Polacy najczęściej robią zakupy w piątki. Soboty coraz mniej oblężone

Jak wynika z najnowszego badania, sklepy convenience cieszą się największym ruchem w ciągu całego dnia. Do tego wygrywają z innymi formatami o porankach. Jednak, podobnie jak supermarkety, są najbardziej oblegane o godz. 16.00. Z kolei 17.00 należy do dyskontów, a 18.00 – do hipermarketów, które są wybierane głównie wieczorami. Za to najpopularniejszym dniem robienia zakupów nie jest już sobota, ale piątek. Eksperci komentujący wyniki zwracają uwagę na to, że od czasu wprowadzenia niedzielnego zakazu handlu, a następnie wskutek pandemii sobotnie zakupy wyraźnie tracą na znaczeniu. I przewidują, że ten trend utrzyma się w tym roku. Wyjątkiem może być jedynie okres wakacyjny.

Popołudniowy pik

Sklepy convenience mają największy udział w ruchu w ciągu dnia. Od początku stycznia do połowy maja br. wyniósł on 44,2%, a rok wcześniej – 45,7%. Dyskonty zanotowały odpowiednio 28,9% i 27,8%, supermarkety – 19,6% i 18,8%, a hipermarkety – 7,3% i 7,6%. Tak pokazuje najnowsze badanie firmy technologicznej Proxi.cloud i platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH, które zostało oparte na obserwacji zachowań przeszło 1,1 mln konsumentów robiących zakupy w 33 tys. placówek handlowych w całym kraju.

– Sklepy convenience, zgodnie ze swoją misją, oferują klientom artykuły pierwszej potrzeby, a niektóre z nich – również małą gastronomię. Część konsumentów w tego typu placówkach zaspokaja impulsowe potrzeby zakupowe, które pojawiają się równomiernie w czasie całego dnia – wyjaśnia Andrzej Wojciechowicz, wieloletni praktyk rynkowy, a także ekspert Komisji Europejskiej.

Z badania również wynika, że przewaga convenience nad innymi formatami jest szczególnie widoczna od godz. 6.00 do 9.30. Tak zaobserwowano w obu ww. okresach badawczych. – To naturalna sytuacja, wynikająca z trybu życia konsumentów. Poranne zakupy są realizowane w bliskich i wygodnych sklepach. Konsumenci często kupują w nich wówczas produkty na śniadanie lub artykuły potrzebne w ciągu dnia. Czas na większe zakupy przychodzi najczęściej po pracy – stwierdza Maciej Ptaszyński, prezes Polskiej Izby Handlu (PIH).

Od godz. 16.30 do 21.30 największy ruch widać w hipermarketach. Zadaniem Mateusza Chołuja z Proxi.cloud, wynika to z tego, że są to sklepy wielkopowierzchniowe, w których zakupy zajmują znacznie więcej czasu niż w małych placówkach. – Wybór produktów spośród szerokiego asortymentu wymaga wcześniejszego zaplanowania. I na miejscu takie zakupy trwają dłużej – zauważa ekspert.

Ogólnie największy ruch w sklepach spożywczych widać od 16.00 do 18.00. W supermarketach i w placówkach convenience szczyt przypada o 16.00, w dyskontach – o 17.00, a w hipermarketach – o 18.00. – Sklepy convenience mogą być odwiedzane od razu po pracy, w celu uzupełnienia artykułów nagłej potrzeby, analogicznie jak o poranku. Popularność odwiedzin dyskontów o godzinie 17:00 wskazuje na to, że konsumenci wybierają się do nich specjalnie, np. już po powrocie do domu z pracy. Z kolei hipermarkety są odwiedzane najpóźniej. Tego typu sklepy znajdują się w dalszym położeniu. Konsumenci potrzebują więcej czasu, by do nich dotrzeć – mówi Iwona Kołodziejek z Proxi.cloud.

Piątek zastąpił sobotę

Według badania, Polacy najczęściej chodzą do sklepów w piątki. Tego dnia przeważnie odwiedzają dyskonty, supermarkety i sieci convenience. Na drugim miejscu są soboty, które głównie należą do hipermarketów. Takie tendencje zostały zaobserwowane w dwóch badanych okresach. – Dane wskazują na to, iż konsumenci w piątki wybierają mniejsze formaty, w tym bliskie i wygodne sklepy, ponieważ zakupy są realizowane po pracy, na ogół po południu. Wizyty w dużych placówkach, które wymagają więcej czasu, przekładane są na soboty – tłumaczy Maciej Ptaszyński.

Zdaniem eksperta z Proxi.cloud, na wybór piątku jako najbardziej popularnego dnia na zakupy wpływa niedziela niehandlowa. Konsumenci wychodzą z założenia, że w sobotę sklepy są najbardziej oblegane, bo większość Polaków wtedy nie pracuje i może jednocześnie spełnić swoje potrzeby zakupowe. I dlatego konsumenci wybierają się na zakupy w piątki po pracy, tworząc tego dnia większy tłok.

– Przesunięcie terminu zakupów w kontekście niehandlowych niedziel jest naturalne i przebiega symetrycznie. Robimy zakupy w piątki, bo nie chcemy na nie tracić czasu w weekend, który spędzamy coraz częściej aktywnie i w sposób zaplanowany. Sobota to z kolei dzień dla tych, którzy nie mogli w piątek zrobić zakupów lub planują je w większym wymiarze, również w galeriach lub parkach handlowych, gdzie znajdują się m.in. hipermarkety – dodaje Andrzej Wojciechowicz.

Z wcześniejszych badań wiadomo, że zaraz po wprowadzeniu niehandlowych niedziel największy ruch zaczął być widoczny w soboty. Potem, w czasie pandemii, rodacy szukali dni, w których byłoby w sklepach najmniej osób. I wówczas najczęściej robili zakupy we wtorki bądź czwartki. Gdy przestali czuć zagrożenie, postawili głównie na piątki i tak to już zostało.

– W nadchodzącym czasie wakacyjnym może to nieco inaczej wyglądać. Wielu osobom zmieni się rytm dzienny i tygodniowy. Jednak, jak co roku, sytuacja wróci do normy już w drugiej połowie sierpnia. I do końca roku pewnie nic w tej kwestii się nie zmieni – podsumowuje Mateusz Chołuj.

Honey Payment zapowiada debiut na NewConnect

Honey Payment wchodzi na kolejny poziom dojrzałości, przybliżając się do zapowiadanego giełdowego debiutu. To polski FinTech, który rozwija multiaplikację do prowadzenia finansów osobistych. Wspólnie z Maximus S.A. realizują umowę inwestycyjną, której celem jest debiut Honey Payment na NewConnect. Maximus S.A. zwołał na 30 czerwca 2023 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie, które zdecyduje o emisji akcji dla dotychczasowych wspólników Honey Payment, w zamian za 100% udziałów w tej spółce.

Dzięki transakcji Honey Payment będzie spółką notowaną na rynku NewConnect, a jego dotychczasowi wspólnicy zostaną głównymi akcjonariuszami notowanego podmiotu. Po ostatniej rundzie finansowania, w której firma pozyskała 11 mln zł, oraz tej transakcji połączenia, Honey Payment został wyceniony na 400 mln zł.

– Zwołane na koniec czerwca Walne Zgromadzenie to kolejny krok w drodze realizacji umowy inwestycyjnej. Wierzymy, że debiut na warszawskiej giełdzie pozwoli nam zwiększyć rozpoznawalność i transparentność, a w konsekwencji ułatwi konkurowanie na globalnym rynku o miano najlepszej multiplikacji finansowej – komentuje Grzegorz Szulik, prezes i założyciel Honey Payment.

Honey Payment to jest autorem aplikacji i narzędzi do prowadzenia finansów osobistych. Tworzy multiaplikację finansową, która pozwala użytkownikowi załatwiać wszelkie finansowe sprawy w jednym miejscu, oszczędzając jego czas i zwiększając wygodę. Spółka tym samym idzie w awangardzie rynkowych trendów w branży finansowej. Najważniejsza technologia Honey Payment to aplikacja DotBee, która ma ponad 500 tys. aktywnych użytkowników. Firma prowadzi również platformę MamBon oraz system ratalny LoanBy.link.

– Naszym celem jest dalsze skalowanie działalności i pozyskiwanie nowych klientów – zarówno w kraju, jak i ekspansja zagraniczna – zapowiada Grzegorz Szulik.

Zgodnie z projektami uchwał na Zwyczajne Walne Zgromadzenie, akcjonariusze Maximus S.A. 30 czerwca br. zdecydują o emisji 15,17 mln akcji serii D po cenie emisyjnej wynoszącej 21,68 zł za jedną akcję.

Tabliczki adresowe – dlaczego ich oświetlenie jest takie ważne?

Tabliczka adresowa to niezwykle istotny element każdej nieruchomości – pozwala ona na łatwą identyfikację budynku przez służby porządkowe, ratunkowe, pracowników poczty i urzędów oraz gości. Jednak równie ważne, co samo posiadanie tabliczki, jest jej odpowiednie oświetlenie. W tym artykule dowiesz się, dlaczego warto zainwestować w dobre oświetlenie tabliczki adresowej oraz jakie rozwiązania warto zastosować.

Tabliczka adresowa – jej posiadanie jest Twoim obowiązkiem

Posiadanie tabliczki adresowej na budynku to nie tylko kwestia estetyczna, ale również prawna. W Polsce obowiązują przepisy, które regulują zasady numeracji zabudowań oraz umieszczenia tabliczek z numerem. Spełnienie tych wymogów jest istotne zarówno dla właścicieli domów jednorodzinnych, jak i zarządców budynków wielorodzinnych czy biurowców.

W praktyce oznacza to, że tabliczka adresowa powinna być dobrze widoczna i czytelna z odpowiedniej odległości. Zaniedbanie tego obowiązku może nie tylko utrudniać orientację osobom odwiedzającym nieruchomość, ale także prowadzić do problemów z urzędami czy usługami pocztowymi.

Dlaczego oświetlenie tablicy adresowej jest tak ważne

Oświetlenie tabliczki adresowej pełni kilka kluczowych funkcji, które przekładają się na komfort i bezpieczeństwo mieszkańców oraz gości. Przede wszystkim pozwala na łatwe zlokalizowanie nieruchomości po zmroku. Bez odpowiedniego oświetlenia adresu, dostawcy, służby ratunkowe czy znajomi mogą mieć poważne problemy z szybkim dotarciem do celu.

Warto również pamiętać, że dobrze oświetlona tabliczka adresowa, tak samo jak zewnętrzne oświetlenie budynku, może działać odstraszająco na potencjalnych włamywaczy. Przestępcy wolą działać w miejscach słabo oświetlonych, gdzie mają większą szansę na uniknięcie wykrycia.

Jak oświetlić tabliczkę adresową

Jeśli chodzi o oświetlenie tabliczki z adresem, można zastosować kilka praktycznych rozwiązań:

  1. Tabliczki adresowe LEDgotowe i praktyczne rozwiązanie, które sprawdzi się zarówno na budynku, jak i na ogrodzeniu. Tabliczki takie można zamówić w wielu rozmiarach, stylach i kolorach, tak aby najlepiej dopasować do budynku i otoczenia. Co istotne, nie musimy pamiętać o codziennym wieczornym włączaniu, ponieważ istnieje opcja zakupu tabliczki z czujnikiem zmierzchu.
  2. Oświetlenie zewnętrzne budynku – oprawy zamontowane na elewacji można skierować na tabliczkę adresową.
  3. Lampa na słupie lub filarze przed budynkiem – jeśli tabliczka znajduje się na budynku, może być oświetlona przez lampę ogrodową odpowiednio nakierowaną na tabliczkę.
  4. Lampy solarno-akumulatorowe – to ekologiczne rozwiązanie nie wymaga podłączenia do sieci energetycznej, dzięki czemu montaż jest prostszy i tańszy.

Postaw na podświetlaną tabliczkę adresową LED marki CUCUDO

Nowoczesną i wyjątkowo funkcjonalną alternatywą dla standardowych tabliczek adresowych są podświetlane tabliczki LED, np. marki CUCUDO. Dzięki zastosowaniu diod LED otrzymujemy równomierne, jasne oświetlenie, które jednocześnie jest energooszczędne i trwałe.

Podświetlane tabliczki adresowe LED zapewniają czytelność adresu niezależnie od warunków atmosferycznych i pory dnia. Wiele modeli posiada również funkcję automatycznego włączania światła po zmroku (dzięki zamontowanym czujnikom zmierzchu), co zwiększa komfort użytkowania.

Inwestując w podświetlane tabliczki adresowe LED, wybierasz nowoczesne, praktyczne i estetyczne rozwiązanie, które wpłynie na bezpieczeństwo i funkcjonalność Twojej nieruchomości. Pamiętaj, że prawidłowe oznaczenie i oświetlenie adresu to nie tylko spełnienie formalnych wymogów, ale także dbałość o wygodę i komfort dla Ciebie, Twoich domowników oraz gości.

Koszulka polo dla każdego mężczyzny. W jaki sposób ją nosić?

Koszulka polo stanowi jeden z najpopularniejszych elementów męskiej garderoby na co dzień. Doskonale łączy w sobie wygodę na najwyższym poziomie z nutką nienachalnej elegancji. W jaki sposób nosić koszulkę polo, by wyglądać męsko i modnie?koszulki polo w Answear

Koszulka polo i jej krótka historia

Historia koszulki polo rozpoczyna się na francuskich kortach tenisowych. Po raz pierwszy włożył ją na siebie francuski tenisista Rene Lacoste, który zerwał z tradycją noszenia zabudowanego stroju zakrywającego całe ciało. W roku 1926 włożył na kort charakterystyczną koszulkę z kołnierzykiem i zapinanym na guziki dekoltem. Jego pojawienie się w tym stroju wywołało niemałe kontrowersje. Po kilku latach, kiedy zakończył już sportową karierę, zajął się produkcją tego typu koszulek na większą skalę.

W kolejnych latach coraz większa liczba mężczyzn przekonywała się o tym, że koszulka polo to element garderoby, który oferuje ponadprzeciętną wygodę, a jednocześnie – stylowy i elegancki wygląd. W dzisiejszych czasach zdecydowana większość mężczyzn nie wyobraża sobie bez niej swojej szafy.

Wysokojakościowe koszulki polo znaleźć można na stronie internetowej https://answear.com/m/tommy-hilfiger/on/odziez/t-shirty-i-polo/polo.

Na jakie okazje można nosić koszulkę polo?

Koszulka polo obecnie traktowana jest jako wyjątkowo uniwersalna część męskiej garderoby. Panowie wkładają ją na różne okazje. Koszulkę polo można nosić zarówno na wierzchu, jak i w spodniach. Uznaje się, że mało formalnych stylizacjach zakłada się ją na zewnątrz, podczas gdy w przypadku eleganckich zestawów – chowa do środka spodni.

W stylizacji casualowej polo może stworzyć zgrany duet z jeansami, szortami bądź też spodniami chinosami. Równie dobrze będzie wyglądać w eleganckich outfitach, w towarzystwie sportowej marynarki i spodni w kant.

Uwaga – koszulka polo jest nie najlepszym wyborem, jeśli chodzi o uroczyste przyjęcia i biznesowe spotkania. W takich sytuacjach lepiej zamienić ją na formalną koszulę.

Warto pamiętać o tym, że aby stylizacja z koszulką polo w roli głównej była kompletna, konieczne jest dopasowanie do niej odpowiednich dodatków. Są to różnego rodzaju paski, szale, okulary, a także męskie portfele (https://answear.com/m/tommy-hilfiger/ona/akcesoria/portfele).

Czym wyróżnia się wysokojakościowa koszulka polo?

Koszulki polo tradycyjnie szyje się z tkaniny zwanej piką. Wyróżnia ją charakterystyczny, dość szorstki splot. Obecnie jednak w sklepach znaleźć można także modele wykonane z bawełny, a także z niewielką domieszką syntetycznych włókien.

Wysokojakościowa koszulka polo powinna posiadać sztywny, odpowiednio wyprofilowany kołnierzyk, który ładnie układa się wokół szyi.

Nie bez znaczenia jest również jakość materiału – powinien być on trwały i wytrzymały, tak aby koszulka z powodzeniem służyła przez wiele sezonów. Dlatego zdecydowanie najlepszym wyborem są koszulki polo pochodzące od uznanych producentów odzieży, gwarantujących najwyższą jakość swoich wyrobów.

Komentarz Głównego Ekonomisty BCC do decyzji RPP ws. stóp procentowych

Rada Polityki Pieniężnej zakończyła dwudniowe posiedzenie, na którym zdecydowała o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Większość ekonomistów jest zgodnych, że to jeszcze nie czas na obniżenie stóp. Decyzję RPP komentuje główny ekonomista Business Centre Club, minister finansów Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC – prof. Stanisław Gomułka.

Tak jak prognozowało większość analityków, Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny zdecydowała się utrzymać stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Podobnie jak w miesiącu ubiegłym referencyjna stopa procentowa wynosić będzie nadal 6,75% proc.

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego majowy poziom inflacji wynosi 13 proc. Jest to najniższy wskaźnik od roku, wciąż jednak dalece odbiegający od celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego.

Rada Polityki Pieniężnej jest podzielona co do terminu obniżki i wielkości stóp procentowych. Mniejszość RPP proponuje nawet podniesienie stóp procentowych         z uwagi na nadal wyższy od stóp poziom inflacji. W najbliższych miesiącach nic się najprawdopodobniej nie zmieni i inflacja pozostanie na poziomie wyższym niż obecne stopy procentowe – podkreśla prof. Stanisław Gomułka – główny ekonomista Business Centre Club.

Według prof. Stanisława Gomułki, ministra finansów Gospodarczego Gabinetu Cieni Business Centre Club spadków stóp procentowych można oczekiwać dopiero w pierwszej połowie 2024 roku.

Są podstawy, by sądzić, że inflacja na początku przyszłego roku zbliży się do poziomu aktualnych stóp procentowych. W związku z tym przypuszczam, że RPP o ile oczywiście będzie miała na uwadze osiągnięcie celu inflacyjnego, podejmie decyzję o pierwszej obniżce stóp procentowych najwcześniej za kilka miesięcy – w pierwszej połowie kolejnego roku. – mówi ekspert BCC.

RPP utrzymuje stopy i czeka na kolejne projekcje

RPP zgodnie z oczekiwaniami utrzymuje stopy procentowe bez zmian. Oczywiście obserwujemy dosyć wyraźny spadek inflacji do poziomu 13% za maj, a czynnik wysokiej bazy z zeszłego roku sugeruje, że jeszcze w III kwartale jest szansa do zejścia do poziomu jednocyfrowego. Czy to zostanie wykorzystane do sugestii na temat potencjalnej obniżki stóp procentowych w tym roku?

Inflacja jest wciąż bardzo wysoka, choć jednocześnie widać też szanse na to, że inflacja bazowa również dokona wyraźnego zwrotu w dół. W poprzednich tygodniach mogliśmy słyszeć wielokrotnie ze strony członków RPP, że może pojawić się podstawa do obniżek stóp procentowych na końcu tego roku. Z drugiej strony przy ostatnim spadku inflacji, dosyć gołębi członkowie nie byli już tak pewni podstaw do obniżki w tym roku. Do rozpoczęcia ewentualnych spekulacji musimy poczekać do lipcowej projekcji inflacyjnej. Istnieje szansa na to, że nowa projekcja pokaże szybsze i bardziej prawdopodobne dojście do celu inflacyjnego. Na ten moment oczekuje się dojścia do celu dopiero na koniec 2025 roku, a do tego jedynie z 50% prawdopodobieństwem. Nowa projekcja z pewnością pokaże wyraźnie spadkowy wpływ surowców energetycznych oraz niższych cen żywności. Z drugiej strony warto pamiętać, że obecne ceny benzyny są nieco wyższe niż na koniec poprzedniego roku, dlatego jest też spora szansa na to, że inflacja zaliczy odbicie w ostatnim kwartale tego roku.

Nie można również wykluczyć możliwości sugestii obniżek stóp procentowych ze względu na zbliżające się wybory w Polsce. Oczywiście najprawdopodobniej skończyłoby się jedynie na obietnicach, aczkolwiek ostatni bardzo mocny spadek inflacji może być wykorzystany przez profesora Glapińskiego podczas konferencji na wskazanie, że scenariusz obniżki staje się coraz bardziej prawdopodobny. Trzeba jednocześnie pamiętać, że solidne podstawy do obniżek miałyby miejsce wtedy, kiedy inflacja spadłaby w okolice poziomów obecnych stóp procentowych, czyli do zakresu 6-7%. W najbardziej optymistycznym scenariuszu zakładającym dalszy spadek cen benzyny, taki poziom jest możliwy na koniec tego roku, co otworzyłoby drogę do obniżki w pierwszym kwartale roku przyszłego.

Złoty jest dzisiaj nieco słabszy, aczkolwiek jest to najprawdopodobniej realizacja zysków po ostatnim umocnieniu. Po decyzji obserwujemy minimalne próby odrabiania strat przez złotego. Za euro płacimy 4,4879 zł, za dolara 4,2028 zł, za funta 5,2129 zł, za franka 4,6263 zł.

Autor: Michał Stajniak CFA, starszy analityk XTB

Organy kolejny raz zarzucają przedsiębiorcy oszustwo podatkowe, opierając się na dowodach zgromadzonych wobec kontrahenta

Na podstawie oskarżenia o świadome przyjęcie tzw. pustej faktury organy podatkowe pozbawiają przedsiębiorców możliwości odliczenia VAT z takiego dokumentu i dodatkowo nakładają karne zobowiązanie w wysokości 100% kwoty podatku. Zarzuty opierają często na ustaleniach poczynionych wobec kontrahenta, który wystawił fakturę. Jak orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny jeśli organ nie udowodnił, że w dniu zawierania transakcji przedsiębiorca wiedział, że jego kontrahent może uczestniczyć w oszustwach podatkowych, to nie można czynić go odpowiedzialnym za działania tego kontrahenta (sygn. akt I SA/Gd 1349/22).

Należyta staranność oceniana nie według przepisów, a według uznania organów

Przedsiębiorcy, traktowani jako podmioty profesjonalne w obrocie gospodarczym, mają obowiązek dochowania należytej staranności przy przeprowadzaniu transakcji, w tym przy doborze kontrahenta. Od tego w dużej mierze zależy możliwość wykazania przez nich swojej dobrej wiary i uniknięcia dotkliwych konsekwencji. Choć brak jest przepisów precyzyjnie określających jak dochować należytej staranności, organy podatkowe dokonują subiektywnej oceny działań podejmowanych przez przedsiębiorców w tym zakresie, często uznając je za niewystarczające, a tym samym niechroniące przed odpowiedzialnością podatkową, czy karnoskarbową.

Legitymowanie i inwigilacja kontrahenta nie należy do obowiązków przedsiębiorcy

WSA w Gdańsku, stając po stronie spółki oskarżonej przez skarbówkę o świadome uczestnictwo w oszustwie podatkowym karuzeli VAT orzekł, że organy nie mają prawa wymagać od podatnika nieograniczonego poszukiwania dowodów na rzetelność kontrahenta, zwłaszcza że brak jest takiego formalnego obowiązku wynikającego z konkretnego przepisu prawa. Nie wynika on też z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE, które nie znajduje podstaw do wymagania od podatnika podejmowania czynności sprawdzających, które nie są jego zadaniem. Ani więc spisywanie indywidualnych umów z incydentalnymi kontrahentami, ani jeżdżenie do ich siedzib, sprawdzanie ich zaplecza magazynowego, legitymowanie i ustalanie tożsamości osób, reputacji kontrahenta, czy też jego aktywności w Internecie, nie należą do obowiązków przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą.

Podwójna sankcja za rozliczenie pustej faktury

Spółka złożyła deklarację VAT, w której wykazała 52 tys. zł zobowiązania z tytułu podatku od towarów i usług do wpłaty do urzędu skarbowego. Trzy miesiące później, naczelnik urzędu wszczął kontrolę podatkową co do prawidłowości dokonywanych przez nią rozliczeń VAT. Stwierdził nieprawidłowości dotyczące jednej z faktur rozliczonej we wrześniu 2018 r. Naczelnikowi nie spodobało się, że opiewający na kwotę ponad 224 tys. zł dokument wystawił przedsiębiorca, z którym nigdy wcześniej spółka nie współpracowała. Taka incydentalna transakcja była wyjątkiem od praktyki spółki, która zawsze w kwestii dostaw towaru z Chin kontaktowała się z litewskim przedstawicielem handlowym producenta. Dodatkowo, tegoż incydentalnego kontrahenta polecił sam litewski partner, co kłóci się z elementarnymi zasadami konkurencji rynkowej. I tylko na podstawie tego polecenia spółka zdecydowała się dokonać transakcji z nieznanym sobie kontrahentem. Spółka, prócz posiadania faktury z adnotacją potwierdzającą, że towar odebrano, a także potwierdzenia dokonania płatności przelewem, nie wiedziała kto i jakim środkiem transportu towar ten jej dostarczył.

