Google poinformował część klientów reklamowych, że planuje wprowadzić reklamy do swojego chatbota AI Gemini, przy czym pierwsze wdrożenia miałyby ruszyć najwcześniej w 2026 roku. Takie informacje przekazali przedstawiciele kilku agencji mediowych, z którymi rozmawiał serwis Adweek. Według relacji reklamodawców były to pierwsze tak bezpośrednie sygnały ze strony firmy dotyczące zamiaru monetyzacji samodzielnej platformy Gemini. Rozmowy miały odbywać się w ostatnich dniach, w ramach oddzielnych spotkań z co najmniej dwoma dużymi klientami reklamowymi.
Na tym etapie Google nie zdradza jeszcze szczegółów dotyczących planowanych formatów reklam, zasad rozliczeń czy harmonogramu testów. Reklamodawcy nie otrzymali też żadnych makiet ani materiałów technicznych pokazujących, jak reklamy mogłyby wyglądać w interfejsie Gemini. Spółka podkreśla przy tym, że projekt ten jest odrębny od reklam wyświetlanych w AI Mode – konwersacyjnym trybie wyszukiwania opartym na sztucznej inteligencji, uruchomionym w marcu 2025 roku, gdzie testy reklam już trwają.
Plany związane z Gemini wpisują się w szerszą strategię Google polegającą na stopniowym rozszerzaniu wykorzystania reklamy opartej na AI na kolejne produkty. Firma testuje reklamy w AI Mode co najmniej od maja 2025 roku, a ich obecność w wynikach rozmów z asystentem była w ostatnich miesiącach coraz bardziej widoczna. Tego typu komunikaty reklamowe są automatycznie tworzone na bazie istniejących kampanii Search, Shopping oraz Performance Max i pojawiają się bezpośrednio w odpowiedziach generowanych przez AI lub tuż pod nimi.
Na początku grudnia Google udostępnił globalnie – dla wszystkich kont anglojęzycznych – narzędzia Ads Advisor oraz Analytics Advisor, oparte na modelach Gemini. Mają one pomagać m.in. w automatycznej optymalizacji kampanii, proponowaniu nowych słów kluczowych oraz wdrażaniu rekomendowanych zmian po akceptacji użytkownika. Działania te są elementem szerszego planu, zakładającego głębszą integrację sztucznej inteligencji z całym ekosystemem reklamowym Google.
Decyzja o rozpoczęciu monetyzacji Gemini zapada w warunkach rosnącej konkurencji na rynku chatbotów AI oraz silnej presji na uzyskanie zwrotu z wielomiliardowych inwestycji w infrastrukturę sztucznej inteligencji. W trzecim kwartale 2025 roku Alphabet po raz pierwszy w historii przekroczył poziom 100 mld dolarów przychodów kwartalnych, z czego 74,2 mld dolarów pochodziło z reklamy – to wzrost o 13 procent rok do roku. Jednocześnie spółka podniosła prognozę nakładów inwestycyjnych na cały rok do 91–93 mld dolarów, zaznaczając, że zdecydowana większość środków zostanie przeznaczona na rozwój infrastruktury AI.
Podobne wyzwania stoją przed konkurentami Google. OpenAI również znajduje się pod presją, by zwiększać przychody z własnych produktów. Krótko przed informacjami o planach Google wobec Gemini firma wycofała promocyjne sugestie aplikacji w ChatGPT po fali krytyki ze strony użytkowników, którzy odebrali je jako formę reklamy. OpenAI podkreśla obecnie, że nie wyświetla płatnych reklam w swoich usługach. Według branżowych prognoz do 2026 roku nawet około jednej czwartej wyszukiwań w internecie może odbywać się za pośrednictwem chatbotów, co dla Google oznacza potencjalne wyzwanie dla dotychczasowej dominacji w reklamach związanych z wyszukiwaniem.
Departament Handlu Stanów Zjednoczonych ma w najbliższym czasie dopuścić eksport układów sztucznej inteligencji Nvidia H200 do Chin. Informację tę jako pierwsze podało Semafor, a następnie potwierdziła agencja Reuters, powołując się na osoby zaznajomione z decyzją. Zmiana wpisuje się w szersze rozmowy handlowo-technologiczne między administracją Donalda Trumpa a władzami w Pekinie i oznacza złagodzenie części ograniczeń nałożonych wcześniej na eksport zaawansowanych chipów AI.
H200 to procesor graficzny oparty na architekturze Hopper. Według danych Nvidii jest to pierwszy układ tej firmy wyposażony w 141 GB pamięci HBM3e o przepustowości 4,8 TB/s, co stanowi znaczący wzrost względem modelu H100 zarówno pod względem pojemności, jak i szybkości pamięci. Parametry te pozwalają obsługiwać bardzo duże modele generatywnej AI przy mniejszej liczbie kart. Jednocześnie H200 pozostaje generację za najnowszą rodziną Blackwell, co z perspektywy rządu USA ma ograniczać ryzyko przekazania Chinom najbardziej zaawansowanych rozwiązań.
Jak wynika z doniesień Semafor i Reutersa, Departament Handlu stara się pogodzić dwa cele: z jednej strony utrzymać przewagę technologiczną USA w kluczowym sektorze, z drugiej – nie odcinać amerykańskich producentów od ogromnego rynku zbytu. Zgoda na eksport H200 miałaby otworzyć przed Nvidią możliwość powrotu na rynek chiński w segmencie wysokowydajnych układów, przy jednoczesnym utrzymaniu zakazu sprzedaży najnowszych chipów opartych na architekturze Blackwell.
Krok ten stanowi odejście od wcześniejszej, bardziej restrykcyjnej linii polityki eksportowej przyjętej za poprzedniej administracji. W ostatnich latach zasady zostały tak zaostrzone, że z chińskiego rynku wycofano m.in. układy A100 i H100, a ich miejsce miały zająć specjalnie „osłabione” wersje, jak Nvidia H20. Rozwiązanie to nie przyniosło jednak oczekiwanych efektów, ponieważ chińskie władze zaczęły naciskać na krajowe firmy, aby rezygnowały z takich produktów i rozwijały własne alternatywy.
Plany Departamentu Handlu wywołały natychmiastową reakcję w Kongresie. Kilka dni wcześniej ponadpartyjna grupa senatorów, z republikaninem Pete’em Ricketts’em i demokratą Chrisem Coonsem na czele, przedstawiła projekt ustawy SAFE Chips Act. Przewiduje on 30-miesięczne wstrzymanie wydawania nowych licencji eksportowych na najbardziej zaawansowane układy AI dla Chin, Rosji, Iranu i Korei Północnej. Według uzasadnienia projektu celem jest uniemożliwienie potencjalnym rywalom dostępu do chipów o wyższej wydajności niż te, na które już dziś wydano zgody eksportowe.
W ostatnich dniach prezydent Nvidii Jensen Huang spotkał się w Waszyngtonie z Donaldem Trumpem, aby omówić przyszłość amerykańskich regulacji eksportowych. Po rozmowach Huang przyznał w rozmowie z mediami, że nie ma pewności, czy chińskie firmy będą w ogóle zainteresowane zakupem H200, nawet jeśli USA złagodzą przepisy. Jak zaznaczył, rynek w Chinach jest coraz bardziej niechętny „sztucznie ograniczanym” chipom, projektowanym wyłącznie po to, by spełnić amerykańskie limity, a władze w Pekinie wyraźnie promują krajowe rozwiązania.
Równolegle, jak wynika z szacunków przedstawicieli Departamentu Handlu cytowanych m.in. przez Reuters, chiński sektor półprzewodnikowy – z Huawei na czele – przyspiesza rozwój własnych układów AI, ale jego możliwości produkcyjne pozostają ograniczone. Według tych danych, w 2025 roku chińscy producenci będą w stanie wytworzyć maksymalnie ok. 200 tys. zaawansowanych chipów AI, podczas gdy w poprzednich latach krajowe firmy mogły legalnie importować nawet około 1 mln „obniżonych” układów Nvidii przeznaczonych na tamten rynek.
Mimo restrykcji eksportowych, największe chińskie koncerny technologiczne – takie jak Alibaba czy twórcy modeli pokroju DeepSeek – zdołały opracować konkurencyjne modele generatywnej sztucznej inteligencji, korzystając z połączenia zapasów zachodnich chipów i rozwijanych lokalnie rozwiązań. Eksperci zwracają jednak uwagę, że skalowanie takich systemów do poziomu największych amerykańskich modeli utrudniają ograniczona wydajność rodzimych układów, przepustowość pamięci oraz brak dostępu do najnowocześniejszych procesów litograficznych. W tym kontekście dopuszczenie H200 do eksportu mogłoby wyraźnie przyspieszyć rozwój infrastruktury AI w Chinach, choć nadal bez przekazywania najpotężniejszych dostępnych na rynku chipów.
Ani Departament Handlu USA, ani Nvidia nie wydały dotąd szczegółowych komunikatów dotyczących warunków eksportu H200 do Chin. Ostateczny kształt polityki może zależeć od losów projektu SAFE Chips Act w Kongresie, który ma zablokować możliwość łagodzenia obecnych ograniczeń. W najbliższych tygodniach rozstrzygnie się więc nie tylko to, czy chińskie firmy otrzymają dostęp do H200, ale też, czy Stany Zjednoczone zmienią podejście do eksportu zaawansowanych technologii w rywalizacji z Pekinem.
Niemiecka gospodarka stoi w obliczu największej fali upadłości przedsiębiorstw od ponad dekady. Z najnowszego raportu agencji kredytowej Creditreform wynika, że w 2025 roku niewypłacalność ogłosi około 23,9 tys. firm, co oznacza wzrost o 8,3 proc. w ujęciu rocznym. To najwyższy poziom od 2014 roku i wyraźny sygnał utrzymujących się problemów strukturalnych w największej gospodarce Europy. Choć tempo wzrostu liczby bankructw wyhamowało w porównaniu z latami 2023–2024, gdy sięgało około 20 proc. rocznie, skala zjawiska pozostaje wysoka. Creditreform wskazuje, że jest to efekt przedłużającej się słabości gospodarczej, wysokich kosztów energii oraz rosnących obciążeń regulacyjnych.
Autorzy raportu podkreślają, że wiele przedsiębiorstw funkcjonuje przy wysokim poziomie zadłużenia i ma ograniczony dostęp do finansowania zewnętrznego. Szczególnie narażony na problemy pozostaje sektor małych i średnich firm, który odgrywa kluczową rolę w niemieckiej gospodarce. Mikroprzedsiębiorstwa zatrudniające do 10 pracowników stanowią 81,6 proc. wszystkich przypadków niewypłacalności. Łączne straty wierzycieli z tytułu upadłości firm w 2025 roku szacowane są na około 57 mld euro, czyli nieco mniej niż rok wcześniej. Skutki bankructw mogą dotknąć około 285 tys. pracowników.
Negatywne tendencje obejmują również gospodarstwa domowe. Liczba upadłości konsumenckich ma w 2025 roku wzrosnąć o 6,5 proc., do około 76,3 tys. przypadków, co będzie najwyższym poziomem od 2016 roku. Creditreform szacuje, że obecnie blisko 5,67 mln mieszkańców Niemiec jest nadmiernie zadłużonych. Eksperci wskazują, że wpływ na ten stan mają m.in. wysokie koszty utrzymania, ograniczenia dochodów oraz pogorszenie sytuacji na rynku pracy w części sektorów gospodarki.
Mimo zapowiadanych przez rząd inwestycji w infrastrukturę i obronność, perspektywy na 2026 rok oceniane są ostrożnie. Zdaniem Creditreform niemiecka gospodarka stopniowo traci konkurencyjność, a wysokie koszty prowadzenia działalności, rozbudowana biurokracja i słaby wzrost będą nadal sprzyjać niewypłacalnościom. Dodatkowym obciążeniem pozostają wysokie ceny energii, słaby popyt na kluczowych rynkach eksportowych oraz rosnąca konkurencja ze strony Chin. Po dwóch latach recesji oczekuje się, że wzrost gospodarczy Niemiec w 2025 roku pozostanie jedynie minimalny.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski potwierdził w poniedziałek, że uczestnicy rozmów pokojowych prowadzonych z udziałem Stanów Zjednoczonych pozostają podzieleni w sprawie ewentualnych ustępstw terytorialnych. Jak wskazał, nie udało się wypracować wspólnego stanowiska dotyczącego przyszłego statusu Donbasu, obejmującego obwody doniecki i ługański. Kwestia kontroli nad wschodnimi regionami Ukrainy nadal należy do głównych tematów negocjacji.
W rozmowie telefonicznej z agencją Bloomberg Zełenski podkreślił, że część założeń amerykańskiej propozycji pokojowej wymaga dalszych uzgodnień. Dotyczy to między innymi gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy oraz zasad sprawowania administracji i nadzoru nad obszarami objętymi konfliktem. Jak zaznaczył, są to „wrażliwe kwestie”, w których stronom wciąż trudno osiągnąć porozumienie.
Deklaracja Zełenskiego zbiegła się w czasie z wypowiedzią prezydenta USA Donalda Trumpa, który wyraził rozczarowanie tym, że ukraiński przywódca nie zapoznał się jeszcze w pełni z przedstawioną mu propozycją pokojową. Trzydniowe rozmowy negocjatorów ze Stanów Zjednoczonych i Ukrainy na Florydzie zakończyły się w miniony weekend, nie przynosząc przełomu w najważniejszych spornych kwestiach.
Rada nadzorcza Polskiej Grupy Energetycznej odwołała 8 grudnia Dariusza Marca ze stanowiska prezesa zarządu spółki. Stanowisko stracił również wiceprezes ds. operacyjnych Maciej Górski. Marzec kierował największym producentem energii elektrycznej w Polsce od marca 2024 roku, obejmując stery w czasie istotnych zmian regulacyjnych i finansowych w sektorze energetycznym. Decyzja zapadła kilka dni po przetasowaniach w radzie nadzorczej, do której 4 grudnia – na żądanie ministra aktywów państwowych Wojciecha Balczuna – dołączyli Dariusz Lubera i Piotr Stolarczyk, zastępując Małgorzatę Banasik i Sławomira Patyrę.
W komunikacie PGE podkreślono, że uchwała rady nadzorczej nie zawiera uzasadnienia ani wskazania przyczyn zmian personalnych. Spółka przypomniała jednocześnie, że jest największym przedsiębiorstwem elektroenergetycznym w kraju, notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Skarb Państwa posiada w PGE nieco poniżej 61 proc. akcji, co daje mu pozycję głównego akcjonariusza i kluczowy wpływ na obsadę najważniejszych stanowisk. Brak oficjalnego wyjaśnienia sprawia, że okoliczności odwołania władz spółki pozostają niejasne i są szeroko komentowane na rynku.
Kadencja Dariusza Marca przypadła na okres poważnych wyzwań finansowych dla PGE. W pierwszych trzech kwartałach 2025 roku spółka wykazała 6,5 mld zł straty netto, głównie w związku z koniecznością wyzerowania wartości aktywów wytwórczych opartych na węglu brunatnym i kamiennym. Było to konsekwencją zmieniającego się otoczenia regulacyjnego oraz presji transformacji energetycznej, wymuszającej odchodzenie od paliw kopalnych. Jednocześnie grupa realizowała rekordowy program inwestycyjny – nakłady sięgnęły 7,6 mld zł w ciągu dziewięciu miesięcy, obejmując m.in. projekty infrastrukturalne i rozwój nowych mocy wytwórczych.
Na odbiór społeczny kadencji Marca wpływ miały również doniesienia o wydatkach na najwyższym szczeblu zarządczym. W styczniu 2025 roku media opisały zakup drogich samochodów dla członków zarządu oraz kosztowny remont gabinetów w centrali PGE. Sprawa wywołała szeroką dyskusję publiczną na temat zasadności takich kosztów w spółce z dominującym udziałem Skarbu Państwa. Do prokuratury trafiło zawiadomienie, co dodatkowo wzmogło presję opinii publicznej i związków zawodowych na władze PGE.
Funkcję pełniącego obowiązki prezesa PGE objął 59-letni Dariusz Lubera, który od lat związany jest z sektorem energetycznym. W latach 2008–2015 kierował grupą Tauron, a w 2010 roku doprowadził ją do debiutu na warszawskiej giełdzie. Lubera jest absolwentem Akademii Górniczo-Hutniczej oraz Akademii Ekonomicznej w Krakowie, co łączy wykształcenie techniczne z przygotowaniem menedżerskim i ekonomicznym. Od 2017 roku prowadził działalność gospodarczą w sektorze prywatnym, a do rady nadzorczej PGE został powołany zaledwie cztery dni przed objęciem obowiązków p.o. prezesa. Zgodnie z decyzją rady nadzorczej ma pełnić tę funkcję tymczasowo – przez okres do trzech miesięcy, do czasu wyłonienia nowego, stałego składu zarządu.
X jubileuszowy Plebiscyt na Młodzieżowe Słowo Roku 2025, organizowany przez Wydawnictwo Naukowe PWN, został oficjalnie rozstrzygnięty. Tegoroczna edycja pokazała, że choć język młodzieży pozostaje pod wyraźnym wpływem internacjonalizmów, kodów liczbowych i innowacji środowiskowych, to właśnie słowa dobrze zakorzenione w polszczyźnie – lecz używane w odświeżonych, kreatywnych znaczeniach – zdobyły w tym roku największą sympatię młodych internautów.
Najwięcej głosów zgromadził czasownik szponcić, wraz z jego rzeczownikową formą szpont. Wyrazy te, obecne wcześniej w polszczyźnie historycznej, regionalnej oraz w dawnych żargonach przestępczych, tradycyjnie odnosiły się do ‘rozrabiania’, ‘kombinowania’ czy ‘oszukiwania’. Dziś – w języku młodzieży – oznaczają przede wszystkim spontaniczne, energiczne działanie, często o improwizowanym charakterze i nie zawsze w pełni legalne. Szpont funkcjonuje z kolei jako nazwa efektu takich działań: epizodu, który dodaje kolorytu codziennym sytuacjom lub opisuje zaskakujący zbieg okoliczności.
Jury postanowiło przyznać swoją Nagrodę również tym słowom, podkreślając, że znakomicie ilustrują żywiołowość, humor i spontaniczność młodzieżowej komunikacji. Dawne formy, twórczo przekształcone, zyskały nowe życie i semantyczną świeżość, stając się przykładem kreatywnego wykorzystania zasobów języka polskiego w codziennych kontaktach.
Drugie miejsce zajął się znak liczbowy 6 7 (67, six seven, sześć siedem) – idiom środowiskowy oparty na grze liczbami, wariantami graficznymi i gestami. To przykład wewnętrznego kodu grupowego i sposobu budowania młodzieżowej tożsamości poprzez język.
Wyróżnienie otrzymał także zrost OKPA. Wyraz ten funkcjonuje jako przykład ekspresywnej etykiety językowej, sygnalizującej zakończenie rozmowy – zwłaszcza wtedy, gdy nie przebiega ona po myśli nadawcy. OKPA pełni rolę komunikacyjnego „cięcia”, wyrażającego znużenie, lub chęć zakończenia kontaktu, a przy tym nadaje interakcji spontaniczny, nieformalny ton.
Na kolejnych pozycjach znalazły się: leksem klasa, który w nowych kontekstach przyjmuje funkcję wyrażenia oceniającego, odnoszącego się do stylu, jakości i prestiżu, oraz
internacjonalizmy związane z oceną wyglądu i jakości, m.in. tuff, a także pozytywne etykiety osób: GOAT i twin.
Na uwagę zasługuje także przymiotnik freaky, który – choć uzyskał mniej głosów – pozostaje wyrazistym markerem współczesnej „dziwaczności” i nietypowych upodobań.
Zachęcamy do zapoznania się z komentarzami jury:
Szponcić świat słowami, czyli pragmatyka rządzi Anna Wileczek
Różowe okulary Marek Łaziński
Twórcza igraszka Ewa Kołodziejek
Cisi bohaterowie Bartek Chaciński
oraz komentarzem prof. Jana MiodkaSłowo Roku 2025.
Szponcić świat słowami, czyli pragmatyka rządzi – Anna Wileczek
Młodzieżowe słowo roku 2025 pokazuje, że język młodych nie tyle opisuje świat, ile go szponci – czyli performuje, rozgrywa, nadaje mu rytm i aurę na swoich warunkach. Nie chodzi tu o precyzyjne znaczenia, ani o gramatyczną przewidywalność – pierwszeństwo ma pragmatyka, czyli to, jak słowo działa w interakcji. Jaki efekt wywołuje. Kiedy młodzi mówią o szponceniu i szponcie, nie oczekują precyzyjnych znaczeń, lecz efektu: wspólnotowego żartu, jakiejś spontaniczności, ekspresji, aktywności często poza sferą oczekiwanych i zastanych form i norm. Podobnie 6_7 – idiom cyfrowy nie musi niczego znaczyć, bo jego siła tkwi w rytmie, w powtarzalności, w tym, że można nim „podbić” rozmowę lub wywołać spontaniczny śmiech. OKPA z kolei jest etykietalnym słownym „gestem”, znakiem pożegnania, w którym rozmówca powinien jednak wyczuć element dystansowania się, zniecierpliwienia niczym w kultowym powiedzeniu: „Nie chce mi się z Tobą gadać”.
W tym świecie gramatyka jest tylko materiałem do językowej gry. Zapożyczenia takie jak tuff, GOAT (czy to w wersji zdrobniałej: goacik czy feminatywnej: goaciara) lub zredukowane do dwóch liter fr pokazują, że normy można naginać, a formy nicować, deformować i skracać – bo liczy się efekt pragmatyczny. Semantyka jest tu bardzo pojemna, trudna do precyzyjnego uchwycenia, często ironiczna i w dodatku ma coś z drzewa. Im dłużej słowo żyje, tym przyrosty znaczeń dookreślanych w kontekście są większe. I tak skibidi nie ma stabilnego znaczenia, lecz rytm i memiczny potencjał. .Brainrot nie opisuje tylko „stanu umysłu”, ale także specyfikę treści, a lowkey po prostu się używa, żeby zaznaczyć swoje zdystansowanie.
Warto przypomnieć, że w potocznych odmianach języka ta płaszczyzna relacji, gdy komunikat służy do błyskawicznego mapowania „swoich”, ma pierwszorzędne znaczenie. W tym kontekście angielskie twin, ale zręcznie anektowane do polszyzny (np. w zdaniu: „To jest mój twin”) to coś więcej niż przyjaciel. To pragmatyczna deklaracja tożsamościowej jedności („jesteśmy tacy sami”), która w świecie cyfrowego rozproszenia daje poczucie bezpieczeństwa. Z kolei wszechobecne bro działa trochę jak rozgrzewająca herbata w zimowe dni: tworzy dobre skojarzenia i wprowadza pozytywne emocji niezależnie od stopnia zażyłości.
Ciekawym kontrapunktem dla operującego groteskowym humorem brainrotu jest renesans tradycyjnego wartościowania. Wysokie miejsca słów takich jak klasa czy szacun sugerują, że w performowaniu rzeczywistości młodzi szukają też stałych punktów odniesienia, przywołując słowa z językowej przeszłości. Klasa w 2025 roku to nie tylko elegancja, to najwyższy certyfikat jakości (takie first class) w zalewie bylejakości i „obciachu” – słowo to działa jak pieczęć zatwierdzająca coś, co jest autentycznie wartościowe. Podobnie szacun – to twarda i stała waluta w ekonomii uznania.
Na przeciwległym biegunie tej „przyszponconej” rzeczywistości leży energia freaky i estetyka sukcesu spod znaku slay. Bycie freaky to pragmatyczne przyzwolenie na dziwność, na wyjście poza schemat, slay zaś, mimo upływu lat, wciąż pozostaje pozytywnym werdyktem – nie opisuje czynności, lecz głosi triumf piękna isukcesu nad materią codzienności. W tym leksykalnym tyglu, gdy miesza się klasa z freaky, a bro ze szpontem, widać wyraźnie: młodzi nie chcą świata tylko nazywać. Oni chcą go „rozgrywać” po swojemu.
Różowe okulary – Marek Łaziński
Słowa zwycięskie w naszym plebiscycie przeważnie niosły emocje lub wartościowanie pozytywne, jak choćby zeszłoroczna sigma. Nie wiemy, czy takie wartościowanie pozytywne charakteryzuje komunikację młodych, czy tylko nastawienie do językowej zabawy. W każdym razie i w tym roku wygrało słowo, które można odczytać pozytywnie, choć pochodzenie ma nie do końca szlachetne.
Rzeczownik szpont oznaczał pierwotnie zatyczkę beczki, ale w slangu więziennym sprzed stu lat także oszustwo lub kradzież. Slang młodzieżowy przejął szpont tak jak liczne inne słowa więzienne i przekształcił coś bardzo złego na coś wyjątkowego, niespodziewanego, także pozytywnego w swej wyjątkowości. Podobna zmiana znaczeniowa zaszła w wyrazie sztos, który wygrał nasz pierwszy plebiscyt, ale także wyrazie numer – wszystkie wymienione mają w znaczeniach abstrakcyjnych więzienne pochodzenie. Inne słowo z pierwszej dziesiątki, angielski czasownik slay pierwotnie oznaczał ‘zabić’ i to brutalnie. Znaczenie intensywności pozostało, ale podstawowe wartościowanie się zmieniło. Slay w slangu angielskim i polskim to coś wyjątkowego, zasługującego na uwagę, wspaniałego. Tak działają skojarzenia w języku, nie tylko młodzieżowym. Inne słowa z pierwszej dziesiątki także pasują do pozytywnego wzoru na slang, choć niektóre, jak OKPA mogą być używane ironicznie.
Niektórzy będą więc ubolewać, że plebiscyt znów wygrało słowo z dawnej grypsery, inni, ja też, będą się cieszyć, że język młodzieży naprawia złe słowa. Szpont (z końcówką dopełniacza -a lub -u), szponcić, także szponta (pomysł) nie są już słowami z tylko grypsery.
Geneza szpontu jest nie tylko tylko złodziejska. W pierwotnej wersji szpunt był notowany w polszczyźnie już w XV wieku. Jak wiele innych słów związanych z rzemiosłem i handlem zapożyczyliśmy szpunt z niemieckiego, a niemiecki ze średniowiecznej łaciny: (ex)punctum. Ponieważ zatyczka beczki jest mała, to przenośnie mówiono szpunt z sympatią o dzieciach (tak w słownikach XIX wieku). Współczesne znaczenia wyrazów abstrakcyjnych mają często wiele równoległych etymologii. Amelioracja znaczeń wyrazów jest zjawiskiem powszechnym (pejoratywizacje niestety też), nie tylko w polszczyźnie.
Twórcza igraszka – Ewa Kołodziejek
Młodzieżowa mowa to przede wszystkim zabawa z językiem. Eksperymenty słowne dotyczą i znaczeń wyrazów, i ich form. Igraszka z formą słowną bywa szczególnie atrakcyjna, bo efekt zaskoczenia jest natychmiast widoczny. Nowe słowa, co oczywiste w slangu, powstają wbrew regułom polszczyzny ogólnej i na tym polega ich pożądana świeżość. W slangowej twórczości żadne zasady nie obowiązują. Można na przykład skrócić słowo do jednej sylaby i o bliskim znajomym mówić bro (skrót angielskiego słowa brother). Można, utożsamiając się z czyjąś opinią, mówić rel (skrócone angielskie relatable) albo yś, bo i takie słowo, będące sygnałem różnorodnych emocji, pojawiło się w plebiscycie w 2023 roku. Można pójść dalej, zignorować samogłoski i skrócić wyraz do granic wymawianiowych możliwości, jak w słowie fr albo jego wariancie fr fr. Słowo fr, powstałe z pierwszych liter angielskiego wyrażenia for real ‘naprawdę’, oprócz buntowniczej formy ma jeszcze „otwarte” znaczenie. Mówiąc fr, można wyrazić zarówno aprobatę, jak i ironię: no naprawdę?.
Eksperymentem słowotwórczym jest też OKPA, połączenie dwóch znaków słownych: popularnego słowa OK będącego wyrazem aprobaty i potocznego pa! używanego przy pożegnaniu. W oddzielnych wyrazach OK i pa nie ma nic szczególnie młodzieżowego, ale młodzi z każdego słowa potrafią coś jeszcze wydobyć, jeśli tylko chcą. Połączyli więc dwa słowa w jedno i zaczęli z nim igrać, stąd tyle wariantów: i okpa, i okejpa, i okipa, bo OK przybiera czasem w slangu postać OKI. Ale to nie koniec zabawy, bo jest jeszcze wariant z wyrazem to: okejtopa albo okitopa. Można? Można! Przy takim bogactwie form możliwości skrótowca GOAT wyglądają trochę skromniej. Składa się z pierwszych liter angielskiego wyrażenia Greatest Of All Time ‘mistrz wszech czasów’ i używany jest w znaczeniu ‘ktoś w czymś najlepszy, niepokonany, nie do pobicia’. Można eksperymentować z jego formą graficzną i zapisywać z kropkami: G.O.A.T., można utworzyć formę zdrobniałą: goacik, żeńską: goaciara, można użyć angielskiej formy przymiotnikowej: goated ‘najlepsze’.
Trzeba też wspomnieć o żywotnym w języku młodzieży słowie szacun, które powstało przez odrzucenie końcowej części wyrazu szacunek. Ucięcie jest w slangu częstym zabiegiem słowotwórczym, by przypomnieć wciąż popularne słowa: przegryw, przychlast, nieogar, wypłosz, zazdro czy zlew, atrakcyjne nie tylko dla młodego pokolenia.
Cisi bohaterowie – Bartek Chaciński
Przemiany języka w czasach internetu można podglądać dzień po dniu, a czasem godzina po godzinie. I bardziej niż kiedykolwiek związywać poszczególne neologizmy z osobami, które je wymyśliły lub przynajmniej pomogły wypromować. Przy okazji 10-lecia plebiscytu Młodzieżowe Słowo Roku warto więc ten jeden komentarz poświęcić nie samym słowom, tylko ich bohaterom, głośnym lub cichym.
Zjawisko dostrzegliśmy w całej pełni w plebiscycie w roku 2018, przy okazji zwycięstwa „dzbana”. Wtedy do typowania, a później do głosowania zagrzewali się sympatycy Klocucha, popularnego youtubera i internetowego twórcy. Anonimowego i opowiadającego o grach wideo zamrożonym przed mutacją głosem chłopca, a do tego używającego całej palety zaskakujących słów. Ten język wyprzedził dzisiejsze zjawisko algospeaku, czyli omijania ograniczeń, które algorytmy nakładają na niecenzuralne i obraźliwe wypowiedzi w sieci. Zamiast „mówi głupoty” Klocuch stosował archaiczną formę „bajdurzy”, zamiast innego słowa na „k” wykrzykiwał „kruci”, a dla opisania tępaka, idioty rzucał właśnie słowo „dzban”. Taka forma pojawiała się, owszem, w tekstach rapowych, ale najmocniej związała z osobą Klocucha.
Rok później na trzecim miejscu wylądowała „eluwina”, forma powitania (powstała na bazie dobrze znanego „elo”), którą w swojej piosence zaproponował inny youtuber, Kacper Błoński. Utwór miał premierę w sierpniu, już pod koniec roku zawitał do czołówki MSR, dziś wideoklip z piosenką ma 44 mln wyświetleń, ale słowo wyszło z użycia – albo nigdy do niego na dobre nie weszło.
W roku 2021 cichym bohaterem plebiscytu był Jakobe Mansztajn z Make Life Harder, który zachęcał do głosowania na słowo śpiulkolot. „I teraz spotyka mnie za to hejt! Bo MLH wylansowało słowo śpiulkolot i zabrało młodzieży ich Słowo Roku. Przesadzam – nie hejt, ale złośliwości. To pokazuje, że ‘zawsze warto głosować, inaczej wybiorą za ciebie” – powiedział później w rozmowie z „Polityką”. Hasło „nikt tak nie mówi” pojawiało się wtedy po rozstrzygnięciu częściej niż zwykle, co nie przeszkodziło kilku dużym firmom zbudować na szybko kampanie reklamowe na hasłach z użyciem tego słowa.
W 2022 r. bohaterów było co najmniej dwóch. Pierwszy to anonimowy betoniarz pracujący w Wielkiej Brytanii, którego emigracyjny film z pozdrowieniami dla betoniarzy z Polski młodzież pokochała jako wystarczająco absurdalny, by hasłem „cztery cztery” (wyprzedziliśmy tu globalną fascynację „sześć siedem”) lub słowem „be be beton” z trzeciego miejsca konkursu manifestować to, co się komu podoba. Słowo „essa” z miejsca pierwszego uruchomiło z kolei łańcuch wspomnień, który szperaczy doprowadził do Winiego (Winicjusz Bartków) – pioniera szczecińskiego rapu, który usłyszał okrzyk „essa”, później zamieniony w hasło zwycięstwa, na imprezie techno w latach 90., a potem – jak opowiadał m.in. „Gazecie Wyborczej” – stworzył ekipę, która ozdabiała różne miejsca w mieście wlepkami z hasłem „essa”.
Do tej długiej tradycji nawiązuje dziś hasło „szpont”, pochodzące wprawdzie z gwary więziennej, ale wypromowane przez internetowego streamera Makaljera, który używał go w swoich filmach, prezentując niestworzone teorie na temat wpływu komputerów na ludzką psychikę – trochę w ironicznym stylu, jak Klocuch, choć już zdecydowanie mocniej i bez eufemizmów. Oraz „szponcić”, które z kolei w znanej z plebiscytu definicji Jakub Rużyłło, scenarzysta serialu „1670”, umieścił pod koniec 2023 r. na ścieżce dialogowej tej popularnej serii.
Samo wzmiankowane już „6-7” ma z kolei pierwszego na tej liście konkretnego bohatera zagranicznego: Maverick Trevillian, amerykański nastolatek znany z filmu nagranego na amatorskim meczu koszykówki, na którym machał rękami krzyczał „six – seven”, nie wymyślił tego fenomenu, ale pomógł go wylansować. Został przy okazji nieformalnym ambasadorem „6-7”, choć z racji wieku konta w mediach społecznościowych – związane, jak to bywa, z próbami zarabiania na globalnym fenomenie – pomaga mu prowadzić mama. W tym wypadku on jest tym głośnym bohaterem całego tegorocznego zamieszania, ona cichą.
Słowo Roku 2025 – prof. Jan Miodek
Lista słów, które zostały zakwalifikowane do finałowej rozgrywki, potwierdza coraz wyraźniejszy prymat angielszczyzny jako generatora wszelkich poczynań leksykalno-stylistycznych młodego pokolenia Polaków. Jeśli ów prymat się utrzyma (a jestem pewien, że się utrzyma), to do form z tegorocznej listy: bro, freaky, GOAT, tuff, twin w następnych latach będziemy dopisywać kolejne przykłady angielskiej proweniencji.
Tylko jedno słowo z całej listy brzmi swojsko, a mianowicie klasa. Ma ono zresztą ponadpokoleniowy charakter, łącznie z tym znaczeniem, w którym używają go najmłodsi. Było przecież zawsze przeciwieństwem obciachu, żenady, prostactwa, wszelkiej nieudolności.
Bro zderza się fonetycznie z bro „browarem, czyli piwem”, funkcjonującym już w ubiegłym wieku. Reprezentuje pod względem morfologicznym bardzo produktywną w języku młodzieżowym tendencję do ucięć wyrazowych (bro – jak Wro, Wroc „Wrocław”, spoko, na ra, w porzo, do zo, komp itp.).
Do najbardziej intrygujących brzmieniowo i zarazem najbardziej pomysłowych zaliczam trzy formy: 6 7 (6/7), GOAT i OKPA (gdybym był jurorem, wśród nich szukałbym zwycięzcy plebiscytu).
Ta ostatnia swoiście mnie rozbraja swym zaskakującym i dowcipnym hybrydalnym charakterem – połączeniem jakże popularnych i utrwalonych w naszym języku konstrukcji angielskiej i polskiej. Na osobny zaś komentarz zasługuje w tym połączeniu nasze swojskie pa. Proszę mi wierzyć, a zgadzają się z tą konstatacją wszyscy moi rówieśnicy, że przez kilkadziesiąt lat mojego już dość długiego życia pa było pożegnaniem wyłącznie dziecięcym (w odniesieniu do maluchów połączonym z charakterystycznym ruchem dłoni) i dziewczęco-kobiecym, całkowicie nieobecnym i wręcz niewyobrażalnym w zachowaniu komunikacyjnych chłopców i mężczyzn. W tej chwili pa stało się powszechne zarówno wśród chłopców, jak i dorosłych mężczyzn (w moim języku też!).
Ostatnie wieści z Polski są wyjątkowo korzystne. Wzrost gospodarczy przyspieszył i jest bardziej zrównoważony, ale nie idzie z nim w parze silniejsza presja inflacyjna. Pozwala to na dalsze łagodzenie polityki pieniężnej.
Kluczowe punkty:
PLN mocny mimo obniżki stóp.
USD traci przez wyceny cięć Fedu.
FOMC powinien w środę obciąć stopy o kolejne 25 pb.
Hassett bliżej nominacji na prezesa Fedu.
GBP zyskuje dzięki uldze po ogłoszeniu budżetu i rewizji PMI.
Rynek spodziewa się obniżki stóp procentowych na posiedzeniu Fedu w tę środę (10.12), a Trump zasugerował, że jego polityczny lojalista, ultragołębi Kevin Hassett, wydaje się mieć największe szanse na objęcie stanowiska prezesa Fedu. Co nie zaskakuje, dolar doświadczył wyprzedaży względem wszystkich pozostałych walut G10 z wyjątkiem franka szwajcarskiego, który zakończył tydzień na samym dole zestawienia, inwestorzy porzucali bowiem bezpieczne przystanie na rzecz aktywów ryzykownych. Największym przegranym wśród istotniejszych walut był real brazylijski – rynki niżej oceniają szanse na przyjazną rynkowi administrację po tym, jak Jair Bolsonaro zdecydował się poprzeć kandydaturę swojego syna na prezydenta.
W tym tygodniu rynki skupią na ostatnim w tym roku posiedzeniu Rezerwy Federalnej. Kolejna redukcja stóp overnight, do 3,75%, jest praktycznie w pełni wyceniania przez rynki i nie spodziewamy się, by Fed je zaskoczył. Znacznie większa jest jednak niepewność dotycząca tonu komunikatów banku. Kluczowy będzie dot plot, przedstawiający poglądy poszczególnych decydentów na ścieżkę stóp procentowych, a „jastrzębie cięcie” może sprawić, że dolar umocni się do górnej granicy przedziału, w którym ostatnio się znajduje. Tydzień dopełnią dane z amerykańskiego rynku pracy (raport JOLTS we wtorek 09.12 i cotygodniowe wnioski o zasiłek dla bezrobotnych w czwartek 11.12) oraz szereg październikowych danych z Wielkiej Brytanii w piątek (12.12).
PLN
Mimo obniżki stóp procentowych złoty radził sobie w ubiegłym tygodniu lepiej od podobnych walut i w parze z euro zbliżył się do poziomu 4,22. Decyzja nie była zaskoczeniem i nie wywołała reakcji waluty. Nieznacznie większa zmienność pojawiła się podczas konferencji prasowej prezesa Adama Glapińskiego, ale również nie zmieniła istotnie losów złotego. Glapiński zasugerował, że RPP może przyjąć postawę wait and see. Uważamy, że decydenci zrobią przerwę, nim powrócą do cięć w lutym lub marcu. Wszystko będzie jednak zależeć od danych.
Jeśli mowa o danych, ostatni tydzień przyniósł kolejne dobre wiadomości ekonomiczne. Aktywność gospodarcza w III kwartale przyspieszyła do 0,9%, przewyższając wstępny odczyt. Wzrost jest również bardziej zrównoważony – inwestycje zaczynają budzić się z letargu i, co zaskakujące, eksport również prze do przodu, netto pozytywnie kontrybuując do wzrostu. Istotne jest dodatkowo, że takiej skali ekspansji nie towarzyszy istotna presja inflacyjna. Sytuacja jest wyjątkowo korzystna.
EUR
Zaskoczenie w górę listopadowym raportem inflacyjnym ze strefy euro wspiera nasz pogląd, że cykl obniżek stóp procentowych Europejskiego Banku Centralnego dobiegł końca i bardziej prawdopodobne jest, że kolejny ich ruch będzie w górę, a nie w dół. Pozytywna rewizja wskaźników PMI za listopad dodatkowo potwierdza te przewidywania, jako że zdejmuje presję z banku centralnego, by w dalszym ciągu zapewniał stymulację monetarną. Zbiorczy PMI jest teraz na całkiem zdrowym poziomie 52,8 pkt, który nie tylko wyraźnie wskazuje na wzrost, ale również jest najwyższy od dwóch i pół roku.
Na ostatnie w tym roku posiedzenie EBC przyjdzie nam poczekać do przyszłego tygodnia. Nie przyniesie ono zmiany polityki monetarnej i spodziewamy się, że prezeska Christine Lagarde zasugeruje rynkom, że bank praktycznie w ogóle nie ma apetytu na dalsze obniżki stóp procentowych. Jako że różnica między stopami po obu stronach Atlantyku dalej się zmniejsza, spodziewamy się, że w 2026 r. euro będzie w dalszym ciągu dobrze wspierane.
USD
Odczyty z amerykańskiego rynku pracy nadal wysyłają mieszane sygnały. Oficjalne dane są stosunkowo pozytywne, choć trzeba podkreślić, że zamknięcie rządu okroiło i opóźniło odczyty. Zgodnie z danymi opublikowanymi w zeszłym tygodniu cotygodniowe wstępne deklaracje bezrobotnych spadły do nowych pocovidowych minimów. Dane prywatne rysują jednak bardziej ponury obraz. W każdym razie nie widać oznak recesji, a inwestycje w AI w dalszym ciągu wspierają amerykańską gospodarkę.
Uważamy, że rynek może przesadzać z wycenami obniżek stóp procentowych Fedu w 2026 r., a dot plot FOMC i komunikaty z tego tygodnia mogą zacząć to sugerować. Rotacja głosujących członków Komitetu sprawi, że pojawi się w nim czworo prezesów regionalnych oddziałów banku, wśród których spodziewamy się trójki raczej jastrzębich. Wyraźnie polityczny lojalista, taki jak Hassett, będzie miał trudności z uzyskaniem konsensusu i spodziewamy się, że dyskusje na posiedzeniach Fedu w kolejnych miesiącach będą się stawać coraz bardziej zażarte i iść w parze z brakiem jednomyślności w głosowaniach dotyczących stóp procentowych.
GBP
Funt w dalszym ciągu zyskuje dzięki uldze po ogłoszeniu brytyjskiego budżetu i niewielkiej pozytywnej rewizji wskaźników PMI w ubiegłym tygodniu, która sugeruje, że gospodarka nie zwalnia do takiego stopnia, jakiego obawiali się uczestnicy rynku. Bez wątpienia pomogło to funtowi zakończyć tydzień wyżej niż pozostałe waluty europejskie i dolar.
Rynkowe oczekiwania dotyczące stóp procentowych Banku Anglii (co najwyżej jeszcze dwie obniżki i ostateczna stopa na poziomie ok 3,5%) wydają nam się mniej więcej trafne. Jako że brytyjska gospodarka wykazuje oznaki spowolnienia, rynek pracy pozostaje delikatny, a inflacja w końcu spada z wysokich poziomów, uważamy, że kolejne cięcie na posiedzeniu w przyszłym tygodniu jest niemal pewne. Kluczowe będą jednak rozkład głosów w Komitecie i komunikaty banku dotyczące dalszego rozluźniania polityki monetarnej. Połączenie stosunkowo wysokich stóp procentowych, skromnego wzrostu gospodarczego i gołębiej Rezerwy Federalnej powinno wspierać funta w kolejnych miesiącach.
Słaby poranek w Azji psuje humor jenowi, ale lepsza produkcja w Niemczech i Czechach ustawia Europie spokojny start tygodnia. Rynek w regionie patrzy na rozmowy pokojowe. Do środy inwestorzy będą budować pozycje pod Fed, a potem SNB.
Spokojny start tygodnia
Poniedziałek otwieramy bez fajerwerków: rynek pozostaje (przynajmniej ten zachodni) w trybie wait & see, a zmienność trzyma się nisko. Dzień zaczął się od paczki danych z Azji – poranne odczyty, zwłaszcza z Japonii, mocno negatywnie zaskoczyły, wyraźnie osłabiając jena. Japońskie PKB w III kwartale odnotowało spadek o 2,3% (annualizowany), co dodatkowo komplikuje sytuację Banku Japonii. Od rana spłynęły też dane od naszych sąsiadów: produkcja przemysłowa Niemiec i Czech. W obu przypadkach można mówić o pozytywnych niespodziankach. W największej gospodarce strefy euro przemysł wzrósł o 1,8% m/m w październiku, co dało 0,8% r/r. W Czechach produkcja rośnie jeszcze szybciej i w skali roku sięgnęła 1,1%. Więcej istotnych odczytów dziś nie ma, więc handel będzie się odbywał raczej pod dyktando oczekiwań związanych z resztą tygodnia, a złoty powinien poruszać się w dotychczasowych widełkach wobec euro i dolara.
Rynek patrzy na rozmowy Rosja-Ukraina-USA
W tle coraz głośniej o możliwym rozszerzeniu lub nawet domknięciu rozmów w formacie Rosja-Ukraina-USA. Rynek nie gra na wielki przełom, ale sama perspektywa postępu bywa katalizatorem wyciszenia premii za ryzyko. Dla złotego oznacza to proste przełożenie: wiarygodna deeskalacja zwykle poprawia klimat dla naszego regionu, zawęża spready względem zachodniej Europy i wspiera koszyk walut środkowoeuropejskich. W takim otoczeniu EUR/PLN schodzi do dolnych ograniczeń bieżącej konsolidacji. Z drugiej strony impas lub twardsza retoryka szybko odwracają ten schemat: rośnie popyt na bezpieczne aktywa, USD zyskuje, a region oddaje część ostatnich umocnień. Zaskakujące jest to, jak długo rynek próbuje wierzyć w kolejne doniesienia co do pokoju.
Tydzień ze stopami
Oś tygodnia wyznacza Fed: w środę poznamy decyzję w sprawie stóp, komunikat po posiedzeniu razem z „fedokropkami”, a na koniec dostaniemy konferencję prasową przewodniczącego Powella. Rynek będzie czytał ton wypowiedzi zwłaszcza w kontekście potencjalnej pauzy w luzowaniu, opis gospodarki (ze szczególnym naciskiem na rynek pracy, który budzi dużo niepokoju) i zapewne wsłucha się też we wskazówki dotyczące bilansu – skoro w ostatnim czasie zakończone zostało QT. Zapewne będzie to okres większej wrażliwości dolara, a co za tym idzie też i złotego. W czwartek poznamy decyzję SNB; bank działa ostrożnie, ale sytuacja makroekonomiczna raczej nie rozpieszcza. Piątek to z kolei „paczka” danych z Europy i Azji (wskaźniki koniunktury, inflacje krajowe, sprzedaż detaliczna), która może ustawić ton na następny tydzień. Dlatego scenariuszem na nadchodzący tydzień jest budowanie pozycji do środy, by potem poddać się narracji Fed, a końcówkę tygodnia rozegrać w rytm europejskich doniesień.
Technologiczna Grupa Fabrity [GPW: FAB] podpisała umowę ramową z Polskimi Liniami Kolejowymi PKP PLK z budżetem do 28,4 mln zł.
Kontrakt został zawarty w wyniku przeprowadzenia przez PKP PLK przetargu nieograniczonego na wynajem pracowników z obszaru IT i cyberbezpieczeństwa na lata 2025-2028, a umowa ramowa została zawarta jeszcze tylko z jednym podmiotem oprócz Fabrity. W ramach umowy ramowej pomiędzy wykonawcami a PKP PLK zawierane będą umowy wykonawcze na realizację konkretnych projektów.
– Naszym priorytetem jest jakość usług i budowanie długoterminowych relacji z klientami, wśród których wiodącą rolę grają międzynarodowe korporacje, duże firmy i instytucje publiczne. Wspieramy PKP PLK w budowie i rozwoju rozwiązań informatycznych już od 10 lat, a wybranie nas jako partnera na kolejny okres wpisuje się w stabilność bazy kluczowych klientów Fabrity i potwierdza naszą atrakcyjność jako partnera do realizacji najważniejszych zadań IT w największych organizacjach – wskazuje Rafał Graboś, Wiceprezes Zarządu Fabrity S.A.
Przedmiotem umowy ramowej jest świadczenie usług polegających na wynajmie specjalistów IT z obszarów takich jak bezpieczeństwo i cyberbezpieczeństwo rozwiązań IT, architektura oraz analiza i development systemów informatycznych.
Umowa ramowa została zawarta na okres 48 miesięcy, o ile wcześniej nie zostanie wyczerpany przewidziany na nią budżet. Z kolei w przypadku niewykorzystania maksymalnej kwoty przeznaczonej na realizację umowy ramowej możliwe jest przedłużenie terminu jej obowiązywania o maksymalnie kolejne 12 miesięcy.
Umowa z PKP PLK jest spójna z realizowaną strategią Grupy Fabrity, która w ramach rozwoju biznesu stawia tematycznie na cyberbezpieczeństwo, wykorzystanie AI, outsourcing usług IT, budowę rozwiązań cyfrowych i rozwiązania e-commerce.
Celem Fabrity pozostaje bycie wysoko wyspecjalizowanym partnerem dużych przedsiębiorstw i organizacji publicznych, świadczącym kompleksowe usługi związane z transformacją cyfrową w skali międzynarodowej. Działania sprzedażowe prowadzone są zarówno na rynku polskim, jak i na rynkach zagranicznych – Niemcy, Austria, Szwajcaria – tzw. kraje DACH oraz na pozostałych rynkach UE i w Wielkiej Brytanii. Spółka spodziewa się również istotnych oszczędności kosztowych od roku 2026 w ślad za zakończeniem transformacji struktury Grupy i zmniejszeniem liczebności Zarządu, outsourcingiem części procesów operacyjnych, takich jak księgowość oraz kadry i płace, zmianą lokalizacji warszawskiego biura.
Grupa Selena, globalny lider w zakresie chemii budowlanej finalizuje transakcję zakupu firmy ACDIS France – renomowanego dystrybutora materiałów budowlanych. Dzięki tej inwestycji Grupa Selena zyskuje dostęp do lokalnych, doświadczonych struktur handlowych i operacyjnych, wzmacniając tym samym swoja pozycję na rynku francuskim, który jest dla niej niezwykle ważny i niezmiennie stanowi jeden z kluczowych kierunków ekspansji firmy w Europie Zachodniej.
W ramach zawartej umowy Grupa Selena zamierza przejąć po spełnieniu ustalonych przez Strony warunków zawieszających 100% udziałów ACDIS France – francuskiej firmy dystrybucyjnej, która od 60 lat specjalizuje się w dostarczaniu wysokiej jakości materiałów dla budownictwa, zwłaszcza uszczelniaczy i klejów dla sektora stolarskiego i chłodniczego, sprzedawanych głównie pod marką ACO. Dystrybucja produktów oferowanych przez ACDIS France odbywa się głównie poprzez przedstawicieli handlowych firmy.
ACDIS France jest sprawdzonym partnerem biznesowym, cenionym przez lokalnych, profesjonalnych wykonawców za wyjątkowy poziom usług, dostępność produktów i wysokie standardy wsparcia technicznego.
– Wierzę, że w momencie finalizacji umowy profesjonaliści z ACDIS France wniosą do naszej organizacji doświadczenie i szeroką wiedzę na temat specyfiki lokalnego rynku, dzięki czemu będziemy mogli jak najlepiej odpowiadać na jego potrzeby, oferując na rynku francuskim nasze innowacyjne produkty z portfolio marki Tytan Professional® – mówi Walter Brattinga, Członek Zarządu ds. Handlowych Grupy Selena.
– Planowana integracja z Grupą Selena otwiera przed ACDIS France nowe perspektywy rozwoju, wzmacniając naszą ofertę produktową i usługową – podkreśla Pierre Pigaglio, były dyrektor generalny ACDIS France. – To duża szansa zarówno dla naszych klientów, jak i dla zespołu ACDIS France, który doskonale znają już wysokiej jakości rozwiązania oferowane przez Grupę Selena.
Główna siedziba spółki ACDIS France zlokalizowana jest w Tulonie, na południu Francji. Finał transakcji planowany jest w styczniu 2026.
Jednym z największych wyzwań dla przyszłego wzrostu i rozwoju polskiej gospodarki jest kwestia demografii – zwłaszcza dostępności rąk do pracy. Od 2013 roku Polska notuje spadki liczby osób w wieku produkcyjnym. Do tej pory udało się częściowo uzupełnić tę lukę przez dwa główne mechanizmy. Pierwszy to wzrost aktywności zawodowej Polaków – szczególnie tych bezrobotnych i biernych zawodowo, którym udało się zwiększyć udział w rynku pracy, pokrywając około połowy braków kadrowych. Drugi to napływ cudzoziemców, którzy od 2014 do 2025 roku masowo zaczęli zasilać polski rynek pracy. Liczba pracujących obcokrajowców w Polsce wzrosła z około 100 tysięcy do ponad 1,2 miliona. To był kluczowy czynnik, który pozwolił Polsce przetrwać pierwszą fazę depopulacji i utrzymać funkcjonowanie gospodarki na dotychczasowym poziomie. Niestety, prognozy demograficzne są alarmujące. Według symulacji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, aby w 2035 roku utrzymać obecny poziom zastępowalności pokoleń, konieczne byłoby przyjęcie na rynek pracy ponad 3 milionów nowych migrantów, którzy mieliby opłacać składki ZUS. To oznaczałoby trzykrotny wzrost w porównaniu do ostatnich dziesięciu lat – co wydaje się nierealne i niemożliwe do zrealizowania ze względów społecznych, instytucjonalnych i zasobowych. Nie ma społecznej zgody na tak szybki i masowy napływ cudzoziemców, a Ukraina czy Białoruś same borykają się z własnymi wyzwaniami demograficznymi.
– W związku z tym konieczne jest szersze podejście do problemu. Poza migracją, kluczowa jest jeszcze większa i skuteczniejsza aktywizacja Polaków – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Trzeba postawić na automatyzację, robotyzację i sztuczną inteligencję – aby zwiększać produktywność i ułatwiać pracę w sektorach, gdzie brakuje rąk. Równie ważne jest zaangażowanie ludzi, którzy mają potencjał do aktywizacji – osoby z niepełnosprawnościami, ludzie młodzi, którzy jeszcze nie weszli na rynek pracy, oraz osoby powyżej 50 roku życia – które są bierne zawodowo, mimo że często mogą i chciałyby pracować. Istotne jest powalczenie o tych Polaków, którzy wyemigrowali na zachód Europy. Oferty pracy w Polsce, choć coraz bardziej konkurencyjne – nadal nie dorównują wysokim stawkom lub atrakcyjności geograficznej krajów takich, jak Niemcy czy Skandynawia. Z tego powodu konieczne jest kompleksowe podejście, które obejmie nie tylko pozyskiwanie nowych pracowników z zagranicy – ale także zachęcanie Polaków mieszkających za granicą do powrotu oraz zwiększanie efektywności i atrakcyjności polskiego rynku pracy. Należy też pamiętać, że kraje takie, jak Ukraina czy Białoruś same zmagają się z własnymi wyzwaniami demograficznymi – więc poleganie wyłącznie na tych z „bliskiego otoczenia” nie wystarczy, by zapewnić stabilny rozwój gospodarki w dłuższej perspektywie – podsumowuje Andrzej Kubisiak.
Najnowsza edycja badania „Kobiety w finansach” pokazuje, że rozwój sztucznej inteligencji istotnie zmienia sposób pracy w sektorze i rodzi obawy o przyszłość zawodową kobiet. Z raportu wynika, że 60% pań pracujących w finansach dostrzega konieczność przekwalifikowania się i zdobywania nowych umiejętności, podczas gdy wśród mężczyzn taką potrzebę wskazuje 42%.
Sztuczna inteligencja z impetem weszła do biznesu i stanowi element codziennego funkcjonowania wielu branż. Liderzy coraz częściej powtarzają, że to ogromna szansa na niższe koszty i większą efektywność, ale wśród pracowników pojawiają się głosy niepewności i widmo zwolnień.
AI w finansach – więcej obaw niż entuzjazmu
Sztuczna inteligencja i automatyzacja procesów finansowych stają się jednym z największych wyzwań dla sektora. Jak pokazują wyniki raportu „Kobiety w finansach” przygotowanego przez Antal i CFA Society Poland we współpracy z Bankiem BPH oraz Izbą Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA), aż 60% kobiet pracujących w finansach dostrzega konieczność przekwalifikowania się i zdobywania nowych umiejętności, podczas gdy wśród mężczyzn taką potrzebę wskazuje 42%. Mężczyźni z kolei częściej deklarują, że nie zauważają istotnych zmian związanych z automatyzacją
i AI – taką opinię wyraziło 27% z nich, podczas gdy wśród kobiet tylko 6%.
Podobnie więcej kobiet niż mężczyzn dostrzega ryzyko redukcji zatrudnienia na skutek automatyzacji rutynowych procesów (51% vs 43%) oraz zmniejszenia liczby stanowisk związane z rozwojem AI (36% vs 32%). Dodatkowo co trzecia respondentka (33%) obawia się, że algorytmy mogą utrwalać nierówności płci, podczas gdy podobne obawy wyraża zaledwie 8% mężczyzn.
Wpływ sztucznej inteligencji na rynek pracy w finansach jest nieunikniony. Dla kobiet, które przeważają w obszarach operacyjnych, administracyjnych i obsługi klienta – najbardziej podatnych na automatyzację – zmiany te oznaczają konieczność nabycia nowych kompetencji cyfrowych i strategicznych. Tymczasem mężczyźni, częściej zatrudnieni w działach technologicznych, są mniej narażeni na natychmiastowe skutki tych procesów. Zmiany mogą wystąpić w odleglejszej perspektywie czasu, nie wywołując jeszcze nadmiernego niepokoju, a raczej na tym etapie zaciekawienie – mówi Monika Godzińska, Wiceprezeska Zarządu Banku BPH, Pion Finansów.
AI może pogłębiać nierówności, ale też je niwelować
Jednym z kluczowych wyzwań związanych z uprzedzeniami w sztucznej inteligencji są dane, które mogą być zniekształcone wskutek błędów w ich zbieraniu lub braku reprezentatywności. Takie dane prowadzą do nieprawidłowych rezultatów i utrwalania stereotypów, co szczególnie dotyka grupy marginalizowane. Aby skutecznie stawić czoła tym problemom, niezbędna jest współpraca na wszystkich szczeblach organizacji. Kluczowe jest wdrażanie algorytmów, które eliminują uprzedzenia i promują sprawiedliwość. Regularne audyty oraz monitoring systemów AI pomagają szybko identyfikować i korygować wszelkie przejawy stronniczości.
Badania pokazują, że systemy oparte na AI często odzwierciedlają społeczne schematy związane z płcią – na przykład narzędzia rozpoznawania twarzy częściej identyfikują mężczyzn jako domyślny punkt odniesienia, a kobiety są niedoreprezentowane. Jednocześnie taka stronniczość wynika zwykle z błędów systemowych, a nie z intencji – w przeciwieństwie do ludzkich uprzedzeń, które mogą być świadome i celowe. Dlatego dobrze zaprojektowane algorytmy mogą nie tylko unikać dyskryminacji, ale wręcz aktywnie niwelować nierówności – podkreśla Artur Skiba, Prezes Antal.
Nowe kompetencje i etyka AI kluczowe dla przyszłości finansów
Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji rośnie znaczenie umiejętności miękkich i strategicznych. Zdaniem ekspertów w erze AI wzrasta rola kompetencji takich jak zarządzanie zmianą, etyka technologiczna czy myślenie krytyczne, które będą niezbędne dla liderek w branży finansowej.
Sztuczna inteligencja wchodzi w kluczowe procesy biznesowe, ale sukces firm w dużej mierze zależy od ludzi – ich świadomości, wiedzy i umiejętności współpracy z technologią. Dla kobiet może to być szansa na wzmocnienie pozycji w branży, jeśli zostaną odpowiednio przygotowane do pełnienia nowych ról – komentuje Małgorzata Rusewicz, prezes IZFiA.
Przyszłość finansów to współpraca ludzi i technologii
Sztuczna inteligencja jest narzędziem wywołującym obawy o własne miejsce pracy. Wzmacnia je fakt, że dla przedstawicieli zarządów AI coraz częściej jest symbolem niższych kosztów i większej produktywności. Ten rozdźwięk u pracowników, otwartość na AI, ale i strach przed utratą własnej sprawczości, definiuje dzisiejszą rolę lidera. Przed instytucjami finansowymi stoi dziś wyzwanie nie tylko technologiczne, ale i społeczne – stworzenie środowiska pracy, które pozwoli wszystkim pracownikom rozwijać się w nowej rzeczywistości zawodowej.
Potrzebujemy równych szans w adaptacji do ery sztucznej inteligencji. Kobiety w finansach już dziś wykazują większą gotowość niż mężczyźni do nauki i zdobywania nowych kompetencji. Rolą organizacji jest wykorzystanie tej energii i zapewnienie im wsparcia w procesie zmian. Istotna jest teraz rola lidera. Umiejętność tłumaczenia, jak technologia wspiera, a nie odbiera sens pracy, staje się dziś równie ważna, jak znajomość procesów. Lider, który łączy innowacje z empatią, ma szansę nie tylko uspokoić nastroje, ale też zmotywować ludzi, by stali się aktywnymi uczestnikami zmian, a nie ich biernymi obserwatorami – podsumowuje Magda Oleksiuk, FCCA, Managing Director, CFA Society Poland,
Gospodarki wschodzące, takie jak Indie, Brazylia, Meksyk i Republika Południowej Afryki wyprzedzają świat w korzystaniu z generatywnej sztucznej inteligencji. Największą aktywność, zaufanie i otwartość wobec AI wykazują osoby młode.
Istnieją też znaczące różnice pokoleniowe: osoby poniżej 35. roku życia znacznie częściej korzystają z AI i jej ufają, podczas gdy starsze grupy wiekowe pozostają bardziej sceptyczne lub niepewne.
Wysoki wskaźnik czasu przed ekranem w celach rekreacyjnych, szczególnie wśród młodzieży w gospodarkach wschodzących wiąże się ze spadkiem samopoczucia, co pokazuje, jak ważne jest zachowanie równowagi między technologią a cyfrowym dobrostanem (digital wellbeing).
Generatywna sztuczna inteligencja w krótkim czasie przeszła drogę od technologicznej ciekawostki do narzędzia, które coraz częściej towarzyszy nam na co dzień. Same statystyki jej wykorzystania nie oddają jednak pełnego obrazu zmian, jakie zachodzą. Cisco, globalny lider w obszarze sieci i cyberbezpieczeństwa wspólnie z Organizacją Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w ramach inicjatywy Digital Well-being Hub zbadało jak technologie cyfrowe wpływają na ludzi, jakie niosą korzyści i jakie rodzą wyzwania.
