Spółka MADKOM S.A. zwiększyła swój udział w Cloud Industry Solutions Sp. z o.o.

MADKOM S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2012 r., zajmująca się produkcją systemów IT dla samorządów, dokonała zakupu 23% udziałów w spółce zależnej Cloud Industry Solutions Sp. z o.o., zwiększając swój udział do 75%. Emitent zakończył 1 kw. 2017 r. wzrostem przychodów ze sprzedaży usług i towarów do poziomu 1.957 tys. zł.

W dniu 13.04.2017 r. MADKOM S.A. podpisała umowę nabycia 528 udziałów spółki Cloud Industry Solutions Sp. z o.o., co stanowi 23% udziału w jej kapitale zakładowym. Emitent zwiększył tym samym swoje zaangażowanie w ten podmiot do 75% udziału w jego kapitale zakładowym. Podczas Nadzwyczajnego Zgromadzenia Wspólników Cloud Industry Solutions Sp. z o.o. podjęta została Uchwała w sprawie zmiany  nazwy firmy spółki na CSW MADKOM Sp. z o.o. Spółka ta zajmuje się przeprowadzaniem specjalistycznych szkoleń w zakresie e-administracji dla pracowników Jednostek Samorządu Terytorialnego. MADKOM S.A. zamierza aktywnie rozwijać ten segment biznesowy, który stanowi ważne uzupełnienie jej oferty przeznaczonej dla sektora publicznego.

„Nabycie udziałów w spółce Cloud Industry Solutions Sp. z o.o. było podyktowane tym, że przesunęliśmy część zasobów osobowych do wydzielonego podmiotu, który świadczy usługi wdrożeniowo-szkoleniowe. W związku z tym nazwa tej spółki tez uległa zmianie i brzmi ona obecnie CSW Madkom Sp. z o.o. Spółka ta będzie realizowała dedykowany obszar szkoleniowy, który w najbliższych latach będzie stanowił istotne źródło naszych przychodów.” – komentuje Grzegorz Szczechowiak, Prezes Zarządu Spółki MADKOM S.A.

Spółka zakończyła 1 kw. 2017 r. wyraźnym wzrostem przychodów ze sprzedaży towarów i usług. Ich wartość wyniosła w tym okresie 1.957 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było 885 tys. zł. Wartość również dodać, że poziom przychodów ze sprzedaży MADKOM S.A. w 1 kw. br. stanowił 62% przychodów osiągniętych przez Emitenta w całym 2016 r. Wyraźny wzrost zanotowany został przez Spółkę także w segmencie usług serwisowych. W 1 kw. 2017 r. ich wartość sięgnęła ponad 996 tys. zł wobec 751 tys. zł rok wcześniej. Bardzo dobre wyniki sprzedażowe na początku tego roku są rezultatem skutecznego pozyskiwania i realizowania nowych kontraktów na wdrażanie oraz serwisowanie własnego oprogramowania przeznaczonego dla administracji publicznej. Zarząd MADKOM S.A. liczy na utrzymanie wysokiego tempa wzrostu wartości portfela zamówień, bowiem oczekuje na rozstrzygnięcie kolejnych przetargów.

„Zakładamy dość znaczny wzrost przychodów w skali całego roku. Pierwszy kwartał ukazuje mniej więcej potencjalną tendencję całego roku i pozwoli nam zadowolić naszych inwestorów oraz powinien być co najmniej powtarzalny w kolejnych kwartałach. Przed nami następny wysyp przetargów. Po chwilowym zastoju w pozyskiwaniu nowych zamówień w ostatnich tygodniach złożyliśmy oferty w kilku postępowaniach i czekamy na ich rozstrzygnięcia. Aktualnie trwa to odrobinę dłużej, gdyż po zmianie ustawy PZP proces ten jest nowy dla wszystkich.” – zakończył Prezes Szczechowiak.

Zaktualizowana Strategia Rozwoju MADKOM S.A. na lata 2015-2020 zakłada zwiększenie wartości przychodów stałych z umów serwisowych oraz maksymalnie efektywne wykorzystanie fundusze unijne. Plany Spółki przewidują pozyskanie nowych kontraktów na kwotę minimum 10 mln zł oraz zdobycie zamówień na dostawy systemów Elektronicznego Zarządzania Dokumentami u nowych klientów w liczbie co najmniej 100 urzędów w 2017 r. Dzięki temu Emitent będzie mógł zwiększyć swoje rentowności w zakresie wpływów ze stałych umów serwisowych, a generowane z nich przychody będą pokrywały koszty działalności. MADKOM S.A. ma również zamiar zdobyć zamówienia z funduszy RPO województw, które zakończyły oceny w konkursach i przyznały już dofinasowania na lata 2016-2018. Celem Spółki jest pozyskanie w tym segmencie zamówień o wartości 6 mln zł netto i ich realizacja w latach 2017-2018.

Na rynkach czuć już nerwowość w związku z pierwszą turą wyborów we Francji

Kilku kandydatów w wyborach we Francji. Pojawienie się Le Pen i Melenchona w drugiej turze może wywołać panikę na rynkach.

Będzie nerwowo

Na rynkach czuć już nerwowość w związku z pierwszą turą wyborów we Francji. W grze pozostaje czterech kandydatów Le Pen, Melenchon, Macron i Fillon. Szczególnie przejście dwóch pierwszych nazwisk do drugiej tury mogłoby wywołać panikę. Poparcie Marine Le Pen czyli kandydatki radykalnej prawicy w ostatnich dniach malało, ale wczoraj znów dali o sobie znać terroryści. Może to spowodować odwrócenie dla niej niekorzystnego trendu gdyż jako jedyna jasno stawia sprawę o rozwiązaniu kwestii choćby uchodźców.

Rynek pracy w USA nadal dobrze

Presja na europejską walutę w obliczu wyborów nieco wzrosła. EUR/USD już nie dobija się do 1,08 a pozycjonuje się przy 1,07. Może też nieco pomogła wypowiedź Mnuchina o reformie podatkowej czy też członka Fed Kaplana o bazowym scenariuszu trzech podwyżek stóp w tym roku. To musiało nieco wzmocnić amerykańską walutę. Całkiem dobrze wypadły również dane z rynku pracy w USA. Najbardziej pozytywnie wypadł wynik osób korzystających z zasiłków dla bezrobotnych, który spadł do najniższego poziomu od niemal 17 lat. Te kilka elementów wsparły dolara, który był w słabszej kondycji w ostatnich dniach.

Świetne dane

Na krajowym rynku poznaliśmy dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Publikacje wypadły świetnie, wskazania były dużo lepsze od prognoz. Produkcja rośnie najwyżej od ponad 6 lat. Dane były pozytywne dla krajowej waluty ale mimo to złoty zyskał tylko na chwilę. Odczyty mogą wskazywać, że pierwszy kwartał i tempo wzrostu gospodarczego dla Polski może być wyższe od prognoz.

Awersja do ryzyka “zabija wzrosty” na złotym

W tym momencie, z powodu wyborów czy też czwartkowych wydarzeń na polach elizejskich,  awersja do ryzyka jest tak silna, że trudno będzie o aprecjację polskiej waluty. Do tego dochodzi decyzja agencji S&P w sprawie ratingu. Trudno zrozumieć decyzje inwestorów o pozbywaniu się złotego gdyż bardzo wątpliwa jest zmiana ratingu dla Polski. Fundamenty polskiej gospodarki są dobre i powinna ona przyspieszać w kolejnych kwartałach. Wpływy do budżetu są więc nie zagrożone. Decyzja w sprawie ratingu powinna być dobra.

PMI w centrum uwagi

Dzisiejszy dzień to przede wszystkim odczyty PMI dla usług i przemysłu z największych gospodarek europejskich. O 9 poznaliśmy dla Francji, o 9.30 dla Niemiec i potwierdziły one dobre nastroje szczególnie w przemyśle, gdzie znacznie przewyższyły prognozy. Dobre odczyty powinny się przełożyć na wynik całej strefy euro. Powinno to stanowić wsparcie dla euro.

I dane z Wysp

O 10.30 poznamy marcowe dane z Wielkiej Brytanii o sprzedaży detalicznej. Publikacja z lutego pozytywnie zaskoczyła, mimo, że wcześniejsze miesiące były znacznie gorsze od prognoz. To ważne dane w kontekście funta, który od zaskakującej decyzji premier May o wcześniejszych wyborach niespodziewanie się umacnia. GBP/PLN przebił już granice 5,10.

Teoretycznie mniej ważne dane

O 15.45 poznamy PMI z sektora usług i przemysłu z USA. Ostatnio wskazanie to, odmiennie do tych ze strefy euro, notowało spadki. Kwiecień ma być nieco lepszy, przynajmniej tak mówią prognozy. Reakcja na dolarze może być jednak ograniczona gdyż ważniejszy dla amerykańskiej gospodarki jest ISM.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dobre wyniki polskiej gospodarki nie pomogły w umocnieniu złotego

Z publikowanych w tym tygodniu w Polsce danych najbardziej interesujące okazały się wyniki z rynku pracy. Pozytywnie zaskoczył przede wszystkim wzrost płac w zestawieniu rocznym o 5,2%, dzięki czemu przeciętne wynagrodzenie w marcu wynosiło 4578 złotych. Oprócz wynagrodzeń wzrosło także zatrudnienie, które w rocznym porównaniu jest o 4,5% wyższe. Trend ten powinien się utrzymać, bo prognozy i wskaźniki dla Polski, jak i jej głównych partnerów handlowych, przewidują ekspansję krajowej gospodarki. Pozytywne nastroje przedsiębiorców zwiększają motywację pracodawców do zatrudniania nowych ludzi lub podwyższenia płac obecnym pracownikom.

Z innych danych interesujące były wyniki produkcji przemysłowej. Jej odnotowana wartość bardzo pozytywnie zaskoczyła wzrost w marcu o 8,1%. Aczkolwiek, dzięki dobrej kondycji polskiej gospodarki, czy też niemieckiego przemysłu, spodziewano się wzrostu. Jednak podany wynik był wyższy niż oczekiwano i wskazuje, że ten rok może być dla polskiej gospodarki naprawdę udany. Swoją rolę odgrywa z pewnością również fakt, że w marcu br. w
porównaniu do ubiegłego roku mieliśmy jeden dzień roboczy więcej.

Mimo dobrych danych złoty w tym tygodniu się osłabił. W piątek rano jego kurs wynosił 4,27 EUR/PLN. Kurs głównej pary walutowej wynosił 1,07 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Czy REIT-y zrewolucjonizują polski rynek nieruchomości?

Na ile, zdaniem deweloperów, REIT-y mieszkaniowe mogą okazać się atrakcyjną formą inwestowania dla osób lokujących obecnie kapitał w nieruchomości na wynajem? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Ta nowa forma pośredniego inwestowania kapitału w potencjał rynku nieruchomości przyciągnie pewne grono inwestorów. Myślę jednak, że przede wszystkim będą to osoby i tak już aktywne na rynku kapitałowym, inwestujące w różnego typu fundusze inwestycyjne i instrumenty pochodne.

Sądzę, że nabywcy inwestujący w nieruchomości bezpośrednio, poprzez zakup mieszkania, cenią tę inwestycję w znacznej mierze dzięki temu, że posiadają realnie nieruchomość na własność. Jest to moim zdaniem bardzo silne uwarunkowanie kulturowe. Z mojego doświadczenia wynika, że osoby prywatne inwestujące w zakup mieszkania często poza zwrotem z najmu wiążą z lokalem także inne długofalowe plany, jak np. zabezpieczenie na starość, czy przekazanie mieszkania w przyszłości dorosłym dzieciom lub wnukom.

Warto też pamiętać, że jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, także tych lokujących kapitał w nieruchomości komercyjne, już nie raz potrafiły generować straty i nie dają równie silnego poczucia bezpieczeństwa i budowania własnego, trwałego majątku. Reasumując, sadzę, że REITy to ciekawa alternatywa, jednak głównie dla klientów szukających nowych możliwości na rynku kapitałowym lub ewentualnie tych nabywców mieszkań, którzy inwestycje kalkulują wyłącznie na zasadzie zwrotu z najmu nie przewidując realizacji innych celów związanych z posiadaniem mieszkania na własność.

Pojawienie się REITów to naturalna konsekwencja rozwoju polskiego rynku inwestycyjnego. Nie przypuszczam, by ich rozwój był zagrożeniem dla bardzo stabilnie rosnącego rynku mieszkań pod wynajem.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

REIT (Real Estate Investment Trust) to bezpieczna forma inwestycji w nieruchomości dla kogoś, kto nie jest obyty w temacie lub nie ma czasu na zarządzanie własnym lokum. REIT-y mają sporo zalet: niskie koszty transakcyjne, łatwość wejścia i wyjścia z inwestycji, zwolnienie z podatku CIT i regularne wypłaty dywidendy (około 90 proc. zysku). Dlatego mogą okazać się atrakcyjne dla osób lokujących kapitał w nieruchomości, ponieważ pełnią rolę narzędzia do długoterminowego oszczędzania np. na emeryturę i zapewniają stały przychód przy niskim poziomie ryzyka. Biorąc pod uwagę to, że poziom oszczędności Polaków jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej, warto się takim sposobem inwestowania zainteresować.

Jednym z wiodących trendów na świecie jest to, że REIT-y są związane głównie z inwestycjami w nieruchomości komercyjne. Z naszym partnerem mamy w portfelu firmy już taką nieruchomość – Lemon Resort Spa w Gródku nad Dunajcem, a w przygotowaniu są dwie kolejne inwestycje.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.

Rok 2017 będzie okresem m.in. wzmożonej debaty na temat uruchamiania w Polsce REIT-ów i prac nad stosownymi regulacjami prawnymi. Zakup mieszkania traktowany jest w tej chwili przez indywidualnych inwestorów jako bezpieczna inwestycja na niepewne czasy. Ostatecznie inwestorzy posiadają pewne aktywa, których cena zmienia się dużo wolniej niż ceny akcji. W dłuższej perspektywie czasu nieruchomości chronią nas przed inflacją. Od strony bezpieczeństwa inwestowanie w mieszkania na wynajem jest bardzo sensownym rozwiązaniem.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Trudno jest dzisiaj wyrokować, czy ta forma inwestowania przyjmie się w Polsce, choć może wydawać się atrakcyjna, tym bardziej że inwestowanie w REIT-y jest relatywnie bezpieczne, porównywalnie do lokat czy obligacji skarbowych. Nie wymaga wielkich nakładów kapitałowych, a przy zakupie mieszkania pod wynajem trzeba mieć przynajmniej 20 proc. jego wartości. Poza tym, charakteryzuje się łatwością wejścia i wyjścia z inwestycji. Dodatkowo stopa zwrotu na rynku komercyjnym jest porównywalna do tej z wynajmu mieszkań.

Argumenty przedstawione powyżej na pewno przekonają część klientów, zwłaszcza tych, którzy dysponują mniejszą kwotą, a środki trzymają na niskooprocentowanych lokatach, czy wręcz na rachunkach bieżących.

Inwestowanie w mieszkania wciąż jednak będzie cieszyć się zainteresowaniem. Po pierwsze REIT-y będą dotyczyć tylko rynku komercyjnego, gdzie podaż na rynku mieszkań na wynajem wciąż jest niewystarczająca, a stawki najmu atrakcyjne dla wynajmującego. Dodatkowo zakup mieszkania pod wynajem, poza przychodem z samego najmu daje opcję wzrostu wartości mieszkania.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

REIT-y to kolejny przejaw specjalizacji usług związanych z obsługą rynku nieruchomości i z pewnością są wygodnym narzędziem dla inwestorów dysponujących dużym kapitałem. W przypadku drobnych inwestorów, z uwagi na niewielki kapitał, jakim dysponują będzie to mniej opłacalna forma inwestowania niż np. zakup pojedynczych lokali na wynajem.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Biorąc pod uwagę, że pojęcie REIT jest jeszcze w Polsce mało znane i brakuje regulacji prawnych w tej kwestii, trudno powiedzieć jak zachowają się inwestorzy indywidualni kupujący mieszkania pod wynajem. Na pewno potrzeba jeszcze trochę czasu, ale tego typu forma inwestycji może okazać się dla nich interesująca. W końcu taki model inwestowania w nieruchomości sprawdził się i funkcjonuje w wielu wysoko rozwiniętych gospodarkach na świecie.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Polski rynek wynajmu mieszkań dynamicznie się rozwija, ale wciąż jesteśmy społeczeństwem, które docelowo woli być właścicielem, a nie najemcą mieszkania. Apartamenty pod wynajem to zdecydowanie korzystniejsza forma lokowania własnego kapitału. Poza gwarancją stałego zysku, taki lokal z czasem zyskuje na wartości. A poza tym w każdej chwili inwestor może zrezygnować z wynajmu i nieruchomość po prostu sprzedać, bądź w niej zamieszkać.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Projekt ustawy w obecnym kształcie nie przewiduje możliwości wprowadzenia REIT-ów mieszkaniowych, natomiast propozycja taka pojawiła się w opiniach do przygotowywanego dokumentu. Ustawa promująca polski kapitał i wspierająca rynek nieruchomości (komercyjnych) jest dobrym kierunkiem. Mam nadzieję, że w przyszłości przepisy obejmą również rynek mieszkaniowy, co będzie szansą rozwoju zarówno dla inwestorów, jak i deweloperów. Mimo iż wpływ ustawy na rynek mieszkaniowy nie jest jeszcze ostatecznie przesądzony, jako deweloper posiadający w ofercie ponad 1300 mieszkań, bacznie przyglądamy się tym kwestiom. Obecnie, zainteresowanym lokowaniem kapitału w sektorze mieszkaniowym, pozostaje nabywanie indywidualnych mieszkań z myślą o najmie na dotychczasowych zasadach.

Marcin Liberski, dyrektor marketingu i sprzedaży w Atlas Estates

Pomysł wprowadzenia krajowych funduszy REIT pojawił się stosunkowo niedawno, a Ministerstwo Finansów pracuje nad projektem ustawy, której ostatecznej wersji jeszcze nie znamy. Potrzeba będzie czasu żeby ocenić, czy taka forma inwestowania w nieruchomości przyjmie się na naszym rynku. Z dużym zainteresowaniem będziemy obserwować, czy REIT-y pojawią się tylko na rynku nieruchomości komercyjnych, czy również mieszkaniowych. Z pewnością byłaby to opcja godna rozważenia dla inwestorów, którzy inwestują w nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. sprzedaży w Lokum Deweloper

Nie znamy jeszcze ostatecznego kształtu ustawy o REIT-ach. W pierwszym kwartale tego roku Ministerstwo Finansów zapowiedziało liczne zmiany w projekcie, a sama ustawa ma zacząć obowiązywać od 2018 roku.

Specyfika REIT-ów, czyli zakup skomercjalizowanych nieruchomości, korzystanie z preferencji podatkowych przy jednoczesnym corocznym wypłacaniu rozproszonemu akcjonariatowi zysków z czynszu sprawia, że szersze grono osób może partycypować w owocach bardzo kapitałochłonnych inwestycji. Jednak wobec braku precyzyjnych informacji nie można jednoznacznie stwierdzić, czy ta popularna na Zachodzie, forma lokowania kapitału sprawdzi się na naszym rynku.

Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży Red Real Estate Development

REIT-y pojawiły się na polskim rynku w ubiegłym roku i jak każda nowość mogą wzbudzić zainteresowanie inwestorów. Na razie jednak nie zauważyliśmy takiego trendu. Natomiast cały czas obserwujemy duże zainteresowanie osób kupujących mieszkania pod wynajem. Obecnie jest to jedna z najkorzystniejszych form inwestowania kapitału na polskim rynku, w dodatku przynosząca długoterminowe zyski. Bezsprzecznie największą zaletą tego typu inwestowania jest bezpieczeństwo. Z tej formy inwestycji raczej nie zrezygnują osoby, które pamiętają niedawny kryzys finansowy. Inwestowanie w jakiekolwiek fundusze może być przez nie postrzegane jako zbyt ryzykowne przedsięwzięcie.

Jerzy Kłeczek, specjalista ds. marketingu w Activ Investment

Fundusz inwestycyjny REIT jest na razie bardzo mało znany na polskiej GPW i nie ma wpływu na rynek mieszkaniowy.

Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki, analityk serwisu Dompress.pl

E-mail marketing w startupie – jak robić to dobrze?

Tomasz Rowiński
Tomasz Rowiński, Project Manager Beemail

Startupy, szczególnie w momencie wejścia na rynek, z uwagą liczą wydatki w niemal każdym obszarze działalności. Cięcie kosztów nie omija również marketingu, który w początkowej fazie najczęściej prowadzony jest przez samego szefa spółki. Działaniem wymagającym stosunkowo małej inwestycji na starcie jest m.in. e-mail marketing. Jeśli dodatkowo wdrożymy w życie kilka wskazówek, na efekty nie będziemy musieli długo czekać.

Skutecznie nie znaczy drogo

Poczta elektroniczna jest jednym z najbardziej popularnych kanałów pozyskiwania informacji o interesujących nas produktach czy usługach. Według badań Direct Marketing Association, każda złotówka zainwestowana w e-mail marketing może przynieść średnio ponad czterdziestokrotny zwrot poniesionych nakładów. Autor badania wskazuje również na kampanie, w których inwestycja jednej złotówki poskutkowała wynikami sprzedaży sięgającymi 4000zł. Z kolei badania przeprowadzone przez Shop.org wskazują, że wydatki na działania e-mail marketingowe są trzykrotnie niższe niż wykupienie płatnych reklam w wyszukiwarkach.

Po pierwsze, odpowiednie narzędzie

O tym, czy nasza wysyłka zostanie dobrze przeprowadzona w dużej mierze decyduje narzędzie. Tak jak treść, grafiki, odbiorców i dobór przekazu jesteśmy w stanie zaplanować sami, tak bez dobrej platformy e-mail marketingowej nasze działanie zakończy się niepowodzeniem. Wiele dostępnych rozwiązań daje nam możliwości do samodzielnego tworzenia skutecznych kreacji. Jednak korzystając z nich mamy możliwość tworzenia i zapisywania baz, wysyłek testowych oraz gwarancję bezpieczeństwa przechowywania danych. Dodatkowo, korzystając z platformy e-mail marketingowej na bieżąco możemy obserwować wyniki naszych wysyłek, co pozwoli zaoszczędzić czas i zwiększyć efektywność kolejnych wysyłek.

Złote zasady e-mail marketingu

Aby mailing był skuteczny konieczne jest uwzględnienie kilku kwestii. Istotne jest jednoznaczne ustalenie tego, o czym ma się dowiedzieć adresat wiadomości. Wyjaśnienie tego ma wpływ na zastosowanie języka, który często jest wyznacznikiem skuteczności całej kampanii.

Warto także dokładnie zdywersyfikować swoje działania. W praktyce oznacza to, że do konkretnej grupy docelowej należy dopasować treści przekazywanej wiadomości. W tym celu trzeba dokonać segmentacji bazy danych, czyli podziału na listy przy uwzględnieniu podejmowanych wcześniej akcji na stronie, płci, reakcji na wysyłany mailing, wreszcie historii dokonywanych zakupów.

Aby segmentacja przyniosła wzrost ze sprzedaży konieczne jest ustalenie tego, do kogo kierowana jest oferta. Często, przy szerszej grupie docelowej osiągamy większy zasięg, jednak znacznie niższą konwersję. Warto stworzyć segmenty tak, by przekaz dotarł do tych, którzy mogą być nim faktycznie zainteresowani.

Personalizacja i triggery kluczem do sukcesu

Nie należy zapominać o personalizacji – statystyki mówią, że dzięki niej współczynnik otwieralności mailingu może wzrosnąć o kilkanaście procent. Wykorzystanie samego imienia w temacie lub na początku wiadomości potrafi podnieść statystyki o 40%.

W uporządkowaniu działań niezwykle przydatne są tzw. triggery, które automatycznie wysyłają wiadomości odpowiedniej treści po wykonaniu przez klienta określonej akcji (zakupu, opuszczenia sklepu lub koszyka, kliknięciu w link). Wpływa to na większą automatyzację naszej pracy, co przekłada się na oszczędność czasu i pieniędzy.

Do sprawdzenia skuteczności działań marketingowych przydadzą się wskaźniki. Najważniejsze z nich to: ilość otworzonych maili (OR – open rate), który pomoże ocenić właściwe sformułowanie tytułu wiadomości oraz pola nadawcy, a także współczynnik kliknięć (CTR – click-through rate), czyli informacja o procencie adresatów, którzy byli zainteresowani na tyle, aby wykonać pożądaną akcję (np. przejście do landing page’a). Także z tych wybranych adresów można przeprowadzić działania remarketingowe, które sprawią, że zainteresowani odbiorcy dokończą proces zakupowy.

Rozwiązanie, wiedza, kreatywność

Mailing jest jednym z najskuteczniejszych kanałów dotarcia do klientów. Jednak przed rozpoczęciem działań e-mail marketingowych warto dobrze go zrozumieć. Wybór odpowiedniej platformy, monitoring działań oraz stosowanie kilku prostych zasad może okazać się niezwykle skuteczne. Połączenie odpowiedniego rozwiązania z wiedzą i kreatywnym podejściem zapewni nam gwarancję zwrotu z inwestycji.

Ropa ciągle ma potencjał

Czwartkowy handel zakończył się stosunkowo niewielkimi zmianami na rynku walutowym, choć przez większość dnia dolar tracił. Ropa ponownie taniała, a na giełdach odnotowano wzrosty.

Tym razem nie tylko WIG20 ale i amerykańskie indeksy giełdowe zyskiwały na sile. Nasdaq zakończył dzień na rekordowo wysokim poziomie. O ile dzień wcześniej wyniki spółek przeszkadzały, o tyle teraz pomagały. Akcje American Express drożały o 5.9%. W Polsce tymczasem otrzymaliśmy bardzo dobre dane makroekonomiczne, wskazujące na duże ożywienia w gospodarce. Produkcja przemysłowa w marcu wzrosła o 11,1 proc. r/r, a w porównaniu z poprzednim miesiącem wzrosła o 17,6 proc. Natomiast sprzedaż detaliczna w marcu wzrosła o 9,7 proc. w ujęciu rocznym, a w ujęciu miesięcznym wzrosła o 16,5 proc.

W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym królować będą publikacje indeksów PMI, zarówno dla Europy jak też i z USA. W Polsce opublikowane zostaną dane dotyczące koniunktury gospodarczej. Dziś też ogłoszona ma zostać decyzja ratingowa S&P dla Polski. Przypomnijmy, iż to ta agencja wystawiła Polsce najsurowszą ocenę w ubiegłym roku, czym wyszła przed szereg. Czy ostatnie dobre dane skłonią agencję do dużej weryfikacji oceny in plus?

usoil21042017r

Tymczasem spadki na rynku ropy jakie obserwujemy od kilku dni wcale nie kończą jeszcze trendu wzrostowego. Kluczowym wsparciem na wykresie ropy(WTI) jest poziom 49$. Tutaj biegnie ważna linia wzrostowa. Dopóki nie zostanie pokonana, odbicie nadal jest możliwe. Ograniczeniem od góry pozostaje poziom 53$ oraz 55$.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wybory we Francji 2017 – prawdopodobny scenariusz

Na ostatniej prostej kampanii prezydenckiej we Francji dochodzi do znacznych przetasowań. Liderująca w sondażach Marine Le Pen traci poparcie. Dynamika wydarzeń jest po stronie republikańskiego Fillona i skrajnie lewicowego Melechona. Macron w ostatnim badaniu Harris cieszy się niemal 25 – proc. poparciem. Pozostałą trójkę głównych kandydatów dzieli dystans błędu statystycznego (19-21 proc.). W takiej sytuacji pole do niespodzianki w każdym kierunku jest naprawdę gigantyczne.

Rynki, pomimo ostatnich zmian, największe prawdopodobieństwo przypisują II turze (7 maja) w składzie Macron – Le Pen. W takim wypadku rynek będzie reagował na wynik Le Pen, im wyższy (i bardziej odbiegający od obecnych sondaży), tym większy niepokój i w drugim rzędzie na frekwencję (im niższa, tym gorzej dla euro). Kolejne kilkanaście dni to utrzymująca się niepewność oraz uważne śledzenie doniesień z francuskiej sceny politycznej.
Najpozytywniejszym z punktu widzenia rynków scenariuszem byłoby wejście do II tury Fillona i Macrona. Taki obrót spraw w poniedziałek skutkowałby umocnieniem euro, wzrostami indeksów i silnym złotym. Można powiedzieć, że temat francuskich wyborów byłby praktycznie zamknięty, jako że obaj kandydaci reprezentują tradycyjne siły polityczne, ich programy są konserwatywne i cechuje ich pozytywny stosunek (zwłaszcza Macrona) do integracji europejskiej.

Czarny scenariusz to wejście do drugiej tury skrajnie lewicowego Melenchona i skrajnie prawicowej Le Pen. Oboje są negatywnie nastawieni do euro, mają radyklane pomysły na gospodarkę. W takim scenariuszu eurodolar ponownie kierowałby się w kierunku parytetu, a na rynkach panował chaos i strach o przyszłość strefy euro i całej Unii Europejskiej. Reakcja byłaby silna i gwałtowna. Warto przy tym zaznaczyć, że ryzyka są zdecydowanie asymetryczne. Wygrana Macrona (względnie Fillona) pozwoliłaby ECB na normalizację polityki, wymazała obecnie widoczne, śladowe premii za ryzyko polityczne z rynku długu i opcji. Pozwoliłaby dojść do głosu czynnikom fundamentalnym: nieodzownej normalizacji polityki przez ECB, pozytywnym tendencjom w bilansie płatniczym, zachodzącemu na Starym Kontynencie ożywieniu. Innymi słowy, nasz scenariusz bazowy zakłada wygranie wyborów przez Macrona, co w dłuższym terminie otworzy drogę do stopniowych wzrostów EUR/USD z celem na koniec roku na poziomie 1,10.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Klimat do inwestycji w Polsce jest pozytywny. Sprawniejsze otoczenie prawne poprawiłoby jeszcze sytuację

W ostatnim raporcie opublikowany przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu, Grant Thornton oraz HSBC, Polska uzyskała dobrą ocenę. Wydaje się, że raport potwierdza dobry klimat do inwestycji w Polsce. Podkreśla on zainteresowanie przedsiębiorców, którzy już dokonali inwestycji w naszym kraju. Raport wskazuje obszar prawa jako ten, który zdecydowanie wymaga poprawy. Wśród największych „bolączek” naszego systemu prawnego wymieniana jest jego zmienność, nieprzewidywalność oraz przewlekłość postępowań sądowych. Z raportu przebija się jedna, bardzo ciekawa konkluzja.

– Inwestorzy dostrzegają niedostatki naszego prawa, lecz ono nie przeszkadza im – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Rafał Stroiński, partner w kancelarii JSLegal – Skoro pomimo tych niedostatków pozycja Polski jest pozytywna, to jak na naszą pozycję wpłynąłby brak barier oraz sprawniejsze otoczenie prawne? Wydaje mi się, że pozostawia to nadal duże pole do poprawy i prac legislacyjnych w tym obszarze – ocenił Stroiński.

Millenialsi coraz ważniejszą grupą dla branży motoryzacyjnej. Aż 96 proc. z nich korzysta z samochodu

Millenialsi coraz ważniejszą grupą dla branży motoryzacyjnej. Aż 96 proc. z nich korzysta z samochodu 1

Pokolenie millenialsów ceni mobilność. Zdecydowana większość, bo 80 proc., deklaruje, że nie rozstaje się z telefonem komórkowym przez całą dobę. Dwie trzecie wysyła około piętnastu wiadomości dziennie. Na równi z komunikacją ważna jest dla nich możliwość przemieszczania się, a 96 proc. korzysta z samochodu – wynika z badań zrealizowanych przez ARC Rynek i Opinia dla Volkswagen Bank Polska. 

– Motoryzacja od lat cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, co doskonale widać podczas Poznań Motor Show. Z każdym rokiem liczba gości zwiedzających targi, liczba sprzedanych biletów, a także ruch na stronach internetowych i w social mediach rosną w olbrzymim tempie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Wawrzyniak, dyrektor poznańskich targów motoryzacyjnych.

Na Poznań Motor Show – jednej z największych w Europie imprez motoryzacyjnych  gościło w tym roku 170 wystawców, którzy zaprezentowali 60 polskich premier samochodowych i dwa auta koncepcyjne. Według najnowszych danych, które podał organizator, frekwencja była rekordowa: wydanych zostało ponad 750 akredytacji, a wydarzenie odwiedziło łącznie ponad 135 tys. gości.

– Tegoroczna edycja była pod wieloma względami wyjątkowa. Mieliśmy kilka rynkowych debiutów, na przykład Alpina po raz pierwszy zaprezentowała się w Polsce i właśnie u nas świętowała wejście na nasz rynek. Ponadto, po raz pierwszy w historii pojawiła się Tesla, a nowości zaprezentował bezpośredni dystrybutor z Berlina – mówi Dariusz Wawrzyniak.

Zdaniem dziennikarza motoryzacyjnego Adama Kornackiego to rosnące zainteresowanie jest efektem lifestyle’owego podejścia do motoryzacji i inteligentnych technologii, w które są wyposażone nowe modele samochodów.

– Moc i moment obrotowy schodzą na drugi plan, bo obecnie bardziej bawimy się samochodami, niż tylko nimi jeździmy. Mamy możliwość obcowania z samochodami, które są bardzo przyjazne kierowcy, wyposażone w asystentów parkowania i pasa ruchu, asystentów martwego pola, aktywne tempomaty, a na dodatek są zintegrowane z technologiami mobilnymi – ocenia Adam Kornacki.

Podczas tegorocznych targów Poznań Motor Show miał również premierę serwis Mobilni.pl, stworzony z myślą o przedstawicielach pokolenia Y. Millenialsi znajdą w nim między innymi informacje o gadżetach i nowych technologiach, artykuły dotyczące stylu życia i podróży, inspiracje oraz informacje dotyczące nowinek motoryzacyjnych. Platforma jest odpowiedzią na to, jak przedstawiciele młodego pokolenia postrzegają mobilność.

– Mobilność jest w dzisiejszych czasach numerem jeden. Oznacza wybór bez konieczności przywiązywania się do jednego produktu. Jeżeli potrzebuję konkretnego samochodu, mogę go wziąć na rok lub dwa, a potem po prostu oddać. Nie muszę przejmować się tym, że trzeba go wyczyścić ani czekać, aż pojawi się zainteresowany kupnem. Jestem elastyczny, mogę się przesiąść na coś, co w danym momencie mi pasuje. Tak jest w życiu prywatnym i tak jest też z samochodami – dodaje Kamil Łabanowicz, stylista Audi.

Potwierdzają to badania, które instytut badawczy ARC Rynek i Opinia przeprowadził w marcu na zlecenie Volkswagen Financial Services. Wynika z nich, że zdecydowana większość, bo aż 90 proc. przedstawicieli pokolenia Y deklaruje chęć bycia mobilnym. To pojęcie zestawiane jest z szybkością, elastycznością i niezależnością.

– Millenialsi łatwiej i szybciej podejmują decyzje. To pokolenie potrafi w piątek rano zdecydować o kupieniu taniego biletu lotniczego na weekend do Paryża, świetnie się bawić, a w poniedziałek stawić się w pracy świeżym i wypoczętym – mówi Mikołaj Woźniak, prezes zarządu Volkswagen Financial Services.

Pokolenie Y jest obyte w świecie mediów społecznościowych, internetu i technologii. Z badania ARC Rynek i Opinia wynika, że 99 proc. millenialsów ma urządzenie z dostępem do sieci, a 62 proc. wysyła około piętnastu wiadomości dziennie. Zdecydowana większość deklaruje, że nie rozstaje się z telefonem przez całą dobę.

– Millenialsi kontaktują się ze światem poprzez urządzenia mobilne i internet, żyją w wirtualnej rzeczywistości. Oczekują wygodnych rozwiązań, nie chcą się wiązać długoterminowymi umowami. Spontanicznie podejmują decyzje i nie są tak zaplanowani ani tak konserwatywni jak starsze pokolenia – mówi Mikołaj Woźniak.

Dla przedstawicieli młodego pokolenia na równi ważna z komunikacją jest możliwość przemieszczania się. 96 proc. millenialsów korzysta z samochodu, natomiast 77 proc. deklaruje, że auto musi spełniać wszystkie ich potrzeby.

– Badając zachowania i oczekiwania młodego pokolenia, stwierdziliśmy, że korzystają oni z motoryzacji, jeżdżą samochodami i będą z tej mobilności korzystać w coraz większym stopniu. Tym, co musimy zrobić, jest stworzenie odpowiednich rozwiązań, które umożliwią im korzystanie z mobilności na miarę ich budżetu – podsumowuje Mikołaj Woźniak.

Prezes Volkswagen Financial Services zwraca uwagę na to, że dla młodych ważna jest możliwość dopasowania środka transportu do swoich potrzeb. Część z nich  zwłaszcza ci, którzy mieszkają w dużych miastach – w ogóle nie potrzebuje samochodu. Inni korzystają z auta tylko w przypadku ładnej pogody, jadąc za miasto, albo potrzebują transportu w trakcie przeprowadzki. Na równi z elastycznością ważne są też koszty utrzymania albo wynajęcia auta.

– Mobilność w motoryzacji oznacza swobodę, możliwość zmiany i dopasowania środka transportu do aktualnych potrzeb – podsumowuje Mikołaj Woźniak, prezes Volkswagen Financial Services.

BHP i bezpieczeństwo w pracach mistrzów Polskiej Szkoły Plakatu. ORLEN w ten sposób promuje polską sztukę za granicą

BHP i bezpieczeństwo w pracach mistrzów Polskiej Szkoły Plakatu. ORLEN w ten sposób promuje polską sztukę za granicą 2

PKN ORLEN poprzez sztukę prom swój wizerunek jako bezpiecznego i nowoczesnego koncernu. Inauguracja kampanii PR nastąpiła w Wilnie, gdzie otwarto wystawę mistrzów Polskiej Szkoły Plakatu poświęconą tematyce BHP. Bezpieczeństwo w pracy i zasady BHP należą do najważniejszych, ale niedocenianych obszarów w dużych przedsiębiorstwach. Tym bardziej że wypadki miewają katastrofalnie skutki dla życia i zdrowia pracowników, finansów firm czy ich wizerunku.

Trwająca do 28 kwietnia wystawa rozpoczyna cykl, którego kolejne edycje odbędą się w Polsce, w Czechach i na Ukrainie. W ten nieoczywisty sposób PKN ORLEN wykorzystuje temat bezpieczeństwa w komunikacji korporacyjnej i jednocześnie wspiera promocję polskiej kultury za granicą.

– BHP w nowoczesnym zakładzie przemysłowym to nie tylko bezpieczeństwo pracowników, lecz także troska o środowisko naturalne i stabilność produkcji – powiedział Ireneusz Fąfara, dyrektor generalny ORLEN Lietuva.  Tym bardziej cieszy, że małe święto grafiki, które udało nam się zorganizować, spotkało się z dużym zainteresowaniem. W otoczeniu prac najciekawszych polskich twórców plakatu mogliśmy się spotkać z interesariuszami i porozmawiać o osiągnięciach ORLEN-u.

PKN ORLEN we wszystkich spółkach grupy kapitałowej prowadzi intensywne działania z zakresu komunikacji wewnętrznej. Ich celem jest poprawa poziomu BHP i edukacja pracowników koncernu m.in. w Polsce, Czechach, Niemczech, Kanadzie oraz na Litwie

Zasady BHP są tematem komunikacji wewnętrznej w firmach, ale często są niedoceniane i postrzegane jako nudne. Dlatego istotne jest szukanie form komunikowania się w ramach dobrze pojętego dialogu społecznego i korzystanie z nowoczesnych środków przekazu. Tym bardziej projekt ORLEN-u należy docenić za innowacyjność  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Ciesiołkiewicz, ekspert Komitetu Dialogu Społecznego KIG

Ekspert Komitetu Dialogu Społecznego KIG zaznacza, że edukacja dotycząca bezpieczeństwa w pracy jest jedną z podstawowych misji dużych przedsiębiorstw, a zasady BHP są wśród głównych zagadnień komunikacji wewnętrznej. W wielu przedsiębiorstwach obszar ten jest jednak lekceważony albo niedoceniany, również przez samych pracowników.

Na wileńskiej wystawie zaprezentowano między innymi prace Tadeusza Kobaka, Zbigniewa Waszewskiego, Waldemara Świerzego, Jana Lenicy, Wiktora Górki, Jerzego Cherka czy Jerzego Przygodzkiego. Prace pochodzą w większości z okresu zwanego Polską Szkołą Plakatu, zapoczątkowanego w latach 40., kiedy kilku słynnych grafików jak Lipiński czy Tomaszewski zerwało z konwencją realistycznych, portretowych plakatów filmowych. Henryk Tomaszewski został nagrodzony za swoje wczesne prace na Międzynarodowej Wystawie Plakatu w Wiedniu w 1948 roku, co było zaczątkiem Polskiej Szkoły Plakatu.

Na wystawie pokazujemy około 160 plakatów dotyczących głównie bezpieczeństwa i BHP. Polska Szkoła Plakatu to wielkie sukcesy międzynarodowe i bardzo zróżnicowane środki wyrazu: od barokowych, malarskich, aż do minimalistycznych. Powstawały fenomenalne plakaty dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy, niektóre z nich projektowali najwybitniejsi graficy szkoły polskiej, którzy nie stronili od tego tematu, choć nie był łatwy. Te plakaty miały ograniczać liczbę wypadków i zwiększać świadomość dotyczącą bezpieczeństwa – mówi Piotr Dąbrowski z Galerii Plakatu, właściciel dużego zbioru prac polskich artystów, kurator wystawy.

W ten sposób – poza promocją ważnego społecznie i biznesowo tematu – PKN ORLEN promuje także polską sztukę za granicą. Wystawie towarzyszy wstęp, który ma zapoznać zagraniczną publiczność ze zjawiskiem Polskiej Sztuki Plakatu. Dlatego do ekspozycji zostały włączone prace rodzimych artystów o tematyce kulturalnej i filmowej. Organizatorzy przygotowali też drukowany katalog z reprodukcjami wszystkich plakatów pokazywanych na wystawie.

– Dla zainteresowanych sztuką ta publikacja będzie z pewnością istotną pozycją wydawniczą przez długie lata. Plakat jest fenomenalnym środkiem przekazu, chociaż dzisiaj nieco już zmarginalizowanym. To bardzo ciekawy sposób przypomnienia o ciągle aktualnych zagadnieniach bezpieczeństwa i higieny pracy, a z drugiej strony ukłon w stronę publiczności zainteresowanej sztuką – mówi Piotr Dąbrowski.

Paraliż na trasach dojazdowych do Warszawy. Mieszkańcy podstołecznych miejscowości domagają się nowych dróg

Paraliż na trasach dojazdowych do Warszawy. Mieszkańcy podstołecznych miejscowości domagają się nowych dróg 3

Problem mieszkańców podwarszawskich Marek został rozwiązany. Po wielu latach starań, w drugiej połowie tego roku, zostanie otwarta obwodnica, która rozładuje wielokilometrowe korki przy wjeździe do Warszawy. Z podobnym problemem drogowym mierzą się jednak inne podstołeczne miejscowości, ponieważ zabudowa przenosi się w kierunku przedmieść, a granicę miasta przekracza każdego dnia około miliona samochodów. 

– Rozbudowa miejscowości skupionych wokół miast jest problemem nie tylko Warszawy, lecz także innych aglomeracji. Mamy w tej chwili modę polegającą na tym, że ludzie wyprowadzają się z centrum miast na przedmieścia. To oznacza duże koszty dla samorządów, które nie nadążają z rozbudową infrastruktury drogowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Problem dojazdu do Warszawy z podstołecznych miejscowości przewija się od wielu lat. Z danych podawanych przez Zarząd Transportu Miejskiego wynika, że każdego dnia granicę miasta przekracza około 1 miliona samochodów (pół miliona wjeżdża do Warszawy i pół miliona z niej wyjeżdża). Najbardziej zatłoczone są m.in. Trasa Toruńska, Modlińska, Trakt Brzeski, Pułkowa i Puławska, którą przejeżdża codziennie średnio 67,5 tys. pojazdów. Analiza ruchu na miejskich wylotówkach pokazuje też duże utrudniania i korki przy wjeździe i wyjeździe ze stolicy.

– Dane, którymi dysponujemy, pokazują, że jeszcze w 2007 roku do Warszawy codziennie przyjeżdżało ok. 300 tys. pojazdów. Dzisiaj ta liczba jest dużo większa. Wszyscy chcą podróżować drogami, a w takim domku, który powstaje gdzieś pod dużym miastem, zazwyczaj żona ma własny samochód, mąż ma własny samochód i wszyscy chcą pojechać nim wygodnie do miasta – mówi Adrian Furgalski.

Z ubiegłorocznych danych Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad wynika, że w ciągu kilku ostatnich lat ruch samochodowy na trasach prowadzących do Warszawy zwiększył się prawie o jedną trzecią. Powszechny problem z utrudnieniami na trasie z i do miasta mają mieszkańcy Marek, którzy przez lata borykali się z ogromnymi korkami, domagając się budowy obwodnicy (ma zostać oddana II połowie tego roku).

Z podobnym problemem mierzy się teraz m.in. podwarszawski Józefosław i Piaseczno. W ciągu kilku ostatnich lat liczba samochodów wjeżdżających do Warszawy ulicą Puławską od strony Piaseczna zwiększyła się o kilkanaście tysięcy.

– Piaseczno stało się sypialnią dla Warszawy. Po drodze rozbudowują się rozmaite osiedla i sporo kierowców, tracąc czas i nerwy w korkach, stara się szukać alternatywnych sposobów dojazdu do centrum. Wybierają wąskie uliczki albo osiedlowe drogi nieprzystosowane do takiego natężenia ruchu – mówi Adrian Furgalski.

Leżąca w sąsiedztwie gminy Piaseczno i Józefosławia podwarszawska wieś Kierszek domaga się budowy drogi, która odciążyłaby lokalną ulicę Działkową. Dziennie przejeżdża nią około 10 tys. kierowców, którzy chcą przedostać się na Ursynów i do ulicy Puławskiej.

– Ludzie z Józefosławia nie mają którędy jeździć. Bardzo nam zależy, żeby pojawiła się alternatywa, dlatego apelujemy do władz gminy Piaseczno o to, żeby zbudowała ulicę Cyraneczki. To jest od lat planowana 25-metrowa droga, wybudowana w środku wsi, która obecnie prowadzi donikąd. Potrzebna jest współpraca obu gmin, żeby ulica Cyraneczki była rozbudowywana w stronę Konstancina, a z drugiej strony prowadziła do ul. Puławskiej – wyjaśnia Jolanta Ciesielska, sołtys wsi Kierszek.

Ulica Działkowa – okupowana codziennie przez tysiące kierowców przejeżdżających z Konstancina, Piaseczna i Józefosławia w kierunku Warszawy – jest drogą o charakterze dojazdowym, położoną tuż przy Lesie Kabackim. Mieszkańcy zwracają uwagę nie tylko na fakt, że jest nieprzystosowana do obsługi ruchu o dużym natężeniu, przez co stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa, lecz także na jej bezpośrednie sąsiedztwo z rezerwatem przyrody.

– Złożyliśmy wniosek do gminy Konstancin-Jeziorna, żeby zmienić charakter tej drogi, żeby pojawiły się tutaj chodniki i ścieżki dla pieszych zamiast jeszcze większej liczby samochodów. Ale konieczne jest również wybudowanie równoległej drogi. Inaczej trzeba się liczyć z degradacją Lasu Kabackiego, a mieszkańców czeka dalsza gehenna – mówi Jolanta Ciesielska.

Sołtys Kierszek podkreśla, że przez duże natężenie ruchu samochodów na lokalnej uliczce część mieszkańców nie ma możliwości wyjazdu ze swoich posesji. Problemem są nie tylko spaliny i hałas, lecz także bezpieczeństwo. Dlatego lokalna społeczność rozważa bardziej zdecydowane działania, jeżeli samorząd nie pochyli się nad problemem.

– Tutaj nie obowiązują żadne zasady ruchu. Nie ma miejsca dla rowerzystów ani pieszych, a kierowcy nie uważają, bo każdy chce mieć pierwszeństwo. Nawet do Lasu Kabackiego nie da się przejść pieszo. Właściwie w przypadku ul. Działkowej kwestia gruntu jest nieuregulowana, więc po prostu moglibyśmy postawić tutaj szlaban i ją zagrodzić. Ale wtedy grozi nam paraliż komunikacyjny, a ludzie już w ogóle nie mieliby jak dojeżdżać do pracy, dlatego tego nie zrobimy. Aczkolwiek rozważamy protesty, jeśli obie gminy się nie dogadają i nie powstanie alternatywa dla ul. Działkowej – mówi Jolanta Ciesielska.

– W przypadku miejscowości Kierszek i jej otoczenia problem dotyczy też zapchanej ul. Puławskiej. Dzisiaj rzeczywiście ten główny ciąg jest zatkany. Najlepszym rozwiązaniem będzie nowa trasa wylotowa z Warszawy, która połączy się z ekspresówką w Grójcu. Mam nadzieję, że wkrótce zostanie podpisana umowa z wykonawcą na budowę Puławskiej bis – dodaje Adrian Furgalski.

Wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR podkreśla, że na równi z rozwiązaniem problemu ważne jest też wspieranie transportu publicznego i komunikacji miejskiej, co pozwoli choć w części rozładować natężenie ruchu samochodowego na trasach dojazdowych do Warszawy.

– Wracamy do problemu oblepiania dużych miast przez domki jednorodzinne i osiedla oraz idącej w ślad za tym fali wzrostu motoryzacji. Ale w Warszawie mamy chociażby promieniście wychodzące linie kolejowe, dlatego trzeba stawiać na transport zbiorowy, na połączenia kolejowe i komunikację miejską – mówi Adrian Furgalski.

Polacy nie będą masowo wracać do Polski po brexicie. Wybiorą inny kierunek emigracji

Polacy nie będą masowo wracać do Polski po brexicie. Wybiorą inny kierunek emigracji 4

Po brexicie do wyjazdu z Wielkiej Brytanii może zostać zmuszonych kilkaset tysięcy Polaków. Eksperci twierdzą, że nie oznacza to jednak, że wrócą oni na polski rynek pracy. Część z nich wybierze zapewne inny kierunek emigracji. Tym, którzy wrócą do Polski, zdobyte za granicą doświadczenie może wcale nie ułatwiać, a wręcz utrudniać znalezienie zatrudnienia. Ponadto wracający z emigracji Polacy będą mieli konkurencję w postaci tańszych imigrantów z Ukrainy, których jest już około miliona. 

W tej chwili za granicą jest około 3 mln Polaków, którzy w ciągu kilku ostatnich, pokryzysowych lat, wyjechali ze względów ekonomicznych. Jedna trzecia, czyli niemal milion osób, przebywa na terenie Wielkiej Brytanii. Ci, którzy osiedlili się na Wyspach wcześniej, mogą być raczej spokojni o swoją przyszłość. Natomiast Polacy, którzy są tam od niedawna, nie mają pewności, czy po brexicie będą mogli zostać w Wielkiej Brytanii, czy na podstawie tej umowy będą musieli ją opuścić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Krzysztof Czerkas, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.

Według danych GUS na koniec 2015 roku w Wielkiej Brytanii przebywało 720 tys. Polaków. Dużo wyższe są szacunki brytyjskiego urzędu statystycznego (Office for National Statistics), który podał, że w tym samym czasie na Wyspach mieszkała rekordowa liczba osób polskiego pochodzenia – 916 tys. (12 proc., czyli 108 tys. urodziło się już na emigracji). Oznacza to wzrost o 63 tys. rok do roku. Według ONS liczba Polaków w Wielkiej Brytanii od momentu otwarcia tamtejszego rynku w 2004 roku zwiększyła się około 20-krotnie.

Część z nich wskutek brexitu może zostać zmuszona do opuszczenia Wysp. W ubiegłorocznym, czerwcowym referendum obywatele Wielkiej Brytanii zadecydowali o wystąpieniu ze struktur Unii Europejskiej (za zachowaniem członkostwa w UE głosowało 16,14 mln, przeciw – 17,41 mln wyborów przy 72,2 proc. frekwencji). Z końcem marca premier Theresa May oficjalnie rozpoczęła procedurę brexitu, uruchamiając art. 50 Traktatu Lizbońskiego.

Według wcześniejszych zapowiedzi premier, Zjednoczone Królestwo będzie dążyć do jak najszybszego opuszczenia unijnych struktur i wynegocjowania nowego porozumienia o wolnym handlu, bez zachowania dotychczasowej swobody przepływu dóbr, usług, osób i kapitału. Eksperci są zgodni, że gospodarcze, ekonomiczne i społeczne skutki brexitu będą trudne do przewidzenia.

Od 3–4 tygodni trwają rozmowy Unii Europejskiej z Wielką Brytanią na temat warunków wyjścia tego państwa z unijnych struktur. Negocjacje mają się zakończyć najpóźniej do 31 marca 2019 roku, czyli kluczowe będą najbliższe dwa lata – mówi dr inż. Krzysztof Czerkas.

W styczniowym wystąpieniu Theresa May zapowiedziała, że Polacy, którzy mieszkają i pracują na Wyspach, nie muszą obawiać się brexitu. Potwierdziły to późniejsze deklaracje brytyjskiego rządu oraz Izba Lordów (wyższa izba parlamentu), która przegłosowała w marcu poprawkę gwarantującą zachowanie praw wszystkim obywatelom UE mieszkającym i pracującym już w Wielkiej Brytanii w ciągu 3 miesięcy od uruchomienia art. 50 Traktatu Lizbońskiego. Dwa tygodnie później Izba Gmin odrzuciła jednak tę poprawkę, a przyszłość Polaków i mieszkających w UK imigrantów wciąż pozostaje niepewna.

Według prognoz Ministerstwa Rozwoju po brexicie do kraju może wrócić nawet 200 tys. osób. Z kolei Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (PISM) wyliczył, że do opuszczenia Wielkiej Brytanii zmuszonych może zostać ok. 400 tys. Polaków. Zdaniem ekspertów taki scenariusz nie jest jednak przesądzony, a konieczność opuszczenia UK nie oznacza, że Polacy będą wracać do kraju, mogą wybrać inny kierunek emigracji. Potwierdza to wcześniejszy przykład Islandii.

Przed wybuchem kryzysu finansowego prawie 10 proc. populacji na Islandii stanowili Polacy. Kiedy w wyniku krachu państwo prawie zbankrutowało, Polacy stamtąd wyjechali, ale wcale nie wrócili do kraju, tylko rozjechali się po całym świecie. Pojechali do Norwegii, Szwecji, Danii, Finlandii i Kanady, a nawet na półkulę południową, do Brazylii czy Republiki Południowej Afryki – mówi dr inż. Krzysztof Czerkas.

Zdaniem wykładowcy Wyższej Szkoły Bankowej nie ma ekonomicznych argumentów, które mogłyby przekonać Polaków do powrotu na rodzimy rynek pracy. Trendem ostatnich lat jest emigracja osób po 50 roku życia, które znajdują pracę i układają sobie życie, a nawet udaje im się wypracować emeryturę za granicą. Tym bardziej nie ma więc powodów, dla których do Polski mieliby wracać młodzi pracownicy.

Dobrym przykładem są pielęgniarki. Jak wynika ze statystyk, tylko w Trójmieście do końca tego roku zabraknie około 600 pielęgniarek. Z drugiej strony około 1,5 tys. pielęgniarek rocznie występuje do Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych z prośbą o wydanie zaświadczenia o kwalifikacjach zawodowych, które umożliwia pracę za granicą. Wyjeżdżając na Zachód, zarabiają one 4–5 razy więcej niż w Polsce. Co je skłoni do powrotu? – pyta dr inż. Krzysztof Czerkas.

Eksperci są zgodni, że nie należy się spodziewać masowych powrotów Polaków z Wielkiej Brytanii. Jednak rynek pracy powinien być przygotowany na to, że pewien odsetek emigrantów wróci do kraju z powodów osobistych i będzie poszukiwać tu zatrudnienia. Dotyczy to zwłaszcza osób, które mają w Polsce rodzinę lub dzieci.

Nie można generalizować, że wszyscy zostaną w Wielkiej Brytanii albo że nikt nie wróci. Są różne sytuacje życiowe, rodzinne. Mieliśmy problem tzw. eurosierot, które zostały w Polsce, ponieważ ich rodzice wyjechali za granicę. Są też tzw. sieroty 70+, czyli rodzice tych młodych ludzi, którzy wyjechali. Myślę, że pewien odsetek emigrantów może wrócić do Polski, żeby móc się nimi zaopiekować – ocenia dr inż. Krzysztof Czerkas.

Zdaniem wykładowcy Wyższej Szkoły Bankowej kompetencje zawodowe zdobyte na brytyjskim rynku wcale nie muszą być przepustką, która otworzy im polski rynek pracy. Emigranci wracający z Wysp do Polski mogą być postrzegani przez pracodawców jako posiadający nadmierne kwalifikacje albo napotykać barierę mentalną. Z drugiej strony konkurencją dla nich będą tańsi imigranci ze Wschodu, głównie z Ukrainy.

W Polsce jest już około miliona imigrantów z Ukrainy. Nie mówiąc o korporacjach, które rządzą się innymi prawami, to pracodawcy w poszukiwaniu oszczędności na kosztach osobowych będą raczej woleli zatrudniać taniego Ukraińca, a nie drogiego pracownika powracającego z Zachodu – ocenia dr inż. Krzysztof Czerkas.

Wydawcy muszą w tym roku wydrukować i dostarczyć do szkół 34 mln nowych podręczników. MEN ma czas na ich akceptację do końca czerwca

Wydawcy muszą w tym roku wydrukować i dostarczyć do szkół 34 mln nowych podręczników. MEN ma czas na ich akceptację do końca czerwca 5

Tegoroczna reforma oświaty znacząco wpłynęła na rynek podręczników. Przed nowym rokiem szkolnym wydawcy edukacyjni muszą wydrukować i dostarczyć do szkół 34 mln podręczników i ćwiczeń zgodnych z nową podstawą programową. By to się udało, nauczyciele muszą wybrać i złożyć zamówienie na książki maksymalnie do końca czerwca. Obecnie nowe podręczniki są na etapie opiniowania przez recenzentów wyznaczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej.

 Tegoroczna reforma edukacji spowodowała, że klasy pierwsze, czwarte i siódme, które rozpoczynają naukę we wrześniu, muszą mieć nowe podręczniki, dostosowane do zmienionej podstawy programowej. Pozostałe klasy kontynuują pracę z podręcznikami, które zostały napisane wcześniej, ponieważ dla nich w tym roku podstawa programowa się nie zmienia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Ciepłucha, marketing project manager w wydawnictwie Oxford University Press.

Na początku stycznia prezydent podpisał pakiet ustaw reformujących system oświatowy. Poza najważniejszą zmianą, czyli likwidacją gimnazjów i powrotem do 8-letnich szkół podstawowych, reforma zmodyfikowała też podstawę programową, co dla wydawców edukacyjnych oznaczało konieczność opracowania nowych podręczników.

Jak dotąd wydawcy edukacyjni złożyli do zaaprobowania w Ministerstwie Edukacji Narodowej 119 nowych podręczników przystosowanych do nowej podstawy programowej w klasach pierwszej, czwartej i siódmej. To oznacza, że do każdego z przedmiotów będzie kilka propozycji różnych wydawnictw edukacyjnych. Nauczyciele będą mieli prawo wyboru pozycji, która najlepiej odpowiada ich stylowi nauczania i najlepiej realizuje ich potrzeby edukacyjne.

 Książki są złożone w MEN-ie, co oznacza, że my swoją pracę wykonaliśmy w terminie. Teraz czas na recenzentów wyznaczonych przez resort. Konkretnie wygląda to tak, że wydawnictwa edukacyjne w większości zakończyły pierwszy etap, czyli przygotowanie książki dla recenzenta. Składa się ją do ministerstwa, prosząc o numer aprobaty. Resort wyznacza swoich recenzentów, do których wysyłamy pojedyncze egzemplarze. Oni czytają i wydają opinię –tłumaczy Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki.

Wyznaczeni przez resort edukacji recenzenci po zapoznaniu się z podręcznikiem mogą wydać opinię negatywną, pozytywną lub pozytywną warunkową, czyli zaproponować wprowadzenie do książki pewnych zmian. Recenzent ma prawo zasugerować wydawcy np. zmianę okładki. Jeżeli spośród trzech recenzji jedna jest negatywna, a dwie pozytywne – wówczas wydawca może prosić ministerstwo o wyznaczenie arbitra, który jednoznacznie rozstrzygnie, czy książka nadaje do użytku szkolnego.

 Zważywszy na przebieg prac w ostatnich tygodniach, jesteśmy pod dużym wrażeniem, ponieważ prace w MEN-ie też przebiegają bardzo sprawnie i śmiem twierdzić, że obydwu stronom tak samo zależy na tym, żeby książki były gotowe jak najszybciej – ocenia Jarosław Matuszewski.

Nauczyciele powinni otrzymać podręczniki we wrześniu, kiedy rozpocznie się nowy rok szkolny. Żeby było to możliwe, książki muszą być gotowe już w czerwcu. Wydawcy edukacyjni podkreślają, że muszą mieć czas na ich wydrukowanie i dystrybucję. Dlatego nauczyciele powinni dokonać wyboru podręcznika jeszcze przed wakacjami.

 Książki złożyliśmy w MEN-ie w takim terminie, aby resort miał czas je zaopiniować i nadać im numer aprobaty jeszcze przed końcem czerwca. To może być początek albo połowa czerwca, byleby przed wakacjami, żeby nauczyciele byli jeszcze w pracy. Jeżeli szkoła zamówi książki w tym terminie, choćby nawet ostatniego dnia czerwca, to jako wydawcy edukacyjni możemy zagwarantować, że książki dotrą do szkół na początku września. Natomiast jeżeli szkoła zamówi książki w sierpniu, bo zgodnie z przepisami ma do tego prawo, to śmiem twierdzić, że będą wydrukowane i gotowe dopiero w październiku – mówi Jarosław Matuszewski.

Aby zamówić podręcznik, nauczyciele muszą mieć pewność, że wybrana przez nich pozycja dostała od Ministerstwa Edukacji Narodowej numer dopuszczenia do użytku szkolnego. Jak dotąd wydawcy edukacyjni udostępnili nauczycielom wersje pilotażowe, czyli tzw. pre-printy nowych podręczników, aby mieli możliwość zapoznać się z zawartymi w nich materiałami albo zgłosić ewentualne uwagi. Ich ostateczne wersje będą gotowe w czerwcu.

– Z punktu widzenia wydawców edukacyjnych tegoroczna reforma oświaty ma olbrzymią skalę. Żeby wszystko się udało, książki muszą być gotowe pierwszego września i dojechać do szkół. Wyliczyliśmy, że w tym roku wydrukujemy 34 mln książek i podręczników, które powinny być w szkołach wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Ale to zależy tak samo od nas, jak i od kierowców, urzędników i recenzentów MEN-u. Trzymamy za nich kciuki, żeby jak najszybciej czytali nasze książki – mówi Jarosław Matuszewski.

Rekordowy ruch w transporcie drobnicowym. Niektóre firmy logistyczne notują blisko 100-proc. wzrost

Rekordowy ruch w transporcie drobnicowym. Niektóre firmy logistyczne notują blisko 100-proc. wzrost 6

W 2016 roku tylko w transporcie drobnicowym obsłużono ok. 1,5 mln palet i był to najlepszy wynik w historii – wynika z danych firmy FM Logistic. W stosunku do poprzedniego roku łączny wolumen zwiększył się aż o 93 proc. Rosnący popyt napędza koniunkturę na rynku powierzchni magazynowych. W ofercie najemców coraz częściej można spotkać oferty skierowane wyłącznie do klientów drobnicowych składujących od 100 do 1000 palet, a w ubiegłym roku cały rynek zanotował ponad 35-proc. wzrost.

Jak wynika z danych JLL i AXI Immo, w 2016 roku podpisano umowy najmu na ponad 3 mln mkw. powierzchni magazynowej. W stosunku do poprzedniego roku był to wynik o ponad 35 proc. lepszy i zarazem najlepszy wynik w historii. Wśród najemców dominowały firmy związane z branżą logistyczną oraz kurierską, a także sieci handlowe. Największym zainteresowaniem cieszyły się powierzchnie położone w regionie warszawskim.

– Rynek logistyki drobnicowej będzie nabierał na znaczeniu w najbliższych latach ze względu na coraz większą liczbę klientów produkujących marki własne dla największych sieci dystrybucyjnych w Polsce oraz podwykonawców znanych marek branży FMCG, którzy nadają mniejsze wolumeny, jeśli chodzi o liczbę palet, ale z dużą częstotliwością – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mroczka, dyrektor ds. operacji transportu krajowego FM Logistic.

Jak wynika z danych firmy FM Logistic, w 2016 roku w transporcie drobnicowym przewieziono ok. 1,5 mln palet, a łączny wzrost wolumenów w ciągu roku zwiększył się o ponad 90 proc. Zdaniem Piotra Mroczki dane te wskazują na bardzo dobre perspektywy dla rozwoju tego segmentu rynku. Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że obsługa klientów drobnicowych stanowi dla operatorów powierzchni magazynowych bardzo poważne wyzwanie.

Mimo niewielkiego udziału w rynku klientów drobnicowych Piotr Mroczka jest przekonany o tym, że będzie to w najbliższych latach jedno z ważniejszych źródeł popytu na rynku powierzchni magazynowych.

– Zainteresowanie klientów drobnicowych powierzchnią magazynową stanowi dosyć niewielki udział w rynku ze względu na to, że tacy klienci nie mają zbyt dużych stocków magazynowych i raczej nieopłacalne jest dla nich wynajmowanie zewnętrznego magazynu. Z reguły klienci drobnicowi mają magazyny przyprodukcyjne, w których trzymają swój towar – przewiduje Piotr Mroczka.

Mimo stawianych wymagań liczba obiektów skupionych na obsłudze klientów drobnicowych dynamicznie rośnie. Przykładem tego typu inwestycji jest park logistyczny w Robakowie koło Poznania. Najnowsza inwestycja FM Logistic powstała z myślą o niewielkich klientach składujących i wysyłających od 100 do 1000 palet.

– Magazyn w Poznaniu służy nam jako centrum konsolidacyjne dla sieci handlowych i dedykowany jest klientom z branży FMCG – podkreśla Magdalena Lubańska, dyrektor transportu CE, FM Logistic. – W związku z dynamicznym rozwojem transportu drobnicowego w Polsce zdecydowaliśmy się uruchomić stałe połączenia liniowe do Czech, Węgier i Słowacji, oferując klientom w tych krajach usługi na najwyższym poziomie jakościowym, analogicznie jak na naszym rodzimym rynku – dodaje Lubańska.

Jeszcze w tym roku FM Logistic planuje otworzyć trzy inne obiekty przeznaczone głównie dla klientów drobnicowych. Nowe magazyny powstaną na Śląsku, w okolicach Łodzi oraz na Pomorzu. Każdy z obiektów wyposażony będzie w komorę przeładunkową stworzoną z myślą o klientach z branży farmaceutycznej.

Przygotuj się na przyszły tydzień 21.04.2017

Od 23 kwietnia do 7 maja, a nawet dłużej inwestorzy będą patrzeć na Francję. Reszta informacji zejdzie na dalszy plan, ale w tym czasie poznamy sporą dawkę informacji. W największym stopniu publikacje makroekonomiczne napłyną ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Europy oraz Japonii.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Poniedziałkowe otwarcie rynku na głównych par walutowych jest jedną, wielką niewiadomą. Duża przewaga Le Pen oraz jej ewentualna wygrana w II turze z pewnością zmieni spojrzenie banków centralnych na rynek, które będą starały się dostarczyć jak największą płynność na rynek. Na chwile obecną rynek nie widzi miejsca na zmianę polityki monetarnej prowadzonej przez Bank Japonii oraz Europejski Bank Centralny. Czy coś się zmieni? Bardzo możliwe.

Australia – inflacja

W środę poznamy inflację z Australii. Ostatni odczyt był na poziomie 1.50 proc, aktualna prognoza to 2,30 proc. R/R. Ostatni odczyt inflacji z Nowej Zelandii daje większe prawdopodobieństwo na pobicie konsensusu ekonomistów.

Inflacja R/R

Inflacja R/R

Źródło: Bloomberg

Gdyby inflacja okazała się większa od prognozy, to moglibyśmy zobaczyć umocnienie dolara australijskiego na szerokim rynku.

Bank Japonii

Ban Japonii nie powinien nas zaskoczyć. W dalszym ciągu będzie kontrolował krzywą rentowności. Od czasu wprowadzenia QE bilans banku wzrósł o 300 procent.

Bilans Banku Japonii

Bilans Banku Japonii

Źródło: Bloomberg

Bank Japonii powinien także w dalszym ciągu skupować ETF-y opiewające na akcje oraz nieruchomości. Z ostatnich wyliczeń wynika, że BoJ jest jednym z największych akcjonariuszy spółek należących do indeksu NikkeI 225.

Udział BoJ w spółkach wchodzących w skład indeksu Nikkei 225

Udział BoJ w spółkach wchodzących w skład indeksu Nikkei 225

Źródło: Bloomberg

W 90% firm należących do indeksu Nikkei 225 BoJ jest jednym z 10 największych akcjonariuszy. Dalsze działanie Banku Japonii może być nieskuteczne, ponieważ rynek się do niego przyzwyczaił. Kolejna obniżka stóp procentowych czy też mała modyfikacja programu QE nie powinna wpłynąć na rynek w znacznym stopniu.

Europejski Bank Centralny

Europejski Bank Centralny w dalszym ciągu powinien kontynuować skup papierów wartościowych ( w szczególności obligacji korporacyjnych oraz skarbowych). Dzięki temu chce wywołać inflację. Na dzień dzisiejszy bilans banku centralnego wzrósł o 100 procent, natomiast końca działań i powrotu inflacji na stałe nie widać.

Bilans ECB

Bilans ECB

Źródło: Bloomberg

Czwartkowa konferencja prasowa ECB powinna minąć bardzo spokojnie. Bank po raz kolejny może odwołać się, że potrzebuje więcej informacji. Niemniej jednak z tyłu głowy musimy pamiętać o wyborach we Francji. Na chwile obecną władze monetarne utrzymują miesięczne QE na poziomie 60 mld euro (został obniżony). Niektórzy spodziewają się, że przed wygaszeniem programu luzowania ilościowego zostaną podniesione stopy procentowe, ale do tego długa droga.

Instrumenty do obserwacji

Ciekawym instrumentem jest dolar australijski. Jego ewentualny wzrost powinien być tłumiony przez spadek notowań rudy żelaza oraz pozostałych surowców przemysłowych. Pomimo tego, że inflacja może być większa od oczekiwań i kurs AUD/USD wzrośnie, ale powinno być to tylko krótkoterminowe odbicie.

Ruda żelaza na tle AUD/USD

Ruda żelaza na tle AUD/USD

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie na niebiesko zaznaczono dolara australijskiego w stosunku do dolara amerykańskiego. Z kolei linia biała przedstawia notowania rudy żelaza. W ostatnim momencie doszło do bardzo dużej przeceny tegoż surowca, natomiast AUD/USD ledwie co na to zareagował. Patrząc na powyższy wykres możemy spodziewać się dalszej przeceny dolara australijskiego nawet w okolicę poziomu 0.73.

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym niedźwiedzie walczą z przełamaniem wsparcia 0.745-0.748. Jego pokonanie otworzy im drogę do wcześniej wspomnianego poziomu 0.73.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Polscy studenci zaprojektowali nowy autonomiczny samolot dźwigowy. Dziś jego model weźmie udział w prestiżowych zawodach SAE Aero Design na Florydzie

Polscy studenci zaprojektowali nowy autonomiczny samolot dźwigowy. Dziś jego model weźmie udział w prestiżowych zawodach SAE Aero Design na Florydzie 7

Polscy studenci, należący do Koła Naukowego Euroavia Rzeszów na Politechnice Rzeszowskiej, zaprojektowali zupełnie nowy model bezzałogowego samolotu dźwigowego. Weźmie on dziś udział w prestiżowych zawodach SAE Aero Design w Lakeland na Florydzie. Impreza potrwa od 21 do 23 kwietnia.

Projektują samoloty i drony, a ich projekty rywalizują z innymi na zawodach we wszystkich zakątkach świata. Organizują konferencje, szkolenia i wyjazdy, a także należą do międzynarodowej społeczności studentów i pasjonatów lotnictwa. To studenci z Euroavii Rzeszów, koła studenckiego na Politechnice Rzeszowskiej, którzy wraz ze swoim bezzałogowym samolotem dźwigowym przez najbliższe trzy dni postarają się podbić Florydę i wygrać w prestiżowych zawodach SAE Aero Design.

– Są to największe tego typu zawody na świecie, w których student lotnictwa może wziąć udział. Polegają na zaprojektowaniu samolotu dźwigowego, który musi podjąć jak największy ładunek. Zawody odbywają się w Stanach Zjednoczonych, w sumie bierze w nich udział ok. 70 ekip z całego świata, dlatego to najlepsza okazja do wypromowania się – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Rakieć z koła Euroavia Rzeszów, odpowiedzialny za organizację oraz za niektóre badania potrzebne do obliczeń i projektowania samolotu.

Rzeszowscy studenci zdecydowali się na udział w klasie Regular, gdzie ich zadanie polega na zaprojektowaniu i zoptymalizowaniu modelu tak, aby przeniósł maksymalną liczbę „pasażerów z bagażem”, reprezentowanych przez piłeczki tenisowe z obciążeniem (ważącym od 225 do 340 gramów) przy ograniczonej mocy silnika oraz długości rozbiegu. Jak twierdzi Rafał Mochowski, konstruktor i pilot samolotu wystawionego na zawody, zaprojektowanie samolotu było nie lada sztuką.

– Największym wyzwaniem było zaprojektować tę konstrukcję – począwszy od optymalizacji, która zajęła połowę czasu, a kończąc na obliczeniach, zgraniu ze sobą wszystkich detali i wyzwaniach czysto konstrukcyjnych, tak aby samolot był lekki i wytrzymały – twierdzi Rafał Mochowski.

Regulamin mówi, że model musi być skonstruowany z naturalnych materiałów, głównie balsy i drewna modelarskiego. Rzeszowski udźwigowiec ma ok. 4 metrów rozpiętości i jest w stanie unieść czterdziestu „pasażerów”. Mimo to Mateusz Rakieć zwraca uwagę na to, że przed samym startem studenci będą musieli dopracować jeszcze pewne detale, bowiem klimat na Florydzie różni się od warunków pogodowych w naszym kraju.

– Jesteśmy pewni naszego projektu, robiliśmy obloty w poprzedni weekend. Wiemy, że nasz samolot lata i robi to dobrze. Odrywa się na takim dystansie, jaki jest wymagany, a więc 60 metrów. Oczywiście, są rzeczy, które trzeba jeszcze dopracować tuż przed samym startem, dlatego właśnie zdecydowaliśmy się pojechać tam wcześniej. W końcu zarówno pogoda, jak i klimat jest zgoła odmienny niż w Polsce – komentuje Mateusz Rakieć.

To czwarty start Koła Naukowego Euroavia Rzeszów w zawodach SAE. W ubiegłym roku, w marcu, zajęli 2. miejsce za raport techniczny i 7. miejsce w klasyfikacji generalnej na 68 zespołów, a miesiąc później uplasowali się na 11. pozycji, rywalizując z 70 drużynami. Jak podkreśla Michał Pyza, student V roku lotnictwa i kosmonautyki na Politechnice Rzeszowskiej, zawody w Stanach Zjednoczonych nie są jedynie zażartą rywalizacją, ale przede wszystkim możliwością wymiany doświadczeń z innymi uczestnikami oraz szansą sprawdzenia własnych umiejętności.

– Nasze koło startuje w tych zawodach już od 2011 roku, więc to tak naprawdę kontynuacja naszego projektu. Do Stanów Zjednoczonych jadę trzeci raz,  a jako koło jedziemy już po raz czwarty. Są to zawody, które zrzeszają studentów lotnictwa, można się wymienić tam doświadczeniami, można siebie sprawdzić i zdobyć bezcenne doświadczenie – podsumowuje Michał Pyza.

Nowe technologie pozwalają zamówić jedzenie w restauracji wygodniej i taniej. Gdański start-up łączy program lojalnościowy z generatorem ofert

Nowe technologie pozwalają zamówić jedzenie w restauracji wygodniej i taniej. Gdański start-up łączy program lojalnościowy z generatorem ofert 8

Nowe technologie, w tym zwłaszcza technologie mobilne, wykorzystywane są na wielu płaszczyznach i ułatwiają codziennie funkcjonowanie. Aplikacje w telefonie, systemy zamówień online i płatności mobilne – mało kto wyobraża sobie dziś życie bez tych udogodnień, zaś badania przeprowadzone przez Restaurant Innovation Summit przekonują, że klienci chcą korzystać z nowych technologii również w lokalach gastronomicznych. Everytap to nowy start-up, który potwierdza tę tezę.

Wdrażanie nowych technologii w lokalach gastronomicznych to proces, który wciąż postępuje. Według badania Restaurant Innovation Summit przeprowadzonego w Denver 63 proc. konsumentów korzystało z rozwiązań technicznych powiązanych z restauracjami. Cały czas powstaje wiele aplikacji i start-upów, które zachęcają do korzystania z nowych technologii podczas zamawiania jedzenia. Jednym z nich jest Everytap – aplikacja, która łączy program lojalnościowy z generatorem ofert.

– Everytap to program lojalnościowo-ofertowy, który funkcjonuje w przestrzeni dużych miast w Polsce. Miejscami, z którymi współpracujemy, są głównie miejskie lokale, które mają zapewnić odpowiednią dozę rozrywki. Nacisk kładziemy na restauracje, kawiarnie i puby. Nasza aplikacja to z jednej strony program lojalnościowy dla stałych bywalców, którzy mogą czerpać z tego tytułu różnego rodzaju benefity, a z drugiej strony rozwiązanie dla osób, które chciałyby lepiej poznać miasto, znaleźć ciekawe miejsca i przy okazji oszczędzić podczas pierwszej wizyty – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Piwko, Prezes Everytap.

Nowe technologie od kilku dobrych lat pozwalają wygodniej, szybciej, a przede wszystkim taniej zamawiać jedzenie. Ludzie coraz rzadziej dzwonią do restauracji i coraz częściej rozliczają się w niej bezgotówkowo. W dobie nowych technologii rządzą mobilne zamówienia i płatności, których można dokonywać od ręki za pośrednictwem smartfona czy osobistego komputera. A kiedy ktoś decyduje się na wyjście do lokalu, od ręki może ustalić m.in. lokalizację, menu czy aktualne promocje – wszystko za pomocą aplikacji.

– Głównym faktorem, który odróżnia nas od innych projektów, zawsze była technologia iBeacon. Działamy z technologią kontekstowej komunikacji, co oznacza, że klienci, którzy używają aplikacji Everytap, otrzymują powiadomienia i informacje na temat restauracji i ofert funkcjonujących w danym lokalu już po przyjściu do tego miejsca. Wyróżnia nas też to, że jesteśmy jedynym programem działającym w tym obszarze gastronomii, który łączy ze sobą program lojalnościowy z generatorem ofert – twierdzi Maciej Piwko.

Aplikacja Everytap jest też dowodem na to, że proste rozwiązania są najlepsze – szczególnie, jeśli mowa o płatnościach mobilnych.

– Wyróżnia nas prostota, jesteśmy jedną z pierwszych aplikacji, za pomocą której można kupować realne rzeczy w restauracjach poprzez płatności mobilne. Transakcji i rozliczenia dokonujemy za jej pośrednictwem, tak więc do restauracji nie musimy brać ze sobą ani portfela, ani nawet karty kredytowej. Innymi słowy, całą robotę wykona za nas aplikacja – dodaje Maciej Piwko.

Grupą, która najchętniej korzysta z nowych technologii, są osoby w przedziale wiekowym 18–34. Starsze osoby deklarują, że mają problem chociażby z przebrnięciem przez proces instalacji aplikacji na telefonie. Ekspert zapewnia, że w przypadku Everytap przebiega ona szybko i bez problemu.

– Aby używać Everytap, w pierwszej kolejności musimy ściągnąć aplikację z Google Play lub z App Store – aplikacja jest dostępna na systemy Android i iOS. Następnie trzeba ją zainstalować i się zarejestrować. Po zalogowaniu pojawiają się miejsca, które współpracują z Everytrap i znajdują się w naszej najbliższej okolicy. Widzimy listę ofert, te oferty są bardzo różne, często jednorazowe do wykorzystania na start, żeby sprawdzić konkretne miejsce, restauracja daje fajną ofertę – komentuje Maciej Piwko.

Nie tylko konsumenci mogą się cieszyć korzyściami płynącymi z wykorzystania nowych technologii. Właściciele restauracji również mają wiele do zyskania, bowiem aplikacje mogą zapewnić dostęp do szeregu ważnych informacji zarówno o potrzebach konsumenta, jak i prowadzonym biznesie.

– Restauracja ma z tego wiele korzyści. Przede wszystkim inteligentny system ofertowy, który zapewnia przyznawanie jednorazowych promocji, co bez aplikacji byłoby praktycznie niemożliwe. Poprzez system wiadomo, że w momencie, kiedy klient już raz skorzystał z oferty, drugi raz aplikacja nie da mu takiej możliwości. Dodatkowo restauracja ma bazę lojalnych klientów, nawet nie znając ich personaliów, wiadomo, ile osób regularnie przychodzi do lokalu. Dzięki temu specjalnie dla nich restauracje mogą wymyślać dodatkowe spontaniczne formy marketingowe – przekonuje Maciej Piwko.

Prezes Everytap twierdzi, że obecnie w Polsce największym problemem jest przekonanie ludzi do dokonywania płatności mobilnych. Polacy są nieufni, nawet pomimo tego, że jest to system w pełni bezpieczny i niczym nie różni się on od płacenia normalną kartą chipową. Mimo to w niedalekiej przyszłości ma to ulec zmianie.

– Aplikacja działa od ponad dwóch lat, zaczynaliśmy w Trójmieście, po jakimś czasie udało nam się pozyskać strategicznego inwestora i dzięki temu w zeszłym roku dosyć mocno przyspieszyliśmy. W tym momencie działamy w ponad 400 punktach w 7 miastach w Polsce. Naszym głównym celem jest pozyskiwanie zarówno atrakcyjnych miejsc, jak i ofert. Chcemy również edukować klientów restauracji o możliwościach, jakie daje Everytap i przyzwyczaić ich do transakcji mobilnych, co jest zdecydowanie największym wyzwaniem – twierdzi Maciej Piwko.

Jak dotąd Everytap współpracowało z ok. 700 lokalami. Obecnie oferta obejmuje 400 miejsc, jednak warto zauważyć, że każdego miesiąca liczba ta się zwiększa, dokładnie tak samo jak liczba użytkowników.

– Jeżeli chodzi o klientów, to mieliśmy ponad 160 tys. osób, które ściągnęły aplikację. W tym momencie zarejestrowanych jest prawie 150 tys. użytkowników. Co istotne, na co dzień kilkanaście tysięcy osób w różnych miejscach w całej Polsce korzysta z naszej aplikacji – podsumowuje Maciej Piwko.

Od 24 kwietnia kierowcy będą mogli sprawdzić liczbę punktów karnych przez internet. Muszą jednak założyć Profil Zaufany (eGO)

Od 24 kwietnia kierowcy będą mogli sprawdzić liczbę punktów karnych przez internet. Muszą jednak założyć Profil Zaufany (eGO) 9

Od 24 kwietnia Ministerstwo Cyfryzacji udostępni nową usługę, która umożliwi kierowcom sprawdzenie liczby punktów karnych bez potrzeby udawania się na komendę policji. Jedyne, co będzie wymagane, to założenie Profilu Zaufanego (eGO), ale i to w przypadku większości użytkowników da się to załatwić przez internet. 

Obecnie kierowca, który chce sprawdzić liczbę swoich punktów karnych, może to zrobić tylko w jeden sposób – udając się na komendę policji. Ale od 24 kwietnia ma się to zmienić.

– Od 24 kwietnia będziemy mieli możliwość sprawdzenia punktów karnych drogą elektroniczną, czyli online, bez konieczności wychodzenia z domu. W tej chwili takiej możliwości nie mamy. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, ile punktów karnych ma, może to zrobić, natomiast musi wówczas udać się na komendę policji i tylko tam może taką informację uzyskać – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Manys, rzecznik prasowy Ministerstwa Cyfryzacji.

Usługa pojawi się jako jeszcze jedna z funkcji dostępnych na portalu obywatel.gov.pl – w zakładce „Kierowcy i pojazdy” pojawi się odsyłacz „Sprawdź swoje punkty karne online”. Sprawdzić liczbę punktów karnych będzie mógł każdy, ale pod warunkiem posiadania Profilu Zaufanego.

– Co istotne, będzie do tego potrzebny Profil Zaufany, czyli ten nasz podstawowy podpis darmowy, podpis elektroniczny, który służy nam do kontaktów z administracją. W tej chwili możliwość zakładania Profilu Zaufanego drogą elektroniczną, czyli bez wychodzenia z domu, dają trzy banki. To jest bank PKO BP, ING Bank Śląski, a także Bank Millenium, ale lada dzień dołączą do tego grona dwa kolejne duże banki – zapowiada Karol Manys.

Ministerstwo nie chce jeszcze oficjalnie zdradzić, o jakich dwóch kolejnych bankach mowa, ponieważ w obu przypadkach usługa zakładania Profilu Zaufanego jest jeszcze w fazie ostatecznych testów. Są to jednak duże i popularne banki, o czym świadczy prosta statystyka. W chwili obecnej banki PKO Bank Polski, ING Bank Śląski i Millenium umożliwiają założenie Profilu Zaufanego poprzez internet około 35 proc. polskiego społeczeństwa. Po dojściu dwóch kolejnych banków będzie to już w sumie około 75–80 proc. Polaków.

Należy oczywiście dodać, że tak naprawdę każdy obywatel Polski ma możliwość założenia Profilu Zaufanego, niezależnie od tego, z usług jakiego banku korzysta. Zwyczajna procedura jest jednak nieco bardziej kłopotliwa.

– Jeżeli nasz bank nie daje takiej możliwości, żeby założyć Profil Zaufany, no to pozostaje nam ta tradycyjna droga zakładania Profilu Zaufanego. To jest usługa całkowicie darmowa, natomiast w tym wypadku jest wymagana jednokrotna wizyta w urzędzie. Chodzi po prostu o to, żeby urzędnik, który potwierdzi nam Profil Zaufany, mógł zweryfikować, czy my, to my. Cała operacja trwa kilka minut i nie jest skomplikowana. – podsumowuje Karol Manys.

Warto zaznaczyć, że usługa „Sprawdź swoje punkty karne” to dopiero pierwszy etap Programu CEPiK 2.0. Kolejne e-usługi w ramach programu CEPiK 2.0 będą uruchamiane w 2018 r. Będą to:

  • „Mój pojazd” (możliwość sprawdzenia online szczegółowych informacji o pojazdach),
  • „Uprawnienia kierowcy” (możliwość sprawdzenia online szczegółowych informacji o uprawnieniach do kierowania pojazdami różnych kategorii),
  • „Udostępnij swoje dane pracodawcy” (usługa dla kierowców zawodowych),
  • „Sprawdź punkty szkołę jazdy i instruktora” (możliwość sprawdzenia online ilu wychowanków danego instruktora lub absolwentów szkoły jazdy pozytywnie zdaje egzamin),
  • „Przypominaj o terminach” (opcja powiadamiania – e-mailem lub SMS – o terminach badań technicznych pojazdu, konieczności przedłużenia polisy OC, badaniach lekarskich dla kierowców itp.).

Jak przewiduje Ministerstwo Cyfryzacji, wszystkie usługi będą dostępne najpóźniej w lipcu 2018 roku.

Wybory we Francji mogą nie mieć znaczenia dla notowań złotego

Złoty zyskuje na tym, co do tej pory było jego słabością. Amerykański dolar zaczyna tracić. Polityka Donalda Trumpa stała się pozbawiona konkretów, tak przynajmniej odbierają ją inwestorzy. To z kolei sprzyja walutom, które dają potencjalnie wyższą stopę zwrotu, a tu ostatnio znalazł się nasz złoty. Nasza waluta jest najmocniejsza od wielu miesięcy, a zdaniem Jakuba Stasika z XTB nawet wybory we Francji, które na rynkach wywołują dużą niepewność, mogą nie wpłynąć na kurs złotego. Więcej w materiale wideo.

Europejski rynek pożyczek peer-to-peer jest wart ponad miliard euro i staje się coraz poważniejszą konkurencją dla banków

Europejski rynek pożyczek peer-to-peer jest wart ponad miliard euro i staje się coraz poważniejszą konkurencją dla banków 10

Platforma pożyczek peer-to-peer to przyszłość sektora finansowego. Szacuje się, że w USA jest on wart blisko 30 mld euro. W Europie wycena sięga na razie 1 mld euro, ale wartość ta ma sukcesywnie rosnąć. Koncepcja „gospodarki współdzielenia” w ostatnim czasie zyskuje na znaczeniu. Po Uberze i Airbnb, przyszedł czas na Twino, które już dziś uważane jest za najszybciej rozwijającą się platformę pożyczek na Starym Kontynencie. 

Według ekspertów rozwiązania typu P2P to dobry sposób na biznes. To pomysł, który sprawdza się w każdej branży. Grupa Twino od momentu wejścia na rynek w 2009 roku, udostępniła klientom finansowanie w wysokości 420 milionów euro.

– Uber kontaktuje kierowców z ludźmi, którzy potrzebują gdzieś dojechać. Airbnb łączy tych, którzy potrzebują mieszkania na wakacje, z właścicielami apartamentów. Podobne zadanie spełnia Twino. Na zasadzie peer-to-peer łączy pożyczkobiorców, którzy potrzebują kredytu, z inwestorami, którzy mogą pożyczyć te pieniądze. Koncepcja „gospodarki współdzielenia” jest podobna w różnych branżach usługowych; w tym przypadku w usługach finansowych, takich jak kredyty czy wymiana walut – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jevgenijs Kazanins, dyrektor generalny Twino.

Lending Club w USA, Zopa w Wielkiej Brytanii czy Twino w Europie – wszystkie te platformy łączy jedno: udzielają ludziom korzystnych kredytów, stając się przy tym konkurencją dla usług bankowych, podobnie jak Uber zatrząsł rynkiem przewozowym a Airbnb – hotelarskim.

– Platforma kontaktuje ludzi szukających pożyczki z kilkoma inwestorami, którzy dysponują odpowiednim kapitałem. W konsekwencji tworzą alternatywę dla banków, dzięki czemu ludzie dostają kredyty szybciej, taniej i na korzystniejszych warunkach – twierdzi Jevgenijs Kazanins.

Koncepcja pożyczek P2P została wymyślona w 2005 roku w Wielkiej Brytanii, toteż platformy pożyczkowe na tym rynku obracają obecnie kwotą dwóch miliardów funtów. Mimo to „gospodarka współdzielenia” w sektorze finansowym najszerzej rozwinęła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie Lending Club i Prosper mają już 10 procent rynku. W Europie Kontynentalnej tego typu usługi wciąż są jeszcze we wczesnej fazie rozwoju, mimo iż perspektywy rozwoju są ogromne.

– Jeżeli spojrzymy na potencjał, to sięga on biliona euro. Tyle wynoszą niezabezpieczone pożyczki konsumenckie znajdujące się w bilansie. To kosztowny typ kredytów, które mają szansę, by zostać zrefinansowane poprzez kredytowanie P2P. Więc potencjał dla tego typu działalności w Europie jest gigantyczny. Ale ten rozwój wymaga czasu – dodaje Jevgenijs Kazanins.

Sektor FinTech ma do zaoferowania również inne usługi, jak choćby wymianę walut czy zarządzanie inwestycjami. A wszystko po to, by było szybciej i taniej.

– Zamiast iść do banku i płacić od 1,5 do 2 procent za zarządzanie twoimi funduszami, możesz zwrócić się do tak zwanych wirtualnych doradców, którzy zrobią to taniej i przyniosą takie same zwroty. Na razie jednak z tych start-upów działających w branży Fintech, tylko firmy P2P, ze szczególnym uwzględnieniem pożyczek konsumenckich, rozwijają się w Europie – podkreśla Jevgenijs Kazanins.

Twino to obecnie najszybciej rozwijająca się platforma pożyczek peer-to-peer w Europie. Skupia ponad 6 tys. inwestorów z 30 krajów, w szczególności z Niemiec, Wielkiej Brytanii i krajów Bałtyckich. Dlatego perspektywy tego sektora w Europie uznawane są przez specjalistów za bardzo obiecujące.

– Myślę, że potencjał jest wielki. Jeżeli spojrzymy na rynek pożyczek P2P, to w USA jest on warty blisko 30 miliardów euro. W Europie jest to 1 miliard rocznie. A jeżeli spojrzymy na populację, to w Europie jest ona zbliżona do USA. Z czasem mamy więc wszelkie dane, by osiągnąć ten sam potencjał co w Ameryce. Pytanie, czy zajmie to 3,5 czy 10 lat, ale z pewnością do tego dojdziemy, ponieważ rynek szuka lepszych i tańszych produktów dla konsumentów, a platforma P2P takie oferuje – podsumowuje Jevgenijs Kazanins.

HackMotion Suit to inteligenta odzież i osobisty trener w jednym. Innowacyjny monitor aktywności może zainteresować entuzjastów wielu dziedzin sportu

HackMotion Suit to inteligenta odzież i osobisty trener w jednym. Innowacyjny monitor aktywności może zainteresować entuzjastów wielu dziedzin sportu 11

Smartwatche, zegarki sportowe, smartbandy, inteligentne słuchawki – hearables i w końcu inteligentne ubrania. Te ostatnie dopiero zaczęły stawiać pierwsze kroki w świecie elektroniki ubieralnej za sprawą rozmaitych startupów. Jednym z nich jest HackMotion, a jego inteligentna odzież nie tylko monitoruje aktywność ćwiczącego, ale także potrafi zastąpić zajęcia z prawdziwym trenerem.

Rynek wearables rozwija się w szybkim tempie, co najlepiej widać po danych rynkowych. Według informacji International Data Corporation liczba sprzedanych urządzeń tego typu wzrosła w zeszłym roku o 25 proc. W 2016 roku producenci dostarczyli na rynek 102,4 mln takich urządzeń, a Gartner przewiduje, że do końca 2017 r. liczba ta sięgnie nawet 322 mln sztuk. Walka o klienta trwa zatem w najlepsze, dlatego producenci prześcigają się w kreowaniu innowacyjnych, coraz bardziej oryginalnych rozwiązań. HackMotion Suit to jedno z nich, szukający swojej niszy rynkowej w zautomatyzowaniu i zastąpieniu nauczycieli różnych dziedzin sportu.

– Wykorzystujemy innowacyjną technologię, która rozwiązuje problemy pojawiające się przy wykorzystaniu w treningach pomocy prawdziwych trenerów. Taki model trenowania ma wiele wad, związanych z dużymi kosztami i dodatkowym czasem, który ktoś musi na to przeznaczyć. Chcemy zaoferować zautomatyzowaną metodę, dzięki której ludzie będą mogli nauczyć się różnych sportów w pełni samodzielnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Atis Hermanis z firmy HackMotion.

Tradycyjne monitory aktywności oferują skrupulatny pomiar podstawowych informacji, takich jak: przebyty dystans, wykonane kroki, spalone kalorie, a nawet długość i jakość snu. Co więcej, są zwykle wyposażone w barometr, nawigację GPS, wysokościomierz, żyroskop, monitor tętna i inne sensory przydatne podczas treningu.

– Używamy technologii czujników ruchu, które mogą śledzić zachowanie się ciała osoby ćwiczącej. Kiedy uchwycimy ten ruch i prześlemy go na przykład do smartfona, w czasie rzeczywistym możemy je analizować i zapewnić właściwe porady, odpowiednie dla konkretnej dziedziny sportu – twierdzi Atis Hermanis.

Ludzie są coraz bardziej świadomi tego, jaki wpływ na zdrowie ma odżywianie i aktywność fizyczna, dlatego chętniej sięgają po elektronikę ubieralną, której głównym zadaniem jest zarówno monitoring treningu, jak i jego szczegółowa analiza. Tego typu sprzęt ma przy tym wiele zalet.

– Pierwszą zaletą naszej metody jest fakt, że można z niej korzystać bez ingerencji osób trzecich. Nie potrzeba nikogo więcej, by uczyć się nowych rodzajów aktywności. Innym atutem jest fakt, że to o wiele tańsze rozwiązanie niż zatrudnienie prawdziwego trenera, szczególnie jeżeli ktoś chce ćwiczyć często. No i sprawia to też więcej zabawy, ponieważ nasz system oferuje wiele opcji – dostarcza ćwiczącemu interesujące dane analityczne i statystyki. Nasze rozwiązanie można zatem postrzegać jako rodzaj elektronicznego asystenta treningu, ale znacznie bardziej zaawansowanego ­– dodaje Atis Hermanis.

Ekspert z firmy HackMotion podkreśla, że zainteresowanie tego typu sprzętem wciąż rośnie. Dlatego istotne znaczenie odgrywa znajomość rynku, jak również umiejętność wdrażania innowacyjnych funkcji, o których wcześniej osoby aktywne mogły tylko pomarzyć.

– Bierzemy pod uwagę potrzeby rynku. Przeprowadziliśmy kilka testów, takich jak kampanie szkoleniowe w szkołach jazdy na snowboardzie i obserwowaliśmy reakcje. Jednym z przykładów może być rynek tzw. fitness trackerów, który rośnie naprawdę szybko, przy czym dane, które jesteśmy w stanie dostarczyć, wykraczają poza to, co mogą zaoferować tradycyjnie fittrackery. Zdecydowanie widzimy tutaj wielki potencjał – podkreśla Atis Hermanis.

Inteligentna odzież ma nie tylko rozszerzyć funkcje znane z zegarków sportowych, ale przede wszystkim dostarczyć jeszcze dokładniejszych informacji zarówno o treningu, jak i ruchu osoby ćwiczącej.

– Ubrania mają wszyte czujniki, które gromadzą dane – stąd nazwa inteligentne ubrania. To technologia pozwalająca uchwycić ruchy osoby ćwiczącej, które później, za pomocą odpowiednich programów i algorytmów, są analizowane. Odpowiednio dobrane porady przekazywane są w czasie rzeczywistym np. za pośrednictwem słuchawek. Mamy więc technologię, która może zastąpić prawdziwego trenera w wielu rozmaitych sytuacjach – mówi Atis Hermanis.

HackMotion Suit jest dopiero w fazie projektowania – mimo że łotewska firma posiada już wszelkie potrzebne dane do rozpoczęcia testów, na razie finansuje się sama. W niedalekiej przyszłości planuje ubiegać się zarówno o granty, jaki i dofinansowanie, które pomogą końcowemu produktowi ujrzeć światło dzienne.

– Korzystamy na razie z własnych środków, ale staramy się również o wiele grantów dla startupów. Następnym krokiem będzie zbiórka na zasadach finansowania społecznościowego. By to zrobić, musimy jednak pozyskać dodatkowe fundusze, tak aby lepiej przygotować się do produkcji, a także by znaleźć dodatkowe kanały dystrybucji po fazie zbiórki funduszy społecznościowych – podsumowuje Atis Hermanis.

Carsharing sposobem na zmniejszenie kosztów użytkowania samochodu. Przełomowe może okazać się wykorzystywanie samochodów elektrycznych

Carsharing sposobem na zmniejszenie kosztów użytkowania samochodu. Przełomowe może okazać się wykorzystywanie samochodów elektrycznych 12

Carsharing, czyli system wspólnego użytkowania samochodów, funkcjonuje na świecie już od kilkunastu lat i obejmuje około 600 miast w wielu krajach. W Polsce tego typu usługi zdobywają dopiero popularność, ale już pojawiła się najnowsza i najbardziej ekologiczna forma carsharingu – współużytkowanie samochodów elektrycznych.

Samochody z  napędem elektrycznym szybko zdobywają europejski rynek, przy czym liderami pod tym względem są kraje takie jak Norwegia, Francja czy Wielka Brytania. W porównaniu do tych rynków polski sektor motoryzacji elektryczne jest jeszcze w powijakach, ale rząd obiecuje, że do 2020 r. na program rozwoju tego segmentu przeznaczy 19 mld zł. Co więcej, na naszym rynku zaczynają pojawiać się dodatkowe usługi, które związane są z wykorzystaniem samochodów elektrycznych.

W kwietniu uruchomiona została usługa Carsharing Energa, jako pierwszy w Polsce system współużytkowania samochodów elektrycznych. Polega ona na fizycznym wynajmie pojazdów przez firmy, których pracownicy mogą następnie w dowolny sposób dzielić się użytkowanymi pojazdami. Ważne jest także to, że Energa zapewnia przy tym dodatkową pomoc w postaci specjalnego opiekuna – konsjerża.

Jest to osoba, która poza przekazaniem kluczyków wprowadza klienta w świat elektromobilności i ma za zadanie uspokoić go i przygotować do jazdy za kółkiem „elektryka” – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Bogucki, ekspert ds. carsharingu z firmy Enspirion z Grupy Energa.

Carsharing na świecie wykorzystywany jest już od około 15 lat. System zrodził się w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale do Europy dotarł zaledwie kilka lat temu. Opiera się na wspólnym użytkowaniu samochodów – zwłaszcza osobowych – i obecnie funkcjonuje w ponad 600 miastach na świecie. Samochody udostępniane są za opłatą użytkownikom przez operatorów floty pojazdów, którymi są różne przedsiębiorstwa, agencje publiczne, spółdzielnie, stowarzyszenia czy grupy osób fizycznych. Nie inaczej jest w przypadku usługi Carsharing Energa.

Skierowana jest dla rezydentów centrum biznesowego Olivia Business Centre. Natomiast po podpisaniu umowy firma może przekazać ją klientowi końcowemu – to może być pracownik, klient tej firmy lub tak naprawdę każdy – twierdzi Tomasz Bogucki.

Ekspert ds. carsharingu zaznacza, że to pierwsza tego typu usługa w Polsce, w przypadku której flota składa się wyłącznie z samochodów elektrycznych. W ofercie firmy znajdują się takie modele jak Volkswageny Up i Golf, Renault Zoe oraz Nissan Leaf.

W miarę rozwoju usługi będziemy rozbudowywali naszą flotę. Oferujemy zasięgi w granicach od 100 km do nawet 180 km, w zależności od modelu. Jeśli chodzi o ładowanie, to szybkie ładowarki naładują samochód w zaledwie 20 minut, natomiast ze zwykłego gniazdka czas ten będzie o wiele dłuższy i potrwa ok. 8 godzin – dodaje Tomasz Bogucki.

Cena za wypożyczenie „elektryka” zależy od modelu i waha się w zakresie od  27 do 35 zł za godzinę – bez limitu przejechanych kilometrów. Cały proces wypożyczenia jest maksymalnie uproszczony, tak aby klient mógł wypożyczyć samochód szybko i komfortowo.

Po podpisaniu takiej umowy firma wskazuje i zakłada konta użytkowników w naszym specjalnym portalu. Po założeniu takiego konta użytkownik już samemu podejmuje decyzję odnośnie daty oraz wyboru samochodu. Musi też sprawdzić czy zgadza się cena. Na końcu zostaje mu odebrać kluczyki od konsjerża, który skrupulatnie wytłumaczy pozostałe detale. Ceny zaczynają się od 27 zł za godzinę w przypadku najniższego segmentu, czyli Volkswagena Up-a, do 35 zł za Golfa i Nissana Leaf – opowiada Tomasz Bogucki.

Ekspert podkreśla, że obecnie dostępnych jest siedem terminali w sześciu lokalizacjach: od Gdyni do Gdańska. Dlatego na razie klienci będą mogli swobodnie przemieszczać się po Trójmieście.

Terminale dostępne są: w Gdyni, w Redłowie, w Urzędzie Miasta Sopotu, w Urzędzie Miasta Gdańsk, przy centrum handlowym niedaleko obwodnicy i oczywiście w centrum biznesowym, czyli za mną dwa terminale szybkie – wylicza Tomasz Bogucki.

Specjalista podkreśla, że usługa Carsharing Energa będzie sukcesywnie rozwijana. Plany rozwoju przewidują otwarcie nowych hubów, czyli miejsc wypożyczania i ładowania pojazdów, jak również rozszerzenie działalności na gminy ościenne, inne duże aglomeracje, a wreszcie dotarcie do klienta indywidualnego.

Hubów chcemy do końca roku otworzyć jeszcze dwa, prawdopodobnie w Gdyni, może jeszcze jeden w Gdańsku. Natomiast w niedalekiej przyszłości planujemy udostępnić ich w sumie od 5 do 6. Dzięki nim użytkownicy będą mogli dojechać jeszcze dalej, ale również zainteresować potencjalnych klientów z innych lokalizacji – podsumowuje Tomasz Bogucki.

Uruchomienie start-upu bardziej kosztowne, niż sądzi wielu inwestorów. Często kończy się to problemami finansowymi

Uruchomienie start-upu bardziej kosztowne, niż sądzi wielu inwestorów. Często kończy się to problemami finansowymi 13

W uaktualnionej bazie fundacji Startup Poland odnotowanych jest obecnie 2677 start-upów, z których połowa finansuje swój rozwój ze środków własnych. Wiele nowych firm przechodzi jednak problemy finansowe, ponieważ inwestorom często brakuje pieniędzy. Jak się okazuje, uruchomienie start-upu to nierzadko wydatek ponad miliona złotych.

Samo znalezienie inwestora, którego na tyle zainteresuje konkretny projekt, że będzie chciał wyłożyć na niego pieniądze, to często nie koniec, ale dopiero początek problemów finansowych start-upu.

– Sporą przeszkodą dla start-upów w Polsce są inwestorzy, którym często tak naprawdę brakuje pieniędzy. Do tego, jeśli już wiadomo, że pomysł jest niezły, to sam kapitał jest dosyć drogi, trzeba oddać ze spółki naprawdę spory kawałek tortu, żeby pozyskać jakieś fundusze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Gałązka, współzałożyciel firmy Sense.

Jak przekonują eksperci, początkowe koszty związane z uruchomieniem start-upu przerastają wielu przedsiębiorców. Dlatego od samego początku potrzebne jest pełne zaangażowanie wszystkich pracowników będących w firmie.

– Trzeba się zaangażować, trzeba zbudować zespół, trzeba opłacić szereg usług zewnętrznych, nie jesteśmy w stanie robić wszystkich rzeczy. Trzeba mieć na prawnika, trzeba mieć na patenty, trzeba mieć chociaż na jakiś hardware, jeżeli w zespole nie ma kompetencji – więc to wszystko wymaga kapitału. Na start lekką ręką można wydać milion złotych – twierdzi Przemysław Gałązka.

Jak podkreśla współzałożyciel firmy Sense, milion złotych to kwota, która wystarczy na zaledwie 6–7 miesięcy działalności. Dlatego niektóre start-upy już na początku swojej biznesowej przygody starają się pozyskać dużo większe dofinansowanie.

– Zazwyczaj można rozmawiać z prywatnymi inwestorami i funduszami Venture Capital. Jest też możliwość sięgnięcia po dotacje. Dostępne są również takie hybrydy jak PARP, NCBiR, które wrzucają na rynek trochę pieniędzy, następnie jakiś fundusz przejmuje tę pulę i dorzuca trochę swojego prywatnego kapitału. Dzięki temu powstają takie inicjatywy jak chociażby BRIdge Alfa.

Współzałożyciel firmy Sense zwraca jednak uwagę na wady współpracy z instytucjami państwowymi.

– Czasami w grę wchodzą różnego rodzaju niuanse i problemy, przede wszystkim spore opóźnienia w terminach, a niestety biznes nie będzie czekał, trzeba działać – podsumowuje Przemysław Gałązka.

Jak pokazuje raport sporządzony przez Fundację Startup Poland, 59 proc. firm deklaruje chęć pozyskania środków z funduszu Venture Capital, 56 proc. zamierza sięgnąć po dotacje z Unii Europejskiej, 35 proc. postawi na Anioła Biznesu, 18 proc. na akcelerator, 11 proc. na crowdfunding, a 10 proc. zamierza wziąć kredyt.

Ministerstwo Cyfryzacji uruchamia system mID, w tym mobilny dowód osobisty dostępny w smartfonie. 11 maja rusza pilotażowa wersja systemu

Ministerstwo Cyfryzacji uruchamia system mID, w tym mobilny dowód osobisty dostępny w smartfonie. 11 maja rusza pilotażowa wersja systemu 14

System mID to rozwiązanie, które opiera się na dostępie do dokumentów i informacji za pośrednictwem urządzeń mobilnych takich jak smartfon. To kolejny krok podjęty przez Ministerstwo Cyfryzacji w celu szeroko pojętej transformacji cyfrowej, która ma się okazać nie tylko zmianą technologiczną, lecz także cywilizacyjną. Mobilny dowód osobisty i mobilne dokumenty od 11 maja tego roku będą mogli wypróbować mieszkańcy Łodzi, Ełku i Koszalina  – również ci, którzy nie mają nowoczesnego smartfona.

Już w pierwszej połowie maja wiele dokumentów zostanie przeniesionych z formy papierowej i plastikowej do cyfrowej, zaś cały system mID zostanie przetestowany w trzech polskich miastach. Jak tłumaczy Ministerstwo Cyfryzacji, wcześniej tego typu usługi nie były możliwe, bowiem poziom zabezpieczeń urządzeń mobilnych nie był wystarczający. Obecnie bezpieczeństwo nowoczesnych rozwiązań jest na dużo wyższym poziomie i cały czas się poprawia.

System obejmie wszystkie dokumenty, które nosimy przy sobie, przede wszystkim te w wersji plastikowej. mDokumenty to inaczej dokumenty mobilne, w niektórych przypadkach są to również specjalne aplikacje instalowane w smartfonach czy telefonach. Na początku zaczniemy od dowodu osobistego, pilotaż startuje 11 maja w trzech miastach – Koszalin, Łódź, Ełk. Tam klienci i urzędnicy przetestują rozwiązanie, które zaprojektowaliśmy, sprawdzą, czy jest użyteczne, wygodne, komfortowe, czy się sprawdza i czy ludzie chętnie z niego korzystają – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje minister cyfryzacji Anna Streżyńska.

Plan Ministerstwa Cyfryzacji obejmuje nie tylko zdigitalizowanie najpotrzebniejszych dokumentów, lecz także udostępnienie szeregu innych informacji – tak aby te były dostępne z poziomu smartfona. Pierwsze wdrożenia obejmą takie dokumenty, jak dowód osobisty, pakiet podstawowych dokumentów dla kierowców (dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, prawo jazdy), kartę studenta i legitymację uczniowską. Ponadto w ramach udostępnianych dodatkowych informacji i usług chodzi o płatności podatkowe, e-policję, realizowanie recept, zakupy on-line, potwierdzenie wieku, usługi pocztowe, kartę parkingowa, e-ZUS, rejestr obecności dzieci w szkole, autoryzację tożsamości w eJob, bilet komunikacji miejskiej, usługi zdrowotne i wszelkiego rodzaju karnety.

Późnym latem włączymy ostateczną usługę związaną z dowodem osobistym. Na jesieni zajmiemy się tzw. pakietem kierowcy, czyli dowodem rejestracyjnym, ubezpieczeniem samochodu, prawem jazdy –  żeby również te dokumenty były możliwe do sprawdzenia przez policjanta czy urzędnika za pośrednictwem smartfona. Równolegle będziemy podejmowali prace nad kartą studenta i legitymacją uczniowską, które są najbardziej pożądanym dokumentem ze wszystkich, tym bardziej że młodzi ludzie chcą mieć je zawsze pod ręką i łączyć z nimi wszelkiego rodzaju zniżki – komentuje Anna Streżyńska.

Co istotne, ważną rolę w procesie wdrażania mDokumentów odegrają również operatorzy komórkowi, którzy zadeklarowali chęć współpracy w ramach usługi mobile connect.

– W przypadku mDokumentów będzie to głównie oznaczało tyle, że opłatę za SMS-y do czasu uruchomienia mobile connect będzie ponosiło państwo, a tuż po starcie wszelkie koszty przejmą na siebie operatorzy. Pilotaż usługi ruszy na jesieni tego roku, a zakończenie prac przewidujemy na jego koniec – ocenia Anna Streżyńska.

Plany Ministerstwa Cyfryzacji sięgają jednak dalej w przyszłość. W 2018 roku planowane jest wdrożenie kolejnych dokumentów, wśród których znajdą się m.in.: karta emeryta i rencisty (posiada ją 5,5 mln ludzi), a także karta dużej rodziny.

W następnym roku pozostaje nam jeszcze mnóstwo innych dokumentów – karta emeryta i rencisty, karta dużej rodziny i inne dokumenty, które być może zasugerują nam obywatele lub znajdziemy takie, które powinny stanowić komplet. Najważniejsze, by nie nosić ze sobą ani papieru, ani plastiku, tylko móc wyjść z domu z kluczykami do samochodu i smartfonem – dodaje Anna Streżyńska.

Minister Cyfryzacji podkreśla, że aby w pełni korzystać z możliwości systemu, trzeba spełnić jedynie jeden warunek – należy się zarejestrować do platformy mID.

Każdy obywatel, który będzie chciał skorzystać z naszego systemu, będzie musiał się tylko zarejestrować na stronie internetowej naszej usługi. W ten sposób już na starcie będzie miał dostęp do elektronicznego dowodu osobistego i pakietu dokumentów kierowcy. W miarę rozwoju funkcjonalność będzie się zwiększać. Z platformy będzie można korzystać zarówno na telefonie typu smartfon, jak i na modelach starszej generacji. Co istotne, usługa będzie oparta o SMS-y, tak  więc nie będzie wymagała zaawansowanego telefonu – podsumowuje Anna Streżyńska.

Polscy inżynierowie przygotowują urządzenie badawcze do nowej misji NASA na Marsie

Najbliższe okno startowe na Marsa – występujące co 26 miesięcy – to maj 2018 roku. Właśnie wtedy wyruszy kolejna misja NASA o nazwie „InSight”, mająca na celu jeszcze dokładniejsze zbadanie Czerwonej Planety. Weźmie w niej udział „Kret”, czyli specjalne urządzenie badawcze przygotowane przez polską firmę Astronika.

„Kret” wyróżnia się nie tylko swojsko brzmiącą nazwą. Żadne inne urządzenie na żadnej planecie lub planetoidzie nie wbiło się do tej pory tak głęboko pod powierzchnię, jak uczyni to próbnik przygotowany przez polskiego producenta.

– Kret poleci na misję „InSight” NASA na Marsa w przyszłym roku. Jest to urządzenie, które używamy do tego, żeby wbić się na głębokość 5 metrów w Marsa. Jeszcze nigdy żaden penetrator, żadne inne urządzenie nie wbiło się tak głęboko w powierzchnię Marsa, a nawet żadnej innej planety czy planetoidy. Dlatego jest to innowacyjny mechanizm, jest też bardzo efektywny, bardzo szybko się wbija w różnego rodzaju grunty, więc jest to coś, czym możemy się pochwalić. – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Ewelina Ryszawa, inżynier z firmy Astronika.

Polska firma zajęła się przygotowaniem próbnika na prośbę Niemieckiej Agencji Kosmicznej. Niemcy nie byli bowiem w stanie przygotować takiego urządzenia samodzielnie.

– To rozwiązanie było wstępnie zaprezentowane przez Niemiecką Agencję Kosmiczną, niestety ich rozwiązanie nie było do końca tak efektywne jak to sobie zaplanowali. Poprosili właśnie tutaj naszego kolegę Jurka Grygorczuka o pomoc w rozwiązaniu kilku problemów. Po tych właśnie konsultacjach udało mu się ten projekt sprowadzić do Polski, do firmy Astronika. Ten projekt jest tak naprawdę rozwinięciem projektu niemieckiego i w znaczącym stopniu ulepszeniem tego projektu. – dodaje Ewelina Ryszawa.

Urządzenie jest już w pełni sprawne i gotowe do wysłania na Marsa. To już siódmy mechanizm, jaki zbudowała firma Astronika na misję NASA InSight. Poprzednie służyły do różnego rodzaju testów, zaś pierwotny plan zakładał też, że nowa sonda badawcza zostanie wystrzelona jeszcze w 2016 roku. Jej celem była realizacja kilku odrębnych projektów badawczych, np. sejsmograficznego, przygotowywanego przez ekipę francuską.

– Niestety francuski eksperyment nie zdążył, nie udał się, dlatego zdecydowano się przedłużyć tę misję o kolejne 2 lata tak, żeby właśnie ten francuski eksperyment poprawić. W tym momencie DLR poprosił nas o kolejne dwa mechanizmy. W takich przypadkach robi się głównie mechanizmy w parach, ponieważ chcemy mieć mechanizm kwalifikacyjny, na którym robimy wysokie testy, testy, które wymagają dużego obciążenia, testy wibracyjne, testy tzw. lifetesty, czyli maksymalna ilość uderzeń, w tym przypadku, ile to jest możliwe, prawie do śmierci mechanizmu. Natomiast mechanizm lotny nie może być w stu procentach tak testowany, ponieważ nie może być też aż tak obciążony, on ma działać na Marsie, a nie tutaj na Ziemi. – opowiada Ewelina Ryszawa.

Sam próbnik wygląda dość niepozornie, ale jego zaprojektowanie i wykonanie to bardzo czasochłonny i niezwykle zaawansowany technicznie proces.

– Pracowało nad tym bardzo dużo ludzi, jeżeli chodzi o samą integrację, to jest co najmniej kilkanaście osób. Ale oczywiście nie tylko chodzi o integrację, samo wytworzenie tych części to jest praca kilkunastu osób, a nawet kilkudziesięciu. Jest tu dużo różnych procesów, są procesy spawania, procesy nakładania specjalistycznych powłok. Samo nawet wytworzenie tych części to nie jest prosta sprawa. Są tutaj takie materiały jak np. wolfram, który bardzo trudno się obrabia. W cały ten projekt było zaangażowanych naprawdę wiele ludzi, co najmniej kilkadziesiąt, myślę, że nawet powyżej setki ze strony polskiej oczywiście. – zdradza Ewelina Ryszawa.

Teraz pozostaje zatem spokojnie dokończyć wszelkie testy i czekać na wystrzelenie sondy w maju przyszłego roku.

– Już wiemy, że francuski eksperyment jest gotowy, nasz eksperyment również jest gotowy, dlatego można powiedzieć praktycznie ze stuprocentową pewnością, że ta misja poleci. Szacuje się, że w okolicach końca listopada powinna wylądować na Marsie. – podsumowuje Ewelina Ryszawa 

Automatyzacja i narzędzia chmurowe przyszłością marketingu. Polska firma stworzyła innowacyjną platformę ułatwiającą takie działania

Zintegrowanie różnych kanałów i źródeł informacji o klientach pozwala tworzyć spersonalizowane kampanie marketingowe, a dzięki temu optymalizować sprzedaż i przychody. To tzw. marketing automation, najważniejszy obecnie trend w branży marketingowej. Wpisuje się w niego krakowska spółka Synerise, która stworzyła innowacyjną platformę marketingu wielokanałowego. W ciągu czterech lat jej wycena sięgnęła 50 mln zł, a wśród partnerów firmy wymienić warto Microsoft i Deloitte. 

– W ciągu kilku kolejnych lat marketing cloud i marketing z wykorzystaniem danych będzie jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi. Ten rynek jest otwarty, wciąż sporo jest na nim do zrobienia. Z naszej perspektywy możemy powiedzieć, że zainteresowanie jest bardzo duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Królewski, dyrektor generalny Synerise.

Pochodząca z Krakowa technologiczna spółka jest właścicielem wielokanałowej platformy, która umożliwia wdrożenie działań z zakresu zautomatyzowanego marketingu i przetwarzania danych. System zbiera i analizuje informacje o klientach z różnych kanałów, zarówno online (kampanie e-mail i SMS), jak i offline (wi-fi, sklepy stacjonarne).

Dzięki zintegrowaniu różnych źródeł wiedzy o klientach i ich lojalności wobec marki ułatwione zostało podejmowanie strategicznych decyzji, optymalizowanie sprzedaży i tworzenie efektywnych, personalizowanych kampanii marketingowych. Narzędzie dla marketingu i sprzedaży (Marketing & Sales Cloud) zyskuje na popularności, a w portfolio klientów Synerise znajdują się już topowe marki, zarówno polskie, jak i zagraniczne.

– Zaczęliśmy od dużych korporacji, a obecnie schodzimy szczebel niżej, do poziomu średnich firm, które coraz szerzej i coraz wyraźniej widzą konieczność automatyzacji marketingu i przewidywania pewnych aspektów swojej działalności – mówi Jarosław Królewski.

Jesienią ubiegłego roku w drodze niepublicznej, otwartej emisji spółka pozyskała kapitał na rozwój nowych produktów i wprowadzenie platformy do segmentu średnich przedsiębiorstw. Założony zaledwie cztery lata temu start-up jest już wyceniany na ponad 50 mln zł. Jego partnerem jest są największy polski telekom Orange, globalna firma doradcza Deloitte oraz Microsoft.

– Współpracujemy z Microsoftem i jesteśmy bardzo zadowoleni z tej współpracy, zarówno w kraju, jak i w wymiarze globalnym – dopowiada Jarosław Królewski.

Zdaniem dyrektora generalnego Synerise demokratyzacja w dostępie do najnowszych technologii sprawia, że przyszłość biznesową mają przed sobą nie tylko duże korporacje, lecz także mniejsze firmy. Narzędzia typu Marketing & Sales Cloud są w małych przedsiębiorstwach szczególnie potrzebne, bo umożliwiają rozwinięcie działalności bez wielkich nakładów finansowych na marketing i IT.

– Dzięki naszym dużym partnerom jesteśmy w stanie zagwarantować, że platforma zwraca się w czasie 6–12 miesięcy. Według szacunków zastosowanie marketing cloud, jeśli chodzi o segmentację, marketing automation oraz inne kwestie dotyczące sztucznej inteligencji, ma się przekładać na minimalnie 20 proc. revenue konwersji w ciągu roku – mówi Jarosław Królewski.

Synerise wpisuje się w trend tzw. marketing automation, który jest w tej chwili najważniejszą zmianą zachodzącą w branży. Dzięki specjalistycznemu oprogramowaniu firmy i przedsiębiorcy mogą gromadzić duże ilości danych o indywidualnych klientach (np. wiek, płeć, miejsce zamieszkania, aktywność w internecie). Analiza tych danych i wykorzystanie ich w marketingu pozwala zwiększyć jego efektywność. W efekcie marketing z działu typowo kosztowego zaczyna generować przychody, a jego znaczenie w strukturze firmy wzrasta.

Z globalnego badania przeprowadzonego w 2015 roku przez Ascend2 i Marketo wynika, że 91 proc. marketerów osiągających najlepsze wyniki uważa automatyzację za kluczowe narzędzie. 63 proc. firm, które efektywnie wdrożyły marketing automation, zamierza podnieść swój budżet na wydatki marketingowe.

– Budujemy wielokanałowe, omnichannelowe rozwiązania. Jesteśmy podpięci do POS-ów (point of sale wsparcie sprzedaży – przyp. red.), do sklepów e-commerce’owych i śledzimy custom of journey klienta na każdym możliwym etapie. Korzystamy też ze złożonych narzędzi, takich jak analizy predyktywne, które pozwalają przewidywać, co klient zrobi i jak zachowa się w przyszłości – mówi Jarosław Królewski.

Zdaniem dyrektora generalnego Synerise największym wyzwaniem jest konieczność zintegrowania różnego rodzaju platform i źródeł informacji, tak aby móc wprowadzić do firmy narzędzia analityczne, które będą działać już od pierwszego dnia, bez dokonywania rewolucji w strukturze i systemach informatycznych. Natomiast jedynym, a zarazem największym zagrożeniem działań związanym z marketing cloud są kwestie związane z prywatnością i ochroną danych.

– Trzeba odpowiadać na coraz wyższe wymagania w zakresie bezpieczeństwa. Z naszej perspektywy wydaje się, że partnerzy są naprawdę bardzo responsywni w tych tematach i śledzą rynek. Na pewno dobro użytkownika jest na najważniejszym miejscu i trzeba o nie zadbać – podsumowuje Jarosław Królewski.

Blinkee wypełnia rynkową lukę. Pierwsza wypożyczalnia skuterów elektrycznych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie

Blinkee wypełnia rynkową lukę. Pierwsza wypożyczalnia skuterów elektrycznych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie 15

Skutery elektryczne podbijają Warszawę. Blinkee to pierwsza tego typu wypożyczalnia w Polsce, a liczba zarejestrowanych użytkowników przekroczyła już 1000. Do czerwca 2017 roku wypożyczalnia będzie mieć w swojej flocie ponad 120 skuterów, a w przyszłości planuje rozpoczęcie działalności we wszystkich dużych miastach w Polsce.​

Jazda na skuterze elektrycznym, podobnie jak na większości innych jednośladów, jest bardzo ekonomiczna. Na jednym ładowaniu – zależnie od warunków pogodowych oraz stylu jazdy – można przejechać od 70 do 90 km. Prędkość maksymalna skuterów elektrycznych to 45 km/godz. zaś pełne ładowanie pojazdu zajmuje niespełna 4 godziny. Warto dodać, że wypożyczenie nie jest drogie – koszt usługi oferowanej przez Blinkee to zaledwie 69 groszy za minutę.

– Wiemy, że skuter elektryczny to nisza, która idealnie wpasowuje się w potrzeby zarówno warszawiaków, jak i mamy nadzieję w przyszłości pozostałych mieszkańców większych miast Polski. Sami jesteśmy aktywnymi użytkownikami tych dróg, jeździmy na jednośladach i wiemy, jak to jest przydatne. Wiemy, ile czasu oszczędzamy, wiemy, jaka to oszczędność kosztów, i w końcu wiemy, że umożliwienie takiego sposobu przemieszczania się po Warszawie dla każdego mieszkańca okaże się wartościowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Maliszewski, współzałożyciel Blinkee.

Aby skorzystać ze skutera elektrycznego, na początku należy się zarejestrować za pośrednictwem serwisu blinkee.pl, następnie przedstawić dokument identyfikacyjny – dowód osobisty lub prawo jazdy. Jeżeli klient ukończył 18 lat przed 2013 rokiem, wystarczy jedynie dowód osobisty. Po dopełnieniu wszelkich formalności pozostaje odebrać skuter i przygotować się do jazdy.

– Na skuterze elektrycznym zmieszczą się dwie dorosłe osoby. Pojazdy są homologowane do jazdy w takich warunkach, przy czym rekomendujemy jazdę w jedną osobę. W zestawie udostępniamy również jeden kask, który zapewni wygodę i należyte  bezpieczeństwo – przekonuje Paweł Maliszewski.

Sieć wypożyczalni ma objąć prawie całą Warszawę.

– Wstępnie planowaliśmy centrum Warszawy oraz dzielnice ościenne, ale już teraz wiemy, że rozszerzymy ten zakres i będzie to prawie cała Warszawa. Przy czym obszar Warszawy nie oznacza, że nie możemy wyjechać poza nią. Jest taka możliwość, ale należy pamiętać, że zakończenie użytkowania skutera musi się odbyć w wyznaczonej strefie – dodaje Paweł Maliszewski.

Co ciekawe, Blinkee nie działa jak typowa wypożyczalnia pojazdów, takich jak samochody czy rowery. Najważniejsza różnica polega na tym, że klienci mogą zostawić skuter niemal w każdym miejscu w mieście.

– Klienci mogą zostawić skuter naprawdę w dowolnym miejscu, oczywiście, jeżeli nie jest to teren zamknięty lub prywatny. Jeżeli chodzi o kwestie logistyczne, jak ładowanie tych pojazdów, to wszystko jest po naszej stronie. Widzimy, gdzie są dane skutery i jaki jest poziom naładowania baterii. Jeżeli ten poziom spada do zasięgu np. rzędu 12–13 km, to nasz pracownik jedzie, wymienia baterie, skuter na ten czas znika z mapy, tak więc nie istnieje nawet ryzyko, że ktoś go wypożyczy – mówi Paweł Maliszewski.

Aktualnie zarejestrowanych użytkowników jest już ponad 1000, a liczba ta wciąż rośnie. Do czerwca 2017 roku wypożyczalnia będzie mieć w swojej flocie ponad 120 skuterów elektrycznych. Pojazdy naszpikowane są nowymi technologiami, co zabezpiecza je przed kradzieżą.

– Dokładnie wiemy, gdzie są i z jaką prędkością się poruszają. Poza tym mamy również dokładną historię umiejscowienia w danym czasie. Kolejna sprawa to to, że kradzież takiego skutera nie będzie dla nikogo przydatna z tego względu, że są to urządzenia, które muszą być ładowane w specyficznych warunkach. Więc jeżeli nawet by to ktoś ukradł, to nic z tym w domu nie zrobi, co najwyżej zniszczy to urządzenie. Każdy z tych pojazdów jest wyposażony w nadajnik GPS oraz szereg dodatkowych urządzeń, które nie tylko monitorują, lecz także pozwalają nam na zdalne i pełne zarządzanie tymi urządzeniami – twierdzi Paweł Maliszewski.

Pełne ładowanie skutera trwa 4 godziny. Pojazdy są zasilane za pomocą specjalnych ładowarek, które znajdują się w biurze.

– W chwili, kiedy bateria jest już na wyczerpaniu, nasz pracownik przyjeżdża ją podmienić. W związku z tym dany skuter jest niedostępny w ciągu 10–15 minut na czas czynności serwisowych – mówi Paweł Maliszewski.

Pojazdy można wypożyczać do końca października, a sezon będzie rozpoczynał się każdego roku od 1 marca.

– Koszt usługi to 69 groszy za minutę, przy czym pierwsze dwie minuty są za darmo, abyśmy mogli się swobodnie przygotować do podróży. Również w ciągu dnia nie przekroczymy kwoty większej niż 69 zł. Jest to górny limit, po jego osiągnięciu użytkownik nie będzie miał naliczonej dodatkowej opłaty. Docelowo również w dłuższej perspektywie planujemy wprowadzenie dodatkowych pakietów i abonamentów – podsumowuje Paweł Maliszewski.

Rusza wielka modernizacja ogólnopolskiej sieci światłowodowej. Prace obejmą 4 tys. km połączeń

Rusza wielka modernizacja ogólnopolskiej sieci światłowodowej. Prace obejmą 4 tys. km połączeń 16

Trwają prace nad wdrożeniem systemu Dense Wavelength Division Multiplexing zakupionego przez HAWE Telekom w lutym tego roku od koncernu Huawei za kwotę 2,4 mln dolarów. Prace modernizacyjne obejmą 4 tys. km ogólnopolskiej sieci światłowodowej, zwiększając przepustowość sieci do 8 Tb/s. System zapewni również stabilniejsze łącze i praktycznie nieograniczone możliwości zestawienia usług, a co za tym idzie – przyciągnie wielu nowych klientów.

System Dense Wavelength Division Multiplexing polega na umieszczeniu wielu sygnałów optycznych w jednym łączu. Podobne rozwiązania zostały wcześniej wdrożone m.in. w USA, Chinach, Japonii, Wielkiej Brytanii i Norwegii.

– DWDM to system, który pozwala dokonywać transmisji w naszej sieci światłowodowej. Innymi słowy, aby za pomocą światłowodów móc przesyłać jakiekolwiek dane, potrzebny jest system transmisyjny. DWDM to narzędzie, które wykorzystywane jest przez dużych operatorów telekomunikacyjnych. To stosunkowo duże i drogie urządzenie, natomiast ma ono ogromne możliwości – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dominik Drozdowski, wiceprezes zarządu HAWE Telekom Sp. z o.o. w restrukturyzacji.

Modernizacja obejmie 4 tys. km ogólnopolskiej sieci światłowodowej należącej do HAWE Telekom. Wdrożenie rozpoczęło się od odcinków Poznań–Wrocław oraz Warszawa–Poznań. HAWE Telekom wybuduje również system DWDM na nowych relacjach takich jak Wrocław–Poznań, Warszawa–Biała Podlaska oraz Wrocław–Warszawa.

– System Huawei OSN 8800, który będziemy instalowali na naszej sieci, pozwala na transmisję nawet ponad 8 Tb/s na jednej parze włókien światłowodowych. To są naprawdę ogromne ilości danych, które pozwalają przesyłać zasadniczą część ruchu dużego operatora telekomunikacyjnego. System DWDM daje nam możliwość świadczenia praktycznie wszystkich oferowanych przez telekomy usług dla operatorów telekomunikacyjnych – twierdzi Dominik Drozdowski.

Wartość kontraktu to blisko 2,4 mln dolarów. System DWDM oferuje dodatkowe zalety, które dla klientów są niezwykle istotne. Pozwala lepiej monitorować i nadzorować naszą sieć pasywną, czyli te światłowody, które mamy. Tym samym, kiedy następuje awaria, jesteśmy w stanie dokładnie określić, w którym miejscu naszej sieci dokładnie wystąpiła. Dzięki temu jej usunięcie jest dużo szybsze.

Ponadto HAWE Telekom inwestuje w rozwój sieci światłowodowych w całym kraju, zwiększając ich dostępność m.in. dla operatorów lokalnych. Poprzez atrakcyjną ofertę i szersze możliwości techniczne dąży do powiększenia aktualnej bazy klientów.

– DWDM to system, który daje nam bardzo duże możliwości pozyskiwania nowych klientów. W tej chwili nie mamy praktycznie żadnego ograniczenia co do zakresu świadczonych usług i przepustowości – podsumowuje Dominik Drozdowski.

Czy powróci temat budowy jedwabnego szlaku z Chin pod Łódź?

Chińczycy coraz bardziej interesują się wejściem na polski rynek. Chcą też kupować polskie firmy. Czy powróci pomysł budowy tzw. jedwabnego szlaku, czyli linii kolejowej do centrum logistycznego, które miałoby powstać w okolicy Łodzi?

-Taki przeładunkowy hub na Europę dla Chin, to bardzo pożądana inwestycja – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zięba, partner zarządzający w kancelarii prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).

Skąd taka ocena? To dlatego, że z KZP rozmawiają potencjalni chińscy inwestorzy. Więcej na ten temat w materiale wideo.

Świetne dane z polskiej gospodarki nie pomogły złotemu i giełdzie

Marzec przyniósł silne przyspieszenie polskiej gospodarki. Ruszyły przede wszystkim unijne inwestycje. Nie jest wykluczone, że w I kwartale wzrost PKB sięgnie 4 proc. Te optymistyczne sygnały jednak nie znalazły pozytywnego przełożenia na złotego i ceny akcji na warszawskiej giełdzie.

Polska gospodarka wrzuciła kolejny bieg. W marcu, jak wynika z opublikowanych dziś danych przez Główny Urząd Statystyczny (GUS), roczna dynamika produkcji przemysłowej ukształtowała się na poziomie 11,1 proc. wobec zaledwie 1,2 proc. w lutym. To najwyższy wynik od ponad 6 lat. Sprzedaż detaliczna zaś wzrosła o 9,7 proc., po tym jak miesiąc wcześniej zanotowała skok o 7,3 proc. To natomiast trzeci najwyższy wynik na przestrzeni ostatnich 5 lat.

Dane pozytywnie zaskoczyły, znacznie przekraczając, i tak już optymistyczne, rynkowe oczekiwania (odpowiednio 7,15 proc. i 8,2 proc.). W przypadku produkcji motorem napędowym była produkcja budowlano-montażowa. W marcu wzrosła ona aż o 17,2 proc. w relacji rocznej, co jest najwyższym wynikiem od 3 lat. Ten mocny skok to efekt rozkręcania się inwestycji finansowanych ze środków unijnych, co jest dobrą prognozą na przyszłość. Wynik sprzedaży detalicznej zaś podkręciły m.in. zakupy mebli, RTV, odzieży i obuwia. Kwiecień pod tym względem, z uwagi na Święta Wielkanocne i wciąż utrzymujący się efekt bazy (rok wcześniej sprzedaż wzrosła o 3,2 proc.), ponownie będzie dobrym miesiącem.

Dzisiejsze, ale też i wcześniejsze marcowe raporty, mogą sugerować silne przyspieszenie dynamiki polskiego PKB w I kwartale br. Jest prawdopodobne, że wzrost sięgnie 4 proc. rok do roku wobec 2,7 proc. w ostatnich 3. miesiącach 2016 roku. Aktualny rynkowy konsensus to 3,5 proc. R/R. Takie przyspieszenie oznaczałoby najlepszy wynik od ostatniego kwartału 20151 roku, gdy polska gospodarka rosła w tempie 4,6 proc.

Dzisiejsze świetne dane nie zdołały wesprzeć złotego, który osłabił się do euro, szwajcarskiego franka oraz funta, zyskując tylko do dolara. Wprawdzie, bezpośrednie po komunikacie GUS-u, złoty umocnił się do tych walut, ale była to tylko reakcja chwilowa. W kolejnych godzinach już systematycznie tracił on na wartości.

O godzinie 17:09 kurs EUR/PLN testował poziom 4,27 zł (+1,3 gr), CHF/PLN 3,9860 zł (+0,5 gr), GBP/PLN 5,0910 zł (+1 gr), a USD/PLN 3,9660 zł (-0,9 gr). Zwraca uwagę, że popołudniowe osłabienie złotego miało miejsce pomimo poprawy klimatu inwestycyjnego na rynkach globalnych i wzrost notowań EUR/USD, czyli w warunkach, które powinny sprzyjać polskiej walucie. Trudno też jej osłabienie wiązać z narastającymi obawami przed niedzielnymi wyborami prezydenckimi we Francji, bo zachowanie rynków światowych, w tym przede wszystkim dzisiejszy wzrost francuskiego indeksu CAC40 aż o 1,74 proc., przeczy tezie o wzroście ryzyka politycznego. Wręcz przeciwnie. Paryska giełda zachowuje się tak, jakby to ryzyko gdzieś zniknęło.

Bardzo dobre wyniki produkcji i sprzedaży nie wsparły też cen akcji na warszawskiej giełdzie. Wprawdzie indeks WIG20 zakończył czwartkową sesję wzrostem o 0,5 proc. do 2285,8 pkt. Jednak z analizy przebiegu sesji wynika, że nie było bezpośredniej reakcji na dane. Sam indeks po przedpołudniowym wystrzale do 2291,55 pkt. w kolejnych godzinach systematycznie się osuwał, schodząc duz przed zakończeniem sesji poniżej środowego zamknięcia. Sam wzrost o 0,5 proc. był zaś efektem podciągnięcia kursów w końcówce notowań.

Podsumowując, krajowi inwestorzy mają świadomość, że polska gospodarka wrzuciła wyższy bieg. To jednak jest już w cenach, o czym świadczy dzisiejszy brak reakcji na świetne dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Tym samym, w kolejnych tygodniach koniunkturę na GPW oraz zachowanie złotego w głównej mierze będą kształtować czynniki globalne. Dane z rodzimej gospodarki będą zaś zauważane jedynie wtedy, gdy będą one istotnie gorsze od oczekiwań, co będzie burzyć ten optymistyczny obraz gospodarki jaki w głowach mają inwestorzy.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Nowe perspektywy dla sektora finansowego, czyli Spotkanie Liderów Bankowości i Ubezpieczeń 2017

12-13 kwietnia 2017 roku, w Hotelu Sheraton w Warszawie odbyło się Spotkanie Liderów Bankowości i Ubezpieczeń, składające się z: XIII Banking Forum, IX Insurance Forum oraz VI Wielkiej Gali Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń. Jest to cykliczne wydarzenie organizowane przez MMC Polska, skupiające wszystkie najważniejsze osobistości i spółki reprezentujące polski sektor finansowy. Wydarzenie zgromadziło 645 uczestników, którzy mieli okazję wziąć udział w 11 panelach dyskusyjnych, czynnie realizowanych przez 79 prelegentów.

Pierwszy dzień spotkania rozpoczął się od części wspólnej dla XIII Banking Forum i IX Insurance Forum. Małgorzata Zaleska, Dyrektor Instytutu Bankowości, SGH, moderowała panel dyskusyjny „Regulacje w kontekście nowych technologii i podatków”. Rozmawiano w nim o skutkach dla gospodarki, sektora finansowego oraz klientów, szansach i wyzwaniach piaskownicy regulacyjnej, MIFID-ie a ryzyku systemowym, wpływu podatku od instytucji finansowych na rozwój banków i ubezpieczycieli oraz współpracy na linii biznes – administracja. Prelegentami bloku byli: Joao Bras Jorge (Prezes Zarządu, Bank Millennium), Krzysztof Kalicki (Prezes Zarządu, Deutsche Bank Polska), Prof. Konrad Raczkowski, Przewodniczący Rady Nadzorczej, DM BOŚ S.A), Andrzej Sieradz (Digital Advisor, Microsoft).

Drugi panel dyskusyjny „Finanse w dobie cyfryzacji” rozpoczął swoją prezentacją Dariusz Piotrowski, Członek Zarządu, Microsoft. Dyskutowano o tym, jak kreować nowe modele biznesowe i wyznaczać nowoczesne trendy rozwoju w oparciu o innowacyjne technologie, o tempie i kierunkach rozwoju technologii, zmianach wykorzystania technologii przez banki,  kosztach kierunków zmian technologicznych, oczekiwaniach klientów nowoczesnych (millenialsach), ekspresowej smartfonizacji społeczeństwa oraz sposobach dotarcia do klienta nietradycyjnego. Debatę moderował Dariusz Piotrowski (Członek Zarządu, Microsoft), a gronie prelegentów zasiedli m.in: Zbigniew Jagiełło (Prezes Zarządu, PKO Bank Polski), Piotr Czarnecki (Prezes Zarządu, Raiffeisen Polbank), Brunon Bartkiewicz (Prezes Zarządu, ING Bank Śląski), Małgorzata Szturmowicz (Członek Zarządu, Idea Bank), Daniel Arak (Członek Zarządu, ITMAGINATION), Norbert Biedrzycki (CEO Atos Polska, VP CEE System Intergation).

Następnie miały miejsce dwa symultanicznie odbywające się panele, jeden XIII Banking Forum: „Wpływ Regulacji na Strategie Banków”, drugi IX Insurance Forum: „Nowe ryzyka ubezpieczeniowe jako szansa na rozwój nowych produktów i branży ubezpieczeniowej”. Pierwszy poruszył tematy związane z kapitałem zaufania, ryzykiem conduct, MiFID II i RODO oraz nowymi regulacjami a ograniczeniami przyjętymi przez banki strategii biznesowych. Drugi natomiast zajął się przeglądem najbardziej interesujących branż jako inspiracji dla nowych produktów oraz miejscami, gdzie szukać nowych ryzyk ubezpieczeniowych, w jakich obszarach życia i branżach.

Drugi dzień Spotkania Liderów Bankowości i Ubezpieczeń został podzielony na dwa równolegle odbywające się spotkania. Pierwszy panel XIII Banking Forum „Trendy w płatnościach: Polska pod wieloma względami już jest liderem – jak możemy skorzystać z rozwoju płatności nowej generacji, przyśpieszyć ich wzrost i utrzymać pozycję lidera w tej sferze? Jakie zmiany czekają nas na rynku płatności?” moderował Paweł Widawski, Dyrektor Zespołu Systemów Płatniczych, Bankowości Elektronicznej i Bezpieczeństwa Banków, Związek Banków Polskich. Podczas bloku dyskutowano o przewidywanych/planowanych nowych rozwiązaniach, popularyzacji płatności elektronicznych oraz wpływowi rozwoju płatności bezgotówkowych na ściągalność podatków.

Kolejnym panelem był „Status adopcji chmury w sektorze bankowym”. Paneliści starali się odpowiedzieć na pytania: Gdzie dziś jesteśmy? Co się udało? Co jest jeszcze do zrobienia? Czy mamy już funkcjonujące wdrożenia rozwiązań chmurowych? W jakich obszarach? Jakie są ich efekty? Moderatorem był Andrzej Gibas (Dyrektor Sektora Finansowego, Microsoft), a swoimi opiniami dzielili się m.in.: Dorota Poniatowska-Mańczak (Chief Information Officer, Credit Agricole), Tomasz Motyl (Chief Innovation Officer, Alior Bank), Roman Szwed (Prezes Zarządu, Atende), Jarosław Wolak (Dyrektor Działu Prawnego, mBank), Agata   Szeliga (Partner, Radca Prawny, Kancelaria SKS), Marek Zamłyński (Dyrektor Zarządzający, IDC Poland)

Drugi dzień IX Insurance Forum rozpoczął panel „Nowe Pokolenie – wyzwania dla branży, produktów, kanałów dystrybucji”. Dyskutowano o pokoleniu Y i Z, nowych modelach biznesowych w ubezpieczeniach, pierwszej generacji, która wyrosła w świecie posiadającym szeroki dostęp do informacji z uwag na niespotykany wcześniej w dziejach ludzkości rozwój technologii oraz tym, jak konstruować produkty i procesy ubezpieczeniowe, aby zapewnić Millenialsom poczucie stałej opieki i feedbacku.  Uczestnicy mieli okazję wysłuchać też głosu panelistów w dyskusji na temat „Nowych modeli operacyjnych – cyfryzacji i robotyzacji w ubezpieczeniach”. Drugi dzień IX Insurance Forum zakończył panel „Przyszłość ubezpieczeń komunikacyjnych, w którym mówiono o roli ubezpieczeń komunikacyjnych w gospodarce oraz dla zakładów ubezpieczeń; warunkach, jakie powinny być spełnione aby ubezpieczyciele osiągali rentowność w ubezpieczeniach komunikacyjnych.  Panelistami tych paneli byli m.in.: Agnieszka Wrońska (Prezes Zarządu, Link4), Rafał Cegieła (Dyrektor Zarządzający ds. Produktów Majątkowych, PZU S.A.), Michał Gomowski (Prezes Zarządu, Benefia Ubezpieczenia), Radosław Kamiński (COO, Allianz), Rafał Stankiewicz (Wiceprezes Zarządu, Warta), Daniel Arak (Członek Zarządu, ITMAGINATION).

Zwieńczeniem pierwszego dnia wydarzenia była VI Wielka Gala Liderów Świata Bankowości i Ubezpieczeń, podczas której niezależna Kapituła Konkursowa, składająca się z uznanych autorytetów w branży, nagrodziła osoby, które przyczyniły się do rozwoju sektora bankowego i ubezpieczeniowego, jak też najlepszych instytucji i najciekawszych rozwiązań minionego roku, w następujących kategoriach:

  • Najlepszy bank – Alior Bank
  • Najciekawsza innowacja dla banku – Google za aplikację Android Pay
  • Najbardziej innowacyjny bank – mBank
  • Najbardziej przyjazny bank – ING Bank Śląski
  • Najlepsza firma ubezpieczeniowa – ERGO Hestia
  • Najciekawsza innowacja dla ubezpieczeń – Atena za Platformę Informatyczną dla Ubezpieczeń SPACE
  • Najbardziej przyjazny ubezpieczyciel – Ubezpieczenia Pocztowe
  • Najlepszy cyfrowy ubezpieczyciel – Compensa
  • Nagroda Specjalna od Kapituły Konkursowej – otrzymał Wojciech Kwaśniak

2049 złotych brutto – co najmniej tyle, od przyszłego roku, może wynosić płaca minimalna

2049 złotych brutto – co najmniej tyle, od przyszłego roku, może wynosić płaca minimalna. Stawka godzinowa może wzrosnąć zaś, co najmniej, do 13,30 złotych brutto za godzinę.

Tak wynika z najnowszych, rządowych prognoz makroekonomicznych oraz przepisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, które zakładają automatyczny wzrost płacy minimalnej. Kwoty te będą stanowić punkt odniesienia w negocjacjach wysokości płacy minimalnej pomiędzy organizacjami pracodawców a związkami zawodowymi w ramach Rady Dialogu Społecznego.

Poznaliśmy prognozowane przez Ministerstwo Finansów wartości podstawowych wskaźników makroekonomicznych na kolejne lata, jakie znalazły się w najnowszej aktualizacji programu konwergencji oraz wieloletnim planie finansowym państwa. Zazwyczaj te same prognozy przedstawiane są później również w założeniach budżetu państwa na kolejny rok. A także stanowią podstawę do wyliczania minimalnego, dopuszczanego wzrostu płacy minimalnej.

Z uwagi na to, że prognoza inflacji na 2016 r. po raz kolejny została przestrzelona (w założeniach ustawy budżetowej zakładano średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 1,7% rok do roku, podczas gdy w rzeczywistości nastąpił ich spadek o 0,6% rok do roku), przewidziany w ustawie mechanizm tzw. wskaźnika weryfikacyjnego sprowadza w dół wysokość płacy minimalnej stanowiącej punkt wyjściowy do dalszych obliczeń. Prognozowany na 2018 r. relatywnie dynamiczny wzrost PKB (o 3,8%) oraz średnioroczny wskaźnik inflacji bliski celowi NBP (2,3%) przekładają się jednak na znacznie dalej idące podniesienie najniższego dopuszczalnego pułapu minimalnego wynagrodzenia. Oznacza to, że płaca minimalna musiałaby wynieść co najmniej 2049 zł brutto miesięcznie, a minimalna stawka godzinowa (zaokrąglana zgodnie z przepisami ustawy do pełnych dziesiątek groszy) – 13,30 zł brutto.

Oficjalnie informacja ta zostanie potwierdzona do 10 maja, bowiem w tym terminie strona rządowa jest zobowiązana do formalnego przedstawienia prognozowanych wielkości makroekonomicznych partnerom społecznym. Później pracodawcy i związki zawodowe podejmą prace zmierzające w kierunku wypracowania wspólnej propozycji m.in. w zakresie wysokości płacy minimalnej w 2018 r. Wymaga podkreślenia, iż na obecnym etapie, gdy nie zostały jeszcze wszczęte jakiekolwiek formalne procedury, Pracodawcy RP nie wyrażają stanowiska w kwestii proponowanej wysokości płacy minimalnej. Nasza propozycja będzie uwzględniać szereg czynników, w tym m.in. sytuację panującą na rynku pracy, jak również poziom płacy minimalnej w stosunku do średniego wynagrodzenia.

Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP

Inwestycje w cieniu reflacji…

Analitycy Fidelity International w najnowszym raporcie prezentującym prognozy inwestycyjne na rok 2017 r zwracają uwagę na nową politykę fiskalną Donalda Trumpa oraz wpływ jaki może ona mieć na rynki akcji, obligacji oraz aktywów alternatywnych takich jak m.in. rynek nieruchomości oraz surowców. Analitycy Fidelity podkreślają, że rynki z dużą rezerwą podchodzą do zapowiadanej przez Trumpa presji inflacyjnej oraz reflacji.

Fidelity International diagnozuje także, że:  

  • Gospodarka światowa rośnie, a fundamenty przedsiębiorstw poprawiają się.
  • Hossa na rynkach trwa, ale jest na późnym etapie i będzie napędzana przez wzrost przychodów. W rezultacie wybór odpowiednich spółek odegra ważniejszą rolę niż wybór poszczególnych sektorów.
  • Ryzyko polityczne pozostaje nadal na podwyższonym poziomie.

Wg autorów raportu temat reflacji fiskalnej jest ciągle aktualny, ale zdaniem Fidelity International w tym roku mogą nadejść pewne zawirowania. Przede wszystkim ze względu na  utrzymywane zastygnięcie, a jednocześnie osłabienie wskaźników dotyczących wzrostu gospodarczego oraz inflacji. Ponadto inwestorzy cierpliwie czekają na szczegóły i konkretne działania dotyczące nowej polityki „pro-growth” Donalda Trumpa, a szczególnie te dotyczące ulg podatkowych i inwestycji infrastrukturalnych. Chociaż nowy prezydent Stanów Zjednoczonych wydaje się być zobowiązany do realizacji swoich obietnic, to rynki oczekują konkretnych działań i zmian.

W międzyczasie, zdaniem analityków keynesowska koncepcja stagnacji sekularnej oddaliła się. Pomimo tego, teoria która w ostatnich latach była podawana za przyczynę wolniejszego wzrostu i utrzymania niskich stóp procentowych, w dalszym ciągu ma swoich zwolenników. W raporcie zwrócono również uwagę na to, że nie obserwuje się szkodliwego „wielkiego” obrotu poza rynkami obligacji. Wysoki poziom zadłużenia, starzenie się społeczeństw oraz niska produktywność stanowią z kolei stale realny problem. Z pewnością zapowiadana trajektoria wzrostu, którą firmuje swoją polityką Donald Trump, ma przed sobą spore przeszkody.

Jeśli chodzi o rynek akcji, eksperci w dalszym ciągu uważają, że akcje będą „przeważać” nad obligacjami. Ewentualne postępy w zakresie pobudzenia fiskalnego i infrastrukturalnego w Stanach Zjednoczonych potwierdzą zapowiadany wzrost wynikający z reflacji, a także pozytywnie wpłyną na wzrost na rynkach akcji. Zdaniem autorów raportu, wchodzimy obecnie w późny etap szeroko zakrojonej hossy na rynku papierów wartościowych, gdzie przewodnictwo USA będzie coraz mniejsze.

Analitycy pozostają umiarkowanie pozytywnie nastawieni do surowców. Ostatnie przyspieszenie globalnego wzrostu ma znaczenie dla szczególnie wrażliwych, na zawirowania gospodarcze, zasobów, takich jak wyroby przemysłowe czy ropa. Pomimo ostatniego spadku cen ropy poniżej 50 dolarów za baryłkę, eksperci utrzymują pozytywne zdanie nt. rynku surowców energetycznych.

W swoim raporcie Fidelity International prezentuje najświeższe spostrzeżenia i prognozy dotyczące aktywów inwestycyjnych. Poglądy te opierają się na fundamentalnym badaniu, któremu poddawane są firmy, rządy, emitenci, rynek nieruchomości i najemcy. W oparciu o własne zagregowane prognozy wskazują konkretne regiony świata oraz najbardziej i najmniej atrakcyjne sektory, jeśli chodzi o potencjał wzrostu i zysku. Więcej w pełnej wersji raportu.

Ropa i kurs dolara zniżkują

  • Wybory we Francji ważniejsze dla rynków niż brytyjskie referendum czy wybory w USA
  • Ropa i dolar zniżkują
  • Kłopoty dwóch największych giełd kryptowalutowych

 ROPA 20 04 2017 wykres

Rynki wciąż próbują przetrawić szok, jaki doznały po deklaracji Theresy May o rozpisaniu wyborów parlamentarnych w czerwcu. Brytyjska premier niewątpliwie skradła uwagę światowych rynku Francuzom, ze względu na niedzielne wybory prezydenckie. Natomiast nad Sekwaną pojawiają się scenariusze przewidujące starcie w drugiej turze pomiędzy Marine Le Pen a Jean-Lucem Melenchonem, który traci już tylko 5 proc. do prowadzącego w sondażach Emmanuela Marcona. Francuskie wybory mają znacznie większy potencjał, jeśli chodzi o wpływ na światowe rynki finansowe niż ubiegłoroczne referendum w wielkiej Brytanii czy nawet wybory w USA. W przypadku zwycięstwa eurosceptycznej kandydatki Frontu Narodowego, rynki nie będą w stanie spokojnie znieść prawdopodobieństwo wyjścia z Unii kolejnego członka. Presja, z jaką wtedy będzie musiało się zmagać euro jest wręcz niewyobrażalna.

Indeksy w USA zaprezentowały się wczoraj słabo po ogłoszeniu przez Departament Engerii (DoE) spadku zapasów ropy w USA, co miało także wpływ na zniżkę cen ropy naftowej, która dziś rano utrzymywała się poziomie 51.2 USD. Także dolar amerykański dziś odnotowuje straty. US Dollar Index pikuje z poziomu 99,5 do 99.3.

Możliwe, że nie ma na to wpływu fakt, iż dwie największe giełdy kryptowalutowe Bitfinex oraz Poloniex ze względu na kwestie związane z regulacjami nie są w stanie przeprowadzać już transferów w walutach fiducjarnych. Aktualnie na klientów tych dwóch giełd padł blady strach. Ktokolwiek posiada dolary na rachunkach Bitfinekstu czy Polonieksu obecnie wymienia je na kryptowaluty i wycofuje środki. Także spread został w tym przypadku znacznie powiększony. Giełdy w celu zabezpieczenia się przed gwałtownym wycofaniem aktywów wyceniają bitcoina na poziomie 1260 USD, pomimo, iż jego obecny kurs wynosi 1215 USD. Obserwując kurs bitcoina z ostatnich 3 miesięcy, można się spodziewać nieuchronnego przełomu. Po otrzymaniu solidnego wsparcia na poziomie 950 USD pod koniec marca, kurs stale wzrasta.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Zastrzeżenie

Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany.

Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 20 kwietnia.

Aby przetrwać polskie cementownie zmuszone są do kupowania uprawnień do emisji CO2 na giełdzie

W związku z rosnącymi nakładami inwestycyjnymi, rozwijającym się budownictwem mieszkaniowym i infrastrukturalnym, sprzedaż cementu w Polsce w 2017 roku wyniesie 16,1 mln ton (o 2,5% więcej niż w 2016 r.), a w 2018 roku sięgnie 17 mln ton – przewiduje Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych dla Stowarzyszenia Producentów Cementu. Dla przyszłości branży cementowej w Polsce ogromne znaczenie ma kształt Europejskiego Systemu Handlu Emisjami.

Jak informuje Stowarzyszenie Producentów Cementu inwestycje przeprowadzone w przemyśle cementowym w ciągu ostatnich 20 lat wpłynęły na zdecydowaną poprawę oddziaływania zakładów na środowisko. Od lat cementownie nie tylko nie są już uciążliwe dla środowiska, ale wręcz pomagają w rozwiązywaniu problemów środowiskowych m.in. związanych z zagospodarowaniem odpadów. W piecach cementowych w Polsce, w bezodpadowym procesie spalania, można zagospodarować nawet 12% powstających w kraju odpadów komunalnych w postaci paliw alternatywnych. Cementownie są obecnie jedynym sektorem przemysłowym w Polsce wykorzystującym paliwa alternatywne na bazie odpadów komunalnych (tzw. RDF). Aktualnie branża cementowa zużywa ponad 1,4 mln ton paliw alternatywnych, w tym około 1 mln ton stanowią frakcje komunalne.

Dzięki wykorzystaniu paliw alternatywnych oszczędzane są paliwa kopalne. Według danych SPC średnio 60% ciepła pochodzącego z paliw kopalnych jest zastępowane przez ciepło powstające w wyniku spalania paliw alternatywnych. W dwóch cementowniach wskaźnik ten przekracza 80%.

Pod koniec 2016 roku i na początku 2017 toczyła się dyskusja nad przyszłymi zasadami funkcjonowania Europejskiego Systemu Handlu Emisjami, w której aktywny udział brali przedstawiciele SPC. W Parlamencie Europejskim w marcu 2017 r. odrzucono projekt dyskryminujący branżę cementową i wapienniczą, który zakładał kupowanie 100% pozwoleń na emisję CO2 od 2023 roku.

Jak informuje Stowarzyszenie Producentów Cementu przemysł cementowy musi pozostać na liście sektorów zagrożonych wyciekiem emisji tzw. carbon leakage a cementownie muszą mieć możliwość dostępu do bezpłatnych uprawnień, bez których produkcja cementu jest niemożliwa w warunkach zdrowej konkurencji (z producentami spoza granic UE, którzy nie są objęci EUETS). 63% emisji CO2 powstającej podczas produkcji klinkieru to emisja procesowa, będąca wynikiem rozkładu węglanu wapnia.

Zdaniem SPC należy myśleć o wyłącznie sharmonizowanych zasadach rekompensat dla sektorów narażonych na zwiększenie kosztów produkcji powodowanych przez EUETS.

Krzysztof Rewers członkiem zarządu Work Service S.A.

W dniu 20 kwietnia br. Rada Nadzorcza powołała Krzysztofa Rewersa w skład Zarządu Work Service S.A. Obejmie on funkcję Wiceprezesa odpowiedzialnego za nadzór nad polityką finansową i rachunkową Grupy oraz nadzór finansowy nad Spółkami zależnymi Grupy Kapitałowej Work Service.

Krzysztof Rewers posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie finansów, rachunkowości i konsultingu. Z Work Service jest związany od sierpnia 2014, gdy objął stanowisko Dyrektora Finansowego. W ramach swoich obowiązków odpowiadał m.in. za pozyskiwanie finansowania dłużnego i kapitałowego na rozwój działalności Grupy, a także sprawował nadzór finansowy nad procesami M&A. Wcześniej przez 8 lat pracował w jednej z wiodących firm konsultingowych PwC, gdzie odpowiadał m.in. za nadzór nad prowadzeniem badań i przeglądów sprawozdań finansowych podmiotów należących do grup kapitałowych notowanych na giełdach zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jest absolwentem Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Posiada uprawnienia Biegłego Rewidenta oraz jest członkiem Association of Chartered Certified Accountants  (ACCA).

Krzysztof Rewers obejmie funkcję Wiceprezesa Work Service S.A. z dniem 1 maja br.

Mobilne tajemnice gonią Wiedźmina

Hasło „Gry komputerowe – nasz towar eksportowy” obiega rodzime media od kilku lat. I choć CD Projekt RED i Techland zyskały na jego fali ogólnopolską rozpoznawalność i stały się są powodem narodowej dumy, to podstawą funkcjonowania tej branży są powszechnie nieznane studia działające w zupełnie innym modelu dystrybucji.

O cyklu „Wiedźmin” słyszała cała Polska. Istotne znaczenie dla jego popularności miały zarówno walory trzeciej części, jak i doskonałe wyczucie momentu zapotrzebowania na gatunek, który reprezentuje, oraz skuteczne zabiegi marketingowe (swego czasu premier naszego kraju podarował grę prezydentowi Stanów Zjednoczonych). Dość szeroką rozpoznawalnością cieszy się  także „Dying Light” – aplikacja firmy Techland eksploatującą modny ostatnio temat zombie. Tego rodzaju wielkobudżetowe produkcje są najbardziej spektakularnym i najchętniej poruszanym przez media tematem dotyczącym tego sektora gospodarki. Jednak w globalnej perspektywie najbardziej liczącym się segmentem rynku gier komputerowych są aplikacje na platformy mobilne. Według szacunków przedstawionych w raporcie firmy doradczo-konsultingowej Newzoo, transakcje z nimi związane miały w 2016 roku przynieść przychody na poziomie 36,9 miliardów dolarów. Nie tylko stanowią one 37% wartości światowej elektronicznej rozrywki, ale są także najszybciej rozwijającą się grupą produktową w jej obrębie. W porównaniu rok do roku sprzedaż gier na smartphony wzrosła o 23,7%, a na tablety – 6,4%. W tym samym czasie, dynamika obrotów aplikacji na konsole i komputery wyniosła odpowiednio 4,5% oraz 4,2%. Wiele wskazuje na to, że przyszłość branży stanowią producenci niewielkich, ale za to niezwykle popularnych programów. Wśród liczących się na światowym rynku graczy znajdują się także polskie firmy, a kolejne poszukują sposobów, by do nich dołączyć.

Konieczność „mobilizacji”

W ciągu ostatnich lat na polskim rynku aplikacji mobilnych miało miejsce kilka transakcji ukazujących potencjał ich producentów. Notowany na GPW fundusz MCI.TechVentures 1.0 zainwestował w Ganymede, „jedną z największych polskich spółek z branży gier komputerowych”, posiadającą w swoim portfelu kilkadziesiąt oferowanych w ponad stu krajach tytułów typu social casino. Według danych z 2015 roku, ten segment charakteryzował się dynamiką wzrostu przychodów na poziomie +50% rocznie. Finansowanie, którego wartość szacowano na 2,5 mln dolarów, przeznaczono na rozwój nowych gier tego gatunku na urządzenia mobilne, mających według zapowiedzi firmy stać się w przyszłości głównym obszarem jej działalności. Takie plany inwestycyjne znajdują głębokie uzasadnienie w danych „2016 Global Games Market Report”. Przychody witryn, na których z poziomu przeglądarki internetowej dostępne były proste gry, spadły rok do roku o 7,5%. Klienci wolą dziś grać w nie na platformach mobilnych. A że głównym kanałem dotarcia Ganymede do użytkowników był dotychczas portal GameDesire (po dofinansowaniu spółka przyjęła tę nazwę), naturalnym wydaje się położenie nacisku na produkcje przeznaczone na smartfony i tablety. Istnieją przesłanki, by sądzić, że nie jest to odosobniony przypadek i również inne polskie studia dążą do zagospodarowania właściwych sobie nisz na urządzeniach przenośnych.

Ukryty potencjał

W listopadzie 2016 roku na parkiet GPW weszło studio Artifex Mundi. Według informacji na swojej witrynie firma jest jednym z największych na świecie wydawców i producentów gier przygodowych. W jej portfolio dominują „HOPA” – Hidden Object Puzzle Adventure. Zadaniem użytkownika tego typu formatu jest odkrywanie ukrytych przedmiotów na kolejnych planszach, połączonych fabułą – często osadzoną w stylistyce fantasy, horroru lub detektywistycznej zagadki. Od swego powstania w 2006 roku studio wydało ponad 40 tytułów i obecnie z powodzeniem funkcjonuje na rynku międzynarodowym. Wkrótce po wejściu na giełdę, firma zapowiedziała, że w ciągu 2 miesięcy odbędzie się 6 kolejnych premier – zarówno na konsole domowe, Apple TV i Amazon Fire TV, PC, jak i urządzenia mobilne. Można więc odnieść wrażenie, że finansowanie uzyskane dzięki emisji akcji wykorzystano na przyspieszenie produkcji i przenoszenie tytułów na kolejne platformy. W ślady Artifex Mundi chce pójść nowopowstałe wrocławskie studio Splendid Stories. Jako niszę do zagospodarowania zidentyfikowali rynek gier typu Hidden Object dla najmłodszych.

Marek Guzowski, prezes Splendid Stories
Marek Guzowski, prezes Splendid Stories

Za zaadresowaniem tej grupy odbiorców przemówiła demografia. Amerykańska średnia wieku graczy to 35 lat. Statystycznie, pierwsze dziecko przychodzi w tej populacji na świat, gdy matka ma 26 lat – argumentuje Marek Guzowski, prezes Splendid Stories. – Wspólna gra z najmłodszymi członkami rodziny powinna być naturalnym sposobem spędzania czasu. Postanowiliśmy stworzyć aplikację, która bazuje na jednym z najpopularniejszych modeli rozrywki i – z jednej strony – pozwala zająć dziecko bezpieczną zabawą, a z drugiej – daje propozycje wspólnych aktywności w „prawdziwym świecie” – wyjaśnia producent gry „Detektyw Pozytywka Ulica Tajemnic”. Aplikacja bazuje na znanym polskiej publiczności cyklu wydawnictw z dedukcyjnymi zadaniami dla najmłodszych. Ich charakter odzwierciedlono poprzez poszukiwania ukrytych przedmiotów na planszach wyglądających jak książkowe ilustracje. Podobnie jak w produkcjach Artifex Mundi, są one połączone fabułą, w którą wplecione są kolejne zagadki. Inny jest jednak wiodący sposób dystrybucji. Zamiast niewielkich opłat za ściągnięcie, zastosowano tu znany z produkcji GameDesire system Free to Play. Sama gra jest darmowa, istnieje jednak możliwość wykupienia wewnątrz niej przedmiotów przyspieszających przechodzenie do kolejnych etapów. Pytanie, czy takie połączenie dwóch sprawnie funkcjonujących modeli odniesie sukces. Ciekawe jest również to, czy próby włączenia w grę całych rodzin spotkają się z zainteresowaniem użytkowników. Przekonamy się wkrótce, bo światowa premiera „Detektywa Pozytywki Ulicy Tajemnic” miała miejsce pod koniec marca 2017 roku

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Filary hossy upadają, a ona trwa

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Seria ostatnich wiadomości była dla inwestorów wyjątkowo niekorzystna. Zakwestionowane zostały praktycznie wszystkie filary hossy, a dodatkowo pojawiły się nowe problemy. Zaczynając od najbardziej nośnego tematu: nowego prezydenta USA, wydaje się, że obniżenie podatków, program deregulacji i odnowienia infrastruktury coraz bardziej się oddalają i szanse na pełne spełnienie nadziei inwestorów wydają się nadzwyczaj nikłe. Wyraźnie wytraciła tempo również „reflacja”, która szczególnie silne napędzała zakupy akcji spółek finansowych oraz po części również surowcowych. Ostatnie odczyty inflacji w USA i Europie wydają się iść po myśli bankierów centralnych, którzy wcześniejsze wyraźne przyspieszenie wzrostów cen odczytywali jako jednorazowy wyskok z uwagi na efekty bazowe. W konsekwencji banki, które po wyborach prezydenckich napędzały hossę na Wall Street, złapały zauważalną zadyszkę i gromadzący je indeks od szczytu ustanowionego na początku marca stracił już 8,5%, zbliżając się tym samym do psychologicznego poziomu 10%, stanowiącego w amerykańskim rozumieniu klasyczną korektę. Rozpoczęty w minionym tygodniu sezon wynikowy jak na razie nie przynosi poprawy sytuacji, mimo że spółki tradycyjnie w większości publikują lepsze od oczekiwań wyniki. Kolejnym i tak naprawdę najważniejszym motorem hossy była wiara w cykliczne ożywienie koniunktury. Ten element wraz z publikacją nieco gorszych danych z USA również ostatnio zawodzi. Tym samym utrzymują się bardzo duże różnice pomiędzy odczytami ankietowymi a tymi opisującym realną koniunkturę. Na dodatek pojawiły się problemy natury geopolitycznej z nowym ogniskiem zapalnym w postaci Korei Północnej. Nastrojów nie poprawił również protokół z ostatniego posiedzenia FOMC, zgodnie z którym Fed powinien w dalszej części tego roku podjąć kroki w celu rozpoczęcia redukcji sumy bilansowej wynoszącej 4,5 biliona dolarów. Na dodatek członkowie monetarnego gremium przeprowadzili dłuższą rozmowę na temat rynku akcji, w której część z nich wskazała na wysokie wyceny akcji w relacji do historycznej normy. Ostatnim straszakiem na byków są nieuchronnie zbliżające się wybory prezydenckie we Francji i duża doza niepewności związana z wynikiem zaplanowanej na najbliższą niedzielę pierwszej tury głosowania. Co jednak najciekawsze, mimo tych wszystkich przeciwności, indeksom giełdowym do tegorocznych szczytów brakuje naprawdę niewiele. W praktyce oznacza to, że rynki akcji pozostają silne, a podaż mimo wielu sprzyjających doniesień nie może zdobyć przewagi.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Po jakich studiach zarabiamy najlepiej?

Analizy danych serwisu zarobki.pracuj.pl wskazują, że istnieją specjalizacje, w których można liczyć na wysokie pensje na start. Największe szanse na przeciętne zarobki przekraczające 4 000 zł brutto tuż po zakończeniu studiów mają przede wszystkim absolwenci kierunków technicznych. Na drugim biegunie, znajdują się absolwenci kierunków humanistycznych i przyrodniczych – ich przeciętne zarobki nie przekraczają 3 000 zł brutto. Kto jeszcze może liczyć na wysokie zarobki tuż po studiach? Czyje pensje rosną najszybciej wraz z doświadczeniem? O tym, w najnowszym raporcie zarobki.pracuj.pl.

Kto po studiach pracuje w swoim zawodzie?

Większość osób, które ukończyły studia techniczne czy inżynierskie, rozpoczyna swoją karierę zawodową zgodnie z kierunkiem, w którym się kształciło. Według danych pozyskanych z ankiet wypełnionych na portalu zarobki.pracuj.pl praktycznie każdy absolwent kierunków informatycznych pracuje w obszarze bliskim swojemu wykształceniu. Również większość osób z wykształceniem budowlanym, bo aż 83%, tuż po studiach rozpoczyna pracę w budownictwie. Wśród kierunków spoza obszarów technicznych czy ścisłych, znaczna część prawników finansistów także podejmuje pierwszą pracę zgodną z profilem wykształcenia.

Odmiennie sytuacja kształtuje się w przypadku absolwentów kierunków humanistycznych. Wśród osób po pedagogice, niespełna 20% absolwentów pracuje w obszarze edukacja/szkolenia. Osoby kończące psychologię i socjologię chętnie podejmują pracę w HR. Niewiele pracowników po dziennikarstwie komunikacji społecznej rozpoczyna karierę w wyuczonym zawodzie – pracę w tym obszarze rozpoczyna zaledwie 13% absolwentów tego kierunku.

Wykształcenie techniczne czy humanistyczne – które zapewnia wysokie dochody?

Wraz z rozwojem kariery czynnikiem wpływających na wysokość wynagrodzenia, oprócz wybranej specjalizacji, jest doświadczenie. Studenci kierunków technicznych mogą liczyć na przeciętne wynagrodzenie w wysokości 4 800 brutto na start, ale już bardziej doświadczeni pracownicy (3-6 lat doświadczenia) zarabiają przeciętnie 6 000 brutto – komentuje dane Artur Kobyliński, ekspert ds. zarobków portalu zarobki.pracuj.pl.

Przeciętne zarobki brutto staż do 3 lat
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl
Przeciętne zarobki brutto staż od 3 do 6 lat
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Jak wskazują powyższe dane, osoby o dość ogólnym humanistycznym wykształceniu, nie tylko zarabiają najmniej na start, ale i wraz z upływem czasu, ich pensje nie zmieniają się w sposób znaczący.

Na jaki kierunek się zdecydować?

Jak wynika z danych portalu zarobki.pracuj.pl, nawet osoby z krótkim stażem pracy (nie przekraczającym 3 lat), mogą liczyć na zarobki powyżej 4 000 zł brutto. Kogo można znaleźć z tym gronie?

Przeciętne zarobki brutto staż do 3 lat
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Najwyższe pensje na start osiągają absolwenci kierunku informatyka Warszawa. Przeciętne wynagrodzenie dla początkujących pracowników tej specjalizacji wynosi nieco powyżej 5 000 zł brutto. W grupie pracowników zarabiających powyżej 4 000 brutto na start znaleźli się także absolwenci kierunków: informatyka i ekonometria, elektronika i telekomunikacja, automatyka i robotyka. Jak widać z powyższej tabeli nie tylko wykształcenie techniczne gwarantuje przeciętne pensje powyżej 4 000 brutto. Mogą na nie liczyć również absolwenci zarządzania i marketingu oraz finansów i bankowości.

Wśród osób zarabiających przeciętnie powyżej 3 500 brutto na początku kariery zawodowej znajdują się absolwenci kierunków mechatronika, mechanika i budowa maszyn, matematyka oraz elektrotechnika. Także przeciętne zarobki specjalistów ds. finansów i rachunkowości przekraczające omawianą kwotę.

Przeciętne zarobki brutto staż do 3 lat
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

W gronie najsłabiej zarabiających absolwentów znajdują się osoby z dyplomem ukończenia kierunków przyrodniczych i humanistycznych. Dane serwisu pracuj.pl ujawniają, że wśród najgorzej wynagradzanych pracowników z najkrótszym stażem pracy znajdują się osoby po fizjoterapii, turystyce i rekreacji oraz pedagogice. 

Co później – czyli kto może liczyć na podwyżkę?

W oparciu o dane serwisu zarobki.pracuj.pl można wyróżnić kilka specjalizacji, które charakteryzują się znaczącym wzrostem przeciętnej pensji po trzech latach od rozpoczęcia pracy.

Przeciętne zarobki brutto staż od 3 do 6 lat
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Dane Pracuj.pl wskazują, że w czołówce specjalizacji, w których wraz z doświadczeniem zasadniczo wzrasta pensja znajdują się przede wszystkim specjalizacje techniczne, takich jak elektronika i telekomunikacjabudownictwoautomatyka i robotyka. Na znaczny wzrost zarobków mogą liczyć również absolwenci psychologii i prawa.

Nieco niższe podwyżki – na poziomie ok. 1000 zł brutto – otrzymują absolwenci kierunków: finanse i rachunkowość, informatyka, informatyka i ekonometria, matematyka, mechatronika, mechanika i budowa maszynzarządzanie i inżynieria produkcji, inżynieria środowiskowa czy transport.

Przeciętny wzrost pensji staż od 3 do 6 lat
Źródło: dane serwisu zarobki.pracuj.pl

Wraz ze wzrostem doświadczenia najwolniej rosną pensje absolwentów kierunków: humanistycznych i przyrodniczych. Po trzech latach pracy mogą liczyć na podwyżki nie przekraczające 400 zł brutto. W gronie tym na najmniejszą podwyżkę powinni być przygotowani pracownicy po administracji – 200 zł brutto. W zestawieniu tym lepiej wypadają specjaliści, z co najmniej 3-letnim stażem, po kierunkach: rachunkowość, politologia oraz filologia polska, podwyżki im oferowane to przeciętnie 500 zł brutto.

###

Dane opracowane na podstawie 380 tysięcy kwestionariuszy wypełnionych przez użytkowników portalu zarobki.pracuj.pl od stycznia 2016 do grudnia 2016.

*Przedstawione wartości to mediany – czyli wartości przeciętne. Oznacza to, że w danym przekroju 50% respondentów wskazało na zarobki mniejsze od wskazanych, zaś pozostałe 50% zarabiało więcej. Kwoty w zestawieniu to płace całkowite – jest to suma pensji (zarobków stałych) oraz premii (zarobków zmiennych). Wszystkie pozycje sprowadzone do wartości brutto. Zarobki prezentowane są w ujęciu pełnoetatowym.

Chmura i duże firmy napędzają rekordowe wyniki Veeam w I kw. 2017 r.

Firma Veeam Software, odnotowała kolejny rekordowy kwartał, w którym osiągnęła znaczny wzrost przychodów z segmentu korporacyjnego i chmurowego. W pierwszym kwartale br. przychody Veeam z zamówień wzrosły o 33 proc. rok do roku, a sprzedaż nowych licencji z sektorze korporacyjnym wzrosła o 17 proc. w skali roku.

Dzięki współpracy z partnerami w ramach programu Veeam Cloud & Service Provider (VCSP) przychody firmy z segmentu chmurowego wzrosły o 59 proc. rok do roku. Wyniki Veeam świadczą o tym, że coraz więcej przedsiębiorstw stara się osiągnąć całodobową dostępność, której domagają się użytkownicy w dzisiejszym cyfrowym świecie.

Peter C. McKay - prezes i dyrektor operacyjny (COO) w Veeam Software
Peter C. McKay – prezes i dyrektor operacyjny (COO) w Veeam Software

„Dla firmy, której roczne przychody z zamówień przekraczają 600 mln dol., osiągnięcie 33-procentowego wzrostu rok do roku jest nie lada wyczynem, a ja jestem niezwykle dumny z całego zespołu” – powiedział Peter McKay, prezes i dyrektor ds. operacyjnych w firmie Veeam. – „W pozostałych miesiącach roku oczekujemy dalszych wzrostów za sprawą nowych wydań produktów Veeam, wspólnych ofert z naszymi strategicznymi partnerami, powiększającego się udziału w segmencie korporacyjnym oraz rozwiązań chmurowych wykorzystujących technologie Veeam”.

„Organizacje z całego świata uświadomiły sobie, że potrzebują dostępności przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku, którą skutecznie zapewnia Veeam. Aby zaspokoić ten popyt, powiększamy nasze zespoły zajmujące się sprzedażą do dużych przedsiębiorstw, zwłaszcza w Ameryce Północnej i regionie EMEA. Dzięki temu będziemy mogli lepiej wspierać strategiczne inicjatywy transformacji cyfrowej naszych klientów i partnerów” – powiedział McKay.

Oto inne, warte odnotowania osiągnięcia firmy Veeam w pierwszym kwartale 2017 roku:

  • Wzrost sprzedaży usług chmurowych DRaaS i BaaS. Dział chmurowy firmy Veeam, który umożliwia dostawcom oferowanie klientom gotowych usług Disaster Recover-as-a-Service (DRaaS) i Backup-as-a-Service (BaaS), odnotował wzrost przychodów o 59 proc. rok do roku.
  • Dynamiczny rozwój na rynku korporacyjnym. Pod koniec pierwszego kwartału 2017 r. klientami Veeam było 74 proc. firm z listy Fortune 500 i 56 proc. firm z listy Global 2000. Sprzedaż nowych licencji z sektorze korporacyjnym wzrosła o 17 proc. w skali roku.
  • 242 tysiące klientów na całym świecie. W pierwszym kwartale 2017 r. Veeam zdobył niemal 12 tysięcy klientów płacących za jego rozwiązania, zgodnie z historyczną średnią, która wynosi około 4 tysiące nowych klientów miesięcznie.
  • 13,9 mln maszyn wirtualnych chronionych przez rozwiązania Veeam, w tym ponad milion maszyn wirtualnych zarządzanych przez partnerów Veeam Cloud & Service Provider (VCSP).
  • Rozwój sieci partnerskiej. Duży nacisk, jaki Veeam kładzie na kanały sprzedaży, przyciąga nowych resellerów. Obecnie na świecie jest 47 tys. członków sieci Veeam ProPartner oraz 15 tys. w programie VCSP.
  • Poszerzony zespół kierowniczy. Jeff Giannetti, do niedawna starszy wiceprezes ds. globalnej sprzedaży w Cleversafe, dołączył do Veeam jako wiceprezes ds. sprzedaży na Amerykę Północną. Wcześniej Jeff przez ponad 10 lat pracował w NetApp, gdzie był wiceprezesem ds. sprzedaży komercyjnej na Stany Zjednoczone.
  • Wzmocnione sojusze. Veeam przystąpił do programu Hewlett Packard Enterprise (HPE) Complete. W jego ramach rozwiązania Veeam dołączono do cennika HPE, dzięki czemu klienci mogą kupować kompletne rozwiązania HPE i Veeam bezpośrednio od firmy HPE i jej partnerów. Veeam wprowadził też jedyne w pełni zintegrowane rozwiązanie do ochrony danych dla Cisco HyperFlex, które jako pierwsze zapewnia bezpośrednią obsługę migawek pamięci masowej dla platformy infrastruktury hiperkonwergentnej Cisco.