W ocenie naczelnika urzędu skarbowego sporna faktura jest tzw. pustą fakturą, niedokumentującą rzeczywistego zdarzenia gospodarczego. Według organów spółka przyjmując ją miała tego świadomość, stąd nie może być mowy o istnieniu po jej stronie jakiejkolwiek dobrej wiary, co do prawidłowości transakcji, ani też dochowaniu przez nią wymogów należytej staranności w transakcjach handlowych. Organ zdecydował więc, na podstawie art. 88 ust. 3a pkt 4 lit. a) ustawy o VAT, pozbawić spółkę możliwości odliczenia VAT z tej faktury i jednocześnie, na mocy art. 112c nałożyć na nią karne zobowiązanie podatkowe w wysokości 100% zaniżonego podatku, w wysokości 42 tys. zł.

Spółka o nierzetelności kontrahenta dowiedziała się dopiero w toku kontroli

Spółka wyjaśniała, że przy jednym z zapytań skierowanych do przedstawiciela producenta, wskazał on tegoż kontrahenta, który był dostawcą z Polski, co miało obniżyć koszty i uprościć dostawę. Nie wnikała w pobudki, jakie kierują litewskim przedstawicielem handlowym chińskiego producenta w poleceniu nowego dostawcy. Jednak sama przeprowadziła jego weryfikację czy jest legalnie zarejestrowany – otrzymała potwierdzenie. To, jak i fakt polecenia dostawcy przez zaufanego partnera, w połączeniu z okolicznością, że towar został fizycznie dostarczony w terminie, upewniał spółkę co do jego rzetelności. Spółka posiada potwierdzenie przelewu opłaty za towar, na fakturze widnieje notka pracownika spółki, dokumentująca odbiór towaru, zeznania czterech pracowników uczestniczących w rozładunku, a przede wszystkim dowód sprzedaży tego towaru do 41 kontrahentów, którzy zgodnie z protokołem kontroli wszyscy zgodnie potwierdzili jego odbiór. O jakichkolwiek nieprawidłowościach w działalności tego kontrahenta spółka dowiedziała się dopiero w toku przedmiotowego postępowania.

Inne organy ustaliły, że kontrahent jest wystawcą pustych faktur

Wyjaśnienia spółki okazały się zbyt mało wiarygodne dla organu odwoławczego. Dyrektor izby administracji skarbowej wskazał, że bezskutecznie zwracał się do kontrahenta spółki o udzielenie wyjaśnień. Uzyskał za to informacje od Naczelnika Urzędu Skarbowego w Słubicach, że dostawca nie złożył deklaracji i zeznań w podatku CIT, VAT i PIT z wyjątkiem deklaracji VAT-7 za grudzień 2017 r. Dodatkowo, inny z organów, Naczelnik Mazowieckiego Urzędu Celno-Skarbowego w Warszawie ustalił, iż przedsiębiorca ten nie złożył plików JPK_VAT, ani deklaracji VAT, ani informacji podsumowujących o dokonanych transakcjach wewnątrzwspólnotowych, za okres od stycznia do sierpnia 2018 r. Organ nie zgromadził żadnych dowodów, które potwierdziłyby dokonanie przez niego nabycia towarów w badanym okresie. NMUCS stwierdził więc, że przedsiębiorca ten był uczestnikiem karuzeli VAT, zawiązanym jedynie w celu uczestnictwa w łańcuchu dostaw, wystawiającym i wprowadzającym do obrotu puste faktury.

Na podstawie ustaleń innych organów, dokonanych wobec kontrahenta spółki, dyrektor izby administracji skarbowej stwierdził, że ona sama nie mogła nabyć towaru, skoro kontrahent ich nie nabywał. Potwierdził więc ustalenia organu I instancji, że spółka była świadomym uczestnikiem oszustwa podatkowego karuzeli VAT, przyjmując i rozliczając fakturę niedokumentującą rzeczywistej transakcji.

Przedsiębiorca jest przedsiębiorcą, a nie organem skarbowym

WSA w Gdańsku orzekając na korzyść spółki, która zaskarżyła decyzje organów, zwrócił uwagę, że ich ocena skupiła się na ustaleniach poczynionych przez inne organy wobec jej kontrahenta. Naczelnik US i dyrektor IAS całkowicie pominęli więc wskazywane przez nią dowody odbioru dostaw i dalszej odsprzedaży towaru, udokumentowanych płatności, zeznań pracowników. Poza tym, spółka dokonała również weryfikacji kontrahenta w KRS – uzyskała wydruk danych z rejestru kontrahenta ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości. Sąd podkreślił, że żadne przepisy prawa nie wskazują katalogu czynności, jakie należy podjąć dla pełnego potwierdzenia rzetelności kontrahenta. Organy nie mogą zapominać, że przedsiębiorcy nie są organami skarbowymi, których to rolą jest wnikliwe sprawdzanie podatników.

Organy domagały się rzetelnego sprawdzenia kontrahenta, choć same potrzebowały na to lat

Uchylając zaskarżone decyzje organów gdański sąd uznał, że nie udowodniły one aby spółka działała w złej wierze, czyli że wiedziała, że jest uczestniczką oszustwa karuzeli VAT. Brak również dowodów na poparcie stanowiska, że spółka nie dopełniała wszelkich wymagań w zakresie dochowania należytej staranności. „Organy twierdzeniom Strony zaprzeczyły, nie wyjaśniając przy tym, jakiego rodzaju aktywności i jakich konkretnie działań oczekiwały od Skarżącej” – orzekł sąd. Zwrócił również uwagę, że sprawdzenia kontrahenta spółka dokonywała na dzień przeprowadzania transakcji. Organy podatkowe natomiast potrzebowały aż blisko 2 lat na zebranie dowodów na nierzetelność kontrahenta, mając do tego prawnie dostępne źródła, i do tego dopiero w kilka lat po dokonaniu spornej transakcji. Nie można zatem zarzucać spółce, że w dniu zawierania transakcji z kontrahentem miała ona świadomość, że jest on uczestnikiem oszustw podatkowych.

Organy potrafią z góry założyć, że przedsiębiorca jest oszustem

Sprawa zakończyła się szczęśliwie dla przedsiębiorcy. Jak na razie, bowiem organy mogą się jeszcze odwołać od wyroku gdańskiego sądu. Niemniej sprawa ta potwierdza niebezpieczną praktykę stosowaną przez organy podatkowe. Cechą rozwijającego się w błyskawicznym tempie obrotu rynkowego jest to, że w transakcjach gospodarczych niejednokrotnie uczestniczy wiele podmiotów, wykonawców, podwykonawców, dostawców, producentów, pośredników. Organy w przypadku ustalenia nieprawidłowości u tylko jednego z nich, z góry przyjmują, że pozostali uczestnicy łańcucha transakcji również musieli się ich dopuścić, i to najpewniej świadomie.

W uzasadnieniu swojego wyroku, nawiązując do oparcia swojego stanowiska o informacje zgromadzone przez inne organy na temat kontrahenta spółki, WSA w Gdańsku stwierdził: „Na podstawie poczynionych ustaleń Naczelnik US, a w ślad za nim Dyrektor IAS wywiedli, że Skarżąca świadomie przyjęła do rozliczenia „pustą fakturę” niedokumentującą rzeczywistej transakcji, wystawioną przez Kontrahenta, niejako z góry zakładając, że dostawa opon nie miała miejsca, a transakcja miała charakter fikcyjny” (sygn. akt I SA/Gd 1349/22).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarią Prawną Skarbiec specjalizującą się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Stopy procentowe bez zmian

RPP zdecydowała o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionych poziomach. Dosyć podobnie powiedzieć można o komunikacie Rady po posiedzeniu, który jest bliźniaczo podobny do tego majowego. Tym razem jednak został poparty wyraźnym spadkiem ostatniego odczytu inflacyjnego.

Gorsza koniunktura, spadek PKB oraz konsumpcji, obniżenie dynamiki kredytu to wewnętrze czynniki dezinflacyjne. Jest również gorzej w gospodarce, czyli inflacja spada. Kiedy dołożymy do tego globalny spadek cen surowców oraz silne umacnianie złotówki (zdaniem NBP spójne z fundamentami naszej gospodarki) – zyskujemy pełen obrazek „raju dezinflacji”.

NBP też kolejny raz dokonał rozróżnienia na EBC i FED oraz banki centralne Europy Środkowo-Wschodniej. Ale! Pomimo tego próżno doszukiwać się wskazówek, co do dalszych decyzji monetarnych. Na zachodzie podwyższają, na wschodzie bez zmian.

Szymon Gil, Makler Papierów Wartościowych, Michael / Ström Dom Maklerski

Czy zwrot nadpłaty składki zdrowotnej jest przychodem?

Wielu przedsiębiorców czeka obecnie na zwrot nadpłaconej składki zdrowotnej. Powstaje jednak pytanie, czy środki, które oddaje ZUS, powinny zostać uznane za przychód przedsiębiorstwa. Ekspert z inFaktu wyjaśnia, że wszystko zależy od wybranej metody rozliczania podatku. 

Najprostsza sytuacja zaistnieje u podatników rozliczających składkę za rok 2022 na zasadach skali podatkowej. – Tacy podatnicy nie muszą niczego robić. Zwrot nie spowoduje powstania żadnego przychodu ani nie będzie wymagał korekty kosztów, ponieważ składka zdrowotna nie była odliczana od dochodu ani zaliczana do kosztów uzyskania przychodu na skali podatkowej. Zwrot dla podatników, którzy byli na skali podatkowej w 2022 roku, będzie neutralny – tłumaczy Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt.

Komplikacje na liniówce

W przypadku osób rozliczających się metodą podatku liniowego sytuacja nie jest tak jednoznaczna. Będą oni mogli zaliczyć składkę zdrowotną do kosztów uzyskania przychodu lub odliczyć ją od dochodu, czyli od podstawy opodatkowania. – Maksymalnie można było odliczyć kwotę 8700 zł, jeśli w koszty uzyskania przychodu zaliczono kwotę przekraczającą wartość 8700 zł. Zwrot, który otrzymają podatnicy na liniówce, nie będzie wtedy wymagał żadnej korekty – tłumaczy Piotr Juszczyk. –  Jednak jeśli podatnik zapłacił na przykład 5000 zł składki zdrowotnej w ciągu roku i otrzymał zwrot w wysokości 1000 zł, w takim przypadku 5000 zł było już zaliczone do kosztów uzyskania lub odliczone od podstawy opodatkowania. Zatem podatnik będzie musiał wykazać 1000 zł do opodatkowania, w zależności od tego, czy zaliczał te wydatki do kosztów uzyskania przychodu, czy odliczał od dochodu. Jeśli podatnik zaliczał te wydatki jako koszty uzyskania, będzie musiał pomniejszyć swoje koszty w dacie zwrotu. Jeśli koszty nie dają możliwości pomniejszenia, będzie musiał zwiększyć przychody. Dodatkowo zwrot składek wcześniej zaliczonych do kosztów, spowoduje, że zwiększy się również podstawa składki zdrowotnej. W konsekwencji zwrot składki zdrowotnej spowoduje, że zapłacimy od niej… składkę zdrowotną – dodaje ekspert inFaktu.

Jeśli natomiast podatnik odliczał składkę zdrowotną od podstawy opodatkowania, to również będzie musiał ją wykazać w podstawie opodatkowania, ale dopiero w składanym zeznaniu rocznym, a nie na bieżąco .

Co z ryczałtowcami?

Przedsiębiorcy korzystający z ryczałtu ewidencjonowanego w ubiegłym roku mogli odliczyć 50% zapłaconej składki zdrowotnej od podstawy opodatkowania. Analogicznie, jeśli przedsiębiorca otrzyma teraz zwrot składki zdrowotnej za rok 2022 w składanym rozliczeniu rocznym w kwietniu 2023, będzie musiał wykazać ten zwrot w podstawie opodatkowania, ale zrobi to dopiero przy sporządzaniu zeznania rocznego, czyli w kwietniu przyszłego roku.

Podsumowując: podatnicy, którzy mogli odliczyć składkę zdrowotną od podstawy opodatkowania lub zaliczyć ją do kosztów uzyskania przychodu, muszą uwzględnić możliwość ujęcia jej jako przychód w przypadku zwrotu nadpłaty.

Jakie urządzenia domowe może zasilać agregat prądotwórczy?

Agregat prądotwórczy może wyprodukować energię elektryczną podczas przerwy w dostawie prądu, umożliwiając zasilanie niezbędnych urządzeń gospodarstwa domowego. Konkretne urządzenia, które możesz zasilać, będą zależeć od mocy generatora. W jaki sposób można go wykorzystać?

Oświetlenie domu

Wykorzystując agregaty prądotwórcze można zasilać różne typy świateł, w tym żarówki LED, świetlówki i standardowe żarówki, aby zadbać o odpowiednie oświetlenie w domu w trakcie braku zasilania.

Gdy zatem dojdzie do awarii zasilania, na przykład problemów z dostawą energii ze względu na uszkodzenie linii energetycznej, w takim przypadku agregaty prądotwórcze mogą zapewnić odpowiednie zasilanie oświetlenia w domu.

Lodówka i zamrażarka

Stałe zasilanie lodówki i zamrażarki jest bardzo ważne, aby zapobiec psuciu się żywności podczas przerwy w dostawie prądu. Dzięki temu można zapobiec dużym stratom wynikającym z problemów z zasilaniem.

Warto pamiętać o tym, że duże znaczenie mają w tym przypadku agregaty prądotwórcze o wyższej mocy. Trzeba zatem sprawdzić, czy agregat ma wystarczającą moc, aby poradzić sobie z wymogami dotyczącymi zasilania tych urządzeń.

Urządzenia grzewcze

W zależności od mocy generatora można zasilać niezbędne urządzenia grzewcze w domu, takie jak kotły gazowe oraz kotły węglowe, pompy ciepła, elektryczne grzejniki albo przenośne ogrzewacze.

Warto jednak pamiętać o tym, że systemy ogrzewania zwykle wymagają dużej mocy, więc trzeba upewnić się, że generator może obsłużyć obciążenie. Właśnie dlatego w takim przypadku rekomendowane są agregaty prądotwórcze o wyższej mocy.

Pompa wody

Jeśli w domu wykorzystuje się elektryczną pompę wodną do zaopatrzenia w wodę, w takim przypadku również można zasilić ją za pomocą generatora.

Pompy wodne zwykle wymagają wyższej mocy początkowej, dlatego podobnie jak w przypadku urządzeń grzewczych rekomendowane są agregaty prądotwórcze o wysokiej mocy.

Urządzenia do komunikacji

Dla odpowiedniego bezpieczeństwa ważne jest, aby niezbędne w domu urządzenia komunikacyjne działały podczas przerwy w dostawie prądu.

Za pomocą agregatów można między innymi zasilać ładowarki do telefonów komórkowych lub routery internetowe, aby pozostać w kontakcie z innymi osobami w razie braku zasilania.

Urządzenia medyczne

Jeśli w domu wykorzystuje się sprzęt medyczny, taki jak koncentratory tlenu, aparaty CPAP lub lodówki medyczne, agregaty prądotwórcze mogą zapewnić ich sprawne działanie również w razie pojawienia się problemów z zasilaniem, co może mieć kluczowe znaczenie dla zdrowia i życia osób korzystających z takich sprzętów.

Zamieszanie wokół ograniczenia płatności gotówkowych – komentarz eksperta BCC

25 maja w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy uchylającej przepisy „Polskiego Ładu” dotyczące obniżenia limitów transakcji gotówkowych między przedsiębiorcami, które miały obowiązywać od 1 stycznia 2024 r. Czy rząd wycofa się z proponowanych wcześniej zmian?

Projekt ustawy stanowi kolejny przykład problemu z pewnością prawa w Polsce. Przedsiębiorcy, na niecałe pół roku przed wejściem w życie nowych przepisów, w dalszym ciągu nie wiedzą czy, i w jakim zakresie te przepisy będą obowiązywać oraz nie mają możliwości odpowiedniego dostosowania prowadzonej przez siebie działalności do nowych wymagań.

Przepisy ustawy prawo przedsiębiorców nakazują przyjmowanie i dokonywanie płatności związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą za pośrednictwem rachunku płatniczego przedsiębiorcy, w przypadku gdy stroną transakcji, z której wynika płatność, jest inny przedsiębiorca oraz jednorazowa wartość transakcji, bez względu na liczbę wynikających z niej płatności, przekracza wartość 15 000 zł. Zgodnie z przepisami „Polskiego Ładu” począwszy od 1 stycznia 2024 r. limit ten ma zostać drastycznie obniżony do kwoty 8 000 zł. Nowością jest też dodanie zapisu, zgodnie z którym także konsumenci będą zobowiązani do dokonywania płatności za pośrednictwem rachunku płatniczego, jeżeli jednorazowa wartość transakcji z przedsiębiorcą przekroczy 20 000 zł.

Wprowadzenie powyższych limitów wiąże się z istotnymi konsekwencjami podatkowymi. Co do zasady na podstawie przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (art. 22p) i ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (art. 15d), w przypadku gdy płatność pomiędzy przedsiębiorcami przekroczy limit 15 000 zł (a od 1 stycznia 2024 r. 8 000 zł) i nie zostanie dokonana za pośrednictwem rachunku płatniczego przedsiębiorcy, podatnik nie będzie uprawniony do zaliczenia takiego wydatku do kosztów uzyskania przychodów (w pełnej kwocie,  a nie tylko w wysokości, która przekracza wskazany limit). Od 1 stycznia 2024 r., w przypadku otrzymania przez podatnika płatności od konsumenta, która przekroczy kwotę 20 000 zł i jednocześnie nie będzie dokonana za pośrednictwem rachunku płatniczego, otrzymana kwota będzie stanowiła dla tego podatnika dodatkowy przychód, co w praktyce może przełożyć się na konieczność jej podwójnego opodatkowania. – podkreśla ekspert BCC Jakub Świetlicki vel Węgorek.

Wycofanie proponowanych nowelizacji

W dniu 11 kwietnia 2023 r. grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości i Solidarnej Polski – złożyła projekt ustawy, przewidujący uchylenie przepisów tzw. „Polskiego Ładu” dotyczących obniżenia limitów transakcji gotówkowych, które miały wejść w życie
z dniem 1 stycznia 2024 r. Pod koniec maja w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie tego projektu. W konsekwencji limit transakcji gotówkowych między przedsiębiorcami w dalszym ciągu wynosiłby 15.000 zł, a limit transakcji gotówkowych dla konsumentów nie zostałby wprowadzony.

Moim zdaniem projekt proponowanych zmian należy ocenić pozytywnie. Niewątpliwie wprowadzenie nowych i obniżenie dotychczasowych limitów w dokonywaniu transakcji gotówkowych stanowiłoby istotne ograniczenie swobody gospodarczej oraz mogłoby negatywnie wpłynąć szczególnie na sytuację mikro i małych przedsiębiorców. Rozumiejąc potrzeby fiskalne państwa i politykę mającą na celu zwalczanie tzw. „szarej strefy” nie można zapominać o tym, że wprowadzenie limitów transakcji gotówkowych mogłoby również skutkować wykluczeniem ekonomicznym istotnej części społeczeństwa. – podkreśla Jakub Świetlicki vel Węgorek, ekspert BCC, radca prawny, Kancelaria Filipiak Babicz.

Różnorodność sposobów płatności jest wygodna dla konsumentów

Z przeprowadzonego w lutym tego roku sondażu Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS wynika, że ponad 80% Polaków nie chce wycofania gotówki, a badanie przeprowadzone przez tę samą instytucję w lipcu 2022 r. na zlecenie Fiserv Polska wskazuje, że 70% Polaków regularnie wykonuje transakcje bezgotówkowe.

Opisane powyżej zmiany regulacyjne „Polskiego Ładu” mogłyby doprowadzić do sytuacji, w której przedsiębiorcy nie będzie opłacać się sprzedawać towarów/usług osobom nieposiadającym rachunku płatniczego. W czasie trwającego kryzysu gospodarczego i w sytuacji związanej z wojną w Ukrainie, każda inicjatywa pozwalająca na zmniejszenie obciążeń i ograniczeń w prowadzeniu działalności przez mikro i małych przedsiębiorców zasługuje na aprobatę. – zauważa ekspert BCC.

Jak ubezpieczyć dom przez internet?

Ubezpieczenie domu online to bardzo wygodna opcja. Oszczędzasz czas, bo nie musisz dzwonić na infolinię ani jechać do placówki banku sprzedającego polisy lub samego ubezpieczyciela, a w znalezieniu najlepszej dla Ciebie oferty pomoże Ci internetowa porównywarka ubezpieczeń. A jak wygląda cały proces? Jakie dokumenty będą potrzebne do ubezpieczenia domu przez internet? Podpowiadamy!

Ubezpieczenie domu online – jak przebiega?

Aby kupić ubezpieczenie domu przez internet, potrzebujesz tylko urządzenia z dostępem do sieci – komputera, smartfonu czy tabletu. Wystarczy, że wypełnisz krótki wniosek na stronie internetowej wybranego przez siebie ubezpieczyciela lub banku oferującego jego polisy lub innego pośrednika, po czym opłacisz składkę przy pomocy bankowości elektronicznej.

Dla przykładu za pośrednictwem PKO BP można wykupić polisy marki PKO Ubezpieczenia online w serwisie iPKO, aplikacji IKO lub, jeśli nie jesteś klientem banku, na ich stronie ubezpieczenia domu. Na samym początku należy wybrać przedmiot ubezpieczenia, a potem zdecydować się na konkretny pakiet ubezpieczeniowy: Standardowy, Super lub Pro. Później wystarczy już tylko przejść do wypełniania wniosku. Składa się z kilku kroków:

  • wybierasz, co chcesz ubezpieczyć: dom, dom w budowie, mieszkanie, same ruchomości albo elementy wykończenia,
  • podajesz adres nieruchomości,
  • wprowadzasz podstawowe dane do oferty, takie jak jej wartość nieruchomości czy datę, od której ma obowiązywać ubezpieczenie domu,
  • zaznaczasz interesujący Cię pakiet ubezpieczenia i podajesz kilka informacji dodatkowych,
  • określasz czy chcesz rozłożyć składkę na raty, czy opłacić ją jednorazowo i wybierasz konto do płatności,
  • wpisujesz swoje dane, zapoznajesz się z dokumentami umowy ubezpieczenia i zaznaczasz oświadczenia,
  • potwierdzasz zakup ubezpieczenia domu – i już! Możesz cieszyć się nową, dopasowaną do Twoich potrzeb ochroną ubezpieczeniową.

Jakie dokumenty do ubezpieczenia domu przez internet będą potrzebne?

Ubezpieczenie domu online nie wymaga zwykle gromadzenia wielu dokumentów. W przypadku zawarcia umowy przy pośrednictwie PKO BP nie musisz załączać żadnych skanów – to minimum formalności. Wystarczy, że wprowadzisz we wniosku podstawowe informacje o nieruchomości. Posłużą one do kalkulacji składki oraz zawarcia umowy ubezpieczenia domu. Podajesz zatem:

  • rodzaj nieruchomości, którą chcesz ubezpieczyć,
  • lokalizację nieruchomości,
  • rok budowy budynku,
  • wartość przedmiotu ubezpieczenia – przybliżoną budynku, ruchomości,
  • rodzaj zabezpieczeń, którymi ewentualnie jest objęta nieruchomość,
  • dane właścicieli budynku.

Kto może wykupić ubezpieczenie domu online?