Najnowsze globalne dane pokazują, że pomimo entuzjazmu młodego pokolenia wobec nowej technologii, jej odbiór jest znacznie bardziej złożony.
Sama adopcja to za mało, by zrozumieć realny wpływ AI
Z badań wynika, że młodzi dorośli na całym świecie intensywnie korzystają z treści cyfrowych. Osoby poniżej 35. roku życia przodują w używaniu mediów społecznościowych, urządzeń online oraz narzędzi generatywnej AI. Na tle globalnym wyróżniają się jednak użytkownicy z gospodarek wschodzących, zwłaszcza z Indii, Brazylii, Meksyku i RPA. To oni najczęściej korzystają z AI, mają najwyższy poziom zaufania do technologii i szkolą się z jej zakresu. Z kolei respondenci z Europy deklarują większą ostrożność i niepewność wobec korzystania z AI. Jest to odwrócenie wcześniejszych trendów, w których to ekonomie rozwinięte zwykle szybciej wdrażały nowe technologie.
Jednocześnie to właśnie Indie, Brazylia, Meksyk i RPA odnotowują najdłuższy czas spędzany przed ekranem w celach rozrywkowych, większe uzależnienie od relacji budowanych wyłącznie online oraz bardziej gwałtowne wahania emocjonalne związane z korzystaniem z technologii. Na poziomie globalnym widać również, że spędzanie ponad pięciu godzin dziennie przed ekranem w celach rozrywkowych wiąże się z niższym poczuciem dobrostanu i mniejszą satysfakcją z życia. Choć to jedynie korelacja, która nie musi świadczyć o bezpośredniej przyczynie, jedno pozostaje oczywiste: rozwój technologii musi iść w parze z troską o zdrowie cyfrowe.
„Wzmacnianie gospodarek wschodzących poprzez rozwój kompetencji związanych ze sztuczną inteligencją to coś znacznie więcej niż kwestia technologii, to przede wszystkim otwieranie ludziom możliwości świadomego kształtowania własnej przyszłości. W świecie, w którym AI szybko staje się elementem codziennego życia i pracy musimy zadbać, aby technologia powstawała w sposób odpowiedzialny, z poszanowaniem zasad przejrzystości, równego traktowania i prywatności. Jej prawdziwy potencjał ujawnia się wtedy, gdy realnie wspiera dobrostan, usprawniając zadania, ułatwiając współpracę i tworząc przestrzeń do rozwoju oraz nauki. Gdy technologia i ludzie idą w parze, powstają fundamenty odpornych, zdrowych i dobrze prosperujących społeczności na całym świecie” – podkreśla Guy Diedrich, starszy wiceprezes i Global Innovation Officer w Cisco.
Od „generative AI” do „generation AI”
Różnice pokoleniowe są równie wyraźne jak te geograficzne. Młodym dorosłym znacznie częściej towarzyszy przekonanie, że ich kontakty społeczne przeniosły się do sfery online, a narzędzia AI są użyteczne i wartościowe. Ponad połowa osób poniżej 35. roku życia aktywnie korzysta z AI, ponad 75% uważa ją za przydatną, a prawie połowa badanych w wieku 26–35 lat ukończyła już jakieś szkolenia w tym obszarze.
Dla kontrastu, wśród osób powyżej 45. roku życia więcej niż połowa w ogóle nie używa AI, a narzędzia te postrzegane są jako mniej przydatne. W grupie 55+ dominują odpowiedzi „nie wiem”, co wskazuje, że brak zaufania wynika częściej z niewiedzy. Różnice te znajdują odzwierciedlenie także w postrzeganiu wpływu AI na rynek pracy. Młodsze pokolenia oraz mieszkańcy gospodarek wschodzących spodziewają się największych zmian.
„Różnice pokoleniowe w korzystaniu z technologii nie są nieuchronne. To wyzwanie, któremu możemy wspólnie stawić czoła poprzez edukację i podnoszenie kompetencji cyfrowych w każdym wieku” –mówi Guy Diedrich.„W Cisco już 26 tys. pracowników ukończyło szkolenia z AI, a jako członek i założyciel AI Workforce Consortium współtworzymy rozwiązania, które przygotowują rynek pracy na transformację wywołaną przez sztuczną inteligencję. Wskaźnikiem sukcesu AI nie powinna być liczba użytkowników, lecz to, czy pomaga ona ludziom. Niezależnie od wieku, umiejętności i miejsca zamieszkania”.
O badaniu
Analiza została przeprowadzona na podstawie danych z 14 krajów (Australii, Brazylii, Kanady, Francji, Niemiec, Indii, Włoch, Japonii, Korei Południowej, Meksyku, Niderlandów, Republiki Południowej Afryki, Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych), zebranych na początku 2025 roku przez wyspecjalizowaną agencję badawczą we współpracy z Cisco. Proces zbierania danych był zgodny z najlepszymi praktykami OECD, co gwarantuje ich wiarygodność, porównywalność oraz reprezentatywność na poziomie krajowym.
W ramach badania uzyskano statystycznie istotne odpowiedzi od 14 611 osób, obejmujące szerokie spektrum kontekstów społeczno-ekonomicznych i kulturowych w każdym z państw. W większości krajów próba liczyła nieco ponad 1 000 respondentów, natomiast w Indiach – 1 500. Wszyscy uczestnicy wypełnili pełną ankietę Digital Well-being Poll, składającą się z 20 pytań oraz zestawu pytań demograficznych i profilowych.
Sprzedaż samochodów osobowych w Chinach spadła w listopadzie o 8,5% rok do roku, osiągając poziom 2,24 mln pojazdów. To drugi z rzędu miesiąc spadków, co – jak wskazują analitycy – odzwierciedla wygasanie wcześniejszych programów dopłat oraz ostrożniejszą postawę konsumentów, którzy wiele zakupów dokonali już wcześniej w tym roku. Dane pokazują wyraźne ochłodzenie popytu na największym rynku motoryzacyjnym świata.
Według China Passenger Car Association (CPCA), listopadowy wynik pogorszył się po symbolicznym, 0,8-procentowym spadku sprzedaży w październiku. Sytuacja zbiegła się w czasie z wycofywaniem przez prowincje programów dopłat do wymiany pojazdów oraz zbliżającym się końcem zwolnienia z podatku od zakupu samochodów elektrycznych i hybrydowych. Preferencje podatkowe wygasną 31 grudnia, co dodatkowo wpływa na decyzje zakupowe konsumentów.
„Korekty programów dopłat w większości chińskich prowincji wzmocniły wyczekującą postawę konsumentów, co znacząco odbiło się na listopadowej sprzedaży” – poinformowało CPCA w najnowszym raporcie.
Donald Trump Jr. podczas Forum w Dosze zasugerował, że administracja jego ojca może ograniczyć dalsze wsparcie dla Ukrainy, jeśli rozmowy pokojowe z Rosją pozostaną w impasie. W trakcie wystąpienia Trump Jr. skrytykował prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i kwestionował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej oraz finansowej. Zapytany wprost, czy Donald Trump mógłby zrezygnować z dalszego wspierania Kijowa, odpowiedział, że „to możliwe”. Jak podkreślił, nieprzewidywalność jego ojca ma być elementem szerszej strategii negocjacyjnej, mającej – jego zdaniem – skłaniać strony do większej ostrożności i bardziej „uczciwego intelektualnie” podejścia do rozmów pokojowych.
Trump Jr. formułował również ostre zarzuty pod adresem władz Ukrainy, sugerując, że kraj ten jest „bardziej skorumpowany niż Rosja”. Według niego Zełenski miał wykorzystywać realia wojny do wzmocnienia własnej pozycji politycznej, korzystając z międzynarodowego wsparcia oraz pozytywnego wizerunku na Zachodzie.
Podczas wystąpienia Trump Jr. przytoczył także anegdotę z Monako, twierdząc, że na ulicach widział wiele luksusowych samochodów na ukraińskich tablicach rejestracyjnych. Sugerował, że ich właściciele mogli opuścić kraj w trakcie wojny, podczas gdy ciężar walki ponoszą głównie najbiedniejsze warstwy społeczeństwa.
Donald Trump zapowiedział w niedzielę, że planowane przejęcie części Warner Bros. Discovery przez Netflix za 82,7 mld dolarów „może stanowić problem” ze względu na skalę koncentracji rynku. Prezydent USA podkreślił, że zamierza osobiście zaangażować się w proces decyzyjny dotyczący jednej z największych fuzji w historii branży medialnej. Jego wypowiedź wpisuje się w narastającą debatę w Waszyngtonie na temat wpływu konsolidacji na konkurencję w sektorze streamingu i produkcji filmowo-telewizyjnej.
W piątek, 5 grudnia, Netflix poinformował o zawarciu porozumienia dotyczącego przejęcia studiów filmowych i telewizyjnych Warner Bros. oraz platform HBO i HBO Max. Transakcja nie obejmuje tradycyjnych kanałów telewizyjnych, takich jak polski TVN czy amerykańska CNN, które pozostaną poza strukturą przejmowanych aktywów. Ustalona wartość oferty wynosi 27,75 dolara za akcję Warner Bros. Discovery – 23,25 dolara ma zostać wypłacone w gotówce, a pozostałe 4,50 dolara w akcjach Netflixa. Według informacji branżowych propozycja Netflixa była o około 4 dolary za akcję wyższa od konkurencyjnej oferty konsorcjum Paramount–Skydance, co przesądziło o dalszym kierunku negocjacji.
Od maja przyszłego roku wszyscy właściciele mieszkań i domów wynajmowanych krótkoterminowo będą zobowiązani do zarejestrowania swoich obiektów w centralnej bazie danych. Informację tę przekazał wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Za brak wpisu do rejestru ma grozić administracyjna kara pieniężna w wysokości do 50 tys. zł.
Nowe obowiązki wynikają z rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1028 dotyczącego gromadzenia i udostępniania danych o usługach najmu krótkoterminowego. Jak zapowiedział Raś, celem regulacji jest uporządkowanie rynku oraz ograniczenie skali nieformalnego wynajmu. W ocenie wiceministra wprowadzenie rejestru może spowodować, że część właścicieli zrezygnuje z najmu dobowego na rzecz najmu długoterminowego lub sprzedaży nieruchomości.
Ministerstwo Sportu i Turystyki szacuje, że szara strefa stanowi obecnie około 30–35 proc. rynku najmu krótkoterminowego w Polsce. Centralna baza danych ma zwiększyć przejrzystość i umożliwić skuteczniejszą kontrolę tego segmentu rynku. Każdy właściciel będzie zobowiązany do uzyskania indywidualnego numeru rejestracyjnego i przekazania go platformom pośredniczącym, takim jak Booking czy Airbnb.
Zgodnie z zapowiedziami resortu platformy rezerwacyjne nie będą mogły publikować ofert obiektów, które nie posiadają numeru rejestracyjnego. Wiceminister Ireneusz Raś podkreślił, że rozwiązanie to ma zwiększyć bezpieczeństwo najemców oraz ujednolicić zasady funkcjonowania rynku. Dane gromadzone w rejestrze mają być również wykorzystywane przez samorządy oraz administrację skarbową.
Resort planuje także kolejne zmiany w przyszłości. Od 1 stycznia 2029 roku samorządy mają zyskać możliwość wyznaczania stref, w których wynajem krótkoterminowy będzie zakazany. Zdaniem wiceministra decyzja o wprowadzaniu takich ograniczeń może jednak zostać odłożona, ponieważ już sam obowiązek rejestracji powinien doprowadzić do zmniejszenia liczby lokali wynajmowanych na doby.
Projektowane rozwiązania są wzorowane na przepisach funkcjonujących m.in. w Hiszpanii. W maju 2025 roku tamtejsze władze nakazały zablokowanie około 65 tys. ofert najmu krótkoterminowego ze względu na brak numerów licencji lub rejestracji. W Polsce platformy rezerwacyjne mają być dodatkowo zobowiązane do przekazywania gminom informacji o liczbie rezerwacji i gości, co ma ułatwić pobór opłat turystycznych oraz ograniczyć unikanie opodatkowania.
Produkcja przemysłowa w Niemczech wzrosła w październiku o 1,8 proc. m/m, wynika z danych opublikowanych przez federalny urząd statystyczny Destatis. Odczyt wyraźnie przebił oczekiwania analityków, którzy prognozowali wzrost na poziomie 0,4 proc. m/m. Był to jednocześnie pierwszy przypadek od początku 2024 roku, gdy niemiecki przemysł zanotował wzrost przez dwa kolejne miesiące m/m.
Październikowy wynik nastąpił po zrewidowanym w dół wzroście o 1,1 proc. m/m we wrześniu. Dane te stanowią rzadki pozytywny sygnał dla największej gospodarki Europy, która od dłuższego czasu zmaga się z głębokim spowolnieniem. Przedstawiciele niemieckiego przemysłu określali je w ostatnich miesiącach jako najpoważniejszy kryzys od zakończenia II wojny światowej.
Według Destatis poprawa w październiku była napędzana przede wszystkim przez sektor budowlany, elektronikę oraz produkcję maszyn. To właśnie te branże w największym stopniu przyczyniły się do miesięcznego wzrostu produkcji przemysłowej. Ekonomiści zwracają uwagę, że skala odbicia w tych obszarach może sugerować zbliżanie się sektora do punktu stabilizacji po długim okresie spadków.
Jednocześnie dane długoterminowe pozostają mniej optymistyczne. W ujęciu trzymiesięcznym, obejmującym okres od sierpnia do października, produkcja przemysłowa była o 1,5 proc. niższa niż w poprzednich trzech miesiącach. W zestawieniu rok do roku (r/r) wzrost produkcji w październiku 2025 r. wyniósł jedynie 0,8 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem 2024 roku.
Opublikowane dane wpisują się jednak w szerszy obraz stopniowej stabilizacji niemieckiego przemysłu. W piątek Destatis poinformował, że po uwzględnieniu czynników sezonowych zamówienia przemysłowe wzrosły w październiku o 1,5 proc. m/m. W połączeniu z danymi o produkcji może to wskazywać na poprawę nastrojów w sektorze wytwórczym, choć ekonomiści podkreślają, że o trwałym odwróceniu trendu będzie można mówić dopiero po kolejnych podobnych odczytach.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski nakazał właścicielowi prywatnego monitoringu zaprzestanie przetwarzania danych osobowych w terminie 7 dni od doręczenia decyzji. Sprawa dotyczyła instalacji monitoringu wizyjnego, który obejmował nie tylko prywatną posesję właściciela, lecz także drogę publiczną oraz sąsiednie nieruchomości. Zdaniem organu takie działania odbywały się bez podstawy prawnej i naruszały przepisy RODO. Postępowanie zostało wszczęte w wyniku skarg złożonych przez mieszkańców sąsiednich posesji.
Skarżący wskazali, że na posesji zamontowano kilkanaście kamer rejestrujących zarówno obraz, jak i dźwięk przez całą dobę. Monitoring obejmował przestrzeń publiczną oraz tereny należące do sąsiadów, a dane były zbierane bez ich zgody. Mieszkańcy podnosili, że stała obserwacja powodowała poczucie nękania oraz naruszenia prywatności. Wskazano również, że jedna z kamer miała obiektyw skierowany bezpośrednio na okno toalety w sąsiednim budynku.
Prezes UODO dwukrotnie wzywał właściciela monitoringu do złożenia wyjaśnień, jednak korespondencja nie została przez niego odebrana. Brak reakcji nie wstrzymał jednak dalszego postępowania administracyjnego. Organ oparł się na dokumentacji złożonej przez skarżących oraz na własnych ustaleniach, uznając przedstawione zarzuty za udowodnione. UODO przypomniał, że w tego typu sprawach dowodami mogą być m.in. zeznania świadków oraz oględziny miejsca.
W ocenie Prezesa UODO w sprawie nie mógł zostać zastosowany tzw. wyjątek domowy, o którym mowa w art. 2 ust. 2 lit. c RODO. Dotyczy on wyłącznie sytuacji, w których monitoring ogranicza się do terenu prywatnej nieruchomości i nie wykracza poza sferę osobistą osoby fizycznej. Organ powołał się na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE z 2014 roku w sprawie František Ryneš, które jednoznacznie wskazuje, że monitoring obejmujący choćby częściowo przestrzeń publiczną podlega przepisom o ochronie danych osobowych.
Na podstawie art. 58 ust. 2 lit. c RODO Prezes UODO nakazał zaprzestanie przetwarzania danych osobowych w postaci wizerunku i głosu osób skarżących. Decyzja obejmuje monitoring skierowany na drogę publiczną oraz sąsiednie nieruchomości. Organ wskazał, że wykonanie decyzji powinno polegać na demontażu kamer lub ich trwałym przestawieniu wyłącznie na teren własnej posesji. Tylko takie działania pozwolą na wyeliminowanie dalszych naruszeń przepisów.
W decyzji odniesiono się także do wykorzystywania nagrań z monitoringu do inicjowania postępowań w sprawach o wykroczenia. Prezes UODO podkreślił, że zapewnienie porządku publicznego należy do kompetencji organów państwowych. Zadanie to nie może być realizowane przez osoby prywatne przy użyciu własnych systemów monitoringu wizyjnego. Organ zaznaczył, że właściciel nieruchomości nie jest uprawniony do zastępowania w tej roli instytucji publicznych.
Parki handlowe zyskują na polskim rynku retail. Niższe koszty budowy i eksploatacji oraz elastyczność w dostosowywaniu konceptu do potrzeb rynku przyciągają coraz więcej kapitału. Eksperci przestrzegają jednak: czas łatwych zysków się kończy, z kolei sukces nowych projektów wymaga długofalowej strategii i dokładnej analizy nasycenia rynku.
Parki handlowe zyskują na znaczeniu na polskim rynku nieruchomości komercyjnych, odbierając klientów tradycyjnym galeriom handlowym. Wprawdzie galerie handlowe wciąż zajmują czterokrotnie większą powierzchnię handlową w Polsce niż parki handlowe, to patrząc na nowe inwestycje, parki stają się coraz popularniejsze. Według raportu Polskiej Rady Centrów Handlowych, w pierwszym półroczu 2025 roku do użytku oddano 133 tys. mkw. nowej powierzchni, z czego aż 83,4 proc. stanowiły parki handlowe. Ponad połowę nowej powierzchni (61 proc.) zrealizowano w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. Wśród inwestycji z tego roku znalazły się M Park Mrągowo (dla LCP Properties jest to ich największy park handlowy w Polsce) czy park handlowy Łabędzka w Gliwicach (powstał w wyniku przebudowy dawnego centrum handlowego z Tesco). A od roku działa San Park Piaseczno, największy park handlowy w województwie mazowieckim.
Dla wielu konsumentów w Polsce, parki, czyli otwarte kompleksy z bezpośrednim dostępem do sklepów, darmowymi parkingami i wygodną lokalizacją przy głównych arteriach komunikacyjnych, są preferowanym miejscem zakupów. Zalety te dostrzegli również inwestorzy, którzy coraz chętniej lokują w nie kapitał. Doceniają przede wszystkim niższe koszty operacyjne, stabilne stopy zwrotu i elastyczność dostosowania do zmieniających się potrzeb rynku.
Niższe koszty i szybszy zwrot z inwestycji
Główną zaletą parków handlowych jest ich efektywność ekonomiczna. Koszty budowy są niższe w porównaniu do tradycyjnych centrów handlowych. Na oszczędności inwestycyjne wpływa brak klimatyzowanych przestrzeni wspólnych, wind, eskalatorów czy skomplikowanych systemów wentylacyjnych. Równie istotne są niższe koszty operacyjne. Parki generują mniejsze wydatki na utrzymanie, głównie dzięki ograniczonym kosztom energii i prostszej strukturze zarządzania. Dla najemców oznacza to niższe czynsze najmu oraz koszt obsługi, co przy zachowaniu wysokiego ruchu klientów przekłada się na lepszą rentowność ich działalności. Z perspektywy inwestora takie obiekty oferują bardziej przewidywalny przepływ gotówki i krótszy okres zwrotu z inwestycji niż w przypadku tradycyjnych galerii handlowych.
Gastronomia i usługi wkraczają do parków handlowych
Parki handlowe z definicji są obiektami bazującymi na prostocie, jednak w ostatnich latach obserwujemy jak poszerzają swoją ofertę. Wymusza to na deweloperach otwieranie się na nowych najemców. W efekcie, wprowadzają do parków handlowych gastronomię i usługi, które tradycyjnie były domeną galerii handlowych.
Czy jest to dobry kierunek? – Dzięki wprowadzeniu do parków handlowych usług i gastronomii można uzyskać przynajmniej trzy rodzaje korzyści. Po pierwsze, zwiększyć przychody czynszowe. Po drugie, można ustabilizować przychody czynszowe w dłuższym okresie, co wynika z tego, na jak długo zawierane są umowy najmu. Po trzecie, pozwala to uatrakcyjnić koncept parku i pozyskać nowych klientów – komentuje Dariusz Kalinowski, partner zarządzający Harvent Capital, były członek zarządu Emperia.
Ekspert zaznacza, że sukces zależy od długoterminowej wizji właściciela – ci, którzy koncentrują się wyłącznie na maksymalizacji przychodów w krótkim okresie, ryzykują częstą rotację najemców i niejasny koncept handlowy. – Rozwój gastronomii odbywa się na dwa sposoby: poprzez przeznaczenie części powierzchni najmu na lokale gastronomiczne oraz udostępnienie fragmentów parkingu dla tego rodzaju usług – podkreśla Kalinowski.
ESG to nie moda a konieczność
Rosnące wymogi dotyczące zrównoważonego rozwoju stają się kolejnym czynnikiem wpływającym na atrakcyjność inwestycyjną parków handlowych. Wdrażanie rozwiązań takich jak ESG (Environmental, Social, and Governance), certyfikacja BREEAM (Building Research Establishment Environmental Assessment Method) czy instalacja paneli fotowoltaicznych, zwiększają nakłady inwestycyjne od kilku do nawet kilkunastu procent. – Jednak korzyści znacznie przewyższają początkowe koszty. Mamy bowiem do czynienia z oszczędnościami operacyjnymi. Dzięki efektywności energetycznej parki z certyfikacją BREEAM notują redukcję kosztów eksploatacji o nawet kilkadziesiąt procent rocznie. Do tego dochodzą premie czynszowe – najemcy akceptują czynsz wyższy za powierzchnie w obiektach certyfikowanych – mówi Radosław Jodko, ekspert ds. inwestycji RRJ Group.
Jodko wskazuje również, że duże sieci handlowe, realizujące własne cele ESG, preferują certyfikowane lokalizacje i akceptują wyższe czynsze za takie powierzchnie. Ponadto, ekspert ostrzega, że w kontekście taksonomii UE i rosnących wymogów regulacyjnych, budynki bez certyfikacji już za 5-7 lat mogą stać się „aktywami osieroconymi”. Z tego właśnie powodu, inwestycje w zrównoważone rozwiązania są nie luksusem a koniecznością. Chcąc być konkurencyjnym na rynku, nie da się zignorować tego kierunku rozwoju.
Gdzie jest granica? Jak nie przeinwestować?
W sytuacji rosnącego nasycenia rynku, największym wyzwaniem pozostaje określenie granicy opłacalności nowych projektów. Dariusz Kalinowski przestrzega przed krótkowzrocznym podejściem deweloperów koncentrujących się wyłącznie na komercjalizacji i natychmiastowej sprzedaży obiektu. – Zachęcam do innego spojrzenia na temat. Jeśli przyjmiemy założenie, że zostaniemy właścicielem konkretnego parku przez co najmniej 10 lat, automatycznie zmieni się nam sposób oceny inwestycji. Dzięki takiemu podejściu, nasza analiza będzie głębsza, uwzględniająca wiele czynników, również tych, które będą oddziaływały na inwestycję w średnim lub długim horyzoncie czasowym – wskazuje Kalinowski.
Jodko podkreśla przy tym, że minimalna populacja w promieniu 15 minut dojazdu wynosi 30-40 tys. mieszkańców dla parku o powierzchni 5-8 tys. metrów kwadratowych, zaś wskaźnik nasycenia powierzchnią handlową nie powinien przekraczać 300-350 metrów kwadratowych na tysiąc mieszkańców. Budowa drugiego parku w niewielkiej odległości od konkurencji ma sens tylko wtedy, gdy pierwszy park obsługuje maksymalnie 60-70 proc. potencjału rynkowego i kiedy istnieją wyraźnie odrębne dzielnice mieszkaniowe, o różnych profilach demograficznych.
Inwestorzy zwracają uwagę na możliwość stworzenia odmiennego miksu najemców. W ich ocenie, jeśli konkurencja oferuje dyskont spożywczy i drogerie, warto postawić na elektronikę, sport czy artykuły do domu. W ten sposób unikniemy kanibalizacji, która następuje, kiedy mamy do czynienia z ponad 70-proc. pokryciem asortymentowym.
Dane z USA zostały zdominowane przez słabsze wydatki i lepszy od oczekiwań indeks Uniwersytetu Michigan. W Polsce główne ośrodki analityczne nie są zgodne, co dalej ze stopami procentowymi. Rynek pracy w Kanadzie poprawia się dzięki dużemu wzrostowi zatrudnienia na ułamki etatu.
Portfele Amerykanów
Piątek przyniósł dwa ważne odczyty z amerykańskiej gospodarki. Wydatki Amerykanów zwiększyły się o 0,3%, co jest wynikiem słabszym od oczekiwanego wzrostu o 0,4%. Z kolei dochody rosną zgodnie z prognozami o 0,4%. Trzeba pamiętać, że są to dane za wrzesień, mamy tutaj zatem lekkie opóźnienie. Intuicyjnie – skoro wydatki nie rosną tak szybko jak dochody – to dobrze, bo obywatele się nie będą aż tak zadłużać. Problem w tym, że tak to nie działa. Tamtejsza gospodarka jest silnie zbudowana na konsumpcji i wszystkie spowolnienia wydawania pieniędzy odbijają się negatywnie na rynkach. Piątek dla dolara uratował co prawda indeks Uniwersytetu Michigan, który pokazał wyraźnie lepszy od oczekiwań wynik. Pomimo tego dobrego rezultatu umocnienie dolara względem euro było zaledwie symboliczne.
Co dalej ze stopami w Polsce?
Jesteśmy obecnie w dziwnej sytuacji. Podczas ostatnich siedmiu posiedzeń decyzyjnych RPP stopy procentowe spadały średnio o 0,25% na spotkanie. Obecnie jednak rynek coraz częściej mówi o możliwej przerwie. Wśród analityków bankowych nie ma jednak zgody. Są tacy, co sugerują, że RPP będzie czekać do marcowej projekcji inflacyjnej. Jeżeli coś wydaje się pewne, to tylko kierunek w dół. Wątpliwości budzą pytania: kiedy i o ile. Asekuracyjne prognozy wskazują o 0,5% w 2026 roku. Są jednak również ośrodki mówiące o 3%. Wydaje się, że kluczowa będzie grudniowa inflacja. Pokaże ona, czy listopadowy spadek do 2,4% to anomalia w danych, czy naprawdę mamy ceny pod kontrolą. Potwierdzenie w grudniu kolejnego wyniku poniżej 2,4% mogłoby znów otworzyć worek z obniżkami stóp. Im dalej jednak będziemy od kolejnych ruchów w dół, tym mocniejszy powinien być złoty i odwrotnie – im bliżej, tym bardziej powinien słabnąć.
Rynek pracy w Kanadzie
W piątek oczekiwano wzrostu stopy bezrobocia w Kanadzie z 6,9% na 7,0%. Niespodziewanie jednak odczyt wyniósł zaledwie 6,5%. Tak duża niespodzianka we wskaźnikach bezrobocia jest bardzo rzadkim wynikiem. Co wpłynęło na ten rezultat? Analitycy spodziewali się spadku liczby miejsc pracy o 5,5 tysiąca, tymczasem mamy wzrost o 53,6 tysiąca. Dane te mają jednak swoje drugie dno. Chodzi o podział na zatrudnienie w pełnym i niepełnym wymiarze czasu. Niestety, pomimo wzrostu liczby miejsc pracy o 53,6 tysiąca, liczba pełnoetatowych stanowisk spadła o 9,4 tysiąca. W rezultacie ta nagła poprawa wynika z miejsc pracy na niepełny etat. Jak reagowały waluty? Mimo takiej struktury wzrostu zatrudnienia – optymistycznie. Dolar kanadyjski podskoczył po tych danych o dwa grosze, z okolic 2,60 zł do 2,62 zł.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski spotkał się w poniedziałek w Londynie z premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem, prezydentem Francji Emmanuelem Macronem oraz kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem. Rozmowy dotyczyły koordynacji stanowiska Europy wobec negocjacji pokojowych prowadzonych przez Stany Zjednoczone z Rosją. Spotkanie odbyło się kilka godzin po tym, jak prezydent USA Donald Trump publicznie skrytykował Zełenskiego za rzekome niezapoznanie się z najnowszą propozycją pokojową Waszyngtonu.
Spotkanie na Downing Street było poświęcone postępom w rozmowach dyplomatycznych oraz kwestii przyszłych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Europejscy przywódcy omawiali możliwości zwiększenia swojego udziału w procesie negocjacyjnym, który dotąd w dużym stopniu prowadzony jest przez administrację Donalda Trumpa. Londyńskie spotkanie ma posłużyć wypracowaniu wspólnego stanowiska przed kolejnymi etapami rozmów.
Rozmowy w Wielkiej Brytanii odbyły się po trzech dniach spotkań w Miami, gdzie przedstawiciele USA prowadzili negocjacje z delegacją ukraińską. Ze strony amerykańskiej uczestniczyli w nich specjalny wysłannik Steve Witkoff oraz Jared Kushner, a Ukrainę reprezentowali minister obrony Rustem Umerow i dowódca operacyjny Andrij Hnatow. Według strony ukraińskiej negocjacje zakończyły się bez przełomu, a nierozstrzygnięte pozostały kwestie terytorialne oraz zakres gwarancji bezpieczeństwa.
W niedzielę wieczorem Donald Trump powiedział dziennikarzom, że jest „rozczarowany” tym, iż Zełenski nie przeczytał jeszcze amerykańskiej propozycji pokojowej. Jak stwierdził, dokument uzyskał pozytywne opinie zarówno wśród współpracowników prezydenta Ukrainy, jak i po stronie rosyjskiej. Trump dodał, że nie ma pewności, czy sam Zełenski akceptuje przedstawione warunki.
Podczas spotkań w Londynie Emmanuel Macron podkreślił, że każde porozumienie pokojowe musi zawierać realne i trwałe gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Przywódcy Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii zgodzili się, że bez takich zabezpieczeń ryzyko ponownej agresji Rosji pozostanie wysokie. Dyskusje dotyczyły również sposobów zwiększenia presji politycznej na Moskwę.
Tylko 38% zarządów ma wystarczającą wiedzę do korzystania z narzędzi AI.
Zarządy poświęcają tylko 9% swojego czasu na technologie, mimo że 75% deklaruje większe zainteresowanie AI niż przed pandemią.
30% zarządów nie poświęca AI wystarczająco uwagi, a 11% w ogóle się tym nie zajmuje.
Ponad 50% czasu członków zarządu pochłaniana jest przez tradycyjne obowiązki nadzorcze, ograniczając skupienie na AI.
Zaledwie 13% firm ma w pełni skalowalne systemy AI, a 18% potrafi w mniej niż 3 miesiące przekształcić pilotaż w stałe wdrożenie.
Heidrick & Struggles International, wiodący globalny doradca w zakresie przywództwa i kształtowania kultury organizacyjnej, opublikował raport* dotyczący rosnącego znaczenia sztucznej inteligencji w strategicznym zarządzaniu oraz sposobów, w jakie zarządy firm na całym świecie budują kompetencje niezbędne do skutecznego nadzorowania procesów w AI. Jak pokazują dane, sztuczna inteligencja staje się dziś centralnym elementem strategii i rozwoju biznesu. Jednak pomimo rosnącego zainteresowania technologią, znaczna część rad nadzorczych i zarządów przyznaje, że nie ma odpowiedniej wiedzy, by skutecznie nadzorować inwestycje w AI. W efekcie wiele firm traci szansę na transformację lub wpada w pułapkę złego zarządzania ryzykiem.
Więcej czasu na AI – ale nadal za mało kompetencji na najwyższym poziomie
Sytuacja, którą obserwujemy dziś w globalnym biznesie, jest przełomowa. W 2024 roku – jak wskazał raport – blisko trzy czwarte członków zarządów i dyrektorów generalnych deklarowało, że poświęca więcej czasu na technologie wschodzące, w tym AI, niż przed pandemią. Jednak jednocześnie tylko 9% czasu tych osób było przeznaczone na tematy technologiczne, co pokazuje, jak niewielki jest udział AI w codziennym nadzorze korporacyjnym. Co więcej, ponad połowa czasu członków zarządu pochłaniana jest przez tradycyjne obowiązki nadzorcze, co dodatkowo ogranicza ich możliwość skupienia się na AI. Dla około 30% respondentów osoby na szczeblu zarządu wciąż nie poświęcają wystarczająco dużo uwagi sztucznej inteligencji, a 11% przyznaje, że w ogóle się tym nie zajmuje.
Firmy mają problem z wdrażaniem AI: brakuje wiedzy, procesów i operacyjnej gotowości
Zaledwie 38% ankietowanych AI/data-officerów uznało, że ich zarząd „w dużym stopniu” posiada wiedzę pozwalającą korzystać z narzędzi AI. W obszarze wdrożeń technologii sytuacja również nie napawa optymizmem – tylko 13% firm deklaruje, że ich systemy i zabezpieczenia oparte na sztucznej inteligencji są w pełni wdrożone i skalowalne, a jedynie 18% firm deklaruje, że potrafi w ciągu mniej niż trzech miesięcy przekształcić projekt AI z fazy pilotażowej w stałe, wdrożone rozwiązanie operacyjne. Może to wskazywać, że brakuje nie tylko wizji, ale i zdolności operacyjnych, by sztuczna inteligencja realnie generowała wymierne korzyści.
Dlaczego zarządom tak trudno nadrobić lukę kompetencyjną?
Raport wskazuje na kilka kluczowych barier:
brakuje kandydatów z doświadczeniem AI, którzy nadawaliby się do rad nadzorczych,
tempo rozwoju technologii powoduje, że wiedza szybko się dezaktualizuje,
powierzenie kompetencji AI tylko jednej osobie w zarządzie jest błędem — obniża różnorodność perspektyw i zwalnia pozostałych członków z odpowiedzialności za zrozumienie tematu.
Dlatego wiele firm decyduje się na alternatywne rozwiązania: zamiast bezpośredniego rozszerzania składu zarządu, inwestują w edukację obecnych członków, angażują zewnętrznych konsultantów albo powołują doradcze komitety. Część spółek decyduje się też na przejęcia firm AI, co automatycznie zwiększa liczbę specjalistów – a co za tym idzie, pośrednio ułatwia radzie nadzorczej dostęp do wiedzy technicznej.
W dłuższej perspektywie kluczowe będzie to, by każdy członek zarządu miał przynajmniej podstawowe kompetencje w obszarze AI, a organizacje zamiast jednej osoby-eksperta raczej stawiały na zbiorową wiedzę na temat sztucznej inteligencji.
– AI już dziś redefiniuje sposób, w jaki firmy budują przewagę konkurencyjną. Aby jednak w pełni wykorzystać jej potencjał, zarządy muszą nadrobić luki kompetencyjne i włączyć sztuczną inteligencję do strategicznego nadzoru. To nie jest już kwestia wizji, ale również odpowiedzialności – podkreśla Łukasz Kiniewicz, Partner Zarządzający na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią.
AI to nie tylko technologia — to źródło przewagi konkurencyjnej, innowacji, ale też ryzyka. Firmy, których zarządy szybko nadrobią luki kompetencyjne, mogą szybciej adaptować narzędzia AI, przyspieszyć rozwój produktów i usług, optymalizować procesy, a także skuteczniej zarządzać ryzykiem związanym z regulacjami, etyką, cyberbezpieczeństwem czy zrównoważonym rozwojem. W przeciwnym razie — mogą pozostać w tyle albo narazić się na poważne błędy zarządcze.
W tym roku 70,4% Polaków nabędzie produkty na świąteczny stół w sklepach stacjonarnych. 27,1% rodaków zrobi część zakupów online, a resztę – offline. 1,6% kupi żywność wyłącznie w e-sklepach. Dla 0,6% społeczeństwa ta kwestia nie będzie miała znaczenia, a 0,3% nie potrafi się określić. W porównaniu z zeszłym rokiem ubędzie osób robiących tego typu zakupy w sposób tradycyjny (-4,2 p.p.). Jednocześnie przybędzie kupujących hybrydowo (+5,7 p.p.) i tylko online (+0,2 p.p.). Wiadomo też, że 34,1% rodaków zrealizuje największe zakupy spożywcze tydzień przed świętami, 24,5% – kilka dni przed nimi, a 19,9% – dwa tygodnie przed Wigilią. Na początku grudnia już ruszyło do sklepów 16,5% konsumentów. 3,5% Polaków jeszcze nie wie, kiedy to zrobi. Dla 1,5% osób to bez znaczenia. W tym roku opcja robienia zakupów już na początku grudnia zyskała na znaczeniu (+5,4 p.p.). Z kolei pomysł zaopatrywania się dosłownie kilka dni przed Bożym Narodzeniem stracił na popularności (-3,7 p.p.).
Z badania UCE RESEARCH i Grupy BLIX wiadomo, że 70,4% Polaków zamierza zrobić zakupy spożywcze na Boże Narodzenie w sklepach stacjonarnych (rok wcześniej – 74,6%). 27,1% rodaków zrealizuje część zakupów online, a resztę – offline (poprzednio – 21,4%). Tylko 1,6% konsumentów kupi żywność wyłącznie w e-sklepach (poprzednio – 1,4%). Dla 0,6% społeczeństwa ta kwestia nie ma znaczenia (wcześniej – 1,9%). Z kolei 0,3% nie potrafi się określić w tym zakresie (0,8%).
– To, że ponad 70% Polaków wciąż wybiera sklepy stacjonarne, jest absolutnie zgodne z tym, co widzimy w danych rynkowych przez cały rok. Boże Narodzenie to jest ten moment, w którym liczy się kontrola nad zakupem – świeżość, wygląd produktów, możliwość własnoręcznego wyboru mięs, ryb, warzyw czy ciast. Dla wielu osób to również rytuał. Coroczne świąteczne zakupy są zakorzenione kulturowo i emocjonalnie. To jest tradycyjny moment, kiedy Polacy chcą mieć pewność, że wszystko kupują tak, jak trzeba – mówi Marcin Lenkiewicz, jeden ze współautorów badania z Grupy BLIX.
Natomiast dr Krzysztof Łuczak, drugi ze współautorów raportu z Grupy BLIX, uważa, że spadek odsetka osób robiących zakupy spożywcze tylko stacjonarnie (-4,2 p.p.) nie jest przypadkiem. – Widzimy stopniowe przeciekanie klientów z modelu tradycyjnego do hybrydowego. Część produktów budżetowych kupowanych jest online. W przypadku artykułów spożywczych dotyczy to przede wszystkim napojów w wielopakach, ale także innych cięższych produktów z kategorii kosmetycznych i chemii gospodarczej. Reszta artykułów jest nabywana tradycyjnie. Rosnący odsetek osób miksujących zakupy to mocny sygnał, że polski konsument, choć wciąż jest pragmatyczny, robi się coraz bardziej wygodny i technologiczny – dodaje ekspert.
W porównaniu z ubiegłym rokiem widać, że dla mniejszej ilości konsumentów sposób robienia ww. zakupów nie ma znaczenia (-1,3 p.p.). Ubyło też osób niezdecydowanych (-0,5 p.p.). Z kolei wzrost odsetka osób kupujących żywność online – zarówno hybrydowo (+5,7 p.p.), jak i w pełnym wymiarze e-commerce (+0,2 p.p.) – zdaniem Marcina Lenkiewicza – pokazuje, że e-handel w FMCG rośnie, ale w bardzo pragmatyczny sposób. Polacy nie przenoszą całych świątecznych zakupów do sieci, tylko dokładają online jako wygodne uzupełnienie. Ciężkie, powtarzalne produkty zamawiają z dostawą, a świeże kupują stacjonarnie. To nie jest rewolucja, lecz rozwój modelu hybrydowego.
– Kluczowe czynniki to wygoda, unikanie kolejek, większa dostępność szybkich dostaw i rosnąca rola aplikacji planujących zakupy. Dla rynku oznacza to konieczność obecności marek zarówno offline, jak i w digitalu, gdzie konsumenci przygotowują świąteczne koszyki. Jednocześnie twarde dane firm badawczych pokazują, że realny udział FMCG online w Polsce to nadal tylko 2-3%, więc deklaracje nie zawsze przekładają się na faktyczne zachowania – zwraca uwagę dr Krzysztof Łuczak.
Badanie pokazuje też, kiedy Polacy zamierzają zrobić największe zakupy spożywcze na Boże Narodzenie. 34,1% rodaków zostawia to zadanie na tydzień przed świętami (rok temu – 33,8%), 24,5% (poprzednio – 28,2%) – na kilka dni przed nimi, a 19,9% (20,5%) – na dwa tygodnie przed Wigilią. Na początku grudnia już ruszyło do sklepów 16,5% konsumentów (11,1%). 3,5% Polaków (rok wcześniej – 3,7%) jeszcze nie wie, kiedy kupi produkty na świąteczny stół. Tylko dla 1,5% osób (2,7%) nie ma to znaczenia.
– Polacy planują świąteczne zakupy bardzo pragmatycznie. Największy ruch w sklepach przypada na tydzień przed świętami, bo to moment, który daje najlepszą równowagę między świeżością produktów a pewnością dostępności. Jednocześnie widać spadek odsetka osób, które zrobią zakupy kilka dni przed Wigilią. Fakt, że więcej klientów niż rok temu już się zaopatruje, wynika zarówno z rosnącej presji cenowej, jak i z coraz lepszego zarządzania czasem oraz budżetem – wyjaśnia Marcin Lenkiewicz.
Z powyższych odpowiedzi wynika również, że w czterech przypadkach zmiany rdr. nie przekraczają 1,1 p.p. Natomiast opcja robienia zakupów na świąteczny stół już na początku grudnia zyskała 5,4 p.p. Z kolei pomysł zaopatrywania się dosłownie kilka dni przed Bożym Narodzeniem stracił 3,7 p.p. Według autorów badania, Polacy chcą wcześniej rozłożyć wydatki i korzystać z promocji, które dziś startują wcześniej niż kiedykolwiek. Dyskonty i sieci convenience prowadzą szerokie akcje promocyjne już od przełomu listopada i grudnia.
– Zmęczenie tłumami, większa presja cenowa i szersza oferta przedświąteczna w dyskontach sprawiają, że popyt rozlewa się na więcej tygodni, a nie kumuluje tylko w ostatnich dniach. Dla sieci handlowych oznacza to wyraźniejsze rozciągnięcie wysokich obrotów na cały grudzień. Wzrosła rola promocji w pierwszej połowie miesiąca i konieczność zarządzania dostępnością produktów w dwóch falach – wczesnej promocyjnej i świeżej przedświątecznej. To oznacza bardziej stabilny, ale dłuższy okres wzmożonego ruchu w sklepach – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.
***
Opis metody analitycznej/badawczej
Badanie zostało przeprowadzone w dniach 25-27.11.2025 r. przez Grupę BLIX i UCE RESEARCH metodą CAWI na próbie 1007 osób respondentów odpowiedzialnych za codzienne zakupy w swoich gospodarstwach domowych.
Wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe wzrosła w listopadzie 2025 roku o 50,3 proc. rok do roku – wynika z najnowszego BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. Oznacza to, że w przeliczeniu na dzień roboczy banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej zapytania na kwoty wyraźnie wyższe niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Dane potwierdzają utrzymujące się silne ożywienie popytu na finansowanie zakupu nieruchomości.
W listopadzie 2025 roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 37,06 tys. osób, wobec 26,93 tys. rok wcześniej. Przekłada się to na wzrost liczby wnioskujących o 37,6 proc. w ujęciu rocznym. Jednocześnie w porównaniu do października br. liczba osób składających wnioski spadła o 13,6 proc., co może wskazywać na krótkoterminowe wahania aktywności na rynku.
Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego wyniosła w listopadzie 476,5 tys. zł. Była ona wyższa o 9,2 proc. niż rok wcześniej i nieznacznie, bo o 0,3 proc., przewyższała poziom z października 2025 roku. Jak zwraca uwagę BIK, jest to wartość jedynie minimalnie niższa od rekordowej średniej odnotowanej w czerwcu br., która wyniosła 477 tys. zł.
„Już o połowę więcej osób niż rok temu złożyło wniosek o kredyt mieszkaniowy w listopadzie. Wraz z kolejnymi obniżkami stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej rośnie zainteresowanie finansowaniem zakupu nieruchomości kredytem bankowym” – ocenia Sławomir Nosal, kierownik Zespołu Analiz BI w BIK. Jego zdaniem utrzymujący się wysoki popyt oznacza, że także roczna dynamika wartości udzielanych kredytów pozostanie wysoka w kolejnych miesiącach.
BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe jest wskaźnikiem mierzącym zmiany wartości wniosków składanych przez klientów indywidualnych w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego. Dane te są wykorzystywane przez analityków i instytucje finansowe do oceny trendów na rynku mieszkaniowym oraz prognozowania przyszłej akcji kredytowej.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał decyzję w sprawie wieloletniej zmowy na rynku maszyn rolniczych marki Claas. Jak podał UOKiK, przez ponad 11 lat rolnicy nie mogli swobodnie kupować maszyn i części zamiennych tej marki w konkurencyjnych cenach ani od dowolnie wybranego sprzedawcy. Skutkiem postępowania są kary finansowe nałożone na sześć spółek o łącznej wartości ponad 170 mln zł. Decyzja dotyczy zarówno producenta, jak i największych dealerów marki w Polsce.
Postępowanie wykazało istnienie porozumienia ograniczającego konkurencję, które polegało na terytorialnym podziale rynku oraz ustalaniu cen sprzedaży. W zmowie uczestniczyły spółka Claas Polska, zarządzająca siecią dystrybucji, oraz pięciu dealerów: Agro Sznajder WKP, Przedsiębiorstwo Techniczno-Handlowe Roltex, Świerkot, Agrimasz i Agroas. Niedozwolone praktyki trwały co najmniej od października 2011 roku do stycznia 2023 roku. Zdaniem UOKiK mechanizm ten prowadził do ograniczenia wyboru i podwyższania cen dla rolników.
Z ustaleń urzędu wynika, że dealerzy mieli przypisane konkretne obszary sprzedaży. Rolnicy, którzy zgłaszali się po ofertę do sprzedawcy spoza swojego regionu, byli odsyłani do „właściwego terytorialnie” dealera lub otrzymywali wyraźnie mniej korzystne propozycje cenowe. Sprzedawcy informowali się wzajemnie o takich zapytaniach, a komunikacja ta odbywała się również za pośrednictwem Claas Polska.
Zgromadzony przez UOKiK materiał dowodowy, w tym korespondencja mailowa zabezpieczona w trakcie przeszukań, wskazuje, że Claas Polska aktywnie uczestniczyła w utrzymywaniu ustaleń zmowy. Spółka miała koordynować podział rynku, monitorować działania dealerów oraz reagować na przypadki naruszenia przyjętych zasad. W sytuacjach, gdy doszło do sprzedaży maszyny klientowi spoza przydzielonego obszaru, stosowano wewnętrzne rozliczenia finansowe pomiędzy dealerami.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny podkreślił, że praktyki te były szczególnie niekorzystne dla rolników, którzy często pozostają lojalni wobec jednej marki przez wiele lat. Jak zaznaczył, ograniczenie konkurencji powodowało, że w zamian za przywiązanie do marki klienci otrzymywali wyższe ceny, niż wynikałoby to z uczciwej rywalizacji pomiędzy sprzedawcami. Zdaniem urzędu działania te miały realny wpływ na koszty funkcjonowania gospodarstw rolnych.
Kary nałożone na przedsiębiorców wyniosły łącznie 170 382 000 zł. Najwyższą sankcję otrzymała Claas Polska – ponad 71 mln zł, a następnie Agroas – blisko 49 mln zł. Pozostałe kary dotyczyły spółek Agro Sznajder WKP, Agrimasz, Świerkot oraz Przedsiębiorstwa Techniczno-Handlowego Roltex. Decyzja nie jest prawomocna, a ukaranym podmiotom przysługuje prawo odwołania do sądu.
UOKiK poinformował, że sprawa Claas wpisuje się w szersze działania urzędu na rzecz ochrony konkurencji w sektorze rolnym. Jak zapowiedział prezes urzędu, obecnie toczą się kolejne postępowania dotyczące sprzedaży maszyn rolniczych. Ich wyniki mogą przynieść następne decyzje i sankcje wobec uczestników rynku.
Kolejne kilka lat ukształtuje rynek biurowy na nowo. Deweloperzy muszą przedefiniować swoje modele działania, a najemcy – nauczyć się planować z dużym wyprzedzeniem. Ci, którzy zrobią to pierwsi, zyskają przewagę. Bo w sytuacji, gdy biura klasy premium stają się dobrem deficytowym, coraz bardziej liczy się strategia – mówi Karol Wyka, dyrektor zarządzający działu powierzchni biurowych w firmie Newmark Polska.
Biurowa Warszawa to dzisiaj dwa światy. W Śródmieściu i na bliskiej Woli podaż topnieje, a najemcy walczą o każdy metr kwadratowy. Tymczasem na Służewcu puste piętra czekają na nowych użytkowników. Podobnie jest w miastach regionalnych, gdzie mniejsze firmy mogą wybierać w ofertach i negocjować świetne warunki. W gorszym położeniu znalazły się tam organizacje potrzebujące większych powierzchni, bo takich biur w regionach po prostu brakuje.
– Rynek biurowy się zmienia, zmuszając najemców do bardziej strategicznego myślenia. Zamiast skupiać się wyłącznie na ograniczaniu kosztów tu i teraz, patrzą na wartość długofalową – lokalizację, dostępność komunikacyjną, reputację budynku czy poziom obsługi ze strony właściciela. Coraz większe znaczenie ma całościowe doświadczenie użytkownika – szybki i wygodny dojazd do biura, a w sąsiedztwie restauracje, przedszkola i punkty usługowe. Najemcy pytają też o takie udogodnienia, jak parking rotacyjny czy miejsca parkingowe dla gości, co podkreśla fakt, że o wyborze konkretnego budynku mogą przesądzić detale – podkreśla Karol Wyka.
Warszawski wyścig po wymarzone biura
Konkurencja o najlepsze budynki zaostrza się w stolicy. Firmom, które zaspały i za późno pomyślały o relokacji, pozostanie renegocjowanie warunków najmu w dotychczasowym budynku albo przeprowadzka poza centrum. – Od 2023 roku rynek biurowy funkcjonuje w luce podażowej, której skutki pogłębiają się z każdym kwartałem. W 2026 roku w Warszawie deweloperzy planują dostarczyć zaledwie 60 tys. mkw. nowej powierzchni, co może być najniższym wynikiem od początku prowadzenia statystyk dla warszawskiego rynku biurowego – informuje dyrektor w Newmark Polska. W efekcie tak niskiej nowej podaży wskaźnik pustostanów w stolicy po raz pierwszy od końca 2020 roku spadł poniżej 10 proc., w Centralnym Obszarze Biznesu (COB) zbliżył się nawet do 7 proc., z kolei w zachodniej strefie biurowej, czyli m.in. w okolicach Ronda Daszyńskiego, pustostany wynoszą już tylko 5,8%. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że rynek wraca do równowagi i znów sprzyja wynajmującym. Jednak, jak zauważa ekspert, diabeł tkwi w szczegółach.
– Średni wskaźnik wolnych powierzchni w skali miasta nie odzwierciedla rzeczywistej sytuacji na rynku. Podczas, gdy w COB każdy wolny metr kwadratowy błyskawicznie znika z rynku, to już na Służewcu czy w korytarzu Żwirki i Wigury poziom pustostanów sięga 17–18 proc. Tam nadal można znaleźć atrakcyjne oferty, które wymagają jednak dokładnej analizy pod względem jakości, dostępności komunikacyjnej oraz usług towarzyszących – zauważa Karol Wyka.
Zegar tyka dla największych
Niska aktywność deweloperów i ograniczona podaż powodują, że duże firmy muszą planować swoje relokacje ze znacznie większym wyprzedzeniem. W przypadku największych organizacji ten proces powinien zaczynać się nawet pięć lat przed planowaną przeprowadzką.
Ekspert Newmark Polska podkreśla, że deweloperzy, którzy mają już zabezpieczone grunty pod nowe inwestycje biurowe, często wstrzymują rozpoczęcie budowy do momentu podpisania pierwszych znaczących najmów. Dla firm poszukujących dużych powierzchni to szansa, by stać się kluczowym najemcą – czyli tym, który uruchamia projekt i jednocześnie zyskuje silniejszą pozycję negocjacyjną zarówno w kwestiach finansowych, jak i w zakresie dostosowania biura do własnych potrzeb.
– Dlatego firmy potrzebujące większych powierzchni – średnio od 5 tys. mkw. – powinny już teraz rozpocząć proces najmu z myślą o 2030 roku. Niektórym może się to wydawać zbyt długim horyzontem, ale warto pamiętać, że proces wyboru doradcy, a potem analiza sytuacji rynkowej, zbadanie potrzeb firmy i wybór budynku wraz z negocjacjami umowy to kilkanaście miesięcy, a budowa biurowca – minimum dwa–trzy lata. Opóźnienie decyzji może więc oznaczać, że w momencie wygaśnięcia obecnej umowy po prostu nie będzie dokąd się przenieść – twierdzi Wyka.
Regiony wciąż po stronie najemców
Podczas gdy w centrum Warszawy wraca rynek wynajmującego i właściciele budynków mają coraz większą kontrolę nad kształtem transakcji, w miastach regionalnych to najemcy nadal rozdają karty.
– W miastach regionalnych wciąż obserwujemy wysoki poziom pustostanów – w niektórych lokalizacjach, jak Katowice, Wrocław czy Łódź, przekracza on 20 proc. To sprawia, że firmy potrzebujące do 4 tys. mkw. mają swoje pięć minut na wykorzystanie okazji i wynegocjowanie naprawdę korzystnych warunków – zauważa Karol Wyka. – To jednak sytuacja przejściowa. Nowoczesnych powierzchni w regionach praktycznie nie przybywa. W pierwszych trzech kwartałach tego roku oddano zaledwie 18 tys. mkw. biur, a żaden z projektów nie przekroczył 10 tys. mkw., co pozwala przypuszczać, że za dwa–trzy lata przewaga najemców zniknie, a czynsze zaczną rosnąć – dodaje ekspert.
W znacznie trudniejszym położeniu są firmy poszukujące biur o powierzchni powyżej 10 tys. mkw. Ograniczona podaż i rozproszone wakaty oznaczają, że dużych, nowoczesnych biur po prostu brakuje. – Dlatego duże firmy bardzo często nie mają dokąd się relokować, nawet gdyby chciały. To powoduje, że w miastach regionalnych ponad 50 proc. transakcji stanowią renegocjacje. Na przedłużenie dotychczasowych umów coraz częściej decydują się też mniejsze firmy, które liczą na szybkie oszczędności. W dłuższej perspektywie może się to jednak okazać pułapką, ponieważ budynki się starzeją, a koszty ich utrzymania rosną – zaznacza Wyka.
Silnik rynku zmienia obroty
Największe zapotrzebowanie na biura zgłaszają obecnie instytucje finansowe, farmaceutyczne oraz sektor publiczny. Z kolei branża technologiczna, jeszcze niedawno jeden z głównych motorów popytu, wykazuje aktualnie nieco mniejszą dynamikę. Wynika to m.in. z większej elastyczności modelu pracy w firmach IT oraz ograniczenia przez nie przestrzeni biurowych po pandemii.
Zgodnie z najnowszym raportem Grafton Recruitment, branża IT w Polsce rozwija się w wolniejszym, ale nadal optymistycznym tempie. Firmy technologiczne planują swoje potrzeby biurowe z dużym wyprzedzeniem – nawet na 5–7 lat – koncentrując się na rozwoju kompetencji technologicznych, zwłaszcza w obszarach sztucznej inteligencji i digitalizacji. Według Karola Wyki, w praktyce oznacza to dojrzewanie rynku, który zmienia podejście z ilościowego na jakościowe. – Najemcy z branży IT nie potrzebują już tak dużych powierzchni jak wcześniej, ale oczekują przestrzeni lepiej dopasowanych do stylu pracy hybrydowej i integracji zespołów. Rynek dojrzał i dziś koncentruje się na strategicznych potrzebach oraz oczekiwaniach pracowników, a nie tylko na metrażu – podkreśla ekspert.
Przyszłość należy do dobrze przygotowanych
Co czeka rynek biurowy w najbliższych latach? – Jeśli aktywność deweloperów utrzyma się na obecnym poziomie, w perspektywie dwóch – trzech lat najemcy będą musieli liczyć się z wyższymi czynszami i mniejszą dostępnością powierzchni – prognozuje ekspert. – W dłuższym terminie spodziewamy się ożywienia inwestycyjnego, w pierwszej kolejności w Warszawie, ale dopóki rynek kapitałowy się nie odrodzi, deweloperzy pozostaną ostrożni.
Polski rynek biurowy wchodzi w fazę, w której o sukcesie nie decydują już wyłącznie czynsze czy metraże, lecz zdolność do długofalowego planowania i elastycznego reagowania na zmiany. Wczesne przygotowanie, przemyślane zarządzanie przestrzenią oraz strategiczna współpraca z doradcami stają się fundamentem stabilności w czasach ograniczonej podaży. – Na dynamicznie zmieniającym się rynku doradca jest kimś więcej niż pośrednikiem. To partner, który, zanim jeszcze pojawią się problemy, potrafi przewidzieć ryzyka i ocenić, czy deweloper jest stabilny finansowo i czy rzeczywiście dostarczy budynek zgodnie z harmonogramem. Rzetelna analiza i doświadczenie dobrych doradców pozwalają uniknąć przykrych niespodzianek już po podpisaniu umowy – zaznacza Karol Wyka. – Naszą rolą jest również takie ujednolicenie ofert, żeby można było je porównywać w sposób przejrzysty i zrozumiały. Sprowadzając parametry do wspólnego mianownika, umożliwiamy najemcy podjęcie decyzji w oparciu o fakty, a nie o pozorne różnice. Bo transparentność, według mnie, jest kluczem do skutecznych negocjacji – podsumowuje dyrektor w Newmark Polska.
Sąd w Amsterdamie zajął majątek South Stream Transport, operatora gazociągu TurkStream kontrolowanego przez Gazprom – podał rosyjski dziennik „Wiedomosti”, a informacje te potwierdziła agencja Interfax. Decyzja dotyczy aktywów spółki zarejestrowanej w Holandii, odpowiedzialnej za podmorski odcinek gazociągu, którym rosyjski gaz płynie m.in. na Węgry i do krajów Europy Południowo-Wschodniej. Z ustaleń „Wiedomosti” wynika, że amsterdamski sąd wydał postanowienie o zajęciu majątku już w lipcu, na wniosek strony ukraińskiej. Sprawa stała się szerzej znana dopiero teraz, kiedy premier Węgier Viktor Orbán udał się do Stambułu na rozmowy z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem, podczas których jednym z głównych tematów miały być kwestie energetyczne.
Wniosek o zabezpieczenie majątku South Stream Transport złożyła spółka energetyczna DTEK Krymenergo, należąca do ukraińskiego miliardera Rinata Achmetowa. Firma powołała się na wyrok Stałego Trybunału Arbitrażowego w Hadze z 1 listopada 2023 r., w którym Rosję zobowiązano do wypłaty ok. 208 mln dolarów odszkodowania za przejęte w 2014 r. aktywa energetyczne na Krymie. Trybunał uznał wówczas, że doszło do bezprawnego wywłaszczenia majątku bez rekompensaty, z naruszeniem umowy o ochronie inwestycji między Rosją a Ukrainą. Rosja zaskarżyła to orzeczenie, a postępowanie odwoławcze toczy się obecnie przed sądem apelacyjnym w Hadze.
DTEK przekonuje, że South Stream Transport jest ściśle powiązana z państwem rosyjskim poprzez Gazprom, który kontroluje operatora TurkStreamu. Zajęcie aktywów w Holandii ma zabezpieczyć roszczenia wynikające z wyroku arbitrażowego do czasu, aż Rosja wykona orzeczenie. Według doniesień medialnych, sąd w Amsterdamie nakazał zajęcie środków znajdujących się na rachunkach South Stream Transport w banku ABN Amro, choć wartość zamrożonych aktywów nie została ujawniona. Podobne środki wobec spółek związanych z Gazpromem Holandia stosowała już wcześniej w innych sprawach arbitrażowych, m.in. na wniosek Naftohazu.
W sierpniu South Stream Transport zwrócił się do sądu w Amsterdamie o uchylenie zabezpieczenia lub zobowiązanie DTEK do jego cofnięcia. Wniosek został jednak oddalony, a sąd podtrzymał wcześniejsze zarządzenie o zajęciu aktywów spółki. Dodatkowo operator TurkStreamu został obciążony kosztami postępowania sądowego. Sprawa jest kolejnym elementem międzynarodowych sporów prawnych, w których ukraińskie firmy próbują wyegzekwować od Federacji Rosyjskiej odszkodowania za utracone aktywa na Krymie, wykorzystując do tego sądy w państwach europejskich.
W rozmowie z Joem Roganem szef Nvidii Jensen Huang stwierdził, że obecnie największym ograniczeniem rozwoju sztucznej inteligencji nie są już półprzewodniki, lecz energia elektryczna. Określił ją mianem „wąskiego gardła” dla całego sektora AI. Zapowiedział, że w ciągu najbliższych sześciu–siedmiu lat firmy technologiczne mogą zacząć uruchamiać własne małe reaktory jądrowe, zdolne do generowania setek megawatów energii bezpośrednio na potrzeby centrów danych. Według Huanga w przyszłości przedsiębiorstwa te mogą stać się również producentami energii, podobnie jak operatorzy farm wiatrowych czy słonecznych.
Huang argumentował, że lokalne źródła energii jądrowej pozwoliłyby jednocześnie odciążyć krajowe sieci elektroenergetyczne i zapewnić stabilne, niezawodne zasilanie, kluczowe dla dalszego rozwoju sztucznej inteligencji. Zwrócił uwagę, że nadwyżki energii wytwarzanej przez takie instalacje mogłyby trafiać do lokalnych społeczności. Joe Rogan określił to podejście jako „najmądrzejszy sposób działania”, zgadzając się z tezą o konieczności głębokiej transformacji infrastruktury energetycznej.
Prognozy szefa Nvidii wpisują się w szerszy trend widoczny na rynku energetycznym i technologicznym. W październiku 2024 roku Google ogłosił zakup 500 megawatów energii od producenta małych reaktorów Kairos Power, planując uruchomienie pierwszego zaawansowanego reaktora do 2030 roku. Z kolei w sierpniu 2025 roku Kairos i Tennessee Valley Authority podpisały pierwszą w USA umowę na dostawy energii z reaktorów nowej generacji, które mają zasilać centra danych Google, w tym elektrownię Hermes 2 o mocy 50 megawatów w Oak Ridge. Działania te pokazują, że sektor technologiczny coraz aktywniej poszukuje alternatywnych źródeł energii.
Skala wyzwania potwierdzają także prognozy instytucji finansowych i międzynarodowych. Według Goldman Sachs zużycie energii przez centra danych może do 2030 roku wzrosnąć o 175% w porównaniu z 2023 rokiem, co byłoby porównywalne z dołączeniem do globalnej sieci energetycznej nowego dużego państwa. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje natomiast, że globalne zapotrzebowanie centrów danych wzrośnie z 415 TWh w 2024 roku do 945 TWh w 2030 roku. Autorzy raportów zwracają uwagę, że bez znaczącej rozbudowy infrastruktury energetycznej rozwój AI może napotkać poważne bariery.
W trakcie rozmowy Huang nawiązał także do początków rewolucji w głębokim uczeniu maszynowym. Przypomniał, że przełomowy model AlexNet z 2012 roku został wytrenowany przy użyciu zaledwie dwóch kart GTX 580, co pokazuje, jak skromne były początki współczesnej sztucznej inteligencji. Wspomniał również o wczesnej współpracy Nvidii z Elonem Muskiem przy komputerze dla pierwszego Modelu S oraz systemach autonomicznej jazdy. Gdy w 2016 roku Nvidia zaprezentowała swój pierwszy superkomputer DGX-1, jedną z pierwszych zamówionych jednostek odebrał właśnie Musk, przeznaczając ją dla OpenAI.
Grupa ransomware Everest poinformowała, że wykradła ponad 1 terabajt danych należących do firmy ASUS. W oświadczeniu opublikowanym w dark webie cyberprzestępcy twierdzili, że przejęte materiały obejmują m.in. „kod źródłowy kamery”.
ASUS odpowiedział jeszcze tego samego dnia, wyjaśniając, że atak dotyczył zewnętrznego dostawcy, a nie bezpośrednio systemów firmy. Producent podkreślił, że incydent nie wpłynął na bezpieczeństwo produktów, działanie wewnętrznych systemów ani prywatność użytkowników. Jednocześnie firma, będąca piątym największym producentem komputerów na świecie, potwierdziła, że naruszenie dotyczyło części kodu źródłowego związanego z oprogramowaniem kamer wykorzystywanych w smartfonach i laptopach.
Według szczegółów opublikowanych przez Everest, ASUS miał 21 godzin na nawiązanie kontaktu z grupą za pośrednictwem szyfrowanego komunikatora Qtox. Na stronie umieszczono licznik odliczający czas do możliwego wycieku danych, przy czym przestępcy nie ujawnili kwoty okupu. Badacze z Cybernews zwracają uwagę, że brak próbek rzekomo skradzionych danych utrudnia potwierdzenie autentyczności twierdzeń grupy. Specjaliści oceniają, że „kod źródłowy kamery” może obejmować firmware, sterowniki lub inne elementy oprogramowania odpowiedzialne za obsługę modułów kamer w urządzeniach ASUS. Jeśli dane okazałyby się prawdziwe, mogłyby zostać wykorzystane do identyfikowania podatności i opracowywania ukierunkowanych ataków.
Incydent wpisuje się w rosnącą aktywność grupy Everest, która od 2023 roku umieściła na swojej liście wycieków ponad 250 firm. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy grupa miała zgłosić ponad 100 nowych ofiar. W listopadzie 2025 roku cyberprzestępcy twierdzili, że wykradli setki gigabajtów danych z Under Armour oraz brazylijskiego giganta energetycznego Petrobras. Everest przyznał się także do ataków na linie lotnicze Iberia i firmę Collins Aerospace, z których ostatni doprowadził do poważnych zakłóceń w systemach odprawy na europejskich lotniskach.
ASUS ma już w swojej historii poważny incydent związany z cyberbezpieczeństwem. W 2019 roku firma poinformowała o ataku ShadowHammer, w którym przestępcy skompromitowali narzędzie Live Update służące do dystrybucji aktualizacji oprogramowania. W wyniku tamtego ataku zagrożonych mogło być nawet 500 tysięcy urządzeń. Obecna sytuacja skłania firmę do dalszego wzmacniania zabezpieczeń i kontroli nad łańcuchem dostaw, który w ostatnich latach stał się jednym z głównych celów grup cyberprzestępczych.
Gospodarka Australii zanotowała w trzecim kwartale najszybsze tempo wzrostu w ujęciu rocznym od dwóch lat, choć jednocześnie pojawiły się czynniki, które mogą utrudnić bankowi centralnemu decyzje dotyczące dalszych obniżek stóp procentowych. Z danych Australijskiego Biura Statystycznego wynika, że produkt krajowy brutto wzrósł o 2,1% rok do roku, nieznacznie powyżej szacowanego przez Bank Rezerw Australii trendu wzrostu na poziomie 2%.
W ujęciu kwartalnym PKB zwiększył się o 0,4%, co okazało się wynikiem słabszym od prognoz ekonomistów spodziewających się wzrostu na poziomie 0,7%. Był to także rezultat niższy niż skorygowany w górę wzrost o 0,7% odnotowany w drugim kwartale.
Na wyniki kwartału wpłynęło przede wszystkim zmniejszenie zapasów, które odjęło od wzrostu 0,5 punktu procentowego. Jednocześnie podstawowe wskaźniki pozostały solidne, a krajowy popyt finalny wzrósł na tyle wyraźnie, że dodał 1,1 punktu procentowego do PKB. Oznacza to przesunięcie napędu gospodarczego z sektora publicznego na prywatny. Silny wkład inwestycji prywatnych, które wzrosły o 2,9%, stanowił największy kwartalny skok od marca 2021 roku. Wzrost ten napędzały przede wszystkim wydatki na maszyny i wyposażenie związane z rozbudową centrów danych, co — jak zauważyła Grace Kim z ABS — odzwierciedla rosnące zapotrzebowanie firm na infrastrukturę dla sztucznej inteligencji i usług chmurowych.
Wzrost konsumpcji gospodarstw domowych o 0,5% dodał 0,3 punktu procentowego do wzrostu PKB, natomiast wydatki rządowe zwiększyły wzrost o kolejne 0,2 punktu procentowego. Wskaźnik oszczędności gospodarstw domowych wzrósł do 6,4% w porównaniu z wcześniej odnotowanym poziomem 6,0%, co wskazuje, że konsumenci nadal dysponują siłą nabywczą mimo presji kosztów życia. Dane te sugerują szeroką odporność popytu krajowego i stabilizację konsumpcji w warunkach podwyższonej niepewności gospodarczej.
Silny wzrost gospodarczy zderza się jednak z ponownie nasilającymi się obawami o inflację, co może wpłynąć na decyzje Banku Rezerw Australii. Deflator popytu krajowego wzrósł w kwartale o 1,3%, a nominalny PKB zwiększył się o 1,7%, wskazując na rosnącą presję cenową. Inflacja konsumencka wzrosła w październiku do 3,8%, przekraczając docelowy przedział banku centralnego wynoszący 2–3%. Jednocześnie obcięta średnia — kluczowa miara inflacji bazowej — wzrosła do 3,3%, sugerując, że presja cenowa pozostaje utrwalona.
Zestawienie solidnego wzrostu gospodarczego z uporczywą inflacją tworzy złożone tło dla polityki pieniężnej. RBA będzie musiał ocenić, czy gospodarka wymaga dalszego luzowania, czy też istnieje ryzyko, że obniżki stóp procentowych przyspieszą inflację. Najnowsze dane sugerują, że decyzje banku centralnego w nadchodzących miesiącach mogą stać się bardziej ostrożne, a perspektywy cięć stóp procentowych — mniej pewne.
Unia Europejska znalazła się w trudnej sytuacji dotyczącej planowanego zakazu sprzedaży nowych samochodów z silnikami spalinowymi od 2035 roku. Sześć państw członkowskich, w tym Polska, zaapelowało w tym tygodniu do Komisji Europejskiej o złagodzenie przepisów, argumentując potrzebę dopuszczenia bardziej zróżnicowanych technologii napędowych. Francja sprzeciwia się jednak jakimkolwiek zmianom i ostrzega, że odejście od pierwotnego planu podważyłoby inwestycje w europejskie fabryki baterii. Jednocześnie Komisja Europejska opóźnia przedstawienie pakietu wsparcia dla przemysłu motoryzacyjnego, który pierwotnie miał zostać zaprezentowany 10 grudnia. Nowy termin publikacji może przesunąć się na 16 grudnia albo na początek stycznia.
Premierzy Włoch, Polski, Bułgarii, Czech, Węgier i Słowacji we wspólnym liście zażądali, aby po 2035 roku nadal można było sprzedawać hybrydy typu plug-in, pojazdy z przedłużonym zasięgiem oraz auta zasilane paliwami alternatywnymi. Argumentują, że technologiczna różnorodność jest konieczna, by zapewnić płynne przejście do neutralności klimatycznej. W tym samym czasie francuski prezydent Emmanuel Macron przestrzegł, że rezygnacja z celu na 2035 rok zagrozi europejskim inwestycjom w sektorze baterii. Francja dodatkowo proponuje obowiązkową elektryfikację flot firmowych z wykorzystaniem pojazdów produkowanych w Europie. Niemcy sprzeciwiają się jednak takim rozwiązaniom, uznając je za zbyt restrykcyjne.
Debata polityczna toczy się równolegle z rosnącą presją ze strony producentów samochodów. Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA) stwierdziło, że sektor motoryzacyjny otrzymał najbardziej wymagające cele dekarbonizacyjne, choć ich realizacja okazuje się znacznie trudniejsza, niż pierwotnie zakładano. Szef BMW Oliver Zipse argumentował w Brukseli, że obowiązkowa elektryfikacja flot firmowych wprowadziłaby zakaz silników spalinowych „tylnymi drzwiami”. Z kolei prezes Stellantis John Elkann ostrzegł, że bez złagodzenia regulacji Europa może utracić konkurencyjność na globalnym rynku motoryzacyjnym.
Niepokój producentów potęguje rosnąca obecność chińskich marek elektrycznych, które agresywnie zdobywają europejski rynek dzięki niższym cenom. Sytuacja ta wywołuje obawy przed narastającym kryzysem, zwłaszcza w kontekście niepewności regulacyjnej w UE. Komisarz UE ds. transportu Apostolos Tzitzikostas zasugerował, że silniki spalinowe mogłyby nadal być używane po 2035 roku, jeśli pojazdy tankowałyby wyłącznie biopaliwa lub e-paliwa. Organizacje ekologiczne, takie jak Transport & Environment, stanowczo sprzeciwiają się takim wyjątkom. Wskazują, że biopaliwa mają niekorzystny bilans węglowy i mogą prowadzić do poważnych szkód środowiskowych, w tym wylesiania.
Przyszłość unijnych przepisów dotyczących samochodów spalinowych pozostaje więc niepewna. UE musi znaleźć kompromis między celami klimatycznymi, ochroną strategicznych inwestycji a realiami ekonomicznymi i konkurencyjnością przemysłu motoryzacyjnego. Decyzje podjęte w najbliższych tygodniach mogą przesądzić o kierunku europejskiej transformacji transportowej na kolejne dekady.
Unia Europejska ogłosiła plan o wartości 3 miliardów euro mający na celu zmniejszenie strategicznej zależności od Chin w zakresie metali ziem rzadkich i innych surowców kluczowych dla europejskiego przemysłu. Inicjatywa ReSourceEU, zaprezentowana przez Komisję Europejską, zakłada finansowanie 25–30 projektów związanych z wydobyciem, rafinacją i recyklingiem, realizowanych zarówno w Europie, jak i w krajach partnerskich. Plan jest odpowiedzią na rosnące napięcia geopolityczne oraz ograniczenia eksportowe wprowadzane przez Pekin. Wiceprzewodniczący Komisji Stephane Séjourné podkreślił, że UE musi zagwarantować własną niezależność w obszarze surowców krytycznych. Jak wskazano, materiały te są niezbędne dla sektorów motoryzacyjnego, elektronicznego i obronnego.
Kluczowym elementem strategii ma być utworzenie Europejskiego Centrum Surowców Krytycznych na początku 2026 roku. Instytucja ta będzie wzorowana na japońskiej agencji JOGMEC i zajmie się monitorowaniem zapotrzebowania przemysłu oraz koordynacją wspólnych zakupów surowców w imieniu państw członkowskich. Centrum będzie również odpowiedzialne za tworzenie i zarządzanie strategicznymi rezerwami surowców. Jak wyjaśnił Séjourné, jego zadania obejmą ocenę potrzeb rynkowych, organizację wspólnych zamówień oraz magazynowanie i dystrybucję materiałów. Dodatkowo UE planuje ograniczyć eksport złomu metalowego i odpadów z magnesów trwałych, aby promować ich recykling na terenie Europy.
Decyzje Brukseli wynikają z gwałtownego wzrostu presji geopolitycznej. Chiny, które posiadają większość globalnych rezerw metali ziem rzadkich, wprowadziły w 2025 roku zaostrzone kontrole eksportu, najpierw w kwietniu, a następnie w październiku, choć część z nich została później zawieszona. Europa musi jednocześnie mierzyć się z bardziej konfrontacyjną polityką handlową Stanów Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa. Komisarz UE ds. handlu Maroš Šefčovič ocenił, że handel stał się narzędziem presji politycznej, a łańcuchy dostaw znajdują się pod silną presją. UE stara się więc ograniczyć swoje podatności, szczególnie w sektorach związanych z transformacją energetyczną i technologiami zaawansowanymi.
Zgodnie z założeniami programu ReSourceEU środki finansowe mają pochodzić z funduszy unijnych oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Celem jest zmniejszenie zależności Europy od importu surowców krytycznych nawet o 50 procent do 2029 roku. Szacuje się, że Europa importuje rocznie około 20 tysięcy ton magnesów trwałych, z czego aż 17–18 tysięcy ton pochodzi z Chin, co stanowi około 98 procent europejskiego rynku. Nowy pakiet działań ma umożliwić UE wzmocnienie swoich zdolności produkcyjnych i recyklingowych oraz poprawić odporność strategicznych łańcuchów dostaw. Władze unijne podkreślają, że inwestycje w sektor surowców krytycznych są niezbędne, aby utrzymać konkurencyjność gospodarki i ograniczyć ryzyka wynikające z globalnych napięć.
Rosja ostrzegła, że plan Unii Europejskiej zakładający wykorzystanie zamrożonych rosyjskich aktywów na wsparcie Ukrainy może zostać przez Moskwę uznany za potencjalny akt wojny. Ostrzeżenie pojawiło się w momencie, gdy państwa członkowskie UE intensywnie pracują nad finalizacją pakietu finansowego o wartości około 90 mld euro, który w dłuższej perspektywie ma wesprzeć Kijów.
Rosyjskie władze podkreślają, że decyzje dotyczące rosyjskiego majątku mają dla nich szczególnie wrażliwy charakter, zarówno polityczny, jak i prawny. W ocenie Moskwy sięgnięcie po te środki mogłoby zostać uznane za działanie bezpośrednio uderzające w rosyjskie interesy.
Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że Moskwa może potraktować takie działania jako „casus belli”, czyli przyczynę lub uzasadnienie do wojny. Zaznaczył, że ewentualne konsekwencje dotknęłyby nie tylko instytucji unijnych, ale również poszczególnych państw członkowskich UE. W jego wypowiedziach pojawiło się ostrzeżenie przed „poważnymi skutkami”, choć nie sprecyzowano, jakie dokładnie kroki Rosja mogłaby podjąć. Tego typu sformułowania mają charakter sygnału politycznego kierowanego zarówno do Brukseli, jak i do stolic europejskich. Rosyjska strona stara się w ten sposób zniechęcić Unię do wprowadzania w życie planu wykorzystania zamrożonych aktywów.
Wypowiedzi Miedwiediewa pojawiły się dzień po tym, jak przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przedstawiła szczegóły projektu przekształcenia unieruchomionych rosyjskich aktywów w mechanizm finansowego wsparcia dla Ukrainy. Zakłada on, że dochody z tych środków mogłyby zasilić specjalny fundusz, który w długim okresie pomógłby pokryć potrzeby odbudowy i funkcjonowania państwa ukraińskiego. Rozwiązanie to ma być formą odpowiedzi na koszty wojny ponoszone przez Ukrainę i jej partnerów. Jednocześnie w Unii toczy się dyskusja nad zgodnością takiego kroku z prawem międzynarodowym i europejskim. Część państw członkowskich domaga się szczegółowych zabezpieczeń prawnych, aby zminimalizować ryzyko sporów sądowych oraz odwetu ze strony Rosji.
Prace nad unijnym pakietem finansowym i sposobem wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów trwają równolegle i są ze sobą ściśle powiązane. Dla wielu stolic europejskich kluczowe jest znalezienie równowagi między dalszym wsparciem Ukrainy a ograniczaniem eskalacji napięć z Rosją. Ostrzeżenia płynące z Moskwy stanowią dodatkowy czynnik, który państwa UE muszą brać pod uwagę, analizując skutki polityczne i prawne swoich decyzji. Spór o przyszłość zamrożonych aktywów stał się jednym z głównych punktów zapalnych w relacjach między Unią Europejską a Rosją w ostatnich miesiącach. Wynik tych negocjacji będzie miał znaczenie nie tylko dla finansowania pomocy dla Ukrainy, ale także dla dalszego kształtu stosunków UE–Rosja.
Dario Vitale opuszcza stanowisko dyrektora kreatywnego Versace ze skutkiem od 12 grudnia, kończąc nagle zaledwie ośmiomiesięczną kadencję, w trakcie której zaprezentował tylko jedną kolekcję dla legendarnego włoskiego domu mody. Informację ogłoszono w tym tygodniu – zaledwie dwa dni po sfinalizowaniu przejęcia Versace przez grupę Prada za 1,25 mld euro (1,38 mld dolarów), do którego doszło 2 grudnia.
Oficjalnie marka określiła rozstanie jako „wspólną decyzję”. Sam moment odejścia niemal natychmiast wywołał jednak falę spekulacji na temat rzeczywistych przyczyn zakończenia współpracy. Według WWD źródła z branży twierdzą, że Vitale już wcześniej analizował alternatywne ścieżki zawodowe poza strukturami Prady, co może sugerować narastającą rozbieżność wizji przyszłości Versace pomiędzy projektantem a nowym właścicielem.
Krótki, ale znaczący rozdział
42-letni Dario Vitale zapisał się w historii marki jako pierwszy dyrektor kreatywny Versace spoza rodziny założycieli w jej 47-letnich dziejach. W marcu zastąpił Donatellę Versace, przenosząc się do Mediolanu po ponad 14 latach pracy w Miu Miu, gdzie pełnił funkcję dyrektora ds. designu i wizerunku.
Jego jedyna kolekcja – Wiosna/Lato 2026 – pokazana we wrześniu w Pinacoteca Ambrosiana, została uznana za jeden z najmocniejszych momentów sezonu. Inspirowany estetyką lat 80. pokaz łączył intensywne kolory, retro sylwetki i bardziej swobodne, mniej dosłowne podejście do charakterystycznej dla Versace zmysłowości. Krytycy i kupcy chwalili energię kolekcji oraz fakt, że wnosiła świeżość, nie zrywając z DNA marki.
Niedopasowanie do nowej struktury
Mimo pozytywnego odbioru już od początku pojawiały się pytania, czy Vitale odnajdzie się w strukturach grupy Prada. Jak zauważało WWD, kierownictwo Prady niechętnie patrzy na odejścia długoletnich pracowników, a Vitale był wcześniej silnie związany z Miu Miu – jedną z kluczowych marek w portfolio grupy.
W tym kontekście jego szybkie rozstanie z Versace interpretowane jest jako pierwszy sygnał twardego podejścia Prady do integracji przejętej marki, nawet kosztem kreatywnej ciągłości.
Versace w nowej rzeczywistości właścicielskiej
Versace poinformowało, że do czasu ogłoszenia następcy zespół kreatywny będzie kontynuował pracę pod bezpośrednim nadzorem CEO Emmanuela Gintzburgera. Nowy dyrektor kreatywny ma zostać ogłoszony „we właściwym czasie”.
Po przejęciu strategiczną kontrolę nad marką obejmie Lorenzo Bertelli, syn Miuccii Prady i jeden z kluczowych menedżerów grupy, który ma objąć funkcję przewodniczącego rady nadzorczej Versace. Bertelli otwarcie podkreślał, że marka ma „znacznie większy potencjał niż obecne przychody”, co sugeruje głęboką restrukturyzację i przedefiniowanie pozycji Versace w segmencie luksusu.
Donatella Versace, która w marcu ustąpiła ze stanowiska dyrektorki kreatywnej po niemal 30 latach, pozostaje w firmie jako główna ambasadorka marki. Jej obecność ma zapewnić symboliczny pomost między dziedzictwem rodziny Versace a nową, korporacyjną rzeczywistością pod auspicjami Prady.
Szybkie odejście Vitale’a pokazuje jednak jasno, że pod parasolem Prady nie będzie miejsca na półśrodki. Versace wchodzi w fazę twardej integracji biznesowej i strategicznej, w której kreatywna niezależność może ustąpić miejsca dyscyplinie zarządczej i długofalowym celom właściciela.
AMD oficjalnie potwierdziło podwyżki cen kart graficznych z serii Radeon RX 9000, przerzucając rosnące koszty komponentów – przede wszystkim pamięci – bezpośrednio na konsumentów. Z informacji branżowych, na które powołuje się serwis Tom’s Hardware, wynika, że korekta cen została już wprowadzona na poziomie dystrybutorów, a kolejna podwyżka jest planowana na styczeń 2026 roku.
Zmieniona polityka cenowa obejmuje całą linię układów RDNA 4 i ma charakter systemowy, a nie jednorazowy. Wzrost cen wynosi 10 dolarów za każde 8 GB pamięci VRAM, co – choć nominalnie niewielkie – wpisuje się w szerszy trend rosnących kosztów sprzętu PC.
Nowe ceny kart Radeon RX 9000
W praktyce podwyżki przekładają się na następujące zmiany sugerowanych cen detalicznych (MSRP):
Radeon RX 9070 XT: wzrost z 599 do 619 USD
Radeon RX 9070: z 549 do 569 USD
Radeon RX 9060 XT 16 GB: z 349 do 369 USD
Radeon RX 9060 XT 8 GB: z 299 do 309 USD
Choć różnice cenowe nie są drastyczne, stanowią kolejny etap narastającej presji kosztowej w segmencie kart graficznych, który od lat zmaga się z wahaniami podaży, stagnacją marż i cyklicznymi niedoborami kluczowych komponentów.
Globalny niedobór GDDR6
Bezpośrednią przyczyną podwyżek jest globalny niedobór pamięci GDDR6, wykorzystywanej w kartach graficznych dla rynku konsumenckiego. Problem ten jest pochodną boomu na akceleratory AI i centra danych, które masowo wykorzystują pamięć HBM (High Bandwidth Memory).
Najwięksi producenci pamięci DRAM stopniowo przekierowują moce produkcyjne z GDDR6 na HBM, gdzie marże są wyższe, a popyt – niemal nieograniczony. Efektem jest ograniczona dostępność pamięci dla klasycznych GPU.
Dane cytowane przez Reuters pokazują skalę problemu:
ceny spot niektórych segmentów pamięci ponad dwukrotnie wzrosły od lutego 2025 roku,
poziom zapasów DRAM spadł do 2–4 tygodni, wobec 7–17 tygodni pod koniec 2022 r.
Branża: to nie koniec podwyżek
Sygnały z branży sugerują, że obecne podwyżki mogą być jedynie początkiem. PowerColor, jeden z największych partnerów AMD produkujących niereferencyjne karty graficzne, już w listopadzie ostrzegał klientów, że 2026 rok przyniesie dalszy wzrost cen, a promocje z Black Friday mogą być „ostatnią okazją” do zakupu GPU w relatywnie przystępnych cenach.
Z kolei anonimowe źródło cytowane przez Tom’s Hardware wskazuje, że Nvidia może pójść w ślady AMD, choć skala i tempo ewentualnych korekt pozostają nieznane. W tle pojawiają się również ostrzeżenia o możliwych niedoborach wyższych modeli GeForce RTX 50, w tym RTX 5070 Ti i mocniejszych wariantów, na początku 2026 roku.
Sklepy jeszcze bez szoku cenowego
Dla konsumentów istotną informacją jest fakt, że ceny detaliczne w wielu krajach pozostają na razie bez zmian, a w części sklepów nawet spadają. Wynika to z wyprzedaży zapasów kart zakupionych przed wprowadzeniem nowych cenników hurtowych oraz z wydłużonych promocji po Black Friday.
Realny wzrost cen stanie się widoczny dopiero wraz z nowymi dostawami kart graficznych, już według zaktualizowanych stawek dystrybucyjnych.
Ryzeny bez podwyżek – na razie
Ważne uzupełnienie: mimo spekulacji rynkowych AMD nie podniosło cen procesorów Ryzen. Tom’s Hardware potwierdził 3 grudnia, że firma nie przekazała partnerom żadnych sygnałów o planowanych podwyżkach CPU, co sugeruje, że problem kosztowy koncentruje się obecnie wyłącznie na segmencie pamięci i kart graficznych.
Dla rynku GPU nadchodzące miesiące mogą więc okazać się kolejną próbą równowagi między popytem, dostępnością komponentów a rosnącymi kosztami infrastruktury półprzewodnikowej.
Unia Europejska przygotowuje się do uruchomienia formalnego przetargu na budowę tzw. gigafabryk sztucznej inteligencji na początku 2026 roku. Będzie to możliwe po zawarciu umowy finansowej między Komisją Europejską a Grupą Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Projekt ma stać się jednym z filarów europejskiej strategii technologicznej oraz odpowiedzią na przyspieszony wyścig inwestycyjny w infrastrukturę AI w Stanach Zjednoczonych i Chinach.
Pakiety kontrolne w rękach Europy
Za politykę związaną z suwerennością technologiczną, bezpieczeństwem i ochroną demokracji odpowiada w Komisji Europejskiej wiceprzewodnicząca Henna Virkkunen. Podkreśla ona, że pakiety kontrolne gigafabryk AI muszą pozostać w rękach podmiotów z Unii Europejskiej.
Zdaniem Virkkunen tylko taki model własności gwarantuje, że powstająca infrastruktura realnie wzmocni konkurencyjność Europy, zamiast pogłębiać zależność od dostawców technologii spoza Wspólnoty. Bruksela chce w ten sposób ograniczyć ryzyko, że kluczowe zasoby obliczeniowe – niezbędne do rozwoju zaawansowanej sztucznej inteligencji – zostaną zdominowane przez podmioty z USA lub Azji.
Umowa z EBI przyspieszy finansowanie projektów
3 grudnia Komisja Europejska i Grupa EBI podpisały memorandum ustaleń, które tworzy ramy dla szybszego finansowania i rozwoju projektów gigafabryk AI. W praktyce oznacza to, że EBI będzie świadczył wsparcie doradcze dla konsorcjów już zainteresowanych udziałem w programie.
Eksperci banku mają pomagać firmom i partnerstwom publiczno-prywatnym w przejściu od ogólnych pomysłów do konkretnych projektów inwestycyjnych spełniających wymogi finansowe i techniczne. Celem jest skrócenie czasu pomiędzy pierwszą deklaracją udziału a faktycznym rozpoczęciem budowy.
Memorandum ma także ułatwić współfinansowanie inwestycji przez EBI, obok środków z budżetu unijnego oraz kapitału prywatnego. Dzięki temu projekty mają być dla inwestorów mniej ryzykowne i łatwiejsze do zrealizowania w krótszym horyzoncie.
Zainteresowanie przemysłu większe niż zakładano
Skala zainteresowania ze strony biznesu przerosła oczekiwania Komisji. W czerwcu do Brukseli trafiło 76 wniosków z 16 państw członkowskich, obejmujących 60 potencjalnych lokalizacji gigafabryk.
Wśród zgłaszających znalazły się zarówno przedsiębiorstwa z UE, jak i podmioty spoza Europy: globalne koncerny technologiczne, operatorzy centrów danych, firmy telekomunikacyjne oraz duże fundusze inwestycyjne.
– To znacząco przewyższa nasze pierwotne oczekiwania i pokazuje, że europejski ekosystem AI zaczyna osiągać masę krytyczną – komentowała Virkkunen po zakończeniu naboru. Jej zdaniem to wyraźny sygnał, że przemysł widzi w projekcie realną szansę na zbudowanie europejskiego zaplecza obliczeniowego o globalnym znaczeniu.
InvestAI: 200 mld euro, z czego 20 mld na gigafabryki
Gigafabryki AI są jednym z centralnych elementów inicjatywy InvestAI, ogłoszonej w lutym 2025 roku przez przewodniczącą Komisji Ursulę von der Leyen. Program ma zmobilizować 200 mld euro inwestycji w sztuczną inteligencję, z czego 20 mld euro zostało przeznaczone specjalnie na projekty gigafabryk AI.
Plan zakłada powstanie do pięciu dużych hubów obliczeniowych w różnych częściach Unii. Każdy z nich miałby dysponować około 100 tys. zaawansowanych akceleratorów AI, co oznacza moc obliczeniową niemal czterokrotnie większą niż w przypadku obecnie rozwijanych centrów danych AI w Europie.
Gigafabryki mają powstawać w formule partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Komisja szacuje, że 65–70 proc. nakładów inwestycyjnych pokryje kapitał prywatny, zaś pozostałą część zapewnią środki publiczne – unijne i krajowe. Koszt pojedynczego projektu jest wyceniany na 4–5 mld euro, co stawia je wśród największych inwestycji infrastrukturalnych w historii europejskiej gospodarki cyfrowej.
Europejska odpowiedź na miliardowe projekty w USA
Europejskie plany powstają w cieniu bezprecedensowych inwestycji w Stanach Zjednoczonych. W styczniu 2025 roku prezydent Donald Trump ogłosił Projekt Stargate – wspólne przedsięwzięcie OpenAI, SoftBanku i Oracle – obejmujące do 500 mld dolarów nakładów na centra danych AI w ciągu czterech lat. Już na starcie zabezpieczono finansowanie na poziomie 100 mld dolarów.
Na tym tle europejskie projekty są mniejsze, ale Bruksela kładzie nacisk na długoterminową kontrolę właścicielską, bezpieczeństwo danych oraz zgodność z regulacjami, a nie tylko na samą skalę inwestycji. Celem jest zmniejszenie zależności od zewnętrznych dostawców infrastruktury, takich jak amerykańskie hiperskalowe chmury publiczne.
Start operacyjny po 2028 roku
Nowe ośrodki mają być wykorzystywane przede wszystkim do trenowania najbardziej złożonych i kapitałochłonnych modeli sztucznej inteligencji. Z ich zasobów mają korzystać m.in. projekty z obszaru medycyny, zielonych technologii, przemysłu obronnego, zaawansowanej produkcji oraz eksploracji kosmosu.
Architektura gigafabryk ma się opierać na bazie 19 mniejszych fabryk AI, które już powstają przy wsparciu unijnym w różnych krajach członkowskich. Te istniejące ośrodki mają pełnić rolę „zaplecza” i poligonu doświadczalnego dla większych inwestycji.
Zgodnie z obecnym harmonogramem pierwsze gigafabryki AI mają rozpocząć działalność operacyjną w 2028 roku. Będzie to kluczowy test dla Brukseli: czy Unia potrafi nie tylko tworzyć regulacje dotyczące sztucznej inteligencji, ale również zbudować własną, strategiczną infrastrukturę obliczeniową, uniezależnić się od zewnętrznych centrów danych i wzmocnić swoją pozycję w globalnym wyścigu technologicznym.
UBS rozważa likwidację nawet 10 tys. miejsc pracy do 2027 roku – informuje szwajcarski tygodnik SonntagsBlick. Ewentualne cięcia mają być konsekwencją wolniejszej, niż zakładano, integracji Credit Suisse oraz utrzymującej się presji na koszty operacyjne największego banku w Szwajcarii.
Według doniesień temat dalszych redukcji zatrudnienia jest przedmiotem bieżących dyskusji wewnątrz banku. Zwolnienia miałyby objąć zarówno Szwajcarię, jak i rynki zagraniczne, obniżając łączne zatrudnienie grupy do około 95 tys. etatów (FTE). UBS nie potwierdza konkretnych liczb, deklarując jednocześnie chęć ograniczania zwolnień do minimum.
Bank podkreśla, że w pierwszej kolejności stawia na naturalną rotację, wcześniejsze emerytury i mobilność wewnętrzną, a także zastępowanie zewnętrznych kontraktorów własnymi pracownikami. Ma to zmniejszyć społeczne i operacyjne koszty restrukturyzacji.
Głównym źródłem presji pozostają problemy z integracją Credit Suisse, przejętego w 2023 r. Część relacji z klientami wciąż nie została przeniesiona, a legacy IT dawnego Credit Suisse musi nadal działać równolegle z systemami UBS. To opóźnia pełną konsolidację i podnosi koszty.
Prezes UBS Sergio Ermotti zapowiadał 13 mld dolarów oszczędności wynikających z fuzji. Do końca września zrealizowano ok. 10 mld dolarów, czyli 77% celu, jednak tempo dalszych oszczędności wyraźnie wyhamowało.
Od momentu przejęcia Credit Suisse bank zlikwidował już około 15 tys. etatów. Na koniec 2024 r. UBS zatrudniał 110 323 pracowników, wobec 119 100 bezpośrednio po finalizacji transakcji. W samej Szwajcarii bank nadal planuje redukcję około 3 tys. miejsc pracy.
Największa fala zwolnień przypadła na pierwszą fazę integracji. W III kwartale 2023 r. zatrudnienie zmniejszyło się o ponad 3 tys. etatów, po czym tempo redukcji spadło do średnio ok. 1,3 tys. etatów na kwartał.
W styczniu Ermotti przyznał, że dalsze cięcia są „nieuniknione”, jeśli UBS chce zrealizować remaining 5,5 mld dolarów oszczędności. Jednocześnie zapowiedział, że bank będzie preferował dobrowolne odejścia zamiast przymusowych zwolnień.
Doniesienia SonntagsBlick pokazują, że integracja jednej z największych transakcji bankowych w Europie pozostaje bardziej złożona i kosztowna, niż pierwotnie zakładano. Dla rynku to sygnał, że presja na efektywność i koszty pozostanie jednym z kluczowych tematów strategii UBS w najbliższych latach.
Rosyjskie MSZ ogłosiło w sobotę, że państwa europejskie miały ponieść 1,6 bln euro strat w wyniku sankcji nałożonych na Rosję w latach 2022–2025. Komunikat opublikowano przy okazji obchodów Międzynarodowego Dnia przeciwko Jednostronnym Środkom Przymusu ONZ, który Kreml konsekwentnie wykorzystuje do krytyki zachodniej polityki sankcyjnej.
W oświadczeniu podkreślono, że mimo „bezprecedensowej presji gospodarczej” rosyjska gospodarka miała wykazać się „wysoką odpornością i zdolnością adaptacji” oraz nadal notować stabilny wzrost. Moskwa przekonuje jednocześnie, że sankcje rzekomo przynoszą większe szkody ich autorom niż Rosji i blokują budowę „sprawiedliwego, wielobiegunowego porządku światowego”.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ponownie nazwał sankcje „bronią obosieczną”. Według tej narracji Zachód, ograniczając relacje gospodarcze z Rosją, „strzela sobie w stopę” i sam pogarsza swoją sytuację ekonomiczną.
Ten obraz nie znajduje jednak pełnego potwierdzenia w danych międzynarodowych instytucji finansowych. Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył prognozę wzrostu rosyjskiego PKB w 2025 r. do 0,6 proc., po silnym, ale jednorazowym wzroście 4,3 proc. w 2024 r., napędzanym głównie wydatkami wojennymi.
MFW prognozuje również inflację na poziomie ok. 9 proc. w 2025 r., wyraźnie wyższą niż globalna średnia. Wysokie ceny, kontrola kapitału, izolacja finansowa i uzależnienie od eksportu surowców wskazują, że długoterminowa odporność rosyjskiej gospodarki jest znacznie bardziej ograniczona, niż sugeruje Kreml.
Również twierdzenia o 1,6 bln euro strat po stronie Europy znacząco odbiegają od niezależnych analiz. Badania austriackich i europejskich ośrodków wskazują, że wpływ sankcji na PKB UE w 2023 r. wyniósł ok. 0,2 proc., czyli w przybliżeniu 30–40 mld euro.
Szersze szacunki dla lat 2022–2024 mówią o kosztach rzędu 100–500 mld euro, wynikających głównie z zerwania handlu z Rosją, przebudowy łańcuchów dostaw oraz gwałtownego wzrostu cen energii. Są to kwoty istotne, ale wielokrotnie niższe od podawanych przez rosyjską dyplomację.
Ekonomiści zwracają uwagę, że choć koszty dla Europy były realne i szczególnie dotknęły przemysł energochłonny, to równolegle nastąpiło szybkie przyspieszenie inwestycji w LNG, OZE i infrastrukturę energetyczną. W średnim i długim okresie oznacza to większą odporność UE i trwałe uniezależnienie się od rosyjskich surowców.
Zdaniem analityków kwota 1,6 bln euro ma przede wszystkim funkcję propagandową. Jej celem jest osłabienie poparcia dla sankcji i wsparcia Ukrainy poprzez sugestię, że to Europa ponosi największy koszt wojny gospodarczej.
W rzeczywistości spór o liczby dotyczy mniej minionych strat, a bardziej przyszłości. Kluczowe pytanie brzmi, która gospodarka w perspektywie dekady zapłaci wyższą cenę – ta, która przyspiesza dywersyfikację i modernizację, czy ta, która traci dostęp do technologii, kapitału i głównych rynków zbytu.
Digital Network SA, lider cyfrowego segmentu DOOH, zakończył proces przejęcia Braughman Group Media Outdoor – jednej z trzech największych firm outdoorowych w kraju i dominującego gracza w segmencie premium. Finalizacji transakcji sprzyjały uchwała walnego zgromadzenia oraz umowa kredytowa z bankiem, gwarantująca pełne finansowanie – co pozwoliło zamknąć projekt określany przez rynek jako największy w historii polskiej reklamy zewnętrznej.
Strategiczny zakup wpisuje się w kierunek dynamicznej digitalizacji mediów zewnętrznych i ma zwiększyć skalę działalności całej grupy, poprawić jej rentowność oraz umocnić potencjał wzrostu wartości dla akcjonariuszy. Zdaniem analityków połączenie dwóch podmiotów jest naturalną konsekwencją ich rozwoju – synergią kompetencji i doświadczenia na dobrze rozpoznawalnym rynku, co daje realną szansę na sprawny proces integracji Braughman Group z Digital Network.
Prezes Digital Network, Agnieszka Godlewska, podkreśla, że fuzja to znacznie więcej niż suma wyników finansowych. – Połączenie to nowy poziom możliwości operacyjnych i strategicznych. Konsolidacja działów, usunięcie konkurencji o prestiżowe lokalizacje, w tym infrastrukturę PKP, oraz perspektywa digitalizacji kolejnych nośników tworzą fundament pod nową skalę działalności – zaznacza.
Jak dodaje, większa organizacja oznacza również mocniejszą pozycję negocjacyjną, co pozwala zabiegać o większe budżety reklamowe oraz korzystniejsze warunki współpracy. Już obecnie firma prowadzi rozmowy dotyczące przyszłorocznych kontraktów i integruje ofertę, jednocześnie analizując możliwości digitalizacji przejętej sieci nośników.
Dane finansowe Braughman Group za okres styczeń–sierpień 2025 roku pokazują skalę przejęcia: 76,6 mln zł przychodów, 19,3 mln zł zysku EBIT i marża operacyjna na poziomie 25,2%. To wyniki porównywalne z rezultatami Digital Network, co oznacza, że po połączeniu rynek zyska podmiot o niespotykanej dotąd sile operacyjnej w sektorze DOOH.
Od początku roku notowania Digital Network wzrosły o 150%, a zaledwie w ostatnich 30 dniach – o 30%. Optymistycznie oceniają spółkę także analitycy. W raporcie z 30 listopada 2025 r. Dom Maklerski BOŚ po raz kolejny podniósł cenę docelową – tym razem do 160 zł, czyli o ponad 15% powyżej aktualnego kursu. Pierwsza rekomendacja DM BOŚ z czerwca 2024 roku wynosiła 84 zł, a kolejne podwyżki były efektem wyników przewyższających oczekiwania rynku. Eksperci podkreślają, że Digital Network nie tylko działa w jednym z najbardziej dynamicznych segmentów reklamowych, ale w wielu aspektach wyprzedza jego tempo, generując imponującą marżę operacyjną 45,6% i marżę EBIT na poziomie 30% – wyniki rzadko spotykane w branży reklamowej.
Dynamiczna pozycja firmy to odzwierciedlenie zmian zachodzących w sektorze reklamy zewnętrznej, który przechodzi intensywny proces przechodzenia z tradycyjnych plansz na cyfrowe ekrany LED. Według danych OOH Magazine, tylko w trzecim kwartale 2025 roku segment DOOH urósł o 14,6% rok do roku. Dzięki przejęciu Braughman Group Digital Network umacnia się jako największy beneficjent tej transformacji – i to wyraźnie ponad tempo całego rynku. Zawdzięcza to skali, technologii, doświadczeniu oraz dodatkowej przewadze – przyciąganiu budżetów internetowych poprzez sprzedaż reklam w globalnym modelu PROGRAMATIC.