgłaszać, może okazać się zdefiniowanie, zawartego w art. 4 pkt 12 RODO, terminu „naruszenia danych osobowych”. Może być ono przypadkowe lub bezprawne (tj. naruszające przepisy). Może ono polegać na działaniu albo zaniechaniu, którego skutkiem jest zniszczenie bądź usunięcie danych, modyfikacja (zmiana treści); ujawnienie danych lub uzyskanie dostępu do nich przez osobę nieuprawnioną. Naruszenia mogą więc odnosić się do różnych czynności przetwarzania danych – mówi Adam Lipiński, Specjalista ds. ochrony danych, ODO 24.

Czy tylko UODO musi zostać poinformowany?

W sytuacji, w której naruszenie niesie ze sobą wysokie „ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych”, administrator powinien również, bez zbędnej zwłoki, zawiadomić osobę, której danych osobowych dotyczyło naruszenie. Powyższa wiadomość powinna być zakomunikowana prostym i przejrzystym językiem.

Dla wielu administratorów danych najbardziej uciążliwym, w procesie raportowania naruszeń do UODO, może okazać się krótki termin – 72h. Nie są to godziny robocze, więc czas w jakim należy zawiadomić organ nadzorczy o incydencie jest bardzo krótki. Podstawowym sposobem na wywiązanie się z tego obowiązku prawnego będzie wdrożenie w organizacji odpowiednich procedur administracyjnych i technicznych aby incydent mógł być jak najszybciej zauważony i w razie konieczności zgłoszony do Urzędu – wskazuje, Adam Lipiński, Specjalista ds. ochrony danych, ODO 24. Nie zapominajmy, iż głównym zadaniem RODO jest ochrona danych osobowych osób fizycznych, nie zaś wygoda przedsiębiorców. Mimo, iż instytucja zawarta w art. 33 rozporządzenia może wydawać się z punktu widzenia szeroko rozumianych firm kuriozalna, to zapewnia ona odpowiednie warunki ochronne osobom, których dane są przez nie przetwarzane – dodaje.

Ustawa podatkowa przeszła przez Senat USA

Po wielogodzinnej debacie amerykański Senat głosami republikańskiej większości przyjął w weekend ustawę reformującą system podatkowy w USA. To spowodowało umocnienie się amerykańskiego dolara wobec rywali. Zdaniem analityków Goldman Sachs reforma zwiększy tempo wzrostu PKB USA o około 0,3 pkt. proc. w 2018 i 2019 r., a według komentatora gospodarczego  Larry’ego Kudlowa, obniżki podatków sprawią, że „wzrost gospodarczy wróci do normy historycznej na poziomie 3-4%”. Na silniejszym dolarze tradycyjnie nieco traci polska waluta, a inwestorzy czekają na wtorkowy komunikat po zakończeniu posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,44%), brytyjskiego funta (+0,35%), dolara kanadyjskiego (+0,3%), dolara australijskiego (+0,39%) oraz japońskiego jena (+0,69%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,184, GBP/USD – 1,343, USD/CAD – 1,272, AUD/USD – 0,759 i USD/JPY – 112,9. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,25%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,882. W porównaniu z sytuacją sprzed weekendu złotówka traci do dolara, euro i franka szwajcarskiego, a pozostaje na tym samym poziomie wobec funta. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,55 zł, euro – prawie 4,21 zł, funt – 4,77 zł, a frank – 3,61 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach nadal przewaga koloru czerwonego. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,36%, frankfurcki indeks DAX – 1,25%, a paryski indeks CAC 40 – 1,04%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,2%, meksykański indeks Bolsa podniósł się o 0,37%, a brazylijski indeks Bovespa zyskał 0,41%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,49%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,24%, a hongkoński indeks Hang Seng wzrósł o 0,37%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej wahają się. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,49 USD (-0,13%), a ropy WTI – 58,36 USD (+1,64%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca podniosła się o 1 USD do 67 USD. Z kolei cena złota kontynuuje spadki. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1273 USD. To 2 USD mniej (-0,16%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 5:00 – Japonia – Wystąpienie szefa Banku Japonii
  • 8:00 – Rumunia – Inflacja IPPI (r/r), październik – 4% (poprzednio 4,3%)
  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja PPI (r/r), październik (prognoza 2,6%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), październik (prognoza -1,2%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia w przemyśle (m/m), październik (prognoza -0,4%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), październik (prognoza 0,4%)
  • 23:30 – Australia – Indeks PSI dla usług, listopad (poprzednio 51,4 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Raport CFTC – pozycje dużych graczy Forex WTI i JPY

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać łówne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymCFTC

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

sur cftc

Źródło: Opracowanie własne

Raport CFTC - pozycje dużych graczy Forex WTI i JPY 7– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Raport CFTC - pozycje dużych graczy Forex WTI i JPY 8-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

OIL WTI – w drodze do korekty

Ostatni raport Commitment of Traders wskazuje na bardzo duże zaangażowanie zarządzających po długiej stronie rynku na ropie naftowej WTI. Pozycja netto zarządzających na kontraktach terminowych zbliżyła się do historycznego szczytu z lutego 2017 roku. W tamtym momencie mieliśmy również krótkoterminowy szczyt, po którym notowania „czarnego złota” spadły o 20 procent. Czy tym razem będzie tak samo? Prawdopodobnie nie, ale duże zaangażowanie po jednej stronie rynku zwiększa ryzyko mocniejszej korekty.

Pozycje zarządzających, linia niebieska- pozycje długie, czerwona – pozycje krótkie , linia żółta – netto

WTI CFTC

Źródło: Cmegroup

Przy tak jednostronnym zaangażowaniu rynku istnieje ryzyko wystąpienia zjawiska „long squeeze„, które polega na szybkim pokrywaniu długich pozycji.

Spoglądając na wykres tygodniowy notowania ropy WTI znalazły się w bardzo ciekawym miejscu. Z jednej strony mamy mocne wsparcie 53.20-54.60, natomiast z drugiej opór w okolicy 60 USD. Niemniej jednak pomimo mocnego trendu wzrostowego bazowym scenariuszem pozostanie korekta w okolicę 54 USD za baryłkę.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

JPY – domykanie krótkich pozycji

W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane na JPY zamknęły ponad 11 tysięcy krótkich pozycji i otworzyły ponad 2 tysiące długich. Trend spadkowy prawdopodobnie zostanie zachowany. Przez kilka poprzednich tygodni fundusze lewarowane spekulowały na spadek wartości JPY w stosunku do USD (wzrost pary walutowej USDJPY). Sytuacja się zmieniła dwa tygodnie temu, gdzie kapitał lewarowany zaczął inkasować zysk z krótkim pozycji otwierając jednocześnie długie.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

JPY CFTC

Źródło: Cmegroup

Na interwale tygodniowym kurs USDJPY porusza się w szerokiej konsolidacji. W ostatnich tygodniach niedźwiedzie przejęły kontrolę nad kursem walutowym. Obrona oporu 113.30-114-30 sugeruje dalszą deprecjację kursu walutowego w okolicę poziomu 109.

Notowania USDJPY, interwał tygodniowy

Notowania USDJPY, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Pierwsza zagraniczna umowa Nestmedic S.A.

Spółka Nestmedic podpisała właśnie umowę z kenijską firmą eMedica Ltd., oferującą szereg rozwiązań telemedycznych wspierających system ochrony zdrowia w Afryce. Do jej portfolio dołączy mobilne KTG Pregnabit. Wejście na dynamicznie rozwijający się rynek medyczny w Kenii to element strategii ekspansji zagranicznej notowanej na New Connect spółki.

Nasze plany od początku wykraczały daleko poza polski rynek, widzimy bardzo szerokie możliwości wprowadzenia systemu Pregnabit praktycznie na całym świecie. Teraz, kiedy za nami pierwsze wdrożenia w Polsce, ekspansja zagraniczna staje się naszym priorytetem. Afryka to bardzo duży i chłonny rynek, łatwo adaptujący się do nowych technologii. To zarazem tylko jeden z obszarów, na których poszukujemy partnerów i planujemy dystrybucję – podkreśla dr n. med. Patrycja Wizińska-Socha, prezes zarządu Nestmedic.

Na kontynencie afrykańskim, zmagającym się z ograniczonym dostępem do opieki medycznej i brakiem wykwalifikowanej kadry lekarskiej, rozwiązania z zakresu telemedycyny trafiają na chłonny rynek. System Pregnabit może być szczególnie pożądany i pożyteczny m.in. w Kenii oraz wschodniej Afryce, gdzie nawet duże szpitale rzadko wyposażone są w stacjonarne KTG. Jeszcze rzadziej zatrudniają zaś specjalistów, potrafiących interpretować wyniki badań dobrostanu płodu. W sierpniu br. spółka Nestmedic przeprowadziła pierwsze badanie teleKTG na kontynencie afrykańskim. Powodzenie testu potwierdziło technologiczną gotowość urządzenia do wdrożenia na rynki zagraniczne, bez względu na długość i szerokość geograficzną.

eMedica Ltd. zapewnia wysokiej jakości usługi telemedyczne oraz przełomowe technologie, pomagające w diagnozowaniu i leczeniu pacjentów w Afryce. Cieszymy się, że rozpoczynamy współpracę na tak perspektywicznym i szybko rosnącym rynku. Ale to dopiero początek. Obecnie otrzymujemy zapytania dotyczące systemu Pregnabit niemal z całego świata. Wkrótce będziemy informować o kolejnych wdrożeniach, również w krajach Unii Europejskiej – dodaje Patrycja Wizińska-Socha.

W Kenii rocznie rodzi się 1,5 mln dzieci, z czego 65% w szpitalach. Według prognoz, roczna stopa wzrostu sektora zdrowotnego będzie tam sięgać 10,8% co oznacza wartość sektora na poziomie3,1 mld dolarów w 2019 roku. Podnoszenie jakości opieki okołoporodowej jest obecnie rządowym priorytetem w Kenii, badanie kardiotokograficzne ma szansę stać się tamtzw. „złotym standardem” badań w trzecim trymestrze ciąży.

Wenezuela chce stworzyć kryptowalutę. Rynek Ropy. Dobre dane z Kanady

Świetne dane z kanadyjskiego rynku pracy wyraźnie zaskoczyły inwestorów. Na rynku ropy jeszcze nie ucichło echo po decyzji OPEC a ropa już wraca z ceną w dół. Wenezuela chce stworzyć kryptowalutę.

Dobre dane z Kanady

W piątek poznaliśmy pakiet ważnych danych z USA. PKB w ujęciu rocznym rośnie o 1,7% przy oczekiwanych 1,6%, ale to nie te dane były najważniejsze. Sytuacja na rynku pracy, czyli de facto liczba nowych miejsc pracy, okazała się znacznie wyższa od oczekiwań. Analitycy spodziewali się 10 tysięcy i spadku stopy bezrobocia z 6,3% na 6,2%. Dane pokazały 79,5 tysiąca oraz spadek bezrobocia do 5,9%. W rezultacie tych danych dolar kanadyjski wystrzelił w górę. Od publikacji zyskał około 1,5% na wartości. Skacząc od razu z 2,75 zł na 2,78 zł, po czym do końca dnia przekroczył 2,79 zł.

Walka na rynku ropy

Decyzja o przedłużeniu obniżenia wydobycia przez OPEC oczywiście podbiła ceny czarnego złota. Szybko natomiast pojawiły się informacje z USA. Wzrasta liczba odwiertów. Na razie powoli, ale nie dużo brakuje do maksimów z wakacji tego roku. Rosnąca liczba odwiertów poparta wypowiedziami najwięskzych producentów o stopniowym otwieraniu nowych spowodowała korektę wzrostów na rynku ropy. Biorąc pod uwagę poziom cen należy się spodziewać, że ruch ten może zostać utrzymany. To właśnie okolice 50-65 USD są uznawane przez wielu analityków jako moment, w którym technologia wydobycia z łupków staje się opłacalna. Jeżeli uda się odpowiednio szybko zwiększać wydobycie ceny ropy pomimo działań OPEC mogą na dłużej pozostać na obecnych poziomach.

Wenezuelska kryptowaluta

Po ostatnich sukcesach bitcoina w blasku chwały chcą się również ogrzać inni. Niewypłacalna Wenezuela słowami swojego prezydenta zapowiedziała wprowadzenie “petro”. Ma to być kryptowaluta, której wartość zabezpieczona jest rezerwami surowców naturalnych. Patrząc na nazwę łatwo wskazać, który będzie dominował. Analitycy są bardzo sceptyczni co do możliwości wdrożenia tego projektu w życie. Wskazują tutaj raczej na element gry negocjacyjnej z wierzycielami. Nie do końca wiadomo dlaczego inwestorzy, którzy wyprzedają wszystko co ma cokolwiek wspólnego z tym krajem, nagle mieliby kupić jego kryptowalutę. Tym bardziej, że skoro realna waluta straciła ponad połowę wartości w samym listopadzie, głównie z powodu bankructwa, to dlaczego petro miałoby być stabilne.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs euro nadal w okolicach 4,20-4,21

Piątkowa sesja na krajowym rynku walutowym przyniosła dalsze odreagowanie ostatnich wzrostów notowań PLN. Od środy, kiedy to rynek wyznaczył tygodniowy dołek na EURPLN na poziomie 1,187 kurs wyraźnie rósł, w piątek przełamując opór na 4,215. Warto zwrócić uwagę, że przecena naszej waluty miała miejsce pomimo publikacji kolejnych solidnych danych dot. polskiej gospodarki. Generalnie jednak, od połowy listopada kurs EURPLN konsoliduje się pomiędzy ok. 4,19-4,215.

Wskaźnik aktywności polskiego przemysłu wzrósł w listopadzie do poziomu 54,2 pkt. To najlepszy wynik od dziewięciu miesięcy i znacznie wyższy niż 53,4 pkt odnotowane w październiku. W rezultacie, można powiedzieć, że listopadowa niespodzianka poprawiła nastroje nadszarpnięte październikowym rozczarowaniem, kiedy to indeks zanotował nieoczekiwany spadek. Statystycznie powyżej 50 pkt (czyli granicy rozdzielającej wzrost gospodarczy od recesji) polski PMI znajduje się już od 38 miesięcy, co oznacza rekordowo długi nieprzerwany rozwój polskiego przemysłu. Piątkowe PMI potwierdziły więc, że dobra koniunktura w polskiej gospodarce powinna utrzymać się w kolejnych miesiącach. Składowe wskaźnika wskazywały bowiem, że wielkość produkcji przemysłowej była najwyższa od marca, a liczba nowych zamówień ponownie wzrosła. Widoczna pozostaje też presja inflacyjna, co wcześniej pokazał wstępny odczyt indeksu CPI. W listopadzie po raz pierwszy od 2012 r. osiągnięty został cel inflacyjny NBP na poziomie 2,5% r/r. Nie jest jeszcze znana struktura wskaźnika, ale już można przypuszczać, że listopadowy wzrost był dużej mierze determinowany rosnącymi cenami paliw w związku z silnym wzrostem cen ropy naftowej na rynkach światowych oraz wzrostem cen opału za sprawą wysokich cen węgla. Brak silnie pozytywnej reakcji złotego na kolejne, tak mocne odczyty potwierdza, że potencjał aprecjacyjny naszej waluty wygasa. W najbliższym czasie ponownie większą rolę na krajowym rynku walutowym zaczną odgrywać czynniki zewnętrze mogące deprecjonować złotego.

Już w piątek impuls do wyprzedaży PLN dały rozczarowujące dane z Chin. Indeks PMI publikowany przez niezależnego Caixin obniżył się do 50,8 pkt z 51 notowanych wcześniej, osiągając najniższy poziomu od pięciu miesięcy. Słabszy wynik spowodowany był przede wszystkim spadkiem nowego komponentu zamówień z 52,4 do 51,8. Wydaje się, że przyczyną spadku indeksu mógł być też łagodniejszy popyt wewnętrzy Chin. Jednak po południu doniesienia z USA lekko poprawiły nastroje względem walut EM. Były doradca prezydenta Trumpa, Michael Flynn, usłyszał zarzuty złożenia FBI fałszywych zeznań w sprawie swoich kontaktów z rosyjskim ambasadorem w Stanach Zjednoczonych, co osłabiło dolara wspierając walut EM.

W tym tygodniu spadki PLN mogą jednak powrócić. Można bowiem oczekiwać, że solidne krajowe dane makro nie zmienią gołębiej postawy RPP, dla której relatywnie słabszy wzrost inwestycji w porównaniu do konsumpcji i brak oznak bańki kredytowej w sektorze finansowym mogą stać się czynnikami wspierającymi obecną, łagodną postawę większości jej członków. Ponadto, słabe dane z Chin (tym razem dot. wymiany handlowej) mogą dalej podnosić awersję do ryzyka na EM, co powinno osłabiać złotego. Ponadto, negatywny wpływ na złotego powinien dodatkowo wywierać oczekiwany, umacniający się na szerokim rynku dolar.  Co prawda na razie zaufanie rynków do silniejszego dolara nie jest zbyt duże, niemniej biorąc pod uwagę, że gospodarka amerykańska rozwija się, zbliża się oczekiwana grudniowa podwyżka stóp przez Fed, a do tego prace nad reformą podatkową najprawdopodobniej niedługo zakończą się z pozytywnym efektem (wspierając wzrost gospodarczy amerykańskiej gospodarki i zapowiedziane na 2018 rok kolejne podwyżki stóp), dolar powinien zacząć zyskiwać na wartości i wyraźnie w dół w porównaniu z obecnymi poziomami zacząć spychać notowania EURUSD. W weekend Senat USA zatwierdził bowiem plan obniżenia podatków, po tym jak wcześniej uczyniła to Izba Reprezentantów. Do uchwalenia reformy jest więc coraz bliżej.kurs euro 1

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Mobbing w branży fitness – prawa i procedury

Wydawać by się mogło, że psychiczne nękanie pracowników czy zastraszanie ich zdarzają się tylko np. w branżach, w których stres (w dużym natężeniu) towarzyszy wykonywaniu codziennych zawodowych obowiązków. Tymczasem, z działaniami i zachowaniami składającymi się na tzw. mobbing, można zetknąć się wszędzie tam, gdzie pracuje ze sobą już kilka osób tworzących zespół, także w branży fitness.

Takie działania mogą przejawiać się różny sposób. Jednak niezależnie od ich przyczyny czy formy, zawsze będą one polegały na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika. Ich skutkiem natomiast jest poniżenie, ośmieszenie, wyizolowanie lub wyeliminowanie pracownika z zespołu współpracowników.

Kara za brak prewencji

Każdy klub sportowy, każdy pracodawca musi przedsięwziąć niezbędne kroki zmierzające do przeciwdziałania temu zjawisku w swojej firmie. W przeciwnym razie naraża się na odpowiedzialność odszkodowawczą wobec pracownika, który padł ofiarą mobbingu. Przepisy jednak nie określają dokładnie, co jest niezbędne do tego, aby wyeliminować takie zachowanie. Nie dają też wskazówek, jakie działania pracodawcy zwolnią go z odpowiedzialności za bezprawne działania pracownika, który dopuścił się mobbingu.

Definicja mobbingu zawarta w art. 943 § 2 Kodeksu pracy, również jest bardzo ogólna. Wskazuje, że mobbing to działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko niemu, które polegają na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu podwładnego oraz które wywołują u tej osoby zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodują lub maja na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie do lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników. Mimo tak rozbudowanej struktury, definicja ta nie zawiera jednocześnie katalogu konkretnych działań czy zachowań, które jasno wskazywałyby na występowanie tego zjawiska i można by je jako takie wprost zaklasyfikować. Wynika to przede wszystkim z dużej różnorodności form zatrudniania (np. praca zdalna), specyfiki danego biznesu, obowiązków danego pracownika, czy też wewnętrznych zasad panujących w firmie. Z tego też względu w orzecznictwie sądów przyjmuje się, że ocena, czy dane zachowanie stanowi mobbing, musi być dokonana w sposób zindywidualizowany m.in. poprzez weryfikację konkretnych zachowań mobbera, czy stopnia ich nasilenia.

Ryzyko trudne do przewidzenia

Oczywiście nie jest możliwym, aby pracodawca był w stanie całkowicie wyeliminować ryzyko stosowania w firmie mobbingu. Nie da się bowiem przewidzieć i kontrolować wszystkich zachowań każdego z pracowników i wyeliminować każde niepożądane zachowania. Niemniej, wprowadzenie odpowiednich mechanizmów, pozwoli zminimalizować to ryzyko, a w razie wystąpienia wspomnianego zjawiska łatwiej będzie można je zidentyfikować i wyeliminować problem.

Należy przy tym pamiętać, że przeciwdziałanie zjawisku psychicznemu dręczeniu członka zespołu, poza ustawowym obowiązkiem spoczywającym na pracodawcy, leży również w jego interesie. Na pierwszy plan poza aspektem finansowym (pracownikowi bowiem, w przypadku jego wystąpienia, przysługuje w stosunku do pracodawcy, roszczenie o zapłatę odszkodowania lub zadośćuczynienia), wyłania się także aspekt wizerunkowy. Występowanie zjawiska mobbingu działa bardzo demotywująco na pracowników będących świadkami czy też ofiarami takiego zachowania. Spada także efektywność pracy w zespole, w którym dochodzi do takich zachowań. Ponadto ujawnienie mobbingu najczęściej powoduje, że pracodawca może być postrzegany w opinii publicznej jako podmiot, który nie radzi sobie z problemem i nie kontroluje tego co się dzieje w jego firmie, a środowisko pracy przez niego tworzone nie jest przyjazne i nie sprzyja rozwojowi zawodowemu. To z kolei może mieć znaczenie zarówno w relacjach z kontrahentami czy klientami, jak również z potencjalnymi pracownikami.

Trzeba przy tym podkreślić, że obowiązek pracodawcy dotyczący przeciwdziałania zachowaniom mobbingującym jest tzw. obowiązkiem starannego działania. Oznacza to, że musi on podjąć realne i efektywne kroki w celu zapobiegnięcia mobbingowi oraz zminimalizowana jego skutków. Z oczywistych jednak względów nie może on zagwarantować, że mimo stosowania środków antymobbingowych, nikt z pracowników nie naruszy prawa i nie będzie stosował mobbingu.

Brak jednoznacznych wskazówek

Z tego też względu Kodeks pracy nie definiuje środków, które byłby niezbędne lub choćby wystarczające w tym celu, ponieważ jest to uzależnione od wielu zmiennych czynników, takich jak rodzaj środowiska pracy, ilość czy charakter interakcji między pracownikami, a także zasady podporządkowania i stopień zhierarchizowania pracowników przedsiębiorstwa.

Najistotniejszym środkiem jest stworzenie i udostepnienie pracownikom takiego wewnętrznego mechanizmu lub procedury, np. w obowiązującym regulaminie lub zarządzeniu, regulującego zasady, w ramach których pracownik – ofiara mobbingu – może zgłosić ten fakt odpowiednio kompetentnej jednostce lub osobie, bez obaw o zbagatelizowanie problemu, swoją pozycję, czy stanowisko w firmie.

Procedura taka powinna również przewidywać dalsze postępowanie w przypadku takiego zgłoszenia, kroki, jakie powinny być podjęte w celu wykrycia mobbera oraz skali zjawiska np. poprzez powołanie specjalnej, wewnętrznej komisji do wyjaśnienia sprawy, przeprowadzenie wywiadów z pracownikami zapewniających poufność; w skrajnych przypadkach zapewnienie opieki psychologa, a także środki zapewniające ukrócenie tego procederu, tj. odsunięcie mobbera od ofiar, zwolnienie sprawcy z pracy itp. Ponadto innymi dodatkowymi środkami mogą być szkolenia dla pracowników, w tym dla kadry kierowniczej, informujące o niebezpieczeństwie i konsekwencjach mobbingu, bądź też przeprowadzanie badań czy ankiet dotyczących satysfakcji i atmosfery panującej w pracy.

Jeśli są procedury, nie można skarżyć pracodawcy

Istotne jest zatem, że jeżeli pracodawca przedsięweźmie odpowiednie i potencjalnie skuteczne prewencyjne działania, to nawet jeżeli dojdzie do mobbingu w środowisku pracy, to nie będzie można czynić pracodawcy z tego tytułu żadnych zarzutów. Przykładowo, jeżeli pracownik będący ofiarą mobbingu, nie skorzysta z udostępnionych przez pracodawcę procedur antymobbingowych (np. nie powiadomił wyznaczonej osoby z działu kadr o tym fakcie, a w konsekwencji pracodawca nie mógł zareagować w odpowiedni sposób). Pracodawca nie odpowiada bowiem za rezultat, tj. za to, że mobbing w ogóle wystąpił, co w gruncie rzeczy byłoby warunkiem niemożliwym do spełnienia, lecz wyłącznie za zapewnienie sprawnych i skutecznych mechanizmów jemu zapobiegających.

Autor: Miłosz Mazewski, radca prawny Kancelarii Chałas i Wspólnicy

Akcjonariat spółdzielczy i pracowniczy korzystny dla firm, pracowników i gospodarki

W Polsce sytuacja pracownika względem pracodawcy jest bardzo słaba. W tej sytuacji, kiedy jest on słaby strukturalnie, wszelkie pomysły jak wzmocnić jego pozycję negocjacyjną i gospodarczą są zasadne i należy się nad nimi zastanowić. Jednym z nich jest rodzaj dopuszczenia pracownika do własności przedsiębiorstwa, jak i do zarządzania nim.

– Istnieją dwa modele takiego rozwiązania – akcjonariat pracowniczy i spółdzielczy. Pierwszy jest bardziej dopasowany do rzeczywistości kapitalistycznej. Drugi zakłada, że będzie to rodzaj wspólnej własności. Obydwa są ciekawe, ale jak na razie nierozpowszechnione w Polsce. Warto jednak iść w tym kierunku i obalać mity związane z barierami – politycznymi, mentalnymi i prawnymi – powiedział serwisowi eNewsroom, Rafał Woś publicysta tygodnika Polityka – Chodzi o przesądy na temat powyższych modeli oraz brak świadomość elit opiniotwórczych, politycznych, ekonomicznych, że są one sensowne. Z tego też wynikają rozwiązania prawne, kształtowane w Polsce w ciągu w ostatnich kilkudziesięciu lat. Obecnie nie promują one udziału pracowniczego we własności przedsiębiorstwa i zarządzaniu nim, a raczej się do niego zniechęcają. Jeżeli założymy na poziomie politycznym, że jednak warto rozwijać te modele, należałoby wprowadzać pewne udogodnienia. Najbardziej podstawowym są ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw dopuszczających pracowników do współdecydowania o losach firmy. Racjonalizacją tego kroku mógłby być fakt, że takie firmy lepiej radzą sobie podczas kryzysów. To zaś pozwala stworzyć odporną na nie gospodarkę – ocenił Woś.

Tak dobrej sytuacji w budowlance nie było od ponad 2 lat

Odczyt „Barometru EFL”[1] dla budownictwa na IV kwartał tego roku był najwyższy wśród sześciu badanych branż i wyniósł rekordowe 66,7 pkt. Firmy budowlane nie tylko oceniły swoją sytuację zdecydowanie lepiej niż w poprzednim kwartale (+7,7 pkt.), ale jest to najwyższy wynik tej branży od początku pomiaru Barometru (ex-aequo z wynikiem za III kwartał 2015). Tak wysoka wartość wskaźnika wynika przede wszystkim z optymizmu dotyczącego planowanych inwestycji. Ich wzrostu spodziewa się aż 63% firm budowlanych.

– Spoglądając na tegoroczne pomiary dla branży budowlanej możemy dostrzec wyraźną poprawę nastrojów w porównaniu do ubiegłego roku. Wyniki II, III i IV kwartału należą do najwyższych w historii naszego badania, czyli od początku 2015 roku. Co więcej, do tej pory nie mieliśmy do czynienia z tak wysokim odsetkiem przedsiębiorców planujących inwestycje. Potwierdzają to obiektywne dane makroekonomiczne. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, produkcja budowlano-montażowa wzrosła w październiku br. o ponad 20% r/r, a biorąc pod uwagę okres styczeń– październik, o niemal 13% r/r. Rok temu w tym momencie mówiliśmy o spadkach. To zapowiada bardzo dobre kolejne miesiące w branży – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Budownictwo z drugim najlepszym wynikiem branżowym w historii

W IV kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla branży budowlanej wyniósł 66,7 pkt. Jest to wynik zdecydowanie lepszy niż w poprzednim kwartale (+7,7 pkt.) i rok temu (+10,9 pkt.). Powodów do optymizmu jest jednak więcej. Biorąc pod uwagę tylko pomiary dla branży budowlanej, ostatni tegoroczny wynik jest najlepszym w całej historii badania – ex-aequo z wynikiem za III kwartał 2015. Ponadto, budownictwo może uznać cały 2017 rok za bardzo udany, gdyż trzy subindeksy (za II, III i IV kwartał) należą do najwyższych w ciągu trzech lat. Warto też spojrzeć na nastroje firm budowlanych w porównaniu do wyników pozostałych pięciu badanych branż (handel, HoReCa, produkcja, transport i łączność, usługi). Pomiar dla budowlanki na IV kwartał tego roku jest drugim najwyższym wynikiem branżowym od początku realizacji badania. Pierwszy należy do firm produkcyjnych na II kwartał 2017 roku – 69 pkt.

Jeszcze nigdy tak wielu nie planowało tak wiele… inwestycji

Rekordowo optymistyczne nastroje w budownictwie wynikają głównie z pozytywnych prognoz dotyczących inwestycji. Pod koniec tego roku aż 63% firm z branży spodziewa się więcej inwestować. To zdecydowanie lepszy wynik niż kwartał wcześniej (34,8%) oraz trzy razy lepszy niż rok temu (20%). Przedstawiciele branży budowalnej sygnalizują również większy wzrost zamówień w porównaniu do analogicznego okresu 2016 roku – 33,8% vs. 15%. Warto spojrzeć też na płynność finansową firm budowlanych. Lepszej spodziewa się niemal jedna trzecia zapytanych (31,3%), podczas gdy rok temu tylko 11,3%.

2017 zdecydowanie lepszy dla całego sektora MŚP niż 2016

Główny odczyt „Barometru EFL” za IV kwartał 2017 roku wyniósł 58,2 pkt. i wciąż znajduje się ponad progiem OR[2]. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów EFL pomiędzy III a IV kwartałem br., podobnie jak to miało miejsce rok temu, wartość Barometru spadła (o 1,1 pkt.). Warto jednak podkreślić, że wartość wskaźnika jest wyższa nie tylko niż w IV kwartale ubiegłego roku (55,3 pkt.), ale w porównaniu do wszystkich pomiarów z 2016 roku. To oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, pomimo odrobinę gorszych prognoz, cały czas widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

Szum polityczny oddziałuje na kurs funta i dolara

Ustawa podatkowa przeszła przez Senat USA, ale jeszcze daleko do końca walki o sukces legislacyjny Republikanów. Dolar otwiera tydzień mocniejszy, choć gdy czynniki polityczne dominują, trudno o stabilność w notowaniach. Podobnie klimat wygląda wokół funta. Nic ciekawego do powiedzenia o złotym na starcie posiedzenia RPP.

Na początku nowego tygodnia dolar oddycha z ulgą, gdyż po wielu dniach wyczekiwania i niepewności Senat USA w końcu przegłosował swój projekt reformy podatkowej. Jednak aby prezydent Trump zdążył podpisać ustawę przed Bożym Narodzeniem, jeszcze wiele jest do zrobienia. Przede wszystkim delegaci z obu izb Kongresu muszą scalić dwa projekty ustawy i spójny projekt musi zyskać większość głosów. Republikanie mają tydzień, by przedstawić ostateczny draft pod głosowanie. Nie będzie to proste, gdyż niektóre rozwiązania z projektu Izby Reprezentantów nadwątlą minimalną większość w Senacie. Ponieważ nic nie jest jeszcze pewne, nie można liczyć na imponujący rajd USD z tego tytułu. Mimo to jesteśmy krok bliżej sukcesu niż dalej i to wspiera dolara.

Czy jednak uda się w pozytywnym klimacie doczekać piątkowego raportu z rynku pracy? Niestety wieści z polityki nie ułatwiają życia dolarowi. W piątek spore zamieszanie wywołały doniesienia o przyznaniu się do winy zatajenia kontaktów z rosyjskimi oficjelami przez byłego doradcę prezydenta Trumpa Michaela Flynna. Większym szokiem było rzekome posiadanie przez Flynna informacji o kontaktach Trumpa z Rosjanami przed wyborami, co później zostało zdementowane. Dolar zanurkował, a po dementi szybko odrobił straty, jednak cała sytuacja pokazuje, że polityka pozostaje bardzo ważnym tematem dla inwestorów i USD będzie teraz bardziej wrażliwy niż wcześniej na doniesienia z trwającego dochodzenia, gdzie więcej może być powodów do spadków niż odwrotnie.

Po pozytywnej stronie można jednak odnotować techniczny aspekt rynku – piątkowe tąpniecie wyrzuciło rynku sporą liczbę inwestorów, który nie zdążyli jeszcze wrócić. W efekcie USD/JPY i USD/CHF nie są już tak wykupione i maja potencjał, by być pociągnięte wyżej. EUR/USD powinien konsolidować się na obecnych poziomach, gdyż tło makroekonomiczne w strefie euro chroni unijną walutę.

Szum polityczny oddziałuje też na funta. W zeszłym tygodniu wiele powiedziano o postępach w negocjacjach Brexitu, ale na weekendzie pojawiły się niepokojące informacje w temacie ustalania granicy Wielkiej Brytanii z Irlandią. Gra polityczna rządu premier May rozbija się o uzyskanie opinii na grudniowym szczycie UE, że w rozmowach dokonał się „wystarczający postęp”, by ruszyć z negocjacjami warunków handlowych. Dziś premier May spotyka się z szefem KE Junckerem. Rynek GBP liczy na pozytywne rozstrzygnięcia, ale kurs w tym tygodniu może być targany od jednego nagłówka prasowego do drugiego.

Dziś jesteśmy prawie bez danych makro. Zamówienia na dobra trwałe z USA są rewizją z mała uwaga rynków. W nocy mamy posiedzenia banku centralnego w Australii, które powinno przynieść skopiowanie komunikatu sprzed miesiąca. Ważniejszy dla AUD może być dopiero odczyt PKB w nocy z wtorku na środę. Wyjątkowo w tym miesiącu posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej startuje w poniedziałek i kończy się w we wtorek. Poza tym reszta informacji związanych z polską polityką pieniężną powinna być bez zmian – RPP powinna utrzymać stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Jesteśmy dopiero co po prezentacji projekcji makroekonomicznej, na podstawie której Rada sygnalizuje brak chęci do podwyżek co najmniej przez rok. Mimo to można oczekiwać, że konferencja prasowa po posiedzeniu skupi się na ocenie ostatnich danych o PKB i CPI, które zaskoczyły pozytywnie. Wątpimy jednak, że usłyszymy wzmianki o wzmocnieniu pozycji jastrzębiego skrzydła. Sądzimy, że EUR/PLN jest wyprzedany bez siły do sforsowania na dobre 4,20 i z ryzykiem technicznego odejścia w stronę 4,23.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprzedawcy sprytnie skonstruowali ofertę na Black Friday

W tym roku aż 42 proc. budżetu przeznaczonego na prezenty zostawimy w sklepach internetowych. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte 23 proc. Polaków prezenty kupuje już w listopadzie, a aż 39 proc. deklaruje, że wybierze się na zakupy w pierwszej połowie grudnia. Oznacza to, że duża część z nas skorzystała z ofert handlowych w czasie Black Friday. Analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo pokazała jednak, że promowany przez sprzedawców on-line Black Friday to wciąż jedynie zabieg marketingowy. Ze „Świątecznego barometru cenowego” wynika, że obniżka cen w tym dniu tj. 24 listopada br. w porównaniu do poprzedzającego piątku 17 listopada br. wyniosła zaledwie średnio 1,3 proc.

W USA tradycyjnym momentem rozpoczęcia zakupów świątecznych jest Black Friday, czyli piątek po Święcie Dziękczynienia. Wtedy to sprzedawcy znacznie obniżają ceny setek produktów. – Również w Polsce dzień ten coraz bardziej wpisuje się w handlową tradycję. Dlatego ponownie zdecydowaliśmy się sprawdzić, jak kształtują się ceny najpopularniejszych produktów wybieranych przez Polaków, jako prezenty. W ubiegłym roku nasza analiza pokazała, że im bliżej świąt, tym sprzedawcy internetowi bardziej dynamicznie zarządzają cenami produktów, które zamierzamy położyć pod choinką – mówi Magdalena Jończak, Partner w Dziale Konsultingu oraz Lider zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich w Deloitte.

Dzięki corocznemu badaniu Deloitte „Zakupy świąteczne 2017” znamy kategorie produktów, które najchętniej kupujemy, jako prezenty. Dlatego analizie poddano najpopularniejsze produkty świąteczne w takich kategoriach jak: gry, konsole, drobne AGD, kosmetyki, książki, muzyka, okulary VR, perfumy, gry planszowe, smartfony, telewizory, zabawki oraz zegarki. Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices konkretne oferty tych produktów zostały wyszukane oraz podłączone do codziennego monitoringu. Łącznie przebadano około 150 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 800 sklepów online. Około 110 produktów znalazło się na monitorowanej liście, zarówno w ubiegłym, jak i w tym roku, co pozwoliło porównać ceny w czasie ubiegłorocznego i tegorocznego Black Friday.

Black Friday – w dużej części sklepów internetowych – tylko w reklamie

W ramach „Świątecznego barometru cenowego” eksperci Deloitte łącznie przeanalizowali 4,5 tys. cen produktów, które najczęściej wybieramy na prezenty dla najbliższych. Cena 71 proc. analizowanych produktów podczas Black Friday w porównaniu do piątku 17 listopada nie uległa zmianie. Z kolei w przypadku jednej piątej analizowanych cen zanotowano ich spadek, a w przypadku 8 proc. ich wzrost.

Ze „Świątecznego barometru cenowego” Deloitte wynika, że obniżki związane z Black Friday mają charakter symboliczny, a przyznawane wszystkim klientom rabaty nie są tak duże jak mogłoby wynikać z przekazów reklamowych i marketingowych poszczególnych sklepów. Pomiędzy piątkiem 17 listopada br. a piątkiem 24 listopada br. (Black Friday) różnica w cenach analizowanych kategorii produktów wynosiła średnio 1,3 proc. Rok wcześniej była ona bliska zeru. – Mimo tego wzrostu, obniżki cen na całym koszyku nadal są niemal nieodczuwalne dla klientów, mimo, że przekazy reklamowe mówią zupełnie co innego. Porównywanie ofert polskich sklepów internetowych do tego, co się dzieje w USA jest uzasadnione jedynie w nielicznych przypadkach, zarówno w przypadku poszczególnych detalistów, jak i kategorii produktów – mówi Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Black Friday – gratka dla graczy

Jak kształtowały się ceny podczas tegorocznego Black Friday? – Spośród 150 przeanalizowanych produktów w przypadku 109 obniżono cenę o średnio 2,3 proc. Z kolei ceny 35 produktów poszły w górę w porównaniu z piątkiem tydzień wcześniej. Ich ceny wzrosły średnio o 1,2 proc. Najbardziej podrożały konsole, książki i płyty CD, gdzie podwyżki sięgały nawet 7,6 proc. – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W Black Friday najtaniej można było kupić przede wszystkim gry komputerowe i na konsole. Podobnie jak w ubiegłym roku największa obniżka dotyczyła gry Titanfall 2 (PC), której cena w Black Friday spadła aż o 28,1 proc. O ponad 10 proc. staniały również Wolfenstein II: The New Colossus (PC), Dishonored 2 (PS4) i Horizon: Zero Dawn (PS4).

Ciekawym przykładem zupełnie innej strategii są smartfony. W ciągu omawianego tygodnia cena iPhone 7 32GB obniżyła się jedynie o 0,6 proc. W przypadku Samsunga Galaxy S8 64GB SM-G950 obniżka wynosiła 2,4 proc., a Huawei P9 Lite 2 proc.

Duże zróżnicowanie cen

Podobnie jak w ubiegłym roku, również tegoroczna analiza pokazała, że różnica pomiędzy cenami w poszczególnych sklepach może być naprawdę duża. – Największe różnice zanotowaliśmy w kategorii perfum i kosmetyków, gdzie rozbieżności w czasie Black Friday pomiędzy ceną maksymalną a minimalną sięgały odpowiednio średnio 138 i 98 proc. Może to wynikać z faktu, że akurat w przypadku tego typu produktów, klienci bardziej kierują się emocjami. Korzystają z tego sprzedawcy, którzy wiedzą, na których produktach mogą ustalać wyższe ceny – wyjaśnia Krzysztof Boś, Starszy konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte. Tego samego dnia (24 listopada br.) woda perfumowana Calvin Klein Eternity Women (100 ml) w jednym ze sklepów internetowych kosztowała 108,9 zł, a w innym 359 zł. Różnica wynosiła więc 230 proc. Najmniejsze różnice pomiędzy ceną minimalną a maksymalną odnotowano w przypadku telewizorów (35 proc.), konsoli (36 proc.) oraz smartfonów (52 proc.). Telewizor Samsung UE50MU6102 w jednym ze sklepów w tym samym czasie kosztował 2199,00 zł, a w innymi 3178,98 zł. Różnica wynosiła więc 45 proc. W przypadku drobnego AGD było to średnio 78 proc. Maszynkę do strzyżenia Philips HC 3410/15 Series 3000 można było kupić za 59 zł lub 126 zł (114 proc. różnicy).

W ciągu roku staniały popularne smartfony, podrożały perfumy

Eksperci Deloitte sprawdzili również, czy ceny tych samych 110 produktów kształtowały się podobnie w czasie tegorocznego i ubiegłorocznego Black Friday. W przypadku 35 z nich ceny wzrosły, a w przypadku 71 produktów ceny spadły. – Nie jest zaskakujące, że obniżono ceny m.in. smartfonów, które rok temu były flagowymi produktami swoich producentów. W tym roku ich miejsce zajęły nowsze modele. Tak było w przypadku Huawei P9 Lite, Samsunga Galaxy S7 32GB i Samsunga Galaxy S7 EDGE, których ceny w ciągu roku spadły o ponad 20 proc. W przypadku Apple iPhone 7 32GB obniżka ta sięgnęła prawie 20 proc. – wyjaśnia Krzysztof Boś. Na drugim biegunie znajdują się perfumy. Aż siedem z dziesięciu analizowanych w tym i ubiegłym roku ma obecnie wyższe ceny niż w 2016 roku. Wzrosty zanotowano również w kategorii płyt CD oraz kosmetyków. Cena kremu do twarzy dla mężczyzn Lancome Men Age Fight (50 ml) w ciągu roku wzrosła o prawie 20 proc.

Gorący okres przedświąteczny po raz kolejny pokazuje, że detaliści internetowi coraz lepiej rozumieją reguły gry w zakresie rentownego budowania atrakcyjnej percepcji cenowej swoich sklepów. Wyjątkiem nie jest Black Friday, kiedy to można mocno zakomunikować niskie ceny, na wizerunkowym asortymencie, a utraconą marżę nadrobić zarządzając cenami pozostałych produktów – tłumaczy Mariusz Chmurzyński. Konsumenci szukający prawdziwych oszczędności powinni ostrożnie podchodzić do kampanii reklamowych oraz mieć świadomość mechanizmów rządzących akcjami promocyjnymi wokół Black Friday.

Badanie cen będzie kontynuowane do końca stycznia 2018 r. Dzięki kolejnym jego odczytom, eksperci Deloitte sprawdzą, jak detaliści internetowi wykorzystają atrakcyjną percepcję cenową dobudowaną w okresie Black Friday do zwiększania ruchu i marży w swoich sklepach.

Naukowcy z Polski stworzyli kapsułę czasu. Odnajdzie ją przyszła cywilizacja za pół miliona lat

Naukowcy z Polski stworzyli kapsułę czasu. Odnajdzie ją przyszła cywilizacja za pół miliona lat 9

Naukowcy z Polski stworzyli kapsułę czasu, którą zakopali głęboko na wyspie Spitsbergen. Procesy geologiczne sprawią, że pojawi się ona ponownie na powierzchni ziemi za pół miliona lat i zostanie znaleziona być może przez przyszłą cywilizację. W kapsule oprócz listów pisanych językiem obiektów i różnorodnych informacji, takich jak elementy elektroniki, DNA mężczyzny i kobiety, ziemniaka czy szczura, znajduje się również wyjątkowy przedmiot z Polski – fragment meteorytu z Pułtuska. Na świecie istnieją również podobne kapsuły czasu. Jedną z nich wysłano w przestrzeń kosmiczną.

– Kapsuła czasu to pomysł na przekazanie przyszłym cywilizacjom wiedzy o nas samych, o nas, jakimi jesteśmy dzisiaj, co wiemy o Ziemi, o jej historii, ale również o tym, jaki poziom technologiczny reprezentujemy, jak wygląda nasze środowisko, co wiemy o biologii, o człowieku i jakie jest nasze życie codzienne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. Marek Lewandowski, kierownik Zakładu Badań Polarnych i Morskich w Instytucie Geofizyki PAN.

Naukowiec zainicjował pomysł stworzenia kapsuły czasu, by uczcić 60. rocznicę położenia kamienia węgielnego pod budowę Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie na Spitsbergenie. W wywierconym na głębokość prawie czterech metrów koło stacji otworze badawczym, umieszczono kapsułę ze stali nierdzewnej, w której zamknięto pięć mniejszych pojemników z powiązanymi ze sobą tematycznie obiektami. Otwór następnie zasypano i zatarto ślady tak, że nawet twórcy kapsuły nie wiedzą dokładnie, gdzie się ona znajduje.

– Kapsuła ukaże się na powierzchni wskutek procesów erozyjnych, które w geologicznej skali czasu, usuną cztery metry nadkładu i odsłonią warstwy dziś znajdujące się pod ziemią. Naturze zajmie to ok. pół miliona lat. Kapsuła znów znajdzie się na powierzchni ziemi, pewnie już w innych warunkach środowiskowych. W tym czasie już na ziemi będzie ciepło, nie będzie już ani śniegu, ani lodu. Na Spitsbergenie i ogólnie Svalbardzie będzie archipelag w miarę ciepłych wysp i ktoś idąc plażą, się o to potknie – twierdzi prof. Marek Lewandowski.

Kapsuła profesora Lewandowskiego zawiera różnego rodzaju informacje, takie jak liofilizowane DNA kobiety, mężczyzny, ale także szczura, łososia i ziemniaka. Jest również osobny pojemnik poświęcony naszemu środowisku. W kapsule zamknięto też utrwalone na porcelanie zdjęcie ciemnej strony Księżyca na tle Ziemi, które ma pokazywać, jak daleko potrafiliśmy latać w kosmos. Kapsuła skrywa także inne przedmioty.

– Na przykład pojemnik geologiczny zawiera w sobie kluczowe dla historii planety okazy skał, minerałów i skamieniałości, które dokumentują kluczowe zdarzenia z historii Ziemi. Okazy są ułożone sekwencyjnie, stratygraficznie, od najstarszej do najmłodszej. Z samego ułożenia tych obiektów można wyczytać, że rozumieliśmy historię Ziemi – opowiada ekspert.

Wyjątkowym obiektem jest fragment meteorytu z Pułtuska. Ma on na tyle unikatowy skład chemiczny, że znalazcy kapsuły, o ile będą mieli wiedzę o meteorytach, domyślą się, że kapsułę stworzono w Polsce. Zamknięta w kapsule lawa bazaltowa z 2014 roku pozwoli zaś na oszacowanie na podstawie rozpadu znajdujących się w niej pierwiastków promieniotwórczych, kiedy kapsuła została nadana.

– Adresatem są nasi następcy. Myślę, że przetrwamy na Ziemi, że nasza cywilizacja jeszcze bardziej się rozwinie i jeżeli kapsuła zostanie znaleziona, to ci którzy ją znajdą i otworzą, z włożonych do niej listów zrozumieją, co wiedzieliśmy o Ziemi, i kim byliśmy. Dowiedzą się o tym dlatego, że każdy z tych listów jest ułożony tematycznie, a zestaw przedmiotów sam w sobie jest swoistym kodem przekazującym informacje o nas – tłumaczy prof. Marek Lewandowski.

Polska kapsuła czasu nie jest jednak jedyną. Wśród najbardziej niezwykłych kapsuł należy z pewnością wymienić Immortality Drive, która znajduje się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. To urządzenie, w którym zapisano pełne DNA wybranych ludzi, jak np. Stephen Hawking, modelka Jo Garcia czy kolarz Lance Armstrong. Zadaniem Immortality Drive jest zachowanie ludzkiego DNA na wypadek, gdyby Ziemię spotkała globalna katastrofa.

Specjaliści, którzy odnawiają XVIII-wieczną rzeźbę Chrystusa z kościoła w hiszpańskiej miejscowości Sotillo de la Ribera, właśnie znaleźli wewnątrz niej dokumenty z informacjami ekonomicznymi, religijnymi, politycznymi i kulturalnymi epoki. Dokumenty datowane na 1777 rok zostały podpisane przez Joaquina Mingueza, księdza z katedry w Burgo de Osma.

Pierwszy na świecie symulator pracy barmana powstał w Polsce. Dzięki specjalnym okularom VR pozwala na opanowanie sztuki barmańskiej

Pierwszy na świecie symulator pracy barmana powstał w Polsce. Dzięki specjalnym okularom VR pozwala na opanowanie sztuki barmańskiej 10

Symulator pracy barmana umożliwia zdobycie umiejętności przyrządzania koktajli w wirtualnej rzeczywistości. Wystarczy założyć na głowę specjalne gogle VR i można przejść kurs barmański bez wychodzenia z domu. To jeden z przykładów na to, że wirtualna rzeczywistość staje się codziennością i nie służy już wyłącznie do rozrywki, ale znajduje zastosowanie również w praktyce. Stworzona przez Polaków platforma umożliwia stworzenie kursów symulacyjnych w wielu dziedzinach.

– Symulator pracy barmana to połączenie wirtualnej gry z wirtualnym kursem barmańskim i rozgrywką, która pozwala na to, żeby ucząc się i podróżując po całym świecie, dowiedzieć się nie tylko z czego składają się drinki, lecz także poznać całą sztukę barmańską – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sławomir Matul, założyciel firmy VR Factory.

Jednak Bartender VR nie jest wyłącznie grą. To cała platforma, obejmująca także specjalny silnik umożliwiający przygotowanie w ciągu 2–3 miesięcy dowolnego szkolenia. Dzięki temu w ramach projektu powstało już kilka produktów. Jednym z nich jest dostępna od miesiąca gra, w której uczymy się przez efekt grywalizacji.

– Jest część practice z informacjami, co robić krok po kroku, i efekt challenge, gdzie już bez tych podpowiedzi sprawdzamy swoje umiejętności, co kończy się po czterech levelach uzyskaniem pierwszego na świecie certyfikatu wirtualnego kursu barmańskiego. Co ważne, gra od samego początku jest realizowana przy współpracy z sześciokrotnym mistrzem świata barmanów Tomaszem Małkiem, który odpowiada za całe know-how barmańskie – tłumaczy Sławomir Matul.

Choć gra jest wirtualna, jej pomysłodawcy stworzyli również specjalną propozycję na prawdziwe eventy – przygotowany w wirtualnej rzeczywistości drink możemy potem realnie spróbować. To element zwany mixed reality lub rzeczywistością mieszaną. Gdy osoba zakłada gogle i przygotowuje w symulatorze jeden z trzech dostępnych koktajli, w tym czasie mistrz świata barmanów robi prawdziwego drinka, dzięki czemu można się przekonać, jak dokładnie on smakuje.

Podczas prac nad projektem, jego twórcom zależało na maksymalnym odzwierciedleniu świata barmańskiego i oddaniu realizmu w jak największym stopniu. Na potrzeby platformy zostały zeskanowane prawdziwe przedmioty, a bary zostały zaprojektowane przez specjalistów, którzy robią to na co dzień.

– Następnie udaliśmy się do profesjonalnego studia dźwiękowego, gdzie zostały nagrane wszystkie dźwięki, które realnie oddają czy to płyny czy lód, wszystkie te rzeczy zostały zaimplementowane do gry. Później filmowaliśmy setki ujęć chwytów dłoni na różnych przedmiotach, żeby odwzorować idealnie i uzyskać maksymalny efekt immersji i realności w chwytaniu – twierdzi założyciel VR Factory.

Możliwości, które daje platforma, jej twórcy chcą wykorzystać w przygotowaniu kolejnych symulatorów, m.in. pracy kucharza czy baristy. Światowe trendy pokazują, że warto inwestować w rozwój technologii VR. Powstają symulatory wyścigów, statków kosmicznych czy gier przygodowych, ale dzięki zanikającej granicy pomiędzy światem wirtualnym a rzeczywistością nowe rozwiązania znajdują także zastosowanie w nauce i szkoleniach, np. podczas kształcenia pilotów czy lekarzy.

– Nie da się tego zatrzymać, tu jest tylko kwestia tego, jak dobrze to wykorzystać, jak się nauczyć i jak naukę, która wcześniej została przez nas przyswojona, dalej wykorzystywać – twierdzi ekspert.

Według raportu Grand View Research, wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości wyniosła w 2016 r. blisko 961 mln dolarów. Przewiduje się, że w najbliższych latach liczba ta będzie stale rosnąć. Z prognoz Zon Market Research wynika, że w latach 2017–2022, rynek wirtualnej rzeczywistości będzie rósł w tempie 54 proc. średniorocznie.

Polacy coraz częściej sięgają po super foods i zdrową żywność. Segment ten wciąż jednak ma niewielki udział w rynku spożywczym

Polacy coraz częściej sięgają po super foods i zdrową żywność. Segment ten wciąż jednak ma niewielki udział w rynku spożywczym 11

Rynek zdrowej żywności choć rozwija się w Polsce dynamicznie, to wciąż stanowi tylko ułamek procenta rynku spożywczego. Na przeszkodzie szybszego rozwoju stoją przede wszystkim ceny produktów, czasem nawet dwukrotnie wyższe w stosunku do konwencjonalnej żywności. Rynek jednak będzie dynamicznie rósł – podkreślają przedstawiciele Purella Food. Wskazują na to przykłady z sąsiednich rynków. Kluczem do sukcesu jest edukacja konsumentów.

Rosnące zainteresowanie tym segmentem rynku pokazuje, że Polacy chcą dbać o zdrowie. Mają też coraz większą świadomość wpływu nawyków żywieniowych na funkcjonowanie organizmu. Z badania CBOS wynika, że ponad połowa badanych uważa zdrowe odżywianie za podstawę działań na rzecz poprawy stanu zdrowia. Produkty zawierające cenne właściwości odżywcze stają się więc coraz bardziej popularne, choć wśród ich nabywców wciąż dominują głównie ludzie zamożni.

– Kiedyś zdrową żywność mogliśmy znaleźć tylko w sklepach zielarskich, pojedynczych sklepach ze zdrową żywnością, dzisiaj ona wchodzi wszędzie. Biedronka z Lidlem prześcigają się, kto będzie miał lepszą półkę produktów ekologicznych, a to są dopiero początki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Gajewski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Purella Food. – Popatrzmy na to, jak bogaty jest ten rynek w USA czy w Niemczech, gdzie powstają całe supermarkety ekologiczne. To wszystko jest jeszcze przed Polską.

Podstawową przeszkodą w bardziej dynamicznym rozwoju rodzimego rynku zdrowej żywności są wysokie ceny tego typu produktów. Jak podkreśla Gajewski, niezbędna jest więc optymalizacja procesów produkcji, tak aby możliwe było obniżenie cen żywności przy jednoczesnym zachowaniu jej wysokiej jakości.

Polski rynek zdrowej żywności wciąż znajduje się w fazie rozwoju. Obecnie stanowi on niecałe 0,5 proc. całego rynku spożywczego, podczas gdy w krajach Europy Zachodniej odsetek ten wynosi ponad 2 proc. Problem w tym, że trudno o definicję takiej żywności – niektórzy wliczają do niej zarówno produkty bio i ekologiczne, jak i super foods. Stąd też trudności z policzeniem wartości rynku.

Pojęcie zdrowej żywności obejmuje produkty bogate w składniki odżywcze, których jakość nie podlega kontroli prawnej. Żywność ekologiczna natomiast musi spełniać wymogi Unii Europejskiej i podlega certyfikacji. Produkty tego typu muszą zostać wyprodukowane przynajmniej w 95 proc. w sposób ekologiczny, a więc bez użycia nawozów sztucznych i chemicznych środków ochrony roślin, przy poszanowaniu środowiska naturalnego oraz przy zachowaniu żyzności gleby i różnorodności biologicznej.

Nie mamy sklasyfikowanego w jednoznaczny sposób, co jest zdrową żywnością, a co nie jest. Niejednokrotnie badania, które są prowadzane w kategorii zdrowej żywności, są tak naprawdę przeprowadzane na kategorii produktów certyfikowanych, która jest tylko jednym z aspektów szerszego rynku zdrowej żywności – mówi Artur Gajewski.

Według raportu IMAS „Żywność ekologiczna w Polsce 2017” ten segment rynku rozwija się w Polsce z prędkością 10–20 proc. rocznie. W siłę rośnie również rynek superżywności, a więc produktów odznaczających się wyjątkowo wysoką wartością odżywczą. Zalicza się do nich m.in. suszone śliwki kalifornijskie, jagody acai, truskawki, jarmuż, chlorella i siemię lniane. Na świecie w latach 2011–2015 rynek superfoods urósł o ponad 200 proc., w Polsce tempo to jest znacznie mniejsze, każdego roku na rynku pojawiają się jednak nowi producenci. Ten temat staje się w Polsce bardzo modny.

