Branżowa jakość kredytów spłacanych przez mikro-przedsiębiorców

Wśród 2,2 mln aktywnych gospodarczo mikro-przedsiębiorców zarejestrowanych w bazie CEiDG 50% stanowią firmy usługowe, 23% handlowe, 14% budowlane i 9% produkcyjne. Natomiast wśród mikro-przedsiębiorców z czynnymi kredytami bankowymi nadreprezentację mają firmy handlowe i produkcyjne (30% i 15%). Wynika to przede wszystkim ze specyfiki ich działalności, co ma bezpośrednie odzwierciedlenie w wykorzystywanych aktywach, a tym samym w zapotrzebowaniu na finansowanie kredytem bankowym. W firmach produkcyjnych duży udział mają aktywa trwałe (głównie rzeczowe), natomiast w handlu – aktywa obrotowe (głównie zapasy). Branżowa jakość kredytów spłacanych przez mikroprzedsiębiorców

Dobra koniunktura rodzi ryzyka. Słabiej w USA

Polski deficyt budżetowy może okazać się wyraźnie niższy niż dotychczas zakładano. Pytanie jak to wykorzystamy. Amerykańskie dane o wzroście wynagrodzeń budzą niepokój.

Dobra koniunktura zmniejsza deficyt

Ekonomiści z zadowoleniem odnotowuje, że ze względu na ogólnie bardzo dobrą koniunkturę w Polsce deficyt finansów publicznych może spaść w okolice 1%. Jest to obiektywnie bardzo dobra wiadomość. Oznacza bowiem, że znacznie mniej będziemy się zadłużać na koszt kolejnych pokoleń oraz w przypadku pogorszenia sytuacji mniejszy dług zawsze ułatwia dopinanie budżetu. To co niepokoi, to fakt, że dobry wynik budżetu może zostać nie tyle przeznaczony na zmniejszenie zadłużenia co wydany przed kolejną kampanią wyborczą. Dobrze wiemy, że łatwiej jest dać niż zabrać a w takiej sytuacji ewentualne pogorszenie koniunktury może mieć katastrofalne skutki.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy niższe od oczekiwań dane na temat wzrostu dochodu Amerykanów. Rośnie on o 0,2% w ujęciu miesięcznym a nie jak uważają analitycy o 0,4%. Wydatki w dalszym ciągu wzrastają o 0,4%. Rosnące szybciej od dochodów wydatki zawsze budzi niepokój analityków. Pomimo rosnących stóp procentowych dynamika wzrostu wydatków wciąż jest dosyć wysoka co powoduje, że proces oddłużania społeczeństwa nie postępuje. Jest to o tyle groźne, że w ramach ewentualnego spowolnienia Amerykanie będą najprawdopodobniej bardziej zadłużeni niż w 2008 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg CBI,
  • 14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
  • 15:00 – USA – Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs dolara zwyżkuje względem euro i złotego

Czynniki lokalne powinny ograniczać pole do przesunięcia się krzywej dochodowości zauważalnie w górę. Inflacja PCE na komfortowym poziomie dla jastrzębiej polityki Fed-u wspiera dolara względem euro i złotego.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Poniedziałek przyniósł dalsze osłabienie złotego, czemu towarzyszyły relatywnie stabilne notowania euro do dolara. Nominalnie kurs EUR/PLN chwilowo wzrósł powyżej 4,33 przy EUR/USD oscylującym poniżej 1,14.

Na rynku utrzymuje się podwyższona awersja do ryzyka. Politycznie nastrojom ciąży utrzymujący się konflikt pomiędzy UE a rządem Włoch, a w poniedziałek dodatkowo nie sprzyjały mu informacje o rezygnacji A.Merkel z ubiegania się o kolejną kadencję na stanowisku przewodniczącej partii CDU. Na stanowisku kanclerz Niemiec Merkel planuje jednak pozostać do końca swojej kadencji, czyli do roku 2021, ale zapowiedziała jednocześnie, że jest to jej ostatnia kadencja. To mogło nieco zaniepokoić inwestorów, Merkel jest bowiem postrzegana jako synonim stabilności strefy euro i dbania o jedność wspólnoty. Fundamentalnie zaś nadal nie brakuje obaw o perspektywy globalnego wzrostu. Na rynku widać niepewność, co do skutków ekonomicznych konfliktu wokół handlu między USA a Chinami. Co prawda inwestorzy oczekują, że wprowadzane cła mogą zaszkodzić gospodarce USA, ale jednak w mniejszym stopniu niż jej partnerom. Weekendowe dane wskazały, że zyski chińskich firm wyhamowywały we wrześniu piąty miesiąc z rzędu, co automatycznie osłabiło chińskiego juana, przyczyniając się też do wzrostu euro do złotego. Tymczasem, gospodarka USA choć spowolniła w III kw. br., ale mniej niż oczekiwano, gdyż solidna konsumpcja i wzrost zapasów przeważyły nad spadkiem eksportu soi po wprowadzeniu nowych ceł. Ponadto, opublikowane w poniedziałek dane inflacyjne z USA (PCE i bazowy PCE) dodatkowo wsparły jastrzębią politykę Fed-u, nasilając oczekiwania na dalsze, stopniowe podwyżki stóp procentowych w USA, aż do poziomu co najmniej neutralnego.

Oczekuje się, że również planowane na ten tydzień dane z europejskich krajów potwierdzą pogorszenie się ich perspektyw gospodarczych. M.in. wtorkowy wskaźnik koniunktury ESI i dynamika PKB dla strefy euro powinny pokazać spowolnienie wzrostu. Spadający w przetwórstwie europejskim optymizm powinny zaś pokazać piątkowe publikacje wskaźników PMI dla przemysłu w Niemczech i w całej EZ.

Na rynku długu, po silniejszych spadkach rentowności polskich obligacji skarbowych pod koniec zeszłego tygodnia, w poniedziałek mieliśmy do czynienia z ich niewielkim odbiciem. Przy braku ważniejszych publikacji z lokalnej gospodarki, polskie papiery dłużne podążały za notowaniami na rynkach bazowych. Jednak w perspektywie tego tygodnia wciąż istotną rolę powinny odgrywać czynniki lokalne, takie jak dane o inflacji, informacja o miesięcznej podaży obligacji czy wskaźnik PMI, które powinny ograniczać pole do przesunięcia się krzywej dochodowości zauważalnie w górę.

Bacznie śledzony w ostatnim czasie spread włoskich obligacji 10-letnich nad niemieckimi spadł poniżej 300pb, co było reakcją na publikację raportu S&P’s. Agencja co prawda obniżyła perspektywę swojej oceny do negatywnej ze stabilnej, jednak nadal rating znajduje się na poziomie BBB. Utrzymanie oceny w sektorze inwestycyjnym (dwa stopnie nad śmieciowym), na krótko uspokoiło oczekiwania rynkowe, jednak premia za ryzyko pozostanie podwyższona do czasu uchwalenia budżetu, który zaakceptuje Komisja Europejska.

Wykres dnia: Stabilizacja inflacji bazowej PCE w okolicy celu Fed-u wspiera kontynuację podwyżek stóp procentowych w USA.

Stabilizacja inflacji bazowej PCE w okolicy celu Fed-u wspiera kontynuację podwyżek stóp procentowych w USA
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

„Poaching” po polsku, czyli zmagania Comarch i Asseco o przetarg w ZUS

Polski potentat ubezpieczeniowy ZUS stał się polem konkurencyjnych zmagań, smakowitym kąskiem dla wielkich oferentów z obszaru IT. Wydarzenie samo w sobie nie jest niczym nadzwyczajnym. Nadzwyczajne, jak na polskie warunki, są pieniądze towarzyszące walce oraz metody, po jakie sięgają rywale. Chodzi tu o kłusownictwo zatrudnieniowe (ang. employee poaching). Wprawdzie jest ono codziennością w konkurencyjnym świecie (np. w drapieżnej Ameryce), ale w przypadku polskich realiów warto poświęcić mu nieco więcej uwagi.

Istota i tło konfliktu

System informatyczny ZUS – Kompleksowy System Informatyczny (KSI) to trudny obszar do obsługi. Uchodzi za jeden z najbardziej skomplikowanych i najdroższych systemów w Europie. Odpowiada za obsługę ok. 24 mln Polaków utrzymujących się z rent i emerytur, a ponadto nadzoruje prawidłowy pobór składek od milionów firm i pracowników. Przytłaczająca większość emerytów jest zależna od poprawnego działania tego systemu.

W listopadzie 2017 r. przetarg na obsługę KSI wygrała firma Comarch Janusza Filipiaka. W konkursie startowały cztery firmy, w tym Asseco Poland dotychczas obsługujące ZUS za kwotę 595 mln zł. Tymczasem Comarch zaproponował sumę 242 mln i przetarg wygrał. Asseco nie pomógł fakt, iż znacznie obniżyło swoje oczekiwania – do poziomu 374 mln.

Porównanie obu rywali do Goliata (Asseco) i Dawida (Comarch) byłoby lekką przesadą, ale warto napomknąć, iż firmy te znacząco różnią się między sobą rozmiarem. Asseco to największa firma software’owa z polskim kapitałem i największa spółka informatyczna notowana na GPW. Według listy Truffle100 firma jest siódmym dostawcą usług na rynku europejskim. Krakowski Comarch natomiast zajmuje w tym zestawieniu 50. pozycję. Zysk netto Asseco Poland wzrósł w pierwszym kwartale 2018 r. do 97,30 mln wobec 92,40 mln zł w roku poprzednim. Comarch w tym samym okresie wypracował 5,43 mln zł zysku netto (1,40 mln zł w 2017 r.). Niezależnie od tych wskaźników wygląda na to, iż Dawid pokonał Goliata.

Jednak ani jedna, ani druga firma nie była zadowolona z wyniku przetargu (Asseco, bo przegrała, zaś Comarch pomimo wygranej narzekał na zbyt wysoką ocenę Asseco). Obie złożyły odwołanie, ale w styczniu 2018 r. Krajowa Izba Odwoławcza nie zmieniła rezultatu przetargu. Sprawa trafiła więc do sądu, gdzie firmy stawiają sobie poważne zarzuty o nieuczciwą konkurencję.

ZUS ustami prezes prof. Gertrudy Uścińskiej wyraził zadowolenie z faktu, iż koszty utrzymania KSI spadną o połowę oraz że po raz pierwszy w historii można mówić o realnej konkurencji w przetargu. Comarch będzie odpowiedzialny za utrzymanie systemu przez kolejne cztery lata, ale dopiero po okresie przejściowym.

Oprócz utrzymania KSI w ZUS-ie czekają jeszcze inne pieniądze. W przetargu na modyfikację i rozwój KSI wpłynęły dwie oferty… Asseco Poland i Comarchu, a ZUS w lipcu 2018 r. podjął decyzję o wyborze obu oferentów. Ponadto Asseco Poland podpisało umowę na modyfikację Kompleksowego Systemu Informatycznego ZUS w związku z nowymi przepisami, dotyczącymi przechowywania akt pracowniczych. Umowa ta opiewa na kwotę 24,5 mln zł brutto.

Pozornie z punktu widzenia ZUS, bo nie zmagających się rywali, wszystko wygląda doskonale, ale nawet średnio zorientowany obserwator musi postawić kilka pytań. Pierwsze, chyba ważniejsze od tego, jak Comarch wycyzelował tak niską cenę, brzmi: dlaczego Asseco, które obsługiwało ZUS przez 20 lat, obniżyło swoje usługi aż o 120 mln zł? Czy poprzednia wycena była wygórowana? Innymi słowy, czy była zdzierstwem na podatniku?

Dlaczego Comarch wycenił się tak nisko? Co podejrzliwszym od razu nasuwa się analogia z tanim chińskim konsorcjum Covec przy okazji budowy autostrady A-2. Asseco wytyka rywalowi przede wszystkim rażąco niską cenę, twierdząc, iż Comarch nie uwzględnił rzeczywistych kosztów osobowych, pełnych kosztów 12-miesięcznego okresu przejściowego, przejęcia usług i zapewnienia infrastruktury techniczno-systemowej.

Przy okazji sporu wśród internautów pojawiają się głosy, że prezes Comarchu Janusz Filipiak to pupilek polityków „dobrej zmiany”. Fakty raczej tego nie potwierdzają. Wprawdzie w listopadzie 2016 r. prezydent Andrzej Duda podczas Kongresu 590 w Jesionce koło Rzeszowa przyznał Filipiakowi nagrodę indywidualną za szczególne zasługi dla polskiej przedsiębiorczości, ale to o niczym nie świadczy, bo szef Comarchu to rzadko spotykane połączenie naukowca z biznesmenem.

Atmosfera stała się gorąca w ostatnich miesiącach, ponieważ Comarch w okresie przejściowym nie zaliczył dwóch egzaminów będących testem kompetencji. Według „Pulsu Biznesu” w dwóch próbach udało się wykonać sześć z siedmiu zadań. Teoretycznie, według wcześniejszych zapewnień, oznaczałoby to fiasko, ale ZUS dał firmie jeszcze jedną szansę. Jeśli Comarch by jej nie wykorzystał, na placu gry pozostałoby „stare dobre” Asseco. Udało się. Do trzech razy sztuka. I tu kolejna wątpliwość, bo nie było wcześniejszych informacji o dawaniu szansy w nieskończoność dla słabego, ale mającego dobrego protektora, ucznia, którego na siłę przepycha się do następnej klasy. Tylko czego ów oczekuje w zamian? A może to tylko zawoalowany, choć korzystny dla budżetu, dumping? Czy aby korzystny dla klienta i „żywiciela” ZUS, czyli emeryta Kowalskiego i rencisty Nowaka, a wcześniej czy później każdego z nas? Być może nadal pokutuje przekonanie jak za minionego systemu, iż beneficjentem nie jest Kowalski i Nowak, lecz sam ZUS.

Walka trwa, a jej najnowszą metodą jest tzw. poaching, czyli kłusownictwo na pracowników. Obie firmy „podkupują” sobie pracowników, bo to głównie w ich głowach, zwłaszcza tych, którzy obsługiwali ZUS, znajduje się niezbędna wiedza. Według doniesień „Pulsu Biznesu” Comarchowi udało się pozyskać dwóch pracowników Asseco z obszaru KSI. W dużej mierze jednak Comarch poluje na byłych pracowników rzeszowskiej spółki. Asseco też zwiększa zatrudnienie w obszarze KSI. W tym roku pozyskało 20 osób, a wśród nich byłego pracownika Comarchu.

Poaching, czyli jak „kłusują” na świecie

Czym właściwie jest „poaching”? Lapidarnie rzecz ujmując jest to kadrowa droga na skróty. Zatrudnienie pracownika z konkurencyjnej firmy zazwyczaj oznacza pozyskanie kogoś, kto już zna branżę i może wnieść do nowej firmy cenną, unikalną wiedzę, a nawet klientów. Proceder jest niezwykle kuszący, jednak wymaga ostrożności i pewnej finezji, szczególnie w przypadku właścicieli małych firm. Obciążony jest bowiem ryzykiem polegającym na tym, iż nikt nie chce zdobyć reputacji kłusownika, wejść w „wymianę ciosów” z rywalem i – co najgorsze – zostać pozwanym za złamanie przepisów o zakazie konkurencji.

Przedsiębiorstwa parające się poachingiem starają się być subtelne. Nie rekrutują bezpośrednio, ale przez firmy headhunterskie. Zachowują w ten sposób dystans do na ogół źle postrzeganego kłusownictwa. Rekrutujący nie kupują CV, ale konkretnego człowieka, ponieważ z faktu, iż ktoś pracuje u konkurencji na poszukiwanym stanowisku nie wynika, iż sprawdzi się w kulturze nowej firmy. Prawdziwą pułapką mogą być kwestie prawne, stąd też dokładnie sprawdza się, czy kandydat może konkurować z obecnym pracodawcą. Niektóre państwa traktują umowy o zakazie konkurencji bardzo poważnie. Należy pamiętać, że rozmowa z kandydatem, który jest związany umową o zakazie konkurowania, jest kwestią wyważenia ryzyka i korzyści, a nie tylko oceną kompetencji.

„Kłusujące” firmy sprawdzają, rzecz jasna, czy konkurent nie gra w tę samą grę. Obowiązuje tu prosta zasada wyrażona w zdaniu „Znaj dobrze swoje gwiazdy i upewniaj się, że są otoczone opieką i dobrze opłacane”. Nawet jeśli firma jest świetnym pracodawcą, to przecież „trawa może wydawać się bardziej zielona po drugiej stronie”.

Niektóre firmy uciekają się do niekonwencjonalnych metod pozyskiwania pracowników konkurencji. Dla przykładu MediConnect Global Inc. zaparkował samochód kempingowy z napisem „Teraz zatrudniamy” (ang. Now Hiring) na parkingach konkurenta w porze lunchu i rozdawał ulotki. Ta sztuczka z mobilnym centrum rekrutacyjnym podobno zakończyła się kadrowym sukcesem. Inna firma – Electronic Arts– w poszukiwaniu programistów, umieściła billboard z takim samym napisem, „Now Hiring”, przed biurami konkurencyjnej firmy zajmującej się grami – Radical Entertainment. Swoisty smaczek tkwił w fakcie, iż informacja „Now Hiring” została podana w kodzie ASCII, którym firma posługiwała się w programowaniu. Wielu rekruterów działa pod tzw. przykryciem, aby nawiązywać kontakty i porozmawiać z trudno dostępnymi „supergwiazdami” innych firm.

Wracając do kłusownictwa zatrudnieniowego pomiędzy Comarch i Asseco należy sobie uświadomić, iż dla światowych gigantów IT poaching to chleb powszedni. W dużych firmach technologicznych najlepszym sposobem na znalezienie talentu jest przejęcie go od konkurencji, bez konieczności szkolenia pracownika od zera, co jest niezwykle kosztowne. Według danych firmy Talentful z listopada 2016 r. do największych „kłusowników” w obszarze IT należały w kolejności: Google, Microsoft, Amazon, Apple, IBM. Wśród mediów społecznościowych Facebook z powodzeniem kłusował wśród pracowników Twittera i LinkedIna. Dla przykładu firma Google pozyskała 12 798 pracowników od innych dużych firm technologicznych. Przejęła od Microsoft 4 151 pracowników, a ta „zrewanżowała” się odebraniem 896 osób. Apple zabrało 1 334 osoby z Microsoft. Między IBM a Dell panował niemal zrównoważony handel wymienny: IBM stracił na jego rzecz 2 302 pracowników, pozyskując 1 753.

W przypadku, gdy firma zatrudniała specjalistę z konkurencji, zazwyczaj pozyskiwała też kilku innych, gdyż ten „najważniejszy” zazwyczaj chce pracować ze znanym zespołem, ze swoimi kolegami.

Wnioski

Zmagania poachingowe Comarchu i Asseco nie wywołują zdziwienia wśród specjalistów. Problem tkwi jedynie w przestrzeganiu prawa, w szanowaniu klauzul o zakazie konkurencji. Kiedy chodzi o pieniądze z budżetu, wówczas państwo ma możliwości korzystania z całego arsenału sił i środków. Pytanie, czy chce oraz, czy to robi? Ma przecież wszystkie trzyliterowe i czteroliterowe instytucje (ABW, CBA, NIK, CBŚP), ale też i te, którym problematyka uczciwej konkurencji powinna być najlepiej znana (UOKiK). A co ma zrobić prywatny biznes? Świat rekrutacji jest konkurencyjny, a konkurencja wymaga niekiedy drastycznych środków. Warto rozpocząć współpracę z podmiotami, którym znane są zarówno metody „podkupowania”, ale też i ochrony przed takimi praktykami. Warto mieć wsparcie profesjonalnego wywiadu i kontrwywiadu gospodarczego. Czy poaching jest praktyką etyczną? Wydaje się, że termin ten został niesprawiedliwie obciążony złymi skojarzeniami. Z pewnością wywołuje emocje, ale nie ma powodu, aby w czambuł potępiać tę powszechną praktykę zatrudniania. Lojalność wobec pracodawcy jest cechą godną podziwu, ale nie jest wymogiem na całe życie. Oczywiście, żaden pracodawca nie jest szczęśliwy, gdy prawdziwy talent odchodzi do konkurencji na własnych warunkach. Zwłaszcza jeśli firma zainwestowała w niego czas, pieniądze i szkolenia. Innowacyjne firmy, które opracowują nowe produkty lub usługi, muszą po prostu wymagać od pracowników podpisania dobrze przygotowanej przez znającą się na rzeczy kancelarię prawną klauzuli o zakazie konkurowania. Są to prawnie wiążące umowy, które uniemożliwiają pracownikom zajmowanie stanowiska w podobnej firmie przez określony czas po rezygnacji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Prognoza długoterminowa rupii indyjskiej (INR)

Zdaniem ekspertów Ebury ostatnia wyprzedaż waluty Indii (INR) była nieco przesadzona i wynikała głównie z czynników zewnętrznych. Dlaczego warto śledzić wydarzenia gospodarcze w tym kraju? Według szacunków HSBC[1], Indie do 2030 mają stać się trzecią gospodarką świata po Chinach i USA, wyprzedzając Japonię i Niemcy.

Indie: Przyszła światowa potęga gospodarcza

Rupia indyjska (INR) ma za sobą kilka trudnych miesięcy. Do wyprzedaży waluty doszło jeszcze przed ogólną wyprzedażą walut rynków wschodzących. Rupia okazała się być szczególnie wrażliwa na aprecjację dolara amerykańskiego, jak i na niepokój związany z protekcjonizmem Stanów Zjednoczonych. Od początku bieżącego roku indyjska waluta osłabiła się względem dolara amerykańskiego o ponad 12%, a kurs pary USD/INR w październiku znalazł się na najwyższym poziomie w historii.

Kurs USD/INR (październik ’17-październik ’18)

Kurs USD INR
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

Gorsze relacje z USA

W ostatnich miesiącach na losy indyjskiej waluty w istotnym stopniu wpływało widmo amerykańskiego protekcjonizmu. Nie jest czymś bardzo zaskakującym, biorąc pod uwagę, że Stany Zjednoczone są największym partnerem handlowym Indii, odpowiadającym za jedną piątą dochodów tego kraju z eksportu. Prezydent Trump wielokrotnie oskarżał Indie o nakładanie „olbrzymich” opłat celnych na towary importowane ze Stanów Zjednoczonych, w tym m.in. na samochody. Obecny premier Indii Narendra Modi stawia doprowadzenie do porozumienia handlowego między Indiami a USA jako jeden ze swoich priorytetów, co związane jest również z faktem, że już za rok obywatele tego kraju zagłosują w wyborach powszechnych.

Mimo rosnącej niepewności wokół sytuacji w handlu, Indie były w stanie wykazać całkiem imponujący wzrost gospodarczy w drugim kwartale 2018 roku. W ujęciu rocznym wyniósł on aż 8,2%, co jest najszybszym tempem wzrostu gospodarczego w Indiach od pierwszego kwartału 2016 roku. Popyt wewnętrzny pozostaje silny, a w tym roku dobrze radzą sobie również inwestycje. Indyjską gospodarkę napędzał również wzrost wydatków rządowych, jak i gwałtowny wzrost sektora produkcji przemysłowej, który na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy rósł nawet o ponad 6%.

Poprawa obserwowana w wielu wskaźnikach gospodarczych skłania nas ku poglądowi, że w najbliższych kwartałach gospodarka Indii powinna rosnąć w dość wysokim tempie, najpewniej o ponad 7% rocznie. Silny wzrost indyjskiego PKB w pierwszej połowie roku zdaje się potwierdzać nasz pogląd dotyczący tego, że wprowadzenie podatku od dóbr i usług (GST), jak i wykluczenie z bazy monetarnej banknotów o wysokich nominałach w 2016 roku są wydarzeniami o krótkotrwałym i ograniczonym wpływie na ogólną aktywność gospodarczą kraju.

Wzrost PKB Indii (2013-2018)

Wzrost PKB Indii
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

W związku z osłabieniem waluty, rosnącą inflacją i ryzykiem globalnej wojny handlowej, Bank Rezerw Indii (RBI) podczas sierpniowego spotkania ogłosił kolejną podwyżkę stóp procentowych. Stopy wzrosły o 25 punktów bazowych i obecnie wynoszą 6,5%. Była to już druga podwyżki stóp RBI w tym roku.

Przewodniczący RBI, Urjit Patel oświadczył, że Bank dąży do utrzymania stabilnego wzrostu gospodarczego w obliczu rosnącego ryzyka związanego ze zmianami w globalnym handlu jak i zmiennością na rynku walutowym. Na ostatnim posiedzeniu w październiku decydenci postanowili utrzymać obecny poziom stóp procentowych, rozczarowując ekonomistów spodziewających się podwyżki kosztów pieniądza. Jednocześnie jednak bank centralny dokonał zmiany swojego nastawienia ze stanowiska neutralnego w kierunku „skalibrowanego zacieśniania”, sugerując, że podwyżki w kolejnych miesiącach są prawdopodobne.

Od czasu sierpniowej podwyżki stóp procentowych inflacja w Indiach spowolniła. Mimo słabości rupii, dynamika cen w ostatnich miesiącach znajdowała się raczej poniżej środka celu inflacyjnego RBI, który wyznaczony jest widełkami 2-6%. W ciągu dwunastu miesięcy, tj. od połowy 2017 r. inflacja gwałtownie rosła. W czerwcu wzrost cen osiągnął poziom 5%, co było najwyższą wartością tego wskaźnika od dwóch lat. W sierpniu dynamika cen spadła jednak do wartości 3,7%, a we wrześniu wyniosła 3,8% w ujęciu rocznym. Prognozy inflacji zostały ponownie obniżone w sierpniu, a RBI spodziewa się, że dynamika cen wyniesie 4,6% przed końcem pierwszego półrocza 2019 r. Poprzednia prognozą zakładała dynamikę cen na poziomie 4,9% w ujęciu rocznym.

Kluczowym zadaniem banku centralnego jest zapewnienie stabilności cen. Spowolnienie inflacji może ograniczyć potrzebę wyższych stóp procentowych. Przewodniczący RBI, Urjit Patel, podkreśla, że bank centralny będzie nadal uważnie monitorować dynamikę cen w nadchodzących miesiącach.

Niedawny spadek inflacji oznacza, że realne stopy procentowe są względnie wysokie. Obecnie wynoszą one około 2,8%. Ponieważ krajowa presja inflacyjna w nadchodzących miesiącach prawdopodobnie pozostanie dość łagodna, utrzymywanie się wysokich realnych stóp procentowych powinno, naszym zdaniem, pomóc rupii w odrobieniu strat po ostatniej wyprzedaży.

Realne stopy procentowe w Indiach (2012-2018)

Realne stopy procentowe w Indiach
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

Co więcej, Bank Rezerw Indii utrzymuje relatywnie wysoki poziom rezerw walutowych, i to pomimo ostatnich sygnałów sugerujących, że bank centralny interweniował w celu powstrzymania spadku kursu walutowego. Rezerwy nieco zmalały w wartościach względnych, niemniej nadal pozostają na dość wysokim poziomie i odpowiadają wartości ośmiu miesięcy krajowego importu. Powinno to zapewnić bankowi wystarczającą ilość środków, aby w razie potrzeby mógł on interweniować w celu ochrony waluty.

Z kolei – nieco bardziej pesymistycznie – należy wskazać także, że ostry wzrost globalnych cen ropy stanowi przeszkodę dla potencjalnego umocnienia indyjskiej waluty. Indyjska gospodarka jest bowiem importerem netto tego surowca. Światowe ceny ropy od połowy ubiegłego roku wykazują stały trend wzrostowy, co miało niekorzystny wpływ na bilans handlowy Indii. Ceny ropy Brent wzrosły gwałtownie powyżej 80 USD za baryłkę we wrześniu, a licząc od połowy 2017 r. zwiększyły się o ponad 70%. Przyczyniło się to do wzrostu deficytu w bilansie handlowym Indii, który jest obecnie najwyższy od ponad trzech lat. Nie jest to pozytywna informacja dla gospodarki tego kraju. Deficyt na rachunku bieżącym w Indiach zwiększył się do 2,4% PKB w drugim kwartale 2018 r., przy czym pojawiły się pierwsze sygnały sugerujące, że w krótkim terminie, sytuacja ta może ulec pogorszeniu.

Rezerwy walutowe Indii (2000-2018)

Rezerwy walutowe Indii
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 26/10/2018

Prognoza Ebury

Uważamy, że ostatnia wyprzedaż rupii była nieco przesadzona i wynikała głównie z czynników zewnętrznych, a mianowicie wyższych cen ropy i zagrożeń ze strony amerykańskiego protekcjonizmu. Te ostatnie stanowią według nas niewiele więcej niż taktykę negocjacyjną. Uważamy, że utrzymujący się wysoki poziom rezerw walut obcych, nadal umiarkowany deficyt na rachunku obrotów bieżących i wyższe realne stopy procentowe powinny umożliwić walucie odrobienie części ostatnich strat w krótkim okresie. Docelowo spodziewamy się powrotu kursu USD/INR w okolice poziomu 68.

  USD/INR EUR/INR INR/PLN
E-2018 72 84 0,050
Q1-2019 71 82 0,051
Q2-2019 70 81 0,051
Q3-2019 68 78 0,053
E-2019 68 78 0,053

 

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

[1] HSBC, „The world in 2030”

Deloitte: W ciągu 3 lat globalne inwestycje na rozwiązania oparte o chmurę podwoją się

Firmy zmieniły swój sposób postrzegania chmury. Nie jest już ona wyłącznie elementem infrastruktury IT. Inwestycje w chmurę zaczynają być koniecznym elementem biznesu, poprawiającym jego wydajność i wspierającym innowację. Z badania firmy doradczej Deloitte „Oustourcing Survey 2018. Traditional outsourcing is dead. Long live disruptive outsourcing” wynika, że najważniejszymi powodami wdrażania tego rozwiązania są przyspieszenie innowacji technologicznej, umożliwienie szybszego wprowadzania usług i produktów na rynek oraz poprawa wydajności.                                                          

Deloitte przeprowadził badanie rynku outsourcingu wśród 521 liderów i przedstawicieli kadry kierowniczej wiodących firm, działających w 6 branżach – technologia/media/telekomunikacja, usługi finansowe, dobra konsumenckie, energetyka, surowce i przemysł, administracja i sektor publiczny oraz life sciences i ochrona zdrowia. Większość (86 proc.) respondentów pracuje w organizacjach, których roczne przychody przekraczają miliard dolarów.

Odpowiadając na pytanie dotyczące obszarów, na które ankietowani szczególnie zwracają uwagę przy rozważaniu i kontraktowaniu usług chmurowych, dwie trzecie z nich (68 proc.) wskazuje bezpieczeństwo danych. –  Z jednej strony obawiamy się nowych rozwiązań, a z drugiej często jest tak, że znamy i akceptujemy słabe strony swojej infrastruktury do czasu wystąpienia incydentu. Jednocześnie zdarza się, że dane, które przetwarzamy są nieustrukturyzowane, rozsiane w niezliczonej ilości folderów, poczcie elektronicznej, na laptopach i urządzeniach mobilnych. Zapanowanie nad niespójnością zabezpieczeń oraz  chaosem informacyjnym w tradycyjnym modelu jest coraz trudniejsze i kosztowniejszemówi Marcin Lisiecki, Starszy Menedżer w dziale Cyberbezpieczeństwa, Deloitte. Jak dodaje, właśnie rozwiązania pozwalające na inwentaryzację danych, ich klasyfikację, szyfrowanie i bezpieczne współdzielenie się nimi  są coraz częściej standardowymi komponentami  chmury.

Podczas wdrażania tego typu rozwiązań ankietowani za istotne kwestie uznali również odporność na zagrożenia oraz awarie i wydajność (45 proc.) oraz zgodność dostawcy i rozwiązania z wymogami regulacyjnymi (39 proc. ) jako obszary szczególnej wagi.

Marcin Lisiecki, Menadżer w dziale cyberbezpieczeństwa Deloitte
Marcin Lisiecki, Menadżer w dziale cyberbezpieczeństwa Deloitte

– Trzeba zdawać sobie sprawę, że tylko największe firmy stać na wdrożenie takich zabezpieczeń technologicznych, jakie mają czołowi dostawcy chmury. Można założyć, że własne środowisko IT przeciętnej firmy jest gorzej zabezpieczone niż jej zasoby w chmurze. Ale trzeba pamiętać, że same techniczne zabezpieczenia to nie wszystko i że bezpieczeństwem w chmurze również trzeba umieć zarządzać. To dla wielu organizacji może być jeszcze wyzwaniem. Podobnie jest ze spełnieniem wymagań regulacyjnych – w większości przypadków wdrożenie chmury nie powinno odbywać się w sprzeczności z regulacjami.  Wymagane jest jednak dostosowanie podejścia, procesów zarządczych oraz umiejętność wykazania zgodności regulatorowi, co stanowi nowe wyzwania, z którymi firmy mają jeszcze niewielkie doświadczenie – dodaje Marcin Lisiecki.

Pytani o praktyczne wyzwania podczas implementacji chmury ankietowani wskazują na migrację danych (58 proc.) i wymagania bezpieczeństwa (56 proc.). W dalszej kolejności przywołują optymalizację systemów (modyfikację, aby wykorzystać możliwości chmury – np. w kontekście autoskalowania) (44 proc.), zapewnienie zgodności z regulacjami (40 proc.) i znalezienie zastosowania dla infrastruktury pozostałej po przeniesieniu systemów do chmury (40 proc.).

Katalizator innowacji

64 proc. liderów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie w swoich firmach rozwiązań chmurowych traktowało je jak niezbędny katalizator innowacji IT, dla 63 proc. celem adopcji chmury było umożliwienie szybszego wprowadzania produktów czy usług na rynek.

– Chmura przestała być postrzegana wyłącznie w kontekście infrastruktury IT organizacji. Odpowiedzi udzielone przez naszych ankietowanych wskazują wyraźnie, że wśród celów wdrażania chmury najmocniej wybrzmiewają te o charakterze biznesowym – wspomaganie innowacji i tzw. time-to-market, czyli czas od pomysłu do wprowadzenia produktu na rynek. Redukcję kosztów, czyli kwestię o której głównie mówiło się jeszcze kilka lat temu, wskazuje jedynie co trzeci ankietowany. Interesujące jest również to, że 38 proc. ankietowanych wskazuje poprawę odporności i bezpieczeństwa jako powód wdrażania chmury – mówi Jakub Garszyński, Lider usług Cloud, Deloitte.

2/3 badanych oczekuje redukcji kosztów operacyjnych IT w wyniku wdrożenia rozwiązań w chmurze. Co ciekawe, jednak 35 proc. ankietowanych spodziewa się, że koszty te wzrosną.– To pokazuje, że zarządy firm gotowe są powiększyć budżet operacyjny IT, w zamian za wartość biznesową, elastyczność i łatwość wdrażania nowatorskich rozwiązań, którą daje chmura – dodaje Jakub Garszyński.

CIO inicjatorem zmian

Eksperci Deloitte wskazują, że najczęściej za inicjatywą wdrożenia chmury stoją dyrektorzy IT. Dzieje się tak w aż 60 proc. organizacji. Ale wartość Cloud docenia również reszta kadry kierowniczej. O wprowadzeniu tego rozwiązania decydują także – sami lub w porozumieniu z CIO – dyrektorzy generalni (37 proc.), a także dyrektorzy finansowi (20 proc.) i operacyjni (17 proc.). To dowodzi, że nie tylko eksperci branży IT widzą w rozwiązaniach chmurowych wartość i coraz częściej nie tylko oni są inicjatorami zmian. Według specjalistów Deloitte do zadań nowoczesnych dyrektorów IT należy nie tylko edukowanie zarządów firm w tematach technologicznych, ale także współtworzenie strategii biznesowej wykorzystując przewagi, które może dać technologia.

Jak wynika z badania Deloitte CIO Survey, dyrektorzy IT oczekują, że najbliższe trzy lata będą czasem podwojenia wydatków na rozwiązania oparte o chmurę, a zatem, że zwiększą się one z obecnych 22 do 44 proc. sumy wydatków na IT. Już obecnie prawie jedna trzecia CIO (32 proc.) odpowiedziała, że chmura wspiera aplikacje krytyczne dla biznesu. Należy oczekiwać, że ten odsetek będzie się zwiększał – firmy, wraz ze wzrostem zaufania do dostawców chmury oraz nabywaniem doświadczenia we wdrażaniu i zarządzaniu takimi rozwiązaniami, będą coraz chętniej wykorzystywać chmurę do krytycznych dla biznesu zastosowań – mówi Jakub Garszyński.

Kurs euro w kierunku 4,35

Inwestorzy na rynkach tak bardzo byli głodni pozytywnych informacji, że są gotowi przymknąć oko na potencjalne czynniki ryzyka. Przeciwne w skutkach doniesienia związane z relacjami handlowymi USA i Chin tylko połowicznie znajdują odzwierciedlenie w handlu. Rynek ma nadzieję na „wspaniałe porozumienie”, które jednak ma być negocjowane pod groźbą rozszerzenia ceł na wszystkie chińskie towary.

W nocy inwestorzy zderzyli się z dwoma przeciwstawnymi komunikatami. Najpierw Bloomberg doniósł, że szykuje nałożenie ceł w wysokości 25 proc. na pozostałe chińskie towary warte ponad 250 mld USD, jeśli listopadowe negocjacje między prezydentami Donaldem Trumpem i Xi Jinpingiem nie przyniosą przełomu. Oznaczałoby to podwojenie restrykcji celnych i byłoby zaskakującym scenariuszem, biorąc pod uwagę, że według badań 40 proc. chińskich przedsiębiorstw nie zakładało eskalacji sporu handlowego. Dlaczego zatem nastroje na rynkach finansowych na otwarciu wtorkowego handlu w Europie zdają się wypełnione optymizmem? Wyjaśnienie leży w słowach prezydenta Trumpa z udzielonego stacji Fox wywiadu, gdzie stwierdził, że spodziewa się „wspaniałego porozumienia” z Chinami. Trump dodał jednak, że on chciałby zawrzeć umowę już teraz, ale nie wydaje mu się, aby Chiny były już na to gotowe. Z całego tego szumu kończymy z optymistycznymi nastrojami, jakby rynki to była karcianka, gdzie ostatnia wyrzucona karta neguje efekty poprzednich. Nie wiemy, co Trump do końca miał na myśli oraz czy jego „wspaniałe porozumienie” nie zawiera w sobie oclenia całego importu z Chin. Z kolei władze Chin już wcześniej sygnalizowały, że nie zamierzają prowadzić negocjacji z „pistoletem przystawionym do głowy”. Warto o tym pamiętać w kolejnych tygodniach, kiedy nie powinno brakować zwrotów akcji w temacie wojen handlowych. Dziś jednak nadzieja triumfuje i pozwólmy jej trwać.

Rynek akcji odbija, a na rynku walutowym lepszy sentyment wobec Chin oznacza umocnienie AUD i NZD przy rajdzie USD/JPY. Handlowy szum nakłada się na potencjalny chaos związany z rozliczeniami na koniec miesiąca, gdzie spodziewany jest silniejszy popyt na USD oraz podaż EUR i GBP. Przy odbiciu indeksów giełdowych wzrosty USD/JPY zdają się jeszcze bardziej racjonalnym wyborem, choć pewnym hamulcem może być wizja jutrzejszej decyzji Banku Japonii. Osobiście nie oczekuję niespodzianek od BoJ. W obliczu zawirowań rynkowych i niepewności o wpływ wojen handlowych jest mało realne, aby BoJ decydował się na dyskusję o zmianie nastawienia. Przy wyhamowaniu wzrostów rentowności obligacji skarbowych USA i stabilizacji USD/JPY nie ma też potrzeby modyfikować polityki w odniesieniu do rentowności japońskich 10-latek, dla których cel ustanowiony jest na okolice 0 proc.

Wtorkowy kalendarz może wydawać się bogaty, ale mało w nim powodów do ekscytacji. PKB za III kw. z Eurolandu ma wskazać spowolnienie do 1,8 proc. r/r z 2,1 proc. w II kw. z uwagi na rozczarowanie w wynikach przemysłu. Dla EUR to drugorzędna sprawa, gdyż waluta w pierwszej kolejności cierpi przez premię za ryzyko związaną z kłopotami fiskalnymi Włoch. Nawet zapowiedź kanclerz Merkel oddania przewodnictwa w CDU w grudniu nie jest istotna, jeśli Merkel planuje pozostać szefem rządu jeszcze przez dwa lata, co dla rynku walutowego oznacza niemal wieczność. Po południu uwaga skupi się na indeksie nastrojów konsumentów z USA z pytaniem, jak korekta na giełdach przekłada się na samopoczucie Amerykanów.

EUR/PLN pierwszy raz od początku września znalazł się na 4,33 i tak wyraźnie oddalił się od „miękkiego sufitu” na 4,32, który ograniczał od góry konsolidację notowań. Jeden grosz wydaje się niewiele, ale z perspektywy wypłaszczania handlu w ostatnich tygodniach jest to zmiana dość istotna. Słabość była widoczna także wśród innych walut regionu, co sugeruje czynnik zewnętrzny prawdopodobnie powiązany z końcem miesiąca. Reszta tygodnia nie zapowiada się zbyt korzystnie dla złotego. Święto w czwartek niesie ze sobą ryzyko wyprzedaży, jeśli zbiegnie się z awersją do ryzyka na rynkach globalnych (kto pamięta 15 sierpnia?). W piątek opublikowany zostanie indeks PMI dla polskiego przemysłu, gdzie widzimy ryzyko odczytu poniżej 50 pkt., co byłoby silnym sygnałem mijania szczytu cyklu koniunkturalnego i negatywnie będzie rzutować na walutę. Utrata przez złotego pozytywnego zaplecza danych makro może być bolesnym ciosem w obliczu wzrostu rynkowej awersji do ryzyka, pchając EUR/PLN w kierunku 4,35.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Mieczysław Groszek: Czy płatności elektroniczne są bezpieczne?

Wejście w obrót bezgotówkowy – oprócz zalet w postaci wygody i większych możliwości – rodzi także pytanie o jego bezpieczeństwo. Kwestia ta jest coraz bardziej aktualna i często poruszana w ostatnim czasie. W przypadku gotówki sprawa ta była prosta i zależna głównie od nas samychPrzy płatnościach  elektronicznych tracimy z pola widzenia pieniądz, który rozliczamy. W tej sytuacji potrzebna jest świadomość i wiedza na temat zagrożeń. Polski system płatniczy jest bardzo nowoczesny i rozciąga się to nie tylko na użytkowość, ale i sposób zabezpieczenia. Istnieje na to wiele dowodów – zarówno jeśli chodzi o stronę techniczną, jak i edukacyjno-informacyjną. Banki prowadzą kampanie społeczne pokazujące na czym polegają ryzyka w cyberprzestrzeni i jak można się przed nimi zabezpieczyć. Działania te mają charakter uniwersalny, choć oczywiście dla płatności jest to szczególnie istotne. Odpowiednie zabezpieczenie wymaga przestrzegania elementarnych zasad. Uczy tego także obrót bezgotówkowy.

– Pieniądz elektroniczny i związane z nim procesy można bardzo dokładnie śledzić i opisać. Użytkownik ma wiedzę o tym, co się z nimi dzieje. W ten sposób możemy kontrolować, czy wybrany przez nas bank lub punkt handlowy spełnia odpowiednie procedury bezpieczeństwa – powiedział serwisowi eNewsroom dr Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa – Często jest to domyślne, jednak używając nowych technologii warto sprawdzać kwestie bezpieczeństwa. Przy płatnościach są one szczególnie ważne. Po pierwsze, należy zwracać uwagę na reputację i zaawansowanie danej instytucji, której decydujemy się zaufać w obrocie bezgotówkowym. Po drugie, system płatniczy jest nadzorowany. Tego, czego instytucje finansowe, którym powierzamy nasze pieniądze bezgotówkowe, nie zrobią wystarczająco solidnie z własnej inicjatywy – pilnują także organy nadzoru – w Polsce głównie Komisja Nadzoru Finansowego.  Ważne regulacje wprowadziło również rozporządzenie RODO. Dzięki temu oddawane w cyberprzestrzeni dane i prywatność są chronione. Płatności bezgotówkowe mają więc ważną edukacyjną rolę. Oprócz wygody kształtują świadomość bezpieczeństwa i uczą zachowania w Internecie. Nowoczesność naszego systemu może być przeniesiona na jego bezpieczeństwo. Im lepsze narzędzia, tym bardziej są dla nas pewne – dodał Groszek.

Oszczędności ma 49 proc. Polaków. Średnio potrzebują 8 400 zł, aby czuć się bezpiecznie

0

Oszczędności ma 49 proc. Polaków. Średnio potrzebują 8 400 zł, aby czuć się bezpiecznie 1

Prawie połowa Polaków ma oszczędności i nie obawia się nagłych losowych wydatków. Średnia kwota, która daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego, to 8 400 zł. Blisko co piątej osobie wystarczyłyby jednak oszczędności poniżej 2 000 zł, natomiast co czwarta potrzebuje mieć odłożone co najmniej 10 000 zł, aby czuć się bezpiecznie. Z drugiej strony, aż 40 proc. Polaków ma trudności z zaoszczędzeniem nawet niewielkiej kwoty, zapewniającej im minimum bezpieczeństwa finansowego – wynika z najnowszego badania Barometr Providenta.

 Aż 78 proc. badanych uważa, że oszczędzanie jest ważne. Ten odsetek spadł co prawda w porównaniu z zeszłym rokiem o 3 pkt proc., natomiast nie jest to drastyczna zmiana. Ogólnie w trendzie wieloletnim rośnie poczucie, że oszczędzanie jest ważne i ludzie coraz częściej i coraz chętniej odkładają pieniądze. Mają świadomość tego, że powinni oszczędzać na różne cele na przyszłość – mówi agencji Newseria Biznes Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska.

Z cyklicznego badania Barometr Providenta wynika, że blisko połowa Polaków – czyli o 9 pkt. proc. więcej niż rok temu – ma oszczędności i nie obawia się nagłych losowych wydatków. Zwolenniczkami oszczędzania jest 81 proc. ankietowanych kobiet, natomiast wśród mężczyzn ten odsetek jest nieco mniejszy i wynosi 75 proc. Jednocześnie ponad 40 proc. kobiet i 35 proc. mężczyzn nie ma takich oszczędności, które ich zdaniem powinna mieć osoba w ich sytuacji rodzinnej i życiowej.

Z badania wynika również, że młodzi przywiązują mniejszą wagę do zabezpieczenia finansowego niż osoby starsze. 63 proc. ankietowanych w wieku 15–24 lat to zwolennicy oszczędzania, ale tylko co trzeci z nich ma odłożoną zadowalającą sumę pieniędzy. Wśród respondentów między 60 a 75 rokiem życia blisko 90 proc. to zwolennicy oszczędzania i ponad połowa z nich ma zabezpieczoną kwotę, którą daje im poczucie bezpieczeństwa finansowego.

 Są to osoby, które najczęściej zbierają na czarną godzinę i nie jest to już oszczędzanie inwestycyjne lub na konkretny cel, tylko na wypadek, gdyby się coś zdarzyło – mówi Anna Karasińska.

Średnia kwota, która daje badanym poczucie bezpieczeństwa finansowego, to 8 400 zł. Jeszcze dwa lata temu wynosiła ona 3 240 zł, a rok temu – 5 000 zł. Jest to jednak kwota uśredniona – blisko co piątej osobie wystarczyłyby jednak oszczędności poniżej 2 000 zł. Natomiast niemal 1/4 badanych uważa, że stabilność finansową mogą zapewnić im oszczędności powyżej 10 000 zł. Najwyższe sumy wskazywały najczęściej osoby w wieku 45–59 lat, z wyższym wykształceniem, prowadzące własną firmę i mieszkające w dużych miastach.

– Mają na to wpływ wyższe zarobki Polaków. Szczególnie osoby w dużych miastach, z wyższym wykształceniem, podnoszą wartość tej średniej. Natomiast młodzi, którzy oszczędzają nieco rzadziej i mniej chętnie, deklarują, że te kwoty powinny być nieco niższe. Na wzrost średniej kwoty wpływa również fakt, że koszt życia jest zauważalnie wyższy, więc potrzebujemy więcej, by czuć się bezpiecznie. Czas potrzebny na to, aby zebrać bezpieczną kwotę, również się wydłużył. W zeszłym roku na kwotę 5 000 zł musieliśmy oszczędzać pół roku, obecnie kwotę 8 400 zł musimy odkładać przez rok – dodaje Anna Karasińska.

Jak wynika z Barometru Providenta, 40 proc. badanych ma trudności z zaoszczędzeniem nawet niewielkiej kwoty, zapewniającej im minimum bezpieczeństwa finansowego. Ten odsetek powoli spada – w ubiegłym roku trudności z odłożeniem odpowiedniej kwoty miało 43 proc. badanych.

 W zależności od grupy wiekowej, miejsca zamieszkania czy sytuacji rodzinnej do oszczędzania skłaniają nas różne cele. Sprzyja temu oczywiście nadwyżka finansowa, konsumpcyjne wysycenie, tzn. kiedy zapewnimy swoje podstawowe potrzeby, możemy już zacząć oszczędzać. To są cele aspiracyjne, natomiast w przypadku oszczędzania na przyszłość czy na niespodziewane wydatki nie powinniśmy czekać na jakąś zachętę, tylko faktycznie zacząć systematycznie oszczędzać – podkreśla ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska.

Formalności administracyjne to wciąż największa bariera przy zatrudnianiu cudzoziemców. Skarży się na nie prawie połowa firm

Formalności administracyjne to wciąż największa bariera przy zatrudnianiu cudzoziemców. Skarży się na nie prawie połowa firm 2

Pracownicy z zagranicy są jednym z niewielu kół ratunkowych dla polskich firm – podkreśla Agnieszka Zielińska z Polskiego Forum HR. Trudności wciąż sprawiają jednak formalności administracyjne przy zatrudnianiu cudzoziemców. Pomysły takie jak przypisanie zezwolenia na pracę do pracownika zamiast do pracodawcy, rozszerzenie listy państw, których obywatele mogą pracować w Polsce na podstawie oświadczenia, oraz wydłużenie legalizacji pracy na podstawie oświadczeń do dwunastu miesięcy mogłyby znacznie poprawić sytuację na polskim rynku pracy. 

Patrząc na sytuację na polskim rynku pracy i ogromny deficyt kandydatów, jednym z kół ratunkowych dla polskich pracodawców jest zatrudnienie cudzoziemców. Skala tego zjawiska dość mocno rośnie, co widzimy chociażby w agencjach zatrudnienia. Coraz większa liczba pracowników tymczasowych czy osób rekrutowanych przez agencje to właśnie cudzoziemcy, głównie pracownicy z Ukrainy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Dane GUS pokazują, że liczba zezwoleń na pracę cudzoziemców w Polsce systematycznie rośnie. W całym ubiegłym roku wydano ich 235,6 tys., czyli prawie dwukrotnie więcej (o 108,2 tys.) niż w 2016 roku i sześciokrotnie więcej niż jeszcze pięć lat temu. Zezwolenia na pracę najczęściej przyznawane są obywatelom Ukrainy, którzy w ubiegłym roku stanowili 80 proc. cudzoziemców. Co istotne, zdecydowana większość, bo aż 97,7 proc., to nowe zezwolenia, a nie przedłużenia dotychczasowych.

Najnowsze dane MRPiPS pokazują z kolei, że w I półroczu br. wydano już 820 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom (w całym 2017 roku było ich w sumie 1,8 mln). Większość z nich (92 proc.) dotyczyła Ukraińców. Wynik I półrocza jest o 13 proc. niższy niż przed rokiem, jednak uwzględniwszy nowy rodzaj wniosków o zezwolenie na pracę sezonową, których wydano w tym czasie 157 tys., wzrost wynosi 3 proc. Eksperci agencji rekrutacyjnej Personnel Service oceniają, że zmniejszona dynamika to efekt nowych przepisów dotyczących zatrudniania cudzoziemców, które ograniczają wydawanie fikcyjnych oświadczeń.

W I półroczu br. najwięcej oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom składali pracodawcy z sektorów: przetwórstwo przemysłowe (35 proc.), budownictwo (22 proc.), agencje pracy tymczasowej (16 proc.) oraz transport i gospodarka magazynowa (11 proc.). Dla tych branż zatrudnianie cudzoziemców to często jedyny sposób utrzymania ciągłości produkcji i działalności przedsiębiorstw.

– Dopóki rozwój technologii i spowodowany tym wzrost efektywności pracy nie będzie na tyle szybki, że będziemy w stanie uzyskać spodziewane efekty własnymi zasobami, to pracownicy z zagranicy są naszym jedynym wyjściem – podkreśla Agnieszka Zielińska.

Jak wynika z ostatniego badania „Barometru Imigracji Zarobkowej” Personnel Service, 14 proc. pracodawców uważa, że rekrutacja pracowników z Ukrainy jest teraz trudniejsza niż w przeszłości (wzrost o 3 pkt proc. w porównaniu do poprzedniego półrocza). Firmy, które dostrzegają trudności w rekrutacji obywateli Ukrainy, na pierwszym miejscu wskazują formalności administracyjne (41 proc.), a na drugim maksymalny, sześciomiesięczny okres pracy w ciągu roku (35 proc.). Badanie pokazuje, że aż trzy czwarte (73 proc.) pracowników z Ukrainy oraz 66 polskich pracodawców chciałoby, aby możliwość legalnej pracy została wydłużona powyżej sześciu miesięcy.

– Od początku roku funkcjonuje znowelizowana ustawa, która wprowadziła szereg rozwiązań usprawniających tę procedurę i okres oczekiwania [na zezwolenie na pracę – red.] został skrócony. Niemniej jednak dostrzegamy, że pracowników z Ukrainy i kandydatów chętnych do tego, aby przyjechać do pracy do Polski, już nie wystarcza. Na dodatek w sąsiednich krajach, np. w Niemczech, także rozluźnia się polityka dotycząca zatrudniania pracowników z Ukrainy – zauważa Agnieszka Zielińska.

Co za tym idzie, polscy pracodawcy muszą szukać kandydatów nie tylko za wschodnią granicą, ale również w innych krajach, m.in. w Azji.

Tam pojawia się duży problem zatoru administracyjnego, ponieważ uzyskanie dokumentu pobytowego dla pracowników z krajów azjatyckich, mimo że oni mają już zezwolenie na pracę w Polsce, jest niezwykle trudne. Kolejki w konsulacie w New Delhi sięgają od ośmiu do dziesięciu miesięcy, co absolutnie nie przystaje na to, w jaki sposób funkcjonuje biznes, i nie odpowiada na nasze potrzeby – mówi Agnieszka Zielińska.

Obecnie 39 proc. polskich firm zatrudnia obcokrajowców spoza Unii Europejskiej – wynika z opublikowanego w czerwcu raportu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej (SIP) i Fundacji Konrada Adenauera. W średniej wielkości przedsiębiorstwach ten odsetek jest znacząco wyższy i wynosi 65 proc., wśród małych firm na taki krok zdecydowała się blisko połowa. Zdecydowana większość, bo aż 81 proc. firm, rozważa zatrudnienie kolejnych obcokrajowców. Istotną barierą są jednak skomplikowane i czasochłonne procedury wymagane przy zatrudnianiu zagranicznych pracowników spoza UE.

Kierownik Polskiego Forum HR podkreśla, że najbardziej palące potrzebne zmiany w formalnościach dotyczących zatrudniania cudzoziemców to m.in. przyspieszenie procedowania dokumentów i wniosków o legalizację zatrudnienia.

Rejestracja oświadczeń przebiega już dość sprawnie, z zezwoleniami jeszcze mamy kilka uwag dotyczących informatyzacji tego procesu. To są szczegóły, które jednak wpływają na funkcjonowanie całego systemu. Postulowaliśmy też o to, żeby rozszerzyć listę państw, których obywatele mogą pracować w Polsce na podstawie oświadczenia, czyli tej uproszczonej procedury. Na razie nie mamy jednak żadnych sygnałów, że coś się w tym kierunku dzieje. Mieliśmy też pomysł, żeby zezwolenie na pracę szło nie za pracodawcą, ale za pracownikiem, co przy obecnym poziomie rotacji mogłoby wiele ułatwić. To są główne obszary wymagające usprawnienia – wymienia Agnieszka Zielińska.

Ocenia również, że sytuacja rynkowa będzie wymuszać na pracodawcach zatrudnianie coraz większej liczby cudzoziemców, dzięki czemu poprawi się też ich sytuacja w Polsce i otwartość na pracowników z zagranicy.

Wskazane jest, aby polska legislacja podążała za potrzebami pracodawców i usprawniała te systemy. Były plany wydłużenia legalizacji pracy na podstawie oświadczeń do dwunastu miesięcy, ale na razie ten temat ucichł. Miejmy nadzieję, że wróci, bo to rzeczywiście byłoby duże usprawnienie. Mamy w Polsce coraz mniej opcji, a obecny problem deficytu kandydatów trzeba jakoś rozwiązać, zanim wpłynie na ogólną sytuację ekonomiczną kraju – podkreśla Agnieszka Zielińska.

Polacy coraz chętniej decydują się na telekomunikacyjne pakiety. Korzysta z nich już 10 mln osób

Polacy coraz chętniej decydują się na telekomunikacyjne pakiety. Korzysta z nich już 10 mln osób 3

Pakiety łączące różne usługi telekomunikacyjne dostępne u jednego dostawcy cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej na takie rozwiązanie zdecydowało się ponad 10 mln konsumentów. Potwierdzają to dane z rynku – Orange Polska ogłosił właśnie, że z pakietu Orange Love korzysta już ponad milion klientów. Potencjał rozwoju tego rynku wciąż jest bardzo duży. 

Sprzedaż pakietów usług to najszybciej rosnący segment rynku telekomunikacyjnego – pokazuje raport Urzędu Komunikacji Elektronicznej podsumowujący ubiegły rok. W ciągu ostatnich czterech lat liczba klientów takich ofert wzrosła blisko trzykrotnie. Tylko w ciągu ostatniego roku liczba klientów korzystających z pakietów zwiększyła się o 29 proc., a jednocześnie wartość tego segmentu rynku wzrosła do 4,72 mld zł.

W porównaniu z innymi krajami Europy polscy klienci jednak nadal rzadziej korzystają z ofert, w ramach których pojedynczy dostawca tworzy pakiet usług telefonii stacjonarnej, komórkowej i dostępu do internetu.

– Przykładowo we Francji lub Hiszpanii znakomita większość klientów wybiera pakiety. W Polsce ten trend jest nadal dosyć ograniczony. Przekonujemy jednak Polaków, że to ma sens, że to się opłaca i w ogólnym rozrachunku jest to prostsze rozwiązanie. Zamiast wielu usługodawców i kilku rachunków mamy bowiem jeden rachunek i jednego dostawcę, z którym się kontaktujemy. To łatwiejsze, wygodniejsze i bardziej opłacalne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Raport UKE pokazuje, że dominujące są pakiety usług w tej samej technologii, czyli telefonia mobilna i internet mobilny (60,1 proc.) albo internet stacjonarny i telewizja (11,1 proc.). Najrzadsza konfiguracja (7,2 proc.) łączy telefonię stacjonarną, internet stacjonarny i telewizję. Na polskim rynku usługi łączone pojawiły się mniej więcej dziesięć lat temu, ale dopiero w ostatnich latach nastąpił prawdziwy boom. W tym roku rynek rośnie równie dynamicznie. Jedną z tzw. ofert konwergentnych, czyli łączących w jeden pakiet usługi stacjonarne, mobilne i telewizję, jest wprowadzona nieco ponad półtora roku temu oferta Orange Love. Dziś ma już w Polsce przeszło milion użytkowników. Tylko w trzecim kwartale br. przybyło ich 41 tys.

Łączenie usług w pakiety to nie tyle przyszłość, ile teraźniejszość branży telekomunikacyjnej. Wprowadziliśmy Orange Love 19 miesięcy temu i w tym czasie zdążyliśmy do niej przekonać milion Polaków – podkreśla Jean-François Fallacher.

Łączenie ofert internetu, telefonii i telewizji w ramach różnych technologii (mobilnej i stacjonarnej) ułatwia codziennie funkcjonowanie klientom, którzy płacą jeden rachunek i mogą korzystać z wybranych usług tam, gdzie chcą, i na dowolnym urządzeniu. Ponieważ więcej oznacza taniej – usługi łączone przekładają się na znaczne oszczędności w domowych budżetach. Plusem jest także ich prostota i wygoda. Jak wynika z badania UKE podsumowującego 2017 rok, dotyczącego preferencji konsumentów, 92,9 proc. klientów wyraża ogólne zadowolenie z usług wiązanych. Doceniają oni wygodę, przejrzystość oferty, jakość usług i niską cenę. Łączenie usług to również korzyść dla operatora, ponieważ jest sposobem na zatrzymanie klientów na dłużej, co na konkurencyjnym rynku telekomunikacyjnym ma istotne znaczenie. Z badań Orange Polska wynika, że klienci korzystający z pakietów konwergentnych są bardziej zadowoleni z oferty niż ci, którzy kupili tylko internet lub same usługi mobilne. Chętniej też polecają usługi operatora innym.

Usługi konwergentne są bardzo przystępne cenowo. Czasami wychodzę na kawę w centrum Warszawy i widzę, że café latte kosztuje 15 zł. Nasz pakiet oferujemy więc w cenie sześć–siedem kaw miesięcznie. Sądzę, że to bardzo przystępna oferta – mówi Jean-François Fallacher.

W ramach takich pakietów usług Orange oferuje miks technologii stacjonarnej i mobilnej. Ze statystyk operatora wynika, że klienci Orange Love korzystają średnio z ponad czterech usług, a na jednego przypadają niemal dwie karty SIM. Ponad 600 tys. klientów tej oferty korzysta z usługi telewizyjnej, a ponad 150 tys. ze światłowodu.

Przełom w leczeniu niedokrwiennego udaru mózgu. Skuteczny zabieg w Polsce wykonuje tylko 7 placówek

Przełom w leczeniu niedokrwiennego udaru mózgu. Skuteczny zabieg w Polsce wykonuje tylko 7 placówek 4

Skuteczność leczenia udaru mózgu zależy od tempa, w jakim zostanie ono wdrożone. Nowoczesna terapia o nazwie trombektomia mechaniczna może zostać zastosowana nawet sześć godzin po wystąpieniu objawów. Daje ona trzykrotnie lepsze efekty niż tradycyjnie stosowana tromboliza. W Polsce dostępna jest jednak tylko w siedmiu placówkach – w Lublinie, Rzeszowie, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Warszawie i Grodzisku Mazowieckim – w ramach programu pilotażowego.

Udar mózgu to nagłe, występujące miejscowo zaburzenia krążenia, w wyniku których krew nie dociera do tkanki mózgowej. Wśród czynników odpowiedzialnych za występowanie udaru znajduje się nadwaga, palenie tytoniu, cukrzyca, miażdżyca, nadciśnienie tętnicze, niektóre schorzenia serca, przewlekły stres oraz wiek. Najczęściej chorują osoby po 65 roku życia, choć 15 proc. wszystkich pacjentów stanowią chorzy, którzy nie ukończyli 45 lat. Udar objawia się przede wszystkim nagłym zaburzeniem czucia w jednej połowie ciała, problemami z widzeniem, gwałtownie występującymi zawrotami głowy z nudnościami i wymiotami, a także zaburzeniami mowy. Osoba, u której występują tego rodzaju symptomy, powinna natychmiast trafić do szpitala.

– Wizyty u lekarza rodzinnego czy okulisty wydłużają czas diagnostyki udaru i powodują, że chory trafia do szpitala w momencie, kiedy nie możemy mu już pomóc. Oczywiście, możemy diagnozować dalej przyczyny udaru, ale wszystkie metody leczenia interwencyjnego należy wykonać w określonym oknie czasowym: tromboliza – cztery i pół godziny, a trombektomia – sześć godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Podstawą działania lekarzy specjalistów jest odpowiednio szybka diagnoza, a więc ustalenie, czy u pacjenta wystąpił udar niedokrwienny czy krwotoczny. Przyczyną pierwszego z nich jest niedrożność tętnicy zaopatrującej mózg w krew, drugi pojawia się natomiast na skutek pęknięcia ściany tętnicy mózgowej. Udary niedokrwienne występują znacznie częściej – stanowią 85 proc. wszystkich przypadków i mogą być skutecznie leczone. W diagnostyce wykorzystywana jest tomografia komputerowa oraz ultrasonografia tętnic domózgowych – na ich podstawie pacjent kwalifikowany jest do określonego leczenia. Nowością w terapii udaru niedokrwiennego jest trombektomia mechaniczna.

 Zabieg polega na wyciągnięciu cewnikiem skrzepliny z naczynia mózgowego, które ta skrzeplina zamyka. To jest metoda znacznie skuteczniejsza niż dotychczas stosowana tromboliza, czyli podanie leku, który rozpuszcza tę skrzeplinę. Skuteczność jest 2–3-krotnie wyższa – mówi prof. Jarosław Sławek.

Zabieg trombektomii mechanicznej ma nieco szersze okno terapeutyczne niż zabieg trombolizy, można go bowiem przeprowadzić sześć godzin po wystąpieniu udaru. Najnowsze badania dają nadzieję, że już wkrótce okno to powiększy się do szesnastu, a nawet dwudziestu czterech godzin. Trombektomia jest zabiegiem inwazyjnym, który powinien być wykonywany w specjalistycznych ośrodkach. W Polsce jest obecnie ponad dwadzieścia tego rodzaju placówek, resort zdrowia objął refundacją operację wykonywane tylko w siedmiu z nich w ramach programu pilotażowego.

 Pilotaż nie jest w interesie pacjentów, dla których ważny jest szeroki dostęp do ośrodków neurologicznych wykonujących trombektomię mechaniczną. Sama metoda nie wymaga sprawdzenia pod kątem skuteczności, natomiast sprawny system wymaga jej finansowania. Niezrozumiałe zatem dla nas jest przewlekanie, odkładanie w czasie, brak mapy drogowej, która wyznaczałaby włączanie kolejnych ośrodków do leczenia za pomocą tej metody – mówi prof. Jarosław Sławek.

Ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii to nie jest jedyny problem polskiej neurologii. Równie istotne znaczenie ma deficyt młodych kadr. Specjalizację tę wybiera bowiem stosunkowo niewielki odsetek studentów uczelni medycznych. Zdaniem eksperta może to mieć związek ze stereotypowym postrzeganiem neurologii jako specjalizacji diagnostycznej, a nie terapeutycznej. Pozyskanie nowych kadr, zwłaszcza dla oddziałów szpitalnych, oraz podwyższenie poziomu edukacji przyszłych neurologów są więc jednymi z najistotniejszych wyzwań Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

– Chcemy inicjować także badania naukowe, również postulować o lepszą organizację opieki nad chorymi neurologicznymi w Polsce, bo ta obecna jest bardzo kosztochłonna i bardzo nieefektywna pod względem ekonomicznym – mówi prof. Jarosław Sławek.

Media społecznościowe zmieniają branżę kosmetyczną. Trendy w makijażu wyznaczają obecnie gwiazdy

Media społecznościowe zmieniają branżę kosmetyczną. Trendy w makijażu wyznaczają obecnie gwiazdy 5

Ciepły brąz na powiekach i czerwień na ustach – tak powinien wyglądać makijaż na jesień i zimę 2018/2019. Trendy wyznaczają obecnie nie tylko słynni wizażyści, lecz przede wszystkim popularne w internecie celebrytki.

Gwałtowny rozwój mediów społecznościowych w istotny sposób wpłynął na branżę kosmetyczną. Sezonowe trendy w makijażu wyznaczają obecnie nie tylko najwięksi światowi styliści i wizażyści, lecz przede wszystkim celebrytki cieszące się największą popularnością wśród internautów. Należy do nich m.in. polska modelka Joanna Krupa, której profil na Instagramie obserwuje 1,3 mln internautów.

– Często to właśnie one narzucają trendy, bo jeśli coś wygląda dobrze na czerwonym dywanie, to cały świat chce to nosić i cieszyć się tym. Trendy w makijażu inspirowane są w dużej mierze stylizacjami celebrytek – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Neil Young, ambasador makijażu marki Douglas.

Zdaniem eksperta do lamusa odchodzi także podział na sezonowe trendy wyznaczane przez pory roku. Na tę zmianę również miały wpływ media społecznościowe. Dzięki internetowi marki kosmetyczne docierają bowiem do kobiet żyjących w różnych strefach klimatycznych. Ten sam przekaz trafia więc zarówno do klientek, które w danym momencie cieszą się słonecznym latem, jak i tych, które doświadczających zimowych mrozów.

– Nie wierzę już w podział na jesień, zimę, wiosnę i lato. Jeśli czujesz się w czymś dobrze, noś to! Niezależnie od koloru i niezależnie od stylu. Jeśli w czymś jest ci dobrze, noś to i czerp z tego przyjemność! – mówi Neil Young.

W sezonie jesienno-zimowym zawsze sprawdzi się klasyka, czyli mocno podkreślone usta. Najlepiej wybrać pomadkę w odcieniach czerwieni, która kojarzy się właśnie z tymi porami roku. Oko można podkreślić graficzną kreską, wykonaną eyelinerem lub kredką. Panie, które lubią mocniejszy makijaż oka, mogą użyć również cieni w klasycznej kolorystyce.

– Jeśli chodzi o paletę cieni, odzwierciedla ona w dużej mierze charakter sezonu. Dominują w niej ciepłe brązy, miedź, złoto, barwy metaliczne – mówi Neil Young.

Postępujące zmiany klimatyczne wymuszają pilną zmianę źródeł energii. Nowe technologie ograniczają emisję dwutlenku węgla oraz pochłaniają go z powietrza

Postępujące zmiany klimatyczne wymuszają pilną zmianę źródeł energii. Nowe technologie ograniczają emisję dwutlenku węgla oraz pochłaniają go z powietrza 6

W ciągu najbliższych kilku dekad globalne ocieplenie może osiągnąć niebezpieczny poziom – alarmują klimatolodzy i apelują o redukcję emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Coraz więcej państw w odpowiedzi na to rezygnuje z obciążającej środowisko energetyki węglowej na rzecz odnawialnych źródeł energii. To jednak za mało. Aby skutecznie zredukować efekt cieplarniany, potrzebne są technologie pochłaniające dwutlenek węgla już znajdujący się w atmosferze.

– Nowe technologie mogą pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi. Mówimy przede wszystkim o wdrażaniu odnawialnych źródeł energii. Te technologie są już sprawdzone, są coraz tańsze. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat koszt energii wytwarzanej z fotowoltaiki spadł o 73 proc., a koszty energii produkowanej z wiatru spadły o jedną czwartą. Ta branża rozwija się w sposób bardzo dynamiczny – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Potrzeba wprowadzania zmian w polityce energetycznej jest bardzo pilna. Mogą o tym świadczyć przewidywania klimatologów z działającego przy Organizacji Narodów Zjednoczonych Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Z analiz zespołu badawczego pod przewodnictwem prof. Jamesa Hansena wynika, że jeżeli roczne emisje dwutlenku węgla rosłyby o 2 proc., to do końca XXI wieku jego stężenie w atmosferze byłoby dwukrotnie większe niż obecnie i wynosiłoby 864 ppm.

Zdaniem naukowców przy ograniczeniu stężenia do 350 ppm, udałoby się zamknąć wzrost globalnej temperatury na poziomie nieprzekraczającym 1,5 stopnia Celsjusza. Takie ocieplenie i tak skutkowałoby poważnymi zmianami pogodowymi, znacznym podniesieniem poziomu mórz i zachwianiem naturalnych ekosystemów, ale ich skala nie wykraczałaby poza bezpieczne normy.

– Jeżeli będziemy przechodzili na odnawialne źródła energii, energetykę rozproszoną, energetykę obywatelską, jeżeli będziemy stosowali te sprawdzone i możliwe do wdrożenia technologie, przyczyni się to i do rozwoju gospodarczego, i do zwiększenia rynku pracy, i do znacznego zmniejszenia liczby chorób. Jeżeli zmniejszymy emisję, będziemy mieli czystsze powietrze. Powietrze mniej zanieczyszczone oznacza, że mniej ludzi przedwcześnie z tego powodu umrze czy mniej osób z tego powodu zachoruje – apeluje Krzysztof Jędrzejewski.

Kluczowy może być rozwój technologii pozwalającej na magazynowanie wyprodukowanej energii. Dotychczas za dużą wadę energetyki odnawialnej uznawany był fakt, że wyprodukowaną energię należy spożytkować w czasie rzeczywistym. Co więcej, w przypadku fotowoltaiki okresy gorszego nasłonecznienia i godziny nocne są czasem, w którym energia produkowana jest cząstkowo lub wcale. Wydajne magazyny energii mogłyby rozwiązać problem podaży energii w tych okresach.

– Następuje bardzo intensywny rozwój magazynów energii, jednocześnie spadek cen tychże magazynów, bo do tej pory pewna stabilność energetyki ze źródeł odnawialnych była uzależniona od możliwości jej magazynowania. To się w sposób bardzo dynamiczny zmienia – wskazuje Krzysztof Jędrzejewski.

Zdaniem analityków z firmy doradczej Frost & Sullivan to właśnie systemy magazynowania energii w akumulatorach w najbliższych latach będą jednym z najważniejszych sposobów na spopularyzowanie OZE. Wartość światowego rynku magazynów energii do 2024 roku ma przekroczyć 8 mld dol. Coraz więcej krajów decyduje się więc na odejście od energetyki węglowej na rzecz wytwarzania jej ze źródeł odnawialnych.

– W 2017 roku Chiny zainwestowały w OZE około 125 mld dol., 30 proc. więcej niż rok wcześniej, USA inwestują na poziomie 40 mld dol. rocznie. Bardzo ambitny plan, tzw. Solar India, czyli słoneczne Indie, ma z kolei na celu odchodzenie od energetyki węglowej w tym kraju, a przechodzenie na odnawialne źródła energii – mówi rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Polska wciąż pozostaje pod tym względem w tyle za światowymi liderami. Rodzima energetyka nadal aż w 85 proc. oparta jest na węglu. Dywersyfikacji źródeł energii mają służyć założenia rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Zakłada ona stopniowe i efektywne kosztowo zwiększanie udziału OZE w źródłach energii w ciągu najbliższej dekady.

Ograniczenie emisji do atmosfery gazów cieplarnianych nie rozwiązuje jednak zdaniem naukowców z IPCC problemu związanego z efektem cieplarnianym. Według nich należy opracować metody redukcji dwutlenku węgla już wyemitowanego. Realizowany przez Islandczyków projekt CarbFix zakłada np. wtłoczenie do wnętrza Ziemi dwutlenku węgla wymieszanego z siarkowodorem. Bazalt, czyli skała wulkaniczna, do której została wtłoczona mieszanina, stała się podłożem dla reakcji gazu z wodą. Produktem reakcji była substancja stała podobna do kredy. Mineralizacji uległo w wyniku eksperymentu nawet do 98 proc. dwutlenku węgla.

Z kolei wspierany przez Billa Gatesa kanadyjski start-up Carbon Engineering opracował technologię wychwytywania dwutlenku węgla wprost z powietrza. Polega ona na zasysaniu powietrza za pomocą wielkich wentylatorów do wieży chłodniczej. Powietrze wchodzi w niej w reakcję z wodorotlenkiem potasu. W wyniku szeregu reakcji można uzyskać paliwo, którego koszt produkcji wynosi około dolara za litr.

– Przestańmy budować kolejne bloki węglowe, tak jak ostatnio pan minister Tchórzewski funduje nam wbrew wszelkiej logice ekonomicznej czy społecznej elektrownię Ostrołęka C, a zacznijmy transformację, zacznijmy odchodzenie od węgla, a przejdźmy na rozwój odnawialnych źródeł energii i zwiększanie efektywności energetycznej – konkluduje Krzysztof Jędrzejewski.

Sztuczna inteligencja zautomatyzuje branżę cyberbezpieczeństwa. Będzie wskazywać i sama zwalczać zagrożenia

Sztuczna inteligencja zautomatyzuje branżę cyberbezpieczeństwa. Będzie wskazywać i sama zwalczać zagrożenia 7

Branża informatyczna nadal boryka się z niedoborem ekspertów zajmujących się walką z przestępczością w internecie. Analitycy z firmy Fortinet oszacowali, że w 2022 roku w samej tylko Europie zabraknie 350 tysięcy specjalistów od cyberbezpieczeństwa. Problem niedoboru kadrowego może rozwiązać sztuczna inteligencja oraz programy automatyzujące proces wykrywania zagrożeń. W przyszłości SI w branży bezpieczeństwa cybernetycznego będzie rozróżniać zagrożenia podobnie jak człowiek, ale o wiele szybciej i na większą skalę.

– Główną rolą sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie jest postrzeganie obrazu zagrożenia tak, jak widzi go człowiek. Obecnie analitycy ds. bezpieczeństwa tworzą obraz sytuacji z małych elementów. Pozyskują informacje, zadają pytania i w ten sposób budują pełny obraz. To jest trudne zadanie dla maszyny, natomiast sztuczna inteligencja potrafiłaby wykonywać ten proces automatycznie, postrzegając zagrożenia tak jak my i zalecając nam kolejne kroki do podjęcia bez otrzymania wcześniejszych instrukcji, jak to zrobić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aviv Mor z Verint Systems.

Cyberprzestępczość to dziś problem o charakterze globalnym, z którym zmagają się zarówno użytkownicy prywatni, jak i firmy czy organizacje publiczne. O skali zagrożenia najlepiej świadczy badanie przeprowadzone przez Fortinet, które wykazało, że w ciągu ostatnich dwóch lat aż 95 proc. polskich firm doświadczyło problemów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa systemów informatycznych. Skala problemu jest na tyle duża, że na rynku od lat brakuje specjalistów do walki z cyberprzestępczością.

Brytyjska organizacja Qufaro zajmująca się problemami bezpieczeństwa w sieci planuje nawet powołać szkołę National College of CyberSecurity, która wyedukuje przyszłych specjalistów. To jednak może nie wystarczyć, aby uodpornić systemy informatyczne na ataki ze strony cyberprzestępców.

Pomocne może się okazać wykorzystanie sztucznej inteligencji. Systemy automatyzujące ochronę danych wykonają większość pracy za człowieka, dzięki czemu uczelniom uda się szybciej wyszkolić brakującą kadrę informatyczną.

– Automatyzacja cyberbezpieczeństwa pozwala na obniżenie poziomu umiejętności wymaganego do pracy w centrum bezpieczeństwa. Przeniesienie zadań z ludzi na maszyny umożliwia obniżenie wymagań w zakresie przeszkolenia i umiejętności pracowników centrum bezpieczeństwa – tłumaczy ekspert.

Sztuczna inteligencja powinna przede wszystkim zautomatyzować proces wykrywania zagrożeń. Dzięki wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego SI mogłaby precyzyjnie odsiać prawdziwe zagrożenia od fałszywych alarmów, które nadmiernie obciążają pracę zespołów ds. bezpieczeństwa internetowego. Firma Red Hat podczas konferencji AnsibleFest 2018 zaprezentowała, jak platforma Ansible automatyzuje najważniejsze procesy bezpieczeństwa. Oprogramowanie może samoczynnie wykrywać podejrzane działania w sieci, analizować zagrożenia i zapobiegać włamaniom. Ansible potrafi także przekonfigurować firmową zaporę sieciową i automatycznie wpisać źródła ataku na czarną listę.

Podobne rozwiązania wdroży dla swoich klientów firma Oracle. Nowa platforma bezpieczeństwa Oracle Cloud Infrastructure będzie automatycznie instalowała poprawki bezpieczeństwa i wykorzysta technologię uczenia maszynowego do rozpoznawania nowych zagrożeń. Sztuczna inteligencja zostanie także wykorzystana do usuwania skutków cyberataków.

– Dzięki zastosowaniu automatyzacji w centrum bezpieczeństwa możemy znacznie szybciej dostrzec, zrozumieć i zareagować na czyhające w sieci zagrożenia, a tym samym schwytać osoby przeprowadzające atak zaraz po tym, jak złamią zabezpieczenia, zanim będzie za późno. Atakujący ciągle dostosowują swoje sposoby działania. Nie sądzę, aby należało dążyć do pełnego bezpieczeństwa, ale jego wysoki stopień pozwala zidentyfikować zagrożenie i zareagować na tyle szybko, by zapobiec szkodom. Do tego powinno się dążyć – twierdzi Aviv Mor.

Firma analityczna Technavio szacuje, że rynek technologii cyberbezpieczeństwa wykorzystujący sztuczną inteligencję do 2022 roku będzie się rozwijał w tempie 29 proc. średniorocznie. Z kolei według analityków z Reaserch and Markets wartość rynku zautomatyzowanych systemów cyberbezpieczeństwa wzrośnie do 5,8 mld dol. w 2025 roku przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 23 proc.                                                              

VII Konferencja Top Industry Summit

VII edycja jednego z najważniejszych wydarzeń branży przemysłowej – konferencja Top Industry Summit odbędzie się już 7 listopada w warszawskim hotelu The Westin pod patronatem honorowym Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.

EC_Top-IndustryObecnie coraz częściej mówi się o wszechobecnej robotyce, czy sztucznej inteligencji, które stają się nieodłącznym elementem naszego życia. Sektor energetyczny, farmacja czy przemysł ciężki, nie wspominając o wszelkiego rodzaju produkcji, to tylko część sektorów, w których automatyzacja jest wykorzystywana na szeroką skalę. Tegorocznemu forum przyświeca idea debaty o wyzwaniach, jakie stwarza postępująca czwarta rewolucja przemysłowa.

Zaproszeni eksperci ze świata nauki i biznesu podzielą się swoją wiedzą dotyczącą rozwoju nowych technologii oraz odpowiedzą na wszelkie pytania nurtujące gości. Wśród podejmowanych tematów znajdą się zagadnienia dotyczące przemysłu w dobie robotyki i automatyki, współczesnej wizji mobilności, efektywności sektora gazowego i energetycznego czy też cyberbezpieczeństwa oraz sztucznej inteligencji. Poznamy również odpowiedzi na pytania jak skutecznie wykorzystać potencjał płynący z machine learning oraz jak stworzyć nowoczesną firmę w oparciu o efektywną współpracę biznesu i nauki.

Zgodnie z tradycją, zwieńczeniem konferencji będzie gala rozdania „Diamentów Top Industry”. Nagrody te uhonorują najważniejsze osiągnięcia oraz najbardziej wyróżniające się spółki, projekty i osobowości w całej branży. Kapituła konkursowa nagrodzi laureatów w kategoriach takich jak: produkt roku, osobowość branży, lider technologii ale i wiele innych.

Partnerem głównym wydarzenia jest PKO Bank Polski.

Partnerami złotymi zostali: Engie Polska, Future Pipe Industries, Nask SA oraz Toyota Motor Poland.

Partnerami wydarzenia są: APA Group, Autoland, Bank Gospodarstwa Krajowego, Robert Bosch, Canon Polska, Cigno Consulting, Kancelaria DZP, Fracht FWO Polska, Ghelamco, ING Bank Śląski, Kongsberg Automotive, Lyreco, Marvipol, Microstrategy, Nord Partner, Pocztylion Arka Powszechne Towarzystwo Emerytalne, Precia Polska, Sage Polska.

Partnerem gali natomiast jest Alfavox.

Rejestracja na wydarzenie: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/chemia/7-listopada-2018/rejestracja/

W Polsce, podobnie jak w większości krajów wysokorozwiniętych, nadal istnieją nierówności edukacyjne wśród dzieci

Mieszkanie w zamożnym kraju nie gwarantuje równego dostępu do wysokiej jakości edukacji, zauważa UNICEF w opublikowanym dziś raporcie „Niesprawiedliwy Start” dotyczącym nierówności edukacyjnych wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych, w tym w Polsce. Dzieci w mniej zamożnych krajach często doświadczają mniejszych nierówności edukacyjnych pomimo gorszej sytuacji ekonomicznej danego kraju.

W raporcie „Niesprawiedliwy Start. Nierówności edukacyjne wśród dzieci w krajach wysokorozwiniętych” UNICEF porównał wyniki 41 państw członkowskich UE i OECD pod względem nierówności edukacyjnych na poziomie wychowania przedszkolnego, szkoły podstawowej oraz szkoły średniej. Autorzy zbadali również powiązania między nierównościami edukacyjnymi a takimi czynnikami jak: zawód rodziców, imigranckie pochodzenie, płeć dziecka, a także charakter szkoły.

Z danych zaprezentowanych w Raporcie wynika, że Finlandia, Łotwa oraz Portugalia mają systemy edukacji zapewniające najwyższy poziom równości na wszystkich trzech poziomach edukacji i znalazły się w najwyższej części tabeli rankingowej. Z kolei Australia, Nowa Zelandia i Słowacja znalazły się na dole rankingu ze względu na duże nierówności utrzymujące się we wszystkich trzech obszarach. Polska znalazła się w najwyższej części tabeli rankingowej na dwóch poziomach: wychowania przedszkolnego oraz szkoły średniej.

W poszczególnych krajach występują znaczące różnice w zakresie nierówności na poszczególnych etapach kształcenia. Irlandia i Słowenia znalazły się na dole tabeli rankingowej (znaczne nierówności) pod względem upowszechnienia uczestnictwa w wychowaniu przedszkolnym, ale przesuwają się na jej początek (niskie nierówności) na poziomie szkoły średniej. We Francji wskaźnik uczestnictwa w wychowaniu przedszkolnym należy do jednego z najwyższych wśród badanych krajów, lecz na poziomie szkoły średniej kraj ten plasuje się w dole tabeli rankingowej. Holandia znajduje się na czele zestawienia pod względem wyrównanych wyników w zakresie osiągnięć w czytaniu w szkole podstawowej, jednak spada na 26. miejsce w rankingu (na 38 krajów) w tym obszarze wśród 15-latków.

W ogólnych rankingach Polska wypada bardzo dobrze w zakresie nierówności edukacyjnych. Możemy się poszczycić tym, że należymy do grona najlepszych. Jednak jeżeli przyjrzymy się bardziej szczegółowo ustaleniom Raportu, to możemy zauważyć, że w dalszym ciągu w naszym kraju istnieją duże nierówności edukacyjne. Wynikają one w znacznym stopniu z sytuacji społeczno-ekonomicznej rodzin. Niestety do tej pory nasz system edukacyjny nie był w stanie ich ograniczyć, powiedział Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.

W Polsce niemal wszystkie dzieci (99,7%) uczęszczają do przedszkola na rok przed oficjalnym wiekiem rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej, jest to element obowiązkowy edukacji. Jednak tylko 8% dzieci w wieku poniżej 3 lat jest zapisanych do żłobków i innych placówek opieki nad dziećmi, co stawia nas na 3. od końca miejscu wśród badanych krajów. Gorzej sytuacja wygląda tylko w Czechach i na Słowacji.

89% dzieci w Polsce osiąga dobry poziom umiejętności w czytaniu (na poziomie średniozaawansowanym lub wyższym) w 4. klasie szkoły podstawowej. Mimo to luka osiągnięć w czytaniu w Polsce (pomiędzy uczniami z najlepszymi i najgorszymi wynikami) jest dość duża i plasuje Polskę na 15. miejscu wśród 31 krajów. Oznacza to, że nierówności edukacyjne na tym poziomie kształcenia są znaczące.

86% dzieci w wieku 15 lat osiąga podstawową (poziom 2) umiejętność czytania, co plasuje Polskę w czołówce międzynarodowej. Niestety istnieje bardzo duża różnica w oczekiwaniach młodzieży co do kontynuacji nauki na poziomie wyższym. Wśród dzieci rodziców o wysokim statusie zawodowym chęć dalszego kształcenia deklaruje 60% uczniów, zaś wśród dzieci rodziców o niskim statusie zawodowym tylko 39%. Tak duża różnica w tym zakresie dotyczy jedynie Polski, stawiając nas na ostatnim miejscu wśród badanych krajów.

Krzysztof Szczerbacz: Czy Ukraińcy wyjada z Polski do Niemiec?

Czy istnieje realne zagrożenie, że obywatele Ukrainy pracujący obecnie w Polsce wyjadą do Niemiec w związku z potencjalnym szerszym otwarciem niemieckiego rynku pracy dla Ukraińców? – komentarz ARC Rynek i Opinia na podstawie wyników badania zrealizowanego wśród Ukraińców.

Ostatnio pojawiły się w mediach informacje, że polscy pracodawcy mogą wkrótce stanąć przed wielkim problemem odpływu pracowników z Ukrainy z naszego kraju. Z badań przeprowadzonych w tym roku przez naszą firmę wynika, że jest kilka typów ukraińskich pracowników w Polsce. Wśród nich są tacy, którzy regularnie przyjeżdżają tutaj do pracy i wracają na Ukrainę. Niektórzy jednorazowo, niektórzy regularnie, jednak ich domem i miejscem do życia pozostaje Ukraina. Oni nie zamierzają przenosić się do Polski na stałe. Ta grupa to 28% Ukraińców pracujących w Polsce. Są też ludzie młodzi, studenci, dla których Polska jest miejscem przejściowym i którzy w dużej mierze rozważają dalszą emigrację po ukończeniu studiów. Jednak największa grupa badanych – 38% – zamierza zostać w naszym kraju na stałe, a kolejne 24% jeszcze nie podjęło w tym zakresie żadnej decyzji. Z naszego badania wynika również, że Ukraińcy są bardzo zadowoleni z pobytu w naszym kraju, przede wszystkim z poziomu życia (88%), dostępności różnych usług (83%) i życzliwości Polaków (75%). Trzy czwarte Ukraińców ma stałą pracę, co trzeci pracuje w swoim zawodzie. Prawie połowa planuje kupić w Polsce nieruchomość.

Wygląda więc na to, że zdecydowana większość Ukraińców może chcieć nadal zostać w naszym kraju. Dlaczego?

Krzysztof Szczerbacz
Krzysztof Szczerbacz z ARC Rynek i Opinia

Krzysztof Szczerbacz z ARC Rynek i Opinia: W emigracji ważny jest nie tylko aspekt finansowy, lecz również społeczny i kulturowy. Język ukraiński jest podobny do polskiego, kulturowo również nasze narody są zbliżone. Można założyć, że dużo trudniej byłoby się odnaleźć Ukraińcom, zwłaszcza tym dojrzałym, z dziećmi w Niemczech niż w Polsce. To pokazuje, że obywatele Ukrainy odnaleźli w Polsce stabilizację i z pewnością nie jest to oczywiste, że ze względu na wyższe zarobki są gotowi emigrować dalej. Oczywiście są różne rodzaje prac i można przypuszczać, że otwarcie rynku niemieckiego dla pracowników z Ukrainy może negatywnie wpłynąć na zatrudnienie przy pracach sezonowych, które nie wymagają znajomości języka oraz szczególnej aklimatyzacji w nowym miejscu. Bliskość kulturowa czy poczucie stabilizacji nie mają tutaj dużego znaczenia. Ważny jest jak najwyższy zarobek w jak najkrótszym czasie.

Ukraińcy dobrze czują się w Polsce

Źródło: ARC Rynek i Opinia, maj 2018

Dane pochodzą z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia miało na celu ustalenie zwyczajów konsumenckich i postaw obywateli Ukrainy przebywających w Polsce. Badanie zrealizowano metodą CAWI (ankiety online) oraz metodą wywiadów realizowanych z wykorzystaniem tabletów przez ankieterów. Realizacja badania miała charakter modułowy. Zrealizowano łącznie 532 wywiady. Badaną populację stanowili obywatele Ukrainy przebywający obecnie w Polsce. Respondentów nie rekrutowano wśród osób pracujących sezonowo na wsi (np. przy zbiorach owoców). Termin realizacji badania: kwiecień-maj 2018.

Czwarta rewolucja przemysłowa w praktyce. Europa wciąż w ogonie

Najnowszy raport PwC obnaża prawdę o współczesnym przemyśle, który w większości pozostaje obojętny na technologiczną rewolucję. Ta ignorancja okupiona jest niemałą ceną. W regionie Azja-Pacyfik, gdzie największy odsetek producentów cieszy się cyfrową dojrzałością, spodziewany jest 17-procentowy wzrost przychodów wynikających bezpośrednio z adopcji technologii przemysłu 4.0. Europa tymczasem wciąż pozostaje w ogonie.

Czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, jednak jej wpływ na przedsiębiorstwa produkcyjne wciąż pozostaje znikomy – wynika z raportu PwC „Global Digital Operations Study 2018”. Nie oznacza to wcale, że brak działań w obszarze cyfrowej transformacji obejdzie się bez konsekwencji. – Firmy, które nie zaczną wprowadzać radykalnych zmian, czeka walka o przetrwanie. Jednak tylko nieliczne firmy czerpią realne korzyści z przemysłu 4.0. Nazywamy je cyfrowymi championami – pisze dr Reinhard Geissbauer z zespołu konsultingowego PwC.

Przemysł 4.0 w dużym skrócie można zdefiniować jako dogłębną cyfryzację procesów zachodzących w przedsiębiorstwach produkcyjnych poprzez implementację zaawansowanych systemów IT, przemysłowego internetu rzeczy, analityki danych i sztucznej inteligencji.

Kryzys adaptacji

W badaniu przeprowadzonym przez PwC wzięło udział 1155 menedżerów reprezentujących największe przedsiębiorstwa produkcyjne w 26 krajach. Zebrane w ten sposób informacje pozwoliły autorom raportu zapoznać się z posiadanymi przez nie rozwiązaniami technologicznymi, aktualnym stanem kluczowych ekosystemów, szczegółami na temat oferowanych produktów i usług oraz współpracy z dostawcami i partnerami. Zyskując wgląd w kluczowe obszary działalności firm produkcyjnych, doszli oni do niepokojących wniosków: zaledwie 10 proc. przebadanych podmiotów osiągnęło poziom cyfrowych championów. Reszta wciąż pozostaje daleko w tyle i, nawet posiadając technologie przemysłu 4.0, nie potrafi czerpać z nich wymiernych korzyści. Skąd bierze się ta przepaść?

Dążymy do tego, by zespolić świat fizyczny z wirtualnym w sposób, który znacząco usprawnia działanie tego pierwszego. Taki poziom cyfryzacji wymaga nie tylko sporego budżetu, lecz także wprowadzenia fundamentalnych zmian w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Zbieranie danych nie jest już sztuką. Wyzwanie polega na wyciąganiu z nich wartościowych wniosków, a to wymaga zmiany myślenia i utartych sposobów działania. Nagrodą są: skok produktywności, wyższy poziom bezpieczeństwa, lepsza jakość i mniejsze marnotrawstwo – wyjaśnia Piotr Rojek, dyrektor zarządzający w DSR, firmie specjalizującej się w dostarczaniu nowoczesnych rozwiązań IT dla przemysłu.

Jego zdaniem wymiana informacji pomiędzy ludźmi, maszynami i systemami komputerowymi stanowi siłę czwartej rewolucji przemysłowej. Siłę, którą należy umiejętnie okiełznać, by przyniosła oczekiwane rezultaty.

Eksperci są zgodni, że stabilny wzrost przychodów wynikający z adaptacji technologii przemysłu 4.0 można osiągnąć wyłącznie, gdy nie są one dodatkiem do przestarzałego modelu przedsiębiorstwa, lecz stanowią impuls do zmian w każdym jego obszarze – od sposobu zarządzania po relacje z klientami.

Takie zmiany w początkowym stadium zazwyczaj są niewygodne i kosztują sporo energii, jednak stojąc w miejscu, pozwalamy innym, by nas wyprzedzili, a na to żadna firma nie może sobie pozwolić. Trudność polega na tym, że nie ma gotowców, które pasowałyby do każdej organizacji. Dopiero angażując zespoły na różnych szczeblach do poszukiwania nieoczywistych rozwiązań, możemy pełnymi garściami czerpać z nowych technologii. Inaczej zawsze będą jedynie dodatkiem – zwraca uwagę Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie doradczo-szkoleniowej DT Makers, specjalizującej się w design thinking. To kreatywna metoda tworzenia nowatorskich rozwiązań w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb użytkownika, stosowana m.in. przez IBM, Accenture i BMW.

Championi spijają śmietankę

Z adaptacją technologii przemysłu 4.0 najlepiej radzą sobie firmy z regionu Azja-Pacyfik (APAC), gdzie 19 proc. producentów osiągnęło poziom cyfrowych championów. Tamtejsze firmy wprowadzają cyfrowe produkty i usługi szybciej niż reszta świata. Wynika to m.in. z entuzjazmu młodych, zaznajomionych z nowymi technologiami managerów korporacyjnych oraz rosnących kosztów produkcji, które azjatyckie firmy starają się obniżyć poprzez digitalizację. Obrana przez nie strategia zdaje się przynosić rezultaty. Na przestrzeni pięciu najbliższych lat liderzy przemysłu 4.0 w Azji spodziewają się 17-procentowego wzrostu przychodów wynikających bezpośrednio z technologicznej transformacji. Tymczasem w Ameryce na status cyfrowych championów zasłużyło 11 proc. przedsiębiorstw. W Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce (EMEA) takich firm jest zaledwie 5 proc.

Ich znakiem rozpoznawczym są rozbudowane i wciąż dopracowywane cyfrowe produkty i usługi. Również dotarcie do klientów, samodzielnie lub przez pośredników, odbywa się przy pomocy internetu. Według PwC takie firmy specjalizują się w pozyskiwaniu insightów konsumenckich i w inteligentny sposób łączą oczekiwania klientów z szytymi na miarę rozwiązaniami, wzbogacając tradycyjne produkty o dodatkowe usługi, oprogramowanie, analitykę danych i inne wartości wynikające z posiadania rozszerzonych sieci partnerskich. Aby to osiągnąć, cyfrowi championi wykorzystują otwarte platformy i likwidują granice – wewnętrzne i zewnętrzne. W efekcie ponad połowa ich przychodów pochodzi z ulepszonych cyfrowo lub wyłącznie cyfrowych produktów i usług. PwC prognozuje, że inwestycje w nowe technologie i cyfrowe ekosystemy przyniosą im 15-procentowy wzrost przychodów w ciągu następnych pięciu lat.

Taki poziom cyfryzacji wydaje się nieosiągalny dla większości polskich producentów. Według Piotra Rojka ich spora część zatrzymała się na wdrożeniu systemu ERP i spoczęła na laurach. Istnieje również grono firm, które realizują przemyślaną strategię transformacji, inwestując spore środki w technologie przemysłu 4.0. – Budżety na cyfryzację przemysłu rosną od dłuższego czasu. Wdrażając nowoczesne systemy IT i przemysłowy internet rzeczy, możemy zwiększyć wydajność jednostek produkcyjnych o kilkadziesiąt procent, znacząco zredukować zastoje, ograniczyć awarie maszyn i zwiększyć jakość wyrobów. Producenci mają tego świadomość i nie chcą pozostać w tyle. To dobra postawa, natomiast jeśli chcemy dogonić liderów cyfrowej transformacji, musimy robić o niebo więcej – uważa dyrektor zarządzający w DSR.

Warszawski rynek biurowy w świetnej kondycji

Pozytywne nastroje najemców, deweloperów i inwestorów znajdują odzwierciedlenie w spektakularnym popycie na biura i obniżającym się wskaźniku pustostanów. Rynek się zmienia, a rosnąca aktywność firm coworkingowych jest tego najlepszym przykładem.

Popyt wciąż w górę

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

„Warszawski rynek biurowy po raz kolejny osiągnął świetne wyniki.  Zarówno fundusze inwestycyjne, jak i firmy poszukujące nowych lokalizacji na swoją działalność, coraz częściej wybierają właśnie stolicę. Pozytywne nastroje są poparte spektakularnym popytem na biura, obniżającym się wskaźnikiem pustostanów i coraz większą różnorodnością produktu dostępnego na rynku. Od stycznia do końca września aktywność najemców osiągnęła blisko 632 000 mkw”,  wyjaśnia Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Tradycyjnie już największą popularnością wśród firm cieszyło się Centrum z podpisanymi umowami na ponad 178 000 mkw., następnie Mokotów – prawie 138 000 mkw. oraz Centralny Obszar Biznesu, gdzie wynajęto blisko 136 000 mkw.

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

“Jedną z najciekawszych umów najmu w tym roku było odnowienie i ekspansja Deloitte w Q22. Transakcja ta potwierdza, że najemcy coraz częściej będą zwracać uwagę na lokalizację nieruchomości, jej cechy funkcjonalne, udogodnienia w okolicy, jak również na długofalowe możliwości powiększania biura w danym budynku. Co warto odnotować, oprócz międzynarodowych firm, które wchodzą na polski rynek, istotnym źródłem popytu na biura w Warszawie są również podmioty z sektora publicznego, coraz częściej wybierające na swoje siedziby nieruchomości komercyjne. Przykładem takiej transakcji jest umowa Komisji Nadzoru Finansowego w budynku Piękna 2.0”, podkreśla Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL.

Coworkingi polubiły Warszawę

Najgorętszym trendem w Warszawie jest dynamiczny rozwój operatorów przestrzeni elastycznych, a do najbardziej aktywnych należą Regus, Spaces i WeWork.

“Łącznie, do końca III kwartału operatorzy elastycznych przestrzeni biurowych wynajęli aż 86 000 mkw. Te koncepty wzbogacają ofertę warszawskiego rynku oraz są świetnym uzupełnieniem tradycyjnych umów najmu. Współczesny model pracy ewoluuje, a nieruchomości komercyjne dostosowują się do zmian, jak i czerpią korzyści z nowych trendów”, dodaje Jakub Sylwestrowicz.

Podaż – wielkie projekty przed nami

„Na rosnące zapotrzebowanie na biura odpowiadają deweloperzy realizując projekty, które zmieniają panoramę współczesnej biznesowej Warszawy. W tym roku rynek wzbogacił się o 190 000 mkw., a w realizacji pozostaje kolejne 740 000 mkw. Należy przy tym zauważyć, że Warszawa jest jednym z najbardziej chłonnych rynków biurowych w Europie, co oznacza, że realizowane projekty nie zachwieją równowagi pomiędzy podażą a popytem”, tłumaczy Mateusz Polkowski.

Do największych nowych obiektów oddanych w tym roku należały Proximo II, Equator IV i Koneser.

Pustostany i czynsze

Poziom pustostanów w Warszawie pozostaje w tendencji spadkowej i pod koniec III kwartału 2018 wyniósł 10%. W centralnych regionach wynosi 6,6%, co jest najniższym wynikiem od 2012 roku.

Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów (który jest znacznie poniżej średniej dla całego miasta) oraz rosnące koszty budowy (wzrost średnio o 15-20% w porównaniu z 2012 r.). W szerokim centrum czynsze  dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 euro do 23,5 euro / mkw. /miesiąc, a poza nim od 11 euro do 15 euro/ mkw. / miesiąc.

Wyprzedaż aktywów ryzykownych wspiera dolara amerykańskiego

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do dwóch głównych walut, co związane było praktycznie w całości z siłą dolara amerykańskiego i odwrotem od ryzyka.

Enrique Diaz-Alvarez – Ebury
Enrique Diaz-Alvarez

Ubiegły tydzień przyniósł kontynuację odwrotu od ryzyka na rynkach. Gwałtownych spadków doświadczyły przede wszystkim globalne indeksy giełdowe. Nawet dość wyraźny spadek rentowności amerykańskich obligacji skarbowych nie był w stanie istotnie poprawić sentymentu do aktywów postrzeganych za ryzykowne. Optymizmu nie wspierały również dane gospodarcze. Największą niespodzianką była publikacja rozczarowujących odczytów indeksów aktywności biznesowej w strefie euro, co dodatkowo szkodziło sentymentowi. Tym razem dolar amerykański został potraktowany przez inwestorów jako waluta „bezpieczna” i umocnił się względem wszystkich pozostałych walut gospodarek G10 z wyłączeniem jena japońskiego.

W tym tygodniu najważniejsze dla rynku walutowego będą publikacje dotyczące dynamiki cen w strefie euro oraz comiesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy. Inwestorzy będą również zwracać szczególną uwagę na rozwój sytuacji związanej z sentymentem do ryzyka. Nie powinny im również umknąć informacje dotyczącego konfliktu Włoch i KE wokół włoskiego budżetu. Istotna w tym kontekście będzie również ewolucja spreadu włoskich obligacji i pozostałych krajów strefy euro.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł lekkie osłabienie polskiego złotego w relacji do euro i znaczącą wyprzedaż w parze z dolarem amerykańskim. Jednoczesne złoty umocnił się w parze ze słabszym funtem brytyjskim.

W ostatnim tygodniu poznaliśmy nowe dane GUS o bezrobociu w Polsce. Zgodnie z najnowszym odczytem we wrześniu bezrobocie w Polsce wyniosło 5,7% i było niższe od oczekiwań. Tym samym wskaźnik w ostatnim miesiącu pomiarów znalazł się na najniższym poziomie od 1990 r. Dane budzą nieco optymizmu po ostatnich, słabszych odczytach o dynamice płac i zatrudnienia.

W najbliższą środę opublikowane zostaną wstępne szacunki wzrostu dynamiki cen w Polsce w październiku. Pod koniec tygodnia poznamy z kolei odczyt październikowego indeksu PMI dla przemysłu kraju, który w ostatnim czasie istotnie rozczarowywał. W ostatnim miesiącu pomiarów indeks znalazł się na poziomie zbliżonym do granicy wyznaczającej ekspansję.

GBP

Wyprzedaż aktywów ryzykownych z zeszłego tygodnia odbiła się dość mocno na funcie brytyjskim. Na kształtowanie się kursu szterlinga miało wpływ zarówno umocnienie dolara amerykańskiego, jak i – ponownie – sytuacja polityczna. Według doniesień brytyjski rząd nie jest w stanie dojść do porozumienia co do propozycji ustępstw, które wielka Brytania musi przedstawić Unii Europejskiej w celu wznowienia negocjacji ws. Brexitu. Impas w brytyjskim rządzie wystraszył inwestorów, a funt brytyjski w minionym tygodniu okazał się najgorzej radzącą sobie walutą G10. W naszej opinii wyprzedaż funta brytyjskiego była jednak nadmierna. Jakiekolwiek jastrzębie komentarze płynące z czwartkowego spotkania Banku Anglii w naszej opinii mają potencjał do wyraźnego wzmocnienia szterlinga, zwłaszcza, jeśli sentyment do ryzyka ustabilizuje się w najbliższych dniach.

EUR

Rozczarowujące odczyty indeksów aktywności biznesowej w październiku, które zostały opublikowane w ubiegłym tygodniu sprawiły, że inwestorzy stali się bardziej ostrożni. Są to kolejne dane, które powodują wzrost obaw – w zeszłym miesiącu inflacja bazowa w strefie euro również okazała się niższa od oczekiwanej przez konsensus. Słabe dane gospodarcze w tym momencie wydają się jednak nie mieć istotnego wpływu na Europejski Bank Centralny. Podczas październikowego spotkania, przewodniczący EBC, Mario Draghi, stwierdził wyraźnie, że słabość gospodarek bloku walutowego jest tymczasowa, tym samym nie ma potrzeby zmieniać stanowiska EBC w kwestii polityki monetarnej, czy nawet oczekiwań. Mimo to, w ostatnim czasie wspólna europejska waluta nie była wspierana ani przez dane makro, ani przez ogólną niechęć do ryzyka. Stąd w ubiegłym tygodniu kurs euro w relacji do dolara amerykańskiego wyłamał się z dotychczasowego korytarza wahań, istotnie osłabiając się w stosunku do USD.

W tym tygodniu inwestorzy prawdopodobnie skupią się przede wszystkim na kluczowych, wstępnych danych o inflacji w strefie euro, które poznamy w środę.

USD

Ostatnie dane gospodarcze płynące ze Stanów Zjednoczonych były mieszane, jednak w ujęciu ogólnym były zdecydowanie lepsze niż te dla strefy euro. Zanualizowany wzrost PKB kraju w trzecim kwartale był wysoki, jednak w obliczu rosnącego oprocentowania kredytów hipotecznych dość istotnie zmalała aktywność na rynku nieruchomości.

W piątek poznamy kolejny istotny raport z amerykańskiego rynku pracy, który powinien rzucić nieco więcej światła na kondycję rynku pracy i szerzej – amerykańskiej gospodarki. Nie widzimy powodów, aby w tym momencie wątpić w jej siłę. Będziemy jednak z pewnością obserwować, czy utrzymujące się, niskie bezrobocie i wysoki poziom kreacji nowych miejsc pracy będą przekładać się na utrzymanie presji płacowej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Savills: Alternatywne nieruchomości mieszkaniowe cieszą się coraz większą popularnością wśród inwestorów

Z najnowszych danych międzynarodowej firmy doradczej Savills wynika, że alternatywne nieruchomości mieszkaniowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. W ubiegłym roku wolumen dużych transakcji inwestycyjnych w sektorze mieszkaniowym na świecie przekroczył wartość inwestycji na rynkach nieruchomości handlowych czy magazynowych.

Według Savills globalny wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze prywatnych akademików wzrósł w ostatnich pięciu latach o 87%. Dojrzałość rynku brytyjskiego i amerykańskiego w połączeniu z niewielką podażą i dużym popytem na prywatne domy studenckie oznacza, że w nadchodzącym roku największe możliwości inwestowania w tym sektorze zaoferują miasta Europy Południowej. Niemniej jednak zapotrzebowanie na nieruchomości mieszkaniowe , obiekty co-livingowe i domy seniora na całym świecie sprawia, że wszystkie rynki oferują możliwości lokowania kapitału. Skala inwestycji w tego rodzaju aktywa jest jednak niewystarczająca szczególnie w Wielkiej Brytanii.

Z raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills Global Living wynika, że największa podaż prywatnych domów studenckich występuje w Wielkiej Brytanii, gdzie zakwaterowanie może znaleźć 27% wszystkich studentów, a najmniejsza – w Europie Południowej. We Włoszech, które są czwartym największym rynkiem w Europie pod względem liczby studentów, wskaźnik ten w skali całego kraju nie przekracza 5%.

Z analizy danych o poszczególnych miastach uzyskanych od firmy StudentMarketing, która prowadzi badania i gromadzi dane dotyczące domów studenckich i mikroapartamentów, wynika, że najmniejsze możliwości zakwaterowania studentów oferują: Rzym (zaledwie 6500 łóżek na 220 500 studentów, czyli zakwaterowanie znajdzie tylko 3% studiujących), Porto (3,5%), Florencja (3,8%), Barcelona (4,9%) i Madryt (5,7%). Według Savills miasta te zapewniają inwestorom najlepsze możliwości lokowania kapitału ze względu na dużą liczbę studentów zagranicznych i wysokie średnie stawki czynszów w prywatnych akademikach.

Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku - mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska
Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska

– Liczba studentów zagranicznych w Polsce wzrosła pięciokrotnie w ostatniej dekadzie i w bieżącym roku akademickim wynosi już 73 000. Polska zajmuje szóste miejsce w Europie pod względem populacji studentów, a przy tym odnotowuje dynamiczny wzrost gospodarczy i oferuje bardziej atrakcyjne stopy kapitalizacji w porównaniu z Europą Zachodnią. Wszystko to sprawia, że nasz kraj będzie jednym z najpopularniejszych kierunków inwestycyjnych dla wielu inwestorów, którzy są już obecni w krajach Europy Zachodniej i poszukują możliwości wzrostu w stabilnym środowisku – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu doradztwa kapitałowego i wycen, Savills Polska

W roku akademickim 2017/2018 w Polsce studiowało blisko 1,3 miliona studentów, jednak w 490 akademikach oferowanych zarówno przez uczelnie państwowe, jak i prywatne, zakwaterowanie może znaleźć tylko niespełna 130 000 osób, czyli 10% studiujących. Potencjał tego rynku dostrzegły m.in. takie firmy jak Student Depot, Basecamp, Golub GetHouse (Livinn) czy chociażby Zeitgeist Asset Management. Część z już realizowanych lub planowanych inwestycji oferować będzie bardzo wysoki standard. Z szacunków Savills wynika, że w Polsce segment prywatnych domów studenckich zapewnia miejsca dla ok. 4000 studentów.

– Przewidujemy, że oprócz prywatnych akademików coraz większą popularnością będzie się cieszył inny sektor rynku mieszkaniowego, tj. mieszkania na wynajem instytucjonalny. Ze względu na zbliżający się szczyt aktualnego cyklu koniunkturalnego wiele funduszy jest zainteresowanych zwiększeniem alokacji kapitału w aktywa bardziej odporne na ewentualnie spowolnienie – dodaje Kamil Kowa.

globalny dział badań Savills na podstawie danych StudentMarketing, 2018
Źródło: globalny dział badań Savills na podstawie danych StudentMarketing, 2018

Wśród pierwszych w Polsce projektów w sektorze mieszkań na wynajem instytucjonalny należy wymienić aktywa zarządzane przez fundusz Catella obejmujące część budynku Złota 44 w Warszawie, budynek Pereca 11 oraz obecnie realizowany kompleks trzech budynków w Krakowie przy ul. Rakowickiej. Kolejne duże inwestycje stanowią Browary Warszawskie, czyli projekt zarządzany przez spółkę Resi4Rent z grupy Griffin RE oraz Liberty Tower, inwestycję Golub GetHouse. Również domy seniora w przyszłości mogą zyskiwać na popularności. Populacja osób powyżej 65. roku życia liczy już w Polsce ponad 6,5 mln osób.

– Domy studenckie w Europie są powszechnie uznawane za pełnoprawną kategorię aktywów charakteryzującą się wystarczającą płynnością. Coraz więcej inwestorów, w tym zagranicznych i instytucjonalnych, uważa inwestowanie w akademiki za idealny sposób na dywersyfikację portfeli i uzyskanie wyższych zwrotów z inwestycji niż w przypadku tradycyjnych klas aktywów. Inwestorzy doceniają także fakt, że domy studenckie uważane są za aktywa odporne na recesję, ponieważ liczba studentów zagranicznych stale rośnie – rosła nawet w czasie kryzysu sprzed dekady – dodaje Samuel Vetrak, dyrektor generalny StudentMarketing.

Według Savills w 2017 roku wartość inwestycji w sektorze prywatnych domów studenckich osiągnęła rekordowy poziom 17,5 mld USD w skali globalnej, co oznacza wzrost o 4% z 16,9 mld USD w 2016 roku. Ponad połowa tego wolumenu (51%, 8,9 mld USD) przypadła na Wielką Brytanię i Europę Zachodnią – to wzrost o 35% w porównaniu z 6,6 mld USD w 2016 roku. Największą aktywność inwestycyjną w sektorze domów studenckich w Europie odnotowano w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Hiszpanii (zob. graf poniżej).

Savills wskazuje także na zainteresowanie operatorów domów studenckich sektorem nieruchomości mieszkaniowych i co-livingowym oraz na związane z tym możliwości rozłożenia ryzyka inwestycyjnego na kilka różnych rodzajów aktywów. Wolumen inwestycji w sektorze instytucjonalnego najmu mieszkań na ośmiu największych rynkach europejskich przekroczył w ubiegłym roku 27 mld euro, czyli wzrósł o 19% od 2013 roku, ale nadal stanowi niewielki ułamek inwestycji w USA. Szwecja, Holandia, Dania i Niemcy mają dobrze rozwinięte rynki mieszkań na wynajem instytucjonalny, które oferują największą płynność.

– Ze względu na coraz lepszą jakość zarządzania, umacnianie się marek poszczególnych operatorów oraz niewystarczającą podaż profesjonalnie zarządzanych nieruchomości prywatnych na wynajem na wielu rynkach, podmioty takie jak The Fizz i Milestone wprowadzają na rynek nowe produkty wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów. Sektor instytucjonalnego najmu mieszkań w Wielkiej Brytanii jest nadal na wczesnym etapie rozwoju – w 2017 roku całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych wzrósł tam o 20% w porównaniu z rokiem 2016 do 2,6 mld funtów, co stanowi zaledwie 18% wolumenu odnotowanego w Niemczech. W ubiegłym roku 70% stanowiły transakcje typu forward funding oraz terminowe transakcje kupna. Zainteresowanie budową nowych obiektów może przyczynić się do wzrostu aktywności transakcyjnej w przyszłości – dodaje Marcus Roberts dyrektor działu mieszkaniowych rynków kapitałowych w Savills, Europa.

Warszawski rynek biurowy po III kwartale 2018 r.

Najniższy od 5 lat wskaźnik pustostanów – 10%, najniższa od 2011 roku podaż nowej powierzchni – 16,3 tys. mkw., krótkoterminowe wzrosty czynszów – to najważniejsze wnioski z raportu CBRE „Q3 2018 Market View” podsumowującego warszawski rynek biurowy. Eksperci dodatkowo zwracają uwagę na inwestycyjny zawrót głowy w stolicy. W III kwartale br. wartość sprzedanych biurowców wyniosła 770 mln euro i była wyższa niż w całym 2017 roku.

Mikołaj Sznajder, Senior Associate Director, Dział Office, CBRE_media
Mikołaj Sznajder

Rozbieżność pomiędzy rosnącymi potrzebami najemców a ograniczoną, możliwą do natychmiastowego najmu powierzchnią przełożyła się na najniższy od ponad pięciu lat wskaźnik pustostanów w Warszawie. Na koniec III kwartału br. wyniósł on 10%, co oznacza spadek o 1 p.p. w porównaniu z poprzednim kwartałem. – W zestawieniu z tym samym okresem 2017 roku doszło do jeszcze większej zmiany, bo o -2,9 p.p. Warto zwrócić uwagę, że w aż 57% budynków biurowych w stolicy poziom wolnych powierzchni nie przekracza 200 mkw. Jednocześnie 80% najemców zgłasza zapotrzebowanie na biura o powierzchni przekraczającej wspomniane 200 mkw. Najtrudniej o duże biuro w Centralnej Warszawie (Centralny Obszar Biznesu), gdzie wskaźnik pustostanów wynosi zaledwie 6,5% mówi Mikołaj Sznajder, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych CBRE.

Zmiany, zmiany, zmiany

W III kwartale br. na warszawskim rynku biurowym kilka istotnych budynków zmieniło właściciela. Łączny wolumen transakcji inwestycyjnych w tym czasie wyniósł w stolicy prawie 770 mln euro, a od stycznia do września tego roku – 1,2 mld euro. To dwa razy więcej niż w całym 2017 roku, w którym sprzedano w Warszawie biurowce za 600 mln euro.

Do największych transakcji należała sprzedaż dwóch budynków C i D będących częścią kompleksu Gdański Business Center za 200 mln euro. Biurowiec Spektrum Tower został przejęty przez Globalworth za 101 mln euro, a Skanska sprzedała Generation Park za 83 mln euro. Te trzy transakcje odpowiadają za połowę sprzedanego wolumenu w III kwartale br.

Większy wybór za dwa lata

Gdyby porównać podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie na koniec czerwca i września br. – trudno dostrzec wielką różnicę. Po III kwartałach br. wyniosła ona 5,42 mln mkw., tylko o 16,3 tys. mkw. więcej niż trzy miesiące wcześniej. W stolicy oddano bowiem do użytku tylko dwa obiekty biurowe o takiej właśnie łącznej powierzchni. Jest to jeden z najniższych wyników od I kwartału 2011 roku, w którym oddano jeden projekt o powierzchni 5 tys. mkw. Eksperci CBRE zwracają uwagę, że z podobną sytuacją będziemy mieć do czynienia w końcówce tego roku, kiedy przybędzie ok. 70 tys. mkw. – Dopiero od II połowy 2019 roku możemy spodziewać się dostarczenia na warszawski rynek większego zasobu powierzchni. Jeśli firmie zależy na centralnej części stolicy, musi uzbroić się w jeszcze większą cierpliwość, bo tutaj nowe projekty będę dostępne bliżej początku 2020 roku. Łącznie w latach 2019-2020 w Warszawie przybędzie około 650 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, z czego znaczna część przewidziana jest na 2020 rok komentuje Mikołaj Sznajder z CBRE.

Największym obiektem biurowym, którego otwarcie zaplanowano na 2020 rok, jest Varso. Powierzchnia biurowca HB Reavis znajdującego się tuż przy Dworcu Centralnym ma wynosić 142 tys. mkw. Drugim co do wielkości projektem biurowym, który ma również zostać oddany w 2020 roku, jest The Warsaw Hub (78 tys. mkw.). Natomiast w przyszłym roku swoje drzwi otworzy Mennica Legacy Tower o powierzchni ponad 60 tys. mkw.

Krótkoterminowe podwyżki czynszów w centrum Warszawy

Dobra kondycja rynku, z której wynika wzmożona aktywność najemców, przesuwa przewagę w stronę właścicieli budynków. Po wzroście w pierwszym półroczu stawek czynszów w najbliższych miesiącach możemy podziewać się jedynie krótkoterminowych wzrostów cen najmu w istniejących budynkach. W centrum, najdroższej części stolicy, stawki wynoszą średnio 24 euro/m-s/mkw. W dłuższej perspektywie oddanie nowych budynków w okolicach Ronda Daszyńskiego osłabi presję na wzrost stawek czynszów w najbardziej prestiżowych biurowcach.

Kłopotliwy zapis w ustawie o transporcie drogowym

Ustawy i regulacje dotyczące transportu drogowego mają usprawniać pracę kierowców, poprawiać bezpieczeństwo na drodze oraz wyznaczać jasne zasady związane z uprawnieniami kontrolerów. W praktyce okazuje się jednak, że często przepisy są bardzo różnie interpretowane. Tym razem kłopotów może nastręczać art. 50 z nowej ustawy o transporcie drogowym. Opinie Wojewódzkich Inspekcji Transportu Drogowego są podzielone w kwestii rozpoznawania naruszeń i nakładania kar. A kierowcy o pracę w nocy pytają na potęgę. Telefon alarmowy OCRK we wrześniu i październiku odnotował ponad 400 zgłoszeń o poradę w tym właśnie temacie. W czym tkwi problem?

Od 3 września obowiązuje ustawa o transporcie drogowym, w tym zapis dotyczący przekroczenia czasu pracy w porze nocnej, wprowadzając karę, której do tej pory nie było. Teraz za takie naruszenie można zapłacić każdorazowo od 50 do kilkuset złotych w zależności od skali wykroczenia, ale ukarany zostaje wyłącznie przewoźnik. Sankcja wydaje się niewielka, jednak samo zrozumienie nowych przepisów jest dla kierowców kłopotliwe. Kontrolerzy zaś mają różne zdania na temat egzekwowania obowiązujących norm. W odpowiedzi na liczne pytania ze strony polskich przewoźników , ekspert OCRK omawia różne scenariusze zdarzeń i komentuje możliwe rozwiązania.

Regulamin

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Każda firma ma obowiązek ustalenia dwóch pór nocnych oraz poinformowania o tym swoich pracowników. Pierwsza przerwa wynika z ustawy o czasie pracy kierowcy i są to wybrane cztery godziny pomiędzy 00:00 a 7:00. – Najczęściej wyznaczany jest czas 00:00 – 4:00 rano, gdyż wtedy większość kierowców odbiera odpoczynek. Tutaj należy zwrócić szczególną uwagę na to, że nawet jedna minuta pracy w tej porze powoduje objęcie kierowcy limitem 10 godzin – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Drugim dokumentem obligatoryjnym dla pracowników firmy jest wybranie ośmiu godzin pomiędzy 21:00 a 7:00, co wynika z Kodeksu Pracy. Dlaczego? – W tych godzinach pracy należy się dodatek do wynagrodzenia w wysokości 20% pensji minimalnej, tj. około 2,28 do 2,76 PLN do każdej godziny. Ale ta pora nocna nie ma nic wspólnego z ograniczeniem czasu pracy kierowcy. Jednak przewoźnicy powinni pamiętać o innym naliczaniu wynagrodzenia, gdyż w przypadku braku wypłaty „dodatku nocnego” oraz kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, takie naruszenie z pewnością zostanie ujawnione – mówi Włoch.

Jak zauważa ekspert OCRK, częstym błędem popełnianym zza kółka jest wliczanie do obowiązującego limitu 10 godzin wszystkich czynności pomiędzy odpoczynkami dobowymi. Tymczasem liczą się jedynie zdarzenia jazdy oraz innej pracy, które zostały zarejestrowane przez tachograf.

Na przykład

– Przewoźnicy, a szczególnie kierowcy powinni pamiętać, że jeśli w wyznaczonej porze nocnej wystąpi choć minuta pracy, to bezwzględnie kierujący nie może pracować dłużej niż 10 godzin w okresie 24 godzin od momentu rozpoczęcia jazdy. Na przykład, w firmie ustalono godziny nocne od godziny 3:00 do godziny 7:00, a pojazd ruszył o 5:00 w poniedziałek, czyli jeszcze w określonej w przedsiębiorstwie porze nocnej. Zatem nie można przekroczyć limitu 10 godzin między 5:00 w poniedziałek a 5:00 we wtorek. Taką sytuację ilustruje wykres zapisu tacho z programu 4Trans. Pokazane jest wyraźnie naruszenie, gdyż kierowca pracował 13 godzin. Przekroczył czas pracy o trzy godziny, co w tym wypadku podlega karze 50 PLN – mówi ekspert OCRK.

Zapis ewidencji czasu pracy kierowcy z oprogramowania 4TransZapis ewidencji czasu pracy kierowcy z oprogramowania 4Trans.

Podczas kontroli

Transportowcy obawiają się kar, gdyż bardzo łatwo jest doprowadzić do wykroczenia ze względu na nieuwagę lub nieznajomość przepisów. Sprawdzenie zapisów danych z tachografów może odbyć się na drodze, ale także w firmie. A co jeśli inspektor nie zna godzin pracy nocnej danego przedsiębiorstwa? – Sprawa jest prosta – wówczas weryfikuje się czas pracy pomiędzy 3:00 a 4:00, ponieważ zawsze w wyznaczonej porze nocnej ten przedział jest obecny. Wedle prawa kontroli mogą podlegać osoby wykonujące przewozy bez względu na rodzaj zatrudnienia. Jednak, ze względu na nieścisłości zawarte w art. 50 ustawy o transporcie drogowym, inspektorzy transportu drogowego w Polsce podczas kontroli drogowych odstąpili od sprawdzania przekroczeń dotyczących pracy w nocy. Z kolei podczas kontroli w przedsiębiorstwie część służb kontrolnych stosuje uproszczoną zasadę i nie bierze pod uwagę zdarzeń jazdy i pracy po wykonanym odpoczynku dobowym – mówi Łukasz Włoch.

Uwaga kierowcy, służby kontrolne to również Straż Graniczna, Państwowa Inspekcja Pracy, czy też Służba Celno-Skarbowa. Te organy mogą nakładać kary niezależnie od interpretacji Wojewódzkich Inspekcji Transportu Drogowego. Warto być czujnym i dobrze zrozumieć nowe przepisy.

Nieznajomość prawa nie szkodzi urzędnikom

Interpretacja indywidualna wydawana przez organy podatkowe musi, zgodnie z art. 14c. § 1. Ordynacji podatkowej, zawierać „wyczerpujący opis przedstawionego we wniosku stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego oraz ocenę stanowiska wnioskodawcy wraz z uzasadnieniem prawnym tej oceny” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 ze zm.). Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z 5 lipca 2018 r. przypomniał fiskusowi, że aby to uzasadnienie stanowiło rzetelną informację dla podatnika, powinien z niego wynikać tok rozumowania organu (I SA/Łd 346/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Od 1 stycznia 2016 r. obowiązuje tzw. ulga badawczo-rozwojowa. Została ona wprowadzona w życie ustawą z dnia 25 września 2015 r. o zmianie niektórych ustaw w związku ze wspieraniem innowacyjności (Dz.U. 2015 r., poz. 1767), zastępując ulgę na nowe technologie. Ulga pozwala dodatkowo obniżyć podstawę opodatkowania o część kosztów uzyskania przychodów ujętych już w rozliczeniu prowadzonej działalności, pod warunkiem, że ich źródłem są nakłady na działalność badawczo-rozwojową (dalej: B+R). Koszty te przepis art. 18d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86 ze zm.) określa mianem „kosztów kwalifikowanych”.

Inwestycje w rozwój własnego produktu

Z takiej ulgi chciała skorzystać spółka, dokonująca inwestycji B+R dla rozwoju i zwiększenia konkurencyjności prowadzonej przez siebie działalności. Nakłady dotyczyły zarówno wprowadzania nowych technologii produkcji, jak i pozwalającego czuwać nad jej przebiegiem oprogramowania. Zdaniem spółki odmowa możliwości skorzystania z ulgi z uwagi na inwestycje B+R w rozwój własnego produktu prowadziłaby do dyskryminacji wobec innych przedsiębiorców nabywających nowe technologie z zewnątrz. Stanowisko przedsiębiorstwa potwierdzał szereg wydanych wcześniej interpretacji, w tym m.in.: Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 22.06.2016 r., IBPB-1-2/4510-281/16/KP; DIS w Warszawie z 16.08.2016 r., IPPB5/4510-641/16-3/MR; Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28.03.2017 r., 0461-ITPB3.4510.52.2017.1.DK czy DKIS z 25.05.2017 r., 1462-IPPB1.4511.93.2017.2.ES.

Firma zwróciła się do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy ulgą z art. 18d ustawy o CIT mogą również zostać objęte odpisy amortyzacyjne dokonywane nadal w związku z wykorzystywaniem tych innowacji, ale których wdrożenie nastąpiło przed 1 stycznia 2016 r. Tu również stanowisko spółki potwierdzały interpretacje: DIS w Warszawie z 16.08.2016 r., IPPB5/4510-640/16-2/MR; DIS w Warszawie z 22.12.2016 r., 1462-IPPB5.4510.977.2016.1.MR; DIS w Poznaniu z 26.01.2017 r., 3063-ILPB2.4510.263.2016.1.AO.

Wdrażanie nowych technologii i innowacji to nie działalność badawczo-rozwojowa

Organ w wydanej interpretacji stwierdził, że podejmowanych przez spółkę inwestycji „…nie można uznać za działalność badawczo-rozwojową, skoro celem podjętych działań jest usprawnienie funkcjonowania prowadzonej przez Wnioskodawcę działalności gospodarczej. Wprowadzanie nowych technologii oraz wdrożenie innowacyjnego na skalę przedsiębiorstwa oprogramowania, nie przesądza jeszcze o realizacji czynności związanych z działalnością badawczo-rozwojową” (interpretacja indywidualna DKIS z 8 marca 2018 r., 0111-KDIB1-3.4010.18.2018.1.BM).

Ten sam argument stanął u podstaw negatywnej opinii organu również w zakresie możliwości zaliczenia do kosztów kwalifikowanych odpisów amortyzacyjnych. Organ przyznał, że mogłyby one zostać objęte ulgą, gdyby były dokonywane w związku z prowadzeniem prac badawczo-naukowych. Jednak w tym przypadku, zdaniem fiskusa, są powiązane tylko z bieżącą działalnością przedsiębiorstwa.

Lakoniczność uzasadnienia zaskarżonej interpretacji

W skardze do WSA spółka podniosła, że wdrażanie nowych technologii i oprogramowania, ich testowanie i dostosowywanie do potrzeb działalności firmy wypełnia znamiona prac rozwojowych wyrażonych w art. 4a pkt 28 ustawy o CIT, zatem jest działalnością badawczo-rozwojową.

Sąd odniósł się krytycznie do argumentacji obu stron – nie tyle do stanowisk zajętych przez strony ile do sposobu ich przedstawienia. Zauważył, że spółka nie wyjaśniła precyzyjnie, czy wdrażane przez nią innowacyjne oprogramowanie zostało w całości nabyte, czy też w części przez nią wytworzone. Miało to jednak znaczenie marginalne. Sąd skupił się bowiem na „lakoniczności uzasadnienia zaskarżonej interpretacji” organu, prowadzącej do naruszenia wymogów art. 14c Ordynacji podatkowej (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926 ze zm.).

Poszukiwanie logiki toku rozumowania

Uchylając zaskarżoną interpretację, WSA zarzucił Dyrektorowi Krajowej Informacji Skarbowej, że w jej uzasadnieniu organ poprzestał jedynie na przytoczeniu regulacji prawnych. Krótkiej wykładni przepisów dokonał na gruncie teoretycznym, zamiast odnieść się przez ich pryzmat do konkretnych okoliczności zaprezentowanego przez spółkę stanu faktycznego.

„Z uzasadnienia prawnego interpretacji powinien zatem wynikać tok rozumowania organu interpretacyjnego, który doprowadził z jednej strony do zanegowania stanowiska wnioskodawcy, a z drugiej strony do przyjęcia przez organ stanowiska odmiennego. Uzasadnienie prawne musi bowiem stanowić rzetelną informację dla wnioskodawcy, dlaczego w jego sprawie określone przepisy znajdują zastosowanie, a także dlaczego wyrażony przez niego pogląd nie zasługuje na uwzględnienie” (I SA/Łd 346/18).

Nieznajomość prawa nie szkodzi urzędnikom

Przykład niniejszej sprawy kolejny raz pokazuje, że organy podatkowe niemal z urzędu przyjmują w relacji z podatnikiem rolę wroga, przeciwnika broniącego sprzecznego interesu majątkowego. Urzędnicy skarbowi zatracają się w tym antagonizmie do tego stopnia, że nawet przy braku pewności swoich racji brną w zaparte, byleby tylko tej racji nie przyznać podatnikom. Jest to wyraźny przejaw urzędniczego bezprawia. Brak zdolności logicznego uzasadniania wydawanych i sobie tylko przychylnych rozstrzygnięć dowodzi rażącej nieznajomości prawa podatkowego przez organy fiskusa – prawa, na podstawie którego działają. Jak trafnie zauważył Albert Einstein: „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polski rynek biurowy rośnie najszybciej w regionie CEE

Rynek nieruchomości komercyjnych cieszy się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. Wartość przeprowadzonych transakcji kupna/sprzedaży w pierwszych trzech kwartałach bieżącego roku w segmencie komercyjnym w Polsce przekroczyła 5 mld euro, z czego ponad 2 mld euro przypadło na sektor biurowy. Analitycy firmy doradczej Walter Herz prognozują, że w tym roku wolumen inwestycji może być największy w historii polskiego rynku.

Bartłomiej Zagrodnik – Walter Herz.W ostatnich latach rynek inwestycyjny w Polsce rozwijał się w tempie kilkunastu procent rocznie, co stanowi jeden z najlepszych wyników w Środkowo-Wschodniej części Europy. – Wzrost wartości transakcji w Polsce determinuje sprzyjająca sytuacja gospodarcza w naszym kraju, a także coraz wyższa jakość dostępnych nieruchomości, gwarantujących relatywnie atrakcyjne stopy zwrotu, przy utrzymującym się od dawna boomie na rynku najmu. To zwiększa płynność rynku, a tym samym stwarza bardzo dobrą sytuację dla nowych inwestorów – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik, Prezes Zarządu w Walter Herz.

Polska w gronie najbardziej rozwiniętych gospodarek świata

W przypadku inwestycji dokonywanych w sektorze biurowym dominującą rolę odgrywają międzynarodowe fundusze, w tym kapitał europejski oraz amerykański. W naszym kraju kupują przede wszystkim inwestorzy z Niemiec, Austrii, Wielkiej Brytanii i USA, a w ostatnim czasie zauważalny jest też wzrost zainteresowania nieruchomościami komercyjnymi ze strony podmiotów z RPA i Dalekiego Wschodu, w tym Chin, Korei Południowej, Malezji i Singapuru. Widoczny jest również powrót do Polski podmiotów, które były już aktywne na naszym rynku, a teraz znów zaczynają planować tu swoje inwestycje. Udział polskich podmiotów w rynku inwestycyjnym jest wciąż znikomy. W odróżnieniu na przykład od kapitału z Czech, który rozszerza aktywność inwestycyjną nad Wisłą.

Szanse na zwiększenie zainteresowania światowych inwestorów naszym rynkiem, zdaniem ekspertów Walter Herz, zwiększa awans Polski do grona 25 najbardziej rozwiniętych rynków na świecie w indeksie FTSE Russel. To swoista gwarancja większego bezpieczeństwa, która stanowi pozytywny sygnał dla zdecydowanej większości wiodących funduszy inwestycyjnych, które się do tego indeksu benchmarkują. Polska będzie teraz postrzegana, jako bardziej stabilny rynek, na którym można długofalowo inwestować i uwzględniana przy dalszej budowie portfeli inwestycyjnych przez największych, globalnych graczy.

To z pewnością przyczyni się do dalszego rozwoju sektora nieruchomości komercyjnych w naszym kraju, zarówno jeśli chodzi o inwestycje, jak i rynek najmu. Tym bardziej, że już wcześniej również Stoxx, operator indeksów Deutsche Boerse Group podjął decyzję o przesunięciu Polski z Emerging Markets do DevelopedMarkets.

Dziewięć dużych ośrodków biznesowych

Jako najbardziej rozwinięty rynek w regionie CEE możemy wiele zaoferować. – Poza Warszawą, mamy osiem dobrze rozwiniętych biznesowych ośrodków regionalnych, znacznie więcej niż inne państwa w naszym regionie i większość krajów Europy Zachodniej. Dziewięć największych polskich miast kusi przede wszystkim inwestorów z segmentu bankowego i finansowego oraz sektora nowoczesnych usług dla biznesu – zwraca uwagę Bartłomiej Zagrodnik.

Dzięki coraz większemu zainteresowaniu inwestycjami w Polsce m.in. ze strony największych, międzynarodowych firm nasz, rodzimy rynek nieruchomości biurowych świetnie sobie radzi od kilku lat, zarówno w stolicy, jak i w innych miastach. W niezwykłym tempie rośnie przede wszystkim segment biurowy w Warszawie, która powszechnie uznawana jest już za rynek dojrzały. W ciągu ostatnich lat w mieście dokonał się ogromny skok jakościowy, jeśli chodzi o oferowaną powierzchnię w nowych projektach biurowych. Tym samym dostarczone zostały nowe produkty inwestycyjne.

Jak zauważa Bartłomiej Zagrodnik, w aglomeracji warszawskiej notowana jest zarówno rekordowo duża aktywność deweloperów, jak i niezwykle duży popyt na nowoczesną powierzchnię biurową, co dopinguje inwestorów do inicjowania kolejnych projektów. – Na stołecznym rynku popyt na biura przewyższa podaż. Dostępność powierzchni  biurowych zmniejsza się, co przy utrzymującej się wysokiej absorpcji sprawia, że w niektórych lokalizacjach dochodzi do wzrostu stawek czynszowych – zauważa Prezes Zarządu Walter Herz.

Warszawa z rekordowymi wynikami

Całkowita podaż na rynku biurowym w Warszawie wynosi ponad 5,4 mln mkw. A w budowie, jak obliczają specjaliści Walter Herz, jest około 770 tys. mkw. powierzchni. – Mimo tak szerokiej realizacji nowych projektów, na warszawskim rynku biurowym możemy dziś obserwować efekt pewnego rodzaju luki podażowej. Taka sytuacja może utrzymać się jeszcze przez następne 18 miesięcy, do czasu ukończenia budowy i oddania do użytkowania dużych projektów, które są aktualnie w trakcie realizacji. Widoczne są coraz częściej renegocjacje obecnych umów na długo przed zakończeniem aktualnych kontraktów  – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.

Stąd najemcy, szczególnie ci którzy potrzebują dużych powierzchni, decydują się coraz częściej na zawieranie umów przednajmu (prelease), zapewniając sobie tym samym najbardziej atrakcyjne lokalizacje. Dzięki dużej chłonności rynku, która w ubiegłym roku wyniosła ponad 800 tys. mkw. powierzchni, w Warszawie spada współczynnik pustostanów. Według danych Walter Herz, nowe inwestycje, które mają zostać oddane do końca przyszłego roku skomercjalizowane są już w ponad jednej trzeciej.

Warszawa jest jednym z najbardziej chłonnych rynków biurowych w Europie. Szczególnie dużym powodzeniem cieszy się wśród inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu oraz firm z branży IT, finansów i bankowości, podmiotów doradczych, a także operatorów powierzchni coworkingowych, którzy w ostatnim czasie szybko zwiększają ofertę w otwieranych w Warszawie centrach.

Warszawski rynek przyciąga największe światowe firmy

Stolica Polski przyciąga coraz więcej największych, światowych graczy. W Warszawie biuro uruchomił w niej niedawno JP Morgan, jeden z największych banków na świecie. Na warszawski rynek weszła międzynarodowa sieć coworkingowa WeWork, a plany rozwoju swojego warszawskiego centrum usług ogłosił Standard Chartered, jedna z największych, globalnych  instytucji bankowych.

Odbiorcą sporej ilości powierzchni biurowej w aglomeracji są centra usług dla biznesu. Według prognoz ABSL do końca 2020 roku w Warszawie będzie działać 240 centrów, w których zatrudnienie wzrośnie do 65 tys. osób. Swoje centra usług ma już w Warszawie 30 firm z listy 500 największych przedsiębiorstw świata magazynu Fortune (Fortune Global 500).

Nie zwalnia tempa również rozwój rynków regionalnych. Poza Warszawą, zasoby Krakowa i Wrocławia przekroczyły już milion mkw. powierzchni biurowych. Duża skala inwestycji realizowanych w największych miastach kusi fundusze inwestycyjne, które nabywając świeżo oddane i skomercjalizowane budynki, motywują deweloperów do rozpoczynania nowych projektów.

Kraków największym ośrodkiem BPO/ SSC w Polsce

Oferta stolicy Małopolski, drugiego, największego rynku biurowego w Polsce przekracza obecnie 1,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Jak szacują eksperci Walter Herz, w budowie jest dziś w Krakowie ponad 300 tys. mkw. biur, a w tym roku na rynek może trafić nawet 190 tys. mkw. biur. Tempo wzrostu segmentu biurowego w aglomeracji jest imponujące. Od 2008 roku zasoby nowoczesnej powierzchni w mieście zwiększyły czterokrotnie.

Kraków jako najmocniejsza marka turystyczna w Polsce i jedna z najlepszych w Europie oraz świetny ośrodek akademicki i niezwykle zasobny rynek pracy stanowi atrakcyjną lokalizację dla inwestorów, szczególnie z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Szybki rozwój tego sektora, który możemy obserwować w mieście od kilkunastu lat, przekłada się na znakomitą kondycję rynku biurowego.

Firmy z sektora BPO/SSC i IT, dla których krakowski rynek jest główną lokalizacją w Polsce, generują popyt na większość powierzchni biurowej, która trafia do najemców na terenie aglomeracji. W minionym roku popyt na powierzchnię biurową w Krakowie przekroczył 200 tys. mkw.

Wrocław z dziesięciokrotnie większymi zasobami biurowymi od dekady

Nowoczesne usługi biznesowe są również specjalnością Wrocławia, który jest drugim, po Krakowie regionalnym ośrodkiem biurowym w kraju, dysponującym ponad milionem mkw. nowoczesnej powierzchni. A jeszcze przed dekadą wrocławski rynek dysponował zaledwie jedną dziesiątą obecnych zasobów. Zapotrzebowanie na nowe biura utrzymuje się w mieście na wysokim poziomie, co motywuje deweloperów do wzmożonej aktywności. Według danych Walter Herz we Wrocławiu w trakcie realizacji jest przeszło 300 tys. mkw. biur.

Czwartym krajowym rynkiem biurowym, którego wielkość przekroczy 1 mln mkw. powierzchni będzie prawdopodobnie Trójmiasto. Według wskazań specjalistów Walter Herz nastąpi to za dwa lata. Rosnąca atrakcyjność inwestycyjna Pomorza przekłada się na świetną sytuację rynku biurowego w regionie. Trójmiasto cieszy się obecnie rekordowo dużym zainteresowaniem, zarówno międzynarodowych, jak i polskich inwestorów.

Z danych Walter Herz wynika, że trójmiejski rynek oferuje aktualnie ponad 770 tys. mkw. biur. Na terenie aglomeracji w budowie pozostaje około 170 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, z której większość ma zostać oddana do końca przyszłego roku. Ubiegły rok był dla Trójmiasta najlepszy w historii pod względem popytowym, zapotrzebowanie na biura sięgnęło 114 tys. mkw.

Trójmiasto dogania biurowe podium

Trójmiasto pozostaje dla inwestorów interesującym rynkiem także ze względu na swoje położenie. Gdańsk, Gdynia i Sopot oferują szeroki wybór różnego rodzaju powierzchni, a także podobnie, jak Kraków niewątpliwe walory turystyczne. Tak, jak w innych miastach regionalnych głównym najemcą powierzchni biurowej są tu firmy z sektora BPO/SSC, które odpowiadają za 65 proc. zeszłorocznego najmu Duża absorpcja notowana na trójmiejskim rynku sprawia, że utrzymuje się na nim najmniejszy współczynnik niewynajętej powierzchni biurowej w kraju.

Bartłomiej Zagrodnik zauważa, że  beneficjentami spektakularnego rozwoju sektora nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce, który w ciągu ostatniego roku uruchomił ponad 90 nowych centrów, są nie tylko największe ośrodki miejskie, ale i mniejsze rynki biurowe. – Sektor rozwija się również w takich miastach jak Lublin, Olsztyn, Białystok, Rzeszów, Radom, Kielce, Bydgoszcz, Toruń, Szczecin, Lublin, czy Opole – wymienia. I dodaje, że inwestorzy z tej branży poszukują nowych lokalizacji także w mniejszych ośrodkach miejskich w Polsce.

Duży projekt w zakresie wsparcia mniejszych miast planuje również Agencja Rozwoju Przemysłu, która zamierza w nich budować projekty biurowe dedykowane dla sektora BPO/SSC. Szansę na rozwój ryku BPO w niewielkich miastach przynosi także nowa ustawa o specjalnych strefach ekonomicznych. Nowe regulacje przewidują duże zachęty dla inwestorów. A to w połączeniu z odpowiednim potencjałem kadrowym niektórych mniejszych ośrodków może przynieść im inwestycje z tego sektora, a tym samym rozwój rynku biurowego.

S&P500 ponad 10 proc. niżej od szczytu

Rozwój sytuacji na rynku akcji pozostaje w centrum uwagi inwestorów. Dla graczy na rynku walutowym widmo bessy bardziej niż do rozgrywania schematu bezpieczne vs. ryzykowne waluty zachęca do ograniczania ekspozycji w czymkolwiek. Do tego dochodzi koniec miesiąca, a przy S&P500 ponad 10 proc. niżej od szczytu, potrzeba dostosowania pozycji zabezpieczających jest duża.

Wall Street w paskudnym stylu zakończyło ubiegły tydzień, dziś giełda w Szanghaju dołożyła kolejne 2 proc. zniżek, a odbicie w Europie jest traktowane jako przejściowy moment ulgi. Worek z problemami jest wypchany i zamiast ubywać czynników ryzyka, dochodzą nowe. Dziś rano rynek z pomocą tabloidowych nagłówków spekuluje o schyłku władzy Angeli Merkel w Niemczech po fatalnych wyborach lokalnych w Hesji, gdzie poparcie dla partii koalicyjnych CDU i SPD spadło 10 pkt proc. Na razie pod ryzykiem stoi jej przywództwo w partii (prasa donosi, że nie będzie się ona starać o reelekcję), a biorąc pod uwagę, że kadencja Merkel ma trwać jeszcze przez kilka lat, Niemcy bez Merkel nie są bliskim scenariuszem. Mimo to Merkel dla strefy euro była synonimem stabilności i dbania o jedność, więc dyskusja o jej odejściu jest dolewaniem oliwy do ognia, kiedy problemy włoskiego budżetu ciążą na wycenie europejskich aktywów.

Spread między rentownościami 10-latek Włoch i Niemiec jest podwyższony, choć spada poniżej 270 pb po tym, jak w piątek agencja S&P utrzymała rating Włoch na BBB, ale obniżyła perspektywę do negatywnej ze stabilnej. Szanse na obniżkę ratingu nie były duże, choć spekulacji nie brakowało. Ulga może być jednak krótkotrwała, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie widać rychłego finału sporu włoskiego rządu z Komisją Europejską. Tydzień temu widzieliśmy, na ile zdała się mniej dramatyczna decyzja Moody’s o obniżce ratingu tylko o jeden stopień.

Rynki pozostają nieskorelowane przy nurkujących indeksach i względnej stabilności rynku walutowego. W najbliższych dniach raczej nie będzie lepiej, gdyż koniec miesiąca zwykle jest obarczony wpływem przetasowań w portfelach inwestycyjnych. Silne zmiany indeksów giełdowych wymuszają dostosowanie pozycji zabezpieczających przed ryzykiem kursowym. To na przykład będzie generować popyt na USD z tytułu zamykania krótkich pozycji przez japońskich inwestorów kupujących akcje na Wall Street. Sytuację ułatwi też brak istotnych danych w pierwszej części tygodnia. Dziś wrześniowy indeks PCE Core z USA nie powinien być źródłem zaskoczeń, gdyż jego odczyt niejako zdradził piątkowy raport o PKB, gdzie podano kwartalny PCE Core.

Dalej w tygodniu wskaźniki inflacji oraz aktywności biznesu udzielą wskazówek o sile globalnego ożywienia. Uwagę przyciągną decyzje Banku Japonii (śr) i Banku Anglii (czw), a raport z rynku pracy USA (pt) będzie głównym wydarzeniem tygodnia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przed nami ciekawy tydzień. Co czeka złotego?

To będzie ciekawy tydzień, odbicie we Włoszech oraz krótszy tydzień złotego.

PKB, inflacja, rynek pracy.

Przed nami całkiem interesujący tydzień na rynku walutowym. Poniedziałkowa sesja powoli się rozkręca, z pewnym oporem żegnając się z weekendem. Wszystko wskazuje jednak na to, że stopniowo będziemy wchodzić na coraz wyższe obroty. Główna para walutowa na razie pozostaje poniżej poziomu 1,14$, choć powoli szala ryzyk przechyla się w stronę “zielonego”. Jeszcze dzisiaj poznamy odczyt o dochodach i wydatkach Amerykanów, przy okazji opublikowana zostanie bazowa inflacja. Wtorkowa sesja zostanie zdominowana przez odczyty PKB w wybranych gospodarkach Europy. Te najgorętsze będą dotyczyły Włoch oraz Francji. Poznamy też wstępny zbiorczy odczyt dla całej strefy euro. Przez cały tydzień będą też napływały odczyty indeksu PMI dla przemysłu. Na finał zaplanowano piątkowy odczyt z amerykańskiego rynku pracy. Dodatkowo rynek zapewne cały czas będzie pamiętał o zbliżających się wyborach w Stanach, które mają być swoistą cenzurką poczynań Trumpa.

S&P na ratunek Italii.

W piątek inwestorzy poznali najnowszy rating kredytowy dla Włoch. Co zaskakujące S&P nie zmienił samej oceny, obniżając jedynie perspektywę. Rynek przyjął tą decyzją z ogromnym optymizmem, wyraźnie zbijając rentowności włoskiego długu. Radość była tak wielka, że prawdopodobnie mało kto zadał sobie trud, by zapoznać się z tekstem tego raportu. Amerykanie wytknęli w nim wszystkie obawy, którymi żył rynek, dorzucając garść nowych. Przykładowo nie wierzą, że uda się utrzymać deficyt w zakładanych (i kontrowersyjnych) 2,4%, sugerując, że będzie wyższy o 30 punktów bazowych. Co więcej, nie zakładają już, że Włochom uda się utrzymać tendencję do zmniejszania poziomu relatywnego zadłużenia. Sam wzrost zresztą też jest zagrożony, poprzez wypychanie inwestycji z sektora prywatnego. Jednym zdaniem z tego raportu wynika wyjątkowo ponury krajobraz, a jedyne co w nim optymistyczne to nagłówek.

Co czeka złotego?

W poniedziałek nasza waluta traci na szerokim rynku. Oznacza to kontynuację trendu z zeszłego tygodniu. Osłabienie złotego cały czas jest co najwyżej pełzające – trochę ponad grosz na dolarze, pół grosza na euro. Jako że rynek wyraźnie szuka odwrotu od układu mocny dolar – słabe euro, sytuacja naszej waluty również może się w tym tygodniu lekko poprawić. Większych ruchów nie należy jednak się spodziewać, w czwartek ze względu na święto, duża część rynku będzie miała wolne. Niepewność związana z przyszłotygodniowymi wyborami w USA także może pomóc złotemu.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

III kwartał 2018 r. na rynku magazynowym

W III kwartale 2018 roku na polski rynek magazynowy trafiło 683,4 tys. mkw. Tym samym na koniec września zasoby powierzchni magazynowej w Polsce przekroczyły 15 mln mkw., co oznacza, że w ciągu 5 ostatnich lat całkowity wolumen powierzchni podwoił się. W budowie pozostaje prawie 2 mln mkw., z czego ponad 25% w Polsce Centralnej.

Polska Centralna, zaraz po Warszawie i Górnym Śląsku, należy do najdynamiczniej rozwijających się regionów. To tu na koniec września zakończono budowę kolejnej części kompleksu Panattoni Central European Logistics Hub, który powstaje w Łodzi. Był to największy obiekt przemysłowo-magazynowy oddany w minionym kwartale (74 tys. mkw.). Dzięki temu podaż w Polsce Centralnej na koniec III kw. przekroczyła 2 mln mkw.

Warto także zwrócić uwagę na wschodnie regiony Polski (Lublin czy Białystok), gdzie w minionym kwartale dostarczono łącznie 75 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni przemysłowo-magazynowej.

W III kw. nieznacznie wzrósł wskaźnik pustostanów w Polsce dla sektora powierzchni przemysłowych, osiągając poziom 4,5%. Największą ilość powierzchni niewynajętej odnotowano w Warszawie (I strefa) oraz regionie wschodnim (11,4%).

Tomasz Kasperowicz, partner w Colliers International
Tomasz Kasperowicz, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International

— Jest to znaczący wzrost w porównaniu do poprzedniego kwartału, gdzie wskaźnik pustostanów wzdłuż wschodniej ściany Polski należał do jednych z najniższych w kraju i w II kw. 2018 r. wynosił 2,5%. Jest to związane przede wszystkim z faktem, że część powierzchni oddanej do użytku w ostatnim czasie nie została jeszcze wchłonięta przez rynek — mówi Tomasz Kasperowicz, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Deloitte: Sektor energetyczny będzie coraz częściej padał ofiarą cyberataków

Określenie krytycznych systemów oraz dokonanie analizy i testów w celu wykrycia ich podatności na potencjalne cyberataki, to kluczowy obszar nad jakim powinny pracować firmy z sektora energetycznego, w szczególności w branży naftowo-gazowej (Oil&Gas). Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „An integrated approach to combat cyber risk. Securing industrial operations in oil and gas” ostrzegają, że w niektórych przypadkach nie jest potrzebna zaawansowana technologia czy wiedza, aby zaatakować wewnętrzne systemy informatyczne firm energetycznych.

Straty finansowe i wizerunkowe, choć mogą być ogromne, to należą do najmniej dotkliwych z możliwych skutków ataku na przedsiębiorstwo z sektora energetycznego. Efekty działania cyberprzestępców mogą być dużo bardziej rozległe i w skrajnych przypadkach oddziaływać na ludzkie zdrowie oraz życie.

W Polsce szczególnie narażonym na cyberatak jest sektor naftowo-gazowy. To właśnie operatorzy tego segmentu rynku, świadczący kluczowe usługi, stanowią strategiczny punkt na mapie nie tylko bezpieczeństwa gospodarczego czy obywateli, ale także całego kraju. To wynik aktualnej sytuacji geopolitycznej, w tym rywalizacji wielu grup wpływów. Operatorzy, z uwagi na to, że posiadają systemy automatyki przemysłowej i systemy IT są grupą podwyższonego ryzyka – mówi Piotr Borkowski, Ekspert w obszarze cyberbezpieczeństwa w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.

Systemy (nie)bezpieczeństwa

W obliczu możliwych, niekiedy skrajnych, skutków cyberataków zupełny brak lub niedostateczna dbałość o zabezpieczenie przed nimi może dziwić. W wielu przypadkach twórcy systemów automatyki przemysłowej skupili się przede wszystkim na ich niezawodności, zamiast na potencjalnym zagrożeniu, jakie ich przejęcie przez np. terrorystów może oznaczać. – Systemy IT oraz OT, administrowane przez operatorów usług kluczowych, mogą zostać zaatakowane zarówno przez grupy wynajęte przez firmy konkurencyjne, grupy działające na rzecz obcych państw, jak również „zwykłych” przestępców, którzy w takiej formie swojej aktywności mogą upatrywać potencjalnie dobrego zysku. Wskazane systemy muszą być również jak najlepiej przygotowane na kampanie globalne, które często choć są nieukierunkowane to rykoszetem potrafią spustoszyć systemy niejednej dużej firmy. Tak wiele czynników ryzyka dla systemów IT oraz OT powinno być motywatorem do podjęcia wszelkich dostępnych środków, aby maksymalnie ograniczyć ryzyko ich wystąpienia – zaznacza Piotr Borkowski. Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że skuteczność tych działań zależy od połączenia wiedzy o IT i inżynierii oraz pogodzenia ich niekiedy rozbieżnych punktów widzenia. Specjaliści przemysłowych systemów sterowania nie zawsze bowiem w pełni rozumieją współczesne zagrożenia bezpieczeństwa informatycznego, podobnie jak specjaliści od bezpieczeństwa IT często nie rozumieją procesów przemysłowych. Bez wsparcia IT systemy sterowania produkcją niezwykle trudno jest zabezpieczyć. Wynika to między innymi z tego, że choć nie zostały zaprojektowane do połączenia, dziś funkcjonują jako część sieci. Rozwój technologiczny sprzyja wydajności i obniżeniu kosztów, ale także otwiera przedsiębiorstwa na całą gamę cybernetycznych zagrożeń.

Ostrzeżenie z USA

O skali zagrożenia najlepiej świadczą próby ataków, które obserwujemy od lat. Już w 2003 r. jedna z amerykańskich elektrowni jądrowych w stanie Ohio została zainfekowana wirusem Slammer. Terroryści najpierw zaatakowali system firmy współpracującej z przedsiębiorstwem zarządzającym elektrownią. Potem łatwiej już było uderzyć w samą elektrownię, a wirus błyskawicznie atakował kolejne komputery. Slammer zablokował system odpowiedzialny za chłodzenie reaktora. Z kolei w 2014 r. zhakowane zostały systemy komputerowe operatora elektrowni jądrowej w Korei Południowej. Informacje i technologie zachodnich firm energetycznych nieustannie próbują wykraść hakerzy z konkurencyjnych krajów. Rozsyłają maile z zainfekowaną treścią, instalują szkodliwe oprogramowanie czy zmieniają treści na stronie internetowej atakowanej firmy. To ataki nieudane, gdzie straty są znikome lub nie było ich wcale. Ale w 2016 r. atak na ukraińską energetykę pozbawił prądu część Kijowa na dwa dni. Rok wcześniej podobny atak pozbawił prądu 225 tys. mieszkańców zachodniej Ukrainy. Przed cyberprzestępcami z Rosji na początku roku ostrzegał Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) Stanów Zjednoczonych. Z jego analiz wynika, że scenariusz jest zazwyczaj podobny do tego w Ohio. Hakerzy atakują najpierw organizacje zewnętrzne, współpracujące z faktycznym celem ich ataku. Wirus rozprzestrzenia się poprzez zainfekowane konta pocztowe czy strony internetowe odwiedzane przez pracowników.

Różne motywy, jeden cel

Nieznajomość wroga powinna być dużą zachętą do jak najlepszego zabezpieczenia systemów IT i OT. Dodatkowy akcelerator działań to wejście w życie w sierpniu tego roku ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która w odniesieniu do systemów IT i ich bezpieczeństwa narzuca na operatorów usług kluczowych dodatkowe wymagania – mówi Piotr Borkowski.

Brak zabezpieczeń, nieprawidłowe testowanie systemów IT czy wdrażanie technologii bez wcześniejszych testów – to wszystko zostawia luki, z których mogą skorzystać cyberprzestępcy. Często pomijanym elementem w systemach bezpieczeństwa są także ludzie. Przez brak przeszkolenia w tym zakresie i wiedzy o ryzyku pracownicy przenoszą do systemu przedsiębiorstwa media zainfekowane złośliwym oprogramowaniem. Wiele osób wciąż jest przekonanych, że niepowodzenia czy awarie najczęściej są spowodowane warunkami pogodowymi, błędami ludzkimi i zmęczeniem sprzętu, a nie manipulacją cyberprzestępców.

Znalezienie podatności i ewentualnych błędów konfiguracyjnych w posiadanych systemach to priorytet dla firm naftowo-gazowych. Eksperci Deloitte zaznaczają, że pracę nad nimi powinien na bieżąco wykonać zespół specjalistów ds. biznesu, inżynierii i bezpieczeństwa IT. Niemożliwe jest zabezpieczenie wszystkiego w równym stopniu. Na szczycie listy powinny być więc krytyczne zasoby i infrastruktura. Aby przedsiębiorstwo było bezpieczne konieczne jest jego ciągłe i automatyczne monitorowanie oraz opracowanie mechanizmów wychwytujących potencjalny atak lub minimalizowanie jego skutków.

Złoty może osłabić się w najbliższych dniach

Niezaspokojony popyt będzie wspierał dalszy spadek rentowności obligacji. Złoty może osłabić się w najbliższych dniach z powodu rosnącej awersji do ryzyka.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Ostatni tydzień na rynku finansowym przyniósł wzrost awersji do ryzyka. W efekcie widać było odpływ kapitału w kierunku aktywów bezpiecznych. Zyskiwały USD i CHF, a traciły waluty rynków wschodzących, w tym z naszego regionu. Dodatkowo widać było silne spadki rentowności obligacji skarbowych na globalnym rynku długu, pośrednio wspierające również polskie papiery. Nastroje w zeszłym tygodniu pogorszyły się na skutek zaostrzającej się dyskusji pomiędzy instytucjami unijnymi a Włochami, a także po publikacji słabszych od oczekiwań indeksów PMI i Ifo w strefie euro, zwiększających obawy o perspektywy europejskiej gospodarki w najbliższych kwartałach.

W najbliższych dniach sentyment nie powinien ulec zmianie. W scenariusz nieco słabszego wzrostu gospodarczego w strefie euro w II połowie 2018 r. powinny wpisać się publikacje danych nt. PKB w III kw. W przypadku większości odczytów w Europie prawdopodobne są nieco niższe dynamiki w relacji do poprzedniego kwartału. W takim scenariuszu kapitał nadal powinien płynąć w kierunku aktywów i walut bezpiecznych. Tę tendencję wspierać też będzie proces uzgodnień pomiędzy KE a rządem włoskim. Biorąc pod uwagę nieugiętą postawę Rzymu należy spodziewać się, że dopiero dalsza przecena obligacji włoskich może skłonić rząd do złagodzenia stanowiska. Oznacza to jednak, że w średnim terminie utrzyma się podwyższona premia za ryzyko.

W kraju obraz ten powinien zostać wzmocniony wstępną publikacją inflacji w październiku i indeksem PMI dla przemysłu. Można spodziewać się spadku CPI w okolice 1,7-1,8% r/r, co będzie wspierać dotychczasowe umiarkowane nastawienie RPP. Biorąc pod uwagę relatywnie wysoką korelację koniunktury w Polsce z trendami dominującymi w Unii Europejskiej istnieje ryzyko negatywnego zaskoczenia PMI. Jest to o tyle istotne, że ostatni odczyt wyniósł 50,5, a ewentualny spadek indeksu mógłby oznaczać poziom niższy niż psychologiczne 50.

W najbliższym tygodniu na rynku walutowym spodziewać się można testu oporu na 4,32 na EUR/PLN. Biorąc pod uwagę wspomniane negatywne nastroje nie jest wykluczony wzrost notowań w kierunku 4,34. Prawdopodobny spadek EUR/USD w kierunku przynamniej 1,13 skutkowałby wyraźniejszym wzrostem notowań USD/PLN powyżej 3,80.

Dla lokalnego rynku długu, poza wspomnianymi czynnikami, za spadkiem rentowności obligacji skarbowych przemawiać też będzie napływ nowego kapitału na rynek z tytułu wykupu obligacji skarbowych i drogowych. Te oczekiwania potwierdził wynik piątkowej aukcji obligacji, na której inwestorzy zgłosili popyt na 30 mld PLN. Dlatego w najbliższych tygodniach możliwy jest dalszy spadek rentowności 2-letnich papierów w kierunku 1,50%, natomiast 10-letnich nawet w kierunku 3,00%.

Wykres dnia: Piątkowa aukcja zakończyła się sukcesem Ministerstwa Finansów i potwierdziła wysoki popyt na obligacje skarbowe.

Piątkowa aukcja zakończyła się sukcesem Ministerstwa Finansów i potwierdziła wysoki popyt na obligacje skarbowe
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Jak wprowadzić polskie produkty do zagranicznych sieci handlowych?

Sieci zagraniczne obecne w Polsce od wielu lat prowadzą bardzo intensywne kampanie, jeśli chodzi o sprzedaż polskich produktów w swoich placówkach. Dana sieć podpisuje porozumienie i przekazuje informację do odpowiedników zagranicznych, które przejmują naszego kontrahenta – czyli negocjacje z rodzimą firmę przetwórczą. Wtedy pozostaje kwestia tego jak promować takie produkty. Najprostszym, a jednocześnie najlepiej trafiającym do konsumentów zagranicznych środkiem, są organizowane w sieciach handlowych „polskie dni”, we wszystkich krajach, w których zlokalizowane są sklepy.

– W ten sposób możliwe jest pokazanie jakości polskich produktów i ich ceny. Tak dowiaduje się o nich zagraniczny konsument – powiedziała serwisowi eNewsroom Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji – Poza tym Polska ma dobrze rozpracowaną kwestię współpracy z importerami, którzy również wykonują cześć tej pracy na rzecz polskich produktów. Kwestie marketingu i promocji pozostają oczywiście bardzo ważne i kosztowne. Bardzo wielu producentów nie stać na tak drogą kampanię w danej sieci zagranicą. Dobrym, kompromisowym rozwiązaniem jest więc wprowadzenie na obce rynki polskiego produktu pod własną marką. Obniża to koszty reklamy, a jednocześnie dany towar wchodzi na nowy rynek w obcym kraju. Bardzo dobrze zagranicą sprzedają się polskie wyroby mleczne – jogurty i inne, pokrewne produkty. Słynne są nasze rodzime oscypki oraz ogórki. Swojego czasu firma TESCO realizowała dużą kampanię, jeśli chodzi o sprzedaż pomidorów. Obecnie sieć sklepów Biedronka, bardzo mocno inwestująca w produkty BIO, prowadzi działania, które mają je wprowadzić pod tą marką do Portugalii – podkreśliła Juszkiewicz.

1 stycznia 2019 roku zacznie obowiązywać elektroniczna dokumentacja medyczna. Niewiele placówek jest na to przygotowanych

1 stycznia 2019 roku zacznie obowiązywać elektroniczna dokumentacja medyczna. Niewiele placówek jest na to przygotowanych 8

Od 1 stycznia 2019 roku trzy dokumenty – karta informacyjna leczenia szpitalnego, karta odmowy przyjęcia do szpitala oraz informacja specjalisty dla lekarza kierującego – będą wystawiane już wyłącznie w formie elektronicznej. Niedługo wejdą też obligatoryjne e-zwolnienia lekarskie, a po nich elektroniczne recepty i skierowania, które już za 2–3 lata będą wystawiane wyłącznie w tej formie. E-dokumentacja medyczna będzie wyzwaniem, bo duża część placówek i lekarzy nie ma jeszcze odpowiednich narzędzi ani zaplecza IT. Atende Medica udostępni im za darmo oprogramowanie, które pozwoli spełnić nowe wymogi dotyczące wystawiania elektronicznej dokumentacji. 

– W 2019 roku wejdzie w życie sześć dokumentów elektronicznych. Będą to wypis ze szpitala, odmowa przyjęcia pacjenta do szpitala oraz informacja dla lekarza kierującego, a także trzy dokumenty przetwarzane na centralnych platformach, czyli e-recepta, e-skierowanie elektroniczne i zwolnienie lekarskie e-ZLA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Judycki, wiceprezes zarządu Atende Medica.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 8 września 2015 roku w sprawie ogólnych warunków umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej z początkiem stycznia przyszłego roku wejdzie w życie elektroniczna dokumentacja medyczna (EDM). To oznacza, że trzy dokumenty – karta informacyjna leczenia szpitalnego, karta odmowy przyjęcia do szpitala oraz pisemna informacja specjalisty dla lekarza kierującego – będą obowiązywać wyłącznie w formie elektronicznej.

Dla innych dokumentów przewidziane są późniejsze terminy, dlatego wystawianie elektronicznych recept, zwolnień i skierowań nadal będzie opcjonalne. Obowiązkowe e-recepty wejdą w życie dopiero od 1 stycznia 2020 roku, natomiast e-skierowania dokładnie rok później w 2021 roku.

– Te kilka e-dokumentów faktycznie usprawni życie pacjentom i placówkom ochrony zdrowia. E-receptę pacjent będzie mógł mieć zawsze przy sobie, będzie mógł ściągnąć ten dokument z centralnej platformy. Dzięki temu wnuczek będzie mógł wykupić leki dla swojej babci bez potrzeby fizycznego przekazywania sobie recepty. Podobnie jest z e-skierowaniem. W tej chwili pacjent umawia się na wizytę do lekarza telefonicznie albo przez e-rejestrację, a następnie ma tydzień na dostarczenie papierowego skierowania. Kiedy wejdą skierowania w wersji elektronicznej, nie będzie już takiej konieczności – mówi Tomasz Judycki.

Pilotaż e-recept ruszył już na początku tego roku. Rozwiązanie ma poprawić bezpieczeństwo pacjentów i skrócić kolejki do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty. W tej formie nie będzie możliwości ich fałszowania, a fundusz będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Rozładować kolejki pomogą także e-skierowania, które skrócą czas oczekiwania na badania i zabiegi.

– E-skierowanie będzie też dużym usprawnieniem dla placówek ochrony zdrowia, dlatego że wraz z nim pojawi się również pełna informacja o danych demograficznych pacjenta, imię, nazwisko, PESEL, adres. Wszystko to, co obecnie rejestratorka w przychodni czy w szpitalu wpisuje ręcznie do systemu z dowodu osobistego albo deklaracji pacjenta, będzie mogła jednym kliknięciem wczytać do systemu informatycznego. W tej chwili w wielu przychodniach wisi kartka, że pacjenci muszą przyjść 10 minut wcześniej, żeby założyć kartę pacjenta i zarejestrować wszystkie dane. Dzięki temu e-skierowaniom takie karteczki znikną – mówi Tomasz Judycki.

W przypadku e-zwolnień główną zaletą będzie usprawnienie przepływu dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem a Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Możliwość wystawiania e-ZLA lekarza mają już od kilkunastu miesięcy, jednak z ponad 23 tys. uprawnionych do tego lekarzy tylko niewielki odsetek przestawił się na formą elektroniczną. Większość wciąż wystawia zwolnienia w papierowej formie.

– Zwolnienia lekarskiego nie trzeba dostarczać do zakładu pracy, jeżeli zostało wystawione w formie elektronicznej. To rzeczywiście ułatwienie, ponieważ chory pacjent, który leży w domu, nie zawsze ma możliwość pojechania do pracy i dostarczenia papierowego zwolnienia od lekarza – mówi Tomasz Judycki.

Wiceprezes zarządu Atende Medica podkreśla, że tworzenie elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM) – czyli tej, która będzie obowiązkowa od 1 stycznia 2019 roku – musi się odbywać według ściśle określonych reguł, zawartych w Polskiej Implementacji Krajowej HL7 CDA. Nie wszystkie podmioty mają jeszcze oprogramowanie, które to umożliwia. Placówkom, które nie mają zaplecza IT, Atende Medica bezpłatnie udostępni narzędzia niezbędne do tego, żeby spełnić nowe wymogi.

– Od stycznia trzy dokumenty: wypis ze szpitala, odmowa przyjęcia oraz informacja dla lekarza kierującego muszą być wystawiane w formacie HL7 CDA, czyli nie może to być prosty skan czy .pdf. Ten obowiązek pojawi się już za dwa miesiące, ale wiele placówek medycznych nadal nie ma oprogramowania, które umożliwia wystawianie takich dokumentów. Dlatego zaproponowaliśmy udostępnienie za darmo odpowiedniego oprogramowania każdemu, kto jest zarejestrowany w Rejestrze Podmiotów Wykonujących Działalność Leczniczą. Każda przychodnia, szpital i praktykujący lekarz może się do nas zwrócić, zarejestrować się i rozpocząć użytkowanie tego systemu. Oferujemy również przechowywanie dokumentów wytworzonych w tym systemie przez cały okres ich obowiązywania – mówi Tomasz Judycki.

Eksperci podkreślają, że wdrożenie e-dokumentacji medycznej będzie dla szpitali, przychodni i lekarzy dużym wyzwaniem. Dlatego termin wejścia w życie nowych przepisów był już wielokrotnie odsuwany w czasie. Jeszcze w kwietniu br. Naczelna Rada Lekarska apelowała do Ministra Zdrowia o uchylenie rozporządzenia, argumentując, że wprowadzenie EDM w styczniu spowoduje chaos i dezinformację, a większość podmiotów nie jest jeszcze gotowa na to rozwiązanie. Mimo to resort zadecydował o utrzymaniu tego terminu.

– Zależy nam na tym, żeby EDM w Polsce wreszcie ruszył i żebyśmy już przestali przekładać terminy. Jednak wszystkie placówki powinny być wyposażone w odpowiednie oprogramowanie i móc faktycznie produkować dokumenty elektroniczne. Ufamy, że uda się to wdrożyć, ponieważ dostarczane przez nas rozwiązanie wymaga jedynie dostępu do internetu i dowolnej przeglądarki, można go używać nawet na smartfonie. Każdy lekarz, który ma smartfona, może zacząć używać tego oprogramowania praktycznie od dzisiaj – mówi wiceprezes zarządu Atende Medica.

Z badań wynika, że na informatyzację w służbie zdrowia gotowi są sami pacjenci. Jak pokazuje przeprowadzone w tym roku na zlecenie LekSeek Polska badanie „E-zdrowie oczami Polaków”, za najbardziej atrakcyjne rozwiązania uważają właśnie możliwość wprowadzenia rejestracji online na refundowane wizyty oraz otrzymywanie recept i zwolnień lekarskich drogą elektroniczną.

Jak wynika z tegorocznej, III edycji „Badania stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą” przeprowadzonego przez CSIOZ, w tej chwili tylko nieco ponad 56 proc. podmiotów jest przygotowanych do prowadzenia elektronicznej dokumentacji medycznej. Natomiast 47 proc. tych, które wskazały, że nie są jeszcze gotowe, ma w planach albo przynajmniej rozważa inwestycję umożliwiającą im prowadzenie EDM.

Wiceminister pracy: Czasy przebierania w pracownikach się skończyły. Teraz firmy walczą o nich dodatkowymi benefitami

Wiceminister pracy: Czasy przebierania w pracownikach się skończyły. Teraz firmy walczą o nich dodatkowymi benefitami 9

Najniższe od 28 lat bezrobocie w połączeniu ze wzrostem gospodarczym powoduje konkurencję między pracodawcami i presję zarówno na podnoszenie płac, jak i oferowanie pozapłacowych benefitów. Firmy dość powszechnie zapewniają pracownikom karty MultiSport, dodatkowe ubezpieczenia, opiekę zdrowotną i możliwość uczestniczenia w szkoleniach. Coraz więcej firm umożliwia też udział w wolontariacie pracowniczym albo inicjuje programy sportowe. Przykłady najlepszych propracowniczych inicjatyw wyłoniła rozstrzygnięta w tym tygodniu VIII edycja konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”.

– Czasy, w których pracodawca mógł przebierać w pracownikach, już się skończyły. Jako pracownicy się z tego cieszymy, natomiast dla pracodawców rodzi to większe wyzwania. Oprócz podstawowych standardów pracodawcy muszą wychodzić z dodatkową ofertą, dodatkowymi benefitami i łączyć pracowników, tworzyć poczucie, że pracują w fajnej, dobrze zarządzanej, ale też przyjaznej firmie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Marczuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Z ostatniego „Barometru Rynku Pracy”, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika, że problemy z brakiem specjalistów deklaruje już 49,7 proc. polskich firm, a 16,4 proc. pracodawców nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Utrzymujące się od miesięcy rekordowo niskie bezrobocie, które we wrześniu wyniosło 5,7 proc., w połączeniu ze wzrostem gospodarczym i rosnącym zapotrzebowaniem na wykwalifikowane kadry powodują konkurencję między pracodawcami, presję na podnoszenie wynagrodzeń oraz większe skupienie na obszarze employer brandingu i oferowanie pracownikom pozapłacowych benefitów.

Z jednej strony pomaga to firmom przyciągać nowych kandydatów i pozycjonować się jako atrakcyjny pracodawca. To istotne o tyle, że na rynek pracy wkroczyło już pokolenie milenialsów i generacji Z, które – jak wynika z raportu Deloitte „Liderzy Przyszłości” – od pracodawców oczekują przede wszystkim wyzwań i umożliwienia im rozwoju zawodowego. Pozapłacowe benefity, możliwość ciągłego rozwoju oraz wartości, które reprezentuje firma, stają się w ich przypadku równie ważne, co wysokość pensji.

Z drugiej strony – pozapłacowe dodatki i dbałość o pracowników po prostu się firmom opłaca, bo zwiększa ich wydajność i zaangażowanie. W raporcie „Cała Polska tworzy idealne miejsca pracy” firma doradcza PwC przytacza dane, z których wynika, że zadowoleni pracownicy są o 43 proc. bardziej produktywni, o 86 proc. bardziej kreatywni, o 36 proc. rzadziej korzystają ze zwolnienia chorobowego.

W obszarze employer brandingu i benefitów pozapłacowych co chwilę pojawiają się nowe rozwiązania. Służbowy samochód, telefon czy elastyczne godziny pracy są już standardem. Firmy dość powszechnie zapewniają też pracownikom karty MultiSport, dodatkowe ubezpieczenia czy opiekę zdrowotną oraz możliwość uczestniczenia w szkoleniach podnoszących kwalifikacje. Dla pracowników istotne stają się także wartości i społeczne zaangażowanie firm, stąd coraz więcej firm umożliwia im udział w wolontariacie pracowniczym, akcjach charytatywnych. Rosnącą popularnością cieszą się też programy sportowe i drużyny, które działają w ramach firmy. Pracownicy wspólnie uprawiają sport i nawiązują relacje, co przekłada się nie tylko na ich zdrowie i wydajność, lecz także poprawia współpracę.

– Udowodniono naukowo, że osoby, które są aktywne fizycznie każdego dnia oraz decydują się na dodatkowe zajęcia sportowe, mają średnio o 5 dni absencji rocznie mniej niż ich nieaktywni współpracownicy – podkreśla Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Benefit Systems.

– Aktywnie zachęcamy naszych pracowników do uprawiania sportu, dzięki czemu są o wiele bardziej pozytywnie nastawieni do życia i do pracy, notujemy również mniej absencji. Widzimy też, że współpraca jest o wiele lepsza, ponieważ nasi pracownicy są zachęcani do pracy grupowej. Są to nie tylko gry zespołowe, lecz także wspólne wyjazdy na biegi czy wyścigi kolarskie. Podczas takich aktywności nawiązują się i pogłębiają przyjaźnie między osobami z różnych wydziałów – dodaje Aleksander Skołożyński, dyrektor finansowy spółki Emitel SA.

W tym tygodniu została rozstrzygnięta VIII edycja konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”, której organizatorami są Krajowa Izba Gospodarcza i Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, które w zakresie polityki pracowniczej sięgają po ciekawe i skuteczne rozwiązania, uwzględniając rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Celem jest przede wszystkim promowanie odpowiedzialnej polityki pracowniczej.

– Ten konkurs jest dla innych firm drogowskazem, że  jeżeli będą robić coś nie tylko dla własnego pożytku, lecz także dla swoich pracowników, to zostaną dostrzeżeni – mówi Bartosz Marczuk.

W tegorocznej edycji konkursu wręczono dziewięć nagród. W kategorii „Motywacja” wyróżnienie trafiło do Benefit Systems, spółki, która oferuje  program sportowo-rekreacyjny MultiSport, a swoim pracownikom zapewnia szeroki pakiet programów motywacyjnych m.in. z zakresu opieki zdrowotnej, aktywności fizycznej, ubezpieczeń, szkoleń oraz kursów językowych.

– Kartę MultiSport ma w Polsce ponad 900 tys. osób. Dodając rynki zagraniczne, jest ich ponad 1,1 mln. Osoby te pracują w 14 tys. firm, które są naszymi klientami. Z roku na rok rośnie zarówno liczba pracodawców gotowych wspierać pracowników w zakresie aktywnego stylu życia, jak i samych pracowników zainteresowanych dostępem do obiektów sportowo-rekreacyjnych. Zmiana ta cieszy, jednak mamy jeszcze wiele do zrobienia w zakresie aktywności fizycznej Polaków. W porównaniu z innymi krajami Europy Zachodniej czy Skandynawii w Polsce wskaźnik aktywności nadal jest relatywnie niski – mówi Grzegorz Haftarczyk, członek zarządu Benefit Systems.

W kategorii wolontariat tytuł „Pracodawcy Godnego Zaufania” trafił do Leroy Merlin Polska – za Fundację Leroy Merlin, której misją jest budowanie trwałego wkładu w rozwój społeczności lokalnych. Lux Med został nagrodzony w kategorii edukacja za możliwość rozwoju pracowników poprzez skierowane do nich programy edukacyjne, adresowane zarówno do personelu placówek, jak i do kadry menadżerskiej. Natomiast w kategorii zdrowie najlepszy okazał się Volkswagen Poznań, wyróżniony za kompleksową ofertę programów zdrowotnych dla pracowników (m.in. program zapobiegania rozwojowi chorób cywilizacyjnych oraz program wsparcia zdrowia psychicznego). Firma Kapsch Telematic Services została z kolei nagrodzona za szeroką ofertę programów stażowych skierowanych do studentów oraz międzynarodowy program wymiany pracowników.

– Współpracujemy z kilkoma uczelniami, m.in. z Akademią Ekonomiczną w Krakowie i Politechniką Śląską w Gliwicach. Te programy stażowe nie są standardowe, one są przygotowane indywidualnie dla poszczególnych studentów. Technologia, którą się zajmujemy, jest unikalna w skali światowej i nie ma nikogo innego, kto byłby w stanie przekazać studentom wiedzę z tego zakresu. Wydaje się, że to główny powód, dla którego zostaliśmy dostrzeżeni i wyróżnieni – mówi Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services.

Aleksander Skołożyński, dyrektor finansowy spółki Emitel, która została wyróżniona tytułem „Pracodawcy Godnego Zaufania” w kategorii bezpieczeństwo, podkreśla, że potwierdzeniem propracowniczej polityki firmy jest fakt, że średni staż pracy zatrudnionych w niej pracowników przekracza 20 lat.

– To zachęca nas do tego, aby jeszcze więcej rzeczy z zakresu bezpieczeństwa robić dla naszych pracowników, tak aby mogli bezpiecznie dojść do mety w swojej karierze zawodowej. Nasi pracownicy pracują w bardzo trudnych warunkach, na bardzo dużych wysokościach i ta nagroda tylko potwierdza to, że obraliśmy dobry kurs w zapewnianiu im bezpieczeństwa – mówi Aleksander Skołożyński.

W VIII edycji konkursu „Pracodawca Godny Zaufania” w kategorii samorządów najlepsza okazała się Warszawy. Nagroda została jej przyznana za działania w ramach programów stażowych i praktyk oraz na rzecz pracowników zwłaszcza w obszarach aktywizacji zawodowej osób z orzeczeniem o niepełnosprawności. Kapituła konkursu wyróżniła również najlepszych dziennikarzy, którym bliska jest tematyka pracownicza.

PERN do 2022 roku wdroży plan megainwestycji. Dzięki temu powstanie wiele nowych miejsc pracy w gospodarce

PERN do 2022 roku wdroży plan megainwestycji. Dzięki temu powstanie wiele nowych miejsc pracy w gospodarce 10

PERN, potentat na krajowym rynku logistyki naftowej, który realizuje właśnie program megainwestycji, w ciągu najbliższych czterech lat wybuduje nowe zbiorniki na ropę i paliwa oraz dwa rurociągi – surowcowy i paliwowy. Spółka ogłosiła już przetarg na II etap rozbudowy gdańskiego Terminala Naftowego, który ma zwiększyć jego pojemność o prawie 400 tys. m³, co pozwoli sprawniej obsługiwać wpływające do Naftoportu tankowce. Grupa podkreśla, że inwestycje są efektem rosnącego zapotrzebowania na paliwa i oznaczają nowe miejsca pracy, a także wsparcie dla krajowej gospodarki.

 Plan megainwestycji PERN oznacza budowę nowych pojemności zbiornikowych na paliwa i nowych rurociągów. Nowe pojemności to z jednej strony zbiorniki na paliwa płynne, a z drugiej – na ropę naftową. Do tego dokładamy również rurociągi na ropę i paliwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Igor Wasilewski, prezes zarządu PERN SA.

W gdańskim Terminalu Naftowym znajduje się obecnie sześć zbiorników na ropę o łącznej pojemności 375 tys. m³. PERN zamierza wybudować dodatkowych pięć zbiorników, dzięki czemu będzie można sprawniej obsługiwać tankowce, które wpływają do Naftoportu. Dzięki planowanym inwestycjom możliwości gdańskiego Terminala Naftowego powiększą się o prawie 400 tys. m³ nowych pojemności magazynowych.

 Nasze inwestycje wynikają po pierwsze z rządowego programu „Polityka dla infrastruktury naftowej”, a po drugie z sytuacji na rynku. Wzrost zapotrzebowania na paliwa wymusza wzrost pojemności i dlatego podjęliśmy decyzję o budowie nowych zbiorników – mówi Igor Wasilewski.

Spółka podkreśla, że zarówno ostatnie dwa lata, jak i pierwsze półrocze br. przyniosły dynamiczny wzrost rynku paliwowego, który jest efektem wprowadzenia przez rząd nowych regulacji w postaci pakietu paliwowego, energetycznego i transportowego. Ich efektem było m.in. ograniczenie nielegalnych dostaw paliw płynnych do Polski tzw. szarej i czarnej strefy, a także znaczny wzrost popytu na świadczone przez PERN usługi.

Przetarg na rozbudowę gdańskiego terminala został już ogłoszony. Zgodnie z jego specyfikacją PERN zamierza wybudować trzy zbiorniki o pojemności 100 tys. m³ każdy oraz dwa zbiorniki o pojemności 45 tys. m³ każdy. Planowany termin wykonania inwestycji to 21 miesięcy od dnia podpisania umowy, co oznacza przełom sierpnia i września 2020 roku.

Spółka podkreśla, że zbiorniki w gdańskim Terminalu będą wybudowane zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony środowiska. Wykonawca będzie też musiał zastosować podwójne dno – górne stalowe i drugie z geomembrany – oraz zainstalować system monitoringu przestrzeni międzydennej wraz z systemem automatyki, który będzie sygnalizować obecność ewentualnych węglowodorów.

Obecnie w bazie surowcowej w Gdańsku trwa już budowa dwóch zbiorników na ropę o łącznej pojemności 200 tys. m³, która ma się zakończyć w kwietniu 2020 roku.

–To potężny zastrzyk pieniędzy dla polskiej gospodarki, ponieważ wszystkie projekty realizujemy wspólnie z polskimi firmami. W ten sposób napędzamy polską gospodarkę, nie mówiąc o zasilaniu paliwami. Megainwestycje PERN oznaczają dla gospodarki również nowe miejsca pracy w polskich firmach – zaznacza Igor Wasilewski.

Rozbudowa gdańskiego Terminala Naftowego to jeden z kilku projektów inwestycyjnych PERN. Spółka finalizuje także budowę nowych pojemności paliwowych w Koluszkach i Nowej Wsi Wielkiej.

 Zapotrzebowanie na infrastrukturę paliwową pociąga za sobą również zapotrzebowanie na rurociągi, bo pomiędzy zbiornikami a rafinerią potrzebny jest rurociąg. Z tego powodu podjęliśmy decyzję o budowie rurociągu paliwowego Boronów–Trzebinia na dostawę paliwa do Aglomeracji Śląskiej oraz prowadzimy prace przygotowawcze do budowy rurociągu naftowego Gdańsk–Płock. Ponadto przystąpiliśmy do drugiego etapu budowy zbiorników na paliwa płynne. Kończymy etap projektowania, aby w przyszłym roku rozpocząć budowę w konkretnych bazach paliw. Oprócz tego podejmujemy prace modernizacyjne, aby utrzymać obecną infrastrukturę i zapewnić ciągłe dostawy paliw do naszych klientów – wymienia Igor Wasilewski.

Polski rynek coraz bardziej otwiera się na dostawy ropy z różnych kierunków – nie tylko z Rosji, lecz także z Morza Północnego, Arabii Saudyjskiej i USA. Krajowe rafinerie realizują inwestycje, które pozwalają im na zwiększenie przerobu z użyciem innych gatunków niż ropa rosyjska. Przedstawiciele PERN podkreślają, że dzięki inwestycjom Spółka jest przygotowana do tego, żeby zapewnić elastyczny transport każdego rodzaju surowca do rafinerii i zachować jego pełną jakość.

Grupa PERN to państwowa spółka, strategiczna z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju, oraz potentat na krajowym rynku logistyki naftowej. Jest właścicielem rurociągu „Przyjaźń”, którym transportuje ropę naftową do krajowych rafinerii PKN Orlen i Grupy Lotos oraz dalej, do Niemiec. Należy do niej również większościowy pakiet udziałów w gdańskim Naftoporcie – jednym z największych naftowych terminali przeładunkowych na Bałtyku. Firma ma 3,5 mln m³ pojemności magazynowej na ropę naftową oraz 1,8 mln m³ na paliwa płynne. W należących do spółki bazach paliwowych magazynowana jest benzyna, olej napędowy, lekki olej opałowy, biokomponenty oraz paliwo lotnicze przeznaczone do bieżącej dystrybucji i zaopatrywania rynku, jak również zapasy interwencyjne.

W przyszłym roku odnowa polskich miast nabierze tempa. Samorządy mogą pozyskać na ten cel prawie 7 mld zł z budżetu unijnego

W przyszłym roku odnowa polskich miast nabierze tempa. Samorządy mogą pozyskać na ten cel prawie 7 mld zł z budżetu unijnego 11

Ponad 4 tys. projektów rewitalizacyjnych za 18 mld zł zrealizowały polskie jednostki samorządu terytorialnego na przestrzeni ostatnich 14 lat. Większość z nich została sfinansowana przy wsparciu środków unijnych. Z tej perspektywy finansowej samorządy wykorzystały zaledwie 279 mln z 7 mld zł zaplanowanych na ten cel. W latach 2019–2020 projekty rewitalizacyjne powinny jednak nabrać tempa – wynika z prognoz ekspertów DNB Bank Polska i analityków z Fitch Ratings. Tym bardziej że po 2020 roku dostęp do funduszy z UE będzie ograniczony i samorządy będą musiały szukać innych źródeł finansowania tego typu inwestycji. Zdaniem specjalistów spowoduje to wzrost popularności obligacji przychodowych i inwestycji realizowanych w partnerstwie publiczno-prywatnym.

Z raportu „Zdążyć przed zamknięciem unijnej kasy. Czy polskie samorządy stać na rewitalizację?”, który przygotowali eksperci DNB Bank Polska we współpracy z analitykami z Fitch Ratings, wynika, że w ostatnich 14 latach zrealizowano w Polsce ponad 4 tys. projektów rewitalizacyjnych o wartości przekraczającej 18 mld zł. Gros takich inwestycji został sfinansowany przy wsparciu środków unijnych.

 W poprzedniej perspektywie unijnej zrealizowano inwestycje związane z rewitalizacją na ponad 3,7 mld zł. W obecnej perspektywie na tego typu inwestycje zaplanowane zostało prawie 7 mld zł. Jednak skala wykorzystania środków unijnych na koniec sierpnia br. to zaledwie 279 mln zł. Widać więc, że jak na razie jest wiele projektów w planach, dużo funduszy zarezerwowanych w regionalnych programach operacyjnych, ale skala ich wykorzystania jest dość mała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska.

Najbardziej reprezentacyjne przykłady rewitalizacji, których dokonały samorządy w ostatnich latach, to m.in. warta blisko 57 mln zł rewitalizacja śródmieścia Wałbrzycha oraz 4,5 ha zabytkowych, poprzemysłowych terenów kopalni „Julia”, które obecnie pełnią funkcję centrum sztuki i kultury. Oba projekty przyczyniły się do zmiany wizerunku pogórniczego miasta oraz przyciągnęły nowych inwestorów i w konsekwencji wpłynęły na rozwój lokalnej gospodarki.

W Łodzi przeprowadzono spektakularną rewitalizację zabytkowego osiedla na Księżym Młynie. Inwestycja warta dotąd 125,8 mln zł została sfinansowana głównie z budżetu gminy i nadal trwa – skala inwestycji planowanych do końca 2020 roku to ok. 64 mln zł. Płock może się pochwalić rewitalizacją synagogi i utworzeniem Muzeum Żydów Mazowieckich. Wart 9 mln zł projekt miał na celu ocalenie dziedzictwa kultury żydowskiej i został w większości sfinansowany przy wsparciu środków z UE (7,5 mln zł).

– Wśród liderów jest Łódź i całe województwo, które dotąd zrealizowało projekty rewitalizacyjne za ponad 500 mln zł, z czego połowa była dofinansowana z UE. Jednak w wielu województwach tych projektów było za mało. W województwie podlaskim w tej perspektywie zaplanowane są inwestycje warte zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych – mówi Małgorzata Zielińska. – Do skutecznego przygotowania takich projektów potrzeba odwagi, determinacji i dużo pracy, być może także powołania w samorządach specjalnych departamentów i osób, tworzenia warunków, prowadzenia konsultacji społecznych czy rozmów z partnerami prywatnymi. 

Jak podkreśla, w kolejnych dwóch latach projekty rewitalizacyjne, które samorządy realizują przy wykorzystaniu środków z UE, powinny nabrać tempa. Polska jednak nadal pozostaje pod tym względem w tyle za resztą Europy i w porównaniu do Niemiec czy Wielkiej Brytanii wypada blado. W Niemczech w latach 1995–2006 na rewitalizację miast przeznaczono ze środków publicznych kwotę 23,5 mld euro, co po przeliczeniu na złote daje średniorocznie kwotę blisko trzykrotnie większą niż w Polsce. Jednym z powodów jest fakt, że w Polsce wciąż bardziej pożądane społecznie są inwestycje drogowe bądź infrastrukturalne.

– Każdy samorząd jest inny, każdy ma inne potrzeby i inną skalę problemów. Jedni chcą rewitalizować starówkę, inni myślą o całych dzielnicach i obszarach wymagających dużych nakładów, remontów czy rewitalizacji starych fabryk, loftów. Takie inwestycje się dzieją, nie można mówić, że ich nie ma. Z całą pewnością jest ich jednak wciąż za mało – podkreśla dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska.

Eksperci podkreślają, że po 2020 roku dostęp do dotacji z funduszy strukturalnych UE czy innych środków pomocowych będzie już ograniczony i sytuacja samorządów diametralnie się zmieni. Finansowanie projektów rewitalizacyjnych stanie się trudniejsze, a lokalni włodarze będą musieli poszukać innych źródeł, które pozwolą realizować im ten cel. Jak wskazują specjaliści, realizowane projekty powinny być dochodowe i same się spłacać, a jednocześnie przynosić korzyści społeczne. Dlatego po 2020 roku preferowanym sposobem finansowania takich inwestycji najprawdopodobniej będzie PPP.

– Współpraca pomiędzy samorządem a sektorem prywatnym to obszar, który jest mocno promowany zarówno przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, jak i organizacje wspierające tego typu inwestycje. PPP może być jednym z pomysłów na rewitalizację miast, podobnie jak fundusze unijne i klasyczne finansowanie hybrydowe. Po części mogą być to właśnie fundusze unijne, a po części inwestycje realizowane przez samorząd przy współpracy z inwestorem prywatnym – mówi Małgorzata Zielińska.

Dyrektor biura sektora publicznego w DNB Bank Polska wskazuje, że Warszawa jest przykładem samorządu, który jak dotąd z dużymi sukcesami realizuje projekty rewitalizacyjne w formule partnerstwa publiczno-prywatnego.

– Przykładem jest chociażby warszawska Praga, Centrum Koneser, Port Praski. To są olbrzymie inwestycje. Port Praski to praktycznie cała nowa dzielnica, która powstała na zdegradowanym obszarze. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Ale rewitalizacja to nie tylko ładniejsze kamienice, nowe szkoły, restauracje, sklepy. Dzięki niej młodzi ludzie chcą mieszkać na warszawskiej Pradze – mówi Małgorzata Zielińska.

Projekty rewitalizacyjne wymagają dużych nakładów. Jak podkreślają specjaliści, wybór modelu finansowania zależy głównie od tego, jaką rolę w tym procesie chce pełnić gmina. Może ona występować jako inwestor bezpośredni albo pośredni, który stymuluje inwestycje, wprowadzając udogodnienia dla inwestorów. Wymaga to stworzenia przyjaznego klimatu do inwestowania i podtrzymywania współpracy z sektorem prywatnym.

Natomiast jeżeli gmina chce wystąpić jako bezpośredni inwestor, może wykorzystać środki własne, korzystać ze środków z funduszy strukturalnych UE czy też z innych środków pomocowych. Gmina może także zaciągać kredyty, pożyczki bankowe oraz emitować obligacje komunalne. Jednym z instrumentów, choć nadal mało popularnym, są również obligacje przychodowe. W latach 2005–2017 polskie samorządy wyemitowały obligacje przychodowe na ponad 1,8 mld zł, ale zdaniem ekspertów w najbliższych latach ich popularność będzie rosła, a wartość tego typu emisji powinna sięgnąć kilku miliardów złotych.

Raport ekspertów DNB Bank Polska i analityków z Fitch Ratings wskazuje, że polskie samorządy są w stosunkowo dobrej sytuacji finansowej i stać je na podejmowanie projektów rewitalizacyjnych.

 Prognozujemy, że w tym roku nadwyżka dochodów operacyjnych nad wydatkami operacyjnymi wyniesie 26 mld zł i będzie niższa niż w 2017 roku, kiedy wyniosła 28 mld zł. JST wydadzą w tym roku na inwestycje około 37 mld zł (ok. 15 proc. wydatków ogółem), czyli więcej niż w 2017 r., gdy inwestycje wyniosły 35 mld zł. Wzrost wydatków na inwestycje JST będzie wiązał się ze wzrostem zadłużenia, aczkolwiek nie będzie on znaczący – mówi Dorota Dziedzic, dyrektor w zespole finansów publicznych Fitch Ratings.

Z prognoz Fitch Ratings wynika, że znaczne zwiększenie wydatków majątkowych nastąpi w latach 2019–2020 ze względu na inwestycje samorządów współfinansowane ze środków unijnych, do których zaliczają się również projekty rewitalizacyjne. W opinii Fitch wydatki te przynajmniej w połowie będą finansowane ze funduszy Unii Europejskiej.

– Oceniamy, że na koniec 2018 roku dług całego sektora JST wyniesie 70 mld zł i będzie nieznacznie wyższy od ubiegłorocznego. Wpływ na to mają takie czynniki, jak zakumulowane środki pieniężne pochodzące z nadwyżek budżetowych wygospodarowanych po zakończeniu poprzedniej perspektywy unijnej czy fakt, że w ostatnich dwóch latach spłaty istniejącego zadłużenia były wyższe niż kwoty nowo zaciągniętego długu – mówi Dorota Dziedzic.

Sprzęt kuchenny w polskich domach coraz bardziej zaawansowany technologicznie. Pozwala zdrowiej i taniej przygotowywać potrawy

Sprzęt kuchenny w polskich domach coraz bardziej zaawansowany technologicznie. Pozwala zdrowiej i taniej przygotowywać potrawy 12

W polskich kuchniach zaczynają królować technologie, które pozwalają prosto i szybko przygotowywać zdrowe potrawy, są intuicyjne w użyciu, a czasem wręcz wyręczają użytkownika. Takie są oczekiwania konsumentów, więc producenci sprzętu prześcigają się w nowoczesnych rozwiązaniach, łącząc je z oryginalnym designem, który będzie pasował do każdego rodzaju kuchni. Takie połączenie można zobaczyć na przykładzie warszawskiej Akademii Kulinarnej Whirlpool, która przeszła niedawno gruntowną metamorfozę.

– W obecnych czasach konsumenci myślą przede wszystkim o tym, żeby odżywiać się zdrowo i smacznie. Nowe technologie mają pomagać im osiągnąć ten cel. W przypadku nowej linii urządzeń do zabudowy W Collection, którą Whirlpool właśnie wprowadza na rynek, jest to m.in. funkcja pary. Umożliwia ona gotowanie w piekarnikach na parze, co jest bardzo zdrowym sposobem przygotowywania potraw – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Cichocka, senior marketing manager, Poland and Baltic States w Whirlpool.

Marka Whirlpool wprowadziła właśnie na rynek nową gamę inteligentnych sprzętów AGD – W Collection. Urządzenia dostępne są w czterech liniach, które łączy elegancki design, nowoczesna technologia oraz intuicyjność użytkowania. Kolekcję tworzą przede wszystkim inteligentne urządzenia do gotowania – piekarniki, płyty indukcyjne, okapy oraz kuchenki mikrofalowe.

– Trzeba obalić mit, że przygotowywanie posiłków w kuchenkach mikrofalowych jest niezdrowe. Wręcz przeciwnie. Według ostatnich badań WHO okazuje się, że przygotowywanie potraw w mikrofalach – dzięki temu, że są one krócej poddawane są obróbce termicznej – jest dużo zdrowsze – mówi Joanna Cichocka.

Jak podkreśla, użytkownicy oczekują także, że sprzęty będą same podpowiadać odpowiednie dla nich rozwiązania, a w niektórych kwestiach nawet ich wyręczać. Temu ma służyć stosowana przez Whirlpool technologia 6. Zmysł, która uczy się preferencji danego konsumenta.

– Dzięki zaprogramowanym przepisom technologia ta prowadzi go przez cały proces przygotowywania potrawy, podpowiadając najlepsze rozwiązania. Nie trzeba się zastanawiać, w jakiej temperaturze upiec biszkopt, żeby nie było zakalca. Urządzenia W Collection podpowiedzą, w jakiej temperaturze piec potrawy, jak długo trzymać je w piekarniku, a nawet jakich składników powinniśmy użyć – wyjaśnia Joanna Cichocka.

W nowych sprzętach Whirlpool zastosowane zostały innowacyjne technologie, wśród których znajdują się m.in. opatentowana, czteropunktowa termosonda, która mierzy temperaturę w czterech różnych punktach pieczonej potrawy, zapewniając równomierne wypieczenie. Funkcja Cook4 umożliwia z kolei pieczenie czterech różnych potraw w tym samym czasie. Interfejs piekarnika sugeruje użytkownikowi najbardziej odpowiednią półkę dla poszczególnych potraw, podczas gdy system obiegu powietrza i mocniejszy silnik wentylatora zapobiegają mieszaniu się smaków i aromatów.

– Inteligentne urządzenia muszą być łatwe i intuicyjne w obsłudze. Temu służą m.in. duże wyświetlacze tekstowe, które obsługujemy podobnie jak smartfona, przesuwając palcem po ekranie i wybierając potrzebną funkcję. Coraz powszechniejsze staje się łączenie wszystkich urządzeń w ramach smart home w jedną domową sieć. Takie możliwości mamy także w linii urządzeń W Collection, które mogą być sterowane z poziomu aplikacji mobilnej. Dzięki temu, nie ruszając się z salonu, możemy nastawić piekarnik, żeby nagrzał się do odpowiedniej temperatury, a okap może nas powiadomić o tym, że pralka zakończyła cykl prania – wylicza Joanna Cichocka.

Produkty z nowej linii W Collection są elementem wyposażenia warszawskiej Akademii Kulinarnej Whirlpool. Akademia przeszła niedawno wizualną i technologiczną metamorfozę. Koncepcja redesignu została oparta na założeniu, że kuchnia, jako lokal, powinna być przede wszystkim kolorowa i radosna. Dlatego po pięciu latach biel na ścianach Akademii zastąpiły kolory – turkusowy, żółty i czerwony.

– We wzornictwie kuchennym dominuje trend, że wszystko jest białe, szare lub czarne, sterylne i gładkie. Ten trend powoli odchodzi, zastępuje go nowa moda na naturalne materiały, naturalne wykończenia i żywe kolory. W Akademii Kulinarnej Whirlpool nowe sprzęty są futurystyczne i robią wielkie wrażenie. Udało nam się zapewnić dla nich naturalne tło. Chcieliśmy pokazać, że sprzęty będą dobrze wyglądały nie tylko w kuchni – laboratorium, lecz także w zwykłej kuchni, domowej i ciepłej – mówi Jan Strumiłło, architekt i twórca koncepcji redesignu Akademii Kulinarnej Whirlpool.

W nowej, kolorowej odsłonie Akademia zaprasza pasjonatów gotowania na warsztaty pod okiem zawodowych kucharzy, które odbywają się trzy razy w tygodniu. Tematyka zajęć jest bardzo szeroka – od podstaw kulinarnych, przez tajniki kuchni włoskiej, aż po warsztaty tematyczne.

– Akademia Kulinarna Whirlpool to przestrzeń wielofunkcyjna, która służy wielu celom – gotowaniu, nagrywaniu, spotkaniom. Mieści się w przestrzeni, która wygląda inaczej niż zwykła kuchnia. To jest przestrzeń loftowa. My zmieniliśmy ją tak, żeby była bardziej swojska, ciepła i przyjazna dla użytkownika. Osiągnęliśmy to, stosując naturalne materiały, intensywne kolory i znacznie cieplejsze oświetlenie. Odchodzimy od laboratoriów w kierunku kuchni domowych – mówi Jan Strumiłło.

Średnio co 8 minut ktoś w Polsce dostaje udaru mózgu. 90 proc. czynników ryzyka można wykluczyć samodzielnie

Średnio co 8 minut ktoś w Polsce dostaje udaru mózgu. 90 proc. czynników ryzyka można wykluczyć samodzielnie 13

Każdego roku udar mózgu dotyka ponad 80 tys. Polaków i powoduje ok. 30 tys. zgonów. To trzecia, po chorobach serca i nowotworach, najczęstsza przyczyna śmierci i główny powód trwałej niepełnosprawności Polaków po 40 roku życia. 90 proc. czynników, które potęgują ryzyko udaru mózgu, można zmodyfikować albo całkiem wykluczyć samodzielnie. Wystarczy zmienić styl życia i dietę, rzucić palenie, ograniczyć alkohol i więcej się ruszać. W praktyce poziom wiedzy dotyczący przyczyn oraz objawów udaru mózgu jest jednak wciąż niski. Dlatego ważne, żeby szerzyć ją od najmłodszych lat. To właśnie cel Ogólnopolskiego Programu na rzecz Profilaktyki Udarowej pt. „I Ty możesz zostać superbohaterem”, który jest właśnie realizowany w szkołach w całej Polsce.

Udar mózgu jest bardzo powszechną chorobą. Ryzyko, że ktoś z nas dozna udaru mózgu, wynosi 1 do 6. W skali Polski jest to rocznie około 80 tys. nowych przypadków, spośród których 25 proc. pacjentów nie przeżyje pierwszych trzech miesięcy. Kolejna połowa jest zagrożona trwałą niesprawnością, więc jest to istotny problem zdrowotny. W ujęciu ogólnym udar mózgu jest trzecią co do liczebności przyczyną zgonów i najczęstszą przyczyną niesprawności u osób dorosłych, więc jest to bardzo poważny problem, z którym radzimy sobie stopniowo coraz lepiej, ale nadal dalece nieoptymalnie –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Karliński, neurolog w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Ryzyko wystąpienia udaru znacząco zwiększają schorzenia układu sercowo-naczyniowego, takie jak nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca i migotanie przedsionków, a także cukrzyca, otyłość, brak aktywności fizycznej, nadużywanie alkoholu czy palenie tytoniu.

 Szalenie istotna jest profilaktyka, dlatego że poprzez optymalizację stylu życia i leczenie chorób towarzyszących, takich jak nadciśnienie tętnicze, migotanie przedsionków, miażdżyca czy cukrzyca, możemy zmniejszyć ryzyko udaru mózgu. Co ważniejsze, możemy zapobiec połowie udarów mózgu poprzez wprowadzenie pięciu konkretnych zachowań prozdrowotnych, tj. niepalenie tytoniu, zachowanie prawidłowej masy ciała, regularną aktywność fizyczną, nienadużywanie alkoholu bądź spożywanie go w niewielkich ilościach i zdrowa dieta. Zdrowy styl życia naprawdę ma znaczenie – podkreśla dr Michał Karliński.

W praktyce poziom wiedzy dotyczący objawów udaru mózgu oraz czynników go wywołujących jest wciąż niski. Ważne, żeby szerzyć ją od najmłodszych lat i to właśnie jest celem Ogólnopolskiego Programu Edukacyjnego na rzecz Profilaktyki Udarowej.

– W ramach kampanii „Stop udarom” od 2012 roku razem z firmą Boehringer Ingelheim działamy na rzecz profilaktyki i prewencji udarów mózgu w Polsce. W tym roku po raz pierwszy zainicjowaliśmy nowy program pod nazwą „I ty możesz zostać superbohaterem”, który dociera przede wszystkim do młodzieży ze szkół podstawowych. To jest dość innowacyjne podejście do tematyki profilaktyki i prewencji udarów mózgu. Ten program w zamyśle ma dotrzeć do różnych grup społecznych i rodzin, zarówno do dzieci, ale poniekąd też do ich rodziców, dziadków, rodzeństwa. Dzieci mają zwrócić na ten problem uwagę rodziców, którzy potencjalnie są też narażeni na wystąpienie udaru mózgu – mówi Sebastian Szyper, prezes Stowarzyszenia Udarowcy, Liczy się Wsparcie!.

Program skierowany do uczniów piątych klas jest prowadzony w szkołach na terenie całej Polski. Ma formułę interaktywnych warsztatów edukacyjnych. W trakcie zajęć dzieci dowiadują się, jak działa mózg, jak dochodzi do udaru i jakie funkcje mózgu może on wyłączyć. Uczą się, jakie są objawy udaru mózgu i jak należy reagować w sytuacji ich wystąpienia. Scenariusze zajęć zostały przygotowane wspólnie z nauczycielami z Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych. Prowadzą je edukatorzy z Międzynarodowego Stowarzyszenia Studentów Medycyny IFMSA-Poland.

Warsztaty odbywają się w trakcie 45-minutowej lekcji, podczas której uczymy dzieci o udarze mózgu. Na początku opowiadamy pewne ciekawostki o samym mózgu, jak on funkcjonuje, jak się odżywia. W ten sposób staramy się wytłumaczyć, czym jest udar i jak poważne może mieć konsekwencje –mówi Karolina Mitruczuk, edukatorka z IFMSA-Poland.

Dzięki interaktywnej formie warsztaty angażują uczniów i w przystępny sposób przekazują wiedzę, która może uratować komuś życie. W trakcie zajęć dzieci rozwiązują krzyżówki i quizy, a w części praktycznej przeprowadzają doświadczenie, które pokazuje przepływ krwi do mózgu. Oglądają też edukacyjną animację, w której główną rolę odgrywa Doktor Stroke – Pogromca Udarów, w którego wciela się aktor Michał Malinowski.

 Moim zadaniem, jako superbohatera, jest uświadamianie, jakim zagrożeniem jest udar mózgu, jakie konsekwencje niesie zignorowanie objawów. Z drugiej strony zwracam uwagę na fakt, że tym konsekwencjom możemy przeciwdziałać dzięki podstawowej wiedzy, którą można posiąść w kilka minut. To może później decydować o życiu, śmierci lub trwałej niepełnosprawności. Zanim zaangażowałem się w kampanię nie miałem pojęcia, że skala udarów mózgu w Polsce jest aż tak duża. Mówi się o nowotworach, chorobach serca, a to jest równie duży problem – mówi Michał Malinowski.

Inicjatorzy kampanii STOP UDAROM (www.stopudarom.pl) podkreślają, że w Światowym Dniu Udaru Mózgu, który jest obchodzony 29 października, warto przypomnieć sobie jego podstawowe objawy, czyli: usta wykrzywione, dłoń opadnięta, artykulacja utrudniona i rozmazane widzenie. Pierwsze litery każdego z nich składają się w słowo „udar”. W przypadku zaobserwowania takich symptomów u kogoś bądź u siebie należy bezwzględnie i jak najszybciej wezwać pogotowie.

Dynamiczny rozwój inteligentnych miast wymaga jednego standardu rozwiązań i elementów smart city. To szansa dla dopiero tworzonych systemów np. w Polsce

Dynamiczny rozwój inteligentnych miast wymaga jednego standardu rozwiązań i elementów smart city. To szansa dla dopiero tworzonych systemów np. w Polsce 14

W największych miastach świata pojawia się coraz więcej rozwiązań z zakresu smart city. Najczęściej spotykane są systemy zarządzania ruchem drogowym, które pozwalają redukować korki na drogach i ograniczać smog. W miastach takich jak Wiedeń, Londyn czy Nowy Jork, takie rozwiązania już funkcjonują, natomiast w polskich miastach dopiero są wdrażane. Skuteczność i bezpieczeństwo inteligentnych miast mógłby zwiększyć jeden standard, w którym pracowałyby wszystkie elementy smart city, takie jak kamery ze sztuczną inteligencją, inteligentne radary, czy czujniki pogody.

– Smart city to nie tylko oprogramowanie, to nie tylko usługi różnego typu które są dedykowane na potrzeby miast, to przede wszystkim społeczność, która myślenie swoje dedykuje właśnie typowi smart, które się rozwija nie tylko technologicznie, ale również mentalnie i umysłowo. To bardzo ważny aspekt rozwoju każdego miasta i każdej społeczności – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Paruzel, dyrektor operacyjny Smart in, polskiego producenta rozwiązań inteligentnego miasta.

Współczesne projekty inteligentnych miast skupiają się głównie na kwestiach związanych z bezpieczeństwem społeczeństwa. Coraz częściej władze sięgają po systemy inteligentnego monitoringu, które umożliwiają służbom miejskim błyskawicznie reagowanie na wszelkie zagrożenia dla porządku publicznego. Aby jednak te informacje można było błyskawicznie przetwarzać i analizować, twórcy systemów inteligentnych muszą korzystać z rozwiązań automatyzujących pracę monitoringu.

Jednym z najciekawszych przykładów na wykorzystanie technologii inteligentnych do monitoringu obszarów miejskich jest system wdrożony przez chińskie władze. W kilkunastu miastach wykorzystuje się tam kamery CCTV podłączone do sztucznej inteligencji. Oprogramowanie korzysta z systemu rozpoznawania twarzy do automatycznego wyszukiwania osób poszukiwanych listem gończym. System ma już pierwsze sukcesy na koncie.

Z kolei inżynierowie Nokii opracowali oprogramowanie do analizy materiału wideo, które automatycznie zidentyfikuje potencjalne zagrożenia w środowisku miejskim: przeanalizuje prędkość ruchu pojazdów i będzie śledzić tempo poruszania się poszczególnych przechodniów. Dzięki temu nie tylko wykryje pirata drogowego i automatycznie zrobi mu zdjęcie, będzie w stanie zlokalizować źródło wybuchu masowej paniki i poinformować o tym służby bezpieczeństwa.

– Wszelkiego rodzaju oprogramowanie wspierające jest bardzo istotne, ale czujnik pogodowy czy czujnik zanieczyszczeń PM2,5 nie wystarczy, bo on nie wpływa na bezpieczeństwo bezpośrednie obywateli. Narzędzia, którymi dysponują służby obsługujące bezpieczeństwo miast, powinny dysponować informacją zintegrowaną i zunifikowaną. Powinny dysponować platformą z udostępnianymi informacjami od wszystkich służb miejskich z jednym panelem zarządczym, za pomocą którego operatorzy mogą reagować na zdarzenia – mówi ekspert.

Największym problemem, z jakim zmagają się niemal wszystkie miasta inteligentne, jest brak ujednoliconych wytycznych co do sposobu działania poszczególnych rozwiązań. Nie istnieje uniwersalne oprogramowanie, które pozwoliłoby szybko i sprawnie wdrożyć systemy inteligentne na nowe obszary i zintegrować je z istniejącą infrastrukturą miejską.

Problem ten zauważyli m.in. inżynierowie Huawei, którzy podczas konferencji Connect 2018 w Szanghaju zaproponowali nowy model funkcjonowania inteligentnych miast. Proponują, aby ideę smart city rozwijać w ramach struktury 1+4+N: jedno inteligentne centrum operacyjne (IOC), cztery sztuczne inteligencje wyspecjalizowane w różnych zadaniach oraz platforma N przeznaczona do instalowania innowacyjnych aplikacji rozszerzających możliwości systemów miejskich.

– Monitoring wizyjny w bardzo wielu miastach uruchamiany jest w podobnych, ale jednak mimo wszystko różnych technologiach. Jeśli będziemy chcieli zunifikować tego typu rozwiązania albo rozszerzyć np. w Warszawie, która jest dużą metropolią, będzie trudno zunifikować to do jednego panelu zarządczego. Podobnym miejscem jest Śląsk, w którym następuje zgrupowanie wielu miast, dużych, mniejszych miejscowości w jednym, metropolitalnym miejscu – mówi Dawid Paruzel

Unifikacja miejskiego Internetu Rzeczy według pomysłu Huawei pozwoliłaby szybko i sprawnie wymieniać informacje między kamerami CCTV, systemami do analizy ruchu drogowego, czujnikami podtopień oraz stacjami pogodowymi informującymi o zanieczyszczeniach. Ujednolicenie narzędzi ułatwiłoby także wdrażanie systemów inteligentnych tam, gdzie nie funkcjonują jeszcze żadne rozwiązania z zakresu smart city.

Wprowadzenie nowego standardu mogłoby być szansą dla polskich miast, które dopiero zaczynają wprowadzać elementy smart city, zwłaszcza w obszarze transportu.

– U nas w Polsce już w kilku miastach wdrażane są skutecznie elementy smart city. Dobrym przykładem jest wdrażanie w bardzo wielu lokalizacjach w Polsce technologii związanej z tzw. ITS, czyli inteligentnym zarządzaniem ruchem drogowym. Cała aglomeracja poznańska została wyposażona w inteligentne rozwiązania wspierające ruch drogowy, tak samo Wrocław czy Warszawa – wymienia ekspert.

Obecnie rozwiązania inteligentnego ruchu drogowego są rozszerzane np. w Lublinie. Projektowanie rozwiązań typu ITS, m.in. inteligentnych skrzyżowań, rozpoczęło się także na Śląsku, np. w Tychach i w Katowicach. Na świecie wdrażanie rozwiązań smart city jest jednak o wiele bardziej zaawansowane.

– W Wiedniu, Londynie, czy Nowym Jorku inteligentne systemy zarządzania ruchem drogowym powstały, m.in. po to, żeby zmniejszyć ilość zatorów, korków na drogach, przez to również ograniczyć ilość emisji CO2, a ostatnio jest to bardzo istotny temat w kontekście efektu cieplarnianego na świecie – twierdzi Dawid Paruzel.

Według raportu opracowanego przez firmę analityczną marketsandMarkets, wartość rynku technologii z zakresu smart city przez najbliższe pięć lat będzie rosnąć w tempie 23 proc., by w 2022 roku osiągnąć wartość 1,2 bln dol.

Płatności za pomocą obrączki czy zegarka wchodzą do bankowości. W przyszłości będzie można płacić bez wyciągania smartfona z kieszeni

Płatności za pomocą obrączki czy zegarka wchodzą do bankowości. W przyszłości będzie można płacić bez wyciągania smartfona z kieszeni 15

W pierwszym półroczu 2018 r. systemem BLIK dokonano 33 mln transakcji – to tyle, ile w całym ubiegłym roku. Popularność płatności mobilnych wpisuje się w ogólny trend, jakim jest odchodzenie od gotówki na rzecz cyfrowych form płatności. Już niebawem za zakupy będzie można zapłacić przybliżając do terminala obrączkę czy zegarek. W Stanach Zjednoczonych są już testowane sklepy, które same pobierają odpowiednią należność – klient bierze z półki interesujące go rzeczy i wychodzi ze sklepu, a transakcja dokonuje się w tle.

Polacy bardzo szybko przyswajają nowe technologie w finansach. Wprowadzona na polski rynek usługa Apple Pay w tydzień pozyskała 200 tys. użytkowników. Rosnące grono klientów zdobywa też elektroniczna portmonetka Google Pay. Usługę udostępnia w Polsce już 12 banków i korzysta z niej już przeszło 300 tys. klientów. Z kolei wprowadzonym trzy lata temu systemem BLIK dokonano w pierwszym roku 2 mln transakcji. Z kolei tylko w pierwszym półroczu br. ich liczba wzrosła już do 33 mln – to tyle, ile w całym ubiegłym roku (co i tak stanowiło czterokrotny wzrost względem 2016).

Na popularności zyskują także płatności zbliżeniowe. Według NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności smartfonem i kartą są wygodniejsze i prostsze, niż gotówką. W obrocie znajduje się już ponad 38 mln kart płatniczych, a 8 na 10 transakcji dokonywanych za ich pośrednictwem to transakcje zbliżeniowe. Polacy korzystają z transakcji zbliżeniowych trzykrotnie częściej niż ich europejscy sąsiedzi, ale polski rynek wciąż jest jednak daleko w tyle za państwami takimi jak Szwecja czy Szwajcaria, gdzie udział gotówki w obrocie wynosi już raptem kilka procent (w Polsce wciąż oscyluje wokół 40 proc.) na rzecz bardziej nowoczesnych form płatności.

Najnowszym trendem są płatności dokonywane poprzez urządzenia do noszenia, takie jak zegarek.

– Metody płatności takie jak wearables to w dużej mierze moda. Tym, co sprawia że płatności mobilne tak świetnie sobie radzą, jest fakt, że wszyscy mamy telefony. Natomiast fakt, że musimy kupić nowy gadżet aby móc płacić za pomocą wearables, niekoniecznie doprowadzi do masowej adopcji tego trendu. Jednak na dużych, ekskluzywnych konferencjach wyraźnie widać coraz więcej płatności zegarkiem czy obrączką – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marta Krupińska, współzałożycielka Azimo.

Z opublikowanego na początku tego roku badania Mastercard, dotyczącego otwartości klientów na nowoczesne formy płatności, wynika że 27 proc. Polaków chciałoby w przyszłości płacić zbliżeniowo urządzeniami ubieralnymi, takimi jak inteligentny zegarek czy opaska fitness. Według ekspertów Mastercard – w Polsce ta technologia ma szansę przyjąć się szybciej, niż w innych częściach Europy. Wynika to z faktu, że polski sektor bankowy należy do najbardziej innowacyjnych na świecie, a polscy klienci bankowości bardzo szybko adaptują technologiczne nowinki w finansach.

Płatności zbliżeniowe za pomocą gadżetów, które można na siebie włożyć, są równie proste jak płatności kartą. Obrączkę czy bransoletkę wystarczy przyłożyć do terminala płatniczego.

– Do terminala płatniczego przybliżamy np. obrączkę, która wysyła informację do naszego telefonu i możemy zatwierdzić tę transakcję telefonem, chyba, że jest ona poniżej pewnej kwoty. W dużej mierze jest to kwestia gadżetu, to że nie muszę wyciągnąć telefonu, nie musze wyciągnąć karty, tylko mogę machnąć ręką i transakcja jest dokonana – tłumaczy Marta Krupińska.

Według prognoz Mastercard – do 2020 roku już 62 proc. wereables, czyli urządzeń ubieralnych, ma być wyposażonych w funkcje płatnicze. Prawdziwą rewolucją będą jednak płatności, które nie wymagają od nas jakiejkolwiek uwagi.

– W tej chwili Amazon tworzy w USA supermarkety, w których możemy płacić w ogóle nie płacąc. Podchodzimy do półki, ściągamy z niej rzeczy i wychodzimy z supermarketu. To idea płacenia bez koszyka. To jest przyszłość – prognozuje Marta Krupińska.

Założony przez nią start-up Azimo działa na rynku międzynarodowych transferów gotówki i stanowi dziś konkurencję dla gigantów takich jak Western Union. Umożliwia przesłanie pieniędzy na numer telefonu komórkowego. W tym celu nie trzeba nawet znać numeru konta bankowego odbiorcy – wystarczy, że zaloguje się on do aplikacji na swoim telefonie i wpisze numer rachunku, na którym mają zostać zaksięgowane środki.

Według firmy badawczej Tractica, już w 2020 r. wartość transakcji dokonanych za pomocą urządzeń wearables sięgnie 500 mld dol. Wartość będzie rosnąć w najbliższych latach w tempie 177 proc. średniorocznie.