W imieniu Europejskiego Centrum Biznesu pragniemy zaprosić Państwa do udziału w XIX edycji Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL, który odbędzie się w dniach 14-15 stycznia 2019 r. w Warszawie w Hotelu Sofitel Warsaw Victoria. Patronem Medialnym Kongresu jest CEO Magazyn Polska. Temat przewodni brzmi: „Rok 2019: Zrównoważony rozwój polskiej energetyki”
Rok 2019 jest dla polskich wytwórców i dostawców energii czasem intensywnych zmian związanych zarówno z otoczeniem legislacyjnym, optymalizacją procesów wytwarzania, zapewnieniem bezpieczeństwa operacyjnego spółek strategicznych, przygotowaniem nowych inwestycji jak i nowymi priorytetami rządowej polityki energetycznej w zakresie zrównoważonego rozwoju, efektywności energetycznej, ochrony środowiska, elektromobilności, OZE oraz czystości powietrza.
Kongres jest okazją do wymiany opinii i doświadczeń pomiędzy przedstawicielami największych w kraju przedsiębiorstw energetycznych, najważniejszych organizacji branżowych, środowisk akademickich i przedstawicieli biznesu. W tym gronie chcemy poruszyć kwestie kondycji i perspektyw dla sektora elektroenergetycznego i gazowego oraz szans na rozwój elektromobilności i kogeneracji, budowania rynku mocy, a także coraz silniejszego wpływu legislacji i sytuacji międzynarodowej na bezpieczeństwo energetyczne. Szczegółowe informacje: www.powerpol.pl
Restrukturyzacja firmy przebiega w ramach jednego z czterech postępowań restrukturyzacyjnych przewidzianych prawem. Wybór właściwego postępowania zależy od kondycji przedsiębiorstwa, możliwości finansowych i obecnych relacji z wierzycielami, a także zdolności menadżerskich kadry zarządzającej, czy ilości wierzytelności spornych. Jednym z postępowań restrukturyzacyjnych jest postępowanie o zatwierdzenie układu.
Przesłanki wszczęcia postępowania o zatwierdzenie układu
Warunkiem umożliwiającym skorzystanie z restrukturyzacji firmy jest wystąpienie stanu zagrożenia niewypłacalnością lub utrata zdolności do regulowania wymagalnych zobowiązań pieniężnych, czyli niewypłacalność. Jak pokazuje praktyka, dłużnicy, którzy korzystają z postępowania o zatwierdzenie układu z reguły są we wstępnej fazie problemów z płynnością finansową, więc można mówić o występowaniu zagrożenia utratą zdolności spłaty zobowiązań.
Dodatkowo, czynnikiem wpływającym na możliwość skorzystania z tego rodzaju postępowania jest ilość wierzytelności spornych. Nie mogą one przekraczać 15% wierzytelności kwestionowanych w odniesieniu do sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem.
Przebieg postępowania o zatwierdzenie układu
Postępowanie o zatwierdzenie układu odbywa się w znacznej mierze bez udziału sądu. Inicjowane jest poprzez zawarcie umowy przez dłużnika z osobą posiadającą licencję doradcy restrukturyzacyjnego, który pełni funkcję nadzorcy układu. Co do zasady, doradca restrukturyzacyjny powinien wykonać te czynności, które przewiduje ustawa, a także związane z procedurą restrukturyzacji, m.in.:
przeprowadzić weryfikację stanu przedsiębiorstwa pod kątem ekonomicznym;
zdiagnozować powody obecnej sytuacji firmy;
przygotować program restrukturyzacji wraz z harmonogramem.
Następnie, doradca restrukturyzacyjny sporządza spis wierzytelności, również spornych, określa propozycje układowe i zbiera pisemne głosy wierzycieli. Dobrym rozwiązaniem jest przygotowywanie propozycji układowych w porozumieniu z wierzycielami (przynajmniej tymi kluczowymi), aby szanse na zaakceptowanie przez nich propozycji było większe. Jeżeli za przyjęciem układu wypowie się większość wierzycieli, która ma łącznie co najmniej 2/3 sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem, to doradca restrukturyzacyjny winien złożyć wniosek do sądu.
Ostatecznie, sąd zatwierdza uzgodniony wcześniej układ, a nadzorca układu staje się nadzorcą wykonania układu.
Korzyści z wykorzystania postępowania o zatwierdzenie układu
Restrukturyzacja firmy wywiera określone skutki, m.in. w sferze zarządu własnego dłużnika. Postępowanie o zatwierdzenie układu nie pozbawia jednak dłużnika zarządu własnego. Z uwagi na prowadzenie postępowania bez udziału sądu, posiada ono o wiele mniej formalny charakter niż pozostałe procedury. W przypadku zatwierdzenia układu dłużnik może liczyć m.in. na redukcję zadłużenia, czy prolongatę spłaty (w zależności od koncepcji zawartych w propozycjach układowych). Dodatkowo, wraz z wydaniem postanowienia w przedmiocie zatwierdzenia układu dochodzi do zawieszenia postępowań egzekucyjnych dotyczących wierzytelności objętych z mocy prawa układem, a także możliwe jest uchylenie zajęć w zawieszonym postępowaniu egzekucyjnym lub zabezpieczającym. Niedopuszczalne jest też wszczęcie nowych postępowań komorniczych wobec wierzytelności objętych układem z mocy prawa.
Z deficytem pracowników borykało się w III kwartale br. 53% przedsiębiorstw w budownictwie i 45% w przemyśle. Wzrost kosztów zatrudnienia sygnalizowało 55-63% firm w budownictwie, przemyśle, handlu detalicznym i transporcie – wynika z danych GUS.
W cieniu publikacji danych o bieżącej koniunkturze znalazł się materiał GUS o koniunkturze z perspektywy historycznej. Dostarcza on unikatowego wglądu w postrzeganie barier działalności przedsiębiorstw w przemyśle, budownictwie i usługach z ostatnich niemal dwudziestu lat. Płyną z niego ciekawe wnioski. Po pierwsze, relatywnie niewielkie różnice między deklaracjami podmiotów różnej wielkości sugerują, że większość barier ma charakter uniwersalny.
– Nie oznacza to jednak, że przedsiębiorstwa znajdują na nie sposób jednakowo skuteczny. Ich wyniki finansowe wskazują, że z barierami łatwiej radzą sobie duże podmioty. Oznaczałoby to, że największym beneficjentem znoszenia barier rozwojowych są mniejsze firmy – mówi Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan
Po drugie, niezmiennie widoczna jest korelacja barier z fazami cyklu koniunkturalnego. Niedostateczny popyt, problemy finansowe czy niepewność sytuacji gospodarczej tradycyjnie są deklarowane częściej w okresach spowolnienia, natomiast niedobór pracowników czy koszty zatrudnienia stają się bardziej dotkliwe w okresach rozkwitu. Z deficytem zasobów pracy (zwłaszcza wykwalifikowanej) – kiedyś marginalnym, w III kwartale 2018 borykała się nawet ponad połowa przedsiębiorców: 53% w budownictwie, 45% w przemyśle, 44% w transporcie i logistyce, 29% w handlu detalicznym. Jest to wyraźnie więcej niż w poprzednim szczycie koniunktury i nawet relatywnie wysokie wynagrodzenia nie chronią przed deficytem pracowników.
– Z tego samego powodu obserwujemy wzrost roli kosztów zatrudnienia, które hamowały działalność w 55-63% podmiotów w budownictwie, przemyśle, handlu detalicznym, transporcie i logistyce czy administrowaniu. Niedobór pracowników i wzrost kosztów zatrudnienia to obecnie dwie najpowszechniej deklarowane bariery funkcjonowania przedsiębiorstw. Niewątpliwie więc ujawnia się potrzeba refleksji nad długookresową polityką aktywizacji zawodowej i podnoszenia kompetencji pracowników – zauważa Sonia Buchholtz.
Po trzecie, na więcej uwagi zasługuje dotkliwość obciążeń na rzecz państwa, która przewija się we wszystkich badaniach nad rozwojem przedsiębiorczości. Bariera ta ma charakter antycykliczny – rosnący w okresach dobrej koniunktury popyt pozwala łatwiej pokryć wyższe obciążenia (chociaż nawet teraz deklaruje tę barierę 37-47% przedstawicieli największych branż). Z kolei w okresach spowolnienia poszukiwaniu oszczędności towarzyszy większa refleksja nad wydatkami, w tym wydatkami na rzecz państwa. W tym kontekście racjonalne zmniejszanie obciążeń na rzecz państwa będzie zawsze długookresowo z korzyścią dla przedsiębiorczości.
Warto też spojrzeć na niski poziom i trend spadkowy bariery popytowej. Popyt stanowi fundament przedsiębiorczości. Jeszcze w 2010 roku z deficytem popytu borykało się nawet 74% przedsiębiorstw przemysłowych i 40% w budownictwie. Przybywa firm, które żadnych barier nie deklarują. Nie powinno to jednak nas zmylić. Około 9 na 10 podmiotów nadal takie bariery funkcjonowania widzi. Warto także rozważyć, czy na horyzoncie nie czają się nowe wyzwania, których badanie GUS jeszcze nie identyfikuje.
– Wśród nich fundamentalna będzie odpowiedź na pytanie, do jakiego stopnia brak dostępu do nowoczesnych technologii utrudni funkcjonowanie firmom. Nie należy także zapominać o roli niefinansowych obciążeń na rzecz państwa, w tym obowiązków sprawozdawczych czy uciążliwości kontroli. Od zdolności do skutecznego niwelowania tych barier zależeć będzie zarówno długookresowy wzrost gospodarczy, jak i zdolność do łagodzenia okresów spowolnień gospodarczych – dodaje Sonia Buchholtz.
Według „The New York Times” w ostatnich miesiącach spadła aktywność tajnych informatorów CIA w rosyjskim rządzie, na których USA opierały swoją taktykę i strategię działania wobec Moskwy. Sieć była budowana latami. Składała się z urzędników zajmujących wysokie stanowiska na Kremlu i w innych rosyjskich instytucjach rządowych. Informatorzy mieli kluczowe znaczenie w ujawnianiu rosyjskich prób ingerencji w wybory prezydenckie z listopada 2016 r. Dziennik, cytując „obecnych i byłych oficerów wywiadu”, utrzymuje, iż nie wierzą oni w schwytanie lub likwidację agentów. Prawdopodobnie w związku z nasilonymi działaniami kontrwywiadu rosyjskiego zostali „uśpieni”. Moskwa zintensyfikowała działania kontrwywiadowcze od czasu incydentu z Siergiejem Skripalem, kiedy to stosunki między Kremlem a większością krajów Zachodnich były chyba najgorsze od czasów zimnej wojny. W konsekwencji informatorzy „ocenili, że przekazywanie informacji jest zbyt niebezpieczne”.
Sytuacja ta pozbawiła CIA i inne amerykańskie agencje ważnych źródeł informacji w obliczu ostrego konfliktu z Rosją. Brak danych pogłębił się w marcu 2018 r. wraz z wydaleniem kilkudziesięciu amerykańskich dyplomatów z Rosji w odwecie za wydalenie 60 rosyjskich pracowników placówek dyplomatycznych.
Wielu dyplomatów wyrzuconych z Rosji było w rzeczywistości funkcjonariuszami wywiadu działającymi pod „przykryciem”. Nieliczni, którzy pozostali „znajdują się pod niewiarygodnym nadzorem” rosyjskich służb kontrwywiadowczych. Waszyngton nadal zbiera informacje z Rosji za pośrednictwem innych kanałów, w tym przechwytu satelitarnego, ale wywiad USA uważa, iż nastąpiła degradacja wartości informacji płynących z Rosji.
Na regionalnym rynku biurowym obserwowany jest trend decentralizacji firm z sektora usług dla biznesu, przez co zwiększa się aktywność w mniejszych ośrodkach, takich jak Rzeszów, Bydgoszcz, Toruń, Gliwice czy Częstochowa, gdzie w III kw. 2018 r. zarejestrowano nowe transakcje najmu.
Największy przyrost powierzchni niewynajętej kwartał do kwartału został zanotowany w Krakowie (+1,33 pp.) a największy spadek w Poznaniu (-1,15 pp.)
Absorpcja netto po pierwszych trzech kwartałach 2018 roku wyniosła 400 000 mkw. i w porównaniu do analogicznego okresu w 2017 roku była wyższa o ponad 22%. Relatywnie wysoki wskaźnik jest w dużym stopniu efektem dostarczenia powierzchni biurowej zabezpieczonej umowami przednajmu zawartymi w 2017 roku.
Skanska rozpoczyna realizację swojego pierwszego projektu w Gdańsku. Biurowiec Wave będzie oferował blisko 48 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, a planowana data oddania do użytku to 2020 rok.
Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield
– W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku wolumen inwestycyjny w miastach regionalnych w sektorze biurowym osiągnął EUR 670m, co stanowi przyrost o 210% w porównaniu do odpowiedniego okresu w roku poprzednim. Miastem o największej aktywności inwestycyjnej był Kraków, gdzie zamknięto 3 transakcje o łącznej wartości EUR 225m. Drugim, pod tym względem, rynkiem był Wrocław, gdzie 5 nieruchomości biurowych zmieniło właścicieli, a łączna wartość transakcji wyniosła EUR 220m – powiedział Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.
W trzecim kwartale 2018 roku na największych regionalnych rynkach biurowych w Polsce (Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie i Lublinie) oddano 21 nowych inwestycji, co przełożyło się na wzrost dostępnej powierzchni o ponad 176 tys. mkw. Dzięki nowej podaży całkowite zasoby w głównych miastach regionalnych wyniosły 4,81 mln mkw. Największym z dostarczonych na rynek budynków jest Olivia Prime A w Gdańsku (28 000 mkw.), zlokalizowany w Łodzi budynek Ogrodowa Office (24 700 mkw.) oraz pierwsza faza projektu Podium Park w Krakowie (15 700 mkw.). Analitycy firmy doradczej Cushman & Wakefield spodziewają się, że przy realizowanym obecnie wolumenie nowej podaży – prawie 140 000 mkw. – całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na największych regionalnych rynkach mogą zbliżyć się do granicy 5 mln mkw. na koniec roku.
Pomimo dość wysokiej liczby nowych inwestycji, wskaźnik pustostanów nie zmienia się znacząco. Na koniec trzeciego kwartału 2018 roku średnia dla ośmiu największych miast regionalnych wyniosła 9,7%, co stanowi wzrost o 0,4 pp. w stosunku do poprzedniego kwartału. Najmniej powierzchni niewynajętej znajdowało się w Poznaniu (6,6%), a najwięcej w Lublinie (18,9%).
Całkowita aktywność najemców w ośmiu największych miastach regionalnych od stycznia do września 2018 roku wyniosła 421 400 mkw. i była o 9% niższa w porównaniu do analogicznego okresu w rekordowym 2017 roku, ale jednocześnie o 4% wyższa od średniej trzyletniej. W strukturze popytu w analizowanym okresie największym zainteresowaniem najemców cieszyły się Kraków (46 000 mkw.), Trójmiasto (40 400 mkw.) Wrocław (38 100 mkw.). To również w tych miastach zarejestrowano największe transakcje, tj. renegocjację umowy Capgemini w Krakowie (11 850 mkw. w Rondo Business Park), umowę przednajmu zawartą w Trójmieście przez firmę Sii (10 100 mkw. w Olivia Prime A), a także umowę ekspansji Credit Agricole we Wrocławiu (9 850 mkw. Business Garden I).
Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield
– W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku aktywność najemców skupiała się na trzech największych rynkach biurowych, czyli w Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Niemniej jednak, dzięki zauważalnemu trendowi decentralizacji firm z sektora usług dla biznesu, obserwujemy zwiększoną aktywność najemców, nie tylko w średnich ośrodkach, takich jak Łódź, Poznań czy Katowice, ale również w mniejszych miastach, takich jak Rzeszów, Bydgoszcz, Toruń, Gliwice czy Częstochowa, gdzie w III kw. 2018 r. zarejestrowano nowe transakcje najmu – powiedział Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield, autor raportu.
W trzecim kwartale 2018 roku, na analizowanych rynkach wyjściowe stawki czynszów w najlepszych lokalizacjach utrzymały się na stabilnym poziomie i wyniosły między 12 a 14,5 EUR/mkw. miesięcznie.
Praktycznie żadne z państw Unii Europejskiej poza Polską nie zdecydowało się na wprowadzenie obowiązku zawierania umów na dostawę tak wielu grup produktów rolnych w formie zaproponowanej w Rozporządzeniu 1308/2013. Niezastosowanie się do nowych obowiązków może skutkować m.in. karą w wysokości 10% zakupionych produktów, co może mieć negatywne skutki dla wielu branż w Polsce, w tym dla producentów soków – wynika z analizy ekspertów firmy doradczej PwC, przygotowanej na zlecenie Stowarzyszenia Krajowej Unii Producentów Soków.
Obowiązek zawierania umów na dostawę produktów rolnych ma swe źródło w przepisach europejskich. Unijny prawodawca w Rozporządzeniu 1308/2013 nie narzucił jednak krajom członkowskim obowiązku wprowadzenia przymusu zawierania tego typu umów w zakresie obrotu wszystkimi produktami rolnymi – w odniesieniu do większości kategorii produktów przewidziano jedynie taką możliwość, ale ostateczną decyzję pozostawiono poszczególnym rządom. Celem wprowadzenia tego typu rozwiązania ma być wzmocnienie współpracy w łańcuchu dostaw żywności na terenie Unii Europejskiej.
Choć rozwiązanie zaproponowane przez UE nie jest obligatoryjne w odniesieniu do rynku owoców i warzyw, Polska skorzystała z możliwości rozszerzenie postanowień Rozporządzenia 1308/2013 i w 2015 r. wprowadziła do polskiego porządku prawnego obowiązek zawierania umów na dostawę tych produktów. W ślad za nowymi obowiązkami wprowadzono również sankcje dla przetwórców i dystrybutorów, którzy nabywaliby owoce i warzywa bez zawarcia odpowiedniej umowy. Kara pieniężna, która grozi dziś za brak umowy w formie narzuconej przepisami Rozporządzenia 1308/2013, wynosi 10% wartości zakupionych produktów.
W celu zbadania skutków wprowadzenia obowiązku zawierania tego typu umów, eksperci PwC poddali analizie aktualną sytuację polskiego rynku owoców, a także zbadali czy porównywalne obciążenia zostały wprowadzone w innych krajach UE.
Dziś największym problemem, z którym w praktyce borykają się strony umowy na dostawę produktów rolnych jest odpowiednie określenie ceny na poszczególne produkty na kilka miesięcy przed dostawą towarów. Jest to szczególnie trudne dla uczestników rynku owoców. Ceny rynkowe jabłek mają charakter sezonowy i zależą w dużej mierze od czynników takich jak pogoda i trendy światowe. Z tego względu ustalenie ceny na kilka miesięcy przed datą dostawy jest praktycznie niemożliwe i zawsze będzie powodowało nieuzasadnione straty po jednej ze stron umowy. Co ważne, w przypadku owoców również niemożliwe jest odwołanie się do obiektywnych wskaźników ułatwiających ustalenie ceny, jak ma to miejsce np. w przypadku innych produktów rolnych, takich jak zboże i rzepak – produktów, które są przedmiotem obrotu na światowych giełdach towarowych. Takie rozwiązanie może więc wcale nie wzmocnić sadowników, którzy w latach gorszej pogody i niższych zbiorów poniosą straty, ale też może osłabić producentów polskich soków na arenie międzynarodowej, którzy w latach nadpodaży będą zmuszeni do zakupu surowca po zawyżonych cenach. – Katarzyna Urbańska, wicedyrektor ds. regulacji w PwC
Jak wynika z analizy, produkcja owoców w Polsce staje się coraz bardziej efektywna. W latach 2009-2018 średnia produkcja jabłek z jednego hektara wzrosła o 5 ton. W 2016 r. Polska była trzecim na świecie eksporterem jabłek w ujęciu ilościowym. Około 82% polskich jabłek kierowanych jest na eksport – mniejszość stanowią jabłka do konsumpcji, zdecydowana większość eksportowana jest pod postacią soku zagęszczonego. Polski rynek jabłek jest silnie powiązany z rynkiem międzynarodowym, ceny sprzedaży owoców są więc w dużej mierze determinowane przez realia i uwarunkowania światowe, w tym w dużej mierze przez cenę sprzedaży soku zagęszczonego oferowaną w danym roku na rynkach europejskich.
Dodatkowo, jak wynika z raportu PwC, polskim sadownikom nie pomaga ich wysokie rozdrobnienie. Liczba małych gospodarstw o powierzchni nieprzekraczającej 1 ha jest bardzo duża – mała skala produkcji i brak odpowiedniej wiedzy oraz przygotowania utrudniają utrzymanie rentowności produkcji. W dodatku, tylko część z ponad 148 tysięcy sadowników obecnych w Polsce zrzesza się w ramach grup producenckich. Jak wynika z dostępnych danych, udział sprzedaży realizowanej przez organizacje producentów owoców w całkowitej wartości sprzedanych owoców i warzyw stanowił w Polsce zaledwie 16% w 2016 r., podczas gdy już w 2011 r. średnia dla Unii Europejskiej wynosiła 35,5%, wskaźnik dla Austrii równał się 22,5%, a w krajach takich jak Irlandia, Wielka Brytania i Holandia – ponad 50%.
W Polsce mamy również do czynienia z niedostosowaniem podaży jabłek do popytu. Zbyt wielu rolników decyduje się na produkcję jabłek deserowych, które teoretycznie oferują wyższą stopę zwrotu, ale wiążą się również z koniecznością poniesienia wyższych kosztów. Brak odpowiednio wysokiego popytu na jabłka deserowe oraz niesatysfakcjonująca jakość części produkcji powodują, że jabłka te są sprzedawane jako jabłka przemysłowe. W efekcie, ich produkcja jest nierentowna.
Eksperci PwC podkreślają, iż praktycznie żadne z państw UE poza Polską nie zdecydowało się na wprowadzenie obowiązku zawierania umów na dostawę produktów rolnych w formie zaproponowanej w Rozporządzeniu 1308/2013. Wynika to najczęściej z istnienia w tym obszarze alternatywnych regulacji krajowych. We Francji producent rolny ma możliwość odmowy podpisania umowy, a klauzule renegocjacyjne są obowiązkowe. Z kolei w Hiszpanii wzorce umów dla poszczególnych kategorii owoców są zatwierdzane w rozporządzeniach ministra rolnictwa i rybołówstwa i są one przygotowywane każdorazowo dla konkretnego sezonu. W Belgi i Holandii skoncentrowano się na zachęcaniu i wspieraniu producentów rolnych do zrzeszania się w większe grupy.
Zdaniem autorów analizy należałoby rozważyć wyłączenie owoców z zakresu przymusowych umów na dostawę produktów rolnych, albo rząd powinien zdefiniować obiektywne wskaźniki, umożliwiające stronom działającym na rynku owoców prawidłowe ustalenie ceny na kilka miesięcy przed dostawą produktów. Dodatkowo, warte rozważenia jest umożliwienie stronom renegocjacji zawartych umów – na wzór rozwiązań przyjętych w innych krajach.
Black Friday przypadający w tym roku na 23 listopada rozpocznie gorączkę zakupów trwającą aż do świąt Bożego Narodzenia. W Stanach Zjednoczonych to wieloletnia tradycja, ale Polacy też polubili promocje, z których coraz chętniej korzystają.
Black Friday to prawdziwe święto zakupów. Jedne źródła donoszą, że tradycja zakupowego szaleństwa odbywającego się zawsze w następny dzień po Święcie Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych wzięła swoją nazwę od paraliżu komunikacyjnego, jaki przeżyła Filadelfia w 1966 roku. Wówczas to Amerykanie tak tłumnie ruszyli na zakupy, że miejscowa policja nie mogła sobie poradzić z chaosem i sytuację nazwała mianem Black Friday. Inni twierdzą, że zyski ze sprzedaży tego dnia od dziesięcioleci są tak wielkie, że księgowi zapisujący je używali tylko czarnego atramentu (czerwony zarezerwowany był na straty). W jakim stopniu czas ten wpływa na decyzje zakupowe za oceanem, a w jakim na naszym rodzimym gruncie?
Amerykanie kupują prezenty
Według danych statista.com w Stanach Zjednoczonych, kolebce Black Friday, wartość sprzedanych produktów podczas ostatniego Czarnego Piątku wzrosła o 16,8 proc. w odniesieniu do edycji w roku 2016. Coraz większą popularnością cieszy się też tzw. Cyber Monday – poniedziałek następujący zaraz po Czarnym Piątku, kiedy również przeceniane są produkty w sieci. W tym przypadku zanotowano podobny wzrost – 16,9 proc. Gdyby jednak przyjrzeć się celom, jakie przyświecają Amerykanom podczas korzystania z promocji, okaże się że w tym zakupowym szaleństwie jest metoda. Wyniki ankiety przeprowadzonej w Stanach z 2017 r. wskazują motywy, jakie kierują konsumentami: 42 proc. osób uzasadnia, że to świetny moment, aby zakupić świąteczne prezenty, 39 proc. robi to dla tradycji, 33 proc. uważa, że to świetna okazja, by kupić wartościowy produkt w atrakcyjnej cenie, a 31 proc. argumentuje, że to sposobność do kupna produktów, na które nie stać ich w innym czasie.
Według branżowych szacunków, przeciętny Amerykanin w okresie od Black Friday do końca roku 2017 wydał na zakupach niemal 1000 dolarów, podczas gdy na przykład pięć lat temu ta kwota wynosiła około 750 dolarów.
