Zapomnij o sprawdzaniu referencji, przebiegu pracy, zakresie obowiązków – RODO w rekrutacji

Czy wprowadzenie RODO oznacza koniec rekrutacji w sieci? Czy referencje przestaną mieć znaczenie? Czy i w jaki sposób potencjalny pracodawca będzie mógł zweryfikować informacje podane w CV? Ostatecznie, czy RODO to wróg rekrutacji?

Rozporządzenie o ochronie danych osobowych, które obowiązuje od końca maja zrewolucjonizowało przetwarzanie informacji w wielu podmiotach, zarówno prywatnych jak i publicznych. Celem rozporządzenia jest ujednolicenie zasad odnoszących się do ochrony danych osobowych we wszystkich państwach członkowskich UE. W znaczny sposób zmiany wpłynęły na gromadzenie i przetwarzanie informacji przez działy personalne i kadry, które o pracownikach wiedzą najwięcej. – „Regulacje obowiązujące od kilku miesięcy, to zmiany dotyczące właściwie wszystkich pracodawców, zarówno tych zatrudniających w oparciu o umowę o pracę, jak i w oparciu  o umowy cywilno-prawne. We wszystkich sektorach zasady przewarzania i gromadzenia informacji w procesie rekrutacji będą jednakowe.”– wyjaśnia Karolina Serwańska, dyrektor zarządzająca w Polski HR Sp. z o.o.

Sam proces będzie wymagał wielu zmian szczególnie w firmach, w których proces przetwarzania danych nie jest całkowicie zautomatyzowany. – „Dla większości firm, zwłaszcza dużych korporacji, które dysponują rozbudowanym systemem HR i narzędziami IT zmieni się niewiele. Proces rekrutacji i późniejszego przechowywania informacji jest obecnie zdominowany przez narzędzia IT. Nie wolno jednak zapominać o dokumentach w tradycyjnej, papierowej formie. Obowiązujące wcześniej rozporządzenie GIODO zawierało chociażby rygorystyczne wytyczne co do przechowywani CV, czy zakaz stosowania zbiorczych list obecności.” – dodaje Karolina Serwańska.

Koniec sprawdzania kandydata?

– „Wprowadzenie RODO ograniczy możliwość sprawdzania potencjalnego pracownika, nie będzie już możliwości swobodnego prześwietlenia życiorysów aplikujących. Referencje po 25 maja są już nieskuteczne. Rekruter może oczywiście sprawdzić podane informacje, jednak wyłącznie w zakresie informacji, jakie już posiada. Wykluczone będą dodatkowe pytania o okoliczności zwolnienia czy rodzaj wykonywanych zadań. Ma to swoje pulsy i minusy. Wartościowy pracownik może stracić argumenty przy rozmowie i negocjacji lepszych warunków zatrudnienia. Natomiast ten z niepochlebną opinią oczywiście zyska. Rekruterzy mogą poprosić o szczegółowe informacje. Jeśli natomiast kandydat odmówi ich udzielenia, nie będą mogli wówczas szukać ich we własnym zakresie. Pracodawca za każdym razem, gdy będzie chciał potwierdzić informacje podane w CV, musi poinformować o tym osobę zainteresowaną i otrzymać od niej zgodę. Jeżeli osoba ubiegająca się o pracę nie wyrazi zgody na dodatkowy reaserch, rekruter może przypuszczać, że ma coś do ukrycia, albo po prostu nie zależy jej na stanowisku.” – uzupełnia Karolina Serwańska.

Rozporządzenie wymusi zmiany już na poziomie tworzenia ogłoszeń o pracę. Precyzyjne określenia jakich dokumentów i informacji oczekuje zespół rekrutacyjny, zbędne będą dodatkowe wyjaśnienia i dopytywania o szczegółowe kwestie. – „Kodeks pracy dokładnie podaje jakich informacji może oczekiwać pracodawca od osoby ubiegającej się o pracę, jest to: imię, nazwisko, data urodzenia, adres zamieszkania (do korespondencji, jeżeli jest inny), wykształcenie i dotychczasowe doświadczenie zawodowe. W wielu ogłoszeniach, pracodawcy zaznaczają, że oczekują również zdjęć kandydatów a CV bez nich nie będzie brane pod uwagę. Tego rodzaju działania są obecnie bezprawne. Żądanie informacji innych niż te wyżej wymienione można traktować jako naruszenie ochrony danych.” – zaznacza dyrektor zarządzająca Polskiego HR’u. Podobnie przedstawia się sprawa niedyskretnych pytań dotyczących stanu cywilnych, czy planów osobistych związanych chociażby z macierzyństwem. Tego rodzaju naruszenia jest jednak trudno udowodnić. – „Pracodawca nigdy nie przyzna, że zadał tego rodzaju pytanie, trudno więc będzie udowodnić tego rodzaju dyskryminacje.” – podsumowuje Karolina Serwańska.

Liczne w zakresie RODO i rekrutacji

Wątpliwości w zakresie RODO i rekrutacji, czy szerzej rynku pracy nie brakuje. Po pierwsze co dzieje się z danymi kandydata, który nie przeszedł procesu rekrutacji?  Firma posiada już jego dane, czy może więc przechować o nim informacje? – „Wiele organizacji nie precyzuje jak dług będzie przechowywać dane osobowe uzyskane w procesie rekrutacji. Samo rozporządzenie nie podaje żadnych ograniczeń czasowych, wskazuje jednak, że kandydata należy poinformować jak długo będą przechowywane. Sama organizacja musi zatem określić takie ramy czasowe.” – wyjaśnia ekspert.

W obliczu RODO problematyczne wydaje się prowadzenie wstępnej rekrutacji przy pomocy portali społecznościowych. Karolina Serwańska wyjaśnia jednak, że jest to możliwe, chociaż będzie wymagać innego rodzaju komunikacji ze strony rekrutera. Po pierwsze powinien upewnić się, że profil na jaki trafił ma charakter wyłącznie zawodowy, a nie prywatny. Po drugie powinien uzyskać zgodę na przedstawienie oferty. Jeżeli osoba zajmująca się rekrutacja taka zgodę uzyska, oferta dopiero na tym etapie może być zaprezentowana.

– „Nowe wytyczne wyznaczą inne standardy rekrutacji, wydaje mi się, że zmniejszą one liczbę osób pozbawionych motywacji do zmiany pracy czy nie do końca zdecydowanych na podjęcia aktywności zawodowej. Zaangażowanie samych kandydatów zwiększy się a standardem stanie się informacja zwrotna o wyniku rozmowy.” – podsumowuje Karolina Serwańska.

Kurs euro – prognoza długoterminowa Ebury

Ebury, firma oferująca rozliczanie transakcji walutowych, przedstawia aktualizację prognoz dla euro. Spodziewane kursy na koniec roku to: EUR/PLN 4,20; EUR/USD 1,16 oraz EUR/GBP 0,86.

W kwietniu wspólna europejska waluta doświadczyła silnych spadków względem dolara, przy okazji ogólnego umocnienia USD względem wszystkich innych istotnych światowych walut. W sierpniu, euro w parze z dolarem spadło do najniższego poziomu od ponad roku, co było związane z gwałtowną wyprzedażą spowodowaną przez kryzys w Turcji i związane z nim obawy o stabilność europejskich banków zaangażowanych w Turcji. Niemniej, kurs ważony udziałem poszczególnych krajów w handlu zagranicznym był względnie stabilny. W parze ze złotym, euro w ostatnim czasie nadal znajdowało się na dość wysokich poziomach, co jednak związane było ze słabością polskiej waluty.

Kurs EUR/USD oraz EUR/PLN (sierpień ’17-sierpień ’18)

Kurs EURUSD EURPLN
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/08/2018

Ostatnie komunikaty Europejskiego Banku Centralnego (ECB) nie dostarczyły zbyt wiele wsparcia wspólnej europejskiej walucie. Przewodniczący banku centralnego, Mario Draghi potwierdził, że perspektywa podwyżki stóp procentowych w strefie euro jest odległa. W czerwcu EBC dostarczył dość istotnych informacji – Bank ogłosił plan zakończenia programu luzowania ilościowego w terminie późniejszym niż pierwotnie zakładano. Pod koniec września zakup aktywów będzie trwał nadal, ale zostanie ograniczony jego rozmiar. Bank będzie co miesiąc skupował obligacje o wartości 15 miliardów euro, by zakończyć program QE w grudniu.

Wartość aktywów skupowanych przez EBC (2015-2018)

Wartość aktywów skupowanych przez EBC
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 23/08/2018

Mimo ogłoszenia planów dotyczących zakończenia programu QE, Europejski Bank Centralny utrzymał bardzo gołębie stanowisko w kwestii przyszłych podwyżek stóp procentowych w strefie euro. Decydenci stwierdzili, że (aby inflacja powróciła do celu) nadal potrzebna jest „znacząca stymulacja”. Bank centralny oczekuje, że stopy procentowe pozostaną na obecnym poziomie „w trakcie lata 2019”. W kontekście decyzji EBC warto wspomnieć o tym, że Mario Draghi podkreślał rosnącą globalną niepewność. W lipcu przewodniczący EBC poinformował, że protekcjonizm Stanów Zjednoczonych pozostaje istotnym zagrożeniem, co potwierdziły również opublikowane ostatnio „minutki” ze spotkania EBC.

Po bardzo dobrych wynikach europejskich gospodarek w 2017 roku, kiedy strefa euro doświadczyła największej ekspansji od dekady, w 2018 roku w bloku walutowym można było odczuć spowolnienie tempa wzrostu. W drugim kwartale bieżącego roku gospodarki strefy euro urosły o 0,4% kwartał do kwartału. W ujęciu rocznym wzrost zniżył się z poziomu 2,5% w pierwszym kwartale do 2,2% w drugim. Spowolnienie ekspansji widać we wskaźnikach aktywności biznesowej. Od stycznia bieżącego roku indeksy PMI kierowały się w dół, istotnie spadł kluczowy wskaźnik kompozytowy, który jest średnią ważoną aktywności notowanej w sektorach przemysłowym i usługowym. W związku z obawami o skutki wojny handlowej, istotnie spadły również indeksy sentymentu w Niemczech i strefie euro, które również mogą negatywnie rzutować na wzrost gospodarczy.

Zbiorczy wskaźnik PMI spadł w maju do poziomu 54,1 (najniższego od 18 miesięcy). W sierpniu ten sam indeks znalazł się niewiele wyżej, na poziomie 54,4. Jako główny czynnik odpowiedzialny za spowolnienie ekspansji w strefie euro wymienia się rosnące napięcia handlowe między Stanami Zjednoczonymi, a Unią Europejską. Tym samym Europejski Bank Centralny obniżył szacunek wzrostu w 2018 roku do 2,1%. Prognoza na 2019 rok zakłada, że gospodarki strefy euro doświadczą ekspansji rzędu 1,9%.

Wskaźniki PMI dla strefy euro (2015-2018)

Wskaźniki PMI dla strefy euro
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/08/2018

Przewodniczący EBC, Mario Draghi podkreślał w lipcu, że decydenci banku centralnego są przekonani o tym, że w horyzoncie prognozy dynamika cen w strefie euro powróci do poziomu określonego celem inflacyjnym. Sam wzrost cen osiągnął ostatecznie wartość 2%. EBC podejmuje jednak decyzje w zakresie polityki monetarnej opierając się w pierwszej kolejności na wartości inflacji bazowej, a ta w sierpniu wyniosła zaledwie 1%. Jesteśmy zdania, że minie jeszcze trochę czasu zanim poprawa warunków na rynku pracy przełoży się na wzrost inflacji bazowej. Tym samym perspektywa osiągnięcia przez wskaźnik wzrostu cen wartości „bliskiej, ale nieprzekraczającej 2%”, czyli celu inflacyjnego EBC wydaje się bardzo odległa.

Sądzimy, że ostrożna retoryka Europejskiego Banku Centralnego sugeruje bardzo niskie prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w strefie euro przed drugą połową przyszłego roku.

Inflacja w strefie euro (2013-2018)

Inflacja w strefie euro ebury
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 31/08/2018

Podstawowym i jedynym obowiązkiem banku centralnego jest utrzymanie inflacji na poziomie określonym celem inflacyjnym. Bazowa dynamika cen znajduje się obecnie znacznie poniżej celu inflacyjnego, tym samym bank centralny nie spieszy się nawet z rozważeniem podniesienia stóp procentowych. Sądzimy, że jakakolwiek podwyżka stóp procentowych nastąpi najwcześniej w drugiej połowie 2019, jednak dojść do niej może równie dobrze dopiero w początkach 2020 roku.

Prognozy Ebury

Z uwagi, że perspektywa wyższych stóp procentowych w strefie euro wydaje się bardzo odległa, podtrzymujemy naszą prognozę zakładającą utrzymanie kursu euro względem dolara amerykańskiego na obecnym poziomie, lub nieco poniżej tego poziomu. Spodziewamy się też deprecjacji euro w stosunku do funta brytyjskiego – uważamy bowiem, że kurs EUR/GBP wydaje się przewartościowany. W związku z tym, iż sądzimy, że kurs EUR/PLN notowany jest premią związaną m.in. z niesprzyjającym sentymentem do ryzyka, spodziewamy się również umocnienia złotego względem euro. Na koniec roku oczekujemy: EUR/PLN 4,20; EUR/USD 1,16 oraz EUR/GBP 0,86.

Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Agility podsumowuje pierwszą połowę roku – dynamiczny rozwój i dwucyfrowy wzrost przychodów

Firma Agility ogłosiła wyniki za 2. kwartał i podsumowała swoją działalność na świecie i w Polsce w pierwszej połowie 2018 roku.

W 2 kwartale 2018 zysk netto Agility wzrósł o 18,7 proc. do 20 mln KWD* (66 mln USD). Zysk operacyjny EBITDA wyniósł 37,1 mln KWD (122,5 mln USD) i zwiększył się o 13,6 proc. Przychody Agility wzrosły o 12,3 proc. do poziomu 384,2 mln KWD (1,2 mld USD).

W pierwszym półroczu 2018 zysk netto Agility wyniósł 38,9 mln KWD (128,5 mln USD) i zwiększył się o 24 proc. EBITDA wzrosła o 18 proc. do 74,8 mln KWD (247 mln USD). Firma osiągnęła przychody na poziomie 756 mln KWD (2,5 mld USD), o 14,1 proc. większe niż w analogicznym okresie ub.r.

Tarek Sultan, wiceprzewodniczący rady nadzorczej i CEO Agility, mówi: „Wyniki za 2. kwartał były zgodne z oczekiwaniami i tendencją wzrostową naszej firmy. Bardzo dobre rezultaty osiągnęła Grupa Infrastructure, podobnie jak firmy specjalizujące się w usługach logistycznych, dla których był to kolejny kwartał wzrostu liczby obsługiwanych przesyłek i przychodów, osiągniętego mimo utrzymującej się presji cenowej”.

Agility Global Integrated Logistics (GIL) – zintegrowane rozwiązania logistyczne

Strategia biznesowa GIL, ukierunkowana na rozwój szlaków handlowych, optymalizację produktywności oraz oferowanie klientom szytych na miarę rozwiązań logistycznych, także teraz zapewniła osiągnięcie dobrych wyników. W 2. kwartale przychody brutto GIL wzrosły o 13,4 proc. do 289,3 mln KWD (955 mln USD). Przychody netto, głównie dzięki spedycji i logistyce kontraktowej, zwiększyły się o 5 proc. do 66,7 mln KWD (220,3 mln USD). Wskaźniki wzrostu przychodów i przychodów netto w pierwszej połowie roku wyniosły odpowiednio 14,5 proc. (567,4 mln KWD – 1,8 mld USD) i 6,4 proc. (131,3 mln KWD – 433,7 mln USD).

W 2. kwartale Agility poprawiło wyniki w obszarze spedycji lotniczej, głównie dzięki wzrostowi wolumenu przesyłek o 14 proc. i stabilizacji dochodów, w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Przychody netto ze spedycji lotniczej wzrosły o 21,9 proc., natomiast w pierwszej połowie roku o 20,3 proc. W 2. kwartale firma odnotowała też znaczący wzrost wolumenu w transporcie morskim, towarzyszył mu jednak spadek rentowności. Wolumen kontenerów zwiększył się o 8,2 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. W 2 kwartale przychody netto w spedycji morskiej zwiększyły się o 7,4 proc oraz o 7,3 proc. w pierwszej połowie roku. Uwzględniając poszczególne regiony, najlepsze wyniki w spedycji lotniczej i morskiej Agility odnotowało w obu Amerykach, Azji-Pacyfiku oraz Europie.

W obszarze logistyki kontraktowej firma rozwijała się stabilnie, przede wszystkim na Bliskim Wschodzie i Azji-Pacyfiku. W 2. kwartale przychody netto z tej działalności wzrosły o 3,2 proc, natomiast w pierwszej połowie roku o 4,5 proc.

Marża netto GIL w Q2 wyniosła 23 proc., i spadła w porównaniu z 24,9 proc. osiągniętymi rok wcześniej. To wynik obniżenia rentowności w spedycji drogowej oraz logistyce kontraktowej, głównie na Bliskim Wschodzie i w Europie. Zysk operacyjny EBITDA wyniósł 9,3 mln KWD, a marża EBITDA – 3,2 proc., w porównaniu do 3,6 proc. w analogicznym kwartale ub.r. W pierwszej połowie roku EBITDA wzrosła o 13,3 proc. do 16,8 mln KWD (55,5 mln USD), marża EBITDA pozostała na poziomie 3 proc. w porównaniu z tym samym okresem ub.r.

GIL przyspiesza transformację cyfrową usług, co ma zwiększyć wydajność procesów, umożliwić wdrażanie innowacyjnych rozwiązań logistycznych oraz zapewnić lepszą komunikację z klientami.

Grupa Infrastructure (Agility Industrial Estate, Tristar, NAS, GCS, UPAC)

W 2. kwartale zysk operacyjny EBITDA grupy Infrastructure wzrósł o 16,8 proc. do 31,3 mln KWD (103,4 mln USD), przychody zwiększyły się o 9,5 proc. do 97,5 mln KWD (322,1 mln USD). W pierwszej połowie roku EBITDA zwiększyła się o 20,1 proc., przychody o 14,8 proc.

Agility Industrial Real Estate poprawiło wydajność operacji w Kuwejcie. Firma zakończyła 1. etap budowy obiektów magazynowych o powierzchni 80 tys. m² w Rijadzie i rozpoczęła kolejny, dzięki czemu w przyszłym roku zyska dodatkowe 120 tys. m². Ekspansja w Afryce przebiega zgodnie z planem, firma umocniła pozycję w Ghanie i przygotowuje się do inwestycji w Mozambiku, Nigerii i na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Tristar, specjalizujący się w logistyce paliw, kontynuuje inwestycje i dywersyfikację działalności przez zwiększenie liczby ładunków i rozszerzanie zasięgu geograficznego. Pozycja National Aviation Services (NAS) w Kuwejcie jest stabilna, na osiągnięcie dobrych wyników wpłynęła działalność na Wybrzeżu Kości Słoniowej, Afganistanie i Ugandzie. W 2. kwartale wyniki poprawił też GCS specjalizujący się w cyfryzacji rozwiązań celnych. Firma zarządza obsługą celną w kuwejckich portach i wprowadza kolejne usługi modernizujące procesy celne.  W tym okresie wzrosły też przychody UPAC, głównie dzięki wynikom oddziałów działających w porcie lotniczym w Kuwejcie i innych lokalizacjach w tym kraju. Budowa gigantycznego centrum handlowego Reem Mall w Abu Zabi przebiega zgodnie z planem.

Agility Logistics w Polsce

W pierwszym półroczu 2018 polski oddział Agility Logistics utrzymał dynamiczne tempo rozwoju i osiągnął bardzo dobre wyniki. Obroty Agility Logistics wzrosły o 36 proc. w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Największą dynamikę wzrostu odnotowano w spedycji lotniczej, gdzie obroty przekroczyły zakładane plany o 65 proc. i wzrosły aż o 87 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Drugim segmentem usług, gdzie firma osiągnęła bardzo dobre wyniki, jest spedycja kolejowa w relacji Daleki Wschód – Polska – Europa. Dobrą dynamikę wzrostu utrzymano w spedycji morskiej, natomiast niewielkie spowolnienie odnotowano w spedycji drogowej. W tym okresie Agility Logistics pozyskało kolejnych klientów, głównie z branży energetycznej, motoryzacyjnej, przemysłowej i spożywczej.

„Dzięki pracy świetnego zespołu profesjonalistów Agility Logistics utrzymaliśmy bardzo dobrą dynamikę wzrostu, praktycznie w każdym segmencie usług znacznie przekraczając wcześniejsze założenia, w stosunku do analogicznego okresu w 2017 roku nawet o ponad 20 proc. W tym okresie zwiększyliśmy też zatrudnienie, wzmacniając działy spedycji lotniczej, morskiej, drogowej oraz pricingu” mówi Karolina Gasińska-Byczkowska, country manager Agility Logistics w Polsce. „W drugiej połowie roku zamierzamy utrzymać dwucyfrowy wzrost przychodów, konsekwentnie budując pozycję Agility Logistics jako operatora logistycznego z globalnym, sieciowym zapleczem logistycznym, wyspecjalizowanego w obsłudze rynków wschodzących, stawiającego na cyfryzację usług i wykorzystanie nowoczesnych technologii. Kluczowe znaczenie będą miały dla nas inwestycje w rozwój pracowników i zapewnienie przyjaznego miejsca pracy, zgodnie z hasłem „Agility – great place to work”.

*KWD – dinar kuwejcki

Ponad 5% wzrostu PKB w Polsce. Argentyńskie peso szuka dna

Dane z USA nie zaskoczyły rynków. Inflacja w Polsce utrzymała poziom 2%, z kolei wzrost gospodarczy ponownie przekroczył 5% w skali roku. Argentyna podnosi stopy a waluta i tak traci.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych okazały się zgodne z oczekiwaniami. O 0,1% lepiej niż sądzono wypadły wydatki, z kolei dochody okazały się o 0,1% niższe niż sądzono. Tak bliskie oczekiwań dane nie miały większego wpływu na rynek. Pewnym ostrzeżeniem są natomiast szybciej rosnące wydatki od dochodów.

Inflacja i wzrost PKB

Polska gospodarka rośnie właśnie o 5,1%. Jest to wynik imponujący, ale zgodny z oczekiwaniami. Inflacja w tym samym czasie utrzymała spodziewany poziom 2%. Reakcja rynków była relatywnie słaba. Dobre dane to jedno, ważniejsze jest to, że inwestorzy wiedzieli, że należy spodziewać się dobrych danych. Wzrost gospodarczy tak znacznie przekraczający inflację jest z pewnością bardzo dobrą wiadomością. Pewnym cieniem kładzie się na nim jednak prognoza jego spowolnienia w przyszłości.

Argentyna ratuje peso

Główna stopa procentowa wzrosła właśnie z 45% na 60%. To kolejna w tym roku podwyżka stóp. Powodem tych działań jest walka z galopującą inflacją oraz chęć ustabilizowania waluty. Co ciekawe waluta Argentyny dalej gwałtownie traci i to pomimo tego, że oprócz podwyżek stóp procentowych kraj otrzymał wsparcie Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jak widać inwestorzy nie wierzą w stabilizację sytuacji gospodarczej zakładając kolejne już bankructwo tego kraju. Jak zauważają złośliwi kraj ten nie zbankrutował już 4 lata. Warto przypomnieć, że od ostatniego bankructwa doszło do emisji 100 letnich obligacji. Patrząc na skalę spadków właśnie Turcja została z tyłu. Na szczęście Argentyna jest znacznie słabiej powiązana gospodarczo z Polską niż Turcja.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Włochy – PKB,
  • 15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Fiskus znów zabiera przedsiębiorcom. Na celowniku podmioty powiązane

1 stycznia 2018 r. wszedł w życie nowy art. 15e ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ograniczający możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodów określonych wydatków ponoszonych na rzecz tzw. podmiotów powiązanych. W kwietniu Ministerstwo Finansów doprecyzowało, o jakie koszty chodzi.

Art. 15e został wprowadzony do porządku prawnego Ustawą z dnia 27 października 2017 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne (Dz.U. 2017 poz. 2175). Ogranicza on prawo wliczania do kosztów prowadzonej działalności określonego katalogu wydatków poniesionych bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych, lub posiadających miejsce zamieszkania, lub siedzibę albo zarząd na terytorium, lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową.

Podmiot powiązany

Zgodnie z art. 11 ustawy o CIT podmiot powiązany to podmiot zagraniczny zarządzany przez podmiot polski (osobę fizyczną, prawną lub nieposiadającą osobowości prawnej jednostkę organizacyjną) lub pozostający pod jego kontrolą oraz odwrotnie.

O jakie koszty chodzi

Ograniczenia obejmują wydatki ponoszone bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych w zakresie:

– usług doradczych, badań rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze;

– opłat i należności za korzystanie lub praw do korzystania z praw lub wartości, o których mowa w art. 16b ust. 1 pkt. 4–7 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, czyli m.in. licencji, autorskich praw majątkowych, praw własności przemysłowej, know-how;

– przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu pożyczek innych niż udzielone przez banki i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, w tym w ramach zobowiązań wynikających z pochodnych instrumentów finansowych oraz świadczeń o podobnym charakterze.

Ramy ograniczenia

Podatnicy nie będą mogli zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów wskazanych wydatków, jeśli ich suma „przekroczy w roku podatkowym 5% kwoty odpowiadającej nadwyżce sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonych o przychody z tytułu odsetek nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych, o których mowa w art. 16a–16m, i odsetek” (art. 15e ust. 1 ustawy o CIT).

Koszty te nadal będzie można rozliczyć w całości, jeśli ich suma w roku podatkowym nie przekroczy 3 mln zł. Dla przykładu, koszt nabytej licencji w wysokości 4 mln zł będzie mógł zostać w pełni zaliczony do kosztów uzyskania przychodów w wysokości do 3 mln zł. Pozostały 1 mln obejmą ograniczenia art. 15e. Nie znajdą one zastosowania, jeśli wydatki zostały poniesione bezpośrednio w związku z wytworzeniem lub nabyciem towaru lub świadczeniem usługi, oraz w innych przypadkach wymienionych w art. 15e ust. 11.

Ukochane furtki fiskusa

Nowe przepisy zrodziły tyle kontrowersji w obrocie gospodarczym, że jeszcze przed pierwszym dniem ich obowiązywania do fiskusa zaczęła spływać lawina wniosków o wydanie interpretacji podatkowych. Ogólnikowość użytych w art. 15e ust. 1 terminów kolejny raz dopuszcza bowiem swobodę interpretacyjną organów podatkowych działających w imieniu Skarbu Państwa.

Wątpliwości budzi nie tylko szeroki zakres takich terminów jak „usługi doradcze”, „zarządzanie i kontrola”, „przetwarzanie danych” czy „know-how”, ale i uwalniająca spod ograniczeń doliczeniowych „bezpośredniość” związku kosztu z wytworzeniem lub nabyciem towaru lub świadczeniem usługi (por. interpretacje indywidualne: dot. usług księgowych – z 20 lutego 2018 r., nr 0111-KDIB1-2.4010.2.2018.1.AW; dot. usług inwestycyjnych – z 1 marca 2018 r., nr 0111-KDIB1-1.4010.9.2018.1.SG; dot. usług IT – z 5 marca 2018 r., nr 0111-KDIB2-1.4010.357.2017.2.MJ; dot. bonusów od sprzedaży – z 9 marca 2018 r., nr 0111-KDIB1-2.4010.442.2017.1.MM).

Usługi o podobnym charakterze

24 kwietnia 2018 r. Ministerstwo Finansów opublikowało obszerne wyjaśnienie przepisów art. 15e ustawy o CIT, które prawdopodobnie ma służyć rozwianiu wątpliwości interpretacyjnych. Prawdopodobnie. Zrozumiałe bowiem jest doprecyzowanie, że nowa regulacja znajduje zastosowanie niezależnie od daty nabycia usługi lub prawa, o ile związane z nimi koszty rozpoznawane są przez podatnika w dacie obowiązywania regulacji, a zatem od 1 stycznia 2018 r. Trudno jednak tej precyzji doszukać się w objaśnieniu usług, których koszty będą podlegać ograniczonemu odliczeniu. Ministerstwo wyjaśnia, że chodzi o usługi: „doradcze, badania rynku, reklamowe zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń”. Zaraz potem pada jednak: „oraz usługi o podobnym do nich charakterze”.

Znajomość prawa, PKWiU i słownika

Instrukcja resortu finansów wskazuje, że z uwagi na użycie sformułowania „usługi o podobnym charakterze” i opisowe określenie katalogu limitowanych usług katalog ten ma charakter otwarty. Dlatego przy dokonywaniu analizy, które usługi będą należeć do objętych regulacjami art. 15e ust. 1 ustawy o CIT, należy uwzględniać klasyfikację usług w PKWiU oraz znaczenie ich słownikowych definicji. Pomocne będzie również „sięgnięcie do dorobku orzeczniczego powstałego na gruncie wykładni przepisu art. 21 ust. 1 pkt 2a ustawy o CIT regulującego kwestię poboru podatku u źródła od wypłat dokonywanych zagranicę”. A jeśli i to nie usunie istniejących wątpliwości, to decydujące ma być ustalenie, czy elementy charakterystyczne dla świadczeń wymienionych wprost w art. 21 ust. 1 pkt 2a „przeważały nad cechami charakterystycznymi dla świadczeń w nim niewymienionych”.

Ministerstwo sporządziło więc wyjaśnienie, z którego wynika mniej więcej tyle, że przy dokonywaniu klasyfikacji wydatku podatnik powinien kierować się definicją słownikową i uwzględniać podział usług w PKWiU. Poza tym powinien też być na bieżąco z orzecznictwem sądów, w tym Trybunału Sprawiedliwości UE. A jeśli i ta wiedza okaże się niewystarczająca, to powinien także umieć wychwycić wyższość cech charakterystycznych dla świadczeń wymienionych w art. 21 ust. 1 pkt 2a nad cechami charakterystycznymi dla świadczeń w nim niewymienionych.

Doradztwo prawne to nie doradztwo

Takich „objaśnień” ministerialna publikacja zawiera znacznie więcej. Dla przykładu, do usług doradczych zalicza m.in. wskazane w sekcji M w dziale 70 w kategorii 70.22.1 PKWiU 2015 „usługi doradztwa związane z zarządzaniem”. Będą to np. usługi doradztwa procesami gospodarczymi, te związane z zarządzaniem zasobami ludzkimi, z public relations, komunikacją czy lobbingiem. Wyjaśnienie wyraźnie stanowi przy tym, że za usługi doradcze w rozumieniu art. 15e nie zostaną uznane usługi prawne, w których ramach mieści się doradztwo prawne oraz podatkowe.

Być może w tym chaosie „wyjęcie” spod regulacji doradztwa prawnego to ukłon w stronę podatników. Właściwe skonstruowanie umowy, nazwanie jej przedmiotu, a nawet opisanie faktury może wszak uchronić przedsiębiorców przed utratą prawa do odliczenia kosztów.

Pokładając wiarę w sądach

Opublikowane na stronie resortu finansów wyjaśnienia nowych regulacji dotyczących kosztów nabycia usług niematerialnych lub praw zostały opracowane przez nieznanego autora i w nieznanym trybie. Co gorsza, nie wiadomo, jaka jest ich moc wiążąca. To kolejny przykład „mowy trawy” fiskusa, który wciąż pozostaje autorytarnym sędzią we własnej sprawie, jeśli chodzi o interpretację niejasnych przepisów.

We wniosku o wydanie interpretacji z 19 grudnia 2017 r. spółka wśród kosztów niezbędnych do wytworzenia swojego wyrobu wymieniła nabycie „prawa do korzystania z wiedzy dotyczącej produkowanych wyrobów, takich jak technologie i wiedza praktyczna o ich stosowaniu”, czyli tzw. know-how. Organ podatkowy zgodził się ze stanowiskiem podatnika, przyznając temu wydatkowi walor bezpośredniego związania z wytworzeniem przez podatnika towaru. Tym samym na mocy wyłączenia z art. 15e ust. 11 ustawy o CIT organ zezwolił spółce na pełne jego zaliczenie do kosztów uzyskania przychodów: „Bez uzyskania technologii oraz wiedzy o jej stosowaniu, bez nabytych umiejętności o organizacji zakładu i procesu produkcyjnego, nie byłoby możliwe wyprodukowanie towarów wytwarzanych przez Spółkę” (0111-KDIB1-1.4010.192.2017.1.BK).

Dzień później, 20 grudnia 2017 r., inna spółka złożyła wniosek w podobnej sprawie. Tu również wnioskowała o uznanie przez organ charakteru „bezpośredniego związania” kosztu z wytwarzanym produktem. Tym koniecznym kosztem było nabycie licencji do wzoru przemysłowego, zgodnie z którego indywidualnymi cechami spółka mogła przeprowadzić proces produkcji. W tym przypadku fiskus uznał, że „odpisy amortyzacyjne od licencji zakupionej od podmiotów powiązanych nie mogą zostać w całości uznane za koszt uzyskania przychodów” (0111-KDIB1-2.4010.448.2017.1.AW).

Wstrzymane zwroty VAT?

Na wprowadzonych ograniczeniach stracą przede wszystkim ci podatnicy, których koszty mają charakter stały i którzy corocznie przekraczają dopuszczone limity. Zgodnie z art. 15e ust. 9 ustawy o CIT kwotę kosztów nieodliczonych w danym roku podatkowym można odliczyć w kolejnych 5 latach podatkowych, oczywiście w ramach obowiązujących w danym roku limitów. Ale i tu skorzysta fiskus. Przynajmniej w najbliższym roku podatkowym. Uzyska bowiem większe wpływy z podatku dochodowego. Nierozwiane nadal problemy interpretacyjne będą rodzić kolejne spory podatników z fiskusem. A to z kolei skutkować może wstrzymywaniem przez organy podatkowe zwrotu VAT odprowadzonego przez podatników przy dokonywaniu będącej źródłem „limitowanego” kosztu transakcji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Zmiany w zarządzie Nationale-Nederlanden w Polsce – Wojciech Sass, prezes zarządu odchodzi z firmy

  • Wojciech Sass, prezes zarządu spółek: Nationale-Nederlanden Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie S.A., Nationale-Nederlanden Usług Finansowych S.A. oraz Nationale-Nederlanden Towarzystwa Ubezpieczeń S.A. podjął decyzję o odejściu z firmy z dniem 15 września br.
  • Proces poszukiwania nowego CEO został rozpoczęty
  • Do czasu powołania następcy obowiązki prezesa zarządu będzie pełnił Jacek Koronkiewicz, obecny członek zarządu, odpowiedzialny za pion finansów, operacji i zakupów.

Wojciech Sass, prezes zarządu Nationale-Nederlanden w Polsce podjął decyzję o odejściu z firmy z dniem 15 września, rozpoczynając tym samym nowy etap w swojej karierze zawodowej.

Do czasu powołania następcy Wojciecha Sassa, obowiązki prezesa zarządu spółek: Nationale- Nederlanden Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie, Nationale-Nederlanden Usług Finansowych oraz Nationale- Nederlanden Towarzystwa Ubezpieczeń będzie pełnił Jacek Koronkiewicz, obecny członek zarządu, odpowiedzialny za pion finansów, operacji i zakupów.

Wojciech Sass
Wojciech Sass

Wojciech Sass dołączył do Nationale-Nederlanden w październiku 2015 roku obejmując funkcję prezesa zarządu. Podczas swojej kadencji przyczynił się do istotnego wzmocnienia komercyjnej pozycji Nationale-Nederlanden w Polsce. „Dziękujemy Wojtkowi za jego zaangażowanie w rozwój biznesu oraz życzymy wielu sukcesów w przyszłości. Podczas trzyletniej kadencji Wojciecha Nationale-Nederlanden w Polsce znacząco wzmocniło swoją komercyjną pozycję, poprzez konsekwentną realizację długofalowej strategii koncentrującej się na wzroście na rynku ubezpieczeń na życie indywidualnych oraz grupowych, rozwoju w obszarze bancassurance oraz wejściu w segment ubezpieczeń majątkowych” – mówi Dorothee van Vredenburch, Chief Change & Organisation (CCO) oraz członek zarządu Grupy NN.

Trump myśli o zwiększeniu ceł na Chiny

Ostatni dzień handlu na rynkach w te wakacje prowadzony jest w niespokojnej atmosferze. Prezydent Trump myśli o zwiększeniu ceł na Chiny, przywołując obawy o wojny handlowe. Giełda w Szanghaju nie przyjęła tej informacji dobrze i gorzkiego posmaku nie jest w stanie poprawić lepszy PMI z Państwa Środka. Gorszy sentyment w stosunku do rynków wschodzących pomaga USD, mimo że zamknięcie miesiąca nie powinno mu sprzyjać.

Prezydent Donald Trump zamierza przyspieszyć prace nad nową rundą ceł importowanych na towary z Chin warte 200 mld USD. W przyszłym tygodniu kończą się konsultacje społeczne w tej sprawie i dla Trumpa zwłoka po 7 września jest zbędna. Jakkolwiek zapowiedź nie była oczekiwana, to jednak potwierdza podejrzenia, jakie narosły na początku tygodnia wraz z ogłoszeniem porozumienia handlowego z Meksykiem. Dopinane negocjacji wokół NAFTA kłóciło się z powtarzaną często przez Trumpa krytyką na rzecz Meksyku i Kanady, stąd nagły zwrot i ogłaszanie sukcesu zaczęło być interceptowane jako przygotowanie gruntu pod powrót do ofensywny na Chiny. Z resztą, część z ustaleń na linii USA-Meksyk dotycząca tego, jaki procent materiałów do produkcji aut pochodzi z USA lub Meksyku bądź ma być wykonana przez pracowników zarabiających co najmniej 16 USD/h, uderza w import z Chin. Mimo to dyskusyjne jest, czy Trumpowi rzeczywiście zależy na zaostrzeniu sporu z Pekinem i jak najszybszym nałożeniu nowych ceł. Przed wyborami do Kongresu potrzeba gromadzić sukcesy i bardzo możliwe, że utworzenie nowej listy dóbr objętych cłami będzie punktem wyjścia do negocjacji z Chinami. W średnim terminie ryzyko wojen handlowych może wyparować i USD straci jeden z argumentów swojej siły, ale na razie inwestorzy mają jeszcze jeden powód do bólu głowy i defensywnego podejścia do ryzykownych aktywów.

Przed zamknięciem miesiąca uczestnicy rynku muszą zmierzyć się z przypomnieniem o wojnach handlowych, ale też negatywnymi wibracjami wysyłanymi z Argentyny i Turcji. W tym pierwszym przypadku obawy podsycają informacje z rządu, że ten stara się o większe wsparcie MFW. W Turcji natomiast powodem nerwowości są jeszcze niepotwierdzone informacje, że wiceprezes banku centralnego chce zrezygnować i przejść do Banku Rozwoju Turcji. TRY stracił wczoraj prawie 6 proc. do USD, choć za ruch częściowo odpowiada święto w Turcji. Dziś mamy odwrót z pomocą informacji, że Turcja obniża podatek od depozytów w lirze, jednocześnie podnosząc podatek na depozytach w dewizie. Nawet pomimo tego, że problemy Turcji są ograniczone do niej samej, psuje to klimat na szerokim rynku.

USD może dziś wygrywać względem ryzykownych walut, ale w grupie głównych walut sytuacja jest bardziej skomplikowana. Koniec sierpnia przynosi dostosowanie pozycji zabezpieczających zagranicznych inwestorów na rynku akcji. Przy świeżych rekordach na Wall Street, wzrost wartości portfela akcyjnego wymusza zwiększenie wolumenu pozycji zabezpieczającej przed ryzykiem kursowym (na wypadek przeceny USD), co może przynosić dodatkową presję na osłabienie USD. W tym kontekście powrót USD/JPY pod 111 ma szersze uzasadnienie z pomocą japońskich funduszy akcyjnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy chętnie korzystają z programu „Dobry start” – wyniki ankiety Opinion Poll

Jak pokazuje badanie PAYBACK Opinion Poll, przełom sierpnia i września to trudny okres pod względem budżetowym dla większości rodziców, którzy mają dzieci w wieku szkolnym. Książki, akcesoria i ubrania do szkoły kosztują, dlatego Polacy chętnie sięgnęli po dotacje przyznawane w ramach nowego rządowego programu „Dobry start”.

Aż 70% badanych przez PAYBACK rodziców przyznało, że wydatki na wyprawkę szkolną stanowią duże obciążenie dla domowego budżetu. Prawie co czwarty z nich gromadzi potrzebne na nią środki z odpowiednim wyprzedzeniem. Pomóc ma uruchomiony w lipcu 2018 roku projekt „Dobry start”, w ramach którego rodzice mogą ubiegać się o 300 zł na dziecko rozpoczynające nowy rok szkolny. Z finansowego wsparcia skorzystało już ponad 3/4 ankietowanych Polaków.

Podręczniki to podstawa

40% respondentów, którzy złożyli wniosek o dofinansowanie w ramach programu „Dobry start”, na wypłatę środków czekało do miesiąca, prawie 30% nawet dłużej. Tylko 12% otrzymało pieniądze w ciągu tygodnia. Rodzice, którzy potrzebują wsparcia jeszcze we wrześniu, powinni się zatem śpieszyć. Ponad 40% ankietowanych deklaruje, że dodatkowe 300 zł przeznacza na książki do nauki i zeszyty do ćwiczeń. Na dalszym miejscu znalazły się przybory szkolne (29%) oraz odzież, w tym strój na WF czy buty na zmianę (25%).

 

Czy to wystarczy?

Pomimo, że prawie 1/3 badanych przez PAYBACK zadeklarowała, że nie wydaje na wyprawkę szkolną więcej niż 300 zł, zdecydowana większość uważa, że kwota rządowego dofinansowania to zdecydowanie za mało, aby przygotować dziecko do szkoły. 27% twierdzi, że przewyższa ją koszt samych podręczników. Jak zatem rodzice mogą sobie jeszcze pomóc?

Warto być smart shopperem i śledzić na bieżąco oferty w sklepach oraz korzystać z benefitów, jakie dają nam programy lojalnościowe – w przypadku PAYBACK zebrane punkty można wykorzystać na zakupy lub wybór nagrody w postaci plecaka czy bidonu dla dziecka. Wiele produktów do wyprawki szkolnej można kupić z większym wyprzedzeniem po atrakcyjniejszych cenach. Przykładowo z promocji na artykuły szkolne można już często skorzystać w trakcie wakacji. Tak jest w marketach jednego z naszych partnerów – sieci Kaufland – mówi Tomasz Głos, Classic Business Director w PAYBACK Polska.

Początek roku szkolnego to szczególny moment zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców. To także czas zwiększonych wydatków, na które nie każdy może sobie pozwolić. Dlatego też nieustannie dostosowujemy się do potrzeb i oczekiwań naszych klientów poprzez odpowiednie dopasowanie naszej oferty oraz prowadzenie regularnych akcji promocyjnych. Dzięki temu w marketach Kaufland rodzice bez problemu zaopatrzą swoje dzieci w niezbędne szkolne przybory dostępne w atrakcyjnych cenach. Największym zainteresowaniem cieszą się aktualnie zeszyty, które w pierwszy weekend września będzie można nabyć z pięćdziesięcioprocentową zniżką. We wrześniu planujemy także kolejne promocje, zwłaszcza na artykuły piśmiennicze, o czym będziemy informować w gazetkach – mówi Justyna Przybylska, dyrektor Działu Komunikacji Korporacyjnej w Kaufland Polska.

PAYBACK Opinion Poll

To badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 10-20 sierpnia 2018 r. metodą ankiety online na grupie 490 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.

Nowa prognoza kursu korony duńskiej (DKK)

Ebury, firma oferująca rozliczanie transakcji walutowych, po raz kolejny przeanalizowała skandynawskie waluty. Na zakończenie cyklu sytuacja korony duńskiej. Spodziewane kursy na koniec roku to: USD/DKK 6,45; EUR/DKK 7,46 oraz DKK/PLN 0,56.

Od czasu ostatniej aktualizacji prognozy dla walut G10, Danmarks Nationalbank (DNB) nie miał większych problemów z utrzymaniem sztywnego kursu korony duńskiej względem euro na poziomie w okolicy 7,46. Bank centralny regularnie interweniuje na rynku walutowym w celu ograniczenia wahań wokół tej wartości.

Duńskie rezerwy walut zagranicznych od dwóch lat utrzymują się na mniej więcej tym samym poziomie, co sugeruje, że Dania nie doświadcza istotnej presji ze strony spekulantów. W lipcu wartość rezerw walutowych wynosiła 468,1 miliardów DKK, tyle samo co miesiąc wcześniej. W tym samym okresie bank centralny nie podejmował żadnych istotnych interwencji w celu stabilizacji korony. Od dłuższego czasu nie otrzymaliśmy żadnych informacji o znaczącej interwencji ze strony Banku. Ostatnia interwencja na sporą skalę miała miejsce w lutym 2017 r, kiedy to bank zdecydował się na sprzedaż 4,7 mld koron celem osłabienia krajowej waluty. Rezerwy walut zagranicznych wciąż wynoszą zaledwie 20% duńskiego PKB – aktualnie są one o 40% niższe od rekordowej wielkości, którą osiągnęli po uwolnieniu kursu EUR/CHF, którego Szwajcaria dokonała w styczniu 2015 r.

Rezerwy walut zagranicznych Danii (2012-2018)Rezerwy walut zagranicznych Danii

Bank centralny Danii broni się przed potencjalnymi atakami spekulacyjnymi i niekorzystną aprecjacją korony, od stycznia 2016 r. utrzymując stopy na ujemnym poziomie. Stopa referencyjna DNB wynosi -0,65%, a ostatnie komunikaty ze strony Nationalbanku sugerują, że w możliwej do przewidzenia przyszłości stopy pozostaną poniżej zera. Bank centralny zazwyczaj czeka z decyzjami w kwestii własnej polityki pieniężnej na zmiany retoryki Europejskiego Banku Centralnego. Jednak w obliczu coraz bardziej rozgrzanego rynku nieruchomości istnieje pewna szansa na podniesienie stóp procentowych DNB, aby uniknąć niechcianego przegrzania.

Prognoza Ebury

DNB wielokrotnie wyrażał chęć do utrzymania usztywnionego kursu korony względem euro. Decydenci twierdzą również, że mają nieograniczone możliwości odbicia ewentualnych ataków spekulacyjnych, jak i ograniczenia przegrzania gospodarki. Jesteśmy zdania, że ujemna różnica między stopami procentowymi Danii i strefy euro, jak i spore rezerwy walut zagranicznych Danii, pozwolą bankowi centralnemu na utrzymywanie sztywnego kursu EUR/DKK na poziomie 7,46 w możliwej do przewidzenia przyszłości. Na koniec roku oczekujemy: USD/DKK 6,45; EUR/DKK 7,46 oraz DKK/PLN 0,56.

Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Przejrzystość, prostota i przyjazność oczami Ministerstwa Finansów

Łukasz Czucharski, ekspert Pracodawców RP
Łukasz Czucharski, ekspert Pracodawców RP

Ministerstwo Finansów opublikowało ponad 150-stronicowy projekt ustawy o PIT i CIT, który przewiduje liczne zmiany przepisów, a nawet kolejną, zupełnie nową daninę – exit tax. Partnerzy społeczni na przekazanie uwag do tak obszernego i ważnego projektu dostali zaledwie 14 dni. I wszystko to pod hasłem tzw. polityki 3P, czyli regulowania prawa podatkowego w sposób przejrzysty, prosty i przyjazny.

Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz o zmianie niektórych innych ustaw liczy dokładnie 155 stron. Ujęto na nich zmiany dotyczące przede wszystkim zmian w podatkach dochodowych. Są to m. in. preferencyjne opodatkowanie dochodów generowanych przez prawa własności intelektualnej, wprowadzenie obniżonej stawki podatku CIT w wysokości 9 proc. dla małych i nowych firm oraz ograniczenie biurokracji poprzez rezygnację z niektórych zbędnych obowiązków informacyjnych.

Obok kilku pozytywnych zmian w projekcie jest długi szereg propozycji, które mogą wydatnie utrudnić prowadzenie działalności gospodarczej i zwiększyć obciążenia dla biznesu. Zmianie ulegną m. in. zasady opodatkowania samochodów osobowych. Korzystający ze służbowych pojazdów do celów służbowych i prywatnych odliczą od przychodu tylko 50 proc. wydatków. Natomiast użytkując pojazdy prywatne zaledwie 20 proc. Resort finansów zaproponował także limit 150 tys. zł obejmujący opłaty wynikające z leasingu operacyjnego, najmu i dzierżawy aut.

Ale największą nowością jest implementacja dyrektywy ATAD czyli przepisów przeciwdziałających praktykom unikania opodatkowania mającym bezpośredni wpływ na funkcjonowanie rynku wewnętrznego. W tym celu wprowadza się „exit tax” – podatek od niezrealizowanych zysków kapitałowych w przypadku przeniesienia aktywów, rezydencji podatkowej lub stałego zakładu.

Patrząc jednak przez pryzmat zaproponowanych przez resort finansów przepisów nasuwa się wniosek, że projektodawca wykroczył poza cele dyrektywy. Pod pretekstem jej implementacji wprowadza profiskalne rozwiązanie, które dotknie również podmioty niestosujące agresywnej optymalizacji podatkowej. Ministerstwo Finansów ujęło przepisy o exit tax tak, że może oddziaływać na osoby fizyczne i przedsiębiorstwa, których celem wcale nie jest ucieczka z majątkiem. Szczególnym zagrożeniem jest opodatkowanie podmiotów, które będą przenosić składniki majątku za granicę w celu rozwoju swoich przedsiębiorstw w skali międzynarodowej. Może to zniechęcić do inwestowania za granicą. Z kolei objęcie opodatkowaniem osób fizycznych może naruszać fundamentalną zasadę swobodnego przepływu osób. Należy zauważyć, że nie wszystkie państwa członkowskie zdecydowały się na opodatkowanie osób fizycznych.

Zgodnie z planami resortu finansów przepisy projektu mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2019 r. Oznacza to, że musi on zostać uchwalony do końca października. Mając na uwadze obszerność projektu i skomplikowaną materię, którą reguluje, nie ulega wątpliwości, że dyskusja nad zmianami będzie pobieżna. To z kolei rodzi ryzyko uchwalenia niskiej jakości przepisów. Już sam fakt, że na konsultacje niniejszego projektu przewidziano zaledwie 14 dni w miejsce ustawowych 30 świadczy o tym, że jest on procedowany niezgodnie z zasadami dobrej legislacji. Z kolei zaskakiwanie podatników pakietem kilkudziesięciu zmian podatkowych na 3 miesiące przed ich planowanym wejściem w życie niewątpliwie nie ma nic wspólnego z przejrzystością, prostotą i przyjaznością systemu podatkowego czyli tak podkreślanymi przez stronę rządową zasadami 3P.

To niestety nie pierwszy raz, kiedy resort finansów pod pozorem czy to upraszczania prawa podatkowego, czy też uszczelniania systemu, wprowadza na ostatnią chwilę zmiany, które całkowicie zaskakują podatników. Kontynuując takie praktyki Ministerstwo Finansów stawia pod znakiem zapytania sens całej dyskusji nad uzdrawianiem polskiego prawa podatkowego i zapewnianiem obywatelom poczucia pewności prawa.

Łukasz Czucharski, ekspert Pracodawców RP ds. podatkowych

540 mln zł na dofinansowanie wyprawek szkolnych. Już 40 proc. rodzin otrzymało świadczenia z programu Dobry Start

540 mln zł na dofinansowanie wyprawek szkolnych. Już 40 proc. rodzin otrzymało świadczenia z programu Dobry Start 1

To ostatni moment, by dofinansowanie do szkolnej wyprawki w ramach programu Dobry Start dostać jeszcze we wrześniu. Rodzice bądź opiekunowie, którzy zdążą złożyć wniosek do 31 sierpnia, otrzymają świadczenie w wysokości 300 zł w ciągu kolejnego miesiąca. Po tym terminie okres oczekiwania na wypłatę świadczenia będzie dłuższy. Do tej pory w ramach programu Dobry Start świadczenia finansowe w łącznej kwocie 540 mln zł otrzymało już 40 proc. rodzin, które o to wnioskowały.

Program Dobry Start cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. W ciągu dwóch miesięcy mamy już złożonych blisko 90 proc. wniosków o to świadczenie. Świadczy to o tym, że Polacy dobrze odebrali ten program i został on dobrze skalibrowany. Kiedy dla rodziców nadchodzi ten trudny czas posyłania dzieci do szkół, mogą liczyć na specjalne wsparcie i pomoc przy wyprawce. Szacujemy, że wniosków o program Dobry start będzie w sumie około 3,5 mln. Z tego świadczenia skorzysta ok. 4,5 mln dzieci w wieku szkolnym, a program w przyszłym roku będzie kontynuowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Marczuk, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej.

Jak poinformowała na konferencji w tym tygodniu szefowa resortu Elżbieta Rafalska, w ramach programu Dobry Start świadczenia finansowe w łącznej kwocie 540 mln zł otrzymało już 40 proc. rodzin, które złożyły wnioski. W niektórych województwach (m.in. świętokrzyskim, warmińsko-mazurskim, podlaskim) wypłacono już ponad 50 proc. świadczeń.

Wnioski o dofinansowanie do wyprawki złożyło do tej pory 2,5 mln rodzin z 3,4 mln uprawnionych do świadczenia. Na cały program Dobry Start przeznaczone jest z budżetu państwa blisko 1,45 mld zł. Świadczenie przysługuje na dzieci rozpoczynające naukę w szkole między 7. a 18. rokiem życia (lub 20. w przypadku kontynuowania nauki rozpoczętej w danej szkole przed ukończeniem 18 lat).

Od tej zasady są dwa wyjątki, bo świadczenie przysługuje również na sześciolatki, które idą do I klasy szkoły podstawowej. Natomiast w przypadku dzieci niepełnosprawnych, które nadal się uczą, świadczenie przysługuje do 24. roku życia – mówi Bartosz Marczuk.

W ramach uruchomionego w tym roku programu Dobry Start wnioski o dofinansowanie do szkolnej wyprawki w wysokości 300 zł można składać online, za pośrednictwem profilu zaufanego (od 1 lipca) bądź tradycyjnie, w urzędzie albo na poczcie (od 1 sierpnia).

Ubieganie się o świadczenie z programu Dobry Start jest banalnie proste. Jeżeli składamy wniosek elektroniczny, na co zdecydowała się do tej pory większość Polaków, to właściwie musimy mieć tylko trzy informacje, czyli swoje dane osobowe, dane osobowe dziecka, nazwę szkoły, do której uczęszcza. Złożenie takiego wniosku online trwa około 3–4 minut. Natomiast jeśli ktoś życzy sobie złożyć wniosek papierowy, wtedy może zrobić to w gminie – mówi wiceminister Bartosz Marczuk.

Świadczenie przysługuje niezależnie od dochodów i można łączyć je ze świadczeniem wypłacanym w ramach 500+. Jest wypłacane na wniosek rodzica lub opiekuna prawnego dziecka (nie przysługuje automatycznie). Takie wnioski można składać tylko do końca listopada, po tym terminie świadczenie na ten rok przepadnie.

Od 1 grudnia nie będą już przyjmowane. To jest data graniczna – niezłożenie wniosku do końca listopada oznacza, że rezygnujemy ze świadczenia. Natomiast jeżeli chcemy, aby świadczenie wpłynęło do nas do końca września, powinniśmy złożyć wniosek do końca sierpnia. Jeżeli wniosek zostanie złożony po tym terminie, gmina ma obowiązek wypłaty świadczenia w ciągu dwóch miesięcy – mówi wiceminister Bartosz Marczuk.

Jak podkreśliła na czwartkowej konferencji Elżbieta Rafalska, program Dobry Start i dofinansowania do szkolnej wyprawki to kolejne działania rządu w obszarze edukacji, po darmowych podręcznikach, szerokopasmowym internecie w ramach OSE (Ogólnopolska Sieć Edukacyjna) i multimedialnych tablicach czy przekształceniach gimnazjów.

Związek Nauczycielstwa Polskiego krytycznie o zmianach w Karcie Nauczyciela. Od 1 września zmieni się m.in. sposób oceny pedagogów

Związek Nauczycielstwa Polskiego krytycznie o zmianach w Karcie Nauczyciela. Od 1 września zmieni się m.in. sposób oceny pedagogów 2

Od 1 września wchodzą w życie kolejne zmiany w Karcie Nauczyciela. Przede wszystkim zmieni się sposób oceny pedagogów oraz ścieżka ich awansu zawodowego, która wydłuży się o pięć lat. Według prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego zmiany te wymierzone są w nauczycieli, a nieustanne reformowanie systemu edukacji nie służy przede wszystkim uczniom.

To są dwie bardzo ważne zmiany. Pociągają za sobą element oceny pracy nauczyciela, do czego jesteśmy przyzwyczajeni i co nie stanowi dla nas problemu, bo nas ocenia i uczeń, i rodzic, i organ prowadzący, organ nadzoru, i media, natomiast radykalnie zagęszcza się częstotliwość tych ocen i ich skutki przekładające się chociażby na finanse, łącznie z tym hipotetycznym, bo za 4 lata pojawiającym się projektem 500+ dla nauczyciela – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Jego zdaniem w większości szkół nie uda się przed rozpoczęciem roku szkolnego opracować regulaminów ocen ze szczegółowymi wskaźnikami ocen nauczycieli. Mieli się tym zająć dyrektorzy szkół ze względu na różnorodność profili placówek szkolnych. Ministerstwo Edukacji Narodowej opracowało natomiast same kryteria oceny. Od wyniku ewaluacji zależeć będzie m.in. czas, jaki nauczycielowi zajmie wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery.

Nowy awans zawodowy został radykalnie wydłużony o połowę. Te 5 lat różnicy każdy z nauczycieli odczuje na własnej kieszeni – tłumaczy Sławomir Broniarz. – Jeżeli ktoś dzisiaj zakończył procedurę awansu np. na nauczyciela mianowanego, to wbrew własnym oczekiwaniom od 1 września nie rozpocznie procedury awansu na nauczyciela dyplomowanego, tylko będzie musiał odczekać 4 lata, a to będzie skutkowało istotnym uszczerbkiem w jego budżecie.

Od nowego roku szkolnego staż na nauczyciela kontraktowego wydłuży się z 9 miesięcy do roku i 9 miesięcy. Aby rozpocząć staż na nauczyciela mianowanego, będzie trzeba przepracować kolejne trzy lata, a nie jak do tej pory dwa. Natomiast staż na nauczyciela dyplomowanego będzie musiał być poprzedzony czteroletnim, a nie jak dotychczas rocznym okresem pracy. W ten sposób ścieżka awansu wydłuży się z 10 do 15 lat. Będzie można ją skrócić w przypadku otrzymania wyróżniającej oceny pracy; wówczas od uzyskania poprzedniego tytułu do rozpoczęcia stażu na kolejny stopień nauczycielski wystarczą dwa lata.

– Te zmiany są wyraźnie antynauczycielskie – ocenia prezes ZNP. – Widzimy wyraźnie, że pani Anna Zalewska postanowiła być tym ministrem, który ukróci rzekome uprawnienia nauczycieli wynikające z Karty Nauczyciela. Tymczasem jest to przede wszystkim dokument dla ucznia, gwarantujący mu mniej więcej jednakowy poziom edukacji bez względu na miejsce zamieszkania, natomiast dla nauczycieli był to zbiór praw i obowiązków, a żadne cudowne przywileje z tego nie wynikały.

Wchodzące w życie od 1 września zmiany nie są pierwszymi w tym roku. Od stycznia zmieniły się zasady przyznawania urlopu dla poratowania zdrowia oraz uprawnień rodzicielskich. Rok temu zlikwidowano gimnazja i przywrócono 8-letnią szkołę podstawową oraz 4-letnią średnią. Według Sławomira Broniarza ciągłe zmiany angażują nauczycieli do ich wdrażania i odrywają ich od pracy pedagogicznej.

Nauczyciele nie czekają na żadną zmianę, wręcz przeciwnie, chcieliby mieć rok, dwa, trzy spokoju, kiedy nie ma żadnych gwałtownych, rewolucyjnych działań, żadnych nowych, istotnych z punktu widzenia tejże profesji projektów ustaw, dlatego że my jesteśmy umordowani tymi zmianami – mówi prezes ZNP. – Jeżeli każdego roku szkolnego jesteśmy zasypywani mnogością różnego rodzaju nowych rozporządzeń, do których musimy się dostosować, to w gruncie rzeczy sporo czasu i energii tracimy na to, żeby te rozporządzenia wdrożyć w życie, zapominając o tym, że naszą podstawową powinnością jest edukacja i wychowanie młodego człowieka.

McDonald’s przyciąga pracowników poniżej 18 roku życia. Wielu z nich zaczyna od wakacyjnej pracy

McDonald’s przyciąga pracowników poniżej 18 roku życia. Wielu z nich zaczyna od wakacyjnej pracy 3

Wakacje to dobry moment na zdobycie pierwszych szlifów zawodowych. Także dla młodych osób w wieku 16–18 lat. Do podjęcia pracy w czasie tegorocznych wakacji młodocianych zachęcał również McDonald’s. Tylko na koniec lipca co dziesiąty pracownik zatrudniony w restauracjach własnych sieci miał między 16 a 18 lat. To dla nich dobra okazja nie tylko do zarobku, lecz także do zdobycia cennego doświadczenia zawodowego, które w przyszłości może pomóc im w rozwoju kariery – podkreśla Natalia Sobolewska, kierownik restauracji McDonald’s.

Praca w wakacje dla osób poniżej 18. roku życia może być ciekawym doświadczeniem. Nie chodzi tylko o możliwość zarobienia pierwszych własnych pieniędzy na wymarzony sprzęt czy wakacje, ale o możliwość zdobycia dodatkowych umiejętności – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Natalia Sobolewska, kierownik restauracji McDonald’s.

To właśnie w wakacje większość młodych ludzi stawia pierwsze kroki zawodowe. Również osoby w przedziale wiekowych 16–18 lat, mogą znaleźć okazje do zarobku. Przepisy Kodeksu pracy uwzględniają bowiem tę grupę jako młodocianych pracowników. Od 1 września 2018 roku pracę będą mogły podjąć już osoby po 15. roku życia.

Praca na wakacje to dobry pomysł, bo to odskocznia od roku szkolnego, do tego dodatkowo można sobie dorobić i fajnie spędzić czas, w miłej atmosferze, z fajnymi ludźmi – mówi Maciej Gierczycki, pracownik restauracji McDonald’s.

Jak podkreśla Natalia Sobolewska, wakacyjna praca to możliwość zdobycia cennego doświadczenia, zwłaszcza że pracodawcy coraz mniejszą wagę przywiązują do wykształcenia, a dużo bardziej liczą się dla nich umiejętności kandydata i jego dotychczasowa aktywność zawodowa.

– Młody pracownik uczy się przede wszystkim kontaktu z gośćmi, otwartości i komunikacji, podejmowania własnych decyzji. Uczy się nie tylko przyjmowania i wydawania zamówień, lecz także odpowiedzialności, skrupulatności oraz współpracy w zespole – wymienia Natalia Sobolewska.

– Podczas pracy wakacyjnej w McDonald’s nauczyłem się przede wszystkim szacunku do drugiej osoby, kontaktu z klientem oraz sumienności, bo trzeba się trzymać wyznaczonych grafików. Jest to też małe przygotowanie do pracy w przyszłości, taka wersja demo, która mam nadzieję, pomoże mi, kiedy będę chciał zdobyć pracę – mówi Maciej Gierczycki.

McDonald’s Polska aktywnie zachęca młodocianych do podjęcia pracy w czasie wakacji. Oferuje młodzieży pracę w swoich lokalach, zachęcając umową o pracę, atrakcyjnymi stawkami i elastycznymi godzinami pracy.

– Młody pracownik, wybierając pracę w McDonald’s, nie musi mieć żadnego doświadczenia zawodowego. Jesteśmy w stanie dopasować jego grafik pracy do jego hobby, różnych zainteresowań czy planów wakacyjnych. Dla takich osób zapewniamy szkolenia, zniżki na posiłki. Stawiamy na atmosferę pracy – wskazuje Natalia Sobolewska.

Zgodnie z przepisami osoba, która ukończyła 16 rok życia, może wykonywać tylko prace lekkie. Nie może pracować dłużej niż 8 godzin dziennie, a gdy dobowy wymiar czasu jest dłuższy niż 4,5 godziny, przysługuje mu wliczana do czasu pracy płatna przerwa trwająca nieprzerwanie pół godziny. Takie warunki zapewnia także McDonald’s, który oferuje zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę.

 Na koniec lipca w restauracjach własnych McDonald’s [struktura obejmuje restauracje prowadzone przez korporację, jak i niezależnych licencjobiorców – red.] pracownicy młodociani stanowili 10 proc. personelu. Globalnie nasza firma jest największym pracodawcą dla młodych osób. Pracownicy zajmują bardzo różne stanowiska, przechodzą różne szkolenia, które staramy się dostosować do ich dotychczasowego doświadczenia lub preferencji zawodowych – mówi kierownik restauracji.

22 sierpnia br. McDonald’s ogłosił program „Szansa dla młodzieży” (Youth Opportunity), którego celem jest wsparcie 2 mln młodych osób w wejściu na rynek pracy. W ramach programu firma zobowiązuje się stworzyć do 2025 roku kursy przygotowujące do wejścia na rynek pracy, miejsca pracy oraz programy rozwojowe w miejscu pracy. Aby osiągnąć swoje cele, firma dołączyła do Światowej Inicjatywy na rzecz Godnego Zatrudnienia Młodych, prowadzonej przez Międzynarodową Organizację Pracy, która wspiera globalne działania zwalczające bezrobocie wśród młodych. W Europie firma i jej franczyzobiorcy zadeklarowali stworzenie do 2025 roku 43 tys. stanowisk na praktykach.

Ceny ropy naftowej w najbliższych miesiącach mogą się mocno wahać. Kierowcy nie mają co liczyć na obniżki na stacjach paliw

0

Ceny ropy naftowej w najbliższych miesiącach mogą się mocno wahać. Kierowcy nie mają co liczyć na obniżki na stacjach paliw 4

Wysoka produkcja ropy naftowej i konflikty polityczno-gospodarcze między największymi producentami i odbiorcami tego surowca będą oddziaływać na jego ceny w nadchodzących miesiącach. Inwestorów czekają nerwowe miesiące, bo trudno oszacować wagę wpływu poszczególnych czynników, z których jedne działają podbijająco na ceny ropy, inne powodują ich spadek. Taniej na stacjach benzynowych jednak w najbliższym czasie nie będzie.

– Na ceny ropy naftowej w największym stopniu wpływają ostatnio przede wszystkim dane dotyczące produkcji, i to w różnych miejscach na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Sierakowska, analityk rynków surowcowych DM BOŚ. – W USA czy Rosji produkcja rośnie i w tym momencie już osiąga rekordowe poziomy. Z kolei w OPEC produkcja jest limitowana i ostatnio pojawiły się informacje o tym, że kartel bardzo ściśle pilnuje tych wyznaczonych limitów. To z kolei w pewnym stopniu jest wsparciem dla notowań tego surowca.

Ceny ropy naftowej w ostatnim pięcioleciu ulegały bardzo dużym zmianom. Między połową 2014 roku a pierwszym kwartałem 2016 roku odnotowały spadek z ponad 100 dol. za baryłkę do mniej niż 30 dol. Potem rozpoczął się mozolny marsz w górę, by na przełomie czerwca i lipca br. cena sięgnęła 75 dol. za baryłkę. Przez następnych kilka tygodni spadała, by w połowie sierpnia znowu wyruszyć w górę, pod poziom 70 dol.

Na te wahania wpływ miało – i wciąż będzie mieć – kilka czynników, w tym sankcje narzucone na Iran przez Stany Zjednoczone z powodu programu nuklearnego tego kraju. Ponieważ Iran odmówił rozmów na ten temat, dostawy ropy zostaną ograniczone. Jednak produkcja w innych krajach rośnie, m.in. w samych Stanach liczba wiertni wzrosła najmocniej od trzech lat.

– Iran jest ważnym producentem ropy, nie tylko w kontekście kartelu OPEC, lecz także w kontekście światowym, dlatego z pewnością te sankcje będą miały istotny wpływ na ceny ropy naftowej na globalnym rynku – komentuje Dorota Sierakowska. – Bardzo trudno jest jednak oszacować, jaki ten wpływ ostatecznie będzie. USA dały swoim sojusznikom czas do listopada na dostosowanie się do sankcji. Do dzisiaj nie ma pewności, w jakim stopniu dopasują się oni do tych sankcji i w jaki sposób wpłynie to na ostateczną produkcję czy eksport ropy naftowej z Iranu. Pojawia się wiele niepewności, które mogą sprawić, że rynek ropy naftowej będzie w najbliższych miesiącach bardzo rozchwiany.

Po stronie popytu przeszkodą w obrocie ropą naftową może być wojna handlowa między USA a Chinami. Bariery celne, jakie kraje te budują między sobą w obrocie towarami, ograniczą zapotrzebowanie na zakupy surowca. W ocenie Doroty Sierakowskiej wpłyną one negatywnie zarówno na całą globalną gospodarkę, jak i na popyt na ropę naftową, która jest w pewnym stopniu papierkiem lakmusowym sytuacji w globalnej gospodarce.

– Podsumowując, inwestorów na rynku ropy naftowej mogą czekać nerwowe miesiące. Prawdopodobnie notowania surowca będą się wahać w pewnej konsolidacji, być może będą próbowały sięgnąć tegorocznych maksimów, ale jednak ta presja związana z dużą produkcją ropy naftowej może się utrzymywać – reasumuje analityczka DM BOŚ.

Dla kierowców w Polsce najważniejszy jest jednak wpływ tych światowych perturbacji na cenę paliw na stacjach benzynowych. W wakacje wzrosła ona powyżej 5 zł za litr benzyny i ok. 2,30 zł za litr gazu LPG. To o 40–60 groszy więcej niż rok temu. Według Doroty Sierakowskiej w najbliższym czasie nie ma co liczyć na obniżki. Zwłaszcza że dolar jest droższy niż przed rokiem o ponad 2 proc., a od początku 2018 roku podrożał o przeszło 5 proc.

–  Ceny paliw przy dystrybutorach w Polsce są pochodną tego, co się dzieje na globalnym rynku ropy naftowej, natomiast to przełożenie działa z pewnym opóźnieniem – wyjaśnia analityk rynków surowcowych DM BOŚ. – W ostatnim czasie notowania ropy naftowej poruszały się w miarę wysoko, czyli ceny były relatywnie wysokie na tle ostatnich paru lat. To z kolei sprawia, że kierowcy raczej nie mogą liczyć na jakiekolwiek istotne obniżki cen paliw w Polsce. Tym bardziej że słabość złotego, którą widzieliśmy w ostatnich tygodniach, również ma istotny wpływ na notowania.

Nowe technologie zmieniają świat rozrywki i nauki. W przyszłości soczewki z rozszerzoną rzeczywistością mogą zastąpić smartfona

Nowe technologie zmieniają świat rozrywki i nauki. W przyszłości soczewki z rozszerzoną rzeczywistością mogą zastąpić smartfona 5

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość przenikają już niemal każdą dziedzinę życia. Technologie zrewolucjonizowały już świat rozrywki, z ich możliwości korzystał przede wszystkim sektor gier komputerowych. Obecnie jednak VR i AR znajdują zastosowanie w medycynie, przemyśle, architekturze, marketingu czy handlu. Specjalne okulary pomagają korzystać z nawet najbardziej skomplikowanych urządzeń. Już wkrótce standardem mogą się stać soczewki, które zastąpią komputery i smartfony, wyświetlając obraz bezpośrednio na gałkach ocznych. Kolejne udogodnienia to tylko kwestia czasu.

– Rynek VR i AR rozwija się, niedawne prognozy wskazują, że w następnych trzech latach ma być wart ok. 21 mld dol. Technologie idą przede wszystkim w kierunku gamingu. Ale rozszerzona rzeczywistość wykorzystywana jest też w czasie operacji, np. żyły są podświetlane, żeby pielęgniarka wiedziała dokładnie, gdzie włożyć strzykawkę. Mamy też sztuczną inteligencję, która robi analizę danych, np. gdzie może być stwardnienie w żyle. Możemy to wizualizować za pomocą rozszerzonej rzeczywistości – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Czarzbon, prezes MadeInHolo.

Technologie rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości całkowicie zmieniają świat gier. Świat rozrywki także przenosi się do AR i VR. Zestawy wirtualnej rzeczywistości znalazły zastosowanie w medycynie, pozwalają też rozpoznawać i leczyć uzależnienia. Dzięki specjalnym robotom zabiegi i operacje można przeprowadzać zdalnie, nawet z innego kontynentu. Wirtualna rzeczywistość pozwala zwizualizować zmiany i podpowiedzieć, jak je usunąć.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość wkraczają również do handlu. Coraz więcej marek wprowadza możliwość sprawdzenia w VR i AR, jak pasowałoby dane ubranie. Sklepy umożliwiają też wirtualne przymierzanie odzieży, a część idzie jeszcze dalej – nowe technologie rozpoznają, jakie ubrania mierzy klient i podpowiada inne, które z dużym prawdopodobieństwem mogłyby się spotkać z zainteresowaniem danej osoby.

Nowe urządzenia zastępują ekrany. Hololens to urządzenia zaprojektowane do noszenia na głowie, wyposażone są w zestaw sensorów, wyświetlacze oraz specjalny procesor do przetwarzania obrazów w rozszerzonej rzeczywistości. Urządzenie łączy świat cyfrowy z rzeczywistym, ale przede wszystkim – eliminuje konieczność posiadania ekranu.

– Wyobraźmy sobie technika serwisanta, który idzie do jakiegoś obiektu i dzięki Hololens ma na żywo podgląd na dane z komputera, widzi, że ma naprawić tę szafę albo wymienić tamten element. Dzięki temu ręce ma wolne, ponieważ nie musi w nich trzymać tabletu. Dostaje informacje kontekstowo, wie, gdzie jest urządzenie, zna jego historię. To daje duże możliwości, np. ekspert, który nie jest na miejscu, może zobaczyć to, co ja widzę i dać mi wskazówki – tłumaczy Marek Czarzbon.

Zastosowanie nowych rozwiązań z rynku wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości jest praktycznie nieograniczone. Naukowcy czy młode przedsiębiorstwa prześcigają się w nowych wdrożeniach. Jedynym ograniczeniem jest tak naprawdę wyobraźnia. Naukowcy opracowali już polimer, który będzie w stanie zamienić zwykłe soczewki kontaktowe w małe komputery.

– Jeżeli będziemy mieli nieinwazyjne soczewki, których inne osoby nie będą widzieć, to będzie to ten następny smartfon – interfejs do komputera, coś, co mamy zawsze przy sobie. Dostaniemy na nie informacje, które będą bardziej inteligentne, ponieważ to urządzenie będzie wiedziało, gdzie jesteśmy, będzie widziało kontekst – przekonuje ekspert.

Opracowane przez naukowców przewodniki mogą być wykorzystywane nie tylko w soczewkach. Zawierają specjalne powietrzne elektrody, które znajdą zastosowanie w bateriach, kondensatorach, inteligentnych, ściemniających się oknach czy adaptacyjnym kamuflażu militarnym.

Według firmy badawczej IDC rynek technologii VR i AR w najbliższych pięciu latach ma się rozwijać w tempie 52 proc. średniorocznie.

Niektóre innowacje wymagają pilnych uregulowań prawnych. Bez nich autonomiczne samochody czy sztuczna inteligencja mogą być niebezpieczne

Niektóre innowacje wymagają pilnych uregulowań prawnych. Bez nich autonomiczne samochody czy sztuczna inteligencja mogą być niebezpieczne 6

Nowe technologie są niezwykle trudną dziedziną do uregulowania w świetle prawa. Zbyt liberalne przepisy mogą spowodować, że innowacje zostaną wykorzystane w sposób nieuprawniony, zaś za duże obostrzenia mogą zastopować ich rozwój. Technologie takie jak autonomiczne pojazdy czy sztuczna inteligencja wymagają jednak pilnych uregulowań prawnych, ponieważ bez nich mogą stwarzać zagrożenie dla człowieka, a nawet ludzkości – przekonują najsłynniejsi wizjonerzy.

Istnieją dwie koncepcje regulacji nowych, innowacyjnych technologii. Według pierwszej stosowne regulacje należy wprowadzać tak szybko, jak to możliwe, aby od razu usystematyzować sposób działania nowych rozwiązań w społeczeństwie. Druga koncepcja głosi, że w pierwszym etapie wdrażania innowacyjnej technologii należy pozwolić jej się rozwinąć, aby pokazała swój potencjał i ujawniła ewentualne zagrożenia związane z jej działaniem. Jak podkreślają eksperci, żadne z tych rozwiązań nie jest jednak idealne.

– W niektórych obszarach regulacje prawne są potrzebne od razu, dlatego że skutki danych technologii wywierają zbyt duży wpływ na nasze życie społeczne. Prosty przykład: autonomiczne samochody. Trudno wyobrazić sobie, by samochody autonomiczne wyjechały na nasze ulice, a żebyśmy nie mieli uregulowanej z góry kwestii odpowiedzialności chociażby za wypadki, które mogą powodować takie pojazdy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Zalewski z LegalTech.

Obecnie jednym z najszybciej rozwijających się rynków w świecie cyfrowym jest rynek kryptowalut. Ze względu na gwałtownie rosnące ceny m.in. bitcoina, rynkiem kryptowalutowym zainteresowali się przedsiębiorcy, którzy zauważyli w nich doskonałe narzędzie inwestycyjne. Z jednej strony ustawodawca nie zakazał obrotu tymi walutami, z drugiej zaś NBP i KNF niejednokrotnie ostrzegały przed ryzykiem związanym z inwestowaniem w kryptowaluty. Prędzej czy później prawo ureguluje tę kwestię, na razie jednak ustawodawcy przyglądają się rozwojowi tej branży i na podstawie doświadczeń pierwszych inwestorów wprowadzą stosowne regulacje.

– Tutaj praktykuje się różne rozwiązania, np. tzw. piaskownicy regulacyjnej To rozwiązanie polegające na stworzeniu czegoś w rodzaju poletka doświadczalnego, gdzie pozwala się za zgodą i wiedzą regulatora prowadzić pewnego rodzaju działalność, obserwując ją bacznie. To jest pole doświadczalne, które pozwala wypraktykować, jakie regulacje prawne w przyszłości będą najwłaściwsze, takie żeby z jednej strony chronić klientów, konsumentów, użytkowników, a z drugiej strony żeby nie hamować rozwoju przedsiębiorczości – tłumaczy ekspert.

W latach 80. ubiegłego stulecia innowacją były wprowadzane wówczas na polski rynek kasety VHS. Przez brak regulacji prawnych możliwe było kopiowanie i rozpowszechnianie treści, a skopiowane kasety szybko trafiły na czarny rynek. Ustawę o prawie autorskim i prawach pokrewnych przyjęto dopiero w 1994 roku. Podróbki filmów, muzyki, programów oraz gier tak mocno zakorzeniły się w świadomości społeczeństwa, że nie można było jedną ustawą zniechęcić Polaków do kupowania pirackich treści. Efektem jest wysoka skala piractwa obecnie – według analityków z The Software Alliance – w naszym kraju aż 46 proc. programów pochodzi z nielegalnego źródła. W skali globalnej wskaźnik ten jest zauważalnie niższy i wynosi 37 proc.

Z drugiej strony nadmierne regulowanie rynku i nakładanie na niego surowych obostrzeń nie zawsze jest dobrym wyjściem. Kiedy Unia Europejska postanowiła uregulować kwestię usług hostingowych, nie zgodziła się, aby obarczyć wyłączną odpowiedzialnością za naruszenia prawa usługodawców. W zamian zaproponowała model hybrydowy – to użytkownicy odpowiadają za treści, które umieszczają na witrynach, a rola dostawców ogranicza się wyłącznie do usuwania plików, które zostaną zgłoszone jako naruszające prawa autorskie.

 Okazuje się, że to była regulacja dosyć neutralna, która z jednej strony pozwalała na rozwój tych podmiotów, a z drugiej strony dawała też możliwość ochrony tych, których prawa autorskie mogły być naruszone. W efekcie mamy wiele działających dziś platform, które w istotny sposób zbudowały internet taki, jakim go znamy – twierdzi Tomasz Zalewski.

Największym wyzwaniem, przed jakim wkrótce staną ustawodawcy, będzie gwałtowny wzrost popularności sztucznej inteligencji oraz systemów monitoringu. Dziś są one we wczesnej fazie rozwoju, ale za kilka lat telewizory i telefony będą nieustannie nasłuchiwać tego, co się wokół nich dzieje, co może wzbudzić obawy dotyczące prywatności osób, które są nagrywane bez ich wiedzy.

Kiedy Google zaprezentowało pierwsze okulary Google Glass w 2012 roku, wydawało się, że otrzymamy technologię, która pozwoli nam pozostać w nieustannym kontakcie z cyfrowym światem. Okulary pozwalały wyświetlać na małym ekranie interaktywne treści, a niewielka kamera w oprawkach rejestrowała obraz i dźwięki otoczenia, aby lepiej dostosować wyświetlane treści do wymagań użytkownika.

W teorii system miał posłużyć m.in. do korzystania z nawigacji GPS za pośrednictwem rzeczywistości rozszerzonej, a w praktyce na Google padła fala krytyki. Zarzucono korporacji, że rejestrowanie obrazu i dźwięku godzi w prywatność osób, które są nieświadomie nagrywane i może być sprzeczne z prawem. Firma postanowiła wycofać produkt z rynku i rozwijać go wyłącznie wśród użytkowników biznesowych, a nie na rynku konsumenckim.

O konieczności uregulowania rynku sztucznej inteligencji wspomina także wielu wizjonerów świata technologii, m.in. Bill Gates czy Elon Musk, którzy wielokrotnie wspominali o tym, że jeśli wpadnie ona w niewłaściwe ręce, może mieć destrukcyjny wpływ na społeczeństwo. Postuluje się m.in. konieczność zabronienia prac nad bronią wykorzystującą sztuczną inteligencję, nad którą człowiek nie miałby żadnej kontroli.

– Nie sądzę byśmy potrzebowali kompleksowych regulacji prawnych, dotyczących innego rodzaju technologii, o których się teraz mówi, np. internetu rzeczy czy kwestii związanych z blockchain. Wydaje mi się, że w tym zakresie prawo, które mamy, jest wystarczające i ewentualnie należy doregulować kwestie związane z jakimiś sektorami, w których te technologie się pojawiają, np. kwestie związane z usługami płatniczymi, tam, gdzie mamy podmioty, które czuwają nad jakimiś rynkami, np. w Polsce KNF, która czuwa nad rynkami finansowymi – podsumowuje prawnik.

Według analityków z firmy Forrester wartość globalnego rynku technologicznego w 2018 roku wzrośnie o 5,1 proc., a w roku 2019 wskaźnik ten wyniesie 4,7 proc. Wartość całej branży technologicznej szacuje się na 3,2 bln dol.

Producenci jachtów korzystają na coraz większej popularności sportów wodnych. Potencjał polskiego rynku wciąż jest jednak niewykorzystany

Producenci jachtów korzystają na coraz większej popularności sportów wodnych. Potencjał polskiego rynku wciąż jest jednak niewykorzystany 7

Polski rynek jachtów rośnie w tempie ok. 10 proc. rocznie. Obecnie jego wartość szacowana jest na 1,5 mld zł, z czego blisko 1 mld zł pochodzi z eksportu. Polskie łodzie, zwłaszcza motorowe do 9 m, sprzedawane są przede wszystkim do Norwegii, Francji i Niemiec. Zwiększa się również sprzedaż w kraju, przede wszystkim wśród firm czarterowych. To efekt rosnącej popularności sportów wodnych. Wciąż jednak potencjał krajowego rynku nie jest wykorzystywany.

Według raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2017” od 2014 roku systematycznie wzrastała liczba nowo zarejestrowanych jachtów w kraju. Niewielki 6 proc. spadek w 2017 roku, w sumie do listopada zarejestrowano 1 366 jednostek, czyli o 88 mniej niż w całym 2016 roku.

– Rodzimy rynek jest jeszcze mało zaawansowany. Cały czas nie jest to rynek na potencjał 38-milionowego kraju. Pracujemy nad tym i nasze dane mówią o tym, że pod tym względem z roku na rok jest coraz lepiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych – Polskie Jachty.

Polski przemysł jachtowy jest obecnie w stanie wytworzyć każdy typ jednostek pływających, od najmniejszych motorówek liczących 6 m do luksusowych jachtów o wartości przekraczającej 1 mln euro. W kraju działa ponad 150 stoczni, których roczna produkcja wynosi ok. 20–22 tys. jednostek, a obroty szacowane są na 1,5 mld zł rocznie. Według ekspertów rynek ten rośnie w tempie 10 proc. rocznie. Największą popularnością cieszą się łodzie motorowe, co jest zgodne również ze światowymi trendami sprzedażowymi. Według raportu KPMG jachty motorowe stanowiły 82 proc. wszystkich zarejestrowanych w 2017 roku jachtów morskich w Polsce.

Najchętniej kupowanymi łodziami są łodzie motorowe od 6 do 9 metrów. W tym segmencie cały czas mamy silne wzrosty. Tak jak w przypadku żaglówek mamy pewną stabilizację, to w przypadku łodzi motorowych cały czas ten rynek jest bardzo chłonny – mówi Michał Bąk.

Jachty z rodzimych stoczni są bardzo cenione na świecie, co stawia Polskę w czołówce liderów eksportu tych jednostek. W 2017 roku wartość eksportu wyniosła blisko 1 mld zł. Z raportu KPMG wynika ponadto, że wiele stoczni na eksport przeznacza nawet 90 proc. rocznej produkcji. Największymi odbiorcami są takie kraje, jak Norwegia, Francja, Niemcy oraz USA.

Polskie stocznie współpracują z najlepszymi projektantami, zarówno z kraju, jak i zza granicy, i z najlepszymi brandami. Produkujemy nie tylko pod własną marką, lecz także produkujemy takie marki jak Axopar, Bayliner, Sea Ray, Quicksilver, Arvor, Jeanneau, Beneteau – mówi Michał Bąk.

Według ekspertów stabilnie rośnie również sprzedaż jachtów na rodzimy rynek. Wiąże się to ze wzrastającym poziomem zamożności Polaków oraz stale zwiększającą się popularnością sportów wodnych. Coraz więcej Polaków docenia żeglarstwo i sporty motorowodne jako sposób na przyjemne spędzenie wolnego czasu. Infrastruktura na rynku turystyki wodnej ulega poprawie, rośnie więc zapotrzebowanie na nowe jednostki pływające. Na rynku pierwotnym podstawowym klientem stoczni pozostają firmy czarterowe.

Polacy coraz chętniej decydują się na aktywną turystykę wodną. Czarterują jachty dużo chętniej, niż zakupują własny jacht i później ponoszą również koszty związane z jego utrzymaniem – mówi Michał Bąk.

Koniec nadwyżki budżetowej. Słaby złoty. Co ze stopami w USA?

W krótkim terminie stopy procentowe mają rosnąć, ale co dalej? Złoty wczoraj oddał sporą część ostatniego umocnienia. Polska nadwyżka budżetowa znów przeszła do historii.

Co ze stopami w USA?

Krótkoterminowe prognozy stóp procentowych w USA znamy. Wynika z nich, że ma dojść jeszcze do 1-2 podwyżek w tym roku, odpowiednio we wrześniu i grudniu. Dłuższy termin jest jednak wciąż pod znakiem zapytania. Jest jeden ważny parametr, który pokazuje nastroje inwestorów. Jest to różnica pomiędzy oprocentowaniem obligacji w różnych okresach. Jeszcze rok temu obligacje dwuletnie były wyceniane 0,8% poniżej obligacji 10 letnich. Obecnie jest to zaledwie 0,2%. Oznacza to, że inwestorzy coraz chętniej wybierają papiery o dłuższym terminie zapadalności. Dlaczego tak się dzieje? Taka sytuacja przeważnie ma miejsce przed spadkiem stóp procentowych. Biorąc pod uwagę nadchodzące miesiące to wyjaśnienie nie ma sensu. Mówimy jednak o horyzoncie 10 letnim. Część inwestorów przewiduje bowiem nadchodzącą korektę w gospodarce, a być może recesje. W takiej sytuacji stopy procentowe będą spadać a inwestorzy zarobią na inwestycji.

Słabość złotego

Po dobrych dniach nadszedł czas na korektę na polskim złotym. Kolejne dni pokażą nam czy znów wracamy do wyższych poziomów czy było to tylko techniczne odreagowanie. Wczoraj złoty stracił 2 grosze względem euro, które kosztuje już 4,29 zł. Znacznie gorzej było na franku, który podrożał wczoraj prawie 4 grosze osiągając 3,78 zł. Najciekawiej było na funcie, który z 4,70 zł skoczył na 4,77 zł. Dolar relatywnie spokojnie podrożał z 3,65 zł na 3,67 zł.

Koniec nadwyżki budżetowej

Po tym jak jeszcze w czerwcu hucznie ogłaszano 9,5 miliarda złotych nadwyżki w lipcu zobaczyliśmy deficyt. Co spowodowało, że jesteśmy prawie miliard złotych na minusie? Dwie główne sprawy po pierwsze wydatki na obsługę zadłużenia po drugie spowolniły dochody podatkowe. Z jednej strony warto zwrócić uwagę, że to ostatnia duża transza obsługi zadłużenia, zatem takich bodźców już nie będzie. Z drugiej dochody podatkowe nie mogą rosnąć wiecznie. Nawet wprowadzony split payment po początkowych sukcesach nie utrzymał wzrostu wpływów z VAT. Z jednej strony są to złe wiadomości tłumaczące spadki złotego. Z drugiej nadeszły w bardzo dobrym momencie. Trwają właśnie prace nad budżetem na 2019 rok i wiele osób już wydawało cudownie wygenerowane nadwyżki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – dochody i wydatki amerykanów.
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłki dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Coraz więcej Ukraińców ma zamiar wyjechać z Polski – zastąpią ich pracownicy z Azji

Zgodnie z medialnymi doniesieniami rząd prowadzi rozmowy z władzami Filipin odnośnie ustalenia zasad współpracy w sprowadzaniu pracowników z tego kraju do Polski. Firmy coraz częściej sięgają po pracowników z Dalekiego Wschodu, ponieważ w sezonie brakuje pracowników z Ukrainy, którzy wybierają pracę w innych krajach Europy Zachodniej.

Według tegorocznego raportu OTTO Work Force 37% pracowników tymczasowych z Ukrainy „rozważa” lub „raczej rozważa” wyjazd do innego kraju niż Polska. Jedynie 16% ankietowanych zadeklarowało, że nie bierze pod uwagę dalszej emigracji zarobkowej. Ankietowani wskazali wyższe zarobki (62%) jako decydujący powód ich wyjazdu. Destynacje, które biorą pod uwagę to głównie Niemcy (40%), Wielka Brytania (15%), Holandia (14%), Norwegia (13%), Włochy (9%) i Francja (8%).

Powody decyzji pracowników tymczasowych z Ukrainy o wyjeździe do pracy do innego kraju niż PolskaPowody decyzji pracowników tymczasowych z Ukrainy o wyjeździe do pracy do innego kraju niż Polska

„Na pewno jest to problem dla naszej gospodarki – dla wielu firm, których działania są oparte na pracy pracowników ze Wschodu. Ogólnie brakuje nam bardzo dużo osób na rynku, mamy problem ze znalezieniem siły roboczej, więc musimy myśleć o tym, co dalej” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Operacyjny OTTO Work Force.

Z jednej strony Polska wprowadziła ruch bezwizowy dla Ukraińców, z drugiej coraz większa liczba państw wprowadza ułatwienia w legalnym podejmowaniu przez nich pracy np. Czechy. Dlatego też Polska zmuszona jest do coraz większego konkurowania z innymi państwami w pozyskiwaniu i zatrzymaniu pracowników. Jest to główny powód, dla którego przedsiębiorstwa rekrutujące pracowników rozszerzają poszukiwania o coraz dalej położone rynki jak: Indie, Nepal, Wietnam, czy na Filipiny.

„Strategia ściągania pracowników z Azji jest jedyną opcją, która podtrzyma naszą gospodarkę, kiedy zabraknie nam siły roboczej z Europy. Dodatkowo, według pracodawców, pracownicy z dalekiego Wschodu łatwo aklimatyzują się w Polsce. Statystyki mówią, że obecnie w Polsce jest około 30 tysięcy pracowników z Azji – ta liczba z pewnością wzrośnie w drugiej połowie tego roku” – informuje Tomasz Dudek.

W projekcie pt. „Badania naukowe na rzecz rozwoju usług OTTO Work Force Polska” zrealizowanym w ramach Miejskiego Programu Wsparcia Partnerstwa Szkolnictwa Wyższego i Nauki oraz Sektora Aktywności Gospodarczej Mozart 2017/2018 przebadano 514 pracowników tymczasowych z Ukrainy.

Nowa rotacja aktywów

Siła wszystkich strachów na rynkach wschodzących

Rok 2018 nie jest dobrym okresem dla rynków wschodzących. Od początku stycznia szeroki indeks MSCI EM stracił przeszło 8% i co ważne, wartość ta uwzględnia już odbicie, które obserwujemy w ostatnich tygodniach. Nie oznacza to, że wszystkie rynki spadały równomiernie. Warto zaznaczyć, że na tym tle warszawska giełda wygląda całkiem przyzwoicie, strata od początku roku nie przekracza obecnie 4%. Przyczyn tego zjawiska jest kilka. Głównym czynnikiem jest umacniający się dolar i rosnąca ścieżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Wpływa ona negatywnie na część gospodarek rynków wschodzących, z uwagi na wysokie zagraniczne zadłużenie w dolarze amerykańskim. Sprawia to duże problemy z obsługą długu zarówno przez podmioty prywatne, jak i instytucje rządowe. Problem mogliśmy obserwować w części mniej zaawansowanych gospodarek wschodzących. W ostatnich tygodniach z dużą siła uzewnętrznił się on w Turcji, co stało za silną przeceną na rynkach akcyjnych w pierwszej połowie sierpnia. Najsilniejszym czynnikiem zapalnym były indeksy w Chinach, które silnie zareagowały na kolejne doniesienia dotyczące wojen handlowych. Problem ceł na linii USA

– Chiny wydaje się nierozwiązany. Ostatnie porozumienie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, które stało za wzrostami na początku ostatniego tygodnia sierpnia, tylko wzmacnia ten problem (prezydent Donald Trump nie będzie już musiał udowadniać koncyliacyjnej postawy przed Kongresem). Niedawne kroki Centralnego Banku Chin, dotyczące zatrzymania deprecjacji juana, wydają się być pokojowo wyciągniętą ręką w kierunku oczekiwań USA (zarzuty dotyczące polityki walutowej Państwa Środka były wielokrotnie podnoszone przez DT). Problem wojen handlowych będzie wracał przynajmniej do listopadowych wyborów do Kongresu. Warto w tym miejscu podnieść jeszcze jedną kwestię. Kraje z mniejszą ekspozycją na problemy wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi zachowują się w tym roku bardzo dobrze. Przykładem są Indie, gdzie tamtejszy indeks zyskał od początku roku niemal 14%.

Rotacja aktywów na krajowej giełdzie jednak nie tak straszna

W ostatnich tygodniach jednym z najważniejszych tematów dotyczących krajowej giełdy była kwestia zmiany klasyfikacji polskiego rynku z rozwijającego się na rozwinięty w indeksach FTSE. W mediach pojawiały się mniej lub bardziej kasandryczne wizje i teorie, jednak konsensus był następujący – suma odpływów przewyższy napływy i będzie to czynnik negatywnie wpływający na GPW. Ostatnie tygodnie na GPW pokazują jednak, że była to błędna teza. Publikacja listy 37 spółek z podziałem na indeksy zdjęła nawis ryzyka. Ponadto, równolegle podjęto decyzje o reklasyfikacji polskich spółek w indeksach Stoxx. Do tej pory byliśmy również zaliczani do rynków rozwijających się, niemniej jednak na tych indeksach nie były oparte żadne fundusze. Włączenie Polski do prestiżowego indeksu Euro Stoxx 600 zmienia nieco perspektywę i niweluje dużą część negatywnych skutków związanych z decyzją FTSE. Dodatkowym czynnikiem wsparcia były kolejne doniesienia o pracowniczych programach kapitałowych (PPK), które w okrojonej wersji mają wejść w życie od 2019 roku (I faza nie obejmuje pracowników budżetówki). Czynnik ten powinien być wsparciem w szczególności dla średnich i małych podmiotów, które najmocniej odczuły coraz silniejsze umorzenia dokonywane przez OFE z uwagi na mechanizm suwaka bezpieczeństwa (przekazywanie środków do ZUS). Co prawda w sierpniu trudno doszukać się silnego wsparcia na wykresach mWIG40 oraz sWIG80, rosły jedynie duże spółki, ale w kolejnych miesiącach może to być decydujący czynnik warunkujący zachowanie się szerokiego rynku akcji na GPW.

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Nowy podatek od zysków, których nie ma już od 1 stycznia 2019 r.

Podatek od niezrealizowanych zysków to kolejne z obciążeń fiskalnych przyjmujące za podstawę opodatkowania fikcję dochodową. Przenoszone przez przedsiębiorcę poza granice RP aktywa zostaną opodatkowane daniną na rzecz polskiego fiskusa w zakresie, w jakim wygenerowałyby one zyski w kraju. Nowy podatek miałby wejść w życie od 1 stycznia 2019 r.

Nowa „anty ulga” dla przedsiębiorców jest nie tylko wynikiem pospolitego ruszenia w imię uszczelniania systemu podatkowego w Polsce, ale i wdrażania Dyrektywy Rady UE 2016/1164 z 12 lipca 2016 r. mającej na celu przeciwdziałanie unikaniu opodatkowania (ang. Anti-Tax Avoidance Directive – ATAD [L 193/1]). Na celowniku UE znalazły się osoby prawne. Władze w Brukseli dążą do tego, aby płacony przez nie podatek dochodowy zostawał w kieszeni państw dotychczasowej rezydencji lub siedziby przedsiębiorcy, a nie w państwie, do którego migrował dla celów podatkowych. Ma to zniechęcić prowadzących działalność gospodarczą do przenoszenia jej poza granice Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a także korzystania z atrakcyjniejszych, a przez to i konkurencyjnych wobec Unii Europejskiej systemów podatkowych. Opodatkowanie niezrealizowanych zysków przedsiębiorstw, a dokładnie wartości rynkowej przenoszonych przez nie aktywów, ma – zgodnie z art. 5 ATAD – co do zasady obciążać:

  • przenoszących aktywa ze swojej siedziby głównej do stałego zakładu w innym państwie członkowskim lub w państwie trzecim;
  • przenoszących aktywa ze swojego stałego zakładu w państwie członkowskim do swojej siedziby głównej lub innego stałego zakładu w innym państwie członkowskim, lub w państwie trzecim;
  • przenoszących swoją rezydencję podatkową do innego państwa członkowskiego lub państwa trzeciego, z wyłączeniem aktywów, które pozostają faktycznie powiązane ze stałym zakładem w pierwszym państwie członkowskim;
  • działalność gospodarczą prowadzoną przez swój stały zakład z jednego państwa członkowskiego do innego państwa członkowskiego lub do państwa trzeciego.

Dyrektywa przewiduje możliwość uzyskania odroczenia płatności podatku i rozłożenia jego spłaty na raty na okres do 5 lat.

Swoboda przepływu osób i przedsiębiorczości

Zagadnienie opodatkowania niezrealizowanych zysków kapitałowych nie jest niczym nowym. Na gruncie europejskim znane jest co najmniej od kilkunastu lat pod takimi nazwami jak exit tax czy departure tax. W 2006 r. ówczesna Komisja Wspólnot Europejskich przedłożyła Radzie Europejskiej komunikat ws. „Opodatkowania niezrealizowanych zysków kapitałowych w przypadku zmiany siedziby lub miejsca zamieszkania dla celów podatkowych…” [KOM(2006) 825]. Kanwą powstania komunikatu były wnioski płynące z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawach podatników przeprowadzających się dla celów podatkowych do innego państwa.

W jednym z wyroków Trybunał zawarł bardzo niebezpieczne dla najistotniejszych zasad istnienia Unii Europejskiej stwierdzenie: „Opodatkowanie osób, których miejsce zamieszkania dla celów podatkowych znajduje się w danym kraju, na podstawie zrealizowanych zysków, zaś osób, które przenoszą miejsce zamieszkania za granicę – na podstawie zysków niezrealizowanych, stanowi nierówne traktowanie, które narusza swobodę przemieszczania się” (sprawa C-9/02, Hughes de Lasteyrie du Saillant 11.03.2004 r.). Podważało ono bowiem wiarygodność zawartej w art. 3 p. 2. Traktatu o Unii Europejskiej deklaracji państw powołujących UE, że zapewnia ona swoim obywatelom przestrzeń sprawiedliwości bez granic wewnętrznych, w której zagwarantowana jest swoboda przepływu osób.

Sprawa miała swą kontynuację. Wskutek interwencji podatnika, zarzucającego przepisom dyskryminację, Naczelny Sąd Administracyjny wystąpił do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o ich wyjaśnienie. Podatek od niezrealizowanych zysków obciążał bowiem tylko obywateli chcących opuścić Francję. ETS przyznał, że ten obowiązek podatkowy ogranicza fundamentalną dla funkcjonowania UE zasadę swobody przedsiębiorczości.

Sytuację zmienił wyrok ETS w innej sprawie, w której orzekł, że państwo członkowskie powinno mieć prawo do opodatkowania zysków powstałych w ramach jego kompetencji przed przeniesieniem kapitału do innego państwa (sprawa C-371/10, National Grid Indus, 29.11.2011 r.).

Być albo nie być

Obranie przez Brukselę kierunku agresywnej polityki podatkowej wobec własnych członków tworzy paradoks. Z jednej strony jest ona uzasadnioną chęcią ratowania wspólnotowego budżetu przed ucieczką kapitału, z drugiej może być jedną z przyczyn jego odpływu, jak np. w przypadku Brexitu. Unia w potrzebie realizacji wielu statutowych celów sięga coraz głębiej do kieszeni przedsiębiorców, nie oferując przy tym wprost proporcjonalnie rosnących udogodnień dla biznesu i – co gorsza – zapominając o fundamentalnych dla własnego istnienia zasadach. Walcząc o własne być albo nie być zapomina, że o to samo mogą walczyć przedsiębiorcy.

Jak dają to bierz, jak biją to uciekaj

A nikt nie lubi być traktowany po macoszemu, zwłaszcza w sytuacji, gdy dotyczy to jego pieniędzy. Dlatego w myśl starego porzekadła – „jak dają to bierz, jak biją to uciekaj” – wielu przedsiębiorców może zacząć się zastanawiać nad zmianą rezydencji podatkowej jeszcze zanim nowe przepisy wejdą w życie. To pozwoli im upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Unikając bycia zobowiązanym w podatku od niezrealizowanych zysków w przyszłości, mogą jednocześnie już teraz skorzystać z licznych ulg i preferencji oferowanych przez przyjazne jurysdykcje podatkowe.

Zmiana rezydencji podatkowej

Zmiana rezydencji podatkowej to nic innego, jak przeniesienie poza terytorium RP centrum ośrodka interesów osobistych i gospodarczych. Zmiana rezydencji będzie miała wpływ na status podatnika, powodując „wyjęcie” go spod nieograniczonego obowiązku podatkowego i objęcie ograniczonym obowiązkiem, sięgającym tylko dochodów uzyskanych w Polsce. Dzięki temu możliwe będzie skorzystanie z niskich stawek podatkowych na przychody uzyskiwane za granicą jak w przypadku Cypru czy Malty, a nawet z całkowitego zwolnienia z opodatkowania, w przypadku prowadzenia działalności w strukturach holdingowych.

Malta i Cypr – zerowy podatek od zysków kapitałowych

Rezydencje podatkowe Malty i Cypru dostępne są w czterech wariantach: temporary, long-term, permanent i ordinary, spośród których najkorzystniejszym rozwiązaniem dla przedsiębiorców wydaje się to ostatnie, czyli tzw. rezydencja zwykła. Status ordinary resident pozwala na uzyskanie zwolnienia z opodatkowania dochodów powstałych poza krajem rezydencji. Co do obciążeń podatkiem od zysków kapitałowych np. dywidend, rezydent Malty i Cypru po prostu ich nie ma. Dotyczy to również dochodów powstałych w wyniku wyzbycia się udziałów w spółkach kapitałowych.

Wbrew Traktatowi i Konstytucji

Wprowadzenie w życie nowej daniny zaplanowano na 1 stycznia 2019 r. Podatek chciano już raz wprowadzić. Co ciekawe, w 2013 roku Komisja Ustawodawcza odrzuciła projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od niektórych czynności związanych z likwidacją oraz ograniczeniem działalności gospodarczej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Według opinii Biura Analiz Sejmowych proponowane wówczas zmiany były zarówno niezgodne z prawem Unii Europejskiej („naruszenie dwóch podstawowych traktatowych zasad – zasady przepływu przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału”), jak i Konstytucją RP (zarzut dyskryminacji, w sprzeczności z art. 84) [posiedzenie Komisji Ustawodawczej nr 57 z dnia 17 kwietnia 2013 r.].

Czy stwierdzone 5 lat temu tak rażące naruszenia najwyższych aktów prawnych zostaną wzięte pod uwagę? Najważniejsze, aby nowy podatek nie stał się samospełniającą się przepowiednią. Pobierając podatki od zysków, których nie ma, niebezpiecznie kreuje się rzeczywistość, w której naprawdę może ich nie być. Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że zmiana rezydencji podatkowej, mimo swej złożoności i skomplikowania, jest dla specjalizujących się w tej dziedzinie profesjonalnych kancelarii prawnych standardowym do przeprowadzenia procesem.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Co dalej z kursem franka szwajcarskiego – wyjaśnia główny ekonomista XTB

W ostatnich tygodniach obserwowaliśmy mocny wzrost kursu franka względem złotego. – Druga połowa sierpnia przyniosła na szczęście stabilizację sytuacji, ale na bardzo duże umocnienie złotego wobec szwajcarskiej waluty bym nie liczył – prognozuje główny ekonomista XTB dr Przemysław Kwiecień.

– Sierpień przyniósł sporo nerwowości na rynku walutowym. Była to bezpośrednia reakcja na zwirowania, głównie w Turcji, i obawy, że europejskie banki mogą ponieść straty – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kwiecień.

Jak tłumaczy, samo euro traciło wobec dolara, a dodatkowo złoty tracił wobec euro i innych walut, czego skutkiem był mocny wzrost kursu franka względem złotego. Uspokojenie przyniosła dopiero druga połowa sierpnia. – Zmienność na tureckiej lirze wciąż jest spora, ale wydaje się, że rynki wyszły założenia, że wpływ Turcji nie będzie jednak duży – wyjaśnia główny ekonomista XTB.

– Euro odrobiło wszystkie straty, widzieliśmy trochę słabszego franka szwajcarskiego i z poziomów powyżej 3,85 zł schodzimy już w okolice 3,75 zł. Jeżeli dobra atmosfera na rynkach się utrzyma, to
moim zdaniem będziemy w stanie zejść do bariery 3,66. Na bardzo duże umocnienie złotego wobec szwajcarskiej waluty jednak bym nie liczył – ocenia Kwiecień.

Recesja w Turcji. Kurs dolara do liry tureckiej wzrósł już o prawie 40%

Na rynki finansowe powrócił niepokój związany z sytuacją w Turcji. Agencja ratingowa Moody’s obniżyła ocenę wiarygodności dla 20 tamtejszych banków wskazując na rosnące ryzyko dla sektora finansowego w kontekście nadmiernego zadłużenia w walutach obcych. W rezultacie turecka lira ponownie znalazła się pod silną presją i to pomimo zwiększenia przez bank centralny finansowania dla banków komercyjnych. Od początku roku kurs USDTRY wzrósł już o prawie 40%. Wysoki deficyt na rachunku bieżącym i galopująca inflacja spowodowała, że zagraniczni inwestorzy wcześniej finansujący boom kredytowy w Turcji, teraz wycofują się z rynku.

Agencje Moody’s i S&P prognozują w przyszłym roku recesję w Turcji wobec 7,4% wzrostu w I kw. 2018 roku. Na rynku rośnie obawa, że coraz gorsze perspektywy dla tamtejszej gospodarki będą oddziaływały na inne kraje rozwijające się. Wyprzedaży poddał się więc zarówno złoty, jaki i węgierski forint oraz czeska korona. Dodatkową presję na waluty EM wywiera też ponownie umacniający się dolar, po tym jak porozumienie USA z Meksykiem zwiększyło nadzieje na podobny obrót sprawy na linii USA-Chiny.

Po silnych amerykańskich danych nt. PKB (w II kw. 4,2%), w czwartek poznamy odczyty inflacyjne z USA. Oczekiwany wzrost cen może nasilić aprecjację dolara wobec euro i dodatkowo negatywnie wpłynąć na złotego zarówno w relacji do dolara jak i euro.

Na krajowym rynku stopy procentowej doszło w środę do lekkiej przeceny obligacji skarbowych. Zmiany były widoczne głównie na dłuższym końcu krzywej, co doprowadziło do jej wystromienia. W związku z brakiem istotniejszych wydarzeń w kraju, należy przypuszczać, że przecena była skutkiem zmian zachodzących na rynku globalnym. A tam od kilku dni widać wyraźną przecenę aktywów bezpiecznych (w środę ten ruch wsparła dodatkowo publikacja lepszych od oczekiwań danych nt. PKB w II kw. W USA). Wczoraj rentowności 10-letnich Bundów wzrosły powyżej 0,4%, a US Treasuries dotknęły 2,90%. Mimo, że polski rynek długo pozostawał odporny na globalną przecenę, to jednak teraz z opóźnieniem inwestorzy zaczynają sprzedawać też polskie papiery.

W najbliższych dniach możliwy jest dalszy wzrost rentowności polskich obligacji. Z technicznego punktu widzenia istotne jest to, że od początku lipca notowania papierów 10-letnich utrzymują się poniżej 3,20%, przy ograniczonej amplitudzie wahań. Przebicie tego oporu technicznego możne uaktywnić podaż w najbliższych dniach i sprowokować silniejszy ruch rentowności w górę. Warto też wspomnieć, że powoli zbliża się przetarg obligacji skarbowych (6 września), co również może skłaniać do skracania portfeli w oczekiwaniu na atrakcyjniejsze wyceny. Głównym argumentem za takim scenariuszem pozostaje rosnący na świecie popyt na aktywa bezpieczne i oczekiwania na zaostrzenie polityki pieniężnej w USA.

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Duch walki w branży IT, czyli 5 najważniejszych różnic między DevSecOps a sportem

Mike Bursell Red Hat
Autor: Mike Bursell, Chief Security Architect, Red Hat

Każdy z nas uwielbia śledzić rywalizacje sportowe. Emocje związane z oglądaniem Mundialu, zmagań siatkarzy, skoczków narciarskich czy piłkarzy ręcznych są nie do opisania. Można powiedzieć, że jesteśmy wręcz mistrzami w dziedzinie kibicowania i uważnego obserwowania postępów i sukcesów naszych drużyn. Jednak trochę inaczej sprawa wygląda, kiedy próbujemy się aktywnie w sport angażować.

Pewnego dnia zacząłem się zastanawiać nad podobieństwami między sportem a światem oprogramowania, a w szczególności tymi pojawiającymi się w użytecznym i dość popularnym procesie DevOps. Olśniło mnie! Jeżeli na świecie istnieje jedna rzecz, która ze sportem nie ma nic wspólnego, to na pewno jest to metodyka DevSecOps. Dlaczego? Już spieszę z przykładami i wyjaśnieniem.

Nie da się zwalić winy na bramkarza

Wybaczcie, że zacznę od przykładu tak konkretnego, jednak jest on mi bardzo bliski –   głównie dlatego, że w latach szkolnych kończyłem zwykle jako bramkarz, a tej funkcji nikt przecież nie lubił. Gdy piłka przelatywała czy wręcz przetaczała się obok mnie – i w konsekwencji lądowała w siatce – za sytuację taką zawsze obwiniano mnie. Nie tylko jest to sytuacja o beznadziejnym wpływie na zespołowe morale, nie powinna być ona bowiem również postrzegana jako odzwierciedlenie funkcjonowania zespołu.

Co mam na myśli? Zawsze jestem ostrożny, kiedy spotykam się ze stwierdzeniem, że „w DevSecOps za bezpieczeństwo odpowiadają wszyscy”. Nie każdy jest ekspertem od bezpieczeństwa, jednak każdy powinien brać choć trochę odpowiedzialności za zrozumienie prawidłowości procesów i za postępowanie zgodnie z jej założeniami. W momencie, gdy coś pójdzie nie po naszej myśli, winy nie należy nigdy zrzucać na ramiona jednej osoby. I nie zapominajmy jeszcze o jednej kwestii: DevSecOps każdorazowo daje szansę na naprawę tego, co poszło nie tak, naprawa ta jest szybka, a następnie ma miejsce wdrożenie testów, które pozwolą na upewnienie się, że ta wrażliwość systemu nie będzie nigdy więcej narażona na atak.

Nie wiadomo, kim jest przeciwnik

W sporcie zwykle jasna jest tożsamość adwersarza, jego położenie oraz to, co dany zawodnik w danym momencie robi. Może nie będziecie w stanie zawsze go zatrzymać, ale przynajmniej wiadomo, kim on jest i jaki jest jego cel, czyli co próbuje osiągnąć.

W przypadku DevSecOps powyższe nie ma miejsca, sytuacja taka występuje jeszcze rzadziej niż w świecie normalnych projektów programistycznych. Dzieje się tak, ponieważ jako zespół zajmujecie się opracowywaniem, testowaniem i wykorzystaniem warstw systemu, natomiast Wasi oponenci mogą reprezentować różny poziom umiejętności, mogą też korzystać z różnych zasobów.

Kluczowe jest tu „zespołowe” podejście do sprawy. Jeżeli wdrażacie prawdziwą pracę zespołową, połączona wiedza ekspercka może być używana w wielu warstwach abstrakcji, na sposoby zwykle trudno osiągalne w standardowym modelu programistycznym: „design, develop, test, deploy”. To z kolei daje Wam szerszy i głębszy wgląd w sposoby zwiększenia bezpieczeństwa projektu.

Nie gracie na zasadach takich samych jak Wasz przeciwnik

To dość trudna kwestia. W sporcie istnieją zasady, zgodnie z którymi postępować muszą obie strony. W przeciwnym razie strona, która je złamie, musi liczyć się z konsekwencjami nakładanymi przez sędziego, arbitra bądź innego oficjela.

Oczywiście miło byłoby żyć w świecie, gdzie strona atakująca zawsze będzie schwytana i karana (w momencie, gdy podejmie ona kroki zmierzające do ataku infrastruktur lub aplikacji), jednak póki co nic nie wskazuje na to, że taka bajkowa rzeczywistość wkrótce nastąpi. Biorąc pod uwagę mało prawdopodobny scenariusz, w którym adwersarza będziemy „gonić” w czasie rzeczywistym w ramach aktywnego kontrataku, rozważyć trzeba to, jakie możemy wdrożyć środki łagodzące, jak je stosować, i jak szybko można je wprowadzić do działania.

Co istotne, nie może być to obszar pozostawiony do dyspozycji wyłącznie ekspertom zespołu bezpieczeństwa. Mimo iż są oni w stanie przewidzieć prawdopodobne ataki, to kluczowy personel inżynieryjny i operacyjny najlepiej nadaje się do przewidywania potencjalnego wpływu ataku na działanie systemu. To te zespoły powinny projektować odpowiednie środki łagodzące, do przeciwdziałania problemom.

W grę zaangażowany jest cały zespół – za każdym razem przez cały czas

W większości gier zespołowych drużyna nigdy nie znajduje się w całości na boisku, korcie czy lodowisku. Jedną z zalet działań DevSecOps jest możliwość zaangażowania wszystkich członków zespołu w cały proces. Trener nie musi przebywać poza boiskiem. W działania można zaangażować psychologa, eksperta od wyników czy specjalistów od techniki, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba.

Każdy z członków zespołu wnosi swój wkład w rozwój oprogramowania, w miarę pojawiania się zmian w aplikacji, środowisku wdrożenia czy w krajobrazie bezpieczeństwa. Zespoły DevSecOps nie powinny być izolowane od innych działów firmy: jeżeli trzeba je przez jeden lub dwa dni zaangażować, nie wahajmy się tego zrobić. Nie bójmy się wykonywania szybkich ruchów i przyznawania się do tego, że potrzebujemy pomocy.

Porażki są OK – i to w dużych ilościach

Gdy myślimy o zmaganiach sportowych, bardzo wiele emocji poświęcamy zwycięstwu naszych zespołów w każdym spotkaniu. W zasadzie jednak najlepsi sportowcy i najlepsze sportowe drużyny wiedzą również jak przegrywać, a przede wszystkim jak przekuć porażkę na późniejsze sukcesy.

W DevSecOps powinniśmy kibicować naszym zespołom, jednak z intencją odniesienia przez nie porażek – częstych i szybkich. Nasze aplikacje i projekty można usprawnić tylko poprzez doświadczenie i obserwowanie błędów. Nikt nie wierzy w nieśmiertelność systemów lub aplikacji: nie należy zadawać pytania, czy będziemy obiektem ataku lub włamań, tylko kiedy do tego dojdzie. Wasze procesy projektujcie w taki sposób, aby można było szukać zachowań odbiegających od normy. Bądźcie gotowi na łagodzenie ich skutków. Należy także upewnić się, że istnieją procesy, które pozwolą ocenić, co poszło nie tak, a co za tym idzie zbudować nową wersję projektu – lepszego, solidniejszego i odporniejszego.

Kilka słów podsumowania

No dobrze, nie będę udawać, że między DevSecOps i sportem nie ma żadnych podobieństw. Naturalnie istnieje wiele wspólnych cech między nimi. Niektóre z bardziej oczywistych przykładów: jak znaczące zmiany wymagają odgórnego zobowiązania, jak i oddolnego zaangażowania; istota budowania zespołu, którego członkowie będą w stanie się między sobą sprawnie komunikować; zdolność do reakcji na zagrożenia w czasie rzeczywistym.

Skąd zatem pomysł na niniejszy artykuł? Celem ostatecznie nie było ograniczenie się do podania różnic. Czasami dogłębne zrozumienie istoty danego zjawiska czy problemu jest możliwe dzięki porównaniu czegoś do rzeczy, która pozostaje odwrotnością, a nie jest jego odpowiednikiem. Mam nadzieję, że ten artykuł choć w pewnym stopniu pozwolił zrozumieć metodykę DevSecOps.

Indeks Zaległych Płatności Polaków – sierpień 2018

W II kwartale gwałtownie wzrosła kwota zaległości Polaków, widoczna w bazach Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz BIK. W ciągu trzech miesięcy, tj. od końca marca do końca czerwca tego roku, przybyło 5,25 mld zł (8 proc.) niespłaconych w terminie zobowiązań, wobec 1,24 mld zł w I kwartale.

Tym razem, na pogłębienie problemów finansowych konsumentów, wpłynęły głównie opóźniane kredyty – 3,74 mld zł, które w większości zostały zaraportowane przez instytucję finansową znajdującą się w upadłości. Zaległości pozakredytowych przybyło bowiem 1,5 mld zł. Długi wynikające m.in. z nieterminowego regulowania kredytów, pożyczek, alimentów, rachunków za telefon, media, czynsz czy kar za jazdę na gapę, wynoszą obecnie już prawie 71 mld zł. Są to opóźnienia wynoszące min. 30 dni na kwotę co najmniej 200 zł u jednego wierzyciela.

Sporo wyższa suma zaległości jest udziałem stosunkowo nieznacznie większej liczby niesolidnych dłużników. W ciągu II kwartału ich liczba zwiększyła się o niecałe 38 tys. osób (1,4 proc.) i jest ich obecnie 2 729 399. Nowa liczba niesolidnych dłużników przełożyła się na wzrost Indeksu Zaległych Płatności Polaków z 85,3 pkt do 86,5 pkt. Wskaźnik obrazujący ilu niesolidnych dłużników przypada na 1000 osób po 18 roku życia pokazuje, że jest ich już ponad 87 na 1000 dorosłych obywateli. Choć są obszary kraju jak Dolny Śląsk, Ziemia Lubuska Pomorze Zachodnie czy woj. kujawsko-pomorskie, w których problemy z obsługą płatności ma ponad 110 osób na każde 1000 – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Indeks Zaległych Płatności PolakówRaport analizuje problemy z przeterminowanym zadłużeniem w ujęciu geograficznym oraz demograficznym. Niekorzystne zmiany widoczne są w każdym obszarze, niezależnie od miejsca zamieszkania, płci i wieku. Kwota zaległości najbardziej przyrosła w Zachodniopomorskiem i na Mazowszu. Ale już procentowo liczba dłużników w rejonach, gdzie wciąż jest ich najmniej czyli w Świętokrzyskiem i na Podkarpaciu, choć w liczbach bezwzględnych niesolidnych dłużników najbardziej przybyło natomiast na Mazowszu i Górnym oraz Dolnym Śląsku – od 3,7 tys. do ponad 5,3 tys. W grupach wiekowych tym razem wyróżniają się 18–24 latkowie. Procentowy wzrost liczby najmłodszych dłużników jak i kwota ich zaległości okazały się najbardziej znaczące.

Ważne liczby

Na koniec czerwca, łączna kwota zobowiązań Polaków wyniosła 70 984 541 426 zł. Przez drugi kwartał zaległe zobowiązania kredytowe i pozkaredytowe Polaków wzrosły o 5 250 614 529 zł. To dużo większy wzrost niż w poprzednim kwartale tego roku, kiedy to przybyło 1,24 mld zł zaległości.

Na obecną zmianę wpływ miały głównie zobowiązania kredytowe, które zwiększyły się o 3,74 mld zł do 33,13 mld zł. Dla porównania kwartał temu ich przyrost wyniósł 0,27 mld zł. Dla widocznych w bankach zaległości, ogromne znaczenie ma polityka sprzedaży złych portfeli kredytowych. Banki bowiem ze względu na chęć poprawy płynności, wymogi regulatora i prawo podatkowe, regularnie pozbywają się wierzytelności. W zeszłym roku sprzedały kredyty konsumenckie i hipoteczne o wartości 11,8 mld zł*, w poprzednich latach były to jeszcze większe sumy. Sprzedane portfele kredytowe są widoczne w BIK już jedynie jako zamknięte rachunki, które sprawiały problemy. Jeśli firma windykacyjna, która je nabędzie nie zgłosi ich do BIG InfoMonitor, nie widać ich również w tej bazie. Dla statystyk związanych z kredytami spore znaczenie ma również fakt, że jest to dopiero drugi kwartał, w którym Raport InfoDług dotyczy płatności opóźnionych o 30 dni, a jak pokazuje doświadczenie połowa kredytów z takim przeterminowaniem w kolejnym miesiącu jest już spłacana prawidłowo – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Indeks Zaległych Płatności Polaków 2018Za 13 procentowym wzrostem zaległości kredytowych stoi niemal taka sama liczba osób nieradzących sobie z zobowiązaniami kredytowymi jak w poprzednim kwartale. Od marca ubyło ich nawet o 1960. Liczba konsumentów opóźniających obsługę kredytu o co najmniej 30 dni wyniosła na koniec czerwca 1 191 797 osób. W przypadku dłużników pozakredytowych, mowa jest o wzroście o 52 190 osób, czyli 4,1 proc. do 2 103 490.

W sumie, Polaków posiadających zaległe zobowiązania było w obu bazach na koniec czerwca 2 729 399. Liczba ta jest mniejsza niż łączna suma dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, ponieważ 565 888 osoby mają jednocześnie źle obsługiwane zobowiązania notowane w obu bazach. Udział niesolidnych dłużników z co najmniej dwoma opóźnianymi zobowiązaniami, wśród których jest kredyt oraz przynajmniej jeden niezapłacony na czas rachunek, rata pożyczki, alimenty, czy też należność windykowana przez firmę windykacyjną utrzymuje się tak jak wcześniej w granicach 20 proc. W takiej sytuacji znajduje się więc co piąty niesolidny dłużnik naszego raportu.

liczba osob z zaległościamiŚrednia wartość zadłużenia przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika w kraju zyskała od poprzedniego kwartału 1 584 zł i jest to obecnie 26 007 zł. Największe kwoty powyżej średniej krajowej, występują w czterech województwach: mazowieckim – 35 200 zł (wzrost o 3 632 zł), zachodniopomorskim – 27 701 zł (wzrost o 3 556 zł), małopolskim – 27 620 zł (wzrost o 787 zł) oraz pomorskim – 26 621 zł (wzrost o 1 137 zł). Najmniejsze średnie zaległości mają natomiast mieszkańcy województw świętokrzyskiego jak i warmińsko-mazurskiego – odpowiednio 21 305 zł i 21 261 zł. Doszło tu do zmiany, bo kwartał wcześniej, na końcu listy obok woj. warmińsko-mazurskiego było woj. lubuskie.

Jeśli chodzi o liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, zaobserwowaliśmy wzrosty we wszystkich regionach poza Wielkopolską, gdzie wartości te utrzymują się na takim samym poziomie jak w I kwartale. W czołówce nadal znajdują się woj. lubuskie i zachodniopomorskie, które mają po 113 niesolidnych dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców. Wciąż najlepiej prezentują się województwa: świętokrzyskie, podlaskie, małopolskie i podkarpackie. Choć należy zauważyć, że z wyjątkiem Małopolski, w tych właśnie regionach doszło do największej dynamiki przyrostu liczby dłużników.

Kurs funta: Funt brytyjski ma za sobą najlepszy dzień od stycznia

Funt brytyjski ma za sobą najlepszy dzień od stycznia, a wszystko dzięki załagodzeniu niektórych obaw związanych z Brexitem. Polityczne umowy trzymają też w potrzasku CAD, ale dziś uwaga skupi się na danych. Fundamenty przypomniały już o sobie na Antypodach z fatalnymi skutkami dla AUD i NZD.

Rynek znalazł wiele pocieszenia w słowach unijnego negocjatora Barniera, zdaniem którego UE jest gotowa zaproponować Wielkiej Brytanii uszyte na miarę partnerstwo, którym nie może pochwalić się żaden inny kraj. Jednocześnie zastrzegł, że „jednolity rynek oznacza jednolity rynek i jest to poza dyskusją”. Brytyjski sekretarz ds. Brexitu Raab dodał jeszcze, że porozumienie jest w zasięgu wzroku. Czy na pewno? Nie rozpędzajmy się za bardzo. Emocje tonuje niemiecki minister spraw zagranicznych, według którego nie będzie specjalnego traktowania dla Wielkiej Brytanii. Mimo to wygląda na to, że bilans ryzyk wokół GBP uległ zmianie. Słowa Barniera otwierają wachlarz możliwości, aby z fatalnego położenia GBP znalazł punkty zaczepienia dla odbicia. Aby jednak do tego doszło, wypadałoby poznać więcej szczegółów, czym to szyte na miarę rozwiązanie może być. Podczas gdy USD nie ma dobrego tygodnia, będzie łatwiej pociągnąć GBP/USD wyżej, ale przekonanie inwestorów może być łatwo zachwiane przy każdym szokującym nagłówku z brytyjskiej prasy. Nigdy nie jest łatwo handlować funtem.

Polityczne umowy trzymają też w potrzasku CAD. Wczoraj przywódcy USA i Kanady wyrazili optymizm w stosunku do zakończeniu negocjacji NAFTA do piątku. Jednak USD/CAD po tych doniesieniach prawie nie ruszył się z miejsca. Po pierwsze otrzymaliśmy tylko potwierdzenie poniedziałkowych słów prezydenta Meksyku. Po drugie nie wiadomo, w jakim położeniu jest teraz Kanada. Czy bilateralne porozumienia między Meksykiem i USA nie wywiera presji na szybkie trójstronne porozumienie, w efekcie czego Kanada będzie zmuszona pójść na większe ustępstwa niżby pierwotnie chciała. Z drugiej strony jest mało realne, aby USA chciały teraz zagrać podkręconą piłkę i szantażować Kanadę ostrymi warunkami. Moim zdaniem jest bardziej prawdopodobne, że ewentualne ustępstwa Kanady nie będą przeważać nad ogólnym spadkiem niepewności o przyszłość relacji handlowych. Finalnie CAD powinien zareagować pozytywnie, ale teraz inwestorzy mogą czekać na usunięcie jeszcze jednego czynnika ryzyka z drogi – PKB za II kw. dziś po południu. Silny odczyt powyżej konsensus 3,1 proc. może wstrząsnąć rynkiem, jeśli na poważnie obudzi spekulacje odnośnie podwyżki stopy procentowej na posiedzeniu 5 września. W ostatnich dniach rynek przerzucił oczekiwania na październik (82 proc. szans vs 21 proc. dla września), ale kombinacja zakończenia negocjacji NAFTA i silnych danych może zachęcać Bank Kanady do wcześniejszej decyzji.

Największymi przegranymi handlu w czwartek są NZD i AUD w związku z rozczarowującymi danymi. Indeks zaufania biznesu ANZ z Nowej Zelandii spadł do najniższego poziomu od 10 lat. W komentarzu napisano, że niepewność wśród firm będzie rzutować na decyzję dotyczące inwestycji i zatrudnienia. Stąd łatwa droga do złagodzenia stanowiska RBNZ, a dla rynku bodziec do dyskontowania obniżki stopy procentowej – zła cecha waluty G10, kiedy w wielu innych miejscach rozmawia się o zacieśnianiu polityki. W Australii gorzej od prognoz wypadły dane o inwestycjach przedsiębiorstw i wydanych pozwoleniach na budowę domów. Słabość fundamentów dokłada się do wczorajszych zły informacji o planowanych podwyżkach kosztu kredytu przez jeden z czołowych banków. W obliczu tych wydarzeń trudno oczekiwać, aby RBA dalej bronił retoryki, że „następny ruch na stopach będzie w górę”. Może być u progu kolejnej fali spadkowej AUD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport Fortinet: 96% firm z naruszeniem bezpieczeństwa, cryptojacking na domowym IoT

Niemal każde przedsiębiorstwo doświadczyło ataku z wykorzystaniem luk w oprogramowaniu – wynika z najnowszego kwartalnego raportu o cyberzagrożeniach firmy Fortinet. Analitycy ostrzegają, że cyberprzestępcy rozwijają funkcjonalności złośliwego oprogramowania oraz narzędzia do cryptojackingu, które przejmują moc obliczeniową domowych urządzeń z kategorii internetu rzeczy.

Nie ma mocnych na eksploity

Badanie Fortinet pokazuje, że aż 96% firm doświadczyło ataku z wykorzystaniem luk w zabezpieczeniach. Ponadto prawie jedna czwarta przedsiębiorstw stała się ofiarami cryptojackingu. Jedynie sześć wariantów złośliwego oprogramowania rozprzestrzeniło się na ponad 10% wszystkich badanych organizacji. W minionym kwartale analitycy z laboratorium FortiGuard Labs odkryli również 30 nowych podatności typu zero-day, czyli takich, które pojawiły się przed załataniem luki w zabezpieczeniach przez producenta. – Wyniki te pokazują, że organizacje powinny przyjąć bardziej proaktywne podejście do eliminowania luk w swoich zabezpieczeniachzwraca uwagę Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.

Cryptojacking na domowym IoT

Przestępcy wykorzystujący moc obliczeniową do wydobywania kryptowalut, przejmują kolejne rodzaje urządzeń. Domowe IoT, włączając w to urządzenia multimedialne, są dla nich szczególnie atrakcyjnym celem z uwagi na bogate źródło mocy, którą mogą wykorzystywać. Urządzenia tego typu są w dodatku przez większość czasu włączone i połączone z siecią. Ich interfejsy natomiast  to zmodyfikowane przeglądarki internetowe, które generują dodatkowe luki w zabezpieczeniach i stwarzają nowe wektory ataku. W związku z tym trendem coraz większe znaczenie, także w sieciach korporacyjnych, będzie miała segmentacja urządzeń IoT.

 Wykorzystanie aplikacji edukacyjnych i rządowych Sektor rządowy wykorzystuje o 108% więcej aplikacji w modelu SaaS (oprogramowanie jako usługa, ang. Software-as-a-Service) niż wynosi średnia dla wszystkich innych sektorów. Jest też na drugim miejscu, za sektorem edukacyjnym, jeśli chodzi o liczbę codziennie wykorzystywanych aplikacji –  odpowiednio o 22,5% (dla sektora rządowego) oraz 69% (dla edukacyjnego) więcej niż średnia. Organizacje z tych sektorów, potrzebujące dostępu do wielu różnych rodzajów aplikacji, wymagają rozwiązań bezpieczeństwa zapewniających odpowiednią widoczność i kontrolę, włączając w to środowiska wielochmurowe.

Kreatywność widoczna w botnetachAnaliza dominujących trendów w przypadku botnetów (sieci zainfekowanych urządzeń) daje szeroki obraz kreatywności cyberprzestępców. Dzięki temu widoczne jest, w jaki sposób maksymalizują oni efekty swoich działań. Przykładowo Wicked, nowy wariant dobrze znanego botnetu Mirai, został uzupełniony o przynajmniej trzy nowe eksploity, aby celować w niezabezpieczone urządzenia IoT. Poważnym zagrożeniem okazała się również odmiana botnetu VPNFilter. Atak przy jego wykorzystaniu był sponsorowany przez jedno z państw i wymierzony przeciwko środowiskom SCADA/ICS odpowiedzialnym za technologie operacyjne w przemyśle. Tego typu naruszenie jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ może spowodować, że urządzenia przemysłowe będą całkowicie niesprawne. Z kolei wariant Anubis z rodziny Bankbot jest już zdolny do działania jako oprogramowanie typu ransomware, pełni funkcje keyloggera (złośliwego oprogramowania, które śledzi klawisze naciskane przez użytkownika i służy do przejmowania haseł), przechwytuje SMS-y, blokuje ekran i przekazuje połączenia, a także działa jako RAT – trojan dający zdalny dostęp do urządzenia ofiary.  Cyberprzestępcy wykorzystują nowy sposób tworzenia oprogramowania (ang. Agile Development)Agile Development dotyczy sposobu zarządzania projektem przy produkcji oprogramowania. Ostatnie trendy zaobserwowane podczas cyberataków pokazują, że przestępcy również sięgają po tego typu praktyki, aby tworzony przez nich malware był jeszcze trudniejszy do wykrycia. Przykładem na to jest ransomware GandCrab – w tym roku odnotowano już wiele jego nowych odmian, a twórcy nadal aktualizują go w szybkim tempie.

Cyberprzestępcy coraz częściej korzystają ze zautomatyzowanych narzędzi oraz tworzą nowe warianty znanych eksploitów. Dzięki temu są w stanie jeszcze precyzyjniej kierunkować ataki. Przedsiębiorstwa muszą mieć to na uwadze, aby skutecznie się bronić – zwraca uwagę Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce. – Kluczem do tego będą zautomatyzowane i zintegrowane systemy obronne, które pozwolą rozwiązać problemy związane z szybkością i skalą działania cyberprzestępców. Dużą rolę będzie odgrywało uczenie maszynowe oraz analiza informacji o zagrożeniach – podsumowuje Malak.

Metodologia badania

Globalny raport zagrożeń informatycznych Fortinet to kwartalny przegląd, który stanowi zestawienie danych analitycznych zebranych przez laboratoria FortiGuard Labs w drugim kwartale 2018 roku. Ponadto Fortinet publikuje bezpłatny biuletyn informacyjny o zagrożeniach (Threat Intelligence Brief), analizujący największe niebezpieczeństwa związane ze złośliwym oprogramowaniem, wirusami i innymi zagrożeniami internetowymi, które zostały wykryte w ostatnim czasie wraz z linkami do wyników najważniejszych badań nad zdarzeniami z ostatniego tygodnia.

Nowa prognoza kursu korony norweskiej

Ebury, firma oferująca rozliczanie transakcji walutowych, kontynuuje analizę skandynawskich walut. Czas na koronę norweską. Spodziewane kursy na koniec roku to: USD/NOK 7,95; EUR/NOK 9,20 oraz NOK/PLN 0,46.

W grudniu ubiegłego roku kurs pary EUR/NOK wzrósł do okolic 10, tym samym korona względem euro był najsłabsza od dziewięciu lat. Walucie Norwegii jednak sprzyjał gwałtowny wzrost światowych cen paliw, od których w znacznej mierze zależy jej kurs. Od tamtego momentu korona norweska doświadczyła aprecjacji o 5%, co czyni ją jedną z najlepiej radzących sobie walut gospodarek G10. Nasz pogląd sugerujący, że wyprzedaż korony norweskiej w tamtym okresie była przesadna, tym samym okazał się słuszny.

Kurs EUR/NOK (sierpień ’17-sierpień ’18)

Kurs EUR/NOK (sierpień '17-sierpień '18)Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 23/08/2018

Ostatnim miesiącom towarzyszył stabilny wzrost światowych cen ropy naftowej, który stanowił znaczące wsparcie dla korony norweskiej. Nie jest to zaskakujące, zważywszy na to, że eksport surowca stanowi ok. 2/3 dochodów Norwegii z handlu zagranicznego. Ceny ropy naftowej rosną nieprzerwanie od czerwca 2017 roku. Od tego czasu koszt baryłki Brent wzrósł o 60% (obecnie wynosi ok. 75 USD). W ostatnim kwartale ubiegłego roku kurs korony był nieco oderwany od trendu zmian światowych cen paliw, od których wcześniej w istotnym stopniu zależał kurs waluty. Wygląda na to, że od maja historyczna korelacja powróciła, zakładamy, że wzrost cen paliw będzie nadal wspierał walutę Norwegii.

Kurs NOK/USD oraz cena baryłki ropy naftowej Brent

Kurs NOK-USD oraz cena baryłki ropy naftowejŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 23/08/2018

Koronę norweską wspierał również wzrost inflacji. Nagłe przyspieszenie wzrostu dynamiki cen w Norwegii skłoniło krajowy bank centralny (Norges Bank) do zasygnalizowania gotowości do pierwszej od 2011 roku podwyżki głównej stopy procentowej. W marcu Norges Bank zasugerował, że najpewniej podniesie stopy wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Natomiast podczas spotkania w czerwcu bank centralny zaprezentował szczegółowy plan na nadchodzące kwartały. Decydenci twierdzą, że „przy obecnej ocenie perspektyw gospodarczych i ryzyka, referencyjna stopa procentowa zostanie podniesiona najpewniej we wrześniu 2018”. Ostatnie komunikaty sugerują, że w przyszłym roku bank centralny może zdecydować się nawet na dwie podwyżki stóp procentowych.

Gospodarka Norwegii rośnie w przyzwoitym poziomie, niemniej należy wspomnieć, iż w pierwszym kwartale 2018 roku ekspansja w ujęciu rocznym wyniosła zaledwie 0,3%. Dane makroekonomiczne dla drugiego kwartału były dość mieszane – w końcówce pierwszej połowy bieżącego roku aktywność gospodarcza w Norwegii wyraźnie spowolniła. W czerwcu wskaźnik aktywności biznesowej PMI dla norweskiego sektora przemysłowego spadł poniżej poziomu 50, co oznacza, że po raz pierwszy od ponad roku sektor doświadczył skurczenia. Z kolei sprzedaż detaliczna odnotowała czwarty największy spadek w ujęciu miesięcznym w całym XXI wieku. Te niepokojące sygnały mogą sugerować, że wewnętrzna aktywność gospodarcza w Norwegii zaczyna zwalniać.

Sprzedaż detaliczna w Norwegii (2013-2018)

Sprzedaż detaliczna w NorwegiiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 23/08/2018

Prognozy Ebury

Mimo dość słabych informacji z gospodarki, bazując na dynamice cen, która przekracza cel inflacyjny, Norges Bank wydaje się pozostawać na kursie zmierzającym do podwyżki stóp procentowych we wrześniu. W tym kontekście kluczowa wydaje się również marcowa decyzja o obniżeniu celu inflacyjnego, która może przyspieszyć tempo podwyżek w następnym roku. Perspektywa bardziej restrykcyjnej polityki monetarnej i dalszego wzrostu cen ropy naftowej powinna wspierać koronę. Oczekujemy zatem wyraźnego umocnienia norweskiej waluty względem euro. Nasze prognozy na koniec roku: USD/NOK 7,95; EUR/NOK 9,20 oraz NOK/PLN 0,46.

Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Rynek azjatycki ciekawy dla polskich eksporterów, ale ryzykowny

Rynek azjatycki to 4,5 miliarda konsumentów i 48 krajów. Dla polskich przedsiębiorców jest niezmiernie interesujący geograficznie i społecznieBardzo szybko się rozwija i może być drugą ważną destynacją eksportową – zaraz po Unii Europejskiej, do której trafia ok. 80 proc. całego polskiego eksportu. Dotyczy to producentów żywności, maszyn czy komponentów farmaceutycznych. Azja – ze względu na liczbę ludności – jest w stanie wchłonąć niezliczoną ilość towarów. Sam chiński sektor restauracyjny jest wart ponad 500 mld dolarów rocznie.

 Eksport do krajów pozaeuropejskich obarczony jest dość dużym ryzykiem. Już w momencie wychodzenia poza Polskę niejednokrotnie przedsiębiorcy zastanawiają się nad tym, jakie niesie to ze sobą zagrożenie, a w przypadku Azji wrasta ono jeszcze bardziej – powiedział serwisowi eNewsroom Janusz Władyczak, prezes KUKE SA –  Obecnie niezależnie od tego, dokąd polska firma chce wyeksportować swoje towary, KUKE jest w stanie wesprzeć ją za pomocą różnego rodzaju instrumentów ubezpieczeniowych. W zależności od sytuacji i potrzeb przedsiębiorcy – mogą to być gwarancje, ubezpieczenia należności, aż po ubezpieczenia kredytów inwestycyjnych. Zapewniamy je we wszystkich z 48 krajów azjatyckich – zarówno wysokorozwiniętych, jak i wschodzących. Świadome używanie wszelkiego rodzaju instrumentów zabezpieczających przed potencjalnym ryzykiem utraty płatności powoduje, że przedsiębiorcy polscy eksportując dobra są w stanie zwiększyć wolumen i skupić się na swojej działalności.Sprawdzeniem kontrahenta zajmuje się zaś KUKE – dodał Władyczak.

Do 2050 roku w oceanach będzie już więcej plastiku niż ryb. W walkę z zanieczyszczeniem włącza się duży biznes

Do 2050 roku w oceanach będzie już więcej plastiku niż ryb. W walkę z zanieczyszczeniem włącza się duży biznes 8

Każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Według ONZ jeśli to tempo zostanie utrzymane, to do 2050 roku w oceanach może być już więcej plastikowych odpadów niż ryb. W walkę o czystsze środowisko coraz aktywniej włącza się duży biznes. Sieć restauracji McDonald’s do 2025 roku wymieni wszystkie swoje opakowania na takie, które pochodzą z recyklingu bądź certyfikowanej produkcji i będą w 100 proc. biodegradowalne. Do końca przyszłej dekady obniży również emisję gazów cieplarnianych o jedną trzecią. Z badań wynika, że takich działań oczekują sami konsumenci.

Ze styczniowego sondażu PBS wynika, że 89 proc. Polaków chce korzystać z możliwości segregacji odpadów w miejscach publicznych czy restauracjach szybkiej obsługi, a 93 proc. Polaków oczekuje od producentów podejmowania działań zmniejszających wpływ zużytych opakowań na środowisko naturalne.

 Zgodnie z badaniami prowadzonymi przez KE ponad 90 proc. Europejczyków zauważa problem zanieczyszczenia plastikiem. Ważne, że mamy tego świadomość i chcemy się angażować w takie działania, natomiast przez brak infrastruktury nie zawsze mamy taką możliwość. Również wśród młodzieży pojawia się rosnące zainteresowanie tym problemem. Ogranicza się wykorzystanie jednorazowych plastików, chodzenie z własnym kubkiem po kawę czy po wodę staje się już normą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID Warszawa.

Na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponad dwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku.

Według danych Komisji Europejskiej co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, ale nadal raptem niecałe 30 proc. jest zbieranych i poddanych recyklingowi. Przyjęta w styczniu ogólnoeuropejska strategia w dziedzinie tworzyw sztucznych zakłada jednak, że do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się już nadawać do recyklingu.

– Jeżeli produkcja i zapotrzebowanie na tworzywa sztuczne będzie rosnąć w podobnym tempie, osiągniemy poziom ponad 1 mld ton tworzyw sztucznych w 2050 roku. To jest ogromne zagrożenie dla środowiska, dlatego musimy zmienić nasze zachowania – apeluje Maria Andrzejewska. – To jest olbrzymie wyzwanie, zarówno dla nas samych, dla administracji publicznej, jak i dla firm, które mają olbrzymią siłę oddziaływania na społeczeństwo i swoich konsumentów. One powinny edukować, w jaki sposób segregować odpady, pokazywać, że można wprowadzać na rynek opakowania przyjazne środowisku.

Dla ochrony środowiska znaczenie mają nawet niewielkie zmiany – zwłaszcza w przypadku firm o tak dużej skali jak McDonald’s.

– Firma działa na ponad 120 rynkach. W ponad 37 tys. restauracji obsługujemy dziennie około 69 mln gości. Jest to ogromna skala i wielka odpowiedzialność. Jesteśmy tego świadomi, stąd tak silne włączenie się w walkę z globalnymi problemami. Do 2025 roku recykling zostanie wprowadzony we wszystkich restauracjach na świecie. Dodatkowo wszystkie opakowania dla gości będą pochodziły ze źródeł odnawialnych, produkcji certyfikowanej lub recyklingu. To ogromne przedsięwzięcie, zważywszy na różnice w zakresie infrastruktury, przepisów prawa czy nawyków konsumentów w krajach, w których prowadzimy działalność – mówi Natalia Sobolewska, kierownik restauracji McDonald’s.

Sieć zobowiązała się, że do 2025 roku wszystkie opakowania dla gości restauracji będą pochodzić z materiałów z recyklingu bądź certyfikowanej produkcji. Preferowane będą surowce oznaczone certyfikatem Forest Stewardship Council (FSC). Dodatkowo 100 proc. opakowań we wszystkich restauracjach McDonald’s na świecie będzie poddawanych recyklingowi. Już w zeszłym roku jednorazowe sztućce – łyżeczki, noże i widelce z trudnego do recyklingu polistyrenu – zostały wymienione na czarne odpowiedniki z polipropylenu, który jest w 100 proc. przetwarzalny. W 2017 roku restauracje McDonald’s w Polsce wydały gościom ponad 27 mln takich jednorazowych sztućców. Klienci mogą wrzucić je do odpowiedniego pojemnika na odpady.

 Polska jest jednym z wiodących rynków w zakresie wdrażania celów recyklingowych McDonald’s. Ponad 90 proc. restauracji zostało już wyposażonych w kosze do segregacji odpadów. Obserwujemy, że nasi goście chętnie i prawidłowo z nich korzystają – mówi Natalia Sobolewska.

W ramach globalnej strategii Scale for Good sieć McDonald’s do 2030 roku obniży także emisję gazów cieplarnianych z biur i restauracji o 36 proc., a w odniesieniu do całego łańcucha dostaw – o 31 proc. W efekcie do atmosfery nie trafi 150 mln ton dwutlenku węgla, co odpowiada rocznej emisji gazów cieplarnianych emitowanych przez 32 mln samochodów osobowych. Ogłoszona w tym roku strategia Scale for Good jest odpowiedzią firmy na globalne problemy dotyczące środowiska i zmian klimatycznych.

Zwrócenie uwagi na problem zanieczyszczenia plastikowymi odpadami było celem tegorocznych obchodów Światowego Dnia Środowiska, w którym została zainagurowana kampania „Zielona Wstążka HASHDlaPlanety”. Jej organizatorem jest Centrum UNEP/GRID-Warszawa, które realizuje w Polsce misję Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska. W tę kampanię aktywnie włączy się również McDonald’s Polska.

– Każda firma powinna się zastanowić nad tym, jakie jest jej oddziaływanie na środowisko, i podjąć odpowiednie działania związane chociażby ze zmianą materiału, z którego wytwarzane są jej produkty, aby był w 100 proc. biodegradowalny, wytwarzany z recyklingu. Jest jeszcze drugi obszar, związany z oddziaływaniem w ramach łańcucha wartości, a więc współpraca z podwykonawcami, producentami, odbiorcami i przede wszystkim z konsumentem. Tutaj jest olbrzymia możliwość oddziaływania poprzez edukację konsumenta i pokazywanie mu tych lepszych możliwości, zachęcanie do zmiany – mówi Maria Andrzejewska.

Na polski rynek wciąż trafiają zabawki bez atestów. Mogą stwarzać zagrożenie dla zdrowia i życia dzieci

0

Na polski rynek wciąż trafiają zabawki bez atestów. Mogą stwarzać zagrożenie dla zdrowia i życia dzieci 9

Każda zabawka, która trafia na polski i unijny rynek, musi spełniać wymogi bezpieczeństwa z tzw. dyrektywy zabawkowej. Odpowiedzialność za wykonanie odpowiednich testów, sprawdzenie pod kątem bezpieczeństwa i oznakowanie zabawki spoczywa na jej producencie lub importerze. Czujność powinni zachować również sami konsumenci i dokładnie sprawdzać, czy zabawka dla dziecka ma odpowiednie atesty. W ramach ubiegłorocznej akcji Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i służba celna stwierdzili nieprawidłowości w blisko połowie spośród 1,5 mln kontrolowanych zabawek, które miały trafić na polski rynek. 30 tys. sztuk, które zawierały zbyt dużo toksycznych substancji, zostało zniszczonych.

 Zabawka, która trafia na polski rynek, musi spełniać dokładnie takie same wymogi bezpieczeństwa jak w innych krajach UE. Przede wszystkim musi być bezpieczna dla użytkowników zamierzonych, czyli dla dzieci z danej kategorii wiekowej. Musi być bezpieczna pod względem właściwości mechanicznych i fizycznych, co oznacza, że nie może np. stwarzać ryzyka uduszenia dziecka. Zabawka powinna być również bezpieczna pod względem chemicznym. Nie może zawierać substancji, które mogą powodować alergie, ani substancji rakotwórczych, mutagenicznych, które są szkodliwe dla dzieci i dorosłych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zuzanna Wiśniewska, ekspert Compliant Product.

Zabawka, która spełnia wymogi przewidziane w tzw. dyrektywie zabawkowej może być zgodnie z prawem sprzedawana na terenie całej Unii. Konkretne wymogi bezpieczeństwa określa załącznik II do dyrektywy zabawkowej. Za ich dopełnienie odpowiedzialny jest producent lub importer, czyli podmiot wprowadzający wyrób na któryś z rynków UE.

 Każda zabawka, przeznaczona dla dzieci poniżej 3. roku życia, musi dawać możliwość wyczyszczenia jej. Najczęściej są to zabawki z tkanin, dlatego powinna istnieć możliwość uprania jej bez ryzyka zniszczenia. Co więcej, zabawki nie mogą być łatwopalne. Tu jest pewien haczyk, ponieważ wiele substancji, które powodują niepalność zabawek, może być jednocześnie bardzo szkodliwych, np. mogą mieć właściwości rakotwórcze. Istnieje bardzo duże pole do wykazania się dla producenta, który powinien wytwarzać zabawki tak, aby były niepalne i jednocześnie nieszkodliwe – mówi Zuzanna Wiśniewska.

Producent lub importer powinien zweryfikować i udokumentować fakt, że zabawka wprowadzana na unijny rynek faktycznie spełnia wymogi określone w dyrektywie zabawkowej. W tym celu niezbędne są badania produktu przeprowadzone w akredytowanym laboratorium.

– Bada się zgodność z konkretnymi wymogami bezpieczeństwa. To oznacza, że inne badania będą robione dla zabawek korzystających z prądu elektrycznego, a inne testy będą przechodzić zabawki używane przez dzieci poniżej 3. roku życia albo zabawki przeznaczone do używania w wodzie. Producent lub importer powinien zapewnić, że takie testy zostały przeprowadzone, a wymogi bezpieczeństwa są spełnione – mówi ekspert Compliant Product.

Wszyscy członkowie łańcucha dostaw, czyli hurtownicy, dystrybutorzy, sprzedawcy bezpośredni, ale również konsumenci, mogą domagać się od producenta bądź importera zabawki wykazania zgodności z normami bezpieczeństwa i wykazania odpowiedniej dokumentacji, która to potwierdzi.

 Można również domagać się odpowiednich instrukcji użytkowania. Ponadto taki wyrób powinien być również właściwie oznakowany znakiem CE. Jest to deklaracja importera lub producenta potwierdzająca, że wyrób spełnia wymogi bezpieczeństwa. Jeżeli produkt nie ma tego znaku, w ogóle nie powinien się znaleźć na rynku polskim ani unijnym – podkreśla Zuzanna Wiśniewska.

Również sami konsumenci, kupując zabawkę dla dziecka, powinni zwracać uwagę na to, czy ma ona odpowiednie atesty i oznakowania. Zwłaszcza jeżeli są to zabawki kupowane na przykład na straganach czy bazarkach, które nie zawsze spełniają unijne wymogi bezpieczeństwa.

– Bardzo ważny jest numer seryjny, który pozwala producentowi zweryfikować, z jakiej serii produkcyjnej pochodzi dany wyrób. Powinno również znaleźć się na nim oznakowanie producenta lub importera, pełna nazwa oraz jego adres – tak żeby konsument, a także każdy inny członek łańcucha dostaw, dystrybutor lub sprzedawcy bezpośredni, mogli się z tym importerem lub producentem skutecznie skontaktować – mówi Zuzanna Wiśniewska.

W latach 2013–2017 laboratorium UOKiK w Łodzi przebadało 813 próbek zabawek i w 230 z nich (około 28 proc.) wykryło zbyt wysoki poziom ftalanów, które służą do zmiękczania plastiku i nadają mu elastyczność. W zabawkach nie może być ich więcej niż 0,1 proc. Wyższe stężenie jest niebezpieczne dla zdrowia – może powodować zaburzenia płodności, grozić uszkodzeniem nerek lub wątroby, rozwojem astmy, a nawet nowotworów. Na podstawie decyzji prezesa UOKiK w latach 2013–1017 wycofano ze sklepów ponad 74,5 tys. produktów, które zagrażały zdrowiu dzieci.

Nieprawidłowości wykazał także wspólna akcja urzędu i Krajowej Administracji Skarbowej, podczas której skontrolowali prawie 1,5 mln zabawek zgłaszanych do odprawy na granicy.

– Aż 700 tys. wzbudziło zastrzeżenia, czyli około 50 proc. Prawdopodobnie nie było to znaczne nieprawidłowości, być może brakowało dokumentacji, jakiegoś znaku. Natomiast 30 tys. zabawek z tych 1,5 mln skontrolowanych zostało wycofanych z rynku i przeznaczonych do zniszczenia. Ich wadliwość była na tyle duża, że absolutnie nie powinny nigdy znaleźć się na rynku, ani w rękach dorosłych, ani dzieci – podkreśla ekspert Compliant Product.

Polska w ogonie Europy pod kątem automatyzacji produkcji. Firmy na tym tracą

Polska w ogonie Europy pod kątem automatyzacji produkcji. Firmy na tym tracą 10

Zaawansowane narzędzia IT pozwalają nie tylko zwiększyć efektywność produkcji, lecz także reagować w nieprzewidzianych sytuacjach, takich jak brak surowców, nieobecność pracowników czy niesprawność maszyn. Koszt wdrożenia takiego systemu waha się od kilku do kilkuset tysięcy złotych w przypadku większych firm, ale inwestycja może zwrócić się już po roku. Większość firm ostrożnie podchodzi jednak do tego typu wydatków. 

Pomimo możliwości zastosowania nowoczesnych narzędzi wspomagających optymalizację i zarządzanie produkcją wiele firm wciąż używa takich narzędzi jak Microsoft Excel albo zwykła kartka papieru. Dotyczy to nawet tych, które wdrożyły już u siebie systemy klasy ERP. Spowodowane jest to faktem, że funkcjonalności, które zostały im zaproponowane w tych systemach, nie do końca są zgodne z ich procesami i modelami biznesowymi. Nie mając innych, tańszych rozwiązań, wybierają te najłatwiejsze, np. Excela – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes, dr Norbert Krygier, członek zarządu spółki Intelo.

W najnowszym tegorocznym zestawieniu The Digital Economy and Society Index (w kategorii Integration of Digital Technology) Komisja Europejska sklasyfikowała Polskę na przedostatniej, 27. pozycji w UE, przed Rumunią. Jednym z kryteriów oceny wskaźnika było właśnie wykorzystanie systemów ERP oraz rozwiązań chmurowych w przedsiębiorstwach.

Pomimo dostępności narzędzi informatycznych do zarządzania produkcją klasy MES, APS czy ERP znaczna część polskich przedsiębiorstw wciąż wykorzystuje do tego celu oprogramowanie biurowe, a nawet przysłowiową kartkę papieru. Powodem są trudności w dostosowaniu zaawansowanych rozwiązań IT do konkretnych, zmieniających się w czasie potrzeb firm. Ponadto duże standardowe systemy klasy ERP są często drogie, a nawet drobne zmiany wymagają ponoszenia wysokich kosztów.

– Jeżeli firmy nie korzystają z zaawansowanych narzędzi, nie dysponują możliwością prawidłowego śledzenia procesów produkcyjnych. Pojawiają się problemy z optymalizacją tego procesu, ustalaniem kolejności zleceń, reagowaniem w sytuacji zmian zasobów, niesprawności maszyn czy w przypadku braku kadry. Brak odpowiedniego narzędzia uniemożliwia zoptymalizowanie tych procesów i usprawnienie ich – mówi Norbert Krygier.

Jak podkreśla ekspert Intelo, brak odpowiednich narzędzi uniemożliwia poprawę wydajności produkcji i hamuje konkurencyjność przedsiębiorstwa. Jest to szczególnie istotne przy aktualnych problemach rynkowych związanych z brakiem fachowej kadry i koniecznością dostosowywania się polskich firm do wymogów narzucanych przez globalne łańcuchy dostaw.

Te narzędzia pozwalają w szybkim czasie dostosować plan produkcyjny i harmonogram do nowych warunków. To wszystko jest niezbędne do skutecznego zarządzania firmą, dostosowania jej do oczekiwań rynku, klientów, konsumentów, a także – w momencie, kiedy firmy uczestniczą w złożonych, globalnych łańcuchach dostaw – dostosowania się do oczekiwań ich partnerów – podkreśla Norbert Krygier.

Jak ocenia, firmy dostrzegają potrzebę poprawy efektywności procesów produkcyjnych i są świadome, że nowoczesne narzędzia informatyczne wspomagające te procesy są koniecznością. Jeżeli jednak specjalistyczne oprogramowanie nie zaspokaja ich potrzeb, wtedy znów pomocny staje się MS Excel. Takie doświadczenia powodują obawy firm, w których nie wdrożono jeszcze żadnych specjalistycznych narzędzi wspomagających zarządzanie produkcją. Z ostrożnością podchodzą do wydawania znacznych kwot na systemy klasy ERP, które mogłyby nie spełnić ich oczekiwań.

Firmy mają potrzebę doinwestowania, ale cały czas są dosyć ostrożne. Mają też obawy co do nadmiernych kosztów związanych z zakupem drogich rozwiązań. Mają dystans do tego rodzaju decyzji. Oprócz kwestii finansowych, firmy – które już wdrażały u siebie pewne rozwiązania i zraziły się do nich – nie chcą podejmować po raz kolejny takiego ryzyka. Wolą stosować takie narzędzia jak Microsoft Excel, żeby wypełniać luki w brakach funkcjonalnych w zarządzaniu produkcją – mówi Norbert Krygier.

Odpowiedzią na obawy przedsiębiorstw są systemy ściśle dopasowane do procesów biznesowych realizowanych przez konkretną firmę. Koszty zakupu i wdrożenia takiego oprogramowania do wspomagania zarządzaniem produkcją są uzależnione od wielkości i rodzaju przedsiębiorstwa, a korzyści z wdrożenia można zaobserwować już po pierwszych tygodniach.

– Firmy, które chcą wprowadzić narzędzia wspomagające procesy zarządzania produkcją, muszą się liczyć z wydatkami rzędu od kilku do nawet kilkuset tysięcy złotych w przypadku dużych firm. Jeśli chodzi o czas zwrotu z inwestycji, pierwsze efekty widać bardzo szybko, w przeciągu kilku tygodni bądź miesięcy. Natomiast realny zwrot następuje w ciągu od roku do trzech lat – mówi Norbert Krygier.

Społeczność LGBT niedocenianą grupą konsumencką. Ma dużą siłę nabywczą i chętnie inwestuje w wygląd i zdrowie

Społeczność LGBT niedocenianą grupą konsumencką. Ma dużą siłę nabywczą i chętnie inwestuje w wygląd i zdrowie 11

Członkowie społeczności LGBT stanowią 10 proc. polskich konsumentów. To zamożna grupa, mająca dużą siłę nabywczą i chętnie inwestująca w siebie. Kobiety LGBT+ najwięcej pieniędzy wydają na zdrową, naturalną żywność, mężczyźni natomiast chętnie kupują produkty do pielęgnacji twarzy i ciała. Społeczność nieheteronormatywna jest bardziej aktywna fizycznie i towarzysko – jej członkowie trenują kilka razy w tygodniu, często też spędzają wieczory w klubach i kawiarniach. Osoby LGBT+ wciąż stanowią jednak niedocenianą grupę konsumencką.

LGBT+ to akronim określający osoby o różnych tożsamościach płciowych i orientacjach seksualnych, inne niż osoby heteroseksualne, które identyfikują się ze swoją płcią biologiczną. Według różnych szacunków osoby te mogą stanowić 2–7 proc. każdego społeczeństwa, co stanowi istotną grupę docelową dla branży handlowej. Styl życia osób nieheteronormatywnych, a więc także dokonywanie decyzji zakupowych, różni się od stylu życia pozostałych osób. Konsumenci ci mają określone przyzwyczajenia oraz potrzeby i liczą na to, że zostaną one spełnione.

– Choć dziś w Polsce LGBT+ nie jest już tematem tabu, to wciąż wiele firm nie ma pomysłu, jak zaadresować potrzeby tej grupy społecznej. Część tych problemów wynika z faktu, że nie do końca rozumiemy tego konsumenta – mówi Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający w Nielsen Polska.

Społeczność LGBT+ jest mocno zróżnicowana wewnętrznie, m.in. pod względem wieku, tożsamości płciowej, wykształcenia, poziomu zamożności. Przyglądając się zachowaniom konsumenckim członków tej grupy, możliwe jest jednak wyodrębnienie trendów dla niej charakterystycznych. Jak pokazuje raport „Tęczowe złotówki”, przygotowany przez firmę Nielsen, kobiety nieheteronormatywne kupują więcej produktów naturalnych oraz wpisujących się w zasady zdrowego żywienia, np. produkty niskotłuszczowe lub o obniżonej zawartości cukru, produkty mleczne bez laktozy, a także ziarna, orzechy i batoniki energetyczne.

 Kobiety LGBT+ w wieku 18–39 lat cenią sobie wygodę i jakość, są w stanie inwestować więcej w produkty dobrej jakości, produkty markowe, a także wolą jeść poza domem niż gotować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magda Markowska, senior market research analyst w Nielsen.

Kobiety LGBT+ powyżej 40. roku życia kupują natomiast więcej środków czystości i artykułów gospodarstwa domowego oraz produktów do higieny osobistej, takich jak szampony, żele pod prysznic i dezodoranty. Młodzi mężczyźni LGBT+ inwestują w wygląd, kupują więc więcej produktów do pielęgnacji oraz do makijażu. Wśród tej grupy konsumentów autorzy badania zauważyli skłonność do korzystania z promocji cenowych i świadomego szukania najtańszej oferty.

 Mężczyźni także zwracają uwagę na nowinki. Niezależnie od wieku mężczyźni LGBT+ lubią gotować i uznają to za swoje hobby – mówi Magda Markowska.

Członkowie społeczności LGBT+ są poza tym bardziej aktywni fizycznie niż osoby heteroseksualne. Trenują nawet cztery razy w tygodniu, a do ich ulubionych aktywności sportowych należą bieganie, jazda na rowerze, stretching i aerobik. Zamiłowanie do aktywnego stylu życia to efekt dbałości o zdrowie i przyjemności czerpanej z treningów,  ale również względy estetyczne, co według autorów raportu „Tęczowe złotówki” jest charakterystyczne dla tej grupy konsumentów.

 Są też bardziej aktywni pod względem towarzyskim. Częściej wychodzą do barów czy na dyskoteki, co szczególnie jest zauważalne wśród osób po 40. roku życia – mówi Magda Markowska.

Konsumenci LGBT+ spędzają blisko pięć godzin dziennie online, o pół godziny dłużej niż osoby heteroseksualne. Internet służy im głównie do oglądania filmów lub seriali oraz utrzymywania kontaktów poprzez komunikatory czy strony społecznościowe. Zakupów online dokonują przede wszystkim osoby w wieku 18–39 lat oraz kobiety LGBT+ powyżej 40. roku życia. Liczba osób robiących zakupy przez internet raz w tygodniu jest podobna jak w przypadku konsumentów spoza społeczności LGBT+.

– Zarówno konsumenci heteroseksualni, jak i konsumenci LGBT+ cenią sobie firmy, które inwestują w różnorodność i równość wśród swoich pracowników. Wśród firm, które konsumenci LGBT+ zauważają jako firmy inwestujące w te wartości, jest np. Coca-Cola – mówi Magda Markowska.

Sama firma badawcza Nielsen także stawia na różnorodność. I choć jest to wyzwaniem, to przynosi wiele korzyści pracownikom i organizacji.

 Innowacyjne pomysły nie biorą się ze standardu i podążania za normą, ale z kreatywności, która jest możliwa tylko wtedy, kiedy osoby z różnymi poglądami i pomysłami spotykają się w otwartej dyskusji. Według mnie różnorodność i jej akceptacja jest kluczem do biznesowego sukcesu firmy – mówi Karolina Piedziuk dyrektor personalna w Nielsen Polska. – Różnorodność w miejscu pracy pozwala zmienić nasz punkt widzenia, akceptować innych takimi, jacy są i zobaczyć wartość w tym, że mimo że każdy z nas jest różny, to potrafimy wspólnie pracować i dostarczać klientom najwyższej jakości usługi.

Celem badania „Tęczowe złotówki” było przyjrzenie się społeczności, o której z punktu widzenia branży handlowej mówi się zbyt mało, choć dysponuje ona dużą siłą nabywczą. Raport jest częścią większego projektu. Podobne badania zostały przeprowadzone już w Stanach Zjednoczonych oraz Hiszpanii. Obecnie natomiast firma Nielsen przygotowuje się do badań w Niemczech i Wielkiej Brytanii, docelowo dążąc do stworzenia raportu porównującego zachowania konsumenckie LGBT+ w wybranych krajach europejskich.

Książki, płyty i bilety na wydarzenia kulturalne hitem zakupowym w internecie. Polityka ich zwrotu jest inna niż w przypadku reszty produktów

0

Książki, płyty i bilety na wydarzenia kulturalne hitem zakupowym w internecie. Polityka ich zwrotu jest inna niż w przypadku reszty produktów 12

54 proc. internautów robiących zakupy online w ubiegłym roku sięgnęło po towar z kategorii książki, płyty, filmy – wynika z badania Gemius „E-commerce w Polsce 2018”. Tylko nieco mniej badanych kupiło przez internet bilet do kina czy teatru. Obie kategorie są też bardzo często wskazywane przez internautów, którzy dopiero zamierzają robić zakupy online. Zaletą są wygoda, atrakcyjne ceny i duży wybór, ale eksperci przypominają, że w tych kategoriach są inne zasady zwrotu zakupów. 14-dniowy termin dotyczy tylko książek i nierozpakowanych płyt, ale jest bardzo ograniczony w przypadku treści cyfrowych. 

W przypadku zakupienia książki przez internet przysługuje nam 14-dniowe prawo do odstąpienia od umowy, co oznacza, że w ciągu 14 dni od daty otrzymania towaru możemy poinformować sprzedawcę, że tego towaru nie chcemy. Mamy wówczas kolejne 14 dni na odesłanie towaru. Musimy być przygotowani, że prawdopodobnie to my zapłacimy za koszty przesyłki zwrotnej, czasami oczywiście sprzedawcy pokrywają te koszty, ale nie jest to nasze ustawowe prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rak, country manager Trusted Shops.

Do odstąpienia od umowy wystarczy przesłanie sprzedawcy oświadczenia o chęci zwrócenia produktu, bez konieczności wskazywania przyczyny. Zwracając uszkodzoną książkę, należy liczyć się z tym, że sprzedawca zwróci nam niepełną kwotę.

Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku nagrań wizualnych i dźwiękowych, choćby coraz bardziej popularnych wśród Polaków audiobooków, a także gier i programów komputerowych. Jeśli zostaną one dostarczone w zapieczętowanym opakowaniu, kupujący ma prawo 14-dniowego odstąpienia od umowy, jednak tylko w sytuacji, gdy nie otworzy opakowania po otrzymaniu przesyłki. Możliwość zwrotu ograniczona jest także w przypadku nabywania treści cyfrowych pobieranych bezpośrednio ze strony internetowej sklepu.

 Mamy 14 dni, pod warunkiem że nie pobierzemy tej treści, nie zaczniemy słuchać muzyki, oglądać filmu czy nie wpiszemy klucza aktywującego, np. do programów komputerowych. Kiedy wpiszemy klucz, pobierzemy audiobooka, to tracimy prawo do odstąpienia od umowy, ale w tym momencie sprzedawca powinien nas o tym poinformować. Gdybyśmy jednak nie pobrali treści, to wciąż mamy prawo do odstąpienia od umowy – mówi Anna Rak.

Sprzedawca nie tylko musi poinformować klienta o okolicznościach utraty prawa do odstąpienia od umowy, lecz także uzyskać od niego wyraźną zgodę na rozpoczęcie realizacji świadczenia. Jeśli tak się nie stanie, kupujący zachowa prawo do zwrotu zakupionych treści nawet, gdy zaczął z nich korzystać.

14-dniowa możliwość zwrotu nie przysługuje natomiast w ogóle w przypadku zakupienia biletów na wydarzenia kulturalne i sportowe. Sprzedawca może oferować możliwość całościowego lub częściowego zwrotu zapłaconej kwoty, co najczęściej zależy od liczby dni pozostałych do wydarzenia. Nie jest to jednak jego obowiązkiem.

 Moglibyśmy sprzedać taki bilet za pomocą mediów społecznościowych czy też na specjalnych forach, natomiast musimy uważać, żeby nie wrzucać tam zdjęcia kodu kreskowego, żeby bilet nie został sfałszowany – mówi Anna Rak.

Kupujący ma się prawo domagać zwrotu kosztów zakupu biletu wyłącznie w przypadku, gdy wydarzenie zostało odwołane lub przełożone na inny termin.

W ostatnim czasie głośno było o przypadkach oferowania sprzedaży biletów na wydarzenia kulturalne przez nieuczciwych pośredników. Przy takich zakupach eksperci doradzają szczególną ostrożność. Podstawą jest dokładne czytanie regulaminów, warto też zweryfikować sprzedawcę, sprawdzając dane jego sklepu w systemie KRS, oraz zwrócić uwagę na opinie wystawione przez innych internautów. Szczególnie wartościowe są oceny na stronach innych niż prowadzone przez sprzedawcę, nie ma on bowiem wówczas wpływu na ich treść.

 Warto również skorzystać z dodatkowych gwarancji, np. Trusted Shops. Jeżeli mamy później problem ze sprzedawcą, to można się do gwaranta zwrócić i on zwróci nam pieniądze – mówi Anna Rak.

Asystenci głosowi i inteligentne głośniki nas podsłuchują. Mogą pomóc hakerom włamać się do inteligentnego domu

Asystenci głosowi i inteligentne głośniki nas podsłuchują. Mogą pomóc hakerom włamać się do inteligentnego domu 13

Wraz ze wzrostem zainteresowania asystentami głosowymi rośnie także ryzyko, że poufne informacje o ich użytkownikach dostaną się w niepowołane ręce. Aby móc wykonywać nasze polecenia, asystent musi nieustannie nasłuchiwać tego, co dzieje się w jego otoczeniu. Jeśli do takiego inteligentnego systemu włamie się haker, może nie tylko podsłuchać nasze rozmowy, ale także przejąć kontrolę nad urządzeniami funkcjonującymi w ramach internetu rzeczy.

– Takie firmy jak Google rejestrują to, co się dzieje w otoczeniu asystenta i to jest kolejny element informacji o nas, które mają. Oprócz asystenta głosowego, Google ma Google Maps, jedną z najbardziej popularnych aplikacji rejestrujących nasze położenie nawet wtedy, kiedy nie wyraziliśmy na to zgody. A jeżeli wyraziliśmy na to zgodę, to możemy ileś lat wstecz zobaczyć, gdzie byliśmy danego dnia. Analogicznie jest z asystentem głosowym, te dane po prostu trafiają do tzw. chmury producenta takiego rozwiązania i tam są poddawane obróbce i analizie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrzej Nowodworski, architekt bezpieczeństwa i współwłaściciel Immunity Systems.

Mimo że asystenci głosowi powinni się aktywować wyłącznie w momencie usłyszenia hasła aktywacyjnego, nieustannie podsłuchują i nagrywają nasze rozmowy. Korporacje nie mają zamiaru zdradzić, jak szczegółowe dane na temat swoich użytkowników przechowują w cyfrowych archiwach. W głośnej sprawie śmierci Victora Collinsa, którego ciało znaleziono w domu Jamesa Batesa w 2015 r., Amazon odmówił władzom przekazania zarejestrowanych rozmów przez głośnik Echo z asystentką głosową Alexa, powołując się na zapisy w konstytucji. Na wniosek samego oskarżonego, dane ostatecznie zostały udostępnione, po czym prokuratura wycofała zarzuty wobec Batesa.

W tym roku po raz kolejny zrobiło się głośno o Aleksie. Podczas kłótni pewnego amerykańskiego małżeństwa inteligentny głośnik błędnie rozpoznał jedno z wypowiadanych słów jako „Alexa”, potem w natłoku wypowiadanych słów usłyszał polecenie „wyślij”, a następnie przechwycił słowo podobne do nazwiska znajomego małżeństwa i w ten sposób cała rozmowa została przesłana bez wiedzy użytkownika do tego znajomego. W wydanym oświadczeniu Amazon stwierdził, że doszło do nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności. Firma odmówiła jednak zwrotu pieniędzy za zakup urządzenia, kiedy para postanowiła oddać je w ramach reklamacji.

– Musimy być tego świadomi, że nawet kiedy nie jest to naszą intencją, to taki asystent może zadziałać, bo nie ma tam jakiejś bardzo zaawansowanej sztucznej inteligencji po drugiej stronie. Są algorytmy, które wychwytują słowa klucze. Jeżeli gdzieś w naszej rozmowie, która jest prowadzona w bliskiej odległości od takiego asystenta, te słowa klucze padną, to asystent się uruchomi i wykona polecenia, których nie chcieliśmy, a które pasowały do tego wzorca – tłumaczy Andrzej Nowodworski.

Firma Checkmarx zajmująca się badaniem bezpieczeństwa oprogramowania udowodniła, że niepozorny głośnik od Amazonu może się zmienić w urządzenie szpiegujące. Programistom udało się opracować prostą aplikację z kalkulatorem, w której zaszyto kod aktywujący nieustanne nagrywanie tego, co słyszy Alexa. Gdyby takie oprogramowanie trafiło w ręce cyberprzestępców, mogliby oni nieustannie nasłuchiwać, co dzieje się w otoczeniu ich potencjalnych ofiar. Przechwycenie poufnych rozmów mogłoby posłużyć do przeprowadzenia szantażu albo zaplanowania kradzieży.

– Często asystenci głosowi czy tego typu systemy są podłączane do większej infrastruktury typu inteligentny dom lub w firmach, w salach konferencyjnych. Możemy za pomocą takiego inteligentnego asystenta wydawać jakieś polecenia i to powoduje obniżenie poziomu bezpieczeństwa całego systemu, ponieważ system jest tak bezpieczny, jak bezpieczne jest najsłabsze ogniwo – ostrzega ekspert.

Wraz z popularyzacją Internetu Rzeczy zagrożenia ze strony inteligentnych asystentów będą coraz większe. Jeśli haker włamie się do naszego komputera i będzie w stanie wyemitować komendę głosową, otrzyma praktycznie nieograniczony dostęp do naszych prywatnych danych oraz samego mieszkania. Pozwoli to np. zdalnie wyłączyć system monitoringu, a nawet otworzyć inteligentny zamek w drzwiach naszego domu.

Jeśli za pośrednictwem asystenta głosowego przestępcy uzyskają dostęp do nagrań z monitoringu, będą wiedzieli, kiedy najlepiej dokonać włamania i gdzie mieszkańcy trzymają swoje oszczędności. Wejdą do mieszkania niezauważeni i opróżnią je w kilkanaście minut, zanim ktokolwiek zdąży zareagować.

– Hakerzy to też ludzie, nie utrudniają sobie pracy, idą najprostszą możliwą ścieżką. Dla producentów priorytetem jest funkcjonalność, a nie bezpieczeństwo. Doskonały przykład mamy w samochodach, gdzie nie da się włamać do samochodu, ale okazało się, że poprzez system multimedialny, który jest podłączony do internetu, można się dostać do komponentów samochodu i wydawać im różne polecenia. Tutaj jest analogicznie – jeżeli dostaniemy się do systemu inteligentnego domu, zarządzania salą konferencyjną czy jakiegoś innego systemu poprzez takie słabe ogniwo, to jesteśmy już na o wiele lepszej pozycji i mamy większe pole manewru jako hakerzy – twierdzi współwłaściciel Immunity Systems.

Według analiz przeprowadzonych przez firmę badawczą Market Research Future, branża inteligentnych asystentów do 2023 roku osiągnie wartość 7,8 mld dol. W najbliższych latach będzie rozwijać się w tempie niemal 40 proc. średniorocznie.

NASA potwierdza istnienie wody na Księżycu. Odkrycie ułatwi zbudowanie tam pierwszych pozaziemskich baz kosmicznych

Kolonizacja Księżyca to jeden z najbliższych celów wielu agencji kosmicznych i prywatnych firm. Zbudować bazę na naturalnym satelicie Ziemi chce m.in. najbogatszy człowiek na świecie Jeff Bezos. Buduje w tym celu nowoczesne, ekologiczne i tanie rakiety, które pozwolą znacząco obniżyć koszty podróży kosmicznych. Niedawne odkrycie naukowców z NASA, którzy udowodnili istnienie na Księżycu wody w stanie stałym, może być przełomem w kolejnych misjach kosmicznych.

W najnowszym oświadczeniu NASA udowadnia, że na Księżycu znajduje się woda w stanie stałym. Chociaż Księżyc nie ma atmosfery i ziemskie życie by tam nie przetrwało, to odnalezienie dowodów na istnienie wody, może się okazać przełomem dla przyszłych misji kosmicznych. Na Księżycu temperatura w ciągu dnia dochodzi do 100 stopni Celsjusza, ale na jego biegunach nigdy nie świeci słońce, a temperatura nie wzrasta powyżej -157 stopni Celsjusza. Tzw. lód wodny odkryto w kraterach właśnie na biegunach księżyca.

– Ten lód po prostu nie odparował przez te parę miliardów lat. To ma ogromne znaczenie dla przyszłych misji księżycowych. Gdybyśmy chcieli wybudować wreszcie bazę na Księżycu, miejmy nadzieję w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat, to moglibyśmy właśnie stamtąd czerpać wodę. Przewiezienie nawet kilograma wody na Księżyc to są setki tysięcy dolarów. To byłaby ogromna oszczędność, gdybyśmy znaleźli źródło wody tam, na miejscu – mówi agencji Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Centrum Nauki Kopernik.

Od 46 lat na Księżycu nie wylądowała ani jedna misja załogowa. Powodem zawieszenia lotów były ograniczenia budżetowe. NASA planowała zrealizować jeszcze trzy loty na ziemskiego satelitę, ale rząd USA stwierdził, że nie ma pieniędzy na kolejne misje. Stany Zjednoczone wygrały ze Związkiem Radzieckim wyścig na Księżyc, nie istniały żadne polityczne powody dla dalszego finansowania programu Apollo.

– Dziś mamy więcej innych kłopotów, ale agencje kosmiczne – nie tylko te narodowe, lecz także te mniejsze – i prywatne firmy są w stanie podjąć wspólnie np. budowę bazy księżycowej. Wspólna misja realizowana przez różne agencje kosmiczne, to jest to, do czego dąży człowiek – tak będzie łatwiej i taniej. Dzięki prywatnym firmom opracowywane są też nowe technologie, dzięki którym wysyłanie nawet zwykłego satelity na orbitę jest znacznie tańsze – twierdzi Mateusz Borkowicz.

Według ekspertów obecnie jedynym sensownym powodem powrotu na Księżyc wydaje się założenie stałej bazy badawczej, która ułatwiłaby dalszy podbój kosmosu. Do niedawna było to jednak przedsięwzięcie zbyt kosztowne, aby można było wcielić je w życie. Dopiero założenie przez Elona Muska firmy SpaceX i zbudowanie rakiet wielokrotnego użytku sprawiło, że można zacząć myśleć o powrocie na Księżyc. Dzięki wykorzystaniu rakiet z rodziny Falcon wysyłanie ładunków w przestrzeń kosmiczną stało się znacznie tańsze.

– Mam nadzieję, że wreszcie wybudujemy bazę na Księżycu, a dalej pewnie na Marsie. Tak naprawdę robimy to z wielu powodów. Po pierwsze, żeby udowodnić sobie, że potrafimy. Po drugie, musimy znaleźć w przyszłości miejsce, gdzie moglibyśmy uciec z Ziemi, gdyby coś mogło jej realnie zagrozić – tłumaczy ekspert Centrum Nauki Kopernik.

Nie tylko Elon Musk pracuje nad obniżeniem kosztów lotów kosmicznych, również Jeff Bezos, szef Amazonu, finansuje badania nad ekonomicznymi rakietami kosmicznymi. Finansowana przez niego firma Blue Origin pracuje nad rakietą New Glenn, która już w 2020 roku ma ruszyć w swoją pierwszą podróż. Rakieta ma być tańsza w eksploatacji niż obecnie używane systemy, a przy okazji wyniesie więcej ładunku niż rakiety Falcon od SpaceX.

Bezos jest także bardzo zdeterminowany w swoich planach kolonizacji kosmosu. Uważa, że Księżyc jest wprost stworzony do założenia tam stacji badawczej i zrobi wszystko, aby ta powstała. Zapowiedział, że jest gotów pracować z NASA i ESA nad realizacją tego projektu, a jeśli te nie będą zainteresowane – sam sfinansuje stworzenie pierwszej księżycowej kolonii.

Z kolei szef NASA, Jim Bridenstine, twierdzi, że kluczem do podboju kosmosu nie powinno być jak najszybsze wysłanie człowieka na Księżyc, a zbudowanie specjalnych portów kosmicznych, czyli punktów przesiadkowo-przeładunkowych, które ułatwią przemieszczanie się w odległe zakątki Układu Słonecznego. Pierwsza taka brama miałaby usprawnić stworzenie bazy na Księżycu, a druga pozwoliłaby wysyłać regularne ładunki w stronę Marsa.

– Być może kiedyś coś uderzy w Ziemię, nie będziemy w stanie się przed tym obronić, będziemy musieli się przenieść. Księżyc jest najbliżej, to jest najłatwiejszy cel. Z drugiej strony Mars jest planetą, jest większy, ale jest dalej od Słońca, jest tam zimniej, choć przy współczesnej technologii jesteśmy w stanie tam dotrzeć. Problem pojawia się jeżeli chodzi o budżet, więc współcześnie te misje są wydłużone ze względu na brakujący budżet, ale nie są niemożliwe do zrealizowania.­­– podsumowuje Mateusz Borkowicz.

Według raportu opracowanego przez Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniesie 360 mld dol. Do 2026 roku wzrośnie do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

CS Development nowym inwestorem Virtool.com – wirtualnego lustra dla e-commerce

Virtooal.com to firma, która wprowadziła do branży e-commerce nowatorski produkt – wirtualne lustro oraz wirtulną przymierzalnię. Rok temu zainwestował w nią Vit Endler, były dyrektor zarządzający Mall.pl. Dziś jako współwłaściciel wraz z Ondřejem Baginem (założycielem Vitooal.com) informuje o nowym inwestorze, który pomoże w dalszym rozwoju i globalnej ekspansji start-upa.

To wielkie wydarzenie, które stanowi kontynuację dobrej passy firmy. Cała kwota oferowana przez inwestora zostanie wykorzystana na rozwój produktu, marketing i poszerzenie modelu dystrybucji.

Ostatnie miesiące działalności Virtooal.com upłynęły na tworzeniu nowej struktury firmy, polepszaniu produktów od ich technicznej strony i planowaniu strategii na następne 3 lata. Produkt został podzielony na 4 segmenty, którym poświęcono wiele czasu i pracy, by je doprecyzować. Dla przykładu – wirtualne lustro posiada wersje, które dopasowane są do potrzeb e-sklepów sprzedających np. okulary, biżuterię lub kosmetyki. Obecnie jego pełnej wersji używa przeszło 50 sklepów, a wersji darmowej blisko 1000 sklepów. Celem na koniec 2018 roku jest uzyskanie 100 klientów subskrybujących dostep do wirtualnego lustra. W kolejnym roku firma planuje obsługiwać kilkuset klientów.

Vit Endler
Vít Endler

Plany mogą jednak ulec poszerzeniu, w zależności od wyników testowania Virtooal.com jako platformy reklamowej dla polskich stron content web sites, które już trwa i których wyniki poznamy jeszcze w tym roku. Stanowić będą niezwykle cenne źródło wiedzy o specyfice polskiego e-handlu, oczekiwaniach klientów docelowych i potrzebach sklepów internetowych. Okazuje się, że branżę e-commerce nie można traktować globalnie. Jest to dziedzina, którą kształtują lokalne aspekty. Dlatego tak ważne jest, że testowanie platformy reklamowej odbędzie się właśnie na rynku polskim. Jego specyfika nie jest obca dla Vita Endlera, który przez lata z sukcesem zarządzał polskim oddziałem firmy Mall – giganta w branży e-commerce. Jego doświadczenie i wyniki testów będące źródłem aktualnej wiedzy to potężna narzędzie, które niewątpliwie wyznaczy firmie właściwy kierunek działań.

W pierwszej fazie testów firma będzie koncentrować się na rynkach Europy Środkowej,
w której Polska stanowi jeden z rynków z największym potencjałem. Następnie na cel zostaną obrane rynki amerykańskie (zarówno północne jak i południowe), choć największy potencjał dla Virtooal.com upatrywany jest na rynkach Azjatyckich. Póki co firma partnerska uczestnicząca w testach na terenie Polski pozostaje tajemnicą, tymczasem testowany produkt jest już oferowany polskim przedsiębiorcom.

Nowy inwestor – firma CS Development ma długoletnie doświadczenie w tworzeniu oprogramowania dla dużych projektow IT. Nowy inwestor wniesie nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim merytoryczną wiedzę, zaplecze i źrodła personalne – mówi Vit Endler, współwłaściciel Virtooal.com. Wartość firmy szacowana jest już na ponad 1 mln EUR. CS Development zdecydowała się zainwestować w zamian za udział mniejszościowy. – Wartość firmy nie jest teraz dla nas najważniejsza. Skupiamy się na stworzeniu najlepszego produktu, który pomoże e-commerce w branży beauty i fashion – dodaje V. Endler.

Ondřej Bagin
Ondřej Bagin

Mamy doświadczenie z budowania potężnych systemow IT dla dużych korporacji. Inwestycja w Virtooal.com to dla nas nowe doświadczenie, ale wpisuje się w ogólny cel naszego działania – wyszukiwać innowacyjne projekty i inwestować w ich rozwój. W Virtooal.com ujrzeliśmy ogromny potencjał i szanse powodzenia na rynku światowym – mówi Jan Suchomel CEO CS Development. – Ondřej Bagin i Peter Soos, założyciele projektu odpowiadają za handel i rozwój IT, z kolei Vit Endler wnosi duże doświadczenie z zakresu e-commerce i kierowania firmą medzynarodową. Takie połączenie wzbudziło nasze zaufanie, dlatego zdecydowaliśmy się zainwestować – dodaje J. Suchomel.

CS Development to czeska firma software’owa z 25-letnim doświadczeniem, która zajmuje sie bezpieczeństwem i przepływem dokumentów. W ostatnich latach opracowuje też rozwiązania dla platform internetowych i mobilnych. W związku z tym zdecydowała się na stworzenie w swojej centrali w Pradze działu wsparcia dla młodych start-upów z branży IT.

Pozyskanie nowego inwestora daje wielkie możliwości i pozwala planować przyszłość. Działania, zarówno te krótko jak i długoterminowe są już określone i świadczą o wielkich aspiracjach zarządu firmy. – Mieliśmy plan przenieść firmę ze Słowacji do Pragi, ale w końcu zostajemy na miejscu. Development team zbudujemy częściowo z naszych pracowników, a częściowo z outsourcingu. Naszym biznesowym priorytetem jest stworzenie sieci dystrybucyjnej, która pozwoli poszerzyć nasz światowy zasięg. Równolegle przygotowujemy Virtooal.com do największych platform e-commerce typu Shopify czy Magento – zdradza Ondřej Bagin.

Konfederacja Lewiatan: Brexit zagrozi polskim firmom transportowym

Spośród 2 mln europejskich pojazdów wjeżdżających co roku do Wielkiej Brytanii ponad 450 tysięcy stanowią polskie ciężarówki. Dlatego już samo zmniejszenie wymiany towarowej i zerwanie dotychczasowych łańcuchów dostaw pomiędzy wyspą a kontynentem odbije się znacząco na liczbie przewozów a tym samym na przychodach polskiej branży transportowej – ostrzegają Konfederacja Lewiatan oraz organizacja Transport i Logistyka Polska.

O fatalnych dla sektora transportu drogowego skutkach wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, bez zawarcia umowy o przyszłym partnerstwie, alarmują również Międzynarodowa Unia Drogowa (IRU) oraz BusinessEurope. Jeśli brytyjski rząd oraz Komisja Europejska nie wynegocjują na czas umowy regulującej wzajemne relacje po 29 marca 2019 roku grożą nam wysokie koszty operacji i trudności dla naszych firm w dostępie do brytyjskiego rynku.

Zdaniem organizacji Transport i Logistyka Polska ewentualne wprowadzenie zabierających czas procedur celnych i paszportowych oraz konieczność posiadania gwarancji celnych, znacząco zwiększą koszty i ryzyko prowadzonych operacji transportowych.

– Wobec prawdopodobnego załamania negocjacji w sprawie zasad dalszych relacji Unii i Wielkiej Brytanii, oprócz znacznego podniesienia kosztów, problemem dla polskich firm transportowych może być sam dostęp do brytyjskiego rynku. Być może konieczny będzie powrót do obowiązującej przed wejściem Polski do Unii Europejskiej dwustronnej umowy w sprawie międzynarodowych przewozów drogowych lub szybkie podjęcie prac przez nasz rząd nad zdefiniowaniem na nowo dwustronnych relacji polsko-brytyjskich dotyczących reguł prowadzenia przewozów drogowych – mówi Maciej Drozd, ekspert ds. międzynarodowych Konfederacji Lewiatan.

Fakt ustanowienia kontroli granicznej i celnej między Unią Europejską a Wielką Brytanią, nawet w warunkach zawartego porozumienia, spowoduje utrudnienia w płynności ruchu drogowym przez kanał La Manche, co skutkować może przeniesieniem nawet 50-60 proc. ładunków na transport morski, na czym skorzystałyby przede wszystkim holenderskie i belgijskie porty. Brak umowy między Londynem a Brukselą i trudności formalne w wykonywaniu przewozu w Wielkiej Brytanii przez firmy z UE może tylko zwiększyć ten odsetek.

Będą dopłaty do czynszu dla mniej zamożnych. Mieszkanie na start już od stycznia 2019

Przez 15 lat rząd będzie dopłacał do czynszu najmu. Program startuje z początkiem 2019 r. Wydatki finansowane przez podatników będą rosnąć, docelowo program ma kosztować ponad 3 mld zł rocznie.

Program „Mieszkanie na start” powstał skutkiem zmian w programie „Mieszkanie +”. Doszło do dużych zmian w najważniejszych jego założeniach. Rząd stał się on bardziej hojny, ale też wprowadzono coroczną kontrolę dochodów tych, którzy będą korzystać z programu.

-To program dla rodzin, których nie stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego, albo nie chcą się zadłużać na wiele lat, ponosząc koszty spłaty kredytu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M.Skoczeń z Emmerson Realty SA.

W pierwszym roku na dopłaty w budżecie ma być zarezerwowana kwota 200 mln zł. Co ma rosnąć o kolejne 200 mln. Na przeciętnego beneficjenta przypadać będzie ok. 54 tys. zł dofinansowania. Oczywiście kwota ta rozłożona ma być na 15 lat, a więc miesięcznie daje to 300 zł. Wysokość dopłaty zależy jednak od wielkości wynajmowanego mieszkania, lokalizacji i liczby osób w gospodarstwie domowym.

Aby skorzystać z dopłat, trzeba będzie spełnić szereg wymagań. Najważniejszy jest poziom zarobków: dla jednej osoby maksymalnie 60% średniego wynagrodzenia. Każdy dodatkowy członek rodziny, to dodatkowe 30 pkt. proc.

Przystępując do programu nie można też posiadać mieszkania lub domu, a wynajmując z dopłatą. Sama nieruchomość będzie musiała być nowa i zbudowana w porozumieniu z gminą.

Bycze sygnały na rynku ropy naftowej

– Irańskiej ropy będzie nawet 1,5 mln baryłek mniej, a Chiny mogą wkrótce po raz kolejny skorzystać z niskich cen tego surowca w Stanach Zjednoczonych – przewiduje analityk XTB Michał Stajniak.

Bycze sygnały dla rynku ropy naftowej płyną przede wszystkim z Iranu, który jest izolowany po wyjściu Stanów Zjednoczonych z porozumienia nuklearnego z tym krajem. Z początkiem listopada w życie ma wejść embargo na irańską ropę.

– Wiele państw, które kupowały ropę z Iranu już tym momencie decyduje się na znaczne zmniejszenie importu lub nawet ograniczenie go do zera. Dane z tankowców pokazują, że w pierwszej połowie sierpnia spadek eksportu tego surowca mógł sięgnąć nawet 700 tys. baryłek na dzień, co jest zdecydowanie większa wartością, niż oczekiwali analitycy jeszcze kilka tygodni temu. (…) Ropy może być nawet 1,5 mln baryłek mniej – ocenia w rozmowie z MarketNews24 Stajniak.

Kolejnych pozytywnych sygnałów dla rynku ropy analityk doszukuje się w Chinach, które w najbliższym czasie mogą znów rozpocząć import surowca ze Stanów Zjednoczonych. – Kraj ten nie nałożył bezpośrednich taryf celnych na ropę naftową z USA, a jedynie na produkty ropopochodne. Dlatego Chiny po raz kolejny mogą skorzystać z dość niskich cen amerykańskiej ropy – wyjaśnia.