Z łuszczycą zmaga się prawie milion Polaków. Chorzy mają utrudniony dostęp do leczenia

Z łuszczycą zmaga się prawie milion Polaków. Chorzy mają utrudniony dostęp do leczenia 1

Co trzeci pacjent cierpiący na łuszczycę ma umiarkowaną lub ciężką jej postać, co oznacza, że zmiany skórne zajmują ponad 10 proc. powierzchni ciała. Oprócz stygmatyzacji w społeczeństwie chorzy muszą się borykać z utrudnionym dostępem do leczenia biologicznego, które na świecie stało się już powszechnym standardem. Kolejny problem to niska dostępność fototerapii, która jest stosunkowo prostym i skutecznym świadczeniem, a także psychologów, którzy pomogliby pacjentom radzić sobie z psychicznymi konsekwencjami choroby.

– Szacuje się, że w naszym kraju prawie milion osób choruje na łuszczycę, z czego u około 30 proc. jest to choroba o przebiegu umiarkowanym i ciężkim. W 1/3 przypadków rozwiną się choroby współistniejące, m.in. łuszczycowe zapalenie stawów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Witold Owczarek, kierownik Kliniki Dermatologii Wojskowego Instytutu Medycznego.

– Statystyki chorych mogą być niedoszacowane, bo są to dane NFZ, natomiast duża część pacjentów leczy się prywatnie – dodaje Dagmara Samselska, przewodnicząca Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS.

Łuszczyca może się pojawić w każdym wieku, dotyka w równym stopniu mężczyzn, jak i kobiety. Ze względu na stopień zajęcia skóry przez zmiany to schorzenie dzieli się na postać łagodną, umiarkowaną oraz ciężką. Rozpoznanie łagodnej łuszczycy dotyczy 80 proc. chorych. Z kolei – według danych podanych przez AOTMiT – zachorowalność na umiarkowaną i ciężką postać tej choroby to problem rzędu ok. 1–1,5 tys. przypadków rocznie.

– Łuszczyca, która ma postać umiarkowaną do ciężkiej, czyli zajmuje więcej niż 10 proc. powierzchni ciała, daje jeszcze objawy ogólnoustrojowe. Występuje zespół metaboliczny, cukrzyca, choroby sercowo-naczyniowe. W 35 proc. przypadków dochodzi łuszczycowe zapalenie stawów. Stąd bardzo ważne jest, żeby pacjenci mogli być wcześnie zdiagnozowani, aby można było wcześnie zacząć leczyć te ogólnoustrojowe objawy łuszczycy – dodaje Dagmara Samselska.

Jednym z głównych symptomów łuszczycy są stygmatyzujące zmiany skórne, z którymi boryka się 90 proc. pacjentów cierpiących na to schorzenie. Jego przyczyny nie są do końca znane – prawdopodobnie jego źródłem są czynniki genetyczne oraz zaburzenia immunologiczne.

– Łuszczyca objawia się w postaci plam bądź mniejszych kropek na skórze, które są pokryte srebrzystą łuską. Skóra swędzi i często pacjenci z tym świądem nie mogą sobie poradzić. Obecnie mamy gorące lato, które skłania do tego, żeby skórę odkrywać, pokazywać ciało, ale osoby chorujące na łuszczycę bardzo często skórę zakrywają, ponieważ są stygmatyzowane. Pokutuje też mylne przekonanie, że łuszczycą można się zarazić. Otóż nie można, a słońce jest jedną z naturalnych terapii dla chorych na łuszczycę – podkreśla Dagmara Samselska.

Jak podkreśla prof. Witold Owczarek, w leczeniu łuszczycy wiele zależy od nasilenia i przebiegu choroby. Pacjenci z umiarkowaną i ciężką postacią tego schorzenia wymagają leczenia ogólnego – zarówno konwencjonalnego, jak i biologicznego. Standardy w tym zakresie na całym świecie są podobne, jednak w Polsce lekarze muszą się borykać z ograniczeniami refundacyjnymi i ograniczeniami w dostępie do leków biologicznych.

– Klasyczne leki – ze względu na skuteczność i działania niepożądane – nie zawsze mogą być stosowane u wszystkich chorych. Terapia biologiczna je zastępuje – mówi prof. Witold Owczarek. – Warto zwrócić uwagę na to, że koszty terapii biologicznej znacznie się obniżyły, dlatego na świecie stała się ona standardową terapią. Nie zawsze są to terapie innowacyjne, bo mamy wiele leków biopodobnych do tych, które powstały wcześniej.

Jak podkreśla, obniżenie kosztów terapii biologicznej powinno powodować, że będzie ona stosowana częściej i u większej liczby pacjentów. Jednak w Polsce jest ona w dalszym ciągu ograniczona jedynie do programów lekowych. To obecnie jeden z głównych problemów w leczeniu łuszczycy. Po pierwsze, nie wszystkie ośrodki mają dostęp do tego typu leczenia. Po drugie, kryteria włączenia do programów lekowych są bardzo rygorystyczne, przez co nie wszyscy pacjenci mają szansę na otrzymanie leku biologicznego.

– Terapia biologiczna powinna być stosowana szerzej, bo możliwości w tym aspekcie zdecydowanie się zwiększyły – podkreśla prof. Witold Owczarek.

U większości pacjentów z umiarkowaną i ciężką postacią łuszczycy leki biologiczne powodują szybką poprawę stanu skóry poprzez zahamowanie procesów zapalnych. To z kolei przekłada się na poprawę zmian skórnych. Leki biologiczne działają na wybrany element reakcji immunologicznej i nie dopuszczają do dalszego rozwoju zmian skórnych. Jeżeli stosuje się je długofalowo, choroba w ogóle może nie dawać objawów, co zdecydowanie poprawia jakość życia pacjenta i ułatwia mu normalne funkcjonowanie.

– W tej chwili na świecie dostępna jest całkiem spora gama terapii. Niestety, w Polsce pacjenci nie mają dostępu do wszystkich. Najtrudniejsza sytuacja jest wtedy, kiedy osoby chorujące na łuszczycę umiarkowaną do ciężkiej już są odporne na terapie stosowane do tej pory, a alternatywy nie ma. Dlatego czekamy na refundację najnowszych preparatów, np. inhibitora interleukiny 23, które cechuje najwyższa skuteczność kliniczna. Są one dostępne już nie tylko za naszą zachodnią granicą, lecz także w takich krajach z naszego regionu, jak Czechy czy Słowacja – mówi Dagmara Samselska.

Jak podkreśla, dla pacjentów z łuszczycą ogromnym problemem jest też utrudniony dostęp do fototerapii, która jest świadczeniem niedoszacowanym i nieopłacalnym dla placówek medycznych.

– Bardzo ważne jest, żeby odpowiednia wycena fototerapii wpłynęła na udostępnienie tej jednej z tańszych metod terapeutycznych, ale też bardzo skutecznej, także dla pacjentów z lżejszą postacią łuszczycy – podkreśla Dagmara Samselska. – Ważne też, aby zwiększyć dostęp do psychologa czy psychiatry i aby to wsparcie było dostępne już od samego początku, kiedy pacjent styka się z diagnozą łuszczycy. Problemem jest brak pomocy psychologicznej dla dzieci chorujących na łuszczycę. Te dzieci są bardzo stygmatyzowane, więc brak psychologów dziecięcych na NFZ stanowi problem.

Istotne jest również zapewnienie pacjentom opieki koordynowanej, ponieważ łuszczyca jest skomplikowaną chorobą, która wiąże się z innymi schorzeniami, jak nadciśnienie, depresja czy łuszczycowe zapalenie stawów. Jest to pomocne w uzyskaniu remisji klinicznej, dzięki temu pacjenci będą aktywni zawodowo z korzyścią również dla całego systemu ochrony zdrowia. Jak wynika z raportu  „KOS – POS – Model koordynowanej opieki zdrowotnej dla chorych na łuszczycę plackowatą” – pośrednie koszty leczenia łuszczycy w Polsce są szacowane na około 5,3 mld zł, z czego 1,4 mld zł to koszty pośrednie związane z nieobecnością w pracy i utratą produktywności pracowników, a ok. 3,9 mld zł – koszty związane z prezenteizmem.

Wejście Facebooka z własną kryptowalutą może być rewolucją na rynku. Cyfrową walutą zapłacimy m.in. w Messengerze

Wejście Facebooka z własną kryptowalutą może być rewolucją na rynku. Cyfrową walutą zapłacimy m.in. w Messengerze 2

Już kilka milionów osób aktywnie korzysta z kryptoportfeli. Wirtualne waluty są bezpieczne, coraz więcej branż akceptuje takie płatności. Są tańsze, szybsze i praktycznie eliminują możliwość oszustwa. Bitcoinem można już płacić w niektórych placówkach KFC i Subway, kryptowaluty przyjmują też cyfrowe biblioteki, operatorzy telefonii komórkowych czy linie lotnicze. Wkrótce kryptowaluty staną się normą – wejście Facebooka na ten rynek z walutą Libra oznacza, że każda firma musi teraz poważnie traktować wirtualne pieniądze.

– Płatności kryptowalutowe wciąż należą do bardzo unikalnych, samo ich używanie nie jest jeszcze powszechne ze względu na to, że cały ekosystem jeszcze nie powstał. Natomiast Facebook w tym momencie wyważa drzwi, bo jako social media mają ponad 2 mld kont na świecie, więc jednocześnie mówimy tutaj o bardzo dużym przełomie, jeśli chodzi o adopcję w świecie kryptowalut. Facebook tym samym otwiera nowy rozdział, jeśli chodzi o wirtualnego pieniądza w naszym świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Rozmus, prezes Tokeneo.

Już w 2020 roku, choć niektóre źródła mówią nawet jeszcze o 2019 roku, na rynku pojawi się nowa kryptowaluta. Facebook już kilka miesięcy temu poinformował, że pracuje nad takim rozwiązaniem. Libra ma być dostępna z poziomu komunikatora i powiązana z tradycyjnymi walutami. Eksperci są zgodni – to może być prawdziwa rewolucja. Kryptowaluty stają się coraz popularniejsze, choć płatność nimi wciąż jeszcze należy raczej do rzadkości.

– Za pomocą kryptowalut płacimy już za drobne usługi. Pierwsi zaczęli przyjmować wynagrodzenia informatycy za swoje usługi. Bardzo popularny jest na Zachodzie handel nieruchomościami za pośrednictwem kryptowalut. Wiele sklepów wprowadza możliwość płacenia kryptowalutami, jest coraz więcej bramek płatniczych, które to umożliwiają i za niedługo będziemy mogli za praktycznie każdą rzecz zapłacić kryptowalutą. Na eBay czy Amazon już wkrótce będzie można kupić praktycznie wszystko, co jest tam sprzedawane za pomocą właśnie kryptowalut – przekonuje Tomasz Rozmus.

Największe światowe koncerny coraz częściej wdrażają kryptowaluty. Wystarczy wspomnieć takich gigantów, jak KFC i Subway. Darowizny w bitcoinie przyjmuje Wikipedia, firma Richarda Bransona, która obejmuje linie Virgin Mobile i Virgin Airline, pozwala płacić za podróże kosmiczne za pomocą kryptowaluty. AT&T jest zaś pierwszym dużym operatorem telefonii komórkowej w USA, który oferuje klientom opcję płatności kryptowalutowych za pośrednictwem BitPay. Do tego warto dodać mniejsze firmy, czasem nieoczywiste, to np. Pembury Tavern, czyli pub w Londynie, Pizza Helen w Jersey City, czy niewielki sklep z akcesoriami medycznymi w USA.

Wejście Facebooka z 2,4 mld kont społecznościowych na ten rynek może całkowicie odmienić obraz rynku, jednak Libra nie musi – przynajmniej na początku – zdetronizować bitcoina.

– Bitcoin jest numerem jeden, jeśli chodzi o kryptowalutę. Natomiast w przyszłości używalność Libry będzie zdecydowanie większa. Funkcją kryptowaluty Facebooka jest właśnie wykorzystywanie jej w płatnościach, czyli jednocześnie ta adopcja będzie bardzo duża. Bitcoin w tym momencie nie ma takich funkcji, ma oczywiście funkcję płatności, ale ten blok jest na tyle zapchany, że jeżeli by wszyscy zaczęli korzystać z Bitcoina, to byłyby duże zatorowania w sieci – mówi ekspert.

Oparte na sztucznej inteligencji data lakes to przyszłość przetwarzania danych w firmach. Pozwalają obniżyć koszty i zwiększyć przychód

Oparte na sztucznej inteligencji data lakes to przyszłość przetwarzania danych w firmach. Pozwalają obniżyć koszty i zwiększyć przychód 3

Upowszechnienie się systemów bazujących na sztucznej inteligencji wymaga od firm technologicznych opracowania nowych metod przechowywania i przetwarzania danych. Odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku są data lakes. To repozytoria ułatwiające błyskawiczną analizę danych niezależnie od ich struktury czy wielkości. Dzięki algorytmom uczenia maszynowego, pozwalają przechowywać i wyszukiwać jednocześnie tekst, dane głosowe, czy zdjęcia.

– Data lakes to kolejne stadium ewolucji technologii zwanej magazynami danych. Są to repozytoria, w których możemy przechowywać wszystkie rodzaje danych, zarówno uporządkowane, jak i nieuporządkowane – tekstowe czy głosowe – i dane przechowywane z różną częstotliwością, np. przekazywane za pośrednictwem urządzeń internetu rzeczy. Data lakes to repozytorium danych pozwalające na bardzo szybki dostęp niezależnie od rodzaju danych i wykorzystanie sztucznej inteligencji do ich dogłębnej analizy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Ayesha Khanna współzałożycielka i prezes ADDO AI.

Inżynierowie odpowiedzialni za rozwój platformy sztucznej inteligencji ADDO AI opracowali nowatorską architekturę przechowania danych, aby ułatwić pracę inteligentnym algorytmom, które muszą błyskawicznie przetwarzać informacje. Firma wyspecjalizowała się w produkcji wielkoskalowych zbiorów data lakes umożliwiających przechowywanie wszelkiego rodzaju danych na potrzeby klientów biznesowych wykorzystujących rozwiązania chmurowe.

Na potrzebę inwestowania w tego typu rozwiązania zwrócili uwagę analitycy z firmy Gartner, według których do 2022 roku aż 75 proc. wszystkich baz danych będzie przechowywanych w chmurze albo przygotowanych do migracji do narzędzi chmurowych. Ma to być związane z rosnącym zapotrzebowaniem na systemy do analizy danych, rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego.

Znaczenie data lakes rośnie, ponieważ wszystkie przedsiębiorstwa coraz lepiej dostrzegają zalety analizy danych. Ich właściwe wykorzystanie obniża koszty, dzięki automatyzacji procesów wytwórczych, optymalizacji łańcucha dostaw i automatyzacji obsługi klienta. Po drugie, pozwala uzyskać wyższy przychód, umożliwiając prowadzenie bardziej spersonalizowanych działań marketingowych i zapewniając pełniejszą wiedzę o klientach. Wreszcie, dzięki danym możliwe jest wprowadzanie zupełnie nowych rozwiązań, jak innowacje powstające w Chinach dla usprawnienia łańcucha dostaw oparte o rozpoznawanie obrazu i dane z urządzeń IoT przechowywane właśnie w repozytoriach typu data lakes – wylicza ekspertka.

Nad zrewidowaniem systemów przetwarzania informacji pracuje także firma IBM, która przygotowuje się na rosnące zainteresowanie firm rozwiązaniami z pogranicza sztucznej inteligencji. Aby przyspieszyć proces analizy informacji, IBM wdraża projekt InfoSphere Advanced Data Preparation mający ułatwić klientom przetworzenie surowych danych tak, aby ułatwić ich późniejsze przetwarzanie. Nowe narzędzie ustrukturyzuje je, sformatuje, wzbogaci o niezbędne informacje i przygotuje do współpracy z data lakesami klientów.

Technologia data lakes jest także obiektem zainteresowania firmy Qubole, która opracowała narzędzie Quantum. Jest to bezserwerowy silnik o wysokiej wydajności zdolny do przetwarzania nawet petabajtowych zbiorów informacji. Tym, co wyróżnia go na tle wielu konkurentów, jest model finansowania – klient płaci wyłącznie za przetwarzane zapytania bądź wykorzystanie data lakesów w ramach Amazon Web Services.

Można powiedzieć, że data lakes stały się głównymi ośrodkami informacji, których wykorzystanie jest kluczowe dla utrzymania konkurencyjności każdej firmy – twierdzi Ayesha Khanna.

Według MarketsandMarkets globalna wartość branży technologii data lakes do 2021 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 28 proc.

RODO: Zgoda czy prawnie uzasadniony interes? Co wybrać?

Chociaż o RODO powiedziano i napisano już wiele, w niektórych organizacjach ciągle panuje przekonanie, że aby móc przetwarzać dane osobowe jakiejś osoby, trzeba uzyskać jej zgodę. To oczywiście nieprawda – podstawy przetwarzania danych osobowych mogą być różne. Jedną z często stosowanych jest prawnie uzasadniony interes. Czy jest on lepszy od zgody?

Z punktu widzenia prawa wszystkie podstawy przetwarzania danych są równorzędne. Nie można przyjąć, że jedna z nich jest z założenia lepsza, a druga – gorsza. W niektórych przypadkach bardziej sprawdzi się zgoda, w innych – prawnie uzasadniony interes.

Należy zauważyć, że prawnie uzasadniony interes jest podstawą łatwiejszą do zastosowania niż zgoda. „Nie potrzebujemy tutaj wyraźnego oświadczenia od osoby, której dane zbieramy. Natomiast jest pewne ryzyko z tym związane, ponieważ żeby przetwarzać dane na tej podstawie, musimy spełnić ściśle określone prawem przesłanki […]. Jeżeli takie przetwarzanie mogłoby naruszyć czyjąś prywatność, godność, wolność, konstytucyjne prawa tej osoby, wówczas nie możemy z tej podstawy skorzystać” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Agnieszka Zwierzyńska, senior associate w kancelarii Łaszczuk i Wspólnicy.

Patrząc z perspektywy administratora danych osobowych, bezpieczniejsza od prawnie uzasadnionego interesu może się zatem wydawać zgoda. Trzeba jednak pamiętać o pewnej bardzo istotnej rzeczy: zgoda może zostać w każdej chwili wycofana i administrator pozostanie wtedy bez podstawy prawnej przetwarzania danych.

Biała lista podatników VAT od 1 września 2019 r. – uwaga na numery kont bankowych

Biała lista podatników zostanie opublikowana 1 września br. Będzie publicznie dostępnym wykazem podatników zarejestrowanych na VAT.

– Wbrew nazwie implikacje wprowadzenia tej listy będą miały swój skutek nie tylko w podatku VAT, ale także w podatkach dochodowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Stańczyk, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Lista będzie także wykazem tych podatników, którym odmówiono rejestracji na VAT, jak i tych, którzy zostali wykreśleni z listy podatników.

Taki publiczny “biały” dokument oprócz danych podatników będzie zawierała listę rachunków bankowych, które zgłosili w procesie rejestracji. Z tym związane są poważne zagrożenia.

– Jeżeli zdarzy się tak, że otrzymamy fakturę i przelejemy należność na rachunek inny niż jest na tej liście, to wówczas taka płatność będzie powodowała, że płatność ta nie będzie kosztem podatkowym – wyjaśnia mec. Paweł Stańczyk.

Będziemy mieli tylko trzy dni na zauważenie takiego błędu i zgłoszenie się do urzędu skarbowego. Ta reguła jednak zacznie obowiązywać od początku przyszłego roku.

Dofinansowanie na produkcję audiowizualną. Dotacje (też) dla YouTuberów już dostępne

Ustawa o finansowym wspieraniu produkcji audiowizualnej wprowadziła nowy system zachęt finansowych. Ten system ma obejmować również takie filmy, które nigdy nie ukażą się w kinie, ponieważ zostały przeznaczone wyłącznie do rozpowszechnienia w internecie.

Od 11 lutego 2019 r., w naszym porządku prawnym obowiązuje nowa ustawa z dnia 9 listopada 2018 r. o finansowym wspieraniu produkcji audiowizualnej. Podstawowym celem tej ustawy jest wprowadzenie nowej formy wsparcia finansowego dla kinematografii. Wsparcie to ma oczywiście szczytny cel. Celem tym jest doprowadzenie do stymulacji rozwoju w Polsce przemysłu filmowego, a w konsekwencji popularyzacja i promocja polskiego dziedzictwa kulturowego na świecie. W takich krajach jak Wielka Brytania, Francja, czy też Węgry, podobne mechanizmy wsparcia funkcjonują już od ponad 10 lat.

– Ustawa wprowadziła nową, nieznaną dotychczas polskiemu ustawodawstwu, formę wsparcia finansowego, która polega na refinansowaniu określonej części procentowej tzw. polskich kosztów kwalifikowanych związanych z produkcją audiowizualną albo ze świadczeniem usługi na rzecz produkcji audiowizualnej – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Marcin Huczkowski, radca prawny i partner z Zięba&Partners.

Polskie koszty kwalifikowane to koszty poniesione na terytorium Polski, które mieszczą się w katalogu zamkniętym zawartym w art. 54 ust. 5 rozporządzenia KE nr 651/2014 (dot. pomocy publicznej).

Nowa forma wsparcia ma działać zupełnie niezależnie od obecnie istniejącego (a dla podmiotów funkcjonujących w branży filmowej doskonale znanego) systemu dofinansowania przewidzianego w ustawie z dnia 30 czerwca 2005 r. o kinematografii, tj.: tzw. dotacji przyznawanych przez Polski Instytut Sztuki Filmowej („PISF”). Aczkolwiek, to właśnie PISF został wyznaczony jako operator również i tej formy finansowania.

Wsparcie mogą uzyskać przedsiębiorcy mający siedzibę na terytorium Polski, którzy stanowią producentów lub koproducentów utworu audiowizualnego, bądź też świadczą usługę na rzecz produkcji takich utworów. O refinansowanie mogą się jednak również ubiegać przedsiębiorcy zagraniczni, posiadający siedzibę w innym państwie członkowskim UE lub państwie członkowskim EFTA, pod warunkiem że posiadają oddział na terytorium Polski.

W praktyce więc, z nowego systemu zachęt mogą korzystać:

*podmioty, które de facto organizują produkcję filmową, tj. podejmują inicjatywę, faktycznie prowadzą i ponoszą odpowiedzialność za kreatywny, organizacyjny i finansowy proces produkcji filmu,

*podmioty, które wspólnie z producentem organizują, prowadzą i ponoszą odpowiedzialność za produkcję filmu lub które współfinansują produkcję filmu lub

*podmioty, które w procesie produkcji filmu świadczą, po prostu, na rzecz producenta lub koproducentów, jakieś konkretne usługi związane z daną produkcją – np. zapewniają sprzęt techniczny, wynajmują obiekty, na terenie których toczy się akcja filmu, czy też np. zajmują się produkcją udogodnień zapewniających dostęp do filmu dla osób niepełnosprawnych (np. produkcją audiodeskrypcji).

– Bardzo ciekawe jest to, że w przeciwieństwie do obecnie funkcjonujących dotacji przyznawanych przez PISF, nowy system „zachęt” przewiduje znacznie szerszy katalog dzieł audiowizualnych, które mogę podlegać refinansowaniu – wyjaśnia dr Marcin Huczkowski z kancelarii Zięba&Partners. – Obecny system dotacji, funkcjonujący na gruncie ustawy o kinematografii, przewiduje, co do zasady, możliwość udzielenia wsparcia wyłącznie dla filmów fabularnych, które są przeznaczone do eksploatacji kinowej i odznaczają się odpowiednią wartością artystyczną (bo właśnie takimi filmami zajmował się dotychczas statutowo PISF). Natomiast nowy system „zachęt” ma obejmować również takie filmy, które nigdy nie ukażą się w kinie, ponieważ zostały przeznaczone np. wyłącznie do rozpowszechnienia w Internecie (serwisy VOD), czy też w telewizji. Ponadto, nowa forma finansowania wprost obejmuje swoim zakresem, zarówno seriale jak i np. filmy animowane.

Wyłączeniu z nowego systemu wsparcia podlegają zaś np. reklamy, czy też utwory audiowizualne stworzone na potrzeby nauki lub na wewnętrzny użytek kościołów.

Wsparcie dla jednego utworu audiowizualnego może wynieść maksymalnie 15 mln zł., z zastrzeżeniem że ta kwota, co do zasady, wraz ze wszystkimi innymi pozyskanymi źródłami dofinansowania, nie może przekroczyć 50% całości kosztów utworu. Łączna kwota refinansowania, o którą może się ubiegać dany przedsiębiorca, nie może natomiast przekroczyć 20 mln zł. w danym roku kalendarzowym.

Wsparcie następuje na podstawie odpowiedniego wniosku złożonego przez przedsiębiorcę. Wniosek może być złożony nie wcześniej niż 6 miesięcy i nie później niż 2 miesiące przed rozpoczęciem prac, które mają być objęte refinansowaniem. Opłata za wniosek wydaje się przystępna. Wynosi ona 0.05% szacowanej kwoty wsparcia, jednakże nie więcej niż 1000 zł.

Nowa forma wsparcia ma postać refinansowania, w odróżnieniu od tej istniejącej obecnie. Wiąże się to z koniecznością zapewnienia przez przedsiębiorcę, który chce uzyskać refinansowanie, dysponowania na moment składania wniosku środkami na pokrycie 75% kosztów prac związanych z produkcją danego utworu audiowizualnego.

W ramach dokumentacji, która musi zostać złożona wraz z wnioskiem o refinansowanie, wnioskodawca musi wypełnić tzw. test kwalifikacyjny (zwany również testem kulturowym). Taki test ma na celu weryfikację planowanej produkcji pod kątem szeregu kryteriów związanych z zapewnieniem rozwoju sektora polskiej produkcji audiowizualnej. Najbardziej istotne jest jednak to, że nowy system zachęt nie przewiduje tzw. selekcji artystycznej, tj. nie bada wartości artystycznej utworu.

Wnioski są rozpatrywane przez PISF w terminie 28 dni kalendarzowych od ich złożenia. Przed złożeniem wniosku, można również uzyskać niezobowiązujący certyfikat poświadczający, że dany projekt wstępnie kwalifikuje się do uzyskania wsparcia.

Bardzo ważne jest to, że nawet w przypadku pozytywnego rozpatrzenia wniosku, przedsiębiorca któremu przyznano daną kwotę refinansowania nie może od razu skorzystać z tego wsparcia. Po podpisaniu z PISF odpowiedniej umowy, przyznane środki zostają wpłacone na bankowy rachunek powierniczy. Wypłata tych środków, na rzecz wnioskodawcy, może nastąpić wyłącznie po pozytywnej weryfikacji przez PISF szczegółowego raportu związanego z przebiegiem procesu produkcji danego filmu. W praktyce więc, przyznane środki będą faktycznie wypłacone przedsiębiorcy już po wyprodukowaniu danego utworu audiowizualnego.

Jak wygląda efektywność przyznawania „zachęt” na dzień dzisiejszy? Zgodnie z deklaracjami składanymi przez Ministerstwo Kultury oraz treścią wywiadu udzielonego przez dyrektora PISF, na potrzeby funkcjonowania nowego systemu zachęt, PISF ma otrzymywać z budżetu Państwa (w formie dotacji celowej) ok. 200 mln zł w skali roku. Ta dodatkowa kwota, w swoim założeniu ma podwoić obecny budżet PISF związany ze standardową formą dofinansowania produkcji filmowych. W konsekwencji, ma zostać zapewniona odpowiednia konkurencyjność polskiego sektora filmowego. Szacuje się że nowy system zachęt ma przyczynić się do ponad trzykrotnego zwiększenia wartości produkcji audiowizualnej w Polsce.

PISF został zobowiązany do publikowania na swojej stronie internetowej raportów dot. wykorzystania środków finansowych pochodzących z nowego programu wsparcia. Zgodnie z treścią raportu opublikowanego na stronie PISF, na dzień 7 czerwca 2019 r., zostało złożonych łącznie 26 wniosków o refinansowanie. 13 z tych wniosków zostało już rozpatrzonych przez PISF, a z pośród tych 13, wyłącznie w odniesieniu do dwóch została wydana pozytywna decyzja. Jednocześnie, aktualny łączny poziom udzielonych wsparć finansowych wynosi ok. 4.300.000,00 zł.

Patrząc na te dotychczasowe wyniki (na tle przyjętych założeń budżetowych) może nasunąć się, w oczywisty sposób, pewna wątpliwość, czy rzeczywiście procedura uzyskania refinansowania, w ramach nowego systemu zachęt, jest w maksymalny sposób przystępna i uproszczona, a przyznany limit budżetowy efektywnie wydatkowany. Nie mniej jednak, wydaje się, że wobec faktu iż minęło dopiero około 3 miesięcy od dnia uruchomienia nowego mechanizmu wsparcia, jest jeszcze o wiele za wcześnie na wyciąganie jakichkolwiek racjonalnych wniosków, co do tego na ile ten nowy mechanizm spełnia efektywnie swoje założone cele.

W branży e-commerce coraz większe zaległości

Polski rynek e-commerce konsekwentnie wzrasta osiągając dynamikę 13 proc. r/r, a wartość rynku szacowana jest na około 40 mld zł. Systematycznie zwiększa się odsetek Polaków, którzy robią zakupy za pośrednictwem internetu[1]. W całym 2018 roku zostało zarejestrowanych 6 863 nowych sklepów internetowych[2]. Z badań wynika, że pomimo ciągłego rozwoju branży, przedsiębiorcy nadal stają przed poważnymi wyzwaniami. Zaległości branży e-commerce w drugim półroczu 2018 roku wzrosły prawie o jedną czwartą do 157 mln zł, a przedsiębiorcy cały czas potrzebują dodatkowych środków na rozwój[3], np. z analizy Finiata.pl wynika, że głównym powodem dla którego klienci korzystają z dodatkowych funduszy są długie terminy oczekiwania na zapłatę faktur oraz coraz większa liczba kontrahentów, którzy nie płacą na czas.

Zakaz handlu w niedziele a e-commerce

Na zamknięciu sklepów w niedziele korzysta przede wszystkim e-commerce. Świadczy o tym, m.in. dynamiczny wzrost liczby nowo uruchamianych e-sklepów. Polski rynek sprzedaży internetowej urósł w ciągu ubiegłego roku o 1,8 tys. nowych podmiotów osiągając całkowitą liczbę ok. 31 tys. W całym 2018 roku zarejestrowanych zostało 6 863 nowych sklepów, a wykreślono 5 062[4]. W branży dzieje się dużo i zwykle w takich sytuacjach nie wszystkim się udaje, np. rosnąca konkurencja, a także ekspansja dużych sieci w internecie sprawia, że wiele z nowo powstałych sklepów nie utrzymuje się na rynku.

Jak pokazują badania, branża e-commerce szybko się rozwija, ale wciąż ma problemy finansowe. W drugim półroczu 2018 roku zaległości e-commerce wzrosły prawie o jedną czwartą do 157 mln zł. E-handel nie radzi sobie głównie ze spłatą kredytów, coraz więcej firm niepłacących w terminie trafia do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor za nieregulowanie faktur wystawianych przez kontrahentów[5]. Mowa tu głównie o płatnościach za telefon, internet, media oraz opłat za wynajem lokalu.

Alexander Beresvford
Alexander Beresford, CMO Finiata.pl

Tylko 30 proc. sklepów działa w polskim internecie dłużej niż 8 lat. Jednym z wielu powodów słabej kondycji finansowej, a co za tym idzie – zakończenia swojej działalności –  są zaległości w bieżącym regulowaniu zobowiązań. Żeby móc utrzymać firmę przedsiębiorcy potrzebują dodatkowych środków na już, które mogą przeznaczyć na wybrane przez nich cele – komentuje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Inwestycja w automatyzację

W 2019 roku sklepy e-commerce muszą stawiać większy nacisk na automatyzację – dla małych firm wygeneruje to oszczędności i umożliwi zmniejszenie kosztów własnych. Branża obecnie stoi przed wyzwaniami związanymi z rozwojem platform technologicznych, narzędzi obsługi klienta oraz współpracy z podmiotami zewnętrznymi.

Do największych należy przede wszystkim racjonalizacja kosztów logistycznych (obsługa wysyłki towaru). E-commerce inwestuje w rozwój, ale zdarza się, że ma problem z udźwignięciem finansowych zobowiązań. W efekcie rośnie liczba dostawców usług i towarów dla firm branży e-commerce nieotrzymujących płatności na czas.  Największy odsetek firm z zaległościami w branży występuje w województwach dolnośląskim (6,1 proc.), opolskim (6 proc.) i mazowieckim (5,7 pro.)[6].

W rzeczywistości, najważniejszy jest czas i swoboda przedsiębiorców w podejmowaniu decyzji na co przeznaczyć pieniądze, np. na wypłatę wynagrodzeń czy podatek. Niestety banki nie uwzględniają wszystkich potrzeb przedsiębiorców, zazwyczaj wiąże się to z długim oczekiwaniem na decyzję i koniecznością zebrania wielu dokumentów. W Finiacie ciągle pytamy naszych klientów czego oczekują i tworzymy dla nich nowoczesne rozwiązania. Głównym powodem dla którego przedsiębiorcy korzystają z dodatkowych funduszy są długie terminy oczekiwania na zapłatę z faktur oraz kontrahenci, którzy nie płacą na czas, dodaje Alexander Beresford.

[1]https://www.ecommerce-europe.eu/press-item/european-b2c-ecommerce-still-growing-fast-national-markets-moving-different-speeds/

[2] Dane Bisnode Polska

[3] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

[4] Dane Bisnode Polska

[5] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

[6] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor

Liczba upadłości firm wyhamowała, ale to się zmieni

W pierwszej połowie 2019 r. łączna liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 467, czyli dokładnie tyle samo ile w analogicznym okresie 2018 r.

Jak wynika z raportu międzynarodowej firmy Coface “Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2019 roku” wśród wszystkich rodzajów postępowań najwięcej ogłoszono upadłości – 267. Stanowią one aż 57 proc. wszystkich postępowań.

Łączna liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 5 proc. W I połowie 2019 r. zanotowano ich łącznie 200, co stanowi 43 proc. wszystkich postępowań.

Najbardziej znamienny jest stały wzrost liczby przyspieszonych postępowań układowych. Ich liczba wzrosła r/r o 26 proc. i w I połowie 2019 roku ta najszybsza forma restrukturyzacji stanowiła już 69 proc. wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych i 23 proc. ogółu postanowień sądowych. Pozostałe formy upadłości i restrukturyzacji zanotowały spadek.

– Te dane należy interpretować dość optymistycznie, ponieważ od 2016 r. mieliśmy do czynienia ze wzrostem upadłości i restrukturyzacji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce. – Nadal wzrasta wykorzystanie restrukturyzacji, a jest to dobry sygnał, że firmy mające kłopoty z płynnością sięgają po takie właśnie rozwiązania prawne, które mogą im pomóc w powrocie do normalnej działalności biznesowej.

Upadłości w branżach odzwierciedlają sytuację obserwowaną na rynku. Skok o
71 proc. zanotował transport (w ciągu dwóch lat o 177 proc.) oraz o 16 proc. handel
(w ciągu dwóch lat o blisko 40 proc.). Więcej o 10 proc. było postanowień w rolnictwie.

Jak dotychczas Polska jest relatywnie odporna na spowolnienie gospodarcze w strefie euro, a zwłaszcza mizerne wyniki przemysłu w Niemczech, czyli naszym głównym rynku eksportowym.

– Niemniej jednak, nie oczekujemy, aby poprawa w statystykach upadłości i restrukturyzacji była kontynuowana. Prognoza Coface zakłada 5-proc. wzrost łącznej liczby postępowań w tym roku – ocenia ekspert Coface.

Od stycznia 2020 r. upadłość konsumencka na nowych zasadach – plusy i minusy

Bankructwa mają być łatwiejsze. Najczęściej sądy odrzucały wnioski o upadłość konsumencką, gdy ich przyczyną było rażące niedbalstwo, czyli doprowadzenie do swojej niewypłacalności w sposób lekkomyślny.

– Od stycznia 2020 r. te przepisy mają się zmienić, rząd promuje to jako dobrą zmianę, ale nie wszystkie zmiany są korzystne, problemem dla konsumentów mogą okazać się plany spłat, a to jest jeden z głównych elementów postępowania przy ogłaszaniu upadłości konsumenckiej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Baran z kancelarii Baran&Pluta.

Obecnie taki plan spłat może być rozłożony na 36 miesięcy. Po zmianie przepisów ten okres wydłuży się do 7 lat. A może być gorzej, bo permanenta zmiana może trwać jeszcze dłużej.

– Sąd może umorzyć długi, ale warunkowo, jeżeli ktoś dostanie lepszą pracę albo spadek, wtedy dłużnik nie będzie wiedział czy przez okres siedmiu lat długi ma umorzone, czy będzie musiał zacząć je spłacać – komentuje mec. G.Baran.

Wynagrodzenia w branży budowlanej. Pensje rosną, zyski maleją

W 2018 roku w Ogólnopolskim Badaniu Wynagrodzeń wzięło udział ponad 9 000 pracowników z branży budowlanej. Około 60% badanych stanowili mężczyźni. Mediana miesięcznych zarobków w tej branży wyniosła 4 684 PLN brutto miesięcznie, co daje kwotę wyższą o niecałe 200 PLN od mediany OBW, która w 2018 roku wyniosła 4 500 PLN. 25% najwyżej wynagradzanych pracowników otrzymywało zarobki nie niższe niż 7 000 PLN, a 25% najniżej opłacanych pracowników zarabiało nie więcej niż 3 500 PLN.

Schemat 1. Wynagrodzenia w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)

schemat 1Najwyższe zarobki w branży budowlanej otrzymywali pracownicy w województwie mazowieckim – 5 789 PLN. Na drugim miejscu pod względem zarobków znalazło się województwo dolnośląskie, gdzie mediana płac wyniosła 5 000 PLN. W pozostałych województwach mediana płac była niższa, a w województwie podkarpackim i lubelskim nie przekroczyła kwoty 4 000 PLN.

Mapa 1. Wynagrodzenia w różnych województwach  w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)mapa 1

Na początku kariery pracownicy w budowlance otrzymują zbliżone zarobki w firmach o polskim i zagranicznym kapitale, jednak z biegiem lat różnica ta stopniowo się zwiększa. Wśród pracowników ze stażem od 9 do 10 lat dysproporcja wynosi już ponad 2 500 PLN, natomiast wśród pracowników o stażu dłuższym niż 16 lat różnica to ponad 3 500 PLN.

Wykres 1. Wynagrodzenia pracowników z różnym stażem pracy w firmach polskich i zagranicznych w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)

wykres 1Poniższa tabela prezentuje zarobki pracowników z różnym wykształceniem w firmach o różnym typie własności. Najwyższe płace w branży budowlanej otrzymywali pracownicy z tytułem magistra inżyniera zatrudnieni w firmach prywatnych. Mediana ich miesięcznych zarobków wyniosła 5 600 PLN. W firmach państwowych zarobki magistrów inżynierów były natomiast niższe o 400 PLN.

Tabela 1. Wynagrodzenia pracowników z różnym wykształceniem w firmach o różnym typie własności w branży budowlanej w 2018 roku (brutto w PLN)

poziom wykształcenia typ własności próba 25% zarabiało nie więcej niż mediana 25% zarabiało nie mniej niż
średnie lub pomaturalne (zdana matura) prywatna 1252 3 062 4 000 5 359
państwowa 45 3 100 4 200 4 382
wyższe zawodowe (licencjackie/inżynierskie) prywatna 1427 3 400 4 300 6 000
państwowa 54 3 400 3 924 6 422
wyższe magisterskie prywatna 1333 3 950 5 071 7 798
państwowa 74 3 493 4 250 6 004
wyższe magisterskie inżynierskie prywatna 3661 4 000 5 600 8 100
państwowa 115 3 708 5 200 6 865

Źródło: Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń przeprowadzone przez Sedlak & Sedlak w 2018 roku

Stopy procentowe w Polsce w kolejnych kwartałach pozostaną bez zmian

Wczorajsze spotkanie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło przełomu. Członkowie RPP obecni na konferencji prasowej po spotkaniu banku, na czele z prezesem NBP, Adamem Glapińskim sugerowali, że obecnie nie należy nastawiać się na zmianę stóp procentowych.

Nowe, lipcowe projekcje Działu Analiz Ekonomicznych NBP, których fragment odczytał podczas konferencji prasowej prezes Glapiński, były zbliżone do oczekiwań z marca. Analitycy NBP spodziewają się wyższego niż zakładali wcześniej wzrostu gospodarczego tak w tym, jak i przyszłym roku. Zakładają oni również umiarkowaną inflację w 2019 roku, po czym nastąpić ma jej przyspieszenie – jednak raczej nie przekraczające górnych odchyleń widełek celu inflacyjnego. Zgodnie z retoryką prezesa Glapińskiego stopy procentowe powinny pozostać stabilne w całym horyzoncie projekcji, czyli do końca 2021 roku.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,24-4,25. W parze z dolarem amerykańskim, wspólna europejska waluta doświadczyła deprecjacji o podobnej skali.

Dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej w strefie euro w maju pokazały dość wyraźny spadek, który w ujęciu miesięcznym wyniósł -0,3%. W porównaniu do zeszłego roku sprzedaż detaliczna wzrosła zaledwie o 1,3%, co jest najniższą dynamiką od końcówki ubiegłego roku. Mimo negatywnego zaskoczenia, wpływ publikacji na zachowanie wspólnej europejskiej waluty był jednak dość ograniczony, główna para pozostaje dzisiaj względnie stabilna.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,72-4,74. Funt brytyjski cały czas pozostaje dość słaby. W tym tygodniu powodów do wyprzedaży szterlinga dostarczały przede wszystkim dane makroekonomiczne. Indeksy PMI opisujące aktywność w sektorze przemysłu, budownictwa i usług publikowane na przestrzeni ostatnich trzech dni rozczarowywały, wskazując, że obawy związane z Brexitem i globalną sytuacją gospodarczą negatywnie przekładają się na sytuację brytyjskich przedsiębiorstw.

 

USD

Kurs USD/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,75-3,77. Dane makroekonomiczne napływające wczoraj z USA były mieszane, jednak w większości rozczarowały. Negatywnie zaskoczył odczyt ADP o zatrudnieniu pozarolniczym w czerwcu, do którego dołączył wskaźnik ISM opisujący aktywność w usługach. Ten ostatni doświadczył głębszego spadku niż zakładano, schodząc do najniższego poziomu od końcówki 2017 roku. Indeks PMI dla sektora z kolei zaskoczył in plus, w czerwcu notując wzrost w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca. Nadal jednak pozostaje na niskim poziomie, a z uwagi na to, iż jego znaczenie jest dość ograniczone, ogólny wydźwięk wczorajszych odczytów był negatywny. Dane nie przeszkodziły jednak dolarowi w lekkiemu umocnieniu, tak w parze ze złotym, jak i głównymi walutami.

W czwartek aktywność na rynkach w drugiej części dnia będzie niższa niż zwykle, nie poznamy również żadnych istotnych publikacji makroekonomicznych. Ma to związek z Dniem Niepodległości, który obchodzony jest w Stanach Zjednoczonych.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Liczba bezrobotnych w Polsce najniższa w historii, ale…

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podało wartość bezrobocia na czerwiec. To już trzeci miesiąc z rzędu, kiedy osiągamy historyczny rekord. Jednak analitycy spodziewali się jeszcze lepszego rezultatu. Mogłoby to budzić pewne wątpliwości co do kondycji naszej gospodarki, ale prognozy NBP temu przeczą.

Bezrobocie cały czas w dół

Wiceminister Stanisław Szwed podał informację, że stopa bezrobocia wyniosła 5,3%. To o 0,1% mniej niż w maju i kolejny najniższy wynik od 29 lat. Co ciekawe, analitycy spodziewali się spadku do 0,2%. W głównej mierze miałby on wynikać ze zwiększonej liczby pracowników sezonowych, których zatrudnienie zwykle wzrasta o tej porze roku. Potwierdzenie tych danych przez GUS pojawi się dopiero w czwartym tygodniu lipca. Po deklaracji ministerstwa złoty delikatnie się osłabiał, ale mogła to być równie dobrze korekta ostatnich wzrostów na parze PLN/EUR i spadku kursu poniżej poziomu 4,25 zł.

NBP uspokaja w sprawie inflacji

Narodowy Bank Polski przedstawił swoje projekcje inflacji. Zakładają one brak zmian wartości stóp procentowych w naszym kraju w nadchodzących kwartałach. Według tych informacji w szczytowym momencie ceny mają rosnąć o ok. 3%, czyli w dalszym ciągu w zakresie celu inflacyjnego, pozostawiając 0,5% zapasu. Zdaniem ekspertów banku centralnego wzrost gospodarczy ma wynieść w tym roku 4,5%, a w kolejnych latach odpowiednio 3,9% oraz 3,4%. Przedstawione symulacje zakładają pewną stałość warunków zewnętrznych. Gdyby na Zachodzie doszło do poważnych zmian, to nastąpi konieczność aktualizacji tych prognoz.

Zbliża się ważny rekord na Wall Street

Amerykański indeks S&P po raz kolejny ustanowił historyczny rekord na poziomie 2995,82 punktów. Oznacza to, że do psychologicznej bariery 3000 punktów brakuje już naprawdę niewiele. Warto podkreślić, że w ciągu roku giełda poszła w górę już o 20% i biorąc pod uwagę nadchodzące zmiany stóp procentowych, wcale nie musi to być ostatnie słowo. Analitycy spodziewają się sporych obniżek stóp jeszcze w tym roku, co powoduje przesunięcie kapitału w bardziej ryzykowne miejsca. Patrząc na notowania kontraktów terminowych, to szansa tylko jednej redukcji wynosi mniej niż 10%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Budowlanka w kryzysie w szczycie sezonu – marże rzędu 1% nie są wyjątkiem

  • Sezon budowlany w pełni, ale wykonawcy schodzą z budów – np. w Szczecinie, koło Częstochowy czy Poznania.
  • Powodem jest zmiana realiów kosztowych w ostatnich latach i brak rąk do pracy.
  • Firmy budowlane codziennie walczą o zachowanie płynności i pozyskanie finansowania na bieżącą działalność.

Problemy firm budowlanychCzy czeka nas pogrom branży podobnie jak w 2014 roku?

Polska dysponuje obecnie znacznymi środkami europejskimi na inwestycje infrastrukturalne, w tym drogowe. Takie okoliczności powinny cieszyć budowlańców. Sytuacja nie jest jednak optymistyczna.

Wykonawcy mają zaległości w realizacji umów, schodzą z budów, ustają przepływy finansowe jak i płynność realizacji wielu kontraktów. Wielu wykonawców nie zarabia, a traci na realizacji umów, marża w wysokości 1% nie jest rzadkością, choć nawet taka nie zawsze jest osiągalna.

Problemy są np. w przypadku węzła łączącego autostradę A6 z ul. Zwierzyniecką w ciągu DK 10 w Szczecinie, na trzech odcinkach trasy S5 w województwie kujawsko-pomorskim czy koło Poznania. Podobne problemy są z pracami na obwodnicy Częstochowy na autostradzie A1.  Rozwiązane zostały umowy na budowę S61 Ostrów Mazowiecka – Śniadowo i S7 Warszawa Lotnisko-Lesznowola, a unieważniony został przetarg na drogę S16 Borki Wielkie – Mrągowo. Sytuacja zaczyna przypominać pogrom branży budowlanej jaki miał miejsce przed kilkoma laty.

Duzi schodzą z budowy, mali bankrutują lub szukają dodatkowego finansowania

Generalni wykonawcy rezygnację z kontynuacji umów tłumaczą wzrostem cen na rynku budowlanym i brakiem fachowej i rozsądnie wycenianej siły roboczej. To, że umów nie realizują wiodący wykonawcy kontraktów, często z zagranicy, to jedno, ale ich kłopoty rzutują na krajowych podwykonawców, czasem średnie lub małe firmy rodzinne. Kłopoty z płynnością przenoszą się na polskich podwykonawców, którzy choć nie są duzi mają czasem milionowe kontrakty u generalnych wykonawców.

– Takie firmy przeczuwając, że ich wynagrodzenie wypłacane przez dużego zagranicznego wykonawcę może „gdzieś utknąć”, albo zostać wypłacone z dużym opóźnieniem stają pod ścianą. Brak przelewu za fakturę zmusza ich do wstrzymywania zapłaty swoim podwykonawcom lub dostawcom. Powstaje efekt „kuli śniegowej”. Lepiej radzą sobie Ci, którzy szukają zewnętrznego finansowania np. w postaci faktoringu. Odczuwamy zwiększenie zainteresowania faktoringiem przez branżę budowlaną, być może dlatego, że jesteśmy jedną z niewielu firm, która budowlańców finansuje – mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Duzi wykonawcy drastycznie przeciągają terminy płatności u swoich dostawców i podwykonawców. Ci w coraz większym stopniu muszą opierać się na faktoringu, choć nie wszyscy faktorzy finansują tę branżę z powodu jej kłopotów z płynnością finansową.

Na przelew nie można czekać bez końca

Ci którzy tylko czekają na pieniądze, mogą się na nie po prostu nie doczekać. Budowlaniec trafiający do nas po finansowanie, kiedy jego faktury są jeszcze terminowo regulowane ma szansę nie tylko na szybszą wypłatę swoich już zarobionych środków w ramach usługi faktoringu, może też negocjować niższe koszty takiej usługi. Jeśli będzie zbyt długo zwlekał może po prostu być za późno na uratowanie płynności i otrzymanie finansowania. Trzeba działać teraz, sytuacja w budowlance nie poprawi się z dnia na dzień i nic na razie nie wskazuje, że będzie to wkrótce – mówi Anna Konecka – Pająk z eFaktor.

Powodem takich problemów branży jest ostra rywalizacja cenowa w przetargach, szczególnie tych, które rozstrzygały się 2-4 lata temu. Od tego czasu koszty materiałów budowlanych poszły drastycznie w górę, równocześnie spadało bezrobocie, a wrosły wymagania pracowników.

Dla przykładu w ciągu ostatnich lat ceny asfaltu wzrosły o 90 proc., betonu o 50 proc., a stali o 60 proc. Tymczasem duże firmy budowlane pracują po stałej zakontraktowanej cenie sprzed 2-3 lat z marżą na poziomie 2-3 proc. Według danych GUS za pełen 2018 rok ta marża dla generalnych wykonawców spada i oscyluje wokół 1 proc.

Gmina Olsztyn oddaje do użytku drogę DK51 sfinansowaną z funduszy unijnych

Gmina Olsztyn oddała do użytku Drogę Krajową 51 na odcinku od skrzyżowaniaul. Towarowej z ul. Leonharda do węzła Wschód (S51). Całkowity koszt inwestycji wyniósł prawie 131,5 mln zł. Unijne dofinansowanie z Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020 wyniosło 85 proc. kosztów kwalifikowanych.

Wsparcie projektu z funduszy unijnych pochodziło z Programu Operacyjnego Polska Wschodnia2014-2020 (Działanie 2.2 Infrastruktura drogowa), realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

Uroczyste oddanie drogi odbyło się w towarzystwie prezydenta Olsztyna Piotra Grzymowicza, senator RP Lidii Staroń, wicemarszałka województwa warmińsko-mazurskiego Marcina Kuchcińskiego, wicewojewody warmińsko-mazurskiego Sławomira Sadowskiego, dyrektora Departamentu Projektów Infrastrukturalnych PARP Macieja Berlińskiego oraz dyrektora regionu firmy Budimex S.A. (lider konsorcjum wykonawców) Dariusza Taraszkiewicza.

Inwestycja zlokalizowana jest we wschodniej części Olsztyna i stanowi niezbędne powiązanie układu drogowego w ciągu DK 51 z południową obwodnicą Olsztyna w ciągu DK 16 zrealizowaną przez GDDKiA.

W ramach projektu wybudowano dwa wiadukty drogowe, przebudowano obecną ulicę Towarową do ulicy Budowlanej i wybudowano jej nowy przebieg od ulicy Budowlanej do węzła „Wójtowo”.

– To jedna z najważniejszych, drogowych inwestycji Olsztyna ostatnich lat – mówi prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz. – Dzięki temu wyremontowaliśmy fragment wysłużonej trasy, biegnącej przez dzielnicę przemysłową i wybudowaliśmy zupełnie nowy fragment, wiodący do południowej obwodnicy naszego miasta. Bez wątpienia to zmiana jakościowa przestrzeni oraz funkcjonalności komunikacyjnej tego obszaru.

– Dzisiejsza uroczystość kończy realizację projektów drogowych współfinansowanych z POPW 2014-2020 zarówno w województwie warmińsko-mazurskim jak i samym Olsztynie. Wszystkie dostępne środki w ramach działania „Infrastruktura drogowa” zostały już wykorzystane. Przed nami przygotowanie nowych inwestycji do realizacji w kolejnym programie operacyjnym w nowym okresie programowania – mówił Maciej Berliński, dyrektor Departamentu Projektów Infrastrukturalnych PARP.

Przedmiot projektu:

  1. Budowa ul. Towarowej na odcinku od skrzyżowania ul. Towarowej z ul. Budowlaną do projektowanej obwodnicy Olsztyna:
  • budowa i przebudowa skrzyżowań z ul. Budowlaną i ul. Cementową;
  • budowa dróg obsługujących, ścieżek rowerowych i chodników, zatok autobusowych, zjazdów oraz wiaduktu drogowego w ciągu przebudowywanej ul. Towarowej nad torami bocznicy kolejowej do zakładów Michelin Polska;
  • przebudowa kolidującej infrastruktury;
  • wyburzenia kolidujących budynków i obiektów inżynierskich;
  • wycinka drzew oraz nowe nasadzenia zieleni.
  1. Przebudowa ul. Towarowej od skrzyżowania ul. Towarowej z ul. Leonharda do skrzyżowania z ul. Budowlaną:
  • przebudowa skrzyżowań z ul. Leonharda, ul. Stalową oraz ul. Sprzętową,
  • budowa dróg obsługujących, ścieżek rowerowych i chodników, zatok autobusowych, zjazdów oraz wiaduktu drogowego nad linią kolejową,
  • przebudowa kolidującej infrastruktury,
  • wyburzenia kolidujących budynków i obiektów inżynierskich,
  • wycinka drzew oraz nowe nasadzenia zieleni.

W wyniku realizacji projektu powstało: 0,39 km nowych dróg krajowych klasy G 2/2 (2 jezdnie po 2 pasy ruchu), 2,17 km przebudowanych do wyższych parametrów dróg krajowych oraz ponad 3 km infrastruktury rowerowej.

Realizacja projektu przyczyni się do osiągnięcia następujących celów szczegółowych:

  • wzmocnienie powiązań z układem TEN-T,
  • powiązanie układu drogowego w ciągu DK51 z południową obwodnicą Olsztyna w ciągu DK16,
  • poprawa organizacji ruchu tranzytowego i lokalnego (zmniejszenia liczby pojazdów w centrum miasta i wyprowadzenie ruchu tranzytowego z miasta),
  • pozytywny wpływ na wzrost promienia oddziaływania miasta w zakresie codziennych dojazdów do pracy,
  • podniesienie konkurencyjności i ożywienia przedsiębiorczości we wschodniej części miasta(większa integracja funkcjonujących rynków pracy).

Ceny OC niższe o kolejne 7,2% – analiza I półrocza 2019 r.

W 2018 roku ceny OC utrzymywały się na podobnym poziomie. W I półroczu 2019 r. cena obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu była natomiast o 7,2% niższa niż w pierwszych 6. miesiącach roku ubiegłego i wyniosła 687 zł.

Pierwsza połowa roku 2019 przyniosła wyraźne obniżki cen OC. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych eksperci porównywarki rankomat.pl podsumowują, jak kształtowały się średnie składki obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu w I półroczu i sprawdzają, w których województwach i miastach w Polsce kierowcy otrzymywali najkorzystniejsze oferty OC.

Jaka była średnia cena ubezpieczenia OC w I półroczu br.?

Zmiany średnich cen OC w I półroczu 2019 r.Ceny OC zaczęły spadać pod koniec 2017 roku. W 2018 r. utrzymywały się na podobnym poziomie. Początek br. przyniósł jednak nieco większe obniżki. W I półroczu 2019 roku średnia cena ubezpieczenia OC była o 7,2% niższa niż w takim samym okresie 2018 r.

„Największa dynamika wzrostu cen OC miała miejsce między I półroczem 2016 i 2017 roku. Podwyżka sięgnęła wówczas ponad 44%. Od pierwszego półrocza 2018 r. ceny OC zaczęły spadać. W pierwszym półroczu br. średnia składka OC wyniosła 687 złotych i była jeszcze niższa niż przed rokiem” – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat

Najdrożej w woj. pomorskim i dolnośląskim

Z analizy cen OC porównywarki rankomat.pl wynika, że w I połowie 2019 r. najdroższe oferty ubezpieczenia OC otrzymywali kierowcy z województw: pomorskiego (780 zł), dolnośląskiego (764 zł) i mazowieckiego (753 zł). Najmniej za obowiązkowe ubezpieczenie płacili natomiast właściciele pojazdów zarejestrowanych w województwie: podkarpackim (557 zł), opolskim (589 zł) i świętokrzyskim (598 zł).

We wszystkich regionach Polski ceny ubezpieczenia OC były niższe niż przed rokiem. Obniżki w poszczególnych województwach wyniosły od -5,4% (woj. zachodniopomorskie) do -8,7% (woj. wielkopolskie).

Największe odchylenie od średniej ceny OC w pierwszym półroczu 2019 r. odnotowano w województwach: podkarpackim (-18,9%), opolskim (-14,3%) i świętokrzyskim (-13%) .W których województwach OC było najdroższe w I półroczu 2019 roku_

Najtańsze i najdroższe miasta

W I półroczu 2019 r. najwięcej za obowiązkowe ubezpieczenie płacili kierowcy z Wrocławia, Gdańska i Warszawy. Towarzystwa ubezpieczeniowe proponowały najtańsze polisy OC mieszkańcom Rzeszowa, Kielc i Opola. Różnica cen OC pomiędzy najtańszym Rzeszowem (607 zł) a najdroższym Wrocławiem (943 zł) wyniosła aż 55,3%.W których miastach wojewódzkich OC było najdroższe w I półroczu 2019 roku_

We wszystkich miastach wojewódzkich ceny obowiązkowego ubezpieczenia pojazdu spadły w porównaniu do roku ubiegłego. W I półroczu 2019 r. największe obniżki cen OC dotyczyły mieszkańców Kielc (-10%), Lublina  (- 9,2%) i Warszawy (-9,0%). W pozostałych miastach obniżki wyniosły od -5,6% w Olsztynie do -8,6% w Gdańsku.

W miastach, w których ceny OC były najwyższe, odchylenia od średniej ceny OC wynosiły: 37,3% (Wrocław), 30% (Gdańsk) i 22,4% (Warszawa). Najmniej do ubezpieczenia musieli dopłacić właściciele samochodów zarejestrowanych w Rzeszowie (-11,6%), Kielcach (-6,6%) i Opolu (-5,2%) wynika z danych rankomat.pl.

Jakie zmiany w podatkach przyniesie Wieloletni Plan Finansowy państwa?

Resort finansów podejmuje kolejne działania zmierzające do uszczelniania systemu podatkowego. Świadczy o tym przyjęty w ostatnim tygodniu kwietnia Wieloletni Plan Finansowy państwa na lata 2019-2022. Ministerstwo Finansów wynajduje coraz to nowe sposoby na poszukiwanie źródeł dochodów budżetowych. Co resort wymyślił tym razem i jakie niesie to ze sobą konsekwencje dla podatników?

Założenia Wieloletniego Planu Finansowego

Głównym motywem wprowadzanych zmian jest dążenie do ustabilizowania wydatków państwa oraz stawienie czoła poważnym wyzwaniom finansowym dla budżetu państwa, w postaci inicjatyw rządowych, takich jak chociażby program 500+. Rząd nie ma zamiaru rezygnować ze swojej polityki społecznej i gospodarczej, co dla podatników oznacza dalsze poszukiwania źródeł jej finansowania w ich kieszeniach.

Uszczelnienie systemu podatkowego ma także na celu stopniowe obniżanie wysokości państwowego długu publicznego w relacji do PKB, a także zmniejszenie luki podatkowej VAT. Rzeczywistości nie da się jednak oszukać pięknymi planami. Resort finansów przewiduje, że pomimo wzrostu gospodarki krajowej o 4% PKB, stanowi to spowolnienie względem ubiegłego roku.

Ministerstwo Finansów planuje wcielić swoje plany w życie za pomocą następujących narzędzi:

  • wprowadzenia obligatoryjnego w niektórych branżach mechanizmu podzielonej płatności (split payment),
  • postępującego wdrażania oraz rozwijania Systemu Teleinformatycznego Izby Rozliczeniowej,
  • modyfikacji klauzuli przeciwko unikaniu podwójnego opodatkowania,
  • obowiązek przekazywania organom podatkowym informacji o wdrażanych schematach podatkowych.

Obowiązkowy split payment dla wybranych branż

Jednym z budzących największe kontrowersje założeń Wieloletniego Planu Finansowego państwa jest wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności dla wybranych branż. Wybranych to znaczy takich, które są szczególnie podatne na nadużycia w podatku VAT.

Co do zasady mechanizm podzielonej płatności pozwala uwolnić środki z rachunków VAT na wniosek podatnika. W praktyce oznacza to utworzenie dwóch kont bankowych dla przedsiębiorców. Na zwykły rachunek wpływa kwota netto z transakcji. Natomiast na drugi przelewana jest część odpowiadająca podatkowi VAT. Pozornie oznacza to transparentność środków, którymi dysponuje przedsiębiorca. Wadą mechanizmu podzielonej płatności jest jednak ograniczenie możliwości korzystania ze środków zgromadzonych na koncie VAT właściwie tylko do regulowania zobowiązań wobec fiskusa.

Do tej pory split payment był dobrowolny – przedsiębiorcy sami decydowali, czy chcą skorzystać z jego mechanizmu. Wieloletni Plan Finansowy zakłada, że już od 2020 r. stanie się obowiązkowy dla wybranych branż, tj. przede wszystkim dla branży elektronicznej, budowlanej, paliwowej oraz handlu węglem i częściami samochodowymi. Obligatoryjny split payment ma więc dotyczyć tych branż, w których obowiązuje odwrócony podatek VAT lub solidarna odpowiedzialność.

Zmiany w kosztach uzyskania przychodów oraz skali PIT

Wieloletni Plan Finansowy państwa zakłada także pozornie istotne i korzystne dla podatników zmiany w zasadach naliczania kosztów uzyskania przychodów oraz stawki podatku dochodowego od osób fizycznych.

Według Planu od stycznia przyszłego roku koszty uzyskania przychodu wzrosną z 1 335 zł do aż 3 000 zł. Pozornie oznacza to, że podatnicy będą mieli do zapłaty niższy podatek roczny albo uzyskają wyższą kwotę zwrotu podatku.

Druga zmiana polega na zmniejszeniu wysokości podatku dochodowego od osób fizycznych z 18% do 17% dla podatników, którzy rozliczają się na podstawie skali podatkowej i tylko do dochodu rocznego niższego niż 42 764 zł.

Problem w tym, że obie zaprezentowane zmiany nie będą odczuwalne. Wprawdzie jest to krok w dobrym kierunku, jednak, biorąc pod uwagę skalę fiskalną zmian, trudno nie odczuć, że ich główny wymiar ma charakter czysto propagandowy. Podwyższenie kosztów uzyskania przychodów dla podatnika oznacza oszczędności rzędu 25 zł miesięcznie. Natomiast zmniejszenie wysokości stawki podatkowej będzie dotyczyło relatywnie niewielkiej liczby podatników.

Koniec końców zapowiadane zmiany okazują się nie wielką reformą prawa podatkowego korzystnie zmieniającą sytuację podatników, a jedynie walką o głosy wyborców.

Obowiązkowa wymiana kas fiskalnych

Wcześniej jednak, bo od maja 2019 r., przedsiębiorcy zostaną zobowiązani do wymiany tradycyjnych kas na kasy fiskalne online. Zabieg ten w założeniu ma pomóc walczyć z wyłudzeniami podatku VAT. Takie kasy będą przesyłać informacje o transakcji do Centralnego Repozytorium Kas. Dzięki temu urzędnicy nie będą mieli problemu z ustaleniem wysokości podstawy opodatkowania, kwoty podatku należnego, stawki podatku, rodzaju towaru lub usługi, a także czasu i miejsca instalacji kasy.

Podatników może natomiast zastanawiać słuszność przechowywania przez szefa Krajowej Administracji Skarbowej informacji o nich oraz przeprowadzanych transakcjach. Takie informacje będą bowiem przekazywane za pośrednictwem kas. W praktyce dane z kas będą stanowiły elektroniczne odbicie tradycyjnych paragonów.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W I kw. 2019 r. zaskoczyły nas wyniki ze sprzedaży OC

Komisja Nadzoru Finansowego niedawno podała wyniki działalności zakładów ubezpieczeń w I kw. 2019 roku. Publikacja tych danych zawsze jest oczekiwana przez osoby zainteresowane sytuacją aktualnie panującą na polskim rynku ubezpieczeniowym. Tym razem dane KNF – u mogą wzbudzać jeszcze większe zainteresowanie. Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny nieco wcześniej (na podstawie własnych kalkulacji) podał bowiem, że w I kw. 2019 r. po raz pierwszy od dawna odnotowano spadek łącznej składki przypisanej brutto z OC dla kierowców. Kwartalne informacje Komisji Nadzoru Finansowego wskazują, że ten spadek nie był jedyną niespodzianką dotyczącą rynku obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl postanowili wskazać inne ciekawe zmiany „komunikacyjnych” wyników ubezpieczycieli, które miały miejsce na początku 2019 r.

Składka przypisana brutto z OC rzeczywiście nieco spadła

Analizę kwartalnych informacji niedawno podanych przez KNF warto rozpocząć od potwierdzenia wniosków Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Szacunki UFG wskazywały, że roczny spadek składki przypisanej brutto z obowiązkowego OC dla kierowców wyniósł 43 mln zł (wynik dla I kw. 2019 r. względem I kw. 2018 r.). „Po sprawdzeniu rozbudowanych tabel, które publikuje Komisja Nadzoru Finansowego okazuje się, że składka przypisana brutto z OC komunikacyjnego rzeczywiście spadła w ujęciu rocznym. To sygnał potwierdzający, że obniżki składek obowiązkowych polis komunikacyjnych wpłynęły na finanse ubezpieczycieli” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Zmiany łącznej składki OC to dowód na cenową stagnację

Poniższe zestawienie przygotowane przez analityków Ubea.pl dostarcza nam szerszych informacji na temat wyników ze sprzedaży obowiązkowych polis komunikacyjnych (grupa 10 działu II ubezpieczeń). Po podsumowaniu obliczeń Komisji Nadzoru Finansowego można na przykład stwierdzić, że łączny poziom zebranej składki (w odróżnieniu od składki przypisanej brutto) nieco wzrósł w ujęciu rocznym (od I kw. 2018 r. do I kw. 2019 r.). Wzrost z 2,95 mld zł do 3,01 mld zł w skali dwunastu miesięcy trudno jednak uznać za imponujący. „To wynik bardzo daleki od dodatnich zmian, które były widoczne w czasach intensywnych podwyżek składek OC. Porównanie łącznej wartości składek OC komunikacyjnego zebranych w I kw. 2018 r. oraz I kw. 2019 r. sugeruje cenową stagnację na rynku” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Spadek świadczeń dla ofiar wypadków jest przejściowy …

W kontekście wyników krajowych ubezpieczycieli dotyczących obowiązkowych polis komunikacyjnych, największą niespodzianką wydaje się roczny spadek wartości świadczeń wypłaconych ofiarom wypadków. Od początku stycznia do końca marca 2019 roku takie świadczenia miały łączną wartość 2,19 mld zł. Oznacza to spadek o 0,05 mld zł względem I kw. 2018 r. „Warto odnotować, że ta niewielka zmiana została skompensowana przez wzrost kosztów działalności ubezpieczeniowej i pozostałych kosztów technicznych na udziale własnym (zobacz poniższa tabela)” – zauważa Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W poniższym zestawieniu uwagę zwraca również wzrost wyniku technicznego ze sprzedaży obowiązkowych polis komunikacyjnych. Ten wzrost w ujęciu rocznym (I kw. 2018 r./I kw. 2019 r.) wyniósł 0,07 mld zł. Oczywiście jest to dobry prognostyk dla ubezpieczycieli na cały bieżący rok. Trzeba jednak pamiętać, że wyniki prezentowane poniżej dotyczą tylko I kw. 2019 r. Wydaje się, że w kolejnych miesiącach bieżącego roku widoczna będzie ujemna presja na zysk techniczny ze sprzedaży OC. Taka presja może być związana przede wszystkim ze wzrostem wartości wypłat dla ofiar wypadków drogowych i malejącym lub stałym przypisem składki. Roczny spadek świadczeń wypłaconych osobom poszkodowanym (widoczny od stycznia do marca br.) to raczej tylko wyjątek potwierdzający wzrostową regułę. Ciekawą kwestią wydaje się również perspektywa ewentualnego spadku zebranych składek OC lub ustabilizowania ich łącznej wartości. „Wskazania barometru cenowego Ubea.pl sugerują, że w dwóch miesiącach drugiego kwartału 2019 r. (kwiecień – maj) na rynku był widoczny powolny trend spadkowy dotyczący składek obowiązkowych polis komunikacyjnych. Wspomniane polisy dla kierowców w maju powróciły do poziomu cenowego z lutego bieżącego roku” – przypomina Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

wyniki-ubezpieczycieli-i-kw-2019-ubea-tab-1

USA świętują Dzień Niepodległości, Trump oskarża Chiny i strefę euro za manipulację kursem

USA świętują Dzień Niepodległości, co zwykle obfituje w pokazy fajerwerków, ale dla rynków finansowych to oznacza, że zamiast huków będziemy raczej słychać cykanie świerszczy. Jeszcze wczoraj było mnóstwo powodów, by odcisnąć piętno na handlu, a jednak inwestorzy myśleli, by w spokoju dobrnąć do piątku.

Ani mieszany wydźwięk danych z USA, ani komentarze prezydenta Trumpa nie zdołały wczoraj rozbudzić zmienności, co tylko świadczy o tym, że nikt nie chce angażować się w głębsze analizy i transakcje, kiedy na następny dzień będzie nieobecny. Z perspektyw inwestorów z Europy także bezowocnym jest poświęcać czas na handel na w połowie nieobecnym rynku. Tak było w przeszłości i tak będzie dziś. Nie oznacza to oczywiście, że środowe wydarzenia są kompletnie bez znaczenia. ISM dla sektora usługowego (najważniejszego segmentu gospodarki) spadło do 55,1, mocniej niż oczekiwane 56. To wciąż wysoki poziom (o który w Eurolandzie i Chinach mogą pomarzyć), ale od miesięcy tendencja jest zniżkująca i daje podstawy, by Fed na posiedzeniu w lipcu rozważył „asekuracyjną” obniżkę stóp procentowych.

Raport ADP o zmianie zatrudnienia wskazał na przyrost miejsc pracy w czerwcu tylko o 102 tys. przy prognozie 140 tys., co podnosi negatywne ryzyko przez jutrzejszym odczytem NFP. Wreszcie dane z handlu zagranicznego za maj wskazały silniejszy przyrost deficytu d 55,5 mld USD przy skokowym wzroście deficytu z Chinami i rekordowej nierównowagi w wymianie z Meksykiem. Dane tylko utwierdzą prezydenta Trumpa, że zmiany w polityce handlowej są konieczne. Sam Trump postanowił uderzyć z innej strony i na Twitterze skrytykował Chiny i strefę euro za manipulację kursem i pompowanie pieniędzy do gospodarki, by konkurować z USA. Dla nikogo nie jest już tajemnicą, że był to kolejny atak w politykę Fed, od którego prezydent USA domaga się szybkich obniżek stóp procentowych. Ogólnie zatem otrzymaliśmy sporo powodów, które w normalnych warunkach byłby idealnym paliwem do wzrostu oczekiwań na luzowanie polityki Fed i osłabienie USD. Inwestorzy zostawiają sobie jednak reakcję na później.

Złoty dalej koczuje przy 4,24 za euro. Komunikat i konferencja Rady Polityki Pieniężnej nie pomogły rozruszać waluty. Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła stóp procentowych ani do takiej zmiany się nie szykuje. Rada zapoznała się z nową projekcją, według której inflacja w tym roku ma kształtować się blisko 2 proc., wzrosnąć średnio do 2,8 proc. w 2020 r., a potem spaść do 2,4 proc. w 2021 r. Innymi słowy cały czas pozostanie w granicach celu inflacyjnego NBP i prezes Glapiński powtórzył, że w jego opinii do końca 2021 r. nie będzie potrzeby zmieniać stóp procentowych. Obecny na konferencji prasowej Łukasz Hardt ma i większe obawy o dalsze przyspieszenie inflacji, ale na razie także i on nie widzi potrzeby zmiany stóp. Tym samym mamy potwierdzenie, że zarówno obóz gołębi (Glapiński), jak i jastrzębi (Hardt) preferuje neutralne nastawienie w polityce pieniężnej w bliskim horyzoncie. O tym, co będzie w przyszłym roku, nikt nie chce wyrokować. I NBP, i rynek. nawet jeśli inflacja zacznie przyspieszać, to w obliczu globalnego spowolnienia i łagodzenia polityki EBC RPP na dłużej pozostanie w pasywnym nastawieniu. Oczekujemy, że stopy procentowe pozostaną bez zmian przynajmniej do I kw. 2021 r.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sztuczna inteligencja idzie na zakupy

E-commerce jest bardzo dynamicznym sektorem, nie tylko ze względu na ciągłe wzrosty jego popularności. Właściciele i menedżerowie e-sklepów muszą nieustannie śledzić trendy rynkowe i technologiczne, które mogą przyczynić się do rozwoju ich przedsiębiorstw. Także, a może przede wszystkim, w branży handlu online takie zjawiska, jak sztuczna inteligencja, personalizacja czy marketing automation to kluczowe elementy rozwoju. Firmy muszą nieustannie się zmieniać i dostosowywać do ewoluującego otoczenia konkurencyjnego.

PayU, polski operator płatności online wyszczególnił 10 trendów w e-commerce na 2019 r. Są to m.in.: rozwój sztucznej inteligencji, chatboty, personalizacja, rozwój kanałów mobilnych, marketing treści czy obsługa głosowa. Technologia zatem jest kluczowa w dalszym rozwoju branży e-commerce.

E-commerce… 4.0?

Mówienie o cyfrowej transformacji w przypadku sektora sprzedaży online jest nieco paradoksalne, ponieważ funkcjonowanie każdego e-sklepu czy platformy sprzedażowej opiera się właśnie na technologii, nawet w przypadku tych najmniejszych, „garażowych” podmiotów. Niemniej, rozwój IT sprawił, że możliwa jest optymalizacja w wielu „analogowych” obszarach każdego przedsiębiorstwa.

Co właściwie kryje się pod hasłem „cyfrowa transformacja”? W dużym uproszczeniu jest to usprawnienie procesów we wszystkich obszarach przedsiębiorstwa właśnie poprzez wykorzystanie danych cyfrowych. Technologie, które wykorzystuje się w tym zakresie to przede wszystkim sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe, Internet rzeczy, cloud computing, ale także automatyzacja procesów. Jest tu zatem duże pole do zagospodarowania przez sektor e-commerce.

Naucz swojego robota

„Machine learning”, czyli uczenie maszynowe to procesy, które coraz powszechniej stosuje się w wielu obszarach przedsiębiorstw różnych branż. Świetnym przykładem wykorzystania tej technologii jest popularna aplikacja Google Translate, która nieustannie poprawia jakość swoich tłumaczeń wraz z liczbą wykonywanych operacji przez użytkowników. Uczenie maszynowe świetnie sprawdza się także w działaniach marketingowych w e-commerce. Specjalne algorytmy potrafią coraz trafniej i skuteczniej wykorzystywać duże ilości danych, jakie zostawiamy po sobie korzystając z Internetu. Są to informacje dotyczące odwiedzanych stron, poszukiwań danych produktów, a także tego w jakich porach dnia czy z jakich rejonów kraju najczęściej robimy zakupy czy w którym momencie zostawiamy wirtualny koszyk na stronie nie finalizując transakcji.

Informacje te pozwalają lepiej dostosować treści marketingowe do oczekiwań potencjalnych klientów. Machine learning w e-commerce pozwala także lepiej zaplanować działania marketingowe i reklamowe. Uczenie maszynowe wspiera także rozwój chatbotów, wirtualnych asystentów, a także optymalizować wyniki wyszukiwań produktów przez użytkownika.

Inteligentne rekomendacje zakupowe

Sztuczna inteligencja jest coraz powszechniejszym zjawiskiem w biznesie. Według badań Salesforce „The AI Revolution”, już w 2017 r., aż 80% działów sprzedaży uważało, że sztuczna inteligencja (AI) pozytywnie wpływa na efektywność pracy przedstawicieli handlowych, a 74% odnotowało lepsze wyniki. 58% badanych konsumentów zauważyło pozytywne zmiany związane z użyciem przez firmy technologii AI, 55% z nich oczekiwało personalizacji oferty.

Ciekawym przykładem zastosowania sztucznej inteligencji jest algorytm TMV (Tradus Market Value) wykorzystywany przez firmę Tradus. Tradus to globalna platforma internetowa kupna–sprzedaży używanego maszyn ciężkich i pojazdów użytkowych – samochodów ciężarowych, maszyn budowlanych i rolniczych. Algorytm ten określa rynkową wartość wystawionego pojazdu w czasie rzeczywistym.

„Algorytm TMV opiera się on na analizie szerokiego wachlarza danych, takich jak marka, model pojazdu, rok produkcji, przebieg, pochodzenie czy bardzo szczegółowe dane techniczne. Algorytm korzysta z danych rynkowych, z milionów innych ogłoszeń oraz danych historycznych. Modele predykcyjne uczą się w czasie rzeczywistym, a ich szacunki osiągają dokładność do 1 tys. EUR. System pokazuje, czy proponowana przez sprzedającego cena jest rynkowa, czy przekracza realną wartość pojazdu lub czy jest korzystna.” – mówi Szymon Wantuch, inżynier ds. danych w firmie Tradus. „Sugeruje on również kupującemu kwotę, którą można realnie starać się utargować ze sprzedającym. Rekomendacje tego typu to prawdziwa rewolucja na rynku sprzętów z drugiej ręki, gdzie zrozumienie, czy sugerowana cena jest „uczciwa” było to tej pory wyraźną trudnością. Z tym algorytmem nabywcy dostają szansę pozyskania nowych terytoriów i wzmocnienia pewności siebie podczas nawiązania kontaktu ze sprzedającymi z zagranicy i negocjacji cen” – dodaje Szymon Wantuch.

Technologia rozwija się w coraz szybszym tempie, a obszary i sposoby jej zastosowania są nieograniczone. Branża e-commerce jest jednym z wielu przykładów pokazujących w jaki sposób można kreatywnie podejść do stosowania takich rozwiązań, jak uczenie maszynowe czy sztuczna inteligencja.

5 na 10 firmowych urządzeń IoT ma luki w zabezpieczeniach

Każde urządzenie znajdujące się w firmie, niezależnie czy jest to zamek na kartę magnetyczną, inteligentny włącznik światła czy bezprzewodowa drukarka, może być wektorem wejścia dla cyberprzestępcy. Testy przeprowadzone przez TestArmy CyberForces pokazały, że aż 5 na 10 popularnych sprzętów IoT ma dziury w systemach bezpieczeństwa.

Zgodnie z szacunkami IDC, w 2019 roku światowe wydatki na Internet Rzeczy mają wynieść 745 mld dolarów, czyli o 15,4 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Jednocześnie na zabezpieczanie inteligentnych urządzeń nadal przeznaczany jest zaledwie ułamek tej kwoty (1,5 mld dolarów w 2018 roku). Trudno się więc dziwić, że blisko 20% organizacji w ciągu ostatnich trzech lat zaobserwowało przynajmniej jeden atak oparty na IoT (raport Gartner: „Forecast: IoT Security, Worldwide, 2018”), a Internet Rzeczy niezmiennie uznawany jest za jeden z najbardziej zagrożonych sektorów technologii.

Dobry firewall czy monitoring infrastruktury sieciowej to obecnie zbyt mało, aby mówić o efektywnej ochronie przed cyberzagrożeniami. Jeżeli firma chce korzystać z inteligentnych urządzeń, a przy tym eliminować ryzyko skutecznie przeprowadzanych cyberataków, konieczna jest dokładna analiza wszystkich wykorzystywanych przez nią systemów, zarówno tych fizycznych, jak i wirtualnych – mówi Szymon Chruścicki, ekspert z firmy TestArmy CyberForces, która przebadała popularne urządzenia IoT pod kątem ich podatności na cyberwłamanie.

Połowa urządzeń IoT ma luki w systemach bezpieczeństwa. W tym drukarka prezesa znanej firmy

Aby udowodnić ryzyko związane z korzystaniem z nieodpowiednio zabezpieczonych urządzeń podłączanych do sieci, eksperci z TestArmy CyberForces przeprowadzili dwa testy penetracyjne. W pierwszym zbadali poziom zabezpieczeń popularnych sprzętów IoT dostępnych w sklepach. W drugim podjęli próbę włamania się do systemu znanej korporacji obracającej setkami tysięcy danych osobowych pochodzących ze zgód marketingowych. Wyniki obu testów dały do myślenia:

Połowa przebadanych urządzeń IoT posiada luki w systemach bezpieczeństwa

Pod lupą ekspertów od cyberbezpieczeństwa znalazły się popularne urządzenia wykorzystywane w smart firmach i smart domach – m.in. inteligentne przełączniki i włączniki światła, inteligentne żarówki, programowalne termostaty, słuchawki czy lampki na USB. Okazało się, że aż 5 na 10 z przetestowanych urządzeń IoT posiadało dziury w oprogramowaniu. Złamanie systemu i dostanie się do sieci bezprzewodowej, do której były podłączone, zajmowało ekspertom nie więcej niż kilkadziesiąt minut (ok. 30 minut w przypadku najtańszych urządzeń).

Drukarka otwiera dostęp do wrażliwych danych i… gabinetu prezesa

Każda firma wyposażona w urządzenia podłączane do sieci narażona jest na atak cyberprzestępcy, szczególnie gdy korzysta z niezweryfikowanych pod kątem bezpieczeństwa sprzętów. Do takiej sytuacji doszło w jednej ze znanych na rynku korporacji, zajmującej się przetwarzaniem wrażliwych danych osobowych pochodzących ze zgód marketingowych.

Podczas zaplanowanych testów infrastruktury bezpieczeństwa eksperci z TestArmy CyberForces odkryli, że firmowy system posiada lukę pozwalającą na uzyskanie zdalnego połączenia z bezprzewodową, zintegrowaną z laptopami pracowników drukarką. Odkryli też możliwość podłączenia się do firmowych kamer bezpieczeństwa, sterowania nimi, a nawet odbierania obrazu “na żywo”. Po podejrzeniu wprowadzanych przez pracowników 6-cio cyfrowych kodów do zamków magnetycznych, przeprowadzili więc udany atak socjotechniczny. Po godzinach pracy, posługując się uzyskanymi kodami, weszli do biura, zostawiając tajemniczą kartkę i wizytówkę.

Zawsze wychodzę z firmy jako ostatni, więc byłem mocno zdziwiony, gdy rano zobaczyłem na biurku kartkę z informacją, że “test socjotechniczny firmy został ukończony” oraz wizytówkę do eksperta od cyberbezpieczeństwa. Po nawiązaniu kontaktu wyszło, że cała sytuacja była prowokacją, a jej celem ukazanie katastrofalnych konsekwencji, do których mogłoby dojść, gdyby luka w systemach bezpieczeństwa nie została wykryta i załatana. Przypomnę, że nasza firma operuje wrażliwymi danymi osobowymi. Nie możemy pozwolić sobie na naukę na błędach. Dlatego na bieżąco śledzimy sytuację, wychwytujemy wszystkie potencjalne czynniki zagrażające cyfrowemu bezpieczeństwu i odpowiednio szybko na nie reagujemy – mówi Konrad, prezes zaatakowanej spółki (imię zostało zmienione).

Jakie jeszcze urządzenia IoT mogą zawieść? Zobaczmy najprostsze i najtańsze czytniki kart magnetycznych, które mają chronić pomieszczenia przed dostępem osób nieupoważnionych. Choć wydają się bezpieczne, tak naprawdę są bardzo łatwe do złamania. Karty magnetyczne posiadają swoje ID, najczęściej nadrukowywane na ich wierzchniej części. Wystarczy więc aparat fotograficzny z dobrym zoomem lub bezpośredni kontakt z posiadaczem, aby poznać numer i zakodować go na własnej karcie, zyskując dostęp do chronionej przestrzeni.

Oczywiście, bardziej zaawansowane karty posiadają wewnętrzny mikroprocesor, a sklonowanie sygnału otwierającego zamek wymaga umiejętności technicznych. Niemniej koszt całego przedsięwzięcia to ok. 30 zł. Wystarczy bowiem zakupić moduł WiFi oparty na chipie ESP8266 (ok. 12 zł), odpowiednio go zaprogramować i podpiąć pod niego moduł czytnika kart RFID (ok. 15 zł). Poza tym urządzenie musi znajdować się blisko czytnika, co nie jest trudne, bo jest tylko trochę większe od pendrive i można je dodatkowo spłaszczyć. – Zasięg przesyłania sklonowanego sygnału w przestrzeni biurowej wynosi ok. 20 m, więc wystarczy przejść się po klatce schodowej, aby urządzenie bezprzewodowo odczytało numery kart należących do osób przebywających w biurze – tłumaczy Sebastian Gilon, twórca takich urządzeń, ekspert ds. cybersecurity w TestArmy CyberForces.

Nieodpowiednio zabezpieczonych urządzeń IoT na rynku jest mnóstwo. Nie ucichła jeszcze afera po tym, jak ujawniono, że australijskie smart watche TicTocTrac oraz inteligentne zegarki Enox z Islandii posiadają luki w oprogramowaniu pozwalające cyberprzestępcom na śledzenie używających ich dzieci. Nie zapominając o dużej aferze ostatnich lat, kiedy lalka My Friend Cayla od Genesis Toys została wycofana z rynku niemieckiego po tym, jak okazało się, że zabawka bez wiedzy innych nagrywała i transmitowała rozmowy.

IoT to wielkie zagrożenie, ale jeszcze większy potencjał – o ile kwestie bezpieczeństwa tych urządzeń będą traktowane priorytetowo.

Źródło: TestArmy CyberForces

6 na 10 Ukraińców uważa migrację zarobkową za bardzo ważny problem

Migracja zarobkowa i spowodowane nią zmiany w populacji Ukrainy stanowią jedno z kluczowych wyzwań dla 61% mieszkańców kraju – wynika z badań przeprowadzonych przez Ukraiński Instytut Badań Społecznych i Grupę Socjologiczną „Raiting”.  Jednocześnie wśród najważniejszych problemów Ukraińcy wymieniają dostępność miejsc pracy i bezrobocie oraz poziom płac i emerytur. Jak wskazują eksperci Personnel Service liczba Ukraińców gotowych do podjęcia pracy w Polsce utrzymuje się na stałym poziomie, więc problem migracji zarobkowej w kraju naszych wschodnich sąsiadów może przybierać na sile.

Problemy na rynku pracy wywołujące największy niepokój wśród Ukraińców to przede wszystkim płace i emerytury, na które wskazało aż 83% respondentów badania. Ponad trzy czwarte za bardzo ważny problem uznało dostępność miejsc pracy i bezrobocie (75,6%), a niemal dwie trzecie aktualną wysokość podatków i innych opłat (66%). Kolejną kwestią, istotną dla 6 na 10 mieszkańców Ukrainy, są masowe migracje zarobkowe, które drenują rynek pracy przede wszystkim z młodych i najbardziej przedsiębiorczych obywateli.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

– Obserwujemy sytuację na ukraińskim rynku pracy i widzimy wyraźnie, że zainteresowanie pracą za granicą wśród Ukraińców nie ustaje. Tylko w naszej firmie mamy cały czas około 2 tys. Ukraińców gotowych do podjęcia pracy w Polsce, a pamiętajmy, że coraz więcej naszych wschodnich sąsiadów zasila czeski, węgierski czy słowacki rynek pracy. Migracja może przybrać na sile po osłabieniu barier zatrudnienia w Niemczech. Wyjadą nie tylko specjaliści, ale także słabiej wykwalifikowani pracownicy, którzy decydując się na pracę w szarej strefie będą próbowali poznać rynek i nauczyć się języka mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Praca i opieka tuż za wojną

Z ukraińskiego badania wynika także, że najbardziej palący problem dla Ukraińców stanowi przede wszystkim to, co związane z wojną toczącą się na wschodzie kraju. Aż 88% respondentów badania stwierdziło, że zaprzestanie walk w Donbasie jest bardzo ważnym wyzwaniem, a 84% powiedziało tak o powrocie ukraińskich jeńców wojennych i osób zatrzymanych. Podobna liczba zapytanych postrzega reintegrację Donbasu jako ważny problem społeczny. Ukraińcy narzekają też na ochronę socjalną i zdrowotną – te kwestie wzbudzają niepokój wśród trzech czwartych naszych wschodnich sąsiadów.

Wojna i problemy ukraińskiego rynku pracy są ze sobą powiązane. Trudna sytuacja w kraju wywołała spadek zarobków i zamknięcie wielu miejsc pracy. Jak wskazują eksperci Personnel Service, w obszarze konfliktu na Ukrainie zamkniętych zostało np. wiele restauracji, niedużych instytucji usługowych, a te które zostały musiały znacząco obniżyć pensje. W efekcie źródło utrzymania straciło dużo osób, w tym także dobrych specjalistów w swoich zawodach, np. kucharzy czy fryzjerów. By ratować swoją sytuację finansową zdecydowali się na wyjazd do Polski.

Jednak nie tylko zarobki przyciągają sąsiadów ze wschodu – stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza jest dla Ukraińców jednym z ważnych powodów wyboru Polski jako miejsca emigracji zarobkowej. Wskazuje na to 12,5% naszych wschodnich sąsiadów przyjeżdżających do nas do pracy, zapytanych w ramach „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018”.

METODOLOGIA

Badanie zostało przeprowadzone przez Ukraiński Instytut Badań Społecznych i Grupę Socjologiczną „Raiting” dniach 30 kwietnia – 10 maja 2019 r. na Ukrainie, metodą wywiadów bezpośrednich. W badaniu wzięło udział 3 tys. respondentów.

ŹRÓDŁO: http://ratinggroup.ua/en/research/ukraine/ukraina_segodnya_vyzovy_i_perspektivy.html

400 tys. cudzoziemców z ważnymi zezwoleniami na pobyt

Liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt długoterminowy w Polsce osiągnęła 400 tys. osób. Prawie 50 proc. tej grupy stanowią obywatele Ukrainy. Większość obcokrajowców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą.

W ciągu dwóch lat populacja cudzoziemców posiadających prawo długoterminowego pobytu w Polsce wzrosła o 100 tys. osób. W dziesiątce najliczniej reprezentowanych państw pochodzenia znajdują się obecnie: Ukraina – 199 tys. osób, Białoruś – 23 tys., Niemcy – 21,3 tys., Rosja – 12,2 tys., Wietnam – 12,1 tys., Indie – 9,6 tys., Chiny – 8,7 tys., Włochy – 8,4 tys., Wielka Brytania – 6 tys. oraz Hiszpania – 5,8 tys.

Największy wzrost w ostatnich dwóch latach dotyczył obywateli Ukrainy – o 72 tys. osób, a także Białorusi – o 9,5 tys., Indii – o 3,9 tys. oraz Gruzji – o 2,7 tys. Najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 76 tys. oraz stały – o 18 tys.

Najbardziej popularnymi regionami wśród cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt są województwa: mazowieckie – 116,9 tys. osób, małopolskie – 40,5 tys., dolnośląskie – 32,2 tys., wielkopolskie – 31,7 tys. oraz śląskie – 23,8 tys.

Prawie 56 proc. cudzoziemców to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, ok. 31 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 10 proc. poniżej 20. roku życia. Przeważają mężczyźni – 246,6 tys. osób (61 proc.), w porównaniu do 153,7 tys. kobiet.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Najczęściej jest to karta pobytu lub dokumenty wydawane obywatelom państw Unii Europejskiej.

Wśród najpopularniejszych typów dokumentów posiadanych przez obcokrajowców dominują zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – 56 proc., na pobyt stały – 18,5 proc. oraz zarejestrowany pobyt obywatela UE – 18 proc.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Kserokopia dowodu osobistego nie oznacza więzienia

W połowie lipca wchodzi w życie ustawa o dokumentach publicznych, która ogranicza możliwość kopiowania dokumentów osobistych. Wbrew obiegowej opinii, ustawa nie wprowadza kary więzienia za wykonywanie kopii dokumentów przez fintechy czy serwisy carsharingowe – wyjaśnia Tomasz Klecor z kancelarii prawnej Legal Geek.

Nowe przepisy dotyczą posługiwania się, przechowywania lub wytwarzania tzw. replik dokumentów. I kluczowe jest tu dobre zrozumienie terminu “replika”.

Banki nadal mogą kopiować dokumenty

Banki, instytucje płatnicze czy nawet giełdy kryptowalut będą mogły nadal wykonywać kopie całych dokumentów tożsamości. Pozwalają im na to przepisy ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, tzw. ustawy AML.

Ustawa o dokumentach publicznych nie ma zastosowania do kopii tworzonych w oparciu o inne przepisy, takie jak ustawa AML. Co więcej, praktyka kontroli prowadzonych przez Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Komisję Nadzoru Finansowego pokazuje, że podmioty rynku finansowego zobligowane do przeciwdziałania praniu pieniędzy nie tylko mogą, ale wręcz muszą sporządzać kserokopie dokumentów tożsamości, aby wykazać prawidłowe realizowanie obowiązków ustawowych. W przypadku kopii sporządzonych w oparciu o przepisy ustawy AML – instytucja obowiązana (bank, instytucja płatnicza czy giełda kryptowalut) może wykonać kopię 1:1.

Ustawa AML jest stosunkowo bezwzględna – w przypadku fintechów działających online żądanie kopii (skanów) dokumentów tożsamości jest w zasadzie jedynym sposobem skutecznego stosowania tzw. środków bezpieczeństwa finansowego. Polska nie jest w tym przypadku wyjątkiem – również zagraniczne fintechy z państw o długiej tradycji ochrony prywatności (np. brytyjski Revolut) żądają wykonywania kopii dokumentów tożsamości właśnie w celu realizacji obowiązków AML.

AML pozwala na wykonywanie kopii dokumentów tożsamości również przez inne instytucje obowiązane, np. biura rachunkowe, pośredników nieruchomości czy podmioty udostępniające tzw. wirtualne biura.

Replika a kserokopia – czym się różnią?

Nawet jeśli dany podmiot nie jest instytucją obowiązaną w rozumieniu ustawy AML – jak np. firma telekomunikacyjna – to nadal może sporządzić ksero dokumentu, o ile kserokopia nie będzie repliką w rozumieniu ustawy. Za replikę nie można uznać ksera, które w sposób wyraźny pozbawione jest cech autentyczności, np. zawiera wyraźny napis KOPIA czy pozbawione zostało części informacji zawartych na dokumencie.

Telekomy powszechnie stosują specjalne „koszulki” do kserowania dokumentów osobistych, które zasłaniają np. zdjęcie i informacje, które nie są niezbędne danemu podmiotowi. W przypadku takiej kserokopii ciężko mówić o autentyczności. Podobnie w przypadku opisanych odpowiednio kserokopii czarno-białych.

Przeskalowana kopia nie jest repliką

Jeśli na pierwszy rzut oka widać, iż dana kopia nie jest autentyczna, nie ma mowy o replice. Sporządzenie takiej kopii jest dozwolone. Co więcej, zgodnie z przepisami ustawy o dokumentach publicznych, repliką jest kopia sporządzona w skali od 75% do 120% oryginału. Kopia dokumentu, nawet nieopisana, ale będąca np. dwukrotnym powiększeniem oryginału, nie będzie repliką i ustawa nie ma do niej zastosowania.

W praktyce większość kserokopii sporządzanych w obrocie gospodarczym – np. przez pracodawców na potrzeby akt osobowych czy przedsiębiorców, z którymi konsumenci zawierają umowy (np. telekomy) – już dziś sporządzana jest w taki sposób, iż nie stanowi replik w rozumieniu przepisów o dokumentach publicznych.

Kopii dokumentów żądają od klientów również serwisy carsharingowe czy aplikacje do wypożyczenia hulajnogi. Po wdrożeniu odpowiednich mechanizmów zapisywania takich kopii nie ma przeciwwskazań, aby żądały tego dalej.

Podsumowując, jeśli przedsiębiorca zadba o to, aby kserokopia pozbawiona była cech autentyczności, a co więcej wykona ją w istotnym powiększeniu, jako czarno-białą i wyraźnie opisze jako KOPIA – nie ma podstaw do obawiania się sankcji karnych, które wejdą w życie 12 lipca 2019 r.

Tomasz Klecor, partner zarządzający kancelarią prawną Legal Geek

Maleją wpływy z abonamentu RTV. W dziesięciu woj. zebrano mniej środków niż w zeszłym roku

Jak wynika z danych KRRiT, w pierwszym kwartale 2019 roku zainkasowane wpływy abonamentowe i odsetki za zwłokę wyniosły ponad 340 mln złotych. W analogicznym okresie ub. roku była to kwota blisko 352 mln zł. Na rachunek Rady wpłynęło odpowiednio 319 i 330 mln zł. Pozostałą część stanowiła prowizja Poczty Polskiej. Najwięcej środków przekazali mieszkańcy woj. mazowieckiego (60,264 mln zł), śląskiego (51,619 mln zł) oraz wielkopolskiego (34,579 mln zł). Na końcu zestawienia znajduje się świętokrzyskie (7,008 mln zł). Przed nim jest podkarpackie (8,326 mln zł) oraz podlaskie (8,356 mln zł). Warto też dodać, że w dziesięciu województwach zebrano mniej pieniędzy niż rok wcześniej.

Na zainkasowaną w pierwszym kwartale kwotę 340,693 mln zł złożyły się wpływy z tytułu abonamentu (337,777 mln zł), odsetki za zwłokę (482 tys.) oraz opłaty za używanie niezarejestrowanych odbiorników (2,434 mln zł). Po uwzględnieniu prowizji Poczty Polskiej (21,512 mln zł), na rachunek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wpłynęło 319,180 mln zł. Jak informuje Teresa Brykczyńska, rzecznik prasowy KRRiT, na początku 2018 roku kwota była wyższa o 11,133 mln zł. Suma 351,826 mln zł została uzyskana z wpływów z tytułu abonamentu (347,693 mln zł), odsetek za zwłokę (2,516 mln zł) oraz opłat za używanie niezarejestrowanych odbiorników (1,616 mln zł). Ostatecznie na koncie Rady pojawiło się kwota 330,005 mln zł, już pomniejszona o prowizję Poczty Polskiej.

– Ponad 11 mln zł różnicy to nie jest gigantyczna kwota dla funkcjonowania mediów publicznych. Jeśli jednak tę sumę odniesiemy tylko do radia publicznego, to stanowi ona już istotną część jego budżetu. Sądziłem, że wpływy wzrosną, głównie ze względu na coraz lepszą sytuację finansową gospodarstw domowych. Ponadto mamy boom mieszkaniowy, co też sugerowałoby zwiększenie płatności abonamentowych. Jest więc zasadnicze wytłumaczenie tej sytuacji. Mamy do czynienia z dziurawym system poboru abonamentu – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Jak przekonuje prof. UW dr hab. Tadeusz Kowalski z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii, bogacenie się społeczeństwa ma znikomy wpływ na opłacanie tego typu abonamentu. Niespełna 23 zł miesięcznie jest wydatkiem marginalnym dla gospodarstwa domowego, nie tak odczuwalnym jak np. płatność za telewizję kablową. Z kolei Marek Zuber zaznacza, że sporo osób, zwłaszcza młodych, rezygnuje z korzystania z tradycyjnych mediów, szczególnie z posiadania odbiornika telewizyjnego. I dodaje, że przyczynia się do tego rozwój Internetu.

– Kiedy ludzie wprowadzają się do nowego mieszkania, to często zgłasza się do nich operator kablowy, który oferuje im np. telewizyjno-internetowy pakiet. Po podpisaniu umowy, zazwyczaj nikomu nie przychodzi do głowy, że trzeba jeszcze płacić abonament RTV. Nadawcy kablowi często o tym nie przypominają, bo to nie jest w ich interesie – dodaje prof. Kowalski, do 2015 roku członek Rady Nadzorczej TVP.

W porównaniu z początkiem ubiegłego roku, nie zaszły zmiany w czołówce województw, które przyniosły największe wpływy abonamentowe i odsetki za zwłokę. Jak wskazuje Teresa Brykczyńska, listę otwierają mazowieckie (spadek z 64,463 do 60,264 mln zł), śląskie (z 56,421 do 51,619 mln zł) oraz wielkopolskie (wzrost z 32,844 do 34,579 mln zł). Na drugim krańcu znajduje się świętokrzyskie (z 7,552 do 7,008 mln zł). Nieco lepiej wypada podkarpackie (z 9,210 do 8,326 mln zł) oraz podlaskie (z 8,751 do 8,356 mln zł). Rok wcześniej ostatnie było świętokrzyskie, a przed nim – podlaskie i lubuskie (9,209 mln zł – I kw. 2018 roku, 9,407 mln zł – I kw. 2019 roku).

– Te dane mają związek z liczbą gospodarstw domowych. W samej Warszawie mamy ponad 2 miliony mieszkańców, więc siłą rzeczy te wpływy muszą być spore, nawet jeśli jakaś część osób nie płaci. Najmniej środków trafia z prorządowych województw, czyli podkarpackiego, świętokrzyskiego i podlaskiego. Wnioskuję, że tam ludzie są podatni na propagandę mediów publicznych, ale przekazywane kwoty wynikają z mniejszego potencjału ludnościowego – stwierdza prof. Kowalski.

W analizowanym okresie zainkasowano większe wpływy abonamentowe i odsetki za zwłokę w sześciu województwach. Czołówkę tej listy tworzą woj. wielkopolskie (wzrost o 1,734 mln zł), łódzkie (621 tys. zł) oraz pomorskie (558 tys. zł). Natomiast spadki odnotowano w 10 województwach, przy czym największe nastąpiły w śląskim (o 4,801 mln zł), mazowieckim (o 4,198 mln zł) oraz małopolskim (o 1,408 mln zł).

– Prawdopodobnie jest to w poważnym stopniu związane z aktywnością oddziałów Poczty Polskiej. Nie sądzę, żeby Wielkopolska nagle zakochała się w mediach publicznych, bo wszystkie wyniki wyborów pokazują, że nie akceptuje tego, co się w nich dzieje. Ponadto ten region kojarzy się z solidnością. Być może ludzie spełniają tam obowiązki bez względu na osobiste odczucia – mówi profesor z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii.

Natomiast Marek Zuber podkreśla, że jeżeli wzrost zamożności społeczeństwa nie spowodował zwiększonych wpływów z abonamentu, to mamy dwie możliwości. Pierwszą jest zaostrzenie poboru. Jednak listonosze, którzy się tym zajmują, już odczuwają dyskomfort związany z dodatkowymi obowiązkami. Drugą opcją jest likwidacja abonamentu i finansowanie mediów publicznych z budżetu państwa, co już odbywało się w formie wsparcia dla radia i telewizji. Być może ten krok byłby związany z podniesieniem istniejącego lub wprowadzeniem nowego podatku.

Konflikt Chin i USA – co może zyskać Polska jako element geostrategicznej gry?

Niewiele ponad 200 lat temu nikt nie przypuszczał, że Stany Zjednoczone staną się światową potęgą i to już na początku XX wieku. Tak samo w 1970 roku nie zakładano, że Chiny w ciągu czterech dekad staną się ich największą konkurencją. Osłabienie wyraźnego prymatu gospodarczego i politycznego na rzecz Państwa Środka umknęło samym USA. Zbyt późno zaobserwowano to zjawisko i dlatego rozpoczęły się bezwzględne negocjacje między rządem amerykańskim a Chinami – mające na celu ustalenie pewnego kompromisu na drodze do hegemonii. Można powiedzieć, że zawierany jest kruchy, czasowy rozejm – a wyścig gospodarczo-militarny będzie trwał nieprzerwanie w tle. Jeśli nie doprowadzi do uznania przez oba kraje przewagi jednego nad drugim, może zakończyć się wojną.

– W tym samym czasie państwa zajmujące wcześniej pozycję imperiów stają się elementami gry geostrategicznej. Wykorzystuje się lokalne konflikty, aby tworzyć doraźne sojusze, które mają zapewnić przynajmniej czasową przewagę – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Jeśli chodzi o Polskę, to najdalej idącą propozycją, jaką otrzymano ze strony Chin było ulokowanie tu końcówki Jedwabnego Szlaku – przeznaczając na to miliardy dolarów. Nie została ona jednak wykorzystana, dlatego przyjęto wyłącznie opcję stacjonowania wojsk amerykańskich w naszym kraju. Odbyło się to bez próby ważenia intencji zainteresowanych z różnych części świata. Polska jest istotna dla wielu krajów – oprócz Stanów Zjednoczonych i Chin – także dla sąsiednich państw w ramach Unii Europejskiej. Dyplomacja na najwyższym światowym poziomie pozwoliłaby na skorzystanie z zainteresowania nie tylko jednego z nich. Można byłoby uzyskać znaczące korzyści od każdej ze stron, pozostawiając interes narodowy jako nadrzędny dla tej dyplomatycznej gry, jaka powinna być w tym momencie prowadzona – podsumował Sadowski.

W. Orłowski: Wprowadzenie euro w Polsce nie musi oznaczać wzrostu cen. Pozostawanie poza Eurolandem może zepchnąć nasz kraj na margines UE

W. Orłowski: Wprowadzenie euro w Polsce nie musi oznaczać wzrostu cen. Pozostawanie poza Eurolandem może zepchnąć nasz kraj na margines UE 4

Analiza sytuacji po wprowadzeniu euro w czterech podobnych do Polski państwach Europy Środkowo-Wschodniej pokazuje, że przystąpienie do unii walutowej nie musi się wiązać ani ze wzrostem cen, ani z utratą wpływów. Przeciwnie, zdaniem prof. Witolda Orłowskiego, współautora raportu „Jak żyć z euro? Doświadczenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej”, to pozostawanie poza strefą wspólnej waluty skazuje nasz kraj na marginalizację.

– Główny problem ze strefą euro polega na tym, że to już nie jest wybór ekonomiczny, tylko bardziej polityczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula. – Ponad 80 proc. Polaków chce, żeby Polska była w Unii. Otóż strefa euro to nie jest jakiś dodany kwiatek. Używanie euro zaczyna być widziane przez większość krajów unijnych i instytucje unijne jako po prostu uczestnictwo w Unii Europejskiej. Kto chce być w Unii Europejskiej, musi uczestniczyć w tym projekcie, zwłaszcza że jest to projekt korzystny dla krajów, które oczywiście umieją sobie dobrze radzić.

Z 28 krajów tworzących obecnie Unię Europejską tylko dziewięć pozostaje poza Eurolandem. Największy z nich – Wielka Brytania – ma w tym roku opuścić wspólnotę. Kolejne trzy – Bułgaria, Rumunia i Chorwacja – zadeklarowały chęć przyjęcia euro i możliwe, że pierwsze z tych trzech państw zrobi to już w 2022 roku. Po ich akcesji strefę euro tworzyć będą 22 kraje, a członków Unii z własną walutą zostanie zaledwie pięciu. Wśród nich Polska, Czechy i Węgry oraz siłą rzeczy mające inną pozycję przetargową Szwecja i Dania.

– Obawa jest taka, że kraj, który nie będzie miał euro, będzie coraz mniej znaczyć w Unii Europejskiej, nie będzie miał głosu w najważniejszych decyzjach, choćby dotyczących tego, jak ma wyglądać budżet UE – wyjaśnia prof. Witold Orłowski. – Możemy stanąć przed wyborem: albo chcemy być w środku Unii, albo zostaniemy na zewnątrz, co się określa czasem mianem polexitu, chociaż formalnie nie musi oznaczać wystąpienia z UE. Większości politykom w Polsce wydaje się, że możliwe jest bycie cały czas w przedpokoju, ale bardzo prawdopodobne, że ten okres się po prostu skończy i trzeba wybrać.

Z przeanalizowanej w raporcie uczelni Vistula „Jak żyć z euro? Doświadczenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej” historii Słowacji i krajów bałtyckich, które przyjmowały euro w latach 2009–2015, wynika, że wstąpienie do unii walutowej ani nie zahamowało rozwoju tych gospodarek, ani nie wpłynęło na wzrost cen. Zdecydowana większość obywateli tych krajów jest zadowolona z posiadania wspólnej europejskiej waluty. W przypadku Słowacji tempo wzrostu cen po przyjęciu euro okazało się znacznie niższe niż w przypadku średniej z Polski, Czech i Węgier, przede wszystkim dzięki temu, że po wprowadzeniu euro Słowacja uniknęła gwałtownego podrożenia towarów importowanych. W całym okresie od wprowadzenia euro do 2017 roku ceny na Słowacji wzrosły łącznie o 12 proc., a w krajach przeciętnie o 18 proc.

– Ludzie się boją euro i wzrostu cen. Jest na to odpowiedź: dobrze się przygotujmy, a żadnego wzrostu cen nie będzie, tylko korzyści – uspokaja rektor Akademii Vistula. – Ważne jest rozproszenie obaw, czasem nieprawdziwych, które są wmawianie Polakom, że wzrost cen po wprowadzeniu euro musi mieć miejsce i będzie katastroficznych rozmiarów.

Jak argumentują autorzy raportu, ceny większości towarów przemysłowych i porównywalnych towarów żywnościowych już obecnie nie są bardzo zróżnicowane na terenie UE, inaczej niż ceny usług. W czterech badanych krajach po wprowadzeniu euro nie nastąpiło znaczące zbliżenie przeciętnego poziomu cen do niemieckiego. Wyjątkiem jest Estonia, w której poziom cen wzrósł z 65 do 71 proc. poziomu niemieckiego, głównie dzięki szybko rosnącym wraz ze wzrostem dochodów cenom usług. Na Słowacji od momentu wprowadzenia wspólnej waluty poziom cen obniżył się z 65 do 61 proc. poziomu niemieckiego. W tym samym czasie w krajach EŚW-3 (Polska, Czechy, Węgry) spadł on z 64 proc. do 59 proc. poziomu niemieckiego. Na Litwie poziom cen od momentu wprowadzenia euro wzrósł z 57 do 58 proc., a na Łotwie obniżył się z 65 do 64 proc. poziomu niemieckiego.

– Rzeczywiście w krajach Europy Zachodniej, które się nie spodziewały tego, że przy dobrej gospodarce może być coś takiego jak zaokrąglanie cen, rzeczywiście ceny wzrosły, nie tak bardzo jak się mówi, ale o 1–2 proc. – przyznaje prof. Witold Orłowski. – Natomiast kraje naszego regionu, które wprowadziły euro, często biedniejsze od Polski, wyszły na tym bardzo dobrze i nie dopuściły do wzrostu cen. Najlepszym przykładem jest Słowacja, która od momentu przyjęcia wspólnej waluty do dzisiaj rozwijała się w takim samym tempie jak Polska. Dzisiaj 80 proc. Słowaków mówi, że są zadowoleni z tego, że kraj ma euro.

Ubezpieczenie crime może uchronić firmę przed błędem albo oszustwem pracownika. W Polsce rynek takich polis jest jednak marginalny

Ubezpieczenie crime może uchronić firmę przed błędem albo oszustwem pracownika. W Polsce rynek takich polis jest jednak marginalny 5

Ubezpieczenie crime zabezpiecza firmę zarówno od wyłudzeń, kradzieży i innych przestępstw ze strony pracowników, jak i przed stratami wynikającymi z ich niefrasobliwości czy niewiedzy, np. w sytuacji, gdy ktoś otworzył załącznik do e-maila ze złośliwym oprogramowaniem. To dla firm istotny obszar, bo – jak wynika z badań KPMG i EY – właśnie czynnik ludzki jest najsłabszym ogniwem systemów zabezpieczeń. W Polsce rynek ubezpieczeń crime jest jeszcze słabo rozwinięty. Ekspert Marsh Polska podkreśla, że taka polisa może uchronić firmę przed milionowymi stratami, ale leży też w interesie samych menadżerów i kadry zarządzającej.  ​ 

Rynek ubezpieczeń crime w Polsce jest stosunkowo nieduży. Aktualnie na polskim rynku tylko jedno towarzystwo ubezpieczeniowe oferuje takie polisy. Zdecydowanie większe możliwości znalezienia oferty są na rynkach zagranicznych. Obserwujemy, że świadomość tego ryzyka jest nadal na stosunkowo niskim poziomie, co przekłada się na liczbę zawartych polis – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Golewski, broker specjalista w dziale FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) w Marsh Polska. – Ubezpieczenie crime do tej pory traktowane było jako dodatkowy element ochrony do takich polis jak ubezpieczenie mienia czy OC działalności, które dla większości firm są oczywiste. Warto jednak podkreślić, że utrata środków finansowych na skutek podszywania się pod kontrahentów firmy jest dla większości przedsiębiorstw znacznie bardziej prawdopodobna niż np. ryzyko pożaru.

Ubezpieczenie crime w Polsce nazywane jest także ubezpieczeniem od ryzyka sprzeniewierzenia. Zabezpiecza firmę przed szeroko rozumianymi przestępstwami związanymi z działalnością pracowników i osób z wewnątrz organizacji, np. w przypadku wyłudzenia środków finansowych przez pracowników, którzy są zatrudnieni w dziale księgowości czy uczestniczą przy wykonywaniu transferów. Obejmuje również przestępstwa związane z cyberprzestępczością, np. na skutek ataków phishingowych, czyli rozsyłania do pracowników firmy linków lub załączników instalujących złośliwe oprogramowanie na ich komputerach. W ten sposób przestępcy uzyskują dostęp do komputerów swoich ofiar i zbierają wrażliwe dane o firmie, jej klientach, partnerach i procedurach.

– Kiedy przestępcy będą mieli dostateczną liczbę informacji, przeprowadzą atak – może to być np. mailing do osób z działu finansowego zawierający bardzo dokładne instrukcje dotyczące przekazania określonej sumy pieniędzy w związku z jakąś ważną transakcją czy prośba o zapłatę zaległej faktury z informacją o zmianie numeru konta albo o zapłatę za dostawę towaru dla nowego dostawcy. Przelane środki trafiają na konta przestępców, a następnie transferowane są do innych banków, z reguły poza UE, skąd nie ma możliwości ich odzyskania – mówi Piotr Golewski.

Jak wyjaśnia, tego typu ryzyka nie wchodzą w zakres coraz popularniejszych w Polsce cyberubezpieczeń. Dlatego te dwa rodzaje polis powinny być wobec siebie komplementarne, by mówić o szerokim zakresie ochrony ubezpieczeniowej od cyberprzestępczości.

Niektórzy ubezpieczyciele pracują nad przygotowaniem nowego produktu, który będzie łączył w sobie elementy polis cyber oraz crime. Część ubezpieczycieli stoi jednak na stanowisku, że tych produktów nie należy łączyć ze względu na duże różnice w sposobie oceny ryzyka czy jego skali. Spodziewamy się, że rynek polis crime będzie się nadal rozwijał, wraz z rosnącą świadomością klientów – mówi Piotr Golewski.

Obszar cyberbezpieczeństwa w kontekście pracowników jest dla firm kluczowy. Jak wynika z ubiegłorocznego „Barometru cyberbezpieczeństwa” KPMG, wśród największych zagrożeń przedsiębiorstwa wskazują ataki malware (APT, wycieki danych, ransomware) oraz właśnie czynnik ludzki (kradzież danych przez pracowników, phishing). Z kolei w „Światowym badaniu bezpieczeństwa informacji” firmy doradczej EY ponad połowa (55 proc.) firm wymieniła czynnik ludzki, czyli beztroskę lub nieświadomość swoich pracowników, jako najsłabsze ogniwo swoich systemów bezpieczeństwa.

O ile procedury można usprawnić, o tyle nie da się w zupełności wyeliminować błędów spowodowanych czynnikiem ludzkim. Na tym właśnie opiera się skuteczność metody social engineering fraud – mówi Piotr Golewski.

Oszuści podszywający się pod kontrahentów czy pracowników firmy mogą spowodować konkretne straty finansowe i wizerunkowe bądź zyskać cenne informacje, które następnie posłużą do szantażu albo trafią na czarny rynek.

– W ostatnich latach obserwowany jest wzrost szkodowości z polis crime, również w Polsce. W ciągu ostatniego półrocza wystąpiły dwie bardzo duże szkody w tym obszarze. W pierwszym przypadku ofiarą padła firma z branży zbrojeniowej, w drugim – przedsiębiorstwo przemysłu lotniczego. Scenariusz był bardzo podobny: przestępcom udało się nakłonić te firmy do przelania pieniędzy za dostawy towarów na fałszywe konta. Łączna wartość strat poniesionych przez te firmy wyniosła kilka milionów złotych: w pierwszym przypadku było to nieco ponad 4 mln zł, w drugim niemal 2,5 mln zł – mówi Piotr Golewski.

Jak podkreśla, ochrona ubezpieczeniowa od ryzyka sprzeniewierzenia leży zarówno w interesie przedsiębiorstwa, jak i samych dyrektorów i menadżerów, ponieważ praktyka pokazuje, że skutkiem takich incydentów jest na ogół zwolnienie i konsekwencje wyciągane wobec kadry zarządzającej.

Standardem stają się polisy z udziałami własnymi na poziomie kilkuset tysięcy złotych, niemniej można znaleźć na rynku także polisy z udziałami własnymi poniżej 100 tys. zł – mówi Piotr Golewski. – Atrakcyjnych ofert poszukujemy także przy stosunkowo niskich udziałach własnych. Jednak większość rynków dąży do podnoszenia udziałów własnych, dlatego obecnie warto jest zawrzeć dobre ubezpieczenie, które później będzie można kontynuować na tych samych lub podobnych warunkach.

Social media pomagają markom budować wokół siebie silną społeczność. To sposób na podniesienie reputacji firmy

Media społecznościowe coraz mocniej budują zaangażowanie klientów i kreują wizerunek marek. Nawet co czwarta osoba na bieżąco śledzi profile marek, a znalezione w internecie opinie mają znaczący wpływ na decyzje o zakupie produktu czy indywidualną opinię o marce. Media społecznościowe dają firmom nie tylko możliwość dotarcia bezpośrednio do odbiorcy, lecz także budowania wokół siebie silnej społeczności – przekonuje Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

 Platformy społecznościowe są dziś nieodłącznym elementem komunikacji marek. W zasadzie nie ma takiej możliwości, żeby marka dzisiaj w komunikacji posiłkowała się wyłącznie tradycyjnymi mediami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

Raport agencji ASAP CARE 24 „Konsumenci, marki i nowa komunikacja” wskazuje, że niemal co czwarty internauta (23 proc.) kontaktuje się z markami przez social media, podobny odsetek na bieżąco śledzi tam profile marek. Co więcej, znalezione opinie mają duży wpływ na decyzje o zakupie produktu lub usługi (80 proc. badanych) czy indywidualną opinię o marce (76 proc).

– Media społecznościowe nie tylko dają możliwość dotarcia bezpośrednio do odbiorcy bez jakiegokolwiek pośrednictwa, lecz także niezwykle ważne jest to, że marka jest w stanie budować wokół siebie silną społeczność, która nierzadko staje się ambasadorem marki w przekazywaniu jej wartości na zewnątrz. Dzięki temu przekaz firmy jest bardziej wiarygodny i skuteczny – tłumaczy Sebastian Bykowski.

Kluczowe znaczenie dla konsumentów mają szybkość odpowiedzi oraz łatwość nawiązania kontaktu (odpowiednio 39 i 33 proc.). O ile często trudno jest skontaktować się z firmą przez infolinię, a kontakt mailowy nie jest wystarczająco szybki, to wpis na profilu marki w social mediach znacznie przyspiesza kontakt. Budowanie dobrego wizerunku wymaga jednak aktywnego dialogu i dostosowania języka komunikacji do grupy odbiorców.

 Prowadzimy marketing na różnych forach, w różnych mediach, na różne sposoby, w zależności od produktu. Nasze marki Apap i Ibuprom mają bardzo wiele rozszerzeń, są obecne zarówno w produktach dla dorosłych, jak i dla dzieci, stosowane są w przeziębieniu czy przy bólu zatok. W związku z tym każdy z tych wariantów, każdy z produktów, wymaga trochę innego sposobu komunikacji i wsparcia – tłumaczy Ewelina Kraskowska, dyrektor kategorii przeciwbólowej w USP Zdrowie.

Nawet najlepszy profil nie będzie mieć znaczenia, jeśli wpisy klientów zostaną bez odpowiedzi, a w najgorszym rozwiązaniu dla firm – po prostu kasowane. Ponad 40 proc. osób przyznaje, że w przypadku zetknięcia się z negatywnymi opiniami lub komentarzami na temat marki rezygnuje z zakupu. Jeżeli jednak marka potrafi się przyznać do błędów i je naprawić, wówczas konsumenci są bardziej skłonni do zakupu jej produktów. Zaangażowany przekaz może mieć kluczowe znaczenie, bo buduje reputację. Dzięki temu można łatwiej zażegnać kryzys wizerunkowy.

 Jedną z charakterystycznych cech marek o wysokiej reputacji jest to, że mają one znacznie wyższy udział pozytywnych przekazów w swojej komunikacji w stosunku do przekazów neutralnych, nie mówiąc już o negatywnych. Pozytywne publikacje mają znacząco szerszy zasięg. Są często przekazywane dalej, cytowane, co sprawia, że docierają do większej grupy odbiorców. Negatywne informacje, jeśli już się pojawiają, to są albo uciszane przez społeczność, albo nie znajdują większego zainteresowania – przekonuje Sebastian Bykowski.

Fundacja na rzecz Reputacji Marki „Premium Brand” oraz PRESS-SERVICE Monitoring Mediów w 14. edycji badania reputacji osób, marek, firm i miast „Premium Brand” wyróżniły 14 marek i firm. Analizowano zaufanie do marki, lojalność, atmosferę medialną towarzyszącą marce, zaangażowanie społeczne (CSR) czy wizerunek firmy jako pracodawcy. Wśród nagrodzonych znalazły się m.in. marki Apap czy Ibuprom.

– Reputacja przekłada się na sprzedaż właśnie dlatego, że konsumenci wybierają marki, którym mogą zaufać, na których mogą polegać. Taki jest sens budowania marek – podkreśla Ewelina Kraskowska.

Jeśli Twoja firma pragnie budować silną społeczność w mediach społecznościowych, dotrzeć bezpośrednio do klientów i kreować pozytywny wizerunek marki, to warto skorzystać z profesjonalnej agencji, która zrozumie Twoje potrzeby. Agencja Rise Up to ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych, oferujący kompleksowe rozwiązania dopasowane do Twojej marki. Ich doświadczenie w budowaniu zaangażowania klientów i skutecznej komunikacji online przekłada się na sukces i wzrost sprzedaży. Odwiedź stronę https://www.riseupagencja.pl/ i pozwól, aby profesjonaliści pomogli Ci osiągnąć zamierzone cele marketingowe. Nie trać czasu i dołącz do firm, które odnoszą sukces dzięki odpowiednio prowadzonej strategii mediów społecznościowych.

Ule w miastach mogą uratować populację pszczół. Pasieki pojawiają się coraz częściej na dachach budynków i w parkach logistycznych

Ule w miastach mogą uratować populację pszczół. Pasieki pojawiają się coraz częściej na dachach budynków i w parkach logistycznych 6

W niektórych krajach Unii Europejskiej liczba pszczół w ciągu ostatnich lat zmniejszyła się o połowę. To o tyle istotne, że bez pszczół prawie 1/3 roślin uprawnych musiałaby być zapylana w inny sposób, aby produkcja żywności drastycznie nie spadła. O populację pszczół coraz częściej dbają deweloperzy, a pasieki powstają na dachach nowoczesnych biurowców. W parkach logistycznych Segro Logistics Park Warsaw Pruszków oraz Poznań Gądki mieszka już pół miliona pszczół. W ciągu roku są w stanie wyprodukować nawet 200 kg miodu. To tylko część naszych proekologicznych rozwiązań – przekonują przedstawiciele firmy.

 Na rynku nieruchomości komercyjnych ule stają się coraz bardziej istotnym tematem. Jesteśmy pierwszym deweloperem magazynowym, który się na nie zdecydował. Natomiast deweloperzy biurowi już od jakiegoś czasu instalują ule na dachach biurowców. Industrializacja, postępujący rozwój cywilizacyjny odciskają piętno na ekosystemie. Jako deweloperzy staramy się zbalansować środowisko naturalne poprzez dodatkowe działania wspierające, żeby w miarę możliwości ten ekosystem funkcjonował tak jak dotychczas – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Sabat, manager ds. marketingu i komunikacji w SEGRO.

W ostatnich latach coraz więcej pasiek powstaje w miastach, na dachach budynków. W niektórych metropoliach na Zachodzie jest ich już kilka tysięcy. Ule stoją np. na londyńskiej giełdzie papierów wartościowych. W centrum Warszawy pasiek nie ma tak dużo, ale pojawiają się coraz częściej, zwłaszcza od 2015 roku, kiedy warszawscy radni uznali, że pszczoły miodne nie będą już traktowane jako zwierzęta hodowlane. Od tego czasu mogą być więc hodowane w miastach.

Na świecie ten trend jest coraz bardziej popularny, ale jako Polska jesteśmy zdecydowanie jednym z pionierów. W ramach naszej grupy jesteśmy drugim krajem, który zdecydował się na tego typu rozwiązanie, a więc wyznaczamy standardy w branży – wskazuje Agnieszka Sabat.

Obecnie w dziesięciu ulach w parkach logistycznych SEGRO Logistics Park Warsaw (Pruszków) oraz w SEGRO Logistics Park Poznań (Gądki) mieszka pół miliona pszczół. Wybór lokalizacji był nieprzypadkowy. Ule stanęły stosunkowo blisko upraw – pszczoły zapylają bowiem aż 3/4 głównych roślin uprawnych. Zamieszkujące w pasiekach na terenie parków pszczoły mogą produkować ok. 200 kg miodu rocznie.

 Pomysł na projekt jest elementem naszej strategii społecznej odpowiedzialności biznesu. Firma skupia się m.in. na tym, żeby chronić środowisko naturalne przed coraz większym rozwojem cywilizacyjnym. Pomysł jest kontynuacją całej strategii naszej grupy. Jako pierwszy ule zainstalował nasz oddział we Włoszech, my jesteśmy drugim krajem w ramach Grupy SEGRO, który te ule wprowadza na teren parków – wyjaśnia Agnieszka Sabat.

Pasieki zobaczyć można w parku logistycznym Vialog Logistics Park Castel San Giovanni w Mediolanie, a także w Slough Trading Estate, czyli najstarszym parku SEGRO w Europie. Jak zapewnia Sabat, kolejne ule w innych lokalizacjach w Polsce to tylko kwestia czasu.

W tym roku na pewno ule staną w naszych parkach na Śląsku. Mamy 18 parków w całej Polsce i będziemy się starali w miarę możliwości stawiać ule w tych parkach, gdzie to jest uzasadnione – zapowiada przedstawicielka SEGRO.

Powstające ule to tylko część działań wpisujących się w proekologiczną politykę firmy. W trzech parkach SEGRO w Europie Centralnej (Logistics Park Poznań, Gądki, Logistics Park Warsaw, Nadarzyn oraz Logistics Park Prague) stoją już wykonane przez pracowników SEGRO hotele dla owadów.

– Wdrożyliśmy także projekt wymiany oświetlenia zewnętrznego we wszystkich naszych parkach na ekologiczne, nowoczesne oświetlenie LED. Zapewnia ono o ponad 30 proc. mniejsze zużycie energii elektrycznej, zatem jest to konkretna korzyść dla środowiska naturalnego, a także dla naszych klientów, którzy odczuwają to finansowo. Jednocześnie jest to większe bezpieczeństwo w parku, bo oświetlenie LED jest lepsze i dużo bezpieczniej manewruje się nim o zmroku – przekonuje ekspertka.

Dodatkowo oświetlenie LED we wnętrzach magazynów jest często sterowane systemem DALI, tym samym w alejach, w których nie ma ruchu, światła są stopniowo wyłączane. Wszystkie budynki SEGRO są poddawane rygorystycznej certyfikacji BREEAM. Ponadto wdrożony system monitoringu mediów w chmurze, udostępniony większości klientów parków w całej Polsce, pozwala lepiej kontrolować zużycie mediów w czasie rzeczywistym.

W parkach SEGRO w Poznaniu, Strykowie, Łodzi, Gliwicach oraz Tychach działa też kilkanaście ładowarek do samochodów elektrycznych. Docelowo do końca 2019 roku będą w nie wyposażone wszystkie parki dewelopera w Polsce.

W tym sezonie na popularności zyskują rowery gravelowe. Sprawdzają się zarówno w mieście, jak i w terenie

0

W tym sezonie na popularności zyskują rowery gravelowe. Sprawdzają się zarówno w mieście, jak i w terenie 7

Producenci kuszą szeroką gamą różnych modeli rowerów, z bogatym wyposażeniem i o fantazyjnej kolorystyce. By jednak nie dać się zwieść reklamom i promocjom, na początku trzeba zadać sobie pytanie: w jakich warunkach zamierzamy jeździć. Warto też zwrócić uwagę na osprzęt i akcesoria. Kwota, jaką możemy wydać na rower, często ograniczona jest domowym budżetem, ale zdaniem ekspertów lepiej przez pewien czas zacisnąć pasa, by później móc zainwestować w lepszy sprzęt. Hitem sezonu są rowery gravelowe, łączące zalety rowerów szosowych i tzw. górali.

Jeśli rower ma nam służyć do codziennych dojazdów do pracy, najlepiej sprawdzi się rower miejski lub trekkingowy. Te ostatnie pozwalają pokonywać dłuższe trasy, a także posłużą jako środek transportu podczas weekendowego wypadu za miasto.

Rowery te mają przystosowane bagażniki, koszyki do przewożenia zakupów czy laptopa do pracy. Mamy rowery górskie, z pełnym zawieszeniem oraz częściowo zawieszone – mowa o widelcu przednim. Mamy również rowery typowo szosowe dla ludzi, którzy przygotowują się do triathlonu bądź wyścigów szosowych. Są to rowery o charakterystyce sportowej, wymagające lepszego przygotowania i mające mniej komfortową pozycję niż te miejskie, na których jedziemy wyprostowani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Pasikowski, ekspert marki rowerowej LeGrand.

Coraz większą popularnością cieszą się rowery gravelowe, które są połączeniem modelu górskiego z szosowym. Można na nich jeździć po szosie i utwardzonych ścieżkach, a także w lesie. Wybierając rower, warto się zdecydować na ramę karbonową.

Ramy karbonowe są bardzo popularne i teraz wiodą prym. Większość firm produkuje swoje rowery w Azji i następnie dostosowuje je na miejscu. Natomiast my przygotowujemy ramy karbonowe w naszej fabryce, jest specjalny projekt temu dedykowany, więc to jest coś wyjątkowego – podkreśla Jakub Pasikowski.

Przy wyborze roweru szczególną uwagę warto zwrócić na osprzęt. Od niego w dużej mierze zależy cena. Nowością jest osprzęt elektryczny, który jest bardzo precyzyjny i łatwiejszy w serwisowaniu.

Mamy wszelkiego typu koszyki, które umożliwiają nam przewiezienie praktycznie wszystkiego, od zakupów poprzez swoich pupili, małych psów czy kotów. Jeżeli chodzi o rowery bardziej sportowe, rynek akcesoriów jest mniejszy. To np. koszyki na bidon czy oświetlenie, które jest niezwykle istotne, ponieważ gwarantuje nam bezpieczeństwo – mówi Jakub Pasikowski.

Na rynku można znaleźć rowery w pełnej gamie cenowej. Zdaniem ekspertów warto się zastanowić, czy nie przeznaczyć nieco większego budżetu, by móc wybrać droższy sprzęt, wyższej jakości, który posłuży nam dłużej. Rower przeznaczony dla amatora nie musi mieć wielu gadżetów czy akcesoriów, ale warto postawić na elementy wysokiej jakości.

– Chodzi przede wszystkim o to, żeby jazda cieszyła, żeby się nie martwić tym, że coś odpadnie czy trzeba będzie regularnie korzystać z serwisu. Takie rowery spełniające podstawowe normy bezpieczeństwa i jakości zaczynają się od ok. 2 tys. zł. Górnego limitu nie ma – możemy równie dobrze wydać na rower około 30 tys. zł – mówi Jakub Pasikowski.

Wszystkie rowery, które są dla dorosłych, występują również w wersjach dla dzieci.

– Są również repliki rowerów zawodniczych, które są używane przez zawodników podczas zawodów pucharu świata czy największych imprez. Więc jeżeli dziecko ma swojego idola, który startuje w zawodach, może mieć taki sam rower jak on. Dla najmniejszych dzieci są odpowiednio przystosowane rowery z kółkami bocznymi. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na to, aby rower był dobrany do budowy fizjologicznej dziecka i jego rozmiarów – mówi Jakub Pasikowski.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się również rowery elektryczne.

Jest to bardzo fajne rozwiązanie, ponieważ umożliwia jazdę większemu gronu ludzi, nie trzeba być aż tak dobrze przygotowanym fizycznie. Natomiast cały czas jest przekonanie, że rower elektryczny jest jak skuter, czyli nie trzeba na nim pedałować. Warto pamiętać o tym, że on nie będzie pomagał nam, jeżeli nie będziemy kręcić – mówi Jakub Pasikowski.

Progresywne aplikacje internetowe odmienią sposób korzystania ze smartfonów. Zamiast kilkudziesięciu aplikacji wystarczy przeglądarka

Progresywne aplikacje internetowe odmienią sposób korzystania ze smartfonów. Zamiast kilkudziesięciu aplikacji wystarczy przeglądarka 8

W sieci coraz częściej pojawiają się strony, których funkcjonalność wykracza dalece poza możliwości witryn projektowanych według klasycznego schematu. Dzięki technologii Progressive Web Apps możliwe staje się projektowanie takich stron, które swoją funkcjonalnością przypominają natywne aplikacje. Pozwala to tworzyć uniwersalne aplikacje, które można bez problemu odtworzyć w dowolnym środowisku, bez konieczności pisania oddzielnych wersji oprogramowania dla wielu systemów operacyjnych na komputerach i smartfonach.

–  W świecie zdominowanym przez technologie mobilne niemal wszystko musi być dostępne na urządzeniach przenośnych. Jako programista wiem, ile niepotrzebnej pracy trzeba poświęcić na tworzenie kodu najpierw dla komputerowej przeglądarki, następnie dla aplikacji na Androidzie, a potem jeszcze raz dla aplikacji na iOS. A gdyby tak połączyć to w jedno, napisać aplikację raz i uruchomić na wszystkich platformach? Mieliśmy już aplikacje hybrydowe, kod wirtualny Kahlua i inne narzędzia, ale dzięki progresywnym aplikacjom internetowym nie ma potrzeby wprowadzania dużych zmian w kodzie na różne urządzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Trishul Goel, reprezentant fundacji Mozilla.

Potencjał progresywnych aplikacji internetowych tkwi nie tylko w ich wszechstronności, kluczową zaletą technologii PWA jest jej uniwersalność umożliwiająca stworzenie jednego spójnego środowiska, które będzie prawidłowo działało na dowolnym systemie operacyjnym. Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie upowszechni się model udostępniania takich witryn w formie natywnych aplikacji.

Google od dłuższego czasu umożliwia zainstalowanie stron PWA w formie oprogramowania dla własnych systemów Android oraz Chrome OS. Jednak milowym krokiem na drodze do upowszechnienia tej technologii było wdrożenie pod koniec ubiegłego roku obsługi progresywnych aplikacji internetowych w ramach systemu Windows 10. Dzięki temu użytkownicy mogą odinstalowywać aplikacje PWA tak jak inne oprogramowanie działające w tym systemie za pośrednictwem panelu sterowania.

W technologię tę inwestuje również Mozilla, która ułatwiła korzystanie z aplikacji PWA w ramach przeglądarki Firefox na Androida. Użytkownicy, którzy trafią na progresywną aplikację internetową w Firefoksie, będą mogli stworzyć do niej skrót w formie aplikacji. Dzięki temu możliwe będzie błyskawiczne uruchomienie konkretnej witryny PWA bez uruchamiania przeglądarki i wpisywania jej adresu internetowego.

– Współczesne przeglądarki oferują potężne możliwości, a obecne technologie wychodzą poza przeglądarki. Możemy uzyskiwać dostęp do natywnych funkcji urządzenia, np. czujnika orientacji, aparatu czy geolokalizacji. Możemy sterować innymi urządzeniami, np. połączyć się z urządzeniem Bluetooth i włączyć żarówkę. Ogranicza nas tylko wyobraźnia. Większość stron już korzysta z tej technologii – przekonuje ekspert.

Warto zauważyć, że choć aplikacje PWA są we wczesnej fazie rozwoju, to zyskują uznanie firm odpowiedzialnych za rozwój systemów operacyjnych. Microsoft chce ściśle zintegrować je ze swoim sklepem cyfrowym. Korporacja opracowała algorytmy, które automatycznie przeszukują sieć w poszukiwaniu treści PWA, a następnie dodają je do oferty Microsoft Store. Takie rozwiązanie z jednej strony pozwala zwiększyć portfolio cyfrowego sklepu, z drugiej zaś umożliwia twórcom nawet najbardziej niszowych aplikacji dotarcie do szerokiego grona odbiorców.

Potencjał aplikacji PWA dostrzegli także pracownicy IBM, którzy współpracują z organizatorami turnieju tenisowego Wimbledon nad technologiami zwiększającymi zaangażowanie miłośników tenisa tym turniejem. Jednym z projektów realizowanych w ramach tego partnerstwa jest właśnie progresywna aplikacja internetowa, która ma ułatwić śledzenie przebiegu turnieju w miejscach, w których dostęp do szybkiego internetu jest bardzo ograniczony. Dzięki niej fani tenisa z krajów rozwijających się otrzymają dostęp do narzędzia, które pozwoli błyskawicznie sprawdzić wyniki rozgrywek czy aktualny przebieg meczu.

– Dzięki tej technologii progresywne aplikacje internetowe staną się niezwykle potężne. Mamy do czynienia z ciągłym rozwojem przeglądarek internetowych. Tempo zmian jest zawrotne. Progresywne aplikacje internetowe to już nie przyszłość, a teraźniejszość i w tym kierunku będziemy zmierzać. Na naszym smartfonie możemy już zainstalować samą przeglądarkę internetową, ewentualnie dwie–trzy inne aplikacje i to wszystko, czego potrzebujemy – twierdzi Trishul Goel.

Według AppInstitute progresywne aplikacje internetowe pozwalają zwiększyć ruch mobilny o 68 proc.

Roje dronów mogłyby patrolować granice Unii Europejskiej. Latające pojazdy sprawdzają się już w zbieraniu danych, jednak potrzebne są zmiany w prawie, by móc je wykorzystać

Roje dronów mogłyby patrolować granice Unii Europejskiej. Latające pojazdy sprawdzają się już w zbieraniu danych, jednak potrzebne są zmiany w prawie, by móc je wykorzystać 9

Potencjał dronów wykracza daleko poza zastosowania rozrywkowe. Zdalnie sterowane pojazdy latające znajdują coraz szersze zastosowanie w systemach inteligentnych. Wykorzystuje się je do dostarczania paczek, analizowania zanieczyszczenia powietrza czy jako element nowoczesnych systemów monitoringu. Roje dronów w przyszłości mogą patrolować granice Unii Europejskiej. Już teraz drony zbierają lepszej jakości dane niż np. satelity. Problem jest jednak w ich wykorzystaniu. Eksperci zwracają uwagę na potrzebę zmian w prawie.

Jednym z najbardziej przyszłościowych obszarów gospodarki dla rozwiązań dronowych jest branża kurierska. Przedstawiciele DHL Express podpisali umowę z chińską firmą Ehang, wyspecjalizowaną w produkcji autonomicznych dronów, a pierwszy lot na regularnej trasie odbył się w maju tego roku. Dron kurierski pozwolił skrócić czas dostawy z 40 do 8 minut. Nowa metoda dostarczania paczek jest także bardziej ekologiczna – zużywa mniej energii i emituje do atmosfery mniej dwutlenku węgla niż dostawy realizowane za pośrednictwem kurierów samochodowych.

Taką technologię testuje się także na terenie Europy. Kursy terenowe na terenie Finlandii przeprowadza spółka Alphabet. Korporacja planuje wykorzystywać drony Wing do dostarczania jedzenia mieszkańcom Helsinek za pośrednictwem aplikacji mobilnej. Największą zaletą pojazdów Wing jest ich wysoka wydajność – są w stanie na jednym ładowaniu przenieść pakunek o wadze do 1,5 kg na dystans ok. 20 km.

Drony mogą być wykorzystane nie tylko do dostarczana paczek. Mogą także ułatwić pozyskiwanie i przetwarzanie dużych zasobów danych.

– Nowe systemy w branży dronowej to na pewno systemy formacji dronowych, roje dronów. Przestajemy tutaj mówić o dronach pracujących w pojedynkę, mówimy tutaj o dronach, które w rojach kilku, kilkunastu urządzeń są w stanie realizować jakieś zadania. Znamy formacje dronowe, które mają kilkaset, a nawet parę tysięcy sztuk dronów, więc ta liczba rzeczywiście daje niesamowite możliwości – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dariusz Werschner, prezes Polskiej Izby Systemów Bezzałogowych.

Eksperymenty z rojem dronów prowadzi m.in. australijska firma Aquabotix, która opracowała pojazdy SwarmDiver. Pojazdy te zaprojektowano z myślą o funkcjonowaniu w środowisku wodnym i przystosowano do komunikowania się ze sobą oraz opracowywania wspólnych strategii działania. Po zainstalowaniu na ich pokładzie kamer oraz czujników mogą się sprawdzić w roli wielkoobszarowego narzędzia badawczego do patrolowania dużych obszarów morskich.

Roje dronów są także w polu zainteresowania konsorcjum ROBORDER, które w ramach programu Horizon 2020 pracuje nad wdrożeniem zautomatyzowanego systemu kontroli granicznej. Jego kluczowym elementem miałyby być autonomiczne pojazdy monitoringu powietrznego, lądowego i wodnego, które utrzymywałyby ze sobą stały kontakt i wymieniały się informacjami o potencjalnym naruszeniu granic Unii Europejskiej.

– Drony to nowy, fenomenalny sposób pozyskiwania danych, uzupełniający sposoby, które wykorzystujemy obecnie, czyli takie systemy, jak satelity czy pozyskiwanie danych np. z samolotów. Drony świetnie uzupełniają te dwa źródła, robią to szybciej i te dane bardzo często są dużo lepsze niż np. dane satelitarne. W związku z tym wykorzystuje się je choćby do tworzenia różnego rodzaju ortofotomap, analiz terenu, a w rolnictwie precyzyjnym np. do szacowania stanu upraw czy stanu lasów. Tutaj drony spełniają się bardzo dobrze i rzeczywiście ta jakość, która płynie z wykorzystania danych, jest znacząca – zauważa ekspert.

Na rynku pojawił się innowacyjny dron Stormbee S wyposażony w układ mapowania dużych powierzchni. Pojazd zaprojektowany przez specjalistów z firm Faro i Stormbee może posłużyć np. do stworzenia dokładnych map dróg, infrastruktury kolejowej czy miast, a w terenie o ograniczonym dostępie sprawdzi się w roli mobilnego systemu monitoringu czy rekonesansu militarnego.

– Drony są źródłem pozyskania pewnej wiedzy, danych. Dobrze byłoby opracować takie przepisy, które lepiej umożliwiłyby wykorzystanie tych danych w różnego rodzaju obszarach, np. w oblotach dotyczących smogu czy też np. w geodezji i kartografii przy pozyskiwaniu danych z niskich pułapów. Tutaj bardziej bym się skupił na walce z barierami legislacyjnymi – twierdzi Dariusz Werschner.

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów w 2018 roku wyniosła 13,2 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Jak zadbać o dane wejściowe o produktach w systemie WMS?

magazynSystem do zarządzania magazynem klasy WMS stał się standardem w wielu magazynach i centrach dystrybucji. Coraz częściej prowadzone są prace, które mają na celu doskonalenie funkcjonowania systemu, tak aby gwarantował on jeszcze lepsze efekty pracy działów logistyki wewnętrznej. Jednym ze sposobów podniesienia efektywności jest udoskonalenie tak zwanej master daty, czyli danych wejściowych, na których system operuje.

Masterdata Produktowa- jaki wpływ na funkcjonowanie magazynu mają dane o produktach?

Właściwe określenie danych produktowych ma znaczny wpływ na kilka aspektów funkcjonowania magazynu. Najważniejsze z nich to:

– właściwy dobór miejsc składowania

– właściwy dobór opakowań wysyłkowych

– optymalizacja procesu kompletacji

– obniżka kosztów współpracy z firmami kurierskimi i przewoźnikami

W dalszej części artykułu omówimy każdy z wymienionych powyżej aspektów oraz przedstawimy sposoby lepszego opracowania danych produktowych.

Właściwy dobór miejsca składowania- jak efektywnie zarządzać przestrzenią magazynową?

Znalezienie odpowiedniego sposobu składowania towaru to zawsze kompromis pomiędzy jego gabarytami wraz z wagą, a miejscem składowania dostępnym w magazynie. System WMS na podstawie danych o wymiarach produktów oraz biorąc pod uwagę wyporność oraz maksymalne gabaryty miejsc odkładczych znajduje najbardziej optymalny sposób składowania towaru. Opisując kwestie związane ze składowaniem zwrócić należy uwagę, na fakt umożliwienia przez system WMS rozłożenia produktów w sposób wymieszany, to znaczy mieszania rodzaju produktów na jednej lokalizacji, przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad jego stanami. Dzieje się to dzięki zastosowaniu technologii kodów kreskowych w ramach obsługi systemu WMS.

Właściwy dobór opakowań wysyłkowych- jak pakować optymalnie?

Z perspektywy Odbiorcy nie ma nic bardziej frustrującego niż otrzymanie przesyłki zamówionej w sklepie internetowym w kartonie znacznie przekraczającym gabaryty samego produktu. Sytuacja taka jest nieefektywna nie tylko ze względu na niezadowolenie Klienta, ale również ze względu na wzrost kosztów i obniżenie efektywności obsługi takiej paczki wewnątrz magazynu. Duże paczki bardzo często muszą być przenoszone przez więcej niż jednego operatora, często z pominięciem systemów transportu wewnętrznego. System WMS powinien dobierać paczki tak, aby były one idealnie dostosowane do wymiarów produktu. Jest to możliwe w przypadku dokładnego określenia tych właśnie wymiarów i w sytuacji zagwarantowania dostępności kilku standardów wielkości kartonów.

Optymalizacja procesu kompletacji- jak dostosować się do wymogów sieci handlowych?

Duże centra dystrybucyjne są konfrontowane ze specyficznymi wymogami swoich Klientów (zwłaszcza sieci handlowych) w kwestiach związanych z przygotowaniem palet wysyłkowych. Reguły tworzenia palet zakładają specyficzne ułożenie towaru, zazwyczaj według reguły ciężkie na dnie, lekkie na górnych poziomach. Bardzo często wysokość palet nie może przekroczyć zakładanego poziomu. Spełnienie tych warunków staje się bardzo proste dzięki zastosowaniu systemu WMS wzbogaconego o funkcjonalność bazującą na danych wejściowych o produktach. Jednym słowem jeśli chcecie dostarczać do sieci handlowych to kompletne dane o produkcie są koniecznością.

Obniżka kosztów współpracy z firmami kurierskimi- jak przewozić tanio i szybko?

Filozofia działania firm transportowych i kurierskich zmienia się dość radykalnie. W chwili obecnej zauważalny jest mocny nacisk na właściwe planowanie załadunku pojazdów. Dane niezbędne do optymalizacji przestrzeni załadunkowej to przede wszystkim precyzyjne dane o gabarycie paczki, czy palety. Dane takie powinny być przekazywane do przewoźnika drogą elektroniczną, przed faktycznym załadunkiem, dzięki czemu systemy informatyczne przewoźnika mogą optymalnie zaplanować zawartość przyczepy, czy samochodu. Aby tego typu wymiana danych działała bezproblemowo niezbędne jest zasilenie systemu WMS, który komunikuje się z systemem przewoźnika informacjami o gabarytach paczek, czy towarów.

Wymiarowanie produktów- przyszłość logistyki.

Uzyskanie wszystkich, opisanych powyżej korzyści możliwe jest poprzez zastosowanie systemów wymiarowania produktów Cubiscan, połączonych z systemem WMS. Zastosowanie tego typu rozwiązania umożliwia zautomatyzowanie procesów kolekcji informacji o produktach wchodzących do magazynu.

PKN ORLEN bliżej połączenia z Grupą LOTOS

PKN ORLEN złożył w Komisji Europejskiej formalny wniosek o zgodę na przejęcie kapitałowe Grupy LOTOS. Finalizacja procesu pozwoli na stworzenie jednego silnego gracza z międzynarodowym potencjałem, zintegrowanego wewnętrznie, jeszcze bardziej liczącego się na rynku dostaw ropy.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– W biznesie skala ma znaczenie. Rozumieją to wszyscy znaczący europejscy i światowi gracze w branży paliwowo-energetycznej, którzy procesy konsolidacyjne mają dawno za sobą. Jeden silny podmiot to możliwość skutecznego konkurowania na wymagającym rynku, większa stabilność krajowej gospodarki, również w obszarze cen paliw, a także intensyfikacja inwestycji ukierunkowanych na rozwój. Podjęliśmy się tego wyzwania, bo połączenie jest konieczne z punktu widzenia przyszłości biznesowej obu firm, budowania ich wartości dla akcjonariuszy, bezpieczeństwa energetycznego Polski, a także interesu klientów indywidualnych i lokalnych społeczności. Sprawne przeprowadzenie procesu to dla nas priorytet, a złożenie formalnego wniosku do Komisji najlepiej pokazuje, że jesteśmy zdeterminowani i skuteczni w jego realizacji – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Złożony przez PKN ORLEN wniosek zawiera m.in. założenia transakcji, opis działalności stron na określonych rynkach właściwych oraz argumentację dotyczącą wpływu transakcji na konkurencję na tych rynkach. Do wniosku załączono pakiet dokumentów wewnętrznych obydwu spółek, które mają pozwolić Komisji Europejskiej na zweryfikowanie trafności podnoszonej argumentacji.

Proces przejęcia kapitałowego Grupy LOTOS przez PKN ORLEN został zainicjowany w lutym 2018 roku, podpisaniem Listu Intencyjnego ze Skarbem Państwa, który posiada w gdańskiej spółce 53,19% głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. W dokumencie nakreślone zostały ramy struktury transakcji. W pierwszym etapie PKN ORLEN planuje nabyć 32,99% akcji od Skarbu Państwa. W kolejnym konieczne będzie ogłoszenie wezwania na zakup akcji reprezentujących do 66% ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu Grupy LOTOS.

W kwietniu 2018 roku w gdańskiej firmie rozpoczął się proces due dilligence, czyli badanie jej kondycji handlowej, finansowej, prawnej i podatkowej pod kątem przejęcia. Natomiast w listopadzie ubiegłego roku PKN ORLEN wysłał do Komisji Europejskiej wstępną wersję wniosku o zgodę na koncentrację. W trakcie prac nad dokumentem PKN ORLEN i Grupa LOTOS otrzymały z KE setki pytań, na które sukcesywnie odpowiadały. Dobra współpraca wszystkich stron pozwoliła opracować ostateczny kształt wniosku.

Konsolidacja PKN ORLEN i Grupy LOTOS to włączenie się Polski w światowy trend budowania znaczących graczy na rynku paliwowo-energetycznym. To odpowiedź polskich przedsiębiorstw na globalne trendy przemysłu rafineryjnego, która w przyszłości zmniejszy ryzyko utraty płynności przez krajowe rafinerie. Procesy konsolidacyjne w tej branży trwają od dawna i podyktowane są przede wszystkim koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego państw. Podobne konsolidacje w sektorze przechodziły np.: węgierski MOL, norweski Statoil, hiszpański Repsol, portugalski GalpEnergia, włoskie ENI, austriackie OMV, francuski TOTAL.

Wszystkie zrealizowane w Europie procesy konsolidacji w żaden sposób nie ograniczyły konkurencji na tych rynkach w obszarze paliw, czy logistyki. Tak będzie również w przypadku połączenia PKN ORLEN z Grupą LOTOS. Polski rynek jest bardzo konkurencyjny w tym obszarze i to się w przyszłości nie zmieni.

Finalizacja transakcji przełoży się na większe możliwości inwestycyjne, m.in. w zakresie rozwoju aktywów, czy ekspansji zagranicznej. Jeden silny podmiot zagwarantuje wyższy potencjał w tym zakresie, przy jednoczesnym utrzymaniu wskaźników finansowych na bezpiecznym poziomie. Pod tym względem transakcja znacząco wzmocni siłę polskiej gospodarki.

Połączenie PKN ORLEN i Grupy LOTOS będzie również atrakcyjne ze względu na komplementarność technologiczną i produktową oraz pozycję spółek na rynku paliw. Dzięki połączonym zdolnościom rafineryjnym, zakłady z obu Grup Kapitałowych będą w stanie wyprodukować łącznie ok. 12 milionów ton rocznie produktów lek¬kich (głównie benzyn) i 20 milionów ton rocznie średnich destylatów (przede wszystkim oleju napędowego i paliwa lotniczego). Co istotne około 2/3 tej produkcji będzie pochodziło z polskich zakładów. W przyszłości zakładany jest dalszy wzrost tych wolumenów w związku z realizowanymi i planowanymi inwestycjami rozwojowymi.

Połączony podmiot to również zdecydowanie większy potencjał do wygospodarowania znaczących środków na badania, które są niezwykle istotne dla zrównoważonego rozwoju każdej gospodarki. PKN ORLEN buduje obecnie w Płocku Centrum Badawczo-Rozwojowe, którego celem jest realizacja prac ukierunkowanych na wdrażanie nowych rozwiązań technicznych oraz prac nad nowymi produktami i technologiami. Zespół Grupy LOTOS będzie mógł korzystać zarówno z doświadczeń, jak i infrastruktury PKN ORLEN w Płocku, w tym z Centrum Badawczo-Rozwojowego oraz ośrodków naukowo-badawczych w Czechach.

Jednym z głównych beneficjentów procesu koncentracji spółek będzie Pomorze i jego mieszkańcy. Dzięki wzmocnieniu LOTOSU wzrośnie liczba i skala zamówień, firma wejdzie w nowe obszary działalności i jeszcze bardziej będzie rozwijać te, w których LOTOS jest już aktywny, m.in. elektromobliność i wydobycie. Siedziba spółki pozostanie w Gdańsku i tu, na takich samych zasadach jak dzisiaj, trafiać będzie część podatków CIT. Budynki Grupy LOTOS wciąż będą użytkowane, więc wpływy z podatków od nieruchomości pozostaną w Gdańsku. Podobnie będzie z redystrybucją dochodów z PIT pracowników do lokalnego samorządu.

Konsolidacja spółek to również szansa dla pracowników. Ambitne plany inwestycyjne i rozwojowe będą wiązały się z tworzeniem nowych stanowisk pracy. Wzmocnione zostanie też zaangażowanie w działania prospołeczne, sportowe i kulturalne w regionie.

Komentarz po spotkaniu RPP. Stopy procentowe bez zmian

Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w lipcu podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Zgodnie z retoryką prezesa NBP stopy procentowe – które pozostają stabilne od czterech lat – powinny pozostać na niezmienionym poziomie również w kolejnych kwartałach.

W kontekście komunikacji po spotkaniu Rady warto wspomnieć o kilku kwestiach. Przede wszystkim należy nadmienić o odnotowaniu przez Radę nieco wyższej dynamiki cen, która jednak – zgodnie z retoryką prezesa Adama Glapińskiego, jak i towarzyszących mu prof. Grażyny Ancyparowicz i dr hab. Łukasza Hardta – nie sprawi, że Rada zacznie rozważać podwyżki stóp procentowych. Członkowie RPP zwracają uwagę, że inflacja nadal znajduje się w celu inflacyjnym, dopiero ostatnio przechodząc do górnego przedziału odchyleń od środka wspomnianego celu.

Rada zwraca również uwagę na zmianę sytuacji zewnętrznej, szczególnie na istotny zwrot w polityce Rezerwy Federalnej i Europejskiego Banku Centralnego. Z retoryki prezesa Glapińskiego nie wynika jednak, żeby RPP miała również decydować się na podobną woltę. Prezes Glapiński podkreśla, że Polska na tle krajów Zachodu nadal znajduje się w dobrej sytuacji posiadając dodatnie stopy procentowe.

Prezes Glapiński odczytał również fragment projekcji Działu Analiz Ekonomicznych NBP (pełną ich treść poznamy w poniedziałek), z których wynika, że analitycy banku centralnego spodziewają się średnio wyższego niż zakładali w marcu wzrostu gospodarczego w 2019 i 2020 roku. A także średnio niższej niż zakładali w marcu inflacji w 2019 roku, po której w 2020 roku nastąpić ma wzrost do poziomu średnio wyższego niż zakładany w poprzedniej projekcji.

Prezes Glapiński powtórzył, że spodziewa się utrzymania stabilnych stóp procentowych do końca 2021 roku. Jego zdaniem lipcowa projekcja wspiera stabilizację stóp procentowych w jej horyzoncie. Istotnie odmiennej opinii zdawali się również nie wyrażać prof. Ancyparowicz i dr hab. Hardt.

Poniżej projekcje DAE NBP na podstawie PAP. Z 50% prawdopodobieństwem wskaźniki gospodarcze powinny, zdaniem analityków NBP, znaleźć się w wyznaczonych widełkach.

Roczny wzrost inflacji CPI (%) Roczny wzrost PKB (%)
2019 1,7 – 2,3 (1,2 – 2,2) 3,9 – 5,1 (3,3 – 4,7)
2020 1,9 – 3,7 (1,7 – 3,6) 3,0 – 4,8 (2,7 – 4,6)
 2021 1,3 – 3,5 (1,3 – 3,5) 2,4 – 4,3 (2,4 – 4,3)

*projekcja marcowa

Podsumowując: zdaniem RPP sytuacja w kraju oraz jej perspektywy są dobre, a inflacja powinna pozostawać umiarkowana. Kredytobiorcy cały czas raczej nie mają powodów do obaw. Obecnie wygląda na to, że stopy procentowe niemal na pewno pozostaną stabilne przez całość 2019 r., a może i dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Tomasz Czechowicz: Venture Capital ciągle szansą dla polskich startupów

Ogromne znaczenie dla firm w początkowej fazie rozwoju ma zewnętrzne finansowanie. Jest czynnikiem decydującym o ich rozwoju, a co za tym idzie – ich dalszych losach. Pozwala przetrwać krytyczny moment, z którym często mierzą się startupy – powiedział Tomasz Czechowicz podczas spotkania organizowanego przez Kancelarię Prezydenta RP.

3 lipca, w trakcie spotkania w Pałacu Prezydenckim, organizowanego w ramach projektu „Startupy w Pałacu” Tomasz Czechowicz wspólnie z Julią Krzysztofiak-Szopą (prezes Fundacji Startup Poland) oraz Jarosławem Królewskim (CEO Synerise) wziął udział w dyskusji Finansowanie i rozwój startupów w Polsce.

Venture Capital ciągle szansą dla polskich startupówSytuacja startupów w kraju nie jest taka zła, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście Chiny i USA są niezaprzeczalnymi liderami w dziedzinie innowacji, ale Polska znajduje się w czołówce krajów CEE – skomentował Tomasz Czechowicz z Grupy MCI. Zwrócił uwagę, że wyprzedzają nas jedynie Estonia i Czechy. – Przykładem spółek z polskiego rynku, które osiągnęły niezaprzeczalny sukces, są takie firmy jak Allegro czy PayU. Rozwinęły swoją działalność dzięki wsparciu inwestorów zewnętrznych – mówił Czechowicz.

Mimo potencjału drzemiącego w polskich startupach, krajowy rynek nie jest atrakcyjny dla europejskich i globalnych funduszy Venture Capital. Czechowicz ocenia, że potrzeba wiele czasu, aby ta sytuacja uległa zmianie. Aby nasz rynek oferował wysoką podaż spółek, w które zagraniczne fundusze będą chciały inwestować, Polska musi stać się pewnego rodzaju regionalnym centrum rozwoju – zbudowanym z najlepszych zespołów specjalistów. Istotnym elementem tego rozwiązania mogłaby być np. zmiana w systemie podatkowym dla osób prowadzących biznes technologiczny na bardziej przyjazny.

Czechowicz zwrócił także uwagę na podstawy rozwoju każdej spółki. To przede wszystkim ludzie zaangażowani w dany projekt. Podkreślił, że polscy specjaliści są pożądani przez zagraniczne firmy. – To bardzo ważne, aby takich ekspertów zatrzymać w Polsce, bo jest to kapitał, bez którego nie da się rozwijać żadnych projektów. Wiedzą o tym w szczególności firmy mające potencjał, by zostać tzw. jednorożcami. Ich sukces determinuje przede wszystkim praca liderów – podsumował Tomasz Czechowicz.

Projekt Startupy w Pałacu organizuje Dziennik Gazeta Prawna i Kancelaria Prezydenta RP. Inicjatywa ma na celu wsparcie innowacyjnych polskich firm w poszukiwaniu możliwości rozwoju, w tym ewentualnych inwestorów, partnerów biznesowych i nowych rynków zbytu. W ramach projektu organizowane są publiczne prezentacje najciekawszych inicjatyw biznesowych przed potencjalnymi inwestorami, szefami spółek skarbu państwa, przedstawicielami instytucji grantowych i organizacji typu Venture Capital, tzw. aniołami biznesu oraz ambasadorami zagranicznych państw. Dziś odbyła się piąta edycja spotkania.

Czy wystarczy nam rządowy remont wielkiej płyty?

Rząd zamierza wydać więcej pieniędzy na modernizację bloków z wielkiej płyty. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przyjrzeć się temu, jak przez ostatnie kilkanaście lat wyglądało wspieranie inicjatyw termomodernizacyjnych i remontowych.

Niedawna zapowiedź rządu związana z wydatkowaniem o wiele większych środków na termomodernizację i remonty bloków wielkopłytowych, wzbudziła duże zainteresowanie. Trudno się temu dziwić, ponieważ budynki wykonane z prefabrykatów nadal stanowią nieodłączny element krajobrazu polskich miast i dom dla milionów naszych rodaków. W ramach niedawno ogłoszonego planu, rząd zamierza również przeznaczyć dodatkowe środki na wspieranie termomodernizacji i remontów wielu gminnych budynków. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przyjrzeć się temu, jak przez ostatnie kilkanaście lat wyglądało wspieranie inicjatyw termomodernizacyjnych i remontowych.

Wcześniej termomodernizacja była nierównomiernie finansowana

Niedawno zaprezentowany przez rząd projekt ustawy o zmianie ustawy o wspieraniu termomodernizacji i remontów przewiduje, że program modernizacji bloków wielkopłytowych i budynków mieszkalnych należących do gmin zostanie sfinansowany z Funduszu Termomodernizacji i Remontów. Ten fundusz działający w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego już od dłuższego czasu wspiera modernizację zasobów mieszkaniowych. Utworzono go na mocy ustawy z dnia 21 listopada 2008 r. (Dz.U. 2008 nr 223 poz. 1459). Wcześniej (przez około 10 lat) podobne cele finansował Fundusz Termomodernizacji powołany ustawą z dnia 18 grudnia 1998 r. o wspieraniu przedsięwzięć termomodernizacyjnych (Dz.U. 1998 nr 162 poz. 1121). Poniższa tabela przedstawia poziom bezpośrednich wydatków, jakie budżet państwa w latach 2000 – 2018 poniósł na działanie obydwu wspomnianych funduszy. Zestawienie przygotowane przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl uwzględnia także plan wydatków budżetowych na 2019 r.

Po przeanalizowaniu poniższej tabeli uwagę zwraca bardzo zróżnicowany poziom wydatków, jakie budżet państwa przez lata ponosił na finansowanie funduszy termomodernizacyjnych. Przykładowo w 2010 r. działalność Funduszu Termomodernizacji i Remontów nie pochłonęła żadnych środków z budżetu. Później wydatki przeznaczone na działanie tego funduszu zmieniały się skokowo (np. z 330 mln zł w 2014 r. do 120 mln zł w 2015 r.). Cele dotyczące termomodernizacji i remontów pochłonęły największą część łącznych wydatków budżetu na sferę mieszkaniową w 2008 r. (27%), 2007 r. (25%) oraz 2014 r. (21%). Planowany wynik dla 2019 r. to zaledwie 6%. Prace termomodernizacyjne i remontowe przy budynkach wielorodzinnych były wspierane także z innych źródeł (m.in. unijnych). Tym niemniej, brak stabilnego finansowania obydwu funduszy termomodernizacyjnych raczej nie świadczy dobrze o polityce mieszkaniowej kolejnych rządów. Remonty wielka płyta RP tab.1

Na modernizację „wielkiej płyty” można wydać o wiele więcej …

Zgodnie ze wstępną oceną skutków regulacji, nowy program termomodernizacji i remontów dotyczący m.in. budynków wielkopłytowych oraz gminnych bloków, przez kolejne 10 lat ma kosztować blisko 4 mld zł. To niebagatelna kwota jak na realia polskiej mocno niedoinwestowanej „mieszkaniówki”. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że potencjalne potrzeby finansowe są o wiele większe. Planowane ocieplanie budynków wielkopłytowych i wzmacnianie połączeń między warstwami takich bloków stanowi absolutne minimum. Przykłady z krajów Europy Zachodniej wskazują, że w bardziej rozszerzonym wariancie modernizacja budynków z wielkiej płyty może objąć np. wymianę starych wind oraz instalację zewnętrznych szybów windowych (dla niższych budynków czterokondygnacyjnych lub pięciokondygnacyjnych, które obecnie nie posiadają windy).

Bardzo duże potrzeby w zakresie remontów zasobu mieszkaniowego dotyczą również bloków użytkowanych przez samorządy. Sugestywnym dowodem są wyniki badania ankietowego, które zostało przeprowadzone od lutego do marca 2019 r. W ramach wspomnianego badania, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju zapytało samorządy gminne o stan ich zasobów mieszkaniowych. Odpowiedzi  gmin wskazują, że 54% budynków mieszkalnych wymaga częściowego remontu. Około jedna trzecia gminnych bloków powinna zostać szybko poddana kapitalnemu remontowi. Takie dane „z pierwszej ręki” najlepiej pokazują skalę remontowych potrzeb.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

PPK – brytyjski program w polskim wydaniu. Jakie wnioski dla pracodawców?

Program PPK jest wzorowany na brytyjskim programie planów emerytalnych dla pracowników, wprowadzonym w 2012 roku. Poza wykorzystaniem najlepszych praktyk podczas tworzenia regulacji prawnych, warto również skorzystać z doświadczeń brytyjskich firm, tworzących plany dla swoich pracowników. W brytyjskich PPK uczestniczy ok. 10 milionów pracowników, czyli 87% objętych programem.

Podobne wyzwania demograficzne i emerytalne skłoniły Brytyjczyków do wprowadzenia w 2012 roku programu planów emerytalnych, które pracodawcy tworzą dla swoich pracowników (tzw. workplace pensions albo auto-enrolment programme). To brytyjskie rozwiązanie tak mocno zainspirowało twórców naszego programu PPK, że można określić PPK jako brytyjski program w polskim wydaniu.

Najważniejsze podobieństwa między brytyjskimi i polskimi PPK:

  • pracodawca tworzy program na podstawie umowy z wybraną instytucją finansową, do którego zgłasza automatycznie wszystkich zatrudnionych
  • obowiązkowy dla wszystkich pracodawców zatrudniających co najmniej 1 pracownika – obowiązek rozciągany stopniowo od największych do najmniejszych firm
  • składki do programu wpłacają solidarnie pracownik i pracodawca
  • limit opłat określony ustawowo na bardzo niskim poziomie (0,75% aktywów w Wielkiej Brytanii, 0,6% w Polsce)
  • pracownik może wystąpić z programu, składając odpowiednie oświadczenie

Ważną różnicą między PPK w obu krajach jest to, że Brytyjczycy dość mocno zwiększyli poziom minimalnej wpłaty do programu w relacji do wynagrodzenia:

  • 2012-2017: minimalna wpłata 3% (2% pracownik + 1% pracodawca)
  • 2018: minimalna wpłata 5% (3% pracownik + 2% pracodawca)
  • 2019: minimalna wpłata 8% (5% pracownik + 3% pracodawca).

Korzystanie z brytyjskich doświadczeń, w tym uczenie się na błędach, to dodatkowa wartość, jaką proponujemy polskim pracodawcom podejmującym decyzje w sprawie PPK. Jesteśmy liderem rynku w zarządzaniu brytyjskimi PPK, a zarazem mamy wieloletnie doświadczenie w Polsce. To dodatkowy atut wzmacniający ofertę naszego PPK, i tak już mocną jeśli chodzi o niski poziom opłat, odciążenie pracodawców od bieżącej obsługi pracowników uczestniczących w PPK oraz przejrzyste materiały informacyjne – mówi Marek Przybylski, prezes Aviva Investors TFI.

Pracodawcy RP: W systemie publicznej opieki zdrowotnej nie ma i nie będzie pieniędzy

Projekt planu finansowego NFZ na 2020 r. nie pozostawia żadnych złudzeń. W systemie publicznej opieki zdrowotnej nie ma i nie będzie pieniędzy, tym samym nie będą zaspokajane potrzeby zdrowotne Polaków.

Nominalne wydatki na ochronę zdrowia w Polsce wprawdzie rosną, ale wyłącznie za sprawą wzrostu naszych zarobków i tym samym składek na ubezpieczenie zdrowotne. Są one dzięki wzrostowi gospodarczemu coraz wyższe, ale pieniędzy i tak jest wciąż w systemie opieki zdrowotnej mało.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej wielokrotnie apelowali o urealnienie środków finansowych przeznaczanych na ochronę zdrowia, by pacjenci i świadczeniodawcy mogli czuć się w naszym kraju bezpiecznie.

W opinii Pracodawców RP powinien nastąpić znaczący wzrost wydatków na świadczenia opieki zwrotnej we wszystkich zakresach świadczeń gwarantowanych. Polska na tle innych państw Unii Europejskiej przeznacza bowiem na zdrowie niewystarczające środki – zarówno w odniesieniu do PKB, jak i per capita. W 2016 roku przeznaczono na ten cel 4,4 proc. PKB, podczas gdy Węgrzy 5,2 proc., Czesi 6,0 proc., Francuzi 8,7 proc., a Niemcy 9,5 proc. Uchwalona 24 listopada 2017 ustawa (później nowelizowana) miała doprowadzić do skokowego wzrostu finansowania ochrony zdrowia przez zwiększanie odsetka PKB przeznaczanego na ten cel. W latach 2018-2023 środki na ochronę zdrowia miały być nie niższe niż:

4,78 proc. PKB w 2018 roku,

4,86 proc. PKB w 2019 roku,

5,03 proc. PKB w 2020 roku,

5,30 proc. PKB w 2021 roku,

5,55 proc. PKB w 2022 roku,

5,80 proc. PKB w 2023 roku.

Docelowo – w 2024 roku na ochronę zdrowia miały wynieść 6,0 proc. PKB.

Planowane wielkości i ich harmonogram oznaczałby niespotykany dotąd wzrost wydatków na zdrowie, który powinien przełożyć się na odczuwalną poprawę sytuacji pacjentów, jak również podmiotów udzielających świadczeń opieki zdrowotnej. Nic jednak nie wskazuje na to, aby powyższe cele zostały zrealizowane, ponieważ:

1) w ustawie znalazły się zapisy, które dają możliwość brania do obliczeń wydatków publicznych na zdrowie na dany rok wartości PKB sprzed dwóch lat. To oznacza, że w 2024 roku będziemy najprawdopodobniej państwem, które przeznacza najmniej w Europie na ochronę zdrowia;

2) przedstawiony przez Ministerstwo Finansów Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2019–2022 wskazuje, że publiczne wydatki na ochronę zdrowia prawie nie będą rosły i że ich poziom nawet nie zbliży się do obiecanych 6 proc. PKB. Zapisane w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa wydatki na zdrowie w 2030 r. mają wynieść 4,5 proc. PKB, a po dołączeniu wydatków na opiekę długookresową może osiągną 5,2 proc. Gdyby zsumować te wartości – to deklarowane 6 proc. PKB osiągniemy dopiero w 2050 roku;

3) w projekcie planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na 2020 rok zaplanowano przychody na poziomie niespełna 97,3 mld zł (aktualny plan finansowy NFZ zakłada przychody na poziomie 92,37 mld). Należy też zauważyć, iż projekt planu finansowego NFZ na 2020 rok nie realizuje również zapisów dokumentu rządowego „Polityka lekowa państwa na lata 2018-2022” w zakresie zagwarantowania minimalnego poziomu środków w ramach całkowitego budżetu na refundację. Według przedstawionego projektu udział całkowitego budżetu na refundację w kosztach świadczeń opieki zdrowotnej wyniesie 15,25 proc. i będzie o 1,15 mld zł niższy niż minimum określone w dokumencie strategicznym.

W opinii Pracodawców RP kwota 100 mld zł jest kwotą niezbędną do zabezpieczenia finansowania świadczeń opieki zdrowotnej – i to jeszcze w 2019 roku. Jest to mniej więcej tyle, ile powinien wynosić budżet NFZ gdyby sposób liczenia odsetka PKB przeznaczanego na zdrowie był liczony w stosunku do PKB roku bieżącego, a nie sprzed dwóch lat.

Pracodawcy RP ponownie apelują – należy planowane wydatki urealnić. Polski pacjent, polski świadczeniodawca, w kwestiach dotyczących opieki zdrowotnej musi czuć się w naszym kraju bezpiecznie.

Tomasz Wiatrak nowym Prezesem Unipetrolu

Decyzją organów Spółki od 3 lipca 2019 r. nowym Prezesem Zarządu Unipetrolu z Grupy ORLEN został Tomasz Wiatrak, dotychczasowy Wiceprezes  Zarządu firmy. Zastąpił on na stanowisku  Krzysztofa Zdziarskiego, którego trzyletnia kadencja właśnie wygasła. Katarzyna Woś i Maciej Libiszewski, dotąd Członkowie Zarządu zostali powołani na funkcje Wiceprezesów, natomiast Marek Kaszuba został nowym Członkiem Zarządu Unipetrolu.

Tomasz Wiatrak nowy Prezes Unipetrolu
Tomasz Wiatrak nowy Prezes Unipetrolu

Tomasz Wiatrak od marca 2018 zajmował stanowisko Wiceprezesa Zarządu Unipetrolu. Był odpowiedzialny w szczególności za sprzedaż detaliczną spółki. Unipetrol działa obecnie w tym obszarze poprzez nowoczesną sieć 413 stacji  paliw pod logo Benzina. W ciągu ostatnich dwóch lat udział Benziny w czeskim rynku wzrósł z 10 do 23,4 proc., a zysk przedsiębiorstwa (EBITDA LIFO) wzrósł o 29 proc. do poziomu 1,8 bilionów czeskich koron. Od tego roku stacje paliw pod logo Benzina pojawiły się również na Słowacji, gdzie Unipetrol rozpoczął budowę własnej sieci stacji paliw.

Oprócz obszaru sprzedaży detalicznej, Tomasz Wiatrak był w Grupie Unipetrol odpowiedzialny za przygotowanie i wdrożenie strategii Grupy Unipetrol. Odpowiadał także za inwestycje, rozwój zarządzania projektami i procesy integracyjne z obszaru IT.

Jego doświadczenie biznesowe to ponad 10 lat profesjonalnego zajmowania się optymalizacją i restrukturyzacją, audytami i zarządzaniem projektami w dużych przedsiębiorstwach. Przed rozpoczęciem pracy w Unipetrolu Tomasz Wiatrak pełnił stanowisko Prezesa Zarządu w polskiej firmie Energa Informatyka i Technologie Sp. z o. o., gdzie odpowiadał za procesy operacyjne i strategiczne zarządzanie w obszarze IT, zapewniając nowoczesne rozwiązania z tego obszaru w sektorze energetycznym.

Tomasz Wiatrak posiada certyfikaty audytora (CIA, CGAP) w tym uprawnienia audytorskie z zakresu systemów bezpieczeństwa zgodnie z normą ISO/IEC 27001 oraz z obszaru zarządzania (Prince2 Practitioner). Przez szereg lat pracował m.in  w Komisji Europejskiej, polskich instytucjach administracyjnych oraz w prywatnych przedsiębiorstwach. Tomasz Wiatrak otrzymał tytuł magistra na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku Zarządzanie.

Marek Kaszuba dołączył do Zarządu Unipetrolu z litewskiej spółki ORLEN Lietuva, w której pełnił stanowisko Dyrektora ds. Inwestycyjnych. Posiada wieloletnie doświadczenie w przemyśle rafineryjnym, petrochemicznym oraz inżynierii energetycznej. Marek Kaszuba przez 3 lata pracował również w Grupie ORLEN, gdzie odpowiadał za rozwój projektów inwestycyjnych w obszarach rafinerii i petrochemii. Marek Kaszuba otrzymał tytuł magistra na Śląskiej Politechnice w Gliwicach. Ukończył także MBA na Uniwersytecie Warszawskie i Uniwersytecie Illinois w Chicago.

Zarząd Unipetrolu od 3 lipca 2019 r. w pracuje następującym składzie:
-Tomasz Wiatrak, Prezes Zarządu
– Katarzyna Woś, Wiceprezes Zarządu
– Maciej Libiszewski, Wiceprezes Zarządu
– Tomáš Herink, Członek Zarządu
– Marek Kaszuba, Członek Zarządu
– Przemysław Wacławski, Członek Zarządu