Polacy po prostu kochają promocje
W Europie, w tym i Polsce, tradycja Black Friday również zdążyła się rozgościć na dobre, tym bardziej, że Polacy od zawsze lubią promocje i wyprzedaże. Co więcej, dla wielu z nas ciekawa promocja jest główną przyczyną podjęcia decyzji zakupowej. Według badania opublikowanego przez agencję doradczą KPMG, pod koniec 2017 roku dla 76 proc. Polaków niska cena jest głównym czynnikiem motywującym do zakupu, a dla połowy (49 proc.) powodem, aby zwlekać z decyzją zakupową do czasu, aż zostanie ona właśnie obniżona.
O ile w Stanach Zjednoczonych zamiłowanie do Black Friday wynika w dużym stopniu z tradycji, o tyle w Polsce na wyniki sprzedażowe spory wpływ ma wciąż naprawdę atrakcyjna oferta i skuteczna komunikacja na linii marka-klient. Obok coraz bardziej popularnych nowoczesnych kanałów sprzedażowych, dla polskich konsumentów bardzo ważne wciąż są tradycyjne SMS-y, które mogą odegrać istotną rolę w zakupowym szaleństwie.
– Wyniki badania „Komunikacja SMS w Polsce” potwierdzają, że aż 76,2 proc. konsumentów otrzymuje za pośrednictwem SMS-ów bieżące informacje dotyczące rabatów i innych ofert handlowych. Co równie ważne, aż 69 proc. osób z tego grona utrzymuje, że chce takie wiadomości otrzymywać nadal – komentuje Edyta Godziek, Marketing & PR Manager Platformy SerwerSMS.pl, zajmującej się wysyłką SMS-ów. To jasny sygnał, że jest to aprobowana, a nawet pożądana forma komunikacji z potencjalnymi klientami – dodaje.
Reklama w Google AdWords, na Facebooku, kampanie display, powiadomienia push zdaniem ekspertów nie gwarantują dotarcia z komunikatem do klienta „tu i teraz”, jak to się dzieje w przypadku SMS-ów.
– W okresie, kiedy do konsumentów trafia szczególnie dużo przekazów reklamowych, warto postawić na kreację, która albo wyjątkowo wyróżni się formą, albo dotrze do obiorcy maksymalnie bezpośrednio i nie będzie musiała konkurować z setkami banerów, billboardów czy zalegających w skrzynce ulotek. SMS-y mają to do siebie, że otwieramy je bezpośrednio po otrzymaniu na nasz telefon – bardzo osobiste, stale towarzyszące nam urządzenie. Z wiadomością docieramy zatem natychmiast, możemy być pewni, że zostanie ona odczytana, ba, nawet odebrana dużo bardziej osobiście, bowiem istnieje możliwość jej personalizacji. To jednocześnie sposób prosty, szybki i tani, pozwalający informować o danej akcji nieograniczoną praktycznie liczbę odbiorców. Współcześnie także sama postać SMS-a daje wiele możliwości w zakresie tworzenia angażującego komunikatu – wylicza Edyta Godziek. Jak widać elementów wpływających na efektowność i efektywność kampanii SMS jest sporo, dlatego wciąż warto wdrażać je do pakietu narzędzi reklamowych – uzupełnia.
W wielu krajach to właśnie listopad, a nie grudzień, jest miesiącem generującym największe zyski sprzedawcom. Bez wątpienia Black Friday to doskonały pretekst, aby te wyniki sprzedażowe jeszcze podnosić, przy jednocześnie stosunkowo najniższych nakładach na promocję. Warto także pamiętać, że z roku na rok wzrasta ilość transakcji dokonywanych przez smartfony, zatem komunikaty dostarczane na telefony, mogą zwiększyć szansę na tego typu interakcję. Nie znaczy to oczywiście, że SMS to rozwiązanie dedykowane działalności e-Sklepów. Wspomniane już badanie „Komunikacja SMS w Polsce” wskazuje, że chęć odwiedzenia sklepu internetowego po otrzymaniu SMS-a promocyjnego deklaruje 79,5 proc. ankietowanych, a punktu stacjonarnego – 76,6 proc. Różnica zatem jest niewielka. Jak więc w tym roku przedsiębiorcy wykorzystają idący za Black Friday potencjał? Czy słupki zakupowe poszybują w górę? To się niebawem okaże. Na pewno i tegoroczne podsumowanie nie umknie uwadze marketerom.
Według źródeł zbliżonych do amerykańskiego wywiadu Rosja organizuje zakrojone na szeroką skalę poszukiwania rakiet nuklearnych, które kilka miesięcy temu zaginęły podczas testowania. Mogą one być częścią nowego systemu rakietowego o nieograniczonym zasięgu, który prezydent W. Putin wychwalał w czasie swojego corocznego wystąpienia 1 marca 2018 r. System został tak zaprojektowany, że mógłby ominąć znane systemy obrony przeciwrakietowej, a tym samym byłby „niewrażliwy na przechwycenie”.
Według obserwatorów nowa broń rosyjska rozwijana jest od ponad 15 lat. Jednak wbrew twierdzeniom Putina nigdy nie została pomyślnie przetestowana. Amerykanie twierdzą, że rosyjskie wojsko wypróbowało te rakiety co najmniej cztery razy w okresie od listopada 2017 r. do lutego 2018 r. oraz że wszystkie pociski rozbiły się na długo przed osiągnięciem zamierzonego celu. Moskwa zaprzecza jednak informacjom o rozbiciu rakiet.
Amerykańska sieć informacyjna CNBC twierdzi, że Rosja przygotowuje się do rozpoczęcia operacji poszukiwania jednego z pocisków jądrowych, który zaginął w listopadzie 2017 r. Uważa się, że pocisk rozbił się na Morzu Barentsa, rozległym obszarze wodnym położonym u północnych wybrzeży Rosji i Norwegii. CNBC, cytując anonimowe źródła wywiadowcze, poinformowała, że rosyjska misja poszukiwawcza będzie składała się z trzech statków, z których co najmniej jeden będzie specjalnie przygotowany do obsługi materiałów promieniotwórczych. Amerykańska stacja ujawniła, że rosyjska misja poszukiwawcza nie ma określonego harmonogramu. Rosyjski rząd nie skomentował rewelacji CNBC.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump miał upoważnić amerykańskich urzędników do tajnych spotkań z wenezuelskimi wojskowymi, którzy planowali zamach stanu przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Informacje ujawnił „The New York Times”, cytując „rozmowy z 11 aktualnymi i byłymi amerykańskimi urzędnikami” oraz informacje anonimowego wenezuelskiego dowódcy wojskowego. Ten ostatni stwierdził, że uczestniczył w tajnych rozmowach, których kilka odbyło się w ciągu ostatniego roku. Według dziennika spotkania zainicjował sam Trump, który w sierpniu 2017 r. nie wykluczał „opcji wojskowej”, aby „przywrócić spokój” w Wenezueli. Ta wypowiedź spowodowała, że co najmniej trzy grupy wenezuelskich wojskowych, sprzeciwiających się władzy prezydenta Maduro, podjęły próby dotarcia do Białego Domu.
W konsekwencji miało to doprowadzić do „szeregu potajemnych spotkań za granicą”, z których pierwsze odbyło się jesienią 2017 r. Spiskowcy twierdzili, że reprezentują kilkuset członków Narodowych Boliwariańskich Sił Zbrojnych, których celem jest obalenie prezydenta Maduro i ustanowienie tymczasowego rządu gwarantującego pokojowe i wolne wybory. Wyrazili zainteresowanie bezpiecznym sprzętem łączności, który mogliby wykorzystać do koordynacji operacji.
Ostatecznie Biały Dom uznał, że przedsięwzięcie byłoby zbyt ryzykowne ze względu na możliwy rozlew krwi. Ponadto urzędnicy rządu USA byli zaniepokojeni składem rebeliantów. Przynajmniej jeden z nich łamał prawa człowieka, a wcześniej był oskarżany o udział w przemycie narkotyków i bliski związek z rewolucjonistami Sił Zbrojnych Kolumbii, które znajdują się na oficjalnej liście zagranicznych organizacji terrorystycznych Waszyngtonu. W końcu spiskowcy zrezygnowali z planów zamachu.
Biały Dom odrzucił sugestie gazety, oświadczając, że ważny jest „dialog ze wszystkimi Wenezuelczykami, którzy przejawiają pragnienie demokracji”. Odmówił udzielenia odpowiedzi na konkretne pytania dotyczące możliwego poparcia zamachu. Prezydent Maduro wcześniej obwinił USA za dwie próby zamachu na jego życie w ciągu ostatnich 18 miesięcy, z których ostatnia miała się odbyć przy użyciu eksplodującego drona.
Francuska minister obrony Florence Parly oskarżyła Rosję o próbę przechwytywania francuskiej komunikacji satelitarnej, nazywając ją aktem szpiegostwa. Jej zdaniem w ubiegłym roku Rosja próbowała przechwycić transmisje i szpiegować satelitę zapewniającą bezpieczną komunikację francuskiego wojska. Ujawniła, że satelita Athena-Fidus, obsługiwany wspólnie przez Francję i Włochy, był inwigilowany przez rosyjski Luch-Olymp, znany z zaawansowanej zdolności odsłuchowej.
Według francuskiej minister próby podsłuchiwania sąsiadów są nie tylko nieprzyjazne, ale także stanowią akt szpiegostwa, stąd urzędnicy podjęli „odpowiednie środki” i nadal monitorują satelitę po jej odejściu. W zeszłym miesiącu Waszyngton oskarżył Moskwę o opracowanie broni anty-satelitarnej, powołując się na „bardzo nietypowe zachowanie” rosyjskiego obiektu kosmicznego.
Parly stwierdziła, iż Francja, a w szczególności wojskowa komunikacja, operacje i manewry mogą być zagrożone w przypadku braku odpowiedniej reakcji.
Oczekuje się, że prezydent Francji Emmanuel Macron przedstawi w przyszłym roku „strategię obrony kosmosu”, a komitet doradczy do listopada 2018 r. wypracuje odpowiednie propozycje.
Z początkiem 2019 r. Polacy, którzy mają w Polsce rodzinę, ale pracują i zarabiają wyłącznie za granicą, będą musieli rozliczać się także z rodzimym fiskusem. Jest to konsekwencja przepisów, które weszły w życie 1 lipca 2018 r. Początkowo nowe regulacje będą dotyczyły jedynie osób pracujących w Austrii oraz Słowenii, ale z czasem lista zobowiązanych podmiotów będzie się wydłużała. Powyższe jest rezultatem międzynarodowych regulacji Konwencji MLI (ang. Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties), mających na celu walkę z unikaniem podwójnego opodatkowania.
Centrum życia wyznacza rodzina
W świetle dotychczas obowiązujących przepisów, jeżeli podatnik pracuje za granicą, a w Polsce nie uzyskuje żadnych dochodów, ma obowiązek rozliczyć się tylko z zagranicznym urzędem skarbowym. Natomiast od stycznia 2019 r. osoby posiadające rezydencję podatkową w Polsce, o ile uzyskują dochody wyłącznie zagranicą będą musiały złożyć deklarację PIT również w naszym kraju. Nie ma przy tym znaczenia, czy osiągnęły tutaj jakikolwiek dochód. Istotna jest sama okoliczność złożenia zeznania podatkowego. Konwencja przewiduje, że centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) pracownika wyznacza miejsce, w którym na stałe zamieszkuje jego rodzina. Nowe przepisy nie zmienią zatem sytuacji osób nieposiadających małżonka i dzieci oraz wszystkich tych, którzy wraz z całą rodziną przenieśli się na obczyznę. Co innego, gdy jeden z członków rodziny pracuje w Słowenii, Austrii, na Wyspie Jersey lub Wyspie Man (jak dotąd tylko w tych czterech krajach oraz w Polsce przepisy konwencji MLI weszły w życie), a jego rodzina zdecydowała się pozostać w Polsce. Ustalenie „ośrodka interesów życiowych” osoby pracującej za granicą będzie zatem kluczowe dla określenia jej obowiązków wobec polskiego fiskusa.
Wysokość podatków pozostanie bez zmian
Wprawdzie nowe przepisy wprowadzają dodatkowe obowiązki dokumentacyjne, to jednak wysokość płaconych podatków pozostanie bez zmian (chyba że podatnik uzyskuje przychody także w Polsce). Wszystko dzięki uldze abolicyjnej przewidzianej w ustawie o PIT, która zwalnia osoby zarabiające za granicą z obowiązku ponoszenia dodatkowego ciężaru fiskalnego. Osoby, które będą musiały rozliczyć się w Polsce, powinny pamiętać o jeszcze jednej istotnej kwestii – odprowadzeniu zaliczki na podatek dochodowy. Jednakże zobowiązani podatnicy mogą starać się o ograniczenie poboru zaliczek. Stosowny wniosek należy złożyć przed upływem terminu płatności pierwszej zaliczki, a zatem przed 20 stycznia 2019 r. Jest to niewątpliwie dodatkowe utrudnienie dla osób, które z uwagi na to, że nie osiągają w Polsce żadnych dochodów, nie muszą płacić tutaj podatków. Na szczęście problem zauważyło już Ministerstwo Finansów, które rozważa wprowadzenie rozwiązań usuwających niepotrzebne obowiązki administracyjne.
Ile osób obejmie nowy obowiązek?
Według danych GUS na emigracji przebywa około 2,5 mln Polaków. Najwięcej w Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemczech oraz Irlandii. Nie wiadomo jednak dokładnie, jak wielu Polaków, którzy mieszkają i pracują w państwach będących stroną Konwencji MLI, ma swój „ośrodek interesów życiowych” w Polsce. W świetle nowych przepisów pojawia się też wiele problematycznych kwestii natury prawnej, związanych z posiadaniem rodziny. Zgodnie
z prawem bezdzietna para pozostająca w separacji nadal tworzy związek małżeński, ale trudno tutaj przecież mówić o jakimkolwiek wspólnym pożyciu. Zatem na początku, często to sam podatnik będzie mógł zadecydować, czy chce rozliczać się w Polsce. Jeśli nie, to pomocne w tym będzie przekonujące udowodnienie, że centrum jego interesów osobistych lub gospodarczych znajduje się w innym kraju.
Konsekwencje karnoskarbowe braku złożenia zeznania
Istnieje spore prawdopodobieństwo, że znaczna część rodaków pracujących za granicą nie ma i nie będzie miała pojęcia o nowych przepisach, przez co nie złoży wymaganego zeznania podatkowego. Być może w początkowym okresie funkcjonowania nowych przepisów osoby te będą mogły liczyć na łagodniejsze potraktowanie przez fiskusa. Należy jednak pamiętać, że zaniechanie złożenia deklaracji organowi podatkowemu usankcjonowane jest w art. 56 § 4 Kodeksu karnego skarbowego, a grzywna za popełnienie tego wykroczenia określona jest kwotowo – od jednej dziesiątej do dwudziestokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia. W 2018 r. rozpiętość kary wynosi zatem od 210 zł do 42 000 złotych. Biorąc pod uwagę, że zaniedbanie będzie najczęściej wynikało ze zwykłej niewiedzy, a nie chęci ukrywania dochodów, pracujący za granicą mogą spodziewać się grzywny w najniższym przedziale.
Kiedy odczujemy skutki konwencji?
Pierwsze skutki nowych regulacji będziemy mogli zaobserwować najszybciej dopiero za 2-3 lata. Dlaczego tak długo trzeba czekać? Wraz z początkiem 2019 r. zobowiązani podatnicy zapłacą lub nie pierwsze zaliczki, a mniej więcej po roku organy kontroli skarbowej zaczną weryfikować ich poprawność. Na pierwsze decyzje i interpretacje organów podatkowych, a być może nawet orzeczenia sądowe, będzie trzeba poczekać kolejne kilka miesięcy. Dopiero wówczas tak naprawdę będzie można określić, jak dużą grupę podatników obejmie obowiązek rozliczania się w Polsce, a także jakie są skutki nowych regulacji.
Które państwa będą następne?
Jak wskazano powyżej, Konwencja MLI, choć została stworzona przede wszystkim w celu ograniczenia unikania opodatkowania przez wielkie korporacje oraz walki z przerzucaniem zysków za granicę, uderzy rykoszetem także w część Polaków pracujących za granicą. Nie ulega wątpliwości, że liczba osób, których dotyczyć będzie obowiązek podwójnego rozliczania się z fiskusem, będzie systematycznie rosła. Jest to spowodowane faktem, iż z upływem czasu kolejne państwa będą podpisywały Konwencję MLI. Od 1 października 2018 r. Konwencja MLI zaczęła także obowiązywać w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Serbii
i Szwecji.
Trudno przy tym przewidywać, kiedy przepisy zaczną obowiązywać w kolejnych krajach, chętnie wybieranych przez naszych rodaków jako destynacje pracownicze (np. Irlandia). Pewne jest natomiast, że stroną konwencji nie zostaną Stany Zjednoczone.
Podsumowując, osoby pracujące za granicą, które pozostawiły swoje rodziny w Polsce, powinny zwrócić szczególną uwagę na zmieniające się w tym zakresie przepisy, a w razie wątpliwości skonsultować swoją sytuację z wykwalifikowanym prawnikiem lub doradcą podatkowym.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
GUS podał, że ceny w październiku rosły najwolniej od maja tego roku. Indeks sprzedaży detalicznej na wyspach poniżej oczekiwań. Japończycy wciąż z ujemnymi stopami procentowymi.
Inflacja w Polsce nie rośnie
Część analityków bała się, że nie podnoszenie stóp może spowodować wzrost inflacji. Spowolnienie gospodarcze w Europie okazało się jednak przeciwdziałać równie skutecznie. Dzisiaj GUS podał, że ceny wzrastają o 1,7% w skali roku. Dla przypomnienia cel inflacyjny wynosi 2,5% i ma 1% “tolerancji”. Ceny zatem są pod kontrolą i na pożądanym poziomie. Warto zwrócić uwagę, że pomimo wzrostu cen ropy inflacja wcale nie wzrosła tak wyraźnie. Oznacza to, że prognozy o niepodnoszeniu stóp procentowych w Polsce w następnych kwartałach są jak najbardziej zasadne. Im bliżej będziemy podwyżek stóp tym mocniejszy będzie złoty.
Słabsze dane z Wielkiej Brytanii
Indeks sprzedaży detalicznej wg. CBI wyniósł zaledwie 5pkt to wyraźnie gorzej niż spodziewane 20 punktów. Funt i tak jest obecnie blisko październikowych minimów, ale im więcej słabszych danych się pojawia tym większa szansa, że się z nich nie odbije za szybko. Powodem jest niepokój inwestorów w sprawie negocjacji Brexitowych, które pomimo tego, że do marca powinny się zakończyć co chwila się blokują. Z drugiej strony nie brakuje opinii, że jeżeli tylko Brytyjczycy osiągną porozumienie funt powinien przekroczyć psychologiczną barierę 5 zł.
Japonia wciąż z ujemnymi stopami procentowymi
Bank Japonii wciąż utrzymuje stopy procentowe na poziomie -0,1%. W rezultacie różnica pomiędzy oprocentowanie w USA a Japonii nie uległa zmniejszeniu. Efektem tej rozbieżności jest większe zainteresowanie inwestorów dolarem, w którym pojawiają się lepsze stopy zwrotu. To właśnie dlatego od dołka z pierwszego kwartału tego roku dolar umocnił się względem jena o imponujące kilkanaście procent.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:15 – USA – raport ADP z rynku pracy,
13:30 – Kanada – miesięczne PKB,
14:34 – USA – indeks Chicago PMI.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Euro w relacji do dolara amerykańskiego notuje coraz niższe poziomy. Zmiana sytuacji na głównej parze nie sprzyja również złotemu. Czy czeka nas pogłębienie spadków?
Dzisiejsze dane o inflacji w strefie euro przerwały passę ostatnich słabych odczytów ze wspólnego bloku. Wstępne szacunki sugerują, że dynamika cen w strefie euro obecnie znajduje się na najwyższym poziomie niemal od 6 lat. Niespodziewanie mocniej od oczekiwań rosła również inflacja bazowa – w październiku indeks znalazł się na poziomie 1,1% w ujęciu rocznym. Nie jest to wprawdzie istotne wyłamanie z notowanych ostatnich poziomów, jednak może być uznane za pozytywny sygnał w kontekście oczekiwanych przyszłych działań ze strony EBC. Niestety, wspólna waluta nie odnotowała umocnienia po publikacji, kurs EUR/USD cały czas pozostaje w trendzie spadkowym.
Wracając na moment na krajowe podwórko: złoty pozostaje słaby. Polskiej walucie cały czas nie sprzyja postępujące umocnienie dolara amerykańskiego. Nie brakuje jednak również pozytywnych informacji, które mogą ograniczać skalę deprecjacji polskiej waluty.
Po pierwsze, pozytywne jest to, iż mimo wczorajszego umocnienia USD, wzrostu rentowności włoskich papierów dłużnych, a także bardzo słabych danych każących poddawać w wątpliwość bieżącą kondycję i perspektywy gospodarek wspólnego bloku, euro zyskiwało względem ważonego koszyka walut. To m.in. może sugerować, że potencjał do dalszej wyprzedaży wspólnej waluty jest dość ograniczony. Wzmocnienie lub nawet stabilizacja na głównej parze mogłoby pomóc złotemu.
Sytuację nieco poprawia również fakt uspokojenia na rynkach akcji – amerykańskie i azjatyckie indeksy podczas ostatnich sesji odrabiały straty, a dziś główne europejskie rynki otworzyły się z dodatnią luką (wyżej niż na wczorajszym zakończeniu) i kierują się na północ. Mimo, iż podchodzimy do niej z dystansem, podstawowa analiza techniczna również budzi pewien optymizm – cały czas nie przebiliśmy od góry poziomów notowanych w połowie sierpnia. Niewykluczone również, że w okolicy wspomnianych poziomów poustawiane są zlecenia mogące wspierać euro.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,32-4,33. Wtorek przyniósł osłabienie euro w relacji do dolara amerykańskiego, waluta zyskiwała jednocześnie względem ważonego handlem koszyka walut. Wczorajsze dane o dynamice PKB strefy euro w III kwartale istotnie rozczarowały. Wzrost gospodarczy w ujęciu rocznym wprawdzie był zbliżony do oczekiwań, w ujęciu kwartalnym wyniósł natomiast 0,2% wobec oczekiwanej dwukrotnie wyższej dynamiki. Tym samym kwartalna dynamika wzrostu była najniższa od 2014 r.
Na plus wczoraj zaskoczyły z kolei wstępne dane o inflacji w Niemczech. Dynamika CPI w największej gospodarce strefy euro wyniosła 2,5% rocznie wobec oczekiwanych 2,4% i poziomu 2,3% notowanego w poprzednim miesiącu. Dzisiejsze bardzo słabe dane dotyczące sprzedaży detalicznej u naszych zachodnich sąsiadów zdecydowanie jednak przeważyły nad wczorajszymi pozytywnymi doniesieniami. W ujęciu rocznym sprzedaż spadła o 2,6%, tym samym Niemcy odnotowały największy spadek sprzedaży od 2013 r.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,84-4,87. Wczoraj brytyjska waluta radziła sobie słabo również w relacji do głównych walut. Na wyprzedaż funta, obok umocnienia dolara amerykańskiego, wpływ miały informacje publikowane przez jedną z agencji ratingowych należących do tzw. Wielkiej Trójki. Agencja Standard & Poor’s ostrzegła, że prawdopodobieństwo Brexitu bez porozumienia (tzw. no-deal Brexit) istotnie wzrosło w ostatnim czasie. Agencja prognozuje, że realizacja takiego scenariusza miałaby znaczący niekorzystny wpływ na brytyjską gospodarkę. Zdaniem S&P prawdopodobna jest m.in. recesja, wzrost inflacji do okolic 5%, wzrost stopy bezrobocia do poziomów kryzysowych i silny spadek cen nieruchomości. Realizacja takiego scenariusza oczywiście mogłaby negatywnie wpłynąć na wiarygodność kredytową kraju.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,80-3,82. We wtorek dolar amerykański zakończył dzień istotnym umocnieniem również w relacji do głównych walut.
Wczorajsze dane z USA zaskoczyły na plus. Indeks Conference Board, opisujący zaufanie konsumentów, w październiku wzrósł z poziomu 135,3 (odczyt zrewidowano w dół) do 137,9 i był nieco lepszy od oczekiwań, czyli poziomu 136. Różnica może się wydawać nieznacząca, jednak w tym miejscu warto zaznaczyć, że obecnie indeks dobił do najwyższego poziomu w bieżącym cyklu. Nastroje konsumentów w USA pozostają bardzo dobre, co sugeruje utrzymanie wysokiego poziomu konsumpcji, która – jak sugerował odczyt dynamiki PKB z poprzedniego tygodnia – wyraźnie wspierała wyższy wzrost gospodarczy w III kwartale roku.
Dziś opublikowane zostaną dane ADP o zatrudnieniu w USA w październiku oraz dane o kosztach zatrudnienia w USA w III kwartale br. Oprócz nich poznamy również odczyt indeksu Chicago PMI w październiku.
Warszawa, 31 października 2018 r. – Dla polskich pracowników atrakcyjne miejsce pracy to takie, które pozwala się rozwijać i zdobywać nowe umiejętności. Jednak przy wyborze pracodawcy, duże znaczenie dla kandydatów mogą mieć także dodatki pozapłacowe. Choć najbardziej pożądane są szkolenia, pakiet medyczny czy też prywatne ubezpieczenie, to mile widziane przez pracowników są również dodatkowe dni urlopowe, czy darmowe przekąski w biurze – wynika z badania Confidence Index przeprowadzonego w III kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.
Niemal 60 proc. ankietowanych przyznało, że głównym powodem poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest chęć zdobycia dodatkowych umiejętności. W 36 proc. przypadków taka decyzja może być również podyktowana brakiem możliwości do rozwoju w obecnej firmie. Z kolei dla 47,2 proc. badanych powodem do szukania nowego pracodawcy jest perspektywa otrzymania lepszego wynagrodzenia – wynika z badania Confidence Index przeprowadzonego w III kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.
Poza wyższą pensją oraz możliwościami rozwoju, polscy pracownicy zwracają uwagę również na benefity pozapłacowe. Spośród nich, najbardziej pożądane są szkolenia – są one istotne dla 90 proc. ankietowanych. Niewiele mniej, bo 86 proc. respondentów chce mieć dostęp do prywatnej opieki zdrowotnej, a 72 proc. liczy na pakiet ubezpieczeniowy. Dla niemal połowy respondentów (49 proc.) atrakcyjnym dodatkiem do pensji jest również karta sportowa. Niemal taki sam odsetek badanych chętnie skorzystałby z możliwość wzięcia dodatkowych dni urlopowych.
– Coraz więcej firm oferuje swoim pracownikom różnorodne benefity, dlatego takie dodatki jak karta sportowa, czy pakiet medyczny choć nadal cenione, w większości firm są już standardem. Wobec tego, na kandydatach większe wrażenie mogą zrobić te mniej popularne i rzadziej spotykane, jak np. karty podarunkowe, które chciałoby dostawać 42 proc. respondentów, czy programy oszczędnościowe, które chwali ponad 41 proc. ankietowanych. Dodatkowo, już 27 proc. badanych liczy na darmowe przekąski i owoce w biurze – mówi Piotr Dziedzic, Dyrektor w Michael Page i członek zarządu Polskiego Forum HR.
Serwis Pracuj.pl postanowił sprawdzić, jakie postawy przyjmują obecnie polscy specjaliści – finansiści, programiści, marketingowcy, inżynierowie, handlowcy i inni – na rynku pracy i wobec pracodawców. Analitycy przebadali grupę ponad 4000 respondentów, użytkowników Pracuj.pl, których zapytano m.in. o sposoby poszukiwania zatrudnienia, warunki pracy, plusy i minusy pracodawców czy postawy przyjmowane wobec codziennych wyzwań zawodowych. Wyniki badań prezentujemy w serii tekstów „Specjaliści o rynku pracy”.
Zmiana na lepsze? Bardzo chętnie
Według badań Pracuj.pl, aż 63% specjalistów szuka obecnie nowej pracy – niezainteresowany zmianą firmy jest tylko nieco więcej niż co trzeci respondent (37%). Na zmianę nieco częściej decydują się mężczyźni niż kobiety.. Co jednak jeszcze bardziej interesujące, aż 84% specjalistów, którzy nie działają aktywnie w poszukiwaniu pracy, byłoby otwartych na rozważenie ciekawej oferty zatrudnienia, gdyby została im złożona.
Na rynek pracy coraz większy wpływ ma duże zapotrzebowanie na kadry, niedobór pracowników i rosnąca liczba ciekawych ofert zatrudnienia. Według danych GUS bezrobocie we wrześniu wyniosło w Polsce zaledwie 5,7%. Z kolei na Pracuj.pl w III kwartale 2018 roku liczba ofert pracy wzrosła o blisko 11% rok do roku. Tej sytuacji towarzyszy duża mobilność specjalistów, którzy szukają lepszych warunków. Widać ją zwłaszcza w najbardziej rozwijających się branżach, gdzie rotacja na stanowiskach cenionych specjalistów ds. IT, finansów czy sprzedaży potrafi sięgać kilkunastu procent rocznie. -Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Employer Branding Manager w Grupie Pracuj
Zrobić krok do przodu
Dlaczego ankietowani specjaliści decydują się zmienić pracę? Aż 7 na 10 badanych podejmuje ten krok, bo w swojej ocenie zarabiają zbyt mało. Wyższa pensja pozostaje niezmiennie głównym czynnikiem, skłaniającym respondentów do wyboru nowego pracodawcy. Na jej znaczenie wskazywał ubiegłoroczny raport Pracuj.pl „Pensja, zadania, szef”. Co oczywiste, oprócz specjalistów na znaczenie wysokości pensji szczególnie zwracają uwagę pracownicy fizyczni (zobacz raport „Na tropie dobrej pracy”). Kolejnymi najpopularniejszymi powodami chęci zmiany miejsca zatrudnienia, wskazywanymi przez specjalistów, są brak możliwości rozwoju i awansu (54%) oraz brak poczucia bycia docenionym przez pracodawcę (49%).
Co nas powstrzymuje
Brak otwartości na nowe oferty zadeklarowała zdecydowana mniejszość badanych. Dlaczego więc decydują się pozostać w obecnym miejscu zatrudnienia? 6 na 10 z tych respondentów deklaruje, że lubi swoją obecną pracę. Więcej niż połowa (53%) wskazuje na dobrą atmosferę, panującą w zespole. Niewiele mniej (49%) obawia się, że zbyt częsta zmiana miejsc zatrudnienia będzie źle odebrana przez kolejnych pracodawców. Tylko mniej niż co trzeci badany (31%) deklaruje, że w pracy trzymają go satysfakcjonujące zarobki.
Badania potwierdzają trendy w rozwoju kadr, które obserwujemy od co najmniej kilku lat. Wysokie zarobki pozostają oczywiście wciąż najważniejszym czynnikiem, przyciągającym talenty do pracy. O „presji płacowej” mówi z resztą 69% firm, przebadanych ostatnio przez NBP. Tym, co jednak utrzymuje pracowników na dłużej, jest satysfakcja osiągana w pracy i dobra atmosfera, budowana przez kierownictwo i działy HR. O ile więc pensja przyciąga i kusi specjalistę, o tyle kwestie „miękkie” pomagają zbudować z nim dłuższą, dojrzałą relację. -Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Employer Branding Manager w Grupie Pracuj
Praca: ważna, ale nie najważniejsza
Badania Pracuj.pl pokazują, że specjaliści są bardzo otwarci na zmianę pracy, a ich główną motywacją są większe zarobki i możliwości rozwoju kariery. Mimo takiej postawy, większość badanych stawia istotną granicę między życiem zawodowym a osobistym. Aż 66% specjalistów przebadanych przez Pracuj.pl postrzega pracę głównie jako źródło utrzymania i zdobycia środków na realizację pozazawodowych pasji czy zapewnienie bytu rodzinie. Zdecydowanie mniej respondentów, bo nieco więcej niż co trzeci badany, idzie dalej i deklaruje, że kariera jest dla nich bardzo ważna. To osoby, które są skłonne poświęcić część życia prywatnego dla rozwoju czy awansu.
Wyniki badania Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy” pokazują wyraźnie, że na rynku działa duże grono specjalistów gotowych na zawodowe zmiany. Rośnie jednak także świadomość, jak ważna jest wyraźna granica między pracą a życiem osobistym. Warto wyciągać wnioski z tych postaw. Na rynku pracy specjalistów coraz lepiej widoczne będą te firmy, które w ofertach pracy będą eksponować zarówno konkurencyjne wynagrodzenia, realnie działające programy rozwoju karier, jak i gwarancję zachowania równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Ważne, by za tymi obietnicami kryły się konkretne pomysły. -Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Employer Branding Manager w Grupie Pracuj
Wyobraźmy sobie przyszłość, w której ludzie mają więcej czasu na zajmowanie się tym, na czym im naprawdę zależy. Przyszłość, w której korzystanie ze zdobyczy cywilizacji nie odciska piętna na naszym zdrowiu i otoczeniu. Aby tak było musimy wykorzystać dostępne zasoby, aby odpowiadać na nasze potrzeby, czyli systemy produkcji i dystrybucji. Zwiększenie skuteczności tych systemów zależy po części od stopnia automatyzacji, czyli wykonywania określonych zadań bez udziału człowieka. O barierach stojących przed przedsiębiorcami na drodze do zwiększenia opłacalności działań opowiada Mikołaj Dramowicz, prezes datapax – firmy audytorsko doradczej.
Brak rąk do pracy blokuje automatyzację
Podczas tegorocznej edycji Polskiego Kongresu Przedsiębiorczości został poruszony temat braku rąk do pracy. Przedstawiciele międzynarodowego biznesu, MŚP, nauki, rządu i samorządu wskazywali na emigrację zarobkową Polaków, często poprzedzoną wysokiej jakością kształceniem z jednej strony oraz brakami w przygotowaniu infrastruktury dla imigrantów z drugiej. Pomimo, iż taka sytuacja to podatny grunt na rozwiązania z zakresu automatyzacji, jest również ograniczeniem. Proces analizy, projektowania oraz wdrażania zmian technologicznych i organizacyjnych wymaga określonych kompetencji, w tym zrozumienia procesu podejmowania istotnych decyzji w firmie, a wykształceni specjaliści często decydują się na pracę za granicą lub są tak obłożeni bieżącymi zadaniami w firmie, iż podjęcie projektu automatyzacji jest praktycznie niewykonalne. Warto wspomnieć, że problem ten dotyczy zarówno zakładów przemysłowych, jak i firm zajmujących się dostarczaniem rozwiązań z zakresu automatyzacji.
Klęska urodzaju
Kolejną barierą na drodze automatyzacji jest dostęp do rozwiązań. Tylko w Polsce znajduje się kilkaset firm zajmujących się automatyzacją przemysłu. Wykonując zadania kierownika produkcji, technologa czy szefa utrzymania ruchu może być ciężko znaleźć czas, aby dodatkowo śledzić rynek automatyzacji, obserwować nowości, dopasować i wybrać optymalne rozwiązanie. Z kolei mniejsze firmy inżynierskie nie mają zasobów na budowę profesjonalnych zespołów sprzedażowych, aby docierać do swoich Klientów.
Rozwiązania mogą zaskoczyć swoją elastycznością i zastosowaniami, jak np. robot do obsługi zautomatyzowanej linii produkcyjnej czy cobot – robot współpracujący z człowiekiem, którego możemy ustawiać w dowolnym miejscu w zależności od potrzeb i ekspresowo uczyć wymaganej sekwencji ruchów dosłownie prowadząc go za mechaniczną rękę.
Większe firmy mają komfort budowy działu automatyzacji, który jest w stanie w ramach obowiązków śledzić rynek, jeździć na konferencje, spotykać się z dostawcami. Tutaj barierą może okazać się właśnie wielkość firmy, gdzie procedury i podział budżetu z góry mogą nałożyć ograniczenia, rozdrobnić wysiłki nawet do poziomu działu firmy. Zmniejsza to pole widzenia osób zaangażowanych w proces automatyzacji, ponieważ nie leży w ich interesie analiza korzyści dla całej firmy, a jedynie jej wybranego fragmentu, co może skutkować niewykorzystanym potencjałem usprawnień.
Mnogość czynników
Następną barierą jest proces decyzyjny. Niestety zdarza się, iż inwestycja w automatykę jest nietrafiona, maszyna nie pracuje wydajnie, tworzą się dodatkowe zapasy i kolejka niezrealizowanych zleceń. Rozpoczyna się kosztowny, niezdyscyplinowany powrót do poprzednich metod pracy. Nie jest to zresztą nic zaskakującego. Proces decyzyjny jest skomplikowany, wpływa na niego wiele czynników. Od kwestii zarządczych, jak wielkość i zwrot z inwestycji oraz ocena ryzyka, przez kwestie technologiczne związane z czasem cyklów, przezbrojeniami, istniejącą infrastrukturą, aż po kwestie związane z logistyką, przepływem materiału przez produkcję, analizą wąskiego gardła, jak również prognozami sprzedaży, zakupem surowców, dostępnym miejscem magazynowym itd. A wszystko są to procesy, którymi finalnie zarządzają ludzie i w których ludzie uczestniczą. Ludzie, którzy często wykonywali daną czynność wielokrotnie w ustalony sposób, którzy mogą czuć opór przed zmianą, którzy mogą się jej obawiać. Automatyzacja to również nowe kompetencje, często nowe role, których do tej pory nie braliśmy pod uwagę. Niezależnie od zajmowanego stanowiska, każdy ma limit zmian, które może przejść w określonym czasie, dlatego równie ważne jest wzięcie pod uwagę innych toczących się w firmie projektów. Dlatego ostatnią opisaną barierą jesteśmy my, ludzie, z ludzką obawą przed zmianą. Aby niwelować obawy, nie zapominajmy precyzyjne i szeroko komunikować co robimy i dlaczego, nie pozostawiając pola domysłom.
Automatyzacja procesu automatyzacji
Jeżeli chcemy, abyśmy jako społeczeństwo podnieśli jakość naszego życia, jedną z rzeczy, którą mamy do zrobienia jest przygotowanie skuteczniejszego systemu produkcji i dystrybucji. Dziś łatwiej jest automatyzować procesy powtarzalne, nawet jeśli są skomplikowane niż procesy proste, które stanowią wyjątki i są niepowtarzalne. Dlatego zwróćmy uwagę na nowy model biznesowy, łączący bezpośrednio odbiorcę z dostawcą. Trend ten obserwujemy w wielu obszarach naszego życia. Flagowym przykładem jest transport miejski. O skuteczności przekonać mógł się każdy, kto za pomocą smartfona zorganizował sobie w krótkim czasie transport samochodem, rowerem czy opłacił przejazd komunikacją miejską. Kolejnym i nie ostatnim przykładem jest handel częściami samochodowymi, łączący bezpośrednio warsztaty z producentami i dystrybutorami. Dziś nie ma technologicznych barier, aby połączyć firmy poszukujące rozwiązań z zakresu automatyki z dostawcami tychże rozwiązań w sposób, który minimalnie angażuje czasowo obie strony. Nie ma przeszkód, aby przekazać decydentom narzędzia zdolne wykonać skomplikowaną, wielowątkową, ale jednak powtarzalną analizę produkcji, potrafiące skutecznie wskazać najbardziej opłacalne rozwiązania dla indywidualnego przypadku rozwiązania.
Przychody ze sprzedaży GK GPW na poziomie 85,7 mln zł w III kw. 2018 r. (wzrost o 5,7% rdr)
Przychody z rynku finansowego na poziomie 47,1 mln zł (spadek o 3,5% rdr)
Wzrost przychodów z rynku towarowego o 19,2% rdr do poziomu 38,1 mln zł
Zysk netto Grupy Kapitałowej GPW na poziomie 37,7 mln zł w III kw. 2018 r.
Wzrost kosztów operacyjnych do 43,0 mln zł pod wpływem wyższej opłaty na rzecz Komisji Nadzoru Finansowego (KNF)
GK GPW wypracowała w III kwartale 2018 r. zysk netto na poziomie 37,7 mln zł. Wpływ na ten wynik miała m.in. decyzja Ministerstwa Finansów, o m.in. podniesieniu obliga giełdowego do 100% na rynku energii elektrycznej. Nowe przepisy obowiązują oficjalnie od 2019 r., jednak już w minionym kwartale można było zaobserwować wzrost aktywności uczestników rynku energii elektrycznej. Informacja ta przełożyła się na wzrost wolumenów na rynku energii o ponad 130% w ujęciu rocznym oraz wzrost przychodów z obrotu energią elektryczną o 148,9% rdr. W III kwartale miało także miejsce przekwalifikowanie Polski z Emerging Markets do Developed Markets przez agencję FTSE Russell, co przełożyło się na rekordowe obroty na rynku akcji 21 września, które wyniosły 5,4 mld zł. Pomimo trudnego otoczenia rynkowego, GK GPW wypracowała stabilne przychody ze sprzedaży na poziomie 85,7 mln zł, co oznacza wzrost o 5,7% rdr i niewielki spadek w ujęciu kwartalnym o 1,0%.
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
– Wrześniowa reklasyfikacja przyczyniła się do wzrostu obrotów na giełdzie. W perspektywie długoterminowej korzyści może być znacznie więcej. Dostęp do nowej puli inwestorów to ogromna szansa na dalszy wzrost wolumenów i wycen polskich spółek. Przed nami okres wytężonej pracy, ale również nowych możliwości.- powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.
Grupa GPW wciąż koncentruje się na utrzymaniu wysokiej dyscypliny kosztowej. Wzrost kosztów operacyjnych wynika głównie z tego, że w III kwartale nastąpiło rozliczenie rocznej opłaty na rzecz KNF, która w 2018 r. wyniosła 12,5 mln zł w porównaniu do 5,6 mln zł w 2017 r. Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 50,2%, wobec 40,1% w III kw. 2017 r. oraz 46,2% w II kw. 2018 r.
Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za III kw. 2018 r.
Zysk netto
Zysk netto Grupy GPW w III kw. 2018 r. wyniósł 37,7 mln zł (-19,8% rdr i -52,3% kdk). Spadek zysku netto jest w znacznej mierze spowodowany wyższym poziomem kosztów operacyjnych w związku z opłatą poniesioną przez GK GPW na rzecz KNF w wysokości 12,5 mln. zł.
Rynek Finansowy
Przychody z rynku finansowego
W III kw. 2018 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 47,1 mln zł (-3,5% rdr i 0,2% kdk). Tym samym stanowiły one 55,0% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży informacji.
Obsługa obrotu na rynku finansowym
W III kw. 2018 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 30,7 mln zł w porównaniu do 31,9 mln zł rok wcześniej i 30,1 mln zł w II kw. 2018 r. Na pogorszenie wyniku największy wpływ miała niższa aktywność uczestników na rynku akcji.
Obsługa emitentów
W III kw. 2018 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 5,4 mln zł, w porównaniu do 6,3 mln zł przed rokiem oraz 5,8 mln zł w II kw. 2018 r. Przychody z tytułu opłat za notowania osiągnęły 4,8 mln zł w III kw. 2018 r. w porównaniu z 4,9 mln zł rok wcześniej i 5,0 w II kwartale br. Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów za notowanie jest liczba notowanych emitentów na rynkach GPW oraz ich kapitalizacja na koniec poprzedniego roku. Niższa aktywność na rynkach IPO i SPO w III kw. 2018 r. przyczyniła się do spadku przychodów z tytułu wprowadzania do 0,6 mln zł, wobec 1,3 mln zł odnotowanych w analogicznym okresie przed rokiem. Jednocześnie jest to poziom zbliżony do I i II kwartału 2018 r., gdzie przychody te osiągnęły poziom 0,8 mln zł.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji w III kw. 2018 r. wyniosły 11,1 mln zł (+3,7% rdr
i -0,5 % kdk). Wzrost przychodów ze sprzedaży informacji w porównaniu do zeszłego roku wynika ze wzrostu liczby odbiorców danych GPW w tym także wzrostu liczby abonentów. Przychody z tej linii biznesowej stanowią już 12,9% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW.
Rynek Finansowy
Przychody z rynku towarowego
W III kw. 2018 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 38,1 mln zł (+19,2% rdr i -2,8% kdk), a więc odpowiadały za 44,5 proc. całkowitych przychodów Grupy GPW w tym okresie. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.
Obsługa obrotu na rynku towarowym
Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w III kw. 2018 r. wyniosły 20,3 mln zł (+21,8% rdr i +3,6% kdk). W III kw. 2018 r. wzrosły przychody z obrotu energią, kształtując się na poziomie 5,3 mln zł (+148,9% rdr i +22,4% kdk). Przychody z obrotu gazem w tym okresie wyniosły 3,1 mln zł (+60,4% kdk i -8,8% rdr). Z kolei przychody z tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia sięgnęły 9,0 mln zł (7,3% rdr i -15,2% kdk). Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w III kw. 2018 r. wyniosły 2,9 mln zł (+6,1% rdr i +6,1% kdk). Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji.
Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia
W III kw. 2018 r. zanotowano wzrost przychodów z prowadzenia RŚP 13,5% w stosunku rocznym, oraz spadek o 26,6% w ujęciu kwartalnym. Wzrost przychodów z tytułu prowadzenia RŚP w stosunku do analogicznego okresu 2017r. wynikał z wyższej aktywności w zakresie umarzania świadectw pochodzenia.
Rozliczenie transakcji
Przychody z rozliczenia transakcji w III kw. 2018 r. wyniosły 11,1 mln zł (+18,0% rdr i +5,7% kdk). Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na wszystkich rynkach prowadzonych przez TGE.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym w III kw. 2018 r. osiągnęły poziom 103 tys. zł wobec 87 tys. zł w analogicznym okresie przed rokiem i 132 tys. zł w II kw. 2018 r.
Koszty działalności operacyjnej
W III kw. 2018 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 43,0 mln zł (+7,6% kdk i +32,4% rdr). Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 50,2% wobec 40,1% w III kw. 2017 r. oraz 46,2% w II kw. 2018 r.
W III kwartale koszty amortyzacji były wyższe w ujęciu rocznym +8,3% a w kwartalnym spadły o 1,8% osiągając poziom 7,9 mln zł. Wzrost kosztów amortyzacji rdr wynika z amortyzacji dwóch nowych systemów wprowadzonych w 2017 r. w TGE : X-Stream (maj) i Sapri (listopad).
Łączne koszty osobowe wyniosły 16,5 mln zł w III kw. 2018 r. w porównaniu z 16,6 mln w poprzednim kwartale oraz 15,1 w III kwartale 2017 r. Wzrost kosztów rok do roku wynika m.in. z większego zatrudnienia oraz wzrostu wynagrodzeń.
W III kwartale 2018 r. GK GPW odnotowała wzrost kosztów czynszów do poziomu 2,3 mln zł (+5,1% rdr i +18,2% kdk). Wzrost kosztów wynika z wynajęcia dodatkowej powierzchni na piątym piętrze siedziby GPW w celu poprawy warunków pracy GK GPW.
Koszty usług obcych wyniosły w III kw. 2018 r. 11,1 mln zł, co oznacza spadek o 8,5% rdr i spadek o 3,1% w ujęciu kwartalnym. Podwyższony poziom kosztów związany był przede wszystkim z doradztwem przy sprzedaży Aquis Exchange oraz przy aktualizacji strategii w II kw. 2018 r.
Przychody i koszty finansowe
Przychody finansowe w III kwartale 2018 wyniosły 1,8 mln zł w porównaniu do 1,3 mln zł rok wcześniej i 48,2 mln zł w II kwartale bieżącego roku, które wynikały ze sprzedaży udziałów w spółce stowarzyszonej Aquis Exchange. W tym kwartale na przychody finansowe składają się głównie odsetki z tytułu lokat bankowych oraz nadwyżka dodatnich różnic kursowych. Natomiast na koszty finansowe, które osiągnęły 2,2 mln zł, największy wpływ miały koszty odsetkowe obsługi zadłużenia z tytułu emisji obligacji serii C, D i E wraz z kosztami emisji obligacji rozliczanymi w czasie.
Udział w zyskach jednostek stowarzyszonych
W III kw. 2018 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych wyniósł 3,4 mln zł, w porównaniu do 3,6 mln zł w III kw. 2017 r. oraz 4,5 mln zł w II kw. 2018 r. Na udział w zyskach jednostek stowarzyszonych miały wypływ przede wszystkim wyniki Grupy KDPW i Centrum Giełdowego.
Nasz rynek jest atrakcyjny dla zagranicznych firm związanych z usługami IT. Tutaj mają dostęp do wielu wykwalifikowanych specjalistów, odnoszących sukcesy na międzynarodowych olimpiadach. Inwestorów przyciągają również koszty pracy, które pozostają zdecydowanie niższe w porównaniu z wieloma krajami Unii Europejskiej. Eksportujemy nie tylko aplikacje, ale także nowoczesne rozwiązania dla korporacji działających globalnie. Jednak mamy coraz większy problem z niedoborem pracowników. Sytuację powinno poprawić budowanie świadomości cyfrowej oraz promowanie kształcenia programistów, niekoniecznie na studiach wyższych. Zdaniem ekspertów, inwestowanie w Polsce nie jest chwilowym trendem, ale obsługę informatyczną można łatwo przenieść do innego państwa. Trzeba zatem zadbać o kadry i o odpowiednie warunki, aby tego typu biznes od nas nie uciekał.
Atrakcyjna lokalizacja
Rośnie znaczenie rynku IT w Polsce, co dostrzegają zagraniczne firmy. Wiele z nich prowadzi tutaj swoją działalność. Od lat funkcjonują też centra usług wspólnych i laboratoria. Inwestycje mają związek m.in. z dużymi zasobami wykwalifikowanych kadr i jednocześnie niskimi kosztami pracy. Kandydaci są kuszeni nie tylko wynagrodzeniami i perspektywami przyspieszenia kariery zawodowej. Pracodawcy zapewniają im także udział w ważnych projektach oraz dostęp do najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych.
– Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji w Europie dla świadczenia usług outsourcingu procesów biznesowych, w tym również związanych z IT. Naszymi atutami są przede wszystkim niskie koszty pracy. Istotny jest też dostęp do wykształconej kadry, dobrze znającej język angielski. Mamy dużą liczbę absolwentów studiów informatycznych i korzystne gospodarczo położenie geograficzne. Wszystko to sprawia, że powstało u nas ponad 1100 centrów usług, czyli najwięcej w regionie. Dla porównania, w Rumunii czy w Czechach podobnych ośrodków jest czterokrotnie mniej – mówi Paweł Olszynka, dyrektor Działu Doradztwa i Analiz Rynku ICT w PMR.
