Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 12.07.2017

Po kilkutygodniowych wzrostach na parze walutowej NZD/USD doszło do zasłużonej korekty, która trwa już drugi tydzień. Stronie kupującej nie udało się pokonać tygodniowej strefy oporu 0.7319-0.7399. Czy w najbliższym czasie zobaczymy wybicie ponad wcześniej wspomniany opór? Bardzo wątpliwe, ponieważ po siedmiotygodniowych wzrostach kupujący stracili impet. Bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest konsolidacja kursu w okolicy oporu lub też mocniejsze spadki w okolicę poziomu 0.705.

Notowania NZD/USD, interwał tygodniowy

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 12.07.2017 1

Źródło: Admiral Markets

Kolejnym czynnikiem wspierającym mocniejszą wyprzedaż dolara nowozelandzkiego na rzecz amerykańskiego jest zbyt duży optymizm wśród funduszy lewarowanych. Wśród badanej grupy pozycje długie osiągnęły nowe, historyczne maksima.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 12.07.2017 2

Źródło: Cme Group

Z tego też powodu nie powinno dojść do pokonania oporu. Kontynuacja korekty zmusi fundusze lewarowane do pośpiesznego zamykania pozycji krótkich, co doprowadzi do jeszcze większego spadku kursu NZD/USD.

Kolejnym ciekawym instrumentem do obserwacji jest srebro. W ostatnim czasie doszło do potężnej przeceny tego kruszcu. Notowania zatrzymały się na tygodniowym wsparciu 15.250-15.650.

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 12.07.2017 3

Źródło: Admiral Markets

W przeszłości już nieraz widzieliśmy tak mocną wyprzedaż, ale po niej zawsze można było zaobserwować mocniejsze odbicie. Ponadto, oscylator stochastyczny wskazuje dywergencję. Pierwszym celem kupujących może być tygodniowa strefa oporu 16.60-16.90.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Kurs dolara spada poniżej 3,70 zł! Wzrasta opłata paliwowa

Wzrost podatków od paliw w Polsce i wpływ na gospodarkę. Dolar łamie kolejne minima. Co dalej?

Wzrost opłaty paliwowej

W sejmie pojawił się projekt wzrostu opłaty paliwowej o 20 groszy. Środki te mają na celu zasilenie Funduszu Dróg Samorządowych. To zresztą ustawa o tym bycie ma owy podatek wprowadzić. Jaki wpływ będzie mieć ta decyzja? Z jednej strony pozytywny, gdyż “znajdą się” pieniądze na remonty dróg lokalnych. Z drugiej strony owe magiczne znalezienie się to po prostu zrzutka kierowców po dodatkowe 24,60 zł (nie zapominajmy o VAT) za litr paliwa. Już teraz pojawiły się informacje na rynku, że zmiana nie musi oznaczać wzrostu cen paliw. Biorąc pod uwagę, że właśnie mamy do czynienia ze spadkami cen ropy i słabnącym dolarem w którym owa ropa jest wyceniania może to być prawda. Problem w tym, że rządzący nie są w stanie zagwarantować słabego dolara oraz niskich cen ropy w długim okresie. Warto zwrócić uwagę na silniejszy cios w posiadaczy samochodów na gaz, gdzie podwyżka wyniesie 37 groszy + VAT na litrze. W długim okresie efekt jest łatwy do przewidzenia. Skoro spadek cen paliw wpędził ten kraj w deflację, gdyż nagle dało się wszystko produkować i dostarczać taniej to wzrost cen powinien działać proinflacyjnie. Jeżeli by doszło do wzrostu inflacji wtedy moment wzrostu stóp procentowych może być szybszy niż dotychczas sądziliśmy.

Dolar poniżej 3,70 zł!

Od wczorajszego wieczora do dzisiejszego ranka dolar znajdował się poniżej poziomu 3,70 zł. Powodem jest kumulacja dwóch czynników. Po pierwsze dolar jest najsłabszy do euro od ponad roku. Po drugie złoty jest relatywnie mocny względem euro. Kumulacja tych dwóch czynników powoduje, że oglądamy dołki na dolarze. Perspektywy na przyszłość tego ruchu są jednak wątpliwe. Dalsze umacnianie się złotego nie jest takie pewne a rynki czekają na podwyżki podatków i spadek wieku emerytalnego. Nie można jednak wykluczyć, że inwestorzy po raz kolejny dokupią złotego widząc dobre dane makroekonomiczne i ignorując ryzyka. Podobnie sytuacja ma miejsce na głównej parze walutowej. Niby Trump nastraszył już kogo mógł, a w Europie z kolei właśnie dyskutowaliśmy uspokojenie we Francji, Włoszech i Grecji. Wiele czynników przemawia zatem za korektą, ale jak często pokazują rynki trendy lubią trwać. Tym bardziej, że kolejne wypowiedzi ważnych polityków mogą dolać paliwa pod ten ruch.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – inflacja bazowa,
  • 16:00 – USA – półroczny raport na temat polityki monetarnej.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rynek walutowy czeka na wystąpienie Janet Yellen

W środę euro konsoliduje się blisko 4,24 zł, dolar broni wsparcia na 3,70 zł, funt zawraca z poziomu 4,73 zł, a szwajcarski frank koryguje spadki. Ostatecznie o losach wszystkich tych walut zdecyduje jednak to co dziś w Kongresie powie Janet Yellen.

Środowe przedpołudnie upływa pod znakiem niewielkie osłabienia złotego do głównych walut, czemu towarzyszą równie niewielkie obroty. O godzinie 11:32 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2415 zł, USD/PLN 3,7030 zł, CHF/PLN 3,8440 zł, a GBP/PLN 4,7650 zł. W teorii na każdej z tych par toczy się inna rynkowa gra. W praktyce inwestorzy czekają na popołudniowe wystąpienie Janet Yellen w Kongresie, co stanowi główne wydarzenie dnia i może przesądzić o nastrojach w drugiej połowie tygodnia, jednocześnie przesądzając o losach złotego.

Analizując sytuację na poszczególnych polskich parach można dostrzec różne czynniki wpływające na ich notowania. I tak kurs EUR/PLN od 2. tygodni konsoliduje się blisko poziomu 4,24 zł, czekając na nowe silne impulsy, bądź z rodzimej gospodarki, bądź też z Europejskiego Banku Centralnego (ECB).

Dolar, zapatrzony w wahania EUR/USD, walczy, żeby nie spaść poniżej ważnej strefy wsparcia 3,69-3,70 zł, którą wcześniej udało mu się obronić na początku czerwca i lipca.

Szwajcarski frank koryguje kilkudniowe spadki, które dziś rano sprowadził kurs do 3,8295 zł, po tym jak podobna realizacja zysków ma miejsce z 13-miesięcznego maksimum na EUR/CHF.

Funt natomiast drożeje o 1,5 gr, zawracając wcześniej z okolic wsparcia na 4,73 zł, wspierany przez lepsze od oczekiwań dzisiejsze dane z Wielkiej Brytanii o niższym bezrobociu, mniejszej liczbie zasiłków dla bezrobotnych, a także wyższej dynamice płac.

Te wszystkie wahania polskich par noszą jednakże znamiona tymczasowości. Ostatecznie o tym, ile na koniec dnia trzeba będzie zapłacić za poszczególne waluty, zdecyduje to co na forum Komisji ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów powie Janet Yellen, która zaprezentuje półroczny raport nt. polityki monetarnej oraz odpowie na pytania kongresmenów. W jej wypowiedzi pprócz kwestii stóp procentowych, istotny też będzie temat przyszłej redukcji bilansu Fed.

Wystąpienie Janet Yellen, zaplanowane jest na godzinę 16:00 polskiego czasu. Jednak już 1,5 godziny wcześniej zostanie opublikowany tekst jej przemówienia. To wówczas należy spodziewać się pierwszych rozstrzygnięć. Jest prawdopodobne, że Yellen utrzyma umiarkowanie jastrzębią retorykę, wskazując na poprawę sytuacji gospodarczej, przejściowy charakter wyhamowania inflacji, a także na konieczność dalszego powolnego podnoszenia stóp procentowych i przygotowań do rozpoczęcia redukcji sumy bilansowej banku centralnego. To drugie może nawet okazać się bardziej istotne dla rynków niż pierwsze, prowadząc w krótkim terminie do umocnienia dolara, wzrostu awersji do ryzyka i osłabienia walut rynków wschodzących ( w tym złotego).

Temat redukcji bilansu w ostatnim czasie poruszali też inni przedstawiciele Fed. Wczoraj John Williams, szef oddziału Fed z San Francisco powiedział, że oczekuje rozpoczęcia redukcji bilansu w kolejnych miesiącach. Natomiat Lael Brainard z zarządu banku stwierdziła, że wkrótce należy stopniowo i przewidywalnie zacząć ograniczać bilans.

Doniesienia z USA, w tym również te polityczne związane z synem prezydenta Donalda Trumpa, pozostaną głównym wyznacznikiem notowań złotego w drugiej połowie dnia. Na dalszy plan zejdą natomiast dane o inflacji bazowej w Polsce. GUS opublikuje je o godzinie 14:00. Po wczorajszej publikacji danych o inflacji konsumenckiej należy oczekiwać, że w czerwcu inflacja bazowa ukształtuje się w przedziale 0,8-0,9 proc. w relacji rocznej, wobec 0,8 proc. w maju i wobec 0,9 proc. prognozowanych przez rynek. Dane, nawet gdyby istotnie różniły się od oczekiwań, nie tylko nie zdołają przyćmić Yellen, ale również nie wpłyną na zmianę oczekiwań co do terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych przez RPP. Dlatego też nie będą one miały najmniejszego wpływu na losy złotego.

Dziś warto zwrócić jeszcze uwagę na notowania kanadyjskiego dolara w relacji do złotego. Przed południem kurs CAD/PLN nieznacznie rósł i kształtował się na poziomie 2,8665 zł, odreagowując wczorajszy spadek, który miał miejsce w ramach obserwowanej od początku miesiąca konsolidacji w przedziale 2,8520-2,8980 zł. Środa może być ostatnim dniem konsolidacji. Potencjalny impuls do kupna kanadyjskiej waluty powinien napłynąć z tamtejszego banku centralnego, który pierwszy raz od prawie 7 lat podniesie stopy procentowe. Oczekuje się, że na dzisiejszym posiedzeniu Bank Kanady podniesie koszt pieniądza o 25 punktów bazowych, przez co główna stopa wzrośnie do 0,75 proc., a w 2018 roku uczyni to jeszcze dwukrotnie. To powinno sprowokować zwyżkę notowań CAD/PLN i powrót w tym roku powyżej psychologicznej bariery 3 zł.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Ile Polacy oszczędzają na taniej ropie?

Trzy lata temu ropa Brent kosztowała ok. 110 dol. za baryłkę. Obecnie jest niemal o 60 proc. tańsza. Efekt? Właściciele diesli tylko w zeszłym roku na paliwie zaoszczędzili ponad 1400 złotych, samochodów napędzanych popularną „95” prawie 1,1 tys. zł.

Według danych Eurostatu, Polska w 2016 r. sprowadziła z zagranicy ponad 177 mln baryłek ropy naftowej. Większość importu pochodziła z Rosji, skąd zakupiliśmy prawie 85 proc. niezbędnego do funkcjonowania gospodarki surowca. Rachunek, który wystawili nam eksporterzy „czarnego złota”, wyniósł 7,2 mld dol., co przełożyło się na średnią cenę baryłki na poziomie 40,64 dol.

Warto przede wszystkim zauważyć, że miniony rok był czwartym z kolei, kiedy nasz rachunek za ropę wyraźnie się zmniejszył. W 2012 r. zapłaciliśmy za nią prawie 20 mld dol. przy podobnym wolumenie importu. Dwa lata później było to 16,5 mld dol., a już w 2015 r. jedynie 9,5 mld dol.

Oszczędności wyglądają także spektakularnie, gdy wyrazimy je w złotym, nawet mimo osłabienia się w ostatnich latach polskiej waluty w relacji do amerykańskiej. W 2012 r. średni kurs dolara wynosił 3,25 zł. To oznacza, że koszt importu ropy w tamtym okresie sięgnął ok. 64 mld zł. W kolejnych latach było to 57 mld zł, 52 mld zł oraz 35 mld zł. W ub.r. natomiast za sprowadzony surowiec zapłaciliśmy ok. 28 mld zł, czyli prawie o połowę mniej niż dwa lata wcześniej.

Wiele korzyści i ograniczone straty

Bezpośrednie korzyści niższych cen ropy naftowej, a także paliw, stosunkowo szybko odczuli kierowcy. Dane Eurostat pokazują, że średnia cena benzyny bezołowiowej w 2012 r. wynosiła w Polsce 5,69 zł za litr. Trzy lata później było to 4,65 zł za litr, a w ub.r. przeciętnie gospodarstwa domowe płaciły za litr PB 95 4,34 zł.

Zestawiając informację o średniej cenie paliw z danymi GUS dotyczącymi ilości benzyny kupowanej przez Polaków (793 litry w 2015 r.) oraz posiadanej liczby samochodów napędzanych popularną „95” (7,31 mln), można obliczyć, że przeciętne korzyści na kierowcę wyniosły w 2015 r. ok. 800 zł, a rok później prawie 1,1 tys. zł.

Jeszcze więcej oszczędności uzyskało 3,3 mln kierowców, których auta są napędzane dieslem. W 2012 r. litr oleju napędowego (ON) kosztował 5,67 zł, trzy lata później 4,5 zł, a rok temu 4,11 zł. Ponieważ właściciele diesli kupują ok. 900 litrów ON rocznie, to w ich portfelach zostało w 2015 r. i 2016 r. odpowiednio po 1050 zł i 1422 zł.

Niższe koszty surowców energetycznych to nie tylko oszczędności dla kierowców oraz zwiększenie siły nabywczej gospodarstw domowych. Spadek cen ropy ma także praktycznie bezpośrednie przełożenie na poprawę bilansu handlowego, a więc i na wkład eksportu netto do PKB.

W ostatnich czterech latach rachunek Polski za ropę naftową zmniejszył się w sumie o ponad 80 mld zł w porównaniu do scenariusza utrzymania ich cen z 2012 r. Warto także zwrócić uwagę, że redukcja kosztów paliw ma szczególne znaczenie dla firm transportowych, budowlanych czy tych działających w sektorze rolniczym. Niższe ceny ropy oznaczają dla przedsiębiorców wyższe zyski i większą chęć do inwestycji.

Negatywne elementy związane ze spadkami cen surowców mogą natomiast objawiać się niższym popytem na towary i usługi ze strony państw eksportujących ropę naftową. W przypadku Polski negatywne skutki zdecydowanie ustępują pozytywnym. Na podstawie danych NBP w Raporcie o Inflacji z marca 2015 r. skumulowany dodatni efekt dla PKB w okresie 16 kwartałów, po trwałym obniżeniu kosztów ropy naftowej o 10 proc., można oszacować na ok. 0,35 pkt proc. Przy spadku w granicach 50-60 proc. powinniśmy więc otrzymać wartość ok. 2 pkt proc. PKB.

Pozytywne efekty powinny się utrzymać

Poza dotychczasowymi oszczędnościami dla krajowej gospodarki w wysokości ponad 80 mld zł, wyższymi odczytami PKB, czy wzrostem siły nabywczej gospodarstw domowych, jest też duże prawdopodobieństwo utrzymania się cen ropy na bieżących poziomach i podtrzymania pozytywnych efektów dla polskiej gospodarki.

Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych zmieniła podział sił na globalnym rynku ropy naftowej. Kontrakty terminowe na ten surowiec wskazują, że jego cena w najbliższych kilku latach nie powinna przekroczyć przedziału 55-60 dol. Również coraz wyższa efektywność producentów w USA oraz ograniczony wzrost popytu globalnego sugerują, że koszt tego podstawowego surowca energetycznego utrzyma się blisko bieżących poziomów przynajmniej do końca obecnej dekady.

Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Firmy nie wiedzą, jak czerpać korzyści z Internetu Rzeczy

Według analiz Gartnera Internet Rzeczy jest obecnie jednym z najważniejszych trendów technologicznych, które kształtują cyfrową transformację biznesu. Potwierdzają to również wyniki badania SAS. Według nich IoT będzie miał kluczowe znaczenie dla przyszłego sukcesu aż 63% firm. Aby tak się stało, organizacje muszą nauczyć się przetwarzać ogromną ilość danych dostarczanych przez inteligentne urządzenia i umiejętnie oddzielać cenne informacje od tych mniej wartościowych.

(12 lipca 2017 r.) – Mimo że o Internecie Rzeczy mówi się już od kliku lat, jedynie 53% firm przebadanych przez SAS rozumie, jakie korzyści mogą wynikać z wdrożenia tej technologii. Tymczasem, zdaniem specjalistów IoT (Internet of Things – Internet Rzeczy) w najbliższej przyszłości wpłynie na sposób realizacji poszczególnych zadań. Urządzenia przestaną działać samodzielnie, a zaczną komunikować się między sobą, wymieniać informacje i wspierać człowieka w wykonywanych pracach.

Sieć inteligentnych urządzeń

Na Internet Rzeczy składa się sieć urządzeń potrafiących gromadzić, przetwarzać lub wymieniać dane za pośrednictwem instalacji elektrycznej lub sieci komputerowej. Przykłady inteligentnych urządzeń można znaleźć zarówno w domu, np. smart meter (element smart grid), czyli inteligentne liczniki prądu czy inteligentne telewizory (Smart TV), jak i w biznesie, np. czujniki na hali produkcyjnej dostarczające informacje na temat defektów wyprodukowanych elementów. Gartner przewiduje, że do 2020 roku na świecie będzie aż 20,4 miliardów urządzeń podłączonych do sieci.

Aby lepiej zrozumieć skalę Internetu Rzeczy, warto przyjrzeć się konkretnemu przykładowi zastosowania tej technologii. Szacuje się, że samochód elektryczny produkuje około 25 gigabajtów danych przez godzinę użytkowania, co przy średnim przebiegu auta przekłada się na ok. 130 terabajtów danych na pojazd rocznie. Na ich podstawie, analizując styl jazdy danego kierowcy, ubezpieczyciel może określić poziom stawek ubezpieczeniowych. Z kolei producent może zidentyfikować potencjalną awarię i zminimalizować koszty związane z masowymi wezwaniami do serwisów.

Zapanować nad Internetem Rzeczy

Internet Rzeczy z jednej strony stwarza ogromne szanse rozwoju dla firm z każdego sektora, od produkcji po opiekę medyczną, z drugiej wymaga wdrożenia odpowiednich procedur i rozwiązań, które pozwolą w pełni wykorzystać potencjał tej technologii. Z badania przeprowadzonego przez SAS wynika, że pominięcie Internetu Rzeczy w tworzeniu strategii biznesowej może doprowadzić m.in. do utraty udziałów rynkowych na rzecz konkurencji, spadku efektywności czy przegapienia szansy wprowadzenia na rynek nowych produktów i usług.

Oczekiwania dotyczące wykorzystania Internetu Rzeczy w biznesie są bardzo wysokie. Technologia ta pozwala pozyskiwać niespotykaną dotąd ilość danych. Problem w tym, że nie wszystkie z nich mają takie samo znaczenie z perspektywy prowadzonej przez firmę działalności. Samo gromadzenie danych nie pozwala na wypracowanie przewagi konkurencyjnej. Aby uzyskać korzyści biznesowe z zastosowania IoT, konieczne jest odpowiednie podejście do ich analizy mówi Łukasz Leszewski,  Lider zespołu Business Intelligence & Data Management w SAS Polska.

Jak zapanować nad Internetem Rzeczy w 3 krokach:

Powołaj opiekuna danych – W dobie demokratyzacji dostępu do danych i tendencji do upraszczania platform analitycznych coraz więcej osób ma dostęp do informacji. Internet Rzeczy sprawia jednak, że ilość danych staje się trudna do przetworzenia. Dlatego niezbędne jest powołanie specjalisty, który będzie odpowiedzialny za całą strategię zarządzania danymi w organizacji. Gartner przewiduje, że do 2019 roku 90% dużych firm będzie posiadało w swoich szeregach Chief Data Officera. Kolejnym aspektem jest również zgodność z dyrektywą RODO, która od maja przyszłego roku zmieni warunki zarządzania danymi osobowymi w firmach. Nowa regulacja zobowiązuje przedsiębiorstwa do powołania funkcji Inspektora Danych Osobowych, który będzie nadzorował wszystkie procesy związane z przetwarzaniem tego typu informacji.

Zadbaj o bezpieczeństwo – W zeszłym roku byliśmy świadkami wykorzystania Internetu Rzeczy przez cyberprzestępców do przeprowadzenia ataków DDoS o niebywałej sile, czego przykładem było sparaliżowanie serwisów takich jak Twitter, Spotify, Amazon czy Netflix. Nie dziwi zatem fakt, że kwestie związane z bezpieczeństwem są jednym z głównych wyzwań wymienianych przez przedstawicieli firm biorących udział w badaniu przeprowadzonym przez SAS. Chcąc zabezpieczyć swoją organizację, należy pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa, takich jak tworzenie kopii zapasowych, autoryzacja dostępu do danych czy wdrożenie odpowiednich procedur względem informacji wrażliwych czy danych osobowych.

Analizuj w czasie rzeczywistym – Jednym z wyzwań, przed jakim stają firmy wdrażające projekty z zakresu Internetu Rzeczy, jest analiza w czasie rzeczywistym danych pozyskanych przez inteligentne urządzenia. Informacje posiadają krótki termin ważności i mają wartość tylko w sytuacji, gdy jesteśmy w stanie odpowiednio szybko je przetworzyć i wyciągnąć na ich podstawie wnioski, które następnie wykorzystamy, tworząc strategie biznesowe. Z pomocą przychodzą systemy analityczne czasu rzeczywistego, które pozwalają na błyskawiczne przeanalizowanie strumieni danych i właściwą reakcję, a także na przygotowywanie raportów na podstawie aktualnych, wyselekcjonowanych informacji.

Źródła:

Internet of Things Visualise the Impact

The Autonomous Grid: Machine Learning and IoT for Utilities

Badania zostały przeprowadzone przez firmę SAS wśród przedstawicieli przedsiębiorstw działających na terenie Stanów Zjednoczonych.

Raz lepiej, raz gorzej czyli rynek funduszy inwestycyjnych w Polsce

Intensywność zdarzeń polityczno-gospodarczych, które bezpośrednio wpływają na rynki finansowe jest tak duża, że płynność rynku stała się kluczowym aspektem przy wyborze inwestycji. Jak wynika z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA) oraz spółki Analizy Online, na koniec czerwca br. we wszystkich krajowych funduszach zgromadzone było 272,2 mld zł[1]. Czy fundusze absolutnej stopy zwrotu w czasach dużej zmienności i niepewności są magnesem dla inwestorów?

2016 rok był piątym z kolei, w którym powiększyła się wartość aktywów zarządzanych przez fundusze inwestycyjne w Polsce. Na koniec grudnia wyniosła aż 259 mld zł[2]. W pierwszych miesiącach 2017 roku wartość aktywów nadal rosła, ale wiosną sytuacja się pogorszyła. Niekorzystne warunki rynkowe i wypłaty z funduszy dedykowanych spowodowały spadek aktywów funduszy inwestycyjnych. Ostatecznie, na koniec czerwca we wszystkich krajowych funduszach zgromadzone było 272,2 mld zł, czyli o prawie 1,26 mld zł mniej niż miesiąc wcześniej.

W 2016 roku rynek funduszy inwestycyjnych musiał stawić czoła wielu wstrząsom. Mowa tu przede wszystkim o BREXICIE, wygranych przez Donalda Trumpa wyborach prezydenckich w USA czy podwyżce stóp procentowych dokonaną przez amerykańską Rezerwę Federalną (Fed). Wiele światowych gospodarek, także polska, zmierzyły się również z powracającą inflacją.

W zeszłym roku doświadczyliśmy dalszego rozwoju rynku. Powstały nowe towarzystwa funduszy inwestycyjnych, a już istniejące rozbudowały swoją ofertę. Jednocześnie utrzymał się trend rosnącego znaczenia FIZ-ów. To właśnie fundusze zamknięte były gorącym tematem medialnym w 2016 roku. W listopadzie pojawił się projekt ustawy dotyczącej ich dodatkowego opodatkowania. Ostatecznie udało się wypracować kompromisowe rozwiązanie, pozwalające na tworzenie atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych dla zamożnych inwestorów. Osoby, które chcą korzystać z takich rozwiązań, muszą przygotować równowartość minimum 40 tys. EUR.

Z drugiej jednak strony, inwestorzy mogą otrzymać produkt o stabilnym, umiarkowanym wzroście, a nie wysokim ryzyku. Zmianę nastawienia potwierdzają rosnące aktywa funduszy typu absolute return. Na koniec maja 2017 roku w kategorii funduszy absolutnej stopy zwrotu w formie FIZ-ów zgromadzonych było w sumie blisko 12 mld złotych.

Liderom tego segmentu rośnie konkurencja w postaci towarzystw, które mają ugruntowaną pozycję wśród inwestorów, ale uruchomiły autorskie fundusze absolute return stosunkowo późno. Jedno z najdłużej funkcjonujących na rynku towarzystw – Union Investment TFI – ma w swojej ofercie trzy fundusze zamknięte absolutnej stopy zwrotu. Według zarządzających, podstawą przyciągnięcia do siebie inwestorów jest zagwarantowanie odpowiedniej strategii i dbanie o zachowanie wysokiej płynności, co w polskich realiach nie zawsze jest regułą.

Takie działania są bardzo istotne w sytuacji nieprzewidywalności rynku. Ostatnie wybory prezydenckie we Francji, podczas których cała Europa wstrzymywała oddech z myślą o przyszłości Unii Europejskiej, są ilustracją tego, że możliwość szybkiej realokacji aktywów funduszu ma kluczowe znaczenie. Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest zachowanie banków centralnych, które stają się istotniejsze niż wycena aktywów oraz czynniki fundamentalne.

Nie ma jednej recepty na inwestowanie w czasach niepewności. Na pewno ważne jest, aby zarządzający aktywami mieli konkretne pomysły na inwestycje. Warto również brać pod uwagę strategię market neutral, czyli neutralizowanie ryzyka. Należy wreszcie szukać efektywnych i płynnych rynków, a na pewno nie ulegać presji. To, że inni skupiają się tylko na inwestowaniu w konkretne klasy aktywów, nie zawsze oznacza, że będzie to opłacalny ruch.

Tomasz Michalak, dyrektor zarządzający ds. sprzedaży Union Investment TFI

[1] Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami – „Aktywa funduszy inwestycyjnych (czerwiec 2017)“

[2] Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami – raport roczny za 2016

Przedsiębiorcy nie wstydzą się długów – wyniki badania

Czy każdy dług jest wstydliwy? Zdaniem polskich przedsiębiorców – nie. Tak odpowiedziało ponad 93 proc. właścicieli firm w badaniu przeprowadzonym na zlecenie PMR Restrukturyzacje SA.

Przedsiębiorcy, którzy na rozwój działalności swojej firmy zmuszeni są brać kredyty w bankach czy korzystać z odroczonej płatności za zakupione produkty, są przyzwyczajeni do zaciągania długów. Ich posiadanie nie jest dla nich czymś wstydliwym. Aż 93,4 proc. z nich odpowiedziało w ten sposób w badaniu. Wśród osób zatrudnionych na etacie już tylko 70,9 proc. uważało, że nie każdy długo to wstyd.

– To pokazuje, że polscy przedsiębiorcy mają naturalny stosunek do pieniędzy. W biznesie tak jest, że obraca się cudzymi pieniędzmi, finansowanie długiem jest naturalna rzeczą w całym świecie – uważa Małgorzata Anisimowicz, doradca restrukturyzacyjny z kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – Pieniądz na pewnym poziomie traktowany jest jak narzędzie, zasób niezbędny dla rozwoju firmy. Jest on cenny, podobnie jak ludzie, systemy informatyczne, pozycja na rynku czy wizerunek – dodaje.

Kredyty – tak, pożyczki od rodziny – nie

Najbardziej akceptowalne są dla przedsiębiorców kredyty hipoteczne – aż 79,2 proc. stwierdziło, że nie jest to powód do wstydu. Tylko 33,1 proc. osób pracujących na etacie zgadza się z tą opinią.

Niemal połowa właścicieli firm uznaje za normalne opóźnienia w płatnościach rachunków za prąd, wodę, czynsz czy internet. Inne zdanie mają nieprowadzący działalności gospodarczej – tylko 10,8 proc. z nich odpowiedziało, że do takich długów bez wstydu przyznałoby się znajomym.

Najbardziej wstydliwe z punktu widzenia osób zatrudnionych na etat są opóźnienia w płatnościach do ZUS-u i urzędu skarbowego. Nic dziwnego, bo koszty te ponoszą pracodawcy, a nie pracownicy. Zaledwie 11,7 proc. pracodawców podziela ich przekonanie.

Aż jedna czwarta biznesmenów wstydziłaby się zaciągnięcia pożyczki od rodziny (24,8 proc.). Tylko dla 7,1 proc. zatrudnionych na etacie byłoby to powodem do wstydu.

– Badania pokazują problemy polskich firm, często niedokapitalizowanych i borykających się z brakiem środków na pokrycie bieżących zobowiązań. Przedsiębiorcom trudno jest uzyskać kredyt, a niełatwe otoczenie biznesowe powoduje, że mają kłopoty z płynnością finansową – uważa Małgorzata Anisimowicz.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 2-4 czerwca 2017 r. za pośrednictwem ankiety elektronicznej. Wzięło w nim udział 381 osób. Próba była reprezentatywna dla dorosłych użytkowników internetu. Minimalna wielkość próby do tego badania została obliczona w kalkulatorze próby dostępnym w internecie i wynosi 369 osób przy założeniu, że wielkość badanej populacji to osoby dorosłe mieszkające w Polsce, a błąd maksymalny wynosi 5 proc.

Złoty mocny na fali osłabienia dolara

Wczoraj późnym popołudniem doszło do kolejnego osłabienia się dolara względem większości walut. Sygnalizowaliśmy wczoraj, iż wystąpienia członków FOMC mogą wnieść coś nowego i to raczej rozczarowanie rynku ogólnym wrażeniem po ich wypowiedziach, połączone z nowymi wątkami afery związanej z D. Trumpem na temat kontaktów jego syna z przedstawicielami strony rosyjskiej osłabiły dolara. Zyskał na tym oczywiście polski złoty, który o poranku był mocny, utrzymując się poniżej lokalnego, bardzo ważnego wsparcia. Trwałe wybicie poziomu 3,70 pozwoli cenie zejść do 3,63, a jest duża szansa na test poziomu 3,55. Należy podkreślić, iż dolar tak tani był ponad rok temu, a tylko w tym roku jego wartość spadła o 55 groszy. W przypadku, gdyby świeca tygodniowa zamknęła się jednak powyżej 3,70, to jest szansa na sporą korektę. By jednak mogło do niej dojść, musi z USA nadejść spory impuls. Już dzisiaj rynek oczekuje wypowiedzi szefowej FED-u Janet Yellen o godzinie 16:00.ergokantor-pl-usdpln-12-07-17

W dniu wczorajszym doszło także do sporej zmienności na EURPLN. Najpierw byki przetestowały lokalne szczyty przy 4,25, by następnie wymazać cały ruch wzrostowy i zejść do dolnego ograniczenia kanału trendowego. Scenariusz konsolidacyjny jest dalej w grze i cena powinna się poruszać pomiędzy 4,2530 – 4,2240. Wybicie w którymkolwiek kierunku nakreśli ruch w średnim terminie.ergokantor-pl-eurpln-12-07-17

Dla funta kluczowym wsparciem będzie poziom 4,6850, który prawdopodobnie będzie w najbliższych godzinach przetestowany. Historycznie tak taniego funta mieliśmy w październiku 2016 roku, po czym doszło do sporego wzrostu ceny (ponad 70 groszy). Należy założyć, iż w okolicach wsparcia inwestorzy długoterminowi zaczną wchodzić w pozycję długą, dlatego jest też szansa na sporą kilkugroszową korektę. W przypadku ruchu w górę najbliższym oporem pozostaje poziom 4,85.ergokantor-pl-gbppln-12-07-17

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Bank Kanady nie da rady

Poprzeczka oczekiwań przed dzisiejszą decyzją Banku Kanady jest ekstremalnie wysoko postawiona. Naszym zdaniem dojdzie do rozczarowania i korekcyjnej przeceny dolara kanadyjskiego – w ostatnim czasie najsilniejszej z głównych walut. Poza tym: funt jest narażony na kontynuację osłabienia pod wpływem danych z rynku pracy i słabnącego poparcia dla podwyżki stóp. Mocno poobijany wczoraj dolar amerykański czeka na sprawozdanie Yellen przed kongresem, ale bardziej od słów USD potrzebuje wsparcia ze strony danych.

Gubernator Banku Kanady, Stephen Poloz i jego koledzy zrobili w ostatnich tygodniach wiele, by przygotować rynek na podwyżkę stóp procentowych. W rezultacie jest ona wyceniona w niemal 100 proc. CAD od jakiegoś czasu jest beneficjentem tego zwrotu w nastawieniu banku centralnego i teraz tylko wyraźne podbicie oczekiwań na kontynuację cyklu zacieśniania mogłoby dać silniejszy impuls do umocnienia waluty. Wydaje się to mało realne, dlatego też „sprzedaż faktów” może uderzyć w CAD.

Gubernator Poloz i wicegubernator Wilkins wyrażali wyraźny optymizm w stosunku do sytuacji w gospodarce, szczególnie jej poprawy względem 2016 r. Imponujący przyrost nowych miejsc pracy (chociażby w zeszłym miesiącu wzrost o 45,3 tys., prog. 11,4 tys.) oraz wyraźna poprawa klimatu wśród przedsiębiorstw (wskaźnik Business Outlook Survey znalazł się najwyżej od 2011 r.) są solidnymi argumentami za podwyżką.

Jednak kluczowym pytaniem jest co BoC planuje dalej? Rynek wycenia ok. 85 proc. szans na jeszcze jedną podwyżkę do końca roku i kolejne dwie na przestrzeni następnych 18 miesięcy. Takie ustawienie krzywej rentowności implikuje oczekiwania startu cyklu zacieśniana, co w środę wymagałoby jasno jastrzębiego potwierdzenia ze strony banku. Naszym zdaniem jest to mało realne. Choć gospodarka Kanady ma się lepiej, to wciąż stoją przed nią poważne wyzwania. Wśród problemów można wymienić brak oznak nasilenia inflacji, wysokie zadłużenie hipoteczne, silne fluktuacje rynku surowców (ropa naftowa) oraz niepewny finał negocjacji handlowych z USA. Obawy o wpływ tych czynników stanowiły ważny element komunikatu BoC w przeszłości i wątpimy, aby nagle zostały usunięte. Co więcej, fakt istnienia tych ryzyk powinien skłaniać Bank Kanady do utrzymania ostrożnego nastawienia, a tym bardziej powstrzymywać od zakomunikowania startu cyklu zacieśniania monetarnego.

Bardzo wyraźnie przeceniany ostatnio funt może ponownie znaleźć się pod presją danych makro, tym razem z rynku pracy. Inwestorzy szczególnie wyczuleni są na dynamikę wynagrodzeń. Jej hamowanie przy wysokiej inflacji jest bowiem złą wróżbą dla konsumpcji – motoru napędowego brytyjskiej gospodarki w poprzednich kwartałach. Funt słabnie po słabych odczytach PMI, które chłodzą oczekiwania na podwyżkę stóp. Swoją cegiełkę dokłada też wicegubernator Broadbent, który dystansuje się od konieczności zacieśniania. Nadal widzimy przestrzeń do spadków GBP/USD w kierunku 1,26.

Mocno poobijany wczoraj dolar amerykański czeka na sprawozdanie Yellen przed kongresem, ale bardziej od słów USD potrzebuje wsparcia ze strony danych. Eurodolar zbliżył się do 1,15 i tym samym znalazł najwyżej w tym roku. Tylko zakończenie dnia poniżej 1,1440 zneutralizowałoby scenariusz bezpośredniej kontynuacji zwyżki. Spodziewamy się, że w średnim terminie EUR/USD schodzić będzie na niższe pułapy a na koniec roku osiągnie 1,10. Ciekawiej wygląda rynek jena. USD/JPY ostro zawrócił od majowego szczytu w okolicach 114,40, co naszym zdaniem otwiera drogę do korekcyjnego umocnienia japońskiej waluty.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Kto zyska a kto starci? Wynagrodzenia członków zarządów według nowej ustawy kominowej

We wrześniu 2016 roku weszła w życie tzw. „nowa ustawa kominowa” dotycząca zasad kształtowania wynagrodzeń członków zarządów w spółkach państwowych. Ustawa była szeroko komentowana w mediach i budziła wiele kontrowersji. Najważniejsze pytanie oczywiście dotyczyło kwestii kto zyska, a kto straci? Kto może liczyć na wzrost wynagrodzenia, a kto będzie musiał pogodzić się z jego obniżką?

Według jej zapisów wynagrodzenia osób pełniących najwyższe funkcje w zarządach powinny składać się z części stałej (uzależnionej od wielkości spółki) oraz części zmiennej zależnej od poziomu realizacji wyznaczonych celów. Jako podstawę do wyliczenia części stałej wyznaczono wartość miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego (w 2016 roku wyniosło ono 4 403,78 PLN). Ważną kwestią jest zapis mówiący o tym, że menedżerowie nie będą mogli pobierać dodatkowego wynagrodzenia ze spółek zależnych, jak miało to miejsce do tej pory. Obowiązek podjęcia uchwały określającej zasady wynagradzania członków zarządu oraz rad nadzorczych został nałożony na walne zgromadzenia lub zgromadzenia wspólników spółek.

Schemat ustalenia wynagrodzeń członków zarządów według „nowej ustawy kominowej”

zatrudnienie roczny
obrót netto
suma
aktywów
przedział wynagrodzenia jako krotność podstawy obliczenia premia jako % wynagrodzenia podstawowego
< 10 < 2 mln EUR < 2 mln EUR 1 – 3 100%
≥ 11 ≥ 2 mln EUR ≥ 2 mln EUR 2 – 4 100%
≥ 51 > 10 mln EUR > 10 mln EUR 3 – 5 100%
≥ 251 > 50 mln EUR > 43 mln EUR 4 – 8 100%
≥ 1251 > 250 mln EUR > 215 mln EUR 7 – 15 100%

 

Źródło: Ustawa o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami (2016)

W poniższym artykule przeanalizowaliśmy informacje w jaki sposób spółki, w których Skarb Państwa posiada znaczące udziały, określiły docelową wysokość wynagrodzeń swoich menedżerów. Dane pochodzą z zapisów uchwał walnych zgromadzeń akcjonariuszy. Większość przeanalizowanych spółek ustaliło maksymalne widełki wynagrodzenia zasadniczego dla osób pełniących funkcję prezesa zarządu w przedziale od 7 do 15 krotności podstawy obliczenia, czyli od 31 do 66 tys. PLN miesięcznie. Tylko dwie spółki tj. GPW SA i PHN SA ustaliły niższe przedziały płacowe, odpowiednio od 4 do 8 i od 3 do 5 krotności podstawy obliczenia. We wszystkich spółkach, z wyłączeniem JSW SA te same przedziały będą obowiązywały do ustalenia wynagrodzeń pozostałych członków zarządów. Zgodnie z zapisami ustawy uzupełnieniem wynagrodzenia zasadniczego jest premia przyznawana za realizację wyznaczonych celów zarządczych. Dzięki niej menedżerowie będą mogli nawet podwoić swoje pensje. Warto zwrócić uwagę, iż tylko jedna ze spółek – PZU SA wyznaczyła niższą maksymalną wartość premii, czyli 70% wynagrodzenia zasadniczego.

Sposób ustalania wynagrodzeń członków zarządów w spółkach Skarbu Państwa w 2017 roku

nazwa spółki wynagrodzenie zasadnicze prezesa zarządu jako wielokrotność podstawy obliczenia wynagrodzenie zasadnicze pozostałych członków zarządu jako wielokrotność podstawy obliczenia maksymalna wysokość wynagrodzenia zmiennego jako % wynagrodzenia stałego
ENEA 7-15 7-15 max. 100%
ENERGA 7-15 7-15 max. 100%
GPW 4-8 4-8 max. 100%
GRUPA AZOTY 7-15 7-15 max. 100%
JSW 7-15 7-12 max. 100%
KGHM 7-15 7-15 max. 100%
LOTOS 7-15 7-15 max. 100%
PGE 7-15 7-15 max. 100%
PGNiG 7- 15 7- 15 max. 100%
PHN 3-5 3-5 max. 100%
PKNORLEN 7-15 7-15 max. 100%
PKO BP 7-15 7-15 max. 100%
PZU 7-15 7-15 max. 70%
TAURON 7-15 7-15 max. 100%

 

Źródło: Uchwały walnych zgromadzeń akcjonariuszy poszczególnych spółek

Z badania wynika, iż większość menedżerów spółek Skarbu Państwa w 2017 roku będzie mogła otrzymać wynagrodzenie w maksymalnej wysokości 1,6 mln PLN (przy założeniu, że zrealizują cele premiowe). W tym miejscu nasuwa się pytanie jakie cele mają do realizacji top menedżerowie? W tabeli 3. prezentujemy zestawienie głównych zadań wyznaczonych dla członków zarządów zawartych w uchwałach kilku wybranych spółek. Niestety wszystkie cele opisane są w sposób bardzo ogólny, nie podano w nich konkretnych wartości i mierników, które będą służyły do oceny ich realizacji, a co za tym idzie wypłaty premii. W każdej spółce Rada Nadzorcza jest upoważniona do uszczegółowienia tych celów wraz z określeniem ich wag oraz obiektywnych i mierzalnych kryteriów realizacji i rozliczania (KPI).

Cele premiowe członków zarządów w wybranych spółkach Skarbu Państwa

nazwa spółki cele premiowe
JSW ·         realizacja określonego poziomu EBITDA GK,

·         realizacja projektów inwestycyjnych wynikających z programu restrukturyzacji,

·         realizacja określonego poziomu i struktury produkcji węgla,

·         zwiększenie wydajności na jednego zatrudnionego w Spółce,

·         wykonanie wskaźnika mining cash cost na określonym poziomie.

LOTOS ·         wzrost EBITDA LIFO,

·         poprawa efektywności kosztowej,

·         realizacja projektów strategicznych zgodnie z przejętym budżetem
i harmonogramem inwestycji,

·         dotrzymanie określonych wskaźników poziomu zadłużenia.

PGNiG ·         wypracowanie skonsolidowanego wyniku EBITDA w Grupie Kapitałowej,

·         liczba pozyskanych nowych klientów,

·         realizacja strategii Grupy Kapitałowej,

·         terminowa realizacja projektów inwestycyjnych,

·         coroczne odtworzenie krajowych zasobów gazu ziemnego i ropy naftowej.

PKO BP ·         osiągnięcie odpowiedniego poziomu wyniku finansowego netto,

·         osiągnięcie ustalonego poziomu wskaźników ekonomiczno-finansowych: C/I, ROE, udziału należności z rozpoznaną utratą wartości w portfelu kredytowym, marży odsetkowej, wskaźnika zadowolenia klientów,

·         realizacja strategii Banku oraz Grupy Kapitałowej Banku,

·         utrzymanie pozycji rynkowej Banku (Cele Zarządcze).

Źródło: Uchwały walnych zgromadzeń akcjonariuszy poszczególnych spółek

Wracając do pytania postawionego na początku artykułu – kto zyska, a kto straci? Aby na nie odpowiedzieć w tabelach 4 i 5. zestawiono wysokość wynagrodzeń otrzymanych przez osoby zarządzające poszczególnymi spółkami w 2016 roku z maksymalną wartością wynagrodzeń, które mogą zostać im wypłacone w 2017 roku. Z przedstawionych danych wynika, iż w większości analizowanych spółek wynagrodzenia osób zarządzających mogą wzrosnąć w stosunku do wynagrodzeń wypłaconych w 2016 roku.

W pierwszej kolejności spójrzmy na wynagrodzenia prezesów. Ze względu na duże zmiany kadrowe, w tabeli prezentujemy dane tylko dla czterech spółek, w których prezesi przepracowali cały rok. Tomasz Gawlik, zarządzający Jastrzębską Spółką Węglową zarobił w 2016 roku 743 tys. PLN. Zgodnie z zapisami podjętej uchwały NWZ jego następca Daniel Ozon może w 2017 zrobić ponad dwa razy tyle. Jednakże w pozostałych spółkach wynagrodzenia prezesów zostaną obniżone, w PKN ORLEN o prawie 130 tys. PLN, w PGNIG o ponad 200 tys. PLN, a najwięcej straci osoba zarządzająca PKO BP – ponad 1 mln PLN.

Porównanie wynagrodzeń wypłaconych prezesom zarządów w 2016 roku z maksymalnymi kwotami, które mogą otrzymać w 2017 roku (dane w PLN)

nazwa spółki wynagrodzenie
wypłacone w 2016 roku
maksymalna wysokość wynagrodzenia w 2017 różnica
JSW 743 067 1 585 361 +842 294
PGNiG 1 798 000 1 585 361 -212 639
PKN ORLEN 1 715 000 1 585 361 -129 639
PKO BP 2 671 000 1 585 361 -1 085 639

 

Źródło: Opracowanie własne, na podstawie danych z raportu „Wynagrodzenia członków zarządów w 2016 roku”, Sedlak & Sedlak

W przypadku osób pełniących funkcje wiceprezesów i członków zarządów w czterech spółkach: ENEA, GRUPA AZOTY, JSW i LOTOS maksymalna wysokość wynagrodzeń określona w uchwałach WZ jest o ponad 600 tys. PLN wyższa od średniej pensji wypłaconej w 2016 roku. Natomiast w PKN ORLEN i banku PKO BP wynagrodzenia zostaną obniżone odpowiednio o 1,1 mln PLN i 500 tys. PLN.

Porównanie wynagrodzeń wypłaconych pozostałym członkom zarządów w 2016 roku z maksymalnymi kwotami, które mogą otrzymać w 2017 roku (dane w PLN)

nazwa spółki średnie wynagrodzenie wypłacone w 2016 roku maksymalna wysokość wynagrodzenia w 2017 różnica
ENEA 944 516 1 585 361 +640 845
GPW 688 000 845 526 +157 526
GRUPA AZOTY 966 500 1 585 361 +618 861
JSW 634 600 1 268 289 +633 689
LOTOS 929 308 1 585 361 +656 053
PGNiG 1 509 500 1 585 361 +75 861
PHN 526 352 528 454 +2 102
PKN ORLEN 2 687 667 1 585 361 -1 102 306
PKO BP 2 090 333 1 585 361 -504 973
TAURON 1 208 333 1 585 361 +377 027

 

Źródło: Opracowanie własne, na podstawie danych z raportu „Wynagrodzenia członków zarządów w 2016 roku”, Sedlak & Sedlak

Czy nowa ustawa zrewolucjonizuje wynagrodzenia członków zarządów w państwowych spółkach? Z przedstawionych danych wynika, że na pewno daje możliwość ich podwyższenia. Jednakże czy tak się stanie, o tym zapewne przekonamy się dopiero po publikacji sprawozdań finansowych za 2017 rok.

Więcej informacji o wynagrodzeniach top menedżerów znajdą Państwo w raporcie „Wynagrodzenia członków zarządów w 2016 roku”, Sedlak & Sedlak.

Czy decyzja banku wpłynie na CAD?

Na rynku walutowym zmiany miały charakter dynamiczny, jednak brak było jednoznacznego kierunku. Mocno zyskiwała na sile ropa, a WIG20 w Polsce znów zakończył dzień blisko poziomu 2300.

Wczorajszy handel na rynku walutowym mógł się podobać. Zmiany były dynamiczne, choć nie widać było wyraźnego trendu. Dolar amerykański tracił do euro oraz dolara australijskiego, jednak zyskiwał do NZD oraz CAD. Głównemu indeksowi warszawskiej giełdy nie pomogły bardzo dobre doniesienia z polskiej gospodarki. Według GPC mamy nadwyżkę budżetową, rzędu kilku miliardów. To natomiast oznacza, iż deficyt na koniec roku będzie niższy niż planowano – czyli 59,3 mld zł.

Cena ropy Brent zyskiwała na koniec wczorajszej sesji 2.3%. Inwestorów pozytywnie zaskoczyły dane, wskazujące na spadek zapasów paliw w USA. Dziś opublikowane zostaną kolejna dane o paliwach. Inwestorzy będą też czekać na posiedzenie Banku Kanady, którego decyzję poznamy o 16:00. Kilka godzin wcześniej poznamy dane makro z Wielkiej Brytanii. Natomiast wieczorem opublikowana zostanie „Beżowa Księga” – czyli raport Fed dotyczący bieżącej sytuacji gospodarczej USA oraz prognoz.

Czy decyzja banku wpłynie na CAD? 4

Dolar kanadyjski jest w wyraźnym trendzie wzrostowym względem USD. Rynek USD/CAD mocno pikuje. Teoretycznie powinien zejść w okolice poziomu 1.27 – tam też ma wsparcie poziomie oraz środkową linię kanału spadkowego. Wyprzedany wskaźnik RSI sygnalizuje, iż próba odbicia może być blisko – wystarczy pokonać widoczną linię spadkową. Ewentualne wzrosty napotkają na opór przy 1.32.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Rynek Pracy Specjalistów w II kw. 2017 roku

W II kwartale 2017 r. na portalu Pracuj.pl opublikowano 136 057 ofert pracy. Oznacza to 4% wzrost liczby ogłoszeń o pracę w porównaniu do II kwartału ubiegłego roku. Najwięcej ofert pochodziło, podobnie jak w minionym kwartale, z branż: handel i sprzedaż, bankowość / finanse / ubezpieczenia oraz przemysł ciężki. Budownictwo, z niemal 18% wzrostem, okazało się liderem wzrostów w II kwartale 2017 r. Niezmiennie, pracodawcy najczęściej poszukiwali specjalistów ds. handlu i sprzedaży, obsługi klienta, ekspertów IT oraz specjalistów ds. finansów. Najwięcej ofert pracy pochodziło z województw: mazowieckiego i dolnośląskiego.

  • Wzrost całkowitej liczby ofert pracy o 4% w porównaniu do II kw. 2016 r.
  • Najwięcej ofert pracy pochodziło z branży handel i sprzedaż
  • Utrzymuje się trend wzrostowy w branży budownictwo i nieruchomości – wzrost o 17% w ujęciu rok do roku oraz o 2 punkty procentowe w ujęciu kwartał do kwartału
  • Blisko 33% wzrostu zapotrzebowania na specjalistów ds. budownictwa w porównaniu do II kw. 2016 r.
  • 45% wzrostu zapotrzebowania na specjalistów ds. nieruchomości w ujęciu rok do roku
  •  Województwo mazowieckie na pierwszym miejscu z 12% wzrostem liczby ofert pracy w ujęciu rok do roku

Jakie branże zatrudniały w II kwartale 2017 r.?

Niezmiennie, największe zapotrzebowanie na pracowników pochodzi z branży handel i sprzedaż – generuje ona 17% wszystkich ofert pracy z II kwartału 2017 roku, choć II kwartał zakończyła z 9% spadkiem ofert pracy. Na drugim miejscu pod względem ogólnej liczby ogłoszeń, podobnie jak w I kwartale 2017 r., uplasowała się branża bankowość, finanse, ubezpieczenia (nieco ponad 12% wszystkich ofert pracy). Trzecią pozycję zajmuje nadal przemysł ciężki (8% wszystkich ofert pracy) z blisko 6% spadkiem rok do roku.

Na tle spadków wśród liderów zestawienia wyróżnia się branża budownictwo i nieruchomości, która jako jedyna odnotowała wzrosty w liczbie ogłoszeń w każdym z miesięcy II kwartału br. W sumie, w ujęciu rok do roku zapotrzebowanie zwiększyło się o 17%. Wzrósł także, choć nieznacznie udział ofert z tej branży w ogólnej liczbie ogłoszeń o 0,5 pp. W II kwartale obroniła się także branża IT z niemal 5% wzrostem liczby ofert pracy.Rynek Pracy Specjalistów w II kw 2017 roku

Dla jakich specjalistów było najwięcej ofert w II kwartale br.?

W II kw. 2017 r. najbardziej poszukiwanymi pracownikami na rynku pracy byli specjaliści ds. handlu i sprzedaży (34% wszystkich ofert z drugiego kwartału), obsługi klienta – nieco ponad jedna piąta wszystkich ofert pracy oraz pracownicy IT (15% udział w ogólnej liczbie ofert). Pracodawcy poszukiwali także inżynierów, specjalistów ds. logistyki oraz pracowników produkcji.

Podobnie jak w I kwartale, zdecydowanie rosło zainteresowanie pracodawców specjalistami ds. budownictwa (o 33% w ujęciu rok do roku) oraz nieruchomości (o niemal 50%). W grupie specjalistów coraz intensywniej poszukiwanych przez pracodawców znaleźli się także inżynierowie z 15% wzrostem rok do roku oraz pracownicy produkcji z 11% wzrostem zapotrzebowania w II kwartale 2017 r (w porównaniu do II kwartału 2016 r.).

Wciąż obserwuje się także zwiększający się popyt na pracowników HR – w II kwartale 2017 roku pracodawcy skierowali do nich o 13% ofert pracy więcej niż rok wcześniej.Rynek Pracy Specjalistów w 2017 roku

W których województwach było najłatwiej o pracę?

Pracodawcy z województwa mazowieckiego wygenerowali w II kwartale 2017 roku blisko jedną piątą wszystkich ogłoszeń. Udział ofert pracy publikowanych przez pracodawców z tego obszaru zwiększył się w ujęciu kwartał do kwartału o blisko 1,6 pp., a liczba ogłoszeń o pracę wzrosła o 12,16% w ujęciu rok do roku. Na drugim miejscu pod względem liczby ofert pracy znalazło województwo dolnośląskie, pochodziło z niego co dziesiąte ogłoszenie. Na kolejnych miejscach uplasowały się województwa: małopolskie, śląskie i wielkopolskie.

Największe wzrosty zapotrzebowania na pracowników odnotowano, oprócz województwa mazowieckiego, w podkarpackim, opolskim, dolnośląskim. Niewielkie spadki, nie przekraczające 4% zaobserwowano w województwach: podlaskim, warmińsko-mazurskim, kujawsko-pomorskim, lubelskim, małopolskim oraz świętokrzyskim.Rynek Pracy Specjalistów w II 2017 roku

Jakie firmy zatrudniały w II kwartale br.?

W II kwartale 2017 roku, co trzecie ogłoszenie pochodziło z dużych firm(zatrudniających powyżej 251 pracowników), które łącznie publikowały 42 479 ofert pracy. Z firm średnich pochodziło 38 909 ogłoszeń o pracę. Odnotowano wzrosty zapotrzebowania o blisko 10% w przypadku firm dużych oraz o 7% w średnich firmach. Firmy małe oraz mikroprzedsiębiorstwa opublikowały nieco mniej ofert pracy niż przed rokiem, ale ta zmiana nie przekraczała 3%.Rynek Pracy Specjalistów w II 2017

Komentarz Przemysława Gacka, Prezesa Zarządu Grupy Pracuj

Przemysław Gacek – Prezes Zarządu Grupy PracujZa nami kolejny kwartał wzrostów na rynku pracy. Nie były one tak spektakularne, jak w pierwszym kwartale tego roku, jednak jak wynika z naszych danych, rynek wciąż przejawia potencjał wzrostu. Jak wskazują dane Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców przygotowywanego przez Pracodawców RP ankietowani przedsiębiorcy z optymizmem patrzą w przyszłość, zakładając tworzenie nowych miejsc pracy oraz planując inwestycje. Z drugiej strony jednak ich prognozy dotyczące wzrostu zatrudnienia są ostrożne, na co wpływa wciąż deklarowana trudność w znalezieniu odpowiednich kandydatów.

 Jak pracodawcy radzą sobie z brakiem rąk do pracy? Coraz śmielej poszukują kandydatów za naszą wschodnią granicą, a szczególnie na Ukrainie. Już 34,5% pracodawców publikujących na Pracuj.pl deklaruje, że zatrudnia pracowników z tamtego regionu. W Polsce większość zawodów jest dostępnych dla obywateli z Ukrainy. Pracują zarówno w branży budowlanej, jak i produkcji czy branży elektrycznej. Coraz częściej pracują nie tylko fizycznie, ale znajdują zatrudnienie w branży IT czy HR. Szczególnie branża IT coraz chętniej zwraca się ku pracownikom zza naszej wschodniej granicy – są dobrze wykształceni lub w trakcie studiów w Polsce i dobrze znają język angielski, który jest podstawowym językiem tej specjalizacji. Przebadani przez nas pracodawcy deklarują, że w planach rekrutacyjnych coraz częściej biorą pod uwagę właśnie specjalistów z Ukrainy.

Ogromne znaczenie w pozyskaniu odpowiednich kandydatów ma także sam proces rekrutacji, którego pierwszym, często decydującym o sukcesie czynnikiem, jest samo ogłoszenie o pracę. Badanie przeprowadzone przez nas w ramach raportu Candidate Experience wskazuje, że odpowiednio przygotowana oferta pracy może zachęcić do aplikowania. Co więcej, kandydat chce wiedzieć do jakiej firmy aplikuje  – zniechęcają go rekrutacje ukryte, chce wiedzieć jakie obowiązki będzie wykonywał oraz na jakie benefity może liczyć. Coraz częściej kandydaci oczekują również informacji w ogłoszeniu o wysokości wynagrodzenia. Pracodawcy, chcąc dziś pozyskać dobrze dopasowanych kandydatów, muszą podążać za zmianami zachodzącymi na rynku pracy oraz być wyczuleni na potrzeby potencjalnych pracowników.

Co czwarty Polak korzysta z pomocy finansowej państwa

Co czwarty Polak (26%) deklaruje korzystanie z pomocy finansowej państwa, a 40% badanych jest zdania, że trzeba wykorzystywać system opieki społecznej i pomoc państwa jak tylko się da – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Ze wsparcia finansowego z budżetu państwa stosunkowo częściej korzystają osoby mieszkające na wsi (32%) lub w miastach do 100 tys. mieszkańców (28%), a najrzadziej – w dużych miastach liczących od 100 tys. do 500 tys. mieszkańców (15%).

pomoc finansowa państwa

Pobieranie zasiłków najczęściej deklarują osoby z wykształceniem podstawowym (32%), następnie – po równo – z wykształceniem zawodowym i średnim (26%), a najmniej z wykształceniem wyższym (18%).pomoc finansowa państwa 2

Co ciekawe, przekonanie, że trzeba wykorzystywać system opieki społecznej i pomoc państwa jak tylko się da, jest najbardziej rozpowszechnione wśród mieszkańców wielkich miast powyżej 500 tys. mieszkańców (48%) oraz wsi (45%), a najmniej wśród osób mieszkających w miastach do 100 tys. mieszkańców (34%).pomoc finansowa państwa 3

Ponadto, z badania wynika, że zdaniem ponad połowy dorosłych Polaków (55%) osoby korzystające z opieki społecznej to osoby zaradne, które potrafią wykorzystać okazję, by otrzymywać pieniądze i się przy tym nie napracować. Najwięcej takich osób jest wśród sympatyków Kukiz’15 (67%), a najmniej wśród zwolenników Platformy Obywatelskiej (44%).pomoc finansowa państwa 4

Na pytanie sformułowane w odmienny sposób – o to, czy osoby korzystające z opieki społecznej to lenie, którym nie chce się pracować, 45% badanych odpowiedziało twierdząco. Najwięcej takich osób było wśród zwolenników Nowoczesnej (52%), a najmniej wśród zwolenników PiS (30%).pomoc finansowa państwa 5

„W sytuacji, gdy tak wielu badanych uważa wykorzystywanie opieki społecznej i pomocy państwa za objaw zaradności i zgadza się ze stwierdzeniem, że należy to robić, niezwykle trudno będzie w dłuższej perspektywie rozwijać polską gospodarkę opartą na etosie pracy i przedsiębiorczości Polaków. Władza powinna tworzyć system, który promuje aktywność zawodową, a nie osobistą bierność i życie na garnuszku państwa” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

————————————————————————————

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna w dniach 9 – 12 czerwca 2017 roku. Próba ogólnopolska osób od 18 lat wzwyż (N=1055). Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości zamieszkania.

Nowy przywilej ochroni interes mniejszych dostawców czy wyeliminuje ich z rynku?

Opinie ekspertów na temat przepisów o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi są mocno podzielone. Niektórzy widzą szansę na poprawę rentowności małych dostawców. To z kolei zmniejszyłoby presję na wzrost cen produktów, na czym zyskaliby klienci. Ale część analityków ostrzega, że sieci handlowe ograniczą swoje relacje z mniejszymi dystrybutorami. Specjaliści wskazują też na dyskryminujący duże firmy nowy układ prawno-administracyjny.

Jak podkreśla Sebastian Starzyński, prezes platformy TakeTask, głównym celem nowej ustawy jest ochrona interesu publicznego. Działania UOKIK, co do zasady, mają wyeliminować nieuczciwe praktyki z obrotu gospodarczego, a nie zadośćuczynić konkretnym, poszkodowanym przedsiębiorcom. Ekspert przewiduje, że nakładanie kar otworzy drogę dostawcom do dochodzenia odszkodowań od sieci handlowych w sądzie. Będzie to szczególnie ważne dla tych firm, które postanowią zakończyć współpracę z daną siecią.

– Ta ustawa to tzw. nadregulacja, która kodyfikuje sprawy już unormowane. Wprowadza również przepisy niezgodne z istniejącymi, nieusuniętymi z porządku prawnego. Na przykład, nie zmienia funkcji UOKIK-u, a wręcz każe działać mu w trybie publiczno-prawnym. Ponadto, na podstawie stwierdzenia jednej ze stron – de facto donosu dostawcy, ww. organ arbitralnie wkracza w relacje partnerów biznesowych w trakcie ich negocjacji, od których ów skarżący może przecież odstąpić. Gospodarce i rynkowi to na pewno nie służy – stwierdza dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Według Sebastiana Starzyńskiego, sieci handlowe mają obecnie bardzo silną pozycję na polskim rynku, którą widać szczególnie w relacjach z małymi dostawcami. Ustawa ogranicza stosowanie nieuczciwych zachowań, polegających na promowaniu towaru, wbrew woli czy wiedzy dostawcy, a potem obciążanie go kosztami tych działań. Teraz potrzebna będzie wyraźna zgoda dostawcy, aby sieć zorganizowała promocję. Dopiero potem możliwe będzie wystawienie za nią faktury.

Dyskryminująca kontrola?

– Nowe przepisy nakazują respektować interesy dostawcy, wyposażonego w oręż arbitralnego uznania stanowiska silniejszego ekonomicznie partnera za niezgodne z jego interesem, gdy np. oferowana cena nabycia okaże się za niska. Co więcej, specjalny tryb dotyczy ścigania firm powyżej 100 mln przychodu rocznie. A to już, w mojej ocenie, otwarta dyskryminacja. Dodawszy do tego nowy, bardzo opresyjny sposób podejmowania i realizacji kontroli, otrzymujemy nieprzyjazny dużym firmom układ prawno-administracyjny – ocenia dr Faliński.

Natomiast, prezes TakeTask wskazuje na to, że sieci mogą zostać zmuszone do lepszej kontroli swoich działań w placówkach. Wystawianie faktur na promocje, które nigdy się nie odbyły, będzie podważane już nie tylko na mocy ustawy o VAT, ale także dzięki nowym przepisom. Taki porządek prawny wymusi na sieciach lepsze egzekwowanie promocji. To będzie szczególnie istotne dla mniejszych dostawców. Oni nie mają zasobów na kontrolowanie działań nabywców, np. za pośrednictwem firm merchandisingowych czy przedstawicieli handlowych, tak jak najwięksi gracze na rynku. Dotychczas, centralnie planowane akcje promocyjne nie zawsze były w pełni egzekwowane przez placówki. Lepsza egzekucja może poprawić ekspozycję produktów objętych rabatami i podwyższyć ich sprzedaż. To z kolei zapewni mniejszym dystrybutorom większą rentowność. Pozwoli im tym samym sprostać presji płacowej pracowników, bez konieczności podwyższania cen lub obniżana jakości towarów.

– W obawie przed ryzykiem kontroli, sieci przede wszystkim ograniczą swoje relacje z małymi dostawcami. Im zaś skurczy się rynek odbiorców. Część dostaw zostanie przeniesiona do firm pośredniczących, lokowanych za granicą. Będą to zapewne polskie podmioty, ale operujące spoza naszego obszaru prawnego. To utrudni zaopatrywanie się u rodzimych producentów i de facto pozostawi na placu boju tylko duże, silne firmy, zdolne administrować ciągłym i masowym importem – prognozuje dr Faliński.

Tymczasem, Sebastian Starzyński przewiduje, że ubocznym efektem kontroli egzekucji promocji będzie możliwość dokładniejszej analityki skuteczności promocji. Dzięki temu, sieci będą podejmować lepsze decyzje w tym zakresie. To również zapewni im większą rentowność, a przy okazji zniechęci do organizowania promocji, które będą miały niską skuteczność. Na atrakcyjniejszych akcjach promocyjnych zyskają też klienci. Oczywiście to jest daleko idąca prognoza, ale tego typu mechanizmy mogą powstać w handlu.

Wpływ na rynek

– Konsument pozornie nie traci na nowej ustawie, ale stosunkowo szybko doświadczy redukcji m.in. produktów regionalnych w handlu sieciowym. Co więcej, znikanie z rynku szeregu mniejszych firm może oznaczać nadpodaż i spadek cen towarów. Klient z początku będzie zadowolony. Jednak segmentowa deflacja najpierw zabije hurt, a potem szybko wykończy mały detal. Jedynym ratunkiem okaże się ucieczka do franczyz, ale nadmiar akcesów musi oznaczać pogorszenie się warunków uczestnictwa – ostrzega dr Faliński.

Z kolei, Sebastian Starzyński zaznacza, że na tym etapie nie należy jeszcze wysuwać daleko idących prognoz na temat przyszłych skutków wprowadzenia nowych przepisów. Ostateczny wpływ ustawy na interesy klientów jest tak samo niepewny, jak zmiany w funkcjonowaniu małych i dużych dostawców oraz sieci handlowych. Wszystko zależy bowiem od tego, jak UOKiK potraktuje swoje narzędzie kontroli. Może dzięki niemu ściągać swoisty „podatek” od sieci handlowych. Wtedy oczywiście dochodziłoby do nadużyć ze strony organu państwa. I jeżeli tak faktycznie by było, to ceny produktów naturalnie by wzrosły. Ale, jeśli tak się nie stanie, to weryfikowanie działań sieci przyniesie rzeczywiste korzyści konsumentom, np. w postaci bardziej dostosowanych do ich potrzeb promocji.

– Przewiduję, że zaostrzy się konflikt interesów między dużymi i małymi firmami produkcyjnymi, jako że te drugie dostaną przywilej, który nie przyniesie im niczego dobrego. Dodawszy do tego niejasne sformułowania ustawy, co do definiowania przewagi i nadużywania, powstanie swoisty chaos. Na pewno wzrośnie ilość spraw, wobec słabości niesądowego systemu rozstrzygania sporów – zwraca uwagę dr Faliński.

Zdaniem prezesa Starzyńskiego, postępowania będą częściej wszczynane z urzędu. Mogą być też podparte donosami, gdyż dostawcy nie będą chcieli wchodzić w jawny spór z siecią. Jeśli prowadzą współpracę z danym odbiorcą, nie zechcą oficjalnie występować przeciwko niemu. Zachowując anonimowość, nie popsują sobie relacji biznesowych. Jednocześnie, dzięki zaleceniom pokontrolnym, ich sytuacja ma szansę realnie się poprawić. W związku z tym, że sieci mają setki dostawców, takie sytuacje są bardzo prawdopodobne. W opinii eksperta, to jest właśnie silna strona tej ustawy. Oczywiście część podmiotów, z których zrezygnowała dana sieć, będzie starała się wykorzystać nowe przepisy do zemsty lub w celu odzyskania części pieniędzy. Wcześniej też to się zdarzało, ale teraz wystarczy wniosek do UOKIK-u. Zatem spraw sądowych będzie na pewno więcej.

Zbyt duże obciążenie

– Za łamanie nowych przepisów UOKiK może nałożyć karę w maksymalnej wysokości do 3% obrotu przedsiębiorcy osiągniętego w roku poprzedzającym. To bardzo wysoka sankcja, zwłaszcza przy rentownościach rzadko przekraczających owe 3%, zarówno w handlu, jak i w przetwórstwie. Wskutek tego firmy, które dotknąłby ów maksymalny wymiar grzywny, utraciłyby w pełni swoje roczne zarobki, pracując za darmo. Kilka takich spraw doprowadzi do tego, że z Polski zacznie uciekać kapitał. Przypomnę, że nie mamy go w nadmiarze. Pozostaje nadzieja, że najwyższa kara nie będzie często wymierzana. Mniejsze są wystarczająco bolesne. W związku z tym, firmy powinny robić wszystko, aby ich unikać – zapewnia dr Faliński.

Prezes platformy TakeTask zakłada, że gigantyczna kara raczej nie będzie stosowana w pełnej wysokości. Niemniej, wprowadzenie niegroźnej sankcji byłoby nieskuteczne, bo nie zmuszałoby sieci do zmiany ich działania. Jeżeli twórcom ustawy faktycznie chodzi o ochronę mniejszych dostawców, to wtedy regulacja będzie miała pozytywny wpływ na cały rynek. Dzięki niej, sieci zostaną niejako zmuszone do unowocześnienia swoich struktur. Jeśli natomiast celem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów jest zwiększenie wpływów budżetowych, to zyskał do tego idealne narzędzie, ale niestety ze szkodą dla rynku.

– Z kar trudno jest podreperować budżet państwa. Dla niego nawet drastyczne 3% rocznego obrotu przedsiębiorcy to jest śladowa ilość w morzu potrzeb. Ale firmy mocno odczułyby sankcje. Dlatego nabywcy zabezpieczą się przed nimi, ograniczając skład swoich dostawców i redukując go do grona wielkich firm. Sięgną też po import rzeczywisty oraz symulowany, czyli kreowanych pośredników przy granicy. Przychód z tych ostatnich transakcji trudno będzie traktować w kategoriach fiskalnych. Oczywiście, w wyniku wprowadzenia nowej ustawy pewne nieuczciwe praktyki znikną z rynku, ale będzie to bardzo wiele kosztowało polski sektor żywności – podsumowuje dr Faliński.

60 proc. absolwentów studiów zaczyna pierwszą pracę po 2 miesiącach. Monitoring ich kariery pomaga maturzystom w wyborze kierunku i daje szansę na lepszą pracę

60 proc. absolwentów studiów zaczyna pierwszą pracę po 2 miesiącach. Monitoring ich kariery pomaga maturzystom w wyborze kierunku i daje szansę na lepszą pracę 5

System Ekonomicznych Losów Absolwentów (ELA), który monitoruje losy absolwentów szkół wyższych, wskazuje, po których kierunkach studiów najłatwiej znaleźć pracę, a które gwarantują wysokie zarobki. Takie informacje pomagają podjąć decyzje o wyborze studiów kolejnym maturzystom, a uczelniom dostosować programy kształcenia. Z danych ELA wynika, że 60 proc. absolwentów pierwszą pracę znajduje w ciągu 2 miesięcy od uzyskania dyplomu, a już dwa lata po studiach ich zarobki rosną do 85 proc. średniego wynagrodzenia.

– Co do zasady studia dobrze wpływają na potencjalną karierę zawodową studenta. Dodają mu możliwości zarabiania, zmniejszają ryzyko bezrobocia i przyspieszają tempo znalezienia pracy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

System monitoringu Ekonomicznych Losów Absolwentów (ELA) stworzony przez polskich naukowców we współpracy z Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego dostarcza maturzystom informacji o najważniejszych kwestiach związanych ze studiami: ile zarabiają absolwenci, jak długo po studiach szukają pracy, ilu wśród nich jest bezrobotnych, który kierunek i na jakiej uczelni wiąże się z najwyższymi zarobkami.

Obecnie w systemie znajdują się raporty dotyczące ekonomicznych losów absolwentów z lat 2014 i 2015. Jak podkreśla Piotr Dardziński, trudno na tej podstawie mówić o trendach, ale pewne prawidłowości już widać.

– Przy pierwszej pracy absolwenci zarabiają minimalnie poniżej średniej, w okolicach 75 proc. średniej dla danego powiatu. Co oczywiste, trudno trafić od razu do średniej przy pierwszej pracy, ale z kwartału na kwartał szybko nadrabiają zaległości. W ciągu dwóch lat wchodzą na poziom około 85 proc., a w ciągu trzech lat będą przekraczali średnią. Podobnie jest w kwestii zmniejszania się ryzyka bezrobocia – na początku to bezrobocie jest minimalnie większe, z upływem czasu szybko się zmniejsza – wskazuje Dardziński.

Z danych ELA dotyczących absolwentów z 2015 roku wynika, że tylko co piąty pracujący z nich po uzyskaniu dyplomu szukał pracy dłużej niż 7 miesięcy. Większość (60 proc.) znalazła zatrudnienie w ciągu maksymalnie 2 miesięcy. Bezrobocie spada zaś z czasem po uzyskaniu dyplomu. Dane ELA o absolwentach z 2014 roku wskazują, że o ile w pierwszym roku po uzyskaniu dyplomu bezrobocie sięgało 15,4 proc., to z upływem kolejnego roku spadło do poziomu 13,5 proc.

– Ciekawa jest sytuacja lekarzy, którzy notują gwałtowny wzrost bezrobocia w okresie, w którym po zaliczeniu stażu i zdaniu egzaminu czekają na rozpoczęcie specjalizacji. Przez trzy kwartały bezrobocie wśród lekarzy horrendalnie wzrasta, żeby potem równie znacząco spaść – mówi wiceminister.

Stopień bezrobocia wśród lekarzy w ciągu 2 lat od zakończenia studiów sięga 40 proc., kiedy zdecydowana większość odbywa roczny staż podyplomowy, po nim zaś stara się o rezydenturę w szpitalu.

– Z kolei największą grupą zakładająca własną działalność gospodarczą – 60 proc. – są stomatolodzy, którzy najprawdopodobniej pracują w innych firmach, prowadząc samodzielną działalność gospodarczą albo nawet zakładają swoje własne gabinety – analizuje ekspert MNiSW.

Raport ELA wskazuje też, że pod względem zarobków przodują informatycy, szczególnie absolwenci Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. W pierwszym roku po zdobyciu dyplomu otrzymują ok. 12,5 tys. zł brutto (przy średnich zarobkach absolwentów na poziomie 5,1 tys. zł).

Wśród absolwentów wszystkich dziedzin studiów magisterskich II stopnia najlepiej zarabiają leśnicy (3,7 tys. zł). Absolwenci socjologii (2,4 tys. zł) zarabiają zaś więcej niż absolwenci nauk prawnych czy ekonomii. Najmniej bezrobotnych jest wśród absolwentów studiów licencjackich z historii sztuki.

Jak wskazuje Dardziński, system ELA może stanowić istotne źródło informacji dla maturzystów i ich rodziców,  a także dla dyrektorów instytutów i dziekanów wydziałów.

– Raporty są generowane na poziomie kierunków. Porównujemy kierunek z różnych uniwersytetów, na poziomie instytutów albo kadr, które prowadzą kierunki albo uczestniczą w konkretnych studiach. Ci, którzy przygotowują programy studiów i proces dydaktyczny, widzą, co się dzieje z ich absolwentami. Muszą więc zadać sobie pytanie, czy są usatysfakcjonowani losami tych absolwentów, czy uznają, że wszystko jest w porządku, czy może należy coś zmienić. Myślę, że często wniosek będzie taki, że coś należy zmienić – ocenia dr Piotr Dardziński.

W Polsce powstała platforma wspierająca monitorowanie niepożądanych działań leków. Będzie analizowała przypadki zgłaszane w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie

W Polsce powstała platforma wspierająca monitorowanie niepożądanych działań leków. Będzie analizowała przypadki zgłaszane w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie 6

W Polsce powstała właśnie międzynarodowa platforma, która będzie gromadzić i analizować dane dotyczące niepożądanych działań leków firmy Pfizer. Takie przypadki mogą zgłaszać zarówno pacjenci, jak i lekarze, pielęgniarki czy farmaceuci. Platforma będzie obejmować zasięgiem całą Europę, Afrykę i Bliski Wschód. Jej utworzenie poprzedziła długa rekrutacja wysoko wyspecjalizowanych ekspertów.

– Istotne jest, żebyśmy w odpowiedni sposób monitorowali i badali potencjalnie niekorzystne efekty stosowania leków. To niezwykle ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjentów. Musimy mieć gwarancję, że wykorzystujemy w tym celu adekwatne środki i Polska ma w tym projekcie ważną rolę do odegrania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes, dr Craig Hartford, head of safety surveillance and risk management, Pfizer Essential Health.

Jeden z największych na świecie koncernów biofarmaceutycznych zapoczątkował w tym tygodniu działalność międzynarodowej Platformy Monitorowania Działań Niepożądanych (Drug Safety Unit Platform). Jej główna siedziba mieści się w Polsce, ale platforma będzie obejmować swoim zasięgiem całą Europę, Afrykę i Bliski Wschód.

Celem projektu jest monitorowanie skutków ubocznych i niepożądanych działań leków. Platforma będzie rejestrować przypadki zgłaszane przez pacjentów, lekarzy, pielęgniarki i farmaceutów. Dzięki temu ma się przyczynić do wprowadzania na rynek bezpiecznych i sprawdzonych terapii. To dotychczas jedyna taka inwestycja w Europie.

Dr Patrick Caubel, senior vice-president, head of worldwide safety w firmie Pfizer podkreśla, że o wyborze Polski na miejsce inwestycji zadecydowała dobra lokalizacja, pozytywne doświadczenia z instytucjami zajmującymi się monitorowaniem niepożądanych działań leków oraz dostęp do wysokiej klasy specjalistów – co roku polskie uczelnie kształcą około 1,2 tys. farmaceutów, a biotechnologia jest jednym z najszybciej rozwijających się w Polsce sektorów.

– Polska jest zlokalizowana w centrum Starego Kontynentu. Mamy bardzo dobre doświadczenia z polskimi instytucjami zajmującymi się monitorowaniem niepożądanych działań leków. Znaleźliśmy w Polsce ludzi o bardzo wysokich kwalifikacjach medycznych oraz dużym doświadczeniu. Wielu farmaceutów jest bardzo dobrze przeszkolonych do tego, aby weryfikować i analizować zdarzenia niepożądane zgłaszane dla naszych produktów – mówi dr Patrick Caubel.

Dr Marcin Kruk, senior director, DSU regional head Europe, Africa, Middle East w Pfizer podkreśla, że utworzenie Platformy Monitorowania Działań Niepożądanych właśnie w Polsce jest dużą szansą rozwoju w tym obszarze. Pozwoli zbudować zespół zajmujący się ekspertyzą nowego typu, który przyciągnie specjalistów także z innych krajów.

W tej chwili w ramach projektu Platformy zostało zatrudnionych 14 ekspertów z odpowiednim wykształceniem i doświadczeniem, z których każdy musiał wykazać się płynną znajomością przynajmniej dwóch języków obcych i umiejętnością pracy w tym szczególnym obszarze analitycznym. Przygotowując się do otwarcia platformy, Pfizer przeprowadził proces rekrutacyjny, wyłaniając najlepszych specjalistów, którzy będą rozwijać unikalne w skali globalnej kompetencje. Oferta firmy spotkała się z zainteresowaniem osób pracujących w uznanych zachodnich ośrodkach badawczych, którzy podjęli decyzję o powrocie do Polski.

– Ten zespół będzie podlegał dalszemu rozwojowi, spodziewamy się około 50 proc. w skali roku, przy czym to może ulec zwiększeniu w zależności od tego, jakie będą zapotrzebowania regionalne. Przygotowujemy atrakcyjne oferty pracy dla osób z obszaru medycznego, a dla samej firmy oznacza to przeniesienie pewnego typu ekspertyzy do Polski – mówi dr Marcin Kruk.

– Z pewnością mamy zamiar rozszerzyć nasz potencjał w Polsce. Na razie dopiero startujemy z tą platformą. Zobaczymy, jak będzie rósł wolumen reklam i jak będziemy mogli lepiej wykorzystać nasz potencjał w Polsce – zapowiada Dr Patrick Caubel

W 2016 roku do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych trafiło ponad 18,6 tys. zgłoszeń dotyczących działań niepożądanych produktów leczniczych, a do Europejskiej Agencji Leków (EMA) 1 238 178.

Polska w europejskim ogonie pod względem finansowania innowacyjnych przedsięwzięć. Koszty założenia start-upu są trzy razy wyższe niż w regionie

Polska w europejskim ogonie pod względem finansowania innowacyjnych przedsięwzięć. Koszty założenia start-upu są trzy razy wyższe niż w regionie 7

Koszty założenia start-upu są w Polsce średnio trzykrotnie wyższe niż w Europie Środkowo-Wschodniej. Początkującego przedsiębiorcę czekają wydatki sięgające blisko 1,5 tys. dolarów – wynika z raportu „Start-upy w Polsce – finansowanie”. Dodatkowo wciąż słabo wypadamy pod względem możliwości finansowania start-upów, za to tempo zmian w tym zakresie znacznie przewyższa średnią unijną. Innowacyjne przedsięwzięcia – poza środkami finansowymi – potrzebują także promocji i temu ma służyć konkurs „Laur Innowacyjności”, którego 7. edycję właśnie zainaugurowano – podkreślają jego pomysłodawcy.

– Polska ma dużo do zrobienia w zakresie finansowania start-upów. Sytuacja poprawiła się w ciągu kilku ostatnich lat, ale nadal jest sporo pracy. Tempo rozwoju jest za to większe niż średnia unijna, więc gonimy czołowe kraje, np. Danię – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Łukoś z firmy ExMetrix, specjalizującej się w rozwiązaniach analitycznych z zakresu big data.

Z przygotowanego na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego i Eurostatu przez ExMetrix raportu „Start-upy w Polsce  finansowanie” wynika, że fundusze venture capital i private equity niechętnie lokują w nich środki finansowe. Ich zaangażowanie w przedsięwzięcia we wczesnej fazie rozwoju – wyrażone jako procent PKB – jest w Polsce kilkukrotnie mniejsze niż w większości pozostałych państw Europy.

Według danych Eurostatu w najlepszej sytuacji są start-upy w Danii i Luksemburgu, gdzie zaangażowanie kapitałów venture w takie przedsięwzięcia jest najwyższe (dziesięciokrotnie większe niż w Polsce). Poza finansowaniem start-upy i przedsięwzięcia we wczesnej fazie rozwoju potrzebują też wsparcia na szczeblu państwowym – przyjaznego otoczenia prawnego i rozwiązań, które umożliwią redukcję kosztów w pierwszym etapie działalności.

– Pod względem kosztów uruchamiania start-upów jesteśmy na szarym końcu w Europie Środkowo-Wschodniej. Ten rejon świata charakteryzuje się najniższymi kosztami uruchamiania start-upów, a w Polsce są one prawie czterokrotnie wyższe niż średnia dla regionu ­– mówi Łukoś.

Dane Banku Światowego pokazują, że od kilkunastu lat na całym świecie maleje poziom kosztów, które wiążą się z założeniem i rozwijaniem przedsięwzięcia typu start-up. W skali globalnej poziom tych kosztów kształtuje się obecnie w okolicy 26 proc. GNI (procent dochodu narodowego brutto) w przeliczeniu na mieszkańca. W krajach Europy Centralnej i w państwach nadbałtyckich ten wskaźnik jest niższy i kształtuje się na poziomie ok. 3,6 proc. GNI per capita. Natomiast w Polsce koszty związane z założeniem start-upu są trzykrotnie wyższe niż w innych państwach regionu (12,1 proc. GNI per capita).

– Koszty ciągle mogą stanowić barierę dla niewielkich firm lub pojedynczych osób, które chcą założyć start-up. W tej chwili kształtują się one na poziomie około 1500 dolarów, a są to koszty początkowe – na etapie wczesnej fazy działalności. Później są dużo większe. Skutkiem tego może być drenaż pomysłów za granicę, jeżeli państwo nie zaangażuje się we wspomaganie tych przedsięwzięć. Zamiast programowego i strukturalnego wspomagania młodych firm, ta pomoc ma charakter wyspowy. Dla start-upów koszty i finansowanie mają duże znaczenie, ale ważną rolę odgrywa też wsparcie managerskie, księgowe czy marketingowe – podkreśla Ryszard Łukoś.

Koszty założenia start-upu wyrażone w dolarach sięgają w Polsce 1475 dolarów. Najniższe stawki są notowane w państwach nadbałtyckich i Ameryce Północnej, z kolei najwyższe – w Afryce. Państwem, w którym stawka jest najwyższa, jest Wenezuela (10,5 tys. dolarów), z kolei w Europie przodują Włochy (4,1 tys. dolarów). Najniższe, niemal zerowe koszty zakładania takich przedsięwzięć mają natomiast Słowenia i Macedonia.

– Ważną kwestią jest opodatkowanie innowacyjnych przedsiębiorstw. Istotne jest, aby można było te przedsiębiorstwa rozwijać, aby młodzi przedsiębiorcy mieli lepsze warunki do egzystowania – szczególnie w nowych technologiach i z innowacyjnym produktem – podkreśla Tomasz Karwat, prezes Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej Naczelnej Organizacji Technicznej. – Start-upy potrzebują promocji, ale przede wszystkim finansowania. Nie jesteśmy krajem, który znajduje się w czołówce pod tym względem.

Autorzy raportu zauważają, że w porównaniu z czołówką stawki Polska źle wypada również pod względem nakładów przeznaczanych na badania i rozwój. Przeznacza się na nie zaledwie 1 proc. krajowego PKB, podczas gdy unijna średnia jest ponad dwukrotnie większa. Dużo mniejsze są również nasze wydatki na działalność badawczą i rozwojową w przeliczeniu na mieszkańca – w Polsce są one pięciokrotnie niższe niż wynosi średnia dla UE.

– Polskie inwestycje w badania i rozwój plasują nas w trzeciej dziesiątce. To są wydatki na poziomie 1 proc. PKB. Kraje takie jak Szwecja wydają na ten cel ponad 3 proc. swojego PKB. Nakłady na badania przynoszą efekty choćby w postaci zmniejszenia liczby wypadków przy pracy, w postaci poprawy jakości życia – podkreśla Ryszard Łukoś.

Poziom wydatków na badania i rozwój jest ściśle powiązany z rozwojem społeczno-gospodarczym kraju i przekłada się na jakość życia przeciętnego obywatela. Ma odzwierciedlenie na przykład w dostępie przedsiębiorstw do szerokopasmowego internetu, rozwoju e-commerce, liczbie patentów i liczbie absolwentów kończących studia na kierunkach technicznych. Jest to również wskaźnik innowacyjności gospodarki danego państwa.

– Pewne zjawiska wpływają na innowacyjność, ale jednocześnie wzrost poziomu innowacyjności wpływa na same te zjawiska, czyli mamy sprzężenie zwrotne. Dla przykładu, liczba studentów wyższych uczelni rośnie dlatego, że innowacyjna gospodarka potrzebuje specjalistów. Jednocześnie innowacyjna gospodarka, powodując wzrost liczby wykształconych osób, generuje ludzi, którzy charakteryzują się dużą kreatywnością, co później pomaga w rozwoju – zauważa ekspert ExMetrix.

Eksperci zauważają jednak, że ta rozbieżność zaczyna się zmniejszać. W ciągu ostatnich 10 lat wydatki na badania i rozwój w Polsce wzrosły blisko czterokrotnie, podczas gdy w skali UE zwiększyły się o jedną trzecią.

Zespół Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT – zleceniodawca raportu dotyczącego finansowania innowacyjnych start-upów – zainaugurował wczoraj 7. edycję konkursu Laur Innowacyjności. Ma on wyłonić najlepsze produkty innowacyjne oraz promować nowoczesne polskie produkty, technologie i usługi. Plebiscytowi patronują m.in. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Polska Akademia Nauk, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

– Chcemy pomóc wypromować start-upy i innowacyjne przedsiębiorstwa, aby mogły pozyskać fundusze na realizację swoich wdrożeń. Laur Innowacyjności jest jednym z elementów, który ma pokazać, że określone produkty i usługi są innowacyjne. W konkursie mogą wziąć udział mikro-, małe lub duże przedsiębiorstwo, a także osoby prywatne. Jedynym ograniczeniem jest twór intelektualny, który musi cechować innowacyjność – mówi Tomasz Karwat.

Przedsiębiorstwa, które chcą zgłosić się do konkursu Laur Innowacyjności, mogą startować w jednej spośród 13 kategorii (m.in. energetyka, transport, informatyka, komunikacja, maszyny i urządzenia, budownictwo, telekomunikacja, przemysł spożywczy i farmaceutyczny gospodarka wodna, rolnictwo). Pierwszy termin zgłoszenia mija 31 sierpnia, natomiast druga tura kończy się 15 października. Laureaci zostaną wyłonieni podczas uroczystej gali, która odbędzie się 14 listopada.

Finanse państwa w dobrej kondycji. To zasługa korzystnej koniunktury i lepszej ściągalności podatków

Finanse państwa w dobrej kondycji. To zasługa korzystnej koniunktury i lepszej ściągalności podatków 8

Po pięciu miesiącach roku deficyt budżetowy Polski wyniósł zaledwie 203 mln zł. To ułamek założonej w harmonogramie kwoty 13 mld zł i znacznie mniejszy deficyt niż w maju ubiegłego roku. Mocniej od oczekiwań wzrosły w tym roku dochody, a wydatki były niższe od przewidywań. Ekonomiści podkreślają, że to przede wszystkim efekt poprawy ściągalności podatków i dobrej koniunktury. Tylko jej gwałtowne załamanie mogłoby skutkować koniecznością podniesienia podatków. Na razie prognozy są jednak pozytywne.

– Dobry wynik budżetu po maju to przede wszystkim efekt dobrej koniunktury gospodarczej, która powoduje wyraźny wzrost dochodów z podatków pośrednich, czyli z VAT-u i akcyzy. Na to nakłada się też dobra realizacja dochodów z podatków dochodowych od osób fizycznych i prawnych, co wiąże się z dobrą koniunkturą na rynku pracy w przypadku podatku PIT i z dobrymi wynikami firm, jeśli chodzi o podatek CIT – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.

Po maju 2017 roku dochody budżetu państwa wyniosły niemal 143,3 mld zł, zaś wydatki niewiele więcej – niespełna 143,5 mld zł. Oznacza to deficyt na poziomie zaledwie 203 mln zł. Według harmonogramu wykonania budżetu dochody miały być w tym momencie o 7,5 mld zł niższe, a wydatki – o prawie 5,5 mld zł wyższe. W efekcie spodziewano się deficytu na poziomie przeszło 13 mld zł.

To także wynik lepszy niż osiągnięty w 2016 roku. Dochody po pięciu miesiącach 2016 roku były niższe od tegorocznych o 14 mld zł, a wydatki – o niecały 1 mld zł. Dało to deficyt sięgający prawie 13,5 mld zł.

– Na dobrą koniunkturę nałożyły się też zmiany prawne, które skutkują wzrostem ściągalności podatków w zakresie VAT, chociażby w kontekście pakietu paliwowego czy odwróconego VAT-u w budownictwie. Z tego tytułu mamy dodatkowe źródła dochodów – mówi główny ekonomista Banku Millennium. – W przypadku realizacji budżetu na początku tego roku mieliśmy też do czynienia ze zmianami technicznymi, które spowodowały poprawę deficytu, wiązało się to z przesunięciem zwrotów podatku VAT na grudzień 2016 roku – przypomina.

Po wprowadzeniu pakietu paliwowego w sierpniu 2016 roku nastąpił wyraźny wzrost legalnej sprzedaży paliw ciekłych, zwłaszcza oleju napędowego. Spowodowało to wzrost dochodów budżetowych z tytułu akcyzy (o 3,9 proc. – liczony z podatkiem od gier) i podatku VAT (o 30 proc.). Wzrosły także zyski największych spółek paliwowych – Orlenu i Lotosu.

– 30-proc. wzrost wpływu z podatku VAT jest w dużej mierze odzwierciedleniem dobrej koniunktury, mocno rosnącej konsumpcji, która jest głównym motorem wzrostu gospodarczego – uzasadnia Grzegorz Maliszewski. – Część tych wpływów jest efektem zmian prawnych w związku z uszczelnieniem systemu podatkowego i przesunięciami w zwrotach podatku VAT. Eliminując ten wpływ, wzrost jest na poziomie około 15 proc., co też pokazuje, że koniunktura w polskiej gospodarce ma się dobrze.

Dodaje także, że w widoczny sposób pod kontrolą trzymana jest strona wydatkowa – z jednej strony następuje spadek kosztów obsługi długu, z drugiej strony zmniejsza się dotacja do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, czemu pomaga imigracja z Ukrainy: więcej pracowników z Ukrainy rejestruje się w polskim urzędzie zabezpieczenia społecznego, wpłacając składki.

W ocenie głównego ekonomisty Banku Millennium w kolejnych kwartałach polska gospodarka będzie się rozwijać stabilnie, na poziomie nieco poniżej 4 proc. Warunkiem jest jednak spokój w otoczeniu globalnym.

– Jeśli nastąpiłoby gwałtowne pogorszenie koniunktury w otoczeniu globalnym, wówczas rząd musiałby dostosować finanse publiczne do nowych uwarunkowań, ponieważ słabsza koniunktura spowodowałaby duży ubytek dochodów. Przy strukturze polskiego budżetu, z dużym udziałem wydatków sztywnych, utrzymanie dyscypliny finansów publicznych mogłoby się wiązać ze wzrostem stawek podatkowych zarówno w przypadku podatków pośrednich takich jak VAT, jak i dochodowych, czyli PIT i CIT – przewiduje Maliszewski.

Pułap 4 proc. polska gospodarka osiągnęła w I kwartale 2017 roku, jednak po czterech kwartałach słabszego wzrostu na poziomie 2,4–3,0 proc. rok do roku. Na 2017 rok założenia budżetowe przewidują wzrost PKB o 3,9 proc., natomiast na rok kolejny – o 3,8 proc.

– Aktualne założenia do budżetu na 2018 rok są nieco powyżej konsensusu, także nieco powyżej projekcji NBP, która została przedstawiona na ostatnim posiedzeniu RPP, natomiast nie jest to taka skala odchyleń od tej bardziej prawdopodobnej ścieżki, która mogłaby negatywnie wpłynąć na realizację budżetu i dużą rozbieżność między nią a założeniami – uważa Grzegorz Maliszewski.

Hakerzy coraz częściej wykorzystują informacje zbierane przez pliki cookies. Takie ataki nie są blokowane przez systemy antywirusowe

Hakerzy coraz częściej wykorzystują informacje zbierane przez pliki cookies. Takie ataki nie są blokowane przez systemy antywirusowe 9

Coraz więcej firm pada ofiarą oprogramowania ransomware wymuszającego okupy. Majowy atak WannaCry dotknął 200 tys. systemów w 150 krajach. Wirus Petya odpowiadał za czerwcowe awarie systemów komputerowych na całym świecie. Do ataków coraz częściej wykorzystywane są informacje gromadzone przez pliki cookies, przez co czujność internautów wobec podejrzanych e-maili zostaje uśpiona. Ludzkie błędy i zaniechania mają w przypadku ataków hakerskich kluczowe znaczenie – podkreśla dr Dariusz Wasiak z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

– Każdy wirus ma za zadanie pozyskać informację lub zdezaktywizować system operacyjny, który zarządza bezpieczeństwem danych osobowych. Jeżeli taki wirus zaatakuje nasz system operacyjny, to albo spowoduje to brak dostępu do systemu i tym samym do danych, albo spowoduje, że dane znajdujące się w systemie zostaną przesłane do nowego właściciela tego systemu. Tymi danymi są informacje o potencjalnych klientach np. banku czy o wartościach finansowych, którymi on obraca – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dariusz Wasiak, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Cyberprzestępcy coraz częściej wykorzystują oprogramowanie ransomware, które wymusza na użytkownikach okupy. W maju wirus WannaCry zaatakował łącznie 200 tys. systemów w 150 krajach. Miesiąc później Petya zaatakował firmy i instytucje na całym świecie. Eksperci z Kaspersky Lab i B2B International obliczyli, że całkowity koszt ataku na firmę z wykorzystaniem oprogramowania ransomware może wynosić średnio ponad 713 tys. dol.

Oprogramowanie ransomware było jednym z głównych cyberzagrożeń także w 2016 roku. Jak wynika z danych Kaspersky Lab, częstotliwość takich ataków na firmy wzrosła w ciągu roku trzykrotnie – w styczniu ataki te były przeprowadzane co 2 minuty, a w październiku co 40 sekund. W przypadku osób indywidualnych ataki występują co 10 sekund. Z kolei firma G Data wskazuje, że w pierwszym kwartale tego roku została osiągnięta liczba ataków ransomware z drugiej połowy 2016 roku.

 Wirusy szybko rozpowszechniają się po sieci, ponieważ często korzystamy z niezabezpieczonego wi-fi. Często również system, który nas atakuje, nie jest traktowany przez program antywirusowy jako wirus, działa jako normalna informacja przekazana przez inny podmiot. Dzieje się tak, ponieważ jesteśmy identyfikowani za pomocą tzw. ciasteczek. Dzięki nim atakujący wiedzą, co zainteresuje daną osobę, aby kliknęła w plik lub folder w celu aktywacji wirusa, który doprowadzi do utraty danych bądź zablokowania całego systemu – tłumaczy Dariusz Wasiak.

Z raportu „Cyber Risks 2017” opracowanego przez FireEye i Marsh & McLennan Companies wynika, że cyberzagrożenia mogą dotknąć niemal każdy sektor gospodarki, a europejskie przedsiębiorstwa nie są na nie odpowiednio przygotowane. W 2016 roku rosnącą liczbę ataków ransomware najdotkliwiej odczuły branże finansowa, produkcyjna, telekomunikacyjna, agencje rządowe i sektor zdrowotny. Najbardziej pożądane przez hakerów dane to tajemnice handlowe przedsiębiorstw (19 proc. danych skradzionych w atakach cybernetycznych w Europie w minionym roku) oraz informacje dotyczące systemów kontroli i plany strategiczne (18 proc.). Firmy, choć teoretycznie wiedzą, jak się bronić, przy atakach często są bezradne. Zdaniem ekspertów z firmy Fortinet koszty okupów w przypadku takich ataków będą coraz wyższe.

Cyberatakom trudno zapobiegać – ich skuteczność zależy od narzędzi i umiejętności hakera, a także od zabezpieczeń w firmach, jednak tu często najsłabszym ogniwem jest człowiek, który nie dopełnia procedur.

– Drukarka pracująca w sieci wi-fi umożliwia wejście do systemu, tak samo administrator bezpieczeństwa informacji, który działa na systemie jako administrator, a nie jako potencjalny klient bądź odbiorca tego systemu, cały czas jest otwarty na możliwość ataku. Są to elementy, które mogą wpłynąć na to, że haker może wejść do systemu i wyciągnąć dane z instytucji – przekonuje ekspert WSB.

Po każdym ataku powinna nastąpić analiza, dlaczego doszło do cyberataku, co okazało się słabym ogniwem, czy atak był wynikiem zaniedbania i co miał na celu. W zależności od okoliczności należy poszukać rozwiązania w organizacji.

Prywatni użytkownicy także mają możliwości, by zabezpieczyć się przed cyberprzestępcami.

– Podstawową kwestią jest program antywirusowy. Obecne ataki pokazują jednak, że program antywirusowy może nie spełniać swojej roli. Program hakerski oparty jest na wiadomościach, które są sprofilowane przez ciasteczka. Podstawową kwestią jest więc wyłączenie ciasteczek, one bowiem pokazują, czym jesteśmy zainteresowani w sieci. Hakerzy wykupują te informacje w sposób legalny, profilując jednostkę pod określonym kątem – wskazuje Dariusz Wasiak.

Ekspert radzi także, by szyfrować posiadane dane.

– Nawet jeśli je utracimy, odbiorca nie mając kodu, ma do nich utrudniony dostęp bądź wręcz niemożliwe będzie odczytanie umieszczonych tam informacji. Jest to wymóg RODO [Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych – red.], które wchodzi od 2018 roku i nakazuje szyfrowanie takich elementów, wykonanie skutecznych działań zabezpieczających. Dzięki temu w sytuacji utraty takich nośników będziemy mieć pewność, że niechciany odbiorca nie odczyta danych, które są tam zawarte – mówi dr Dariusz Wasiak.

Zbliża się rewolucja w sposobie diagnozowania stanu układu ruchu. Na Politechnice Opolskiej opracowano bezinwazyjny sposób badania stawów

Wibroakustyczna ocena ruchu pomoże w bezinwazyjnej diagnostyce kolan i innych stawów. Zestaw deskryptorów, czyli specjalnych czujników, przeanalizuje jakość ruchu i określi funkcje stawu, kiedy tylko znajdzie się w jego pobliżu. Projekt realizowany przez Politechnikę Opolską powstał z myślą o osobach, które mają problemy ze stawami.

– Projekt umożliwia ocenę funkcji stawów, co jest bardzo istotne z punktu widzenia samego stawu, którego funkcją jest zapewnienie ruchu. Jest wiele metod obrazowania struktury, takich jak RTG, rezonans magnetyczny czy tomografia, natomiast wszystkie te metody obrazują strukturę, pozwalają ocenić jedynie kształt, stan samego stawu. My, dzięki tej metodzie, analizujemy jakość samego ruchu, która odzwierciedla jednocześnie funkcje stawu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dawid Bączkowicz, prodziekan ds. dydaktyki Wydziału Wychowania Fizycznego i Fizjoterapii Politechniki Opolskiej.

Natomiast Mirosław Szmajda z wydziału Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej uważa, że wyjątkowość projektu polega na opracowaniu specjalnego zestawu deskryptorów, które pomogą w bezinwazyjnym określeniu stanu kolana.

– Do tej pory, aby zbadać stan chorobotwórczy, należało wykonać badanie rezonansem magnetycznym oraz artroskopię, czyli badanie typowo inwazyjne. Nasze badanie może w przyszłości umożliwić zniwelowanie tego typu badań inwazyjnych – twierdzi Mirosław Szmajda.

Projekt „Wibroakustyczna ocena ruchu” skierowany jest do wszystkim osób, które narzekają na problemy ze stawami – zaczynając od osób młodych, a kończąc na seniorach. Według prodziekana ds. dydaktyki Wydziału Wychowania Fizycznego i Fizjoterapii Politechniki Opolskiej badanie wzniesie diagnostykę stawów na wyższy poziom.

– Projekt jest adresowany do wszystkich. Problemy ze stawami to wszelkie kontuzje sportowe, a także problemy starszych osób, które wraz z biegiem życia mają pogorszoną funkcję stawów – zaczynają się dolegliwości, symptomatyczne objawy. Ta metoda głównie może służyć jako badania przesiewowe lub badania wspomagające proces stawiania diagnozy i oceny efektywności terapii – tłumaczy Dawid Bączkowicz.

Projekt finansowany jest przede wszystkim ze środków własnych uczelni i wydziału. Ponadto wsparcie na początkowym etapie badań okazali również sponsorzy z Opolszczyzny. Jak dotąd w samym badaniu wzięło udział blisko półtora tysiąca osób.

Projekt jest interdyscyplinarny, samo podłoże wynikło z obszaru związanego z fizjoterapią i medycyną. Realizacja całego projektu nie byłaby jednak możliwa bez zaangażowania kolegów z pozostałych wydziałów, w związku z tym mamy tutaj automatyków, informatyków, osoby związane z analizą i przetwarzaniem sygnału. Bez nich z pewnością realizacja projektu nie byłaby możliwa – wyjaśnia Dawid Bączkowicz.

Projekt znajduje się na zaawansowanym etapie rozwoju, jednak wymaga dalszego udoskonalenie metody badawczej oraz jej ustandaryzowania. Wszystko po to, by możliwe było wprowadzenie wibroakustycznej oceny ruchu na rynek badań komercyjnych.

Obrabiamy dodatkowe sygnały, proponujemy nowe deskryptory do opisu stanów chorobowych kolana, następnie będziemy budowali stanowisko pomiarowe wspomagające pomiary. Docelowo urządzenie będzie oparte o mikrokontroler oraz dodatkowe urządzenie mobilne typu tablet czy smartfon – podsumowuje Mirosław Szmajda.

Wartość polskiej produkcji mebli to 42 mld złotych, ponad 90% trafia na eksport

Dzięki wysokiej jakości produktów, polska branża meblarska jest światowym liderem i osiągnęła w 2016 roku wartość produkcji wynoszącą 42 mld złotych, której ponad 90% stanowią meble eksportowane. Polskie meble znajdują się we wnętrzach mieszkań Niemców, Anglików i Czechów, jak również Amerykanów czy Brazylijczyków. Przedstawiciele firm meblarskich optymistycznie opisują obecną i przyszłą sytuację branży – aż 37% respondentów przewiduje wzrost sprzedaży w 2017 roku. Z przeprowadzonego przez firmę doradczą KPMG badania wynika, że Polacy, wybierając meble, w największym stopniu kierują się ich funkcjonalnością (88%), trwałością wykonania (87%) oraz stosunkiem jakości do ceny (84%).

Branża meblarska siłą napędową polskiej gospodarki

Wartość produkcji sprzedanej przemysłu meblarskiego w Polsce w 2016 roku wyniosła 42 mld złotych. Prognozy wskazują, że do 2020 roku zwiększy się o ponad 18% i wyniesie prawie 50 mld złotych. Polska jest czwartym największym eksporterem mebli na świecie, więcej eksportują jedynie Chiny, Niemcy i Włochy. Eksport odgrywa kluczową rolę w polskim przemyśle meblarskim – ponad 90% wartości produkcji sprzedanej stanowią meble przeznaczane na rynki zagraniczne. Główny rynek zbytu dla polskich wyrobów meblarskich stanowią kraje europejskie, przede wszystkim Niemcy (36% polskiego eksportu), Wielka Brytania (8%) oraz Czechy (7%). Około 13% polskich mebli jest eksportowanych poza obszar Unii Europejskiej, m.in. do USA, Rosji i Chin.

polska branża meblarska jest światowym lideremDobra sytuacja na rynku znajduje również odzwierciedlenie w stale rosnącym poziomie wynagrodzeń w branży meblarskiej – średnioroczne tempo wzrostu od 2010 roku wynosi blisko 5%. Przeciętne wynagrodzenie w 2016 roku było równe 3 220 złotych.

„Branża meblarska to w dużej części biznes rodzinny, który poza wyzwaniami w zakresie tworzenia własnych marek mierzy się między innymi z wyzwaniami związanymi z przygotowaniem rodzinnej firmy na wejście do biznesu młodych pokoleń, które w przyszłości przejmą stery przedsiębiorstwa, tak aby zachować neutralność podatkową przy wymianie pokoleń” – dodaje Sylwester Grochowina, partner w KPMG w Polsce.

61% Polaków kupiło nowe meble w ciągu ostatnich 3 lat

Z przeprowadzonego przez KPMG w Polsce badania wynika, że w ciągu ostatnich trzech lat aż 61% wszystkich respondentów biorących udział w badaniu dokonało zakupu nowych mebli, zaś jedynie 7% osób badanych nie kupiło w tym okresie żadnych mebli. Statystyczne gospodarstwo domowe, którego członkowie nabyli meble w analizowanym okresie czasu, przeznaczyło na ten cel 4,5 tysiąca złotych. Wśród różnych rodzajów kupowanych mebli respondenci najczęściej wybierali meble do pokoju dziennego, do kuchni oraz sypialni.61% Polaków kupiło nowe meble w ciągu ostatnich 3 latCoraz więcej polskich konsumentów kupuje meble przez internet

Coraz więcej polskich konsumentów kupuje meble przez internet

Polacy zdecydowanie najczęściej kupują meble w salonach meblowych – przede wszystkim sieciowych, lecz również tych niesieciowych. Wraz z dynamicznym rozwojem technologii oraz poziomem i różnorodnością oferty sklepów online, zauważalnie zwiększa się udział roli internetu jako miejsca dokonywania zakupów – niemal co trzeci respondent kupuje meble w tym kanale. Istotnie częściej niż pozostali przez internet kupują osoby w wieku pomiędzy 26 a 35 lat (40% wskazań) oraz ankietowani z wyższym wykształceniem (43%). Aż 41% Polaków rozważa zakup mebli przez internet w ciągu najbliższego roku.

Rynek e-commerce meble„Rynek e-commerce staje się coraz bardziej popularną formą robienia zakupów, również w odniesieniu do mebli. Jak wynika z przeprowadzonego na zlecenie KPMG badania, internet stanowi źródło informacji dla większości klientów branży meblarskiej. Poszukują oni wiedzy o produktach przede wszystkim na stronach internetowych producentów i sprzedawców mebli, na forach dyskusyjnych, blogach oraz serwisach społecznościach. Po dokonaniu decyzji o zakupie, 28% respondentów dokonuje kupna on-line, a aż 41% rozważa to w najbliższej przyszłości” – podsumowuje Joanna Krzemińska, dyrektor w KPMG w Polsce.

Używane meble nie tylko dla osób o niższych dochodach

Blisko co czwarty Polak deklaruje nabycie używanych mebli w ciągu ostatnich trzech lat. Warto zwrócić uwagę na fakt, że gospodarstwa domowe o najwyższych dochodach (przekraczających 10 tysięcy złotych netto miesięcznie) decydują się na kupno mebli używanych równie często co respondenci z gospodarstw o najniższych dochodach (do 2 tysięcy złotych). Również grupy respondentów o różnym wykształceniu nie różnią się istotnie między sobą pod względem odpowiedzi na to pytanie. Może świadczyć to o istnieniu trendu na kupowanie używanych mebli jako sposobie na oryginalne rozwiązania w wyposażeniu mieszkania czy poszukiwanie perełek na rynku meblarskim.

Funkcjonalność mebli, ich trwałość i stosunek jakości do ceny w największym stopniu determinują decyzje o zakupie

KPMG w Polsce dokonało analizy szeregu czynników mających wpływ na decyzje zakupowe w odniesieniu do mebli. Dla prawie dziewięciu na dziesięciu konsumentów kluczową rolę odgrywają funkcjonalność (88%) oraz trwałość wykonania mebli (87%). Na kolejnych miejscach uplasowały się stosunek jakości do ceny (84% badanych wskazało go jako czynnik istotny lub bardzo istotny) oraz wysoka jakość (82%). Dla ośmiu na dziesięciu Polaków istotne znaczenie ma możliwość zwrotu bądź reklamacji zakupionych mebli, a także atrakcyjny wygląd. Relatywnie mniejszy wpływ na zachowania nabywców mebli mają takie czynniki jak panująca moda (oceniona jako istotna jedynie przez 31% respondentów) oraz marka mebli (31%).Funkcjonalność mebli, ich trwałość i stosunek jakości do ceny w największym stopniu determinują decyzje o zakupie

Trendy kształtujące branżę meblarską w najbliższej przyszłości

Jak wynika z badania KPMG przeprowadzonego wśród przedstawicieli firm działających na rynku meblarskim w Polsce, meble powinny przede wszystkim ładnie wyglądać i dobrze prezentować się we wnętrzu mieszkania. Istotnymi trendami kształtującymi poziom i dynamikę sprzedaży są funkcjonalność i prostota, która charakteryzuje się odchodzeniem od bogatych zdobień. Aż 81% respondentów twierdzi, że w ciągu najbliższych lat preferencje i gusta w odniesieniu do mebli będą zmierzać ku jasnym odcieniom drewna, bieli i szarości oraz wzrośnie popularność lekkich, delikatnych kształtów.

„Choć Polska jest potęgą meblarską, nasze marki nie są rozpoznawalne za granicą. Tylko nieliczne polskie firmy sprzedają produkty pod swoim logo. Wiele polskich wytwórców produkuje meble dla zagranicznych kontrahentów, którzy później sprzedają je pod własnymi markami. Tworzenie własnych marek to wyzwanie biznesowe, które już na etapie ich budowania wiązać się będzie z koniecznością zapewnienia im właściwej ochrony prawnej. Ponadto prawa majątkowe, jakimi są znaki towarowe poza wzmocnieniem pozycji przedsiębiorcy mogą stać się cennym aktywem. Podwyższają one wartość bilansową i prezentują rzeczywistą wartość przedsiębiorstwa, ale również mogą stanowić aktywo podatkowe” – komentuje Joanna Krzemińska, dyrektor w KPMG w Polsce.

64% przedstawicieli branży meblarskiej pozytywnie ocenia sytuację na rynku

Przedstawiciele branży meblarskiej, zapytani o dokonanie oceny obecnej sytuacji na polskim rynku, aż w 64% ocenili ją pozytywnie. Jedynie 12% firm ma o niej negatywne zdanie, a co czwarta ocenia ją neutralnie bądź nie ma opinii. Podmioty działające w Polsce są nie tylko zadowolone z sytuacji panującej na rynku krajowym, ale również w znaczącej części wierzą w dobrą kondycję swojej firmy. Aż 37% respondentów odpowiedziało twierdząco w odniesieniu do prognozy wzrostu sprzedaży w 2017 roku. Wśród tej grupy ponad jedna czwarta przewiduje wzrost sprzedaży do 10%, połowa – o 11- 25%, a pozostała część – o ponad 25% w stosunku do 2016 roku. Dokładnie 57% spośród przebadanych firm twierdzi, że poziom sprzedaży nie zmieni się w ciągu obecnego roku, a jedynie 6% uważa, że ulegnie on spadkowi.

„Sytuacja polskiego sektora meblarskiego jest dobra. Na przestrzeni ostatnich lat Polska awansowała do ścisłej światowej czołówki zarówno pod względem wartości produkcji, jak i eksportu mebli. Dobry stan analizowanej branży znajduje potwierdzenie w wynikach badania firm oraz wypowiedziach ekspertów. Co więcej, rynek ten ma przed sobą optymistyczne perspektywy rozwoju. Niemal jedna trzecia respondentów przewiduje dalszą poprawę, już i tak pozytywnie ocenianej, sytuacji branży meblarskiej w Polsce” – komentuje Sylwester Grochowina, partner w KPMG w Polsce.64% przedstawicieli branży meblarskiej pozytywnie ocenia sytuację na rynku

Kobieta w Biznesie – kolejne spotkanie przedsiębiorczych pań w Warszawie

Projekt Kobieta w Biznesie z miesiąca na miesiąc gromadzi coraz więcej kobiet, które inwestują w swój rozwój i świadomie budują karierę. Najbliższe wydarzenie odbędzie się 13 lipca w Warszawie i zostanie poświęcone sposobom wygrywania w trudnej grze, jaką jest biznes.

Gościem Specjalnym spotkania Kobieta w Biznesie będzie Magdalena Pawłowska – znany przedsiębiorca, marketer i psycholog społeczny. To właśnie ona była odpowiedzialna za projekt strategii digital marketingowych dla najpopularniejszego psychologa w Polsce – Mateusza Grzesiaka.

W jaki sposób rozpoczęła swoją przygodę z biznesem? Jak pozyskuje kontrakty o wartości kilku milionów złotych? Jak wykorzystuje asertywność w biznesie? Jak łączy życie rodzinne z biznesem? To tylko część pytań, jakie niewątpliwie padną w czasie tego spotkania pod adresem Gościa Specjalnego.

Aneta Wątor, inicjatorka i gospodarz cyklu Kobieta w Biznesie, pochyli się nad tematem asertywności, która przydaje się kobietom nie tylko w biznesie, ale także w życiu prywatnym. Podkreśli również wagę komunikacji w unikaniu sytuacji konfliktowych i radzeniu sobie ze stawianiem jasno określonych granic.

Spotkanie odbędzie się 13 lipca, o godzinie 17:30, w budynku Atrium Tower, Sala B Piętro 9, Aleja Jana Pawła II 25, 00-854 Warszawa.

Inflacja najniższa od pół roku, złoty traci w oczekiwaniu na dane z USA

W czerwcu inflacja w Polsce była najniższa od pół roku. Dane nie wywołały reakcji złotego, który traci na wartości w oczekiwaniu na jutrzejsze wystąpienie szefowej Fed w Kongresie

W czerwcu inflacja w Polsce wyraźnie wyhamowała i ukształtowała się na poziomie 1,5 proc. w relacji rocznej wobec 1,9 proc. w maju. Tym samym była ona najniższa od grudnia ub.r., gdy wzrost cen sięgnął 0,8 proc. Spadek inflacji to w głównej mierze zasługa niższych cen paliw, spadku cen odzieży i obuwia, a także niskich cen żywności. Dane sugerują też, że inflacja bazowa w czerwcu najprawdopodobniej ukształtowała się w przedziale 0,8-0,9 proc. rok do roku (prognoza to 0,9 proc.). Te dane poznamy w środę.

W kolejnych miesiącach inflacja w Polsce powinna pozostać na niskich poziomach i na koniec roku ukształtować się poniżej aktualnego poziomu 1,5 proc. Cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc., zgodnie z opublikowanym wczoraj przez Narodowy Bank Polski „Raportem o inflacji”, najwcześniej będzie osiągnięty w 2019 roku. Przy czym jego osiągnięcie raczej odsunie się w czasie, niż proces ten ulegnie przyspieszeniu.

Opublikowany przez GUS raport o inflacji wpisuje się w rynkowe oczekiwania pierwszej podwyżki stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP) pod koniec 2018 roku i dlatego też nie sprowokował on reakcji rynku walutowego.

Złoty we wtorek traci na wartości do większości głównych walut. Wyjątkiem jest tylko słabo spisujący się szwajcarski frank. Kurs EUR/CHF wzrósł do 1,1047, kontynuując tendencję wzrostową zapoczątkowaną w drugiej połowie czerwca, wybijając się dziś na najwyższe poziomy od 13. miesięcy. W efekcie notowania CHF/PLN spadały o 0,1 proc. do 3,8470 zł. W tym samym czasie euro i dolar drożały w relacji do złotego po 0,2 proc. i trzeba było za nie zapłacić odpowiednio 4,2460 zł i 3,7240 zł, zaś brytyjski funt podrożał o 0,4 proc. i kosztował 4,8090 zł. Zwraca uwagę, że złoty znalazł się w jednym koszyku z mocno tracącym południowoafrykańskim randem, turecką lirą,  rosyjskim rublem i meksykańskim peso, podczas gdy np. węgierski forint i rumuński lej nieznacznie zyskiwały do wartości.

Polska waluta słabnie w reakcji na lekkie ochłodzenie klimatu inwestycyjnego na rynkach globalnych, a przede wszystkim w oczekiwaniu na sygnały z USA. W tym głównie na sygnały z tamtejszego banku centralnego.

W środę i czwartek w amerykańskim Kongresie pojawi się Janet Yellen. Przedstawi tam półroczny raport nt. polityki monetarnej oraz odpowie na pytania kongresmenów. Istotna będzie nie tylko kwestia dalszych podwyżek stóp procentowych przez Fed, ale również temat redukcji sumy bilansowej.

Dziś John Williams, szef oddziału Fed z San Francisco powiedział, że wciąż oczekuje jeszcze jednej podwyżki kosztu pieniądza w tym roku oraz rozpoczęcia redukcji bilansu w kolejnych miesiącach. Wypowiedzi szefowej Fed powinny być utrzymane w podobny,  umiarkowanie jastrzębim, tonie, co będzie wspierać dolara, jednocześnie osłabiając złotego i zwiększając awersję do ryzyka na rynkach globalnych.

Zanim w środę na mównicę wejdzie Janet Yellen, jeszcze dziś głos zabierze Lael Brainard z zarządu Fed (godz. 18:30 czasu polskiego) i Neel Kashkari, szef oddziału Fed w Minneapolis (godz. 19:20).

W czwartek i piątek zostaną opublikowane dane inflacyjne z USA (PPI w czwartek, CPI w piątek), które wprost będą odnoszone do kolejnych posunięć Fedu. Raporty te będą stanowiły naturalne uzupełnienie słów Yellen. W piątek zaś światło dzienne ujrzą dane o czerwcowej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej.

Podsumowując, złoty obecnie pozostaje pod głównym wpływem rynków globalnych. Słabnący na świecie szwajcarski frank obniża notowania CHF/PLN, które docelowo mogą nawet wrócić w okolice 3,80 zł, ale już czekanie na wystąpienie Yellen działa na niekorzyść złotego w relacji do innych głównych walut.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Czym jest Smart Contract

Smart Contract to kolejny krok w postępie jaki dokonuje się w technologii blockchain, polegający na przejściu z protokołu transakcji finansowych do uniwersalnego narzędzia, które w sposób zautomatyzowany będzie wdrażać warunki umów, minimalizując ryzyko błędu i manipulacji.

Warto wspomnieć, że Bitcoin jako pierwszy wprowadził proste, inteligentne umowy, które umożliwiały wzajemne płatności między użytkownikami. Jako, że ograniczony język kodowania Bitcoina nie pozwalał na opracowanie własnych aplikacji blokowych, Vitalik Buterin pomyślał o stworzeniu własnej platformy – i tak zrodziło się Ethereum. Z myślą o tworzeniu nowych rzeczy – Smart Contracts zostały wynalezione i wprowadzone przez Nicka Szabo w 1994 roku.

Jakie cele realizuje Smart Contract?

Zastanówmy się, dlaczego ludzie potrzebują tradycyjnych umów w pierwszej kolejności. Ujmując to w prosty sposób – głównie ze względu na brak zaufania pomiędzy zainteresowanymi stronami przystępującymi do zawarcia umowy. Za przykład może posłużyć wymiana wartości np. transfer towarów w celu wypłaty pieniężnej. Zwykle nie ufałbyś realnemu sprzedającemu dom bez porozumienia z nim, prawda? A co, jeśli nigdy nie spotkałeś osoby, której zamierzasz wysłać pieniądze on line?
Inteligentne kontrakty są idealnym rozwiązaniem zapewniającym, że wszelki rodzaj transakcji międzyludzkich może odbywać się w sposób korzystny dla wszystkich zainteresowanych stron niezależnie od tego, czy masz zaufanie.

Co to jest Smart Contract?

Inteligentne umowy, podobnie jak tradycyjne papierowe, są gwarantem zaufania. Są jednak pewne ich wyróżniki. Nie są stosem papieru wypełnionym prawnym i trudnym do zrozumienia językiem. Zwykle też dzieje się tak że, dużo czasu pochłania prawnikom, weryfikacja umów pod kątem prawnym. Inteligentne umowy to cyfrowe wersje tych tradycyjnych. Są to najzwyczajniej programy, które działają na platformie Ethereum w ramach technologii blockchain i mają to samo znaczenie: prawnie związać każdą osobę, która ma zamiar uczestniczyć w zawarciu umowy. To nic innego jak linie kodu napisanego w języku Solidity porównywalnym do języka Java Script. Kod ten jest następnie przekształcany w kod bajotowy i wydany do blokady jako inteligentny kontrakt. Każda umowa ma własny adres blokowy. Oznacza to, że jeśli zaczynasz porozumiewanie się z kimś, umowa zostanie utworzona w ramach blokady, a jej adres będzie dostępny dla wszystkich zainteresowanych stron. Następnie można użyć go do interakcji z inteligentną umową i wypełnić zobowiązania do rozpoczęcia jej realizacji. Warto zwrócić uwagę, że inteligentne umowy mogą również łączyć się i współpracować z innymi inteligentnymi umowami. Cały proces odbywa się na zasadzie blokady, a zatem realizacja inteligentnej umowy jest przejrzysta, pewna, niezmienna, niedroga i zdecentralizowana.

Dlaczego Smart Contracts zyskują na popularności?

Istnieje kilka kluczowych obszarów, w których Smart Contract jest lepszy od tradycyjnego odpowiednika, co czyni go znacznie bardziej preferowanym. Umowy świadczone w inteligentny sposób zapewniają prostotę, szybkość wykonywania i aktualizację w czasie rzeczywistym – to trzy aspekty, w których tradycyjne umowy po prostu stają się ograniczone w porównaniu z inteligentną opcją Smart Contracts. Ponadto są w stanie wyeliminować nadmiar scentralizowanych podmiotów i innych pośredników, którzy często przyczyniają się do wzrostu ryzyka, cechuje je autonomia i dokładność samorealizacji co oznacza, że nie ma opóźnienia w dostarczaniu uzgodnionych warunków umów. Technologia Blockchain zapewnia przejrzystość, pewność, bezpieczeństwo i słuszność inteligentnego wykonania umowy.

Na podstawie tych zalet w porównaniu z tradycyjnymi umowami niektóre tylko sektory wykorzystują inteligentne umowy. Część z nich ma już rzeczywistą aplikację lub firmy zajmujące się tą dziedziną, ale korzystanie z inteligentnych umów jest wciąż w fazie rozwoju. CCG Mining jest jedną z wiodących firm na polskim rynku, które oferują Smart Contracts, dzięki czemu można używać platformy do tworzenia i wykonywania kontraktów bez potrzeby specjalistycznej wiedzy na temat kodowania blokowego.

Umożliwione przez blockchain, funkcjonalności Smart Contracts znacząco wpłyną na przemysł finansowy i całą gospodarkę. Dzięki zastosowanej technologii blokowej cechy inteligentnych umów, jak umiejętność bezpiecznego odbierania, przechowywania i wysyłania informacji oraz wcześniej ustalone zasady i warunki  wzajemnie uzgodnionej przez kontrahentów umowy – sprawi, że będą one mogły pomóc zdecentralizować model zaufania, przyspieszyć czas rozliczeniowy, zmniejszyć potrzebę udziału w procesie zawierania transakcji kosztownych pośredników, poprawić przejrzystość, automatyzować procesy, zmniejszyć spory prawne, złagodzić ryzyko i stać się normą dla niezliczonych typów transakcji – wyjaśnia Michał Kwieciński CEO, advisor w CCG Mining, startupie technologicznym, który umożliwia zawieranie umów typu Smart Contracts.

Jak pracuje Smart Contract?

Technologia blockchain używa Ethereum  do przetwarzania inteligentnych kontraktów i wymaga pewnego paliwa do ich wykonania. Paliwo, eter, jest używane do płacenia za moc obliczeniową w celu przetworzenia kontraktów. Opłaty są jednak minimalne w porównaniu do jednostek scentralizowanych, takich jak prawnicy czy pośrednicy uczestniczący w obrocie. Ideologia który stoi za inteligentnymi kontraktami jest dość prosta, ponieważ są one realizowane na podstawie instrukcji decyzyjnej IF-WHEN-THEN.
Oczywiście, przyszłość biznesu będzie dyktować, że kontrakty staną się hybrydą tradycyjnych umów papierowych i Smart Contracts, często określanych jako umowa składająca się z papieru i kodu. Oznacza to, że chociaż istnieje rzeczywista kopia umowy, szczegóły są weryfikowane lub uwierzytelniane za pomocą inteligentnych programów kontraktowych.

Indoorway tworzy cyfrowe połączenie pomiędzy człowiekiem a fizycznym otoczeniem

Indoorway – firma technologiczna z Warszawy – wchodzi na rynek z precyzyjnym narzędziem do lokalizacji wewnątrz budynków. Pozwala ono nie tylko odnaleźć się w dużych, zadaszonych obiektach, ale także zbierać i analizować dane z czujników wbudowanych w urządzenia mobilne, umożliwiając administratorom obiektów lepsze poznanie swoich klientów. Digitalizacja przestrzeni z Indoorway otwiera szereg nowych możliwości biznesowych oraz zwiększa komfort użytkowania danego obiektu.Indoorway_infografika

Na drodze do inteligentnej przestrzeni

Pomysł na stworzenie narzędzia typu Business Intelligence, które ułatwi nawigację wewnątrz budynków, powstał na początku 2015 roku. Początkowo był to projekt studencki, rozwijany w ramach prac dyplomowych na Politechnice Warszawskiej. Ponieważ pomiary oparte wyłącznie o jedną metodę nie były satysfakcjonujące, zespół postanowił połączyć w swoim rozwiązaniu wiele technologii wykorzystywanych w urządzeniach mobilnych. Algorytmy Indoorway analizują więc dane z żyroskopu, akcelerometru, magnetometru i beaconów, by dostarczyć odbiorcom szybką i precyzyjną nawigację. Twórcy Indoorway osiągnęli dokładność rzędu 1-2 metrów, co sprawia, że mikrolokalizacja wewnątrz budynków nareszcie staje się praktyczna. Firma ma już za sobą pilotażowe wdrożenie w fabryce Electrolux, gdzie analiza ruchu pomaga optymalizować procesy produkcji.

W odróżnieniu od producentów beaconów Indoorway jest firmą technologiczną, która dostarcza uniwersalny zestaw narzędzi dla programistów. Dzięki niemu twórcy aplikacji mogą tworzyć własne, inteligentne rozwiązania oparte o nawigację wewnątrz budynków. Indoorway został zaprojektowany tak, by sprostać oczekiwaniom użytkowników końcowych i programistów. Tym pierwszym zapewnia m.in. dostęp do intuicyjnych paneli do tworzenia map i analizy danych. Drudzy natomiast otrzymują gotową bibliotekę SDK, która pozwala na łatwe wdrożenie technologii w już istniejących lub dopiero powstających aplikacjach mobilnych na iOS i Android. W pełni funkcjonalny produkt można pobrać i przetestować całkowicie bezpłatnie. Twórcy Indoorway przygotowali także cztery darmowe aplikacje rozpowszechniane na zasadach open source, które każdy może wdrożyć w swojej przestrzeni. Pomogą one m.in. zgłosić usterkę czy znaleźć współpracowników w budynku.

Nowe, cyfrowe oblicze każdego budynku

Firma kładzie duży nacisk na skalowalność swojego systemu. Może on obsłużyć pojedynczego, domowego użytkownika, ale też zebrać i przetworzyć dane z dużych obiektów – z liczbą aktywnych urządzeń mobilnych sięgającą nawet 25 tysięcy. Dzięki temu technologia znajduje zastosowanie w wielu rodzajach budynków: apartamentowcach, centrach handlowych, biurach, fabrykach czy centrach logistycznych. Administratorzy tych obiektów mogą nie tylko dostarczyć odwiedzającym precyzyjną nawigację, ale też wysyłać im kontekstowe wiadomości odnoszące się do ich aktualnej lokalizacji.

– Indoorway daje wgląd w dane biznesowe, które wcześniej praktycznie nie były dostępne. Poprzez analizę ruchu w czasie rzeczywistym, administratorzy budynków mogą lepiej dopasować swoje usługi do potrzeb odwiedzających. Takie inteligentne przestrzenie mogą powstać tylko wtedy, gdy deweloperzy dostaną dostęp do niezawodnego kodu, dopracowanego API i przejrzystej dokumentacji. Dlatego tworząc nasz SDK, zadbaliśmy o to, by proces wdrożenia był szybki, klarowny i logiczny. Dla przykładu, digitalizacja hali o powierzchni 2000 m² zajmuje tylko 4 godziny! – tłumaczy Tomasz Janusz, CTO w Indoorway.

W okresie testów firma stworzyła mapy dla budynków o łącznej powierzchni ponad 350 tysięcy m². Chcąc stale ulepszać swój produkt, Indoorway zaprasza do dalszego testowania i zgłaszania pomysłów na swoim forum. Więcej informacji o Indoorway na stronie: indoorway.com.

Outsourcing na nowo. Co się zmienia na rynku usług dla firm?

Rozwój outsourcingu postępuje. Wyprowadzanie części działalności przedsiębiorstwa na zewnątrz nikogo już nie dziwi, ale na Zachodzie powoli daje zauważyć się nowy trend – łączenie outsourcowanych usług. – Taki zabieg pozwala nie tylko na oszczędności, ale także pozyskanie wartości dodanej. Pierwsi polscy przedsiębiorcy, którzy się na to zdecydują, mają szansę zdystansować konkurencję – zauważa ekspert z firmy dostarczającej usługi dla biznesu.

Piotr Regulski
Piotr Regulski, Wiceprezes ds. Handlowych spółek Impel Cleaning i Impel Security Polska

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że rachunek jest prosty. Właściciel dużej firmy postanawia outsourcować pojedyncze usługi, np. ochronę, sprzątanie i serwis techniczny budynku. Bada rynek i szuka najtańszych opcji. Gdy znajdzie najbardziej korzystne oferty, szybko się na nie decyduje. Ciężar obsługi procesów spada z jego barków, koszty maleją. Tak działa outsourcing. Czy może być lepiej?

Może. Rzadko kiedy bowiem polscy przedsiębiorcy wybiegają myślami naprzód. Tymczasem, po upływie pierwszych miesięcy współpracy, może okazać się, że niska cena za usługę sprzątania odbija się na wynagrodzeniach pracowników, którzy nie przykładają się do swoich obowiązków. Brudna łazienka odstrasza nie tylko potencjalnych klientów, ale też zniechęca do współpracy partnerów biznesowych. Recepcjoniści z firmy ochroniarskiej, którzy mogliby pomóc odnaleźć się na terenie zakładu nowym pracownikom firmy sprzątającej, a po obchodzie wskazać im miejsca, które niezwłocznie wymagają czyszczenia, nie robią tego. Pomiędzy tymi dwiema grupami toczy się bowiem cicha rywalizacja o pozycję – w razie cięć budżetowych jedna z nich będzie musiała odejść. Osoby odpowiedzialne za konserwację urządzeń mogłyby podzielić się wiedzą o istotnych usterkach z ochroniarzami, lecz także tego nie robią. Nikt nie powiedział im, że taka informacja może być ważna. Czy w ostatecznym rozrachunku kilku usługodawców pod jednym dachem to jednoznaczna korzyść?

W biznesie jak w życiu

Piotr Regulski, Wiceprezes ds. Handlowych spółek Impel Cleaning i Impel Security Polska zauważa, że wybór dostawcy danej usługi powinien przypominać wybór samochodu. Gdy wybieramy konkretny model, naszym najważniejszym kryterium rzadko jest tylko cena. W zależności od potrzeb szukamy auta bezpiecznego, szybkiego, przestronnego lub po prostu budzącego zachwyt. Zależy nam bowiem nie tylko na pieniądzach, ale też na wygodzie, mobilności, prestiżu czy bezpieczeństwie rodziny. W biznesie panują te same zasady, co w życiu prywatnym. Wybierając usługodawcę dla naszej firmy, powinniśmy zwracać uwagę na to, jakie korzyści, oprócz finansowych, nam przyniesie – wyjaśnia ekspert.

Nowe podejście do outsourcingu i trend z nim związany ma właśnie pozwolić na spersonalizowaną obsługę przedsiębiorstwa, które zyskuje w ten sposób nie tylko czas i pieniądze, ale też inne, kluczowe dla niego wartości. Ten trend to łączenie usług i dostarczanie ich firmie w ramach wspólnego zarządzania.

– W biznesie warto podejmować takie decyzje jak w życiu. Decydując się na budowę domu, możemy samodzielnie wybrać wykonawcę dla każdego etapu prac. Budynek postawi nam jedna firma, dachówki położy druga, wnętrza wykończy trzecia, kto inny zajmie się budową drogi dojazdowej, a jeszcze ktoś inny instalacją elektryczną – opisuje ekspert Grupy Impel i kontynuuje: – Dom powstanie tanim kosztem. Jednak czy wszyscy dotrzymają terminów? Co, jeśli budynek, w ostatecznym rozrachunku nie spełni naszych oczekiwań? Kto poniesie za to odpowiedzialność? Zdecydowanie łatwiej, wygodniej i bezpieczniej jest wybrać wykonawcę, który samodzielnie lub w porozumieniu z nami będzie dobierał podwykonawców i dbał o całość projektu. To daje gwarancję, że procesy będą się uzupełniać i współgrać, a wykonawcy pracować odpowiedzialnie i kompleksowo.

Korzyści z łączenia usług

Integracja usług to objęcie kilku procesów przez jednego koordynatora, ujednolicenie zasad administrowania i zarządzania nimi, a także zunifikowanie reguł pracy. To połączenie ludzi, technologii i stworzenie jednego wspólnego środowiska, w którym panują te same zasady. Zwiększenie ilości punktów wspólnych kilku procesów wywołuje efekt synergii czyli współdziałania różnych czynników, która przekłada się na wzrost jakości, efektywności oraz optymalizację kosztów każdego z połączonych procesów.

– Integracja wymaga zautomatyzowania procesów, pomaga wyeliminować błędy w procedurach, skutkuje zatem poprawą wydajności, produktywności i skróceniem czasu wykonywania każdej z operacji – podkreśla Piotr Regulski i wymienia: – Przedsiębiorca, który może koordynować prace przy użyciu jednego, sprawdzonego systemu informatycznego, redukuje koszty i zapotrzebowanie na sprzęt. Współpraca z jednym koordynatorem zmniejsza ryzyko operacyjne, gdyż odpowiedzialność nie rozprasza się na kilka podmiotów. Znacznie prostsze jest także zarządzanie tylko jedną relacją biznesową zamiast wieloma, co nie tylko ogranicza procedury administracyjne, ale też pozwala na uniknięcie poszukiwań kolejnych dostawców.

Dla kogo integracja?

Pakiet usług outsourcingowych jest rozwiązaniem zarówno dla dużych, jak i mniejszych firm z niemal każdej branży. – Niezwykle popularna na zachodzie konsolidacja usług to naturalny etap rozwoju outsourcingu, który wkracza właśnie do Polski. Kto pierwszy to zrozumie i zdecyduje się na ten krok, ten szybciej osiągnie sukces, dystansując konkurencję – przewiduje ekspert.

Kurs euro wobec franka jest najwyższy od roku

Kolejny miesiąc z rzędu deficyt budżetu pozytywnie zaskakuje swoim niskim poziomem. Frank jest najsłabszy od ponad roku względem euro. Dlaczego płace tak wolno rosną.

Nadwyżka w budżecie Polski

Po czerwcu w budżecie naszego kraju znajduje się nadwyżka. Powodem są wyższe od oczekiwanych wpływy budżetowe oraz co chyba ważniejsze wpłata zysku NBP za zeszły rok. Gwałtowne osłabienie złotego z zeszłego roku spowodowało, że wpływy z tego tytułu wyniosły około 8,7 miliarda złotych. Warto natomiast zwrócić uwagę, że ten rok raczej tej sytuacji nie powtórzy skoro złotówka od tego czasu umocniła się o około 4% wobec euro i 8% wobec dolara. coraz więcej analityków prognozuje, że deficyt budżetowy zakończy rok w okolicach 50% planu. Ważnym pytaniem jest jaki wpływ na gospodarkę będzie mieć obniżka wieku emerytalnego. Na razie rynki zareagowały na tą wiadomość neutralnie.

Maksima na EUR/CHF

Kurs euro wobec franka jest najwyższy od roku. Co to realnie oznacza dla kredytobiorców frankowych? Waluta szwajcarii słabnie na rynkach światowych. Nie widać tego na razie na parze ze złotówką, gdyż ta osłabiła się ostatnio wobec euro. W rezultacie jeżeli euro wróci w okolice 4,20 zł powinniśmy oglądać franki poniżej 3,80 zł. Jest też gorszy element tej relacji. Jeżeli euro wróci w okolice 4,40 zł frank powinien zbliżyć się do 4,00 zł. Warto zwrócić uwagę, że poprzednio gdy euro kosztowało 4,40 zł frank przekraczał 4,10 zł. Co powoduje że frank jest w odwrocie? Wysokie poziomy tej waluty były powodem akumulacji ryzyk na rynkach światowych. Obecnie okazuje się, że nie ma problemów w związku z prezydenturą Trumpa, a przynajmniej takich jak sądzono. Również we Francji do władzy nie doszła Marine le Pen. W rezultacie inwestorzy nie uciekają już do bezpiecznych przystani tylko

Co z płacami w Polsce?

Bezrobocie spadło do 7,2%. Płaca minimalna wzrosła z 1850 zł na 2000 zł. Dlaczego zatem średnie płace nie rosną? Teoretycznie kurcząca się baza pracowników powinna powodować szybką presję na wzrost płac. To jednak się nie dzieje. Średnia pensja wzrosła o około 4% podczas gdy wzrost pensji minimalnej wyniósł 8%. Warto zwrócić uwagę, że ten sam wzrost pensji jeszcze niedawno dawał nam efektywnie więcej, kiedy mieliśmy do czynienia z deflacją. Obecnie od wspomnianych 4% trzeba jeszcze odjąć inflację. Analitycy wskazują, że średnia nie jest tutaj najlepszą miarą. Powodem jest fakt, że wzrost zatrudnienia dotyczył głównie osób na podstawowych stanowiskach, które raczej ten parametr obniżają. W tym wypadku nie bez znaczenia jest napływ pracowników z zagranicy.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – inflacja konsumencka

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

O jakim szefie marzą Polacy? Wyniki ankiety

Jaki powinien być wymarzony pracodawca? Okazuje się, że oprócz profesjonalisty marzy nam się po prostu… fajny człowiek.

Idealny szef według PolakówLubimy pracować z szefem, który jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Aż 34 proc. badanych marzy o szefie, który jest profesjonalny – wynika z ankiety serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl. Taki pracodawca jest pewnego rodzaju mentorem, a praca z nim jest po prostu rozwijająca.

Obiektywny, ale i wymagający

Kolejne odpowiedzi wskazują na to, że marzy nam się „ludzki szef”. Z ankiety, w której wzięło udział 200 internautów, wynika, że aż 24 proc. – marzy o wyrozumiałym szefie, a 20 proc. – o obiektywnym. Taki wynik nas nie dziwi. Chyba każdy miał w swoim zawodowym życiu sytuację, w której szedł do szefa z duszą na ramieniu z myślą „oby pracodawca wysłuchał, zanim wyda wyrok”. Wyrozumiały szef to skarb. Przy okazji dobrze jak potrafi zachować zimną krew. Idealny szef, dla 9 proc. z nas powinien być opanowany. Cenimy także przełożonych, którzy mają doświadczenie i są wymagający. Te dwie cechy wymieniło odpowiednio 8 i 5 proc. ankietowanych.

Legendarny szef despota kontra najlepszy pracodawca świata

Historie najbardziej legendarnych szefów, którzy stworzyli firmy-potęgi pokazuje, że nie posiadają oni z reguły wszystkich tych wymarzonych przez pracowników cech. Przykładem jest Walt Disney, który był  wymagający, doświadczony, profesjonalny, ale z pewnością nie był wyrozumiały ani obiektywny. Kiedy pracownik podpadł Disneyowi, ten robił wszystko, aby go zwolnić lub skłonić do złożenia wypowiedzenia. Twórca legendarnej firmy wprowadził do niej różne obostrzenia dla pracowników, np. odliczał im od czasu pracy wyjście do toalety lub przerwę na zjedzenie kanapki. Podobne techniki stosował Ford. Szczęśliwie podejście szefów do traktowania pracowników zmienia się wraz z rynkiem i uwzględnia podejście nowych pokoleń do pracy. W ubiegłym roku świat zachwycił się amerykańskim pracodawcą. Otóż Jason Fried z Chicago wprowadził dla pracowników czterodniowy tydzień pracy z możliwością zdalnego wykonywania swoich obowiązków. Szybko został uznany za najlepszego szefa na świecie. Sam Fred tłumaczył swoją decyzję w prosty sposób: – Jeśli ktoś dobrze wykonuje swoją pracę, nie interesuje mnie, gdzie jest.

Doskonałe praktyki, które idą z góry

Jeśli już macie ochotę podesłać szefostwu link do tego tekstu, czytajcie dalej. Fried nie jest jedynym szefem, który jest profesjonalny, a jednocześnie wyrozumiały. Takich przykładów jest więcej i to bliżej nas. Coraz częściej firmy dbające o komfort pracowników aranżują pokoje do zabaw i relaksu, a ich szefowie nie panikują na widok pracownika pracującego na leżaku. Poza tym pracodawca-ideał pamięta o pracowniku w ważnych momentach jego życia. Przykładem jest np. wózkowe, czyli finansowy zastrzyk gotówki dla pracownika, któremu urodziło się dziecko. – Po urodzeniu dziecka dostałam, 1,5 tys. zł na zakup wózka. O takiej możliwości osobiście poinformował mnie szef – wspomina Agnieszka, pracująca w dużej korporacji w Warszawie. W niektórych firmach szefowie praktykują składanie urodzinowych życzeń pracownikom, wręczając im dodatkowo atrakcyjny gadżet np. imienne pióro. Takie praktyki stosuje jeden z warszawskich hoteli.

Szefowie nowoczesnych firm, które chcą być konkurencyjne, a jednocześnie przestać się borykać z rotacją pracowników, starają się wprowadzać do nich dobrą atmosferę. Mają też świadomość, że przykład musi iść z góry.

Czy nadchodzą ciężkie czasy dla branży spożywczej?

Polską branżę spożywczą zdominowały duże podmioty i firmy zagraniczne. Do tego dochodzą spore zaległości i ryzyko upadłości. Łączna wartość zaległych zobowiązań firm z tego sektora, zarejestrowanych w bazach BIG InfoMonitor i BIK, wynosi 755,86 mln zł, z czego zdecydowana większość – 91,3 proc. – to zaległości z tytułu niespłacanych w terminie kredytów bankowych. 90 proc. zaległych zobowiązań z tej kwoty, koncentruje się na producentach artykułów spożywczych, których zgodnie z planem ministerstwa rolnictwa, nowa ustawa ma szczególnie chronić.

Już jutro wchodzi w życie ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi, której głównym założeniem ma być ochrona mniejszych producentów, a także zażegnanie sporów między dostawcami, a odbiorcami produktów spożywczych i rolnych. W ustawie wskazano, że organem właściwym w sprawach o stosowanie nieuczciwych praktyk jest prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Swoje zastrzeżenia w tej sprawie może zgłosić każdy przedsiębiorca, który podejrzewa stosowanie takich praktyk. UOKiK będzie mógł nałożyć karę za nieuczciwe praktyki nabywców wobec dostawców, która może być nie większa niż 3 proc. obrotu firmy.

Według Polskiej Izby Handlu zmiany te nie przyniosą zamierzonych efektów, czyli  nie będą chronić polskich producentów przed wykorzystywaniem przez międzynarodowe sieci sprzedaży, bo polski rynek producentów żywności już zdominowany jest przez zagraniczne koncerny. Może to w efekcie zdaniem PIH, doprowadzić do upadku wielu rodzimych firm.

Zobowiązania pozakredytowe i kredytowe

Warto przeanalizować obecną sytuację firm z branży spożywczej w aspekcie płatności przeterminowanych powyżej 60 dni na kwotę wyższą niż 500 złotych. Analiza ta obejmuje dane gromadzone przez BIG InfoMonitor, czyli pozakredytowe, gdzie wierzycielami są partnerzy biznesowi oraz BIK, czyli kredytowe, gdzie wierzycielami są banki.

– Z danych tych wynika, że wśród firm z branży spożywczej obejmującej trzy działy PKD: produkcję artykułów spożywczych, produkcję napojów oraz produkcję wyrobów tytoniowych, odsetek firm posiadających przeterminowane zobowiązania kredytowe i pozakredytowe wynosi 7,11 proc., przy średniej dla ogółu branż 4,1 proc. Przy czym w dziale artykuły spożywcze to – 6,9 proc., a w dziale napoje już 12,3 proc., w dziale tytoń – 9,1 proc. Ponadto sytuacja wśród poszczególnych branż (klas PKD) wchodzących w skład wyżej wymienionych trzech działów sektora spożywczego jest również bardzo zróżnicowana. Najwięcej firm z przeterminowanymi zobowiązaniami to producenci cydru i pozostałych win owocowych (30,4 proc.), najmniej takich firm można znaleźć np. wśród producentów lodów – 3,3 proc. – wylicza prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Kredytowy Biura Informacji Kredytowej.

Czy nadchodzą ciężkie czasy dla branży spożywczej
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Co czwarta firma produkująca żywności jest w bardzo złej kondycji

 Nieco ponad 63 proc. firm na polskim rynku działających w sektorze produkcji artkułów spożywczych według oceny Bisnode Polska* jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej, w tym 44,4 proc. w bardzo dobrej. Tym samym blisko 37 proc. jest w sytuacji słabej i bardzo złej. W tym niemal co czwarta w bardzo złej sytuacji.

Kondycja finansowa producentów art. spożywczych

Kondycja finansowa producentów art. spożywczych
Źródło: Bisnode Polska

Cechą charakterystyczną branży jest duża konsolidacja w poszczególnych podsektorach, co skutecznie marginalizuje rodzimych producentów. Taką sytuację obserwujemy niemal w każdym sektorze produkcji. Mięsa, ryb, przetwórców owoców i warzyw, cukru, czy choćby karmy dla zwierząt.

Duże ryzyko upadłości w branży

– Tylko w pierwszej połowie roku w sądach gospodarczych ogłoszono 12 upadłości producentów art. spożywczych, w całym 2016 roku blisko 40. Z pewnością będą kolejne. W tym kontekście niepokoi fakt ponad 23 proc. firm będących w bardzo słabej kondycji na rynku, tak wysoki odsetek może skutkować znacznie wyższą liczbą upadłości, nie tylko w tym roku lecz także w przyszłym i kolejnych latach – zaznacza Tomasz Starzyk z Bisnode Polska. – Analizy dokonano w oparciu o badanie  na ponad 3,8 tys. firm z sektora produkcji artykułów  spożywczych – dodaje.

Wysoki odsetek podmiotów zagranicznych i największych graczy na rynku

Sektor spożywczy, to jeden z najbardziej zróżnicowanych sektorów polskiej gospodarki. Skali tego zróżnicowania nie oddaje najbardziej ogólny podział na przetwórstwo surowców pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, gdyż nie odzwierciedla różnorodności produktowej i wynikającej z niej specyfiki działalności. Wystarczy wiedza potoczna i zwykła intuicja, by zdać sobie sprawę z różnic warunków i czynników, jakim podlegają firmy zajmujące się przetwórstwem warzyw i owoców, napojów, piekarnie, branża tytoniowa, cukiernicza, producenci pasz, czy przemysł spirytusowy z jednej strony, a z drugiej przemysł mleczarski i mięsny, nie mówiąc o podziale podmiotów, specjalizujących się w różnych fazach procesów przetwarzania surowców.

Mimo tego zróżnicowania, branża spożywcza charakteryzuje się wieloma cechami wspólnymi, występującymi niezależnie od specyfiki produktowej. Należy do nich konieczność stosowania licznych wymogów sanitarnych, dotyczących jakości i bezpieczeństwa oraz szczegółowych norm i regulacji w tym zakresie, co wpływa na wysokość kosztów, poziom inwestycji, zyskowność działalności i rentowność zaangażowanych kapitałów oraz tworzy istotne bariery do rozpoczynania działalności.

To także wymusza stosowanie coraz bardziej nowoczesnych i kosztownych technologii oraz wpływa na innowacyjność. W efekcie działania tych czynników postępujący od lat, proces koncentracji doprowadził do sytuacji, w której w większości segmentów, kilka największych podmiotów odpowiada za 80-90 proc. produkcji. Dodatkowo, wskutek procesów transformacji i koncentracji, mamy bardzo wysoki, sięgający 50-60 proc. udział podmiotów zagranicznych w branży. Mniejsze firmy działają na skalę lokalną lub w licznych niszach, trudnych do zagospodarowania przez duże koncerny. Konsekwencją jest także duże zróżnicowanie marż, co do zasady najwyższe, sięgające powyżej 10 proc., osiągają podmioty największe, o dominującej pozycji konkurencyjnej, najniższym wskaźnikiem kosztów do przychodów, małe zaś w większości muszą zadowolić się niższą zyskownością oraz rentownością. Przemysł spożywczy charakteryzuje się także dużą wrażliwością zarówno na wahania koniunktury gospodarczej, w szczególności siły nabywczej i kondycji konsumentów, jak i wpływ specyficznych cykli, zależnych od warunków pogodowych, kształtujących podaż i ceny surowców.

Według danych GUS na koniec 2016 r. wartość produkcji firm zajmujących się wytwórstwem artykułów spożywczych, zatrudniających powyżej 9 pracowników przekraczała 230 mld zł, co stanowi nieco ponad 7 proc. wartości produkcji wszystkich firm i należy pod tym względem do sektorów o największym udziale, ustępując jedynie przetwórstwu przemysłowemu i handlowi oraz ma niemal 20 proc. udział w ramach przetwórstwa przemysłowego.

*Na ocenę kondycji finansowej firm związanych z produkcją żywności bezpośredni wpływ miały takie wskaźniki jak płynność, wysokość zadłużenia i rentowność. – Dodatkowo wzięta została pod uwagę zdolność finansowa podmiotu, poziom zarejestrowanych, przeterminowanych płatności, zarejestrowane wnioski z sądów gospodarczych o upadłość lub postępowanie naprawcze, ogłoszenie upadłości, rozpoczęcie procesu likwidacji oraz negatywne sygnały prasowe.

Ocena kondycji finansowej branży odbywała się na podstawie danych finansowych nie starszych niż dwa lata. W przypadku spółek prawa handlowego za podstawę do oceny brano bilans i rachunek wyników. W przypadku podmiotów nieprowadzących pełnej księgowości oparto się na danych o przychodach, kosztach i wyniku finansowym podmiotu zadeklarowanych przez właścicieli firm.

Kurs złotego do dolara i euro

W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym nie mamy istotnych wydarzeń. Uwagę należy zwrócić na dane wskaźników cen dóbr konsumenckich z Polski o godzinie 14.00 oraz przemówienia członków FOMC o 18.30 i 19.20.

Kurs złotego do dolara USDPLN

Kurs złotego do dolara USDPLNPo piątkowym szybkim teście 3,6950, na danych z amerykańskiego rynku pracy, doszło do lekkiego wybicia do poziomu 3,7240. Popyt na tę chwilę nie ma jednak siły i czeka na silniejszy impuls korekty na parze EURUSD, który może być sygnałem do wybicia USDPLN ponad obecną konsolidację. W średnim terminie cena porusza się w kanale pomiędzy wspomnianym wsparciem a szczytem na 3,75. W krótkim terminie powinno dość do wzrostowej korekty, a następnie możliwa jest dalsza fala spadków. Zaprzeczeniem wariantu spadkowego będzie trwałe pokonanie oporu na 3,76.

Kurs złotego do euro EURPLN

Kurs złotego do euro EURPLNAmplituda zmian cen na EUR znacznie zmalała w ostatnich dniach, co może świadczyć, iż rynek czeka na wybicie z wąskiej konsolidacji. Cena znajduje się pośrodku przedziału cenowego pomiędzy 4,2240 – 4,2530 i nic nie wskazuje, by w najbliższych wartości te miały być pokonane.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

MADKOM S.A. zdobywa kolejny duży kontrakt

MADKOM S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect zajmująca się produkcją systemów IT dla samorządów, jako lider Konsorcjum rozpoczęła procedurę podpisywania umowy na realizację kolejnego znaczącego zamówienia w ramach projektu „Małopolskie e-urzędy”. Łączna kwota wygranego przetargu sięga 1,03 mln zł brutto.

Emitent jest liderem Konsorcjum składającego się z 5 podmiotów i pozyskał informację o wyborze jego oferty jako najkorzystniejszej w postępowaniu o nazwie „Wdrożenie e-usług oraz usługi i dostawy towarzyszące” w ramach projektu „Małopolskie e-urzędy”. MADKOM S.A. realizując ten projekt dostarczy systemy informatyczne z zakresu portalu do nieruchomości SIDAS CU, szynę danych SIDAS BROKER oraz przeprowadzi kompleksowe wdrożenia i szkolenia z produktów w 8 urzędach [gmin z] woj. małopolskiego. Członkiem Konsorcjum jest również spółka z Grupy Kapitałowej MADKOM S.A. – Cloud Industry Solutions Sp. z o.o. Przeprowadzi ona szereg szkoleń podnoszących kwalifikacje zawodowe pracowników oraz szkolenia prawnicze z zakresu KPA i instrukcji kancelaryjnej. Całkowita wartość pozyskanego zamówienia wynosi ponad 1.028 tys. zł brutto i wpisuje się ono w założenia Strategii Rozwoju Emitenta na lata 2015-2020. Zarząd Spółki spodziewa się pozytywnego wpływu wygranego przetargu na jej wyniki finansowe w nadchodzących kwartałach.

„Dzięki temu zamówieniu powiększamy grono naszych klientów o kolejne 8 urzędów. Zamówienie to, mimo że realizowane w grupie pięciu podmiotów, realizowane będzie głównie przez Madkom oraz Cloud Industry Solutions, przez co jego pozyskanie wpłynie zauważalnie na nasz wynik finansowy.” – szacuje Grzegorz Szczechowiak, Prezes Zarządu Spółki MADKOM S.A.

W ostatnim czasie MADKOM S.A. informowała o podpisaniu umowy na modernizację oprogramowania w 8 gminach w województwie pomorskim, której wartość sięga blisko 670 tys. zł brutto. Z kolei w maju br. Grupa Kapitałowa MADKOM S.A. zawarła umowy o wartości prawie 1,13 mln zł brutto oraz osiągnęła znaczący wzrost przychodów netto ze sprzedaży w ujęciu rdr. Narastająco, po pięciu miesiącach 2017 r. poziom skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży Spółki wyniósł 2.974 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było to 1.128 tys. zł. Na uwagę zasługuje przede wszystkim wzrost przychodów ze sprzedaży usług serwisowych do ponad 1.407 tys. zł wobec 959 tys. zł rok wcześniej. Ten segment pozwala Spółce notować wyższe rentowności, co nie pozostanie bez znaczenia dla jej wyników finansowych.

„Mamy nadzieję, że za chwilę zakomunikujemy kolejne duże zamówienie, bowiem złożyliśmy kolejne oferty. W ciągu najbliższych tygodni powinno być jeszcze kilka mniejszych rozstrzygnięć w postępowaniach, które sumarycznie znowu dadzą wysoką kwotę. Po okresie wakacyjnym, który cechuje się oczywistym spowolnieniem w branży IT, zwiększymy jeszcze mocniej nasze działania, gdyż kończy się powoli rok budżetowy. Ci klienci, którzy zwlekali z różnymi zamówieniami, za chwilę będą chcieli bądź musieli do końca roku wydać pieniądze.” – zakończył Prezes Szczechowiak.

Grupa Kapitałowa MADKOM S.A. wypracowała w 1 kw. 2017 r. zysk netto na poziomie 395 tys. zł oraz zysk EBITDA w kwocie 777 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 2.615 tys. zł. Strategia Rozwoju Emitenta na lata 2015-2020 zakłada konsekwentne zwiększanie wartości przychodów stałych z umów serwisowych oraz maksymalnie efektywne wykorzystanie funduszy unijnych. Celem Spółki jest zdobycie nowych kontraktów na kwotę minimum 10 mln zł i pozyskanie zamówień na dostawy systemów Elektronicznego Zarządzania Dokumentami u nowych klientów w liczbie co najmniej 100 urzędów w 2017 r. MADKOM S.A. zamierza również pozyskać zamówienia z funduszy RPO województw, które zakończyły oceny w konkursach i przyznały już dofinansowania na lata 2016-2018, zdobywając w tym segmencie kontrakty o wartości 6 mln zł netto. Ich realizacja ma nastąpić w latach 2017-2018.

Andrzej Niziołek pokieruje rozwojem Veeam Software w Europie Wschodniej

Veeam® Software, mianował Andrzeja Niziołka – do niedawna szefa sprzedaży rozwiązań Azure w polskim oddziale firmy Microsoft – na stanowisko starszego menedżera regionalnego Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej. Nowy menedżer będzie zarządzał sprzedażą rozwiązań Veeam w Polsce oraz w trzynastu innych krajach regionu.

Powołanie nowego menedżera regionalnego w Veeam ma na celu kontynuowanie dynamicznej ekspansji firmy, ze szczególnym naciskiem na sektor dużych przedsiębiorstw i segment chmury. Oprócz Polski, Andrzej Niziołek będzie nadzorował sprzedaż rozwiązań Veeam w krajach bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia), w regionie Adriatyku (Słowenia, Chorwacja, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Kosowo, Macedonia), oraz w Rumunii, Bułgarii i Albanii.

Andrzej Niziołek – starszy menedżer regionalny Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej„Od wielu lat jestem blisko związany z rynkiem IT m.in. w zakresie ochrony danych, technologii dla nowoczesnych centrów danych oraz chmury, dlatego mogłem obserwować z boku dynamiczny rozwój Veeam Software. Jestem pod wrażeniem, jak Veeam rozwinął się w ciągu ostatniej dekady, regularnie notując wzrosty przychodów oraz liczby partnerów i klientów. Możliwość zarządzania gamą innowacyjnych produktów, które są cenione za skuteczne gwarantowanie dostępności usług i przeciwdziałanie przestojom sprawia, że z entuzjazmem przystępuję pracy. Bardzo cieszę się, że mogę dołączyć do zespołu, wraz z którym będę mógł ułatwić klientom przejście procesu cyfrowej transformacji oraz przyczynić się do dalszego rozwoju Veeam w Polsce i regionie” – powiedział Andrzej Niziołek, starszy menedżer regionalny Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej.

Olivier Robinne – wiceprezes Veeam w regionie EMEA„Mianując Andrzeja wzmacniamy zespół kierowniczy w regionie EMEA, który już teraz prezentuje światową klasę i znacząco przyczynia się do imponującego wzrostu przychodów całej firmy. W minionych kwartałach Veeam rozwijał się dynamicznie na rynkach, które teraz powierzamy Andrzejowi. Dlatego stawiamy przed nim ambitny cel co najmniej utrzymania wysokiego tempa wzrostu. Jestem przekonany, że zarówno doświadczenie i wysokie kwalifikacje naszego nowego menedżera, jak też nienasycony apetyt użytkowników na ciągły dostęp do krytycznych danych i aplikacji, pozwolą jego zespołowi nie tylko podtrzymać dynamikę rynkowej ekspansji Veeam ale nawet przekroczyć plany” – skomentował Olivier Robinne, wiceprezes Veeam w regionie EMEA.

Andrzej Niziołek ma blisko dwie dekady doświadczenia w czołowych firmach branży informatycznej. Przed przejściem do Veeam pełnił szereg funkcji kierowniczych w organizacjach specjalizujących się w sprzedaży rozwiązań IT dla biznesu, w tym produktów dla nowoczesnych centrów danych i chmury obliczeniowej. Kompetencje menedżerskie Andrzej Niziołek rozwijał m.in. w lokalnym oddziale firmie Microsoft, gdzie odpowiadał za sprzedaż chmurowych rozwiązań Azure. Wcześniej jako dyrektor regionalny zarządzał sprzedażą produktów w rodzimej filii Commvault. Swoje umiejętności zarządcze i sprzedażowe, nowy menedżer Veeam doskonalił także podczas przeszło siedmioletniej pracy w firmie EMC Computer Systems (obecnie Dell EMC). Rozpoczynał tam karierę jako kierownik sprzedaży produktów dla sektora telekomunikacyjnego, by ostatecznie awansować na stanowisko dyrektora regionalnego ds. rozwoju rynku dostawców usług w chmurze w rejonie Europy Wschodniej i Rosji. Uprzednio przez blisko sześć lat rozwijał kwalifikacje w IBM Polska, gdzie przeszedł drogę od specjalisty do kierownika zarządzającego sprzedażą do klientów korporacyjnych. Swoją przygodę z pracą w sektorze IT rozpoczynał w polskiej firmie Suntech. Andrzej Niziołek posiada tytuł magistra inżyniera, który uzyskał na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

PGS – jakie są prawdziwe intencje rządu i chęć obrony polskiego handlu

Polska Grupa Supermarketów (PGS) wyraża obawy o przyszłość podatku handlowego oraz ostateczne efekty zmian ustawodawczych dla polskiego handlu. Organizacja skupiająca blisko 6oo sklepów działających pod markami Top Market, Delica, Minuta8 oraz wybrane placówki największej sieci spółdzielni Społem, przypomina, iż przewodnim hasłem zmian głoszonych przez rząd miała być ochrona interesów polskich przedsiębiorców detalicznych.

Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)

– Odnosimy wrażenie, że konsultacje prowadzone z przedstawicielami branży, na które powołuje się w ostatnich dniach Adam Abramowicz, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego, są jedynie działaniami pozornymi. Oczekujemy bardziej zdecydowanych i przemyślanych działań od rządu i stanowczych kroków w obronie polskiego środowiska kupieckiego – podkreśla Michał Sadecki, prezes PGS.

W ocenie PGS pytaniem pozostaje stanowisko premiera Morawieckiego, który odpowiada za ten sektor. Celem podatku handlowego miało być wzmocnienie budżetu państwa i wykluczenie nieuczciwej konkurencji ze strony dużych, międzynarodowych sieci handlowym, działających w Polsce.

– Nowy podatek powinien zawierać taką konstrukcje, która pozwalałaby na zwolnienie małych i średnich firm i objęcie jedną stawką dużych sieci  – dodaje prezes PGS

PGS obawia się, że prezentacja nowych pomysłów i stawek przez rząd doprowadzi do długiej debaty i fiaska legislacyjnego, a w konsekwencji zachowania obecnego statusu, gdzie duże sieci dyktują warunki i skutecznie doprowadzają do upadłości pojedyncze, małe placówki handlowe.

Letnie czekanie, letnie rozczarowanie

Rynek czeka na sprawozdanie Yellen przed Kongresem i dane inflacyjne z USA. Wybudzeniu inwestorów z letniego marazmu nie sprzyja brak istotnych odczytów i wydarzeń w pierwszej części tygodnia. Po silnych przetasowaniach na rynkach obligacji, które wyznaczały ton nastrojom w notowaniach walut przychodzi zatem czas na oddech. Uczestnicy rynku w poszukiwaniu impulsów znów mogą spojrzeć na rynki akcji i surowców, ale nie ma się co łudzić, że dyskontowanie perspektyw polityki pieniężnej wyjdzie w te wakacje z mody. Jak to z letnimi fascynacjami bywa: dominować będą rozczarowania.

Najbliższym z nich będzie naszym zdaniem jutrzejsze posiedzenie Banku Kanady. Rynek niema w pełni zdyskontował nie tylko jutrzejszą podwyżkę, ale wręcz cały cykl. Uważamy, że władze monetarne wykażą bardzo wyważone podejście (słynna „gołębia podwyżka”), co przełoży się na wyraźnie osłabienie waluty, która w perspektywie miesiąca jest zdecydowanie najsilniejsza w gronie G-10.

Podatny na rozczarowanie jest też funt, jedna z walut G-10, której perspektywy postrzegamy w najciemniejszych barwach. Oczekujemy spadków GBP/USD pod wpływem słabnięcia gospodarki, które zmusi rynek do ograniczenia wyceny prawdopodobieństwa podwyżki. Funt szczególnie wrażliwy byłby na spowolnienie dynamiki wynagrodzeń. Ich ujemna dynamika w ujęciu realnym jest jednoznacznym zwiastunem chwiania się podstawowego filaru brytyjskiej gospodarki, czyli konsumpcji. Dziś dwa wystąpienia decydentów z Banku Anglii. Główny Ekonomista Haldane ostatnio zdecydowanie wypowiadał się za podwyżką. Utrzymanie dotychczasowej linii nie będzie zaskoczeniem. Więcej informacji mogą zawierać słowa wicegubernatora Broadbenta, który reprezentuje neutralnie nastawioną część MPC. O niestabilności sceny politycznej po czerwcowych wyborach i o tym, że proces Brexitu będzie bolesny może rynkom przypomnieć też Theresa May w swoim orędziu z okazji rocznicy objęcia urzędu. BBC donosiło wczoraj, że jego kluczowym punktem będzie zwrócenie się do innych frakcji o przedstawienie swoich postulatów, m.in. w kontekście negocjacji w sprawie wyjścia z UE.

Uważamy, że największą trwałość powinien wykazać wzrost dochodowości długu Stanów Zjednoczonych, co wynika z niedostatecznej wyceny ścieżki zacieśniania oraz faktu, że spodziewamy się polepszenia danych z USA. Zresztą zgodnie z szablonem sezonowym odczyty z USA zaczęły w miesiącach letnich przybierać wartości powyżej prognoz. Przy najgorszym sentymencie względem dolara od kilku lat (pozycjonowanie na rynku opcji oraz w danych CFTC) tworzy to podatny grunt do umocnienia USD. Eurodolar na razie powinien jednak ugrząźć w przedziale 1,13 – 1,1450. W krótkim terminie stabilizacja kursów metali przemysłowych, w tym odbicie cen rudy żelaza oraz siła rynków akcji stabilizują bardziej ryzykowne waluty G-10. Minimalnie pozytywnym impulsem dla sentymentu powinna być kontynuacja wczorajszego V- kształtnego odbicia cen ropy. Katalizatorem zmienności na rynkach akcji lada moment stanie się sezon wyników kwartalnych spółek z Wall Street.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Srebro walczy o wsparcie


Jak zazwyczaj bywa, poniedziałkowa sesja przebiegła w wolnym tempie. Zmiany na głównych parach walutowych były na koniec dnia kosmetyczne. Podobnie było na giełdzie w Polsce jak też na rynku ropy.

Po zejściu na południe jakie miało miejsce w środkowej części dnia, ropa powróciła wieczorem nad poziom piątkowego zamknięcia. Wśród inwestorów wciąż panują obawy co do rosnącej aktywności wydobywczej w USA oraz sytuacji w Libii oraz Nigerii. Te dwa ostatnie państwa być może nawet pojawią się na odbywającym się pod koniec miesiąca spotkaniu państw OPEC z producentami ropy spoza tego kartelu. Spotkanie ma odbyć się 24 lipca w Sankt Petersburgu w Rosji.

Wczorajszy kalendarz makroekonomiczny był bardzo ubogi. Niewiele lepiej będzie pod tym względem również i dzisiaj. Praktycznie znaczenie mogą mieć jedynie wypowiedzi członków Fed, jakie powinny się pojawić. Wyczekujący danych makro znajdą dla siebie okazję dopiero w środę. Spodziewać się wtedy można zarówno posiedzenia Banku Kanady, jak też publikacji słynnej beżowej księgi Fed. Natomiast w czwartek szefowa rezerwy federalnej przedstawiać będzie przed senatem półroczny raport.

Srebro walczy o wsparcie 10
W krytycznym miejscu znalazło się srebro. Rynek naruszył wsparcie na 15.75$ i próbuje powrócić ponad ten poziom. Nawet jeśli się to uda, to kolejny opór mamy już na 16.30$-16.50$. Musiałoby więc dojść do powrotu ponad 17.00$. W czarnym scenariuszu srebro może przynajmniej na wysokość 14.6$. Wskaźnik RSI jest po stronie grających na spadki, choć widać nieśmiały próby utworzenie pozytywnej dywergencji.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Deloitte: Przemysł obronny rośnie, podczas gdy lotnictwo cywilne spowalnia

W 2016 roku przychody przemysłu lotniczego i wojskowego w ujęciu globalnym wyniosły 674,4 mld dolarów i były o 2,4 proc. wyższe niż rok wcześniej. Sektor wzrost ten zawdzięcza przede wszystkim rozwojowi sektora lotnictwa cywilnego w Europie i zwiększeniu wydatków na obronność w USA. Jak wynika z corocznego raportu „Global Aerospace & Defense sector financial performance study”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, znaczące wzrosty przychodów odnotowali producenci oryginalnego sprzętu (OEM), tacy jak Airbus czy Lockheed Martin oraz producenci elektroniki.

Raport Deloitte powstał na podstawie analizy wyników stu największych firm z branży lotniczej i obronnej, których przychody sięgnęły ponad 500 mln dolarów.

W 2016 roku globalny sektor lotniczy i obronny urósł o 2,4 proc., tym samym nieznacznie przekraczając tempo wzrostu globalnego produktu krajowego brutto, wynoszącego 2,3 proc. Rok temu wzrost w przemyśle A&D wynosił 3,8 proc. Przychody analizowanych firm zwiększyły się o 15,7 mld dolarów i osiągnęły poziom 674,4 mld dolarów. – Wzrost ten to zasługa zarówno przemysłu lotniczego, jak obronnego, których przychody wzrosły odpowiednio o 2,7 i 2,1 proc. W przypadku lotnictwa cywilnego w omawianym okresie na rynek trafiła rekordowa liczba 1 436 nowych samolotów. – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance, Ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte.

W 2016 roku europejskie firmy z sektora A&D zanotowały wzrost przychodów o 3,7 proc., a amerykańskie o 2,4 proc. Zysk operacyjny branży w skali globalnej wzrósł o 7,9 proc.

Branża samolotowa rośnie, ale wolniej

W 2016 roku producenci samolotów i sprzętu lotniczego zwiększyli swoje przychody o 2,7 proc., do sumy 321,1 mld dolarów, podczas gdy rok wcześniej było to 6,3 proc. Europejski sektor lotniczy zanotował wzrost o 6,7 proc., podczas gdy amerykański mógł się pochwalić jedynie nieznacznym wzrostem przychodów o 1,3 proc. Liczba zamówień na nowe samoloty wyniosła 13 687 sztuk, co stanowi wzrost o 1,6 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Według szacunków do 2035 roku na rynek trafi około 35 tys. nowych samolotów.

Dynamiczny sektor obronny

Przychody w globalnym przemyśle obronnym wzrosły w 2016 roku o 2,1 proc., czyli o 7,2 mld dolarów do sumy 351,3 mld dolarów. W omawianym okresie globalne wydatki na obronność wzrosły o 0,6 proc., podczas gdy w USA wzrost ten wyniósł o 1,7 proc., a w Europie średnio o 2,8 proc. – Odwrotnie niż w lotnictwie cywilnym motorem wzrostu w przemyśle zbrojeniowym jest jego amerykańska część, której przychody wzrosły o 3,1 proc., podczas gdy w Europie było to jedynie o 0,6 proc. – wyjaśnia Piotr Świętochowski.

Sektor A&D rośnie dzięki gigantom

Dynamika przychodów w przemyśle A&D była spowodowana przede wszystkim przyrostem przychodów wśród producentów oryginalnego sprzętu (OEM) i segmencie elektroniki odpowiednio o 3,4 i 3,7 mld dolarów. Wzrost w segmencie OEM związany jest ze znacznym wzrostem przychodów w 2016 roku w grupie Airbus, który wyniósł 2,4 mld dolarów i Lockheed Martin (o 1,9 mld dolarów). Z kolei wśród producentów elektroniki największym wzrostem przychodów o 2,4 mld dolarów może pochwalić się firma Harris Corp.

Na czele niezmiennie Boeing i Airbus

W ubiegłym roku nie zmienił się znacząco układ sił wśród producentów samolotów i sprzętu wojskowego. Nadal palma pierwszeństwa należy do koncernu The Boeing Company, choć należy zaznaczyć, że firma w 2016 roku zanotowała spadek przychodów o 1,6 mld. W omawianym okresie wyniosły one 94,6 mld dolarów. Boeing dostarczył w 2016 roku 748 samoloty, podczas gdy rok wcześniej było to 762 maszyny. Na podium pod względem wielkości przychodów znalazły się także Airbus Group (wzrost o 3,3 proc.) oraz Lockheed Martin (wzrost o 4,1 proc.). Z kolei największy wzrost przychodów należał w ub. roku do firmy Harris Corp. i sięgnął 46,9 proc. Spośród 100 analizowanych firm 29 zanotowało spadek przychodów (o pięć mniej niż rok wcześniej).

– Myśląc o roku 2017 i latach następnych należy spodziewać się dalszego wzrostu w sektorze obronnym, ponieważ kraje inwestują w nowe technologie, aby przeciwdziałać wciąż pojawiającym się zagrożeniom terrorystycznym. Portfel zamówień na samoloty sięgający blisko 13,7 tyś. sztuk spowoduje, że również branża lotnicza będzie osiągać stabilne wyniki finansowe – podsumowuje Piotr Świętochowski.

Znacząca rola instrumentów finansowych w realizacji planu elektromobilności

Udział samochodów z napędami elektrycznymi w firmowych flotach w Polsce pozostaje na marginalnym poziomie. Argumenty ekologiczne nie są jednak wystarczające, aby ten stan zmienić. Kluczowe w rozwoju firmowej elektromobilności jest kryterium opłacalności ekonomicznej. Z przygotowanego przez EFL na potrzeby raportu „Elektromobilność w Polsce. Perspektywy rozwoju, szanse i zagrożenia” porównania kosztów zakupu i użytkowania auta spalinowego oraz elektrycznego wynika, że sam brak akcyzy to zdecydowanie za mało. Dopiero przy zwolnieniu z podatku VAT, firmie opłaca się nabycie pojazdu EV[1].

– Wyzwaniem, przed którym stoimy w procesie rozwoju elektromobilności w Polsce, jest stworzenie warunków do zdynamizowania rynku oraz wykreowanie popytu na samochody elektryczne. Argumenty ekologiczne, np. dotyczące poprawy jakości powietrza w miastach, nie są jednak wystarczające. Elektromobilność musi się po prostu przedsiębiorstwu opłacać. Dziś koszty zakupu auta elektrycznego są nawet dwukrotnie wyższe od kosztów zakupu auta z napędem konwencjonalnym. Niezbędny jest zatem system zachęt, które spowodują wzrost zainteresowania nabywaniem tego typu aut. Aby pokazać wpływ ewentualnego wprowadzenia bezpośrednich dopłat do zakupu aut elektrycznych, opracowaliśmy porównanie kosztów zakupu i użytkowania pojazdu z napędem spalinowym z samochodem elektrycznym. Wyniki naszej analizy wskazują jednoznacznie, że największe korzyści z użytkowania pojazdu EV w porównaniu z ICE[2] są możliwe dzięki obniżeniu jego ceny – powiedział Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Symulacja kosztów zakupu i użytkowania auta spalinowego i elektrycznego[3]

Założenia przyjęte przez EFL w celu opracowania porównania:

  • Samochody reprezentujące segment C
  • Ceny pojazdów netto
  • Porównanie dotyczy 4 pojazdów:
    • ICE z ceną katalogową
    • EV z ceną katalogową
    • EV z ceną skorygowaną o dopłatę w wysokości podatku akcyzowego
    • EV z ceną skorygowaną o dopłaty w wysokości podatków akcyzowego i VAT
  • Okres umowy: 3 lata
  • Nominalna roczna stopa procentowa jest identyczna w przypadku wszystkich wariantów ofert
  • Wpłata własna klienta w wysokości 10% ceny pojazdu
  • Rata miesięczna netto pokrywa wyłącznie finansowanie zakupu
  • Koszty ubezpieczenia i usług dodatkowych nie zostały uwzględnione w celu uproszczenia analizy
  • Przebieg roczny pojazdu 20 tys. km
  • Koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty:
    • raty miesięcznej
    • średniego kosztu paliwa / naładowania pojazdu elektrycznego (ICE: 45 zł / 100km; EV: 5 zł / 100km)

Instrument finansowy: pożyczka 

pożyczka 

Instrument finansowy: leasing klasyczny

 Instrument finansowy leasing klasyczny

Instrument finansowy: leasing z wysoką wartością rezydualną (HRV)

leasing z wysoką wartością rezydualną

Komentarz eksperta

Radosław Woźniak, wiceprezes EFL:

Wyniki przygotowanego przez nas porównania kosztów zakupu i eksploatacji pojazdu spalinowego oraz elektrycznego jasno pokazują, że tylko obniżenie ceny auta elektrycznego może skłonić firmę do jego nabycia. Co więcej, samo zwolnienie z akcyzy to jednak za mało. Widać to wyraźnie w porównaniu pojazdów finansowanych pożyczką lub leasingiem klasycznym, gdzie koszt zakupu i użytkowania EV przez 3 lata jest o ponad jedną czwartą wyższy niż pojazdu ICE. Dopiero przy zwolnieniu przedsiębiorcy z podatku VAT, elektromobilność będzie podobnym wydatkiem co tradycyjny napęd. Warto jednak dodać, że redukcja podatków to nie jedyny możliwy pomysł na obniżenie ceny EV. Podobny efekt można osiągnąć poprzez rządowe dopłaty bezpośrednie, co ma miejsce m.in. we Francji, gdzie subwencje wynoszą 6 tys. EUR. Również my jako firma finansująca inwestycje uważnie przyglądamy się działaniom rządu i przygotowujemy się do stworzenia oferty dedykowanej klientom zainteresowanym nabyciem lub używaniem pojazdów elektrycznych.

Znacząca rola instrumentów finansowych w realizacji planu elektromobilności

W przypadku firm sfinansowanie zakupu auta elektrycznego, podobnie jak ma to miejsce przy tradycyjnym napędzie, za gotówkę albo będzie niemożliwe albo po prostu będzie się mniej opłacało. Dlatego rząd we współpracy z instytucjami finansowymi powinien również postawić na edukację w zakresie metod finansowania i zakupu pojazdów elektrycznych, EFL, jako jeden z liderów rynku, już od 2004 roku finansuje pojazdy z alternatywnymi napędami. Pierwszym sfinansowanym przez firmę autem była hybryda Toyota PRIUS. EFL do 2017 roku wyleasingował w sumie niemal 600 aut hybrydowych. EFL jest również liderem, jeśli chodzi o finansowanie leasingiem aut TESLI. Od 2014 roku sfinansował zakup 20 sztuk Tesli S oraz 8 sztuk modelu Tesla X.

Leasingodawca wspólnie z amerykańskim producentem aut elektrycznych organizuje eventy pokazowe dla klientów, podczas których osobiście mogą zapoznać się z elektryczną technologią na kółkach oraz sposobami jej finansowania. Najbliższy event odbędzie się w dniach 20-22 lipca br. w Świnoujściu.

Zapraszamy do zapoznania się wynikami raportu ELEKTROMOBILNOŚĆ W POLSCE. PERSPEKTYWY ROZWOJU, SZANSE I ZAGROŻENIA przygotowanego przez Zespół Doradców Gospodarczych TOR we współpracy z Europejskim Funduszem Leasingowym, Volkswagen Group Polska oraz Uberem. Raport dostępny jest pod adresem: http://media.efl.pl/reports/18406.

[1] EV – Electric Vehicle

[2] ICE – Internal Combustion Engine

[3] Niniejszy materiał nie stanowi oferty w rozumieniu art. 66 k.c., nie może być traktowany jako porada, usługa finansowa lub zachęta do zawarcia jakiejkolwiek umowy.

W Europie rośnie popularność chmury w modelu IaaS

Według IDC rynek chmury w modelu IaaS (infrastruktury jako usługi) nie jest jeszcze nasycony i do 2020 roku ma szansę wzrosnąć o 22,3%. Wśród czynników wpływających na popularność tej usługi są przede wszystkim wygoda i bezpieczeństwo. Jednak chmura chmurze nierówna, a przedsiębiorcy – wbrew obiegowej opinii, że wszystkie chmury są identyczne – powinni mieć świadomość, że wiele firm pod szyldem chmury oferuje usługi zróżnicowane pod względem technologii, ceny, wydajności i stabilności.

Stare potrzeby, nowy porządek

Chmura stała się fundamentem cyfrowej transformacji, przekształcając modele działania przedsiębiorstw. Po pierwsze, dotychczasowe rozwiązania informatyczne, odpowiadające na jedną konkretną potrzebę, ustępują miejsca komplementarnych modelom chmurowym, dostarczanym jako usługa i zakładającym stałą interakcję z klientem względem jego oczekiwań. Po drugie – i co najważniejsze – chmura dała początek kształtowaniu nowych modeli biznesowych, odpowiadających na potrzeby użytkowników, którzy mogą m.in. ograniczać wydatki, rozliczając się jedynie za faktycznie eksploatowane zasoby. Chmura zmieniła też pewien porządek, ponieważ oferuje możliwości niezarezerwowane jedynie dla dużych graczy. IaaS sprawdza się znakomicie w przypadku mniejszych firm, jak i startupów, które są na początku biznesowej przygody. Właśnie dzięki infrastrukturze IT, kupowanej jako usługa, mogą korzystać z technologii zarezerwowanej dotychczas dla największych.

„Zachmurzenie” przyniosło użytkownikom jeszcze jedną korzyść – uwolniło ich od sprzętu i oprogramowania. Centra danych oraz kosztowne w utrzymaniu własne serwerownie ustępują miejsca elastycznie zaprojektowanej usłudze, w ramach której firma otrzymuje zasoby dopasowane do konkretnej potrzeby – zdalny dostęp do sprzętu, środowiska bądź aplikacji.

Korzyści płynące z IaaS widoczne dla przedsiębiorców

Model IaaS z punktu widzenia biznesowego niesie za sobą wiele zalet. Wśród korzyści wymienić można m.in. brak bariery wynikającej z inwestycji początkowych (niskie i przewidywalne koszty), elastyczność i skalowalność, które oznaczają dynamiczne dostosowanie wymagań sprzętowych do zmieniających się potrzeb, a także wysoki standard bezpieczeństwa.

Wybór wydajnych konfiguracji sprzętowych oraz wdrożenie mechanizmów dbających o równomierne obciążenie poszczególnych węzłów pozwoliły nam osiągnąć spory wzrost wydajności całej platformy. Dzięki rozwiązaniom HA (high-availability) dostarczanym wraz z IaaS możemy zagwarantować naszym klientom jeszcze wyższą niezawodność usługi i nieprzerwaną dostępność ich sklepów internetowych” – mówi Paweł Szreder, Hosting Administration Director w Divante, spółce zajmującej się spektrum rozwiązań eCommerce – „Z naszej perspektywy istotna jest również skalowalność infrastruktury – dostępność zasobów „na życzenie” pozwala nam błyskawicznie reagować na zwiększone zapotrzebowanie naszych Klientów”.

W ramach umowy z dostawcą IaaS, usługodawca dostarcza całą potrzebną infrastrukturę, czyli sprzęt, stabilny dostęp do Internetu, gwarancję stałego zasilania oraz serwisu, a także wymiany komponentów w razie potrzeby. To po jego stronie leży dbałość o funkcjonowanie całej infrastruktury, a klient rozlicza wyłącznie usługę. Wzrost popularności chmury w modelu IaaS spowodowany jest również spadającymi kosztami wynajmu mocy obliczeniowej, co może być szczególnie atrakcyjne dla startupów i małych firm, którym zależy na ekonomicznym zarządzaniu zasobami.

Różne oblicza ofert chmurowych

W najnowszym badaniu Top 10 Cloud IaaS Providers Benchmark Report, agencja badawcza Cloud Spectator przedstawia listę liderów chmury IaaS. Pierwsze miejsce w Europie zajęła w nim firma OVH, dystansując konkurentów: 1and1, Rackspace, Google, DigitalOcean, CenturyLink, Azure, Amazon, DimensonData i SoftLayer. Składowymi oceny CloudSpecs Value Score były kryteria uwzględniające wydajność i stabilność procesorów, storage’u blokowego oraz pamięci, testowanych na czterech instancjach różnych rozmiarów.

Cloud Spectator podkreśla także, że dostępne na rynku oferty cloud różnią się między sobą znacząco, chociaż z pozoru proponują te same usługi. Widoczne są duże dysproporcje w zakresie cen, wydajności i stabilności. Różnice dotyczą nie tylko wydajności poszczególnych maszyn, ale nawet całych infrastruktur, co ma bezpośredni wpływ na koszty. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na zjawisko noisy neighbor effect, które oznacza nierówną wydajność chmury. Polega to na tym, że użytkownik przez 80% czasu nie ma dostępu do wszystkich zasobów, za które płaci. Wpływ na to ma fakt, że firmy sprzedają więcej zasobów wirtualnych niż są w stanie zapewnić ich serwery.

Europa między Warszawą a Waszyngtonem

Pomimo sezonu letniego sporo się dzieje, zarówno w Polsce, jak i w Europie oraz na świecie – procesy zmian nie mają wakacji i zachodzą nieprzerwanie. Czasem trudno zrozumieć, które wydarzenia są najważniejszymi symptomami kontynentalnych przemian. Jakie będą następstwa wizyty Trumpa w Warszawie, protestów w Hamburgu podczas szczytu G20 i długiego spotkania Trumpa z Putinem? Analityk biznesowy, Krzysztof Sadecki, przewiduje, że lipcowe wydarzenia będą miały duży wpływ na kształt i wygląd relacji USA – Europa.

Rzućmy okiem na mapę znaków czasu. Przywódcy uczestniczący w szczycie G20 w Hamburgu opowiedzieli się za otwartymi rynkami oraz przeciwko protekcjonizmowi w handlu. Wszyscy zgodzili się z decydującą rolą odgrywaną przez międzynarodowy handel oparty na regułach zgodnych z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO). Ma to kolosalne znaczenie dla przyszłości Europy, bowiem unijni eksporterzy zgłaszają coraz większą liczbę barier handlowych – tylko w zeszłym roku ich liczba wzrosła o 10 procent, a koszty sięgają miliardów euro.

Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że pod koniec ubiegłego roku w ponad 50 krajach będących partnerami handlowymi Unii Europejskiej istniały 372 bariery – 36 z nich wprowadzono w 2016 roku. Dla Brukseli szczególnie niepokojące jest to, że politykę wprowadzania barier handlowych, mimo wielokrotnych obietnic walki z protekcjonizmem, kontynuują kraje rozwinięte z grona G20 – twierdzi Krzysztof Sadecki.

Na tym nie kończą się niepokoje, ponieważ z powodu sprzeciwu Rosji i Chin nie powiodła się próba włączenia do dokumentu końcowego podczas szczytu w Hamburgu fragmentu o międzynarodowych krokach przeciwko przemytnikom, brak też porozumienia w sprawie kar dla przemytników migrantów. Sytuacja tymczasem jest poważna, przykładowo włoskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poinformowało w ubiegłym tygodniu, że tylko do początku tego roku, do kraju napłynęło ponad 83 tysiące migrantów. Uwagę komentatorów zaprzątały jednak ważniejsze sprawy, szczyt w Hamburgu zelektryzował opinię publiczną przede wszystkim ze względu na pierwsze spotkanie Donalda Trumpa i Władimira Putina oraz na towarzyszące spotkaniu G20 protesty i demonstracje. Ich uczestnicy, lewicowi ekstremiści, przedstawiciele pro-anarchistycznych ruchów wolnościowych oraz inni radykalni działacze sprzeciwiający się procesom systemowym nadających ton cywilizacji szczególną niechęcią darzą Stany Zjednoczone.

Prezydent USA pomimo tego, ile już zdążył zrobić w kierunku poprawy sytuacji globalnej – wystarczy wspomnieć choćby o inicjacji procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie – ma na arenie medialnej bardzo zły PR, nie bez winy europejskich polityków. Jego przybycie do Hamburga podsyciło tylko wściekłość antyglobalistów, czego wynikiem są spore straty w mieniu i ponad 200 rannych policjantów. Nie są to jednak pierwsze protesty ani zamieszki towarzyszące szczytom gospodarczym, ich znaczenie jest tylko ciekawostką dalszego planu, znacznie ważniejsze było omówienie przez przywódców USA i Rosji problemów związanych z sytuacjami na Ukrainie, w Syrii oraz podjęcie kroków w kwestiach dwustronnych – kontynuuje analityk.

Ani Donald Trump ani Władimir Putin nie chciał kończyć spotkania, przez ponad 120 minut rozmowy poruszono problemy walki z terroryzmem i cyberprzestępczością. Porozumienie w sprawie rozejmu w Syrii zostało odczytane jako wielki sukces Trumpa, ale według słów nestora Partii Republikańskiej, byłego senatora Boba Dole’a nie tylko spotkania prezydenta USA podczas szczytu G20 w Hamburgu pozwoliły odbudować pozycję Stanów Zjednoczonych jako lidera wolnego świata. Równie ważna była tu wizyta Donalda Trumpa w Warszawie.

Nie ma większego znaczenia, w jaki sposób będziemy interpretować wizytę prezydenta USA w Polsce, jeśli będziemy się do tego zabierać z punktu widzenia Polski i Polaków. Te dywagacje jeszcze długo nie ucichną, będą podnosić różne argumenty a uczestnicy poszczególnych dyskusji raczej nie osiągną porozumienia, które powiedzmy sobie szczerze, nie jest na forum medialnym czymś szczególnie pożądanym, jako że grozi stagnacją oraz znudzeniem odbiorców – uważa Sadecki.

Wizyta Donalda Trumpa z perspektywy zagranicznej

Warto przyjrzeć się, jak wyglądała wizyta w Polsce z perspektywy samych Stanów Zjednoczonych i z perspektywy Europy, a zwłaszcza z perspektywy lęków, o których europejscy przywódcy nie chcą głośno mówić. Przede wszystkim Polska była pierwszym krajem poza Arabią Saudyjską i Izraelem, który witał Donalda Trumpa owacyjnie. Reakcje Polaków były dla prezydenta USA takie same jak te, z którymi spotykał się na swoich wiecach i były bardzo pozytywnym wzmocnieniem tego, czego nauczył się o Polsce z wygłoszonego w Warszawie przemówienia.

– Warto tutaj zwrócić uwagę na pewien układ sytuacyjny; przemówienie opierało się na motywie historii walki Polski z Niemcami i z Rosją, Donald Trump wygłasza je, po czym udaje się na szczyt G20, żeby spotkać się z przywódcami tych państw. Tam sugeruje Władimirowi Putinowi destabilizację sytuacji w Europie i daje do zrozumienia, że Rosja powinna się ucywilizować. Europie mówi o wolności budowanej na wolności osobistej, wspomina o zbyt dużej roli biurokracji, która doprowadza do przeregulowania systemu i wytyka gospodarzowi szczytu, czyli Angeli Merkel politykę proimigracyjną. Europejscy politycy robią dobrą minę do złej gry i zamiast odpowiedzieć prezydentowi USA wprost, krytykują Polskę zaznaczając, że Donald Trump nie rozumie Europy – twierdzi Krzysztof Sadecki.

Po wizycie Trumpa w Polsce na Zachodzie pojawiły się głosy mówiące, że Polska i Węgry nie będą mieć przyszłości z Trumpem, jeśli nie będą się solidaryzować z polityką UE. Można też było usłyszeć ostrzeżenie, że Donald Trump chce wciągnąć Europę w swoją grę. Jaką? O tym już mówi się przy pomocy ogólników, co nie wygląda za dobrze, w świetle tego, że politycy europejscy bali się Donalda Trumpa zanim jeszcze został prezydentem. Gdzieniegdzie padały słowa o zgubnej dla Europy „doktrynie Trumpa”, ale co ona tak naprawdę oznacza? Jest oczywiście świetnym straszakiem dla opinii publicznej, może brzmieć groźnie dla Polaków i świetnie podsycać niepokoje takie jak te, które doprowadziły do zamieszek w Hamburgu, ale w rzeczywistości jest tylko pochodną inicjacji procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie, procesu na którym cały wolny świat może tylko zyskać. Cóż więc nie podoba się w doktrynie? Trump odizolował siedem krajów, z których pochodzi blisko 95 procent terrorystów. Czy jest w tym coś złego?

Na pewno dla państw, które handlują ropą, z tak zwanym Państwem Islamskim i dla tych, którzy mają chrapkę na odizolowane tereny, gdzie mogliby postawić, np. swoje zakłady produkcyjne, gdyż u siebie nie mają już na nie miejsca. Postawienie tamy nowej formie kolonizacji Bliskiego Wschodu i północnej Afryki przez zachodnie koncerny wspierające polityków UE zostało nazwane doktryną Trumpa. Ale jeśli faktycznie uda się doprowadzić do osłabienia nastrojów w taki sposób, by Stany Zjednoczone to poczuły, niezadowolenie Europejczyków skupi się na nich samych – kontynuuje Sadecki.

Po Brexicie Donald Trump może prowadzić rozmowy z Wielką Brytanią bez pośrednictwa UE, a bez obecności Anglii w Unii Europejskiej i przy niechęci żywionej przez Niemcy, Francję i Belgię takie same rozmowy może prowadzić z Rosją, również ponad głowami Europejczyków bez ich udziału i bez uwzględnienia ich interesów. Po tym jednak, co spotkało go w Warszawie i po zrozumieniu roli Polski i Polaków w procesach nowoczesnego świata, być może wybierze nasz kraj jako dodatkowego partnera w negocjacjach, a Europa znajdzie się na linii między Warszawą a Waszyngtonem. I tak naprawdę właśnie o tej możliwości świadczą wypowiedzi o konieczności solidaryzowania się z polityką europejską – inaczej współpraca Polaków z Donaldem Trumpem nie przyniesie pożytku. Być może najbliższe tygodnie zmienią opisywaną sytuację na bardziej wyrazistą.

Na zakończenie zwróćmy uwagę na jeszcze jeden efekt wizyty prezydenta USA w Polsce. Minister finansów i przewodniczący Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów Mateusz Morawiecki zapowiedział inicjację procesu uzyskania przez Polskę niezależności energetycznej w ciągu najbliższych pięciu lat. Temat ten został wcześniej poruszony w artykule publikowanym przez szereg portali pod tytułem „Czy Polska będzie niezależna energetycznie?”[1]. W tekście tym, Krzysztof Sadecki nakreśla wizję takiej sytuacji wykorzystywanej przez polski rząd i w dodatku związanej kontekstowo ze współpracą z USA.

Autor: Krzysztof Sadecki

[1]http://manager24.pl/czy-polska-bedzie-niezalezna-energetycznie/; http://www.telegraf.biz/surowce/article,czy_polska_bedzie_niezalezna_energetycznie,22159,1,1,1.html

Euro bez zmian, frank najtańszy od miesiąca, inwestorzy czekają na sygnały z USA

Poniedziałek przyniósł stabilizację notowań euro do złotego, przy jednoczesnym jego osłabieniu do dolara i umocnieniu do franka. W obu przypadkach jest to reakcja na zmiany na rynkach globalnych. Do końca tygodnia to nastroje globalne będą decydować o losach złotego.

O godzinie 15:50 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2344 zł, pozostając blisko poziomu z piątkowego zamknięcia, a także kontynuując dwutygodniową konsolidację. W tym samym czasie kurs USD/PLN rósł o 0,6 gr do 3,7180 zł, a CHF/PLN spadał o 0,7 gr do 3,8450 zł, notując najniższe poziomy od miesiąca. Wahania tych dwóch ostatnich par to prosta reakcja na spadek EUR/USD i najwyższy od roku kurs EUR/CHF.

Czynniki globalne pozostaną w tym tygodniu głównym wyznacznikiem notowań polskich par. Uwaga inwestorów przede wszystkim skoncentruje się na doniesieniach z USA. Tam w środę i czwartek w Kongresie pojawi się Janet Yellen, gdzie przedstawi półroczny raport nt. polityki monetarnej oraz odpowie na pytania Kongresmenów. Istotna będzie nie tylko kwestia dalszych podwyżek stóp procentowych, ale również temat redukcji bilansu Fed.

W czwartek i piątek zostaną opublikowane dane inflacyjne z USA (PPI w czwartek, CPI w piątek), które wprost będą odnoszone do kolejnych posunięć Fedu. Raporty te będą stanowiły naturalne uzupełnienie słów Yellen.

W piątek zaś zostaną opublikowane twarde dane z amerykańskiej gospodarki, pokazujące jej faktyczną kondycję. Mianowicie raport o czerwcowej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej.

Jest prawdopodobne, że Janet Yellen utrzyma umiarkowanie jastrzębią retorykę, wskazując na poprawę sytuacji gospodarczej, przejściowy charakter wyhamowania inflacji, a także na konieczność powolnego zaostrzania polityki monetarnej. To zaś powinno lekko wspierać dolara, a jednocześnie w równie umiarkowany sposób kłaść się cieniem na notowania złotego i innych walut krajów zaliczanych do rynków wschodzących.

 

Koncentracja uwagi na rynkach globalnych sprawi, że na drugim, a być może nawet i trzecim planie, znajdą się impulsy płynące z rodzimej gospodarki. Przedsmak tego już mieliśmy w poniedziałek, gdy najmniejszych emocji nie wzbudziły najnowsze prognozy spadku bezrobocia w Polsce opublikowane przez resort pracy, publikacja przez NBP raportu o inflacji, a także bez echa pozostał piątkowy raport agencji Fitch nt. oceny wiarygodności kredytowej Polski (rating bez zmian, lepsze prognozy). Dlatego też wtorkowe dane o czerwcowej inflacji, środowy raport o inflacji bazowej, a także piątkowy o bilansie płatniczym, nie odcisną większego piętna na złotym.

Analiza sytuacji na wykresach polskich par każe założyć, że w najbliższych dniach będzie kontynuowana konsolidacja euro na obecnych poziomach. W przypadku USD/PLN niezmiennie ważnym poziomem wsparcia pozostaje strefa 3,69-3,70 zł i dopóki ona nie padnie, powrót w okolice 3,80 zł jest bardziej prawdopodobny niż spadek do 3,60 zł. Szwajcarski frank natomiast, zapewne ku uciesze wszystkich spłacających kredyty mieszkaniowe w tej walucie, może powoli osuwać się w kierunku 3,80 zł. Aczkolwiek bez większych szans na przełamanie tego poziomu.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs