Sztuczna inteligencja pomoże zdiagnozować wady genetyczne płodu

Instytut Matki i Dziecka współpracuje z Microsoft Research ze Stanów Zjednoczonych przy realizacji pierwszego na świecie projektu wykorzystującego sztuczną inteligencję we wczesnym wykrywaniu genetycznych wad nerek u płodów. Zastosowanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, IoT oraz chmury to element strategii naukowo-klinicznej instytutu do 2024 roku. Placówka testuje, a następnie, na podstawie wyników i bilansu korzyści dla specjalistów, wdraża konkretne technologie w działanie zespołów medyków i specjalistów.

„Cyfryzacja wprowadza medycynę na taki poziom, na jakim nigdy jeszcze się nie znajdowała (…) a technologie likwidują bariery wynikające np. z odległości, czego dowodzi nasza współpraca z Microsoft. Ogranicza nas zatem jedynie śmiałość w sięganiu po nowe rozwiązania” – mówi dr n. med. Tomasz Maciejewski, dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Założenia projektu IMiD oraz Microsoft Research zostały omówione podczas konferencji Impact’21 w Poznaniu. O technologiach, które znajdują tam zastosowanie także w histeroskopii, planowaniu operacji rozszczepu podniebienia oraz testach przesiewowych, rozmawiali dr n. med. Tomasz Maciejewski, dyrektor IMiD, Ireneusz Wochlik AI LAW TECH oraz Tomasz Jaworski, dyrektor transformacji cyfrowej w polskim oddziale Microsoft.

Projekt realizowany w IMiD ma doprowadzić do stworzenia algorytmów sztucznej inteligencji oraz oceny ich użyteczności w celu zwiększenia skuteczności badań prenatalnych. Naukowcy przewidują, że algorytmy mogą być wykorzystane jako narzędzie wspierające lekarzy, pokazując im zmiany w obrazach ultrasonograficznych płodów, które wskazują potencjalne choroby genetyczne. To pierwsza taka współpraca pomiędzy polskim ośrodkiem medycznym a Microsoft Research w obszarze opracowywania i testowania technologii do badań dotyczących genetyki.

„Jesteśmy przekonani, że sztuczna inteligencja po prostu jest w stanie zobaczyć więcej niż lekarz” -przyznaje dr hab. n. med. Beata Nowakowska, prof. IMiD, Kierownik Zespołu Pracowni Cytogenetyki Zakładu Genetyki Medycznej IMiD, kierująca projektem ze strony Instytutu. „Jeśli tylko dobrze opracujemy dane genetyczne i dane z USG, będziemy mogli wykorzystać proces uczenia maszynowego i sztuczną inteligencję do wsparcia diagnozowania nieprawidłowości u płodów za pomocą USG” – dodaje prof. Nowakowska.

Dane z genów

W tym celu powstają modele bazowe, dzięki którym technologia będzie w stanie rozpoznać obrazy przedstawiające nieprawidłowości u płodu. Aby tego dokonać trzeba odpowiednio opracować dwa zbiory danych pochodzących od tych samych pacjentów, którzy już zostali zdiagnozowani. Pierwszy zbiór stanowią dane genetyczne, a drugi – obrazy ultrasonograficzne zaistniałych nieprawidłowości. W tym celu zespół pod kierownictwem prof. Nowakowskiej wykorzystał ogólnie dostępne zbiory danych oraz własne zasoby informacji, pozyskanych od pacjentów za ich zgodą. Do ich analizy i wykazania korelacji pomiędzy nieprawidłowością genomu a jej obrazu z badania USG wykorzystywany jest moduł danych naukowych (data science module) bazujący na platformie chmurowej Microsoft Azure, który dostarczył Instytutowi Microsoft Research.

„Dzięki Microsoft Azure dysponujemy dzisiaj globalnymi, hiperskalowymi możliwościami chmury, co umożliwia kreowanie innowacji, które wcześniej po prostu nie były możliwe” – powiedział Chaitanya Bangur, starszy dyrektor ds. platform biomedycznych i genomiki w Microsoft Research. „Cieszymy się, że możemy współpracować z prof. Nowakowską i zespołem Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie przy tym innowacyjnym projekcie, którego ambicją jest wykorzystanie mocy sztucznej inteligencji i przetwarzania w chmurze, co wpływa na życie dzieci i ich rodzin. Współpraca jest doskonałym przykładem tego, jak wykorzystanie wyspecjalizowanych technologii chmurowych, takich jak Azure Machine Learning, może pomóc w połączeniu danych multimodalnych, takich jak dane obrazowania i dane genomowe. Będzie to klucz do lepszego zrozumienia śmiertelnych chorób i rozwoju spersonalizowanej medycyny.

Szybciej zapobiegać, skuteczniej leczyć

Wczesne wykrycie niepokojących zmian w rozwoju płodu może umożliwić specjalistom bardziej szczegółową diagnostykę ciąży i jej przebiegu oraz ustalić właściwe formy leczenia w trakcie ciąży i już po narodzinach. Wreszcie w części przypadków wczesne rozpoznanie choroby pozwala podjąć leczenie dziecka jeszcze w łonie matki lub bezpośrednio po jego narodzeniu, co np. pozwoli zapobiec kolejnym powikłaniom.

„Mamy ogromne nadzieje na zastosowanie opracowywanego rozwiązania” przyznaje prof. Nowakowska. „Jeśli się one spełnią, będzie to duże wsparcie dla lekarzy, zapewniające pacjentkom skuteczniejszą diagnostykę płodu, a tym samym większą świadomość na temat tego, jak rozwija się ich dziecko. To niezwykle istotna kwestia, szczególnie w obszarach, gdzie pacjentki mają ograniczony dostęp do wysokokwalifikowanych specjalistów, jak w większości niewielkich miejscowości. I oczywiście nie dotyczy to tylko i wyłącznie Polski, ale całego świata.”

Leczenie przyszłości

Podobnym projektem, który w Instytucie oczekuje na swój pilotaż, jest wsparcie za pomocą sztucznej inteligencji wykrywania zmian w jamie macicy pacjentek. Technologię do tego rozwiązania – czyli silnik AI – dostarcza Sky Engine, partner Microsoft, który z powodzeniem wdrożył już rozwiązanie AI pozwalające na skrócenie czasu potrzebnego na analizę filmów z endoskopii kapsułkowej, usprawniając dzięki temu pracę wielu specjalistów. Specjalnie przygotowane algorytmy sztucznej inteligencji wybierają z kilkugodzinnego filmu te jego fragmenty, na których powinien skoncentrować się specjalista. Po przeszkoleniu systemu w zakresie zmian w macicy, ma on podobnie wskazywać lekarzom ewentualne niepokojące obszary, by poprawić skuteczność diagnostyczną badań.

IMiD od lat jest w awangardzie wdrażania nowatorskich rozwiązań cyfrowych, które mają ułatwiać pracę, zwiększać skuteczność działań i służyć pacjentom. Wdrażając 4 lata temu Microsoft Office 365 Instytut został pierwszym w Polsce publicznym szpitalem i jednostką badawczą, która wykorzystywała publiczną chmurę obliczeniową umożliwiającą bezpieczne i opłacalne funkcjonowanie.

Podobnie realizacja szeregu badań wśród dzieci – zarówno tzw. bilansów, jak i testów przesiewowych, za które odpowiada IMiD, nie byłaby możliwa, gdyby nie wykorzystanie chmurowych systemów bazodanowych i sprawnej komunikacji cyfrowej pomiędzy Instytutem a szeregiem placówek terenowych. To dzięki nim wśród dzieci w Polsce wzrosła wykrywalność np. chorób rzadkich.Sztuczna inteligencja pomoże zdiagnozować wady genetyczne płodu 2

Pełny obraz pacjenta

Zespoły specjalistów IMiD pracują nad wykorzystaniem innowacyjnych rozwiązań technologicznych, by skuteczniej troszczyć się o zdrowie pacjentów.

„Przez lata w IMiD staraliśmy się pokonywać bariery i zapewniać naszym pacjentom opiekę zdrowotną na światowym poziomie, choć wiele z ówczesnych marzeń wydawało się poza naszym zasięgiem. Dziś cyfryzacja wprowadza medycynę na taki poziom, na jakim nigdy jeszcze się nie znajdowała, niezależnie jaki kraj wzięlibyśmy pod uwagę jako przykład. W dodatku technologie likwidują bariery wynikające np. z odległości, czego dowodzi nasza współpraca z Microsoft. Ogranicza nas zatem jedynie śmiałość w sięganiu po nowe rozwiązania. Bo przecież nie środki, których dotąd też nie mieliśmy w nadmiarze, a i tak finalnie zawsze znaleźliśmy sposób, by być pionierem w Polsce we wdrażaniu nowatorskich form terapii. Dlatego dziś nasze dążenie do wykorzystania technologii cyfrowych na rzecz pacjentów zapisaliśmy w Strategii Naukowo-Klinicznej na lata 2021 – 2024. Widzimy bowiem, jak potężnym narzędziem zarówno w pracach naukowo-badawczych z zakresu medycyny, jak i w działalności klinicznej staje się sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe, chmura danych, IoT i cały szereg innych współczesnych technologii. Ułatwiają i ulepszają diagnostykę, usprawniają obsługę pacjentów, pozwalają na wczesne wykrywanie anomalii, ułatwiają dobranie najskuteczniejszej terapii… Nie sposób wymienić wszystkich atutów z nich wynikających. Dlatego, podobnie jak niegdyś, tak i teraz nie chcąc pozostać w tyle, stawiamy na cyfryzację” – mówi dr n. med. Tomasz Maciejewski, dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Przykładem jest zastosowanie okularów rozszerzonej rzeczywistości Microsoft HoloLens. Trwają próby ich wykorzystania w dwóch obszarach – szkoleniach i działalności klinicznej. Dowodem na tę drugą oś działania są dzieci z rozszczepem podniebienia. Dzięki technologii rozszerzonej rzeczywistości oraz HoloLensom, chirurg przystępujący do operacji może bezpośrednio na twarz pacjenta nałożyć stworzony dzięki obrazowym metodom diagnostycznym trójwymiarowy model, co znacznie ułatwia jego pracę. Okulary HoloLens pozwalają też specjalistom z IMiD konsultować przypadki rozszczepu podniebienia z innymi europejskimi ośrodkami i opiniować planowany proces leczenia.

Dostęp do specjalistów dla każdego

Innym sposobem na wykorzystanie tej technologii jest jej użycie na izbie przyjęć lub podczas obchodów lekarskich. Skoro można połączyć się za ich pomocą z ośrodkiem w innym kraju, to z pewnością można dokonać połączenia między oddziałami IMiD. W rezultacie specjalista z danej dziedziny, wzywany na konsultację, nie musi już schodzić na izbę przyjęć czy do danego gabinetu. Zamiast tego za pomocą HoloLens, może przekazać swoje uwagi na odległość, co pozwala mu zaoszczędzić czas. Podobną funkcję ma integracja HoloLens z systemem szpitalnym i wykorzystanie funkcji speech to text. Gogle, wyposażone w mikrofon, pozwalają zarówno mieć stały dostęp do dokumentacji medycznej pacjenta, przy którego łóżku znajduje się aktualnie lekarz, jak i wprowadzać do niej głosowo niezbędne notatki i zalecenia, mając przy tym stały kontakt z pacjentem. Wypowiedzi zamieniane są w notatki, które na bieżąco są zapisywane w systemie szpitalnym. Wszystko to przyczynia się do zwiększenia wydajności pracy i poprawy szeregu wyników placówki. Przede wszystkim jednak prowadzi do odzyskania jak największej ilości czasu specjalisty dla pacjenta.

Jako jedna z kluczowych placówek w polskim systemie ochrony zdrowia, IMiD prowadzi pacjentów z całej Polski. Chcąc więc sprawić, by ich wizyty przebiegały jak najbardziej sprawnie, w miłej atmosferze, bez stresu i napięcia, w Instytucie prowadzone są prace nad aplikacją dla pacjentów, która będzie stanowiła swego rodzaju przewodnik. Rozwiązanie ma pomagać zarówno przed wizytą w szpitalu, w jej trakcie, jak i po niej, zapewniając stały kontakt z placówką. Ma ona integrować w sobie szereg funkcji, jak kalendarz poszczególnych wizyt, nawigację po szpitalu, kompendium zaleceń lekarskich po konsultacjach, możliwość kontaktu z lekarzem itp.

„Nigdzie dotąd na tak szeroką skalę, jak w Instytucie Matki i Dziecka, technologia nie pracowała ramię w ramię z lekarzami, chroniąc i ratując zdrowie pacjentów. Instytut wyznacza szlak, którym mogą podążać inne placówki z ambicją tworzenia sprawnie działających instytucji, gdzie technologia wspiera lekarzy i pacjentów. Jest to dziś główna droga do tego, by system ochrony zdrowia mógł zapewnić odpowiedni poziom usług medycznych pacjentom, biorąc pod uwagę współczesne wyzwania, takie jak starzenie się społeczeństwa czy brak specjalistów. Tylko scedowanie części obowiązków na technologie i ułatwienie tym samym pracy medykom pozwoli odblokować zasoby, które są niezbędne, by ochrona zdrowia mogła działać sprawnie. A jeśli o zasobach mowa, to warto przy okazji podkreślić, że wraz z ich odblokowaniem udaje się też zoptymalizować koszty realizacji świadczeń medycznych, a to dla systemu ochrony zdrowia w każdym kraju jest wartością bezcenną” – mówi Bartosz Stebnicki, dyrektor sektora publicznego w polskim oddziale Microsoft.

Co prawda może upłynąć jeszcze trochę czasu, zanim w gabinecie lekarskim spotkamy osobę w dziwnych goglach, która jednocześnie będzie z nami prowadzić wywiad i dyktować historię choroby. Zmiany w tym kierunku już się zaczęły, a rzeczywistość nie raz udowodniła, jak szybko mogą przebiegać tego typu wdrożenia.

Branża transportowa negocjuje z Ministerstwem. W grę wchodzi nawet 30 mld zł rocznie

Branża transportowa prowadzi zaawansowane rozmowy z Ministerstwem Infrastruktury w sprawie proponowanych zmian w ustaw o czasie pracy kierowców i o transporcie drogowym, które mają dostosować przepisy do unijnego pakietu mobilności. Według szacunków Forum Transportu Drogowego, w wyniku pierwszej propozycji zmian koszty dla przewoźników mogłyby wzrosnąć nawet o 30 mld złotych rocznie. – Ta kwota nie jest przeszacowana i oznaczałaby duże kłopoty dla wielu polskich firm transportowych. Na szczęście są dobre wieści, bo resort przyjął do wiadomości i realizacji większość naszych postulatów na ostatnim spotkaniu i jesteśmy na dobrej drodze do porozumienia – podkreśla Łukasz Włoch, ekspert Grupy Inelo, wybrany do grona przedstawicieli FTD na rozmowy z Ministerstwem.

Podczas posiedzenia Forum Transportu Drogowego, które odbyło się 13 października wypracowano wspólne stanowisko wobec zmian proponowanych przez Ministerstwo Infrastruktury, a także wybrano osoby, które będą reprezentowały środowisko przewoźników drogowych w rozmowach z resortem.

W skład zespołu weszli przedstawiciele zrzeszeń transportowych: Andrzej Bogdanowicz z Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Transportu Drogowego, Maciej Wroński ze Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska, Piotr Mikiel z Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych, Zdzisław Szczerbaciuk z Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji oraz Łukasz Włoch z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców Grupy Inelo.

Zostaliśmy zaproszeni przez jednego współprzewodniczących FTD, prezesa OZPTD Pana Piotra Litwińskiego, dzięki czemu mieliśmy okazję zaprezentować nasze spojrzenie na ten temat w szerszym gronie. Następnie uczestnicy Forum Transportu Drogowego debatowali, kto powinien ich reprezentować w rozmowach z Ministerstwem, wskazując między innymi naszego głównego eksperta Łukasza Włocha jako jednego z przedstawicieli. To niewątpliwie wyraz uznania dla pracy, jaką Grupa Inelo wykonuje na co dzień na rzecz branży transportowej. Od blisko 15 lat zajmujemy się interpretacją przepisów polskich i unijnych czy zachodzącymi zmianami dotyczącymi organizacji pracy kierowców i ich rozliczania, właśnie w celu ograniczania ich negatywnych skutków dla przewoźników – opowiada Kamil Wolański Kierownik Działu Ekspertów Grupy INELO

Ogromne zaniepokojenie FTD

Przed rozmowami z Ministerstwem Infrastruktury Forum Transportu Drogowego ustaliło wspólne stanowisko. Sygnatariusze podkreślali w nim, że „wyrażają ogromne zaniepokojenie proponowanymi zmianami do ustawy o transporcie drogowym oraz do ustawy o czasie pracy kierowców”. Szacowali, że wprowadzenie pierwszej wersji zapisów proponowanych przez resort zwiększyłoby koszty branży transportu drogowego o 30 mld złotych rocznie. Dotyczyły one nowej organizacji pracy kierowców, eliminacji podróży służbowych, a co z tym idzie, wzrostu płac, związanych też m.in. z wejściem w życie przepisów pakietu mobilności (od 2 lutego 2022 roku). Dla wielu firm skala wzrostu wydatków może być nie do uniesienia.

„Koszty będą większe, co jest nieuniknione i przewoźnicy zdają sobie z tego sprawę, ale nie powinny wzrosnąć w tak drastyczny sposób”

Gdyby pierwsze propozycje Ministerstwa weszły w życie, trudno byłoby przetrwać transportowi drogowemu. Były to zmiany, na które przewoźnicy nie mogli się zgodzić, bo byłyby nie do zrealizowania, jak choćby tworzenie harmonogramów pracy na miesiąc do przodu. W międzynarodowym transporcie drogowym nie możliwości, aby pracę kierowcy w sposób racjonalny zaplanować na tak długi okresuważa Łukasz WłochJeśli koszty działalności miałyby wzrosnąć o 30-40 proc. z miesiąca na miesiąc, to wiele firm transportowych tego nie udźwignie. Dlatego na przykład w kwestii wyższych wynagrodzeń dla kierowców wynikających z pakietu mobilności powinniśmy znaleźć rozwiązanie łagodzące te skutki. Koszty będą większe, co jest nieuniknione i przewoźnicy zdają sobie z tego sprawę, ale nie powinny wzrosnąć w tak drastyczny sposób.

Ministerstwo otwarte na rozmowy z polskim transportem

Wybrani przedstawiciele Forum Transportu Drogowego odbyli dwa spotkania robocze, a następnie 25 października doszło do konferencji uzgodnieniowej w związku z trwającymi konsultacjami publicznymi dotyczącymi projektu zmian w ustawie o czasie pracy kierowców i o transporcie drogowym. Postulaty branży transportowej zreferowali Maciej Wroński, Piotr Mikiel i Andrzej Bogdanowicz.

– Prace poszły w bardzo dobrym kierunku i jest otwartość z każdej strony na uzgodnienie końcowej wersji. Większość postulatów podnoszonych przez FTD w dużej części zostało przyjęte do realizacji przez ministerstwo, czekamy na ostateczną wersję projektu ustawy – podkreśla Łukasz Włoch.

Komisja Europejska wyjaśnia przepisy

Eksperci Grupy Inelo są także obecni w innych zespołach doradczych związanych z branżą transportową. W maju tego roku działająca przy Komisji Europejskiej Dyrekcja Generalna Komisji ds. Mobilności i Transportu (DG MOVE) podjęła decyzję o powołaniu Grupy Ekspertów ds. delegowania kierowców. W jej skład wchodzą organy administracyjne państw członkowskich oraz organizacje transportowe. Polskimi przedstawicielami są Margareta Przybyła (ZMPD), Joanna Jasiewicz (TLP) i Bartłomiej Zgudziak z Grupy INELO.

Do tej pory Grupy Ekspertów ds. delegowania kierowców obradowała online pięciokrotnie. W spotkaniach brało udział około 70 ekspertów z UE. – Skupialiśmy się przede wszystkim na wyjaśnieniu, kiedy kierowca będzie podlegał nowym przepisom i będzie traktowany jako pracownik delegowany, jak rozumieć przewozy bilateralne, rozładunki i doładunki w trakcie takiego transportu, a także jak będzie wyglądało delegowanie podczas przewozów cross–trade i kabotażowych – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak – Omawiane było także działanie nowej platformy, w której przewoźnik będzie musiał zgłaszać każdy przejazd podlegający pod przepisy dotyczące delegowania. Dzięki temu służby kontrolne będą miały informacje, czy i jaki typ transportu wykonuje kierowca, a nawet czy otrzymał wynagrodzenie zgodnie z przepisami, które wkrótce wejdą w życie.

Zagraniczne stawki w międzynarodowym transporcie

Kolejne spotkanie Grupy Ekspertów ds. delegowania kierowców zaplanowano na listopad. Poruszanymi tematami będą te związane ze sposobem rozliczania zagranicznych stawek dla kierowców w transporcie międzynarodowym. Przepisy dyrektywy, która będą obowiązywać od 2 lutego 2022 roku, sprawią, że polski przewoźnik będzie zobowiązany zapewnić takie same warunki zatrudnienia, jak mają kierowcy państwa, do którego wjeżdża. To oznacza rozliczenie zgodnie z lokalnymi, krajowymi przepisami ustawowymi, wykonawczymi i administracyjnymi lub umowami zbiorowymi. Firmy transportowe muszą liczyć się ze znacznie wyższą stawką zagranicznej płacy niż do tej pory.

To dla nas bardzo istotne tematy, szczególnie ten jak będzie wyglądało wyliczanie wynagrodzenia w poszczególnych krajach członkowskich. Dzięki temu, że jesteśmy w tej grupie mamy informacje z pierwszej ręki. Spotkanie najczęściej ma taki przebieg, że Dyrekcja Generalna Komisji ds. Mobilności i Transportu przedstawia prezentację na temat jednego z zagadnień, a potem zadajemy pytania, by wyjaśnić wszelkie wątpliwości w stosowaniu przepisów w praktycezaznacza Bartłomiej Zgudziak.

Euro po 4,63 i rośnie

Nie można mówić o panice na rynku polskiego złotego, widać natomiast realny problem, który podsycany jest dodatkowo przez konflikt z instytucjami unijnymi.

Korekta na ropie naftowej

Wczoraj na rynek trafiły dwie wiadomości, które doprowadziły do przeceny na rynku ropy naftowej. Były to wyższe od oczekiwań zapasy ropy w USA oraz plotki o możliwym powrotu Iranu do rozmów w sprawie rozbrojenia nuklearnego. Kraj ten ze względu na sankcje nie może eksportować surowca, co szczególnie przy tym poziomie cen musi być bardzo uciążliwe. Niewykluczone, że ktoś w końcu policzył koszty izolacji i doszedł do wniosku, że pełen powrót na rynki jest tego po prostu warty. Gdyby do niego doszło, być może mielibyśmy koniec wzrostowego trendu cen ropy.

Złoty w odwrocie

W skali polskiego budżetu dodatkowy milion euro dziennie nie jest czymś, co powoduje, że jako kraj zbankrutujemy. Jest to już jednak zauważalna kwota. Dlaczego piszemy o milionie euro? Bo właśnie taką karę zasądzono nam za działanie sławnej już Izby Dyscyplinarnej. Niewykluczone, że biorąc pod uwagę koszt tej inicjatywy, zostanie ona zamieniona na inne rozwiązanie niebudzące tak wielu negatywnych emocji. Koszt tej kary pobieranej przez rok sięgnąłby ponad ćwierć procenta wydatków całego polskiego budżetu. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy odnoszą się z rezerwą do złotego i wyprzedaż trwa w najlepsze. Dzisiaj nad ranem euro kosztowało już 4,63 zł.

Kanada nie zmienia stóp procentowych

Zgodnie z oczekiwaniami Bank Kanady nie zmienił wczoraj stóp procentowych. Dokonał jednak innej zmiany. Wycofał się z programu luzowania ilościowego. Oznacza to, że nie będzie już pompował miliardów dolarów na rynek. Ruch ten był dość dużym zaskoczeniem. Kanada bardzo często powiela ruchy swojego jedynego sąsiada. To prawdopodobnie dlatego pomimo rosnącej inflacji nie podniosła stóp procentowych. Z drugiej strony Amerykanie rozpisali wyjście z programu luzowania aż na 8 miesięcy. Rynki walutowe były również zaskoczone decyzją banku, o czym najlepiej świadczy wyskok w górę (mniej więcej 1%) dolara kanadyjskiego względem jego amerykańskiego kolegi. Część tego ruchu została jednak szybko skorygowana.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polski Ład. Koniec z czynnym żalem

Na mocy projektu, jakim jest Polski Ład, wprowadzone zostaną nowe obowiązki zarówno w kontekście korygowania jednolitych plików kontrolnych JPK_V7, jak i składania – wraz z jego korektą – czynnego żalu. Zmiany w kodeksie karnym skarbowym mają obowiązywać już od 2022 roku.

Aktualne przepisy przewidują, że sprawca, który po popełnieniu czynu zabronionego zawiadomi o nim organ powołany do ścigania, ujawniając istotne okoliczności tego czynu, nie podlega karze za przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Co ważne, nawet jeśli przed złożeniem korekty wszczęte zostało postępowanie przygotowawcze w sprawie podatnika, z chwilą prawidłowego rozliczenia jest ono umarzane. Na mocy zmian, jakie niesie ze sobą Polski Ład, istotna będzie szybkość złożenia korekty – a ta musi nastąpić przed wszczęciem postępowania przygotowawczego o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe.

Mówiąc krótko, kara za korektę nie ominie tych podatników, przeciwko którym – jeszcze przed złożeniem korekty deklaracji lub jednolitego pliku kontrolnego – wszczęte zostało postępowanie przygotowawcze o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe. Co istotne, od kary nie uchylą się również ci podatnicy, których przestępstwo lub wykroczenie skarbowe zostanie ujawnione w toku postępowania przygotowawczego toczącego się w innej sprawie.

W tym miejscu należy podkreślić, że organy podatkowe nie mają obowiązku informowania o zastosowaniu przepisu.  Sprawia to, że podatnik, z chwilą złożenia prawidłowej korekty, nie ma pewności co do tego, czy w jego sprawie nie toczy się właśnie takie postępowanie – mówi Teresa Warska, specjalistka ds. prawa podatkowego w Systim.pl.

Co ciekawe, w projekcie Nowego Ładu Ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz niektórych innych ustaw, rozszerzono także zakres przedmiotowej regulacji dodatkowo na korektę części ewidencyjnej JPK_V7. Czy to oznacza zatem koniec tzw. czynnego żalu?

Warto w tym miejscu przypomnieć, że czynny żal stanowi dobrowolne przyznanie się do naruszenia przepisów podatkowych, dzięki któremu może nastąpić odstąpienie od ukarania sprawcy przez organ podatkowy. Dotyczy to sytuacji, gdy podatnik między innymi nierzetelnie wystawiał faktury, bezprawnie stosował obniżone stawki VAT, nie złożył zeznania podatkowego w terminie czy też zataił przed organem podatkowym rzeczywiste rozmiary prowadzonej działalności.

Wprowadzony na mocy Polskiego Ładu przepis sprawia, że nie będzie już trzeba załączać czynnego żalu do korekt jednolitego pliku kontrolnego. Z początkiem 2022 roku do korygowania zarówno deklaracyjnej, jak i ewidencyjnej części JPK_V7 swoje zastosowanie będzie miał przekształcony art. 16a ust. 1 kodeksu karnego skarbowego. Wyczytać z niego możemy, iż nie podlega karze sprawca czynu zabronionego dotyczącego złożenia deklaracji lub przesłania księgi, jeżeli po jego popełnieniu została złożona organowi podatkowemu prawnie skuteczna korekta deklaracji lub księgi dotycząca obowiązku, którego nieprawidłowe wykonanie stanowi ten czyn zabroniony – dodaje Teresa Warska z Systim.pl.

UBS: 77% europejskich inwestorów optymistycznie patrzy na gospodarkę regionu w perspektywie najbliższych 12 miesięcy

  • Ponad trzy czwarte inwestorów oczekuje, że zwroty ze zrównoważonych inwestycji będą równe lub wyższe niż zwroty z klasycznych lokat kapitału
  • Większość właścicieli firm zaoferowała pracownikom bardziej elastyczne warunki pracy w obliczu napięć na rynku pracy

Inwestorzy coraz częściej dostrzegają korzyści płynące z uwzględniania w swoich portfelach zrównoważonych inwestycji (ang. „SI”) jak wynika z nowego badania Investor Sentiment przeprowadzonego przez UBS, wiodący globalny podmiot w sektorze Wealth Management. Badanie, które objęło 3 004 inwestorów i 1 202 właścicieli firm na 15 rynkach całego świata, wykazało, że większość inwestorów oczekuje, że zwrot z SI będzie równy lub większy niż w przypadku klasycznych inwestycji, a 69% pragnie uzyskać porady na temat zwiększenia udziału SI w swoim portfelu.

Ponadto, badanie potwierdziło, że większość inwestorów nadal optymistycznie postrzega gospodarkę własnego regionu (67%) i rynek akcji (63%) w perspektywie nadchodzących 12 miesięcy, ale coraz większy niepokój budzi w nich wzrost opodatkowania, zmiany klimatyczne i polityka własnego kraju.

„Inwestorzy nadal są optymistycznie nastawieni do gospodarki i rynków, a wielu z nich planuje zwiększyć ekspozycję na ryzyko związane z aktywami, ze szczególnym uwzględnieniem zrównoważonych inwestycji”, powiedział Tom Naratil, prezes UBS Americas i współprezes UBS Global Wealth Management. „Ponieważ zmiany klimatyczne są przedmiotem największego niepokoju inwestorów, wielu z nich z ogromną uwagą będzie śledzić Konferencję ONZ w Sprawie Zmian Klimatu (COP26) jak również wszelkie zainicjowane przez nią przemiany”.

Właściciele firm ze spokojem patrzą na rozwój swojej działalności gospodarczej w okresie nadchodzących 12 miesięcy, mimo iż przyznają, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zdecydowana większość doświadczyła słabszego popytu ze strony klientów, problemów z rekrutacją i zatrzymaniem pracowników oraz inflacji płac. Wielu właścicieli dostosowało się do napiętego rynku pracy, oferując pracownikom bardziej elastyczne godziny i lokalizacje, a 66% postanowiło podnieść podstawowe wynagrodzenie.

„Podczas pandemii właściciele firm stanęli przed wieloma wyzwaniami związanymi z siłą roboczą i musieli dostosować się do potrzeb swoich pracowników i klientów”, dodał Iqbal Khan, prezes UBS na Europę, Bliski Wschód i Afrykę oraz współprezes UBS Global Wealth Management. „To zachęcające, że większość właścicieli firm wykazuje optymizm oraz zainteresowanie zatrudnieniem i inwestowaniem w swoje firmy w perspektywie najbliższych 12 miesięcy”.

Wnioski i zalecenia dotyczące regionów

Stany Zjednoczone

Amerykańscy inwestorzy pozostają optymistycznie nastawieni do gospodarki swojego regionu w perspektywie najbliższych 12 miesięcy (61%) i rynku akcji w perspektywie najbliższych sześciu miesięcy. Jednakże poziom optymizmu spadł w obu przypadkach w porównaniu z poprzednim kwartałem.

Ameryka Południowa

Optymizm inwestorów z Ameryki Południowej co do gospodarki ich regionu w okresie nadchodzących 12 miesięcy nieznacznie spadł do 65% (o dwa punkty procentowe mniej niż w poprzednim kwartale). Oczekiwania względem notowań giełdowych również spadły o tę samą wartość do 62%.

Szwajcaria

Po gwałtownym wzroście optymizmu w drugim kwartale, nastoje wśród szwajcarskich inwestorów powróciły do poziomów z pierwszego kwartału, przy czym 56% spośród nich patrzy z optymizmem na perspektywy gospodarcze w okresie nadchodzących 12 miesięcy. Jednakże oczekiwania względem giełdy znacznie spadły, zaledwie 46% respondentów spodziewa się dobrych wyników na rynku (spadek z 67% w pierwszym kwartale).

Europa (oprócz Szwajcarii)

77% europejskich inwestorów spoza Szwajcarii nadal optymistycznie patrzy na gospodarkę regionu w perspektywie najbliższych 12 miesięcy. Jednak optymizm względem sześciomiesięcznych perspektyw na rynku akcji spadł o dwa punkty procentowe do 71%.

Azja

Inwestorzy w Azji z nieco mniejszym optymizmem patrzą na gospodarkę swojego regionu w perspektywie najbliższych 12 miesięcy, co oznacza spadek o dwa punkty procentowe do 64%. Oczekiwania względem giełdy na najbliższe sześć miesięcy spadły o trzy punkty procentowe do 60%.

Aby uzyskać więcej informacji i zapoznać się z treścią raportu, zapraszamy na stronę: ubs.com/investor-sentiment

O badaniu:

W okresie od 28 września do 18 października 2021 r., UBS przeprowadziło badanie pośród 3 004 inwestorów i 1 202 właścicieli firm, posiadających co najmniej 1 mln USD aktywów inwestycyjnych (w przypadku inwestorów) lub rocznych przychodów i zatrudniających co najmniej jednego pracownika, nie licząc siebie (w przypadku właścicieli firm). Międzynarodowi respondenci pochodzili z 15 krajów: Argentyny, Brazylii, Chin kontynentalnych, Francji, Niemiec, Hongkongu, Włoch, Japonii, Meksyku, Rosji, Singapuru, Szwajcarii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Wielkiej Brytanii i USA. Wyniki dotyczące 2 kwartału 2021 zostały oparte na badaniu prowadzonym przez UBS od 23 czerwca do 12 lipca 2021 pośród 4 200 inwestorów i właścicieli firm z całego świata.

Ceny nieruchomości szybują, nabywców nie brakuje

Podwyżka stóp procentowych nie przyczyniła się jak na razie do osłabienia popytu na mieszkania. Na rynku pierwotnym największych miast w czterech na sześć lokalizacji ceny przekraczają już 10 tys. zł za m kw. Na rynku wtórnym jest tylko nieznacznie taniej. Najnowsze dane za 3 kw. 2021 r. z rynku mieszkaniowego prezentują Metrohouse, Gold Finance i RynekPierwotny.pl.

Barometr ceny rynek pierwotny 3Q2021 Barometr ceny rynek wtórny 3Q2021

Sytuacja osób nabywających mieszkania, niezależnie od tego, czy przedmiotem zainteresowania jest rynek wtórny, czy inwestycje deweloperskie, nie jest zbyt dobra. –Pandemiczne oczekiwania na spadki cen okazały się nietrafne i wszyscy ci, którzy zdecydowali się na zakup mieszkania jeszcze przed czasem COVID-19 mogą cieszyć się transakcjami opiewającymi na kwoty niższe o przynajmniej kilkanaście procent od obecnie notowanych cen na rynku, mówi Marcin Jańczuk, współautor raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance.

Jak twierdzą autorzy raportu, w obliczu coraz silniej postępującej inflacji i globalnych czynników powodujących utrudnienia w procesach produkcyjnych, wzrosty cen nie są niczym nadzwyczajnym. Rosnące koszty pracy, lawinowe podwyżki cen materiałów budowlanych i coraz wyższe kwoty, jakie należy płacić za grunty budowlane znajdują swoje odzwierciedlenie w cennikach deweloperów. – Jak na razie pierwsze od dawna podwyżki stóp procentowych nie wpłynęły na kształtowanie się popytu na nieruchomości, ale istnieje zagrożenie, że kolejne takie działania ze strony Rady Polityki Pieniężnej mogą osłabić zainteresowanie zakupem mieszkań, zwłaszcza w kontekście transakcji inwestycyjnych. Jednak inwestycje w nieruchomości są nadal bardzo powszechne. W III kw. br. wyniki ankiet posprzedażowych pokazują, że odsetek takich sprzedaży wynosi 36 proc., mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse i Gold Finance.

Analizy portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że w sześciu największych miastach w Polsce nadal widoczny jest trend wzrostowy cen. Szybkie zmiany w cennikach deweloperów doprowadziły do sytuacji, w której w czterech z tych miast średnia cena przekracza już 10 tys. zł. za m kw. Średnie ceny w Krakowie (11 012 zł za m kw.) nie odbiegają już znacząco od stołecznych (11 492 zł). Z kolei we Wrocławiu odnotowany został wyjątkowo wysoki kwartalny wzrost sięgający 9,1 proc. (10 178 zł). – Duży wpływ na tę sytuację miała rozbudowa oferty najdroższych mieszkań deweloperskich, które kosztują ponad 15 000 zł/m kw. Udział rynkowy wspomnianych lokali na terenie Stolicy Dolnego Śląska wzrósł z 0,7% do 4,4% w ciągu zaledwie kwartału. Znaczenie najdroższych „M” zwiększyło się też w innych miastach (poza Poznaniem), mówi Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl. Warto także odnotować, że we wszystkich analizowanych miastach spadł udział lokali wycenionych na 6000 zł/m kw. – 7000 zł/m kw. Taka zmiana była rekordowo szybka na terenie Łodzi.

Dynamiczne tempo wzrostów cen we Wrocławiu widoczne jest też na rynku wtórnym, gdzie w porównaniu do poprzedniego kwartału średnia cena w transakcjach wzrosła o prawie 12. proc. i wynosi 9166 zł. Jednocześnie na rynku mieszkań z drugiej ręki pojawiły się dwie korekty w dół. Nieco mniej za mieszkania płaciliśmy w Łodzi i rekordowo drogim Krakowie. Natomiast ceny używanych mieszkań w Warszawie zbliżają się do średniego poziomu 12 000 zł za m kw. – Po raz pierwszy Indeks Cen Mieszkań w naszym raporcie przekroczył 150 pkt. Praktycznie od końca 2019 r. pnie się górę – na przekór pandemii i pozornie niekorzystnym trendom w gospodarce. Jeśli odniesiemy go do II kw. 2020 r., kiedy pierwszy raz dotkliwie odczuliśmy skutki pandemii, jest on wyższy o 14 proc., mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse i Gold Finance.

W ofertach kredytów hipotecznych nie ma istotnych zmian parametrów w stosunku do poprzedniego kwartału. Marże i koszty dodatkowe kredytu są na bardzo zbliżonych poziomie. Zmieniły się natomiast, co jest pozytywną informacją, czasy operacyjne banków. – Widzimy wyhamowanie ilości składanych wniosków, co bezpośrednio przekłada się na czasy wydawania decyzji w bankach. Trzeci kwartał 2021 roku to pierwszy okres obowiązującego  oprocentowania stałego kredytów hipotecznych. Oferta banków ze stałym oprocentowaniem, mimo widma wzrostu stóp procentowych, nie cieszy się na razie zbyt dużą popularnością wśród klientów, komentuje Andrzej Łukaszewski, ekspert finansowy Gold Finance.

Autorzy raportu szacują, że w III kw. br. wolumen nowych kredytów hipotecznych mógł wynieść nawet 24,8 mld zł. Jeśli prognozy się sprawdzą, będzie to nowy kwartalny rekord.

Wiele niepewności w EBC

Na dzisiejszym posiedzeniu EBC prawdopodobnie nie dojdzie do żadnych kluczowych decyzji w sprawie polityki pieniężnej. To nie znaczy, że wydarzenie to będzie mniej istotne. W Radzie Prezesów EBC rośnie niepewność co do trwałości wzrostu inflacji. Pojawiają się różne głosy co do tego jak i czy w ogóle reagować na przedłużającą się fazę wysokich odczytów CPI.

Prezes Lagarde już 8 września podczas konferencji prasowej zapowiedziała, że dopiero 16 grudnia Rada podejmie konkretne działania w sprawie polityki monetarnej w strefie euro. Wówczas będą znane zaktualizowane projekcje makro. Od tamtego momentu na rynek wypłynęło wiele wypowiedzi członków EBC, które zgodnie wpisywały się w scenariusz zakończenia pandemicznego programu zakupu aktywów (PEPP) na wiosnę przyszłego roku. Nie pojawiły się żadne sugestie za jego przedłużeniem mimo wzrostu liczby nowych przypadków COVID-19. Nawet sam główny ekonomista EBC – Philip Lane zwolennik kontynuacji ekspansywnej polityki monetarnej – przyznał, że wpływ wariantu delta na gospodarkę strefy euro będzie ograniczony.

Pomimo dużej zgodności w Radzie i prawdopodobnego przesunięcia decyzji na grudzień, dzisiejsze posiedzenie może wywołać większą zmienność na rynku. Dostrzegalna jest rosnąca niepewność co do tego na ile trwały będzie wzrost inflacji. Luis de Guindos – wiceprezes EBC – na początku października wskazywał na strukturalne przyczyny wzrostu inflacji, których jeszcze kilka miesięcy temu europejska instytucja się nie spodziewała. Inne zdanie wyraziła kilka dni później Isabel Schnabel (członkini zarządu EBC), że obecna presja inflacyjna z czasem ustąpi, jednak szczegółowo opisała powody znacznej niepewności co do jej trwałości. Wskazała na możliwe efekty drugiej rundy i to ten proces bank powinien szczegółowo monitorować. Wskazała, że EBC powinien ustalić czy czynniki, które wywierały presję na obniżenie inflacji przez większą część ostatniej dekady są nada aktualne, czy może uległy odwróceniu na skutek pandemii.

To w jaki sposób zareagować na aktualne problemy wydaje się być tematem spornym wśród urzędników EBC. De Guindos i Schnabel należą do obozu, który jest gotowy zdjąć nogę z gazu wcześniej niż się tego oczekuje. Z kolei Villeroy (prezes francuskiego banku centralnego) opowiedział się za pragmatycznym podejściem. Dostrzega on większe ryzyko tego, że w 2023 roku cel inflacyjny nie zostanie osiągnięty niż że zostanie on przekroczony. Lane również jest niechętny do zmiany kursu. Ekonomista uważa, że nawet jednorazowy wzrost płac nie doprowadzi do powstania nowego trendu. Uważa również, że szok cen energii może podnieść inflację zasadniczą, ale jednocześnie może wywrzeć presję na obniżenie inflacji bazowej. Jeśli wzrost gospodarczy w III kwartale tego roku okaże się niższy od prognoz EBC, gołębia frakcja otrzyma dodatkowy argument. Te dane otrzymamy w dopiero w piątek, ale być może informacje na ten temat EBC będzie posiadać nieco wcześniej.
Bank Kanady zaskoczył wczoraj rynek. Instytucja zdecydowała, że kończy całkowicie cotygodniowe zakupy aktywów o wartości 2 mld CAD. To efekt ożywienia gospodarczego. BoC przechodzi do reinwestowania zapadających aktywów. Stopa procentowa nie uległa zmianie i pozostanie na efektywnym dolnym limicie (0,25 proc.) dopóki cel inflacyjny 2 proc. nie zostanie osiągnięty. W aktualnej projekcji banku nastąpi to w połowie 2022. Tu widać zmianę, ponieważ wcześniej mówiono o II połowie 2022 roku. Prognozy inflacyjne banku zostały podniesione. BoC będzie bacznie monitorować rozwój dynamiki wzrostu cen i kosztów pracy. W ten sposób instytucja zapewniła sobie elastyczność. Będzie podejmować decyzje w zależności od danych. Dolar kanadyjski umocnił się m.in. do USD czy EUR. Część ruchu aprecjacyjnego została jednak w kolejnych godzinach zredukowana.

Dziś z polskich danych makro poznamy jedynie Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury wg BIEC, który nie powinien wpłynąć na wycenę złotego. Dopiero jutrzejsza publikacja CPI może mieć realny wpływ na siłę naszej waluty. EUR/PLN zmierza w kierunku technicznego oporu w okolicach 4,6350 i dopiero tam może nastąpić zmiana kierunku. Wyższe od oczekiwań jutrzejsze dane inflacyjne mogą się do tego w dużym stopniu przyczynić.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Organ II instancji musi umorzyć całe postępowanie podatkowe prowadzone z udziałem firmy, a nie tylko odwoławcze

Firma spierała się z fiskusem o zwrot VAT. Sąd uchylił postanowienie organu odwoławczego, utrzymujące w mocy niekorzystne dla przedsiębiorcy rozstrzygnięcie organu I instancji. Organ II instancji, ponownie rozpoznając sprawę, stwierdził, że jej rozpoznanie stało się bezprzedmiotowe i umorzył postępowanie odwoławcze. Jednak firma mimo wszystko zaskarżyła to rozstrzygnięcie. Sąd przychylił się do skargi, bowiem co ważne dla przedsiębiorców, samo umorzenie postępowania odwoławczego, bez merytorycznego odniesienia się do podniesionych przez podatnika zarzutów wobec skarbówki, sprawia, że wadliwa decyzja organu I instancji nadal pozostaje w obiegu prawnym.

Dostawy o wartości ponad 2,3 mln zł i blisko 300 tys. zwrotu VAT

Spółka z o.o. spółka komandytowa prowadzi działalność związaną z produkcją nadwozi. We wrześniu 2019 r. firma złożyła w urzędzie skarbowym deklarację VAT-7 za poprzedni miesiąc, w której wykazała nadwyżkę VAT naliczonego nad należnym w wysokości blisko 300 tys. zł.

Po przeprowadzeniu czynności sprawdzających naczelnik urzędu skarbowego ustalił, że spółka dokonała zakupów aut ciężarowych oraz wewnątrzwspólnotowych dostaw (WDT) środków transportu na kwotę ponad 2,3 mln zł. Naczelnik wystąpił do niemieckich i szwedzkich organów skarbowych o potwierdzenie zadeklarowanych przez spółkę dostaw. Nie spodobały mu się również powiązania osobowe komandytariusza spółki ze wspólnikami innych spółek, które występowały kilka lat wcześniej o zwrot VAT. Organ uznał więc, że żądana przez firmę kwota 300 tys. zł zwrotu VAT wymaga przeprowadzenia dalszej, bardziej wnikliwej weryfikacji związanych z nią dostaw.

Jak duży zwrot, to trzeba sprawdzić

Pomimo wniesionego przez przedsiębiorcę odwołania dyrektor izby administracji skarbowej utrzymał w mocy postanowienie naczelnika urzędu skarbowego. Organ odwoławczy zgodził się, że żądanie zwrotu blisko 300 tys. zł VAT budzi uzasadnione obawy co do jego zasadności.

Nie tylko brak dowodów, ale i uprawdopodobnienia

W grudniu 2020 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi uchylił rozstrzygnięcie dyrektora izby administracji skarbowej, uznając, że dokumentacja dokonanych przez spółkę dostaw nie budzi wątpliwości co do jej kompletności pod względem formalnym. Sąd podkreślił, że organy obu instancji stwierdziły jedynie, iż „w ich opinii zwrot VAT wymaga przeprowadzenia dodatkowych czynności sprawdzających”. WSA zaznaczył również, że organy nie wyjaśniły, co stanowiło powód ich wątpliwości odnośnie dokonywanych przez przedsiębiorcę transakcji z niemieckimi i szwedzkimi kontrahentami. Odnosząc się do argumentacji urzędników, jakoby duża kwota wnioskowanego przez spółkę zwrotu VAT miała być wiarygodnym powodem wstrzymywania firmie tego zwrotu, łódzki sąd wskazał, że w obrocie gospodarczym fakt deklarowania znacznej kwoty nadwyżki podatku naliczonego nad należnym jest przecież konsekwencją dokonywania transakcji wewnątrzwspólnotowych. Uchylając postanowienie dyrektora izby skarbowej, dodał:

„…organy podatkowe nie tylko nie udowodniły, ale nawet nie uprawdopodobniły istnienia żadnych uzasadnionych wątpliwości dotyczących wcześniejszych transakcji podatnika z podmiotami zagranicznymi. Nie wskazały również jakich nieprawidłowości dopuścił się P. O. w rozliczeniach podatkowych zarówno w skarżącej spółce, jak i w podmiotach D Sp. z o.o. i E Sp. z o.o.” (wyrok z 1 grudnia 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 463/20).

Umorzenie postępowania odwoławczego

Uwzględniając ww. wyrok, dyrektor izby administracji skarbowej ponownie poddał ocenie rozstrzygnięcie naczelnika urzędu skarbowego co do zasadności przedłużania zwrotu VAT spółce, stwierdzając, że podejmowanie merytorycznej oceny jest już niecelowe z uwagi na fakt, iż naczelnik urzędu skarbowego zdążył dokonać zwrotu VAT na rzecz firmy, o który toczył się cały spór. Dlatego też umorzył postępowanie odwoławcze, jako bezprzedmiotowe.

Należało sprawdzić, czy działania naczelnika urzędu skarbowego były legalne

Jednak mimo odzyskania blisko 300 tys. zł zwrotu VAT spółka wniosła kolejną skargę do sądu, domagając się uchylenia rozstrzygnięcia umarzającego postępowanie odwoławcze. Spółka podniosła, że postępowanie prowadzone przez dyrektora izby skarbowej, czyli przez organ odwoławczy, miało na celu zbadanie legalności przedłużania przez naczelnika urzędu skarbowego terminu zwrotu VAT spółce. Natomiast w konsekwencji jego umorzenia de facto zaniechane zostało ustalenie, czy działanie organu I instancji było zgodne z prawem.

Pozostawienie w obrocie niezgodnego z prawem rozstrzygnięcia organu

WSA w Łodzi w wyroku z 22 września 2021 r. zgodził się z przedsiębiorcą. Podkreślił, że jeśli sąd administracyjny stwierdzi, iż wskazywane przez organ podatkowy okoliczności uzasadniające przedłużanie terminu zwrotu VAT nie istnieją, to organ taką oceną sądu jest związany. Dlatego też fiskus powinien był odnieść się do wskazań sądu i wyjaśnić, dlaczego podjęte przez naczelnika urzędu skarbowego działania wobec spółki były nieprawidłowe. WSA wskazał, że organ odwoławczy winien był umorzyć całe postępowanie administracyjne dotyczące wnioskowanego przez przedsiębiorcę zwrotu VAT, bo gdy tego nie uczynił:

„Umorzenie postępowania odwoławczego powoduje funkcjonowanie w obrocie prawnym postanowienia organu I instancji całkowicie sprzecznego z cytowanym wyrokiem sądu i uznającym, iż przedłużenie terminu zwrotu podatku VAT za sierpień 2019 r. było uzasadnione” (sygn. akt I SA/Łd 506/21).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Stopy procentowe w Europie bez zmian przy rekordowych oczekiwaniach inflacyjnych

Zgodnie z przewidywaniami, Europejski Bank Centralny nie podniósł dziś stóp procentowych. Inflacja w strefie euro we wrześniu wyniosła 3,4 proc. r/r, wstępne dane za październik poznamy jutro – rynki spodziewają się wzrostu do 3,7 proc. EBC cały czas uważa, że wzrost cen ma charakter tymczasowy. Rynki są jednak odmiennego zdania i nie spodziewają się znaczącego ich spadku w najbliższym czasie. Długoterminowe oczekiwania inflacyjne wyrażone w postaci notowań 5-letnich stawek swap dla strefy euro wynoszą obecnie 2,1 proc., czyli powyżej 2 proc. celu inflacyjnego EBC. Jest to też najwyższy poziom notowań od 2014 roku. Zmian w zakresie polityki EBC możemy się spodziewać za miesiąc, kiedy zostanie przedstawiona nowa prognoza dotycząca inflacji. Wtedy też mogą zostać zapowiedziane przez EBC zmiany w programie skupu aktywów.

Wczoraj stopy procentowe o 1,5 p.p., powyżej wynoszących 1 p.p. rynkowych oczekiwań, podniósł bank centralny w Brazylii. Od początku roku podstawowa stopa w tym kraju wzrosła już z 2 do 7,75 proc. Natomiast kanadyjski bank centralny, zakończył swój program skupu aktywów, będący w mniejszej skali, odpowiednikiem takiego programu w USA. Przedstawiciele banku zasygnalizowali, że podwyżki stóp w Kanadzie mogą mieć miejsce w 2 połowie 2022 roku. Rynek zareagował na to przeceną kanadyjskich akcji wynoszącą poniżej 1 proc.

W następnym tygodniu – 3 listopada – czeka nas posiedzenie FED, który prawdopodobnie ogłosi przyspieszone ograniczenie programu skupu aktywów, z obecnej wartości 120 miliardów dolarów miesięcznie do zera w połowie 2022 roku. Wtedy też dojdzie najprawdopodobniej do pierwszych podwyżek stóp w USA. Jest to decyzja na jaką rynek czekał od miesięcy i jej podjęcie powinno zostać odebrane przez rynek z ulgą, jako eliminację dodatkowej niepewności.

Także 3 listopada czeka nas kolejne posiedzenie polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Na październikowym posiedzeniu podniosła ona podstawową stopę procentową z 0,1 do 0,5 proc. Także teraz istnieje wysokie prawdopodobieństwo kolejnej podwyżki o 0,25 p.p. Wynika to z dalszego wzrostu inflacji w Polsce, która w październiku przekroczy prawdopodobnie poziom 6 proc.

Paweł Majtkowski, eToro

Z prawem jazdy kategorii B pojedziesz „elektrykiem” do 4,25 t

Komisje sejmowe odpowiedziały na apel Komitetu ds. Logistyki i Transportu PSPA. Na dzisiejszym posiedzeniu przegłosowały bardzo ważną dla branży zeroemisyjnej logistyki poprawkę do projektu nowelizacji Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Umożliwi ona kierowcom z prawem jazdy kategorii B prowadzenie dostawczych samochodów całkowicie elektrycznych o DMC do 4,25 tony.

Obecnie prawo jazdy kategorii B umożliwia prowadzenie pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej (DMC) do 3,5 tony, niezależnie od źródła napędu. W konsekwencji posiadacze prawa jazdy tej kategorii użytkujący całkowicie elektryczne samochody dostawcze (BEV) muszą liczyć się z tym, że ich pojazdy będą dysponować ograniczoną ładownością. Z uwagi na konieczność montażu akumulatorów trakcyjnych układ napędowy zeroemisyjnych „dostawczaków” jest cięższy niż ich spalinowych odpowiedników i pomimo tego, że mają podobną przestrzeń ładunkową, przewoźnicy nie mogą jej w pełni wykorzystać. O wprowadzenie zmian w przepisach, znoszącą tę barierę rozwoju ekologicznego transportu i logistyki, zabiegało Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA).

Użytkownicy elektrycznych pojazdów dostawczych o DMC do 3,5 tony, z reguły firmy z branży TSL, muszą iść na daleko idące ustępstwa w obszarze dostępnego zasięgu, chcąc zmieścić się w ramach dopuszczalnej masy całkowitej. Zasięg zeroemisyjnych „dostawczaków” nie przekracza zazwyczaj 120 – 150 km w warunkach rzeczywistych, a często jest nawet mniejszy. To istotne ograniczenie z perspektywy zarządców flot. Ponadto, otrzymanie uprawnień wyższych niż kategoria B jest kosztowne i często czasochłonne. Dlatego tak ważne jest przyjęcie najbardziej oczywistych rozwiązań, z których korzystają już inne europejskie państwa – mówi Jan Wiśniewski, Kierownik Centrum Badań i Analiz PSPA.

Pod koniec czerwca 2021 r. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych wystosowało list otwarty, w którym apelowało o rozszerzenie uprawnień posiadaczy prawa jazdy kategorii B o pojazdy elektryczne o dopuszczalnej masie całkowitej do 4,25 tony. Pod listem podpisały się również firmy wchodzące w skład Komitetu ds. Logistyki i Transportu oraz inni członkowie PSPA.

27 października 2021 r. Komisja do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych oraz Komisja Infrastruktury na łączonym posiedzeniu przegłosowały poprawkę do projektu ustawy o zmianie ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz niektórych innych ustaw. Propozycja zmian zakłada wprowadzenie w ustawie z dnia 5 stycznia 2011 r. o kierujących pojazdami zmian w treści art. 6 ust. 3 pkt 4), który ma stanowić m.in., że prawo jazdy kategorii B uprawnia do kierowania pojazdem samochodowym zasilanym paliw alternatywnymi o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 3,5 t oraz nieprzekraczającej 4,25 t, jeżeli przekroczenie dopuszczalnej masy całkowitej 3,5 t wynika z zastosowania paliw alternatywnych. Aby skorzystać z powyższego uprawnienia, kierowca powinien posiadać prawo jazdy od co najmniej 2 lat. Analogiczne propozycje nowelizacji przepisów pojawiły się po raz pierwszy w rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy o transporcie drogowym oraz niektórych innych ustaw, jednak zostały z niego wykreślone.

Cieszymy się, że parlamentarzyści pozytywnie odpowiedzieli na nasz apel. Nowe regulacje umożliwią szerokiej kategorii kierowców, legitymujących się prawem jazdy kat. B, prowadzenie lekkich zeroemisyjnych pojazdów dostawczych. Wprowadzenie postulowanych przepisów pozwoli na eliminację jednej z kluczowych barier stojących na przeszkodzie szerokiemu wykorzystaniu pojazdów elektrycznych w segmencie dostawczym. Istotą sprawy jest, by firmy dostawcze nie były karane przechodzeniem na czystsze alternatywy transportowe. W ten sposób wprowadzenie limitu 4250 kg dla prawa jazdy kat. B w przypadku pojazdów o napędach alternatywnych uzasadniał m.in. rząd Wielkiej Brytanii – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak wynika z prowadzonego przez PSPA i PZPM „Licznika elektromobilności” pod koniec września 2021 r. w Polsce były zarejestrowane zaledwie 1 333 samochody użytkowe z napędem elektrycznym. Ich liczba może dynamicznie wzrosnąć w kolejnych miesiącach na skutek wprowadzenia dotacji z programu „Mój Elektryk”. NFOŚiGW zapowiedział, że beneficjenci nabywający całkowicie elektryczne (BEV) pojazdy dostawcze (kategorii N1) będą mogły skorzystać z dotacji w wysokości do 50 tys. zł (lub do 20% kosztów kwalifikowanych) albo do 70 tys. zł (lub do 30% kosztów kwalifikowanych), o ile zadeklarują średnioroczny przebieg powyżej 20 tys. km. Wg zapowiedzi przedstawicieli Funduszu, nabór adresowany do nabywców elektrycznych samochodów dostawczych powinien zostać uruchomiony jeszcze przed końcem 2021 roku.

Wynagrodzenia członków zarządów i rad nadzorczych spółek notowanych na GPW za 2020 r.

W 2020 r. najbardziej zmalały wynagrodzenia zarządów spółek z branży FMCG. W trakcie pandemii najszybciej rosły pensje liderów z sektora retail.

Mediana wynagrodzeń członków zarządów spółek giełdowych ze wszystkich indeksów w 2020 r. wyniosła 842 tys. zł, co oznacza spadek o ok. 20% w porównaniu do poprzedniego roku, kiedy kształtowała się ona na poziomie 1,048 tys. zł. Największy spadek odnotowały firmy z branży FMCG (-31%), na przeciwległym biegunie znalazły się spółki handlowe ze wzrostem na poziomie 40%. W poprzednim roku po raz pierwszy średnie całkowite wynagrodzenie kobiet zasiadających w zarządach było wyższe niż wynagrodzenie mężczyzn – wynika z najnowszej edycji raportu “Wynagrodzenia członków zarządów i rad nadzorczych spółek giełdowych za 2020 r.” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

Wynagrodzenia zarządów

Opracowywany przez PwC co roku raport zawiera analizę wynagrodzeń spółek z WIG20, mWIG40 i sWIG80. Przedstawione w najnowszej edycji dane dotyczą wynagrodzeń w 2020 roku.

Jak wynika z raportu wynagrodzenie całkowite członków zarządów spółek giełdowych spadło w poprzednim roku w porównaniu do 2019 r. o ok. 20% i wyniosło 842 tys. zł. Spadki były notowane w organizacjach z sektora FMCG (-31%) i usług (-15%). Wzrosty były widoczne w handlu (+40%), produkcji +18%), IT (+16%) i finansach (+7%). To właśnie branża finansowa tradycyjnie wynagradza najlepiej swoich członków zarządów – mogą oni liczyć na uposażenie rzędu 1,47 tys. zł.

Co ciekawe, już co czwarta spółka giełdowa uwzględnia w kryteriach wypłaty wynagrodzenia zmiennego wskaźniki niefinansowe, w tym czynniki powiązane z ESG. Autorzy raportu podkreślają, że z roku na rok obserwowane jest rosnące zainteresowanie spółek we wdrażaniu długoterminowych programów wynagrodzeń zmiennych.

PwC w swoim raporcie przyjrzała się także tzw. CEO pay ratio, czyli wskaźnikowi, który pokazuje, o ile więcej zarabia prezes zarządu w stosunku do pozostałych pracowników.

W przypadku największych polskich spółek giełdowych, odnotowujemy przeciętny CEO pay ratio na relatywnie niskim poziomie 20,5-krotności. Bywa on jeszcze niższy w spółkach z sektora IT, gdzie pracownicy są zazwyczaj lepiej wynagradzani. Rekordziści na polskim rynku przekraczają poziom 100-krotności przeciętnego wynagrodzenia, podczas gdy na zachodzie Europy ten poziom jest średnią rynkową. – Katarzyna Komorowska, partnerka w PwC, liderka zespołu People & Organization

Z raportu wynika, że udział kobiet w zarządach spółek giełdowych pozostaje bez zmian na poziomie 14%. Co ciekawe jednak, w 2020 r. po raz pierwszy wynagrodzenie całkowite kobiet było wyższe niż wynagrodzenie całkowite mężczyzn: 892 tys. zł vs. 864 tys. zł.

Wynagrodzenia rad nadzorczych

Jak wynika z badania, udział kobiet w radach nadzorczych jest wyższy niż w przypadku zarządów spółek. Jeśli chodzi o przewodniczących rad porównując 2020 r. do 2019 r. udział kobiet na tym stanowisku zwiększył się z 11% do 16%. Wśród członków rad również zanotowano wzrost udziału pań – z 15% do 17%.

W 2020 r. kobiety będące członkami rad nadzorczych mogły liczyć na średnie wyższe wynagrodzenie całkowite niż mężczyźni: 82 tys. zł vs. 79 tys. zł. W przypadku przewodniczących rad proporcja była odwrotna i to mężczyźni byli wynagradzani lepiej: 98 tys. zł vs. 90 tys. zł.

Kwestia równości wynagrodzeń kobiet i mężczyzn w całej organizacji zyskuje coraz większe znaczenie w działalności spółek i coraz wyższą pozycję na agendzie zarządów i rad nadzorczych. Równość wynagrodzeń kobiet i mężczyzn zajmuje istotne miejsce wśród aspektów społecznych w zakresie ESG. Z tego powodu rosnące znaczenie kwestii ESG i związana z nimi presja regulacyjna na transparentność spółek w tych obszarach będą motywować zarządy i rady nadzorcze do podejmowania działań mających na celu poddanie diagnozie równości wynagrodzeń w organizacji i podjęcia odpowiednich działań w tym obszarze. – Katarzyna Komorowska, partnerka w PwC, liderka zespołu People & Organization

Średnie wynagrodzenie członków rad nadzorczych w 2020 r. zmniejszyło się w porównaniu z poprzednim rokiem ze 114 tys. zł do 108 tys. zł. Tak jak w przypadku członków zarządów także członkowie rad z sektora finansowego mogli liczyć na najwyższe uposażenie na poziomie 202 tys. zł (w poprzednim roku średnie wynagrodzenie w finansach wynosiło 171 tys. zł). Kolejne miejsca na podium w tym zestawieniu zajęły branże FMCG (94 tys. zł) i produkcja (82 tys. zł).

Poza relatywnie niskim poziomem wynagrodzenia, niepokoić może fakt, że pomimo rosnących obowiązków, regulacji i odpowiedzialności członków rad nadzorczych, jest to kolejny rok, w którym obserwujemy lekki spadek (2% w przypadku mediany i 5% średniej) ich wynagrodzeń. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy może być malejący udział w radach “profesjonalnych członków” rad nadzorczych, a więc takich, którzy zasiadają w więcej niż dwóch radach. To świadczy o odwróceniu trendu profesjonalizacji rad nadzorczych, który obserwowaliśmy w poprzednich latach. W 2017 roku 15% członków rad nadzorczych zasiadało w trzech lub więcej radach, w 2020 roku liczba ta spadła do 3%. – Krzysztof Szułdrzyński, partner w PwC

Wartość transakcji na rynku gruntów inwestycyjnych w Polsce jest już w tym roku rekordowa

Popyt na ziemię pod inwestycje komercyjne nie był w Polsce nigdy tak wysoki. Obserwując aktywność inwestorów możemy mówić o boomie na rynku gruntów inwestycyjnych. Notowana w ostatnich miesiącach wyjątkowo duża ilość transakcji przyniesie sektorowi absolutnie rekordowy wynik. Wartość wolumenu transakcji, według szacunków Walter Herz, może być w tym roku o prawie 60 proc. wyższa niż w najlepszych latach dla tego segmentu.

Zdecydowana większość, około dwie trzecie gruntów kupowanych jest pod inwestycje mieszkaniowe. Pomiędzy inwestorami budującymi mieszkania toczy się największa walka o działki. Kiedy pojawia się grunt, na którym można wybudować osiedle znika z rynku natychmiast. Proces zakupu jest ekspresowy, możliwie najbardziej skracany, po to by ziemia nie trafiła do konkurencji.

– Inwestorzy dysponują dużą ilością kapitału, który lokują w gruntach. Ziemia często nabywana jest za gotówkę. Powodzeniem cieszą się również grunty o dużej wartości. Podpisywanych jest coraz więcej umów opiewających na rzadko spotykane dotąd kwoty. Finalizowane są zakupy działek w cenach przekraczających nawet 300 mln zł. A przy tym ceny stale rosną. Wzrost stawek widoczny jest nawet w zestawieniu półrocznym – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

– Inwestorzy intensywnie poszukują gruntów, zarówno na rynku warszawskim, jak i w największych miastach regionalnych. Nigdy wcześniej regiony nie cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, jak teraz. Nabywane działki przeznaczone są często pod inwestycje, których realizacja przewidziana jest w dłuższej perspektywie czasu. Inwestorzy chętnie kupują grunty w Polsce, bo w porównaniu z Europą na głównych rynkach w naszym kraju ziemia oferowana jest w znacznie niższych cenach. Inwestycje na rynku nieruchomości przynoszą natomiast w Polsce większe stopy zwrotu niż w innych krajach Unii Europejskiej – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Ogromna skala transakcji w grunty pod mieszkania

Wielkość niektórych inwestycji jest imponująca. Jedną z największych, odnotowanych na naszym rynku transakcji był niedawny zakup 62 ha fabrycznych terenów na warszawskim Żeraniu przez spółkę Okam. Przygotowanie budowy wieloetapowej inwestycji, która zaplanowana jest w tej lokalizacji potrwa kilka lat. A tymczasem firma Walter Herz zaangażowała się w proces komercjalizacji powierzchni magazynowych, produkcyjnych i biurowych znajdujących się w obiektach mieszczących się na obszarze dawnej fabryki samochodów przy ulicy Jagiellońskiej w Warszawie.

Kilka tygodni temu firma White Stone zawarła transakcję zakupu gruntu na warszawskich Bielanach, przy stacji metra Młociny, dzięki czemu stała się właścicielem terenów o powierzchni 200 tys. mkw., które łącznie kosztowały ponad 23 mln euro. Wśród transakcji o podobnej skali plasuje się także zakup 12 ha działki w warszawskim Wilanowie za 263 mln zł przez Robyg o potencjale budowlanym szacowanym na 104 tys. mkw. PUM. Wrocławski deweloper Vantage Development nabył natomiast w tym roku teren o powierzchni 4,72 ha na granicy gdańskiego Śródmieścia i Młodego Miasta za 222,5 mln zł. Grupa Geo z Krakowa kupiła zaś grunty na obszarze Wildy w Poznaniu o łącznej wartości 206,1 mln zł. Kosztowne akwizycje dotyczą również firm. Grupa Goldman Sachs wystawiła właśnie na sprzedaż spółkę deweloperską Robyg, która dysponuje jednym z największych banków ziemi w Polsce, z potencjałem sprzedażowym przekraczającym 23,3 tys. lokali.

Deweloperzy mieszkaniowi potrzebują ziemi, nie tylko pod tradycyjne inwestycje skierowane do klientów indywidualnych, ale także pod projekty realizowane w ramach segmentu PRS, którymi żywo interesują się teraz fundusze inwestycyjne. Wartość inwestycji w obszarze mieszkań na wynajem rośnie z miesiąca na miesiąc. Ten rozwijający się dopiero w Polsce sektor notuje teraz rekordowe wyniki. Ze względu na ogromną aktywność inwestycyjną w sektorze PRS można się spodziewać w najbliższym czasie jeszcze większej konkurencyjności towarzyszącej procesowi zakupu gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach miejskich.

Ceny działek przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową w Warszawie, jak wynika z danych Walter Herz, kształtują się w przedziale 1,5 tys. zł -7 tys. zł do PUM. Grunty pod inwestycje z sektora PRS w największych aglomeracjach w kraju uzyskują ceny transakcyjne w przedziale od 1,7 tys. zł do 2,9 tys. zł do GLA.

Inwestycje hotelowe i biurowe w trybie oczekiwania

2021 to jednocześnie kolejny rok charakteryzujący się spadkiem zapotrzebowania na działki pod obiekty hotelowe zlokalizowane w dużych miastach. Planowane wcześniej projekty hotelowe zostały wstrzymane, a część inwestycji przekształcono w projekty mieszkaniowe. Transakcje w segmencie hotelowym należą do rzadkości, ale się zdarzają. Marka PURO Hotels z norwesko-polskim kapitałem kupiła niedawno od Strabag Real Estate nieruchomość z pozwoleniem na budowę w warszawskim Śródmieściu, przy ulicy Canaletta pod budowę hotelu z ponad 200 pokojami.

Dużym zainteresowaniem nieustannie cieszą się natomiast grunty pod hotele resortowe w atrakcyjnych lokalizacjach nadmorskich w pobliżu plaży oraz w obrębie najpopularniejszych miejscowości górskich.

Pandemia zahamowała także działania inwestorów na rynku gruntów pod projekty biurowe. – Ze strony sektora biurowego widoczne jest stabilne zainteresowanie gruntami w najlepszych, centralnych lokalizacjach na terenie największych ośrodków miejskich w kraju. Podobnie, jak w przypadku hoteli, część zaplanowanych inwestycji przeprojektowywana jest na funkcje mieszkaniowe, a w przygotowywanych do budowy kompleksach wielofunkcyjnych aranżowana jest większa ilość mieszkań – informuje Bartłomiej Zagrodnik. – Inwestorzy nabywają teraz również chętnie dobrze zlokalizowane, starsze budynki biurowe, w dłuższej perspektywie planując zmienić ich funkcję. Chcą w tych miejscach zamiast biur oferować za jakiś czas wysokiej klasy apartamenty na wynajem – dodaje.

Działki pod projekty biurowe w Warszawie oferowane są w cenie od 1,3 tys. zł do 3,5 tys. zł za mkw.

Grunty pod logistykę na wagę złota

Drugim beneficjentem nowego układu sił na rynku nieruchomości, obok segmentu mieszkaniowego jest sektor logistyczny. Inwestorzy intensywnie poszukują również ziemi pod projekty magazynowe. Wolumen transakcji związanych z inwestycjami w grunty pod magazyny, według analiz Walter Herz, zwiększył się w tym roku co najmniej o jedną piątą. Zmiany wywołane pandemią przyspieszyły wzrost sektora e-commerce, za czym poszedł skokowy rozwój logistyki, a w konsekwencji sektora magazynowego. Ogromne zainteresowanie wzbudzają dziś grunty inwestycyjne usytuowane na obrzeżach dużych miast. Największym zainteresowaniem cieszy się Warszawa, Wrocław, Kraków, Trójmiasto i Poznań.

Inwestycje magazynowe idą w kierunku realizacji niedużych magazynów na obrzeżach największych miast i mniejszego zaangażowania w budowę dużych parków logistycznych. Znaczna część projektów inicjowana jest w segmencie magazynów miejskich. Przykładowo w Warszawie jedna czwarta realizowanej powierzchni usytuowana jest w granicach administracyjnych miasta. Ze względu na rozwój logistyki ostatniej mili poszukiwane są działki pod magazyny również w mniejszych ośrodkach miejskich.

Najwyższe stawki obowiązują w aglomeracji warszawskiej, największym centrum logistycznym w kraju. W obrębie Warszawy ceny wynoszą nawet 700-800 zł/mkw. W Krakowie stawki zaczynają się od 400 zł/mkw. W aglomeracji wrocławskiej, gdzie widoczny jest duży wzrost zainteresowania inwestycjami w segmencie logistycznym, ceny są nieco niższe niż w Krakowie. We Wrocławiu za najatrakcyjniejsze tereny pod logistykę ostatniej mili trzeba zapłacić około 300 zł/mkw. W pobliżu Poznania grunty pod magazyny w porównaniu z Wrocławiem są dwukrotnie tańsze.

Grunty z przeznaczeniem pod projekty magazynowe w formacie tzw. BIGBOX w zależności od lokalizacji kosztują w Polsce od 80 zł do 450 zł/mkw.

Zmiany wywołane przez pandemię bardzo mocno wpłynęły również na rozwój rynku handlowego, ograniczając aktywność inwestycyjną w tym sektorze w zasadzie do parków handlowych i centrów convenience. Inwestorzy poszukujący gruntów pod takie obiekty koncentrują się teraz przede wszystkim na mniejszych miejscowościach. Parki handlowe notują największy wzrost w historii rynku. Większość z nich powstaje w mniejszych miastach liczących poniżej 50 tys. mieszkańców.

Wzrost inwestycji Polaków. Czy podwyższona inflacja zmieni podejście do oszczędności?

W niedzielę 31 października obchodzimy Światowy Dzień Oszczędzania. To okazja do analizy, jak zmienia się podejście Polaków do oszczędzania i inwestowania.

Wysoka inflacja wpływa na budżet gospodarstw domowych, ograniczając siłę nabywczą dochodów. Wpływa również na postawy wobec oszczędzania, szczególnie w warunkach niskich nominalnych stóp procentowych. Ujemne realne stopy procentowe oznaczają, że część oszczędności ulokowana w formie bezpiecznych aktywów, charakteryzujących się niskim oprocentowaniem, realnie kurczy się. Dla wielu oszczędzających i inwestorów to nowa sytuacja, ponieważ aktualna inflacja jest najwyższa od 20 lat i zapewne utrzyma się na podwyższonym poziomie przez dłuższy czas.

W naturalny sposób skłania to do zmiany nawyków oszczędnościowych i inwestycyjnych, a także zachęca do poszukiwania alternatyw, przynoszących wyższą stopę zwrotu. Depozyty bankowe pozostają dominującą formą lokowania oszczędności, choć w okresie ostatnich 12 miesięcy (październik ubiegłego roku – wrzesień tego roku) do funduszy inwestycyjnych napłynęły środki o wartości 28 mld złotych (dla porównania w 2019 widoczny był odpływ z funduszy w kwocie 0,6 mld PLN). Na popularności zyskały w ostatnim roku także obligacje skarbowe. Wartość sprzedanych detalicznych obligacji Skarbu Państwa w analogicznym okresie wyniosła blisko 40 mld złotych wobec 17,5 mld złotych w roku 2019. Alternatyw jest wiele i spośród nich wymienić można akcje, surowce, kryptowaluty, nieruchomości, sztuka, itp. Część z nich może stanowić zabezpieczenie przed wysoką inflacją.

Należy jednak mieć świadomość, że wyższa stopa zwrotu wiąże się najczęściej z wyższym ryzykiem inwestycyjnym, w tym również ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanego kapitału. To ryzyko jest szczególnie wysokie w krótkim horyzoncie czasu, ponieważ rynki finansowe są bardzo zmiennie. Szczególnie widoczne było to w ostatnich dwóch latach, kiedy otoczenie ekonomiczne było bardzo niestabilne. Warto pamiętać, że w czasach dekoniunktury inwestowanie na rynkach finansowych może przynieść ujemne stopy zwrotu w krótkim terminie. Dlatego inwestor przed podjęciem decyzji powinien określić, jaki jest jego horyzont inwestycyjny i czy jest gotów wytrwać w swoich postanowieniach, widząc tak znaczące wahania.

Szczególnie ważne jest oszczędzanie długoterminowe, mające na celu zabezpieczenie emerytalne. Jest to tym bardziej istotne, jeśli uwzględnimy spodziewany spadek stopy zastąpienia, czyli relacji emerytury do ostatnio wypłaconego wynagrodzenia. Obecnie relacja ta wynosi ok. 55%, natomiast w perspektywie 20 lat może obniżyć się do ok. 30%. Tymczasem według badań Szkoły Głównej Handlowej z ubiegłego roku, tylko 9,5% gospodarstw domowych zadeklarowało, że oszczędza na emeryturę. Również w tym miejscu należy przypomnieć aspekt inflacji, która utrzymując się na wysokim poziomie, zjada zgromadzony w bezpiecznych aktywach majątek. Dlatego tak ważna jest zmiana postawy wobec oszczędzania, aby chronić realną wartość oszczędności.

Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium

Warszawski rynek mieszkaniowy III Q 2021

Jak prezentują się wyniki sprzedażowe w Warszawie za III kw. 2021? Ile mieszkań jest dostępnych w sprzedaży?

Stołeczny rynek mieszkaniowy jest największy w skali całego kraju. Z danych portalu RynekPierwotny.pl wynika, że w stolicy sprzedaje się co czwarte nowe „M”. Z pewnością te statystyki byłyby jeszcze lepsze, gdyby nie problemy z podażą. Liczba aktywnych projektów deweloperskich sukcesywnie spada. W drugim kwartale 2021 r. z rynku ubyło 55 inwestycji. Wyraźna zmiana (-18%) dotyczyła także liczby dostępnych mieszkań na stołecznym rynku pierwotnym. Jak pod tym względem wyglądał III kwartał? Odpowiadamy.

Ostatnie trzy miesiące przyniosły chwilowe wytchnienie. Inwestorzy nie zamykali już tak wielu projektów, w których sprzedawały się ostatnie lokale. Na koniec trzeciego kwartału br., liczba aktywnych inwestycji deweloperskich wynosiła 264, kwartał wcześniej – 275.

Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

  • ile kosztuje mieszkanie w stolicy
  • w których dzielnicach sprzedaje się najwięcej mieszkań
  • jak wygląda podaż mieszkań od dewelopera w Warszawie

Podażowa stabilizacja

W ujęciu kwartalnym, wielkość oferty warszawskich deweloperów zmieniła się jedynie o symboliczne 3 mieszkania. Pozwala to wywnioskować, że w końcu udało się zrównoważyć podaż i popyt.

Jak mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl – To dobra wiadomość dla potencjalnych nabywców nowych mieszkań. Większa luka podażowa nie będzie bowiem w najbliższym czasie wywierać dodatkowej presji na wzrost cen metrażu. Podażowa stabilizacja oferty jest też dobrym sygnałem dla samych stołecznych deweloperów. Część ich potencjalnych klientów wydaje się być zniechęcona poziomem wciąż rosnących cen i wielkością oferty w niektórych dzielnicach.

Niestety, wspomniana równowaga jest zapewne krótkoterminowa. Nie należy spodziewać się, że podaż będzie od tej pory przewyższała popyt. Liczba chętnych na zakup wymarzonego „M” jest bowiem wciąż stosunkowo duża, a deweloperzy mają problemy z dostępnością działek.

Pod koniec trzeciego kwartału, najwięcej inwestycji deweloperskich było dostępnych na Białołęce (57), Mokotowie (35) i Ursusie (21). Najmniejszy wybór miały osoby szukające mieszkania na Ochocie – zaledwie 2 inwestycje i na Wesołej oraz Żoliborzu (po 3 projekty). Warto natomiast zauważyć, że deweloperom udało się odbudować podaż na Pradze-Północ. Dzielnica ta ma duży potencjał inwestycyjny i zyskuje przez bliskie sąsiedztwo ze Śródmieściem, na terenie którego ponownie nastąpiła wyprzedaż już i tak niewielkiej ilości lokali.

Niestety, oferta warszawskich deweloperów nadal wydaje się relatywnie mała. Jeszcze pod koniec pierwszego kwartału 2021 r. w Warszawie firmy deweloperskie proponowały o 22% więcej mieszkań.inwestycje mieszkaniowe w warszawie

Gdzie sprzedało się najwięcej lokali?

Mieszkania wciąż sprzedają się niczym świeże bułeczki, a deweloperzy mają problemy z uzupełnianiem oferty. Przyglądając się danym z drugiego i trzeciego kwartału 2021 r. można zauważyć, że saldo sprzedaży i nowych wprowadzeń mieszkań było ujemne. Do rynkowej równowagi między sprzedanymi i wprowadzonymi lokalami zabrakło 388 mieszkań w skali miasta. To łączna luka podażowa z II i III kw. 2021 r.

Najwięcej nowych ofert pojawiło się na terenie Ursusa i Białołęki. Najmniej mieszkań deweloperzy wprowadzili na Ochocie i Śródmieściu. Pod względem sześciomiesięcznej sprzedaży przodowały następujące dzielnice: Białołęka, Mokotów, Ursus i Włochy.

Porównanie sprzedaży mieszkań i liczby nowych ofert z II kw. oraz III kw. 2021 r. daje nam nieco inne wyniki niż informacje dotyczące zmian podaży w tym okresie. Różnice wynikają z faktu, że dane na temat podaży prezentują łączną liczbę mieszkań, które pozostawały w ofercie deweloperów przynajmniej przez jeden dzień danego kwartału.

Ceny wciąż rosną

Mieszkania w stolicy z kwartału na kwartał kosztują coraz więcej. Średnia warszawska stawka wzrosła o 4,3% w III kw. 2021 r. i wynosi już około 11 500 zł/mkw. Największe wzrosty cen miały miejsce na Mokotowie (15,5%), Targówku (10,3%), Woli (9,7%), Ursusie (7,3%), Żoliborzu (7,0%) oraz Wilanowie i Pradze-Południe (po 6,9%). Duży kwartalny spadek cen zanotowano natomiast w dzielnicach Wawer (-5,6%) i Ochota (-4,8%).

Nieustannie najdroższą dzielnicą jest Śródmieście. Za 1 mkw. trzeba tu zapłacić prawie 23 tys. zł, czyli nieco mniej niż w drugim kwartale 2021 r. (wtedy średnia cena była o 389 zł/mkw. wyższa). Drogo jest także na Woli (16 566 zł/mkw.), Mokotowie (14 833 zł/mkw.), Żoliborzu (14 746 zł/mkw.), Bielanach (14 347 zł/mkw.) i Ochocie (14 000 zł/mkw.). Najniższe ceny za mkw. znajdziemy na Wawrze (7 766 zł), Białołęce (8 754 zł) i Rembertowie (9 496 zł).ceny mieszkań w warszawie

Co przyniesie bieżący kwartał?

Ważny dla kupujących mieszkania będzie koniec bieżącego roku, który być może upłynie pod znakiem kolejnego wzrostu stóp procentowych. Od 7 października, decyzją członków Rady Polityki Pieniężnej, główna stopa procentowa NBP poszła w górę o 40 pb. i wynosi już 0,50%. Możliwe są także kolejne podwyżki. Nie bez znaczenia pozostaje szalejąca inflacja. Jak wpłynie ona na stołeczny rynek pierwotny? Czy lista chętnych na zakup mieszkania jeszcze bardziej się wydłuży? O tym przekonamy się już niebawem.

Szerzej o warszawskim rynku nieruchomości mieszkaniowych w Raporcie – „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – III kw. 2021”

Wysoki standard i rosnące wymagania: polski rynek PRS profesjonalizuje się

Wzrost oczekiwań klientów co do jakości wykończenia mieszkań, ulepszone usługi zarządzania nieruchomościami, większa przejrzystość prawna dla najemców i zwrot w stronę ekologii to główne czynniki prowadzące do profesjonalizacji polskiego rynku PRS.

Na rynku od kilku ostatnich kwartałów widać wyraźny wzrost zainteresowania inwestorów sektorem mieszkań najmu instytucjonalnego. Usługi tego typu najmu, w szerszej skali nieobecne wcześniej w Polsce, a mające swoją długą tradycję na świecie, zaczynają również gościć na nadwiślańskich salonach.

Głównym kierunkiem zainteresowań inwestorów są w pierwszej kolejności największe aglomeracje, takie jak Warszawa, Kraków, Wrocław, czy Trójmiasto, ale w najbliższym czasie możemy spodziewać się również wzrostu zainteresowania pozostałymi, mniejszymi rynkami regionalnymi – mówi Wojciech Witek, założyciel biura projektowego Iliard Architecture & Interior Design oraz członek zarządu Reesco Hospitality. Zainteresowanie to nakłada się na postępujący trend wzrostu cen mieszkań, ale także głębszy trend przewartościowań społecznych, który każe nam odchodzić od modelu „posiadania” rzeczy (w tym mieszkań) na rzecz ich „czasowego użytkowania” – dodaje.

Standard wyższy niż u Kowalskiego

Na rozwijającym się rynku PRS na wynajem przeznaczone są całe apartamentowce. Jeśli chodzi o wnętrza konkretnych mieszkań, to należy zaznaczyć, że układy lokali PRS są proaktywnie dostosowywane pod wynajem jeszcze przed rozpoczęciem budowy, co daje im przewagę nad typowymi lokalami mieszkalnymi. Standard wykończenia mieszkań wynajmowanych od prywatnych właścicieli też może być bardzo wysoki, ale jak powszechnie wiadomo – nie zawsze tak jest.

Rynek PRS stara się zapewnić wysoki standard w każdym lokalu – mówi Tom Leach, współwłaściciel Leach & McGuire, międzynarodowej firmy działającej w sektorze PRS. Uważam więc, że można śmiało powiedzieć, że dzięki temu najemca będzie dokładnie wiedział, na co się decyduje, podczas gdy wynajmowanie od prywatnych właścicieli może być raczej loterią, zarówno w zakresie standardu wykończenia, jak i poziomu dodatkowych usług. Jeżeli chodzi o grupę docelową rynku PRS, to wciąż pozostaje ona bez zmian – główny nacisk położony jest na młodych profesjonalistów, singli, studentów i do pewnego stopnia młode rodziny – dodaje.

Efektywność wykorzystania powierzchni jest bardzo ważna. Wszystko to, aby oferowane mieszkania były jak najbardziej atrakcyjne cenowo, zarówno pod względem wysokości czynszów, jak i stałych kosztów eksploatacji. Oprócz estetyki, kluczowym elementem jest także większa trwałość materiałów i mebli, która eliminuje ewentualne problemy konserwacyjne.

Standard mieszkań oferowanych w systemie PRS jest wyższy i bardziej przewidywalny dla najemcy, aniżeli mieszkania wynajmowane od właścicieli prywatnych – mówi Wojciech Witek. Zasadniczym powodem jest to, że skala realizacji kilkuset mieszkań pozwala na dostarczenie materiałów i wyposażenia z półki tzw. elementów „kontraktowych” o wyższych parametrach jakościowo-technicznych. Dodatkowo do pracy nad aranżacjami wnętrz w tej skali zatrudniani są wysokiej klasy projektanci oraz profesjonalni wykonawcy – podsumowuje.

Dobrze zaprojektowane wnętrze mieszkalne przeznaczone do najmu długoterminowego to takie, które z perspektywy użytkownika pozwala na wygodną realizację wszystkich jego potrzeb, również tych, które zawitały w naszych domach w czasie pandemii (jak na przykład home office). Z punktu widzenia wynajmującego szczególnie istotna jest trwałość przyjętych rozwiązań projektowych, co przekłada się na koszty operacyjne i odtworzeniowe obiektu. Poza wykończeniem mieszkania, ważna jest też spójność całego obiektu, która również powinna przyczyniać się do zwiększenia poczucia wspólnoty wśród mieszkańców.

Studenci wymagają

Warto zaznaczyć, że profesjonalizacja polskiego rynku PRS nie dotyczy jedynie mieszkań. Obecnie równie istotną grupą docelową, której zależy na wyższym standardzie wnętrz, stają się studenci. Ten swoisty zwrot w stronę jakości spowodowany jest przez poprawę sytuacji finansowej Polaków oraz wciąż rosnący napływ studentów z zagranicy.

Od kilku lat Polska staje się coraz atrakcyjniejszym miejscem dla studentów z całego świata. Wysoki poziom naukowy kadry wykładowców przy relatywnie niskich kosztach utrzymania oraz niskim czesnym za studia sprawia, że nasze uczelnie wybierane są coraz chętniej przez studentów z innych krajów Europy, a także Indii, Chin, a krajów Bliskiego Wschodu. Gwarantuje to stały popyt na usługi nowoczesnych obiektów noclegowych.

Polscy studenci to grupa coraz bardziej świadomych najemców, dla których nie liczy się wyłącznie cena, ale również jakość nieruchomości, za którą ponoszą opłaty – mówi Karol Wojtas, członek zarządu Silver Rock, jednego z prekursorów prywatnych akademików w Polsce. Ponadto, w Polsce pojawia się coraz więcej studentów spoza granic naszego kraju, którzy oczekują znacznie wyższego standardu niż to, co dotychczas oferował im rynek. Spółka Silver Rock zdecydowała się stworzyć bazę odpowiadającą oczekiwaniom obu tych grup, a wysokie poziomy obłożenia, które generujemy od czasu oddania akademika Collegia do użytku pokazują, że doskonale wpisaliśmy się w oczekiwania rynku.

Pierwszy kampus akademicki spółki Silver Rock powstał w Gdańsku. Obiekt mogący zakwaterować nawet 500 studentów składa się z dwóch pięciopiętrowych budynków, pomiędzy którymi znajduje się ogólnodostępna sala z punktami gastronomicznymi. Całość została zaprojektowana z uwzględnieniem nowoczesnych rozwiązań architektonicznych i technologicznych oraz potrzeb typowych dla docelowej grupy użytkowników. W obiekcie znajdują się także pokoje do wspólnej pracy, pokoje rekreacyjne, sala eventowa, sala fitness i miejsca parkingowe.

Ekologiczna przyszłość

Trudno jednoznacznie przewidzieć, jaki kierunek w najbliższej przyszłości obierze polski rynek PRS. Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy wciąż rosnąca liczbę powstających inwestycji. W tym momencie branża nieruchomości jest odpowiedzialna za blisko 40 proc. emisji gazów cieplarnianych, tym samym zwiększa się ich negatywny wpływ środowisko.

Jedynym trzyliterowym akronimem, który słyszę tak często, jak „PRS” w dzisiejszych czasach jest „ESG”, czyli „ekologia i społeczna odpowiedzialność” – mówi Tom Leach. Obserwujemy zainteresowanie tym gorącym tematem ze wszystkich stron – od deweloperów, inwestorów, banków finansujących, najemców i usługodawców. Jestem pewien, że kwestie ekologii i społecznej odpowiedzialności będą stawały się coraz ważniejsze w ciągu najbliższych kilku lat – prognozuje.

Projektowanie przestrzeni biurowych, handlowych, magazynowych, hotelowych, mieszkalnych w duchu zrównoważonego rozwoju będzie miało zatem realny wpływ na jakość życia mieszkańców miast. Co więcej, na przestrzeni ostatnich lat, to już nie tylko kwestia świadomości inwestorów, ale odpowiednich regulacji prawnych narzucanych przez Unię Europejską.

Wprowadzanie rozwiązań ekologicznych to nie tylko kwestia oszczędności, ale także sposób na pozostanie konkurencyjnym na rynku, który zmierza w kierunku dbałości o poprawę jakości życia i środowiska naturalnego – mówi Wojciech Witek. Działania proekologicznie nie mogą jednak być jedynie sposobem na wyprzedzenie konkurencji, ale przede wszystkim odzwierciedleniem realnej chęci poprawy jakości życia i środowiska.

Do organu podatkowego nie można wysyłać dowolnych danych

Fiskus zbiera od podatników coraz więcej danych. W niedawnym wyroku NSA potwierdził, że w przypadku, gdy dane, których żąda organ wpływają na określenie wysokości opodatkowania, podatnik nie może zasłaniać się przed organem podatkowym tajemnicą handlową. Tym samym organy podatkowe mają prawo żądać od podatnika praktycznie wszystkich informacji, także bardzo wrażliwych danych, a podatnik nie ma prawa odmówić ich udzielenia bez podania uzasadnienia.

Co to jest kara porządkowa?

Kara porządkowa jest narzędziem wykorzystywanym przez organy podatkowe w toku prowadzonego postępowania podatkowego. Przepisy dotyczące kary porządkowej oraz zakres jej zastosowania zostały uregulowane w art. 262 Ordynacji podatkowej. Przepis ten określa, w jakich sytuacjach można ukarać podatnika, a także wskazuje zakres podmiotowy tej instytucji, czyli kogo można karać (strona, pełnomocnik strony, świadek lub biegły). Dodatkowo przepis wskazuje, że w przypadku osób prawnych oraz jednostek organizacyjnych nieposiadających osobowości prawnej karą porządkową można ukarać osobę, która jest ustawowym reprezentantem albo została upoważniona do prowadzenia spraw podmiotu lub jest członkiem organu reprezentującego podmiot.

Kara porządkowa ma charakter przede wszystkim przymuszający, a w drugiej kolejności sankcyjny. Jej celem jest zmobilizowanie podmiotu, strony postępowania, biegłego, świadka czy pełnomocnika do wykonania ciążących na nim obowiązków. Zasadniczo więc wymierzanie kar porządkowych powinno usprawnić postępowanie podatkowe. Konsekwencją tego rozumowania jest stwierdzenie, że organ podatkowy ma prawo nałożenia kary porządkowej na podstawie art. 262 § 1 Ordynacji podatkowej tylko w związku z prowadzonym postępowaniem podatkowym (por. wyrok NSA z dnia 6 sierpnia 2020 r., sygn. akt II GSK 1658/14).

Czego dotyczyła sprawa zawisła przed NSA?

Sprawa zawisła przed Naczelnym Sądem Administracyjnym (o sygn. akt II FSK 249/21) dotyczyła prezesa spółdzielni mieszkaniowej, wobec której prezydent miasta wszczął postępowanie w sprawie podatku od nieruchomości za 2017 r. Celem wyjaśnienia tej kwestii organ podatkowy zażądał od prezesa spółdzielni przedstawienia kserokopii umów dotyczących gruntów oraz budynków związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. W toku wezwania zamierzano ustalić rzeczywistą powierzchnię gruntów i budynków, która powinna być zgłoszona do opodatkowania.

Prezes spółdzielni zgodnie z wezwaniem przedstawił żądane dokumenty, jednak zanonimizował dane dotyczące kontrahentów, z uwagi na konieczność zachowania tajemnicy handlowej. Na ponowne wezwanie prezes spółdzielni przedstawił tylko niektóre umowy najmu, bez przesyłania umów dzierżawy, co uniemożliwiło określenie wysokości podatku. W konsekwencji organ podatkowy sięgnął po karę porządkową i nałożył maksymalną wysokość obowiązującą na dzień jej wyznaczenia, tj. 2800 zł (obecnie 2900 zł).

Prezes spółdzielni nie zgadzał się z nałożoną karą i wskazywał, że przedstawione przez niego dane umożliwiają ustalenie wysokości podatku oraz są pełne i wystarczające dla organu podatkowego. Ostatecznie sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie, który potwierdził stanowisko organu i wskazał, że w przedmiotowej sprawie były podstawy do ukarania prezesa spółdzielni karą porządkową. Uzasadniając swoją decyzję, WSA wskazał, że bezzasadna odmowa okazania lub po prostu nieprzedstawienie organowi podatkowemu w wyznaczonym terminie ksiąg podatkowych, dowodów księgowych czy innych dokumentów może skutkować ukaraniem osoby wezwanej do przedłożenia danych.

Stanowisko NSA

NSA w wyroku o sygn. akt II FSK 249/21 potwierdził stanowisko zajmowane wcześniej przez organ podatkowy oraz WSA. W ustnym uzasadnieniu NSA wskazał, że prezes spółdzielni przedstawił jedynie niektóre, wybiórcze dokumenty, a część pominął. Samo przekonanie prezesa, że wie lepiej, jakich dokumentów potrzebuje urząd, nie uchroni go od kary. Zatem arbitralność działań prezesa spółdzielni nie mogła zostać zaakceptowana. Dodatkowo NSA zaznaczył, że nie było uzasadnienia w zanonimizowaniu danych na umowach, ponieważ i tak byłyby one objęte tajemnicą skarbową. Sąd wskazał jednocześnie, że kara porządkowa może być nałożona jedynie w sytuacji, gdy spełnione są dwie przesłanki, co zaszło w przedmiotowej sprawie. Po pierwsze podmiot musi zostać powiadomiony o wezwaniu w sposób prawidłowy, a po drugie musi bezzasadnie odmówić zachowania określonego w przepisie art. 262 Ordynacji podatkowej.

NSA w podobnym tonie wypowiadał się w analogicznych sprawach. Przykładowo w wyroku z dnia 29 maja 2020 r., sygn. akt II FSK 2755/19 NSA stwierdził, że „Odmowa udzielenia przez osobę fizyczną wynajmującą lokale użytkowe podmiotom prowadzącym w nich działalność gospodarczą informacji o powierzchni tych lokali, dla celów ustalenia wysokości podatku od nieruchomości, nie może być uzasadniana obawą o ujawnienie informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa i narażeniem się na odpowiedzialność za czyn nieuczciwej konkurencji”. Innymi słowy, podatnik nie powinien zasłaniać się przed organem podatkowym tajemnicą przedsiębiorstwa i arbitralnie decydować, które dane należy udostępnić organowi podatkowemu.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Gwałtowny spadek bitcoina, 4 fala osłabia złotego

Jakby problemów dla złotego było mało, przyspiesza wzrost liczby zachorowań na COVID-19. Na rynku kryptowalut korekta, a na rynku nieruchomości bańka rośnie w najlepsze.

Kolejna fala coraz silniejsza

Mocno bagatelizowana z początku czwarta fala zachorowań w Polsce jednak zaczyna uzyskiwać mocno niepokojące liczby. Z punktu widzenia gospodarki jest jedna pocieszająca wiadomość, najwięcej zakażeń jest w regionach wschodnich, gdzie akcja szczepień była mniej skuteczna. Dlaczego to ważne? W przypadku nakładania restrykcji możliwe jest nałożenie ich tylko w niektórych częściach kraju, co spowoduje, że nie będzie miało to negatywnego wpływu na gospodarkę. Przynajmniej nie tak silnego, jak krajowy lockdown. Z drugiej strony rosnąca ilość zakażeń to kolejny cios dla złotego, który przez zamieszania polityczne i tak już ma pewne problemy. Nie może zatem dziwić, że euro dotarło do 4,62 zł.

Bitcoin znów nurkuje

Dokładnie tydzień temu bitcoin osiągnął swoje historyczne maksima na niemal 67 000 dolarów. Dzisiaj był już niemal 9 000 dolarów niżej. Na rynku mamy oczywiście nie tylko bitcoina, a pozostałe kryptowaluty w ostatnich dniach często pokazują lepszą kondycję. Cały czas pozostaje jednak problem, jak zachowa się ten rynek, gdy wzrosną stopy procentowe, a dopływ nowego kapitału się zmniejszy. Jest to o tyle istotne, że wiele kryptowalut ma bardzo dużą koncentrację u pojedynczych inwestorów, co może skutkować potencjalnie bardzo dużymi problemami przy ich wyjściu z inwestycji.

Szaleństwo na rynku nieruchomości

Jeżeli się komuś wydaje, że w Polsce na rynku nieruchomości dzieje się coś niespotykanego na skalę światową, to jest mocno w błędzie. Wczorajsze dane w USA pokazują, że sytuacja jest tam bardzo podobna. Przez tani kredyt napływ kapitału na ten rynek jest coraz większy. W górę idą wyraźnie zarówno indeksy cen domów, jak i sprzedaż nowych obiektów. Pamiętając sytuację z 2008 roku, można mieć pewne podejrzenia jak ta obecna się skończy. To nie znaczy oczywiście, że historia może się powtórzyć. Często w takich przypadkach, gdy ceny rosną z miesiąca na miesiąc, znajduje się wiele osób, które bojąc się, co będzie, decyduje się na odważną decyzję finansową, która jeżeli dojdzie do załamania w gospodarce, może mieć fatalne konsekwencje. Rynki przyjmują te dane korzystnie, a dolar umacniał się po tym odczycie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Sytuacja na pierwotnym rynku mieszkaniowym w Polsce w III kwartale 2021 r.

Pandemia wciąż wpływa – choć w nieco inny sposób niż w ubiegłym roku – na rynek mieszkaniowy. Z jednej strony istotnie stymuluje popyt. Nabywcy poprzez zakup nieruchomości poszukują zabezpieczenia dla swoich oszczędności, ale też poprawy warunków mieszkaniowych w obawie przed kolejnymi pandemicznymi restrykcjami. Z drugiej, zakłócenia w łańcuchach dostaw podnoszą koszty materiałów budowlanych, a niewydolność administracji publicznej ogranicza podaż. W tej sytuacji planowanie sprzedaży oraz racjonalizacja założeń finansowych jest dla deweloperów niezwykle trudna, a próba zmitygowania ryzyk z tym związanych przejawia się to przede wszystkim we wprowadzaniu do sprzedaży projektów w coraz wyższych cenach, komentuje Aleksandra Gawrońska, dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.zmiana średniej ceny mieszkań w ofercie deweloperów

Ceny pokonują kolejne progi, nabywców nie brakuje

Największe emocje mogły wzbudzić ceny mieszkań w inwestycjach wprowadzanych do sprzedaży we Wrocławiu, które były o 23% wyższe niż przed kwartałem. W rezultacie średnia cena dla wszystkich lokali dostępnych w ofercie na koniec września w tym mieście przekroczyła po raz pierwszy barierę 10 tys. zł/m2. Na koniec września we Wrocławiu za 1 m2 trzeba było zapłacić o 16% więcej niż przed rokiem. Najbardziej jednak, bo o 18% w ujęciu rocznym urosły ceny w Łodzi. Najmniej, bo tylko o 9% zdrożały mieszkania Trójmieście.

Wydaje się jednak, że bardziej niż wzrost cen dotkliwy dla nabywców jest ograniczony wybór mieszkań. Tych w porównaniu z danymi z III kwartału 2020 r. ubyło z oferty na wszystkich 6 największych rynkach. Najbardziej skurczyła się oferta we Wrocławiu, gdzie na koniec września 2021 r. dostępnych do zakupu było zaledwie 5,4 tys. mieszkań, o 42% mniej r-d-r. Duży, bo 34% spadek widoczny jest również w Warszawie. Biorąc pod uwagę tempo sprzedaży z ostatnich 12 miesięcy, bieżąca oferta miałaby szansę wyprzedać się w ok. 5 miesięcy, gdyby na rynek nie weszły nowe inwestycje.

Kluczowe pytanie brzmi: czy i gdzie możliwy jest szybki wzrost podaży? Jak podkreślają eksperci JLL, pod względem „zapasu” mieszkań na wydanych pozwoleniach widać istotne różnice pomiędzy sześcioma największymi rynkami.

W skrajnie niekorzystnej sytuacji jest Warszawa, gdzie w praktyce rezerwy zostały wyczerpane. W niewiele lepszej są Wrocław i Kraków, gdzie rezerwy nie przekraczają 30% obecnej rocznej produkcji. W Trójmieście rezerwy pozwoleń można szacować na ok. 40-50% rocznej podaży, a w Łodzi deweloperzy mają na półkach pozwolenia odpowiadające rocznej produkcji. Bardzo nietypowa natomiast sytuacja występuje w Poznaniu, gdzie nadwyżki mieszkań na pozwoleniach wydanych w ostatnich trzech latach nad liczbą mieszkań rozpoczętych skumulowały się do blisko dwuletniej produkcji, która jest obecnie w tym mieście na rekordowym poziomie, komentuje Aleksandra Gawrońska, ekspertka JLL.

Inwestorzy na cenzurowanym

Problemy z nową podażą są na tyle poważne, że stały się ważnym elementem dyskusji publicznej. Winę za masowy wykup i wzrosty cen zaczęto przypisywać inwestorom, którzy chcą zarabiać na wynajmowaniu Polakom mieszkań. Autorzy raportu podkreślają jednak, że niesłusznie pod lupę wzięto fundusze, których wpływ na rynek w porównaniu z zakupami inwestorów indywidualnych jest marginalny.

Jak szacują eksperci JLL w ostatnich kilku latach udział zakupów o charakterze inwestycyjnym dokonanych przez nabywców indywidualnych wynosił od 20% do nawet 40% w zależności od miasta. Na sześciu największych rynkach (Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi) przekłada się to na około 90-95 tys. mieszkań, które zostały oddane w latach 2016-2020 i są lub będą wynajmowane przez indywidualnych właścicieli. W tym samym okresie na rynek najmu w całej Polsce trafiło niewiele ponad 6 tys. mieszkań w budynkach będących w całości własnością funduszy. Jedna trzecia tych mieszkań jest w rękach polskiego Funduszu Mieszkań na Wynajem. Nawet jeśli wziąć pod uwagę projekty, które dopiero mają zasilić portfele tych podmiotów, to ich udział nie przekroczy kilku procent.

Liczby, o których mówimy to 25-30 tys. jednostek w najmie instytucjonalnym, co rocznie może oznaczać około 4 tys. takich lokali na wszystkich największych rynkach łącznie. W kontekście 100-140 tys. mieszkań rocznie budowanych w ostatnich latach przez deweloperów, to zdecydowanie niewielki odsetek. Warto też podkreślić, że zagraniczne fundusze nie decydują się za zakup po cenach wyższych niż bieżąca oferta rynkowa, a istotna część projektów, które trafiają do portfeli inwestorów instytucjonalnych powstaje na gruntach, na których nie można budować mieszkań w rozumieniu polskiego prawa (są to zwykle lokale usługowe sprzedawane z 23% VAT-em), tłumaczy Aleksandra Gawrońska, dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

Sytuacja na rynku mieszkaniowym w bliskiej przyszłości będzie uzależniona od skali podaży, czyli możliwości uzyskania nowych pozwoleń na budowę i wprowadzenia nowych inwestycji do sprzedaży. W perspektywie kilkunastu miesięcy kluczowa będzie jednak wysokość stóp procentowych.

1 000 000 EUR dziennie za Izbę Dyscyplinarną

Polska, z uwagi na to, że nie zawiesiła stosowania przepisów krajowych odnoszących się w szczególności do uprawnień Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, została zobowiązana do zapłaty na rzecz Komisji okresowej kary pieniężnej w wysokości 1 000 000 EUR dziennie

Poszanowanie środków tymczasowych zarządzonych w dniu 14 lipca 2021 r. jest konieczne, aby uniknąć poważnej i nieodwracalnej szkody dla porządku prawnego Unii oraz wartości, na których opiera się Unia, w szczególności wartości państwa prawnego

Wyrokiem z dnia 19 listopada 2019 r.1, Trybunał, do którego zwrócił się Sąd Najwyższy – Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych stwierdził w szczególności, że prawo Unii stoi na przeszkodzie temu, aby spory dotyczące stosowania tego prawa mogły należeć do wyłącznej właściwości organu, który nie jest niezawisłym i bezstronnym sądem2. Następnie Sąd Najwyższy – Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, orzekając w sprawach, w ramach których wystąpił z wnioskiem o wydanie orzeczenia w trybie prejudycjalnym, orzekł w wyroku z dnia 5 grudnia 2019 r. oraz w postanowieniach z dnia 15 stycznia 2020 r., że Izba Dyscyplinarna, z uwagi na okoliczności jej utworzenia, zakres uprawnień, skład oraz udział w jej powołaniu KRS w nowym składzie, nie może być uznana za sąd ani w rozumieniu prawa Unii, ani prawa polskiego.

W dniu 14 lutego 2020 r. weszła w życie ustawa o zmianie ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw.

Uznawszy, że obowiązujące przepisy krajowe naruszają prawo Unii, Komisja wniosła do Trybunału, w dniu 1 kwietnia 2021 r., skargę o stwierdzenie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego3.

W oczekiwaniu na wyrok Trybunału kończący postępowanie w sprawie C-204/21 („ostatecznym wyrok”) Komisja wystąpiła do Trybunału, w ramach postępowania w przedmiocie środków tymczasowych, z wnioskiem o zarządzenie wobec Polski szeregu środków tymczasowych.

Postanowieniem z dnia 14 lipca 2021 r.4 wiceprezes Trybunału uwzględniła wszystkie wnioski Komisji do czasu wydania ostatecznego wyroku.

Ustaliwszy, że Polska nie zastosowała się do zobowiązań wynikających dla niej z tego postanowienia, w dniu 7 września 2021 r. Komisja wystąpiła z wnioskiem o nałożenie na Polskę dziennej okresowej kary pieniężnej w wysokości niezbędnej, aby skłonić to państwo członkowskie do jak najszybszego zapewnienia skuteczności środków tymczasowych zarządzonych w wyżej wskazanym postanowieniu.

Polska, uznawszy, że po wydaniu postanowienia z dnia 14 lipca 2021 r. nastąpiła zmiana okoliczności, złożyła wniosek o uchylenie tego postanowienia. Postanowieniem z dnia 6 października 2021 r.5. wiceprezes Trybunału oddaliła zgłoszony przez Polskę wniosek.

W wydanym dziś postanowieniu wiceprezes Trybunału zobowiązał Polskę do zapłaty na rzecz Komisji okresowej kary pieniężnej w wysokości 1 000 000 EUR dziennie, licząc od dnia doręczenia Polsce tego postanowienia do dnia, w którym to państwo członkowskie wypełni zobowiązania wynikające z postanowienia z dnia 14 lipca 2021 r., lub – w braku zastosowania się do tego postanowienia – do dnia wydania ostatecznego wyroku.

Po pierwsze, w odniesieniu do wniosku o przekazanie sprawy do rozpoznania przez Trybunał w składzie wielkiej izby, wiceprezes przypomniał, że zgodnie z właściwymi przepisami6 wiceprezes Trybunału orzeka samodzielnie w przedmiocie wniosków o zawieszenie wykonania aktu lub o zastosowanie innych środków tymczasowych albo natychmiast przekazuje wniosek Trybunałowi. Wynika z tego, że to wyłącznie do wiceprezesa Trybunału należy dokonanie w każdym konkretnym przypadku oceny, czy złożone do niego wnioski w przedmiocie środków tymczasowych wymagają przekazania ich Trybunałowi w celu przydzielenia ich składowi orzekającemu. W tym przypadku ocena przedstawionych przez Polskę argumentów nie prowadzi do przyjęcia, że wniosek Komisji o nałożenie okresowej kary pieniężnej wymaga rozpoznania przez skład orzekający, wobec czego nie ma potrzeby przekazywania tego wniosku Trybunałowi.

Po drugie7, w odniesieniu do wniosku Komisji o nałożenie okresowej kary pieniężnej wiceprezes Trybunału zauważył przede wszystkim, że z akt sprawy nie wynika, by środki przyjęte przez Polskę były wystarczające do zapewnienia wykonania tych środków tymczasowych. Podkreślił on w szczególności, że decyzja o dalszym rozpoznaniu spraw zawisłych przed Izbą Dyscyplinarną jest podejmowana, w zależności od przypadku, przez Prezesa kierującego pracą tej izby lub przez jej członków, przy czym zarządzenia wydane przez Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego nie zobowiązują ich do wstrzymania się od rozpoznania tych spraw. Na podstawie informacji przedstawionych przez obie strony wiceprezes Trybunału stwierdził, że przepisy polskie określające właściwość Izby Dyscyplinarnej w sprawach, o których mowa w postanowieniu z dnia 14 lipca 2021 r., nadal mogą być stosowane w polskim porządku prawnym. Ponadto zauważył on, że Polska nie kwestionuje twierdzeń Komisji, zgodnie z którymi w odniesieniu do kilku środków zarządzonych postanowieniem z dnia 14 lipca 2021 r. nie podjęto żadnych działań krajowych w celu ich wykonania. Wiceprezes Trybunału przypomniał także, że państwo członkowskie nie może powoływać się na przepisy, praktyki lub sytuacje w jego wewnętrznym porządku prawnym dla uzasadnienia uchybienia zobowiązaniom wynikającym z prawa Unii oraz że zobowiązania te ciążą na wszystkich organach tego państwa, w tym – w granicach ich uprawnień – na organach sądowych. W tych okolicznościach wiceprezes Trybunału stwierdził, że konieczne wydaje się wzmocnienie skuteczności środków tymczasowych zarządzonych postanowieniem z dnia 14 lipca 2021 r. poprzez nałożenie na Polskę okresowej kary pieniężnej w celu odwiedzenia tego państwa członkowskiego od opóźniania dostosowania swojego zachowania do wspomnianego postanowienia.

Odnośnie do wysokości okresowej kary pieniężnej, wiceprezes Trybunału podkreślił na wstępie, że postanowienie z dnia 14 lipca 2021 r. dotyczy środków tymczasowych, których przestrzeganie jest konieczne, aby uniknąć poważnej i nieodwracalnej szkody dla porządku prawnego Unii, a w rezultacie także dla praw, które jednostki wywodzą z prawa Unii, oraz wartości8, na których opiera się Unia, w szczególności wartości państwa prawnego. Następnie zauważył on, że okoliczność, iż prawo polskie stoi na przeszkodzie podjęciu dodatkowych działań w celu zastosowania się do postanowienia z dnia 14 lipca 2021 r., nie może być brana pod uwagę przy ocenie wysokości okresowej kary pieniężnej, jaka ma zostać nałożona. Wiceprezes Trybunału stwierdził również, że rząd polski nie przedstawił przed Trybunałem dowodów, które mogłyby wykazać, iż pomimo niewystarczającego charakteru środków przyjętych w następstwie wydania postanowienia z dnia 14 lipca 2021 r. polskie sądy owo postanowienie respektują. Wreszcie wyrażony zamiar przyjęcia w terminie jednego roku szeregu środków mających na celu zreformowanie polskiego systemu sądownictwa nie może zapobiec, w braku natychmiastowego działania ze strony Polski, powstaniu poważnej i nieodwracalnej szkody dla porządku prawnego Unii. Biorąc pod uwagę okoliczności niniejszej sprawy i zdolność płatniczą Polski, wiceprezes Trybunału zobowiązał Polskę do zapłaty na rzecz Komisji okresowej kary pieniężnej w wysokości 1 000 000 EUR dziennie, licząc od dnia doręczenia temu państwu członkowskiemu dzisiejszego postanowienia do dnia, w którym wypełni ono zobowiązania wynikające z postanowienia z dnia 14 lipca 2021 r., lub – w braku zastosowania się do tego postanowienia – do dnia wydania ostatecznego wyroku.

1 Wyrok Trybunału z dnia 19 listopada 2019 r., A.K. i in. (niezależność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego) (C-585/18, C-624/18 i C-625/18).

2 W ocenie Trybunału jest tak wówczas, gdy obiektywne okoliczności, w jakich został utworzony dany organ, oraz jego cechy, a także sposób, w jaki zostali powołani jego członkowie, mogą wzbudzić w przekonaniu jednostek uzasadnione wątpliwości co do niezależności tego organu od czynników zewnętrznych, w szczególności od bezpośrednich lub pośrednich wpływów władzy ustawodawczej i wykonawczej, oraz jego neutralności względem ścierających się przed nim interesów, i prowadzić w ten sposób do braku widocznych oznak niezawisłości lub bezstronności tego organu, co mogłoby podważyć zaufanie, jakie sądownictwo powinno budzić w jednostkach w społeczeństwie demokratycznym.

3 Sprawa C-204/21. W szczególności według Komisji ustawą zmieniającą zakazano wszystkim sądom krajowym badania spełnienia wymogów Unii dotyczących niezawisłego i bezstronnego sądu ustanowionego uprzednio na mocy ustawy. Ponadto w ocenie Komisji sprzeczne z prawem Unii są zarówno przepisy ustanawiające wyłączną właściwość Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego (Polska) do rozpoznawania zarzutów i zagadnień prawnych dotyczących braku niezależności sądu lub braku niezawisłości sędziego, jak i te pozwalające na zakwalifikowanie badania poszanowania wymogów Unii dotyczących niezawisłego i bezstronnego sądu ustanowionego uprzednio na mocy ustawy jako przewinienia dyscyplinarnego. Wreszcie Polska naruszyła, zdaniem Komisji, prawo Unii, ponieważ powierzyła Izbie Dyscyplinarnej, której niezawisłość i bezstronność nie są zagwarantowane, właściwość do orzekania w sprawach dotyczących statusu sędziów i asesorów sądowych oraz pełnienia przez nich urzędu, takich jak z jednej strony sprawy o zezwolenie na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej lub tymczasowe aresztowanie sędziów lub asesorów sądowych oraz z drugiej strony sprawy z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych dotyczące sędziów Sądu Najwyższego i sprawy z zakresu przeniesienia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku.

Dodatkowo kwestionowane przepisy krajowe naruszają w ocenie Komisji prawo do poszanowania życia prywatnego i ochrony danych osobowych.

4 Sprawa C-204/21 R.

5 Sprawa C-204/21 R-RAP Polska/Komisja.

6 Artykuł 161 § 1 w związku  z art. 1 decyzji Trybunału Sprawiedliwości 2012/671/UE  z dnia 23 października 2012 r. w sprawie obowiązków wiceprezesa Trybunału w zakresie orzekania (Dz.U. 2012, L 300, s. 47).

7 Wiceprezes nie uwzględnił także argumentu Polski, zgodnie z którym wniosek o nałożenie okresowej kary pieniężnej jest niedopuszczalny, ponieważ nie zawiera wskazania wysokości kary pieniężnej, której nałożenia domaga się Komisja. W tym względzie wskazał on w szczególności, że ani postanowienia TFUE, ani przepisy regulaminu postępowania nie nakładają na Komisję obowiązku wskazania wysokości okresowej kary pieniężnej, której nałożenia domaga się ona w ramach środków tymczasowych, a ewentualne nałożenie takiej okresowej kary pieniężnej na podstawie wniosku, który nie precyzuje jej wysokości, nie narusza też prawa do obrony danego państwa członkowskiego, ponieważ państwo to zachowuje możliwość wskazania w swoich uwagach, w razie potrzeby pomocniczo, wysokości okresowej kary pieniężnej, którą uważa za odpowiednią w świetle okoliczności sprawy i swojej zdolności płatniczej.

Mniej znaczy więcej. Ulga dla klasy średniej nie wszystkim się opłaci

Ulga dla klasy średniej ma w zamierzeniu ustawodawcy niwelować negatywne skutki nowych zasad rozliczania składki zdrowotnej. Tymczasem okazuje się, że stosowanie ulgi może w niektórych przypadkach spowodować powstanie niedopłaty podatku dochodowego. W konsekwencji może się okazać, że podczas rozliczenia rocznego podatnicy będą musieli oddać fiskusowi pieniądze.

Pierwotnie ulga dla klasy średniej miała objąć wyłącznie pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Jednak na finiszu prac nad projektem Polskiego Ładu zadecydowano, że korzystać z niej będą mogli także przedsiębiorcy rozliczający się według skali podatkowej.

Kto będzie mógł skorzystać z ulgi?

Proponowane rozwiązanie będzie przysługiwało tym, którzy brutto zarabiają rocznie nie mniej niż 68 412 złotych i nie więcej niż 133 692 złote. Rząd niejako wskazał więc granicę, od której można mówić o przynależności do klasy średniej: są to miesięczne zarobki w wysokości około 5700 złotych brutto.

Jak wyliczyć ulgę?

Wyliczenie ulgi będzie możliwe za pomocą dwóch skomplikowanych wzorów, w zależności od osiąganych przez podatników przychodów:

  • Dla osób osiągających przychód w przedziale 68 412 do 102 588 złotych będzie to

(przychód x 6,68% – 4566 zł) ÷ 0,17

  • Dla osób osiągających przychód wyższy niż 102 588 złote do granicy 133 692 złotych włącznie będzie to (przychód x (-7,35%) + 9829 zł) ÷ 0,17

Ulga może być uwzględniona w zeznaniu rocznym. Pracownik może też złożyć oświadczenia o chęci skorzystania z niej w ciągu roku podatkowego. Wówczas pracodawcy będą mogli ją stosować już w rozliczeniach miesięcznych. Podatnik sam kalkuluje wtedy, czy mu się to opłaca.

Tworzenie takiego systemu podatkowego powoduje, że podatnicy wpadają w pułapkę. Stosowanie ulgi w czasie roku podatkowego może przysporzyć kłopotów w postaci niedopłaty podatku dochodowego. Przykładowo: podatnik zatrudniony na umowie o pracę zacznie korzystać z ulgi, ale w trakcie roku podatkowego zmieni formę zatrudnienia i nie osiągnie dolnego pułapu, który uprawnia do skorzystania z niej. I odwrotnie: jeśli na przykład w ciągu roku otrzyma podwyżkę wynagrodzenia i jego przychody przekroczą w pewnym momencie górną wartość przychodu uprawniającego do rozliczenia ulgi, może powstać niedopłata. Podatnik w rozliczeniu rocznym będzie wtedy musiał oddać fiskusowi pieniądze z tytułu niedopłaconego podatku.

Podobne przykłady można mnożyć. Wystarczy, że podatnik mieszczący się w widełkach ulgi dostanie na koniec roku nagrodę lub premię, która sprawi, że przekroczy górną granicę i już z tej ulgi nie będzie mógł skorzystać. Sprawdza się tu więc powiedzenie, że czasami mniej znaczy więcej. W skrajnych przypadkach może się okazać, że lepiej zarobić w ciągu roku nieco mniej, bo wyższe zarobki nie zrekompensują tego, co można by było zaoszczędzić dzięki uldze.

Co z kosztami?

Problem, na który należy zwrócić uwagę w przypadku przedsiębiorców, to stosowanie ulgi do wartości będącej różnicą między przychodem a kosztami uzyskania przychodu. Ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych nie zawiera pojęcia „koszt prowadzenia działalności gospodarczej”. W myśl jej przepisów istnieją właśnie „koszty uzyskania przychodu” – a to nie to samo. Przykładowo: jeśli przedsiębiorca kupi środek trwały o wartości 50 tys. złotych podlegający amortyzacji, to „kosztem uzyskania przychodu” będzie kwota, jaką uzyska dzięki odpisowi amortyzacyjnemu, np. 10 tys. złotych. Natomiast koszt środka trwałego, wspomniane 50 tys. złotych, będzie „kosztem prowadzenia działalności gospodarczej”. Rozróżnienie tego może sprawić przedsiębiorcom wiele kłopotów i utrudnić wyliczanie ulgi.

Czy można było to zrobić lepiej?

W mojej ocenie proponowana konstrukcja ulgi dla klasy średniej będzie przysparzała więcej problemów niż korzyści. Takie rozwiązanie powinno wyglądać zupełnie inaczej. Przede wszystkim uprawnieni powinni mieć możliwość płynnego przechodzenia między progami – podobnie jak obecnie na skali podatkowej. Jeśli ktoś przekroczyłby górny próg, to z kwoty przekraczającej jego wartość powinien móc rozliczyć się na zasadach ogólnych. Tymczasem w takiej sytuacji ulga przepadnie i całość przychodu będzie rozliczana według zasad ogólnych. Ulga dla klasy średniej jest potrzebna, ale nie może być tak, że całkowicie znika, gdy zarobki nie mieszczą się w ustalonych granicach.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Już co 10. Polak wydaje ponad 500 zł miesięcznie na zakupy online

Większość, czyli 60 proc., internetowych konsumentów w Polsce robi tą drogą zakupy kilka razy w miesiącu, jak wynika z nowego raportu polskiej firmy Advox „Jak Polacy korzystają ze sklepów internetowych: Zwyczaje e-zakupowe Polaków 2021”. Blisko połowa wydaje tą drogą między 101 a 300 zł miesięcznie. Najczęściej kupowanymi online kategoriami produktów są dodatki i odzież, które wskazało 62 proc. respondentów.

Obecnie zakupy w sieci regularnie robi 60 proc. Internautów, jak podaje Izba Gospodarki Elektronicznej*. Polski rynek eCommerce należy do najszybciej rozwijających się w Europie – jego wartość na początku 2021 r. przekroczyła 100 mld zł, a od trzech lat w KRS przybywa ok. 25 proc. sklepów internetowych rocznie. Dziś w Polsce zarejestrowanych jest 51 tys. sklepów internetowych, ale  aż ¾ z nich znajduje się w złej lub bardzo złej sytuacji finansowej.

Powszechną bolączką polskiego handlu elektronicznego jest założenie, że do sukcesu i efektywnej sprzedaży wystarczy założenie sklepu internetowego oraz jego uruchomienie i wystawienie towarów – mówi Rafał Gadomski, CEO Advox Studio – software house’u z główną siedzibą w Poznaniu i  oddziałami w Europie, który zrealizował ponad 120 projektów sklepów internetowych – Tymczasem właściwe określenie grup docelowych i dostosowanie do nich działań marketingowych, poznanie potrzeb, zainteresowań i przyzwyczajeń konsumentów oraz zrozumienie, co zachęca i zniechęca ich do zakupów w danym sklepie, jest absolutnie kluczową kwestią w prowadzeniu tego typu biznesu. Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak i co Polacy kupują w Internecie w 2021 r. Zapytaliśmy ich m.in. o częstotliwość zakupów online, wydatki w tym kanale oraz o najczęściej wybierane produkty. RaportAdvox_e-zakupy_Czestotliwosc RaportAdvox_e-zakupy_Przecietne_wydatki

⅓ internetowych konsumentów kupuje online raz w tygodniu lub częściej

Z raportu Advox „Zwyczaje e-zakupowe Polaków 2021” wynika, że już 28 proc., a więc niemal ⅓ respondentów, kupuje przez Internet raz w tygodniu lub częściej – blisko 3 proc. nawet codziennie. Większość, bo blisko 60 proc., robi to raz lub kilka razy w miesiącu. Aż 44 proc. przyznaje, że na zwiększenie częstotliwości robienia przez nich zakupów w Internecie znaczny wpływ miała pandemia. Spośród osób, które zauważyły tę zależność, 61 proc. na skali od 0 do 10, gdzie 0 oznaczało, że ta częstotliwość nie zwiększyła się prawie wcale a 10, że robią zakupy już tylko przez Internet, wskazało wartości 6 lub wyższe. Blisko połowa kupujących online przeciętnie wydaje tą drogą między 101 a 300 zł miesięcznie. Ponad ⅕ wydaje pomiędzy 301 a 500 zł miesięcznie, a niecałe 20 proc. pomiędzy 51 a 100 zł. Niecałe 10 proc. wydaje powyżej 500 zł miesięcznie.

Mobilne aplikacje zakupowe w Polsce nie są tak popularne jak na świecie

Najpopularniejszymi urządzeniami, za których pośrednictwem Polacy robią zakupy w Internecie, pozostają komputer stacjonarny lub laptop, wskazane przez ponad połowę badanych. Ponad 1/4 używa do tego przeglądarki na smartfonie lub tablecie, a niemal ⅕ korzysta z aplikacji mobilnych i platform zakupowych. Coraz więcej osób, szczególnie młodych, ceni sobie wygodę robienia zakupów w dowolnym miejscu i czasie, dlatego mobile commerce, zwany też mCommercem, jest dziś niezwykle ważnym aspektem działań proklienckich. Z mobilnych aplikacji zakupowych, które w Polsce dopiero rosną w siłę, korzysta już 70 proc. użytkowników smartfonów na świecie – komentuje Rafał Gadomski, CEO Advox Studio.

Najczęściej online kupujemy odzież, najrzadziej oprogramowanie komputerowe

Polacy przez Internet kupują już w zasadzie wszystko, nawet ubezpieczenia, które wskazało 20 proc. badanych, oraz samochody i części samochodowe, wskazane przez 24 proc. badanych. Najczęściej kupowanymi online kategoriami produktów od lat pozostają odzież i dodatki, które w raporcie Advox wskazało 62 proc. respondentów. Na drugim miejscu znalazło się obuwie – 56 proc. odpowiedzi, a na trzecim kosmetyki i perfumy – 49 proc. odpowiedzi. Najrzadziej kupowane online produkty to oprogramowanie komputerowe (13 proc. odpowiedzi) oraz materiały budowlane i wykończeniowe (14 proc.). Już co 5. internetowy konsument robi tą drogą zakupy spożywcze. W sumie aż 80 proc. internetowych konsumentów po zakupach dodaje swoje recenzje produktów na stronach sklepów internetowych. Wiele sklepów nie chce dawać klientom możliwości recenzowania swoich produktów, obawiając się negatywnych wypowiedzi, ale to błąd. Możliwość zapoznania się z opiniami zwykłych użytkowników zwiększa zaufanie klientów do sprzedających – dodaje Rafał Gadomski, CEO Advox Studio.

Pandemia przyczyniła się do zwiększonej popularności e-sportu

Rosnącą popularność e-sportu można zaobserwować już od kilku lat, ale pandemia znacznie przyspieszyła ten trend. Jak wynika z raportu Let’s Play! – The European e-sports market, ponad połowa badanych Europejczyków po raz pierwszy oglądała rozgrywki e-sportowe właśnie po wprowadzeniu obostrzeń covidowych. W Polsce wskaźnik ten wynosi 46 proc. Polacy są największymi fanami tego rodzaju rozrywki spośród wszystkich badanych nacji. Eksperci firmy doradczej Deloitte zauważają, że rosnąca popularność e-sportu jeszcze nie przełożyła się na znaczący wzrost przychodów branży, choć perspektywy są obiecujące.

W lipcu i sierpniu 2021 roku firma Deloitte przeprowadziła badanie wśród 20 tys. respondentów z 14 krajów Europy, w tym Polski. Jednocześnie blisko 70 przedstawicieli firm należących do europejskiego ekosystemu e-sport wzięło udział w dodatkowym badaniu jakościowym.

Ponad połowa respondentów (52 proc.) zna pojęcie e-sportu. W Polsce wskaźnik ten wynosi aż 61 proc. Nasz kraj może się pochwalić najwyższym odsetkiem osób, które przynajmniej raz oglądały rozgrywki e-sportowe. Jest to aż 52 proc. ankietowanych. Drugie i trzecie miejsce należy do Hiszpanii (49 proc.) oraz Włoch (48 proc.). Średnia dla badanych krajów wynosi 35 proc.

Jak się okazuje, fani e-sportu to zróżnicowana grupa pod względem demograficznym. Wśród odbiorców tego rodzaju rozrywki przeważają millenialsi (40 proc.) i przedstawiciele pokolenia Z (26 proc.).

Rozgrywki e-sportu dostępne są obecnie w różnych formatach. Widzowie mogą śledzić zawody w ramach usługi VoD, oglądać relacje w płatnej lub darmowej telewizji, jak również brać udział w wydarzeniach na żywo. Każda z wymienionych opcji ma swoje zalety, jednak to konsumpcja online jest i będzie podstawowym filarem relacji e-sportowych. Dwie trzecie konsumentów sportu elektronicznego ogląda tego rodzaju treści za pośrednictwem streamu, a dla 49 proc. respondentów transmisja online stanowi ulubiony kanał odbioru. Jeżeli chodzi o źródło streamingu, to widoczna jest dominacja trzech platform: Youtube Gaming, Twitch oraz Facebook Gaming.

Najpopularniejsze typy rozgrywek, które przyciągają największą liczbę fanów to: tzw. strzelanki, symulacje sportów oraz MOBA (massive online battle arena). Jeżeli chodzi o konkretne tytuły gier, to podium należy do: FIFA, League of Legends oraz Call of Duty: Modern Warfare.

Co piąty konsument przyznaje, że w przeszłości dokonał zakupów związanych ze sportem elektronicznym dla siebie lub dla innych osób. Co ciekawe, jedna trzecia osób, które wydały pieniądze na e-sport nigdy nie oglądało rozgrywek, po prostu kupiły produkty i usługi jako prezenty lub chciały spróbować czegoś nowego.

Zwiększenie grona fanów bez znaczącego wzrostu przychodów

Pandemia COVID-19 miała ogromny wpływ na prowadzenie działalności w różnych sektorach gospodarki, a większość z nich poważnie odczuła jej negatywne skutki.

W porównaniu do innych branż, przewagą e-sportu była możliwość organizowania rozgrywek całkowicie online. Dystans społeczny i czasowa izolacja w domach sprawiły, że nastąpił wzrost oglądalności wydarzeń tego typu. W porównaniu do okresu sprzed pandemii zanotowano zwiększenie aktywności wśród 42 proc. dotychczasowych konsumentów takiej rozrywki, – mówi Sławomir Lubak, partner i lider branży TMT w Deloitte.

Co więcej, wielu Europejczyków po raz pierwszy zetknęło się z e-sportem w 2020 lub 2021 roku, a 51 proc. konsumentów przyznaje, że po raz pierwszy oglądało rozgrywki po tym, jak w ich krajach wprowadzono obostrzenia związane z COVID-19. W Polsce odsetek ten wynosi 46 proc. W przypadku osób, które dotkliwie ucierpiały w wyniku pandemii, sporty elektroniczne były przyjemną odskocznią od życia codziennego. W tej grupie wskaźnik penetracji zwiększył się ponad dwukrotnie (x2,4). Co ciekawe, pomimo wciąż stosunkowo niskiego udziału kobiet wśród całkowitej liczby widzów e-sportu (38 proc.), również i tutaj zanotowano ponad dwukrotny (x2,36) wzrost wskaźnika penetracji.

Daje to nadzieję na nowe możliwości w zakresie zwiększenia oglądalności w kanale cyfrowym. Niemniej, pomimo sukcesywnego rozwoju w ostatnich latach, branża musi zaakceptować wyhamowanie wzrostu przychodów, co może wydawać się zaskakujące w obliczu rosnącego zainteresowania e-sportem.

Znacząca poprawa oglądalności nie wpłynęła na osiągnięcie przez sektor nadwyżki finansowej. Powodem była ogromna liczba wysokiej jakości darmowych treści, co utrudniało zwiększenie przychodów. Co więcej, wysokie straty poniesione w wyniku odwołanych wydarzeń oraz zmiany priorytetów budżetowych sponsorów nadwyrężyły finanse firm z tego sektora, – mówi Rafał Wojciechowski, senior manager, TMT Operations Transformation, Deloitte Advisory.

W konsekwencji oczekuje się, że wzrost przychodów w niektórych obszarach może zrównoważyć spadki w innych. Ponadto, mając na uwadze ogromne zakłócenia w prowadzeniu działalności, których wiele firm doświadczyło w trakcie pandemii COVID-19, zrealizowanie założeń budżetowych w ramach pośredniego scenariusza przy jednoczesnym przyciągnięciu dużej rzeszy nowych odbiorców w ciągu półtora roku można z pewnością uznać za sukces. – E-sport to młody, dynamiczny sektor ukierunkowany na konsumenta, co zapewnia dobre widoki na przyszłość. Jeżeli firmy z tej branży skupią się na szerszej perspektywie i odłożą na bok swoje krótkoterminowe cele na rzecz długofalowego rozwoju, przed e-sportem stoi duża szansa na osiągnięcie ogromnego sukcesu – prognozuje Sławomir Lubak.

Perspektywy dla branży e-sport

Dynamiczny wzrost e-sportu w całej Europie, przyspieszy potrzebę transformacji cyfrowej w firmach związanych z elektroniczną rozrywką.

Rosnąca liczba nowych widzów sprawi, że staną przed nowymi wyzwaniami – jak utrzymać ich uwagę i zmienić w lojalnych widzów i konsumentów. Do tego dochodzi rozwarstwienie pokoleniowe, które wymagać będzie zróżnicowanej komunikacji i odpowiedniego podejścia do customer experience. Kluczowe dla e-sportu będzie pozyskanie odpowiednich partnerów technologicznych, którzy pomogą wejść firmom na wyższy poziom, co bezpośrednio przełoży się na wyniki finansowe i utrzymanie wysokiego zaangażowania, – mówi Bartosz Fiszer, project manager i ekspert w zakresie transformacji marketingowej, Deloitte Digital.

Monetyzacja e-sportu i dywersyfikacja przychodów są jednym z nierozwiązanych wyzwań dla tej branży. Przekształcenie użytkowników końcowych w płacących klientów i zwiększenie roli różnych źródeł przychodów to krytyczne obszary do poprawy. Obecnie około 50 proc. przychodów to sponsoring i reklama, natomiast bezpośrednie wpływy od klientów końcowych pochodzą głównie ze sprzedaży gadżetów i biletów na imprezy.

– Głównym wyzwaniem dla utrzymania dynamiki wzrostu w przyszłości jest dopracowanie przez branżę docelowego modelu biznesowego, pozwalającego właściwie monetyzować jej potencjał. Duże możliwości tkwią w optymalizacji zasad współpracy z przemysłem produkcji gier, które są platformą do budowania dyscyplin e-sportowych. Relatywnie krótki cykl życia dyscyplin e-sportowych, wynikający z szybkiego technicznego starzenia się gier, pozycjonuje e-sport jako jeden z najbardziej efektywnych kanałów promocyjnych dla nowych gier. Aż 66 proc. odbiorców e-sportu w Polsce jest również bardzo aktywnymi graczami, otwartymi na otrzymywanie i konsumpcję reklam – podsumowuje Rafał Wojciechowski.

Zrównoważone podejście całkowicie zmienia sposób myślenia o rozwoju biznesu ubezpieczeniowego

Uwzględnienie ryzyk klimatycznych w strategii firmy jest kluczowe dla opłacalności prowadzenia działalności ubezpieczeniowej.

Rosnąca społeczna świadomość zagrożeń wynikających ze zmian klimatu, oraz coraz wyższe koszty strat powodowanych przez anomalie pogodowe motywują biznes do włączania czynników ESG (environmental, social, governance) do swoich strategii biznesowych. Ze względu na swoją wyjątkową pozycję menedżera ryzyka i jednocześnie czołowego inwestora giełdowego, branża ubezpieczeniowa ma do odegrania ważną rolę w tym zakresie. O wyzwaniach stojących przed sektorem oraz jego specyfice w kontekście ryzyk klimatycznych rozmawiali uczestnicy dyskusji panelowej Czy postpandemiczna rzeczywistość będzie zielona? podczas VIII Kongresu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Wykład wprowadzający do dyskusji wygłosiła Irena Pichola z firmy doradczej Deloitte.

Specyfika działania branży ubezpieczeniowej, w której znaczne przepływy kapitałowe są nierozerwalnie związane z długoterminowym horyzontem działalności inwestycyjnej i ubezpieczeniowej, może wspierać firmy w przejściu od skupiania się na krótkoterminowych zyskach do budowy zielonej, sprawiedliwej i sprzyjającej włączeniu społecznemu gospodarki.

Działalność człowieka doprowadziła do zmian klimatycznych, co potwierdzają najważniejsze naukowe analizy, m.in. opublikowany ostatnio raport IPCC, Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu. Rośnie też świadomość społeczna tego zjawiska – w Polsce tych, którzy uważają globalne ocieplenie za mit jest zaledwie 14 proc.* Nasze społeczeństwo oczekuje bardziej aktywnej postawy i większej odpowiedzialności biznesu, także ze strony sektora ubezpieczeniowego, mówi Irena Pichola, partnerka, liderka zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Wiedza ubezpieczycieli w zakresie potencjalnych ryzyk i możliwości wystąpienia katastrof, a także ich zdolność do radzenia sobie z zarządzaniem tymi kwestiami, stawia firmy tego sektora na wyjątkowej pozycji.

Sektor ubezpieczeniowy już od dłuższego czasu podejmuje aktywne działania w zakresie włączania ryzyk klimatycznych i dostosowywania modelu biznesowego do wyzwań związanych ze zmianami klimatu, a te aktywności zaczęły nabierać przyspieszenia od czasu Porozumienia Paryskiego w 2015 r., które ustanowiło pewne ramy i wspólne cele. Ponieważ tak wielka transformacja wymaga znaczących funduszy i wielkich inwestycji, jest to jednocześnie niezwykła szansa dla branży ubezpieczeniowej, żeby przyjmować proaktywne strategie wspierające wprowadzenie koniecznych zmian.

Sektor ubezpieczeniowy nie czeka na regulacje, bo życie je wyprzedza. Mamy bardzo mocną świadomość zmian klimatycznych i procesów, które zachodzą na świecie w związku z ociepleniem i wyzwaniami społecznymi. Jesteśmy na pierwszej linii frontu. I to pokazuje, jak wielką rolę do odegrania ma sektor ubezpieczeniowy. Przez wybór, kogo i co ubezpieczamy, możemy wpływać na politykę klimatyczną. Tym bardziej, że mocno dotykają nas finansowo wypłaty z tytułu pożarów, powodzi, wichur. – mówi Adam Uszpolewicz, prezes grupy Aviva w Polsce.

Straty wynikające z katastroficznych zjawisk pogodowych, do których coraz częściej dochodzi także na terenie Polski, są niebagatelne.

Ewolucja podejścia ubezpieczycieli

W branży ubezpieczeniowej podejście do koncepcji zrównoważonego rozwoju ewoluuje. To już nie tylko skupianie się na tym, jak kwestie środowiskowe, społeczne i z zakresu ładu korporacyjnego wpływają na portfele ubezpieczeniowe i inwestycyjne, ale także jak działalność samej branży oddziałuje na środowisko i społeczeństwo. Celem podejmowanych aktywności jest zabezpieczenie biznesu przed wpływem ryzyk klimatycznych, ale jednocześnie wykorzystanie potencjału związanego z dążeniem do realizacji celów środowiskowych. Tym bardziej, że z agendą ESG związane są olbrzymie środki na inwestycje wspierające transformację gospodarki.

Według uczestników debaty niezbędna jest ocena tego, w jakich miejscach działalność branży i jej kontrahenci są narażeni na ryzyka. To może ograniczać rynek, ale jeśli te działania będą podjęte w taki sposób, aby budować relacje z klientami, pomagać im przejść przez proces zmiany, może się okazać, że dla wielu z nich branża staje się zaufanym partnerem.

– Rośnie wpływ czynników związanych ze środowiskiem, kwestiami społecznymi i ładem korporacyjnym na działalność firm. Aby miały one rzeczywiste przełożenie na ich funkcjonowanie, nie wystarczy, że będą tylko elementem ich aktywności, ale muszą być zintegrowane z podstawowymi procesami biznesowymi i inwestycyjnymi. Firmy muszą wiedzieć, w jaki sposób szacować ryzyka i selekcjonować branże, w których są one największe. Dodatkowo – w jaki sposób poszukiwać potrzebnych informacji i wchodzić w dialog z klientami. Trudno sobie wyobrazić, żeby w przyszłości czynniki ESG nie były także elementem oceny finansowej przedsiębiorstw, a w efekcie czynnikiem wpływającym na wizerunek, reputację firmy oraz zaufanie do niej, tak cenne dla branży ubezpieczeniowej – mówi Irena Pichola.

Edukacja i innowacje

Według ekspertów sektor ma do spełnienia znaczącą rolę edukacyjną w obszarze zrównoważonego rozwoju i czynników środowiskowych. Tym bardziej, że bezpośredni kontakt z klientami podczas działalności operacyjnej, pozwala taką wiedzę skutecznie przekazać.

Niezwykle istotne są także działania wewnątrz organizacji, wśród pracowników – od zmiany prostych codziennych przyzwyczajeń, przez weryfikację podejścia do procedur biznesowych, aż po wzięcie na siebie większej odpowiedzialności przez liderów sektora, prezesów firm i menedżerów, aby zwiększyć wiarygodność podejmowanych starań.

Myślenie o tym, w jaki sposób zaadresować potrzeby przedsiębiorstw i konsumentów, którzy poprzez produkty mogą być edukowani i zachęcani do pewnych działań: zmiany nastawienia do prewencji, innego sposobu likwidacji szkód, zaangażowania technologii. Przestrzeń do innowacji jest bardzo duża. Rosnący poziom tego typu refleksji stwarza szanse na budowanie nowego podejścia wewnątrz poszczególnych instytucji.

Wzrost gospodarczy jest dla naszego sektora kluczowy. Taki model gospodarki prowadzi do ciągłego zwiększania konsumpcji, z którego z kolei rodzą się tak widoczne dziś zjawiska, jak wyższa temperatura powietrza czy rosnąca emisja gazów cieplarnianych. Dlatego należy redefiniować pojęcia „wzrostu”. Warto rozważyć, czy zamiast wskaźnika PKB nie warto ustalić innego współczynnika, który pokazałby, czy zmierzamy w dobrym kierunku dla klimatu. Sektor ubezpieczeniowy może wiele zyskać, jeśli zmieni się model biznesowy gospodarki i przedsiębiorstw. Można przecież produkować to samo, ale inaczej, z myślą o ewentualnych korzyściach dla środowiska, mówi Mario Zamarripa, dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju Grupy ERGO Hestia.

*Źródło: Raport „Mapa ryzyka Polaków” opracowany wspólnie przez Deloitte oraz Polską Izbę Ubezpieczeń.

Polacy uważają samochody elektryczne za przyszłość motoryzacji. Tymczasem oczekują zmian systemowych i rozwoju infrastruktury

  • Nowe badanie zlecone przez Forda ujawniło, że 41% Polaków uważa samochody elektryczne za przyszłość motoryzacji, ale jednocześnie ma obawy związane z użytkowaniem ich już teraz.
  • Według badania „Go Electric. Climate Countdown”, Polacy są zdania, że to człowiek jest głównie  odpowiedzialny za zmiany klimatyczne i chcą, aby producenci samochodów stworzyli plany dotyczące recyklingu pojazdów elektrycznych i akumulatorów po zakończeniu ich eksploatacji.
  • Jednocześnie polscy respondenci, w mniejszym stopniu niż mieszkańcy innych krajów europejskich uważają, że są osobiście odpowiedzialni za zmiany klimatyczne.

Nowe badanie przeprowadzone na zlecenie Forda, dotyczące nastawienia opinii publicznej do pojazdów elektrycznych i kryzysu klimatycznego, ujawniło osobiste poświęcenia, jakie Polacy są gotowi ponieść w tej walce. Pokazało także ich nastawienie do aktualnego stanu rynku nowych samochodów elektrycznych.

Przekonanie o elektrycznej przyszłości, ale i obawy dotyczące teraźniejszości

Ford zaprezentował właśnie najnowszy raport „Go Electric. Climate Countdown”, z którego wynika, że Polacy nie są jeszcze w pełni gotowi na rozwój elektromobilności. Przy czym mimo to badanie wykazało, iż duża część (aż 41%) respondentów uważa, że pojazdy elektryczne są przyszłością motoryzacji. Wskazują oni jednocześnie, że nadal w Polsce istnieje wiele problemów dotyczących m.in. infrastruktury, które należy rozwiązać. Największe obawy wśród Polaków budzą: dostępność punktów ładowania samochodów elektrycznych (44%) oraz koszt ładowania pojazdów elektrycznych (40%). Jedna czwarta badanych uważa natomiast, że technologia pojazdów elektrycznych musi jeszcze zostać ulepszona, zanim rozważą zakup jednego z nich.

Obawy dotyczące samego zakupu nowego pojazdu elektrycznego skupiają się wokół ceny oraz infrastruktury ładowania. Aż 43% respondentów stwierdziło, że nie stać ich na zakup pojazdu elektrycznego. Niewielu mniej jako powód braku zainteresowania elektrykami wskazało niewystarczającą ilości ładowarek w okolicy (35%) oraz brak dostępu do ładowarek pojazdów elektrycznych (27%). Jedna czwarta badanych obawia się wyczerpania akumulatora i używania takiego pojazdu na dłuższych trasach. Zaledwie 5% badanych stwierdziło, że nie rozumie tej technologii, natomiast 8% uważa, że zwyczajnie woli samochody z silnikiem benzynowym/wysokoprężnym.

Według respondentów koszt pojazdów elektrycznych musi się zmniejszyć – uważa tak bowiem aż 48% badanych. Niewiele mniej (43%) stwierdziło, że przeciętna osoba nie jest gotowa na zmianę pojazdu na samochód elektrycznych. W kontekście transformacji na wyłącznie samochody elektryczne do 2030 roku 30% uważa, że nie jest to według nich realne w naszej rzeczywistości. Warto zwrócić uwagę, że w badaniu wzięło udział 47% osób, które posiadają samochód z silnikiem benzynowym i 24% osób z samochodem z silnikiem Diesla. Te posiadające samochód elektryczny stanowiły zaledwie 4% respondentów.

W społeczeństwie dominuje także pogląd, że całkowity koszt utrzymania pojazdów elektrycznych jest wyższy niż koszt utrzymania pojazdów z silnikiem benzynowym/Diesla. Stwierdziło tak bowiem 49% badanych, a 16% uważa, że jest on taki sam. Natomiast zaledwie 4% jest zdania, że jest on dużo niższy. Tyle samo respondentów nie ma żadnych obaw co do możliwego wzrostu kosztów utrzymania pojazdów elektrycznych, gdy staną się bardziej popularne. Aż 73% jest jednak zaniepokojonych taką możliwością.

Polacy oczekują odpowiedzialnego działania firm

Badanie dotyczyło także kwestii ekologicznych związanych z pojazdami elektrycznymi. Według 85% badanych Polaków ważne jest, aby producenci takich pojazdów opracowali plany dotyczące recyklingu pojazdów elektrycznych i akumulatorów po zakończeniu ich eksploatacji. 90% stwierdziło także, że to ludzie są odpowiedzialni za zmiany klimatyczne. 22% respondentów uważa, że jest w dużym stopniu odpowiedzialne za walkę ze zmianami klimatycznymi, podczas gdy 9% stwierdziło, że w ogóle. Badani najczęściej (49%) uważają, że są odpowiedzialni w umiarkowanym stopniu.

W kontekście podejmowania osobistych wyrzeczeń respondentów, najwięcej osób (53%) stwierdziło, że mogłoby zmniejszyć zużycie energii, aby przyczynić się do walki z kryzysem klimatycznym. Niewiele mniej (47%) jest skłonne do nieużywania tworzyw sztucznych lub używania wyłącznie takich nadających się do recyklingu. Wśród najpopularniejszych odpowiedzi znalazły się także: ograniczenie zakupu nowych ubrań (38%), kupowanie głównie towarów produkowanych lokalnie (33%) oraz rzadsze używanie samochodu (30%).

Polacy oczekują też wsparcia rządu i dużych firm w walce z najgorszymi skutkami zmian klimatycznych. Dla 39% badanych jest to bowiem bardzo ważna kwestia. Badani uważają, że najgorsze skutki dla klimatu wywołują: zasilanie energetyczne przedsiębiorstw (28%), przemysł samochodowy (23%) oraz lotnictwo (13%). 14% respondentów stwierdziło, że najważniejszym argumentem przy zakupie przez nich produktów jest pozytywny albo neutralny wpływ danej firmy na środowisko, a kolejne 10% uważa, że to dla nich bardzo ważne. Najwięcej (39%) osób jest zdania, że jest to dla nich bardzo ważne, ale nie jest czynnikiem decydującym przy zakupach.

Sam problem zmian klimatycznych jednak nie jest według badanych najważniejszą sprawą bieżącą do rozwiązania (26%). Dla Polaków ważniejsze są bowiem: przywrócenie równowagi gospodarczej (28%), odbudowa gospodarki po stratach spowodowanych pandemią COVID-19 (42%) oraz zwalczanie pandemii COVID-19 (42%).

– Polacy podobnie jak Europejczycy widzą w samochodach elektrycznych przyszłość, ale mają sporo obaw związanych głównie z ceną pojazdów oraz dostępnością infrastruktury ładowania. Naszym zdaniem konieczne są więc: dynamiczny rozwój sieci stacji ładowania oraz systemowe wsparcie elektromobilności w Polsce. Przy czym nie mam tu na myśli jedynie wsparcia finansowego przy zakupie pojazdu, ale także ułatwienia w poruszaniu się po strefach z ograniczonym dostępem, ulgi w opłatach autostradowych oraz parkowaniu, możliwość korzystania z buspasów czy bonifikata przy zakupie prądu do ładowania pojazdu – powiedział Piotr Pawlak, prezes i dyrektor zarządzający Ford Polska.

Badania do raportu „Go Electric. Climate Countdown” przeprowadzono w ośmiu krajach

Na potrzeby raportu Ford zbadał osiem rynków europejskich (Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy, Polska, Norwegia i Holandia). W każdym z tych krajów 2 000 dorosłych respondentów zadano zestaw tych samych pytań, aby następnie móc porównać wyniki. Ankiety przeprowadzone przez niezależną agencję badawczą OnePoll obejmowały szeroki zakres tematów dotyczących zmian klimatu. Próba dla każdego państwa była reprezentatywna w skali kraju.

W porównaniu z innymi nacjami Polacy nadal nie czują się osobiście odpowiedzialni za zmiany klimatyczne. Podczas gdy w Hiszpanii aż 38% badanych czuje się w dużym stopniu odpowiedzialnymi za zmiany klimatyczne, w Polsce jest to tylko 22%. Znacznie bardziej odpowiedzialni od Polaków czują się także Włosi (33%) i Brytyjczycy (31%). Gorzej wypadli tylko Francuzi (21%) oraz Niemcy (17%).

W 2021 tylko 1/3 firm w UE wykorzystuje chmurę  – jednak urośnie ona o o 20%

Chmura we wszystkich swoich odmianach nadaje zmianom potrzebnej dynamiki, napędzając rozwój i dystrybucję aplikacji. Bynajmniej, pomimo wszystkich zalet, tylko 1/3 firm w UE wykorzystuje technologie cloudowe. Jednocześnie ich adopcja szybko rośnie — przewiduje się prawie 20% wzrost w 2021 roku.

Światowe wydatki na usługi chmury publicznej mają wzrosnąć o 23,1% i osiągnąć wartość 332,3 mld dolarów w 2021, z 270 mld dolarów w 2020— wynika z najnowszej prognozy firmy Gartner. Chmura jest przyszłością, niezależnie od tego, czy firmy ją zrozumieją, czy nie — ci, którzy nie chcą pozostać w tyle, muszą ukierunkować swój rozwój w jej stronę. Dowodem mogą być prognozy IDC, które mówią, że do 2025 roku globalne wydatki na „całą chmurę” osiągną 1,3 biliona dolarów.

Przewaga podyktowana danymi

By lepiej zrozumieć gwałtowny rozwój gospodarki cyfrowej, musimy przyjrzeć się temu, co go napędza, czyli danym. Za każdym razem, gdy klikamy, wyszukujemy, oglądamy — generujemy informacje, w których nieskończoności kryje się ogromna wartość. Aby nadać temu większego sensu, potrzebujemy potężnych technologii — Big Data, Machine Learning czy Artificial Intelligence.

  • Obserwujemy szybki wzrost zainteresowania rozwiązaniami chmurowymi, które pomagają firmowym aplikacjom analizować i przetwarzać dane po to, by jeszcze lepiej zaspokajać potrzeby odbiorców. Rynek jest coraz bardziej świadomy korzyści płynących z cloud computingu. Jednak oprócz tego “co”, trzeba jeszcze wiedzieć “jak” zrobić, aby migracja do chmury zakończyła się sukcesem, dlatego dobrze jest działać wspólnie z doświadczonym, technologicznym partnerem — mówi Tomasz Doligalski, członek zarządu i dyrektor ds. usług IT w Grupa 3S.

W jaki sposób przekształcić dane w coś wartościowego? Rozwiązaniem są aplikacje, które stanowią DNA przewagi konkurencyjnej. Dziś liczy się szybkość, np. wejścia na rynek, a potem tempo jego opanowania — oprogramowanie powinno być bezpieczne, dostępne we właściwym czasie i miejscu, na konkretnych urządzeniach.

Oznacza to rozmieszczenie aplikacji w architekturze chmurowej, która zapewnia środowisko odpowiednie do ich potrzeb, przy jednoczesnym zachowaniu możliwości przenoszenia ich w miarę zmieniających się wymagań — co trudno osiągnąć wewnętrznie, w ramach istniejących jednostek programistycznych. Narzędzi i usług, które można uzyskać dzięki chmurze, po prostu nie da się  wypracować własnym sumptem.

Przeniesienie problemu z jednej platformy na drugą nie jest rozwiązaniem

Dla większości przedsiębiorstw nie ma jednej platformy, która realizowałaby wszystkie potrzeby organizacji. Chmura to termin zbiorczy, który obejmuje wszystko — od aplikacji działających lokalnie, po chmury prywatne, publiczne i brzegowe — przy czym każda firma potrzebuje odpowiedniego zestawu, aby działać według pierwotnych założeń. Tak duża multiplikacja może generować niespójności, luki i złożoności, które mają negatywny wpływ na wydajność aplikacji. Dlatego jednym z najważniejszych pytań wśród organizacji jest „jak możemy przenieść nasze aplikacje do dowolnej chmury sprawnie i bez żadnych zakłóceń?”.

  • Jest to jak najbardziej możliwe, dzięki jednolitej platformie zoptymalizowanej dla wszystkich aplikacji, która może być używana we wszystkich chmurach, od prywatnych po hiperskalowe, ze spójną infrastrukturą i operacjami — zmniejsza to złożoność, ryzyko i koszta. Dziś sukces jest możliwy dzięki szybkiej i elastycznej ścieżce przy wyborze chmury. Dzięki temu możemy dopasować potrzeby każdej aplikacji do optymalnego rozwiązania, mając swobodę korzystania z najbardziej wydajnych usług chmurowych i modernizacji — komentuje Arkadiusz Sikora, Country Manager w VMware Polska.

Firmy często hamują adopcję chmury z powodu obaw, że ich procesy i struktura nie są wystarczająco rozwinięte, aby odpowiednio wesprzeć wdrożenie i późniejsze użytkowanie narzędzi cloudowych. Co więcej, nieprzemyślana migracja nie wyeliminuje żadnych zasadniczych problemów — po prostu przenosi je do chmury.

Wybór chmury nie jest czarno-biały

Rozmowa o tym “czy firmy powinny być w chmurze?” nie powinna dotyczyć samej chmury, ale działalności biznesowej, z odpowiednim naciskiem na aplikacje i dane. Czego będziemy potrzebować w przyszłości? Z jakich informacji będziemy korzystać? Gdzie muszą się one znajdować? Gdzie muszą być przetwarzane? Gdzie należy odczytywać wyniki?

  • Warto opracować strategię, która skieruje nas w stronę rozwoju środowiska, infrastruktury i ich wymagań. Może to i w większości przypadków będzie, skłaniać nas w kierunku chmury. To z kolei jeszcze mocniej pozwoli upewnić się, że wybieramy odpowiednie rozwiązanie i usługi, które efektywnie wzmocnią działalność, którą prowadzimy — podsumowuje Arkadiusz Sikora, Country Manager w VMware Polska.

Pomimo wszystkich zalet, tylko 1/3 firm w UE wykorzystuje korzyści płynące z cloud computingu. W RPA tylko 22% firm korzysta z usług w chmurze. Szacuje się, że Bliski Wschód jest około 5 lat za USA, jeśli chodzi o wykorzystanie chmury. Aczkolwiek jej adopcja będzie tylko rosła, analiza Gartnera przewiduje prawie 20% wzrost w 2021 roku.

Współczesny świat uległ transformacji. Praktycznie wszystko, co dziś robimy, jest zależne od łączności cyfrowej, danych i aplikacji. Tempo zmian nie zwalnia — biznes uświadomił sobie, jakie możliwości stoją przed nim otworem.

Jedna trzecia firm nadal nie wie, czym jest dyrektywa MCP. A zegar tyka

  • Uchwalone przez władze europejskiej wspólnoty zapisy dyrektywy MCP już obowiązują w przypadku nowych firm.
  • Coraz bliżej jest też do granicznych dat dostosowania już funkcjonujących przedsiębiorstw.
  • Jaki dziś jest stan wiedzy wśród osób decyzyjnych? Przyglądamy się danym.

Transformacja energetyczna dzieje się tu i teraz, głównie za sprawą przepisów uchwalonych przez władze Unii Europejskiej. Dyrektywa MCP (z ang. Medium Combustion Plants) to skrócona nazwa dokumentu Parlamentu Europejskiego i Rady Europy z 2015 r. w sprawie ograniczenia emisji niektórych zanieczyszczeń do powietrza ze średnich obiektów energetycznego spalania. To ważny element w drodze do zeroemisyjności w 2050 roku. Nowe przepisy zakładają dostosowanie zakładów do nowych norm emisji:

  • 1 I 2025 r. – dla instalacji o mocy większej niż 5 MW.
  • 1 I 2030 r. – dla instalacji o mocy nie mniejszej niż 1 MW i nie większej niż 5 MW.

W praktyce zapisy dyrektywy oznaczają budowę nowych instalacji zgodnie z nowymi, restrykcyjnymi wymogami emisji określonymi przez jej zapisy oraz dostosowanie do nich już istniejących urządzeń. Można to zrobić poprzez budowę instalacji odsiarczania i montaż odpowiednich filtrów odpylających, albo zmianę technologii energetycznych oraz stosowanego paliwa.

Jako nowe definiuje się instalacje powstałe po 19 grudnia 2018 r. W tym przypadku wytyczne dyrektywy mają zastosowanie od pierwszego dnia działania instalacji.

Nowe prawo, a stan wiedzy

To, jak firmy produkcyjne się przygotowują do nowych regulacji sprawdził DUON wraz z agencją badawczą Keralla na przełomie lipca i sierpnia bieżącego roku, przeprowadzając pogłębione wywiady z przedstawicielami firm produkcyjnych z różnych sektorów: (m. in. spożywczego, automotive, przemysłu). Wyniki badania “Transformacja energetyczna w polskich firmach produkcyjnych” mogą dać do myślenia.

– Okazuje się, że 4/10 badanych przedstawicieli firm jeszcze nie zapoznało się z zapisami dyrektywy, która może być wiążąca dla nich w ciągu zaledwie 4 lat. Tymczasem czas wdrożenia nowego źródła zasilania to proces, który może trwać, jak np. w przypadku gazu około trzech lat. Co więcej, spośród osób, które z dokumentami się zapoznały, dla około 1/3 ich zapisy są niejasne, więc można wysunąć wniosek, że osoby te nie mają pełnej świadomości, jakie zmiany ich czekają. To z kolei naraża dane przedsiębiorstwa na spore ryzyko wiążące się z karami lub nawet zamknięciem zakładu – mówi Krzysztof Kowalski, Prezes Zarządu Duon Dystrybucja.

Stan wiedzy, a realne działania

Zapoznanie się z zapisami dyrektywy to pierwszy krok w drodze do sprostania jej wymogom, natomiast równie istotne jest to, w jaki sposób osoby decyzyjne wiedzę spożytkują. Zwłaszcza, że działania, o których mowa wiążą się z ważnymi ruchami w firmie. Jak wygląda to dziś?

– Z wywiadów, jakie przeprowadziliśmy z przedstawicielami firm wynika, że aż 85 proc. znajduje się przed zmianami, a zaledwie 15 proc. już je wdraża. Wyniki badania pokazują, że wdrożenie zmian znajduje się na zupełnie wczesnym etapie – dodaje Krzysztof Kowalski.

Status przed wdrożeniem zmian może mieć jednak różne oblicza, co również potwierdzają dane wynikające z wywiadów i deklaracje:

  • 38,5% – mamy wybrane firmy, które wdrożą zmiany
  • 28,2 % – zapoznaje się z zapisami dyrektyw
  • 15,4 % – jest na etapie planowania
  • 2,5% – brak planu

Zmiana źródła zasilania wiąże się z wieloma wyzwaniami, nie tylko związanymi z finansami, ale też formalnościami, potrzebami szkoleń kadry, znacznych przeobrażeń wewnątrz organizacji. Dla niemal połowy ankietowanych wpływ dekarbonizacji na firmę oceniany jest jako rewolucyjny (48,7 proc.), czyli mający wpływ na cały model biznesowy. – Tak istotnych zmian nie da się wdrożyć z dnia na dzień. Dlatego też powyższe liczby powinny być sygnałem alarmowym i przyczyną do rozpoczęcia bardziej intensywnych działań w drodze do obniżenia emisji. Ważnym paliwem pomostowym może być gaz – kończy Prezes Zarządu Duon.

Spółka Transition Technologies MS S.A. (TTMS) przejmuje 56% akcji spółki z Danii – ConCor

Spółka Transition Technologies MS S.A. (TTMS) – szybko rosnący dostawca nowoczesnego outsourcingu IT dla renomowanych światowych firm podpisała umowę zakupu 56% akcji w duńskiej spółce ConCor A/S, uznanego dostawcy outsourcingu IT w Skandynawii, posiadającego 19-letnie doświadczenie na rynku. Nabycie pakietu większościowego wpisuje się w strategię TTMS w obszarze rozbudowy międzynarodowej sieci sprzedaży. W opinii Zarządu transakcja umożliwi wzmocnienie obecności TTMS na rynku duńskim oraz w pozostałych państwach skandynawskich. Transakcja finansowana jest ze środków własnych TTMS. Do końca 2021 r. TTMS planuje ofertę publiczną i debiut na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.

Istniejąca od 2002 r. spółka ConCor ma ugruntowaną pozycję w Danii, a jej przychody w 2020 roku wyniosły około 3,5 mln EUR. Firma specjalizuje się w sprzedaży usług IT dla dużych i średnich firm w regionie i jest wieloletnim partnerem technologicznym firmy Salesforce oraz ekspertem w zakresie metodyki Agile: Scaled Agile Framework (SAFe), pozwalającej na wydajne zarządzanie pracą zespołów w dużych organizacjach. ConCor wpisuje się w strategię rozwoju TTMS w obszarze akwizycji zagranicznych. Model biznesowy spółki jest zgodny ze sposobem działania TTMS, a profil technologiczny pokrywa się z jego kluczowymi kompetencjami. Duży popyt na nowoczesny outsourcing IT w Danii tworzy szansę na rozwój dla tego rodzaju inicjatyw.

Usługi świadczone wspólnie przez TTMS i ConCor będą oparte o near-shoring z Polski (czyli outsourcingu usług do rejonów zbliżonych geograficznie i kulturowo) w ramach efektywnie współpracujących zespołów polsko-duńskich.

W transakcji doradzała kancelaria prawna Sawaryn i Partnerzy.

Transakcja z ConCor A/S to ważny krok w realizacji naszej strategii rozwoju. Dzięki przejęciu i wykorzystaniu zidentyfikowanych efektów synergii chcemy budować naszą pozycję nie tylko w Danii, ale również na pozostałych, istotnych dla nas rynkach skandynawskich. Zapotrzebowanie na kompetencje TTMS i ConCor oceniamy jako bardzo duże. Skandynawia to miejsce działalności wielu międzynarodowych korporacji i potencjalnie ciekawych projektów dla nas. ConCor ma wieloletnie doświadczenie w branży IT, doskonale zna lokalny rynek, jego specyfikę i kulturę pracy. Z kolei TTMS utrzymuje szybki wzrost liczby nowo zatrudnionych osób. Oceniamy, że wspólnie jesteśmy w stanie dotrzeć do znacznie większej liczby klientów, wzmocnić naszą markę, jak również pozyskać więcej wysokomarżowych projektów. Duńska spółka to atrakcyjny gracz, bez zadłużenia, z kompetencjami, które w znacznym stopniu pokrywają się z naszymi. Chcemy, by ConCor był naszym oknem na tamtejsze rynki. Transakcja przybliży nas także do realizacji celu, którym jest zdobycie pozycji globalnego dostawcy usług IT – mówi Sebastian Sokołowski, Prezes Zarządu Transition Technologies MS S.A.

Potencjał zagranicznych rynków

Skandynawia, kraje nordyckie wraz krajami DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria) oraz Wielką Brytanią, to kluczowe regiony, w których TTMS dąży do zwiększenia skali swojego biznesu w Europie.

Poza Europą TTMS rozwija się również w Malezji, gdzie poprzez spółkę córkę dociera na rynek azjatycki i australijski. Zagraniczne przedstawicielstwa Grupy znajdują się w USA (San Francisco i Tampa), Austrii i Singapurze. TTMS posiada także status Centrum R&D na terenie Francji, co jest efektem długoletniej współpracy z jednym z największych klientów z sektora przemysłowego, firmą Schneider Electric.

Kurs dolara – co dalej?

Przedstawiciele Rezerwy Federalnej wchodzą w okres blackout-u przed posiedzeniem, które będzie miało miejsce w przyszłym tygodniu, dlatego też rynek będzie się musiał skupić na danych gospodarczych, które do tego czasu zostaną opublikowane. Decyzja o ograniczeniu skupu jest już w dużej mierze w cenie, zatem dolar może nieco mocniej zareagować na dane o PKB (czwartek) oraz na wskaźnik PCE (core). Wall Street wyznacza nowe maksima a wzrosty są napędzane przez dobre wyniki spółek. Dziś decyzje w sprawie stóp procentowych podejmie Bank Kanady.

PKB Stanów Zjednoczonych za III kwartał ma być opublikowany jutro. Oczekiwania są na poziomie 2,6 proc. kwartał do kwartału. Rynek może się jednak rozczarować, ponieważ ożywienie gospodarcze w wakacje straciło znaczną dynamikę. Nadal utrzymywały się niedobory materiałów i siły roboczej co wywierało presję na wzrost cen. Po drugie ożywienie w sektorze usług (wymagające bliskiego kontaktu między ludźmi) spowolniło, ponieważ wysokie wskaźniki infekcji sprawiły, że konsumenci stali się bardziej ostrożni. Dodatkowo zabrakło pakietów stymulacyjnych, które w pierwszych dwóch kwartałach zapewniły dodatkowy impuls wzrostowy. Gorsze dane od konsensusu mogę osłabić dolara i wówczas kurs EUR/USD ponownie zbliżyć się do poziomu 1,17. Z kolei PCE oraz indeks kosztów zatrudnienia (składnik ISM dot. cen płaconych) nadal prawdopodobnie będą wskazywały na wyższą presję inflacyjną. Obawy o stagflację mogą doprowadzić do krótkoterminowej słabości dolara. Potrójny szczyt na EURUSD na wykresie H4 nadal jest aktualny i faworyzuje w krótkim terminie USD, ale dane makro mogą całkowicie odwrócić sytuację.

Wall Street bije kolejne rekordy. Nasdaq zrównał się z historycznym szczytem, SP500 i Dow Jones są już wyżej i wyznaczają nowe, nigdy nie obserwowane poziomy. Sezon wyników kwartalnych w USA w pełni. Wczoraj po sesji opublikowała je firma Alphabet (Google). Wyniki okazały się mieszane. Zysk netto wyniósł 18,94 mld USD a całkowite przychody oscylowały wokół 65,1 mld USD. Lekko rozczarowały przychody z reklam na YouTube. Na wczorajszej sesji akcje spółki odnotowały wzrost rzędu 1,35 proc. Jednak w handlu poza sesyjnym akcje spółki lekko traciły. Z kolei Microsoft pokazał zdecydowanie wyższy zysk netto od wstępnych założeń. Wyniósł on 20,5 mld USD. Przychody wzrosły w Q3 wzrosły najszybciej od 2018 roku.
Bank Kanady dziś podejmie decyzje w sprawie stóp procentowych. Koszt pieniądza pozostanie prawdopodobnie na niezmienionym poziomie, jednak bank może ogłosić wyjście z programu skupu aktywów. Przypomnijmy, że w kwietniu oraz czerwcu instytucja zredukowała program skupu o 1 mld CAD do 2 mld CAD. Dziś poznamy również nowe projekcje banku. BoC we wrześniu podtrzymał swoje forward guidance, zgodnie z którym kluczowa stopa procentowa ma pozostać na efektywnym niskim poziomie do drugiej połowy 2022 roku. Za całkowitym wyjściem z QE przemawia rosnąca inflacja, poprawa na rynku pracy oraz fakt, że firmy patrzą w optymistyczny sposób na perspektywy biznesowe. Być może również forward guidance zostanie zmienione a pierwsza podwyżka zostanie zasygnalizowana już w pierwszej połowie przyszłego roku. Taka zmiana z pewnością ponownie dałaby paliwo na kolejną falę aprecjacyjną dolara kanadyjskiego. Rynek co prawda w pewnym stopniu zaczął już wyceniać taki krok. Jeśli zatem bank okaże się nieco bardziej powściągliwy w swoich decyzjach, wówczas CAD powinien osłabić się podczas dzisiejszych notowań. W średnim terminie nadal waluta kanadyjska powinna się jednak umacniać.

EUR/PLN nadal utrzymuje się na wysokim poziomie w okolicach 4,61. Wczoraj para walutowa zawędrowała jeszcze wyżej na 4,62 po czym w okolicach godz. 10:00 widzieliśmy ruch aprecjacyjny złotego. Kluczowe dla naszej waluty w tym tygodniu będą wstępne dane pokazujące jak kształtowała się inflacja w październiku. Prognozy zbierane przez agencję Bloomberg kształtują się na poziomie 6,4 proc. Wyższe poziomy i zbliżone do konsensusu powinny wpłynąć na umocnienie PLN.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

PZF: przedsiębiorcy stawiają na faktoring (wzrost obrotów po 3 kwartałach o 24,3 proc. r/r)

Coraz więcej firm, chcąc poprawić swoją płynność, wykorzystuje faktoring. Członkowie Polskiego Związku Faktorów obsłużyli w ciągu 9 miesięcy tego roku 22,6 tys. podmiotów gospodarczych.     To o 34 proc. więcej niż przed rokiem. Obok dużych, a także małych i średnich firm, po faktoring sięga coraz więcej mikroprzedsiębiorstw. Równie szybko rosną obroty podmiotów zrzeszonych      w PZF. W ciągu trzech kwartałów 2021 r. sfinansowały one działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 256,8 mld zł. Kolejny więc raz branża zanotowała wzrost o ponad 24 proc.przedsiębiorcy stawiają na faktoring

Polski Związek Faktorów (PZF) zrzesza większość podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Skupia obecnie 5 banków komercyjnych i 20 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania. Należy do niego także 6 podmiotów o statusie partnera.

Firmy należące do PZF osiągnęły w ciągu trzech kwartałów 2021 r. wzrost obrotów o 24,3 proc. finansując działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 256,8 mld zł.

przedsiębiorcy stawiają na faktoring 2

– Rynek faktoringu z nawiązką odbudował swoją pozycję sprzed pandemii. Przez kilkanaście miesięcy wspieraliśmy przedsiębiorców w przetrwaniu trudnych czasów udzielając szybkiego finansowania w oparciu o wystawione przez nich faktury, a krótki czas oczekiwania na gotówkę był dla nich szczególnym atutem w trudnych czasach. Istotnym wsparciem był i nadal jest program gwarancji limitów faktoringowych, dedykowany dla naszych klientów – faktorantów, który nasz rynek realizuje wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Program znacząco podniósł elastyczność członków PZF  w utrzymaniu dotychczasowych limitów faktoringowych i  udzielaniu nowego finansowania w ramach faktoringu z regresem oraz faktoringu odwrotnego. Między innymi dlatego do grona klientów korzystających z usługi dołącza coraz więcej mikrofirm. Także i one chcą poprawić swoją płynność finansową i zwiększać konkurencyjność. Z wielką satysfakcją obserwujemy jak polscy przedsiębiorcy  z sukcesem wychodzą z kłopotów i wracają do swojego tradycyjnego trybu realizacji zamówień zarówno  w kraju, jak i za granicą. Nasze elastyczne podejście w pandemii oraz nowe rozwiązania spotkały się z dużym uznaniem i rosnącym zainteresowaniem naszymi usługami mówi Konrad Klimek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.przedsiębiorcy stawiają na faktoring 3

– Ten rok dobitnie pokazuje, że faktoring jest usługą odporną na kryzys. Spadek obrotów zanotowała niewielka liczba naszych członków, a zdecydowana większość z nich już dawno przełamała chwilowy impas, będący skutkiem kryzysu w całej gospodarce. Szczególnie silny wzrost notujemy w faktoringu międzynarodowym. Dowodzi to z jednej strony, że eksporterzy wrócili po pandemii do wzmożonej realizacji zamówień, z drugiej zaś że faktoring jest im niezbędny do prawidłowego zarządzania finansami. Pozwala zabezpieczyć płynność finansową, zniwelować ryzyko niewypłacalności kontrahenta, a także zminimalizować ryzyko niekorzystnych różnic kursów walut w handlu międzynarodowym – dodaje Konrad Klimek.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 22,6 tys. przedsiębiorstw. Wystawiły one ponad 15 mln faktur, na podstawie których faktorzy udzielili finansowania.

– Faktoring stał się usługą, bez której wielu przedsiębiorców i menedżerów nie wyobraża sobie  sprawnego funkcjonowania firmy. To między innymi dzięki ich zaufaniu nasza usługa błyskawicznie oddaliła widmo kryzysu i powróciła na drogę dynamicznego rozwoju. Wielu stałych klientów kontynuuje współpracę z faktorami przedstawiając coraz więcej faktur do sfinansowania. Przybywa też nowych, którzy szybko zauważają korzyści wynikające z faktoringu. Natychmiastowy dostęp do gotówki, optymalizacja ryzyka i zaspokojenie najpilniejszych potrzeb są kluczowymi warunkami pomyślnego rozwoju biznesu – dodaje Konrad Klimek.

Po faktoring najczęściej sięgają producenci i dystrybutorzy dóbr i towarów. Podmioty z tej grupy stanowią aż ośmiu na dziesięciu klientów korzystających z finansowania w oparciu o faktury. Są to najczęściej faktury na wysokie kwoty i z dłuższymi terminami płatności, dlatego istotne z punktu widzenia klientów jest ich natychmiastowe „odmrożenie”. Dzięki temu mogą bez zakłóceń prowadzić działalność regulując na bieżąco swoje zobowiązania, a także oferować kontrahentom atrakcyjne warunki współpracy.przedsiębiorcy stawiają na faktoring 4

Szukasz alternatywnych możliwości finansowania? Sprawdź ofertę faktoringu w Monevii. Weryfikacja klienta i decyzja o przyznaniu limitu finansowania odbywa się w pełni online – bez wychodzenia z domu i zbędnych formalności.

Zegarki Tissot – poznaj tajemnice szwajcarskiej legendy

Każdy koneser zegarków zdaje sobie sprawę, że Szwajcaria jest matką najlepszych marek produkujących zegarki. Czy znasz powiedzenie „ze Szwajcarską precyzją”? Właśnie w taki sposób wykonywane są zegarki szwajcarskie marki Tissot. Z tego artykułu dowiesz się między innymi jak wyglądało powstanie tej prestiżowej marki zegarmistrzowskiej oraz poznasz najciekawsze modele zegarków Tissot.

Podróż w czasie z zegarkami Tissot

tissot 3

Zegarki Tissot powstały w 1853 roku w miasteczku o urokliwej nazwie Le Locle. Jej założycielem był ojciec Charles-Feliien wraz z synem Charlsem-Emilie. Czy wiesz, że do 1917 roku zegarki marki Tissot gościły na cesarskich salonach? Ponadto zegarek Tissot uważany był za najlepszy kieszonkowy zegarek przez Gwardię Imperium Rosyjskiego. Nie da się ukryć, że w czasie I Wojny Światowej zegarki noszone na ręce były bardzo potrzebne, ze względu na to, że pilotom dużo prościej było odczytać godzinę prosto z ręki, aniżeli sięgać do kieszeni po zegarek kieszonkowy. Z tego właśnie powodu po 1910 roku marka Tissot postawiła na zegarki na rękę i szybko stała się jedną z przodujących marek, które produkują zegarki szwajcarskie. Pomimo ogromnej sławy, marka Tissot nie spoczęła na laurach i postawiła na swój rozwój szukając to coraz nowych rozwiązań. Już w latach 30 XX wieku producentom zegarków Tissot udało się stworzyć pierwszy na świecie naręczny zegarek antymagnetyczny, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Natomiast w 1951 roku Tissot wypuścił tak jak poprzednio, pierwszy na świecie, innowacyjny zegarek, który wyposażony był w dwadzieścia cztery strefy czasowe. 1983 rok dla manufaktur tworzących zegarki był rokiem przełomowym. Sprawcą całego zamieszania jest nowoczesny i innowacyjny zegarek elektroniczny, przez którego wiele producentów zegarków zakończyło swoją działalność. Niemniej jednak marka Tissot dzielnie walczy o swoje miejsce na rynku i włącza się do Swatch Group. Dzięki tej decyzji marce Tissot zapewniono wsparcie w produkcji zegarków. Do teraz producent tworzy swoje zegarki, coraz to nowsze i nowocześniejsze. 

Zegarki Tissot Herigate – dziedzictwo marki

Założeniem modeli zegarków z serii Tissot Herigate jest nawiązanie do bogatej i pięknej historii marki, za pomocą powrotu do modeli zegarków, które uważane są za kunszt zegarmistrzowskich twórców. Jeżeli lubisz styl retro, to z pewnością powinieneś rozważyć zakup zegarka z serii Herigate, które idealnie oddają ducha historii. Zegarki z tej serii przeznaczone są zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Marka, aby zachować oryginalny charakter produktów, zdecydowała się je wykonać za pomocą tradycyjnych materiałów. Cyferblaty są przykryte szkłem hesalitowym, jest ono odporne na wszelkie stłuczenia, ponadto można je samodzielnie polerować. Seria Tissot Herigate oferuje zegarki kwarcowe oraz z automatycznym naciągiem. 

Rewolucyjna technologia zegarków Tissot T-Touch

tissot 2Zegarek Tissot T-Touch jako pierwszy został zaprezentowany w 1999 roku, technologicznie wyprzedzając swoją epokę. Innowacja ta polegała na tym, że był to pierwszy na świecie zegarek dotykowy, który premierę miał wiele lat przed smartfonami od Appla. Prostota obsługi oraz interesujący design – cechy opisujące Tissot T-Touch, które urzekły fanów marki. Niemniej jednak, to nie koniec rewolucji, ponieważ w 2014 roku marka zaprezentowała model z serii T-Touch, który oprócz tego, że jest dotykowy dodatkowo jest zasilany energią słoneczną. Ten model jeszcze bardziej podkreślił znaczenie całej marki wśród twórców nowoczesnych i innowacyjnych zegarków. Jeżeli jesteś miłośnikiem stylu sportowego i nowoczesności koniecznie spójrz na ofertę zegarków z serii Tissot T-Touch.

Ciesz się z nurkowania dzięki zegarkom Tissot Seastar 

Zegarki Tissot Seastar powstały z miłości do wody oraz samego nurkowania. Modele z tej serii są wysoce wodoszczelne, dzięki czemu mając zegarek na ręce można schodzić na naprawdę duże głębokości. Ponadto produkty Tissot Seastar są wyposażone w mechanizm automatyczny Powermatic 80, który gwarantuje 80-godzinna rezerwę chłodu, dodatkowo modele wyposażone są w mechanizmy kwarcowe. Ceramiczne jednokierunkowe obracające się bezele pozwalają kontrolować czas zejścia pod wodę. 

Doświadczono marka stworzona z pasją – Tissot

Tissot jest już tak kultową marką produkującą zegarki, że można by było mówić o niej latami. Są to niewątpliwie wytrzymałe, jakościowe i innowacyjne zegarki, a wyposażają je najlepsze z możliwych mechanizmy automatyczne i kwarcowe. Wybierz zegarek Tissot i przekonaj się na własnej skórze jak precyzyjny i wyjątkowy jest to produkt.

Boom nie tylko na mieszkania – popyt na fachowców również przebił podaż

Zainteresowanie nowymi nieruchomościami nad Wisłą nie przestaje rosnąć. Jednocześnie wraz ze wzrostem liczby sprzedanych lokali, maleje na rynku dostępność usług ekip wykończeniowych. Tymczasem na remont lub wykończenie mieszkania, zdecydowało się w 2020 roku ponad 70% Polaków. Jak przekonuje Katarzyna Karcz, dyrektor zarządzająca redNet Dom, w okolicznościach rynkowych jakie obecnie panują, wyjątkową wartością jest pewność utrzymania ceny wykończenia mieszkania oraz terminowość jego wykonania.

Nie od dziś wiadomo, że na rynku trudno o dobrą ekipę remontową, a obecnie takowe są wręcz na wagę złota. Często najlepsze firmy wykończeniowe mają wypełnione kalendarze nawet na najbliższe dwa lata. Na większość z nich trzeba poczekać nawet do roku.

Sam proces wyboru ekipy wykończeniowej zawsze zajmował sporo czasu, teraz pojawił się nieco inny problem – po prostu często nie ma z kogo wybierać. Systematycznie notujemy coraz większe zapotrzebowanie na kompleksowe projekty aranżacji oraz wykończenia wnętrz. Względem ubiegłego roku zauważamy wzrost o 30 % w ilości wykończonych mieszkań. Klienci cenią sobie przede wszystkim pewność, co do terminowości realizacji projektu oraz jakości usługi. Dodatkowo mają z góry określony budżet, dzięki czemu nie muszą martwić się o nieprzewidziane wydatki i nagłe wzrosty cen materiałów – wyjaśnia Katarzyna Karcz, wiceprezeska zarządu redNet Dom, firmy specjalizującej się w kompleksowym projektowaniu oraz wykańczaniu wnętrz.

Branża remontowo-wykończeniowa przeżywała rozkwit jeszcze przed pandemią, która tylko wzmocniła zapotrzebowanie na fachowców od wykończenia wnętrz. W trakcie kolejnych lockdownów tłumnie ruszaliśmy do marketów budowlanych, by masowo wykańczać swoje nowo zakupione mieszkania lub remontować dotychczasowe. Jak wynika z danych Bricomarche, w całym 2020 roku na taki krok zdecydowało się aż 73% ankietowanych osób.

– Oprócz rekordowej liczby nowych mieszkań oddanych do użytku, Polacy zaczęli również bardziej dbać o swoje mieszkania, ponieważ za sprawą pracy zdalnej spędzali w nich znacznie więcej czasu niż dotychczas. Klienci chcą, aby ich cztery kąty były przytulne i funkcjonalne, bowiem muszą sprzyjać zarówno pracy jak i relaksowi. Pandemia nie zabiła kreatywności Polaków, wręcz przeciwnie dodaje Katarzyna Karcz.

Jednocześnie, osoby wykańczające mieszkanie muszą liczyć się z większymi wydatkami na materiały budowlane i wykończeniowe, niż jeszcze w ubiegłym roku. Ceny niektórych materiałów poszły w górę nawet kilkaset procent. Podrożały m.in. stal, płyty GK, czy drewno. W tym przypadku, nie bez znaczenia pozostaje także rosnąca inflacja w naszym kraju, która wpływa na wysokie ceny towarów, a co za tym idzie również świadczonych usług.

– Obecnie ceny wykończenia nowego mieszkania kształtują się średnio w przedziale od 1000 tys./ mkw. do nawet 3500 tys./mkw., w przypadku mieszkań o podwyższonym standardzie. Przed rokiem było to średnio ok. 1800 tys./mkw. Podwyżka cen materiałów wiąże się w wielu przypadkach po prostu z ich brakiem na rynku – informuje wiceprezeska zarządu redNet Dom.

Według danych GUS, od stycznia do sierpnia 2021 roku oddano do użytkowania 142 510 mieszkań, co oznacza wzrost o 4,1% wobec tego samego okresu w 2020 roku. W Polsce popyt na własne cztery kąty zaczął znacznie przewyższać podaż, a na rynku deweloperskim coraz częściej zaczyna wprost brakować lokali mieszkalnych.

– W czerwcu 2021 roku w ofercie deweloperów w sześciu największych miastach w Polsce znalazło się ponad 8,5 tys. mieszkań mniej niż rok wcześniej, co stanowi spadek o blisko 16,1%. Sytuacja na rynku nieruchomości nakręca również zapotrzebowanie w innych sektorach. Od pewnego czasu dostrzegamy, że popyt na usługi remontowo-wykończeniowe wyraźnie przewyższa możliwości ekip, które je świadczązauważa Maciej Dymkowski, prezes zarządu tabelaofert.pl i rednet Dom

Problemy z dotrzymaniem terminów realizacji projektów nie ominęły również popularnych sieci sklepów. Z powodu przerwanych łańcuchów dostaw, braków materiałów w magazynach oraz korków w transporcie, w ostatnich miesiącach na duże opóźnienia skarżyli się m.in. klienci IKEA. Część z nich wciąż oczekuje na wykonanie i montaż kuchni, które zamówione zostały w czerwcu, a pierwotny czas ich realizacji wynieść miał od 3 do 4 tygodni.

Co dalej z cenami energii w Polsce?

Ceny energii i gazów dla odbiorców końcowych w Polsce są regulowane taryfami – więc nie można przekładać rekordowych cen z giełdy na to, co będziemy widzieć na rachunkach. Zależą one od decyzji Urzędu Regulacji Energetyki o taryfach na energię elektryczną i gaz ziemny. Te będą musiały oczywiście wzrosnąć, ale nie jeden do jeden. Tak gwałtownie rosnące ceny energii mogą zgasić wzrost i zaprószyć kryzys z poważnymi konsekwencjami politycznymi dla tego, kto będzie akurat u władzy. Jeżeli ceny energii w Polsce nie zaczną spadać – to może okazać się, że biznes będzie stąd uciekał – a są już pierwsze zwiastuny tego trendu. Już teraz Polska ma najwyższe ceny energii spośród krajów Unii Europejskiej. Ceny nie będą spadać, jeżeli Polska nie postawi na bardziej niskoemisyjne i zero emisyjne źródła energii.

– Coraz częściej słyszymy o podwyżkach – od kilkunastu procent w cenach gazu, do kilkudziesięciu procent jeżeli chodzi o ceny energii. Pojawiła się nawet liczba 40% podwyżki rachunku za energię elektryczną. Nie jest ona jednak pewna, ponieważ po pierwsze najubożsi dostaną wsparcie od Ministerstwa Klimatu i Środowiska – które już przygotowuje stosowny mechanizm rekompensat, tym razem tylko dla uboższych, a nie dla całego rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl. – Dodatkowo regulator także może wziąć pod uwagę różne czynniki i nie akceptować dużej podwyżki, o którą wnoszą spółki elektroenergetyczne. Gdyby zależało to od rynku, mielibyśmy przez kilka kolejnych lat podwyżki o nawet kilkadziesiąt procent za cenę energii w Polsce. Nie mamy atomu. Mamy za mało OZE, więc wytwarzamy energię z paliw kopalnych i płacimy ogromne kary w postaci opłat za emisje CO2. Pozostanie to niezmienne nawet w sytuacji, gdybyśmy opuścili Unię Europejską. Natomiast jeżeli chodzi o rynek gazu – to mamy znowu wąskie gardło w zimie wynikające z faktu, że różne ograniczenia powodują rekordowe ceny, ale już wiosną powinniśmy poczuć ulgę. Nie będzie problemów z bezpieczeństwem dostaw, bo nasze magazyny są zapełnione w około 90% – a wszystko dzięki stosownym regulacjom, które uzupełniają rynek. W tym przypadku niewidzialna ręka rynku nie wystarczy, aby zapewnić bezpieczeństwo energetyczne – tłumaczy Jakóbik.

Euler Hermes wprowadza gwarancje ubezpieczeniowe zabezpieczające roszczenia z tytułu transgranicznego przemieszczania odpadów

Euler Hermes wprowadza do swojej oferty środowiskowe gwarancje ubezpieczeniowe zabezpieczające roszczenia z tytułu transgranicznego przemieszczania odpadów.

Euler Hermes mając m.in. 90-letnie doświadczenie w udzielaniu gwarancji na całym świecie i dysponując globalną siecią oddziałów jest instytucją wspierającą przedsiębiorców i międzynarodowe korporacje w rozwoju ich biznesów i relacji handlowych. Nasza wiarygodność dla partnerów jest związana również z przynależnością do grupy ubezpieczeniowej Allianz oraz potwierdzona jest ratingami AA niezależnych instytucji certyfikujących Standard & Poor’s i Moody’s, dzięki czemu nasze gwarancje ubezpieczeniowe cieszą się powszechną i niekwestionowaną akceptacją. Ta konkretna gwarancja oferowana obecnie w Polsce jest kolejną z linii świadomie zaprojektowanych produktów (zbieranie, magazynowanie i przetwarzanie odpadów) mających na celu ochronę środowiska zgodnie z naszymi ambicjami ekologicznymi i zaangażowaniem w wartości ESG. Służyć ma zabezpieczeniu roszczeń z tytułu transgranicznego przemieszczania odpadów, zapewniając wsparcie w realizacji wyzwań biznesowych nie tylko wyspecjalizowanym firmom utylizującym czy transportującym odpady, ale również bardzo wielu firmom produkcyjnym – co jest istotne w okresie obecnego boomu produkcyjnego.

Polskie firmy bardzo aktywnie uczestniczą w międzynarodowych łańcuchach dostaw, a jednym z ich elementów jest nie tylko transport komponentów i materiałów, ale także zarządzanie pozostałościami z procesu produkcyjnego. Ich utylizacja czy dalsze przetworzenie i wykorzystanie ma miejsce z reguły w wyspecjalizowanych zakładach, przy wykorzystaniu skomplikowanych procesów technologicznych, nierzadko w innym kraju. Skala i waga dla gospodarki, jak i środowiska tej części procesu produkcyjnego znalazły odzwierciedlenie w regulacjach transgranicznego transportu odpadów na poziomie Unii Europejskiej, jak i krajowym[1].

Ponieważ w Polsce nadal brakuje m.in. specjalistycznych spalarni czy innych zakładów kompleksowo utylizujących różnego rodzaju odpady, to nierzadko więcej się z Polski wywozi, niż przywozi odpadów wymagających takiej utylizacji. Gdy zaś mamy do czynienia z ich importem, to trzeba wiedzieć, że podlega on rygorystycznym procedurom prawnym – a jednym z elementów decydujących o sprawności tego systemu są właśnie gwarancje. Służą one nie tylko zabezpieczeniu ewentualnych roszczeń, zapewnieniu środków w celu naprawy ewentualnych szkód dla środowiska, ale są także jednym z bezpieczników całego systemu transportu odpadów. Jako ich wystawca bierzemy na siebie obowiązek weryfikacji firm ubiegających się o nie (finansowej, organizacyjnej – doświadczenia, etc.), co przedkłada się m.in. na wyeliminowywanie firm przypadkowych i niesprawdzonych. To jest nie tylko nasza odpowiedzialność, ale też wkład w racjonalne zarządzanie transportem i gospodarowaniem odpadami, co jest w interesie przyszłości nas wszystkich – mówi Andrzej Puta, dyrektor Biura Gwarancji w Euler Hermes.

Kto może (powinien) skorzystać z gwarancji transgranicznego transportu odpadów

Gwarancje zabezpieczające roszczenia z tytułu transgranicznego przemieszczania odpadów muszą przedkładać firmy mające w głównym przedmiocie transport i gospodarowanie odpadami, w tym transgraniczne, czy też zakłady gospodarki komunalnej zarządzające wysypiskami odpadów. Regulacje i wymogi te spełnić muszą także m.in. firmy z branży budowlanej – transportujące podkłady torowe czy zakłady chemiczne, których działalność może powodować szkodliwe skutki dla środowiska. Także z tego typu gwarancje muszą posiadać nowoczesne i ekologiczne firmy produkcyjne, które korzystają z instalacji lub urządzeń wymagających zezwolenia, pozwolenia zintegrowanego, decyzji ze względu na potencjalne zagrożenie dla środowiska.

Co jest przedmiotem zaoferowanych przez Euler Hermes gwarancji transgranicznego transportu towarów

Ryzyko wystawcy takich gwarancji obejmuje:

  • koszty transportu (przywóz/wywóz/tranzyt)
  • koszty odzysku lub unieszkodliwiania, w tym koszty niezbędnych procesów przejściowych
  • koszty składowania przez okres 90 dni
  • przemieszczanie, odzysk lub unieszkodliwienie odpadów, które nie mogą zostać zrealizowane zgodnie z planem
  • sytuacje gdy przemieszczanie, odzysk lub unieszkodliwianie odpadów było nielegalne

[1] Rozporządzenie (WE) nr 1013/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 14 czerwca 2006 r. w sprawie przemieszczania odpadów oraz ustawa z dnia 29 czerwca 2007 r. o międzynarodowym przemieszczaniu odpadów

Rynek inwestycyjny na drodze do formy

W trzecim kwartale na rynku inwestycyjnym nieruchomości komercyjnych dało się zaobserwować ożywienie i towarzyszący mu większy niż w poprzednich okresach optymizm. Prym wśród sektorów nadal wiedzie logistyka i powierzchnie przemysłowe. Ważnym wydarzeniem była ponownie zmiana właściciela przez warszawski biurowiec Metropolitan, którego cena przebiła 1 mld złotych.

W trzecim kwartale inwestorzy na nieruchomości komercyjne nad Wisłą wydali prawie 1,6 mld Euro, co powiększyło łączną kwotę zakupów w 2021 roku do prawie 3,6 mld Euro. Autorzy raportu podkreślają, że wypracowany wynik jest co prawda niższy o około 10 proc. od wolumenu zrealizowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku – na który duży wpływ miały transakcje rozpoczęte jeszcze przed pandemią – to jednak zestawiając transakcje z samego trzeciego kwartału z porównywalnym okresem w 2020 roku, widać wyraźny wzrost. Szacuje się go na ponad 50 proc. i można na niego patrzeć jak na wyraźny sygnał ożywienia.

Po bardzo dużej ostrożności i powściągliwości w podejmowaniu decyzji, miniony kwartał wniósł sporo optymizmu. Patrząc i oceniając szerzej, to nie można powiedzieć, że kryzys zdrowotny sprawił, że polski rynek zniknął z radarów inwestorów. Wręcz przeciwnie, kolejne miesiące pokazywały, że krajowa gospodarka w porównaniu z innymi, ma stabilne fundamenty, dość dobrze znosi gospodarcze zawirowania, a rynek nieruchomości ma wciąż dużo do zaoferowania. Pandemia dała też kilka bardzo silnych impulsów rozwojowych, na przykład dla e-handlu i sektora logistyczno-przemysłowego czy dla rynku mniejszych formatów handlowych. Dobra końcówka roku może zwiastować powrót na ścieżkę rozwoju w najbliższych latach. – Mateusz Skubiszewski, Head of Capital Markets, BNP Paribas Real Estate Poland.

Dodatkowo, toczące się obecnie transakcje z dużą szasną na finalizację jeszcze w tym roku, mogą spowodować, że łączne wyniki wypracowane w 2021 roku będą zbliżone do tych z 2020 roku.

Mocne magazyny

Od lipca do końca września zawarto 42 transakcje, z czego około połowa dotyczyła sektora magazynowo-logistycznego. Silna pozycja magazynów przełożyła się na 53 proc. łącznej wartości wyniku osiągniętego w trzecim kwartale, 27 proc. przypadło na biura, a 12 proc. na inwestycje handlowe z wyraźną dominacją transakcji obejmujących retail parki czy super- i hipermarkety. 8 proc., stanowiły transakcje z sektorów alternatywnych jak PRS, hotele czy akademiki i domy dla studentów.

W trzecim kwartale sfinalizowano sprzedaż biurowca Metropolitan przy placu Piłsudskiego. Warszawski rynek śledził tę transakcję z zainteresowaniem. Wzrost wartości jednego z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej prestiżowych obiektów, z renomowanymi najemcami to jedna z oznak stabilności naszego rynku – Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Business Intelligence Hub w BNP Paribas Real Estate Poland.

Kierunek: dywersyfikacja

Trzeci kwartał, zdaniem ekspertów BNP Paribas Real Estate, pokazał kierunki, w których w najbliższym czasie będą spoglądać inwestorzy pod kątem nieruchomości.

Potrzeba dywersyfikacji kapitału, możliwe do osiągnięcia stopy kapitalizacji i różne opcje, jakie daje polski rynek, a ponadto baza w postaci rozwijającej się infrastruktury, niskiego bezrobocia, zasobów ludzkich, zagranicznych inwestycji w wiele rozwijających się sektorów oraz utrzymanie się w czołówce państw z najszybciej rosnącym PKB, to wszystko pozytywnie wróży wynikom na najbliższe lata. I pokazuje, że atrakcyjność inwestycyjna Polski nie przygasła – Marta Gorońska-Wiercioch, Associate Director, Capital Markets, BNP Paribas Real Estate Poland

W raporcie czytamy, że ponad 31 proc. kapitału ulokowanego w trzecim kwartale pochodziło z Ameryki Północnej i zostało wydane głównie na projekty biurowe oraz przemysłowo logistyczne o łączne wartości blisko 500 mln Euro. Kolejnych około 600 mln Euro pochodziło z Europy, głównie z Niemiec. Reszta kapitału zaangażowanego w inwestycje nieruchomościowe w Polsce pochodziło z pozostałych stron świata.
Autorzy raportu wskazują, że stopy kapitalizacji w trzecim kwartale pozostały atrakcyjne i utrzymały się na poziomie z poprzedniego kwartału. W przypadku najlepszych nieruchomości biurowych sięgnęły 4,7 proc., a dla najlepszych obiektów magazynowych w okolicach Warszawy 4,5 proc, a w regionach 4,75 proc. Właściciele retail parków mogli liczyć na stopy w wysokości 7-9 proc., a super- i hipermarketów na 5,5-6,5 proc. Biorąc pod uwagę toczące się transakcje, czwarty kwartał może przynieść zmiany, zwłaszcza w sektorze przemysłowo-logistycznym.

Shoper po 3 kwartałach zwiększył przychody o 65%, a GMV przebiła 5 mld zł

Shoper opublikował wstępne szacunkowe wyniki finansowe. Przychody narastająco po 3 kwartałach wyniosły 53,4 mln zł, rosnąc o 65% r/r i przewyższając o 6,4 mln zł wynik uzyskany w całym 2020 roku. EBITDA skorygowana osiągnęła poziom 22,8 mln zł, co oznacza wzrost o 39% r/r. Wartość GMV sklepów bezpośrednich na platformie Shoper zwiększyła się z 2,8 mld zł do 4,2 mld zł, notując dynamikę na poziomie 50%. Za 12 ostatnich miesięcy zakończonych we wrześniu 2021 r., wyniosła już 5,4 mld zł, rosnąc o 56% r/r.

Model biznesowy Shoper odznacza się wysokim poziomem skalowalności, co wpływa na poprawę osiąganych wyników wraz ze wzrostem liczby użytkowników platformy. Poza dystrybuowanym w formie abonamentu rozwiązaniu Shoper, wiele usług dodatkowych rozliczanych jest w modelu pay-as-you-grow, który polega na skorelowaniu przychodów Shoper z wielkością generowanych obrotów (GMV) przez sklepy na platformie Spółki. W okresie ostatnich 12 miesięcy, wartość GMV wygenerowana przez sklepy bezpośrednie na platformie Shoper zwiększyła się do 5,4 mld zł.

– Świetnie dopasowana oferta usług ecommerce dla MŚP sprawia, iż użytkownicy platformy Shoper rozwijają się znacznie szybciej niż szeroki rynek handlu elektronicznego. Dynamika naszych przychodów jest ściśle skorelowana z sukcesem naszych klientów co przekłada się na rekordowe wyniki finansowe Shoper. W pierwszych 3 kwartałach nasze przychody zwiększyły się o 65% rok do roku, mimo rekordowego tempa rozwoju rynku ecommerce w 2020 roku. Cieszy nas również bardzo szybki wzrost GMV – istotnie przekraczającego już 5 mld zł na przestrzeni ostatnich 12 m-cy – komentuje Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Shoper.

Shoper prowadzi szereg projektów związanych z rozszerzeniem oferty ecommerce dla małych i średnich firm. W pierwszej połowie roku dokonała inwestycji w platformę do sprzedaży wielokanałowej (omnichannel) ErpBox, umożliwiającej m.in. sprzedaż przez polskie i zagraniczne platformy handlowe oraz integracje z systemami księgowymi i ERP. Użytkownicy platformy Shoper zyskali też dostęp do nowego systemu inteligentnych rekomendacji i usług finansowych (kup teraz, zapłać później). W III kwartale Shoper dokonał akwizycji Shoplo, trzeciego gracza pod względem liczby obsługiwanych sklepów na rynku w modelu SaaS. W wyniku przejęcia, około 4 700 sklepów zostanie przeniesionych na platformę Shoper, a możliwość skorzystania z nowych usług, pozwoli im dynamicznie zwiększać swoją sprzedaż.

– W ostatnich tygodniach rozpoczęliśmy budowę kolejnych obszarów biznesowych – oferując nowe usługi w chmurze (Commerce Cloud) oraz finansowanie sprzedaży (Financial Services). Dziesiątki nowych usług, realizowanych we współpracy z liderami rynku, wesprą rozwój użytkowników platformy Shoper w zakresie optymalizacji procesów operacyjnych oraz zapewnienia finansowania do dalszego rozwoju biznesu – dodaje Marcin Kuśmierz.

Spółka działa w popularnym modelu SaaS, polegającym na oferowaniu usługi w formie abonamentu, w przypadku Shoper jest to kilka zróżnicowanych pod względem zawartości pakietów, pozwalających na elastyczne dopasowanie rozwiązania do wielkości i charakterystyki danego biznesu. Rynek SaaS cechuje się stałą i wysoką dynamiką wzrostu, która przyspieszyła w okresie pandemii w roku 2020.

Spółka zadebiutowała 9 lipca br. na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, wartość oferty publicznej akcji wyniosła 363 mln złotych. Kurs odniesienia akcji Shoper został ustanowiony na poziomie 47 zł, ceny maksymalnej z oferty dla inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych.

Wstępne szacunkowe skonsolidowane wyniki finansowe Shoper:

mln zł 3 kwartały 2021 r. 3 kwartały 2020 r. Różnica % Zmiana
Przychody 53,4 32,4 20,9 65%
EBITDA skorygowana 22,8 16,4 6,4 39%
Zysk brutto 25,0* 10,8 14,2 132%
GMV (mld zł) 4,2 2,8 1,4 50%
GMV LTM (mld zł) 5,4 3,5 1,9 56%

*14,9 mln zł (+4,1mln/+38%) po wyłączeniu finalnego rozliczenia inwestycji w spółkę InSales RUS O.O.O.

Badanie opinii publicznej: Polacy mocno podzieleni w kwestii budowy elektrowni atomowych

Jak wynika z najnowszego sondażu, przeprowadzonego przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH, niespełna czterech na dziesięciu dorosłych Polaków popiera budowę elektrowni atomowej/atomowych na terenie naszego kraju. Natomiast niemal połowa rodaków zajmuje przeciwne stanowisko w tej kwestii. Wychodzi też na to, że większości respondentów przeszkadzałoby, gdyby taka inwestycja miała stanąć w ich najbliższej okolicy.

Według sondażu, zrealizowanego dla portalu Business Insider Polska, 38,8% dorosłych Polaków popiera budowę elektrowni atomowej lub więcej tego typu obiektów na terenie naszego kraju. Przeciwnego zdania jest 45,1% respondentów. Natomiast 16,1% ankietowanych nie ma wyrobionej opinii na ten temat. Badanie zostało przeprowadzone w Internecie na reprezentatywnej próbie 1027 osób w wieku 18-80 lat.

– Te wyniki różnią się od innych badań. Dla przykładu, w lipcu 2021 roku Ministerstwo Klimatu i Środowiska przeprowadziło sondaż, też metodą CAWI, na reprezentatywnej grupie 2004 osób. Wówczas 56% badanych uznało, że elektrownia jądrowa jest w Polsce potrzebna. Tylko 18% stwierdziło odwrotnie. Odsetek zwolenników był więc zdecydowanie wyższy, a przeciwników dużo niższy – komentuje prof. Andrzej G. Chmielewski, dyrektor Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej.

Z kolei Paweł Gajda, sekretarz generalny Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego, zwraca uwagę na to, że wyniki przedstawione przez UCE RESEARCH są podobne do tych, które zostały opublikowane przez CBOS w czerwcu br. Wówczas 39% pytanych opowiedziało się za energetyką jądrową, a przeciwnych było 45%. W tym przypadku zaobserwowano wzrost liczby zwolenników o 5 punktów procentowych, a także spadek liczby przeciwników w stosunku do analogicznego badania z 2018 roku, również przeprowadzanego przez CBOS.

– Warto wspomnieć o badaniu zrealizowanym w listopadzie 2020 roku metodą CATI przez pracownię DANAE na grupie reprezentatywnej ponad 2 tys. osób. Wykazało ono, że 62,5% popiera budowę elektrowni jądrowych w Polsce. Był to najlepszy wynik w historii badań realizowanych przez ministerstwa odpowiedzialne za energetykę od 2012 roku – dodaje prof. Andrzej G. Chmielewski.

Natomiast prof. dr hab. n.med. Marek K. Janiak, prezes SEREN-Polska (Stowarzyszenie Ekologów na Rzecz Energii Nuklearnej) wskazuje zasadniczą przyczynę niechęci do energetyki jądrowej (EJ). To niski poziom wiedzy w społeczeństwie w zakresie nauk ścisłych oraz, w szczególności, na temat rzeczywistych skutków zdrowotnych działania niskich dawek promieniowania jonizującego (p.j.). Jak podkreśla ekspert, niezrozumienie problemów najlepiej ilustruje traktowanie przez ludzi płynu Lugola jako szczepionki chroniącej przed promieniowaniem. Ten specyfik masowo wykupywany był z aptek zaraz po ukazaniu się informacji o katastrofie jądrowej w Fukushimie.

– Jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni w kwestii budowy elektrowni atomowej. Prawdopodobnie sprzeciw wobec takiej inwestycji wynika m.in. z doświadczenia Czarnobyla. Osobiście przypuszczam, że świetny serial HBO na temat awarii reaktora za naszą wschodnią granicą zwiększył o kilka punktów procentowych liczbę osób przeciwnych budowie elektrowni w Polsce – mówi Grzegorz Krupnik, ekspert BCC ds. OZE, elektromobilności i środowiska.

Jak stwierdza prof. Janiak, niewiedza społeczeństwa jest wykorzystywana przez różne gremia przeciwne EJ w tym, paradoksalnie, organizacje „zielonych”. One od dawna uprawiają skuteczną propagandę anty we wszystkich środkach masowego przekazu. Podkreśla się w niej zawsze ten sam model straszenia „atomem”, jakby każda ekspozycja na p.j. mogła spowodować takie same skutki jak w Hiroszimie i Nagasaki. Wyolbrzymiane są następstwa katastrof w Czarnobylu i Fukushimie, szczególnie przy okazji kolejnych obchodów ich rocznic. Zawsze, nawet drobny wyciek wody na terenie elektrowni atomowej, jest przedstawiany jako kolejna wielka awaria.

– Energetyka jądrowa jest jak transport samolotowy. W powszechnym wyobrażeniu – wynikającym z medialności katastrof – jedno i drugie postrzegane są jako niebezpieczne. W praktyce jednak, jak pokazują raporty naukowe, są bezpieczne. Ponadto funkcjonowanie bez nich jest bardzo trudne – analizuje ekspert BCC.

Z badania wiemy też, czy respondentom przeszkadzałoby, gdyby taka elektrownia miała stanąć w ich najbliższej okolicy. 60,4% ankietowanych odpowiada twierdząco. Zupełnie odwrotne zdanie ma 27,5% badanych. Do tego 12,1% osób nie ma opinii w tej kwestii. Jak stwierdza Paweł Gajda, niechęć mieszkańców do realizowania różnych inwestycji w najbliższej okolicy jest częstym zjawiskiem, związanym nie tylko z energetyką jądrową. Jednocześnie wskazuje na badania prowadzone w 2020 roku na zlecenie PGE w gminach, gdzie rozważana jest lokalizacja pierwszej polskiej elektrowni jądrowej i gdzie uzyskanie poparcia dla inwestycji jest najważniejsze. Według nich sięga ono 70%.

– Sondaże przeprowadzane cyklicznie w potencjalnych lokalizacjach pierwszej elektrowni jądrowej na terenie gmin Choczewo, Gniewino i Krokowa wskazują na stale wysokie poparcie dla tej inwestycji. W badaniu przeprowadzonym przez PBS w okresie październik-listopad 2019 roku techniką CAPI (wywiadów osobistych wspomaganych komputerowo) wyniosło 71%, co oznacza wzrost z 69% w roku 2018. W Gniewinie poziom ten dochodzi nawet do 87% – informuje prof. Andrzej G. Chmielewski.

Jak zaznacza Grzegorz Krupnik, wyniki UCE RESEARCH pokazują, że kluczowe dla powodzenia budowy elektrowni są właściwy wybór miejsca i komunikacja z lokalną społeczności. To sprzeciw tej grupy wydaje się kluczowym ryzykiem dla takiej inwestycji. W ostatnich latach zebraliśmy w kraju sporo doświadczeń z zakresu komunikacji dot. elektrowni wiatrowych. Warto będzie je wykorzystać.

– Wśród części społeczeństwa energia jądrowa może budzić pewne obawy, dlatego naszym celem musi być rozwiewanie rożnego rodzaju niepewności czy lęków. Ale przede wszystkim należy pokazywać pozytywny wpływ energetyki jądrowej na gospodarkę i środowisko, zarówno w skali ogólnopolskiej, jak i w miejscach, gdzie takie elektrownie powstaną – podsumowuje Paweł Gajda z Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego.

Chmura może przynieść polskiej gospodarce nawet 121 mld zł rocznie od 2030 r.

Upowszechnienie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych może przynieść w 2030 roku dodatkowe 121 mld złotych, czyli 4% PKB, wynika z najnowszego raportu McKinsey & Company. Najwięcej zyskać może handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka.

W najnowszym raporcie „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce”, firma McKinsey & Company przeanalizowała potencjał rozwoju technologii chmurowych oraz ich wpływ na polską gospodarkę. Jak wynika z analiz, pełniejsze wykorzystanie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych może przynieść gospodarce dodatkowo 121 miliardów złotych w roku 2030 – co odpowiada 4% PKB. Wartość ta mogłaby pochodzić z dwóch obszarów – pierwszy to innowacje i nowopowstałe przedsiębiorstwa cyfrowe, których stworzenie umożliwi lub przyspieszy architektura chmurowa. Drugi to modernizacja i korzyści, które odniesie bardziej tradycyjny biznes, np. poprzez obniżenie kosztów IT czy automatyzację procesów. Istnieje również trzeci obszar, który może generować dodatkowe, ale trudne do oszacowania korzyści – są to technologie przyszłości, których stworzenie lub wczesne wdrożenie umożliwia chmura.

Polska posiada solidne fundamenty, by w pełni wykorzystać potencjał technologii chmurowych. Nasze dotychczasowe raporty wskazywały już na stabilną sytuację makroekonomiczną, wysokiej jakości infrastrukturę cyfrową czy działających w ramach sektora publicznego dostawców chmury jako podstawy do dalszego rozwoju gospodarki cyfrowej – komentuje Tomasz Marciniak, partner zarządzający McKinsey & Company w Polsce oraz współautor raportu. – Jednak, jeśli polska gospodarka ma zachować konkurencyjność, powinna nadrobić dystans, który dzieli ją do europejskich liderów zarówno pod względem poziomu zastosowania technologii chmurowych, jak i tempa ich wdrażania – dodaje. Według analiz McKinsey poziom wdrożenia chmury jest 14-krotnie niższy niż w najbardziej zaawansowanych cyfrowo gospodarkach Europy Północnej i 1,5-krotnie niższy niż średnia dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak wskazuje raport, największe korzyści wynikające z upowszechnienia chmury obliczeniowej może odnieść handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka. Udział tych branż w generowaniu wartości dodanej dzięki chmurze może wynieść 28%. W samym tylko handlu detalicznym wykorzystanie na przykład dynamicznych cen, inteligentnych promocji oraz optymalizacja stanów magazynowych, umożliwione przez technologie chmurowe, mogą przynieść prawie 12 mld złotych w 2030 roku. Kolejne 11 mld złotych może zostać wygenerowane w branży FMCG między innymi dzięki automatyzacji produkcji, zwiększeniu wydajności pracy i optymalizacji zużycia energii.

Główne bariery ograniczające rozwój chmury w Polsce, to brak odpowiedniej wiedzy na temat tych technologii i korzyści z nich płynących, a także niepewność i obawy o bezpieczeństwo danych. To także coraz częstsze braki w umiejętnościach i deficyt pracowników IT czy obawa przed obciążeniami finansowymi, które niesie ze sobą przejście do chmury. Pokonanie tych rzeczywistych lub pozornych barier będzie wymagało działań zarówno ze strony instytucji publicznych, firm jak i samych obywateli – komentuje Borys Pastusiak, partner lokalny w McKinsey & Company i współautor raportu.

Sektor publiczny będzie miał kluczowe znaczenie w upowszechnianiu technologii chmurowych, dysponując środkami na wsparcie finansowe, ale także poprzez przegląd prawa i tego, jak jest interpretowane oraz przykład, jaki może dawać wykorzystując potencjał chmury w instytucjach publicznych. Firmy z kolei powinny mieć świadomość jakie korzyści może przynieść chmura w ich działalności, na przykład dzięki szybszemu rozwojowi i optymalizacji kosztów. Poza analizą korzyści, przedsiębiorstwa powinny stworzyć strategię przejścia do chmury, obejmującą także tworzenie kompetencji cyfrowych, a następnie konsekwentnie wprowadzać ją w życie. W końcu obywatele powinni skupić się na rozwoju nowych umiejętności technicznych oraz biznesowych związanych z wykorzystaniem chmury, które mogą okazać się niezbędne dla stanowisk z rosnącym popytem, takie jak project manager, UI/UX designer, tester czy product owner. Ich zdobycie pozwoli na bycie konkurencyjnym na rynku pracy, a dobrym punktem startowym mogą być kursy online poświęcone chmurze, zapewniane przez jej dostawców czy platformy edukacyjne.

Pandemia COVID-19 i jej skutki, pokazały, że firmy, a w zasadzie całe gospodarki, muszą być gotowe na nieprzewidywalne okoliczności i błyskawicznie dostosowywać do nich działania. Chmura obliczeniowa stała się ważnym czynnikiem ułatwiającym tę adaptację – umożliwiając, na przykład, masowe przejście na pracę zdalną – podsumowuje Tomasz Marciniak. – Dodatkowo nowe technologie niosą ze sobą szybkie i głębokie zmiany, co powoduje, że firmy i organizacje, które chcą wykorzystać potencjał technologii chmurowych, muszą działać już teraz – dodaje.

Pełny raport dostępny do pobrania na: www.mckinsey.com/pl/our-insights/chmura-2030

Średnie ceny mieszkań biją kolejne rekordy

Średnie ceny mieszkań biją kolejne rekordy, co skrupulatnie odnotowują wszystkie media. Natomiast mało które zwracają uwagę na zmianę w strukturze cenowej oferowanych mieszkań. Analitycy GetHome.pl wyjaśniają, dlaczego jest to takie ważne.

Średnie ceny mieszkań są standardowym wskaźnikiem branym pod uwagę przy analizie trendu rynkowego. Jednak, żeby mieć pełniejszy obraz rynku, warto jest też analizować strukturę cenową oferowanych na nim mieszkań – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Wyjaśnia, że w zależności od sytuacji, średnia może maskować rzeczywiste podwyżki cen, albo wywierać presję na kupujących. Jeśli zaakceptują oni stawiane przez sprzedających warunki, to ci podnoszą poprzeczkę cenową.

Wielgo zwraca uwagę, że z pierwszą sytuacją mieliśmy do czynienia w połowie poprzedniej dekady. Wydawało się, że ceny mieszkań są stabilne lub nawet spadają.  W rzeczywistości przez cały czas rosły. W ofercie deweloperów rósł bowiem udział mieszkań z cenami poniżej średniej, a równocześnie spełniających kryterium cenowe programu Mieszkanie dla Młodych. W latach 2014-2018 na zakup takich mieszkań za kredyt można było uzyskać dofinansowaniu wkładu własnego. Problem w tym, że w niektórych miastach, m.in. w Gdańsku, deweloperzy podnosili ceny najtańszych mieszkań do ustawowego pułapu.Średnie ceny mieszkań w ofercie deweloperów2

–  Od czterech lat rosną także średnie ceny, ale w dużej mierze dlatego, że na rynku pojawiało się coraz więcej mieszkań z górnej półki – zauważa Marek Wielgo.

I dodaje, że ostatnio spektakularnym przykładem takiej podwyżki jest Wrocław. Tylko we wrześniu średnia cena ofertowa nowych mieszkań wzrosła tu aż o 6%. Tym samym stolica Dolnego Śląska dołączyła do grupy miast, w których średnia przekracza 10 tys. zł za m kw. Sęk w tym, że było to skutkiem wprowadzenia na rynek dużej puli bardzo drogich mieszkań w inwestycji, w której najtańsze kosztują ok. 18,5 tys. zł za m kw. Udział takich lokali w ofercie wrocławskich firm deweloperskich wzrósł z 2% do 5%.Średnie ceny wprowadzonych – wrzesien2021

Oczywiście ceny większości mieszkań są niższe od średniej. Problem w tym, że jej wzrost może być pretekstem dla sprzedających do podnoszenia cen. Mechanizm jest następujący: z rynku znikają w pierwszej kolejności tańsze mieszkania. Te drogie, które pozostają, podnoszą średnią cenę. Jeśli pod wpływem presji kupujący zaakceptują wyższe ceny, to wówczas kolejne mieszkania, które deweloperzy wprowadzają na rynek, są jeszcze droższe.Średnie ceny sprzedanych w 2021

Nie można też jednak wykluczyć, że m.in. wskutek drożejących kredytów hipotecznych, kupujący przestaną akceptować tak wysokie ceny. Żeby zwiększać sprzedaż deweloperzy będą musieli zaoferować mieszkania dostosowane do możliwości finansowych nabywców. Jeśli w ofercie wyraźnie wzrośnie udział mieszkań z ceną niższą od średniej, to wówczas odnotujemy jej spadek. To będzie też sygnał dla sprzedających mieszkania na rynku wtórnym, że czas ograniczyć swoje oczekiwania.

Jednak w największych miastach, gdzie popyt na mieszkania jest największy, poprzeczka cenowa nadal będzie szła w górę. Trudno sobie bowiem wyobrazić spadek cen atrakcyjnych działek oraz kosztów budowy – komentuje Marek Wielgo.

I przypomina, że w tym roku inwestorom szczególnie mocno dały się we znaki drożejące materiały budowlane. Niektóre z nich podrożały nawet o kilkadziesiąt procent. Np. z danych firmy Intercenbud wynika, że tylko w trzecim kwartale ceny wyrobów z metalu poszły w górę średnio o 42%, drewna – o 33%, a materiałów ociepleniowych – o 32%.Ceny materiałów budowlanych – Intercenbud

Jeśli mimo to ktoś liczy na spadek cen mieszkań z segmentu popularnego, to złudzeń powinny go pozbawić dane pokazujące, jak szybko w największych miastach kurczy się oferta takich lokali, czyli z ceną poniżej 7 tys. zł za m kw. – uważa Marek Wielgo.Mieszkania z ceną do 7 tys-mkw

Spektakularne zmiany widoczne są szczególnie w Łodzi. Jeszcze w styczniu mieszkania z ceną poniżej 7 tys. zł za m kw. stanowiły w tym mieście aż 78% wszystkich ofert z ujawnioną ceną, w kwietniu – 62%, a we wrześniu – 37%.

W Warszawie i Krakowie znalezienie tak tanich mieszkań zaczyna graniczyć z cudem, bo ich udział w ofercie firm deweloperskich wynosił we wrześniu już tylko 1%.

W tym roku we wszystkich największych miastach wzrósł udział mieszkań z ceną powyżej średniej. Najbardziej w Łodzi i Wrocławiu, czyli tam, gdzie średnia wzrosła najbardziej.Struktura cenowa w 2020

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Dlaczego warto skorzystać z punktów nadania i odbioru paczek?

Branża kurierska nieustannie się rozwija, zapewniając swoim klientom coraz większe możliwości w zakresie nadawania oraz odbierania przesyłek. Zarówno sprzedawcy, jak i odbiorcy mogą liczyć na szeroki wachlarz praktycznych rozwiązań oraz udogodnień ze strony innowacyjnych firm kurierskich, które dążą do tego, aby zagwarantować jak najwyższą wygodę obsługi oraz skuteczność dostawy. Jednym z rozwiązań, które doskonale sprawdzają się w praktyce, są specjalne punkty nadania i odbioru paczek. W jaki sposób funkcjonują i dlaczego warto z nich korzystać? Wyjaśniamy w naszym artykule.

Wygodne nadawanie i odbieranie przesyłek dla każdego

Punkty nadawania paczek skierowane są nie tylko do klientów biznesowych, ale również do osób prywatnych, które chcą wysłać paczkę na terenie kraju, ale też za granicę. Tego rodzaju punkty często są zintegrowane ze sklepami lub miejscami usługowymi, ale czasami są to samodzielnie punkty, należące do określonej firmy kurierskiej. Zaletą ich istnienia jest możliwość wygodnego nadawania lub odbierania przesyłek w dogodnym dla siebie momencie, np. wcześnie rano lub w godzinach wieczornych, po zakończeniu pracy. Wiele punktów funkcjonuje do późnych godzin, dzięki czemu mogą z nich korzystać nawet bardzo zapracowane i zabiegane osoby. Jedną z firm kurierskich, która wprowadziła to rozwiązanie już wiele lat temu, jest GLS. Obecnie firma posiada punkty nadania i odbioru (Szybka Paczka/ ParcelShop) w wielu lokalizacjach w całej Polsce, nie tylko w dużych miastach, ale również w mniejszych miejscowościach. Bez względu na to, gdzie mieszkasz, możesz wygodnie wysyłać i odbierać swoje paczki w punktach GLS.

Dlaczego warto korzystać z punktów nadania i odbioru GLS?

Jeśli jesteś prywatnym sprzedawcą internetowym lub dopiero rozpoczynasz swoją działalność i wysyłasz stosunkowo małą liczbę paczek, optymalne rozwiązanie dla Ciebie to punkty nadania GLS. Nadanie paczki krajowej lub zagranicznej w punkcie jest bardzo proste, a ceny dostawy przystępne. W lokalizacjach znajdują się etykiety adresowe dostępne dla nadawców. Na stronie internetowej GLS można zapoznać się ze szczegółowym cennikiem wysyłki paczki do odbiorcy w Polsce, jak również w innych krajach. Ceny uwarunkowane są regionem dostawy, a także wymiarami paczki.

Jak można wysyłać paczki z punktów GLS?

Punkty nadawania GLS oferują kompleksowe usługi kurierskie dla osób prywatnych oraz właścicieli firm, którzy wysyłają niewielkie liczby paczek. Aktualnie w całej Polsce znajduje się już ponad 2500 punktów GLS, spośród których większość posiada miejsca parkingowe. Znajdują się one w dogodnej lokalizacji i funkcjonują przynajmniej w godzinach 10:00 – 18:00 w dni robocze, a niektóre są czynne również do późnych godzin wieczornych. Dzięki temu możesz nadać lub odebrać swoją przesyłkę w dogodnym dla Ciebie terminie, bez względu na to, w jakich godzinach pracujesz. Najbliższe punkty GLS wraz z ich dokładną lokalizacją oraz godzinami funkcjonowania znajdziesz łatwo poprzez wyszukiwarkę, znajdującą się na stronie internetowej GLS. Przed udaniem się do punktu nadania dokładnie wymierz oraz zważ przesyłkę, aby upewnić się, że nie przekracza ona maksymalnych dopuszczalnych parametrów. W punktach Szybkiej Paczki/ParcelShop możliwe jest nadanie przesyłki o maksymalnej wadze 31,5 kg oraz sumie obwodu i najdłuższego boku nie przekraczających 300 cm. Każdą paczkę przydziela się do określonej kategorii wymiarowej, która warunkuje cenę wysyłki. Upewnij się też, czy produkty, które wysyłasz, są zgodne z naszym Regulaminem. Zabronione jest zwłaszcza wysyłanie paczek z materiałami łatwopalnymi i wybuchowymi, jak również: papierosów, tytoniu oraz alkoholu.

Bezpieczeństwo paczek

Chcesz, aby Twoja paczka dotarła do odbiorcy bezpiecznie i w całości? Pamiętaj, że wpływ na to ma nie tylko sam kurier, ale przede wszystkim sposób zapakowania przesyłki. Wybierz dla swojej paczki solidne opakowanie, zadbaj o dokładne jego wypełnienie. Upewnij się, że zawartość paczki jest dobrze zabezpieczona przed uszkodzeniem podczas transportu. Całość starannie oklej taśmą, a na koniec umieść na przesyłce etykietę adresową. Dbając o dokładne zapakowanie paczki zyskasz pewność, że dotrze ona do adresata w nienaruszonym stanie, co przełoży się na jego zadowolenie z dokonanego zakupu.

Odbieranie przesyłek z GLS

Firma GLS zadbała o to, aby nie tylko nadawanie, ale również odbiór paczki był łatwy i wygodny. W sytuacji, kiedy nikogo nie ma w domu, przesyłka zostanie skierowana do najbliższego punktu odbioru. Odbiorca zostaje poinformowany o umieszczeniu paczki w określonym punkcie za pośrednictwem awizo oraz wiadomości SMS. Gdy w okolicy nie ma punktu Szybkiej Paczki/ParcelShop, a przesyłka nie może zostać pozostawiona w sąsiedztwie, GLS podejmuje drugą próbę doręczenia pod wskazany przez nadawcę adres. Dopiero wtedy, gdy druga próba doręczenia okaże się nieskuteczna, paczka wróci do filii. Aby zapewnić adresatowi wygodny odbiór paczki, GLS oferuje różne możliwości przekierowania przesyłki, np. doręczenie do wybranego punktu Szybkiej Paczki/ParcelShop, dostawę na nowy adres wskazany przez odbiorcę, odbiór własny z oddziału GLS.

Cudzoziemcy z ważnymi kartami pobytu – dane po III kwartale

W trzech kwartałach 2021 r. liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce wzrosła o 15 proc. Na początku października takie dokumenty posiadało 525 tys. osób. Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że najliczniej zwiększyła się grupa obywateli Ukrainy, Białorusi oraz Gruzji.

Z 525 tys. cudzoziemców, którzy 1 października 2021 r. posiadali ważne dokumenty pobytowe, największe grupy stanowili obywatele: Ukrainy – 293,8 tys. osób, Białorusi – 37,1 tys., Niemiec – 19,7 tys., Rosji – 13,7 tys., Wietnamu – 11,2 tys., Indii – 10,9 tys., Gruzji – 9,6 tys., Włoch – 8,5 tys., Wielkiej Brytanii – 6,9 tys. oraz Chin – 6,9 tys.

W pierwszych trzech kwartałach roku liczba obcokrajowców posiadających ważne zezwolenia na pobyt zwiększyła się o 68 tys. osób. Największy wzrost wśród cudzoziemców osiedlających się w Polsce dotyczył obywateli: Ukrainy – o 49,7 tys. osób, Białorusi – o 8,4 tys. osób, Gruzji – o 1,7 tys. osób, Mołdawii – o 1,3 tys. osób oraz Indii – o 1,1 tys. osób.

Zdecydowanie najwięcej cudzoziemców posiada zezwolenia na pobyt czasowy, które mogą być wydane na maksymalnie 3 lata. Tego typu dokumentami dysponuje obecnie 63 proc. osób. Grupa obcokrajowców uprawnionych do pobytu stałego i rezydenta długoterminowego stanowi 20 proc., a 15 proc. to obywatele państw członkowskich Unii Europejskiej, którzy zarejestrowali swój pobyt.

Zezwolenia na pobyt wydają urzędy wojewódzkie właściwe ze względu na miejsce pobytu cudzoziemca. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 139,9 tys. osób, małopolskie – 62,6 tys., wielkopolskie – 48,8 tys. oraz dolnośląskie – 43,6 tys.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz.