Brak wykształcenia lub doświadczenia – czy utrudnia znalezienie pracy?

Zwrócenie uwagi atrakcyjnym CV to duże wyzwanie dla kandydata podczas pierwszego etapu rekrutacji. Brak dyplomu ukończenia szkoły wyższej czy zbyt małe doświadczenie może być przeszkodą w zdobyciu pracy. Czy aby na pewno? Potencjał rekrutowanych nie jest jednolity – czasami główną rolę odgrywa język, innym razem kariera zawodowa, a niekiedy wykształcenie kierunkowe. Eksperci z HRK odpowiadają na pytanie, jakie kompetencje są wymagane, by znaleźć pierwszą pracę w danej branży.

Język na wagę złota w SSC/BPO

Centra usług wspólnych (SSC) czy sektor usług dla biznesu (BPO) to miejsca, w których często zatrudniane są młode osoby, również te bez doświadczenia. Według raportu Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych średnia wieku pracowników to 31 lat. W sektorze SSC/BPO umiejętność płynnej komunikacji po angielsku to standard, a każdy kolejny język obcy jest wartością dodaną. Do najbardziej pożądanych należą: niemiecki, francuski, nordycki, niderlandzki, portugalski i włoski. Ze względu na ekspansję polskich organizacji na kraje południowe coraz popularniejszy staje się także język węgierski, czeski, słowacki czy bułgarski.

W sektorze SSC/BPO priorytetem jest znajomość drugiego języka, głównie europejskiego. Niemiecki plasuje się na pierwszym miejscu, obejmuje 70% rynku. Dopiero na późniejszym etapie rekrutacji brane jest pod uwagę to, czy kandydat posiada doświadczenie. Firmy wychodzą z założenia, że łatwiej jest nauczyć nowozatrudnioną osobę konkretnych, prostych technik i przystosować ją do pewnych zadań, niż nauczyć tak szybko języka – komentuje Krzysztof Stanczykiewicz, Business Unit Manager SSC/BPO w firmie HRK.

W procesach rekrutacyjnych dużą szansę na sukces mają studenci filologii. Zatrudniani są głównie na stanowiska typu customer service czy help desk. Z czasem mogą wyspecjalizować się w dziedzinie finansów i rozwijać się w kierunku business excellence. W tym przypadku jednak firmy oczekują od kandydatów konkretnych umiejętności i certyfikatów, takich jak ACCA, CFA, CIMA czy CIA – podkreśla Krzysztof Stanczykiewicz.

Warto dodać, że sama deklaracja znajomości danego języka może nie wystarczyć. – Podczas procesu rekrutacji kandydaci są często sprawdzani przez native speakerów oraz za pomocą testów. Weryfikuje się spostrzegawczość, umiejętności analityczne i poziom koncentracji na zadaniu – mówi Krzysztof Stanczykiewicz.

Firmy z sektora SSC/BPO odczuwają jednak zjawisko rynku pracownika. – Kandydaci są czujni. Zdają sobie sprawę, że przejście z firmy do firmy da im możliwość uzyskania wyższego wynagrodzenia, dlatego nie czekają na podwyżkę. Między innymi dlatego centra usług wspólnych odczuwają deficyt pracowników – obecnie przedsiębiorstwa zastanawiają się nad zmniejszeniem oczekiwań wobec znajomości języka niemieckiego. Kiedyś wymagany był poziom C1-C2, teraz w przypadku niektórych stanowisk, np. w księgowości, obniżył się do B1-B2. – dodaje ekspert HRK.

Osoby, które zaczynają swoją karierę w centrach usług wspólnych, chcą wiedzieć, jak będzie wyglądać ich ścieżka kariery w ciągu najbliższego roku. Jest to dla nich gorący czas. Menedżerowie stoją przed wyzwaniem zatrzymania młodego talentu w firmie. Warto, by dostrzegli potencjał, regularnie inwestowali w szkolenia dla zespołu i rozwijali kompetencje pracowników – na przykład językowe. Część firm decyduje się także na finansowanie pracownikom kursów przygotowujących do wyspecjalizowanych certyfikatów. Powszechne jest wtedy podpisanie umowy lojalnościowej. Jeżeli zatrudniony wypowie umowę wcześniej niż ustalony czas, jest zobowiązany do zwrócenia części kosztów za szkolenie.

Warto również zaznaczyć, że branża SSC/BPO jest jednym z najbardziej dynamicznych obszarów na rynku w Polsce. To sektor, w którym można rozwinąć zarówno kompetencje językowe, jak i doświadczenie zawodowe. Firmy chętnie inwestują w ludzi – jeżeli pracownik wykaże się cierpliwością i będzie liczył ścieżkę swojej kariery nie w miesiącach, a w perspektywie lat, ma bardzo duże szanse na osiągnięcie sukcesu zawodowego.

Ścisłe umysły ratunkiem dla deficytu w IT

Wraz z intensywnym rozwojem nowych technologii zapotrzebowanie na pracowników w branży IT jest coraz większe. Według danych Komisji Europejskiej do 2020 roku w Europie może brakować nawet 800 tysięcy specjalistów. W odpowiedzi na ten deficyt firmy organizują szkolenia wewnętrzne i od podstaw przygotowują przyszłych pracowników do pracy w IT.

Firmy pragmatycznie podchodzą do deficytu programistów. Coraz częściej dojrzałe organizacje, mające zaplecze i kadrę merytoryczną, są otwarte na współpracę także z absolwentami studiów z obszaru szeroko pojętych nauk ścisłych, nie tylko kierunkowej informatyki, przejmując ciężar edukacji na swoje barki. Kandydaci, którzy są zmotywowani i chcą zawodowo związać się z  programowaniem, są wdrażani przez pracodawcę etapami – mają zdefiniowaną ścieżkę rozwoju. Na początku nowa osoba zaczyna jako tester, uczy się podstaw kodu, współpracuje z programistami, wykrywa błędy i raportuje je – zazwyczaj trwa to 2 lata. Następnie może awansować na stanowisko młodszego programisty. Po kolejnych dwóch latach standardowo przewidziany jest kolejny szczebel, czyli poziom seniora. Oferując przewidziany na ok. 6 lat rozwój ścieżki kariery, firmy kształcą od podstaw lojalną i zmotywowana kadrę, co stanowi inwestycję rozłożoną w czasie, niemniej będącą coraz częściej sprawdzoną alternatywą dla poszukiwania pracowników za granicą – wyjaśnia Monika Antczak, Business Unit Manager ICT w firmie HRK.

Na rynku istnieją także firmy (m.in. outsourcingowe IT), które oferują wewnętrzne szkolenia, a w zamian wymagają podpisania umowy lojalnościowej na np. najbliższe 2-3 lata współpracy. Przez ten czas pracownik otrzymuje niższe od rynkowego wynagrodzenie. Zawsze w takich przypadkach doradzamy dokładne sprawdzenie firmy, bowiem łatwo jest zobowiązać się do współpracy, która może okazać się fiaskiem zarówno merytorycznym, jak i finansowym – dodaje Monika Antczak.

Ciekawym stowarzyszeniem jest Geek Girls Carrots, którego ideą jest promowanie kobiet w IT. Działa na zasadzie wolontariatu, poprzez organizowane wydarzenia typu panele dyskusyjne czy szczególnie oblegane warsztaty programowania. Zainteresowane osoby, nawet te, których zawód jest zupełnie niezwiązany z IT, mogą kontaktować się z GGC. Warunkiem zaproszenia na sympozja i szkolenia jest zgłoszenie projektu, w którym należy wykazać, jak wykorzystamy i do czego potrzebna jest nam umiejętność programowania. Zajęcia są prowadzone w grupach, uczy się organicznie, od podstaw – dodaje ekspertka HRK.

Wśród rekrutowanych na stanowiska IT największą szansę mają osoby z doświadczeniem lub rozbudowanym portfolio. Nie wszystkie firmy oczekują od kandydatów ukończenia studiów w dziedzinie informatyki. Wymóg wyższego wykształcenia jest obowiązkowy w przypadku, gdy pracodawca bierze udział w postępowaniach przetargowych, wówczas dyplomy i certyfikaty  pracowników są częścią dokumentacji i ich brak może być uchybieniem formalnym dyskwalifikującym dany podmiot. Jednak w przeważającej liczbie rekrutacji firmy samodzielnie weryfikują wiedzę merytoryczną – zazwyczaj odbywa się rozmowa techniczna, testy kompetencji lub case study. Historia edukacji i prawdziwość tytułów naukowych, o ile w ogóle, sprawdzane są zwykle przez pracodawców o kapitale anglosaskim. Wykwalifikowane firmy, na ogół z USA lub UK, przeprowadzają tzw. „background check”, jednak zazwyczaj już po przyjęciu oferty przez kandydata. – komentuje Monika Antczak.

W branży IT, podobnie jak w innych obszarach, istnieje korelacja między doświadczeniem a wyższymi zarobkami. Samo wykształcenie bez doświadczenia z kolei nie przekłada się na poziom wynagrodzenia. Niemniej niezmiennie większym zaufaniem i zainteresowaniem pracodawcy darzą absolwentów renomowanych uczelni niż coraz liczniejszych kursów czy szkoleń, szczególnie gdy szukają programisty z potencjałem, a nie kodera – dodaje Antczak.

Energia młodych w finansach i FMCG

Osoby bez wykształcenia można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to osoby powyżej 30. roku życia, które przegapiły pewien moment w życiu i nie podjęły studiów. Warto uzupełnić tę lukę, jeśli ktoś aspiruje do pracy w większej firmie – tam wykształcenie jest pewnym minimum, które należy spełnić. Druga to osoby młode, w trakcie studiów. Mają one szansę na szybkie zdobycie doświadczenia dzięki zatrudnieniu na stanowiska asystenckie czy uczestnictwie w programach stażowych.

Duże programy stażowe organizują na przykład firmy z branży FMCG, Fashion czy Media. Uczestnikom takich programów zwykle przydzieleni są mentorzy, którzy pomagają im w realizacji poszczególnych projektów czy zadań na konkretnych stanowiskach, w ramach których zostali zatrudnieni. Po zakończeniu stażu pracodawcy często decydują się na podpisanie stałej umowy z jego uczestnikiem. Jeżeli jednak stażysta nie otrzyma propozycji współpracy w danej organizacji, może przejść do konkurencyjnej firmy – pracodawcy doceniają umiejętności zdobyte podczas programów stażowych i są one podstawą do rozwijania kompetencji już na stanowisku juniora mówi Jacek Olejarz, Executive Manager FMCG, Retail i Media w firmie HRK.

Początek ścieżki kariery daje możliwość wyboru najbardziej interesującej branży. Wraz z biegiem czasu zmiana charakteru produktu czy usług jest coraz trudniejsza. Warto już podczas studiów podjąć się pracy związanej z kierunkiem kształcenia. Można wtedy wyrobić sobie pogląd na konkretny zawód, zdobyć większe doświadczenie praktyczne i skonfrontować wymagane obowiązki ze swoimi oczekiwaniami.

W Polsce trudno jest zmienić branżę po kilkunastu latach doświadczenia w konkretnym obszarze. Zazwyczaj firmy poszukują osób, które miały już doświadczenie z konkretnym typem usług czy produktów. Trochę inaczej jest za granicą, gdzie na przykład specjaliści od marketingu łatwo zmieniają branżę, wnoszą coś nowego, uzupełniają swoje kompetencje i brak wiedzy o danym obszarze rynkowym – komentuje Jacek Olejarz.

W przypadku osób specjalizujących się w finansach zatrudnienie bez posiadanego wykształcenia wyższego jest mało prawdopodobne. Jednak studia kierunkowe nie są wymagane. Często zdarza się, że w bankowości pracują absolwenci np. filologii czy geografii. Aby wyróżnić się na tle konkurencyjnych kandydatów, warto już w trakcie edukacji rozwijać swoją ścieżkę zawodową.

Największe programy stażowe w ramach instytucji finansowych organizowane są przez banki. Co roku rekrutowanych jest od ok. 30 do nawet 100 osób. Natomiast nie można zapominać o tym, że inne organizacje związane z finansami także organizują staże, nie zawsze w formie szeroko zakrojonych programów, ale przyjmują 2 czy 3 osoby w skali roku na stanowiska stażowe do konkretnych departamentów – podkreśla Joanna Wyrębowska, Business Unit Manager Financial Markets, Legal, Professional Services w firmie HRK.

Wykształcenie wyższe jest premiowane podczas rekrutacji, jednak nie musi być kierunkowe. Szanse na karierę w finansach są dość duże, wystarczy determinacja. Co prawda nie można zapomnieć o wyspecjalizowanych obszarach, do których trudno będzie się dostać, kiedy student już zakończy swoją karierę akademicką – jest to bankowość inwestycyjna, aktuariat ubezpieczeniowy czy zarządzanie ryzykiem. W przypadku tych stanowisk pracodawcy oczekują licencji i certyfikatów ukończonych kursów, a poprzeczka jest wysoko postawiona. dodaje.

Brak wiedzy niejedno ma imię

Atrakcyjność CV dla rekrutera jest zależna od branży, w której kandydat się specjalizuje. Szanse na zatrudnienie są zawsze, nawet pomimo braku wykształcenia kierunkowego czy doświadczenia.

W przypadku centrów usług wspólnych najbardziej poszukiwane są osoby, które znają przynajmniej dwa języki obce. W przypadku specjalistów IT wykształcenie informatyczne nie zawsze jest wymagane. W tej dziedzinie najważniejsze jest doświadczenie i reprezentowane portfolio. Na rynku istnieją również organizacje, które pomagają zainteresowanym sfinansować dodatkowe kursy i udział w seminariach. Priorytetem jest umiejętność analitycznego myślenia.

W przypadku instytucji finansowych i czy firm z branży FMCG dobrą ścieżką jest udział w programach stażowych. Możliwość zdobycia wielu umiejętności owocuje na przyszłość. Kandydat, planując ścieżkę rozwoju, powinien rozeznać się, czego oczekują pracodawcy w danym obszarze. Jednak potencjał i chęć angażowania się w wyzwania zawodowe zawsze są cennymi wartościami.

Pracownicy IT lepiej zarządzają budżetem niż finansiści

Wśród Polaków grupą zawodową, która może pochwalić się najlepszą sytuacją finansową są pracownicy branży IT. Ponad połowa (54%) z nich ocenia ją jako „dobrą”. Z kolei 13% z nich ma poczucie, że żyje dostatnio tzn. nie musi się martwić o pieniądze i może pozwolić sobie na zakup luksusowych produktów czy usług. Wśród pozostałych grup zawodowych w Polsce odsetek osób, które mogą sobie pozwolić na takie zakupy jest dużo niższy i wynosi od 3% do 9% – pokazało badanie „Zachowania finansowe przedstawicieli różnych zawodów – w Polsce i w innych krajach Europy” przeprowadzone przez Kantar TNS dla KRUK S.A.

Badanie, które przeprowadzone zostało nie tylko w Polsce, ale również w 6 innych europejskich krajach (tj. Czechy, Hiszpania, Niemcy, Rumunia, Słowacja, Włochy) pokazało, że bez względu na kraj, informatycy są jedną z najlepiej zarabiających grup zawodowych.

Najlepiej swoją sytuację oceniają Hiszpanie i Polacy. Co ciekawe, mimo swoich wysokich zarobków informatycy nie są rozrzutni. Może o tym świadczyć chociażby wysokość ich oszczędności. Jest ona średnio równa wysokości kilkunastu pensji przedstawicieli tej branży. Rekordzistami są niemieccy informatycy, którzy zadeklarowali, że zaoszczędzili aż 19-krotność swojego wynagrodzenia.

Pracownicy służb mundurowych w Polsce nie odbiegają daleko od informatyków pod względem zasobności portfela. 49% z nich ocenia dobrze swoją sytuację finansową. Przedstawiciele tego zawodu posiadają największe w naszym kraju oszczędności – prawie 18-krotność swojego wynagrodzenia. Podobnie wygląda to w innych europejskich krajach. Oszczędności tej grupy zawodowej w Europie średnio przekraczają 10-krotność wynagrodzenia.

Finansiści mimo tego, że prawie połowa z nich jest zadowolona ze swoich dochodów, rzadziej panują nad swoim budżetem.

– Finansiści najczęściej ze wszystkich grup zawodowych robią zakupy spontanicznie. Wydawać by się mogło, że ta grupa zawodowa zwraca szczególną uwagę na kontrolowanie wydatków. Jednak wysokie dochody powodują, że pomimo takich zachowań finansiści rzadko przekraczają swój miesięczny budżet. Są oni również grupą, która w przypadku większych wydatków, ratuje się kredytem. W tym z pewnością pomaga im wiedza finansowa i największa spośród pozostałych grup zawodowych otwartość na zaciąganie kredytu – komentuje Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Jak wykazało wspomniane badanie, pracownicy branży finansowej z różnych krajów Europy, mają zróżnicowany poziom zaległości finansowych. Najwięcej długów mają przede wszystkim pracownicy z Hiszpanii i Rumunii. Najrzadziej zadłużeni są finansiści z Niemiec.
Najgorzej w Polsce swoją sytuację finansową oceniają budowlańcy (18% ocenia ją jako trudną). Jednak pracownicy tej grupy roztropnie podchodzą do zarządzania swoim domowym budżetem i rzadko zdarza się im go przekraczać (43%).

Więcej niż pozwala na to domowy budżet, wydają osoby z branż o najsłabszej kondycji finansowej. Chodzi tu o branżę usługową i handlową. Ponad połowa pracowników pierwszej z nich przekracza swój miesięczny budżet. Z kolei 57% pracowników drugiej z nich ma poczucie, że wydaje więcej niż może sobie na to pozwolić.

– Przeprowadzone badanie wyraźnie pokazało, że wysokie dochody nie świadczą o rozrzutności. Tym samym niskie zarobki nie oznaczają od razu problemów finansowych. Przemyślane planowanie domowego budżetu i bieżąca kontrola wydatków zapobiegają takim sytuacjom – dodaje Agnieszka Salach. – Przed nierozsądnym zaciąganiem między innymi kredytów i pożyczek może uchronić dobra wiedza finansowa. Dlatego tak ważne są różne akcje edukacyjne z zakresu gospodarowania swoimi finansami, które są dedykowane dzieciom i młodzieży. Nauka dobrych nawyków finansowych oraz dobre wzorce mogą ułatwić najmłodszym start w dorosłe życie i podejmowanie rozważnych decyzji konsumenckich.

Nie najlepiej wygląda również kondycja finansowa pracowników branży edukacyjnej w Polsce. Pracownicy tej grupy zawodowej mają największe zaległości w zapłacie za swoje comiesięczne rachunki. Podobnie wygląda sytuacja tej branży w Rumunii i Hiszpanii.

Czy tzw. opłata recyklingowa zwiększy poziom recyklingu?

Nowelizacja ustawy o opakowaniach sprawi, że torby foliowe będą płatne. Od 1 stycznia 2018 roku opłata recyklingowa ma trafiać do budżetu państwa i być przeznaczona na wymianę starych urządzeń grzewczych wśród najbiedniejszych. Jednak, to nie wystarczy, aby realnie zmierzyć się z problemem obiegu „foliówek”.

Kierunek obrany przez Ministerstwo Środowiska, aby ograniczać zużycie toreb foliowych przez wprowadzenie opłaty recyklingowej, to krok we właściwym kierunku. Podpis złożony przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę w końcu października, zakończył toczoną od dłuższego czasu debatę na ten temat. Opłata recyklingowa obejmie torby z tworzywa sztucznego o grubości do 50 mikrometrów – czyli te najbardziej popularne, dostępne przy kasach. Z opłaty wyłączone będą zaś torby o grubości poniżej 15 mikrometrów, używane wyłącznie do pakowania  żywności sprzedawanej luzem. Wskazana w ustawie maksymalna stawka opłaty recyklingowej wynosi   złotówkę za każdą torbę foliową.

– Patrząc na doświadczenia członków Unii Europejskiej, gdzie takie opłaty już wprowadzono, możemy być pewni znacznego ograniczenia używania toreb foliowych, tak jak ma to miejsce między innymi  w Bułgarii, Irlandii, Wielkiej Brytanii, na Łotwie i Węgrzech – mówi Piotr Bruździak, Dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Stena Recycling.

Wicepremier Mateusz Morawiecki zadeklarował, że środki z opłaty, które trafią do budżetu państwa, będą przeznaczone na walkę ze smogiem. Administracja państwowa wesprze w ten sposób proces wymiany starych kotłów na bardziej ekologiczne. Programem mają zostać objęci najbiedniejsi mieszkańcy. Zaproponowane rozwiązanie tym samym obejmuje część problemu związanego z torbami poliestrowymi. Sporym wyzwaniem pozostaje natomiast kwestia nawyków konsumenckich i potrzeby edukacji, czyli pokazania dlaczego warto rezygnować z toreb foliowych. W świetle nowej ustawy ważne jest również przygotowanie rozwiązań dla przedsiębiorców.

Z badania przeprowadzonego przez Stena Recycling wynika, że ponad 50% ankietowanych, jako jedno z działań proekologicznych wymienia ograniczenie wykorzystania toreb jednorazowych. Potrzebne są również kompleksowe rozwiązania, które pozwolą na osiągnięcie wyższego poziomu recyclingu dla tego typu opakowań. Dlaczego? Ponieważ są to odpady, które, jeśli nie zostaną przetworzone, są szkodliwe dla środowiska. Dodatkowo ich recykling może być skomplikowany.

– Proces recyklingu toreb foliowych jest złożony, między innymi dlatego, że łatwo ulegają one zanieczyszczeniom. A to utrudnia powtórne przetworzenie. Ich recykling komplikują nadruki, czy nawet różne kolory materiału wyjściowego. Oczywiście podejmujemy się tego wyzwania, gdyż jest to bardzo potrzebne. Jednocześnie promujemy również założenia Gospodarki Obiegu Zamkniętego, czyli stosowania surowców, które będzie można łatwo przetworzyć i ponownie wyprodukować z nich opakowanie. Takie rozwiązania przynoszą korzyści przedsiębiorcom, społeczeństwu a przede wszystkim środowisku – podkreśla Piotr Bruździak.

Jest wiele inicjatyw konsumenckich, które promują alternatywne sposoby pakowania produktów. Brakuje natomiast wsparcia dla przedsiębiorców. Rozwiązaniem, które mogłoby im pomóc dostosować się do nowych przepisów, a jednocześnie wpisać się w założenia gospodarki cyrkularnej, może być projektowanie dla recyklingu. Wychodzi ono z założenia, że już na etapie projektowania można stworzyć produkt, w tym wypadku opakowanie, o wysokim stopniu odzysku. Pierwszym etapem procesu jest analiza dotychczasowego rozwiązania, uwzględniająca nie tylko dokładne określenie składu tworzywa, lecz obejmująca także sposoby użycia opakowania (user experience) i możliwości jego przetworzenia. Po przeprowadzonej analizie wskazywane są możliwe ulepszenia, których zastosowanie przekłada się nie tylko na wzrost możliwości recyklingu, ale również na efekty biznesowe: efektywniejszy proces obiegu odpadów i redukcję ich ilości.

Podniesienie świadomości recyklingowej, spojrzenie na cały proces gospodarowania torbami foliowymi i konstruktywna dyskusja między wszystkimi stronami: administracją, przedsiębiorcami i konsumentami, to elementy, które pozwoliłyby dopełnić nową ustawę i wypracować skuteczne rozwiązania. Ustawa, która wchodzi w życie od Nowego Roku to dobry punkt wyjścia do dalszych rozmów.

Menedżerowie preferują zintegrowany styl zarządzania, a firmy produkcyjne korzystają z pomysłów własnych pracowników

Zainteresowany nie tylko produkcją, ale również ludźmi, starający się wciągnąć każdego pracownika w proces planowania zadań i sprawdzający poziom zadowolenia swoich podwładnych – taki obraz polskiego menedżera w sektorze produkcyjnym wyłania się z wyników badania, przeprowadzonego przez firmę doradczą Brainstorm Group. Menedżerowie związani z tzw. szczupłym zarządzaniem (Lean Management) wypowiedzieli się również na temat podejścia ich firm do szkoleń i dokształcania swoich kadr, a także w kwestiach związanych z raportowaniem oraz wdrażaniem w życie pomysłów, które podsuwają szeregowi pracownicy.

Z badania przeprowadzonego przez Brainstorm Group w trakcie IV Kongresu Lean Manufacturing wynika, że polscy menedżerowie preferują zintegrowany styl zarządzania (42% wskazań). To sytuacja, gdy kierownik stara się wciągnąć każdego pracownika w planowanie zadań, w które będzie on zaangażowany. Sam z kolei staje się „członkiem zespołu”, zachęcającym wszystkich do wykazania się maksimum swoich umiejętności. Dość często (29% głosów) wskazywano również na styl dyrektywny (duże zainteresowanie produkcją, a małe ludźmi) oraz styl mieszany (poszukiwanie kompromisu pomiędzy ludzkimi potrzebami, a zadaniami do wykonania) – do takiego typu zarządzania przyznał się co czwarty badany. Uczestnicy Kongresu zdecydowanie nie preferują stylu integratywnego (nazywanego również towarzyskim) oraz nieingerującego, w którym kierownik przejawia minimum wysiłków zmierzających do realizacji założonych celów.

Badani menedżerowie wypowiedzieli się również na temat czasu, którzy muszą poświęcić na raportowanie wyników zespołu lub działu. Prawie połowa z nich stwierdziła, że spędza przy tym poniżej 10% czasu pracy. Niewiele mniej, bo 42% przyznało, że raportowanie to od 10 do 30% czasu ich obowiązków. Nieliczni menedżerowie przyznali, że raportowanie zajmuje im od 30% do nawet 50% czasu pracy.

Wyniki badania przeprowadzonego podczas Kongresu pokazują, że nie ma żadnej reguły, jeśli chodzi o szkolenia przeprowadzane przez firmy. Ankietowani wskazywali, że ich pracownicy mogą liczyć na szerokie wsparcie w rozwijaniu swoich kompetencji, m.in. poprzez naukę języków (42% głosów). Jednak co trzeci badany przyznał, że ich firmy tylko sporadycznie organizują szkolenia, a tematyka tych szkoleń dotyczy jedynie wykonywanej pracy. Według uczestników Kongresu, dość rzadko zdarza się, aby firma systematycznie organizowała szkolenia (ale tylko związane z danym stanowiskiem). Jedynie 8% menedżerów stwierdziło, że ich firmy nie organizują szkoleń i nie wspierają indywidualnego dokształcania się pracowników.

Polskie firmy wdrażają pomysły swoich szeregowych pracowników – prawie wszyscy menedżerowie, którzy wzięli udział w badaniu podczas Kongresu Lean Manufacturing przyznali, że w ich przedsiębiorstwach robi się to często i cyklicznie (58% głosów) lub przynajmniej sporadycznie (38%). Sytuacja, gdy firma w ogóle nie korzysta z pomysłów, które podsuwają jej pracownicy, to zdecydowanie rzadkość.

Badani przedstawiciele firm mogli również wypowiedzieć się w kontekście sprawdzania poziomu zadowolenia swoich pracowników, chociażby poprzez ankiety. 42% z nich robi to regularnie, a 38% – sporadyczne. Co piąty z badanych stwierdził, że nie przeprowadza żadnej ewaluacji, która pokazałaby poziom zadowolenia ich podwładnych.

Kongres Lean Manufacturing to nie tylko znakomita okazja do wymiany doświadczeń i nawiązania nowych kontaktów biznesowych, ale również szansa na wsłuchanie się w głos polskich menedżerów” – mówi Sebastian Matyniak, prezes zarządu Brainstorm Group. „Wyniki badania, przeprowadzonego w trakcie Kongresu, są dla nas niezwykle cenne. Pokazują bowiem, w jaki sposób zarządza się w firmach działających w naszym kraju i gdzie w tym wszystkim znajduje się szeregowy pracownik” – dodaje Sebastian Matyniak.

Polska z własnym zagłębiem technologicznym

Kalifornijska Dolina Krzemowa, brytyjski Korytarz M4 czy izraelskie Beer Szewa –każdy, kto choć trochę interesuje się technologiami doskonale wie z czego słyną te ośrodki. Okazuje się jednak, że na tej technologicznej mapie świata Polska zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę. Mamy już krakowski hub, startupowy Poznań, innowacyjny Wrocław i oczywiście technologiczną Warszawę, a lista miast obfitujących w nowe technologie wciąż się wydłuża. 

Polska ma technologiczny potencjał – podobno wiedzą to nawet w Palo Alto. Naszą ogromną siłą są programiści, których w Europie Środkowo-Wschodniej jest aż milion. Według najnowszego raportu Stack Overflow „Central & Eastern Europe Developer Landscape 2017”, aż 1/4 z nich pracuje w Polsce i są to jedni z najlepszych na świecie specjalistów. Dostępność wykwalikowanych ekspertów IT jest dziś kluczowa dla wzrostowego rozwoju gospodarki, napędzanej przez zdigitalizowany przemysł. Jak się jednak okazuje, nie tylko podaż gotowych już do pracy specjalistów jest kluczowym kryterium branym pod uwagę, gdy firma planuje otworzyć swój kolejny oddział.

Przynęta dla pracodawców? Potencjał edukacyjny!

Największą dostępność powierzchni biurowej ma Warszawa i to ona jest także najlepiej skomunikowanym miastem w Polsce. Trójmiasto natomiast może pochwalić się najwyższą jakością komunikacji miejskiej, a Łódź wypracowała sobie najlepszą współpracę z lokalnymi władzami[1]. Tym co przyciąga biznes do lokalizacji jest także potencjał talentów, czyli bliskość uczelni wyższych. W stolicy mamy ich aż 69, we Wrocławiu 27, a w Poznaniu i Krakowie 21. Na kolejnych miejscach plasuje się Aglomeracja Katowicka, Łódź i Trójmiasto. Rzeszów liczący niemal 190 tys. mieszkańców, uczelnie wyższe ma aż cztery.

W Polsce mamy ponad milion studentów, czyli ogromny potencjał, który może zasilić w przyszłości nasze przedsiębiorstwa. Kiedy zastanawiamy się, czy konkretne miejsce będzie dobrą lokalizacją na rozszerzenie tam swojej działalności, bierzemy pod uwagę dostępność potencjalnych pracowników, ale też obecność innych firm – zarówno konkurencyjnych, jak i potencjalnie korzystających z naszych usług. Rzeszów będzie już naszą 11 lokalizacją w Polsce i po wstępnych rekrutacjach wiemy jak wielu wartościowych pracowników możemy tam pozyskać, a potrzebni będą przecież programiści Java, Front-end, programiści baz danych czy Pythona. Szukamy też osób na stanowiska testerskie i chcemy także nawiązać współpracę z uczelniami – mówi Łukasz Wójcik, Dyrektor ds. Operacyjnych SSC w Transition Technologies.       

W czasach, gdy liczba studentów kierunków ścisłych spada, tam gdzie najlepsze techniczne uczelnie, tam też najwyższe wynagrodzenia. Jak podaje GUS, najwyższą średnią pensję można dostać w Jastrzębiu-Zdroju (6 131zł brutto), w którym to znajduje się też zamiejscowy ośrodek dydaktyczny krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej – uczelni wymienianej aż 2 razy w rankingu najlepszych studiów inżynierskich w obszarze automatyki i robotyki Fundacji Perspektywy. Na drugim miejscu pod względem wynagrodzeń uplasowała się Warszawa. Analogicznie, w rankingu najlepszych uczelni przoduje tu Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. Gdy pod lupę weźmiemy natomiast Politechnikę Rzeszowską – choć z gorszym rezultatem, bo na 27 miejscu, także znalazła się w rankingu Perspektywy 2017. W gusowskich statystykach Rzeszów wygląda już całkiem nieźle – zajął 17 pozycję na 66 możliwych, ze średnim wynagrodzeniem 4 319 zł brutto.

Idąc o krok dalej – to właśnie tam, gdzie usytuowane są najlepsze na świecie uczelnie, potężne firmy IT postanawiają otworzyć swój biznes. Dolina Krzemowa ma Uniwersytet Stanforda, jakie lokalizacje wybierają natomiast firmy IT w Polsce?

Małe miasta napędzą polską gospodarkę        

Mapa technicznego potencjału, faktycznie pokrywa się z mapą usług IT[2]. Największa liczba przedsiębiorstw zdecydowała się otworzyć swoje oddziały w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, czyli ośrodkach cieszących się największą dostępnością programistów i trzema najlepszymi w Polsce uczelniami technicznymi. Firmy technologiczne chętnie wybierają też Poznań, Łódź, Trójmiasto, Szczecin oraz Katowice.

Potencjał dla naszej działalności znaleźliśmy także m.in. w  Białymstoku, Olsztynie, czy Kielcach i te miasta, choć na dalszych pozycjach, również są już uwzględniane w badaniach. W tych miejscach inwestycje dopiero się rozpoczynają, jednak cieszymy się, że możemy kontynuować tu swoją działalność jako jedni z nielicznych. Rozwój mniejszych miast, to w dłuższej perspektywie rozwój całej naszej gospodarki, a ta wizja jest zgodna z wizją Grupy Kapitałowej Transition Technologies – dodaje Łukasz Wójcik.

Mamy już świetne uczelnie przygotowujące do pracy młodych inżynierów, a także szereg programistów świadczących już swoje usługi na rynku. Firmy IT widzą ten potencjał i otwierają swoją działalność na nowe lokalizacje, które w rzeczywistości rozsiane są po całej Polsce. Przedsiębiorcy powinni mieć na uwadze fakt, że to nie tylko szansa dla ich biznesu IT, ale też milowy krok w stronę rozwoju krajowej gospodarki.

[1] Stack Overflow, Central & Eastern Europe Developer Landscape 2017

[2] ABSL, Rynek usług IT w Polsce 2015

Split payment to zagrożenie dla MSP

  • 9-go listopada Sejm uchwalił ustawę o tzw. podzielonej płatności VAT – z ang. split payment
  • Ministerstwo Finansów uszczelnia w ten sposób systemu poboru podatku VAT od przedsiębiorstw
  • Mechanizm podzielonej płatności uderzy jednak też w uczciwych przedsiębiorców, szczególnie budowlańców i tych z sektora MŚP

Od kwietnia 2018 przedsiębiorca kupujący towar lub usługę należność będzie przelewał na dwa rachunki sprzedawcy: na jeden tylko kwotę netto, kwota podatku VAT będzie trafiać na odrębny rachunek. Firma otrzymująca wynagrodzenie, chociaż będą to jej pieniądze, nie będzie mogła nimi swobodnie dysponować, a kwota VAT będzie zablokowana przez 25 dni. W początkowym okresie stosowanie mechanizmu będzie dobrowolne.

Eksperci są zgodni, że założenia i cel ustawy o split payment są słuszne, jednak wadą tego rozwiązania jest to, że może uderzyć rykoszetem także w znaczną liczbę uczciwych przedsiębiorców. Trudno na razie szacować jaka część gospodarki zdecyduje się na funkcjonowanie w modelu podzielonej płatności.

– Dla wielu przedsiębiorców problemem może być to, że na kilka tygodni zostaną „zamrożone” ich własne pieniądze, te przelewane na rachunek VAT. Wiele firm działa na granicy opłacalności albo inwestuje cały zysk. Ograniczenie dostępu do części ich środków zmusi takich przedsiębiorców do wstrzymywania inwestycji lub szukania innych źródeł bieżącego finansowania – ocenia Joanna Rembelska, Dyrektor ds. ryzyka i audytu wewnętrznego w eFaktor.

Bank może, ale nie pomoże

Przedsiębiorcom szukającym dodatkowych środków raczej nie pomogą banki. Dane z trzeciego kwartału wskazują, że w przypadku kredytów dla małych i średnich firm udział należności zagrożonych od kilku miesięcy pozostaje na dość wysokim poziomie 10% (dla porównania w kredytach hipotecznych to zaledwie 2,9%). To dosyć dużo zważywszy na dobre dane o wzroście gospodarczym.

Niskie bezrobocie utrudnia działanie szczególnie w pracochłonnych branżach. Brak ludzi do pracy powoduje opóźnienia w realizacji kontraktów, a co za tym idzie naraża przedsiębiorców na kary. Stąd już tylko krok do utraty bieżącej płynności. To prowadzi do wzrostu ryzyka kredytowania ogółu podmiotów z branż, które już od dawna nie mają łatwo, takich jak budowlanka, transport czy rolnictwo. W rezultacie o kredyt będzie im jeszcze trudniej.

– Oceniamy, że wiele firm będzie chciało się ratować innymi niż kredyt sposobami finansowania, w tym także faktoringiem. Utrudnieniem w udzieleniu takiego finansowania jest dobrowolność rozwiązania split payment, a także brak określenia w projekcie czy można wybrać wszystkie czy np. jedną fakturę do rozdzielonego przelewu. Prawdopodobnie powszechne przy faktoringu będzie żądanie dodatkowego oświadczenia od przedsiębiorcy wyjaśniające czy korzysta z mechanizmu podzielonej płatności. Inna możliwość to finansowanie faktur w kwotach pomniejszonych o VAT. Z pewnością jednak wejście w życie ustawy utrudni przedsiębiorcom z sektora MŚP panowanie nad swoim budżetem i efektywne zarządzanie nim – mówi Joanna Rembelska z eFaktor.

Najbardziej dotkliwe zamrażanie środków na rachunku VAT będzie dla działalności rozliczających się z 23% podatku, bo stosunkowo duża część należności będzie zablokowana. Inny wrażliwy punkt w kontekście split payment to faktury z płatnościami odroczonymi, np. na 90 dni.

Polacy pragną własnego „M” najbardziej w Europie

Blisko połowa Polaków uważa, że sytuacja mieszkaniowa w kraju zmierza w dobrym kierunku. To drugi najwyższy wynik uzyskany w badaniu „Finansowy Barometr ING”, analizującym sytuację mieszkaniową w Europie. Z badania wynika również, że Polacy najczęściej z 13 badanych krajów marzą o posiadaniu mieszkania na własność.

Według 44% Polaków sytuacja mieszkaniowa w Polsce zmierza w dobrym kierunku. Przeciwnego zdania jest tylko 30% polskich respondentów. W międzynarodowym badaniu „Finansowy Barometr ING” korzystniejszy bilans opinii odnotowano jedynie w Holandii. Blisko trzech na czterech Polaków jest zadowolonych ze swojej sytuacji mieszkaniowej. To nieznacznie lepszy wynik niż w ubiegłorocznym badaniu (70%), ale zarazem przeciętny na tle innych państw w Europie. Najbardziej zadowoleni ze swojej sytuacji mieszkaniowej są mieszkańcy Luksemburga (82%) i Holandii (80%), najmniej Niemiec (66%), Włoch (64%) i Turcji (61%).

Optymizm Polaków wynika z trzech czynników. Po pierwsze, w Polsce obecnie buduje się i oddaje się do użytku rekordową ilość mieszkań, w ub. roku 170 tys. – tyle co przed kryzysem finansowym z 2008 r. Co istotne, do niedawna ich ceny były bardzo stabilne pomimo rekordowego popytu. Polska powoli zaspokaja duży deficyt mieszkań. Dodatkowo poprawiła się dostępność mieszkań. W ciągu ostatnich 8 lat ich ceny niewiele się zmieniły a dochody rosły. W efekcie za przeciętną płacę można obecnie kupić blisko 0,8m2 mieszkania, to znacznie więcej niż w 2008 roku (prawie 40%) .

Po drugie, od ostatniego roku życie osób spłacających kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich stało się łatwiejsze ze względu na systematyczne osłabianie się tej waluty (spadek kursu CHF/PLN z 4.10 na 3.65). Z kolei kredytobiorcy złotowi mogą cieszyć się niskimi stopami procentowymi. W ostatnich paru kwartałach skoczyła także sprzedaż kredytów mieszkaniowych. Skończył się długi okres wprowadzania regulacji zaostrzających warunki kredytowe (jak np. podnoszenie wkładu własnego).

Po trzecie, na optymizm Polaków mogła mieć także wpływ obietnica budowy przez państwo dużej liczby tanich mieszkań na wynajem z dojściem do własności w ramach programu Mieszkanie+. Czynnik ten wydaje się jednak stosunkowo mało istotny, gdyż realizacja programu opóźnia się, a Polacy nie pokładają dużego zaufania do instytucji państwa – mówi Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Warto także odnotować, że w Polsce w ciągu ostatniego roku wyraźnie spadł odsetek osób przyznających się do trudności ze spłatą raty kredytu (z 41% w 2016 r. do 20% w 2017 r.). Liczba osób mających problemy ze spłatą czynszu pozostała na zbliżonym poziomie (33% w 2016 r. i 31% w 2017 r.).

Polacy spodziewają się wzrostu cen nieruchomości

Respondenci Barometru ING w prawie wszystkich krajach znacznie częściej spodziewają się wzrostu cen nieruchomości, niż ich spadku lub stagnacji. Silny trend w przeciwnym kierunku odnotowano jedynie we Włoszech oraz w Wielkiej Brytanii, co może mieć związek z Brexitem, który już spowodował spadek cen brytyjskich nieruchomości. Polacy nie należą do czołówki państw pod względem oczekiwań wzrostu cen nieruchomości, niemniej odsetek spodziewających się takiego scenariusza wzrósł w ostatnim roku aż o 8 punktów procentowych (z 43% do 51%). Warto zauważyć, że Polacy częściej niż przeciętnie w Europie postrzegają ceny nieruchomości jako wysokie (73% w porównaniu z 62%).

Od 2014 r. w Unii Europejskiej i w Polsce trwa ożywienie gospodarcze, stymulowane polityką niskich stóp procentowych. Buduje się bardzo wiele i brakuje już pracowników by zaspokoić wysoki popyt ze strony deweloperów. Znajduje to odzwierciedlenie w cenach mieszkań, zwłaszcza w krajach Europy Środkowej, gdzie od 2015 roku ceny wzrosły już o kilkanaście procent, co może podsycać obawy o powrót bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości. Dotyczy to również Polski, gdzie zakup mieszkania tradycyjnie uważa się za bezpieczną i zyskowną inwestycję, szczególnie przy obecnym oprocentowaniu lokat. Wprawdzie ceny mieszkań w naszym kraju rosły dotychczas w umiarkowanym tempie 2-3% rocznie, ale od początku 2017 przyspieszyły do 5-7%.

Chociaż dalszy wzrost cen mieszkań w Polsce jest prawdopodobny, to nasze badania sugerują, że nie przerodzi się on w bańkę spekulacyjną. Odrobiliśmy lekcję z poprzedniego kryzysu. Mamy świadomość, że nieruchomości nie są pewną inwestycją. Tylko co trzeci Polak i mieszkaniec Europy łudzi się, że ceny mieszkań nigdy nie spadają. To niższy odsetek niż w poprzednich edycjach naszego badania. Ponadto, dzięki regulacjom makro-ostrożnościowym trudniej jest sfinansować spekulację na rynku nieruchomości. Tanie z pozoru kredyty frankowe przestały być udzielane, a zaciągnięcie kredytu hipotecznego w złotym wymaga znacznego wkładu własnego (10-20%) – powiedział Karol Pogorzelski, ekonomista ING Banku Śląskiego

Polacy pragną własnego „M” najbardziej w Europie

Tegoroczna edycja „Finansowego Barometru ING” po raz kolejny potwierdza, że Polacy na tle innych krajów wyróżniają się szczególnie dużą potrzebą posiadania własnego mieszkania. Aż 80% respondentów z Polski zgadza się z opinią, że każda osoba zdecydowałaby się na kupno mieszkania czy domu, jeśli byłoby ją na to stać. To najwyższy wynik uzyskany w badaniu. Takiej samej odpowiedzi udzieliło zaledwie 46% Holendrów, 53% Hiszpanów i 58% Niemców.

Polacy nie tylko marzą o własnym mieszkaniu, ale jego zakup postrzegają także jako symbol sukcesu (72%). W porównaniu z respondentami z innych krajów Polacy wyraźnie częściej uważają, że kupno mieszkania jest dobrą inwestycją (79%), która zapewnia bezpieczeństwo (74%).

Chęć posiadania własnego mieszkania kontrastuje jednak z możliwościami finansowymi Polaków. 45% respondentów z Polski, którzy nie posiadają własnego mieszkania uważa, że prawdopodobnie nigdy nie będzie ich na nie stać. Być może dlatego dość powszechna jest w Polsce opinia, że w zakupie mieszkania powinni pomagać finansowo rodzice. Taką przekonanie podziela co drugi Polak (52%), co po Turcji jest drugim najwyższym odsetkiem uzyskanym w badaniu. Dla porównania, z opinią że rodzice powinni pomagać dzieciom w kupnie mieszkania zgadza się tylko 16% Holendrów i 23% Hiszpanów.

Finansowy Barometr ING to cykliczne badanie Grupy ING, badające zachowania i postawy konsumentów wobec zagadnień finansowych w Polsce i na świecie. Badanie zostało przeprowadzone w czerwcu 2017 r. w 13 krajach: Polska, Austria, Belgia, Czechy, Francja, Hiszpania, Holandia, Luksemburg, Niemcy, Rumunia, Turcja, Wielka Brytania, Włochy. W badaniu wzięło udział 12 788 respondentów, w tym 1015 z Polski.

Big Data w branży retail. Firmy będą znały potrzeby klientów wcześniej, niż sami kupujący

Valentyn Kropov, Delivery Director w SoftServe
Valentyn Kropov, Delivery Director w SoftServe

W erze cyfrowej praktycznie każde nasze działanie pozostawia po sobie ślad – wszystko jest mierzone, monitorowane i rejestrowane. Korzystając z Internetu, bądź z dowolnego gadżetu jak smartfon czy smartwatch, każda osoba generuje ogromną ilość danych, które można systematyzować, przeanalizować i uzyskać cenne informacje.  Właśnie tym zajmuje się technologia Big Data, która w ciągu kilku ostatnich lat przekształciła się w podstawowe źródło informacji firm o stylu życia, przyzwyczajeniach i potrzebach setek milionów ludzi.

Na początku pojęcie Big Data rozumiane było tylko jako możliwość przechowywania i przetwarzania dużej ilości danych, generowanych przez użytkowników online. Po jakimś czasie, dzięki odpowiedniej analizie tych zbiorów, przedsiębiorstwa odkryły ogromny potencjał Big Data w kontekście wykrywania wzorców zachowań użytkowników. To pomogło takim cyfrowym gigantom jak Facebook, Twitter, Amazon czy Google dostosować swoje serwisy do zmieniających się potrzeb odbiorców, a także znacznie efektywniej targetować zamieszczane w nich reklamy. Wcześniej głównymi źródłami danych o użytkowniku były listy i wiadomości, słowa kluczowe w wyszukiwarce, towary, które ludzie kupują w sklepach online itd. Informacje te były bardzo ogólne. Dostrzegając potęgę Big Data firmy zaczęły inwestować w poszukiwanie co raz nowszych źródeł danych oraz sposobów ich analizowania.  W dzisiejszym świecie można zaobserwować wyraźne przeniesienie nacisku z „dużych” zbiorów danych na te „najbardziej wartościowe i jakościowe”. Pozyskanie i obróbka tradycyjnej informacji nie stanowi już zadania pierwszorzędnego. Najważniejszym zadaniem specjalistów Big Data jest dziś poszukiwanie nowych, coraz bardziej użytecznych zbiorów danych.

Psychometria – od personalizacji do indywidualizacji

Do niedawna podstawą analizy danych było budowanie kręgów (klastrów) zgodnie z pewnymi faktami dotyczącymi ludzi (wiek, płeć, zainteresowania, historia zakupów). Taki podział zakładał, że zachowanie wszystkich uczestników odpowiedniego klastra jest podobne. Dla przykładu, podczas kampanii wyborczej elektorat dzielono na grupy według wieku, płci, geografii itp. i określono specyficzne zachowanie wszystkich uczestników każdej z grup. Takie podejście nazywa się personalizacją.

W 2016 roku firma Cambridge Analytica poruszyła świat zupełnie nowym podejściem do pracy z Big Data. Najbardziej znanym przykładem była kampania wyborcza Donalda Trumpa, dla której Cambridge Analytica przygotowała strategię marketingową, opartą na analizę Big Data. Dla każdego Amerykanina, który miał możliwość udziału w wyborach (ok. 230 mln osób) firma zebrała po ok. 5 tys. faktów. Dane te zostały wykorzystane także podczas prawyborów Partii Republikańskiej, w celu skuteczniejszego targetowania kampanii reklamowych.

Podejście, które uwzględnia określenie typu osobowości na podstawie analizy działań użytkownika w środowisku cyfrowym stanowi zupełnie nowy poziom pracy z danymi. Dzięki informacjom pozyskanym z mediów społecznościowych i wyszukiwarek, urządzeń inteligentnych, gadżetów GPS a także dzięki historii zakupowej, możliwe jest przeprowadzenie analizy konkretnej osoby i tworzenia prognoz dotyczących jej indywidualnego zachowania, a nie grupy podobnych ludzi. Podejście takie otrzymało miano „indywidualizacji”. Umożliwia ono monitorowanie i określanie pewnych niemożliwych wcześniej do zbadania cech praktycznie każdej osoby: zachowania się w określonych sytuacjach, cech charakteru, sposobu komunikacji oraz przemieszczania się. Na podstawie wygenerowanego „typu osobowości” te dane są w stanie uzupełnić informacje o stylu życia osoby. Dzięki indywidualizacji firma dowiaduje się np. o tym jak jej klienci podejmują decyzje – impulsywnie i emocjonalnie czy ostrożnie, zdecydowanie i racjonalnie oraz w jaki sposób odbierają  informacje – sensorycznie czy intuicyjnie. Właśnie te dane są kluczowe dla przewidywania przyszłych działań klienta. Pozwalają bowiem nie tylko zrozumieć jego motywy, wizję i postrzeganie świata, ale także przewidzieć jego zachowanie i w konsekwencji – wpłynąć na nie.

W tym momencie warto zadać sobie pytanie – czy możliwe jest dokładne określenie psychotypu osoby, biorąc pod uwagę jedynie jego aktywność online? Nie znamy przecież kontekstu i cech psychologicznych ani informacji o stanie tej osoby w danym momencie. Odpowiedź brzmi: nie. Dlatego, aby uzyskać najbardziej dokładny profil indywidualny, najlepiej przeanalizować działania online wraz z językiem niewerbalnym – mimiką, gestami, mową ciała, intonacją głosu. Właśnie takie połączenie zapewni najwyższy jakościowo wynik. Wejście w posiadanie takich informacji jest problemem, z którym zmagają się giganci gromadzenia informacji personalnych w postaci Facebooka czy Google. W celu zebrania informacji psychometrycznych potrzebny jest bowiem kontakt fizyczny lub przynajmniej wizerunek osoby. Takie informacje najprościej jest uzyskać obecnie za pomocą kamery wideo, którą każdy nosi przy sobie w postaci smartfona. To właśnie zebranie niezbędnych danych psychometrycznych dotyczących użytkowników jest jednym z najważniejszych celów uruchamiania serwisów darmowych rozmów wideo i audio.

Odczytywanie mowy niewerbalnej już nie jest daleką przyszłością. Niedawno naukowcy z Robotics Institute przy Uniwersytecie Carnegie Mellon przedstawili komputer[1] zdolny do rozpoznawania w czasie rzeczywistym figur i ruchów (w tym ruchów twarzy i palców) wielu osób jednocześnie. Wykorzystanie takiej technologii, w połączeniu z danymi pochodzącymi z innych źródeł cyfrowych, może na zawsze zmienić branże, zorientowane na pracę z konsumentami. Jedną z takich branży jest retail, który w najbliższym czasie może stanowić główny czynnik wpływający na rozwój technologii gromadzenia, analizowania i wykorzystania Big Data. W badaniu przeprowadzonym przez JDA Software Group i PwC[2] wśród najlepszych menedżerów sektora retail, 86 proc. respondentów już uznało technologię Bid Data za jedną z priorytetowych w strategii biznesu.  Jej wdrożenie może przynieść wiele korzyści i przekształcić retail w jedną z najbardziej rozwiniętych branży w kontekście korzystania z Big Data. Tworzenie najbardziej dokładnych prognoz dotyczących zachowania ludzi wymaga bowiem pozyskania informacji psychometrycznych, a branża retail  spełnia najważniejszy warunek ich gromadzenia – kontakt fizyczny z klientem w sklepie.

Big Data + retail = nowe możliwości

To właśnie sprzedawcy mają jeden z najlepszych kontaktów z odbiorcami, zarówno w sklepach internetowych, jak i w stacjonarnych punktach sprzedaży. Po pierwsze, w przeciwieństwie do Internetu, sklepy stacjonarne są odwiedzane przez prawie wszystkich ludzi, co ma przełożenie nie tylko na wyższy zasięg, ale też lepsze dotarcie do odbiorców. Po drugie, dzięki kontaktowi fizycznemu można uzyskać więcej danych o osobie: można ją zobaczyć, usłyszeć, śledzić jej zachowanie i przemieszczenie po sklepie. Dzięki zastosowaniu właściwych metod analizy, dane te dają kompletny obraz psychotypu osoby, co w połączeniu z informacjami o jej sytuacji finansowej i preferencjach (które sprzedawcy detaliczni też otrzymują), można dokładnie przewidzieć co się takiej osobie spodoba i co z dużym prawdopodobieństwem kupi.  Dzięki zastosowaniu Big Data, branża retail zyskuje następujące korzyści:

  • Analiza in-store

Podczas jednej wizyty w sklepie kupujący jest w stanie wygenerować tysiące unikalnych wskaźników, które zbierane są przez rozmieszczone kamery i czujniki. Za pomocą analizy można zrozumieć co dokładnie przyciąga uwagę klienta, jak wygląda jego ścieżka zakupowa, w jaki sposób dokonuje on wyboru produktu i ile czasu na to potrzebuje oraz czy robi zakupy trzymając się listy, czy może impulsywnie. Wszystkie te dane mogą być przydatne podczas planowania ekspozycji, przygotowywania akcji reklamowych i promocyjnych, oraz tworzenia materiałów marketingowych. Ponadto takie rozwiązanie jest w stanie zapobiec kradzieży – na przykład analizując mowę ciała klienta, wyraz twarzy i to, w jaki sposób osoba porusza się po sklepie, komputer może wysyłać ostrzeżenia do ochrony, która będzie mogła przeprowadzić dokładną kontrolę.

  • Poznanie trendów jeszcze przed ich wystąpieniem

Za pomocą technologii Big Data można prognozować trendy i popyt na określone kategorie, co wyraźnie pomaga zaplanować zakupy i dostawy. Prognozy te uwzględniają wiele czynników, które wpływają na popyt – informacje o dokonanych sprzedażach, wiadomości w mediach społecznościowych, zapytania w wyszukiwarce, sytuację gospodarczą w kraju, a nawet warunki pogodowe. Dzięki tym danym sprzedawcy detaliczni mogą rozpoczynać pracę nad nowymi liniami produktowymi jeszcze przed wzrostem popytu i dostarczać je na półki sklepowe w odpowiednim czasie. W ten sposób konsumenci zawsze będą mogli znaleźć właściwy produkt w bardziej przystępnej cenie, a nowy asortyment będzie maksymalnie spełniać ich oczekiwania.  Możliwe, że w najbliższym czasie właśnie branża retail będzie dyktować globalne trendy konsumenckie, a środek ciężkości przeniesie się od producentów do sprzedawców detalicznych.

  • Nowy poziom interakcji z nabywcą

Wielopłaszczyznowa analiza zachowania nabywcy i historii jego zakupów umożliwia sformułowanie najbardziej precyzyjnych zaleceń i oferowanie najodpowiedniejszych produktów.  To z kolei zwiększa lojalność klientów i przyjemność z zakupów. Dla przykładu – amerykańska sieć supermarketów Target opracowała mechanizm rozpoznawania kobiet w ciąży, analizujący ich regularne zakupy i wykazujący niewielkie, ale charakterystyczne zmiany. Jednym z sygnałów było to, że kobieta zaczęła kupować witaminy, środki higieny intymnej lub środki czystości bez zapachu. Ponadto, w oparciu o analizę dużej liczby danych dotyczących zakupów kobiet w ciąży, Target mogło określić przewidywany termin porodu. Dzięki tej szczegółowej analizie klientów sieć skutecznie targetowała reklamę, rozumiejąc realne potrzeby kobiet w danym okresie.

  • Optymalizacja wydatków i obniżenie kosztów własnych

Możliwość śledzenia trendów, popytu, potrzeb oraz aktywności konkurencji w czasie rzeczywistym zapewnia detalistom informacje, które nie są oparte na założeniach, ale na realnym stanie rzeczy. Dzięki temu firmy mogą szybciej podejmować decyzje o wielkości zamówień, skutecznie zarządzać łańcuchem dostaw, co z kolej obniża koszty nabycia i przechowywania towaru, a zatem – koszty własne i marżę.

Już dziś na podstawie tych wszystkich danych firmy mogą z dużą dokładnością przewidzieć, co klient będzie kupował dzisiaj, za tydzień, lub za pół roku. Upowszechnienie się analiz Big Data umożliwi  jakościową zmianę całego biznesu – zaczynając od optymalizacji zakupów i kończąc sposobie tworzenia reklam i ustalania cen towarów. Będzie to korzystne dla obu stron – zarówno kupujących, jak i sprzedawców. Sprzedawcy nie będą marnować miejsca w magazynach i półkach na towar, którego prawdopodobieństwo zakupu którego jest niskie,  będą mogli lepiej targetować reklamę oraz zrozumieją, jakie towary muszą posiadać, by zaspokoić popyt. Klienci natomiast będą lojalni wobec tych sprzedawców, których najbardziej korzystne ceny zostaną połączone z dobrze przemyślanym asortymentem i właściwą reklamą. Dostępne dzisiaj technologie Big Data w połączeniu z psychometrią mogą dać branży retail to, czego potrzebuje najmocniej – zrozumienie jakie są realne potrzeby klienta, zanim on sam je sobie uświadomi.

Autor: Valentyn Kropov, Delivery Director w SoftServe

[1] https://www.cmu.edu/news/stories/archives/2017/july/computer-reads-body-language.html

[2] https://jda.com/knowledgea-center/press-release/jda-pwc-survey-says-retail-ceos-making-digital-transformation-their-highest-investment-priority

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., a wynik finansowy netto wyniósł 95,9 mld zł. Inwestycje natomiast spadły o 1 proc. r/r (ceny stałe) – podał GUS.

Wyniki finansowe przedsiębiorstw średnich i dużych (50+) były po trzech kwartałach 2017 r. porównywalne z 1. połową roku, czyli dobre. Przychody wzrosły o 9,4 proc. r/r (nominalnie). Koszty wzrosły dokładnie w takim samym stopniu. Rentowność obrotu netto była jednak niższa niż po 6. miesiącach, bo 4,6 proc. (a nie 4,9 proc.). Płynność finansowa była ciągle wysoka (ponad 36 proc.). Wynik finansowy netto osiągnął poziom 95,9 mld zł, czyli 7 mld zł więcej niż w tym samym okresie 2016 r. Przybyło eksporterów (o ponad 250 firm), a przychody ze sprzedaży na eksport wzrosły o 10,7 proc. Co prawda nieco spadł odsetek firm, które osiągnęły zysk, ale nieznacznie.

Należałoby powiedzieć – oby tak dalej. Niestety, 7. kwartał z rzędu inwestycje przedsiębiorstw spadają. Po 9. miesiącach 2017 r. były one niższe o 1 proc. r/r. Wydaje się, że to niedużo. Jeśli jednak w 2016 r. spadły one o 13,2 proc. w stosunku do 2015 r., a teraz przez wszystkie trzy kwartały wolniej, ale ciągle spadają, to jest się czym martwić.

Wzrostu PKB na poziomie 4,7 proc. w 3. kwartale 2017 r. cieszy. Ale aby utrzymać wzrost gospodarczy na poziomie ok. 4 proc. w okresie dłuższym niż najbliższe 2-3 kwartały potrzebne są inwestycje. Część firm zdaje sobie z tego sprawę, bo np. w sektorze transport i gospodarka magazynowa inwestycje wzrosły o 18,6 proc. r/r (w cenach bieżących; ale po silnych spadkach w 2016 r.), w handlu – o ponad 15 proc., w informacji i komunikacji – o prawie 11 proc. Inwestycje wzrosły także w przetwórstwie przemysłowym, ale dość „skromnie”, bo o 3,3 proc. (w tym samym okresie 2016 r. wzrost ten wyniósł 6,1 proc.).

Natomiast nakłady na inwestycje spadły silnie w górnictwie i wydobywaniu (o prawie 20 proc. r/r) oraz firmach z sektora wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę (o ponad 18 proc. r/r). W obu tych sektorach gospodarki absolutna większość firm, to przedsiębiorstwa w których (współ)właścicielem jest Skarb Państwa. I oba te sektory w sposób coraz bardziej potrzebują wzrostu inwestycji. I to wielomiliardowego wzrostu nakładów na inwestycje.

Według premiera Morawieckiego inwestycje w gospodarce (w sektorze prywatnym i publicznym łącznie) wyniosą w 2017 r. 355-360 mld zł. To i tak niestety mniej niż wyniosły one w 2015 r., gdy wyniosły one 361,5 mld zł (nominalnie). Czyli w 2017 r. nie uda się osiągnąć poziomu nakładów na inwestycje z 2015 r.

Nie chodzi oczywiście o to, aby „ścigać” się z wynikami osiąganymi w latach poprzednich, ale o to, że polska gospodarka i przedsiębiorstwa w niej działające potrzebują inwestycji. Stopień wykorzystania mocy wytwórczych jest bardzo wysoki (ponad 80 proc.), podaż pracy wyczerpuje się. A świat cyfryzuje się, robotyzuje i inwestuje w ekologię.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Leasing online? Siemens Finance uruchamia platformę dla e-sklepów

Firma Siemens Finance uruchomiła usługę SimplyLease. Dzięki niej sklepy internetowe będą mogły oferować swoim klientom zakup sprzętu finansowanego leasingiem. Firma rozpoczęła właśnie program pilotażowy z siecią RTV EURO AGD. Dla osób posiadających podpis elektroniczny, przewidziano z kolei leasing potwierdzany za pomocą jednego kliknięcia myszką.

SimplyLease to usługa skierowania do sklepów internetowych, które chcą dać swoim klientom możliwość finansowania zakupów leasingiem. Poprzez platformę klienci e-sklepów posiadający własną firmę mogą sfinansować zakup urządzeń o wartości od 1000 do 30 000 zł. Docelowo cała procedura wzięcia leasingu, także podpisanie umowy, ma odbywać się drogą elektroniczną.

Małe firmy pokochały leasing

Leasing to jedna z najszybciej rozwijających się form finansowania inwestycji w firmach. Polega na sfinansowaniu przez leasingodawcę sprzętu, za który przedsiębiorca płaci określoną ratę przez okres obowiązywania umowy. Według danych Związku Polskiego Leasingu, ta forma finansowania rok do roku jest coraz bardziej popularna. Obecnie wartość całego rynku to już niemal 50 mld zł, a średnioroczne tempo wzrostu od 2012 roku przekracza 15 proc. Co istotne, aż 71 proc. usług firm leasingowych, jest kierowane do mikro, małych i średnich firm. – Dla kogoś, kto prowadzi działalność gospodarczą i potrzebuje sfinansować zakup sprzętu niezbędnego do rozwoju jego biznesu, leasing to najkorzystniejsze rozwiązanie. Nie musi angażować własnych pieniędzy, a faktury za raty leasingowe w całości rozlicza jako koszty. Usprawnienie tego procesu przez wprowadzenie leasingu online to kolejne ułatwienie dla firm – mówi Cezary Zbierzchowski, kierownik zespołu e-commerce w Siemens Finance, odpowiedzialny za wdrożenie platformy SimplyLease.

Według ekspertów jednym z powodów wzrostu rynku jest coraz większa digitalizacja oraz wdrażanie nowych technologii w usługach leasingowych. Przykładem jest możliwość wzięcia leasingu online. Jak podkreśla Cezary Zbierzchowski, to opcja, która w najbliższym czasie będzie odgrywała coraz większe znaczenie. – Z naszych badań wynika, że niemal co 2 firma zatrudniająca do 9 pracowników, robi zakupy przez internet. Co 4 z kolei jest zainteresowana leasingiem online – podkreśla ekspert.  To właśnie z myślą o takich firmach Siemens Finance postanowił wprowadzić na rynek platformę SimplyLease – usługę skierowaną do sklepów internetowych, dzięki której będą one mogły zaproponować swoim klientom leasing urządzeń przez internet. Jak podkreśla Zbierzchowski, decyzja leasingowa będzie dostępna już w 15 minut po złożeniu internetowego wniosku.

Kupno komputera nigdy nie było tak proste

Co wyróżnia usługę? Twórcy zapowiadają, że SimplyLease będzie najbardziej zaawansowanym technologicznie rozwiązaniem na rynku. Docelowo cała procedura – od złożenia wniosku do podpisania umowy – ma odbywać się za pośrednictwem internetu. – Do tej pory, nawet w przypadku „leasingu online”, konieczne było podpisanie papierowej wersji umowy w obecności kuriera. Następnie dokument trafiał do weryfikacji leasingodawcy. Naszym celem jest zrewolucjonizowanie tego procesu – mówi Cezary Zbierzchowski. – Nawiązaliśmy współpracę z Autenti, polską firmą zajmującą się autoryzacją dokumentów przez internet. Dzięki temu już na początku przyszłego roku, kupujący będą mogli potwierdzić umowę podpisem elektronicznym. W takim przypadku decyzja o przyznaniu leasingu jest końcem procedury przyznania finansowania – zaznacza.

Jak jednak zapewnia Tomasz Plata, współzałożyciel Autenti, to jeszcze nie koniec. – Kolejnym etapem będzie opracowanie rozwiązania, dzięki któremu ominięty zostanie etap podpisywania drukowanych dokumentów dla wszystkich klientów – podkreśla. Kiedy to będzie możliwe? – Dążymy do sytuacji, w której kupujący w ciągu zaledwie kilku minut od rozpoczęcia zakupów online podpisze umowę leasingową i zamówi przesyłkę towaru. To realna perspektywa najbliższego roku, maksymalnie dwóch. Nie wszystko zależy od technologii, ale patrząc na tempo cyfrowej rewolucji wierzę że przełom, także w decyzjach regulatorów, nastąpi już niedługo – dodaje.

Leasing vs kredyt

Jakie warunki trzeba spełnić, aby uzyskać leasing w SimplyLease? Tak naprawdę jedynym wymogiem koniecznym do złożenia wniosku jest prowadzenie działalności gospodarczej od co najmniej roku. Przychody czy koszty firmy nie wpływają na możliwość złożenia wniosku.

– Zaletą SimplyLease, oprócz łatwych i szybkich procedur uzyskania leasingu, jest także elastyczność oferty. Osoba, która chce na przykład kupić laptop do biura, sama określa wartość wstępną oraz wartość wykupu urządzenia. Okres finansowania za pomocą leasingu zależy z kolei od rodzaju sprzętu i jego stawki amortyzacji. Dla sprzętu IT jest to minimum 16 miesięcy, a na przykład dla projektorów multimedialnych – 48 miesięcy. Na życzenie klienta możemy ten okres wydłużyć o kolejne 12 miesięcy – mówi Cezary Zbierzchowski.

Obecnie usługa SimplyLease dostępna jest w kilku sklepach oferujących sprzęt IT. Od kilku dni trwa także pilotaż platformy w sklepie internetowym sieci RTV Euro AGD, gdzie za pomocą leasingu można sfinansować zakup laptopa, smartfona, aparatu fotograficznego i drona. Przedstawiciele firmy zapewniają, że w najbliższym czasie możliwość wzięcia leasingu online pojawi się w kolejnych dużych sklepach z artykułami RTV i AGD.

Złoty silniejszy. Kurs euro testuje wsparcie na 4,22

Niższa od założeń podaż obligacji na aukcji MF przyczynia się do spadku rentowności skarbowych papierów wartościowych. Złoty silniejszy. Kurs EURPLN testuje wsparcie na 4,22.

Rynek stopy procentowej

Na globalnym rynku stopy procentowej zmienność pozostaje ograniczona w tym tygodniu, jednak po raz kolejny nastroje wskazywały na lekką korektę spadkową rentowności obligacji. W Stanach Zjednoczonych doszło do dalszego wypłaszczenia krzywej dochodowości, gdzie spread pomiędzy papierami 10-letnimi a 2-letnimi spadł poniżej 60 pb, najniżej od blisko 10 lat.  Krótki koniec krzywej dochodowości w USA jest wypychany w górę wraz z oczekiwaniami na podwyżkę stóp procentowych w grudniu oraz przez koncentrację na sprzedaży obligacji z krótszym terminem zapadalności przez Departament Skarb. Z kolei papiery z dłuższymi terminem do wykupu wciąż nie otrzymują odpowiedniego wsparcia wraz z umiarkowanymi oczekiwaniami inflacyjnymi.

W strefie euro również doszło do przesunięcia krzywej dochodowości w dół, jednak nie były to duże ruchy, w większości przypadków nieprzekraczające 3pb. Taka reakcja oznacza, że kryzys polityczny w Niemczech, gdzie doszło do fiaska rozmów koalicyjnych w sprawie utworzenia rządu na razie nie wpływa istotnie na notowania instrumentów dłużnych. Jest to odmienna sytuacja niż jaka miała miejsce przed wyborami we Francji czy Holandii, kiedy rósł popyt na aktywa bezpiecznej przystani.

W dół (o około 2pb na całej długości) przesunęła się również krzywa dochodowości w Polsce. Czynnikiem który kierował takim ruchem (oprócz wydarzeń zagranicznych), była informacja na temat podaży na czwartkowym przetargu. Ministerstwo Finansów zaoferuje papiery serii OK0720, WZ1122, PS0123, DS0727 oraz WZ0528 za łączną kwotę 4 mld PLN. Oznacza to, że planowana sprzedaż została zredukowana z wcześniejszego przedziały od 4 do 8 mld PLN, co wsparło popyt na polskie obligacje i kierowało obniżeniem się ich rentowności. Przed czwartkową aukcją, Ministerstwo Finansów uzyskało również dodatkowe środki płynące z emisji 2-letnich papierów denominowanych w euro (kupon zmienny 45pb powyżej EURIBOR 3M), które zostały sprzedane w formule private placement za kwotę 300 mln EUR. Po przeprowadzeniu transakcji zabezpieczającej, osiągnięto rentowność na poziomie -0,15%, dla porównania, kiedy w październiku ubiegłego roku sprzedano papiery 2-letnie w podobnej formule (o stałym kuponie) ich rentowność wyniosła -0,06%.

W dalszym ciągu w trendzie wzrostowym znajduje się spread polskich instrumentów dłużnych nad węgierskimi, gdzie w sektorze 10-letnich swapów przekroczył już 110pb. Taka reakcja rynku spowodowana jest wciąż bardzo łagodną polityką monetarną prowadzoną przez Narodowy Bank Węgier. W środę węgierskie władze monetarne co prawda utrzymały główną stopę procentową na poziomie 0,90%, jednak wprowadzone zostały kolejne niekonwencjonalne narzędzia łagodzące politykę banku. Dla instytucji finansowej będą dostępne dodatkowe instrumenty płynnościowe w postaci 5- i 10-letnich swapów (wartość w Q1 2018 wyniesie 300mld HUF). Ponadto NBH zamierza również skupować hipoteczne listy zastawne o terminie zapadalności nie niższym niż 3 lata (szczegóły programu zostaną podane w grudniu).

Kurs EURPLN testuje wsparcie na 4,22

Autor:Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Wtorek przyniósł umocnienie złotego. Choć kurs EURPLN przez większą część dnia notowany był w miesięcznym przedziale wahań pomiędzy 4,22-4,25 (oscylując w okolicach 4,23), to już podczas handlu w USA chwilowo zszedł w okolice 4,215. Najwyraźniej złotego w górę pchnęła siła skumulowanych pozytywnych informacji gospodarczych, jakie w ostatnich dniach docierały do inwestorów (m.in. dot. zatrudnienia i wynagrodzenia w przedsiębiorstwach oraz październikowych dynamik produkcji przemysłowe i sprzedaży detalicznej). W piątek do kompletu dojdzie jeszcze publikacja październikowej stopy bezrobocia i tu też oczekuje się pozytywnych wyników. Generalnie, bardzo dobry początek kwartału sugeruje, że dynamika PKB w 4Q17 utrzymuje się blisko poziomu odnotowanego w 3Q17 rzędu 4,7% (dane wstępne).  W tej sytuacji negatywne czynniki globalne, które mogą w kolejnych dniach ponownie dać o sobie znać (presja na umocnienie dolara), chwilowo schodzą na drugi plan.

Fed podtrzymuje, że jest nadal w pełni gotowy na kolejne podwyżki stóp w tym i w następnym roku, a dodatkowo spodziewamy się, że taki scenariusz potwierdzą J. Yellen w zaplanowanym na środę wystąpieniu w nowojorskiej Stern Business School oraz opublikowany również tego samego dnia protokół z ostatniego posiedzenia FOMC. W przededniu Święta Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych pojawią się też dane o zamówieniach na dobra trwałe oraz dot. indeks Uniwersytetu Michigan, które również powinny przemawiać na korzyć dolara prowokując powrót EURPLN do 4,23.

Dolara do euro wspierać będą nie tylko dane, ale też nadal słaba obecnie sytuacja polityczna w Niemczech. W poniedziałek prezydent Niemiec podjął mediacje z potencjalnymi koalicjantami, a przedłużająca się niepewność będzie osłabiać euro. Obecne euro notowane jest w okolicach 1-tygodniowych minimów, zmierzając względem dolara w kierunku wsparcia na 1,17. Presja na osłabienie wspólnej waluty może wyraźnie wzrosnąć, gdyby w wyniku tej nieoczekiwanej sytuacji politycznej w Niemczech stanowisko A. Merkel jako kanclerz Niemiec stało się zagrożone.

Pretekstem do dalszego umocnienia dolara mogą też być doniesienia polityczne z USA dot. prac nad ustawą podatkową, a dokładnie ich brak. Kongres USA ma w tym tygodniu świąteczną przerwę, co oznacza brak negatywnych informacji. Deputowanych czeka jednak pracowity okres, Republikanie walczą bowiem z czasem, aby do końca roku przegłosować reformę. Zakłada się, że pomimo obecnego braku porozumienia zmiany fiskalne wejdą w życie wspierając amerykański wzrost gospodarczy, a tym samym dolara. Ponadto, Janet Yellen poinformowała prezydenta Trumpa, że zamierza odejść z zarządu Rezerwy Federalnej po opuszczeniu fotela prezesa w lutym 2018 roku (mandat prezes FOMC, jako członka zarządu Fed upływał dopiero 31 stycznia 2024 r.). Prezydent Trump będzie miał zatem wolną rękę w doborze praktycznie całego zarządu Fed i jeśli zechce może nominować bardziej jastrzębich decydentów. Jest to kolejny impuls dla dolara i minus dla notowań złotego.

Nadal „gołębio” mówi też prezes EBC. W Parlamencie Europejskim M. Draghi powtórzył, że duża skala wsparcia monetarnego w strefie euro jest nadal konieczna, by inflacja wróciła do celu. W czwartek EBC opublikuje protokół z październikowego posiedzenia, który swym wydźwiękiem powinien również wspierać dolara kosztem euro.

Patrząc na waluty, sytuacja na parach związanych z PLN nie ulega na razie istotnym zmianom. W dalszym ciągu na USDPLN, GBPPLN widoczna jest konsolidacja, co można traktować, jako przygotowanie pod ruch w górę. Również CHFPLN oraz EURPLN pozostają w ramach szerszego układu konsolidacyjnego, ale i te pary najprawdopodobniej czeka raczej wzrost niż pogłębienie spadku w perspektywie końca roku.

Złoty silniejszy. Kurs EURPLN testuje wsparcie na 4,22

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Światowe giełdy na zielono

Drugi dzień z rzędu na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. Wzrosty napędzają głównie akcje spółek technologicznych. Hongkoński indeks Hang Seng po raz pierwszy od 10 lat przekroczył poziom 30 tysięcy punktów. Sporo zyskały także indeksy w Japonii, Chinach, Singapurze, na Tajwanie oraz w Australii. Wzrosty na giełdach azjatyckich przeniosły się do Europy, a potem na Wall Street i na inne giełdy obu Ameryk. Podobnie było w Polsce, gdzie najsilniej zyskał WIG 20, który w ciągu trzech ostatnich sesji łącznie wzrósł o 3,2%.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do głównych walut światowych: do euro (-0,1%), brytyjskiego funta (-0,06%), dolara kanadyjskiego (-0,34%), dolara australijskiego (-0,29%) oraz japońskiego jena (-0,33%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,175, GBP/USD – 1,326, USD/CAD – 1,276, AUD/USD – 0,757 i USD/JPY – 112,1. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,2%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,887. Złotówka zyskuje do głównych walut. W środę rano dolar kosztuje 3,59 zł, euro – 4,22 zł, funt – poniżej 4,76 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,63 zł.

Giełdy: We wtorek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,3%, frankfurcki indeks DAX – 0,83%, a paryski indeks CAC 40 – 0,48%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,65%, meksykański indeks Bolsa – o 0,69%, a brazylijski indeks Bovespa – o 1,58%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,48%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,59%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 0,64%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej znowu idzie w górę. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 62,57 USD (+0,56%), a ropy WTI – 56,83 USD (+0,72%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 65 USD. Także cena złota po wcześniejszych spadkach idzie w górę. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1282 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 13:00 – USA – Wnioski o kredyt hipoteczny, tydzień
  • 14:00 – Polska – Wskaźniki koniunktury konsumenckiej, listopad
  • 14:00 – Polska – Wskaźniki koniunktury gospodarczej, listopad
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), październik (prognoza 0,3%)
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), październik (prognoza 0,5%)
  • 14:30 – USA – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, tydzień  (prognoza 240 tys.)
  • 16:00 – USA – Indeks Uniwersytetu Michigan, listopad (prognoza 98 pkt.)
  • 20:00 – USA – Protokół z posiedzenia FOMC, listopad

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Za granicą u lekarza – czasami to nieuniknione

Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego daje podstawę do uniknięcia dużych wydatków w razie problemów ze zdrowiem i potrzeby skorzystania z pomocy medycznej za granicą. Jednak nie wszędzie i nie w każdym wypadku EKUZ gwarantuje ochronę przed kosztami leczenia.

Chwile, w których dopada nas choroba, zasadniczo dzielą się na niepomyślne i bardzo niepomyślne. Pobyt za granicą z co najmniej kilku względów uwypukla mankamenty zdrowotnych przypadłości. Bez szans na szybką wizytę u zaufanego lekarza rodzinnego, z dala od domu, pełni obaw o kaliber schorzenia i osłabieni przez np. gorączkę możemy odczuć dodatkową niepewność, a chorobowe bóle znosić z nadszarpniętą odpornością.

Istnieje też prawdopodobieństwo, że w całym strapieniu do głosu dojdą myśli o nieplanowanych, acz koniecznych wydatkach. Ceny wizyty u lekarza oraz medykamentów w obcym kraju mogą znacznie przewyższać te, do których przywykliśmy w polskich realiach. A przecież w pesymistycznej wersji wydarzeń i przy poważniejszych dolegliwościach nie należy wykluczać hospitalizacji.

112 w każdym kraju UE

Gdy zdarzy się wypadek, pomoc medyczną w nagłej i naprawdę pilnej potrzebie najszybciej i najprościej wzywa się, telefonując pod nr 112. W większości europejskich państw operatorzy, którzy przyjmują zgłoszenia i wezwania o pomoc, rozmawiają po angielsku i łączą ze służbami ratunkowymi – m.in. z pogotowiem ratunkowym. Ale mogą także skorzystać z systemu lokalizacji rozmówcy, gdy sytuacja tego wymaga.

Połączenia ze 112 są bezpłatne w całej Unii Europejskiej, a numer można wybrać nawet wtedy, gdy w telefonie czy smartfonie brakuje karty SIM.

Dodatkowa karta w portfelu

Jeżeli podróżujemy po państwach Unii Europejskiej lub zrzeszonych w Europejskim Stowarzyszeniu Wolnego Handlu (Islandia, Liechtenstein, Norwegia, Szwajcaria), wielu zmartwień związanych z formalnościami związanymi z korzystaniem z pomocy medycznej da się uniknąć z Europejską Kartą Ubezpieczenia Zdrowotnego.

Indywidualny i bezpłatnie wydawany dokument (w Polsce przez Narodowy Fundusz Zdrowia) potwierdza prawo do korzystania z państwowej opieki medycznej. Ponieważ jednak w unijnych krajach obywatelom przysługują różne przywileje medyczne, to posiadanie i okazywanie EKUZ: “…umożliwia pacjentom dostęp do opieki zdrowotnej i ew. zwrotu poniesionych kosztów na takich samych zasadach, jakie są stosowane wobec obywateli kraju, który odwiedzasz.” – informuje oficjalny portal Unii Europejskiej.

Pieniądze można odzyskać

Załóżmy zatem, że Polak, objęty powszechnym ubezpieczeniem i wyposażony w EKUZ, rozchorował się, przebywając w innym kraju. Jeżeli tam obywatelom przysługuje darmowy dostęp do służby zdrowia, nasz rodak także nie zapłaci za wizytę u lekarza. Gdyby natomiast okazało się, że odpłatność jest wymagana, to karta przyda się przy ubieganiu się o zwrot kosztów. Przy czym wysokość zwrotu będzie zgodna z tym, co stanowią przepisy kraju, w którym pacjent skorzystał z pomocy lekarskiej.

Jak w praktyce należy rozpocząć procedurę odzyskiwania pieniędzy wydanych na usługi medyczne? Otóż w każdym unijnym państwie działa co najmniej jeden punkt informacyjny, gdzie zgłaszający dowie się, jak ubiegać się i uzyskać zwrot kosztów. W Polsce taką pomoc świadczy Krajowy Punkt Kontaktowy (KPK) ds. Transgranicznej Opieki Zdrowotnej, który działa przy centrali Narodowego Funduszu Zdrowia. I jeśli np. obywatela Polski choroba zmogła, gdy przebywał w zagranicznej podróży i musiał tam zapłacić za wizytę u lekarza i lekarstwa, to po powrocie do kraju zgłasza się właśnie do KPK, ale może także skorzystać z pomocy jednego z wojewódzkich oddziałów NFZ. Jeśli spełni wszystkie formalności, odzyska pieniądze, a w każdym razie… “Fundusz zwróci taką kwotę, jaką wydałby, refundując konkretne świadczenia w kraju.” – zapewnia Ministerstwo Zdrowia na stronie mz.gov.pl. Z zapisu i dalszych doprecyzowań wynika, że czasami pacjentowi przyjdzie pokryć różnicę z własnej kieszeni, o ile świadczenie, za które zapłacił za granicą, okaże się droższe niż stawki wg wyceny NFZ.

Aby w ogóle ubiegać się o zwrot kosztów leczenia, trzeba zadbać o rachunek z opisem wystawiony przez zagraniczną lecznicę oraz potwierdzenie zapłaty. Następnie wypełnia się wniosek, należy przy tym pamiętać, by nie przekroczyć 6-miesięcznego terminu, liczonego od dnia wystawienia rachunku – przestrzega Ministerstwo Zdrowia. Ważny warunek konieczny: wniosek wraz z resztą dokumentów Fundusz rozpatruje tylko wtedy, gdy zostanie wysłany pocztą tradycyjną.

Jeśli to nie był przymus, tylko wybór

Inaczej wygląda sytuacja ludzi, którzy decydują się na leczenie za granicą, mimo że nie zmusza ich do tego nagłe pogorszenie się stanu zdrowia. Ktoś, kto po prostu woli skorzystać z diagnozy specjalisty lub decyduje się na zabieg w zagranicznym ośrodku medycznym, również może liczyć na zwrot poniesionych kosztów. Tu jednak do wyliczanki warunków dochodzi skierowanie. O ile lekarz podstawowej opieki medycznej wystawi dokument zalecający dalszą terapię u specjalistów, można szukać pomocy za granicą, a po tym w Polsce starać się o wyrównanie wydatków. Nie jest istotne, czy skierowanie pochodzi od lekarza rodzinnego z Polski, czy też zalecenie wydał medyk w innym kraju. Klucz do starania się o zwrot kosztów tkwi w tym, by przedstawić Funduszowi taki dokument oraz ew. recepty, zalecenia na zakup wyrobów medycznych czy też transport sanitarny.

Formalnościom nie należy się dziwić, ponieważ państwa przeznaczają na ochronę zdrowia pokaźne kwoty. – Zgodnie z danymi Eurostatu, niestety najświeższe dostępne są za 2015 r., najwięcej w UE w przeliczeniu na osobę wydaje Luksemburg – ok. 5557 euro. Jeżeli jednak porównamy całkowite wydatki na ochronę zdrowia do PKB, to na czoło wysuwają się Niemcy ze stosunkiem 11 proc. wydatków na ochronę zdrowia do PKB – przedstawia Bartosz Grejner, analityk rynkowy serwisu Cinkciarz.pl. – W przypadku obu zestawień, czołowe miejsca w Europe zajmują kraje rozwinięte, natomiast kraje wschodnie UE plasują się w ogonie obu zestawień. W Polsce na ochronę zdrowia w 2015 r. państwo przeznaczyło średnio 684 euro na osobę, czyli prawie dziewięć razy mniej niż w Luksemburgu i sześć razy mniej niż w Niemczech. Mniej niż w Polsce, według Eurostat, wydawały średnio tylko Rumunia, Bułgaria oraz Łotwa – dodaje analityk serwisu Cinkciarz.pl.

Bez EKUZ sprawa wcale nie jest przegrana

Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego ułatwia procedury zarejestrowania się na lekarską wizytę w obcym kraju oraz odzyskiwanie opłat, ale czasami bywa bezużyteczna. Np. wtedy, gdy skorzystamy z pomocy w prywatnym szpitalu.

Brak Karty nie przekreśla jednak dostępu do opieki medycznej w trakcie pobytu za granicą, ani też do starania się o zwrot kosztów, o ile oczywiście pacjent płaci podstawową składkę na ubezpieczenie zdrowotne w kraju, w którym mieszka na stałe.

Po powrocie do domu i po przedstawieniu rachunków można odzyskać – częściowo lub w całości – wydane na leczenie pieniądze. W innym wypadku, kiedy pacjent woli uniknąć zapłaty w obcej walucie za usługę medyczną, lecz jednocześnie nie może zwlekać z leczeniem, rozwiązanie może polegać na prośbie do NFZ o przesłanie faksem lub pocztą elektroniczną dowodu ubezpieczenia zdrowotnego. Adresatem przesyłki byłby np. zagraniczny szpital, w którym pacjent czeka na zabieg. Taki sposób nie sprawdzi się jednak we wszystkich krajach i nie w każdym przypadku.

“Jeśli nie masz Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego lub nie możesz z niej skorzystać (np. w prywatnym szpitalu), placówka medyczna nie może odmówić Ci opieki. Jednak przed odbyciem leczenia możesz zostać poproszony o dokonanie zapłaty – po powrocie do swojego kraju będziesz mógł ubiegać się o zwrot poniesionych kosztów.” –  określa oficjalny portal Unii Europejskiej.

Dodatkowe ubezpieczenie – wydatek, ale i poczucie bezpieczeństwa

Ponieważ EKUZ nie gwarantuje bezkosztowego dostępu do wszelkiego typu usług medycznych, przed zagraniczną podróżą warto rozważyć inne formy ubezpieczeń. Np. na krótki zimowy urlop przydatna może się okazać dodatkowa polisa dla narciarzy. Wiele polis obejmuje nie tylko wydatki na leczenie, ale także na akcję ratowniczą, dodatkowe noclegi, transport do domu oraz ew. zniszczenia sprzętu. Zaleta polega także na tym, że zakres ważności polisy, w zależności od decyzji i wyboru ubezpieczonego, może wykraczać poza kraje Unii i Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (ang. skrót EFTA), które honorują EKUZ.

Polisy turystyczne na krótsze i dłuższe wyjazdy znajdują się w ofertach wszystkich najpopularniejszych towarzystw ubezpieczeniowych. Bywają dostępne online przez 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu, formalności załatwia się w kilka minut, a cena najczęściej nie przekracza kilku złotych za dzień. Tymczasem bez dodatkowej polisy i bez EKUZ choćby kilkudniowy pobyt w zagranicznym szpitalu może się wiązać z ogromnym rachunkiem. W niektórych unijnych krajach nawet okaziciel Karty musi się liczyć z dopłatą w wysokości ok 10-20 euro za dobę hospitalizacji.

Wyprzedaż NZDUSD i AUDUSD tylko w części uzasadniona…

Ostatnie trzy miesiące nie były zbyt łaskawy dla antypodów. W stosunku do dolara amerykańskiego największym przegranym (dla banku centralnego wygranym) jest NZD, który osłabił się o ponad 6 procent, natomiast AUD stracił 4.27 procenta. Na drugim końcu znajduje się osamotniony funt brytyjski z 3.30 proc. zyskiem, natomiast euro jest na znikomym plusie.

USD 3m performance

Źródło: Finviz

Antypody straciły na wartości i to bez przyczyny. Po pierwsze inwestorzy uświadomili sobie, że banki centralne tych państw ani myślą o podwyżce kosztu pieniądza. Zarówno pierwszej jak i drugiej walucie ciążyły czynniki polityczne, które doprowadziły do ich deprecjacji. Aczkolwiek nas interesuje bardziej przyszłość, co będzie dalej z NZD i AUD? Czy zobaczymy dalszą deprecjację tych walut? Czy jest to w jakikolwiek sposób uzasadnione?

Spójrzmy na notowania metali przemysłowych. Na grafice zamieszczonej poniżej przedstawiono notowania AUDUSD (linia biała), NZDUSD (linia żółta) oraz notowania metali przemysłowych (linia zielona).

nzduusd audusd i surowce

Źródło: Bloomberg

Jak widać na zamieszczonym obrazku ostatnia wyprzedaż par surowcowych nie miała związku z deprecjacją metali przemysłowych. Zatem patrząc jedynie na tą grafikę możemy dojść do wniosku, że obecna wyprzedaż powinna się już zatrzymać i czas na powrót do wzrostów. Aczkolwiek tak jak wcześniej zostało napisane, musimy spojrzeć na sytuację na rynku obligacji.

AUDUSD – spread obligacji AUD i USD

audusd spread obligacji

Źródło: Bloomberg

Analizując kurs walutowy AUDUSD oraz spread 10-letnich obligacji australijskich i amerykańskich wyprzedaż okazała się słuszna. Ponadto gdybyśmy brali jedynie tą zmienną pod uwagę, to musimy powiedzieć, że powinna być kontynuowana. Aczkolwiek notowania surowców przemysłowych ją wyhamowały.

NZDUSD – spread obligacji NZD i USD

nzdusd spread obligacji

Źródło: Bloomberg

Sytuacja na NZDUSD oraz spreadzie 10-letnich obligacji Nowej Zelandii oraz Stanów Zjednoczonych jest podobna jak na AUDUSD. Z tym, że ostatnia wyprzedaż NZD była tak samo mocna jak spadek przewagi rentowności obligacji NZD na rzecz USD, zatem jest to para, która ma większy potencjał do zakończenia dalszej wyprzedaży.

NZDUSD, AUDUSD – analiza techniczna

Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy

Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym pary walutowej NZDUSD zostało przebite wsparcie 0.682-0.688. Warto zauważyć, że wspomniany poziom został przebity bardzo mocną tygodniową świeczką, ale na tym się zakończyły. Gdyby doszło do dalszej wyprzedaży, to być może kurs przetestuje linie wsparcia wyrysowaną po ostatnich minimach. Niemniej jednak dalsza deprecjacja NZDUSD nie powinna być już tak dynamiczna jak wcześniej. Jednym z większych zagrożeń dla tego scenariusza są metale przemysłowe, na których też może dojść do korekty.

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Sytuacja na AUDUSD wygląda nieco inaczej. Z jednej strony mamy przebicie mocnego wsparcia 0.766-0.773, dzięki temu strona sprzedająca otworzyła sobie drogę do poziomu 0.748. Gdyby ten poziom został pokonany, to kolejnym celem mógłby okazać się poziom 0.7333-0.738. Zatem mamy dosyć niejasną sytuację. Z jednej strony surowce powinny pozytywnie oddziaływać na AUD a z drugiej mamy niską rentowność obligacji. Aczkolwiek w długim terminie drogie surowce powinny zmienić stanowisko banku centralnego Australii, co pozytywnie wpłynęłoby na notowania AUDUSD.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Nawet co trzeci polski internauta zrobi zakupy w e-sklepach podczas Black Friday 2017

Wyprzedażowa gorączka przenosi się do Internetu. Jak szacuje firma Picodi, podczas zeszłorocznego Czarnego Piątku nawet co trzeci internauta w Polsce zrobił zakupy w sieci. Z kolei według danych zebranych przez Adobe, wartość sprzedaży online podczas Black Friday w 2016 r. w USA po raz pierwszy przekroczyła 3 mld dolarów i w stosunku do roku poprzedniego wzrosła o ponad 20 proc. Wiele wskazuje na to, że w tym roku w trakcie listopadowych wyprzedaży mogą paść kolejne rekordy. Czy tak się ostatecznie stanie, zależy m.in. o tego, czy  właściciele sklepów internetowych dadzą się zaskoczyć wzmożonym ruchem w sieci i czy serwisy sprzedażowe wytrzymają masową ilość zamówień składanych za pośrednictwem Internetu.

Jeśli na wyprzedaże, to tylko do sklepu internetowego

Według danych zebranych przez Adobe, wartość sprzedaży online podczas Black Friday w Stanach Zjednoczonych w 2016 r. po raz pierwszy przekroczyła poziom 3 mld dolarów (3,34 mld dol.) i w porównaniu do Czarnego Piątku 2015 wzrosła o ponad 20 proc. Z kolei jak podaje Picodi, w trakcie Black Friday 2016 zakupy w sieci mogło zrobić nawet 35 proc. wszystkich polskich internautów, czyli aż 9,3 mln osób[1].

– Obserwujemy rosnącą rolę kanałów online w okresie wyprzedaży. Według RetailNext, w okresie Święta Dziękczynienia i następującego po nim Black Friday, sprzedaż w sklepach tradycyjnych w USA spadła o 5 proc., a wartość zawieranych transakcji z kolei zmalała o 8 proc. Skalę tego zjawiska najlepiej obrazuje niższa frekwencja podczas jesiennych promocji w sklepach stacjonarnych najbardziej rozpoznawalnych marek. Przykładowo, w zeszłym roku podczas Black Friday przed hipermarketem znanej sieci w południowej dzielnicy Londynu, przed którym zazwyczaj ustawiały się kolejki, zaledwie naście osób czekało na otwarcie sklepu i start wyprzedaży. W Polsce podobna tendencja zaczyna być coraz bardziej widoczna. Pod koniec 2016 r. wartość krajowego rynku e-commerce wynosiła 36 mld zł, a według prognoz na koniec 2017 r. ma przekroczyć 40 mld zł., by w 2020 r. osiągając kwotę 63 mld zł, jak szacują eksperci Sociomantic Labs – komentuje Marek Safiejko, CEO 9bits, firmy technologicznej specjalizującej się w tworzeniu aplikacji mobilnych i rozwiązań technologicznych dla e-handlu.

Liczenie zysków…i strat

Wartość zakupów zrobionych w sieci podczas Black Friday mogłaby być jeszcze wyższa, gdyby sklepy internetowe były przygotowane na zwiększoną ilość klientów tego dnia. Podczas wyprzedaży w 2016 r. system sprzedaży internetowej Macy’s – znanej sieci domów handlowych w USA – nie wytrzymał masowej ilości zamówień. Kolejni klienci chcący zrobić zakupy w e-sklepie nie mogli tego dokonać z powodu zbyt długiej przerwy technicznej. Marka ostatecznie umieściła na swojej stronie informacje o możliwości składania zamówień drogą telefoniczną, co nie spodobało się klientom. Podobnych przykładów nie brakuje w Polsce. Jeden z wiodących sklepów z elektroniką na naszym rynku nie spodziewał się wzmożonego ruchu klientów podczas Czarnego Piątku. Firma nie nadążała z usuwaniem z oferty produktów, które zostały wyprzedane. Klienci dopiero w momencie podsumowywania transakcji dowiadywali się, że nie mogą kupić danej rzeczy. W konsekwencji serwis nie wytrzymał obciążenia i klienci krótko mogli cieszyć się promocjami oferowanymi przez sklep.

 Jeżeli firmy nie przygotują swoich serwisów sprzedażowych na szturm internetowych klientów podczas listopadowych wyprzedaży, będą zmuszone liczyć się nie tylko ze stratami finansowymi z powodu niezrealizowanych zakupów, ale także z dalszymi konsekwencjami. Złe doświadczenia w kontakcie z daną marką w sieci mogą przyczynić się do tego, że konsument nie zostanie stałym klientem e-sklepu. Małe są także szanse na to, że taki użytkownik odwiedzi sklep stacjonarny danego sprzedawcy. Nawet pojedyncze przypadki zawieszania się stron sklepów internetowych mogą odstraszyć klientów, którzy nie powrócą do marki. Dlatego pod względem technicznym firmy muszą być gotowe na rozwiązanie problemów z funkcjonowaniem serwisów sprzedażowych, które mogą się pojawić podczas wyprzedaży – wyjaśnia Marek Safiejko, 9bits.

Klęska urodzaju, czyli jak przygotować e-sklep na Black Friday

Kluczem do sukcesu jest obserwowanie zachowań konsumentów w sieci. Jak przyznaje John Rogers właściciel brytyjskiej firmy Argos oferującej sprzęt AGD/RTV, już w ciągu pierwszej godziny trwania Black Friday 2016, przedsiębiorstwo odnotowano 500 tysięcy odwiedzin na swojej stronie internetowej, czyli był to przyrost o 50 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Firmie udało się uniknąć problemów związanych z przerwą w działaniu serwisu, dzięki wyciągnięciu lekcji z wyprzedaży z lat ubiegłych. Rogers bowiem szacował, że podczas Black Friday ilość zamówień online wzrośnie o 70 proc. w stosunku do normalnego dnia sprzedaży.

 Należy zacząć od analizy ruchu na stronie internetowej sklepu, aby w przyszłości odpowiednio przygotować system sprzedaży online na zwiększone zainteresowanie podczas promocji. Celem takich działań powinno być skupienie się na niedopuszczeniu do braku dostępu do e-sklepu podczas takich dni jak Black Friday. Właściciele biznesów internetowych powinni pamiętać, że dla nich jesienna wyprzedaż nie zaczyna się w ostatni piątek listopada, ale zdecydowanie wcześniej. Kampanie marketingowe ruszają z wyprzedzeniem, dlatego firma może również np. śledzić zainteresowanie organizowanymi akcjami promocyjnymi, analizując wpisy umieszczane przez potencjalnych klientów, np. w mediach społecznościowych należących do danej marki – radzi Marek Safiejko, CEO 9bits.

Marek Safiejko podpowiada także, jakie dodatkowe kroki powinna podjąć każda marka oferująca swoje produkty w sieci, by przygotować się na wzmożony ruch klientów internetowych podczas Black Friday i sprawić, by konsumenci odwiedzający sklep online tego dnia stali się lojalnymi klientami. Oto lista 6 wskazówek:

1.Zamień stronę główną sklepu internetowego na landing page akcji promocyjnej – w ten sposób internetowi klienci będą mogli bez problemu dotrzeć do towarów objętych promocją, bez konieczności przeglądania setek produktów umieszczonych w sklepie.

2.Zadbaj o „bezbłędne” algorytmy wyszukiwania – klient powinien z łatwością i krótkim czasie znaleźć to, czego szuka. Wyszukiwarka produktów na stronie sklepu internetowego czy w aplikacji powinna być user friendly,czyli intuicyjna w obsłudze nie tylko podczas wyprzedaży.

3.Uprość proces składania zamówienia i zapłaty za zakupy – nie tylko stały klient posiadający konto w e-sklepie, ale i „przypadkowy” konsument powinien mieć możliwość  dokonania zakupów. Klienci coraz częściej wybierają zakupy bez rejestracji (w większych e-sklepach wskaźnik ten dochodzi nawet do 70%), dlatego warto zadbać aby e-sklep posiadał taką funkcjonalność.

4.Zadbaj o wydajność sklepu – ruch w sklepie internetowym w sezonie wyprzedaży, ale także w okresie świątecznym wzrasta wielokrotnie, dlatego warto zadbać o infrastrukturę serwerową jak i wydajność oprogramowania nawet kilka miesięcy wcześniej, aby nie tracić użytkowników, a co za tym idzie przychodu.

5.‘Mobile first’, czyli zadbaj o responsywność witryny sklepu internetowego – dane zebrane po Black Friday 2016 pokazują, że nie tylko wzrasta liczba klientów, wybierających wyprzedaże w sklepach internetowych, ale jednocześnie z roku na rok rośnie także wartość zakupów dokonywanych za pośrednictwem smartfonów czy tabletów. Podczas ostatnich listopadowych wyprzedaży w USA było to 1,2 mld dolarów – o 1/3 więcej niż w 2015 r.[2]. Dlatego niezbędne jest, aby strona e-sklepu była kompatybilna z urządzeniami mobilnymi.

6.Zadbaj o wsparcie techniczne dla klientów – nawet zastosowanie powyższych wskazówek w praktyce nie gwarantuje, że podczas Black Friday klienci nie napotkają problemów podczas zakupów w e-sklepie. Dlatego właściciel serwisu powinien zadbać o wsparcie techniczne. Ograniczenie się do umieszczenia formularza kontaktowego na stronie sklepu nie jest dobrym pomysłem. W zamian należy umożliwić klientowi kontakt z pracownikiem sklepu, np. w postaci livechatu.  Dzięki takiemu rozwiązaniu obsługa będzie w stanie pomóc „od ręki” i postara się o to, aby w przypadku problemów technicznych, konsument nie opuścił sklepu bez złożenia zamówienia, tylko znalazł pomoc.

Pełen raport dostępny na stronie: https://www.picodi.com/pl/inspiracje/black-friday#description

Z jakich krajów najczęściej przeprowadzano cyberataki na Polskę?

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy Rosja podjęła ponad 2,5 miliona prób ataków na Polskę – na drugim miejscu znalazły się Niemcy, choć z dziesięciokrotnie mniejszym wynikiem.

Firma F-Secure, dostawca rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, przedstawia dane dotyczące cyberataków na Polskę przeprowadzonych w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Informacje zostały uzyskane dzięki autorskiej sieci Honeypotów, czyli serwerów, które udają łatwy cel i są przynętą dla cyberprzestępców. Hakerzy atakują je i dzięki temu możliwe jest pozyskanie cennych danych oraz opracowywanie kolejnych metod walki z cyberzagrożeniami.

Cyberataki zdecydowanie najczęściej przeprowadzała Rosja, podejmując średnio 14 528 prób ataków dziennie.skąd pochodzą cyberataki

Analizując źródła ataków płynących do Polski, widzimy, że Rosja utrzymuje się na pierwszym miejscu z dziesięciokrotnie wyższym wynikiem niż Niemcy, które znalazły się na drugim miejscu listy. Rosyjskie adresy IP najczęściej próbowały uzyskać nieautoryzowany dostęp do urządzeń (protokół SSH), ale równie duży był udział połączeń na port SMTP, co wskazuje na aktywność w rozsyłaniu tzw. spamu. Jest to jedyny kraj o tego typu profilu i wygląda na to, że to z terytorium Rosji operują gangi czerpiące zyski z tego procederu. Winić za to można słabo zabezpieczoną infrastrukturę i niską skuteczność tamtejszych organów ścigania w tropieniu cybergangów – mówi Leszek Tasiemski, lider Centrum Cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu.

Drugie miejsce, jeśli chodzi o podejrzany ruch sieciowy skierowany w kierunku Polski stanowią adresy IP przynależne do Niemiec z liczbą ponad 250 000 prób ataków przeprowadzonych w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

W przypadku ataków z Niemiec, jak i Francji oraz USA uwagę zwraca duży dział połączeń na port telefonii internetowej (SIP). Może mieć to związek z próbą kradzieży informacji (podsłuchy) lub spamu realizowanego drogą telefoniczną. Polega to na wykorzystywaniu skradzionej infrastruktury do wykonywania połączeń reklamowych na koszt skutecznie zaatakowanego podmiotu – komentuje Leszek Tasiemski.

Trzeci kraj najczęściej atakujący Polskę to Chiny, które od kwietnia do września br. przeprowadziły 183 000 prób cyberataków. Stany Zjednoczone oraz Francja znalazły się na kolejnych miejscach, podejmując średnio niemal 1 000 prób ataków dziennie.

Wśród zebranych danych wyróżniają się te dotyczące cyberataków z Chin. Większość ataków dotyczy prób nawiązania połączenia z popularnymi bazami danych, zarówno MSSQL jak i MySQL. To wskazuje na nastawienie atakujących głównie na kradzież danych oraz szpiegostwo przemysłowe – tłumaczy Tasiemski.

Miejsca narażone na cyberataki

najczesciej atakowaneDzięki sieci Honeypot możliwe było stworzenie mapy pokazującej ośrodki najczęstszego występowania ataków w Polsce – według danych są to Warszawa, Poznań, Kraków, Gdańsk i Katowice. Największe zagęszczenie wynika z dużej liczby użytkowników aglomeracji (a co za tym idzie również urządzeń). W dużych miastach znajdują się też węzły komunikacyjne dostawców usług internetowych, w związku z czym zintensyfikowany jest ruch sieciowy w tych miejscach.

Infografiki przedstawiają tzw. ataki nietargetowane – aby zdobyć informacje na temat tego, jakie konkretnie instytucje są atakowane, konieczna byłaby bezpośrednia współpraca w celu zainstalowania Honeypotów w ich sieciach.

Liczba obserwowanych przez nas zdarzeń nie rośnie w zastraszającym tempie, niemniej widoczne są zmiany struktury ataków. Globalnie widzimy coraz większy udział ataków na porty związane z Internetem rzeczy, co potwierdza konieczność zwrócenia uwagi na zabezpieczenia naszych „sprytnych” urządzeń codziennego użytku. Interesujące są też różnice między poszczególnymi krajami, ponieważ wskazują na pewien stopień specjalizacji operujących z ich terytorium hakerów. Należy pamiętać, że geografia w internecie jest rzeczą ulotną. Źródło to ostatni „przystanek”, którego atakujący użył i nie jest to jednoznaczne z jego fizycznym położeniem. Możliwe, że haker z Polski, używa serwera w Rosji, żeby zaatakować cel w Brazylii – podsumowuje Leszek Tasiemski.

Do 300 tys. złotych na nie więcej niż 30 lat. Raport o kredytach hipotecznych w Polsce

Kredyt hipoteczny to obciążenie na wiele lat, ale nierzadko jedyna możliwość, dzięki której można kupić wymarzone mieszkanie lub dom. Według najnowszego raportu serwisu Oferteo.pl najczęściej zadłużamy się na okres od 21 do 30 lat, a najbardziej poszukiwana kwota kredytu mieści się w przedziale 200 – 299 tysięcy złotych.

Rynek kredytów mieszkaniowych rośnie

Tylko we wrześniu bieżącego roku banki przyznały prawie 17 tysięcy kredytów hipotecznych. Ich wartość wyniosła 3,8 miliarda złotych. Z kolei od początku tego roku łączna liczba przyznanych kredytów mieszkaniowych wyniosła ponad 157 tysięcy, a ich wartość – ponad 35 mld złotych, wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. BIK podaje również, że względem 2016 roku odnotowujemy wzrost i w ujęciu liczbowym, i wartościowym przyznanych kredytów.

Jakie kwoty kredytu są najczęściej poszukiwane?

Jaka jest kwota poszukiwanego kredytuWedług analizy zapytań ofertowych złożonych w Oferteo.pl, największym polskim serwisie łączącym osoby poszukujące towarów i usług z ich dostawcami, najczęściej pożądane kwoty kredytów hipotecznych mieszczą się w przedziale 200 – 299 tysięcy złotych. Wskazało tak 31% użytkowników serwisu.

Ponadto często poszukiwane były kredyty o wartości od 100 do 199 tysięcy złotych (27% zapytań), 300 – 399 tysięcy złotych (16%) oraz do 100 tysięcy złotych (12%).

Najrzadziej planowano najwyższe kredyty – na kwotę powyżej pół miliona złotych decydowało się tylko 6% użytkowników serwisu.

Warto również zauważyć, że częściej decydujemy się na pozyskanie kredytu na zakup mieszkania niż na zakup domu.

Na jaki czas spłaty kredytu się decydujemy?

Jaki miałby być okres kredytowaniaUżytkownicy Oferteo.pl byli najczęściej zainteresowani spłatą kredytu w czasie od 21 do 30 lat. Wskazała tak niemal połowa ankietowanych przez serwis. Co trzeci badany deklarował chęć spłaty kredytu w czasie od 11 do 20 lat, tylko 2% odpowiedzi dotyczyło terminu krótszego niż 10 lat.

Skąd pochodzą zapytania o kredyt?

Skąd pochodzą zapytania o kredytNajwięcej zapytań o kredyty hipoteczne złożyli w Oferteo.pl użytkownicy z województw: mazowieckiego (14%), dolnośląskiego i wielkopolskiego (po 12%). Najmniej zapytań kierowały osoby z lubelskiego, opolskiego, podlaskiego i świętokrzyskiego – po 2%.

Na kiedy potrzebujemy kredytu?

Kiedy chcesz skorzystać z kredytuBadani przez Oferteo.pl najczęściej wskazywali, że potrzebują kredytu w ciągu miesiąca – zadeklarowała tak blisko połowa z nich. Z kolei 37% badanych chciałoby skorzystać z kredytu w ciągu 2–3 miesięcy.

Pamiętajmy, że cały proces załatwiania kredytu może potrwać nawet kilka tygodni. Warto więc odpowiednio wcześniej przygotować wszystkie niezbędne dokumenty, skontaktować się z kilkoma bankami, aby wybrać najlepszą ofertę lub skorzystać z pomocy profesjonalnego doradcy – mówi Karol Grygiel z zarządu serwisu Oferteo.pl. – Jeśli nie mamy czasu, aby osobiście odwiedzić kilka banków, możemy też prowadzić skuteczne poszukiwania online, gdzie po złożeniu zapytania o kredyt otrzymamy oferty dopasowane do naszej sytuacji.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy pół tysiąca zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl przez osoby zainteresowane kredytem hipotecznym.

 

Przedświąteczny rynek

Święto Dziękczynienia, jak każdy tego typu dzień wolny, przynosi ze sobą okołoświąteczny handel. To oznacza mało ruchów w cenach aktywów i niskie zaangażowanie inwestorów (szczególnie tych w USA). Kalendarz wydarzeń jest bogaty z przewagą danych z USA, ale wątpliwe by odczyty mogły wstrząsnąć dolarem.

Dalej brakuje tematów, by nadać rytm dla rynku walutowego. Wałkowane od początku tygodnia zawirowania polityczne w Niemczech już przycichają, a ostania aktualizacja sytuacji sugeruje, że rosną szanse na powrót Wielkiej Koalicji. Zatem potencjalny powód, by wyrwać EUR/USD z marazmu, umarł zanim zdążył poważniej namieszać. USD jest generalnie słabszy na starcie środowego handlu, choć więcej mówi to o kierunku niż skali ruchy (0,1-0,2 proc. zmienności). Kłopoty USD zaczęły się jeszcze wczoraj i były sprzężone ze spadkiem rentowności obligacji skarbowych USA (po którym dziś już nie ma śladu), choć trudno znaleźć powód do porzucania dolara. Dane z rynku mieszkaniowego wypadły lepiej od prognoz. Na Wall Street S&P500 i Nasdaq zaliczyły świeże rekordy. Co więcej, rynek jest coraz bardziej optymistycznie nastawiony do ścieżki polityki Fed – po grudniowej podwyżce widzi miejsce na jeszcze jedną już przed czerwcem 2018 r. Ten rozdźwięk między fundamentami a zachowaniem USD implikuje, że mamy do czynienia z dostosowywaniem pozycji inwestorów przed długim weekendem. Jesteśmy konstruktywni wobec siły dolara w kolejnych tygodniach i jest duże prawdopodobieństwo, że na starcie nowego tygodnia rynek będzie podbierał przecenionego dolara.

Kalendarz jest przesycony wydarzeniami z USA, które normalnie byłyby rozłożone w okresie środa-piątek. Otrzymamy cotygodniowy raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych, zamówienia na dobra trwałe i indeks Uniwersytetu Michigan. Dane o zamówieniach mają największą istotność z uwagi na ich wkład do wyliczeń PKB. Duża zmienność w kategorii pojazdów (m.in. wielkogabarytowe samoloty) wpłynie na odreagowanie silnego wzrostu o 2 proc. m/m we wrześniu. Ale dane z pominięciem pojazdów mają wskazać zdrowy wzrost o 0,5 proc. Wieczorem opublikowane zostaną minutki z ostatniego posiedzenia FOMC, choć nikt nie oczekuje niespodzianek. Wiemy, że członkowie Fed oceniają ożywienie jako solidne, są zaniepokojeni siłą inflacji, choć spodziewają się jej stabilizacji blisko celu 2 proc. w średnim terminie. Wątpliwe też, aby dokument zawierał jednoznaczne wskazówki, że grudniowa podwyżka stóp procentowych jest przesądzona (nawet jeśli rynek jest tego pewny).

Z innych wydarzeń Kanclerz Skarbu będzie prezentował budżet przed brytyjskim parlamentem. Zwiększenie tegorocznego deficytu jest mało prawdopodobne, ale np. rewizja w dół prognoz, na których będzie się opierać budżet w kolejnych latach, może mieć negatywny wydźwięk. Ponieważ jednak rząd brytyjski ma inne problemy na głowie (Brexit, dymisje ministrów), można założyć, że Kanclerz nie będzie szarżował z budżetem i większość z celów fiskalnych nie powinna być zmieniona.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy mają blade pojęcie o finansach, za to z nowoczesnymi rozwiązaniami bankowymi radzą sobie doskonale

Według opublikowanego w październiku badania, ponad połowa Polaków nie wie, co to debet. Zanim jednak z zazdrością westchniemy – szczęściarze, należy wyjaśnić jedną rzecz – chodzi o badanie poziomu wiedzy finansowej. Wyniki wskazują bardzo jasno: edukacja finansowa w Polsce kuleje. Zakrawa to na paradoks, gdyż polski sektor finansowy należy do najnowocześniejszych w Europie, mocna jest także polska branża FinTech.

Jak sugerują wyniki „Egzaminu z wiedzy finansowej”, zrealizowanego przez Maison&Partners dla Kapitalni.org, poziom naszej wiedzy ekonomicznej należy ocenić na trójkę z minusem. Największe problemy sprawia nam wiedza dotycząca zadłużania się. Niewątpliwie mamy problemy z zapanowaniem nad debetem, ale za to doskonale wiemy, czym jest kredyt konsolidacyjny.

Braki w wiedzy mogą dotyczyć każdego

Potwierdzeniem tezy o kiepskim poziomie edukacji ekonomicznej może być fakt, że błędu nie uniknęli nawet autorzy badania. Błąd dotyczył odpowiedzi na jedno z pytań dotyczącego sposobu wyboru najbardziej korzystnej pożyczki. Ankietowany wybierał m.in. spośród „całkowitego kosztu pożyczki” oraz wskaźnika RRSO. Badacze uznali, że prawidłową odpowiedzią jest całkowity koszt pożyczki, co najlepszym razie jest kontrowersyjnym wyborem. Dlaczego? Wyobraźmy sobie na przykład pożyczkę na 1000 zł na pół roku o łącznym koszcie 100 zł i pożyczkę na dwa lata na tę samą kwotę, o łącznym koszcie 105 zł. Czy rzeczywiście ta o niższym koszcie jest bardziej korzystna?

Także inne analizy zdają się potwierdzać tę niechlubną opinię. W niedawnym badaniu świadomości finansowej, zleconym przez OECD i zrealizowanym w 30 krajach, również wypadliśmy słabiej niż pozostałe egzaminowane kraje. Polacy znaleźli się na ostatnim miejscu. I choć pod względem wiedzy nasza średnie nie była najgorsza – uplasowaliśmy się mniej więcej w połowie stawki – zgubiła nas nieumiejętność zastosowania wiedzy w praktyce, a także pewna niefrasobliwość. W porównaniu do innych nacji, stosunkowo rzadko poprzedzamy bowiem zakupy głębszą analizą, nie zastanawiamy się czy nas na nie stać, oraz rzadko śledzimy stan swoich finansów. Być może dlatego, że jeżeli chodzi o deklarację posiadanych oszczędności, także znaleźliśmy się na jednym z ostatnich miejsc.

Brak oszczędności nie wynika zresztą wyłącznie z poziomu zamożności Polaków – wypadamy pod tym względem słabo nie tylko na tle dostatniej „starej Unii”, ale także w porównaniu z pozostałymi nowymi członkami Wspólnoty. 43% osób deklarujących posiadanie jakichkolwiek oszczędności to słaby rezultat nie tylko na tle Niemiec (58%), Francji (65%) czy Wielkiej Brytanii (67%), ale i chociażby Czech (57%).

Nie znamy, więc nie korzystamy

Warto zwrócić uwagę także na poziom tzw. ubankowienia – mierzony najczęściej odsetkiem osób dorosłych posiadających rachunek bankowy, który to odsetek jest w Polsce dość niski. Rachunku bankowego nie ma około 20% osób powyżej 18. roku życia. Średnia dla Unii Europejskiej jest około dwukrotnie niższa. Posiadamy także o około 1/3 mniej kart płatniczych, niż przeciętny Europejczyk, w dodatku wykorzystujemy je głównie do transakcji gotówkowych: miesięcznie z bankomatów wypłacamy około dwa razy więcej środków, niż przeznaczamy na płatności w sklepach. Tymczasem w Szwecji, Francji czy Wielkiej Brytanii, wypłaty z bankomatów to zaledwie ok. 25% wszystkich transakcji kartowych.

Z szarego końca do awangardy

Na szczęście badania odsłoniły także kilka bardzo pozytywnych rzeczy. Polska jest na przykład w absolutnej awangardzie, jeśli chodzi o posiadanie i korzystanie z kart zbliżeniowych: 80% wszystkich kart w naszym kraju umożliwia płatności zbliżeniowe. Efekt? Ponad połowa wszystkich transakcji to właśnie transakcje bezstykowe. Pod tym względem mało który kraj może się z nami równać. A to nie jedyna technologiczna nowinka, jaką Polacy przyswoili wyjątkowo łatwo. 61% posiadaczy telefonu komórkowego korzysta także z bankowej aplikacji mobilnej: to najwyższy wskaźnik w całej UE i o połowę wyższy od unijnej średniej.

Nic dziwnego: bank w komórce jest po prostu wygodny, a jak podają autorzy raportu PwC „Sektor finansowy coraz bardziej #fintech”, 33% klientów banków uważa, że wygoda jest najważniejszym (!) czynnikiem decydującym o wyborze rozwiązań pomagających zarządzać finansami. 57% gotowa jest także zrezygnować z tradycyjnego doradcy na rzecz rozwiązania technologicznego.

Masz to jak w banku?

Wiele wskazuje na to, że nowoczesne rozwiązania technologiczne, ułatwiające operacje bankowe, niekoniecznie będą domeną banków.

– Klienci oczekują niskich cen, przejrzystości oferty, wygody i szybkości działania. Na rynku przelewów zagranicznych przewaga rozwiązań FinTech nad tradycyjnymi usługami bankowymi jest pod tymi względami bezdyskusyjna – ­tłumaczy  Magdalena Gołębiewska, country manager w TransferGo.

PwC prognozuje, że przedsiębiorstwa z branży FinTech wkrótce przejmą 23-33% rynku usług bankowych. Najsilniej odcisną swoje piętno na bankowości dla klientów indywidualnych, przekazach pieniężnych i płatnościach, a także inwestycjach i zarządzaniu aktywami oraz bankowości dla małych i średnich firm. I to już się dzieje – na rynku płatności rozgościł się PayPal, obsługując transakcje ponad 200 mln użytkowników, rozwija się rynek pożyczek dla mikro przedsiębiorców, a TransferGo przełamuje monopol banków na rynku przelewów międzynarodowych.

Ceny, komfort i prostota świadczonych usług należą zapewne do powodów, dla których rozwiązania FinTech przyjmują się w Polsce bardzo dobrze. Sektor bankowy to jednak bardzo wymagający przeciwnik: pod względem nowoczesności stosowanych rozwiązań, nasze instytucje finansowe znajdują się w ścisłej europejskiej czołówce. Na rywalizacji tych dwóch podmiotów, klienci mogą tylko skorzystać.

Źródło: www.transfergo.com/pl

Kompap z 2,33 mln zł zysku netto po III kw. 2017

Kompap SA, do którego należą dwie drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf – po trzech kwartałach 2017 r. osiągnął skonsolidowane przychody w wysokości 47,01 mln zł, czyli na porównywalnym poziomie co w analogicznym okresie roku poprzedniego. Jednocześnie w okresie styczeń-wrzesień 2017 r. grupa wypracowała 2,33 mln zł skonsolidowanego zysku netto, podczas gdy po 9 miesiącach 2016 r. wynosił on 2,78 mln zł przy sprzedaży 47,81 mln zł. Dzięki zrealizowanym inwestycjom w samym trzecim kwartale br. Kompap zwiększył skonsolidowane przychody do 16,88 mln zł, czyli o 9% r/r, notując przy tym zysk netto na poziomie 564 tys. zł wobec 1,19 mln zł rok wcześniej.

– Nasze wyniki po raz kolejny potwierdzają, że działalność poligraficzna może być stabilnym i dochodowym biznesem, jeśli jest odpowiednio zarządzana. W Kompapie mamy wypracowany i dobrze działający model, dzięki któremu systematycznie osiągamy satysfakcjonujące marże. Po trzech kwartałach tego roku cieszymy się z rentowności netto na poziomie 5%  – komentuje Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

– Nie spoczywamy jednak na laurach i wciąż poszukujemy kierunków rozwoju naszej grupy. Przejawem tego są dokonywane inwestycje, które z dużą intensywnością realizowaliśmy także w tym roku. Miały one też wpływ na raportowane wyniki. Z jednej strony wymiana maszyn w Białystoku spowodowała okresowe ograniczenie naszych możliwości produkcyjnych, z drugiej – amortyzacja po trzecim kwartale tego roku wzrosła do 3,87 mln zł wobec 2,55 mln zł w tym samym okresie roku ubiegłego. Efektem inwestycji jest też wzrost przychodów, jaki odnotowaliśmy w trzecim kwartale. Należy jednak pamiętać, że w naszej branży najlepszym okresem są miesiące wrzesień i październik, stąd część tegorocznych żniw będziemy jeszcze mogli zaraportować za kolejny okres  – dodaje Waldemar Lipka.

Kompap systematycznie dąży do zwiększania swoich mocy produkcyjnych i unowocześniania produkcji, inwestując w maszyny w zakładach w Olszynie i Białymstoku. W trzecim kwartale br. w BZGraf uruchomiona została 8-kolorowa maszyna drukująca KBA Rapida 106, a jednocześnie zamówiono do OZGraf bardzo nowoczesną linię do oprawy twardej firmy, która zostanie zainstalowana na początku 2018 r. W pierwszym kwartale br. zamontowano tam maszynę drukująca Heidelberg SX 102-8-P, na której można drukować prace wielokolorowe z prędkością do 15 000 arkuszy na godzinę.

– W należących do Kompapu drukarniach skupiamy się na druku dziełowym. Naszą przewagą jest wysoka jakość i zaufanie klientów do naszych procesów. Obsługujemy zamówienia z wielu wymagających rynków europejskich, dlatego wciąż dbamy o to, by nasza oferta spełniała światowe standardy jakościowe. Przejawem tego są między innymi inwestycje w nowe maszyny. Pozwalają nam one nie tylko wygrywać konkurencję, ale też stwarzają możliwości systematycznego rozwoju naszej działalności – wyjaśnia Waldemar Lipka.

Chcesz mieć lepszą pensję? Zadbaj o relacje z szefem

61% Polaków uważa, że ich relacje z szefem są przyjazne – wynika z badania serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl. W przypadku 34% z nas są one zdystansowane, a zaledwie 5% ocenia je jako chłodne lub nieprzyjazne. Warto tymczasem, aby stosunki te były jak najlepsze: okazuje się, że w Polsce osoby, które mają dobre relacje z szefem, zarabiają o 9% więcej niż pozostali pracownicy.

Chcesz mieć życzliwe stosunki z szefem? Zatrudnij się w Estonii

Spośród wszystkich badanych najlepiej swoje relacje z szefem oceniają Estończycy. Jako przyjazne określa je aż 75% z nich. Zaraz potem są Finlandczycy (69%), a za nimi – Czesi (64%) i Litwini (64%). Na końcu znajdują się Słoweńcy (48%), Serbowie (50%) oraz Bośniacy i Hercegowińczycy (52%).

Przyjazny szef płaci lepiej

Nie jest szczególnym zaskoczeniem, że relacje z szefem mają wpływ na wysokość wynagrodzenia pracownika. Jeśli chodzi o Polaków, osoby utrzymujące ze swoim szefem dobre stosunki zarabiają o 9% więcej niż ci, którzy mają te relacje zdystansowane lub złe. Wbrew pozorom nie jest to jednak jeszcze wcale aż tak duża różnica. Dla porównania w Estonii wynosi ona 21%, a w Serbii i na Węgrzech – 20%.

Niekomunikatywny polski szef

Badani zostali zapytani również, jakich cech brakuje ich szefom. Polscy pracownicy wskazywali najczęściej na komunikatywność (24%), szczerość (22%) i to, co sprawia, że osobie można zaufać (22%). Jak zauważa w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Joanna Żukowska z MonsterPolska.pl: „Kobiety oczekują od szefa przede wszystkim wysokich umiejętności komunikacyjnych i tego, żeby można było mu zaufać. Z kolei mężczyźni – charyzmy, ale też wytrwałości i doświadczenia”.

KIG: Po dwóch latach rządów PiS pozytywna ocena resortów rozwoju i cyfryzacji

Ostatnie dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości można ocenić na 4- lub też 3+. Całościowa ocena obecnego rządu jest utrudniona, ponieważ mamy do czynienia z bardzo dużą rozpiętością opinii na temat poszczególnych resortów wśród przedsiębiorców. Pozytywnie oceniane są zmiany gospodarcze, służące ułatwieniu prowadzeniu działalności. Dialog z przedsiębiorcami pozwala na przedyskutowanie propozycji zmian. Regulowana jest także polityka fiskalna. Nie chodzi jednak o jej standardowe zaciskanie, czyli podnoszenie podatków, a lepsze egzekwowanie. Ograniczenie szarej strefy z perspektywy przedsiębiorców działających zgodnie z przepisami prawnymi może być tylko chwalone. Powinno to przełożyć się w późniejszym czasie na ograniczenie podatków. Być może okaże się, że nie należy podnosić wysokości świadczeń, a jedynie lepiej egzekwować te, które już istnieją. Działania takie z długoterminowego punktu widzenia są bardzo potrzebne, ponieważ wyłudzenia w oczywisty sposób zaburzają konkurencyjność na rynku.

– Ministerstwo Rozwoju, a częściowo także Ministerstwo Finansów należy oceniać pozytywnie. Podobnie jest z resortem cyfryzacji – który podejmuje wiele działań, aby uprościć relacje przedsiębiorców z administracją. Inaczej jest jednak z Ministerstwem Spraw Zagranicznych czy w pewnym zakresie działań resortu sprawiedliwości. Trudno również ocenić jednoznacznie pracę Ministerstwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej. Z powodu powstałego w ten sposób rozstrzału, ciężko zgodnie wystawić jedną notę wspólną rządowi Prawa i Sprawiedliwości – powiedziała serwisowi eNewsroom Agnieszka Durlik, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej – Niewiele działań wspierających przedsiębiorców podejmowanych jest ze strony Ministerstwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej. Resort ten mocno skupił się na swoim socjalnym charakterze, a stoi przed nim sporo wyzwań. Jednym z nich są coraz większe braki na rynku pracy. Brakuje rozwiązań, które w dłuższej perspektywie pozwoliłyby zmienić tę sytuację. Podejmowane są działania zwiększające pozapłacowe koszty pracy, jak projekt znoszący limit wynagrodzenia, od którego odprowadzana jest składka na ubezpieczenie emerytalne i rentowe. Odprowadzają ją nie tylko pracownicy, ale i pracodawcy. Będzie dotyczyła specjalistów wysoko wykwalifikowanych, których chcielibyśmy zatrzymać w Polsce – a nagle może okazać się, że bardziej opłacalne jest dla nich zatrudnienie w innych krajach. Istnieje także pewien zastój w zakresie elastyczności prawa pracy, prawdopodobnie związany z naciskami związków zawodowych. Należy pamiętać, że zmienia się sytuacja na rynku oraz forma pracy w wielu podmiotach. Jest też wiele uwag związanych z polityką zagraniczną. Potrzebna jest większa efektywność wpierania internacjonalizacji naszych rodzimych przedsiębiorców – dodała Durlik.

Deweloperzy niewzruszeni smogiem. Rabatów brak, a samego zjawiska nie monitorują. Czekają na reakcję klientów?

Ankieterzy Instytutu Badawczego ABR SESTA, podając się za potencjalnych klientów, sprawdzili oferty we wszystkich miastach wojewódzkich. Część firm wyjaśniała im, że smog nie jest powodem do upustu, bo „jest wszędzie”. Inne mówiły, że akurat ich inwestycji nie dosięga. A niektóre w ogóle „nie słyszały o tym problemie”. Z badania wynika także, że 87% przedsiębiorstw faktycznie w ogóle nie sprawdza poziomu zanieczyszczenia. Zdecydowana większość przyznaje też, że na chwilę obecną kupujący nie zgłaszają im takich oczekiwań. Dlatego nie widzą potrzeby wprowadzania zniżek. Eksperci podpowiadają, aby konsumenci masowo zwracali się do deweloperów w tej sprawie. Pojedyncze głosy niczego nie zmienią, zwłaszcza w czasie dobrej koniunktury. Ale setki czy tysiące klientów mogą wywołać odpowiednią reakcję. Pytanie brzmi tylko, czy deweloperzy pod takim naporem będą jednak chcieli zauważyć problem.

Jak informuje Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, analizowani deweloperzy niejednokrotnie argumentowali brak rabatów tym, że problem smogu nie jest im znany. Tak było m.in. w przypadku przedsiębiorstwa z Poznania. Przedstawiciel firmy twierdził, że w ogóle nic nie wie o zanieczyszczeniu. Czasem jednak ankietowani wskazywali wręcz przeciwnie, że to zjawisko występuje w całym mieście i ceny mieszkań już są do tego dostosowane. Takie argumenty padły np. w jednej z kieleckich firm.

– Deweloperzy, dbając o własne interesy, niechętnie przyznają się do istniejących już obniżek z powodu zanieczyszczeń. Natomiast oczywiste jest to, że mniej atrakcyjne lokalizacje, czyli np. tereny przemysłowe, są tańsze od obszarów znajdujących się w pobliżu akwenów wodnych, parków czy też lasów, gdzie teoretycznie smog powinien być mniejszy. Można zatem powiedzieć, że cena nieruchomości w pewnym stopniu jest już skorygowana o poziom skażenia środowiska – komentuje wyniki badania Łukasz Sęktas, ekspert rynku nieruchomości, prezes zarządu TIARA Development.

Natomiast, w ocenie Sebastiana Starzyńskiego, skrajnie różne tłumaczenia deweloperów mogą być związane z brakiem tego typu oczekiwań ze strony klientów. Firmy nie są więc na nie odpowiednio przygotowane. W czasie badania wielu ankietowanych twierdziło, że nigdy wcześniej nie pytano ich o obniżki z powodu smogu. Z drugiej strony, niektóre uzasadnienia brzmiały tak, jakby miały na celu wyłącznie uniknięcie trudnej dyskusji z potencjalnym nabywcą.

– Smog bardziej występuje w Krakowie, niż u nas. Na naszym terenie to może dotyczyć jakiś sporadycznych przypadków. Natomiast nie jest to stężenie tego typu, żeby nie można było wychodzić z domu lub czegokolwiek się obawiać. Ale na poparcie tej tezy nie mamy żadnych danych na temat stopnia zanieczyszczenia środowiska. Jednak na pewno nie jest takie, jak np. na Śląsku. Tam sytuacja jest rzeczywiście fatalna – mówił w trakcie badania deweloper z Rzeszowa.

Inny respondent, dokładnie z tego samego miasta, przekonywał ankietera, że jego osiedle jest położone na górce, na której akurat nie ma smogu. Aczkolwiek przyznał również, że nie sprawdza danych na ten temat. Jak wynika z badania, zdecydowana większość deweloperów nie monitoruje tego problemu. Nie widzą oni takiej potrzeby albo wręcz są zdziwieni, że ktoś ich o to pyta.

– To nie jest w zakresie naszych obowiązków. Niemniej, od czasu do czasu spoglądamy na różne czynniki, jakie mogą negatywnie wpływać na wybór nieruchomości. Rozpatrujemy również szczegółowe raporty dzielnic, które są najbardziej atrakcyjne pod każdym względem dla poznaniaków. Zatem staramy się być na bieżąco – tłumaczył ankieterowi deweloper z Poznania.

Tymczasem Łukasz Sęktas przypomina, że na cenę mieszkania ma wpływ wiele czynników. Należy do nich m.in. lokalizacja, czas dojazdu do centrum miasta, a także rozkład mieszkania. O smogu zaczęło się mówić dosyć niedawno, ale stan środowiska ma coraz większy wpływ na atrakcyjność danego osiedla. Zatem społeczna świadomość poszerza się i ten proces będzie kontynuowany. Niemniej, deweloperom tak naprawdę trudno jest mierzyć i oceniać poziom skażenia powietrza, m.in. ze względu na skomplikowaną strukturę smogu. To jest wiele cząstek, zmieniających się w różnych okresach.

– Jako firma deweloperska do tej pory nie sprawdzaliśmy poziomu smogu. Nie monitorujemy też tego zjawiska, bo nie działamy przecież w metropolii. W porównaniu do dużych, polskich miast, tutaj jest niewielkie zanieczyszczenie, ale do końca tego też nie wiemy. Słysząc teraz, że mamy taki problem, być może zorientujemy się, jak to wygląda w stosunku do innych aglomeracji. Natomiast na pewno z tego tytułu nie będzie obniżek – stanowczo zaznaczał respondent z Gorzowa Wielkopolskiego.

Trzeba zauważyć, że w całej Polsce znajduje się niespełna 200 stacji badawczych Inspekcji Ochrony Środowiska. W Warszawie jest ich w sumie 5, w Krakowie – 8, a w Poznaniu – 2. W wielu dużych miastach w ogóle nie występują, a smog jest przecież zjawiskiem lokalnym. Aplikacje mobilne najczęściej odczytują wyniki z najbliższych stacji pomiarowych, więc często nie wskazują faktycznego poziomu smogu w obrębie danej inwestycji. Są oczywiście urządzenia obrazujące poziom zanieczyszczeń. Można je kupić za kilkaset złotych. Jednak, zdaniem wielu ekspertów, ich pomiary nie są zbyt dokładne. I to może bardzo zniechęcać deweloperów do zgłębiania tego problemu.

– Moim zdaniem, firmy niechętnie o tym mówią, bo mają już rozpoczęte konkretne inwestycje. Niektóre działki kupili parę lat temu, nie zwracając uwagi na tę tematykę. Ale generalnie od problemu nie uciekną. Jego medialność wzrośnie, bo dzisiejsze społeczeństwo coraz bardziej chce dbać o swoje zdrowie. A większość klientów, kupując nieruchomość, planuje mieszkać w niej przez wiele lat. Zakładam, że liczba stacji pomiarowych i urządzeń przenośnych też będzie rosła. Dlatego szacuję, że odsetek deweloperów zainteresowanych smogiem zwiększy się w ciągu najbliższych 5 lat nawet do 50% – zwraca uwagę Łukasz Sęktas.

Niemniej, Sebastian Starzyński dodaje, że niektórzy przedsiębiorcy, nawet rozumiejąc ten problem, nie chcieli słyszeć o żadnych obniżkach. Argumentowali to wysoką sprzedażą swoich nieruchomości, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Dla przykładu, firma z Gorzowska Wielkopolskiego zasugerowała ankieterowi, żeby zobaczył na stronie internetowej, że wiele mieszkań zostało już wyprzedanych w konkretnym budynku i o obniżce na pewno nie może być mowy. Klienci, którzy chcą upominać się o rabaty z tytułu smogu, powinni więc być przygotowani na niełatwe negocjacje.

– W czasach dobrej koniunktury na rynku nieruchomości trudno jest tak naprawdę przekonać inwestora do obniżania ceny, z jakiekolwiek dodatkowego powodu. Wychodzi on z założenia, że w obecnej sytuacji bez trudu znajdzie klienta, który nie będzie stawiał mu takich warunków. Dopiero, gdy okoliczności ekonomiczne pogorszą się, taki przedsiębiorca może zmienić zdanie. Obecnie jest to raczej prawdopodobne w przypadku osiedli, na których nieruchomości wyjątkowo źle się sprzedają – ocenia ekspert z TIARA Development.

Podczas badania jeden z warszawskich deweloperów stwierdził nawet, że współczynniki smogu są przekroczone już od lat. Gdyby chciał brać pod uwagę ten problem, to musiałby obniżać ceny wszystkich swoich nieruchomości i to wielokrotnie. Dlatego nie przewiduje żadnych rabatów. Z kolei, firma z Bydgoszczy, która również nie oferuje przecen z powodu zanieczyszczenia powietrza, w rozmowie z ankieterem wyraźnie wskazała, że właściwie każda cena jest do negocjacji. Trzeba przyjść na spotkanie do biura i porozmawiać o tym.

– Konsumenci oczywiście powinni pytać deweloperów o zniżki na zakup nieruchomości z powodu zanieczyszczonego powietrza. Mogą przesyłać im mapki smogowe i pokazywać ostatnie wyniki badań tak, aby zmobilizować do udzielania rabatów. Im częściej potencjalni nabywcy będą działać w ten sposób, tym szybciej osiągną swój cel. Jednak muszą walczyć zbiorowo, bo jeden konsument niewiele wskóra. Jeżeli będą to dziesiątki czy chociaż setki kupujących w danym mieście, wówczas deweloperzy będą musieli ulec presji, nawet w tak dobrych warunkach rynkowych, jak obecne – podsumowuje Łukasz Sęktas.

Badanie zostało przeprowadzone metodą wywiadów telefonicznych na przełomie października i listopada br. Objęto nim 16 następujących miast: Białystok, Bydgoszcz, Gdańsk, Gorzów Wielkopolski, Katowice, Kielce, Kraków, Lublin, Łódź, Olsztyn, Opole, Poznań, Rzeszów, Szczecin, Warszawę i Wrocław. W każdym z tych ośrodków analizie poddano 3-4 największych deweloperów, w sumie 53 firmy.

Przywrócenie zaufania do treści to jedno z największych wyzwań dla mediów. Weryfikacja informacji i faktów jest koniecznością

Przywrócenie zaufania do treści to jedno z największych wyzwań dla mediów. Weryfikacja informacji i faktów jest koniecznością 1

Fake newsy, czyli fałszywe i spreparowane informacje, powodują spadek społecznego zaufania do treści i są coraz większym problemem zarówno dla nowych, jak i tradycyjnych mediów. Walka z tym zjawiskiem jest o tyle ważna, że serwisy informacyjne są dziś kluczowym contentem w ramówce każdego medium. Weryfikacja informacji to wciąż konieczność – podkreśla szefowa newsroomu Radia ZET. ​ 

– Wiemy po informacjach od naszych słuchaczy i po telefonach do radia, jak szalenie ważna jest precyzyjna informacja. To niezwykle trudne w dobie internetu, w zalewie różnego rodzaju treści, gdzie informacja fałszywa wygląda tak samo jak prawdziwa. To największe wyzwanie, z którym musi się zmierzyć każda stacja radiowa i każdy twórca contentu – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Buszkowska, szefowa newsroomu Radia ZET.

Fake newsy rozprzestrzeniają się już nie tylko za pośrednictwem mediów społecznościowych. Coraz częściej zdarza się, że powielają je też tradycyjne media. Według badania serwisu BuzzFeed, przeprowadzonego przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich w USA, fake newsy mają większy zasięg i przyciągają szersze grono odbiorców niż prawdziwe informacje. W większości przypadków służą osiągnięciu finansowych albo politycznych korzyści, tworzą je też internetowi hejterzy i trolle.

Dla mediów – zarówno tradycyjnych, jak i społecznościowych – oraz powiązanych z nimi branż fake newsy to narastający problem, który powoduje spadek zaufania społecznego. Walka z tym zjawiskiem jest trudna, bo spreparowaną informację najczęściej trudno odróżnić od prawdziwej, zwłaszcza przy szybkiej, pobieżnej konsumpcji treści, do jakiej przyzwyczajeni są użytkownicy.

 Weryfikacja informacji, fact-checking to nie jest żaden modny trend, ale konieczność – mówi Katarzyna Buszkowska.

Szefowa newsroomu Radia ZET podkreśla, że zalew fake newsów wymusza na mediach i twórcach contentu większą rzetelność i konieczność weryfikowania informacji. Paradoksalnie może też spowodować, że zapotrzebowanie na sprawdzone, eksperckie treści wśród czytelników będzie coraz większe.

– Niezależnie od tego, jakie reklamy oglądamy i jakie produkty kupujemy, koniec końców i tak opiera się to na informacji. Mam nadzieję, że informacja ekspercka będzie rosła w siłę, niezależnie od tego, czy opiera się na ekspertach jednej, dwóch czy nawet pięciu agencji PR-owych. Bez informacji nie wiedzielibyśmy na przykład, jakie zmiany szykują się w prawie i co nas czeka – mówi Katarzyna Buszkowska.

Walkę z internetową propagandą i zalewem fake newsów zapowiedziały już największe, światowe serwisy informacyjne i giganci tacy jak Google, Wikipedia czy Facebook, którzy podjęli wspólną inicjatywę, żeby przeciwdziałać temu zjawisku i przywrócić zaufanie do rozprzestrzenianych przez siebie treści.

Obok fake newsów jednym z największych wyzwań dla twórców contentu jest w tej chwili również atrakcyjność treści, przekazanie informacji w taki sposób, aby docierła do jak najszerszego grona czytelników.

– W radiu wyzwania stojące przed informacją są mniej więcej takie same jak w portalach informacyjnych, gazetach czy telewizji. W pierwszej kolejności jest to dostosowanie treści do odbiorców, atrakcyjność treści, które będą się wyróżniać i będą prawdziwe. Trzeba znaleźć sposób na to, aby nasza opowieść była jak najlepsza, bo wszyscy zajmujemy się tymi samymi informacjami. Kluczem do odbiorców jest czasami najlepsze pytanie, najlepszy ekspert albo odpowiednia forma newsa – mówi Katarzyna Buszkowska.

Szefowa newsroomu Radia ZET podkreśla, że serwisy informacyjne, obok muzyki, są kluczowym contentem w ramówce i nie obejdzie się bez nich żadne medium.

 Oczywiście jesteśmy radiem muzycznym, nie ukrywamy tego, ale informacje są szalenie ważne. Dzisiaj w każdym medium informacja to kluczowy content – mówi Katarzyna Buszkowska.

Komunikacja w erze cyfryzacji i wpływ technologii na współczesne media był motywem przewodnim tegorocznej konferencji Media & Marketing Summit 2017, która w tym tygodniu odbyła się w Warszawie. To jedno z najważniejszych wydarzeń w branży medialnej, PR i marketingu, które za każdym razem gości kilkuset polskich i międzynarodowych ekspertów. Tegoroczna edycja była poświęcona przemianom zachodzącym w komunikacji zarówno w wymiarze biznesowym, jak i społecznym w wyniku postępu cyfryzacji oraz nowoczesnym formom przekazu w mediach, marketingu i biznesie.

Co trzeci zawodowy kierowca wozi dla bezpieczeństwa przedmioty do obrony. Obawy wzmacniają zagrożenia terrorystyczne

Co trzeci zawodowy kierowca wozi dla bezpieczeństwa przedmioty do obrony. Obawy wzmacniają zagrożenia terrorystyczne 2

31 proc. zawodowych kierowców czuje się zagrożonych – wynika z badania Inelo. Co trzeci kierowca wyposażył się w przedmioty służące do obrony. Najpopularniejsze to gaz pieprzowy czy paralizator, jednak eksperci podkreślają, że takie narzędzia nie zwiększają znacząco bezpieczeństwa. Ważna jest profilaktyka, np. wykluczenie z mapy miejsc niebezpiecznych czy systemy natychmiastowego powiadamiania spedytora lub służb. Do tego potrzebne są jednak rozwiązania telematyczne.

– Z naszego badania wynika, że ok. 30 proc. kierowców nie ma poczucia bezpieczeństwa. Jest ono zaburzone m.in. przez doniesienia medialne o zamachach terrorystycznych, do dokonywania których użyte zostały pojazdy ciężarowe, ale także napady, pospolite kradzieże z włamaniami do pojazdu związane z chęcią przedostawania się nielegalnych imigrantów do Wielkiej Brytanii bądź innych krajów UE – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Korbuszewski, dyrektor sprzedaży w Inelo.

Medialne doniesienia o coraz częstszych atakach terrorystycznych przy wykorzystaniu uprowadzonych samochodów ciężarowych skutkują coraz większą popularnością urządzeń, które mogą służyć do obrony. 29 proc. kierowców przyznaje, że wyposażyło się (lub planuje to w przyszłości) w dodatkowe środki ochrony: gaz pieprzowy (18 proc.), paralizator (7 proc.), przedmioty ciężkie i ostre (po 5 proc.), pałkę czy kij bejsbolowy (1–2 proc.).

– Są to jednak rozwiązania doraźne, które pozwalają kierowcom poczuć się bezpieczniej. Niemniej jednak najlepsza jest profilaktyka. Na rynku dostępne są rozwiązania, które pozwalają stosować taką profilaktykę. 33 proc. firm wskazało, że najbardziej pożądaną jest możliwość wyeliminowania np. niebezpiecznych parkingów na etapie planowania trasy, na których dochodzi do kradzieży paliwa bądź napadów na kierowców. To czynnik, który najbardziej podnosi poczucie bezpieczeństwa wśród kierowców – zaznacza Kamil Korbuszewski.

Kierowcy wskazują, że poczucie bezpieczeństwa mogłyby zwiększyć także możliwość natychmiastowego powiadomienia służb o sytuacjach niebezpiecznych (30 proc.), otrzymanie informacji potwierdzającej otrzymanie powiadomienia o zagrożeniu przez spedytora (19 proc.), wyposażenia pojazdu przez pracodawcę w dodatkowe środki obronne (19 proc.) czy możliwość natychmiastowego kontaktu ze spedytorem w sytuacji zagrożenia (12 proc.).

– Kierowcy wskazują też na możliwość zaraportowania stanu pojazdu – kiedy pojazd się zatrzyma, wówczas system zainstalowany w pojeździe informuje spedytora, co się wydarzyło. Systemy umożliwiają również monitorowanie i alertowanie sytuacji, kiedy pojazd wyjedzie poza założoną wcześniej trasę. Aby tego typu funkcjonalności wdrożyć, potrzebne jest stosowanie systemów opartych o GPS i transmisję danych – mówi ekspert Inelo.

Zamontowanie w samochodach urządzeń nawigacji satelitarnej GPS pozwala na zachowanie ciągłości komunikacji między kierowcami a osobami zarządzającymi transportem, gdzie wszystkie komunikaty są zapisywane na określony czas. Przy zatrzymaniu pojazdu lub w przypadku braku informacji o wykonywanej czynności spedytor może powiadomić odpowiednie służby o podejrzewanym niebezpieczeństwie. Z takich rozwiązań telematycznych korzysta 65 proc. firm transportowych.

– Istnieją firmy, które stosują podstawowe systemy pokazujące tylko lokalizację pojazdu. Cześć firm stosuje bardziej zaawansowane systemy, gdzie dodatkowo jest komunikacja z kierowcą. W tym przypadku w codziennej pracy kierowcy korzystają z komunikatora, czyli możliwości bezpośredniej komunikacji ze spedytorem, z obsługi zleceń transportowych i nawigacji. Systemy wspierają organizację pracy w firmie, a to również wpływa na poczucie bezpieczeństwa – ocenia Kamil Korbuszewski.

PKO BP stawia na automatyzację i inwestuje w nowe technologie. Pierwsi klienci firmowi otrzymali już dostęp do nowej wersji serwisu transakcyjnego

Marcin Pułkownik, kierownik zespołu bankowości elektronicznej w PKO Banku Polskim

Większa automatyzacja, bezpieczeństwo, szersze możliwości korzystania z produktów finansowych w kanale internetowym i mobilnym – to główne potrzeby klientów korporacyjnych i instytucjonalnych. Biznes oczekuje też usług sprofilowanych pod poszczególne działy firmy odpowiedzialne za obszar finansów. PKO Bank Polski, największy polski bank, pracuje nad rozwijaniem nowych narzędzi, które mają pomóc w dostosowaniu się do tych oczekiwań. Firmy będą mogły korzystać z nowego serwisu iPKO biznes i aplikacji mobilnej.

– Potrzeby klientów korporacyjnych i instytucjonalnych są uzależnione od tego, na jakim rynku działa firma, jaki ma profil działalności, czy jest duża, czy mała. Staramy się, żeby nasze produkty były prezentowane w sposób czytelny i zindywidualizowany. Osoby, które z nich korzystają, muszą mieć je dopasowane do siebie. Inne potrzeby ma pracownik, który wykonuje przelewy, a zupełnie inne ma osoba, która zarządza finansami w firmie i potrzebuje złożonych rozwiązań do prezentacji skonsolidowanych danych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Pułkownik, kierownik zespołu bankowości elektronicznej w PKO Banku Polskim.

Kierownik zespołu bankowości elektronicznej w PKO BP zauważa, że obecnie klienci korporacyjni oczekują coraz większej automatyzacji, chcą korzystać z produktów bankowych poprzez aplikacje mobilne dostępne na telefony i tablety.

– To główny trend, w zakresie którego staramy się odpowiedzieć na potrzeby klientów i automatyzować wymianę danych. Drugi trend to urządzenia mobilne – możliwość zarządzania nie tylko rachunkami, nie tylko sprawdzanie sald, historii rachunku, lecz także możliwość deklarowania wpłat gotówki czy innych bardziej złożonych usług z poziomu aplikacji mobilnej z dowolnego miejsca na świecie – mówi Marcin Pułkownik.

Obecnie nowoczesne narzędzia dostępne dla klientów korporacyjnych i instytucjonalnych to przede wszystkim usługi oparte o API, czyli interfejs programistyczny aplikacji. Ten trend będzie coraz wyraźniejszy, również dzięki zmianom w prawie. Nowa ustawa o usługach płatniczych wprowadzi duże możliwości zautomatyzowania wymiany danych pomiędzy systemami finansowo-księgowymi klienta i banku.

– Bezpieczeństwo to kolejna potrzeba, która wychodzi już nie tylko od banków, lecz także od klientów. Klienci po swoich audytach zgłaszają nam potrzebę różnych rozwiązań w zakresie zwiększenia bezpieczeństwa – mówi Marcin Pułkownik.

W ramach poszerzenia oferty kanałów elektronicznych i mobilnych PKO BP uruchomił nową wersję serwisu transakcyjnego iPKO biznes specjalnie dla klientów korporacyjnych. Obecnie jest w dwóch, a docelowo będzie mieć kilka wersji językowych. System jest dostosowany do potrzeb grup kapitałowych o rozbudowanej strukturze, w tym posiadających jednostki w różnych krajach. Cechą nowego systemu jest też personalizacja wyświetlanych informacji, skrótów, zestawień, sortowania, filtrów, importu i eksportu danych. Po przejściu na nową wersję iPKO biznes klienci korporacyjni mogą też korzystać z aplikacji mobilnej, która zapewnia dostęp online do potrzebnych informacji finansowych firmy.

– Oferujemy rozwiązania dedykowane, bardzo złożone i skomplikowane, dla naszych klientów, ale staramy się, aby były one zindywidualizowane dla każdego użytkownika. Inną rolę pełni osoba, która zajmuje się na co dzień transakcyjnością, potrzebuje zlecić płatności i odebrać wyciągi, a zupełnie czym innym jest zarządzanie całością firmy czy grupami kapitałowymi – podkreśla Marcin Pułkownik.

Największy polski bank przez serwis iPKO biznes obsługuje blisko 40 tys. klientów instytucjonalnych, co przekłada się na ok. 200 tys. użytkowników. Są to największe spółki z branż energetycznej, ubezpieczeniowej, telekomunikacyjnej, a także jednostki samorządu terytorialnego.

Oferta produktów bankowości transakcyjnej obejmuje m.in. karty płatnicze, systemy identyfikacji płatności masowych, rachunki skonsolidowane, przelewy płacowe czy rozwiązania wspierające obrót gotówką. W portfolio usług banku są też instrumenty wspierające ekspansję zagraniczną – akredytywy, gwarancje i inkasa, które zabezpieczają transakcje biznesowe. Segment PKO BP odpowiedzialny za bankowość korporacyjną jest podzielony na specjalizacje branżowe, np. rolnictwo, przemysł spożywczy, produkcja i handel, co ma zapewnić profesjonalną obsługę firm z każdego sektora.

Poza Polską PKO BP ma też oddziały w Niemczech i Czechach. Jest to o tyle istotne, że duże grupy kapitałowe, które prowadzą działalność na wszystkich tych rynkach, mają możliwość skonsolidowania swoich finansów w jednym banku.

– Mają też możliwość zaprezentowania na jednym, wspólnym ekranie płynności ze wszystkich tych oddziałów. Otwieramy się na nowe rynki, mamy swoje oddziały w Czechach, w Niemczech, tam są zupełnie inne usługi niż te dostępne na rynku polskim. Staramy się przenosić doświadczenia z tamtych rynków na nasz rynek rodzimy – mówi Marcin Pułkownik.

Wsparcie dla frankowiczów wciąż na etapie prac w Sejmie. Zadłużeni we frankach powinni uważać, żeby nie przedawnił się okres ich roszczeń wobec banku

Wsparcie dla frankowiczów wciąż na etapie prac w Sejmie. Zadłużeni we frankach powinni uważać, żeby nie przedawnił się okres ich roszczeń wobec banku 3

Zadłużeni we frankach szwajcarskich nie mogą na razie liczyć na kompleksowe uregulowanie swojej sytuacji. Prezydencki projekt pomocy tej grupie kredytobiorców trafił na półkę. – Dalsze oczekiwanie na ruch ze strony rządu czy Sejmu może przysporzyć dodatkowych problemów, czyli spowodować przedawnienie roszczeń kredytobiorców – zauważa adwokat Jacek Sosnowski. W sprawach frankowych obowiązują dziesięcioletnie terminy przedawnienia, dlatego jedyną drogą dochodzenia roszczeń są w tej chwili sale sądowe. Sądy jednak coraz przychylniej odnoszą się do roszczeń kredytobiorców.

W trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Finansów 10 października jej przewodniczący Jacek Sasin zapowiedział, że ustawa spreadowa autorstwa prezydenta Andrzeja Dudy zostanie odłożona na półkę. Pierwszeństwo będą mieć prace nad drugą z proponowanych ustaw, dotyczącą wsparcia kredytobiorców w trudnej sytuacji finansowej. Projekt po pierwszym czytaniu trafił do sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

Jakkolwiek ustawa spreadowa była powszechnie krytykowana, zarówno przez środowisko bankowe, jak i kredytobiorców, to jednak stanowiła ona krok w stronę realnego uregulowania problemu frankowiczów, czyli stwierdzenia, że mamy do czynienia z klauzulami niedozwolonymi, nielegalnymi postanowieniami umownymi stosowanymi przez banki. Dążyła do zwrotu z tego tytułu na rzecz kredytobiorców stosownych kwot, które w ocenie kredytobiorców były niewystarczające, a w ocenie banków zawyżone, natomiast stanowiła realną próbę rozwiązania tej kwestii – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes adwokat Jacek Sosnowski.

Projekt ustawy spreadowej zakładał, że banki mają zwrócić kredytobiorcom zwrot nadpłaconych spreadów walutowych (różnicy pomiędzy kursem kupna a sprzedaży waluty, na której zarabiały banki). Prezydent skierował go do Sejmu na początku sierpnia ubiegłego roku. Komisja Nadzoru Finansowego oszacowała, że kosztowałby on banki ok. 9,3 mld zł. W zależności od kwoty i warunków zaciągniętego kredytu hipotecznego kredytobiorcy mogliby liczyć na zwrot kilku do kilkunastu tysięcy złotych.

Druga prezydencka propozycja – projekt ustawy o wsparciu kredytobiorców w trudnej sytuacji finansowej – trafiła do Sejmu w sierpniu br. Obejmuje zarówno frankowiczów, jak i zadłużonych w złotych. Zakłada, że kredytobiorcy w trudnej sytuacji życiowej i finansowej (utrata pracy, trudna sytuacja finansowa, ciężka choroba członka rodziny) będą mogli liczyć na comiesięczne wsparcie finansowe w wysokości do 2 tys. zł przez okres 36 miesięcy. Na spłatę udzielonej pomocy bez naliczania odsetek będzie przysługiwać 12 lat, a w niektórych przypadkach możliwe będzie umorzenie części zobowiązania (zwłaszcza przy regularnej spłacie rat).

Pomoc ma być finansowana z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, który działa od początku ubiegłego roku. Banki wpłacają do niego pieniądze proporcjonalnie do wielkości posiadanego portfela kredytów walutowych. Do tej pory ze wsparcia w ramach funduszu skorzystało niewielu kredytobiorców (wykorzystanie środków na koniec 2016 roku wynosiło ok. 2 proc.). Powodem są dotychczasowe restrykcyjne kryteria otrzymania pomocy. Propozycja Kancelarii Prezydenta proponuje ich złagodzenie.

Ustawa proponuje, by rozszerzyć katalog osób uprawnionych do pomocy. Kryterium dochodowe uległo dwukrotnemu zwiększeniu, zwiększyła się kwota i czas wsparcia dla kredytobiorców. Jednakże ta ustawa nie mówi o bezzwrotnym wsparciu – to są nieoprocentowane pożyczki udzielone kredytobiorcom. Ustawa ta w żaden sposób nie dotyczy tego, co jest najistotniejsze – tego, że ludzie uzyskali kredyt, kupili mieszkanie, a w tej chwili mają do spłacenia kwotę kilka razy większą, niż otrzymali od banku – podkreśla Jacek Sosnowski.

Prezydencki projekt zakłada też, że w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców zostanie wyodrębniony Fundusz Restrukturyzacyjny (tylko dla frankowiczów), na który będą składać się banki. Z tych środków będzie finansowane przewalutowanie kredytów walutowych na złote. Banki, które się na to zdecydują, będą mogły liczyć na zwrot różnic bilansowych w wartości kredytu przed i po restrukturyzacji.

– Teoretycznie Fundusz Restrukturyzacyjny umożliwi bankom przeprowadzenie restrukturyzacji, przewalutowanie konkretnych kredytów hipotecznych. Jednak ta restrukturyzacja ma mieć charakter absolutnie dobrowolny. Pojawia się pytanie o faktyczną realizację tego uprawnienia i katalog osób, które będą mogły z niego skorzystać – zauważa Jacek Sosnowski.

Projekt ustawy o wsparciu kredytobiorców w trudnej sytuacji finansowej – w przeciwieństwie do poprzednich propozycji prezydenta – spotkał się z pozytywną oceną KNF i NBP. Został jednak skrytykowany przez stowarzyszenie frankowiczów Stop Bankowemu Bezprawiu, które wskazuje, że projekt w żaden sposób nie reguluje sytuacji osób zadłużonych we frankach szwajcarskich, których jest w Polsce ponad 900 tys. (około 6 proc. wszystkich Polaków spłacających kredyt).

– W obecnej sytuacji należy uznać, że kredytobiorcy zostali zostawieni sami sobie. Jedyną rzeczywistą drogą, którą mogą podjąć, jest droga procesów sądowych. W sprawach frankowych obowiązują dziesięcioletnie terminy przedawnienia. Dalsze oczekiwanie na jakikolwiek ruch ze strony rządu czy Sejmu może przysporzyć dodatkowych problemów, czyli spowodować przedawnienie roszczeń kredytobiorców – przestrzega adwokat.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w większości kredyty walutowe są spłacane dobrze – średnio lepiej niż kredyty złotowe. Jednak w sytuacji, gdy kredytobiorca ma roszczenie w stosunku do banku z tytułu uzyskanego kredytu denominowanego lub indeksowanego w pierwszej kolejności powinien się zastanowić nad przerwaniem biegu terminu przedawnienia, radzi adwokat. Można to zrobić poprzez skierowanie do sądu zawezwania do próby ugodowej. Wtedy dziesięcioletni termin przedawnienia, który występuje w tego typu sprawach, zostaje przerwany.

Kredytobiorca może również pozwać bank do sądu i w praktyce jest to najczęściej realizowana droga ochrony prawnej. Sądy coraz przychylniej odnoszą się do roszczeń kredytobiorców. W szczególności fakt istnienia w umowach kredytowych klauzul niedozwolonych w zasadzie jest już faktem przyznawanym przez zdecydowaną większość sądów – mówi adwokat Jacek Sosnowski.

Cyfryzacja firm w Polsce ciągle w fazie początkowej. Technologie są, ale wciąż brak świadomości

Cyfryzacja firm w Polsce ciągle w fazie początkowej. Technologie są, ale wciąż brak świadomości 4

Cyfryzacja polskich firm wymaga większej świadomości po stronie menadżerów i zarządów – uważa Dariusz Piotrowski, dyrektor generalny Dell EMC w Polsce. Dodaje, że potrzebna jest zmiana mentalna w podejściu do zarządzania przedsiębiorstwem i wdrażania nowych modeli biznesowych, bo od strony technologicznej narzędzia są. Przykładem takiej zmiany jest model IT jako usługi, co pozwala przyspieszyć i usprawnić działalność organizacji. ​ 

– Cyfryzacja firm w Polsce jest dziś w fazie początkowej pomimo dostępności rozwiązań technologicznych. Najważniejszą rzeczą jest świadomość zarządów i szczebla wykonawczego. Mamy już firmy, które realizują cyfryzację w bardzo skuteczny sposób, mamy wręcz całe sektory takie jak bankowy, który przoduje w cyfryzacji w Polsce i na świecie. Natomiast w wielu innych branżach musimy przejść drogę edukacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Piotrowski, dyrektor generalny Dell EMC w Polsce.

Z ubiegłorocznych badań firmy Deloitte („Digital Transformation 2016”) wynika, że ponad połowa polskich przedsiębiorstw ma wizję transformacji cyfrowej, a 41 proc. opracowało już szczegółowy plan biznesowy i inwestycyjny. Coraz więcej przedsiębiorstw rozumie, że od cyfryzacji nie ma odwrotu i postrzega ją jako czynnik, który zadecyduje o ich przewadze konkurencyjnej na rynku.

Najważniejsze trendy technologiczne, które wpływają na postęp w cyfryzacji biznesu, to sztuczna inteligencja, blockchain, big data, usługi w chmurze czy wirtualna rzeczywistość. O ile technologie są coraz bardziej powszechne, o tyle wciąż bardzo powoli rośnie świadomość prezesów i zarządów polskich przedsiębiorstw dotycząca cyfryzacji. Cyfrowa transformacja w gospodarce wymaga nie tylko narzędzi technologicznych, lecz przede wszystkim zmiany mentalnej w podejściu do zarządzania organizacją i wdrażania nowych modeli biznesowych.

– Firmy oczekują przede wszystkim efektywności kosztowej i operacyjnej, mierzonej oczywiście dodatkowymi zyskami lub oszczędnościami. Tak postrzega to zarząd każdej firmy. Natomiast wielu świadomych użytkowników technologii oczekuje, że będzie ona przede wszystkim pomagała w realizacji celów biznesowych. Nie chodzi o technologię samą w sobie, ale o wspieranie założeń strategicznych – mówi Dariusz Piotrowski.

Dyrektor generalny Dell EMC w Polsce ocenia, że najbardziej optymalny dla firm jest model  ITaaS (IT as a Service), czyli usług IT w modelu usługowym. Z punktu widzenia przedsiębiorstwa jest to rozwiązanie, które usprawnia i przyspiesza pracę całej organizacji.

– IT as a Service jest terminem znanym w branży informatycznej już od jakiegoś czasu. W naszym rozumieniu tego podejścia zespół IT jako broker usług ITaaS używa specjalistycznej wiedzy i doświadczenia, aby pomagać działom biznesowym właściwie zdefiniować ich oczekiwania oraz odpowiedzieć na konkretne wyzwania czy problemy. Chodzi więc o to, by IT zaczęło dostarczać konkretną wartość, a nie same systemy informatyczne. My udostępniamy natomiast platformę, która pozwala świadczyć te usługi szybciej i efektywniej oraz zdecydowanie skrócić okres tworzenia rozwiązań IT wewnątrz firm. –wyjaśnia Dariusz Piotrowski.

Portfolio produktów i rozwiązań Dell EMC to kompleksowa platforma usprawniająca działanie biznesu i administracji. Dzięki jednemu dostawcy usług IT organizacja zyskuje wysoki poziom bezpieczeństwa, optymalizację kosztów i koordynację wszystkich procesów w jednym punkcie.

– Ta platforma sięga bardzo głęboko: od poziomu operacyjnego pracowników – desktopu, monitora, poprzez poziom serwerów, budowy centrów danych, sieci, które łączą te rozwiązania, po analitykę wielkich zbiorów danych na najwyższym poziomie. Oferta Dell EMC jest bardzo dobrze odbierana przez  klientów, ponieważ automatyzacja, zarządzanie, realizacja dodatkowych funkcji i bezpieczeństwo zapewniane są dzięki dostawom od jednej firmy – mówi Dariusz Piotrowski.

W ubiegłym roku Dell połączył się z EMC Corporation, a tym samym powstała największa na świecie firma technologiczna z większościowym kapitałem prywatnym. W rok po fuzji dyrektor polskiego oddziału Dell EMC ocenia, że z organizacyjnego i finansowego punktu widzenia była to dobra decyzja.

– Zamknęliśmy poprzedni rok finansowy kwotą 74 mld dol. przychodów. W ostatnim kwartale wypracowaliśmy zysk dodatkowy w kwocie prawie 2 mld dol. Nowe patenty i nowe rozwiązania technologiczne pojawiają się w naszej ofercie co kilka miesięcy. Korzystamy z efektu synergii i mamy do zaoferowania znacznie więcej niż przed połączeniem – mówi Dariusz Piotrowski.

W samym środku Drogi Mlecznej może się znajdować tunel czasoprzestrzenny. Według naukowców może pozwolić na podróże do innych galaktyk

W samym środku Drogi Mlecznej może się znajdować tunel czasoprzestrzenny. Według naukowców może pozwolić na podróże do innych galaktyk 5

Najnowsze badania naukowców z Triestu wskazują, że w środku Drogi Mlecznej, w ciemnej materii, może istnieć tunel czasoprzestrzenny, który prowadzi do innych galaktyk. Idea tuneli czasoprzestrzennych opiera się na teorii względności. Podróż w nich trwałaby znacznie krócej niż podróż między takimi samymi punktami w linii prostej. Nowe odkrycia dotyczące grawitacji w różnych skalach przyniosą wiedzę, którą będzie można wykorzystać w przyszłości w rozwoju cywilizacji.

Doniesienia naukowców z International School for Advanced Studies w Trieście wskazują, że tunele czasoprzestrzenne, tzw. mosty Einsteina-Rosena, mogą znajdować się w Drodze Mlecznej, w ciemnej materii. Astrofizycy podkreślają, że wyniki ich badań nie potwierdzają istnienia, ale nie wykluczają występowania tuneli czasoprzestrzennych w większości spiralnych galaktyk takich jak Droga Mleczna. Paliwo do budowy i zasilania tunelu może dostarczyć ciemna materia.

– Hipotetyczne tunele czasoprzestrzenne, tzw. wormhole, o których mówi się w teorii, polegają na tym, że istnieje obszar, który jest wejściem tego tunelu i drugi obszar, który jest wyjściem. Są one tak połączone, że tunel jest krótszy niż odległość pomiędzy nimi. W tym sensie można byłoby podróżować na duże odległości, przechodząc przez ten tunel w bardzo krótkim czasie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Bejger z Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika Polskiej Akademii Nauk.

Teoria względności Einsteina zakłada, że czas i przestrzeń są połączone i formują czasoprzestrzeń. Ziemia wgłębia się w tym materiale, a grawitacja to ruch obiektów po zakrzywionych liniach. Gdy Ziemia się obraca, zakrzywia czasoprzestrzeń. Największym możliwym zakrzywieniem czasoprzestrzeni jest czarna dziura. Zgodnie z teorią względności, aby powstała, musi dojść do nagromadzenia bardzo dużej masy w małej objętości. Powierzchnia, która otacza czarną dziurę, tzw. horyzont zdarzeń, wyznacza granicę bez powrotu.

– Im większa masa, bardziej skupiona w jednym miejscu, tym większe zakrzywienie. Maksymalnym zakrzywienie, jakie jest możliwe w teorii, to czarna dziura. To obiekt, który jest tak masywny, tak zwarty i mały, że prędkość ucieczki z jego powierzchni jest większa niż prędkość światła, czyli z definicji nie da się z niego uciec. To definiuje tzw. horyzont czarnej dziury. To taka powierzchnia, wewnątrz której prędkość ucieczki jest większa niż prędkość światła –twierdzi ekspert.

Idea tuneli czasoprzestrzennych, która opiera się na teorii względności i obliczeniach Karla Schwarzschilda, zakłada, że mogą istnieć tunele, tzw. mosty Einsteina-Rosena, łączące różne miejsca w czasoprzestrzeni, gdzie podróż trwałaby znacznie krócej niż podróż między takimi samymi punktami w linii prostej. Według Schwarzschilda każdy obiekt, który zbliży się do czarnej dziury na określoną odległość, zostanie do niej wessany i znajdzie się z drugiej strony czasoprzestrzeni.

– Każda masa zakrzywia czasoprzestrzeń, ziemia zakrzywia czasoprzestrzeń i to zostało sprawdzone doświadczalnie. Wokół ziemi krążą satelity, które mierzą różne rzeczy. To pole grawitacyjne Ziemi według Newtona albo zakrzywienie czasoprzestrzeni według Einsteina jest mierzalne – tłumaczy Michał Bejger.

Już w 2015 roku na łamach prestiżowego czasopisma „Nature” opublikowano wyniki badań hiszpańskich naukowców z Uniwersytetu Autonomicznego w Barcelonie, w których udało się stworzyć magnetyczny odpowiednik tunelu czasoprzestrzennego. Eksperymenty wykazały, że przez taki tunel z jednego miejsca do innego miejsca w kosmosie można by przemieścić pole magnetyczne generowane przez fizyczny obiekt. Naukowcy nie byli jednak w stanie przetransferować samej materii.

– Potwierdzanie teorii względności i w ogóle testowanie teorii jest istotą nauki, więc wiedza o tym, jak działa grawitacja, jest kluczowa. Jeśli będziemy dobrze rozumieć, jak działa grawitacja we wszystkich skalach, bo na ziemi możemy testować tylko grawitację w słabym polu grawitacyjnym, to przyniesie nam to wiedzę, którą będziemy mogli wykorzystać w przyszłości w rozwoju cywilizacji – podsumowuje Michał Bejger.

Skarbiec TFI i JPMorgan Asset Management przekształcą ofertę funduszu parasolowego Skarbiec

Z dniem 1 grudnia 2017 roku, fundusz parasolowy działający dotychczas pod nazwą Skarbiec – JPMorgan Asset Management Funds Polska SFIO, zmieni nazwę na  Skarbiec – Global Funds SFIO. Wraz ze zmianą nazwy, zmodyfikowana zostanie również jego oferta. Wchodzące w skład funduszu trzy subfundusze będą kontynuowały swoje strategie inwestycyjne, polityka lokowania aktywów dwóch kolejnych zostanie zmieniona, a pozostałe trzy subfundusze ulegną likwidacji.

Partnerzy, Skarbiec TFI i JP Morgan Asset Management, po trwającej blisko 5 lat współpracy w zakresie tworzenia i zarządzania funduszem parasolowym Skarbiec – JPMorgan Asset Management Funds Polska SFIO, podjęli decyzję o przekształceniu wspólnej oferty inwestycyjnej.

Trzy subfundusze działające obecnie jako:

  • JPMorgan – Emerging Markets Opportunities Fund Polska
  • JPMorgan – Global High Yield Bond Fund Polska
  • JPMorgan – Global Income Fund Polska

zmienią nazwy na :

  • Skarbiec – Emerging Markets Opportunities
  • Skarbiec – Global High Yield Bond
  • Skarbiec – Global Income.

Produkty te będą realizowały swoje dotychczasowe strategie inwestycyjne, polegające na lokowaniu od 65 do 100 proc. aktywów w subfundusze zarządzane przez JP Morgan Asset Management, odpowiednio w JPM Emerging Markets Opportunities Fund, JPM Global High Yield Bond Fund oraz JPMorgan Investment Funds – Global Income Fund.

Kolejne dwa subfundusze, z dniem 1 marca 2018 roku, zmienią nie tylko swoje nazwy ale również założenia polityki inwestycyjnej.  

JPMorgan – Highbridge US STEEP Fund Polska, będzie działał pod nową nazwą: Skarbiec – Global Select Equity. Strategia inwestycyjna subfunduszu będzie zakładała inwestowanie środków w fundusz JPMorgan Investment Funds – Global Select Equity Fund, który jest jednym z najlepszych na świecie funduszy inwestujących w akcje na rynkach rozwiniętych.

Z kolei JPMorgan – Global Strategic Bond Fund Polska, zmieni nazwę na Skarbiec – Global Bond Opportunities, a swoje aktywa będzie lokował w subfundusz JPMorgan Funds – Global Bond Opportunities Fund. Fundusz ten realizuje najlepsze pomysły inwestycyjne na globalnych rynkach obligacji, wykorzystując aktywną alokację w różne segmenty obligacji.

We wszystkich wyżej wymienionych subfunduszach nie ulegną zmianie pozostałe parametry, w tym maksymalne stawki wynagrodzenia za zarządzanie, wysokość opłat manipulacyjnych oraz kwoty pierwszej i kolejnej wpłaty.

– Po przeanalizowaniu obecnej oferty produktowej Skarbiec TFI i kierunków w jakich idzie rynek, uznaliśmy że optymalnym rozwiązaniem będzie oferowanie pięciu funduszy, lokujących środki w produkty zarządzane przez JPMorgan Asset Management. Wybrane fundusze, niektóre z nich o nieco zmodyfikowanych politykach inwestycyjnych, będą stanowiły, nie tylko ciekawe uzupełnienie naszej oferty, ale również doskonale wpiszą się w oczekiwania i potrzeby naszych klientów. Postawiliśmy na dwa globalne rozwiązania obligacyjne, dwa globalne produkty akcyjne oraz jedno globalne narzędzie o charakterze multiassetowym. – komentuje Jacek Janiuk, członek zarządu Skarbiec TFI, odpowiedzialny za sprzedaż oraz ofertę produktową Towarzystwa – Warto zaznaczyć, że wybrane przez nas rozwiązania wypadają bardzo dobrze na tle konkurentów pod względem osiąganych wyników. – dodaje.

Zgodnie z nową strategią współpracy, JP Morgan nadal będzie wspierał Skarbiec TFI w działaniach marketingowych, szkoleniowych i spotkaniach z klientami.

Z dniem 29 grudnia 2017 roku rozpocznie się likwidacja pozostałych trzech subfunduszy: Skarbiec JPMorgan Europe Strategic Dividend Fund Polska, Skarbiec JPMorgan Global Healthcare Fund Polska oraz Skarbiec JPMorgan Global Macro Opportunities Fund Polska. Dodatkowo, 30 listopada 2017 roku zostaną zmienione  ich nazwy, odpowiednio na Skarbiec – Europe Strategic Dividend, Skarbiec – Global Healthcare oraz Skarbiec – Global Macro Opportunities. Wypłata środków z tytułu likwidacji subfunduszy nastąpi w  pierwszym kwartale 2018 roku. Do dnia rozpoczęcia likwidacji, tj. 29 grudnia 2017 roku, subfundusze zbywają i odkupują jednostki uczestnictwa, z zastrzeżeniem, że ostatnie zlecenia muszą zostać przetworzone z dniem wyceny 28 grudnia 2017. Dla zleceń przetworzonych po tej dacie wypłata środków nastąpi po zakończeniu likwidacji subfunduszy. Koszty likwidacji zostaną pokryte przez TFI i nie będą miały wpływu na wycenę likwidowanych subfunduszy.

Wierzę, że tak skonstruowana oferta Skarbiec TFI w zakresie funduszy globalnych inwestujących w rozwiązania zarządzane przez JPMorgan Asset Managment, jeszcze lepiej odpowie na potrzeby naszych klientów i spotka się z ich uznaniem i zainteresowaniem. – podsumowuje Jacek Janiuk.

Obecnie Nowa nazwa Nazwa funduszu bazowego Wejście w życie zmiany
Skarbiec – JPMorgan Asset Management Funds Polska SFIO Skarbiec – Global Funds SFIO 1 grudnia 2017
Subfundusz JPMorgan – Emerging Markets Opportunities Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Emerging Markets Opportunities JPMorgan Funds  JPM Emerging Markets Opportunities Fund 1 grudnia 2017
Subfundusz JPMorgan – Highbridge US STEEP Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Global Select Equity JPMorgan Investment Funds – Global Select Equity Fund 1 marca 2017
Subfundusz JPMorgan – Global Strategic Bond Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Global Bond Opportunities JPMorgan Funds – Global Bond Opportunities Fund 1 marca 2017
Subfundusz JPMorgan – Global High Yield Bond Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Global High Yield Bond JPMorgan Investment Funds JPM Global High Yield Bond Fund 1 grudnia 2017
Subfundusz JPMorgan – Global Income Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Global Income JPMorgan Investment Funds – Global Income Fund 1 grudnia 2017
Subfundusz JPMorgan – Global Healthcare Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Global Healthcare JPMorgan Funds JPM Global Healthcare Fund 1 grudnia 2017

(zmiana nazwy)

29 grudnia 2017

(rozpoczęcie likwidacji)

Subfundusz JPMorgan – Europe Strategic Dividend Fund Polska Subfundusz Skarbiec –  Europe Strategic Dividend JPMorgan Investment Funds – Europe Strategic Dividend Fund 1 grudnia 2017

(zmiana nazwy)

29 grudnia 2017

(rozpoczęcie likwidacji)

Subfundusz JPMorgan – Global Macro Opportunities Fund Polska Subfundusz Skarbiec – Global Macro Opportunities JPMorgan Investment Funds – Global Macro Opportunities Fund 1 grudnia 2017

(zmiana nazwy)

29 grudnia 2017

(rozpoczęcie likwidacji)

 

F-gazy: ustawa zgodna z prawem unijnym, nowe wymagania

Ustawa o f-gazach od wejścia w życie w połowie 2015 roku stanowiła źródło problemów i niejasności – wdrażała bowiem regulacje z nieobowiązującego już wówczas unijnego rozporządzenia z 2006 r. Od września 2017 r. ustawa jest wreszcie dostosowana do aktualnych przepisów Unii Europejskiej. Dla firm i instytucji pracujących z f-gazami oznacza to kilka zmian na lepsze, ale i konieczność dostosowania się do nowych regulacji.

Znowelizowana ustawa o substancjach zubożających warstwę ozonową oraz o niektórych fluorowanych gazach cieplarnianych (f-gazach) została dostosowana do obowiązującego obecnie rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 517/2014 z 16 kwietnia 2014 r. w sprawie fluorowanych gazów cieplarnianych. Wśród wątpliwości, które budziła jej poprzednia wersja, były także kwestie dotyczące tego, jaki sprzęt podlega jej regulacjom.

– Chodziło między innymi o urządzenia zawierające substancję kontrolowaną lub f-gaz, które zostały wyłączone z eksploatacji, lecz nie zostały jeszcze przekazane do unieszkodliwienia – wspomina Magdalena Masternak, specjalista ds. ochrony środowiska EcoMS Consulting i trener z Akademii EcoMS, która prowadzi szkolenia m.in. z wymagań prawnych dotyczących fluorowanych gazów cieplarnianych.

Konieczna weryfikacja

Ustawa w obecnym brzmieniu jest precyzyjna – także te urządzenia muszą być wpisane do Centralnego Rejestru Operatorów (CRO; to nowa, skrócona nazwa dotychczasowego Centralnego Rejestru Operatorów Urządzeń i Systemów Ochrony Przeciwpożarowej) i podlegają okresowym kontrolom szczelności. Zakresem ustawy, a więc obowiązkiem sprawozdawczym, objęta jest obecnie większa niż dotąd liczba f-gazów – wszystko za sprawą odniesienia się w ustawie do art. 2 pkt 1 oraz załącznika nr 2 do unijnego rozporządzenia nr 517/2014. Z kolei konsekwencją zapisów art. 2 ust. 1 pkt 10b jest objęcie znowelizowanymi regulacjami szerszej gamy produktów i urządzeń, w tym agregatów chłodniczych samochodów ciężarowych chłodni i przyczep chłodni oraz rozdzielnic elektrycznych.

Duża zmiana dotyczy także kryterium podlegania przez urządzenie okresowym kontrolom szczelności, a także wymogowi rejestracji w CRO. Przed nowelizacją przepisów decydująca była liczba kilogramów f-gazu znajdującego się w urządzeniu. Obecnie wszystko zależy od ilości f-gazu wyrażonej w tonach ekwiwalentu CO2. Dolną granicę stanowi 5 ton. Od tego poziomu urządzenie podlega obowiązkom założenia dokumentacji w CRO i wykonywania kontroli szczelności (co najmniej raz na 12 miesięcy w przypadku, gdy ilość ekwiwalentu wynosi 5-50 ton).

– W ramach dostosowywania się do nowych przepisów wszystkim pracującym z f-gazami w pierwszej kolejności zalecamy weryfikację zawartości tych substancji w posiadanych urządzeniach, oczywiście w przeliczeniu na tony ekwiwalentu CO2. Dodatkowo niezbędne jest upewnienie się, czy w efekcie poszerzenia zakresu urządzeń podlegających regulacjom nie wzrosła liczba urządzeń, które należy zgłosić w CRO i prowadzić okresowe kontrole ich szczelności – radzi Magdalena Masternak.

Więcej czasu

Zmianą, która z pewnością ucieszy wszystkie firmy i instytucje pracujące na co dzień z f-gazami, jest wydłużenie czasu na założenie Karty Urządzenia oraz dokonanie wpisu po wykonaniu czynności na urządzeniu.

Na założenie Karty Urządzenia jest obecnie 15 (zamiast 10) dni roboczych od dnia dostarczenia urządzenia na miejsce funkcjonowania, a jeśli wymaga ono zainstalowania – od dnia zakończenia instalacji i napełnienia urządzenia f-gazem. Co ważne, kartę należy założyć niezależnie od faktu rozpoczęcia eksploatacji urządzenia – wystarczy bowiem, że zostało ono zainstalowane.

Również 15 (a nie – jak wcześniej – 5) dni roboczych znowelizowana ustawa przewiduje na wpisanie do Karty Urządzenia czynności dotyczących instalowania, konserwacji lub serwisowania i kontroli szczelności, naprawy oraz naprawy nieszczelności i likwidacji urządzenia, a także informacji na temat środków podjętych w celu odzyskania f-gazów z likwidowanego urządzenia.

Zrób to sam

Co niezwykle istotne, uprawnionym do dokonywania wpisów dotyczących tych czynności jest już nie tylko certyfikowany serwisant. Nie trzeba zatem udostępniać mu komputera, lecz otrzymawszy od administratora dostęp do CRO, można dokonać samodzielnie wpisu na podstawie protokołu sporządzonego i podpisanego przez uprawnionego serwisanta.

23 września 2017 r., czyli w dniu wejścia w życie znowelizowanej ustawy, rozpoczął się 6-miesięczny okres, jaki Instytut Chemii Przemysłowej, prowadzący CRO, ma na dostosowanie rejestru i bazy danych do nowych przepisów. Informacja o zakończeniu tego procesu zostanie przesłana drogą mailową do wszystkich użytkowników CRO – operatorów urządzeń zawierających f-gazy. Od tego dnia będą oni mieli pół roku na – w zależności od sytuacji – sporządzenie lub uaktualnienie Karty Urządzenia.

– Za niedopełnienie tego obowiązku grozić będzie kara administracyjna o maksymalnej wysokości 3000 złotych – ostrzega Magdalena Masternak.

Ustawa o f-gazach w nowym brzmieniu zawiera sporo udogodnień dla pracujących z tymi substancjami. Aby jednak w spokoju z nich korzystać, warto, by firmy i instytucje uprzednio zweryfikowały, czy w wyniku nowelizacji nie wzrosła także liczba ciążących na nich obowiązków.

4 trendy, które odmienią analitykę przestrzenną w nadchodzących latach

„W drodze do GeoRewolucji” to hasło, które było motywem przewodnim odbywającego się w ostatnich dniach października 2017 Kongresu GIS 2017, największego w Polsce wydarzenia poświęconego analityce przestrzennej i systemom informacji geograficznej. Zdaniem organizatorów, firmy Esri, podkreśla ono dynamiczny rozwój rozwiązań dedykowanych analizie danych przestrzennych. W trakcie dwóch dni prelekcji i warsztatów uczestnicy i zaproszeni goście debatowali nad przyszłością wykorzystania danych geograficznych w praktycznie każdej dziedzinie życia. Wynikiem tych rozmów jest określenie czterech najważniejszych trendów, które wyznaczają kierunek rozwoju tej technologii.

  1. Internet Rzeczy – układ nerwowy planety

Sieć połączonych ze sobą nadajników i sensorów już od lat stanowi jedno z głównych źródeł informacji dla takich branż, jak wodociągi, transport czy zarządzanie ruchem. Możliwość integracji danych pochodzących z GPS z informacją o ciśnieniu wody pozwala szybciej zidentyfikować miejsce wycieku, a informacja o trasie pociągu czy samochodu dostawczego pozwala określić nie tylko najlepszą drogę przejazdu, ale także usprawnić i optymalizować cały proces dystrybucji i rewolucjonizuje branżę logistyczną. Ponadto, wykorzystanie danych lokalizacyjnych płynących z Internetu rzeczy (IoT) już teraz usprawnia działania związane z rozmieszczeniem karetek pogotowia w Małopolsce. Analiza natężenia ruchu w połączeniu z danymi o częstotliwości i kierunkach dojazdu ambulansów pomaga w takim umiejscowieniu załóg karetek, aby były one w stanie dojechać do pacjentów w ustawowym czasie nieprzekraczającym 15 minut w terenie zabudowanym i 20 minut poza nim. Co ciekawe, dzięki inwestycjom w odpowiednią technologię, usprawnienia te nie muszą się wiązać z koniecznością zakupu nowych pojazdów.

– Szacuje się, że do 2020 roku prawie 60% światowej [1]populacji będzie posiadało smartfona, a do roku 2021 liczba urządzeń podłączonych do IoT wyniesie 16 mld[2]. Nie trudno zatem wyobrazić sobie, że Internet Rzeczy jest niczym układ nerwowy dla naszej planety, który odpowiada za przekazywanie ogromnych ilości informacji. Tego, czego brakuje nam aby w pełni zrozumieć ich potencjał, to możliwość ich prostej i szybkiej interpretacji. Technologią, która pozwala zrozumieć zjawiska występujące na świecie są systemy informacji geograficznej, które porządkują i wizualizują dane w formie cyfrowej mapy. – mówi Tomasz Galant Prezes Zarządu, Esri Polska.

  1. Demokratyzacja informacji

Demokratyzacja informacji znana szerzej jako formuła otwartych danych (open data) prowadzi do sytuacji, w której dostęp do informacji nie jest zastrzeżony tylko dla informatyków i badaczy danych (data scientist), ale pozwala na ich analizowanie przez szeregowych pracowników firmy. Takie podejście wiąże się bezpośrednio z modelem zarządzana opartego o danych (DDDM). Jak wskazują badania ośrodka MIT Center for Digital Business, organizacje wykorzystujące dane do podejmowania decyzji biznesowych mają średnio o 6% wyższe zyski i o 4% wyższy wskaźnik produktywności. Łatwiejsza interpretacja posiadanych danych jest jednym z głównych elementów, który wyróżnia systemy informacji geograficznej (GIS).

Rozwiązania oparte o cyfrową mapę i potężny silnik analityczny pozwalają na szybkie odczytywanie zależności między danymi, ich wizualizację na mapie oraz możliwość łatwego nanoszenia informacji przez pracowników lub obywateli, którzy chcą brać aktywny udział, np. w zagospodarowaniu przestrzeni miejskiej. Przykładem może być stworzenie Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa przez Komendę Główną Policji. Rozwiązanie pozwala na informowanie o zagrożeniach poprzez zaznaczanie na mapie miejsca i charakteru przestępstwa lub wykroczenia. Na tej podstawie polska Policja może planować rozmieszczenie patroli i podejmować działania zmierzające do zapobiegania przestępstwom, a obywatele zyskują informację o niebezpiecznych rejonach.

Udostępnianie informacji o tym gdzie jesteśmy i co robimy często przywołuje na myśl kwestie związane z nadmierną ochroną naszej prywatności. Angażowanie ludzi do wymiany i udostępniania informacji pozwala jednak na udoskonalanie praktycznie każdego sektora współczesnej gospodarki opartej na danych i nie tylko. – Możliwość zbierania i wymiany informacji za pomocą social media lub crowdsourcingu i umieszczenie ich bezpośrednio na mapie niejednokrotnie przyczynia się też do ratowania życia. Przykładem może być stworzenie mapy Demokratycznej Republiki Konga, której celem jest identyfikacja miejsc, które są zagrożone rozprzestrzenianiem się wirusa Polio – wyjaśnia Tomasz Galant.

  1. AI

Analiza danych przestrzennych coraz częściej wspierana jest przez rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, takie jak Deep Learning czy Machine Learning. Algorytm taki przyspiesza i automatyzuje cały proces analizy danych dzięki możliwości samodzielnego pozyskiwanie informacji geograficznych z otoczenia. Już teraz algorytmy potrafią rozpoznawać na zdjęciach satelitarnych takie obiekty jak samoloty czy  samochody. Pomoże to jeszcze szybciej określić kierunek rozprzestrzeniania się epidemii, czy stopień natężenia ruchu lub zanieczyszczenia powietrza w mieście. Takie podejście zakłada integrację danych pochodzących z wielu różnych źródeł takich jak kamery, radary czy LIDAR.  Technologia ta wykorzystywana jest przykładowo przy okazji opracowywania systemów w autonomicznych samochodach.

Wykorzystanie rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję jest niezbędne w sytuacjach, gdy danych jest zbyt wiele i człowiek ma trudności z prawidłowym wskazaniem wzorców. GIS w połączeniu z AI nie tylko pomaga podjęć lepsze decyzje, ale także opracować zaawansowane algorytmy pomagające, w rozwiązywaniu wielu wyzwań współczesnego świata i przyspieszą ekspansję IV rewolucji przemysłowej. – dodaje Tomasz Galant

  1. Zrównoważony rozwój oparty na danych

Szerokie wykorzystanie danych przestrzennych pozwala na realizację wizji zrównoważonego rozwoju na niespotykaną dotąd skalę. Przykładem ograniczania wpływu negatywnej działalności człowieka na  kondycję naszej planty może być wykorzystanie GIS-u przez firmę IKEA, która ponad 10 lat temu zaczęła wykorzystywać dane przestrzenne do śledzenia transportu drewna w różnych częściach świata. Pozwoliło to na monitorowanie pochodzenia drzewa i całej jego drogi, co początkowo miało przyczynić się do ograniczenia kradzieży surowca, a z czasem pozwoliło na usprawnienie całego procesu logistycznego, a co za tym idzie ograniczenia czasu, pieniędzy i negatywnego wpływu na środowisko naturalne. Analizy przestrzenne pomagają również w monitorowaniu zanieczyszczeń świetlnych i dźwiękowych, a także wspierają szeroką realizację wizji Smart City. Warto podkreślić, że powodzenie realizacji i budowania inteligentnych miast nie opiera się stricte na nowoczesnych technologiach, ale właśnie na danych, które je napędzają.

Pierwszym etapem jest wykorzystanie danych pochodzących od firm z branży budowlanej, takich jak modele drzwi czy okien. Pozwala to developerom bardzo dokładnie zwizualizować budynek i jego wnętrze. Cyfrowy model to także idealne narzędzie do prezentacji obiektu władzom miasta i społeczności lokalnej, która coraz częściej chce mieć aktywny wpływ na to, jak będzie wyglądało ich najbliższe otoczenie. Wykorzystanie analiz geograficznych pomoże także w określeniu wpływu inwestycji na natężenie ruchu, komunikację, a nawet stopień nasłonecznienia danego rejonu. Oparcie bazy danych na chmurze pozwoliłoby na dostęp do wirtualnej mapy miasta wszystkim zainteresowanym.

– Realizacja wizji Smart Cities przy wykorzystaniu informacji geograficznych to między innymi możliwość wykorzystania takich technologii, jak VR (rzeczywistość wirtualna), czy rozszerzona rzeczywistość (Augmented Reality). Integracja mapy zawierającej informacje o umiejscowieniu kanalizacji czy innych elementów znajdujących się pod ziemią z urządzeniem mobilnym pozwala zwizualizować w terenie gdzie przebiega dana rura lub kabel co pozwala na lepsze planowanie inwestycji i prac ziemnych. –

[1] Badania StatCounter z lutego 2017

[2] Ericsson Mobility Report

Kolejne rekordy na Wall Street

Zmienność w trakcie wtorkowych notowań próbowały podbić komentarze anglosaskich bankierów centralnych, wśród których solidną dawkę zaskoczenia zapewnił gubernator RBA Phillip Lowe zwiększający prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych. Wydźwięk pozornie jastrzębiej wypowiedzi wyraźnie balansowały wzmianki dotyczące braku silnych argumentów za wprowadzeniem bardziej restrykcyjnych ram polityki pieniężnej czy jawne opowiedzenie się za bardziej akomodacyjnym podejściem. Swoje pięć minut miały spółki kwotowane przy Wall Street, które tuż na początku sesji wypchnęły indeks S&P 500 powyżej okrągłego poziomu 2 600 pkt. Należy pamiętać, że rajd ku nowemu kamieniowi milowemu nie trwał zbyt długo, bowiem zdobycie następnych stu punktów zajęło jedynie 47 sesji.

W pierwszej części dnia miano antybohaterów koszyka walut państw G10 zyskiwały norweska (0,9 proc.) oraz szwedzka (0,6 proc.) korona. Ta druga stała się beneficjentem pozytywnych wzmianek Kerstin af Jochnick, pierwszej zastępcy gubernatora Riskbanku, która spodziewa się zniwelowania wpływu czynników tymczasowych rzutujących na chwilowej deprecjacji SEK. Co więcej, Jochnick potwierdziła stanowisko Cecilii Skingsley dotyczące braku wyraźnego rozczarowania obserwowaną ścieżką inflacji oraz o dość pozytywnym wydźwięku schładzającego się rynku nieruchomości. Dzisiejsza aukcja mleka nie miała przełożenia na siłę nowozelandzkiego dolara, który na przestrzeni dnia umocnił się względem swojego amerykańskiego odpowiednika o 0,3 proc.

Wtorkową wyższość dolara lekko uznał funt szterling (-0,1 proc.), który w trakcie poniedziałkowych zyskał miano niedoścignionego komponentu koszyka głównych walut. Tuż przed południem GBP znalazł się pod presją wypowiedzi członków Banku Anglii, którzy przez moment powstrzymali perspektywę dalszego umocnienia. Serię interesujących nagłówków rozpoczęły wzmianki Jona Cunliffe’a pozostającego dość sceptycznym wobec siły procesów cenowych, bowiem jego prognozy wyraźnie wskazują na inflacyjne apogeum w IV kwartale 2017 roku. Cunliffe wyraźnie obawia się o wskazania dynamiki wynagrodzeń w nadchodzących kwartałach, czego nie można powiedzieć o Gertjanie Vlieghe oczekującym skoku płac do poziomu 3,0 proc. r/r. Uwagi o kondycji rynku pracy uzupełnia wystąpienie Iana McCaffertyego, zdaniem którego stopa bezrobocia równowagi NAIRU może znajdować się poniżej 4,5 proc. Dalsze poczynania BOE dobitnie skomentował Michael Saunders oczekujący stopniowego oraz ograniczonego zacieśniania przy braku jakichkolwiek obietnic podwyżki stóp procentowych.

Listę walut Emerging Markets ponownie zamyka turecka lira (-0,8 proc.). W jej cieniu znajduje się między innymi węgierski forint (-0,2 proc.) będący po przewidywalnej decyzji Narodowego Banku Węgier o pozostawieniu parametrów prowadzonej polityki na niezmienionych poziomach. W regionie miano lidera zyskuje rosyjski rubel (0,4 proc.), który lekko dystansuje się od polskiego złotego (0,3 proc.). Obecnie USD/PLN schodzi w okolice poziomu 3,5940, EUR/PLN przebija się przez 4,2200, GBP/PLN wraca do 4,7550, a CHF/PLN notuje dość skromny ruch do 3,6240.

Ze wzrostowych nastrojów na europejskich parkietach wyłamał się madrycki IBEX 35 (-0,3 proc.), który zakończył swoje wtorkowe notowania tuż pod okrągłym poziomem 10 000 pkt. Wyższość takich indeksów jak MICEX (1,2 proc.) czy BIST 100 (1,3 proc.) uznał WIG 20, którego 0,9 proc. zwyżkę próbowały gonić DAX (0,8 proc.), CAC 40 (0,5 proc.) czy FTSE 100 (0,3 proc.). Przy Książęcej liderem został Bank Pekao (4,1 proc.) będący na fali wypowiedzi prezesa Michała Krupińskiego dotyczącej gotowości do konsolidacji sektora bankowego w Polsce. Odbicie cen miedzi (1,0 proc.) oraz srebra (0,6 proc.) pozytywnie wpłynęło na sentyment inwestorów wobec KGHM-u (3,1 proc.), który odskoczył dzisiejszym wzrostom Tauronu (2,9 proc.) czy Jastrzębskiej Spółki Węglowej (2,4 proc.). Miano najsilniej przecenionych walorów zyskał mBank (-1,3 proc.), co częściowo wynika z niezbyt udanej sesji w wykonaniu Commerzbanku (-1,3 proc.). Zniżkę instytucji podbiła sprzedaż walorów przez Jacka Iljina, dyrektora zarządzającego, który zdecydował się na podbicie obrotu o ponad 336 tys. PLN.

Wśród metali niekwestionowanym liderem zostaje platyna (1,3 proc.), która próbuje odskoczyć od nieco mniej pokaźnych wzrostów palladu (1,1 proc.). Na rynku płodów rolnych najjaśniej świecą grudniowe kontrakty na kawę ze zwyżką rzędu 1,1 proc. Swoją wczorajszą stratę próbuje odrobić złoto (0,5 proc.), które wraca w okolice poziomu 1 283 USD za uncję. Podobną skalę ruchu ma za sobą West Texas Intermediate (0,5 proc.) – jej baryłka jest obecnie wyceniana po 56,70 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Z łatką oszusta – rzecz o karuzeli podatkowej

Działania Ministerstwa Finansów, których celem jest walka z nieuczciwymi praktykami podatkowymi, przynoszą konkretne rezultaty. Przynajmniej tak twierdzi sam resort finansów. I rzeczywiście – w sierpniu br. wykryto np. karuzelę podatkową, w której udział brało przynajmniej 30 polskich i zagranicznych firm. Jednak działania służące wykrywaniu VAT-owskich wyłudzeń często wymierzone są również przeciwko uczciwym przedsiębiorcom.

Samochodowy szwindel

Przedmiotem działalności wykrytej karuzeli podatkowej był handel samochodowy. Podmioty, które sprowadzały auta z zagranicy, nie uiściły w Polsce należnego podatku VAT. Organy zidentyfikowały przeszło 1 tys. pojazdów, z których firmy nie rozliczyły się z fiskusem. Z szacunkowych wyliczeń wynika, że tylko przez ostatnie półtora roku działalności karuzeli (styczeń 2016 – lipiec 2017) straty poniesione przez organy podatkowe wyniosły ponad 25 mln zł. Podmioty biorące udział w tym nielegalnym procederze wystawiły w tym okresie faktury o wartości 108 mln zł. Natomiast był on prowadzony przynajmniej od 2014 r.

Łańcuch dostaw pętlą na szyję

W ostatnim czasie w prawie podatkowym zaszło sporo zmian. Przykładem może być chociażby rozszerzenie od stycznia br. zakresu kontroli krzyżowej przeprowadzanej przez organ podatkowy. Wprowadzona nowelizacja dała kontrolującemu prawo do sprawdzania całych łańcuchów dostaw danego przedsiębiorcy, a nie jedynie jego bezpośrednich kontrahentów. Oznacza to, że przedsiębiorca, który uczciwie rozlicza się z fiskusem i do którego działalności organ podatkowy nie ma żadnych zastrzeżeń, zostanie mimo wszystko skontrolowany – tylko dlatego, że znalazł się w łańcuchu dostaw kontrahenta podejrzanego o próby wyłudzenia VAT. I chociaż organ może objąć kontrolą jedynie transakcję przeprowadzaną z weryfikowanym kontrahentem, to sam fakt przeprowadzania kontroli w firmie może rzutować na jej płynną działalność.

Nowe zobowiązania dla przedsiębiorców

W wyniku wprowadzenia w prawie podatkowym zmian organy kontrolne otrzymują dostęp do szeregu informacji dotyczących polskich przedsiębiorstw. Wiąże się to z dodatkowymi obowiązkami, jakie są nakładane na właścicieli firm. Jednym z nich jest przesyłanie co miesiąc Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK) ewidencji zakupu i sprzedaży VAT. Duże podmioty wywiązują się z tego obowiązku od lipca 2016 r., małe i średnie zaś od stycznia 2017 r. Od stycznia przyszłego roku ten obowiązek będzie dotyczył również mikroprzedsiębiorców. Od lipca 2018 r. mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa będą zobowiązane przesyłać również JPK dla innych ewidencji, tj. faktur sprzedaży, KPiR czy ewidencji przychodów.

Te nowe obowiązki stają się uciążliwe dla przedsiębiorców. I chociaż plik przesyłany jest w wersji elektronicznej, to musi mieć określoną formę, aby został zaakceptowany. Ponadto przedsiębiorstwa muszą dostosować wykorzystywane w prowadzonej działalności systemy informatyczne do generowania JPK. Stworzy to nie tylko dodatkowe koszty, ale również problemy związane chociażby z powtarzającymi się numerami faktur zakupowych od różnych sprzedawców czy koniecznością raportowania powodu wystawienia korekty faktury (taka informacja nie jest z reguły nigdzie archiwizowana). I chociaż wprowadzane przez MF zmiany mają usprawnić przesyłanie informacji podatkowych na linii przedsiębiorca–fiskus, to w niektórych przypadkach mogą one tę komunikację znacznie skomplikować.

Biznesowe informacje na pewno bezpieczne?

Dostęp do informacji na temat nie tylko konkretnego przedsiębiorcy, ale również jego kontrahentów miałby pozyskać zespół doświadczonych analityków i programistów pracujących z ramienia MF. Zadaniem tzw. big daty byłoby wykrywanie nieuczciwych przedsiębiorców na podstawie powiązanych ze sobą danych. Specjaliści otrzymaliby wgląd zarówno w historie realizowanych transakcji, jak i w dane finansowe czy informacje o kontrahentach.

Przedsiębiorcy obawiają się przede wszystkim, że poufne dane na temat ich firm mogą dostać się w niepowołane ręce. Poza tym uczciwi podatnicy niepokoją się również, że pozyskane przez zespół informacje mogą wprowadzać w błąd i niesłusznie wskazywać na próbę oszukania przez nich Skarbu Państwa, nawet mimo dużego doświadczenia analizujących specjalistów.

Podatkowy kij, który ma dwa końce

Ministerstwo Finansów podkreśla, że wprowadzane w polskim prawodawstwie zmiany oraz powstające nowe narzędzia do walki z wyłudzeniami VAT przynoszą wymierne rezultaty. Dowodem ma być chociażby sierpniowe wykrycie karuzeli podatkowej.

Jednak działania resortu finansów stale budzą obawy zarówno części specjalistów podatkowych, jak i uczciwych przedsiębiorców. Większość z nich dotyczy rosnących możliwości kontrolnych fiskusa. Przedsiębiorcy, którzy uczciwie rozliczają się z prowadzonej działalności, są zaniepokojeni tym, że wszechobecna inwigilacja skarbowa może doprowadzić do sytuacji, w której bezzasadnie znajdą się w kręgu podejrzanych o wyłudzenia (kiedy nieświadomie nawiążą relację biznesową z nieuczciwym kontrahentem) albo w której istotne dla ich działalności informacje dostaną się w niepowołane ręce (np. informacje finansowe, dane kontrahentów). Ponadto przedsiębiorcy są coraz bardziej zagubieni we wprowadzanych zmianach podatkowych. A przecież system podatkowy powinien być skonstruowany w taki sposób, aby uczciwi przedsiębiorcy nie musieli udowadniać swoich dobrych intencji.

Walka z nieuczciwymi praktykami podatkowymi jest jak najbardziej słuszna. Nie powinna jednak być realizowana kosztem uczciwych podmiotów.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Movie Games S.A. planuje debiut giełdowy w 2018r.

Portfolio zespołów deweloperskich i planowanych gier spółki rośnie. Jesień dla Movie Games przebiega pod znakiem dalszego rozwoju: startuje współpraca z zespołem ambitnych deweloperów z grupy 1Z, zapowiadane są też kolejne produkcje.

Są wśród nich emocjonujące, kosmiczne wyścigi „Orbital Racer”, będące jednoosobowym symulatorem szalonego rajdu w przestrzeni pozaziemskiej. Mechanika gry została stworzona w oparciu o prawa fizyki Newtona, dzięki czemu gracz ma poczucie naturalnego rozłożenia sił, a zabawa zyskała na grywalności i realizmie. Gra zostanie wydana w grudniu 2017 roku na platformie Steam.

Nowością w planach firmy jest również produkcja nowego teamu Movie Games – grupy 1Z. Będzie to rozgrywka typu real time strategy a wydana zostanie pod tytułem „Plastic Warfare”. – 1Z to zdolni, pełni pasji i świeżych pomysłów młodzi ludzie, którzy dzięki swojej kreatywności i innowacyjnemu podejściu do realizacji gier typu RTS mają szansę zaskoczyć społeczność graczy – przyznaje Aleksy Uchański, prezes Movie Games – Zapraszając ich do współpracy chcemy umożliwić realizację tego unikatowego pomysłu, a także zaoferować wsparcie doświadczonych twórców. Nasza branża jest niesamowita – to wspaniałe uczucie widzieć pracujących w jednym miejscu świeże talenty teamu 1Z i doświadczoną legendę świata gier, Macieja Miąsika.

Absolwenci Warszawskiej Szkoły Filmowej – grupa 1Z – docenieni zostali na arenie polskiej
i międzynarodowej, a sukces na „Warsaw Film School Game Jam 2” jest potwierdzeniem ich możliwości. Zaproszenie do współpracy z Movie Games otrzymali w ramach programu wspierania rozwoju młodych talentów, który spółka realizuje od początku swojego istnienia. Jednym z owoców prowadzenia programu było odkrycie grupy debiutantów, którzy aktualnie pracują nad głośnym już wśród graczy tytułem Lust for Darkness (planowane wydanie w pierwszym kwartale 2018r.).

Do listy zapowiadanych projektów dołączył ostatnio również projekt o nieujawnionym jeszcze tytule, który jest autorską koncepcją Macieja Miąsika, jednego z najbardziej znanych, polskich twórców gier, guru gamedevu w Polsce, pracującego wcześniej m.in. przy takich produkcjach jak „Electro Body” czy „Wiedźmin”.

Jak mówi Mateusz Wcześniak, Wiceprezes Movie Games – doświadczenie w połączeniu
z innowacyjnością jest fundamentem naszych działań. Planując debiut giełdowy, intensywnie pracujemy nad realizacją założeń rozwojowych spółki. Nasza strategia rozwoju portfolio gier  i pozyskiwania nowych zespołów projektowych powoduje, że prezesa Aleksego Uchańskiego, czy członka Rady Nadzorczej – Macieja Miąsika, spotkać można nie tylko w biurze, ale także na salach wykładowych. W tym roku gościli już m.in. w
Łódzkiej Szkole Filmowej, na Politechnice Warszawskiej czy Polsko–Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, gdzie wykładają, ale też poszukują kolejnych obiecujących twórców.

Firma Movie Games S.A. planuje debiut giełdowy w 2018r.

Benefit Partners emituje kolejną serię obligacji korporacyjnych

Benefit Partners sp. z o. o., rozpoczyna publiczną emisję obligacji korporacyjnych serii B o wartości do 10 mln zł. 47,5 proc. udziałów Spółki posiada Benefit Systems S.A. – twórca kart MultiSport. Od 21 listopada do 8 grudnia inwestorzy mogą zapisywać się na 4-letnie obligacje o oprocentowaniu zmiennym na poziomie stopy bazowej WIBOR 3M powiększonej o marżę w wysokości 4 proc. w skali roku. Oprocentowanie w pierwszym okresie odsetkowym wyniesie łącznie 5,73 proc. Jedynym oferującym obligacje jest Michael / Ström Dom Maklerski – lider w obszarze obligacji korporacyjnych w Polsce.

Wartość całego programu emisji obligacji wynosi 60 mln zł. W obecnej emisji Spółka oferuje inwestorom indywidualnym i instytucjonalnym 100 000 obligacji serii B o wartości nominalnej 100 zł każda, co daje łączną wartość emisji 10 mln zł. Oferta publiczna o takiej wartości nie wymaga przygotowania prospektu emisyjnego. Jest ona przeprowadzana na podstawie memorandum informacyjnego, które zostało udostępnione na stronie internetowej Spółki, a także domu maklerskiego Michael/Ström, pełniącego rolę jedynego oferującego.

– Obligacje korporacyjne stanowią dobre narzędzie do budowy zrównoważonego portfela o średnim i niskim poziomie ryzyka  – mówi Michał Ząbczyński, prezes Domu Maklerskiego Michael/Ström.

Cel emisji

Środki z emisji zostaną wykorzystane na finansowanie zakupu sprzętu sportowego, celem jego dalszej dzierżawy klubom fitness, objętych programem MultiSport, zarządzanych przez podmioty należące do Grupy Benefit Systems lub z nią współpracujących. Dzięki inwestycjom kapitałowym Grupa Benefit Systems gwarantuje rosnącej grupie użytkowników kart sportowych stabilną i atrakcyjną infrastrukturę sportowo-rekreacyjną. Emitent dostrzegając wzrost zapotrzebowania na dzierżawę sprzętu fitness zwiększa od 2017 r. skalę działalności. W związku z tym został ustanowiony Program Emisji Obligacji.

Warunki emisji

Oferowane obligacje posiadają zmienne oprocentowane w wysokości stopy bazowej WIBOR 3M powiększonej o marżę wynoszącą 4 proc. Oprocentowanie w pierwszym okresie odsetkowym wyniesie łącznie 5,73 proc. a odsetki będą wypłacane inwestorom co 3 miesiące. Wysokość amortyzacji wynosi 15 proc. odpowiednio po pierwszym, drugim i trzecim roku i jest ona wypłacana co rok. Po czwartym roku płatność wyniesie 55 proc. początkowej wartości obligacji. Średni okres zapadalności nominału wynosi 3,1 roku.

Obligacje są zabezpieczone cesją należności wynikających z umów dzierżawy sprzętu i jego ubezpieczenia oraz zastawem rejestrowym na nabywanym sprzęcie sportowym i prawach z rachunku bankowego. Szczegółowy opis zabezpieczenia zamieszczony został w Memorandum Informacyjnym.

Termin wykupu obligacji przypada na grudzień 2021 r. Podobnie jak w przypadku wszystkich dotychczasowych emisji obligacji Benefit Systems, spółka planuje wprowadzić obligacje serii B do obrotu na Catalyst.

Warunki i terminy zapisów na obligacje

Cena emisyjna jest równa cenie nominalnej obligacji i wynosi 100 zł. Minimalna wartość zapisu wynosi 25 000 zł. Zapisy na obligacje mogą być składane w punktach obsługi klienta domu maklerskiego Michael/Ström lub korespondencyjnie.

Przydział obligacji zaplanowany jest na 13 grudnia br.

Harmonogram publicznej oferty obligacji serii B:  
Rozpoczęcie przyjmowania zapisów 21 listopada 2017 r.
Zakończenie przyjmowania zapisów 8 grudnia 2017 r.
Przydział obligacji 13 grudnia 2017 r.
Dzień Emisji / Początek pierwszego okresu odsetkowego 13 grudnia 2017 r.

 

Dekpol S.A. odnotowuje ponad dwukrotny wzrost przychodów

O 125% do 358,7 mln zł wzrosły w pierwszych trzech kwartałach br. obroty Grupy Kapitałowej Dekpol w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku. Znacząca poprawa wyników to głównie zasługa dynamicznego rozwoju segmentu deweloperskiego. Pozostałe dwa segmenty: generalnego wykonawstwa oraz  produkcji osprzętu do maszyn budowlanych również notują solidne wzrosty. Zarząd Spółki podtrzymuje tegoroczną prognozę finansową zakładającą osiągnięcie 500 mln zł skonsolidowanych przychodów.

Grupa Dekpol w pierwszych trzech kwartałach 2017 r. uzyskała skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 358,7 mln zł, czyli o 125% więcej względem tego samego okresu poprzedniego roku. Od stycznia do września br. Grupa osiągnęła jednocześnie 24,5 mln zł zysku netto, w porównaniu do 14,7 mln zł zysku netto w analogicznym okresie rok wcześniej (wzrost o 66% r./r.). Wartość kapitałów własnych w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. wzrosła o ponad 14% do 159 mln zł na koniec września br.

„Wyniki osiągnięte w trzech kwartałach 2017 r. są zgodne z naszymi założeniami. Szczególnie wysoką dynamikę wzrostu osiągnęliśmy i nadal będziemy ją kontynuować w segmencie deweloperskim. Związanie je to z finalizacją realizowanych projektów i rozpoczynaniem nowych przedsięwzięć. W efekcie zwiększamy udział działalności deweloperskiej w przychodach ogółem. Dynamicznie rozwija się również segment generalnego wykonawstwa oraz segment produkcji osprzętu do maszyn budowlanych oraz konstrukcji stalowych. Uwzględniając poziom przychodów uzyskany w pierwszych trzech kwartałach tego roku nie widzimy zagrożeń w realizacji prognozy zakładającej osiągnięcie w skali całego roku skonsolidowanych obrotów na poziomie 500 mln zł”– podkreślił Mariusz Tuchlin, Prezes Zarządu Dekpol S.A.

W pierwszych trzech kwartałach br. kontraktacja w rozumieniu umów przedwstępnych, deweloperskich oraz rezerwacyjnych wyniosła 687 lokali. Dla porównania w tym samym okresie poprzedniego roku kontraktacja była na poziomie 436 lokali, a w całym 2016 r. na poziomie 537 lokali. W przychodach segmentu deweloperskiego w pierwszych trzech kwartałach br. rozpoznana została sprzedaż 380 lokali, względem 94 w analogicznym okresie poprzedniego roku oraz 176 lokali w całym 2016 roku. Według stanu na koniec września br. w ofercie sprzedażowej pozostawało 381 lokali. Ponadto Grupa posiadała bank ziemi umożliwiający zaprojektowanie i realizację kolejnych inwestycji deweloperskich na około 65 tys. PUM.

W ramach segmentu generalnego wykonawstwa Grupa Kapitałowa na koniec trzeciego kwartału 2017 r. realizowała kontrakty o łącznej umownej wartości ponad 446 mln zł netto. Do realizacji pozostawały projekty o łącznej wartości ponad 326 mln zł netto. Wszystkie projekty są realizowane na zlecenie inwestorów prywatnych. Głównym obszarem działalności pozostaje województwo pomorskie, gdzie realizowanych jest blisko 60% projektów. W trzecim kwartale br. spółka podpisała pierwszy kontrakt zagraniczny, którego realizacja odbywa się na Litwie. Realizowane są obiekty przemysłowe, logistyczne, handlowe, usługowe wraz z pełną infrastrukturą zewnętrzną (drogi, place, parkingi).

Z kolei w ramach segmentu stalowego sprzedaż opiera się na współpracy z klientami długofalowymi OEM i aftermarket. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami Dekpol wycofał się z realizacji indywidualnych zamówień przekazując 100% swoich mocy produkcyjnych dla głównych strategicznych odbiorców. Dekpol dzięki swoim działaniom staje się coraz bardziej rozpoznawalną marką na światowym rynku producentów łyżek i osprzętów do maszyn budowlanych. Portfel klientów OEM oprócz grupy Doosan powiększył się o Volvo i Liugong Dressta Machinery.

W IV kwartale utrzymuje się inwestycyjny klimat, a cały 2017 rok lepszy niż 2016 dla MŚP

Najnowszy odczyt „Barometru EFL”[1] odnotował spadek drugi kwartał z rzędu i w IV kwartale tego roku wyniósł 58,2 pkt. Wartość wskaźnika była niższa o 1,1 pkt. niż trzy miesiące temu, ale o 2,9 pkt. wyższa niż rok temu. Wciąż można mówić o kontynuacji pozytywnych nastrojów w sektorze MŚP, bo przez cały rok wartości Barometru były wyższe niż w analogicznych okresach 2016 roku. Co więcej, utrzymują się bardzo optymistyczne prognozy dotyczące inwestycji. Ponad 41% małych i średnich firm (najwięcej od IV kwartału 2015 roku) planuje więcej inwestować.

– Konsumpcja, inwestycje, produkcja przemysłowa i eksport napędzają polską gospodarkę, co widać w ostatnich wskaźnika makroekonomicznych. Z ostatniego szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że PKB w III kwartale br. wzrósł o 4,7% r/r, natomiast Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podało, że w październiku mieliśmy do czynienia z rekordowo niską stopą bezrobocia na poziomie 6,6%. Warto również spojrzeć na wypracowany w ciągu trzech kwartałów tego roku wynik branży leasingowej, która z uwagi na rodzaj prowadzonej działalności, jest niezwykle wrażliwa na zmiany koniunktury gospodarczej. A z danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że od stycznia do września 2017 roku leasingiem sfinansowano inwestycje o łącznej wartości niemal 48 mld zł, co oznacza wzrost na poziomie blisko 13% r/r. Z takimi statystykami Polska plasuje się w ścisłej europejskiej czołówce. Z obiektywnymi wskaźnikami korespondują subiektywne prognozy przedsiębiorców. Bo choć kwartał do kwartału widzimy drobne spadki, to jednak w ujęciu rocznym nastroje w sektorze MŚP są lepsze – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

2017 zdecydowanie lepszy niż 2016

Odczyt „Barometru EFL” za IV kwartał 2017 roku wyniósł 58,2 pkt. i wciąż znajduje się ponad progiem OR[2]. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów EFL pomiędzy III a IV kwartałem br., podobnie jak to miało miejsce rok temu, wartość Barometru spadła (o 1,1 pkt.). Warto jednak podkreślić, że wartość wskaźnika jest wyższa nie tylko niż w IV kwartale ubiegłego roku (55,3 pkt.), ale w porównaniu do wszystkich pomiarów z 2016 roku. To oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, pomimo odrobinę gorszych prognoz, cały czas widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

Inwestycje ciągną MŚP w górę

Jeśli rozłożymy „Barometr EFL” za IV kwartał tego roku na czynniki pierwsze, to wysuwa się kilka ciekawych wniosków. Po pierwsze, podobnie jak w poprzednich pomiarach wysoka wartość głównego wskaźnika utrzymuje się przede wszystkim dzięki inwestycjom. Aż 41,4% przedsiębiorców przewiduje wzrost inwestycji i jest to najwyższy odsetek w ciągu 2 lat (2016 i 2017). Po drugie, na niewielki spadek wskaźnika kw./kw. wpłynął przede wszystkim wzrost liczby pesymistów w dwóch badanych kategoriach. Co piąta firma liczy się ze spadkiem inwestycji (19,8% vs. 13,4%), a co szósta ze spadkiem zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie (16,4% vs. 7,2%). Po trzecie, odsetek optymistów w kwestii płynności finansowej pozostaje wciąż nieduży, jednak zrównał się z rekordowym wynikiem z II kwartału 2016 roku i wynosi 26%. Również stosunkowo niewielki odsetek przedsiębiorców (28,3%) wskazał, że oczekuje wzrostu sprzedaży. Jest to wynik tylko o 1,6 pp. niższy w porównaniu do III kwartału br.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 6-13 listopada 2017 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli  poziom ograniczonego rozwoju.

Apetyt na krótkoterminowe obligacje

  • Inwestorzy obecni na rynku papierów dłużnych w Polsce coraz uważniej obserwują poziom inflacji.
  • Zbyt szybki wzrost cen mógłby w dłuższej perspektywie wywierać presję na podwyżkę stóp procentowych i wpływać na atrakcyjność obligacji.
  • Chociaż RPP znajduje się w strefie komfortu, obecnie popytem cieszą się głównie polskie obligacje krótkoterminowe.
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI

W ostatnim komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej zabrakło ważnego stwierdzenia: że jej członkowie nie widzą zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego NBP – przedziału, w którym powinien mieścić się wzrost cen dóbr i usług w gospodarce. I chociaż RPP utrzymuje, że w 2018 roku nie będzie podnosiła stóp procentowych, inwestorzy podchodzą do tych zapowiedzi z rezerwą.

Obawy inwestorów o silniejszy wzrost inflacji w Polsce nie są bezpodstawne. Wystarczy spojrzeć, w jakim tempie rozwija się polska gospodarka. Na wzrost cen ropy naftowej, podwyżki płac (rzędu 6-7% rok do roku) i rosnące wykorzystanie mocy produkcyjnych. Pytanie o to, kiedy to wszystko przełoży się na wzrost cen, samo ciśnie się na usta.

Niepewność inwestorów doskonale widać w zachowaniu cen obligacji Skarbu Państwa. O ile rentowność naszych 2-letnich obligacji oscylują w okolicach 1,5 – 1,6%, to w przypadku 10-letnich wzrosły do ok. 3,4 – 3,5%. To wyżej niż w najlepszych momentach tego roku, gdy polskie skarbówki były chętnie kupowane przez inwestorów. Wniosek jest prosty: im dłuższe papiery, tym mniejszy apetyt inwestorów na ryzyko.

Czy faktycznie należy się bać podwyżek stóp procentowych w Polsce?

To, że prędzej czy później do nich dojdzie, nie ulega wątpliwości. Za tym, że może to nastąpić później przemawia to, że w czasach gdy inflacja spadła znacznie poniżej zera, RPP nie dokonała radykalnych obniżek stóp procentowych, podczas gdy inne banki centralne na świecie pobudzały gospodarkę zerowymi, a nawet ujemnymi stopami. Jeśli nawet w najbliższych miesiącach inflacja przekroczy pożądany poziom, Rada jeszcze przez jakiś czas pozostanie w strefie komfortu i będzie w stanie przetrzymać presję ze strony cen. Dopóki to się nie zmieni, stopy procentowe pozostaną na obecnych poziomach.

Guillaume de Colonges objął stanowisko Dyrektora Wykonawczego Europy Północnej i Wschodniej

Guillaume de Colonges, Prezes Carrefour Polska, otrzymał nominację do Komitetu Wykonawczego Grupy Carrefour, w którym będzie odpowiedzialny za rynek belgijski, polski i rumuński.

Zgodnie z decyzją Alexandra Bomparda, Prezesa i Dyrektora Generalnego Carrefour, Guillaume de Colonges objął funkcję Dyrektora Wykonawczego na Europę Północną i Wschodnią, a także Dyrektora Operacyjnego Carrefour w Belgii. Jednocześnie Guillaume de Colonges zachował stanowisko Prezesa Carrefour Polska, które piastuje od 2014 roku.

W trakcie swojej pracy w polskim oddziale Carrefour wdrożył z sukcesem stabilną i długofalową strategię omnikanałowości. Uruchomione zostały nowe kanały sprzedaży przez Internet, dowodząc pozycji Carrefour jako lidera innowacji na rynku wielkiej dystrybucji w Polsce. Rozwijana była także sieć tradycyjnej sprzedaży: sklepów i centrów handlowych, poprzez otwieranie nowych punktów sprzedaży i modernizację już istniejącej infrastruktury. Również oferta handlowa Carrefour została poszerzona o nowe koncepty i gamy produktów. Te wszystkie zmiany, mające tak istotny wpływ na doświadczenie zakupowe, zostały zakomunikowane klientom za pośrednictwem kampanii marketingowej z udziałem Napoleona, która miała duży wpływ na wzmocnienie pozytywnego postrzegania sieci w przestrzeni publicznej.

W związku z nowymi obowiązkami Dyrektora Wykonawczego Guillaume de Colonges powierzył stanowisko Dyrektora Operacji Carrefour Polska Ronanowi Martin. Sekretarzem Generalnym firmy pozostaje Robert Noceń.