KPMG: Nowy standard IFRS może stanowić dla ubezpieczycieli duże obciążenie operacyjne

Upłynął ponad rok od ogłoszenia nowego standardu IFRS 17 dotyczącego wyceny umów ubezpieczeniowych. Nowe przepisy zaczną obowiązywać od 2021 r. Dla większości firm ubezpieczeniowych na świecie, wdrożenie standardu będzie bardziej złożonym i bardziej kosztownym wysiłkiem niż samo pierwotne wdrożenie standardów międzynarodowych (IFRS), wymagającym głębokich zmian zarówno operacyjnych, jak i w obszarach technicznych.

W momencie publikacji standardu, 4-letni termin wdrożenia mógł się wydawać dla większości firm ubezpieczeniowych niezwykle odległy, ale obecnie, kiedy duża ich część rozpoczęła projekty wdrożeniowe, wszyscy wydają się być świadomi tego, jak dużych nakładów pracy i jak dużo czasu będzie to wymagać. Z pierwotnych czterech lat upłynął już rok, ale w przypadku niektórych spółek właściwe procesy jeszcze się nie rozpoczęły, a zakres zmian okazuje się w praktyce dużo większy, niż pierwotnie zakładano.

Sam standard może nie jest zbyt precyzyjny i wymaga ciągle wielu własnych interpretacji, jednak nie może to być usprawiedliwieniem, wstrzymywania rozpoczęcia prac nad jego wdrożeniem. Firmy, które jeszcze tego nie zrobiły, nie powinny zwlekać ze startem prac – mówi Marcin Dymek, partner w dziale Financial Services, szef sektora ubezpieczeniowego w KPMG w Polsce.

Bazując na badaniu KPMG przeprowadzonym w drugim kwartale 2018 r. wśród 160 firm ubezpieczeniowych z 30 krajów, wnioski wydają się być jednoznaczne. Coraz więcej podmiotów odczuwa rosnącą presję czasową, przy czym kontrowersyjnie wydaje się ona być nawet większa wśród spółek bardziej zaawansowanych w procesie wdrożenia – wynika to z faktu, że im bardziej organizacja jest zaawansowana w procesie, tym większą ma świadomość ile jest jeszcze do zrobienia. Ponadto wiodący ubezpieczyciele zamierzają wykorzystać prace związane z wdrożeniem standardu do optymalizacji swoich systemów i procesów, dążąc tym samym do osiągnięcia długoterminowych korzyści i oszczędności, które zrekompensują nakłady związane z obecnymi pracami.

Jak wynika z badania KPMG, jedna czwarta firm nie rozpoczęła jeszcze prac przygotowawczych – na najmniej zaawansowanym etapie są mniejsi ubezpieczyciele, co może prowadzić do jeszcze większych kosztów i problemów z zasobami w nieodległej przyszłości.

Dla firm, które jeszcze nie rozpoczęły swoich przygotowań, jest to w zasadzie ostatni moment. W przeciwnym wypadku w roku 2021 ich rozwiązania będą tylko tymczasowe, a wdrożenie docelowych systemów i niezbędnej automatyzacji będą opóźnione. Oznaczać to będzie zwiększony udział procesów obsługiwanych ręcznie, które po pierwsze są bardziej kosztowne, a po drugie są dużo bardziej narażone na zwykłe ryzyko błędów ludzkich – mówi Piotr Lachowicz, partner, szef zespołu aktuarialnego i zarządzania ryzykiem w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Większość firm zakłada konieczność prowadzenia równoległego raportowania przynajmniej przez rok lub dwa lata, co będzie znaczącym obciążeniem dla zespołów back office. Prawie wszyscy respondenci badania (90%) przewidują problemy w znalezieniu odpowiednich specjalistów. Widać, że problem ten jest postrzegany jako dużo ważniejszy, niż np. samo zapewnienie budżetów na projekty wdrożeniowe – na ten problem wskazuje połowa respondentów.

Wobec rosnącej świadomości złożoności problemów związanych z wdrożeniem i rosnącej presji czasowej, coraz więcej firm decyduje się na wsparcie własnych zespołów przez zewnętrznych ekspertów, co jest widoczne zwłaszcza w takich obszarach jak zarządzanie projektami czy aktuariat.

Samo wdrożenie standardu to olbrzymi wysiłek dla firm ubezpieczeniowych, należy jednak pamiętać, że stosując obecne procesy bardzo trudno będzie sprostać wymogom po jego wdrożeniu. Obecnie wewnętrzne terminy raportowania do właścicieli często wynoszą klika dni i firmom ubezpieczeniowym trudno będzie przekonać zewnętrznych inwestorów, że musieliby czekać na komunikaty o wynikach kolejne tygodnie. Realnie rzecz biorąc chyba nikt nawet nie będzie próbować, stawką jest tu reputacja całej branży – mówi Piotr Lachowicz, partner, szef zespołu aktuarialnego i zarządzania ryzykiem w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Firmy ubezpieczeniowe są coraz bardziej świadome wpływu, jakie nowy standard będzie miał na procesy biznesowe (poza samymi procesami finansowymi). Wśród najczęściej wskazywanych obszarów są produkty i – co równie ważne – pricing, zarządzanie ryzykiem (przy czym na to głównie wskazują ubezpieczyciele spoza reżimu Solvency II) czy też strategie reasekuracyjne.

Nowy standard będzie wymagał otwartego dialogu z inwestorami – ale zanim to nastąpi także z zarządami lokalnych spółek, jak i całych grup – o tym jak wyniki firm ubezpieczeniowych będą wyglądały po wdrożeniu standardu i jak należy je interpretować. Samo przygotowanie do tego będzie wymagało wiele pracy z zastosowaniem zaawansowanych symulacji, tak aby przygotować wszystkich zainteresowanych z dużym wyprzedzeniem – mówi Marcin Dymek, partner w dziale Financial Services, szef sektora ubezpieczeniowego w KPMG w Polsce.

Ubezpieczyciele muszą rozpocząć realne działania w projektach wdrożeniowych. Zwłaszcza ci mniejsi, dla których względnie będzie to nawet większy wysiłek. W przeciwnym przypadku kluczowe dane finansowe, z których rozliczani będą zarządzający spółkami, będą powstawały w procesach pełnych lat i manualnych rozwiązań, co biorąc pod uwagę złożoność samych obliczeń, jest niemal gwarancją błędu. Narażona byłaby również reputacja grup na rynkach kapitałowych wśród zewnętrznych inwestorów. Jak zatem należy zacząć? Trzeba jak najszybciej skoncentrować wysiłki na identyfikacji wymogów dotyczących danych i samych systemów oraz jak najszybciej rozpocząć wdrożenie obejmujące istniejące portfele polis ubezpieczeniowych. Bo sama optymalizacja procesów, pomimo że powinna zacząć się zaraz potem, zajmie na pewno wiele lat, nawet już po samym wdrożeniu standardu.

Największe firmy ubezpieczeniowe wydają się już zdawać sobie sprawę ze skali koniecznych zmian. Większość z nich weszło już zresztą w fazę opracowywania docelowych rozwiązań. I co ważne, zaczynają również dostrzegać korzyści, jakie tego rodzaju projekty przyniosą dla ich procesów operacyjnych.

Bardzo ważne jest jak najszybsze zrozumienie, jakie konsekwencje będą miały nowe wymogi dla sprawozdań finansowych ubezpieczycieli i rozpoczęcie dialogu z inwestorami.

Zakaz blokowania geograficznego wpłynie na e-commerce oraz usługi w chmurze

Scalenie rynków państw Unii Europejskiej jest jednym z głównych założeń, od kilku lat konsekwentnie realizowanych w praktyce. Kolejnym etapem tej polityki będzie wprowadzenie pod koniec tego roku, nowej dyrektywy. Sprawi ona, że już od 3 grudnia 2018 r[i]. sklepy internetowe stracą możliwość blokowania dostępu do swoich stron klientom z krajów UE. Nowe rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/302[ii] wprowadzi kilka istotnych zmian w sektorze e-commerce. Będzie również dotyczyć zagadnień związanych z chmurą.

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Jedną z istotniejszych zmian będzie wymóg, by usługodawcy prowadzący działalność w Unii nie traktowali usługobiorców w zróżnicowany sposób ze względu na ich przynależność państwową lub miejsce zamieszkania. Dzięki temu usługodawcy nie będą mogli blokować dostępu do swoich stron klientom z krajów UE. Nie będzie możliwe również automatycznie przekierowywanie na inne wersje stron, czy różnicowanie warunków płatności za zamówienie, ze względu na to, że klient ma inne obywatelstwo, miejsce zamieszkania czy prowadzi działalność gospodarczą w innym państwie, niż to, na którego obszarze dany sklep chce sprzedawać swoje produkty lub usługi. Wprowadzenie zakazu blokowania geograficznego w założeniu ma wyeliminować automatyczne różnicowanie przez sklepy internetowe warunków zakupu, zwłaszcza cen, towarów, czy usług oferowanych na miejscu w kraju, w którym przedsiębiorca prowadzi działalność.

E-commerce w liczbach

Jak wynika z danych, przytaczanych przez Parlament Europejski aż 63 proc. stron internetowych[iii] nie pozwala kupującym z innego państwa UE na dokonywanie zakupów. Wprowadzenie nowej dyrektywy może przyspieszyć rozwój i tak już dobrze prosperującego rynku e-commerce. Jest też odpowiedzią na zapotrzebowanie unijnych konsumentów, u których widać rosnący popyt na transgraniczne zakupy internetowe. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odsetek Europejczyków dokonujących zakupów w sieci niemal się podwoił. Jak wynika z badania ,,European E-commerce report 2018”[iv], wydanego przez
E-commerce Europe, handel detaliczny online nadal odnotowuje dwucyfrowy wzrost. Niedawno opublikowane dane dokładniej obrazują skalę wzrostu. Obrót w europejskim handlu elektronicznym wzrósł o 11 proc., do 534 mld EUR w 2017 roku. Przewiduje się też jego wzrost dalszy wzrost, o 13 proc. do 602 mld EUR w 2018 r. Dla porównania w 2013 było to nie więcej niż 307 mld euro.

Nowa dyrektywa dotyczy też chmury

Zakaz blokowania geograficznego dotyczy również usługi świadczonych drogą elektroniczną. Obejmują one na przykład usługi w chmurze, usługi hurtowni danych, hosting stron internetowych i dostarczanie zapór sieciowych, a także korzystanie z wyszukiwarek i katalogów internetowych. Obecnie wybór dostawcy usług cloud nadal ma duże znaczenie, ponieważ za każdą usługą chmury stoją konkretne centra danych. Jednak trzeba pamiętać, że chmura jest rozproszonym środowiskiem, które może obejmować więcej niż jedną lokalizację, a świadczenie usług może odbywać się niezależnie od lokalizacji klienta. W przypadku dostawców, takich jak Aruba Cloud, klient może wybrać, w którym centrum danych mają znaleźć się jego dane, co jest postrzegane jako zaleta. Ostatecznie centrum danych musi być gdzieś fizycznie zlokalizowane. Jednak w przypadku usług w chmurze znacznie większe znacznie niż sama lokalizacja fizyczna, lecz to, jakie standardy spełnia określone centrum danych i czy ma najnowsze certyfikaty, takie jak ANSI Rating IV, będące gwarantem jakości. Warto też przyjrzeć się, czy spełnia ono wszystkie kryteria biznesowe klientów, których oczekiwania w tej kwestii stale rosną.

Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

[i] https://ec.europa.eu/digital-single-market/en/policies/geoblocking

[ii] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/PDF/?uri=CELEX:32018R0302&from=PL

[iii] http://www.europarl.europa.eu/news/pl/press-room/20180202IPR97022/parlament-przyjal-przepisy-ktore-ulatwia-sa-transgraniczne-zakupy-w-internecie

[iv] https://www.ecommerce-europe.eu/app/uploads/2018/07/Press-Kit-European-B2C-Ecommerce-Report-2018.pdf

 

Dziewiąta edycja globalnego raportu o zamożności

Allianz opublikował dziewiątą już edycję globalnego raportu o zamożności, w którym bardzo szczegółowo przeanalizowane zostały dane dotyczące majątku i długów gospodarstw domowych w ponad 50 krajach na całym świecie.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że rok 2017 był wyjątkowy. Wskazują, że mimo rosnących napięć politycznych był to prawie idealny rok dla inwestorów. Ożywienie gospodarcze po kryzysie finansowym doprowadziło do jednoczesnego ożywienia na całym świecie. Rynki finansowe osiągnęły wysokie wyniki, w szczególności rynki akcji. W rezultacie aktywa finansowe gospodarstw domowych wzrosły o 7,7%. Natomiast globalne aktywa finansowe brutto wzrosły do poziomu 168 bilionów euro.

– Ostatni rok był bardzo dobry dla osób oszczędzających. Było tak dobrze, jak pozwoliła na to epoka pokryzysowa, która skończyła się na dobre. Minęły czasy, kiedy niezwykle ekspansywna polityka monetarna zapewniała stały i stabilny trend wzrostu na rynkach finansowych. Jednak widoczne są niepokojące sygnały: rosnące stopy procentowe, konflikty handlowe i coraz bardziej populistyczna polityka powodująca napięcia i zawirowania. Pierwszy miesiąc 2018 roku dał nam przedsmak tego, czego możemy się spodziewać w kolejnych. – mówi Michael Heise, główny ekonomista Allianz.

Powrót inwestycji w papiery wartościowe

W 2017 roku nastąpiła zauważalna zmiana w zachowaniach inwestycyjnych. Po tym, jak oszczędzający w dużym stopniu pominęli akcje i fundusze inwestycyjne w latach po kryzysie, w minionym roku odnotowano znaczący napływ środków do tej klasy aktywów. Ich udział w ubiegłym roku osiągnął prawie 1/5 nowych funduszy, to więcej niż w latach poprzedzających kryzys.

W kontekście dynamicznie rozwijających się rynków akcji oznaczało to, że papiery wartościowe cieszyły się zdecydowanie najsilniejszym wzrostem wszystkich klas aktywów w 2017 r., zwiększając się łącznie o 12,2% i reprezentując ponad 42% wszystkich oszczędności na koniec 2017 r. Na drugim miejscu znalazły się należności z tytułu ubezpieczeń i emerytur, które stanowią 29% portfela aktywów i wzrosły w ubiegłym roku o 5,2%. Podczas gdy inwestorzy ponownie odkryli rynki kapitałowe, depozyty bankowe wypadły z łask ich posiadaczy w gospodarstwach domowych całym świecie. Tylko 42% nowych inwestycji trafiło do banków, w porównaniu do 63% rok wcześniej. W liczbach bezwzględnych oznaczało to spadek o ponad 390 miliardów euro. W konsekwencji wzrost depozytów spadł o dwa punkty procentowe do 4,3% (udział portfela aktywów prawie 27%).

– Osoby oszczędzające w końcu rozpoznały znaki czasu. Wycofanie się z depozytów bankowych, szczególnie w „starych” uprzemysłowionych krajach, nastąpiło w sama porę, ponieważ inflacja powróciła. Podwyżki cen w tych krajach potroiły się w 2017 r. – choć wciąż są na niskim poziomie. W rezultacie spadły również siły nabywcze depozytów bankowych: szacuje się, że w samym tylko 2017 roku suma ta wyniosła 400 miliardów – mówi Kathrin Brandmeir, współautorka raportu.

Kraje uprzemysłowione nadrabiają zaległości – USA wyprzedziły Chiny

Lata następujące po kryzysie charakteryzowały się głównie, relatywnie słabym wzrostem aktywów w państwach uprzemysłowionych w porównaniu do krajów rozwijających się. Zmieniło się to również w 2017r. Przyspieszenie wzrostu było spowodowane wyłącznie rozwojem w krajach uprzemysłowionych. Podczas gdy wzrost w tych krajach wzrósł o ponad jeden punkt procentowy (do 6,5%), w krajach wschodzących obniżył się o trzy punkty procentowe (do 12,9%). Różnica wzrostu między tymi dwiema grupami krajów była zatem najniższa od 2005 r. i wynosiła 6,5 ​​punktów procentowych. Średnia wartość z ostatniego dziesięciolecia była dwukrotnie wyższa i wynosiła 13 punktów procentowych. Ten kontrastujący rozwój, jeśli chodzi o wzrost aktywów finansowych, w dużej mierze wynika z działalności największych graczy na rynku: Chin (gdzie wzrost zwolnił z 18,3% do 14%) i USA (gdzie wzrost przyspieszył z 5,8% do 8,5%). W Europie Wschodniej wzrost nieznacznie spadł do 7,5% (2016: 8,3%). W ten sposób USA ponownie wyprzedziły Chiny pod względem wzrostu bezwzględnego. W 2017 r. Stany Zjednoczone stanowiły około 44% globalnego wzrostu aktywów finansowych brutto gospodarstw domowych, podczas gdy Chiny stanowiły jedynie około 25%. Wskaźnik ten wynosił średnio 26% w porównaniu do 35% w ciągu ostatnich trzech lat – jednak z Chinami na szczycie zestawienia.

Wzrost zadłużenia przyspiesza

Światowe zobowiązania gospodarstw domowych wzrosły o 6% w 2017 r. Tempo wzrostu było więc nieco powyżej poziomu z poprzedniego roku wynoszącego 5,5%. Również w Europie Wschodniej przyspieszył wzrost zadłużenia, do 7,4%, i jest to najszybszy wzrostu od trzech lat. Jednak dzięki silnemu wzrostowi gospodarczemu wskaźnik długu globalnego (zobowiązania jako procent PKB) wzrósł jedynie minimalnie do 64,3% (Europa Wschodnia: 22,7%). Te globalne średnie naturalnie maskują ogromne różnice. W niektórych krajach poziom zadłużenia i jego dynamika osiągnęły krytyczne wartości w ciągu ostatnich kilku lat.

– W większości analizowanych krajów dynamika długu prywatnego nie jest niepokojąca. Jednak w szczególności w Azji jest kilka krajów – np. Tajlandia, Malezja, Korea Południowa i Chiny – w których agencje nadzoru powinny bardzo uważnie monitorować rozwój w kontekście zadłużania się. W tych krajach nie można przeoczyć podobieństw do nadwyżek kredytowych przed kryzysem finansowym. Pomimo silnego wzrostu zobowiązań, aktywa finansowe netto, tj. różnica pomiędzy aktywami finansowymi brutto i długiem osiągnęła nowy rekordowy poziom 128,5 biliona na zakończenie 2017 r. Oznacza to wzrost o 8,3% w porównaniu z rokiem poprzednim. – skomentowała Michaela Grimm, współautorka raportu.

Polska: Ostry spadek wzrostu aktywów finansowych

Aktywa finansowe polskich gospodarstw domowych wzrosły o 6,1% w 2017 r. – znacznie wolniej niż przed rokiem (9%). Głównym „winowajcą” tych słabszych wyników były depozyty bankowe: wzrost spadł do 4,2%, najniższego poziomu od czasu kryzysu finansowego. Natomiast aktywa ubezpieczeniowe i emerytalne odnotowały 11,3% wzrost, co stanowi najszybszy wzrost od „szoku emerytalnego” w 2014 r. W rezultacie ich udział w portfelu aktywów wzrósł prawie do 16%; jest to jednak nadal 10 punktów procentowych poniżej najwyższego poziomu odnotowanego w 2013 r. Jednocześnie zobowiązania wzrosły zaledwie o 2%, i jest to najniższy wzrost od pięciu lat. W związku z tym wskaźnik zadłużenia gospodarstw domowych spadł do 36%, niewiele powyżej średniej regionalnej członków Unii Europejskiej z Europy Wschodniej.

Aktywa finansowe netto wzrosły o 8,5% w 2017 r. Przy aktywach netto na mieszkańca w wysokości 8 270 EUR, Polska zajęła 36. miejsce na liście najbogatszych krajów, zrzucając o jeden szczebel i zamieniając się miejscami z Malezją. Na szczycie listy ponownie znajduje się Szwajcaria, którą rok wcześniej wyprzedziły Stany Zjednoczone. Ogólnie rzecz biorąc, kraje europejskie zrobiły wynik lepszy niż w poprzednich latach; odzwierciedla to jednak przede wszystkim mocniejsze euro. W rankingu regionalnym Polska pozostała na 8. miejscu a na czele rankingu znajdują się Czechy i Słowenia.

Więcej uczestnictwa dzięki globalizacji

Ostatnie dwie dekady gwałtownej globalizacji doprowadziły do powstania nowej globalnej klasy średniej zamożności, która obejmowała prawie 1,1 miliarda ludzi pod koniec 2017 roku. Mniej niż pół miliarda ludzi należało do tej grupy na przełomie tysiącleci, a niewiele poniżej połowy z nich pochodzi z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej lub Japonii. Dziś kraje te stanowią zaledwie jedną czwartą światowej zamożnej klasy średniej. Z kolei udział Chin wzrósł w tym okresie z nieco poniżej 30% do ponad 50%. Liczby towarzyszące tej historii sukcesu są imponujące: około 500 milionów Chińczyków dołączyło do globalnej klasy średniej zamożności od 2000 r., a ponad 100 milionów więcej może nawet uważać się za część globalnej klasy wyższej zamożności. W przeciwieństwie do tego tylko około 7% członków światowej klasy średniej majątkowej żyje w Europie Wschodniej (i mniej niż 1% światowej klasy wyższej majątkowej).

Więcej nierówności w krajach uprzemysłowionych

Rozwój nierówności w kontekście krajowym pokazuje jednak bardzo niejednorodny obraz. Podział bogactwa poprawił się w wielu krajach od przełomu tysiącleci, ale w wielu innych krajach uległ pogorszeniu. Ta ostatnia grupa obejmuje dużą liczbę krajów uprzemysłowionych, od USA po kraje kryzysu euro, w tym także Niemcy i Japonię. W Polsce sytuacja była względnie stabilna.

Nowy wskaźnik krajowego podziału bogactwa

Aby uzyskać szczegółowy obraz dystrybucji krajowej w kontekście międzynarodowym, w raporcie został wprowadzony nowy wskaźnik – Allianz Wealth Equity Indicator (AWEI). Niektóre wyniki są zaskakujące. Oprócz „zwykłych podejrzanych” czyli USA, Południowej Afryki, Indonezji i Wielkiej Brytanii, kraje, w których dystrybucja dóbr jest stosunkowo mocno zniekształcona, obejmują także Danię, Szwecję i Niemcy. W Skandynawii może to być spowodowane przede wszystkim wysokim poziomem zadłużenia wśród dużej części populacji; w Niemczech kluczową rolę odgrywa opóźnione zjednoczenie kraju i ogólny niedobór kapitałowych systemów emerytalnych. Z drugiej strony, kraje, w których dystrybucja majątku jest względnie zrównoważona, obejmują wiele krajów Europy Wschodniej i Zachodniej, niektóre z nich to kraje kryzysu euro, takie jak Włochy, Hiszpania i Grecja. Nawet jeśli ostatnie lata kryzysu i oszczędności mogły doprowadzić do większej nierówności (w szczególności w Hiszpanii i Grecji), wciąż mają one stosunkowo solidną podstawę, na której mogą się oprzeć, ponieważ zasoby tradycyjnie były szeroko rozpowszechnione – zwłaszcza gdy chodzi o aktywa nieruchomości. Polska należy do krajów o najlepszych wynikach w tym rankingu, odzwierciedlając dziedzictwo liberalnych reform po upadku komunizmu w latach 90. XX wieku. – Nasz nowy wskaźnik kapitału majątkowego wyraźnie pokazuje, że powinniśmy uważać na wyciąganie pochopnych lub ogólnych wniosków. Poza Stanami Zjednoczonymi, prawie żaden kraj nie pasuje do stereotypu, który mówi, że dystrybucja bogactwa, jest obecnie bardzo zniekształcona i wciąż się pogarsza.
W większości krajów przeważają odcienie szarości. – dodaje Michael Heise.

Polacy chcą zmienić rynek suplementów diety

Polska firma zmienia rynek suplementów diety. Wprowadziła do sprzedaży pierwszy w Europie spersonalizowany preparat, którego skład jest tworzony indywidualnie w oparciu o wyniki wywiadu zdrowotnego i badań medycznych. To prawdziwa rewolucja w branży, w której rocznie w samej Polsce pojawia się kilka tysięcy nowych produktów[1].

Michał Gołkiewicz i Tomasz Styk
Michał Gołkiewicz i Tomasz Styk

Suplement XXI wieku

Sundose, wymyślony przez Michała Gołkiewicza i Tomasza Styka, to zestaw dwóch saszetek do codziennej suplementacji. W jednej znajduje się proszek do rozpuszczenia w szklance wody, w drugiej – tabletka do połknięcia. W ich składzie znajdują się tylko te witaminy, minerały, substancje bioaktywne i probiotyki, których dany organizm rzeczywiście potrzebuje. Preparatów nie można kupić w aptece, ponieważ są przygotowywane ręcznie przez dietetyka klinicznego na podstawie wyników opracowanego przez specjalistów szczegółowego wywiadu zdrowotnego i dodatkowych badań, takich jak morfologia czy badanie DNA.

– Suplementy mają za zadanie wspierać nasze zdrowie, ale skąd – bez wykonania wcześniejszych badań – mamy wiedzieć, jakich substancji tak naprawdę potrzebujemy? Sundose to suplement XXI wieku, maksymalnie dopasowany do stylu życia danej osoby, jej problemów zdrowotnych czy celów żywieniowych. Głęboko wierzymy, że personalizacja to kierunek, w którym zmierza współczesna medycyna oraz farmakologia, oraz że ten trend możemy z sukcesem wykorzystać również w suplementach diety. Każdy z nas jest inny, dlaczego więc mamy przyjmować takie same zestawy witamin czy minerałów, w z góry ustalonych ilościach? tłumaczy Michał Gołkiewicz, współzałożyciel firmy Sundose.

– Chcemy zmienić kurs rozwoju europejskiego rynku suplementów, na wzór tego, co dzieje się już w Stanach Zjednoczonych, i dotrzeć również do zagranicznych klientów, dlatego umożliwiamy już wysyłkę preparatu do krajów starego kontynentu. Mamy nadzieję, że to dopiero początek globalnej ekspansji Sundose – mówi Bartłomiej Foszer, jeden z inwestorów w firmie Sundose.

Sundose od dostępnych na sklepowych półkach suplementów wyróżnia także brak konserwantów – co sprawia, że należy go przechowywać w lodówce i zużyć w ciągu maksymalnie 65 dni. W preparacie nie występują również barwniki, utrwalacze, substancje modyfikowane genetycznie, a także gluten i laktoza – wszystko po to, aby produkt był jak najbardziej bezpieczny i dostępny również dla osób nietolerujących tego typu składników.

Tomasz Styk, dietetyk i wspólnik Gołkieiwcza dodaje: Ponad połowa ze stosujących suplementy diety Polaków wybiera je samodzielnie, często emocjonalnie, pod wpływem reklam. Tylko 17 proc. z nich swój wybór konsultuje z lekarzem lub z farmaceutą, nie zważając na ewentualne konsekwencje zdrowotne. Pracując nad Sundose, szukaliśmy rozwiązania, które bazowałoby na wiedzy merytorycznej, a nie na umiejętnie skonstruowanym przekazie marketingowym – stąd ścisła współpraca z dietetykami klinicznymi i konieczność wypełnienia wywiadu zdrowotnego przez naszego klienta. Nie chcemy, by kolejne osoby suplementowały się w ciemno, i z dumą mogę powiedzieć, że jesteśmy pionierami w Europie w takim podejściu do suplementacji wśród producentów tego typu preparatów. Jednocześnie chcieliśmy stworzyć produkt jak najprostszy do zastosowania w codziennym życiu, ponieważ wiemy, że na korzystanie z bardziej złożonych rozwiązań dietetycznych czy zdrowotnych wiele osób po prostu nie ma czasu.

Sundose to produkt w stu procentach szyty na miarę. Jak przyznaje Tomasz Styk, działanie firmy można porównać do działania krawca – tyle że krawca w świecie suplementów. – W odróżnieniu od producentów „gotowych” suplementów, jesteśmy elastyczni i podążamy ze składem naszego produktu za zmieniającym się życiem naszych klientów. Pierwsza miara, czyli wywiad zdrowotny, jest dla nas dopiero punktem wyjścia do „uszycia” preparatu jak najlepiej dopasowanego do danych potrzeb. Jesteśmy w stanie modyfikować skład preparatu co miesiąc, np. zmienić go w przypadku zajścia klientki w ciążę albo podjęcia większej aktywności fizycznej. Reagujemy na bieżąco dzięki temu, że każdy nasz klient znajduje się pod opieką dietetyka klinicznego, który regularnie kontaktuje się z nim, pytając o efekty suplementacji i badając jego aktualne potrzeby – wyjaśnia Styk.

Budowa zdrowych nawyków

Tak nowatorskiego podejścia do opieki nad klientem mogą pozazdrościć Sundose światowe koncerny farmaceutyczne. Docelowo firma chce stworzyć dla swoich klientów program kompleksowej opieki profilaktycznej, a także umożliwić lekarzom przygotowywanie unikalnego składu suplementu dla pacjenta w czasie wizyty w gabinecie.

Podchodzimy do tematu zdrowia od strony profilaktycznej. Zadaniem Sundose jest nie tylko wspieranie zdrowia, ale też zapobieganie zachorowaniom przez poprawę odporności i budowę zdrowych nawyków, które naszym klientom podpowiadają dietetycy w czasie rozmów o efektach suplementacji. Pragniemy też umożliwić zdalny kontakt ze specjalistami oraz stworzyć taki system e-medycyny, poprzez który nasz klient będzie mógł w prosty i szybki sposób umówić się na rekomendowane badaniaopowiada Michał Gołkiewicz.

[1] W 2016 r. złożono do GIS blisko 7,4 tys. powiadomień o wprowadzeniu bądź zamiarze wprowadzenia po raz pierwszy do obrotu suplementów diety, co stanowiło średnio ponad 600 powiadomień miesięcznie. Dane z raportu NIK na temat dopuszczania do obrotu suplementów diety (2017 r.).

Fat Dog Games S.A. na rynkach azjatyckich – pierwsze premiery oraz prezentacja przed chińskimi inwestorami

Polski wydawca gier niezależnych, Fat Dog Games rozpoczął sprzedaż swoich tytułów na rynku chińskim oraz japońskim. Jako pierwsze do dystrybucji na rynku chińskim trafią Dream Alone, The Chronicles of Nyanya, Exorder oraz Motorbike. W Japonii zadebiutuje na Nintendo Switch Japan Dream Alone. Ponadto, Fat Dog Games spotka się z chińskimi inwestorami w ramach ”Online + Offline” Roadshow organizowanymi przez Bank of China oraz Shenzhen Stock Exchange.

Rynek azjatycki jest obecnie najważniejszym celem twórców gier ze względu na gwałtowny wzrost. Wartość sprzedaży na tym rynku osiągnie w tym roku 71,8 miliardów dolarów, co odpowiada 51,8% całej sprzedaży gier na świecie. Obecnie wydawnictwo rozpoczęło sprzedaż na rynku chińskim o wartości sprzedaży ponad 20 miliardów dolarów oraz japońskim o wartości 12 miliardów dolarów.

Fat Dog Games po raz pierwszy pokazał swoje produkcje w styczniu 2017 roku na Taipei Games Show. Następnie kontynuował budowanie relacji w trakcie ChinaJoy w Szanghaju oraz na kolejnej imprezie w Tajpej w 2018 roku.

Dnia 12 października br., Fat Dog Games zaprezentuje się w ramach ”Online + Offline” Roadshow organizowanymi przez Bank of China oraz Shenzhen Stock Exchange. Fat Dog Games otrzymało w ramach eventu dostęp do narzędzia V-Next udostępnionego tylko kilku firmom z Polski, które ma za zadanie pomagać w kontaktach z inwestorami z Chin.

Efektem tych starań jest uruchomienie sprzedaży gier Dream Alone, The Chronicles of Nyanya, Exorder i Motorbike Garage Mechanic Simulator na chińskiej platformie Sonkwo oraz Dream Alone w japońskiej dystrybucji na konsolę Nintendo Switch przy współpracy z lokalnym partnerem Worker Bee. Sonkwo jest wymieniane jako jedna z dwóch najważniejszych (obok Tencent) platform dystrybucji na tym rynku przez raport “CHIŃSKI RYNEK GIER Raport nt możliwości ekspansji polskich producentów gier na chiński rynek gamingowy” stworzony przez Instytut Polski – Wydział Kultury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Pekinie.

Firma Worker Bee, z siedzibą w Tokio, powstała w 2003 roku to kluczowy partner Fat Dog Games na rynku japońskim. Worker Bee wydało z sukcesami takie tytuły jak m.in. Badland, R-TYPE, Lost In Harmony, Knights of Pen and Paper.

Celem Fat Dog Games S.A. jest dystrybucja wszystkich gier z portfela na tych rynkach oraz uczynienie z nich głównych kanałów przychodu firmy.

Fat Dog Games dotychczas wydało 7 gier na platformie PC oraz pierwszą produkcję na platformie Nintendo Switch. Najbliższe premiery to Dream Alone w japońskiej dystrybucji Nintendo Switch oraz Exorder na Nintendo Switch w Europie, Amerykach i Australii. Do końca tego roku firma wyda jeszcze 5 produkcji na konsoli Nintendo Switch, dwie na Xbox One oraz 5 na PC. Na pierwszy kwartał przyszłego roku zaplanowano 7 premier na konsoli Nintendo Switch, 9 na konsoli Xbox One oraz 5 na PC. Spółka notowana jest na NewConnect.

Polak inwestuje: mniej niż 1000 zł miesięcznie, wiedzę czerpie z Internetu

Według GUS około 40-45% Polaków w ogóle nie oszczędza ani nie inwestuje. Jednak ci, którzy pozytywnie wyróżniają się swoją finansową postawą, zgromadzili w 2017 r. ponad 2 biliony złotych. W czerwcu tego roku Nest Bank zapytał ich o zwyczaje w zakresie inwestowania – Z naszego Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego wynika, że pierwszym źródłem informacji inwestycyjnych dla 70% badanych jest Internet, jednak całkiem chętnie sięgamy po fachową pomoc banków. Nie najgorzej wypada również kwestia systematyczności – 42% inwestujących robi to regularnie – mówi Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku.

Wyniki czerwcowego Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku pokazały, że aż 42% inwestujących Polaków lokuje środki regularnie – przynajmniej raz w miesiącu. Większość ankietowanych (63%) inwestuje maksymalnie 1000 zł miesięcznie. Jedynie 7% lokuje od 3 do 6 zł. tys. Co ciekawe znacznie większa grupa, bo aż 16% przeznacza na ten cel ponad 6 tys. złotych miesięcznie.

Ile Polacy zarabiają na inwestycjach?

Ile Polacy zarabiają na inwestycjachPrawie ¾ badanych zarobiło na swoich dotychczasowych inwestycjach mniej niż 10 tys. złotych. 13% inwestujących wzbogaciło się o 10-20 tys. złotych, 11% o 20-50 tys. złotych. Jedynie 4% badanych zadeklarowało, że udało im się zarobić więcej niż. 50 tys. złotych.

Skąd czerpiemy wiedzę inwestycyjną?

Skąd czerpiemy wiedzę inwestycyjnąPierwszym źródłem informacji dla Polaków jest oczywiście Internet. Nie dziwi więc, że 70% osób czerpie z niego wiedzę o inwestowaniu. Co jednak ważne, aż 39% osób korzysta z rekomendacji doradcy bankowego, a 29% z pomocy doradcy inwestycyjnego. To sygnał, że instytucje, które jak Nest Bank, dynamicznie rozwijają się w zakresie produktów i usług w Internecie, mają największy wpływ na edukację Polaków w zakresie zarządzania budżetem czy inwestowania. -Agnieszka Porębska-Kość, Dyrektor Zarządzająca Obszarem Bankowości Przedsiębiorstw i Finansowania

Inwestowanie a bezpieczeństwo

Ponad 60% inwestujących Polaków uważa, że można zarobić pieniądze inwestując bezpiecznie. Za najbezpieczniejsze formy inwestowania Polacy uważają: obligacje skarbowe, indywidualne konta emerytalne oraz ubezpieczenia z gwarancją zwrotu. – Zarobki Polaków wciąż jeszcze nie dorównują większości europejskich krajów. Polacy pracują ciężko i doceniają wartość pieniądza. Ważne jest, żeby instytucje finansowe oferowały im wsparcie w bezpiecznym lokowaniu ich inwestycji. – mówi Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku – Naszą rolą jako banku jest wybranie odpowiednich okazji inwestycyjnych i zaoferowanie ich naszym klientom w formie zrozumiałych produktów, dopasowanych do potrzeb i możliwości domowego budżetu – dodaje Agnieszka Porębska-Kość.

Co z Polakami, którzy nie inwestują?

Okazuje się, że w grupie Polaków, którzy nigdy nie korzystali z produktów inwestycyjnych, dominuje przekonanie, że „do inwestowania potrzebne są duże pieniądze”. Aż 52% badanych stwierdziło, że nie ma wystarczających oszczędności, aby inwestować, a 35% deklaruje, że nie ufa produktom inwestycyjnym.

Indeks Bezpieczeństwa Finansowego* to badanie zrealizowane na zlecenie Nest Banku w czerwcu 2018 roku przez instytut Kantar Millward Brown na reprezentatywnej grupie Polaków. Celem badania było sprawdzenie postaw i przekonań Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa finansowego.

Materiał nie stanowi oferty handlowej w rozumieniu art. 66 Kodeksu cywilnego.

*Indeks Bezpieczeństwa Finansowego to badanie opinii zrealizowane na reprezentatywnej grupie Polaków przez Instytut Kantar Millward Brown, w dniach 06 czerwca 2018 – 13 czerwca 2018 r.

Rynek poligraficzny w Polsce w 2018 r. wzrośnie o 4,4% osiągając poziom 16,1 mld zł

Produkcja sprzedana całego sektora poligraficznego w 2017 r. w Polsce wyniosła 15,4 mld zł, a wg prognoz w 2018 r. wzrośnie o 4,4% osiągając poziom 16,1 mld zł. Ważną rolę w utrzymaniu wzrostowej tendencji sektora poligraficznego niezmiennie odgrywa eksport na rynki zagraniczne – blisko 60% respondentów sprzedaje swoje produkty za granicę. Badanie przeprowadzone wśród przedsiębiorstw poligraficznych wskazuje, że firmy nieco mniej optymistycznie oceniają koniunkturę na rynku, niż w 2016 r.

Polski sektor poligraficzny pod względem przychodów na poziomie 3,38 mld EUR pozostaje największym w Europie Środkowo-Wschodniej i plasuje się na 7. miejscu w Unii Europejskiej. Jest to awans o jedną pozycję w porównaniu z poprzednią edycją badania.

W przemyśle poligraficznym pracuje w Polsce ponad 50 tys. osób. Biorąc pod uwagę przychody i zatrudnienie, polski przemysł poligraficzny pozostaje zdecydowanie największym tego typu sektorem w Europie Środkowo-Wschodniej. Odpowiada za 36% przychodów branży w regionie, które według danych Eurostatu wyniosły 9,1 mld EUR. Firmy poligraficzne w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zatrudniały łącznie 148 tys. osób, co oznacza, że Polska z 50 tys. pracowników stanowi 34% całkowitej siły roboczej tej części kontynentu. W porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej, polski sektor poligraficzny zajmuje 7. miejsce pod względem przychodów, 6. miejsce pod względem liczby zatrudnionych oraz 7. miejsce z uwagi na liczbę firm – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.

58% firm eksportuje swoje towary za granicę

Kluczową rolę w utrzymaniu tendencji wzrostowej polskiej branży poligraficznej odgrywa eksport. Wysoka jakość usług i produktów w połączeniu ze stosunkowo niskimi kosztami pracy pozwala polskim firmom poligraficznym skutecznie konkurować zarówno na rynku europejskim, jak i poza nim. Według danych Eurostatu całkowity eksport produktów przemysłu poligraficznego w latach 2011-2016 zwiększył się nominalnie o 114%, a sam rok 2016 przyniósł wzrost o 11,5%, osiągając poziom 9,42 mld zł. Blisko 6 na 10 ankietowanych przedsiębiorstw (58% wskazań) zadeklarowało sprzedaż swoich wyrobów na rynki zagraniczne. W 2017 r. firmy poligraficzne wyeksportowały za granicę 25,2% swojej całej produkcji, podczas gdy w 2016 r. na eksport trafiło 23,4% produkcji. Krajami najczęściej importującymi wyroby polskiego przemysłu poligraficznego są: m.in. Niemcy, Francja, Belgia i Szwajcaria.eksport rynku poligraficznego w Polsce

Eksport stanowi potężne koło zamachowe branży poligraficznej. Wolumen sprzedaży rośnie nieprzerwanie od wielu lat na poziomie kilkunastu procent rocznie, znacznie przekraczając wyniki osiągane na rodzimym rynku. Ten stan rzeczy może i powinien pozostać niezmieniony przez najbliższe 2 lata. Jednak do osiągnięcia tego celu, będzie potrzeba coraz więcej wysiłku. Dotychczasowa przewaga konkurencyjności polskich firm, wynikająca z niższych kosztów pracy, zaczyna się wyczerpywać. Sektor będzie potrzebował dodatkowych nakładów inwestycyjnych, podnoszących stopień automatyzacji procesów produkcyjnych oraz wydatków na marketing i promocję. Oprócz wymienionych w raporcie rynków, tj. Szwajcarii, Niemiec, Belgii i Francji, musimy rozwijać aktywność w Wielkiej Brytanii, Holandii, Austrii i krajach skandynawskich. Należy również bacznie przyglądać się Ukrainie, bowiem w najbliższych latach, można spodziewać się dynamicznego rozwoju tamtejszych drukarń – mówi Jacek Kuśmierczyk, kanclerz Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga.

Firmy mniej optymistycznie oceniają koniunkturę na rynku

Spośród wszystkich ankietowanych firm, 35% wskazało na poprawę ogólnej sytuacji ekonomicznej. Z kolei 26% przyznało, że ich sytuacja się pogorszyła w porównaniu z edycją badania przeprowadzoną w 2016 r. Oznacza to, że obecnie optymizm firm jest mniejszy. O ile żadne duże przedsiębiorstwo poligraficzne w Polsce, zatrudniające ponad 250 osób, nie wskazało na pogorszenie swojej sytuacji, to już 13% firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników przyznało, że sytuacja organizacji uległa pogorszeniu. Gorszą sytuację wskazywała jeszcze większa liczba mniejszych firm – 27% przedsiębiorstw zatrudniających od 10 do 49 osób oraz aż 35% najmniejszych firm, które zatrudniają nie więcej niż 9 osób. Podobnie respondenci oceniają zmianę popytu na świadczone usługi. Spośród wszystkich badanych firm 22% wskazało na spadek popytu, 46% organizacji uznało, że popyt się nie zmienił, a 32% firm przyznało, że popyt na ich usługi wzrósł. Zdecydowanie najmniej optymistycznie sytuację na rynku oceniają firmy najmniejsze – tylko 14% z nich uważa, że popyt na świadczone usługi wzrósł, ale aż 38% respondentów zauważa spadek popytu. Z kolei 75% przedstawicieli największych organizacji uważa, że popyt wzrósł.

Warto zwrócić uwagę na przychody badanych przedsiębiorstw poligraficznych. Zdecydowana większość z nich, ok. 70%, osiąga przychody mniejsze niż 10 mln zł w skali roku. Tylko jedno przedsiębiorstwo uzyskało przychody w przedziale 101-200 mln zł.

Wyniki ekonomiczne sektora poligraficznego są dobre, natomiast w odniesieniu do przedsiębiorstw sytuacja jest już złożona. Nowoczesne technologie, których znaczna część napłynęła do firm wraz z funduszami unijnymi, pozwoliły na budowę przewagi konkurencyjnej wspartej niższymi płacami w stosunku do krajów Unii Europejskiej. Przywiązywanie uwagi jedynie do technologii nie jest dominującym modelem biznesowym. Liderzy sektora dostrzegli walory równowagi technologii, organizacji i marketingu. W zmieniającym się otoczeniu zaczynają dominować media elektroniczne, które skutecznie ograniczają dotychczasowe obszary aktywności produkcyjnej. Aktywność firm poligraficznych rozciąga się między twórczą działalnością, a sentymentalnymi marzeniami o stabilizacji. Tymczasem poligrafia to idealne miejsce dla innowatorów. Szczególnie dzisiaj, kiedy tradycyjna perspektywa inwestycyjna, 3-5 – letnia, jest zbyt długa w odniesieniu do dynamiki zmian – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera, Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, przedsiębiorstwa poligraficzne sygnalizują problem z dostępem do wykwalifikowanej kadry w sektorze poligraficznym – taką opinię wyraziło aż 90% respondentów. Podobne wskazania dotyczą ekspertów w konkretnych technologiach: druk offsetowy, fleksografia i druk cyfrowy.

Ambitne cele inwestycyjne firm poligraficznych na najbliższe lata

Przedsiębiorstwa poligraficzne w Polsce w perspektywie nadchodzących 2-3 lat planują duże inwestycje. Ponad 8 na 10 firm (81% wskazań) w najbliższym czasie planuje połączyć się lub przejąć inny podmiot z branży. Podobna liczba organizacji (80% wskazań) planuje w perspektywie 2-3 lat otworzyć nowy oddział. Ważnym elementem strategii są plany związane bezpośrednio z funkcjonowaniem firmy – 71% respondentów deklaruje chęć zwiększenia efektywności przedsiębiorstwa. Taki sam odsetek organizacji zamierza znaleźć nowych dostawców oraz zakupić nowe technologie. Tak duże inwestycje nie powinny dziwić, biorąc po uwagę fakt, że większość respondentów badania stanowiły średnie i duże firmy.

Planując inwestycje, przedsiębiorstwa poligraficzne zamierzają korzystać z różnych form finansowania. Blisko 3 na 10 firm (28% wskazań) zamierza inwestować tylko i wyłącznie korzystając z własnego kapitału. Natomiast 30% organizacji w celu przyszłych inwestycji deklaruje wykorzystanie zgromadzonego, własnego kapitału oraz kredytu.cele inwestycyjne firm poligraficznych

O BADANIU:

Raport KPMG w Polsce, Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga i Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego pt. „Rynek poligraficzny i opakowań z nadrukiem w Polsce” powstał na podstawie badania polskiego rynku poligraficznego już po raz 7. W tym roku badanie przedsiębiorców zostało przeprowadzone przez Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego na 266 firmach w terminie maj-czerwiec br. Respondentami były osoby ze ścisłego kierownictwa firm. Realizacja badania odbyła się za pomocą dwóch metod: CATI (ang. Computer Assisted Telephone Interviews) przez Laboratorium Badań Medioznawczych (LBM) WDIB UW oraz wypełnionych ankiet otrzymanych od firm.

Deloitte: W 2040 roku co drugi użytkowany samochód będzie autem elektrycznym

Udział samochodów elektrycznych, w tym hybryd typu plug-in, w globalnym rynku motoryzacyjnym wynosi obecnie około 1,3 proc. Jednak z roku na rok będzie się on zwiększał, by po 2040 roku sięgnąć ponad 50 proc. Według różnych szacunków do 2030 roku po światowych drogach może jeździć od 56 do nawet 160 mln aut elektrycznych oraz hybryd plug-in. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów raportów „Powering the future of mobility” i „A reality check on advanced vehicle technologies” rozwój tego sektora stwarza duże szanse rozwoju dla gospodarki globalnej.

Producenci aut i firmy technologiczne inwestują ogromne środki, aby udoskonalić oraz popularyzować pojazdy elektryczne i autonomiczne. Te pierwsze mogą zmniejszyć negatywny wpływ na środowisko spowodowane przez spalanie paliw kopalnych. Z kolei samochody autonomiczne mają szansę w znaczący sposób przyczynić się do radykalnej poprawy bezpieczeństwa na drogach.

– Pierwszy krok, jaki trzeba zrobić w kierunku zwiększenia popularności elektrycznych pojazdów ma na celu przedstawienie klientom korzyści płynących z ich posiadania. Działania te mogą obejmować na przykład zniżki i rabaty na leasing czy zakup tego typu aut oraz sprzętu ładującego, darmową instalację ładowarki, a także specjalne plany taryfowe dla właścicieli. Branża musi zacząć działać już teraz. Odpowiednia edukacja i zachęcanie do zakupu pojazdów elektrycznych, mogą na dobre zmienić obraz rynku motoryzacyjnego – mówi Andrzej Zienkiewicz, Partner w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.

W pierwszej połowie 2018 zostało sprzedanych ok. 3,5 miliona samochodów elektrycznych. Obecnie tego typu pojazdy cieszą się największym powodzeniem w Chinach, gdzie stanowią ok. 4 proc. tamtejszego rynku sprzedaży nowych samochodów. Dla porównania w Europie sprzedaż stanowi ok. 2,3 proc., a w Ameryce Północnej 1,6 proc.. W Polsce w 2017 roku zostało sprzedanych 484 samochodów elektrycznych, co stanowiło ok. 0,1 proc. całości rynku samochodów osobowych. – Czynniki, które mają wpływ, na to, że konsumenci coraz częściej decydują się na zakup aut elektrycznych to przede wszystkim spadające ceny przy wzrastających parametrach technicznych – rosnący zasięg i połączenie nowoczesnego designu oraz zaawansowanych technologii, a także sprzyjające otoczenie regulacyjne. Również rozwój mobilności przyspiesza absorpcję pojazdów elektrycznych. Takie zjawiska jak carsharing i rosnąca świadomość ekologiczna konsumentów wpływają pozytywnie na dynamizację rynku aut elektrycznych – zaznacza Karol Wierzbicki, Ekspert w Zespole ds. Elektromobilności Deloitte.

Do 2030 roku po światowych drogach ma już jeździć, wedle różnych szacunków, od 56 do nawet 160 mln aut elektrycznych, by dziesięć lat później osiągnąć ponad 50-procentowy udział w rynku.

– Ważną rolę w procesie zakupu odgrywają taniejące ceny baterii. Producenci wprowadzają nowe, bardziej korzystne dla użytkownika modele o większej pojemności. Jest to o tyle ważne, że 30-40 proc. kosztu elektrycznego pojazdu stanowi pakiet baterii, który je zasila. W rzeczywistości ceny baterii spadły od 2013 roku o ponad 50 proc., z 599 dolarów za kilowatogodzinę do 273 dolarów za kilowatogodzinę w 2016 r. Niewykluczone, że koszt ten zmaleje jeszcze bardziej, potencjalnie dochodząc do 100 dolarów za kilowatogodzinę w 2026 roku, co będzie sprawiać, że pojazdy elektryczne staną się konkurencyjne cenowo w stosunku do pojazdów o napędzie tradycyjnym. To atrakcyjna opcja dla konsumentów – wyjaśnia Karol Wierzbicki.

Elektromobilność w Polsce

Państwowe spółki oraz fundusze aktywnie uczestniczą w rozwoju elektromobilności, przeznaczając znaczne kwoty na finansowanie projektów badawczych oraz wdrożenie pojazdów zeroemisyjnych. Wymiana flot przewoźników transportu publicznego rozpoczęła się już w Polsce – w roku 2017 zarejestrowano 81 autobusów z napędem hybrydowym, 63 autobusy elektryczne oraz 12 pojazdów z napędem na sprężony gaz ziemny (CNG). Plany przewoźników pokazują, że w kolejnych latach proces ten będzie przyspieszać – sama Warszawa planuje ogłosić w najbliższym czasie przetargi na zakup 80 autobusów napędzanych gazem CNG oraz 130 autobusów elektrycznych. Wymiana flot będzie współfinansowana m.in. przez projekty finansowane przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który w latach 2019 – 2023 ma zamiar przeznaczyć fundusze w wysokości 2,2 mld PLN (w tym zwrotne formy dofinansowania w wysokości 1,2 mld PLN, a bezzwrotne 1,0 mld PLN) na zakup pojazdów elektrycznych.

– W ostatnich latach obserwujemy rozwój elektromobilności w Polsce, zwłaszcza w obszarze transportu publicznego. Jest on postrzegany jako szansa na wzrost innowacyjności polskiej gospodarki oraz ograniczenie zanieczyszczenia środowiska. W związku z tym rząd kładzie silny nacisk na stworzenie odpowiednich ram regulacyjnych i zapewnienie odpowiednich źródeł finansowania. Jednym z głównych aktów prawnych jest ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych, wspierająca rozwój transportu niskoemisyjnego, którego napęd jest oparty na energii elektrycznej, gazie ziemnym, wodorze oraz innych paliwach alternatywnych – mówi Andrzej Zienkiewicz.

Na finalnym etapie są również prace prowadzone nad wdrożeniem do produkcji pierwszych pojazdów wodorowych. Pierwszy autobus zasilany tym paliwem ma wyjechać na ulice już na początku przyszłego roku.

Preferencje konsumentów dotyczące typu silnika w ich przyszłym pojeździe (2018)

Preferencje konsumentów dotyczące typu silnika w ich przyszłym pojeździe

Przemysł 4.0 będzie miał rewolucyjny wpływ na strategie biznesowe firm

Przemysł 4.0 to już nie przyszłość, ale rzeczywistość wielu firm na całym świecie. Dotyczy to również Polski. Aż 94 proc. menedżerów, którzy wzięli udział w globalnym badaniu firmy doradczej Deloitte, wskazuje, że transformacja cyfrowa jest najwyższym strategicznym celem ich organizacji. 

Przemysł 4.0 różni się tym od poprzednich rewolucji technologicznych, że łącząc istniejące technologie, zaciera granice między sferą fizyczną, cyfrową i biologiczną.

– Do najważniejszych rozwiązań napędzających rozwój Przemysłu 4.0 należy Internet Rzeczy (IoT), uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja oraz rozszerzona i wirtualna rzeczywistość. Jego rozwojowi sprzyjają nie tylko postęp technologiczny, ale także potrzeby konsumentów, ograniczenia podażowe, zwłaszcza w zakresie surowców nieodnawialnych i pracy oraz zachęty finansowe ze strony sektora publicznego – mówi Michał Pieprzny, Partner w Zespole Strategy w Deloitte Consulting.

Czwarta rewolucja przemysłowa pozwoli zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka. Nie brakuje w niej jednak wyzwań. Pierwszym z nich jest cyberbezpieczeństwo. Przemysł 4.0 zwiększa możliwość wystąpienia cyberataków. Drugim – nieprzychylne reakcje społeczne, związane chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Do tego dochodzi kwestia pracowników i ich umiejętności. Z jednej strony tylko 15 proc. respondentów w badaniu Deloitte wskazuje, że muszą znacznie zmienić skład i zestawy umiejętności, aby wspierać cyfrowe transformacje, a z drugiej dla 35 proc. badanych najważniejszym wyzwaniem organizacyjnym i kulturowym jest znalezienie, szkolenie oraz zatrzymanie odpowiednio utalentowanych ludzi.

– Automatyzacja oraz rozwój sztucznej inteligencji sprawi, że umiejętności miękkie staną się istotniejszym wyróżnikiem na rynku pracy – wyjaśnia Damian Olko, Ekspert w zespole ds. analiz ekonomicznych Deloitte. – Wynika to z faktu, że znaczną część zadań będą wykonywać maszyny i roboty. Niezwykle istotne jest więc to, aby firmy w odpowiedni sposób zarządzały tą zmianą, czerpiąc z niej jak najwięcej korzyści dla zbudowania lub utrzymania swojej przewagi konkurencyjnej – dodaje Damian Olko.

Według badanych najważniejszymi czynnikami napędzającymi transformację cyfrową są: poprawa produktywności oraz cele operacyjne. Istotną rolę odgrywają także możliwości innowacyjne. Dziewięciu na dziesięciu menedżerów, których firmy inwestują w transformację cyfrową, odnotowało w ubiegłym roku umiarkowany lub znaczny zwrot z inwestycji. – Czwarta Rewolucja Przemysłowa może zmienić dotychczasowy układ sił na rynkach lub zakłócić ich działanie. Mniejsze firmy, które potrafią umiejętnie wykorzystać nowe technologie, mają szansę na osiągnięcie lepszych wyników, konkurując z większymi graczami przemysłowymi – mówi Michał Pieprzny.

OC, zniszczenia i kradzieże, czyli od czego ubezpieczają się firmy w Polsce

Firmy w Polsce najczęściej ubezpieczają się od odpowiedzialności cywilnej i na kwotę do 100 tysięcy złotych – wynika z analizy serwisu Oferteo.pl. Najczęściej ubezpieczeń poszukują małe firmy, zatrudniające mniej niż dziesięciu pracowników.

Jaki zakres i na jaką kwotę?

Na jaką kwotę potrzebne jest ubezpieczenieJaki ma być zakres ubezpieczenia86% firm badanych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, było zainteresowanych ubezpieczeniem od odpowiedzialności cywilnej. W dalszej kolejności firmom zależało na ubezpieczeniach od zniszczenia oraz kradzieży. Co ciekawe, tylko 16% przedsiębiorstw poszukiwało ubezpieczeń pracowników od nieszczęśliwych wypadków (NNW).

Polskie firmy najczęściej ubezpieczały się na kwoty nieprzekraczające 100 tysięcy złotych. Wskazała tak ponad połowa badanych. Jedynie 17% poszukiwało ubezpieczenia na kwotę wyższą niż pół miliona złotych.

Warto pamiętać, że firmy ubezpieczeniowe często są otwarte na negocjacje stawek w przypadku potencjalnej współpracy z przedsiębiorstwami – podpowiada Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Tym bardziej należy porównać oferty przynajmniej kilku z nich, aby znaleźć najdogodniejsze dla siebie rozwiązanie. Może się zdarzyć, że koszty polis pokrywających taki sam zakres ubezpieczenia będą się różnić w zależności od towarzystwa nawet o kilkadziesiąt procent.

Należy przy tym zwrócić uwagę, że koszt polisy będzie zależał nie tylko od preferowanego zakresu ubezpieczenia, ale również od rodzaju wykonywanej działalności, wielkości firmy i innych czynników.

Jakie firmy szukają ubezpieczeń?

Według analizy Oferteo.pl o ubezpieczenia najczęściej pytają najmniejsze firmy, zatrudniające do 10 osób. W większości są to osoby fizyczne prowadzące własną działalność gospodarczą (79%), natomiast odsetek zapytań od spółek kapitałowych wyniósł 15%. Jeśli chodzi o branże, w których działają firmy poszukujące ubezpieczeń, najczęściej jest to budownictwo i nieruchomości (24%) oraz handel (23%). Rzadziej ubezpieczeń poszukują m. in. przedsiębiorstwa działające w obszarze IT (9%), przemyśle (8%) czy logistyce i transporcie (3%). Wskazanie ubezpieczycielowi rodzaju wykonywanej działalności jest bardzo ważne. Towarzystwa ubezpieczeniowe mogą nie wypłacić odszkodowania za straty wynikające z innej działalności niż wymieniona w polisie.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 500 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl od 1 września 2017 do 30 sierpnia 2018 roku przez podmioty poszukujące ubezpieczenia dla firm.

Sztuczna inteligencja – droga do rewolucji wideo marketingu?

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

Sztuczna inteligencja zrewolucjonizowała sposób, w jaki marki docierają online do swoich klientów. Zarówno marketerzy, jak i klienci coraz chętniej wykorzystują AI do realizacji celów sprzedażowych. Wiele wskazuje na to, że niebawem treści wideo będą kształtowane głównie przez sztuczną inteligencję. Czy czeka nas zatem rewolucja w wideo marketingu?

Sztuczna inteligencja umożliwia markom podejmowanie decyzji opartych na licznych danych. Jest to niezwykle skuteczne, gdyż pozwala na obranie skutecznej taktyki opartej na wyjątkowo dokładnym targetowaniu i optymalizacji. W dzisiejszych czasach jesteśmy świadkami stałego wzrostu konsumpcji wideo i zaangażowania odbiorców w treści, które przekazuje. Dodatkowo coraz więcej specjalistów jest zdania, że spośród wszystkich treści online to właśnie wideo zapewnia najlepsze ROI.

AI w strategii marketingowej

Treści wideo staną się jeszcze bardziej angażujące, ponieważ marki mogą teraz tworzyć je w oparciu o dane i analizę upodobań konsumentów. Dzięki sztucznej inteligencji, w prosty sposób można zyskać szeroką wiedzę na temat klientów. Informacje, jakie pozwala zdobyć nowoczesna technologia są kluczem do stworzenia lepszej strategii marketingowej. Jak wiadomo, odbiorcy angażują się wyłącznie w treści, które są odzwierciedleniem ich zainteresowań.

AI vs personalizacja

Istnieje wiele powodów, dla których marketing spersonalizowany jest niezbędnym elementem każdej strategii. Nie tylko zwiększa zaangażowanie, ale także pozwala tworzyć w przestrzeni cyfrowej bardziej zindywidualizowany przekaz, którego oczekują klienci. Coraz więcej marek dostrzega, że spersonalizowane treści wideo prowadzą do wyższego poziomu zaangażowania, dlatego też coraz częściej wykorzystują je w swoich działaniach. W ciągu najbliższych lat, sztuczna inteligencja zapewne otworzy drzwi do możliwości, które z pewnością zadowolą wszystkich klientów.

ROI

W przypadku wielu firm, szczególnie tych mniejszych, decyzja o zainwestowaniu w nowe kanały wymaga pewności dobrego ROI. Analityka AI daje możliwość sprawdzenia jaki zysk przyniosą poszczególne działania. Dodatkowo analityka umożliwia na tworzenie wielu kreacji i przeprowadzenie testów, które dają informację o reakcji na dane treści. AI pozwala także na dostarczenie aktualizacji w czasie rzeczywistym, dzięki czemu marketerzy są w stanie optymalizować działania na bieżąco.

Użytkownicy internetu większość czasu w sieci spędzają na oglądaniu filmów. Dlatego też wiele z nich może postrzegać nie interesujące ich reklamy jako uciążliwe. Najnowsze badania pokazują, że klienci dużo częściej nabywają produkty, które widzieli w reklamie wideo, nie te o których czytali. Co więcej, dzięki AI promocja w mediach społecznościowych może zostać ulepszona za pośrednictwem opartych na sztucznej inteligencji międzykanałowych platform reklamowych. Wykorzystanie tej technologii zapewni również dotarcie do właściwej grupy, gwarantując tym samym wyższą konwersję przy niższych kosztach.

Dokąd zmierzamy?

Stały wzrost liczby firm inwestujących w treści wideo, dowodzi ich skuteczności. Sztuczna inteligencja wyraźnie wpłynie na przyszłość marketingu, oferując markom możliwość dostosowania treści i kształtowania strategii za pomocą analityki. Właśnie dlatego AI jest i niewątpliwie będzie istotnym narzędziem, które pomoże markom w opracowywaniu odpowiednich treści wideo dla docelowej grupy odbiorców.

Justyna Janicka: Wirtualna rzeczywistość wielkimi krokami wkracza do biznesu

Po skrótem  VR czyli po polsku wirtualna rzeczywistość ukrywa się zbiór technologii – obrazu i dźwięku –  które tworzą przestrzeń stworzoną przez programistów.  Natomiast technologia AR – rzeczywistość rozszerzona – poprzez specjalne okulary tzw. smartglassy łączy świat cyfrowy  z tym, w którym  przebywamy fizycznie. Te dwie przestrzenie nakładają się na siebie generując zupełnie nowy wymiar.

Czego potrzebujemy?

Do przeniesienia się w świat wirtualnej rzeczywistości potrzebujemy specjalnych gogli, najlepiej dających silne odczucie imersji czyli przebywania w cyfrowym świecie. W zależności od tego do czego wykorzystujemy tą technologię przydatne będą również dodatkowe akcesoria.

– Część gogli wyposażona jest również w specjalne kontrolery, które trzymamy w rękach i za ich pomocą możemy wchodzić w interakcje z otoczeniem. Możemy łapać przedmioty, otwierać zawory, rzucać przedmiotami , wchodzić w interakcje tak jak ma to miejsce w rzeczywistości. – mówi Justyna Janicka z 1000 realities.

Z rzeczywistością rozszerzoną jest podobnie. Jednak nie zakładamy gogli, które odcinają nas zupełnie od świata fizycznego, a tylko specjalne okulary tzw. smartglassy, na których mogą być wyświetlane dodatkowe warstwy informacji. Co ciekawe AR możemy oglądać nawet z poziomu naszego telefonu.

Korzyści z wykorzystania VR i AR

Wirtualna rzeczywistość daje ogromne możliwości jeśli chodzi o zastosowanie biznesowe. Korzyści wynikające z jej użytkowania już dawno odkryły takie branże jak wydobywcza czy naftowa. VR wpływa na poprawę bezpieczeństwa pracowników i redukcję kosztów.

Przykładem mogą być szkolenia dla operatorów platform wiertniczych, które nie wymagają wielkich nakładów finansowych, można je powtarzać wiele razy, a jednocześnie odbywają się w bezpiecznych dla warunkach. Zysku z wykorzystania w firmie nie sposób zmierzyć i przełożyć na wynik finansowy.

Rzeczywistość rozszerzona sprawdza się tam, gdzie chodzi o szybkie przekazanie informacji. Dzięki jej zastosowaniu pracownicy mogą pracować szybciej i wydajniej. Na bieżąco dostają informacje potrzebne do pracy, zadania czy nawigację wewnętrzną.

– Innym praktycznym przykładem jest zdalna pomoc eksperta. Specjalista, który znajduje się w biurze dostaje na swój komputer obraz z kamery użytkownika smartglassów, dostaje informację, co ta osoba widzi. Następnie za pomocą komunikacji głosowej, albo oznaczeń na tym widoku z kamery może zaznaczyć dodatkowe wskazówki – dodaje Justyna Janicka.

Fidelity International w Polsce: Awans do statusu Rynku Rozwiniętego niewiele dla nas zmienia

Decyzja FTSE o reklasyfikacji polskiego rynku akcji i nadaniu mu statusu rynku rozwiniętego stanowi istotną zmianę dla krajowej giełdy. Niemniej jednak, nie oczekujemy znaczącego wpływu na kształt funduszy akcyjnych oraz procesu podejmowania decyzji przez naszych zarządzających portfelami. Wynika to z tego, że w procesie inwestycyjnym Fidelity wykorzystuje analizę bottom-up, ukierunkowaną na identyfikację atrakcyjnie wycenionych spółek z perspektywicznymi fundamentami, niezależnie od tego, czy wchodzą one w skład konkretnych benchmarków. Reklasyfikacje indeksów są dla nas wydarzeniami drugorzędnymi w kontekście naszych decyzji inwestycyjnych. Dołączenie Polski nie doprowadzi do istotnej zmiany składu indeksów FTSE Russell dla rynków rozwiniętych, a co za tym idzie relatywnego pozycjonowania tych funduszy, które są zarządzane względem tych benchmarków przez pryzmat ryzyka. W tym kontekście oczekuje się, że Polska będzie odpowiadała za ok. 0,1% indeksu FTSE Developed All Cap Index. Stale monitorujemy nasze spektrum inwestycyjne, ale na chwilę obecną widzimy ograniczone możliwości inwestycyjne na polskim rynku akcji. Po części wynika to z tego, że warszawska giełda jest w dużej mierze zależna od spółek z sektora finansowego, w szczególności od banków, które to były silne w 2017 r., z uwagi na oczekiwania dotyczące rosnącej marży odsetkowej. Zdajemy sobie sprawę, że działają one w bardzo konkurencyjnym lokalnym środowisku, gdzie o udział w rynku rywalizuje wiele podmiotów. Obecnie bardziej zyskowne pomysły na inwestowanie w sektor bankowy dostrzegamy w innych krajach. Poza finansami, niektóre sektory mogą być podatne na działania rządu, szczególnie sektor użyteczności publicznej.

Dominik Bekkewold – Przedstawiciel Fidelity International w Polsce

Co dalej z podwyżkami stóp procentowych w Stanach?

Wczorajsza publikacja GUS wspiera złotego. Co dalej z podwyżkami stóp procentowych w Stanach? Konferencja Powella już dziś wieczorem.

Mało bezrobotnych

Wczoraj Główny Urząd Statystyczny opublikował najnowsze dane z rynku pracy. Stopa bezrobocia znalazła się na rekordowo niskim poziomie – 5,8%. Najmniejszym bezrobociem pochwalić się może Wielkopolska, gdzie wynosi ono 3,3%, z kolei najwyższy współczynnik bezrobocia występuje w warmińsko-mazurskim – 9,9%. Niewątpliwie dobre dane pozytywnie wpłynęły na złotówkę, która wczoraj zyskiwała wobec większości głównych walut. Dziś z rana za jednego dolara zapłacimy 3,64 zł. Euro kosztuje 4,28 zł. Cena franka szwajcarskiego wynosi 3,77 zł, a funta brytyjskiego 4,79 zł.

Stany rozdają karty

Dzisiejszy handel przebiegać będzie pod dyktando odczytów płynących zza oceanu. Tuż po godzinie 16:00 poznamy informacje z rynku nieruchomości w Stanach, a chwilę później opublikowane zostaną dane dotyczące zmiany zapasów paliw. Nie będą to jednak najistotniejsze dziś odczyty. Bowiem o godzinie 20:00 poznamy decyzję Rezerwy Federalnej w sprawie stóp procentowych. Rynki spodziewają się wzrostu kosztu pieniądza z przedziału 1,75%-2% do przedziału 2%-2,25%. Jednak o ile analitycy tą decyzję przyjmują za pewną, dlatego też większym zainteresowaniem cieszyć się będą projekcje makroekonomiczne oraz konferencja prasowa prezesa FED. Analitycy będą próbowali doszukać się wskazówek co do prowadzenia dalszych działań monetarnych w Stanach Zjednoczonych, tym bardziej w przypadku gdy ostatnie odczyty inflacyjne odbiegały od oczekiwań.

Emocje do końca tygodnia

Wieczorne posiedzenie FED rozpocznie serię ciekawych odczytów w tym tygodniu. W czwartek i piątek czekają nas publikacje m.in danych inflacyjnych oraz odczytów dynamik PKB z państw europejskich i Stanów Zjednoczonych. Należy zatem spodziewać się większych ruchów na głównych walutach w okolicach godzin publikacji.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Krzysztof Pawiński: Maspex ma apetyt na na innowacyjne start-upy

Branża spożywcza w Polsce jest bardzo konkurencyjna. Jest to związane nie tylko z obecnością dużych koncernów i znanych marek, ale także z bardzo dynamicznym sektorem małych firm, które poszukują swojego miejsca na rynku. Nie oznacza to jednak, że muszą to być trendy przeciwstawne. Pojawianie się nowości i możliwość wyboru dla konsumenta sprawia, że cały sektor staje się bardziej atrakcyjny. Nie należy stawiać po przeciwnych stronach małych, startupowych podmiotów i obecnych jednocześnie na rynku wielkich brandów.

– To jeden ekosystem, który się uzupełnia. Ważny jest konsument, który ma wybór – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Pawiński, prezes Grupy Maspex – Analizujemy nowe trendy – czy są wyraźne, czy mają szansę urosnąć. Większość start upów jest małoformatowa i nigdy nie stanie się dużymi projektami. Część ma jednak potencjał i to na nich skupia się Maspex. Nie ma jednak prostej odpowiedzi na to, czy i które z nich brać pod uwagę i w jakim stopniu być skupionym na obszarze nowych pomysłów, zachowań i innowacyjnych produktów. Z jednej strony część projektów przebije się, ale inne się nie przeskalują i nie staną dużymi biznesami. Te, które mają realną szansę na wzrost sprzedaży mogą być ciekawe i pasować do strategii Maspexu. To projekty, które mogą stać się elementami przyszłej akwizycji czy innych wspólnych przedsięwzięć – dodał Pawiński.

Niezasadna odmowa zwrotu VAT narusza prawa człowieka

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Konstrukcja podatku od towarów i usług, oparta na zasadzie samoobliczenia podatku, generuje liczne spory przedsiębiorców z fiskusem. Ryzyko to jest szczególnie wysokie, gdy podatnik wykazuje w deklaracji nadwyżkę podatku naliczonego nad należnym za dany okres i występuje o zwrot różnicy na swój rachunek bankowy.

Teoria

Naczelna zasada wspólnotowego systemu podatku od wartości dodanej stanowi, że ciężar podatku VAT powinien być neutralny dla przedsiębiorcy, gdyż z założenia podatek ten ma obciążyć ostatecznego konsumenta-odbiorcę danego towaru czy usługi. Wymóg zachowania neutralności podatku VAT powoduje, że zwrot nadwyżki powinien zostać zrealizowany w rozsądnym terminie, co wielokrotnie podkreślały krajowe sądy administracyjne oraz TSUE.

Praktyka

Z danych opublikowanych przez MF w połowie 2017 roku, wynika że łączna kwota wstrzymanych zwrotów podatku VAT to około 2,15 mld zł, a rekordziści czekają na realizację zwrotu od blisko 10 lat. Jedną z najczęściej spotykanych przyczyn blokady zwrotu podatku jest przedłużająca się kontrola rozliczeń kontrahentów, jak również wszystkich podmiotów, które brały udział w obrocie danym towarem na wcześniejszych etapach dystrybucji. Wstrzymanie zwrotu VAT uruchamia sekwencję zdarzeń prowadzących do likwidacji firmy, wobec której nawet ostateczna wygrana podatnika przed sądem nie jest w stanie zrekompensować faktu, że prosperująca firma została doprowadzona do upadłości w wyniku działań fiskusa. Na tym tle powstaje pytanie – czy odmowa zwrotu podatku VAT, w przypadku podatnika rzetelnie wywiązującego się ze wszelkich obowiązków względem skarbu państwa nie stanowi czasem naruszenia prawa do ochrony własności i poszanowania mienia?

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka

Organ sądownictwa międzynarodowego – Europejski Trybunał Praw Człowieka – zbadał to zagadnienie. W sprawie o sygnaturze 68039/14 rozpatrzył skargę, wniesioną przez wspólników macedońskiej spółki EUROMAK METAL Doo. Spółka prowadziła działalność gospodarczą polegającą na skupie złomu – aluminium, miedzi, żelaza i innych metali. Po przetworzeniu, produkty spółki sprzedawane były kolejnym odbiorcom. Krajowe organy podatkowe zakwestionowały prawo do zwrotu podatku od towarów i usług. W toku kontroli stwierdzono bowiem, że niektórzy dostawcy spółki nie składali deklaracji podatku od towarów i usług, jak również nie odprowadzali należnego podatku. Rozliczenia przedkładane przez EUROMAK METAL Doo, nie budziły żadnych wątpliwości. W efekcie przeprowadzonych postępowań podatkowych u kontrahentów, organy określiły spółce podatek do zapłaty. Rachunki bankowe spółki zostały zablokowane, a sprawa trafiła do krajowych sądów administracyjnych. Argumentacja spółki zaprezentowana w toku postępowań sądowych opierała się na wskazaniu, że wszystkie własne zobowiązania podatkowe były przez nią regulowane, a skarżąca nie miała możliwości dowiedzenia się, czy jej dostawcy wywiązali się ze swoich obowiązków podatkowych, ani w żaden sposób wpłynąć na ich działania w tym zakresie. Przedłużający się spór z fiskusem doprowadził do likwidacji spółki w 2017 roku. Po wyczerpaniu wszystkich środków odwoławczych przewidzianych w prawie krajowym, wspólnicy spółki wnieśli skargę do Trybunału.

Analizując stan faktyczny Trybunał podkreślił, że skarżąca spółka nie miała i nie mogła mieć wiedzy o tym, czy jej dostawcy wywiązali się ze swoich zobowiązań z tytułu podatku VAT. W konsekwencji ETPC uznał, że działania fiskusa wobec spółki naruszyły art. 1 protokołu nr 1 do Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, stanowiący, że: Każda osoba fizyczna i prawna ma prawo do poszanowania swego mienia. Nikt nie może być pozbawiony swojej własności, chyba że w interesie publicznym i na warunkach przewidzianych przez ustawę oraz zgodnie z ogólnymi zasadami prawa międzynarodowego.

Podsumowanie

Rozstrzygniecie Trybunału w kontekście opisywanej sprawy działania macedońskich organów podatkowych jest bardzo podobne, jak w sprawach polskich przedsiębiorców, walczących o zablokowany zwrot VAT, czy o prawo do odliczenia podatku z faktur wystawionych przez kontrahentów, których rozliczenia budzą wątpliwości fiskusa. Zważywszy, że Polska ratyfikowała Konwencję o Ochronie Praw Człowieka w latach dziewięćdziesiątych, wyrok Trybunału jest mocnym głosem w obronie praw podatników, których prawo własności jest naruszane przez administracje skarbową. Należy więc przypuszczać, że wywody fiskusa o konieczności prowadzenia przez przedsiębiorców działalności wywiadowczo-detektywistycznej wobec swoich kontrahentów nie znajdą zrozumienia w Strasburgu, a blokada zwrotu VAT uznana zostanie za łamanie praw człowieka. Korzystny wyrok to nie tylko satysfakcja podatnika, ale również wymierna korzyść, wynikająca z obowiązku naprawienia szkody przez państwo, które dopuściło się naruszenia konwencji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Polski przemysł podbija Horyzont 2020 – ranking przedsiębiorstw

Blisko 300 polskich przedsiębiorstw bierze udział w programie ramowym w zakresie badań i innowacji Horyzont 2020. Zdobyły już prawie 90 mln euro z Unii Europejskiej. Które firmy są w czołówce?

Polskie firmy są coraz aktywniejsze w pozyskiwaniu europejskich grantów na realizację innowacyjnych pomysłów. Na ich koncie jest obecnie 346 projektów, dofinansowanych z UE na kwotę 89,8 mln euro. W liczbie prowadzonych projektów w ramach Horyzontu 2020 przedsiębiorstwa nie ustępują tradycyjnym beneficjentom programów ramowych – polskim uczelniom (355 projektów; 92 mln euro) ani instytutom (336 projektów; 83,3 mln euro). To bilans ostatnich 4 lat programu Horyzont 2020.

Polski przemysł składa najwięcej wniosków projektowych, w tej grupie liderem są podmioty z sektora MŚP. To duże zainteresowanie wskazuje nie tylko na atrakcyjną ofertę Horyzontu 2020, ale także na zdolność polskich firm do tworzenia innowacyjnych rozwiązań na poziomie europejskim – mówi Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępca dyrektora Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych UE.

Inwestowanie w badania i rozwój to zarówno większe szanse na zdobycie grantu z Horyzontu 2020, jak i większa konkurencyjność firmy i pozycja jako partnera biznesowego na krajowym i międzynarodowym rynku. Krzysztof Samp, wiceprezes spółki ITTI, która jest w 10. MŚP pod względem dofinansowania z Horyzontu 2020 podkreśla, że udział w projektach realizowanych w ramach programów badawczo-rozwojowych Komisji Europejskiej pozwala firmie ITTI m.in. na zapoznanie się z najnowszymi trendami i rozwiązaniami na rynkach międzynarodowych, rozwój własnych produktów informatycznych, kontakt z użytkownikami końcowymi, zapoznanie się z wynikami badań, a także prowadzenie własnych badań w wybranych obszarach oraz rozwój umiejętności i kompetencji pracowników firmy.

Należy podkreślić, że doświadczenia pozyskane podczas realizacji projektów w programach ramowych Komisji Europejskiej pozwoliły ITTI skuteczniej ubiegać się o kontrakty dla podmiotów komercyjnych i publicznych w Polsce oraz na rynku międzynarodowym, m.in. dla Europejskiej Agencji Obrony oraz agencji ENISA, a w ostatnich latach także dla Europejskiej Agencji Kosmicznej –  mówi wiceprezes Samp. – Warto dodać, że prace w międzynarodowych konsorcjach pomagają pozyskać nowe i pogłębić istniejące relacje z partnerami komercyjnymi oraz akademickimi zarówno zagranicą, jak i w kraju, co stwarza nowe możliwości biznesowe. Ponadto, udział w badawczo-rozwojowych programach europejskich ma również znaczenie marketingowe, gdyż pokazuje naszym klientom na rynku polskim oraz międzynarodowym, że nasza firma stale się rozwija i poszukuje nowych rozwiązań, które mogą pomóc w rozwiązaniu ich kluczowych problemów i wyzwań biznesowych w sposób dający rzeczywistą przewagę konkurencyjną – dodaje wiceprezes.

TOP 10 przedsiębiorstw – MŚP i duży przemysł

Pierwszą dziesiątkę polskich małych i średnich przedsiębiorstw, które odnoszą sukcesy w Horyzoncie 2020 dzięki postawieniu na innowacje, badania i rozwoju otwiera firma SDS Optic z Lublina. Warto podkreślić, że spółka ta otrzymała też największe jak dotąd wśród polskich MŚP dofinansowanie z Unii Europejskiej – blisko 4 mln euro na realizację projektu SDS-OmiProbe z Instrumentu MŚP Faza II. Celem projektu jest opracowanie nowego urządzenia diagnostycznego, mikrosondy do diagnozowania nowotworu piersi. Najlepsze MŚP realizują także projekty z obszaru ICT (technologie informacyjne i telekomunikacyjne). Na przykład firma Cyberus Labs otrzymała blisko 2 mln euro na rozwinięcie i wprowadzenie na rynek nowego rozwiązania, które ma zapewnić cyberbezpieczeństwo Internetu Rzeczy. Rozwiązanie, nad którym pracuje Cyberus Labs, zapewnia bezpieczeństwo Internetu Rzeczy, eliminując najsłabsze i najłatwiejsze do przejęcia przez hakerów ogniwo cyberbezpieczeństwa, czyli hasła i dane dostępowe użytkowników oraz urządzeń. Z kolei toruńska firma Torqway otrzymała dofinansowanie na projekt Torqway Hybrid – pojazd do ćwiczeń, który aktywizuje wszystkie partie mięśni i pozwala się także przemieszczać.

Duże przedsiębiorstwa, które zdobyły największe fundusze na rozwój prac badawczo-rozwojowych, realizują projekty m.in. w obszarach ICT, energia, zaawansowane systemy produkcji i przetwarzania. Do TOP 10 dużych przedsiębiorstw należą firma Crist Offshore, budująca jednostki do stawiania i serwisowania morskich farm wiatrowych, czy Selena Labs, należąca do grupy Selena S.A., cenionej na świecie firmy specjalizującej się w produkcji chemii budowlanej. Warto podkreślić, że projekt BioMotive – koordynowany przez Selenę Labs jest projektem o największym dofinansowaniu z UE koorydnowanym przez polską dużą firmę (cały projekt otrzymał 10,6 mln euro, koordynator – 3,4 mln euro). BioMotive ma na celu opracowanie zaawansowanych materiałów polimerycznych na bazie odnawialnych surowców pochodzenia roślinnego, które będą wykorzystane w przemyśle motoryzacyjnym. W pierwszej dziesiątce znalazła się także KGHM Polska Miedź SA. Spółka uczestniczy w projekcie BioMOre – nowej koncepcji górniczej polegającej na pozyskiwaniu metali ze złóż głębokich przy wykorzystaniu biotechnologii.

Jak skutecznie sięgać po granty?

Okazją do poznania najlepszych praktyk w zakresie wypracowywania strategii B+R dla przemysłu i efektywnego aplikowania do Horyzontu 2020 będą konferencja i warsztaty: „Jak skutecznie tworzyć strategie badań i rozwoju w polskim przemyśle?”, organizowane przez Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych UE. Wydarzenie odbędzie się 9 października br. w Centrum Nauki Kopernik
w Warszawie.

Podczas wydarzenia przedstawione zostaną rozwiązania legislacyjne, jak również historie sukcesów najlepszych polskich przedsiębiorstw zdobywających granty w programach ramowych i krajowych. Motywem przewodnim wydarzenia będą m.in.: przykłady wykorzystania mechanizmu synergii między poszczególnymi funduszami, aspekty związane z zarządzaniem badaniami i rozwojem (B+R) w przedsiębiorstwach, najnowsze konkursy dla przedsiębiorstw realizujących prace badawczo-rozwojowe i innowacyjne (B+R+I) oraz programy akceleracyjne.

Szczegóły i rejestracja: www.strategiebplusr.pl

Patroni i partnerzy konferencji: „Jak skutecznie tworzyć strategie badań i rozwoju w polskim przemyśle?”

Patroni: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Cyfryzacji, Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego

Partnerzy: Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Urząd Patentowy RP, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Enterprise Europe Network, Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych, Agencja Rozwoju Mazowsza S.A., Konfederacja Lewiatan, Związek Pracodawców „Klastry Polskie”, International Project Management Association Polska (IPMA Polska), Stowarzyszenie Top 500 Innovators, Impact CEE, Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Instrumentów Finansowych Programów UE, Sieć KPK.

Partner strategiczny: KGHM Polska Miedź SA

Patronat medialny: Polska Agencja Prasowa

O Krajowym Punkcie Kontaktowym Programów Badawczych UE (KPK)

Krajowy Punkt Kontaktowy dla Programu Ramowego Horyzont 2020 (pełna nazwa: Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych Unii Europejskiej) działa przy Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk. Wspiera uczestnictwo polskich jednostek naukowych i przedsiębiorstw
w programach ramowych, a obecnie w ósmym programie ramowym Horyzont 2020. Instytucja organizuje dni informacyjne, konferencje, oferuje usługi konsultacyjne, bezpośrednie doradztwo w zakresie przygotowania wniosków oraz mentoring. Działania Krajowego Punktu Kontaktowego dla programu ramowego Horyzont 2020 wspomaga 11 Regionalnych Punktów Kontaktowych w największych ośrodkach akademickich i kilkanaście Branżowych Punktów Kontaktowych przy polskich platformach technologicznych i kluczowych klastrach. Instytucja jest koordynatorem sieci dla mobilnych naukowców EURAXESS.

O Programie Ramowym Unii Europejskiej Horyzont 2020

Horyzont 2020 to największy w historii program finansowania badań naukowych i innowacji
w Unii Europejskiej. Jego budżet w latach 2014-2020 wynosi prawie 80 mld euro. Celem programu jest stworzenie spójnego systemu finansowania innowacji: od koncepcji naukowej, poprzez etap badań,
aż po wdrożenie nowych rozwiązań, produktów czy technologii na rynek.

Dobre nastroje przedsiębiorców

Przedsiębiorcy dobrze oceniają kondycję polskiej gospodarki. Wskazują na to najnowsze prognozy Związku Przedsiębiorców i Pracodawców zgromadzone w kolejnej fali badania Indeksu Busometr, którego odczyt wyniósł 56,8 pkt. Jest to 12,13 pkt. więcej w porównaniu do wyniku z I półrocza 2018 roku.

Na ogólną wartość Indeksu Busometru wpłynął m.in. komponent „koniunktura gospodarcza”, który aktualnie uplasował się na poziomie 55,4 pkt. Widać tutaj znaczny wzrost w porównaniu do I półrocza 2018 roku (wówczas wartość komponentu wyniosła 41,75 pkt.). 39% przedsiębiorców uważa, iż w ciągu najbliższych miesięcy, sytuacja gospodarcza poprawi się, 25% spodziewa się jej pogorszenia.

Należy podkreślić, iż od tego pomiaru Busometr jest realizowany na innej bazie przedsiębiorców (wcześniej baza ZPP, obecnie – Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna). Struktura próby pod względem wielkości badanych firm w tym pomiarze i poprzednich nie różni się, ale dużej zmianie uległa struktura demograficzna respondentów. Zmiana ta może być częściowo odpowiedzialna za zaobserwowany wzrost indeksów.

W najnowszej edycji badania zauważamy bardzo dynamiczny wzrost w każdym wskaźniku analizowanym pod kątem Busometru – zauważa Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.Być może pewien wpływ ma na to zmiana struktury demograficznej osób badanych, ale bez wątpienia wyniki odczytu na drugie półrocze 2018 roku odzwierciedlają wyraźną tendencję: przedsiębiorcy dostrzegają doskonałą koniunkturę gospodarczą i są skłonni ją wykorzystywać, m.in. inwestując.

Najmniejsze obawy o sytuację gospodarczą w kraju jeśli chodzi o najbliższe półrocze wykazują przedsiębiorcy z sektora handlowego (tutaj wskaźnik osiągnął wartość 61,32 pkt.). Kolejno uplasowały się produkcja i usługi (59,11 i 51,06 pkt.).

Na wartość Indeksu Busometr ZPP wpłynęły również pozostałe dwa komponenty – rynku pracy oraz inwestycji.

Bez względu na wielkość, region, sektor oraz staż przedsiębiorstwa na rynku nastroje przedsiębiorców w obszarze badanym przez komponent „rynek pracy (płace i zatrudnienie)” kształtują się na dobrym poziomie 61,9 pkt. W przypadku „płac” barometr wyniósł 62 pkt., przy czym 43% przedsiębiorców deklaruje w najbliższym czasie zwiększenie wynagrodzenia. W zakresie ”zatrudnienia” 42% ankietowanych planuje jego zwiększenie.

Fakt, że niemal połowa przedsiębiorców planuje podwyżki wynagrodzeń nie może dziwić – twierdzi Cezary Kaźmierczak. –  Mamy dzisiaj do czynienia z niedostateczną podażą pracy, przedsiębiorcy konkurują o pracowników, stąd też podwyżki płac są naturalne. Z uwagi na dobrą koniunkturę i dynamiczny wzrost konsumpcji, firmy mogą sobie pozwolić na oferowanie wyższych wynagrodzeń.

Istotny wzrost widać również w ramach komponentu „inwestycje” – najnowszy odczyt to 53,7 pkt. (wzrost o 10,24 pkt. w odniesieniu do poprzedniego Busometru). 64% badanych deklaruje, że w perspektywie najbliższego półrocza będą inwestować, 36% badanych nie planuje inwestycji. Najbardziej optymistycznie do działań w tym zakresie nastawione są średnie i duże przedsiębiorstwa oraz przedsiębiorstwa działające w obrębie sektora produkcyjnego (63,1 pkt.).

***

Busometr ZPP – Indeks Nastrojów Gospodarczych MSP, jest wskaźnikiem pokazującym stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców i ich planowane działania w perspektywie najbliższego półrocza.

Na wartość Indeksu Busometr wpływ mają trzy komponenty: (1) koniunktury gospodarczej, (2) rynku pracy (płace i zatrudnianie) oraz (3) inwestycji.

Wartość każdego z komponentów mieści się w przedziale od 0 do 100.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz firma Maison&Partners prowadzą badania wśród przedsiębiorców w oparciu o próbę zróżnicowaną ze względu na liczbę zatrudnianych pracowników, próby małych i średnich firm w Polsce (do 250 zatrudnionych). Busometr ZPP jest publikowany co pół roku.

Małe i średnie firmy w Polsce stanowią 99,8% wszystkich firm w Polsce, tworzą ¾ miejsc pracy oraz 67% PKB.

Podlaski Fundusz Kapitałowy wychodzi z inwestycji w Bitcraft

W lipcu br. sfinalizowano wyjście Podlaskiego Funduszu Kapitałowego z inwestycji w białostocki software house Bitcraft. Po dwóch latach współpracy z Funduszem firmę przejął lider branży – poznański Netguru. Przejście Bitcraft pod skrzydła nowego udziałowca odbyło się po zrealizowaniu wszystkich celów inwestycyjnych i jest przykładem udanej współpracy na linii inwestor – startup.

Bitcraft powstał w 2014 roku jako jednoosobowa działalność gospodarcza, a już dwa lata później współpracował z 29 specjalistami. W lipcu 2018, już jako spółka zatrudniał 50 osób, realizując projekty dla klientów z całego świata. – O wyjściu z inwestycji nieczęsto mówi się w kategoriach sukcesu. Historia Podlaskiego Funduszu Kapitałowego i Bitcraft pokazuje jednak, że zakończenie procesu inwestycyjnego może oznaczać powodzenie dla każdego z partnerów. To zarazem przykład na to, jak fundusze venture capital pozwalają rozwijać skrzydła młodym, polskim firmom – komentuje Maciej Dardziński, menedżer inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym.

Jak ze startupu uczynić międzynarodowego gracza

Jednym z głównych celów współpracy między Funduszem a Bitcraft było zwiększenie sprzedaży, przede wszystkim zagranicznej. Przed rozpoczęciem inwestycji 80 proc. przychodów firmy pochodziło ze sprzedaży krajowej, a 20 proc. z eksportu, po dwóch latach proporcja ta uległa odwróceniu. – Przesunięcie ciężaru na eksport pomaga znacząco zwiększyć marżowość działalności oraz uzyskać dostęp do rynków, do których był on ograniczony. Istniejące zagraniczne kontrakty, takie jak londyński fin-tech pozwoliły nam nabrać doświadczenia i poczuć się pewnie na wymagających rynkach zagranicznych. Był to bardzo solidny i ważny fundament do dalszego rozwoju – mówił jeden z założycieli Bitcraft Michał Wasilewski. Pomoc inwestora ułatwiła firmie nawiązanie kontaktów z zagranicznymi kontrahentami m.in. z Niemiec czy Ameryki Północnej oraz udział w targach branżowych światowej rangi.

Wsparcie finansowe ze strony Podlaskiego Funduszu Kapitałowego Bitcraft przeznaczył m.in. na zwiększenie powierzchni biurowej, zakup sprzętu i wyposażenia, wynajem profesjonalnej agencji generującej leady, rozwój infrastruktury teleinformatycznej. – Najważniejszą inwestycją była rozbudowa zespołów programistycznych oraz szkolenia nowych pracowników. Dzięki temu Bitcraft stworzył zgrany i sprawnie działający zespół, a firma cechowała się niską, jak na warunki IT rotacją pracowników – mówi Michał Wasilewski, CEO Bitcraft, odpowiedzialny za strategię rozwoju. – Nie byłoby to możliwe bez utalentowanych ludzi oraz ambitnej kadry zarządzającej – założyciela firmy Marcina Piesiak oraz Jakuba Protasiewicza, odpowiedzialnych za poszczególne procesy – dodaje Wasilewski. W chwili przejęcia przez Netguru, Bitcraft miał na koncie kilkadziesiąt realizacji, w tym m.in. projekty dla brytyjskiego fin-techu Loot, systemy Smart Home oraz zarządzania energią w uprawach roślin dla startupów z Doliny Krzemowej, a także repozytoria dokumentów medycznych wdrożone w ponad 40 szpitalach w Polsce.

Kultura współpracy, a rosnąca wartość startupu

Sukces Bitcraft to z jednej strony efekt kompetencji białostockiego startupu, z drugiej – umiejętnego wykorzystania wsparcia ze strony inwestora. Przykład ten pokazuje, jak współpraca z funduszem venture capital może doprowadzić do wzrostu wartości firmy oraz jej dalszego rozwoju. – Przez cały okres współpracy Bitcraft mógł korzystać z naszego doświadczenia biznesowego, pomocy w kwestiach strategicznych i organizacyjnych, istotna była dla nas również budowa partnerskich relacji. Kontrola spółki odbywała się jedynie z poziomu rady nadzorczej, Fundusz uczestniczył w kluczowych decyzjach, ale w bieżącej działalności pozostawił wolną rękę właścicielom – tłumaczy Maciej Dardziński, menedżer inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym.

Współpraca między Bitcraft a Podlaskim Funduszem Kapitałowym pokazuje jak powinien przebiegać udanie zrealizowany proces inwestycyjny – od chwili zaangażowania inwestora, przez realizację wyznaczonych celów, aż do momentu zakończonego pomyślnie wyjścia z inwestycji. W przypadku Bitcraft proces ten zakończył się nawiązaniem współpracy z będącym liderem branży Netguru oraz dalszy rozwój w strukturach nowej firmy.

Tym, co przykuło uwagę Netguru do białostockiej firmy były przede wszystkim kompetencje programistyczne, w szczególności specjalizacja w technologii Python oraz kultura organizacyjna i ład korporacyjny, wypracowane we współpracy z dotychczasowym inwestorem. Rozmowy między założycielami Bitcraft, przedstawicielami Podlaskiego Funduszu Kapitałowego, a nowym inwestorem branżowym rozpoczęły się w pierwszym półroczu br. Po osiągnięciu kompromisu w kwestiach finansowych, w lipcu sfinalizowano transakcję, a od sierpnia, liczący ponad 40 osób zespół Bitcraft zasilił szeregi Netguru. Spółka planuje dalszy dynamiczny rozwój w Białymstoku poszukując nowych talentów, które mogłyby dołączyć do jej zespołu.

Publicis Groupe wybrał zespół liderów, którzy będą kierowali organizacją w Polsce

Zarzad Publicis Groupe PLPublicis Groupe wybrał zespół liderów, którzy będą kierowali organizacją w Polsce. Zmiana jest częścią globalnego procesu wdrażania modelu „Power of One” na kluczowych dla holdingu rynkach.

Tomasz Pawlikowski, Chairman Publicis Communications Polska, i Piotr Piętka, Chief Executive Officer Publicis Media Polska, zostali powołani na stanowiska co-CEOs Publicis Groupe Polska – obaj będą podlegali bezpośrednio Jarkowi Ziębińskiemu, CEO Publicis Groupe na region Północnej i Środkowej Europy.

Tomasz Pawlikowski ma blisko 30 lat doświadczenia w organizacji, z czego 15 lat jako CEO regionu, a ostatnio jako Chairman Publicis Communications w Polsce. Piotr Piętka pracuje w Publicis Groupe od 20 lat, w 2016 roku objął  funkcję CEO Publicis Media w Polsce.

W nowych rolach Tomasz Pawlikowski i Piotr Piętka mają przyspieszyć integrację kompetencji Publicis Groupe w Polsce. Zarządzana przez nich organizacja ma dostarczać obecnym i przyszłym klientom jeszcze większą wartość z realizowanych dla nich usług. Wdrożenie w Polsce modelu „Power of One” ma dać także lepsze szanse rozwoju ekspertom, którzy pracują w organizacji oraz przyciągać do niej nowych, utalentowanych pracowników z kluczowych dla klientów Publicis Groupe dziedzin.

Co-CEOs Publicis Groupe w Polsce będą wspierani przez zespół zarządzający, którego zadaniem jest przyspieszenie procesu integracji i wzrostu organizacji, jak również implementacja modelu „Power of One” w Polsce. W skład zarządu wejdą:

  • Albert Wyszomirski, Chief Financial Officer
  • Monika Krawiec-Zaworska, Chief Talent Officer
  • Anna Sakowicz, Chief Data&Analytics Officer
  • Krzysztof Andrzejczak, Chief e-Commerce Officer

Cieszę się, że mogę zaanonsować nominacje Piotra i Tomasza na stanowiska co-CEOs Publicis Groupe w Polsce. Wspólnie zbudowaliśmy jedną z najsilniejszych ofert marketingowych, digitalowych, e-commerce’owych i komunikacyjnych w regionie. Wdrożenie w Polsce modelu operacyjnego „Power of One” daje tym większą szansę na stworzenie rozwiązań, które odpowiedzą na potrzeby naszych klientów związane z integracją usług i jednoczesną wysoką specjalizacją. Wiem, że Piotr i Tomasz wspólnie z nowym zespołem zarządzającym wyniosą Publicis Groupe na jeszcze wyższy poziom”  – powiedział Jarek Ziębiński, CEO regionu Europy Północnej i Środkowej.

Publicis Groupe jest jedną z największych firm komunikacyjnych w Polsce, zatrudniającą
ponad 1000 pracowników. Należą do niej agencje: Starcom, Zenith, Spark Foundry, Blue 449, Performics, LiquidThread, Publicis, Leo Burnett, Saatchi & Saatchi IS, Arc, MSL i Prodigious.

Jak dzisiejsza decyzja Fed wpłynie na rynki finansowe

W środę FED podwyższy stopy procentowe, ale na tym nie koniec. Pod koniec roku lokaty w dolarach będą bardziej atrakcyjne od depozytów w złoty. Decyzja FED będzie miała wpływ na polską gospodarkę.

– Wszystko wskazuje na to, że w tę środę FED po raz kolejny podniesie stopy procentowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Do końca roku przed nami dwie podwyżki stóp procentowych, a wówczas podstawowa stopa procentowa w USA będzie bliska 2,5 proc., a to oznacza, że depozyty w dolarach będą bardziej opłacalne od złotowych.

Podwyżki stóp procentowych w USA odbierana są jako pomyślna ocena stanu amerykańskiej gospodarki. Wzmacniają też dolara.

– Jednak dolar już tak się wzmocnił, że przed końcem roku nieco się osłabi – ocenia ekspert.

Po ACTA 2 cyberpolisy może czekać rewolucja

  • Restrykcyjne zasady ACTA 2 wpłyną na kształt i ceny cyberpolis.
  • Ubezpieczenie od ryzyk cybernetycznych można uzupełnić o OC działalności multimedialnej, które zapewnia środki na pokrycie roszczeń wynikających z naruszenia praw autorskich.
  • Po wejściu w życie ACTA 2 zwiększy się liczba roszczeń, co spowoduje wzrost cen cyberpolis, a także może zmienić się ich zakres.

Prawodawcy unijni od kilku miesięcy dyskutują nad możliwością wprowadzeniem do europejskiego porządku prawnego przepisów mających lepiej niż dotychczas chronić prawa autorskie twórców, które określane są mianem ACTA 2. Ich zadaniem jest uniemożliwienie wykorzystywania wszelkich efektów twórczości artystycznej bez zgody i/lub zapłacenia ewentualnego honorarium autorowi. Rynek ubezpieczeń już od dawna dostrzega ryzyko niedopełnienia obowiązków ochrony praw autorskich i oferuje przedsiębiorcom zabezpieczenie na wypadek ich naruszenia, w postaci OC działalności multimedialnej.

Oferowane dziś w ramach cyberpolis OC działalności multimedialnej ma stosunkowo szeroki zakres i uwzględnia większość ewentualnych sytuacji naruszenia praw autorskich. Jednak wejście w życie nowych, bardziej restrykcyjnych przepisów na pewno wpłynie na zwiększenie ryzyka ich wystąpienia. Pojawi się zatem więcej roszczeń i wzrośnie suma wypłacanych odszkodowań. Standardową reakcją na to jest ponowna analiza i kalkulacja ryzyka przez ubezpieczycieli, co doprowadzi w tym przypadku zapewne do podniesienia cen tych ubezpieczeń – zauważa Łukasz Zoń, Prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

To, co dzisiaj gwarantują cyberpolisy

Dostępne w ofercie ubezpieczycieli polisy od ryzyk cybernetycznych przewidują rozszerzenie standardowych warunków polisy o ubezpieczenie OC działalności multimedialnej. Chroni ono przedsiębiorców przed negatywnymi skutkami finansowymi działań komunikacyjnych powodujących m.in. zniesławienie, naruszenie prawa do prywatności, nieuprawnione wykorzystanie wizerunku, naruszenie praw autorskich czy plagiat. Ochrona ta uwzględnia także aktywność w mediach społecznościowych. Jak zatem widać, zakres funkcjonujących już na rynku ubezpieczeń obejmuje działania, których uregulowanie przewiduje propozycja ACTA 2.

Po wejściu w życie ACTA 2 mogą zmienić się nie tylko ceny ubezpieczeń OC działalności multimedialnej, ale także zakres tych polis. Wypłata środków w przypadku dokonania plagiatu czy naruszenia praw autorskich może zostać obwarowana dodatkowymi wyłączeniami odpowiedzialności ubezpieczyciela. Niewykluczone, że wybrane grupy przedsiębiorców mogą nawet w ogóle nie mieć możliwości zakupu takiego ubezpieczenia, ze względu na charakter prowadzonej działalności albo składka w ich przypadku będzie kilkukrotnie wyższa w porównaniu z pozostałymi przedsiębiorstwami, co może spowodować, że nie będą oni w stanie wykupić ochrony – wskazuje Łukasz Zoń.

Wizerunek chroniony polisą

Zarządzanie wizerunkiem przedsiębiorstwa w sieci, a zwłaszcza w mediach społecznościowych, jest zagadnieniem wymagającym ostrożności i dbałości o każdy szczegół. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych. Jak pokazuje raport AON i Pentland Analytics „When Crisis and Technology Collide: Protecting Reputation in the Digital Age”, wpływ komunikacji kryzysowej prowadzonej w mediach społecznościowych na zmianę wartości firmy dla akcjonariuszy wzrósł dwukrotnie w ciągu kilkunastu lat. Według przeprowadzonych przez ekspertów analiz, firmy borykające się z problemami wizerunkowymi, które odpowiednio zarządzą swoją obecnością na tych portalach, mogą nie tylko wyjść obronną ręką z kryzysu, a nawet zwiększyć o 20% swoją wartość dla akcjonariuszy. Z kolei niewłaściwe działania mogą skończyć się nawet 30% spadkiem.

Cyberpolisy również w tym aspekcie mogą zapewnić przedsiębiorcom wsparcie. Warto pamiętać, że w ubezpieczeniu można uwzględnić wypłatę środków na ochronę reputacji. Oznacza to, że ubezpieczyciel przekaże firmie nakłady finansowe potrzebne na prowadzenie komunikacji kryzysowej, czyli np. zrealizowanie kampanii informacyjnej wśród klientów czy zatrudnienie agencji public relations. Ten rodzaj ochrony, tak samo jak OC działalności multimedialnej, zyska na znaczeniu w momencie wejścia w życie propozycji ACTA 2 – dodaje Łukasz Zoń.

Źródło: Stowarzyszenie Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych

Dystraktory – zmora wraca po wakacjach

Wracasz po urlopie wypoczęty i zrelaksowany, być może z planami na lepszą organizację czasu w pracy, żeby nie zostawać po godzinach i nie denerwować się niedokończonymi projektami… Ale już pierwszego dnia lawina spraw, dziesiątki telefonów i zaproszeń na spotkania zwoływane ad hoc odrywają Cię od nowych postanowień i wrzucają w rzeczywistość sprzed urlopu.

Wygląda znajomo, prawda? Niekończące się telefony, smsy, powiadomienia na komunikatorach firmowych, maile i nagłe pytania współpracowników, czy przełożonych – to codzienność wielu pracowników. W tegorocznym badaniu „Praca, Moc, Energia w polskich firmach” 66,5 proc. ankietowanych przyznało, że ich zadania są właśnie w ten sposób wielokrotnie przerywane, a blisko 60 proc. czuje presję, aby wykonywać kilka rzeczy na raz. Średnio 7-8 razy na godzinę mamy przerywane zadania przez różnego typu dystraktory. Trudno się w takich warunkach skupić i dlatego ponad 56 proc. badanych obserwuje u siebie, że unika lub ociąga się z rozpoczęciem zadań wymagających koncentracji, a 46,8 proc. pytanych przyznaje, że nie ma czasu, aby myśleć koncepcyjnie.

Jeśli policzyć, ile tracisz czasu na różnego rodzaju rozproszenia, mogłoby się okazać, że będzie to około 2 godzin dziennie. Tak pokazują wyniki badań. Przeciętnie po każdych 11 minutach naszej pracy nad zadaniem, pojawia się jakiś czynnik rozpraszający. Powrót do pracy nie jest jednak prosty i zajmuje zwykle od 10 do 25 minut (o ile w ogóle do niej wracamy). Badania pokazują że wielozadaniowość obniża poziom naszej IQ nawet o 10-15 punktów! To daje mniej więcej taki efekt, jak byśmy nie spali przez całą dobę…

My sami jesteśmy mistrzami w obniżaniu własnej efektywności. Zastanów się, jak często przeskakujesz z zadania na zadanie? Pewnie co kilka minut dzwonisz do kogoś, potem zaczynasz rozmowę z kolegą siedzącym przy biurku obok, otwierasz nowy plik na komputerze, czytasz maile, sprawdzasz telefon… A to przecież nie wszystko. Wiele czynników rozpraszających uwagę pochodzi z Twojego wnętrza – są to wspomnienia, oceny, plany, niekontrolowane błądzenie myśli… Twój układ nerwowy bezustannie coś przetwarza i choć bywa to frustrujące, jest zupełnie normalne. Nim uda Ci się wrócić do wykonywanej wcześniej czynności, poczujesz zmęczenie. Przeskakiwanie z zadania na zadanie zużywa ogromne ilości energii, czyli glukozy i jeśli nie jesz regularnie co 3 godziny, to właśnie w takim momencie poczujesz apetyt na drożdżówkę, batonika lub słodką kawę.

Wystarczy przenieść uwagę z jednego działania na inne dziesięć razy w ciągu godziny, a czas produktywnego myślenia skurczy się do drobnego ułamka naszych rzeczywistych możliwości. Mniej energii (czytaj: niski poziom glukozy we krwi) to mniejsza zdolność rozumowania, decydowania, przypominania i zapamiętywania… Rezultatem jest nie tylko niższe tempo pracy, ale i większa liczba błędów w wykonywanych zadaniach.

Co zatem możesz z tym zrobić?

  1. Popraw swoją wydajność umysłową poprzez całkowite odcięcie się od zewnętrznych sygnałów rozpraszających uwagę. Np. wyłącz dźwięk w telefonie, zamknij wyskakujące powiadomienia o nowym mailu w skrzynce, poproś współpracowników, żeby Ci nie przerywali. Zrób to przynajmniej na ten czas, w którym musisz skupić się na jakimś zadaniu lub pracować kreatywnie..
  2. Mózg łatwo się rozprasza, a to oznacza duże zużycie energii. Jedz regularnie co 3 godziny posiłki o niskim indeksie glikemicznym. Są to np. warzywa, produkty zbożowe pełnoziarniste (np. chleb razowy z mąki z pełnego przemiału, kasze, płatki pełnoziarniste). Jeśli zamiast tego będziesz próbować oszukać głód batonikami, czipsami czy słonymi paluszkami, po chwili zastrzyku energii, poczujesz senność i jeszcze większy spadek energii.
  3. Zanim usiądziesz do jakiegoś trudnego zadania, oczyść umysł ze wszystkich bodźców wewnętrznych, które mogą Cię rozpraszać. Weź kartkę i długopis i spisz wszystko, czym musisz się zająć w pracy i po pracy, żeby nie wracało do Ciebie przez kolejne 90 minut.
  4. Blokuj rozpraszające Cię impulsy odpowiednio wcześnie, zanim zaczną na Ciebie oddziaływać z pełną siłą. Uświadamiaj sobie co się z Tobą dzieje w danej chwili i podejmuj decyzje, co chcesz z tym zrobić. Autopilota zastąp świadomym byciem „tu i teraz”.
  5. Ustalaj priorytety na dany dzień i broń ich świadomie. Skup się na trzech najważniejszych rzeczach, które przyniosą największy efekt w kontekście pozostałych zadań, jakie masz do wykonania w najbliższym czasie. Pomyśl o swoich zadaniach, jak o kostkach domina. Zastanów się, które musisz poruszyć żeby reszta poszła o wiele szybciej.
  6. Jeśli jesteś szefem, wprowadź w swoim zespole kilka prostych usprawnień wspierających efektywną pracę umysłową. Np.: zaproponuj organizację spotkań o niepełnych godzinach, zarządź poranne 90 minut ciszy, aby każdy w skupieniu wykonał najważniejsze zadania, a zgodnie z krzywą tygodniowej efektywności organizacji realizację zadań zespołowych o najwyższym priorytecie planuj we wtorki i środy.

O badaniu:

Badanie „Praca, Moc, Energia w polskich firmach. Sześć obszarów, które wpływają na efektywność organizacji” realizowane jest we współpracy z Aon, Kinnarps Polska, Dailyfruits, Benefit Systems, Uniwersytetem Łódzkim oraz Akademią Leona Koźmińskiego. Ankieta dystrybuowana jest wśród pracowników i kadry zarządzającej dużych przedsiębiorstw w Polsce W tegorocznej edycji wzięły udział 2322 osoby, w tym 646 przedstawicieli kadry kierowniczej i 1676 pracowników na innych stanowiskach.

Mądre pieniądze – dlaczego smart money jest kluczem do sukcesu start-upów

Nawet najlepszy pomysł potrzebuje wsparcia kapitału, aby mógł się rozwijać. Same pieniądze jednak nie wystarczą, żeby zbudować od podstaw coś trwałego i dobrze prosperującego w zmieniających się warunkach rynkowych. O tym, jak ważne dla młodych przedsiębiorstw jest wsparcie także w innych obszarach niż finanse oraz że nie każde Smart Money jest tak samo wartościowe, opowiada Łukasz Blichewicz z Grupy Assay specjalizującej się we współpracy ze startupami.

Choć w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat świat startupów powoli zaczął dryfować we właściwszym niż dotychczas kierunku, nadal większość z nich upada. Wbrew pozorom nie jest to kwestia wynikająca wyłącznie z braku kompetencji twórców, a w znaczniej mierze z nastawienia instytucji finansujących ich rozwój. Samo zainwestowanie pieniędzy, nawet ogromnych kwot, i sprawdzanie comiesięcznych raportów to jednak za mało, aby nowy projekt miał dużą szansę na sukces. Osoby, które do tej pory nie miały wiele wspólnego z prowadzeniem biznesu, potrzebują bowiem, oprócz kapitału, szeroko pojętego wsparcia. I tu pojawia się Smart Money.

Czym jest Smart Money? Mówiąc w skrócie, są to pieniądze, za którymi stoją dodatkowe, pozafinansowe korzyści. Jakie one będą, zależy już tylko od poszczególnych inwestorów. Warto więc poznać kilka najważniejszych elementów takiej modelowej współpracy.

  • Pierwsza linia kontaktu

Inwestor wnoszący Smart Money jest przede wszystkim dostępny. To pierwszy kontakt, do którego startup powinien móc zwrócić się z zapytaniem, prośbą o pomoc, radę. O ile bardziej komfortowo pracuje się nad rozwojem projektu, kiedy ma się pewność, że nie jest się tylko kolejną pozycją w portfelu inwestycyjnym, a inwestor żywo interesuje się naszą działalnością. Nie nachalnie, nie przesadnie, ale wspierająco. Dla drugiej strony to jest także korzystne. Bieżący, proaktywny kontakt pozwala na stały przepływ informacji, oszczędza czas i pieniądze. Pozwala na dostrzeżenie potencjalnych zagrożeń na bardzo wczesnym etapie, dzięki czemu da się ich uniknąć lub zaradzić im w bardzo prosty sposób.

  • Swoboda pracy twórczej

Świadomy inwestor pozwala twórcom swobodnie pracować nad projektem, z którym do niego przyszli. W ten sposób jeszcze bardziej utożsamiają się oni z prowadzoną firmą, chętniej angażują się w jej rozwój i zabiegają o jej sukces. W przyszłości będą też potrafili, bazując na swoich błędach, uniknąć katastrofalnych w skutkach pomyłek. Nie oznacza to jednak pozostawienia ich samym sobie. W ważnych kwestiach zawsze mogą liczyć na pomoc i radę. To działa dodatkowo motywująco na zespół, jest bowiem przejawem zaufania do startupu.

  • Udostępnienie zasobów

Dobrze, gdy inwestor wnosi ze sobą wiedzę i doświadczenie, ale także zasoby pomocne w prowadzeniu działalności. Nawet najbardziej innowacyjny pomysł wymaga bowiem codziennych, przyziemnych działań, zanim uda się na nim zbudować doskonale prosperującą firmę. Prawnik, księgowy, grafik, webmaster, programista, analityk, copywriter – to przykładowe wsparcie, które  może być częścią wkładu Smart Money w rozwój projektu.

  • Proaktywne działanie na rzecz startupu

Nieocenionym wsparciem dla założycieli jest również możliwość korzystania ze szlaków biznesowych przetartych przez inwestora. Jako instytucja już funkcjonująca na rynku, ma on większą siłę przebicia i renomę, która pozwala dotrzeć do faktycznych decydentów w dużych firmach. Może też pomóc nawiązać relacje biznesowe z innymi startupami, którymi się opiekował bądź opiekuje, dzięki czemu każdy z nich odniesie określone korzyści. Takie proaktywne działanie na rzecz młodego przedsiębiorstwa może przejawiać się również we wspólnej promocji np. podczas istotnych eventów i branżowych wydarzeń. Wszystko oczywiście w porozumieniu z założycielami.

  • Pozytywna motywacja

Zaangażowanie, zaufanie, wsparcie emocjonalne – to niematerialne elementy Smart Money, które działają niezwykle motywująco na twórców startupu i ich zespół. W pozytywnej atmosferze współpracy inaczej odbiera się przeciwności, które nie raz stają na drodze do sukcesu. Nawet ogrom pracy, jaką należy wykonać przeprowadzając projekt od fazy pomysłu do realnej usługi bądź produktu, nie jest aż tak przytłaczający, gdy ma się świadomość, że nie jest się pozostawionym samemu sobie. Tego nie zastąpią żadne pieniądze.

Wybierając inwestora trzeba więc kierować się nie tylko kwotą, jaką ma do zaoferowania. Liczy się także model współpracy, którą proponuje. W jakim zakresie będzie obecny i zaangażowany w rozwój startupu? Czy wniesie swoje kontakty i dodatkowe zasoby? Czy pozwoli rozwijać projekt zgodnie z założeniami jego twórców? To pytania, które zdaniem Łukasza Blichewicza warto zadać jeszcze przed podpisaniem umowy, żeby już na początku nie zaprzepaścić szansy na zbudowanie silnego i prężnie działającego biznesu.

InnoEnergy inwestuje w europejski rozwój Hardt Hyperloop

Zaangażowanie InnoEnergy jest częścią szerzej zakrojonej rundy pozyskania finansowania, w ramach której Hardt wciąż poszukuje inwestorów. – Cieszymy się ze wsparcia, jakie otrzymaliśmy od InnoEnergy. Dzięki temu nadszedł nowy etap w rozwoju hyperloopa w Europie i podkreślone zostało znaczenie, a także wysoka potrzeba inwestycji w rozwój czystszej, lepszej alternatywy dla transportu długodystansowego. Wierzymy, że zachęci to również innych inwestorów do przyłączenia się do obecnej rundy inwestycyjnej – komentuje Tim Houter, CEO w Hardt Hyperloop.

Zrównoważona alternatywa

Jednym z kluczowych elementów agendy Unii Europejskiej jest sprawienie, by sektor transportu był bardziej ekologiczny. Biorąc pod uwagę niedawne dyskusje na temat gwałtownego wzrostu ruchu lotniczego, hyperloop jest coraz częściej wymieniany jako czysta alternatywa. – Hyperloop wykorzystuje czystą energię i jest idealny dla osób dojeżdżających do pracy między głównymi miastami europejskimi. Ze względu na rosnący ruch lotniczy oraz związaną z tym emisję CO2, niezwykle ważne jest, aby rozwój tej technologii przyniósł dodatkowy impuls do przyspieszenia wdrożenia jej w Europie – mówi Lucienne Krosse z InnoEnergy.

Europejskie konsorcjum hyperloopowe

W kwietniu br. Hardt wraz z Royal BAM Group, Tata Steel oraz Royal IHC, zainicjował konsorcjum koncentrujące się na rozwoju technologicznym hyperloopa. Obejmuje ono kluczowych graczy sektora przemysłowego, w tym DB Engineering & Consulting, Continental i Engie Laborelec. – Konsorcjum to wspólne działanie partnerów przemysłowych na rzecz realizacji hyperloopa. Współpraca na tym poziomie ma kluczowe znaczenie, dlatego jesteśmy dumni z dołączenia nowych członków – dodaje Tim Houter.

Kurs dolara – Jastrzębi Fed może przecenić krajowe aktywa

Inwestorzy obawiają się dalszych podwyżek stóp procentowych w USA. Przy wysokich notowaniach euro do dolara umacnia się złoty. Jastrzębi Fed może odwrócić te tendencje.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas wtorkowej sesji złoty umacniał się. Kurs EUR/PLN zszedł w okolice 4,285 wspierany rosnącymi notowaniami euro do dolara. Inwestorzy dużą uwagę przywiązali do ostatnich komentarzy prezesa EBC, w których M. Draghi wskazując na rosnącą inflację i budującą się presję płacową w gospodarce EZ rozbudził oczekiwania na możliwą niedługo, zmianę tonu w komunikacji EBC. Nawet tonujące, wtorkowe wypowiedzi głównego ekonomisty banku centralnego (wyraźnie przeczące możliwemu szybszemu zaostrzeniu polityki banku) oraz oczekiwanie na jastrzębi wynik kończącego się w środodę posiedzenia Rezerwy Federalnej nie były w stanie zaszkodzić wspólnej walucie. P. Praet powiedział, że nie wierzy, iż intencją prezesa EBC było wysłanie sygnału do rynku, kiedy mówił o „względnie energicznym” wzroście inflacji.

Dzisiaj uwagę inwestorów przede wszystkim będzie przyciągać Fed. Utrzymujący się wzrost gospodarczy w USA wraz z oznakami, że dynamiki płac i inflacja rosną i nadal powinny rosnąć, wywiera presję, aby w USA koszt pieniądza dalej był raz na kwartał podnoszony. Od ostatniego spotkania FOMC dane (w tym wrześniowy indeks nastrojów konsumentów Consumer Board na poziomie 138,4 pkt wobec 132 prognozowanych) głównie wspierają ocenę członków FOMC, że wzrost gospodarczy jest „silny”, przy wciąż rosnącej konsumpcji, wzmocnionej m.in. obniżkami podatków. Utrzymuje się też presja cenowa, napędzana rosnącym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, zmniejszającą się luką na rynku pracy oraz utrzymującym się konfliktem handlowym pomiędzy USA a Chinami. Stąd, nie tyle prognozowana 25 pkt. podwyżka stóp (w pełni wyceniona przez rynek, wg danych CME FedWatch), ale przede wszystkim podtrzymanie oczekiwań na dalsze zacieśnianie polityki monetarnej w tym i w przyszłym roku powinny przywrócić wzrosty dolara do euro i przyczynić się do spadku notowań złotego w relacji do obydwu tych walut.

Na rynku stopy procentowej podczas wtorkowej sesji uwaga inwestorów skupiona była już na zbliżającym się posiedzeniu Fed. Oczekiwana podwyżka stóp o 25 pb. i obawy przed „jastrzębim” tonem komentarzy tworzyły presję na wzrost rentowności obligacji na świecie. W efekcie notowania US Treasuries w sektorze 10 lat przebiły 3,1%, natomiast Bundów zbliżyły się do 0,55%. Negatywne nastroje utrzymujące się na rynkach bazowych przyczyniły się do wzrostu krzywych dochodowości w Polsce. Globalnemu wzrostowi rentowności sprzyjał jednocześnie wzrost oczekiwań na szybsze wycofanie się EBC z polityki ujemnych stóp procentowych.

Podwyżka stóp o 25 pb. w USA w tym miesiącu została już wyceniona przez rynek. Niemniej należy zakładać, że jej uzasadnienie i komentarze na środowej konferencji prasowej przyczynią się do dalszej przeceny obligacji na świecie, pośrednio dotykającej również polskie aktywa. W okresie ostatnich miesięcy na skutek wzrostu ryzyka geopolitycznego rynek zaczął wyceniać bardziej umiarkowany cykl podwyżek stóp niż to wcześniej sygnalizował bank centralny. Teraz inwestorzy bardziej przekonują się do oficjalnej ścieżki. Podtrzymanie scenariusza, w którym stopy rosną w okolice 3,4% w 2020 r. (a także ewentualne podniesienie prognoz wzrostu PKB) osłabiałoby rynek UST przygotowany na docelowy poziom stóp bliższy 3,0%. W takim niesprzyjającym otoczeniu rynkowym rentowności polskich papierów 10-letnich powinny rosnąć w okolice 3,30%-3,35% w najbliższych dniach.

Wykres dnia: Rynek FRA w USA oczekuje wzrostu podstawowej stopy Fed lekko powyżej 3,0% w perspektywie najbliższych 2 lat.

Rynek FRA w USA oczekuje wzrostu podstawowej stopy Fed lekko powyżej 3,0% w perspektywie najbliższych 2 lat
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Średnia kwota niezapłaconego czynszu to dla firm prawie 53,5 tys. zł, a dla osób fizycznych 12,3 tys. zł

W hierarchii spłacalności zobowiązań czynsz często spada na koniec listy i to zarówno u przedsiębiorców, jak i konsumentów. Zaległości czynszowe odnotowane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor urosły w ciągu pięciu miesięcy o ponad 2 mln zł i na koniec sierpnia wyniosły niemal 138 mln zł. Na sumę tę składają się głównie długi z Mazowsza oraz Warmii i Mazur. Średnia kwota niezapłaconego czynszu to dla firm prawie 53,5 tys. zł, a dla osób fizycznych 12,3 tys. zł.

Choć łączna liczba dłużników czynszowych firm i konsumentów, od marca do sierpnia tego roku spadła, to jednak kwota zaległości poszła w górę. Stało się to za sprawą przedsiębiorców „oszczędzających” na opłatach za lokal, ich długi zwiększyły się w tym czasie o 10 proc. Obecnie liczba dłużników wpisanych przez spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe do BIG InfoMonitor, to łącznie 9 697 osób i firm. Suma ich zaległości wynosi 137 845 370 zł.

Najwięcej, bo 25,3 proc. z tej kwoty przypada na Mazowsze. Następne jest województwo warmińsko-mazurskie z prawie 17 proc. udziałem w długach czynszowych. Sporą cześć zadłużenia zgromadziły też firmy i mieszkańcy z województwa kujawsko-pomorskiego – ponad 12 proc. oraz dolnośląskiego – ponad 10 proc. Wśród miast dominują: Warszawa – 29 414 350 zł zaległości, Elbląg – 19 898 465 zł, Bydgoszcz – 15 592 782 zł i Legnica – 10 995 339 zł. Nieco dalej w niechlubnym rankingu uplasowały się: Zielona Góra – 3 534 594 zł, Poznań – 2 520 570 zł, Pabianice – 2 309 844 zł oraz Chełm – 2 240 820 zł.zadłużenia czynszowe

Kwota długów nie do końca idzie w parze z liczbą dłużników, bo najwięcej jest ich w województwie kujawsko-pomorskim – prawie 2,8 tys. W woj. mazowieckim, które ma rekordową sumę zaległości czynszowych, liczba dłużników nie przekracza 1,4 tys. Problem nieopłaconego czynszu najmniej widoczny jest na Opolszczyźnie i w Świętokrzyskiem.

Czynsz przegrywa z ratami kredytów i rachunkami za media

Najpierw raty kredytów hipotecznych, następnie konsumpcyjnych, potem rachunki za prąd i gaz, który mogą odciąć, a telefon zablokować – tak wygląda hierarchia płatności konsumentów. Niewiele lepiej jest u przedsiębiorców. Tu czynsz wprawdzie wygrywa z rachunkami za media i telefon, ale jest za podatkami, ZUS-em, płacami pracowniczymi – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie BIG InfoMonitor.

Czynsz przegrywa z ratami kredytów i rachunkami za media
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie „Skaner MSP” maj 2018 r.

Zadłużenie czynszowe drenuje budżety spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, a także finanse gmin z zasobami mieszkań komunalnych. Jak wynika z danych GUS najwięcej długów czynszowych powstaje właśnie w mieszkaniach komunalnych, o połowę mniejsze sumy wchodzą w grę w spółdzielniach mieszkaniowych, stosunkowo najlepiej jest we wspólnotach mieszkaniowych, na które przypada 10 proc. szacowanych przez GUS długów czynszowych. – Konsekwencje opóźniania płatności za czynsz są dla dłużników mało dotkliwe, dlatego tak łatwo jest przekładać go na później. Zarządzający lokalami najczęściej decydują się na telefon, czy też wysłanie własnego wezwania do zapłaty. Dopiero, gdy zadłużenie jest dramatycznie wysokie rozpoczynają proces sądowy i w konsekwencji podejmują próby eksmisji, co jest czasochłonne i kosztowne – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Niezapłacony czynsz częściej mają na sumieniu osoby po 50-siątce

Udział kobiet i mężczyzn wśród dłużników czynszowych jest niemal wyrównany, z niewielkim wskazaniem na panie. Co do wieku, to najczęściej nie płacą osoby od 45 do 64 lat. Stanowią one ponad 45 proc. wszystkich dłużników. W porównaniu z danymi z końca marca, w każdym przedziale wiekowym odnotowano spadki liczby niepłacących. Największy spadek miał miejsce wśród osób w wieku 25-34 lat – w sumie o 160 osób. Poprawę widać też w grupie pań między 55 a 64 rokiem życia – o 91 osób oraz w grupie panów między 25 a 34 rokiem życia – o 89 osób.

– Wierzyciele nie zdają sobie często sprawy, że ich bierność, która powoduje spiętrzenie długu, drastycznie obniża szanse odzyskania pieniędzy. Cierpią obie strony. Lokator wpada w pętlę zadłużenia, a spółdzielnia czy zarządzający nieruchomościami ma za niskie wpływy, aby przeprowadzać konieczne remonty, modernizacje, nie wspominając już o nowych inwestycjach czy udogodnieniach dla mieszkańców – dodaje Sławomir Grzelczak.Niezapłacony czynsz częściej mają na sumieniu osoby po 50-siątce

Wezwanie do zapłaty robi wrażenie

Warto więc działać szybko, zanim dług urośnie. Niezwykle skutecznym narzędziem jest wysyłka wezwań do zapłaty zapowiadających wpis do Rejestru Dłużników BIG. Do bazy zaglądają bowiem banki, firmy telekomunikacyjne, operatorzy telewizji kablowej, internetu czy firmy pożyczkowe, sprawdzając rzetelność swojego potencjalnego klienta. Obecność w takim rejestrze komplikuje życie dłużnika, dlatego bardzo wielu lokatorów reaguje na wezwanie i spłaca dług. Pisma i ich wysyłkę przygotowuje BIG InfoMonitor, wezwanie przesłane jako list polecony w tym rozwiązaniu jest mniej kosztowne niż zrealizowane bezpośrednio na poczcie. O tym czy zatwardziali dłużnicy zostaną wpisani do rejestru, ostateczną decyzję podejmuje wierzyciel.

Virgin Mobile zakończył proces migracji klientów na własną platformę IT

    • W połowie września zakończony został kilkutygodniowy proces przenoszenia klientów Virgin Mobile z dotychczasowej platformy P4 (Play) do własnego środowiska IT.
  • Obecność na własnej platformie daje operatorowi nowe możliwości biznesowe oraz wprowadzi dodatkowe udogodnienia dla klientów, zwłaszcza w obszarze produktowym. To kolejny krok z zapowiadanej na początku roku strategii biznesowej, który został zrealizowany.

Z końcem września Virgin Mobile zakończył proces przenoszenia swoich klientów na własną platformę IT. To ostatni etap dzięki któremu operator uzyskał status full MVNO. Osiągniecie tego statusu następuje w momencie, gdy posiada ona całą infrastrukturę telekomunikacyjną oprócz sieci radiowej. Proces podzielony był na kilka etapów prac technicznych, aby zminimalizować odczuwalność procesu dla klientów. Jednocześnie Virgin Mobile w dalszym ciągu będzie korzystać z infrastruktury radiowej sieci Play.

Nowe możliwości

Do tej pory za pośrednictwem swojej platformy Virgin Mobile obsługiwał zaledwie
15% klientów. Przeprowadzony proces pozwolił spółce uzyskać większą niezależność,
jak również wpłynie na dostarczanie jeszcze lepszych usług i podniesie ich jakość. Dzięki migracji możliwe będzie m.in. szybsze konfigurowanie obecnych i nowych produktów oraz skrócenie czasu wprowadzania ich do oferty. Obecność na własnej platformie wpłynie również na obsługę klienta. Skrócenie czasu oczekiwania na rozwiązanie konkretnej sprawy czy ułatwienie procesów związanych z bilingowaniem, to tylko niektóre korzyści, które operator odniesie z obecności klientów na własnej platformie.

Kolejny cel biznesowy

Przeniesienie klientów na własną platformę to kolejny z zapowiadanych na początku roku przez Grażynę Piotrowską – Oliwę celów biznesowych, który został osiągnięty.

Po zakończeniu tego procesu możemy skupić się na realizacji kolejnych kroków, które mamy w swoich planach. W dalszym ciągu będziemy upraszczać wszelkie procesy skupiając się na customer value. Jednocześnie chcemy wprowadzać kolejne nowości do naszej oferty.

Grażyna Piotrowska-Oliwa Virgin Mobile
Grażyna Piotrowska-Oliwa Virgin Mobile

Nasz priorytet to dalsze usprawnianie procesów biznesowych, które mają nam pomóc osiągnąć przychód na poziomie 120 mln zł. Pierwsze efekty już widać i mam nadzieję, że najnowsza nowelizacja prawa telekomunikacyjnego i konieczność poniesienia kolejnych kosztów dostosowania się do ciągłych wymagań prawnych, nie zaburzy naszych planów – mówi Grażyna Piotrowska – Oliwa, Prezes Virgin Mobile Polska.

W dalszych planach operator skupi się na dokończeniu procesów mających przynieść wzrost jakości oferowanych przez niego usług. Prace nad nimi już trwają i zostaną zakończone w najbliższym czasie.

Rand południowoafrykański – kandydat do miana „najgorszej waluty roku”

O problemach liry tureckiej i argentyńskiego peso pisano już dużo w 2018 roku. Czas przeanalizować kolejnego „pechowca” ostatnich miesięcy – to rand południowoafrykański.

Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy rand południowoafrykański doświadczył bardzo gwałtownej wyprzedaży względem niemal wszystkich światowych walut. Nagłe pogorszenie danych gospodarczych i umocnienie dolara amerykańskiego doprowadziło kurs USD/ZAR do najwyższego poziomu od ponad dwóch lat.

Kurs USD/ZAR (wrzesień ’17-wrzesień ’18)

ZARŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Rand był jedną z walut gospodarek wschodzących, które najmocniej odczuły kryzys w Turcji – w sierpniu ZAR natychmiast zareagował na spadek liry tureckiej, doświadczając deprecjacji dochodzącej do 10%. Waluta RPA była również wrażliwa na wzrost globalnych stóp procentowych. Nie jest to zaskakujące, zważywszy na to, że wierzytelności RPA wobec Stanów Zjednoczonych i strefy euro mają wartość 40% PKB kraju. Tym samym, obok liry tureckiej i argentyńskiego peso, rand był jedną z najgorzej radzących sobie walut świata w 2018 r.

Rand cierpiał również w wyniku informacji o pierwszej od niemal dekady recesji w RPA, która rozpoczęła się w drugim kwartale bieżącego roku. Do czerwca br. gospodarka zmniejszyła się o 0,7%; w poprzednim kwartale odnotowano skurczenie się gospodarki o 2,6% w ujęciu kwartalnym. Za spowolnieniem stał przede wszystkim spadek aktywności sektora rolniczego – skurczył się on o 11% w wyniku suszy, która dotknęła znaczną część zachodniego obszaru kraju. Jest to zdecydowanie niefortunny obrót spraw, jeśli spojrzymy na dość dobre wyniki z ubiegłego roku. Coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem obecnie jest obniżka ratingu kraju ze strony agencji Moody’s podczas październikowej rewizji oceny wiarygodności kredytowej – tym samym Moody’s postąpiłaby jak dwie pozostałe agencje „Wielkiej Trójki”.

Dynamika PKB RPA (2009-2018)

Dynamika PKB RPAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Lata niepewności politycznej odbiły się na zaufaniu konsumentów i przedsiębiorstw. Wyznaczenie na prezydenta RPA Cyrila Ramaphosy, który objął miejsce ustępującego Jacoba Zumy pod koniec ubiegłego roku, obniżyło – przynajmniej w pewnym stopniu – skalę niepokoju. Ramaphosa jest postrzegany jako przywódca dużo bardziej przyjazny dla biznesu. Niemniej dotychczasowe zmiany ustawodawcze nie przełożyły się na poprawę aktywności gospodarczej w RPA. Presja na prezydenta, który obiecał poprawę sytuacji gospodarczej rośnie. Ramaphosa ma ogłosić pakiet działań stymulacyjnych, które powinny tchnąć nieco życia w gospodarkę kraju.

Ostatnia wyprzedaż randa stawia bank centralny przed trudnym zadaniem – słaba waluta bowiem zazwyczaj przekłada się na wzrost cen. Jeszcze w marcu inflacja spadła do 3,8%, czyli najniższego poziomu od 3 lat. Od tego czasu dynamika cen ponownie przyspieszyła, głównie ze względu na słabość krajowej waluty. W sierpniu główny wskaźnik inflacji wyniósł 4,9% i znalazł się nieznacznie poniżej najwyższego poziomu od niemal roku. Wzrost cen zbliżył się tym samym do górnej granicy celu inflacyjnego, który bank centralny określa widełkami od 3 do 6% i – zgodnie z komunikacją banku centralnego na spotkaniu we wrześniu – może nadal rosnąć w kolejnych miesiącach. Bazowa dynamika cen jest nieco bardziej stabilna, w sierpniu wyniosła 4,2%.

Inflacja w RPA (2008-2018)

Inflacja w RPAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Południowoafrykański bank centralny (SARB) wcześniej w 2018 roku obniżył stopy procentowe do poziomu 6,5%, w celu wsparcia wzrostu cen i wzmocnienia wzrostu gospodarczego. Była to pierwsza obniżka stóp w RPA od lipca 2017 roku. Przewodniczący Banku, Lesetja Kganyago, nie opowiedział się jednak za rozpoczęciem cyklu luzowania polityki monetarnej w RPA. Bank zasugerował, że na tamten moment jedna obniżka może wystarczyć. Od tego czasu kraj doświadczył spowolnienia gospodarczego, co mogłoby sugerować potrzebę dalszego obniżania stóp procentowych – niemniej niedawne osłabienie randa, z oczywistych względów, nie pozostawia zbyt wiele miejsca na agresywne luzowanie polityki monetarnej. Kganyago podczas spotkania we wrześniu zwrócił uwagę, że nie dyskutowano na temat obniżki stóp procentowych, poinformował również, że 3 z 7 członków komitetu decyzyjnego głosowało za natychmiastową podwyżką stóp procentowych.

Naszym zdaniem rośnie prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych przed końcem roku – zwłaszcza jeżeli rand pozostanie w okolicy obecnych, niskich poziomów.

Ostatni wzrost inflacji sprawia, że realne stopy procentowe w RPA ponownie spadły, co nie jest szczególnie pozytywną informacją dla randa. Obecnie realne stopy znajdują się na poziomie w okolicy 1,5%, tym samym są niemal o połowę niższe niż jeszcze w marcu. Możliwość obrony waluty przez bank centralny również nieco się pogorszyła – obecnie rezerwy są w stanie pokryć jedynie około 6 miesięcy krajowego importu. Ograniczone rezerwy pozostawiają bankowi centralnemu niewiele pola do potencjalnych interwencji na rynku walutowym, które mogłyby wesprzeć randa.

Rezerwy walut obcych RPA (2000-2018)

Rezerwy walut obcych RPAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Wzrost cen surowców powinien jednak wspierać bilans handlowy RPA. Produkcja surowców odpowiada bowiem aż za 60% przychodów z eksportu gospodarki, a jedynie za około 25% wielkości importu. Nawet po ostatniej wyprzedaży randa, krajowe terms of trade nie uległy większym zmianom w porównaniu z poprzednim rokiem. Co więcej, w przeciwieństwie do Turcji i Argentyny, RPA ma względnie nieduży deficyt na rachunku obrotów bieżących – wynosi on obecnie około 2,5% PKB kraju. RPA również ma znacznie niższy stosunek długu zagranicznego w walutach obcych do PKB, który wynosi obecnie ok. 22% w porównaniu z ok. 50% w przypadku Turcji i ponad 30% w przypadku Argentyny.

Gwałtowna wyprzedaż randa południowoafrykańskiego była znacznie silniejsza niż zakładaliśmy, a nie byliśmy optymistami w kwestii perspektyw waluty. Ogromna skala ruchu sprawiła, że obecne poziomy, na których znalazła się waluta niekoniecznie są uzasadnione przez fundamenty kraju, ale w istotnej części są konsekwencją negatywnego nastawienia inwestorów w związku ze wzrostem ryzyka na rynkach, do którego doszło po ostrej wyprzedaży liry tureckiej w poprzednim miesiącu. Relatywnie niski deficyt na rachunku bieżącym kraju, umiarkowany poziom rezerw walutowych, dodatnie realne stopy procentowe oraz perspektywy wzrostu stóp procentowych ze strony SARB sprawiają, że w krótkim terminie spodziewamy się stabilizacji waluty w okolicy bieżących poziomów. Oczekujemy, że w najbliższym czasie rand powinien umocnić się w relacji do dolara amerykańskiego, w 2019 r. spodziewamy się z kolei względnej stabilizacji waluty.

Prognozy Ebury

  USD/ZAR EUR/ZAR ZAR/PLN
Q3-2018 14,50 16,95 0,25
E-2018 14,20 16,45 0,25
Q1-2019 14,00 16,25 0,26
Q2-2019 14,00 16,10 0,26
E-2019 14,00 16,10 0,26

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Informacje zawarte w niniejszym dokumencie służą wyłącznie do celów informacyjnych. Nie stanowią one porady finansowej lub jakiejkolwiek innej porady, mają charakter ogólny i nie są skierowane dla konkretnego adresata. Przed skorzystaniem z informacji w jakichkolwiek celach należy zasięgnąć niezależnej porady. Ebury nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje działań podjętych na podstawie informacji zawartych w raporcie.

Kamil Kopczyński: Od czego może zależeć dynamika rozwoju Internetu Rzeczy?

Lodówka samodzielnie zamawiająca brakujące produkty dla rodziny, autonomiczny samochód, bezzałogowy dron dostarczający przesyłkę na zamówienie sklepu bezobsługowego  – to na razie science-fiction jeśli myślimy o masowej skali wykorzystania albo przykłady laboratoryjnych testów. Jednak dynamiczny rozwój technologii sprawia, iż jej wpływ na codzienne życie jest coraz większy.

Kamil Kopczyński, Dyrektor Departamentu Centrum Zarządzania Siecią w HAWE TELEKOM
Kamil Kopczyński, Dyrektor Departamentu Centrum Zarządzania Siecią w HAWE TELEKOM

Świat przedmiotów urządzeń codziennego użytku na masową skalę komunikujących się on-line bez naszego udziału…. ludzi prędzej czy później stanie się faktem. Oczywiście musi zmienić się prawo, nasza mentalność i zwyczaje, ale przede wszystkim technologia zapewniająca bezawaryjną komunikację i łatwy dostęp do platform przesyłających dane. Połączenie ringów światłowodowych z technologią 5G oraz zaawansowanymi systemami zarządzania da nam w ciągu kilku najbliższych lat odpowiedź na pytanie: jak szybko Internet Rzeczy się upowszechni.”- komentuje Kamil Kopczyński, Dyrektor Departamentu Centrum Zarządzania Siecią w HAWE TELEKOM

Najpierw smart city?

Połączenie szerokorozumianej cyfryzacji określanej jako gigantyczny wzrost liczby modułów komunikacyjnych w jakie są wyposażane coraz to liczniejsze: przedmioty, narzędzia, czy urządzenia w połączeniu z możliwością zapewnienia dwukierunkowej komunikacji pomiędzy wszystkimi elementami takiego ekosystemu – M2M (ang. Machine to Machine) sprawia, iż mamy do czynienia z tzw. Internetem Rzeczy IoT (ang. Internet of Things). Trend ten znajduje zastosowanie w coraz liczniejszych obszarach, gdzie warto wyróżnić: transport, bezpieczeństwo, opiekę medyczną, telemetering, media, telekomunikacje, miasta, energetykę czy wiele innych. Możliwości są praktycznie nieograniczone, a kolejne wdrożenia są jedynie przejawem innowacyjnego podejścia do optymalizacji.

Za szczególnie ciekawy zjawisko należy uznać rozwój miast w kierunku tzw. „Smart City”. Wdrażanie przez miasta kolejnych rozwiązań M2M/IoT w obszarach zarządzania: komunikacją, sterowaniem ruchem, oświetleniem, miejscami parkingowymi w centrach miast, gospodarką odpadami komunalnymi, monitoringiem staje się coraz popularniejsze, a w połączeniu z zaawansowanymi systemami zarządzania przetwarzającymi ogromne ilości danych – Big Data, przyczyniają się do wprowadzenia w dłuższej perspektywie optymalizacji posiadanych zasobów. W efekcie prowadzą one do obniżania kosztów utrzymania miast, zwiększenia niezawodności, zwiększenia możliwości dynamicznego oddziaływania na otoczenie w trybie czasu rzeczywistego. Migracja w kierunku technologii potocznie określanych jako „Smart City” stanowi obecnie jeden z podstawowych celów dla większości metropolii. Przykładem polskich miast wprowadzających technologie z obszaru „Smar City” są np.: Warszawa, Poznań, Wrocław, Kraków, czy Łódź, gdzie systematycznie budowane i rozbudowywane są zintegrowane systemy zarządzania transportem publicznym, ruchem ulicznym czy parkingami.

W kategoriach ciekawostek warto wskazać przykład takich europejskich miast jak holenderski Rotterdam czy chorwacki Dubrownik. O ile Rotterdam od zawsze był liderem wdrażania nowoczesnych technologii „Smart City” to Dubrownik nazywany „Perłą Adriatyku” stanowi przykład jak można wkomponować nowoczesne technologie na obszarze i w otoczeniu Starego Miasta, które zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Na jego obszarze poza automatycznymi punktami informacyjnymi oraz systemem wspomagającym parkowanie w mieście za pośrednictwem specjalnych aplikacji instalowanych na telefonach komórkowych zainwestowano w inteligentny system gromadzenia odpadów w postaci pojemników kompresujących jakie zostały wyposażone w moduły komunikacyjne informujące o stanie wypełnieniu pojemnika. Zastosowana technologia przyczynia się do zmniejszenia o 80% kubatury gromadzonych odpadów, zmniejszenia o 75% kosztów ich przechowywania oraz redukcji kosztów ich transportu, co realnie przekłada się optymalizację obsługi technicznej starówki oraz oszczędności po stronie miasta. „- dodaje Kamil Kopczyński z HAWE TELEKOM

Światłowód i 5G razem.

Jednak, aby funkcjonowanie tak rozległej infrastruktury w wydaniu „Smart” było możliwe niezbędne jest, aby była ona oparta o wydajną infrastrukturę telekomunikacyjną, która zapewni możliwości komunikacyjne pomiędzy całą siecią urządzeń komunikujących się ze sobą bez udziału człowieka. W zapewnieniu komunikacji pomiędzy urządzeniami – M2M, oraz systemami typu CMP (ang. Connection Management Platform) kluczową rolę odgrywają operatorzy sieci komórkowych oraz posiadana przez nich infrastruktura telekomunikacyjna.

Przyszłością staje się tutaj rozwój technologii komórkowych 5 generacji tzw. „5G”, która w przyszłości stopniowo będzie wypierać wcześniejsze technologie jak UMTS, HSPA czy LTE. Proces wdrażania sieci 5G w Polsce został opisany w „Strategii 5G dla Polski” opublikowanej przez Ministerstwo Cyfryzacji w styczniu 2018 roku (przyjęta strategia zakłada, że komercyjne uruchomienie sieci 5G w pierwszym mieście nastąpi w 2020 roku). Jednym z najistotniejszych parametrów sieci 5G poza bezsprzecznym wzrostem dostępnego i oferowanego pasma będzie zmniejszenie czasów opóźnień, które mogą sięgnąć nawet 1ms (sieci LTE zapewniają opóźnienia na poziomie 10ms). Ma to fundamentalne znaczenie dla obsługi aplikacji i systemów czasu rzeczywistego.

Warunkiem koniecznym dla rozwoju technologii 5G jest jednak rozwój infrastruktury światłowodowej, co wynika z faktu, iż światłowód stanowi jedyne medium, które w połączeniu z zaawansowanymi optycznymi systemami transmisji danych jak: DWDM, CWDM, WDM PON może zapewnić wydajną infrastrukturę transportową dla połączenie makro, mikro czy piko komórek. „- dodaje Kamil Kopczyński z HAWE TELEKOM.

Mając na uwadze powyższe oraz coraz większe zapotrzebowanie na pasmo szczególnej wagi nabiera podejmowanie nowych inwestycji w infrastrukturę światłowodową oraz dokonywanie migracji z dotychczas wykorzystywanych technologii transportowych opartych np. o łącza radiowe na łącza światłowodowe. Inwestycje te zdecydują nie tyle o rozwoju operatorów telekomunikacyjnych, którzy przecież nie istnieją sami dla siebie, ale przede wszystkim dla kolejnych branż i dziedzin jakie w coraz szybszym tępię będą dokonywały transformacji w kierunku technologii „Smart” z wykorzystaniem rozwiązań M2M/IoT.

Strategia omnichannel w e-commerce

ecommerceStrategia omnichannel określana jest jako największa rewolucja na światowym rynku e-commerce, którą możemy aktualnie obserwować. Trend pochodzący ze Stanów Zjednoczonych został na początku zaadoptowany przez największe polskie marki posiadające sklepy stacjonarne. W celu zwiększenia przychodu zdecydowały się na wdrożenie swojej oferty na platformy e-commerce, co w większości przypadków zaowocowało wzrostem obrotów firm z uwagi na poszerzenie grupy klientów.

Drugi krok zmian dzieje się właśnie teraz. Firmy prowadzące sklepy internetowe wdrażają swoje oferty w kanały sprzedaży dostępne w internecie. Coraz częściej można spotkać się z sytuacją gdzie produkt, który mamy zamiar kupić, chcemy wcześniej porównać pomiędzy różnymi platformami. Otwierając po kolei: wyszukiwarkę internetową, portal aukcyjny, porównywarkę cen, ogłoszenia lokalne i na koniec sklepy w okolicy okazuje się, że wszystkie znalezione oferty kierują nas do jednej firmy.

Czym dokładnie jest omnichannel?

Omnichannel jest polityką sprzedażową polegającą na sprzedaży w każdym miejscu przeznaczonym do tego celu. Określenie jest często mylone z podobnym słowem multichannel, które wbrew pozorom znacznie różni się zasięgiem działania. Multichannel zawęża się do kilku, często najkorzystniejszych, miejsc do prezentacji produktu. W omnichannelu nie stosuje się wybiórczości, przez co poza zwiększaniem wyników sprzedażowych poprawia się również widoczność ofert co owocuje uświadczeniem klienta, że firma taka jest godna zaufania. Dodatkowym atutem jest możliwość zbudowania marki, poprzez prezentowanie nazwy i logo sklepu w każdym kanale sprzedażowym.

Dzisiaj klient jest wymagający, jak nigdy

Czasy w których handel internetowy wyglądał jak bazar, gdzie sprzedał ten kto miał taniej odchodzą w zapomnienie. Jako tak zwane “społeczeństwo na dorobku” coraz więcej uwagi zwracamy na inne wartości dodane niż tylko posiadanie nowego produktu. Jesteśmy skłonni kupić przedmiot w wyższej cenie lub wykupić specjalne usługi, aby otrzymywać powiadomienia mailowe i SMS-owe o statusie naszego zamówienia; otrzymać przesyłkę w sobotę lub niedzielę nie martwiąc się, że kurier nie zastanie nikogo w domu; czy mieć gwarancję realizacji zamówienia jeszcze tego samego dnia. “Klienci sklepu AGDmaster.com wielokrotnie podkreślają to, że wszystkie usprawnienia, które wprowadzamy do naszego systemu wysyłkowego są dla nich bardzo pomocne. Najważniejsze z nich to algorytmiczna weryfikacja danych wpowadzonych przez klienta, która pozwala za wczasu odnaleźć błąd w adresie czy też niepoprawny numer telefonu. Zaraz  po niej klienci cenią sobie system monitoringu nadanych przesyłek z własnym algorytmem notyfikacji e-mail (niezależnych od powiadomień firmy kurierskiej). To tylko część mechanizmów, które pozwalają nam sprawniej i lepiej nadawać przesyłki do naszych klientów” – komentuje Przemysław Strzałka, CTO i Founder w AGDmaster.com – jednym z największych polskich sklepów internetowych.

Z uwagi na zmieniający się trend platformy sprzedażowe wprowadzają coraz bardziej rygorystyczne wymagania dotyczące obsługi klienta. Jeszcze kilka lat temu wystarczyło wysłać zamówienie tak, żeby klient wystawił pozytywną ocenę. Dzisiaj mierzy się wiele parametrów począwszy od współczynnika zwrotów i reklamacji, a kończąc na czasie odpowiedzi na wiadomości od klienta.

Najpopularniejsze Markety w internecie

Najbardziej wyśrubowane standardy wprowadzają największe marketplace’y, ponieważ same budują swoją markę na zaufaniu klienta i wysokiej jakości obsługi oferowanej przez sklepy korzystające z ich usług. Światowym liderem w rynku e-commerce jest serwis Amazon, który sam swoimi działaniami promuje strategię omnichannel poprzez oferowanie różnych sposobów dotarcia do klienta z produktem sklepu. Najbardziej podstawową i każdemu znaną możliwością jest klasyczne ofertowanie, gdzie klient kupuje produkt bezpośrednio z firmy wystawiającej daną ofertę. Za tym idą kolejne możliwości jak usługa Amazon FBA, polegająca na wysyłaniu produktów z centrów dystrybucyjnych Amazon, zakup przez Amazona przedmiotów od sklepu, oferty sponsorowane czy promocje dla klientów Prime. Jest to omnichannel w mikroskali, gdzie możemy oferować produkt w każdym możliwym miejscu marketu.

Dorzucając do portfolio sklepu internetowego integrację z takimi serwisami jak eBay, Allegro, Ceneo, cDiscount, Fnac i wiele innych tworzy się stabilna marka, którą klient może znaleźć w każdym miejscu w internecie o jakim aktualnie pomyśli. Nie jest tajemnicą że, klienci przywiązują się do swoich ulubionych marketów i chcieliby móc tam kupować wszystko, czego tylko potrzebują, dlatego warto być tam dla nich.

Polskie przykłady omnichannel

Firm rozwijających się w koncepcji omnichannel jest coraz więcej. Na szczególną uwagę zasługuje AGDmaster.com, który rozpoczynając od sprzedaży worków do odkurzaczy, w 4 lata, dzięki konsekwentnej strategii osiągnął miano jednego z największych sprzedawców części i akcesoriów AGD na europejskim rynku e-commerce. Omnichannel nie można nazwać idealnym przepisem na sukces każdego sklepu internetowego. Jasne określenie wad i zalet takiego rozwiązania pomogło włąścicielom AGDmaster gasić wszystkie problemy, będące konsekwencją obrania takiej strategii w zarodku zanim powstanie z nich pożar nie do ugaszenia i wykorzystywać wszystkie możliwości jakie daje taki plan działania.

Najcenniejszy atut da się zobrazować na przykładzie, z którym większość osób kupujących przez internet nieraz się spotkała. Zakładając, że Kowalski wyszukuje wymarzonego przedmiotu w porównywarce cenowej, dostrzega wiele sklepów, w których może dokonać zakupu z sortowaniem od najtańszego. Nawet jeżeli nasza oferta nie będzie najtańsza, ale Kowalski będzie chciał przeczytać coś więcej o poszukiwanym produkcie, wpisze model w wyszukiwarkę internetową i na 10 wyników wyszukiwań w 5-6 znajdzie ofertę jednego sklepu. Buduje to zaufanie dla tej marki, które w trakcie realizacji zamówienia można przypieczętować przez wysoką jakość obsługi. Może to zaważyć na decyzji zakupowej, ponieważ transakcji internetowych dokonuje się na wzajemnym zaufaniu pomiędzy klientem a sklepem.

Omnichannel w ujęciu cross-border

Aby utrzymać bieżące tempo rozwoju, sklep AGDmaster.com otworzył się na kolejne rynki Unii Europejskiej. Coraz większa ilość usług wspierających obsługę transakcji cross-border oraz otwartość serwisów typu marketplace na firmy znad Wisły zaważyła na decyzji o zatarciu granicy kraju w planach rozwoju strategii omnichannel. Aktualnie posiadając kilkanaście milionów ofert w większości krajów Europy i zwiększeniu widoczności sklep odwrócił trend wdrażania produktów w nowych miejscach. Teraz to serwisy zwracają się z prośbą o sprzedaż produktów AGDmaster na ich stronach.

Wieczorem nie będzie łatwo – będzie jak zawsze

Środa jest dniem z decyzją Fed i tradycyjnie na kilkanaście godzin przed ogłoszeniem rynki przyjmują postawę spokojnego wyczekiwania. Podwyżka stóp procentowych o 25 pb jest w pełni zdyskontowana, więc cała uwaga skupi się na wymowie komunikatu i konferencji prasowej prezesa Powella. Sądzimy, że ryzyka przeważają na korzyść jastrzębich sygnałów, nawet jeśli rynek szuka pretekstów, by sprzedawać USD.

Rynek pieniężny w 100 proc. wycenia podwyżkę o 25 pb na wrześniowym posiedzeniu i przypisuje 75 proc. dla kolejnej w grudniu. Wpisuje się to w projekcję czterech podwyżek w całym 2018 r., którą Fed ostatnim razem przedstawił w czerwcu, a silna postawa gospodarki na to pozwala. Rozdźwięk pojawia się w szacunkach na przyszły rok i dalej. Projekcja FOMC przewiduje 3 kolejnej podwyżki w 2019 r. i jeszcze jedna w 2020 r., co sprowadziłoby cel dla stopy rezerw federalnych do 3,25-3,50 proc. Rynek jest bardziej sceptyczny i spodziewa się szczytu cyklu na 3 proc., co jednocześnie jest poziomem szacowanym przez Fed jako neutralna stopa równowagi długoterminowej. Pytaniem na dziś zatem jest, na ile Fed jest zainteresowany podwyższeniem rynkowych oczekiwań? W ostatnich tygodniach pojawiły się komentarze, m.in. Lael Brainard z zarządu Fed, że stopy procentowe okresowo mogą być powyżej poziomu równowag (ok. 3 proc.) i, aby okiełznać rozgrzany rynek pracy i zapobiec przyspieszeniu inflacji z tytułu presji płacowej. Rynek nie bardzo jednak „kupuje” tą argumentację i spodziewa się kresu cyklu podwyżek w przyszłym roku, co hamuje wzrost rentowności długoterminowych. W efekcie różnica w oprocentowania między 10-latkami a 2-latkami zbiega do zera, co niektórzy interpretują jako zwiastun recesji. Choć zależność przyczynowo-skutkowa jest kwestionowana (także przez Fed), mimo to bank może być zainteresowany wpłynięciem na rynkowe oczekiwania i zbudowaniem zaufania wokół podtrzymania cyklu zacieśniania. W ten sposób możliwe jest przeciwdziałanie ryzyku samospełniającej się przepowiedni.

Zatem modyfikacje komunikatu i odpowiednie zwroty na konferencji prezes Powella będą dyktować, jak rynek odbierze decyzję. Oprócz sugestii wydłużenia cyklu podwyżek, jastrzębio mogą wybrzmieć sygnały, że Fed widzi dowody na wyższe szacunki stopy równowagi. Fed w komunikacie może zmienić fragment, w którym stwierdza, że „polityka monetarna pozostaje akomodacyjna”. Według zapisków z sierpniowego posiedzenia FOMC, członkowie dyskutowali, że takie stanowisko nie jest już potrzebne. Istnieje ryzyko, że zastąpienie tego zwrotu (np. zmian na „mniej akomodacyjna”) może zostać odebrane jako zbliżanie się Fed do końca cyklu podwyżek, choć na konferencji prezes Powell powinien sprostować, że będzie tu chodzić o stopniową rezygnację z forward guidance (słowne prezentowanie nastawienia banku w sytuacji, kiedy stopy procentowe pozostawały niezmienione) na rzecz polegania na danych makro. Na konferencji prasowej ważne będzie też stanowisko prezesa Powella w kontekście nacisków ze strony prezydenta Trumpa, wpływu polityki Fed na rynki wschodzące i ocenę wojen handlowych. Spodziewamy się słów zapewnienia o niezależności Fed oraz sygnałów, że FOMC widzi ryzyka zewnętrzne jako niezagrażające przyjętej strategii.

Pomimo tego wszystkiego zachowanie rynku wokół decyzji FOMC nigdy nie jest czarno-białe. Biorąc pod uwagę jak słabo radził sobie USD w ostatnich tygodniach, rynek może mieć wysoko postawione oczekiwania, co dla niego będzie jastrzębim wydźwiękiem decyzji. Z drugiej strony kilka tygodni redukcji długich pozycji w USD oznacza, że presja na dalsze uciekanie z pozycji jest mała. Co wykluczam, na wyraźnie negatywny dla dolara rezultat posiedzenia, gdyż przy obecnym stanie gospodarki łagodzenie stanowiska obudzi spekulacje o robienie ukłonów w stronę Trumpa. Wieczorem nie będzie łatwo – będzie jak zawsze.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W ciągu miesiąca ruszy pilotaż elektronicznych skierowań. Cyfryzacja służby zdrowia nabiera tempa

W ciągu miesiąca ruszy pilotaż elektronicznych skierowań. Cyfryzacja służby zdrowia nabiera tempa 1

Tempo cyfryzacji ochrony zdrowia w Polsce znacząco przyspieszyło w ostatnich kilkunastu miesiącach – podkreśla wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński. Na ten i przyszły rok zaplanowane jest wdrożenie kolejnych e-usług dla pacjentów. Eksperci podkreślają jednak, że cyfrowa transformacja w służbie zdrowia to nie tylko technologie czy narzędzia informatyczne. Potrzebne są również cyfrowe kompetencje, zmiana sposobu myślenia, korzystanie z dobrych wzorców i doświadczeń innych państw.

– Najważniejszym celem informatyzacji systemu ochrony zdrowia jest pozytywny efekt zdrowotny dla pacjenta. Ten cel uda  się osiągnąć, kiedy zrealizujemy szereg istotnych projektów, zarówno na poziomie centralnym – mówię tutaj o dużych systemach transakcyjnych, zdefiniowaniu standardów, stworzeniu wspólnej infrastruktury – jak i na poziomie lokalnym oraz na poziomie poszczególnych profesjonalistów w systemie ochrony zdrowia. Chcemy ich szkolić, chcemy zadbać o to, by dysponowali wiedzą i umiejętnościami niezbędnymi, żeby uczestniczyć w cyfrowej transformacji – mówi agencji Newseria Biznes wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, tempo cyfryzacji ochrony zdrowia w Polsce znacząco przyspieszyło w ostatnich kilkunastu miesiącach. Od maja w Siedlcach i Skierniewicach wystawiane są pierwsze e-recepty. Na razie w ramach pilotażu, ale od stycznia 2020 roku elektroniczne recepty mają być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce, co ułatwi pracę lekarzy i poprawi bezpieczeństwo pacjentów.

W połowie października – według najnowszych zapowiedzi resortu zdrowia – ruszy też pilotaż elektronicznych skierowań. Kolejny krok to elektroniczne zwolnienia lekarskie, które zaczną obowiązywać od 1 grudnia br. Docelowo całkiem zastąpią one tradycyjne, papierowe L4, co usprawni przepływ dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem i ZUS.

– To pokazuje, że podchodzimy do tematu poważnie i stawiamy sobie ambitne cele, ale co ważniejsze – realizujemy je. Teraz skupiamy się na zbudowaniu fundamentu informacyjnego, który będzie punktem wyjścia dla nowych e-usług. To ważne, żeby rozpocząć te projekty od wyznaczenia sobie standardów i zbudowania wspólnej platformy, która pozwoli na efektywne wykorzystanie środków u wszystkich podmiotów w systemie ochrony zdrowia – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak wynika z tegorocznego badania „E-zdrowie oczami Polaków”, przeprowadzonego przez LekSeek Polska, sami pacjenci są bardzo otwarci na cyfrowe rozwiązania w służbie zdrowia. Za najbardziej atrakcyjne uważają możliwość wprowadzenia rejestracji online na refundowane wizyty oraz otrzymywanie recept i zwolnień lekarskich drogą elektroniczną.

Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Polska , podkreśla, że cyfrowa transformacja w służbie zdrowia to złożony, wieloetapowy proces, który obejmuje nie tylko technologie czy narzędzia informatyczne. Wymaga też zmiany sposobu myślenia i nowych kompetencji cyfrowych. Beneficjentem wszystkich tych zmian będą przede wszystkim pacjenci.

– Cyfrowa transformacja pozwoli na skuteczną profilaktykę, promocję zdrowia, dłuższe i bardziej komfortowe życie. Jeżeli przebiegnie w odpowiednim zakresie i tempie, pacjenci uzyskają szereg korzyści. Dostęp do lekarzy będzie szybszy, poprawi się jakość leczenia, chociażby ze względu na to, że będziemy promować opiekę koordynowaną nad pacjentem. Wszystko to oznacza, że to nie pacjent będzie szukał opieki, ale opieka zdrowotna będzie podążała za pacjentem. Być może uda się również ograniczyć czas hospitalizacji na rzecz opieki w środowisku domowym – mówi Michał Kępowicz.

Jego zdaniem cyfrową transformację w służbie zdrowia można przyspieszyć, budując dobrze zaprojektowane strategie na różnych poziomach zarządzania oraz tworząc mechanizmy zachęt dla lekarzy i placówek uczestniczących w systemie ochrony zdrowia. Pomóc mogą także  dedykowane środki finansowe, które stworzą możliwość realizacji konkretnych projektów z zakresu cyfrowej transformacji zdrowia.

– Należy pamiętać również o innych ważnych składowych  budowania dojrzałości cyfrowej takich jak: wzmacnianie świadomości i zrozumienia dla tej zmiany, kształtowanie przywództwa i promowanie prawdziwych liderów transformacji, a także podnoszenie kompetencji cyfrowych. Dobrze przeprowadzona cyfryzacja może przesunąć akcent z zarządzania chorobą na zarządzanie zdrowiem – mówi Michał Kępowicz.

Kolejnym zagadnieniem, o którym warto rozmawiać to kwestia efektywnego połączenia i analizy zbiorów danych będących w dyspozycji poszczególnych jednostek służby zdrowia. Przez to, że dziś te zasoby są zamknięte, sam pacjent nie ma całościowej wiedzy na temat swojego stanu zdrowia.

– Nasz pomysł polega na tym, żeby poprzez połączenie zbiorów danych zapewnić pacjentowi dostęp do ogółu informacji na temat stanu jego zdrowia. Istnieją systemy mogące tworzyć takie zbiory, na podstawie których pacjenci mogliby otrzymywać porady i pomoc. Rozwiązanie to może mieć również zastosowanie w profilaktyce. Koncentrując się na profilaktyce, czyli pokazując ludziom, że przez regularny sport i zmianę diety mogą poprawiać swój stan zdrowia, można faktycznie obniżyć koszty opieki zdrowotnej – mówi Vincent van Pelt, ekspert ds. e-Zdrowia holenderskiej organizacji Nictiz.

O tym, jak nowe technologie i cyfrowa transformacja wpłyną na służbę zdrowia eksperci rozmawiali w Sopocie podczas trzeciej edycji międzynarodowej konferencji Forum e-Zdrowia, w której wzięło udział kilkuset lekarzy, przedstawicieli sektora medycznego z Polski i Europy, środowiska pacjentów i administracji rządowej. Organizatorem wydarzenia był Gdański Uniwersytet Medyczny, Centrum Zintegrowanej Opieki i e-Zdrowia oraz Polskie Towarzystwo Programów Zdrowotnych. Forum e-Zdrowia to najważniejsze w Polsce wydarzenie dotyczące cyfrowej transformacji w obszarze zdrowia. Zorganizowane zostało pod patronatami takich instytucji jak Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Cyfryzacji oraz Ambasad Holandii i Wielkiej Brytanii.

Handel internetowy w Polsce wart blisko 8 mld dol. Rośnie dwa razy wolniej niż globalnie, ale szybko dogania tradycyjną sprzedaż

Handel internetowy w Polsce wart blisko 8 mld dol. Rośnie dwa razy wolniej niż globalnie, ale szybko dogania tradycyjną sprzedaż 2

Polski e-commerce wart jest blisko 8 mld dol. i rośnie w tempie ok. 10 proc. rocznie – wynika z danych PayPal. To mniej więcej dwukrotnie wolniej niż na świecie, ale i tak szybko goni tradycyjną sprzedaż. Polscy internauci kupują w e-sklepach te same kategorie, które konsumenci w innych krajach, czyli głównie odzież, buty, elektronikę czy zabawki. Za to nietypowe jest wysokie miejsce produktów do ogrodu. Jedna czwarta zakupów wykonywana jest z urządzeń mobilnych.

– Konsumenci coraz chętniej kupują w sieci. E-commerce rośnie globalnie o około 20 proc. rok do roku, a klasyczna sprzedaż detaliczna tylko o około 5–6 proc. Co to oznacza? E-commerce uzyskuje udział w stosunku do klasycznej sprzedaży, czyli klienci kupują w internecie coraz chętniej i przestawiają swoje przyzwyczajenia zakupowe z kanału klasycznego na kanał online – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Glogowski, dyrektor zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią.

Ten trend widać także w Polsce, ale tempo wzrostu e-handlu w ostatnich latach nieco wyhamowało. Jak podkreśla Glogowski, może to wynikać z faktu, że nie wykorzystujemy jeszcze do końca potencjału związanego z zakupami transgranicznymi.

– Z jednej strony nasi klienci kupują coraz chętniej międzynarodowo. Jeszcze 2 lata temu niewiele ponad 20 proc. naszych klientów przyznawało się do robienia zakupów w sklepach zagranicznych, a według naszego badania z tego roku jest to już 38 proc. – mówi dyrektor zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią. – Klienci zaczynają poszukiwać produktów i usług poza geograficznymi granicami swoich krajów. Z drugiej strony nasi przedsiębiorcy nie do końca chyba korzystają z tych możliwości, które internet im daje w kontekście ekspansji międzynarodowej.

Jak wynika z raportu Gemius, prawie co czwarty polski internauta robi zakupy na zagranicznych portalach, takich jak AliExpress czy Ebay. Korzysta z nich szczególnie młodsza część internautów – w wieku od 15 do 24 lat, oraz osoby z wyższym wykształceniem i mieszkające w największych miastach.

W zagranicznych e-sklepach Polacy najczęściej kupują ubrania i buty (60 proc.), zabawki i sprzęt hobbystyczny (50 proc.) oraz biżuterię i zegarki (50 proc.) – wynika z danych Paypal. W innych krajach wysoko jest także elektronika (53 proc.). Te kategorie pokrywają się zresztą z najczęściej wybieranymi produktami w sieci.

– Wśród pięciu najczęściej kupowanych kategorii w internecie jest coś specyficznego dla Polski, co nie pojawia się w globalnym TOP5. To są różne narzędzia i produkty związane z utrzymaniem ogrodu. Tego też często szukamy w internecie – mówi Marcin Glogowski.

Z danych PayPal wynika, że Polaków wyróżnia także stosunkowo niski udział urządzeń mobilnych w zakupach internetowych. Wartość mobilnych zakupów w 31 badanych krajach stanowi 32 proc. wszystkich płatności online. W takich krajach jak Chiny, Indie czy Stany Zjednoczone udział oscyluje wokół 50 proc. W Polsce jest to 27 proc. – większość konsumentów wciąż jednak zamawia przez urządzenia stacjonarne.

– Każdy użytkownik kupujący w internecie szuka metod płatności, które są z jednej strony wygodne, a z drugiej bezpieczne. Zwłaszcza jeżeli mówimy o płatnościach międzynarodowych. Klienci zagraniczni chętniej wybierają płatności, dzięki którym wiedzą, ile zapłacą w swojej walucie. Około 75 proc. klientów na świecie, kupując zwłaszcza międzynarodowo, chce mieć taką wiedzę i Polacy pod tym względem bardzo się nie różnią – podkreśla dyrektor zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią.

Tylko co dziesiąty student w Polsce może liczyć na miejsce w akademiku. Rozwiązaniem stają się prywatne domy studenckie

Tylko co dziesiąty student w Polsce może liczyć na miejsce w akademiku. Rozwiązaniem stają się prywatne domy studenckie 3

Na studiach dziennych, zaocznych i wieczorowych uczy się blisko 1,3 mln studentów, w tym kilkadziesiąt tysięcy cudzoziemców. Na zakwaterowanie w akademikach może jednak liczyć tylko 10 proc. z nich. Innym wyborem dla studentów pozostaje bardziej kosztowny wynajem mieszkania lub pokoju w mieszkaniu. Problem dostępności miejsc mogłyby rozwiązać prywatne akademiki, które na razie oferują zaledwie 4,4 tys., czyli ok. 3 proc. miejsc. W Europie takie inwestycje odpowiadają za mniej więcej połowę miejsc dla studentów. Dlatego ten rynek w Polsce ma przed sobą okres dynamicznego wzrostu.

– W Polsce mamy około 900 tys. studentów studiów dziennych, w tym 66 tys. studentów zagranicznych. Miejsc w akademikach jest około 125 tys., czyli 14 proc. studentów dziennych ma zapewnione miejsce w akademiku – mówi agencji Newseria Biznes Mira Kantor-Pikus, partner w dziale Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield w Polsce.

Według ostatnich danych GUS łącznie na studiach dziennych, wieczorowych i zaocznych w listopadzie 2017 roku uczyło się w Polsce blisko 1,3 mln osób. Miejsce w akademiku znajduje zaledwie co ósmy student studiów dziennych, pod tym względem nie odbiegamy znacząco od europejskiej średniej.

 Przykładowo w Niemczech około 13 proc. z 2,8 mln studentów dziennych ma zapewnione miejsca w akademikach. W Szwecji jest około 360 tys. studentów, natomiast miejsc w akademikach wystarcza dla 24 proc. studentów studiów dziennych. Z kolei we Włoszech miejsce w akademiku znajduje tylko 5 proc. studentów – wskazuje Mira Kantor-Pikus.

W Polsce studenci mogą liczyć na miejsce przede wszystkim w akademikach zarządzanych przez uczelnie publiczne. Choć zazwyczaj są to obiekty o niskim standardzie, ze współdzielonymi przez większą liczbę osób łazienkami i kuchniami, chętnych nie brakuje. Za pokój trzeba zapłacić w zależności od miasta i rodzaju pokoju od 315 do ok. 560 zł. Znacznie droższy jest wynajem pokoi czy kawalerek, a innego wyboru polscy studenci praktycznie nie mają.

 Informacje o akademikach z Europy wyglądają tak, że większość miejsc oferują akademiki prywatne. W Polsce spośród 125 tys. miejsc, które są w akademikach, mamy tylko 4,4 tys. miejsc w akademikach prywatnych. To całkiem inna proporcja. W dużym krajach takich jak Niemcy, gdzie mamy 2,8 mln studentów, ponad połowę spośród 340 tys. stanowią akademiki prywatne, a reszta należy do największych uczelni. W innych krajach Europy Zachodniej jest dokładnie taki sam trend – przekonuje ekspertka Cushman & Wakefield w Polsce.

Z raportu Metropolitan Investment „Rynek prywatnych akademików w Polsce i na świecie” wynika, że obecnie w Polsce działa około 40 prywatnych domów studenckich mających ponad 4,4 tys. miejsc. W Wielkiej Brytanii między 2013 a 2016 rokiem liczba miejsc w takich inwestycjach wzrosła o 43 proc. W roku akademickim 2016/2017 dostępnych było 568 tys. miejsc w domach studenckich, z czego 29 tys. to miejsca w nowo wybudowanych obiektach. Podobnie jest też w innych krajach Europy Zachodniej i USA.

– Rynek akademików prywatnych w Polsce się rozwija. W tej chwili stanowią około 3 proc. wszystkich miejsc, które są dostępne dla studentów, ale już w tej chwili widzimy, że w kilku największych miastach akademickich. jak Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań, Łódź, a nawet Lublin, są prowadzone prace nad prywatnymi akademikami – wskazuje Mira Kantor-Pikus.

Wartość inwestycji w mieszkania dla studentów w Europie w 2017 roku wzrosła o 29 proc. rdr. do ok. 13,6 mld euro. Szybko rozwija się rynek w Niemczech i Hiszpanii. Polski rynek prywatnych akademików dopiero raczkuje, ale ma dobre perspektywy rozwoju. Rośnie liczba studentów, także tych z zagranicy – w 2016 roku było ich 66 tys., w ciągu trzech lat – może ich już być 100 tys. Prywatne domy studenckie mogą być dla nich idealnym rozwiązaniem, ponieważ często mają problem, by wynająć mieszkanie od osoby prywatnej.

 Przykładowo, na Politechnice Warszawskiej studiuje około 30 tys. studentów, a miejsc w akademiku jest dla 5,2 tys. i to stosunkowo dużo. Natomiast na Uniwersytecie Warszawskim studiuje 50 tys. studentów, a uczelnia dysponuje tylko 2,5 tys. miejsc w akademikach. To bardzo mało. Dodatkowo, w Polsce mamy prawie 430 uczelni, z czego 300 to uczelnie prywatne, które nie dysponują akademikami – wymienia partner Cushman & Wakefield w Polsce.

Dlatego będzie przybywać inwestorów zainteresowanych domami studenckimi. Zwłaszcza że prywatne akademiki pozwalają na uzyskanie wyższej stopy zwrotu niż mieszkanie na wynajem – nawet kilkanaście procent.

 Jest bardzo duże nasycenie inwestycjami komercyjnymi w Polsce, dosyć duże nasycenie powierzchniami biurowymi czy handlowymi. Część inwestorów instytucjonalnych obecnych w Polsce stara się dywersyfikować swoje projekty deweloperskie i w tej chwili budują akademiki – ocenia Mira Kantor-Pikus.

Testy genetyczne zamiast diety cud. Coraz częściej pomagają w walce ze zbędnymi kilogramami

Testy genetyczne zamiast diety cud. Coraz częściej pomagają w walce ze zbędnymi kilogramami 4

Testy genetyczne pozwalają nie tylko określić skłonność do zachorowania na choroby przewlekłe i nowotwory. Umożliwiają także wykrycie nietolerancji pokarmowych, w tym glutenu i laktozy, pokazują, jak organizm przyswaja witaminy i składniki odżywcze, takie jak kwas foliowy, wapń i żelazo, oraz jak przetwarza w organizmie tłuszcze. Mając taką wiedzę, można określić skłonność pacjenta do wystąpienia cukrzycy czy chorób serca oraz ułożyć dla niego optymalną dietę, opartą o wrodzone predyspozycje organizmu.

– Z technicznego punktu widzenia badanie genetyczne w kierunku predyspozycji zaburzeń żywieniowych jest niezwykle proste. Aby stwierdzić, jakie mamy geny i żywieniowe predyspozycje genetyczne, wystarczy tylko próbka śliny. Badanie możemy wykonać w domu – otrzymujemy zestaw do pobrania, pobieramy próbkę, tę następnie zabiera poczta, która dostarcza również wynik – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Anna Plucik-Mrożek, specjalista chorób wewnętrznych w Medicover.

Szacuje się, że znanych jest już kilka tysięcy chorób genetycznych wywołanych mutacją w ludzkim genomie. Testy genetyczne, które cieszą się coraz większą popularnością, pozwalają zbadać poprawność DNA, wykryć ewentualne odstępstwa, a w wielu przypadkach w porę zapobiec chorobie bądź się do niej przygotować. Umożliwiają również dobranie takiej terapii, która będzie najbardziej skuteczna u danego pacjenta. Takie badania są proste (potrzebna jest tylko próbka materiału biologicznego, krwi lub śliny pacjenta) i coraz powszechniej dostępne, także cenowo.

Testy genetyczne wykonuje się najczęściej po to, aby określić genetyczne predyspozycje do zachorowania na nowotwory złośliwe takie jak rak piersi, jajników bądź rak jelita grubego. Pozwalają one również określić ryzyko wystąpienia innych schorzeń na przykład cukrzycy, osteoporozy czy chorób układu krążenia. Co więcej, umożliwiają wykrycie predyspozycji do rozwoju nietolerancji pokarmowych i pomagają w zapobieganiu otyłości. Dzięki testom genetycznym można dopasować optymalną dietę dla konkretnego pacjenta oraz wybrać najbardziej efektywny dla niego rodzaj aktywności fizycznej w oparciu o wrodzone predyspozycje organizmu.

– Z takiego badania możemy uzyskać wiele informacji, ponieważ sprawdzamy ponad 40 różnych predyspozycji i polimorfizmów genetycznych, które odpowiadają na pytanie, jaki styl życia powinniśmy prowadzić, na co zwracać uwagę w żywieniu czy nie mamy nietolerancji pokarmowych, które będą nam utrudniały odchudzanie albo powodowały dolegliwości kliniczne. Jeżeli mamy taką wiedzę, możemy zmienić styl życia, poprawić jego jakość oraz zmienić system żywieniowy – mówi dr Anna Plucik-Mrożek.

Dzięki badaniom genetycznym można także ustalić, jak organizm danego pacjenta przyswaja witaminy i składniki odżywcze, takie jak kwas foliowy, wapń i żelazo. Taka wiedza pozwala określić, jakie pokarmy należy włączyć do diety, żeby uzupełnić niedobory, a których produktów należy unikać.

– Dzięki badaniom genetycznym pod kątem predyspozycji żywieniowych możemy też zapobiegać chorobom. Genom ludzki koduje właściwie każde białko, które jest budowane w naszym organizmie, również enzymy i receptory. My możemy się dzięki temu dowiedzieć, np. w jaki sposób metabolizujemy tłuszcze i że jeśli zmienimy sposób żywienia, będziemy mieć mniejszą ilość LDL cholesterolu, który wpływa na tworzenie blaszki miażdżycowej. W ten sposób możemy zapobiec chorobom serca. Możemy mówić również o zapobieganiu cukrzycy – wylicza ekspert Medicover.

Testy genetyczne określają nietolerancje pokarmowe na gluten i laktozę. Wiedząc o ich występowaniu, można właściwie skomponować dietę dla indywidualnego pacjenta, która wpłynie nie tylko na jego stan zdrowia, lecz także na dobre samopoczucie.

– Takie testy wykonujemy najczęściej, kiedy coś nam dolega. Są to zwykle objawy ze strony przewodu pokarmowego – bóle brzucha czy wzdęcia. Drugim czynnikiem, który wpływa na decyzję o wykonaniu badań, jest to, że nie możemy schudnąć. Jemy prawidłowo, ruszamy się, ile trzeba, a jednak proces odchudzania nie przebiega tak, jak byśmy chcieli – mówi dr Anna Plucik-Mrożek. – Badanie jest dla każdego, a jeżeli zrobimy je w młodym wieku, będziemy mogli szybciej dopasować sposób żywienia do tego, jakie mamy geny.

Specjalistka chorób wewnętrznych Medicover podkreśla, że popularne diety przynoszą często więcej szkód niż pożytku i nie każdemu odpowiadają. Dlatego zamiast szukać diety cud, warto przeprowadzić testy genetyczne i ułożyć indywidualną dietę w oparciu o preferencje organizmu. Testy pozwalają bowiem zbadać wpływ genów na to, jak organizm reaguje na dany produkt. Znaczenie ma nie tylko to, co jemy, w jakich ilościach i jak często, lecz także to, jak nasz organizm reaguje na dostarczone mu składniki odżywcze.

– Popularne diety są odpowiednie dla około 50 proc. populacji. Kupowanie diety gotowej jest często z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ mamy różne zapotrzebowanie energetyczne, różną przemianę materii, w zależności od tego, czy np. uprawiamy sport czy nie, mamy też różne predyspozycje genetyczne. Im bardziej indywidualna dieta, tym lepsze efekty, lepsza jakość życia i tym lepsze zdrowie – podkreśla dr Anna Plucik-Mrożek.

Zaangażowanie Polaków w pracę systematycznie spada. Krótszy tydzień pracy może to zmienić i podnieść efektywność pracowników

Zaangażowanie Polaków w pracę systematycznie spada. Krótszy tydzień pracy może to zmienić i podnieść efektywność pracowników 5

Coraz więcej państw eksperymentuje z krótszym tygodniem pracy, a przedsiębiorstwa na własną rękę wprowadzają elastyczne systemy pracy, w tym możliwość pracy zdalnej. Badania pokazują, że to podnosi wydajność pracowników. To istotne o tyle, że zaangażowanie Polaków w pracę systematycznie spada. Pracodawca może pomóc też swojemu pracownikowi w osiągnięciu większej efektywności i lepszym zarządzaniu czasem poprzez jasne określenie, jakich efektów od niego oczekuje.

– Badania dotyczące produktywności i wydajności pracowników – zarówno z krajów europejskich, jak i w skali światowej – są prowadzone od wielu lat. Niestety, Polska zajmuje w nich niechlubne miejsca na dole tabeli. Do najbardziej produktywnych pracowników należą natomiast mieszkańcy Luksemburga i krajów skandynawskich. To właśnie w tych krajach skrócono i ograniczono czas pracy pracowników, przykładowo w Skandynawii do 6 godzin każdego dnia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu i autorka książki „Nawyk produktywności”.

8-godzinny dzień pracy to zasługa Henry’ego Forda, który wprowadził taki system w swoich zakładach jeszcze na początku XX wieku. Powszechnie stosuje się go do dziś, aczkolwiek wiele państw testuje możliwość urzędowego skrócenia czasu pracy. Z 6-godzinnym dniem pracy eksperymentowała Szwecja – szwedzki oddział Toyoty już 15 lat temu ograniczył czas pracy do 6 godzin i trzyma się go do dziś. Z kolei Francja w 2000 roku wprowadziła krótszy, 35-godzinny tydzień pracy, a według OECD Francuzi należą do najbardziej produktywnych nacji w Europie. Takim przywilejem cieszą się także pracownicy w Danii, niektórych rejonach Niemiec i Portugalii. W Polsce obowiązuje standardowy, 40-godzinny tydzień pracy.

– W Polsce skrócenie dnia pracy – albo tygodnia pracy o jeden dzień – byłoby możliwe. Trudno wyobrazić to sobie jednak w zakładach produkcyjnych, gdzie produkcja następuje w sposób ciągły i przez cały czas potrzebny jest ktoś, kto obsługuje urządzenia. Natomiast w pracy biurowej jak najbardziej widzę taką możliwość, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. Wymagałoby to od pracowników znacznego wzrostu wydajności, żeby przestali być tylko zajęci, a zaczęli być efektywni. Natomiast od pracodawcy wymagałoby to dużo lepszego zorganizowania i proceduralnego podejścia – mówi Agnieszka Jarzębowska.

Skrócenie wymiaru czasu pracy może być zasadne o tyle, że – jak pokazują badania – w trakcie typowego, 8-godzinnego dnia w pracy pracownik jest nie jest wydajny przez cały ten czas. Z badania przeprowadzonego dla VoucherCloud na 1989 pracownikach biur w Wielkiej Brytanii wynika, że pracujemy efektywnie tylko przez pierwsze 2 godz. i 53 min spędzanych w biurze. Natomiast z każdą kolejną godziną pracownik poświęca coraz więcej czasu na przerwy na kawę, papierosa, social media albo biurowe plotki. Tylko co 31 proc. stwierdziło, że udaje im się zachować produktywność przez cały dzień. Na początku tego roku także nowozelandzka firm Perpetual Guardian przeprowadziła eksperyment z udziałem 240 swoich pracowników, testując skrócony, 4-dniowy tydzień pracy. Okazało się, że ich wydajność i zaangażowanie w pracę wzrosły średnio o 20 proc.

Autorka książki „Nawyk produktywności” podkreśla, że pracodawca może pomóc swojemu pracownikowi w osiągnięciu większej efektywności i lepszym zarządzaniu czasem. W tym celu musi sprecyzować zakres obowiązków i jasno określić, jakich efektów od niego oczekuje.

– Pracownik, otrzymując umowę o pracę, ma wpisane w umowę zadania, które należą do jego codziennych obowiązków. Natomiast nie jest tam zwykle określone, jakiego efektu pracodawca bądź przełożony od niego oczekuje. To prowadzi do sytuacji, w której pracownik nie wie, czy odbieranie e-maili i natychmiastowe reagowanie na wiadomości należy do jego obowiązków, czy też może powinien się zająć czymś innym, co ma większą wartość – mówi trener biznesu Agnieszka Jarzębowska.

Co istotne, ubiegłoroczne badanie przeprowadzone przez AON Hewitt pokazało, że zaangażowanie Polaków w pracę jest coraz mniejsze. W 2017 roku tylko 48 proc. polskich pracowników angażowało się w swoje obowiązki (europejska średnia to 62 proc.) wobec 51 proc. rok wcześniej.

– Pracodawca, który chce oczekiwać od pracowników wysokiej produktywności, przede wszystkim sam musi być dla nich przykładem i autorytetem. Jeśli sam pracodawca czy menadżer nie zarządza dobrze swoim czasem, nie ustala priorytetów i działa w sposób chaotyczny, to trudno, żeby oczekiwał takich zachowań i produktywnej pracy od swoich pracowników – podkreśla Agnieszka Jarzębowska.

Wkrótce okulary z rozszerzoną rzeczywistością mogą zastąpić smartfony i tablety. Gogle AR nowej generacji są mniejsze, lżejsze i coraz bardziej zaawansowane

Wkrótce okulary z rozszerzoną rzeczywistością mogą zastąpić smartfony i tablety. Gogle AR nowej generacji są mniejsze, lżejsze i coraz bardziej zaawansowane 6

Współczesne mobilne urządzenia do obsługi rzeczywistości rozszerzonej (AR) są niewiele większe od klasycznych okularów korekcyjnych, a do tego są coraz bardziej zaawansowane. Dzięki zainstalowanemu bezpośrednio na urządzeniu systemowi Android poradzą sobie z wyświetlaniem zarówno gier, jak i programów graficznych czy biurowych. Sprawdzą się jako nowa platforma cyfrowej rozrywki oraz narzędzie dla profesjonalistów, którzy pracują w służbie zdrowia, przemyśle czy edukacji. Okulary najnowszej generacji mają zainstalowany system Android i pozwalają wyświetlać najnowsze gry przeznaczone na tę platformę. Umożliwiają także oglądanie filmów w technologii 3D.

– Inteligentne okulary rozszerzonej rzeczywistości Vader to produkt najnowszej generacji, wyposażony w dwa wyświetlacze. Zapewnia 45-stopniowe pole widzenia, wykraczające poza obszar soczewki. Urządzenie działa w oparciu o system Android 7 i umożliwia tworzenie nowych treści za pośrednictwem naszej platformy. Można na nich także oglądać filmy w trybie 3D – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Chelsea Miu, dyrektor marketingu MAD Gaze.

Wraz z postępującą miniaturyzacją technologii, zmniejszeniu uległy także rozmiary zaawansowanych gogli AR. Pierwszy HoloLens od Microsoftu przypominał masywną opaskę z wielkim wyświetlaczem zawieszonym przed twarzą, a okulary najnowszej generacji, takie jak MAD Gaze Vader czy Magic Leap One są niewiele większe od klasycznych okularów korekcyjnych. W dodatku są wyposażane w najnowsze procesory i system operacyjny Android, dzięki czemu już niebawem mogą zastąpić nawet smartfony czy tablety.

Użytkownik gogli MAD Gaze, dzięki dwóm wyświetlaczom ustawionym pod kątem 45 stopni, będzie miał wrażenie, że spogląda na 90-calowy ekran z odległości 3 metrów. Okulary wyposażono także w technologię SLAM, która pozwala oprogramowaniu lepiej rozumieć nasze otoczenie. Algorytm rozpoznaje ściany, podłogi oraz wszelkie trójwymiarowe obiekty, dzięki czemu może precyzyjnie rozmieścić wirtualne przedmioty w naszej rzeczywistości. Producent umożliwił także zamontowanie w okularach soczewek korekcyjnych. Pozwoli to komfortowo korzystać z tego sprzętu zarówno osobom z wadami wzroku.

– Za 3 do 5 lat okulary rozszerzonej rzeczywistości zastąpią tablety i smartfony. Inne firmy, jak np. Apple i Samsung, już niedługo wprowadzą na rynek swoje okulary i urządzenia rozszerzonej rzeczywistości. Spowoduje to gwałtowny rozwój tego rynku. Myślę, że tego typu urządzenia staną się naprawdę popularne – przewiduje Chelsea Miu.

Komunikacja z okularami staje się również bardziej zaawansowana. W przypadku gogli Vader użytkownicy mogą kontrolować system operacyjny na kilka sposobów. W oprawki okularów wbudowano pięć przycisków funkcyjnych. Można skorzystać także z systemu rozpoznawania gestów, panelu dotykowego, obsługi głosowej oraz urządzeń wskazujących sparowanych za pośrednictwem modułu Bluetooth. Można np. podpiąć myszkę i klawiaturę, aby wykorzystać okulary do pracy z tekstem. Tak szeroki wachlarz trybów kontroli umożliwia wykorzystanie ich niemal w dowolnych warunkach, w wielu branżach.

– Inteligentne okulary zostały wdrożone w magazynie, gdzie zastąpiły tradycyjne, ręczne skanery kodów kreskowych. Urządzenie pełni wtedy funkcję komputera i synchronizuje wszystkie dane, które przekazuje do systemu zarządzania magazynem. Ułatwia tym samym cały proces, co szczególnie odczuwa się w odniesieniu do kompletacji i pakowania zamówień, gdzie można zaoszczędzić dużo czasu. Podnosi również poziom bezpieczeństwa danego magazynu – przekonuje ekspertka.

Mobilne urządzenia rzeczywistości rozszerzonej coraz częściej wykorzystuje się w zastosowaniach profesjonalnych. Szpitale oraz uniwersytety wykorzystują je podczas zabiegów do wyświetlania trójwymiarowych wizualizacji zarówno w trakcie nauki, jak i przy stole operacyjnym, aby skrócić czas zabiegu i zwiększyć szansę pacjenta na przeżycie.

Rzeczywistość rozszerzona cieszy się także zainteresowaniem branży motoryzacyjnej. Microsoft dostarczył gogle HoloLens takim koncernom, jak Audi, Volkswagen czy Volvo. Sprzęt będzie wykorzystywany m.in. do projektowania nowych pojazdów oraz prezentowania klientom różnych wariantów wyposażenia. Pracownicy Forda liczą z kolei na to, że dzięki technologii AR będą mogli odejść od tworzenia glinianych modeli nowych aut, które trzeba było rzeźbić za każdym razem na nowo, kiedy wprowadzano nawet najdrobniejsze poprawki.

Mimo ogromnego potencjału drzemiącego w AR przedstawiciele tej branży mieli problem z przebiciem się do odbiorców. Wszystko z powodu zarzutów, z jakimi musiały się zmierzyć Google Glass, jedne z pierwszych gogli AR. Sprzęt nieustannie rejestrował obraz, ale w żaden sposób nie informował o tym osób postronnych. Z powodu tej kontrowersyjnej funkcji nie został wprowadzony do powszechnego użytku.

– W związku z kwestią zapewnienia prywatności wprowadziliśmy pewne zmiany do urządzenia. Gdy włączamy funkcję nagrywania, zapala się lampka informująca o tym osoby znajdujące się wokół. Pozwoli to uniknąć komplikacji prawnych – twierdzi Chelsea Miu.

Analitycy z Market Reports World oszacowali, że w ostatnich latach rynek rzeczywistości rozszerzonej rozwijał się w tempie ponad 55 proc. średniorocznie. Szacuje się, że do 2022 roku rynek osiągnie wartość blisko 40 mln dol.

Zabezpieczenia biometryczne nie gwarantują pełnej ochrony. Za ich pomocą hakerzy mogą łatwo uzyskać dostęp do konta i przejąć tożsamość ofiary

Zabezpieczenia biometryczne nie gwarantują pełnej ochrony. Za ich pomocą hakerzy mogą łatwo uzyskać dostęp do konta i przejąć tożsamość ofiary 7

Ataki hakerskie mające na celu przechwycenie danych biometrycznych zdarzają się coraz częściej. Specjaliści od cyberbezpieczeństwa apelują, by zadbać o ich ochronę. Dane biometryczne takie jak odcisk linii papilarnych czy skan twarzy mogą być wykorzystywane do odblokowywania smartfonów, komputerów czy drzwi, ale też m.in. do uwierzytelniania transakcji w systemach bankowych. Dane te należą do szczególnych danych osobowych i podlegają wzmożonej ochronie, ponieważ po ich ewentualnej kradzieży, użytkownik staje się bezradny  wymyślone hasło można zmienić, ale danych biometrycznych zmienić się nie da. Ofiarami hakerów padli już m.in. Angela Merkel oraz tajni agenci USA.

– Technologie biometryczne mocno się rozwijają. Są one bardzo atrakcyjne, dlatego że umożliwiają nam bardzo wygodne logowanie się czy potwierdzanie transakcji. Nie możemy zapominać o tym, że dane biometryczne są takim samym hasłem czy ID użytkownika jak te, które wymyślamy. Jest tylko jedna zasadnicza różnica – o ile hasło po kradzieży możemy zmienić, o tyle swoich danych biometrycznych już nie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Ostafil, dyrektor ds. operacyjnych w Cyberus Labs.

Hakerzy mają obecnie wiele sposobów na przechwycenie danych biometrycznych, takich jak linie papilarne czy próbka głosu. Technologie biometryczne, które w teorii mają zabezpieczać, wielokrotnie w przeszłości zostały już zhakowane. W 2015 r. amerykańskie biuro OPM (United States Office of Personnel Management) poinformowało o ataku hakerskim, w którym wyciekły dane ponad 20 mln amerykańskich obywateli, w tym ponad 5,5 mln odcisków palców. Wśród ofiar znaleźli się m.in. tajni agenci, którzy w ten sposób zostali zdekonspirowani. Ofiarami hakerów padają również osoby publiczne.

– Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów było włamanie do telefonu minister obrony RFN Ursuli von der Leyen oraz kanclerz Angeli Merkel, których odciski palców zostały sfotografowane za pomocą aparatu fotograficznego bardzo wysokiej rozdzielczości. Zdjęcia zrobiono na szklankach, których panie używały podczas konferencji prasowej. Następnie odciski palców zostały powiększone, została zrobiona z nich kopia i technologia gotowa – tłumaczy Marek Ostafil.

Poszkodowanymi mogą stać się również osoby prywatne, ponieważ skradzione dane biometryczne mogą być przez cyberprzestępców wykorzystane np. do uzyskania dostępu do konta bankowego

– Oczywiście jest rzesza hakerów, którzy kradną pieniądze z konta. Przejmują nasze kody do autoryzacji transakcji i to nawet nie dlatego, żeby ukraść nam 50 czy 500 zł z konta. Najcenniejsza jest tożsamość, podszycie się pod nas, wykorzystanie naszej tożsamości na przykład do prania brudnych pieniędzy, handlu narkotykami, bronią itd. Darkweb jest pełen skradzionych tożsamości, którymi cyberprzestępcy się posługują właśnie w tym celu – przestrzega ekspert.

Zgodnie z obowiązującym od 25 maja Rozporządzeniem o Ochronie Danych Osobowych (RODO) dane biometryczne należą do szczególnych danych osobowych i podlegają wzmożonej ochronie. Zabronione jest np. ich przetwarzanie w celu jednoznacznego zidentyfikowania osoby. Odstępstwo od tej zasady dopuszcza się jednak m. in. w przypadku wyraźnej zgody osoby. Choć operatorzy muszą zapewnić najwyższy poziom bezpieczeństwa danych, to specjaliści radzą, by w przypadku dostępu do usług bankowych stosować kilkupoziomowe uwierzytelnienie.

– Każde zabezpieczenie, jeżeli oprzemy się tylko na jednym modelu zabezpieczenia, nie będzie wystarczające. Zasadą cyberbezpieczeństwa jest włączenie trzech elementów, które zapewniają maksymalną ochronę: coś, czym użytkownik jest, czyli w tym wypadku np. dane biometryczne, coś, co użytkownik wie, czyli hasło lub kod PIN, oraz to, co użytkownik ma, czyli np. klucz USB czy telefon. Połączenie tych elementów teoretycznie powinno dać nam największą gwarancję bezpieczeństwa – przekonuje przedstawiciel Cyberus Labs.

Tymczasem biometria znajduje coraz szersze zastosowanie. Komisja Europejska rekomenduje wprowadzenie biometrycznych dowodów osobistych zawierających cyfrowy wizerunek twarzy i odcisk palca. Rozwiązaniami z tego zakresu zainteresowani są ponadto wydawcy kart płatniczych. Mastercard planuje w przyszłym roku uruchomić pilotażowy program polegający na weryfikacji tożsamości na podstawie twarzy lub odcisku palca.

Z prognoz MarketsandMarkets wynika, że rynek systemów biometrycznych osiągnie do 2022 roku wartość 33 mld dol. Z kolei analitycy z Deloitte przewidują, że do końca 2018 roku 29 proc. użytkowników smartfonów skorzysta z opcji weryfikacji tożsamości za pomocą linii papilarnych. Technicznie taką możliwość ma mieć natomiast 42 proc. urządzeń mobilnych. Do 2023 roku 80 proc. telefonów ma oferować zabezpieczenia biometryczne.

Spółka Jantoń (producent Grzańca Galicyjskiego) w ciągu jednego sezonu podbiła rynek grzanych win

Dzięki podwojeniu wartości sprzedaży Grzańca Galicyjskiego, rozwinięciu marki Zbójeckie Grzane oraz inwestycjom w HoReCa spółka Jantoń w ciągu roku stała się liderem segmentu win grzanych. Obecnie udział firmy w tej kategorii wynosi ponad 80%. Spółka planuje dalszy rozwój w tym obszarze: rozbudowę własnego portfolio produktowego oraz popularyzację win grzanych.

Udział rynkowy firmy Jantoń w kategorii win grzanych wynosi obecnie ponad 80%. Ten sukces firma zawdzięcza przyjętej strategii i konsekwentnemu dążeniu do stania się głównym operatorem w tym segmencie.

W winach grzanych od dawna widzieliśmy ogromny potencjał, a zakup największej marki, czyli Grzańca Galicyjskiego, był strategicznym posunięciem. Nad kontraktem z PWI Vinfort pracowaliśmy przez ponad 5 lat. Już w chwili nabycia Grzańca Galicyjskiego staliśmy się liderem w tym obszarze – mówi Jakub Nowak Prezes Zarządu spółki Jantoń.

– Nie spoczęliśmy jednak na laurach i w ciągu jednego sezonu dynamicznie rozwinęliśmy kategorię. Dzięki intensywnej pracy, wprowadzeniu nowych wariantów Grzańca Galicyjskiego – Miodowego oraz Bezalkoholowego, dużej kampanii marketingowej podwoiliśmy wartość sprzedaży produktów tej marki. Jednocześnie rozwinęliśmy drugie wśród win grzanych – Zbójeckie Grzane.

W nadchodzącym sezonie firma Jantoń planuje dalszy rozwój portfolio produktowego. Spółka przygotowała nowy wariant świąteczny marki Zbójeckie Grzane, a także nowość na rynku – Grzaniec Galicyjski White, odpowiadający na potrzeby konsumentów, którzy dotychczas białe wino grzane musieli przygotowywać samodzielnie.

Ciekawostkę w ofercie firmy stanowi „Smokuś” – bezalkoholowy napój dla najmłodszych, z dodatkiem miodu i soku z cytrynu.

Grzaniec Galicyjski oraz Zbójeckie Grzane będą intensywnie wspierane kampanią marketingową. Ponadto we współpracy z partnerami organizowane będą jarmarki świąteczne w całym kraju, których nieodłączny element kreujący świąteczną atmosferę stanowią Grzaniec Galicyjski oraz Zbójeckie Grzane.

Obecnie głównym celem spółki jest popularyzacja win grzanych, ponieważ naszym zdaniem kategoria ta ma wciąż bardzo duży potencjał – podkreśla Jakub Nowak, Prezes Zarządu firmy Jantoń.

Ważny element strategii spółki stanowi także współpraca z branżą HoReCa.  W ostatnich latach firma zainwestowała w zakup wyposażenia, które pozwala bez trudu serwować wina grzane Jantoń w większości restauracji oraz w punktach na stokach narciarskich.

Jako jedyna firma na rynku jesteśmy przygotowani do kompleksowej obsługi segmentu win grzanych w kraju. Dbamy o ciągły rozwój tej kategorii, ponieważ jako lider czujemy się za nią odpowiedzialni – wyjaśnia Jakub Nowak Prezes Zarządu firmy Jantoń. – Ponadto z powodzeniem rozwijamy sprzedaż Grzańców poza granicami Polski, zwłaszcza w krajach zamieszkanych przez duże skupiska Polaków, takich jak Wielka Brytania czy USA, gdzie produkt jest doskonale znany.