Osobą kupującą ubezpieczenie, czyli tak zwanym ubezpieczającym, może być każdy, kto ukończył 18. rok życia. Ubezpieczający nie musi zatem być jednocześnie właścicielem nieruchomości, może być osobą trzecią – ma prawo do wykupienia ubezpieczenia domu lub mieszkania dla innych osób, np. swoich bliskich. Nie musi też ani być zameldowany w ubezpieczanej nieruchomości, ani nawet w niej mieszkać. Istotne jest to, by ubezpieczający posiadał informacje potrzebne do zawarcia umowy ubezpieczenia, a więc dane dotyczące majątku obejmowanego ochroną oraz właścicieli nieruchomości.

Niemal 30 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce

Według najnowszego raportu pt. „Occupier Insight – Rynek magazynowo-przemysłowy w I kw. 2023 r.”, opublikowanego przez firmę doradczą Newmark Polska, pierwszy kwartał 2023 r. na rynku magazynowo-przemysłowym w Polsce został zdominowany przez liczbę 2. Deweloperzy oddali do użytku blisko 2 mln mkw. powierzchni magazynowej, a na najemców czeka prawie 2 mln mkw. magazynów dostępnych od ręki. W budowie pozostaje niewiele ponad 2 mln mkw., natomiast wskaźnik pustostanów wzrósł do poziomu niespotykanego w Polsce od ponad 2 lat.

Na koniec I kw. 2023 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej w Polsce zbliżyły się do granicy 30 mln mkw., przekraczając 29,9 mln mkw., co oznacza wzrost o 19,3% w porównaniu z analogicznym okresem w 2022 r.

Nowa podaż w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku wyniosła ponad 1,9 mln mkw. i był to najwyższy kwartalny wynik w historii polskiego rynku magazynowego, wyprzedzając tym samym poprzedni rekord z I kw. 2022 r., w którym deweloperzy dostarczyli 1,25 mln mkw. Na koniec marca 2023 r. wolumen powierzchni magazynowo-przemysłowej w budowie wyniósł 2,1 mln mkw., tj. o 38% mniej niż w IV kw. 2022 r. i ponad 55% mniej niż w I kw. 2022 r.

– Po okresie wzmożonej aktywności deweloperskiej, która w ostatnich kwartałach przekładała się na rekordową podaż powierzchni magazynowej, deweloperzy obecnie koncentrują się na zabezpieczaniu gruntów oraz planowaniu nowych inwestycji. Istotnymi barierami dla kolejnych inwestycji są jednak utrzymujące się trudności z pozyskaniem finansowania na realizację nowych projektów, szczególnie o charakterze spekulacyjnym, oraz niestabilna sytuacja geopolityczna – mówi Jakub Kurek, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych w firmie doradczej Newmark Polska.

Całkowity wolumen powierzchni wynajętej w I kw. 2023 r. przekroczył 1,2 mln mkw., co oznacza spadek o prawie 22% rok do roku i o 20,6% kwartał do kwartału. Jest to jednocześnie najniższy poziom aktywności najemców odnotowany w Polsce od I kw. 2020 r. Z kolei popyt netto na powierzchnię magazynową i przemysłową wyniósł 661 800 mkw. i stanowił prawie 55% całkowitego wolumenu transakcji.

– Utrzymująca się wysoka inflacja, wpływająca na obniżenie się siły nabywczej konsumentów, powoduje zmiany polityki odnośnie do gromadzenia zapasów i organizacji łańcuchów dostaw, co sprawia, że najemcy obecnie ostrożniej podejmują decyzje o wynajmie powierzchni magazynowej – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa, Lider ds. ESG, Newmark Polska.

W strukturze transakcji zawartych w I kw. 2023 r. dominowały nowe umowy najmu (48,9%). Renegocjacje kolejny kwartał z rzędu zwiększyły swój udział w całkowitym popycie – do 45,5%, co oznacza wzrost o 3,5 p.p. w porównaniu z IV kw. 2022 r. i o 19,9 p.p. w stosunku do I kw. 2022 r. Pozostałe 5,6% przypadło na ekspansje. Warto również podkreślić, że w tym czasie najemcy wynajęli łącznie 61 000 mkw. na podstawie umów zawieranych na krótszy okres (do jednego roku).

Wśród największych transakcji sfinalizowanych w okresie od stycznia do końca marca 2023 r. znalazły się między innymi: odnowienie przez Tyco Electronics Polska kontraktu na 56 000 mkw. w Panattoni Park Szczecin I, wynajęcie 55 000 mkw. w Panattoni Park Wrocław Logistics South Hub przez firmę Shein oraz nowa umowa zawarta przez MCG EastBridge na 36 700 mkw. w GLP Kraków Logistics Centre III. Najemcy coraz częściej zwracają uwagę na zrównoważony charakter i efektywność energetyczną magazynów oraz rozwiązania umożliwiające zaspokojenie potrzeb społecznych przyszłych użytkowników.

Na koniec marca bieżącego roku udział powierzchni niewynajętej w całkowitych zasobach wyniósł 6,4%, co oznacza wzrost o 2,3 p.p. kwartał do kwartału i o 3,1 p.p. w ujęciu rocznym. W istniejących budynkach do wynajęcia pozostawało 1,92 mln mkw. w porównaniu z 1,16 mkw. w inwestycjach będących w trakcie realizacji. Po raz pierwszy od początku pandemii najemcy mają większy wybór wolnej powierzchni w już wybudowanych parkach magazynowych niż tych będących w budowie.

Nadal obserwujemy presję wzrostową na czynsze, niemniej dotyczy ona przede wszystkim obiektów w najbardziej poszukiwanych lokalizacjach oraz posiadających nowoczesne rozwiązania technologiczne i z zakresu ESG. Na koniec pierwszego kwartału 2023 r. najwyższe czynsze za wynajem powierzchni magazynowych nadal utrzymywały się w Warszawie (strefa I).

Czas decyzji, czas zaskoczeń?

Już dziś poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej. W Polsce nikt nie oczekuje zaskoczenia w ruchu na stopach, ale Australijczycy pokazali, że działania bankierów centralnych nie muszą być przewidywalne. Czy inwestorzy zaczną zwracać uwagę na coraz bardziej niepokojące dane makro, czy może już dyskontują przyszłe odbicie?

EUR/PLN na 2-letnich minimach

Z powodu długiego weekendu już dziś poznamy decyzję RPP odnośnie do stóp procentowych. Oczekiwania są jasne, Rada utrzyma koszt pieniądza na niezmienionym poziomie. Warto będzie jednak wczytać się w komunikat po posiedzeniu, a już szczególnie (jak zawsze) wsłuchać się w słowa prezesa NBP na jutrzejszej konferencji. Jeżeli sugestie o zbliżającym się początku cyklu obniżek będą coraz mocniejsze, to scenariusz ruchu na stopach przed końcem roku (a raczej już przed wyborami parlamentarnymi) stanie się realny. W teorii powinno to działać obciążająco na złotego, ale skoro rynek nie wyklucza jesienią ruchu w dół na stopach w USA, to PLN może w takim układzie nie odpuszczać. Co zresztą robi już od kilku miesięcy i to często wbrew przeciwnościom. Mimo wciąż względnej siły dolara na szerokim rynku (kurs EUR/USD utrzymuje się w pobliżu 1,07$), rodzima waluta osiąga świetne rezultaty. Kurs euro musnął 4,47 zł, ustanawiając tym samym dwuletnie minima. Co dalej z naszym orłem? Można założyć, że kluczowy będzie rynkowy sentyment, który w ostatnich dniach pchał kapitał w kierunku walut EM (Emerging Markets – rynki wschodzące) i parkietów giełdowych. Kluczowe dla nastrojów będą oczywiście przyszłotygodniowe posiedzenia FOMC i EBC. Natomiast warto z tyłu głowy mieć fakt, że złoty jeszcze nie napotkał korekty z prawdziwego zdarzenia dla swojej kilkumiesięcznej aprecjacji. Kiedy takowa rzeczywiście nadejdzie, to może być bolesna.

Australijczycy zaskakują

U nas władza monetarna nie zaskakuje decyzjami (chociaż potrafi zaskakiwać w każdy inny sposób) już od jakiegoś czasu, ale to nie znaczy, że wszyscy bankierzy centralni są tak przewidywalni. RBA (Reserve Bank of Australia) po raz drugi z rzędu podwyższył stopy procentowe o 25 pb przy rynkowych oczekiwaniach wobec braku ruchu. Tym samym główna stopa znalazła się na poziomie 4,1%, czyli najwyżej od 11 lat. Pokazuje to determinację tamtejszych decydentów we wprowadzeniu inflacji (sięgającej obecnie prawie 7% przy celu na 2-3%) na trwałą ścieżkę spadkową. Taka gra bankierów centralnych z rynkami ma swoje plusy, pozycja australijczyka w trakcie wtorkowej sesji gwałtownie się poprawiła, a kurs AUD/PLN zbliża się do 2,80 zł, czyli lokalnych maksimów sprzed 2 tygodni. Niestety zbyt dużo niespodzianek podkopuje zaufanie do władzy monetarnej i kapitał ostatecznie może zacząć się ewakuować z aktywa, którego perspektywy są coraz mniej klarowne.

Najgorsze już za nami, czy jeszcze przed?

Chociaż niektóre wskaźniki (np. usługowe PMI) starają się utrzymywać nas w nadziei na płytkie spowolnienie gospodarcze, to coraz więcej istotnych danych może wprowadzać pewien niepokój i powstrzymywać byki przed dalszym rajdem. Wczorajsze odczyty o niemieckiej wymianie handlowej wpisują się w mniej optymistyczny scenariusz. Co prawda wartość kwietniowego eksportu w ujęciu miesięcznym poszła w górę o 1,2% (oczekiwania -2,5%), ale za to wartość importu spadła o 1,7%, czyli zdecydowanie mocniej od konsensusu (-1%). Może to wskazywać, że największa unijna gospodarka ma jeszcze zapasy produktów, które może wysłać za granicę, ale zmniejsza produkcyjne zapotrzebowanie na najbliższe kwartały. Zgadzałoby się to ze słabymi przemysłowymi PMI, które sugerują negatywne perspektywy w nadchodzących miesiącach. Oczywiście bardzo rzadko na rynkach i w świecie mamy sytuacje zero-jedynkowe, dlatego dzisiejsze odczyty mogą wlać trochę więcej dobrej energii. Zamówienia w fabrykach za Odrą obniżyły się zaledwie o 0,4% (oczekiwania -2,2%, poprzednio -10,9%) miesiąc do miesiąca, a sprzedaż detaliczna w strefie euro spadła o 2,6%, gdy analitycy spodziewali się -3,1% (poprzednio było to -3,8% w ujęciu rocznym). Znamienne, że mówimy o spadkach w pozytywnym kontekście. To najlepiej pokazuje, w jakim miejscu znajduje się obecnie europejska i globalna gospodarka.

Adam Fuchs, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

75% przedsiębiorstw posiadających infrastrukturę OT doświadczyło co najmniej jednego włamania w ciągu ostatniego roku

95% przedsiębiorstw spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy odpowiedzialność za cyberbezpieczeństwo infrastruktury technologii operacyjnych przeniesie się z dyrektorów i kierowników na osoby na stanowisku CISO.

Fortinet zaprezentował wyniki globalnego raportu na temat stanu zabezpieczeń rozwiązań technologii operacyjnych (OT) w 2023 roku: 2023 State of Operational Technology and Cybersecurity Report, w którym wzięli udział także respondenci z Polski. Jego wyniki wskazują na możliwość ciągłej poprawy zabezpieczeń przedsiębiorstw w związku ze stale rozwijającym się krajobrazem zagrożeń na styku infrastruktury IT/OT. Oprócz prezentacji najnowszych trendów i spostrzeżeń dotyczących przedsiębiorstw korzystających z rozwiązań OT, raport zawiera również mapę drogową, która pomoże zespołom odpowiedzialnym za IT i bezpieczeństwo lepiej chronić swoje środowiska.

Kluczowe wnioski z globalnego badania:

  • Środowiska OT w dużym stopniu nadal są celem cyberprzestępców – Chociaż liczba podmiotów posiadających infrastrukturę OT, które nie doświadczyły cyberataku, znacznie wzrosła rok do roku (z 6% w 2022 r. do 25% w 2023 r.), wciąż istnieje znaczna przestrzeń do poprawy. Nadal trzy czwarte przedsiębiorstw korzystających z rozwiązań OT zgłosiło co najmniej jeden incydent w ciągu ostatniego roku. Po raz kolejny najczęściej miały miejsce włamania z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania (56%) i phishingu (49%), a prawie jedna trzecia respondentów zgłosiła, że padła ofiarą ataku ransomware w ciągu ostatniego roku (32%, bez zmian w stosunku do 2022 r.).
  • Osoby zajmujące się cyberbezpieczeństwem przeceniły poziom dojrzałości ochrony swojej infrastruktury OT – W 2023 r. liczba respondentów, którzy uważają stan bezpieczeństwa środowisk OT w swoim przedsiębiorstwie za wysoce dojrzały, spadła do 13% z 21% wobec poprzedniego roku. Wskazuje to na rosnącą świadomość wśród specjalistów OT i posiadanie bardziej skutecznych narzędzi do samodzielnego przeprowadzania oceny zdolności ochronnych. Prawie jedna trzecia (32%) respondentów wskazała, że cyberataki miały wpływ zarówno na systemy IT, jak i OT, co stanowi wzrost z zaledwie 21% w ubiegłym roku.
  • Gwałtowny wzrost liczby urządzeń podłączonych do sieci wpływa na złożoność wyzwań dla przedsiębiorstw korzystających z infrastruktury OT – Prawie 80% respondentów stwierdziło, że w ich środowisku technologii operacyjnych znajduje się ponad 100 urządzeń OT z obsługą protokołu IP, co wskazuje jak dużym wyzwaniem dla zespołów ds. bezpieczeństwa jest ochrona przed stale modyfikowanymi rodzajami zagrożeń. Badanie wykazało, że rozwiązania ochronne nadal pomagają w osiągnięciu założonych celów przez większość (76%) specjalistów OT, w szczególności poprzez poprawę wydajności (67%) i elastyczności (68%). Jednak dane z raportu wskazują również, że rozproszenie rozwiązań utrudnia konsekwentne wdrażanie reguł bezpieczeństwa oraz ich egzekwowanie w coraz bardziej konwergentnym środowisku IT/OT. Problem narasta wraz ze starzeniem się systemów, a większość (74%) przedsiębiorstw twierdzi, że średni wiek przemysłowych systemów sterowania (ICS) w ich przedsiębiorstwach wynosi od 6 do 10 lat.
  • Powierzanie kwestii dotyczących bezpieczeństwa OT osobom na stanowisku CISO dobrze wróży branży – Pomimo rosnącej luki kompetencyjnej wśród specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, wyniki raportu sugerują, że przedsiębiorstwa posiadające infrastrukturę OT traktują jej ochronę priorytetowo. Kluczowym wskaźnikiem jest to, że prawie każde (95%) przedsiębiorstwo planuje w ciągu najbliższych 12 miesięcy powierzyć odpowiedzialność za cyberbezpieczeństwo OT dyrektorowi ds. ochrony informacji (CISO), a nie kierownictwu lub zespołowi operacyjnemu. Wyniki badań pokazują również, że specjaliści ds. ochrony środowisk OT wywodzą się obecnie raczej z obszaru dotyczącego bezpieczeństwa IT niż z szeroko pojętego obszaru OT, a wpływ na decyzje dotyczące cyberbezpieczeństwa przenosi się z działu operacyjnego na innych liderów, zwłaszcza na stanowiska CISO/CSO.

Najlepsze praktyki

Dokument „Fortinet 2023 State of Operational Technology and Cybersecurity Report” wskazuje sposoby, w jakie przedsiębiorstwa mogą wzmocnić swój ogólny stan bezpieczeństwa. Mogą one sprostać wyzwaniom związanym z bezpieczeństwem OT, przyjmując następujące najlepsze praktyki:

  • Opracowanie strategii dotyczącej wyboru dostawców i tworzenia platformy cyberbezpieczeństwa środowiska OT – Konsolidacja rozwiązań wpływa na zmniejszenie złożoności infrastruktury oraz przyspiesza osiąganie zamierzonych rezultatów. Dlatego pierwszym krokiem powinno być rozpoczęcie budowy platformy poprzez nawiązanie współpracy z dostawcami, którzy projektują swoje produkty z myślą o ich integracji i automatyzacji, aby w przedsiębiorstwie możliwe było konsekwentne wdrażanie i egzekwowanie zasad w coraz bardziej konwergentnym środowisku IT/OT. Należy poszukiwać dostawców szerokiego portfolio rozwiązań, wśród których są podstawowe systemy do inwentaryzacji i segmentacji zasobów oraz bardziej zaawansowane, takie jak centrum operacji bezpieczeństwa OT (SOC), lub możliwość obsługi wspólnego SOC IT/OT.
  • Wdrożenie mechanizmów kontroli dostępu do sieci (NAC) – Radzenie sobie z wyzwaniami związanymi z ochroną środowisk ICS, SCADA, IoT, BYOD oraz różnego typu urządzeń końcowych wymaga zaawansowanej kontroli dostępu do sieci jako części kompleksowej architektury bezpieczeństwa. Skuteczne rozwiązanie NAC pomaga również utrzymać pełną kontrolę nad siecią przedsiębiorstwa poprzez zarządzanie nowymi urządzeniami, które będą do niej podłączane lub będą komunikowały się z innymi segmentami infrastruktury przedsiębiorstwa.
  • Implementacja podejścia „zero trust” – Wdrożenie podstawowych mechanizmów inwentaryzacji i segmentacji zasobów oraz zapewnienie ciągłej weryfikacji wszystkich użytkowników, aplikacji i urządzeń ubiegających się o dostęp do krytycznych zasobów.
  • Prowadzenie działań edukacyjnych i szkoleń w zakresie cyberbezpieczeństwa – Szkolenia dotyczące ochrony cyfrowych zasobów pozostają kluczowe, ponieważ walka o cyberbezpieczeństwo wymaga zbiorowego wysiłku wszystkich pracowników, a więc muszą mieć oni wiedzę na odpowiednim poziomie. Przedsiębiorstwa powinny rozważyć włączenie nietechnicznych szkoleń skierowanych do wszystkich osób korzystających z komputerów lub urządzeń mobilnych, włączając w to także telepracowników i ich rodziny.

Osoby na stanowisku CISO oraz zespoły ds. bezpieczeństwa mogą uzyskać efekt zmniejszenia złożoności środowisk OT, zwiększenia skuteczności w zapobieganiu i wykrywaniu ataków ransomware oraz przyspieszenia kategoryzacji incydentów, badania ich, oraz reagowania na nie. Pomocne jest w tym platformowe podejście producentów rozwiązań ochronnych w celu zabezpieczenia infrastruktury OT. Zaangażowanie osoby na stanowisku CISO do współpracy między zespołami IT, OT, i produkcyjnymi w celu oceny ryzyka dla systemów cyfrowych i produkcyjnych, w szczególności incydentów związanych z oprogramowaniem ransomware, może pomóc w budowaniu świadomości pracowników, ustaleniu priorytetów, budżetu, oraz poprawnej alokacji personelu.

John Maddison, EVP Products and CMO, Fortinet

„Opublikowany przez Fortinet dokument 2023 State of Operational Technology and Cybersecurity Report pokazuje, że chociaż przedsiębiorstwa posiadające infrastrukturę technologii operacyjnych zwiększyły jej ogólny poziom cyberbezpieczeństwa, nadal istnieją możliwości poprawy. Zespoły sieciowe i IT znajdują się pod niezwykłą presją, aby dostosować się i stać się bardziej świadomymi niuansów dotyczących środowisk OT. Przedsiębiorstwa zaś szukają i wdrażają rozwiązania ochronne na styku infrastruktury IT i OT, aby zmniejszyć ogólne ryzyko związane z bezpieczeństwem.”

Informacje o raporcie

  • Raport „Fortinet 2023 State of Operational Technology and Cybersecurity” bazuje na danych ze szczegółowej ogólnoświatowej ankiety przeprowadzonej wśród 570 specjalistów OT przez zewnętrzną firmę badawczą.
  • Respondenci pochodzili z różnych krajów z całego świata, między innymi z: Polski, Australii, Nowej Zelandii, Brazylii, Kanady, Egiptu, Francji, Niemiec, Indii, Japonii, Meksyku, RPA, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.
  • Respondenci reprezentowali szereg branż, które intensywnie korzystają z rozwiązań technologii operacyjnych, takich jak: produkcja, transport/logistyka, ochrona zdrowia/farmacja, wydobycie ropy naftowej i gazu, rafinerie, dostawa energii i inne usługi komunalne, chemia/petrochemia oraz dostarczanie wody i odbiór ścieków.
  • Większość ankietowanych, bez względu na zajmowane stanowisko, jest głęboko zaangażowanych w podejmowanie decyzji dotyczących cyberbezpieczeństwa. Osoby te mają coraz więcej do powiedzenia w kwestii decyzji zakupowych związanych z OT. Tegoroczne badanie wykazało, że 91% respondentów jest regularnie zaangażowanych w podejmowanie decyzji o wdrażaniu rozwiązań ochronnych w swoim przedsiębiorstwie.

ORLEN analizuje potencjalną akwizycję Zakładów Azotowych w Puławach

Grupa ORLEN analizuje potencjalną możliwość akwizycji Zakładów Azotowych w Puławach należących do  Grupy Azoty S.A. Spółki podpisały umowę o współpracy i zachowaniu poufności, która umożliwi rozpoczęcie procesu due diligence, czyli badania kondycji puławskich zakładów. Połączenie firm umożliwiłoby zwiększenie zaangażowania Grupy ORLEN  w sektor nawozowy, a poprzez wykorzystanie licznych synergii zwiększyło jego efektywność i konkurencyjność na europejskim rynku. Z kolei dla klientów spółek, w tym rolników, połączenie to lepsza i szersza oferta nawozów, a także łatwiejszy dostęp do produktów potrzebnych na rynku w danym momencie dzięki wyższej elastyczności produkcji.

– Zapewniamy nie tylko bezpieczeństwo energetyczne, ale także żywnościowe Polski. Jesteśmy znaczącym producentem nawozów dla rolnictwa i konsekwentnie umacniamy naszą pozycję na tym rynku. Analizujemy możliwość akwizycji Zakładów Azotowych „Puławy”, ponieważ dostrzegamy w tym duży potencjał i korzyści dla obu firm, ale też gospodarki. Mamy bogate doświadczenie w realizacji procesów połączeń, które zawsze prowadziły do dalszego rozwoju spółek. W branży nawozowej dobrym przykładem jest ANWIL. Inwestujemy w tę spółkę, rozbudowując zdolności produkcyjne, tworząc nowe miejsca pracy i zwiększając jej wartość. Integracja dwóch dużych producentów nawozów azotowych oznaczałaby wzrost efektywności produkcji i pozwoliła jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby rynku – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Grupa ORLEN w lipcu rozpocznie proces due diligence Zakładów Azotowych „Puławy”, w ramach którego analizowana będzie m.in. kondycja finansowa i handlowa spółki. Wyniki przeprowadzonych badań będą podstawą do podjęcia dalszych decyzji związanych z akwizycją.

– Zainteresowanie akwizycją Zakładów Azotowych Puławy S.A., wyrażone przez PKN ORLEN, to potwierdzenie potencjału naszej puławskiej spółki, która jest ważną częścią Grupy Azoty S.A. Jesteśmy na początku złożonego procesu, przed nami badanie due diligence oraz proces negocjacji. PKN ORLEN to silny partner, z którym od wielu lat z powodzeniem współpracujemy w wielu obszarach. Trwająca agresja Rosji na Ukrainę, zawirowania na globalnych rynkach surowców i półproduktów, stale rosnące wymagania regulacyjne obowiązujące w Unii Europejskiej – pokazują jak istotna jest potrzeba przyśpieszenia procesu transformacji energetycznej i dekarbonizacji spółek naszej Grupy Kapitałowej w kierunku „Zielonych Azotów” – zielonej energii i zielonych produktów. To kosztowne i niezmiernie istotne procesy, które chcemy zrealizować, by móc nadal produkować innowacyjne, konkurencyjne produkty w naszych fabrykach w Polsce – mówi Tomasz Hinc, Prezes Zarządu Grupa Azoty S.A.

Przejęcie przez Grupę ORLEN zakładów w Puławach może przynieść wiele korzyści biznesowych. Już na wstępnym etapie zidentyfikowano szereg synergii wynikających z planowanej integracji, zarówno operacyjnych, jak i obniżających koszty w obszarze logistyki, sprzedaży, innowacji czy zakupów:

  • atrakcyjna oferta produktowa i zwiększenie konkurencyjności względem podmiotów europejskich i spoza Unii Europejskiej,
  • bilansowanie surowców wewnątrz grupy, efektywniejsze gospodarowanie amoniakiem – kompensowanie braków i nadwyżek, zapewnienie produktów na rynku w trakcie postojów remontowych,
  • obniżenie kosztów i skrócenie czasu transportu do odbiorców krajowych,
  • wymiana doświadczeń w zakresie produkcji i bezpieczeństwa procesowego w oparciu o nowe technologie i realizowane inwestycje,
  • efektywniejsze wykorzystanie zdolności magazynowych (saletra, amoniak), niższe koszty i poprawa bezpieczeństwa magazynowania,
  • wsparcie inwestycyjne ze strony Grupy ORLEN w zakresie inwestycji w nisko i zeroemisyjne źródła energii,
  • wykorzystanie wiedzy i wspólnych zasobów dla rozwoju innowacyjnych projektów np. wokół tematu nawozów inteligentnych (raz aplikowane działają w okresie całej wegetacji), co przełoży się na wzrost konkurencyjności na rynkach europejskich i poszerzenie gamy produktów,
  • wspólna polityka w zakresie dekarbonizacji, zazielenienie amoniaku (zwiększenie udziału surowców nieemitujących CO2) jako odpowiedź na wyzwania środowiskowe i klimatyczne wynikające z europejskich dyrektyw, a co za tym idzie silniejsza pozycja na rynku,
  • zwiększona siła zakupowa, optymalizacja nakładów związanych z procesami inwestycyjnymi oraz kosztami funkcjonowania obszarów wsparcia (zakupy sprzętu, licencje, usługi).

Grupa ORLEN posiada duże doświadczenie w procesach konsolidacji. Koncern od ponad 20 lat działa na rynku nawozowym, realizując nowe inwestycje i zwiększając skalę swojej działalności. We Włocławku budowana jest trzecia linia nawozowa, która umożliwi zwiększenie mocy produkcyjnych o około 50 proc., do 1461 tys. ton rocznie i wzbogaci portfolio produktowe spółki o cztery rodzaje nawozów.

Z kolei „Puławy” zainwestowały w ostatnich latach w wytwórnię nawozów granulowanych na bazie saletry amonowej. Zdolności produkcyjne dwóch nowych linii wynoszą łącznie do 820 tys. ton rocznie.

Branża nawozowa w Europie jest w dużym stopniu skonsolidowana, a takie procesy postępowały przez ostatnie trzy dekady. W związku z tym konsolidacja aktywów nawozowych na polskim rynku wpisuje się w ten trend.

Sprzedaż detaliczna w strefie euro

Sprzedaż detaliczna w strefie euro pozostała niezmieniona w kwietniu. Rewizji uległ natomiast marcowy miesięczny odczyt, który ostatecznie wyniósł -0,4% względem pierwotnego -1,2%. W poszczególnych krajach wielkość sprzedaży była zróżnicowana. W ujęciu miesięcznym urosła w Niemczech i Hiszpanii odpowiednio o 0,8% i 1,4%, podczas gdy we Francji spadła o 1,3%.W ujęciu rocznym sprzedaż detaliczna spadła o -2,6% wobec prognoz na poziomie -3%.

Z pewnością na wysokość sprzedaży detalicznej ma wpływ wysoka inflacja i wzrost stóp procentowych. W ostatnim czasie obserwujemy jednak globalne tendencje dezinflacyjne. Spadek cen konsumpcyjnych może sygnalizować spowolnienie cyklu zacieśniania polityki pieniężnej w Europejskim Banku Centralnym, chociaż decydenci sygnalizują, że podwyżki jeszcze się nie skończyły. Spadek inflacji, utrzymujący się wzrost płac i niskie bezrobocie – to wszystko może wskazywać na możliwe częściowe odbicie sprzedaży detalicznej w nadchodzących miesiącach.

Bartosz Wałecki, analityk Michael / Ström Dom Maklerski

Apple po raz kolejny wskazało kierunek rozwoju technologii

Podczas konferencji WWDC 2023, Apple przedstawiło Vision Pro – zupełnie nowy komputer łączący funkcje rzeczywistości wirtualnej i rzeczywistości rozszerzonej. Model biznesowy Apple zakłada, że co 7-8 lat przedstawia światu nowy innowacyjny produkt. W Polsce Apple jest trzecią najpopularniejszą akcja na platformie eToro.

Pierwsza wersja Vison Pro trafi do sprzedaży w USA na początku przyszłego roku w cenie 3499 dolarów. Po zapłaceniu podatku, będzie to około 3800 dolarów, czyli około 16 tys. złotych. Jest to duża kwota, jednak biorąc pod uwagę, że urządzenie zastępuje jednocześnie bardzo wydajny komputer, zaawansowany monitor i wiele innych dodatkowych narzędzi – cena przestaje aż tak szokować. Nie ma też na rynku konkurencyjnych produktów o podobnej funkcjonalności, które mogłyby stanowić cenowy punkt odniesienia dla tej propozycji. Istniejące zestawy VR – takie jak przedstawiony przez Meta Quest 3 i Quest Pro w cenie 499/999 dolarów (w USA) – są znacznie prostsze pod względem funkcjonalności i bardziej skupiają się na dostarczaniu rozrywki niż na tworzeniu ekosystemu bogatego w funkcje, jak planuje to zrobić Apple.

Sukces Vision Pro zależy w tym momencie od deweloperów tworzących swoje aplikacje na nowy system. Im bardziej będzie on obudowany w atrakcyjny software, tym większa szansa na sukces. A rozwój technologiczny pójdzie kolejny raz w kierunku wskazanym przez Apple. Warto przypomnieć sobie pierwszą edycję iPhona (2007), czy pierwsze edycje Apple Watch (2015) i porównać je z tym, gdzie dziś znajdują się te produkty. Widać, że Apple stara się kontynuować politykę kreacji nowych zastosowań technologii w stałych odstępach czasu – premiera Apple Watch nastąpiła 7 lat po premierze iPhone’a, teraz Vision Pro zostało zaprezentowane po kolejnych 8 latach.

Notowania Apple osiągnęły najwyższy pułap w godzinach poprzedzających konferencję. Po premierze Vision Pro, nieznacznie spadły. Widać, że inwestorzy zdali sobie sprawę, że na początku, urządzanie będzie gadżetem dla technologicznych geeków, zbyt drogim by trafić na masowy rynek. Jednak przecena była niewielka, bo szanse na sukces są także wysokie. Tym bardziej, że urządzanie rzeczywiście może wykreować zupełnie nowy rynek i nowe źródła przychodów.

Apple jest ulubioną spółką inwestorów – w Polsce jest trzecią najpopularniejszą akcją na platformie eToro (po Tesli i Amazonie). Od stycznia akcje firmy osiągnęły nowe szczyty, po imponującym wzroście o 50 proc. Obecnie, łączna kapitalizacja rynkowa spółki wynosi około 2,8 biliona dolarów. Pomimo spadków sprzedaży MacBooków i iPhone’ów, innowacyjne usługi i produkty Apple nadal przyczyniają się do jej sukcesu. Dużym polem do dalszego rozwoju firmy pozostają pola internetowej reklamy i płatności (usługa Apple Pay), nawet niewielkie zwiększenie udziału w tych rynkach może przenieść Apple duże zyski. I może stać się to znacznie szybciej, niż pojawią się pierwsze istotne dochody z Vision Pro.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Chcesz zarezerwować mieszkanie w ramach programu „Bezpieczny kredyt 2%”? Lepiej się pośpiesz!

W tym roku, początku wakacji i lipca zdają się oczekiwać nie tylko dzieci i młodzież, ale również cały rynek mieszkaniowy. Wszystko za sprawą programu Bezpieczny kredyt 2%, który lada dzień wejdzie w życie.  Z racji dużego zainteresowania nową propozycją rządu, portal RynekPierwotny.pl postanowił sprawdzić, jak obecnie wygląda kwestia rezerwacji mieszkania. Ile umów jest zawieranych, na jak długo i ile to kosztuje? Tego dowiesz się z poniższej sondy. 

Andrzej Gutowski, Wiceprezes, Dyrektor Sprzedaży RONSON Development

Projekt „Bezpieczny kredyt 2%” pobudził wszystkie grupy klientów na rynku nieruchomości. Zarówno osoby, które kwalifikują się do nowego rządowego programu, jak również nabywców, którzy z różnych przyczyn dotychczas wstrzymywali decyzję o zakupie mieszkania oraz cały czas aktywnych klientów inwestycyjnych. Tym samym popyt na rynku jest obecnie bardzo duży, co w kontekście ograniczonej podaży jest wyzwaniem, a z całą pewnością w perspektywie kilku najbliższych miesięcy wpłynie na ceny mieszkań. Dlatego warto już teraz zarezerwować mieszkanie. O ile oczywiście dany deweloper dopuszcza możliwość poczekania na klienta jeszcze 4 miesiące.

RONSON Development przygotował konkretną pulę mieszkań, która kwalifikuje się do programu i rezerwujemy mieszkania dla naszych klientów.

Jakub Tamborowski, Regionalny Kierownik Sprzedaży w Echo Investment 

Wcześniejsza rezerwacja daje możliwość większego wyboru, ponieważ z każdym tygodniem pula dostępnych lokali ulega uszczupleniu. Nie warto więc odkładać w czasie decyzji o rezerwacji. Nasi klienci często decydują się na formalności związane z tradycyjną ofertą kredytową, ale mamy też spore zainteresowanie zakupami z rządowym wsparciem. W Echo Investment od razu podpisujemy z klientami umowy deweloperskie. W razie braku wejścia w życie programu Bezpieczny Kredyt 2% lub w sytuacji, gdy potencjalny nabywca nie otrzyma kredytu umowy te będą bezkosztowo rozwiązywane. Oczywiście w takiej sytuacji zwrócimy całość wpłaconych środków, czyli kwotę o równowartości 10 lub 20% wartości mieszkania. Klient ma czas na formalności kredytowe do września lub października i przez cały ten czas może liczyć na wsparcie naszych ekspertów kredytowych. Do tej pory takich umów w krakowskiej inwestycji Bonarka Living zawarliśmy około 15, w Poznaniu w ramach Wieży Jeżyce dwie umowy i w Łodzi jedną.

Tomasz Kaleta, Dyrektor Departamentu Sprzedaży, Develia S.A.

Na pewno nie warto zwlekać. Na skutek poluzowania rekomendacji S przez Komisję Nadzoru Finansowego zdolność kredytowa Polaków uległa poprawie i obserwujemy większy popyt. Dla przykładu, liczba kontaktów z klientami, jakie odnotowaliśmy w marcu czy kwietniu br. jest niemal dwukrotnie wyższa niż średnia miesięczna z 2022. Wielu potencjalnych nabywców powróciło do swoich planów zakupowych po ogłoszeniu rządowego programu „Pierwsze Mieszkanie”, którego częścią jest preferencyjny „Bezpieczny Kredyt 2%”. Osoby, które chcą skorzystać z tej formy finansowania, mogą już teraz zarezerwować mieszkanie z naszej oferty i wpłacić 20% ceny lokalu. Po wejściu programu w życie, czyli 1 lipca, będą mogły złożyć w wybranym banku wniosek o kredyt, a po uzyskaniu pozytywnej decyzji – podpisać umowę deweloperską, nie później niż do 30 września br. Do dyspozycji klientów pozostają nasi eksperci ds. kredytów, którzy pomogą szybko i sprawnie przejść przez proces aplikowania o „Bezpieczny Kredyt 2%”.

Katarzyna Unold, Dyrektorka Zarządzająca ACCIONA w Polsce

Z pewnością mogę stwierdzić, że warto się pospieszyć z rezerwacją mieszkania w ramach programu „Bezpieczny kredyt 2%” – zwłaszcza ze względu na to, że oferta powoli się kurczy. Sytuacja na rynku jest jednak nieustannie dynamiczna. Ceny lokali mieszkaniowych nie spadają, a wręcz notujemy wzrosty. W biurach sprzedaży ACCIONA zawieramy od 2 do 4 umów rezerwacyjnych tygodniowo. Umowa obowiązuje przez miesiąc, a jej nawiązanie wiąże się także z wpłaceniem kaucji o wysokości 5000 złotych przez przyszłych właścicieli mieszkania. W przypadku decyzji o zakupie, kaucja zostaje odjęta od ceny zarezerwowanego lokalu. Co ważne, jeśli klienci zrezygnują z zakupu mieszkania kaucję zwracamy w całości

Michał Witkowski, Dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper S.A.

Z miesiąca na miesiąc obserwujemy coraz większy ruch w naszych salonach sprzedaży i duże zainteresowanie naszą ofertą. Złagodzenie rekomendacji KNF dotyczącej badania zdolności kredytowej i stabilizacja stóp procentowych przyczyniły się do odbudowania popytu. Klienci powracają, chcąc zrealizować odroczone zakupy mieszkaniowe. Wpływa to na systematyczny spadek dostępnej liczby mieszkań. Oferta coraz bardziej się kurczy, ponieważ po trudnym 2022 roku deweloperzy nie są w stanie dynamicznie odbudować podaży. Ogromną zaletą naszej oferty jest to, że znaczna jej część obejmuje gotowe lokale w atrakcyjnych cenach, dzięki czemu kupujący nie będą musieli długo czekać na odbiór kluczy. Ten zasób jednak systematycznie maleje.

Mając na względzie powyższe kwestie, warto już teraz wybrać i nabyć idealne lokum dla siebie. Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych klientów, opracowaliśmy odpowiednie systemy płatności, które umożliwią im finansowanie zakupu nieruchomości z pomocą rządowego wsparcia w postaci Bezpiecznego kredytu 2%.

Doświadczamy wyraźnego odbudowania popytu i powrotu wielu klientów, którzy oczekiwali na rozwój wypadków. Obserwowany w tym roku wzrost cen nieruchomości i ograniczona oferta na rynku mobilizują klientów do zakupów. Co najmniej kilkadziesiąt mieszkań miesięcznie znajduje swoich nabywców. Nie wszystkie są jednak kupowane w oparciu o umowę rezerwacyjną. W przypadku gotowych mieszkań, które stanowią istotną część naszej oferty, zawierana jest umowa przedwstępna sprzedaży. Umowa rezerwacyjna wiąże się z wpłatą kaucji rezerwacyjnej, zaś umowa przedwstępna zawiera harmonogram wpłat.

Angelika Kliś, Członek zarządu ATAL

Zgodnie z przewidywaniami, od marca notujemy zwiększone zainteresowanie naszą ofertą ze strony potencjalnych nabywców. W kwietniu było to prawie o połowę więcej umów rezerwacyjnych niż w lutym czy marcu i trzy razy więcej niż w styczniu.

Lepszym nastrojom zakupowym sprzyja perspektywa rządowego programu, a także łagodniejsza polityka banków w kontekście oceny zdolności.

Popytowi i rezerwacjom mieszkań z oferty ATAL sprzyja także nasz autorski  program „Czas na mieszkanie”. Umożliwia on klientom wybór mieszkania po obowiązującej cenie i podpisanie umowy deweloperskiej z gwarancją ceny oraz transakcji. Jeżeli z różnych przyczyn klient do 28 września nie otrzyma kredytu, może od umowy odstąpić bez żadnych konsekwencji. Myślę, że bardziej przejrzystej oferty na rynku obecnie nie ma. Standardowa umowa rezerwacyjna nie zabezpiecza klienta w takim stopniu.

Wspomniany program m.in. daje gwarancję niezmienności ceny, a to właśnie obawa o dalszy wzrost cen mieszkań obecnie najbardziej motywuje nabywców. Kupujący racjonalnie zakładają, że będzie tylko drożej. Na przykład ze względu na ograniczoną podaż mieszkań, co jest efektem wstrzymania budów przez deweloperów na przestrzeni roku. Będzie to miało swój skutek także w kolejnych miesiącach, nawet do 2,5 roku, kiedy odczuwalna będzie tzw. dziura produkcyjna.

Dlatego uważam, że ze względu na wspomniane uwarunkowania warto pospieszyć się z decyzją o zakupie mieszkania.

Cezary Grabowski, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu Bouygues Immobilier Polska 

Obecnie na rynku liczba sprzedawanych lokali mieszkaniowych przewyższa liczbę tych wprowadzanych. Oznacza to, że oferta dla wszystkich klientów zmniejsza się praktycznie z tygodnia na tydzień, dlatego też osoby myślące o zakupie mieszkania finansowanego kredytem powinni decydować się na nie już teraz. Najlepszym przykładem wzmożonego zainteresowania klientów jest tempo sprzedaży naszych osiedli – od początku roku zawarliśmy 400 umów rezerwacyjnych – zarówno z klientami gotówkowymi, jak i osobami wspierającymi się kredytem. Część z nich to także osoby zainteresowane wsparciem w ramach nowego programu mieszkaniowego. Obecnie w ofercie mamy dwa osiedla, które w znacznym stopniu spełniają cenowe kryteria „Bezpieczny kredyt 2%”. Jest to Nova Talarowa na Tarchominie w Warszawie, gdzie pozostało wolnych 85 mieszkań, a także osiedle Lune de Malta w pobliżu Jeziora Maltańskiego, w Poznaniu. Tam w ofercie mamy jeszcze dostępnych 120 lokali.

Justyna Hamrol-Wasielewska, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu Eiffage Immobilier Polska

Zainteresowanie programem „Bezpieczny kredyt 2%” wzrasta z dnia na dzień. Klienci już teraz wykazują wzmożoną chęć zakupu i rezerwują mieszkania w naszych inwestycjach, by finalizować umowy w lipcu i w sierpniu. Na ten moment mamy już kilkanaście umów rezerwacyjnych, a nowych chętnych wciąż przybywa, dlatego warto już teraz podjąć decyzję. Obecnie klienci mają do wyboru mieszania w trzech naszych inwestycjach – w Poznaniu, we Wrocławiu i w Warszawie. W stolicy Wielkopolski zostało nam dosłownie kilka lokali 3-pokojowych, które odpowiadają kryteriom programu „Bezpieczny kredyt 2%”. Znajdują się one w naszej premierowej inwestycji w Poznaniu – Marcelińska 18, która cieszy się ogromną popularnością. We Wrocławiu mamy dostępnych jeszcze kilka mieszkań w Atmo na Kępie Mieszczańskiej w samym centrum miasta. Najwięcej lokali mieszczących się w kryteriach cenowych „Bezpieczny kredyt 2%” klienci znajdą w Warszawie w topowej inwestycji Kierbedzia 4 – to lokale premium zlokalizowane w prestiżowej lokalizacji na Mokotowie.

Ewa Przeździecka, Wiceprezes Zarządu Unidevelopment SA.

Z naszych obserwacji wynika, że zapowiedzi programu „Bezpieczny kredyt 2%” przyciągają do biur sprzedaży dwie grupy klientów. Pierwszą z nich są osoby posiadające zdolność kredytową, które dostrzegają w programie możliwość uzyskania realnych oszczędności dzięki ograniczeniu wysokości rat przez najbliższe 10 lat. Drugą grupę stanowią klienci, których do tej pory, przy dostępnych na rynku ofertach banków, nie było stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego.

Szczególne zainteresowanie programem zaobserwowaliśmy w marcu i w kwietniu tego roku, przede wszystkim w naszych biurach sprzedaży w Poznaniu. Widząc to zainteresowanie, przygotowaliśmy  program, w ramach którego podpisujemy z klientami umowy deweloperskie z odroczonym do 3Q terminem płatności drugiej transzy. Co istotne, oferta jest ograniczona do pilotażowej puli mieszkań, ale z możliwością zwiększenia jej w chwili, gdy poznamy dalsze detale rządowego projektu. Patrząc całościowo na rynki, na których działa Unidevelopment SA, szacujemy, że osoby chcące skorzystać programu „Bezpieczny kredyt 2%” stanowią obecnie kilka procent naszych klientów.

Dawid Wrona, Członek Zarządu w Archicom

Jako Archicom wyraźnie dostrzegamy wzmożone ożywienie rynku kredytowego już od momentu wstępnych zapowiedzi programu rządowego „Pierwsze Mieszkanie”, które miały miejsce w lutym bieżącego roku. Projekt ustawy w jego sprawie został oficjalnie przyjęty przez rząd 14 marca, co istotnie wpłynęło na dalsze pobudzenie popytu na rynku nieruchomości. W wielu przypadkach możliwość pozyskania tego rodzaju finansowania – kredytu hipotecznego na preferencyjnych warunkach – była głównym czynnikiem wpływającym na ostateczną decyzję zakupową. Przełożyło się to na podwyższoną sprzedaż deweloperów w analizowanym okresie. Archicom sprzedał w pierwszym kwartale 258 lokali, tym samym odnotowując wzrost w porównaniu do obu kwartałów drugiego półrocza 2022 r. Zainteresowanie zakupem nieruchomości w ramach wspomnianego programu pozostaje do dziś na niezmiennie wysokim poziomie. Przyjmując, że dynamika sprzedaży się utrzyma, należy zakładać, że oferta dostępnych mieszkań będzie wkrótce istotnie ograniczona, a wybór wymarzonego M stanie się utrudniony. Ze względu na termin uruchomienia programu wyznaczony na lipiec umowy rezerwacyjne zawieramy na okres maksymalnie 2-3 miesięcy.

Autor: RynekPierwotny.pl

Samorządy otrzymają stacje ładowania aut elektrycznych

6 czerwca br. startuje pierwszy w branży leasingowej ogólnopolski program grantowy dla samorządów. Projekt „Razem dla eko-zmiany” przewiduje przekazanie i utrzymanie sieci stacji ładowania pojazdów elektrycznych.
Za realizację programu odpowiadają Fundacja Santander Bank Polska wraz Santander Leasing, a do współpracy zaproszeni zostali GreenWay Polska oraz Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA).

Przedmiotem konkursu jest pełne finansowanie budowy minimum 16 stacji ładowania pojazdów elektrycznych oraz utrzymanie ich przez 2 lata. Na ten cel  została przeznaczona kwota 1 mln złotych. W programie mogą wystartować wszystkie jednostki samorządu terytorialnego, których liczba mieszkańców na dzień ogłoszenia konkursu nie przekracza 100 tys.

– Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że obecnie jedną z głównych obaw kierowców przed użytkowaniem samochodów elektrycznych jest dostępność stacji ładowania. Zwłaszcza poza autostradami i dużymi aglomeracjami. Dlatego jako przedstawiciel branży leasingowej chcemy mieć wpływ na „łatanie” białych plam polskiej sieci elektromobilności, aby te obawy zmniejszać – podkreśla Krzysztof Kowalewski, Wiceprezes Zarządu Santander Leasing. – Wierzymy, że pomoże to wpłynąć na zwiększenie liczby samochodów elektrycznych, czyli mniej spalin i mniej hałasu, tak w dużych jak i małych miastach. W miejscowościach, w których na co dzień mieszkamy, uprawiamy sport czy chodzimy na spacery – dodaje.

– Z samorządami współpracujemy od wielu lat, na różnych płaszczyznach, m.in. przez nasze programy grantowe. Tym razem mamy projekt wyłącznie dla samorządów – mówi Marzena Atkielska, prezes zarządu Fundacji Santander. Rozwój infrastruktury stacji ładowania dla samochodów elektrycznych bardzo dobrze wpisuje się w strategię ESG Grupy Santander Bank Polska, która zakłada m.in. wspieranie klientów w zielonej transformacji i aktywne promowanie działań proekologicznych. Po programie grantowym „Tu mieszkam, tu zmieniam EKO”, realizowanym przez fundację od 2020 r., to kolejna ekologiczna inicjatywa.

Prognozowane dynamiczne przyrosty polskiej elektromobilności

– Nasze doświadczenia ze współpracy z samorządami, jak budowa ładowarek miejskich w Katowicach, są bardzo pozytywne. Włączając się w proces transformacji energetycznej, samorządy mogą odegrać bardzo istotną rolę lokalnych liderów zmiany – komentuje Rafał Czyżewski, Prezes GreenWay Polska. – To właśnie w strukturach samorządowych skumulowana jest wiedza dotycząca miejscowych uwarunkowań, pozwalająca na „uszycie na miarę” lokalnej infrastruktury tak, żeby odpowiadała potrzebom mieszkańców.