– Wydaje mi się, że mówienie o ziemniaku czy buraku jako o polskim super food z jednej strony jest bardzo popularne, z drugiej nie do końca uzasadnione. Jednak super food to żywność, która po pierwsze będzie miała w swoim składzie bardzo bogatą listę wartości odżywczych, na poziomach dużo wyższych niż produkty konkurencyjne. Jeżeli mówimy np. o zawartości białka w produkcie, mamy je np. mleku, ale w produktach super food takich jak chlorella czy spirulina jest aż 60 proc. Chlorella ma też w sobie dużo chlorofilu – znacznie więcej niż inne produkty roślinne – mówi Artur Gajewski.

Jak podkreśla Gajewski, rynek będzie dalej rósł wraz z coraz większą świadomością konsumentów. Uświadamianie korzyści ze zdrowej żywności jest jednym z zadań producentów.

Naszym głównym celem od początku działania jest budowanie świadomości tej kategorii, czyli edukowanie konsumenta, jak w odpowiedni, fajny, smaczny sposób można spożywać super food, żeby bilansować odpowiednio dietę, dostarczać wartości odżywcze i jeść produkt, po którym nie będziemy mieli wyrzutów sumienia – powiedział podczas X Forum Rynku Spożywczego i Handlu Artur Gajewski.

Media potrzebują agencji informacyjnych jako źródła sprawdzonych informacji. Zmieniający się rynek wymusi konieczność szukania nowych form finansowania swojej działalności

Media potrzebują agencji informacyjnych jako źródła sprawdzonych informacji. Zmieniający się rynek wymusi konieczność szukania nowych form finansowania swojej działalności 12

Fińska Agencja Informacyjna STT poinformowała niedawno, że po 130 latach kończy wydawanie serwisu informacyjnego w języku szwedzkim i redukuje zatrudnienie ze względów ekonomicznych. Podobnie jak cała branża medialna, agencje informacyjne również stoją przed wyzwaniami związanymi z finansowaniem działalności, zjawiskiem fake newsów czy szybkością przekazywania informacji. Dlatego muszą reagować na zmieniające się potrzeby mediów i szukać sposobów na zmonetyzowanie swoich treści. 

Podobnie jak cała branża medialna, agencje informacyjne również stoją przed szeregiem wyzwań, związanych między innymi z finansowaniem swojej działalności, utrzymywaniem dziennikarzy i siatki korespondentów, szybkością przekazywania newsów czy monetyzowaniem contentu.

Dobrze zarządzane agencje informacyjne nie mają się czego obawiać, dopóki będą mocno skoncentrowane na potrzebach swoich klientów i będą podnosić swoją wydajność. Muszą zagwarantować, że cały dostarczany content jest multimedialny, że łączy ze sobą tekst, zdjęcia, wideo i grafiki. W dzisiejszych czasach, w szczególności młodzi ludzie konsumują newsy przede wszystkim za pośrednictwem wideo, a nie długich artykułów tekstowych mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Clive Marshall, prezes brytyjskiej agencji Press Association.

Lidia Sobańska, prezes PR Connect i była prezes PAP, ocenia, że mimo obecnych zmian w branży medialnej agencje informacyjne nie znikną z rynku tak długo, jak będzie zapotrzebowanie na rzetelne i sprawdzone informacje.

Potrzebne będą pewne weryfikatory prawdy. Media społecznościowe stanowią źródło informacji, ale często są też źródłem fake newsów. Rola tradycyjnych mediów od zawsze była weryfikacja prawdy. Myślę, że to się obroni. Zwłaszcza że im więcej szumu informacyjnego, tym bardziej ta rola będzie istotna. Aczkolwiek z punktu widzenia komercyjnego tego typu działalność jest dość trudna do zmonetyzowania – mówi Lidia Sobańska.

Ponieważ konkurencja w dostarczaniu treści jest bardzo duża, agencje informacyjne muszą reagować na zmieniające się potrzeby mediów i szukać sposobów na zmonetyzowanie pozyskanych treści. Ich przewagą jest wyrobiona marka i zaufanie odbiorców.

Media nadal będą potrzebowały agencji informacyjnych, z tym że te potrzeby się zmieniają. Dzisiaj  właściwie każdy jest nadawcą treści. Tym niemniej jeśli treść jest wartościowa i da się ją dalej sprzedać – to już jest wartość. Agencje będą też potrzebne do weryfikacji trudnej prawdy – w razie potrzeby zawsze można się powołać na markę agencji. To swego rodzaju bezpiecznik, zazwyczaj agencje narodowe są postrzegane w takim kontekście – mówi Lidia Sobańska.

Jeszcze w 1945 roku na całym świecie istniało około 50 agencji informacyjnych. Obecnie, w 150 krajach działa ich już przeszło 230. Ich zadaniem jest gromadzenie, opracowywanie i rozpowszechnianie informacji na potrzeby środków masowego przekazu. W czołówce największych i najbardziej rozpoznawalnych są m.in. Associated Press, Reuters i francuska AFP, które mają zasięg globalny.

– Obawiam się, że w niektórych krajach Europy – w Polsce czy na Węgrzech – niektóre agencje informacyjne nie są tak niezależne, jak te w Wielkiej Brytanii. Wynika to z presji rządów, struktury własnościowej czy sposobu, w jaki powoływany jest zarząd. To niesie za sobą wyzwania. Jeżeli otrzymujesz finansowanie od rządu, idzie za tym kontrola. Jestem więc bardzo zadowolony, że moja agencja nie jest w żaden sposób finansowana przez rząd  mówi prezes brytyjskiej agencji Press Association Group.

Agencje informacyjne na ogół dzielą się na te finansowane z głównie z budżetu państwa oraz komercyjne – dotowane w niewielkim stopniu bądź wcale, które działają jak inne media. W Polsce ten pierwszy model reprezentuje Polska Agencja Prasowa, której działalność reguluje specjalna ustawa z 1997 roku. W ubiegłym roku wysokość publicznej dotacji dla PAP wyniosła 2,5 mln zł.

Nie czuję się kompetentny, by mówić, jak powinno wygląda finansowanie agencji informacyjnych w Polsce albo w innych krajach. Na pewno powinny mieć one silną, niezależną radę redakcyjną, oddzieloną od presji politycznej. Kiedy politycy mówią o fake newsach, często nie chodzi im o fałszywe informacje zmyślone, ale te, które im się nie podobają i sprawiają im problemy. Takie jest jednak zadanie mediów: sprawdzać polityków, władze i dostarczać opinii publicznej rzetelne informacje. To część demokracji. Potrzebujemy struktur, które to zagwarantują – mówi Clive Marshall.

Polscy lekarze wyznaczają standardy w leczeniu uszkodzeń słuchu. W Kajetanach najnowszej techniki diagnostycznej i chirurgicznej uczą się chirurdzy z całego świata

Polscy lekarze wyznaczają standardy w leczeniu uszkodzeń słuchu. W Kajetanach najnowszej techniki diagnostycznej i chirurgicznej uczą się chirurdzy z całego świata 13

Trzydzieści operacji pokazowych, w tym najbardziej skomplikowanych przypadków uszkodzeń słuchu, w ciągu dwóch dni. W Światowym Centrum Słuchu w podwarszawskich Kajetanach przeprowadzono 30. międzynarodowe warsztaty dla chirurgów zajmujących się wadami słuchu. Uczestnicy szkolenia poznawali opracowaną przez prof. Henryka Skarżyńskiego metodę leczenia częściowej głuchoty, najnowsze techniki diagnostyczne oraz chirurgiczne. W ciągu 10 lat istnienia warsztatów wzięło w nich udział pond 4 tys. specjalistów z całego świata.

Window Approach Workshop to warsztaty chirurgiczno-naukowe skierowane do lekarzy otochirurgów z całego świata, podczas których prezentowane są najnowsze osiągnięcia z zakresu terapii wad słuchu za pomocą implantów. Pierwsza edycja miała miejsce wiosną 2017 roku, a wśród uczestników znaleźli się specjaliści z Austrii, Białorusi, Finlandii, Hiszpanii, Szwecji, Ukrainy, Wielkiej Brytanii oraz Włoch. Prof. Henryk Skarżyński przeprowadził wówczas sześć pokazowych operacji wszczepienia implantów. Wydarzenie to rozpoczęło cykliczne spotkania w Światowym Centrum Słuchu w podwarszawskich Kajetanach.

– To są unikalne warsztaty we współczesnej medycynie światowej, podczas których pokazujemy pełną gamę różnych sytuacji klinicznych, czyli różnych pacjentów z różnymi uszkodzeniami słuchu, wrodzonymi bądź nabytymi, którym możemy pomóc – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu.

Program warsztatów dzieli się na część teoretyczną i praktyczną. Pierwsza z nich obejmuje wykłady prowadzone zarówno przez specjalistów z Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach, jak i ekspertów zagranicznych. Tematyka wykładów dotyczy takich kwestii jak diagnostyka i kwalifikacja do zabiegu, zastosowanie najnowszych technik chirurgicznych i nowoczesnych implantów ślimakowych, a także rehabilitacji pacjenta po zabiegu. W ramach części praktycznej przeprowadzane są operacje pokazowe transmitowane z bloku operacyjnego do sali konferencyjnej oraz zajęcia praktyczne w laboratorium.

– Niech będzie to dowodem, że poziom naszej organizacji nauki i medycyny naprawdę jest wysoki – wszyscy ci, którzy przyjechali tutaj z kilku kontynentów, nie obejrzeliby w wielu miejscach w ciągu roku takiej liczby bardzo różnych sytuacji klinicznych, jaką mogą dzisiaj obejrzeć w ciągu jednego dnia – mówi  prof. Henryk Skarżyński.

Uczestnicy Window Approach Workshops obserwują na żywo zabiegi przeprowadzane przez specjalistów Kliniki Oto-Ryno-Laryngochirurgii Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu i szczegółowo omawiają każdy przypadek. Taka forma szkolenia wyróżnia polski instytut spośród innych ośrodków medycznych na całym świecie.

– W naszej klinice nie wszczepiamy jeszcze takich implantów, ale chcemy zacząć wykonywać tego rodzaju operacje. Podczas tych warsztatów chcę poznać zarówno teorię, jak i praktykę. Przyjechaliśmy tutaj, żeby podnieść swoje kompetencje, poszerzyć wiedzę, podejrzeć, co robią nasi koledzy w Polsce i poznać różne sposoby leczenia. Mamy szansę zapoznać się tutaj z najbardziej skomplikowanymi przypadkami – mówią uczestnicy szkolenia z Turcji.

Szczególnie istotną częścią warsztatów jest szkolenie z zakresu opracowanej przez prof. Skarżyńskiego metody wszczepiania implantów w leczeniu częściowej głuchoty, w której zaburzenia słuchu dotyczą tylko niektórych częstotliwości. Zakłada ona dostęp do ucha wewnętrznego poprzez tzw. okienko okrągłe, czyli naturalny otwór w kości ślimaka ucha.

– Po raz pierwszy taką operację przeprowadzono ponad 15 lat temu u osoby dorosłej, 13 lat temu u dziecka. Musieliśmy udowodnić światu, a jednocześnie zachęcić do stosowania urządzeń u takich osób, które do tej pory nie były operowane. Dzięki temu rozszerzyliśmy wskazania do stosowania implantów ślimakowych, ale przede wszystkim rozszerzyliśmy wskazania, żeby umożliwić normalne słyszenie kolejnej, bardzo dużej grupie pacjentów – mówi  prof. Henryk Skarżyński.

W ciągu 10 lat w warsztatach w Światowym Centrum Słuchu wzięło udział blisko 4,5 tys. uczestników z 65 krajów świata, w tym z Turcji, Arabii Saudyjskiej, Kenii i Indonezji. Polscy specjaliści zaprezentowali ponad 500 różnych przypadków uszkodzeń słuchu i sposobów ich leczenia podczas przeprowadzanych na żywo operacji. W sumie w ramach WAW przeprowadzono ponad 750 godzin wykładów i ćwiczeń praktycznych.

– Operacje na żywo oglądali profesorowie, kierownicy różnych klinik i oddziałów ze wszystkich kontynentów. W ten sposób pokazywaliśmy, na czym polega polska szkoła – mówi prof. Henryk Skarżyński.

30. edycja Window Approach Workshops odbyła się 27 i 28 listopada. Z tej okazji prof. Henryk Skarżyński i jego zespół przeprowadzili 30 operacji pokazowych.

Rosną ceny mieszkań. Gdańsk i Warszawa liderami wzrostów

Rosną ceny mieszkań. Gdańsk i Warszawa liderami wzrostów 14

Średnia cena metra kwadratowego mieszkania na rynku wtórnym w Warszawie przekroczyła 8 tys. zł, a w Łodzi zbliżyła się do 4 tys. zł. W większości miast ceny wzrosły o 2 do 6 proc. w skali roku, najmocniej w Warszawie i Gdańsku – wynika z badania Metrohouse i Expandera. To pokłosie niskich zysków z lokat przy wyższych dochodach Polaków. Jednak dalsze losy rynku zależą od skutków wymiany rządowych programów pomocowych.

– W większości polskich miast odnotowujemy wzrosty cen nieruchomości, przede wszystkim w największych miastach, gdzie oprócz inwestorów indywidualnych dochodzą coraz częściej firmy instytucjonalne, które inwestują na rynku nieruchomości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Jańczuk z Metrohouse. – W ostatnich miesiącach największy wzrost cenowy odnotowaliśmy w Warszawie. Średnie ceny na rynku wtórnym przekraczają już 8 tys. złotych za mkw. Prowadzimy raport cenowy od siedmiu lat i jest to pierwszy taki przypadek, żeby cena przekroczyła poziom 8 tys. złotych.

Z raportu Metrohouse i Expandera wynika, że wysokie ceny są nie tylko domeną śródmieścia Warszawy, ale także okolicznych dzielnic, a poziomy cen powyżej 10 tys. złotych za metr kwadratowy spotkać można także na Woli, Żoliborzu, Mokotowie – w dzielnicach otaczających Śródmieście. Wśród inwestorów największym powodzeniem cieszą się mieszkania dwupokojowe do 50 mkw., które często sprzedają się po kilku, kilkunastu dniach ekspozycji na rynku. Jednak średni metraż kupowanego w stolicy mieszkania jest wyższy i wynosi 58 mkw. Wyższy jest tylko w Gdyni i Wrocławiu.

Ceny warszawskich mieszkań skoczyły w ciągu 12 miesięcy o 5,5 proc. Mocniejszy wzrost (6,2 proc.) odnotował jedynie Gdańsk. Drożeje także najtańsza pod względem cen Łódź. Rzadko spotyka się tam już oferty rzędu 2,5 tys. zł za 1 mkw. Nawet właściciele mieszkań o najniższym standardzie podnieśli ceny. Łódzka średnia jest o 4,4 proc. wyższa niż rok temu i wynosi już 3,95 tys. zł za 1 mkw.

– Są dwa miasta, w których ceny są niższe niż w zeszłym roku. To Wrocław i Poznań. Należy jednak stwierdzić, że we Wrocławiu ceny w pewnym momencie też poszybowały mocno w górę. Obecnie odnotowujemy pewne uspokojenie na rynku, ale z drugiej strony Wrocław jest jeszcze lepszym miejscem niż Warszawa do inwestowania oszczędności na rynku mieszkaniowym, ponieważ rentowność uzyskiwana z wynajmu jest wyższa niż przy zakupie mieszkań w Warszawie – zauważa Marcin Jańczuk.

Ceny we Wrocławiu są o 5,1 proc. niższe niż rok temu. Średnia to 5,55 tys. zł za 1 mkw. Warto przy tym zauważyć, że w stolicy Dolnego Śląska kupowane są największe mieszkania spośród rynków badanych przez Metrohouse: przeciętnie mają 69 mkw.

Spadek cen mieszkań w Poznaniu wyniósł w ciągu roku 3,9 proc. (do 5,46 tys. zł za 1 mkw.). Tam z kolei, podobnie jak w Krakowie, nabywane są najmniejsze mieszkania: 53 mkw.

W pozostałych miastach ceny zazwyczaj są wyższe od cen odnotowywanych w zeszłym roku od 2,3 do 4 proc.

– Można oczekiwać, że wzrost zainteresowania inwestowaniem na rynku nieruchomości, jak i cały czas dostępność niskooprocentowanych kredytów hipotecznych, spowoduje dalszy trend zakupowy i zainteresowanie zarówno pierwotnym, jak i wtórnym rynkiem mieszkań. To pociągnie za sobą kolejne wzrosty cen – przewiduje Marcin Jańczuk. – Jednak na początku przyszłego roku będziemy mieli do czynienia z zakończeniem programu Mieszkanie dla Młodych. Ta sytuacja pokaże prawdziwe oblicze rynku mieszkaniowego w Polsce – być może okaże się, że tempo sprzedaży mieszkań deweloperskich osłabnie.

2 stycznia 2018 roku rozpocznie się ostatnia tura dopłat do zakupu mieszkań w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Według ekspertów pieniądze wyczerpią się w ciągu kilku dni, a przewidziana kwota dopłat to 381 mln zł.

Jednocześnie na rynku pojawia się pierwsze lokale z następcy MdM, programu Mieszkanie Plus, którego głównym celem jest zwiększenie liczby tanich mieszkań na wynajem z opcją dojścia do własności. W planach jest budowa na terenie całego kraju trzech milionów mieszkań w ciągu najbliższych 10 lat. Część inwestycji mieszkaniowych jest już w budowie, m. in. w Wałbrzychu, Gdyni, Jarocinie, Pruszkowie i Białej Podlaskiej. Jako pierwsze zostaną oddane do użytku mieszkania w Jarocinie, a nastąpić to ma wiosną 2018 roku.

– W najbliższym czasie będziemy mieli do czynienia z różnymi ciekawymi czynnikami, jak chociażby rozwój programu Mieszkanie Plus czy Funduszu Mieszkań na Wynajem, który dostarczy bardzo dużo mieszkań w różnych regionach Polski, które są w zasadzie możliwe do wynajęcia od ręki – mówi Marcin Jańczuk. – Dla wielu osób będzie to istotny czynnik psychologiczny, który będzie powodował blokadę przy zakupie własnego mieszkania, ponieważ będziemy czekać na mieszkanie, które zostanie dla nas wybudowane, którego właścicielem staniemy się być może w przyszłości w ramach programu Mieszkanie Plus, ale czy to naprawdę będzie miało wpływ na rynek, okaże się dopiero w kilkunastu najbliższych miesiącach. 

Okres przedświąteczny sprzyja akcjom charytatywnym. Duże marki włączają się w pomoc potrzebującym dzieciom

Okres przedświąteczny sprzyja akcjom charytatywnym. Duże marki włączają się w pomoc potrzebującym dzieciom 15

Przedświąteczne tygodnie sprzyjają akcjom społecznym i charytatywnym, których celem jest pomoc potrzebującym. Z początkiem grudnia taką akcję rozpoczyna marka Vizir. Tym razem będzie zbierać fundusze na zakup ubrań dla wychowanków domów dziecka. Podopieczni placówek dostaną bony na zakupy i sami będą mogli zdecydować, jakie ubrania chcą kupić. Większość z nich dostanie taką szansę po raz pierwszy w życiu.

 Dzieci z domów dziecka na co dzień są pozbawione okazji do nabywania praktycznych, życiowych umiejętności, jak chociażby wybór spośród iluś fasonów swetrów czy w ogóle rozstrzygnięcie, na co przeznaczyć swoje pieniądze. Teraz taką możliwość chcemy im stworzyć – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy.

Okres przedświąteczny sprzyja dobroczynności. Przed Bożym Narodzeniem konsumenci z reguły stają się wrażliwsi, bardziej wyczuleni na potrzeby innych. Dlatego koniec listopada i grudzień to czas, w którym wiele brandów organizuje akcje społeczne i charytatywne, których celem jest pomoc potrzebującym. W tym roku dołącza do nich należąca do Procter&Gamble marka Vizir, znana od lat na polskim rynku z wysokiej jakości środki do prania. Od 4 grudnia startuje z akcją „Ubrania od serca”, w ramach której zbierane będą fundusze na zakup bonów na ubrania dla podopiecznych domów dziecka.

– „Ubrania od serca” to kampania, którą rozpoczynamy na początku grudnia jako marka Vizir we współpracy z Towarzystwem Nasz Dom, w ramach Funduszu Korczaka. Celem jest zebranie funduszy i podarowanie dzieciom z domów dziecka voucherów na zakup ubrań. Co ważne, te vouchery będą przekazane bezpośrednio dzieciom, które same będą mogły wybrać sobie nowe ubrania – mówi Mariola Mirek, manager ds. komunikacji P&G.

 Nie doceniamy tego obszaru potrzeb dzieci. Domy dziecka, w zależności od sytuacji finansowej placówki, kupują ubrania raz lub dwa w roku. To obszar, który zostaje na sam koniec, jest traktowany bardzo racjonalnie – dziecko potrzebuje na zimę ciepłą czapkę, kurtkę i buty, ale to, jakiego rodzaju to będą buty, jest już sprawą absolutnie drugorzędną. Placówki nie mają funduszy, żeby kupować rzeczy, które dzieci chcą nosić. Strój jest ważny, szczególnie kiedy jesteśmy nastolatkami i nie chcemy się odróżniać, a z drugiej strony – mieć swój indywidualny styl. Ta akcja ma to umożliwić – wyjaśnia Iwona Niemasz, przewodnicząca zarządu Towarzystwa Nasz Dom.

Dr Aleksandra Piotrowska podkreśla, że to jak jesteśmy ubrani okazuje się mocno wpływać na naszą pewność siebie, nasze zadowolenie z samych siebie. Przekłada się też na sposób, w jaki sposób kontaktujemy się z innymi ludźmi. W przypadku podopiecznych domów dziecka, pozbawionych pewności siebie i oparcia w rodzinie, zadowolenie z własnego wyglądu i akceptacja grupy rówieśniczej są bardzo istotne.

 Małe szanse na sukcesy mają ludzie przemykający się nieśmiało po kątach, z których emanuje duży brak pewności siebie. Świadomość, że mam na sobie ubranie, które mi się bardzo podoba, które sama wybrałam naprawdę tej pewności siebie dodaje. Z punktu widzenia grupy rówieśniczej wygląd jest czynnikiem wpływającym na atrakcyjność interpersonalną. To niesprawiedliwe, ale tak działamy. Stwórzmy wychowankom domów dziecka tę możliwość, żeby przeżyły chwilę zadowolenia z siebie, żeby mogły się poczuć pełnoprawnymi członkami swoich grup rówieśniczych. To jest bardzo ważne, szczególnie dla młodzieży – podkreśla dr Aleksandra Piotrowska.

Akcja „Ubrania dla serca” wystartuje 4 grudnia – najpierw w sieci sklepów Biedronka. Do końca roku będzie można w nich kupić produkty marki Vizir, znajdujące się na specjalnych wyspach sprzedażowych.  Akcja będzie trwać również po Nowym Roku – od 2 stycznia do końca lutego będzie prowadzona poza Biedronką, w innych sklepach, w których dostępne są produkty marki Vizir. Im większy dochód z nich uda się zebrać, tym więcej placówek zostanie objętych pomocą.

– Może nas wesprzeć każdy, kto w miesiącach grudzień 2017 – luty 2018 kupi produkty Vizir objęte akcją. Kampanię kierujemy do podopiecznych domów dziecka wybranych przez Towarzystwo Nasz Dom, które dokona selekcji na podstawie zgłoszeń dyrektorów placówek – mówi manager ds. komunikacji P&G.

Podopieczni domów dziecka, zakwalifikowani do akcji otrzymają bony na zakupy, każdy o wartości 200 zł. Dzieci będą mogły samodzielnie zdecydować, jakie ubrania chcą kupić i co im się podoba. Wiele z nich dostanie taką szansę po raz pierwszy w życiu.

 Idea sprawiedliwości społecznej odwołuje się do tego, że wszyscy jesteśmy wartościowi od urodzenia. W praktyce niestety ludzie bardzo różnie są wartościowani, m.in. w zależności od tego, co na siebie włożą. To niesprawiedliwe, w wielu przypadkach głupie, ale niestety tak funkcjonujemy. Przyczyńmy się zatem do tego, żeby już na pierwszy rzut oka dzieci z domów dziecka nie wyróżniały się na minus spośród rówieśników – podkreśla dr Aleksandra Piotrowska.

Firmy transportowe inwestują w rozwiązania monitorujące na bieżąco trasę i pracę kierowców. To szansa na wzmocnienie ich pozycji w UE

Firmy transportowe inwestują w rozwiązania monitorujące na bieżąco trasę i pracę kierowców. To szansa na wzmocnienie ich pozycji w UE 16

Branża transportowa wchodzi w technologiczną transformację. Krajowe i unijne regulacje prawne oraz konieczność optymalizacji działalności skłaniają firmy transportowe do korzystania z systemów telematycznych. Pozwalają one na bieżąco zarządzać przebiegiem trasy, czasem pracy kierowcy, monitorować ładunek i parametry pojazdu. Zastosowanie technologii oznacza dla przewoźników możliwość sprostania coraz surowszym przepisom i obniżania kosztów.

 Przed rynkiem transportowym stoi teraz dużo wyzwań. Największym są kwestie pracownicze i normy unijne, nakładane na polskie podmioty, oraz monitorowanie przewozu towarów w odpowiedzi na kontrole przewoźników. Rynek transportowy zmierza w kierunku automatyzacji, większego doboru struktury informatycznej, która ułatwi kontrolę, przesył towarów, kontrolę kierowców oraz monitorowanie przewozów na terenie kraju i za granicą – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Mariusz Maciaszek, manager do spraw transportu w Inter-Team.

Polska jest potęgą na europejskim rynku transportowym. Rodzime firmy mają w nim około 25-proc. udział, a według prognoz firmy doradczej PwC do 2025 roku przewozy międzynarodowe będą rosnąć w tempie 1,8–2,2 proc. rocznie. Wyzwaniem dla branży są jednak krajowe i unijne regulacje prawne – zwłaszcza przepisy o płacy minimalnej, wprowadzone m.in. w Niemczech i Francji oraz przygotowany przez Komisję Europejską tzw. pakiet drogowy.

Regulacja przewiduje, że za czas pracy na terytorium innego państwa polski kierowca ma otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak lokalny pracownik na tym samym stanowisku. Dla rodzimych firm transportowych oznacza to nie tylko wzrost kosztów, ale i nowe obowiązki administracyjne. Największym jest wymóg dokumentowania czasu wjazdu i wyjazdu kierowcy z danego państwa z dużą dokładnością. Rozwiązaniem mogą być oparte na GPS systemy telematyczne, które umożliwiają monitoring floty w czasie rzeczywistym.

– Firmy transportowe potrzebują rozwiązań pozwalających im optymalizować pracę i wykonywane zadania. Ważne, żeby umożliwić im to w czasie rzeczywistym – aby statusy pracy i istotne parametry, które decydują o wydajności i szybkości, były podawane na bieżąco. Kierowcy powinni być wspierani nowoczesnym terminalem, umożliwiającym im zdalną komunikację, i nawigacją, opartą o rzeczywistą, aktualną sytuację na drodze. Inwestycje w systemy telematyczne to optymalizacja kosztów, wzrost wydajności i szybki, najczęściej kilkumiesięczny zwrot z inwestycji – mówi Marek Kujawiński, dyrektor ds. sprzedaży w TomTom Telematics Polska.

Systemy telematyczne sprawdzają się nie tylko w przypadku międzynarodowych przewoźników, którzy muszą sprostać unijnym wymogom dotyczącym ewidencjonowania czasu pracy kierowców. Kontrola parametrów dotyczących ładunku, prędkości pojazdu, zużycia paliwa czy aktualnej sytuacji na drodze pozwalają też zoptymalizować krajowy transport. Dla firm z tej branży dane z systemów telematycznych i możliwość bieżącego monitorowania floty przekładają się na oszczędność czasu i kosztów.

 Możemy zastosować kontrolę tras przejazdu, monitorować na bieżąco, co dzieje się z przewoźnikami. Ponieważ możemy monitorować przebieg tras, wpływa to bezpośrednio na elementy kosztowe, które muszą być pod stałą kontrolą – wskazuje Adam Stryjewski, dyrektor ds. logistyki w Inter-Team.

– Systemy GPS mają duży wpływ na poprawę jakości usług świadczonych przez transport. Istotne jest to, że cały czas mamy bieżący kontakt z kierowcą poprzez system monitorowania przejazdu, serwisowania samochodu, ale też wysyłania komunikatów o ewentualnych zjazdach – dodaje Mariusz Maciaszek.

Firma Inter-Team, która zarządza flotą przeszło 500 własnych pojazdów, korzysta z systemów TomTom Telematics do monitorowania przesyłu towarów pomiędzy magazynami oraz do klientów. Po ich wdrożeniu odnotowała wzrost wydajności o 40 proc. w postaci skrócenia czasu analizy tras.

– Możliwość monitorowania online tras przejazdu pojazdów jest najważniejszym elementem dla naszych klientów. Możemy na bieżąco informować ich o ewentualnych opóźnieniach. Także możliwość kontrolowania tras przejazdu umożliwia nam docelową analizę i wybór optymalnych rozwiązań ze względów ekonomicznych – mówi Adam Stryjewski.

Mariusz Maciaszek ocenia, że zastosowanie nowoczesnych technologii – takich jak bieżąca lokalizacja pojazdów, kontakt z kierowcami czy możliwość monitorowania trasy – może dodatkowo poprawić pozycję polskich firm transportowych na europejskim rynku.

– Menadżerowie zarządzający firmami transportowymi muszą zmierzyć się z pytaniem, jak rozwijać swoje przedsiębiorstwa i zapewnić im konkurencyjną pozycję w przyszłości. Według naszych badań 83 proc. polskich menadżerów i firm zdaje sobie sprawę z konieczności inwestycji w nowoczesne rozwiązania – podsumowuje Marek Kujawiński.

Pacjenci apelują do resortu zdrowia o refundację nowoczesnej doustnej terapii na nawrotowego szpiczaka

Pacjenci apelują do resortu zdrowia o refundację nowoczesnej doustnej terapii na nawrotowego szpiczaka 17

Leki najnowszej generacji mogą przedłużyć życie chorych z nawrotowym szpiczakiem plazmocytowym nawet o kilka lat i pozwolić im doczekać dalszych skutecznych terapii. W Polsce wciąż jednak są niedostępne dla pacjentów, mimo zapowiedzi resortu zdrowia o wprowadzeniu jednego z nich na listy refundacyjne od stycznia 2018 roku. Środowiska pacjenckie wystosowały list do wiceministra zdrowia, w którym apelują o pozytywne zakończenie negocjacji z producentem pomalidomidu i udostępnienie go pacjentom.

Szpiczak plazmocytowy to nowotwór szpiku kostnego, który co roku diagnozowany jest u blisko 1,5 tys. Polaków. To choroba nieuleczalna, dzięki stałemu postępowi nauki rokowania z roku na rok stają się jednak coraz lepsze – wielu lekarzy uznaje szpiczaka plazmocytowego za chorobę przewlekłą, nawet w jego zaawansowanym stadium. W Polsce od 2010 roku, żaden nowy lek na ten rodzaj nowotworu nie trafił na listę refundacyjną.

Jest pewna blokada. Nadal w Polsce średnie przeżycie pacjenta utrzymuje się, jak przed laty, na poziomie,5-6 lat, podczas gdy w krajach europejskich wynosi powyżej 10 lat, nawet 11-12 lat. Jest to pewna niesprawiedliwość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes doc. Grzegorz Basak z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych WUM.

Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja chorych z oporną na leczenie i nawrotową postacią nowotworu. Chorzy po pierwszym nawrocie szpiczaka mają możliwość terapii lenalidomidem lub bortezomibem, osoby po kolejnych nawrotach nie mają już jednak dostępu do nowoczesnych leków. Na świecie stosuje się obecnie sześć cząsteczek w terapii nawrotowego szpiczaka, żadna jednak nie znalazła się na listach refundacyjnych w Polsce. Jednym z najbardziej skutecznych leków, nawet dwukrotnie wydłużających życie chorych jest pomalidomid.

Prognoza dla pacjentów z opornym i nawrotowym szpiczakiem plazmocytowym jest bardzo zła. Przeciętnie to przeżycie od 6 do 9 miesięcy, podczas gdy stosowanie pomalidomidu pozwala wydłużyć to przeżycie średnio nawet do 12–13 miesięcy. W tym czasie mogą pojawić się kolejne cząsteczki, które zresztą są już na rynku, ale mogą stać się osiągalne, refundowane – mówi doc. Grzegorz Basak.

Pomalidomid to lek immunomodulujący, który hamuje rozwój komórek nowotworowych poprzez stymulowanie układu odpornościowego osoby chorej. Podawany jest doustnie, często w skojarzeniu z deksametazonem, dzięki czemu pacjent unika hospitalizacji oraz częstych wizyt w placówkach medycznych. Jest to szczególnie ważne w przypadku osób starszych oraz mieszkańców mniejszych miejscowości, którzy często muszą pokonywać znaczne odległości, aby dostać się do lekarza. Doustna forma terapii pozwala im prowadzić w miarę normalne życie, także zawodowe.

– To tabletki przyjmowane w domu – wygodnie, bez hospitalizacji, bez uciążliwego biegania po klinikach i siedzenia po kilkanaście godzin w poradniach. To bardzo skuteczne leczenie powodujące remisję choroby – mówi Roman Sadżuga prezes Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Szpiczaka.

Na świecie pomalidomid został dopuszczony do leczenia szpiczaka plazmocytowego w 2013 roku. Jesienią wiceminister zdrowia Marcin Czech poinformował, że resort prowadzi rozmowy z dostawcą leku i nie wykluczył, że wkrótce pomalidomid trafi na listę refundacyjną. W negocjacjach tych uczestniczyli również przedstawiciele Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Szpiczaka, którzy w połowie listopada wystosowali do wiceministra zdrowia oficjalny list. Apelowali w nim o wprowadzenie refundacji na pomalidomid dla pacjentów z nawrotowym i opornym szpiczakiem plazmocytowym.

– Potrzebuje jej zaledwie ok. 250–260 osób w pierwszym roku, a w drugim roku ok. 300–350. Ta grupa według światowych statystyk nigdy się nie zwiększy, bo ten lek ma określony czas działania. W sumie przez najbliższe dwa lata to jest zaledwie ok. 600 chorych. Więc nie jest to duża grupa i koszty nie muszą być wysokie – mówi Roman Sadżuga.

W liście do wiceministra zdrowia autorzy podkreślają, że w toku rozmów z dostawcą leku wynegocjowane zostały bardzo korzystne dla Ministerstwa Zdrowia warunki finansowe. Osiągnięto cenę progową pomalidomidu, rekomendowaną przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, obniżono cenę lenalidomidu, producent złożył ponadto gwarancję bezpieczeństwa nieprzekroczenia kosztów leczenia populacji chorych powyżej 645 osób, przez Państwo, zawartych w projekcie umowy.