Z kolei Krzysztof Łuczak, prezes firmy technologicznej Proxi.cloud, podkreśla, że na świecie brakuje informatyków. Problem ten jest szczególnie widoczny w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie rynki są już nasycone. Polska też zmaga się z tego typu trudnościami, ale jednocześnie kształci dużo programistów. Powstają kolejne centra usług, które zawsze znajdują sporo chętnych do pracy. Zdaniem eksperta, kwestie finansowe są jednak najważniejsze dla zagranicznych firm. Z kolei coraz częściej zarobki u nas i w innych krajach są porównywalne, a rozbieżności wynoszą 20-30%. Dla korporacji z Europy inwestycja np. w Indiach oznacza spore różnice kulturowe i czasowe, co przekłada się na mniejszą wygodę pracy, ale też na efektywność. W kontaktach z Polakami nie ma takich utrudnień, a rzetelność wykonywanych obowiązków zawodowych stoi na wysokim poziomie.
– Mamy bardzo dobrych specjalistów, co pokazują wszelkie rankingi najwyższych umiejętności. Świadczą o tym też gigantyczne osiągnięcia na międzynarodowych zawodach i olimpiadach informatycznych. Ich laureaci są rozchwytywani przez pracodawców. Dzięki tym sukcesom marka świetnego polskiego informatyka jest znana na konkurencyjnym, światowym rynku. To sprawia, że największe globalne firmy informatyczne mają u nas swoje centra rozwojowe. Zatrudniają one tysiące profesjonalistów, na których jest wielki popyt. Wystarczy przejść się po uczelniach, żeby usłyszeć o tym od młodych ludzi. Od drugiego, trzeciego roku studenci mają już niezwykle dochodową pracę, co niekiedy odbija się na ich toku studiów – zaznacza Włodzimierz Marciński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego.
Z Polski w świat
O obliczu krajowego rynku decydują centra IT oraz R&D, a także spółki zajmujące się świadczeniem wsparcia kadrowego czy leasingu całych zespołów specjalistów. Paweł Olszynka zaznacza, że dynamiczny rozwój outsourcingu wynika z rosnącego zainteresowania firm nowoczesnymi rozwiązaniami, w tym automatyzacją i cyfrową transformacją. Najczęściej delegowane na zewnątrz są prace deweloperskie, a także usługi wsparcia i utrzymania aplikacji na rzecz korporacji, często działających globalnie. Ekspert zwraca też uwagę na ciągły rozwój polskich przedsiębiorstw. One coraz częściej rozumieją, że o konkurencyjności decydują nowe technologie i innowacyjność.
– Musimy sobie zdawać sprawę, że nie ma czegoś takiego jak polska technologia, staliśmy się częścią informatyki światowej. Nie produkujemy hardware’u poza jakimiś drobnymi urządzeniami i systemami wbudowanymi, ale to nie są komputery czy routery. W tej chwili koncentrujemy się na rozwiązaniach software’owych. One bazują na tym, na czym cały świat pracuje. Nasi informatycy korzystają z tych wszystkich narzędzi, które są dostępne wszędzie – stwierdza Włodzimierz Marciński.
Polskie firmy IT eksportują już nie tylko aplikacje, ale także realizują indywidualne zamówienia oraz całościowe projekty. Dyrektor z PMR podkreśla, że dotyczy to m.in. utrzymania infrastruktury i systemów w centrach danych. Międzynarodowa strategia rozwoju największych przedsiębiorstw zakłada często obecność na światowych rynkach poprzez lokalne spółki. To umożliwia obsługę dużych zleceń, np. składanych przez sektor publiczny. Mniejsi gracze, w tym startupy, tworzą natomiast rozwiązania dla zagranicznych klientów, działając tutaj. Paweł Olszynka wskazuje na dane GUS. Wynika z nich, że w 2015 roku polskie firmy, świadczące usługi IT, osiągały ponad 38% przychodów ze sprzedaży na rzecz usługobiorców z innych państw. W ciągu roku nastąpił więc wzrost o 6,3%.
Braki na rynku
– Według różnych szacunków, deficyt specjalistów z sektora technologii informatycznych w kraju wynosi od 30 do 60 tys. To 5-10% ogółu zatrudnionych na stanowiskach związanych z IT. Braki rosną co roku o kolejne 3-5%. Polska nie jest pod tym względem wyjątkiem, a niż demograficzny tylko pogłębia ten problem. Z mojego doświadczenia wynika, że najbardziej pożądanymi pracownikami na rynku są programiści, w tym przede wszystkim Java, Python czy NET. Stale wzrasta także zapotrzebowanie na architektów IT, developerów, analityków czy testerów. Powyższa luka, w połączeniu z korzystną sytuacją makroekonomiczną kraju, powoduje, że w Polsce funkcjonuje rynek pracownika. W efekcie dziewięciu na dziesięciu specjalistów nie szuka aktywnie pracy tylko czeka na dobre oferty – informuje dyrektor Działu Doradztwa i Analiz Rynku ICT w PMR.
Natomiast prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego zaznacza, że stosunkowo mało młodzieży zdaje maturę z informatyki, ponadto brakuje kobiet w tej branży. Marciński zwraca uwagę też na The Digital Economy and Society Index (DESI – Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego). To zestawienie jest od lat publikowane przez Komisję Europejską. Uwzględnione są w nim różne dziedziny, m.in. umiejętności cyfrowe czy informatyzacja przedsiębiorstw i usług publicznych. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc. Ten wynik jest gorszy m.in. od Węgier i Czech. Potrzebne są więc działania, które umożliwią osiągnięcie wyższego poziomu cyfryzacji. Bardzo ważne pozostaje również budowanie świadomości cyfrowej.
– Warto promować wśród młodych ludzi kształcenie w kierunku programowania. Prawda jest taka, że nie trzeba skończyć studiów, aby zostać programistą i być konkurencyjnym na rynku pracy. Wystarczą 2-3 lata nauki, która może odbywać się z pominięciem poziomu akademickiego. Z mojej perspektywy, najlepszą ścieżką rozwoju jest wybór technikum informatycznego, a następnie pójście fakultatywnie na studia. Musimy też patrzeć na demografię, a to oznacza konieczność sprowadzania specjalistów. Jest ogromny potencjał na takich rynkach, jak Białoruś czy Ukraina. Zachęcajmy osoby zza wschodniej granicy, żeby przyjeżdżały do nas do pracy w obszarze IT. Ich komfort życia znacznie się zwiększy, a jednocześnie będą pracować blisko swoich rodzinnych stron – dodaje Krzysztof Łuczak.
Spokojna przyszłość?
Zagraniczne firmy nadal będą inwestować w Polsce w branży IT. Paweł Olszynka podkreśla, że tylko w 2018 roku powstanie ok. 50-60 samych centrów usług wspólnych. One będą musiały mierzyć się z brakami kadrowymi i rywalizacją o specjalistów. Jednak w obecnej sytuacji rynkowej, pracodawcy stają się coraz mniej wybredni. Oczekiwania mają natomiast pracownicy. Według dyrektora z PMR, warunki finansowe nie są jednak najważniejsze dla kandydatów. Oni dążą do zdobycia pracy dającej satysfakcję i mającej duże znaczenie, np. społeczne. Chcą uczestniczyć w ważnych projektach, które zmieniają biznes klientów lub usprawniają działanie instytucji publicznych.
– Ten trend z zagranicznymi firmami będzie się nasilać. Przez kolejne 10, 20 czy 30 lat pozostaniemy kosztowo efektywniejsi, niż kraje Europy Zachodniej, a część przedsiębiorstw nie zechce przenosić się np. na rynki azjatyckie. Można więc spać spokojnie, ale należy zapewnić wystarczająco dużo pracowników i odpowiednie warunki do prowadzenia biznesu. Trzeba się liczyć również z tym, że to są usługi, które łatwo można przenieść do innego kraju. Nie ma dużych nakładów na infrastrukturę i sprzęt, więc to jest kapitał ludzki. Pytanie, czy w Polsce będzie on na tyle atrakcyjny, aby zachęcać kolejnych inwestorów. Jeśli ktoś planuje wejść na ten rynek, to prawdopodobnie wybierze miasto, w którym już są centra usług IT – przekonuje ekspert z firmy technogennej Proxi.cloud.
W opinii Włodzimierza Marcińskiego, informatyka nie ma konkretnej, narodowej „twarzy”. Ciekawe projekty i zlecenia będą kierowane zawsze do najlepszych. Globalne korporacje doskonale zdają sobie sprawę, kto może sprostać ich oczekiwaniom. Inwestycje w Polsce będą więc uzależnione od tego, czy tutejsi pracownicy pozostaną konkurencyjni cenowo i intelektualnie. Ekspert, podsumowując, radzi, aby uczestniczyć w międzynarodowych konsorcjach. Nie dostrzega także w tym żadnego zagrożenia. Rozwój wymaga najbardziej kreatywnych rozwiązań, a o nie łatwiej u boku rynkowych potentatów, niż lokalnych firm. Świat nie czeka, a zamknięcie się na niego będzie oznaczało krok wstecz.
Korporacje taksówkowe nie chcą się pozbyć konkurencji, ale oczekują równego traktowania wszystkich podmiotów. Ich oponenci uważają zmiany, proponowane przez Ministerstwo Infrastruktury, za archaiczne i nieprzystające do prawa UE. Wprowadzenie licencji dla pośredników oceniają jako poważne utrudnianie dostępu do rynku. Konieczność rejestracji w CEIDG bądź posiadania numeru KRS przez spółkę ma być nadmiarem biurokracji i chęcią usunięcia technologicznych spółek transportowych z obecnego obiegu. Z kolei taksówkarze chcą, by Uber czy Taxify odpowiadały za przejazdy tak samo jak oni. Są też przekonani, że co najmniej 25% wydatków, ponoszonych przez Polaków na przewozy, jest transferowana za granicę bez opodatkowania. I dodają, że na to nie powinno być zgody.
Ministerstwo Infrastruktury niespodziewanie przesłało do Rady Ministrów projekt ustawy o transporcie, która może utrudnić lub uniemożliwić działalność przewoźników – operatorów aplikacji umożliwiających przewóz pasażerów przez kierowców niebędących taksówkarzami. Zdaniem Krzysztofa Urbana, dyrektora zarządzającego firmą mytaxi, zmiany zmierzają w kierunku zapewnienia jednolitych, minimalnych wymogów wobec wszystkich kierowców świadczących takie usługi.
– Dzięki ustawie tacy przewoźnicy wreszcie będą rozliczani za to, co robią. Na warszawskim rynku jest nie tylko Uber czy Taxify, ale co najmniej 40 podmiotów wykonujących, według obowiązującego w Polsce prawa, nielegalny przewóz osób. Aplikacje taksówkowe takie jak mytaxi czy iTaxi pokazują, że model biznesowy Ubera można zastosować w pracy z licencjonowanymi taksówkarzami. Obecnie nie ma przepisów dla pośredników, którzy przyjmują i wydają zlecenia przewozu. Zatem nie odpowiadają za to, co dzieje się po kursie – komentuje Artur Wnorowski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Taksówkarzy „Warszawski Taksówkarz”.
Według Alexa Kartsela, country managera Taxify w Polsce, firma jest otwarta na współpracę z decydentami politycznymi, zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym, w zakresie uregulowania rynku przewozu osób. Mimo zaproponowanych, niekorzystnych dla firmy zmian, które pojawiły się w projekcie ustawy, liczy ona na możliwość prowadzenia dialogu, uwzględniającego argumenty każdej ze stron.
Zdaniem Artura Wnorowskiego licencjonowani taksówkarze są pod pełną kontrolą. Szefowie korporacji taksówkowych oraz Miasto Stołeczne Warszawa posiadają ich dane i udostępniają na żądanie odpowiednich służb. U innowacji technologicznych nie ma takiego wymogu. Usługodawca udziela aplikacji, a po stronie kierowcy leżą wszystkie problemy związane z licencjami czy ubezpieczeniami i innymi dokumentami obowiązującymi w polskim prawie. W efekcie nie ma kogo pociągnąć do odpowiedzialności, oprócz kierowcy wykonującego przewóz.
– Proponowane zmiany w ustawie są archaiczne i niejednoznaczne. Ograniczają możliwość korzystania z aplikacji do zamawiania przejazdu kierowcom, a pasażerom – prawa wyboru. Dodatkowe formalności biurokratyczne utrudniają funkcjonowanie firm z branży nowoczesnych technologii w Polsce. Na razie czekamy przede wszystkim na opinię, czy takie zapisy są zgodne z prawem unijnym – mówi Alex Kartsel.
W opinii Krzysztofa Urbana, konkurencja na rynku jest pozytywnym czynnikiem motywującym do dalszego rozwoju, jednak musi się ona odbywać na uczciwych prawach dla wszystkich. Nowa ustawa regulująca wykonywanie usług przewozu osób w miastach powinna wprowadzić transparentne i równe zasady postępowania dla wszystkich uczestników rynku. Dyrektor zarządzający mytaxi uważa również, że usługi taksówkowe i przewozu osób powinny zostać objęte takimi samymi regulacjami, tzn. przywilejami jak i ograniczeniami.
– W Estonii, kraju przyjaznym startupom, gdy na rynku pojawiło się Taxify i inne tego typu aplikacje, rząd podjął pierwsze próby uregulowania tematu. W 2017 roku wypracowano porozumienie satysfakcjonujące wszystkich. Wprowadzono jedną licencję dla taksówkarzy i kierowców niezawodowych, której koszt wynosi ok. 40 euro. Ponadto każdy kierowca świadczący usługę przewozu osób musi posiadać legitymację i kartę pojazdu – wskazuje ekspert z Taxify.
Natomiast Artur Wnorowski jest przekonany, że co najmniej 25% pieniędzy wydawanych przez Polaków na usługi przewozowe oferowane przez Uber lub Taxify jest transferowana za granicę bez opodatkowania. Twierdzi też, że sam za przykładowo zarobione 100 zł oddaje daniny w kraju, a z tych samych kwot u przewoźników działających w szarej strefie 25 zł trafia do USA i 5 zł do Holandii, do centrów billingowych zagranicznych spółek. Partnerzy innowacji technologicznych zatrudniają zwykle obcokrajowców, wykorzystując ich nieświadomość, bo Polacy znający przepisy nie podejmą takiej pracy z uwagi na zagrożenie karami administracyjnymi za wykonywanie transportu bez wymaganych uprawnień. Nowe prawo ma też wprowadzić licencje dla pośredników, jak Uber czy Taxify.
– To nadmierne obciążenie utrudniające dostęp do rynku i ograniczające konkurencję. Zgodnie z unijną dyrektywą takie wymogi powinny być przyznawane w sposób niedyskryminujący. Wszelkie ograniczenia tej wolności muszą być uzasadnione i proporcjonalne. Zasady nakładania sankcji powinny być jasno określone. Co więcej, uważamy, że należy wdrażać rozwiązania uwzględniające prymat cyfryzacji. A to właśnie imperatyw uznany przez polskie władze – podsumowuje Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający mytaxi.
W trzech pierwszych kwartałach 2018 r. w Polsce zarejestrowano 403,3 tys. nowych samochodów osobowych – o 13,5% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. W tym samym czasie liczba rejestracji aut przez klientów instytucjonalnych zwiększyła się o 17,8%. Dynamicznie rośnie liczba rejestracji samochodów z segmentu premium – wzrost o 16,6% oraz aut z napędami alternatywnymi (zwłaszcza hybrydowymi), których od początku roku zarejestrowano 17 163 sztuki (+33,4% r/r). Z taśm montażowych zjechało w tym czasie więcej samochodów dostawczych i ciężarowych (+17,1% r/r) oraz pojazdów do transportu publicznego (+15,4% r/r). Samochodów osobowych wyprodukowano 345,5 tys. sztuk i było to mniej niż rok wcześniej (-13,2% r/r). Łącznie od początku roku polskie zakłady opuściło 496,6 tys. pojazdów samochodowych, co oznacza spadek o 5,9% r/r.
Ogółem od stycznia do września br. zarejestrowano 349,1 tys. nowych samochodów osobowych marek popularnych – o 40,1 tys. więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Rejestracje klientów instytucjonalnych w tej grupie, w tym okresie wyniosły 239,8 tys. zaś klientów indywidualnych – 109,3 tys., co oznacza wzrost odpowiednio o 17,3% oraz 4,4% w porównaniu do pierwszych trzech kwartałów 2017 r. Tymczasem w segmencie premium+ w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. zarejestrowano w Polsce 54,2 tys. nowych samochodów osobowych, tj. o 16,6% więcej w porównaniu do poprzedniego roku. Motorem wzrostu tej części rynku są nabywcy instytucjonalni – ich rejestracje wyniosły 49,4 tys. co oznacza wzrost o blisko 20% w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku.
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Imponujące wzrosty w segmencie premium+ oczywiście są powodem do zadowolenia, jednak zapowiadane nowe przepisy podatkowe – m.in. w obszarze leasingu mogą spowodować znaczne spowolnienie wzrostu tego segmentu – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Wzrost rejestracji w większości segmentów aut osobowych
W pierwszych trzech kwartałach 2018 r. wzrosła liczba rejestracji w większości segmentów. Najpopularniejszy segment małe/średnie SUV-y odnotował 30% wzrost, segment C wzrósł o 10%, zaś segment B o 4%. Najwyższy wzrost został odnotowany w segmencie samochodów klasy wyższej (segment E – 43%) oraz w klasie luksusowej (segment F – 32%). Spadek odnotowano natomiast w segmencie dużych MPV (-18%) oraz małych i średnich MPV (-22%). Stale rośnie popularność samochodów z napędami alternatywnymi, przy czym wciąż znacznie więcej takich pojazdów kupują klienci instytucjonalni niż prywatni. W ich grupie odnotowano zdecydowanie wyższe tempo wzrostu +43,2% wobec +5,4% wśród klientów indywidualnych.
Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce
Od stycznia do września 2018 r. o 33,4% wzrosła liczba rejestracji samochodów osobowych z napędami alternatywnymi w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Ogółem na łącznie zarejestrowanych 17 163 aut z napędem alternatywnym 16 205 stanowiły samochody z napędem hybrydowym (+33,2%), a 958 samochody elektryczne (+36,9%) – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Wzrost w segmencie autobusów i autokarów
W pierwszych III kwartałach 2018 r. odnotowano wzrost w segmencie samochodów dostawczych (o DMC <=3,5t), których zarejestrowano 48,6 tys., czyli o 10,4% więcej w porównaniu do analogicznego okresu 2017 r. Rynek nowych przyczep i naczep zwiększył się o blisko 13% – w analizowanym okresie 2018 r. zarejestrowano 20,2 tys. sztuk. O blisko 23% zwiększyła się także liczba rejestracji nowych autobusów i autokarów, która w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. wyniosła 2 068 sztuk. Od początku br. do wzrostu całej grupy przyczyniły się autobusy miejskie.
Konsekwentna wymiana miejskiego taboru tj. zakup nowych autobusów jest po części wymuszana ustawą o elektromobilności, zgodnie z którą 30% taboru przewoźników miejskich będą musiały stanowić pojazdy z napędem alternatywnym, czyli gazowym, elektrycznym lub wodorowym oraz dostępem do funduszy unijnych. Bez względu na to, jaki jest powód zmian – zyskają na nich wszyscy: mieszkańcy miast – czyste powietrze, a podróżni – bezpieczeństwo i komfort przejazdów – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Spadki w segmencie motorowerów i motocykli
W pierwszych trzech kwartałach 2018 r. zarejestrowano 12 453 nowe motocykle, czyli o 310 mniej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Po III kwartałach 2018 r. odnotowaliśmy duże spadki w kategorii motorowerów, których liczba rejestracji zmniejszyła się aż o 30,2% w porównaniu z III kwartałami 2017 r. Duży wpływ na taką sytuację miał wzrost rejestracji w ostatnim kwartale ubiegłego roku, spowodowany wprowadzeniem wymogu spełniania normy Euro 4 dla nowo rejestrowanych pojazdów tej kategorii od początku 2018 r. – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Wzrost eksportu produktów motoryzacyjnych
Od stycznia do czerwca 2018 r. eksport produktów motoryzacyjnych z Polski wzrósł o 3,4% r/r i wyniósł 18 mld euro. Spadki odnotowano w kategorii samochodów osobowych – wartość eksportu spadła o 12% oraz w kategorii jednośladów, których wartość eksportu była o blisko 45% mniejsza niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Z taśm montażowych zjechało 345,53 tys. samochodów osobowych, o 13,3% mniej niż przed rokiem. Tymczasem wzrosła liczba wyprodukowanych pojazdów do transportu publicznego (+15,4%) i samochodów dostawczych i ciężarowych, w tym ciągników drogowych (+17,1%) do blisko 150 tys. sztuk.
W trzecim kwartale 2018 r. oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy wzrósł o 23 proc. do poziomu 708 mln USD. Cel na cały rok 2018 to 2,4 mld USD.
Udział segmentu Upstream w wynikach Grupy skoczył o 70 proc. r/r, podczas gdy segment Usług Konsumenckich osiągnął najlepszy wynik w historii.
Zysk netto wyniósł 323 mln USD w trzecim kwartale i 835 mln USD od początku roku 2018.
Grupa MOL podała dzisiaj wyniki finansowe za trzeci kwartał 2018 r. Znaczący wzrost wyniku CCS EBITDA w trzecim kwartale przyczynił się do przekroczenia progu 2 mld USD za pierwszych dziewięć miesięcy roku 2018.
Segment Upstream zanotował 70 proc. wzrost w stosunku do trzeciego kwartału ub.r., przynosząc 319 mln USD EBITDA, głównie dzięki rosnącym cenom ropy i gazu. Średnia dzienna produkcja wyniosła w trzecim kwartale 108,3 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej (boepd), a rosnąca produkcja na złożu Catcher w UK w dużym stopniu zrównoważyła wpływ typowych w tym okresie prac remontowych instalacji.
Segment Downstream zanotował w trzecim kwartale niemal niezmieniony wynik CCS EBITDA na poziomie 262 mln USD, pomimo niższej marży rafineryjnej i petrochemicznej. Spadająca marżowość w dużym stopniu została skompensowana wyższą produkcją i poprawą marży na sprzedaży produktów rafineryjnych w trzecim kwartale.
Segment Usług Konsumenckich wciąż notuje dwucyfrowe wzrosty, dzięki rosnącej zyskowności oferty pozapaliwowej oraz pozytywnym trendom na rynku paliw. Segment kolejny raz ustanowił rekordowy wynik na poziomie 147 mln USD, notując 11 proc. wzrost r/r. Na rozwój segmentu największy wpływ ma rosnąca sieć sklepów Fresh Corner, których liczba wzrosła w ostatnim roku z 363, do 606 punktów.
Wynik niższy niż w ubiegłym roku zanotował segment Gas Midstream. W związku z rosnącymi cenami energii i niższymi wolumenami przyniósł w ostatnim kwartale wynik EBITDA na poziomie 25 mln USD.
Zsolt Hernádi
Zsolt Hernádi, Prezes i CEO Grupy MOL podsumował: „Solidny wynik za trzeci kwartał pozwoli nam bez problemu osiągnąć lub nawet przekroczyć tegoroczny cel CCS EBITDA, wyznaczony na poziomie 2,4 mld USD. Jednocześnie, ostatnie trzy miesiące przyniosły dalsze postępy w naszej transformacji biznesowej. Zwiększyliśmy zarówno wynik EBITDA, jak i wolne przepływy gotówkowe o ponad 20 proc. Dzięki rosnącym cenom ropy naftowej, segment Upstreamodpowiadał za największą część wpływów. Jednocześnie segment usług konsumenckich kontynuował dwucyfrowe wzrosty, a segment Downstream utrzymał wynik porównywalny z zeszłorocznym, pomimo mniej korzystnych warunków makroekonomicznych. W trzecim kwartale zawarliśmy również kontrakty EPC w ramach naszego flagowego projektu Polyol, a także strategiczne partnerstwo w zakresie recyklingu tworzyw sztucznych.”
W najbliższych dniach publikacje danych nie powinny prowadzić do zauważalnego wzrostu rentowności polskich obligacji skarbowych. W wyniku utrzymującego się niskiego apetytu na ryzykowne aktywa złoty nadal pozostaje pod presją.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Złoty pozostaje pod presją. We wtorek kurs EUR/PLN wzrósł powyżej 4,332. Niski apetyt na ryzykowne aktywa to nadal wynik docierających na rynek słabych danych koniunkturalnych ze strefy euro, konfliktu fiskalnego pomiędzy Brukselą a Rzymem, oraz jastrzębiego Fed-u wspieranego solidnymi publikacjami z USA. Złotego dodatkowo osłabia tracący na wartości chiński juan, który zbliża się już do poziomu 7,00 USD. Choć chińskie władze zapewniają, że ta psychologiczna bariera nie powinna zostać przełamana, niemniej możliwość nałożenia kolejnych ceł na towary importowane z Chin ciąży juanowi. Donald Trump wyraził co prawda przekonanie, że podczas listopadowego szczytu G20 mogłoby dojść do zawarcia „wielkiego porozumienia” handlowego z Państwem Środka, jednak gdyby ono się nie powiodło USA są gotowe wprowadzić nowe cła na kolejne importowane towary z Chin (wg doniesień Bloomberga). To wydaje się dość prawdopodobne biorąc pod uwagę, że kompromis ze strony Chin może być trudny.
W strefie euro opublikowano dane potwierdzające pogarszanie się koniunktury gospodarczej. W III kw. 2018 r. PKB wzrósł o 0,2% kw/kw wobec 0,4% w II kw. Z kolei w ujęciu rocznym dynamika sięgnęła 1,7% wobec 2,2% w poprzednim okresie. Wcześniej pogarszającą się aktywność w UE pokazały też wstępne odczyty PMI, których finalne publikacje poznamy w pierwszych dniach listopada. Utrzymywanie się słabych nastrojów w Europie potwierdziła wtorkowa publikacja wskaźników ESI, pokazując, że w siedmiu z dziesięciu gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej indeksy koniunkturalne obniżyły się. W rezultacie, w październiku ogólny indeks nastrojów gospodarczych w EZ wyniósł 109,8 wobec 110,9 miesiąc wcześniej. Z kolei indeks Conference Board obrazujący nastroje amerykańskich konsumentów wzrósł w październiku do poziomu 137,9 pkt (najwyższego od września 2000). W rezultacie EUR/USD zmierzając w kierunku 1,13 powoduje, że EUR/PLN osiąga coraz wyższe poziomy.
Na polskim rynku stopy procentowej doszło do wzrostów rentowności papierów ze środka oraz dłuższego końca krzywej dochodowości, które nie przekraczały jednak 5pb. Zaplanowane na kolejne dni publikacje powinny jednak ograniczać presję do zauważalnego wzrostu rentowności obligacji skarbowych, które w sektorze 2-letnim powinny pozostawać blisko 1,55%, 5-letnim 2,50% oraz 10-letnim 3,20%. W środę Ministerstwo Finansów poda plan podaży papierów w listopadzie. Zgodnie z planem finansowania na cały IV kw., możliwe jest przeprowadzenie jeszcze jednego przetargu regularnego z podażą do 6mld PLN oraz jednej aukcji zamiany. Pozytywny wpływ na notowania polskich papierów ma wciąż korzystna sytuacja fiskalna. Według prognoz MFW deficyt fiskalny może osiągnąć w Polsce w tym roku zaledwie 0,3% PKB.
W strefie euro nie doszło do większych ruchów na krzywych dochodowości, gdzie wspomniany słabszy odczyt PKB dla strefy euro równoważony był przez wyższe odczyty flash CPI za październik. Inflacja w Niemczech okazała się wyższa od oczekiwań rosnąc do 2,5% r/r z 2,3% we wrześniu. Dane z Niemiec wskazują, że presja cenowa nie słabnie tak jak jeszcze niedawno tego oczekiwano, co powstrzymuje dalsze spadki rentowności obligacji spowodowane spowalniającym wzrostem gospodarczym. W środę wstępne dane inflacyjne za październik opublikuje GUS.
Wykres dnia: Pomimo mocniejszego od oczekiwań wzrostu inflacji w Niemczech nie doszło do wyraźniejszego wzrostu rentowności Bundów.
Źródło: Thomson Reuters
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Środa jak na razie przynosi zaskakującą poprawę sentymentu na rynku akcji, choć dane napływające z Azji są dalekie od pozytywnych. Mimo to jeden zielony dzień nie zakryje ponurej wymowy handlu w całym październiku, więc wypada pozostać ostrożnym. Przetasowania pod rozliczenia okresowe wciąż mogą wpływać na zmienność.
Pomijając fakt, że rynek akcji w Azji wziął wskazówki dla kierunku z wzrostowej sesji na Wall Street, innych powodów do pozytywnego sentymentu nie widać. Rządowa wersja indeksu PMI dla przemysłu z Chin wskazała na spadek do 50,2 w październiku z 50,8 we wrześniu i wyraźnie poniżej prognozy 50,6. To zaledwie mały krok od spadku poniżej 50 i zasygnalizowania recesji w sektorze. Sektor usługowy także zwolnił do 53,9 z 54,9 i prognozy 54,6. W komentarzu urząd statystyczny stwierdził, że na dane wpływ miał długi okres świąt oraz środowisko zewnętrzne. Choć nie sprecyzowano, czy pod środowiskiem zewnętrznym kryje się pogorszenie relacji handlowych z USA, ale nie trzeba być wielkim analitykiem, żeby połączyć jedno z drugim. Jakkolwiek większość firm spodziewa się podtrzymanie obecnego tempa produkcji, to prędzej z nadzieją na ożywienie konsumpcji wewnętrznej (przy aktywnej polityce fiskalnej) niż na poprawę warunków wymiany handlowej. Ankiety były wypełniane przed informacją z USA o szykowanym rozszerzeniu ceł na pozostałe towary z Chin i ciekawe, jak teraz wyglądałyby odpowiedzi przedsiębiorców? Pozytywną stroną dzisiejszych danych jest dowód dla władz w Pekinie, że reakcja z ich strony jest konieczna. Chiny czeka spowolnienie gospodarcze, ale nie załamanie, a rynek zdaje się obecnie wyceniać gorszy scenariusz niż faktycznie będzie miał miejsce.
Poprawa sentymentu na giełdach przyćmiewa też rozczarowujące dane z Australii. CPI w III kw. wzrósł o 0,4 proc. k/k, o 0,1 pkt proc. poniżej konsensusu, spychając dynamikę roczną do 1,9 proc. To ósmy kwartał z rzędu, kiedy CPI wypada poniżej prognoz i oznacza powrót inflacji poniżej celu RBA (korytarz 2-3 proc.). Bank centralny zakładał osłabienie inflacji, ale dopiero w IV kw., więc dzisiejsze dane przyspieszają niepokojący proces i trudno oczekiwać, aby na następnym posiedzeniu RBA podtrzymał neutralny ton. Odczyt inflacji będzie trucizną, która zatruje AUD, kiedy skończy się wsparcie z tytułu przejściowej poprawy sentymentu wokół chińskiego rynku akcji.
Dziś przed nami jeszcze HICP z Eurolandu, ADP z USA i PKB z Kanady, a wszystko w atmosferze rozliczeń na koniec miesiąca, które sugerują popyt na USD przy presji na EUR i GBP. Większość z przetasowań mogło zrealizować się wczoraj, więc dziś możliwa jest dwustronna zmienność (domykanie pozycji vs spekulacja pod odreagowanie). W szerszym ujęciu EUR/USD jest pod presją przewagi sprzedaży, GBP porzucany jest przez inwestorów zawiedzonych brakiem postępów ws. Brexitu. USD/JPY będzie korzystał na odbiciu rynku akcji, albo na ucieczce kapitału w dolara. Dla złotego święto w czwartek niesie ze sobą ryzyko wyprzedaży, jeśli zbiegnie się z powrotem awersji do ryzyka na rynkach globalnych.
Każda ze stron stosunku pracy ma prawo do wypowiedzenia umowy w dowolnym momencie. Przepisy jasno regulują kwestię zakończenie zatrudnienia. Podpowiadamy, o czym należy pamiętać w takiej sytuacji oraz jakie uprawnienia i obowiązki mają pracodawca i pracownik w tym zakresie.
Rodzaje wypowiedzenia umowy o pracę
Jak już zostało wspomniane, wypowiedzenie umowy o pracę może złożyć zarówno pracodawca, jak i pracownik. Kodeks pracy rozróżnia dwa typy wypowiedzenia:
z zachowaniem okresu wypowiedzenia,
bez zachowania okresu wypowiedzenia.
W pierwszym przypadku kwestia zakończenia stosunku pracy jest prosta – pracownik wykonuje swoje obowiązki do czasu upływu okresu wypowiedzenia. Inaczej jest dla umów, które będą rozwiązane bez zachowania okresu wypowiedzenia. Takiego wypowiedzenia można dokonać w nielicznych sytuacjach, które uregulowane zostały w Kodeksie pracy.
Pracodawca może rozwiązać umowę o pracę bez zachowania okresu wypowiedzenia:
z winy pracownika (art. 52 K.p.), gdy pracownik:
naruszy podstawowe obowiązki pracownicze,
w trakcie umowy popełni przestępstwo, które uniemożliwia mu wykonywanie pracy oraz jest oczywiste bądź stwierdzone prawomocnym wyrokiem,
w sposób zawiniony utraci uprawnienia do wykonywania pracy na zajmowanym stanowisku;
z przyczyn niezawinionych (art. 53 K.p.), w razie:
niezdolności do pracy spowodowanej chorobą, gdy trwa:
– dłużej niż 3 miesiące – przy zatrudnieniu u pracodawcy krótszym niż 3 miesiące,
– dłużej niż łączny okres pobierania z tego tytułu wynagrodzenia, zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze 3 miesiące – o ile zatrudnienie u danego pracodawcy trwa dłużej niż pół roku albo niezdolność do pracy spowodowana była wypadkiem przy pracą bądź chorobą zawodową,
usprawiedliwionej nieobecności, innej niż choroba, jeśli trwa dłużej niż 1 miesiąc.
Z kolei pracownik może wypowiedzieć umowę w trybie natychmiastowym (art. 55 K.p.) jeśli:
lekarz stwierdzi szkodliwy wpływ pracy na zdrowie pracownika, a pracodawca nie przeniesie go w odpowiednim terminie do innej pracy, odpowiedniej ze względu na stan zdrowia i kwalifikacje zawodowe;
pracodawca dopuści się ciężkiego naruszenia praw i obowiązków wobec pracownika.
Okresy wypowiedzenia umowy o pracę
Okresy wypowiedzenia dla umów zawartych na czas określony oraz nieokreślony są takie same. Ich długość zależy od czasu zatrudnienia u danego pracodawcy (art. 36 § 1 K.p.) i wynosi:
2 tygodnie przy zatrudnieniu krótszym niż pół roku,
1 miesiąc – dla osób zatrudnionych co najmniej pół roku,
3 miesiące – jeśli stosunek pracy trwa minimum 3 lata.
Okres wypowiedzenia umowy na okres próbny zależny jest od tego, na jaki czas została ona zawarta (art. 34 K.p.). Przedstawia się to następująco :
3 dni, jeśli umowa ma trwać krócej niż 2 tygodnie,
1 tydzień, gdy umowa zawarta jest co najmniej na 2 tygodnie,
2 tygodnie, przy umowach na 3 miesiące.
Dzienny okres wypowiedzenia rozpoczyna swój bieg od dnia następującego po dniu złożenia wypowiedzenia.
Przykład 1.
Pani Danuta wypowiedziała umowę zawartą na okres próbny 19.10.2018 r. Ma tylko 3 dni wypowiedzenia, które rozpocznie się 20.10.2018 r., a zakończy 22.10.2018 r.
Tygodniowy okres wypowiedzenia umowy rozpoczyna się od niedzieli następującej po dniu złożenia wypowiedzenia, zatem ostatnim dniem umowy w tym przypadku zawsze będzie sobota.
Przykład 2.
Pan Roman otrzymał od pracodawcy wypowiedzenie umowy o pracę 12.10.2018 r. Obowiązuje go 2-tygodniowy okres wypowiedzenia, który będzie trwał od 14.10.2018 r do 27.10.2018 r.
Miesięczny okres wypowiedzenia należy liczyć od 1. dnia miesiąca następującego po miesiącu złożenia wypowiedzenia, a kończy się on ostatniego dnia miesiąca.
Przykład 3.
Pani Maria złożyła wypowiedzenie pracodawcy 2.10.2018 r. Przysługuje jej miesięczny okres wypowiedzenia, który rozpocznie się od 1.11.2018 r. a zakończy 30.11.2018 r.
Zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy
Według art. 36(2) K.p. do upływu okresu wypowiedzenia pracodawca może zastosować tzw. zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy. W tym czasie pracownik nie wykonuje pracy, ale zachowuje prawo do wynagrodzenia, które liczone jest jak za urlop wypoczynkowy. Co ważne, pracownik nie musi wyrazić na to zgody, może to być jednostronna decyzja pracodawcy.
Urlop wypoczynkowy a wypowiedzenie umowy
Przed zwolnieniem ze świadczenia pracy pracownik powinien wykorzystać przysługujący mu urlop. Jeśli jednak pracodawca chce, aby pracownik do końca okresu zatrudniania wykonywał swoje obowiazki służbowe, a zatrudniony nie wystąpi z wnioskiem o wykorzystanie urlopu, to po zakończeniu umowy zakład pracy powinien wypłacić ekwiwalent za urlop wypoczynkowy. Oczywiście chodzi tu o urlop zaległy oraz przysługujący za dany rok proporcjonalnie do upływu okresu wypowiedzenia.
Skuteczność wypowiedzenia umowy
O tym, czy wypowiedzenie jest skuteczne, decyduje fakt, czy osoba, do której zostało takie pismo skierowane, miała realną możliwość zapoznania się z jego treścią, nawet jeżeli tego nie uczyniła. Co do zasady wypowiedzenie umowy o pracę powinno zostać złożone na piśmie. Dla celów dowodowych adresat powinien podpisać złożone oświadczenie. Nie oznacza to jednak, że wypowiedzenie umowy jest nieskuteczne, gdy składa się je w innej formie. Według przepisów Kodeksu cywilnego (art. 60) oświadczeniem woli będzie każde zachowanie wyrażające w sposób dostateczny wolę danej osoby, w tym również w postaci elektronicznej. Wypowiedzenie można złożyć również ustnie i będzie to akceptowalne pomimo niezastosowania się do wymogów formalnych. Ważne, aby mieć dowody potwierdzające dokonanie tej czynności.
Ustawa „O spółkach z ograniczoną odpowiedzialności i spółkach z dodatkową odpowiedzialnością”, która weszła w życie z dniem 16 czerwca 2018 roku („ Nowa Ustawa”) reguluje kwestie dotyczącej odpowiedzialności osób zarządzających spółką za jej zobowiązania jak i stawia im dodatkowe wymagania dotyczące działalności konkurencyjnej, przestrzegania informacji poufnych jak i konfliktów interesów.
Kim są osoby zarządzające w spółce?
Zgodnie z ust. 1 art. 42 Ustawy do osób zarządzających spółką zalicza się członków jej organu wykonawczego (dyrektorów), członków rady nadzorczej, a także inne osoby przewidziane w statucie spółki. Zasadą jest, że osoby zarządzające spółką ponoszą odpowiedzialność solidarną przed spółką m.in. w takich przypadkach za:
wprowadzenie w błąd wspólników spółki np. poprzez nie podanie prawdziwych informacji dotyczących sytuacji finansowej spółki w wyniku czego zostały wypłacone dywidendy (odpowiedzialność w wysokości dokonanych wypłat podlegających zwrotowi),
za straty wyrządzone spółce nienależytym działaniem lub bezczynnością (odpowiedzialność w granicach wyrządzonych strat).
Odpowiedzialność solidarna
Jest to rodzaj odpowiedzialności, w sytuacji w której występuje kilku dłużników, a wierzyciel ma prawo żądać pełnego lub częściowego wykonania zobowiązania (zgodnie z Kodeksem Cywilnym Ukrainy) zarówno od wszystkich dłużników, jak i od każdego z nich z osobna. Regulacje dotyczące odpowiedzialności solidarnej osób zarządzających spółką mają zastosowanie wyłącznie wówczas, gdy zostanie udowodnione, że te osoby przyczyniły się do powstania strat lub że pozew przeciwko osobom funkcyjnym mogą złożyć wyłącznie właściciele spółki z o.o., których prawa zostały naruszone lub sama spółka.
Dodatkowe ograniczenia
Nowa Ustawa zawiera regulacje dotyczące zakazu konkurencji, nieujawniania informacji poufnej oraz unikania konfliktu interesów. Nieprzestrzeganie regulacji bezwarunkową przez osoby zarządzające spółką w tym zakresie stanowi podstawę do rozwiązania stosunku łączącego tę osobę ze spółką ze skutkiem natychmiastowym bez obowiązku zapłaty na jej rzecz wynagrodzenia. Regulacje o zakazie konkurencji dotyczą wybranych czynności, które są zabronione bez uzyskania zgody walnego zgromadzenia uczestników spółki (lub rady nadzorczej – w przypadku jej powołania – dla członków organu wykonawczego).
Konflikt interesów. Kim są osoby powiązane?
Zgodnie z Nową Ustawą konflikt interesów to rozbieżność między obowiązkiem osoby zarządzającej spółką do działania w interesie spółki w całości, a własnymi prywatnymi interesami lub interesami powiązanych osób.
Osoby prawne pod warunkiem, że jedna z nich kontroluje drugą z nich, bądź obie kontrolowane są przez osobę trzecią,
Członkowie rodziny osoby fizycznej – współmałżonek, a także rodzice (rodzice adopcyjne), opiekun (kurator), braci, siostry, dzieci oraz ich współmałżonki,
Osoba fizyczna i członek jej rodziny, a także osoba prawna w przypadku, gdy ich kontroluje.
Przepisy Nowej Ustawy zakazują osobom zarządzającym spółką, bądź osobom z nimi powiązanymi otrzymywać jakiekolwiek wynagrodzenie, bądź korzyści związane z wykonywaniem przez nich czynności. Osoby zarządzające spółką zobowiązane są informować spółkę (wg zasad określonych w Nowej Ustawie) o każdym przypadku wystąpienia konfliktu interesów. Należy zauważyć, że osoby zarządzające spółką nie mogą m.in.: prowadzić działalności gospodarczej jako przedsiębiorca w formie osoby fizycznej , być uczestnikiem spółki pełnej (gdzie wszyscy wspólnicy ponoszą odpowiedzialność solidarną za zobowiązania spółki z majątku osobistego), być wspólnikiem spółki komandytowej z pełną odpowiedzialnością, członkiem organu wykonawczego, bądź rady nadzorczej w innym podmiocie prowadzącym podobną działalność co spółka ich zatrudniająca.
Istotne zmiany – podsumowanie
Nowa Ustawa wprowadza także inne następujące zmiany:
Obowiązek dyrektora lub kolegialnego organu wykonawczego dotyczący informowania wspólników spółki o obniżeniu wartości czystych aktywów spółki więcej niż 50 % w porównaniu z poprzednim rokiem.
Za nieprzestrzeganie tej powinności dyrektor ponosi odpowiedzialność za zobowiązania spółki w przypadku jej upadłości przez okres kolejnych 3 lat. Zgodnie z tym mechanizmem, w przypadku bezskutecznej egzekucji z majątku spółki, zgodnie z zasadą odpowiedzialności solidarnej zadłużenie może być egzekwowane z majątku osobistego dyrektora.
Dyrektor ponosi odpowiedzialność za przechowywanie wszystkich dokumentów spółki przewidzianych prawem m.in.: protokołów walnego zgromadzenia i z posiedzeń innych organów kolegialnych; wszystkich redakcji statutu; prawnych dokumentów dotyczących majątku; wewnętrznych regulaminów spółki regulujących działalność powołanych w spółce organów itp.
Za przechowywanie dokumentów ewidencji księgowej i sprawozdawczości finansowej, odpowiedzialność ponosi główny księgowy (w razie powołania).
Za naruszenie warunków przechowywania dokumentów wobec osób zarządzających przewidziano odpowiedzialność administracyjną (naruszenie nieumyślne) i karną (umyślne zniszczenie, uszkodzenie lub ukrycie dokumentów).
Przypominamy że każda spółka z o.o. zobowiązana jest do przystosowania własnych dokumentów założycielskich (statutów) do regulacji Nowej Ustawy.
Autor: Kateryna Suslova prawnik prawa ukraińskiego Departamentu Wschodniego Kancelarii Chałas i Wspólnicy
Pomimo sprzyjającego otoczenia gospodarczego, jakie mamy ostatnio w Polsce, liczba upadłości i restrukturyzacji wzrosła po trzech kwartałach tego roku o 15 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Statystyki te nadal są pod dosyć dużym wpływem zmian w prawie upadłościowym i wyodrębnienia prawa restrukturyzacyjnego, jakie miało miejsce na początku 2016 roku. Wtedy to wprowadzono cztery różne formy restrukturyzacji. Na początku firmy dosyć niechętnie podchodziły do nowych rozwiązań. Jednak z każdym kwartałem ich wykorzystanie wzrastało.
– Obecnie po trzech kwartałach tego roku mamy do czynienia z 43 proc. restrukturyzacji w łącznej liczbie postępowań. Największą dynamikę upadłości odnotowuje się w transporcie. W tym sektorze ich liczba wzrosła o 50 proc. –powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz,główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Problem ten dotyczy jednak również innych branży, jak choćby handlowej. Więcej upadłości widać m.in. wśród przedsiębiorstw zajmujących się handlem hurtowym. Sprzyjające otoczenie makroekonomiczne okazuje się nie być wystarczającym powodem, aby poprawiła się sytuacja płynnościowa firm w Polsce. Borykają się one z wieloma ograniczeniami. Sytuacja na rynku pracy jest dobra dla gospodarstw domowych, jednak dość niekorzystnie wpływa na przedsiębiorstwa. Te musza liczyć się z wyższymi wynagrodzeniami, a co za tym idzie – większymi kosztami pracy. Kolejnym problemem są również niedobory na rynku pracy. Trudności sprawiają też rosnące ceny surowców, wkładu do produkcji. Przez to sytuacja polskich firm nie jest tak dobra, jak obecne warunki makroekonomiczne w Polsce – ocenił Sielewicz.
Immersive experiences, czyli zanurzenie w świecie cyfrowej rozrywki, to jeden z trendów, który w najbliższych latach będzie zyskiwać na znaczeniu dzięki rozwojowi ultraszybkiego internetu, sztucznej inteligencji oraz wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Technologie na nowo zdefiniują cyfrową rozrywkę, która wkroczy także w takie obszary życia jak zdrowie czy edukacja – wynika z najnowszego raportu opracowanego przez infuture hatalska foresight institute we współpracy z UPC Polska. Eksperci wskazują, że technologia zapoczątkuje w rozrywce nową erę i przeniesie doświadczenia użytkowników na wyższy poziom.
– Dostęp do internetu jest podstawą naszej działalności. Obserwujemy dziś na rynku szybki rozwój technologii światłowodowych, w tym DOCSIS 3.1, a w niedalekiej przyszłości także 5G, które zapewniają pełne połączenie z internetem o bardzo wysokiej prędkości. To bardzo ułatwi klientom korzystanie z treści i rozrywki niezależnie od miejsca, w którym się znajdują. To odpowiedź na bardzo silny trend, który obserwujemy, polegający na tym, że klienci chcą mieć dostęp do tych samych doświadczeń na wielu różnych ekranach. Moim zdaniem wszystkie ekrany są równe. Oznacza to, że ludzie chcą konsumować te same treści, bez względu na to, czy korzystają z telefonu komórkowego czy oglądają telewizję w domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Redeleanu, prezes UPC Polska.
– Z badań przeprowadzonych wśród internautów wynika, że na przyszłość rozrywki w największym stopniu wpłynie superszybki internet. Internauci deklarują największą gotowość wykorzystania tej technologii w kontekście angażującej rozrywki, czyli wszelkiego rodzaju gier i sportu, ale także kultury, czyli np. możliwości oglądania czy uczestniczenia w koncertach w technologii 360 stopni, oraz w kategorii turystyki, czyli możliwości zwiedzania fizycznego świata ze swojego fotela w salonie – mówi Natalia Hatalska, analityk trendów, prezes infuture hatalska foresight institute.
Jak wynika z raportu „Giga Entertainment. Przyszłość rozrywki w dobie gigabitowego internetu, IoT oraz MEC” opracowanego przez infuture hatalska foresight institute we współpracy z UPC Polska, 57 proc. internautów oczekuje, że rozwój sieci gigabitowych spowoduje głębokie zmiany w cyfrowej rozrywce. Zapewni on nieograniczoną możliwość wykorzystywania formatu wideo w bardzo wysokiej jakości, w dowolnym miejscu i czasie, a także umożliwi natychmiastowe przesyłanie i pobierania dużej liczby danych i plików wideo oraz zapewni nowe doznania, których dostarczą technologie takie jak VR czy AR.
Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość w przyszłości będą wykorzystywane nie tylko w grach komputerowych, lecz także w obszarach związanych z podróżami, edukacją czy komunikacją międzyludzką. Prawie połowa badanych internautów (43 proc.), którzy mieli styczność z rozwiązaniami AR lub VR, jest zdania, że wkrótce będą one w powszechnym użyciu, przy czym 34 proc. uważa, że stanie się tak w ciągu najbliższych pięciu lat.
– Sposób konsumpcji treści zmienia się na naszych oczach w zawrotnym tempie. Dziesięć czy piętnaście lat temu treści były analogowe. Teraz jest to o wiele bardziej złożone. Mamy różne ekrany, mamy standard HD, coraz częściej pojawia się 4K. Mamy wideo na życzenie, z którego korzysta coraz więcej osób – mówi Robert Redeleanu.
Jak podkreśla prezes UPC Polska, dla odbiorców niezwykle ważny jest dziś dostęp do treści wysokiej jakości z każdego urządzenia, jakie mają.
– W Polsce szczególnie dużą popularnością cieszy się usługa Replay, którą zaoferowaliśmy naszym klientom z dekoderem Horizon. 40 proc. klientów Horizon regularnie korzysta z tej opcji. Polega ona na tym, że użytkownicy mogą wrócić do programów czy filmów nadawanych nawet siedem dni wcześniej. W ten sposób oglądają więcej treści niż w przypadku tradycyjnie nadawanych filmów lub seriali. Podstawowym oczekiwaniem klientów jest możliwość dostępu do treści na każdym urządzeniu i na wszystkich ekranach, z których korzystają. Poza tym oczekują oni, że przejście z jednego urządzenia na drugie będzie płynne – wyjaśnia prezes UPC Polska.
W raporcie UPC i infuture hatalska foresight institute wyodrębniono sześć głównych trendów w obszarze konsumpcji rozrywki, które będą się rozwijać najszybciej dzięki gigabitowym prędkościom oraz nowym technologiom. Są to m.in. immersive world, czyli technologie i rozwiązania, które umożliwiają oglądanie treści wideo w zanurzeniu, connected culture, czyli aplikacje, dzięki którym widz nie jest już tylko pasywnym odbiorcą, lecz także doświadcza kultury wszystkimi zmysłami, oraz digital journey, czyli technologie umożliwiające odkrywanie i podróżowanie po całym świecie w wymiarze cyfrowym.
Kolejny trend, czyli unlimited knowledge, umożliwi wykorzystanie technologii w edukacji. Eksperci wskazują, że już dzisiaj aplikacje oparte na VR i AR pozwalają dotykać pierwiastków chemicznych, spacerować po mieście sprzed 400 lat, a nawet przeprowadzać próbne operacje. Z kolei digital well-being opiera się na technologiach wykorzystujących zmysł dotyku w celu poprawy zdrowia psychicznego i samopoczucia użytkowników. Wirtualna rzeczywistość wykorzystywana w aplikacjach umożliwi np. medytację w wirtualnym ogrodzie Zen lub walkę z lękami i fobiami.
– Wśród technologii, które wpłyną na rozwój cyfrowej rozrywki, poza ultraszybkim internetem, są technologie haptyczne, które pozwolą nam na przeniesienie zmysłu dotyku do świata cyfrowego, sztuczna inteligencja, która już dzisiaj umożliwia nam personalizację rozrywki, oraz internet rzeczy czy mobile edge computing. To są te technologie, które będą najbardziej napędzały rozrywkę – podkreśla Natalia Hatalska.
Co istotne, dzięki technologiom, a w szczególności dzięki pogłębieniu personalizacji i partycypacji, doświadczenia użytkowników zostaną przeniesione na wyższy poziom, a cyfrowa rozrywka będzie zapewniać inkluzywne doświadczenia bez względu na wiek, stan zdrowia czy pochodzenie.
Autorzy raportu wskazują, że obok nowych technologii rozwój rozrywki napędzać będą również czynniki społeczne, takie jak kultura nanosekundy i Fear of Missing Out (lęk przed tym, że coś nas omija), a także czynniki ekonomiczne, przede wszystkim coraz bardziej popularny model subskrypcyjny.
– W tej chwili wykorzystanie technologii w rozrywce wśród internautów jest wciąż niskie. W badaniu podzieliliśmy ich na dwie grupy – grupę technologiczną, która deklaruje, że interesuje się nowymi technologiami, oraz grupę, która raczej ich nie używa, co więcej, nawet nie ma świadomości, że one istnieją. W przypadku grupy technologicznej ta świadomość jest wyższa, ale poziom wykorzystania technologii jest na niewielkim poziomie ok. 20 proc. Jesteśmy więc na początku drogi – mówi Natalia Hatalska.
Cukrzyca jest chorobą społeczną. Dotyka nie tylko pacjentów, lecz także ich rodziny i najbliższe otoczenie. Mniej lub bardziej bezpośredni kontakt ma z tą chorobą kilkanaście milionów Polaków. Jednak aż 2/3 osób z nich przyznaje, że temat choroby nigdy nie pojawia się w rozmowach. Także sami pacjenci w zbyt małym stopniu zdają sobie sprawę z własnej sprawczości i odpowiedzialności za kontrolę przebiegu cukrzycy – wynika z opublikowanego właśnie raportu „Polska rodzina z cukrzycą”.
Pacjenci, którzy cierpią na cukrzycę typu 1, mają wiele schorzeń współistniejących, wśród których przeważają choroby sercowo-naczyniowe i choroby tarczycy. Ich bliscy nie zawsze mają tego świadomość. Odwrotnie jest jednak z depresją, do której przyznaje się 37 proc. badanych, za to większy odsetek ich bliskich (45 proc.) dostrzega jej objawy lub wie, że została zdiagnozowana.
– Cukrzyca dotyka coraz większej liczby osób. Chcemy wspierać pacjentów i ich bliskich. Stwierdziliśmy, że właśnie to badanie będzie dobrym przyczynkiem do dyskusji nad sposobem opieki nad pacjentami – nie tylko w kontekście samego chorego, lecz także jego rodziny. W cukrzycy bardzo wiele zależy od tego, czy i jakie wsparcie ma pacjent. Wyniki badania pokazują, że jest wiele do zrobienia w tym obszarze. W ramach fundacji i we współpracy ze wszystkimi stronami zainteresowanymi poprawą opieki nad pacjentami z cukrzycą będziemy proponować i realizować programy wspierające zarówno pacjentów, jak i ich bliskich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Matusiak, prezes fundacji Zdrowie i Edukacja „Ad Meritum”.
Jak wynika z raportu „Polska rodzina z cukrzycą”, zaledwie 9 proc. bliskich z cukrzycą typu 1 zdaje sobie sprawę z tego, jak dużą rolę odgrywa zdrowe żywienie, aktywność fizyczna oraz regularna kontrola przebiegu choroby. W przypadku samych pacjentów ten odsetek jest wyższy i sięga 23 proc., natomiast zdecydowanie zbyt mało pacjentów zdaje sobie sprawę z własnej sprawczości i odpowiedzialności za kontrolę cukrzycy.
– Dziwi, ale również niepokoi znaczący brak wiedzy osób chorych na cukrzycę i ich bliskich dotyczący poziomu glikemii na czczo u osoby zdrowej. A przecież bliscy osób chorych na cukrzycę są w grupie ryzyka, u nich może wystąpić cukrzyca albo już na nią chorują i o tym nie wiedzą. Pomimo twierdzących odpowiedzi w przypadku cukrzycy typu 1 nikt nie wskazał prawidłowego wyniku. Podobnie zadziało się w przypadku bliskich osób z cukrzycą typu 2. Ten brak wiedzy dotyczący rozpoznawania cukrzycy o tyle jest niepokojący, że dzisiaj borykamy się z otyłością brzuszną, insulinoopornością, brakiem nawyków zdrowego żywienia i aktywności fizycznej – podkreśla Beata Stepanow, prezes Stowarzyszenia Edukacji Diabetologicznej.
Z badań przeprowadzonych na potrzeby raportu „Polska rodzina z cukrzycą” wynika również, że osoby z tym schorzeniem często pomijają pomiary stężenia glukozy we krwi bądź są zbyt zajęte, żeby pamiętać o ich regularnym wykonywaniu (48 proc.). Aż 80 proc. skarży się na to, że trudno jest im przestrzegać czasu pomiaru, a 60 proc. pomija badania z powodu bólu opuszków palców. Większość zgodnie przyznaje, że badanie jest bolesne i nieprzyjemne. Tymczasem monitorowanie stężenia glukozy we krwi jest kluczowe dla kontroli przebiegu cukrzycy.
– Im częściej chory mierzy cukier, tym lepszy jest wynik, bo – często nawet podświadomie – chory będzie się zachowywał w taki sposób, żeby utrzymywać cukier w dobrych granicach, jakie mu wyznaczyliśmy podczas wizyty w poradni czy w szpitalu. Ważna jest edukacja, czyli uświadamianie pacjentowi, jakie znaczenie ma pomiar cukru i co powinien zrobić, jeżeli jest on za niski lub za wysoki. Druga kwestia to sięganie po takie urządzenia, które będą przez chorych akceptowane, czyli będą dawały wiarygodne wyniki, a mierzenie cukru będzie bezbolesne. Zwykle osoby bez cukrzycy nie zdają z tego sprawy, ale mierzenie cukru, czyli kłucie się w opuszek palca, boli bardziej niż podanie sobie insuliny – wyjaśnia prof. Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Diabetologii WUM.
W ostatnich latach pojawiły się nowe urządzenia ułatwiające pomiary. Większość z nich nie jest jeszcze dostępna dla polskich pacjentów, ale lekarze mają nadzieję, że to się z czasem zmieni.
– Istnieje możliwość oznaczenia glikemii z zastosowaniem metody skanowania. Chory nosi sensor na ramieniu i przesuwając czytnik, zaprojektowany do współpracy z tym czujnikiem, może sobie odczytywać stężenie glukozy we krwi dowolną ilość razy w ciągu doby. Te urządzenia są dość kosztowne, ale cena pewnie będzie maleć, pewne jaskółki refundacyjne też się pojawiają – podkreśla prof. Leszek Czupryniak.
Podobnie sytuacja wygląda z lekami.
– Od trzech lat zdobywamy – na podstawie badań naukowych – wiedzę o niektórych lekach stosowanych w leczeniu cukrzycy. To są inhibitory SGLT2 i agoniści receptora GLP-1. Wiemy, że te leki stosowane u pacjentów z wysokim ryzykiem sercowo-naczyniowym, chorobą wieńcową, po zawale serca, zmniejszają od 20 do 40 proc. ryzyko zgonu w ciągu 3–4 lat stosowania. Do tej pory nie mieliśmy ani takich leków, więc bardzo nas cieszy, że one się pojawiają. U nas niestety cały czas nie są refundowane, ale to się musi zmienić – podkreśla prof. Czupryniak.
Wyniki badań pokazują, że wśród chorych na cukrzycę typu 1 dramatyczne jest podejście do aktywności fizycznej. Aż 76 proc. nie uprawia żadnej, nawet podstawowej, aktywności zgodnie z zaleceniami lekarskimi, czyli trzy razy w tygodniu po 30 minut. Tylko 11 proc. chorych ćwiczy bądź uprawia sport samodzielnie, a 13 proc. – wspólnie z osobami bliskimi.
Co ważne, aż 2/3 osób bliskich, którzy mają w rodzinie bądź najbliższych otoczeniu chorych z cukrzycą, przyznaje, że temat choroby nigdy nie pojawia się w rozmowach.
– Najbardziej zaskakująca jest samotność osób, które mają cukrzycę, ale też samotność ich bliskich. Obie strony zostają z nią same i bardzo często na temat tych problemów, które niesie za sobą cukrzyca, nie rozmawiają. Te problemy są związane z codziennym funkcjonowaniem rodziny, zdrowym żywieniem, aktywnością seksualną albo innymi problemami intymnymi. Dla mnie, jako socjologa, najważniejszy jest aspekt relacyjności w chorobie przewlekłej, która dotyczy coraz większej liczby osób. Jeśli nie będziemy potrafili rozmawiać o niej z osobami bliskimi i będziemy uciekać od tematu, to nie będziemy potrafili rozmawiać o tej chorobie nawet z lekarzem. W ten sposób nie pomożemy ani sobie, ani rodzinie – podkreśla socjolog Tomasz Sobierajski.
– Chcemy, aby nasz raport był głosem osób chorych na cukrzycę i ich bliskich. Bardzo istotne jest to, że – jak pokazują badania – osoby chore na cukrzycę i ich bliscy darzą dużym zaufaniem lekarzy diabetologów i pielęgniarki diabetologiczne. To pokazuje, że edukacja diabetologiczna powinna się znaleźć w koszyku świadczeń gwarantowanych na poziomie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej – dodaje Beata Stepanow, prezes Stowarzyszenia Edukacji Diabetologicznej.
Obok uczelni i instytutów badawczych, polskie firmy są największym beneficjentem unijnych grantów z programu Horyzont 2020. Na ich koncie jest w tej chwili 346 projektów, dofinansowanych na kwotę prawie 90 mln euro. Najbardziej aktywne w aplikowaniu o fundusze są przedsiębiorstwa małe i średnie, które przodują w tworzeniu innowacji. To m.in. dzięki unijnym grantom umacniają one swoją pozycję na rynkach zagranicznych, zwiększają swoją konkurencyjność i pozyskują partnerów biznesowych. Jednak polskie firmy wciąż pozostają w tyle za europejską czołówką w pozyskiwaniu środków na badania i innowacje.
– Horyzont 2020 to największy instrument UE dedykowany wsparciu projektów badawczych i innowacyjnych. Beneficjentami Horyzontu mogą być jednostki naukowe, pojedynczy naukowcy, jak również przedsiębiorstwa małe, średnie i duże. Program ma na celu wsparcie najlepszych rozwiązań z zakresu badań i innowacji, które powstają w Europie – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępca dyrektora w Krajowym Punkcie Kontaktowym Programów Badawczych UE (KPK).
Horyzont 2020 to największy w historii UE program wspierający badania naukowe i innowacje. W latach 2014-2020 na ten cel przeznaczonych jest 77 mld euro. O te środki mogą ubiegać się przedsiębiorcy, instytuty i jednostki naukowo-badawcze, jak i inne podmioty. Horyzont 2020 jest przeznaczony dla największych innowatorów. Celem programu jest stworzenie spójnego systemu finansowania innowacji: od koncepcji naukowej poprzez etap badań aż po wdrożenie nowych rozwiązań, produktów czy technologii na rynek. Ma on również ułatwić przedsiębiorcom wychodzenie ze swoimi produktami i usługami na rynki zagraniczne.
– W Polsce najaktywniejszą grupą, która aplikuje o te środki, są małe i średnie przedsiębiorstwa, które w sumie złożyły ponad 5 tys. aplikacji. Do tej pory polskie firmy zdobyły dofinansowania na łączną kwotę 90 mln euro – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.
Z danych KPK wynika, że polskie firmy coraz częściej aplikują i pozyskują granty na realizację innowacyjnych pomysłów z programu Horyzont 2020. Na ich koncie jest w tej chwili 346 projektów, dofinansowanych na kwotę 89,8 mln euro. Przedsiębiorcy plasują się w czołówce beneficjentów programu, tuż za uczelniami (355 projektów na 92 mln euro) i przed instytutami badawczo-naukowymi (336 projektów na 83,3 mln euro).
– Bardzo duża aktywność małych i średnich przedsiębiorstw pokazuje, że innowacje są szyte na miarę tego sektora. Te podmioty dużo łatwiej radzą sobie zarówno z rozwijaniem, jak i wdrażaniem innowacji. W ich przypadku ryzyko związane z takimi projektami ma zupełnie inny wymiar niż w dużych przedsiębiorstwach. MŚP są także dużo bardziej elastyczne, wchodząc ze swoimi rozwiązaniami na rynki zagraniczne. Dlatego stanowią dużą grupę aplikujących i beneficjentów programów ramowych – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.
Listę polskich małych i średnich przedsiębiorstw, które uzyskały największe dotacje z programu Horyzont 2020, otwiera firma SDS Optic, która rozwija urządzenie medyczne służące do wykrywania substancji aktywnych biologicznie, w tym markerów antynowotworowych (grant w wysokości 3,98 mln euro). Za nią uplasowała się poznańska spółka ITTI specjalizująca się w systemach IT (3,9 mln euro) oraz firma Synektik (3,68 mln euro), która rozwija innowacje z zakresu medycyny. Pierwszą dziesiątkę dużych przedsiębiorstw otwierają natomiast działająca w przemyśle stoczniowym firma Crist Offshore (2,4 mln euro), Orange Polska (1,55 mln euro) oraz Mostostal Warszawa (1,5 mln euro).
– Są to różne projekty, miedzy innymi dedykowane rozwijaniu innowacji w przedsiębiorstwach celem ich dalszej komercjalizacji, rozwijaniu biznesu wokół innowacji, ale także stricte badawcze, na wczesnych etapach gotowości technologicznej, czyli np. rozwój prototypu czy demonstracja w warunkach laboratoryjnych – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk.
Jak podkreśla, dzięki unijnym grantom z programu Horyzont 2020 i rozwijaniu innowacji przedsiębiorstwa umacniają swoją pozycję na krajowym i europejskim rynku oraz zwiększają swoją konkurencyjność. Program pomaga im także pozyskiwać partnerów biznesowych bądź partnerów do kolejnych projektów B+R.
– Strategie badań i rozwoju w polskim przemyśle można wdrażać na wiele sposobów. Można to robić wewnątrz własnej firmy albo posłużyć się modelem otwartych innowacji poprzez współpracę z graczami zewnętrznymi, graczami ekosystemu startupowego czy zewnętrznymi firmami MŚP. My jesteśmy zwolennikiem tej drugiej metody, czyli otwartych innowacji – mówi Tomasz Mazuryk, prezes FundingBox.
Jak podkreśla, koszty badań i rozwoju mogą być bardzo wysokie, dlatego firmy muszą nauczyć się skutecznie pozyskiwać wsparcie ze źródeł unijnych albo krajowych. Pomimo rosnącej aktywności w tym zakresie polskie firmy wciąż pozostają w tyle za europejską czołówką w aplikowaniu po unijne granty na badania i innowacje.
– Środków na ten cel jest bardzo dużo, tylko należy umiejętnie po nie sięgać. Polskie firmy niestety nie radzą sobie najlepiej z pozyskiwaniem środków z Horyzontu 2020 – w skali całej Europy są to pojedyncze punkty procentowe. Natomiast z każdym rokiem widzimy coraz większe zaangażowanie polskich firm i coraz większą skuteczność, obserwujemy bardzo duży postęp – mówi Tomasz Mazuryk.
Już na przełomie roku pierwsze start-upy tworzące innowacyjne rozwiązania dla branży finansowej rozpoczną testowanie swoich rozwiązań dzięki udziałowi w nowym projekcie Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego. Firmy uczestniczące w testach będą mogły liczyć na darmowe wsparcie szkoleniowe i merytoryczne ze strony operatorów takich jak banki, fundacje, akceleratory czy organizacje pozarządowe. Dzięki temu łatwiej będzie im uzyskać licencję. Długotrwały proces jej przyznawania jest obecnie jedną z najpoważniejszych barier rozwoju polskiego fintechu.
– Piaskownica regulacyjna to środowisko testowe, które ma umożliwić młodym podmiotom, młodym przedsięwzięciom start-upowym, a także instytucjom finansowym testowanie ich rozwiązań technologicznych związanych z działalnością w zakresie rynku finansowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Artur Granicki, dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego.
Długi i mocno sformalizowany proces przyznawania licencji jest jedną z głównych barier rozwojowych, jakie wskazują polskie start-upy działające w sektorze fintechu – wynika z raportu „Fintech w Polsce. Bariery i szanse rozwoju”. Postępowania trwają zwykle powyżej dziewięciu miesięcy, podczas gdy w innych krajach Unii Europejskiej zamykają się one zazwyczaj w trzykrotnie krótszym czasie. Dzięki piaskownicy regulacyjnej, jaką na początku przyszłego roku uruchomi Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, firmy fintechowe mają mieć teraz ułatwiony start.
– Piaskownica będzie działała w modelu zdecentralizowanym, natomiast testy będą się odbywały w dwóch modelach: w modelu w pełni wirtualnym, umożliwiającym testowanie rozwiązań w środowisku wirtualnym, oraz w modelu rzeczywistym, na rzeczywistych klientach, tak aby zbadać ich rzeczywiste potrzeby, rzeczywiste reakcje rynkowe na to, co się dzieje w używanej przez nich aplikacji czy używanym przez nich rozwiązaniu – tłumaczy Artur Granicki.
Najważniejszą korzyścią dla start-upów ma być znaczne skrócenie czasu potrzebnego na dopełnienie formalności wynikających z procesu licencyjnego oraz możliwość zweryfikowania swojego modelu biznesowego jeszcze przed rozpoczęciem postępowania licencyjnego. Ważne będzie też wsparcie szkoleniowe i merytoryczne ze strony operatorów polskiego sandboxa (piaskownicy regulacyjnej). Będą nimi mogły być banki czy organizacje pozarządowe, a także fundacje i akceleratory.
– Zakładamy, że dzięki weryfikacji przez Komisję ich rozwiązania i wsparciu przez KNF postępowania licencyjnego, te start-upy uzyskają w dużo szybszy sposób licencję. Będą miały też dodatkowe potwierdzenie dla potencjalnego inwestora, że model jest bezpieczny, zaaprobowany przez Komisję i albo są w trakcie uzyskiwania licencji, albo w krótkim czasie tę licencję uzyskają. Mamy nadzieję, że przełoży się to też na większe zainteresowanie inwestorów –twierdzi Artur Granicki.
Polski sandbox w dużej mierze opiera się na rozwiązaniach zaczerpniętych z Wielkiej Brytanii. Według Financial Conduct Authority (FCA), 90 proc. firm skupionych w brytyjskiej piaskownicy regulacyjnej z powodzeniem zaliczyło wejście na rynek. Powodzenie przedsięwzięcia skłoniło twórców do stworzenia globalnej piaskownicy Sandbox Fintech. Testy pierwszych podmiotów w polskiej platformie są zaplanowane na przełom grudnia i stycznia.
– Przyjmujemy start-upy zarówno związane z blockchain, jak i związane z działalnością ubezpieczeniową, działalnością inwestycyjną, działalnością bankową. Nie narzucamy tutaj żadnych ram. To operatorzy piaskownicy będą dokonywali wyboru start-upów do testowania, my się ograniczamy tylko do zatwierdzenia tych podmiotów, które zostaną zgłoszone przez operatorów piaskownicy – mówi dyrektor Departamentu Innowacji Finansowych FinTech w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego.
Z raportu CEE FinTech Report sporządzonego przez Deloitte wynika, że polski rynek fintechów wyceniany jest na niemal 860 mln euro. Z kolei z analiz firmy doradczej PwC wynika, że fintechy mogą w najbliższych latach przejąć nawet jedną trzecią światowego rynku usług finansowych.
Adresy internetowe, czyli domeny są dzisiaj podstawą do budowania wizerunku w Internecie. Kampanie reklamowe, informacje o produktach oraz usługach, komunikacja biznesowa, czy nawet obsługa klientów jest dzisiaj związana z faktem posiadania unikalnej nazwy dla swojej strony WWW oraz poczty email. Inwestycja w domenę to inwestycja w przyszłość i powodzenie biznesu prawdziwego lidera.
Domena to unikalny adres internetowy, pod którym może znaleźć się dowolna strona internetowa, sklep internetowy, blog lub adres poczty e-mail. To kierunkowskaz dla użytkowników, którzy poszukują konkretnych treści. W przypadku firmy to kluczowy element do budowania świadomości marki w sieci, świadczący o jej profesjonalizmie. Łatwa do zapamiętania nazwa strony WWW bardzo często zachęca klienta do odwiedzenia jej także w przyszłości. Obecnie na świecie istnieje wiele dużych firm, które swój sukces oparły właśnie na adresie domeny. Są to m.in. serwisy informacyjne i biura turystyczne.
Dopasuj adres do działalności swojej firmy
Idealna nazwa domeny powinna być łatwa do zapamiętania, krótka, kojarząca się z profilem działalności firmy lub tematyką strony WWW. Przy wyborze domeny powinniśmy się również zastanowić do kogo kierujemy nasze produkty i usługi. Jest to ważne, aby wybrać odpowiednie rozszerzenie domeny, które może zasugerować obszar prowadzonej przez nas działalności. Najpopularniejsza w Polsce domena z zakończeniem .pl podkreśla krajowy zasięg. Z kolei domena regionalna (np. .waw.pl, .szczecin.pl) świadczy o lokalnym biznesie. Polscy przedsiębiorcy doceniają również inne rozszerzenia. Taką domeną jest choćby europejski adres .eu i globalny .com. Myśląc o kolejnych latach i rozwoju firmy na pewno warto rozważyć opcję rejestracji większej liczby domen, dzięki czemu zabezpieczymy pulę adresów przed jej rejestracją przez konkurencję.
Każda domena jest unikalna. Oznacza to, że nie ma możliwości zarejestrowania dwóch identycznych nazw. Zarejestrowany adres schodzi z wolnej puli i może należeć wyłącznie do jednego abonenta. Natomiast istnieje możliwość zarejestrowania identycznej nazwy domeny w wielu rozszerzeniach (np. firmaxyz.com, firmaxyz.eu, firmaxyz.de). Coraz popularniejsze stają się również końcówki domen globalnych np. .art, .travel, .tech czy .online, które pozwalają na idealne dopasowanie rozszerzenia domeny do profilu działalności lub zainteresowań.
Kolejną alternatywą jest zakup zarejestrowanych już nazw z rynku wtórnego, czyli giełdy domen internetowych. Domeny są sprzedawane przez ich obecnych Abonentów w formie aukcji – cena dobrego adresu może osiągnąć pułap nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Własna domena to dla prawdziwego lidera wiarygodność i większa sprzedaż
Firmy, które nie mają własnej strony WWW, dla większości po prostu nie istnieją lub posiadają znikomą wiarygodność. Własna domena dodaje autentyczności i sprawia, że klienci łatwiej będą kojarzyć Twoją stronę WWW. Unikalna nazwa domeny od home.pl ma też ogromny wpływ na samą widoczność w sieci, a jak wiadomo lepsza widoczność oznacza większą sprzedaż. Dodatkowo, posiadając konta e-mail we własnej domenie, kierujemy od razu ruch na naszą stronę – użytkownicy kojarzą nazwę po znaku @ jako adres właśnie strony internetowej.
Przedsiębiorcy znający swoje najważniejsze źródła sprzedaży, wiedzą już jak ważna jest obecność strony internetowej w Google. Ten bezpieczny
i stabilny kanał sprzedaży jest wolny od awarii. Sprytne i kreatywne podejście do wyboru nazwy domeny może ułatwić wypozycjonowanie strony WWW firmy w przyszłości.
Wiele lokalnych firm usługowych rejestruje domenę z nazwą miejscowości, w której oferowane są usługi firm. Dzięki temu – ci lokalni liderzy przedsiębiorczości zdobywają codziennie nowych klientów. Klientów szukających usługodawców lub sklepów w swojej miejscowości. Właściwie wybrana nazwa domeny pomoże w sprzedaży również w przypadku firm które od lat inwestują w swoją markę. Domena z tą właśnie marką w nazwie będzie naturalnym miejscem, w którym klienci będą szukali więcej informacji o firmie. Tam też będą chcieli składać zamówienia.
Dobra domena elementem udanego biznesu
Ciekawa, chwytliwa nazwa domeny na pewno będzie rozpoznawalna i więcej osób będzie w stanie ją zapamiętać. Dobra domena pozwala na skuteczne odnalezienie firmy na tle gorzej pozycjonowanej konkurencji. Warto pamiętać, że na dobre imię firmy wpływają pozostałe działania np. jakość obsługi klienta, jakość oferowanych usług. Dlatego warto potraktować domenę jako jeden z kluczowych elementów, na bazie którego budujemy własny biznes.
Rewolucja przemysłowa, która dokonuje się na naszych oczach, wymaga od firm produkcyjnych umiejętności dostosowania się do zmian i precyzyjnego określenia kompetencji kluczowych dla dalszego rozwoju.
Czwarta rewolucja przemysłowa to idea transformacji cyfrowej, opierająca się na wykorzystaniu w produkcji nowoczesnych technologii informatycznych i komunikacyjnych, która przekierowuje przemysł w stronę inteligentnej i elastycznej produkcji, dostosowanej do dynamicznie zmieniających się potrzeb klientów. Adaptacja w obliczu gwałtownych zmian, wymuszonych przez niezwykle szybkie tempo rozwoju technologii to główne wyzwanie stojące przed przedsiębiorstwami, które chcą utrzymać swoją pozycję i wzmacniać przewagę konkurencyjną.
Rewolucja w sektorze motoryzacyjnym
Jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie branż, która jednocześnie szybko adaptuje się do zmieniających się potrzeb rynku jest sektor motoryzacyjny. W Polsce jest to jedna z największych i najszybciej rozwijających się gałęzi przemysłu, dająca zatrudnienie prawie 200 tysiącom osób.
O tym, czy branża motoryzacyjna pozostanie kołem zamachowym polskiej gospodarki zadecyduje jej umiejętność dostosowania się do zmian w ramach czwartej rewolucji przemysłowej i umiejętność zarządzania wdrażaniem nowych technologii związanych z rewolucją przemysłową. Dzieje się tak, ponieważ oprócz kwestii związanych z samymi procesami produkcji, wdrożenie nowych technologii jest silnie i wielostronnie powiązane z rewolucją w mobilności społeczeństw. Zmiany w mobilności są bowiem elementem szerszej transformacji cyfrowej, która obejmuje między innymi mega-trendy w mobilności, takie jak, pojazdy autonomiczne, skomunikowane, czy współdzielone.
– Producenci samochodów będą wręcz zmuszeni do skorzystania z nowych możliwości, które stają się dostępne wraz z wdrażaniem koncepcji Przemysłu 4.0. Bez wątpienia liczyć się będzie szybka reakcja na zmieniające się potrzeby klientów, korzystanie z nowych modeli biznesu czy wręcz ich tworzenie oraz poszukiwanie nowych źródeł przychodów. Od tego będzie zależeć przyszłość każdego producenta samochodów – mówi Paweł Wideł, Wiceprezydent Konfederacji Lewiatan, Prezes Zarządu Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.
Wprowadzenie tych rewolucyjnych zmian w mobilności zwiastuje przejście od obecnego modelu biznesowego, jakim jest produkcja, sprzedaż i finansowania samochodu, do nowego modelu, gdzie środek ciężkości będzie się przesuwał w stronę oferowania całego spektrum usług związanych z mobilnością. Będzie się to wiązać z wieloma konsekwencjami dla branży motoryzacyjnej.
– Istnieje jednak obawa, czy w krótkim okresie będzie finansowo opłacalne wytwarzanie na dużą skalę spersonalizowanych produktów. Zasadne jest więc wsłuchiwanie się w uwagi krytyczne ze strony branży, tak, aby nie hamując rozwoju, uniknąć potencjalnych zagrożeń, w tym ze strony regulacji. Jedynie myśląc strategicznie, w długim terminie będziemy w stanie znaleźć rozwiązania, które sprawią, że polski przemysł motoryzacyjny realnie będzie kołem zamachowym polskiej gospodarki – dodaje Paweł Wideł.
Już 27 listopada podczas International Automotive Business Meeting odbędzie się panel pt. „Przyszłość mobilności: punkt widzenia głównych podmiotów działających w sektorze motoryzacyjnym”, którego gospodarzem jest Związek Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. Uczestnicy panelu w swojej debacie będą proszeni o to, aby nawiązując do stanu obecnego pokazać najbliższą przyszłość, wskazując kierunki, w których będzie się rozwijać branża, implementując innowacje technologiczne i społeczne.
Jak subtelnie, ale i elegancko, a jednocześnie niewielkim kosztem wyeksponować swoją firmę na uroczystych spotkaniach, imprezach czy targach? Doskonałym pomysłem są pinsy metalowe na zamówienie, które produkuje firma MCC Medale.
Pinsy to od lat świetne gadżety nie tylko dla kolekcjonerów, ale coraz częściej stają się wizytówką każdej z firm. Z reguły mają dość prosty, ale konkretny wzór. Może to być logotyp firmy, jej wyjątkowy czy flagowy produkt lub po prostu nazwa. Chodzi przede wszystkim o wyeksponowanie najważniejszych elementów promocyjnych firmy, które zostaną nie tylko w miarę szybko zauważone, ale zapadną też w pamięć potencjalnym partnerom czy kontrahentom.
Niejednokrotnie pinsy metalowe na zamówienie można zobaczyć na marynarkach właścicieli i pracowników największych firm niemal z każdej branży: farmaceutycznej, budowlanej, samochodowej, klubów i federacji sportowych. Dobrze wykonany element podkreśla siłę marki, ale również stanowi element biżuterii. To subtelne, ale jednocześnie gustowne podkreślenie przynależności do danej firmy czy grupy, która świetnie wpływa na jej wizerunek i prestiż.
Pinsy metalowe na zamówienie nie muszą jednak stanowić jedynie celu reprezentacyjnego, ale również mogą służyć jako mały podarunek od firmy dla klienta. Dzisiejsza technologia, którą wykorzystuje firma MCC Medale, pozwala na stworzenie oryginalnego znaczka, który w przyszłości może nabrać ogromnej wartości. Wciąż nie brakuje kolekcjonerów, którzy zbierają pinsy. Najczęściej są to wpinki sportowe, gamingowe, motoryzacyjne, ale pomysłowość na kolejne tematy kolekcji dla pasjonatów nie ma końca.
Przypinki – pamiątka dla pracowników
Pinsy metalowe na zamówienie to też doskonała forma odznaczenia ważnych osób w danej firmie. Przypinka, która może zostać wręczona w eleganckim etui lub ze specjalną drukowaną kartą do pinsów, będzie stanowiła pamiątkę na lata. To świetnie rozwiązanie między innymi w przypadku jubileuszów.
Firma MCC Medale zajmuje się produkcją pinsów metalowych na zamówienie najwyższej jakości. Przez lata działalności wypracowała sobie ogromną renomę – na tyle dużą, że jest uważana za jednego z największych producentów przypinek reklamowych w Polsce. Wszystko dzięki używaniu najlepszych komponentów i ręcznej technice produkcji.
MCC Medale potrafi wyprodukować pinsy metalowe na zamówienie w dowolnym kształcie, wielkości i kolorze. Każde zamówienie jest indywidualnie omawiane z klientem. Pracownicy firmy chętnie pomogą też stworzyć odpowiednią ofertę, a nawet projekt, który zostanie przygotowany przez doświadczonych grafików od podstaw.
Pinsy metalowe na zamówienie mogą mieć różny wymiar. Klasyczne wpinki to dobre rozwiązanie dla promocji firmy w przypadku wpięcia w klapę marynarki. MCC Medale oferuje również przypinki emaliowane, po które często sięgają firmy z kolorowymi logotypami. Dzięki specjalnym emaliom, którymi wpinki są wypełniane ręcznie, pinsy metalowe na zamówienie zyskają kolory. To szczególnie dobrze sprawdzi się w branżowych targach, eventach czy szkoleniach. Bardzo popularne są też przypinki z wklejką 3D. To z kolei rozwiązanie polecane firmom, którym zależy na małych, szczegółowych elementach lub informacjach, które będą niemożliwe do zrealizowania w odlewie.
W przypadku chęci wyprodukowania pinsów metalowych na zamówienie w ozdobnym etui lub z drukowaną kartą, należy wcześniej powiadomić pracowników MCC Medale, którzy chętnie doradzą lub pomogą w zaprojektowaniu najbardziej korzystnego rozwiązania.
Pinsy metalowe na zamówienie to doskonała, ale przede wszystkim niedroga forma promocji firmy. Ostateczny koszt zależy od rodzaju wpinki, a także wielkości całego zamówienia. Pracownicy MCC Medale indywidualnie podchodzą do każdego klienta i z pewnością przygotują jak najbardziej korzystną formę zamówienia.
Gospodarka w 19 krajach dzielących wspólną walutę rośnie najwolniej od 2013 r. Sytuacja po drugiej stronie Atlantyku jest zgoła odmienna, amerykańska gospodarka rozwija się o ponad 5 razy szybciej niż w strefie euro. Co to może oznaczać dla Polski i złotego? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl
Według Europejskiego Urzędu Statystycznego gospodarka rozwijała się w trzecim kwartale w tempie 0,2 proc. kwartał do kwartału (k/k). To byłby najniższy wzrost od II kw. 2014 r., jeżeli weźmiemy pod uwagę zaokrąglone dane, które w ogólnym przekazie publikuje Eurostat.
Faktycznie jednak, biorąc pod uwagę dokładniejsze odczyty w bazach danych Eurostatu, gospodarka 19 państw używających tej samej waluty rozwijała się w tempie 0,16 proc. k/k, czyli najwolniej od pierwszego I kw. 2013 r. To szokująca informacja, zwłaszcza że w 2017 r. rozwój w kwartale średnio sięgał niemal 0,7 proc. Co się dzieje z gospodarką Europy?
Niekończące się problemy i wytłumaczenia
Od początku 2018 r. dane PKB ze starego kontynentu są gorsze od oczekiwań. Najpierw uważano, że to kwestia srogiej zimy i po pierwszym słabym kwartale przyjdzie odbicie w drugim. Ono jednak nie nastąpiło, ale wtedy również znaleziono wytłumaczenie – strajki we Francji, a dodatkowo pojawiły się groźby wojny handlowej.
Trzeci kwartał z kolei upłynął pod dyktando fatalnych pomysłów gospodarczych nowego populistycznego rządu we Włoszech. Borykająca się od lat z problemami ekonomicznymi Italia dostała cios w postaci cofnięcia reformy emerytalnej, wprowadzenia dochodu gwarantowanego i poważnego konfliktu z Komisją Europejska, co znacząco pogorszyło nastroje w przemyśle. W rezultacie, według danych Istatu, Włochy w III kw. były w stagnacji przede wszystkim ze względu na kurczenie się produkcji.
Gospodarka Niemiec wcale nie wyglądała w okresie od lipca do września o wiele lepiej. Chociaż stabilność gospodarcza naszego zachodniego sąsiada jest niezaprzeczalna, to jednak nowe regulacje w sektorze motoryzacyjnym mogły spowodować, że w III kw. również w Niemczech mogliśmy mieć stagnację, o czym informował w ostatnim miesięcznym raporcie Bundesbank.
Jeszcze większy pesymizm bije z litewskich danych. Gospodarka tego niewielkiego kraju strefy euro skurczyła się w III kw. o 0,4 proc. k/k. To był najgorszy kwartał dla naszego północnego sąsiada od końca 2009 r., czyli okresu tuż po globalnym kryzysie finansowym. Tutaj jednak znowu mamy wytłumaczenie. Cytowany przez agencję Bloomberg ekonomista banku centralnego Darius Imbrasas stwierdził, że to wina suszy, która zaszkodziła zbiorom.
Stany Zjednoczone rozwijają się 5 razy szybciej
W USA ekonomiści nie muszą szukać żadnych wytłumaczeń. PKB urósł w trzecim kwartale o 0,86 proc. k/k przy tej samej metodologii publikacji danych, jaką stosuje Eurostat. Z tego wynika, że amerykański wzrost był o ponad 5 razy szybszy niż ten w strefie euro. W relacji rok do roku (r/r) wzrost w Ameryce był w III kw. prawie dwa razy szybszy niż na obszarze wspólnej waluty i wyniósł odpowiednio 3,04 proc., i 1,66 proc.
Przepaść dzielącą USA oraz strefę euro potwierdzają np. dane o wskaźnikach wyprzedzających dla przemysłu oraz dla usług. W Stanach są one na blisko historycznych szczytów, a w strefie euro dochodzą na niektórych subindeksach do czteroletnich minimów.
Zupełnie innych kierunek na obu obszarach walutowych widoczny jest także w przypadku produkcji przemysłowej. W sierpniu oraz we wrześniu rosła ona w okolicach 5 proc. r/r w Stanach Zjednoczonych. Dla strefy euro nie ma jeszcze danych za ubiegły miesiąc, ale w lipcu i w sierpniu ten wzrost wyniósł odpowiednio 0,3 oraz 0,9 proc. r/r.
Konsekwencje dla rynku walutowego
Tempo rozwoju Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie nadal będzie wyraźnie przekraczać odczyty ze strefy euro. To również może oznaczać, że Rezerwa Federalna nadal będzie podnosić stopy procentowych i niewykluczone, że w drugim kw. 2019 r. sięgną one wartości ok. 3 proc.
Z drugiej strony rośnie ryzyko, że zaskakująco powolne tempo rozwoju strefy euro spowoduje, że Europejski Bank Centralny zacznie sugerować w najbliższych miesiącach możliwość późniejszej podwyżki stóp procentowych i utrzymanie ich na ujemnym poziomie przez cały 2019 r.
W rezultacie różnica pomiędzy stopami procentowymi w USA i w strefie euro będzie się nadal rozszerzać, co powinno być pozytywne dla dolara i negatywne dla wspólnej waluty.
Gorsze perspektywy dla strefy euro to także negatywna informacja dla polskiej gospodarki. Wzrost PKB nad Wisłą prawdopodobnie będzie znacznie wolniejszy, niż spodziewa się konsensus ekonomistów. To z kolei może zniechęcić polskie władze monetarne, by podwyższać stopy procentowe. Mogą nawet pojawić się opinie w Radzie Polityki Pieniężnej o konieczności ich obniżenia.
Taki scenariusz może wywołać dalsze globalne umocnienie się dolara i osłabienie euro. Na polskim rynku z kolei będzie rosło prawdopodobieństwo, że dolar przedłuży trend wzrostowy w relacji do powoli tracącego na wartości złotego. W rezultacie jeszcze przed końcem roku za amerykańską walutę możemy płacić nawet 4 zł.
W pierwszej połowie 2018 roku oddano do użytku 1,0 mln m kw. nowej powierzchni w centrach handlowych – to o 10% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.
W pierwszym półroczu br. odnotowano spadek ilości powierzchni handlowej będącej w budowie o 11% rok do roku w całej Europie i o 25% rok do roku w Europie Zachodniej.
Zasoby powierzchni w europejskich galeriach handlowych wzrosły w pierwszej połowie 2018 roku do 166,2 mln m kw.
Jedna trzecia powierzchni w centrach handlowych Europy została wybudowana ponad 20 lat temu.
Z najnowszej analizy rynku międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wynika, że tempo przyrostu nowej powierzchni w centrach handlowych Europy zaczęło spowalniać, a dojrzałe rynki zbliżają się do poziomu nasycenia.
W ostatnich dwóch dekadach rynek centrów handlowych w Europie powiększał się średnio o 5,4 mln m kw. rocznie, ale w latach 2018-2019 średnia roczna podaż nowej powierzchni handlowej może wynieść zaledwie 3,5 mln m kw. Za mniejsze zapotrzebowanie na nową powierzchnię na Starym Kontynencie odpowiadają rozwinięte rynki handlowe i rosnąca popularność zakupów w kanale online.
Zapotrzebowanie na nowe centra handlowe maleje, ale inwestorzy mogą wykorzystywać okazje wynikające ze starzenia się zasobów na najbardziej dojrzałych rynkach inwestując w przebudowę istniejących obiektów, zwłaszcza że jedna trzecia powierzchni w galeriach handlowych Europy została wybudowana ponad 20 lat temu.
W pierwszych sześciu miesiącach 2018 roku rynek Europy Zachodniej powiększył się o 373 tys. m kw. nowej powierzchni handlowej (wzrost o 8,2% rok do roku), dzięki czemu łączne zasoby w tym regionie wzrosły do 108,8 mln m kw. Jednak w drugim półroczu i w 2019 roku w Europie Zachodniej może powstać tylko 2,1 mln m kw. nowej powierzchni, czyli o 25% mniej w ujęciu rocznym. Z kolei na mniej dojrzałym rynku Europy Środkowo-Wschodniej wybudowano 676 tys. m kw. (spadek o 18% rok do roku), wskutek czego całkowite zasoby powierzchni handlowej wyniosły tam 57,4 mln m kw. W drugiej połowie 2018 roku i w 2019 roku deweloperzy planują wybudować w tym regionie 4,0 mln m kw. nowej powierzchni (spadek o 2,4% rok do roku).
„Zmieniające się zachowania konsumentów i rosnąca popularność zakupów w kanale online będą w coraz większym stopniu wpływały na sytuację na bardziej dojrzałych rynkach, zwłaszcza w Europie Zachodniej. Z kolei na rozwijających się rynkach centrów handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej zapotrzebowanie na powierzchnię coraz częściej determinują trendy makroekonomiczne – zwłaszcza w Turcji i Rosji, gdzie w pierwszej połowie 2018 roku aktywność deweloperska spowolniła, w odróżnieniu od Polski, gdzie rozwój rynku handlowego napędza silna gospodarka” – mówi Silvia Jodlowski, starszy analityk w firmie Cushman & Wakefield.
Europa Zachodnia
Pod względem wolumenu nowej podaży liderem w Europie Zachodniej była Wielka Brytania, gdzie w pierwszej połowie 2018 roku oddano do użytku prawie 90 tys. m kw. nowej powierzchni – głównie w ramach rozbudowy o 69 tys. m kw. Centrum Handlowego Westfield w White City, w Londynie. Aktywność deweloperska jednak spowolniła z powodu mniejszego popytu na powierzchnię handlową, ekspansji sektora online, dużej podaży oraz wzrostu kosztów operacyjnych.
Drugie miejsce w Europie Zachodniej zajęła Francja, gdzie w pierwszym półroczu wybudowano 83 tys. m kw. nowej powierzchni w centrach handlowych. W 2018 roku powstanie o 24% mniej powierzchni w galeriach handlowych w ujęciu rocznym, czemu towarzyszyć będzie jednak wzrost podaży w nowych formatach: o 27% rok do roku w segmencie parków handlowych i o 5% rok do roku w centrach wyprzedażowych.
Podaż nowej powierzchni w centrach handlowych na poziomie 69 tys. m kw. zapewniła Finlandii trzecie miejsce w pierwszej połowie 2018 roku. Pomimo prognozowanego, dużego przyrostu nowej powierzchni w drugim półroczu i w 2019 roku (o 312 tys. m kw.), zapotrzebowanie na nową powierzchnię w Finlandii będzie nadal rosło na początku lat 20. za sprawą dynamicznego wzrostu liczby mieszkańców kraju i coraz większej siły nabywczej w Helsinkach i innych największych miastach.
Niemcy, gdzie prawie 60% istniejącej powierzchni w galeriach handlowych powstało ponad 20 lat temu, także mogą liczyć na dalszy wzrost zasobów. W drugiej połowie bieżącego roku i w 2019 roku wolumen nowej podaży może przekroczyć 200 tys. m kw., z czego 24% powstanie w ramach rozbudowy istniejących obiektów.
Europa Środkowo-Wschodnia
Silna gospodarka, której główną siłą napędową jest wzrost wynagrodzeń, niskie bezrobocie i utrzymujący się niski wskaźnik inflacji oraz wysoka konsumpcja prywatna, to nadal najważniejszy czynnik wpływający na rozwój rynku centrów handlowych w Polsce. W pierwszej połowie 2018 roku wybudowano ok. 125 tys. m kw. nowej powierzchni, dzięki czemu Polska zajęła trzecie miejsce w Europie pod względem aktywności deweloperskiej. W budowie pozostaje obecnie 444 tys. m kw. powierzchni, która zostanie oddana do użytku w drugiej połowie 2018 roku i w 2019 roku. Aktywność deweloperów skupia się na dużych i bardzo dużych obiektach, które powstają w największych aglomeracjach, oraz na mniejszych projektach, parkach handlowych i centrach convenience w mniejszych miastach.
Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield, Polska
„Biorąc pod uwagę budowane obecnie centra handlowe z planowanym terminem oddania do użytku do końca 2018 r., tegoroczna podaż nowych obiektów tego formatu będzie prawdopodobnie najwyższa od 3 lat. Dzięki stabilnej gospodarce, której główną siłą napędową pozostaje wysoka konsumpcja gospodarstw domowych, Polska jest wciąż bardzo atrakcyjnym rynkiem zarówno dla inwestorów, jak i dużych rozpoznawalnych marek. Dowodzi tego wejście na polski rynek marek takich jak: Dealz, Tedi, czy planowane otwarcie w Galerii Młociny pierwszego sklepu sieci Primark. W pierwszej połowie 2018 roku otwarto łącznie pięć nowych centrów handlowych, z czego największe to Forum Gdańsk i Gemini Park Tychy. Na drugą połowę roku planowane jest otwarcie kolejnych 11 obiektów, wśród których największy to Galeria Libero w Katowicach. Potwierdzeniem dobrej kondycji rynku jest również malejąca ilość powierzchni niewynajętej. Na koniec pierwszej połowy tego roku wskaźnik pustostanów na siedmiu z ośmiu głównych rynków obniżył się, a średnia dla całej Polski spadła z 4% do 3,2%” – komentuje Małgorzata Dziubińska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Badań Rynkowych, Cushman & Wakefield.
Podaż powierzchni w centrach handlowych w Turcji wzrosła w pierwszej połowie 2018 roku o zaledwie 358 tys. m kw., co oznacza spadek o prawie 40% w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Spowolnienie gospodarcze, utrzymująca się presja na czynsze wskutek wahań kursu tureckiej liry oraz ograniczanie wydatków przez gospodarstwa domowe spowodują, że trend spadkowy utrzyma się w drugiej połowie bieżącegcenteumo roku i w 2019 roku – w tym okresie na rynek trafi 925 tys. m kw. nowej powierzchni będącej obecnie w budowie. Oznacza to roczny spadek aktywności deweloperskiej o 30% w 2018 roku i o 19% w 2019 roku.
Rosja także odnotowała spowolnienie tempa przyrostu nowej powierzchni handlowej, ponieważ sieci handlowe ograniczyły plany ekspansji z powodu spadku wydatków konsumpcyjnych i ograniczonej dostępności kredytów. W pierwszej połowie bieżącego roku podaż nowej powierzchni w centrach handlowych była niższa w ujęciu rocznym o 7%, a w całym 2018 roku powstanie 570 tys. m kw., czyli najmniej od 2004 roku. Rosja jest jednak liderem w Europie pod względem wolumenu powierzchni w centrach handlowych, której otwarcie zaplanowano na następne 18 miesięcy – obecnie w budowie znajduje się ok. 1,9 mln m kw., co przełoży się na wzrost podaży w drugim półroczu 2018 roku i w przyszłym roku.
„Centra handlowe powstawały i rozwijały się nieprzerwanie od 20 lat w większości krajów Europy, przy czym najbardziej dynamicznie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Większość rynków centrów handlowych osiągnęła lub niedługo osiągnie dojrzałość, a tempo przyrostu netto nowej powierzchni znacząco spowolni. Z tego względu aktywność deweloperska będzie w coraz większym stopniu skupiać się na rewitalizacji i modernizacji istniejącej powierzchni, ponieważ rośnie liczba starszych i przestarzałych obiektów. Ponad jedna trzecia powierzchni w europejskich centrach handlowych ma ponad 20 lat – w tym czasie zmodernizowano i przebudowano znaczną jej część, ale równie dużo wymaga unowocześnienia” – dodaje Silvia Jodlowski, starszy analityk w firmie Cushman & Wakefield.
Samo tylko upowszechnienie blockchain może wygenerować kilka miliardów dolarów oszczędności dla branży ubezpieczeń.
Automatyzacja i wykorzystanie sztucznej inteligencji skracają proces likwidacji szkód.
Systemy sprzedażowe oparte na chmurze obliczeniowej przyspieszają pracę pośredników ubezpieczeniowych.
Do tego, że postęp technologiczny jest jednym z głównych czynników wpływających na rozwój poszczególnych sektorów biznesu, nie trzeba nikogo przekonywać. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z jego skali. Dobrym przykładem rozwiązania, które może znacząco zmienić funkcjonowanie różnych gałęzi gospodarki, jest technologia blockchain. Jak pokazują analizy PwC, w samych tylko ubezpieczeniach upowszechnienie jej stosowania może wygenerować od 5 do 10 miliardów dolarów oszczędności w obszarze reasekuracji[1].
– Sektor finansowy, którego częścią są ubezpieczenia, jest jednym z największych beneficjentów rozwoju technologii i informatyzacji naszego życia. Możliwości, jakie daje stosowanie rozwiązań opartych na architekturze blockchain to tylko jeden z przykładów. Z prowadzonych przez nas obserwacji wynika, że na kształt produktów ubezpieczeniowych, sposób ich sprzedaży oraz proces wypłacania odszkodowań wpływ będzie miała również postępująca automatyzacja, rozwój sztucznej inteligencji oraz powszechne stosowanie rozwiązań w chmurze – zauważa Piotr Bartos, Country Manager Insly w Polsce.
Blockchain usprawnia proces reasekuracji
Można śmiało powiedzieć, że blockchain już na dobre zadomowił się w świecie finansów. Głównym tego przejawem jest rosnąca rola oraz popularność kryptowalut, których konstrukcja bazuje na tej technologii. Należy jednak zauważyć, że coraz uważniej blockchainowi przyglądają się również ubezpieczyciele. Rozproszona architektura danych, szybki dostęp do informacji oraz wysoki poziom bezpieczeństwa przechowywanych treści sprawia, że rozwiązanie to może znacząco usprawnić np. proces reasekuracji i jak wspomniano w przywołanej wyżej analizie PwC, wygenerować wielomiliardowe oszczędności z tego powodu. Wynika to m.in. z tego, że struktura procesu reasekuracji, podobnie jak architektura blockchain ma konstrukcję ciągu powiązań. Co to oznacza w praktyce? Dzięki wykorzystaniu tej technologii poszczególni uczestnicy łańcucha reasekuracji nie będą już musieli kontaktować się między sobą, żeby uzyskać lub zweryfikować informacje na temat zdarzenia ubezpieczeniowego, tylko będą mieli je dostępne od razu. Z perspektywy ubezpieczonego oznacza to, że szybciej otrzyma decyzję o przyznaniu odszkodowania i jego wypłatę.
Co więcej, w przypadku wybranych ubezpieczeń blockchain może też w ogóle wyeliminować konieczność zgłoszenia szkody przez posiadacza polisy. Dotyczy to na przykład polis turystycznych, które uwzględniają ubezpieczenie na wypadek opóźnienia lub odwołania lotu. Jeden z ubezpieczycieli testuje rozwiązanie, które samodzielnie pozyskuje te informacje i automatycznie wypłaca odszkodowanie, jeżeli dojdzie do opóźnienia lub odwołania lotu, który ubezpieczony zgłosił jako przedmiot polisy.
Sztuczna inteligencja pomoże przyjąć i przeanalizować zgłoszenie szkody
Na automatyzację procesu odszkodowawczego i uruchomienia świadczeń gwarantowanych przez polisę wpływ będzie miał również rozwój sztucznej inteligencji. Jednym z obszarów, w którym możemy zaobserwować to zjawisko, są ubezpieczenia zdrowotne, których dostawcy coraz częściej udostępniają posiadaczom polis urządzenia do zdalnego monitorowania stanu zdrowia. Zadaniem sztucznej inteligencji jest monitorowanie informacji dostarczanych przez nie i przekazywanie informacji do odpowiednich służb ratunkowych i ubezpieczyciela.
Automatyzacja obsługi polis z wykorzystaniem sztucznej inteligencji może też przyjąć formę botów odpowiedzialnych za przyjmowanie i wstępną weryfikacją wniosków o odszkodowanie. Może się to okazać wyjątkowo pomocne w przypadku szkód masowych spowodowanych gwałtownymi zjawiskami pogodowymi, kiedy w krótkim czasie do towarzystwa ubezpieczeń zgłasza się duża liczba poszkodowanych. Wstępna weryfikacja prowadzona przez sztuczną inteligencję może też ułatwić wykrycie ewentualnych prób wyłudzenia odszkodowania, na przykład poprzez analizę, czy identyczne roszczenie nie zostało zgłoszone już wcześniej.
Rozwiązania w chmurze usprawniają wystawianie polis i pomagają wykryć nadużycia
Przeciwdziałać ewentualnym próbom oszustwa pomagają również rozwiązania bazujące na chmurze obliczeniowej. Dzięki jej zastosowaniu połączeni z nią użytkownicy, np. likwidatorzy szkód, mają pełen wgląd w historię ubezpieczonego oraz ogółu zgłaszanych zdarzeń. Jednak jedną z głównych zalet stosowania oprogramowania w chmurze jest przyspieszenie procesu sprzedaży.
– Korzystanie z oprogramowania w chmurze może się okazać szczególnie korzystne w przypadku multiagentów. Bazując na tej technologii, można stworzyć narzędzie, które pozwoli sprawnie dokonać analizy ofert różnych towarzystw ubezpieczeniowych i w krótkim czasie zaproponować klientowi najkorzystniejsze rozwiązanie, bez konieczności logowania do systemów poszczególnych ubezpieczycieli. Co więcej, fakt przechowywania danych w chmurze zapewnia do nich dostęp z różnych urządzeń, oczywiście po wcześniejszym zalogowaniu. Dzięki temu, przykładowo, w przypadku awarii komputera agent może kontynuować pracę za pośrednictwem smartfona, bądź tabletu – dodaje Piotr Bartos z Insly.
Warto również pamiętać, że digitalizacja wszystkich dokumentów związanych z polisą w chmurze zapewnia nie tylko sprawny dostęp do nich, ale zwiększa bezpieczeństwo ich przechowywania i przetwarzania. Serwery, na których są one przechowywane, są zdecydowanie lepiej zabezpieczone od dysków twardych komputerów osobistych czy szaf na dokumenty papierowe.
[1] Blockchain: The $5 billion opportunity for reinsurers, PwC
Firma EF Education First wydała dziś swój coroczny globalny raport znajomości języka angielskiego EF EPI. Polska znalazła się w nim na 1 pozycji wśród krajów kwalifikujących się poziomem wysokiej biegłości językowej i 13 w ogólnej klasyfikacji.
Badanie EF Education First wykazało, że rokrocznie Polacy rozwijają się językowo: w 2016 roku wynik EF EPI dla Polski wyniósł 61.49, w 2017 roku było to 62.07, a w tym roku przyznana punktacja podniosła się już do 62.45. Patrząc na tendencję wzrostową ostatnich lat, prawdopodobnie w następnym roku Polska po raz pierwszy będzie mogła pochwalić się wejściem do grupy krajów z bardzo wysokim stopniem zaawansowania językowego.
W międzynarodowym raporcie EF EPI przebadano zarówno poszczególne regiony Polski, jak i kilka miast. W ogólnym zestawieniu najlepiej wypadły południowo-zachodnie i centralne obszary kraju z wynikami wyższymi niż średnia statystyczna dla Polski, odpowiednio: 63.19 oraz 62.84. Tym samym mogą one pochwalić się bardzo wysoką znajomością angielskiego. Reszta regionów została zaklasyfikowana z wysoką znajomością języka angielskiego. Co ciekawe, południowa część Polski, wyprzedza z wynikiem 62.47 północną stronę Polski, której wynik wyniósł 59.32, czyli mniej niż w ubiegłym roku.
Warszawa lepsza niż Berlin
Nieco większą rozbieżność biegłości językowej widać pomiędzy poszczególnymi miastami Polski. Coroczny lider rankingu, Warszawa, w porównaniu do ubiegłego roku zwiększyła swój poziom nieznacznie: z 64.30 na 64.42. Natomiast warto tutaj zauważyć, że w rankingu przebadanych 59 miast z całego świata, Warszawa zajmuje 14 miejsce, na równi z Zurychem. Jest to wynik lepszy chociażby od punktacji takich miast jak Berlin, Paryż czy Rzym. Z kolei najbardziej rozwijającym się językowo miastem 2018 jest Łódź, która poprawiła swój wynik z 60.15 na 61.72. Chwalona w zeszłorocznym zestawieniu za najszybszy rozwój Bydgoszcz, a także Poznań jako jedyne zanotowały spadek i zamykają listę porównywanych miast.
– Polska rokrocznie ma coraz wyższe wyniki, co cieszy nas szczególnie, jako firmę oferującą naukę języka angielskiego za granicą – mówi Sylwia Rogalska, Country Manager EF Polska. – Nasze badania EF EPI pokazują, że kraje, w tym Polska, wciąż inwestują w edukację języka angielskiego. Warto odnotować też, że na tle innych, zamożniejszych krajów Europy, takich jak chociażby Szwajcaria czy Francja, poziom językowy Polaków jest znacznie wyższy. Jest to bardzo istotne z perspektywy dalszego biznesowego rozwoju Polski, która stara się zachęcić zagraniczne firmy do otwierania tu swoich oddziałów.
EF EPI kompasem światowego rozwoju językowego
Raport EF EPI pokazuje poziom biegłości językowej wśród obywateli z 88 krajów, dzieląc je na kraje: z bardzo wysoką biegłością językową, z wysoką biegłością językową, średnią biegłością językową, słabą biegłością językową oraz bardzo słabą biegłością językową. Tegoroczny raport EF English Proficiency Index to już ósma edycja największego międzynarodowego rankingu uwzględniającego stopień znajomości języka angielskiego, tworzonego przez Education First, firmę organizującą kursy językowe za granicą. Ponad 1,3 miliona uczestników, których językiem ojczystym nie jest angielski, wypełniło niezbędny do badania EF Standard English Test (EF SET), pierwszy na świecie darmowy i zestandaryzowany test języka angielskiego. W czołówce krajów z najlepszym angielskim znalazła się Szwecja, detronizując po kilku latach Holandię, która zajęła w tym roku drugie miejsce. Top 3 zamyka zaś Singapur. Najsłabiej z językiem angielskim radzą sobie Irak i Libia, a w Europie Albania i Turcja.
Miniony tydzień przyniósł rozczarowujące odczyty indeksów PMI, które zaczęły wywoływać obawy inwestorów o zachowanie europejskich gospodarek w ostatnim kwartale roku. Dziś poznaliśmy kolejne wstępne dane dotyczące przedostatniego kwartału, które wskazują na ewidentną słabość gospodarek wspólnego bloku, podtrzymując presję na euro. Odczyty nie sprzyjają również polskiemu złotemu.
Dynamika ekspansji gospodarczej w krajach należących do wspólnego bloku walutowego wyniosła 1,7% i była nieco niższa od oczekiwanych 1,8% rocznie. Faktyczna słabość danych objawia się jednak, gdy porównamy odczyty kwartał do kwartału. Wzrost gospodarczy w takim ujęciu wyniósł zaledwie 0,2%, wobec oczekiwanej dwukrotnie wyższej dynamiki. Jednocześnie był to najniższy poziom wzrostu gospodarczego od 2014 r.
Dokładając do tego fakt, iż ekspansji gospodarczej we Włoszech praktycznie nie było (kwartalna dynamika wyniosła 0%), ostatnie rozczarowujące dane PMI i słaby sentyment względem przyszłej sytuacji gospodarczej, perspektywy wspólnego bloku rysują się dość negatywnie. Niewykluczone, że kontynuacja słabości może stanowić przeszkodę dla przyszłych działań Europejskiego Banku Centralnego. Podnoszenie stóp procentowych w momencie problemów ze wzrostem europejskich gospodarek mogłoby bowiem jeszcze pogłębić negatywną sytuację. Wyraźne wyhamowanie ekspansji stawia również pod znakiem zapytania oczekiwany przez EBC silny wzrost inflacji bazowej, a to jej dynamika w największym stopniu powinna kształtować przyszłe ruchy Banku.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,30-4,33. Euro zyskiwało wczoraj w parze z kluczowymi walutami CEE, osłabiało się natomiast w relacji do dolara amerykańskiego. Wczoraj rynki przez chwilę żyły informacją o tym, że Angela Merkel nie będzie ubiegać się o reelekcję na szefa partii CDU i ogłoszeniem, że nie będzie startować w wyścigu o fotel kanclerza w 2021 r. Ostatecznie jednak na euro wyraźnie negatywnie wpływała przede wszystkim siła dolara amerykańskiego, wspieranego przez utrzymujące się na rynku ryzyko, materializujące się w postaci kolejnych spadków na amerykańskich indeksach.
Oprócz dzisiejszych danych o dynamice PKB w strefie euro warto zwrócić uwagę na popołudniowe wstępne odczyty opisujące dynamikę cen w Niemczech w październiku. Pozwolą one rynkowi przygotować się do jutrzejszych odczytów, obejmujących całą strefę euro.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,84-4,87. Mimo umocnienia w parze ze słabszym złotym, podobnie jak euro, brytyjska waluta charakteryzowała się wczoraj słabością w relacji do pozostałych głównych walut. Funtowi nie sprzyjała przede wszystkim siła dolara amerykańskiego.
W kontekście poniedziałku warto wspomnieć o prezentacji jesiennego budżetu. Brytyjski Kanclerz Skarbu, Philip Hammond poinformował o aktualizacji w górę prognoz gospodarczych oraz poprawie oczekiwań względem deficytu budżetowego. Hammond podczas przemówienia stwierdził, że chce „zakończyć okres zaciskania pasa”, informując jednocześnie o zwiększeniu niektórych wydatków socjalnych. Oczywiście, bieżące plany w istotnym stopniu zależą od przebiegu Brexitu – w przypadku niekorzystnego porozumienia lub jego braku, szacunki i plany niemal na pewno ulegną zmianie.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 3,77-3,81. Amerykańska waluta w poniedziałek kontynuowała umocnienie zarówno względem złotego, jak i głównych walut. Wczorajsze dane o bazowej inflacji PCE oraz wydatkach i dochodach Amerykanów we wrześniu w ujęciu ogólnym były dość zbliżone do oczekiwań.
Wczorajsza, spadkowa sesja na amerykańskich indeksach pomogła dolarowi. Wieczorem pojawiły się informacje, że Stany Zjednoczone chcą nałożyć cła na całość chińskiego eksportu do USA, jeśli spotkanie Trump-Xi, które ma odbyć się w kolejnym miesiącu, nie przyniesie rezultatów. To również nie poprawiło sentymentu do ryzyka.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:00 – wstępny szacunek inflacji CPI/HICP w Niemczech w październiku
15:00 – wskaźnik zaufania konsumentów w USA Conference Board w październiku
Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów nie zwalniają tempa. Ich klientami jest już ponad 16 tys. przedsiębiorstw. W ciagu 9 miesięcy 2018 r. osiągnęły obroty o wartości ponad 170 mld zł. To aż 27,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Polski sektor faktoringowy rośnie znacznie szybciej niż rynek światowy i europejski. Najczęściej wybieraną przez przedsiębiorców formą finansowania jest faktoring pełny, który zdejmuje ryzyko niewypłacalności kontrahentów.
Faktoring skutecznie przeciwdziała negatywnym skutkom zatorów płatniczych. Dzięki prostemu i szybkiemu finansowaniu przedsiębiorcy mogą bez przeszkód realizować swoje bieżące płatności, mimo długich terminów zapłaty, oferowanych odbiorcom (faktoring umożliwia otrzymanie do 90% wartości faktury już w dniu jej wystawienia). Zarządzający coraz częściej dostrzegają płynące z tego korzyści, dlatego od kilku lat chętniej sięgają po faktoring.
Polski Związek Faktorów skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących tego rodzaju usługi. Zrzesza 28 członków: 5 banków komercyjnych, 22 wyspecjalizowane firmy faktoringowe oraz jeden podmiot mający status partnera.
Dynamiczny wzrost
Sektor faktoringowy w Polsce rośnie znacznie szybciej niż światowy i europejski. W ubiegłym roku globalne obroty faktorów sięgnęły 2,5 bln euro. Zanotowali oni wzrost o 9 proc. W Europie sektor urósł o 7 proc. Natomiast polski rynek faktoringu zanotował w 2017 r. wzrost aż o 16,7 proc., a w tym roku jeszcze przyspieszył.
Krajowy sektor faktoringowy obejmuje 3 proc. europejskich obrotów branży i zajmuje na Starym Kontynencie ósme miejsce. Z jego usług korzystało w Polsce po 3 kwartałach 2018 r. ponad 16 tys. firm. Wystawiły one 10,5 mln faktur, na podstawie których otrzymały finansowanie.
Dzięki rosnącemu uznaniu wśród przedsiębiorców, faktoring pozostaje najszybciej rozwijającą się usługą finansową. Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły w ciagu 3 kwartałów 2018 r. obroty na poziomie 170,6 mld zł, czyli o 27,5 proc.więcej niż rok wcześniej.
Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF
– Wzrost rynku o ponad jedną czwartą to efekt zarówno zacieśniania współpracy faktorów z dotychczasowymi klientami, jak i poszerzania grona odbiorców, szczególnie o mikroprzedsiębiorstwa. Podmioty, które kontynuują współpracę z faktorami oddają do finansowania coraz więcej faktur, na coraz wyższe kwoty. Do PZF przystępują także nowi członkowie, którzy kierują ofertę do mikroprzedsiębiorstw, stąd obok dynamicznego wzrostu obrotów, także silny wzrost liczby klientów– mówi Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.
Świadomi klienci
Faktoring jest usługą, która rozwiązuje kluczowy problem, z jakim borykają się przedsiębiorcy. Stanowi antidotum na opóźnienia w płatnościach. Są one wciąż największą barierą, jaka zdaniem przedsiębiorców stoi na drodze rozwoju firm w Polsce. Tak wynika z przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Związku Faktorów badania postrzegania faktoringu.
– Dla ponad połowy przedsiębiorców kluczowymi problemami są: nieprzestrzeganie przez odbiorców terminów płatności faktur (tak zadeklarowało 67 proc. ankietowanych), domaganie się przez kontrahentów wydłużonych terminów zapłaty (58 proc.), a także ryzyko ich niewypłacalności (53 proc.). Dlatego możliwość korzystania z usług faktoringowych jest dla firm warunkiem powodzenia – mówi Sebastian Grabek.
Najpopularniejszą formą faktoringu. podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, trwale stał się faktoring pełny. Umożliwia on szybki dostęp do środków na finansowanie bieżącej działalności, połączony z ochroną przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi.
Podmioty zrzeszone w PZF objęły w ciagu 9 miesięcy 2018 r. w jego ramach ponad 90 mld zł wierzytelności, co stanowi 53,2 proc. obrotów. Kolejne 32,6 proc., generuje faktoring niepełny. Ok. 14 proc. przypada natomiast na faktoring importowy, odwrócony oraz wymagalnościowy.
– Faktoring pełny zabezpiecza przedsiębiorców przed nieprzewidzianymi trudnościami handlowymi. Chroni przed ryzykiem utraty płynności oraz wpadnięcia w pułapkę zatorów płatniczych. Oferta opiera się zarówno na finansowaniu działalności, jak i zdjęciu z firmy ryzyka niewypłacalności kontrahentów. Właśnie po takie rozwiązanie zarządzający sięgają coraz częściej. Dowodzi to ich rosnących oczekiwań, ale także większej świadomości ekonomicznej – wyjaśnia Sebastian Grabek.
Z usług faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. W ich przypadku utrzymanie płynności finansowej ma fundamentalne znaczenie, ponieważ umożliwia utrzymanie silnej pozycji konkurencyjnej.
Czas na „Wolne Faktury”
Potencjał rynku faktoringowego pozwala na udzielanie finansowania znacznie większej liczbie firm, niż ma to miejsce obecnie. Na drodze do dalszego upowszechnienia tej usługi stoi jednak bariera prawna: zakaz cesji. Bez niej, rynek mógłby wspierać jeszcze większą liczbę przedsiębiorców, chroniąc ich przed zatorami płatniczymi. Dlatego branża jednomyślnie stoi na stanowisku, że zakaz cesji wierzytelności powinien zniknąć z umów handlowych. Polski Związek Faktorów uruchomił więc kampanię „Wolne Faktury – bez zakazu cesji”. Jej celem jest uwolnienie przedsiębiorców od barier w dostępie do finansowania działalności.
– Klienci zwracają nam uwagę, że odbiorcy ich towarów i usług wprowadzają do kontraktów klauzule zakazujące cesji wierzytelności wynikających z faktur wystawionych na podstawie tych kontraktów, czym blokują dostawcom możliwość sięgnięcia po finansowanie w oparciu o faktury z tych kontraktów. Powoduje to, że nasi klienci niejednokrotnie wycofują się w przyszłości z zaopatrywania takich kontrahentów na czym tracą obie strony. Zakaz cesji powoli staje się więc klauzulą, która nikomu już nie przynosi korzyści. Traci natomiast gospodarka i wraz z nią budżet państwa – wskazuje Sebastian Grabek.
– Kampania „Wolne Faktury – bez zakazu cesji” ma uzmysłowić decydentom, że przepisy blokujące polskim firmom swobodny rozwój utrudniają utrzymanie dynamicznego tempa rozwoju gospodarczego. Zatory płatnicze, z którymi chce walczyć rząd biorą się między innymi właśnie z zakazu cesji wierzytelności – podsumowuje Sebastian Grabek.
49 proc. Polaków, czyli o 9 punktów proc. więcej niż rok temu, posiada oszczędności i nie obawia się nagłych, losowych wydatków. Kwota, która daje poczucie bezpieczeństwa finansowego to średnio 8400 złotych. Jednak blisko co piątej osobie wystarczyłyby oszczędności poniżej 2000 złotych – wynika z najnowszego cyklicznego badania Providenta.
W tegorocznym badaniu Barometr Providenta zdecydowana większość – 78 proc. respondentów – twierdzi, że oszczędzanie jest ważne. Niemniej jednak odsetek tak uważających spadł w porównaniu z zeszłym rokiem o 3 punkty proc. Zwolenniczkami oszczędzania jest 81 proc. spośród ankietowanych kobiet, natomiast wśród mężczyzn ten odsetek jest mniejszy i wynosi 75 proc. Jednocześnie ponad 40 proc. kobiet i ponad 1/3 mężczyzn (35 proc.) nie osiąga poziomu bezwzględnego minimum oszczędności, które ich zdaniem powinna posiadać osoba w ich sytuacji rodzinnej i życiowej.
Badanie potwierdziło też, że młodzi przywiązują mniejszą wagę do zabezpieczenia finansowego, niż starsi. 63 proc. ankietowanych w wieku 15-24 lat to zwolennicy oszczędzania, ale tylko co trzeci z nich ma odłożoną zadowalającą sumę pieniędzy. Wśród respondentów między 60. a 75. rokiem życia blisko 90 proc. to zwolennicy oszczędzania i ponad połowa ma zabezpieczoną kwotę, którą daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego.
Wzrost kwoty oszczędności zapewniającej bezpieczeństwo finansowe
Provident Polska już trzeci rok z rzędu prowadzi badania dotyczące minimalnej kwoty oszczędności zapewniającej Polakom poczucie finansowego bezpieczeństwa. Dwa lata temu średnia kwota deklarowana przez badanych wyniosła 3240 złotych, rok temu wzrosła do 5000 złotych, by w tym roku przekroczyć próg 8400 złotych. Są to dane uśrednione. Co piąty respondent uczestniczący w badaniu Providenta jako bezpieczną wskazał sumę od 2000 do 5000 złotych. Natomiast niemal 1/4 badanych uważa, że stabilność finansową mogą zapewnić im oszczędności powyżej 10 000 złotych. Co ciekawe, w dużych miastach, powyżej 500 tysięcy mieszkańców, taką kwotę podawała aż połowa osób. Najwyższe sumy wskazywały najczęściej osoby w wieku 45-59 lat, z wyższym wykształceniem, prowadzące własną firmę.
– Rosnący poziom minimalnych oszczędności zapewniających poczucie bezpieczeństwa wskazuje z jednej strony na wyższy, zauważalny przez respondentów koszt życia, a z drugiej strony wysokość kwot jest wyraźnie powiązana z obecnymi zarobkami i statusem materialnym. Im więcej zarabiamy tym więcej potrzebujemy, by zachować dotychczasowy poziom życia – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska. – Nasi respondenci podali, że muszą oszczędzać około roku by uzbierać konieczną kwotę najczęściej. W poprzednich latach, przy mniejszej kwocie, ten czas był o połowę krótszy – dodaje Anna Karasińska. Uczymy się więc oszczędzać i jesteśmy w tym bardziej wytrwali, ale z drugiej strony wyższa niż w poprzednim roku kwota dająca poczucie bezpieczeństwa jest trudniejsza do zgromadzenia – dodaje.
Wartość oszczędzania
Blisko połowa Polaków posiada oszczędności. Z badania Barometr Providenta wynika jednak, że 40 proc. zapytanych ma trudności z zaoszczędzeniem nawet niewielkiej kwoty, zapewniającej im i bliskim minimum bezpieczeństwa finansowego. Na szczęście ten odsetek corocznie powoli spada. W zeszłym roku ponad 43 proc. badanych nie zgromadziło odpowiedniej kwoty.
– W 1924 roku przedstawiciele banków europejskich zainicjowali w Mediolanie Światowy Dzień Oszczędzania, uważając, że wiedza o oszczędzaniu zapewnia stabilny rozwój społeczeństw. Od ponad 90 lat, 31 października każdego roku, w większości krajów na świcie prowadzone są działania edukacyjne na temat oszczędzania, również w Polsce. To ważne, bo wiedza to pierwszy krok do podejmowania racjonalnych decyzji finansowych – mówi Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji zewnętrznej w Provident Polska. – Decyzja o oszczędzaniu oznacza konkretne działania, w tym planowanie domowego budżetu czy przeznaczanie określonej kwoty na oszczędności. Ważna jest żelazna konsekwencja. Dzięki temu łatwiej nam będzie zarządzać pieniędzmi, które nam zostaną, powiększać swoje oszczędności, a w konsekwencji gromadzić wystarczające środki na poprawę naszej sytuacji materialnej i spokojne życie – dodaje Karolina Łuczak.