Obniżka stóp procentowych znowu w grze. Obligacje mogą zyskać

W II kwartale 2016 r. polska gospodarka rozwijała się dużo wolniej niż oczekiwano. Analiza składowych PKB pokazuje, że w Polsce zdecydowanie spadła dynamika inwestycji. Naszą gospodarkę wspierała jedynie konsumpcja wewnętrzna, aczkolwiek również w mniejszym stopniu niż przewidywano. Wniosek? Rządowa prognoza wzrostu PKB w tym roku w wysokości 3,8% (zapisana w tegorocznym budżecie) jest niemożliwa do utrzymania. Fakt ten potwierdziło nawet Ministerstwo Rozwoju (co naszym zdaniem było tylko kwestią czasu).

Zbigniew Jakubowski, wiceprezes zarządu Union Investment TFI
Zbigniew Jakubowski, wiceprezes zarządu Union Investment TFI

Resztki optymizmu zgasiły lipcowe dane z polskiej gospodarki. Produkcja przemysłowa okazała się dużo gorsza od oczekiwań (spadek o 3,4% r/r). Rozczarowała także sprzedaż detaliczna (wzrost o jedynie 2% r/r). W świetle tych danych trudno oczekiwać znaczącej poprawy koniunktury gospodarczej w Polsce w drugiej połowie roku.

Obniżka stóp procentowych coraz bardziej prawdopodobna

Co mogłoby odwrócić ten negatywny trend i wspomóc polską gospodarkę w dłuższym terminie? Niewątpliwie obniżenie stóp procentowych. Jeszcze do niedawna mało kto brał taki scenariusz pod uwagę. Fakty są jednak takie, że Radzie Polityki Pieniężnej coraz trudniej będzie ignorować twarde dane. Rozważania o konieczności cięć stóp procentowych słychać zresztą w samej Radzie. Obecnie jednakże przeważa pogląd o utrzymaniu poziomu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. W kontekście rozczarowującej dynamiki PKB oraz pozostałych danych makroekonomicznych, uważamy że strona optująca za obniżkami może się zwiększyć liczebnie.

Obligacje mogą pozytywnie zaskoczyć

W kontekście ostatnich danych RPP może więc zmienić swoją dotychczasową retorykę „wait and see” i obniżyć stopy procentowe. Rynek nie wycenia jeszcze takiego ruchu, co jest dobrą wiadomością dla osób, które inwestują pieniądze za pośrednictwem funduszy obligacji. Dlaczego? Cięcie stóp procentowych skłoni wielu inwestorów zagranicznych do powrotu na polski rynek długu. To zaś spowoduje jeszcze silniejszy spadek rentowności obligacji, a tym samym wzrost cen papierów znajdujących się w portfelach funduszy inwestycyjnych.

Warto też zwrócić uwagę, że inwestorzy coraz mocniej wierzą w obligacje. Tylko w lipcu do funduszy obligacji zagranicznych wpłynęło aż 700 mln zł a do funduszy obligacji polskich 266 mln zł*. Jeśli RPP zdecyduje się na obniżkę stóp procentowych – a coraz więcej za tym przemawia –  napływy do tej klasy aktywów mogą jeszcze wzrosnąć. Podobnie jak stopy zwrotu z funduszy inwestujących w obligacje.

* Źródło: WOOD & Company, EME Strategy: Polish mutual fund flows, 12 sierpnia 2016.

3 przykłady firm, które powstały przez przypadek, a odniosły sukces

„Scratch your own itch!” To popularne w środowisku startupów określenie, które można przetłumaczyć dosłownie jako „podrap się tam, gdzie Cię swędzi”. Choć brzmi jak ludowa mądrość, to okazuje się zadziwiająco skuteczną strategią w biznesie. Wiele firm i wynalazków, które odniosły sukces, powstało właśnie w ten sposób. W zamierzeniach miały być jedynie doraźnym rozwiązaniem problemów trapiących firmę od środka. Z biegiem czasu okazywały się jednak na tyle uniwersalne, że stawały się samodzielnymi projektami, a czasami przeradzały się w firmy. Oto trzy historie, które pokazują, że strategia „scratch your own itch” może przynieść (nieoczekiwany) sukces.

Zazwyczaj scenariusz przebiega dokładnie w ten sam sposób. Najpierw w firmie X pojawia się jakiś wewnętrzny problem. To bariera, która uniemożliwia jej pójście o kolejny krok dalej. Skutkuje ona powołaniem dedykowanego zespołu, który ma zająć się rozwiązaniem patowej sytuacji. Potem zaczyna się poszukiwanie odpowiedniego narzędzia, a gdy już udaje się je znaleźć lub stworzyć – okazuje się, że było poszukiwane również przez inne firmy, które po drodze napotkały na podobne trudności, ale się z nimi nie uporały. Wówczas albo kupują one „efekty uboczne” w postaci produktu z firmy X, albo zawiązują współpracę z zespołem firmy X, który w międzyczasie sam przekształcił się w firmę lub niezależny dział biznesowy w przedsiębiorstwie. W ten sposób lokalny projekt często w mgnieniu oka okazuje się globalnym hitem.

Coca-Cola, najbardziej znany napój gazowany świata, miała być środkiem na ból głowy. Niezwykle praktyczny i przy okazji odstresowujący wynalazek, jakim jest folia bąbelkowa, początkowo miał być tapetą. Co prawda są to produkty, które podbiły rynek konsumencki, jednak w obszarze rozwiązań dla firm podobne historie także mają miejsce. Mapy myśli, burze mózgów, kreatywne pomysły, czy innowacyjny model biznesowy, z założenia towarzyszące start-upom, to wbrew pozorom nie zawsze sposób na stworzenie rentownej firmy. Okazuje, że po drodze do realizacji założonego celu biznesowego udaje się rozwiązać pewien problem i stworzyć najskuteczniejsze rozwiązania…

Przykład 1: Od sieci kontaktów dla Harvardu – do globalnej sieci kontaktów

Miało być kameralnie, dla zabawy i czysto akademicko. Grupka kilku znajomych, pokój w akademiku i pomysł na fajny serwis. Miał powstać portal, który skupi w jednym miejscu całą społeczność Harvardu. Czwórce studentów doskwierał brak stałego źródła zgrabnie podanych informacji o życiu uczelni i jej studentach, służący integracji, zabawie i wymianie doświadczeń między nimi. Takim widział Facebooka (a może raczej „Facemasha”, jak pierwotnie miał nazywać się portal) Mark Zuckerberg oraz trzech kilku kolegów (Andrew McCollum, Chris Hughes i Dustin Moskovitz), którzy pracowali nad kodem strony, uruchomionej w 2004 roku. Do działającego projektu Zuckerberga szybko zaczęły podpinać się kolejne uniwersytety. Lawina ruszyła. Ku zaskoczeniu harvardzkiej czwórki. Dziesięć lat od momentu założenia Facebooka, gdy liczba użytkowników sięga 10 mln, Zuckerberg i spółka dostają ofertę od Yahoo: 1 mld dolarów za kupno ich pomysłu. CEO Facebooka grzecznie odmawia. A po latach tak rozpamiętuje tę sytuację:

To, że odrzuciliśmy ofertę nie było bolesne. Bolesny za to był fakt, że, ogromna liczba osób zrezygnowała wówczas z pracy w firmie, bo nie wierzyła w to, co robiliśmy – mówił Mark Zuckerberg w wywiadzie z Samem Altmanem, CEO Y Combinator, inkubatora start-upów.

To „nie” opłaciło się Zuckerbergowi. Dzisiaj Facebook wart jest ponad 308 mld dolarów. To więcej, niż wycena General Electrics, gigantycznego koncernu, który swymi korzeniami sięga czasów wynalazcy żarówki, Thomasa Alvy Edisona.

Facebook to dziś imperium z armią ponad 1,5 mld użytkowników i blisko 7 tysiącami pracowników na całym świecie. Baza użytkowników portalu Zuckerberga rośnie z roku na rok, a statystycznie dziennie „na fejsie” przesiaduje na około 936 mln użytkowników. To fenomen w skali świata – i zarazem niewyobrażalny zasób danych, które można zmonetyzować. Co zresztą Facebook zamierza teraz uczynić. Reklamowe działania, za których prowadzenie wzięli się Zuckerberg i spółka, to nic innego, jak efekt uboczny skali popularności ich serwisu. Przecież CEO Facebooka nie zakładał od samego początku, że stworzy globalny serwis, który będzie czerpał dodatkowe przychody z reklam. Jednak mając do dyspozycji tak olbrzymie połacie wiedzy o użytkownikach, ich preferencjach, gustach czy zachowaniach – byłoby biznesowym samobójstwem nie zrobić z nich użytku i nie zmonetyzować tej wiedzy.

Według najnowszych badań DOMO w ciągu minuty na Facebooku zostaje zalajkowanych ponad 4 mln postów. Załóżmy, że każdy lajk jest dziełem jednego internauty. To oznacza, że potencjalni reklamodawcy co minutę otrzymują kolejne puzzle do swojej marketingowej układanki cyfrowego profilu internauty, pozwalającej im odgadnąć, kim jest i co lubi użytkownik X.

Nic dziwnego, że ten nagły, niespodziewany i nadspodziewany sukces Facebooka sprawia, że wielu wieszczy mu równie nagłą śmierć. Najbardziej zuchwali są badacze z Princeton, którzy twierdzą, że Facebook jest jak „zakaźna choroba”, z której świat wyleczy się już w 2017 roku, kiedy to ponoć 80 proc. fejsbukowiczów przestanie z niego korzystać.

Facebook to być może najbardziej znany przykład strategii „scratch your own itch”. Ta jednak z powodzeniem sprawdza się również w polskich firmach.

Przykład 2: Od projektu do autonomicznej firmy

Firma CodiLime powstała w 2011 roku. Jednym z jej pierwszych produktów był internetowy portal aukcyjny ClickXS, który opierał się na tzw. „aukcjach odwróconych”. Jego użytkownicy licytowali wybrane produkty „w dół”, aż do momentu osiągnięcia kwoty, którą gotowi byli wydać. Aby korzystać z platformy wystarczyła jedynie rejestracja w portalu i doładowanie konta, z którego pobierane były niewielkie kwoty za sprawdzanie ceny poszczególnych produktów. Po około roku działalności ClickXS zyskał kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, a liczba oferowanych produktów wzrosła. Wtedy pojawił się problem ze stale rosnącą ilością danych.

– Liczba znajdujących się w ofercie produktów i różnorodność ich cen zmusiła nas do poszukiwania narzędzia, które pomogłoby nam uporządkować te dane. Na rynku nie znaleźliśmy odpowiedniego rozwiązania, więc postanowiliśmy sami napisać kawałek oprogramowania. Tak rozpoczął się projekt Dealavo Smart Prices – opowiada Jakub Kot, CEO Dealavo, warszawskiej firmy specjalizującej się w tzw. smart-pricingu.

W przypadku Dealavo „scratch your own itch” skończyło się na stworzenie oprogramowania do monitorowania konkurencji i dynamicznie zmieniających się cen w kanale online. Ręczne sprawdzanie cen pochłaniało dużo czasu, więc zespół kierowany przez Jakuba Kota na własne potrzeby stworzył prototyp automatyzujący to zadanie. Dzięki inteligentnym algorytmom opartym na mechanizmach maszynowego uczenia, firma mogła pozyskiwać na bieżąco rzetelne i aktualne dane, pomagające kształtować politykę cenową firmy.

– Rozwiązanie okazało się na tyle skuteczne, a potrzeba na tyle uniwersalna, że postanowiliśmy rozwijać projekt Dealavo Smart Prices jako jeden z produktów firmy CodiLime – wyjaśnia Jakub Kot – Okazało się, że trafiliśmy na podatny grunt, ponieważ wiele firm z branży e-commerce zmagało się z problemami podobnymi do tego, z którym my się już uporaliśmy. E-sklepy poszukiwały sposobu na zautomatyzowanie procesów porównywania cen konkretnych produktów. Poszliśmy do nich, opowiedzieliśmy o wymieniliśmy się doświadczeniami, pokazaliśmy rozwiązanie i podpisaliśmy kontrakt. Dzisiaj możemy powiedzieć, że – trochę przez przypadek – udało nam się trafić w konkretną rynkową niszę, a Dealavo z małego, wewnętrznego projektu – przekształciło się w szybko rosnący i samodzielny biznes – podsumowuje CEO warszawskiej firmy.

Od kwietnia 2016 roku Dealavo jest już niezależną spółką. Z usług niewielkiej warszawskiej firmy korzystają dziś tacy giganci jak np. Samsung, Epson, Acer, ABC Data, Remington, Karcher, Feu Vert czy czeski Feedo.

Przykład 3: Krótka historia przypadkowego wynalazku

Czasami z drapania się firmy w swędzących miejscach, efektem ubocznym jest… wynalazek. W przypadku Cloud Technologies, firmy z sektora IT i największej hurtowni Big Data w Europie, był to UnBlock. Rozwiązanie okazało się na tyle innowacyjne, że polska spółka postanowiła je opatentować i na tyle uniwersalne, że zainteresowali się nim najwięksi polscy wydawcy.

W listopadzie ubiegłego roku polska spółka postanowiła stworzyć własny park technologiczny: Cloud Technologies Labs. Jego pierwotnym celem było wykształcenie kadry młodych analityków Big Data, którzy mieli później pracować nad rozwojem kluczowego rozwiązania spółki, czyli platformy zbierającej i gromadzącej dane o zachowaniach i zainteresowaniach anonimowych użytkowników Sieci.

Z tyłu głowy spółka miała jednak większe ambicje: internauci z coraz większym zapałem blokują reklamę online. Najmocniej odczuwają to wydawcy, którzy są pozbawiani przychodów i tym samym – zmuszani do przechodzenia na płatne treści, czyli za tzw. paywall. Szczególnie kiepsko sytuacja z blokowaniem reklam wygląda w Polsce, gdzie według badań OnAudience z grupy Cloud Technologies, reklamę online blokuje blisko 7 mln internautów. To około 38 proc. użytkowników polskiego Internetu. Blokują oni średnio co drugą odsłonę witryny internetowej z reklamą (42 proc.) i są globalnym liderem w tej kategorii. Te statystyki były impulsem do działań dla samej Cloud Technologies, która przecież żyje w głównej mierze ze sprzedaży danych dla branży marketingowej.

W związku z tą patową sytuacją na rynku reklamy online i czarnymi chmurami, które się nad nim zbierają, Cloud Technologies postanowiła nieco zweryfikować zadania powierzone swojemu zespołowi z parku technologicznego. Zawiesiła mu poprzeczkę bardzo wysoko: miał opracować rozwiązanie pozwalające uporać się z blokowaniem reklam w polskim Internecie. Po kilku miesiącach intensywnej pracy pojawiło się światełko w tunelu. W twórczym ferworze „przypadkowo” powstała nowa technologia, która w fazie crush-testów okazała się odporna na każdą oprogramowanie blokujące reklamę online, nawet po jego aktualizacjach. Tak narodził się UnBlock.

– Nasz wynalazek nie jest prostym programem komputerowym, lecz rodzajem kompleksowej usługi, którą świadczymy dla wydawców. UnBlock to nowy sposób emitowania reklamy online, który omija wtyczki blokujące i pozwala ponownie wyświetlić reklamę użytkownikowi. Unblock jest w stanie odblokować reklamę w praktycznie każdym formacie, włącznie z reklamami video. Zachęcamy jednak wydawców do korzystania z możliwości targetowania i emitowania mniej natarczywych reklam, dzięki wykorzystaniu Big Data. W ten sposób forma przekazu reklamowego może zostać dopasowana do aktualnych zainteresowań internauty, dzięki czemu reklama okazuje się bardziej pomocna i estetyczna. UnBlock potrafi również przetworzyć kreację reklamową i wyeliminować dużą część operacji obliczeniowych z przeglądarki użytkownika. Dzięki temu odblokowana reklama w żaden sposób nie spowalnia ładowania witryny na jego komputerze  – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, największej hurtowni danych o zainteresowaniach i zachowaniach internautów w Europie i jeden z pomysłodawców UnBlocka.

Teraz „efekt uboczny” prac warszawskiej firmy stał się jednym z jej elementów rozpoznawczych i ma szansę spowodować prawdziwe trzęsienie ziemi w branży marketingowej i reklamowej na całym świecie.

Podrap się, a wyjdzie ci to na dobre

Trzy powyższe przykłady na „scratch your own itch” to nie tylko inspirujące historie. To realne case-studies, które pokazują, że zamiast rozglądać się za pomysłem na biznes w lewo i w prawo – czasami warto zastanowić, z czym na co dzień zmaga się nasza firma. Najciemniej bywa pod latarnią.

Wpisując w Google frazę „best business to start” otrzymamy ponad 826 milionów wyników. Gdybyśmy zdecydowali się poświęcić choćby minutę na przeczytanie każdego z tych poradnikowych tekstów, to potrzebowalibyśmy około 1 540 lat na pobieżne zapoznanie się z każdą z przedstawionych w nich historii. Zamiast tego cokolwiek czasochłonnego rozwiązania – „scratch your own itch” wydaje się o wiele bardziej efektywnym i cokolwiek mniej czasochłonnym podejściem.

Zanim zacznie się rozwiązywać palące problemy świata biznesu, warto zacząć od zaadresowania tych lokalnych mikro-problemów własnego przedsiębiorstwa, których rozwiązanie może stanowić przepustkę do wielkiego biznesu. Zwrot ku sobie i próba uporządkowania własnych problemów firmy to alternatywa dla budowania globalnego rozwiązania, które może okazać się nieprzydatne lub nietrafione. „Scratch your own itch” – oto pierwsza wskazówka do wielkiego biznesu.

Młodzi klienci banków bardziej lojalni i mniej wymagający

W ostatnim czasie banki zaczęły intensywną walkę o najmłodszych klientów, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze światem finansów. Analiza wyników badania przeprowadzonego w ramach akcji Miliony Polaków organizowanej przez porównywarkę finansową Comperia.pl przy wsparciu Związku Banków Polskich oraz Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych pokazuje, że osoby do 24 roku życia korzystające już z usług bankowych są lojalnymi, a jednocześnie mało roszczeniowymi klientami. Nie łatwo przekonać ich do skorzystania z oferty banku, jednak kiedy już go wybiorą mogą pozostać z nim na długo. 

Jeden rachunek

Ponad połowa najmłodszych klientów posiada tylko jeden rachunek w banku. To znacznie wyższy odsetek niż w całej badanej populacji gdzie posiadanie jednego konta zadeklarowało tylko 36,8 proc. respondentów. Dla zdecydowanej większości jest to pierwszy rachunek w życiu. Młodzi, nawet jeśli mają więcej kont, aktywnie używają jednego (deklaruje tak 71 proc. osób w wieku 18 – 24 lata). Dla porównania osoby powyżej 65 roku życia posiadają znacznie więcej kont (15 proc. wskazuje nawet, że ma ich ponad 4) i aktywnie je wykorzystują (56 proc. tej grupy używa na bieżąco dwóch i więcej rachunków bankowych).

Młodzi najczęściej są klientami PKO Banku Polskiego (18 proc. wskazań), a następnie Banku Zachodniego WBK i Banku Millennium. Wśród osób najstarszych najwięcej wskazało na Alior Bank, PKO Bank Polski i Eurobank.

– Walka banków o nowych klientów z grupy najmłodszych nie dziwi. Nasze badanie pokazuje, że wystarczy im jedno konto z którego zamierzają korzystać. Ten bank, który przekona takiego wchodzącego dopiero na bankowy rynek klienta do siebie, może w długiej perspektywie liczyć na jego lojalność – mówi Karol Wilczko, wiceprezes Comperia.pl, współorganizator badania.

Młodym nie przeszkadzają opłaty, które obecnie ponoszą

Blisko 60 proc. badanych do 24 roku życia twierdzi, że jest zadowolona z opłat związanych z rachunkiem, który obecnie posiada, niezadowolenie deklaruje co czwarty. Najstarsi klienci przebijają jednak młodych pod tym względem – 85 proc. z nich jest zadowolona z opłat.

Analizując opłaty za poszczególne produkty okazuje się, że młodzi klienci akceptują poziom obecnych opłat za wypłaty gotówki z bankomatu oraz przelewy –  deklaruje tak 80 proc. respondentów. Na niższym poziomie plasuje się zadowolenie z opłat za posiadanie karty debetowej lub kredytowej, ale nadal jest to 60 proc. zadowolonych klientów w grupie do 24 roku życia.

Najmłodsi klienci banków są także skłonni zapłacić za konto, które spełniałoby wszystkie ich oczekiwania. Aż 36 proc. z nich zadeklarowała, że zaakceptowaliby opłatę w przedziale 3 – 5 zł (średnia dla całej populacji dla tego przedziału to 23 proc.). Barierą cenową nie do przekroczenia dla młodych, jeśli chodzi o odpłatność za rachunek bankowy, nawet ten idealny, jest kwota 10 zł. Żaden z badanych nie zgodziłby się na taką opłatę.

O wyborze rachunku decyduje opinia znajomych

Zapytani o to, dlaczego założyli konto w konkretnym banku, młodzi ludzie najczęściej wskazują, że polecił im je znajomy – aż 36,6 proc. badanych na pierwszym miejscu wskazało taką opcję. Dopiero na kolejnym znalazła się interesująca oferta banku (27,6 proc. wskazań). Co ciekawe, wśród osób powyżej 65 roku życia na rekomendację znajomych wskazywało poniżej 1 proc. respondentów.

– Przekonanie młodego człowieka do oferty banku może nie być proste. Badanie pokazało, że o wyborze decyduje przede wszystkim opinia znajomych, czy szerzej, tych, z których zdaniem taka osoba się liczy, niż analiza oferty, która zostanie mu przedstawiona bezpośrednio przez instytucję finansową. Warto zwrócić uwagę na to, że zdanie znajomych jest istotniejsze nawet od kwestii opłat za usługi bankowe – zauważa Karol Wilczko.

Młodzi chcą mieć możliwość otworzenia konta w banku w procesie zdalnym – 55 proc. wskazało, że najlepiej aby było to możliwe całkowicie przez internet lub z udziałem kuriera, który przywiezie im umowę do podpisania. Tymczasem ponad połowa najstarszych klientów (53 proc.) zdecydowanie preferuje wizytę w oddziale banku i możliwość szczegółowego porozmawiania o ofercie z doradcą.

Najmłodsi nie potrzebują oddziałów bankowych

Dla połowy badanych w wieku do 24 roku życia bliskość oddziału bankowego od miejsca zamieszkania nie jest argumentem istotnym, decydującym o wyborze konkretnego banku. Jednocześnie, 80 proc. z nich zdecydowanie wskazuje, że przy wyborze banku ważne jest dla nich, aby udostępniał im dobrą i nowoczesną aplikację mobilną. Wśród osób najstarszych taką opcje jako kluczowa wskazało tylko 40 proc. respondentów. Idealne konto bankowe według ludzi młodych powinno być zwolnienie z opłat za prowadzenie, a także umożliwiać wypłatę gotówki z bankomatów w kraju (po 95 proc. wskazań), darmowe wypłaty za granicą nie są już dla tej grupy badanych tak istotne (52 proc. wskazań). Nieco mniej istotne są dla nich także darmowe przelewy internetowe oraz wyższe oprocentowanie lokat (46 proc. wskazań). Co ciekawe, ten ostatni element jest kluczowy dla 99 proc. badanych w wieku powyżej 65 roku życia.

Płacą kartą i mobilnie, ale gotówka też jest ważna

Osoby do 24 roku życia najczęściej płaca kartą (58 proc. wskazań) chociaż spora grupa na pierwszym miejscu wskazuje płatności mobilne (6,8 proc. wskazań wśród tej grupy wiekowej) oraz gotówkę (13,8 proc. wskazań). Decydujący wpływ na wybór kart płatniczych ma opcja dokonywania płatności zbliżeniowych. 84 proc. badanych zadeklarowało, że chętniej płaciłoby kartą z taką funkcją. Osoby młode dokonują płatności kartą na kwoty do 300 zł miesięcznie (57 proc. wskazań). Dla porównania, aż połowa badanych w wieku 65 lat i więcej deklaruje, że ich comiesięczne płatności kartą przekraczają 700 zł.

– Młodzi klienci stają się coraz atrakcyjniejszą grupą dla banków. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że są to osoby po raz pierwszy korzystające z usług finansowych, a więc jeszcze nieubankowione. Ich opinie wyrażone w badaniu wskazują, że może to być lojalna grupa klientów, która może w początkowo nie będzie przynosiła im dużych przychodów, jednak ta relacja będzie procentować w dłuższym terminie, o czym może świadczyć chociażby kwestia dopuszczania niewielkich opłat za usługi bankowe przez tę grupę – podsumowuje Karol Wilczko.

Firmy muszą dostosowywać się do zmian w otoczeniu. Bez tego mogą nie przetrwać

Rosnące wymagania klientów i konkurencja wymuszają na przedsiębiorstwach większą elastyczność. Zdaniem Renaty Łukasik, eksperta firmy Macrologic, nie da się tego osiągnąć bez zmiany tradycyjnego sposobu zarządzania organizacją na nowocześniejszy — procesowy. W innej sytuacji istnieje ryzyko, że firma nie przetrwa na rynku.

W ostatnich latach otoczenie biznesowe polskich przedsiębiorstw jest bardzo zmienne. Zmieniają się potrzeby klientów, ich oczekiwania i wymogi. Przedsiębiorcy muszą stale dopasowywać się do tego. „Rośnie też konkurencja — nie tylko firm polskich, ale również zagranicznych. Coraz więcej jest wymagań, cykle życia produktów są krótsze. Chcąc więc przetrwać na rynku, każda organizacja musi dynamicznie dostosowywać się do tego, co dzieje się w jej otoczeniu” – zauważa w komentarzu dla portalu Organizacjahoryzontalna.pl Renata Łukasik z Macrologic SA, polskiego dostawcy systemów ERP.

Elastyczność w dostosowywaniu się do zmian

W tej sytuacji dla właścicieli firm kluczowe jest, aby ich przedsiębiorstwo bez konieczności dużych nakładów finansowych potrafiło dostosowywać się do zmian zachodzących w otoczeniu biznesowym. Renata Łukasik zauważa, że jest to możliwe dzięki procesowemu zarządzaniu przedsiębiorstwem.

Ważne jednak przy tym jest to, aby wszystkie procesy zachodzące w firmie były urealniane, zarówno od strony wewnętrznych działań organizacji, jak również w odniesieniu do tego, w jaki sposób organizacja odbierana jest na rynku. „W tym aspekcie pomocne mogą okazać się pomiary zadowolenia klientów czy też wskaźniki mówiące o skuteczności, konkurencyjności
i jakości produktów oferowanych przez przedsiębiorstwo.
Takie działania i dostosowanie się do zmian jest rzeczywiście istotnym elementem, który powoduje, że firma staje się coraz bardziej rynkowa, konkurencyjna, a z czasem może nawet zostać liderem swojego rynku” – mówi ekspert Macrologic SA.

Odpowiedni system ERP pomoże zarządzać procesami

Renata Łukasik zwraca również uwagę na to, że kluczowe w prawidłowym funkcjonowaniu organizacji opartej na zarządzaniu procesowym jest zaopatrzenie jej w odpowiedni system ERP oparty na procesach. „W dobie nowych technologii większość działań wykonywanych jest
w nowoczesnych systemach informatycznych. Takie rozwiązanie IT powinno zatem wspierać sposób działania firmy, wspomagać pracowników, jak również mierzyć skuteczność procesów”
– podkreśla ekspert Macrologic.

W stolicy i Elblągu największe długi lokatorskie

Jak wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników prowadzonym przez BIG InfoMonitor, obecnie informacje gospodarcze o zaległościach czynszowych lokatorów i firm przekraczają 130 mln zł[1]. Patrząc wyłącznie na miasta, najwięcej osób z czynszowym długiem zamieszkuje Warszawę. To tutaj koszt wynajmu mieszkania oraz wysokość płaconego czynszu jest największa w Polsce. Jednak nie wysokość opłaty jest główną przyczyną nieterminowego regulowania zobowiązań, bowiem w mniejszych miastach również nie brakuje osób i firm, które nie płacą czynszu.

 długi lokatorskie

Niezmiennie największy udział w kwocie zadłużenia lokatorskiego ma województwo mazowieckie, w którym zaległości wynoszą ponad 35 mln zł, z tego 29 mln zł zgromadzili wyłącznie mieszkańcy Warszawy. Choć mogłoby się wydawać, że tuż za stolicą na liście miast, z wysokimi kwotami niezapłaconego czynszu znajdować się powinny Kraków, Łódź, Wrocław i Poznań, to jednak okazuje się, że do pierwszej piątki trafiły dużo mniejsze miejscowości.

Zaraz za Warszawą uplasował się Elbląg z długami czynszowymi przekraczającymi 21,2 mln zł, następnie Legnica, której zaległości wynoszą 19,3 mln zł oraz Radom i Pabianice, zadłużone z tego tytułu na kolejno na 4,4 i 4,3 mln zł. Wynika to z aktywności spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych oraz gmin, z tych miejscowości, które zarządzają lokalami i mobilizują dłużników poprzez biura informacji gospodarczej do ich spłaty. Nadal duża grupa spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych nie dyscyplinuje niesolidnych najemców poprzez współpracę z BIG-ami.

Z danych z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynika, że ponad 82 proc. zaległości czynszowych należy do pojedynczych osób, kolejne 13 proc. do dwóch domowników, zaś 3 proc. jest wspólnym długiem trzech osób z rodziny. To informacja dla tych, którym wydaje się, że jeśli głowa rodziny, nie płaci za czynsz to resztę lokatorów wpis do rejestru dłużników ominie. Osoby pełnoletnie zameldowane z jednym lokalu, w chwili, gdy pojawia się zaległość zgromadzona za brak uregulowanych rachunków za czynsz, mogą wspólnie zostać wpisane przez spółdzielnie mieszkaniową do rejestru dłużników (oddzielnymi wpisami). Podobna sytuacja może spotkać kilku właścicieli zadłużonego mieszkania.

W 6 miesięcy 9 mln złotych mniej długów lokalowych

Od prezentowanych 6 miesięcy temu danych sporo się zmieniło, ogólna kwota zadłużenia wynikająca z IG czynszowych dla Polski zmniejszyła się ze 139,5 do 130,3 mln zł. Spadek zaległości lokatorskich odnotowano w 11 województwach. Największy w kujawsko-pomorskim z 10,4 na 2,5 mln zł. Z kolei ponad dwukrotny wzrost zaległości czynszowych odnotowano w województwie wielkopolskim z 3,5 do 6,8 mln zł. Następnie w lubuskim z 1,3 do 4 mln zł oraz w regionach: warmińsko-mazurskim, zachodniopomorskim oraz pomorskim.

Rekord to prawie milion złotych nieopłaconego czynszu

Wśród rekordzistów z największymi długami znalazły się dwie firmy. Ta z rekordową kwotą zaległości mieści się na Mazowszu i zdążyła zgromadzić 3,7 mln zł terminowo nieuregulowanych rachunków za czynsz lub wynajem. Kolejna ma siedzibę w Wielkopolsce i do spłacenia 1,1 mln zł. Trzecia w niechlubnym rankingu jest już osoba fizyczna – kobieta, z zaległościami czynszowymi wynoszącymi 928 tys. zł. Za taką kwotę mogłaby już kupić apartament w Warszawie.

 

Wystarczy nie zapłacić za miesiąc i już można zostać wpisanym do rejestru

Od 200 do 500 zł, tyle średnio płacimy miesięcznie za czynsz, tyle też wystarczy, aby znaleźć się w rejestrze dłużników, gdy nie dokonamy płatności. Zgodnie z ustawą, do BIG może zostać wpisane zobowiązanie, gdy płatność opóźnia się o co najmniej 60 dni i wynosi co najmniej 200 złotych w przypadku osób prywatnych i 500 złotych, gdy mamy do czynienia z firmą.

Choć przepisy dają przyzwolenie na tymczasowe niepłacenie czynszu, bo nie powoduje to od razu utraty dachu nad głową, to nie oznacza, to że zwalniają z płacenia. I tak np. mieszkanie lokatorskie ze spółdzielni mieszkaniowej można stracić dopiero po 6 miesiącach nieregulowania czynszu. W tym czasie dług narasta i potem trudniej go spłacić. Trzeba się też liczyć że dojdą do tego jeszcze odsetki. Jak pokazują nasze doświadczenia, spółdzielnie radzą sobie z niesolidnymi mieszkańcami i wpisują je do rejestru dłużników – przypomina Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

[1] Ta sama zaległość czynszowa w przypadku kilku osób będących właścicielami może być wpisana kilkukrotnie jako IG.

Vigo System prezentuje swoim klientom nowe produkty otwierające możliwość wejścia na nowe rynki, m.in. placówek medycznych czy warsztatów

Vigo System prezentuje swoim klientom nowe produkty otwierające możliwość wejścia na nowe rynki, m.in. placówek medycznych czy warsztatów 1

Technologiczna firma Vigo System zaprezentowała swoim klientom nowe rozwiązania w zakresie wykrywania gazów. Adam Piotrowski, prezes zarządu spółki, przekonuje, że pozwolą one odbiorcom wejść z ich wyrobami na nowe rynki, m.in. placówek medycznych, warsztatów oraz stacji meteorologicznych. Zapotrzebowanie bowiem będzie szybko rosnąć.

– W oparciu o technologie, które opracowaliśmy, czyli nowoczesne detektory podczerwieni, udało nam się zaprezentować klientom nowe możliwości – informuje agencję informacyjną Newseria Inwestor Adam Piotrowski, prezes zarządu w spółce Vigo System. – Chodzi o wykrywanie gazów na bardzo niskim poziomie i możliwość kontroli jakości powietrza oraz kontroli koncentracji różnych gazów na żywo, w oddechu.

Nowe rozwiązania spółki, jak twierdzi Adam Piotrowski, będą mogły być wykorzystywane między innymi w placówkach medycznych, szpitalach, warsztatach, oraz placówkach meteorologicznych. Głównym produktem przedsiębiorstwa są niechłodzone fotonowe detektory podczerwieni, które są wytwarzane na bazie własnej technologii.

– W ciągu kilku lat chcemy zwiększyć potencjał sprzedaży do 100 tys. sztuk i trafiać do takich punktów obsługi – zapowiada Adam Piotrowski. – To dla nas zupełnie nowe rynki: już nie laboratoria, instytuty badawcze oraz start-upy, tylko integratorzy systemów dostarczających przyrządy do warsztatów, szpitali, stacji meteo.

Jak wskazała spółka w swojej strategii rozwoju Vigo 2020, wartość rynku sensorów średniej podczerwieni (MIR) w 2020 roku powinna osiągnąć ok. 7 mld dol., przy średniej rocznej stopie wzrostu na poziomie 37 proc. Wzrost rynku komplementarnych komponentów (laserów QCL) również szacowany jest powyżej 30 proc. rocznie. Wielkie międzynarodowe korporacje takie jak Bosch, HP czy Intel prognozują progres zapotrzebowania na sensory do poziomu biliona sztuk rocznie w 2022 r. Vigo System jest natomiast światowym liderem komponentów używanych do tego rodzaju rozwiązań.

– Jesteśmy bardzo dobrze postrzegani jako uczestnik projektów badawczych, bo dostarczamy nową wiedzę i mamy doświadczenie z wieloma rynkami – zauważa Adam Piotrowski. – Możemy więc pomóc naszym partnerom, integratorom, w zbudowaniu zupełnie nowej jakości systemów. I to przede wszystkim pozycjonuje nas jako kluczowego dostawcy, partnera, z którym można zarówno zacząć, jak i dokończyć sprzedaż oraz zbudować zupełnie nowy rynek.

Komisja Europejska uznała fotonikę za jedną z pięciu kluczowych technologii, których rozwój zdecyduje o przyszłości europejskiego przemysłu. W ramach partnerstwa publiczno-prywatnego KE oraz europejska branża fotoniczna zdecydowały o zwiększenia do 2020 roku nakładów na rozwój tego sektora o około 3,5 mld euro: 2,8 mld euro ma pochodzić z inwestycji prywatnych, a około 700 mln euro ze wsparcia publicznego KE.

– W nowej perspektywie unijnej Vigo pozostaje liderem w liczbie pozyskanych projektów – wyjaśnia Adam Piotrowski. – Nigdy nie jesteśmy koordynatorem, tylko zawsze partnerem z tego względu, że przekazujemy komponent, a wszystko koordynuje firma dostarczająca końcowe rozwiązanie. Razem z konsorcjum instytutów i firm produkcyjnych na świecie pozyskaliśmy niedawno duży przekrojowy projekt Mirfab. Chcemy razem na nowo zbudować rynek fotoniki opartej o średnią podczerwień. W telekomunikacji, laserach istnieje ona od dawna. Teraz chodzi o to, żeby użyć nowego zakresu promieniowania w średniej podczerwieni m.in. do zminiaturyzowanych czujników gazów.

Na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych akcje przedsiębiorstwa notowane są od 2014 r. Celem oferty publicznej (IPO) było pozyskanie środków na inwestycje. Za te pieniądze, jak wyjaśnia Adam Piotrowski, została kupiona między innymi MBE, czyli maszyna do tzw. wzrostu kryształów.

– To urządzenie pozwala nam obecnie otwierać się na nowe rynki. Tam, gdzie konieczna jest niezawodność przyrządów, panują wysokie temperatury pracy, ale też odbywa się ona bez związków toksycznych wewnątrz przyrządu – precyzuje Adam Piotrowski. – Następnym krokiem będzie poprawienie organizacji i zwiększenie przepustowości produkcji. Wymaga to nowego budynku oraz kolejnych stanowisk pracy.

Spółka zapowiada w związku z tym prawie dwukrotne zwiększenie zatrudnienia do 2020 roku.

– W tej chwili mamy 85 pracowników, natomiast chcielibyśmy mieć ich docelowo około 150, przede wszystkim technologów, inżynierów konstruktorów, którzy mogliby nam pomóc w budowie z klientami nowych rynków – tłumaczy Adam Piotrowski. – W nowoczesnych technologiach zawsze jest tak, że bardzo mała grupa ludzi wytwarza produkty, a duża – konstruuje, projektuje i doradza klientom.

W pierwszym kwartale br. przychody (netto) ze sprzedaży Vigo System wyniosły 4,65 mln zł kształtując się na bardzo podobnym poziomie, co podczas poprzednich trzech miesięcy (4,46 mln zł). Po opodatkowaniu przedsiębiorstwo zarobiło 964 tys. zł, czyli o ponad 200 tys. zł więcej.

Ulgi podatkowe dla przedsiębiorców i zachęty dla naukowców. MNiSW chce dodatkowo premiować uczelnie za współpracę z biznesem

Jarosław Gowin
Dzięki przyjętej przez rząd małej ustawie o innowacyjności ma przyspieszyć współpraca między uczelniami a przedsiębiorcami. Firmy będą mogły liczyć na ulgi podatkowe, a uczelnie – na dodatkowe środki i ułatwienia w prowadzeniu innowacyjnej działalności. Spadek polskich uczelni do piątej setki światowego rankingu to dowód na to, że potrzeba reform – przekonuje minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Przyjęta w ubiegłym tygodniu przez rząd mała ustawa o innowacyjności ma na celu wzrost polskiej innowacyjności. Dotychczas przedsiębiorcom nie zawsze opłacały się inwestycje w badania i rozwój, w dużej mierze właśnie ze względu na brak zachęt podatkowych.

Naukowcy słusznie często narzekają, że polskie przedsiębiorstwa są mało zainteresowane współpracą z uczelniami czy jednostkami naukowymi. Ale trudno się też przedsiębiorcom dziwić, jeżeli do tej pory nie mieli żadnych ulg podatkowych z tego tytułu. W momencie, gdy zaczną odczuwać we własnej kieszeni korzyści płynące ze współpracy z nauką, to z całą pewnością będą na nią dużo bardziej otwarci – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Gowin, wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Aby zachęcić małe i średnie firmy do ponoszenia wydatków na uzyskanie patentu, koszty z tym związane dodano do listy kosztów podlegających odpisowi. Podniesiono kwoty maksymalnego odliczenia kosztów kwalifikowanych ponoszonych na badania i rozwój. Firmy z sektora MŚP będą mogły odliczyć po 50 proc. kosztów osobowych, innych kosztów (materiały, wyniki badań, ekspertyzy) oraz kosztów uzyskania ochrony patentowej. W przypadku większych firm podniesiono kwoty do 50 proc. na poniesione wydatki osobowe oraz do 30 proc. pozostałych wydatków związanych z działalnością badawczo-rozwojową. Nowo powstające firmy mogą liczyć na zwrot gotówkowy. Pozostałym wydłużono z 3 do 6 lat okres, w jakim mogą odliczyć koszty poniesione na działalność badawczo-rozwojową.

Ustawa zobowiązuje władze uczelni do przeznaczenia określonych środków na komercjalizację wyników badań naukowych. To już nie będzie dobra wola po stronie uczelni, ale zobowiązanie – wyjaśnia Gowin. – Pół procent dotacji statutowych dla uczelni musi być przeznaczonych na uruchomienie i działania centrów zajmujących się komercjalizacją czy transferem wiedzy.

Zachętą do włączenia się uczelni we współpracę ze światem biznesu mają być również zapowiadane zmiany w ocenie jednostek naukowych.

Uczelnie będą w przyszłym roku poddane ocenie. Mamy świadomość, że nie możemy w sposób zasadniczy zmieniać reguł, ale realne patenty, które doczekały się wdrożenia gospodarczego, będą punktowane wyżej – podkreśla wicepremier.

Obecnie ocenie parametrycznej podlega ok. tysiąca jednostek, które na jej podstawie zostają zaklasyfikowane do czterech kategorii, od A+ dla tych wybitnych, do C, czyli niezadowalającego poziomu. Im wyższa kategoria, tym większa dotacja na badania statutowe. Jak wskazuje Gowin, trwają jeszcze prace nad szczegółowymi rozwiązaniami, powinny one jednak być gotowe we wrześniu.

Chcemy zlikwidować pewną fikcję. Już 4 lata temu ministerstwo zauważyło, że nagle uczelnie czy poszczególni naukowcy przedstawiali mnóstwo zaświadczeń z firm o współpracy. Potem okazywało się, że żadnej współpracy tak naprawdę nie było. Dlatego w przyszłorocznej parametryzacji będziemy brali pod uwagę tylko twarde dowody, a więc faktury – zapowiada Jarosław Gowin.

Dotychczas same uczelnie nie były często zainteresowane współpracą. Raport NIK o komercjalizacji badań naukowych wskazuje, że nawet jeśli uzyskiwały one patenty, to miały niski potencjał komercjalizacyjny. Przekłada się to na pozycję polskich uczelni na światowych listach. Wedle najnowszego zestawienia Listy Szanghajskiej Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński – najlepsze spośród publicznych uczelni – znalazły się dopiero w piątej setce. To zauważalny spadek, bo dotychczas plasowały się w czwartej.

To dowód na to, że musimy zdecydowanie reformować uczelnie. Jednym z najważniejszych parametrów branych pod uwagę i w rankingu, i przy podejmowaniu decyzji przez studentów o tym, jaką uczelnię wybrać, jest właśnie gotowość i umiejętność poszczególnych uczelni nawiązywania współpracy z biznesem – wskazuje minister.

Dzięki nowym przepisom uczelniom będzie łatwiej wdrażać pomysły do biznesu. Uelastycznione zostaną zasady dysponowania majątkiem przez uczelnie, w tym również infrastrukturą badawczą. Zmianie uległa też procedura nabywania przez naukowców praw majątkowych do wynalazków.

Ta ustawa bardzo ograniczy biurokrację na uczelniach związaną z patentami, wdrożeniami i komercjalizacją. Będzie to realna ulga, bo tych papierów dzisiaj trzeba wypełniać naprawdę dużo, co jest kompletnie bezsensowne. Korzyści będą mieli sami naukowcy, bo znosimy limit 5 lat, w którym naukowiec może czerpać korzyści z wdrożenia swojego wynalazku – zaznacza Gowin.

Najwyższe przychody uzyskuje się najczęściej dopiero po 5 latach od udzielania licencji. Limit czasu skutecznie blokował chęć do komercjalizacji badań.

M. Stajniak (X-Trade Brokers): podwyżka stóp procentowych w USA w grudniu byłaby uzasadniona

M. Stajniak (X-Trade Brokers): podwyżka stóp procentowych w USA w grudniu byłaby uzasadniona 2
W świetle ostatnich danych z rynku pracy perspektywy amerykańskiej gospodarki wydają się dobre. Jedna podwyżka stóp procentowych w tym roku w Stanach Zjednoczonych byłaby uzasadniona i mogłaby podnieść kurs dolara wobec złotego ponownie w okolice 4 zł – uważa Michał Stajniak, analityk rynków finansowych w X-Trade Brokers. Jego zdaniem podobny ruch ze strony Europejskiego Banku Centralnego jest raczej mało prawdopodobny.

– W dłuższej niż kilka tygodni perspektywie warto zwracać uwagę na politykę monetarną zarówno Europejskiego Banku Centralnego, jak i banku Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Stajniak, analityk rynków finansowych spółki X-Trade Brokers. – Perspektywy amerykańskiej gospodarki w dalszym ciągu są dosyć dobre, dlatego wydaje się, że przynajmniej jedna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych jest w tym roku uzasadniona, więc dolar powinien zyskiwać. W przypadku EBC mamy do czynienia z dosyć luźną polityką monetarną. Ostatnie działania tej instytucji pokazały, że nie ma już miejsca na dodatkowe luzowanie, chociaż widać słabość gospodarki. Możemy więc mieć zaskoczenie.

W połowie lipca za amerykańską walutę płacono około 1,09 euro, obecnie ok. 1,12. Amerykańska waluta w stosunku do europejskiej była najdroższa pod koniec czerwca, kiedy to płacono za nią blisko 1,15 euro, a najtańsza – pod koniec listopada (1,05 euro). Zdaniem Michała Stajniaka do końca roku eurodolar powinien jeszcze trochę spadać. Jeżeli rzeczywiście dojdzie do oczekiwanej przez rynki podwyżki stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej, możliwy jest powrót do poziomu 1,05.

– Obecnie znajdujemy się stosunkowo nisko albo, jak kto woli, wysoko – twierdzi Michał Stajniak. – Nie możemy się jednak wyraźnie przebić przez ważne wartości, czyli poziomy 1,11–1,12.

Zdaniem analityka wpływ tej pary walutowej na sytację złotego wobec euro jest ograniczony. Dużo silniej oddziałuje ona natomiast na takie crossy walutowe jak funt do złotego czy dolar do krajowej waluty.

– Szczególnie silny wpływ ma ona na kondycję złotego wobec dolara – wskazuje Michał Stajniak. – W tym momencie jesteśmy wyraźnie poniżej 4 zł, ale w związku z tym, że bank centralny Stanów Zjednoczonych może jednak podnieść stopy procentowe, to para walutowa USD/PLN powinna jednak powrócić w okolice wyższe od tej wartości.

Na lipcowym posiedzeniu amerykańska Rezerwa Federalna pozostawiła główną stopę procentową na niezmienionym poziomie (w przedziale 0,25–0,5 proc.). W podsumowującym spotkanie komunikacie zaznaczono, że krótkoterminowe ryzyka dla wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych nieco się osłabiły, czego dowodzą ostatnie, bardzo dobre publikacje z tamtejszego rynku pracy.

Jednocześnie jednak przedstawiciele FOMC wskazali, że w zakresie podwyżek stóp procentowych zalecana jest jednak ostrożność, dopóki inflacja nie zacznie zmierzać w kierunku wyznaczonego celu.

– W najbliższym czasie rynek będzie zwracał uwagę wciąż przede wszystkim na nastroje związane z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – prognozuje Michał Stajniak. – Ostatnio widzieliśmy pogarszające się wskaźniki gospodarki Wielkiej Brytanii, dlatego Bank Anglii poluzował politykę monetarną tego kraju. Istotne będą także Chiny, które są traktowane jako swego rodzaju czynnik zapalny. Warto obserwować to, co dzieje się na tamtejszym rynku nieruchomości oraz z potencjalnym wzrostem gospodarczym. Te czynniki w tym momencie wydają się najważniejsze. Ale oczekując poważniejszych ruchów ze strony banków centralnych (w zakresie ewentualnych podwyżek stóp procentowych – red.), powinniśmy raczej patrzeć dopiero na grudzień.

Polska coraz popularniejszym kierunkiem migracji cudzoziemców. Najchętniej przeprowadzają się obywatele Ukrainy oraz Niemiec

Polska coraz popularniejszym kierunkiem migracji cudzoziemców. Najchętniej przeprowadzają się obywatele Ukrainy oraz Niemiec 3
Już około 234 tys. obywateli innych krajów ma ważne dokumenty uprawniające do pobytu w Polsce przez dłuższy czas niż określa to np. wiza. To o 60 proc. więcej niż w 2013 roku. Wśród nich przeważają obywatele Ukrainy, na drugim miejscu są Niemcy. Jedna piąta zezwoleń dotyczy stałego pobytu, związanego z pracą, edukacją i łączeniem rodzin. Do końca roku liczba cudzoziemców z prawem pobytu może przekroczyć ćwierć miliona.– Polska jest coraz popularniejszym kierunkiem migracji cudzoziemców – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Dudziak, rzecznik Urzędu ds. Cudzoziemców. – Zdecydowana większość to migracje czasowe, zezwolenia na tego rodzaju pobyt i pracę, a także edukację. Częste są również przypadki łączenia rodzin.

Jak wynika z najnowszych danych Urzędu, około 234 tys. obywateli innych krajów ma obecnie ważne dokumenty uprawniające do pobytu w Polsce przez dłuższy czas, niż określa to np. standardowa wiza. Dominują zezwolenia na pobyt czasowy (41 proc.), na dalszym miejscu są dokumenty dla obywateli Unii Europejskiej (około 28 proc.). Jedną piątą stanowią zezwolenia na pobyt stały.

Od 2013 roku liczba dokumentów uprawniających do pobytu zwiększyła się o 60 proc. Trzy lata temu było ich około 146 tys., a w br. – już 234 tys., więc o blisko 90 tys. osób więcej – zauważa Jakub Dudziak.

Dane Urzędu dowodzą, że podobnie jak trzy lata temu do Polski najchętniej przybywają obywatele Ukrainy, w których posiadaniu znajduje się obecnie 84 tys. ważnych dokumentów pobytowych, o 55 tys. więcej niż w 2013 roku. Obecnie stanowią oni 36 proc. populacji cudzoziemców w Polsce, ale na drugim miejscu plasują się Niemcy (23 tys.). Kolejne pozycje zajmują Rosjanie, Białorusini oraz Wietnamczycy.

Obywatele Ukrainy najczęściej przyjeżdżają do Polski w poszukiwaniu zatrudnienia – tłumaczy Jakub Dudziak. – Najwięcej, bo ponad 60 proc. z nich, ma dokumenty zezwalające na pobyt czasowy i pracę, a więc jest to typowa migracja zarobkowa. Ale mamy też sporo Niemców, którzy mają ważne dokumenty pobytowe i żyją w Polsce na stałe. W przypadku pozwoleń czasowych jest to najczęściej pobyt związany z zatrudnieniem, który nie trwa dłużej niż trzy lata.

Największy potencjał migracyjny, jak twierdzi Jakub Dudziak, nadal mają obywatele Ukrainy. W najbliższych latach liczba przyjeżdżających ze Wschodu sąsiadów będzie rosnąć najszybciej. Urząd do spraw Cudzoziemców szacuje, że na przełomie tego i przyszłego roku w ich posiadaniu znajdować się powinno około 100 tys. ważnych dokumentów pobytowych. Wszyscy cudzoziemcy w Polsce mieć natomiast będą 250 tys. tego rodzaju zezwoleń, co oznacza wzrost o kolejne kilkanaście tysięcy osób.

Pozostałe narodowości również systematycznie rosną – mówi Jakub Dudziak. – Kolejność się nie zmienia, więc to są Ukraińcy (84 tys.), Niemcy (23 tys.), Białorusini (11 tys.), Rosjanie (10 tys.) i Wietnamczycy (9 tys.). Polska cieszy się także rosnącą popularnością wśród Włochów, których nad Wisłą żyje i mieszka już siedem tysięcy.

Na kolejnych miejscach są Chińczycy (6 tys.), Francuzi (5,5 tys.), Brytyjczycy i Bułgarzy (po 5 tys.).

Sukces polskiego alpinizmu. Szczyty Śnieżnej Pantery zdobyte w rekordowo krótkim czasie

Sukces polskiego alpinizmu. Szczyty Śnieżnej Pantery zdobyte w rekordowo krótkim czasie 4
To jedno z największych osiągnięć polskiego alpinizmu w ostatnich latach. Andrzej Bargiel zdobył Śnieżną Panterę i pobił obowiązujący od 17 lat rekord aż o 12 dni. Na pięć siedmiotysięczników na terenie byłego ZSRR wszedł w ciągu 30 dni. Od przygotowań i treningów po kolejne zdobywane szczyty w wyprawie towarzyszyła himalaiście ekipa filmowa CANAL+ DISCOVERY, co było dużym wyzwaniem – zarówno dla Bargiela, jak i dla filmowców. Sam sprzęt, który im towarzyszył, ważył prawie tonę.

– Głównym celem było po prostu uprawianie narciarstwa i zupełnie inna forma zdobywania tych szczytów. Przy wyborze projektu ważne dla mnie było to, że mogę eksplorować i poznawać nowe miejsca. Myślę, że było to zdecydowanie trudniejsze niż wchodzenie na jeden ośmiotysięcznik, bo tych szczytów było pięć. To oznacza duże zamieszanie, dużą ekipę, trzeba było zadbać o to, żeby wszystko działało i było bezpiecznie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Bargiel, skialpinista, zdobywca pięciu szczytów Śnieżnej Pantery.

Do tytułu Śnieżnej Pantery zalicza się pięć siedmiotysięczników: Pik Lenina (7134 m n.p.m. w Pamirze), Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m. w Tadżykistanie), Pik Komunizma (7495 m n.p.m. – najwyższy szczyt Tadżykistanu), Pik Pobiedy (7439 m n.p.m. leżący na granicy Kirgistanu z Chinami) oraz najwyższy szczyt Kazachstanu Chan Tengri (7010 m n.p.m., położony na granicy Kirgistanu, Kazachstanu i Chin).

Bargiel zdobył szczyty metodą skialpinistyczną, to podejście, wspinaczka oraz zjazd na nartach z każdego szczytu. Jednocześnie zrobił to w rekordowo krótkim czasie. Poprzedni rekord sprzed 17 lat, należący do Denisa Urubki i Andrieja Mołotowa, Polak pobił o 12 dni. Wszystkie szczyty zdobył w ciągu niecałych 30 dni.

– O sukcesie wyprawy zadecydowało zaangażowanie całej ekipy. Każdy dał z siebie 150 proc. Było wiele momentów kryzysowych, które jednak udało się zażegnać – tłumaczy Bargiel. – Dla mnie zupełnie nowe było to, że towarzyszyła mi ekipa filmowa, z którą przygotowywaliśmy program dla CANAL+ DISCOVERY. Przed wyjściami musiałem robić zdjęcia, czasem zjeżdżałem, znów podchodziłem i zjeżdżałem. To też wymagało ode mnie dodatkowego wysiłku.

Pierwszy etap wyprawy po Śnieżną Panterę, czyli Pik Lenina w północnym Pamirze, polski himalaista zaliczył w połowie lipca. Drugi szczyt, Pik Korżeniewskiej, zdobył 25 lipca, dokładnie w rocznicę wydarzenia, kiedy jako pierwszy człowiek zjechał na nartach z wierzchołka Broad Peak. Następny był Pik Komunizma i dwa szczyty w Kirgistanie. Na szczycie Pobiedy stanął 14 sierpnia, o godz. 8:35. Jak przekonuje himalaista, plany krzyżowała nie tylko pogoda.

– Problemy były m.in. z logistyką. Nie mogliśmy przejechać przez granicę kirgisko-tadżycką, zamiast tego trzy dni podróżowaliśmy przez cały kraj. Następnie cztery dni musieliśmy czekać na śmigłowiec. Po przylocie cała ekipa złapała grypę żołądkową. Chory wchodziłem na szczyt, po dojściu do pierwszego obozu chciałem już zrezygnować, ale się udało. Później załamania pogody, po dwóch udanych atakach w Tadżykistanie czekanie na śmigłowiec. I ostatni etap w Kirgistanie, kiedy się wydawało, że atak się nie powiedzie – wymienia Bargiel.

Choć sama wyprawa trwała miesiąc, to przygotowania do niej Bargiel rozpoczął blisko rok temu, tuż po powrocie z Broad Peak. Od samego początku, czyli już od etapu przygotowań i treningów, aż po kolejne zdobywane szczyty, polskiemu himalaiście towarzyszyła ekipa CANAL+ DISCOVERY. Dzięki zebranym w ten sposób materiałom w listopadzie będzie można obejrzeć serię dokumentalną „Andrzej Bargiel – Śnieżna Pantera”.

– Każdy z 8 odcinków będzie miał swój charakter. Pierwsze odcinki to przygotowania ekipy, logistyka, dokumentacja w Biszkeku. Kolejny odcinek będzie dotyczył psyche człowieka, jak funkcjonuje na wysokościach. Film pokaże nie tylko Andrzeja i góry, lecz także wiele różnych aspektów. To projekt wielowarstwowy – przekonuje Tomasz Gaj, uczestnik ekipy i producent filmu dokumentalnego „Andrzej Bargiel – Śnieżna Pantera”.

Filmowanie bicia rekordu przez Bargiela wiązało się również z dużym wyzwaniem dla twórców filmu i całej ekipy. Samo przetransportowanie sprzętu, który ważył tonę, i ludzi zajmuje dużo czasu, a wejście na przewyższenie 200–300 metrów zajmuje kilka godzin.

– Dużym wyzwaniem jest przebywanie cały czas w jednym miejscu. To ciekawy temat – obserwacja tego, jak zmienia się człowiek w niesprzyjających warunkach – zaznacza producent filmu.

Jak jednak podkreśla Gaj, uchwycenie przez kamerę Bargiela na szczycie było nie lada wyzwaniem.

– Andrzej operuje na zupełnie innych poziomach. Nawet profesjonalni przewodnicy, którzy z nim działali, zawsze zostawali z tyłu, nawet kiedy dawaliśmy im kamerę do nagrywania. Zdarzają się ujęcia ze szczytu, ale jest ich niewiele, bo Andrzej bywał po prostu nieuchwytny – mówi Tomasz Gaj.

Andrzej Bargiel to trzykrotny mistrz Polski w skialpiniźmie. Poza osiągnięciami na Broad Peak i Śnieżnej Panterze może się także pochwalić rekordem świata w biegu na Elbrus. Jest też pierwszym Polakiem, który zdobył ośmiotysięcznik Shishapangma na nartach i zjechał z jego wierzchołka.

Rekordowy wzrost zatrudnienia. Liczba miejsc pracy w innowacyjnych firmach produkcyjnych wzrosła o prawie 10 proc.

Rekordowy wzrost zatrudnienia. Liczba miejsc pracy w innowacyjnych firmach produkcyjnych wzrosła o prawie 10 proc. 5
Pierwsze półrocze tego roku było bardzo dobre dla rynku pracy. W drugim kwartale wzrost zatrudnienia wyniósł 2,9 proc., natomiast w skali całego półrocza – 2,7 proc. Zdecydowanym rekordzistą pod tym względem są najbardziej innowacyjne przedsiębiorstwa tzw. nowoczesnej gospodarki. Szczególnie imponują wyniki firm produkcyjnych. Od kwietnia do czerwca wzrost liczby nowych miejsc pracy wyniósł tam prawie 10 proc.

– Zauważyliśmy gigantyczny wzrost zatrudnienia w sektorze produkcyjnym nowoczesnej gospodarki w porównaniu do analogicznego okresu w poprzednim roku – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Dacka, HR Business Partner w ADP Polska. – Był to ponadtrzykrotnie wyższy wzrost od tego, który był zarejestrowany przez GUS dla ogółu rynku. Jeżeli chodzi o firmy usługowe, to wzrost wyniósł natomiast zdecydowanie ponad 2 proc.

Firmy nowoczesnej gospodarki to przedsiębiorstwa z innowacyjnym podejściem do swojej aktywności, stale usprawniające bieżącą działalność poprzez m.in. korzystanie z nowoczesnych technologii oraz outsourcingu.

Jak wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q2 2016” firmy ADP Polska, liczba pracowników w takich przedsiębiorstwach w pierwszej połowie roku wzrosła o 4,23 proc. wobec tego samego okresu 2015 roku. Bardzo korzystny był głównie drugi kwartał, kiedy to pracę znalazło o 4,52 proc. osób więcej.

Rekordowy wzrost odnotowano przy tym w sektorze produkcyjnym – od kwietnia do końca czerwca pracę znalazło tu o 9,21 proc. więcej osób niż w tym samym okresie rok wcześniej. W przypadku firm zatrudniających powyżej 500 pracowników progres był jeszcze wyraźniejszy – zbliżył się do granicy 10 proc. i wyniósł 9,78 proc.

W skali półrocza wyniki były tylko nieznacznie słabsze. W innowacyjnych przedsiębiorstwach produkcyjnych w tym czasie wzrost zatrudnienia wyniósł 7,94 proc. Podmioty specjalizujące się w usługach zarejestrowały dynamikę na poziomie 2,4 proc. (w całym półroczu – 2,45 proc.).

– Na pewno nowoczesna gospodarka sukcesywnie się rozszerza. To awangarda biznesu, firmy inwestujące w rozwój, narzędzia, produkcję – tłumaczy Dacka. – Wzrost zatrudnienia idzie w parze z outsourcingiem niektórych aktywności. Dzięki temu przedsiębiorstwa mogą się skupić na zatrudnieniu specjalistów i ekspertów, aby rozwijać podstawowy biznes. Co warto podkreślić, produkcja nie działa w próżni. Wzrost liczby etatów przybierał na znaczeniu przez ostatnie pół roku. Zwiększały się bowiem zamówienia, notowano wysoką dynamikę PKB, sytuacja była stabilna, a do kraju płynął kapitał zagraniczny.

Bardziej aktywne na rynku pracy w I półroczu według raportu były duże przedsiębiorstwa nowoczesnej gospodarki zatrudniające powyżej 500 osób. Dynamika liczby nowych etatów wyniosła tam 4,29 proc. (w mniejszych podmiotach – 4,06 proc.).

– Wcześniej zazwyczaj było tak, że sektor ten napędzały raczej firmy niewielkie – wskazuje Dacka.

Tak właśnie było w drugim kwartale br. Wówczas na prowadzenie z wynikiem 4,61 proc. wysunęły się mniejsze firmy (do 500 osób). W większych wzrost zatrudnienia wyniósł 4,48 proc.

Bardzo wyraźny jest popyt na specjalistów, ekspertów, osoby mające duże doświadczenie w konkretnej branży (zarówno produkcyjnej, jak i usługowej).

– Pracodawcom coraz trudniej znaleźć takich ludzi – zauważa Dacka. – Natomiast nie liczy się tylko wiedza. Ważne są również umiejętności miękkie, zdolność dostosowywania się do zmiennych warunków rynkowych, możliwość nabywania nowych umiejętności, bycia bardziej elastycznym względem swoich kompetencji. Połączenie twardej wiedzy z miękkimi umiejętnościami to najbardziej poszukiwany profil przez firmy z tego sektora.

Z danych ADP wynika, że firmy nowoczesnej gospodarki utrzymują znacznie wyższą dynamikę zatrudnienia niż ogół polskich przedsiębiorstw. Napędza to całą gospodarkę.

– Perspektywy są dobre, PKB ciągle wzrasta, firmy rozwijają się bardzo harmonijnie – ocenia Magdalena Dacka. – Nie możemy jednak przewidywać dalszego gigantycznego skoku zatrudnienia. Wydaje się, że wzrost będzie raczej stabilny, a pod koniec roku może lekko wyhamować. Perspektywy dla pracodawców są jednak dobre, a dla zatrudnionych – jeszcze lepsze. Najniższa od 25 lat stopa bezrobocia oraz rozwijająca się gospodarka powodują, że kandydaci mają duży wybór.

Biorące udział w badaniu ADP Polska podmioty prowadziły działalność w m.in. sprzedaży detalicznej, usług, produkcji, telekomunikacji, IT, finansowej oraz farmacji.

Polskie panele fotowoltaiczne stopniowo wypierają z rynku chińskie, mimo że są droższe

Polskie panele fotowoltaiczne stopniowo wypierają z rynku chińskie, mimo że są droższe 6
Aktualizacja 8:30

Jeszcze w 2012 roku chińskie moduły fotowoltaiczne stanowiły 91 proc. sprzedaży w Polsce. Dziś ten odsetek spadł do 21 proc., podczas gdy udział polskich produktów wzrósł z 2 proc. do 17 proc., mimo że ich cena jest wyższa – wynika z raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej. Branża związana z fotowoltaiką mogłaby się prężnie rozwijać, bo energetyka odnawialna ma zyskiwać dzięki rosnącym cenom energii. Wiele zależy jednak od decyzji polityków.

– W Krajowym Planie Działań z 2010 roku zakładano, że jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to możemy mieć 1,7 GW mocy zainstalowanej w fotowoltaice w 2020 roku. To by oznaczało, że dziesięciokrotnie zwiększymy dzisiejszy stan posiadania. W 2011 roku mieliśmy 1 MW, w tej chwili mamy 130, więc ten rozwój jest możliwy. Natomiast te perspektywy do 2020 roku nie są tak oczywiste – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej.

Problemem są regulacje prawne, które weszły w życie w lipcu tego roku. Jak podkreśla Wiśniewski, nowelizacja ustawy o OZE nie gwarantuje, że będą ogłoszone aukcje na źródła fotowoltaiczne.

Problemem jest również to, że nowelizacja zrezygnowała ze stałych taryf dla prosumentów, które gwarantowały, że przybędzie minimum połowa z tych 1,7 GW do 2020 roku i wprowadziła system upustów – mówi prezes IEO. – Ten system nie gwarantuje tak szybkiego rozwoju. Bez dodatkowych dotacji on nie zapewnia zwrotu, dlatego odnalezienie się w tej sytuacji jest dużym wyzwaniem dla branży fotowoltaicznej.

Problem w tym, że polskie firmy wyspecjalizowały się w produkcji mikroinstalacji, w przypadku których tempo rozwoju stoi pod znakiem zapytania.

Mają trzy możliwości. Albo pozostaną w systemie prosumenta indywidualnego, gospodarstwa domowego, ale wtedy branża musi się starać o system dotacji, który nie jest oczywisty. Mogą starać się przejść do systemów aukcyjnych. Tutaj jest szansa, ponieważ w już przygotowanych projektach jest 1,5 GW mocy i projektów jest prawie 1,5 tysiąca, natomiast nie wiadomo, czy Ministerstwo Energii zdecyduje się na ogłoszenie aukcji w tym systemie – mówi Wiśniewski. – Wydaje się, że w miarę pewnym obszarem inwestowania w energetykę fotowoltaiczną i w systemy fotowoltaiczne byłby mały i średni przemysł, który w tej chwili płaci najwięcej za energię elektryczną, więc będzie szukał nowych możliwości.

W bazie Instytutu Energetyki Odnawialnej jest 382 firm, które prowadzą działalność w branży fotowoltaicznej. 70 proc. z nich stanowią firmy montażowe, dystrybucyjne i sprzedażowe. 16 firm to producenci inwerterów i urządzeń towarzyszących i jest to najbardziej innowacyjna część branży. Łączne moce produkcyjne polskich producentów modułów fotowoltaicznych szacowane są na 600 MW rocznie (ok. 2,4 mln modułów rocznie).

 Pierwsza połowa tego roku przyniosła zawieszenie działalności szeregu firm, kilka z nich wpadło w tarapaty finansowe – mówi Wiśniewski. – Jeśli chodzi o sprzedaż, to firmy bardzo szybko mogą się włączyć w rynek, jeżeli tylko on powstanie. Natomiast firmy produkujące urządzenia mają większy kłopot, bo ponoszą bardzo duże koszty stałe, koszty amortyzacji, w związku z tym albo muszą eksportować, a to wymaga wsparcia ze strony państwa, albo ten sektor powinien być w całości włączony do Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, aby tam uzyskać systemowe wsparcie.

Ekspert ocenia, że bez wsparcia ten sektor zniknie z rynku. To byłaby duża strata, bo – jak wynika z raportu IE – polscy producenci mają w kraju coraz silniejszą pozycję. Wciąż w sprzedaży dominują produkty niemieckie, ale polskie szybko zwiększają swój udział.

Polskie firmy próbują eksportować albo do nisz rynkowych, jak wykorzystanie fotowoltaiki do produkcji ciepłej wody użytkowej, albo próbują eksportować na rynki wschodnie. Natomiast mają duży problem z tym, żeby przy tak małej skali produkcji wejść na rynki europejskie i amerykańskie. Polskie firmy też wchodzą na rynki z usługami montażowymi, instalatorskimi, w szczególności na rynek niemiecki i brytyjski. Jest to żywy, żywiołowy sektor, który cały czas szuka dla siebie rozwiązania – mówi Wiśniewski.

Rośnie popyt na usługi designerów. Zajmują się profesjonalnym przygotowaniem produktu lub usługi przed wprowadzeniem na rynek

Rośnie popyt na usługi designerów. Zajmują się profesjonalnym przygotowaniem produktu lub usługi przed wprowadzeniem na rynek 7
Z badania PARP wynika, że nieco ponad połowa polskich firm korzysta z usług projektantów, ale incydentalnie. Świadomość roli profesjonalnego designu w działalności przedsiębiorstw rośnie – do tego, że w ogóle nie korzystają z takich usług przyznaje się tylko ok. 5 proc. firm. Tego rodzaju procesy najczęściej obejmują komunikację oraz przygotowanie produktu lub usługi przed wprowadzeniem na rynek. Design się opłaca – buduje wzrost wartości marki i rozwiązania bardziej dopasowane do potrzeb ich finalnych klientów – mówi Robert Majkut, designer.

Firmy przede wszystkim oczekują pewności, że proponowane im rozwiązania przyniosą obiecywane rezultaty – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes designer Robert Majkut, autor m.in. projektu fortepianu Whaletone, kina Orange Cinemas w Pekinie czy wnętrza Multikina w warszawskich Złotych Tarasach. – Taką pewność w obszarze kreacji trudno zagwarantować. Natomiast stosując przemyślane i sprawdzone rozwiązania, można to uprawdopodobnić. Nasze studio projektowe, które specjalizuje się w projektowaniu dla rynku biznesowego, taką metodologię ma i realizując ją krok po kroku, naprowadzamy się na te rozwiązania, które okazują się zazwyczaj najbardziej odpowiednie dla konkretnego tematu.

W ostatnich latach znacznie wzrosła skala customizacji, czyli dopasowania produktów i usług do potrzeb konkretnego klienta. Zdaniem projektanta w zasadzie każde rozwiązanie dla rynku biznesowego musi być szyte na miarę.

Trzeba przestać rozróżniać to, co jest w obszarze designu zazwyczaj wymieniane osobno, czyli funkcjonalność i estetykę. Funkcjonalność jest elementem absolutnie podstawowym – wskazuje Robert Majkut. – Od tego się zaczyna, projektując produkt czy wnętrze. Później dochodzą do tego elementy estetyzujące, które zazwyczaj podlegają pewnej kategoryzacji związanej z identyfikacją marki czy manifestowanymi wartościami.

Wśród firm dominuje przekonanie, że design jest potrzebny, tylko nie bardzo wiadomo, jak go użyć. Jak wskazują projektanci ankietowani przez PARP w badaniu „Diagnoza stanu designu w Polsce”, wśród powodów, dla których firmy nie korzystają z ich usług, jest niska świadomość korzyści (62 proc. wskazań) i niska wiedza na temat wykorzystania designu w ich branży (40 proc.). Robert Majkut podkreśla, że zadaniem studia projektowego jest udowodnienie klientowi, że design się opłaca. Firmy badane przez PARP w większości wskazały, że ich produkt lub usługa, w którym wykorzystano design/ projektowanie/ wzornictwo, odniósł sukces rynkowy (prawie 58 proc. wskazań).

Nasza wieloletnia praktyka i uczestnictwo w bardzo wielu projektach pokazały, że design buduje to, co inwestorów zawsze cieszy, czyli wzrost wartości marki. Buduje rozwiązania bardziej dopasowane do potrzeb ich finalnych klientów. W projektowaniu dla biznesu ważne jest to, że zazwyczaj nie myśli się o zamawiającym, ale o jego klientach. Skupienie się na zrozumieniu odbiorcy zazwyczaj przynosi lepsze rezultaty niż odpowiadanie na prostą potrzebę: zróbcie mi coś fajnego – mówi Robert Majkut.

Według PARP w korzystaniu z usług projektantów największą motywacją dla firm są działania PR-owe i pozycjonowanie się na rynku (prawie 70 proc. wskazań), rosnące oczekiwania klientów (63 proc.), poszukiwanie pomysłów na nowe produkty (52 proc.). 44 proc. przyznaje, że to szansa na zwiększenie zysku.

Według Roberta Majkuta design nie jest dobrem luksusowym, choć często obsługuje marki z najwyższej półki.

Zalety dobrego designu bardzo dobrze widać w przypadku deweloperów – uważa Robert Majkut. – Kupno mieszkania za wielkie pieniądze to ważna, życiowa decyzja konsumenta. Sprzedaż nieruchomości natomiast odbywa się nierzadko w warunkach urągających powadze tej sytuacji: w kontenerach, często tymczasowych pawilonach, na ubłoconym placu budowy, pomieszczeniach z brudnymi szybami itp. Zmiana tej oprawy jest dużą korzyścią dla dewelopera.

Na design autorstwa Roberta Majkuta postawiła firma Profbud w otwartym pod koniec czerwca salonie sprzedaży mieszkań na warszawskim Bemowie.

Polskie firmy nie mają świadomości znaczenia strategii cenowych. Odpowiednio dobrane mogą jednak znacznie zwiększyć przychody firmy

Polskie firmy nie mają świadomości znaczenia strategii cenowych. Odpowiednio dobrane mogą jednak znacznie zwiększyć przychody firmy 8
Blisko 80 proc. firm w Polsce ustala ceny produktu biorąc pod uwagę proporcje między kosztami a przychodami. To najmniej optymalna funkcja optymalizacji długoterminowego zysku – przekonuje Grzegorz Furtak, założyciel firmy pricingLAB. W Polsce świadomość właściwie skalkulowanej ceny produktu jest jeszcze niewielka. Tymczasem odpowiednio określona może zwiększyć zysk firmy nawet do 30 proc. 

Strategia cenowa jest kluczową kompetencją w każdej firmie. Cena to jedyny element, który jest odpowiedzialny za przychody firmy. Pozostałe kwestie, czyli dobry produkt, dobre operacje w firmie, dobra sieć sprzedaży, generują koszty – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Grzegorz Furtak, ekspert cenowy, założyciel firmy pricingLAB.

Jak wskazuje ekspert, wpływ ceny na maksymalizację sprzedaży jest nie do przecenienia. Przy zbyt wysokiej firma ryzykuje utratę części klientów, których nie stać na taki wydatek. Zbyt niska cena sprawia zaś, że w oczach części osób produkt jest nie najlepszej jakości. Zdaniem założyciela pricingLAB pełne ceny mogą wzmocnić komunikat o wysokiej jakości produktu, przede wszystkim przy luksusowych produktach.

Znalezienie optymalnej ceny jest bardzo istotną kwestią i dlatego warto temu poświęcić czas i zbadać tę sprawę dogłębnie. To szczególnie istotne przy wyznaczaniu optymalnej ceny nowego produktu, gdzie nie ma efektu porównania. Z mojego doświadczenia wynika, że optymalna cena jest kluczową kompetencją w każdej firmie – przekonuje Furtak.

Odpowiednio dobrana cena jest elementem strategii cenowej. Najpopularniejszą metodą, stosowaną przez blisko 80 proc. przedsiębiorstw jest strategia kosztowa (cost plus pricing), gdzie cena jest sumą kosztów oraz narzutu, czyli pewnego procentu kosztu.

W tej strategii wyznaczamy cenę, biorąc pod uwagę odpowiednią proporcję między kosztami a przychodami firmy. Mamy określone koszty, do tego narzucamy marżę zysku i wówczas wyznaczamy cenę – tłumaczy ekspert cenowy.

W strategii cen konkurencji (competition pricing) istotna jest analiza cen podobnych produktów proponowanych przez konkurencję, przede wszystkim lidera sprzedaży w danym segmencie. Pomóc może też porównanie cen i jakości oferowanych produktów. Wówczas przy wchodzeniu na rynek efektywna może okazać się sprzedaż o ok. 10 proc. niższa przy podobnej jakości produktu.

Osobiście preferuję strategię tzw. value based pricing, gdzie staramy się oznaczyć, zrozumieć, ile klienci są gotowi zapłacić za nasz produkt. To właśnie jest wyznacznikiem optymalnej ceny – zaznacza Furtak.

Ustalanie cen w oparciu o postrzeganą wartość wyznacza górną granicę dopuszczalnego przedziału cenowego. Taka strategia dobrze sprawdza się w restauracjach czy biznesie modowym.

W zależności od modelu biznesowego czy charakteru strategicznego firmy można też stosować stale niższe ceny lub przy wyższych zastosować promocje.

Obie metody są skuteczne, ale w konkretnym segmencie rynku. Promocje są jednym z bardzo silnych czynników, na który się składa strategia cenowa. Nie możemy rozmawiać o strategii cenowej w oderwaniu od strategii promocyjnej. Permanentna cena to jedno, ale jasne, skuteczne promocje to również element strategii cenowej – przekonuje ekspert.

Jak przekonuje Furtak, choć strategia cenowa jest kluczowa, to firmy dopiero zaczynają dostrzegać jej wpływ na działalność biznesu.

Dziwię się, dlaczego na żadnej polskiej biznesowej uczelni nie ma kursu pricingowego. Zależy nam na tym, żeby propagować tę dyscyplinę, jaką jest pricing. To interdyscyplinarne podejście do cen. Nagroda jest bardzo duża, bo to najsilniejsza dźwignia zysków w firmie. Polska jest jeszcze przed boomem zainteresowania tą dyscypliną i mamy pewną rolę do odegrania w propagowaniu tej myśli – ocenia założyciel pricingLAB.

Rekordowo niskie bezrobocie może osłabić polskie przedsiebiorstwa

Rynek pracy w Polsce jest coraz bardziej rynkiem pracownika. Mamy najniższe bezrobocie od 25 lat. To zarazem dobra i zła wiadomość. Zła, bo dalszy spadek bezrobocia będzie obniżał konkurencyjność przedsiębiorstw i ograniczał ich inwestycje.

– Przy niskim bezrobociu zwiększają się presja na wzrost wynagrodzeń, a jeżeli te rosną, to zwiększają się koszty przedsiębiorstw – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

– Przez wzrost kosztów osłabiać się będzie konkurencyjność polskich przedsiębiorstw, jeżeli te nie będą inwestować, a dane GUS o inwestycjach po półroczu są niepokojąco niskie.
W przyszłości będzie Polsce trudno osiągać wyższą stopę wzrostu gospodarczego, a przecież na tym powinno nam zależeć najbardziej, dodaje ekspert XTB.

Ukryty dług publiczny rządu jest szczególnie niebezpieczny

W ciągu roku każdemu Polakowi państwo zabiera tysiąc złotych, aby spłacać dług publiczny. Szczególnie niebezpieczną jego częścią jest dług ukryty. Dług ukryty jest ponad 3-krotnie wyższy od długu jawnego i związane są z nim zobowiązania wobec obywateli – a takimi są emerytury – mogą być niezrealizowane przez rząd.

– Dług ukryty jest dużo bardziej niebezpieczny, bo jest zawsze dużo słabiej monitorowany – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). – W przypadku długu ukrytego rząd ma dużo większą swobodę w obiecywaniu, że dziś weźmie składkę od obywatela na emerytury, ale ich wypłacanie stanie się problemem przyszłych rządów i zmienią się na przykład zasady indeksacji.

Dług jawny Polski oscyluje w granicach 900 mld zł, natomiast dług publiczny przekracza 3 bln zł. W szczególnie niebezpieczny sposób dług ukryty zwiększyłoby obniżenie wieku emerytalnego.

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

RPP pod presją

RPP pod presją 9

Rozczarowanie polskimi danymi może być o wiele większe niż na pierwszy rzut oka się wydaję. Większość ekonomistów spodziewała się lepszych danych z polskiej gospodarki napędzanych programem 500 plus. Jednak efektów na dzień dzisiejszy nie widać. Warto zauważyć, że do 24 czerwca wypłacono już ponad 4 mld zł świadczeń, które nie przełożyły się na lepszy odczyt PKB, czy też sprzedaży detalicznej w lipcu.

Kontynuacja słabych odczytów gospodarczych w przyszłości może przełożyć się na zmianę stanowiska Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Na dzień dzisiejszy RPP nie widzi potrzeby dalszego luzowania polityki monetarnej. Bynajmniej przy spowalniającej gospodarce na władze monetarne będzie wywierana coraz większa presją ze strony rządu na dalsze stymulowanie gospodarki.

Na powyższym wykresie zobrazowano spadek rentowności obligacji rządowych (na początku miesiąca linia żółta, stan aktualny linia zielona) , co może sugerować, że rynek powoli zaczyna wyceniać kolejną obniżkę stóp procentowych w najbliższej przyszłości.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

USD/CAD – kontynuacja trendu spadkowego

USD/CAD - kontynuacja trendu spadkowego 10

Słabość dolara amerykańskiego na szerokim rynku wynika z opublikowanego protokołu z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej. Rynek oczekiwał bardziej stanowczego stanowiska ze strony amerykańskich władz monetarnych. Rozczarowanie inwestorów stanowiskiem Fed-u niemal natychmiastowo przełożyło się na wyprzedaż dolara amerykańskiego na szerokim rynku.

Na parze walutowej USD/CAD znaleźliśmy się w bardzo ciekawym położeniu. Notowania odbiły się od strefy podaży 1.300-1.329 i zmierzają w stronę ostatniego minimum w okolicy 1.24. Dodatkowo drożejąca ropa naftowa tylko napędza trend spadkowy. Zatem scenariuszem bazowym pozostanie kontynuacja trendu spadkowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych