Nowe badanie pokazało, że liderzy działów finansowych i kadrowych mają kluczowy wpływ na transformację cyfrową

Nowe badanie przeprowadzone przez Oracle i MIT Technology Review pokazało, że czynniki ludzkie mają wpływ na chmurową automatyzację oraz ujawniło, jak zmieniają się role działów finansowych, kadrowych i informatycznych w zaspokajaniu potrzeb połączonego przedsiębiorstwa.

Aby pomóc przedsiębiorstwom w osiąganiu sukcesów na dynamicznym rynku cyfrowym, firma Oracle oraz MIT Technology Review opublikowały dzisiaj nowe badanie podkreślające duże znaczenie współpracy pomiędzy działem finansowym i kadrowym w ramach ujednoliconej chmury. Badanie, zatytułowane Finance and HR: The Cloud’s New Power Partnership (Finanse i kadry: nowy silny sojusz chmurowy) pokazuje, w jaki sposób całościowy wgląd w dane finansowe i kadrowe, możliwy dzięki chmurze, pomaga przedsiębiorstwom w lepszym zarządzaniu ciągłymi zmianami.

Na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród 700 dyrektorów wyższego szczebla oraz kierowników działów finansowych, kadrowych i informatycznych autorzy badania stwierdzili, że wspólny chmurowy system finansowo-kadrowy to kluczowy element udanej transformacji chmurowej. Zalety integracji systemów do zarządzania zasobami przedsiębiorstwa (ERP) i zarządzania zasobami ludzkimi (HCM) to m.in. łatwiejsze śledzenie i przewidywanie kosztów personelu na potrzeby budżetowania. Ponadto zintegrowane chmurowe systemy HCM i ERP mogą polepszyć współpracę pomiędzy działami — 37% respondentów korzysta z chmury, aby usprawnić współużytkowanie danych.

W raporcie z badania wskazano również czynniki ludzkie stojące za udanym wdrożeniem chmury, spośród których kluczowe znaczenie ma zdolność pracowników do dostosowania się do zmian. Wśród organizacji, które w pełni wdrożyły chmurę, prawie połowa (46%) twierdzi, że chmura znacznie zwiększyła ich zdolność do przekształcania lub skalowania ich działalności — uważa tak również 47% respondentów kadry kierowniczej wyższego szczebla.

Chmura przynosi również duże korzyści w zakresie produktywności. Prawie jedna trzecia respondentów (31%) twierdzi, że dzięki przejściu do chmury przeznacza teraz mniej czasu na wykonywanie manualnych prac w swoim dziale oraz że dzięki automatyzacji procesów ma więcej czasu na realizację strategicznych priorytetów.

„Ponieważ transformacją organizacyjną coraz częściej kierują działy kadrowe i finansowe, zwrot z inwestycji polega nie tylko na oszczędnościach finansowych dla przedsiębiorstwa, lecz także na uzyskaniu lepszego wglądu w dane finansowe i kadrowe dzięki chmurze. Podstawą sukcesu każdego przedsiębiorstwa są ludzie, dlatego też na czele chmurowej transformacji coraz częściej stoją liderzy działów kadrowych i finansowych” — powiedział Arkadiusz Sikora, Dyrektor sprzedaży aplikacji w Oracle Polska. „Usprawniona współpraca pomiędzy tymi działami pozwala zarządzać zmianami z wyprzedzeniem i stanowi przykład dla innych działów, wskazujący im drogę do chmury”.

Badanie pokazało również, że zacierają się granice pomiędzy działami i stanowiskami, ponieważ chmura coraz bardziej łączy ze sobą różne systemy zaplecza:

  • Większa współpraca: 46% specjalistów ds. finansów i kadr twierdzi, że pełne wdrożenie chmury znacznie usprawniło współpracę pomiędzy działami, a prawie połowa spodziewa się znacznych usprawnień w ciągu następnych dwóch lat.
    • Obejmuje to również informatykę. 52% respondentów uważa, że po wdrożeniu chmury relacje pomiędzy działem informatycznym, kadrowym i finansowym stały się lepsze, niż się spodziewano.
  • Przenikanie się działów: Ponieważ obecnie specjaliści ds. finansowych i kadrowych więcej pracują z danymi i chmurą, 43% przedsiębiorstw zamierza wprowadzić do tych działów informatyków, którzy pomogą pracownikom wykorzystywać nowe technologie.
  • Nowe umiejętności: Umiejętności, jakie respondenci chcieliby rozwijać, to m.in.:
    • zarządzanie czasem — obecnie 40% respondentów uważa, że są z tym problemy;
    • aktywne uczenie się;
    • rozwiązywanie problemów, rozumowanie matematyczne i umiejętności analityczne.
    • Zmieniają się również działy informatyczne. 56% przedstawicieli kadry kierowniczej stwierdziło, że po wdrożeniu chmury dział informatyczny poczynił znaczne postępy w zakresie wprowadzania innowacji.

„Podczas wprowadzania zmian technologicznych przez organizacje kluczowe znaczenie ma to, aby kadra kierownicza wyższego szczebla umożliwiła pracownikom rozwijanie ich kompetencji biznesowych” – kontynuuje Arkadiusz Sikora. „Wiele przedsiębiorstw zdaje sobie z tego sprawę i w efekcie 42% z nich planuje zapewnić swoim pracownikom szkolenie z umiejętności menedżerskich, aby pomóc im wyjść z ich tradycyjnej roli pracowników zaplecza. Wnioski wyciągnięte z migracji działów finansowych i kadrowych do chmury rozprzestrzenią się po całym przedsiębiorstwie, a działy te będą wspólnie tworzyć koncepcje nowych zmian”.

Informacje o badaniu

Oracle wspólnie z MIT Technology Review przeprowadziła ankietę wśród specjalistów z działów kadrowych, finansowych i informatycznych, aby uzyskać informacje na temat stanu chmurowej transformacji w ich firmach oraz dowiedzieć się, w jaki sposób przejście do chmury usprawniło współpracę pomiędzy działami. Badanie objęło w sumie 700 specjalistów ds. kadr, finansów i informatyki z Ameryki Północnej, Azji i regionu EMEA.

Od 1 lipca dostawcy Internetu mają obowiązek blokować dostęp do zakazanych stron hazardowych

W dniu 1 lipca weszły w życie przepisy nakładające na dostawców Internetu obowiązek blokowania dostępu do domen wpisanych do rejestru domen służących do oferowania gier hazardowych niezgodnie z ustawą.

Od 1 lipca internauci odwiedzający strony internetowe wpisane do prowadzonego przez Ministerstwo Finansów rejestru domen służących do oferowania gier hazardowych niezgodnie z ustawą zostają przekierowani na stronę Ministerstwa zawierającą komunikat, że dana strona internetowa wykorzystywana jest do nielegalnego oferowania gier hazardowych. Jest to skutkiem nałożenia na przedsiębiorców telekomunikacyjnych świadczących usługi dostępu do sieci obowiązku nieodpłatnego uniemożliwienia dostępu do takich stron w ciągu 48 godzin od wpisu do rejestru i nieodpłatnego przekierowania połączeń na stronę Ministerstwa.

Wspomniany rejestr zakazanych stron hazardowych prowadzony jest pod adresem www.hazard.mf.gov.pl. Do chwili obecnej wpisano do niego już 518 domen internetowych i dominują w nim strony zagranicznych dostawców gier. Wpisowi podlegają domeny wykorzystywane do urządzania gier hazardowych bez koncesji, zezwolenia lub dokonania zgłoszenia wymaganego przez ustawę, kierowane do odbiorców na terytorium Polski, w szczególności gdy dostępne są w języku polskim i reklamowane na terytorium kraju.

Zmiany wpłyną nie tylko na dostawców Internetu, gdyż nowe przepisy wprowadzają również zakaz udostępniania usług płatniczych na stronach internetowych wpisanych do rejestru. Dostawcy takich usług są zobowiązani do zaprzestania ich świadczenia w ciągu 30 dni od dnia dokonania wpisu domeny do rejestru zakazanych stron hazardowych. Niezastosowanie się do opisanych obowiązków przez dostawców Internetu i usług płatniczych może skutkować nałożeniem na nich kary pieniężnej w wysokości do 250 tys. złotych.

Przedsiębiorcom, których strony zostały wpisane do rejestru, jak również dostawcom Internetu i usług płatniczych przysługuje prawo wniesienia sprzeciwu w terminie 2 miesięcy od dnia umieszczenia nazwy domeny w rejestrze.

Autor: Marcin Przybysz, adwokat w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Będzie coraz trudniej sprzedać używane mieszkanie. Ceny mogą spaść nawet o 20 procent

Reprezentanci wyżu demograficznego, urodzeni na początku lat 80. ubiegłego wieku, masowo kupowali mieszkania w latach 2006-2008. Według części ekspertów, status ekonomiczny wielu z nich wzrósł już na tyle, że obecnie myślą o zmianie lokali na większe i wygodniejsze. Dlatego, nieruchomości wybudowane w okresie boomu mieszkaniowego będą za 2-3 lata wracały do obrotu ze zwiększoną siłą.

Jak podaje Łukasz Sęktas, prezes zarządu TIARA Development, w każdym z rekordowych lat 2008 i 2009 w całej Polsce oddawano do użytku ok. 75 tys. mieszkań, wybudowanych przez deweloperów i spółdzielnie mieszkaniowe. Ich nabywcy przeważnie pochodzili z wyżu demograficznego i dość często kupowali 2-pokojowe nieruchomości. Tego typu lokale są już dla nich za małe, m.in. z uwagi na dzieci, które potrzebują coraz więcej przestrzeni. Można więc przewidywać, że kilkadziesiąt tysięcy tych mieszkań trafi do ponownego obrotu. Obecnie sprzedaż części z nich utrudnia fakt, że zostały kupione na kredyt we frankach szwajcarskich. To zobowiązanie często przewyższa wartość rynkową nieruchomości. Jednak coraz więcej banków daje możliwość zamiany kredytowanego mieszkania na inne. Dzięki temu, lawinowo wzrośnie ilość lokali na rynku wtórnym.

– Na razie nie obserwujemy zwiększonej liczby mieszkań deweloperskich, zakupionych przed laty, które wracałyby do obrotu. Nie należy więc przesadzać z rozmiarem zjawiska. Trzeba przeprowadzić na ten temat odpowiednie badania. Dopiero wówczas będzie można analizować sytuację i układać prognozy na następne lata. Ale nawet, jeśli na rynek wtórny trafiłaby większa liczba lokali, to charakteryzuje się on pewną elastycznością. Ceny spadną, oferta będzie bardziej konkurencyjna i nadwyżka mieszkań zostanie wchłonięta. Problem społeczny powstaje wtedy, gdy pokolenie wyżu demograficznego lub duża migracja potrzebuje mieszkań, a tych nie ma na rynku i wtedy ceny zaczynają rosnąć. Takie problemy ma przykładowo Wielka Brytania – stwierdza prof. Jacek Łaszek ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Osoby, które planują sprzedaż starego mieszkania, nie powinny jednak zwlekać z wystawieniem ogłoszenia. Szczególnie dotyczy to mało atrakcyjnych nieruchomości, ponieważ mogą one stać się praktycznie niesprzedawalne. Zwłaszcza wśród młodych nabywców, nie cieszą się zainteresowaniem lokale w blokach z wielkiej płyty, umiejscowionych w lokalizacjach źle skomunikowanych z centrum miasta lub na starych osiedlach, znanych z podwyższonej przestępczości. Jeżeli właściciele znajdujących się tam mieszkań, będą potrzebowali pilnie je sprzedać, np. z powodów osobistych, mogą napotkać na poważne problemy.

– Chcąc uniknąć długiego oczekiwania na nabywcę, sprzedający będą musieli znacznie obniżać ceny lokali, nawet o 20%. Oczywiście najwięcej zyskają nabywcy, dysponujący gotówką na zakup nieruchomości. Oni będą mogli przebierać w ofertach i agresywnie negocjować warunki, ze względu na możliwość szybkiego sfinalizowania transakcji. Generalnie kupujący na rynku wtórnym nie powinni teraz spieszyć się z wyborem mieszkania, ponieważ w najbliższych latach znajdą się w bardzo korzystnej sytuacji. Mogą spokojnie szukać okazji, która pozwoli im na zakup lokalu znacznie poniżej ceny rynkowej, np. w sytuacji, gdy dotychczasowemu właścicielowi będzie zależało na czasie – radzi Łukasz Sęktas.

Decydującym czynnikiem o tym, jak szybko zostanie sprzedana dana nieruchomość, nadal będzie cena. Obecnie właściciele mieszkań często zmniejszają ją po pierwszym kwartale od wystawienia ogłoszenia. Natomiast, zwykle dopiero po drugiej obniżce znajdują nabywcę. W większości dużych miast od lat najdłużej czekają na zakup lokale, których koszt przewyższa już 300-400 tys. zł. Wyjątkiem jest oczywiście Warszawa, gdzie ta bariera kształtuje się powyżej 500 tys. zł. W związku ze zwiększoną siłą nabywczą ww. progi mogą się jeszcze obniżyć. Natomiast absolutnie zaporową granicą wciąż pozostanie 1 mln zł.

– Zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym najszybciej kupowane są mieszkania o metrażu mniejszym, około 40 mkw. Wynika to z tego, że obecnie znaczna część nieruchomości jest nabywana raczej w celach inwestycyjnych, czy przezornościowych, np. z myślą o wynajmie czy przyszłości dziecka. Jeżeli ono nie zamieszka w wybranym przez rodziców lokalu i będzie potrzebowało gotówki na inny cel, to najłatwiej sprzeda właśnie kawalerkę. Prywatni inwestorzy wolą nawet zakupić 2 małe mieszkania, niż 1 duże. To przyszłościowo daje im o wiele więcej możliwości – opiniuje prof. Łaszek.

Z kolei, prezes TIARA Development zauważa, że obecnie okres oczekiwania na nabywcę na rynku wtórnym w dużym mieście wynosi średnio od 6-12 miesięcy. Dotąd ten czas wydłużał się nawet do ok. 5-6 lat, gdy cena oferowanego lokalu była zbyt wygórowana w stosunku do jego standardu. W najbliższych latach będzie to trwać jeszcze dłużej. Zdaniem eksperta, rosnąca ilość używanych nieruchomości na rynku przewyższy liczbę osób zainteresowanych ich zakupem. Jednocześnie poszerzy się grupa potencjalnych nabywców na rynku pierwotnym. Można tak prognozować, gdyż od 2016 roku widocznie zwiększyła się sprzedaż nowych mieszkań za gotówkę. Część osób znajdzie więc środki na taki zakup, jeszcze przed sprzedażą starego mieszkania, które przeznaczy na wynajem.

– Trzeba pamiętać o tym, że rynek mieszkaniowy charakteryzuje się cyklicznością. Teraz mamy jeszcze duży popyt na mieszkania. Wynika on przede wszystkim z tego, że ludzie lokują swoje oszczędności w nieruchomościach. Mniej inwestują w depozyty bankowe, ponieważ są one bardzo nisko oprocentowane, a więc nieopłacalne. Ponadto, rosną dochody Polaków, maleje bezrobocie, a co za tym idzie – banki chętnie dają kredyty na zakup mieszkań. Są one z kolei nisko oprocentowane, a więc dostępne. Należy jednak pamiętać, że te czynniki z czasem przestaną działać i wówczas faktycznie nastąpi wydłużenie okresu oczekiwania na nabywcę – podsumowuje prof. Łaszek ze Szkoły Głównej Handlowej.

Wpływ nowych emitentów na wartości outstandingu na Catalyst

Powstały w 2009 roku rynek Catalyst otworzył przed spółkami nowe możliwości finansowania, z których spółki zaczęły chętnie korzystać. Łączny outstanding – porównując stan na koniec 2010 roku z końcem ubiegłego – 2016 roku – wzrósł z 17 do 69 mld zł, czyli ponad czterokrotnie. Dynamika oraz kierunek zmian outstandingu mogą być traktowane jako istotny wskaźnik mówiący o rozwoju rynku. Na zmianę wartości notowanych obligacji składa się: wzrost lub spadek łącznej wartości emisji dokonywanych przez podmioty, które już od jakiegoś czasu są obecne na rynku (spółki takie jak np. Kruk, którego pierwsza seria została uplasowana na Catalyst jeszcze w 2011 roku, a który na koniec 2016 miał notowanych 20 serii), emisje emitentów, którzy odeszli z rynku, a także emisje nowych emitentów – którym w dalszej części tekstu poświęcimy najwięcej uwagi.

zmiany
Źródło: gpwcatalyst.pl, obliczenia własne Michael/Strӧm DM

Warto zwrócić uwagę na to, jak duży wpływ na zmiany outstandingu mają większe podmioty dokonujące emisji obligacji – np. w roku 2013, Polska Grupa Energetyczna wypuszczając swoją pierwszą emisję na Catalyst (o wartości nominalnej 1 mld zł), odpowiadała za 21 proc. łącznej wartości emisji nowych emitentów. W kolejnych latach liczby te są nawet większe – emisja PZU Finance AB – ponad 2 mld zł – z 2014 roku stanowiła ponad 43 proc. wartości emisji nowych emitentów. Wartość nominalna obligacji Tauronu, wyemitowanych w 2015 roku była równa niemal 1,8 mld zł, stanowiąc równowartość 31 proc. łącznej wartości emisji nowych spółek na Catalyst. W ostatnim, 2016 roku, emisja jednego podmiotu – spółki Orlen Capital AB (3,3 mld zł) – stanowiła więcej niż 73 proc. wartości emisji wszystkich debiutantów na rynku Catalyst. W przypadku Orlen Capital AB należy pamiętać, że jest to spółka kontrolowana przez PKN Orlen – a więc można stwierdzić, że nie zalicza się ona do grona nowych emitentów.

W latach 2014 oraz 2015 wartość emisji podmiotów debiutujących na rynku była większa niż całkowite zmiany outstandingu. Istotny wpływ na taki stan rzeczy w 2015 miał wykup obligacji PKO Finance AB – tj. pierwszych euroobligacji jakie pojawiły się na rynku Catalyst – o wartości nominalnej równej 800 mln euro, czyli około 3,4 mld zł. Co więcej, zarówno w 2014 i 2015 roku mieliśmy do czynienia ze zmniejszeniem się outstandingu w grupie emitentów, którzy są obecni na rynku przynajmniej od poprzedniego roku. Należy podkreślić, że w 2014 roku bardzo duży wpływ na ten spadek miał wykup obligacji Banku Gospodarstwa Krajowego serii IPS1014 i BGK0514 o łącznej wartości równej 7,9 mld zł, co przełożyło się na zmianę netto równą -5,3 mld zł.

Przyglądając się outstandingowi obligacji korporacyjnych nowych emitentów na rynku Catalyst musimy, oprócz porównywania samych liczb, zwrócić uwagę na to co się za nimi kryje. Przedstawione powyżej przykłady dobrze oddają fakt, że stosunkowo niewiele podmiotów odpowiada za wręcz ogromną wartość wyemitowanych obligacji, a pominięcie faktu skąd pochodzą dane liczby może nam dać zniekształcony obraz tego jak rozwija się rynek.

Koncentrując naszą uwagę na nieco węższym horyzoncie czasowym – roku 2016 – możemy zauważyć, że nastąpił spadek liczby emitentów. Z rynku wycofało się łącznie 37 spółek (ich łączna wartość to 1,4 mld zł), zastąpionych przez 22 nowych emitentów (łączna wartość wyemitowanych przez nich obligacji to 4,5 mld zł – a pomijając Orlen Capital AB: 1,2 mld zł). Mediana oraz średnia wartość nominalna obligacji, które opuściły rynek w 2016 to odpowiednio: 8 i 39 mln zł, natomiast w drugiej grupie te wartości to: 57 oraz 42 mln zł (wyłączając dużą emisję, wspomnianej wcześniej spółki Orlen Capital AB). Wzrost średniej wartości nominalnej obligacji emitentów może być odczytany jako pozytywny sygnał. Z rynku znikają serie o niewielkiej wartości nominalnej, wśród których zdarza się wiele defaultów: w 2016 wycofało się 20 emitentów o wartości nominalnej obligacji poniżej 10 mln zł, w tym samym roku pojawiło się takich zaledwie 4. Te ryzykowne emisje są zastępowane obligacjami podmiotów bardziej bezpiecznych z punktu widzenia obligatariusza.

Maciej Kostański, Michael/Ström

Laser-Med S.A. połączy się z One More Level S.A.

Laser-Med S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2012 r., podpisała Term Sheet w sprawie połączenia ze Spółką z branży gier komputerowych – One More Level S.A. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę oraz profil działalności i będzie zajmowała się produkcją gier komputerowych.

Zgodnie z podpisanym w dniu 10.07.2017 r. Term Sheet obie Spółki oświadczyły, że ich zamiarem jest przeprowadzenie procesu połączenia Laser-Med S.A. (Spółka przejmująca) z One More Level S.A. (Spółka przejmowana) przez przeniesienie całego majątku Spółki przejmowanej na Spółkę przejmującą za akcje, które Spółka przejmująca wyda Akcjonariuszom Spółki przejmowanej. Podmiot powstały w wyniku połączenia obu Spółek będzie działał pod nazwą ONE MORE LEVEL S.A. lub inną wskazaną przez Spółkę przejmowaną i zostanie ona określona w Planie połączenia. Podstawą do określenia parytetu wartości obu Spółek będzie ich wartość określona przez niezależnego, wybranego przez oba podmioty, biegłego rewidenta w terminie do 6 tygodni od dnia podpisania Term Sheet. W oparciu o wynik wyceny obu Spółek oraz wyniki due diligence zostanie ustalony parytet przydziału akcji, a tym samym struktura akcjonariatu podmiotu powstałego w wyniku połączenia. W celu realizacji transakcji Laser-Med S.A. wyemituje akcje serii B w ilości ustalonej w wyniku określenia wartości Spółek oraz przy uwzględnieniu ustalonego parytetu wymiany akcji. Podmiot powstały po połączeniu będzie prowadził działalność w branży gier komputerowych i będzie dążył do jak najlepszego wykorzystania efektów synergii wynikających z wzajemnego uzupełnienia potencjału obu Spółek, optymalizacji i zwiększenia skali działania oraz redukcji kosztów działalności.

„Podpisany Term Sheet w sprawie połączenia ze spółką One More Level S.A., która działa w branży gier komputerowych, otwiera nowy rozdział w historii Laser-Med S.A. Nasze działania przyniosły oczekiwane rezultaty, czego potwierdzeniem jest właśnie podpisany dokument o planowanym połączeniu. One More Level S.A. to podmiot, który pracuje obecnie nad bardzo interesującymi i perspektywicznymi produkcjami, mogącymi odnieść ogromny sukces rynkowy. Z dużym optymizmem podchodzimy do całej transakcji i wierzymy, że potencjalne połączenie przyniesie korzyści obu spółkom, a także ich Akcjonariuszom. W najbliższym czasie będziemy realizowali kolejne etapy fuzji, o czym będziemy na bieżąco informowali rynek.” – podkreśla January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Laser-Med S.A.

W maju br. Laser-Med S.A. ora One More Level S.A. zawarły list intencyjny w sprawie połączenia i rozpoczęły realizację procesu due diligence oraz pracowały nad przygotowaniem Term Sheet, którego podpisanie nastąpiło w dniu 10.07.2017 r.

„Podpisany Term Sheet w sprawie połączenia ze spółką Laser-Med S.A. jest kolejnym ważnym krokiem, by dołączyć do grona najlepszych spółek notowanych na rynku NewConnect. Prowadzone negocjacje z Zarządem Laser-Med S.A. przebiegały w bardzo przyjaznej i rzeczowej atmosferze, z czego jesteśmy niezwykle zadowoleni. Mamy nadzieję, że dzięki połączeniu doświadczeń i obecności na NewConnect, najbliższe lata pozwolą One More Level S.A. tworzyć jeszcze lepsze produkty i docierać z nimi do szerszej publiki. Naszym nadrzędnym celem poza rozwojem firmy, będzie również wzrost jej wartości dla Akcjonariuszy.” – komentuje Iwona Cygan, Członek Zarządu Spółki One More Level S.A.

300 hybrydowych samochodów do dyspozycji warszawiaków. Wypożyczalnia w modelu carsharing może zmniejszyć korki i smog w mieście

300 hybrydowych samochodów do dyspozycji warszawiaków. Wypożyczalnia w modelu carsharing może zmniejszyć korki i smog w mieście 1

W Warszawie ruszyła wypożyczalnia samochodów hybrydowych w systemie carsharing. We flocie Panek CarSharing znajduje się 300 samochodów modelu Toyota Yaris Hybrid, które mają pomóc rozładować korki w mieście i przyczynić się do zmniejszenia zanieczyszczeń powietrza. Zainteresowanie usługą jeszcze przed premierą przerosło oczekiwania pomysłodawców. Ich zdaniem Polacy przekonują się do zalet takiego systemu.

– Kluczowe są zalety i innowacyjność tego systemu. Dotychczas byliśmy przyzwyczajeni do posiadania i korzystania z samochodu niejako na wyłączność, ale idzie nowe. W miastach większość samochodów to te użytkowane prywatnie, które 95 proc. czasu stoją zaparkowane. Carsharing to coś zupełnie innego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Jędrzejewski z Panek CarSharing.

Panek CarSharing to jedna z największych krajów flot samochodów hybrydowych w systemie carsharingowym, czyli polegającym na krótkoterminowym (na minuty i godziny), samoobsługowym wypożyczaniu samochodu, do którego wystarczy aplikacja w telefonie i prawo jazdy. Użytkownik płaci za samochód tylko wtedy, gdy nim jeździ.

W Polsce tego typu systemy są jeszcze mało popularne, ale na świecie liczba użytkowników carsharingu rośnie. Z danych Frost & Sullivan wynika, że zwiększy się ona z blisko 8 mln w 2015 roku do ponad 36 mln w 2025 roku, a liczba pojazdów w tym systemie wzrośnie ze 112 tys. w 2015 roku do 427 tys. w 2025 roku. W Polsce prowadzony od kwietnia pilotaż usługi Panek spotkał się z dużym zainteresowaniem.

– W pierwszych dniach po przedpremierowym uruchomieniu usługi notowaliśmy dziennie 500 wynajmów. Docelowo chcemy, aby liczba klientów zarejestrowanych w naszym systemie przekraczała 500 tys. Średnio jeden klient przejeżdża ok. 7 km dziennie, z tym że klienci wypożyczają takie samochód nie raz, a 2,5 razy dziennie – mówi Maciej Panek, prezes zarządu Panek S.A.

Doświadczenie krajów zachodnich pokazuje, że jeden pojazd w takim systemie zastępuje nawet kilkanaście samochodów prywatnych. Po dołączeniu do usługi 25 proc. użytkowników rezygnuje z zakupu własnego pojazdu i jeździ o 44 proc. mniej niż przeciętny kierowca.

– Z doświadczeń zagranicznych wynika, że mając w mieście wiele samochodów we flocie carsharingowej, z ruchu może zostać wyłączonych od kilku do nawet kilkunastu samochodów prywatnych dziennie. W ten sposób carsharing znakomicie wpływa na przestrzeń miejską, na zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza – wskazuje Jędrzejewski.

Pojazdy wypożyczane w ramach carsharingu mogą się tym samym przyczynić do zmniejszenia korków w miastach, ale i szkodliwych emisji. Zwłaszcza że samochody, które można wypożyczyć w systemie Panek, to hybrydowe Toyoty Yaris. Średnio samochód ten spala 3,1 l na 100 km, przez ponad połowę czasu wykorzystuje silnik elektryczny, a w jeździe miejskiej emituje 75 g/km dwutlenku węgla (blisko dwukrotnie mniej niż średnio emitują zwykłe samochody: 130 g dwutlenku węgla na kilometr).

– Zalet hybryd podczas jazdy w mieście jest wiele. To dynamiczne samochody, którymi można się sprawnie poruszać. Użytkownicy na pewno docenią fakt, że samochody mają automatyczną skrzynię biegów, co poprawia komfort jazdy. Poza wszystkim samochody hybrydowe w większości modeli są bardzo dobrze wyposażone w urządzenia ważne dla użytkownika, takie jak kamera cofania czy czujniki parkowania, które w cyklu miejskim mogą mieć wpływ na szkodowość, na tzw. szkody parkingowe – wymienia Mirosław Sochacki, corporate sales manager w Toyota Motor Poland.

Obecnie w systemie Panek CarSharing jest 300 samochodów, ale prezes firmy przekonuje, że to dopiero początek.

– Mamy zamiar zwiększyć tę liczbę o kolejne 300 lub więcej, a także rozszerzymy usługę na więcej miast w Polsce. Liczymy na duże miasta takie jak Wrocław, Łódź, Kraków, Gdańsk i Poznań – zapowiada Maciej Panek.

Usługa carsharingu przypomina miejskie systemy wypożyczania rowerów. Auto można zarezerwować i wypożyczyć w momencie, kiedy jest ono potrzebne, wybierając to zaparkowane najbliżej nas, a następnie oddać w dowolnym miejscu strefy systemu.

– Należy skorzystać z aplikacji Panek CarSharing, pobrać ją ze sklepu odpowiedniego dla naszego telefonu – Android lub iOS. Po zainstalowaniu rejestrujemy się do usługi, przechodzimy proces walidacyjny. Jeśli pozytywnie przejdziemy weryfikację danych osobowych, wówczas możemy podchodzić do każdego samochodu stojącego na ulicach Warszawy i go wynajmować – tłumaczy Maciej Panek.

W systemie Panek CarSharing samochodem można poruszać się nie tylko po Warszawie, lecz także na dłuższych trasach. Sprzyjają temu konkurencyjne ceny. Za przejechany kilometr trzeba zapłacić 50 gr.

– Usługa jest tak dopasowana, że przy dalszych wyjazdach, np. do Szczecina, Gdańska czy Krakowa, minuty nie są naliczane automatycznie, ale po jakimś czasie przechodzą w stawki dobowe. Za dobę zapłacimy nie więcej niż 120 zł. Dodatkowo, jeśli klient musi zatankować samochód, to w schowkach mamy specjalne karty Orlen. Posługując się nimi, można bezpłatnie tankować samochód na nasz koszt – podkreśla Maciej Panek.

Dobre prognozy dla europejskiej gospodarki. To nie oznacza jednak końca zagrożeń

Dobre prognozy dla europejskiej gospodarki. To nie oznacza jednak końca zagrożeń 2

Drugi kwartał 2017 roku przyniósł najwyższy od ponad sześciu lat wskaźnik przemysłowego indeksu PMI w strefie euro, a tempo wzrostu PKB w I kwartale zbliżyło się do 2 proc. Międzynarodowe instytucje podnoszą prognozy wzrostu gospodarczego dla Europy. Zdaniem Krzysztofa Marczewskiego z Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur to m.in. efekt ożywienia w światowym handlu i luźnej polityki Europejskiego Banku Centralnego. Zagrożenia dla wzrostu gospodarczego jednak wciąż istnieją.

– Obraz Europy, zwłaszcza tej znajdującej się w strefie euro, jest zaskakująco dobry. Nastąpiła poprawa, której nie spodziewano się jeszcze pół roku czy rok temu. Trzeba to traktować jako poprawę na miarę tego, co działo się wcześniej w strefie euro – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Krzysztof Marczewski, kierownik Zakładu Koniunktury Krajowej i Eksportowej w Instytucie Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur, redaktor raportu „Koniunktura Gospodarcza Świata i Polski”. – 2 proc. wzrostu dla Polski to nie jest nic wielkiego, ale dla strefy euro już tak, ponieważ długookresowe tempo wzrostu w ostatnich latach to 1,4 proc., a więc ożywienie jest wyraźnie większe.

W I kwartale 2017 roku gospodarka 28 krajów Unii Europejskiej urosła o 2,1 proc. rok do roku (dane odsezonowane), podczas gdy w strefie euro wzrost wyniósł 1,9 proc. Oba wyniki są o 0,1 pkt proc. lepsze od odnotowanych w IV kwartale 2016 roku. Polska znalazła się na trzecim miejscu z wynikiem 4,2 proc. Szybciej rozwijały się tylko gospodarki Rumunii (5,6 proc.) i Słowenii (5,0 proc.).

– To splot wielu czynników, ale trzy najważniejsze są następujące: po pierwsze, ciągle łagodna polityka pieniężna EBC, który nie dość, że utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie, to jeszcze utrzymuje tzw. ilościowe poluzowanie, czyli skupuje aktywa zarówno sektora publicznego, jak i sektora prywatnego – wyjaśnia Marczewski. – Po drugie, zakończenie konsolidacji fiskalnej – strefa euro przez lata zmagała się z kryzysem zadłużeniowym, ten kryzys został zasadniczo opanowany i wreszcie ożywienie w handlu światowym, nie takie jak przed kryzysem, ale jednak pewne ożywienie zarówno w krajach rozwijających się, jak i krajach rozwiniętych.

Europejski Bank Centralny pozostawił w czerwcu stopy procentowe na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie i choć wykluczył ich dalsze obniżanie, to zapowiedział kontynuowanie programu skupu obligacji co najmniej do grudnia 2017 roku. Oznacza to comiesięczne pompowanie w gospodarki strefy euro 60 mld euro.

– Trwa dyskusja, czy EBC powinien przestać prowadzić tę łagodną politykę. Z drugiej strony, jeśli inflacja jest pod kontrolą, bo wynosi 1,4 proc., czyli poniżej celu inflacyjnego Europejskiego Banku Centralnego – 2 proc., więc nie ma zasadniczych powodów, aby zaostrzać politykę pieniężną – ocenia Krzysztof Marczewski. – Większość obserwatorów skłania się ku temu, że do końca tego roku takie podtrzymywanie będzie, ponieważ już raz EBC spróbował za wcześnie zaostrzyć politykę pieniężną w 2011 roku i skończyło się to fatalnie.

Inflacja bazowa w strefie euro w maju 2017 roku wyniosła 1,4 proc., podczas gdy według wstępnych danych w czerwcu spadła nawet do 1,3 proc. Jednak w poprzednim miesiącach wzrost cen był wyraźniejszy – w lutym br. inflacja osiągnęła pułap 2 proc., a w kwietniu – 1,9 proc.

OECD podniosła w czerwcu prognozę wzrostu gospodarczego dla strefy euro zarówno na 2017, jak i 2018 rok do 1,8 proc. z 1,6 proc. prognozowanego jesienią ub.r. Według agencji Fitch europejska gospodarka przyspieszy w tym roku o 2 proc. (poprzednia prognoza zakładała wzrost o 1,7 proc.), natomiast sam EBC prognozuje na lata 2017–2019 tempo wzrostu PKB odpowiednio na poziomach 1,9 proc., 1,8 proc. i 1,7 proc. Zdaniem Krzysztofa Marczewskiego nie oznacza to jednak, że Europa wszystkie problemy ma już za sobą.

– Na razie jest duża ostrożność, tym bardziej że kredyty są ciągle wielkim problemem w strefie euro, zwłaszcza w kilku krajach jak Włochy czy Hiszpania są problemy z sanacją banków, z realizacją założeń Unii Bankowej w tym zakresie, nie brakuje także kwestii strukturalnych, do których trzeba zaliczyć problemy demograficzne oraz pogarszającą się ogólną produktywność czynników produkcji, która w ostatnich latach była w strefie euro bardzo kiepska, malejąca – zauważa Krzysztof Marczewski. – Jest obawa, że te 1,9 proc. to epizod i że powrócimy do marnego 1,4 proc., co naprawdę nie jest dobrym wynikiem.

Sprzedaż rozwiązań chmurowych powyżej oczekiwań największych globalnych dostawców. Polska skraca cyfryzacyjny dystans do Zachodniej Europy

Sprzedaż rozwiązań chmurowych powyżej oczekiwań największych globalnych dostawców. Polska skraca cyfryzacyjny dystans do Zachodniej Europy 3

Choć w Europie Zachodniej firmy szybciej niż w Polsce przenoszą swoje dane do chmury, to systematycznie skracamy dzielący nas od liderów cyfrowej transformacji dystans. Sprzedaż chmury rośnie w Polsce w dwucyfrowym tempie. Szacuje się, że przyszłym roku w naszym kraju może z niej korzystać już nawet 70 proc. firm. Cloud computing przestał być rozwiązaniem testowym, a stał się dojrzałą technologią, pozwalającą firmom zmieniać sposób zarządzania przedsiębiorstwem – podkreślają przedstawiciele Oracle Corporation.

Rozwiązania chmurowe sprzedają się w Polsce bardzo dobrze. Sprzedaż przekracza nasze oczekiwania, a wzrost jest dwucyfrowy. Chmura jest adaptowana przez cały rynek, począwszy od sektora małych i średnich przedsiębiorstw, a skończywszy na największych korporacjach i sektorze publicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Naklicki, wiceprezes Oracle Corporation w Rosji i Europie Środkowo-Wschodniej.

Rosnącą popularność chmury potwierdzają badania globalnej firmy doradczej IDC, która prognozuje, że w ciągu najbliższych lat wartość tego segmentu rynku IT będzie dynamicznie rosnąć – nawet pięć razy szybciej niż rynek tradycyjnych usług. W ubiegłym roku rynek chmury publicznej wzrósł o 25 proc. w ujęciu rocznym do ok. 160 mln dol., a w tym może przekroczyć 200 mln dol.

Z badań, które firma IDC przeprowadziła na zlecenie Oracle, wynika, że z chmury korzysta obecnie 40 proc. przedsiębiorstw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, które zatrudniają od 250–1000 pracowników. W przypadku większych firm blisko połowa z nich planuje wdrożenie usług w chmurze. Zdaniem wiceprezesa Oracle rozwiązania chmurowe będą w przyszłości tak samo powszechne jak korzystanie z internetu.

Według badań, które zleciliśmy firmie IDC, około 20–30 proc. firm planuje przejść na chmurę w przyszłym roku. Jeśli jednak porównamy te dane z krajami zachodnimi, okaże się, że mamy nieco do nadrobienia, ponieważ tam około 80 proc. klientów jest już na etapie wdrażania rozwiązań chmurowych – mówi Janusz Naklicki.

Pod względem korzystania z usług chmurowych widać wciąż duży dystans pomiędzy Europą Środkowo-Wschodnią a krajami zachodnimi. IDC prognozuje, że w tym roku wydatki na chmurę publiczną i prywatną w regionie wyniosą niecałe 600 mln dol., a do 2020 roku wzrosną do 876 mln dol. Dla porównania, w tym samym czasie wydatki na chmurę w zachodniej Europie wzrosną z 6,2 mld dol. w tym roku do 9,1 mld dol. za trzy lata. Do końca bieżącego roku 8 na 10 globalnych firm wdroży projekty związane z cyfrową transformacją.

Rosnącą popularność chmury w globalnej skali obliczeniowej pokazują również wyniki Oracle. W poprzednim roku fiskalnym (zakończonym 31 maja br.) przychody koncernu ze sprzedaży usług chmurowych sięgnęły 4,7 mld dol., notując 66-proc. wzrost rok do roku. Firma odnotowała wzrost we wszystkich segmentach usług chmurowych, a ten trend jest zauważalny w jej wynikach finansowych już czwarty rok z rzędu.

Wszystkie rozwiązania w chmurze sprzedają się podobnie. Kilka dni temu ogłosiliśmy wyniki finansowe za ostatni rok – wzrost sprzedaży rozwiązań chmurowych wyniósł ponad 60 proc. W szczególności można wskazać na rozwiązania typu Platfrom as a Service i Infrastructure as a Service, które zanotowały około 66-proc. wzrost, dla rozwiązań typu Software as a Service wyniósł on 68 proc. Według nas chmura już jest dojrzałym produktem. Nie mówimy tu o próbach, testach i adaptacji – jest to już normalny, dojrzały produkt, który klienci adaptują do własnych potrzeb – ocenia Janusz Naklicki.

Koncern z Reedwood City podkreśla, że coraz większy wpływ na jego wyniki ma adaptacja rozwiązań cloudowych w regionie Europie Środkowo-Wschodniej, w tym również w Polsce. W ubiegłym roku gigant podpisał kilka dużych kontraktów, a do grona jego klientów dołączyły marki takie jak m.in. Allegro, Comarch, Vectra i Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy.

Technologiczny koncern jest też w trakcie wdrażania jednego z największych tego typu projektów w Polsce, którego beneficjentem jest Orange. Telekom chce w ciągu 3–4 lat całkowicie wyemigrować swoje systemy do chmury, dzięki czemu zaoszczędzi na kosztach IT, uprości i przyspieszy pracę oraz zyska możliwość wprowadzenia na rynek nowych usług cyfrowych.

Obok optymalizacji kosztowej największą zaletą cloud computingu dla firm jest właśnie możliwość rozwijania innowacyjności, nowych produktów i usług. Wiceprezes Oracle Corporation ocenia, że jeżeli polskie firmy nie będą inwestować w chmurę, to będą mniej konkurencyjne i pozostaną w tyle za europejskim rynkiem. Wciąż jednak główną barierą, która powstrzymuje przedsiębiorstwa przed migracją do chmury, jest obawa o bezpieczeństwo danych.

Pracujemy nad zmianą tej percepcji razem z całym rynkiem informatycznym. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że firmy, które profesjonalnie zajmują się przechowywaniem i procesowaniem danych, robią to lepiej niż klienci indywidualni. Przeznaczamy miliardy dolarów na to, żeby chmura była bezpieczna, działała cały czas i była dostępna dla każdego w każdym miejscu na ziemi – mówi Janusz Naklicki.

Przez ustawę o sieci szpitali mieszkańcy południa Warszawy i Mazowsza mogą mieć ograniczony dostęp do specjalistycznej opieki kardiologów

Przez ustawę o sieci szpitali mieszkańcy południa Warszawy i Mazowsza mogą mieć ograniczony dostęp do specjalistycznej opieki kardiologów 4

Sieć szpitali – według zapowiedzi resortu zdrowia – ma poprawić dostęp pacjentów do świadczeń ambulatoryjnych, szpitalnych i rehabilitacyjnych. Pojawiają się jednak głosy, że w wybranych regionach nowe przepisy mogą mieć odwrotny skutek. Na opublikowanej w czerwcu liście zabrakło Szpitala Medicover w warszawskim Wilanowie. To właśnie tam trafiają pacjenci z innych ośrodków na leczenie skomplikowanych przypadków wymagających interwencji kardiologów i kardiochirurgów, np. powikłań po zatorowości płucnej oraz zaburzeń rytmu serca. Szpital liczy na możliwość dalszej współpracy z NFZ w dotychczasowym zakresie.

Pod koniec czerwca została opublikowana tzw. sieć szpitali. Reforma wprowadza duże zmiany w funkcjonowaniu placówek szpitalnych. Każdy szpital, który dostanie się na listę, będzie mógł liczyć na finansowanie ze środków publicznych. W czerwcu na listę trafiło łącznie ok. 1,3 tys. szpitali. Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że po zmianie przepisów dostęp pacjentów do świadczeń specjalistycznych poprawi się w szczególności poprzez zapewnienie kompleksowości i koordynacji świadczeń ambulatoryjnych, szpitalnych i rehabilitacyjnych. Pojawiają się jednak głosy, że ustawa o sieci szpitali może ograniczyć dostęp do wysokospecjalistycznej opieki w wybranych regionach. Na opublikowanej w czerwcu liście nie znalazł się Szpital Medicover w warszawskim Wilanowie.

– Szpital Medicover w ramach kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia obejmuje opieką ponad milion osób z południowej części Warszawy i województwa mazowieckiego. Świadczymy przede wszystkim wysokospecjalistyczne usługi medyczne z zakresu kardiologii, kardiochirurgii i chirurgii naczyniowej. W ramach tych specjalności świadczymy również pomoc osobom w stanach nagłych. Co istotne, nasze oddziały kardiologiczne i kardiochirurgiczne reprezentują jeden z najniższych współczynników śmiertelności wśród leczonych pacjentów, mimo że zajmują się najbardziej skomplikowanymi i powikłanymi przypadkami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Łukasiewicz, dyrektor Szpitala Medicover.

W powiatach położonych na południe od Warszawy aż do Radomia świadczeń z zakresu kardiologii i kardiochirurgii nie oferuje żaden ze szpitali. Dlatego placówka w warszawskim Wilanowie stanowi zabezpieczenie dla ok. miliona osób z Warszawy i południowego Mazowsza.

– Wejście w życie ustawy o sieci szpitali oznacza przede wszystkim dużą niepewność. Jako szpital, który nie wszedł do sieci, nadal nie wiemy, jaka będzie przyszłość usług świadczonych w ramach NFZ. Nie wiemy, czy będziemy w stanie zaoferować dalszą pomoc pacjentom, którym pomagaliśmy w problemach kardiologicznych i kardiochirurgicznych, czy też od 1 października będziemy musieli wstrzymać świadczenia realizowane w ramach środków publicznych –wskazuje Łukasiewicz.

Do sieci trafi 91 proc. środków przeznaczonych na leczenie szpitalne. O pozostałe 9 proc. środków inne placówki mają walczyć w konkursach.

 Liczymy, że będziemy mieli możliwość wystartowania w tych konkursach. Chcemy utrzymać zakres usług, które obecnie świadczymy dla dużej grupy osób z województwa mazowieckiego i spoza niego. Liczymy na to, że NFZ rozpisze konkursy i tym samym szpital w Wilanowie nadal będzie miał możliwość udzielania pacjentom świadczeń medycznych w ramach publicznego systemu – zapowiada Marcin Łukasiewicz.

Dotychczas pacjenci przy wyborze placówki leczniczej kierowali się nie tylko jakością opieki, lecz także odległością, zwłaszcza przy ciężkich schorzeniach, w tym kardiologicznych.

 Bardzo nam zależy na tym, żeby udało się pozostać w systemie świadczenia usług publicznych. Uważamy, że te specjalności, w których działamy w Wilanowie, czyli kardiologia i kardiochirurgia, są naprawdę na światowym poziomie. Część pacjentów jest do nas kierowana z innych ośrodków kardiologicznych i kardiochirurgicznych, zwłaszcza w obszarze leczenia powikłań po zatorowości płucnej oraz nisko inwazyjnego leczeniu zaburzeń rytmu –mówi dyrektor Szpitala Medicover.

Popularność e-sportu w Polsce dorównała prawdziwym rozgrywkom sportowym. Liczba graczy sięgnęła już 13 mln

Popularność e-sportu w Polsce dorównała prawdziwym rozgrywkom sportowym. Liczba graczy sięgnęła już 13 mln 5

Rynek elektronicznych rozgrywek rozwija się w Polsce w tempie od 20 do 30 proc. rocznie. Eksperci szacują, że liczba graczy na krajowym rynku przekroczyła już 13 mln. Na świecie e-sportem interesuje się blisko 400 mln fanów, a globalny rynek wart jest pół miliarda dolarów. Prognozy na kolejne lata wyglądają równie obiecująco – prognozowany wzrost to co najmniej 100–200 mln dolarów rok do roku.

Polacy uwielbiają gry, zarówno jako uczestnicy rozgrywek, jak i jako widzowie. Gramy i oglądamy niezwykle chętnie, czego dowodem jest Intel Extreme Masters, cykliczna impreza dla najlepszych graczy z całego świata organizowana w katowickim Spodku. Elektroniczne rozgrywki stały się już tak samo popularne jak tradycyjne dyscypliny sportowe.

– E-sport zaczyna się rozwijać bardzo dynamicznie, widzimy to w Polsce, która jest jednym z przodowników na świecie. Widzimy, ilu ludzi gra i ogląda e-sport. Wzrost widowni e-sportowej jest tak dynamiczny, jak fanów siatkówki na świecie. Już 400 mln osób interesuje się e-sportem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Morawski, country marketing manager firmy Dell EMC w Polsce – Polska to ciekawy rynek, gra co trzeci Polak, czyli prawie 13 milionów osób, bez podziału na konsole czy komputery. Ci ludzie są też fanami e-sportu, ten rynek obejmuje praktycznie każdego Polaka.

Rynek e-sportu jest już wart ponad 500 mln dolarów, a eksperci szacują, że tendencja wzrostowa w następnych latach to kolejne 100–200 mln dolarów każdego roku. Moda na profesjonalne granie cieszy nie tylko producentów gier i oprogramowania, lecz także firmy z branży elektronicznej.

– Zaczęło się od tego, że e-sport to byli młodzi ludzie, którzy grali sobie w gry przed komputerem lub połączeni siecią LAN. Obecnie ich trening nie różni się od treningów profesjonalnych graczy piłki nożnej, siatkówki czy piłki ręcznej. Treningi trwają około 8 godzin dziennie, mają specjalne zgrupowania w gaming-house’ach, mają opiekę psychologów, dietetyków, trenerów fitnessu. Doszło do tego, że gracze takich gier jak CS:GO [Counter Strike: Global Offensive – Red.], gier militarnych, mają strategów od układania całej taktyki gry, którzy są na przykład byłymi wojskowymi jednostek specjalnych – wyjaśnia Marcin Morawski.

Swoich sił w świecie e-sportu może spróbować każdy użytkownik konsoli czy peceta. Specjalne platformy, takie jak Electronic Sports League, dają szanse rywalizowania z najlepszymi graczami z całego świata. Dzięki nim z czasem można się stać profesjonalistą.

– E-sportowcem człowiek się rodzi. Gra to jego pasja, którą przekłada na umiejętności zespołowe lub indywidualne w turniejach. To wymaga dużo zaangażowania, determinacji i zmotywowania siebie, przekonania, że chce się iść w tę stronę, tak samo jak ktoś, kto chce być piłkarzem lub innym sportowcem – twierdzi Marcin Morawski.

Wyznacznikiem popularności e-sportu jest też fakt, że niektóre szkoły uruchomiły klasy o profilu e-sportowym, w których uczniowie trenują w celu zostania profesjonalnym graczem. Jednak większość obecnych profesjonalnych zawodników nie podjęła edukacji specjalnie w tym kierunku, a swoje umiejętności szlifowali od dziecka na początku w spontaniczny, a potem coraz bardziej zorganizowany sposób. Co ciekawe, większość entuzjastów e-sportu nie próbuje swoich sił w rozgrywkach, woli je po prostu oglądać.

– E-sport to nie tylko gracze, lecz także wielbiciele oglądania gier. Mniej niż połowa fanów e-sportu gra w gry. Możemy to porównać do ludzi, którzy oglądają finał Ligi Mistrzów w piłkę nożną, ale sami nie wyjdą pograć, tylko wolą spędzić czas, oglądając takie rozgrywki – podsumowuje Marcin Morawski.

Czerwiec miesiącem kilku sporych wizerunkowych wpadek w mediach społecznościowych. Marki nie zawsze odpowiednio reagowały na kryzysy

Czerwiec miesiącem kilku sporych wizerunkowych wpadek w mediach społecznościowych. Marki nie zawsze odpowiednio reagowały na kryzysy 6

Dobrze przygotowana komunikacja na wypadek kryzysu i odpowiednia strategia w social mediach to dla firm niezbędnik w kreowaniu wizerunku. Na przestrzeni ostatniego miesiąca przekonały się o tym między innymi Audi i kosmetyczna marka Avon. Czerwiec, obok kolejnych zmian i nowości w mediach społecznościowych, przyniósł też kilka wizerunkowych kryzysów. 

Czerwiec rozpoczął się kryzysem wizerunkowym Audi. Na swoim facebookowym profilu marka zamieściła zdjęcia jednego z modeli samochodów w różnych charakterystycznych miejscach Warszawy, między innymi przy Pałacu Kultury czy Hali Koszyki. Jedno ze zdjęć przedstawiało samochód na tle pomnika Powstania Warszawskiego. To wywołało oburzenie internautów, którzy w komentarzach wypominali marce, że jest to wyraz braku szacunku dla polskiej historii i powstańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor serwisu PRoto.pl.

Reklama Audi A5 pod pomnikiem poświęconym bohaterom Powstania Warszawskiego (na dodatek w miejscu, w którym nie wolno parkować) szerokim echem odbiła się w mediach zarówno tradycyjnych, jak i społecznościowych. Internauci wytknęli niemieckiemu koncernowi nawiązania do II wojny światowej i przypomnieli, że w przeszłości wykorzystywał robotników przymusowych do produkcji uzbrojenia dla III Rzeszy.

Marka po kilku godzinach przeprosiła za „oczywisty błąd” i „zranienie uczuć wielu osób”, a zdjęcie zniknęło z jej profilu. Koncern tłumaczył też, że niefortunne zdjęcie nie było elementem kampanii marketingowej – zostało wykonane przez niezależnego fotografa i opublikowane w social mediach bez odpowiedniej weryfikacji ze strony Audi. Brand zapowiedział też wyciągnięcie konsekwencji wobec osób odpowiedzialnych za wpadkę i zmiany w zarządzaniu swoimi profilami społecznościowymi.

Niewiele ponad tydzień później z większym kryzysem musiała się zmierzyć marka kosmetyczna Avon, w której przypadku sprawdziło się słynne powiedzenie, że „kryzysy w social media wybuchają w weekendy”.

Na Facebooku pojawił się post kobiety, która opisała historię swojego zwolnienia po tym, jak wykryto u niej raka piersi. Napisała, że nie otrzymała od Avon Polska żadnego wsparcia i została zwolniona pod innym pretekstem. Avon stwierdził, że jest to sytuacja niezgodna z prawdą, jednak post tej kobiety rozszedł się szeroko po sieci, był udostępniany tysiące razy. Internauci na profilu firmy zamieszczali negatywne opinie, domagali się wyjaśnień, pojawiły się też wpisy kobiet, które spotkała podobna sytuacja – mówi Małgorzata Baran.

Avon od lat prowadzi słynną kampanię społeczną „Różowa Wstążka” na rzecz walki z rakiem piersi, w ramach której popularyzuje diagnostykę i finansuje badania. Wizerunkowy kryzys marki skomplikował fakt, że post zwolnionej współpracowniczki na Facebooku pojawił się dokładnie tego samego dnia, w którym Avon organizował na bulwarach wiślanych imprezę z celebrytami pod hasłem „Dzień Różowej Wstążki. Razem Przeciwko Rakowi Piersi”.

Avon nie zdążył szybko zareagować. Na negatywne komentarze w social media i nawołania do bojkotu konsumenckiego marka odpowiadała formułką: „Nie jesteśmy w stanie odnieść się do takich zarzutów bez wyjaśnienia sprawy. Zapewniamy, że nie zostanie to bez naszego oficjalnego komentarza”. Dopiero później firma wydała oświadczenie i podjęła próbę naprawienia wizerunku.

Marka skontaktowała się ostatecznie z tą kobietą i zaproponowała jej pracę. Utworzyła dla niej specjalne stanowisko pełnomocnika ds. pomocy pracownikom przewlekle chorym – mówi Małgorzata Baran.

Redaktorka serwisu PRoto.pl zwraca też uwagę na ostatnie kłopoty wizerunkowe sieci Media Expert, która przygotowała niezrozumiałą dla klientów promocję, za co spadła na nią fala krytyki.

Z okazji zakończenia roku szkolnego sieć Media Expert przygotowała dla klientów promocję, przyznając rabaty za dobre stopnie na świadectwie szkolnym dziecka. Okazało się, że regulamin tej promocji nie był do końca jasno przedstawiony i klienci poczuli się wprowadzeni w błąd – mówi Małgorzata Baran.

Z bardzo pozytywnym odbiorem w mediach społecznościowych spotkał się za to gest Mazdy. Motoryzacyjna marka zdecydowała się pomóc lekarzowi, który na Facebooku napisał o tym, że skradziono mu samochód, dzięki któremu mógł codziennie dojeżdżać do pacjentów. Mazda w komentarzu do tego wpisu zaproponowała pomoc w postaci udostępnienia samochodu od jednego ze swoich dilerów.

Internauci bardzo pozytywnie zareagowali również na działanie marki Bosch, która zdecydowała się wesprzeć schronisko dla kotów. Na fanpage’u schroniska Koci Azyl pojawił się wpis o tym, że fundacja potrzebuje pomocy, ponieważ zepsuła im się pralka. Pomoc oferowali zwykli użytkownicy, ale w komentarzach pojawił się również wpis firmy Bosch, która zaproponowała, że przekaże fundacji pralkę i odkurzacz, a przy okazji zaoferowała pomoc swoich pracowników w ramach wolontariatu. Ta reakcja marki wywołała bardzo pozytywne komentarze internautów, którzy chwalili ją za dobre działanie. Cieszyli się, że korzystają z jej sprzętu albo deklarowali, że w przyszłości kupią sprzęt Bosch – mówi Małgorzata Baran.

Coraz więcej fotografów wybiera aparaty bezlusterkowe. Ten nowy typ zaczyna wypierać z rynku popularne „kompakty”

Coraz więcej fotografów wybiera aparaty bezlusterkowe. Ten nowy typ zaczyna wypierać z rynku popularne "kompakty" 7

Rynek aparatów cyfrowych dynamicznie się zmienia. Z jednej strony sprzedaż aparatów spada, z uwagi na coraz popularniejsze smartfony, z drugiej na popularności zyskują droższe, bardziej zaawansowane sprzęty. Rośnie też sprzedaż systemowych aparatów bezlusterkowych – nowej kategorii sprzętu fotograficznego, która dopiero od kilku lat zdobywa popularność.

– Canon oferuje zastosowania w trzech segmentach aparatów. Pierwsze to aparaty kompaktowe, które reprezentują dużą część rynku, drugie to aparaty systemowe, popularnie zwane bezlusterkowcami, trzeci segment to popularne lustrzanki, czyli aparaty bardziej profesjonalne, dostosowane do zadań specjalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Nocoń, z firmy Canon Polska.

Mobilność to jedna z najważniejszych cech wykorzystania sprzętu fotograficznego poza profesjonalnym studiem. Aparaty kompaktowe gwarantują lekkość i ergonomię, wysoki komfort użytkowania i wygodę przemieszczania się ze sprzętem. Z drugiej strony to właśnie ta kategoria sprzętu fotograficznego najbardziej narażona jest na spadki sprzedaży ze względu na zastępowanie modułami fotograficznymi wbudowanymi w smartfony. Bronią się jednak topowe konstrukcje z segmentu premium.

– Aparaty kompaktowe to aparaty bardzo przenośne, bez wymiennej optyki, są one obecnie wypierane przez smartfony, niemniej jednak w segmencie premium są to rozwiązania, które zdecydowanie przewyższają smartfony – twierdzi Marcin Nocoń.

Ekspert dodaje, że lustrzanki to rozwiązania dedykowane profesjonalistom i zaawansowanym amatorom. Canon w swojej ofercie posiada ponad 70 obiektywów różnych typów. A jednak to nie lustrzanki, lecz aparaty bezlusterkowe rozwijają się w ostatnich latach najszybciej. To aparaty umożliwiające – tak jak lustrzanki – wymianę obiektywu, ale pozbawione lustra ukrytego wewnątrz korpusu. Dzięki temu ich rozmiary i waga mogą być mniejsze, co sprzyja wykorzystywaniu ich w fotografii turystycznej.

– Najbardziej popularnym segmentem rosnącym wartościowo jest segment aparatów bezlusterkowych, aparatów systemowych. Rynek rośnie, kanibalizując aparaty kompaktowe, wartość rynku przesuwa się w kierunku bezlusterkowców. Rynek lustrzanek z kolei jest rynkiem stabilnym – tłumaczy Marcin Nocoń.

Kolejnymi istotnymi cechami są wszechstronność oraz wydajność aparatu. Pod tym względem lustrzanki nie mają sobie równych.

– Grupa docelowa profesjonalistów będzie wybierała zawsze aparaty lusterkowe ze względu na ergonomię i ilość robionych zdjęć. Do tych aparatów mamy ponad różnych 70 obiektywów, które dostosowane są do odpowiednich celów – zaznacza Marcin Nocoń.

Wśród zaawansowanych użytkowników wielu decyduje się uzupełniać swoje zaplecze sprzętowe o aparat zapasowy. Osoby, które do tej pory posiadały lustrzankę, sięgają po aparat bezlusterkowy. Dlatego zdaniem eksperta te dwa segmenty idealnie się dopełniają.

– Dla aparatów bezlusterkowych firma Canon ma 7 obiektywów plus przystawka, która daje możliwość wykorzystywania całej gamy obiektywów dostosowanych do lustrzanek. Aparaty bezlusterkowe są dobrym rozwiązaniem, jeśli nie potrzebujemy dostępu do dużych ogniskowych – wyjaśnia Marcin Nocoń.

Ostatnim aspektem, na który należy zwrócić uwagę, jest cena. Co do zasady im droższy sprzęt, tym lepsza jakość. Eksperci uważają, że podczas wyboru warto wziąć pod uwagę starsze modele aparatów, których cena na przestrzeni lat drastycznie się obniżyła. Dziś łatwiej wybrać aparat, który zapewni idealny stosunek jakości do ceny, a także będzie dopasowany do naszych preferencji.

– Lustrzanka to aparat zdecydowanie dla osób, które lubią bawić się fotografią, fotografują przyrodę czy sporty, gdzie potrzeba dużej ogniskowej, by robić zdjęcia z dystansu. Bezlusterkowiec to dobra propozycja dla amatorów i zaawansowanych amatorów, aby zabrać aparat na wakacje, opowiedzieć ciekawą historię w dobrej jakości – podsumowuje Marcin Nocoń.

Jak najlepiej wspierać polski biznes za granicą?

Zagraniczne Biura Handlowe PAIH zastępują dotychczasowe placówki. Zlikwidowano już cztery
z ok. 50 WPHI, m.in. w Budapeszcie i Berlinie. A na lipiec br. zaplanowano finalizację zamknięcia kolejnych sześciu. W funkcjonujących do niedawna WPHI, polskie firmy wspierali niemal w 100 proc. Polacy oddelegowani na placówki, podczas gdy inne kraje o wiele bardziej stawiają na lokalnych specjalistów o wysokiej znajomości rynku z lokalną siecią kontaktów. Jakie zatem praktyki w placówkach handlowych realnie wspierają przedsiębiorców w rozwoju biznesu za granicą?

Jednym z punktów wdrażanego obecnie tzw. planu Morawieckiego jest reforma systemu wsparcia przedsiębiorców w Polsce i zagranicą. Proponowane zmiany zakładają zastosowanie nowego podejścia do wspierania polskich eksporterów i inwestorów oraz inwestorów zagranicznych poprzez m.in. stworzenie nowej sieci placówek zagranicznych obsługujących przedsiębiorców. Spora część zmian weszła już w życie. W lutym br. powołano Polską Agencję Inwestycji i Handlu, podlegającą resortowi Morawieckiego. Nowa agencja zastąpiła działającą od 2003 roku Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych, a dodatkowo przejęła od MSZ funkcję wspierania polskich przedsiębiorców za granicą, realizowaną do tej pory przez Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji.

Jak podchodzi się do wsparcia przedsiębiorców na Zachodzie?

Przy okazji zmian zachodzących w polskim systemie wsparcia inwestorów i eksporterów, a szczególnie w kontekście tworzenia nowej sieci biur zagranicznych, warto przyjrzeć się temu, jak do obsługi przedsiębiorców za granicą podchodzą agencje wspierania handlu i inwestycji na świecie.

Jedną z ważnych praktyk często stosowanych na rynkach docelowych przez agencje zagraniczne jest bazowanie na pracownikach lokalnych – mówi Anna Wierzbicka, doradca w warszawskim biurze A.T. Kearney. Podczas gdy WPHI zwykle nie zatrudniają obywateli kraju docelowego w rolach merytorycznych (np. jako doradca ds. eksportu), inne kraje, takie jak Wielka Brytania, często posiadają zespoły w większości lub nawet w całości złożone z pracowników lokalnych.

Również Holandia i Irlandia zatrudniają obywateli kraju docelowego w charakterze doradców. Takie rozwiązanie gwarantuje szerszy dostęp do lokalnej wiedzy rynkowej i kontaktów, których oddelegowani czasowo pracownicy siłą rzeczy nie posiadają i budują dopiero na miejscu. – dodaje Wierzbicka. Praktyka zatrudniania pracowników lokalnych jest też często korzystna pod względem kosztów. Pracownicy lokalni nie posiadają statusu dyplomatycznego, a ich zatrudnienie jest tańsze i łatwiejsze. Nie ma potrzeby relokacji (która często odbywa się wraz z rodziną) czy też zapewniania im warunków mieszkaniowych.

Kolejnym istotnym elementem działania placówek handlowych, który często pozwala na wykorzystanie ekspertyzy lokalnych pracowników, jest współpraca z lokalnymi organizacjami wspierającymi biznes, które mogą być świetnym kanałem promocji i źródłem kontaktów biznesowych. Szczególną rolę odgrywają tu Izby Handlowe. Współpraca z nimi może obejmować wspólną organizację wydarzeń promocyjnych, dzielenie się kontaktami czy wykonywanie części zadań z zakresu promocji eksportu / importu, a także finansowanie lub współfinansowanie usług, które Izba świadczy na rzecz przedsiębiorców, m.in. analizy rynku, konkurencji, organizację spotkań z potencjalnymi partnerami biznesowymi. Przykładem tego typu współpracy jest wspomniana już Wielka Brytania, która w Polsce ściśle współpracuje z Brytyjsko-Polską Izbą Handlową. Współpraca ta może też polegać na pełnym outsourcingu działalności placówki handlowej do Izby – przykładem takiego działania jest francuska agencja Business France, która jest reprezentowana na niektórych rynkach przez Francuskie Izby Handlowe, podczas gdy na innych posiada własne biura.

Niektóre z agencji uciekają się też do rozwiązań częściowo lub w całości opartych o outsourcing. Przykładowo, Wielka Brytania zatrudnia specjalistyczną firmę odpowiedzialną za przygotowanie analiz
i raportów dla przedsiębiorców. Ponadto wchodząc na nowe rynki, na których tradycyjnie nie posiada przedstawicielstw związanych z pozyskiwaniem inwestycji, Wielka Brytania posiłkuje się w pierwszym kroku lokalnymi partnerami. Z kolei słoweńska agencja zamiast przygotowywać dla przedsiębiorców analizy rynkowe w ramach własnych zasobów, oferuje eksporterom dofinansowanie do analiz wykonywanych przez wyspecjalizowanych dostawców, wybranych przez zainteresowanego przedsiębiorcę. Podejście takie daje dużą elastyczność – można szybko założyć biuro tam, gdzie go wcześniej nie było i w o wiele szybszym czasie doprowadzić je do pełnej operatywności, a następnie szybko je zamknąć jeśli okaże się, że nie przynosi spodziewanych korzyści. – komentuje  Karolina Welder, doradca A.T. Kearney. Można też o wiele łatwiej zmniejszać lub zwiększać zasoby, w zależności od sytuacji rynkowej.

Niezależnie od przyjętego modelu działania biura zagranicznego, bardzo ważne jest nadanie mu konkretnego kierunku poprzez ustalenie mierzalnych celów biznesowych, na podstawie których okresowo oceniana będzie efektywność danej placówki. Wskaźniki, takie jak wartość pozyskanych inwestycji  bezpośrednich z danego rynku, pozyskana przy wsparciu zespołu, liczba obsłużonych inwestorów
i eksporterów czy wartość rodzimego eksportu z wybranych branż trafiającego na dany rynek dzięki wsparciu placówki, powinny odzwierciedlać cele rodzimej polityki gospodarczej i być regularnie weryfikowane, a także aktualizowane np. w zależności od sytuacji rynkowej. Ponadto, w przypadku współpracy z zewnętrznym dostawcą, ustalenie konkretnych celów pozwala na uzależnienie  wynagrodzenia od jego efektywności ich realizacji w postaci tzw. success fee.  Odpowiedni miks zasobów, lokalnych jaki i rodzimych, a także monitorowanie i rozliczanie placówki z wyników, jest jednym z kluczy do sukcesu działalności zagranicznego biura agencji promocji handlu i inwestycji. – podsumowuje Welder. Gwarantuje on z jednej strony zrozumienie specyfiki rodzimego przedsiębiorcy, ale też, to co zwykle jest kluczowe dla firm wchodzących na dany rynek – dostęp do lokalnej wiedzy rynkowej i kontaktów.

Więcej o autorach:

Anna Wierzbicka – doradca w warszawskim biurze A.T. Kearney

Karolina Welder – młodszy doradca w warszawskim biurze A.T. Kearney

Polska uchroniła się przed globalnymi kryzysami dzięki rynkowi wewnętrznemu

Połowa lat 90 to była złota era FMCG w Polsce. Wszystko działało na bardzo prostej zasadzie „próżnia-wyróżnia”. Z drugiej strony koszty produkcji w Polsce były bardzo niskie, a sam kraj był bardzo chłonny na różnego rodzaju nowinki. Ważnym momentem było uruchomienie funduszy europejskich. Mówi się o dużej zasłudze prof. Leszka Balcerowicza względem nowej gospodarki.

– Prof. Balcerowicz skierował impet rozwojowy do rynku wewnętrznego – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Maria Faliński, ekspert rynku handlowego – Stworzył rynek wewnętrzny, w którym młoda i świeża gospodarka nie zderzyła się z gigantycznymi procesami konkurencyjnymi oraz załamaniami rynków w gospodarce globalnej. Widać to w propagandowym zaklęciu „zielonej wyspy”. Firmy miały miejsce schronienia na czas załamania kryzysowego w Stanach Zjednoczonych i Europie. Ekipa zebrana wokół Leszka Balcerowicza zdawała sobie z tego sprawę. Dlatego absorpcja kapitału, know-how, rozwiązań organizacyjnych, konceptów konkurencji poziomej oraz pionowej realizowała się w rynku wewnętrznym i była bardzo efektywna. W momencie produkowania nadwyżki pojawiły się gigantyczne dynamiki eksportu w zakresie produktów FMCG – zarówno food’owych, jak i non-food’owych – podsumował Faliński.

NIK krytycznie o funkcjonowaniu wybranych Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji

NIK ocenia negatywnie funkcjonowanie czterech skontrolowanych Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji. Wyniki kontroli świadczą o regresie w stosunku do stanu stwierdzanego w kontrolach przeprowadzanych przez NIK w Wydziałach Promocji w latach 2011-2012.Kontrola ujawniła również bieżące nieprawidłowości w działalności Wydziałów, przede wszystkim w planowaniu zadań merytorycznych, bowiem wszystkie skontrolowane Wydziały sporządzały plany promocji bez konsultacji z przedsiębiorcami czy choćby krajowymi instytucjami, zaangażowanymi w promocję gospodarczą Polski. Z tego też powodu przewidziane do realizacji przedsięwzięcia nie odpowiadały potrzebom polskich przedsiębiorców i nie mogły przynieść zamierzonych efektów.

Wyniki kontroli NIK w czterech Wydziałach Promocji Handlu i Inwestycji (w Paryżu, Bernie, Dżakarcie i Abu Dhabi) wskazują na poważne nieprawidłowości w działalności Wydziałów – zarówno w realizacji zadań merytorycznych, jak i w gospodarce finansowej. Do wskazanych przez NIK nieprawidłowości dochodziło, chociaż istniały ścisłe procedury i przepisy regulujące funkcjonowanie Wydziałów, począwszy od ich organizacji, poprzez planowanie i realizację działalności promocyjnej, rozbudowaną sprawozdawczość, aż do powszechnie obowiązujących zasad wykonywania budżetu, wzmocnionych wewnętrznymi regulacjami dotyczącymi niektórych aspektów gospodarki finansowej (zarządzanie lokalami mieszkalnymi, pokojami gościnnymi, środkami transportu, rozliczanie kosztów leczenia uprawnionych pracowników oraz edukacji ich dzieci etc.). Wyniki kontroli NIK świadczą też o regresie w stosunku do stanu stwierdzanego w kontrolach przeprowadzanych w Wydziałach Promocji Handlu i Inwestycji w latach 2011-2012.Kontrola potwierdziła także  Wyniki kontroli generalnie potwierdziły aktualność problemów sygnalizowanych już w Informacji o wynikach kontroli Promocji gospodarczej Polski.

Przyczyny niektórych nieprawidłowości leżały poza Wydziałami. Kierownicy Wydziałów nie mieli np. uprawnień do kształtowania wewnętrznej struktury organizacyjnej swoich jednostek, w tym np. do podziału zadań pomiędzy poszczególnych pracowników. Ponadto kierownicy mogli jedynie wnioskować o doprowadzenie stanu zatrudnienia swoich Wydziałów do zgodności regulaminami i planować odpowiednie na ten cel środki. W ślad za akceptacją planów finansowych nie zawsze jednak następowały stosowne decyzje kadrowe Ministra Gospodarki (a następnie Ministra Rozwoju). W efekcie zdarzało się, że kierownicy Wydziałów, pozbawieni uprawnień do kształtowania wewnętrznej organizacji pracy, dla zapewnienia realizacji zadań w warunkach niepełnych obsad personalnych i niestabilności zatrudnienia, powierzali pracownikom obowiązki niezwiązane z zajmowanymi przez nich stanowiskami, naruszając tym samym przepisy regulaminów.

Zasadnicze jednak nieprawidłowości, dotyczące merytorycznej działalności Wydziałów, spowodowane były na ogół przyczynami leżącymi po stronie personelu Wydziałów, a zwłaszcza ich kierowników. Mowa tu o planowaniu zadań promocyjnychbez należytej analizy ich celowości, realizacji przedsięwzięć o wątpliwej wartości promocyjnej, podejmowaniu decyzji finansowych bez właściwego rozeznania potrzeb Wydziału, nieprzestrzeganiu przepisów regulujących gospodarkę finansową Wydziałów oraz udzielanie zamówień publicznych.

Wydziały planowały działalność promocyjną zgodnie ze ściśle określonymi procedurami ustalonymi przez ministra właściwego do spraw gospodarki. Procedury te, wbrew porozumieniu Ministra Gospodarki z Ministrem Spraw Zagranicznych z 2007 r., nie przewidywały udziału placówek dyplomatycznych w procesie planowaniaNie nakładały też obowiązku uzgadniania bądź konsultowania projektów planów promocji z organizacjami przedsiębiorców.

W efekcie wszystkie cztery skontrolowane Wydziały sporządzały plany promocji bez konsultacji z przedsiębiorcami czy choćby krajowymi instytucjami, zaangażowanymi w promocję gospodarczą Polski, a współpraca Wydziałów z placówkami dyplomatycznymi w zakresie promocji nie wykraczała poza sporadyczne konsultacje, wymianę informacji oraz okazjonalną organizację wspólnych przedsięwzięć.

Plany promocji sporządzano głównie w oparciu o „wiedzę i doświadczenie” pracowników Wydziałów oraz ich własną ocenę efektywności poszczególnych wydarzeń. Ten tryb postępowania, charakteryzujący się brakiem elastyczności, wymuszał dostosowanie się beneficjentów do ustalonego przez Wydziały planu działań zamiast pożądanego konstruowania planów promocji zgodnie z realnymi potrzebami polskich firm. Zdarzało się więc, że brak orientacji co do potrzeb lub/i preferencji przedsiębiorców skutkował ujmowaniem w planach przedsięwzięć nietrafionych i koniecznością wycofywania się z ich organizacji. Nie doszła np. do skutku, zaplanowana przez Wydział Promocji Handlu i Inwestycji w Abu Dhabi misja producentów maszyn rolniczych oraz sprzętu przetwórstwa żywności do Ugandy. Z kolei w 2015 Wydział Promocji w Bernie  zmuszony był zrezygnować  z organizacji spotkania networkingowego niemieckojęzycznego Stowarzyszenia Polskich Profesjonalistów w Szwajcarii, ponieważ zaplanowano je w nieodpowiednim terminie i we francuskojęzycznej części Szwajcarii. Ponadto w Wydziale w Bernie, w okresie objętym kontrolą, nie zrealizowano zadań szczegółowych, przydzielanych indywidualnie poszczególnym Wydziałom przez ministra właściwego ds. gospodarki.

W żadnym ze skontrolowanych Wydziałów nie prowadzono badań skuteczności realizowanych działań promocyjnych. Wskaźniki ustalone dla określenia stopnia osiągnięcia celów ustalonych w budżecie zadaniowym Wydziałów opierały się wyłącznie o wykonanie ilościowe, z pomięciem jakości wykonania zadań. Skontrolowane Wydziały do oceny skuteczności swoich działań stosowały (i to w dość ograniczonym stopniu) głównie ankiety satysfakcji przedsiębiorców. Te jednak okazały się jednak narzędziem nieskutecznym, przede wszystkim ze względu na małe zainteresowanie beneficjentów.

NIK negatywnie oceniła stan organizacji skontrolowanych WPHI. W dwóch skontrolowanych Wydziałach Promocji Handlu I Inwestycji stwierdzono niepełne zatrudnienie oraz niestabilną sytuację kadrową (częstą wymianę pracowników), co w połączeniu z ograniczeniami finansowymi utrudniało realizację zadań promocyjnych. W skrajnym przypadku, w  Wydziale w Abu Dhabi zbieg tych okoliczności spowodował, że skala prowadzonej tam działalności promocyjnej była nieadekwatna do znaczenia tego regionu dla polskiej gospodarki. W 11 krajach kompetencji terytorialnej WPHI odbywa się około 100 imprez targowych rocznie, z których połowa w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Wydział Promocji uczestniczył, ze skromnymi stoiskami, w pięciu imprezach targowych. W konsekwencji w większości krajów należących do kompetencji Wydziału w Abu Dhabi polska promocja gospodarcza była praktycznie nieobecna.

We wszystkich skontrolowanych Wydziałach NIK stwierdziła też nieprawidłowości przy realizacji planów finansowych. Polegały one m.in. na działaniach lub zaniechaniach stanowiących naruszenie prawa, nierzetelnym wykonywaniu obowiązków wynikających z ustawy o rachunkowości oraz na niegospodarnym finansowaniu zawyżonych kosztów. W jednym z Wydziałów (WPHI w Paryżu) skala nieprawidłowości uzasadniała negatywną ocenę prowadzenia gospodarki finansowej. Stwierdzono tam działania noszące znamiona naruszenia dyscypliny finansów publicznych, m.in.: uszczuplenie dochodów z wynajmu pokoi gościnnych, jak i udzielenie jednego z zamówień publicznych w niewłaściwym trybie. Kontrola wykazała, że Kierownik Wydziału w Paryżu bezpodstawnie zwalniał niektóre osoby z opłat za korzystanie z tych pokoi lub obniżał im obowiązujące stawki, podczas gdy zgodnie z zasadami ustalonymi przez Ministra Gospodarki, prawo do zwalniania z opłat miał tylko minister.

Inne poważniejsze nieprawidłowości wskazane w raportach polegały m.in. na:

  • dokonaniu wyboru siedziby WPHI w Abu Dhabi bez należytego rozpoznania potrzeb Wydziału i możliwości wynajmu odpowiedniego lokalu, wskutek czego od maja 2014 r. do czerwca 2016 r. ponoszono wyższe koszty najmu za mniejszą powierzchnię niż zajmowana w okresie przeprowadzania czynności kontrolnych,
  • dokonaniu w WPHI w Bernie likwidacji środków trwałych (meble oraz wyposażenie mieszkania służbowego) poprzez ich wyrzucenie lub zniszczenie, bez podjęcia próby ich sprzedaży.

NIK pozytywnie natomiast oceniła rzetelność sprawozdań budżetowych skontrolowanych Wydziałów oraz sprawozdań z działalności promocyjnej (za wyjątkiem placówki w Bernie).

Wnioski i uwagi NIK

Najwyższa Izba Kontroli dostrzega możliwość naprawy instytucjonalnego systemu prowadzenia promocji gospodarczej Polski poza granicami kraju, poprzez szybkie uruchomienie profesjonalnej działalności Zagranicznych Biur Handlowych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Mają one zastąpić przewidziane do likwidacji Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji. Według  projektu ustawy o wykonywaniu zadań z zakresu promocji polskiej gospodarki przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu SA ma to nastąpić w ciągu trzech lat.

Zagraniczne Biura Handlowe Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu mają świadczyć na rzecz przedsiębiorców częściowo komercyjne usługi informacyjne oraz udzielać im pomocy w organizacji przedsięwzięć promocyjnych i w nawiązywaniu kontaktów biznesowych. Jest to zakres częściowo tożsamy z zadaniami Wydziałów, dlatego w ocenie NIK istotne jest niedopuszczenie do powtórzenia wad i błędów obecnego systemu. Biura – wedle założeń – nie będą państwowymi jednostkami budżetowymi, niemniej część ich działalności może być finansowana bezpośrednio ze środków publicznych np. przez PAIH, działającą z wyłącznym udziałem kapitału państwowego.

Z informacji NIK wynika także, że w kwestii nowelizacji ustawy o Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu wypowiedzą się w najbliższym czasie także parlamentarzyści.

Nowa przewodnicząca Międzynarodowego Stowarzyszenia Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości

1 lipca Kimberly N. Ellison-Taylor CPA, CGMA została nową przewodniczącą Międzynarodowego Stowarzyszenia Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości, utworzonego w 2017 roku przez członków CIMA (Chartered Institute of Management Accountants) oraz AICPA (American Institute of Certified Public Accountants).

Ellison-Taylor objęła stanowisko na okres jednego roku. Pracować będzie z nowo wybranym prezydentem CIMA, Davidem Stanfordem FCMA, CGMA, który został również mianowany wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia.

– To dla mnie zaszczyt móc działać na rzecz naszego zawodu, w czasach kiedy ma on tak wielkie znaczenie. Innowacje technologiczne zmieniają nasze społeczeństwo i generują zapotrzebowanie na strategiczne doradztwo najwyższej jakości – czyli to, co swoim klientom i biznesowi oferują specjaliści ds. rachunkowości zarządczej i CPA. W tych niezwykłych czasach, Stowarzyszenie łączy i wzmacnia naszą profesję, tworząc nieskończone możliwości dla dzisiejszych i przyszłych finansistów – komentuje Kimberly N. Ellison-Taylor.

Stowarzyszenie obecnie liczy 650000 członków i studentów z całego świata. Jego misją jest działanie na rzecz rozwoju profesji, aby mogła odpowiadać na zapotrzebowanie współczesnego, dynamicznie zmieniającego się świata. Aktywnie opracowuje narzędzia i bazę wiedzy, które pomagają członkom i przedstawicielom świata biznesu wyprzedzać zmieniające się otoczenie biznesowe.

Zarząd Stowarzyszenia składa się z członków obu organizacji – CIMA i AICPA – i odpowiada za nadzór nad strategiami i misją organizacji. Ellison-Tylor zastępuje na tym stanowisko Andrew Miskina FCMA CGMA, który jest również byłym prezydentem CIMA.

XSystem S.A. wzmacnia skład Zarządu

XSystem S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od września 2011 r., poinformowała o powołaniu Zarządu na kolejną 5-letnią kadencję. W jego skład weszli: dotychczasowy Prezes Zarządu – Adrian Weremiuk oraz nowy Członek Zarządu – Bartosz Choiński. 

Rada Nadzorcza XSystem S.A. powołała nowy skład Zarządu Spółki na 5-letnią kadencję, która potrwa do końca czerwca 2022 r. Prezesem Zarządu pozostał dotychczasowy Prezes – Adrian Weremiuk, będący głównym akcjonariuszem Spółki oraz inicjatorem i architektem jej rozwoju w kierunku branży konsultingowo-informatycznej. Jest on odpowiedzialny za całokształt działalności Emitenta. Nowym Członkiem Zarządu XSystem S.A. został Bartosz Choiński, który jest związany ze Spółką od 2015 r. Bartosz Choiński odpowiada za wszystkie działania związane z rozwojem oprogramowania ACCELO, prowadzenie projektów wdrożeniowych, a także wspieranie działań handlowych. Jest on również odpowiedzialny za monitorowanie procesów wsparcia dla już wdrożonych rozwiązań oraz utrzymywanie kontaktu z klientami w ramach realizowanych działań. Nowy Członek Zarządu XSystem S.A. posiada wieloletnie doświadczenie w obszarze realizowania systemów obiegu dokumentów dla czołowych polskich przedsiębiorstw. Rozszerzenie składu Zarządu Spółki powinno przyczynić się do efektywnego wykorzystania posiadanych przez nią kompetencji oraz potencjału jej rozwoju.

„Przez ostatnie 2 lata współpracy Bartosz Choiński pokazał w naszej firmie duże kompetencje merytoryczne w obszarze produktu, jakim się zajmujemy, jak i wysokie kompetencje zarządcze. Ze względu na wysoką ocenę jego pracy w obu wymienionych obszarach, podjęta została decyzja o rozszerzeniu składu Zarządu o jego osobę. Wspólnie chcemy w efektywny sposób budować sprzedaż naszego sztandarowego produktu i rozwijać go zgodnie z trendami rynkowymi, które cały czas obserwujemy.” – komentuje Adrian Weremiuk, Prezes Zarządu Spółki XSystem S.A.

Rok 2016 oraz początek 2017 był bardzo pracowity, a rozwiązania, które udało nam się wypracować, pozwolą na większą niż do tej pory, i szybszą, ekspansję rynkową. Ze względu na moje dotychczasowe doświadczenia, odpowiadam z jednej strony za rozwój systemu, z drugiej zaś bardzo aktywnie wspieram działania handlowe firmy w obszarze sprzedaży ACCELO.” – dodaje Bartosz Choiński, Członek Zarządu Spółki XSystem S.A.

W czerwcu 2017 r. w akcjonariacie Spółki ujawnił się nowy inwestor – ABS Investment S.A., który przekroczył próg 5% w ogólnej liczbie głosów na WZA. Jest to spółka notowana na rynku NewConnect, zajmującą się inwestycjami kapitałowymi oraz doradztwem finansowym. Inwestycja w XSystem S.A. jest związana z bardzo dobrą oceną perspektyw rozwoju tego podmiotu, a także branży, w której prowadzi działalność. Zarząd obu Spółek chcą zacieśniać współpracę pomiędzy nimi i oczekują, że przyniesie ona wymierne korzyści, a także przełoży się dalszy wzrost wartości Emitenta.

Agencje doceniają gospodarkę, obawiają się zmian

Choć Fitch jedynie utrzymała dotychczasowy poziom wiarygodności kredytowej, wydźwięk najnowszego raportu jest dla Polski pozytywny, wpisując się w podobny ton pozostałych agencji, które wcześniej podniosły perspektywę zmiany ocen ratingowych.

Obecna ocena Fitch plasuje się pośrodku, między najsłabszą, nadaną przez Standard & Poor’s oraz najlepszą, prezentowaną przez Moody’s. Należy przypomnieć, że początkowo najbardziej krytycznie nastawiona Standard & Poor’s, która obniżyła ocenę w styczniu 2016 r., jeszcze w grudniu tego samego roku zmieniła jej perspektywę z negatywnej do stabilnej, korygując nieco swoją wcześniejszą, budzącą kontrowersje decyzję. Także Moody’s w maju 2017 r. podwyższyła obniżoną rok wcześniej perspektywę z negatywnej na stabilną. Agencje systematycznie korygują w górę swoje prognozy dotyczące dynamiki wzrostu gospodarczego Polski oraz obniżają je w odniesieniu do poziomu deficytu budżetowego.

Agencje podkreślają zgodnie dobrą kondycję i perspektywy polskiej gospodarki i temu czynnikowi przede wszystkim zawdzięczamy ich łaskawsze spojrzenie, w porównaniu z przewagą obaw formułowanych przed rokiem. Drugą, bardzo silną przesłanką do optymizmu jest stan finansów państwa, czyli zaskakująco niski deficyt budżetowy, osiągany mimo znaczącego wzrostu wydatków, przede wszystkim o charakterze socjalnym. Te dwa argumenty powinny wręcz skłaniać jeśli nie do podwyższenia samych ocen wiarygodności kredytowej, to przynajmniej do pozytywnej weryfikacji jej perspektyw. Na razie jedynie równoważą one pozostające wciąż w pamięci czynniki ryzyka, głównie związane z ewentualnymi dalszymi zmianami instytucjonalnymi i dotyczące polityki gospodarczej oraz niepewności w kwestii trwałości dobrej koniunktury, zależnej od wielu czynników zarówno lokalnych, jak i w otoczeniu. Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że prognozy wszystkich trzech agencji, dotyczące tempa wzrostu gospodarczego, są bardzo ostrożne i zakładają jedynie niewielką poprawę dynamiki PKB w tym roku oraz lekkie jej osłabienie w następnych latach. Zwracają też uwagę, że kontynuacja dobrej koniunktury jest jednym z głównych warunków utrzymania w ryzach deficytu budżetowego.

Fitch podwyższyła z 2,7 do 3,3 proc. swoją prognozę wzrostu PKB na 2017 r. i podtrzymała wcześniejsze przewidywania na następna dwa lata na poziomie 3,2 proc. Moody’s zakłada na lata 2017-2021 tempo wzrostu sięgające 3,2 proc. Standard & Poor’s w kwietniu podniosła prognozę wzrostu na obecny rok z 3,2 do 3,3 proc., oceniając że w 2018 r. wyniesie on 3,1 proc., w 2019 r. sięgnie 3 proc., a w 2020 r. obniży się do 2,9 proc. Agencje uważają, że przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego w tym roku i jego utrzymanie w przyszłości uchronią finanse państwa przed pogorszeniem kondycji, jednak spodziewana poprawa dynamiki PKB prawdopodobnie nie wystarczy do podwyższenia ratingu, głównie z uwagi na wciąż niepewne podstawy koniunktury globalnej i w strefie euro. Dlatego wśród warunków nadania lepszej oceny nieodmiennie wymieniają konieczność utrzymania dyscypliny budżetowej, w szczególności przestrzegania 3 proc. limitu deficytu do PKB, ostrożnego szafowania wydatkami, w szczególności przeznaczanymi na sferę socjalną oraz dbanie o wzrost wpływów podatkowych.

Fitch w swoim najnowszym raporcie obniżył prognozę deficytu budżetowego na ten rok z 3 do 2,6 proc. PKB oraz szacuje jego poziom w latach 2018-2019 na 2,5 proc., podkreślając że w przyszłym roku negatywny wpływ obniżenia wieku emerytalnego powinien być skompensowany wyższymi dochodami z podatków. Moody’s w maju oceniał, że ryzyko pogorszenia się sytuacji fiskalnej zmniejszyło się, między innymi także w wyniku wycofania się rządu z niektórych zapowiedzi, mogących skutkować niższymi wpływami do budżetu. Agencja ta przewiduje, że w latach 2017-2021 deficyt utrzyma się na poziomie 2,8 proc. Standard & Poor’s jeszcze w kwietniu szacował, że deficyt może w tym roku zbliżyć się do 3 proc. PKB, ale dotychczasowe dane wskazują, że ta prognoza jest już mocno nieaktualna. Czy pozytywne zaskoczenie w tym zakresie wystarczy do podwyższenia ratingu, przekonamy się 20 października, przy okazji kolejnego przeglądu. Wcześniej, 8 września, dokona go Moody’s, a Fitch zweryfikuje swoją ocenę 8 grudnia.

Agencje przywiązują dużą wagę do poziomu zadłużenia, jednak nie widzą w tej kwestii większych zagrożeń, choć zwracają uwagę na potrzebę obniżenia udziału zadłużenia wobec zagranicy. Moody’s prognozuje, że poziom długu do PKB w najbliższych latach utrzyma się na poziomie 55 proc., Standard & Poor’s przewiduje, że będzie on rósł do około 54,5 proc. w 2020 r. Fitch zakłada stopniowe obniżanie się długu publicznego od 2018 r., widząc szanse w poprawie salda rachunku bieżącego i dostrzegając pewne zagrożenia w przypadku osłabienia złotego.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

MLP Group podkręca tempo komercjalizacji powierzchni

W pierwszej połowie br. MLP Group podpisało 11 umów, dotyczących wynajęcia łącznie 97,8 tys. mkw. powierzchni magazynowej. To taka wielkość jaka została skomercjalizowana w całym minionym roku.

W pierwszej połowie 2017 r. MLP Group podpisało 11 umów najmu, komercjalizując łącznie blisko 97,8 tys. mkw. powierzchni magazynowej i biurowej. Z tego 52,5 tys. mkw. powierzchni zostało wynajęte przez klientów w ramach nowo realizowanych inwestycji. Pozostałe transakcje na łącznie 45,3 tys. mkw. dotyczyły głównie przedłużeń okresu najmu przez dotychczasowych klientów oraz zwiększenia wielkości wynajmowanej przez nich powierzchni magazynowej.

Najwięcej z nowo powstających powierzchni zakontraktowała sieć sklepów i supermarketów spożywczych Żabka, dla której MLP Group dostarczy 24,7 tys. mkw. w MLP Gliwice. Z kolei firma Avery Dennison, producent i dystrybutor etykiet oraz materiałów samoprzylepnych wynajął 13,3 tys. mkw. powierzchni magazynowej w parku logistycznym MLP Pruszków II.

MLP Group na koniec pierwszego półrocza br. wynajmowało 326 tys. mkw. powierzchni magazynowej i biurowej, a wskaźnik pustostanów był poniżej 1%. Jednocześnie w trakcie budowy było blisko 97,1 tys. mkw. powierzchni.

„W zaledwie pół roku osiągnęliśmy poziom ubiegłorocznej komercjalizacji, a zgodnie z zapowiedziami to był plan minimum na cały bieżący rok. Dlatego z pewnością przekroczymy ten plan i to znacznie. Rozpoczęliśmy już ekspansję zagraniczną w Niemczech i Rumunii. Rozbudowujemy istniejące parki oraz planujemy uruchomienie nowych projektów. To zapewnia nam olbrzymi potencjał do dalszego rozwoju, a jednocześnie wzrostu wartości Grupy” – podkreśliła Agnieszka Góźdź, Head of Leasing Department MLP Group S.A.

Grupa prowadzi obecnie osiem operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Polsce: MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Poznań, MLP Lublin, MLP Teresin, MLP Wrocław, MLP Czeladź oraz MLP Gliwice. Na podstawie umowy deweloperskiej Grupa jest odpowiedzialna także za komercjalizację parku logistycznego MLP Bieruń, który został sprzedany w 2015 roku. Ponadto, Grupa posiada działki i umowy rezerwacyjne na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne. Powoduje to, że w skład aktualnego i potencjalnego portfela zarządzanych nieruchomości przez MLP Group wchodzi łącznie trzynaście operacyjnych parków logistycznych zlokalizowanych w Europie.

Unia Europejska nie odbierze nam pracowników z Ukrainy – w Polsce ich liczba może podwoić się w ciągu roku

Od czerwca br. obywatele Ukrainy mogą bez wizy podróżować przez 90 dni w ciągu roku po Unii Europejskiej. Z badania Fundacji Inicjatywy Demokratyczne „System bezwizowy dla Ukrainy” wynika jednak, że aż 58% Ukraińców nie planuje wyjechać do krajów strefy Schengen. Dodatkowo, tylko co piąta osoba rozważa poszukiwanie pracy w UE dzięki nowej możliwości. Eksperci podkreślają, że dla obywateli zza wschodniej granicy szukających pracy, Polska wciąż pozostaje wyborem numerem jeden. Tylko w II kwartale br. liczba Ukraińców zatrudnionych przez Work Service Ukraine wzrosła o 30% r/r.

Wprowadzenie ruchu bezwizowego dla obywateli Ukrainy wprowadziło nerwowość na polskim rynku pracy. Pracodawcy zaczęli się obawiać, że w związku ze zmianą odpłynie część zatrudnionych, których przyciągnie wizja wyższych zarobków w krajach zachodniej Europy. Rzeczywiście jest tak, że każdy odpływ potencjalnych pracowników zza wschodniej granicy zwiększa lukę na rynku pracy. Jednak pierwsze tygodnie po wprowadzeniu nowego prawa, jak i wyniki przywołanego przez nas badania, pokazują, że polscy pracodawcy nie mają większych powodów do obaw. Jeżeli obywatel Ukrainy decyduje się na emigrację zarobkową, Polska nadal jest dla niego krajem pierwszego wyboru ze względu na legalność zatrudnienia, połączoną z zapewnioną tym samym opieką socjalną. Tylko w II kwartale br. liczba zatrudnionych przez naszą firmę Ukraińców wzrosła aż o 30% r/r. Na korzyść naszego rynku pracy przemawiają również zarobki, które nadal są kilkukrotnie wyższe niż na Ukrainie. Nie bez znaczenia jest też bliskość społeczno-kulturowa – mówi Krzysztof Inglot, Dyrektor Zarządzający Work Service Ukraine.

Wiza nie tak istotna jakby się wydawało

Z badania zrealizowanego w czerwcu br. przez Fundację Inicjatywy Demokratyczne wynika, że dla ponad połowy Ukraińców, wprowadzenie możliwości przemieszczania się po Europie bez wizy nie jest ważne (24% mało ważne, 34% w ogóle nieważne). Ponadto, 4 na 10 obywateli Ukrainy zadeklarowało, że zdecydowanie nie zamierza korzystać z możliwości podróżowania po Europie i odwiedzać krajów strefy Schengen, co piąty raczej nie wybiera się do Unii Europejskiej. Z możliwości podróżowania bez wizy zamierza skorzystać 32% obywateli Ukrainy. Głównie w celach turystycznych (64% wskazań) oraz odwiedzenia rodziny i przyjaciół (22%). Zamiar znalezienia pracy dzięki ruchowi bezwizowemu deklaruje tylko co piąty obywatel Ukrainy (22%), choć zdecydowana większość wie (62%), że nie będzie to legalne.

Aż dwóch na trzech Ukraińców zdaje sobie sprawę, że bezwizowe prawo do podróżowania nie pozwala podjąć legalnej pracy. Tylko jeden na pięciu zapytanych rozważa znalezienie zatrudnienia dzięki tej możliwości. To zdecydowanie powinno uspokoić polskich pracodawców. Obywatel Ukrainy chce więcej zarobić, ale legalnie.  Widzimy to m.in. w naszej firmie, gdzie właśnie możliwość podjęcia legalnej pracy, z wszystkimi przywilejami, jakie się z tym wiążą, to jeden z ważniejszych argumentów. Nie bez znaczenia jest również to, że coraz częściej pracodawcy, żeby przyciągnąć pracownika zza wschodniej granicy, oferują dodatkowe benefity, takie jak Internet, zakwaterowanie czy transport do miejsca pracy – mówi Krzysztof Inglot.

Pod koniec roku 2 mln Ukraińców w Polsce

Z prognoz Ukraińskiego Centrum Analitycznego wynika, że do końca 2017 roku obywateli Ukrainy pracujących w Polsce będzie aż 2 mln. Oznacza to podwojenie ich liczby w porównaniu do ubiegłego roku, w którym wydano ponad milion oświadczeń o pracę dla Ukraińców. Taki wzrost to pochodna m.in. dużego zapotrzebowania na kadrę – od 2013 roku regularnie rośnie liczba wolnych miejsc pracy, która w ostatnim roku przekroczyła 89 tys. w porównaniu do 71 tys. w 2015 roku. Najwięcej wolnych miejsc pracy czeka w województwie mazowieckim (20,4 tys.), śląskim (10,7 tys.) oraz wielkopolskim (9,9 tys.). Nie bez znaczenia jest też rekordowo niskie bezrobocie. Najnowsze dane Eurostatu wskazują, że wyrównana sezonowo stopa bezrobocia w maju br. w Polsce jest jedną z najniższych w Europie i wynosi 4,5% (podczas gdy średnia w Unii Europejskiej wynosi 7,8%). Obywatele Ukrainy pracujący w Polsce zajmują głównie stanowiska niższego szczebla lub wykonują prace sezonowe, m.in. przy zbiorze truskawek, na farmach czy w magazynach. Jednak coraz częściej poszukuje się specjalistów średniego szczebla. Oferty tego typu stanowią 28% wszystkich ofert Work Service Ukraine.

Metodologia badania:

Badanie zostało zrealizowane przez Fundację Inicjatywy Demokratyczne w dniach 9-13 czerwca 2017 roku. Próba obejmowała 2018 obywateli Ukrainy w wieku od 18 lat, zamieszkujących wszystkie regiony Ukrainy, za wyjątkiem Autonomicznej Republiki Krymu i okupowanych terytoriów w obwodzie ługańskim i donieckim. Statystyczny błąd pomiaru wynosi 2,3%.

Dobra wiadomość dla kierowców. W okresie wakacyjnym cena za litr ropy utrzyma się nieco powyżej 4 złotych

Jak ocenia dr Przemysław Kwiecień, latem tankowanie na stacjach paliw nie podrożeje. Za taką prognozą przemawia taniejąca ropa i mocny kurs złotego. Dopiero na jesieni olej napędowy i benzyna mogą nieco zdrożeć. Notowania złotówki nieznacznie spadną, jeśli dojdzie do pogorszenia sytuacji na europejskich rynkach akcji. Z kolei, ropa ma szansę na wzrost swojej wartości w wyniku działań kartelu OPEC. To wszystko powinno mieć jednak umiarkowany wpływ na ceny paliw w Polsce.

Ropa tanieje z tygodnia na tydzień. To najdłuższy okres spadkowy od blisko 2 lat. Teraz zbliżamy się do poziomu 40 dolarów za baryłkę typu WTI. Jak podkreśla dr Przemysław Kwiecień, Główny Ekonomista X-Trade Brokers, ta cena nie obniży się już znacząco, gdyż producenci ropy naftowej OPEC konsekwentnie ograniczają jej wydobycie. Aktualnie porozumienie kartelu zakłada ograniczenie produkcji rzędu do 1,8 miliona baryłek dziennie, to prawie 2% światowej produkcji. W ten sposób eksporterzy starają się zbilansować rynek i chcą wpłynąć na cenę surowca. Jednak dopiero w perspektywie 6-12 miesięcy ropa może zdrożeć o ok. 10 dolarów, oczywiście jeśli nie dojdzie do nadzwyczajnych wydarzeń w globalnej gospodarce. Przykładem tego mogłoby być załamanie koniunktury w Chinach, co obniżyłoby popyt na ropę.

– Wzrost produkcji ropy łupkowej w Stanach Zjednoczonych zasadniczo wpłynął na spadek ceny baryłki z ponad 100 dolarów w pierwszej połowie obecnej dekady do ok. 40-60 dolarów. Okazało się bowiem, że surowca jest znacznie więcej, niż w poprzednich latach. Tymczasem, nawet niewielka nadwyżka ropy na rynku mocno obniża jej wartość, ponieważ popyt jest wysoce nieelastyczny. Mówiąc bardziej przyziemnym językiem, tak samo tankujemy nasze samochody, gdy litr paliwa kosztuje 4, 5 lub 6 złotych – mówi dr Kwiecień.

Dla kierowców nie ma znaczenia, gdzie jest wydobywany sam surowiec, przez kogo, ani jakimi metodami. A jak wiadomo, przemysł motoryzacyjny to główne źródło popytu na ropę. Dlatego właśnie, kraje należące do OPEC, m.in. Arabia Saudyjska, Iran czy Wenezuela, okazały się największymi przegranymi rewolucji łupkowej. Wszelkie spadki cen surowca wpływają bardzo niekorzystnie na finanse publiczne tych państw. Próbują więc one mocno ingerować w rynek. I jak widać, porozumienie z listopada ub. roku o zmniejszeniu wydobycia ropy jest realizowane z niespotykaną wcześniej dyscypliną.

– W związku z działaniami krajów OPEC, faktycznie zaczyna zmniejszać się ilość ropy na świecie. Jednak, trzeba pamiętać o tym, że jest to proces długofalowy. Natomiast sama organizacja będzie musiała jeszcze utrzymać własne postanowienia o ograniczeniu produkcji paliw. W praktyce oznaczać to będzie oddanie części swojego udziału w rynku, m.in. Stanom Zjednoczonym po to, aby faktycznie doprowadzić do wzrostu cen ropy na świecie – dodaje dr Przemysław Kwiecień.

Ekspert nie spodziewa się, aby w same wakacje, a także w najbliższych latach wartość ropy powróciła do poziomów z pierwszej połowy tej dekady. Przewiduje raczej umiarkowany wzrost, np. z poniżej 45 do 50-60 dolarów. Będzie to oczywiście zależało od światowej koniunktury gospodarczej. Natomiast, w krótkim okresie cena ropy zależeć będzie od bardzo wielu czynników, przede wszystkim od nastawienia inwestorów. Ważnym sygnałem dla nich jest zachowanie sektora łupkowego w USA. Jeśli przestanie on zwiększać produkcję, będzie to oznaczało, że ceny spadły zbyt mocno i może dojść do ich odbicia powyżej 50 dolarów za baryłkę.

Większość firm nie obniża kompleksowo kosztów energii. Nie nadąża za zmianą przepisów i nie wykorzystuje istniejących możliwości

Większość firm nie obniża kompleksowo kosztów energii. Nie nadąża za zmianą przepisów i nie wykorzystuje istniejących możliwości 8

W przypadku co trzeciej firmy energochłonnej koszt energii stanowi powyżej 7 proc. ceny końcowej produktu. Wprowadzenie odpowiedniej polityki zarządzania energią elektryczną może poprawić wyniki finansowe przedsiębiorstwa. W ramach oszczędności ponad 40 proc. firm pracuje nad zmniejszeniem zużycia energii. Mniej popularne, choć przynoszące wymierne korzyści, są optymalizacja podatku akcyzowego czy redukcja opłaty za odnawialne źródła energii.

– Na koszty energii składają się cena zakupu energii elektrycznej oraz takie opłaty jak opłata przejściowa i jakościowa. Wszystkie te elementy mogą być źródłem potencjalnych oszczędności dla firmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Chamera, project manager w Dziale Produktów Energetycznych w Ayming Polska.

Energia jest niezbędna w procesach produkcyjnych. Koszt jej nabycia znacząco wpływa na końcową cenę produktu. Stąd racjonalne gospodarowanie energią, w tym kontrolowanie zużycia i możliwie efektywne jej wykorzystanie, jest tak ważne. Z badania przeprowadzonego na zlecenie Ayming Polska przez Kantar Millward Brown wynika, że dla 93 proc. przedsiębiorstw energochłonnych koszt energii elektrycznej stanowi istotną pozycję w ich całościowych kosztach produkcji. Co trzecia firma deklaruje, że wydatki na energię stanowią powyżej 7 proc. kosztów produkcji.

– Ponieważ koszty zakupu energii elektrycznej są traktowane przez przedsiębiorstwa jako istotna część całkowitego bilansu, poprawa tego elementu może się bezpośrednio przyczynić do poprawy wyników finansowych. Firmy działają w środowisku bardzo konkurencyjnym, istotne jest to, aby swoją przewagę konkurencyjną wypracowywały nie tylko poprzez innowacyjne podejście do produktu, lecz także innowacyjne podejście do zarządzania, w tym do kwestii zarządzania energią elektryczną – przekonuje Kamil Chamera.

Program oszczędności energii w głównej mierze zależy od kompleksowej kontroli wszystkich działów i procesu produkcyjnego pod kątem zużycia energii oraz od rozwoju nowych, mniej energochłonnych technologii. Badanie Ayming Polska wskazuje, że w zaledwie 7 proc. badanych firm każda maszyna ma zamontowany oddzielny licznik energii. 57 proc. firm mierzy poziom wykorzystania energii na każdym etapie produkcji, a co trzecia firma ma wyłącznie jeden licznik do pomiaru wykorzystania energii elektrycznej.

Badanie Ayming Polska wskazuje, że 43 proc. firm dąży do obniżenia kosztów energii przede wszystkim poprzez zwiększenie efektywności energetycznej procesu produkcji. Blisko 30 proc. firm energochłonnych jest przekonanych, że nie płaci podatku akcyzowego od energii elektrycznej.

– Wśród rozwiązań, które mogą zastosować firmy, są optymalizacja ceny zakupu poprzez negocjacje lub optymalizacja opłaty OZE czy podatku akcyzowego zawartego w cenie energii elektrycznej. W przypadku tego ostatniego 73 proc. firm nie miało świadomości, że w ogóle takie możliwości istnieją – wskazuje ekspert.

Redukcję kosztów o blisko 20 proc. można osiągnąć, łącząc proces podgrzewania z wytwarzaniem energii elektrycznej (kogeneracja), co zwiększa efektywność przetwarzania paliwa do 90 proc. Z kolei dostosowanie systemu zasilania pozwala na oszczędność rzędu ok. 10 proc.

Zaledwie 18 proc. firm deklaruje zmniejszenie opłaty OZE, z której są pokrywane koszty wsparcia dla producentów zielonej energii (od tego roku opłata OZE wynosi 3,70 zł netto za każdą skonsumowaną MWh energii). Najmniej popularnym obszarem optymalizacji jest akcyza od energii elektrycznej. Takie działania prowadzi 13 proc. firm,  a blisko 70 proc. nawet ich nie rozważa.

– Podatek akcyzowy w Polsce wynosi 20 złotych za MWh – mówi ekspert. – Firma, która wykorzystuje w skali roku 30 GWh energii i ponosi z tego tytułu koszt w wysokości 9 mln zł, może obniżyć wysokość podatku akcyzowego nawet do 83 proc., co w końcowym efekcie przełoży się na oszczędności w okolicach 500 tys. zł. Te pieniądze mogą zostać wykorzystane w firmie w inny sposób, na przykład na poprawę efektywności energetycznej – przekonuje Kamil Chamera.

Jak wskazuje przedstawiciel Ayming Polska, utrudnieniem dla przedsiębiorców może być duża dynamika zmian w ustawodawstwie związanym z obszarem energetycznym. Większości przedsiębiorstw trudno jest za tymi zmianami nadążyć.

– Główną barierą dla firm są zmieniające się regulacje, przede wszystkim ich tempo. Od roku 2015 ustawa zasadnicza, tzn. prawo energetyczne, zmieniła się 26 razy. Dodatkowo mamy ustawy poboczne takie jak ustawa o odnawialnych źródłach energii czy ustawa o efektywności energetycznej, które także są nowelizowane – tłumaczy Kamil Chamera.

W 2019 roku nastąpią duże zmiany w rachunkowości. Muszą się na nie przygotować firmy korzystające z leasingu

W 2019 roku nastąpią duże zmiany w rachunkowości. Muszą się na nie przygotować firmy korzystające z leasingu 9

Za półtora roku zacznie obowiązywać nowy, międzynarodowy standard w rachunkowości, który dotyczy umów leasingowych. Rewolucja w rozliczeniach obejmie zwłaszcza duże firmy, banki, międzynarodowe koncerny i spółki notowane na warszawskiej giełdzie. Zmiana całkiem zlikwiduje pojęcie leasingu operacyjnego w sprawozdaniach finansowych. Wpłynie to na wartość majątku przedsiębiorstw, które będą zmuszone gromadzić i przetwarzać znacznie większe ilości danych. Część firm już zaczęła się do tego przygotowywać.

– Międzynarodowe standardy sprawozdawczości finansowej, czyli MSSF, określają zakres danych, które powinny się znaleźć w sprawozdaniu finansowym, sposób ich prezentacji oraz metody wyceny aktywów i pasywów. MSSF wykorzystywane są głównie przez spółki giełdowe, duże koncerny, banki albo firmy należące do międzynarodowych konsorcjów. Warto też stosować MSSF, ubiegając się o dopuszczenie papierów wartościowych do obrotu na jednym z rynków regulowanych UE – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kresak, partner zarządzający firmy Hicron, która specjalizuje się w zaawansowanych systemach IT.

MSSF są tworzone przez Radę Międzynarodowych Standardów Rachunkowości. Do jej zaleceń muszą się stosować między innymi wszystkie grupy kapitałowe notowane na warszawskim parkiecie. W styczniu ubiegłego roku Rada opublikowała nowy standard MSSF 16, który dotyczy leasingu i zacznie obowiązywać za półtora roku.

– MSSF 16 zastępuje stary Międzynarodowy Standard Rachunkowości 17 i dotyczy większości firm, które korzystają z leasingu bądź wynajmują nieruchomości. Jego głównym celem jest wyeliminowanie różnic w ewidencji księgowej leasingu operacyjnego i finansowego – tłumaczy Paweł Kresak.

Nowy standard rachunkowości wejdzie w życie z początkiem 2019 roku. Ma on uprościć zasady kwalifikowania umów leasingu w sprawozdaniach finansowych. Dla wielu firm będzie to rewolucja w rachunkowości.

– Ten standard eliminuje pojęcie leasingu operacyjnego. W związku tym wszelkiego rodzaju leasingi, niezależnie od tego, jak je nazwiemy, muszą być traktowane jako leasing finansowy. Co za tym idzie, muszą być wykazywane w bilansie. Do tej pory leasing operacyjny był elementem pozabilansowym. Wpływ na sprawozdawczość miały tylko raty leasingowe określane jako koszty – wyjaśnia partner zarządzający Hicron.

Dotychczas obowiązujący standard MSR 17 wskazuje, że każdą umowę leasingową firma musi obowiązkowo ująć w księgach rachunkowych i zakwalifikować jako leasing finansowy albo operacyjny. Natomiast MSSF 16 całkowicie eliminuje leasing operacyjny. Oznacza to, że leasingobiorców będzie obowiązywał tylko jeden typ umów (finansowy).

W przypadku firm stosujących MSSF zmiana wpłynie na wartość aktywów i pasywów w sprawozdaniach finansowych. Przykładowo, spółki notowane na warszawskiej GPW odnotują wzrost wskaźnika EBITDA i aktywów trwałych oraz wzrost zobowiązań.

– Ta zmiana będzie miała duży wpływ na leasingobiorców i firmy, które korzystają z leasingu, wynajmu lub dzierżawy nieruchomości. Oznacza konieczność wdrożenia rozbudowanego projektu, który będzie służył wycenie i gromadzeniu danych na temat aktywów, które są w leasingu bądź są wynajmowane. Może też zajść konieczność przeszacowania wyniku firmy – mówi Paweł Kresak.

Do tej pory procesy związane z leasingiem operacyjnym nie angażowały działu finansowego firmy w dużym stopniu. W sprawozdaniach finansowych firma wykazywała tylko koszty w postaci rat leasingowych lub czynszów. Począwszy od 2019 roku, wycena zobowiązania leasingowego będzie wymagać zebrania bardzo wielu informacji, a cały ten proces się skomplikuje.

– Potrzebna będzie informacja o początkowej wycenie zobowiązania leasingowego, informacja o wpłaconych ratach leasingowych od momentu rozpoczęcia leasingu bądź wcześniej, dodatkowo pomniejszona o pewne zachęty, które leasingodawca może stosować. Kolejnymi elementami, które należy uwzględnić, są koszty początkowe bezpośrednio poniesione przez leasingobiorcę, takie jak przystosowanie powierzchni wynajmu. Na koniec potrzebne jest oszacowanie kosztów związanych z likwidacją bądź wycofaniem aktywa z użytkowania – wylicza Paweł Kresak.

Część przedsiębiorstw już teraz przygotowuje się do tej zmiany. Firmy, które korzystają z leasingu bądź wynajmu, będą potrzebowały sprawnych systemów informatycznych.

– Nie wyobrażam sobie, aby tego rodzaju ewidencję prowadzić w Excelu. Potrzebne jest rozwiązanie, które wspomoże wycenę aktywów, ale również będzie zintegrowane z rozrachunkami czy środkami trwałymi. Obserwujemy w ostatnim czasie duże zainteresowanie i rosnącą liczbę zapytań dotyczących tego rodzaju rozwiązań – mówi partner zarządzający firmy Hicron.

Wskazuje, że nowy standard MSSF 16 stwarza okazję do wdrożenia rozwiązań, które kompleksowo wspomogą zarządzanie nieruchomościami. Przedsiębiorstwa powinny inwestować w systemy, które służą nie tylko do ewidencji nieruchomości – takich jak grunty, budynki i budowle, lecz także do ewidencji wszelkiego rodzaju umów związanych z wynajmem, dzierżawą czy leasingiem dowolnych składników majątku. Taki system może być wyposażony w mechanizmy indeksacji, waloryzacji, wspomaganie procesów wypowiedzeń i przedłużeń umów leasingowych oraz automatyczną wycenę takich kontraktów.

GDDKiA i chiński Covec zakończyły spór o A2. To może przyspieszyć napływ inwestycji z Państwa Środka

GDDKiA i chiński Covec zakończyły spór o A2. To może przyspieszyć napływ inwestycji z Państwa Środka 10

Po sześciu latach sądowego sporu GDDKiA i chińskie konsorcjum na czele z Covec, reprezentowane przez dr Joannę Łagowską z kancelarii K&L Gates, wypracowały polubowne porozumienie. Postępowanie, które dotyczyło dwóch niedokończonych przez Chińczyków odcinków autostrady A2, przez długi czas kładło się cieniem na wzajemnych stosunkach gospodarczych. Ugoda może zmienić atmosferę wokół inwestycji chińskich firm w Polsce. 

– Ugoda zawarta 19 maja br. między GDDKiA a konsorcjum, którego liderem jest Covec, wieńczy sześcioletni spór sądowy, którego wartość to ponad 130 mln zł. Był to jeden z najbardziej medialnych sporów w Polsce – każdy słyszał o Covec i zna historię budowy autostrady A2, ale odbił się on także echem za granicą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Łagowska, adwokat i partner w kancelarii K&L Gates.

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad oraz konsorcjum, na czele którego stoi chińska spółka budowlana Covec, wypracowały polubowne rozstrzygnięcie sześcioletniego sporu, związanego z budową autostrady A2. Postępowania, które toczyły się w sądach, dotyczyły dwóch odcinków trasy pomiędzy Łodzią a Warszawą. Dokładnie 19 maja bieżącego roku obie strony podpisały ugodę rozliczającą wzajemne roszczenia.

Reprezentowaliśmy Covec, lidera konsorcjum budującego autostradę A2, właściwie od samego początku tego sporu. Muszę powiedzieć, że rzadko zdarza się, aby obydwie strony wykazywały tak dużą wolę zawarcia ugody i miały tak polubowne nastawienie – ocenia Joanna Łagowska.

Adwokat K&L Gates zwraca uwagę na to, że spór chińskiej spółki z GDDKiA miał negatywny wpływ na relacje polsko-chińskie w zakresie współpracy gospodarczej i stanowił przeszkodę dla inwestycji chińskich firm w Polsce. Zawarte porozumienie jest o tyle istotne, że Polska walczy o to, żeby stać się centrum logistycznym na trasie Nowego Jedwabnego Szlaku, który ma połączyć Państwo Środka z zachodnią Europą. To potężny projekt gospodarczy i geopolityczny, który stwarza duże szanse rozwoju rodzimym eksporterom i może zwielokrotnić polsko-chińską wymianę gospodarczą.

– Covec jest spółką chińską, a wszyscy liczymy na istotne inwestycje chińskie w Polsce. Ta sprawa była cierniem w relacjach polsko-chińskich, a teraz został on usunięty. Uważamy, że ma to niebagatelne znaczenie dla całego rynku, w tym dla rynku infrastrukturalnego – mówi Maciej Jamka, adwokat i partner administracyjny w K&L Gates.

– Mam nadzieję, że ta ugoda poprawi atmosferę dla inwestycji chińskich firm w Polsce – zarówno w negocjacjach i rozmowach z chińskimi partnerami. Liczymy, że nastąpi zmiana wizerunku chińskich firm wchodzących na rynek polski, bo zainteresowanie naszym rynkiem ze strony podmiotów z Państwa Środka jest duże, i że ten historyczny spór pozostanie zamknięty i przestanie być elementem niezgody pomiędzy Polską a Chinami, a drzwi dla chińskich inwestycji otworzą się szeroko – dodaje Joanna Łagowska.

Konsorcjum na czele z chińską spółka Covec wygrało w 2009 roku przetarg na budowę dwóch odcinków autostrady A2 pomiędzy Łodzią i Warszawą. Umowa została rozwiązana, a w ciągu kilku kolejnych tygodni GDDKiA z wolnej ręki udzieliła zamówienia nowym wykonawcom, którzy dokończyli inwestycję.

Wartość polskiego eksportu może w tym roku wzrosnąć do 197 mld euro. Przed ekspansją zagraniczną najczęściej powstrzymuje firmy obawa o nieterminowe płatności

Wartość polskiego eksportu może w tym roku wzrosnąć do 197 mld euro. Przed ekspansją zagraniczną najczęściej powstrzymuje firmy obawa o nieterminowe płatności 11

197 mld euro – do takiego poziomu może wzrosnąć w tym roku polski eksport – prognozuje PKO Bank Polski. Ekspansja zagraniczna to już domena nie tylko dużych firm, lecz także małych i średnich przedsiębiorstw. W tym przypadku jednak ryzyko związane z ekspansją jest dla nich znacznie większe niż dla dużych przedsiębiorstw. Nieznajomość kontrahentów, bariery kulturowe i prawne, a przede wszystkim opóźnienia w płatnościach mogą zagrozić istnieniu biznesu. Tymczasem blisko 30 proc. firm z sektora MŚP w Europie nie korzysta z żadnych instrumentów zabezpieczających ich przed stratami spowodowanymi zatorami płatniczymi. W Polsce ma im w tym pomóc nowe ubezpieczenie przygotowane wspólnie przez PKO Bank Polski i KUKE.

Według naszych prognoz ten rok będzie rekordowy pod względem eksportu polskich towarów za granicę. Prawdopodobnie osiągnie on wartość 197 mld euro, co oznacza nienotowany dotąd wzrost polskiego eksportu. Jest to spowodowane tym, że polskie firmy – nie tylko te duże, lecz przede wszystkim małe i średnie – zaczynają coraz częściej eksplorować rynki zagraniczne, współpracować z partnerami za granicą, eksportować swoje towary – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Zmiejko, dyrektor Departamentu Strategii i Analiz Międzynarodowych w PKO Banku Polskim.

Wartość krajowego eksportu sięgnęła na koniec 2016 roku 184 mld euro i potroiła się od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej. Rodzime firmy coraz śmielej wychodzą na rynki międzynarodowe i skutecznie konkurują z zagranicznymi podmiotami.

Główne kierunki polskiego eksportu to kraje UE. W pierwszej dziesiątce państw, do których najczęściej trafia polski eksport, tylko Rosja – znajdująca się na 8. miejscu – nie jest krajem Wspólnoty. Polscy przedsiębiorcy eksportują przede wszystkim do Niemiec – w 2016 roku trafiły tam towary o wartości 218 mld zł. Następne w kolejności są Wielka Brytania i Republika Czeska. Polska ściśle współpracuje z krajami ościennymi, takimi jak Niemcy, Republika Czeska, Słowacja i Ukraina – mówi Robert Zmiejko.

Około 30 proc. polskiego eksportu generują małe i średnie przedsiębiorstwa, które w głównej mierze odpowiadają za zwiększoną dynamikę ekspansji międzynarodowej. Wartość sprzedaży zagranicznej firm z sektora MŚP rośnie szybciej niż eksport ogółem.

Małe i średnie przedsiębiorstwa cieszą się dużym zaufaniem, starają się pozyskiwać bezpieczne relacje biznesowe. One świadczą o sile polskiej gospodarki, są jej kołem zamachowym – podkreśla Robert Zmiejko.

Firmy z sektora MŚP zatrudniają 70 proc. pracowników w sektorze prywatnym i generują połowę polskiego PKB. Wychodzenie na zagraniczne rynki jest dla nich naturalną ścieżką rozwoju. Ekspansja zagraniczna pozwala firmom z tego sektora dywersyfikować swoje przychody i podnosić konkurencyjność.

Na zagranicznych rynkach małe i średnie firmy zdobywają know-how, poznają nowych konsumentów. Dzięki temu, że ich produkty i usługi są oceniane przez innych, nowych konsumentów, mogą poprawiać ich jakość i stawać się bardziej konkurencyjne. Polskie produkty są dziś konkurencyjne cenowo, ale z analiz wynika, że będą musiały konkurować nie tylko ceną, lecz także jakością. Stąd ważne jest, aby polskie przedsiębiorstwa dużo inwestowały w innowacje, badania i rozwój – podkreśla Robert Zmiejko.

W przypadku małych i średnich firm ryzyko, które wiąże się z wychodzeniem na zagraniczne rynki, jest znacznie większe niż to, które ponoszą duże przedsiębiorstwa. Niezapłacone faktury mogą zachwiać płynnością finansową małej spółki, a windykacja należności na skalę międzynarodową jest trudna. Dlatego ryzyko strat finansowych jest główną barierą dla ekspansji zagranicznej sektora MŚP.

Mała firma nie ma takich możliwości oszacowania ryzyka, jak duże przedsiębiorstwo. 80 proc. wszystkich problemów finansowych, które wynikają z potencjalnych opóźnień płatności, wiąże się z tym, że firma nie zna sytuacji finansowej kontrahenta, z którym podejmuje współpracę. Może się zdarzyć sytuacja, że kontrahent nie będzie mógł zapłacić, zbankrutuje, jego sytuacja finansowa się pogorszy i przestanie płacić na czas – podkreśla Janusz Władyczak, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych SA.

Z danych Intrum Justitia przytaczanych przez KUKE wynika, że zatory płatnicze są bardzo dużym problemem dla polskich firm z sektora MŚP. Prawie co trzecie takie przedsiębiorstwo (28 proc.) deklaruje, że zwiększyłoby zatrudnienie, gdyby płatności za dostarczone towary i usługi były regulowane w terminie. Połowa (49 proc.) była proszona przez odbiorców o wydłużenie terminu płatności, a 36 proc. z nich wskazuje, że opóźnienia w płatnościach są poważnym zagrożeniem dla funkcjonowania całego ich biznesu. Dla europejskich firm z sektora MŚP ten odsetek jest nieco większy.

Aż 41 proc. firm z sektora MŚP w Europie twierdzi, że opóźnione płatności stanowią znaczący problem dla ich rozwoju. Jeżeli płatności schodziłyby na czas, ich sytuacja byłaby inna – mogliby zatrudniać nowych pracowników, rozwijać się, więcej eksportować i sprzedawać na rynku krajowym – mówi Janusz Władyczak.

Małe i średnie przedsiębiorstwa są w dużo większym stopniu narażone na problemy finansowe, które wynikają z braku albo opóźnienia płatności za dostarczone towary i usługi. Tymczasem 28 proc. z nich nie korzysta z żadnych instrumentów zabezpieczających ani ubezpieczeń należności.

– Firmy mogą się chronić się przed ryzykiem poprzez wykorzystanie dostępnych na rynku instrumentów bankowych i ubezpieczeniowych. Obecnie tylko 10 proc. dużych firm w krajach UE nie korzysta z żadnych instrumentów finansowych. Natomiast w przypadku małych i średnich firm ten odsetek sięga 28 proc. – podkreśla Janusz Władyczak.

Polscy eksporterzy mogą liczyć na wsparcie państwa, szczególnie w eksporcie do krajów o podwyższonym ryzyku. KUKE – która wchodzi w skład grupy Polskiego Funduszu Rozwoju – ubezpiecza transakcje handlowe polskich przedsiębiorców zarówno w kraju, jak i za granicą. Jako jedyna instytucja w Polsce oferuje ubezpieczenia eksportowe gwarantowane przez Skarb Państwa. Z początkiem czerwca wspólnie z PKO BP spółka wprowadziła na rynek ubezpieczenie dla firm z sektora MŚP, które chcą rozwijać się za granicą.

Z „Polisy na świat” mogą skorzystać klienci banku PKO BP, którzy mają działalność co najmniej od 18 miesięcy i prowadzą sprzedaż w kredycie kupieckim. Dzięki współpracy z PKO Bankiem Polskim, pierwszy raz w historii KUKE możemy tak szeroko wyjść do małych i średnich firm. Produkt jest dostępny w całej Polsce, we wszystkich placówkach banku – mówi wiceprezes KUKE.

„Polisa na świat”, czyli wprowadzone miesiąc temu na rynek ubezpieczanie dla eksporterów, to efekt współpracy spółki z grupy PFR i krajowego banku. Ma ono ochronić polskie firmy przed potencjalnymi problemami finansowymi, które mogą się pojawić wskutek opóźnień w rozliczaniu transakcji. Ubezpieczenie powstało z myślą o spółkach z sektora MŚP i obejmuje zarówno transakcje krajowe, jak i zagraniczne, gwarantując płynność finansową i ochronę przed utratą zysków.

W celu zwiększenia eksportu Polski Fundusz Rozwoju oferuje rodzimym przedsiębiorstwom kompleksowe instrumenty finansowe i doradcze. Wartość pakietu instrumentów wsparcia wynosi łącznie 60 mld zł. Dystrybucją produktów finansowych i wspierających ekspansję polskich firm zajmują się spółki z grupy PFR i bank PKO BP jako partner strategiczny.

Sektor bankowy coraz bardziej zaangażowany w akcje społeczne. Pomaga mu w tym innowacyjność i cyfryzacja

Sektor bankowy coraz bardziej zaangażowany w akcje społeczne. Pomaga mu w tym innowacyjność i cyfryzacja 12

Działania CSR wprowadza do swojej strategii coraz więcej firm. Poza aspektem etycznym budują one wizerunek marki w oczach jej pracowników, inwestorów i klientów. Rozwój internetu i nowe technologie ułatwiają przedsiębiorstwom podejmowanie działań w tym obszarze. Szczególne pole do popisu ma w tym obszarze sektor bankowy. Potwierdza to przykład Banku Millennium, który został właśnie nagrodzony najbardziej prestiżową w branży finansowej nagrodą za działania prospołeczne.

 Trudny do wymówienia i zinterpretowania skrót CSR my tłumaczymy prosto i praktycznie: lubimy pomagać, dbamy o środowisko i ułatwiamy życie. Społeczna odpowiedzialność biznesu zawsze była dla nas szalenie istotna. Obserwując rozwój tej idei, wydaje się, że ulega ona redefinicji, której powodem jest postępująca cyfryzacja i rozwój internetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Jarzębska, prezes Fundacji Banku Millennium.

Komisja Europejska definiuje CSR jako odpowiedzialność przedsiębiorstwa za wpływ, jaki wywiera na społeczeństwo. Z kolei OECD posługuje się szerszym pojęciem RBC, czyli „odpowiedzialne prowadzenie biznesu”. Oba terminy dotyczą tego samego: firm, które realizują swoje cele biznesowe z dbałością o relacje z otoczeniem i z poszanowaniem środowiska.

Jak zauważa Iwona Jarzębska, dostęp do nowych technologii ułatwia branży finansowej inicjowanie działań w obszarze CSR, przeciwdziałając wykluczeniu finansowemu i demokratyzując dostęp do produktów.

 Rozwój internetu sprawia, że usługi bankowe są coraz bardziej powszechne i łatwo dostępne, również dla klientów o różnym zakresie niepełnosprawności. Widzimy, że rozwój internetu redefiniuje pojęcie społecznej odpowiedzialności biznesu i sprawia, że poziom wykluczenia finansowego z roku na rok maleje. Co więcej, klienci mają dostęp nie tylko do usług bankowych, lecz także dzięki platformie bankowej mogą na przykład nieodpłatnie korzystać z udogodnień i usług e-administracji – mówi Iwona Jarzębska.

Takie działania przestają być postrzegane jako forma marketingu i coraz więcej firm wpisuje CSR na stałe do swojej strategii. Odpowiedzialny biznes ma wiele zalet: poza aspektem etycznym buduje wizerunek firmy w oczach jej pracowników, inwestorów i klientów. Zwiększa zaufanie do marki i pomaga wykształcić świadomych konsumentów. Jest to opłacalne dla obu stron.

– CSR jest dla nas priorytetem. W taką działalność angażują się wszyscy pracownicy banku, dlatego jest nam niezmiernie miło, że zostaliśmy nagrodzeni przez „Euromoney” nagrodą „Najlepszy Bank w Europie Środkowo-Wschodniej w kategorii Biznes społecznie odpowiedzialny” – mówi Joao Bras Jorge, prezes zarządu Banku Millennium – Tak naprawdę trudno dokładnie wyjaśnić, czym jest CSR. My rozumiemy go jako dbałość o środowisko naturalne i ułatwianie życia naszym klientom.  

Podobnie jak jednym zdaniem trudno zdefiniować CSR, tak trudno również o dane obrazujące skalę zaangażowania polskich firm w tego typu działania. Z pewnością jest ono coraz większe, co potwierdza ostatni raport Forum Odpowiedzialnego Biznesu, który zgromadził rekordową jak dotychczas liczbę 180 firm i 880 projektów z tego obszaru.

Cykliczne badania FOB z roku na rok gromadzą coraz więcej takich inicjatyw. Skalę popularności CSR pokazują też coraz liczniejsze konferencje i nagrody przyznawane firmom o dużych zasługach na tym polu. Jedna z najbardziej prestiżowych trafiła w tym tygodniu do Banku Millennium, który został uznany przez magazyn „Euromoney” za najlepszy bank w Europie Środkowo-Wschodniej w kategorii „biznes społecznie odpowiedzialny”.

– Argumentując wybór, jury konkursu podkreśliło, że otrzymujemy tę nagrodę za wysoką jakość i szybkość raportowania oraz za różnorodność i kompleksowość programów społecznych, których integralną częścią jest innowacyjność i cyfryzacja – mówi Iwona Jarzębska.

„Euromoney” to jeden z najbardziej prestiżowych na świecie magazynów o tematyce finansowej. Równie dużą rangę mają przyznawane przez pismo wyróżnienia Euromoney Awards for Excellence. To jedne z najważniejszych nagród w branży bankowej na świecie. Tegoroczni zwycięzcy (co roku oceniane są najlepsze banki z ponad stu krajów) zostali ogłoszeni 6 lipca podczas gali w Londynie, a w kategorii „biznes społecznie odpowiedzialny” nagrodzono tylko jeden bank – Bank Millennium.

Bank Millennium poprzez nowoczesne rozwiązania w bankowości internetowej wspiera cyfrową rewolucję w administracji i ułatwia klientom korzystanie z niej. W zakresie kultury od lat sponsoruje Festiwal Filmów Dokumentalnych Millennium Docs Against Gravity. Bank i jego pracownicy w ramach wolontariatu angażują się w działalność edukacyjną. Przykładem jest program „Elementarz Finansowy”, w ramach którego przedszkolaki zdobywają podstawową wiedzę na temat finansów. W zakresie ochrony środowiska Bank Millennium wdraża rozwiązania, które mają na celu ograniczenie ilości zużywanych materiałów, energii, paliw i wody. Strategię związaną z odpowiedzialnym społecznie biznesem bank konsekwentnie prowadzi od wielu lat, co potwierdza obecność w Respect Index, indeksie giełdowych spółek z najlepszymi praktykami w zakresie CSR.

Do końca 2017 roku w Polsce ma działać tysiąc mat do ładowania telefonów. Pojawią się w restauracjach, hotelach, na dworcach i lotniskach

Do końca 2017 roku w Polsce ma działać tysiąc mat do ładowania telefonów. Pojawią się w restauracjach, hotelach, na dworcach i lotniskach 13

Nowa technologia Powermat pozwala naładować telefon poprzez położenie smartfona na specjalnej macie lub skorzystanie z dodatkowych mobilnych pierścieni. Umożliwiają one ładowanie dowolnego telefonu ze złączem microUSB lub Lightning. Dodatkowo, jeśli poziom baterii w telefonie spadnie, specjalna aplikacja automatycznie wskaże, gdzie znajduje się najbliższy lokal, w którym można doładować smartfona. Aplikacja działa też w formie nawigacji. Łącznie na świecie działa ponad milion mat do bezprzewodowego ładowania smartfonów. W Polsce do końca 2017 roku ma ich powstać prawie tysiąca.

– Przy normalnym ładowaniu smartfonu trzeba mieć ładowarkę, gniazdko i telefon, podłączyć ładowarkę do gniazdka, a telefon do ładowarki, dzięki temu ładować baterię. My oferujemy w przestrzeniach publicznych maty do ładowania, dzięki czemu ucinamy kable. Nie chcemy, aby konsument nosił w plecaku kilka ładowarek albo powerbank, oferujemy coś zupełnie innego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Juliusz Korwin, dyrektor ds. marketingu w Powermat Polska.

Powermat to system dostępny w przestrzeni publicznej, który składa się z mat ładujących umieszczonych na stołach czy blatach. Umożliwiają one bezprzewodowe ładowanie smartfonów wyposażonych w port microUSB lub Lightning. Dodatkowo mobilne pierścienie pozwalają zaś naładować telefon, który nie jest fabrycznie przystosowany do bezprzewodowego ładowania.

– Wystarczy znaleźć w aplikacji punkt ładowania, położyć telefon, nieważne czy standard bezprzewodowego ładowania wbudowany jest w telefonie. Wystarczy położyć telefon, włączyć naszą aplikację, nacisnąć przycisk gotowy do ładowania i ładować telefon. Jeśli nie ma formatu bezprzewodowego ładowania, w każdym naszym punkcie są power ringi, wystarczy je włożyć do telefonu – tłumaczy Juliusz Korwin.

Aby skorzystać z ładowania, wystarczy pobrać darmową aplikację Powermat, dostępną na systemy operacyjne Android oraz iOS. Jak wskazuje Juliusz Korwin, aplikacja działa jak typowy system lojalnościowy. Powermat sprawdza się w hotelach, restauracjach i kawiarniach. Użytkownik, który skorzysta z mat ładujących w jednym z takich lokali, może liczyć na specjalne zniżki czy promocje.

– Przy przechodzeniu w promieniu 500 m od danej restauracji, dostanie się zaproszenie od gospodarza – wpadnij, zjedz coś, zapoznaj się z moim miejscem. Jeśli idzie się po Warszawie, a telefon ma 10 proc. baterii, pojawia się automatyczne wskazanie, gdzie jest najbliższy lokal do ładowania, gdzie można skorzystać z unikatowych promocji, których nie ma w innych systemach lojalnościowych – przekonuje przedstawiciel Powermat Polska. – Aplikacja działa też w formie nawigacji. Jadąc samochodem, można mieć wskazanie jak najszybciej dojechać do powerspotu [punktu ładowania – red.].

Badania pokazują, że możliwość naładowania telefonu przyciąga i zatrzymuje klientów w lokalu. Ankieta przeprowadzona z ponad 300 użytkownikami Powermat w Stanach Zjednoczonych wskazuje, że dla 93 proc. osób ładowanie bezprzewodowe ma wpływ na wybór lokalu czy sklepu oraz skłania do polecenia takiego miejsca znajomym. Blisko 90 proc. klientów częściej wraca do miejsca, w którym mogli bezprzewodowo naładować telefon.

W przyszłości większość urządzeń mobilnych będzie ładowana bezprzewodowo. Już teraz rośnie popularność tej technologii, a przedstawiciele polskiego oddziału izraelskiego start-upu zapowiadają, że do końca 2017 roku w Polsce liczba aktywnych mat do ładowania ma sięgnąć tysiąca (pierwsze powstały już na początku tego roku).

– W 2016 roku były pierwsze wdrożenia w wybranych kawiarniach Starbucks w Stanach Zjednoczonych. Obecnie takich lokali jest dwa tysiące. Mamy łącznie ponad milion mat dostępnych w naszym systemie. Zaczęliśmy w połowie 2016 roku i systematycznie wdrażamy nasze rozwiązanie w następnych państwach – opowiada Juliusz Korwin.

Większość Polaków chciałaby głosować w wyborach przez internet. Taka metoda mogłaby mieć pozytywny wpływ na frekwencję wyborczą

Większość Polaków chciałaby głosować w wyborach przez internet. Taka metoda mogłaby mieć pozytywny wpływ na frekwencję wyborczą 14

Głosowanie w wyborach prezydenckich, parlamentarnych czy samorządowych, które byłoby przeprowadzone za pośrednictwem internetu, byłoby szybsze, wygodniejsze, tańsze i prawdopodobnie miałoby też pozytywny wpływ na frekwencję wyborczą. Jednak zdaniem ekspertów wad takiego rozwiązania jest obecnie znacznie więcej, dlatego jeszcze przez wiele lat głosować będziemy w tradycyjny sposób.

– W przypadku wyborów przez internet problemem są cały czas nierozwiązane kwestie cyberbezpieczeństwa. Myślę, że pozostaną one nierozwiązane w najbliższym czasie, być może nigdy nie będą. Wynika to z tego, że cyberbezpieczeństwo jest bardzo delikatną sprawą, znacznie bardziej subtelną niż zwykłe bezpieczeństwo. Łatwiej jest robić cyberataki na masową skalę w sposób, który nie zostawia śladów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Stefan Dziembowski z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego.

Polska jest krajem, który łatwo i szybko adaptuje nowinki technologiczne. Pod względem bankowości internetowej, możliwości płacenia metodą zbliżeniową czy z wykorzystaniem smartfona plasujemy się w czołówce europejskiej. Coraz więcej osób decyduje się też na rozliczenie podatku przez internet, coraz większą popularnością cieszy się e-administracja. Zdecydowana większość Polaków popiera też pomysł głosowania przez internet. Z raportu Rzecznika Praw Obywatelskich i CBOS z 2014 roku wynika, że nawet 75 proc. popiera ten pomysł. Jak jednak przekonuje ekspert, e-voting jest kwestią wyjątkowo wrażliwą, ponieważ od prawidłowo przeprowadzonego głosowania zależy wiara społeczeństwa w państwo. Jakiekolwiek podejrzenia co do bezpieczeństwa i wiarygodności wyborów mogą to zaufanie podważyć.

– W przypadku głosowania przez internet wymagamy czegoś silniejszego niż zwykłe bezpieczeństwo, mamy dwa właściwie sprzeczne ze sobą wymagania. Po pierwsze chcemy, aby wybory były tajne, a po drugie chcemy mieć pewność, że nasz głos został policzony. Wybory powinny być niepokwitowalne, czyli obywatel nie może nikomu udowodnić, jak głosował, wynika to z chęci uniknięcia problemu sprzedaży głosów – podkreśla prof. Stefan Dziembowski.

Z problemem kupowania głosów spotkać się można podczas tradycyjnych wyborów, jednak trudniej wówczas o masowe działania tego typu. Inaczej wygląda sytuacja podczas wyborów internetowych, gdzie w zamian za głos na danego kandydata oferowane są np. bitcoiny [kryptowaluta internetowa – red.].

– Istnieje cała rodzina ataków typu Denial of Service [atak komputerowy nastawiony na zablokowanie komputera lub sieci – red.]. Najprostszą wersją jest blokowanie komputerów, podobnie jak w przypadku ataków ransomware – blokowane są komputery osób, o których wiadomo, jak zagłosują. To, jakie ludzie mają poglądy polityczne, można łatwo wywnioskować z ich zachowania w sieci. W dniu wyborów wirus czy koń trojański blokuje komputery wszystkim tym, którzy chcą głosować na konkretną partię. Wyobraźmy sobie, co się dzieje: ludzie zaczynają mówić o zablokowanych komputerach, inni twierdzą, że to nieprawda i kończymy w chaosie – opowiada prof. Dziembowski.

Podejrzenia co do nieprawidłowości w wyborach pojawiają się często. W Polsce głośno było zwłaszcza o wynikach wyborów samorządowych z 2014 roku, kiedy zdecydowanym zwycięzcą okazała się partia, która wedle sondaży miała być trzecią lub czwartą siłą. W przypadku papierowych wyborów wyniki można jednak łatwo sprawdzić i niemal każdy jest też w stanie zrozumieć metodologię głosowania i liczenia głosów. Inaczej jest w przypadku wyborów przeprowadzonych metodą cyfrową.

– Dlatego stawiam, że takich wyborów za mojego życia nie będzie, choć są przykłady z różnych krajów, z Estonii czy niektórych kantonów szwajcarskich. System estoński został zanalizowany przez ekspertów amerykańskich zajmujących się wyborami elektronicznymi. Ich raport był druzgocący – system nie jest bezpieczny – podkreśla ekspert z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jego zdaniem przy obecnej sytuacji geopolitycznej, naciskach niektórych państw na inne, istnieje duże ryzyko tego, że wybory elektroniczne mogłyby nie być do końca wiarygodne. To, że system sprawdza się w niektórych krajach, nie oznacza, że tak samo będzie w przypadku innego kraju. Dlatego zdaniem Dziembowskiego dyskusja dotycząca e-votingu w Polsce przez długi czas będzie wyłącznie teoretyczna.

– Istnieje jednak pośrednie rozwiązanie, czyli wybory elektroniczne, ale w lokalach wyborczych. Głosujemy na maszynach w lokalach wyborczych, ale są to urządzenia, a nie forma papierowa czy fizyczna. Jest to rozwiązanie do rozważenia, usprawni zliczanie głosów. Istnieje oczywiście kwestia zdobycia zaufania obywateli, ale jest do zrobienia – ocenia prof. Stefan Dziembowski.

Mespila Investments Ltd. ogłasza wezwanie na 100% akcji Spółki Paged S.A.

Spółka Mespila Investments Limited (Nikozja, Cypr) („Wzywający”) ogłosiła dzisiaj wezwanie na wszystkie akcje Spółki Paged S.A. („Spółka”) niebędące w posiadaniu Wzywającego oraz podmiotów od niego zależnych, tj. na 5.438.391 akcji stanowiących 35,1 procent akcji Spółki. Grupa Paged S.A. to polski holding przemysłowo-inwestycyjny, zajmujący się przemysłem drzewnym (segment sklejkowy, meblowy i handlowy), usługami transportowo-technologicznymi, zagospodarowaniem nieruchomości i działalnością inwestycyjną. Wzywający wraz z podmiotami zależnymi posiada łącznie 64,9 procent akcji Spółki. Proponowana cena za jedną akcję Paged S.A. to 57,63 zł. Celem transakcji jest osiągnięcie przez Wzywającego 100 procent własności Spółki Paged S.A.  w celu wycofania całej Spółki z rynku publicznego i umożliwienia jej dalszego rozwoju na rynku prywatnym. Podmiotem nabywającym akcje jest Mespila BIS S.A. (Warszawa, Polska) („Nabywający”), która jest podmiotem zależnym od Wzywającego i  w chwili obecnej posiada 42,4 procent akcji Spółki.

Zapisy na sprzedaż akcji rozpoczną się 27 lipca i potrwają do 25 sierpnia 2017 włącznie. Zaproponowana w wezwaniu cena akcji Paged S.A. wynosi 57,63 zł i zdaniem Wzywającego odzwierciedla godziwą wycenę Spółki oraz uwzględnia zarówno jej obecną kondycję, jak i warunki rynkowe. Cena odpowiada wymaganym ustawowo poziomom w odniesieniu do średniego kursu akcji z trzech i sześciu miesięcy. Oferowana cena jest jednakowa dla wszystkich akcjonariuszy. Wszyscy akcjonariusze, którzy odpowiedzą w wezwaniu otrzymają za swoje akcje należność w gotówce.

Podsumowanie Wezwania:

  • W wyniku Wezwania, Nabywający zamierza nabyć 5.438.391 (pięć milionów czterysta trzydzieści osiem tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt jeden) akcji, stanowiących, po zaokrągleniu, 35,1 procent ogólnej liczby akcji Spółki, uprawniających do wykonywania 5.438.391 głosów na Walnym Zgromadzeniu, stanowiących po zaokrągleniu 35,1 procent ogólnej liczby głosów na Walnym Zgromadzeniu.
  • Proponowana w wezwaniu cena to 57,63 zł za jedną akcję, co stanowi premię w wysokości 3,2 proc. w porównaniu do średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania, która wynosi 55,82 zł. Cena jest równa średniej arytmetycznej ze średnich dziennych cen ważonych wolumenem obrotu z okresu 3 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania.
  • Nabywający zamierza nabyć akcje wyłącznie jeżeli na koniec okresu przyjmowania zapisów na sprzedaż akcji liczba złożonych zapisów nie będzie mniejsza niż 3.888.391  (trzy miliony osiemset osiemdziesiąt osiem tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt jeden)  akcji co będzie uprawniało Nabywającego do 90 procent ogólnej liczby głosów na Walnym Zgromadzeniu, wliczając w to akcje już posiadane przez Nabywającego, jego podmiot dominujący czyli Wzywającego i podmiot zależny od Wzywającego.
  • Jeśli Wzywający w wyniku wezwania będzie bezpośrednio lub pośrednio kontrolować 90 procent lub więcej akcji Spółki, jego intencją będzie rozpoczęcie procesu przymusowego wykupu akcji należących do akcjonariuszy mniejszościowych Spółki.

Komentując ogłoszone dzisiaj wezwanie Mirosław Stachowicz, Członek Rady Nadzorczej Paged S.A. reprezentujący Mespila Investments Ltd., powiedział:

„Inwestorzy giełdowi niechętnie inwestują w spółki o rozbudowanej strukturze, które prowadzą bardzo zdywersyfikowaną działalność, oraz nie posiadają aktywnej polityki dywidendowej, a taką firmą jest Paged S.A. Obecność Spółki na rynku publicznym i związane z nią obowiązki sprawozdawcze generują także znaczne koszty, które nie są rekompensowane przez korzyści wynikające z bycia notowanym na GPW. Dlatego dalsza obecność Spółki Paged na rynku publicznym nie przyniesie korzyści ani inwestorom ani Grupie, ograniczając jej dalszy rozwój.”

Zapisy na sprzedaż akcji objętych wezwaniem będą przyjmowane w oddziałach Banku Zachodniego WBK S.A. (wskazanych w treści wezwania) począwszy od dnia 27 lipca 2017.

Doradcami przy transakcji są:

  • Podmiotem pośredniczącym w wezwaniu jest BZ WBK S.A., który pełni także rolę doradcy finansowego.
  • Weil, Gotshal & Manges LLP zapewnia doradztwo prawne Mespila Investments Ltd.
  • Point of View Business Communications Consultancy zapewnia doradztwo w zakresie komunikacji.

Gdański Uniwersytet Medyczny we współpracy z Polpharma SA. otwiera nowy kierunek studiów

Przemysł farmaceutyczny i kosmetyczny – to nazwa nowego kierunku studiów utworzonego przez Gdański Uniwersytet Medyczny we współpracy z Zakładami Farmaceutycznymi Polpharma SA. Te unikalne w skali kraju studia oparte
o tzw. profil praktyczny i kształcenie dualne, łączą edukację teoretyczną
z praktyką przemysłową. Uczelnia podpisała dziś w Gdańsku stosowny list intencyjny i umowy z Polpharmą. Zapisy na rok akademicki 2017/18 już trwają.

Przemysł farmaceutyczny i kosmetyczny to dwuletnie studia II stopnia o profilu praktycznym prowadzone na Wydziale Farmaceutycznym z Oddziałem Medycyny Laboratoryjnej. Celem kształcenia na tym kierunku jest jak najlepsze przygotowanie absolwentów do podjęcia pracy w przedsiębiorstwach wytwarzających produkty lecznicze, wyroby medyczne, kosmetyki oraz suplementy diety. Zajęcia teoretyczne odbywać się będą w Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Natomiast przedmioty praktyczne wykładane będą na Uczelni przez profesjonalistów zatrudnionych na co dzień w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym. Ponadto, na każdego studenta tego kierunku czeka bardzo interesujący, 9-tygodniowy staż w zakładach produkcyjnych i laboratoriach Polpharmy. W jego trakcie będzie można poznać najnowsze technologie i nauczyć się pracy ze sprzętem światowej klasy.

Studia dualne, łączące teorię z praktyką, wpisują się w założenia reformy szkolnictwa wyższego, która zakłada między innymi rozszerzenie i pogłębienie współpracy nauki
z biznesem. Podobną ścieżkę edukacyjną prowadzą od wielu lat uczelnie w krajach skandynawskich i zachodniej Europy, które osiągają wysokie wskaźniki innowacyjności gospodarki.

– Chcąc jak najlepiej dopasować oferowane kierunki kształcenia do potrzeb rynku pracy, Gdański Uniwersytet Medyczny wciąż rozszerza swoją ofertę edukacyjną. Bardzo cieszymy się z podpisanych dziś umów i rozpoczęcia kolejnego etapu dobrej współpracy Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego z Polpharmą, która trwa od wielu lat. Stworzyliśmy razem nowoczesny i atrakcyjny dla studentów program studiów, który wychodzi naprzeciw oczekiwaniom zarówno pracodawców, jak i przyszłych pracowników. Jestem przekonany, że naukowcy i dydaktycy z naszej Uczelni, wraz z ekspertami z Polpharmy, będą uczyć ciekawie i praktycznie. Zależy nam, by  dostarczać wysokiej klasy specjalistów, pożądanych na rynku pracy – mówi prof. dr hab. Marcin Gruchała, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – Studia o profilu praktycznym to szansa dla studentów GUMed na szybkie znalezienie dobrej pracy w szybko rozwijającej się branży farmaceutycznej i kosmetycznej. Przez pryzmat dzisiejszej inicjatywy widzimy też rolę naszej Uczelni w rozwoju polskiego przemysłu. Zwiększenie udziału pracowników naukowych w sferze gospodarczej wzmacnia innowacyjność oraz konkurencyjność – dodaje Rektor GUMed.

– Cieszymy się, że będziemy mogli dzielić się naszą wiedzą i doświadczeniem ze studentami. Dzisiejsza uroczystość pokazuje całościową filozofię i systemowe podejście Polpharmy do edukacji praktycznej na różnych poziomach kształcenia. Wcześniej, na poziomie szkoły średniej, utworzyliśmy klasę dualną o specjalności technik analityk wspólnie z Technikum nr 1 w Starogardzie Gdańskim. W ramach tego modelu łączymy zajęcia teoretyczne w szkole wraz z praktyczną nauką, która odbywa się w laboratoriach Polpharmy – mówi Tomasz Moys, wiceprezes Zarządu Polpharmy, odpowiedzialny za obszar operacji przemysłowych. – To dla nas ważny dzień także dlatego, że dzięki studiom uruchomionym wraz z naszym wieloletnim partnerem – Gdańskim Uniwersytetem Medycznym – będziemy mogli pozyskać nowych pracowników, dobrze dopasowanych do naszych oczekiwań. Już na początku swojej drogi zawodowej będą mieli oni wyższe umiejętności, będą lepiej przystosowani do zawodu oraz ukierunkowani na konkretne i praktyczne wyzwania w przemyśle farmaceutycznym – dodaje Bożenna Kozakiewicz, wiceprezes Zarządu Polpharmy odpowiedzialna za badania i rozwój.

Studenci nowego kierunku będą mogli rozwinąć swoją wiedzę chemiczno-biologiczną z naciskiem na praktyczne metody wytwarzania przemysłowego leków i kosmetyków, a także kontroli ich jakości, dopuszczania do obrotu oraz dystrybucji i marketingu. Wśród wykładanych przedmiotów znajdą się m.in. technologia formulacji, analiza leków i kosmetyków, biotechnologia, farmakologia i toksykologia, prawodawstwo, badania przedrejestracyjne i transfer technologii oraz dobra praktyka wytwarzania
i dystrybucji. Wykładowcami – poza ekspertami z Uczelni – będzie 24 pracowników Polpharmy.

Studia rozpoczynają się 1 października br. i zaczną się od przedmiotów teoretycznych. Pierwsze zajęcia praktyczne przewidziano na luty 2018 roku. Studia mogą podjąć absolwenci studiów I stopnia oraz jednolitych magisterskich na kierunkach związanych z biologią, chemią, fizyką lub medycyną. Szczegółowe warunki rekrutacji oraz więcej informacji o programie nauczania można znaleźć na stronie Uczelni pod adresem https://rekrutacja.gumed.edu.pl/39003.html.

Gdański Uniwersytet Medyczny i Polpharma podpisały dziś także umowę
o partnerskiej współpracy w zakresie prac usługowych o charakterze analityczno-technologicznym. To kolejny dowód zacieśnienia relacji na linii biznes – nauka.

NBP pozostawia założenia polityki pieniężnej bez zmian

W tym tygodniu odbyło się dwudniowe posiedzenie Narodowego Banku Polskiego. Polski bank centralny postanowił kontynuować wcześniej przyjęte założenia polityki pieniężnej i z wprowadzeniem ewentualnych zmian czeka zapewne na rozwój sytuacji w polskiej gospodarce. Prawdopodobnie w najbliższym czasie nie dojdzie do podniesienia stóp procentowych, ponieważ inflacja utrzymuje się poniżej celu inflacyjnego. Prognozy również wskazują na małe prawdopodobieństwo takiej decyzji, gdyż przewidywany poziom inflacji w 2017 roku ma wynieść 2%, czyli również poniżej celu NBP, ustalonego na poziomie 2,5%. Obniżenie stóp nie ma również sensu z powodu pozytywnych wyników gospodarki w Polsce i w krajach głównych partnerów handlowych. Wg NBP wzrost polskiego PKB w tym roku powinien wynieść 3,7%. Zmiany ze strony NBP, które mogłyby mieć zasadniczy wpływ na kurs złotego, są więc w tym momencie mało prawdopodobne.

Dla polskiego PKB, za który w jednej trzeciej odpowiada przemysł, bardzo ważny jest również rozwój przemysłu Niemiec – najważniejszego partnera handlowego Polski. Jednym ze wskaźników, które pomagają analitykom przewidzieć rozwój polskiego przemysłu, są niemieckie zamówienia w przemyśle. Te po korekcie sezonowej wzrosły o 3,7% r/r. Wzrost był niższy niż zakładany konsensus, ale nadal jest to dosyć dobry wynik.

Mijający tydzień należał do spokojnych, co miało odzwierciedlenie w stabilnym kursie złotego. Jego notowania w stosunku do euro praktycznie się nie zmieniły i w piątek rano oscylowały wokół poziomu 4,24 EUR/PLN. Kurs eurodolara w tym tygodniu również nie wykazywał znaczących wahań i w piątek rano wynosił 1,14 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Dzisiaj poznamy aktualizację ratingu Polski od Fitch. Dobre dane z Unii Europejskiej

Dzisiaj poznamy aktualizację ratingu Polski, analitycy nie spodziewają się zmian. Dobre dane z Unii Europejskiej i słabsze z Wielkiej Brytanii. Dziwne tąpnięcie kursu na srebrze.

Aktualizacja ratingu Fitch

Agencja ratingowa Fitch dokona dzisiaj aktualizacji ratingu Polski. Dotychczasowy wynik w tej agencji jest o stopień gorszy niż w najbardziej przychylnej nam Moody’s oraz stopień lepszy niż w sceptycznie podchodzącej do Polski S&P. We wszystkich trzech perspektywa ratingu jest stabilna. Analitycy spodziewają się dzisiaj utrzymania ratingu. Część z nich zwraca uwagę, że od poprzedniego przeglądu w styczniu lekkiej poprawie uległy prognozy makroekonomiczne na ten rok. W rezultacie możliwa jest poprawa nastawienia na pozytywne. Biorąc jednak pod uwagę nieznany wpływ obniżki wieku emerytalnego, niewielu analityków przewiduje taki obrót sprawy. Jak reagują waluty? Przeważnie poprawy ratingu wiążą się z umacnianiem walut. Gdyby zatem doszło do poprawy perspektywy można by się spodziewać umocnienia złotówki.

Produkcja przemysłowa w Europie

Od rana poznaliśmy dobre dane z Niemiec. Produkcja przemysłowa w ujęciu rocznym rośnie o 0,5% – 1% powyżej oczekiwań. We Francji dane pokazały wzrost o 1,9% wobec oczekiwanego 0,5%. W Hiszpanii wzrost wyniósł 3% przy oczekiwanych 2%. Lepiej od oczekiwań wypadli również Czesi. Produkcja przemysłowa wzrosła o 8,1% wobec spodziewanych 3,5%, a sprzedaż detaliczna 5,7% przy oczekiwanych również 3,5%. Gorzej od oczekiwań było natomiast w Wielkiej Brytanii. Produkcja przemysłowa spadła o 0,2%, podczas gdy analitycy spodziewali się symbolicznego wzrostu w postaci 0,2%.

Dziwne tąpnięcie na srebrze

Dziś w nocy na rynku srebra doszło do zaskakującego spadku, który po chwili zdusił notowania tego metalu o 10%, po czym wrócił niemal do tego samego pułapu. Nie do końca znany jest powód takiego wydarzenia. Oficjalnie podawany jest błąd ludzki, tzw. gruby palec czyli przyciśnięcie zbyt dużej kwoty i potwierdzenie bez sprawdzenia. Problemem jest nie tylko to, że takie coś się wydarzyło, ale częstotliwość takich błędów ostatnio. Są one szczególnie kosztowne dla graczy z automatycznymi zleceniami zabezpieczającymi pozycję. W przypadku tak dużego ruchu z pewnością wiele takich zleceń się aktywowało powiększając skalę ruchu. Rynek walutowy jest na razie względnie odporny na takie działania przez dużą płynność, ale skoro zdarzyło się to na srebrze to mniej popularne waluty też mogą zanotować takie zjawiska.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – stopa bezrobocia,
  • 17:00 – USA – półroczny raport FED na temat polityki monetarnej.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Za kilka lat chmura będzie tak powszechna jak Internet

Polskie firmy chcą chmury. W ostatnich 12 miesiącach nastąpił olbrzymi wzrost zainteresowania chmurą – wynika z danych Oracle. Niestety dane pokazują także, że pod względem adaptacji chmury, dystans pomiędzy Europą Środkowo-Wschodnią a Zachodnią jest znaczący i będzie się zwiększał. Jak wynika z danych IDC, w 2017 r. wydatki na chmurę prywatną i publiczną wyniosą 594 mln dolarów. W 2020 r. wzrosną do 876 mln dolarów. Dla porównania, wydatki na chmurę w Europie Zachodniej wzrosną w tym czasie z 6,19 mld dolarów do 9,11 mld dolarów. Do końca 2017 roku aż 80% globalnych firm zainicjuje projekty w zakresie cyfrowej transformacji. To poważne wyzwanie dla polskich przedsiębiorstw.

– Brak inwestycji w chmurę grozi tym, że polskie firmy a co za tym idzie, nasza gospodarka, będą mniej innowacyjne. Chmura daje ogromne korzyści, w postaci nie tylko mniejszych kosztów, ale też szybkości wprowadzania nowych usług na rynek. Przedsiębiorstwa, które to rozumieją, po prostu w krótkim czasie deklasują konkurencję – podsumowuje Janusz Naklicki, szef regionu Oracle CEE & CIS.

Rosnącą popularność chmury obliczeniowej w regionie potwierdzają dane firmy analitycznej IDC. Wyłaniają się z niego dwa ważne wnioski: po pierwsze, wartość rynku IT w ciągu najbliższych 4 lat będzie systematycznie rosła, choć nie wszędzie w takim samym tempie. IDC prognozuje, że wzrost wydatków na IT w latach 2016 – 17 w największym stopniu odczuwalny będzie w Polsce i wyniesie 3,7%. Dla porównania, w Czechach nie przekroczy on 1,9% a w Rosji odczuwalny będzie nawet spadek o ponad 2%.

O ile w 2016 r. wartość rynku IT w Europie Środkowo-Wschodniej wyniosła 38 miliardów dolarów, o tyle w 2020 r. wyniesie już 44 mld dolarów. Ale nie wzrost nakładów jest tutaj najbardziej istotny. Ciekawszy jest drugi wniosek – o ile udział outsourcingu IT w 2016 r. wyniósł 38%, o tyle w 2020 r. wzrośnie on już do 44%. W tym samym czasie udział tradycyjnych usług IT spadnie z 63% do 57%. Największy wzrost będzie udziałem outsourcingu infrastruktury (wzrost z 10 do 14%, w tym niemal dwukrotny wzrost wartości usług w chmurze – z 2,6% do 4,6%). W największym stopniu spadną natomiast nakłady na infrastrukturę klienta – z 23% do 20% w ciągu 4 najbliższych lat.

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Oracle wynika, że obecnie już 40% firm z regionu, zatrudniających od 250 do 1000 pracowników korzysta z chmury. Niemal połowa firm zatrudniających ponad 2500 osób i 41% przedsiębiorstw posiadających od 1000 do 2500 pracowników planuje wdrożenie usług w chmurze lub ocenia możliwość ich zastosowania. – Oceniamy, że za kilka lat usługi chmury publicznej staną się tak powszechne, jak Internet. Doświadczenia pokazują bowiem, że chmura daje ogromne korzyści, w postaci nie tylko mniejszych kosztów, ale też szybkości wdrożenia, czy większego bezpieczeństwa danych. I co najważniejsze – przedsiębiorcy to dostrzegają i tematu chmury już nie bagatelizują – komentuje Janusz Naklicki.

Donald Trump vs. rynki. Co przemówienie oznacza dla Polski?

Prezydent Trump mówił o Powstaniu Warszawskim, o Polakach, ich bohaterstwie i o historii Polski. Donald Trump zapowiedział rozszerzenie partnerstwa z naszym krajem wspominał, że odwiedza starego sojusznika. Co w praktyce słowa prezydenta USA oznaczają dla nas i czy mogą wpłynąć na zwiększenie zainteresowania Polską wśród inwestorów zagranicznych?

– Wizyta Donalda Trumpa w Polsce z inwestycyjnego, gospodarczego i giełdowego punktu widzenia w sumie nie przynosi żadnych większych konsekwencji. W samym wystąpieniu Donalda Trumpa nie padły żadne konkrety i jasne deklaracje poza tym, że będzie rozwijana działka alternatywnej energii, że Polska powinna być mniej uzależniona energetycznie od swoich sąsiadów i że będzie większy nacisk na innowacje i inwestycje zbrojeniowe. Nie jest to żaden z elementów, który był nowy i co ważniejsze żaden z nich nie ma podanej kwoty – mówi newsrm.tv Paweł Cymcyk, prezes Związku Maklerów i Doradców.

W przemówieniu na Placu Krasińskich Donald Trump dużo mówił o historii Polski. – Chcąc doszukać się gospodarczych plusów w wystąpieniu Donalda Trumpa można zwrócić uwagę na dość długi wykład historyczny i znajomość historii Polski u prezydenta USA. To może niektórych inwestorów zagranicznych skłonić do zainteresowania się historią czy gospodarką Polski, a stąd już tylko krok do jakiejś inwestycji. Ten element teoretycznie mógłby pomóc polskiemu złotemu zwiększyć w Polsce inwestycje. Trzeba jednak pamiętać, że od deklaracji do czynów i do wydatków jest czasem dość długa droga – dodaje Paweł Cymcyk.

Donald Trump już w czwartek wyleciał  do Hamburga. Prezydent USA weźmie udział w szczycie G20.

Czy Polska ma szansę zostać FinTech Hub?

Ok. 1,5 – 2.5 mld euro – szacuje się, że tyle wart jest rynek FinTech w Europie Środkowo-Wschodniej. Przy czym firmy pochodzące z Polski odpowiadają za prawie połowę tej wartości. Jest ich już kilkaset, choć skalę udało się zbudować tylko kilkunastu. Jak wygląda aktualna sytuacja sektora w kraju i czy Polska może zostać „FinTech Hub”?

Podobnie jak na innych rynkach, dotychczas w największym stopniu udało się rozwinąć FinTechs, które skoncentrowały się na rynku płatności – w szczególności firmom PayU (która swoje początki miała w roli platformy obsługującej płatności na portalu Allegro) i BlueMedia, która oferuje szereg rozwiązań płatniczych, w tym konkurencyjne do państwowego EXPRESS ELIXIR płatności natychmiastowe, pozwalające na przekazanie środków z konta na konto w kilka minut.

Gdyby jednak przyjrzeć się rynkowi FinTech w Polsce z perspektywy banku kierującego swoją ofertę do klientów detalicznych, szybko okazuje się, że gracze alternatywni adresują już niemal wszystkie obszary jego działalności, przy czym skupiając się na pojedynczym produkcie / wąskiej ofercie, często są w stanie lepiej dotrzeć do klienta i dopasować się do jego potrzeb.

Idąc tym tropem i koncentrując się na  FinTechs, który zbudowały już przynajmniej minimalną skalę, A.T. Kearney zidentyfikowało następujące przykłady:

  • Moresise czy Pri-num oferujące rozwiązania o charakterze mobile wallet, do którego łatwo możemy podpiąć źródła finansowania (rachunek, kartę) i z niego wygodnie płacić,
  • Billon oferujący płatności z wykorzystaniem technologii blockchain,
  • Currency One i Cinkciarz skoncentrowane na atrakcyjnych finansowo ofertach wymiany walut,
  • Kokos i Vivus udzielające pożyczek (pierwszy w modelu crowd- / social-lending, drugi
    z bardziej tradycyjnym podejściem i koncentracji na mikropożyczkach),
  • Moj budget pomagające zaplanować wydatki i zarządzać budżetem domowym, czy Atsora oferująca platformę analityczną do celów finansowych dla MŚP,
  • Zencard (niedawno kupione przez PKO BP) – jedna platforma do zarządzania wieloma programami lojalnościowymi klienta,
  • Leaselink oferujący leasing B2B.

Nadchodząca rewolucja w usługach finansowych – także w Polsce!Większość z tych firm jako rynek docelowy definiuje Europę lub świat. Wiele z nich już dzisiaj prowadzi działalność na wielu rynkach (np. Billon, Zencard czy Finanteq oferujący rozwiązania mobilne dla banków).

Czy pochodzenie z Polski jest dla nich wsparciem?

– Obecnie w niewielkim stopniu, co powoduje, że niektóre wręcz pozycjonują się jako zagraniczne firmy. Najlepszym przykładem jest Billon, który przedstawia się jako firma tak samo brytyjska, jak i polska. Wynika to zarówno z percepcji rynku brytyjskiego jako „FinTech Hub”, jak również z ogółu wsparcia, jakim cieszą się nowo zakładane przedsiębiorstwa w Wielkiej Brytanii w porównaniu z Polską – zauważa Krystian Kamyk, A.T. Kearney.

– Wiele regulacji, w tym w szczególności PSD2, która pozwoli FinTech na łatwiejszy dostęp do danych na temat rachunków klientów prowadzonych w bankach, ma pozytywny wpływ na rozwój sektora. W Polsce dodatkową korzyścią jest wysoki poziom digitalizacji usług finansowych ogółem, który stwarza pole do ciekawszych innowacji – dodaje Kamyk.

Czy Polska może zostać „FinTech Hub”?

To możliwe, jednak konieczne byłoby stworzenie spójnej wizji rozwoju sektora w Polsce z jasną rolą inwestorów, instytucji finansowych oraz rządu, jak również atrakcyjnym systemem zachęt do otwierania swojego biznesu właśnie tutaj. Pomocne będą również wszelkie inicjatywy ułatwiające zakładanie i prowadzenie biznesu ogółem, jak również rozwiązania podatkowe atrakcyjne dla inwestorów kierujących swoje fundusze na rozwój innowacji – ocenia Krystian Kamyk.

Przy obecnej atmosferze politycznej, koncentracja uwagi rządzących jest gdzie indziej i wisi nad nami ryzyko przegapienia okazji do stworzenia „FinTech Hub” dla Europy Centralnej właśnie w Polsce.

Autor: Krystian Kamyk – dyrektor w warszawskim biurze A.T. Kearney

Strategiczne zmiany w Zarządzie Banku Pekao S.A.

W dniu 6 lipca 2017 r. Rada Nadzorcza Banku Pekao S.A. powołała z dniem 7 lipca 2017 r. Pana Tomasza Kubiaka, Pana Michała Piotra Lehmanna, Pana Marka Lusztyna w skład Zarządu Banku i powierzyła im pełnienie funkcji Wiceprezesów Zarządu Banku.

W dniu 7 lipca 2017 r. Rada Nadzorcza Banku Pekao S.A. powołała Pana Tomasza Styczyńskiego z dniem 7 lipca 2017 r. oraz Pana Marka Tomczuka z dniem 1 września 2017 r. w skład Zarządu Banku i powierzyła im pełnienie funkcji Wiceprezesów Zarządu Banku.  

Rada Nadzorcza postanowiła powierzyć od dnia uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego Panu Markowi Lusztynowi funkcję Wiceprezesa Zarządu nadzorującego zarządzanie ryzykiem istotnym w działalności Banku.

Wszyscy nowo powołani członkowie zarządu Banku mają wieloletnie doświadczenie na stanowiskach kierowniczych w bankowości i instytucjach finansowych.

„Rada Nadzorcza doceniła międzynarodowe doświadczenie Pana Marka Lusztyna, który jest światowej klasy specjalistą w dziedzinie zarządzania ryzkiem i mianowała go, z dniem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego, Wiceprezesem nadzorującym Pion Zarządzania Ryzykiem. Gratuluję Panu Tomaszowi Kubiakowi, wybitnemu specjaliście z zakresu alokacji kapitału i zarządzania aktywami i pasywami awansu na Wiceprezesa nadzorującego Pion Finansowy. Podążając za rosnącą siłą sektora małych i średnich firm został wydzielony w Banku Pion Bankowości SME i Pan Tomasz Styczyński, wcześniej przez 16 lat związany z Bankiem Citi Handlowym zostanie Wiceprezesem nadzorującym ten Pion. Od 1 września z Raiffeisen Polbank dołączy do nas Pan Marek Tomczuk, który przejmie odpowiedzialność za Pion Bankowości Detalicznej. Jego bogate doświadczenie pozwoli sprostać wyzwaniom jakie niesie szybki postęp technologiczny i rosnące wymagania klientów indywidualnych. Pan Michał Lehmann, wcześniej pracujący w Grupie PZU, obejmie funkcję Wiceprezesa odpowiedzialnego za funkcje wsparcia, dyscyplinę kosztową i Pion Logistyki. Pan Andrzej Kopyrski i Pan Adam Niewiński będą kontynuować pracę wraz z nowo powołanymi Członkami Zarządu.” – powiedział Michał Krupiński, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A. kierujący pracami Zarządu.

„Życzymy Zarządowi wielu sukcesów w realizacji ambitnych celów, które przed nim stoją. Jednocześnie chcemy podziękować Panu Grzegorzowi Piwowarowi i Panu Marianowi Ważyńskiemu za ich wieloletni wkład i zaangażowanie w budowanie siły Banku Pekao ” – powiedział Paweł Surówka, Prezes PZU S.A. i Przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Pekao S.A.

Ze stanowisk w Zarządzie Banku Pekao S.A. zrezygnowali Wiceprezes Grzegorz Piwowar odpowiedzialny za Pion Bankowości Detalicznej oraz Wiceprezes Marian Ważyński odpowiedzialny za Pion Logistyki.

 

BioMaxima S.A. sięgnęła 14 mln zł przychodów w 1 półroczu

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, osiągnęła 13,94 mln zł przychodów ze sprzedaży w pierwszym półroczu 2017 r. i zanotowała ponad 23% wzrost w ujęciu rdr. Spółka podpisała również umowę o kredyt inwestycyjny w wysokości blisko 4,95 mln zł.

W pierwszych sześciu miesiącach 2017 r. wartość przychodów netto ze sprzedaży BioMaxima S.A. bez uwzględniania rumuńskich spółek sięgnęła 13.941 tys. zł wobec 11.263 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Dynamika zwiększania sprzedaży przekroczyła więc poziom 123%. Najwyższy wzrost przychodów, wynoszący 131%, został osiągnięty przez Emitenta w segmencie mikrobiologii, który jest obecnie najważniejszym obszarem. Wyniki sprzedażowe Spółki na rynkach zagranicznych w pierwszym półroczu 2017 r. wykazały bardzo mocną dynamikę, a łączna wartość sprzedaży w eksporcie ukształtowała się na poziomie 3.870 tys. zł, podczas gdy w 2016 r. było 2.417 tys. zł. BioMaxima S.A. konsekwentnie notuje także wzrost w zakresie wygrywanych postępowań przetargowych, których łączna kwota w pierwszych sześciu miesiącach br. sięgnęła 6.074 tys. zł wobec 4.737 tys. zł rok wcześniej. Zarząd Spółki bardzo dobrze ocenia osiągnięte wyniki sprzedażowe i liczy na ich utrzymanie w drugim półroczu.

„Zanotowaliśmy kolejny kwartał rosnących przychodów. Liczę, że wyniki drugiego półrocza będą co najmniej tak dobre. Oczekujemy dalszego wzrostu eksportu i – utrzymując dotychczasowy asortyment – coraz bardziej koncentrujemy się na mikrobiologii. Natomiast wysiłki Spółki w najbliższych miesiącach będą skupiały się na inwestycjach, które otworzą przed nami nowe możliwości. Centrum Badawczo-Rozwojowe (CBR) będzie miejscem, gdzie będziemy opracowywali lub dopracowywali nowe produkty, zarówno w zakresie mikrobiologii, jak i ogólnej analityki. Już od jakiegoś czasu przygotowujemy projekty, które wypełnią CBR treścią. O niektórych z nich informowaliśmy już rynek. Nadchodzące inwestycje w infrastrukturę produkcyjną umożliwią wprowadzenie na rynek nowej oferty i polepszą rentowność Spółki.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. podpisała w tym tygodniu umowę z Bankiem Millennium o kredyt inwestycyjny w wysokości 4.494.600 zł. Zostanie on przeznaczony m.in. na wdrożenie nowych asortymentów produktowych. Emitent otrzymał w czerwcu 2017 r. dotację z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w wysokości ponad 2,97 mln zł w ramach Etapu II Działania 1.4 „Wzór na konkurencję”. W październiku 2016 r. BioMaxima S.A. poinformowała o otrzymaniu dofinansowania w ramach Działania 2.1 „Wsparcie inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw” w wysokości 2.294.000 zł. Dotacja ta jest przeznaczona na budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego. Całkowity koszt projektu netto wynosi 3.840.000 zł.

Spółka będzie w latach 2017-2018 realizować inwestycje na poziomie 15.000 tys. zł i w związku z tym ubiegała się o nowe pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej EURO-PARK Mielec w Lublinie. Pozwolenie to zostało wydane w kwietniu tego roku, dzięki czemu Emitent uzyska możliwość korzystania ze zwolnienia podatkowego z tytułu kosztów nowych inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.

„W okresie najbliższych kilkunastu miesięcy będziemy intensywnie inwestować w rozbudowę naszej infrastruktury w Lublinie. Finansowanie bankowe, które otrzymaliśmy, pomoże Spółce, jako wkład własny, wykorzystać dotację, którą otrzymaliśmy z Działania „Wzór na Konkurencję”. Te środki umożliwią nam poszerzenie asortymentu w obszarze mikrobiologii oraz pomogą budować bardziej efektywną organizację.” – zakończył Prezes Urban.

Podczas ostatniego ZWZA Spółki jej Akcjonariusze podjęli Uchwałę o wypłacie dywidendy w kwocie 0,05 zł na akcję z zysku za 2016 r. Dzień dywidendy został ustalony na 31.08.2017 r. Natomiast jej wypłata nastąpi w dniu 18.09.2017 r. BioMaxima S.A. kontynuuje w ten sposób dotychczasową politykę dywidendową, która zakłada coroczne dzielenie się zyskiem z Akcjonariuszami.

BioMaxima S.A. wypracowała w minionym roku 1.228 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 28.746 tys. zł. Emitent zrealizował z sukcesem proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., co pozwoliło na umocnienie jego pozycji rynkowej w segmencie mikrobiologii oraz na zwiększenie przychodów z działalności eksportowej. Spółka w 2016 r. przeprowadziła także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W 2017 r. mają się one połączyć się z należącą do Emitenta spółką Roco Sistem i stworzyć nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl. Pozwoli to Spółce umocnić jej pozycję na rynku rumuńskim i osiągać na nim wzrost sprzedaży we wszystkich kategoriach produktowych.

Malejące bezrobocie, czyli fikcja silnego rynku pracy

Rekordowo niskie bezrobocie w Polsce przeszacowuje faktyczny stan rynku pracy. Wzrost zatrudnienia, o wiele istotniejszy wskaźnik, poprawia się tylko wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Jeśli dodamy, że polskie społeczeństwo się starzeje i  obniżył się próg emerytalny, bieżące negatywne trendy mogą się pogłębiać – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Stopa bezrobocia od lat jest najpopularniejszą miarą rynku pracy w Polsce, mimo że ów rynek można scharakteryzować poprzez wiele wskaźników. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że przez lata borykaliśmy się z problemem znacznej grupy osób, które nie mogły znaleźć zatrudnienia, chociaż nie brakowało im chęci i gotowości, by podjąć pracę.

Spadek bezrobocia, interpretowany zwykle jako pozytywne zjawisko, często bywa mylnie utożsamiany ze wzrostem zatrudnienia. Faktycznie jednak niższe bezrobocie nie musi oznaczać poprawy na rynku pracy, ani też nie równoważy się ze wzrostem zatrudnienia.

Na przykładzie państwa X widać, co to znaczy: bezrobocie, zatrudnienie i aktywność zawodowa

Aby scharakteryzować poważne problemy polskiego rynku pracy, warto posłużyć się pewnym przykładem. Załóżmy, że istnieje kraj, w którym żyje 150 osób, w tym 100 aktywnych zawodowo. Pracuje 90 z nich, a 10 osób szuka zatrudnienia, natomiast pozostałe 50 np. dalej się uczy, odpoczywa na emeryturze, bądź płatne zajęcie ich po prostu nie interesuje (są bierni zawodowo).

W hipotetycznym państwie stopa bezrobocia wynosi 10 proc., ponieważ 10 osób ze 100 (aktywnych zawodowo, czyli mających pracę oraz jej szukających) chce znaleźć płatne zajęcie. Gdy z grupy osób bezrobotnych pięć przejdzie do grona zatrudnionych, wtedy liczba aktywnych zawodowo pozostanie na poziomie 100 (95 ma pracę, 5 jej szuka), a stopa bezrobocia spadnie do 5 proc.

W omawianej gospodarce możliwy jest jednak inny scenariusz. Liczba bezrobotnych zmniejszy się z 10  do 5, ale pięć osób nie znajdzie pracy, tylko trafi do grupy biernych zawodowo. W takim rozwoju sytuacji bezrobocie spadnie do 5,26  proc. (5 osób poszukuje pracy, 90 ją ma, a 95 jest aktywnych zawodowo), ale liczba biernych zawodowo powiększy się do 55 osób. Mamy zatem do czynienia z wyraźnym spadkiem bezrobocia, lecz także z niezmienionym poziomem zatrudnienia i wzrostem populacji biernych zawodowo.

Taki podwójnie niekorzystny scenariusz daje złudną nadzieję, że sytuacja na rynku pracy się poprawia, podczas gdy tak naprawdę staje się gorsza. Zatrudnienie stoi w miejscu, a osoba, która trafiła do grupy biernych, będzie musiała zostać zaktywizowana, co zwykle jest droższe i zabiera więcej czasu niż przejście z grupy bezrobotnych do zatrudnionych.

W optymalnym rozwiązaniu rosłaby przede wszystkim liczba osób zatrudnionych, a spadała biernych zawodowo oraz bezrobotnych. Wtedy można by stwierdzić, że rynek pracy znalazł się w dobrej kondycji. W Polsce jednak taka sytuacja dotyczy jedynie osób z wyższym wykształcenie, co jedynie zwiększa obawy o dalszy los krajowej gospodarki.

Tylko wykształceni Polacy dogonili unijną czołówkę

Sama analiza aktywności zawodowej sugeruje, że w Polsce mamy do czynienia z kryzysem na rynku pracy. Według danych Eurostatu w pierwszym kwartale br. odsetek osób pracujących i poszukujących pracy wynosi 75,7 proc. dla przedziału wiekowego 25-64 lata. Tylko cztery kraje w Unii osiągają niższy rezultat niż Polska, a współczynnik ten utrzymuje się na niezmienionym poziomie od trzech kwartałów.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy spojrzymy na relację aktywności zawodowej do wykształcenia w na poziomie określanym przez Eurostat w przedziale 0-2 (podstawowe, gimnazjalne lub poniżej). We wcześniej wymienionej grupie wiekowej aktywność zawodowa wynosi 46,8 proc. Jest to drugi najgorszy wyniki w UE, a dodatkowo ten wskaźnik w porównaniu pierwszego kwartału 2014 r. obniżył się 0,8 pkt proc. W ciągu trzech lat bezrobocie w tej grupie spadło natomiast z 22 do 12,9 proc., ale liczba zatrudnionych obniżyła się o ok. 100 tys. osób, osiągając wartość 650 tys.

Tylko nieco lepiej przedstawia się sytuacja w grupie osób z wykształceniem na poziomie 3-4 (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Przez trzy lata aktywność wzrosła zaledwie o 0,5 pkt proc. (z 72,1 do 72,6 proc.), co daje nam przedostatnie miejsce w całej Unii, słabiej wypada jedynie Chorwacja. Dla tej grupy ludzi bezrobocie spadło z 10,1 proc. do 5,4 proc. (z niespełna miliona osób do pół miliona), ale zatrudnienie wzrosło tylko o 113 tys. (z ok. 8,7 do 8,8 mln).

Większych zastrzeżeń nie budzą statystyki bezrobocia, zatrudnienia czy aktywności zawodowej Polaków z wyższym wykształceniem. Bezrobocie w pierwszym kwartale wynosiło dla tej grupy jedynie 2,3 proc. i jest czwartym najniższym w całej Unii. Aktywność zawodowa wynosi 89,8 proc. i jest bliska osiąganej przez Niemcy – 90,2 proc. Przez trzy lata zatrudnienie w tej grupie wzrosło o niemal 600 tys. osób, osiągając wartość 5,35 mln.

Bezrobotni zasilili krąg biernych

Przez ostatnie trzy lata bezrobocie w Polsce spadło z 9,2 do 4,6 proc. dla populacji w wieku 25-64 lata. Jednak w tym samym okresie liczba osób aktywnych zawodowo spadła z 15,7 do 15,5 mln, a zatrudnienie poza osobami z wyższym wykształceniem praktycznie nie uległo zmianie.

To, co z pozoru wydaje się sukcesem, można więc uznać za porażkę. Mimo silnego popytu na pracę nie udało się zaktywizować osób bez dyplomu wyższej uczelni. Spadek bezrobocia przeszacowuje skalę poprawy, ponieważ część bezrobotnych zamiast znaleźć zatrudnienie dołączyła do grupy biernych zawodowo. W obliczu zmian demograficznych i obniżenia wieku emerytalnego te negatywne trendy prawdopodobnie będą się pogłębiać.

Ostatni znaczy najsłabszy

Rynkowym hitem tego lata jest wycenianie jastrzębiego zwrotu w polityce monetarnej, które przekłada się na silną wyprzedaż obligacji skarbowych. Dotyczy to głównie euro, funta i dolara kanadyjskiego. Przynajmniej w tych trzech przypadkach oczekiwania te są w jakimś stopniu uzasadnione. W innych – co pokazały rozczarowujące oczekujących wyraźnego zaostrzenia retoryki decyzje Riksbanku i RBA – banki centralne nie będą kwapić się z normalizacją. A przynajmniej nie zrobią tego w tempie zgodnym z rynkowym dyskontem.

Do założonego przez Fed jeszcze w 2015 roku klubu banków centralnych G-10 podnoszących stopy banków centralnych G-10 dołączy najpierw, już w przyszłym tygodniu, Bank Kanady. Nie zakładamy jednak, by było możliwe sprostanie wyśrubowanej wycenie rynkowej przyszłych kroków i spodziewamy się kolejnego rozczarowania. Widzimy też znaczne szanse, że Bank Anglii zdecyduje się w najbliższych miesiącach na podobny krok, ale tutaj może być mowa zaledwie o jednej podwyżce a nie o całym cyklu. Na więcej nie pozwoli słabnąca koniunktura. Ruch Banku Anglii jest w znacznym stopniu wyceniony i nie daje podstaw by optymistycznie patrzeć na perspektywy funta. Okolice 1,3030 w przypadku kursu GBP/USD wyznaczają bardzo silny opór.

Dalsze, agresywne zwiększanie sumy bilansowej po wejściu strefy euro w fazę ekspansji gospodarczej (poranna ocena Coeure) jest zbędne, ale wystrzał rentowności niemieckich obligacji umacniający wspólną walutę przybierać zaczyna trudną do uzasadnienia skalę. Dodatkowo, pozycjonowane rynku opcji na EUR/USD jest bardzo skrajne, co ogranicza potencjał do wzrostów ponad 1,15. Jednocześnie cały czas, dopóki kurs pozostaje ponad 1,13, nie ma podstaw by sprzedawać EUR/USD.

Pozostajemy pozytywnie nastawieni do dolara, ale jego siłę widzimy zwłaszcza względem funta i jena. Maruderem w zakresie normalizacji polityki jest i będzie Bank Japonii. Dobitny sygnał, że nie ma co liczyć na wyjście ze strategii agresywnego luzowania padł też dziś – nie ma szans, że władze monetarne pozwolą na wzrost rentowności japońskich obligacji zgodny z tendencją globalną. Kanał relatywnej dochodowości mocno oddziałuje na niekorzyść jena. USD/JPY przy 113,80 jest już najwyżej od ośmiu tygodni, ale spodziewamy się kontynuacji zwyżek do majowego szczytu 114,30.

W pierwszy piątek miesiąca w centrum uwagi musi być oczywiście amerykański rynek pracy. Dostrzegamy powolną poprawę sentymentu względem dolara – po słabych danych skala reakcji staje się mniejsza niż po informacjach pozytywnych. Asymetrię tę przed dzisiejszym NFP pogłębia wczorajszy słabszy od konsensusu odczyt raportu ADP. Bardzo istotna jest oczywiście dynamika wynagrodzeń, której siła wpisywałaby się w oczekiwania Fed, że słabość inflacji jest przejściowa.

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz DM TMS

Kurs złotego przed danymi z USA

W oczekiwaniu na dane z amerykańskiego rynku pracy złoty kolejny raz się umocnił i przetestował poziom 3,7050. Popyt, który uaktywnił się końcem czerwca i początkiem lipca nie miał siły na większy ruch w górę i realizując zyski przed danymi, wychodził z rynku. Obecnie rynek będzie czekał na wydźwięk danych, które niewątpliwie wskażą kierunek na parach z dolarem. Oczy inwestorów będą zwrócone szczególnie na dynamikę wzrostu przeciętnego godzinowego wynagrodzenia. Rynek oczekuje wzrost wskaźnika z 0,2% na 0,3%, co by było sygnałem, iż można bardziej realnie myśleć o kolejnej podwyżce stóp procentowych. W przypadku zachowania konsensusu nastrój na rynku także powinien być prodolarowy, ponieważ dolar w ostatnich tygodniach nie rozpieszczał i przynajmniej krótkoterminowa realizacja zysków jest jak najbardziej oczekiwana.

Kurs dolaraKurs złotego do dolara

USDPLN znajduje się blisko kluczowego wsparcia i przynajmniej do danych powinien się konsolidować w okolicach 3,71-3,72. W przypadku trwałego wybicia dołem droga do 3,60 będzie otwarta, natomiast w przypadku aktywacji popytu oporem pozostanie lokalny ostatni szczyt przy 3,76, a następnie szczyt z 21 czerwca przy 3,8230.

Kurs euro

kurs złotego do euro kurs złotego do euroEURPLN wczoraj najpierw się umocnił o 2,5 gr, by po południu wymazać ten wzrost i aby na koniec dnia konsolidować się poniżej 4,24. Ruchy te odbywały się jednak w wewnątrz kanału trendowego i dopóki nie dojdzie do znaczącego wybicia, cena powinna konsolidować w zakresie 4,2240 – 4,2530. Należy pamiętać, iż od 25 czerwca znajdujemy się w trendzie wzrostowym przy mierzeniu 23% FIBO dużego impulsu spadkowego mierzonego od 06 grudnia 2016, co pozwala na założenie, iż byki będą chciały jednak przetestować poziom co najmniej 38,2% Fibo przy 4,29.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl