Informatyzacja w ochronie zdrowia jest oczekiwana od dawna – zarówno przez pacjentów, jak i personel. Nie wszystkie instytucje są jednak gotowe na przyjęcie zmian, aby mogły działać tak, jak życzy sobie tego środowisko medyczne. Ważne jest skrócenie czasu wypełniania dokumentacji oraz umożliwienie koordynowania opieki nad pacjentem. Powinien być on widoczny w systemie przed, jak i w trakcie pobytu w szpitalu, a po wypisaniu – w podstawowej opiece zdrowotnej, ale także specjalistycznej. Ważne jest także zabezpieczenie danych pacjenta, czyli nowe wymogi, jakie wprowadza rozporządzenie RODO.
– Prywatne placówki są lepiej przygotowane do informatyzacji. W dużej mierze wkroczyły już one w system e-dokumentacji – powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – Ich procedury są krótsze, ponieważ nie muszą przeprowadzać skomplikowanych przetargów. Wystarczają jedynie zapytania ofertowe. W państwowych instytucjach ochrony zdrowia to nadal skomplikowany proces. Szpitale, przychodnie i personel nie są jeszcze do końca przygotowani na prowadzenie elektronicznej dokumentacji – w tym e-zwolnień, e-recept, a w przyszłości e-skierowań. Z pewnością docelowo zmiany te bardzo ułatwią i skrócą czas jej wypełniania. Zmiany w e-zdrowiu powinny już być odczuwalne dla wielu pacjentów. W niektórych obszarach Polski widać postęp w zakresie telemedycyny.Nadal przodują w tym niepubliczne placówki. Bardzo często na odległość odbywa się odczytywanie i interpretacja wyników badań, jak np. zapis EKG czy zdjęcia rentgenowskie. Wprowadzane są także e-recepty i e-zwolnienia. Oczywiście ich upowszechnienie nastąpi w przyszłości, jednak zmiany powinny wchodzić w życie dużymi krokami – wskazała Małas.
Grupa MOL osiągnęła wynik CCS EBITDA na poziomie USD 625 mln, co oznacza 2% wzrost w skali r/r
Silna poprawa wyników w segmentach Upstream i Usług Konsumenckich
Niższe marże refineryjne i petrochemiczne przyczyniły się do osłabienia wyników w segmencie Downstream
Zysk netto na poziomie 238 mln USD
Grupa MOL ogłosiła dzisiaj wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2018 r. W tym okresie oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy MOL wzrósł o 2%, osiągając poziom 625 mln USD. Dzięki wynikowi spółka jest na dobrej drodze do osiągnięcia swojego rocznego celu EBITDA, wyznaczonego na poziomie 2,2 mld USD.
Dzięki rosnącym cenom ropy, zwiększonej produkcji i niższym kosztom, wskaźnik EBITDA w segmencie Upstream wzrósł o 31% rok do roku i osiągnął 287 mln USD. Dzienna produkcja wyniosła 110 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej, na co wpłynęło rozpoczęcie wydobycia ze złoża Catcher oraz unormowanie produkcji na pozostałych polach naftowych w Wielkiej Brytanii.
Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie Downstream wyniósł 218 mln USD, co oznacza spadek o 33% względem roku poprzedniego, w którym Grupa osiągnęła najlepsze wyniki w swojej historii. Osłabienie wyników jest spowodowane obniżeniem marż refineryjnych i petrochemicznych w miarę dalszego wzrostu cen ropy, a także pracami remontowymi.
W segmencie Usług Konsumenckich Grupa MOL po raz kolejny odnotowała rekordowy wynik kwartalny EBITDA na poziomie 81 mln USD, co stanowi wzrost o 48% w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2017. Wynik ten został osiągnięty dzięki rosnącym udziale zarówno segmentu paliwowego, jak i pozapaliwowego. Co więcej, zużycie paliwa silnikowego wzrosło o ok. 3% w skali roku w regionie Europy Środkowo – Wschodniej, tworząc korzystne warunki zewnętrzne.
W pierwszym kwartale segment gazowy przyniósł Grupie 85 mln USD EBITDA, co oznacza wzrost o 21% względem roku poprzedniego. Przyczyniły się do niego wyższe wolumeny tranzytu i obniżone koszty.
Prezes Grupy MOL Zsolt Hernádi skomentował wyniki: „Udało nam się podnieść wynik EBITDA w pierwszym kwartale, co zawdzięczamy silnemu, zintegrowanemu modelowi biznesowemu naszej spółki. Osiągnięcia z pierwszego kwartału stanowią solidną podstawę do kontynuowania naszej strategicznej transformacji i osiągania kolejnych sukcesów w bieżącym roku. Przy rosnących cenach ropy i utrzymującym się silnym popycie regionalnym oraz rosnącej presji na marże refineryjne i petrochemiczne, imponujący wzrost zysków w segmentach Upstream i Usług Konsumenckich znacząco zrekompensował niższe wyniki w segmencie Downstream.
W ramach wyjątkowego badania, badacze firmy Check Point Software Technologies przeprowadzili odkrywcze dochodzenie w sprawie SiliVaccine, krajowego oprogramowania antywirusowego w Korei Północnej. Jednym z kilku interesujących odkryć jest to, że kluczowym elementem kodu SiliVaccine jest 10-letnią kopią jednego z komponentów oprogramowania japońskiej firmy Trend Micro.
Badanie to rozpoczęło się w momencie, gdy zespół badawczy Check Pointa otrzymał bardzo rzadką próbkę północnokoreańskiego oprogramowania antywirusowego „SiliVaccine” od Martyna Williamsa, niezależnego dziennikarza specjalizującego się w technologii Korei Północnej. Pan Williams sam otrzymał oprogramowanie jako link w podejrzanej wiadomości e-mail wysłanej do niego 8 lipca 2014 roku przez kogoś, kto będzie nazywał się „Kang Yong Hak”. Od tego czasu skrzynka pocztowa tego nadawcy stała się nieosiągalna.
Dziwny email wysłany przez „Kang Yong Hak”, rzekomo japońskiego inżyniera, zawierał link do zzipowanego pliku w Dropboksie, który zawierał kopię oprogramowania SiliVaccine, plik readme w języku koreańskim, instruujący jak używać tego oprogramowania oraz podejrzanie wyglądający plik pozujący jako poprawka aktualizacyjna do SiliVaccine.
Silnik skanowania AV Trend Micro
Po szczegółowej analizie kryminalistycznej plików silnika SiliVaccine (komponent oprogramowania, który zapewnia podstawowe możliwości skanowania plików antywirusowych), zespół badawczy Check Pointa odkrył dokładne dopasowanie SiliVaccine do dużych części 10-letniego kodu silnika antywirusowego należącego do Trend Micro, całkowicie odrębnego japońskiego dostawcy rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa cybernetycznego. Dzięki temu, programiści, którzy zbudowali SiliVaccine, mogli mieć dostęp do skompilowanej biblioteki z dowolnego komercyjnego produktu Trend Micro lub – teoretycznie – dostęp do kodu źródłowego.
Oczywiście, celem antywirusa jest zablokowanie wszystkich znanych sygnatur złośliwego oprogramowania. Jednak głębsze badania nad szczepionką SiliVaccine wykazały, że została ona zaprojektowana tak, aby przeoczyć jeden szczególny znak, który zwykle powinien być blokowany i który jest blokowany przez silnik wykrywający Trend Micro. Chociaż nie jest jasne, jaka jest to sygnatura, to oczywiste jest, że reżim Korei Północnej nie chce ostrzegać przed nią swoich użytkowników.
Dołączone do zestawu złośliwe oprogramowanie.
Jeśli chodzi o plik z rzekomą aktualizacją dodatku, stwierdzono, że jest to złośliwe oprogramowanie JAKU. Nie było częścią programu antywirusowego, ale mogło zostać włączone do pliku zip jako sposób na dotarcie do dziennikarzy takich jak pan Williams.
Krótko mówiąc, JAKU to bardzo odporny botnet tworzący złośliwe oprogramowanie, który zainfekował około 19 000 ofiar, głównie poprzez udostępnianie plików BitTorrent. Widzimy jednak, że jest on ukierunkowany na konkretne ofiary w Korei Południowej i Japonii, w tym na członków międzynarodowych organizacji pozarządowych, firmy inżynieryjne, naukowców i pracowników rządowych.
W toku dochodzenia ustalono jednak, że akta JAKU zostały podpisane wraz z certyfikatem wydanym „Ningbo Gaoxinqu zhidian Electric Power Technology Co., Ltd.”, tej samej spółce, która udostępniała podpisy plików innej znanej grupy APT, „Dark Hotel”. Uważa się, że zarówno JAKU, jak i Dark Hotel są północnokoreańskimi organizacjami zagrażającym cyberbezpieczeństwu.
Przyłącze japońskie
Japonia i Korea Północna nie utrzymują przyjaznych stosunków politycznych lub dyplomatycznych, co sprawia, że dziwne jest, że pierwszy e-mail zawierający kopię szczepionki SiliVaccine został wysłany przez obywatela Japonii. Nie jest to jednak jedyne odniesienie, gdyż badacze znaleźli również inne związki z Japonią.
W trakcie badań Check Point odkrył nazwy firm, które są autorami SiliVaccine. Są to: PGI (Pyonyang Gwangmyong Information Technology) i STS Tech-Service.
Wiadomo, że STS Tech-Service współpracował z innymi przedsiębiorstwami, w tym z przedsiębiorstwami „Silver Star” i „Magnolia”, które mają siedzibę w Japonii i wcześniej współpracowały z KCC (Korea Computer Center, podmiotem rządowym Korei Północnej).
Reakcja Trend Micro
Zespół Check Pointa poinformował Trend Micro o zastosowaniu ich silnika wykrywającego w SiliVaccin. Firma szybko zareagowała i była chętna do dalszej współpracy. Ich odpowiedź była następująca:
„Trend Micro jest świadomy badań prowadzonych przez Check Point nad północnokoreańskim produktem antywirusowym „SiliVaccine”; Check Point dostarczył nam kopię oprogramowania do weryfikacji. Chociaż nie jesteśmy w stanie potwierdzić źródła ani autentyczności tej kopii, to najwyraźniej zawiera ona moduł oparty na ponad 10-letniej wersji szeroko rozpowszechnionego silnika skanującego Trend Micro, wykorzystywanego przez różne nasze produkty. Trend Micro nigdy nie prowadził działalności w Korei Północnej ani nie współpracował z nią. Jesteśmy przekonani, że każde takie użycie modułu jest całkowicie nielicencjonowane i nielegalne. Omawiana wersja silnika skanowania jest dość stara i przez lata była szeroko stosowana w produktach komercyjnych Trend Micro i innych produktach zabezpieczających poprzez różne transakcje OEM, więc nie wiadomo w jaki sposób mogła ona zostać uzyskana przez twórców SiliVaccine. Trend Micro zajmuje zdecydowane stanowisko przeciwko piractwu oprogramowania, jednak w tym przypadku odwołanie się do sądu nie byłoby skuteczne. Nie uważamy, aby przedmiotowe zastosowanie naruszające prawo stwarzało jakiekolwiek istotne ryzyko dla naszych klientów”.
Ta odkrywcza analiza antywirusa SiliVaccine może wzbudzić podejrzenia o autentyczność i motywy produktów i operacji bezpieczeństwa IT w Korei Północnej.
Ustalenia Check Pointa budzą wiele pytań. Pewne są jednak czarne praktyki i wątpliwe cele twórców SiliVaccine. Śledztwo to wskazuje na kolejny przykład sponsorowanych przez państwo technologii stosowanych w piątej generacji cybernetycznego krajobrazu zagrożeń.
Na grant w wysokości nawet do 2,5 mln euro mogą liczyć małe i średnie przedsiębiorstwa w ramach programu SME Instrument. O wsparcie mogą walczyć innowacyjne przedsiębiorstwa planujące nie tylko rozwój produktu, lecz także jego promocję oraz rozpoczęcie procesu komercjalizacji. SME Instrument jest częścią programu Horyzont 2020, będącego największym w historii Unii Europejskiej programem dofinansowania innowacji.
– Aplikować może każdy, kto ma status MŚP w UE. Celem samego programu jest rozwój innowacji w UE, po pierwsze, rozwijamy innowacje, a po drugie, mamy możliwość wprowadzania tych innowacji na rynek. Grant może być wydany nie tylko na rozwój samego produktu, lecz także na jego promocję i rozpoczęcie procesu komercjalizacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Gzyl, dyrektor firmy doradczej Zafiro Solutions, specjalizującej się w programie.
2,5 mln euro to maksymalna kwota, o jaką mogą się starać małe i średnie przedsiębiorstwa w ramach unijnego programu wsparcia innowacji SME Instrument. Aby móc się starać o dofinansowanie, należy mieć status MŚP w Unii Europejskiej. To oznacza konieczność spełnienia szeregu wymogów formalnych. Firma musi zatrudniać mniej niż 250 pracowników i wykazywać roczny obrót poniżej 50 mln euro. Nie są to jednak wystarczające kryteria do tego, żeby grant otrzymać.
– Są trzy główne czynniki, które decydują o szansach aplikującego projektu. Po pierwsze, musi to być bardzo innowacyjny i przełomowy produkt i trzeba mieć prototyp takiego produktu. Drugi to plan wprowadzenia tego produktu na rynek. Trzeci bardzo istotny element to zespół, czyli ludzie, którzy stoją za tym projektem i umożliwiają realizację tego planu. Oprócz tego bardzo istotnym elementem jest jasne zdefiniowanie celu. Sam grant nie jest celem dla przedsiębiorcy, celem jest wprowadzenie produktu na rynek, a grant jest tylko środkiem do uzyskania tego celu – wyjaśnia Michał Gzyl.
W 2018 roku w programie SME Instrument nastąpiły dwie istotne zmiany. Pierwsza z nich to rezygnacja z podziału na kategorie tematyczne. W 2017 roku firmy rywalizowały o grant w ramach wielu konkretnych kategorii, takich jak transport, środowisko, energia czy zdrowie. W tym roku zrezygnowano z tego podziału.
– Niektóre projekty bardzo trudno było zakwalifikować do jednej kategorii tematycznej, ponieważ jest coraz więcej projektów interdyscyplinarnych. W 2018 roku Komisja Europejska wprowadziła zmianę, która jest zgodna z tym trendem – mówi ekspert.
Druga, istotniejsza zmiana, dotyczy procesu oceny wniosków. W zeszłym roku wniosek był oceniany przez czterech recenzentów zupełnie niezależnie, ich ocena była wysyłana drogą elektroniczną do KE. W tym roku na podstawie tychże recenzji zostanie utworzona lista rankingowa stu dwudziestu najlepszych firm, które zostaną zaproszone do Brukseli na finał konkursu.
– Firmy te mają okazję zaprezentować swój pomysł przed panelem eksperckim, przekonać tych ekspertów do tego, że ich pomysł jest naprawdę wart finansowania. Połowa z tych firm, które zostały zaproszone, wyjeżdża z Brukseli z grantem. Myślę, że naprawdę warto tam być – przekonuje Michał Gzyl.
W latach 2018–2020 na wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw w ramach programu SME Instrument ma być przeznaczone około 1,6 mld euro. Dotychczas w ramach tej inicjatywy wsparcie otrzymało około cztery tys. przedsiębiorstw.
Finansowanie dotyczy 70 proc. całkowitego kosztu aplikującego projektu. Oprócz wsparcia pieniężnego program zapewnia też darmowy coaching biznesowy i dostęp do szeregu usług związanych z przyspieszeniem działalności gospodarczej i procesu komercjalizacji innowacji.
60 proc. wolnego czasu polskie dzieci spędzają w internecie. Organizatorzy programu Drużyna Energii postanowili wykorzystać popularność mediów społecznościowych do promowania sportu wśród uczniów. Ambasadorzy akcji, m.in. siatkarz Krzysztof Ignaczak i piłkarz Marek Citko, mają nadzieję, że zmotywują w ten sposób dzieci do aktywności fizycznej i walki z otyłością. Finał programu Drużyna Energii już 24 maja.
Nadwaga i otyłość wśród dzieci stają się coraz większym problemem. Według Światowej Organizacji Zdrowia na nadmiar kilogramów cierpi co czwarty mały Europejczyk, a najszybciej tyją dzieci w Polsce. Z danych Instytutu Żywności i Żywienia wynika, że 23 proc. polskich uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma nadwagę lub jest otyłych. Tylko w nielicznych przypadkach nadmiar kilogramów jest efektem problemów genetycznych, zażywania leków lub zaburzeń hormonalnych. Większość maluchów tyje na skutek niezdrowych nawyków żywieniowych i braku ruchu. Eksperci przekonują natomiast, że uprawianie sportu to nie tylko najlepszy sposób na kontrolowanie wagi, lecz także na kształtowanie charakteru.
– Sport to zdrowie. Im więcej sportu, tym dzieci są bardziej zorganizowane, rozwijają w sobie dużo pozytywnych cech, uczą się odnosić zwycięstwa, ale również ponosić porażki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Preweda, nauczycielka wychowania fizycznego w SP nr 4 w Kętrzynie.
Liczne badania pokazują jednak, że polskie dzieci nie przepadają za sportową rywalizacją – co piąty uczeń nie uczęszcza na lekcje wychowania fizycznego. Zdaniem byłego piłkarza Marka Citko szkoły powinny mocniej zachęcać dzieci do aktywności fizycznej, m.in. poprzez urozmaicanie zajęć WF. Nauczyciele tego przedmiotu powinni uczyć zarówno gier zespołowych, np. siatkówki i koszykówki, jak i lekkoatletyki. Dobrym rozwiązaniem jest też uczestnictwo w międzyszkolnych zawodach sportowych – perspektywa nagrody skłania bowiem dzieci do wytężonej pracy.
– Sport musi cieszyć, musi być przyjemnością, nie może od razu męczyć. Jeżeli część dzieciaków poczuje wielką radość z tego sportu, jeśli będzie go uprawiała, pokocha rywalizację, to będziemy mieli fajnych sportowców – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador akcji Drużyna Energii.
Aktywność fizyczną młodych Polaków i walkę z nadwagą wśród uczniów wspiera Grupa Energa, która jesienią 2017 roku zaangażowała się w program Drużyna Energii. Jest to ogólnopolska, trwająca pięć miesięcy inicjatywa sportowo-edukacyjna przeznaczona dla uczniów klas VI i VII szkoły podstawowej. W Drużynie Energii udział bierze sto placówek. Ich uczniowie nagrywają wykonywanie treningów przygotowanych przez ambasadorów akcji, a następnie przesyłają stworzone filmiki do organizatorów.
– Dla Grupy Energa najważniejsze jest stwarzanie dzieciakom szans i sposobności do aktywności po to, aby mogły wyrosnąć na zdrowych i mądrych Polaków. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem zaangażowania młodzieży. Projekt ten już dawno przerósł nasze oczekiwania, do tej pory uczniowie nadesłali ponad 16 tys. filmików, co jest bardzo dobrym wynikiem – mówi Grzegorz Bałkowiec, wicedyrektor Departamentu Marketingu i Komunikacji Grupy Energa.
Ambasadorami programu Drużyna Energii zostali siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka. Wszyscy czterej nagrywają treningi dla młodzieży i publikują je w mediach społecznościowych. Twierdzą, że chcą propagować sport za pośrednictwem kanału, z którego najchętniej korzystają dzieci i młodzież.
– 60 proc. czasu dzieci spędzają właśnie w internecie, na YouTube czy innych serwisach społecznościowych, więc jeżeli skutecznie zachęcimy ich do rozrywki sportowej za pośrednictwem tych portali, chwycą to i będą używać social mediów do prezentowania dalej swoich umiejętności – mówi Krzysztof Golonka, mistrz świata trików piłkarskich, ambasador Drużyny Energii.
Finał programu odbędzie się 24 maja w Gdańsku. Organizatorzy przewidzieli nagrody dla trzech najlepszych drużyn, które za zajęcie 3. miejsca otrzymają 4 tys. zł, za uplasowanie się na 2. miejscu – 7 tys. zł, a za zwycięstwo – 10 tys. zł. Pieniądze te będą przeznaczone na wyposażenie sal gimnastycznych. Dodatkowo sponsor główny, jakim jest Grupa Energa, ufundował nagrodę w wysokości 2 tys. zł dla drużyny, która była najbardziej zaangażowana, lecz nie zajęła 1. miejsca w żadnym finale miesiąca.
– Korzyści z udziału w takiej inicjatywie jest mnóstwo, przede wszystkim zaangażowanie dzieci. Z przyjemnością się z nimi pracuje. Dzieci bardzo chętnie biorą w tym udział, nie trzeba było ich specjalnie zachęcać – mówi Agnieszka Preweda.
W czasie trwania akcji co miesiąc ambasadorzy Drużyny Energii przyjeżdżają do szkoły, której uczniowie wykazali się największą aktywnością i tam prowadzą trening. Zdaniem Marka Citki nie wszystkie dzieci są równie dobrze przygotowane pod względem sportowym, niektóre nawet po raz pierwszy zetknęły się ze sportem. Piłkarz docenia jednak zaangażowanie uczestników i pozytywnie ocenia dotychczasowy przebieg programu.
– Każda szkoła jest przygotowana zupełnie inaczej. Mocną stronę jednej jest piłka, drugiej – siatkówka, a jeszcze innej – triki. Poziom jest wysoki, dzieciaki są szczere w wyrażaniu emocji, przeżywają to, ale jeśli przynajmniej w 50 proc. z nich zaszczepimy pasję do sportu i rywalizacji, to będziemy zadowoleni –mówi Marek Citko.
W ciągu kilku lat Gdańsk może się stać największym głębokomorskim portem Bałtyku. Tylko w tym roku na inwestycje trafi 170 mln zł na pogłębienie toru wodnego, rozbudowę nabrzeży, modernizację układów drogowych i kolejowych na terenie portu oraz budowę nowych parkingów. Wszystkie projekty mają się zakończyć do 2020 roku, do tego czasu inwestycje sięgną miliarda złotych. Inwestycje pozwolą zwielokrotnić możliwości gdańskiego portu i jego potencjał przeładunkowy. Już za 10 lat gdański port może obsługiwać przeładunki o wielkości 100 mln ton rocznie.
– Do końca 2018 roku w ramach programu inwestycyjnego portu wydane zostanie prawie 170 mln zł. W tej kwocie znajdują się przebudowy nabrzeży w porcie wewnętrznym, budowa parkingu buforowego oraz dalsza modernizacja układów drogowych i kolejowych na terenie portu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Osowski, wiceprezes zarządu ds. infrastruktury z Zarządu Morskiego Portu Gdańsk.
Jeszcze w 2017 roku na inwestycje w porcie gdańskim trafiło 29 mln zł. W tym roku będzie to już blisko sześciokrotnie więcej. Dwie największe inwestycje – pogłębienie toru wodnego z przebudową nabrzeży w porcie wewnętrznym oraz modernizacja sieci drogowo-kolejowej w porcie zewnętrznym – pochłoną 600 mln zł przy 85 proc. dofinansowaniu ze środków Unii Europejskiej. Tor wodny ma zostać pogłębiony do 12 metrów, w części Kanału Kaszubskiego do 10,8 metra. Zmodernizowane ma być także ok. 5 km nabrzeży – Nabrzeże Oliwskie, Nabrzeże Obrońców Poczty Polskiej i Nabrzeże Mew, Nabrzeże Dworzec Drzewny oraz Nabrzeże Zbożowe. Dzięki temu do portu wewnętrznego mają wpływać większe statki, o zanurzeniu do 10,6 metrów.
– Do 2020 roku port w Gdańsku zmieni się radykalnie, będzie to końcówka wszystkich inwestycji unijnych. Za kwotę około 500 mln zł będą dobiegać końca przebudowa nabrzeży w porcie wewnętrznym oraz budowa całkowicie nowych układów drogowo-kolejowych w porcie zewnętrznym – zapowiada Osowski.
W ramach rozbudowy i modernizacji sieci drogowej i kolejowej w porcie zewnętrznym zostanie przebudowana m.in. ul. Budowniczych Portu Północnego oraz zbudowany parking dla samochodów ciężarowych przy ul. Portowej. Wartość projektu to 180 mln zł.
Ma także powstać nowe Nabrzeże Północne, dzięki któremu Port Gdańsk zyska m.in. terminal dla ładunków toczonych, tzw. ro-ro.
– Inwestycje te są przeprowadzane głównie po to, by zwielokrotnić możliwości gdańskiego portu i jego potencjał przeładunkowy. Dzięki temu port będzie mógł realnie myśleć o tym, aby być największym portem przeładunkowym na Morzu Bałtyckim – tłumaczy wiceprezes ZMPG.
Jak podkreślają przedstawiciele Portu Gdańskiego, nowe projekty nie tylko zwiększą atrakcyjność portu, lecz także pozwolą zdobyć dodatkowe kompetencje, które umożliwią budowę Portu Centralnego.
– Projekt budowy Portu Centralnego to flagowa i najważniejsza inwestycja portu morskiego w Gdańsku. Jest to strategicznie nowe, głębokowodne nabrzeże, a właściwie zespół nabrzeży, który ma pełnić główną rolę przeładunkową dla całego Gdańska, a szerzej dla Polski i Europy Środkowej – wskazuje Osowski.
Przetarg na koncepcję budowy Portu Centralnego został ogłoszony pod koniec grudnia 2017 roku. Zamówienie obejmuje stworzenie koncepcji zagospodarowania portu i ma zawierać m.in. analizę popytu na towarowo-pasażerski transport morski oraz prognozy długookresowych zmian popytu na transport do 2050 roku.
– Port Centralny to zespół zupełnie nowych nabrzeży i terminali głębokowodnych, które będą w stanie obsługiwać zupełnie nowe rodzaje ładunków, będzie można też przenieść istniejące terminale bezpośrednio na wodę. W założeniach jest to kilkaset zalądowionego terenu pomiędzy półwyspem Westerplatte a rurociągami naftoportu, z dowiązaniem do istniejącej infrastruktury drogowo-kolejowej. Plan zakłada, że powstanie on do 2027 roku, prawdopodobnie w formule partnerstwa publiczno-prywatnego, wstępne szacunki mówią, że będzie kosztować 5–8 mld zł – mówi ekspert.
Budowa Portu Centralnego, choć pochłonie ogromne środki, może się szybko zwrócić. Port Centralny oznacza znaczne zyski i nowe możliwości przeładunkowe.
– Port w Gdańsku przeznacza do budżetu około 1 mld zł z istniejących nabrzeży i realizuje 40 mln ton przeładunków. Dzięki Portowi Centralnemu będzie mógł realizować już 100 mln ton przeładunków, więc oznacza to, że koszty budowy mogą się zwrócić bardzo szybko. Port w bardzo krótkim czasie zwielokrotni dochody zarówno budżetu państwa, jak i budżetu miasta Gdańska – zapowiada Marcin Osowski.
Rośnie liczba nieobsadzonych miejsc pracy. Na koniec 2017 roku było blisko 120 tys. wakatów. Luki na rynku pracy nie są już w stanie zapełnić pracownicy ze Wschodu. Dlatego coraz więcej firm sięga po osoby z krajów azjatyckich – Nepalu, Indii czy Bangladeszu. Zdaniem ekspertów potrzebne są jednak zmiany w ich zatrudnianiu, m.in. ujednolicenie procedur w urzędach, ułatwienia w pozyskaniu wiz do Polski czy skrócenie czasu rozpatrywania wniosku o zgodę na zatrudnienie cudzoziemca.
– Polska powinna się jak najbardziej otwierać na pracowników z zagranicy. Świadczy o tym zainteresowanie pracodawców zatrudnianiem cudzoziemców, braki w kadrach wśród Polaków. Powinniśmy ułatwiać zatrudnianie cudzoziemców i to nie tylko Ukraińców, bo ich jak się okazuje zaczyna już brakować do ściągania do Polski, ale otwierać się na rynki dalekowschodnie, azjatyckie, na takie kraje jak Indie, Nepal, Bangladesz, nawet Korea, ułatwiać ściąganie tych pracowników, oczywiście przy zachowaniu bezpieczeństwa państwa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Wysłocki, ekspert prawny Business Centre Club z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.
Mimo rekordowej liczby pracujących Polaków (16,5 mln w III kw. 2017 roku) na koniec ubiegłego roku blisko 120 tys. miejsc pracy było nieobsadzonych. Ratunkiem mogą być obcokrajowcy, jednak ci, którzy najczęściej znajdują zatrudnienie – z Ukrainy czy Białorusi – przestali wystarczać.
Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w 2017 roku wydano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom (blisko 40 proc. wzrost). Na podstawie takich oświadczeń można zatrudniać cudzoziemców z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Rosji, Gruzji i Armenii na pół roku w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Pracodawcy, którzy chcą zatrudniać pracowników spoza Europy dłużej, muszą uzyskać zgodę wojewody – takich zezwoleń na pracę dla cudzoziemców ze wszystkich państw trzecich w 2017 roku wydano blisko 234 tys., czyli niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.
– Chęć zatrudniania cudzoziemców wynika z braków kadrowych i dotyczy to nie tylko pracowników nisko wykwalifikowanych czy produkcyjnych, lecz także kadry wysoko wykwalifikowanej, zwłaszcza w branży IT, gdzie pracownicy są bardzo pożądani. Pracodawcy wybierają więc z konieczności, ale niektóre nacje wykazują też szczególne predyspozycje do danego zawodu, np. Hindusi czy Nepalczycy są świetnymi pracownikami produkcyjnymi – mają zdolności manualne i są dokładni – tłumaczy Wysłocki.
Eksperci postulują jednak wprowadzenie szeregu ułatwień, dzięki którym zatrudnienie obcokrajowców byłoby prostsze i szybsze, np. łatwiejsze sprowadzanie cudzoziemców o potrzebnych w Polsce kwalifikacjach czy uzyskanie zezwolenia na pracę dla obcokrajowca bez testu rynku pracy (sprawdzenie, czy faktycznie brakuje Polaków, którzy mogliby podjąć daną pracę).
Zdaniem Wysłockiego lepszy powinien być też przepływ informacji między urzędami pracy a urzędami wojewódzkimi, temu zaś sprzyjałoby całkowite ograniczenie obiegu papierowych dokumentów i przestawienie się na systemy elektroniczne.
– Największy problem dla pracodawców to duża niepewność dotycząca tego, jak potoczy się postępowanie, jak długo będzie trwało i jak będzie wyglądało przed danym urzędem. Choć przepisy mamy w zasadzie spójne, wynikają z ustaw obowiązujących w całym kraju, tak każdy z urzędów stosuje je w nieco inny sposób. Mimo że są przewidziane formularze wniosków i tak każdy urząd wymaga czegoś dodatkowego, o czym pracodawcy nie wiedzą. Dobrze byłoby więc jak najbardziej ujednolicić procedury w urzędach w całym kraju – ocenia ekspert.
Część ekspertów postuluje także rozszerzenie katalogu państw, z których można sprowadzać cudzoziemców do pracy w Polsce na uproszczonych zasadach z obecnych sześciu do kilkunastu. Mogłoby to dotyczyć obywateli tych krajów, których już teraz w Polsce jest najwięcej. W 2017 roku zezwolenie na pracę w kraju uzyskało ponad 7 tys. osób z Nepalu (przy 1,2 tys. rok wcześniej), ok. 4 tys. obywateli Indii (1,7 tys. w 2016 roku), czy 2,4 tys. z Bangladeszu (przy ok. 700 osobach rok wcześniej). Mogłoby ich być zdecydowanie więcej, gdyby przy ich zatrudnieniu wprowadzić uproszczone zasady.
– Kolejna rzecz to ułatwienie, nie tylko w Polsce, uzyskania legalnej pracy czy czasowych kart pobytu czy wiz. Obecnie jest duży problem np. z wizami pracowniczymi uzyskiwanymi w Indiach. Nie chodzi o to, że cudzoziemcy uzyskują decyzje negatywne, ale nawet nie mogą się dostać do konsulatu, żeby w ogóle o tę wizę wnioskować. Dlatego potrzebujemy otwarcia konsulatów, być może zwiększenia kadr i terminów ubiegania się o te wizy – podkreśla Michał Wysłocki.
W dzisiejszych czasach pożyczkę otrzymać można łatwo i szybko. Wszystko da się załatwić w kilkanaście minut online i to bez wychodzenia z domu. Mimo tego istnieje klika powodów, przez które wniosek pożyczkowy może zostać odrzucony.
Dlaczego pożyczkę można otrzymać znacznie łatwiej niż kredyt?
Otrzymanie kredytu bankowego to nie lada wyzwanie. Złożenie wniosku kredytowego to żmudny i czasochłonny proces, w czasie którego trzeba załatwić wiele formalności. Po złożeniu wniosku istnieje zaś wiele powodów, przez które może on zostać odrzucony. Banki rygorystycznie oceniają historię oraz zdolność kredytową klienta, a najmniejszy błąd we wniosku powoduje jego odrzucenie.
Pożyczkę od instytucji pozabankowej uzyskać można znacznie łatwiej i szybciej. W zdecydowanej większości przypadków wszystkie kwestie formalne można załatwić w kilka chwil online, a decyzja dotycząca akceptacji wniosku także jest błyskawiczna. Co więcej, instytucje pożyczkowe mogą zaakceptować wnioski od osób, które mają problemy finansowe lub też widnieją w katalogach dłużników. Banki praktycznie zawsze zaś odrzucają wnioski od takich klientów.
Jednakże także instytucje pożyczkowe badają ryzyko związane z brakiem spłaty pożyczki i mogą odrzucać wnioski klientów, z kilku powodów.
Brak wystarczających dochodów
Podobnie jak banki, także i instytucje pożyczkowe badają wysokość i regularność dochodów klientów. Na tej podstawie zaś szacują, czy dana osoba będzie w stanie spłacić zadłużenie. Chociaż instytucje pożyczkowe stosują dużo bardziej liberalną politykę od banków i często nie wymagają np. zaświadczenia o dochodach to i tak zdarza się, że odrzucają wnioski Klientów z powodu braku odpowiednio wysokiej zdolności pożyczkowej.
Widnienie w katalogach dłużników
Także i w tym przypadku instytucje pożyczkowe stosują znacznie mniej rygorystyczne warunki od banków. Pożyczkodawcy sprawdzają katalogi dłużników w ograniczonej ilości np. tylko w KRD, a już nie w BIK, niektóre idą jeszcze dalej i nie sprawdzają ani w BIK ani w KRD. Jednak negatywny wpis w wybranym katalogu dłużników może być przyczyną odrzucenia wniosków pożyczkowych.
Ubieganie się o więcej niż jedną pożyczkę
W przypadku większości instytucji pożyczkowych można mieć zaciągniętą tylko jedną pożyczkę w tym samym czasie. Dopiero zaś po jej spłacie można się skutecznie ubiegać o kolejną pożyczkę.
Błędy we wniosku pożyczkowym
Wypełnienie wniosku pożyczkowego jest znacznie prostsze niż wniosku o kredyt. W konsekwencji popełnienie błędu jest znacznie mniej prawdopodobne, jednak także się czasami zdarza. Jeżeli jest to zwykła literówka, to można ją natychmiast skorygować i złożyć wniosek jeszcze raz.
Gorzej, jeżeli błąd we wniosku jest celowy pod postacią np. przedstawienia zawyżonych dochodów . Instytucje pożyczkowe weryfikują mniej danych od banków, więc przynajmniej teoretycznie weryfikacja ich prawdziwości może być mniej skuteczne. W praktyce jednak instytucje pożyczkowe potrafią bardzo skutecznie sprawdzić, czy klient podaje prawdziwe informacje. Kłamstwo we wniosku jest więc nie tylko naganne pod względem moralnym, ale stanie na drodze do uzyskania pożyczki.
Podsumowując, instytucje pożyczkowe weryfikują wnioski pod podobnym kątem, co banki. Jednakże stosują dużo bardziej liberalną politykę i częściej akceptują wnioski pożyczkowe niż banki wnioski kredytowe. W dodatku ubieganie się o pożyczkę jest proste i szybkie, a poziom oprocentowania często bardzo atrakcyjny. Ubiegając się o pożyczkę, warto skorzystać z innowacyjnej porównywarki Matchbanker.
Po trzech latach obowiązywania przepisów dotyczących zagranicznych spółek kontrolowanych (CFC – od ang. Controlled Foreign Corporation), 1 stycznia 2018 r. weszły w życie zmiany, w wyniku których mogą ucierpieć portfele udziałowców. Nowe regulacje pełnią jednak bardziej funkcję straszaka, bo profesjonalnie założona za granicą i prowadzona we właściwy sposób spółka jest i nadal będzie dla przedsiębiorców doskonałym narzędziem zarządzania firmą i ochrony jej majątku.
Rejestrowanie spółki zarówno w Polsce, jak i za granicą wymaga posiadania odpowiedniej wiedzy, doświadczenia i umiejętności w dopełnieniu wymogów formalnoprawnych. Znajomość obcych procedur często wymaga trafnego rozumienia ich w języku danego państwa.
Z kolei właściwe prowadzenie spółki to takie, które nie tylko zapewnia jej wysoki poziom zarządzania, ale i nie naraża na utratę z pola widzenia celów, dla których spółka została założona, takich jak chęć skorzystania z przyjaznego dla prowadzenia przedsiębiorstwa otoczenia prawnego, z oferowanych ulg, ochrona majątku, redukcja obciążeń podatkowych, w tym uniknięcie podwójnego opodatkowania. Ten, kto właściwie zarządza spółką, nie powinien więc dopuścić do tego, by spółka w związku ze zmianą przepisów spełniła przesłanki zagranicznej spółki kontrolowanej.
Unia a wolny rynek
Modyfikację kryteriów uznania spółki za kontrolowaną wprowadziła Ustawa z dnia 27 października 2017 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne (Dz.U. 2017 poz. 2175). Na wdrożenie nowego prawa naciska Unia Europejska, która – pod egidą wzniosłych haseł przeciwdziałania unikaniu opodatkowania – chce ratować wspólnotową kasę przed odpływem kapitału. To metody Brukseli na konkurowanie z państwami i terytoriami oferującymi po prostu korzystniejsze warunki prowadzenia działalności gospodarczej.
Także pośredni i wspólny udział
Zgodnie z art. 30f ust. 1 ustawy o PIT (t.j.: Dz.U. 2018 poz. 200) podatek od dochodów zagranicznej spółki kontrolowanej wynosi 19% podstawy obliczenia podatku. Obowiązujące od 1 stycznia 2015 r. przepisy za zagraniczną spółkę uznawały nieposiadającą siedziby lub zarządu na terytorium RP: a) osobę prawną, b) spółkę kapitałową w organizacji, c) jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej inną niż spółka niemająca osobowości prawnej, d) spółkę niemającą osobowości prawnej mającą siedzibę lub zarząd w innym państwie, jeżeli zgodnie z przepisami prawa podatkowego tego innego państwa jest traktowana jak osoba prawna i podlega w tym państwie opodatkowaniu od całości swoich dochodów bez względu na miejsce ich osiągania. W takiej spółce podatnik mający miejsce zamieszkania, siedziby lub zarząd na terytorium RP musiał posiadać udział w kapitale, prawo głosu w organach kontrolnych lub stanowiących lub prawo do uczestnictwa w zysku. Nowe przepisy o CFC mają szerszy zasięg – obejmują dodatkowo podatników posiadających udział wespół z tzw. podmiotami powiązanymi oraz tych posiadających je pośrednio.
Jednostka zależna i podmiot powiązany
Nastąpiło procentowe zwiększenie z 25% do 50% wysokości wymaganego udziału w kapitale, prawach głosu lub w zyskach, która pozwala uznać daną jednostkę za zależną, a którą może być również zagraniczna spółka. Nowelizacja wprowadziła też definicję podmiotu powiązanego, za który uznaje się małżonka podatnika, jego krewnych do II stopnia oraz osoby prawne lub jednostki organizacyjne niemające osobowości prawnej, w których wspomniani krewni, małżonek lub sam podatnik posiadają co najmniej 25% udziału w kapitale, prawach głosu lub w zyskach.
Zagraniczna spółka kontrolowana
Wskazane wyżej podmioty, identyfikowane jako spółki zagraniczne, zostaną uznane za kontrolowane (CFC), jeśli spełnią łącznie 3 warunki:
– nieprzerwane posiadanie przez 30 dni w spółce samodzielnie (bezpośrednio lub pośrednio) lub wraz z podmiotami powiązanymi ponad 50% prawa głosu w organach kontrolnych lub stanowiących, lub ponad 50% udziałów w kapitale, lub ponad 50% udziałów związanych z prawem do uczestnictwa w zyskach (do 1 stycznia 2018 r. było to 25%);
– dochody osiągane w sposób pasywny stanowią co najmniej 33% dochodów spółki w roku podatkowym, czyli np. z dywidend, ze zbycia udziałów, z wierzytelności (dotychczas było to 50%);
– podatek dochodowy faktycznie zapłacony przez spółkę jest niższy od podatku, który zapłaciłaby ona w państwie siedziby lub zarządu podatnika, czyli w Polsce (przy obliczaniu tej różnicy nie uwzględnia się zagranicznego zakładu zagranicznej spółki kontrolowanej, który nie podlega opodatkowaniu lub jest zwolniony z niego w państwie siedziby).
Brak limitu i rejestry
Największą zmianę stanowi zniesienie progu 250 tys. euro przychodów osiąganych przez zagraniczną spółkę, którego przekroczenie w danym roku podatkowym decydowało o objęciu jej 19% obowiązkiem podatkowym w Polsce. Teraz fiskus będzie mógł się domagać dziewiętnastej części z każdego eurocenta dochodu netto zagranicznej spółki kontrolowanej polskiego udziałowca.
Podatnicy są zobowiązani do prowadzenia rejestru swoich zagranicznych spółek, choć w jakiej dokładnie formie rejestr ten ma być sporządzany, ustawa nie precyzuje. Oznaczony jest tylko 7-dniowy termin, w którym na żądanie organu podatkowego przedsiębiorca zobligowany jest prowadzony rejestr przedłożyć. W świetle obecnego brzmienia przepisów ten obowiązek powinien zostać uznany za spełniony, jeśli przedsiębiorca okaże w urzędzie choćby zwykłą kartkę papieru ze spisem posiadanych spółek.
Swobodna ocena „istotności”
Przedsiębiorcy przyzwyczaili się już, że żadna nowelizacja prawa podatkowego nie może się obejść bez wprowadzenia dodatkowych ułatwień dla fiskusa. Tym razem zawierają się one w art. 30f ust. 18 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, który został kosmetycznie zmieniony. Zgodnie z jego wcześniej obowiązującym brzmieniem wyłączeniu spod obowiązków podatkowych i sprawozdawczych podlegały zagraniczne spółki kontrolowane opodatkowane od całości swoich dochodów w państwie członkowskim UE lub należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i prowadzące w tym państwie rzeczywistą działalność gospodarczą. Nowelizacja dodała do tego artykułu jedno słowo – od niedawna ta rzeczywista działalność musi być „istotna”.
A zatem teraz, by uzyskać zwolnienie z 19% podatku od dochodów zagranicznej spółki, trzeba będzie wykazać, że prowadzona przez nią działalność miała charakter istotny. Choć głównym kryterium oceny tej „istotności” ma być porównanie przychodów zagranicznej spółki z osiąganymi w danym roku podatkowym przez przedsiębiorcę przychodami ogółem, to należy pamiętać, że oceny tej dokonywać będzie organ.
Oczywiście w razie urzędniczych nadużyć rozjemcą pozostają zawsze sądy.
Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Inflacja CPI wzrosła w kwietniu do 1,6% r/r (PKO: 1,6% r/r, kons.: 1,5% r/r) z 1,3% r/r w lutym, wracając po 2 miesiącach do dopuszczalnego przedziału odchyleń od celu NBP. Po odsezonowaniu inflacja CPI wyniosła 0,1% m/m wobec 0,1% m/m w marcu.
Główną przyczyną wzrostu inflacji CPI w kwietniu było przyspieszenie dynamiki paliw i żywności. Rosnące ceny paliw to efekt kombinacji wzrostu cen ropy obserwowanego od połowy marca oraz osłabienia PLN. Dodatkowo roczną dynamikę cen paliw podbijają efekty niskiej bazy. Za szybszym wzrostem cen żywności stoją naszym zdaniem przede wszystkim rosnące ceny masła oraz owoców (w szczególności jabłek) i warzyw (przede wszystkim włoszczyzny). W przeciwną stronę oddziałują natomiast ceny cukru notujące falę spadków po zniesieniu przez UE limitów produkcji od 1 października 2017.
Roczna dynamika cen energii była stabilna, ale w tym przypadku dostrzegamy możliwość nieznacznej rewizji w górę ze względu na kwietniowe podwyżki cen gazu.
Szacujemy, że inflacja bazowa w kwietniu pozostała stabilna (0,6-0,7% r/r), przy potencjalnym odbiciu rocznej dynamiki cen w niektórych kategoriach, które odpowiadały za marcowy spadek, np. w zorganizowanych wyjazdach zagranicznych (efekt wzrostu cen ropy/paliw i słabszego PLN).
Prognozujemy, że kolejne miesiące przyniosą umiarkowany wzrost inflacji CPI, w głównej mierze ze względu na niską bazę cen paliw. Trend wzrostowy utrzyma się do czerwca/lipca, gdy inflacja CPI osiągnie 2,0-2,1% r/r. Potencjalne źródło ryzyka w górę stanowią ceny surowców energetycznych (w szczególności ropy) oraz deprecjacja PLN, które mogą podbić inflację importowaną. Uważamy, że nadal istnieje potencjał do wzrostu inflacji bazowej (głównie jej kosztowego komponentu), w szczególności po zmianach metodycznych, które objęły pomiary cen w kategorii odzież i obuwie.
Dane są neutralne dla oceny perspektyw polityki pieniężnej. Wobec dużej tolerancji RPP dla inflacji w górnym przedziale odchyleń od celu NBP (której spodziewamy się niemal w całym 2019) uważamy, że RPP pozostawi stopy procentowe bez zmian przynajmniej do końca przyszłego roku.
Około godziny 13:00 czasu polskiego 5 maja 2018 roku startuje misja NASA InSight, czyli pierwsza w historii misja poświęcona badaniom głębokiego wnętrza Marsa. Zbadanie wnętrza czerwonej planety umożliwiła polska firma Astronika, która zaprojektowała i wykonała mechanizm, który wbije się na 5 metrów w marsjański grunt.
Misja ma trwać dwa lata ziemskie. Lądowanie InSight na Marsie zaplanowane jest na 26 listopada 2018 r. Bruce Banerdt, główny badacz misji InSight powiedział o tym wydarzeniu: „W pewien sposób InSight jest takim naukowym wehikułem czasu, który dostarczy nam informacji o najwcześniejszych etapach historii Marsa sprzed 4,5 miliarda lat. Pomoże nam dowiedzieć się w jaki sposób formują się obiekty skaliste takie jak Ziemia, jej księżyc, a nawet planety w innych układach planetarnych”.
Udział Polski w misji Insight
W ramach misji na Marsa zostanie wysłany bezzałogowy lądownik, który ma dokonać historycznego zbadania planety Mars. Jednym z trzech głównych urządzeń, które zabierze ze sobą misja InSight będzie HP3 (Heat Flow and Physical Properties Package) – próbnik do pomiaru strumienia ciepła z wnętrza planety, który zostanie wprowadzony na głębokość 5 m w grunt marsjański.
Wykonawcą mechanizmu wbijającego „Kret HP3” jest polska firma Astronika, której inżynierowie sprawili, że polski przemysł kosmiczny znany jest w NASA z produkcji najlepszych na świecie urządzeń penetrujących na misje kosmiczne. Astronika jako koordynator procesu produkcyjnego „Kreta HP3” zaangażowała do podwykonawstwa kilka polskich ośrodków naukowych, m.in. Centrum Badań Kosmicznych PAN, Instytut Lotnictwa, Instytut Spawalnictwa, Politechnikę Łódzką i Politechnikę Warszawską.
– To wielkie wydarzenie dla Astroniki, ale też duży sukces krajowego przemysłu kosmicznego, bo po raz pierwszy w historii polska firma stworzyła kompletny mechanizm na misję kosmiczną. To także spory krok naprzód, jeśli chodzi o badania kosmosu w ogóle, bo takie urządzenie po raz pierwszy w historii wbije się aż 5 m pod powierzchnię Marsa i dostarczy danych, które dadzą odpowiedź na wiele pytań dotyczących budowy tej planety – mówi Bartosz Kędziora, prezes założonej przez polskich inżynierów i naukowców firmy Astronika.
Święto Pracy pokazało nam co się może wydarzyć na rynkach walutowych kiedy dany kraj ma dzień wolny od pracy. Inflacja w Polsce bliższa celowi inflacyjnemu niż sądzili analitycy. Australia nie zmieniła stóp procentowych. Włosi ratują najstarszy bank.
1 maja na rynkach
Święto Pracy było dniem wolnym w wielu krajach, szczególnie Unii europejskiej. Rynki walutowe jednak nie spały. Inwestorzy tego dnia wyraźnie nie byli zainteresowani Polską. Pod nieobecność rodzimych inwestorów ze względu na mniejszą płynność na rynku gwałtownie na wartości straciła złotówka. W szczytowym momencie za jedno euro płacano aż 4,29 zł, Funt dotarł do 4,88 zł, frank do 3,59 zł, dolar z kolei 3,57 zł. Przecena ta była najwyraźniej przesadna, gdyż dzisiaj od rana oglądamy odwrócenie się tego ruchu. Euro kosztuje 4,2550 zł, funt 4,82 zł, frank 3,56 zł a dolar 3,54 zł. W trakcie dni wolnych w Europie takie rzeczy na walutach są relatywnie często spotykane. Najprawdopodobniej jakiś większy podmiot wymieniał większą ilość waluty i ze względu na mniejszą ilość ofert znacznie mocniej zmienił tym samym cenę rynkową.
Inflacja w Polsce
O godzinie 10:00 poznaliśmy odczyt inflacji z naszego kraju. Wynik 1,6% w skali roku jest o 0,1% wyższy od oczekiwań analityków. Sama informacja pojawiła się na rynku w trakcie ruchu powrotnego po wczorajszym osłabieniu się złotego zatem ciężko oceniać jaki miała wpływ na notowania walut. W dłuższym okresie inflacja zbliżająca się do celu inflacyjnego jest dobrym sygnałem dla złotego.
Australia nie zmieniła stóp procentowych
Wczoraj w godzinach wczesnoporannych otrzymaliśmy informacje z Królewskiego Banku Australii. Stopy procentowe pozostały bez zmian i główna stawka wynosi nadal 1,5%. Kraj ten, jeżeli chodzi o wysokość stóp procentowych, jest dość wyjątkowy na arenie międzynarodowej. Podczas gdy inne banki centralne krajów na tym poziomie rozwoju gospodarczego tuż po kryzysie obniżały stopy procentowe w okolice 0% Australia bardzo długo utrzymywała wyższe poziomy. Poniżej 2% zostały one obniżone dopiero w 2016 roku.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
PMI dla polskiego przemysłu wzrósł w kwietniu do 53,9 pkt. (vs 53,7 pkt. w marcu; PKO: 54,3 pkt; konsensus: 53,2 pkt.), sygnalizując, że dynamika aktywności w krajowym przetwórstwie przemysłowym pozostaje wysoka. Wraz z kwietniowym wynikiem obecna seria odczytów stanowi najdłuższy w historii badań (43. miesiąc z rzędu) okres pozostawania indeksu powyżej neutralnego progu 50 pkt.
W kwietniu zarejestrowano najsilniejsze od początku roku tempo wzrostu produkcji oraz relatywnie silny wzrost zatrudnienia (jednak nieznacznie słabszy niż w marcu). Wyraźnie odbiły nowe zamówienia, w szczególności eksportowe, które powróciły powyżej 50 pkt. (najpewniej dzięki osłabieniu obaw związanych z protekcjonistyczną polityką USA). Jednocześnie opóźnienia w dostawach były najwyższe od grudnia 2010. Wyhamował jednak wzrost aktywności zakupowej firm.
Kwietniowy wynik badania PMI wskazuje na osłabienie presji wywieranej w 1q18 na produkcję przemysłową przez spadek popytu eksportowego. Pomimo odbicia subindeksu nowych zamówień, utrzymuje się on poniżej przeciętnej wartości z poprzednich kwartałów, co wskazuje, że potencjał do przyspieszenia produkcji jest ograniczony. Niemniej, dobry start PMI w 2q18 sugeruje kontynuację silnego wzrostu PKB (w okolicach 5% r/r) obserwowanego na początku roku.
Wyniki ankiety PMI dotyczące procesów cenotwórczych wskazują na nieznaczne wzmocnienie presji cenowej. Subindeks cen wyrobów gotowych nieznacznie wzrósł, wspierając naszą opinię, że zaskakująco głębokie obniżenie inflacji CPI na początku tego roku miało charakter przejściowy. Niemniej, subindeks ten nadal znajduje się poniżej przeciętnej wartości z 4q17 i 1q18, co sugeruje, że oczekiwane odbicie inflacji nie będzie silne.
Dane są neutralne dla oceny perspektyw polityki pieniężnej i naszych średnioterminowych prognoz wzrostu PKB (4,6% w tym roku).
Prawie 26 tys. osób po 65 roku życia nie płaci rachunków za telefon. Ich łączna zaległość wpisana do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynosi już prawie 57,6 mln zł. Wśród seniorów niepłacących za rozmowy jest więcej kobiet, mimo że według badania* zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor – co trzecia kobieta nie posiada komórki. Najstarszym dłużnikiem telekomunikacyjnym jest 80-letni mieszkaniec Elbląga, którego dług przekracza 40 tys. zł.
Wśród seniorów jest 13 997 kobiet i 11 835 mężczyzn, którzy za niepłacenie za telefon trafili do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na panie przypada 54 proc. z 57,6 mln zł zaległości seniorów względem operatorów. Średni dług telefoniczny osoby po 65 roku życia wynosi 1 613 zł. Składają się na niego zarówno rachunki za telefon komórkowy jak i stacjonarny.
Z badania zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że co czwarty senior nie posiada telefonu komórkowego, częściej są to kobiety – bo co trzecia (34 proc.), podczas gdy wśród panów nie ma komórki jedynie co siódmy (14 proc.). Choć należy zauważyć, że w najmłodszej grupie seniorów 65-74 lata rozpowszechnienie telefonów komórkowych wynosi 80 proc. z czego 30 proc. to smartfony. Komórki są zdecydowanie częściej w posiadaniu mieszkańców największych miast (85 proc.) niż wsi (63 proc.).
Źródło: Badanie Instytut ARC na zlecenie BIG InfoMonitor
Jeśli już 65-latek czy też starszy klient decyduje się na telefon, to aparatem pierwszego wyboru jest telefon z przyciskami. Dwie trzecie dysponuje aparatem z przyciskami, a tylko co trzeci z ekranem dotykowym. Z duchem czasu chętniej idą panowie i smartfonem może się pochwalić – 31 proc. mężczyzn i tylko mniej niż co piąta seniorka (18 proc.). Badani odpowiedzieli też na pytanie: Czy zdarza im się na co dzień korzystać z internetu? 32 proc. przyznało, że tak. I w tym przypadku również widać różnice w zachowaniu w zależności od płci, bo częściej do wirtualnego świata zaglądają mężczyźni (41 proc.) niż kobiety (26 proc.). Internet chętniej wykorzystywany jest także przez osoby z większych miast (ok. 45 proc.) niż ze wsi (22 proc.).
– Pocieszający jest fakt, że seniorzy stanowią tylko 8 proc. wszystkich dłużników telekomunikacyjnych. Najwięcej niepłacących rachunków za telefon przypada na 25 a 34 latków. W tym wieku jest co czwarty wpisany do BIG InfoMonitor dłużnik telekomunikacyjny. Prawie co ósma osoba z kłopotami w spłacie tego rodzaju rachunków nie ma skończonych 24 lat – zaznacza Sławomir Grzelczak prezes BIG InfoMonitor. Dwa razy wyższy jest również przeciętny dług telekomunikacyjny ogółu dłużników wpisanych do BIG InfoMonitor, niż osób po 65 roku życia. Gdy seniorzy mają średnio 1613 zł zaległości z powodu niezapłaconych rachunków telefonicznych, to przeciętna dla wszystkich dłużników telekomów wynosi aż 3 249 zł.
80-latek i 77-latka z tysiącami długu za telefon
Najstarszym dłużnikiem telekomunikacyjnym wśród kobiet jest 77-letnia mieszkanka Bydgoszczy, jej dług sięga 73 tys. zł, zaś wśród mężczyzn jest to 80-latek z Elbląga, którego zadłużenie wynosi 40 346 zł.
UE chce tańszych rozmów międzynarodowych ze względu na seniorów
Właśnie m.in. ze względu na seniorów dzwoniących ze stacjonarnych telefonów do pracujących za granicą dzieci i wnuków Unia chce zrobić drugi krok w obniżkach cen rozmów telefonicznych. Po tym jak w zeszłym roku wprowadziła zrównanie opłat roamingowych za rozmowy i SMS-y na terenie Unii z cenami za rozmowy i SMS-y w kraju w którym zakupiony został telefon (Roam Like At Home), teraz zamierza zrównać ceny połączeń międzynarodowych z krajowymi. Ceny rozmów międzynarodowych w ramach UE są średnio trzykrotnie droższe niż opłaty za połącznia w danym kraju. Są też kraje, gdzie stawka ta jest nawet sześciokrotnie wyższa. Działania Unii miałyby pomóc w szczególności ograniczyć opłaty starszym konsumentów. Na razie zmianom przeciwne są telekomy.
*Badanie zostało wykonane przez Instytut ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIG InfoMonitor, w listopadzie 2017, metodą wywiadów telefonicznych (CATI), na próbie 502 osób przebywających na emeryturze w wieku 65+ lat (kobiety) oraz 65+ lat (mężczyźni). Próba była reprezentatywna dla populacji kobiet i mężczyzn w przyjętych przedziałach wiekowych. Ponad połowę 502 osobowej próby stanowiły kobiety i mężczyźni między 65 a 74 rokiem życia.
Dolar w dwa dni podrożał o 10 gr. Za euro podczas pierwszomajowego handlu trzeba było zapłacić nawet 4,30 zł. Dlaczego polska waluta w ostatnich dniach była najsłabsza na świecie i czy ma to związek z długim weekendem? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Gdy mieszkańcy większości krajów w Europie odpoczywali podczas święta pracy, walutowi spekulanci w Londynie oraz w Nowym Jorku nie próżnowali. Brytyjscy i amerykańscy traderzy wykorzystali niewielką płynność na niektórych walutach i spowodowali ich poważną przecenę. Dramatyczne spadki wartości były zauważalne nie tylko na złotym. Silnie ucierpiała szwedzka oraz czeska korona, a także południowoafrykański rand.
Złoty najsłabszą walutą na świecie
Spekulanci walutowi bardzo sprytnie wybrali moment swojego zagrania. Od dobrych kilku dni mamy do czynienia z gorszymi nastrojami na rynkach krajów rozwijających się, a w niektórych państwach (np. w Szwecji) maleje prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych. Z kolei amerykański Fed prawdopodobnie przyspieszy zacieśnianie polityki pieniężnej, co oznacza zwykle powrót do USA zainwestowanego poza Stanami Zjednoczonymi kapitału.
Osłabienie walut typu południowoafrykański rand czy złoty było więc względnie naturalną reakcją na wydarzenia globalne. Nienaturalna natomiast była skala tych zmian. W porównaniu do piątkowego zamknięcia złoty stracił 2,64 proc. do dolara i był nie tylko najsłabszy wśród walut krajów rozwijających się, ale także najgorszy wśród 150 walut świata oprócz wenezuelskiego boliwara.
Długi weekend nie dla spekulantów
Paniczna wyprzedaż złotego podczas pierwszych godzin maja była z jednej strony efektem obserwowanego od kilku dni odpływu kapitału z rynków wschodzących, ale z drugiej bardzo małej płynności podczas handlu tego dnia. Zostało to wykorzystane przez spekulantów do gry przeciwko polskiej walucie, próbie aktywacji zleceń typu stop loss (automatyczna redukcja straty) na złotym i tym samym kupna złotego pod niskim kursie.
Bardzo podobna strategia została zastosowana na szwedzkiej oraz czeskiej koronie, a także południowoafrykańskim randzie. W tych krajach handel również był ograniczony (święto pracy), a dodatkowo nastawienie do nich było negatywne (w Szwecji oraz w Czechach prawdopodobnie podwyżki stóp procentowych będą później niż oczekiwano). Wszystkie te waluty straciły od piątku ponad 2 proc. w stosunku do dolara.
Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że wyprzedaż nie miała charakteru globalnego. Znaczna część walut azjatyckich oraz latynoamerykańskich zachowywała się standardowo, a zmiany na nich nie przekraczały 1 proc. To potwierdza, że zmiany kursów na złotym czy na czeskiej koronie miały znamiona silnie spekulacyjne, a nie fundamentalne, czyli związane z kondycją gospodarki.
Co dalej ze złotym?
Sytuacja na polskiej walucie powinna się poprawiać, a kurs stabilizować w kolejnych dniach. Prawdopodobnie na początku przyszłego tygodnia euro będzie o kilka groszy tańsze, a ruch spekulacyjny powinien wygasać, gdy większość uczestników rynku wróci do pracy po majowej przerwie. Jednak w kolejnych tygodniach perspektywy złotego oraz innych walut krajów rozwijających się mogą pozostawać słabe ze względu na przyspieszenie tempa podwyżek stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną.
Grupa Abadon Real Estate wypracowała w 2017 roku ponad 425,2 mln zł przychodów ze sprzedaży, zysk EBITDA na poziomie 19,9 mln zł oraz zysk netto w wysokości 16,2 mln zł. Backlog Grupy na lata 2018-2021, bazujący wyłącznie na przewidywanych zleceniach od holdingu Murapol wynosi ponad 2 mld zł, z czego w 2018 r. będą realizowane prace o wartości ponad 500 mln zł.
86 proc. ubiegłorocznych przychodów ze sprzedaży Grupa Abadon RE wypracowała z działalności usługowej, obejmującej m.in. generalne wykonawstwo, usługi architektoniczno-projektowe, akwizycje i marketing. Pozostałe blisko 14 proc. to wpływy zrealizowane przez Cross Bud Sp. z o.o. – dystrybutora materiałów budowlanych.
Nikodem Iskra, prezes zarządu Abadon Real Estate S.A.
– Miniony rok był pierwszym pełnym rokiem obrotowym dla nowopowstałej Grupy Abadon Real Estate, która w wyniku rozpoczętej w 2016 roku, a sfinalizowanej na początku ub.r. reorganizacji holdingu Murapol, skupia jego segment doradczo-wykonawczy. Ciągłość działalności podmiotom wchodzących w skład Grupy zapewnia współpraca z dominującymi i pierwszymi zleceniodawcami czyli spółkami z holdingu Murapol. Stabilna i sprawdzona kooperacja oraz portfel projektów przygotowywanych przez holding, obejmujący ponad 22 tys. lokali mieszkalnych, gwarantuje spółkom wykonawczym Grupy Abadon RE stały strumień zleceń na najbliższe 5 lat – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Abadon Real Estate S.A. – Jednocześnie pragnę podkreślić, że Grupa Abadon RE jest otwarta na zlecenia od podmiotów zewnętrznych, a jej bogate kompetencje są w stanie odpowiedzieć na potrzeby najbardziej wymagających klientów i skomplikowane koncepcyjnie projekty. – dodaje Nikodem Iskra.
W minionym roku, w efekcie przejęcia grupy budowlanej AWBUD, kompetencje Abadon RE zostały wzmocnione i uzupełnione o specjalizacje w obszarze budownictwa przemysłowego, ekologii i energetyki, reprezentowane przede wszystkim przez dwie kluczowe spółki AWBUD S.A. oraz Instal Lublin Sp. z o.o. Pierwsza z nich to podmiot wyspecjalizowany w kompleksowym prowadzeniu inwestycji, posiadający silne kompetencje w pracach żelbetowych dla klientów z sektorów przemysłowego, użyteczności publicznej, budownictwa ogólnego, a także infrastruktury oraz ochrony środowiska. Z kolei Instal Lublin Sp. z o.o. jest jedną z największych firm z branży instalacyjnej w Polsce, od ponad 60-ciu lat specjalizującą się w usługach związanych z projektowaniem i montażem instalacji.
– Włączenie powyższych podmiotów do Grupy Abadon RE pozwoliło nam nie tylko wejść w nowe segmenty rynku nieruchomościowego, ale także zwiększyć możliwości produkcyjne w obsłudze inwestycji mieszkaniowych holdingu Murapol. Plan wzrostu zakłada konsekwentne zacieśnianie współpracy operacyjnej pomiędzy podmiotami, tak aby w ciągu najbliższych 2-3 lat portfel zleceń AWBUD S.A. w 50 proc. składał się z kontraktów otrzymywanych od spółek z holdingu Murapol. – podsumowuje Nikodem Iskra, prezes zarządu Abadon Real Estate S.A.
Strategia rozwoju Abadon Real Estate S.A. zakłada maksymalne wykorzystywanie potencjału powstałego podmiotu, zarówno w realizacji projektów dla holdingu Murapol, jak i wychodzenie z ofertą do szerokiego rynku podmiotów zewnętrznych.
Wczoraj spora część Europy miała wolne w związku z obchodami Święta Pracy, ale za to nie próżnowali uczestnicy rajdu dolara. EUR/USD osunął się pod 1,20, GBP/USD spadł pod 1,36, a USD/PLN zahaczył o 3,57. Konrad BiałasDolar lśni przez lepszą postawę gospodarki USA na tle reszty świata, co na początku roku większość inwestorów widziała zupełnie inaczej. Do grudnia obraz może się ponownie diametralnie zmienić, ale teraz byki są w natarciu.
Płytkość świątecznego rynku bez wątpienia pomogła, ale dalej mogą liczyć się wydarzenia makro z USA. Dziś na pierwszym planie jest finisz posiedzenia FOMC, choć szanse na niespodzianki są niewielkie. Jest niemal pewne, że stopy procentowe zostaną utrzymane na obecnym poziomie, a forma komunikacji ograniczona do samego oświadczenia (konferencja prasowa odbywa się co drugie posiedzenie) zawężą paletę sygnałów dla rynku. Jest bardziej prawdopodobne, że FOMC będzie czuł się dobrze z utrzymaniem języka odnośnie „gradualnego” tempa zacieśniania, które pozostawia furtkę dla czwartej podwyżki w 2018 r., ale nie stanowi deklaracji. Z drugiej strony seria pozytywnych odczytów danych z gospodarki pozwala na podtrzymanie optymistycznego tonu i przełożenie tego na bardziej jastrzębi tekst komunikatu, co nieoficjalnie będzie sugerować pewność kolejnej podwyżki stóp procentowych w czerwcu. Jednak przy rynkowej wycenie takiego scenariusza na ok. 90 proc., modyfikacje komunikatu w tym kierunku nie powinny robić większego wrażenia na inwestorach.
Zatem USD może nie dostać silnego sygnału ze strony Fed, ale to wcale nie oznacza, że paliwo dla rajdu się wyczerpało. Przełom miesiąca to bardzo ciekawy okres, a jeśli dodatkowo jest przeplatany świętami, to tylko potęguje „bałagan”. Jeśli przyjmiemy, że za ostatnią aprecjacją stoi przede wszystkim skrucha spekulantów (którzy wieścili dolarowi klęskę w tym roku), to dolar nie jest jeszcze silny swoją siłą, ale mocny wymazywaniem mylnie postrzeganej słabości. To oznacza, że ma jeszcze potencjał do kontynuacji wzrostów, jeśli jej motorem stanie się rosnące przekonanie o jego faktycznej sile. Taka fala popytu na USD może przyjść ze strony kapitału portfelowego, który będzie skuszony rosnącymi rentownościami obligacji USA, albo widział w nich mniej ryzykowną alternatywę dla inwestycji w rynki wschodzące. Przy okazji, wczorajsza obniżka ratingu Turcji przez agencję S&P pojawia się w wyjątkowo niedobrym momencie.
Równie niefartowny był termin spekulacji odnośnie potencjalnych cięć dla Polski w unijnym budżecie po 2020 r. Pomimo szumu medialnego z ostatnich dni, wczorajsze informacje sugerują, że nie należy się spodziewać znacznych cięć udziałów w budżetach na spójność i rolnictwo. Obniżki względem poprzedniego planu są nieuniknione (z uwagi na wyłączenie Wielkiej Brytanii), ale osobiście wątpię, by Bruksela była zainteresowana wprowadzaniem dodatkowych kryteriów dla „karcenia” państw z Europy Środkowo-Wschodniej za różnicę zdań w sprawie uchodźców (lub reform), gdyż ryzykowałaby pogorszenie swojego wizerunku w oczach obywateli tych krajów niż osłabiłaby pozycję rządów. Nie zmienia to faktu, że zła prasa plus płytki rynek (i siła dolara) są idealną mieszanką dla wywołania wyprzedaży waluty. Jakkolwiek mam trudność w racjonalizowaniu wczorajszego skoku EUR/PLN o 5 groszy do 4,29 (i USD/PLN o 6 gr do 3,57), tak w klimacie dominacji dolara nie podejmę się ryzyka przepowiadania rychłego odreagowania słabości złotego.
W dzisiejszej, zglobalizowanej gospodarce, istnieje wiele wzajemnych powiązań, które pośrednio lub bezpośrednio wpływają na decyzje rynkowe co z kolei ma odniesienie na wartość waluty. Na każdą walutę może wpływać inny czynni, dzisiaj zajmiemy się dolarem australijskim, który uważany jest za jedną z głównych par surowcowych. Jak sama nazwa wskazuje notowania dolara australijskiego w dużym stopniu uzależnione są od wyceny poszczególnych surowców.
Gospodarka australijska jest gospodarką, która w głównej mierze opiera się na wydobyciu i eksporcie surowców naturalnych, jak przedstawiono na poniższym diagramie.
Obecnie kraj należy do największych eksporterów na świecie. Głównymi towarami eksportowymi są: węgiel kamienny, złoto, produkty przerobu ropy naftowej, tlenek glinu, rudy żelaza, skroplony gaz ziemny, uran, nikiel, srebro, cynk, miedź, szafiry i opale.
Dlatego, iż sektor wydobywczy stanowi główny filar eksportu, pierwszym przedmiotem analizy będzie zestawienie indeksu CRB metali, który odzwierciedla ceny tych surowców na rynkach światowych, z przebiegiem pary walutowej AUD/USD.
Źródło: Bloomberg CRB
Jak wynika z powyższego wykresu waluta australijska jest silnie skorelowana z cenami metali na szerokim rynku, tj. każdorazowej zmianie wartości indeksu CRB, towarzyszyła analogiczna zmiana wartości pary walutowej AUD/USD.
Jednak najważniejszym czynnikiem wpływającym na notowania AUD jest ruda żelaza. Surowiec ten jako pojedynczy składnik indeksu CRB nie ma znaczącego wpływu na wartość tego indeksu, jednak będąc głównym towarem eksportowym Australii (33% całkowitego eksportu) ma znaczący wpływ na wartość waluty, co przedstawia poniższy wykres.
Notowania AUDUSD (kolor biały) na tle rudy żelaza
Źródło: Bloomberg
Związek ten ma jednak charakter pośredni. Spadek cen towarów eksportowanych ma bezpośrednie przełożenie na poziom przychodów przedsiębiorstw, które zajmują się głównie eksportem. Spadek przychodów tych przedsiębiorstw wpływa na decyzje dotyczące poziomu zatrudnienia i stawek wynagrodzeń. Obniżenie zatrudnienia oraz cięcie wynagrodzeń przekłada się na ogólną sytuacje gospodarczą. Ludzie wydają mniej i oszczędzają więcej, w obawie o utratę zarobków. Poziom konsumpcji spada, co niesie za sobą pogorszenie sytuacji innych przedsiębiorstw produkcyjnych. Obniża się PKB, zauważalne jest osłabienie kondycji gospodarki krajowej, a więc spada również zaufanie inwestorów do walut, co powoduje spadek jej wartości, czyli deprecjację.
Po pogorszeniu się warunków gospodarczych w Australii, Bank Centralny również przystępuje do działania i obniża stopy procentowe, co przekłada się na dalszą deprecjację AUDUSD.
Oprócz tego warto spojrzeć na głównych partnerów handlowych Australii. Kluczową rolę odgrywają tutaj Chiny, których udział w eksporcie Australii stanowi w przybliżeniu 44% całkowitego eksportu. Dlatego też każdorazowe spowolnienie gospodarcze tego kraju odbija się na gospodarce Australii. Do równie ważnych partnerów handlowych zaliczają się: Japonia (29%), Korea Płd. (9%) Hong Kong (6%) i Indie (6%).
Czym większe problemy w gospodarce chińskiej, tym inwestorzy skłonni są do dalszej wyprzedaży dolara australijskiego. Z drugiej strony dobra sytuacja w gospodarce chińskiej przekłada się na wzrost notowań AUD.
Podsumowanie
Jak wynika z powyższej analizy, wartość dolara australijskiego w dużej mierze zależy od aktualnego trendu na rynku surowców. Jak wykazano, dodatkowym czynnikiem, który oddziałuje na walutę australijską jest kondycja gospodarek głównych partnerów handlowych Australii. Wszystkie wyżej przytoczone argumenty potwierdzają tezę, że dzisiejsze rynki finansowe funkcjonują jako system naczyń połączonych i każdorazowa zmiana sytuacji na jednym rynku wpływa na inny rynek. Mówiąc o globalizacji ważne jest również podkreślenie roli wciąż rosnącego kapitału spekulacyjnego, który powoduje szybsze przemieszczanie się kapitału między rynkami, a co za tym idzie szybsze reakcje na fluktuacje rynków.
Od dziś przedsiębiorcy mają swoją Konstytucję. Część z wprowadzonych zmian ma za zadanie zachęcać do zakładania działalności gospodarczej. To m.in. instytucja działalności nierejestrowej dla osób, które będą osiągać niewielkie przychody. Konstytucja Biznesu to kolejne zmiany w prawie dla przedsiębiorców, które weszły lub wejdą w życie w tym roku. Od stycznia 2018 roku działa jednolity plik kontrolny (JPK) dla małych i średnich firm, a od lipca zostanie on rozszerzony także o inne rejestry, nie tylko VAT. Zmiany dla przedsiębiorców oznaczają też zmiany dla księgowych. Według ekspertów z firmy inFakt, większość z nich jest zadowolona z nowych propozycji.
– Najważniejsza zmiana, która weszła w życie już w styczniu, to ta, że wszyscy mikroprzedsiębiorcy również ci, którzy są czynnymi podatnikami VAT, mają obowiązek co miesiąc, do 25 dnia kolejnego miesiąca, przesyłać tzw. JPK VAT – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy inFakt. – To formularz, sprawozdanie, w którym zawarte mamy wszystkie dane zawarte w rejestrach VAT-owskich. Kolejna zmiana, również dotycząca JPK, wejdzie w życie 1 lipca. Na wezwanie organów podatkowych wszyscy przedsiębiorcy, nie tylko VAT-owcy, będą mieli obowiązek przesyłać inne rejestry w formie JPK, np. w taki sposób będziemy przesyłać książkę przychodów i rozchodów czy rejestr faktur za dany miesiąc lub wydruki z rachunku bankowego.
30 kwietnia wejdą w życie zmiany zakładające możliwość prowadzenia działalności bez rejestracji. Taką możliwość będą miały osoby, które w miesiącu uzyskiwać będą przychody nieprzekraczające połowy pensji minimalnej, czyli w 2018 roku 1050 zł. To dobre rozwiązanie np. dla osób wykonujących prace dorywcze, dorabiających do budżetu domowego zasilanego przez np. współmałżonka.
Inne rozwiązanie z kolei zakłada, że przez pierwsze pół roku po założeniu firmy przedsiębiorca będzie zwolniony ze składek ZUS-owskich (z wyjątkiem zdrowotnej). Warunkiem będzie to, żeby działalność była założona po raz pierwszy lub żeby od czasu zamknięcia poprzedniej upłynęło co najmniej 5 lat, czyli tak samo jak obecnie w przypadku „małego ZUS”. Co więcej, po upływie pół roku przedsiębiorcy przysługuje nadal prawo do niższych składek przez 24 miesiące.
– Kolejna ważna zmiana to split payment, który wchodzi w życie od dnia 1 lipca. Tutaj mamy kwestię podzielonej płatności, czyli jeżeli kontrahent otrzyma fakturę, będzie mógł zdecydować się na to, aby wybrać opcję split payment co będzie oznaczać, że kwota netto trafi na rachunek rozliczeniowy kontrahenta, natomiast kwota VAT-u trafi na jego rachunek VAT – wyjaśnia Magdalena Sławińska-Rzemek. – Z tym związany jest szereg różnych niedogodności i problemów dla kontrahentów, którzy kwotą VAT-u już nie będą mogli dysponować, ponieważ będzie ona niejako zamrożona i tylko VAT będą mogli zapłacić z tego rachunku. To zmiana, która mocno elektryzuje przedsiębiorców i księgowych.
Problem polega na tym, że obecnie przedsiębiorca otrzymuje od kontrahenta zapłatę kwoty brutto, czyli razem z VAT-em, co powoduje, że fizycznie ma na koncie większą kwotę i wyższą w tym momencie płynność finansową. Natomiast kwota z konta VAT będzie niejako zamrożona, ponieważ będzie można ją przeznaczyć na opłacenie tego podatku. Właściciel firmy nie będzie więc już mógł zapłacić tymi pieniędzmi np. pensji pracowników, a VAT wyrównać z kolejnych wpływów.
– Być może split payment w pewnym zakresie będzie dla niektórych korzystny, na pewno nie dla wszystkich, ale dla niektórych zapewne tak, dlatego że jeżeli mamy solidarną odpowiedzialność za zobowiązania podatkowe kontrahenta i skorzystamy z opcji split payment, możemy się z takiej odpowiedzialności zwolnić – tłumaczy doradca podatkowy z inFaktu. – Przy dużych kwotach wynikających z faktury dla niektórych przedsiębiorców będzie to zdecydowanie korzystna opcja.
InFakt sprawdził na początku roku, jak na wprowadzenie jednolitego pliku kontrolnego zareagowali księgowi zatrudnieni w firmach i rozliczający ich finanse. Zdaniem Magdaleny Sławińskiej-Rzemek to właśnie ta zmiana ma największy wpływ na pracę na tych stanowiskach. Okazało się, że opinie są bardzo spolaryzowane: największa grupa pytanych, 44 proc., odpowiedziała, że ocenia zmiany zdecydowanie pozytywnie, ale już 35 proc. udzieliło dokładnie odwrotnej odpowiedzi. Po 8 proc. ankietowanych uznało, że wprowadzenie JPK jest dla nich neutralne oraz że ocenia je pozytywnie, ale ma pewne zastrzeżenia. Natomiast 5 proc. uznało, że skoro wprowadzono taki obowiązek, to trzeba się z niego wywiązać.
– Większość księgowych raczej jest zadowolona z tych zmian. W przypadku JPK być może będzie dla nich ułatwieniem to, że przedsiębiorcy co miesiąc muszą przesyłać faktury, księgowi liczą na to, że przedsiębiorcy będą bardziej zdyscyplinowani i faktury będą przesyłać w terminie, nie będą dosyłać ich później właśnie ze względu na to, że JPK należy składać co miesiąc – wyjaśnia doradca podatkowy. – Bardziej sceptyczne podejście jest do split payment, dlatego że przedsiębiorcy bardzo mocno obawiają się tej instytucji, natomiast księgowi są raczej pozytywnie nastawieni do zmian, które weszły w życie bądź wchodzą w niedługim czasie.
Alkohol to dla Polaków ważna część tradycji i rytuałów. Ponad 40 proc. twierdzi, że spożywa go przede wszystkim podczas świąt i spotkań towarzyskich. Polacy lubią alkohol i piją go coraz bardziej odpowiedzialnie. Z roku na rok zmniejsza się liczba kierowców prowadzących samochód w stanie nietrzeźwym, a tym samym spada liczba powodowanych przez nich wypadków.
Wiosna i lato to czas, gdy Polacy chętniej niż w pozostałych miesiącach roku decydują się na krótkie, nawet dwudniowe, wyjazdy. Tego rodzaju wypadom sprzyjają też długie weekendy. Często łączą się one ze spotkaniami ze znajomymi lub członkami rodziny, na których zazwyczaj pojawia się alkohol. Jego spożycie w Polsce wprawdzie spada, wciąż jest jednak wysokie, tego rodzaju napoje pije ponad 80 proc. społeczeństwa, przy czym najwięcej, bo 94 proc., w grupie wiekowej 18–24 lata. Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia w ramach kampanii „Alkohol. Zawsze odpowiedzialnie”, Polacy traktują napoje alkoholowe jako ważną część tradycji i rytuałów.
– Ponad 40 proc. Polaków deklaruje, że najważniejszym powodem spożywania alkoholu jest celebrowanie świąt, okazji rodzinnych i spotkań. Alkohol kojarzy się Polakom z pobudzeniem, miłą atmosferą, chęcią działania, nawiązywaniem nowych znajomości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Woronowicz, rzecznik prasowy Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.
Wśród najczęstszych motywacji do picia alkoholu ankietowani wskazywali tradycję lub zwyczaj, chęć lepszej zabawy na imprezie oraz picie dla smaku jako dodatek do serwowanych podczas spotkania potraw. Pozytywne konotacje związane z napojami alkoholowymi deklarowały osoby często sięgające po alkohol, abstynenci utożsamiają go natomiast ze szkodliwym wpływem na zdrowie. 26 proc. respondentów stwierdziło, że alkohol wywołuje w nich skojarzenia ze świętami, spotkaniami z przyjaciółmi oraz imprezami, 21 proc. kojarzy go natomiast z wesołością, pobudzeniem i dobrym nastrojem.
– Większość osób, która spożywa alkohol, robi to w sposób odpowiedzialny, to ponad 88 proc. Tylko 7 proc. spożywa alkohol nieodpowiedzialnie. Zależy nam na tym, żeby grupa spożywających alkohol odpowiedzialnie była jak największa – mówi Ryszard Woronowicz.
Niezależnie od formy podania alkohol pozostaje on substancją wpływającą na działanie układu nerwowego. Nawet niewielkie jego ilości mogą negatywnie oddziaływać na wzrok, słuch, zdolność odbierania bodźców, spowolnienie ruchów i czasu reakcji, a także zmniejszenie koncentracji, niezbędnej do prowadzenia samochodu. Tradycyjne sposoby radzenia sobie ze stanem upojenia, np. spacer, picie kawy lub zjedzenie obfitego posiłku, mogą jedynie poprawić samopoczucie, nie obniżą jednak poziomu alkoholu we krwi. Przed wyruszeniem w drogę warto więc sprawdzić, czy nie przekracza on norm bezpieczeństwa, np. na pobliskim posterunku policji.
– Na stronach internetowych kampanii „Alkohol. Zawsze odpowiedzialnie” można na przykład znaleźć kalkulator, który w prosty sposób pokaże nam, po wstawieniu tego, jaką ilość alkoholu wypiliśmy, wagi i płci, czy już możemy wsiąść za kółko, czy jeszcze powinniśmy trochę odczekać – mówi Ryszard Woronowicz.
Z roku na rok zmniejsza się liczba Polaków siadających za kierownicą po spożyciu alkoholu, jak wynika z danych policyjnych w 2017 roku zatrzymano o 6 proc. mniej nietrzeźwych kierowców niż w roku poprzednim. O blisko 5 proc. spadła natomiast liczba wypadków spowodowanych przez osoby prowadzące auto pod wpływem alkoholu. Zdaniem ekspertów zwiększa się również świadomość Polaków na temat niebezpieczeństw grożących w czasie jazdy z nietrzeźwym kierowcą.
– Coraz częściej mamy przypadki, kiedy osoby postronne reagują, gdy ktoś pod wpływem alkoholu próbuje wsiąść za kierownicę. Odsetek osób, które tolerują tego typu zachowania, spada i to bardzo szybko – mówi Ryszard Woronowicz.
Poprawa sytuacji w tym zakresie to efekt zarówno walki policji z nietrzeźwością kierowców, jak i licznych kampanii społecznych uświadamiających zagrożenia związane z tego rodzaju postępowaniem. Zdaniem eksperta akcje edukacyjne i informacyjne powinny być intensyfikowane, ponieważ mają one lepszy wpływ na zachowanie Polaków niż uregulowania prawne.
– Jak pokazuje doświadczenie, restrykcyjne prawo dotyczące spożywania alkoholu i zakaz sprzedaży nie działają. Ludzie nie lubią, kiedy im się czegoś zakazuje, natomiast pozytywne przykłady i pozytywne podejście do tematu, kampanie edukacyjne, informacyjne zdecydowanie przynoszą efekt – mówi Ryszard Woronowicz.
Warszawa nadrabia zaległości wobec innych stolic państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej i przyciąga coraz więcej inwestorów. Atutami miasta są rozbudowana powierzchnia biurowa, dostęp do wykwalifikowanej kadry i otwarty charakter mieszkańców. Władze Warszawy zapowiadają kolejne inwestycje, które pomogą przyciągnąć inwestorów, w tym także przeciwdziałanie skutkom takich problemów, jak niedostateczna liczba mieszkań na rynku.
– Głównym atutem Warszawy jest to, że to największy hub ekonomiczny w naszym regionie Europy. Jeszcze 10–12 lat temu była kopciuszkiem, miastem nieodkrytym, z dużym potencjałem, ale zawsze w cieniu dominujących miast, jak Budapeszt czy Praga, które ściągały duże inwestycje. Warszawa ciężką pracą, nie tylko władz miasta, lecz także całego rynku, odrabiała zaległości, które wynikały i z historycznych opóźnień. Kapitałowo nasz kraj zaczął być bardzo atrakcyjny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Olszewski, wiceprezydent miasta stołecznego Warszawy.
Raport Foreign Direct Investment Intelligence „Europejskie miasta i regiony przyszłości 2018/2019” wskazuje, że Warszawa jest w czołówce europejskich miast przyszłości. W kategorii miast przyjaznych biznesowi wyprzedza ją tylko Londyn i Dublin, w tyle zostawiła m.in. Paryż, Moskwę czy Budapeszt. Pod względem strategii przyciągania inwestycji zagranicznych Warszawa plasuje się na ósmym miejscu, a z miast regionu wyprzedza ją tylko Moskwa.
– Warszawa, która miała jeszcze kilka lat temu mniej niż 3 mln mkw. powierzchni biurowej, dzisiaj ma ich prawie 5,3 mln. Wkrótce będzie to niemal dwukrotnie więcej niż w Pradze [3,3 mln mkw. – red.]. Trudno jest zestawiać Warszawę z innymi polskimi miastami. Cała powierzchnia biurowa we wszystkich polskich średnich i dużych miastach jest mniejsza niż ta, którą dysponuje stolica. Chcemy pokazywać, że Warszawa jest gospodarczym motorem Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Michał Olszewski.
Obecnie Warszawa dysponuje blisko 5,3 mln mkw. powierzchni biurowej, z czego 49 proc. stanowi powierzchnia o standardzie A. Dla porównania w Krakowie powierzchnia biurowa to niewiele ponad 1 mln mkw., a Wrocławiu – 900 tys. mkw. W sześciu największych aglomeracjach Polski poza Warszawą (czyli w Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu i Łodzi) łączna powierzchnia biurowa to ok. 4,2 mln mkw. W stolicy w 2017 roku zostało ukończonych 27 budynków o łącznej powierzchni 275 tys. mkw. W budowie znajduje się kolejnych 810 tys. mkw. powierzchni biurowej.
– Naszą przewagą jest także pula talentów. Warszawa dysponuje dzisiaj 70 uczelniami wyższymi, na których studiuje 250 tys. studentów. To dwukrotnie więcej niż w Berlinie. Rocznie mamy blisko 60 tys. absolwentów. To wszystko sprawia, że inwestor, taki jak chociażby JP Morgan czy Goldman Sachs, rozglądający się za nowym miejscem na ulokowanie swojego biznesu, szukający kilku tysięcy wykwalifikowanych pracowników, nie zastanawia się nad innymi miastami w Europie Środkowo-Wschodniej. Pulę talentów na takim poziomie i o takim profilu wykształcenia jest w stanie zaoferować tylko Warszawa – przekonuje wiceprezydent stolicy.
Liczba studentów ekonomii i powiązanych z nią kierunków jest o ponad 25 proc. wyższa w porównaniu z innymi miastami regionu – wskazuje raport Deloitte „Winning in Warsaw – Prospects for Business Services Centers”. Z raportu „Poland Your Place to Invest 2018” wynika, że w Warszawie wyższe wykształcenie ma już 72 proc. mieszkańców. Stolica może się pochwalić wysokim wskaźnikiem absorpcji talentów z innych polskich miast. Na dobrym poziomie jest też znajomość języka angielskiego, którą deklaruje 40 proc. mieszkańców, ale już 90 proc. studentów.
Jak wskazuje Olszewski, zainteresowanie Warszawą utrzymuje się na wysokim poziomie, jednak nie każdy inwestor znajdzie dla siebie miejsce.
– Nie jesteśmy miastem, które oferuje tanią siłę roboczą, każdą kwalifikację na rynku. Jasno komunikujemy inwestorom, że Warszawa ma swoje kompetencje i wykształconych pracowników w branży finansowej, ubezpieczeniowej, a także w sektorze kreatywnym, energetycznym czy w obszarze biotechnologii. Natomiast nie każdy, kto jest w profilu naszego rynku, jest w stanie w Warszawie znaleźć miejsce – zaznacza wiceprezydent.
Warszawa jest też miastem otwartym, gdzie dużą część mieszkańców stanowią przyjezdni. Przewagą stolicy na tle innych europejskich miast są relatywnie niskie koszty utrzymania. Siłą Warszawy jest też potencjał pozostałych największych polskich miast.
– Udało nam się pokazać, że jesteśmy silni razem i to jest rzecz, która wyróżnia Polskę na mapie Europy. Nie ma drugiego takiego kraju, w którym mamy tak silną grupę miast poza stolicą – podkreśla Olszewski.
Wiceprezydent podkreśla jednak, że Warszawa boryka się z problemami, które musi zniwelować, jeśli chce przyciągnąć inwestorów.
– W naszej ocenie bardzo ważnym elementem polityki miasta, na który chcemy postawić w kontekście ściągania inwestycji, są mieszkania. Stanowi on czasem barierę w wejściu na rynek pracy. Warszawa ma dzisiaj bezrobocie na poziomie 1,8 proc. i to, co sprawia, że pracodawcy mają problem z rekrutacją pracowników, to m.in. dostępność mieszkań – ocenia Michał Olszewski.
Szacuje się, że w 2017 roku nabywców znalazło ok. 28 tys. mieszkań. Jak podkreślają eksperci, problemem na rynku nie jest popyt, a podaż. Rynek pracownika sprawia też, że branży budowlanej trudno jest pozyskać pracowników.
– Chcemy też dalej inwestować w infrastrukturę, która poprawi dostępność miasta w skali międzynarodowej i pozwoli rozładować ruch w mieście. Obecnie bowiem ruch tranzytowy przejeżdża w dużej mierze przez Warszawę. Drugi bardzo ważny element to kolejne inwestycje w transport miejski, które mają pozwolić w sposób zrównoważony poruszać się po mieście – zapowiada Michał Olszewski.
Resort infrastruktury wskazuje, że do 2027 roku ma zostać ukończona duża obwodnica, tzw. duży ring Warszawy. Miasto zapowiada też, że rozwój komunikacji miejskiej w ciągu kilku lat doprowadzi do przejęcia pasażerów z transportu samochodowego. Obecnie transport miejski przewozi 1,2 mld pasażerów, co stanowi ok. 57 proc. innych niż pieszych podróży po Warszawie.
Długie kolejki do lekarzy i nisko oceniana jakość publicznej służby zdrowia powodują, że Polacy wydają średnio 40 mld zł rocznie na leczenie z własnej kieszeni. – W polskim systemie ochrony zdrowia musi się znaleźć miejsce dla prywatnych podmiotów. Wszystkie rentowne i świadczące wysoką jakość usług szpitale niepubliczne powinny zostać włączone do sieci szpitali – uważa wiceprezydent Pracodawców RP Andrzej Mądrala. Z analiz firmy PwC wynika, że rentowność i jakość świadczonych usług jest wyższa w tych szpitalach, w których zaangażowany jest kapitał prywatny.
– Niestety, sieć szpitali została zrobiona z kimkolwiek, na zasadach jakichkolwiek, a to nie jest dobra droga – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Mądrala, wiceprezydent Pracodawców RP, prezes zarządu Centrum Medycznego Mavit.
Ustawa, która weszła w życie w październiku ubiegłego roku, zakwalifikowała do ogólnopolskiej sieci szpitali placówki ze wszystkich województw, które będą mieć zapewnione ryczałtowe finansowanie przez kolejne cztery lata, do 2021 roku. Zakwalifikowanie szpitala do sieci jest gwarancją, że NFZ zawrze z nią umowę, a na jej działanie – według informacji resortu zdrowia – przeznaczone będzie około 93 proc. całości środków, z których obecnie jest finansowane leczenie szpitalne.
W sieci znalazły się 594 placówki, w tym 61 niepublicznych, natomiast poza nią funkcjonuje 355 szpitali. Placówki, które działają poza siecią, mogą zgłosić się do konkursu, żeby pozyskać pieniądze na funkcjonowanie. Jak jednak podkreśla wiceprezydent Pracodawców RP, w praktyce okazuje się, że na ogłoszenie takich konkursów NFZ nie ma wystarczających środków finansowych.
– W tej chwili na ponad 400 szpitali prywatnych tylko 61 szpitali znalazło się w sieci. Pozostałe szpitale walczą o przetrwanie, a ta walka jest beznadziejna, bowiem okazuje się – wiem to od wielu dyrektorów oddziałów NFZ – że nie ma pieniędzy na ogłoszenie konkursów, a te ogłoszone zostały wstrzymane ze względu na brak środków. Na przykładzie Śląska, gdzie jest 95 szpitali prywatnych, za chwilę może się okazać, że 50 z nich znajdzie się poza systemem opieki medycznej. Pytanie, co będzie z tymi szpitalami i z pacjentami, którzy od wielu lat są w nich hospitalizowani – mówi Andrzej Mądrala.
Zdaniem wiceprezydenta Pracodawców RP w polskim systemie ochrony zdrowia musi się znaleźć miejsce dla prywatnych podmiotów, a wszystkie rentowne i świadczące wysoką jakość usług szpitale niepubliczne powinny zostać włączone do sieci.
Już teraz długie kolejki do lekarzy i nisko oceniana jakość publicznej służby zdrowia powodują, że Polacy wydają z własnej kieszeni średnio 40 mld zł rocznie na świadczenia prywatne. Jak wynika z ubiegłorocznego badania CBOS, niezadowolona z funkcjonowania NFZ jest większość Polaków, a ponad połowa leczy się prywatnie.
Ubiegłoroczny raport PwC „Trendy w polskiej ochronie zdrowia” wskazuje, że sektor prywatny dominuje już w świadczeniu usług w podstawowej opiece zdrowotnej, opiece ambulatoryjnej, rehabilitacji, opiece długoterminowej czy leczeniu uzdrowiskowym. Jedynie leczenie szpitalne pozostaje domeną świadczeniodawców publicznych. Jednak rentowność i jakość świadczonych usług jest wyższa w tych szpitalach, gdzie zaangażowany jest kapitał prywatny.
– W Polsce koszty leczenia szpitalnego stanowią ponad 50 proc. wszystkich środków, które przeznaczamy na świadczenia zdrowotne z NFZ. To bardzo dużo, zważywszy na to, że na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej ta hospitalizacja jest w naszym przypadku dosyć długotrwała. Ponadto niska efektywność bardzo często wiąże się z brakiem koordynacji leczenia szpitalnego z leczeniem otwartym, czyli współpracą z podstawową opieką zdrowotną, lekarzem rodzinnym oraz próbą przeniesienia wszystkich możliwych świadczeń do trybu ambulatoryjnego, z zachowaniem bezpieczeństwa pacjenta i jak najwyższej efektywności procedur – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.
W Polsce jest ok. 800 szpitali i ok. 220 tysięcy łóżek szpitalnych, co daje blisko sześć łóżek szpitalnych na tysiąc mieszkańców. Jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie – wynika z ubiegłorocznego raportu „Trendy w polskiej ochronie zdrowia” PwC. Natomiast według danych BFF Magellan w ubiegłym roku sytuacja finansowa placówek publicznych minimalnie się pogorszyła. Aż 40 proc. z nich ma ujemny wynik finansowy netto, a szpitale publiczne są nierentowne już na poziomie procedur, generując stratę 5,5 proc. („Sytuacja finansowa szpitali publicznych w Polsce 2017”).
Polska służba zdrowia jest jedną z najbardziej niedofinansowanych w Europie – w rankingu OECD znajduje się na 31 z 35 miejsc. Z drugiej strony w ciągu najbliższych 20 lat liczba osób w wieku 65+ wzrośnie w Polsce o ok. 3 mln. To największe wyzwanie dla sektora ochrony zdrowia, który musi podnosić efektywność i poradzić sobie ze wzrostem kosztów. Jak zauważają eksperci PwC, szpitale czeka nieuchronna restrukturyzacja z uwagi na szereg czynników, takich jak demografia, wymagane nakłady inwestycyjne czy przesuwanie procedur do leczenia ambulatoryjnego.
– Współczesne technologie medyczne pozwalają wiele procesów realizować dzisiaj w trybie ambulatoryjnym. To wyzwanie, przed którym stoimy w organizacji lecznictwa szpitalnego – przesunięcie różnego typu procedur z trybu pełnej hospitalizacji na tryb jednodniowy bądź tryb ambulatoryjny realizowany w poradni przyszpitalnej czy innej poradni w ramach lecznictwa specjalizacyjnego – mówi dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Najnowszej generacji skanery 3D wykorzystują metodę projekcji wąskopasmowego, strukturalnego światła zielonego. Dzięki skanerom 3D możliwe stało się odwzorowanie w trzech wymiarach obiektów istniejących w rzeczywistości bez dokonywania precyzyjnych pomiarów. Tego typu urządzenia pozwalają na skanowanie pojedynczych przedmiotów, ale i całych hal produkcyjnych. Możliwe jest też skanowanie w 3D jaskiń, wykorzystywanych do budowy metra. Technologia skanowania 3D trafiła już także do smartfonów.
Skanery najnowszej generacji opierają się na metodzie projekcji wąskopasmowego strukturalnego światła zielonego. Polega ona na oświetleniu mierzonego obiektu prążkami światła zielonego typu LED. Cyfrowe odwzorowanie obiektu powstaje na podstawie danych złożonych z sekwencji prążków ugiętych na obiekcie. Taka metoda zapewnia znaczne podniesienie dokładności pomiaru. Dzięki wykorzystaniu światła LED urządzenie jest energooszczędne i cechuje się wydłużoną żywotnością.
– Skaner Micron 3D umożliwia zeskanowanie technologią światła strukturalnego. Można go zastosować np. do kontroli jakości oraz do inżynierii odwrotnej elementów, których nie jesteśmy w stanie konwencjonalnymi metodami zmierzyć. Przykładem może być skanowanie tankietki, która nie ma dokumentacji technicznej, aby móc ją zmierzyć i dorobić np. elementy blachy, których nie możemy w inny sposób dostosować konwencjonalnymi metodami – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Eysymontt z firmy Smarttech 3D.
Po przeprowadzeniu procesu skanowania i obróbce w odpowiednim programie możliwe jest na przykład wydrukowanie zeskanowanego elementu na drukarce 3D. Takie zastosowanie otwiera furtkę do działania osobom zajmującym się np. rekonstrukcją zabytkowych pojazdów. W prosty i tani sposób mogą wyprodukować części zamienne niedostępne już na rynku. Niezwykle istotny w tego typu urządzeniach jest precyzyjny pomiar optyczny.
– Skanery 3D dają nam możliwość odtworzenia elementów, które nie są już dostępne. Możemy je później przeznaczyć do druku 3D czy do zaprojektowania każdą inną metodą, ponieważ możliwość skanowania jest dostępna już od dziesięciu mikronów – mówi Maciej Eysymontt.
Skanowanie i druk 3D mogą również w znaczący sposób ułatwić życie osobom z niepełnosprawnościami. Pracownicy Uniwersytetu Śląskiego opracowali przy wykorzystaniu tej technologii klawiaturę panelu sterującego pralką automatyczną z przyciskami oznaczonymi alfabetem Braille’a. W Bhutanie natomiast skanery 3D są wykorzystywane do skanowania wielkości jaskiń, w których budowane będzie metro. Dokładnie cyfrowe odwzorowanie pozwala uniknąć niebezpieczeństw związanych z trudnym terenem.
– Przykładem dla skanowania 3D może być też kontrola jakości, gdzie konwencjonalnymi metodami nie możemy sprawdzić, czy na pewno jest dobrze wykonany np. wirnik w turbosprężarce. Innym sposobem niż bardzo dokładne skanowanie 3D nie będziemy w stanie tego zrobić – przekonuje ekspert.
Pierwsze skanery 3D trafiły już także do najnowszych smartfonów. Model Sony Xperia XZ2 został wyposażony w możliwość skanowania obiektów w 3D przednim aparatem fotograficznym. Funkcja jest wykorzystywana m.in. do tworzenia awatarów, czyli cyfrowo odwzorowanych postaci.
Z analiz Allied Market Research wynika, że wartość rynku technologii 3D do 2020 roku ma osiągnąć 175 mld dol. przy średniorocznym wzroście na poziomie 21 proc.
Media donoszą o potencjalnych problemach związanych z ruchem lotniczym w pierwszych dniach maja. Pojawiły się informacje o możliwym strajku w polskich liniach. Niezależnie od problemów LOT-u, często słyszymy o podobnych sytuacjach w Air-France czy na lotniskach. Mamy do czynienia z coraz większym zamieszaniem i chaosem, którego ofiarami mogą być pasażerowie. Należy pamiętać o tym, co gwarantuje pasażerom prokonsumencka dyrektywa Unii Europejskiej. Zapewnia trzy podstawowe prawa. Ponadto w ostatnich dniach Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał bardzo istotny wyrok, który mówi, że za tzw. dziki strajk odpowiada przewodnik. Jeżeli taka sytuacja będzie miała miejsce w Europie, nie będzie on zwolniony od zapłaty odszkodowania. Szacuje się, że dla poszczególnych linii lotniczych, np. dla LOT-u, kwoty te mogą sięgać nawet do 6 mln euro za dzień.
– W sytuacji, kiedy nasz lot zostanie odwołany, przysługuje nam prawo do otrzymania alternatywnego biletu na tej samej trasie, w możliwie bliskim terminie, który zaakceptujemy – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Komaracki v-ce prezes GIVT – Zamiennie możemy podjąć decyzję o zwrocie kosztów biletu. W przypadku problemów na lotnisku przewoźnik musi objąć nas opieką, zapewnić hotel i wyżywienie. Oprócz tego mamy też prawo do odszkodowania. Dyrektywa jasno określa, w jakich sytuacjach można o nie wystąpić. Mowa o kwocie nawet do 600 euro za poszczególny przypadek, w zależności od odległości, na jaką jest realizowany lot. Prawo do odszkodowania występuje wtedy, kiedy da się jednoznacznie stwierdzić winę przewoźnika. W przypadku złej pogody lub obiektywnych przeszkód na lotnisku – jest on zwolniony z obowiązku wypłacenia kompensaty. Pasażerowie w przypadku odwołanego lotu powinni pilnować informacji przekazywanych przez przewoźnika, który przedstawi propozycję alternatywnego działania. To, co niezwykle ważne, to również odprawa – nawet kiedy mamy podejrzenie, że lot nie zostanie zrealizowany. Jeśli chcemy nadać bagaż, należy zrobić to wcześniej i poinformować obsługę naszych linii. Jednocześnie trzeba pamiętać o przysługujących nam prawach – podkreślił Komaracki.
Według najnowszych opublikowanych danych w tym roku globalny rynek wosków z parafiny będzie wart ponad 5 mld dolarów, szacuje Research&Market. Ta sama firma analityczna ocenia, że do 2025 roku branża urośnie o prawie 2,27 mld dolarów. Polska to ciągle rozwijający się rynek dla tych produktów o wartości około 170 mln dolarów. Rozwijający się przemysł opakowaniowy, nowoczesne rolnictwo, produkcja drzewna oraz branże wykorzystujące nowoczesne woski np. odlewnicze mogą w najbliższej przyszłości przynieść 4 proc. wzrosty sprzedaży rok do roku. To z myślą o tym wzroście Polwax realizuje swoją kluczową inwestycję w Czechowicach-Dziedzicach.
Jacek Budzowski, dyrektor handlowy spółki POLWAX SA
– Jesteśmy w szczególnym momencie rozwoju polskiego rynku parafinowego, który choćby z racji rozłożenia popytu między masami zniczowymi a parafinami przemysłowymi rządzi się zupełnie innymi prawami niż rozwinięte rynki państw UE – podkreśla Jacek Budzowski, dyrektor handlowy spółki POLWAX SA. – Następuje wyraźne przesilenie, kiedy popyt i podaż w różnych obszarach rynkowych ulega istotnym fluktuacją, które są ewidentnie reakcją na poszukiwania nowych produktów i rozwiązań dla posiadanych technologii. Niestety to sprawia, że rynek zachowuje się bardzo niestabilnie. Z drugiej jednak strony nie ma ucieczki przed nowoczesnymi rozwiązaniami przed coraz powszechniejszym wykorzystywaniu wysoko przetworzonych produktów parafinowych – zapewnia Jacek Budzowski.
Patrząc na rynek produktów parafinowych należy zgodzić się z ogólnymi szacunkami oraz prognozami wzrostów wartości rynku przedstawionymi przez Research&Market. To wynika przede wszystkim z uwarunkowań produkcyjnych wśród producentów gaczy parafinowych utrzymujące się zapotrzebowanie w kontekście słabnącej podaży wpłynie na wzrosty cen. Dziś wiemy już też, że dla wielu zastosowań przemysłowych nie ma substytutów opartych o inne produkty. Również sięganie po produkty z recyklingu nie zawsze w dłuższej perspektywie użytkowania daje oczekiwane parametry jakościowe i technologiczne.
Skok sprzedaży dopiero przed nami
Dominik Tomczyk – Prezes Zarządu Polwax S. A.
Eksperci szacują, że wartość polskiego rynku parafiny w ubiegłym roku wynosiła 170 mln dolarów. To i dużo i mało. Z jednej strony w porównaniu z 2005 rokiem – wartość rynku wzrosła dwukrotnie. Z drugiej to nadal zaledwie niecałe 3,5 wartości rynku globalnego. – Zmiany następują – zdecydowanie stwierdził Dominik Tomczyk, prezes zarządu Polwax SA. – Oczywiście i wielokrotnie na to wskazuję, przemysł chemiczny nie lubi pośpiechu. Każdy produkt, ba każda zmiana technologiczna wymaga ostrożności i rozlicznych badań, – które poprzedzają wdrożenia tego, czy innego rozwiązania. Bo u nas nie ma chodzenia na skróty – co nagle, to niebezpiecznie -, a na to nikt sobie nie może pozwolić – dodaje prezes Tomczyk.
Można wymienić kilka głównych czynników, które wpłynęły na szacunki wartości rynku przedstawione przez Research&Market. Po pierwsze wzrost cen gaczy parafinowych, wzrost poziomu importu zarówno z kierunków wschodnich, który uzupełnienia import z rafinerii zachodnich, zmiany parytetów walutowych EUR/USD, czy też stopniowy rozwój polskiego przemysłu.
– Jedno nie ulega wątpliwości zmiana będzie oznaczała globalny spadek zużycia niskoprzetworzonych produktów parafinowych, gdzie najważniejsza była wielkość sprzedaży, na rzecz nisko tonażowej, specjalistycznej i wysokomarżowej produkcji. Analizując sygnały rynkowe i zachowanie najważniejszych spośród naszych partnerów – zakładamy, że punkt zwrotny nastąpi około roku 2020, czyli w momencie, kiedy nasza instalacja osiągnie pełne zdolności produkcyjne – wskazuje D. Tomczyk.
Polwax widząc ewolucje rynkowe świadomie dokonuje zmian w portfolio asortymentowym coraz bardziej kładąc nacisk na rozwój produktów dedykowanych do przemysłu. Budowana w Czechowicach-Dziedzicach instalacja odolejania gaczy parafinowych – zapewni Spółce niezbędną elastyczność produkcyjną.
– Stawiamy na przemysł. Analiza zapotrzebowania rynkowego jasno pokazuje gdzie powinniśmy inwestować środki i wysiłki rozwojowe – przemysł gumowy, w tym oponiarski (mocno uzależniony od światowej koniunktury gospodarczej, ale ciągle rozwojowy), krajowy przemysł nawozowy rozwijający eksport, który wymaga zabezpieczenia wyrobów przed zbrylaniem. Dodatkowo utrzymujący się popyt na antykorozanty – podsumowuje Jacek Budzowski.
Zamiast podsumowania
Historycznie, rynek parafinowy najczęściej kojarzony jest z produkcją świec, w Polsce także zniczy. Należy jednak podkreślić, że historyczna już dominacja świecowo-zniczowa coraz bardziej się kurczy, a wzrost sprzedaży produktów parafinowych związany będzie ze znaczącym wzrostem przemysłowych wosków parafinowych.
Jacek Stelmach, wiceprezes zarządu Polwax SA
– Podstawowym surowcem takich wosków jest uboczny produkt (gacz parafinowy) powstający w rafineriach produkujących mineralne oleje bazowe, (jako efekt odparafinowania tychże olejów). Proces taki ma miejsce tylko na blokach olejowych tzw. grupy I, produkujących oleje mineralne. Istniejący w ostatnim czasie – i nie do końca uzasadniony – trend zastępowania olejów mineralnych olejami półsyntetycznymi lub syntetycznymi spowodował zamknięcie szeregu bloków olejowych grupy I bądź ich modernizację, czego efektem był spadek podaży gaczy parafinowych. Tendencja ta została zahamowana, okazało się, że w wielu aplikacjach przemysłowych olejów mineralnych nie można zastąpić syntetykami. Jednakże mając na uwadze prognozowany wzrost popytu na produkty parafinowe, można spodziewać się niedoboru po stronie surowcowej. I o ile produkując znicze, łatwiej zastąpić parafinę zniczową tłuszczem zwierzęcym lub roślinnym, to w wielu zastosowaniach przemysłowych jest to bardzo trudne lub niemożliwe. Oczywiście można próbować zwiększyć produkcję parafin syntetycznych, barierą jest tu jednak z jednej strony dość ich wysoka cena, z drugiej zaś, podobnie jak w olejach bazowych – produkt syntetyczny nie w pełni zastąpi produkt naturalny, mineralny – analizuje rynek Jacek Stelmach, wiceprezes zarządu Polwax SA. – Zidentyfikowaliśmy zagrożenie surowcowe. Najważniejsze nasze działania, wpisane w strategię rozwoju to poszukiwanie kolejnych dostawców gaczy parafinowych i związanie ich umowami, z drugiej zaś – skok technologiczny. Gdy chodzi o zapewnienie wsadu surowcowego dla naszych wszystkich instalacji, w tym dla nowobudowanej – możemy powiedzieć, że wszystkie rozmowy przebiegają zgodnie z planem i cały proces zaopatrzenia jest cały czas pod kontrolą. Polwax podjął bardzo duży wysiłek w budowę instalacji odolejania rozpuszczalnikowego. Instalacja ta pozwoli na przetwarzanie znacznie szerszej gamy gaczy parafinowych, a więc zwiększy naszą elastyczność surowcową. Ponadto produkty pochodzące z tej instalacji, a będzie to jedyna taka instalacja w Polsce, planujemy lokować w sektorach przemysłowych, bardziej wymagających, ale dających wyższe marże i spłaszczających występującą w naszej działalności sezonowość – zapewnia prezes Stelmach.
Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska
20 lat temu, w 1998 roku w Poznaniu powstało pierwsze kino wielosalowe. Od tego czasu rynek kinowy w Polsce nieprzerwanie dynamicznie się rozwija – w 2017 średni wzrost sprzedanych biletów rok do roku wyniósł 8,7%, co oznacza, że w ubiegłym roku kina odwiedziło 56,6 mln widzów. Obecnie funkcjonuje już ponad 1300 sal w blisko 500 kinach w całym kraju. Kina wielosalowe (z dwoma lub więcej salami) ilościowo stanowią jedynie około 25% wszystkich kin w Polsce, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę ekranów, udział ten wzrasta do 75% większość z nich (80%) zlokalizowana jest w centrach handlowych. Mimo tak dynamicznego rozwoju, porównując nasycenie polskiego rynku do krajów Europy Zachodniej, widać wyraźnie, że istnieje jeszcze duży potencjał do rozwoju tego segmentu w Polsce.
Ręka w rękę z centrami handlowymi
Potencjał polskiego rynku widać przy porównaniu liczby ekranów na 1 mln mieszkańców. Według danych International Union of Cinemas z 2017 roku, Polska z wynikiem wynoszącym niecałe 40 ekranów na 1 mln mieszkańców wyprzedzała tylko 8 krajów (Łotwa, Turcja, Rosja, Bułgaria, Litwa, Węgry, Rumunia oraz Bośnia i Hercegowina) spośród 30 europejskich państw poddanych analizie. Zdecydowanymi liderami w tym zestawieniu są m.in. Irlandia, Francja, Czechy, Norwegia i Szwecja, gdzie wskaźnik ten jest ponad dwa razy korzystniejszy. Warto zauważyć, że rozwój segmentu nowoczesnych obiektów kinowych w Polsce jest silnie powiązany z dynamiką rozwoju wielkopowierzchniowych centrów handlowych, a w przypadku najnowocześniejszych obiektów, udział najemców z sektora rozrywkowego i gastronomicznego sięga już nawet 20% powierzchni.
Czterech do gry w kino
Rynek mini- i multipleksów w Polsce jest skonsolidowany w rękach czterech wiodących operatorów posiadających łącznie ponad 90% udziału w rynku.
Rozwój operatorów kinowych postępuje wraz z rozwojem nowoczesnych formatów handlowych. Po 1998 roku, w ciągu 4 pierwszych lat segment kin wielosalowych rozwijał się tylko w największych aglomeracjach. W miastach poniżej 400 tys. mieszkańców nowe sale kinowe zaczęły pojawiać się dopiero od 2002 roku. A od 2011 roku uwagę operatorów przyciągnęły jeszcze mniejsze rynki, czyli miasta poniżej 100 tys. mieszkańców. Mniejszy rynek wymusza odpowiednie dostosowanie rozmiaru kina – przeważają tu obiekty 2-4 salowe, a dominujący na tych rynkach operatorzy to Helios (35% udziału w rynku wg liczby obiektów i 25% udziału wg liczby ekranów) i Cinema 3D (odpowiednio 9% i 5%). Cinema City (27% i 39%) i Multikino (25% i 27%) preferują większe ośrodki miejskie, w których otwierają nawet 8-12 salowe kina.
Wyzwania i zagrożenia
Według badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach na reprezentatywnej próbie 2048 Polaków uczęszczających do kina, ponad połowa badanych korzysta z tej formy rozrywki raz w miesiącu i częściej. Z badań wynika również, że kina najczęściej odwiedzane są przez osoby młode.
Przeciętna odwiedzalność kin na mieszkańca Europy Zachodniej jest ustabilizowana na poziomie 1,9, w Polsce póki co jest to tylko 1,5 wizyty w roku, ale wartość ta szybko rośnie.
Podczas gdy średnie tempo sprzedaży biletów w Europie wynosi 2% r/r, to w Polsce w ubiegłym roku było to aż 8,7%. Co istotne, wprowadzone ograniczenie handlu w niedzielę, nie powinno mieć negatywnego wpływu na dalszy rozwój segmentu kin. Kina, nawet te w zamkniętych w niedziele galeriach, pozostaną otwarte. Dodatkowo, duże znaczenie ma również fakt, że na seans chętniej wybieramy się w piątek i sobotę niż w niedzielę.
Konkurencyjne dla tradycyjnej branży kinowej są z pewnością media strumieniowe czy wideo na życzenie (VoD). Na polskim rynku jest kilka serwisów tego typu, a najbardziej popularne to Showmax, HBO GO i Netflix, który działa już niemal na całym świecie (z wyjątkiem Chin, Korei i Syrii). Niezależnie jednak od rozwoju tego typu usług, kino zawsze pozostanie jedną z ulubionych form spędzania wolnego czasu.
Ubiegły tydzień obfitował w istotne wydarzenia przyciągające uwagę mediów i inwestorów z całego świata. Najpilniej śledzone były relacje z piątkowego szczytu przywódców obu Korei, którzy zasygnalizowali chęć poprawy obustronnych relacji i formalnego zakończenia kilkudziesięcioletniej wojny, co dobrze rokuje przed zbliżającym się spotkaniem D. Trumpa z Kim Dzong Unem.
Niemniej istotne wydarzenia miały jednak miejsce w Europie oraz Ameryce. W środku tygodnia uwagę inwestorów przykuwały amerykańskie obligacje skarbowe, których rentowność dla 10-letniego benchmarku testowała (jak się potem okazało bez skutku) symboliczny poziom 3%, najwyższy od przełomu 2013 i 2014 roku. W czwartek natomiast odbyło się posiedzenie EBC, na którym wprawdzie nie zapadły żadne istotne decyzje, ale wydźwięk komunikatu i późniejszej konferencji M. Draghiego należy uznać za bardzo ostrożny a nawet dość gołębi. Ekspansywna polityka pieniężna EBC, w połączeniu z dobrymi piątkowymi danymi o PKB w Stanach Zjednoczonych, przyczyniła się do wyraźnego umocnienia dolara. Na głównych światowych giełdach nastroje były mieszane – amerykańskie indeksy symbolicznie traciły (S&P -0,01%), natomiast zachodnioeuropejskie giełdy odnotowały wzrosty (DAX +0,32%, CAC40 +1,30%, FTSE +1,82%).
Bieżący tydzień zapowiada się dość spokojnie, czemu sprzyja relatywnie pusty, świąteczny kalendarz. Wydarzeniem tygodnia będą piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy, natomiast środowe posiedzenie FOMC raczej nie przyniesie żadnych zmian w komunikacji i tym samym nie wywoła gwałtownych reakcji rynku. W Polsce najciekawiej powinno być w środę rano, gdy poznamy indeks PMI oraz wstępne dane o inflacji za kwiecień. Zwłaszcza ten ostatni odczyt będzie pilnie śledzony przez rynek po tym, jak w ostatnich 2 miesiącach wypadł wyraźnie poniżej oczekiwań.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA
Złoty ma za sobą słaby tydzień. W ostatnich dniach EURPLN przetestował 4,24 po tym jak w połowie kwietnia wybronił wsparcie na 4,15. Piątek zakończył zaś w okolicach 4,21. Brak perspektyw w kwestii zmiany stóp w Polsce, powoduje, że PLN reaguje przede wszystkim na zachowanie rynku głównej pary walutowej. Tam zaś, po teście 1,24 kurs EURUSD systematycznie spada, kończąc ub. tydzień na ok. 1,21.
Do skracania krótkich pozycji w USD zachęcał wzrost oczekiwań inflacyjnych w USA nasilanych wysokimi cenami ropy naftowej (notowania 5-letniego inflacyjnego swapa dolarowego – rynkowej miary oczekiwań inflacyjnych – powróciły w okolice tegorocznych szczytów). Dolara dodatkowo wspierały też lepsze od oczekiwanych dane z USA, które wyraźnie kontrastowały z wynikami osiąganymi przez gospodarkę strefy euro. Pokazane w raportach spowolnienie momentu w strefie euro dało komfort EBC w podtrzymaniu gołębich poglądów. Bank zachował stopy procentowe bez zmian i potwierdził utrzymanie programu QE do końca września br. lub do momentu aż zauważy trwałe dostosowanie ścieżki inflacji. Podtrzymany został też zamiar utrzymania stóp na obecnych poziomach poza horyzont programu skupu obligacji.
Podczas konferencji prasowej, prezes Draghi unikał wyjaśnień dot. szczegółów wychodzenia z programu skupu aktywów twierdząc, że Rada Prezesów EBC nie dyskutowała o zagadnieniach polityki monetarnej. Podkreślił, że kluczowa dla oceny jest większa jasność, co do sytuacji gospodarczej i dokładniejsze zrozumienie czynników wpływających na spowolnienie aktywności gospodarczej z początkiem 2018r. Polityka EBC coraz bardziej kontrastuje z działaniami Fed-u. Wypowiedzi dot. wzrostu gospodarczego oraz podkreślana kwestia koniecznego podtrzymania luźnej polityki pieniężnej wskazywać mogą na ostrożność EBC w formułowaniu jastrzębich oczekiwań. 2 maja posiedzenie odbędzie Fed. W świetle ostatnich doniesień gospodarczych można po nim oczekiwać ogólnie jastrzębiego wydźwięku wspierającego dolara.
Wybicie EURUSD dołem z przedziału 1,215-1,255 utrzymywanego od połowy styczna br. technicznie otworzyło drogę do niższych poziomów pary, czyli do tegorocznych minimów w okolicach 1,195. Na silne spadki EURUSD może jednak nie pozwolić lekko ograniczony sentyment wobec dolara, z uwagi na niepewności w kwestii napięć handlowych na linii USA-Chiny oraz dość nieprzewidywalnych działań D. Trump’a, których rynki już doświadczyły. Wydaje się, że nawet jeśli EURUSD udałoby się spaść poniżej 1,20 na rynku może pojawiać się pokusa realizacji zysków przed mocniejszym ruchem. Niemniej oczekiwany silniejszy dolar wraz z nadal wysoce łagodną RPP, której gołębie nastawienie w polityce umacniają publikowane dane (wskazujące na brak presji cenowej), będą trzymać złotego pod presją w kolejnych okresach roku.
Boom na rynku aplikacji w chmurze i rozwiązań typu IaaS (Infrastructure as a Service) dał poszczególnym pionom firm możliwość pozyskiwania istotnego dla ich działalności oprogramowania, co w coraz większym stopniu prowadzi do pomijania działów IT w procesie definiowania, zakupu i zarządzania inicjatywami w obszarze IT. Badanie wykazało, że zmiany w dziedzinie zakupu i użycia produktów IT oznaczają pogłębienie rozdziału IT od pionów zajmujących się kluczową działalnością przedsiębiorstw.
Obawy związane z kontrolą nad zakupem produktów informatycznych
24% respondentów deklaruje, że przynajmniej połowa wydatków na cele technologiczne w ich firmach podlega kontroli poszczególnych pionów, nie zaś zespołu IT. Co więcej, 19% twierdzi, że dział IT w ich organizacji ma coraz mniej kontroli nad tego rodzaju wydatkami.
Badanie wykazało skalę obaw kierowników działów IT w związku z faktem, że coraz większy wpływ na zarządzanie wydatkami na cele związane z technologiami mają poszczególne piony ich organizacji.
90% z nich wyraża obawę, że w efekcie przygotowanie audytu jest procesem bardziej czasochłonnym i skomplikowanym.
83% uczestników badania obawia się, że wydatki na usługi w chmurze mogą wzrastać w sposób niekontrolowany.
70% wyraża zaniepokojenie rosnącym ryzykiem związanym z bezpieczeństwem danych.
60% wyraża zaniepokojenie lub poważną obawę w związku z zagrożeniem niezgodności repozytoriów informatycznych z umowami licencyjnymi.
4% obawia się utraty kontroli i wpływu na wydatki na cele technologiczne.
42% skarży się na brak wglądu w wydatki na cele technologiczne.
29% uważa, że ich kontrola nad kosztami rozwiązań IT w firmie jest coraz mniejsza.
Działy IT mają możliwość działania w sposób bardziej innowacyjny i strategiczny
Pomimo wyrażanych obaw, 69 procent respondentów postrzega rosnącą kontrolę poszczególnych pionów przedsiębiorstw nad wydatkami na cele związane z technologią jako możliwość lepszego współdziałania z nimi i zapewnienia ich działaniom lepszego wsparcia.
65 procent respondentów uważa, że zaangażowanie poszczególnych działów firm nie wpłynie negatywnie na zwinność i innowacyjność ich działania.
49 przewiduje, że rosnący wpływ działów przedsiębiorstw na wydatki na cele związane z IT stworzy możliwość ich osobistego zaangażowania w bardziej strategiczne inicjatywy.
30 procent zgłasza, że opisane zmiany sprawiły, że łatwiej jest skierować uwagę zarządów przedsiębiorstw na kwestie związane z cyfrową transformacją oraz że wpływają one na lepsze zrozumienie tych kwestii przez osoby decyzyjne.
„Nie ma wątpliwości co do tego, że w obliczu zmieniających się modeli realizacji zakupów produktów technologicznych wielu szefów działów IT zmaga się z problemem rozdźwięku pomiędzy pionami odpowiedzialnymi za kluczową działalność firm i zespołami IT, określanego jako Disruption Gap. Niemniej, osoby zarządzające działami IT nie muszą się obawiać tych zmian. Przedstawione badanie pokazuje, że perspektywicznie myślący szefowie IT przystosowują się do zmian, stając się cenionymi doradcami dla innych działów,” – mówi Axel Kling, Dyrektor Generalny firmy Snow Software.
„Coraz częściej oczekuje się, że kierownik działu IT nie tylko określi zakres indywidualnych projektów i będzie nimi zarządzał, ale też, że zapewni dyrektorowi finansowemu i zarządowi wgląd w wydatki na produkty technologiczne, skumulowane plany tych wydatków dla całej organizacji (niezależnie od tego kto jest właścicielem danego projektu), oraz gwarancję mądrego rozporządzania funduszami. Nie da się tego osiągnąć bez właściwego rozwiązania. Realizacja tych zadań jest niemożliwa bez wiedzy na temat skali użycia technologii, co oznacza konieczność implementacji dojrzałych procesów i analiz mających przełożenie na praktyczne rozwiązania.” – wyjaśnia Axel Kling.
Metodologia
Snow Software zlecił firmie IDG realizację wywiadów ze 100 dyrektorami ds. Informatyki i liderami IT z firm zatrudniających ponad 500 pracowników, aby przeanalizować „Disruption Gap” między wydatkami na technologie przez działy biznesowe firm a obawami ze strony centralnego zespołu IT, aby nie duplikować kosztów i kontrolować wydatki. Badanie przeprowadzono na przełomie 2017 i 2018 roku.
Inwestor zobowiązany jest dokonać odbioru robót budowlanych, jeżeli wykonawca zgłosił ich zakończenie – mówi o tym wyrok Sądu Najwyższego z dnia 5 marca 1997 r.
Ewentualne usterki i wady powinny zostać szczegółowo opisane w protokole odbioru, dzięki czemu inwestor będzie mógł skorzystać z uprawnień z tytułu rękojmi.
Możliwość odmowy odbioru obiektu istnieje tylko wtedy, gdy jest on niezgodny z projektem i zasadami wiedzy technicznej lub jego wady są na tyle istotne, że nie nadaje się do użytkowania.
Odbiór robót budowlanych ma bardzo istotne znaczenie zarówno dla inwestora, jak i wykonawcy. Stanowi bowiem potwierdzenie wykonania zlecenia i zobowiązuje inwestora do zapłaty wynagrodzenia wykonawcy. Z drugiej strony, od tej chwili inwestor może domagać się usunięcia wad, dzięki uprawnieniom z tytułu rękojmi. Problemem w tej sytuacji jest często kwestia obowiązku odbioru robót budowlanych przez inwestora pomimo występujących w obiekcie usterek.
Prawo nakłada na inwestora obowiązek odbioru robót
Zgodnie z art. 647 Kodeksu cywilnego przez umowę o roboty budowlane wykonawca zobowiązuje się do oddania przewidzianego w umowie obiektu, wykonanego zgodnie z projektem i z zasadami wiedzy technicznej, a inwestor zobowiązuje się do dokonania wymaganych przez właściwe przepisy czynności związanych z przygotowaniem robót, w szczególności do przekazania terenu budowy i dostarczenia projektu, oraz do odebrania obiektu i zapłaty umówionego wynagrodzenia. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 5 marca 1997 roku (II CKN 28/97) orzekł, że jeżeli wykonawca zgłosił zakończenie robót budowlanych, inwestor obowiązany jest dokonać ich odbioru niezależnie od tego, czy wady obiektu są istotne, czy też nieistotne, uniezależniając tym samym obowiązek inwestora od charakteru ujawnionych wad.
– W szczególnych przypadkach inwestor może jednak odmówić odbioru robót budowlanych. Jest to możliwe, gdy ukończony przez wykonawcę obiekt jest niezgodny z projektem i zasadami wiedzy technicznej lub jego wady są na tyle istotne, że nie nadaje się do użytkowania. Potwierdza to m.in. wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 28 stycznia 2014 r. Pozostałe wady lub usterki uznawane są za nieistotne przy odbiorze robót, jednak oznaczają nienależyte wykonanie zlecenia, w związku z czym inwestor może domagać się ich usunięcia w określonym terminie lub ustalenia niższego wynagrodzenia dla wykonawcy – mówi Jacek Kosiński z kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni.
Kluczową rolę odgrywa protokół odbioru
Pokwitowaniem współpracy między wykonawcą a inwestorem jest protokół sporządzony w trakcie odbioru prac. Prawo nie ustala, jak dokładnie powinien wyglądać dokument i co powinien zawierać. Inwestor powinien dopilnować, aby zostały w nim spisane wszelkie wady i usterki oraz terminy ich usunięcia. W protokole może też znaleźć się oświadczenie inwestora o wyborze innego uprawnienia przysługującego mu z tytułu odpowiedzialności wykonawcy za wady ujawnione przy odbiorze, może nim być np. obniżenie wynagrodzenia dla wykonawcy. W przypadku robót budowlanych również obowiązuje prawo rękojmi. Zgodnie z art. 637 Kodeksu cywilnego, jeżeli dzieło ma wady, zamawiający może żądać ich usunięcia, wyznaczając w tym celu przyjmującemu zamówienie odpowiedni termin. Zamawiający może również żądać obniżenia wynagrodzenia w odpowiednim stosunku. To samo dotyczy wypadku, gdy przyjmujący zamówienie nie usunął wad w terminie wyznaczonym przez zamawiającego.
Wbrew obiegowej opinii, prowadzenie lokalu gastronomicznego do najłatwiejszych zadań nie należy. Właściciel kawiarni, restauracji czy innego typu lokalu małej gastronomii musi wykazać się wiedzą nie tylko z zakresu kulinariów i skutecznego marketingu, ale również znajomością prawa – zwłaszcza tego dotyczącego zatrudniania pracowników, wymogów technicznych lokalu oraz norm sanitarnych.
Wymogi dotyczące warunków technicznych restauracji
Jeśli chodzi o stan pomieszczeń w restauracji, to w dużej mierze normy prawne zależne są od specyfiki lokalu i jego wielkości. Niemniej jednak jest kilka zasad, do których muszą zastosować się wszyscy właściciele. Przede wszystkim każde pomieszczenie w restauracji musi być wentylowane. Co więcej, niezbędne jest wydzielenie miejsca na odpady. Sam lokal powinien znajdować się co najmniej 15 m od miejsc, w których gromadzone są nieczystości i usytuowane są inne pomieszczenia gospodarcze. Lokal w którym funkcjonować będzie restauracja, musi posiadać taki rozkład pomieszczeń, aby dostawy produktów mogły odbywać się osobnym wejściem (potrzebna będzie też w pobliżu droga, która umożliwi pojazdom kołowym odpowiednie poruszanie się). W pomieszczeniach pracy stałej (tam gdzie pracownicy spędzają minimum 4 godziny) temperatura powinna wynosić minimum 14°C.
Wymogi dotyczące personelu restauracji
Tak jak w przypadku wszystkich pracodawców, tak i właściciel restauracji musi stosować się do przepisów zgodnych z Kodeksem Pracy. W związku z tym każdy zatrudniony w lokalu gastronomicznym pracownik powinien przejść kompleksowe badania lekarskie, na podstawie których lekarz z zakresu medycyny pracy oceni jego zdolność do wykonywania pracy na określonym stanowisku. Przed pierwszym dniem roboczym personel musi również przejść wstępne szkolenie dotyczące czynności wykonywanych na określonym stanowisku oraz bezpieczeństwa i higieny pracy. Należy również zadbać o pomieszczenia, w których pracownicy będą pracować. Na pewno trzeba uwzględnić oświetlenie naturalne i sztuczne oraz odpowiednią wentylację powietrza, która zapobiegnie szkodliwemu wpływowi wilgoci na zdrowie.
Wymogi dotyczące norm sanitarnych w restauracji
Normy sanitarne w lokalach gastronomicznych dotyczą nie tylko stanu pomieszczeń oraz zdrowia pracowników, ale również warunków przechowywania, produkowania i sprzedaży żywności. Do obowiązków pracodawcy należy pokrycie kosztów związanych z badaniami personelu do książeczek sanepidowskich oraz regularne badanie wody, wywóz śmieci i zabezpieczenie lokalu przed szkodnikami. Jeśli chodzi o urządzenia i akcesoria kuchenne to powinny posiadać one atest Państwowego Zakładu Higien oraz być przeznaczane do konkretnego typu żywności. Każda restauracja musi być wyposażona w sprzęty do obróbki cieplnej, z kolei lodówki i wszelkie lady na sałatki powinny mieć termometr, który pozwoli kontrolować poziom temperatury. A co z odzieżą roboczą? Pracownicy mają obowiązek nosić specjalną odzież wierzchnią, np. fartuchy (przydadzą się również dodatkowe szafki na jej przechowywanie). Szczególną uwagą należy otoczyć personel kuchni, który oprócz odzieży wierzchniej powinien używać rękawiczek i ochronnych czepków.
Poprzedni tydzień został zdominowany przez amerykański rynek długu. Rosnące rentowności doprowadziły do odwrotu między innymi od złotego. Draghi “dobił” euro, a brytyjska gospodarka funta. Frank po dotarciu “do celu” wszedł w konsolidację.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 23.04.2018-30.04.2018
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,1653
3,4743
3,3880
4,7450
Maksimum
4,2387
3,5400
3,5060
4,8700
USDPLN
Dolar po tym, jak w połowie kwietnia doszedł do poziomu 3,34 zł, czyli najniższego od przeszło dwóch miesięcy, rozpoczął rajd w górę. Od tego czasu podrożał o ponad 15 groszy, czym definitywnie zakończył trend spadkowy, w którym trwał od początku poprzedniego roku. Przyczyny tak gwałtownego umocnienia się dolara należy upatrywać w rosnących rentowności amerykańskich obligacji. W zeszłym tygodniu te 10-letnie przekroczyły 3%, co stanowi ważny psychologiczny poziom. W piątek udało się je sprowadzić poniżej tej bariery, jednak wiele wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec. Jak do tej pory dolar dotarł do 3,50 zł, po czym przynajmniej na chwilę się zatrzymał. Poziom ten w zeszłym roku dwukrotnie skutecznie zadziałał jako wsparcie, dlatego nie dziwne, że jako opór może zareagować podobnie. Warto zauważyć, że pokonanie tej bariery otworzy drogę aż do 3,70 zł.
EURPLN
Odwrót od złotego widać także na parze z euro. Ten ruch z oczywistych względów nie jest już aż tak spektakularny, jak w przypadku dolara. Nie bez znaczenia pozostaje też sytuacja na głównej parze walutowej świata, gdzie dolar skutecznie pokonał wsparcie na poziomie 1,22$, a obecny układ sugeruje bliski atak na 1,20$. Ta sytuacja ciąży wspólnej walucie. Nie pomógł jej także Draghi, który przy okazji ogłoszenia decyzji na temat stóp procentowych (status quo) podniósł kwestie możliwego spowolnienia we wspólnej gospodarce. Inwestorzy odczytali to jako próbę szukania alibi dla kolejnego opóźnienia w zacieśnianiu polityki monetarnej. Na kanwie osłabienia złotego, euro dotarło do ważnego oporu przy 4,24 zł. Tam powstała mała formacja głowy z ramionami, która już została zrealizowana, co spowodowało cofnięcie się kursu do 4,20 zł. Obie waluty pozostają pod presją sprzedażową, jednak to złoty jest bardziej czuły na takie impulsy, dlatego w najbliżej przyszłości bardziej prawdopodobny wydaje się ruch w górę i kolejna próba pokonania obecnego oporu.
GBPPLN
Funt jest kolejną walutą targaną własnymi problemami, dlatego osłabienie złotego jest niwelowane deprecjacją funta. W szerszym ujęciu kurs GBPPLN ma tendencję do trzymania się w określonym kanale, z którego czasem próbuje się wybić. Obecnie kurs oscyluje między 4,78 zł a 4,85 zł. W ostatnim czasie ten przedział okazuje się jednak zbyt ciasny. Najpierw w połowie miesiąca mocny złoty sprowadził kurs poniżej 4,74 zł, by później przez zamieszanie wprowadzone amerykańskim długiem funt podrożał do 4,87 zł. Koniec zeszłego tygodnia to jednak zaskakująco słaby odczyt dotyczący dynamiki PKB, przez co brytyjska waluta znów mocno się osłabiła. Dzisiaj powoli wraca do wcześniej wyrysowanego kanału, ale widać, że na tej parze ewidentnie brakuje stabilizacji.
CHFPLN
Frank ostatnio oddał palmę pierwszeństwa dolarowi, kończąc swój imponujący bieg w kierunku 1,20 na parze EURCHF. Od połowy kwietnia obserwujemy stabilizację na franku, który prawdopodobnie znalazł już swój nowy kurs równowagi. Szwajcarska waluta wyraźnie zakotwiczyła trochę poniżej wyżej wspomnianego poziomu. Względem złotego oznacza to stabilizację kursu CHFPLN trochę powyżej 3,50, jednak należy pamiętać, że teraz prawdopodobnym scenariusze jest zwiększenie korelacji między kursem franka a euro, co może oznaczać trochę wyższy koszt zakupu helweckiej waluty.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Ze względu na duże obciążenia podatkowe coraz więcej znanych ludzi, m.in. polityków, sportowców i biznesmenów, przenosi swoje centra biznesowe do atrakcyjnych jurysdykcji podatkowych. Na taki krok zdecydował się także Lewis Hamilton, przez co został wrzucony przez media do jednego worka z bohaterami afery Paradise Papers. Sęk w tym, że struktury prawne, z których Hamilton skorzystał na Wyspie Man, nie są nielegalne.
Lewis Hamilton to brytyjski kierowca wyścigowy, czterokrotny mistrz świata Formuły 1 i jednocześnie jeden z najlepiej zarabiających na świecie sportowców. Jest też właścicielem odrzutowca Bombardier Challenger 605. Dlaczego w takim razie rozpisywały się o nim także portale gospodarcze? Czempion ma problemy podatkowe i stał się niechlubnym bohaterem ostatniej afery Paradise Papers, rozdmuchanej przez prasę, a często nierozumianej przez samych dziennikarzy.
Wyciek wielu dokumentów z Paradise Papers, dotyczących oferowania usług finansowych w przyjaznych podatkowo krajach, został opisany przez redakcję niemieckiego Süddeutsche Zeitung, za którą podążyły inne tytuły. To nie pierwszy tego typu przeciek. W ubiegłym roku ta sama gazeta opisała sprawę „kwitów z Panamy”, najgłośniejszego dotąd wycieku poufnych informacji. Wówczas bohaterami afer podatkowych byli światowi przywódcy oraz osoby objęte sankcjami międzynarodowymi, ukrywające swoje majątki za pomocą zagranicznych struktur organizacyjnych. Zostały wtedy wykryte także inne nieprawidłowości, takie jak handel narkotykami i korupcja. Czym się jednak różni najnowszy wyciek dokumentów Paradise Papers od poprzedniego? Opisywane w prasie schematy podatkowe tym razem nie są… nielegalne!
Wszystko zaczęło się w 2013 r., kiedy Hamilton zapragnął latać biznesowym odrzutowcem Bombardier Challenger 605. Sprowadził wtedy z Kanady do swojej rodzimej Anglii jeden z modeli tego samolotu, wart ponad 16 mln funtów. Każdy prywatny odrzutowiec zakupiony poza Unią Europejską podlega 20-procentowemu podatkowi VAT, który trzeba zapłacić, aby móc swobodnie poruszać się tym samolotem po całym kontynencie. Lewis Hamilton otrzymał zwrot podatku VAT w wysokości ponad 3 mln funtów, którą to kwotę odliczył sobie z zakupu prywatnego odrzutowca. Jak to możliwe?
Dzięki wykorzystaniu wehikułu korporacyjnego na Wyspie Man, leżącej pomiędzy Irlandią a Wielką Brytanią. Hamilton, zanim sprowadził samolot do ojczyzny, założył firmę leasingową na Wyspie Man, a następnie wynajmował samolot sobie samemu. Jednakże zgodnie z ustawodawstwem brytyjskim i unijnym, mistrz świata byłby uprawniony do zwrotu podatku VAT od zakupu odrzutowca jedynie pod warunkiem, że samolot byłby wykorzystywany wyłącznie do celów biznesowych. A dokumenty pochodzące z wycieku danych sugerują, że około jedna trzecia lotów Hamiltona to były wyjazdy prywatne. Gdyby nie to, zastosowana konstrukcja nie byłaby nielegalna.
Sam mistrz miał skomentować, że płaci podatki w wielu państwach. „Wnoszę wkład w rozwój kraju i nie tylko, pomagam utrzymać zespół zatrudniający ponad 1 tys. osób. Jestem częścią znacznie większego obrazu” – dodał Hamilton. Niewiele osób wie, że Hamilton najpierw przeniósł swoją rezydencję podatkową do Szwajcarii, a później do Monako.
Medialny szum wokół wycieku sprawił, że rząd Wyspy Man zaprosił brytyjskiego ministra finansów do przeprowadzenia oceny postępowania tamtejszych władz w zakresie importowanych odrzutowców biznesowych na terytorium UE, ze szczególnym uwzględnieniem podatku VAT w umowach leasingu samolotów. Brytyjski fiskus przejrzy zatem ponad 200 decyzji o zwrocie podatku, wydanych prywatnym właścicielom samolotów od 2011 r., opiewających na kwotę 1 mld dolarów.
Wiadomo także, że od 2011 r. Wyspa Man zgłosiła zastrzeżenia w 30 deklaracjach podatkowych z powodu niewystarczającego zadeklarowanego lub zawyżonego podatku VAT wobec przedsiębiorstw z sektora leasingu samolotów, chroniąc ok. 4,7 mln funtów podatku VAT. Kierując się obowiązkiem dochowania poufności, rząd wyspy nie zdecydował się na ujawnienie dalszych informacji opinii publicznej na temat podatników.
Dlaczego mistrz Formuły 1 wybrał akurat Wyspę Man? To niewielkie państwo wypracowało sobie opinię jednego z najlepszych międzynarodowych ośrodków do zarządzania biznesem oraz centrum usług dla firm. A wszystko za sprawą otoczenia podatkowego. W 2006 r. na wyspie został zniesiony podatek dochodowy od osób prawnych, za wyjątkiem podatku od dochodu instytucji finansowych w wysokości 10%. W tym samym roku przeprowadzono także reformę prawa spółek handlowych, która umożliwiła stosowanie wehikułu korporacyjnego, tzw. New Manx Vehicle, czyli elastycznego i optymalnego narzędzia służącego do tworzenia gospodarczych podmiotów prawnych.
Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Amerykanie poinformowali o lepszych od oczekiwań wstępnych danych na temat wzrostu PKB. Dane z Wielkiej Brytanii nie były już jednak tak dobre. Wraz ze wzrostem cen ropy rośnie liczba wież wiertniczych w USA.
Dane z USA
W piątek poznaliśmy wstępne dane na temat wzrostu PKB w USA. Odczyt na poziomie 2,3% był lepszy od oczekiwanych 2%. Nieznacznie w górę poszedł również indeks kosztów zatrudnienia. Zaraz po danych było widać krótkotrwałe umocnienie dolara, po czym inwestorzy zaczęli realizować zyski. Powodem było niemal 2% umocnienie się dolara względem euro od początku tygodnia. Jak na rynki walutowe jest to już duża różnica i nic dziwnego, że wielu inwestorów przewidywało koniec tego ruchu.
Słabsze dane z Wielkiej Brytanii
Piątek był naprawdę słabym dniem dla funta. Powody dla gwałtownego spadku były dwa. Po pierwsze po ostatnich wzrostach funt był najdroższy względem złotego od początku października. Również względem głównych walut był na istotnych maksimach. Po drugie rano poznaliśmy słabsze od oczekiwań dane na temat wzrostu PKB na wyspach. Różnica wyniosła 0,2% ale wystarczyła by rozpoczęły się spadki. Rano za funta płacono ponad 4,86 zł. Wieczorem funt ledwo przekraczał 4,78 zł. Warto zwrócić uwagę, że tego dnia generalnie złoty umacniał się do innych walut, ale tym ruchem można tłumaczyć co najwyżej jedną czwartą tego spadku.
Wzrost liczby odwiertów w USA
O godzinie 19:00 poznaliśmy liczbę wież wiertniczych w USA. Wzrosła ona o kolejne 5 sztuk do 825. Wraz z rosnącą liczbą wież spada cena ropy. Powodem jest strach przed wzrostem produkcji, który z kolei powoduje nadmiar surowca na rynku. Od publikacji tych danych baryłka ropy staniała o dolara ciągnąc za sobą również w dół waluty krajów najsilniej uzależnionych od eksportu czarnego złota.
Dzisiaj dzień wolny w Chinach, Japonii i na Węgrzech, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
14:30 – Kanada – inflacja producencka,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Na fali ostatnich wzrostów dolara, kurs EUR/USD przebił dolną granicę kanału z ostatniego kwartału. Ciężko znaleźć jednoznaczną przyczynę takiego ruchu.
Może się wydawać, iż pozytywne, niespodziewane odczyty drugorzędnych danych ekonomicznych USA wystarczyły, by wystraszyć płochliwe niedźwiedzie i umocnić dolara w stosunku do wszystkich walut G10 oraz głównych walut rynków wschodzących. Lira turecka była jedynym wyjątkiem, kończąc tydzień na szczycie listy po dużej podwyżce stóp procentowych banku centralnego Turcji.
Przyszły tydzień obfitować będzie w bogatą mieszankę wiadomości gospodarczych
i politycznych. Oprócz środowego posiedzenia Rezerwy Federalnej, mamy także spotkania banków centralnych Australii (wtorek) i Norwegii (czwartek). Dwa kluczowe wydarzenia dla danych w tym tygodniu to odczyt inflacji w strefie euro za kwiecień (czwartek) i raport miesięcznych wynagrodzeń w USA (czwartek).
PLN
Polski złoty zakończył ubiegły tydzień znaczącym osłabieniem w relacji do głównych walut. Osłabienie to było kontynuacją ruchu z końcówki poprzedniego tygodnia, jednak skala spadków na złotym na przestrzeni samych kilku ostatnich dni była dość zaskakująca.
Warto zwrócić uwagę co stało za owym ruchem. Katalizatorem wyprzedaży złotego
(i innych walut emerging markets) był wzrost rentowności amerykańskich obligacji, który sprawił, że bardziej ryzykowne inwestycje – takie jak na przykład w polskie aktywa – stały się mniej atrakcyjne. Rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji rządowych przekroczyły psychologiczny poziom 3%, tym samym znalazły się na najwyższym poziomie od ponad 4 lat. Wraz ze wzrostem rentowności obligacji umacniał się dolar amerykański, którego siła nie sprzyjała polskiemu złotemu. Dodatkowo słabe euro również było czynnikiem niesprzyjającym PLN. Dobre, krajowe dane pokazujące spadek bezrobocia i wzrost sprzedaży detalicznej w marcu, nie wsparły złotego, który w relacji do dolara znalazł się na najniższym poziomie od stycznia.
W tym tygodniu poznamy kilka interesujących danych z kraju, w tym przede wszystkim indeks PMI dla przemysłu oraz kwietniowe odczyty inflacji CPI. Prawdopodobnie jednak podobnie jak w poprzednim tygodniu, większe znaczenie będą miały jednak czynniki zewnętrzne, w tym zachowanie pary EUR/USD oraz zmiana sytuacji na globalnych rynkach finansowych.
GBP
Oczekiwania na majową podwyżkę stóp w Banku Anglii zostały w dużej mierze ograniczone z uwagi na słaby zeszłotygodniowy raport o wzroście PKB w pierwszym kwartale. Roczny wzrost spadł z 1,4%, w poprzednim kwartale, do 1,2%, najsłabiej wśród głównych obszarów gospodarczych. Chociaż wstępne sprawozdanie nie zawierało zbyt wielu szczegółów, spodziewamy się, że słabość okaże się tymczasowa i całkowicie rozwinie się w następnym kwartale. W związku z tym uważamy, że ostatnia amortyzacja funta szterlinga jest nadmierna i spodziewamy się odbicia, szczególnie w stosunku do euro.
EUR
Zeszłotygodniowe, kwietniowe posiedzenie ECB okazało się kompletnie nieistotne dla rynków. Rada i Prezes Draghi zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby uniknąć podawania jakichkolwiek nowych informacji na temat ich poglądów co do stóp procentowych. Oświadczenie było zasadniczo kopią tego z poprzedniego spotkania, nie opublikowano też żadnych prognoz. Wstępne indeksy PMI dla biznesu za kwiecień również nie wykazały istotnej zmiany w stosunku do poprzedniego miesiąca. To sprawiło, że euro pozostawało pod presją obaw o podwyżki stóp procentowych w USA, a długie pozycje na wspólnej walucie, które wprawdzie wciąż są olbrzymie, w dalszym ciągu topniały sprowadzając euro poniżej poziomów z ostatnich tygodni.
USD
Większość wskaźników ekonomicznych zeszłego tygodnia z USA zaskoczyła na plus. Najważniejszy był wzrost PKB w pierwszym kwartale, o 2,3% w ujęciu rocznym. Choć rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych nie była w stanie utrzymać się na poziomie powyżej 3%, posiadacze krótkich pozycji na dolarze muszą czuć się rozczarowani, bo dolar powraca do wzrostów i przebija maksima z ostatnich tygodni. Presja wzrostowa najprawdopodobniej nie odpuści “zielonemu” w tym tygodniu. Oczekujemy, że FOMC podtrzyma swoje przesłanie z poprzedniego spotkania o tym, że połączenie silnych danych ekonomicznych i bodźców fiskalnych nadal gwarantuje wyższe stopy. W piątek, raport z kwietniowych wynagrodzeń powinien dostarczyć więcej dobrych wiadomości
w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy i podwyżek płac.
Wprowadzenie sieci 5G ma zrewolucjonizować proces przesyłania danych i korzystania z zasobów internetu. Standard ma pozwolić na przepustowość liczoną w setkach gigabitów na sekundę, podczas gdy obecna technologia LTE zapewnia maksymalnie 1 Gb/s. Ma to kluczowe znaczenie m.in. dla rozwoju Internetu rzeczy. Ze standardem 5G duże nadzieje wiążą również rządy państw. Według polskiego ministra inwestycji i rozwoju Jerzego Kwiecińskiego, Produkt Krajowy Brutto Polski może wzrosnąć dzięki 5G nawet o 22 proc. Jednym z głównych filarów wdrożenia nowej sieci ma być technologia Small Cells.
Przed wprowadzeniem standardu 5G należy dostosować do niego infrastrukturę związaną z przesyłaniem danych. Jednym z jej głównych filarów mają być małe stacje bazowe, tzw. Small Cells. Współczesna technologia pozwala na przesyłanie fal milimetrowych, czyli tych z zakresu 30-300 GHz na odległość ponad 200 metrów. Właśnie taka forma komunikacji miałaby być stosowana w sieci małych stacji bazowych rozlokowanych w regularnych odstępach na danym terenie. Technologia małych komórek ma być jednym z głównych filarów wdrożenia sieci 5G.
– W technologii małych komórek chodzi o umożliwienie przekazu na tych obszarach, których nie obejmują makro-komórki. Jeszcze kilka lat temu jedynym sposobem na odbieranie sygnału było posiadanie makro-komórki instalowanej na dachu lub na wieży. Były one bardzo drogie w instalacji. Tańszy system polega na zintegrowaniu modułu komórkowego tak, by możliwy był produkt kompaktowy. Całą funkcjonalność makro-komórki można dziś zmieścić w mniejszych produktach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Puneet Sethi z Qualcomm Technologies.
Technologia 5G zapewni możliwość przesyłania danych z prędkością nawet 100 Gb/s. Jej wadą jest jedna zmniejszony zasięg i konieczność instalowania większej liczby przekaźników. Umożliwienie wewnętrznego i zewnętrznego wdrażania małych komórek (w tym femtokomórek i mikrokomórek) w gospodarstwach domowych i przedsiębiorstwach poprawi zasięg sieci, a także jej wydajność i energooszczędność. Tym samym zapewni użytkownikom lepszą i szybszą łączność mobilną w większej liczbie miejsc.
Na rynek trafiły już pierwsze urządzenia, które w przyszłości będą wspierać technologię 5G. Stacja bazowa Magic Box, wyprodukowana przez firmę Airspan dla sieci amerykańskiego operatora sieci komórkowej Sprint, to pierwsze tego typu, w pełni bezprzewodowe urządzenie na świecie. Wykonana w technologii małych komórek, stacja przeznaczona jest dla gospodarstw domowych. Może objąć swoim zasięgiem nawet 2800 m2. Podobne rozwiązania z przeznaczeniem dla przedsiębiorstw, dostarcza m.in. Samsung. Tego typu urządzenia już są gotowe do pracy w technologii 5G, ale pełne jej wykorzystanie to na razie odległa przyszłość.
– Droga do 5G prowadzi przez pełne wykorzystanie 4G. Obecnie pomagamy więc operatorom zidentyfikować możliwości, jakie daje sieć 4G i jednocześnie przygotować się na 5G – mówi specjalista z Qualcomm.
Równolegle z pracami nad wprowadzeniem standardu 5G trwa rozwijanie rozwiązań, dla których będzie on furtką do jeszcze szerszego wykorzystania. To między innymi wsparcie dla technologii NB-IoT (NarrowBand IoT), czyli wąskopasmowej technologii radiowej, dedykowanej internetowi rzeczy. Technologia koncentruje się na zwiększaniu zasięgu w pomieszczeniach i obsłudze dużej ilości połączonych w sieci urządzeń.
– Tego typu rozwiązania umożliwiają integrację z tańszymi urządzeniami, takimi jak kamery bezpieczeństwa, smartwatche, monitory wagi, urządzenia do śledzenia dzieci czy zwierząt. Te urządzenia zużywają również mniej energii, przez co mogą działać dłużej. Nowa technologia pomaga im również komunikować się w sytuacji, kiedy sygnał jest słabszy – przekonuje Puneet Sethi.
Według prognoz, wprowadzenie sieci 5G to rewolucja w korzystaniu z internetu. Najszybszy obecnie standard LTE zapewnia prędkość sieci na poziomie do 1000 Mb/s. Nowy standard ma zapewniać wartość dziesięciokrotnie większą. Pierwsze komercyjne zastosowania sieci 5G zostały zaprezentowane podczas ubiegłorocznych targów Mobile World Congress w Barcelonie. Wdrożenie nowego standardu przesyłu danych ma pozwolić zwłaszcza na dynamiczny rozwój internetu rzeczy.
Według firmy Ericsson, obecnie na internet rzeczy składa się około 6 mld urządzeń. Specjaliści z Intela szacują, że do roku 2020 z siecią będzie połączonych 50 mld osób, urządzeń i maszyn. Z komunikacji elektronicznej korzysta dziś około 30-40 proc. ludności świata. Maksymalnie za 20 lat dostępu do sieci będzie wymagał już każdy – przewiduje Intel.
Według prognoz analityków marketsandMarkets, globalny rynek infrastruktury 5G w 2026 roku będzie wart blisko 34 mld dol. Przewidywane tempo wzrostu na lata 2020 – 2026 wyniesie 51 proc.
Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym
Źródło: Opracowanie własne
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców
Źródło: Opracowanie własne
Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich
Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic
MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD
W poprzednim tygodniu stało się to, na co wskazywały ostatnie raporty Commitments of Traders – oczywiście chodzi o bardzo mocną aprecjację dolara amerykańskiego. Z tego powodu warto przyjrzeć się bliżej EURUSD i zadać pytanie, czy obecny trend spadkowy może być kontynuowany.
Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto
Źródło: Cme Group
Fundusze lewarowane już od 30 stycznia bieżącego roku powoli redukowały pozycję długą, co widać po niebieskich barach. Linia netto zaczęła powoli opadać, jednak było to związane tylko z redukcją długich pozycji, a nie dobieraniem krótkich. Niemniej jednak rynek nie wytrzymał tak dużej presji podaży (zamykając długą pozycję fundusze lewarowane tworzyły dodatkową podaż) i notowania przerwały dolną bandę konsolidacji. Zastanawiając się czy trend będzie kontynuowany warto spojrzeć na samą linię netto, gdzie pozycje długie względem krótkich na tle historycznym w dalszym ciągu są bardzo wysoko. W związku z tym według COT większym prawdopodobieństwem będzie kontynuacja ostatniej wyprzedaży na EURUSD.
Według analizy technicznej na dzień dzisiejszy bardziej prawdopodobna jest korekta w okolicę strefy podaży 1.216. Ostatnia wyprzedaż zatrzymała się na mocnym wsparciu wyznaczonym przez szczyt z 2017 roku. Pomimo tego po zakończonej korekcie notowania prawdopodobnie będą zmierzały w okolicę poziomu 1.188.
Notowania EURUSD, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
GBPUSD – redukcja długich pozycji przez fundusze lewarowane
Według ostatniego raportu COT fundusze lewarowane zamknęły ponad 28 tysięcy pozycji długich oraz 10 tysięcy krótkich. Nie jest to jednoznaczny sygnał zakończenia obecnego trendu wzrostowego, ale ostrzeżenie dla kupujących.
Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto
Źródło: Cme Group
Jest to pierwsza redukcja długich pozycji od początku marca bieżącego roku. Według analizy technicznej trend wzrostowy nie został jeszcze zakończony, ale warto obserwować nadchodzące tygodnie. Jeżeli przyszłe raporty COT pokażą, że fundusze lewarowane otwierają coraz więcej krótkich pozycji i redukują długie będziemy mieli o wiele większe prawdopodobieństwo zmiany trendu.
Notowania GBPUSD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Przerwanie dolnej bandy konsolidacji oraz wsparcia wyznaczonego przez szczyt z października 2017 roku będzie oznaczało zmianę trendu z wzrostowego na spadkowy lub konsolidację. Obecny trend wzrostowy trwa już ponad rok, dlatego mamy większe prawdopodobieństwo jego zakończenia lub mocniejszej korekty.
Wsparcie aniołów biznesu dla młodych firm w Polsce wciąż jest znacząco mniejsze niż w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej, ale stale rośnie. Tego typu inwestycjami zajmuje się kilkaset osób, podczas gdy na rynku niemieckim czy brytyjskim jest ich kilka tysięcy. Pomagają nie tylko w pozyskiwaniu kapitału, lecz również wspierają wiedzą z zakresu ładu korporacyjnego, polityki informacyjnej czy relacji inwestorskich. Na takie wsparcie mogą liczyć także laureaci konkursu CEE-Released, który chce wyłonić 15 najlepszych młodych firm na wczesnym etapie rozwoju w Europie Środkowo-Wschodniej.
W konkursie CEE Released udział mogą wziąć firmy, działające we wszystkich krajach i na rynkach Centralnej i Wschodniej Europy: Albanii, Austrii, Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Grecji, Węgier, Łotwy, Litwy, Macedonii, Mołdawii, Czarnogóry, Polski, Rumunii, Serbii, Słowacji i Słowenii.
– W tych krajach kwalifikowane są przedsiębiorstwa, które wyróżniają się pod względem perspektyw wzrostu, innowacyjności, które walczą o swoją niszę rynkową, o rynek. Niezupełnie są one przedsięwzięciami, które dopiero co powstały. Mają już za sobą pewną historię, ale wciąż są młodymi przedsiębiorstwami. To jest ten poziom lokalny, chociaż ta lokalność jest i tak bardzo szeroka, bo obejmuje cały nasz region – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ludwik Sobolewski, współzałożyciel Cornerstone Communications.
Następnie z wybranych na poziomie krajowym firm jury wybierze najlepszą piętnastkę regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Znajdą się w niej podmioty, które – w opinii ekspertów – będą budzić zainteresowanie inwestorów i dadzą im największe szanse na zyski.
Wszyscy finaliści objęci zostaną indywidualnie przygotowanym programem, który pomoże firmom przyspieszyć rozwój, zdobyć klientów, zwiększyć przychody i przekroczyć kolejne etapy rozwoju.
– Celem konkursu będzie poszerzanie bazy ich kontaktów biznesowych, przekazanie im konkretnych informacji na temat metod pozyskiwania kapitału – zarówno na rynku publicznym, np. giełdowym, jak i prywatnym. Konkurs będzie miał na celu także zapoznać te firmy z międzynarodowymi standardami w zakresie ładu korporacyjnego czy polityki informacyjnej, relacji inwestorskich, czyli tego wszystkiego, co w dzisiejszej gospodarce jest niezbędne firmom, które chcą zawojować mniejszy lub większy kawałek świata – mówi Ludwik Sobolewski.
Jak podkreśla, to właśnie do firm z globalnymi aspiracjami dedykowany jest ten konkurs.
– Mówimy o firmach, które już mają doświadczenie rynkowe, w zdobywaniu klientów i osiąganiu przychodów, ale są przed przekroczeniem kolejnych etapów swojego rozwoju, kiedy niezbędne jest to, żeby rozszerzyć swój zasięg rynkowy, pozyskać finansowanie czy partnerów biznesowych. Ten program jest dedykowany w pierwszym rzędzie takim firmom, o których jury będzie miało przekonanie, że kiedy powstały i prowadziły swoją działalność od razu myślały o rynku międzynarodowym – wyjaśnia jeden z pomysłodawców konkursu CEE-Released.
Konkurs w poszczególnych krajach regionu wspierają lokalne sieci aniołów biznesu. W Polsce taką instytucją jest Cobin Angels, skupiająca inwestorów prywatnych, którzy wspierają młode spółki nie tylko kapitałem, ale również doświadczeniem i kontaktami biznesowymi. W Polsce wciąż jest niewiele osób, które decydują się na takie inwestycje.
– Rynek aniołów biznesu w Polsce i innych bardziej rozwiniętych krajach działa w taki sposób, że osoby, które są zainteresowane inwestycją, ale też wsparciem spółek we wczesnych etapach rozwoju, angażują swój kapitał, doświadczenie i kontakty biznesowe, oraz wspierają te spółki finansowo i w innych aspektach prowadzenia działalności. Określa się to mianem smart money, czyli inteligentnego finansowania – mówi Robert Ługowski, partner zarządzający sieci aniołów biznesu Cobin Angels. – Patrząc na francuski czy brytyjski rynek, gdzie mamy do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami osób, które inwestują w takiej formie, widzimy, że polski ma jeszcze duży potencjał.
Projekt CEE Released to inicjatywa prywatna, finansowana bez udziału środków publicznych. Na poziomie regionalnym wspiera go agencja relacji inwestorskich Corner Communications oraz Europejska Sieć Aniolów Biznesu (EBAN).
– Istnieją podobne inicjatywy do CEE-Released, ale większość z nich skupia się na start-upach, czyli firmach na bardzo wczesnym etapie rozwoju. CEE-Released ma bardzo szeroki zakres działania, ponieważ mamy dostęp do inwestorów począwszy od wczesnych faz, czyli aniołów biznesu, poprzez fundusze venture capital, skończywszy na GPW, która również zaangażowała się w ten projekt – dodaje Robert Ługowski.
Kandydatury firm można zgłaszać do 18 maja przez stronę internetową konkursu. Program zakończy się w grudniu 2018 roku.
Blisko 60 proc. Polaków ma słabą wiedzę lub nie wie nic na temat systemu ubezpieczeń społecznych. 15 proc. ocenia siebie jako ignorantów w tym temacie. Wśród nastolatków ten odsetek wynosi 43 proc. Dlatego Zakład Ubezpieczeń Społecznych stawia na edukację młodzieży i od pięciu lat prowadzi projekt „Lekcje z ZUS”. Ważne jest, żeby młodzi ludzie wchodzący na rynek pracy traktowali składkę na ubezpieczenia społeczne nie jako koszt, lecz jako ochronę ubezpieczeniową, która zapewnia im bezpieczeństwo – podkreśla Marcin Zieleniecki, wiceszef Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
– Bardzo ważnym elementem jest budowanie świadomości ubezpieczeniowej, w szczególności wśród ludzi młodych, którzy rozpoczynają albo są przed rozpoczęciem swojej przygody z rynkiem pracy. Ważne, aby wiedzieli, jakie ryzyka wiążą się z wykonywaniem pracy zawodowej: wypadku przy pracy, niezdolności do pracy z powodu choroby, ryzyko emerytalne. Ważne jest, żeby znali również korzyści wynikające z faktu objęcia ich od samego początku ochroną ubezpieczeniową – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Zieleniecki, podsekretarz staniu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
– Stan wiedzy Polaków o ubezpieczeniach społecznych jest bardzo niezadowalający. Wszystkie badania pokazują, że przeciętny Polak nie wie, co to są ubezpieczenia społeczne, że jest to wiedza elitarna, którą mają specjaliści, może studenci, którzy zdali egzamin z ubezpieczeń społecznych. W związku z tym podjęliśmy wyzwanie, jakim jest podniesienie nie tylko wiedzy, lecz także świadomości o ubezpieczeniach społecznych – podkreśla prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
„Przegląd badań dotyczących wiedzy i postaw Polaków wobec ubezpieczeń społecznych” wskazuje, że 13 proc. nie wie, jakie są zadania ZUS, co piąty nie ma wiedzy o tym, czym są składki na ubezpieczenia społeczne, a co czwarty nie potrafi ich wskazać. Łącznie 45 proc. badanych ma bardzo słabą wiedzę, a 15 proc. nie wie nic w tym zakresie. Co trzeci Polak ocenia swoją wiedzę jako średnią, a tylko 7 proc. jako dobrą. Nikt nie określił siebie jako eksperta w tej dziedzinie, a 15 proc. osób oceniło siebie jako ignorantów. Wśród nastolatków (15–19 lat) odsetek w tej ostatniej grupie wynosi ponad 40 proc. Jednak stan wiedzy młodzieży stopniowo się poprawia, w dużej mierze ze względu na projekt „Lekcje z ZUS” organizowany od roku szkolnego 2013/2014. W tym roku po raz drugi odbyła się olimpiada „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”.
– W tym historycznym już projekcie przez cały okres „Lekcji z ZUS” wzięło udział ponad 150 tys. uczniów. Do drugiej olimpiady w pierwszym etapie przystąpiło ponad 30 tys. uczniów z całej Polski. To fantastyczny wynik, przecież do olimpiady przystępuje zwykle kilka, kilkanaście tysięcy, a ubezpieczenia społeczne są trudną dyscypliną wiedzy, wymagają cierpliwości, pokory – przekonuje prof. Gertruda Uścińska.
Olimpiada składa się z trzech etapów. Pierwszy etap, szkolny, to rywalizacja indywidualna. Drugi etap odbywa się na szczeblu wojewódzkim i biorą w nim udział trzyosobowe zespoły ze szkół wyłonionych w pierwszym etapie. Ostatnia część to ogólnopolski finał. W tym roku do olimpiady przystąpiło ponad 30 tys. uczniów z ok. 900 szkół. W poprzedniej edycji rywalizowało ok. 24 tys. uczniów. Najlepsi otrzymali indeksy lub mają ułatwioną rekrutację do 30 szkół wyższych.
– Nasi finaliści, dzięki temu, że ZUS i współpracuje z wieloma uczelniami wyższymi, otrzymają na podstawie decyzji senatów tych uczelni indeks na różne kierunki. To jest na pewno największa nagroda. Ale korzyścią jest także wiedza. Ci finaliści są na tak wysokim poziomie wiedzy, że ona jest porównywalna do studentów II albo III roku, którzy mają semestralny lub roczny przedmiot z zakresu ubezpieczeń społecznych – podkreśla prof. Uścińska.
– Finał olimpiady wiedzy o ubezpieczeniach społecznych jest wyrazem realizacji ustawowych kompetencji ZUS w zakresie propagowania wiedzy o ubezpieczeniach społecznych. My, jako ministerstwo, popieramy, zachęcamy ZUS, żeby rozwijać ideę olimpiady adresowanej do osób najmłodszych, które jeszcze nie rozpoczęły aktywności zawodowej na rynku pracy – mówi Marcin Zieleniecki.
Projekt „Lekcje z ZUS” cieszy się coraz większą popularnością. W roku szkolnym 2014/2015 wzięło w nim udział 11,5 tys. uczniów, rok później już 19 tys. W ubiegłym roku było ich już ponad 24 tys., w tym zaś ponad 30 tys.
– Poprzez pakiet czterech lekcji dotyczących ubezpieczeń społecznych uczniowie zapoznają się z tematem, mogą przystąpić do olimpiady wiedzy o ubezpieczeniach społecznych. Ta forma przekazywania informacji w czterech krótkich i fajnych lekcjach jest jak najbardziej trafiona. Zainteresowanie tą tematyką jest coraz większe z roku na rok, w swojej szkole widzę, że zainteresowana jest nawet młodzieży w pierwszych klasach – mówi Justyna Płóciennik, nauczycielka z Zespołu Szkół Ekonomicznych w Ostrowie Wielkopolskim.
Sfinks Polska, spółka zarządzająca m.in. sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło i Fabryka Pizzy, wypracowała w 2017 r. przychody ze sprzedaży w wysokości 182,55 mln zł. Jednocześnie EBITDA za 2017 r. wyniosła 16,07 mln zł. Z kolei jednostkowy wynik netto za 2017 r. osiągnął wartość (-)8,77 mln zł. Znaczący wpływ na poziom ubiegłorocznego wyniku miało zdarzenie jednorazowe w postaci odpisu aktualizacyjnego na kwotę 8,84 mln zł, dotyczące znaku towarowego Chłopskie Jadło.
– W toku prac nad raportem rocznym podjęliśmy ostrożnościową decyzję o odpisie aktualizacyjnym na znak Chłopskiego Jadła, co obniżyło nasz wynik netto za 2017 r o 8,84 mln zł. Patrząc na wyniki należy również mieć na uwadze, iż w ostatnim roku spółka podjęła duży wysiłek związany ze wzrostem skali działania poprzez inwestycje w nowe restauracje oraz akwizycje, pracując jednocześnie nad realizacją projektów budujących podstawy do wzrostów i przewagi konkurencyjnej w kolejnych latach. Dotyczyło to m.in. wprowadzenia nowych narzędzi informatycznych, przygotowania, testowania i wdrażania oferty delivery oraz uruchomienia programu lojalnościowego. W rezultacie, w roku 2017 wydaliśmy na inwestycje ponad 13 mln zł. Dzięki temu w przyszłości możliwe będzie zwiększenie skali działania, co ma prowadzić również do poprawy rentowności grupy – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.
Ubiegły rok w Sfinksie upłynął pod znakiem realizacji strategii ogłoszonej w I kwartale 2017 r. W efekcie w zeszłym roku portfolio grupy powiększyło się o 69 lokali Piwiarni Warki dzięki akwizycji największej w Polsce sieci pubów. Ponadto grupa weszła do segmentu pizzerii uruchamiając w ramach umowy masterfranczyzy swoje dwie pierwsze restauracje Fabryka Pizzy. Oprócz tego na mapie sieci Sphinx w 2017 r. pojawiły się dwie dodatkowe lokalizacje – obie w Warszawie. Jednocześnie spółka pracowała nad uruchomieniem kanału delivery dla swoich marek. Oznaczało to z jednej strony przygotowanie kompleksowego systemu informatycznego, a także przeprowadzenie zmian organizacyjnych w restauracjach. Po okresie testów firma zaczęła stopniowo wprowadzać usługę do kolejnych lokali. W efekcie obecnie już 43 restauracje Sfinks Polska dowożą dania do klienta.
– Realizacja przyjętej strategii spowodowała, że spółka ponosiła w 2017 r. zwiększone wydatki, w tym koszty nowych konceptów w portfolio i rozwiązań, szczególnie takich jak Piwiarnia Warki, Fabryka Pizzy, budowa kanału delivery, wdrażanie programu lojalnościowego. Skokowy wzrost skali działania, doświadczenia związane z przejmowaniem sieci franczyzowych oraz poczynione inwestycje i wdrożenia pozwolą nam nie tylko na skorzystanie z efektów skali, ale także w niedługim czasie na przygotowanie atrakcyjnej oferty franczyzowej z możliwością wykorzystania przez franczyzobiorców unikalnych rozwiązań. Jestem przekonany, że nasza oferta będzie jednym z najbardziej perspektywicznych rozwiązań dla franczyzobiorców, umożliwiających im bardzo dobry zwrot z inwestycji – wymienia Sylwester Cacek.
Wraz z pracami nad uruchomieniem nowych restauracji i konceptów spółka prowadziła działania mające na celu poprawę rentowności z uwagi na zmienne warunki rynkowe, z jakimi branża gastronomiczna musiała zmierzyć się od początku 2017 r. W odpowiedzi na rosnące koszty płac i surowców grupa Sfinks wprowadziła systemowe zmiany, których efekty uwidoczniły się jednak dopiero w II półroczu ubiegłego roku.
W ujęciu skonsolidowanym przychody Sfinksa w 2017 r. wyniosły 187,07 mln zł, zaś wynik netto grupy wyniósł (-)9,22 mln zł, a EBITDA 15,91 mln zł. Analogiczne dane za 12 miesięcy 2016 r. to odpowiednio 192,38 mln zł (przychody), 10,44 mln zł (wynik netto) i 15,95 mln zł (EBITDA). Natomiast w ujęciu jednostkowym przychody w 2017 r. uplasowały się na poziomie 182,55 mln zł wobec 188,39 mln zł, jakie spółka wypracowała od stycznia do grudnia 2016 r. Jednostkowy wynik netto osiągnął poziom (-)8,77 mln zł wobec 10,88 mln zł odnotowanych w kalendarzowym roku 2016 r. Z kolei jednostkowa EBITDA to 16,07 mln zł wobec 16,24 mln zł rok wcześniej.
W 2016 r. rok obrotowy Sfinks Polska obejmował okres od 01.12.2015 do 31.12.2016, w związku z tym dane za 12 miesięcy 2016 r. (od stycznia do końca grudnia) są danymi nieaudytowanymi, przygotowanymi dla celów porównawczych z rokiem obrotowym 2017 r. , który pokrywa się z rokiem kalendarzowym 2017 r.