„By default” i „by design” – czyli ochrona prywatności według RODO

Już teraz wiele organizacji traktuje bezpieczeństwo informacji bardzo poważnie i bierze pod uwagę ochronę danych osobowych w projektowaniu nowych produktów czy usług. Te dobre praktyki, zgodnie z nowym unijnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych (RODO), staną się od 25 maja 2018 roku obowiązkowe. Wymóg ochrony danych domyślnie („by default”) i w fazie projektowania („by design”) przyniesie użytkownikom i firmom korzyści – oto 3 najważniejsze z nich.

  1. Większa troska o dane osobowe konsumentów

Według RODO, ochrona danych ma być uwzględniona już na etapie projektowania systemu ochrony danych osobowych („by design”), a także ma być aktywna domyślnie („by default”). Dzięki realizacji „data protection by design” przez przedsiębiorstwo, użytkownik korzystając np. z aplikacji mobilnej, strony internetowej lub biorąc udział w konkursie będzie miał pewność, że ochrona jego danych została wdrożona przez administratorów jeszcze na etapie projektowania tejże usługi – mówi adw. Marcin Zadrożny z Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Unijne regulacje w zakresie ochrony danych osobowych mają służyć konsumentowi – „data protection by default” to zapewnienie użytkownikowi ochrony jego danych.

  1. Budowanie zaufania konsumentów i wizerunku wiarygodnego przedsiębiorstwa

Nowe przepisy, które przyjęła Unia Europejska mają mobilizować przedsiębiorców do stosowania nowoczesnego podejścia w przetwarzaniu danych osobowych. Firmy, które do tej pory traciły wizerunkowo nie zapewniając odpowiedniej ochrony danym swoich klientów, mają szansę odbudować swoją wiarygodność. Mogą to zrobić właśnie dzięki m.in. przyjęciu odpowiednich wewnętrznych polityk i wdrożeniu środków, które są zgodne w szczególności z zasadą uwzględniania ochrony danych w fazie projektowania oraz wdrożeniem domyślnej ochrony danych – wskazuje adw. Marcin Zadrożny.

Firmy będą musiały udowadniać, że przetwarzają dane osobowe klientów zgodnie z prawem, a także później to wykazać zgodnie z zasadą rozliczalności przed organem nadzorczym. Będzie to możliwe m.in. poprzez uzyskanie certyfikacji.

  1. Koszty wdrożeń mechanizmów ochrony danych i szybsza reakcja na problemy

Wejście w życie RODO wiąże się z kosztami – często sporymi –  dla przedsiębiorców. Każda organizacja przetwarzająca dane osobowe będzie zobligowana do wdrożenia odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych. Będzie musiała przy tym uwzględnić stan wiedzy technicznej, koszt wdrażania oraz charakter, zakres, kontekst i cele przetwarzania, a także ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych o różnym prawdopodobieństwie wystąpienia i wadze zagrożenia. Podsumowując organizacje będą zobligowane do analizy ryzyka. Jeżeli firma nie zapewni stopnia bezpieczeństwa odpowiadającego ryzyku, czyli nie wdroży odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, będzie mogła zostać ukarana wysokimi karami administracyjnymi – wskazuje ekspert Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Działy IT również będą mogły szybko reagować na wszelkie sytuacje kryzysowe. W przypadku produktów i usług online istotnym elementem jest technologia komputerowa, dlatego też w odpowiednie procedury firmy będą musiały wdrożyć zwłaszcza architektów rozwiązań informatycznych oraz programistów.

Jen przed widmem spadków

Wczorajszego dnia nie zaliczą do udanych posiadacze dolara. Amerykańska waluta traciła do euro przez cały dzień. Ponownie na wartości traciła ropa naftowa. Mieszane nastroje panowały na GPW.

Główny indeks warszawskiej giełdy, WIG20, po burzliwej sesji zakończył dzień na niewielkim minusie, jednak ponad poziomem 2300 pkt. Dolar amerykański tracił przez cały dzień do euro, jednak przyśpieszenie spadków miało miejsce po opublikowanych informacjach zza oceanu. Oczekiwany raport ADP pokazał wzrost o jedynie 158 000 miejsc pracy, co było wynikiem poniżej prognoz. Również i wniosków o zasiłki dla nowo rejestrujących się bezrobotnych było więcej niż oczekiwano – 248 000 przy prognozach rzędu 243 000.

Wczorajszy dzień przebiegł wczoraj w Polsce pod dyktando wydarzeń politycznych. Szerokim echem odbiła się wizyta w naszym kraju prezydenta Donalda Trumpa. Dziś jego słowa będą śledzone jeszcze uważniej, ze względu na rangę szczytu G20. Oprócz tego pojawi się wiele publikacji makroekonomicznych. Wyróżnić tu można kolejne dane z amerykańskiego rynku pracy – szczególnie dane o zatrudnieniu w sektorze pozarolniczym. Dziś ogłoszona zostanie też decyzja ratingowa agencji Fitch dotycząca Polski.

Jen przed widmem spadków 1

W ostatnich dniach rynek USD/JPY przebił się ponad górną linię kanału spadkowego. Najczarniejszy scenariusz spadkowy wydaje się więc być chwilowo nieaktualny. Oporem jest teraz obszar 114-115. Jeśli uda się go sforsować, następnym będzie dopiero okolica poziomu 118. Wskaźnik RSI znajduje się w obszarze wzrostowym, sygnalizując jednak możliwość wystąpienia bocznej konsolidacji. Wsparcie mamy na 111 i 110.
Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wraca moda na polskie akcenty. Inspiracje stylem narodowym coraz popularniejsze w wystroju wnętrz polskich biur

Wraca moda na polskie akcenty. Inspiracje stylem narodowym coraz popularniejsze w wystroju wnętrz polskich biur 2

Styl narodowy przeżywa renesans w architekturze wnętrz. Coraz częściej po folkowe inspiracje sięgają także właściciele firm, którzy w ten sposób chcą podkreślić polskie korzenie przedsiębiorstwa. O ile w prywatnych mieszkaniach znaleźć można kujawskie hafty i kurpiowskie koronki, o tyle w biurach dominują motywy przetworzone. Projektanci sięgają po elementy nawiązujące do polskich krajobrazów, bogactw mineralnych i zdarzeń historycznych.

Po okresie fascynacji designem amerykańskim i zachodnioeuropejskim polscy architekci ponownie sięgają po elementy rodzimej kultury, także regionalnej. Nadają one współczesnym wnętrzom przytulny i radosny klimat. W nowoczesnych mieszkaniach można więc znaleźć takie motywy ze sztuki ludowej jak łowickie wycinanki czy hafty kujawskie, które świetnie wyglądają na ozdobnych poduszkach, tapetach, zastawie stołowej czy obiciach krzeseł. Elementy stylu narodowego coraz częściej pojawiają się także we wnętrzach biurowych.

– Jesteśmy w Polsce, więc często w designie pojawia się temat umieszczenia elementów związanych z tą lokalizacją, z lokalnym charakterem miejsca – mówi agencji informacyjnej Newseria Danuta Barańska, dyrektor kreatywny firmy Tétris.

Sposób wykorzystania motywów ludowych jest uzależniony od charakteru wnętrza. W przypadku firm z branży IT, PR lub reklamy, w których pracują przedstawiciele młodszych pokoleń, projektanci mogą się pokusić o dosłowne przeniesienie folkowych klimatów i oprzeć wystrój wnętrz na dowcipie lub nieco przesadnym, niemal rustykalnym zdobnictwie. W firmach o bardziej formalnym charakterze działalności, np. kancelariach prawniczych, designerzy posługują się raczej twórczą interpretacją niż dosłownością.

– Ocieramy się o element związany z rustykalnością, z którą polska kultura i polski design się kojarzą. Często proponujemy raczej przetworzoną formę tych elementów niż pójście w cepelię. Możemy wykorzystywać charakter polskich krajobrazów bądź tego, z czym Polska konkretnie się kojarzy, z bogactwami mineralnymi czy kulturą, sztuką, znanymi polskimi nazwiskami – mówi Danuta Barańska.

Według firmy Tétris Polska kojarzy się przede wszystkim z pięknymi krajobrazami, bogactwami mineralnymi oraz osiągnięciami naukowymi. Elementy te designerzy wykorzystali przy projektowaniu wnętrz firmy doradczej JLL, której siedziba mieści się w wieżowcu Warsaw Spire. W salach konferencyjnych i części przeznaczonej dla klientów wykorzystane zostały elementy polskich pejzaży m.in. lasów czy nadbałtyckich plaż. Każdej sali przypisana została inna kolorystyka, faktura wykorzystanych materiałów czy wzornictwo.

– Udało się wykorzystać czarny, tysiącletni dąb, który zatopiony w żywicy imituje stary stół zlokalizowany na plaży z rozsypanym piaskiem, czy chociażby sala Węgiel, w której przy okazji wykorzystania naturalnych spieków staraliśmy się oddać charakter polskiej kopalni – mówi Danuta Barańska.

Sala o nazwie Sól przypomina natomiast grotę solną – jej ściany wyłożone zostały płytami białymi z kwarcytu, a podłoga białą wykładziną. Odpowiednio rozmieszczone źródła światła imitują natomiast atmosferę występującą w kopalniach soli. Projektanci stworzyli także pokój mający nawiązywać do słynnej Bursztynowej Komnaty oraz salę wideokonferencyjną nazwaną imieniem Krzysztofa Kieślowskiego, której wystrój koresponduje z tematyką filmową.

Wierne kopie zabytkowych ksiąg coraz popularniejszą inwestycją. Można na nich zarobić nawet 500 proc. w ciągu kilku lat

Wierne kopie zabytkowych ksiąg coraz popularniejszą inwestycją. Można na nich zarobić nawet 500 proc. w ciągu kilku lat 3

Coraz więcej osób szuka alternatywnych sposobów pomnażania kapitału. Obok inwestycji w tradycyjne formy sztuki, jak obrazy czy rzeźby, nowością na rynku polskim są inwestycje w manuskrypty, inkunabuły, starodruki lub ich faksymile, czyli wierne kopie tych najcenniejszych ksiąg. Pozwalają one w stosunkowo niedługim czasie osiągnąć wysoki zysk, nawet rzędu 300–500 proc. W Polsce inwestycje w faksymile to nowy trend, jednak jak pokazuje doświadczenie krajów Europy Zachodniej mają one duży potencjał. 

– W czasach niepewnych ekonomicznie ludzie od zawsze szukali nowych form inwestycji, które mogłyby im dać względne poczucie bezpieczeństwa inwestycyjnego. Jedną z takich form od dawna jest sztuka. Ludzie inwestują w malarstwo, w rzeźby, a na przełomie ostatnich 40 lat nową formą inwestycji w sztukę stały się kolekcje wina, whisky lub największych cymeliów bibliofilskich: manuskryptów, inkunabułów, starodruków i białych kruków. A jeżeli te są niedostępne, bo pozamykane w zbiorach bibliotecznych albo w prywatnych kolekcjach, kolekcjonerzy zbierają ich faksymile – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzecznik prasowy Domu Emisyjnego Manuscriptum.

Z badania KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” wynika, że 35 proc. zamożnych i bogatych osób inwestuje lub planuje zainwestować w sztukę w przyszłości. Pojawiają się nowe firmy specjalizujące się w sprzedaży aukcyjnej dzieł sztuki. Dane portalu Artinfo wskazują, że w 2016 roku odbyło się 280 aukcji – najwięcej w historii. Wartość rynku aukcyjnego sięgnęła zaś 100 mln zł. Kupowane są przede wszystkim obrazy, rysunki i rzeźby. Coraz więcej Polaków, i to nie tylko tych bardzo zamożnych, inwestuje w bibliofilskie cymelia, a jeśli te nie są powszechnie dostępne – w ich faksymile.

 Faksymile to wierne, w zasadzie nie do odróżnienia, kopie tych bibliofilskich cymeliów. W starodruki, ale i ich księgi faksymilowe inwestują ludzie, którzy są kolekcjonerami kochającymi rzeczy piękne, literaturę, historię, ale również zawodowi gracze, czyli inwestorzy, którzy chcą zdywersyfikować swój portfel inwestycyjny. Wachlarz osób, które decydują się na tego rodzaju inwestycje, jest spory zależnie od rynku – ocenia Wójtowicz-Wielgopolan.

Ceny starodruków w Polsce przekraczają kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wartość ich w dużej mierze zależy od liczby dostępnych na rynku egzemplarzy. Ceny faksymilów tych starodruków uzależnione są od tego, jak bardzo skomplikowany był ich proces produkcji, np. czy papier został wyprodukowany według parametrów oryginalnego, czy został zamówiony w jakiejś starej europejskiej papierni jak Fedrigoni, oraz od tego, czy ich oprawa została uszlachetniona złotem i kamieniami jubilerskimi.

– Ceny ksiąg faksymilowych nie mogą być niskie. Ich wartość determinuje stopień zaawansowania pracy twórczej: introligatora, technologii poligraficznej, artystów plastyków, którzy własnoręcznie przemalowują iluminacje. Jednak w Polsce te ceny są nadal nieporównywalnie niskie w stosunku do cen na rynkach zagranicznych, gdzie faksymile znane są od lat 70. Wszystkie księgi faksymilowe są wydawane w ściśle limitowanych, niepowtarzalnych bibliofilskich nakładach, maksymalnie 200 egzemplarzach. Dostępność takiej faksymile na rynku może tylko się zmniejszyć, więc cena ta będzie stale rosła – tłumaczy Dorota Wójtowicz-Wielgopolan.

O wartości faksymile decyduje nie tylko zaawansowana technologia poligraficzna, dbałość wykonania i limitowany nakład, lecz także cenne materiały, które wykorzystywane są przy ich produkcji. Faksymile powstają na specjalnym papierze imitującym ten oryginalny sprzed wieków, stosowane są złocenia poszczególnych iluminacji czy inicjałów. Często oprawy wykonywane są w nielicznych już na świecie introligatorniach stosujących tradycyjne metody introligatorskie lub pokrywane są 24-karatowym złotem, kamieniami jubilerskimi czy ozdabiane mosiężnymi okuciami, które kiedyś miały za zadanie chronić księgi przez zniszczeniem, a dziś są ich nieodłącznym elementem dekoracyjnym. Przykładem tak oprawionej faksymile na polskim rynku jest faksymile manuskryptu Mikołaja Kopernika „De Revolutionibus”, którego powstało tylko 99 egzemplarzy.

 Oprawę tej luksusowej faksymile uszlachetniono menniczo 24-karatowym złotem, metodami jubilerskimi zamocowano 320 kamieni, a do tego dodano jeden z najstarszych na świecie meteorytów, który spadł na ziemię w 1906 roku, a datuje się go na ponad 4,5 mld lat. Taka faksymile autografu Mikołaja Kopernika jest nie tylko cenna ze względu na zawartość, bo wiernie odwzorowuje każdy znak czasu odbity na oryginale, lecz także dlatego, że dodana do niej została iście królewska oprawa. W ten sposób powstała księga biżuteryjna – wskazuje Dorota Wójtowicz-Wielgopolan.

Ceny ksiąg faksymilowych na świecie zaczynają się od kilku tysięcy dolarów, najczęściej jednak oscylują wokół kilkunastu tysięcy. W przypadku wyjątkowo limitowanych i cennie oprawionych egzemplarzy ich wartość sięga nawet kilkudziesięciu tysięcy dolarów, ale w Polsce nadal jeszcze zdecydowanie mniej. Inwestycje w faksymile mogą jednak szybko się zwrócić.

– Przykładem cennej faksymile na rynku polskim może być faksymile Biblii Gutenberga (oryginał znajduje się w zbiorach Diecezji Pelplińskiej), która dziś jest dostępna w cenie 58 tys. złotych. Nakład, jaki pozostał (z pierwotnego 198 egzemplarzy), to tylko 48 ksiąg (z czego w Polsce tylko 24 egzemplarze), dlatego wartość każdej z nich na przestrzeni najbliższych pięciu lat może tylko wzrosnąć. Nawet do 300 proc. – przekonuje Wójtowicz-Wielgopolan.

Polski rynek tego typu inwestycji jest młody. Dopiero w ostatnich latach powstały firmy dysponujące zaawansowaną technologią poligraficzną, które są w stanie wykonać księgę faksymilową. Niezbędne są też specjalne skanery do starodruków, które umożliwiają wykonanie skanu stron bez konieczności pełnego otwarcia księgi (co istotne zwłaszcza przy starych księgach). Faksymile odwzorowują wszystkie szczegóły oryginału, nawet te mało estetyczne, jak plamy, dziury czy naderwane kartki.

 Historia pokazuje, że kiedy kończy się limitowany nakład księgi faksymilowej na rynku pierwotnym, możliwość jego zakupienia istnieje tylko w renomowanych antykwariatach w Nowym Jorku, Barcelonie, Wiedniu albo tu w Warszawie, w Antykwariacie Polskim – mówi przedstawicielka Domu Emisyjnego Manuscriptum.

Rynek inwestycji bibliofilskich w Polsce stopniowo rośnie – jest jeszcze jednak zbyt młody, by móc oszacować jego wartość. Jak jednak pokazuje doświadczenie z krajów Europy Zachodniej, gdzie rynek jest znacznie bardziej rozwinięty, potencjał jest bardzo duży.

– Dla przykładu tylko we Włoszech na rynku pierwotnym udało się wygenerować w 2016 roku prawie 20 mln euro obrotu. W Niemczech wartość rynku pierwotnego osiągnęła  kwotę 60–80 mln – podkreśla Dorota Wójtowicz-Wielgopolan.

Rekordowa kara dla Google’a to przestroga dla innych firm. Komisja Europejska dała wyraźny sygnał, że stoi na straży konkurencyjności

Rekordowa kara dla Google’a to przestroga dla innych firm. Komisja Europejska dała wyraźny sygnał, że stoi na straży konkurencyjności 4

Firmy, które chcą funkcjonować na rynku reklamy internetowej i jej targetowania, powinny mieć podobne prawa, a dane, z których korzystają, powinny być pozyskiwane zgodnie z przepisami – uważają przedstawiciele Together Data, firmy specjalizującej się w wykorzystaniu danych m.in. do celów marketingowych. Dlatego decyzja Komisji Europejskiej o ukaraniu Google’a za praktyki monopolistyczne i promowanie własnej porównywarki cenowej może ułatwić mniejszym podmiotom dotarcie z ofertą do klientów. To daje pole do popisu całemu środowisku start-upów.

Kara nałożona na Google’a przez Komisję Europejską to jasny sygnał, że pozycja monopolistyczna jest nadzorowana przez ustawodawcę. Ma to na celu ułatwienie również mniejszym podmiotom dotarcia ze swoją ofertą i usługami do klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Wieczorek, Head of Strategy & Business Developement w firmie Together Data.

Decyzją Komisji Europejskiej koncern Alphabet, właściciel wyszukiwarki Google, ma zapłacić blisko 2,5 mld euro kary za stosowanie monopolistycznych praktyk i nadużycie swojej dominującej pozycji. Według KE, która przeprowadziła w tej sprawie wnikliwe, trwające kilka lat śledztwo, Google faworyzował swoją porównywarkę cenową i wyświetlał jej oferty na samej górze, podczas gdy usługi konkurencji były promowane znacznie niżej w wynikach wyszukiwania. Tym samym Google naruszył europejskie prawo antymonopolowe.

Czerwcowy wyrok zapadł w jednej z trzech spraw, które Komisja Europejska prowadzi przeciwko amerykańskiemu gigantowi. W trakcie są jeszcze dwa postępowania, które dotyczą nadużywania rynkowej pozycji przez Google’a i działania na szkodę mniejszych podmiotów.

Ekspert firmy Together Data ocenia, że orzeczenie KE to jasny sygnał i ostrzeżenie dla całej branży.

Ważne jest, aby dane używane do targetowania reklamy były pozyskiwane w sposób zgodny z ustawodawstwem UE albo kraju, w którym ten proces następuje. Dane powinny również pochodzić z różnych źródeł i być dostępne dla wielu podmiotów działających na rynku. W tej chwili wiele organizacji wymienia się danymi użytkowników, żeby móc budować profile 360 stopni, mieć większy obraz zachowań i intencji zakupowych internauty, nie ograniczając się tylko do jednego źródła – mówi Bartosz Wieczorek.

Kara nałożona na Google’a jest rekordowo wysoka. To najwyższa grzywna w postępowaniach antymonopolowych na europejskim rynku – wcześniej spekulowano, że będzie to około miliarda euro.

Ostatecznie Google, poza uiszczeniem blisko 2,5 mld euro, jest zmuszony zmienić swoją politykę i dopuścić konkurentów do reklamowego rynku. W przeciwnym razie zostanie obciążony kolejnymi karami w wysokości nawet do 14 mln dol. dziennie (5 proc. dziennych obrotów Alphabet). W swoich wcześniejszych wypowiedziach dotyczących sprawy unijna komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager podkreślała, że na dużych koncernach takich jak Google spoczywa szczególna odpowiedzialność, by nie nadużywać swojej pozycji i nie ograniczać konkurencji mniejszym podmiotom.

Z mojej perspektywy ważne jest, aby każdy podmiot, który chce funkcjonować na rynku reklamy internetowej i ogólnie rozwiązań w kierunku targetowania przekazu w internecie, miał podobne prawa. Nie zapominajmy o całym rynku start-upowym, który ma bardzo dużo do zaoferowania. Ograniczenie możliwości dotarcia do internautów dyskwalifikuje jego możliwości – ocenia Bartosz Wieczorek.

W Hamburgu rusza szczyt G20. Będzie on miał znaczenie głównie polityczne, nie gospodarcze

W Hamburgu rusza szczyt G20. Będzie on miał znaczenie głównie polityczne, nie gospodarcze 5

Liderzy największych światowych gospodarek rozpoczynają dziś dwudniowy szczyt w Hamburgu. Na dzień przed rozpoczęciem spotkania i w dniu wizyty amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Polsce ogłoszono osiągnięcie ostatecznego porozumienia w sprawie wolnego handlu między Japonią a Unią Europejską. Choć do czasu rzeczywistego rozpoczęcia bezcłowej wymiany upłynie kilka lat, jest to sygnał przeciw protekcjonizmowi gospodarczemu, zapowiadanemu m.in. przez Donalda Trumpa. Sam szczyt będzie mieć jednak charakter głównie polityczny.

– G20 jest formułą spotkań pomiędzy przywódcami największych państw świata. Raz w roku odbywa się szczyt liderów tych krajów. Na ostatnim szczycie głównym postanowieniem było przypieczętowanie paktu klimatycznego, ratyfikowanie go przez głównych emitentów dwutlenku węgla, czyli USA i Chiny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. – Tymczasem miesiąc temu USA wycofały się z tego porozumienia, więc można powiedzieć, że ustalenia poprzedniego szczytu zostały wyrzucone do kosza.

Wycofanie się Stanów Zjednoczonych z pakietu klimatycznego, zapowiedzi chronienia własnego rynku oraz stosunek do współpracy obronnej w ramach NATO to trzy zapalne punkty, które wymieniła Angela Merkel w wywiadzie poprzedzającym szczyt G20. Wprawdzie amerykański prezydent podczas wizyty w Warszawie wspomniał o artykule 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, dotyczącym kolektywnej obrony, czego brak wypominano mu po wcześniejszej wizycie w Brukseli, powtórzył jednak, że oczekuje większego zaangażowania finansowego Europy.

Na szczycie G20 spotykają się przedstawiciele 19 państw z całego świata (w tym czterech członków UE: Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Francji) oraz samej wspólnoty jako całości. Do Hamburga poza Donaldem Trumpem i Angelą Merkel zawitają więc Władimir Putin, Emmanuel Macron, prezydent Chin Xi Jingping, przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker czy premier Japonii Shinzo Abe. Dwaj ostatni politycy, wraz z Donaldem Tuskiem ogłosili w przeddzień rozpoczęcia szczytu porozumienie ws. wolnego handlu między UE a Japonią.

– Najważniejszą konkluzją z tego szczytu będzie prawdopodobne zakończenie negocjacji między UE a Japonią odnośnie do wolnego handlu. To ma o tyle symboliczne znaczenie, że w ostatnim czasie UE zawarła takie porozumienie z Kanadą, teraz będzie porozumienie z Japonią, a więc jest postęp w wymianie handlowej – tłumaczy Wojciechowski. – Stoi to w sprzeczności z zapowiedziami Donalda Trumpa, że wycofuje się z pakietu klimatycznego i uważa, że wolny handel nie służy Stanom Zjednoczonym.

Firmy z Unii Europejskiej płacą ok. 1 mld euro ceł rocznie w ramach wymiany handlowej z Japonią. Dla całej wspólnoty, ale i dla Polski, to przede wszystkim szansa na tańszy eksport żywności. Obecnie Polska ma zdecydowanie ujemne saldo handlowe z Krajem Kwitnącej Wiśni – w I kw. 2017 roku eksport znad Wisły miał wartość 561 mln zł (to 1/24 całego eksportu Polski do Azji), podczas gdy import wyniósł przeszło 3 mld zł, co stanowi 1/16 przywozu z tego kontynentu. W dodatku ten pierwszy spadł o niemal 14 proc., podczas gdy wwóz zwiększył się o ponad 18 proc.

– Nie sądzę, aby szczyt G20 miał zasadnicze znaczenie dla Polski. Gdyby miało tam dojść do istotnych ustaleń, to byłyby one przygotowywane już wcześniej. Jedynym elementem, oczywiście ważnym, jest porozumienie handlowe między UE a Japonią, natomiast nie jest ono zależne od samego szczytu G20 – przekonuje główny ekonomista Plus Banku.

Podkreśla też, że mimo wszelkich sporów i różnic, Stany Zjednoczone i Europa potrzebują siebie nawzajem i gospodarczo są na siebie skazane. Atmosfera poprzedniej wizyty amerykańskiego prezydenta na Starym Kontynencie przy okazji szczytu G7 pod koniec maja w Europie była chłodna. Kolejne spotkanie szerszym gronie może być szansą na choćby niewielkie ocieplenie relacji.

– Szczyt G20 będzie miał głównie znaczenie polityczne. Ostatnia wizyta Trumpa w Europie zakończyła się wyrażoną wprost konkluzją kanclerz Merkel, że Europa musi zacząć liczyć przede wszystkim na siebie. Być może Trump będzie chciał zmienić wrażenie, które pozostało po jego ostatniej wizycie w Europie – uważa Wiktor Wojciechowski. – Jakiekolwiek działania protekcjonistyczne, o których w czasie kampanii wyborczej i w pierwszych miesiącach prezydentury mówił Donald Trump, absolutnie nie będą służyły umocnieniu współpracy.

PGNiG rozwija innowacje i współpracę ze start-upami. Grupa szuka nowych technologii we wszystkich obszarach działalności

PGNiG rozwija innowacje i współpracę ze start-upami. Grupa szuka nowych technologii we wszystkich obszarach działalności 6

Nowe produkty i usługi dla klientów oparte o internet rzeczy, nowe technologie wydobycia gazu ziemnego, ochrona środowiska i alternatywne źródła energii to dziedziny, w których Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo stawia na innowacje. Ma się do tego przyczynić współpraca ze start-upami i budżet na działalność badawczo-rozwojową, który zakłada, że co roku spółka będzie przeznaczać na B+R+I około 100 mln zł. Zapotrzebowanie na nowe technologie dotyczy każdego z obszarów działalności energetycznego giganta. 

– Jedna ze spółek z grupy PGNiG, Polska Spółka Gazownictwa, ma największą w Europie sieć rurociągów, liczącą 180 tysięcy kilometrów. Taka infrastruktura wymaga stałego nadzoru, co nie jest łatwe. Do tego można wykorzystać technologie satelitarne i drony. Jeśli chodzi o ciepłownictwo, to szukamy projektów związanych z efektywnością energetyczną. Z kolei dla centrali PGNiG potrzebujemy projektów dotyczących m.in. HR, szeroko rozumianych kadr, kwestii dotyczących zarządzania w grupie, zwiększania efektywności oraz optymalizacji procesów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu PGNiG ds. rozwoju.

W każdym z tych obszarów PGNiG zamierza tworzyć i wprowadzać innowacyjne rozwiązania. W polu zainteresowań spółki są zwłaszcza nowe technologie wydobywcze gazu ziemnego, które umożliwią zwiększenie produkcji surowca. Grupę interesują w tym obszarze rozwiązania dotyczące przede wszystkim przedeksploatacyjnego odmetanowania pokładów węgla i stosowanie poziomych wierceń na złożach gazu.

Na przełomie maja i czerwca PGNiG poinformowało o odkryciu dwóch nowych złóż gazu ziemnego w okolicach Środy Wielkopolskiej. Prezes spółki Piotr Woźniak skomentował, że to właśnie jeden z efektów postępu technologicznego – dzięki połączeniu doświadczenia z innowacjami energetyczna grupa usprawnia techniki poszukiwawcze, dokonuje nowych odkryć i zwiększa możliwości wydobycia.

Do pozyskania gazu ziemnego z nowo odkrytego złoża geolodzy z PGNiG po raz pierwszy w zachodniej Polsce zastosowali nowatorską technologię wierceń horyzontalnych. Długość poziomego odcinka wyniosła 400 metrów przy całkowitej długości odwiertu równej 4255 metrów.

Kolejne obszary, w których PGNiG chce rozwijać nowe technologie, to między innymi innowacje w wykorzystaniu gazu ziemnego, nowe źródła energii (wykorzystanie wodoru i paliw alternatywnych), ochrona środowiska w sektorze energetycznym (m.in. wykorzystanie ciepła odpadowego i zwiększanie efektywności energetycznej) oraz innowacje cyfrowe (zwłaszcza inteligentne systemy pomiarowe).

Zapotrzebowanie na nowe technologie i pomysły dotyczy również obszaru konsumenckiego. W tym przypadku PGNiG liczy na stworzenie na bazie innowacji nowych usług i produktów dla klientów końcowych na przykład opartych o internet rzeczy (IoT).

– Obrót detaliczny to blisko siedem milionów klientów. Jest tu dużo miejsca na pomysły związane z customizacją, wykorzystaniem big data, dotarciem do klientów, smart meteringiem, odczytami zużycia prądu i gazu w czasie rzeczywistym – wylicza Łukasz Kroplewski.

Nieszablonowe pomysły w tych dziedzinach ma przynieść współpraca ze start-upami. Razem z młodymi, innowacyjnymi mikroprzedsiębiorstwami gazowy koncern chce kreować nowe rozwiązania, które mogą zwiększyć jego konkurencyjność. Stąd pomysł na InnVento, pierwszy w Polsce inkubator dla start-upów pracujących nad rozwiązaniami dla sektora naftowego i energetycznego. PGNiG zainaugurowało działalność InnVento w połowie czerwca. Spółka współtworzy też program akceleracji MIT Enterprise Forum, który ma na celu wdrożenie na rynek najlepszych start-upowych projektów.

Rozwój innowacyjności i współpraca PGNiG ze start-upami wpisują się w plany Ministerstwa Rozwoju, które chce wspierać innowacyjne mikroprzedsiębiorstwa i zachęca do tego państwowe spółki. Obecnie w obszarze badawczo-rozwojowym PGNiG będzie się skupiać na projekcie Geo-Metan (rozwój technologii wydobycia metanu z pokładów węgla) oraz programie INGA, w ramach którego wspólnie z NCBiR będzie wspierać badania naukowe w obszarze gazownictwa.

Do 2022 roku spółka PGNiG planuje przeznaczyć około 680 mln zł na działalność badawczą, rozwijanie innowacji i start-upów.

Powstała nowa polska aplikacja dla entuzjastów żeglugi i motorowodniaków. Działa jak nawigacja, ale nie potrzebuje zasięgu sieci komórkowej

Powstała nowa polska aplikacja dla entuzjastów żeglugi i motorowodniaków. Działa jak nawigacja, ale nie potrzebuje zasięgu sieci komórkowej 7

NaviSail to innowacyjna aplikacja mobilna, która obejmuje ponad 20 tys. km szlaków wodnych oraz 50 tys. ważnych obiektów. Pokazuje dokładną prognozę pogody dla akwenów, po których chcemy pływać. Może również działać wtedy, gdy nie ma zasięgu sieci komórkowej. Aplikacja dostępna jest na platformy Android i iOS. Ocenia się, że w Polsce jest obecnie wykorzystywanych turystycznie około 30 tys. różnego rodzaju jednostek pływających.

– Aplikacja NaviSail to niezbędnik dla żeglarzy i motorowodniaków na wodach śródlądowych w Polsce. Wyposażono ją w obszerne mapy wód śródlądowych w Polsce, ponad 20 tys. km szlaków wodnych. Baza ciekawych miejsc i obiektów to 50 tysięcy takich punktów, plus przewodnik nawigacyjny. Możemy sobie wyznaczyć dzięki tej aplikacji najkrótszą drogę do danego miejsca, plus szczegółowa prognoza pogody dla wodniaków – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dominik Lewandowski, prezes zarządu firmy Navi Sail.

Aplikacja pełni rolę wszechstronnej nawigacji wodnej, pomoże obrać interesujący cel, ale również zagwarantuje bezpieczeństwo i przekaże komunikaty o prognozowanej pogodzie. NaviSail może działać offline, co w wielu sytuacjach związanych z brakiem zasięgu sieci komórkowej może się okazać bardzo pomocne.

– Możemy wyznaczyć sobie szczegółową trasę, jakimi wodami dopłynąć do danego miejsca. Ciekawą funkcją jest działanie offline, gdy na wodzie szukamy ciekawego miejsca, restauracji, pubu czy sklepu, możemy go wyszukać w bazie, którą mamy na telefonie, nie musimy się martwić o to, czy mamy internet, na wodzie bywa z tym różnie. Podobnie jest z pogodą, mamy szczegółową pogodę na 72 godziny do przodu, która pozwoli nam bezpiecznie pływać po wodach śródlądowych w Polsce – wylicza Dominik Lewandowski.

Opracowanie aplikacji trwało ponad 3 lata. NaviSail powstało przy współpracy z Akademią Marynarki Wojennej i Uniwersytetem Gdańskim.

– Jeśli mowa o mapach, nad nimi pracowali doktorzy fizyki, którzy wyznaczali algorytm dla tej aplikacji. Było to o tyle skomplikowane zadanie, że musiał on być na tyle szczegółowy, aby pokazywać trasę do danego punktu, ale na tyle uproszczony, aby procesor telefonu komórkowego był w stanie go udźwignąć i pokazać trasę w szybkim czasie – wyjaśnia Dominik Lewandowski.

Aplikacja NaviSail przeznaczona jest na systemy mobilne Android i iOS, można z niej korzystać na tabletach i telefonach komórkowych. Twórcy gwarantują użytkownikom możliwość przetestowania aplikacji – przez pierwsze 24 godziny użytkowania można korzystać z niej za darmo. Trzy dni kosztują 29,99 zł, natomiast za abonament na cały rok trzeba zapłacić 129,99 zł.

NaviSail można już pobierać z Google Play i App Store. Prezes firmy zapowiada, że aplikacja będzie też cały czas aktualizowana.

– Mamy już zaplanowany harmonogram związany z dalszym rozwojem aplikacji. Będzie sukcesywnie rozwijana, jeśli chodzi o szczegółowość map, a także rozwój bazy ciekawych miejsc, tras i rozwiązań, które jeszcze bardziej mogłyby zwiększyć przyjemność spędzania czasu na wodzie – podsumowuje Dominik Lewandowski.

Wideo rejestrowane w technologii 360 stopni to przyszłość produkcji filmowych. Drony pomogą wykorzystać jej pełny potencjał

Wideo rejestrowane w technologii 360 stopni to przyszłość produkcji filmowych. Drony pomogą wykorzystać jej pełny potencjał 8

Rejestrowanie sferycznego, 360-stopniowego materiału wideo to coraz popularniejsza innowacyjna technika, pozwalająca widzowi śledzić nagrywaną akcję pod dowolnym kątem. Zapisany w ten sposób obraz wideo oferuje możliwość obracania nim w taki sposób, że widz może uchwycić z perspektywy pierwszej osoby wszystko, co dzieje się wokół niego. Specjaliści zapowiadają, że już wkrótce o jeszcze większe emocje zadbają drony, bowiem dzięki nim będzie można obserwować obraz w pełnych 360 stopniach, zarejestrowany z lotu ptaka.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które rejestrują materiał wideo w 360 stopniach, ale większość z nich to urządzenia amatorskie, oferujące przeciętną jakość obrazu. Z drugiej strony trudno obecnie zdefiniować, jakie cechy powinna mieć profesjonalna kamera do rejestrowania sferycznego wideo. Wiadomo jedno – proces tworzenia tego typu materiałów jest obecnie coraz łatwiejszy.

– Wideo 360 jest dosyć nową techniką, chociaż tak naprawdę pierwsze wideo, które stworzyliśmy, powstało 4,5 roku temu, czyli już dość dawno. Były to czasy, gdzie najpierw nagrywało się wideo, a potem dzieliło się na klatki, później parę klatek bądź kilka tych klatek składało się w zdjęcie panoramiczne i dopiero z nich montowało się wideo 360. W tej chwili jest to dużo prostsza operacja, chociażby z tego względu, że można skorzystać z kamer i możliwości, które już istnieją, które producent typu Samsung, LG czy inna firma wprowadziła do obiegu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Radosław Piotrowski z firmy Pano360.pl.

Realizacja tego typu nagrań wymaga bardzo uważnego planowania nie tylko fragmentu, lecz także całego kadru, w pełnych 360 stopniach wokół kamery. Natomiast od strony technicznej – przynajmniej na poziomie amatorskim – nie stanowi to większego problemu, ponieważ topowi producenci udostępniają gotowe urządzenia i oprogramowanie, które znacząco ułatwiają pracę. Ale to jeszcze nie koniec – o jeszcze lepsze efekty i pogłębione wrażenia już niebawem zadbają drony rejestrujące obraz sferyczny.

– Obecnie pracujemy z całkiem niezłym efektem nad wideo 360 rejestrowanym z dronów, tak żeby można było z lotu ptaka obserwować pełne 360 stopni. Natomiast jeśli chodzi typowe wideo 360, ale na bardziej profesjonalnym poziomie, to ważny jest też ten etap, gdzie w tej chwili nie nagrywamy całego video 360 jednym ujęciem, tylko ten film jest montowany, w związku z tym story powstaje trochę ciekawsze – przekonuje Radosław Piotrowski.

W przypadku technologii wideo 360 jakość nagrań w dużej mierze zależy od kosztu i zaawansowania technicznego kamery. Urządzenia z niższych półek cenowych nie oferują tak wysokich rozdzielczości, tym samym obraz jest mniej ostry czy nawet nieco rozmyty, co ma znaczenie szczególnie w przypadku oglądania go w goglach VR.

– Jeżeli chodzi o rozdzielczość wideo 360, to trzeba wziąć pod uwagę to, że w momencie, kiedy oglądamy materiał, widzimy tylko fragment filmu. Czyli trzeba potraktować go jak przybliżone zdjęcie panoramiczne. Niektórzy dziwią się, jakim cudem film 4K w 360 stopniach wygląda słabo, ale kiedy mamy film o rozdzielczości 4K, to tak naprawdę fragment, który widzimy aktualnie, to rozdzielczość ok. 960p [1280×960 pikseli – red.], więc automatycznie nie jest to odbierane jako bardzo duża rozdzielczość. Ponadto proszę pamiętać, że w momencie, kiedy oglądamy materiał np. w goglach VR, to ekran jest bardzo blisko i obraz może być gorszej jakości – wyjaśnia Radosław Piotrowski.

Technologia wideo 360 może być stosowana na różne sposoby, ale szczególnie dobrze sprawdza się w kreowaniu hiperrealistycznych historii oraz pokazywaniu świata w jego najbardziej nieznanych aspektach. Coraz częściej wykorzystuje ją także przemysł filmowy i rozrywkowy. Nic dziwnego, bo dzięki wideo 360 każdy może się przejechać kolejką górską, zanurkować z rekinami czy przelecieć samolotem F-16. Wirtualna rzeczywistość wchodzi dzięki temu na wyższy poziom, oferując widzom jeszcze większą dawkę emocji i poczucia realizmu.

– Jestem zwolennikiem wszystkiego, co jest związane z Virtual Reality ze względu na to, że oprócz tego, że możemy coś obejrzeć, to możemy poczuć, że tam jesteśmy. W związku z tym to dobre, aby sobie coś odświeżyć lub pokazać znajomym. Moim zdaniem wideo 360 to bardzo dobry kierunek rozwoju – opowiada Radosław Piotrowski.

Niestety, technologia rejestrowania filmów w technologii 360 stopni jest wciąż na etapie wczesnego rozwoju, co sprawia, że boryka się jeszcze z pewnymi problemami natury technicznej. Mimo to specjalista z firmy Pano360.pl uważa, że z czasem korzystanie z tego rozwiązania będzie dużo łatwiejsze i zapewni jeszcze lepsze efekty.

– Niestety, wideo 360 ma pewne problemy. Po pierwsze na razie raczkuje, a po drugie część technik, które można stosować przy zwykłym wideo, tutaj odpada. Innymi słowy, pewne formy zostały obcięte, ponieważ nie da się z nich korzystać, natomiast samo odczucie, ta immersja, którą możemy poczuć, rekompensuje tę możliwość – podsumowuje Radosław Piotrowski.

 

Stanowisko ZPP ws. podwyższenia jednokrotnej amortyzacji dla przedsiębiorców

Do wykazu prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów wpisano Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne. Zgodnie z opisem zawartym na stronie internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, główną część projektu stanowić będą przepisy mające na celu uszczelnienie systemu podatkowego, głównie
w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych płaconego przez duże przedsiębiorstwa. Jest to oczywiście cel słuszny, jednak z oceną konkretnych działań trzeba poczekać na konkretny projekt ustawy. W tej chwili już jednak można odnieść się do innej propozycji zawartej w projekcie, a mianowicie podwyższenia progu jednokrotnej amortyzacji. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców pozytywnie ocenia ten pomysł. Zakłada on podwyżkę obowiązującego dotychczas pułapu 3,5 tysiąca złotych do poziomu 5 tysięcy złotych. Pomysł podniesienia tego progu zasługuje na całkowitą aprobatę, jednak należy apelować o wzięcie pod uwagę jeszcze większej podwyżki, np. do 10 tysięcy złotych. Wydaje się bowiem, że 5 tysięcy złotych może okazać się zbyt małą zachętą do zwiększenia wysiłku inwestycyjnego polskich firm.

Niska stopa inwestycji stanowi temat debaty publicznej już od jakiegoś czasu. W 2016 roku szeroko omawiano gwałtowny jej spadek, zastanawiając się nad potencjalnymi przyczynami tego stanu. O ile rok temu mieliśmy do czynienia przede wszystkim ze zmniejszeniem wartości i skali inwestycji publicznych, w tym przede wszystkim samorządowych, co wynikało m.in. z niedostatecznego wykorzystania środków pochodzących z funduszy Unii Europejskiej, o tyle strukturalną cechą charakterystyczną polskiej gospodarki jest niewielki udział inwestycji w generowaniu wzrostu gospodarczego. Przyczyn takiego stanu rzeczy można dopatrywać się w wielu czynnikach – wyróżnić należy tu m.in. niewielki poziom bezpieczeństwa prawnego skutkujący tym, że prywatni inwestorzy mogą obawiać się lokowania znacznych środków finansowych w różnego rodzaju przedsięwzięciach, ponieważ nie mogą mieć pewności co do warunków prowadzenia swoich działalności gospodarczej nawet w bardzo bliskiej perspektywie czasowej. Trzeba też zwrócić jednak uwagę na dotychczasowy brak regularnej polityki tworzenia impulsów do inwestowania – wystarczy wspomnieć tylko o tym, że próg jednorazowej amortyzacji na poziomie 3,5 tysiąca złotych pozostawał w niezmienionej wysokości od 2000 roku.

Niedawno do Sejmu trafił projekt ustawy umożliwiający coroczne, jednorazowe rozliczenie przez przedsiębiorców nakładów na środki trwałe do wysokości 100 tysięcy złotych. O tym rozwiązaniu, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wypowiedział się bardzo pozytywnie, zwracając uwagę na fakt, że będzie ono stanowiło istotną zachętę do inwestowania. Omawiana ulga inwestycyjna dotyczy jednak tylko środków trwałych wcześniej nieużywanych, czyli fabrycznie nowych, co niektórzy poczytywali za jej wadę. Podstawową zaletą rozwiązania, którego dotyczy niniejsze stanowisko, jest to, że obejmuje ono również nabycie wcześniej używanych środków trwałych. Będzie to zatem rozwiązanie komplementarne do procedowanego już w ramach ścieżki sejmowej projektu. Tak jak wspomniano na wstępie, zastrzeżenia budzi jedynie nowy próg jednorazowej amortyzacji – skoro pułap zamrożony był od wielu lat na poziomie 3,5 tysiąca złotych, nowy próg powinien wynosić przynajmniej 10 tysięcy złotych, co pozwoliłoby poniekąd zrekompensować inwestorom tak długi czas obowiązywania pułapu ustanowionego w przeszłości.

O tym, że impuls proinwestycyjny jest bardzo potrzebny, świadczą wyniki badania nastrojów wśród przedsiębiorców, „Busometr”, które przeprowadza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Zgodnie z prognozą na II półrocze 2017 roku, aż 47% firm z sektora MSP planuje inwestować. Oznacza to, że w gotowości do uruchomienia pozostaje ogromna energia tego swoistego „mrowiska” gospodarczego, złożonego z firm mikro, małych i średnich. One chcą inwestować i jest to potencjalnie ogromny zasób, z którego trzeba skorzystać. Propozycja podniesienia progu jednorazowej amortyzacji do 5 tysięcy złotych stanowi dla nich oczywistą zachętę, jednak – trzeba to zaznaczyć ponownie – tak ustanowiony pułap wydaje się być niewystarczający. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców pozytywnie ocenia zatem tę inicjatywę, postulując jednocześnie podniesienie progu do poziomu 10 tysięcy złotych.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

Podsumowanie wyników Giełdowego Indeksu Produkcji w czerwcu 2017 r.

Doskonała koniunktura w europejskim przemyśle widoczna jest również w Polsce. Giełdowy Indeks produkcji znów pnie się w górę i notuje w czerwcu wzrost o 10,98 pkt. GIP60 zamknął drugi kwartał 2017 r. wynikiem na poziomie 11220,42 pkt. Największy wzrost wartości zanotowały kolejno spółki Energoinstal, LPP i Indykpol.

W czerwcu popularnością wśród inwestorów najbardziej cieszyła się grupa tzw. projektantów. To właśnie w niej znajduje się gdańska spółka LPP, która zanotowała wzrost na poziomie 14% m/m, powracając tym samym do ceny przekraczającej 7 tys. zł za akcję. Na wzrost rynkowej wartości projektanta i dystrybutora odzieży posiadającego wielką sieć dystrybucyjną wykraczającą poza granice naszego kraju, wpłynęły głównie informacje o wypłacie dywidendy oraz optymistyczne informacje o wzroście przychodów ze sprzedaży w maju o ok. 18% r/r przy jednoczesnym sześcio procentowym wzroście marży brutto ze sprzedaży do poziomu 59%. Inwestorzy z pewnością wzięli też pod uwagę wzrost powierzchni handlowej sklepów należących do LPP o 7% r/r i wzrost sprzedaży internetowej o 120% w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku. Dzięki dobrym wynikom gdańska firma przyciągnęły ponad miliard złotych kapitału.

Napływ funduszy odnotowano także u producentów z branży meblarskiej (5,6% m/m), farmaceutycznej (4,5% m/m) i spożywczej (4,2% m/m). W tej ostatniej na uwagę zasłużyła spółka Indykpol, która pod względem wzrostu cen akcji w ostatnim miesiącu drugiego kwartału zajęła 3 miejsce na podium GIP60. Notując wzrost na poziomie 11,8% m/m firma z Olsztyna po raz drugi znalazła się w gronie najlepszych spółek indeksu. Zapowiedziana pod koniec maja dywidenda i nienajgorsze informacje płynące ze sprawozdania finansowego za pierwszy kwartał tego roku sprawiły, że spółka zanotowała na giełdzie jeden z najlepszych miesięcy w ciągu ostatnich dwóch lat. W styczniu tego roku wzrost wartości rynkowej o 31,3% m/m dał temu olsztyńskiemu producentowi mięsa i przetworów indyczych pierwsze miejsce w zestawieniu.

Królową indeksu w czerwcu okazała się spółka Energoinstal ze wzrostem wartości rynkowej na poziomie 38,1%. — Tak spektakularny wynik należy jednak traktować raczej jako korektę trendu spadkowego, który panuje na akcjach jednego z największych producentów kotłów energetycznych w Polsce od 2013 roku — tłumaczy Maciej Zaręba, pomysłodawca i współtwórca indeksu z firmy DSR. W roku bieżącym, po ogłoszeniu pierwszej od lat straty netto i w obliczu porażek w kilku dużych przetargach inwestycji publicznych, spółka wyjątkowo mocno straciła na wartości rynkowej notując historyczne minima. W kwietniu Energoinstal znalazł się na ostatnim miejscu w rankingu GIP60. Dziś jego wycena rynkowa stanowi jedynie 21% wyceny księgowej. — Jeśli spółka poradzi sobie ze swoimi problemami może w przyszłości jeszcze nie raz powrócić na podium rankingu GIP60 — ocenia Zaręba.

Nie wszystkie spółki z Giełdowego Indeksu Produkcji mogą pochwalić się dobrymi wynikami. W minionym miesiącu inwestorzy znacznie gorzej ocenili producentów z branży tworzyw sztucznych (-3,8% m/m), chemicznej (-3,7% m/m) i materiałów budowlanych (-3,3% m/m).

Europa napędza polski przemysł

Wartość PMI obliczanego dla całej strefy euro wzrosła z zanotowanego w maju 57.0 do 57.4 w czerwcu. Najlepsze nastroje pośród krajów posługujących się wspólną walutą panują obecnie w Austrii, gdzie odczyt PMI na rewelacyjnym poziomie 60.7 pkt. ustanowił 76-miesięczne maksimum. Znacznie większy wpływ na pozytywne nastroje w całej strefie euro ma doskonała koniunktura w Niemczech, gdzie indeks PMI wzrósł do poziomu 59.6 zaliczając najlepszy wynik od 74 miesięcy. Co więcej, firmy przemysłowe naszych zachodnich sąsiadów odnotowały najszybszy wzrost nowych zamówień od marca 2011 roku. Doskonałe nastroje panują również wśród pracowników przemysłu pozostałych gospodarek strefy euro takich jak Holandia (58.6), Irlandia (56.0), Włochy (55.2), Francja (54.8) i Hiszpania (54.7). Nawet w Grecji wynik 50.5. pozwolił po raz pierwszy od wielu miesięcy osiągnąć odczyt powyżej 50 pkt. świadczący o pozytywnych nastrojach wśród menedżerów logistyki tamtejszego przemysłu.

Tymczasem Polski Sektor Przemysłowy zanotował wzrost z 52.7 w maju do 53.1 w czerwcu. Na poprawę nastrojów mogły wpłynąć m.in. znaczny wzrost wielkości produkcji oraz liczby nowych zamówień, w tym zamówień eksportowych. Dobre nastroje z pewnością wzmocnił też wzrost zatrudnienia, który nieprzerwanie trwa już od niemal czterech lat. Analizy firmy IHS Markit potwierdzają wyniki badań przeprowadzonych przez GUS. Na koniec drugiego kwartału jednostki przetwórstwa przemysłowego oceniały koniunkturę lepiej niż analogicznym miesiącu ostatnich ośmiu lat.

—Wszystko wskazuje na to, że doskonałe nastroje zawitały do przemysłu europejskiego na dłużej, a głównym motorem napędowym europrzemysłu będzie w dalszym ciągu gospodarka niemiecka. Polski przemysł w tej sytuacji ma szansę stać się jednym z największych beneficjentów obecnej koniunktury, głównie za sprawą bliskich relacji z producentami zza naszej zachodniej granicy — prognozuje Maciej Zaręba. Mimo wzrostu GIP60, wiele polskich spółek produkcyjnych w czerwcu przedłużyło okres, w którym ich ceny akcji poruszając się w wąskim zakresie wykreślając typowy trend boczny. — Sytuacja makroekonomiczna w połączeniu ze stosunkowo niskimi wycenami mierzonymi za pomocą wskaźnika ceny do wartości księgowej (C/WK) może stanowić zapowiedź znacznych wzrostów. Być może stanie się tak jeszcze podczas wakacji, ale większe szanse na to pojawią się najprawdopodobniej dopiero na jesień — dodaje ekspert.

GIP60 to indeks opracowany przez firmę DSR, serwis analityczny PRODUKCJA.EXPERT, poświęcony problematyce polskiej produkcji oraz Wydział Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej. Jego uczestnikami jest 60 spółek notowanych na Rynku Podstawowym GPW a celem przejrzysta identyfikacja zmian nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej.

Wyprzedaż na rynku obligacji negatywnie wpływa na złotego

Fala wyprzedaży obligacji, jaka przetacza się dziś przez Europę, tworzy podażową presję na złotego, który osłabia się do głównych walut.

Czwartek upływa pod znakiem dużych zmian na rynku długu. Inwestorzy pozbywają się obligacji. Również polski. W efekcie tej fali, rentowność 10-letnich obligacji Niemiec wzrosła do 0,558 proc. i była najwyższa od 18 miesięcy. Rentowność francuskich obligacji podskoczyła to 0,916 proc. i była najwyższa od 3 miesięcy. Rentowność polskich papierów skarbowych wzrosła natomiast do 3,418 proc. z testowanego jeszcze 14 czerwca poziomu 3,117 proc. i tym samym była najwyższa od połowy maja.

 

Sytuacja na rynku długu odciska swe piętno na notowaniach złotego, który traci na wartości do głównych walut. O godzinie 14:34 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2475 zł (+1,7 gr), USD/PLN 3,73 zł (+0,3 gr), CHF/PLN 3,87 zł (+0,4 gr), a GBP/PLN 4,8295 zł (+0,8 gr).

Zwraca uwagę, że złoty tanieje pomimo wzrostu notowań EUR/USD (1,1386 +0,3 proc.), co zwykle stanowi czynnik go wzmacniający. Traci on również pomimo nieco rozczarowujących danych z amerykańskiego rynku pracy (raport ADP, wnioski o zasiłki dla bezrobotnych), które mogą zmniejszać oczekiwania na kolejne podwyżki stóp procentowych przez Fed. Zwłaszcza w sytuacji, gdy z opublikowanego wczoraj protokołu z ostatniego posiedzenia Fed wynika, że członkowie tego gremium byli podzieleni w ocenie perspektyw inflacji w USA, jak również co do tego, czy należy spieszyć się z redukcją bilansu banku centralnego.

To wszystko może sugerować, że zmiany na rynku długu pozostaną do końca dnia  głównym wyznacznikiem kierunku dla złotego. Tym samym na drugim planie znajdą się zaplanowane jeszcze na dziś publikacje amerykańskich danych o kondycji tamtejszego sektora usług. Mianowicie indeksy PMI (godz. 15:45) i ISM (godz. 16:00).

W piątek rynek długu wciąż może pozostawać głównym czynnikiem wpływającym na losy złotego. Nie będzie on jednak czynnikiem jedynym. Dużo mocniej niż dziś inwestorzy bowiem skupią się na danych makroekonomicznych. Przede wszystkim na raporcie z rynku pracy w USA. Zwłaszcza na jego części odnoszącej się do płac. W Europie ważne sygnały napłyną z Niemiec i Wielkiej Brytanii, gdzie światło dzienne ujrzą majowe dane o produkcji przemysłowej. W Polsce zaś wydarzeniem dnia będzie publikacja przez Fitch ratingu Polski. Przynajmniej w teorii. W praktyce bowiem zmiana oceny wiarygodności kredytowej na poziomie A- z perspektywą stabilną nie jest oczekiwana, więc sama publikacja powinna pozostać bez echa.

Sytuacja na wykresach polskich par sugeruje, że w maju zakończył się trend spadkowy na EUR/PLN i CHF/PLN, a w czerwcu na USD/PLN i GBP/PLN. Dlatego w perspektywie kolejnych miesięcy wzrosty notowań tych walut są bardziej prawdopodobne, niż przełamanie majowo-czerwcowych dołków. Szczególnie w sytuacji, gdy oczekiwany termin pierwszej podwyżki stóp procentowych w Polsce oddala się, podczas gdy Fed ponosi stopy procentowe, a inne banki centralne przymierzają się do tego w przyszłości (w efekcie inwestycja w złotego staje się mniej atrakcyjna).

Z drugiej jednak strony, trudno wyobrazić sobie silniejszą przecenę złotego, gdy nastroje na rynkach globalnych wciąż są relatywnie dobre, a z rodzimej gospodarki płyną bardzo dobre dane makroekonomiczne.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

5 sposobów na utrzymanie tempa rekrutacji w sezonie wakacyjnym

Gorący okres? Nie w biznesie. Nie licząc turystyki i gastronomii, lato kojarzy się raczej ze spowolnieniem przedsięwzięć i wyludnionymi biurami. Procesy rekrutacyjne też toczą się leniwie. Eksperci Antal radzą, co robić, aby po wakacjach nie okazało się, że konkurencja zdążyła przechwycić najlepszych kandydatów.

  1. Nie daj się zaskoczyć latu

Podobnie jak zima, która co roku zaskakuje drogowców, tak i sezon letni zdaje się często przychodzić nie w porę, gdy biznes jest na to kompletnie nieprzygotowany. Zaplanowane na „luźniejszy biznesowo okres” procesy rekrutacyjne stają się korespondencją trzech autoresponderów – rekrutera, kandydata i menedżera zespołu, do którego trwają poszukiwania. W efekcie cykl etapów, który w normalnych warunkach zamyka się w 10 dniach roboczych, urasta do karkołomnego logistycznego wyzwania, ciągnącego się tygodniami.

Jak temu zaradzić? Przede wszystkim minimalizując ryzyko i zawczasu zgrywając kalendarze rekruterów i decydentów po stronie biznesu. Uzupełnijcie plany urlopowe i wymieńcie się nimi.

  1. Bądź wyrozumiały dla urlopowiczów

Do wspólnego kalendarza rekruterów i menedżerów wpisz harmonogram kolejnych etapów rekrutacji, a następnie wydłuż standardowy bufor czasowy o 50%. Zrób to na wypadek niedostępności kandydatów. Jeżeli prowadzisz poszukiwania metodą direct search, próbuj od razu inicjować kontakt telefonicznie, a nie mailowo lub za pośrednictwem LinkedIn lub GoldenLine. Dzięki temu unikniesz sytuacji, w której nie dotrzesz do ciekawej osoby, bo ta nie sprawdzała wiadomości podczas wakacji.

Najgorszym pomysłem jest też uznanie osoby, która nie może stawić się na spotkaniu ze względu na urlop, za „niewystarczająco zmotywowaną”. W obliczu długo planowanego wakacyjnego wypoczynku warto jest być maksymalnie wyrozumiałym. Firmy, które stawiają kandydata pod ścianą i nie wykazują się elastycznością w sezonie wakacyjnym, tworzą sytuację niekomfortową, która prowadzi może nie do kryzysu wizerunkowego, ale reputacyjnej rysy.

  1. Aktualizuj na bieżąco

Po etapie selekcji, gdy grupa kandydatów do kolejnego etapu rekrutacji została już wybrana, warto poświęcić czas na spytanie wybrańców o ich konkretne plany urlopowe. Nakreśl im także ustalony wcześniej harmonogram procesu rekrutacji – dzięki temu nie będzie zaskoczeniem np. nietypowa przerwa w procesie, wynikająca z nałożenia się urlopów decydentów po stronie firmy. Transparencja, choć ważna jest przez cały rok, w sezonie ogórkowym powinna być traktowana priorytetowo.

  1. Usprawnij zbieranie i przekazywanie informacji zwrotnej

To praktyka, której wdrożenie zaowocuje długofalowo. Jedną z głównych bolączek procesów rekrutacyjnych jest żmudne gromadzenie feedbacku od wszystkich decydentów po kolei. Zanim dojdzie do udzielenia informacji zwrotnej kandydatowi, proces niebezpiecznie wydłuża się o kilka niepotrzebnych dni. I chociaż z perspektywy rekrutera ciągle coś się dzieje – trwa mailowa wymiana opinii, waży się ostateczny skład tzw. shortlisty (wyselekcjonowanych do kolejnego etapu kandydatów), przekazywane są przypominajki o konieczności podjęcia decyzji – to kandydat widzi jedynie pustą skrzynkę mailową i niepokojąco milczący telefon. Co wówczas myśli? Że odpadł. Że jednak warto odezwać się do tej innej firmy, która też proponowała rozmowę. Że proces, na którego rozstrzygnięcie właśnie czeka, chyba nie jest do końca profesjonalny, skoro decydenci zapadli się pod ziemię.

Zamiast dostarczać kandydatowi pożywkę do takich rozważań, udziel informacji zwrotnej nie tylko szybko, ale i dobrze. Jeszcze przed rozpoczęciem procesu ustalcie w gronie wszystkich decydentów, w jakiej formie będziecie zbierać opinie o uczestnikach spotkań. Jeśli odpowiadasz za harmonogram – wysyłając zaproszenia do kalendarza, uwzględnij dodatkowy kwadrans na dyskusję o kandydacie, gdy ten już opuści pokój spotkań. Ustalcie, w ile dni roboczych powinniście przekazywać informację zwrotną uczestnikom procesu oraz kto będzie za to odpowiedzialny. I przede wszystkim – traktujcie ten plan jak dżentelmeńską umowę, a nie sytuację idealną, która zapewne nigdy nie nastąpi.

  1. A może po prostu… wróćmy do tematu jesienią?

Czy w sezonie ogórkowym warto jest wstrzymać procesy rekrutacyjne i wznowić je jesienią, gdy wszyscy wrócą z wakacji? Bynajmniej! Pomimo konieczności mocniejszej pieczy nad decydentami i uczestnikami procesu, rekrutowanie latem jest nierzadko bardzo zasadne. Są sytuacje, w których jest po prostu konieczne – najczęściej, gdy mamy do czynienia z rotacją dobrowolną pracowników, czyli – kolokwialnie mówiąc – momentem, gdy specjalista bądź menedżer „rzuca papierami”. Abstrahując jednak od tego, pracownicy, którzy planują urlop poza sezonem (a jest ich wielu), mogą być nie tylko bardziej dostępni i otwarci na spotkania, ale także… mniej zestresowani rekrutacją. Nie bez znaczenia jest także argument, że w spokojnym biznesowo okresie możemy poświęcić się bardziej efektywnemu wdrożeniu nowego pracownika w obowiązki i kulturę organizacyjną.

Nie czekaj zatem do jesieni, w końcu czas to pieniądz. Pamiętaj jedynie o powyższych zasadach i… nie śpij, działaj!

Abadon Real Estate przydzielił obligacje o wartości 15 mln zł

Abadon Real Estate, spółka holdingowa koncentrująca podmioty z segmentu wykonawczego Grupy Murapol, wyemitowała w drodze oferty prywatnej 15 tys. obligacji serii 011 o wartości nominalnej 1 tys. zł każda. 3-letnie instrumenty dłużne, o stałym, kwartalnym oprocentowaniu w wysokości 5 proc. w skali roku, zostały objęte przez inwestorów instytucjonalnych.

– Holding Murapol aktywnie korzysta z możliwości finansowania wzrostu swojej działalności jakie stwarza rynek instrumentów dłużnych. Bazując na wiarygodności wypracowanej w ciągu 8 lat aktywności w tym obszarze oraz na transparentności działalności, popartej aktywną polityką informacyjną, z sukcesem występujemy do inwestorów po kapitał. Ich udział w naszym rozwoju jest widoczny w stale poszerzanym zakresie działalności, związanym zarówno z uruchamianiem kolejnych inwestycji nieruchomościowych, jak również wprowadzaniem nowych linii biznesowych. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A.

Przydzielone obligacje serii 011 są drugą transzą instrumentów dłużnych wyemitowanych przez Abadon Real Estate S.A. W maju bieżącego roku Spółka pozyskała 50 mln zł w drodze prywatnej oferty obligacji serii 010.

Największy kupiec na rynku ma stać się największym sprzedawcą

Chociaż całkowita wartość rynku kryptowalut pozostała niezmieniona, fundusze na rynku przenoszone się z monety do monety w szybkim tempie. Od początku roku powstało ponad 100 nowych aktywów cyfrowych.

S&P 500 index 06.07.2017
S&P 500 index 06.07.2017

A co dzieje się w świecie „prawdziwych pieniędzy”? W 2008 roku nastąpił kryzys finansowy z powodu zbyt wielu inwestycji w możliwe wszystkich niewłaściwych miejscach. W odpowiedzi na kryzys Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych po ich bezprecedensowym manewrze znalazł się na otwartym rynku jako największy nabywca aktywów finansowych w historii ludzkości. Analizując indeks S&P500 tuż przed kryzysem można zauważyć pierwotnie katastrofalny spadek i a późniejszą regenerację. Jak widać, wypuścili wystarczająco dużo pieniędzy na rynek, aby jego wartość wzrosła o 35% w stosunku do jego szczytu w 2007 roku. Można powiedzieć, że to przesada, ale przechodząc do meritum.

Stopy procentowe Fed 06_07_2017
Stopy procentowe Fed 06.07.2017

Przez ostatnie kilka miesięcy Fed zmieniał swoją strategię. Zamiast zapewniać rynki, że będą podnosić stopy procentowe, mówili poważnie o sprzedaży wartych 4,5 miliardów dolarów aktywów, które kupili w ciągu ostatniej dekady. Oczywiście, mają zamiar robić to stopniowo i rozumieją tego konsekwencje, ale fakty pozostają takie same: największy kupiec na rynku ma stać się największym sprzedawcą.

Z pewnością szefowa Fed, Janet Yellen, posiada więcej danych niż ja, ale po prostu nie mogę pojąć jej ostatniego oświadczenia, iż „nie zobaczymy innego kryzysu finansowego w naszych czasach”. Może to jej dumna. Może wiara. Prawdopodobnie ma rację. Zdecydowanie możliwe, że wydrukowali wystarczająco dużo pieniędzy dla następnych 4 lub 5 pokoleń. Czas pokaże.

To, co mogę z całą pewnością stwierdzić, to fakt, że obecna polityka drukowania pieniędzy w połączeniu z historycznie niskimi stopami procentowymi, naruszyła sposób, w jaki ludzie postrzegają oszczędności i sposób, w jaki inwestorzy postrzegają ryzyko. W tej chwili całkiem jasnym jest, że każdy, kto siedzi w banku marnuje pieniądze, a tendencja do ponoszenia coraz większego ryzyka osób, które szukają wyższych zysków, jest obecnie na niezrównoważonym poziomie.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Bierzesz ślub? Jesteś na celowniku

Wartość globalnego rynku ślubnego szacuje się już na około 300 mld dolarów. Z danych GUS wynika, że tylko w Polsce w 2016 r. zawarto 195 tys. małżeństw. Firmy postawiły sobie za cel, by ich produkty powędrowały z przyszłymi małżonkami do ołtarza. Na celowniku marek ślubnych jako pierwsi znaleźli się millenialsi, jednak dotarcie do nich z przekazem reklamowym starymi metodami bywa problematyczne. By złowić ich na haczyk reklamy internetowej, marketerzy coraz częściej sięgają po Big Data. Wielkie zbiory nieustrukturyzowanych danych pomogą im uwieść pokolenie Y?

Ślub to nie tylko motyle w brzuchu, wzniosłe deklaracje i (oby) odwzajemniona miłość. To również impreza, zazwyczaj całkiem spora, na którą przeznacza się niebagatelne kwoty. Suknie, garnitury, torty, prezenty i oczywiście profesjonalne zdjęcia, a w przypadku bardziej zamożnych filmy pamiątkowe — rynek ślubny ma się doskonale, a jego wartość szacuje się na około 300 mld dolarów. Sezon ślubny w Polsce zaczyna się z nadejściem wiosny, a jego koniec idzie w parze z nastaniem jesieni. W tym okresie urzędy stanu cywilnego mają pełne ręce roboty, ale również w sezonie ogórkowym Polacy formalizują swoje związki. Tylko w 2016 r. nad Wisłą zawarto 195 tys. małżeństw. Według Głównego Urzędu Statystycznego rodzimy rynek ślubny wart jest 7 mld zł.

Jeden z tabloidów opublikował zestawienie najbardziej spektakularnych, polskich ślubów. Jeśli wierzyć wyliczeniom gazety, to na pierwszym miejscu znalazł się ten Joanny Krupy i Romaina Zago. Gwiazda show biznesu razem ze swoim partnerem miała przeznaczyć na niego 3 mln zł. Na drugim miejscu w rankingu znaleźli się Agnieszka Szulim i Piotr Woźniak Starak z ceremonią, na którą rzekomo wydali 1,5 mln zł. Michał Wiśniewski i Dominika Tajner na swoje wesele mieli wydać 500 tys. zł, co dało im 3 miejsce na liście. W porównaniu z liderami rankingu impreza zorganizowana przez Roberta i Annę Lewandowskich wydaje się skromna i kameralna. Piłkarz miał wyłożyć na nią zaledwie 300 tys. zł.

Słynna para polskich sportowców to doskonały przykład millenialsów. Rozumieją nowe technologie, inwestują w startupy i trudno dotrzeć do nich z reklamą tradycyjnymi kanałami. Pokolenie Y posiada odmienne wartości i oczekiwania, a jego natywnym środowiskiem jest Internet. Tam m.in. czyta wiadomości, ogląda seriale i robi zakupy. Nie dziwi więc fakt, że coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się na dotarcie z przekazem do potencjalnych klientów za pośrednictwem sieci. Według danych GUS z reklamy online korzysta w Polsce już 27,7 proc. firm.

Marketerzy mówią „tak” danym o internautach

O względy par, oczekujących na powiedzenie sobie sakramentalnego „tak” walczą firmy na całym świecie, a w swoich staraniach nie przebierają w środkach. Szukając sposobu na dotarcie do osób planujących wesele coraz więcej przedsiębiorstw zwraca się do hurtowni danych. Dzięki cyfrowym informacjom o aktywności internautów i zaawansowanym narzędziom do analityki danych, specjaliści od reklamy internetowej potrafią precyzyjnie trafić z przekazem do organizatorów wesel. Eyeota — wiodący globalny dystrybutor danych — zaobserwowała trzykrotny wzrost ilości kampanii o tematyce ślubnej, zrealizowanych z wykorzystaniem tzw. audience data rdr. Na liście reklamodawców znalazła się szeroka gama marek, w tym m.in. hotele i ośrodki wypoczynkowe, domy towarowe, sklepy internetowe, agencje ślubne, a nawet wydawcy kart płatniczych i handlarze nieruchomościami.

Zdaniem Piotra Prajsnara z Cloud Technologies, największej hurtowni danych o Internautach w Europie, platformy do zakupu przestrzeni reklamowej w systemie programmatic buying umożliwiają trafianie z przekazem do narzeczonych z precyzją amora, który wcześniej ugodził ich strzałą miłości. — Reklama online jest dziś inna niż 10 lat temu. Czas masowych kampanii wyświetlanych na chybił trafił dobiega końca, a specjaliści od performance marketingu dysponują narzędziami umożliwiającymi targowanie z niespotykaną dotychczas precyzją. Zawdzięczają ją narzędziom do analityki Big Data i danym o aktywności i preferencjach użytkowników sieci. Są one tak szczegółowe, że wyodrębnienie osób planujących wesele nie sprawia żadnej trudności — uważa Prajsnar.

W hurtowni danych należącej do Cloud Technologies znajdują się ponad 174 tys. anonimowych profile internautów, bezpośrednio powiązanych z tematyką małżeńską. Są to osoby, które surfując w sieci wykazały jednoznaczne zainteresowanie zagadnieniami charakterystycznymi dla tej grupy docelowej. Z kolei w segmencie ślubnym, hurtownia posiada ponad 83 tys. profili. Znajdują się w nim zarówno przyszli małżonkowie, jak i pracownicy firm specjalizujących się w organizacji wesel. Największy blok związany z miłością gromadzi internautów interesujących się randkowaniem. To nie tylko osoby, które korzystają z portali czy aplikacji randkowych, ale również te, szukające w sieci porad matrymonialnych. W segmencie „dating” spółka Piotra Prajsnara dysponuje prawie 4 milionami anonimowych profili.

Dotarcie z ofertą do par planujących wesela jest niewątpliwie priorytetem firm z sektora ślubnego, jednak nie oznacza to wcale, że chcą one ograniczać swoje działania reklamowe do tak wąskiej grupy docelowej. Budowanie świadomości marki można zacząć dużo wcześniej. — Poza osobami planującymi śluby, reklamodawcy powinni szukać takich odbiorców, jak robiące karierę singielki w wieku 25-35 lat, które wykazują zainteresowanie m.in. rodziną, związkami czy posiadaniem dzieci — napisała Jessie De Luca z firmy Eyeota.

Rynek nigdy nie śpi

Mimo, że sezon ślubny to niecałe pół roku, planowanie ceremonii odbywa się stosunkowo wcześnie. Poszukiwanie idealnej sukni ślubnej, często w towarzystwie zaaferowanych koleżanek, panny młode zaczynają nawet 4 miesiące wcześniej. Według raportu IBISWorld “Bridal Stores: Market Research Report” tylko w USA rynek sukni ślubnych, welonów, butów, biżuterii i innych ślubnych akcesoriów wart jest 3 mld dolarów. Sporą część ślubnych budżetów państwo młodzi przeznaczają na wynajem sali, w której odbędzie się wesele, organizację noclegów dla gości i wyczekiwaną podróż poślubną. Decyzje o ich wyborze zapadają z dużym wyprzedzeniem, więc nikogo nie dziwi fakt, że domy weselne, hotele, ośrodki wypoczynkowe i biura turystyczne reklamują swoje usługi nawet wtedy, gdy inni rynkowi gracze dopiero planują swoje kampanie.

Po odbyciu podróży poślubnej świeżo upieczonych małżonków czeka powrót do codzienności. To, gdzie będą dzielić życie dla wielu pozostaje pod znakiem zapytania. Nieruchomości, w których mieszkali dotychczas nadają się doskonale dla singli, ale niekoniecznie dla nowożeńców, planujących powiększenie rodziny. Doskonale rozumieją to agencje nieruchomości, obsługujące pary zdeterminowane, by jak najszybciej znaleźć idealne miejsce na wspólny dom. Dla deweloperów zakochani stanowią łakomy kąsek, dlatego coraz częściej stają się oni odbiorcami precyzyjnie targowanej reklamy behawioralnych, zachwalającej nowe inwestycje mieszkaniowe.

Od 25 lat analityka biznesowa wspiera rozwój polskiej gospodarki

Polska, lata 90. ub. wieku. Biznes nad Wisłą uczy się funkcjonować w nowym systemie polityczno-gospodarczym. O „gospodarce cyfrowej” mówi niewiele firm, jeszcze mniej korzysta z nowych technologii. Rodzima gospodarka żyje w analogowym świecie. W tym czasie swoje biuro w Polsce otwiera SAS, lider w dziedzinie analityki biznesowej. W tym roku firma obchodzi 25-lecie swojej działalności na polskim rynku.  

Alicja Wiecka
Alicja Wiecka

– Gdy otwierałam polski oddział SAS, miałam ogromną potrzebę i zapał, aby zrobić coś dobrego dla naszego kraju, który wkraczał na nową drogę rozwoju. Uruchamianie wolnego rynku i budowanie nowych struktur biznesowych wymagało wsparcia technologicznego oraz umiejętności wykorzystania dostępnych informacji do efektywnego zarządzania. W tych wyjątkowych czasach udało nam się wdrażać pierwsze hurtownie danych i systemy analityczno-raportowe stymulujące rozwój polskich przedsiębiorstw. Jednak rozwiązania analityczne to nie tylko biznes, ale również misja, gdyż na podstawie analizy danych są podejmowane decyzje, które często wpływają na życie setek tysięcy ludzi. Od początku angażowaliśmy się w projekty, które miały istotne znaczenie także w wymiarze społecznym wspomina Alicja Wiecka, dyrektor zarządzająca i założycielka polskiego oddziału SAS.

3,5 cala wiedzy

Początek lat 90-tych to z jednej strony czas zmian gospodarczych, a z drugiej – okres intensywnego rozwoju technologii cyfrowych. W 1992 roku, gdy zakładano polski oddział SAS, dostęp do Internetu, a co za tym idzie, możliwości szybkiej wymiany czy agregacji informacji, był zarezerwowany dla nielicznych. Wyszukiwarka Google nie istniała nawet w planach doktorantów z Uniwersytetu Stanforda, którzy dopiero 5 lat później zaprezentowali ją światu. Podstawowym nośnikiem informacji była wtedy 3,5 calowa dyskietka, mieszcząca niecałe 1,5 MB danych. To sprawiało, że prowadzenie biznesu w tamtym czasie wyglądało zupełnie inaczej niż obecnie. Dostęp do informacji na temat opinii o produkcie czy usłudze był utrudniony. Nie istniały narzędzia umożliwiające precyzyjne określenie preferencji klientów, co często oznaczało, że firmy musiały działać po omacku, kopiując modele biznesowe stosowane w innych krajach.

Cyfrowa gospodarka napędzana danymi

Ostatnie ćwierćwiecze obfitowało w wiele zmian, które nie byłyby możliwe bez wykorzystania potencjału, który drzemie w danych. Próżno dziś szukać w Polsce w pełni analogowych przedsiębiorstw, a wiele firm korzysta z cyfrowych narzędzi wspierających rozwój biznesu na niespotykaną dotąd skalę. SAS jest liderem na polskim rynku analityki biznesowej, a wdrożenia realizowane w naszym kraju są docenianie na całym świecie.

Doskonale rozumiemy rolę analityki w biznesie i współpracujemy z największymi firmami w Polsce. Projektujemy i wdrażamy innowacyjne rozwiązania, które służą do zarządzania relacjami z klientem, wykrywania nadużyć, zarządzania ryzykiem, optymalizacji łańcuchów dostaw, procesów logistycznych oraz wielu innych zastosowań. Są to systemy o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa, sprawności działania i konkurencyjności przedsiębiorstw w cyfrowym świecie. Często są to pionierskie projekty w skali globalnej – mówi Alicja Wiecka.

Przyszłość to „data-driven business”

Dzisiaj biznes nie może pozwolić sobie na funkcjonowanie w trybie offline. Walka o klienta praktycznie przeniosła się do cyfrowego świata, a Internet stał się głównym miejscem rywalizacji marek. Przedsiębiorstwa prowadzące swoją działalność w sieci mają do dyspozycji szerokie spektrum narzędzi umożliwiających analizę potrzeb klientów i prowadzenie interakcji z nimi w czasie rzeczywistym. Współczesny klient skupia swoją uwagę na danej marce lub produkcie jedynie przez kilka sekund. W przypadku braku odpowiedzi lub wysłania nietrafionej oferty, zwróci się do konkurencji. Dlatego wykorzystanie analityki real-time ma dziś kluczowe znaczenie w marketingu i sprzedaży.

Kolejnym wyzwaniem jest bezpieczeństwo. Jedną z najszybciej rozwijających się i najbardziej zaawansowanych dziedzin jest dziś zapobieganie cyberprzestępczości. W dobie big data analityka jest kluczową technologią umożliwiającą przeciwdziałanie cyberatakom, skuteczną prewencję nadużyć i działań związanych z praniem pieniędzy. Zaawansowane modele predykcyjne oparte o drzewa decyzyjne i sieci neuronowe pozwalają dostrzec wzorce lub wzajemne relacje w danych wskazujące na możliwość nadużycia. Technologia text mining służy do wychwytywania słów kluczy w danych tekstowych, a analiza sieci powiązań identyfikuje związki między osobami i podejrzanymi transakcjami. Trwa nieustający wyścig z przestępcami i bez zaangażowania zaawansowanej analityki tej walki nie uda się wygrać.

Równie istotne są zastosowania analityki w obszarze tzw. Przemysłu 4.0 i Internetu Rzeczy (Internet of Things – IoT). Jest to kolejny etap rewolucji informacyjnej, który ma ogromny wpływ na transformację biznesu i zmienia sposób funkcjonowania każdego z nas. Wykorzystanie na masową skalę danych generowanych przez czujniki zainstalowane w urządzeniach jest możliwe dzięki zastosowaniu narzędzi analitycznych, które pozwalają dziś skutecznie przetwarzać napływające z ogromną prędkością zbiory big data. Dzięki możliwości zastosowania zaawansowanej analityki bezpośrednio na strumieniach danych, decyzje i działania wynikające z uzyskanej wiedzy mogą być podejmowane w czasie rzeczywistym.

Dane w służbie społeczeństwa

Cyfrowy świat połączonych urządzeń może dostarczyć szereg korzyści biznesowych oraz społecznych. Pierwszym miejscem, gdzie dostrzegamy wpływ tej ewolucji na życie każdego z nas, są inteligentne miasta. Dzięki możliwości analizy danych pochodzących z urządzeń zmienia się także opieka medyczna. Telemedycyna pozwala na zdalne świadczenie usług np. poprzez monitorowanie parametrów życiowych, reagowanie na ich zmiany i wskazanie odpowiednich terapii.

 

 

W SAS jesteśmy bardzo blisko obecnej rewolucji związanej z tzw. cyfrową transformacją. Rozwój nowych dziedzin, takich jak machine learning, sztuczna inteligencja czy systemy kognitywne diametralnie zmienia sposób prowadzenia biznesu i funkcjonowania ludzi. Świat statycznych danych, raportów i analiz zostanie zastąpiony przez dialog człowieka z maszyną, która na zadane w języku naturalnym pytanie odpowiednio dobierze dane, dokona ich interpretacji i przedstawi właściwą odpowiedź. Dla SAS to wspaniała perspektywa, dlatego, że analityka to nasze DNA.  Dysponujemy odpowiednią technologią i kompetencjami, aby aktywnie uczestniczyć w tym procesie i zmieniać świat na lepsze podsumowuje Alicja Wiecka.

Cała Polska szuka programistów. Przedsiębiorcy o specjalistach IT

  • Programista to jeden z najbardziej poszukiwanych zawodów na rynku pracy;
  • infoShare Academy postanowiła zapytać ekspertów z wybranych branż, o rekrutację programistów, warunki pracy oraz umiejętności, które musi posiadać kandydat ubiegający się o pracę w tym zawodzie;
  • Odpowiedzi udzielili przedstawiciele: Brand24, SETAPP, Platforma SerwerSMS.pl, CRAFTON Poznań, eEngine, Hicron, Arvato Polska.

Programista to obecnie jeden z najbardziej poszukiwanych zawodów na rynku pracy w Polsce. To efekt rewolucji technologicznej, która wymaga dostosowania swoich planów biznesowych do bieżącej rzeczywistości. W jaki sposób rekrutuje się dziś programistów? Jak ich zatrzymać i zapewnić atrakcyjne warunki pracy? Jakie umiejętności muszą posiadać?

„Specjalista IT potrzebny od zaraz” – to zdanie coraz częściej wymawiają menedżerowie w polskich przedsiębiorstwach. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że obecnie 11 proc. firm w Polsce zatrudnia ekspertów IT. Największy odsetek przedsiębiorstw przyjmuje informatyków w województwie mazowieckim (18 procent) i dolnośląskim (13,7 proc.). Na trzecim miejscu uplasowało się województwo śląskie (12 proc.). Zapotrzebowanie na coraz większą ilość specjalistów związane jest z cyfryzacją organizacji, która nieustannie postępuje.

W dzisiejszych czasach ​oprogramowanie znajdziemy w inteligentnych zegarkach, lodówkach czy samochodach. Programistów potrzeba wszędzie, bo przy obecnym tempie rozwoju technologii, biznes bez nich nie przetrwa. Szacuje się, że tylko w Polsce brakuje 50 tysięcy osób w ITmówi Marcin Pokojski, CEO infoShare Academy, działający od 17 lat w branży IT, mentor w programach dla start-upów. – Zawód programisty daje nam miejsce na sporą kreatywność, a szybkie efekty codziennej pracy pozwalają często cieszyć się sukcesami. Dlatego programiści to jeden z nielicznych zawodów, w którym większość pracowników naprawdę lubi to co robi – dodaje.

Jakie cechy, według przedstawicieli różnych sektorów rynku, powinien posiadać kandydat ubiegający się o stanowisko programisty? Oto najczęstsze odpowiedzi:

  • łatwość adaptacji do nowych technologii,
  • poszukiwanie i programowanie nowych rozwiązań usprawniających produkt pracodawcy,
  • umiejętność rozwiązywania problemów,
  • szybka nauka i realizacja zadań,
  • znajomość narzędzi analitycznych,
  • chęć rozwoju swoich umiejętności,
  • znajomość freamworków i metodyki pracy w projekcie.

Rekrutacja

Rynek pracy IT to specyficzna branża, która z jednej strony cały czas potrzebuje specjalistów, a z drugiej, musi myśleć o tym w jaki sposób ich zatrzymać. Stąd bardzo ważny jest już sam proces rekrutacji i skuteczne wyselekcjonowanie kandydata.

Odpowiednia dynamika rekrutacji jest wysoko ceniona przez specjalistów branży IT. Kandydaci coraz częściej sygnalizują nam zmęczenie przeciągającym się miesiącami procesami. Relacja na linii kandydat – pracodawca powinna być jak najbardziej zwinna, w końcu do takiego modelu pracy przyzwyczajeni są nasi programiści – mówi Joanna Snopek, HR Manager w Hicron. Po czym dodaje.Wykorzystujemy wiele dostępnych na rynku narzędzi rekrutacyjnych: od poleceń poprzez ogłoszenia, kończąc na hackatonie dla młodych ABAPerów. Sporym ułatwieniem w naszej codziennej pracy są portale społecznościowe skupione na życiu zawodowym, ale do potencjalnych pracowników docieramy także za pośrednictwem ciekawych treści na mniej oficjalnych stronach.

Z kolei Krystian Brydzki, Dyrektor Pionu IT w Arvato Polska, zwraca uwagę na etap rozpoznania kompetencji, jakie w danym projekcie są dla pracodawcy kluczowe. – Właściwa definicja kompetencji technicznych oraz miękkich, pozwala zdefiniować kształt komunikacji oraz decyduje o doborze: mediów, źródeł, w tym kanałów rekrutacyjnych czy samych metod rekrutacji/selekcji. Zarówno dla stażystów jak i osób z wieloletnim doświadczeniem, bardzo istotna w całym procesie jest wiedza oraz transparentność w zakresie: technologii, projektów, możliwości rozwoju, warunków pracy czy wartości reprezentowanych przez pracodawcę.

– Obecnie bardzo ważne jest wyróżnienie się na tle innych pracodawców, poprzez odpowiednie akcje Employer Brandingowe. Zwykłe ogłoszenie o pracę musi zaciekawić, spowodować, że kandydat będzie chciał zapoznać się z nim do końca. Coraz częściej firmy tworzą landing page sprofilowany na odpowiedni target kandydatów oraz posiadają profile w różnych kanałach social media, gdzie chcą się pochwalić atmosferą panującą w miejscu pracy, kompetencjami specjalistów już tam pracujących czy posiadaniem odpowiednich platform i systemów pozwalających na zapewnienie rozwoju – dodaje Krystian Brydzki.

Według Maćka Pawłowskiego, Chief Evangelist w eEngine Software House, ważne są 3 aspekty zatrudnienia kandydata. – Po pierwsze kandydat działa według zasady „disagree & commit”. W praktyce: potrafi nie zgodzić się z proponowanym rozwiązaniem danego problemu i proponuje swoje, za które jest gotów wziąć odpowiedzialność. Po drugie kandydat chce być traktowany podmiotowo (mieć wpływ na otaczającą go rzeczywistość w firmie), a nie przedmiotowo. Po trzecie: kandydat nie pasuje do miejsca, w którym obecnie pracuje (np. ze względu na niepasującą do niego kulturę pracy).

Jak zatrzymać programistów?

Pozyskanie odpowiedniego kandydata to jeden aspekt, ale równie istotne jest jego zatrzymanie, ponieważ kandydaci coraz częściej spoglądają nie tylko na wynagrodzenie, ale również na inne aspekty zatrudnienia, takie jak: benefity pozapłacowe czy możliwość mierzenia się ze złożonymi wyzwaniami biznesowymi.

Obecnie, aby być atrakcyjnym pracodawcą dla programistów, trzeba zapewnić pewien standard branżowy, jak opieka medyczna czy karty sportowe. Nie zawsze jednak są to czynniki najważniejsze. My wychodzimy z założenia, że fajny, zgrany zespół oraz ambitne i ciekawe wyzwania programistyczne stanowią fundament atrakcyjnego środowiska pracy. U nas programiści mają dużo swobody i możliwości podejmowania decyzji w temacie użytych technologii czy realizowanych przez nich zadań – mówi Piotr Młynarczyk, Head of Software Development Brand24.

Podobne podejście, można wywnioskować, również z wypowiedzi Pawła Paszkiewicza, Chief Executive Officer, Setapp. – Ciekawe projekty i atmosfera w pracy są ważne, jednak to nie wszystko. Nasza wieloletnia współpraca z poszczególnymi deweloperami dowodzi, że progres firmy jest bezpośrednio związany z rozwojem jednostki. Najważniejsze dla nas jest to, żeby każdy czuł, że staje się lepszą wersją siebie z wczoraj. Bazując na powyższym wprowadziliśmy scenariusze rozwoju, które obejmują każdego z programistów, programy mentoringowe oraz stworzyliśmy przestrzeń na wymianę wiedzy pomiędzy pracownikami.

Jakie umiejętności są potrzebne?

Zawód programisty jest doskonałym przykładem na to, jak rozwój nowych technologii wpływa na zmiany na rynku pracy. Wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na innowacyjne rozwiązania, rośnie zapotrzebowanie na zwiększone kompetencje i umiejętności.

Jeśli chodzi o kompetencje twarde, to istotny jest dla nas dobry back-end i oczywiście programowanie wraz z powiązanymi z nim umiejętnościami, jak UX/UI, projektowanie dobrych interfejsów, znajomość zasad panujących w e-commerce i narzędzi analitycznych takich jak Google Analytics. Jeśli ponadto ktoś potrafi poruszać się w programach graficznych i robić front-end, to jest to niewątpliwa wartość dodana. Z zakresu kompetencji miękkich cenimy sobie natomiast komunikatywność, otwarty umysł i znajomość rynku e-commerce – komentuje Daniel Zawiliński, Managing Director COO, Platformy SerwerSMS.pl.

Natomiast Piotr Kulczycki, dyrektor zarządzający w agencji interaktywnej Crafton, dodaje. – Doświadczenie nam pokazało, że właściwy „Mindset” jest znacznie ważniejszy niż lata doświadczenia. Najlepszym kandydatem jest dla nas osoba z mniejszym doświadczeniem technicznym, ale głodna wiedzy, gotowa do szybkiej nauki i ciężkiej pracy. Często chętniej zatrudniamy właśnie takich kandydatów, niż wypalone pracą osoby z kilkunastoletnim doświadczeniem (aczkolwiek nie twierdzę, że nie ma na rynku programistów z dużym stażem, którym wciąż się chce).

Powyższe wypowiedzi pokazują, że umiejętności czysto techniczne to nie jedyny czynnik wyboru kandydata. Często aspekty tzw. „miękkie”, takie jak chęć rozwoju i ciągłego doskonalenia się, mogą być decydujące. Dlatego też programistą można zostać na każdym etapie swojego zawodowego życia. Kto wie, może okaże się, że jesteśmy do tego stworzeni?

Kurs złotego do euro i dolara

Uwaga inwestorów skupiona dzisiaj będzie na publikacji z posiedzenia EBC oraz danych amerykańskiego z rynku pracy. W zależności od wydźwięku tych danych, zwłaszcza z USA, zależy kurs głównej pary walutowej EURUSD, a co za tym i idzie kondycja polskiego złotego.

Kurs dolara USDPLN

Kurs dolara do złotegoNieudane przełamanie wsparcia przy 3,70 doszło do większej korekty. Wczorajszy szczyt wypadł przy 3,7560, gdzie dodatkowo jest mierzenie 50% Fibo ostatniego impulsu spadkowego mierzonego od 21 czerwca, po czym doszło do lokalnej korekty. W krótkim terminie oczekiwany jest test oporu przy 3,8230, który dodatkowo jest potwierdzony zewnętrznym mierzeniem FIBO 161,8%. W dłuższym terminie scenariuszem bazowym jest jednak ruch w dół i przebicie poziomu 3,70.

Kurs euro EURPLN

Kurs euro do złotego EURPLNOd początku lipca EUR porusza się w konsolidacji pomiędzy 4,2530 – 4,22, lecz w lekkim kanale wzrostowym. W krótkim terminie możliwe jest przetestowanie oporu przy 4.2530, a w przypadku jego pokonania, test szczytu z 22 czerwca przy 4,2630. W przypadku spadków pierwszym wsparciem może być podstawa geometrycznej korekty pędzącej przy 4,2240, a po ewentualnym jego wybiciu test poziomu 4,20.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Huckleberry Games S.A. złożyła wniosek o wprowadzenie akcji na NewConnect

Huckleberry Games S.A., Spółka z branży gier komputerowych, złożyła wniosek do GPW w Warszawie o wprowadzenie do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect akcji serii C oraz E. Wejście na alternatywny rynek stanowi jeden z najważniejszych elementów w strategii rozwoju Spółki.

Zarząd Huckleberry Games S.A. złożył w dniu 30.06.2017 r. wniosek do Zarządu GPW w Warszawie o wprowadzenie do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect 499.999 akcji serii C oraz 102.439 akcji serii E. Z oferty publicznej akcji serii E Spółka pozyskała ponad 2 mln zł, a zapisy na nie złożyło 133 inwestorów. Cena emisyjna wynosiła 20,00 zł za 1 akcję. Środki pozyskane przez Huckleberry Games S.A. zostaną przeznaczone na produkcję nowych gier na komputery PC, konsole i urządzenia VR oraz na przygotowanie aplikacji mobilnej do gry „Edengrad”. Zarząd Spółki oczekuje, że wejście na rynek NewConnect przełoży się na jej jeszcze dynamiczniejszy rozwój.

Fakt, iż nasza Spółka Huckleberry Games S.A. będzie mogła być notowana, jest dla nas ogromnym sukcesem, a co za tym idzie, powodem do dumy i zadowolenia. Mamy nadzieję, że nasi Akcjonariusze będą równie usatysfakcjonowani z debiutu.” – mówi Patryk Borowski, Prezes Zarządu Spółki Huckleberry Games S.A.

W kwietniu 2017 r. Huckleberry Games S.A. rozpoczęła sprzedaż gry „Edengrad” za pośrednictwem platformy dystrybucji cyfrowej Steam. W pierwszych dwóch tygodniach od jej premiery Spółka sprzedała 4.644 egzemplarze tej produkcji, co stanowi prawie 50% zakładanego targetu sprzedażowego na pierwszy kwartał. Był to niezwykle dobry wynik jak na tego typu grę i na tak młode studio, jakim jest Huckleberry Games. W pierwszych trzech dniach gra „Edengrad” utrzymywała się w tzw. „Top Sellers”, czyli w grupie najlepiej sprzedających się gier. Produkcja ta została wprowadzona do dystrybucji w wersji Alpha, czyli w fazie wczesnego dostępu, co jest związane z chęcią budowania wokół niej szerokiej społeczności oraz umożliwienia graczom realnego wpływu na proces tworzenia tej produkcji. Wybór terminu debiutu gry „Edengrad” nie był przypadkowy i został poprzedzony wewnętrznymi badaniami realizowanymi przez Emitenta, które potwierdziły, że początek kwietnia jest bardzo dobrym okresem do komercjalizacji tego typu gier. Osiągnięte wyniki sprzedażowe potwierdzają trafność w zakresie odpowiedniego doboru daty premiery gry „Edengrad”.

„Jeśli chodzi o wyniki sprzedażowe gry „Edengrad” to w pierwszym tygodniu osiągnęliśmy prawie połowę targetu, jaki mieliśmy ustalony na kwartał. Gra się bardzo dynamicznie rozwija i jest regularnie ulepszana o nowe aktualizacje. Cieszy nas także fakt, że wielu znanych recenzentów wystawiło grze pozytywną opinię. Ten efekt powoduje jeszcze większą chęć i daje siłę do dalszych działań. W wyniku tego mamy ogromne plany na kolejne projekty, które będą finansowane ze środków z oferty publicznej, jak również z dofinansowania na działania B+R, na które bardzo mocno liczymy.” – zakończył Prezes Borowski.

Huckleberry Games S.A. zajmuje się produkcją innowacyjnych gier typu MMORPG. Spółka do produkcji swoich gier wykorzystuje nowoczesny silnik unity3d. Serwer użyty przy produkcji gry „Edengrad” jest autorską technologią Spółki, a metody w nim wykorzystane są innowacyjne na skalę światową. Spółka chce również przygotować aplikację mobilną dla graczy „Edengradu”, w której będą się oni komunikować z innymi graczami oraz otrzymywali powiadomienia o akcjach dziejących się w grze, m.in. rozpoczęciu wojen, sprzedanym przedmiocie na aukcji (w grze) oraz promocjach w sklepie z przedmiotami premium. Strategia Rozwoju Huckleberry Games S.A. zakłada dalsze realizowanie bardzo innowacyjnych gier. W najbliższym czasie Spółka będzie zajmowała się produkcją gry „Edengrad: Arena”, która będzie przeznaczona na urządzenia VR. Następną bardzo ważną produkcją studia Huckleberry Games S.A. będzie gra RPG „Stay Hungry” przeznaczona na komputery PC oraz konsole. Jej premiera w wersji Early Access została zaplanowana na rok 2017/2018.

Jednym z Akcjonariuszy Huckleberry Games S.A. jest notowany na rynku NewConnect fundusz kapitałowy – ERNE VENTURES. W lutym 2015 r. fundusz zainwestował w Huckleberry Games S.A. środki, które umożliwiły Spółce realizację prac nad rozwojem gry „Edengrad”.

Jarosław Święcicki o debiucie Morizon na głównym parkiecie GPW

Siódmy tegoroczny debiut na GPW i 4 przejście z NewConnect. Morizon, spółka technologiczno-finansowa zadebiutowała na Głównym Rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Oferta publiczna Morizon obejmowała wyłącznie akcje nowej emisji. Inwestorzy kupili 3,4 mln akcji serii H. Cena emisyjna została ustalona na 1,50 zł za jedną akcję.

– Debiut na Główny Rynku GPW jest symbolicznym zakończeniem całego procesu Oferty Publicznej. Dziękujemy inwestorom za zaufanie i serdecznie witamy ich w akcjonariacie. Liczymy, że obecność na głównym parkiecie będzie miała pozytywny wpływ na nasze notowania oraz wspomoże dalszy rozwój Grupy. Dołożymy wszelkich starań by konsekwentna realizacja strategii przyniosła wzrost wartości spółki – powiedział Jarosław Święcicki, prezes Morizon.

Środki pozyskane z emisji nowych akcji zostaną przeznaczone na dokończenie budowy platformy OneStopShop dla rynku nieruchomości, która będzie oferować kompleksowe usługi na przestrzeni całego procesu zakupu nieruchomości – od wyszukania, poprzez finansowanie i dokonanie transakcji.

Morizon na rynku kapitałowym obecny jest od ponad 6 lat. W kwietniu 2011 r. Spółka zadebiutowała na NewConnect, po sześciu latach dynamicznego rozwoju przeszła na Główny Rynek GPW.

Zmiana nawyków chińskich konsumentów wpływa na globalny handel

Chińczycy wybierają restauracje i jedzenie na wynos, na czym cierpi handel spożywczy

Chińscy konsumenci coraz chętniej stołują się poza domem, skutkiem czego wydatki na zakupy żywnościowe osiągnęły poziom najniższy od 5 lat. Jednocześnie klienci w Państwie Środka coraz więcej żywności kupują przez internet i zwracają większą uwagę na jej jakość oraz wpływ na zdrowie. Nadal chętniej wybierają rodzime produkty, zamiast tych oferowanych przez międzynarodowe marki – to główne wnioski z tegorocznej edycji raportu „China Shopper Report” przygotowanego przez Bain&Company we współpracy z Kantar Worldpanel.

Dziś rynek spożywczy i dóbr szybko zbywalnych (FMCG) w Chinach rozwija się w drastycznie innym tempie, w zależności od segmentu. Z jednej strony obserwujemy bardzo silny wzrost skłonności konsumentów do jedzenia w restauracjach lub zamawiana na wynos, co skutkuje szybkim wzrostem wydatków w tej kategorii. Jednocześnie zwalnia tempo sprzedaży produktów, przeznaczonych do przygotowywania posiłków w domu. Wydatki na żywność w sklepach osiągnęły poziom najniższy od pięciu lat. To istotna zmiana jeśli chodzi o zachowania chińskich konsumentów.

W szóstej edycji raportu Bain&Company i Kantar analizują dane o konsumpcji z 40 tys. chińskich gospodarstw domowych. Dodatkowo, w tegorocznym badaniu wzięło udział 4 tys. konsumentów indywidualnych z dużych miast i metropolii, którzy używają smartfonów do zakupów spożywczych. W połączeniu z analizą danych o chińskim rynku konsumpcyjnym wyniki badań przynoszą interesujące dane o dynamice korzystania z różnych kanałów zakupu produktów żywnościowych
i napojów.

Podczas gdy w latach 2013-2016 dynamika wzrostu zakupów produktów przeznaczonych do przygotowywania posiłków w domu wynosiła 3 procent rocznie, dla zakupów jedzenia z dostawą osiągnęła aż 44 proc. Jednocześnie wydatki w restauracjach rosły o 10 proc. Zdaniem autorów raportu ta zmiana pozwala pod nowym kątem spojrzeć na rozwój rynku FMCG w Chinach. Świadomość tego trendu otwiera atrakcyjne możliwości rozwoju dla innowacyjnym marek.

– Po raz pierwszy przeanalizowaliśmy chiński rynek dóbr szybko zbywalnych skupiając się na wydatkach na żywność spożywaną poza domem. Wynik wskazuje na fundamentalną zmianę sposobu, w jaki konsumenci w całym kraju kupują produkty spożywcze – mówi Jacek Poświata z Bain & Company. – Potwierdza się tym samym nasza diagnoza z raportu z 2016 roku, że tempo rozwoju tego rynku jest różne w zależności od segmentu. Obserwujemy bardzo dynamiczny wzrost wydatków na posiłki jedzone „na mieście” lub zamawiane na wynos, przy jednoczesnej niskiej dynamice wydatków na zakupy żywności do domu.

Jak zauważa mówi Jacek Poświata z Bain wiele firm zaadoptowało już swoje strategie biznesowe do tego trendu, przykładając więcej uwagi do sprzedaży w kanałach takich, jak restauracje czy dostawy na wynos.

Nierówne tempo wzrostu w tych dwóch kanałach (do domu i poza domem) zostało zaobserwowane we wszystkich kategoriach produktów FMCG – nie tylko jeśli chodzi o żywność i napoje, ale również środki czystości czy kosmetyki. W konsekwencji wartość wydatków na produkty używane w domach notowała niską dynamikę i osiągnęła najniższe tempo wzrostu od pięciu lat (zaledwie 3 proc.).  Przyczynił się do tego jednoczesny spadek wolumenu sprzedaży i niższe tempo wzrostu cen, co skutkuje niższą wartością całego rynku.

– Zaobserwowana przez nas w 2016 roku dychotomia rynku FMCG, była dla wielu firm dzwonkiem ostrzegawczym i sygnałem do zmiany strategii sprzedaży, uwzględniającej silny trend w kierunku konsumpcji poza domem – mówi Jacek Poświata z Bain & Company.

Najsilniejsze trendy wpływające na dzisiejszy kształt rynku dóbr szybko zbywalnych w Chinach, opisane w raporcie to:

  • Rekordowy wzrost wartości zakupów w kanale e-commerce (o 52,6 proc.)
  • Podwojenie udziału kanału online w rynku FMCG, w ciągu dwóch lat do poziomu 7 proc.
  • Spadek wartości zakupów w hipermarketach o 2 proc. w 2016 r., podczas gdy tempo wzrostu sprzedaży w sklepach tradycyjnych zwolniło do 2 proc. nieznacznie wyprzedzając inflację. Jednocześnie dynamika sprzedaży w sklepach typu convenience wyniosła 7,4 proc.
  • Wzrost skłonności do zakupów produktów dobrej jakości, traktowanych jako premium, po wyższych cenach – kategorie produktów postrzeganych jako zdrowie notują wysokie dynamiki i rośnie ich udział w sprzedaży.
  • Utrzymująca się preferencja konsumentów dla produktów rodzimych. W 20 kategoriach produktów (na 26 przebadanych) chińskie firmy zanotowały wzrost sprzedaży o 8,4 proc., zaś ich zagraniczni konkurenci o zaledwie 1,5 proc.

Z analizy Bain&Company i Kantar wynika, że są trzy scenariusze, które mogą realizować firmy i marki, aby dostosować się do zmian na chińskim rynku. Po pierwsze – analiza portfolio pod kątem dynamiki produktów i poszczególnych kanałów. Po drugie – dopasowanie oferty do rosnących oczekiwań klientów w zakresie, jakości oraz kanału dostawy. Oznacza to zwiększenie udziału produktów premium, zdrowych i dostępnych do konsumpcji poza domem. I po trzecie – rozwój możliwości sprzedażowych w kanałach cyfrowych.

– Dla sieci sprzedaży, trendy opisane w raporcie oznaczają przede wszystkim konieczność dostosowania strategii do szybkiego rozwoju kanału online oraz potrzebę zmiany palety produktów dostępnych w sklepach, poprzez zwiększenie udziału świeżej żywności w asortymencie. Z kolei sklepy typu convenience i małe sklepy spożywcze muszą myśleć o rozwoju swoich możliwości sprzedaży produktów do konsumpcji poza domem – mówi Poświata.

Chiński rynek nasycił się już zagranicznymi produktami i nie wystarczy już sama globalna marka by przyciągnąć coraz bardziej wymagającego chińskiego konsumenta. Rodzimi producenci znają rynek i upodobania klientów, więc potrafią elastycznie dopasować swoją ofertę do ich oczekiwań. W międzynarodowych korporacjach strategiczne decyzje podejmowane są za granicą, w oderwaniu od chińskich realiów. Dlatego rodzimi producenci zyskują coraz większy udział w rynku – mówi Jacek Poświata z Bain & Company.

Ronson Development: sprzedaż i przekazania mieszkań w 2Q 2017 r.

  • W II kwartale 2017 r. Ronson Development sprzedał 180 lokali, czyli o 15% więcej niż w analogicznym okresie 2016 r. W całym pierwszym półroczu br. sprzedaż sięgnęła 439 lokali, co oznacza wzrost o 21% rok do roku.
  • W II kwartale br. Spółka przekazała klientom klucze do 76 lokali wobec 171 przed rokiem. Mniejsza liczba przekazanych lokali wynika z harmonogramu realizowanych inwestycji – w pierwszym półroczu br. nie zakończyła się budowa żadnego z projektów. Narastająco, w pierwszych sześciu miesiącach tego roku Ronson Development przekazał klientom 375 lokali w porównaniu z 276 w I półroczu 2016 r. Wzrost ten wynika z rekordowej liczby 299 lokali przekazanych klientom w I kwartale 2017 r. w ramach inwestycji zakończonych jeszcze w ubiegłym roku.
Tomasz Łapiński, członek zarządu Ronson Europe
Tomasz Łapiński, członek zarządu Ronson Europe

– W drugim kwartale sprzedaliśmy netto 180 lokali, co jest lepszym rezultatem niż w analogicznym okresie przed rokiem, choć już nie tak dobrym jak w I kwartale tego roku, kiedy znaleźliśmy nabywców na 259 lokali. Wynika to przede wszystkim z faktu, że drugi kwartał rozpoczynaliśmy z mocno wyprzedaną ofertą. W ostatnich tygodniach istotnie ją rozbudowaliśmy, wprowadzając do sprzedaży IV etap naszej bestsellerowej inwestycji City Link na Woli w Warszawie oraz uruchamiając przedsprzedaż projektu Miasto Marina we Wrocławiu, w topowej lokalizacji tuż nad samą Odrą. Łącznie w ramach tych projektów realizujemy 519 lokali – powiedział Tomasz Łapiński, prezes Ronson Development.

W całym pierwszym półroczu 2017 r. Ronson Development sprzedał 439 lokali, czyli o 21% więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach 2016 r. Największą popularnością cieszyły się warszawskie inwestycje Spółki: City Link (łącznie 123 lokali sprzedanych w ramach czterech etapów), Espresso (74 lokale) oraz Miasto Moje (53 mieszkania), a także szczecińska Panoramika (58 lokali sprzedanych od początku roku) oraz wrocławska Vitalia (46 mieszkań). Ronson sprzedał też ostatnie mieszkania w poznańskiej Kamienicy Jeżyce. Na koniec czerwca br. w ofercie sprzedaży Spółki znajdowało się ponad 1000 lokali czyli o ponad 50% więcej niż na koniec I kwartału br. (671 lokali).

– Zgodnie z naszymi zapowiedziami i harmonogramem realizowanych inwestycji, w pierwszym półroczu nie sfinalizowaliśmy żadnej budowy, przez co w II kwartale przekazaliśmy klientom mniej lokali niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Narastająco od początku roku liczba lokali przekazanych klientom wyniosła 375, czyli o 36% więcej niż przed rokiem, co zawdzięczamy przede wszystkim rekordowej liczbie lokali przekazanych w I kwartale tego roku. Chodzi o lokale w inwestycjach, które zostały ukończone jeszcze w ubiegłym roku. W efekcie, pod względem rozpoznanych przychodów i wyników finansowych, po bardzo dobrym pierwszym kwartale należy spodziewać się słabszego drugiego kwartału – wyjaśnił Tomasz Łapiński.

– W drugim półroczu planujemy natomiast ukończenie pięciu projektów, w tym pierwszego etapu City Link, w którym sprzedaliśmy już blisko 300 lokali, co powinno nam umożliwić przekazanie klientom w całym 2017 roku blisko 1000 lokali wobec niespełna 800 w roku ubiegłym – dodał prezes Ronson Development.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali

Liczba lokali 2Q 2017 2Q 2016 Zmiana r/r 1-2Q 2017 1-2Q 2016 Zmiana r/r
Sprzedaż 180 156 +15% 439 362 +21%
Przekazania 76 171 -56% 375 276 +36%

 

Autostradą, tunelem i mostem – ile kosztuje jazda po Europie?

Winiety, opłaty na bramkach, elektroniczne systemy poboru należności – różnią się metody i stawki, lecz zbieżna pozostaje konieczność płacenia za korzystanie z autostrad i tuneli w wielu europejskich państwach. Zanim wyruszysz w podróż, dowiedz się, gdzie, ile i jak zapłacisz.

Niemcy, użyczając kierowcom osobówek sieć swoich autostrad nieodpłatnie, nie tworzą na Starym Kontynencie jedynego wyjątku. Jednak na wakacyjnych trasach, wiodących najczęściej z chłodniejszej północy na gorętsze południe, dość często trzeba się liczyć z dodatkowymi opłatami.

Za wygodę się płaci

Czasy, w których tankowanie paliwa wyznaczało koszty podróżowania samochodem, dawno minęły. Poprawił się standard dróg, powstały nowe autostrady, tunele pod szczytami gór i wielokilometrowe mosty. Udogodnienia skróciły czas pokonywania odległości, poprawiły bezpieczeństwo podróżowania, ale wraz z tym wyłoniły się też niedogodności. Kierowcy i pasażerowie partycypują w utrzymaniu drogowych inwestycji, a jednorazowe opłaty czy też wykupowane na różne okresy czasowe winiety powiększają koszty jazdy.

O jakich kosztach mowa?

Załóżmy, że turysta z Polski decyduje się na urlop nad nieco cieplejszym morzem niż Bałtyk. Wybiera Adriatyk i chorwackie wybrzeże oraz trasę przez Czechy, Austrię, Słowenię i Chorwację. Pominąwszy jazdę po polskich drogach, warto zainteresować się warunkami płatności za autostrady i tunele w czterech państwach. Istotną informacją okaże się planowany czas trwania pobytu. Przyda się także rozeznanie, w którym z krajów tankowanie paliwa okaże się najtańsze.

Jeżeli cały wyjazd nie potrwa dłużej niż 7 dni, wówczas kupuje się najtańsze winiety. Gdy jednak szykuje się dłuższy urlop, trzeba zapłacić za winiety miesięczne bądź dwumiesięczne, a różnice w cenach występują niebagatelne. Począwszy od Czech, gdzie 10-dniowe pozwolenie kosztuje (kupowane w Polsce) 68,5 zł, a miesięczne 89,5 zł; przez Austrię, gdzie 10-dniowe pozwolenie kosztuje 37,5 zł, a dwumiesięczne 75 zł; dalej przez Słowenię, gdzie znaczek na 7 dni kosztuje 88,5 zł, a miesięczny 153,5 zł; aż do Chorwacji, gdzie opłaty za autostrady pobierane są przy bramkach. Przejazd od północnej chorwackiej granicy do np. Dubrownika autem osobowym pochłonie ok. 130 zł, choć należności reguluje się w kunach lub w euro. W sumie – przy pobycie, który potrwa dłużej niż 10 dni – przyjdzie doliczyć ok. 550-600 zł do kosztów paliwa oraz ew. to, co zapłacimy za autostrady w naszym kraju. Mniej zapłacą podróżujący motocyklami, a więcej jadący samochodami, które ważą więcej niż 3,5 tony.

Z kolei paliwo najkorzystniej zatankować do pełna jeszcze zanim przekroczy się pierwszą granicę. Zapas opłaci się uzupełnić w Czechach, ponieważ im dalej na południe, tym ceny okażą się wyższe, a najwyższe wcale nie w Austrii, tylko w Słowenii i Chorwacji.

Inna urlopowa opcja? Turysta z Polski zapragnął zobaczyć fiordy nad Morzem Norweskim. Jeżeli nie planuje korzystać z promów, przejedzie przez: Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię. Początek wydaje się obiecujący, ponieważ kierowcy aut osobowych nie płacą za korzystanie z niemieckich, a także duńskich autostrad. Jednak przeprawy przez ogromny most Storebaelt, który łączy dwie duńskie wyspy, oraz przez kolejną gigantyczną konstrukcję – Oresund – łączącą Danię ze Szwecją kosztują odpowiednio ok. 140 zł oraz 240 zł. Dalej zdarzy się chwila oddechu od wydatków, dzięki temu, że szwedzkie autostrady też są bezpłatne. W Norwegii z dużym prawdopodobieństwem natrafimy na płatne trasy, mosty i tunele. Koszty wiążą się także z wjazdami do centrów dużych miast, co ma skłaniać kierowców, by zostawiali swoje pojazdy poza śródmieściem.

Zamiast winiet czy opłat na bramkach w Norwegii dominuje elektroniczny pobór stawek poprzez system Auto Pass. “…najwygodniej założyć bezpłatne konto na stronie autopass.no i skorzystać z systemu pre-paid. Na stronie podaje się wszystkie dane pojazdu, którym będziemy podróżować. Z założonym w ten sposób kontem, bez zbędnego zatrzymywania się możemy swobodnie korzystać z wszystkich płatnych odcinków” – proponuje strona norwegofil.pl.

Jeśli nie dokonamy tych formalności, nic złego się nie stanie – można jechać. Niemniej po powrocie do domu na adres właściciela samochodu dotrze wezwanie do zapłaty. “Wówczas w przeciągu sześciu miesięcy otrzymamy fakturę wystawioną przez Euro Parking Collection (EPC) z Londynu. Nie ma żadnych dodatkowych opłat związanych z takim rozliczeniem. Pamiętajmy jednak, że bank pobierze opłatę za przelew…” – instruuje norwegofil.pl. To wszystko prawda, jednak niekorzystnego przewalutowania da się uniknąć. Wystarczy np. skorzystać z serwisu Cinkciarz.pl, gdzie można łatwo i szybko założyć konto, wymienić walutę po korzystnym kursie, a następnie przelać na wskazany rachunek bankowy.

Gdzie zatęsknisz za cenami w Polsce

Ceny paliw w Norwegii w zestawieniu z polskimi zarobkami najbardziej skłaniają do… podróżowania rowerem. Litr benzyny kosztuje po przeliczeniu ok. 7 zł. Nie opłaca się też tankować w Danii. Taniej, choć wciąż drożej niż w Polsce, benzynę i olej napędowy kupuje się w Niemczech oraz w Szwecji. Europejski cenowy szczyt paliw obok Norwegii współtworzą jeszcze: Holandia, Włochy i Grecja – ceny litra bezołowiowej przekraczają tam 6,5 zł. Wykaz cen paliw na świecie publikuje m.in. serwis bloomberg.com (jest dostępny pod adresem: https://www.bloomberg.com/graphics/gas-prices/#20171:United-States:PLN:l).

Przy skandynawskich drogach trudno o stacje, które sprzedają paliwo gazowe. Dodatkowe perypetie wynikają z montowania w Polsce do zbiorników na LPG wlewów, które nie pasują do przyłączy stosowanych na norweskich stacjach. Kierowcy radzą sobie z tym, wykorzystując przejściówki, które bywają dostępne na stacjach w Norwegii.

A w najdłuższym drogowym tunelu świata… niespodzianka

Hiszpania, Francja, Włochy, Portugalia – także dość popularne wakacyjne kierunki (coraz częściej Polacy docierają tam samolotami) – nie rozpieszczają kierowców i wymagają opłat za korzystanie z autostrad. Podobnie jak w Polsce, system poboru należności opiera się na bramkach wjazdowych i wyjazdowych, a wysokość stawek zależy w uproszczeniu od liczby kilometrów przejechanych autostradami. Winiety, oprócz już wymienionych państw – Austrii, Czech i Słowenii – obowiązują jeszcze m.in. w: Szwajcarii, Rumunii, Słowacji, Bułgarii i na Węgrzech. Kompletny wykaz warunków i opłat znajduje się na stronie pzmtravel.com.pl, a w placówkach Polskiego Związku Motorowego, które działają w największych polskich miastach, można kupić winiety obowiązujące w różnych europejskich krajach. Nieco mniej pieniędzy, ale więcej zachodu, mogą kosztować winiety kupowane sukcesywnie w krajach (np. na stacjach paliwowych), przez które wiedzie trasa podróży.

Jazda bez naklejonej na szybę winiety ciągnie za sobą grube ryzyko. Kary za zapomnienie czy też próbę wymigania się od płacenia dochodzą do 16-17 tys. zł. Dlatego lepiej pamiętać o dodatkowych kosztach, albo zaplanować trasę: np. Niemcy, Holandia, Belgia, Luksemburg, czyli przez państwa, w których korzystanie z dróg i autostrad jest z reguły bezpłatne. Wyjątki tworzą tu tylko tunele. Jednak nie wszędzie w Europie przejazd tunelem wymaga opłat. Najdłuższy na świecie samochodowy korytarz, łączący norweskie miejscowości Lardal i Aurland, mierzy ponad 24,5 km. Przejazd tym tunelem, pozwalający oszczędzić mnóstwo czasu, nie kosztuje nic ponad cenę spalonego paliwa.

Fundusze zagraniczne Quercus TFI najlepsze wśród polskich funduszy inwestujących w Turcji i Rosji

Fundusze QUERCUS Rosja i QUERCUS Turcja uplasowały się na czołowych pozycjach najlepszych polskich funduszy inwestujących w Turcji i Rosji. QUERCUS Rosja z roczną stopą zwrotu na poziomie 16,8% został uznany za najbardziej skuteczny wśród polskich funduszy. W rankingu Analizy.pl QUERCUS Rosja i QUERCUS Turcja za ostatnie 12 miesięcy wyprzedziły Investor Rosja (6,2%).

Fundusz Stopa zwrotu po 12 miesiącach
QUERCUS Rosja 16,8%
QUERCUS Turcja 6,8%
Investor Rosja 6,2%

 

Z kolei w okresie pierwszych 6 miesięcy br. najwyższą stopę zwrotu osiągnął fundusz QUERCUS Turcja (20,7%), który pokonał Arka BZ WBK Akcji Tureckich (15,8%) oraz Investor Turcja (14,9%).QUERCUS Turcja

Oceniając działalność funduszy w okresie ostatnich 12 miesięcy i 6 miesięcy br., analitycy Analizy Online brali pod uwagę polskie fundusze TFI realizujące politykę inwestycyjną na rynkach Turcji i Rosji.

Źródło: Analizy Online

‎https://www.analizy.pl/fundusze/fundusze-inwestycyjne/notowania/firma/–/produkt/–/grupa/AKZ_TU/nazwa/–/typ-jednostki/podstawowe/typ/for_date/data/2017-06-30/limit/30/strona/1/sort/1/sort_dir/ASC/

Wyłamanie na złocie

Pierwszy dzień handlu po powrocie amerykańskich inwestorów przebiegał w spokojnej atmosferze. Zmiany na rynku walutowym były na koniec dnia niewielkie i dolar tracił na sile. Spadały ceny ropy.


Widowiskowa seria wzrostów na rynku ropy dobiegła końca. W środę ceny tego surowca spadały na giełdach o około 3%. Zmiany na koniec dnia na rynku walutowym były kosmetyczne. Inwestorzy wyczekiwali wczoraj na raport z ostatniego posiedzenia Fed. Wynika z niego, iż członkowie Fed byli mocno podzieleni co do tego, jak dalej będzie rozwijać się sytuacja dotycząca inflacji. Prezes Janet Yellen uważa, iż ostatni spadek inflacji jest sytuacją jedynie przejściową.

W Polsce również zajmowano się wczoraj tematyką monetarną. Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Prezes NBP, Adam Glapiński, stwierdził, iż „z ogromnym prawdopodobieństwem w 2018 r. także stopy procentowe nie ulegną zmianie”. Dziś na inwestorów czeka raport z ostatniego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego oraz dane z amerykańskiego rynku pracy, w postaci raportu ADP. Oczekuje się, iż wykaże spadek do wartości 185 000.

Wyłamanie na złocie 9

Na wykresie złota doszło do wybicia dołem, poniżej linii wzrostowej. Stało się to po odbiciu od górnej linii kanału spadkowego, co nadaje sprawie jeszcze bardziej negatywnego wydźwięku. Byków mógłby teraz uratować już tylko szybki powrót ponad 1265$. Inaczej czekają nas spadki, z docelowym poziomem nawet na 1160$. Wskaźnik RSI potwierdza negatywne nastroje.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

TAURON wyemitował euroobligacje o wartości 500 milionów euro

TAURON Polska Energia wyemitował euroobligacje o łącznej wartości nominalnej 500 milionów euro z termin wykupu 10 lat od dnia ich emisji. Środki uzyskane z emisji euroobligacji zostaną przeznaczone na zrefinansowanie kosztów budowy i nabycia farm wiatrowych przez jedną ze spółek Grupy, finansowanie inwestycji Grupy w segment dystrybucji i ogólne cele korporacyjne. Obligacje będą notowane na London Stock Exchange.

– Oferta euroobligacji TAURONA cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród inwestorów europejskich i krajowych, o czym świadczy prawie trzykrotna nadsubskrypcja emisji. Pozyskanie finansowania z emisji euroobligacji to jedno z działań prowadzonych przez Grupę TAURON w ramach realizowanej polityki finansowania. Celem jest zapewnienie środków finansowych dla prowadzenia działalności Grupy, dywersyfikacja źródeł finansowania oraz wydłużenie średnioważonego terminu zapadalności długu. Przeprowadzenie emisji ma na celu optymalizowanie zarządzania długiem Grupy TAURON i nie stanowi dodatkowego zadłużenia w stosunku do założeń przyjętych w Strategii Grupy TAURON opublikowanej we wrześniu 2016 r. – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia – Takie działania powinny się przełożyć na pozytywne postrzeganie TAURON zarówno przez agencję ratingową, jak i inne instytucje finansowe.

Grupa TAURON utrzymuje wskaźnik dług netto/EBITDA na bezpiecznym poziomie. Po pierwszym kwartale 2017 r. wartość wskaźnika wyniosła 2,31x. Zamierzeniem Grupy TAURON jest utrzymanie wskaźnika na poziomie nie wyższym niż 3,0 tj. i tak istotnie poniżej jego dopuszczonej umowami finansowania wielkości określonej jako 3,5.

Pod koniec ubiegłego roku agencja ratingowa Fitch zmieniła perspektywę dla TAURON na stabilną, a jednym z czynników wpływających na zmianę perspektywy była pozytywna ocena działań podejmowanych w ramach polityki finansowania.

 – Emisja euroobligacji to kolejny dowód potwierdzający atrakcyjność Grupy TAURON dla inwestorów – przypomnieć należy, że w 2014 r. TAURON z sukcesem uplasował emisję obligacji na rynku krajowym o wartości 1,75 mld zł a w roku 2015 przeprowadzona została emisja tzw. NSV wśród inwestorów zagranicznych o wartości 168 mln EUR. Wspomnieć również należy, że w roku 2015 TAURON zawarł z bankami komercyjnymi 5-letni program emisji obligacji na kwotę 6,27 mld zł, który w czerwcu br. został wydłużony w kwocie 5,32 mld zł o jeden rok i w kwocie 2,45 mld zł o dwa lata. – mówi Marek Wadowski, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia ds. finansów.

Spółka ubiega się o dopuszczenie obligacji do obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Londynie (London Stock Exchange).

Euroobligacje zostały objęte przez ponad trzydziestu inwestorów. Niemal połowa oferty trafiła do inwestorów z Wielkiej Brytanii, 14 proc. do inwestorów z Niemiec, a 11 proc. objęły podmioty krajowe. Podział emisji w zależności od typu inwestora kształtuje się następująco: 83 proc. emisji nabyły podmioty zarządzające aktywami, 12 proc. ubezpieczyciele i fundusze emerytalne, a pozostałą część oferty objęły głównie banki.

W ramach 5-dniowego roadshow odbyły się spotkania i telekonferencje z ok. 80 inwestorami zainteresowanymi uczestnictwem w emisji. Przedstawiciele TAURON odwiedzili kolejno Amsterdam, Frankfurt, Monachium, Londyn, Paryż i Warszawę, co ostatecznie przełożyło się na łączny popyt na obligacje TAURON przekraczający 1,4 mld EUR w ramach ofert złożonych przez ponad 100 inwestorów.

Agencja ratingowa Fitch nadała euroobligacjom TAURON wstępny rating na poziomie „BBB”.

Ochrona danych osobowych w dobie komunikacji elektronicznej

Ochrona danych osobowych jest obecnie koniecznością, którą wywołują dwa zjawiska. Jednym z nich jest zagrożenie cyberprzestępczością. Od ubiegłego roku obserwuje się wzrost liczby ataków hakerskich. Drogą elektroniczną można więc ukraść tożsamość, a w konsekwencji pieniądze. Instytucjom narażonym na takie ataki grozi przede wszystkim utrata reputacji. Drugim powodem, dla którego wymagana jest ochrona danych osobowych, to nowe przepisy, które wejdą w życie od przyszłego roku. Chodzi o unijne rozporządzenie (RODO), które w radykalny sposób nakłada na przedsiębiorców obowiązek odpowiedniej ochrony i zarządzania danymi, którymi dysponują.

– Komunikacja elektroniczna zaczyna dominować we wszelkich relacjach – prywatnych i biznesowych – gdzie przy wykorzystaniu platform następuje wymiana wielu informacji i załatwianie transakcji – powiedział serwisowi eNewsroom, Andrzej Maciążek, wiceprezes Polskiej Izby Ubezpieczeń – Waga zabezpieczenia wiedzy o tej komunikacji, ludziach, ich upodobaniach i majątku jest nie do przecenienia. Fizyczne zagrożenia, które nazywa się cyberatakami oraz reguły prawa, nakazujące ochronę danych pozyskanych od klientów sprawiają, że wszystkie procedury przedsiębiorstwa w działalności gospodarczej, finansowej czy biznesowej, należy sprawdzić. Muszą być dostosowane do wymogów nowego prawa. W czasach, kiedy opieramy się na platformach cyfrowych, regulacje muszą zapewnić bezpieczeństwo ich użytkownikom. To wyzwanie dla wszystkich. Branża ubezpieczeniowa, tak jak inne sektory rynku kapitałowo-finansowego robią bardzo dużo, aby powyższe procedury były przygotowane na czas. Wszystkie działające w nich podmioty decydują się wykorzystywać komunikację elektroniczną do działań biznesowych, co ułatwia kontakt klientów i instytucji. Dlatego przygotowanie odpowiednich procedur jest poważnym zadaniem rynków finansowych, ale i całej gospodarki – podsumował Maciążek.

Fed i RPP wierne dotychczasowej strategii

Minutki FOMC wstępnie zostały odebrane nieco jastrzębio, ale ostatecznie dolar łapie oddech po dobrej pierwszej połowie tygodnia. Uwaga pozostaje na danych makro z USA, które nadadzą kierunek. Tymczasem pasywna RPP zdaje się (jeszcze) nie szkodzić złotemu.

Rynki odebrały zapiski z czerwcowego posiedzenia FOMC jako lekko jastrzębie, przez co rentowności amerykańskich obligacji oraz USD/JPY ruszyły wyżej, a raczej podtrzymały generalnie pozytywny klimat z całej środowej sesji. Decydenci z Fed utrzymują pozytywny język przy opisywaniu inflacji i ostatnią słabość zrzucają na karb czynników jednorazowych. Jednocześnie członkowie FOMC nie mogą dojść do porozumienia w kwestii rozpoczęcia procesu redukcji sumy bilansowej. Dla części optymalne byłoby „najbliższe kilka miesięcy”, a dla innych „późniejszy term w tym roku”. Pierwsze wskazywałoby na lipiec, ale szanse na to są minimalne chociażby z tego powodu, że okres wakacyjny przynosi zbyt małą liczbę wystąpień przedstawicieli Fed, którzy mogliby „zapowiedzieć” decyzję. Ogólnie jednak protokół podtrzymuje oczekiwania, że redukcja bilansu jest w planie na ten rok i prawdopodobnie zostanie ogłoszona we wrześniu, poprzedzając kolejną podwyżkę w grudniu. Jednak strategia ta balansuje na krawędzi i może zostać jeszcze zmieniona (przynajmniej kwestia podwyżki), dlatego rynek nisko (55 proc.) utrzymuje wycenę wzrostu stopy rezerw federalnych do końca roku. Pomimo tego zachowanie dolara (i rentowności długu) w tym tygodniu pokazało, że inwestorzy mogli się zapędzić w pesymistycznej ocenie kondycji gospodarki USA i to daje USD pole do dalszego odbicia, jeśli dane makro będą zaskakiwać pozytywnie. Dziś w kalendarzu mamy ISM dla sektora usługowego i raport ADP. Przed miesiącem ADP kompletnie nie sprawdził się w przewidywaniu zmiany zatrudnienia w raporcie rządowym (rozjazd aż o 106 tys.), więc dziś rynek raczej skupi się na ISM i komponencie dotyczącym rynku pracy.

Temat, który się utrzymuje w tym tygodniu, to rajd rentowności obligacji USA. USD nie korzysta z tego jeszcze w pełni, choć największym beneficjentem tego zjawiska pozostaje USD/JPY, który wciąż ma sporo miejsca do wzrostów (114,30). EUR/USD nie może sobie poradzić z 1,13, gdyż inwestorzy nie chcą zrezygnować z jastrzębiego poglądu względem ECB. Jednak wczoraj Coeure z ECB przypomniał, że „Rada ECB nie dyskutuje teraz o zmianach w polityce” i naszym zdaniem euro stoi u progu większej korekty. Jeśli rajd rentowności USA utrzyma się dłużej, pod większym ryzykiem znajdą się AUD/USD i GBP/USD. Pierwszy przez rozdźwięk banków centralnych (brak jastrzębiego zwrotu w RBA), a pewnym dowodem tego jest, że dziś w nocy lepsze dane o bilansie handlowym Australii niewiele zmieniły na FX. W przypadku GBP rynek przejawia generalną chęć do budowy długoterminowych pozycji na sprzedaż funta, która tylko szuka katalizatora.

Rada Polityki Pieniężnej we wczorajszej decyzji niewiele odeszła od swojego dotychczasowego nastawienia – przekaz w dalszym ciągu wskazuje, że stopy procentowe prawdopodobnie nie zostaną zmienione do końca 2018 r., ale zasugerowano, że wcześniej może pojawić się dyskusja na ten temat, a nawet pierwsze wnioski o podwyżkę w drugiej połowie przyszłego roku. Rada nie widzi powodu do wcześniejszej reakcji, gdyż ryzyka dla PKB i CPI pozostają zrównoważone. W efekcie złoty nie ma co szukać nowych impulsów w sygnałach z NBP, a jeśli już to pasywa polityka RPP będzie z czasem silnie polaryzować ze zmianami w Fed i ECB, nasilając presję na osłabienie złotego do dolara i euro. Na razie EUR/PLN rozgrywa przedział 4,22-4,25, gdzie preferujemy taktyczne długie pozycje bliżej dolnego ograniczenia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coface zaktualizował oceny ryzyka 11 krajów. Oceny Rosji i Hiszpanii podwyższone

Firma Coface opublikowała kwartalne oceny 13 sektorów w 24 krajach generujących prawie 85 proc. światowego PKB. Wyznacza również oceny ryzyka krajowego dla 160 państw.

W Europie przyśpieszenie, czego dowodem są podwyższenia ocen wielu krajów

Sprzeczne sygnały napływające z gospodarki USA (A2, ryzyko niskie) i brak jasności co do pakietu budżetowych środków stymulacyjnych nakazują zachowanie ostrożności. Mimo poprawy PKB w pierwszym kwartale 2017 roku (wzrost z 0,7 proc. do 1,2 proc.) i najniższej stopy bezrobocia od prawie 16 lat, konsumpcja gospodarstw domowych nadal słabnie. Biorąc pod uwagę oczekiwaną podwyżkę stóp procentowych, można się spodziewać spowolnienia akcji kredytowej.

W ożywionym amerykańskim sektorze energetycznym poziom ryzyka podniesiono do „bardzo wysoki”. W wyniku rozluźnienia regulacji nadal będziemy mieć do czynienia ze wzrostem wydobycia ropy naftowej i rozwojem usług dystrybucyjnych w tej branży.

W dobrej sytuacji znajduje się strefa euro – warunki finansowe są korzystne, inwestycje mogą liczyć na wsparcie, rośnie zaufanie do korporacji i ich przedsięwzięć. Liczba niewypłacalności firm maleje w prawie wszystkich krajach. Wyjątkiem są Wielka Brytania (osłabiona spadkiem konsumpcji) i Belgia (czwarty największy partner handlowy strefy euro). W roku 2017, w tych dwóch państwach upadłości przedsiębiorstw prawdopodobnie wzrosną – odpowiednio o +9 proc. i +5 proc.(według prognoz Coface).

Coface podnosi ocenę Hiszpanii (gdzie wzrost gospodarczy i handel zagraniczny charakteryzują się szczególną dynamiką) do A2 i Portugalii (która właśnie przestała borykać się z procedurą nadmiernego deficytu wszczętą przez Komisję Europejską) do A3.

Pozytywne trendy daje się zaobserwować w wielu sektorach. W przemyśle rolno- spożywczym, zarówno w całej Europie Zachodniej, jak i we Francji, ocenia się go obecnie na poziomie „ryzyka średniego”. Jest to wynikiem rosnących cen surowców oraz zakończenia fatalnych warunków klimatycznych dla upraw. Przemysł metalowy w Niemczech sklasyfikowano jako „ryzyko średnie” ze względu na stabilizację cen i pozytywny rozwój sytuacji na najważniejszych rynkach. Sektor motoryzacyjny we Włoszech oceniany jest obecnie jako sektor „niskiego ryzyka”.

Europa Środkowo-Wschodnia wciąż otrzymuje coraz lepsze oceny. W ramach obecnej oceny sektor farmaceutyczny sklasyfikowano na poziomie „ryzyka niskiego” ze względu na wzrost popytu wewnętrznego i zewnętrznego. Poprawiła się też klasyfikacja sektora energetycznego („ryzyko średnie”) – zarówno na poziomie regionalnym, jak i w Polsce. Pozytywny wpływ na sytuację w tym sektorze wywierają: rentowność koncernów paliwowych i oczekiwany wzrost popytu. Dzięki nowym inwestycjom infrastrukturalnym i ożywieniu w sektorze motoryzacyjnym przemysł metalowy – na poziomie regionalnym i w Polsce – Coface ocenił na poziomie „ryzyka średniego”.

Niejednolite wyniki gospodarek wschodzących – np. Rosji, Chin i Indii

W Rosji obserwujemy lekkie ożywienie. Ocenę tego kraju podnieśliśmy do poziomu B. Rosną inwestycje i produkcja przemysłowa, a sprzedaż detaliczna przestała spadać w związku z ograniczonym poziomem inflacji (około 4 proc.). Poprawiły się wyniki w zakresie sprzedaży samochodów (+11 proc. w roku 2017), dzięki czemu ocena sektora przeszła z poziomu „ryzyka bardzo wysokiego” na „ryzyko wysokie”. Wydaje się, że największe korzyści z ożywienia gospodarczego w Rosji (a także z funduszy Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju) czerpie Uzbekistan (ocena C). Nie bez znaczenia jest tu również zmniejszenie politycznej niepewności.

W azjatyckich gospodarkach wschodzących sytuacja nie jest jednoznaczna. Np. w Chinach (poziom obniżony do B w czerwcu 2016 r. – „ryzyko znaczne”) wskaźniki znów są czerwone. Chińska gospodarka zwalnia przy jednoczesnym wzroście ryzyka niewypłacalności firm – głównie ze względu na surowsze warunki kredytowania. Coface obniżył ocenę przemysłu motoryzacyjnego do poziomu „ryzyko wysokie” (na poziomie regionalnym i w Chinach) w związku z drastycznymi mechanizmami kontroli silników spalinowych w pojazdach.  Niemniej jednak pomimo spadku sprzedaży w sektorze motoryzacyjnym branża detaliczna korzysta na rosnącym popycie i dlatego nastąpiła zmiana jej klasyfikacji na „ryzyko niskie”. W Indiach klasyfikacja sektora rolno spożywczego na poziomie „ryzyka średniego” wynika z warunków klimatycznych, które wróciły do stanu normalnego.

Coraz większe ryzyko na Bliskim Wschodzie i w Afryce

Bliski Wschód i Afryka to obszary, których oceny na przestrzeni lat 2014-2015 pogorszyły się najbardziej. Wiąże się to z rosnącym napięciem politycznym oraz spadającymi cenami ropy naftowej i gazu. W tym kwartale Coface obniżył oceny kilku państw: Kataru (obecnie A4) – tu sytuacja gospodarcza i finansowa może się pogorszyć z powodu niedawnych decyzji podjętych przez inne państwa Zatoki Perskiej; Bahrajnu (obecnie C) – który stoi w obliczu wysokiego deficytu budżetowego i nadmiernego zadłużenia; Namibii (obecnie B) – gdzie notujemy słabe prognozy na bieżący rok (mimo ożywienia w sektorze wydobywczym); Mauritiusu (obecnie A4) – który otrzymał niższe oceny w międzynarodowych porównaniach  odnoszących się do środowiska biznesowego.

Poza tym w regionie rośnie ryzyko po stronie sektorowej. Widać to po obniżeniu oceny sektora farmaceutycznego do „ryzyka średniego” w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej, z powodu cięć w wydatkach publicznych.Coface zaktualizował oceny ryzyka krajów i sektorów

Oceny ryzyka krajów prowadzone przez Coface obejmują 160 państw i przyznawane są według 8-stopniowej skali w porządku rosnącym: A1 (ryzyko bardzo niskie), A2 (ryzyko niskie), A3 (ryzyko do przyjęcia), A4 (ryzyko raczej do przyjęcia), B (ryzyko znaczne), C (ryzyko wysokie), D (ryzyko bardzo wysokie), E (ryzyko ekstremalne).

Oceny ryzyka sektorowego (13 sektorów w 6 regionach geograficznych i 24 krajach generujących prawie 85 proc. światowego PKB) podaje się na skali 4-stopniowej: ryzyko niskie, ryzyko średnie, ryzyko wysokie i ryzyko bardzo wysokie.

Beton wraca do łask. Z materiału inżynierskiego awansował do środka artystycznego wyrazu

Beton wraca do łask. Z materiału inżynierskiego awansował do środka artystycznego wyrazu 10

Wróciła moda na beton. Architektura współczesna docenia walory estetyczne tego surowca. Dobrym tego przykładem jest gdańskie Muzeum II Wojny Światowej, które jeszcze przed otwarciem zostało okrzyknięte jedną z ikon polskiej architektury. Projektanci i wykonawcy inwestycji wykorzystali beton zarówno od strony estetycznej, jak i technicznej – w trakcie budowy po raz pierwszy w Polsce zastosowano technikę podwodnego betonowania. Obie strony podkreślają, że przy tak wymagających projektach potrzebna jest współpraca już na początkowym etapie.

Współpraca między architektem a firmą oferującą rozwiązanie architektoniczne powinna się opierać na idei nazwanej „archineering”, czyli inżynierowie w służbie architektury i architekta. Ich zadaniem jest przekuć wizję architekta na swoje rozwiązania. Producenci powinni się inspirować pracą architektów, ich wizjami i przewidywaniami dotyczącymi tego, co wydarzy się w budownictwie i  architekturze w najbliższych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stella Szarmach, specjalista ds. rozwoju konstrukcji budowlanych i zrównoważonego budownictwa w Lafarge w Polsce, lidera rozwiązań rynku budowlanego.

Modelowym przykładem udanej współpracy inżynierów i architektów jest gdańskie Muzeum II Wojny Światowej, gdzie Lafarge wykonało pierwsze w Polsce betonowanie podwodne. Nowoczesny, przykuwający uwagę gmach znajduje się w historycznym centrum miasta. Wewnątrz mieści ekspozycję, która zajmuje blisko 5 tys. mkw. To obecnie jedno z największych w Polsce muzeów historycznych, wybudowane kosztem blisko 450 mln zł. Jeszcze przed otwarciem gmach Muzeum II Wojny Światowej został zaliczony w poczet ikon polskiej architektury.

Chcieliśmy nadać temu obiektowi spektakularny wymiar. Prace konkursowe nawiązywały w większości do wydarzeń i elementów z czasów wojny, pojawiały się gąsienice czołgowe, zasieki i bunkry. Staraliśmy się uniknąć takiej dosłowności, dlatego stworzyliśmy nagą, prostą formę, która nie budzi dosłownych skojarzeń. Każdy ma prawo do własnych interpretacji. Ten budynek z każdej strony wygląda inaczej i budzi różne emocje – mówi Jacek Droszcz, architekt z gdańskiego studia Kwadrat, które wygrało konkurs na projekt siedziby Muzeum II Wojny Światowej.

Jędrzej Zdziechowski z firmy Lafarge, jednego z wykonawców inwestycji, dodaje, że dzięki nietypowej bryle muzeum jego interpretacja jest uzależniona od odbiorcy. To stanowi właśnie siłę współczesnej architektury.

Nie musimy dokładnie odczytywać tego, co chciał architekt. Możemy się wczuć w tę architekturę i wziąć z niej to, co chcemy. Konstrukcja jest jednocześnie elementem nośnym i artystycznym. Nie „pudrujemy” tej konstrukcji, poprzez jej wygląd chcemy nadać całemu obiektowi charakter. Wielu architektów zaczyna iść w tym kierunku, stawiać na wieloznaczność. Widać, że architekci chcą przekazać swoją wizję w taki sposób, aby odbiorca mógł odpowiednio ją sobie zinterpretować – mówi Jędrzej Zdziechowski, kierownik ds. rozwoju konstrukcji budowlanych i zrównoważonego budownictwa Lafarge w Polsce.

Wystawa główna Muzeum II Wojny Światowej znajduje się 14 metrów pod ziemią. Projektanci gmachu podkreślają, że zaprojektowanie i realizacja tej inwestycji były wymagającym przedsięwzięciem, ponieważ obiekt znajduje się na terenach delty Wisły, w sąsiedztwie Kanału Raduni. To grunty o wysokiej infiltracji wody, na dodatek w bliskim sąsiedztwie istniejącej zabudowy.

Prawie 14 metrów pod powierzchnią ziemi, kilka tysięcy metrów kwadratowych schowanych pod ziemią, a poziom wody gruntowej jest bardzo wysoki. Trzeba było ten budynek zakotwiczyć do podłoża. Zostało to zrobione przy użyciu tzw. korka betonowego, czyli trzymetrowej grubości płyty pod całą posadzką obiektu. Wykonaliśmy to techniką podwodnego betonowania, pomagaliśmy w tym przedsięwzięciu od strony inżynierskiej. To było pierwsze w Polsce betonowanie podwodne – mówi Jędrzej Zdziechowski.

Zejście pod ziemię w środowisku tak agresywnym, mając do czynienia z bliskim sąsiedztwem Kanału Raduni i Motławy, z wysoko podniesionym poziomem wody, było bardzo odważne i trochę ryzykowne. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że podejmujemy poważne wyzwanie. Jak okazało się w praktyce, nie jest to tak wielki problem, świat czerpie już doświadczenia z podobnych rozwiązań – dodaje Jacek Droszcz.

W trakcie betonowania podwodnego, które zajęło wykonawcy ponad tydzień, za pomocą specjalnych pomp wtłoczono pod wodę blisko 26 tys. metrów sześciennych betonu, a cała operacja została precyzyjnie przeprowadzona przy pomocy płetwonurków. Architekt z gdańskiego studia Kwadrat zauważa, że zastosowanie technologii betonowej oraz betonu jako głównego materiału w konstrukcji gmachu było oczywiste od początku nie tylko ze względów konstrukcyjnych, lecz także estetycznych.

Dzięki technologii betonowej mogliśmy uzyskać budynek o niezwykłej ekspresji. Robi wrażenie, jakby lewitował w powietrzu, w nienaturalny sposób zawieszony w przestrzeni. To właśnie żelbet i wykorzystanie betonu dały nam takie możliwości. Nie wyobrażam sobie współczesnej architektury bez betonu, to jest nieprawdopodobna zdobycz cywilizacyjna. Dawniej budowano głównie z cegły. My stwierdziliśmy, że musimy użyć materiału współczesnego. To jest wręcz nasz obowiązek jako architektów mówić językiem współczesnej architektury i używać współczesnych materiałów – wyjaśnia Jacek Droszcz.

Stella Szarmach z Lafarge podkreśla, że coraz częściej beton jest w architekturze wykorzystywany nie tylko jako materiał inżynierski, lecz także środek artystycznego wyrazu, który pozwala i zrealizować określoną wizję. Ten trend coraz silniej odbija się w architekturze.

– Beton architektoniczny, czyli ten o walorach estetycznych, pozwala przemawiać artystycznie bryle, którą tworzą architekci. To jest trend, któremu powinniśmy poświęcić najwięcej uwagi. Współpraca z architektem powinna się rozpocząć, gdy architekt tworzy swoją wizję, tak aby wiedział z jakiej palety możliwości i z jakich rozwiązań może skorzystać, urzeczywistniając swoją koncepcję – mówi Stella Szarmach.

Od lipca dostawcy internetu muszą blokować dostęp do nielegalnych stron z hazardem. W praktyce wiele z nich nadal jest dostępnych

Od lipca dostawcy internetu muszą blokować dostęp do nielegalnych stron z hazardem. W praktyce wiele z nich nadal jest dostępnych 11

Na początku lipca weszły w życie przepisy, które mają wyeliminować nielegalny hazard w internecie. Ministerstwo Finansów prowadzi rejestr domen hazardowych, zakładów bukmacherskich i kasyn online działających niezgodnie z nową ustawą. Dostawcy internetu muszą całkowicie zablokować do nich dostęp, a operatorzy płatności – uniemożliwiać przeprowadzanie transakcji na ich rzecz. W praktyce jednak dostęp do wielu takich stron nadal pozostaje otwarty.

– Nowa ustawa hazardowa wprowadziła trzy kluczowe zmiany. Dwie dotyczą blokowania adresów IP i blokowania płatności na rzecz nielegalnych operatorów. Trzecia zmiana umożliwia legalnym operatorom sprzedaż zakładów na wydarzenia wirtualne. Powinno to unormować sytuację na rynku bukmacherskim, który do dziś był zdominowany przez operatorów offshore, zlokalizowanych poza granicami Polski, oferujących swoje usługi – zarówno zakłady bukmacherskie, jak i usługi kasynowe – bez zezwolenia ministra finansów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek SA.

Nowelizacja ustawy hazardowej – uchwalona i podpisana przez prezydenta w grudniu 2016 roku – ma ograniczyć szarą strefę i chronić graczy, a przy tym zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Resort finansów liczy na to, że dzięki zmianie przepisów wpływy mogą się zwiększyć o około 1,5 mld zł rocznie.

Większość zapisów znowelizowanej ustawy hazardowej weszła w życie z początkiem kwietnia. Trzy miesiące później, 1 lipca, zaczęły obowiązywać pozostałe jej przepisy, które dotyczą blokowania dostępu do domen hazardowych zarejestrowanych poza Polską, nielegalnych bukmacherów i kasyn działających online. Od tego momentu dostawcy internetu pod karą grzywny do 250 tys. zł mają obowiązek blokowania takich stron w sieci.

Blokada następuje w oparciu o ogólnodostępny rejestr nielegalnych serwisów hazardowych, który prowadzi Ministerstwo Finansów (Rejestr Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnych z Ustawą). W tej chwili figuruje w nim 488 takich domen.

– Lista rośnie codziennie, natomiast nie do końca działa. Mimo że minął już 1 lipca, nadal można wchodzić na niektóre serwisy i nie wyskakuje lista nielegalnych podmiotów, na którą gracz powinien być automatycznie przekierowany. Nie wszystko jeszcze działa, ale zakładam, że to „problemy wieku dziecięcego” – ocenia Adam Lamentowicz.

W teorii gracz, który wejdzie na nielegalną stronę z hazardem, powinien zostać z automatu przekierowany do rejestru zakazanych domen Ministerstwa Finansów, zobaczyć komunikat o blokadzie oraz powiadomienie o tym, że uczestnictwo w grze wiąże się z ryzykiem karno-skarbowym. W praktyce dostęp do bardzo wielu zakazanych domen jest wciąż otwarty.

Przepisy, które weszły w życie z początkiem lipca, dotyczą też operatorów płatności. Pod groźbą kary finansowej muszą oni zablokować możliwość dokonywania transakcji na rzecz nielegalnych domen hazardowych (w ciągu 30 dni od wpisania ich do rejestru MF). Prezes Totolotka ocenia, że to powinno ostatecznie zniechęcić graczy do korzystania z nielegalnej oferty hazardowej w internecie.

– Doświadczenia innych rynków europejskich pokazują, że blokowanie adresów IP nie jest do końca skuteczne. Są różne możliwości obejścia tych blokad poprzez oszukiwanie systemu, z jakiego IP się logujemy. Blokowanie płatności to już inna kwestia – gracz poza poszukiwaniem emocji i adrenaliny przychodzi na takie strony dla pieniędzy. Jeżeli będzie miał problem z ich wypłatą, zakładamy, że skieruje swoje kroki w stronę legalnej oferty – mówi Adam Lamentowicz.

Nowelizacja ustawy hazardowej ma sprawić, że gracze będą korzystać tylko z legalnej oferty. Do tej pory nielegalne zakłady bukmacherskie online stanowiły ok. 90 proc. rynku. Prowadzą je na ogół  zagraniczne firmy (często rejestrowane w rajach podatkowych), które płacą podatki poza Polską i nie podlegają polskiej jurysdykcji. Zmiana przepisów ma uregulować ten rynek, zarówno od strony finansowej, jak i prawnej oraz wyeliminować nielegalny hazard w sieci.

– Wartość rynku bukmacherskiego w Polsce jest szacowana na ponad 5 mld zł, z czego około 4 mld zł generowane było przez branżę offshore (firmy zagraniczne). Powodowało to olbrzymie straty dla budżetu państwa, a dla nas bardzo trudną konkurencję z nielegalnymi podmiotami, które nie płaciły podatku od gier. Ten jest w Polsce jednym z najwyższych w UE i na całym świecie [12 proc. od obrotu – red.]. Teraz sytuacja powinna się unormować – prognozuje Adam Lamentowicz.

Zgodnie z nowymi przepisami podmioty, które mają licencję w innym kraju UE, muszą aplikować o zezwolenie w Polsce i uzyskać akcept polskiego Ministerstwa Finansów, żeby móc działać na tutejszym rynku.

– Nie spodziewam się, że teraz na rynku pojawi się bardzo dużo operatorów, którzy do tej byli w szarej strefie. Część z nich zniknie, część będzie próbowała oferować swoje usługi dla tych 20–30 proc. graczy, którzy zdecydują się ryzykować. Zakładam jednak, że większość z nich po prostu przestanie kierować swoją ofertę do polskiego gracza – ocenia prezes Totolotka.

Podmioty, które uważają, że niesłusznie trafiły do rejestru domen zakazanych Ministerstwa Finansów, mogą w ciągu dwóch miesięcy odwołać się od tej decyzji, a w razie kolejnej odmowy – wystąpić na ścieżkę sądową. W Polsce operuje w tej chwili siedem podmiotów, które legalnie prowadzą zakłady bukmacherskie przez internet. Poza Totolotkiem na krótkiej liście są również Milenium Zakłady Bukmacherskie, Fortuna Online, E-TOTO, forBET, Star – Typ Sport oraz LV BET.

System viaTOLL działa w Polsce 6 lat. Na modernizację i budowę dróg trafiło ponad 8 mld zł

System viaTOLL działa w Polsce 6 lat. Na modernizację i budowę dróg trafiło ponad 8 mld zł 12

Ponad 8 mld zł wpłynęło w ciągu ostatnich 6 lat do Krajowego Funduszu Drogowego na modernizację i budowę dróg z elektronicznego systemu poboru opłat drogowych. Dziennie viaTOLL dokładał do KFD 4–5 mln zł. Dodatkowo gromadzone w nim informacje pozwalają zmniejszyć szarą strefę, m.in. poprzez monitorowanie przewozu towarów niebezpiecznych czy podlegających obowiązkom akcyzowym. Elektroniczny system poboru opłat ułatwia też podróże autostradami kierowcom aut osobowych.

– Sześć lat systemu viaTOLL to przede wszystkim 8,1 mld zł, które wpłynęły do Krajowego Funduszu Drogowego. Podstawowe wartości tego systemu to szczelność i równość wszystkich użytkowników wobec obowiązków. Nie można uciec od opłaty, co w konsekwencji poprawia konkurencyjność podmiotów, które uczestniczą w transporcie drogowym. To podstawowe sukcesy, nie tylko finansowe, lecz także mentalne po sześciu latach działania tego systemu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Średnio dziennie do KFD trafia 4–5 mln zł. Najwięcej zysków przynosi autostrada A4 na odcinku zarządzanym przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Tylko od grudnia 2016 do maja 2017 przyniosła ponad 221 mln zł.

Obecnie w systemie zarejestrowanych jest ponad milion pojazdów, wśród nich przeważają Polacy (60 proc. użytkowników i 85 proc. wszystkich przychodów), za nimi są Niemcy i Litwini. Jak wskazuje Marek Cywiński, środki, które trafiają na modernizację i budowę dróg, to nie są jedyne korzyści, jakie system przynosi Skarbowi Państwa.

– System to również miliardy informacji gromadzonych w naszym centralnym systemie, które pozwalają na monitorowanie przewozu towarów niebezpiecznych czy podlegających obowiązkom akcyzowym. Dane pozwalają na zmniejszenie szarej strefy, prowadzą do zmniejszenia przestępczości związanej z wyłudzaniem VAT. Tego typu informacje w coraz większym stopniu są wykorzystywane przez właściwe służby do zmniejszenia skali oszustw podatkowych – przekonuje dyrektor Kapsch Telematic Services.

System to także ułatwienie dla samych kierowców. Zastąpił karty opłaty drogowej. Kierowcy pojazdów o masie powyżej 3,5 ton mają obowiązek zainstalowania urządzenia viaBOX, które pozwala płacić za przejazd zarówno na płatnych drogach krajowych, jak i na autostradach, bez konieczności zatrzymywania się. Obecnie zarejestrowanych w systemie jest 960 tys. pojazdów.

Równolegle rozwijany jest system viaAUTO, który umożliwia samochodom osobowym przejazd autostradami zarządzanymi przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Obecnie w takie rozwiązanie wyposażonych jest ok. 75 tys. pojazdów.

 To system typu multi-lane free flow, w odróżnieniu od systemów, które wymagają zatrzymania zarówno ciężarówek, jak i osobówek. Jednocześnie można elastycznie zmieniać opłaty w zależności od pory dnia czy pory tygodnia i w ten sposób sterować popytem i podażą na przejazd. W konsekwencji rozwiązanie jest o wiele bardziej elastyczne i daje większe możliwości niż w przypadku pozwoleń czasowych, czyli winiet, o których często się w Polsce dyskutuje, nie bardzo rozumiejąc różnicę pomiędzy systemami poboru opłat dla samochodów ciężarowych a samochodów osobowych – tłumaczy Cywiński.

Jak podkreśla, obowiązujący na drogach krajowych, ekspresowych i autostradach zarządzanych przez GDDKiA system spełnia także zasadę „zanieczyszczający płaci”. Do jej stosowania wzywa Unia Europejska w związku z rosnącymi zanieczyszczeniami i mniejszymi nakładami publicznymi na utrzymanie dróg, aby zapewnić bardziej zrównoważony transport i finansowanie infrastruktury.

– To rozwiązanie lepsze niż to, w którym płaci się za samo pozwolenie czasowe i możliwość skorzystania. Polska jest jednym z nielicznych krajów, który ma system poboru opłat dostosowany do tych wymogów UE – podkreśla Marek Cywiński. – Mówimy jednak niestety również o manualnym systemie poboru opłat, który działa na większości autostrad koncesyjnych. Wprawdzie opłaty są ponoszone w zależności od przejechanego dystansu, ale z przeszkodą w postaci bramek – system elektroniczny jest jednym z rozwiązań, które tą barierę jest w stanie pokonać.

Od 9 lipca objętych opłatami viaTOLL zostanie objętych kolejne 360 km dróg krajowych ekspresowych. Łącznie w systemie znajdzie się 3,66 tys. km dróg.

Smartfony zastępują aparaty kompaktowe. Sprzedaż tego typu aparatów od lat systematycznie spada

Smartfony zastępują aparaty kompaktowe. Sprzedaż tego typu aparatów od lat systematycznie spada 13

24 mln aparatów fotograficznych ​wszystkich rodzajów trafiło łącznie do sprzedaży w ubiegłym roku. W tym samym czasie sam Samsung sprzedał ponad 308 milionów smartfonów, zaś Apple ponad 215 milionów. Aparaty umieszczone w smartfonach wypierają z rynku aparaty kompaktowe, lecz należy również zauważyć, że sprzedaż zaawansowanych aparatów z wymienną optyką rośnie, przede wszystkim w segmencie premium i profesjonalnym. 

– Konsumenci robią coraz więcej zdjęć. Co ciekawe, zdjęcia robione aparatami lusterkowymi bądź bezlusterkowymi to stabilny trend, natomiast nadwyżka generowana jest przez smartfony, które ma praktycznie każdy. Segment aparatów kompaktowych jest kanibalizowany przez smartfony, segment aparatów systemowych jest stabilny z funkcją rosnącą i obserwujemy to nie tylko na Zachodzie, lecz także w Polsce. Jeśli chodzi o aparaty lusterkowe, tzw. lustrzanki, to rynek jest stabilny, zdecydowanie rośnie w segmencie premium, w funkcjach profesjonalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Nocoń, dyrektor klastra centralnego w Canon Consumer Imaging Group.

Z szacunków organizacji Camera & Imaging Products Association wynika, że w ubiegłym roku na świecie do sprzedaży trafiło niemal 24 mln aparatów fotograficznych wszystkich rodzajów i marek. Ich liczba od kilku lat systematycznie spada za sprawą szybko rosnącej sprzedaży smartfonów. Umieszczone w nich aparaty fotograficzne skutecznie rywalizują z prostymi aparatami kompaktowymi, te zaś notują ciągłe spadki. Lepiej wygląda sytuacja aparatów z wymienną optyką, nieco droższych, ale i dokładniejszych, przeznaczonych dla tych, dla których liczy się przede wszystkim jakość fotografii.

– Warto korzystać z aparatów cyfrowych, ponieważ robią bardzo dobre zdjęcia w trudnych warunkach, gdzie światło nie jest doskonałe, gdzie potrzebujemy użyć długiej ogniskowej, czyli zrobienie zdjęcia odległemu przedmiotowi. Mowa o profesjonalnym zastosowaniu w fotografii sportowej, jak Formuła 1 czy piłka nożna, gdzie zwykły aparat nie wystarczy – przekonuje Marcin Nocoń.

Malejąca sprzedaż aparatów fotograficznych nie idzie w parze z liczbą fotografujących osób. Dzięki smartfonom robią to niemal wszyscy, do czego zachęcają media społecznościowe. Przykładem może być Instagram, który ma już ponad 0,5 mld użytkowników. Do tego trendu dostosowują się także producenci aparatów.

– Zapraszamy użytkowników smartfonów, aby zaczęli robić zdjęcia i filmy. Finalnie dostarczamy nie tylko kamery i aparaty, lecz także aplikacje i środowisko social do dzielenia się kontentem: zdjęciami i filmami. Oferujemy również tzw. fotoksiążki, gdzie konsument może przełożyć swoją historię i ją zmaterializować – wymienia przedstawiciel Canon Consumer Imaging Group.

Wizyta Donalda Trumpa w Polsce może zwrócić uwagę inwestorów na polską gospodarkę. Na giełdzie i walutach raczej nie zrobi wrażenia

Wizyta Donalda Trumpa w Polsce może zwrócić uwagę inwestorów na polską gospodarkę. Na giełdzie i walutach raczej nie zrobi wrażenia 14

To pierwsza oficjalna wizyta w Polsce prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Eksperci podkreślają, że z politycznego punktu widzenia to sukces polskiej dyplomacji, z gospodarczego – szansa na zwrócenie uwagi zagranicznych inwestorów na sukces ekonomiczny Polski odniesiony w ostatnich kilkunastu latach. Zdaniem Jarosława Janeckiego, głównego ekonomisty Société Générale, wizyta ta nie przełoży się jednak na notowania złotego czy akcji polskich spółek.

– Z punktu widzenia ogólnego wydźwięku można powiedzieć, że wizyta prezydenta USA jest pozytywnym elementem dla całej polskiej gospodarki. W kontekście wizyty Trumpa dużo będzie mówiło się o tym, w jakiej sytuacji znajduje się dzisiaj Polska, stąd ten element marketingowy jest nie do przecenienia. Mam nadzieję, że komentatorzy, dziennikarze i politycy będą to podkreślać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale. – Może to spowodować, że w średnim bądź długim okresie część inwestorów może zwrócić uwagę na kilka segmentów gospodarki, szczególnie na te, które będą przedmiotem dyskusji polskich polityków z prezydentem Trumpem.

Najważniejsze sektory, które zdaniem Janeckiego mogą być przedmiotem rozmów, to przemysł obronny i sektor energetyczny. Chodzi głównie o import gazu LNG z amerykańskich łupków. Choć analitycy przekonują, że nie będzie on wyraźnie tańszy od rosyjskiego surowca, to daje szansę na dywersyfikację dostaw i przynajmniej częściowe uniezależnienie się Polski od dostaw zza wschodniej granicy.

– Sektor energetyczny na pewno będzie istotny, wydaje się, że będziemy mogli mówić również o inwestycjach w sektorze telekomunikacyjnym, ale też w sektorach, które niekoniecznie na pierwszy rzut oka wydawałyby się dla nas kluczowe, jak wymiana techniczno-naukowa – przekonuje Jarosław Janecki. – Przy takich wizytach zazwyczaj bywa tak, że nie tylko przyjeżdża prezydent, lecz także przyjeżdża otoczenie biznesowe, które będzie chciało sprawdzić ewentualne możliwości do zarobienia i zrobienia biznesu. Trump jest prezydentem, który będzie chciał wykorzystywać swoje wizyty w celach czysto biznesowych.

Wpływ wypowiedzi Donalda Trumpa na relację złotego do dolara i notowania spółek na polskiej giełdzie jest jednak – zdaniem Janeckiego – wątpliwy. Od początku roku dolar osłabił się do złotego o ponad 10 proc., a d momentu decyzji o przyjeździe Trumpa najpierw amerykańska waluta umocniła się, a potem osłabła, w rezultacie czego pozostaje praktycznie na niezmienionym poziomie.

– Polskie spółki giełdowe w niewielkim stopniu są powiązane z biznesem amerykańskim, więc nie sądzę, by giełda mogła reagować w jakikolwiek pozytywny sposób na wizytę prezydenta Trumpa, podobnie jak w przypadku rynku walutowego – ocenia Janecki. – To czynniki zewnętrzne decydują o tym, czy złoty się umacnia, czy nie: polityka banków centralnych, dobre lub złe informacje napływające z polskiej, amerykańskiej i europejskiej gospodarki, to wszystko stwarza pole do zmienności na rynku walutowym i giełdowym.

Zakłada, że o ile pojawią się w oficjalnych dyskusjach nazwy spółek giełdowych, o tyle może nastąpić krótkotrwały efekt na giełdzie, ale będzie to w dużej mierze zależało od tego, czy politycy zdecydują się wskazać, że akurat ta spółka może odnieść jakąś korzyść ze współpracy ze spółką z USA.

– Wiemy z przeszłości, że prezydent Trump lubi w swoich tweetach podkreślać zależności, które mogą mieć wpływ na wycenę spółek giełdowych, natomiast w przypadku polskich spółek miałbym dużo wątpliwości, czy będzie to możliwe do zrealizowania. Bardziej oczekiwałbym, że giełda i rynek walutowy będą neutralne wobec tej wizyty prezydenta USA – podkreśla główny ekonomista Société Générale.

Resort nauki i szkolnictwa wyższego stawia na innowacyjność. Powstał specjalny program wspierający młodych naukowców

Resort nauki i szkolnictwa wyższego stawia na innowacyjność. Powstał specjalny program wspierający młodych naukowców 15

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zachęca do inwestowania w badania i rozwój oraz wprowadza szereg istotnych rozwiązań, które znacząco ułatwią życie badaczom. Jednym z nich jest powołanie specjalnego programu doktoratów wdrożeniowych, który wesprze działania młodych naukowców.

– Po wielu konsultacjach z przedsiębiorcami, inwestorami, ekspertami i naukowcami można powiedzieć jedno: żeby rozwinąć innowacje, trzeba bardzo mocno zainwestować w ludzi, którzy potrafią to robić. Powinniśmy ich wspierać systemowo i ustrojowo. I właśnie to robimy, zmieniając prawo w dwóch ustawach o innowacyjności jedna już została uchwalona, druga jest w trakcie. Budujemy preferencje, każdy, kto zajmuje się badaniami i rozwojem, powinien mieć jakieś korzyści – mówi agencji Informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Zdaniem dra Piotra Dardzińskiego wykwalifikowana kadra to najlepszy sposób na szybki rozwój innowacyjnych technologii. Bardzo ważne jest również komercjalizowanie realizowanych projektów oraz współpraca pomiędzy pomysłodawcami a osobami, które wdrożą dany projekt w życie.

– Te korzyści są bardzo różnorodne dla przedsiębiorców i dla naukowców. Tylko wtedy, gdy utworzymy kadry ludzi, którzy potrafią zarządzać tym procesem, będziemy w stanie rozwijać i mnożyć projekty. Wszyscy mówią, że nie jest to już kwestia kapitału czy kwestia pomysłu, jest to kwestia tego, kto potrafi ten kapitał i pomysły zamieniać na biznes, kto potrafi realnie połączyć naukowców z przedsiębiorcami – wyjaśnia Podsekretarz stanu.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego powołało do życia program „Doktorat wdrożeniowy”. Jego celem jest kształcenie przyszłych naukowców, którzy przyczynią się do powstania innowacyjnych technologii. Miesięczna kwota stypendium doktoranckiego dla jednego doktoranta wyniesie 2450 zł.

– W tym roku w bardzo szybkim tempie i mocno zdeterminowani rozpoczęliśmy program doktoratów wdrożeniowych, który ma budować kadrę: na początek kilkuset młodych naukowców, którzy będą pisać doktorat, pracując w firmie. To mogą być ci ludzie, którzy będą kołem zamachowym dla reorientacji procesów, które są na polskich uczelniach czy instytutach badawczych – tłumaczy Piotr Dardziński.

W środowisku naukowym dochodzi do bardzo dużych zmian i resort nauki dokłada starań, by usunąć niedogodności, z jakimi dotychczas borykali się polscy badacze.

– Wspieramy finansowo, ustabilizowaliśmy sytuację tzw. centrów transferu technologii, uprościliśmy możliwość przejmowania przez naukowców własności intelektualnej po to, aby ją potem komercjalizować. Teraz dajemy więcej punktów naukowcom, którzy wdrażają technologie, to tyle samo punktów, ile za publikację w najlepszym czasopiśmie – wylicza Piotr Dardziński.

Ponadto podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego wskazuje również zmiany, do jakich doszło w środowisku przedsiębiorców.

– Wyraźnie zwiększyliśmy ulgi podatkowe dla przedsiębiorców przy współpracy z Ministerstwem Rozwoju i Ministerstwem Finansów. Te ulgi dwa lata temu były na poziomie 30 proc. Jeśli wejdzie w życie druga ustawa o innowacyjności, to w styczniu 2018 roku ten poziom osiągnie 100 proc., a w niektórych wypadkach, jak na przykład centra badawczo-rozwojowe, osiągnie nawet 150 proc – podkreśla Piotr Dardziński..

Rozbudowa infostrad wymaga wielomiliardowych inwestycji. Resort Morawieckiego chce, by szybki internet napędzał polską gospodarkę

Rozbudowa infostrad wymaga wielomiliardowych inwestycji. Resort Morawieckiego chce, by szybki internet napędzał polską gospodarkę 16

Polska gospodarka wkracza w fazę czwartej rewolucji. Napędzać będzie ją szybki internet i nowe technologie. W Ministerstwie Rozwoju rozmawiano o tym, jak wielomiliardowe programy rozbudowy nowoczesnej infrastruktury mogą przyspieszyć cyfryzację kraju. Światłowód jest jak cyfrowa autostrada – podkreśla Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska. Bardzo istotną rolę w procesie cyfryzacji gospodarki odgrywają także programy skierowane do szkół.

 Tak jak dla systemu komunikacyjnego kraju ważne są autostrady, możliwość przemieszczania się pasażerów i towarów, tak dla rozwoju nowoczesnej, innowacyjnej gospodarki istotny jest szerokopasmowy internet. Dotyczy to wielu aspektów, między innymi edukacji i rozwoju ekonomicznego. Wyzwaniem jest w tej chwili budowa takiej infrastruktury telekomunikacyjnej, aby polska gospodarka była bardziej innowacyjna  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Nowe technologie stymulują społeczno-gospodarczy rozwój i przeobrażają wszystkie sektory gospodarki. Za sprawą cyfryzacji zmienia się przemysł, administracja publiczna czy edukacja. Coraz częściej pojawia się pojęcie Gospodarki 4.0 opartej na rozwoju technologicznym. Dostęp do globalnej sieci jest filarem czwartej rewolucji przemysłowej. Dlatego rozbudowa infrastruktury telekomunikacyjnej i zwiększanie zasięgu szerokopasmowego internetu jest warunkiem rozwoju innowacyjności całej gospodarki.

 Wpływ rozbudowy infrastruktury telekomunikacyjnej na rozwój gospodarczy jest oczywisty. Są badania, które wskazują, że zwiększenie o 10 proc. liczby ludzi z dostępem do internetu w danym kraju przekłada się na dodatkowy 1 proc. PKB  mówi Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej to jeden z priorytetów obecnego rządu. Przyjęta w lutym Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wskazuje, że infrastruktura szerokopasmowego internetu (światłowodowa i mobilna 4G/5G) to warunek niezbędny do tego, żeby w Polsce mógł rozwinąć się Przemysł 4.0 i nowoczesne branże, takie jak telemedycyna, robotyka, smart cities, inteligentny transport i cyfrowa edukacja.

 Trudno sobie wyobrazić rozmowę o kolei dużych prędkości bez nowoczesnych systemów cyfrowych i informatycznych. Bardzo ważna jest też telemedycyna, która ma coraz szersze zastosowanie w opiece nad pacjentem i opiece senioralnej. Z kolei internet rzeczy to możliwość komunikowania się maszyn i urządzeń poprzez systemy cyfrowe, która umożliwia sterowanie nowoczesną produkcją i obniżanie jej kosztów. Tego typu technologie mają również znaczenie w przemyśle obronnym. Tak naprawdę technologie cyfrowe dotyczą nas wszystkich: poczynając od funkcjonowania biur, a kończąc na technologiach stosowanych w domach  mówi Witold Słowik.

W miniony weekend wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiedział program „100 megabitów na 100-lecie niepodległości”. Rządowe plany zakładają, że do tego czasu w każdej polskiej gminie dostępny będzie internet o prędkości co najmniej 100 megabitów na sekundę.

W ciągu ostatnich miesięcy w dziedzinie inwestycji szerokopasmowych dużo się dzieje: w obecności wicepremiera Morawieckiego podpisano niedawno umowy o wartości 2 mld zł z operatorami budującymi sieci w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa. Środki zostaną przeznaczone na projekty likwidujące białe plamy. To jest tym bardziej istotne, że wciąż bez dostępu do internetu pozostaje ponad milion gospodarstw domowych. Obok lokalnych przedsiębiorców największym ogólnopolskim inwestorem w tych projektach będzie Orange Polska.

 Zamierzamy zainwestować w ten program ponad 200 mln zł w ciągu najbliższych trzech lat. Na rozwój naszej sieci światłowodowej przeznaczamy ponad 2 mld zł. Obecnie docieramy ze światłowodem do 1,7 mln gospodarstw domowych i mamy bardzo ambitne plany na przyszłość. Światłowód to rodzaj cyfrowej autostrady dla kraju. Do końca przyszłego roku chcemy mieć w zasięgu sieci 3,5 mln gospodarstw domowych, czyli jedną czwartą wszystkich gospodarstw domowych w Polsce  zapowiada prezes Orange Polska.

Przyspiesza również program, który zakłada podłączenie placówek edukacyjnych do szybkiego internetu o prędkości 100 Mb/s. W tej chwili takie możliwości ma ok. 1015 proc. (ok. 35 tys.) szkół w Polsce. W ciągu trzech kolejnych lat Orange planuje inwestycje, które mają podwoić tę liczbę. W program zaangażowani się również duzi rynkowi gracze tacy jak Netia i Inea, a operatorem Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej będzie NASK.

– Na mocy porozumienia podpisanego z minister cyfryzacji Anną Streżyńską, podłączymy do sieci światłowodowej 4,5 tys. szkół w całym kraju. Dzieci w pierwszej kolejności powinny mieć dostęp do nowoczesnej technologii. Jesteśmy też bardzo dumni z projektów Fundacji Orange realizowanych z udziałem środków europejskich, które rozszerzają zakres prowadzonych przez Fundację lekcji programowania w szkołach. Mamy ambitne plany związane z programem HASHSuperkoderzy, w ramach którego chcemy nauczyć programowania kolejne 8 tys. dzieci. Fundacja Orange planuje stopniowo rozwijać tę inicjatywę – zapowiada Jean-François Fallacher.

Cyfryzacja? Tak! Ale… jak chronić dane

W obliczu narastającej liczby ataków z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania (m.in. malware, ransomware) firmy powinny bez wątpienia zrewidować swoje infrastruktury informatyczne pod kątem bezpieczeństwa i ochrony danych.

Bezpieczeństwo to kluczowy aspekt przy projektowaniu systemów komputerowych. Zaniedbania w tym obszarze to furtka do często bardzo bolesnej nauki, o czym zresztą mogliśmy wyczytać ostatnimi czasy w mediach. Przykładowo, w pierwszej połowie roku (2017) świat obiegła informacja o atakach na systemy informatyczne z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania typu malware/ransomware. Przy ich pomocy infekowano niezabezpieczone komputery ofiary.

Pierwszy przypadek to słynny WannaCry(pt).

  • WannaCry(pt) (jak podaje Wikipedia) trafił na scenę złośliwego oprogramowania w maju 2017 r. Wirus szybko zdołał zainfekować ponad 200 tysięcy komputerów w około 150 krajach. Scenariusz działania polegał na zaszyfrowaniu danych ofiary i jednoczesnym zgłoszeniu żądania okupu. WannaCry(pt) udało się wejść do systemów informatycznych takich korporacji jak: National Health Service (NHS) w Wielkiej Brytanii, Telefónica w Hiszpanii, FedEx i Deutsche Bahn. Na szczęście dość szybko został unieszkodliwiony.

Kilka tygodni później o chwilę sławy zaczęła walczyć Petya.

  • Petya swoje ataki rozpoczęła w czerwcu 2017 r na Ukrainie, jak podaje Wikipedia (link). Scenariusz działania był podobny do WannaCry(pt) z tym, że tutaj na celowniku pojawiły się przede wszystkim firmy z branży energetycznej, sieci energetyczne, dworce autobusowe, stacje benzynowe, lotniska oraz banki. Przykładową ofiarą ataku był Narodowy Bank Ukrainy.

Oczywiście tego typu przykłady można mnożyć. Cyberprzestępcy prześcigają się w wykorzystywaniu kolejnych luk systemów komputerowych (choć nie tylko gdyż czynnik ludzki nie jest tutaj bez znaczenia) i wszystko wskazuje na to, że niestety ten trend będzie się nasilać. Ofiarami nie są już tylko wielcy i popularni. Raporty wskazują, że ofiarami często stają się również i małe albo i nawet mało znane przedsiębiorstwa. Jak podaje ENISA (Europejska Agencja Bezpieczeństwa Sieci i Informacji) w swoim raporcie odnośnie bezpieczeństwa danych (2016):

  • włamywanie do systemów informatycznych celem osiągnięcia korzyści finansowych jest jednym z najbardziej popularnych trendów,
  • oprogramowanie antywirusowe pozostaje wciąż w tyle za szybko powstającymi mutacjami złośliwego oprogramowania,
  • wyłudzanie informacji przy pomocy złośliwego oprogramowania to już faktyczny problem dotykający ludzi zajmujących najwyższe stanowiska w firmach.

Czytając wspomniany raport można się pokusić o wniosek, że na naszych oczach ta tzw. cyfryzacja zaczyna odkrywać swoje czarne oblicze… No więc uspokajam. Nie jest ona wcale taka straszna i co więcej, wielu przedsiębiorców przekonało się o jej wielu zaletach. Świadczą o tym choćby analizy McKinsey, w których możemy znaleźć, że w latach 2010-2015, w Polsce, branże zaawansowane cyfrowo rosły średnio prawie 3 razy szybciej niż pozostałe (żródło: IHS World Industry Service; dane z II kw. 2016 r.). Warto jednak pamiętać by umiejętnie korzystać z możliwości jakie cyfryzacja przed nami stwarza. Bardzo ważne jest tutaj np. nadanie odpowiednich priorytetów inwestycjom związanym z szeroko pojętą kwestią bezpieczeństwa systemu komputerowego naszej firmy. Przy czym nie chodzi tutaj tylko o aspekty związane z regulowaniem dostępu do informacji czy ich szyfrowaniem, ale także, a może i przede wszystkim, o odpowiednią ochronę przed atakami oraz właściwe wykonanie kopii bezpieczeństwa. Odnośnie tego ostatniego, pozwolę sobie przytoczyć pewien żart, który w branży informatycznej jest dość popularny, a mianowicie, że użytkownicy komputerów dzielą się na dwie grupy: tą, która nie wykonuje kopii bezpieczeństwa i tą, która na pewno zacznie to wkrótce robić. Jakkolwiek by to zdanie nie brzmiało, wniosek jest jeden. Zaniedbania w kwestii bezpieczeństwa nieuchronnie zbliżają nas do bardzo bolesnej nauki. Dlatego też planując inwestycję w system informatyczny zadajmy sobie pytanie: czy stać nas na zaniedbania w kwestii bezpieczeństwa?

Autor tekstu: Marcin Rojek jest współzałożycielem firmy byteLAKE. Jako partner firmy Microsoft pomagamy przedsiębiorcom lepiej skupić się na głównych obszarach działalności poprzez całkowite zdjęcie tematów związanych z informatyką z ich barków. Pomagamy przy doborze technologii, migracji do chmury, zabezpieczaniu danych firmowych czy integracji oprogramowania i dostosowywania go do potrzeb naszych klientów. Dodatkowo świadczymy usługę wsparcia informatycznego. Całość uzupełnia usługa leasingu sprzętu i oprogramowania komputerowego wraz z doradztwem przy jego wyborze i dostawą.

Polskiej służbie zdrowia brakuje 3-5 mld zł

Polski system ochrony zdrowia jest jednym z najgorzej finansowanych systemów wśród państw OECD – alarmują eksperci Pracodawców RP. Na ochronę zdrowia Polska wydaje ok 4,6% PKB. Jeszcze w lipcu 2016 r. Minister Zdrowia zapowiedział, że wydatki będą rosły aż do osiągnięcia 6% PKB w 2025 r. – co jednak nie zostało potwierdzone w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2017-2020.

Sondaż na reprezentatywnej grupie osób zlecony przez Pracodawców wykazuje, że Polacy mają wysoką świadomość kwestii finansowania służby zdrowia. Na pytanie czy obecne nakłady wystarczają do tego, aby pacjenci byli zadowoleni aż 77 proc. respondentów odpowiedziało, że nie. Jedynie 17 proc. dało odpowiedź twierdzącą, tylko 6 proc. respondentów nie potrafiło się określić.

Równocześnie Polacy uważają, że dodatkowe pieniądze najlepiej byłoby uzyskać przesuwając kwoty wewnątrz budżetu. Jednak zaskakująco dużo osób jest skłonnych zmniejszyć swoje dochody w celu zwiększania składki – 39 proc. Z kolei 18 proc. respondentów zgodziłoby się na zwiększenie podatków – warunek jest jeden, że te zwiększone nakłady na ochronę zdrowia przyniosą dla nich jakąś korzyść np. w postaci skrócenia kolejek do lekarza, zwiększenia dostępności itd. To oznacza, że Polacy są zdeterminowani do „zainwestowania” w poprawę ochrony zdrowia ale pod warunkiem, że „coś za to otrzymają”.

– Pamiętajmy, że już dopłacamy miliardy z prywatnej kieszeni. Tylko w ubiegłym roku, jak wynika z danych GUS, Polacy wydali na swoje zdrowie aż 27,7 mld złotych z domowego budżetu. Okazuje się więc, że przeciętny miesięczny wydatek na osobę wyniósł około 60 złotych. Tworzy się niebezpieczna sytuacja, bowiem dotychczasowe nakłady na publiczną ochronę zdrowia, zarówno z ubezpieczenia zdrowotnego (tzw. składka zdrowotna), jak i z budżetu państwa, są niewystarczające w obliczu zmian demograficznych w naszym społeczeństwie – podkreślił wiceprezydent Pracodawców RP Andrzej Mądrala.

Zdaniem świadczeniodawców koszty wykonywania świadczeń medycznych rosną, a ich wycena jest od 5 lat stała. To powoduje wzrost zadłużenia podmiotów leczniczych, ograniczenia w zakresie rozwoju i poprawy jakości świadczeń medycznych, a Polscy pacjenci są w tym zakresie coraz bardziej wymagający.

– Bez dodatkowych środków sytuacja polskich pacjentów nie tylko nie będzie lepsza, ale będzie się systematycznie pogarszać – ostrzegała wiceprezydent Pracodawców RP Anna Rulkiewicz. – Nasze społeczeństwo się starzeje, więc coraz więcej Polaków będzie wymagało opieki. Koszty opieki medycznej rosną na całym świecie, ale w Polsce będą rosły szybciej, bo niskie zarobki i brak personelu medycznego powodują presję płacową, która doprowadzi do podwyżek wynagrodzeń – dodała.

Jej zdaniem wyniki sondażu są budujące i pokazują, że ludzie zdają sobie sprawę z konieczności zwiększenia finansowania systemu ochrony zdrowia. Aby Polacy odczuli poprawę, o której mowa w badaniu, wzrost nakładów musi być jednak odpowiednio wysoki. – Rządzący powinni więc im pokazać nie tylko, jak będą rosły wydatki, ale też na co zostaną przeznaczone te dodatkowe środki. Nie wolno też zapominać o efektywności systemu, która powinna być stale monitorowana. Wzrost nakładów zawsze powinien iść w parze z mądrym i efektywnym wydawaniem pieniędzy – powiedziała Rulkiewicz.

– Jako pacjenci cały czas mamy nadzieję, że wkrótce zdrowie stanie się jednym z priorytetów państwa – podkreśliła Monika Zientek, członek zarządu Polskiej Unii Organizacji Pacjentów PUOP, prezes zarządu Stowarzyszenia „3majmy się razem”. – Wraz ze wzrostem finansowania ochrony zdrowia oczekujemy od rządzących większego planowania i określenia priorytetów w zdrowiu. Oczekujemy dialogu o planie reform ochrony zdrowia. Obecnie działamy od kryzysu do kryzysu i nie ma to nic wspólnego z planowaniem i długoterminową polityką – mówiła Zientek.

Zdaniem ekonomistów oszczędzanie na zdrowiu Polaków powoduje w rzeczywistości zwiększenie kosztów w innych dziedzinach – przez transfery socjalne. Wydłuża się okres zwolnień lekarskich, pacjenci przechodzą na rentę, wymagają kosztownej opieki itd. – Niestety nie próbuje się uwzględniać kosztów pośrednich w analizach ochrony zdrowia – mówił Tomasz Hermanowski z Towarzystwa Ekonomiki Zdrowia. – Opieka zdrowotna wydłuża okres produktywności, a przecież brakuje nam rąk do pracy – dodał.

– System, jakkolwiek byśmy go nie zaprojektowali, nie zadziała bez pracowników, a ci często zarabiają bardzo mało. Nowe rozwiązania nie proponują trwałych, systemowych rozwiązań. Poza partnerami społecznymi ochrona zdrowia nikogo nie obchodzi – argumentowała Maria Ochman z Solidarności. – „S” zawiesza uczestnictwo w dialogu społecznym z ministrem Radziwiłłem. Minister nie potrafi zagwarantować realizacji swoich konstytucyjnych obowiązków. W sprawach zdrowia pracownicy i pracodawcy często mówią jednym głosem. Brakuje trzeciego partnera: rządu – zaznaczyła Ochman.

Pracodawcy RP oraz eksperci z innych instytucji od lat zwracają uwagę, że Polski system ochrony zdrowia wymaga zmian. Koncepcje reformy były różne, jednak wszyscy są zgodni co do tego, że poprawa funkcjonowania systemu możliwa jest tylko i wyłącznie przy jednoczesnym uszczelnianiu i racjonalizacji wydatków w sektorze i zwiększaniu nakładów na ochronę zdrowia. Dzięki intensywnym działaniom strony społecznej deklaracje o potrzebie wzrostu finansowania coraz częściej pojawiają się w wypowiedziach i deklaracjach decydentów.

Dlatego dzisiaj wszyscy najważniejsi beneficjenci systemu ochrony zdrowia jednoczą siły i chcą wesprzeć Ministra Zdrowia w dialogu z Ministrem Rozwoju i Finansów. Oczekujemy, że zgodnie z zapowiedzią Pani Premier, Beaty Szydło, rok 2017  będzie rokiem gospodarki i zdrowia – a to przełoży się na realizację planów zapowiadanych chociażby w dokumencie  pt.: „Narodowa służba zdrowia”. Uważamy jednocześnie że wzrost nakładów musi być przeznaczony na konkretny cel oraz powinno być monitorowane czy określony cel został osiągnięty.

Anna Głowacz dyrektor zarządzającą działem Industrial AXI IMMO

Z początkiem lipca na stanowisko Head of Industrial – Leasing Agency została nominowana Anna Głowacz, dotychczas Partner Spółki, Associate Director Industrial & Logistic i szef śląskiego oddziału AXI IMMO.  Zastąpi ona w tej roli Renatę Osiecką, która dotąd łączyła funkcje partner zarządzającej i dyrektora działu magazynowego. Anna Głowacz będzie odpowiadać za zarządzanie kilkunastoosobowym zespołem najmu, a także budowanie i wzmacnianie relacji z klientami oraz partnerami biznesowymi.

Anna Głowacz dołączyła do zespołu AXI IMMO w 2011 roku obejmując stanowisko Associate Director Industrial & Logistic, równocześnie otwierając oddział AXI IMMO w Katowicach i przyjmując nominację na jego dyrektora. Na Śląsku wspierała rozwój firmy AXI IMMO biorąc aktywny udział w transakcjach najmu oraz nabycia nieruchomości magazynowych i przemysłowych, jak  również zarządzając zespołem konsultantów aktywnych w południowej Polsce. Pracowała przy podpisaniu umów z wieloma renomowanymi najemcami.

AXI IMMO dynamicznie się rozwija, dlatego potrzebujemy doświadczonych i silnych liderów. Anna to osoba, która jest ważnym filarem naszej firmy, ma duże zasługi w tworzeniu jej sukcesów oraz doświadczenie w zarządzaniu zespołem, dlatego jest dla nas naturalnym wyborem na stanowisko szefa działu Industrial. Jestem przekonana, że ta nominacja przysłuży się dalszemu rozwojowi AXI IMMO – wyjaśnia Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.

Anna Głowacz - dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO
Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO

Nominacja na stanowisko Head of Industrial – Leasing Agency jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem i jednocześnie wyzwaniem. Przejmując stanowisko dyrektora zespołu Industrial za cel stawiam sobie utrzymanie a nawet wzrost wysokiej pozycji AXI IMMO w polskim sektorze magazynowym. Jestem przekonana, że razem z tak zaangażowanym i kompetentnym zespołem osiągniemy jeszcze więcej – mówi Anna Głowacz.

Nowa dyrektor działu Industrial związana jest z branżą nieruchomości przemysłowych od ponad 10 lat. Przed dołączeniem do zespołu AXI IMMO była aktywna na rynku nieruchomości komercyjnych, gdzie zdobywała doświadczenie agencyjne, również na stanowiskach dyrektorskich. Anna jest absolwentką Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Ukończyła studia podyplomowe w Wyższej Szkole Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie i kurs CCIM.