Czy bankructwo udziałowca będzie ulgą dla Pepco?

W ostatnich dniach wiele mówi się o przyszłości Pepco. Ta niezwykle popularna w Polsce marka, teoretycznie, stoi przed poważnymi problemami. Wszystko za sprawą faktu, że większościowy udziałowiec – Steinhoff International – zbankrutował. Czy to oznacza koniec tej sieci handlowej?

Odpowiadając wprost – nie, to nie jest koniec sieci detalicznej Pepco. Steinhoff International nie jest jedynym właścicielem Pepco NV, lecz jedynie większościowym udziałowcem, kontrolującym 72% pakietem udziałów. Zasadniczo, Pepco NV to odrębna od Steinhoff International firma, a zadłużenie udziałowca nie jest długiem Pepco. Wobec faktu, że Steinhoff International ogłosił upadłość, na skutek serii księgowych skandali sprzed lat, dla inwestorów kluczowe będzie to, co stanie się z jej akcjami (udziałami) w Pepco NV. Firma będzie musiała sprzedać aktywa, aby spłacić wierzycieli – istotny wydaje się tu czas, który zyska na zebranie kapitału. To on może determinować z jak dużym dyskontem od rynkowej ceny firma zdecyduje się sprzedać udziałów w Pepco.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się odsprzedaż w ramach oferty dla jednego, kilku czy nawet kilkunastu instytucjonalnych podmiotów zainteresowanych długoterminowym rozwojem Grupy Pepco. Jeśli znajdzie się inwestor (nie możemy być pewni czy za kulisami już go nie ma) – może to mieć pozytywny wpływ na nastroje wokół akcji. Część akcjonariuszy może obawiać się, że Steinhoff zostanie zmuszony do sprzedaży po rynkowej cenie, co wiązałoby się ze spadkiem akcji Pepco – na niekorzyść dla samego głównego udziałowca. W interesie Steinhoff leży zorganizowanie oferty na zakup akcji, być może zbudowanie przyspieszonej księgi popytu (ABB). Ta prawdopodobnie pozwoliłaby na szybsze znalezienie inwestorów zainteresowanych kupnem udziałów. Pozytywny dla Pepco jest także fakt sporego zainteresowania inwestorów ostatnią ofertą 375 mln USD obligacji Pepco – wartość złożonych przez nich zapisów przewyższyła samą ofertę firmy. Dlatego, jeśli zostanie zorganizowana podobna oferta na zakup udziałów, to kupiec prawdopodobnie się znajdzie. Główne agencje ratingowe utrzymują pozytywną ocenę biznesu i rozwoju Pepco. Firma prawdopodobnie ma rację, wskazując, że bankructwo Steinhoff nie będzie wiązało się z zamknięciem sklepów i wycofaniem firmy z rynku.

Akcje Grupy Pepco w ostatnim czasie tracą nie tylko z powodu niepewności wokół udziałów Steinhoff. Warto podkreślić, że od strony fundamentalnej walory nie są wyceniane tanio – spadek częściowo wynika również z wysokiej ceny, po której na rynku zadebiutowała firma w 2021 roku. Ogólna niepewność co do przyszłej koniunktury gospodarczej i relatywnie wysokie zadłużenie także wpływają na nastroje inwestorów. Również specyfika branży, w której operuje Pepco, czyni walory wrażliwymi na zmienne nastroje i możliwości finansowe konsumentów. Z drugiej strony, słabszy sentyment inwestorów, który wpływa na niższą wycenę firmy, może sprzyjać ożywieniu popytu, jeśli sprawa udziałów Steinhoff International zostanie rozwiązana, a koniunktura w europejskiej i polskiej gospodarce utrzyma się na korzystnym poziomie. Ogólna kondycja biznesu Pepco pozostaje zdrowa, pomimo sporego zadłużenia. Odejście Steinhoff International może być przez rynek ostatecznie odebrane jako zdarzenie pozytywne dla grupy.

Grupa Steinhoff specjalizowała się w handlu detalicznym “value”. W 2022 roku zatrudniała ponad 90,000 pracowników i posiadała ponad 12,000 punktów sprzedaży na kilku kontynentach. Za ponad 11% sprzedaży odpowiadał rynek Polski, niemal 16% stanowił rynek brytyjski, przy ponad 40% udziałach RPA (łącznie 45% przychodów pochodziło z rynku afrykańskiego). Sprzedaż prowadziły oczywiście odrębne spółki. 3800 punktów sprzedaży w Europie otwartych było pod markami Poundland (PEPCO), Dealz, PEP&CO oraz LIPO Einrichtungsmärkte, 5800 punktów w Afryce (PEPKOR, PEP, ACKERMANS, Russells), oraz ponad 2,300 punktów w Stanach Zjednoczonych (Mattress Firm, Sleepy’s) Australia i Nowa Zelandia (Greenlit Brands, Freedom Furniture, Fantastic Furniture i Snooze).

Autor: Eryk Szmyd, analityk XTB

Rynki akcji odrabiają straty po danych o CPI. Kurs euro wobec dolara rośnie do najwyższego poziomu od 15 lat

Dziś o godz. 14:30 zostaną w Stanach Zjednoczonych dane na temat zachowania CPI i „bazowego” CPI w lipcu br. Ankietowani ekonomiści oczekują wzrostu rocznej dynamiki CPI z najniższego od marca 2021 poziomu osiągniętego w czerwcu br. (3 proc.) do 3,3 proc. Gdyby tak się rzeczywiście stało, byłby to pierwszy wzrost rocznej dynamiki CPI w USA po 12 miesiącach spadku. Według prognoz roczna dynamika „bazowego” CPI na pozostać na poziomie z czerwca czyli +4,8 proc. Główne indeksy amerykańskiego rynku akcji spadły wczoraj ponownie (S&P 500 -0,7 proc., DJIA -0,54 proc., Nasdaq 100 -1,12 proc.), ale dziś rano ceny kontraktów na te indeksy odrabiały środowe straty (S&P 500 +0,65 proc. ok. godz. 9:30).

Na rynkach akcji Azji i Oceanii brak było dziś dominującej tendencji (japoński Nikkei 225 (+0,84 proc.).

Wzrosty głównych indeksów giełdowych dominowały w czwartkowy poranek w Europie. Niemiecki DAX było ok. godz. 9:30 najwyżej od 6 sesji (+0,94 proc.), podobnie jak francuski CAC 40 (+1,41 proc.).

Zwyżkowały na początku sesji główne polskie indeksy (WIG-20 +0,64 proc. ok. godz. 9:50). Poza WIG-Nieruchomości rosły również wszystkie pozostałe indeksy sektorowe GPW. Wśród składników mWIG-u 40 swój najwyższy od 2017 roku zanotowały dziś akcje spółki Tauron Polska Energia. Jeśli chodzi o akcje wchodzące w skład sWIG-u 80, to dziś swój najniższy od roku poziom osiągnął kurs akcji spółki Sunex, zaś cena akcji spółki Medicalgorithmics była najwyższa od marca 2019.

Wobec porannych wzrostów cen akcji rosła rentowność 10-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych (4,026 proc.) i Polski (5,508 proc.).

Kurs euro wobec japońskiego jedna osiągnął dziś najwyższy poziom od września 2008 (EUR/USD +0,48 proc. ok. godz. 9:15 proc). 15 lat temu po raz pierwszy kurs EUR/JPY osiągnął taki poziom jak obecnie w lutym 2007. Jeszcze wcześniej kurs EUR/JPY osiągał obecny poziom od okresie czerwiec-październik 1998 (kryzys azjatycki, bankructwo Rosji, upadek funduszu spekulacyjnego Long-Term Capital Management). Kurs EUR/USD znów wrócił powyżej poziomu 1,10 USD (+0,36 proc. ok. godz. 9:15). Najwyżej od miesiąca był natomiast kurs amerykańskiego dolara względem japońskiego jena (USD/JPY +0,11 proc.).
Kurs EUR/PLN był dziś rano w okolicach swojego miesięcznego maksimum (+0,08 proc. ok. godz. 9:15), zaś kurs USD/PLN spadał o 0,28 proc.

Kurs Bitcoina względem amerykańskie godolara oscylował wokół poziomu 29500 USD (+0,12 proc. ok. godz. 9:20).

Kolejny najwyższy poziom od listopada ub.r. osiągnęły dziś rano ceny kontraktów na ropę naftową na NYMEX-ie (WTI +0,47 proc. ok. godz. 9:20). Ropa Brent była najdroższa od stycznia br. (+0,46 proc.). Cena kontraktów na gaz ziemny na NYMEX-ie oscylowała w okolicach swego najwyższego poziomu od 5 miesięcy (+0,57 proc.). Odrabiały dziś rano swe ostatnie straty metale (złoto +0,09 proc., srebro +0,77 proc., platyna +1,17 proc., pallad +1,28 proc., miedź +0,48 proc. ok. godz. 9:25). Drożały dziś rano również kontrakty na soję i pszenicę na CBOT, a cena kontraktów na bawełnę na ICE notował minimalną zmianę.

Autor Wojciech Białek, OANDA TMS Brokers

Liczba niesolidnych płatników w branży budowlanej rośnie

Wzrost cen energii i paliw, materiałów budowalnych, wynagrodzeń oraz wysokie koszty finansowania, przekładające się na ograniczenie popytu na nieruchomości, okazały się wyjątkowo trudnymi okolicznościami dla działania branży budowalnej. Efekt? Jest to jeden z sektorów polskiej gospodarki, w którym jakość rozliczeń z bankami i partnerami pogorszyła się przez 12 miesięcy najbardziej, wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie informacji kredytowych BIK. Choć w budownictwie wciąż przeważają nastroje pesymistyczne, powoli jednak przybywa optymistów. Widać ku temu również powody w saldzie zaległości, firmy wznoszące budynki powiększają je wolniej, a przedsiębiorstwa budujące drogi i mosty systematycznie je obniżają.

Budownictwo, to trzecia branża pod względem sumy zaległości po handlu i przemyśle. Na koniec czerwca firmy budowlane miały nieopłacone faktury zgłoszone do rejestru dłużników BIG InfoMonitor oraz opóźnione o min. 30 dni raty kredytów na łączną kwotę 6,19 mld zł. Sytuacja branży nie jest prosta, a zmiana zaległości pokazuje, że lata 2021 i 2022 okazały się szczególnie trudnym okresem, w sumie w tym czasie przybyło ponad 1 mld zł nieopłaconych rat i faktur. Tylko od czerwca 2022 do czerwca 2023 było to 0,7 mld zł, choć należy zaznaczyć, że przyrost nieopłaconych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych w tym roku już wyhamował i to w sytuacji, gdy w pozostałych sektorach przyspieszył.

Liczba firm aktywnych, zawieszonych i zamkniętych z problemami w spłacie zobowiązań zbliżyła się do 50,3 tys. W ciągu ostatnich miesięcy do czerwca 2023 w bazach BIG InfoMonitor i BIK przybyło 1840 nowych niesolidnych płatników, ale ich odsetek w branży zmniejszył się z 5,1 do 5 proc. Wynika to z faktu, że w sektorze – mimo trudnych czasów – wciąż pojawiają się nowe biznesy.

– Problemy z płynnością finansową często niestety są wynikiem złego zarządzania, w tym również zarządzania ryzykiem kontraktów budowalnych. W warunkach zmiennej koniunktury na poszczególnych rynkach budowalnych najlepiej wypadają firmy, które mogą sobie pozwolić na zdywersyfikowanie działalności. Niestety nie jest to opcja dla każdego – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Z prawie 6,2 mld zł nieopłaconych w terminie zobowiązań kredytowych i pozakredytowych branży budowlanej, największa kwota przypada na firmy zajmujące się robotami związanymi ze wznoszeniem budynków (PKD 41) – 3,82 mld zł. W dziale Roboty budowlane specjalistyczne (PKD 43) w grę wchodzi 1,40 mld zł zaległości. Przeterminowane kredyty i faktury działu Roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej, czyli dróg kołowych i szynowych, mostów, tuneli czy rurociągów (PKD 42) to niecały 1 mld zł.

Budownictwo: problemy z płynnością finansową

Plany deweloperów legły w gruzach

Obecna skala problemów budownictwa z rozliczeniami, to w dużej mierze zasługa przedsiębiorstw zajmujących się robotami budowlanymi związanymi ze wznoszeniem budynków. W rok powiększyły one zaległe zadłużenie o niemal 22 proc. Przybyło im też 381 niesolidnych dłużników. Przyczyną – załamanie rynku. Jak wskazuje Polski Związek Firm Deweloperskich, w 2022 roku deweloperzy sprzedali o 38 proc. mniej mieszkań niż w 2021, a pod względem liczby transakcji zaobserwowano powrót do poziomów z lat 2013-2014. Uruchamianie nowych inwestycji w obliczu niskiego zainteresowania nabywców i trudności w pozyskiwaniu finansowania było bardzo ryzykowne, szczególnie dla małych i średnich firm. Do tego należy dodać wzrost kosztów materiałów budowlanych i robocizny. W efekcie, rok 2022 skutkował obniżeniem liczby nowych inwestycji o około 1/3. Deweloperzy ruszyli z budową 50 tys. mieszkań mniej niż rok wcześniej.

Wznoszenie nowych budynków to jednak nie tylko „mieszkaniówka”. – Innym trudnym tematem są wielkopowierzchniowe obiekty handlowe. Nowe nie powstają, część istniejących jest rozbierana, a grunt przeznaczany jest pod budownictwo mieszkaniowe. W Polsce mamy większe nasycenie galeriami handlowymi niż np. w Niemczech. W Stanach Zjednoczonych, od co najmniej dziesięciu lat, galerii handlowych ubywa. Punktem zwrotnym okazała się pandemia i masowe zainteresowanie zakupami internetowymi. Nie wszyscy oczywiście w e-handlu zostali, część klientów wróciła do sklepów stacjonarnych, ale nie jest to już ta sama skala, co wcześniej – komentuje dr hab. Waldemar Rogowski. – Spójrzmy też na branżę hotelarską. Ceny pokoi hotelowych są coraz bardziej ekskluzywne. Był moment, w którym obserwowaliśmy proces zwiększenia dostępności bazy hotelowej dla przeciętnego Kowalskiego. Dzisiaj dzieje się odwrotnie, a to nie jest dobra wiadomość dla firm budowlanych, bo może istotnie zmniejszyć zapotrzebowanie na nowe obiekty w branży hotelarskiej. W perspektywie kilku lat prawdopodobnie pojawi się problem z nowymi projektami, które mogłyby realizować duże firmy – dodaje.

Choć obaw nie brakuje, to jednak widać też, że tegoroczne zmiany w dostępie do kredytów mieszkaniowych wpłynęły na poprawę sytuacji firm wznoszących budynki. Po tym jak w II połowie zeszłego roku przeterminowane zobowiązania wzrosły o 550 mln zł, w I półroczu br. było to 131 mln zł.

Firmy wykończeniowe w opałach

Od tego, jak radzą sobie firmy zajmujące się wznoszeniem budynków, w dużej mierze zależą losy biznesów związanych ze specjalistycznymi robotami budowlanymi (PKD Dział 43). Dla przedsiębiorców skupionych wokół „wykończeniówki” oraz prac takich jak przygotowywanie terenu pod budowę czy wykonywanie instalacji elektrycznych i wodno-kanalizacyjnych, brak nowych budów oznacza brak nowych zleceń. Wystarczy podać, że np. zaległości wykonawców instalacji elektrycznych w rok wzrosły o ponad 40 proc., a w ostatnim półroczu o 24 proc. i wynoszą dziś 239 mln zł. Posadzkarstwo, tapetowanie i oblicowywanie ścian zwiększyło przeterminowane długi odpowiednio o 29 i 16 proc. do 76 mln zł. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, łączne zaległe zadłużenie specjalistycznych robót budowlanych w czerwcu 2023 r. wyniosło ponad 1,4 mld zł i było to o 17 proc. więcej niż w czerwcu 2022 r. Nieterminowych płatników w tym czasie przybyło 1290. W przeciwieństwie do sytuacji w firmach wznoszących budynki, na razie nie widać tu spowolnienia w przyroście zaległości. W I poł. br. podobnie tak jak II poł. ub.r. przybyło im na koncie ok. 100 mln zł nieopłaconych zobowiązań.

Choć jedna z przeszkód w prowadzeniu biznesu, czyli gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych, wygląda już nieco lepiej, bo zamiast notowanych średnich 24 i 20 proc. zmian w 2021 i 2022, w czerwcu 2023 r., w stosunku do czerwca 2022 r., było to 3,6 proc. podaje Grupa PSB[1]. Jak wynika z ostatniej analizy GUS, jest to obecnie trzecia na liście barier prowadzenia działalności budowlanej. Poważniejszymi utrudnieniami są płace pracowników oraz koszty energii i paliw.

– Możemy przypuszczać, że w dłuższej perspektywie pomoże program „Pierwsze mieszkanie”. Program będzie czynnikiem stymulującym popyt na kredyty mieszkaniowe, a tym samym na nieruchomości. Szacujemy, że za 1/3 akcji kredytowej w II półroczu będą odpowiadać kredyty udzielone właśnie w ramach tego projektu. Część kredytów będzie finansować zakup nieruchomości na rynku pierwotnym od dewelopera, część na rynku wtórnym, a część budowę we własnym zakresie. We wszystkich trzech sytuacjach zwiększy to popyt na usługi firm budowalnych z różnych działów budownictwa. To bardzo dobra wiadomość dla sektora, ale na zmiany trzeba będzie jeszcze trochę poczekać – mówi dr hab. Waldemar Rogowski. – Szansą jest również zaangażowanie w budowę centrów logistycznych i hal magazynowych – dodaje.

Środki unijne ratunkiem dla budownictwa infrastrukturalnego

Zdecydowanie najlepiej radzą sobie przedsiębiorcy wykonujący roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej (PKD Dział 42). Tam, w ciągu ostatnich 12 miesięcy, zmniejszyła się kwota nieopłaconych w terminie zobowiązań i w czerwcu 2023 wyniosła 957 mln zł. W analogicznym okresie roku ubiegłego było to niemal 1,2 mld zł. Spadek – na tle innych podmiotów z sektora – jest zatem dość znaczny. Z czego może to wynikać? – Bardzo duże projekty infrastrukturalne realizowane są w większości ze środków unijnych. Gdy płyną pieniądze z UE wykonawcy tych inwestycji są bezpieczni. Ich losy nie są zależne od czynników zewnętrznych w tak dużym stopniu, jak losy podmiotów realizujących projekty prywatnych inwestorów – wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor. – Także KPO i środki z nowej perspektywy finansowej byłyby bardzo dużym, pozytywnym zastrzykiem dla budownictwa drogowego i kolejowego – dodaje.

[1] PSB, „Zmiany cen materiałów budowlanych oraz do domu i ogrodu w czerwcu i za 6 miesięcy 2023 r.

„https://www.grupapsb.com.pl/centrum-prasowe/trendy-cenowe/trend/zmiany-cen-materialow-budowlanych-oraz-do-domu-i-ogrodu-w-czerwcu-i-za-6-miesiecy-2023-r.html, 30.07.2023 r.

Sztuczna inteligencja poza prawem. Co mają teraz zrobić firmy?

Parlament Europejski przegłosował tzw. AI Act, który będzie regulował możliwe sposoby korzystania z technologii sztucznej inteligencji. Zarówno wśród prywatnych użytkowników, jak i przedstawicieli dużych firm tworzących tego rodzaju oprogramowanie, pojawiają się różne opinie na ten temat. Wiemy już, że nowe regulacje prawne wejdą w życie najprawdopodobniej nie wcześniej niż w 2025 roku. Zanim to nastąpi, prace nad przepisami będą procedowane w tzw. trilogu czyli w koordynacji pomiędzy Parlamentem Europejskim, Radą i Komisją Europejską. Aż do momentu opublikowania obowiązujących zapisów prawnych w ostatecznym kształcie, rynek będzie regulował się samodzielnie.

W jaki sposób firmy powinny podejść do tego okresu przejściowego i jakie może mieć on konsekwencje, opowiada Sebastian Drzewiecki, Country Manager SoftServe Poland.

Aby regulacje prawne z zakresu AI pełniły swoją funkcję ochronną, a z drugiej strony nie ograniczały rozwoju tej technologii, potrzebna jest duża precyzja i ostrożność. Stąd konieczny jest skrupulatny proces legislacyjny, którego nie można przeprowadzić zbyt szybko. Trwający obecnie okres zawieszenia, może okazać się rozwojowy dla technologii AI, o ile firmy wykorzystają go na wdrożenie regulacji wewnętrznych, które pozwolą na bezpieczne korzystanie ze sztucznej inteligencji.

Ryzyko wytworzenia mechanizmów AI niskiej jakości

Dziś jesteśmy w momencie, w którym najwięksi aktorzy na rynku dysponują dużymi modelami AI, jednak wciąż trwają prace w mniejszych firmach nad modelami opartymi na mniejszej liczbie danych. Co więcej, może się okazać, że takie rozwiązania będą działały lepiej, ponieważ na mniejszych zbiorach danych łatwiej będzie prowadzić proces uczenia się i korygować ewentualne błędy. Taka większa konkurencyjność rynku może doprowadzić nas do szybszego rozwoju i większej dostępności AI nawet w modelu open source. Powstaje tu jednak ryzyko wytworzenie wielu mechanizmów AI niskiej jakości – to może zdecydowanie wpłynąć na bezpieczeństwo naszych danych, które jak wiemy od lat, są niesłychanie cenne.

Pamiętać należy zarówno o danych prywatnych użytkowników, jak również firm. Coraz częściej narzędzia oparte na AI są na co dzień użytkowane przez pracownice i pracowników. Rozmowy na temat bezpiecznego używania AI i wewnętrzne regulacji są absolutnie kluczowe, aby sztuczna inteligencja przyczyniła się do rozwoju biznesu, a nie zagroziła jego bezpieczeństwu.

Uwaga na dokumenty biznesowe

Podstawowe reguły, które wprowadzamy w SoftServe to niezgoda na generowanie kodu przez AI lub wklejanie jego partii do tego rodzaju narzędzi w celu weryfikacji. Oczywiście zachęcamy twórczynie i twórców do zadawania pytań AI i korzystania z jej pomocy, jednak nie możemy narażać się na wyciek naszej własności intelektualnej. Musimy stale przypominać o tym, że narzędzia oparte na AI nie tylko odpowiadają na pytania, ale również uczą się na ich podstawie. Raz przekazana im informacja, zostaje zapisana w ich pamięci na zawsze. Należy o tym pamiętać tworząc i tłumacząc dokumenty biznesowe.

Łatwo również ulec iluzji, że AI jest w stanie w pełni wykonać za nas wiele czynności i zadań. Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie rozwoju technologii, a bez ludzkiej weryfikacji zadania mogą być wykonane w błędny sposób. To wydaje się oczywiste, ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że wielu osobom w natłoku obowiązków zdarza się nadmiernie zawierzyć AI.

Konieczne są wewnętrzne regulacje i edukacja

Aby ograniczać takie sytuacje konieczne są wewnętrzne regulacje oraz edukacja wszystkich pracowników i pracownic. Firmy nie mogą sobie pozwolić na zostawienie eksploracji narzędzi AI w sferze prywatnej. Ta technologia prawdopodobnie wpłynie na pracę prawie wszystkich, a więc wiedza o niej jest sprawą publiczną oraz zagadnieniem z zakresu zarządzania biznesem.

Kolejną sferą, na którą z pewnością wpłynie dynamiczny rozwój AI jest rynek pracy. Szerokie wykorzystanie sztucznej inteligencji może przyczynić się m.in. do automatyzacji procesu wytwarzania kodu. Tego rodzaju zmiany mogą przynieść korzyść wielu firmom, jednak mogą przyczynić się do trudności na rynku pracy IT.

Biorąc pod uwagę jak szybko i dynamicznie rozwija się technologia AI, zasadne wydaje mi się postawienie jeszcze jednego pytania: czy przegłosowane niedawno przez PE zapisy, aby na pewno będą aktualne w 2025 roku, kiedy to mają wejść w życie? Oczywiście procesów legislacyjnych nie można skracać, jednak istnieje ryzyko, że nie nadążą one za zmieniającymi się potrzebami w zakresie sztucznej inteligencji.


Sebastian Drzewiecki, Country Manager SoftServe Poland

GAMIVO zaprasza do sprzedaży akcji

Notowana na NewConnect spółka GAMIVO ogłasza zaproszenie do składania ofert sprzedaży akcji po z góry ustalonej cenie 100 zł za jeden papier. Zaproszenie jest ograniczone czasowo i potrwa do 23 sierpnia.

GAMIVO planuje nabyć 50 tys. zdematerializowanych akcji zwykłych. Stanowią one łącznie 2,48 proc. kapitału zakładowego spółki, a więc uprawniają do wykonywania ok. 2,48 proc. ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu. Spółka ustaliła cenę zakupu akcji w ramach zaproszenia na 100 zł za jedną akcję. Przyjmowanie ofert rozpocznie się 10 sierpnia 2023 r. i potrwa do 23 sierpnia. Podmiotem pośredniczącym jest Dom Maklerski Trigon.

GAMIVO od początku istnienia rozwijała się bardzo dynamicznie. W lipcu liczba zarejestrowanych użytkowników platformy przekroczyła próg 5 mln, którzy kupili już łącznie ponad 21,5 mln gier, programów, kart podarunkowych oraz innych produktów cyfrowych. Zaufanie graczy odzwierciedla się także w wynikach.

Dzięki nieustannej optymalizacji biznesu, udanym akcjom marketingowym i skutecznej promocji premier spółka w 2022 roku wypracowała rekordowe 44,2 mln zł przychodów i niemal 7,1 mln zł zysku netto, którymi postanowiła podzielić się z akcjonariuszami. Zarząd GAMIVO zaproponował wypłatę dywidendy, natomiast Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podjęło decyzję, by zamiast tego przeprowadzić skup akcji własnych oraz emisję akcji bonusowych. Przymnijmy, że do otrzymania akcji gratisowych uprawnieni są inwestorzy posiadający akcje GAMIVO na koniec notowań 28 czerwca 2023 r.

Ich emisja odbywa się w stosunku 1:1.

Dom Maklerski INC rozpoczyna jako depozytariusz obsługę pierwszego FIZ

Zgodnie z przyjętymi kierunkami rozwoju, Grupa INC poszerza zakres prowadzonej działalności i dywersyfikacji źródeł przychodów. Należący do niej Dom Maklerski INC podpisał umowę z funduszem inwestycyjnym zarządzanym przez Origin Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. i od 11 sierpnia br. będzie świadczył usługę depozytariusza tego funduszu.

– Pierwsza umowa na świadczenie usługi depozytariusza to milowy krok w realizacji strategii rozwoju Grupy INC i samego Domu Maklerskiego INC, który stał się bardzo istotnym podmiotem w naszej organizacji. Dziękujemy naszemu pierwszemu Klientowi za zaufanie, jakim obdarzył nas jako podmiot wchodzący na rynek depozytariuszy funduszy inwestycyjnych. Wierzę, że już na etapie przejmowania obsługi funduszu udowodniliśmy, że jesteśmy profesjonalnym i zaangażowanym partnerem. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes zarządu Domu Maklerskiego INC S.A. oraz prezes zarządu i główny akcjonariusz INC S.A.

Depozytariusze funduszy inwestycyjnych pełnią bardzo ważną rolę w ekosystemie rynku kapitałowego. W opinii Zarządu Domu Maklerskiego INC, trwają istotne zmiany na rynku usług depozytariuszy funduszy inwestycyjnych zamkniętych, ponieważ część banków wycofuje się lub ogranicza tego typu działalność. Dla dużych instytucji finansowych nie jest to podstawowa linia biznesowa, może to natomiast być dochodowa działalność dla kilku mniejszych podmiotów działających na rynku kapitałowym i posiadających odpowiednie licencje. Analogicznie jak bankowi depozytariusze, Dom Maklerski INC korzysta z najczęściej stosowanego na rynku systemu IT renomowanego dostawcy i również dzięki temu narzędziu może zaoferować najwyższą jakość usług.

– Prowadzimy zaawansowane rozmowy z kolejnymi towarzystwami funduszy inwestycyjnych, które powinny przełożyć się na nowe umowy. Przez ostatnie miesiące intensywnie i konsekwentnie przygotowywaliśmy się do rozpoczęcia świadczenia usługi depozytariusza. Teraz zaczynamy zbierać pierwsze owoce naszej pracy. Co nie zmienia faktu, że by odnieść rynkowy sukces przed nami jeszcze wiele do zrobienia. – dodaje Paweł Śliwiński.

Zespół depozytariusza złożony jest z bardzo doświadczonych osób, pracujących wcześniej przez wiele lat przy obsłudze funduszy inwestycyjnych zamkniętych w bankach, domach maklerskich,  podmiotach wyceniających fundusze na zlecenie towarzystw funduszy inwestycyjnych i w samych towarzystwach funduszy inwestycyjnych. Korzystamy też z mocno rozwiniętych kompetencji analityków Domu Maklerskiego INC w obszarze wycen aktywów. To daje Domowi Maklerskiemu INC szerokie kompetencje i wszechstronność, a naszym Klientom gwarancję zrozumienia ich potrzeb, pewność sprawnej i skutecznej komunikacji i wysokiej responsywności.

– Zarząd Origin Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. docenia konstruktywną i efektywną współpracę z Domem Maklerskim INC S.A. już na etapie zmierzającym do zawarcia umowy o wykonywanie funkcji depozytariusza funduszu. W szczególny sposób należy podkreślić kompetencje osób zaangażowanych z ramienia Domu Maklerskiego INC S.A. w realizację tego projektu. Ich wiedza, doświadczenie i elastyczność operacyjna dobrze rokują na naszą współpracę przy prowadzeniu spraw funduszu – komentuje Andrzej Król, prezes zarządu Towarzystwa.

Coraz więcej studentów w Polsce uczy się i pracuje jednocześnie

Łączenie pracy ze studiami szczególnie w ostatnich latach stało się jednym z najbardziej powszechnych, ale i korzystnych ekonomicznie sposobów zdobywania wykształcenia. Zmiana modelu studiowania to między innymi wynik drastycznie rosnących kosztów życia. To one często sprawiają, że studenci decydują się na łączenie pracy z edukacją. Dla jednych to warunek konieczny, by kontynuować naukę i opłacić studia, a dla innych to dodatkowe zajęcie, uzupełniające źródła dochodu, jak wsparcie rodziny czy stypendia. Pracowity, jak polski student? Okazuje się, że tak. Badanie przeprowadzone na 268 polskich uczelniach zgromadziło odpowiedzi od 13 616 studentów, na podstawie których wykazano, że w Polsce 80 proc. z nich podejmowało pracę w trakcie nauki. To wynik zbliżony do średniej uzyskanej spośród 26 przebadanych europejskich krajów (78 proc.).[1] Co ich motywuje? Odpowiadają eksperci Aplikuj.pl.

Kim jest pracujący student?

Zaledwie kilka lat temu średnia wieku osób w Europie, które podjęły studia wynosiła mniej niż 25 lat (64 proc.). Dane te różnią się jednak w zależności od kraju. W Polsce zdecydowana większość studentów miała 18-24 lat (77 proc.), z czego ponad połowa (55 proc) miała mniej niż 22 lata. Najmniejszy odsetek stanowiły osoby w przedziale 25-29 i powyżej 30 lat.

Nie będzie zaskoczeniem fakt, że pracujący studenci to przede wszystkim osoby będące na drugiego stopniu studiów (studia magisterskie). Biorąc pod uwagę wiek, udział studentów pracujących wynosił we wspomnianym wcześniej badaniu 40 proc. w grupie poniżej 22 lat, z kolei 91 proc. w grupie powyżej 30 lat. Wyjątkiem była Dania, w której proporcje były odwrotne. Według raportu ponad 6 na 10 żaków, którzy podejmowali się pracy zarobkowej nie korzystało jednocześnie z krajowego wsparcia publicznego.

Pasja czy pieniądze, czyli na co stawiają studenci?

Podejmowanie pracy z jednej strony pozwala rozwijać kompetencje i umiejętności, zwiększając ich szanse i pozycje na początku zawodowej kariery, z drugiej strony ciągłe kursowanie między biurem a uczelnią może studentów odciągać od nauki i być dodatkowym obciążeniem. Czy da się to pogodzić? Badanie Eurostudent pokazuje, że tak i jest to powszechna praktyka wśród studentów w wielu krajach Europy. Co stanowi dla nich motywację do podjęcia pracy? 4 na 10 pracujących deklaruje, że pracuje głównie dla pieniędzy, z kolei ponad połowa traktuje na równi kwestię wynagrodzenia i możliwości zdobycia doświadczenia.

W zależności czy dany student mieszka z rodzicami i studiuje w swojej rodzinnej miejscowości czy też wyjechał na studia do innego miasta ta motywacja może się nieco różnić. Ci drudzy znacznie częściej decydują się na podjęcie pracy, żeby pokryć koszty utrzymania. Dla wielu taka praca warunkuje możliwość studiowania, co również stanowi silną motywację. Z drugiej strony Ci, którzy nadal mieszkają z rodzicami często dorabiają, by pozwolić sobie na kupno dodatkowych rzeczy, na które w innym przypadku nie byłoby ich stać. Z drugiej strony ponad połowa studentów, którzy wzięli udział w badaniu Eurostudent zdecydowała się na drugie zajęcie, by zdobyć doświadczenie. To co widać na rynku pracy studentów to ich zwiększone zainteresowanie ofertami pracy na portalach, takich jak nasz – z drugiej strony pracodawcy nadal chętnie przyjmują ich do swoich firm z racji wielu korzyści wynikających choćby z atrakcyjnej formy zatrudnienia – mówi Izabela Foltyn, Aplikuj.pl.

Gdzie studenci szukają pracy?

Młodzi ciekawych ofert szukają głównie w sieci. Do najbardziej popularnych miejsc, z których korzystają należą m.in. serwisy z ofertami pracy (45 proc.) – według SW Research. Na drugim miejscu pozostają media społecznościowe (38 proc.) i polecenia znajomych (36 proc.).

W naszym serwisie studenci mogą znaleźć kilkaset ofert pracy, sprofilowanych pod ich doświadczenie i możliwości. Wiemy też, że z takiej formy szukania pracy korzysta wiele przedstawicieli Pokolenia Z. Dlatego też zwracamy szczególną uwagę na kompletność zamieszczanych ogłoszeń na naszym portalu i zachęcamy też klientów do rozszerzania swojego profilu pracodawcy, tak aby kandydat miał dostęp do wszystkich informacji w jednym miejscu – mówi Izabela Foltyn, Aplikuj.pl.

Studenta zatrudnię od zaraz

Zatrudnianie osób do 26 roku życia, które studiują wiąże się z wieloma korzyściami dla pracodawcy, jak niższe koszty utrzymania takiego pracownika, brak konieczności opłacania ubezpieczeń społecznych czy w końcu – zerowy podatek dochodowy. Czy to przekonuje przedsiębiorców, żeby inwestować w młodych i niedoświadczonych pracowników, biorąc pod uwagę, że w lipcu tego roku minimalna stawka godzinowa na umowę zlecenie wzrosła do 23,50 zł?

– Dzisiaj możemy wskazać przynajmniej na dwie tendencje w branży zatrudnienia. Ze względu na obecne realia firmy często decydują się na cięcia i ograniczają przyjmowanie do pracy studentów lub redukują ich liczbę godzin w miesiącu. Z drugiej strony od kilku lat można również dostrzec pozytywną zmianę w podejściu przedsiębiorców do pracy wykonywanej przez studentów, a także w powierzonych im zadaniach, które często są znacznie bardziej odpowiedzialne. Widać to, szczególnie w globalnych firmach, które szukają młodych talentów i decydują się w nich inwestować, by w krótkiej perspektywie stali się ważną częścią organizacji stwierdza Magdalena Trojak, Aplikuj.pl.

[1] Eurostudent VII – raport krajowy, 2019-2021

Jak będziemy mieszkać w 2030 roku? Eksperci prognozują zmiany na rynku najmu

75 specjalistów związanych z rynkiem nieruchomości opowiedziało, jak będziemy mieszkać w 2030 roku. Ponad 60% z nich jest przekonanych, że mieszkania będą wynajmowane z konieczności, ponieważ tylko najbogatsi będą w stanie kupić własną nieruchomości. Przewiduje się też, że presja na posiadanie własnego mieszkania znacząco spadnie. Zainteresowanie wzbudzą za to mieszkania dedykowane seniorom – twierdzą analitycy ThinkCo w raporcie „Najem 2030. Kierunki rozwoju najmu mieszkań w Polsce”.

Po trzech dekadach monokultury własności w ciągu kilku lat niemal jednocześnie spadła dostępność kredytów hipotecznych, gwałtownie wzrosły ceny nieruchomości, a w kraju pojawiły się setki tysięcy imigrantów i uchodźców. Wśród kupców mieszkań zaczęli dominować inwestorzy indywidualni. Do Polski zawitali też komercyjni operatorzy najmu instytucjonalnego oraz wprowadzono rozwiązania dające samorządom dodatkowe narzędzia do powiększania zasobu mieszkań o dostępnym czynszu. Jakie są zatem scenariusze rozwoju najmu w Polsce? Raport ThinkCo kreśli prognozę niedalekiej przyszłości rynku najmu i możliwe scenariusze jego rozwoju.

W wynajmowanych pokojach zatrzyma nas przymus ekonomiczny

Ponad 60% ekspertów uczestniczących w badaniu zgadza się, że w perspektywie następnych siedmiu lat osłabnie społeczna presja na posiadanie własnego mieszkania. Po części ma być to wynik utrzymujących się wysokich cen nieruchomości i niskiej dostępności kredytów.  Ze względu na cenę mieszkania staną się mniej dostępne, zwłaszcza dla mieszkańców dużych miast, a oddalająca się wizja posiadania lokum na własność będzie skłaniała do akceptowania innych form zaspokajania potrzeb mieszkaniowych. Najprawdopodobniej już za 7 lat ludzie zaczną przenosić się do średnich miast, w których będą mogli liczyć na wynajem mieszkań o bardziej atrakcyjnym stosunku ceny do jakości. Eksperci zwracają również uwagę na ewoluującą sytuację demograficzną i społeczną.

Młodzi ludzie są skłonni wynajmować mieszkanie, dopóki nie mają dzieci i nie wchodzą w sformalizowane związki. To nie jest obecny trend, tylko prawidłowość obserwowana od dawna. Już dzisiaj przybywa jednoosobowych gospodarstw domowych, ponieważ później i rzadziej decydujemy się na zawieranie małżeństw oraz wychowywanie dzieci. Ta tendencja nie spada i zmniejsza presję na wiązanie się z jednym miejscem czy budowanie majątku dla swoich potomków. Stąd należy spodziewać się, że w przyszłości będziemy współlokatorami dłużej niż obecnie – komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom Analytics. 

Wzrost popytu ze strony różnorodne grupy, od najemców z wyboru po migrantów

Wzrost zasobu mieszkań na wynajem i jego segmentacja są niemal pewne. Popyt będzie budowany jednocześnie przez wiele grup: najemców z wyboru, osoby bez odpowiedniej zdolności kredytowej i migrantów. Wszystko wskazuje na to, że naturalną odpowiedzią będzie rozszerzanie oferty najmu, od opcji luksusowych, po najbardziej ekonomiczne, ale z dużym zasobem w przeciętnym standardzie. Tym bardziej, że na rynku pojawia się coraz więcej inwestorów indywidualnych, funduszy inwestycyjnych PRS oraz podmiotów wspieranych publicznieAnna Błaszczyk, członek zarządu PFR Nieruchomości

Obecnie zasób mieszkań oferowanych w ramach najmu instytucjonalnego (PRS) obejmuje ok. 12 tys. lokali, co stanowi mniej niż 1% zasobów najmu komercyjnego. W bliskiej przyszłości sektor PRS, mimo szybkiego rozwoju, pozostanie nadal niszowym segmentem w skali całego kraju. Zwiększy się za to udział średnich i dużych mieszkań dostępnych na wynajem.

Czeka nas profesjonalizacja rynku najmu

98% ekspertów jest zdania, że zaangażowanie podmiotów instytucjonalnych w najem będzie nieproporcjonalnie duże i pozytywnie wpłynie na profesjonalizację całego sektora. Wyższa jakość i atrakcyjne lokalizacje spowodują, że PRS nabierze charakteru kreatora rynku, a zastosowane tam standardy zostaną skopiowane przez indywidualnych właścicieli na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. W przyszłości również jakość otoczenia zyska na znaczeniu i stanie się jednym z kluczowych czynników przy wyborze mieszkania na wynajem, co potwierdziło w badaniu blisko 80% ekspertów.

Rosnące grono właścicieli mieszkań na wynajem coraz częściej decyduje się na współpracę z firmami zarządzającymi, by oszczędzić czas i unikać bezpośredniego kontaktu z najemcą, również w sytuacjach problemowych. Trend ten będzie się pogłębiał. Rozwiną się inne usługi dla najmu, takie jak pomoc techniczna, ubezpieczenia czy weryfikacja najemców i wynajmujących dodaje Piotr Pajda, założyciel simpl.rent i flatbingo.com.

Mieszkania senioralne będą trendem na rynku nieruchomości

68% ekspertów twierdzi, że w 2030 roku popularne staną się mieszkania senioralne. W najbliższych latach będziemy obserwować rozwój różnych form tego typu mieszkalnictwa – nie tylko domów opieki, ale też mieszkań na wynajem dostosowanych do fizycznych i społecznych potrzeb osób starszych, budowanych z myślą o jak największej samodzielności.

Wydaje się to logicznym następstwem starzenia się społeczeństwa. Szczególnie w sytuacji, gdy zanikają domy wielopokoleniowe, częściej mieszkamy z dala od rodziców i dziadków, a aktywność zawodowa kobiet, na barkach których najczęściej spoczywała opieka nad seniorami w rodzinie, rośnie.

Wprowadzone zostaną polskie REIT-y

Wśród ekspertów dominuje również przekonanie, że w 2030 roku prawdopodobne jest wprowadzenie do polskiego porządku prawnego tzw. REIT-ów i umożliwienie jednostkom lokowania kapitału w funduszach inwestujących w mieszkania na wynajem. Uważa tak 66% badanych.

– Wprowadzenie REIT-ów może przyczynić się do znaczącego zwiększenia udziału polskiego kapitału na rynku PRS oraz kolejnego impulsu do profesjonalizacji tego sektora. Choć obecny rząd deklaruje, że na dzisiaj temat jest zamknięty, konsensus rynkowy jest taki, że absolutnie potrzebujemy tego rozwiązania tu i teraz. Polacy, tak samo jak Amerykanie, Niemcy czy Skandynawowie, powinni mieć możliwość lokowania oszczędności emerytalnych w dobrze zarządzanych funduszach nieruchomościowych – komentuje Przemysław Chimczak-Bratkowski, współzałożyciel firmy doradczej ThinkCo i prezes Fundacji Rynku Najmu.

A co się nie uda zdaniem analityków? Tezy, które nie znalazły potwierdzenia w ich opinii

Eksperci nie spodziewają się intensywnego rozwoju rynku najmu w najmniejszych i małych miastach czy wzrostu popularności wynajmowania domów na terenach wiejskich i podmiejskich. Nie przewidują również wprowadzenia obowiązku mieszanego użytkowania nowych inwestycji mieszkaniowych przez miasta. Dominuje wśród nich pogląd, że rządzący nie zaangażują się w stymulowanie rynku najmu bardziej, niż w promowanie własności mieszkań. Dodatkowo, eksperci za mało prawdopodobne uznają zliberalizowanie przepisów o ochronie praw lokatorów na korzyść właścicieli mieszkań. Nie przewidują także większego rozpowszechnienia się wynajmowania nieumeblowanych mieszkań ani wprowadzenia przepisów regulujących wysokość czynszów na poziomie ogólnokrajowym.

Dzisiaj program Bezpieczny Kredyt 2% zakłada zwiększenie dostępności własności mieszkaniowej. Jego krytycy uważają jednak, że program ten pobudza popyt i prowadzi jedynie do szybszego wzrostu cen nieruchomości. Naszym zdaniem polityka mieszkaniowa nie może krążyć jedynie wokół zwiększania własności, a dywersyfikacji rynku potrzebujemy na wczoraj. W tym procesie ogromną rolę może odgrywać najem, dlatego właśnie rozpoczęliśmy dyskusję o jego przyszłości – tłumaczy Tomasz Bojęć, współzałożyciel  ThinkCo.

Raport Najem 2030 oparty jest na wynikach jakościowego badania eksperckiego przeprowadzonego przez zespół ThinkCo na grupie 75 specjalistów reprezentujących rynek nieruchomości, środowisko akademickie i prawnicze, organizacje pozarządowe oraz samorządy. Dzięki temu udało się uzyskać szerokie spektrum opinii osób związanych z mieszkalnictwem w Polsce. Badanie składało się z 23 tez nt. przyszłości rynku najmu podzielonych na trzy kategorie: rynek, politykę i standardy. Poruszone wątki zostały wzbogacone o 22 wywiady pogłębione oraz przekrojową analizę kondycji polskiego najmu.

Publikacja została opracowana przez zespół ThinkCo. Partnerami strategicznymi opracowania są Otodom, PFR Nieruchomości oraz simpl.rent.

Apartamenty nad morzem na fali wznoszącej. Sprzedaje się ich najwięcej od 2019 roku

Ceny małych apartamentów nad morzem zaczynają się już od 11-12 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Im większa miejscowość, tym wyższe ceny. Nie bez znaczenia jest również standard apartamentu, fakt czy jest on zakupywany z rynku pierwotnego czy wtórnego oraz oczywiście odległość od morza. – Po kilku latach spowolnienia, w te wakacje telefony znowu się rozdzwoniły – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości. Najdrożej jest w Świnoujściu. Niższe ceny widać w Mielnie, Władysławowie, Rewalu czy Międzywodziu.

Przedsiębiorcy wyczuli wiatr zmian w polskich kurortach. „Apartamenty częściej wybierane niż hotele”

Przedstawiciele rynku nieruchomości przyznają, że – jak to nad morzem – zainteresowanie zakupem nieruchomości przychodzi „falami”. Po kilku słabszych sezonach, gdzie głównymi klientami deweloperów oraz sprzedawców indywidualnych byli cudzoziemcy, w tym sezonie widać odwrotny trend. Pytań o dostępne apartamenty na sprzedaż jest bardzo dużo, a transakcji jest najwięcej od roku 2019.

–  Inwestorów nie przerażają ceny, choć te, co oczywiste sięgają nawet kilkuset tysięcy złotych za mały apartament blisko morza. Z naszych obserwacji wynika, że osoby, które decydują się na zakup, myślą o tym pod kątem inwestycyjnym. Polska turystyka bardzo się zmienia. Coraz częściej zamiast pobytu w hotelach, preferujemy wynajem apartamentów. Inwestorzy czują więc, że zakup atrakcyjnego apartamentu nad morzem jest szansą, by ich pieniądze nie traciły na wartości, a wręcz przeciwnie nieruchomość będzie na siebie zarabiać – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

– Wzrost zapytań jest znaczący, widzimy, że inwestorzy bacznie obserwują tendencje turystyczne w Polsce – dodaje Król.

Klienci zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację apartamentu, jakość wykończenia oraz możliwość komercjalizacji obiektu.

Najdroższe jest Świnoujście. Ceny apartamentów potrafią szokować

Jak kształtują się ceny apartamentów nad morzem? Eksperci zauważają, że rozstrzał wartości ofert jest znaczący.

– Apartamenty na rynku wtórnym, w mniejszych miejscowościach nadmorskich można znaleźć już za 10-12 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Dodajmy, że ich metraż zwykle nie przekracza 25 metrów kwadratowych. Atrakcyjniejsze lokalizacje, nowe budownictwo i widok na morze powoduje, że ceny rosną. Apartament z widokiem na morze w Rewalu może kosztować nawet 25 tysięcy złotych za metr kwadratowy – słyszymy.

– Najdroższe jest Świnoujście, gdzie finalizowanych jest obecnie szereg inwestycji deweloperskich. Za kawalerkę na parterze blisko promenady płacimy 20 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Im wyższa kondygnacja, tym wyższe ceny, nawet do 40-50 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Tutaj mówimy jednak o bardzo luksusowych propozycjach – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Największym zainteresowaniem cieszą się kawalerki i małe apartamenty – większość inwestycji deweloperskich nad morzem to właśnie budynki podzielone tylko na małe mieszkania.

Dlaczego warto zainteresować się pozycjonowaniem strony www?

Każdy, kto ma swoją stronę internetową lub e-sklep, na pewno chciałby, aby była ona odwiedzana przez jak najwięcej osób. Prowadząc działalność usługową typu fryzjer, stomatolog czy psycholog musimy liczyć się z tym, że panuje w nich ogromna konkurencja. Nie możemy czekać, aż ktoś nas znajdzie. Musimy mu w tym pomóc. Nie wystarczy tylko stworzyć ładną i funkcjonalną stronę internetową. Musimy też zadbać o to, żeby była ona widoczna w wyszukiwarce Google. A do tego potrzebne jest pozycjonowanie, które przybliżamy w poniższym tekście.

Czym jest pozycjonowanie?

Pozycjonowanie strony to proces, który ma na celu poprawienie pozycji naszej strony w wynikach wyszukiwania Google dla określonych słów kluczowych. Słowa kluczowe to tzw. frazy, które wpisują użytkownicy, szukając informacji, produktów lub usług w internecie. Na przykład, jeśli prowadzisz sklep z rowerami w Trójmieście, należy zadbać o to, aby Twoja strona pojawiała się wysoko w Google, gdy ktoś wpisze „sklep z rowerami Gdańsk”, lub innych przykład „stomatolog w centrum Krakowa”. Im wyżej Twoja strona będzie się znajdować, tym większa szansa, że ktoś zainteresuje się Twoją ofertą, a nie konkurencji.

Pozycjonowanie rozpoczyna się tak naprawdę w momencie utworzenia strony internetowej. Polega na optymalizowaniu jej pod kątem technicznym, treściowym i linkowym. Oznacza to, że musimy zadbać o to, żeby strona była szybka, łatwa w nawigacji i dostosowana do urządzeń mobilnych. Należy też tworzyć wartościowe i unikalne treści, które będą odpowiadać na potrzeby i zapytania użytkowników. Dodatkowo należy zdobywać linki z innych stron, które będą wskazywać na Twoją stronę jako źródło wiarygodnej informacji lub rekomendacji. Można to tego wynająć link building agency lub korzystać ze specjalnych platform.

Czy każda strona internetowa powinna się pozycjonować?

Pozycjonowanie jest jedną z najskuteczniejszych metod promocji w internecie. Dzięki niemu możesz dotrzeć do osób, które są zainteresowane tym, co oferujesz i są gotowe do podjęcia działania. Co, jednak jeśli nie zależy nam na popularności? Jeśli Twoja strona ma charakter prywatny lub hobbystyczny może sobie istnieć dla nas samych. Bywa również iż nie potrzebujemy się pozycjonować w głównych wynikach wyszukiwania Google, gdyż działamy jedynie lokalnie np. prowadzimy salon urody. Wówczas możemy wybrać tzw. pozycjonowanie lokalne ograniczone do najbliższej okolicy.

Czy pozycjonowanie daje szybkie efekty?

Wokół tego tematu narosło wiele mitów. Dlatego warto wiedzieć, że pozycjonowanie nie jest procesem krótkoterminowym. Wymaga ciągłego monitorowania, analizy i dostosowywania do zmieniających się warunków rynkowych i algorytmów Google. Pozycjonowanie to inwestycja, która przynosi efekty stopniowo i długofalowo. Zazwyczaj pierwsze efekty pozycjonowania można zauważyć po kilku tygodniach lub miesiącach, a pełne rezultaty po kilku lub kilkunastu miesiącach. Jej efekty zależą od szeregu czynników, branży, konkurencyjności, tego, czy robimy wszystko samodzielnie, czy korzystamy z pomocy firm typu link building agency. Nie należy więc poddawać się, jeśli nie widzimy natychmiastowej poprawy. Pozycjonowanie to proces długotrwały, ale opłacalny.

Jak można wesprzeć pozyskiwanie klientów inaczej niż poprzez pozycjonowanie?

Wiedząc już, że pozycjonowanie wymaga czasu, nie należy czekać z założonymi rękami, tylko działać na własną rękę. Istnieją inne metody, które mogą być uzupełnieniem lub alternatywą dla pozycjonowania w kwestii pozyskiwania klientów. Niektóre z nich to:

  • reklama w Google Ads – to płatna forma promocji, która polega na wyświetlaniu Twoich reklam w wynikach wyszukiwania Google lub na innych stronach internetowych,
  • reklama Facebook Ads, działa podobnie jak powyższa, ale na stronach Facebooka i Instagrama,
  • social media marketing – to działania mające na celu zwiększenie obecności i rozpoznawalności tego, co robimy na portalach społecznościowych, takich jak Facebook, Instagram, Tiktok czy Twitter.

Podsumowanie

Pozycjonowanie strony internetowej to proces, który z całą pewnością warto podjąć w sytuacji, gdy potrzebujemy stale pozyskiwać nowych klientów. Wiedząc jednak, że nie działa on od razu, musimy mieć budżet na to, aby przeznaczyć go na inne formy reklamy aż do czasu, gdy pozycjonowanie zacznie dawać rezultaty.

Krajowy System e-faktur. Przedsiębiorcy mają obawy techniczno-informatyczne

Krajowy System Faktur. Przedsiębiorcy: „Żeby nie było wpadek, należy rozpocząć szybkie prace nad rozwiązaniami technicznymi”.

Korzyści podatkowe, ale i sporo obaw o to, jak ten system będzie wdrażany i czy nie będzie  komplikacji więcej niż korzyści. Obowiązek e-fakturowania wchodzi w życie w lipcu 2024, a w styczniu 2025 obejmie sektor MŚP zwolniony z VAT. Zmiany są oceniane przez przedsiębiorców pozytywnie, ale nie brakuje obaw natury technicznej.

Zmiana oceniana dobrze, ale trzeba się nad jej wdrożeniem trochę napracować

Projekt zmiany ustawy o podatku od towarów i usług dla większości przedsiębiorców nie był kontrowersyjny. To zmiany raczej techniczne, a nie merytoryczne, stąd doradcy podatkowi zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie zwracają uwagę na konieczność szybkich szkoleń dla przedsiębiorców oraz możliwości jak najszybszego zapoznawania się z infrastrukturą informatyczną nowego systemu zwanego „KSeF”

– Krajowy System Faktur to zmiana rewolucyjna i zakończył się proces legislacyjny w tej sprawie. Wejdą one w życie od 1 lipca 2024, ale to duże wyprzedzenie czasowe jest nam bardzo potrzebne. To wielka zmiana dla biur księgowych czy dla prawników. Poważnym zadaniem będzie zmiana programów informatycznych i formatów rozliczeniowych. To jest nowa jakość, oceniamy to narzędzie pozytywne, oszustw na pewno będzie mniej. Mamy jednak pewne wątpliwości natury organizacyjnej – mówi Michał Wojtas, skarbnik Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, doradca podatkowy.

Jakie obawy ma biznes?

– Czy Ministerstwo Finansów podoła z realizacją struktury informatycznej? E-PUAP pokazał nam, że nowy system wymaga dopracowania. Przedsiębiorcy dadzą radę, będziemy się wiele uczyć w tym zakresie. Apelujemy jednak do Ministerstwa Finansów, by jak najszybciej rozpoczęto prace nad rozwiązaniami technicznymi w tym procesie – mówi ekspert.

Przedsiębiorcy muszą być gotowi na zmianę techniczną, ale i na przyzwyczajenie się do pełnego przejścia rozliczeń w system online. Eksperci oceniają te zmiany pozytywnie, choć przyznają, że dla biur księgowych, które miały problem z informatyzacją usług nadchodzi trudniejszy czas.

Apelujemy o szybkie szkolenia dla przedsiębiorców i informacje o szczegółach programu

Przedsiębiorcy chcieliby uniknąć problemów z wdrażaniem projektu oraz z używaniem go w pierwszych etapach po wdrożeniu.

– Apelujemy, by prace nad systemem Krajowego Systemu Faktur zacząć jak najwcześniej. Nie chcemy znów sytuacji, że system powinien zacząć działać, a przedsiębiorcy będą mówili nam o zawieszającym się systemie, odrzucanych fakturach czy znikających dokumentach i plikach. Czasu jest wiele, oczekujemy konkretnych rozwiązań i nowoczesnego, kompleksowego podejścia do tego tematu – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Współczesna księgowość musi być w pełni zinformatyzowana. Czas, by sterty segregatorów zmienić na pliki i foldery w komputerach – dodaje Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Pierwsze zmiany  w tym zakresie wchodzą w życie 1 lipca 2024.

SatRev rozpoczyna drogę na giełdę

SatRev, wrocławska spółka z sektora kosmicznego, która jako pierwszy polski komercyjny podmiot umieściła na orbicie własnego satelitę, planuje zadebiutować na rynku jeszcze w 2023 r. W celu sfinansowania dalszego rozwoju, spółka planuje pozyskać kwotę do 15 mln złotych.

SatRev dotychczas umieściła na orbicie okołoziemskiej 11 satelitów, a obecnie firma rozwija kolejne projekty mające na celu wyniesienie nowych orbiterów. Najbliższy start satelity jest zaplanowany na czwarty kwartał 2023 roku. Będzie to satelita dla agencji rządowej Sułtanatu Omanu, co stanowi element strategii ekspansji Spółki na rynki bliskowschodnie oraz Afrykę wschodnią.

Bardzo szybko się rozwijamy, mamy już podpisane kontrakty w zakresie odbioru zdjęć z naszych satelitów m. in. kontrakt z KOWR na łączną kwotę 42 mln zł na 90 tys. km2 zdjęć z całej Polski (dla potrzeb rolnictwa) SkyWatch z Kanady na łącznie 13 mln USD. Obsługujemy również projekty związane ze wsparciem dużych miast oraz gmin na terenie Polski w zakresie czynności kontrolnych uszczelniania lokalnego systemu podatkowego od nieruchomości. Jesteśmy obecni również w Omanie, gdzie sprzedajemy systemy satelitarne, w Australii gdzie bierzemy udział w budowie australijskiego systemu satelitarnego, w Afryce Subsaharyjskiej, która jest dla nas idealnym projektem do szybkiego rozwoju – opowiada o Spółce Grzegorz Zwoliński, założyciel i Prezes SatRev – Obecnie powstaje dla nas w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej fabryka satelitów, która umożliwi nam produkcję nawet 200 własnych satelitów rocznie. Aby wykorzystać ten potencjał będziemy potrzebować zastrzyku kapitału od inwestorów. Realizujemy już kontrakty w zakresie odbioru zdjęć z naszych satelitów oraz mamy perspektywy na zawarcie kolejnych. Nasze projekty nie są już w fazie badawczej, wchodzą w fazę komercjalizacji. Jesteśmy w przededniu zarabiania na naszej głównej usłudze, czyli dostarczaniu danych satelitarnych i potrzebujemy pieniędzy, by dostarczyć w pełni działający system i budować kolejne nowe satelity. Stąd finansowanie na tym etapie rozwoju spółki jak najbardziej jest nam potrzebne. Wybraliśmy proces tj. nową emisję akcji i wprowadzenie spółki na NewConnect, który w naszej ocenie przyniesie nam najwyższe prawdopodobieństwo sukcesu – dodaje Prezes SatRev.

Spółka rozpoczęła prace przygotowawcze do oferty, podpisała umowę współpracy z Domem Maklerskim BOŚ S.A.

Spółka już obecnie prowadzi rentowne projekty, oprócz wspomnianych kontraktów na dostarczanie danych, SatRev realizuje kompletne programy projektowania, produkcji i wynoszenia satelitów na rzecz agencji rządowych Sułtanatu Omanu oraz Australii. Planowane są także kolejne podobne kontrakty, w tym w krajach afrykańskich. Dodatkowo, przez ponad trzy lata firma skutecznie angażuje się w projekty wsparcia działań kontrolnych w obszarze podatku od nieruchomości, obsługując klientów na terenie całej Polski, w tym zarówno duże miasta, jak i gminy. Sztandarowym projektem jest miasto Wrocław, który jako pierwsze miasto na świecie wykorzystuje technologię kosmiczną do uszczelniania lokalnego systemu podatkowego od nieruchomości.

Zapotrzebowanie na zdjęcia satelitarne z roku na rok mocno rośnie. Widzimy, że nadchodzi coraz więcej zamówień, zatem koncentrujemy się na budowaniu kompetencji w dostarczaniu takich zdjęć i zdobywaniu nowych zamówień. Poza rolnictwem widzimy duży potencjał w leśnictwie, transporcie, wodzie, rybołówstwie, ochronie granic, planowaniu miast, rozbudowie sieci telekomunikacyjnych, czy też planowaniu i automatyzacji w innych obszarach. Wszystkie będą potrzebowały systemów obserwacyjnych by dostarczać coraz lepsze programy i usługi. Przygotowujemy się by być bardziej aktywnym w tym sektorze – kontynuuje Prezes SatRev Naszym projektem strategicznym jest też opracowanie własnej technologii – DeploScope – obrazującej w wysokiej rozdzielczości która jest obecnie w fazie końcowych testów. Jest to rewolucyjne rozwiązanie, pozwalające zbierać dokładniejsze dane, przy znacznie niższym koszcie niż istniejące obecnie rozwiązania. Mam nadzieję, że debiut giełdowy, dzięki pozyskanym środkom, przyspieszy realizację wszystkich naszych celów i rozwój SatRev – podsumował Zwoliński.

Anwim S.A. podpisał umowę z NFOŚiGW na dofinansowanie budowy stacji ładowania pojazdów elektrycznych

Anwim S.A., właściciel i operator sieci stacji paliw MOYA pozyskał dofinansowanie w kwocie 17 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na budowę 46 punktów ładowania samochodów elektrycznych na stacjach MOYA. Już w przyszłym roku na wybranych stacjach MOYA pojawią się szybkie ładowarki pojazdów elektrycznych o mocy od 120 do 180 kW.   

Współpraca z NFOŚ przyspieszy rozwój punktów ładowania aut elektrycznych na stacjach sieci MOYA. Lokalizacja przy najważniejszych szlakach komunikacyjnych w Polsce umożliwi kierowcom łatwy i dogodny dostęp do stacji ładowania. Realizacja pierwszego etapu budowy punktów ładowania e-samochodów w sieci MOYA rozłożona jest na trzy lata. Docelowo Anwim planuje mieć ponad 4 tys. własnych punktów ładowania do końca 2030 r. oraz zamierza rozszerzać sieć akceptacji poprzez współpracę z innymi operatorami w ramach roamingu. Dzięki temu klienci MOYA już pod koniec tego roku będą mieli dostęp do około 1 tys. punktów ładowania pojazdów elektrycznych w całym kraju.

– Realna transformacja energetyczna transportu wymaga od całego rynku umiejętnego dostosowania się do zmian legislacyjnych, a także potrzeb konsumenckich. To także proces, który musi być dobrze i odpowiednio wcześnie zaplanowany. Nasza strategia zakłada rozwój sieci własnych punktów ładowania zarówno w ramach sieci stacji paliw MOYA, jak i poza nią. Chcemy, aby do 2030 roku co najmniej 80% naszych stacji własnych było wyposażonych w ładowarki aut elektrycznych, a w sumie chcemy zaoferować rynkowi minimum 4 tys. punktów ładowania – mówi Paweł Grzywaczewski, członek zarządu Anwim S.A.

Spółka w ramach opublikowanej w maju br. nowej strategii rozwoju wyznaczyła dwa główne obszary wzrostu grupy na najbliższe pięć lat. Obejmują one: dynamiczny rozwój sieci stacji paliw MOYA, a także zielone inwestycje, w tym budowę punktów ładowania pojazdów elektrycznych oraz produkcję i sprzedaż prądu z odnawialnych źródeł energii.

Łącznie w perspektywie 5-7 lat spółka przeznaczy ponad 1,5 mld zł na inwestycje, w tym do 1 mld zł na realizację zielonej strategii. Ten ambitny program będzie finansowany ze środków własnych spółki, jak i ze źródeł zewnętrznych, nad pozyskaniem których spółka aktywnie pracuje.

Zielona transformacja należy do priorytetowych obszarów strategii Grupy Anwim, jednego z głównych graczy na polskim rynku paliw. Spółka m.in. od lat instaluje panele fotowoltaiczne, a także realizuje wiele działań z zakresu ESG we współpracy z wieloma organizacjami pozarządowymi. Firma we wszystkich swoich procesach uwzględnia kryteria zrównoważonego rozwoju, czyli dbałość o środowisko (E – Environment), społeczeństwo (S – Society) i ład korporacyjny (G –Governance).

Polskie lasy pozbawiane są certyfikacji odpowiedzialnej gospodarki leśnej. Polskim producentom grozi eliminacja z rynku a pracownikom zwolnienia

Pod koniec lipca Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych (RDLP) w Białymstoku poinformowała o rezygnacji z kontynuowania certyfikacji gospodarki leśnej w systemie FSC od 1 stycznia 2024 r. Już wcześniej z certyfikacji zrezygnowały m.in. Dyrekcje Regionalne w Gdańsku, Toruniu, Poznaniu i Warszawie. Brak w naszym kraju uznawanej na całym świecie certyfikacji FSC gospodarki leśnej sprawi, że dotychczas silne sektory polskiej gospodarki oparte na przetwarzaniu drewna, np. przemysł meblarski czy papierniczy, utracą możliwość sprzedawania swoich produktów, co w efekcie doprowadzi do zamykania fabryk i zwolnień pracowników.

– FSC jest wymagany praktycznie przez wszystkich największych dystrybutorów mebli na świecie. W dodatku jest również coraz bardziej rozpoznawalny przez zorientowanych na ekologię konsumentów. Mimo, że certyfikacja nakłada także bardzo dużo obowiązków na producentów mebli, to jest ona niezbędna, by mogli oni sprzedawać swoje produkty w hurtowniach i sieciach sprzedaży w Polsce i za granicą. Jej brak oznacza więc dla polskich firm, które ciężko pracowały na swoją silną pozycję na świecie, eliminację z rynku – tłumaczy Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli – Odchodzenie od certyfikacji odpowiedzialnej gospodarki leśnej w systemie FSC, po ponad 25 latach jej stosowania przez Lasy Państwowe, jest sprzeczne z trendami i oczekiwaniami konsumentów, którzy w coraz większym stopniu wymagają od przedsiębiorstw dowodów na zrównoważony rozwój oraz transparentności na wszystkich etapach produkcji i łańcucha dostaw – dodaje.

W sytuacji, kiedy Lasy Państwowe z niezrozumiałych dla branży drzewnej przyczyn rezygnują z certyfikacji FSC (dobitnym przykładem jest tutaj ostatnia decyzja RDLP Białystok o rezygnacji z certyfikacji FSC z dniem 1 stycznia 2024, mimo iż ma ona ważny certyfikat i podpisaną umowę licencyjną do 10 sierpnia 2026 roku), powierzchnie certyfikowane w takich krajach, jak Turcja, Hiszpania, Finlandia, Brazylia, Kamerun czy Chiny, rosną. Nasi najwięksi światowi konkurenci w produkcji i sprzedaży mebli (Chiny, Turcja i Brazylia) doceniają coraz bardziej znaczenie i wagę certyfikacji FSC. Bez certyfikacji FSC nasza konkurencja z nimi staje się praktycznie niemożliwa.  Ma to oczywiste przełożenie na sytuację przedsiębiorstw na polskim rynku, a co za tym idzie, sytuację pracowników. Warto zaznaczyć, że sama tylko branża meblarska zapewniała jeszcze nie tak dawno w Polsce zatrudnienie dla ponad 200 000 osób – więcej niż jakikolwiek kraj unijny, jeśli chodzi o ten sektor.  Kłopoty tak dużej branży będą oznaczały olbrzymią skalę zwolnień pracowników. W dodatku redukcje zatrudnienia dotkną głównie tereny, gdzie wzrost bezrobocia wiąże się z olbrzymimi problemami społecznymi, gdyż fabryki mebli zazwyczaj zlokalizowane są daleko od dużych aglomeracji i często są jedynym dużym pracodawcą w swoim regionie.

– Niepokoi nas fakt, że mimo, iż trwają rozmowy pomiędzy FSC a Lasami Państwowymi i Lasy Państwowe deklarują chęć utrzymywania konstruktywnego dialogu, w tym samym czasie kolejne Dyrekcje Regionalne LP rezygnują z certyfikacji. Brak spójności między deklaracjami i działaniami Lasów Państwowych wywołuje poczucie niepewności wśród pracodawców i pracowników sektorów, których losy uzależnione są od porozumienia Lasów Państwowych z FSC – komentuje Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Przypadek Białegostoku potwierdza niestety tę niechlubną regułę. W opublikowanym 25 lipca 2023 komunikacie Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku powołuje się na brak konstruktywnych działań ze strony FSC oraz wyłączenie z procesu opracowywania wymagań certyfikacyjnych, a przez to brak wpływu na ostateczny kształt krajowego standardu gospodarki leśnej FSC w Polsce. Przedstawiciele FSC przytaczają jednak obiektywne fakty, które obalają tę argumentację i świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. W oświadczeniu opublikowanym na polskiej stronie Forest Stewardship Council czytamy: „Współpraca FSC z Lasami Państwowymi trwa nieprzerwanie od przeszło 25 lat. Rozmowy dotyczące kształtu współpracy FSC z Lasami Państwowymi prowadzone są od listopada 2022 r. Ostatnie spotkanie w tej sprawie z Dyrekcją Generalną Lasów Państwowych (DGLP), która reprezentuje podległe jej regionalne dyrekcje Lasów Państwowych, odbyło się 30 czerwca br., a jego celem było m.in. omówienie kwestii związanych z kształtem umowy licencyjnej oraz rewizją krajowego standardu gospodarki leśnej. Spotkanie odbyło się w konstruktywnej atmosferze, co podkreśliły obie strony. FSC i DGLP uzgodniły kolejne niezbędne kroki, które każda ze stron podejmie, aby dążyć do porozumienia w kwestii umowy licencyjnej. Dodatkowo FSC przedstawiło DGLP aktualny status procesu rewizji standardu i harmonogram dalszych prac. FSC Polska zaprosiło Lasy Państwowe, które aktywnie uczestniczyły w procesie rewizji standardu, do udziału w webinarium w dniu 23 sierpnia 2023 r. Zostaną podczas niego przedstawione wyniki ostatnich konsultacji społecznych oraz treść ostatniego projektu standardu.”

– Apelujemy do Lasów Państwowych o działania zgodnie z deklarowaną dobrą wolą porozumienia się z FSC w imię nie tylko interesów polskiego przemysłu, ale również sytuacji tysięcy Polaków pracujących w branży meblarskiej, którzy i tak już zmagają się z coraz większymi kosztami życia. Dla wielu z tych ludzi utrata pracy oznacza ogromną tragedię – podsumowuje Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

W sądach jest już blisko 120 tys. spraw frankowych. Pod koniec roku ma być ich ponad 150 tys.

Według najnowszych danych, w sądach okręgowych w całej Polsce liczba czynnych spraw frankowych na początku czerwca br. dobijała do 120 tys. Najwięcej zarejestrowano ich w SO w Warszawie – blisko 45 tysięcy, a także w Gdańsku i Poznaniu – ponad 11 tys. i blisko 9 tys. Z kolei w większości tego typu sądów odnotowano średnio po kilkaset spraw. Jak oceniają eksperci, to sporo, ale system wciąż jest mało wydolny. To niepokoi tym bardziej, że spraw przybywa. Jednocześnie obecnie można szacować, że ponad połowa kredytobiorców nie podjęła jeszcze działań procesowych. Eksperci podkreślają również, że nowelizacja k.p.c. pozwoli na przyspieszenie postępowań, ale efekt będzie widoczny dopiero za rok lub dwa lata. A on jest potrzebny już teraz. Nie brakuje też prognoz, że na koniec roku przekroczymy barierę 150 tys. spraw. Wówczas, jak dodają znawcy tematu, zaczną się poważniejsze problemy.

Niekończące się spory i zapchane sądy

Jak wynika z danych z 47 sądów okręgowych, na początku czerwca br. było w nich ponad 116 tys. czynnych spraw frankowych. Według Radosława Płonki, eksperta BCC ds. prawa gospodarczego, świadczy to o tym, że problem kredytów frankowych pozostaje cały czas aktualny. Tego typu sprawy stanowią zapewne niewielki odsetek w skali działalności sądów. Natomiast system wymiaru sprawiedliwości, pomimo niezliczonych już reform i ciągłych zmian, jest nadal niewydolny. To jedna z najsłabiej działających sfer naszego państwa.

– Od 1 lipca br. do sądów okręgowych trafiają sprawy, których wartość przedmiotu sporu przekracza 100 tys. zł. Wcześniej było to powyżej 75 tys. zł. Do tych 116 tys. spraw należy doliczyć również te prowadzone w sądach rejonowych, choć jest ich dużo mniej – może w skali całego kraju kilka tysięcy. Warto też dodać, że łączna liczba postępowań z tego zakresu nie przekracza ok. 20% wszystkich umów kredytowych. Uwzględniając zawarte ugody, można szacować, że ponad połowa kredytobiorców nie podjęła jeszcze żadnych działań związanych z odzyskaniem pieniędzy z banku. Jeśli kolejni kredytobiorcy zdecydują się na egzekwowanie swoich praw, sądy mogą mieć naprawdę poważny problem – analizuje adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Zalew sądów sprawami frankowymi to skutek braku rozwiązania ustawowego, co podkreśla Marek Rzewuski, wiceprezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. I dodaje, że strona społeczna walczyła o taką możliwość, biorąc udział w pracach nad ustawą w Sejmie i w Senacie. W tym czasie Komisja Nadzoru Finansowego prezentowała m.in. dokumenty przedstawiające, ile to będzie kosztowało sektor bankowy. Ekspert zaznacza, że – w jego ocenie – ostatecznie lobbystom bankowym, wspieranym przez KNF, udało się zablokować ustawowe rozwiązanie problemu. Oznaczało to, że spory będą rozstrzygane na drodze sądowej.

– Wskazana liczba spraw to relatywnie dużo, zwłaszcza że kilkadziesiąt tysięcy sporów jest już zakończonych. Nie sądzę, aby polskie sądy były przygotowane na takie wolumeny. Świadczyć o tym może na przykład wyznaczenie terminu pierwszej rozprawy w SO w Warszawie na wrzesień 2026 roku. Dodam, że ten pozew został złożony w marcu 2022 roku. Przewidujemy zatem, że na finał tej sprawy będzie trzeba poczekać ok. 8 lat, a np. w Sądzie Okręgowym w Sieradzu czy w Łodzi mogłoby się to zakończyć w ciągu dwunastu miesięcy. W zależności od podjętych przez Ministerstwo Sprawiedliwości czynności usprawniających, 116 tys. spraw może być rozstrzyganych nawet w okresie od 4 do 5 lat. To znacznie za długi termin, biorąc pod uwagę dotychczasową utrwaloną już linię orzeczniczą – komentuje Adrian Goska, ekspert ds. problemów frankowych w sądownictwie, radca prawny z Kancelarii SubiGo.

Po nowelizacji k.p.c. już nie tylko Warszawa

Analizując dane z poszczególnych sądów okręgowych, widzimy, że na początku czerwca zdecydowanie najwięcej spraw czynnych było w Sądzie Okręgowym w Warszawie – ponad 44,6 tys. Marek Rzewuski podkreśla, że stolica charakteryzuje się dużym przyrostem liczby kredytów. Tak jest obecnie, tak też było w poprzednich latach. Ponadto w tym mieście znajdują się siedziby wielu banków, stąd wpływ pozwów do stołecznych sądów nie powinien nikogo dziwić.

– Ogólnie można powiedzieć, że linia orzecznicza wyspecjalizowanego wydziału SO w Warszawie jest przychylna klientom banków. Do tego, im więcej orzeczeń wydaje dany sąd, z tym większym prawdopodobieństwem – po lekturze jego orzeczeń – można założyć, jaki będzie finał sprawy. Dlatego liczba spraw nakręcała się tam jak kula śniegowa. Trend ten odmieni dokonana w tym roku nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego. W efekcie pozew w sprawie frankowej można złożyć wyłącznie według miejsca zamieszkania powoda, więc stolica trochę straci impet w tej kwestii – mówi ekspert z BCC.

Bazując na ww. danych, można stwierdzić, że pięciocyfrowa liczba czynnych spraw frankowych jest tylko jeszcze w Sądzie Okręgowym w Gdańsku – ponad 11 tys.  Kolejny wysoki wynik zanotowano w Poznaniu – blisko 9 tys. spraw. Z kolei po kilka tysięcy było ich w wybranych sądach, a po kilkaset – w większości. Ekspert z Kancelarii SubiGo podkreśla, że sąd w Gdańsku to nie tylko duży obszar działania. To również sąd właściwy dla niektórych banków. Według Adriana Goski, można się zatem spodziewać, że po nowelizacji k.p.c. napływ spraw będzie bardziej równomierny i będzie odpowiadał średniej demografii kraju.

– Przed nowelizacją k.p.c. bezpieczniej było złożyć pozew w sądzie, w którym sędziowie mieli już do czynienia ze sprawami kredytowymi, znali i stosowali przepisy europejskie – czasem wbrew błędnie utrwalonym przyzwyczajeniom. Po zmianie przepisów jedynie właściwym miejscowo sądem jest ten, w okręgu którego mieszkają kredytobiorcy. Dlatego już teraz zaczyna być widoczny wzrost liczby pozwów w sądach w innych miastach. I ten stan będzie się pogłębiał – dodaje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

W sądach będzie ponad 150 tys. spraw

Jak podkreśla Radosław Płonka, sądy są obciążone różnymi sprawami. Napływ kolejnych pozwów frankowych spowoduje dalsze spowolnienia tempa ich rozpoznania. Ono zależy nie tylko od liczby sędziów w danym sądzie, ale i sprawności działania administracji sądowej. Według eksperta, uzasadnione jest założenie, że w wyniku nowelizacji k.p.c. dojdzie do przyspieszenia rozpoznania spraw. One nie będą już tak skoncentrowane w tzw. wydziale frankowym w Warszawie, a w wielu sądach w całej Polsce. A to pozwoli na skrócenie kolejki do wyroku.

– To bardzo prawdopodobne, że nowelizacja k.p.c. spowoduje przyspieszenie postępowań. Natomiast na widoczny efekt trzeba będzie poczekać rok lub dwa lata. Zmniejszenie wpływu nowych spraw nie przyspieszy rozpoznania tych, które już się toczą. Rozpoznanie sprawy w I instancji zajmuje średnio półtora roku do 2 lat. Oczywiście są przykłady skrajne, bo znam sprawę, która rozpoznana została zaledwie w 3 miesiące po złożeniu pozwu. Jednak są i takie, w których od czterech lat czeka się na wyrok. II instancja to zwykle 12-18 miesięcy. Sprawy wnoszone obecnie do sądu mogą liczyć na rozpoznanie w okresie od trzech do czterech lat – mówi mec. Jakub Bartosiak.

Z kolei Marek Rzewuski spodziewa się, że postępowania z czasem będą coraz krótsze ze względu na rosnącą wiedzę sędziów i ich doświadczenie. Natomiast dla przyspieszenia prowadzenia spraw spoza Sądu Okręgowego w Warszawie kluczowe mogą być szkolenia dla sędziów, przede wszystkim dotyczące linii orzeczniczej, wynikającej m.in. z wyroków TSUE.

– W mojej opinii, w najbliższych miesiącach czekają nas kolejne fale pozwów. Realnie to widać po postawach i gotowości do działania wśród kredytobiorców. Na koniec roku możemy spodziewać się, że ten licznik przekroczy nawet 150 tys. czynnych spraw frankowych. Jeżeli w sądach nie zmieni się liczba sędziów czy organizacja pracy, to czas trwania nowych postępowań będzie się wciąż niebezpiecznie wydłużał. I tak będzie aż do momentu, kiedy napływ spraw nie zmaleje. A to może nastąpić dopiero za kilka lat. Do tego czasu sytuacja będzie naprawdę trudna – podsumowuje radca prawny Adrian Goska.

Wypalenie zawodowe: częstsze w pracy fizycznej czy biurowej?

Większość pracujących Polaków (63%) deklaruje, że potrafi utrzymać balans pomiędzy zaangażowaniem w pracę a życiem prywatnym i regeneracją. Jak wynika z badania Pracuj.pl, nieco częściej o taką równowagę potrafią zadbać pracownicy biurowi, niż fizyczni. Jednocześnie ponad 1/3 ogółu badanych doświadczyła w życiu epizodu, który określiliby jako wypalenie zawodowe. Ponad 7 na 10 pracowników uważa, że pracodawcy powinni wspierać swoje zespoły w utrzymaniu odpowiedniej równowagi pomiędzy pracą a czasem wolnym. W praktyce takie wsparcie odczuwa tylko około 4 na 10 pracowników. Częściej mogą na to liczyć pracownicy biurowi niż fizyczni. Mimo to właśnie pracownicy z grupy tzw. white collars częściej deklarują przeciążenie obowiązkami zawodowymi.

Najważniejsze informacje:

  • 63% pracowników deklaruje, że utrzymuje w życiu balans między pracą a życiem prywatnym.
  • Ponad połowa badanych widzi, że w ich otoczeniu zaczęto zwracać uwagę na tę równowagę.
  • 74% osób uważa, że pracodawcy powinni ich wspierać w utrzymaniu work-life balance.
  • Tylko 43% respondentów zauważa, że ich pracodawca rzeczywiście dba o tę kwestię.
  • 27% pracowników biurowych i 22% fizycznych ma poczucie przeładowania obowiązkami.

Życiowy balans coraz ważniejszy

Ponad jedna trzecia badanych pracujących Polaków doświadczyła w swojej karierze zawodowej epizodu, który określiliby jako wypalenie zawodowe. Skala tego problemu w Polsce jest wciąż bardzo duża i utrzymuje się na podobnym poziomie zarówno pod kątem grupy tzw. white collars, czyli pracowników biurowych, jak i blue collars, czyli osób wykonujących prace fizyczne. Kluczowa staje się tu rola pracodawców, którzy powinni wspierać swoje zespoły w zachowywaniu życiowego balansu i dbać o to, by obowiązki zawodowe nie przeciążały ich pracowników. Zespoły, które będą pod tym kątem zaopiekowane, będą również bardziej efektywne, a więc troska o work-life balance to praktyka, która opłaca się każdej ze stron.

Aby sprawdzić, jak sytuacja wygląda w polskich organizacjach i czy bardziej narażone na wypalenie zawodowe są osoby wykonujące prace umysłowe czy manualne, serwis Pracuj.pl przeprowadził badanie wśród 1736 osób w wieku 18-65. Struktura próby była kontrolowana biorąc pod uwagę płeć, wiek i wielkość miejscowości zamieszkania odpowiadających.

Rośnie świadomość i znaczenie work-life balance

Choć doświadczyli wypalenia, to uczą się balansu pomiędzy zaangażowaniem w pracę a życiem prywatnym i regeneracją – to słowa dobrze opisujące polskich pracowników. Dziś już 63% Polaków deklaruje, że na co dzień utrzymuje w życiu odpowiednią równowagę. Nieco częściej takie deklaracje składają przedstawiciele sektora white collars (65%), niż osoby z grupy blue collars (62%). Tę tendencję widać także pod kątem czasu pracy – ponad ¼ pracowników fizycznych deklaruje, że dziennie pracuje więcej niż osiem godzin, z czego co dziesiąty badany na obowiązki zawodowe poświęca średnio 10 godzin dziennie.

Co istotne, ponad połowa respondentów (55%) zauważa, że wśród ich znajomych i rodziny w ostatnich latach zaczęto zwracać większą uwagę na równowagę pomiędzy życiem zawodowym a osobistym. Taką tendencję jednak rzadziej zauważają pracownicy fizyczni (48%) niż pracownicy biurowi, wśród których poprawę w tym zakresie zauważa aż 6 na 10 badanych.

Sytuacja na lokalnym rynku z pewnością nie jest idealna, wciąż zbyt wiele osób w pracy odczuwa przeciążenie obowiązkami, czy nawet wypalenie zawodowe. Jak jednak wskazują nasze badania, rośnie grono pracowników, którzy potrafią jasno wyznaczać granicę: tu jest moja praca, a tu życie. Wydarzenia gospodarcze ostatnich lat, choć w wielu kwestiach osłabiły rynek, to paradoksalnie – umocniły pracowników. Dziś formują się zasady i oczekiwania zespołów i kandydatów, które będą miały kluczowy wpływ na standardy rynku pracy w najbliższych latach i możemy określić z dużą dozą prawdopodobieństwa, że będą to coraz wyższe standardy – mówi Agata Roszkiewicz, Ekspertka ds. wynagrodzeń i benefitów w Pracuj.pl.

Co za dużo, to… na urlop!

Choć Polacy grupowo składają deklaracje o tym, że opanowali już sztukę balansu życiowego, to w rzeczywistości wciąż duże grono osób ma problemy związane z utrzymaniem pełni dobrostanu. Liczby wciąż są bowiem alarmujące – aż 39% badanych pracowników biurowych i 32% pracowników fizycznych deklaruje, że w ich życiu zdarzył się epizod, który mogliby nazwać wypaleniem zawodowym.

Wśród respondentów widoczna jest potrzeba odpoczynku, zrobienia sobie przerwy. Taką potrzebę odcięcia się od pracy na dłużej niż dwa tygodnie odczuwa 28% pracowników biurowych i 26% pracowników fizycznych. Ta sytuacja może wynikać z przemęczenia związanego z dużą ilością zawodowych obowiązków – 28% przedstawicieli segmentu white deklaruje zmęczenie bieżącymi zadaniami. Podobną deklarację składa 21% badanych z grupy blue collars. Ponad 1/4 respondentów ma poczucie przeładowania obowiązkami. Co interesujące, w największym stopniu przeładowani czują się przedstawiciele najmłodszego pokolenia (32%), a najmniej odczuwają to najstarsze na rynku osoby aktywne zawodowo – przedstawiciele pokolenia silver (23%). 34% pracowników biurowych i 37% pracowników fizycznych z kolei wyczekuje zakończenia dnia pracy. Także w tej kwestii utrzymuje się tendencja wiekowa – najbardziej końca dnia pracy nie mogą się doczekać najmłodsi (54%), a godziny w najmniejszym stopniu odliczają najstarsi (28%). Aż 21% badanych pracowników biurowych i 16% pracowników fizycznych deklaruje poczucie niemocy i braku sensu.

Wśród badanych widać jednak, że jeśli praca nie będzie dla nich satysfakcjonująca, to nie skończy się wyłącznie pójściem na urlop. Połowa deklaruje, że zrezygnuje z pracy, jeśli będzie miała ona negatywny wpływ na zdrowie fizyczne (51% z grupy white i 53% z grupy blue). 51% nie zdecyduje się zostać w organizacji, jeśli praca będzie wywoływać u nich negatywny wpływ na zdrowie psychiczne – w takim wypadku decyzję o rezygnacji chętniej podejmą pracownicy biurowi (54%) niż fizyczni (48%). Co więcej, ponad 1/3 badanych deklaruje, że wśród znajomych lub rodziny posiadają przynajmniej jedną osobę, o której wiedzą, że rzuciłaby pracę ze względu na jej zły wpływ na zdrowie psychiczne. Z kolei aż 54% pracowników nie zgodzi się na mobbing. Jeśli taka sytuacja wystąpi w firmie, odejście deklaruje 55% badanych pracowników biurowych i 49% pracowników fizycznych.

Po 29% zgodnie w każdej z grup. Tylu respondentów czuje, że w swojej organizacji nie są doceniani. 1/4 pracowników fizycznych i ponad 1/5 pracowników biurowych odczuwa niechęć do rozpoczęcia dnia pracy. Wpływ na ten stan może mieć wiele czynników, od atmosfery, przez rodzaj zadań, po wynagrodzenie. Obecna sytuacja polskiego pracownika jest konsekwencją wieloletniego podejścia do standardów pracy w organizacjach. Dlatego od lat staramy się edukować naszych klientów, pokazując dobre przykłady, by mogli oni tworzyć środowiska pracy motywujące i sprzyjające rozwojowi. Do tego niezbędna jest dobra komunikacja i zrozumienie potrzeb zespołów. Dla pracodawcy to może być dodatkowy wysiłek, ale bez niego nie da się osiągać dobrych wyników – mówi Konstancja Zyzik, Ekspertka ds. rekrutacji i rozwoju talentów w Pracuj.pl.

W zgodzie ze słowami ekspertki – najważniejsza okazuje się komunikacja. Ponad połowa badanych z grupy pracowników biurowych (54%) i mniej, bo 42% pracowników fizycznych, zgadza się z twierdzeniem, że pracownicy w Polsce zbyt mało otwarcie komunikują swoje potrzeby w obszarze wsparcia psychologicznego. 31% pracowników biurowych i 27% pracowników fizycznych zgadza się z opinią, że informowanie współpracowników o korzystaniu z opieki psychologa lub psychiatry jest pozytywną postawą.

Troska w gestii pracodawcy

Czy pracodawca powinien dbać o równowagę życiową pracowników? Z badań wynika jasno – zdecydowanie tak. Aż 74% badanych odpowiada zgodnie: pracodawcy powinni wspierać pracowników w utrzymaniu odpowiedniego balansu pomiędzy pracą a czasem wolnym. Takie działania popiera zdecydowana większość zarówno pracowników biurowych (76%), jak i pracowników fizycznych (72%).

Co więcej, ponad połowa badanych uważa, że firmy powinny informować o sposobach, za pomocą których wspierają równowagę pomiędzy pracą i życiem osobistym pracowników już na poziomie oferty pracy. To szczególnie istotne dla pracowników biurowych, wśród których aż ponad 6 na 10 pracowników oczekuje takich informacji w ogłoszeniu. Podobne oczekiwania ma ponad połowa pracowników fizycznych (55%). Różnica w oczekiwaniach jest w tym wypadku zauważalna. 40% osób z grupy white collars chciałaby mieć w pracy dostęp do szkoleń z radzenia sobie ze stresem. Takie udogodnienie interesuje o 11% mniej pracowników fizycznych. Ze szkoleń z work-life balance chętnie skorzystałoby 22% badanych pracowników biurowych i 14% pracowników fizycznych.

Jak oczekiwania mają się do rzeczywistości? Tu obraz jest nieco mniej pozytywny, niż życzyliby sobie tego pracownicy. Wsparcie pracodawcy w utrzymaniu balansu pomiędzy życiem zawodowym a osobistym deklaruje 43% ogółu badanych. 1/4 pracowników fizycznych zaznacza, że ich pracodawca nie prowadzi działań w tym zakresie. Podobną deklarację składa nieco ponad 1/5 badanych z grupy white collars. W tym zakresie z pewnością czas na zmiany.

Choć pozytywnym aspektem jest fakt, że ponad połowa badanych w każdej z grup (55% pracowników biurowych i 51% fizycznych) deklaruje, że potrafi rozgraniczyć życie prywatne i zawodowe, to badania wskazują, że wciąż jest w tym zakresie wiele do zrobienia. Dziś widać już, że w Polsce kształtuje się nowy rodzaj pracownika, a ostatnie niepewne lata tylko umocniły tę tendencję. Niezależnie od tego, czy jest to praca fizyczna czy biurowa, pracownicy mają coraz wyższe standardy i sprecyzowane oczekiwania w stosunku do pracodawców – oczekują odpowiedniego traktowania i szanowania granicy pomiędzy życiem zawodowym a osobistym. Najbliższe lata pokażą skalę, jaką przyjmie ta transformacja, ale zmiany będą niewątpliwe i niewątpliwie będą to zmiany na lepsze.

O BADANIU

Badanie „Dobrostan w czasach niepewności” zostało przeprowadzone w marcu 2023 roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie serwisu Pracuj.pl. Pomiar wykonany metodą CAWI wykonano na próbie 1736 Polaków w wieku 18-65. Struktura próby była kontrolowana biorąc pod uwagę płeć, wiek i wielkość miejscowości zamieszkania odpowiadających.

Czesi szturmują kurorty nad Bałtykiem. Ilość turystów z tego kraju wzrosła nawet o 40%

Doceniają atrakcyjność zachodniopomorskiego pasa nadmorskiego, nie narzekają na ceny i… wybierają Polskę, bo Hiszpania czy Grecja jest dla nich „zbyt gorąca”, a polski klimat stanowi ciekawą odmianę. Czescy turyści podbijają zachodniopomorskie kurorty. Hotelarze zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie przyznają, że jest to rekordowy rok jeżeli chodzi o obecność turystów z tego kraju nad polskim morzem. – Inwestycje w infrastrukturę się opłacają – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie – Droga S3, tunel w Świnoujściu. Czesi mają do nas zaledwie kilka godzin samochodem, to argument, który napędza turystykę z tej destynacji – mówi prezes Izby.

Rekordowe zainteresowanie Czechów turystyką w Polsce. „Chciałabym, by turystyka w Polsce doczekała złotego czasu”

Nie da się ukryć, że w tym roku polscy turyści nie szturmują polskiego morza. Nad Bałtykiem nie sprzyja pogoda, a i przedsiębiorcy przyznają, że kampania związana z paragonami grozy i wysoka inflacja wyganiają turystów krajowych.

Czy to oznacza, że turyści z zagranicy również odwracają się od naszego pasa nadmorskiego? Tu zasada jest zupełnie odwrotna. Hotelarze przyznają, że tylu turystów z Czech w Polsce nie było jeszcze nigdy.

– Stare powiedzenie mówi: „Cudze chwalicie, swego nie znacie” i rzeczywiści w przypadku tego, co o polskim morzu mówią Niemcy, Czesi czy Słowacy idealnie się potwierdza. Polacy narzekają na pogodę, a Czesi mówią, że klimat jest przyjemniejszy niż w suchej Hiszpanii. Dla nas polskie plaże to nic imponującego, a dla turystów z Czech ich szerokość i piaszczystość jest imponująca, a na dodatek nie ma stref zastawionych tylko leżakami na wynajem, będącymi własnością hoteli. Chwalona jest także nasza baza hotelowa – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

 – Chciałabym, by polska turystyka doczekała złotego czasu, by turyści z całej Europy docenili, że jesteśmy atrakcyjną, ciekawą destynacją – dodaje Hanna Mojsiuk.

Nawet czeskie biura podróży organizują wyjazdy z Czech do Polski. Doceniają szerokie plaże, niskie ceny i… umiarkowaną pogodę

Hotelarze zrzeszeni w Północnej Izbie Gspodarczej w Szczecinie przyznają, że wzrost zainteresowania turystów z Czech rok do roku to wskaźnik od 25% do nawet 40% w niektórych hotelach. Co ważne, Czesi przyjeżdżają do Polski indywidualnie, ale i

– Hotele to wyraźnie zauważają. Zachęca ich nasza infrastruktura, jakość usług hotelowych, na dodatek cenowo jesteśmy dla nich atrakcyjni. Turyści mówią nam, że bywali już w Austrii, bywali w Chorwacji, a Polska jest dla nich nowym lądem do odkrycia – mówi dyrektor hotelu Hamilton Roman Kucierski.

– Wyjeżdżając z Pragi, jedziemy do Wrocławia, a z Wrocławia do Szczecina połączenie jest samą przyjemnością. Nasze wybrzeże i Morze Bałtyckie stają się bardzo atrakcyjne. Co ciekawe, wielu Czechów mówi, że upały z Grecji czy Hiszpanii też są dla nich męczący i w sumie to pogoda w Polsce im wcale nie przeszkadza – dodaje Kucierski.

– Kiedyś dominowali Niemcy, a teraz widzimy, że Czesi bardzo mocno ich gonią. Warto jednak dodać, że jest także więcej Węgrów i Słowaków w tym roku. Podstawowa zaleta Polski dla nich to oczywiście to, że jest blisko, tanio i bardzo ładnie. Turyści z Czech wybierają komfort i raczej droższe zakwaterowanie – Magdalena Ziętek z Dune Beach Resort.  – Myślę, że to dopiero początek zainteresowania Polską. Jeżeli będziemy mieć dobrą prasę, to jego szczyt przypadnie na lata 2025-2026 – dodaje ekspertka.

Polacy wydają średnio 800 zł na wyprawkę szkolną

Wybierając produkty do wrześniowej wyprawki dla naszych dzieci, często kierujemy się ceną – deklaruje tak ponad 62 proc. dorosłych przepytanych w ramach badania Barometr Providenta. Pomimo oszczędnego podejścia, najważniejszy okazuje się jednak gust dziecka, a koszty szkolnych zakupów są wysokie – co trzeci rodzic na wyprawkę przeznaczy kwotę między 501 a 1000 zł.

Około połowa Polaków kompletuje przybory szkolne systematycznie przez całe wakacje – wynika z tegorocznej edycji cyklicznego badania Barometr Providenta na temat szkolnej wyprawki. Większą systematycznością wykazywały się kobiety – aż 56 proc. z nich zakupy rozłożyła na wszystkie letnie miesiące. Co trzeci respondent poświęca na ten cel tylko kilka ostatnich dni wakacji, a 10 proc. najbardziej spóźnialskich ankietowanych zostawia to jeszcze na pierwsze dni szkoły.

Wyprawka jak spod igły

– W tym roku, kompletując wyprawkę dla naszych dzieci rzadziej sięgamy po rzeczy z drugiej ręki. Jeszcze rok temu co dziesiąty rodzic decydował się na zakup tak wielu używanych elementów wyprawki jak to możliwe. W tym roku wskazało tak zaledwie 3,2 proc. ankietowanych. Natomiast odsetek badanych, którzy kupują używane i nowe rzeczy w podobnych proporcjach utrzymał się na podobnym poziomie niecałych 40 proc. – zauważa Karolina Łuczak, Rzeczniczka Provident Polska. – Jak pokazuje Barometr Providenta, trend zero waste nie ma przełożenia na nasze szkolne zakupy. Choć w przypadku mody coraz częściej decydujemy się na produkty z drugiej ręki, w przypadku wyprawek możemy zaobserwować odwrotną tendencję – dodaje.

Aż 58,8 proc. kupujących podczas kompletowania wyprawki szkolnej, stawia tylko na rzeczy nowe. Podczas wyboru produktów dla rodziców najważniejszy jest gust dziecka – wskazało tak 63,4 proc. z nich. Cena, która była priorytetem w ubiegłorocznej edycji badania, spadła na drugie miejsce. Podium zamyka funkcjonalność produktów – ten element jest ważny dla 60,9 proc. Polaków. Co trzeci rodzic stawia również na walory edukacyjne wyprawki.

Szkolne wydatki rosną

Średnio na wyprawkę szkolną Polacy wydadzą w tym roku 802,80 zł. To dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku. Wyższe wydatki deklarują ojcowie – przeciętnie mężczyźni chcą wydać 930 zł, natomiast kobiety 706 zł. Niemal połowa Polaków kompletujących wyprawkę szkolną dla swojego dziecka, chce zmieścić się w budżecie między 201 a 500 zł, natomiast co trzeci ankietowany na ten cel przeznaczy kwotę między 501 a 1000 zł.

– Wzrost kosztów wyprawki możemy powiązać z kilkoma czynnikami – podkreśla Karolina Łuczak. – Pierwszym z nich jest inflacja, która wpłynęła na wzrost cen artykułów szkolnych, ale to nie jedyny trop. Większe wydatki mogą być spowodowane faktem, że częściej niż w ubiegłym roku decydujemy się na zakup całkowicie nowej wyprawki. Dodatkowo, ważniejszą pozycją w tegorocznym szkolnym budżecie jest sprzęt elektroniczny. Dla co trzeciego respondenta był on w tym roku najkosztowniejszy. To wzrost o 13,5 pp. w stosunku do ubiegłego roku – dodaje.

W tym roku, podobnie jak w poprzednim, największym obciążeniem finansowym dla rodziców kompletujących wyprawkę są podręczniki – tę odpowiedź wskazało 52,3 proc. badanych. Równie kosztowne są nowe ubrania dla dzieci – wskazuje tak 49,1 proc. rodziców. Plecak wspomniało 35,8 proc. ankietowanych.

Wyprawkę finansujemy z pensji

Dwóch na trzech przepytanych Polaków pokryje koszty wyprawki szkolnej z bieżących dochodów. Częściej deklarują tak mężczyźni (72,5 proc. vs. 66 proc. wśród kobiet). Niemal połowa, bo aż 45,2 proc. rodziców, skorzysta z różnych programów socjalnych. Na takie rozwiązanie częściej decydują się kobiety niż mężczyźni (49,1 proc. vs. 40 proc.). Co czwarty badany sięgnie do oszczędności. Ojcowie deklarują to częściej niż mamy – różnica to aż 11,9 pp. (30,8 proc. vs. 18,9 proc.). Niecałe 3 proc., aby sfinansować wyprawkę pożyczy pieniądze od rodziny, natomiast 1,8 proc. Polaków skorzysta z oferty instytucji finansowej.

O badaniu:

Barometr Providenta to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze rozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zostało zrealizowane przez Danae sp. z o.o. metodą CAWI na próbie N=1002 dorosłych Polaków, w lipcu 2023 r.

Słabe nastroje giełdowe i słabe dane z Chin wywierają presję na EURUSD

Kurs EURUSD korygował wczoraj wzrostowy ruch z piątku, który był wywołany publikacją NFP. Dołek został ustanowiony w okolicach 1,0930. Dziś od rana główna para walutowa lekko zyskuje. Wczoraj nastroje giełdowe były słabe a indeksy z Wall Street spadały, choć ostatecznie zniżki nie przekroczyły 1 proc. Zniżki to po części wpływ wczorajszych słabych danych eksportowych Chin, które wywołały obawy o globalną gospodarkę. Dziś kalendarz makro ponownie jest ubogi. Rynek oczekuje na jutrzejszy raport o inflacji z USA.

Wczorajsze dane z Chin wskazały, że eksport znajduje się w wyraźnym trendzie spadkowym. Eksport skurczył się o 14,5 proc. r/r a import o 12,4 proc. r/r. Związany z pandemią „boom” chińskiego sektora eksportowego dobiega końca w imponująco szybkim tempie. Z jednej strony dzieje się to w niefortunnym momencie, ponieważ zbiega się ze słabym popytem krajowym, wzmacniając i potęgując negatywne skutki gospodarcze. Z drugiej strony nie wróży to dobrze chińskiej walucie. Słabszy juan pomaga co prawda zwiększyć konkurencyjność cenową chińskich eksporterów na globalnym rynku i może w pewnym stopniu złagodzić spowolnienie eksportu. Jednak wyraźna deprecjacja juana może jeszcze bardziej wzmocnić tendencję prywatnego kapitału krajowego do opuszczenia Chin.

Na wczorajszej sesji Hang Seng spadł z poziomu powyżej 19 500 pkt. i wyznaczył minima w okolicach 19 065 pkt. Zniżki wyniosły ostatecznie 1,81 proc. Dziś widać minimalne odreagowanie ale brak jest wyraźnego popytu. Shanghai Composite stracił jedynie 0,25 proc. Dziś spadki są kontynuowane a indeks jest „pod kreską” prawie 0,6 proc.

Wracając do głównej pary walutowej – ta zdołała w 100 proc. zredukować piątkowe wzrosty. Euro nie otrzymało żadnego wsparcia ze strony danych makro. Presja cenowa w strefie euro słabnie, przez co kolejna podwyżka stóp EBC wydaje się być już nie tak pewna jak jeszcze niedawno. Miesięczne badanie oczekiwań konsumentów EBC pokazało, że oczekiwania inflacyjne w tej grupie nadal spadają. Pokazało ono także, że nadal oczekują oni, że dynamika wzrostu cen pozostanie powyżej celu instytucji w ciągu najbliższych trzech lat.

Bank centralny prawdopodobnie pozostanie zaniepokojony inflacją w strefie euro, mając jednocześnie nadzieję, że pozytywny rozwój sytuacji będzie kontynuowany. W przeciwieństwie do sytuacji w USA, gospodarka w strefie euro słabnie, co może wywierać presję na wspólną walutę. Jeśli inflacja będzie nadal podążać we właściwym kierunku, spekulacje na temat cięcia stóp w strefie euro mogą zostać ponownie podsycone.

Dolar w pewnym stopniu korzysta na słabych nastrojach. Piątkowe dane NFP nie były aż tak słabe, aby mogły mocniej osłabić USD. Reakcja rynku była zrozumiała, ale widać, jak ten ruch był mało trwały. Ochłodzenie rynku pracy, które jest widoczne, najwyraźniej jest jeszcze za słabe, aby stłumić obawy o inflację. W połączeniu z wciąż dość solidnymi danymi gospodarczymi, które prawdopodobnie spowodują wątpliwości co do recesji w USA, argumenty za rychłą obniżką stóp w Stanach Zjednoczonych nie są zbyt przekonujące.

Jutrzejsza publikacja CPI dla USA za lipiec może jednak ten obraz w pewnym stopniu zmienić. Konsensu rynkowy zakłada taki sam wynik jak w czerwcu w przypadku odczytu bazowego (4,8 proc. r/r). Z kolei wskaźnik zasadniczy, który uwzględnia ceny energii oraz żywności ma nawet urosnąć z 3 proc. do 3,3 proc. w relacji rok do roku. Zmiana miesiąc do miesiąca ma również pozostać niezmieniona i wynieść 0,2 proc. Niższe cyfry powinny osłabić dolara i spowodować, że kurs głównej pary walutowe ponownie znajdzie się powyżej 1,10 i oddali się od linii trendu wzrostowego, przy której to aktualnie się znajduje.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Polskie „hipoteki” prawie najdroższe w Europie

Ubiegłoroczne analizy portalu RynekPierwotny.pl dotyczące wysokiego kosztu nowych kredytów mieszkaniowych w Polsce wzbudziły spore zainteresowanie mediów. Trudno się dziwić, bo nasz kraj bardzo niekorzystnie wypadł pod względem średniego kosztu „hipotek”. W marcu 2022 r. Polska cechowała się najwyższym oprocentowaniem nowych kredytów mieszkaniowych w całej grupie krajów UE. Czy od tamtej pory sytuacja się poprawiła?

Poniższa tabela przygotowana przez ekspertów RynekPierwotny.pl na podstawie danych EBC wskazuje, że w czerwcu 2023 r. Polska nie miała już najwyższego oprocentowania nowych „hipotek” wśród krajów Unii Europejskiej. Według informacji zebranych przez Europejski Bank Centralny, czerwcowa średnia stopa oprocentowania nowych kredytów mieszkaniowych była jednak wyższa tylko na Węgrzech (10,06%). Polska zajmowała natomiast drugą pozycję w gronie krajów UE z wynikiem na poziomie 8,55%.

W czerwcu 2023 r. powody do narzekania mieli również kredytobiorcy hipoteczni z Rumunii, gdzie przeciętne oprocentowanie nowych „hipotek” oscylowało na poziomie 7,42%. Jeżeli chodzi o pozostałe państwa członkowskie Unii Europejskiej, to ich wyniki były znacznie niższe. Mowa o wartościach z przedziału 2,30% (Malta) – 5,60% (Łotwa).

Po uwzględnieniu wszystkich udzielanych kredytów mieszkaniowych z czerwca 2023 r. okazało się, że znacznie taniej od Polaków pieniądze na lokum pożyczają np. Czesi (średnie oprocentowanie: 5,40%) oraz Słowacy (3,92%). Od lipca bieżącego roku sytuację na korzyść naszego kraju poprawia program Bezpieczny Kredyt 2%. Pamiętajmy jednak, że z tego rozwiązania co do zasady mogą korzystać tylko osoby nie posiadające wcześniej żadnego lokum. Tab. 1 - Oprocentowanie kredytów hipotecznych

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Piotr Kuczyński: Sierpień rozpoczął się od ratingowego szoku

W pierwszym dniu sierpnia agencja ratingowa Fitch obniżyła rating długu USA z AAA do AA+. Dolar zamiast osłabnąć umocnił się, mimo że dług USA przekroczy w tym roku 130 proc. PKB. Jednak to ważne ostrzeżenie, które pokazuje, że problemy jednak mogą się pojawić.

Ostatni, lipcowy komentarz kończyłem pisząc, że teoretycznie po posiedzeniu FOMC i podczas raportów kwartalnych spółek w USA można oczekiwać letniej hossy na rynkach akcji, ale zbyt pozytywne nastroje inwestorów sygnalizują, że kontrarianin musi zakładać, iż wcześniej przejściowe ochłodzenie nastrojów jest bardzo prawdopodobne. Okazało się, że letnia hossa wytrwała w USA do końca lipca i dopiero potem rozpoczęła się bardzo umiarkowana korekta.

Zarówno Fed jak i EBC nie zawiodły oczekiwań – stopy zostały podwyższone o 25 pb. W obu przypadkach zarówno Jerome Powell, szef Fed jak i Christine Lagarde szefowa EBC zapowiedzieli, że we wrześniu (w sierpniu posiedzeń nie ma) decyzje o poziomie stóp procentowych będą podejmowane w oparciu o dane makro (podczas dwóch miesięcy będzie ich wiele). Dano wyraźnie do zrozumienia, że za dwa miesiące możliwa jest zarówno podwyżka stóp, jak i pauza, ale nie koniec cyklu zacieśniania polityki monetarnej.

Decyzja Rady Polityki Pieniężnej (RPP) też nikogo nie zaskoczyła – stopy pozostały na poziomie 6,75%. Rozpętała się jednak dyskusja na temat możliwej obniżki stóp. Wydaje się, że jest prawie pewna, ale ja twierdzę, że byłby to bardzo duży, wręcz niewybaczalny błąd. Nie będę powtarzał swoich argumentów, ale nadal twierdzę, że są one zarówno natury ekonomicznej, jak i politycznej.

W pierwszym dniu sierpnia pretekstu do korekty dostarczyła agencja ratingowa Fitch, obniżając rating długowi USA z AAA do AA+. To drugi taki ruch, bo 12 lat temu, też w sierpniu (5.08.2011) podobną decyzję podjęła agencja ratingowa Standard&Poor’s. Zabawne było to, że dolar się po tej decyzji bardzo umocnił. Czyli jak niepokój zagości na rynkach, to ucieka się do dolara, mimo że jego emitent ma problemy.

Widać było, że rynki szybko o tej decyzji Fitch zapomną, ale czy słusznie? USA są emitentem wehikułu finansowego całego świata, czyli dolar jest globalną walutą rezerwową. Udział dolara w rezerwach banków centralnych spadł w ciągu 20 lat z 70 proc. do około 50 proc., ale nadal jest potężny. Udział w handlu zagranicznym też spada, ale 40 proc. to nie jest mało. Amerykańska gospodarka jest największa na świecie – PKB ponad 25 bln dol. Tak więc bankructwo USA na razie nie grozi, bo będą w stanie spłacać odsetki od potężnego długu. Z naciskiem na „na razie”.

Generalnie jednak można powiedzieć, że Fitch słusznie postąpił, obniżając rating USA, bo ich zadłużenie w relacji do PKB przekroczy w tym roku 130 proc. Warto też odnotować, że agencja boi się czynnika politycznego – olbrzymiej polaryzacji politycznej, która może doprowadzić do fatalnych skutków. Na przykład po wyborach prezydenckich w 2024 r. lub przy podwyższaniu limitu zadłużenia w 2025 roku.

Obniżka ratingu była znikoma i należy uznać, że było to ostrzeżenie: uważajcie, bo mimo że jesteście najwięksi na świecie i możecie wydrukować globalną walutę, to w kwestii zadłużenia posuwacie się w niewłaściwym kierunku. Zakładam, że trendy będą dla USA i dolara niekorzystne, do czego dążyć będą Chiny. Tam politycy się nie śpieszą, więc problemy USA, które każą powiedzieć, że Fitch i Standard&Poor’s były kanarkami w kopalni, odłożone są w czasie nie o parę, a raczej o wiele lat.

Autor: Piotr Kuczyński, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, DI Xelion

Bezpieczny kredyt zwiększył zainteresowanie niewielkimi domami

Rośnie zainteresowanie domami na sprzedaż. W lipcu potencjalni nabywcy tego typu nieruchomości poszukiwali ich o 15% częściej niż rok temu. Na popularności zyskują przede wszystkim niewielkie cztero- i pięciopokojowe domy, których ceny mieszczą się w limicie programu Bezpieczny Kredyt 2%, czyli do 800 tys. zł. Jednak wśród konsumentów widać także rosnące zainteresowanie droższymi domami w kwotach do 1,5 mln oraz wyższych. Równocześnie popyt ze strony konsumentów zachęcił sprzedających do wystawiania nieruchomości na sprzedaż, a w niektórych regionach baza dostępnych ofert zwiększyła się nawet o 20%  r/r.

Szczyt ożywienia w segmencie domów na sprzedaż przypada zazwyczaj w okresie noworocznym. W tym roku jednak, za sprawą obietnicy rządowych dopłat w programie Bezpieczny Kredyt 2%, historycznie obserwowana sezonowość zakupów na rynku mieszkaniowych nie ma zastosowania. Według danych Otodom w lipcu 2023 r. liczba wyszukiwań domów na sprzedaż wzrosła o 14% względem czerwca i była o 15% wyższa w porównaniu do ubiegłego roku.

– Wzrost popytu w segmencie domów na sprzedaż to efekt ogólnego ożywienia na rynku nieruchomości, związanego częściowo z programem dopłat do kredytów. Z jednej strony obserwujemy bowiem rosnące zainteresowanie domami w cenach spełniających limity programu Bezpieczny Kredyt 2%. Jednak z drugiej strony Polacy coraz częściej poszukują także droższych domów. To wskazuje, że obecnie zakup tego typu nieruchomości rozważają również nabywcy gotówkowi lub dysponujący wyższą zdolnością kredytową – komentuje Karolina Klimaszewska, starsza analityczka Otodom.

Rośnie popularność niewielkich domów

W porównaniu do ubiegłego roku potencjalni nabywcy częściej zwracają uwagę na domy o mniejszym metrażu. W lipcu prawie 40% wyszukiwań domów dotyczyło tych o powierzchni liczącej minimum 76-100 mkw., podczas gdy te przekraczające 150 mkw. stanowiły niecałe 14% wyszukiwań. Trend znajduje odzwierciedlenie także w preferowanej liczbie pokoi. Najbardziej na popularności wśród potencjalnych nabywców zyskują bowiem domy cztero-i pięciopokojowe, których wyszukiwania stanowiły w lipcu 43% wszystkich ogłoszeń w tej kategorii.

Biorąc pod uwagę limity programu Bezpieczny Kredyt 2%, nie dziwi fakt, że w ostatnim czasie zwiększyła się liczba wyszukiwań mniejszych domów, których cena całkowita mieści się w dopuszczalnej kwocie. W kolejnych miesiącach możemy się spodziewać nasilenia tej tendencji. Nabywcy zainteresowani skorzystaniem z oferty kredytu z rządowym subsydium będą nadal poszukiwać nieruchomości o mniejszym metrażu przy liczbie pokoi, która umożliwi komfortowe funkcjonowanie na stosunkowo niewielkiej przestrzeni – podkreśla Karolina Klimaszewska.

Warto zauważyć jednak, że większym niż rok temu zainteresowaniem cieszą się także domy na sprzedaż w cenie od 1-1,5 mln. zł ( +1,5 p.p. r/r w udziale wyszukiwań według przedziału cenowego).

Wysoki poziom inflacji i koszty budowy prawdopodobnie przekierowują uwagę części osób, które planowały samodzielną budowę domu, na zakup gotowych nieruchomości. Równocześnie większa niż przed rokiem liczba dostępnych ofert oraz wzrost dostępności kredytowania zachęca nabywców dysponujących wyższym budżetem do poszukiwania domów dla siebie – dodaje ekspertka Otodom.

Polacy najchętniej wybierają domy wolnostojące

Dane Otodom wskazują, że niezmiennie największą popularnością wśród potencjalnych nabywców domów cieszą się nieruchomości wolnostojące. W lipcu dotyczyło ich aż 63% wyszukiwań w serwisie. Na drugim miejscu, daleko w tyle, znalazły się domy z zabudowie bliźniaczej (10% wyszukiwań), podczas gdy szeregowców dotyczyło jedynie 6% zapytań.

W II kwartale tego roku koszt zakupu mkw. powierzchni użytkowej domu wolnostojącego był o ok. 12% niższy niż w przypadku szeregowca i o ok. 10% niższy od domu w zabudowie bliźniaczej. Jednak za tak dużą popularnością domów wolnostojących stoi przede wszystkim nasze przywiązanie do posiadania własnego ogrodu i prywatności, której inne typy domów nie zapewniają w tak dużym stopniu – zaznacza Karolina Klimaszewska, Otodom.

Szeroka oferta domów do 800 tys. zł.

Nabywcy, którzy planowali sfinansowanie zakupu domu przy pomocy programu Bezpieczny Kredyt 2%, mieli w czym wybierać. W lipcu br. blisko połowa aktywnych ofert domów na sprzedaż w serwisie Otodom kwalifikowała się do maksymalnego limitu programu, czyli 800 tys. zł. Konsumenci z mniejszym budżetem, do 600 tys. zł, mieli do dyspozycji blisko 26% spośród 68 tys. ogłoszeń. Z kolei domy na sprzedaż w granicach 600-800 tys. zł stanowiły ponad jedną czwartą dostępnej oferty.

Jednak nie w każdym regionie Polski potencjalni nabywcy mieli równie szeroki wybór. W lipcu najwięcej ofert domów na sprzedaż dostępnych było w województwach mazowieckim (ponad 12 tys.), śląskim, wielkopolskim i dolnośląskim (7-8 tys.). Natomiast zainteresowani zakupem tego typu nieruchomości w Świętokrzyskiem, Opolskiem i Lubuskiem musieli liczyć się z najmniejszą liczbą ofert.

Co ciekawe, w porównaniu do ubiegłego roku w niektórych regionach kraju baza dostępnych domów na sprzedaż znacząco się zwiększyła. W województwach takich jak warmińsko-mazurskie, opolskie i lubelskie wzrosła o blisko jedną piątą r/r. Może to wskazywać na to, że sprzedający domy w tych regionach wiążą spore nadzieje z programem dopłat do kredytów dla osób kupujących pierwszą nieruchomość.

OLYMP planuje emisję akcji z prawem poboru

OLYMP zwołał Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które zdecyduje o emisji akcji z zachowaniem prawa poboru. Spółka chce pozyskać finansowanie na realizację rosnącego portfela zamówień. Udział w emisji zapowiedział największy akcjonariusz Spółki, który zamierza nabyć akcje o wartości około 3 mln zł.

OLYMP systematycznie zwiększa portfel zamówień. W lipcu Spółka podpisała umowę z Xtreme Fitness, dzięki której została jedynym z głównych dostawców sieci fitness. W ramach poszczególnych zamówień będzie odpowiadać za kompleksowe wyposażanie klubów tej sieci. Wartość umowy to co najmniej 2-5 mln zł rocznie.

– Umowa z Xtreme Fitness to dla nas kluczowy kontrakt, a jego roczna wartość prawdopodobnie przewyższy dotychczasowe roczne przychody OLYMP. To niejedyna umowa, którą realizujemy dlatego zdecydowaliśmy się zaproponować akcjonariuszom emisję akcji z prawem poboru. Wierzę, że wspólnie możemy dalej rozbudowywać OLYMP. – komentuje Sylwia Czepiżak, prezes OLYMP.

Spółka ma zabezpieczone finansowanie na rozpoczęcie realizacji kontraktu z Xtreme Fitness dzięki pożyczce od kancelarii Sommerrey&Partners, największego akcjonariusza OLYMP. Zapowiedział on udział w planowanej emisji akcji, w ramach której m.in. planuje skonwertowanie na akcje udzielonej w lipcu br. pożyczki o wartości 1,8 mln zł.

– Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, moje zaangażowanie w OLYMP jest długoterminowe. Wszystkie środki ze sprzedaży akcji przeznaczę na reinwestycję w spółkę, planuję objąć akcje o wartości około 3 mln zł. Wspólnie z nowymi inwestorami, którzy w ostatnich tygodniach nabyli znaczące pakiety akcji spółki chcemy dalej zwiększać skalę jej działalności. – komentuje Hubert Sommerrey, wspólnik Sommerrey&Partners Kancelaria Radców Prawnych sp.k.; główny akcjonariusz i pełnomocnik zarządu OLYMP.

Zgodnie z propozycją uchwał na Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, OLYMP może wyemitować maksymalnie 19,98 mln akcji. Każdy Akcjonariusz OLYMP posiadający akcje na dzień 20 września 2023 r. (dzień prawa poboru) otrzyma jedno jednostkowe prawo poboru na każdą posiadaną akcję, a każde jednostkowe prawo poboru będzie uprawniać do objęcia trzech akcji nowej emisji. Decyzję w sprawie emisji akcji podejmą Akcjonariusze OLYMP na NWZA zwołanym na 4 września 2023 r.

8 sierpnia Spółka poinformowała o transakcji zakupu akcji przez Pawła Karpińskiego, który kupił od kancelarii Sommerrey&Partners 1 mln akcji OLYMP i obecnie posiada 15% wszystkich akcji OLYMP. Wcześniej, w czerwcu 2023 r., w akcjonariacie spółki ujawnił się Adam Kalisiak, który posiada 8% akcji Spółki.

Xtreme Fitness działa na rynku od 2012 roku. Obecnie posiada ponad 50 klubów fitness na terenie całego kraju. Firma zapowiada dynamiczny rozwój – do 2027 r. planuje zwiększyć sieć do 227 lokalizacji na terenie Polski oznacza to, że w tym czasie są planowane otwarcia około 40 klubów rocznie. Umowa z OLYMP obejmuje wyposażenie od 3-7 klubów rocznie  – wraz z pełnym serwisem – jednak przez wzgląd na duże potrzeby sprzętowe Xtreme Fitness może ona zostać rozszerzona. OLYMP ma za sobą udane, testowe wdrożenie w nowym klubie Xtreme Fitness w Opolu.

W 2022 roku spółka OLYMP osiągnęła 2,8 mln zł przychodów względem 2,1 mln zł rok wcześniej. W I kwartale br. spółka wypracowała 1,6 mln zł przychodów.

Stany Zjednoczone i Chiny: dwie różne gospodarki, dwa różne problemy

Amerykanie pokazali czerwcowe dane ze swojego handlu. Bilans handlowy zwyczajowo pokazywany jest dopiero około 40 dni po zakończeniu miesiąca. W tle mamy deflację w Chinach, tak Pekin boryka się z rocznym spadkiem cen.

Stabilizacja bilansu USA

Wczorajsze dane pokazują, że handel w USA się powoli jednak stabilizuje. Import towarów dalej przekracza oczywiście eksport, ale deficyt w wysokości 65,5 mld USD to trzeci najniższy wynik w okresie ostatnich dwóch lat. Słabnący dolar pomaga zresztą stabilizować ten parametr. Musimy oczywiście pamiętać, że to dane za czerwiec, więc jeszcze sprzed nagłego osłabienia, które miało miejsce dopiero w lipcu. Warto jednak zwrócić uwagę, że już wtedy trend był korzystny dla stabilizacji. Należy pamiętać, że bilans ten powstaje na podstawie danych z urzędów celnych, co powoduje, że część analityków wskazuje na problemy z uwzględnieniem niektórych usług, co powoduje zawyżanie tego parametru.

Inflacja w Chinach

Dane z Chińskiej Republiki Ludowej często znajdowały się na zupełnie innych poziomach niż zachodnie. Przeważnie dotyczyło to jednak wzrostu PKB, produkcji przemysłowej czy sprzedaży detalicznej. Dzisiaj w nocy na rynek trafiły dane z Chin. Panuje tam deflacja na poziomie 0,3%. Tak w Chinach naprawdę ceny spadły w ciągu roku. Nie wynika to z tego, że ktoś nie rozumie, jak działa spadek inflacji, tylko ceny naprawdę spadają. Co ciekawe, ceny producentów spadają nawet mocniej, bo o 4,4%. Jest to jednak wynik zupełnie innej polityki Państwa Środka. Kraj ten, obniżając stopy procentowe w covidzie, nie poszedł na modłę zachodnią zalewania gospodarki, tylko zrobił to ostrożnie, o 0,2%, obniżając później jeszcze o kolejne 0,3%. W rezultacie nie zalano gospodarki tanim pieniądzem, z którym potem trzeba byłoby walczyć.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

UPS publikuje wyniki finansowe za IIQ 2023 r.

  • Skonsolidowane przychody ze sprzedaży w wysokości 22,1 mld USD; w roku ubiegłym: 24,8 mld USD;
  • Skonsolidowany zysk z działalności operacyjnej w ujęciu skorygowanym w wysokości 2,8 mld USD. Skonsolidowany zysk z działalności operacyjnej w wysokości 2,9 mld USD;
  • Marża operacyjna w ujęciu skonsolidowanym i skorygowana marża operacyjna w ujęciu skonsolidowanym na poziomie, odpowiednio, 12,6% i 13,2%
  • Rozwodniony zysk na akcję w ujęciu skorygowanym w wysokości 2,42 USD. Rozwodniony zysk na akcję w wysokości 2,54 USD; w roku ubiegłym: 3,29 USD;
  • Osiągnięto korzystne dla obu stron porozumienie ze związkami zawodowymi Teamsters obejmujące ponad 300 000 pracowników UPS.

Spółka UPS (NYSE: UPS) opublikowała dane dotyczące skonsolidowanych przychodów za drugi kwartał 2023 r., które wyniosły 22,1 mld USD i były o 10,9% niższe w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Skonsolidowany zysk z działalności operacyjnej wyniósł 2,8 mld USD, co oznacza spadek o 21,4% (18,4% w ujęciu skorygowanym) w porównaniu z drugim kwartałem 2022 roku. Rozwodniony zysk na akcję wyniósł w omawianym kwartale 2,42 USD (2,54 USD w ujęciu skorygowanym) i był o 22,8% niższy niż w analogicznym okresie 2022 roku.

Wyniki za drugi kwartał 2023 r. obliczane według standardów rachunkowości GAAP obejmowały koszt procesów transformacyjnych po opodatkowaniu i inne koszty w wysokości 106 mln USD, co odpowiada kwocie 0,12 USD na akcję po rozwodnieniu.

– Cieszymy się, że osiągnęliśmy porozumienie z Teamsters. Chcę podziękować ponad 500 tysiącom pracowników UPS na całym świecie za ich ciężką pracę i zaangażowanie, a także za to, że stale zapewniają klientom obsługę według najwyższych standardów w branży. Specjalne podziękowania kieruję do naszych klientów, którzy zaufali UPS podczas negocjacji ze związkami zawodowymi – powiedziała Carol Tomé, dyrektor generalna UPS. – Firma UPS jest silniejsza niż kiedykolwiek. Jeżeli chodzi o nasze plany na przyszłość, będziemy nadal realizować strategię mającą na celu generowanie wzrostu w najbardziej atrakcyjnych częściach rynku i dążenie do tego, aby nasza globalna zintegrowana sieć stała się jeszcze bardziej efektywna.

Segment przesyłek krajowych w Stanach Zjednoczonych

   

II kw. 2023 r.

Dane skorygowane

II kw. 2023 r.

 

II kw. 2022 r.

Dane skorygowane

II kw. 2022 r.

Przychody ze sprzedaży 14.396 mln USD   15.459 mln USD  
Zysk z działalności operacyjnej 1.602 mln USD 1.681 mln USD 1.829 mln USD 1.855 mln USD

 

  • Kwota przychodów obniżyła się o 6,9% w związku ze spadkiem średniego dziennego wolumenu sprzedaży o 9,9%, który został częściowo zrekompensowany przez wzrost wyników sprzedaży w przeliczeniu na przesyłkę o 3,3%.
  • Marża operacyjna ukształtowała się na poziomie 11,1%, a skorygowana marża operacyjna wyniosła 11,7%.

Segment przesyłek międzynarodowych

   

II kw. 2023 r.

Dane skorygowane

II kw. 2023 r.

 

II kw. 2022 r.

Dane skorygowane

II kw. 2022 r.

Przychody ze sprzedaży 4.415 mln USD   5.073 mln USD  
Zysk z działalności operacyjnej 883 mln USD 902 mln USD 1.193 mln USD 1.204 mln USD

 

  • Przychody ze sprzedaży zmniejszyły się o 13,0% głównie w wyniku spadku średniodobowego wolumenu sprzedaży o 6,6% oraz utrzymanie się słabszych wyników na azjatyckich trasach przewozowych.
  • Marża operacyjna ukształtowała się na poziomie 20,0%, a skorygowana marża operacyjna wyniosła 20,4%.

Rozwiązania dla łańcuchów dostaw1

   

II kw. 2023 r.

Dane skorygowane

II kw. 2023 r.

 

II kw. 2022 r.

Dane skorygowane

II kw. 2022 r.

Przychody ze sprzedaży 3.244 mln USD   4.234 mln USD  
Zysk z działalności operacyjnej 295 mln USD 336 mln USD 513 mln USD 517 mln USD

1 Kategoria ta obejmuje wyniki segmentów działalności niespełniających kryteriów segmentu sprawozdawczego określonych w ramach ASC Topic 280 — Sprawozdawczość segmentowa.

  • Odnotowany spadek przychodów o 23,4% wynikał z mniejszych wolumenów sprzedaży
    i obniżenia rynkowych stawek cen usług spedycji, które częściowo zostały skompensowane wzrostem w obszarze logistyki, w tym obsługi przesyłek medycznych.
  • Marża operacyjna ukształtowała się na poziomie 9,1%, a skorygowana marża operacyjna wyniosła 10,4%.

Perspektywy dla roku 2023

UPS przedstawia prognozę wybranych wyników według wartości skorygowanych, na podstawie standardów innych niż amerykańskie standardy rachunkowości (GAAP), ponieważ nie można przewidzieć ani przedstawić uzgodnienia odzwierciedlającego wpływ przyszłej aktualizacji wyceny programów świadczeń emerytalnych, jak również innych nieprzewidzianych zdarzeń, które byłyby ujęte w wynikach raportowanych według amerykańskich standardów rachunkowości i mogłyby stanowić ich istotną pozycję.

UPS aktualizuje swoje cele w zakresie skonsolidowanych przychodów i skorygowanej marży operacyjnej za cały rok 2023 przede wszystkim w celu uwzględnienia wpływu negocjacji pracowniczych na wolumeny oraz kosztów związanych z wstępnym porozumieniem osiągniętym ze związkiem zawodowym International Brotherhood of Teamsters w dniu 25 lipca 2023 r. UPS oczekuje obecnie, że skonsolidowane przychody za cały rok 2023 wyniosą ok. 93 mld USD, a skorygowana marża operacyjna – ok. 11,8%.

Spółka potwierdza swoje plany odnośnie do alokacji kapitału i planuje poniesienie nakładów inwestycyjnych rzędu 5,3 mld USD, wypłatę dywidendy na poziomie około 5,4 mld USD pod warunkiem jej zatwierdzenia przez Radę Dyrektorów, oraz nabycie akcji własnych o wartości około 3 mld USD.

* Kwoty „skorygowane” stanowią wskaźniki finansowe, które nie są obliczane zgodnie ze standardami rachunkowości GAAP. Więcej informacji na temat wskaźników finansowych obliczanych zgodnie ze standardami rachunkowości innymi niż GAAP, w tym uzgodnienie do najbliżej skorelowanego wskaźnika GAAP, przedstawiono w załączniku do niniejszego komunikatu.

Rosną kary, mimo że przestępczość w Polsce spada

Część doktryny i nauki prawa głosi teorię, że nie surowość a nieuchronność kary prowadzi do zmniejszenia przestępczości. Przestępca popełni czyn zabroniony pomimo grożącej mu kary jeśli nie będzie miał świadomości jej nieuchronności – bo będzie liczył na to, że jej uniknie. Tymczasem w Polsce od października nastąpi kolejne zaostrzenie sankcji przewidzianych w Kodeksie karnym, podczas gdy na ulicach brakuje kilkunastu tysięcy policjantów.

Wyższe kary

Od 1 października 2023 r. wejdzie w życie Ustawa z dnia 7 lipca 2022 r. o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw, zaostrzająca przewiedziane w kodeksie kary (część przepisów wejdzie w życie od 1 marca 2024 r. i później). Nastąpi m.in. likwidacja kary 25 lat więzienia i podniesienie górnej granicy terminowej kary pozbawienia wolności z 15 do 30 lat. Jednocześnie zostanie wprowadzona kara bezwzględnego dożywocia – czyli bez możliwości ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie warunkowe. Z 3 lat do 10 lat pozbawienia wolności wzrośnie zagrożenie karą za szantaż. Nietrzeźwym kierowcom odbierane będą ich samochody. Już wcześniej znacznie podwyższono kary za wykroczenia i przestępstwa skarbowe. Za fałszowanie faktur można pójść na 25 lat do więzienia, czyli na tyle ile grozi m.in. za wszczęcie wojny, czy zabójstwo.

A przestępczość spada

Na stronach internetowych Policji dostępne są statystyki stwierdzonych przestępstw w latach 1999 – 2021. W latach 90-tych i na początku lat 2000 stwierdzano ich rok rocznie między 1,1 a 1,3 mln. Ostatnie lata – od 2015 roku to o niemal 40% mniej przestępstw w porównaniu do wczesnych lat 2000 bo między 700 a 820 tyś.

Na razie brak całościowych statystyk za 2022 rok, jednak m.in. Łódzki Garnizon Policji poinformował, że w ub. r. doszło na jego terenie do niemal 15% spadku liczby popełnionych w stosunku do 2021 roku. Również państwowy Instytut Wymiaru Sprawiedliwości w publikacji z 8 grudnia 2022 r. przyznał, że przestępczość w Polsce spada.

W tym kontekście rodzi się pytanie, jakie argumenty przemawiają za potrzebą podwyższania kar, skoro pomimo spadku liczby przestępstw pomiędzy 1999 rokiem a 2022 ich wykrywalność wciąż utrzymuje się na poziomie z 1999 roku.

Zagrożenie bezpieczeństwa

W marcu 2023 r. Rzeczpospolita napisała o rekordowych brakach kadrowych w Policji. Nieobsadzonych jest niemal 13 000 etatów, co zagraża bezpieczeństwu w kraju. Tak złej sytuacji nie było od 12 lat. Funkcjonariuszy brakuje szczególnie w dużych miastach, a alarmujące niedobory są w strategicznych jednostkach, jak np. w  biurze ds. ścigania cyberprzestępstw, w którym sięgają 50% zapotrzebowania, podczas gdy cyberataków

dynamicznie przybywa. Zaledwie po dwóch pełnych miesiącach 2023 roku ze służby odeszło 6,5 tys. funkcjonariuszy a przyjęto do niej zaledwie 772.

Czemu ma służyć to utrzymywanie stanu terroru w kraju?

W ostatnich latach w Polsce dąży się do zaostrzania kar za przestępstwa. Od dawna w doktrynie panuje przekonanie, że to nie surowość kary, ale wysokie prawdopodobieństwo jej wymierzenia jest czynnikiem, który wpływa na zmniejszenie przestępczości. Państwo powinno więc dążyć do zwiększenia egzekucji istniejącego prawa. Sprawca, który został popchnięty do popełnienia czynu zabronionego nie zastanawia się, czy grozić mu będzie 10 czy 15 lat. W większości przypadków ma bowiem nadzieję na uniknięcie kary. Dlatego to właśnie jej nieuchronności miałaby większy wpływ na jego decyzyjność. Pomimo, że już od wielu lat liczba przestępstw w Polsce nie ma tendencji wzrostowej, kary już wkrótce ulegną zaostrzeniu. Jednocześnie możliwości egzekucji kary maleją wraz z rosnącymi niedoborami w szeregach policji.

O tym, że nie surowość kary, ale jej nieuchronność powstrzymują przed przestępstwem pisał już w XVIII wieku włoski prawnik i pisarz Cesare Beccaria. Inny znany prawnik epoki Oświecenia, francuski filozof Monteskiusz mawiał – surowość kar lepiej odpowiada despotyzmowi, którego zasadą jest groza. W tych państwach Europy, które zwiększały kary, oddalano się od wolności.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarią Prawną Skarbiec specjalizującą się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Sfinks z kolejnym wzrostem sprzedaży

Przychody gastronomiczne w restauracjach zarządzanych przez Sfinks Polska, należących do sieci SPHINX, Chłopskie Jadło, Lepione Pieczone by Chłopskie Jadło oraz The Burgers, wzrosły w lipcu o 8% r/r i wyniosły 17,72 mln PLN. To wynik wypracowany przez 75 lokali, czyli o 7 mniej niż rok wcześniej. Narastająco, w miesiącach styczeń – lipiec br. sprzedaż tych sieci osiągnęła poziom 107,56 mln PLN, czyli o 14,2% wyższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie, przychody realizowane przez lokale porównywalne, działające zarówno na koniec raportowanego miesiąca, jak i na koniec analogicznego miesiąca roku ubiegłego (L2L), wyniosły 17,31 mln PLN w lipcu br. wobec 15,37 mln PLN rok wcześniej, co oznacza wzrost o 12,6% r/r.

– Nasze sieci mają za sobą kolejny dobry miesiąc, który potwierdza, że notowane zwiększenie sprzedaży jest trendem stałe wpisującym się w nasze działania. Warto podkreślić, że wzrosty te generujemy mimo mniejszej sieci niż rok wcześniej i to aż o 9%. Rok temu w ciepłych miesiącach mieliśmy do czynienia z wysoką sprzedażą, bo nie był to już okres naznaczony pandemią, zatem baza jest dość wysoka, tym bardziej wygenerowane wzrosty oceniamy pozytywnie. Narastająco, od początku roku na porównywalnej sieci notowaliśmy przychody gastronomiczne w wysokości 106,34 mln PLN, czyli o 19,8% wyższe niż rok wcześniej, co pokazuje potencjał do dalszego zwiększania wyników wraz z rozwojem sieci. Mamy zaawansowane plany w tym zakresie, tylko na ten rok zaplanowaliśmy otwarcia 10 lokali, a docelowo zakładamy odbudowę liczby zarządzanych restauracji do poziomu sprzed pandemii. Rozwój ten zamierzamy realizować w modelu franczyzowym, dzięki czemu wydatki inwestycyjne nie będą dociążać naszych wyników – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska SA.

Wśród przygotowywanych przez Sfinks otwarć jest restauracja Sphinx w Jarocinie, która ruszy za kilka miesięcy. Gastronomiczna spółka uruchomiła już jednak w tym mieście wspólnie z franczyzobiorcą lokal w nowym formacie – SPHINX Coctail Bar, który działa na płycie jarocińskiego rynku pod zadaszoną konstrukcją –  tarrasolą, z elementami charakterystycznego dla sieci SPHINX wystroju.

Dramatycznie kurczy się oferta nowych mieszkań a ceny dalej rosną [RAPORT]

Także w lipcu deweloperzy nie dostarczyli na rynek tylu mieszkań, by zaspokoić popyt na nie. Eksperci portali RynekPierwotny.pl i GetHome.pl zwracają uwagę, że w metropoliach, w których oferta mieszkań kurczy się najszybciej, w szybkim tempie rosną także ich ceny.

Szczególnie dramatyczna jest sytuacja w Krakowie. Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w ofercie tamtejszych firm deweloperskich było pod koniec lipca aż o 36% mniej mieszkań niż jeszcze siedem miesięcy temu! W efekcie ich średnia cena metra kwadratowego przebiła pułap 14 tys. zł i szybko zbliża się już do poziomu warszawskiego – mówi Marek Wielgo, ekspert portali RynekPierwotny.pl i GetHome.pl.Wyk. 1 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-ofertaK

Co prawda, w stolicy oferta lokali skurczyła się w tym okresie aż o 29%, ale wygląda na to, że warszawscy deweloperzy są w dużo lepszej sytuacji, bo mają grunty z pozwoleniami na budowę, na których mogą zaoferować mieszkania w segmencie popularnym, a więc z myślą o tych, którzy posiłkują się kredytem. Tym bardziej, że od lipca prawdziwą furorę na rynku robi dotowany przez państwo „Bezpieczny Kredyt 2%”. Ponadto poprawiła się dostępność zwykłych kredytów hipotecznych, więc sięga po nie coraz więcej osób. Warszawscy deweloperzy wciąż mogą też liczyć na zamożnych klientów, którzy kupują mieszkania z wyższej półki. W lipcu średnia cena sprzedawanych lokali sięgała 15,1 tys. zł / m kw.Wyk. 2 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-ceny-wprowadzone-sprzedane

Ceny mieszkań na rynku pierwotnym

Niestety, w niektórych metropoliach deweloperzy najwyraźniej mają ograniczone możliwości ze względu na niską dostępność działek, a w efekcie ich bardzo wysokie ceny. W Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu i Poznaniu wprowadzali w lipcu na rynek głównie drogie mieszkania, choć znacznie od nich tańsze znajdowały nabywców. To spowodowało wzrost średniej ceny metra kwadratowego, np. w Trójmieście aż o 4%! O wysokich podwyżkach, a do tego wyższych niż wynikało to z naszych wstępnych danych, można mówić w przypadku Krakowa (o 3%) i Wrocławia (o 2%). Natomiast w Poznaniu i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii podwyżka wyniosła „tylko” 1%.Wyk. 3 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-cenaM

Przy czym w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, a także w Warszawie i Łodzi mieszkania wprowadzane do sprzedaży miały cenę niższą od średniej. Mimo to tylko w tych dwóch ostatnich miastach średnia cena metra kwadratowego była o 1% niższa niż w czerwcu. Należy zwrócić uwagę, że w stolicy nie wzrosła ona także w czerwcu. Z kolei podwyżkę w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii trzeba tłumaczyć podwyżkami cen lokali będących, już od jakiegoś czasu, w ofercie deweloperów.

Trzeba też mieć na uwadze, że w zależności od tego, jakie mieszkania wchodzą na rynek, średnia w poszczególnych miesiącach może rosnąć lub maleć. Nie ulega jednak wątpliwości, że z koniecznością ponoszenia coraz większych wydatków muszą się liczyć szczególnie kupujący nowe mieszkania właśnie w Krakowie i Trójmieście, gdzie od grudnia ubiegłego roku średnia cena metra kwadratowego wzrosła aż o 13%.Wyk. 4 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-cenaK

W pozostałych metropoliach podwyżki nie były aż tak drastyczne. Najmniej, bo o 4%, wzrosła średnia cena metra kwadratowego w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Z kolei we Wrocławiu i w Łodzi podwyżka wyniosła 5%, w Poznaniu – o 6%, zaś w Warszawie – o 8%.

Skutki tych podwyżek lepiej obrazuje struktura cenowa oferty firm deweloperskich, która w okresie siedmiu ostatnich miesięcy tego roku dość mocno się zmieniła. Na przykład w Trójmieście oferta lokali z ceną poniżej 9 tys. zł skurczyła się w tym czasie z 24% do 15%. Za to odsetek mieszkań z ceną powyżej 15 tys. zł za metr zwiększył się z 17% do 29% (w czerwcu wynosił 25%). Równie spektakularne zmiany miały miejsce w Krakowie, gdzie – podobnie jak w Trójmieście – średnia cena metra kwadratowego wrosła w tym roku najbardziej. Można przypuszczać, że z oferty krakowskich i warszawskich deweloperów najpewniej znikną do końca roku mieszkania z cenami poniżej 9 tys. zł za m kw.Wyk. 5 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-struktura cen

Ekspert portali RynekPierwotny.pl i GetHome.pl obawia się rekordowego wzrostu średniej ceny metra kwadratowego w stolicach Pomorza i Małopolski. Najwyższa podwyżka miała tam miejsce w 2021 r.: w Trójmieście – o 18%, a w Krakowie – o 14%. Pesymistyczna prognoza wynika z faktu, że w ciągu 12 miesięcy nowe mieszkania w Krakowie podrożały średnio na metrze aż o 20%, a w Trójmieście o 17%.Wyk. 6 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-cenaR

Ceny mieszkań na rynku wtórnym

Niestety, także na rynku wtórnym oferta lokali skurczyła się w tym roku. Ponadto w Warszawie i Trójmieście średnia cena metra kwadratowego mieszkań z drugiej ręki wciąż jest wyższa niż u deweloperów, a w Krakowie porównywalna.Wyk. 7 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-cena-pierwotny-wtórny

Największa różnica na korzyść rynku wtórnego jest w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Jednak ceny używanych mieszkań doganiają tu ceny lokali z rynku pierwotnego. I to nie tylko dlatego, że wyprzedają się najtańsze mieszkania, a równocześnie rosną oczekiwania sprzedających. Na rynku wtórnym rośnie też udział nowych mieszkań. To wszystko powoduje, że Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia jest tegorocznym liderem wzrostu średniej ceny metra kwadratowego mieszkań. Jak wynika z danych portalu GetHome.pl, od grudnia do lipca wzrosła ona aż o 17%. Dodajmy, że duża podwyżka miała miejsce w Krakowie (o 10%), Wrocławiu (o 8%) i Trójmieście (o 7%).Wyk. 8 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-cena-wtórnyK

Warto zwrócić jednak uwagę, że w ciągu 12 miesięcy w większości największych miast mieszkania z drugiej ręki drożały znacznie wolniej niż od deweloperów. Wyjątkiem jest wspomniana wcześniej Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia.Wyk. 9 Ceny mieszkań-lipiec 2023-zmiana cen-pierwotny-wtórny

Ponadto lipiec był kolejnym miesiącem stabilizacji średniej ceny metra kwadratowego mieszkań w Poznaniu (od kwietnia) i w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (od czerwca). We Wrocławiu średnia po raz pierwszy w tym roku spadła (o 1% ). Natomiast w pozostałych metropoliach nieruchomości podrożały. Najbardziej w Warszawie – o 3%, zaś w Trójmieście i Łodzi – o 2%  W Krakowie tempo podwyżek spadło do 1%.Wyk. 10 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-cena-wtórnyM

Jest to jednak słabą pociechą dla tych, którzy chcą kupić mieszkania za jak najniższą cenę.  Także na rynku wtórnym poprzeczka cenowa poszła w górę. W grudniu ubiegłego roku 93% mieszkań w ofercie śląskich agencji pośrednictwa kosztowało mniej niż 8 tys. zł za m kw. W lipcu tego roku udział takich lokali skurczył się do 75%. Z kolei z 5% do 20% zwiększył się odsetek mieszkań z ceną ofertową w przedziale 8-10 tys. zł za metr.Wyk. 11 - Ceny mieszkań-lipiec 2023-struktura cen-wtórny

Autor: Marek Wielgo, ekspert portali RynekPierwotny.pl i GetHome.pl

Inflacja znów głównym tematem

Kwestia zmian cen, to coś, co zostanie z nami na dłużej. To w końcu od inflacji zależą decyzje banków centralnych, a te mają istotny wpływ na kursy walut. Na razie inflacja zgodnie z oczekiwaniami wraca, ale w wielu krajach tempo wyraźnie zwalnia.

Inflacja w Europie

Dzisiaj od rana poznaliśmy odczyty inflacji z Niemiec i Węgier. Nad Odrą odbyło się bez większych niespodzianek. Wskaźnik inflacji miał spaść z 6,4% na 6,2% i tak się stało. W ujęciu miesięcznym mamy jednak 0,3% wzrostu, co pokazuje nam, że przy tych warunkach owszem możemy myśleć o spadku inflacji rocznej, ale by dotrzeć do celu, potrzeba jeszcze trochę wyhamować. Podobną inflację miesięczną mają Węgrzy. 0,3% w Budapeszcie jest jednak znacznie lepszym wynikiem niż w Berlinie. Problem w tym, że roczna stawka na Węgrzech to wciąż 17,6%. Jest to jednak pierwszy od niemal roku odczyt poniżej 20%, zatem mamy wyraźną poprawę.

Słabsze dane z niemieckiego przemysłu

Tytuł brzmi trochę jak marzenie niektórych komentatorów państwowej telewizji, ale niemiecka gospodarka naprawdę łapie zadyszkę. Od wielu miesięcy dane od naszego zachodniego sąsiada są po prostu słabe. W czerwcu przemysł skurczył się o kolejne 1,5%, mimo że analitycy spodziewali się spadku o 0,4%. Co ciekawe, usługi mają się całkiem dobrze. Najwyraźniej outsourcing przemysłu, by uciec przed drogą siłą roboczą nad Odrą, jest w przypadku przemysłu znacznie łatwiejszy niż w przypadku usług. Po samych danych euro delikatnie osłabło względem dolara, ale do końca dnia odrobiło straty.

Rumunia nie zmienia stóp procentowych

Stopy procentowe kolejny już miesiąc pozostają na niezmienionym poziomie. Inflacja, która jeszcze niedawno wyraźnie spowalniała, teraz owszem spada, ale w ciągu dwóch miesięcy spadła o niecały 1 punkt procentowy, co pozwala sądzić, że czas powrotu do celu inflacyjnego może być relatywnie długi. Warto pamiętać, że Rumunia poważnie myśli o wejściu do strefy euro w 2026. Data ta została pod koniec 2021 roku gwałtownie przyspieszona, gdyż wcześniej miało to być 3 lata później, dopiero w 2029 roku. Jeżeli rok 2026 ma być czasem wejścia do unii walutowej, to do tego czasu trzeba będzie dopasować wiele parametrów gospodarczych, w tym usztywnić kurs waluty względem euro. Patrząc jednak na notowania rumuńskiej lei, tam już nie ma wiele do usztywniania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Milionerzy najchętniej inwestują w sztukę

Indeks inwestycji luksusowych prowadzony przez firmę Knight Frank – Knight Frank Luxury Investment Index – śledzi ceny 10 przedmiotów kolekcjonerskich. W ciągu ostatnich 12 miesięcy wartość tego koszyka wzrosła o 7%. Stanowi to o atrakcyjności tego segmentu, w szczególności w zestawieniu z nieruchomościami w centrum Londynu, które w tym okresie staniały o 1% lub wartością złota, które podrożało tylko o 1%.  Był to jednak najsłabszy roczny wynik indeksu od drugiego kwartału 2021 r., co dowodzi, że nawet aktywa materialne nie są odporne na niepewność rynkową.

Dzieła sztuki znajdują się na pierwszym miejscu w indeksie Knight Frank Luxury Investment Index z zanotowanym 12-miesięcznym wzrostem na poziomie 30%. Światowe ceny sztuki mierzone są przez AMR All Art Index i zgodnie z nimi  wyniki aukcji, które odbyły się w pierwszej połowie 2023 roku sugerują, że wzrost osiągnął już maksymalny poziom.

Zegarki (10%) i biżuteria (10%) plasują się odpowiednio na drugim i trzecim miejscu w rankingu Knight Frank Luxury Investment Index co dowodzi, że ludzie nadal są skłonni wydawać pieniądze na osobiste przedmioty luksusowe. Jednakże to spowolnienie na rynkach wina (5%) i samochodów klasycznych (5%), które często notowały dwucyfrowe wzrosły i stanowiły podstawę rosnącej średniej cen całego koszyka, tym razem wyhamowały jej wzrost.

Kolorowe diamenty zajmują ósme miejsce w indeksie, ze wzrostem średniej ceny o 4% w ciągu roku na koniec drugiego kwartału 2023 r. Ranking uzupełniają torebki (1%), meble (0%) i kolekcjonerskie whisky (-4%). Według indeksu opracowanego przez Rare Whisky 101 rzadkie butelki whisky, które od 10 lat osiągają najlepsze wyniki w indeksie Knight Frank Luxury Investment Index, są jedyną klasą aktywów, która odnotowała spadek cen w ujęciu r/r.

Knight Frank’s Luxury Investment Index, II kw. 2023 r.

% zmiana ceny w ciągu 12 miesięcy % zmiana ceny w ciągu 10 lat
Sztuka 30% 109%
Zegarki 10% 147%
Biżuteria 10% 39%
Monety 8% 59%
Knight Frank’s Luxury Investment Index – średnia koszyka 7% 116%
Samochody 5% 118%
Wino 5% 149%
Kolorowe diamenty 4% 13%
Torebki 1% 60%
Meble 0% 36%
Whisky -4% 322%

Giełdy spadają, rosną obawy o recesję

Po poniedziałkowym odbiciu w górę dziś rano kontrakty na główne amerykańskie indeksy giełdowe ponownie spadały (S&P 500 -0,34 proc. ok. godz. 9:55). Na rynkach akcji Azji i Oceanii przeważała dziś tendencja spadkowa, chociaż oparł się jej japoński Nikkei 225 (+0,38 proc.). Wtorek rozpoczął się od niewielkich spadków indeksów w Europie (DAX -0,15 proc., CAC 40 -0,01 proc. ok. godz. 9:55).

Na GPW również dominowała dziś rano tendencja spadkowa (WIG-20 -0,85 proc. ok. godz. 10:10). Poza WIG-Motoryzacja spadały wszystkie indeksy sektorowe GPW. Poza akcjami PZU taniały dziś rano akcje wszystkich składników WIG-u 20. Wśród składników mWIG-u 40 swój najwyższy poziom od października 2021 zaliczył dziś kurs akcji spółki Tauron Polska Energia. Jeśli chodzi o akcje wchodzące w skład sWIG-u 80, to swe nowe cykliczne maksima osiągnęły dziś ceny akcji spółek Fabryka Farb i Lakierów Śnieżka, Selena FM oraz Medicalgorithmics.

Najniższy od tygodnia poziom osiągnęła dziś rano rentowność 10-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych (4,014 proc. ok. godz. 10:00). Spadła również rentowność 10-latek polskiego rządu (5,52 proc.). Najwyższa od kwietnia 2020 była dziś rentowność 10-letnich obligacji rządu Rosji.

Kurs EUR/AUD osiągnął dziś rano poziom swego szczytu z października 2020, a nawet na chwilę go przekroczył docierając do swego najwyższego poziomu od maja 2020. Najwyżej od 2020 roku był dziś również kurs euro względem dolara nowozelandzkiego. Euro natomiast lekko słabło dziś ok. godz. 9:55 względem amerykańskiego dolara (EUR/USD -0,23 proc.). Najwyżej od 3 sesji był kurs USD względem japońskiego jena (+0,44 proc. ok. godz. 9:55).

Po dwóch dniach umocnienia słabł dziś rano polski złoty (EUR/PLN +0,31 proc., USD/PLN +0,53 proc. ok. godz. 10:00).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara, który w poniedziałek osiągnął przejściowo najniższy poziom od 21 czerwca br., ale później odrobił straty, był dziś rano stabilny (-0,05 proc. ok. godz. 10:00).

Ceny kontraktów na ropę naftową spadał dziś rano drugi dzień z rzędu (WTI -0,84 proc., Brent -0,84 proc. ok. godz. 9:40). Cena kontraktów na gaz ziemny na NYMEX-ie korygowała dziś rano silny wczorajszy wzrost (-0,51 proc. ok. godz. 9:40). Taniały we wtorek rano metale (złoto -0,14 proc., srebro -0,17 proc., platyna –0,85 proc., pallad -0,64 proc., miedź -1,04 proc.). Srebro było najtańsze od prawie miesiąca. Cena kontraktów na miedź spadła do najniższego poziomu od tygodnia. Taniała dziś rano także kontrakty na pszenicę, soję, cukier i bawełnę.

Autor: Wojciech Białek, OANDA TMS Brokers

Inflacja na Węgrzech spadła

Inflacja na Węgrzech spadła po raz szósty z rzędu, osiągając w lipcu poziom zgodny z prognozą na poziomie 17,60%. Skala spadków jest jednak dosyć wyważona, a szczyt inflacji jeszcze w styczniu tego roku wynosił u Węgrów 25,70%.

Rozbuchana polityka fiskalna i socjalna, rozbuchane wydatki rządowe (dotacje, regulacje cen itp.), słabość lokalnej waluty. To tylko część czynników, które czynią węgierską inflację najwyższą w Europie. I to pomimo również najwyższych w Europie stóp procentowych, główna z nich wynosi obecnie 13,00%. A między szefem banku centralnego Węgier, a rządem powstaje coraz więcej konfliktów i wzajemnego obwiniania się o zaistniałą sytuację. Do tego czynniki polityczne i kolejne konflikty z Unią Europejską nie czynią sytuacji Węgier łatwiejszą. Pozostaje wyciągnąć wnioski z błędów naszego sąsiada.

Szymon Gil, Makler Michael / Ström Dom Maklerski

W sklepach jest coraz mniej promocji. Spadki rdr. są dwucyfrowe

W I półroczu br. w gazetkach największych na rynku formatów było o kilkanaście procent mniej promocji niż rok wcześniej. Tak wykazała analiza ponad miliona akcji promocyjnych. Okazji do oszczędzania ubyło wszędzie, ale najbardziej w sklepach RTV-AGD. Tam liczba rabatów skurczyła się o przeszło 22% rdr. W hipermarketach „zniknęło” ponad 15% promocji. Cięcia powyżej 10% przeprowadziły też markety budowlane, drogerie i apteki oraz sieci convenience. Z kolei spadki poniżej 10% odnotowały dyskonty, supermarkety i cash&carry. Zdaniem ekspertów, przez inflację retailerzy zostali przyciśnięci do ściany, ale sytuacja głównie dotyka konsumentów, którzy w pół roku mogli stracić średnio nawet kilkaset złotych. Jednocześnie obserwatorzy rynku dodają, że w II półroczu br. sytuacja może się odwrócić. Wszystko zależy od tego, jak szybko będzie spadać inflacja.

Dwucyfrowy spadek liczby promocji

Analiza blisko 7 tys. gazetek handlowych wykazała, że w pierwszym półroczu br. ubyło w nich nieco ponad 12% promocji w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Sprawdzono publikacje 8 największych formatów, w tym wszystkich dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash&carry, drogerii i aptek, sieci DiY (marketów budowlanych) oraz sklepów RTV-AGD. Łącznie przeanalizowano ponad milion promocji. Tego zadania podjęli się eksperci z platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH, agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Grupy BLIX.

– Znacząca redukcja promocji i informacji perswazyjno-promocyjnej z pewnością odcięła dużą część klientów od nabywania produktów drugiej potrzeby, pożytecznych, ale niekoniecznych. Inflacja i nieco nieuczciwe wobec niektórych grup społecznych podsypywanie pieniędzy części obywateli nie ratuje sytuacji – komentuje wyniki dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Z kolei dr Krzysztof Łuczak z Grupy BLIX wyjaśnia, że ograniczenie promocji w gazetkach wynika z kilku powodów. – Po pierwsze, jest to efekt wzrostu kosztów druku i dystrybucji papierowych gazetek. Po drugie, widać, że sieci handlowe dokonują poważnych zmian w strategiach marketingowych. Coraz mocniej stawiają na cyfrowe kanały reklamowe, które są bardziej efektywne kosztowo i mają większe zasięgi w stosunku do papierowych folderów. Do tego przyłożyła się inflacja, która wymusiła na sieciach dodatkowe oszczędności, a one finalnie zostały przerzucone na konsumentów w postaci mniejszej ilości promocji – mówi dr Łuczak.

Konsumenci widzą swoje straty

Eksperci podkreślają, że Polacy są bardzo przyzwyczajeni do promocji i z pewnością widzą, że ich ubyło. – W mojej ocenie, dwucyfrowy spadek liczby promocji jest mocno odczuwalny przez konsumentów, ponieważ mieli oni mniej możliwości wyboru i oszczędzania pieniędzy. Ogólnie rzecz biorąc, klienci sieci handlowych mogli stracić przez te pół roku na zakupach średnio nawet kilkaset złotych – szacuje Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Ekspertka dodaje, że kiedyś tego rzędu kwota na przestrzeni 6 miesięcy mogłaby pozostać praktycznie niezauważona. Jednak w czasach wysokiej inflacji wielu Polaków liczy każdą złotówkę i porównuje swoje wydatki z wcześniejszymi po to, żeby jak najwięcej pieniędzy zachować w portfelu. Ponadto w sytuacji, gdy ludziom trudno jest związać przysłowiowy koniec z końcem, te kilkaset złotych znaczy naprawdę bardzo dużo.

– Spadek liczby promocji jest dostrzegany przez konsumentów w zależności od indywidualnych nawyków zakupowych. Zwłaszcza ci Polacy, którzy często korzystają z takich ofert, mogą rzeczywiście odczuć zmniejszenie liczby okazji do oszczędzania. To, ile dokładnie klienci stracili, zależy od wielu czynników, takich jak m.in. częstotliwość zakupów i ilość kupowanych produktów. Znaczenie ma także to, czy konsumenci zdecydowali się na nabywanie alternatywnych produktów w wyniku braku promocji na preferowane artykuły. Niemiej jednak te straty są widoczne w ich portfelach – analizuje dr Krzysztof Łuczak.

Każdy format „zabrał” rabaty

Należy podkreślić, że wszystkie analizowane formaty ograniczyły liczbę promocji w gazetkach, ale najbardziej – sieci ze sprzętem RTV-AGD, bo aż o ponad 22%. – Te sklepy mogły najmocniej odczuć zmiany na rynku, ze względu na swój charakter biznesowy. Ich klienci w dużej mierze przestawili się na zakupy online. Do tego zaczęli traktować placówki z takim sprzętem jako wystawę z towarem. Oglądają go na miejscu, ale kupują przez Internet. To zmusiło tego typu sieci do zmniejszenia nakładów na promocje. Pozostałe segmenty nie zdecydowały się na aż tak drastyczne cięcia, bo ich publikacje w dużej mierze wpływają na wybory konsumentów. Dotyczy to zwłaszcza dyskontów, których klienci mogą często być ubożsi niż np. nabywcy nowoczesnej elektroniki – tłumaczy ekspert z Grupy BLIX.

Drugie w rankingu są hipermarkety, które zmniejszyły liczbę akcji promocyjnych o przeszło 15%. Zdaniem obserwatorów rynku, spadki w tym segmencie są już pewnym trendem. Od dłuższego czasu tego typu sklepom słabiej idzie konkurowanie z dyskontami. Natomiast trzecim z „liderów” redukcji promocji są sieci DIY, czyli markety budowlane. Ograniczyły ich liczbę o blisko 14%.

– Jeśli chodzi o DIY, to powodów spadku jest trochę mniej niż w hipermarketach. Ale taką zasadniczą przyczyną jest to, że Polacy po pandemicznym boomie na remonty i naprawy swoich mieszkań lub domów, trochę sobie odpuścili. Natomiast drugim powodem jest to, że ostatnimi czasy art. remontowo-budowlane zaczęły znowu mocno drożeć i sieci zwyczajnie musiałyby wyhamować swoją dynamikę w obniżaniu cen, żeby nie stracić na tym. Stąd na rynku jest mniej promocji – wyjaśnia dr Łuczak.

Mniej akcji promocyjnych „zniknęło” z gazetek drogerii i aptek – prawie 13%, sklepów convenience – nieco ponad 10%, dyskontów – przeszło 9%, supermarketów – 9%, a także sieci cash&carry – blisko 6%. – Powyższe wyniki wskazują na pilną potrzebę powrotu do zrównoważonego popytowo rynku i obfitych w promocje gazetek. Inaczej w handlu trwać będzie rejs na sztormowych żaglach. Odchudzone publikacje z pewnością nie zapewnią sieciom zwrotów z inwestowania w ich wydawanie – przekonuje dr Faliński.

IV kwartał br. ma przynieść poprawę

Zdaniem ekspertki z Hiper-Com Poland, w drugim półroczu br. sklepy zaczną intensywniej wykorzystywać promocje, aby przyciągać do siebie więcej klientów, którzy już teraz mocno zaciskają pasa. Ale wszystko tak naprawdę zależy od poziomu inflacji.

– Jeśli inflacja jeszcze bardziej spadnie, to retailerzy mogą zdecydować się na zwiększenie liczby promocji, aby przyciągnąć do siebie więcej klientów. Ale jeżeli będzie utrzymywać się na wysokim poziomie – takim powyżej dwucyfrowych wartości, to niestety w drugiej połowie tego roku sieci handlowe będą dalej ograniczać swoje promocje. Jednak patrząc na to optymistycznie, można prognozować, że przed Bożym Narodzeniem liczba promocji w sklepach zwiększy się, pewnie nieznacznie, ale najważniejsze jest to, żeby wyhamować trend spadkowy w tej kwestii, bo konsumenci naprawdę czekają na to. I uważam, że jest na to realna szansa – przekonuje dr Krzysztof Łuczak.

– Po najnowszych danych GUS-owskich widać, że poziom inflacji spada, a więc może się to przyczynić do poprawy sytuacji. Chociaż trzeba też wyraźnie powiedzieć, że trend spadkowy w ww. kwestii jest stale obserwowany przez kilka ostatnich lat, z największym nasileniem w okresie pandemii, kiedy ogólne wartości spadkowe dochodziły średnio do 20% rdr. A w przypadku niektórych formatów były to ograniczenia nawet na poziomie ponad 40% – podsumowuje Julita Pryzmont.

Polacy LGBT+ boją się ujawniać orientację w pracy

Prawie połowa przedstawicieli społeczności LGBT+ w Polsce (46 proc.) boi się ujawnienia swojej orientacji w miejscu pracy z obawy przed odmiennym traktowaniem, a wynik ten jest wyższy od globalnego (39 proc.). Z kolei zróżnicowane środowisko pracy okazuje się być czynnikiem decydującym dla osoby, która szuka nowych wyzwań zawodowych. Globalne dane tylko potwierdzają istotność tej kwestii – sześciu na dziesięciu badanych sprawdzało otwartość organizacji na różnorodność pracowników przed wzięciem udziału w rekrutacji. Aspekt ten wpływa na poczucie bezpieczeństwa społeczności LGBT+ w pracy, na co wskazuje aż 63 proc. Polaków, wynika z najnowszego badania firmy doradczej Deloitte 2023 LGBT+ Inclusion @ Work. Jedna trzecia jej przedstawicieli chce zmienić pracodawcę na bardziej otwartego wobec ich orientacji psychoseksualnej.

W najnowszym raporcie Deloitte, w którym zbadana została sytuacja przedstawicieli społeczności LGBT+ zarówno w miejscu pracy, jak i poza nią, udział wzięło 5474 pracowników LGBT+ z całego świata, w tym 429 z Polski. 73 proc. polskich respondentów stanowiło pokolenie Z lub millenialsów, a 27 proc. osoby w wieku od czterdziestu lat wzwyż. Ankieta została przeprowadzona na przestrzeni 2 miesięcy (styczeń-luty) w 2023 roku, a jej wyniki są wypadkową danych zebranych w 13 państwach.

Jedynie czterech na dziesięciu polskich pracowników LGBT+, którzy doświadczyli w miejscu pracy zachowań wykluczających, zdecydowało się powiedzieć o tym głośno. Wielu z nich jest przekonanych, że te zdarzenia mają związek z ich orientacją seksualną lub tożsamością płciową. Polscy respondenci najczęściej zwracali się po pomoc do rówieśników czy bliskich współpracowników (40 proc.) lub do anonimowych programów wsparcia (36 proc.). W skali światowej o pomoc do tych grup zwracało się odpowiednio 35 proc. i 30 proc., co pokazuje zupełnie inną tendencję wśród globalnych respondentów. Badani z innych krajów najczęściej zgłaszali takie sytuacje bezpośrednio do osoby odpowiedzialnej za HR (43 proc.) lub swojemu przełożonemu (42 proc). Natomiast najczęstszymi formami pomocy ze strony pracodawców w Polsce, jak i na świecie było udzielanie wsparcia oraz poradnictwo (odpowiednio 30 proc. i 32 proc.). Wśród praktykowanych działań znalazły się również: ukaranie osoby dopuszczającej się zachowań wykluczających lub oddelegowanie jej na inne stanowisko czy do innego działu.

Mimo tego, że ostatnio mówi się coraz więcej o wsparciu osób LGBT+, okazuje się, że ta kwestia wciąż stanowi wyzwanie w miejscu pracy zarówno w skali globalnej, jak i w Polsce. Wciąż niewielki odsetek pracodawców może pochwalić się otwartością i dobrymi praktykami włączającymi społeczność LGBT+ w swojej organizacji. Nasze najnowsze badanie pokazało, że jedynie 26 proc. polskich firm uczestniczy w inicjatywach związanych z Pride Month, a światowy wynik jest niewiele wyższy i wynosi 37 proc. To pokazuje, jak dużo jeszcze musi się zmienić, aby każdy mógł czuć się swobodnie w miejscu pracy – mówi Joanna Świerzyńska, talent partnerka, liderka zespołu ds. rozwiązań dla pracodawców w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte Polska.

Strach przed odmiennym traktowaniem

Polscy respondenci, którzy nie zgłosili zachowań dyskryminujących, nie zrobili tego ze strachu przed pogorszeniem swojej sytuacji (47 proc.) oraz z powodu braku wiary w jakąkolwiek zmianę i zaprzestanie takich praktyk (40 proc.). Natomiast wśród globalnych odpowiedzi przoduje inny powód – niewiara w poważne potraktowanie zgłaszanego zajścia (40 proc.), który w Polsce był najrzadziej wskazywany. Jak się okazuje, Polacy poważnie traktują podobne zgłoszenia, ale wynik badania pokazuje, że polskim pracodawcom może brakować dobrych praktyk, jeśli chodzi o rozwiązywanie podobnych problemów. Stąd też może wynikać obawa polskich respondentów co do tego, że dokonanie zgłoszenia negatywnie odbije się na ich sytuacji i może spowodować działania o charakterze odwetowym.

Obawa przed odmiennym traktowaniem powstrzymuje wiele osób LGBT+ przed ujawnieniem swojej orientacji w pracy (46 proc. w Polsce i 39 proc. na świecie). Innymi powodami, wskazanymi przez polskich badanych były: strach przed nieokazaniem szacunku i niechęć rozmawiania o swoim życiu prywatnym w pracy (36 proc.), doświadczenie dyskryminacji lub molestowania (29 proc.), czy troska o własne bezpieczeństwo (21 proc.). Te czynniki różnią się w zależności od orientacji seksualnej i tożsamości płciowej.

Osoby LGBT+ nierzadko spotykają się z nieakceptującym lub niewystarczająco włączającym traktowaniem przez współpracowników. Jeśli chcemy to zmienić, powinniśmy aktywnie i w sposób widoczny okazywać swoje sojusznictwo i solidarność wobec nich. Dla pracowników ze społeczności LGBT+ ma to ogromną wartość – czy będzie to zwrócenie uwagi na homofobiczny lub transfobiczny komentarz, czy tęczowa naklejka lub kubek współpracownika. Jednocześnie musimy pamiętać, że sojusznictwo i tworzenie włączającej kultury pracy to otwartość na wszystkie osoby, które mogą czuć się w jakikolwiek sposób marginalizowane czy dyskryminowane – mówi Maja Zabawska, partnerka w zespole ds. rozwiązań dla pracodawców w dziale Doradztwa Podatkowego, liderka Diversity, Equity & Inclusion dla Deloitte Polska.

Jak wskazują globalne wyniki raportu Deloitte, niecałe 60 proc. osób, które ujawnia swoją orientację seksualną oraz 54 proc. badanych, którzy ujawniają swoją tożsamość płciową, czuje się swobodnie, przebywając z najbliższymi współpracownikami, podczas gdy tylko 37 proc. czuje się komfortowo w otoczeniu swoich bezpośrednich przełożonych. Z kolei czterech na dziesięciu badanych w Polsce twierdzi, że czuje się dobrze, przebywając w pracy tylko z wybranymi osobami (39 proc.), co jest wyższym wynikiem od światowego o 3 pp.

Badanie pokazało, że wiele zależy również od zajmowanej pozycji. Osoby na stanowiskach kierowniczych czują się o wiele pewniej i bezpieczniej niż te na niższych. Nieco ponad połowa (51 proc. w Polsce i na świecie) pracowników LGBT+ na wyższych stanowiskach nie boi się rozmawiać otwarcie o swojej orientacji seksualnej z kolegami i koleżankami w pracy. Natomiast zdecydowanie mniej polskich specjalistów średniego szczebla czuje się dobrze wśród współpracowników (35 proc.) w porównaniu ze średnią światową (43 proc.). Prezesi, kierownicy czy managerowie nie muszą borykać się z taką skalą potencjalnych nieprzyjemności jak koleżanki i koledzy na niższych stanowiskach.

Otwartość firm i potencjał do zmiany

Autorzy raportu wskazują, że pracownicy ze społeczności LGBT+ czują się niekomfortowo, przebywając ze swoimi współpracownikami nawet poza biurem. Niektórzy z nich doświadczają wtedy nieprzyjemności czy nawet upokorzenia. Spędzanie czasu poza pracą z kolegami i koleżankami jest ważne dla badanych, ale ostatecznie mniej niż połowa z nich przebywa ze wszystkimi współpracownikami (43 proc.) – tak wskazują dane globalne. Wśród Polaków ten wynik jest jeszcze niższy – o 6 pp.

To, czy sytuacja będzie się zmieniała, zarówno w wewnętrznej strukturze firmy, jaki i poza nią, w dużej mierze zależy od pracodawców oraz kultury organizacyjnej panującej w danej firmie.

Odpowiedzi niemal 5,5 tys. osób LGBT+ z 13 krajów na całym świecie pokazują, że wiele organizacji ma duże możliwości poprawy jakości swoich działań na rzecz zaangażowania we włączanie społeczności LGBT+. Jednocześnie należy pamiętać, że zmiany te nie nastąpią od razu. Pracodawcy muszą sobie zdawać sprawę, że wielu pracowników LGBT+ spotyka się z zachowaniami nieakceptowalnymi, takimi jak mikroagresja i nękanie, również poza miejscem pracy. A kiedy czują, że ich szefowie nie robią wystarczająco dużo, by wspierać integrację LGBT+, są gotowi zmienić firmę, w której pracują, na bardziej przyjazną osobom nieheteronormatywnym. W ten sposób można utracić naprawdę utalentowanych pracowników – mówi Joanna Świerzyńska.

Jedynie jedna piąta polskich respondentów twierdzi, że ich pracodawca wykazuje zaangażowanie, mające na celu przeciwdziałanie dyskryminacji zarówno na zewnątrz, jak i w wewnątrz organizacji. Globalnie jest to 35 proc. pracowników. 17 proc. polskich badanych twierdzi z kolei, że ich firma nie zachęca do otwartości. Natomiast aż 60 proc. ankietowanych z Polski deklaruje, że w ich firmie nie podejmuje się żadnych działań mających na celu poprawę tego obszaru, podczas gdy średnia światowa jest o wiele bardziej korzystna i wynosi 43 proc. To pole, które zdecydowanie wymaga poprawy w perspektywie najbliższych lat, a najbardziej kluczowe okazuje się być dla pracowników z pokolenia Z oraz millenialsów.

O badaniu

Badanie Deloitte Global LGBT+ Inclusion @ Work to globalna ankieta, w której wzięło udział 5474 pracowników LGBT+ spoza Deloitte, która odbyła się między styczniem a lutym 2023 r. za pośrednictwem internetowych wywiadów ilościowych i indywidualnych, dogłębnych dyskusji jakościowych. Kraje objęte badaniem: Australia, Brazylia, Kanada, Chiny, Francja, Indie, Japonia, Meksyk, Holandia, Polska, RPA, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone. W badaniu wzięło udział 429 respondentów z Polski.

Branża reklamowa w Polsce na skraju kryzysu

Branża reklamowa rośnie, ale tylko pozornie. Wydatki marek na promocję zwiększą się w tym roku jedynie o 1,7 proc. Klienci tną budżety na promocję, a agencje próbują utrzymać płynność finansową. Według danych Krajowego Rejestru Długów firmy z branży kreatywnej mają ponad 118,6 mln zł długów, ale kontrahenci są im winni jeszcze więcej, bo niemal 126 mln zł.

Według prognoz Dentsu Global Ad Spend Forecasts w tym roku wydatki na reklamę zwiększą się w Polsce o niecałe 2 proc. Rynek zawdzięcza wzrost w głównej mierze inflacji cen usług medialnych, a nie wzrostowi działalności reklamowej. Wskazuje na to spadek wydatków na promocję według cen stałych wynoszący rok do roku -0,6 proc. Na to, ile pieniędzy firmy będą chciały przeznaczyć na marketing i reklamę, wpływają warunki ekonomiczne: poziom inflacji, wzrost PKB, ceny energii oraz indywidualne decyzje klientów, którzy coraz częściej szukają oszczędności. Należy pamiętać, że 2021 r. upłynął pod znakiem odbudowywania pandemicznych strat, dlatego miniony rok był okresem spowolnienia wzrostu. Eksperci szacują, że w 2024 r. rynek powiększy się o 2,6 proc., a w kolejnym o 2,9 proc.

Z „Raportu o rynku reklamy i mediów”, opublikowanego przez Publicis Groupe Polska, wynika, że w 2022 r. przychody w reklamie internetowej, radiowej, outdoorze i kinie rosły, a w prasie oraz telewizji malały.

Małe agencje z największymi długami

Branża kreatywna w Polsce to agencje reklamowe i marketingowe zajmujące się m.in. tworzeniem strategii reklamowych i realizacją kampanii, świadczące usługi kreatywne, lokujące reklamy w mediach, Internecie i na nośnikach zewnętrznych, a także agencje badania rynku oraz public relations.

Według najnowszych danych KRD zaległości mają 4103 podmioty z tego segmentu, a ich średnie zadłużenie wynosi 28,9 tys. zł. Najwięcej do oddania kontrahentom mają agencje reklamowe – 97,8 mln zł. W tej grupie jest też najwięcej dłużników – 3388. Firmy specjalizujące się w badaniu rynku i opinii publicznej muszą uregulować 8,5 mln zł, agencje public relations – 6,9 mln zł, a domy mediowe – 5,2 mln zł.

Segment ten tworzą nie tylko duże agencje sieciowe, ale także bardzo liczna grupa małych firm. Często są to jednoosobowe działalności gospodarcze i to właśnie do nich należy gros długu – aż 66 mln zł nieuregulowanych zobowiązań, a więc niemal połowa zaległości branży. Spółki prawa handlowego mają natomiast do zapłaty 51,9 mln zł.

Najwyższe zadłużenie branży odnotowaliśmy we wrześniu 2021 roku, a więc w trakcie pandemii, która zamroziła rynek. Sięgnęło ono wtedy 160 milionów złotych. Później zaczęło spadać, ale od końcówki ubiegłego roku ponownie rośnie. Branża mocno odczuwa niepewność panującą na rynku, spowodowaną zarówno wysoką inflacją, jak i wojną na Ukrainie. Te wszystkie wydarzenia zmieniły podejście do wydatków promocyjnych w wielu firmach. Osoby decyzyjne szukają dziś raczej kreatywnych rozwiązań, które nie będą pochłaniały dużych budżetów, a przyniosą satysfakcjonujące efekty. Marki przywiązują też większą wagę do jakości komunikacji, aby zdobyć zainteresowanie konsumentów i zyskać ich lojalność. Najbliższe miesiące pokażą, czy ta strategia działa i jak wpływa na kondycję firm reklamowych – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Reklama i marketing pierwsze do redukcji

Z badania „Barometr wydatków firmowych”, zrealizowanego w II kwartale 2023 r. na zlecenie firmy faktoringowej NFG, wynika, że w ostatnich 12 miesiącach przedsiębiorcy najczęściej oszczędzali właśnie na reklamie i działaniach marketingowych – wskazało tak aż 55 proc. badanych.

Poważnym problemem branży kreatywnej są długie terminy płatności narzucane przez klientów. W takich sytuacjach podmioty sięgają po zewnętrzne finansowanie, aby mieć z czego opłacić podwykonawców, z którymi współpracują i utrzymać zlecenia.

Głównym celem działalności agencji reklamowych, PR-owych czy marketingowych jest realizacja różnorodnych projektów kreatywnych na rzecz zleceniodawców. Zwykle wykonują je do A do Z, zaś wynagrodzenie za pracę otrzymują po jej zakończeniu. Gdy trzeba wyprodukować większą partię materiałów reklamowych, agencje często muszą sięgać po zewnętrzne wsparcie finansowe, ponieważ zaliczki od klienta wciąż należą do rzadkości. Jednym z takich źródeł finansowania jest faktoring zaliczkowy. Formę zabezpieczania stanowi tutaj przyszła wierzytelność. Agencja otrzymuje od faktora pieniądze na poczet realizacji projektu i zachowuje płynność finansową do chwili zapłaty od klienta. Z naszych danych wynika, że w ciągu ostatnich dwóch lat z tego rozwiązania skorzystało kilkaset mikroprzedsiębiorstw, w tym także małych agencji reklamowych i marketingowych – informuje Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Blisko 1/3 zadłużenia branży reklamowej należy do firm z województwa mazowieckiego (42,4 mln zł). Tam też działa najwięcej zadłużonych podmiotów (5459). Drugie na podium są przedsiębiorstwa ze Śląska, gdzie uzbierało się 14,1 mln zł niezapłaconych zobowiązań, a trzecie miejsce zajmują przedsiębiorcy z Małopolski z kwotą 11,4 mln zł. Stamtąd też pochodzi rekordzistka – małopolska agencja reklamowa ma ponad 3 mln zł długów wobec firmy leasingowej i ubezpieczeniowej.

 

Najmniej do oddania mają agencje z Podlasia, ich łączny dług wynosi 695,1 tys. zł. Nieduże długi mają też firmy z województwa świętokrzyskiego – 1,1 mln zł, a także opolskiego – 1,2 mln zł.

Handel i budownictwo nie płacą za reklamę

Lista wierzycieli branży kreatywnej jest długa i zróżnicowana. Widnieją na niej – z kwotą 57,2 mln zł – fundusze sekurytyzacyjne i firmy windykacyjne, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli. Znaczne zaległości agencje mają także wobec banków, firm leasingowych, ubezpieczeniowych i faktoringowych – 31,3 mln zł. Z kolei operatorzy komórkowi, dostawcy Internetu i telewizji czekają na 9,9 mln zł. Branża niesolidnie rozlicza się też we własnym kręgu. Ma bowiem 882 tys. zł zaległości wobec podmiotów reklamowych, marketingowych i eventowych. Na liście ich wierzycieli „branżowych” są ponadto firmy poligraficzne i wydawnicze, które mają do odzyskania 1,2 mln zł.

Sytuacji nie poprawia fakt, że firmy reklamowe same mają do odzyskania kwotę, która przewyższa ich zaległości. Klienci są im winni 125,6 mln zł. Są to głównie przedsiębiorstwa z branży handlowej, które nie rozliczyły się z 30,4 mln zł oraz budowlanej, gdzie uzbierało się 24,1 mln niezapłaconych zobowiązań, a także firmy przemysłowe z niebagatelną sumą 12,6 mln zł.

Nieuregulowane faktury to zamrożone pieniądze, które utrudniają bieżące funkcjonowanie firm i wstrzymują ich rozwój. Dlatego tak ważne jest, aby starannie dobierać partnerów do współpracy. Lepiej czasem zrezygnować ze zlecenia, które z góry wiadomo, że może zakończyć się brakiem zapłaty niż przyjąć je z bagażem ryzyka i zrobić komuś dosłownie darmową reklamę – podsumowuje Adam Łącki.

Europa jest bardziej narażona na ponowny wzrost cen surowców niż Stany Zjednoczone

Kwietniowa edycja prognoz makroekonomicznych EY zasygnalizowała wysokie prawdopodobieństwo materializacji scenariusza „miękkiego lądowania” europejskiej gospodarki. Najnowsza prognoza wzrostu gospodarczego dla Europy, zaprezentowana w lipcu przez Zespół Analiz Ekonomicznych EY, pozostaje w dużej mierze niezmieniona i zakłada niski, ale dodatni wzrost PKB w najbliższych kwartałach. Nadchodzące ożywienie będzie jednak stopniowe, bo gospodarce nadal będą ciążyły relatywnie wysokie stopy procentowe.

Zdaniem ekonomistów EY, wzrost Produktu Krajowego Brutto w strefie euro spadnie z 3,5 proc. w 2022 r. do 0,7 proc. w bieżącym roku, ale choć wyniki będą się różnić pomiędzy krajami, to większość z nich uniknie spadku PKB w 2023 r. Najlepiej poradzą sobie pod tym względem gospodarki Europy Południowej – Portugalia i Hiszpania odnotują najsilniejszy wzrost w UE w 2023 r., który powinien przekroczyć 2 procent. Słabiej wypadną z kolei gospodarki o dużym udziale przemysłu w wartości dodanej – Niemcy, Czechy i Węgry, dla których przewidywany jest spadek PKB w br.

Zespół Analiz Ekonomicznych EY przewiduje, że w Polsce PKB wzrośnie w br. o 0,6 proc., a w kolejnych latach wzrost przyspieszy do 2,8 proc. w 2024 r. i 3,5 proc. w 2025 r. Zarówno w 2024, jak i 2025 r. wzrost PKB Polski będzie drugim najwyższym w Unii Europejskiej. Odbicie wzrostu PKB w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, będzie znacznie silniejsze niż w Europie Zachodniej ze względu na wyższy potencjalny wzrost gospodarczy oraz szybszą dezinflację. Pomimo to niemal wszystkie gospodarki na naszym kontynencie pozostaną znacznie poniżej trendów sprzed pandemii Covid-19. Pokazuje to, że pandemia ma długokresowe negatywne skutki dla wzrostu, co dodatkowo pogłębiają konsekwencje wojny w Ukrainie.

Wsparciem dla wzrostu gospodarczego jest rynek pracy, który pozostaje mocny zarówno w Polsce, jak i innych krajach europejskich. Pomimo spowolnienia gospodarczego, zatrudnienie rośnie, a stopa bezrobocia utrzymuje się w pobliżu historycznie niskich poziomów. Wynika to częściowo ze strukturalnych niedoborów siły roboczej, które skłaniają przedsiębiorców do „chomikowania pracy”, czyli utrzymywania w swoich firmach wyższego zatrudnienia niż miało to miejsce podczas poprzednich okresów spowolnienia gospodarczego. Napięty rynek pracy wraz z wysoką inflacją przekłada się na przyspieszenie dynamiki płac. W Europie Środkowo-Wschodniej, w tym Polsce, dynamika wynagrodzeń pozostaje przy tym wyraźnie wyższa niż na Zachodzie czy Południu Europy.

Polska i Węgry niechlubnym wyjątkiem

Pomimo wysokiej dynamiki płac, inflacja w Europie obniża się w szybkim tempie – w strefie euro spadła już z 10,6% w szczycie do 5,3% w lipcu br., a w Polsce z 18,4% do 10,8% w lipcu. Wynika to przede wszystkim z wygasania efektów wcześniejszego wzrostu cen surowców i innych szoków podażowych, co przełożyło się w pierwszej kolejności na spadek inflacji cen energii, a później również spadek inflacji cen żywności i pozostałych towarów.

W krajach Europy Środkowo-Wschodniej inflacja pozostaje przy tym wyraźnie wyższa niż w pozostałych krajach europejskich ze względu na niekorzystny miks energetyczny z dużym udziałem paliw kopalnych, wyższy udział energii i żywności w koszyku inflacyjnym, napięte rynki pracy i wcześniejszą deprecjację kursu walutowego.

Ekonomiści EY przewidują, że dezinflacja w Europie będzie w najbliższych miesiącach dalej postępowała w szybkim tempie ze względu na dalsze wygasanie efektów wcześniejszych szoków podażowych, co przełożyły się na kontynuację spadku inflacji cen żywności i pozostałych towarów. W efekcie w większości krajów UE inflacja w przyszłym roku będzie bliska celom inflacyjnym banków centralnych. W strefie euro osiągnie ona cel Europejskiego Banku Centralnego na poziomie 2 proc. już w pierwszej połowie 2024 r., choć bilans ryzyka dla inflacji jest asymetryczny w górę.

Wyjątek będą stanowiły Polska i Węgry, gdzie inflacja wróci w pobliże celu dopiero w 2025 lub 2026 r. Wpływ na to będzie miał napięty rynek pracy, wysoka dynamika płac (wspierana podwyżkami płacy minimalnej) i ekspansywna polityka fiskalna. W Polsce inflację dodatkowo może podbić przywrócenie poprzednio obowiązujących stawek VAT na żywność.

Inflacja bazowa, tj. po wyłączeniu cen żywności i energii, w większości krajów również osiągnęła swój szczyt i ekonomiści EY przewidują, że będzie się w kolejnych kwartałach stopniowo obniżać. Dezinflację kategorii bazowych, a zwłaszcza usług, będzie jednak spowalniała wysoka dynamika wynagrodzeń. W efekcie inflacja bazowa w strefie euro pozostanie powyżej celu przez cały przyszły rok.

Szczyt inflacji jest już co prawda za nami, niemniej jej bazowy komponent pozostaje niezmiennie uporczywy. Pomimo szybkiego spadku inflacji, nominalny wzrost płac pozostaje wysoki, a stopy procentowe najprawdopodobniej będą pozostawać na podwyższonym poziomie przez dłuższy czas. Będzie to oddziaływać w kierunku ograniczenia wzrostu wydatków konsumpcyjnych i inwestycji prywatnych – mówi Marek Rozkrut, Partner i główny ekonomista EY na Europę i Azję Centralną.

Stopy procentowe pozostaną wysokie przez dłuższy czas

W warunkach napiętego rynku pracy, wysokiej dynamiki płac i podwyższonej inflacji bazowej, zwłaszcza w usługach, banki centralne utrzymują jastrzębie nastawienie oceniając, że koszty nadmiernego zacieśnienia polityki pieniężnej są mniejsze niż związane ze zbyt luźną polityką pieniężną. Zespół Analiz Ekonomicznych EY przewiduje zatem, że pomimo szybkiego spadku inflacji, Europejski Bank Centralny (EBC) podniesie stopy procentowe jeszcze raz we wrześniu, a następnie utrzyma je na tym poziomie przynajmniej do marca przyszłego roku, a prawdopodobnie nawet do czerwca, po czym rozpocznie bardzo stopniowe obniżanie stóp.

W przeciwieństwie do gospodarek rozwiniętych banki centralne Europy Środkowo-Wschodniej zakończyły cykl podwyżek stóp procentowych wiele miesięcy temu. Bank Węgier już rozpoczął luzowanie polityki pieniężnej (choć z bardzo wysokiego poziomu stóp procentowych – 18%), a NBP prawdopodobnie zacznie obniżać stopy procentowe w październiku, a być może nawet we wrześniu. Zważywszy jednak na utrzymującą się w Polsce podwyższoną inflację, cykl luzowania polityki pieniężnej przez RPP będzie stopniowy – ekonomiści EY oczekują dwóch obniżek łącznie o 0,5 pkt proc. w tym roku i dalszej redukcji stóp o 1,5 pkt proc. w przyszłym roku. Ww. oczekiwania dotyczące pierwszych cięć stóp procentowych w Polsce wynikają z komunikacji członków Rady Polityki Pieniężnej. Równocześnie zdaniem ekonomistów EY, obecna sytuacja makroekonomiczna w Polsce, w tym obecny i prognozowany poziom inflacji, nie uzasadnia obniżek stóp już w br.

Wysoka niepewność pozostanie z nami na dłużej

Niepewność dotycząca przyszłej sytuacji gospodarczej pozostaje na podwyższonym poziomie, a ryzyko pozostaje asymetryczne w kierunku wyższej inflacji i niższego wzrostu gospodarczego. Pomimo spadku cen i wysokiego poziomu zapełnienia magazynów gazu w Europie, ceny tego i pozostałych surowców energetycznych nadal są podatne na dużą zmienność. Źródłem ryzyka są też ceny surowców żywnościowych, zwłaszcza w świetle rekordowych upałów, pożarów i zagrożenia suszą oraz ryzyka geopolitycznego, w tym blokowania przez Rosję eksportu zboża z Ukrainy.

Europa jest bardziej podatna na ponowny wzrost cen surowców niż, na przykład, Stany Zjednoczone, a najbardziej wrażliwe są kraje Europy Środkowo-Wschodniej. W następstwie ewentualnego skoku cen energii i żywności PKB spadłoby najmocniej w Czechach, Rumunii i na Węgrzech, a inflacja wzrosłaby najsilniej w Polsce, na Węgrzech i Słowacji – wynika z najnowszego wydania cyklicznego European Economic Outlook przygotowanego przez Zespół Analiz Ekonomicznych EY.

Inwestorzy realizują zyski z ostatnich umocnień dolara

Inwestorzy najwyraźniej szukali pretekstu, by zrealizować zyski na ostatnich umocnieniach dolara i go znaleźli. Dane z rynków pracy Ameryki Północnej nie były wcale bardzo złe, były po prostu wystarczające, by zacząć korektę. W tle ropa znów szła w górę.

Na co liczyli inwestorzy?

W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Stopa bezrobocia spadła z 3,6% na 3,5%. Zmiana zatrudnienia wyniosła 172 tysiące zamiast oczekiwanych 180 tysięcy. Spadła średnia długość tygodnia pracy o 0,1 godziny za to wzrosła płaca godzinowa o 4,4%, a nie 4,2%, jak oczekiwano. Brzmi jak neutralne dane? Niby tak, problem w tym, że po szczątkowych danych ze środy i czwartku wielu inwestorów zaczęło liczyć na więcej, ale tego nie otrzymali. W efekcie tych danych doszło do przeceny dolara i to dość gwałtownej. Względem euro amerykańska waluta straciła około centa. Względem polskiego złotego kurs dolara spadł z niemal 4,07 zł poniżej 4,02 zł.

Dane z Kanady

Równolegle z danymi z rynku pracy z USA swoje dane opublikowali Kanadyjczycy. Tam stopa bezrobocia zgodnie z oczekiwaniami wzrosła o 5,5%. Potwierdzeniem był ubytek 6,4 tysiąca miejsc pracy. Warto jednak zauważyć, że Kanadyjczycy prezentują dane z podziałem na miejsca pracy na pełen etat i część etatu. Na pełen etat przybyło miejsc pracy, za to ubyło na część etatu. Powoduje to, że odbiór danych o spadku miejsc pracy jest mniej pesymistyczny. Nie był to jednak wystarczający argument, by uznać dane za dobre. W rezultacie mieliśmy przecenę dolara kanadyjskiego względem dolara amerykańskiego. Warto zwrócić uwagę, że skoro dolar amerykański szeroko tracił tego dnia na rynku, to również dolar kanadyjski miał silną przecenę względem głównych walut.

Co się dzieje na rynku ropy?

Czarne złoto znów atakuje kwietniowe maksima. W piątek zabrakło do przebicia najwyższego poziomu z kwietnia 2023 zaledwie 84 centów na baryłce ropy notowanej w Londynie. Amerykańskiej ropie zabrakło 29 centów. Wydawać by się mogło, że skoro idziemy na kolejne szczyty, to zainteresowanie wydobyciem surowca będzie rosło. Patrząc jednak na dane z USA, nic bardziej mylnego. Piątkowe dane znów pokazały zamknięcie kolejnych czterech wież wiertniczych, zmniejszając łączną liczbę z 529 na 525 sztuk. Najwyraźniej oczekiwania spadku zapotrzebowania na surowiec cały czas obowiązują.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Prezydent podpisał ustawę o VAT. Od lipca 2024 roku obowiązkowe fakturowanie elektroniczne

Prezydent podpisał długo wyczekiwaną nowelizację ustawę o VAT. Jej głównym elementem jest wprowadzanie powszechnego obowiązku stosowania faktury ustrukturyzowanej, za pośrednictwem Krajowego Systemu e-Faktur, czyli KSeF. 

Długo wyczekiwana ustawa o podatku od towarów i usług została podpisana. Oznacza to zakończenie dywagacji odnośnie terminu, w którym wejdzie w życie obowiązkowe fakturowanie przez KSeF w narzuconym przepisami formacie xml.

Dla większości polskich przedsiębiorców i podatników wystawiających faktury, podpisanie ustawy oznacza, że do 1 lipca 2024 roku muszą przygotować się organizacyjne do zmiany procesów fakturowania.

Wdrożenie w organizacji KSeF wymaga przebudowania wielu procesów. Im większa organizacja i bardziej skomplikowanie systemy, tym więcej czasu potrzeba na przygotowanie się do nowych wymagań.

Cytując Heraklita z Efezu „Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana”. Możemy być więc pewni, że KSeF znany w obecnie podpisanej formie, będzie ulegać ewolucji. Dlatego podchodząc do procesów fakturowania i sprzedaży, warto zastanowić się co oznaczają dla naszej firmy obecne zmiany oraz jakie mogą wystąpić w przyszłości. Na tej podstawie powinniśmy wybierać rozwiązania, które odpowiadają chociażby na potrzeby nowych wymogów fakturowania elektronicznego. Takie działanie usprawni zarówno wewnętrzne procesy fakturowania, jak również pozwoli na elastyczność implementacji wymagań biznesowych i prawnych stawianych przed firmą.

Michał Sieradzan, Product Manager Produktów Finansowo Księgowych w Symfonii

Główne kryptowaluty spadają, ponieważ na rynku brakuje letniej iskry

Czołowe kryptowaluty w zeszłym tygodniu nadal odnotowały spadki. Wygląda na to, że – pomimo pozytywnych ruchów w czerwcu – rynkowi brakowało dostatecznej iskry, która ożywiłaby to, w dużej mierze, słabe lato.

Bitcoin rozpoczął ubiegły tydzień tuż poniżej 29 000 dolarów, ale kontynuował swój trend spadkowy i spadł o około 1 proc., osiągając obecnie poziom 28 700 dolarów. Kryptowaluta odnotowała krótki wzrost w ciągu tygodnia, osiągając szczyt powyżej 29 650 dolarów na eToro, ale nadal odzwierciedla słabość rynku, która dominowała latem. Bitcoin powrócił do poziomów z początku maja.

Ethereum odnotowało podobny trend spadkowy w ciągu tygodnia, zaczynając tuż powyżej 1850 dolarów, ale spadając o około 1,8 proc. i obecnie handlując w okolicach 1810 dolarów. Kryptowaluta doświadczyła znacznego wahania cen w połowie tygodnia, ale ostatecznie spadła.

Bitcoinowy raport KPMG na temat ESG

Jedna z czterech największych firm księgowych KPMG opublikowała raport podkreślający potencjalne korzyści bitcoina dla inicjatyw ESG.

KPMG opisuje bitcoina jako „dojrzałe” aktywo, które w tym roku osiągnęło lepsze wyniki niż wszystkie inne klasy, ale raport potwierdza obawy środowiskowe związane z kryptowalutą, która jest znana z energochłonności.

Jednak pomimo wysokiego zużycia energii, KPMG twierdzi, że kryptowaluta ma do odegrania dużą rolę w ograniczaniu globalnych emisji poprzez promowanie zrównoważonych praktyk energetycznych. Firma wyszczególnia cztery sposoby, w jakie bitcoin może w tym pomóc: poprzez energię odnawialną, reakcję na popyt, ciepło z recyklingu i redukcję metanu.

Raport wskazuje, że to nie sam bitcoin generuje emisje, ale raczej procesy wytwarzania energii potrzebnej do jego działania. Bitcoin ma potencjał do nagradzania rozwoju energii odnawialnej poprzez łączenie odnawialnych źródeł energii z wydobyciem i zapewnianie rzeczywistych zachęt finansowych dla twórców zielonych technologii.

Musk twierdzi, że X (Twitter) nigdy nie uruchomi kryptowaluty

Elon Musk potwierdził, że jego platforma mediów społecznościowych X (dawniej Twitter) nigdy nie utworzy własnego krypto-aktywa, w odpowiedzi na ostrzeżenie o fałszywych tokenach, które mają wyglądać na powiązane z platformą.

Odpowiedź Muska pojawia się w momencie, gdy platforma walczy z rozmaitymi kwestiami. Społeczność kryptowalutowa nieustannie żyje plotkami na temat kolejnego ruchu Muska w kosmosie, więc jasność w kwestii tego, czy może on kiedykolwiek chcieć uruchomić natywny token, jest równie ważna.


Pozostawia to jednak wątpliwości co do tego, czy platforma może lepiej zintegrować istniejące kryptowaluty, aby ułatwić takie funkcje, jak płatności, napiwki lub subskrypcje. Konkurentami w tej materii od dawna są bitcoin i dogecoin – dwie kryptowaluty, które Musk zintegrował z innymi firmami, takimi jak Tesla.

Nie wiadomo jeszcze, czy w X dojdzie to do skutku. Każdy, kto interesuje się Muskiem (a obserwuje go wiele osób), powinien raczej starannie przemyśleć długoterminowe przypadki inwestycyjne, niż próbować odgadnąć jego następny ruch.

Valkyrie chce dodać ethereum do bitcoinowego funduszu ETF

Zarządzający aktywami Valkyrie chce dodać eter do swojego bitcoinowego funduszu ETF. ETF jest obecnie przedmiotem obrotu na Nasdaq i zamierza inwestować w kontrakty terminowe na bitcoiny, co jest już dozwolone przez organy regulacyjne.

Dodanie ethereum jest cichym potwierdzeniem dojrzałości kryptowaluty i elementu dywersyfikującego, który wnosi w połączeniu z bitcoinem. ETF będzie jednak handlował kontraktami futures na ethereum, a nie rzeczywistym aktywem, jak dzieje się w przypadku bitcoina.

Fundusze ETF, które zawierają kontrakty terminowe, wywołały szum na rynku kryptowalut, ale nie sięgają wystarczająco daleko w kwestii zwiększania dostępu do inwestorów zainteresowanych śledzeniem ceny. Kilka miesięcy temu, widzieliśmy silną reakcję rynku na sugestię, że BlackRock miałby uruchomić bitcoinowy ETF z handlem rzeczywistymi aktywami. Na razie pozostaje to niesprecyzowane, ale rynek bacznie obserwuje rozwój sytuacji.

Napiwki a podatki – jakie zasady obowiązują w restauracjach?

Napiwki otrzymywane m.in. w restauracjach mogą stanowić osobne źródło przychodu. Jednak to, czy napiwek jest opodatkowany zależy od formy jego wypłaty. Zasady z tym związane tłumaczy ekspert inFaktu.

Jeśli klient w restauracji przekaże napiwek w gotówce, to wówczas właściciel lokalu nie ma żadnych obowiązków podatkowych. Jednak kelner lub kelnerka, zgodnie z zasadami, powinien opodatkować te napiwki w swoim zeznaniu rocznym. Oznacza to, że nie płaci podatku od razu po otrzymaniu gotówki, lecz w swoim zeznaniu rocznym deklaruje wartość otrzymanych napiwków, które podlegają opodatkowaniu.

Napiwki bezgotówkowe

Coraz częstsze stało się korzystanie z form bezgotówkowych i doliczanie napiwku do rachunku. W takim przypadku wartość tego napiwku jest traktowana jako oddzielny element na rachunku, oprócz podstawowej kwoty do zapłaty. W restauracjach, w których posiłki są najczęściej opodatkowane stawką 8 proc. VAT, napiwek podlega opodatkowaniu 0 proc. VAT, nawet jeśli elementem kolacji były np. krewetki podlegające 23 proc. VAT.

W przypadku napiwku doliczanego do rachunku właściciel lokalu nie odprowadza podatku VAT od tego napiwku. Po otrzymaniu takiego napiwku restauracja dokonuje potrąceń, wliczając koszty obsługi terminala, ponieważ za każdą transakcję za jego pośrednictwem pobierane są opłaty.

Jednak, jeśli ktoś chce dać napiwek za pośrednictwem terminala, pracodawca jest zobowiązany do pobrania podatku dochodowego od tej kwoty i wpłacenia go do urzędu skarbowego. To na pracodawcy ciąży obowiązek pobrania i wpłacenia podatku, a pracownik otrzymuje już napiwek pomniejszony o podatek – wskazuje Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt..

Napiwki dla młodych

Warto pamiętać, że napiwki otrzymane przez osoby do 26 roku życia zatrudnione na podstawie umowy o pracę lub umowy zlecenia do limitu przychodu rocznego 85 528 zł korzystają ze zwolnienia z opodatkowania. Po przekroczeniu tej kwoty konieczne będzie zapłacenie podatku i wykazanie tej wartości w zeznaniu rocznym – wyjaśnia Piotr Juszczyk.

Podsumowując, jeśli kelner otrzymuje napiwek w gotówce, musi go opodatkować i wykazać w zeznaniu rocznym. Jeśli napiwek jest doliczany do rachunku, pracodawca nie płaci podatku VAT, ale pobiera podatek dochodowy i wypłaca pracownikowi kwotę netto pomniejszoną o podatek VAT. Zdaniem eksperta inFaktu napiwki powinny być zwolnione z opodatkowania. Warto zastanowić się nad wprowadzeniem limitu dla nieopodatkowanych napiwków, np. w kwocie 100 zł.