Maksymalna cena, po jakiej Ronson Development zamierza skupić własne akcje, została ustalona na 2,1 zł, co odpowiada wartości księgowej akcji spółki. Łączna kwota przeznaczona na buy back to 2 mln zł.
Nir Netzer, prezes Ronson Development
– Jako zarząd, jesteśmy przekonani, że bieżąca wycena rynkowa akcji Ronson Development nie odzwierciedla ich wartości godziwej. Notowania akcji naszej spółki w ostatnim czasie oscylują znacząco poniżej wartości księgowej. Biorąc pod uwagę stabilną sytuację finansową spółki, a także popularne wskaźniki, takie jak cena do zysku (C/Z) czy cena do wartości księgowej (C/WK), obecną wycenę rynkową akcji należy uznać za bardzo atrakcyjną. Z tego też względu uważamy, że ograniczony skup akcji własnych leży w interesie spółki i jej wszystkich akcjonariuszy – skomentował Nir Netzer, prezes Ronson Development.
Zgodnie z propozycją zarządu, która została zaakceptowana przez radę nadzorczą spółki, w ramach programu skupu akcji własnych Ronson Development planuje nabyć do 2,5 mln akcji, stanowiących do 1,53% kapitału zakładowego. Maksymalna cena, po jakiej spółka mogłaby nabywać swoje akcje, została ustalona na 2,1 zł, przy czym maksymalna kwota przeznaczona na nabycie wszystkich akcji nie mogłaby przekroczyć 2 mln zł. Akcje mogłyby być nabywane w ramach transakcji giełdowych lub w drodze dobrowolnej oferty złożonej wszystkim akcjonariuszom (i proporcjonalnej redukcji zapisów w przypadku, gdy oferty sprzedaży przekroczą łączny limit akcji, jaki zamierza nabyć spółka).
Zgodę na przeprowadzenie programu skupu akcji własnych muszą jeszcze wydać akcjonariusze Ronson Development. Stosowna uchwała zostanie poddane pod głosowanie podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia zwołanego na 24 stycznia 2019 r.
Szczegółowe warunki nabycia akcji (w tym cenę lub przedział ceny nabycia akcji) będą ustalane przez zarząd, po uprzednim zatwierdzeniu przez radę nadzorczą spółki.
Proponowany przez Ronson Development buy back jest uzupełnieniem polityki spółki, zakładającej regularne dzielenie się wypracowywanymi zyskami z akcjonariuszami. Przypomnijmy, że Ronson Development wprowadził w tym roku coroczną minimalną dywidendę w wysokości blisko 10 mln zł, tj. 0,06 zł na akcję. Taka właśnie kwota trafiła do akcjonariuszy spółki w październiku br.
W listopadzie spółka opublikowała wyniki finansowe za trzy kwartały 2018 r. Wypracowany w tym okresie zysk netto przypadający akcjonariuszom Ronson Development wyniósł 15,8 mln zł wobec 9,5 mln zł w całym ubiegłym roku.
Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów składają się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki. Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującą zwyżką PKB, ale nigdy nie była ona tak zbilansowana jak obecnie – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Nie było ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że PKB w bieżącym roku wzrośnie o ok. 5 proc. W listopadzie ub.r. NBP oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w tym okresie zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym do 7 proc.?
Szybki, ale niezdrowy wzrost
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Niestety, gwałtowny rozwój został wtedy obarczony wysoką inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie. Dodatkowo startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych MFW, PKB wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Gospodarce dużo łatwiej się rośnie, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka znów nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. r/r, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten szaleńczy wzrost zadłużenia, szybko pękła, w następstwie tego ceny mieszkań praktycznie zamarły na kolejną dekadę.
2018 nie ma konkurencji
5-procentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB. W porównaniu do poprzednich lat lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB, co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy nie było równie niskiego bezrobocia, które wg GUS w kwartalnym badaniu BAEL wynosiło za III kw. br. 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach 7 proc. r/r. Tyle wystarcza, by większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, aby zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw. Nie widać też specjalnych ryzyk, np. na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007 kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie mamy prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.
Żeby te plusy nie przesłaniały nam minusów…
Niestety nie wszystkie informacje napływające w tym roku są pozytywne. Cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego. Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwią godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi np. preferencyjne zatrudnienie na niepełny etat).
W rezultacie mimo bardzo niskiego bezrobocia odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy Europy Zachodniej. Zwiększenie go z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany do jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie niezwykle cenni i ułatwienia w ich zatrudnieniu oraz zatrzymaniu w kraju powinny stanowić priorytet, zwłaszcza że inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście ten kapitał uda się eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.
Rok, który już nigdy się nie powtórzy?
Sięgający 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwsze… Nie! Od drugiego stycznia 2019 r.
Ostatnie dni przyniosły sporo istotnych dla rynków wydarzeń: porozumienie Włoch z Komisją Europejską i zmiany w retoryce FOMC. Niewykluczone, że w związku z końcem roku, zamykaniem pozycji i zmianami w portfelach, ruchy na rynkach w najbliższym czasie będą wydawały się jednak bardziej „losowe” niż zwykle.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Brak nowych, istotnych informacji ze strefy euro nie przeszkodził europejskiej walucie w istotnemu umocnieniu. Euro zyskiwało w znacznym stopniu z uwagi na wyraźną słabość dolara amerykańskiego. Do pewnego stopnia nadal może sprzyjać dematerializacja ryzyka we Włoszech związana porozumieniem Włoch z Komisją Europejską, które zakłada ograniczenie deficytu w planowanym na 2019 r. budżecie z 2,4% do 2,04% PKB.
GBP
Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,73-4,76. Brytyjska waluta nadal charakteryzuje się słabością w relacji do złotego i głównych walut. Istotnie nie pomogły również wczorajsze szacunki dynamiki sprzedaży detalicznej, które pokazały najwyższy roczny wzrost od lipca. Również wczorajsze spotkanie Banku Anglii nie wsparło funta. Zgodnie z oczekiwaniami nie doszło do żadnych zmian w polityce monetarnej, w swoim komunikacie BoE odniósł się natomiast do kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z UE stwierdzając, że niepewność związana z Brexitem „znacząco rośnie”.
Dzisiejsza rewizja szacunku PKB Wielkiej Brytanii w III kwartale nie przyniosła istotnych nowości, zgodnie z wcześniejszym szacunkiem ekspansja gospodarcza w Zjednoczonym Królestwie w tym okresie wyniosła 1,5% w ujęciu rocznym i 0,6% kwartał-do-kwartału. Na lekki plus zaskoczyły natomiast inwestycje biznesowe, których spadek w III kwartale był nieco niższy od szacowanego wcześniej.
USD
Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,73-3,77. Dolar amerykański był wczoraj słaby zarówno w relacji do złotego, jak i głównych walut. Walucie nie pomaga ostatnie „cofnięcie się” oczekiwań względem podwyżek stóp procentowych w USA – rynek przestał wyceniać 1 podwyżkę w 2019 r. Szanse na ruch w górę w przyszłym roku wczoraj spadły do poniżej 50%. Na słabość USD mogło mieć również domykanie pozycji w USD związane z końcem roku.
Polityka również raczej nie sprzyja dolarowi. Stanom Zjednoczonym grozi kolejne tzw. zamknięcie rządu (government shutdown). Może do niego dojść, jeśli Senat w USA nie zdecyduje się przeznaczyć ponad 5 mld USD na budowę muru na granicy z Meksykiem. W takim wypadku zgodnie z deklaracjami prezydenta USA, nie podpisałby on ustawy pozwalającej na finansowanie administracji federalnej.
Odczyty makro z USA również nie pomogły. Wprawdzie cotygodniowe dane o liczbie bezrobotnych zaskoczyły na plus i pokazały, że wyniosła ona 214 tys. wobec oczekiwanych 219 tys. i 206 tys. odnotowanych w poprzednim okresie. Mocno rozczarował natomiast wskaźnik przemysłowy Fed z Filadelfii, który w grudniu spadł do poziomu 9,4, tym samym znalazł się na najniższym poziomie od ponad 2 lat. Wskaźnik pozostaje dodatni, co sugeruje poprawę sytuacji, jego ostatnie spadki nie napawają jednak optymizmem. Jest to jeden z sygnałów mogących sugerować, że spowolnienie w gospodarce USA jest gdzieś na horyzoncie.
Wśród danych z USA dziś warto zwrócić uwagę na publikację szacunku dynamiki zamówień środków trwałych w USA w listopadzie oraz rewizję dynamiki PKB w III kwartale br., szacunek bazowej inflacji PCE w listopadzie. Dzień zakończymy publikacją indeksu nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan w grudniu.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – zamówienia środków trwałych w USA w listopadzie
14:30 – rewizja szacunku PKB w USA w III kwartale br.
Młodzi właściciele firm będą napędzać rozwój narzędzi online
Po małych firmach cyfryzacja księgowości przyspieszy w tych średnich
Boom na przedsiębiorczość
Adam Głos, prezes zarządu Tax Care
Stale rośnie liczba chętnych do pracy na własny rachunek. W listopadzie 2018 roku działało rekordowe 3 mln 105 tys. firm jednoosobowych. Mijający rok jest też niezwykły pod kątem historycznie najniższej liczby wyrejestrowań – średnio co miesiąc w 2016 r. zamykało się 23 tys. firm, w 2017 r. 21 tys., a w 2018 r. (licząc od stycznia do listopada) tylko 17 tysięcy. W samym listopadzie ubyło jedynie 12,1 tys. firm. Trend rosnącej popularności prowadzenia własnej firmy powinien się utrzymać. Jest atrakcyjna dla millenialsów, odpowiada też giggersom, czyli osobom, które nie chcą się wiązać długoterminowymi umowami z żadnym pracodawcą. Jeśli wierzyć deklaracjom z Indeksu Przedsiębiorczości Tax Care, co czwarty etatowiec w ciągu dwóch lat odejdzie od pracodawcy i założy własną działalność – mówimy o odpływie ok. 3 mln etatów. W 2019 r. planujemy kolejną turę badania.
Zarówno fiskus, jak i firmy prywatne wprowadzą od nowego roku kolejne zmiany przyspieszające digitalizację dokumentów i ich obieg. To np. kasy online czy rozwój takich platform jak Chmura Faktur. Przedsiębiorcy powinni korzystać ze zmian, bo idea jest dobra – przenieść jak najwięcej formalności, dokumentacji i kontaktu z administracją do świata cyfrowego. Cyfryzacja jest nieunikniona, to następstwo trendów wyznaczanych w gospodarce – automatyzacji i robotyzacji przemysłu, dostępu do danych i ich przetwarzania, wzrostu znaczenia mobilności.
Niektórzy przedsiębiorcy będą mogli od 2019 r. naliczać i opłacać składki ZUS w nowy sposób – proporcjonalnie do zarobku. Właściciele firmowych aut odliczą mniej od podatku. Zmienią się przyzwyczajenia przedsiębiorców. W księgowości będziemy mierzyć się ze skalą oraz ilością dokonanych i planowanych zmian w przepisach. Z badań Tax Care wynika, że aż 65% właścicieli jednoosobowych działalności gospodarczych w Polsce korzysta z usług biura rachunkowego. W dużej mierze wynika to z zaufania do zawodu księgowego. Ten odsetek w 2019 r. powinien się jeszcze zwiększyć.
Rozwój narzędzi online bez zapominania o relacjach
Rafał Obarzanek, dyrektor departamentu programu partnerskiego Tax Care
Przyszły rok powinien przynieść intensywny rozwój księgowości online, zarówno jeśli chodzi o narzędzia do mobilnego prowadzenia księgowości firmy, jak i liczbę klientów, którzy z niej korzystają. Ponad 60% obecnych klientów Tax Care to osoby poniżej 40. roku życia, z czego prawie 40% stanowią przedsiębiorcy przed 30-tką. To oni będą fundamentem biznesu biur rachunkowych za kilka czy kilkanaście lat. Dwie trzecie klientów pozyskanych ostatnio przez Tax Care stanowią osoby, które dopiero co uruchomiły własną działalność gospodarczą. Potrzebują one narzędzi i wsparcia online. Tradycyjne biura nie zawsze dają im takie rozwiązania. Tradycyjne biura raczej optymalizują swoją pracę – i to dobrze – ale powinny też robić krok dalej i myśleć w kategoriach klienta: jakie narzędzia mogą zaoferować jemu. Klienci z ery Facebooka i Pokolenia Y potrzebują przede wszystkim połączenia online z biznesem. Z ich punktu widzenia jest to kluczowe. Ważne jest, aby dać im narzędzia umożliwiające dostęp do księgowości i rozwiązań, własnych systemów księgowych, możliwości zapłacenia ZUS itp.
Samo księgowanie i merytoryczna praca księgowego też się oczywiście liczy. Tak samo jaki i relacje między klientem, a księgowym, choć w przypadku nowych młodych klientów wystarcza kontakt online. Relacje są za to ważne z punktu widzenia właścicieli biur rachunkowych. Około połowy nowych klientów deklaruje, że nawiązuje współpracę z biurem księgowym z polecenia innej osoby. Świadczy to o znaczeniu budowania relacji w czasach mobilnej księgowości.
Cyfrowe rozwiązania zaczną wdrażać średnie firmy
Anna Moskwiak-Karaszewska, dyrektor departamentu IT Tax Care
Małe firmy szybciej niż pozostali przedsiębiorcy wprowadzają nowoczesne rozwiązania technologiczne w księgowości. Ułatwia im to mniejsza ilość dokumentów księgowych, ale i krótszy proces podejmowania decyzji i księgowania – zwykle stoi za nim tylko właściciel. Gorzej jest z dużymi firmami, w których dokumentów jest dużo więcej – w procesy księgowe jest zaangażowanych wielu pracowników.
Rośnie zainteresowanie outsourcingiem usług księgowych. Ten wzrost wynika z postępu technicznego i został przyspieszony przez wprowadzenie JPK, który wymusił jeden standard zapisu i ujednolicił sczytywanie danych. Równolegle trwa proces digitalizacji księgowości na poziomie OCR, czyli elektronicznego wynajdywania i przenoszenia metadanych potrzebnych do księgowania poszczególnych dokumentów. Dzięki niemu księgowa nie musi przepisywać np. numeru i daty faktury, ponieważ system sam eksportuje potrzebne dane. Rozwiązanie to jest już stosowane w Tax Care – częściowo wdrożyliśmy je już dla tzw. pełnych ksiąg. Wdrożenie produkcyjne systemu miało miejsce na początku grudnia i część naszych klientów już z niego korzysta.
Digitalizacja usług wpisuje się w dążenie przedsiębiorców do zmniejszania kosztów prowadzenia firm i oszczędzania czasu. W Stanach Zjednoczonych na popularności zyskuje QuickBooks. Inne rozwiązania coraz częściej stosowane globalnie to Sage i Xero. Hamulcem był i jest strach przed zmianą. Przedsiębiorcy są jednak pod presją, bo widzą, że rynek się zmienia. Digitalizację w Polsce spowalniają częste zmiany przepisów.
Wyceny papierów z dłuższego końca krzywej dochodowości pozostają mocne pomimo mniej niż oczekiwano gołębiego Fed. Złoty stabilny. EUR/PLN nadal notowany jest w okolicach 4,285. W perspektywie najbliższych dni możliwe jest osłabienie PLN.
Rynek walutowy i stopy procentowej
W czwartek, dzień po posiedzeniu Fed, ogólny obraz rynku niewiele się zmienił. Kurs EUR/USD pomimo, że wzrósł do 1,148, zmiany notowań nadal mieściły się w przedziale utrzymywanym od połowy października br. W kraju EUR/PLN konsolidował się przy 4,285.
Fed złagodził stanowisko odnośnie skali podwyżek stóp w 2019 roku, co było zgodne z oczekiwaniami rynków, ale ograniczył ruchy jedynie z trzech do dwóch, podczas gdy część graczy liczyła, że wobec nasilających się objawów globalnego spowolnienia zasugeruje on, że dalsze podwyżki są niepewne i będą uzależnione od danych makro. Tymczasem FOMC potwierdził możliwość kolejnych, stopniowych podwyżek przedziału stopy funduszy federalnych, ale rzeczywiście uzależnił je już nie tylko od nadchodzących danych z gospodarki, ale też od wydarzeń w światowej gospodarce i na rynkach finansowych. Niemniej, Fed podtrzymał ocenę ryzyka dla perspektyw gospodarczych jako „zbalansowaną”.
Reakcja rynku pokazuje wysokie obawy inwestorów o spowolnienie na świecie (po decyzji spadek EUR/USD do 1,136 i w czwartek powrót w okolice 1,148 przy jednocześnie nadal utrzymujących się niskich poziomach rentowności obligacji i spadkach cen akcji). Niepokój inwestorów rozbudziła inwersja krzywej rentowności amerykańskich obligacji, uważana za sygnał zbliżającej się recesji.
W kraju RPP opublikowała sprawozdanie z grudniowego posiedzenia, którego treść nie miała jednak wpływu na notowania złotego. Większość członków Rady wciąż oczekuje stabilizacji stóp w kolejnych kwartałach. Podczas grudniowego posiedzenia nie pojawił się już wniosek za podwyżką stop procentowych, a w listopadzie za podniesieniem stóp o 25 pb głosował jedynie K. Zubelewicz.
Kontynuacja nastawiania wait-and-see wewnątrz RPP sprzyja utrzymywaniu się krótkoterminowych stóp procentowych na relatywnie niskich poziomach. Polskie władze utrzymują swoje relatywnie gołębie nastawienie biorąc pod uwagę kierunek, w którym zmierzają banki centralne w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Na czwartkowym posiedzeniu Bank Czech utrzymał stopy procentowe na poziomie 1,75%, co oznacza pauzę po czterech spotkaniach, na których podnoszono koszt pieniądza. CNB zamierza poczekać na dalsze dane makro, aby ocenić czy potrzebne są kolejne ruchy. Spread polskich papierów 10-letnich nad czeskimi spadł w okolicę zaledwie 80 pb i znajduje się około 100 pb poniżej tegorocznego szczytu.
Wyceny papierów z dłuższego końca krzywej dochodowości również pozostawały mocne, na co wpływ miał wydźwięk grudniowego posiedzenia Fed. Dodatkowo rynek wspierały informacje Ministerstwa Finansów na temat budżetu. Po listopadzie budżet państwa zanotował nadwyżkę w wysokości 11,1 mld PLN, co oznacza zdecydowanie lepszy wynik niż w ostatnich latach. Dobra sytuacja fiskalna obok spadających oczekiwań na globalne zacieśnianie polityki monetarnej, stoi za przesunięciem się dół w polskiej krzywej SPW w ostatnich tygodniach.
W piątek GUS opublikuje dane sprzedażowe. Rynek oczekuje spadku w listopadzie dynamiki wzrostu do 6,3% r/r z 7,8% miesiąc wcześniej na co największy wpływ miał zapewne układ kalendarza. Dane nie powinny zmienić nastrojów na rynku, podobnie jak produkcja i inne odczyty makro nie zmienią zapewne łagodnego nastawienia RPP do polityki monetarnej.
Wykres dnia: Po listopadzie nadwyżka budżetowa wzrosła do 11,1 mld PLN.
Źródło: Ministerstwo Finansów
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Plast-Box, notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. producent opakowań z tworzyw sztucznych zakończył proces przejęcia Stark Partner Sp. z o.o., polskiego dostawcy opakowań spożywczych. Zgodnie z umową Plast-Box nabywa 100% udziałów tej spółki stając się jej właścicielem.
Grzegorz Pawlak Prezes Zarządu Plast-Box S.A.
– Bardzo się cieszę z przejęcia Starka i witam pracowników firmy w Grupie Plast-Box – mówi Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A. – Przed nami dużo możliwości rynkowych. Jestem pewien, że włączenie zapewni obu spółkom wiele synergii i przełoży się ostatecznie na solidną wartość dla całej Grupy – podkreśla.
Dzięki przejęciu Grupa Plast-Box zyskuje nowy zakres kompetencji z sektora opakowaniowego i wzmacnia tym samym swoją obecność w branży. Stark ma ugruntowaną pozycję, która pozwoli Plast-Box-owi na rozbudowę oferty opakowań. Akwizycja rozszerza asortyment grupy o innowacyjne produkty i rozwiązania dla przemysłu opakowaniowego. Wspólnie ze Starkiem, Plast-Box może zaproponować szersze portfolio dla klientów i zyskać nowe rynki zbytu. Obecnie wyroby przejętej spółki trafiają do dużych polskich producentów sektora spożywczego.
– Jest to korzystna transakcja podyktowana zarówno perspektywami rozwoju jak i możliwościami związanymi z wykorzystaniem potencjału Grupy. Zakup ten doskonale wpisuje się w naszą strategię różnicowania biznesu i zapewnienia wzrostu sprzedaży w kolejnych latach – stwierdza Grzegorz Pawlak. – Jest to dla nas naturalny kierunek ekspansji, który przyniesie wymierne efekty wspólnych działań i zapewni dodatkową wartość dla akcjonariuszy – informuje.
Grupa kapitałowa Plast-Box z siedzibą główną w Słupsku, jest jedną z najnowocześniejszych firm w Polsce i Europie produkującą twarde opakowania z tworzyw sztucznych. Specjalizuje się w produkcji zaawansowanych technologicznie wiader i pojemników. Produkuje również transportery dla branży spożywczej i inne produkty użytkowe, sprzedawane w sieciach handlowych. Jej odbiorcami są zarówno duże międzynarodowe koncerny jak i mniejsze podmioty. Po akwizycji w skład Grupy wchodzi 5 spółek zlokalizowanych w Polsce, 1 na Ukrainie i 1 na Białorusi. Do Grupy należą 3 zakłady produkcyjne (Słupsk, Urszulin, Czernihów – Ukraina). Plast-Box istnieje od 1983 r., a od 2004 r. akcje spółki są notowane na GPW.
Rok 2018 to zmiany, o których mówił cały świat. Czy 2019 rok będzie równie intensywny?
Rok 2018 upłynął pod znakiem zmian, które mimo technologicznego charakteru, dotknęły wiele branż. Z tych globalnych trzeba wspomnieć choćby o zamieszaniu z RODO. Wśród lokalnych – warto poruszyć zakaz handlu w niedzielę i jego wpływ na rynek e-commerce. Był to również kolejny rok, w którym pracodawcy musieli walczyć o każdego wykwalifikowanego specjalistę IT, a abonament stał się kluczem do Wszystkiego. Co czeka nas w nadchodzącym roku? Poniżej technologiczne podsumowanie 2018 roku i przegląd trendów na rok 2019.
Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska
2018 ROK W BRANŻY TECHNOLOGICZNEJ:
RODO, czyli koniec wszystkiego co znamy…
Przystosowanie firm do wymogów rozporządzenia o ochronie danych, stało się ikoną 2018 roku. Wiele branż postrzegało datę wdrożenia RODO (25 maja) jako koniec świata, jaki znamy. Z drugiej strony, nowe regulacje stały się istotną szansą biznesową dla firm, które już z samego założenia projektowane były z wrażliwością na wagę administrowania danymi osobowymi. „RODO uwrażliwiło też opinię społeczną względem przysługujących jej praw w kontekście ochrony danych. Użytkownicy zaczęli sobie zadawać ważne pytania – co dzieje się z moimi danymi, gdzie są przechowywane i czy są jeszcze moje? Z tej perspektywy RODO oznacza dla niektórych dostawców konkretną przewagę, bo mogą zaoferować usługi firmy działającej w obszarze objętym rozporządzeniem, zgodne z zasadą odwracalności i transparentności.” – mówi Xavier Perret, wiceprezes zarządu i CDMO w firmie OVH.
Zakaz handlu w niedzielę szansą na wzmocnienie e-commerce
Prognozy przed wprowadzeniem nowych przepisów wskazywały, że zakaz handlu w niedzielę może przetransferować sporą część obrotów ze stacjonarnych sieci handlowych do e-sklepów. W praktyce jednak, m.in. za sprawą intensywnych kampanii reklamowych, udało się sieciom powstrzymać odpływ klientów, ograniczając tym samym wzrost e-commerce poniżej oczekiwań. Mimo że w pierwsze, wolne od handlu niedziele, sklepy internetowe notowały dużo wyższe przychody (w marcu 62 proc. e-sklepów odnotowało wzrost ruchu, a aż 55,5 proc. cieszyło się skokiem sprzedaży[i]), miesiąc później tendencja ta wyhamowała i wzrost obrotów e-sklepów w niedziele bez handlu spadł do ok. 20 proc. Warto pamiętać, że liczba ta zawiera też generalny wzrost e-commerce.
Branża IT uzależniona od pracowników
Choć firmy IT oferowały w 2018 roku korzystne warunki zatrudnienia i nie brakło im funduszy na realizację projektów, wciąż musiały mierzyć się z brakiem specjalistów chętnych do pracy. Z danych wynika, że obecnie w Polsce pracuje ok. 250 tys. programistów. To jednak aż o 30-50 tys. za mało[ii]. „Rozwój branży IT w 2018 roku zauważalnie wstrzymywał drenaż mózgów – mówi Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska. Deficyt talentów zdaje się omijać jednak firmy, które oprócz pensji są w stanie zaoferować pracownikom odpowiednią kulturę pracy i możliwość samorealizacji lub pracy nad własnymi, autorskimi rozwiązaniami.”.
Usługi z prędkością światła
W 2018 roku sieci światłowodowe przeżyły prawdziwy rozkwit. Polska szybko pnie się w rankingu FTTH Council Europe, wskazującym wykorzystanie tej technologii w poszczególnych krajach. Obecnie dostęp do sieci światłowodów ma już ok. 4 proc. gospodarstw domowych w Polsce (ok. 0,5 mln abonentów). Mniej medialny, ale dużo ważniejszy jest jednak wzrost infrastruktury światłowodowej w biznesie. „Zwłaszcza w branżach IT przepustowość sieci, to klucz do sprawnego działania. Pozwala ona realnie zwiększyć jakość oferowanych usług i poszerza horyzonty – np. popularność e-learningu czy VoD (pol. wideo na żądanie), ale i e-commerce.” – mówi Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH, Polska.
Abonament, słowo klucz do Wszystkiego
Dążąc do optymalizacji kosztów, firmy w mijającym roku dużo śmielej sięgały po outsourcing usług. W efekcie, zamiast inwestować w infrastrukturę i ludzi, korzystają z tych zasobów jako gotowych usług. Gdy już jednak myślano, że po infrastrukturze, systemach i aplikacjach nie da się dostarczyć więcej rozwiązań w modelu XaaS, pojawiła się koncepcja EaaS, czyli „Everything as a Service”. To cyfrowe rozwiązania, które upraszczają życie przedsiębiorców, zapewniając automatyzację, outsourcing, dzierżawę infrastruktury oraz doradztwo i sprzedaż w formie usług dostępnych w modelu abonamentowym.
TECHNOLOGICZNE TRENDY NA 2019 ROK:
Multiplayer w wersji Royale… dźwignią dla IT
Rok 2018 upłynął pod znakiem popularności wieloplatformowych gier multiplayer typu Battle Royale, w których nawet kilkuset graczy walczy ze sobą o zwycięstwo. Efektem sukcesu takich tytułów jak PUBG czy Fortnite są całe rzesze fanów oraz liczne grono naśladowców. Odczuła to także branża IT, po stronie której leżeć będzie także w 2019 roku zapewnienie zaplecza technicznego istniejącym i nowym grom. Chcąc dotrzeć do jeszcze szerszego grona odbiorców, giganci elektronicznej rozrywki planują już jednak kolejny krok – trendem 2019 roku może stać się Gaming as a Service, a budować go będą także polskie firmy, takie jak Vortex, który już teraz, korzystając z zaplecza OVH, oferuje strumieniowy transfer gier.
5G to nowy standard i gigantyczne możliwości transmisji danych
Mimo przecięcia wstęg w końcówce 2018 roku, to właśnie w 2019 roku zadebiutuje technologia 5G. Ma ona wg Komisji Europejskiej podnieść wartość dodaną w polskim przemyśle o ok. 3,4 mld zł rocznie[iii]. Sieć 5G to jednak także rewolucja w rozrywce. Brak ograniczeń przepustowości i opóźnień może całkowicie zmienić zasady gry… w gry. „Cloud gaming zlikwiduje konieczność posiadania mocnego komputera lub konsoli, udostępniając najnowsze produkcje także na telefony, telewizory czy słabsze laptopy. Cały ciężar przetwarzania danych spadnie na dostawców chmury, takich jak OVH, a transferu na operatorów sieci 5G. Otwartym i bardzo obiecującym tematem jest tu też streaming treści wprost na gogle VR.” – dodaje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży OVH.
Powoli, ale coraz więcej w chmurach, także w Polsce
Z danych rynkowych wynika, że już ponad 25% przedsiębiorstw w Europie korzysta z usług w chmurze obliczeniowej. Przoduje Skandynawia, z wynikami powyżej 50%, w Polsce możemy natomiast mówić o zaledwie 11,5% przedsiębiorstw[iv]. Mimo iż wzrost jest powolny, jest także konsekwentny. Z roku na rok coraz więcej firm przekonuje się do przeniesienia części swoich zasobów do chmury.
RODO – drugie podejście?
Choć rozporządzenie RODO weszło w życie już w maju 2018 roku, a nie wdrożenie w życie przepisów grozi firmom horrendalnie wysokimi karami, szacuje się, że prawie 50% podmiotów nie wywiązało się w pełni z ustawowych zobowiązań. Dla tych firm rok 2019 wciąż kręcił się będzie wokół RODO. Tym bardziej, że przez pół roku obowiązywania nowych przepisów, do sądów trafiło już kilka tysięcy zażaleń pod adresem polskich firm. Rok 2018 nie zamknął więc inwestycji pod kątem RODO, także w infrastrukturę IT.
Ogrom wiedzy jest, czas na jej wykorzystanie
Nikogo nie dziwią już doniesienia o wolumenie zbieranych przez firmy danych. Jak jednak pokazują badania – nie potrafią one z nich umiejętnie korzystać. Szacuje się, że zaledwie 1% globalnie zebranych danych jest potem w ogóle wykorzystywany. Za sprawą uczenia maszynowego procent ten ma jednak wzrosnąć nawet do 4% na przestrzeni 2019 i 2020 roku. Aż, czy tylko 4%? „Badania polskiego rynku wskazują, że problem może leżeć dużo głębiej. Zdaje się, że z analizą zbieranych danych jest jak z prowadzeniem zdrowego stylu życia – wszyscy twierdzą, że to robią i choć często kończy się wyłącznie na noworocznych postanowieniach albo jednej wizycie na siłowni, to jednak głupio się w towarzystwie, a nawet przed sobą przyznać, że się tego nie robi”. – mówi Robert Paszkiewicz.
We wtorek poznaliśmy listopadowe dane dla polskiego rynku pracy. Międzyroczny wzrost zatrudnienia osiągnął poziom 3%, a płace wzrosły o 7,7%. W Polsce pogłębia się problem niedoboru siły roboczej, co zmusza pracodawców do podnoszenia pensji. Ponadto, trend ten może się jeszcze nasilić jeśli w przyszłym roku nie spadnie popyt na siłę roboczą i dodatkowo nastąpi odpływ pracowników z Ukrainy do Niemiec. Otrzymanie pozwolenia na pracę w Niemczech będzie bowiem dla Ukraińców w następnym roku znacznie łatwiejsze.
Dotkliwy niedostatek siły roboczej prawdopodobnie uwidoczni się dopiero w II kwartale 2019 r., gdyż w pierwszych trzech miesiącach na krajowym rynku zazwyczaj obserwujemy niewielki wzrost stopy bezrobocia. Z globalnego punktu widzenia najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia było posiedzenie Fed. Amerykański System Rezerwy Federalnej, zgodnie z oczekiwaniami, podniósł stopy procentowe. Jednocześnie obniżone zostały prognozy szacowanego wzrostu PKB w USA w 2019 r. W nadchodzącym roku przewidywane są na ten moment dwie kolejne podwyżki stóp procentowych.
Polski złoty w tym tygodniu się umocnił i jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,29 EUR/PLN. Notowania eurodolara na koniec tygodnia były na poziomie 1,15 EUR/USD.
Na wigilijnym stole ryby występują w roli głównej. To właśnie teraz wielu Polaków w ogóle sobie o nich przypomina, szczególnie o karpiu, którego jemy wyłącznie z okazji świąt Bożego Narodzenia. Średnio, każdy z nas spożywa rocznie ponad 12 kg ryb. Dużo? Nie, bo o 8 kg mniej niż wynosi średnia światowa. Pewnie m.in. dlatego rybny biznes nad Wisłą nie jest w najlepszej kondycji finansowej i płatniczej. Firmy zajmujące się ich hodowlą i przetwórstwem częściej opóźniają rozliczenia wobec partnerów biznesowych niż zdarza się to w całej gospodarce. Szczególnie niesolidni są przetwórcy, wśród których zawodzi co dziewiąty, a ich łączne zaległości przekraczają 45 mln zł. Ponad 60 proc. hodowców ryb znajduje się w słabej i bardzo złej kondycji finansowej – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz Bisnode. Jakby tego było mało w ciągu trzech lat zniknął z rynku co szósty sklep rybny.
Polska jest obok Czech największym w Europie producentem karpi, których rocznie odławia się od 15 do 23 tys. ton, głównie na potrzeby rynku krajowego, gdzie konsumpcja oscyluje w granicach 0,6 kg na osobę. Popularność karpi jednak systematycznie spada i dodatkowo ma charakter wybitnie sezonowy (90 proc. kupowanych jest w trwającym około 2 tygodni okresie świątecznym). Dla porównania w Czechach czy na Węgrzech spożycie karpia jest znacznie wyższe i wynosi ponad 1 kg na osobę. Co ciekawe, karp na naszym świątecznym stole systematycznie gości od zaledwie trzech dekad. Przyjęty w okresie Polski Ludowej model masowej produkcji ryb przełożył się na hasło „Karp na każdym wigilijnym stole w Polsce”, szczególnie, że nie było alternatyw. Karpia więc zabraknąć nie mogło, stąd jego popularność. I tak narodziła się „nowa świecka tradycja” na świątecznym stole. Problem z zapewnieniem odpowiedniego transportu, samochodów chłodni dla tak dużej ilości ryb dostarczanych niemal jednocześnie wszystkim Polakom sprawił, że sposobem na zachowanie świeżości stała się sprzedaż żywych karpi. Dziś rozwiązanie to zupełnie nie ma racji bytu, ale jest zapewne wygodne dla wielu sprzedawców. Przez część społeczeństwa traktowane też jest jako element tradycji. Z drugiej jednak strony rośnie liczba Polaków, którzy sprzeciwiają się sprzedaży żywych ryb.
Karp stanowi jedynie kilka procent spożycia ryb Polaka. Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, przeciętne jedna osoba zjadła w minionym roku blisko 12,5 kg ryb i owoców morza. To o blisko 5 proc. mniej niż rok wcześniej. Najchętniej jemy ryby morskie. Przede wszystkim śledzie, łososie i ryby białe: mintaja, dorsza, morszczuka czy makrele. Najwięcej ryb i owoców morza ląduje na talerzach Portugalczyków, nawet do 90 kg rocznie na osobę. Jednak to nie Portugalczycy, a Chińczycy są największymi producentami ryb. Szacuje się, że chińska produkcja ryb i owoców morza odpowiada 2/3 światowej produkcji.
Co prawda ilość spożywanych w Polsce ryb w ostatnim czasie nieznacznie spada, ale trzeba wziąć pod uwagę silny wzrost cen, będący tendencją nie tylko lokalną, ale i światową. Wartościowo więc rynek ryb w Polsce raczej się zwiększa. Nie oznacza to jednak poprawy kondycji zarówno hodowców, przetwórców, jak i handlu rybami, choć widać sporą łatwość przerzucania wzrostu kosztów na konsumentów, czemu sprzyja akurat wzrost dochodów gospodarstw domowych.
Znaczące kłopoty przetwórców, szczególnie w bankach
Ryby najczęściej kupujemy w sieciach handlowych, do tego przyznaje się aż 8 na 10 Polaków, co przekłada się na spadającą nad Wisłą liczbę sklepów rybnych. Według wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska, na koniec ub.r. w Polsce aktywnie działało nieco ponad 1 tys. specjalistycznych sklepów z rybami. W ciągu trzech latach z rynku zniknęło blisko 150 punktów, co oznacza spadek o 11 proc. wobec 2014 r.
Podobnie jak w przypadku sklepów rybnych, nie najlepiej przedstawia się też sytuacja finansowa przetwórców i hodowców ryb. Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że wśród firm zajmujących się „chowem i hodowlą ryb oraz pozostałych organizmów wodnych” (PKD 0322Z) problemy z płatnościami wobec partnerów biznesowych ma 31 przedsiębiorstw z 414 aktywnych, zawieszonych lub już wyrejestrowanych, czyli 7,5 proc. Nieznacznie przekracza to statystki dla ogółu przedsiębiorstw w całej gospodarce, które wynoszą 6,1 proc. Znacznie gorzej prezentuje się jednak działalność związana z „przetwarzaniem oraz konserwowaniem ryb, skorupiaków i mięczaków” (PKD 1020Z). Na czas nie płaci co dziewiąta tego typu firma – 79 (11,5 proc.) spośród 684 aktywnych, zawieszonych lub już wyrejestrowanych. Łączne zaległości hodowców i przetwórców ryb wynoszą 50,2 mln zł, z czego 45,5 mln zł stanowią zaległości firm przetwórczych, a 4,65 mln zł hodowlanych. O ile zaległości wobec kontrahentów wynoszą średnio 16,4 tys. zł w przypadku firm hodowlanych i 21,7 tys. zł dla przetwórców, to jeśli chodzi o przeterminowane kredyty mowa jest już o zupełnie innych kwotach. W pierwszym przypadku średnia zaległość przekracza 476 tys. zł, a w drugim dochodzi do 1 644 tys. zł
Z kolei z analizy 225 polskich hodowców ryb, przeprowadzonej przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska wynika, że połowa z nich jest w słabej kondycji finansowej, a kolejne 11 proc. znajduje się w bardzo złej sytuacji finansowej. Tylko co trzecie przedsiębiorstwo jest w dobrym i bardzo dobrym położeniu, z czego w dobrym – 24 proc., a w bardzo dobrym – 10 proc.
Rosną koszty, szkodzi susza
Zarówno u hodowców, przetwórców, jak i w handlu rybami dostrzegalny jest dynamiczny wzrost kosztów, wynikający z uwarunkowań ogólnych, takich jak wzrost płac, jak i specyficznych dla branży, na przykład różnego rodzaju opłat środowiskowych i administracyjnych, w tym związanych z nowym Prawem Wodnym, zwiększającym opłaty za zużycie wody i odbiór ścieków. Co prawda gospodarka rybacka charakteryzuje się jednym z najniższych poziomów przeciętnego wynagrodzenia, ale także doświadcza wzrostu kosztów z tego tytułu, podobnie jak w przypadku energii oraz pasz, szczególnie tych importowanych. Na opłacalność hodowli ryb silnie wpływają również warunki klimatyczne, zarówno w okresie zimowym (temperatura, grubość i czas utrzymywania się powłoki lodowej), jak i letnim (temperatura, poziom wody itp.). W tym roku negatywnie na wynikach hodowli odbiła się susza i wysokie temperatury w okresie letnim. Spowodowało to nie tylko straty, ale także dodatkowe koszty, związane z koniecznością dotleniania wody, procesu wymagającego większego zużycia energii. Spore straty powodowane są także przez ptaki drapieżne.
Sytuację hodowców ryb poprawiają nieco dotacje. Na początku 2018 r. w efekcie porozumienia organizacji reprezentujących środowiska rybackie i Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, uzgodniono, że producenci karpi mają otrzymać prawie 51 mln euro dotacji, mającej rekompensować wzrost kosztów oraz wydatki związane z ekologią.
Silne zróżnicowanie sytuacji ekonomicznej hodowców ryb wynika ze znacznych różnic technologicznych. Większość hodowli opiera się na warunkach niemal naturalnych, z niewielkim wspomaganiem technologicznym (natlenianie, systemy podawania paszy itp.), jednak powstaje coraz więcej specjalistycznych farm, stosujących najnowsze technologie, łączące hodowlę z przetwórstwem. Stosują one często innowacyjne techniki, zarówno na etapie hodowli, przetwarzania, jak i pakowania, powiązane ze zwiększeniem trwałości. Pochodzą z nich głównie bardziej szlachetne gatunki ryb, trafiające zarówno do dużych krajowych sieci dystrybucji, jak i do odbiorców zagranicznych.
BioLNG EuroNet będzie wspierać obniżenie emisyjności transportu drogowego w Europie dzięki zastosowaniu LNG.
Konsorcjum BioLNG EuroNet ogłosiło zamiar zaangażowania się w dalszy rozwój LNG (skroplonego gazu ziemnego) jako paliwa dla europejskiego transportu drogowego w oparciu o nową infrastrukturę, która powinna zapewnić jego długoterminowy sukces i masowe zastosowanie.
Każdy z podmiotów tworzących konsorcjum – Shell, DISA, Scania, IVECO, CNH Industrial Capital Europe, działająca pod nazwą handlową IVECO Capital oraz Nordsol – podejmie własne działania, dzięki którym na drogi wyjedzie dodatkowe 2 tys. pojazdów ciężarowych napędzanych LPG oraz powstanie 39 nowych stacji LNG i zakład produkcji BioLNG w Holandii.
Stacje oferujące LNG w sprzedaży detalicznej będą budowane na terenie Belgii, Francji, Niemiec, Holandii, Polski i Hiszpanii jako część ogólnoeuropejskiej sieci. Zostaną one rozmieszczone co ok. 400 km wzdłuż kluczowych korytarzy sieci drogowej na obszarze od Hiszpanii po wschodnią Polskę.
– „Rośnie przystępność cenowa LNG jako paliwa dla pojazdów ciężarowych, a tym samym jego znaczenie jako źródła energii w kontekście przyszłego rozwoju sektora transportu” – stwierdził wiceprezes Shell Retail István Kapitány. – „Shell dąży do zapewnienia klientom większej podaży niskoemisyjnej energii, a nowe stacje detaliczne LNG są ważnym elementem tej układanki. Cieszę się, że w nadchodzących latach nasi europejscy klienci będą mieli do dyspozycji tak istotną sieć stacji”.
– „Program obejmuje stacje paliw, produkcję biopaliw oraz dopłaty, czyli elementy niezbędne dla klientów perspektywicznie planujących inwestycje w samochody ciężarowe, pomimo dodatkowych kosztów początkowych” – powiedział Jonas Nordh, dyrektor spółki Scania ds. zrównoważonych rozwiązań dla transportu. – „Dostępność LNG, który zmniejsza emisję CO2 nawet o 20 proc. jest obecnie większa, natomiast biogaz, który redukuje emisję CO2 o ponad 90 proc., będzie w coraz większym stopniu mieszany z gazem ziemnym przy jednoczesnym wzroście produkcji”.
Prezes marki IVECO, Pierre Lahutte, wskazał: – „Dzięki temu projektowi otwiera się możliwość płynnego przejścia do modelu gospodarki o obiegu zamkniętym, opartym na pozyskiwaniu energii z odpadów. Umożliwia on nawet osiągnięcie ujemnego poziomu emisji gazów cieplarnianych i pochłanianie dwutlenku węgla. Środki projektowe pozwolą nam pomóc naszym klientom w przestawieniu własnych flot na LNG poprzez konkurencyjne plany finansowania i leasingu IVECO Capital, co zwiększy liczbę pojazdów napędzanych gazem ziemnym na europejskich drogach i przyczyni się do budowy zrównoważonej branży transportowej”.
Zakład produkcji BioLNG będzie wytwarzać 3 tys. ton rocznie, wykorzystując biogaz pozyskany z odpadów organicznych. Sprzedaż użytkownikom końcowym będzie odbywać się poprzez sieć LNG.
– „Uwolnienie możliwości BioLNG oznacza, że skroplony gaz ziemny będzie mógł stać się paliwem przyszłości dla szeroko rozumianego sektora transportu” – powiedział Jerom van Roosmalen, partner -założyciel Nordsol.
– „Dążeniem Nordsol jest zapewnienie powszechnego zastosowania BioLNG jako czystego, bezpiecznego i zaawansowanego paliwa o dużej dostępności i przystępności cenowej. Nasza koncepcja dotycząca BioLNG opiera się na tej właśnie misji. Cieszymy się, że będziemy mieli możliwość realizacji tego rozwoju wspólnie z partnerami z konsorcjum”.
Ambicją konsorcjum BioLNG EuroNet jest zapewnienie ekspansji LNG jako paliwa dla europejskiego transportu drogowego również w perspektywie długoterminowej.
Projekt BioLNG Euronet tworzą główni gracze na europejskim rynku: Shell, DISA, Nordsol, Scania oraz IVECO. Celem partnerów projektu jest wsparcie realizacji unijnego celu ograniczenia emisji CO2 o 60 proc. do roku 2030 poprzez stymulowanie długoterminowej dekarbonizacji ciężkiego transportu drogowego w Europie kontynentalnej.
Zakład produkcyjny BioLNG, którego budowę zaplanowano w Holandii, będzie przetwarzał biogaz pozyskany z odpadów organicznych w LNG pochodzenia biologicznego (BioLNG). Tym, co decyduje o wyjątkowości oferty Nordsol, jest zastosowanie inteligentnych, innowacyjnych, opatentowanych technologii w połączeniu ze wsparciem finansowym i ustabilizowanym odbiorem BioLNG. Dzięki temu Nordsol może budować i eksploatować własne zakłady BioLNG wspólnie z partnerami produkującymi biogaz w ramach współpracy opartej na solidnych podstawach biznesowych.
Dwa tysiące nowych pojazdów ciężarowych napędzanych LNG zostanie oddane w leasing użytkownikom końcowym przy wykorzystaniu konkurencyjnych rozwiązań finansowych i przewozowych, które pozwolą ograniczyć koszty. Finansowanie obejmie jedynie dodatkowy koszt pojazdu ciężarowego napędzanego LNG w stosunku do ciężarówki z silnikiem diesla. Średni kwalifikowalny koszt w przeliczeniu na jeden pojazd ciężarowy napędzany LNG ograniczono do maksymalnie 30 tys. euro.
Gęstość energetyczna BioLNG pozwala pojazdom pokonać większy dystans, co sprawia, że jest to paliwo lepiej odpowiadające zarówno obecnym, jak i przyszłym potrzebom przewoźników. Ze względu na wykorzystanie surowca w postaci przemysłowych odpadów organicznych poziom emisji CO2 będzie znacznie niższy niż w przypadku paliw tradycyjnych. BioLNG ma zasadnicze znaczenie dla realizacji długoterminowego celu dalszego obniżenia emisyjności sektora transportu drogowego w Europie do roku 2030. BioLNG praktycznie eliminuje siarkę oraz zapewnia ograniczenie emisji tlenków azotu i cząstek stałych.
Na poczet kosztów podjętego zaangażowania finansowego, każdy z członków konsorcjum BioLNG EuroNet otrzyma 20 proc. środków z UE.
Środki unijne przyznane członkom konsorcjum BioLNG EuroNet objęte są instrumentem „Łącząc Europę” (CEF) dla sektora transportu.
Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/94/UE z dnia 22 października 2014 r. w sprawie rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych ustanawia wspólne ramy dla środków dotyczących rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych w Unii Europejskiej oraz zmniejszenia oddziaływania transportu na środowisko. Określono w niej minimalne wymogi dotyczące rozbudowy infrastruktury paliw alternatywnych, w tym LNG (skroplonego gazu ziemnego) i sprężonego gazu ziemnego (CNG).
Polski budżet pierwszy raz w historii ma w ogóle szansę zamknąć się plusem. Rajd świętego Mikołaja nie w tym roku. Wielka Brytania utrzymuje stopy procentowe na niezmienionym poziomie.
Dobra koniunktura ratuje budżet
Można nie lubić polityki gospodarczej rządu, ale trzeba przyznać, że nadwyżka w budżecie w listopadzie to pierwszy tak dobry wynik od początku roku. To czy ten dobry wynik powstał z powodu działań rządu, czy mimo nich to temat na osobną dyskusję. Faktem jest, że dobra koniunktura powoduje zwiększenie przychodów po stronie podatków. Niskie bezrobocie to także większe składki na ZUS. Te z kolei powodują, że dotacja z budżetu tak wysoka nie była konieczna. W grudniu zobaczymy czy nagle nie pojawią się wyrównania. Zakończenie roku na plusie byłoby bardzo dobrym sygnałem, że ni
Grudzień bez rajdu świętego Mikołaja
Pewną tradycją rynków finansowych jest rajd świętego Mikołaja. Pod tym pojęciem znajdują się grudniowe zwyżki na rynkach finansowych. Wynikało to z tego, że na koniec roku inwestorzy, a szczególnie fundusze podkupywały aktywa podnosząc ich cenę. Tym samym giełda i wyceny szły w górę. W tym roku nie tylko nie ma wzrostów, ale są nawet spadki. WIG20 zachowuje się na tle giełd zachodnich i tak wyjątkowo dobrze oscylując w okolicach 0. Niemieckie, francuskie, brytyjskie czy amerykańskie parkiety w grudniu osiągnęły straty 5-10%.
Stopy w Wielkiej Brytanii bez zmian
Zgodnie z oczekiwaniami przy tak niestabilnej sytuacji politycznej na wyspach Bank Anglii nie zmienił sóp procentowych. Decyzja była jednogłośna. Główna stopa procentowa została utrzymana na poziomie 0,75%. Rynek walutowy zignorował tą publikację. Protokół z posiedzenia również nie wprowadził wiele nowego. Sytuacja funta posiada w tej chwili bardzo ważną zmienną w postaci Brexitu i do wyjaśnienia tej sytuacji nie należy spodziewać się silnych reakcji na inne dane.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – zamówienia na dobra,
16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Niewątpliwie podatek u źródła („WHT” – ang. withholding tax) należy do kategorii obciążeń podatkowych firm, które wzbudzają największe kontrowersje wśród przedsiębiorców. Pomimo że podatnikami podatku u źródła są firmy z zagranicy (nierezydenci PIT i CIT), a polskie firmy występują jedynie w charakterze płatnika tego podatku, to niejednokrotnie ekonomiczny ciężar zapłaty daniny spoczywa właśnie na polskim przedsiębiorcy. Do tej pory możliwe było uniknięcie zapłaty podatku zarówno na gruncie ustaw o podatkach dochodowych PIT i CIT, jak i umów o unikaniu podwójnego opodatkowania. Tymczasem od 1 stycznia 2019 r. przepisy ulegną zaostrzeniu, a dotychczasowe warunki zwolnienia od zapłaty podatku zostaną znacznie obostrzone.
Dotychczasowe preferencje
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Pobór podatku u źródła jest odstępstwem od generalnej zasady nieograniczonego obowiązku podatkowego od dochodów osiąganych przez polskich rezydentów. Oznacza to, że WHT ma zastosowanie m.in. do niektórych dochodów (przychodów) osiąganych przez nierezydentów na terytorium RP. Innymi słowy, istotą WHT jest przypisanie podmiotowi krajowemu (najczęściej nabywcy usługi) roli płatnika tego podatku, który, wypłacając należności na rzecz nierezydenta, jest jednocześnie obowiązany do obliczenia, pobrania i wpłacenia podatku do właściwego organu podatkowego.
Do końca 2018 r. polska firma wypłacająca należność za granicę po spełnieniu pewnych warunków formalnych mogła zastosować korzystniejszą od polskiej, tj. niższą stawkę podatku wynikającą z umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania albo skorzystać ze zwolnienia na podstawie przepisów CIT lub PIT i w ogóle nie płacić podatku z tego tytułu. Mając na uwadze, że w wielu przypadkach faktyczny koszt podatku u źródła jest naliczany metodą „od stu” i nierzadko stanowi obciążenie dla wypłacającego należność, zrozumiałe jest, że przedsiębiorcy dążyli do spełniania warunków umożliwiających skorzystanie ze zwolnienia z zapłaty daniny. Od 2019 r. ta preferencja zostanie jednak znacznie ograniczona.
Pozorność zwolnienia od 2019 r.
Do końca 2018 r. przy poborze podatku u źródła obowiązuje tzw. zasada relief at source, zgodnie z którą prawo do skorzystania ze zwolnienia z zapłaty podatku następuje już w momencie wypłaty należności przez płatnika. Od nowego roku zasada ta zostanie utrzymana, ale już tylko w stosunku do wypłat nieprzekraczających łącznie w roku podatkowym kwoty 2 mln zł. Od nadwyżki ponad tę kwotę będzie obowiązywał obligatoryjny pobór podatku przez płatnika, połączony z procedurą dokonania zwrotu z urzędu skarbowego, tj. tax refund.
Najpierw zapłata, potem batalia o zwrot
Zwrot pobranego podatku będzie następował po uprzedniej weryfikacji przez urząd prawa do zastosowania preferencyjnego opodatkowania podatkiem u źródła, tj. zastosowanie zwolnienia albo niższej stawki. Prawo do zwrotu podatku będzie przysługiwało płatnikowi (jeżeli faktycznie poniósł koszt tego podatku z własnych środków) bądź podatnikowi w przypadku uregulowania daniny przez zagranicznego kontrahenta. Fiskus będzie miał sześć miesięcy na rozpatrzenie wniosku, przy czym będzie uprawniony do wydłużenia tego terminu w trakcie weryfikacji wniosku.
Co zrobić, aby uniknąć zapłaty?
Pomimo wprowadzenia tak niekorzystnej zmiany w rozliczeniach podatku u źródła, ustawodawca podatkowy przewidział sytuacje, kiedy nawet po przekroczeniu progu 2 mln zł pobranie daniny nie będzie konieczne, jednakże będzie to obarczone sporym ryzykiem i bardzo czasochłonne. Zgodnie z treścią nowelizacji płatnik nadal nie będzie musiał pobierać podatku u źródła od wypłat przekraczających 2 mln zł w przypadku:
złożenia przez płatnika organowi podatkowemu oświadczenia pod rygorem odpowiedzialności karnej o posiadaniu dokumentów umożliwiających zastosowanie preferencyjnych zasad opodatkowania (np. certyfikat rezydencji) oraz o braku wiedzy o istnieniu okoliczności wykluczających możliwość jego niepobrania;
uzyskania opinii o stosowaniu zwolnienia z opodatkowania wydanej przez właściwy organ podatkowy;
spełnienia innych warunków wynikających z rozporządzenia Ministra Finansów (aut. na obecnym etapie treść przepisów wykonawczych nie jest jeszcze znana).
Wnikliwa lektura znowelizowanych przepisów prowadzi do wniosku, że o ile fiskus utrzymał prawo do korzystania z preferencji już na etapie poboru podatku (zasada relief at source), ustalając jednakże próg 2 mln złotych oraz wprowadzając obostrzenia, to możliwość zwolnienia będzie teraz ograniczona. Co więcej, ryzyko związane z zastosowaniem preferencji przy opodatkowaniu wypłat na rzecz nierezydentów zostanie całkowicie przeniesione na płatników, i to na niespotykaną dotąd skalę. Na dowód powyższego należy wskazać, że w przypadku złożenia przez płatnika oświadczenia o spełnieniu warunków do skorzystania ze zwolnienia i ewentualnego zakwestionowania tego prawa przez organ podatkowy, płatnik będzie zobowiązany nie tylko do zapłaty należnego podatku wraz z odsetkami, ale także do uregulowania dodatkowego zobowiązania w podatku dochodowym w wysokości 10% wypłacanych należności.
Zadziwiające jest to, że pomimo wprowadzania kolejnych, nieskoordynowanych i skomplikowanych zmian legislacyjnych w ustawach o podatkach dochodowych, fiskus wciąż utrzymuje, iż zmiany te wpisują się w filozofię 3xP, tj. prostego, przejrzystego i przyjaznego systemu podatkowego. Z całą pewnością nowe przepisy dotyczące poboru podatku u źródła nie korespondują z taką teorią.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Producenci żywności nie będą świętować! Wzrost liczby niewypłacalności firm w Polsce, w tym widoczne problemy sektora rolnego i spożywczego.
Zarówno w samym listopadzie, jak i w okresie 11 miesięcy liczba niewypłacalności polskich firm wzrosła r/r o 10%
Duży negatywny efekt społeczny, wobec dostawców i podatkowy opublikowanych w listopadzie niewypłacalności – firmy te łącznie zatrudniały ok. 3 tys. pracowników, a ich zsumowany obrót przekraczał 1,5 mld złotych
Zły miesiąc (i rok) dla rolnictwa? Raczej niełatwy rok dla całego przemysłu spożywczego. Uwagę zwracają niewypłacalności producentów rolnych oraz szerzej – firm związanych z sektorem rolno-spożywczym
Listopad to kolejny wzrost liczby niewypłacalności firm budowlanych (13 firm wobec 9 przed rokiem, a od początku roku już 151), a w ślad za tym problemy mają firmy zaopatrujące
Widoczny jest regres w kwestii inwestycji przedsiębiorstw w zdolności produkcyjne a także w dziedzinie energii odnawialnej
Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W listopadzie 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 81 przypadkach niewypłacalności polskich przedsiębiorstw wobec 73 w listopadzie 2017 r. (wzrost r/r o 10%). Od początku bieżącego roku skala wzrostu liczby opublikowanych niewypłacalności również wyniosła +10% – w ciągu 11 miesięcy bieżącego roku było ich 905 wobec 826 w tym samym okresie 2017.
Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Problemy polskiego mięsa? Tak, ale to nie wszystko – także produkcja roślinna i generalnie cała branża spożywcza nie są łatwym obszarem działalności
W skali poprzedniego miesiąca ogłoszono niewypłacalność aż 5 producentów rolnych. To dużo, zważywszy na horyzont czasowy (tylko miesiąc) i strukturę polskiego rolnictwa – nie ma w nim aż tak wielu gospodarstw wielkotowarowych (o obrotach nawet ok. 50 mln złotych), które miałyby odpowiednią skalę do przeprowadzenia postępowania upadłościowego bądź naprawczego (co wiąże się z kosztami – a przede wszystkim wymaga prowadzenia działalności gospodarczej). Mowa przy tym o produkcji generalnie roślinnej, co nie znaczy, iż sektor mięsny ma się dobrze – tutaj jednak niewypłacalności dotykają przetwórców (dwa przypadki w samym listopadzie), a nie (jak na razie) hodowców. Łącznie z przetwórcami mięsa oraz sporym wytwórcą pieczywa w skali jednego miesiąca niewypłacalnych było więc 8 producentów artykułów rolno-spożywczych. Do tego doliczmy dwóch stosunkowo dużych hurtowników (jeden miał obroty przekraczające ponad 100 mln zł) specjalizujących się nie w wyrobach końcowych, ale w surowcach rolnych (mleko i nabiał, mięso etc.).
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
“Zły rok dla rolnictwa? Raczej niełatwy rok dla całego przemysłu spożywczego – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. O problemach rolnictwa – i szerzej wszystkich firm związanych z żywnością (a więc i przetwórców) świadczą też niewypłacalności producentów maszyn, hurtowników nimi handlujących i firm je wypożyczających dla całego sektora rolno-spożywczego. Tylko pozornie nie jest to duża skala, ale 4 przypadki w skali miesiąca nazwać można ewenementem. Producenci rolni zmagają się z problemami nadprodukcji, opóźnieniami w dofinansowaniu unijnym, zamykaniem rynków z powodu chorób… chociaż w tej ostatniej kwestii – o ile ASF podminowuje rynek wieprzowiny (i tak bardzo kruchy z powodu „świńskiej górki”) i zatrzaskuje drzwi kolejnych rynków eksportowych, o tyle problemy nazwijmy to „paszowe” na zachodnich rynkach premiowały polskich producentów drobiu”. Podniesieniu cen, marż a więc i rentowności nie służy także koncentracja w handlu (więksi odbiorcy mają silniejszą pozycję negocjacyjną) oraz… urodzajny rok w wielu segmentach rynku roślinnego, w efekcie ceny były często poniżej progu opłacalności zbiorów.
„Na niskich cenach surowców rolnych wcale nie zyskali gremialnie przetwórcy żywności – ponoszący wyższe koszty finansowe kredytowania sprzedaży (a mówiąc wprost: rosnących opóźnień płatności) do odbiorców hurtowych i detalicznych. Bezprecedensowe wydłużenie obiegu należności (5 do 7 dni, i to w branży dóbr nomen omen „szybkozbywalnych”!) może być skutkiem walki o większy udział w rynku albo może raczej o jego utrzymanie” – dodaje Tomasz Starus. Jak podają bowiem organizacje broniące interesów sektora MSP, zakaz handlu w niedziele zmienił zwyczaje zakupowe Polaków, kupujących w soboty jeszcze więcej w placówkach sieciowych. Dyskusja trwa – pomaga on zatem, czy przeszkadza małym sklepom, ale faktem jest iż z rynku zniknie prawdopodobnie kolejne 15 tys. takich sklepów. Wskutek zmian rynkowych w handlu cierpią nie tylko sami detaliści, ale także ich dostawcy, rokrocznie odczuwający ponadto także skutki niewypłacalności dużych, rodzimych sieci detalicznych oraz hurtowych.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Budownictwo: listopad kolejnym miesiącem wzrostu liczby niewypłacalności, od początku roku +4%
W listopadzie ogłoszono niewypłacalność 13 firm budowlanych (wobec 9 przed rokiem) w tym 6 firm budownictwa ogólnego i wznoszenia budynków oraz 7 firm wyspecjalizowanych (w tym 4 zajmujących się pracami geologicznymi, kanalizacyjnymi i odwodnieniowymi, inżynieryjnymi). To właśnie te firmy były w tym gronie największe – notowały obroty na poziomie ok 40-70 mln w skali roku. Skutki wzrostu niewypłacalności firm budowlanych pociągają za sobą analogiczne przypadki wśród producentów (4) jak i hurtowników materiałów budowlanych (także 4 przedsiębiorstwa) – a nie tego należałoby się spodziewać po tak udanym sezonie, gdy obroty wielu dostawców wzrosły o 20-25%.
Widoczny jest regres w kwestii inwestycji przedsiębiorstw w zdolności produkcyjne a także w dziedzinie energii odnawialnej
Widoczny jest (zarówno w listopadzie, jak i od początku roku) problem z płynnością finansową firm wyspecjalizowanych w produkcji, montażu i serwisowaniu maszyn przemysłowych. Listopad był kolejnym miesiącem, w którym przypadki takich firm nie były incydentalne – były to bowiem firmy produkujące (2), instalujące i serwisujące (2) oraz handlujące (2) maszynami takimi jak np. obrabiarki, wyposażenie dla przemysłu drzewnego etc. Sześć firm w skali jednego miesiąca, powtarza się to praktycznie co miesiąc. Widoczny efekt wstrzymywania się wielu polskich firm w poprzednich miesiącach i kwartałach z nowymi inwestycjami.
Podobnie, gdyż co miesiąc w statystyce ogłoszeń o niewypłacalnościach pojawiają się firmy produkujące i handlujące energią elektryczną – w listopadzie były trzy takie przedsiębiorstwa. Trend ten związany jest zapewne z aktualną polityka energetyczną, mniej niż w latach ubiegłych promującą energetykę odnawialną na rzecz tradycyjnych źródeł – węgla.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
W Polsce wciąż brakuje wyspecjalizowanych pracowników. Na tę chwilę, jak donosi Puls Biznesu, już w tym roku deficyt na programistów oraz innych pracowników z działu IT wynosi prawie 50 tysięcy! Dlaczego ich nie ma, skoro na uczelniach wyższych notuje się rekordowe zainteresowanie kierunkami informatycznymi? Gdzie uciekają młodzi Polacy i przede wszystkim – dlaczego?
Za granicą im lepiej?
Wiele osób zastanawia się, skąd takie braki? Przecież w Polsce nie brakuje uczelni wyższych, które proponują różnorodne kierunki z zakresu informatyki, web deweloperki czy programowania. Zainteresowanie jest tak duże, że na jedno miejsce stara się nawet kilku kandydatów i niekiedy średnia przekracza kierunki medyczne. Nie ma w tym nic dziwnego, sektor IT rozwija się bardzo prężnie – sztuczna inteligencja, programowanie, aplikacje i świetne warunki pracy. Jeszcze w trakcie nauki, studenci są zasypywani różnymi propozycjami od firm, w tym głównie zza granicy.
I tu jest największy problem, w Polsce pracodawcy wciąż wolą praktykę od wiedzy i elastyczności kandydatów. Jak donosi agencja rekrutacyjna https://dotlinkers.pl/, ten trend na szczęście się zmienia. Jednak jest to dopiero mały krok do zmian. Zagraniczni pracodawcy cenią sobie wiedzę teoretyczną polskich kandydatów oraz ich wszechstronne umiejętności. A praktyka? Przyjdzie sama. Uważają oni, że świeży kandydat, bez stażu jest prostszy w adaptacji do nowych warunków, a przecież umiejętnościami nie odbiega od osób, które już pracują rok czy dwa. A jak to wygląda w Polsce?
Mądry Polak po szkodzie
Niebawem deficyt na kadrę IT w samej Unii Europejskiej może sięgnąć nawet 900 tysięcy miejsc pracy! Wysoko wyspecjalizowani pracownicy są pożądani w Stanach Zjednoczonych, Emiratach Arabskich czy w Azji. Proponują im lukratywne kontrakty, ściąganie całej rodziny ze sobą i świetne warunki bytowe. Na szczęście i w Polsce nie brakuje pracodawców, którzy zauważyli, że o dobrego pracownika trzeba zawalczyć.
Proponują już nie tylko umowy o pracę i karty Multisportu, ponieważ wiedzą, że dobry pracownik to szansa na rozwój i pomnażanie zysków. Lepsze warunki pracy, możliwość częściowo zdalnej pracy, gdyby specjalista chciał podróżować, spędzać czas z rodziną i pracować w nienormowanych godzinach pracy. Tak wygląda nowy rynek pracy w Polsce. W dodatku nie brakuje programów wspierających ich dalszy rozwój czy nawet przekwalifikowanie się osób, które wcześniej wybrały inne kierunki i chciałyby zmienić drogę kariery. Jednak czy to wystarczy? Jedno jest pewne – specjalista od IT, niezależnie od zakresu działań i możliwości, w Polsce nie będzie narzekać na brak ofert pracy. Jednak, czy zagraniczne firmy i tak nie przekonają go skuteczniej? To się okaże!
Negatywny rozpęd stał się kluczowym czynnikiem nadającym kierunek rynkom z fundamentami zostawionymi na tylnym siedzeniu. Spadkową spiralę podsyca ograniczona płynność w przedświątecznym handlu i chęć inwestorów do uporządkowania pozycji na koniec roku. Iskry optymizmu nigdzie nie widać.
Obawy o spowolnienie gospodarcze, tragiczne skutki protekcjonizmu, pogorszenie zyskowności spółek, napięcia geopolityczne – z tymi ryzykami rynki borykają się od ponad dwóch miesięcy i ostatnie co widać, to szanse na rozstrzygnięcia i usunięcie problemów. Jakby tego było mało, pesymizm inwestorów podsycają niepokojące doniesienia z Waszyngtonu, które jeszcze bardziej podkopują zaufanie inwestorów w spółki na Wall Street i dolara. Wczoraj rezygnację złożył sekretarz obrony Mattis, uzasadniając swoją decyzję różnicą zdań z prezydentem w sprawie wsparcia dla sojuszników i nastawienia wobec Rosji i Chin. Z administracji Białego Domu systematycznie ubywa osób, które przez otoczenie były traktowane jako „bezpieczniki” hamujące kontrowersyjne decyzje prezydenta. Teraz nie bezpodstawne staną się spekulacje o wzrośnie ryzyka militarnego, biorąc pod uwagę, jakie niektórzy z doradców Trumpa wyrażają stanowisko wobec Chin czy Iranu. Przy rynkach akcji o krok od wkroczenia w techniczną bessę, takie obawy będą wodą na młyn.
Kolejnym tematem, który z pewnością nie uspokoi nastrojów, jest wizja tzw. government shutdown, czyli paraliżu prac administracji publicznej w USA w związku z brakiem zatwierdzonego przez Kongres finansowania wydatków budżetowych. Demokraci nie chcą przyznać finansowania na budowę muru na granicy z Meksykiem, więc w odwecie prezent Trump zagroził, że nie podpisze ustawy wydłużającej tymczasowe finansowanie do lutego. Tym samym już od jutra niektórzy pracownicy publiczni nie muszą przychodzić do pracy. Przepychanki międzypartyjne w przeszłości nie trwały długo, a ich wpływ na gospodarkę bywa znikomy, to jednak w obecnym otoczeniu każdy czynnik ryzyka bywa wyolbrzymiany, więc nie trudno będzie o dyskontowanie negatywnego odbicia government shutdown na nastrojach inwestorów, wycenie aktywów na Wall Street czy dolarze. Ot, taki dodatkowy temat do dyskusji, jakby nam się nudziło w święta.
Rok 2018 rozpoczął się od dużej dawki optymizmu wokół zsynchronizowanego globalnego wzrostu, umacnianego przez stymulację budżetową w Stanach Zjednoczonych. Solidne zyski spółek i niezmiennie stymulacyjna polityka pieniężna sprzyjały ryzykownym klasom aktywów w ujęciu ogólnym.
Marzena Hofrichter, CFA, współzarządzająca subfunduszem Franklin Zmiennej Alokacji w Templeton Asset Management TFI
W lutym na rynki wróciła zmienność, a zachowanie inwestorów zaczęło się zmieniać. Okres stłumionej zmienności pod wpływem luzowania ilościowego najwyraźniej dobiegał końca.
Choć perspektywy rysujące się przed rynkami rozwiniętymi nadal były korzystne, a rynek akcji w Stanach Zjednoczonych zanotował nowe maksima, coraz większe rozbieżności pomiędzy poszczególnymi sektorami i rynkami stały się ewidentne, a zjawisko to było najbardziej dostrzegalne na rynkach wschodzących. Słabsza koniunktura w Turcji i Argentynie wynikająca z idiosynkratycznych czynników przełożyła się na słabsze wyniki akcji z rynków wschodzących ogółem i spadki kursów tamtejszych walut.
W kolejnych miesiącach roku obawy rynkowe koncentrowały się wokół desynchronizacji światowego wzrostu i mniej optymistycznych prognoz w porównaniu z początkiem 2018 r. Zaostrzona polityka pieniężna w Stanach Zjednoczonych w połączeniu z mocniejszym kursem dolara amerykańskiego i narastającym napięciem w handlu znacząco odbiła się na wycenach ryzykownych klas aktywów w październiku i listopadzie. W rezultacie wiele rynków akcji zaczęło tracić zyski wypracowane w poprzednich miesiącach tego roku, a spready rentowności obligacji korporacyjnych o wysokim dochodzie znacząco wzrosły. Aktywa defensywne, takie jak obligacje rządowe, radziły sobie lepiej; rentowność 10-letnich niemieckich „Bundów” spadła do 0,31%, czyli o mniej więcej 12 punktów bazowych w porównaniu z poziomem z początku 2018 r. Euro straciło wypracowane na początku roku wzrosty w stosunku do dolara amerykańskiego i zakończyło rok ze spadkiem o 5,4% do USD.
Polska gospodarka nadal dynamicznie rosła; wzrost PKB za okres od początku roku do trzeciego kwartału 2018 r. sięgnął 5,1%. Poziom inflacji mierzonej wskaźnikiem cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) spadł w porównaniu z rokiem ubiegłym, odzwierciedlając trend spadkowy inflacji bazowej odczuwalny w całej Europie oraz w innych częściach świata. Inflacja zasadnicza jest w okolicach dolnego limitu przedziału docelowego Narodowego Banku Polskiego, co uzasadnia utrzymanie oficjalnych stóp procentowych na niezmienionym poziomie 1,50%. Polskie obligacje skarbowe generalnie podążały za instrumentami z najważniejszych rynków europejskich, a rentowność papierów pięcioletnich spadła o 20 punktów bazowych do 2,48%.
Perspektywa długoterminowa
Spodziewamy się utrzymania globalnego wzrostu gospodarczego i umiarkowanej inflacji w dłuższej perspektywie. Większa równowaga i symptomy korzystnych warunków cyklicznych pozwalają liczyć na mniej ekstremalne wahania wyników. W ciągu najbliższych kilku lat spodziewamy się umiarkowanej inflacji i zaledwie stopniowego zaostrzania polityki pieniężnej.
Podczas gdy rynki notują wzmożoną zmienność i wykazują coraz większe obawy przed ryzykiem recesji, jesteśmy przekonani, że wzrost będzie dostatecznie solidny, by zapewnić wsparcie dla aktywów o wyższym ryzyku w dłuższym horyzoncie inwestycyjnym.
Powrót do długofalowych średnich poziomów zmienności rynkowej, w odróżnieniu od niskiej zmienności, jaką obserwowaliśmy w ciągu ostatnich dziesięciu lat, sygnalizuje nowy trend w tym obszarze. Weryfikując nasze dotychczasowe założenia, skłaniamy się ku większej ostrożności.
Prognozy krótkoterminowe
Nasze obecne założenia odzwierciedlają wprawdzie te scenariusze długofalowe, ale muszą zostać skorygowane o wpływ prognoz krótkoterminowych. U progu schyłkowej fazy tego nadzwyczajnie długiego okresu ekspansji ekonomicznej w Stanach Zjednoczonych, ryzyko cyklicznej korekty jest wprawdzie niskie, ale rośnie. Oto kilka spostrzeżeń, które definiują nasze obecne poglądy na temat rynków.
Czy możemy znaleźć pocieszenie w konstruktywnych prognozach długoterminowych?
Na pewnym etapie inwestorzy mogą zacząć obawiać się, że wyhamowanie wzrostu jest dostatecznie bliskie, by uzasadnić ograniczanie ekspozycji, choćby tylko ze względów taktycznych. Te obawy tonują nasz entuzjazm w stosunku do rynków akcji w krótkiej perspektywie.
Nie uważamy jednak, by skala ostatniej wyprzedaży rynkowej była dostatecznie duża, by wpłynąć na długoterminowe prognozy ekonomiczne.
P: Czy możemy wybiec myślami poza ryzyko cyklicznej korekty w ciągu najbliższych kilku lat?
O: Stymulacja słabnie i coraz trudniej dorównać zyskom wypracowanym w poprzednim roku, przez co nastroje inwestorów stają się coraz bardziej chwiejne. Może się wydawać, że dobre wiadomości zostały już w większości uwzględnione w wycenach rynkowych.
Będziemy z zainteresowaniem obserwować czy pozostali inwestorzy będą odchodzili od kupowania na spadkach w kierunku zmniejszania ekspozycji na wzrost podczas odbicia.
P: Jak duże jest ryzyko inflacji?
O: Nasze wskaźniki wzrostu i cyklu biznesowego sugerują, że obecne warunki zwykle sprzyjają wzrostowi inflacji. Uważamy, że ewentualny wzrost będzie umiarkowany, ale ryzyko jest przechylone raczej w kierunku rosnącej inflacji.
W tej sytuacji z optymizmem patrzymy na realne aktywa. Preferujemy inwestycje, które zwykle radzą sobie dobrze na późniejszych etapach cyklu biznesowego, a w szczególności te, które oferują zabezpieczenie przed inflacją, takie jak obligacje powiązane ze stopą inflacji (TIPS, od ang. „Treasury Inflation-Protected Securities”).
P: Kiedy warunki niekorzystne dla rynków wschodzących ulegną zmianie?
O: Zagraniczni inwestorzy łatwo ulegają panice, która może zrodzić się z obaw wokół stabilności porozumień związanych z finansowaniem na rynkach wschodzących, wrażliwości tych rynków na zmiany stóp procentowych na całym świecie czy mocnego kursu dolara amerykańskiego. Aktualnie przechodzimy przez jeden z tego typu okresów, które wymagają ostrożności.
Gdy globalne warunki związane z płynnością będą ewoluować, prawdopodobnie będziemy formułować nasze długoterminowe założenia co do inwestycji na rynkach wschodzących z większą pewnością.
W Polsce spodziewamy się w przyszłym roku solidnego, choć nieco słabszego wzrostu gospodarczego w porównaniu z 2018 r., po pierwsze dlatego, że polski wzrost gospodarczy nie będzie odporny na spowolnienie w strefie euro, a po drugie ze względu na bardzo napięte warunki na rynku pracy, które będą miały niekorzystny wpływ na rentowność spółek.
Inflacja prawdopodobnie utrzyma się w okolicach poziomu docelowego, a Narodowy Bank Polski powinien zatem utrzymać „gołębią” politykę zmierzającą w tym samym kierunku, co polityka Europejskiego Banku Centralnego.
Autor komentarza: Marzena Hofrichter, CFA, współzarządzająca subfunduszem Franklin Zmiennej Alokacji w Templeton Asset Management TFI
Ostatnio w polskich mediach ma miejsce dyskusja na temat odnawialnych źródeł energii, zwłaszcza w kontekście szczytu klimatycznego odbywającego się w Katowicach. Wytwarzanie energii jest polaryzowane – w opozycji stawia się źródła konwencjonalne i odnawialne. Budowę wiatraków traktuje się jako zagrożenie dla polskiego węgla i odwrotnie. Należy zrozumieć, że miks energetyczny oznacza współistnienie różnych źródeł. Chodzi o ich odpowiednie skorelowanie, najbardziej optymalne dla środowiska i człowieka, jako konsumenta energii, której zużywa coraz więcej – pomimo coraz wyższych klas oszczędności.To, co najbardziej blokuje rozwój OZE w Polsce i możliwość dotrzymania parametru 20 proc. jest niestabilność prawa w tym zakresie.
– Uzyskiwanie 20 proc. energii z odnawialnych źródeł w zakładanym przez Polskę czasie będzie bardzo trudne. W miksie energetycznym jej udział obecnie maleje – powiedział serwisowi eNewsroomMaciej Musiał, prezes Pracowni Finansowej – Przyczyną tego jest fakt, że nie buduje się już nowych instalacji lub powstaje ich zdecydowanie mniej niż kiedyś. Tempo to zostało powstrzymane kolejnymi zmianami legislacyjnymi. Inwestycje są długoterminowe, planowane z wieloletnim wyprzedzeniem. Komunikat o odejściu od energetyki wiatrowej na lądzie na rzecz energetyki morskiej, następnie dementowany, wprowadza zamieszanie wśród inwestorów z branży – którzy oceniając warunki do inwestycji patrzą na działania rządu. Te z kolei odroczyły termin spełnienia wymogów dotyczących udziału OZE w polskim miksie o kolejne kilka lub kilkanaście miesięcy. Decyzje rządzących mają konsekwencję – zmienność przepisów hamuje rozwój odnawialnych źródeł energii w Polsce – ocenił Musiał.
Wczoraj rano dolar amerykański wyraźnie osłabił się względem euro i polskiego złotego – kurs EUR/USD znalazł się na najwyższym poziomie od ponad pięciu tygodni (Wykres 1). Zmiany na parach w znacznym stopniu związane były ze zmianą oczekiwań rynku i rosnącym przekonaniem dotyczącym niższego tempa podwyżek stóp procentowych w USA w przyszłym roku.
Zaraz po wczorajszym spotkaniu Rezerwy Federalnej dolar amerykański doświadczył wprawdzie umocnienia – wydźwięk spotkania FOMC okazał się mniej gołębi niż szacowały rynki. Inwestorzy byli przygotowani na najgorsze. Niektórzy przewidywali brak podwyżki stóp procentowych, inni oczekiwali znacznego obniżenia prognoz gospodarczych jak i wyraźnego spadku oczekiwań członków FOMC względem tempa cyklu podwyżek stóp procentowych. W ostatecznym rozrachunku żaden z tych scenariuszy nie doszedł do skutku, a przynajmniej nie w zakładanym przez rynki wymiarze.
Tak jak oczekiwaliśmy, stopy procentowe wzrosły o 25 pb. Decyzja została podjęta jednogłośnie i była jednocześnie czwartą podwyżką stóp Rezerwy Federalnej w 2018 r. Obecnie stopy znajdują się w widełkach 2,25-2,5%. Przewodniczący Jerome Powell wydawał się dość optymistyczny podczas konferencji prasowej. Wielokrotnie powtarzał, że sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych jest bardzo dobra, a szczególnej poprawy doświadcza rynek pracy. Przewodniczący Fedu stwierdził, że o ile warunki rynkowe zacieśniają się, zmiany te nie znalazły odbicia w perspektywach. Na horyzoncie są również kolejne podwyżki stóp procentowych, chociaż język w tej kwestii uległ zmianie. Obecnie oczekuje się “jakichś” podwyżek.
Prognozy wzrostu gospodarczego zostały obniżone, aczkolwiek wygląda na to, że nie nastąpiło to aż w takim stopniu jakiego oczekiwał rynek. Rezerwa Federalna oczekują obecnie, że największa gospodarka świata w 2019 r. odnotuje wzrost rzędu 2,3%, podczas gdy jeszcze we wrześniu bank centralny przewidywał, że wzrost PKB wyniesie 2,5%. Dynamika cen w USA również “zaskoczyła w negatywnym sensie”, a zatem, według Powella, “pozwala na cierpliwość w przyszłości”. Bank centralny oczekuje teraz, że pod koniec 2018 r. dynamika cen spadnie z poziomu 2-procentowego celu inflacyjnego do 1,9% rocznie. Według Fedu przez najbliższe 12 miesięcy ma ona utrzymać się w okolicy tego poziomu.
„Dot plot” FOMC również pokazał obniżenie oczekiwań, jednak, podobnie jak w przypadku prognoz wzrostu, w stopniu mniejszym niż obawiała się tego większa część rynku. Mediana „kropek” sugeruje, że decydenci Rezerwy Federalnej oczekują dwóch podwyżek stóp procentowych w 2019 roku – jeszcze we wrześniu członkowie FOMC oczekiwali trzech podwyżek (Wykres 2). Nowe prognozy wpłynęły również na obniżenie oczekiwanej długookresowej stopy procentowej – spadła ona z 3,0% do 2,8%. Wielu analityków, w tym również my, spodziewało się, że mediana „kropek” wskaże na zaledwie jedną podwyżkę w nadchodzącym roku.
Powell stwierdził również, że stopy procentowe znajdują się obecnie w okolicy dolnej granicy widełek „neutralnego” poziomu, co sugeruje, że w najbliższym czasie możemy oczekiwać wolniejszego tempa zacieśniania polityki monetarnej. Taka zmiana retoryki może być główną przyczyną stojącą za słabością dolara amerykańskiego z dzisiejszego poranka. USD rano osłabił się o ponad 0,75% względem europejskiej waluty i odnotował ruch o podobnej skali względem złotego – inwestorzy zaczęli ograniczać swoje oczekiwania względem podwyżek w najbliższych latach. Rynki finansowe na ten moment nie wyceniają w istotnym stopniu ani jednej podwyżki stóp w następnym roku. Z kolei w 2020 r. inwestorom bardziej prawdopodobne zdaje się cięcie stóp procentowych niż ich podwyżka.
Retoryka Fedu wskazuje wyraźnie, że kolejne podwyżki stóp w Stanach Zjednoczonych będą następowały w dużo wolniejszym tempie niż w 2018 r. Bardzo istotnym jest pogląd przewodniczącego Powella, który stwierdził, że poziom stóp procentowych w USA zbliża się do neutralnego. W takich warunkach inflacja znajduje się na stabilnym poziomie, a gospodarka rośnie zgodnie z długookresowym trendem.
Cały czas uważamy, że Fed będzie powstrzymywać się od podnoszenia stóp procentowych w pierwszej połowie roku. Rezerwa Federalna będzie najpewniej wyczekiwać kolejnych odczytów inflacji, zanim zdecyduje się określić, jak bardzo potrzebna będzie kolejna podwyżka stóp procentowych w drugiej połowie 2019 r.
Oczekiwane, wolniejsze tempo podwyżek stóp procentowych w USA w nadchodzącym roku wspiera naszą prognozę zakładającą stabilizację kursu EUR/USD i umocnieniu sporej części walut gospodarek wschodzących względem dolara amerykańskiego.
Autor: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
19 grudnia 2018 roku Jerzy Motz, prezes OEX SA nabył pośrednio przez swoje spółki zależne 683.809 akcji spółki i zwiększył swój udział w kapitale spółki do 24,88 proc., co stanowi 22,92 proc. głosów na Walnym Zgromadzeniu spółki.
W wyniku dokonania transakcji Jerzy Motz posiada aktualnie pośrednio (przez Precordia Capital sp. o.o. i Real Management S.A.) łącznie 1.988.287 akcji.
Moja decyzja o kolejnej znaczącej inwestycji w akcje spółki wynika z mojej oceny potencjału Grupy OEX. Jestem przekonany, że model biznesowy, który stawia na usługi dla biznesu i rozwój e-commerce zapewni Grupie OEX wiele możliwości dalszego rozwoju. Po trzech kwartałach 2018 roku Grupa odnotowała wzrost zleceń korzystając z silnych trendów rynkowych: dynamicznie rozwijającego się handlu internetowego, cyfryzacji, dostosowywania procesów do nowych przepisów, takich jak RODO oraz ogólnego wzrostu outsourcingu – powiedział Jerzy Motz, prezes OEX S.A.
Grupa po trzech kwartałach 2018 roku osiągnęła wzrost przychodów o 8,9 proc. a przychody skorygowane o przychody bezmarżowe z tytułu sprzedaży telefonów komórkowych wzrosły w Grupie o ponad 20 proc r/r.
Cieszy mnie konsekwentna realizacja przez OEX kolejnych celów biznesowych, ale nie mniej ważna jest dobra pozycja Grupy na rynku pracodawców, co zostało docenione między innymi w ostatnim rankingu opublikowanym przez „Rzeczpospolitą” – powiedział Jerzy Motz.
W grudniu 2018 roku Grupa OEX zajęła 7 miejsce w rankingu 100 najlepszych pracodawców dziennika Rzeczpospolita, tuż za takimi firmami jak Rossmann i LPP. W zestawieniu znalazły się przede wszystkim podmioty wiarygodne finansowo i oferujące stabilność zatrudnienia.
Rozwój i zwiększenie produkcji petrochemicznej. Dalsza integracja aktywów rafineryjnych. Zaangażowanie w energetykę niskoemisyjną. Konsekwentny rozwój sprzedaży detalicznej. Zrównoważony rozwój w obszarze poszukiwań i wydobycia. Nacisk na silne zaplecze B+R i wdrażanie innowacji wspierających wszystkie obszary działalności przy solidnych fundamentach finansowych. Tak wyglądają główne kierunki rozwoju PKN ORLEN na lata 2019-2022 wyznaczone w zaktualizowanej strategii, którą 20 grudnia przyjęła Rada Nadzorcza. Koncern planuje także dalszą systematyczną wypłatę dywidendy uwzględniającą sytuację finansową. Realizacja wyznaczonych celów to dalsze wzmacnianie pozycji PKN ORLEN na konkurencyjnym, wymagającym i zmiennym rynku.
Strategiczne kierunki rozwoju uwzględniają globalne megatrendy w perspektywie długoterminowej, takie jak wzrost znaczenia regulacji środowiskowych, digitalizacja produkcji, wzrost znaczenia paliw alternatywnych, czy zmiany zachowań konsumenckich. Filary strategii pozostają niezmienne, czyli Budowa Wartości, Ludzie i Siła Finansowa. Ich dodatkowym komponentem będzie Kultura Innowacji, która wesprze PKN ORLEN w odpowiedzi na przyszłe wyzwania. Aktualizacja strategii Koncernu na lata 2019-2022 nie uwzględnia procesu zakupu akcji i integracji z Grupą LOTOS. Po uzyskaniu zgody KE i nabyciu pakietu kontrolnego akcji Spółki opublikowana zostanie nowa strategia Grupy ORLEN obejmująca Grupę LOTOS.
PKN ORLEN przekroczył założony na lata 2017-2018 cel EBITDA LIFO o 400 mln zł średniorocznie, co oznacza wypracowanie wyniku w wysokości 9,2 mld zł średniorocznie. Doskonałe wyniki umożliwiły konsekwentną realizację polityki dywidendowej – zarówno w 2017, jak i 2018 roku akcjonariuszom wypłacona została dywidenda w wysokości 3 PLN na akcję. Utrzymano zakładany bezpieczny poziom wskaźników finansowych, w tym w szczególności poziom dźwigni finansowej, która wyniosła średnio 7,1% w latach 2017-2018, czyli znacznie poniżej założonego w Strategii maksymalnego poziomu 30%.
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
– Jak pokazują wyniki finansowe, PKN ORLEN jest dziś w najlepszej sytuacji w swojej historii, co powinno cieszyć naszych akcjonariuszy. Udało nam się przy tym rozpocząć realizację wielu projektów takich, jak program rozwoju petrochemii, czy przejęcie Grupy LOTOS, które będą budowały siłę i potencjał Koncernu w długiej perspektywie. Zdajemy sobie sprawę, że przed całym sektorem energetycznym na świecie stoją olbrzymie wyzwania, dlatego w zaktualizowanej strategii Koncernu bierzemy pod uwagę długofalowe trendy dotyczące wykorzystania surowców, zmian społecznych czy regulacji środowiskowych. Silnie stawiamy nie tylko na rozwój naszych obecnych aktywów, ale również na wzrost innowacyjności, który ma utrzymać silną pozycję konkurencyjną Koncernu w niezwykle dynamicznie zmieniającym się otoczeniu. Nasze decyzje biznesowe mają jeden cel: budowanie wartości i jak najsilniejszej pozycji ORLEN w kraju i zagranicą – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
W nową perspektywę strategiczną PKN ORLEN wchodzi jako największa firma w Europie Środkowo-Wschodniej. Koncern dysponuje własnymi zasobami węglowodorów (2P) na poziomie 153 mln boe, posiada także nowoczesne, zintegrowane aktywa rafineryjno-petrochemiczne przerabiające rocznie ponad 33 mln ton ropy. PKN ORLEN jest producentem energii elektrycznej, w znacznej części wytwarzanej z niskoemisyjnego gazu ziemnego, a także właścicielem największej w regionie, nowoczesnej sieci stacji paliw liczącej blisko 2 800 obiektów i odnotowującej ponad 1,6 mln transakcji dziennie. Ponadto PKN ORLEN nieustannie pozostaje najcenniejszą polską marką, a także jest jedyną firmą z Europy Środkowo-Wschodniej wyróżnioną tytułem The World`s Most Ethical Company, przyznawanym przez Ethisphere Institute.
Równolegle z rekordowymi wynikami finansowymi, na przestrzeni ostatnich dwóch lat prowadzone były działania mające na celu wzmocnienie pozycji konkurencyjnej PKN ORLEN w długiej perspektywie. Wśród najważniejszych projektów prorozwojowych, zainicjowanych w 2018 r. znalazły się m.in. proces przejęcia Grupy LOTOS, uruchomienie programu rozwoju petrochemii, a także przygotowania do budowy morskich farm wiatrowych i intensyfikacja procesu dostosowania sieci stacji do dystrybucji paliw alternatywnych. W tym czasie trwały również prace mające na celu wzmocnienie pozycji na rynkach zagranicznych – zrealizowano transakcję wykupu 100% akcji Unipetrolu w Czechach i zoptymalizowano logistykę na Litwie.
W latach 2019-2020 na inwestycje Koncern planuje przeznaczać średniorocznie 6,8 mld zł, co oznacza wzrost o 2,2 mld zł w stosunku do lat 2017-2018. W ramach tej kwoty 4,9 mld zł wykorzystane zostanie w segmencie Downstream, 0,7 mld zł w Detalu oraz 0,7 mld zł w segmencie Upstream. W tym okresie zakładana średnioroczna wartość EBITDA LIFO wyniesie 10,3 mld zł, co oznacza wzrost w porównaniu do lat 2017-2018 o 1,1 mld zł.
W segmencie Downstream PKN ORLEN będzie kontynuował dywersyfikację kierunków dostaw ropy, wzmacniał pozycję rynkową oraz poprawiał efektywność operacyjną. Zakładany jest dalszy rozwój oraz wydłużanie łańcucha wartości: w petrochemii poprzez inwestycje w rozbudowę kompleksu pochodnych aromatów, olefin i fenolu oraz instalację nawozów w ANWIL; w rafinerii dzięki inwestycjom w Visbreaking (pogłębienie przerobu ropy) i HVO (uwodorniony olej roślinny). Koncern przygotowuje się również do inwestycji w morską energetykę wiatrową. Planowane jest także znaczne poszerzenie kompetencji w obszarze Badań i Rozwoju, m.in. w związku z realizowanym programem rozwoju petrochemii. W Detalu PKN ORLEN będzie koncentrował się m.in. na rozwoju sieci stacji paliw, a także poszerzaniu oferty i wzmacnianiu relacji z klientami w oparciu o nowoczesne technologie. W segmencie Upstream Grupa ORLEN będzie się koncentrować na dobrej jakości aktywach oraz najbardziej perspektywicznych projektach w Polsce i Kanadzie. W efekcie celem jest dojście do poziomu umożlwiającego generowanie dodatnich przepływów pieniężnych i samofinansowanie tej działalności w możliwe jak najkrótszym czasie.
Niezwykle istotnym celem zaktualizowanej strategii będzie zapewnienie przewag konkurencyjnych Grupy ORLEN w długiej perspektywie, poprzez wzmocnienie innowacyjności wewnętrznej i zewnętrznej. Koncern zamierza m.in. utworzyć Strategiczną Agendę Badawczą, własny akcelerator i fundusz CVC. Uruchomi również własne centrum B+R, będące platformą współpracy pomiędzy Koncernem a światem nauki i biznesu.
Ważnym elementem strategii będzie też utrzymanie stabilnych fundamentów finansowych: zdywersyfikowanych źródeł finansowania i bezpiecznego poziomu zadłużenia. Planowane jest utrzymanie dźwigni finansowej poniżej 30% i systematyczna wypłata dywidendy, uwzględniająca sytuację finansową Koncernu.
Nadchodzący rok przyniesie nam szczyt wyborczego maratonu – wybory parlamentarne oraz do europarlamentu. Groźba „zamrożenia” wielu potrzebnych gospodarce ustaw oraz zwiększenia socjalnego rozdawnictwa jest duża. Jeśli do tego globalna gospodarka wyraźnie zwolni, Polskę czeka ciężki egzamin.
Pracodawcy RP rok 2018 ocenili jako czas straconych szans. Lista oczekiwań co do nadchodzących 12 miesięcy wydłuża się więc dodatkowo o ciążące zaległości. Co gorsza, nie są to kwestie, które będzie można rozwiązać w sposób łatwy i szybki. To poważne wyzwania wymagające ciężkiej pracy oraz zaangażowanych wykonawców stawiających długofalowe powodzenie polskiej gospodarki ponad doraźne korzyści polityczne. Niezbędnym warunkiem jest też poszanowanie zasad dialogu społecznego. A z tym, jak pokazały ostatnie miesiące nie jest dobrze.
W ocenie Pracodawców RP najważniejsze zagadnienia z jakimi przyjdzie się zmierzyć po 1 stycznia to:
Rok 2019 to rok wyborczy, co – jeśli powtórzy się sytuacja z również wyborczej drugiej połowy roku 2018 – może oznaczać dalsze zmniejszanie obrotów przez parlamentarną maszynkę legislacyjną. Nie należy spodziewać się wniesienia zbyt wielu ważnych i pilnie potrzebnych projektów, a niektóre znajdujące się już w toku – jak nowe Prawo zamówień publicznych, nowelizacja telekomunikacyjnej megaustawy, nowa Ordynacja podatkowa – mogą nie doczekać się finału. W przypadku PZP byłoby to powtórzenie sytuacji z 2015 roku, gdy tuż przed końcem kadencji próbowano uchwalić potężną nowelizację wdrażającą unijne dyrektywy – nie udało się zdążyć na czas.
Powyższe nie oznacza jednak, że przedsiębiorcy mogą spać spokojnie. Cały czas wisi nad nimi fatalny projekt resortu sprawiedliwości, dotyczący odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary. Parlament wykazał się też niejednokrotnie zdolnością do błyskawicznego uchwalania ustaw, gdy taka była wola większości rządowej. Poselskie projekty, takie jak chociażby ten wprowadzający dzień wolny 12 listopada, mogą być uchwalane w trybie instant, czyli natychmiastowo. Bez konsultacji i bez większej troski o ich wpływ na życie społeczno-gospodarcze.
Sezon wyborczy może zachęcać większość rządową do uchwalania kosztownych dla budżetu lub dla pracodawców „prezentów socjalnych”. Potrzeba takich prezentów może być tym większa, im mniejsza będzie sondażowa przewaga partii władzy nad opozycją.
W połowie 2019 r. zaczną działać Pracownicze Plany Kapitałowe, na razie w największych przedsiębiorstwach. Ważne jest to, aby od początku wszystko w PPK działało sprawnie i by nie pojawiały się techniczne kłopoty. Poważnym kłopotem jest natomiast znaczące osłabienie autorytetu Komisji Nadzoru Finansowego oraz poddanie w wątpliwość stabilności systemu finansowego. Zniszczenie wizerunku KNF to ostatnia rzecz, której potrzebował słabnący polski rynek kapitałowy i znajdująca się w coraz trudniejszej sytuacji Giełda Papierów Wartościowych.
Plany dalszego podnoszenia płacy minimalnej oznaczają jeszcze większy wzrost kosztów pracy, który spowodowało też wprowadzenie PPK. Nie można zapominać przy tym o zapowiedzi wyłączenia z minimalnego wynagrodzenia dodatku za staż pracy. Wciąż nie widać propozycji obniżenia kosztów pracy ani wsparcia przedsiębiorców w tym zakresie.
Spodziewamy się, że rok 2019 w ochronie zdrowia będzie spokojniejszy od roku bieżącego. Skutki wzrostu nakładów na ochronę zdrowia zostały już skonsumowane przez pracowników. Ewentualna eskalacja oczekiwań płacowych może być związana z okresem przedwyborczym. Można też przypuszczać z dużą dozą pewności iż zdrowie będzie jednym z obszarów rozgrywek politycznych. Rok 2019 raczej nie będzie przełomowy i wielkich reform nie należy się spodziewać – głównie z powodu dużej newralgiczności tego obszaru i ryzyka, że reforma się nie powiedzie. Tak w przyszłym roku prognozowany przyrost nakładów na ochronę zdrowia jest znikomy, większe wzrosty zaczną się od 2020 r. Widać postępujący proces informatyzacji i na pewno na ten obszar będzie stawiał MZ i NFZ. Także z nadzieją patrzymy na cześć projektów NFZ – wychodząc od strategii Funduszu. Niestety spodziewamy się, że wzrost kosztów funkcjonowania systemu wywołany inflacją kosztów szpitalnych (płacowych i pozapłacowych) spowoduje dynamiczny wzrost zadłużenia szpitali co będzie skutkować dostępnością do świadczeń jak i ich jakością.
Nic nie wskazuje na to, żeby rząd zrezygnował z dążenia do maksymalnego uszczelnienia systemu podatkowego. Możemy spodziewać się kolejnych zmian, których celem będzie ograniczanie optymalizacji podatkowych oraz walka z szarą strefą. Do tej pory jednak największą cenę za te zmiany ponosili uczciwi przedsiębiorcy, którym dołożono obowiązków i ograniczono niektóre prawa. Z drugiej strony mając na uwadze, iż będzie to rok wyborczy, to możemy również liczyć na propozycje wspierające przedsiębiorczość, tj. np. nowe ulgi inwestycyjne.
Lista oczekiwań i przypuszczeń odnośnie tego, co wydarzy się w 2019 roku – może być znacznie dłuższa, a scenariusze wydarzeń – bardziej „czarne” lub wręcz katastroficzne. Nie idzie jednak o to, by je mnożyć. Pracodawcy RP chcą nie tylko kreślić pozytywne przyszłościowe scenariusze rozwoju, ale chcą uczestniczyć w ich realizacji. W dużej mierze zależy to jednak od Rządu RP. Jeśli Rząd RP podejmie trudną pracę organiczną na rzecz odbudowy zaufania strony społecznej do swoich poczynań, jeśli zacznie konsekwentnie eliminować powszechną dziś niepewność towarzyszącą prowadzeniu działalności gospodarczej, jeśli będzie prowadzić rzeczywisty a nie pozorowany dialog z partnerami społecznymi, jeśli nie będzie unikał trudnych rozmów i podejmie w końcu najpilniejsze gospodarcze modernizacje – to takie działania niewątpliwie wzmocnią naszą gospodarkę i uda się nam razem zminimalizować potencjalne zagrożenia przewidywanego niebawem spowolnienia gospodarczego. Pracodawcy RP chcieliby za wszelka cenę uniknąć sytuacji, w której będą zmuszeni powtórzyć negatywną ocenę mijającego 2018 roku. I stwierdzić, że rok 2019 też był rokiem straconym. Nie stać nas i nie możemy sobie pozwolić na to, aby nie wykorzystać właściwie szans, jakie przyniosła i niesie nam nadal światowa koniunktura gospodarcza i pokój na świecie, a także własna gospodarność i przedsiębiorczość – których szczęśliwie cały czas nam nie brakuje.
W Polsce, podobnie jak w innych krajach rozwiniętych, odsetek palaczy papierosów systematycznie się zmniejsza, ale problem nadal dotyczy blisko 8-9 mln osób. Około 60 tys. rocznie umiera z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym. Wbrew obiegowej opinii, ich bezpośrednią przyczyną nie jest nikotyna, ale substancje smoliste i toksyczne metale zawarte dymie tytoniowym, takie jak ołów czy kadm. Badania naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego pod przewodnictwem prof. Andrzeja Sobczaka pokazują, że użytkownicy e-papierosów są na nie narażeni w znacznie mniejszym stopniu i wdychają o kilka tysięcy mniej szkodliwych substancji, niż tradycyjni palacze.
Polityka redukcji szkód wywołanych paleniem tytoniu polega na zaprzestaniu palenia na rzecz zamienników papierosów. Bowiem dostarczają one nikotynę, ale jednocześnie ograniczają liczbę szkodliwych substancji zawartych w dymie. Na polskim rynku obok papierosów elektronicznych dostępne są także podgrzewacze tytoniu.
– Palacz konwencjonalnych papierosów inhaluje kilka tysięcy szkodliwych związków chemicznych, różne źródła podają liczbę 6-7 tys. Natomiast użytkownik e-papierosów inhaluje od kilkunastu do kilkudziesięciu takich związków. To zależy od składu płynu nikotynowego, potrzebnego żeby wytworzyć aerozol z nikotyną, który przedostaje się do płuc użytkownika e-papierosów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Chemii Ogólnej i Organicznej na Wydziale Farmaceutycznym Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.
Dane Ministerstwa Zdrowia pokazują, że problem palenia tytoniu dotyczy ok. ¼ dorosłych Polaków, co daje 8-9 mln osób. Z raportu „Palenie tytoniu w Polsce, obraz zjawiska, nowe trendy i wyzwania” wynika, że liczba osób palących papierosy maleje systematycznie od lat 90-tych, ale w zbyt wolnym tempie. W 2011 roku papierosy paliło 31 proc. Polaków, w 2015 roku, 24 proc. (31 proc. mężczyzn i 18 proc. kobiet). Natomiast z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym umiera co roku ok. 60 tys. osób.
W przypadku tradycyjnych papierosów tytoń jest spalany, a powstały w wyniku tej reakcji dym zawiera 6-7 tys. związków chemicznych, z których około 150 to substancje smoliste i toksyczne pierwiastki, takie jak ołów i kadm. Co istotne, wbrew obiegowej opinii to nie nikotyna, ale właśnie toksyczne substancje zawarte w dymie papierosowym są odpowiedzialne za powstawanie chorób związanych z paleniem.
– Kadm i ołów to dwa metale, które w dymie z papierosów konwencjonalnych znajdują się w największych ilościach spośród wszystkich metali ciężkich. Na tyle dużych, że stanowią realne zagrożenie. Kadm jest metalem rakotwórczym, zaliczany przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem do grupy pierwszej, czyli do grupy związków o udowodnionym działaniu rakotwórczym na człowieka. Są cztery takie grupy, ale te z grupy pierwszej mają bezwzględnie udowodnione działanie rakotwórcze. Natomiast ołów, o czym również doskonale wiadomo, wpływa negatywnie na układ sercowo-naczyniowy. Jest szczególnie niebezpieczny w przypadku narażenia dzieci na ten metal, ponieważ w okresie rozwoju ołów wpływa negatywnie na centralny układ nerwowy. Z tym wiążą się odpowiednie konsekwencje dla dalszego rozwoju dziecka – podkreśla prof. Andrzej Sobczak.
Mniej szkodliwą alternatywą dla palaczy wydają się e-papierosy. Podstawową różnicą między elektronicznymi i tradycyjnymi papierosami jest brak chemicznej reakcji spalania tytoniu.
W elektronicznych papierosach reakcja spalania nie zachodzi. W ich przypadku roztwór gliceryny lub propylenu glikolowego, który zawiera nikotynę i związki aromatyzujące, jest podgrzewany do temperatury 200-250°C. Dzięki temu ilość szkodliwych związków wdychanych przez e-palaczy ma być wielokrotnie mniejsza i zależeć głównie od dodatków smakowych i zapachowych zawartych w aerozolu.
– Użytkownik e-papierosów w znacznym stopniu ogranicza narażenie organizmu na kadm i ołów. Badania, które przeprowadzaliśmy w moim zespole, pokazują że po okresie 5-6 miesięcy od zaprzestania palenia papierosów konwencjonalnych i przejścia na elektroniczne, stężenie kadmu normalizuje się, tzn. spada do poziomu który możemy wykryć u osób niepalących – mówi prof. Andrzej Sobczak.
Naukowcy ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego pod przewodnictwem prof. Sobczaka – który wraz z zespołem prowadzi badania nad szkodliwością e-papierosów niemal od momentu ich pojawienia się na rynku – sprawdzili czy aerozole wytwarzane przez elektroniczne papierosy zawierają niższą zawartość kadmu (Cd) i ołowiu (Pb) niż dymu papierosowego oraz wykrycie wszelkich zmian w narażeniu na Cd i Pb wśród palaczy. Przekrojowe, grupowe badanie zostało przeprowadzone z udziałem 156 ochotników podzielonych na grupy osób niepalących, użytkowników e-papierosów, palaczy tradycyjnych i hybrydowych. Następnie, przy użyciu elektrotermicznej spektrometrii absorpcji atomowej, zmierzono poziomy kadmu i ołowiu w ich krwi.
– Co jest bardzo istotne, spadek stężenia kadmu obserwujemy tylko u użytkowników elektronicznych papierosów, a nie u tzw. duali, czyli palaczy hybrydowych, którzy palą zarówno papierosy zwykłe i elektroniczne. U nich takiego spadku nie obserwujemy, zresztą to potwierdza inne doniesienia naukowe, według których tylko całkowite przestawienie się z papierosów konwencjonalnych na elektroniczne prowadzi do znacznej poprawy stanu zdrowia – lub inaczej do zmniejszenia szkodliwości wywołanej paleniem. W tym momencie papierosy elektroniczne możemy traktować jako terapię substytucyjną, czyli zastępujemy wysoce szkodliwe papierosy konwencjonalne, wyrobem mniej szkodliwym – uważa prof. Andrzej Sobczak.
Badania polskich naukowców zostały opublikowane na łamach wydawanego przez Oxford University Press „Nicotine & Tobacco Research” – jednego z niewielu na świecie recenzowanych czasopism poświęconych wyłącznie badaniu nikotyny i tytoniu. Prof. Andrzej Sobczak jest także autorem książki „1500 razy mniej. Papierosy elektroniczne w świetle badań naukowych”, w której analizuje mity, które narosły wokół e-papierosów, nie opowiadając się przy tym za żadną formą palenia wyrobów tytoniowych.
Merck, globalna firma naukowo-technologiczna, obchodzi w tym roku 350-lecie. Firma opracowuje i wprowadza na rynek nowe technologie podnoszące jakość życia – od terapii przeciw nowotworom lub stwardnieniu rozsianemu, po ciekłe kryształy do smartfonów i telewizorów LCD czy pigmenty stosowane w branży kosmetycznej. W Polsce firma jest obecna od ćwierćwiecza – realizuje badania kliniczne przy współpracy ok. 100 placówek w całym kraju i stale rozwija Centrum Usług Biznesowych we Wrocławiu.
– W ramach sektora ochrony zdrowia (Healthcare) koncentrujemy się na oferowaniu innowacyjnych terapii wspierających pacjentów i lekarzy w ich walce z chorobami, szczególnie w obszarach: onkologii, immunoonkologii, neurologii, immunologii oraz diabetologii, kardiologii i chorób tarczycy. Poza tym prowadzimy również działalność związaną z leczeniem niepłodności metodą in vitro. Mamy nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będziemy w stanie stworzyć jeszcze więcej rozwiązań dedykowanych pacjentom onkologicznym, ze stwardnieniem rozsianym, czy też cierpiącym na choroby przewlekłe o podłożu immunologicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Selen Zeydanli Bisson, prezes zarządu Merck Sp. z o.o.
Merck jest obecny na polskim rynku od przeszło 25 lat, zatrudniając tu ponad 400 pracowników. Działa w trzech różnych sektorach: Healthcare (ochrony zdrowia), Life Science (life science) oraz Performance Materials (zaawansowanych materiałów i technologii). W ramach swojej globalnej działalności badawczo-rozwojowej w obszarze Healthcare, firma skupia się zwłaszcza na inwestycjach w dziedzinie onkologii, immunoonkologii, neurologii i immunologii. Jednym z działań realizowanych przez Merck jest tworzenie nowych leków na choroby neurodegeneracyjne, takie jak stwardnienie rozsiane, na które w Polsce choruje ok. 50 tys. pacjentów.
W obrębie sektora life science, z produktów Merck korzysta ok. 90 proc. uczelni wyższych w Polsce. Firma opracowuje i dostarcza materiały laboratoryjne, surowce i komponenty produkcyjne dla laboratoriów badawczo-rozwojowych bądź zajmujących się kontrolą jakości.
– W biznesie life science dysponujemy niemal 300 tys. produktów, jak również najlepszą na świecie platformą e-commerce. Odbiorcami naszych rozwiązań life science jest m.in. branża farmaceutyczna, jak również sektor badań klinicznych. Tym samym przyczyniamy się do rozwoju ochrony zdrowia nie tylko bezpośrednio, ale także pośrednio, wspierając inne branże i firmy, które tworzą rozwiązania z myślą o pacjentach. Natomiast w sektorze Performance Materials, czyli zaawansowanych materiałów i technologii, dostarczamy produkty chemiczne m.in. na potrzeby rozwiązań technologicznych wykorzystywanych np. w produkcji ekranów OLED czy urządzeń elektronicznych – wymienia Selen Zeydanli Bisson.
Na świecie Merck jest znany ze swoich osiągnięć w branżach chemicznej i farmaceutycznej. To najstarsza firma o tym profilu, która w tym roku obchodzi 350-lecie (została założona w 1668 roku). Poza tymi obszarami, w Polsce prowadzi jeszcze badania kliniczne, które obecnie obejmują 16 badań i są prowadzone w ok. 100 ośrodkach w całym kraju.
Badania kliniczne mają na celu sprawdzić, czy dany lek albo terapia są bezpieczne i przynoszą efekty. Dzięki nim wzrasta wiedza lekarzy, natomiast pacjenci mogą skorzystać z innowacyjnych, często ratujących życie terapii na długo przed wprowadzeniem ich na rynek. Badania kliniczne są niezbędne dla rozwoju medycyny, pozwalają ocenić skuteczność terapii i ustanawiać nowe standardy leczenia. Bez badań klinicznych nie byłoby nowych leków.
– Działalność badawczo-rozwojowa jest jednym z najważniejszych filarów naszej firmy. W sektorze ochrony zdrowia chcemy dostarczać głównie rozwiązania będące odpowiedzią na niezaspokojone dotąd potrzeby medyczne. Ogólnie natomiast – w ramach naszych wszystkich działów – dążymy do tego, aby nasza firma była utożsamiana z obszarem naukowo-technologicznym. Dla przykładu – nasze wskaźniki inwestycyjne związane z ochroną zdrowia są znacznie wyższe niż średnia w tej branży. Innymi słowy, nasze inwestycje w badania i rozwój są znaczące, gdyż chcemy mieć pewność, że również w przyszłości będziemy mogli dostarczać pacjentom innowacyjne rozwiązania – podkreśla prezes zarządu Merck Polska.
Poza główną działalnością biznesową, w Polsce Merck angażuje się także w programy z zakresu odpowiedzialności społecznej. W ostatnich latach firma wyremontowała 10 domów dziecka, a w ramach projektu SPARK, związanego z obszarem life science, zachęca dzieci i młodzież do rozwijania swojej ścieżki zawodowej właśnie w tym kierunku.
– Jesteśmy w Polsce bardzo aktywni i planujemy dalej rozwijać nasze działania. Jednym z przykładów tej aktywności jest nasze Centrum Usług Biznesowych we Wrocławiu. Pracuje w nim ponad 200 osób, zapewniających wsparcie innym europejskim spółkom Merck. Zamierzamy kontynuować naszą działalność w tym obszarze – deklaruje Selen Zeydanli Bisson.
Otwarte pięć lat temu Centrum Usług Biznesowych we Wrocławiu dostarcza usługi biznesowe głównie europejskim spółkom, ale zapewnia też dodatkowe wsparcie dla każdego z 66 rynków, na których Merck funkcjonuje globalnie. To jeden z trzech takich ośrodków firmy na całym świecie.
W globalnej skali Merck zatrudnia około 50 tys. pracowników, których zadaniem jest opracowywanie i wprowadzanie na rynek nowych technologii podnoszących jakość życia – od nowych terapii przeciw nowotworom lub stwardnieniu rozsianemu, poprzez nowoczesne systemy wspierające badania naukowe i tworzenie leków, po ciekłe kryształy do smartfonów i telewizorów LCD czy pigmenty stosowane w branży kosmetycznej.
– Działanie w różnych obszarach wiąże się dla nas z dużą odpowiedzialnością. Naszą ambicją jest bycie wiodącą firmą naukowo-technologiczną. Jesteśmy do tego dobrze przygotowani, ponieważ prowadzimy działalność w trzech różnych sektorach, jesteśmy w stanie działać na dużą skalę i tworzyć synergie, a także podejmować ambitne zobowiązania na przestrzeni kolejnych 350 lat – podkreśla Selen Zeydanli Bisson.
2018 rok był bardzo udany dla polskiej gospodarki i rynku pracy – ocenia Polski Instytut Ekonomiczny. Dobra koniunktura przełożyła się na kondycję firm, dla których największym problemem pozostaje jednak presja płacowa i wzrost kosztów pracy oraz trudności w rekrutowaniu kadr. W przyszłym roku ten trend raczej się utrzyma. Ekspert PIE Andrzej Kubisiak podkreśla, że w tej chwili 16 mln 620 tys. Polaków świadczy pracę w gospodarce i jest to najwyższe wskazanie w historii badań GUS, jednak w Polsce kapitał ludzki jest wykorzystywany mniej efektywnie niż np. w Czechach.
– W 2018 roku większość firm odczuła poprawę funkcjonowania na rynku. Ponad 45 proc. odnotowało zwiększenie popytu na swoje usługi i produkty, co jest bardzo ważną informacją i wpisuje się w dobry klimat gospodarczy w Polsce. Firmy mają zamówienia, zlecenia i kontrakty, co przekłada się na miejsca pracy. Od początku roku powstało niemal 600 tys. nowych miejsc pracy i jest to wynik o ponad 7 proc. wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kubisiak, ekspert rynku pracy Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Wyższy od prognoz wzrost gospodarczy na poziomie 5 proc., konsumpcja prywatna powyżej oczekiwań i dobra koniunktura na rynku pracy – to kluczowe wydarzenia gospodarcze w 2018 roku w ocenie ekspertów Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Z badań PIE wynika, że 47,2 proc. firm zadeklarowało zwiększenie popytu na swoje usługi lub produkty (w tym 66 proc. dużych i 51,3 proc. małych przedsiębiorstw). Blisko co piąta (17,8 proc.) zauważyła także wzrost dostępności zewnętrznego finansowania. Niepokojącym zjawiskiem jest natomiast nasilenie zatorów płatniczych, które odczuło 30 proc. dużych firm i co piąte małe przedsiębiorstwo.
Dobra koniunktura gospodarcza przekłada się również na dobrą sytuację na rynku pracy i duży popyt na pracowników. Efektem jest rekordowy poziom zatrudnienia w gospodarce i wyraźny spadek bierności zawodowej. Pracodawcy – szczególnie małe firmy – odczuwają z kolei presję na wzrost wynagrodzeń i problemy z pozyskiwaniem wykwalifikowanej kadry.
– W 2019 roku możemy się spodziewać, że tempo wzrostu gospodarczego będzie nieco wolniejsze. Firmy nadal będą miały do czynienia z dosyć dobrą koniunkturą napędzaną konsumpcją Polaków, którzy korzystają z tego, że sytuacja na rynku pracy się poprawia, a wynagrodzenia w gospodarce rosną. Perspektywy na przyszły rok pokazują, że firmy nadal będą borykać się z niskim bezrobociem, co z kolei przekłada się na duże wyzwania w pozyskaniu kandydatów, rywalizację o pracowników i wyższe koszty zatrudnienia – mówi Andrzej Kubisiak.
Z badań PIE wynika, że trudności w rekrutowaniu kadr są w tej chwili największym problemem dla polskich firm, co potwierdza 38 proc. badanych. Tempo wzrostu wynagrodzeń oscyluje wokół 7 proc. rok do roku, co przekłada się na wyższe koszty pracy po stronie pracodawców. Ponad 36 proc. firm twierdzi, że te rosnące koszty są dla nich wyzwaniem i stanowią większy problem niż w roku ubiegłym.
– Mamy drugie najniższe bezrobocie w UE, ale bardziej powinien nas cieszyć wzrost zatrudnienia. Ponad 16 mln 620 tys. Polaków świadczy obecnie pracę w gospodarce i jest to najwyższe wskazanie w historii badań GUS. Poziom aktywności zawodowej Polaków mierzony metodologią Eurostatu sięga niespełna 71 proc. Zbliżamy się więc do średniej unijnej, ale mamy jeszcze sporo do nadrobienia, bo w takich gospodarkach jak Czechy ten wskaźnik sięga 80 proc. To pokazuje, że tam kapitał ludzki jest dużo lepiej wykorzystany niż w Polsce – ocenia ekspert rynku pracy Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, informatyka kwantowa czy kryptografia mogą znaleźć zastosowanie zarówno w obronności, jak i użytku cywilnym. Zbyt wczesne pojawienie się ich w szerszym zastosowaniu niesie za sobą jednak poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa. Wyzwaniem stojącym przed światem nauki jest więc z jednej strony szybkie, a z drugiej bezpieczne wdrażanie ich do zastosowań cywilnych.
– Nowe technologie siłą rzeczy mogą być w pierwszej kolejności rozwijane w obszarze militarnym, a dopiero potem w obszarze cywilnym, natomiast wspólne prace pozwalają po pierwsze wcześniej dojść do oczekiwanych rezultatów, ale też usprawnić przekazanie tej wiedzy pomiędzy jednym sektorem a drugim – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Wiele z powszechnie dostępnych obecnie technologii było projektowanych z myślą o użyciu w armii. To np. system nawigacji GPS, który był technologią projektowaną z myślą o amerykańskim wojsku. Choć postęp technologiczny służy ludzkości, to może stawać się też narzędziem w rękach przestępców i szpiegów. Według szefa kanadyjskiego wywiadu Davida Vigneaulta, szpiedzy aktywnie interesują się takimi dziedzinami gospodarki, jak sztuczna inteligencja, technologie kwantowe czy technologia 5G.
– Obszarem, nad którym powinny wspólnie pracować sektor militarny i cywilny są komputery kwantowe i kryptografia kwantowa, które zaczynają powoli się rozwijać na świecie. Ryzyko jest takie, że w momencie kiedy powstaną już komputery kwantowe, to ich moc obliczeniowa będzie na tyle duża, że będą w stanie złamać schematy szyfrujące, które obowiązują obecnie, bo były uznawane, że są nie do złamania, więc tutaj jest potrzebne odpowiednio wczesne zadziałanie – ocenia Karol Okoński.
Zgodnie z przewidywaniami analityków z Market Resaerch Future, rynek przetwarzania danych kwantowych wzrośnie do 2022 roku do niemal 2,5 mld dol. Dla porównania w roku 2015 było to nieco ponad 500 mln dol. Z raportu opublikowanego na początku grudnia przez kanadyjską agencję rządową Canadian Centre for Cyber Security wynika, że cyberprzestępcy w swoich atakach skupiają się dziś jednak przede wszystkim na urządzeniach internetu rzeczy, a to najprawdopodobniej one będą jedną z głównych osi funkcjonowania sieci 5G.
Specjaliści twierdzą, że zapobieganie zagrożeniom związanym z postępem technologicznym będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań również dla polskich ośrodków naukowych.
Choć w większości przypadków nowoczesne technologie najpierw debiutują w wojskowości, a dopiero potem w użyciu cywilnym, to coraz częściej mamy do czynienia ze wspólną pracą sektora wojskowego z cywilnym. Przykładem może być współpraca chińskiego instytutu badawczego China Electronics Technology Group z prywatną grupą internetową Cloud Computing. Dotyczy ona budowy laboratorium dla inteligentnej technologii dowodzenia i kontroli wykorzystywanej w chińskim systemie obronnym. Ma to usprawnić implementację technologii sztucznej inteligencji w dziedzinie obronności.
– Sztuczna inteligencja i jej pewne zastosowanie w sektorze militarnym czy w sektorze związanym ze służbami, odpowiednio przygotowane czy przetworzone, też może stanowić źródło technologii do wykorzystania w sektorze cywilnym. Także kwestie związane z przetwarzaniem w chmurze czy z technologią rozproszonych rejestrów, to są te rzeczy, w których o ile odpowiednio skoordynujemy działania, upewnimy się, że one są komplementarne, to też przyspieszymy ostateczną industrializację, czyli efekt przejścia z fazy badań i rozwoju do faktycznego wykorzystania – mówi ekspert.
Sztuczna inteligencja jest takim obszarem, który płynnie przechodzi z sektora wojskowego do cywilnego i odwrotnie. Samochody autonomiczne polegają w swojej pracy na działaniu wyspecjalizowanych algorytmów przetwarzania danych z szeregu czujników monitorujących warunki ruchu drogowego. Tym samym decydują, które trasy wybrać czy kiedy zmienić pas. Ta sama technologia i rekonfigurowane wersje tych samych algorytmów zostaną kiedyś zastosowane do autonomicznych czołgów walczących w przyszłości na wojennych frontach. Systemy rozpoznawania twarzy z kolei mogą zarówno pomóc w wykonaniu smartfonem idealnego portretu, jak i w namierzeniu osoby poszukiwanej listem gończym.
Według analityków marketsandMarkets, globalny rynek sztucznej inteligencji będzie warty do 2025 r. ponad 190 mld dol.
Spada sprzedaż mieszkań w Polsce. Na sześciu największych rynkach sprzedano 14,2 tys. mieszkań, a liczba transakcji spadła o 9 proc. To już trzeci kwartał z rzędu, kiedy deweloperzy notują gorsze wyniki. W dużej mierze to wynik wyższych cen – w Warszawie wzrosły o 14 proc. Eksperci spodziewają się, że w przyszłym roku będą dalej rosły, choć nieco wolniej. – Nie jest tak, że ceny rosną bez powodu. Dziś wybudowania mieszkania jest o kilka, kilkanaście procent droższe niż jeszcze rok temu – ocenia Maciej Drozd z Echo Investment.
– Sprzedaż mieszkań na głównych rynkach w Polsce wyraźnie spada. We wszystkich dużych miastach, właściwie może poza Gdańskiem, widzimy wyraźne spadki w liczbie sprzedanych mieszkań w stosunku do poprzedniego kwartału i w stosunku do tego, co było rok temu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Drozd, wiceprezes ds. finansowych w Echo Investment.
Z najnowszego raportu REAS „Rynek mieszkaniowy w Polsce” wynika, że deweloperzy działający na 6 największych rynkach w Polsce zakończyli III kwartał z wynikiem 14,2 tys. sprzedanych mieszkań. To trzeci z rzędu kwartał spadków sprzedaży – 9 proc. w stosunku do ostatniego kwartału i blisko 19 proc. w skali roku.
– To jest związane z dwoma elementami. Pierwszy z nich to wzrost cen, za który odpowiada głównie wzrost kosztów budowy. Ponieważ deweloperzy muszą płacić więcej za budowanie, to chcąc utrzymać zarobek, podnoszą ceny. To także zmniejszająca się oferta. Deweloperzy wprowadzają mniej mieszkań, nie są w stanie wprowadzić wystarczająco dużo mieszkań, żeby odpowiedzieć na popyt, w związku z tym też nie konkurują zbyt silnie między sobą cenowo, bo po prostu nie mają czym – tłumaczy Maciej Drozd.
Z danych wynika też, że gdyby deweloperzy nagle przestali wprowadzać na rynek nowe mieszkania, to obecna ofercie wyprzedałaby się w 8–9 miesięcy. Dla porównania, w 2012 roku, kiedy oferta była największa w historii rynku, okres ten wynosił 2 lata.
Dodatkowo, choć ceny rosną, to skłonność nabywców do zwiększania wydatków wcale za tym nie idzie. Badania preferencji nabywców prowadzone przez REAS we współpracy z OBIDO pokazują, że w Warszawie rodzina na zakup mieszkania jest w stanie przeznaczyć 586,7 tys. zł. Jeszcze w grudniu 2017 roku było to 625,9 tys. zł.
– W naszej firmie nie staramy się sprzedać jak najszybciej, tylko w równym tempie, żeby na moment skończenia budynku mieć około 80 proc. mieszkań sprzedanych. To wolniej niż można by było sprzedawać, gdyby trochę obniżyć ceny, bo popyt jest bardzo silny – mówi wiceprezes Echo Investment. – To kolejny element, który odpowiada za wzrost cen. Utrzymuje się silny popyt, który nie zostawia przestrzeni na spadek cen, bo gdybyśmy te ceny obniżyli, to byśmy prawie natychmiast wyprzedali swoją ofertę.
Raport REAS wskazuje, że ceny najbardziej wzrosły w Warszawie (o 14 proc. rdr.) i Wrocławiu (13,6 proc.). W Łodzi wzrost wyniósł 9,3 proc., a w Poznaniu i Trójmieście – o ok.7 proc. Najmniej podrożały mieszkania w Krakowie (nieco ponad 5 proc.). Z analizy Home Brokera i Open Finance wynika zaś, że obecnie mieszkania są najdroższe od ponad 10 lat.
– Generalnie na rynku widać coraz więcej projektów nieco droższych, więc to powoduje, że ceny rosną nie z powodu tego, że rośnie cena konkretnego mieszkania, ale dlatego, że sprzedajemy mieszkania coraz droższe, coraz lepsze, o wyższym standardzie. Drugi trend polega na tym, że rzeczywiście rosną ceny poszczególnych mieszkań, co wynika za wzrostu kosztów. Żeby wybudować takie samo mieszkanie jak rok temu, musimy wydać kilka, kilkanaście procent więcej – ocenia Maciej Drozd.
Zdaniem eksperta w 2019 roku ceny wciąż będą rosły, choć zapewne nie tak szybko jak w 2018 roku. To efekt nie tylko problemów z pozyskaniem terenów pod inwestycje, ale też rosnących kosztów dla firm budowlanych – rosną pensje pracowników i drożeją materiały.
– Rynek zmusza do spowolnienia sprzedaży i dbania bardziej o cenę, w związku z tym do podwyższenia cen, właśnie dlatego, że są wyższe koszty i cały proces trwa trochę dłużej niż kiedyś – tłumaczy Maciej Drozd. – Rynek jest w pewnym stanie równowagi. Nie jest tak, że ceny rosną spekulacyjnie, bez powodu.
To już ostatni dzwonek na zakup świątecznych prezentów. W gorączce zakupów warto jednak zwrócić uwagę na jakość wybieranych produktów, zwłaszcza zabawek. Tylko w III kwartale 2018 roku Inspekcja Handlowa stwierdziła nieprawidłowości w co trzeciej z nich. Choć zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim opakowań i oznakowań, to zdarzają się także zarzuty wobec konstrukcji i materiałów, z których zrobiono zabawki. Konsumenci powinni dokładnie sprawdzić, czy zabawka dla dziecka ma odpowiednie atesty – przypomina UOKiK.
– Najczęściej mamy zastrzeżenia właśnie do oznakowania, czyli brakuje instrukcji obsługi, wymaganych ostrzeżeń, jest nieprawidłowy znak CE lub w ogóle tego znaku nie ma. Zdarza się też, że producenci trochę zabezpieczają się na wyrost, czyli np. na pluszakach, które są dla dzieci poniżej 3. roku życia, piszą, że nie nadają się dla tych maluchów. To jest oczywiście sprzeczne z prawem, dlatego że pluszaki to są zabawki właśnie dla najmłodszych i muszą być dla nich bezpieczne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
W III kwartale 2018 roku Inspekcja Handlowa skontrolowała 551 zabawek u 65 przedsiębiorców, głównie w małych i dużych sklepach oraz hurtowniach. Zakwestionowali 33 proc. skontrolowanych zabawek (182), głównie ze względów formalnych, ale też konstrukcyjnych. Najwięcej zastrzeżeń dotyczyło opakowań i oznakowania, np. braku instrukcji obsługi, ostrzeżeń, braku danych producenta lub importera, czy dokumentów potwierdzających przeprowadzenie oceny zgodności z obowiązującymi wymaganiami. Część zabawek mogła być jednak niebezpieczna dla dzieci.
– W tym roku tylko cztery zabawki, które zbadaliśmy w laboratorium, miało zbyt duże stężenie ftalanów. Są to substancje w częściach plastikowych, dzięki którym np. noga lalki się zgina. Prawo oczywiście dopuszcza pewną określoną ilość ftalanów w masie zabawki, natomiast zdarza się niestety, że jest ich zbyt dużo. Rodzic tego sam nie może wykryć, dlatego my takie zabawki, w których wiemy, że może się to zdarzyć, badamy w laboratorium – wskazuje Agnieszka Majchrzak.
Ftalany, czyli substancje, które służą do zmiękczenia i zwiększenia elastyczności materiałów plastikowych, mogą powodować zmiany hormonalne, zwiększają ryzyko zachorowania na astmę i alergię. Najwyższe stwierdzone stężenie wynosiło około 30 proc. przy dopuszczalnym poziomie 0,01 proc. Łącznie jednak na podstawie decyzji prezesa UOKiK w latach 2013–2017 wycofano ze sklepów ponad 74,5 tys. produktów, które zagrażały zdrowiu dzieci.
– Zdarza się również, że zabawki są niewłaściwie wykonane. Tych nieprawidłowości nie jest zbyt dużo, np. okazuje się, że szwy w maskotce pluszowej są zbyt luźne, przez co wydostaje się wypełnienie – mówi ekspertka UOKiK. – Często mamy do czynienia z małymi elementami, np. to są buciki dla lalek, które dziecko bardzo łatwo może zdjąć, włożyć do buzi i połknąć. Tutaj bardzo duży apel do każdego rodzica: jeżeli kupujemy zabawkę, to zwracajmy uwagę, czy nie odrywają się od takiej zabawki ozdoby czy małe części.
Oprócz ryzyka połknięcia i zadławienia, część zabawek narażała dzieci na uduszenie – dotyczyło to przede wszystkim nieprawidłowo wykonanych węzłów w huśtawkach, które stwarzały niebezpieczeństwo uwięzienia głowy. Inne zabawki, drewniane i plastikowe, były niedbale wykonane – na powierzchni były zadziory, którymi dziecko mogło się skaleczyć. Dlatego UOKIK apeluje, by przed zakupem dokładnie obejrzeć zabawkę, sprawdzić ostrzeżenia i jakość wykonania.
– Przede wszystkim jednak kupujmy zabawkę dla dziecka, a nie dla siebie. Musimy pamiętać, żeby była ona dostosowana do wieku naszego dziecka i do jego stopnia rozwoju. Zanim weźmiemy maskotkę z półki, sprawdźmy, czy np. nie odrywają się od niej małe części, czy dziecko zbyt łatwo nie mogłoby się dostać do środka, sprawdźmy, czy jest dobrze wykonana. Możemy też szarpnąć za niektóre części, zobaczyć, czy są bardzo dobrze przymocowane – tłumaczy Majchrzak.
Niebezpieczne mogą też być mechanizmy składające się, np. w wózkach dla lalek czy składanych krzesełkach, ale też guziki i zamki błyskawiczne w zabawkach, do których dziecko może wejść, jak namiot czy domek.
Istotne jest także, czy producent naniósł oznakowanie CE. Potwierdza ono zgodność z obowiązującymi wymaganiami i wskazuje, że zabawka jest bezpieczna.
– Zabawki, które mogą być groźne dla naszych dzieci, są zatrzymywane na granicy przez celników. Są też badane w laboratoriach UOKiK. Sprawdzamy, czy rzeczywiście mogą tam być zagrożenia, np. metale ciężkie. Dlatego ogólna rada: nie kupujmy zabawek nieznanego pochodzenia, sprawdźmy, czy jest na nich informacja o producencie, importerze, i kontakt do niego. Kupujmy zabawki z pewnego źródła – apeluje Agnieszka Majchrzak.
Polacy są jednymi z najlepszych specjalistów od blockchain. Niestety, uwarunkowania wynikające z regulacji prawnych często zmuszają ich do rozwijania swoich rozwiązań poza Polską. Tymczasem zapotrzebowanie biznesu na tego typu technologię rośnie lawinowo. Do blockchain przekonują się już też m.in. banki. W tym roku inwestycje w tę technologię mają osiągnąć wartość 1,5 mld dol.
– Polska to jeden ze światowych liderów, jeśli chodzi o programistów nowych technologii, a jeśli chodzi o rynek blockchain i kryptowalut, jesteśmy jednym z pierwszych krajów, które zaczęły korzystać z tych technologii i wciąż mamy cały szereg firm i podmiotów, które działają od lat i robią naprawdę ciekawe rzeczy związane z kryptowalutami – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grant Blaisdell, współzałożyciel Coinfirm.
Przykładem polskiej instytucji działającej w sektorze bankowym i wdrażającej w swoich rozwiązaniach technologię blockchain jest bank PKO BP. Pierwszym jej użyciem w obsłudze klientów było wysłanie do pięciu milionów klientów cyfrowej informacji o zmianach w regulaminie. Bank wyliczył hash dokumentu (ciąg znaków przyporządkowany zbioru danych – przyp. red.), który zapisywany był na blockchainie. Dokument zapisywany był potem w archiwum, a także trafiał do Krajowej Izby Rozliczeniowej. Po całej operacji klient otrzymał dokument oraz jego hash. Każdy taki dokument opatrzony był specjalną ikoną. Kliknięcie w nią przekierowywało na stronę porównywarki dokumentów, dzięki czemu można było sprawdzić autentyczność.
Bank uruchomił ponadto piętnastoosobowe Centrum Kompetencyjne Blockchain, zajmujące się współpracą ze start-upami w celu opracowywania kolejnych wdrożeń.
Zdaniem specjalistów, choć w polskich firmach zajmujących się technologią blockchain drzemie ogromny potencjał, to do jego pełnego wykorzystania potrzebna jest gruntowna zmiana podejścia i rezygnacja z orientacji na rynek lokalny na rzecz globalnego.
– Blockchain to globalna technologia, ale polscy przedsiębiorcy myślą i działają w skali lokalnej i regionalnej. Nie jesteśmy za dobrzy w dziedzinie PR, kiepsko nam idzie prezentowanie własnej działalności, tego, czym się zajmujemy – mówi Grant Blaisdell.
Tymczasem z niedawno opublikowanego przez Polską Izbę Informatyki i Telekomunikacji raportu „Blockchain w Polsce. Możliwości i zastosowania” wynika, że stale rośnie poziom inwestycji w technologię blockchain i DLT (technologia rozproszonego rejestru). Autorzy, powołujący się na dane IDC informują, że 2018 r. poziom inwestycji w technologię blockchain osiągnie wartość 1,5 mld dolarów, a średnioroczne tempo wzrostu do 2022 r. osiągnie wartość 70 proc.
Według analityków rosną zarówno wydatki w kategorii tradycyjnego finansowania, jak i finansowania alternatywnego w postaci ICO (metoda pozyskiwania kapitału poprzez sprzedaż określonego zasobu tokenów cyfrowych). Barierą w rozwoju technologii blockchain bardzo często są jednak ograniczenia wynikające z regulacji prawnych.
– Przyjęcie nowych rozwiązań wymaga czasu, nauki. Później wchodzi organ nadzorczy, który cię ogranicza, ale na koniec nie jest to żadna wymówka. Przecież są inne porządki prawne, w których można próbować swoich sił i na bazie których można budować swoją firmę. Dobrym przykładem jest BitBay, który musiał wyprowadzić się z kraju, ponieważ tutejsze przepisy nie tworzyły dobrego środowiska do prowadzenia działalności w taki sposób, w jaki tego potrzebowali jego sternicy. To jest rola samych przedsiębiorców, właścicieli firm, to oni muszą myśleć nieszablonowo – zauważa współzałożyciel Coinfirm.
Potrzeba poszukiwania rozwiązań pozwalających na zaistnienie technologii na rynku jest tym większa, że rośnie zapotrzebowanie na praktyczne zastosowania blockchain w biznesie. Z danych opracowanych przez Deloitte wynika, że 39 proc. z tysiąca ankietowanych przedstawicieli kadry zarządzającej czołowych firm z Ameryki Pólnocnej, Europy Zachodniej i Chin zainwestuje ponad 5 mln dolarów w technologię blockchain. Równie entuzjastyczne podejście wobec takich rozwiązań wykazują też firmy telekomunikacyjne. Z badania IBM wynika, że 36 proc. z nich jest w trakcie wdrożenia technologii lub je planuje. 46 proc. użyje blockchain do realizacji nowych modeli biznesowych.
Analitycy przewidują dalszy dynamiczny rozwój rozwiązań opartych na blockchain. Z danych Gartnera wynika, że globalna wartość dodana z innowacji związanych z tą technologią wyniesie do 2025 roku ponad 176 mld dol. , a do 2030 roku przekroczy 3,1 bln dol.
W mijającym roku oddanych do użytku zostało 275,1 km dróg ekspresowych. Uwzględniając w łącznej kalkulacji inwestycji – wcześniejsze niż zakładano zakończenie prac na niektórych odcinkach – zabraknie wykonania 72 km dróg szybkiego ruchu. Tegoroczne plany udało się zrealizować tylko częściowo.
Rozwój autostrad
Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 (z perspektywą do 2025) przewiduje realizację ok. 3900 km autostrad i dróg ekspresowych. Pod koniec 2018 roku mieliśmy mieć niemal 369 kilometrów nowych dróg szybkiego ruchu, w tym prawie 20 kilometrów autostrad. Plany te zostały zrealizowane częściowo. Na intensyfikację prac nad dokończeniem sieci autostrad niewątpliwie wpłynęły tegoroczne wybory samorządowe. Wybrano prawie komplet wykonawców do ukończenia osi A1. W tym roku nie uda się oddać do użytku dwóch fragmentów autostrady A1: Blachownia – Zawodzie (4,7 km) i Woźniki – Pyrzowice (15,150 km). Jeśli wszystko pójdzie dobrze to do roku 2021 roku ta trasa będzie gotowa w całości.
Ogłoszono także przetargi na przygotowanie koncepcji programowych ostatnich trzech odcinków A2. Wyłoniono projektanta dla odcinków Mińsk Mazowiecki – Siedlce oraz Siedlce – Biała Podlaska. Jesteśmy niezmiernie dumni, że to nam przypadła ta rola. Czekamy na potwierdzenie wyboru naszej firmy na wykonawcę dokumentacji dla ostatniego odcinka autostrady z Białej Podlaskiej do granicy państwa – wskazuje Jarosław Wielopolski, prezes Multiconsult Polska. Po zakończeniu budowy A1 i A2 będziemy dysponowali całym szkieletem systemu dróg najwyższej klasy.
Oceniając postępy w realizacji inwestycji drogowych w Polsce trzeba pamiętać, że parametry jezdne naszych autostrad są jednymi z najwyższych w Unii. Budowane są przecież według najwyższych standardów technicznych i środowiskowych. Wysoki koszt ich wykonania, w dużej mierze wynika właśnie z konieczności stosowania najnowszych rozwiązań technicznych i środowiskowych takich jak: rozbudowane systemy przejść dla zwierząt, wygrodzenia, szersze bo związane z wyższą klasą dróg pasy ruchu czy konieczność stosowania pasów awaryjnych. Pod uwagę trzeba także wziąć oczekiwania lokalnych społeczności odnośnie ochrony przed hałasem (ekrany dźwiękochłonne) oraz ograniczenia wynikające z wymogów programu Natura 2000. Warto też porównać się z Norwegią, docenianą za zrównoważony rozwój. W ich systemie drogowym jednojezdniowa autostrada jest zjawiskiem normalnym, a dopuszczalna prędkość to 110 km/h. Norwegia ma swoje wyzwania choćby w postaci konieczności drążenia tuneli, ale porównując obie sieci drogowe nie mamy powodu do kompleksów – dodaje Jarosław Wielopolski, prezes Multiconsult Polska – polskiej spółki wchodzącej w skład grupy Multiconsult ASA, notowanej na giełdzie w Oslo.
Sytuacja na drogach ekspresowych
W ostatnich miesiącach znacząco wzrosła także aktywność przy budowie dróg ekspresowych. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami rząd szczególną uwagę skierował na Polskę Wschodnią i jej najważniejszy korytarz komunikacyjny Via Carpatia. Jego polskim początkiem jest graniczący ze Słowacją Barwinek. Nasza spółka przygotowuje koncepcję programową dla odcinka Dukla-Barwinek. I choć faktycznie to początek drogi, to w postępowaniach przetargowych był ostatnim procedowanym fragmentem trasy. W tej chwili cały szlak jest już w przygotowaniu – mówi Jarosław Wielopolski, prezes Multiconsult Polska.
Brak dróg we wschodnich województwach naszego kraju jest jednym z elementów stanowiących o ich mniejszej konkurencyjności gospodarczej. Szansą na poprawę sytuacji w tym regionie jest dokończenie trasy S8, bo na szlaku tym wciąż widnieje pokaźna luka w postaci brakującego ringu Warszawy. Trwają także prace między Warszawą a Lublinem, które też przebiegają z trudnościami, są opóźnienia na kilku ważnych odcinkach spowodowane na przykład koniecznością uzyskiwania od nowa pozwoleń i zmian w projektach. Zakończenie prac planowane jest dopiero z końcem obecnej perspektywy finansowej. Skoordynowanie prac kilku firm wykonawczych pracujących równolegle na wschodnich obrzeżach Warszawy będzie nie lada wyzwaniem.
W najbliższym czasie nie zostaną zakończone także następujące inwestycje: odcinek S5 z Białych Błot do Szubina (9,726 km), obwodnica Koszalina i Sianowa na S6/S11 (20,122 km), odcinek S7 – Lubień – Naprawa (7,590 km) i Skomielna Biała – Rabka Zdrój (z trasą do Chabówki – 6,067 km), oraz obwodnica Wałcza (17,825 km). Wprawdzie trasa Przeszkoda – Paszków na S8 (11,621 km) jest już przejezdna, ale termin oddania całej inwestycji został przesunięty do połowy 2019 roku. W przypadku tych inwestycji też mamy do czynienia ze skumulowaniem trudności, takich jak problemy z uzyskiwaniem decyzji środowiskowych, niedostępność placu budowy w związku z nieprzekazanymi działkami czy aura w 2017 roku niesprzyjająca pracom budowlanym.
Wyzwania i kłopoty
Eksperci z Multiconsult Polska, zaangażowani w różne inwestycje jako inżynier kontraktu, wskazują, że oprócz problemów wynikających z błędów lub niedostatecznego przygotowania inwestycji na etapie przedprojektowym lub projektowym, opóźnienia w budowie dróg szybkiego ruchu są także spowodowane przez rosnące wyzwania organizacyjno-prawne. Brak kompletu aktualnych decyzji niezbędnych do realizacji wszystkich elementów inwestycji, zwłaszcza wobec wielokrotnie poprawianego już prawa wodnego, nierozpoznane dostatecznie warunki geologiczne i archeologiczne, utrudnienia związane z przekazaniem placu budowy – to tylko niektóre z nich.
Wykonując dokumentacje przedprojektowe i projektowe widzimy, że bolączką każdej inwestycji jest uzyskiwanie zgód i pozwoleń od podmiotów trzecich. Należy jeszcze wspomnieć o opóźnieniach leżących stricte po stronie wykonawcy wynikające z tzw. „górki inwestycyjnej” – problemy z kontraktacją materiałów budowlanych, które nie przyjeżdżają na czas na plac budowy, niedostateczne zaangażowanie podwykonawców i brak rąk do pracy – dodaje Renata Mordak, Dyrektor Pionu Transportu w Multiconsult Polska.
W zasadzie mamy do czynienia z powtórką z poprzedniej perspektywy finansowej – ogromne spiętrzenie robót, wzrost cen materiałów oraz brak płynności na rynku wykonawców. „Nowy” jest dotkliwy brak siły roboczej, a co za tym idzie wzrost kosztów budowy. Suma tych zjawisk odbija się niekorzystnie na rentowności firm, przekładając się na ich ogólną kondycję. Brak decyzji politycznej w zakresie waloryzacji kontraktów jest de facto strzałem w kolano – powoduje znaczące zwiększenie wycen w ofertach podmiotów biorących udział w nowych postępowaniach. A na rynku skutkuje to gwałtownym wypływem gotówki we wszystkich firmach wykonawczych próbujących ratować płynność swoich podwykonawców – ocenia Jarosław Wielopolski, prezes Multiconsult Polska.
Wchodzące na rynek pracy pokolenie Zet wie czego chce. 90 proc. planuje studia zgodne z własnymi kompetencjami, a 56 proc. zamierza pracować na własny rachunek – wynika z sondy internetowej “Badamy przedsiębiorczość młodych”, przeprowadzonej przez firmę doradztwa edukacyjnego Elab Education Laboratory. Ambitne Zety są przedsiębiorcze i mierzą wysoko. Aż 60 proc. z nich zamierza pracować za granicą.
Celem ankiety “Badamy przedsiębiorczość młodych” przeprowadzonej przy okazji V edycji Elab Education Festival 2018, było poznanie planów zawodowych młodzieży wraz z oceną przydatności edukacji szkolnej w planowaniu kariery zawodowej.
Kompromisy nie są dla nich
Przedstawiciele pokolenia Z oraz starsze generacyjnie Y-greki czują się pewnie na rynku pracy i nie szukają kompromisów. Aż 90 proc. z nich deklaruje, że w wyborze kierunku studiów podąża za zainteresowaniami. Zety twardo stąpają po ziemi, bo drugą najczęściej wskazywaną motywacją decydującą o wyborze studiów jest perspektywa dobrze płatnej pracy (54 proc.), jak również świadomość swoich predyspozycji (53 proc.). Nie brak im ambicji, skoro wybierając zagraniczne studia 39 proc. kieruje się prestiżem kierunku lub uczelni.
Z jakimi dziedzinami młodzi Polacy wiążą zawodową przyszłość w perspektywie 5 lat? Przygotujmy się na niespodziankę, bo aż co trzeci badany wskazuje na branżę medialną i rozrywkową. Nieco mniej wybiera finanse i ekonomię, a dla co czwartego uczestnika sondy pomysłem na życie jest marketing i reklama. Co piąta osoba chce pracować w obiecującym świecie badań i rozwoju, niemal tyle samo osób widzi siebie w branży IT i w medycynie.
Korporacja? Nie dziękuję!
Co po studiach? Udzielone odpowiedzi potwierdzają, że młodzi ludzie wybierają studia kierując się marzeniami. – Skoro 56 proc. odpowiedzi wskazuje na własną firmę lub rolę niezależnego specjalisty to wyraźnie widać, że młodzi ludzie nie zostawiają przyszłości przypadkowi, wierzą w swoje kompetencje i mają odwagę, aby realizować plany – komentuje wyniki Emilia Łosiewicz, Marketing Head of Growth z Elab Education Laboratory. – Przedstawione deklaracje trzeba czytać we właściwym kontekście, bo w internetowej sondzie w większości dominuje głos ambitnej, wielkomiejskiej młodzieży o dużym kapitale kulturowym.
Szkoła nie pomaga, ale nie szkodzi
Widać zaskakującą polaryzację opinii na temat przydatności wiedzy szkolnej w wykonywaniu zawodu. Tylko 56 proc. osób uważa, że czas spędzony w szkole czy na studiach wykorzysta w życiu zawodowym. Młodzi nie mają złudzeń, że oferta szkoły nie odpowiada realiom rynku, dlatego oczekują praktyk, liczą na współpracę szkoły z biznesem czy indywidualny mentoring zawodowy. Oczekiwania młodzieży stają się zrozumiałe, gdy spojrzymy na ich pozaszkolną aktywność. W sumie aż 91 proc. uczniów podejmowało jakąkolwiek aktywność w wolontariatach, odbywało staże, udzielało korepetycji czy pracowało.
W poszukiwaniu sukcesu na emigracji
A jak młodzi oceniają perspektywy rozwoju zawodowego w swojej dziedzinie w Polsce? To jest najbardziej zaskakująca odpowiedź. 45 proc. uważa, że perspektywy zawodowe w kraju pozostają na przeciętnym poziomie. Że jest raczej dobrze uważa 22 proc., a zdecydowanie dobrze tylko 3 proc. Aż 21 proc. uważa, że jest raczej źle, a 8 proc., że zdecydowanie źle.
Tylko 25 proc. pozytywnych opinii jest druzgocącą recenzją obrazu polskiego rynku pracy w oczach – przyznajmy to – ambitnych uczniów. Wniosek nasuwa się sam. Młodzież dorasta w przekonaniu, że dobra edukacja, najlepiej na zagranicznych uczelniach połączona z rozwojem własnych kompetencji jest strategią, która da poczucie zawodowego spełnienia na … emigracji. I kieruje się sprawdzoną zasadą: umiesz liczyć, licz na siebie!
Ankieta została przeprowadzona w sierpniu, wrześniu i październiku 2018 roku na stronie http://eef.edu.pl, w ramach przygotowań do V edycji Festiwalu Edukacji Międzynarodowej i Planowania Kariery EEF 2018 organizowanego przez Elab Education Laboratory. Wzięło w niej udział 428 osób, między 14 a 35 rokiem życia. Ankietę wypełnili uczniowie gimnazjum i liceum (62 proc.), studenci (18,5 proc.), osoby które zakończyły edukację w ciągu ostatnich 10 lat (19,44 proc.). 74 proc. odpowiedzi udzieliły kobiety. 45 proc. ankietowanych pochodzi z miast powyżej 500 tys. mieszkańców, 21 proc. z miast 100-500 tys. mieszkańców, 7 proc. z miast do 100 tys. mieszkańców, 15,73 proc. z miast 10-50 tys. mieszkańców, 11,74 proc. z miast do 10 tys. mieszkańców.
Wysokie ceny prądu są zagrożeniem dla naszej gospodarki, a żeby uniknąć podwyżek w przyszłości, Polska potrzebuje systemowego planu transformacji energetycznej – tak wynika z opublikowanego 20 grudnia 2018 roku raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pt. „Ceny energii zagrażają konkurencyjności polskiej gospodarki”.
Od pewnego czasu serwisy informacyjne zostały niemal zdominowane przez doniesienia o rosnących cenach prądu. Obawy opinii publicznej są całkowicie zrozumiałe, ponieważ wyższe ceny energii stanowią problem zarówno dla gospodarstw domowych, jak i dla konkurencyjności polskich firm. W tej chwili trudno jest dokładnie oszacować skalę przyszłych podwyżek, które wynikają przede wszystkim ze wzrostu cen węgla i uprawnień do emisji CO2, jednak niewątpliwie rządzący mają do czynienia z poważnym strategicznym wyzwaniem, szczególnie w kontekście rosnącego zapotrzebowania na energię.
Cezary Kaźmierczak
– Problem z polską energetyką jest dwupłaszczyznowy – twierdzi Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Po pierwsze, nasz miks energetyczny jest niedopasowany do polityki klimatycznej, której, cokolwiek byśmy nie robili, samodzielnie się nie przeciwstawimy. System sprzedaży uprawnień do emisji jest narzędziem służącym ograniczaniu roli węgla, tymczasem ok. 80 proc. wyprodukowanej przez nas energii elektrycznej wciąż pochodzi z tego surowca. Po drugie zaś, nasze węglowe jednostki wytwórcze są przestarzałe, co również przekłada się na wysoką emisyjność polskiej energetyki.
Eksperci ZPP podkreślają, że wzrost cen prądu to bezpośrednia konsekwencja silnego oparcia polskiej gospodarki na energii elektrycznej z węgla, w sytuacji, w której unijny system handlu uprawnieniami do emisji pogarsza opłacalność tego typu elektrowni. W związku z powyższym, w perspektywie strategicznej, potrzebny jest systemowy plan transformacji energetycznej, uwzględniający zastępowanie wysokoemisyjnych jednostek węglowych elektrowniami gazowymi, farmami wiatrowymi, jednostkami na biomasę i biogaz, czy fotowoltaniką.
W obliczu rosnących cen energii, kluczowe jest zatem długofalowe planowanie przekształcania polskiej energetyki z modelu opartego niemal całkowicie na energii pochodzącej z węgla, w kierunku miksu uwzględniającego w dużo większym stopniu odnawialne źródła energii i niskoemisyjne jednostki wytwórcze. Tymczasem, głównym pomysłem rządu na walkę z podwyżkami jest w tej chwili program rekompensat dla klientów indywidualnych i przedsiębiorców. Jak możemy przeczytać w raporcie, istnieje poważna obawa, że jego realizacja spowoduje jedynie przesunięcie w czasie skokowego wzrostu cen energii elektrycznej dla wszystkich odbiorców i „przejedzenie” środków, które mogłyby zostać przeznaczone na inwestycję w OZE.
– System rekompensat to rozwiązanie chwilowe, w dłuższej perspektywie pozbawione sensu, bo bez gruntownych zmian w strukturze polskiej energetyki, podwyżki cen i tak nas dosięgną – twierdzi Cezary Kaźmierczak. – W związku z powyższym, naszą rekomendacją krótkoterminową, „na teraz”, byłoby zredukowanie obciążeń warunkujących cenę energii elektrycznej, czyli np. obniżka akcyzy.
Autorzy raportu zaznaczają w podsumowaniu, że podwyżki cen energii mogą doprowadzić do wzrostu cen towarów i usług, a zatem i inflacji, w związku z czym przeciętny obywatel najdotkliwiej odczuje wzrost cen nie tylko regulując rachunek za prąd, ale także robiąc zakupy w sklepie. Mając na uwadze również fakt, że ceny prądu warunkują koszty funkcjonowania firm, a także stanowią istotny czynnik przy podejmowaniu decyzji o ulokowaniu w danym państwie inwestycji, poprawa stanu polskiej energetyki staje się jednym z kluczowych strategicznych wyzwań na najbliższe lata.
Wzrost cen powyżej szczytu sprzed ostatniego kryzysu jest momentem symbolicznym, nigdy wcześniej Polacy nie płacili tak dużo za mieszkania. Pomimo przekroczenia tej psychologicznej granicy wzrost cen nie zwalnia.
Najnowsze dane NBP pokazują, że za przeciętne używane mieszkanie trzeba było płacić o ponad 9% więcej niż przed rokiem. Po takim wzroście już w trzecim kwartale br. ceny mieszkań używanych okazały się wyższe niż u szczytu przed kryzysem (III kw. 2007 roku). Dane te dotyczą 7 miast (Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań, Warszawa, Wrocław) i badane są przez bank centralny za pomocą indeksu hedonicznego. Jest on o tyle ciekawy, że uwzględnia jakość sprzedawanych mieszkań, a nie tylko polega na obliczeniu zwykłej średniej lub mediany z cen transakcyjnych. Jest to więc najbardziej wiarygodna miara badająca zmiany cen mieszkań w Polsce.
Z dostępnych danych wynika ponadto, że wzrosty cen wyraźnie przybierają w ostatnich miesiącach na sile. Podczas, gdy jeszcze rok temu NBP sugerował, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały o prawie 4,7% w skali roku (odczyt za 3 kwartał 2017 r.), to dziś dynamika jest prawie dwa razy szybsza. Dane udostępniane przez bank centralny są jednak opóźnione, bo dopiero podsumowują trzeci kwartał bieżącego roku. Szybsze szacunki odnośnie dalszego rozwoju sytuacji na rynku cyklicznie publikuje Open Finance i Home Broker.
– Z listopadowego odczytu tego indeksu wynika, że w największych miastach mieszkania drożały już z ponad 13-proc. dynamiką – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance.
Wzrost cen powyżej szczytu sprzed ostatniego kryzysu jest momentem symbolicznym, co nie oznacza jeszcze, że mamy do czynienia z bańką cenową większą niż dekadę temu. Pamiętajmy, że w międzyczasie mieliśmy do czynienia z inflacją, która wyraźnie podniosła ogólny poziom cen.
– Dane GUS sugerują, że mieszkania musiałyby zdrożeć jeszcze o około 25%, aby w ujęciu realnym poziom cen wzrósł ponad szczyt przed kryzysem. Mało tego, w międzyczasie wynagrodzenia Polaków wzrosły w latach 2007 – 2018 o ponad połowę, a kredyty staniały o jedną trzecią. Podczas gdy w sierpniu 2007 roku przeciętne RRSO kredytu hipotecznego wynosiło 6,8%, to dziś jest to 4,6%. To pokazuje, że potencjał do dalszych wzrostów cen wciąż jest spory – ocenia B.Turek z Open Finance.
Martwić może więc to, że im mocniej ceny będą rosły teraz, tym szybciej spadać będą w przypadku pogorszenia koniunktury. Z drugiej strony trudno spodziewać się dziś spadków cen mieszkań gdy mamy bardzo dobrą sytuację na rynku pracy, a kredyty pozostają tanie.
Ceny detaliczne żywności w Polsce w 2019 r. będą przeciętnie o 2,0-3,5 proc. wyższe niż rok wcześniej. Oznacza to, że skala zmian cen może być podobna do tej z 2018 r., kiedy to ceny żywności wzrosły średnio o ok. 2,7 proc. – tak wynika z prognoz Banku BGŻ BNP Paribas.
Poza produktami zbożowymi i warzywami polowymi, których wyższe ceny będą przede wszystkim rezultatem mniejszej podaży surowca, podwyżek należy spodziewać się głównie w przypadku produktów przetworzonych. Wzrost ich cen będzie generowany wzrostem płac, kosztów energii i transportu na każdym etapie łańcucha sektora rolno-spożywczego. Należy też pamiętać, że prognozy odnoszą się do cen detalicznych, uwzględniających marże sklepów, z której przedsiębiorstwa handlowe muszą pokryć koszty swojej działalności, w tym wynagrodzenia pracowników.
W największym stopniu zdrożeją produkty zbożowe
Kategorią żywności, która w 2019 r. podrożeje najbardziej, będą produkty zbożowe, których ceny detaliczne mogą być przeciętnie o ok. 6-7 proc. wyższe od obserwowanych w 2018 r. Niższe o 11 proc. zbiory pszenicy w Unii Europejskiej spowodowane letnią suszą w wielu krajach Wspólnoty, a także mniejsze zbiory tego zboża w Rosji i na Ukrainie wpłynęły na wzrosty cen pszenicy, która jest podstawnym surowcem wykorzystywanym w przemyśle młynarskim. Na początku grudnia 2018 r. ceny skupu pszenicy w Polsce były aż o ponad 20 proc. wyższe niż przed rokiem i dynamika ta może utrzymać się do końca sezonu. Znajdzie to odzwierciedlenie w wyższych niż przed rokiem cenach mąki, szczególnie w pierwszej połowie 2019 r. Ponadto, należy zauważyć, że w sektorze produkcji pieczywa udział kosztów pracy jest jednym z największych w przemyśle spożywczym. W związku z przewidywanym dalszym wzrostem wynagrodzeń w Polsce będzie to kolejny czynnik kosztowy, który może znaleźć odzwierciedlenie w finalnej cenie produktu.
Warto też dodać, że wyższy niż prognozowany na 2019 r. wzrost cen detalicznych pieczywa i wyrobów piekarskich, po raz ostatni odnotowano w 2011 r., kiedy to produkty z tej branży podrożały o 9,4 proc.
Droższe warzywa, tańsze owoce
– Z uwagi na nieurodzaj w Polsce i UE, droższe niż w 2018 r., szczególnie w pierwszej jego połowie, będą warzywa polowe, tj. marchew, cebula oraz ziemniaki. Z analizy Banku BGŻ BNP Paribas, wynika też, że ceny pietruszki w tym okresie mogą być wręcz rekordowe. Natomiast dynamika wzrostu cen pozostałych warzyw nie powinna być aż tak znacząca. W konsekwencji, zakładając scenariusz, że w kolejnym sezonie plony warzyw polowych będą zbliżone do średniej z ostatnich latach, w całym 2019 r. przeciętne ceny warzyw będą o ok. 3-5 proc. wyższe niż w 2018 r. – powiedziała Karolina Załuska, ekspert ds. analiz sektorowych i rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.
Z kolei ceny owoców krajowych, jak i cytrusowych, będą w pierwszej połowie roku niewątpliwie pod presją wysokiej podaży w Europie. Duże ilości jabłek zgromadzonych obecnie w przechowalniach, ze względu na swoje parametry jakościowe i dobór odmian, nie będą mogły zostać wyeksportowane. Prawdopodobnie więc będą oferowane na rynku krajowym lub trafią do przetwórstwa. Przy sprzyjających warunkach pogodowych należy również zakładać, że zbiory owoców krajowych w 2019 r. będą znaczące, co również będzie sprzyjać niskim cenom detalicznym w drugiej połowie roku. W rezultacie owoce w 2019 r. mogą być o ok. 2-3 proc. tańsze niż w 2018 r.
Warto jednak podkreślić, że warzywa i owoce są najbardziej zmiennymi i najtrudniejszymi do prognozowania kategoriami żywności.
Tańsze masło i nabiał
– Z naszej analizy wynika, że jaja i masło, które w 2018 r., na tle ostatnich lat były relatywnie drogie, potanieją. Z uwagi na normalizację sytuacji na rynku unijnym, zdecydowanie, bo o ponad 15 proc. tańsze powinny być jaja. Obniżki cen masła mogą natomiast przekroczyć 10 proc. W ostatnim kwartale 2018 r., za sprawą większej produkcji mleka i w konsekwencji masła w Nowej Zelandii, która jest jego największym eksporterem, ceny masła na rynkach światowych zaczęły spadać. Efekty tych obniżek na polskich półkach sklepowych będziemy mogli zaobserwować już na początku 2019 r. – powiedział Paweł Wyrzykowski, ekspert ds. analiz sektorowych i rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.
Cukier nie powinien już tanieć
Zniesienie limitu kwot produkcji cukru w Unii Europejskiej przyczyniło się do zwiększenia produkcji we Wspólnocie. W efekcie w 2018 r. można było zauważyć obniżki cen detalicznych cukru na rynku krajowym, którego cena w lipcu spadła poniżej 2 zł za kg. W 2019 r. ceny powinny utrzymywać się na stabilnym poziomie.
Chociaż nie ma wyraźnych przesłanek po stronie surowcowej, o kilka procent mogą natomiast podrożeć wyroby czekoladowe i słodycze. Będzie to przede wszystkim związane z wyższymi kosztami wynagrodzeń i energii.
Wzrost cen wędlin
Ceny mięsa wieprzowego, szczególnie w pierwszej połowie 2019 r., prawdopodobnie będą nieznacznie niższe niż przed rokiem. Wynika to z większego uboju trzody, a co za tym idzie wyższej podaży surowca, zarówno w Polsce, jak i w wielu krajach UE. Jednocześnie średnie ceny mięsa drobiowego i wołowiny mogą odnotować nieznaczny wzrost.
Większych podwyżek, w ujęciu średniorocznym o ponad 3 proc, należy spodziewać się w przypadku wędlin. Tu zadecydują czynniki poza surowcowe – wspomniane wcześniej wysokie koszty pracy i energii, ale też rosnąca zamożność konsumentów, sięgających coraz częściej po produkty wysokogatunkowe i zwracających uwagę na skład artykułów spożywczych.
Dynamika wynagrodzeń w przyszłym roku zwolni, ale nadal będzie wysoka. W listopadzie 2018 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto było wyższe o 7,7% r/r i wyniosło 4 966,61 zł. Dane GUS dotyczą firm, w których liczba pracujących przekracza 9 osób.
– Listopad był drugim miesiącem, gdy wynagrodzenia rosły w tak solidnym tempie, a 2018 r. mija nam jako rok przyspieszających wynagrodzeń – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Niedobory kadrowe odczuwają najbardziej takie branże, jak budownictwo, transport czy handel. To w nich dynamika wynagrodzeń jest wysoka.
Rośnie też zatrudnienie co przy przyroście wynagrodzeń oznacza też zwiększenie funduszu płac. – Rozporządzalne dochody rosną w tempie ponad 10 proc. – komentuje ekspert.
W 2019 r. Wynagrodzenia nadal będą rosły, ale w kolejnych miesiącach to tempo będzie słabnąć. Zwolni, bo pogorszy się sytuacja międzynarodowa, czego symptomy są już widoczne. Światowa gospodarka 2018 r. rozpoczęła mocno, ale w drugiej połowie roku tempo wzrostu słabło.
Od 4 marca 2019 r. na GPW kontrakty terminowe na kursy akcji i kontrakty terminowe na kursy walut notowane będą z dokładnością do czwartego miejsca po przecinku (0,0001 zł)
Zmianie ulega również jednostka notowania dla kontraktów terminowych na kursy walut
Kontrakty terminowe na kursy walut:
Od 4 marca 2019 r. zmienia się krok oraz jednostka notowania dla wszystkich notowanych na GPW kontraktów terminowych na kursy walut. Kurs kontraktów terminowych będzie określany z dokładnością do 0,0001 zł (obecnie 0,01 zł) i będzie wyrażany za 1 jednostkę danej waluty (obecnie wyrażany jest za 100 jednostek waluty). Zostanie zachowana więc spójność pomiędzy zasadami prezentowania kursu instrumentu bazowego (kursów walut) i kontraktu terminowego.
Zmiana kroku notowania oraz jednostki notowania kontraktów na kursy walut dotyczy wszystkich kursów obowiązujących dla danego instrumentu, w tym również dziennych oraz ostatecznych kursów rozliczeniowych. Ostateczny kurs rozliczeniowy po zmianie stanowić będzie kurs średni danej waluty (EUR, USD, GBP, CHF) ustalony przez NBP na fixingu w dniu wygaśnięcia danych kontraktów i kurs ten nie będzie przemnażany przez 100 (jak ma to miejsce obecnie).
Zmiana kroku oraz jednostki notowania dla kontraktów terminowych na kursy walut nie zmienia zasad ustalania wyniku z inwestycji w te instrumenty.
Kontrakty terminowe na kursy akcji:
Od 4 marca 2019 r. zmienia się krok notowania dla wszystkich notowanych na GPW kontraktów terminowych na kursy akcji. Kurs kontraktów terminowych będzie określany z dokładnością do 0,0001 zł. Obowiązywać będzie jeden poziom kroku notowania, niezależnie od kursu kontraktu terminowego. Kurs kontraktów nie może być jednak niższy niż jeden grosz.
Zmiana ma na celu ustalenie jednolitego kroku notowania na poziomie 0,0001 zł, odpowiadającego najmniejszemu krokowi notowania na rynku akcji.
Wartość kontraktu terminowego stanowi iloczyn kursu kontraktu oraz liczby akcji przypadających na jeden kontrakt (tzw. mnożnika). Wartość ta będzie teraz określana z dokładnością do 0,0001 zł.
Zmiana kroku notowania kontraktów na akcje oznacza zmianę dokładności określania dziennego oraz
ostatecznego kursu rozliczeniowego. Kursy te również będą obliczane z dokładnością do 0,0001 zł.
Dzienny oraz ostateczny kurs rozliczeniowy są określane przez Giełdę. Na ich podstawie KDPW_CCP dokonuje codziennych rozliczeń kontraktów terminowych.
Szczegółowe informacje nt. zwiększenia dokładności kroku notowań znajdują się na stronie internetowej:
Posiadacze kryptowalut ponieśli w kończącym się roku dotkliwe straty. Spadki ich wycen dochodziły do 90 proc. Bitcoin zniżkował z poziomu bliskiego 18 tys. USD rok temu do 3,2 tys. USD w połowie grudnia. W tym tygodniu ceny dynamicznie odbiły, ale cały rok bez wątpienia zamkniemy mocno „pod kreską”.
– Tonie flagowiec kryptowalut, czyli bitcoin, który jest w bardzo głębokiej bessie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Ostatnich dwanaście miesięcy nie pokazało nam nic nowego, jeżeli chodzi o zastosowanie kryptowalut, a pojawiły się nowe wątpliwości, co do szerszego zastosowania technologii blockchain.
Kryptowaluty są wykorzystywane do spekulacji, nie mają żadnej fundamentalnej wartości. To powoduje, że ich kursy są bardzo niestabilne. Szukający niebotycznych zysków powinni więc pamiętać, że kupowanie bitcoinów jest grą tylko dla bardzo wytrawnych spekulantów.
Regulatorzy rynek kryptowalut chcieliby objąć coraz głębszymi regulacjami. To się nie spodoba właścicielom bitcoinów, co jest kolejną przesłanką, aby przypuszczać, że w 2019 r. kryptowaluty stracą na wartości.
– Za przysłowiowy kawałek papieru z napisanym nań kodem jesteśmy w stanie zapłacić kilka tysięcy dolarów, na dzisiaj to jest nadal szaleństwo – komentuje ekspert CMC Markets.
Savills: Czym żył rynek nieruchomości w Polsce w 2018 roku i o czym będzie się mówić w kolejnych miesiącach? 10 kluczowych trendów.
Rosnące zainteresowanie sektorem magazynowym na rynku inwestycyjnym, luka podażowa w segmencie biurowym w Warszawie i awans Polski w międzynarodowych ratingach, tym żył rynek nieruchomości w 2018 roku. Wszystko wskazuje na to, że w kolejnych miesiącach wiele będzie się mówić m.in. o alternatywnych klasach aktywów i prawdopodobieństwie wystąpienia spowolnienia gospodarczego. Firma doradcza Savills przedstawia wstępne podsumowanie 2018 roku na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce oraz prognozy na kolejne 12 miesięcy.
Według Savills, oprócz dalszego dynamicznego wzrostu podaży i rekordowego popytu na powierzchnie magazynowo-przemysłowe na rynku najmu, sektor ten cieszył się w 2018 r. również coraz większą popularnością na rynku inwestycyjnym. Z kolei obraz aktualnej sytuacji rynku biurowego w Warszawie zacierała nieco liczba nowych inwestycji w pasie między rondem ONZ i rondem Daszyńskiego. Budynki te nie zostaną oddane do użytku przed 2020 r. przez co obecnie mamy do czynienia z luką podażową. Głośnymi wydarzeniami 2018 r. było również wejście w życie ograniczenia handlu w niedzielę, a także zaklasyfikowanie Polski do grona rynków rozwiniętych w indeksie FTSE Russell. Polska jest pierwszym od niemal dekady krajem, który tego dokonał, co być może przełoży się na większe zainteresowanie ze strony funduszy skupionych na inwestowaniu wyłącznie w najbardziej dojrzałe rynki.
2019 rok może stać pod znakiem alternatywnych klas aktywów. W Polsce powoli budowana jest podaż prywatnych akademików, apartamentów na instytucjonalny wynajem i domów senioralnych, które stają się coraz bardziej pożądanym produktem inwestycyjnym. W ciągu najbliższych dwóch lat nastąpi też chwila prawdy dla biur serwisowanych i coworków, które zakorzeniły się już w Polsce, powoli odmieniając sposób funkcjonowania rynku najmu powierzchni biurowych. Dalszy rozwój nowych technologii sprawi z kolei, że inteligentne rozwiązania ze statusu wyróżnika nieruchomości staną się już standardem. W dalszym ciągu w centrum zainteresowania będzie jednak człowiek, a o użytkowników budynków biurowych coraz częściej dbać będą specjaliści ds. zarządzania społecznością (community managers).
Tomasz Buras, dyrektor zarządzający Savills w Polsce
„Wysoka aktywność inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych może w tym roku zaowocować absolutnie rekordowym wolumenem transakcji. Nieruchomości zlokalizowane w Polsce są pożądanym produktem inwestycyjnym. Przekłada się to na kompresję stóp kapitalizacji, które w 2018 r. spadły w sektorze biurowym poniżej, dotychczas nieprzekraczalnej bariery 5%. Pomimo optymistycznych prognoz na najbliższe 12 miesięcy i chęci uniknięcia efektu samospełniającej się przepowiedni, w przyszłym roku prawdopodobnie będzie dało się już dostrzec pierwsze symptomy zwiększonej ostrożności przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W związku z tym możemy obserwować chęć dywersyfikacji portfeli i tym samym rosnącą popularność nieruchomości magazynowych oraz alternatywnych klas aktywów” – mówi Tomasz Buras, dyrektor zarządzający Savills w Polsce.
Według wstępnych szacunków analityków Savills wolumen transakcji na rynku inwestycyjnym w 2018 roku może wynieść blisko 6,5 mld euro, co byłoby najwyższym wynikiem w historii sektora nieruchomości komercyjnych w Polsce. Zgodnie z pierwszymi podsumowaniami Savills, ogólnopolski rynek nieruchomości biurowych wzbogacił się w 2018 r. o około 750 000 mkw. nowej powierzchni, zwiększając swoje zasoby do 10,4 mln mkw. W tym samym czasie powstało około 350 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, dzięki czemu w Polsce jest jej już blisko 12 mln mkw. Bardzo wysoką dynamikę wzrostu utrzymuje sektor magazynowy, w którym w ciągu ostatnich 12 miesięcy wybudowano ponad 2 mln mkw. powierzchni, co podniosło jej całkowite zasoby do poziomu 15,5 mln mkw.
Najważniejsze trendy 2018 roku:
Luka podażowa na rynku biurowym w Warszawie
W drugim kwartale 2018 r. przekroczyliśmy w Polsce próg 10 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. W samej Warszawie, w pasie między rondem ONZ i rondem Daszyńskiego, obserwujemy wiele nowych projektów biurowych będących w budowie lub w fazie planowania. Budynki te nie pojawią się jednak na rynku przed 2020 rokiem, przez co obecnie mamy do czynienia z luką podażową. Najemcy poszukujący powierzchni powyżej 3000 mkw. w nowych projektach nie mają z czego wybierać, a bieżące procesy renegocjacji lub zmiany lokalizacji muszą być obsługiwane przez istniejące budynki.
Wzrost zainteresowania magazynami na rynku inwestycyjnym
Na rynku inwestycyjnym od kilku lat następuje systematyczny wzrost obrotów w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych. Na koniec czerwca 2018 r. wolumen transakcji wynoszący 337,8 mln euro był najlepszym w historii wynikiem tego sektora w Polsce w pierwszym półroczu. Magazynami zlokalizowanymi w Polsce zaczął interesować się kapitał azjatycki, a także fundusze, które do tej pory działały w innych sektorach rynku nieruchomości, takie jak południowoafrykański Redefine, który w lipcu 2018 r. nabył od Panattoni dziewięć budynków magazynowych za ok. 200 mln euro.
Kompresja stóp kapitalizacji dla nieruchomości biurowych
W ciągu ostatnich kilku miesięcy obserwowaliśmy kompresję stóp kapitalizacji dla nieruchomości biurowych, w szczególności w sektorze prime. Poziom stóp zwrotu w Polsce w dalszym ciągu oferuje jednak premię w porównaniu do wiodących rynków Europy Zachodniej.
Rosnąca pozycja Polski w ocenach agencji ratingowych
Polska jest pierwszym od niemal dekady krajem, który awansował w indeksie FTSE Russell do grona rynków rozwiniętych. Dzięki temu od września 2018 r. Polska znajduje się w grupie 25 najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, do których zaliczane są m.in. USA, Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Z kolei w październiku 2018 r. agencja S&P przywróciła długoterminowy rating zadłużenia kredytowego w walucie obcej dla Polski do poziomu A-. Zmiany te mogą być jednym z czynników pomagających przyciągnąć do Polski nowe platformy inwestycyjne skupione na najbardziej dojrzałych rynkach.
Ograniczenie handlu w niedziele
Wprowadzenie ograniczenia handlu w niedzielę było niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem 2018 roku w sektorze nieruchomości handlowych Część galerii, w związku z nowymi przepisami, zdecydowało się na wydłużenie godzin otwarcia w piątki i soboty. Ocena wpływu zakazu na rynek nie jest jednoznaczna, gdyż część centrów handlowych w pierwszych miesiącach po jego wprowadzeniu odnotowywała np. spadek odwiedzalności, przy jednoczesnym wzroście obrotów. Dla niektórych tradycyjnych sieci handlowych był to z kolei kolejny argument do rozwoju oferty e-commerce.
Prognozowane trendy na 2019 rok:
Mieszkania na instytucjonalny wynajem, prywatne akademiki i domy senioralne
Wśród inwestorów rosła będzie świadomość korzyści wynikających z inwestowania w alternatywne klasy aktywów. W Polsce powoli budowana będzie podaż tego rodzaju produktu inwestycyjnego, czemu sprzyja rosnąca liczba zagranicznych studentów, starzejące się społeczeństwo i zapotrzebowanie na mieszkania na instytucjonalny wynajem ze strony międzynarodowych korporacji.
Wyciągnięta lekcja z 2008 roku
Pomimo chęci uniknięcia efektu samospełniającej się przepowiedni, na rynku prawdopodobnie będzie dało się dostrzec pierwsze symptomy zwiększonej ostrożności przy podejmowaniu decyzji i skłonność do minimalizowania ryzyka poprzez dywersyfikację portfeli inwestycyjnych oraz jeszcze bardziej uważną obserwację kondycji globalnej gospodarki.
WasS: biuro jako usługa
W ciągu najbliższych dwóch lat w Polsce nastąpi czas prawdy dla modelu biura jako usługi (workspace as a service), wynikający z otwarcia największych powierzchniowo coworków i biur serwisowanych. Być może będziemy świadkami konsolidacji wśród operatorów lub spadku cen za wynajem takich powierzchni. Elastyczne biura zakorzeniły się już na polskim rynku, a w 2019 r. kolejne firmy zaczną stosować model hybrydowy, wynajmując część powierzchni w sposób tradycyjny a część w elastyczny.
PropTech
Inteligentne rozwiązania ze statusu wyróżnika nieruchomości, zwłaszcza biurowych, staną się standardem. W najbliższym czasie możemy się spodziewać popularyzacji bezzałogowej obsługi magazynów oraz stosowania zaawansowanych technologii w logistyce. Z kolei w sektorze handlowym rosło będzie znaczenie narzędzi integrujących kanały offline i online (omnichannel).
Zarządzanie społecznością (community management)
Na rynku coraz powszechniejsze będą działania marketingowe, których centralnym elementem będzie człowiek, jego potrzeby i interakcje z innymi ludźmi. Właściciele nieruchomości oraz operatorzy coworków i biur serwisowanych jeszcze częściej będą zatrudniać osoby odpowiedzialne za integrację użytkowników powierzchni biurowych np. poprzez organizację różnego rodzaju wydarzeń.
W USA stopy wzrosły, nie na długo jednak wsparło to dolara. Dlaczego tak się dzieje?
FOMC wczoraj zdecydował się na podwyżkę stóp procentowych o 25 pb. do poziomu 2,25-2,5%. Jednocześnie bank centralny nieznacznie obniżył prognozy wzrostu gospodarczego i inflacji. Ton prezesa Powella nie był zbyt jastrzębi. Opublikowano również oczekiwania członków FOMC względem kształtowania się stóp procentowych w przyszłości. „Dot plot” pokazał, że decydenci spodziewają się średnio 2 podwyżek stóp procentowych w 2019 r. (we wrześniu zakładali 3). Nadal jednak jest to wyższy poziom niż zakładają rynki, które szacują, że przyszły rok może przynieść najwyżej jedną podwyżkę.
Uwzględniając fakt, iż podwyżka stóp była oczekiwana, ale nie była w pełni zawarta w cenach oraz to, że spora część uczestników rynku spodziewała się głębszej aktualizacji oczekiwań w ramach „dot plotu”, dolar umocnił się w następstwie tych informacji. Jednocześnie już dziś rano para EUR/USD odrobiła wszystkie straty i kieruje się na północ, wskazując na to, że rynek raczej twardo obstaje przy swoich oczekiwaniach, a nawet rewiduje je w dół – szanse na podwyżkę w 2019 r. wynoszą obecnie poniżej 50%.
Drugim, dość istotnym zaskoczeniem czwartku jest podwyżka stóp procentowych w Szwecji. Riksbank po kilku latach utrzymywania stóp procentowych na niezmienionym, głęboko ujemnym poziomie -0,5% zdecydował się na wzrost kosztów kredytu o 0,25 pb, tym samym stopy wzrosły do poziomu -0,25%. Większość ekonomistów skłaniała się, że ruch w górę nastąpi, jednak na początku przyszłego roku, z tego też tytułu kurs EUR/SEK w następstwie informacji spadł o ok. 0,8%.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem porozumienia Włoch i Komisji Europejskiej, która pozwoli krajowi uchronić się (w tym momencie) przed procedurą nadmiernego deficytu. Jednocześnie uwaga w drugiej części dnia skupiała się po drugiej stronie Atlantyku, gdzie spotkanie Fed wymazało większość zysków euro z początku dnia. Ostatecznie jednak dziś siła wspólnej waluty przeważa, a para EUR/USD kieruje się w stronę zakładanego przez nas poziomu na koniec roku, czyli 1,16.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,74-4,79. Wczorajsze, zbieżne z oczekiwaniami dane o listopadowej inflacji w Wielkiej Brytanii nie obroniły kursu funta. Waluta nadal pozostaje pod presją informacji związanych z Brexitem.
Dzisiejsze szacunki dynamiki sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii w listopadzie zaskoczyły na plus, sprzedaż rosła o 3,6% w ujęciu rocznym – był to najwyższy wzrost od lipca. Po publikacji GBP nieco się stabilizuje, nadal jednak pozostaje pod wyraźną, brexitową presją. Kalendarz sugeruje, że czwartek przyniesie spotkanie i decyzję Banku Anglii w sprawie stóp procentowych. Raczej nie będzie to jednak istotne wydarzenie – trudno wyobrazić sobie, żeby w tak gorącym okresie (z uwagi na Brexit) Bank zdecydował się na znaczące zmiany parametrów polityki monetarnej.
USD
Kurs USD/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,74-3,77. Wczorajsza decyzja FOMC miała wpływ nie tylko na rynek walutowy – wyraźnie reagowały również obligacje i akcje. Szczególnie znacząca jest reakcja tych ostatnich. Impuls z banku centralnego wywołał wyprzedaż wiodących amerykańskich indeksów o ok. 1,5-2%. Spadki w dalszej kolejności rozlały się po Azji, gdzie w przypadku głównych japońskich indeksów dochodziły do 2-3%. Fala wyprzedaży nie minęła również Europy, gdzie wiodące niemieckie i francuskie indeksy tracą 1-1,5%. Niepokój na rynku akcji z zasady wspiera amerykańską walutę, jednak uwzględniając to, co go wywołało, raczej trudno na to liczyć w obecnym momencie.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
13:00 – spotkanie i decyzja w sprawie stóp procentowych BoE
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
14:30 – wskaźnik przemysłowy wg FED z Filadelfii w grudniu
Rok 2019 przyniesie dynamiczny rozwój technologicznych trendów zauważalnych już od pewnego czasu. Kluczową rolę odegra sztuczna inteligencja, która w coraz większym stopniu wkracza w codzienną działalność firm i konsumentów. Na rynek pracy wpłynie robotyzacja i rozwój urządzeń z zakresu Internetu rzeczy (ang. Internet of Things, IoT). Znaczenia nabierze także przechodzenie organizacji na tzw. model miękki, czyli zawieranie umów subskrypcyjnych (przykładowo na usługi chmurowe) zamiast inwestycji w sprzęt czy serwery.
Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta
Sztuczna inteligencja wsparciem pracowników
W nadchodzącym roku powszechnie wykorzystywane będą algorytmy uczące się schematów ludzkich zachowań, takie jak asystenci systemów komputerowych, środowisk czy aplikacji. Ułatwią codzienną pracę m.in. wyszukując, sortując i filtrując dane odpowiednio do danego stanowiska i potrzeb. Gdy otrzymamy maila z propozycją spotkania, asystent podpowie dogodny termin, zaproponuje uczestników oraz przygotuje potrzebne materiały. Rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję staną się więc dodatkowym pracownikiem. Pozwolą oszczędzić nawet 40% naszego czasu pracy[1], poświęcanego zwykle na szukanie informacji w mailach, na dyskach czy w archiwach.
Nowa definicja rynku pracy
Coraz szybszy będzie rozwój i upowszechnianie się robotyzacji procesów biznesowych (ang. robotic process automation, RPA), czyli programów komputerowych naśladujących powtarzalne czynności, które nie wymagają subiektywnej oceny człowieka. Roboty (zwane też botami) będą na przykład generowały raporty, przepisywały dane z jednego miejsca w drugie, wystawiały faktury i wysyłały je klientom. U niektórych budzi to obawy o miejsca pracy, jednak firmy decydujące się na robotyzację kierują się zazwyczaj koniecznością redukcji wykonywanych zadań, a nie pracowników. Wyręczając nas ze żmudnych obowiązków, boty umożliwią wykorzystanie czasu i energii do bardziej twórczej pracy. Rozwinie się więc rynek specjalistów, a nawet całkiem nowe zawody.
Internet rzeczy również w przemyśle
Szacuje się, że na całym świecie do 2025 roku liczba urządzeńpodłączonych do sieci wyniesie ponad 55 miliardów[2]. IoT to jednak nie tylko laptopy, telefony, telewizory czy pralki. Urządzenia z zakresu Internetu rzeczy będą coraz szerzej wkraczały do przemysłu, umożliwiając monitorowanie i automatyzację procesów, a w efekcie m.in. obniżenie kosztów działalności i rozwój firm.Przykłady już widzimy – Rolls-Royce z pomocą IIoT(ang. Industrial Internet of Things, czyli Przemysłowy Internet Rzeczy) nadzoruje pracę swoich silników odrzutowych i wykorzystuje te dane do optymalizowania torów lotu, poziomu spalania czy procesu konserwacji. Redukcja zużycia paliwa o 1% pozwoliła wygenerować przy tym roczne oszczędności rzędu 250 tys. dolarów na samolot[3].
Postępująca rewolucja cyfrowa
W 2019 roku wyraźnie odczujemy także dalsze upowszechnianie się cyfryzacji, która zmienia społeczeństwa i gospodarkę w skali porównywalnej do rewolucji sprzed 200 lat. Pracodawcy coraz częściej są oceniani z perspektywy mobilności i elastyczności, dlatego będą wdrażali koncepcję miejsc pracy przyszłości (ang. Workplace of the Future). Nie dotyczy to tylko aranżacji czy wyposażenia biura, ale też wykorzystywanych technologii. Kluczowe znaczenie ma tu odchodzenie od papieru w kierunku cyfrowych platform takich jak systemy ECM[4] czy pakiet Office 365, które umożliwiają pracę w dowolnym miejscu, czasie i na każdym urządzeniu. Aby utrzymać konkurencyjność i pozyskiwać wykwalifikowanych specjalistów, organizacje postawią na jakość i usługi typuall-in-one – zbierające wszystkie technologie, systemy i programy w jednym miejscu.
Subskrypcje zamiast inwestycji
Wśród trendów technologicznych wyraźnie zaznacza się również przechodzenie firm na rozwiązania chmurowe. Model subskrypcyjny, w którym ponosi się jedynie bieżące koszty działalności i eksploatacji, będziewypierał model dużych inwestycji w infrastrukturę i konieczności ponoszenia kosztów licencji czy utrzymywania serwerów. To zjawisko szczególnie korzystne dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, które będą mogły korzystać z niedostępnych dotąd profesjonalnych procesów biznesowych, na bieżąco dopasowując je do swoich potrzeb.
[4] ang. Enterprise Content Management, czyli systemy umożliwiające inteligentną klasyfikację, archiwizację oraz przetwarzanie danych i dokumentów papierowych do formy cyfrowej.
Holandia mówi po polsku, czyli wszystko, co musisz wiedzieć o emigracji zarobkowej do Holandii.
Z roku na rok rośnie liczba Polaków pracujących w Holandii. Nie tylko zarabiają tam dobre pieniądze, ale również układają sobie życie. Ekspert OTTO Work Force, jednej z największych międzynarodowych agencji pośrednictwa pracy w Europie radzi, co musisz wiedzieć zanim zaplanujesz wyjazd.
Jak wynika z danych GUS, w 2017 Polaków w Holandii było aż 120 tysięcy, czyli o 3,4% więcej niż rok wcześniej. Nasi rodacy coraz chętniej wyjeżdżają zagranicę w poszukiwaniu nie tylko lepszego zarobku i perspektyw rozwoju, ale również chcąc ułożyć sobie życie na nowo często zostają na stałe. Co musisz wiedzieć planując wyjazd do Holandii nawet na krótko?
Jaką pracę mogę znaleźć?
Wybierając agencję pośrednictwa pracy zwróć uwagę przede wszystkim na oferty i miejsca zatrudnienia, które gwarantuje. Decydując się na współpracę z OTTO Work Force zatrudnienie możesz znaleźć w jednych z największych firm zajmujących się logistyką czy produkcją jako order picker (osoba zbierająca zamówienia) czy operator wózka widłowego. Polacy pracują na liniach produkcyjnych, przy których pakują na przykład drobną elektronikę czy produkty spożywcze. Najwięcej pracowników pracuje jednak
w sektorze rolniczym, ogrodniczym i budowlanym. Możesz brać czynny udział w procesach produkcyjnych i logistycznych, zdobywać międzynarodowe doświadczenie i kompetencje, które mogą okazać się przydatne w kolejnych latach. Sprawdź, z jakimi firmami współpracuje konkretna agencja i wybierz tę, która najbardziej odpowiada Twoim predyspozycjom. Nie martw się o język – on nie jest barierą. Pracę znajdują zarówno osoby, które biegle posługują się językiem angielskim, jak i te, które tej umiejętności nie posiadają.
Ile mogę zarobić w Holandii?
Stawki za prace w Holandii są powszechnie znane i dostępne. Różnią się od siebie w zależności od stanowiska i wymiaru godzin pracy. Mniej od pracowników stałych i tymczasowych zarabiają jedynie młodzi ludzie w wieku 15-22 lata. Pensje wypłacane są co tydzień, a nie tak jak w Polsce co miesiąc i wynoszą nawet w granicach 400-500 Euro tygodniowo.
Od 1 stycznia 2019 r. zmienią się stawki płacy minimalnej w Holandii. Nowa obowiązująca, ustawowa płaca minimalna (brutto) wzrośnie o 1,3 proc. i wyniesie dla osoby powyżej 22 lat 1615,80 euro miesięcznie przy pełnym wymiarze czasowym czyli 36, 38 lub 40 godzin tygodniowo – komentuje Patrycja Liniewicz, Managing Director International Recruitment OTTO Work Force.
Pracownicy dostają wyższe stawki za pracę w weekendy czy na zmianach nocnych i to oni decydują, czy chcą pracować więcej niż cały etat i zarobić dodatkowe pieniądze. Przed podjęciem pracy w Holandii sprawdź więc dokładnie jakie masz możliwości nie tylko zarobku, ale również awansu.
Gdzie mogę mieszkać?
Jeśli jeszcze nigdy nie pracowałeś zagranicą najlepszą opcją będzie wybór agencji, która poza pracą gwarantuje również mieszkanie.
OTTO Work Force zapewnia mieszkanie lub pokój na jednej ze swoich lokacji. Jakiś czas temu wybudowaliśmy hotel, gdzie do dyspozycji pracowników oddaliśmy pokoje dwuosobowe z łazienką i aneksem kuchennym lub mieszkania typu studio z dwiema, dwuosobowymi sypialniami. Pracownicy są również kwaterowani w domkach w zabudowie osiedla – komentuje Patrycja Liniewicz, Managing Director International Recruitment OTTO Work Force.
Bardzo często pracownicy, który już dłuższy czas spędzili w Holandii wynajmują mieszkania na własną rękę jednak ich koszt jest znacznie wyższy niż mieszkanie na lokacjach gwarantowanych przez agencję.
Jak się żyje w Holandii?
Wyjazd zagranicę i porzucenie przynajmniej na jakiś czas życia w Polsce to decyzja trudna i niejednokrotnie strach przed innym państwem blokuje spełnianie marzeń o lepszych zarobkach i rozwoju. Pamiętaj, że możesz podjąć pracę na tak długo, jak chcesz. Może to być czas wakacji kilku miesięcy, a możesz wyjechać na dłużej. Większość osób wybiera jednak wyjazd na kilka lat. Holendrzy są bardzo przyjaznym i otwartym narodem. Pracodawcy bardzo często chcą, aby Polacy czuli się w pracy komfortowo, dlatego w wielu miejscach spotkać można polskie napisy, potrawy, polskie sklepy, polskie restauracje. Dodatkowo na ulicach Holandii, zwłaszcza w miastach, gdzie znajdują się duże magazyny i domy produkcyjne – słychać język polski. Okazuje się, że nie trzeba być w Polsce, aby poczuć się jak w domu.