Do 2030 r. łączna liczba zarejestrowanych w Polsce samochodów całkowicie elektrycznych (osobowych i dostawczych) zwiększy się do prawie miliona szt. – wynika z najnowszej edycji raportu „Polish EV Outlook”, opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych. Z opracowania wynika również, że powiększy się sieć ogólnodostępnej infrastruktury ładowania w Polsce – z ok. 5 tys. obecnie do prawie 100 tys. punktów w 2030 r.

– W latach 2019-2022 liczba ogólnodostępnych stacji ładowania w Polsce wzrosła
ok. 2,5-krotnie. Główna koncentracja infrastruktury – 56% – przypada jednak na duże ośrodki miejskie liczące powyżej 100 tys. mieszkańców. W tym kontekście kluczowe jest większe zdywersyfikowanie lokalizacji ładowarek, tak aby przyspieszyć proces rozwoju floty samochodów elektrycznych w różnych częściach kraju. Dlatego liczymy,
że do uruchomionego projektu zgłoszą się samorządy z mniejszych miejscowości
– mówi Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA.

Jak wskazują analizy PSPA, to głównie firmy rejestrują auta elektryczne. W 2022 r. przedsiębiorcy (nie wliczając jednoosobowych działalności gospodarczych) odpowiadali aż za 78 proc. rejestracji nowych, osobowych samochodów całkowicie elektrycznych – to więcej o 8% niż w roku 2021.

Stale rosnącą rolę leasingodawców w finansowaniu inwestycji w ten segment pojazdów potwierdzają ostatnie dane Santander Leasing. Jak wskazują wyniki,
do połowy maja br. dynamika udzielonego przez Spółkę finansowania pojazdów
elektrycznych wyniosła aż 144 proc. r/r. W podobnym tempie rosła liczba stacji
do ładowania w 2022 – wzrost aż o 140 proc.

Regiony o najwyższym wskaźniku elektromobilności

Elektromobilność nadal koncentruje się przede wszystkim w największych ośrodkach miejskich. Z pierwszego wydania „Polish EV Outlook 2023” wynika,
że najwięcej samochodów elektrycznych – prawie 22 proc. całej polskiej floty – zarejestrowano w Warszawie. W 2022 r. stolica odpowiadała również za ponad 21 proc. nowych rejestracji BEV. Ok. 26 proc. parku samochodów całkowicie elektrycznych zarejestrowano w miastach liczących od 300 tys. do 1 mln mieszkańców – Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Szczecinie, Bydgoszczy i Lublinie.

Wg. analizy finansowania od Santander Leasing wynika, że lista TOP 5 województw, w których przedsiębiorcy finansują najwięcej pojazdów elektrycznych to mazowieckie, wielkopolskie, dolnośląskie, małopolskie
i pomorskie.

Polskie firmy niechętnie korzystają z IoT

Internet Rzeczy efektywnie wspiera funkcjonowanie przedsiębiorstw. W Polsce korzysta z niego jedynie 3% firm produkcyjnych, choć jednocześnie wiele to planuje.

Zmniejszenie kosztów, usprawnienie transportu, ograniczenie zużycia energii, zwiększenie efektywności produkcji i skrupulatny monitoring każdego jej etapu przekładające się na optymalizację wykorzystania zasobów, poprawa bezpieczeństwa oraz jakości świadczonych usług. To korzyści, jakie przedsiębiorstwa mogą wynieść z wykorzystania Internetu Rzeczy (IoT). Mimo tego z zastosowaniem IoT w europejskich przedsiębiorstwach nie jest najlepiej, co pokazują dane Eurostatu.

Inteligentna automatyzacja filarem przemysłu 4.0, ale nie w Polsce

Digitalizacja jest jednym z wiodących trendów w gospodarce. Jednakże w niewielkim stopniu obejmuje on wykorzystanie Internetu Rzeczy w funkcjonowaniu przedsiębiorstw. Choć jak przewidują prognozy GlobalData, globalny rynek technologii IoT do 2024 roku osiągnie wartość 1,1 biliona dolarów przychodu (niemal dwukrotny wzrost w porównaniu do 2022), to jednocześnie, jak wynika z danych Eurostatu, z Internetu Rzeczy korzysta jedynie co trzecia firma w UE. Generalnie jest to domena dużych przedsiębiorstw, w którym to segmencie ok. 48% podmiotów wdrożyło tego typu rozwiązania. Wśród przedsiębiorstw produkcyjnych, jak podaje Eurostat, ten odsetek oscyluje wokół poziomu 5 proc. Jak na tym tle wypadają polscy przedsiębiorcy? Poniżej średniej. Nad Wisłą z rozwiązań IoT korzysta jedynie 19 proc. firm ogółem, a w segmencie przedsiębiorstw produkcyjnych ledwie 3 proc.

Można spodziewać się poprawy tego stanu rzeczy. Przedsiębiorstwa dostrzegają potencjał Internetu Rzeczy w obszarze poprawy efektywności biznesowej czy optymalizacji kosztów działalności. To przekłada się na dynamikę wzrostu tego rynku także w Polsce. Jego wartość, wg prognoz PMR, przekroczy w 2023 roku 10 mld zł (ok. +20% r/r).

– Polskie firmy nie boją się technologii. Nie dziwi to w kontekście faktu, że transformacja cyfrowa jest fundamentem trwającej rewolucji przemysłowej. Jednocześnie trzeba pamiętać, że inteligentna automatyzacja jest jej drugim filarem. Dlatego dane o wykorzystywaniu rozwiązań Internetu Rzeczy przez polskich przedsiębiorców, w tym firmy produkcyjne, nie napawają optymizmem. Na szczęście najnowsze badania pokazują, że co trzecie przedsiębiorstwo zamierza w perspektywie 12 miesięcy inwestować w nowe rozwiązania IoT – mówi Przemysław Saniak, konsultant w zakresie transformacji cyfrowej z Grupy Inetum, jeden z prowadzących cykl „How to avoid IoT pitfalls”.

Wdrażają oddolnie zamiast strategicznie

Na przeszkodzie we wdrażaniu inteligentnych rozwiązań staje wiele różnych kwestii, a każdy przedsiębiorca, niezależnie od sektora, w jakim funkcjonuje, musi mierzyć się z określonymi problemami związanymi z wdrożeniem Internetu Rzeczy.

– Przeszkody te najczęściej związane są z brakiem odpowiednich regulacji w firmach oraz kosztami takiej operacji. Jednocześnie brak wiedzy skutkuje tym, że rozwiązania IoT wdrażane są oddolnie, a nie jako element przemyślanej strategii rozwojowej firmy. Chcemy wyjść naprzeciw potrzebom przedsiębiorców, stąd pomysł na webinary przybliżające wiedzę co do skutecznego i strategicznego podejścia do tego zagadnienia. Przekazywana wiedza będzie bazować na wieloletnich doświadczeniach i praktycznych przykładach – komentuje Przemysław Saniak.

Jak wskazują eksperci, samo „założenie sensorów i zbieranie danych” nie wystarczy. Kluczem do sukcesu jest odpowiednie wykorzystanie danych, a do osiągnięcia tego celu niezbędna jest prawidłowo przygotowana strategia, uwzględniająca specyfikę funkcjonowania przedsiębiorstwa. Uczestnictwo w cyklu bezpłatnych webinarów, skierowanym do sektora Industrial IoT, pozwoli zdobyć praktyczną wiedzę, opartą na doświadczeniu międzynarodowych specjalistów. Inetum jest partnerem platformy IoT Cumulocity, a jej eksperci od dekady doradzają i wdrażają rozwiązania w tym obszarze. Ich doświadczenie obejmuje współpracę z firmami produkcyjnymi oraz branże m.in. automotive, retail i logistyki. Efektywność proponowanych rozwiązań doceniają partnerzy, wśród nich holenderska firma KPN, której współpraca z Inetum zaowocowała „przełożeniem potrzeb biznesowych na dobrze funkcjonujące oprogramowanie”.

Wyrok TSUE w sprawie o wynagrodzenie za bezumowne korzystanie z kapitału coraz bliżej!

Czy sprawa o wynagrodzenie za bezumowne korzystanie z kapitału znajdzie w końcu swoje rozwiązanie? Czy będzie ono pozytywne dla osób spłacających kredyt we frankach szwajcarskich? Już 15 czerwca br. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyda wyrok, na który od miesięcy czekają zarówno Frankowicze, jak i, znajdujące się po drugiej stronie barykady, banki. 

Sprawa o korzystanie z kapitału trafiła do TSUE już w zeszłym roku, ale podczas posiedzenia, które odbyło się 12 października 2022 r. Trybunał odroczył wyrok. Kwestia powraca teraz, kiedy zbliża się termin wydania orzeczenia. Będzie ono miało znaczny wpływ na dalszy przebieg sporów sądowych między Frankowiczami a bankami na gruncie kredytów denominowanych i indeksowanych do CHF.

W sprawie Frankowiczów wypowiedział się już Rzecznik Generalny TSUE – Anthony Michael Collins. 16 lutego 2023 r. przedstawił on swoją opinię, w której podkreślił, że banki nie mogą domagać się od kredytobiorców dodatkowych świadczeń, co oznacza, że nie mają one prawa żądać wynagrodzenia za korzystanie z kapitału. Prawnie przysługuje bankom jedynie zwrot od Frankowiczów kwoty udzielonego kredytu na podstawie unieważnionej umowy kredytowej. W uzasadnieniu Rzecznik wyjaśnił, że uznanie umowy kredytu hipotecznego za nieważną stanowi konsekwencję zawarcia w niej nieuczciwych warunków przez bank.

– Warto zauważyć, że Rzecznik Generalny TSUE powołał się na Dyrektywę 93/13. Potwierdził jednoznacznie, że bankom nie należy się od konsumentów wynagrodzenie za korzystanie z kapitału w związku z unieważnieniem umowy kredytu. Wskazywał ponadto, że Dyrektywa nie stoi na przeszkodzie, by Frankowicze domagali się dodatkowych świadczeń po unieważnieniu umowy. Celem tego dokumentu jest bowiem zapewnienie konsumentom bezpieczeństwa – mówi Marcin Szołajski, radca prawny i założyciel Szołajski Legal Group. – Jednak to sąd krajowy ma ustalić, czy konsumenci mogą dochodzić tego typu roszczeń w świetle polskich przepisów – dodaje.

Pozytywna opinia Rzecznika z optymizmem każe czekać na dzień 15 czerwca. Jeśli TSUE podzieli jego zdanie, Frankowicze nie będą musieli obawiać się konsekwencji unieważnienia umowy kredytu i jej rozliczenia, zaś nowe pozwy banków o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału przestaną pojawiać się w sądach.

– Jeśli TSUE orzeknie na korzyść Frankowiczów, będą oni mieli pewność, że banki nie mają podstaw do dochodzenia roszczeń za korzystanie z kapitału. Ponadto umożliwi to konsumentom dochodzenie od banku roszczeń innych niż zapłacone miesięczne raty kredytu i odsetki za opóźnienie – podkreśla Marcin Szołajski. – Niewątpliwie zachęci ich to do korzystania z praw przysługujących im jako konsumentom, ale też odstraszy banki od zawierania umów na nieuczciwych warunkach – dodaje.

W lutym 2023 r. w XXVIII Wydziale Sądu Okręgowego w Warszawie, zwanym wydziałem frankowym, zarejestrowanych było około 40 600 spraw. Ekspert prognozuje jednak, że po korzystnym dla Frankowiczów wyroku TSUE, ich liczba w całej Polsce wzrośnie. Warto dodać, że od 16 kwietnia 2023 r. pozew przeciwko bankowi można złożyć tylko w sądzie właściwym ze względu na miejsce zamieszkania Frankowiczów.

Obie zainteresowane strony czekają na wyrok TSUE. Od niego zależą bowiem dalsze losy i działania Frankowiczów.

Krach akcji Viaplay. Streaming to nie El Dorado?

Szwedzka platforma streamingowa Viaplay zaskoczyła inwestorów obniżeniem długoterminowych prognoz i zatrważającą wizją spadku zysków. Wszystko to ma miejsce w czasie, gdy firma nie generuje zysków netto i operuje przy olbrzymim zadłużeniu w relacji do swoich aktywów i pozycji gotówkowej. Firma obniżyła prognozy wzrostu sprzedaży w 2023 r. do wzrostu o 16%-17,5% r/r z poprzednio szacowanych 24%-26%. Niewiele? Wydaje się, że może to być zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Puszka pandory otwarta

Spowolnienie biznesu Viaplay ma ścisły związek z cyklicznym rynkiem reklamy. Ten znany jest z tego, że słabnie w otoczeniu niepewności gospodarczej. Nakładając presję na silnie uzależnione od koniunktury gospodarczej, zadłużone spółki. Viaplay wskazało na spowolnienie wśród swoich partnerów biznesowych i słabsze otoczenie na skandynawskim rynku. Nie bez znaczenia mogła być jednak ostatnia podwyżka cen abonamentu – konsumenci mają obecnie bardzo szeroki wachlarz wyboru platform streamingowych. Cena mogła osiągnąć pułap ‘próg bólu’. Inflacja wywiera sporą presję na dotknięte wyższymi ratami kredytów i kosztami życia budżety gospodarstw domowych. Streaming nie wydaje się wydatkiem ‘koniecznym’. Znajduje się zatem w potencjalnie pierwszej kolejności do ‘ucięcia’.

Cięcia kosztów w Viaplay trwają dłużej niż oczekiwano, przez co firma oczekuje straty rzędu 23,0 mln USD – 27,6 mln USD w bieżącym kwartale. Widać więc, że coraz ciężej jest jej ‘oszczędzać’ a w brutalnym środowisku streamingowym może to odbić się na treściach i wiązać się, z dominacją przez silniejszą konkurencję. Netflix, Disney czy Paramount. Jeśli gospodarka osłabnie jeszcze bardziej, gigant może znaleźć się w poważniejszych tarapatach. Warto mieć też na uwadzę, że w środowisku rosnących stóp procentowych koszt ciążącego w bilansie długu także rośnie. Do rentowności Viaplay daleka droga, a przy dezinflacyjnym trendzie – nie wygląda na usłaną różami.

Inwestorzy zostali zaskoczeni nagłym komunikatem, co obrazuje reakcja rynku akcji. Jeszcze w kwietniu spółka informowała, że rozpoczęła mocny rok, a popyt na streaming wygląda zdrowo mimo słabszej gospodarki. Warto podkreślić, że od samego wzrostu subskrybentów, do zamieniania abonentów na dodatnie przepływy pieniężne – daleka droga. Firma zmaga się z rosnącymi kosztami, a tworzenie wysokiej jakości treści kosztuje. Skrajna sytuacja pchnęła firmę do skrajnych rozwiązań – CEO Anders Jensen został zastąpiony przez Jorgena Madsena Lindemanna.

Mieszanka wybuchowa

Viaplay spodziewa się w II kw. przychodów na poziomie 4,5 do 4,6 mld SEK. Perspektywy biznesowe dla streamingu wciąż jednak słabną. Wysoka inflacja i ostrożność konsumentów mogą sprawić, że ożywienie w branży będzie gasnąć. Konsumenci mogą stać się coraz bardziej ‘wybredni’ i przemieszczać się między platformami, oferującymi najatrakcyjniejszy stosunek ceny do jakości usług. Rynek może zostać więc zdominowany przez kilka najbardziej odpornych firm, posiadających więcej miejsca do cięć kosztów. Na tą chwilę najlepiej ‘zarabiającą’ na streamingu spółką pozostaje Netflix.

Viaplay na koniec II kw. Spodziewa się 7,7 mln subskrypcji wobec 7,6 mln w I kw. Skromny wzrost o 100 000 nowych kont nie musi jednak przełożyć się na poprawę biznesu i wydaje się zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Rynek z zapartym tchem czeka na publikację wyników 20 lipca, wówczas firma zobowiązała się zaktualizować średnioterminowe perspektywy dla dalszego biznesu. Kluczem do sukcesu Viaplay może okazać się operowanie i wyspecjalizowanie się w niszach – bez rzucania rękawic największym gigantom. Najpierw jednak firma musi przetrwać okres zawirowań – dziś rynek dostrzega sporą szansę na katastrofę bieżącego modelu biznesowego. Dług i spowolnienie gospodarcze to mieszanka wybuchowa, kolejne giełdowe fajerwerki nie są zatem wykluczone.

Autor: Eryk Szmyd, analityk XTB

Deweloperzy wprowadzają mało inwestycji, ale za to taniej

Sprzedaż nowych mieszkań na 7 największych rynkach w Polsce w maju 2023 r. wyniosła  4,5 tys. tys. i była o 40% wyższa niż przed rokiem. Narastająco od stycznia do maja sprzedano 20,9 tys. lokali, o 9% więcej niż w tym samym czasie 2022 r. Wprowadzenia wprawdzie utrzymały się na poziomie sprzed miesiąca, ale przy przeważającej sprzedaży liczba mieszkań dostępnych do zakupu spadła już poniżej 43 tys. – wynika z najnowszych danych Otodom Analytics.

Zainteresowanie mieszkaniami nie słabnie. W 7 największych miastach po raz czwarty z rzędu sprzedaż mieszkań deweloperskich przekroczyła 4 tys. lokali. Utrzymuje się również na wciąż wysokim poziomie liczba rezerwacji, która w maju wyniosła 2,4 tys. Choć deweloperom od kilku miesięcy udaje się utrzymywać wprowadzenia na poziomie ok 3 tys./mc, to wciąż jest to wyraźnie mniej niż liczba transakcji. W pierwszych 5 miesiącach roku wprowadzili do sprzedaży 13,5 tys mieszkań, sprzedając w tym samym czasie 20,9 tys. To zaowocowało 13% spadkiem liczby mieszkań w ofercie, która na koniec maja wynosiła 42,8 tys.

Choć majowe wyniki sprzedaży deweloperów były o 7% niższe niż przed miesiącem, nie można mówić o hamowaniu rynku. Istotny wpływ na ten wynik mógł mieć w tym roku wyjątkowy układ dni wolnych na początku miesiąca. Dla wielu mieszkańców Polski długi weekend zamienił się w urlopowy tydzień. Dodatkowo jeśli spojrzymy na poszczególne miasta, to widać, że za ten gorszy wynik liczony łącznie dla wszystkich siedmiu rynków odpowiada przede wszystkim wyraźny bo 25% spadek sprzedaży na dwóch z nich: w Trójmieście i Poznaniu – komentuje Ewa Tęczak, ekspertka rynku nieruchomości Otodom.

Z danych Otodom Analytics wynika, że spadki odnotowano również w Krakowie (-7%) i Warszawie (-4%)Sprzedaż nowych mieszkań

Efekt kredytu 2% widać również po stronie podaży

Mimo tak wyraźnego spadku liczby transakcji ceny ofertowe w tych miastach utrzymały się na poziomie sprzed miesiąca a w Krakowie i Gdańsku nawet wzrosły o ok. 2%, w wyniku czego cena metra kwadratowego oscyluje tam w granicach 13 tys. zł.

Efekt kredytu 2% widać również po stronie podaży

Nie oznacza to jednak, że dla nabywców z mniej zasobnym portfelem nie ma nadziei. Wygląda na to, że efekt programu rządowego Bezpieczny kredyt 2% znalazł w końcu swoje odbicie również po stronie podaży.

Jeśli spojrzymy na średnie ceny mieszkań wprowadzanych przez deweloperów do sprzedaży, to różnice w ujęciu miesięcznym są spektakularne. Ponad 30% spadek w Łodzi i Wrocławiu i 27% w Krakowie dowodzi tego, że do sprzedaży zaczęły trafiać inwestycje, w których potencjalnymi nabywcami mogą być ci, którzy zamierzają skorzystać z rządowej dopłaty. – tłumaczy Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom Analytics.

Jak podkreśla ekspertka Otodom, fakt, że średnie ceny całkowite nowych wprowadzeń w tych miastach nie przekraczają 700 tys. zł również potwierdza tę strategię deweloperów. Najbardziej spektakularną różnicę pomiędzy średnią ceną mieszkań wprowadzonych, a tych które wciąż pozostają w ofercie widać w Warszawie i wynosi ona 2,3 tys zł/m2 (odpowiednio 12,2 tys zł/m2 i 14,4 tys zł/m2).

Mogliśmy się spodziewać, że deweloperzy zareagują na zainteresowanie nabywców z mniej zasobnym portfelem. W końcu znaczna ich część wróciła na rynek po złagodzeniu wymogów dotyczących wyliczania zdolności kredytowej. Zajęło im to oczywiście więcej czasu, bo i większa jest bezwładność działań po stronie produktu. – wyjaśnia Katarzyna Kuniewicz.

Ekspertka zauważa również, że wiązać z tym można wciąż niski poziom wprowadzeń. W końcówce ubiegłego roku po stronie popytowej dominowały przede wszystkim osoby zamożne. Te, które lokowały w nieruchomościach nadwyżki finansowe. Inwestycje, które trafiały na rynek, były przede wszystkim tymi z górnych segmentów jakościowych. Dziś deweloperzy przedstawili produkcję na tańsze mieszkania odpowiadając na potrzeby kupujących.Sprzedaż nowych mieszkań maj

Nie ma przy tym zagrożenia, że zgubią tych, którzy z kredytu z dopłatą nie zamierzają korzystać. Wysoka sprzedaż przy niskich wprowadzeniach, którą obserwujemy od 4 miesięcy dowodzi, że zapowiedź wprowadzenia ułatwień dla nabywców pierwszysch mieszkań zaktywizowała też tych, którzy za największe zagrożenie uznają potencjalny – wywołany programem rządowym – wzrost cen. Jeśli w czerwcu na rynku aktywne będą obie te grupy, spodziewać się możemy nie tylko utrzymania, ale i być może poprawy wyników sprzedażowych – ocenia Katarzyna Kuniewicz, kierująca badaniami rynku w  Otodom Analytics.

Wzrost zainteresowania kredytami mieszkaniowymi w maju 2023 r. wskazuje na ożywienie rynku

O 3,7% wzrosła wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe w maju 2023 r. – informuje BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM). Wartość Indeksu oznacza, że w maju 2023 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 3,7% w porównaniu do maja 2022 r.

W maju 2023 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 22,39 tys. potencjalnych kredytobiorców w porównaniu do 23,81 tys. rok wcześniej – jest to spadek o 6,0%. W porównaniu do kwietnia 2023 r. liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy wzrosła o 7,2%.

Średnia wartość wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w maju br. wyniosła 379,48 tys. zł i była wyższa o 10,3% w relacji do wartości z maja 2022 r. W porównaniu do kwietnia 2023 r. była niższa o 1,0%.

– Majowy odczyt BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe jest wreszcie dodatni i pokazuje, że w maju br. złożono wnioski kredytowe na wartość o 3,7% wyższą niż przed rokiem. Interpretując tę informację trzeba jednak pamiętać, że okres od maja 2021 r. aż do sierpnia 2022 r., w którym odnotowywaliśmy najniższe odczyty wartości Indeksu (był on w silnym trendzie spadkowym), tworzy on obecnie oraz aż do sierpnia niską bazę dla porównań w 2023 r. Właśnie efekt statystyczny niskiej bazy z maja 2022 r. częściowo odpowiada za dodatni majowy odczyt BIK Indeksu – PKM. Należy jednak zauważyć, że poprawa wartości Indeksu została rozpoczęta już we wrześniu 2022 r. I tak, jak pisałem przed miesiącem, symptomem trwałej poprawy sentymentu do kredytów mieszkaniowych, jest dodatni odczyt indeksu, niewidziany od marca 2022 r. – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.

– Nadal warto obserwować zachowanie dwóch komponentów Indeksu, tj. liczbę osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy oraz średnią kwotę wnioskowanego kredytu. Obniżenie wymagań co do wartości bufora na stopę procentową, jak również wzrost wynagrodzeń, których realna wartość jest coraz mniej ujemna, spowodowały wzrost zdolności kredytowej. W efekcie w maju br. średnia kwota wnioskowanego kredytu wzrosła o 10,3% w porównaniu do maja 2022 r. W mojej opinii, w obecnej sytuacji rynkowej, wskaźnikiem najlepiej pokazującym bieżącą sytuację popytu na kredyty mieszkaniowe, jest liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy. W tym aspekcie maj br. przyniósł liczbę wnioskodawców na poziomie nie widzianym od maja 2022 r. – dodaje.

– Oprócz wzrostu zdolności kredytowej jest jeszcze jeden powód wzrostu zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Jest nim rządowy program Pierwsze Mieszkanie. Z jednej strony oczekiwanie na jego rozpoczęcie w lipcu wstrzymuje decyzje o zaciągnięciu kredytu przez potencjalnych beneficjentów. Z drugiej strony, przyśpiesza decyzje tych, którzy z programu nie będą w stanie z przyczyn formalnych skorzystać. Obawiają się oni według mnie dwóch rzeczy: możliwego wydłużenia procesu oceny ich wniosków w momencie startu programu oraz wzrostu cen nieruchomości i to zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym – wyjaśnia główny analityk Grupy BIK i podsumowuje:

– Reasumując, można już z dużym prawdopodobieństwem mówić, że mocne wiosenne słońce nie tylko roztopiło lód, który zmroził popyt na kredyty mieszkaniowe, ale również na tyle ogrzewa, że popyt na kredyt mieszkaniowy zaczyna powoli rozkwitać. Jego rozkwitu w pełni możemy spodziewać się w drugiej połowie br. po podaniu „silnej odżywki” w postaci programu Pierwsze Mieszkanie.

Wzrost zainteresowania kredytami mieszkaniowymi w maju

Spadające ceny surowców światowych stymulują walkę z inflacją, ale banki centralne pozostają czujne

Ceny światowe najważniejszych surowców spadają, rosną szanse na pokonanie inflacji. Większość banków centralnych nadal pokazuje bardzo wysoką determinację w zwalczaniu inflacji, coraz bardziej przyglądając się inflacji bazowej.

W USA podstawowa stopa procentowa jest niemal identyczna z inflacją konsumencką. Kwietniowa inflacja w UE to 8,1% rok do roku, w marcu była wyższa i wynosiła 8,3%, jest więc o ponad 4 pkt. proc. wyższa od stóp procentowych EBC. Dane za maj o polskiej inflacji to 13% r/r przy podstawowej stopie NBP 6,75%, mamy więc bardzo wysoką ujemną stopę procentową.

Inflacja w USA w kwietniu 2023 r. wyniosła 4,9% r/r wobec prognozy wynoszącej 5%. Spadła wobec 5%. odnotowanych w marcu 2023 r. To w ostatnim czasie kluczowy wskaźnik dla rynków finansowych, bo od niego przede wszystkim zależy, jakie decyzje będzie podejmować amerykański Fed.

Największy wpływ na inflację konsumencką mają światowe ceny ropy naftowej. Ropa brent potaniał w ciągu trzech miesięcy o ok. 13% (po 52 tygodniach jest to spadek przekraczający 35%).

– Spadek najważniejszego surowca na świecie jest zauważalny i mocny, a ma wpływ na ceny wielu inny surowców przemysłowych i żywność – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Ropa naftowa jest więc kluczowa przy prognozowaniu inflacji. I patrząc na jej ceny sprzed roku, to inflacja powinna spadać na całym świecie.

W maju spadały ceny miedzi i rud żelaza, których znaczenie dla światowej inflacji jest mniejsze, ale ich ceny pokazują w jakim miejscu cyklu gospodarczego jesteśmy.

Dla europejskiego rynku bardzo istotne są ceny gazu, a te okazują się prawie 10-krotnie niższe niż przed rokiem.

– W sierpniu ze względu na ceny gazu w Niemczech czy Hiszpanii powinniśmy odnotować bardzo duży spadek inflacji producenckiej, co okaże się istotne dla inflacji konsumenckiej – komentuje ekspert XTB. – Spadek cen gazu dotyczy także Azji, gdzie także zgromadzono duże jego zapasy.

Niskie są już ceny zbóż, przede wszystkim pszenicy, która w USA jest znacznie tańsza niż w 2022 r. i są perspektywy na kontynuację spadków. W Europie można spodziewać się dużych zbiorów dobrej jakości.

Taniała też soja, ze względu na spadek popytu i również są perspektywy na dalsze obniżki cen.

Zmiany światowych cen sprzyjają obniżeniu inflacji, jednak zdecydowana większość banków centralnych zachowuje się bardzo ostrożnie, bo zbyt szybkie przejście do obniżania stóp procentowych może łatwo doprowadzić do odbicia inflacji,

Fed odnosząc się do inflacji 5% nie łagodnieje, jednoznacznie odwołuje się do faktu, że inflacja nadal jest na podwyższonym poziomie. Kolejny raz zaznaczył również, że cel Fedu to 2%. inflacja w USA.

Teraz bardzo istotna będzie w USA inflacja bazowa, która w marcu zaskakująco odbiła do 5,6%. W kwietniu odnotowano natomiast 5,5%, co jest odczytem zgodnym z prognozą.

Inflacja bazowa jest bardzo ważna, bo pokazuje jak istotny jest wpływa czynników wewnętrznych na inflację, której wysokie odczyty łatwo można próbować tłumaczyć przyczynami zewnętrznymi (cenami światowymi). Po spadku inflacji CPI w Polsce do 13% prawdopodobnie inflacja bazowa za maj będzie bardzo bliska inflacji ogółem.

7/10 przedsiębiorców uważa, że wysoka inflacja będzie wpływać na ich biznesy jeszcze przez minimum najbliższy rok

Dziś, w połowie 2023 r. nikt już nie dyskutuje z tezą, że wysoka inflacja wpłynęła negatywnie na portfele Polaków i sytuację finansową firm w naszym kraju. Jednak najnowszy raport Intrum, ”European Payment Report 2023” pokazuje, jak znaczący jest to wpływ. Z opracowania wynika, że inflacja uniemożliwia rozwój przeszło połowie polskich firm (56%), a 6 na 10 przedsiębiorców (62%) przyznaje, że przyjdzie im się zmierzyć z kolejną falą klientów niepłacących na czas i nigdy wcześniej tak bardzo nie obawiali się o zdolność swoich klientów do bycia terminowymi płatnikami (66%). Co więcej, 72% ankietowanych uważa, że wysoka inflacja będzie trwać jeszcze przez rok…, albo dłużej. Przedsiębiorcy jednak nie siedzą z założonymi rękoma i podejmują działania, które pozwolą ochronić płynność finansową ich firm przed skutkami inflacji. Teraz liczy się cięcie wydatków i „walka” z opóźnionymi płatnościami. O rozwoju swoich biznesów pomyślą potem.

Brak możliwości rozwoju, wyższe koszty prowadzenia firmy i opóźnianie zapłaty dostawcom, czyli skutki inflacji

Gospodarka to system naczyń połączonych. Problemy finansowe konsumentów wywołane wysoką inflacją oznaczają również wyzwania dla firm. 6 na 10 (61%) polskich przedsiębiorców pytanych przez Intrum uważa, że inflacja będzie mieć największy wpływ na to, czy ich klienci będą płacić na czas i w całości w ciągu następnych 12. miesięcy. Drugie miejsce na tej „czarnej liście” zajmują wysokie stopy procentowe (58%).

Klienci niepłacący na czas to jeden z poważniejszych problemów biznesów w naszym kraju (skarży się na niego 8 na 10 firm) i wiele wskazuje na to, że inflacja sprawi, że stanie się on jeszcze bardziej znaczący. Ale jest ona odpowiedzialna za inne „bolączki” przedsiębiorców.

Przeszło połowa z nich (56%) uważa, że nie sprostają żądaniom swoich pracowników dotyczących wyższych pensji – według deklaracji ankietowanych aż 82% pracodawców już spotkało się z prośbą o podwyżkę albo spodziewa się takich próśb w najbliższym czasie. 56% pytanych uważa, że inflacja uniemożliwia rozwój ich biznesów. 62% sądzi również, że z powodu inflacji ich firmy mają coraz większe problemy, by płacić swoim dostawcom na czas.

Wstrzymanie planów dotyczących rozwoju – czas na obniżenie kosztów!

Inflacja i spodziewana kolejna fala opóźnionych płatności, którą wywoła, zmuszają przedsiębiorców do działania. – W tej trudnej ekonomicznej rzeczywistości w szczególny sposób muszą zadbać o płynność finansową swoich biznesów. Nasze badanie pokazuje, że polscy przedsiębiorcy odkładają „na półkę” plany dotyczące dalszego rozwoju czy myślenie o rozszerzeniu swoich ofert, a skupiają się na oszczędnościach. Zadbanie o efektywność kosztową jest teraz dla nich najważniejsze – zauważa Przemysław Miłkowski, ekspert Intrum.

Jak wynika z danych Intrum, 54% przedsiębiorców deklaruje, że rozwój działalności w 2023 r. jest ważny dla ich firm, jednak są ważniejsze priorytety: poprawa płynności finansowej (78%), cięcie kosztów/poprawa efektywności finansowej (74%) oraz ograniczenie ryzyka kredytowego i poprawa zarządzania opóźnionymi płatnościami (rozwiązanie problemu klientów niepłacących na czas (73%).

Blisko 6 na 10 (58%) firm w Polsce przyznaje wprost, że ze względu na rekordowo wysoką inflację i stopy procentowe przesunęli swoje priorytety z dbania o dalszy wzrost, na zadbanie o większą efektywność kosztową. Z kolei 57% ankietowanych przedsiębiorstw uważa, że stopy procentowe będą dalej rosnąć, dlatego są ostrożne w zaciąganiu kolejnych zobowiązań finansowych i planowaniu przyszłych wydatków.

– Z biznesowego punktu widzenia wydaje się, że jest to dobry plan, bo chodzi o działania, które pozwolą firmom przetrwać trudny czas. W czasie kryzysu, w pierwszej kolejności trzeba zadbać o to, aby sytuacja finansowa firmy nie pogorszyła się dodatkowo. Ciecie kosztów jest rozwiązaniem, ale ważne jest także to, by firma nie cierpiała z powodu start kredytowych, których źródłem są klienci płacący po terminie. Dlatego oprócz oszczędności ważne jest wdrożenie rozwiązań, które pozwolą w efektywny sposób zarządzać opóźnionymi płatnościami – podpowiada Przemysław Miłkowski, ekspert Intrum.

Wśród nich pierwsze miejsce zajmuje niedopuszczanie do sytuacji, kiedy to opóźniona płatność od klienta zmieni się w należność, której nie można odzyskać – czyli skupienie się na tzw. wczesnych zaległościach (74%) i współpraca z firmami windykacyjnymi (30%).

O raporcie:

Raport ”European Payment Report 2023” bazuje na badaniu, które zostało przeprowadzone jednocześnie w 29 krajach Europy w okresie od listopada 2022 r. do marca 2023 r. W badaniu wzięło udział łącznie 10 556 firm reprezentujących 15 branż. W Polsce w badaniu uczestniczyło 500 przedsiębiorstw.

Miliony złotych przepadły w rzeszowskiej piramidzie finansowej. W czerwcu mogą zapaść pierwsze wyroki

Jeszcze w tym miesiącu Sąd Okręgowy w Rzeszowie ma zająć się sprawą piramidy finansowej spółek z grupy Madmag. Rozpoznany zostanie wniosek o skazanie bez rozprawy dwóch oskarżonych. Według prawników, to właściwy moment na podjęcie czynności przez osoby pokrzywdzone, których jest ponad 400. Wartość szkody opiewa na kwotę przeszło 20 mln zł. Jak podkreślają eksperci, zawsze jednak istnieje ryzyko, że nie uda się odzyskać środków. W tym przypadku poszkodowani z całej Polski zawarli umowy inwestycyjne crowdfundingu. Wpłacali nawet do kilkuset tysięcy złotych. Otrzymywali odsetki, ale jak ustalili śledczy, pochodziły one z wpłat dokonywanych przez kolejne osoby.

Wkrótce mogą zapaść pierwsze wyroki skazujące w sprawie piramidy finansowej spółek z grupy Madmag. W marcu br. Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie zakończyła śledztwo i wniosła akt oskarżenia przeciwko 10 osobom. Wraz z nim został złożony wniosek o skazanie bez rozprawy dwóch oskarżonych i orzeczenie ustalonej z nimi kary. Pod koniec czerwca Sąd Okręgowy w Rzeszowie ma go rozpoznać. W przypadku pozostałych oskarżonych będzie toczyło się postępowanie sądowe.

– Pokrzywdzeni, którzy są właściwie z całej Polski, powinni teraz podejmować określone czynności, celem ochrony swoich interesów w tych postępowaniach, w szczególności wstępować do postępowań w charakterze oskarżycieli posiłkowych i składać wnioski o naprawienie szkody. Według naszej wiedzy, postępowania cywilne, które były prowadzone przeciwko spółkom z grupy Madmag, zakończyły się brakiem możliwości wyegzekwowania należności z uwagi na brak majątku spółek – komentuje adwokat Milena Mocarska z kancelarii MBM Legal.

Wniosek w trybie art. 335 k.p.k. złożony do sądu dotyczy dwóch oskarżonych, co podkreśla mec. Mocarska. Według niej, istnieje duża szansa na uwzględnienie przez sąd wniosków oskarżonych, gdyż przyznali się do popełniania zarzucanych im czynów. Jednakże pokrzywdzeni mają prawo wyrażenia sprzeciwu wobec skazania bez rozprawy. Wyrok skazujący, wydany bez przeprowadzenia rozprawy, może obejmować również obowiązek naprawienia szkody, dlatego jest to właściwy moment na podjęcie czynności przez osoby pokrzywdzone.

– Poddanie się karze przez kilku sprawców nie zamyka drogi do odzyskania środków od tych oraz innych oskarżonych. Osoby, które nie przyznają się do winy i zdecydowały się na postępowanie sądowe, zyskają kilka lat. Postępowanie w tej sprawie z pewnością będzie trwało długo – dodaje adwokat.

W tym przypadku pokrzywdzonych jest ponad 400 osób. Wartość szkody opiewa na kwotę ponad 20 mln zł. Jak przekonują prawnicy, zawsze istnieje ryzyko, że nie uda się odzyskać środków. Nie wiadomo, jaka jest wartość zabezpieczonego przez prokuratora majątku spółek, a także jakimi majątkami dysponują oskarżeni. Jest to jednak ostatni sposób i ostatnia szansa na to, żeby podjąć próbę odzyskania pieniędzy.

– Inwestorzy zawierali ze spółkami z grupy umowy inwestycyjne crowdfundingu, na podstawie których wpłacali określoną kwotę, od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych. Ona miała im zostać zwrócona po 12-24 miesiącach, a ponadto spółka deklarowała wypłacać co 3 miesiące odsetki od inwestycji. Jednak pieniądze kontrahentów były wyprowadzane, nie inwestowano ich w żadne aktywa. Spółki z grupy Madmag nie prowadziły też żadnej działalności – dodaje mec. Mocarska.

Jak ustalono w toku postępowania prokuratorskiego, odsetki były wypłacane ze środków inwestowanych przez kolejne osoby. To sprawiało, że dany podmiot wydawał się wiarygodny. Wiele osób zadowolonych z faktu, że uzyskuje odsetki, zawierało kolejne umowy i lokowało dalsze środki w tę inwestycję.

– Piramida finansowa jest oszustwem, w którym inwestorowi proponuje się prowadzenie dystrybucji jakiegoś produktu na rynek. Ale rzeczywisty zysk jest uzyskiwany nie ze sprzedaży tego produktu, a ze sprzedaży nowych dystrybutorów. Zakładanie, prowadzenie lub propagowanie tego typu systemów wśród konsumentów jest wymienione wprost na czarnej liście nieuczciwych praktyk rynkowych, znajdujących się w art. 7 ustawy z dnia 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym. Potencjalnych inwestorów zachęca zazwyczaj obietnica ponadprzeciętnie wysokich i szybkich zysków – podkreśla adwokat Jacek Mikołajonek z kancelarii MBM Legal.

Przy okazji tego tematu, eksperci zwracają uwagę na specyfikę działania piramid finansowych. One, by móc funkcjonować, potrzebują stałego wzrostu liczby uczestników oraz dopływu nowych środków finansowych. Jak stwierdza mec. Mikołajonek, nieświadomym klientom przedstawia się wizję ponadprzeciętnych zysków, osiąganych często w krótkim okresie i przy minimalnym ryzyku. To pierwszy sygnał ostrzegawczy. Według eksperta, ponadprzeciętny zysk musi wiązać się z naprawdę dużym ryzykiem, co może oznaczać możliwość utraty nawet całości zainwestowanego kapitału.

– Okoliczności, które powinny wzbudzić naszą szczególną uwagę, to m.in. niewielki kapitał własny podmiotu przyjmującego środki finansowe. Do tego dochodzi brak złożonych sprawozdań finansowych w KRS, ewentualnie złożenie ich z dużym opóźnieniem. Znaczenie mają też osoby zaangażowane w przedsięwzięcie inwestycyjne, a więc reprezentujące podmiot przyjmujący środki finansów. Należy zachować ostrożność, zwłaszcza jeśli miały wcześniej problemy z prawem lub ich nazwiska pojawiają się w kontekście niejasnych czy nieudanych innych przedsięwzięć inwestycyjnych – podsumowuje adwokat Milena Mocarska.

Polska płaci 1,7 mld zł podatku od plastiku rocznie

Zgodnie z danymi Ellen MacArthur Foundation, tylko 2% tworzyw sztucznych jest przetwarzanych w zamkniętym obiegu – co oznacza, że cała reszta tworzyw sztucznych nie jest poddawana recyklingowi i trafia na wysypiska lub do spalarni. Dlatego potrzeba dobrych rozwiązań dla poradzenia sobie z tym problemem. W Europie to przekłada się na podatek od plastiku. l Polska płaci 1,7 miliarda złotych rocznie podatku od plastiku – dlatego trzeba jak najszybciej wdrażać systemy, które pomogą zmniejszyć tę kwotę i lepiej zagospodarować tworzywa sztuczne.

– Możemy mówić o systemie kaucyjnym, którego wprowadzenie pozwoliłoby zebrać 90% butelek PET. To dałoby oszczędności rzędu 400 milionów złotych rocznie w wyniku mniejszego podatku od plastiku – powiedziała serwisowi eNewsroom.pl podczas Kongresu Retail Trends 2023 Anna Sapota, Vice President Public Affairs Eastern Europe North, TOMRA. – To wymierne korzyści, które z jednej strony pozwolą lepiej gospodarować tworzywami sztucznymi, a z drugiej strony przełożą się na oszczędności z tytułu podatku płaconego przez Polskę. Co roku marnujemy w Polsce 3,6 miliarda sztuk butelek PET. Trafiają one do środowiska, na składowiska i wysypiska. Właśnie te 3,6 miliarda możemy przełożyć na możliwość zagospodarowania, stworzenie nowych miejsc pracy i budowę nowego strumienia recyklingu. Problem z tworzywami sztucznymi dotyka nas wszystkich i wymaga działań zarówno ze strony rządu, jak i społeczeństwa. Należy szukać rozwiązań, aby przetwarzać tworzywa sztuczne w sposób efektywny i zapobiegać ich składowaniu na wysypiskach – dodaje Sapota.

Podatku od zrzutek nie będzie

Po kilku miesiącach walki o niewprowadzanie nowego podatku od zbiórek w internecie, społeczność crowdfundingowa, w tym setki tysięcy potrzebujących w Polsce, może w końcu odetchnąć i powiedzieć – udało nam się. Bowiem Prezydent RP podpisał ustawę SLIM VAT 3, usuwającą wprowadzony podatek od zrzutek, który miał zacząć obowiązywać już od 1 lipca 2023 r. 

Feralna ustawa deregulacyjna od początku jej procedowania powodowała wiele kontrowersji i zarzutów, że rząd zaplanował dodatkowo opodatkować najbardziej potrzebujących, cierpiących i będących w nieszczęściu. A zbiórki to często ostatnia deska ratunku dla tysięcy potrzebujących np. na drogie leczenie, pogorzelców, ludzi, których dotknęło życiowe nieszczęście czy po prostu pasjonatów sportu, kultury lub przedsiębiorczości, którzy mają marzenia, ale nie mogą ich zrealizować ze względu na brak środków finansowych. A o tym, że jest to spory rynek, świadczą liczby. W latach 2008-2021, Polacy zrzucili się w ramach crowdfundingu na łączną kwotę 3,5 miliarda złotych. A tylko w 2022 roku wartość tego rynku przekroczyła 1,1 miliarda złotych, wynika z danych zrzutka.pl. Jednak w bieżącym roku, wysoka inflacja i ubożenie społeczeństwa spowodowało, że finansowanie społecznościowe w Polsce odnotowuje regres. Dlatego też, wprowadzenie nowych obciążeń fiskalnych od zrzutek, spowodowałoby załamanie się tego rynku w jeszcze większym stopniu, a dla wielu potrzebujących oznaczałoby ograniczenie lub brak środków np. na leczenie.

Długa i kręta droga zmian w przepisach

Przypomnijmy, że przyjęta 26 stycznia br. przez Sejm tzw. ustawa deregulacyjna zakłada, że zostają wprowadzone nowe limity dla darowizn, w tym dla zrzutek internetowych. Nowy limit dla wpłat od wielu osób trzecich został ustanowiony na poziomie 54 180 zł. W przypadku przekroczenia powyższego progu, obdarowani muszą zapłacić podatek od spadku i darowizn w wysokości 12% do kwoty 11 128 zł, 16% od wartości nadwyżki w przypadku darowizny o wartości w przedziale 11 128 zł do 22 256 zł, oraz 20% od nadwyżki ponad 22 256 zł otrzymanych donacji. Z danych zrzutka.pl, wynika że około 70% wpłat crowdfundingowych zostałoby zatem objęte nowym podatkiem.

Następnie w lutym br. ustawa ta została w całości odrzucona przez Senat. Z kolei, w kwietniu ’23 Sejm odrzucił weto wyższej izby parlamentu, czym spowodował, że ustawa z niewłaściwymi zapisami na temat podatku od zbiórek została podpisana przez Prezydenta RP, przez co weszła w życie. Jednak w związku z wprowadzonym vacatio legis, jej faktyczne skutki miały zacząć obowiązywać od 1 lipca 2023 r.

Równolegle, w związku z falą krytyki rządu wyrażoną przez opinie publiczną oraz burzą medialną, która przetoczyła się właściwie przez wszystkie media w lutym br., Sejmowa Komisja Finansów Publicznych zajęła się pracami nad złagodzeniem skutków nowego podatku od zrzutek, w ramach prac nad uproszczeniami dla przedsiębiorców w ustawie o VAT, tzw. SLIM VAT 3. Zaproponowała ona zmianę, dzięki której miały zostać zachowane dotychczasowe przepisy w zakresie podatku od zrzutek. Nowela tej ustawy o VAT nie zawierała zbiorczych limitów w podatku od spadków i darowizn, które wprowadza aktualizacja ustawy deregulacyjnej z 26 stycznia 2023. Prezydent Andrzej Duda właśnie podpisał ustawę z dnia 26 maja 2023 r. o SLIM VAT 3. W efekcie, w życie weszły przepisy, dzięki którym nie będzie podatku od zrzutek.

– Cieszymy się, że byliśmy inicjatorami tego protestu. Od początku wskazaliśmy, że wprowadzenie dodatkowych obciążeń fiskalnych od zbiórek internetowych było bardzo złym rozwiązaniem. Nowy podatek zabiłby ostatnią nadzieję wśród tysięcy potrzebujących i w krótkim czasie wpłynąłby bardzo niekorzystnie na cały rynek finansowania społecznościowego. Dlatego też, wprowadzenie nowego podatku od zrzutek, nigdy nie powinno było mieć miejsca. – mówi Tomasz Chołast, członek zarządu zrzutka.pl. – Kilkumiesięczna walka o niewprowadzanie nowego podatku od zrzutek, zakończyła się sukcesem, wraz z podpisem Prezydenta RP pod ustawą Slim VAT 3. –  dodał Chołast z zrzutka.pl.

W kogo daniną od zrzutek?

Zmiany podatkowe, które miałyby zacząć obowiązywać od początku lipca br., dotknęłyby osoby fizyczne prowadzące zbiórki na własną rękę – zarówno kanałami prywatnymi, jak i za pośrednictwem platform crowdfundingowych. Bez znaczenia był także charakter zbiórek, tzn. czy byłyby one na cele takie jak leczenie czy na usunięcie skutków nieszczęścia (wypadek, pożar). To co warto podkreślić to fakt, że dla beneficjentów takich zbiórek, nowy podatek oznaczałby duże obciążenie finansowe (do 20% od zebranych kwot) oraz, dodatkowo, formalne (polegające na rozliczeniu wpłat z właściwym urzędem).

Brak dodatkowych podatków od zbiórek internetowych, był nie tylko zgodny z obietnicą premiera Morawieckiego wyartykułowaną w lutym br., ale jest po prostu wymogiem chwili. Na sektor, który pomaga niwelować skutki nieszczęść, nie mogą być nakładane dodatkowe obciążenia fiskalne. Dlatego, tak ważnym było i jest,  zachowanie obowiązującego dotychczasowego porządku prawnego w podatkach od zrzutek. I udało się tego dokonać.

Praca stanie się luksusem?

Postępujące zmiany technologiczne sprawiają, że za chwilę wiele zawodów może przestać istnieć. Czy coś dobrego może z tego wyniknąć? Jak przygotować się na rozpoczynającą się rewolucję na rynku pracy – tłumaczy Alicja Kotłowska, ekspertka ds. zarządzania z Uniwersytetu SWPS.

Zmiany technologiczne postępują tak szybko, że według przewidywań do 2025 roku ludzie i maszyny będą wykonywać pracę w podobnym wymiarze czasu (SFE, 2020, s.5). Tylko 40 procent zadań związanych z informacją i przetwarzaniem danych będzie wykonywanych przez ludzi. Nawet 30 procent komunikacji oraz procesów decyzyjnych, które wydają się ściśle związane z ludzkimi umiejętnościami, będą realizowały maszyny.

Walczymy o likwidację, czy o obronę ludzkiej pracy?

Obecnie widzimy dwoiste podejście do kolejnej rewolucji technologicznej. Z jednej strony, pozytywnie ocenia się perspektywę likwidacji pracy – tej ciężkiej (w magazynie), żmudnej (przy), nudnej (przy taśmie produkcyjnej), niebezpiecznej (w kopalniach), męczącej (za kierownicą na trasie). Z drugiej strony, kiedy sztuczna inteligencja zagroziła pracy artystów, grafików, ilustratorów, tłumaczy, księgowych, edytorów i innych zawodów często wykonywanych z pasji i powołania, coraz więcej osób wzywa o obronę pracy, wykonywanej przez ludzi. List otwarty wzywający do wstrzymania prac nad sztuczną inteligencją podpisało wielu prominentnych naukowców i przedsiębiorców.

Likwidujemy ciężką pracę, ale wprowadzamy BDP

W marcu 2020 r. badania przeprowadzone w 27 krajach Unii Europejskiej pokazały, że aż  71 procent Europejczyków popiera wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego (UO, 2020). Pozwoliłoby to na zapewnienie środków do życia osobom, których zastąpiłyby maszyny.

Obecnie testowane są programy pilotażowe BDP w Polsce, Niemczech, Hiszpanii, Walii. Świat bez pracy staje się coraz bardziej realny i jest powodem do radości dla ludzi, którzy myślą o pracy jak o kuli u nogi, niewolnictwie, przymusie, bezsensownym obowiązku.

Jednak dla wielu pracowników praca spełnia funkcję nie tylko ekonomiczną i zarobkową, ale jest także platformą do kontaktów społecznych i daje możliwość samorealizacji. Jeśli inteligentne maszyny będą wykonywać coraz więcej prac, czy ludzkości grożą „nuda, występek i ubóstwo” (Wolter, Kandyd)? Czy nasze obawy są uzasadnione?

Świat bez pracy w świecie sztucznej inteligencji

Strach przed światem bez pracy nie jest niczym nowym. Historia poprzednich rewolucji technologicznych uczy nas, że w momencie transformacji systemowej na rynku pracy pewne zawody zanikają, ale pojawiają się nowe. Jeszcze w XVIII w. większość ludzi trudniło się rolnictwem. W wyniku rewolucji przemysłowej ludzie masowo tracili pracę na roli, ale znajdowali ją w fabrykach i w miastach. Podobnie, kiedy znaczenie przemysłu zaczęło maleć w związku z postępem technologicznym, tracili zatrudnienie w kopalniach, fabrykach, ale nowe miejsca pracy tworzyły się w sektorze usług. Wielu naukowców przewiduje, że w przypadku obecnej rewolucji 4.0 i 5.0 możemy spodziewać się utraty znacznej części zawodów i prac. Jednak spodziewany jest także przyrost prac w innych dziedzinach, których jeszcze nie możemy nawet sobie wyobrazić. Światowe Forum Ekonomiczne szacuje, że do 2025 r. 85 milionów miejsc pracy może zniknąć w wyniku automatyzacji, digitalizacji i rozwoju sztucznej inteligencji. Jednocześnie prognozuje się powstanie zapotrzebowania na 97 milionów nowych miejsc pracy, które wymagają zupełnie innych kwalifikacji i kompetencji.

Technologiczne bezrobocie

Już John Keynes pisał o zjawisku „bezrobocia technologicznego”, czyli utracie prac w wyniku zastosowania nowych technologii. Jednak uważał, że innowacje technologiczne zastępujące pracę nie prowadzą do długoterminowych zmian w stopie zatrudnienia i bezrobocia w krajach uprzemysłowionych.

Wpływ dzisiejszych technologii cyfrowych na rynek zatrudnienia rodzi trzy pytania. Czy będzie wystarczająco dużo miejsc pracy dla ludzi? Gdzie będą tworzyły się nowe miejsca pracy? I czy rekompensata za utratę posady będzie wystarczająco wysoka, aby uniknąć wzrostu ubóstwa i nierówności?

Wyzwania, jakie stwarzają nowe technologie, nie polegają tylko na likwidacji miejsc pracy, ale także na tym, że zbyt mało pracowników ma umiejętności potrzebne do obsadzenia nowych stanowisk. Na przykład upowszechnienie się samochodu sprawiło, że dorożkarze tracili zajęcie i, aby utrzymać dochody, musieli się przekwalifikować. Czy jednak wielu dorożkarzy to urodzeni mechanicy samochodowi? Niestety, zmiana zawodu, kwalifikacji i dostosowania się do nowych technologii nie jest łatwa. Podobnie dziś kierowcy samochodów obawiają się upowszechnienia automatycznych aut, które pozbawią pracy miliony ludzi. Czy wielu kierowców ciężarówek odnajdzie się w świecie, w którym potrzebne są kompetencje cyfrowe i umiejętność programowania? Wiemy, że nie, dlatego też w 2020 r. ruszył globalny program pod egidą Światowego Forum Ekonomicznego „Rewolucja Przekwalifikowania” (Reskilling Revolution), mający na celu zapewnienie miliardowi ludzi lepszego wykształcenia, nowych umiejętności, cyfrowych kompetencji w nowym świecie, w którym będziemy pracować z robotami (SFE, 2023). W długoterminowej perspektywie pracy nie powinno zabraknąć, jednak okres transformacji może być bolesny dla wielu pracowników.

Brońmy pracy ludzkiej przed dominacją sztucznej inteligencji

Jeszcze do niedawna automatyzacji ulegały najprostsze prace fizyczne i nieskomplikowane rutynowe zadania, uwalniając nas od nudnej i ciężkiej pracy. Jednak ostatnie wynalazki takie, jak ChatGPT, humanoidalny robot Sofia oraz Aida, sprawiły, że inteligentne maszyny mogą wykonywać także skomplikowane zadania wymagające funkcji kognitywnych, kreatywnych, decyzyjnych. Nagle okazało się, że nie mówimy już tylko o prostych fizycznych pracach w fabryce, ale o pracy księgowego, radiologa, grafika, tłumacza, a nawet prawnika i terapeuty. Rozwój sztucznej inteligencji może zagrozić tzw. endowment of human capital, czyli przyrodzonej zdolności człowieka do pracy i zarabiania pieniędzy, aby poprawiać swoje życie i realizować potrzeby. Jeśli udział człowieka w kreowaniu produktów i usług będzie malał na rzecz maszyn, przyrodzona zdolność człowieka do pracy straci na wartości w oczach właścicieli kapitału. Nieregulowany  rozwój sztucznej inteligencji może oznaczać wzmocnienie pozycji i władzy w nielicznych rękach właścicieli kapitału technologicznego. Ekonomiści tacy, jak Paul Krugman i Tyler Cowen nazywają to capital-biased technological change. W tym scenariuszu świata pracy pracownik może utracić podstawowe narzędzie nacisku na pracodawcę – czyli strajk. To właśnie przez zaprzestanie pracy pracownicy od stu lat pokazują swoją wartość i negocjują lepsze warunki. Strajk to mocny argument.

Podsumowanie

Przed nami dwa zasadnicze wyzwania. Po pierwsze walka o ochronę ludzkiej pracy i godne miejsce dla człowieka pracującego u boku inteligentnych maszyn. Od wielu lat wizja, zgodnie z którą roboty i maszyny zastąpią ludzi w pracy, jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze i pojawia się w licznych książkach i filmach. Jednak Według Thomasa Malone’a z MIT, pioniera badań nad zbiorową inteligencją, nadzieją nie jest zastępowanie człowieka maszyną, ale współpracę  ludzi i maszyn, by stworzyć tzw. Superminds, czyli cyberludzkie systemy, w których ludzie i maszyny pracują razem. Jednocześnie, każdy z nas powinien zastanowić się, czym jest dla nas praca, bo niedługo być może nie będzie postrzegana jako konieczność, a nawet przymus, ale przywilej.

Małoletni na etacie. O czym powinni wiedzieć rodzice?

57 proc. pracodawców deklaruje, że dałoby szansę osobie nieletniej i zatrudniło ją np. na wakacje i z chęcią zrobi to, gdy będzie szukało kogoś na etat, wynika z badania Grupy Progres. W krajach zachodnich pracujący nastolatek nikogo nie dziwi. W Polsce ten widok nie jest jeszcze powszechny – z danych CBOS wynika, że co piąty uczeń szkoły ponadpodstawowej podejmował w wakacje etat. Większość nadal nie robi tego, mimo że prawo im na to pozwala. Przepisów dot. zatrudniania nieletnich nie znają również rodzice. Warto jednak wiedzieć, na jaką ochronę prawną mogą liczyć ich pociechy.

Otwartość na aktywność zawodową młodych ludzi w Polsce jest duża – pracę nastolatków powyżej 16 roku życia popiera 87 proc. ankietowanych przez CBOS, a 33 proc. przychylnie wyraża się o zatrudnianiu osób w wieku 13-15 lat. Na niepełnoletnich pracowników pozytywnie patrzą też przedsiębiorcy – co drugi jest gotowy na ich zatrudnienie (wg. badania Grupy Progres). Zajęć na rynku nie brakuje, a według statystyk Grupy Progres młodzież najczęściej szuka możliwości zarobku sezonowego w sektorze HoReCa, handlu, rolnictwie i ogrodnictwie oraz przy roznoszeniu ulotek czy opiece nad zwierzętami. Zainteresowanie zarobkiem przed wakacjami widać również w sieci. Grupa „Praca dla młodych, nieletnich i studentów (CAŁA POLSKA)” aktywna na Facebooku od kwietnia 2021 liczy ponad 70 tys. członków i tylko w ostatnim tygodniu maja br. dołączyło do niej ponad 1 tys. osób. W maju pojawiło się na niej 1390 postów dot. zarobkowych zajęć dla młodych ludzi. Ci muszą być jednak zatrudniani na określonych zasadach oraz przy pracach, które nie są dla nich zabronione ustawowo.

– Według obowiązujących przepisów dawanie pracy młodocianym między 15 a 18 r. ż. jest możliwe, jeśli ukończyli oni co najmniej ośmioletnią szkołę podstawową, przedstawią świadectwo lekarskie stwierdzające, że praca danego rodzaju nie zagraża ich zdrowiu – mówi Martyna Curyło, Radca Prawny, Kierownik Działu Prawnego Grupy Progres. – Osoba, która nie ukończyła ośmioletniej szkoły podstawowej i która nie ma 15 lat, może być zatrudniona na zasadach określonych dla młodocianych wyłącznie w celu przygotowania zawodowego w formie przyuczenia do wykonywania określonej pracy – dodaje Martyna Curyło.

Osoba, która ukończyła ośmioletnią szkołę podstawową, ale nie ma jeszcze 15 lat może być zatrudniona na zasadach określonych dla młodocianych w roku kalendarzowym, w którym kończy 15 lat. Bez żadnej zgody ani opinii może więc być zatrudniona na podstawie umów o naukę zawodu, przyuczenie do wykonywania określonej pracy i o wykonywanie prac lekkich.

Natomiast osoba, która ukończyła ośmioletnią szkołę podstawową, w okresie poprzedzającym rok, w którym osiągnęła 15 lat, może być zatrudniona tylko na podstawie umowy o naukę zawodu i to pod warunkiem wyrażenia zgody przez jej przedstawiciela ustawowego lub opiekuna prawnego oraz uzyskania pozytywnej opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej.

Niezależnie od zasad zatrudnienia pracowników młodocianych przepisy umożliwiają w pewnych sytuacjach i po spełnieniu określonych warunków zlecenie wykonania pracy lub innych zajęć zarobkowych dziecku przed ukończeniem przez nie 16. roku życia. Dotyczy to działalności kulturalnej, artystycznej, sportowej lub reklamowej.

– Chęć zatrudnienia nastolatków i sam fakt podjęcia takiego działania to dopiero początek drogi. Trzeba pamiętać, że prawo wymaga stosowania się do zasad regulujących pracę małoletnich – mówi Martyna Curyło z Grupy Progres. – Trzeba zapewnić im opiekę i pomoc niezbędną do przystosowania się do właściwego wykonywania pracy, prowadzić ewidencję młodocianych pracowników, a w przypadku tych zatrudnionych na podstawie umowy o pracę – pamiętać, że podlegają oni ubezpieczeniom społecznym na takich zasadach jak inni pracownicy – podkreśla.

Inne z ważnych zasad, których muszą przestrzegać przełożeni to m.in. czas pracy. Młodociany nie może pracować więcej niż 8 godzin na dobę, a jeśli nie skończył on jeszcze 16. roku życia – 6 godzin. Wymagane są również przerwy. Jeżeli dobowy wymiar czasu pracy młodocianego jest dłuższy niż 4,5 godziny na dobę, to ma on prawo do odpoczynku trwającego nieprzerwanie 30 minut i wliczanego do czasu pracy. Młodzież nie może brać nadgodzin i pracować w porze nocnej (pomiędzy godzinami 22:00 a 6:00, a w szczególnych przypadkach – zwłaszcza młodocianego, który nie ukończył 15 lat – pomiędzy godzinami 20:00 a 6:00).

Jeśli młody pracownik poprosi o nieprzerwany odpoczynek, to ma do niego prawo w wysokości co najmniej 48 godz. tygodniowo, wolny czas powinien obejmować niedzielę. Co więcej, przysługuje mu też dłuższy urlop – po upływie 6 miesięcy od rozpoczęcia pierwszej pracy w wymiarze 12 dni roboczych, a po roku pracy – w wymiarze 26 dni roboczych.

– Dawanie szansy ludziom młodym i pozwalanie im na zdobywanie pierwszych doświadczeń zawodowych to dobry kierunek, w którym powinni zmierzać polscy pracodawcy. Wszystko musi być jednak zgodnie z obowiązującymi przepisami, a z moich obserwacji wynika, że niestety nie zawsze tak się dzieje – podsumowuje Martyna Curyło.

Zatory płatnicze i zamrożone pieniądze podcinają skrzydła JDG-om

Połowa mikrofirm dobrze ocenia swoją stabilność finansową. Wśród branż wybija się pod tym względem produkcja. Przedsiębiorcy, którzy źle postrzegają swoją kondycję biznesową, przyznają, że w ciągu minionego roku musieli ciąć koszty z powodu zatorów płatniczych. Najczęściej rezygnowali z działań reklamowych. Dodatkowym utrudnieniem dla mikrofirm są pieniądze zamrożone w fakturach. Jedynie co 4. nie musi czekać na płatności, bo rozlicza się z klientami za gotówkę. To wnioski, jakie płyną z badania NFG „Barometr wydatków firmowych”.

Mikrofirmy stanowią 97 proc. wszystkich przedsiębiorstw niefinansowych w Polsce – jest ich około 2,2 mln. Wytwarzają 30 proc. produktu krajowego brutto, dając zatrudnienie 4,2 mln osób. Ich kondycja finansowa jest papierkiem lakmusowym całej gospodarki. Jeśli tak na to spojrzeć, to polska gospodarka ma się całkiem nieźle. Ponad połowa mikrofirm (53,9 proc.) biorących udział w badaniu NFG „Barometr wydatków firmowych” ocenia swoją stabilność finansową jako „zdecydowanie dobrą” lub „raczej dobrą”. Przeciwnego zdania jest 14,6 proc. jednoosobowych działalności gospodarczych, które wskazały odpowiedź „raczej źle” lub „zdecydowanie źle”. Nieco inaczej wygląda sytuacja, kiedy spojrzymy na te oceny z perspektywy kluczowych sektorów gospodarki.

Minorowe nastroje w handlu, umiarkowany optymizm w transporcie

Najwięcej negatywnych wskazań płynie ze strony mikrofirm handlowych – co 5. źle ocenia swoją kondycję biznesową, a tylko co 2. może wypowiedzieć się o niej pozytywnie. Za negatywnymi ocenami jednoosobowych działalności handlowych stoi co najmniej kilka czynników: malejąca konsumpcja i wysokie koszty działalności, bardzo długie terminy płatności na fakturach, zatory płatnicze i wzajemne zadłużenie w tym sektorze.

– Branża handlowa jest najbardziej zadłużoną gałęzią polskiej gospodarki. Suma przeterminowanych zobowiązań finansowych w tym sektorze wynosi blisko 2,2 miliarda złotych, a ponad połowę tej kwoty stanowi zadłużenie jednoosobowych działalności gospodarczych. Już niemal co trzecie przedsiębiorstwo wpisane do KRD to JDG – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, i dodaje: – Częstym zjawiskiem w branży handlowej jest wstrzymywanie zapłaty w oczekiwaniu na pieniądze od kontrahenta. W efekcie mamy tu jeden z najwyższych wskaźników wzajemnych długów branży, które obecnie wynoszą ponad 300 milionów złotych, a długi samych hurtowni, którym nie płacą detaliści czy przedsiębiorcy z innych sektorów, to już ponad miliard złotych.

Tuż za handlem w gronie pesymistów znalazły się jeszcze mikrofirmy z branży usługowej (15 proc. negatywnych odpowiedzi) i budowlanej (14 proc. negatywnych odpowiedzi). Przy czym branża usługowa ma jednak dużo, bo prawie 2/3, pozytywnych wskazań.

Na drugim biegunie pod względem oceny własnej sytuacji finansowej, są sektory, o których można powiedzieć, że panuje w nich umiarkowany optymizm: to transport i produkcja. Dodatkowo w transporcie, oprócz względnie wyważonych pozytywnych i neutralnych odpowiedzi, nie pojawiły żadne skrajnie negatywne oceny, świadczące o „zdecydowanie złej” kondycji finansowej.

JDG-i czekają na pieniądze z faktur

Klasyczną formą rozliczenia pomiędzy przedsiębiorstwami jest kredyt kupiecki. Jednak takie rozwiązanie nierzadko sprawia, że przedsiębiorcy muszą czekać wiele tygodni, a nawet miesięcy na pieniądze od kontrahentów, mimo że sami już dawno wywiązali się z umowy. Mikrofirmy mają pod tym względem jeszcze trudniej, ponieważ z uwagi na niewielką skalę swojej działalności, nie mogą rekompensować takich opóźnień wpływami z innych kontraktów, których realizują mniej niż małe, średnie czy duże firmy.

– Nasze badanie pokazuje, że zdecydowana większość, bo aż trzy czwarte jednoosobowych działalności gospodarczych, nie może natychmiast dysponować pieniędzmi pochodzącymi ze zrealizowanych zleceń, ponieważ rozlicza się z klientami za pomocą faktur z odroczonym terminem zapłaty. Jedynie 26 procent mikroprzedsiębiorców pobiera gotówkę, więc nie ma aktualnie nieopłaconych faktur. Co trzecia mikrofirma oczekuje na zapłatę do 5 tysięcy złotych, kolejne 29 procent ma już „w poczekalni” faktury sięgające 30 tysięcy złotych. Natomiast co dziewiąta firma posiada w „zamrożeniu” jeszcze większe sumy pieniędzy. To bardzo dużo jak na jednoosobową działalność gospodarczą, której właściciel musi przecież opłacać bieżące rachunki, zamawiać towar i ponosić koszty prowadzenia biznesu. A jeśli do tego dojdą jeszcze opóźnienia w płatnościach, to utrzymanie płynności finansowej staje się ogromnym problemem przedsiębiorstwa – zwraca uwagę Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Pozorne oszczędności

Zjawisko opóźnień w płatnościach – głównej przyczyny zatorów płatniczych – nie jest w segmencie MŚP rzadkością. Świadczy o tym chociażby wysoki odsetek mikrofirm (41 proc.), które z tego powodu zmuszone były zrezygnować z zakupów firmowych w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Najczęściej rezygnowano z wydatków na reklamę i marketing (40 proc. wskazań), następnie na sprzęt elektroniczny (39 proc.) oraz na kursy i szkolenia (33 proc.). Najrzadziej obcinano nakłady na surowce i półprodukty potrzebne do działalności produkcyjnej (8 proc.).

– Taka rezygnacja z kluczowych wydatków to jedynie pozorne oszczędności dla firmy. Powszechnie wiadomo przecież, że reklama i marketing są narzędziami wspierającymi sprzedaż. Paradoksalnie więc, rezygnacja z nich, przypomina piłowanie gałęzi, na której siedzimy. Podobnie kursy i szkolenia podnoszące kwalifikacje załogi, dzięki którym zwiększamy jakość naszych usług i konkurencyjność na rynku. A zatem zamiast rozpatrywać pewne koszty w kategorii zbędnych wydatków, warto myśleć o nich jak o inwestycji. Tego typu wydatki warto sfinansować w prosty sposób, na przykład za pomocą rat dla biznesu. Taką usługą jest na przykład Fakturatka. Mogą z niej korzystać nawet najmniejsze firmy na rynku, jak wspomniane jednoosobowe działalności gospodarcze – mówi Emanuel Nowak.

O Badaniu:
Ogólnopolskie badanie „Barometr wydatków firmowych” zostało zrealizowane na zlecenie firmy faktoringowej NFG przez IMAS International, na przełomie marca i kwietnia 2023 r., na grupie 508 właścicieli jednoosobowych działalności gospodarczych, metodą CAWI.

HiProMine: Nie będziemy produkować żywności z owadów. Nasz cel to komponenty pasz dla zwierząt

Budowa nowoczesnego zakładu hodowli owadów w Polsce budzi ogromne emocje, jak również zainteresowanie inwestorów. Dochodzi przy tym do błędnego postrzegania idei biznesu, jaka przyświeca HiProMine. „Nie będziemy produkować żywności z owadów dla ludzi, nie mamy tego w planach ani teraz, ani w przyszłości” – tłumaczy dr Krzysztof Dudek.

O produkcji białka owadziego wiele się mówi, ale wciąż niewiele osób wie, jakie ma to znaczenie dla gospodarki. Niewiele osób też wie, że jedną z czołowych firm na świecie jest polska spółka HiProMine, z siedzibą w podpoznańskim Robakowie. Od kilku miesięcy prowadzi proces inwestycyjny i lada moment rozpocznie się budowa nowoczesnego zakładu hodowli Hermetia illucens (czarnej muchy) w Karkoszowie (województwo lubuskie). Wiele osób błędnie postrzega tę budowę jako przyczółek do produkcji owadów, które miałyby trafić na nasze stoły.

– Nie będziemy produkować żywności z owadów dla ludzi, nie mamy tego w planach ani teraz, ani w przyszłości. Nasz cel to komponenty pasz dla zwierząt – zapewnia dr Krzysztof Dudek, Koordynator Projektów Badawczo-Rozwojowych w HiProMine.

Spółka swoją działalność prowadzi od wielu lat, jest ona mocno ukierunkowana na produkcję owadziego białka oraz tłuszczu, w zakładzie producenta powstaje również ekologiczny nawóz z dodatkiem chityny, mającej znakomite właściwości stymulujące wobec roślin uprawianych w trudnych warunkach.

– Odbiorcami naszych produktów są producenci pasz dla zwierząt, głównie karm dla psów i kotów – wyjaśnia Krzysztof Dudek. – HiProMine sprzedaje różne produkty wytworzone z owadów już od kilku lat i w tym czasie ani jeden z nich nie był przeznaczony do spożycia przez ludzi. Nasze wieloletnie badania prowadzone są wyłącznie w obszarze paszowym i to się nie zmieni. Inwestujemy w budowę nowego zakładu po to, by zwiększyć swoje moce produkcyjne. Będą one znacząco wyższe niż obecnie – dodaje.

Przyznaje, że w przestrzeni publicznej mylnie postrzega się firmę jako producenta żywności z owadów. Nie mylą się natomiast inwestorzy giełdowi, którzy widzą w HiProMine przyszłego potentata w branży pet food i kupują akcje spółki, zapewniając tym samym finansowanie niezbędne do szybkiego rozwoju „owadziego biznesu”. Warto tu nadmienić, że producenci karm dla zwierząt już dawno temu dostrzeli ogromny potencjał w białku owadzim i mają obecnie bogatą ofertę produktową na bazie tego składnika. Zmielone insekty znajdziemy nie tylko w karmie suchej lub mokrej, ale również treatsach, czyli gryzakach i smakołykach wykorzystywanych jako nagrody w szkoleniu psów.

– Pamiętajmy, że standardowe mięso kręgowców wykorzystywane do produkcji karm to najczęściej odpady poubojowe, które nie są idealnym rozwiązaniem jeśli chodzi o zdrowie zwierząt. Dlatego komponenty owadzie są coraz bardziej pożądane. Białko owadzie ma właściwości hipoalergiczne i zawiera peptydy antydrobnoustrojowe. Ogromne znaczenie dla czworonogów ma wysoka zawartość kwasu laurynowego, unikatowego w tłuszczu zwierzęcym, a bardzo pożądanego w fazie rozwoju szczeniąt i kociąt – tłumaczy Krzysztof Dudek.

Warto tu również podkreślić, że hodowla owadów nie wiąże się z marnowaniem wody pitnej, a emisja gazów cieplarnianych stanowi ułamek tej występującej przy hodowli innych zwierząt, mamy więc możliwość wyprodukowania niskoemisyjnego komponentu do karm. Zważywszy, że świat potrzebuje białka, a mięso jest rekordowo drogie, to inwestycja HiProMine jest niezwykle pożądana. Potrzebna zwłaszcza gdy chodzi o pożywienie nie dla ludzi, lecz dla zwierząt. Ponadto komponenty owadzie w paszach dla zwierząt mogą zastąpić soję, a to ważny kierunek dla środowiska, ponieważ soja nie jest tania, a jej główny producent, Brazylia, wycina ogromne obszary lasów tropikalnych pod jej plantacje.

Jak zapewniają przedstawiciele HiProMine, rynek żywności dla ludzi ich nie interesuje. Żaden z produktów nie trafi na nasze stoły. To produkcja ukierunkowana wyłącznie pod branżę pet food, czyli karm dla zwierząt.

Answear.com z sukcesem realizuje pierwsze etapy integracji przejętych marek

Answear.com z początkiem czerwca oficjalnie sfinalizował przejęcie brandów Sneakerstudio i PRM oraz z sukcesem zakończył pierwsze działania mające na celu ich integrację w ramach struktur Answear.com. Dzięki akwizycji Spółka rozszerzy swoją działalność o nowy segment oraz klientów zainteresowanych produktami premium oraz luksusowymi.

Pierwsze działania podjęte przez Answear.com związane są z jak najszybszym uwolnieniem synergii operacyjnych, które bezpośrednio wpłyną na poprawę rentowności oraz wzrost przychodów. W pierwszych dniach czerwca Spółka zakończyła przenoszenie zapasów Sneakerstudio oraz PRM z magazynu w Skawinie do wspólnego magazynu centralnego Answear.com w Kokotowie. Relokacja zapasów obniży koszty logistyczne, a także uprości proces wysyłki zamówienia. Spółka dokonała również udanej integracji danych celem uruchomienia sklepów PRM na własnym silniku e-commerce’owym Answear oraz przejęła pracowników z przejętych brandów.

– Dostrzegamy bardzo duży potencjał w segmencie sneakers & streetwear i liczymy na wzajemne wykorzystanie mocnych stron, łącząc unikalną ofertę Sneakerstudio i PRM, z własną sprawnością operacyjną i zapleczem technologiczno-logistycznym. Zakończyliśmy już z sukcesem pierwsze działania integracyjne, które będą miały długofalowo pozytywny wpływ na funkcjonowanie spółki, gdyż nie tylko pozwolą na zredukowanie kosztów operacyjnych, ale także dadzą szanse na wzrost przychodów. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, w przejętych brandach, planujemy osiągnięcie break-even jeszcze w tym roku – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com.

Answear.com zdecydował się również na zmianę Sneakerstudio w PRM.com. Koncepcja nowego PRM.com to odpowiedź na potrzeby wielkomiejskiej społeczności poprzez oferowanie wyselekcjonowanych marek high-end sneakers & clothing i aktywności promujących szeroko rozumianą kulturę i design.

– Zdecydowaliśmy się na połączenie Sneakerstudio w jeden brand PRM, aby móc oferować pełniejszą gamę produktów fashion i streetwear. Nie chcieliśmy ograniczać się jedynie do obuwia, w naszym biznesowym DNA jest kompleksowa oferta zawierająca obuwie, ubrania oraz akcesoria. Oczywiście, kluczowym elementem nadal pozostają sneakersy, chcemy konsekwentnie pozyskiwać nowe marki, oferować wyjątkowe kolaboracje i kolekcje specjalne. W planach mamy również dalszy rozwój nad paltformą zakupową – mówi Kamil Bajołek, dyrektor marki PRM.
Na początku czerwca Answear.com uruchomił pierwsze sklepy internetowe PRM dedykowane na rynek polski, ukraiński, rumuński oraz witrynę prm.com/eu na której można składać zamówienia z wysyłką na terenie całej Unii Europejskiej.

– Doświadczenie Answear.com zebrane z 11 rynków, na których jesteśmy obecni, powinno znacznie ułatwić i przyśpieszyć nam proces umiędznardaowienia marki PRM. Do końca roku planujemy uruchomienie sprzedaży na pozostałych zagranicznych rynkach oraz na marketplace’ach modowych – dodaje Jacek Dziaduś, wiceprezes zarządu ds. finansowych Answear.com.

Czy Fed wykona „jastrzębią” pauzę?

Już jutro rozpocznie się okres „blackout-u” dla przedstawicieli FOMC. Oznacza to, że nie otrzymamy do przyszłotygodniowego posiedzenia Fed-u żadnego komentarza na temat przyszłości polityki monetarnej. Ważne dane na temat rynku pracy zostały już przedstawione. Wczoraj negatywnie zaskoczył ISM dla usług. Przed nami jeszcze publikacja inflacji w następny wtorek, która może jeszcze rozjaśnić aktualną sytuacje.

Wczoraj większa zmienność na rynku pojawiła się o 16. Wówczas miała miejsce publikacja raportu ISM dla usług Stanów Zjednoczonych. Wypadł on poniżej oczekiwań i znalazł się najniżej od pięciu miesięcy. Główny wskaźnik wyniósł 50,3 pkt. (konsensus 52,3 pkt.). Indeks zatrudnienia spadł do 49,2 pkt (poniżej granicznego poziomu 50 pkt.) a subindeks cen płaconych obniżył się z 59,6 w kwietniu do 56,2 w maju. Gorsze dane powodują to, że rynek zakłada większą szansę na „pauzę” w podwyżkach stóp proc. w USA na przyszłotygodniowym posiedzeniu. Rynek daje w tym momencie ok 25 proc. szans na ruch w górę na stopach w czerwcu oraz ponad 50 proc. na podwyżkę w lipcu. Przed nami pozostało niewiele danych makro. Rynek teraz wyłącznie będzie skupiony na wyniku dynamiki inflacji w maju, a ta zostanie podana dokładnie za tydzień.

Prognozy pokazują wyraźny spadek inflacji zasadniczej w relacji rok do roku z 4,9 proc. w kwietniu do 4,1 proc. w maju oraz zniżkę dynamiki miary bazowej z 5,5 proc. do 5,2 proc. r/r. Szacowany tak wyraźny spadek pozwala przypuszczać, że Fed nie zmieni poziomu stóp procentowych. Jedynie wynik zaskakujący (mocno odbiegający od konsensusu) może wywołać spekulacje rynkowe na temat innej decyzji (np. gdyby CPI zaskoczyło wyższym wynikiem niż w kwietniu).

Jednym ze scenariuszy przyszłotygodniowego posiedzenia jest tzw. „jastrzębia pauza”, która polegałaby na pozostawieniu kosztu pieniądza bez zmian ale z jednoczesną deklaracją o rozważaniu lipcowej podwyżki. Dużo będzie zależeć od nowych projekcji, które Rezerwa Federalna przedstawi w czerwcu.

Jednocześnie nie ma pewności co do tego, jakie stanowisko zajmie Rada EBC. W ostatnim czasie otrzymaliśmy „jastrzębie” komentarze od Lagarde i innych przedstawicieli Rady. Pojawiły się jednak również „gołębie” stwierdzenia. Podobnie jak w przypadku Fed, członkowie Rady EBC także nie mogą wypowiadać się na tydzień przed kolejnym posiedzeniem. Oznacza to, że euro prawdopodobnie nie otrzyma już większego impulsu aż do 15 czerwca.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Jak wysoka inflacja wpływa na dług publiczny

Od początku 2020 r. do końca trzeciego kwartału 2022 r. dług publiczny Polski, liczony według metodologii unijnej, urósł o ponad 11 tys. zł na osobę.

Dług publiczny w relacji do PKB spada, gdyż wysoka inflacja napędza nominalny wzrost gospodarczy. W 2022 roku realny wzrost gospodarczy jednak gwałtownie spowolnił, a różnica między nominalną i realną zmianą PKB przekroczyła 13 punktów procentowych.

Jeśli chodzi o „gigantyczne wydatki w czasach pandemii” i „ogromne wydatki na tarczę antyinflacyjną”, którymi chwali się rząd, to środki na nie pochodziły z długu. W efekcie polski dług publiczny liczony według metodologii unijnej od początku 2020 r. do końca trzeciego kwartału 2022 r. urósł aż o 433,3 mld zł (41%), czyli o ponad 11 tys. zł na osobę.

W samym 2020 roku wzrósł również, i to skokowo, dług publiczny w stosunku do PKB – z 45,7% do 57,2%. Spadać zaczął dopiero w kolejnych latach. Jak do tego doszło?

– Relację długu publicznego do PKB oblicza się na podstawie nominalnej kwoty długu publicznego i, co niezwykle istotne, nominalnego PKB – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Zieliński, członek zarządu i główny ekonomista FOR. – Dług publiczny w relacji do PKB obniżył się ponieważ w efekcie bardzo wysokiej inflacji nominalny rósł PKB szybko.

W warunkach szybko rosnących cen gospodarka może nominalnie rosnąć nawet wtedy, gdy w ujęciu realnym – czyli po oczyszczeniu PKB z wpływu inflacji – kurczy się.

W efekcie, mimo że w ubiegłym roku realny wzrost gwałtownie spowolnił, wzrost nominalny przyspieszył – różnica między nominalną a realną zmianą PKB przekroczyła 13 pkt. proc.

Również w tym roku będziemy mieli do czynienia według prognoz z ogromną rozbieżnością między wzrostem realnym i nominalnym. Komisja Europejska przewiduje, że w ujęciu realnym wzrost spowolni do 0,7%, podczas gdy nominalnie będzie dwucyfrowy – 11%.

Według prognozy Komisji Europejskiej w 2023 i 2024 roku Polska będzie płaciła najwyższe odsetki od długu publicznego spośród wszystkich państw członkowskich UE – odpowiednio 5,9% i 5,8%.

– Do niedawna rząd mógł zadłużać się dość tanio, gdy były niskie stopy procentowe – komentuje ekspert FOR. – Gdy stopy wzrosły, to odsetki, które trzeba zaoferować inwestorom są dużo wyższe i w tym roku wyniosą niemal 70 mld zł, a w przyszłym roku prawie 80 mld zł.

Kiedy odbicie w polskiej gospodarce?

Polska gospodarka skurczyła się w pierwszym kwartale według danych GUS o 0,2% w ujęciu rocznym – ale trzeba podkreślić, że to są dane sporo lepsze od prognoz analityków. Prognozy dotyczące kurczenia się PKB w pierwszym kwartale oscylowały w okolicach jednego procenta. A więc spadek jest naprawdę nieznaczny. Przede wszystkim jest to wynik kurczenia się konsumpcji. Gospodarstwa domowe mniej wydają w obliczu wysokiej inflacji, wysokich kosztów życia oraz spadku realnych wynagrodzeń. Chociaż płace w przedsiębiorstwach rosną w dwucyfrowym tempie – to inflacja jest wyższa niż ten wzrost, w związku z czym realnie tracimy. I to powoduje, że gospodarstwa domowe ograniczają zakupy – a to wpływa bezpośrednio na dynamikę produktu krajowego brutto.

– Ale są też pozytywne informacje. Mamy całkiem przyzwoity wzrost inwestycji. Dane dotyczące produkcji budowlano-montażowej sugerują, że te inwestycje nadal rosną w drugim kwartale – powiedziała serwisowi eNewsroom.pl Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. – No i jeszcze jeden element utrzymuje wzrost gospodarczy na dobrym poziomie. To jest eksport – który odbił się po okresie pandemii i zawirowań wokół wojny w Ukrainie. Oczywiście oczekiwalibyśmy, żeby eksport rósł w szybszym tempie. Ale trudno to osiągnąć w związku ze spowolnieniem gospodarczym u naszych głównych partnerów handlowych – czyli w szczególności w gospodarce niemieckiej. Spodziewamy się, że już w drugim kwartale polska gospodarka może zanotować niewielkie, ale jednak dodatnie tempo wzrostu gospodarczego. A druga połowa roku powinna być już wyraźnie lepsza. Szybszy wzrost gospodarczy czeka nas w latach kolejnych, czyli od 2024 roku. Oczywiście ważne będzie odbicie gospodarcze na świecie, na które czekamy – ocenia Kurtek.

Stanowisko BCC w sprawie minimalnego wynagrodzenia

W Radzie Dialogu Społecznego trwają negocjacje dotyczące m.in. wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz waloryzacji rent i emerytur w 2024 roku. Swoje oficjalne stanowisko przedstawiło Business Centre Club.

Zgodnie z art. 16 ust. 4 ustawy z dnia 24 lipca 2015 r. o Radzie Dialogu Społecznego i innych instytucjach dialogu społecznego (Dz. U. z 2018 r. poz. 2232 z późn. zm.) Business Centre Club wskazuje, że wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę powinna nie przekraczać ustawowego algorytmu zawartego w art. 5 Ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę i wynosić 4254,40 zł.

Do wyliczenia algorytmu przyjmujemy średnioroczną wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę w bieżącym roku = 3545 zł. Oznacza to, że w sytuacji wysokiej przeciętnej płacy w I kw. 2023 wyliczonej przez GUS, udział minimalnego wynagrodzenia za pracę spada poniżej połowy wysokości przeciętnego wynagrodzenia (49,8 proc.), co wymusza uwzględnienie w podwyżce 2/3 prognozowanego realnego przyrostu produktu krajowego brutto.

Ze względu na trudną sytuację gospodarczą, w szczególności małych i średnich przedsiębiorstw w regionach słabiej rozwiniętych gospodarczo, spowodowaną m.in. wysokim tempem wzrostu minimalnego wynagrodzenia w poprzednich okresach oraz ze względu na prognozowany przez rząd spadający poziom inflacji w roku 2024, BCC sugeruje zainicjowanie przez Stronę Rządową trójstronnych negocjacji, mających na celu obniżenie tempa wzrostu oraz wysokości minimalnego wynagrodzenia poniżej ustawowego algorytmu.

Kwestie dotyczące wprowadzenia oraz wysokości minimalnego wynagrodzenia w 2024 roku z ramienia Business Centre Club komentuje Witold Michałek – wiceprezes BCC, ekspert BCC ds. gospodarki, legislacji i lobbingu oraz minister ds. procesu stanowienia prawa Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC.

W tegorocznej, nadzwyczajnej sytuacji generalna intencja zawarta w ustawowej formule corocznego wzrostu płacy minimalnej, mająca na celu ochronę przed inflacją wynagrodzeń pracowników z minimalnym wynagrodzeniem nie spełnia swojej roli, staje się dysfunkcjonalna i zagraża rozwojowi i przetrwaniu wielu słabszych firm. BCC stoi na stanowisku, że ze względu na trudną sytuację gospodarczą, w szczególności małych i średnich przedsiębiorstw w regionach słabiej rozwiniętych gospodarczo, spowodowaną m.in. bardzo wysokim tempem wzrostu minimalnego wynagrodzenia w poprzednich okresach oraz ze względu na prognozowany przez rząd spadający poziom inflacji w roku 2024, Strona Rządowa w Radzie Dialogu Społecznego powinna jak najszybciej zainicjować trójstronne negocjacje dotyczące nie tradycyjnie tego, na ile płaca minimalna powinna być wyższa od ustawowego algorytmu, ale rozmowy zmierzające do obniżenia tempa wzrostu minimalnego wynagrodzenia poniżej wysokości wynikającej z zastosowania tego algorytmu, w celu ochrony ww. słabszych przedsiębiorstw. Jeśliby jednak takie rozmowy nie przyniosły oczekiwanego rezultatu lub co gorsza – w ogóle do nich nie doszło, to przyszłoroczna płaca minimalna nie powinna przekroczyć wysokości wynikającej z ustawowego algorytmu, tj. 4254,40 zł. – podkreśla Witold Michałek – wiceprezes BCC, ekspert BCC ds. gospodarki, legislacji i lobbingu, minister ds. procesu stanowienia prawa Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC.

Jednocześnie ekspert BCC zaznacza, że: globalny koszt dla firm w polskiej gospodarce będzie znacznie wyższy niż zwykłe pomnożenie rocznej podwyżki płacy minimalnej wynoszącej 709 zł przez liczbę ok. 3 mln. zatrudnionych na tej stawce (w sumie = 2,18 mld zł), ponieważ inni zmotywowani tymi podwyżkami pracownicy, wyżej usytuowani w drabinie wynagrodzeń, także będą oczekiwać lub po prostu wymuszać stosowne podwyżki. Zatem tę sumę należy szacować na ok. 5-10 mld zł. Wziąwszy pod uwagę, że średnioroczna podwyżka płacy minimalnej zgodna z ustawowym algorytmem wyniesie 20 proc. – w sytuacji, kiedy przewidywana przez rząd inflacja w 2024 roku to jedynie 6,5 proc, a przewidywany wzrost gospodarczy wyniesie 0,5-1 proc PKB – wiele firm takiego obciążenia może nie udźwignąć.

Ustawa budżetowa na rok 2023 przyznała pracownikom państwowej sfery budżetowej podwyżkę wynagrodzeń w wysokości 7,8 proc. przy prognozowanym przez rząd wskaźniku cen towarów i usług konsumpcyjnych na poziomie 12 proc. BCC proponuje, aby wzrost wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej wyniósł 6,5 proc. (tj. prognozowany poziom inflacji zawarty w dokumencie rządowym APK – Aktualizacja Programu Konwergencji na lata 2024-26).

Wskaźnik waloryzacji emerytur i rent powinien wynosić tyle, ile średnioroczny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w 2023 roku, o którym mowa w art. 89 ustawy z dnia 17 grudnia 1998 roku o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (Dz. U. z 2022 r. poz. 504 z późn. zm.), zwiększony o 20 proc. realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia za pracę w roku 2023.

Czy gotówka zniknie z krajów skandynawskich?

Od kilku tygodniu mamy do czynienia z dość nietypową sytuacją gotówkową w niektórych krajach skandynawskich. Dania, Szwecja i Norwegia wstrzymały import własnej waluty. Tych koron nie wymienimy również w polskich bankach. Czy jest to powód do niepokoju dla osób, które ulokowały swoje środki finansowe w obcych walutach? Czemu niektóre kraje chcą się pozbyć gotówki?

Gotówka zniknie z niektórych krajów

Wszystko zaczęło się od duńskiej korony. Z fizyczną wymianą tej waluty jest problem od dwóch tygodni. Po Danii, import własnej gotówki wstrzymała również Szwecja i Norwegia. Banki tych krajów – jak oficjalnie można się dowiedzieć – w związku z zapisami ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy zaprzestały przyjmować własną walutę narodową w gotówce od wszystkich zagranicznych banków, partnerów czy instytucji.

Sytuacja ta ma swoje konsekwencje. Osoby, które posiadają fizyczne środki finansowe w duńskiej, szwedzkiej i norweskiej koronie zaczynają mieć problemy z ich wymianą – wskazuje Aleksander Pawlak, prezes firmy Tavex. Z tego, co udało nam się dowiedzieć Narodowy Bank Polski i Związek Banków Polskich wspólnie z Narodowym Bankiem Danii próbują rozwiązać problem, niestety na chwilę obecną bezskutecznie. Jest to o tyle istotne, że w przypadku Danii i Szwecji ma to miejsce w Unii Europejskiej, a przecież integralną częścią międzynarodowego obrotu gotówkowego jest akceptacja narodowej waluty przez banki – dodaje.

Warto wiedzieć, że pewna pula dostępnej gotówki jest potrzebna do właściwego funkcjonowania gospodarki. Co ciekawe, według informacji Europejskiego Banku Centralnego – w strefie euro banknoty i monety są przeważającym środkiem płatniczym.

W normalnych warunkach banki, gdy zgromadzą nadwyżkę gotówki w obcej walucie (np. polskie banki zgromadzą nadwyżkę euro), mogą w każdej chwili je odsprzedać bankom ze strefy euro i otrzymać za nie przelew. Tego typu transakcje są powszechne na rynku międzybankowym na większości par walutowych, na których są duże obroty. Problemy z takimi wymianami ostatnio miały miejsce około dwa lata temu, ale była to sytuacja związana z pandemią i problemami logistycznymi.

Co istotne, we wszytkach trzech krajach nadal można dokonywać transakcji za pomocą fizycznego pieniądza. Jeśli mamy więc w planach wyjazd do wymienionych krajów, warto zaopatrzyć się w gotówkę w polskim kantorze. Przykładowo, duńska korona z uwagi na brak płynności jest nawet o 20% tańsza od kursu rynkowego stosowanego np. przy płatnościach kartą.

Czy w Polsce możemy mieć podobną sytuację?

Od lat trwa konflikt pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami płatności gotówkowej. Jej przeciwnicy to m.in. firmy żyjące z obrotu bezgotówkowego, który w dużej mierze finansują przedsiębiorcy. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że płacąc za zakupy kartą (lub aplikacją płatniczą), ułamek wartości transakcji trafia właśnie do kieszeni banków i właścicieli kart oraz aplikacji płatniczych, tym samym wyprowadzając ostatecznie ogromne sumy z kieszeni osób prowadzących działalność oraz z państwa — mówi Aleksander Pawlak, prezes firmy Tavex.

Polska jest krajem, w którym mocno rozwinięte są płatności bezgotówkowe, jednak większość z nas nosi gotówkę w portfelu. Pokazuje to, że jest ona dla nas ważna. Według najnowszych badań przeprowadzonych przez firmę Tavex, 80% Polaków ma w portfelu fizyczny pieniądz i nie są to drobne kwoty. Na co dzień, najwięcej ankietowanych nosi ze sobą powyżej 100 zł (27%) lub sumę w przedziale 51-100 zł (24%). Ciekawym faktem jest to, że są to również osoby młode. Przykładowo 100 zł w banknotach ma aż 26% respondentów zarówno w wieku do 18-24 lata, jak i w przedziale 25-34 lat.

Polacy zapytani o to, czy likwidacja płatności gotówką jest dobrym pomysłem, zdecydowanie sprzeciwiają się takiemu pomysłowi, Za niekorzystny ruch dla gospodarki i bezpieczeństwa konsumentów uznaje taki pomysł aż 83% badanych (jest to wynik bez zmian w porównaniu r/r). O tym, jak istotna jest dla nas gotówka świadczy również fakt wniesionej niedawno do Sejmu ustawy mającej na celu uchylić ograniczenia płatności gotówką, które miałyby wejść w życie w 2024 roku.