Big Data nie tylko dla dużych

Big Data przestaje obecnie być specjalistyczną technologią wykorzystywaną wyłącznie przez duże firmy i tym samym trafia do głównego nurtu technologicznego. IDC przewiduje, że rynek BDA (Big Data & Analytics) osiągnie wartość 150 miliardów dolarów do końca 2017 roku, odnotowując roczny wzrost powyżej 12%.

Rodzime firmy coraz częściej deklarują zamiar inwestycji w rozwiązania z zakresu zaawansowanej analizy wielkich zbiorów danych. Kierunek rozwoju wskazują przedsiębiorstwa z najbardziej rozwiniętych rynków technologicznych. Jak wynika z badania SAS, 83% firm ze Stanów Zjednoczonych przeznaczyło w ostatnim czasie środki na projekty Big Data, a pozostałe planują taką inwestycję w perspektywie najbliższych lat. Idzie to w parze z rozwojem kluczowych technologii, takich jak: rozwiązania mobilne, chmura i zaawansowana analityka. Według prognoz IDC inwestycje w tych obszarach będą wkrótce stanowić prawie 75% wydatków na wszystkie technologie informatyczne w biznesie.

Zrozumieć Big Data

Mimo coraz większych nakładów poniesionych na rozwiązania BDA (Big Data & Analytics), jedynie co trzecia firma z listy Global Fortune 500 wie, jak wykorzystać potencjał posiadanych danych. To zaskakujący wynik, gdyż sprzedaż towarów i usług, prowadzona w oparciu o analizę dostępnych informacji, to najbardziej efektywny model biznesowy. Analityka umożliwia dokładną segmentację portfela klientów, a tym samym stworzenie produktów „szytych na miarę”, odpowiadających potrzebom danej grupy docelowej. Analityka Big Data nie tylko usprawnia proces decyzyjny, ale także w znacznym stopniu wpływa na rozwój nowych produktów i usług. Oznacza to, że firmy, które efektywnie wykorzystują dostępne dane, zyskają znaczącą przewagę w stosunku do swojej konkurencji. Z tego względu posiadane informacje stanowią dziś strategiczny zasób każdego przedsiębiorstwa.

Największym wyzwaniem stojącym przed organizacjami, które chcą budować swoją ofertę i pozycję rynkową z wykorzystaniem nowoczesnych technologii i dostępnych zbiorów danych, jest konieczność wprowadzenia zmian organizacyjnych i procedur wewnętrznych, które umożliwią bezpieczny i efektywny sposób zarządzania informacją w ramach całej organizacji. W cyfrowych czasach interpretacja gromadzonych danych nie może być już wyłącznie domeną wyspecjalizowanych zespołów analitycznych. Preferowanym kierunkiem rozwoju jest tzw. demokratyzacja analityki, czyli uproszczenie dostępu do metod analitycznych i bardziej powszechne wykorzystanie narzędzi przez różne grupy użytkowników mówi Łukasz Leszewski, Lider zespołu Business Intelligence & Data Management w SAS Polska.

Big Data w banku, placówce medycznej i organizacji trzeciego sektora

W projekty związane z Big Data inwestują przede wszystkim firmy z sektorów operujących dużymi zbiorami danych, m.in. banki, firmy ubezpieczeniowe, telekomunikacja, produkcja, handel, administracja czy segment usług profesjonalnych. IDC przewiduje, że tylko w tym roku przeznaczą one łącznie ponad 72 miliardy dolarów na rozwiązania z zakresu Big Data & Analytics, a do 2020 roku budżet na te technologie sięgnie 101,5 miliarda dolarów[1]. Ogromne kwoty nie wiążą się jedynie z potrzebą przetworzenia informacji, ale również bezpieczeństwem czy wymaganiami narzucanymi przez rozporządzenie GDPR (pol. Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych – RODO), według którego specjalną ochroną zostaną objęte dane osobowe. Z technologii analitycznych wykorzystujących duże zbiory danych chętnie korzystają też koncerny mediowe. Ocena preferencji czytelników, widzów oraz słuchaczy jest obecnie kluczem doboru treści, reklam i podstawą planów wydawniczych.

Również branża medyczna coraz śmielej sięga po rozwiązania analityczne wykorzystujące duże zbiory danych. W celu lepszego dopasowania terapii i ograniczenia uciążliwości leczenia, lekarze mogą porównać informacje dotyczące choroby oraz indywidualnych cech pacjenta z wynikami analiz podobnych przypadków medycznych oraz danymi dotyczącymi skuteczności zastosowanego leczenia. Przykładem wykorzystania analityki Big Data jest platforma informatyczna ONKO.SYS wdrożona w Centrum Onkologii – Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

 

Centrum Onkologii od początku postawiło przed projektem ONKO.SYS bardzo ambitne cele. Krótkofalowo zakładał on utworzenie platformy do gromadzenia, przetwarzania oraz udostępniania danych klinicznych, histopatologicznych, epidemiologicznych i molekularnych. W dłuższej perspektywie miał służyć lepszemu zrozumieniu procesów, wcześniejszemu wykrywaniu chorób nowotworowych i poprawie wyników leczenia chorych na raka. Istotnym wyróżnikiem tego systemu jest wykorzystanie narzędzi text mining do analizy tekstu cyfrowych notatek lekarskich, które są jednym z cenniejszych źródeł informacji – tłumaczy Łukasz Leszewski, Lider zespołu Business Intelligence & Data Management w SAS Polska 

Przykłady wykorzystania technologii Big Data można znaleźć również w organizacjach z tzw. trzeciego sektora. Organizacje pozarządowe niosące pomoc humanitarną wykorzystują narzędzia analityczne do przetwarzania informacji, m.in. na temat swoich podopiecznych czy osób wspierających ich inicjatywy, a także tworzenia prognoz prezentujących rezultaty ich działań w dłuższej perspektywie czasu.

Analiza danych w MŚP

Analiza zbiorów Big Data  staje się koniecznością również w przypadku firm z sektora MŚP. Analiza zachowań oraz preferencji klientów, która pozwala dostosować ofertę do ich potrzeb, czy też opinia o firmie czy produkcie, którą można poznać, m.in. analizując wpisy w mediach społecznościowych, jest istotna dla każdego przedsiębiorstwa bez względu na jej wielkość.

Aby sprostać oczekiwaniom mniejszych podmiotów, dostępne na rynku narzędzia analityczne stają się coraz bardziej intuicyjne i łatwe w obsłudze. Producenci dążą do tego, aby proponowane przez nich rozwiązania nie były wykorzystywane jedynie przez wąskie grono specjalistów, ale przez różne grupy użytkowników w organizacji. Demokratyzacja dostępu do danych to szansa dla MŚP na wykorzystanie analityki w bieżącej działalności.

[1] IDC, Worldwide Semiannual Big Data and Analytics Spending Guide, 2017

Polnord wygrywa w sądzie

Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał korzystny dla Polnord wyrok zasądzający na rzecz Spółki kwotę 10 mln powiększoną o odsetki ustawowe, od dnia wniesienia pozwu, które wynoszą obecnie ok. 5 mln zł.

 Polnord dochodził roszczenia z tytułu zapłaty kary umownej za niewywiązanie  się z przedwstępnej umowy sprzedaży akcji, jaka została zawarta przez Polnord z Aroga Holdings Sp. z.o.o.

Sąd podzielił naszą argumentację w tej sprawie i uznał, że dochodzone przez Spółkę roszczenie jest w całości zasadne – informuje Dariusz Krawczyk, Prezes Polnord SA. – Przyjmujemy ten fakt z satysfakcją. Konsekwentnie dążymy do finalizacji wszelkich sporów sądowych, w których stroną jest Polnord. Dzięki temu Spółka może w pełni koncentrować się na podstawowej działalności  i realizacji przyjętej strategii na lata 2016-2019, która zakłada m.in. osiągnięcie poziomu sprzedaży na poziomie co najmniej 1500 lokali rocznie.

Polnord, na podstawie przedmiotowej umowy, zobowiązał się do sprzedaży akcji spółki Dolnośląskie Surowce Skalne SA w terminie do 31 marca 2012 r. Jednym z postanowień umowy był zapis o karze umownej w wysokości 10 mln zł w przypadku nie nieprzystąpienia przez Aroga do zawarcia przyrzeczonej umowy sprzedaży. Ponadto została zawarta umowa poręczenia z Panem Janem Łuczakiem ( który był wówczas Prezesem Aroga oraz DSS), który poręczył w całości za zobowiązania Aroga z tytułu wykonania umowy. Aroga nie zakupiła akcji DSS, wobec czego Polnord naliczył karę umowną i wystąpił przeciwko spadkobiercom Pana Łuczaka z pozwem o zapłatę.

Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu nie jest prawomocny, pozwanym przysługuje apelacja do Sądu Apelacyjnego.

Problem z brakiem wody w sanitariatach podczas m.in. katastrof humanitarnych rozwiązny przez polskiego wynalazcę

Problem z brakiem wody w sanitariatach podczas m.in. katastrof humanitarnych rozwiązny przez polskiego wynalazcę 1

Handy Shower to wszechstronny i innowacyjny gadżet, który zastąpi większość urządzeń sanitarnych, w tym także bidet. Sprzęt waży zaledwie 0,5 kg, dlatego zmieści się nawet w małej saszetce. Do urządzenia dołączony jest elastyczny zbiornik o pojemności od 2 do nawet 40 litrów, dzięki czemu sprawdzi się w różnych sytuacjach: na kempingu, w samolocie, a nawet podczas katastrofy humanitarnej.

– Innowacyjność tego sprzętu polega na tym, że zapewnia wszystkie funkcje łazienki, czyli automatycznie rozwiązuje kłopot z urządzeniami sanitarnymi, w tym także z bidetem. Mieści się w małej saszetce. Jest w pełni mobilne, waży ok. 0,5 kg, co sprawia, że można go wziąć ze sobą na kemping, do samolotu czy de facto wszędzie. Natomiast w sytuacji, kiedy jest kłopot z urządzeniami sanitarnymi, np. na pustyni czy podczas katastrofy humanitarnej, możemy umyć ręce bezdotykowo, czyli bez dotykania zaworu, co może chociażby zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii. To unikalne rozwiązanie na skalę światową – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Zdzisław Iwanejko z firmy Handy Shower.

Handy Shower jest urządzeniem niezwykle oszczędnym, działa bowiem tylko wtedy, gdy naciskamy na przycisk. Z urządzenia leci wtedy woda, a gdy puścimy przycisk – natychmiast przestaje. Do urządzenia dołączony jest elastyczny zbiornik o pojemności od 2 do nawet 40 litrów.

– Prysznic tradycyjny jest podłączony do sieci, czyli ma rurę. W przypadku Handy Shower woda zgromadzona jest w specjalnym elastycznym zbiorniku, przypominającym solar shower. Są różne pojemności od 2 do nawet 40 litrów. Na razie używamy najmniejszej, żeby mieściła się w saszetce. Natomiast, jeżeli ktoś np. na kempingu chciałby korzystać z większych pojemności, to rzecz jasna proponujemy mu je – dodaje Zdzisław Iwanejko.

Co roku duże organizacje takie jak Czerwony Krzyż czy Oxfam ogłaszają konkursy na zaprojektowanie i wykonanie urządzenia do mycia rąk. Niedawno fundacja Billa i Melindy Gates’ów dofinansowała jeden z projektów urządzeń do mycia rąk w kwocie 70 tys. dol. dla Wietnamu, Laosu i Kambodży. Twórcy Handy Shower uważają, że ich koncepcja jest dużo lepszym pomysłem aniżeli wspomniana.

– Nasze rozwiązanie jest dużo lepsze, bowiem opracowaliśmy zawór, który według nas jest najlżej działającym zaworem na świecie. Właśnie dlatego zgłosiliśmy je do opatentowania. Jesteśmy już po badaniach patentowych i mamy bardzo dobre wyniki – mówi Zdzisław Iwanejko.

Obecnie projekt znajduje się na etapie finalizacji. Oznacza to, że firma ma już formy próbne, lecz musi pozyskać jeszcze niezbędne środki finansowe na formy produkcyjne.

– Na razie cały projekt finansowaliśmy całkowicie z własnych środków, natomiast w tej chwili doszliśmy do etapu, gdzie potrzebujemy ok. 150 tys. euro na formy produkcyjne. Co prawda formy są droższe, ale za to produkcja jest tania – podsumowuje Zdzisław Iwanejko.

Rośnie konkurencja dla GoPro czy Google’a. Polski przedsiębiorca stworzył zaawansowany algorytm do rejestrowania materiału wideo 360 stopni

Rośnie konkurencja dla GoPro czy Google'a. Polski przedsiębiorca stworzył zaawansowany algorytm do rejestrowania materiału wideo 360 stopni 2

Zaledwie kilka firm na świecie opracowało algorytm, który w połączeniu z zaawansowanymi systemami kamerowymi pozwala na rejestrowanie wideo 360 stopni. Należą do nich giganci tacy jak Google czy GoPro, a także polska firma Bivrost.

W ciągu ostatnich paru lat technologie związane z wirtualną rzeczywistością bardzo zyskują na popularności. To właśnie VR (Virtual Reality) napędza rozwój współczesnego rynku komputerowego – wystarczy wspomnieć, że wydatki takich gigantów jak Intel na przejęcie mniejszych firm i start-upów zajmujących się wirtualną lub rozszerzoną rzeczywistością przekroczyły w zeszłym roku 4 miliardy dolarów. Przy czym nie chodzi tylko o gry i komputery, według prognoz już w ciągu najbliższych lat VR stanie się niezwykle ważnym aspektem takich branż, jak medycyna, edukacja czy nawet turystyka.

Problem polega na tym, że tworzenie wysokiej jakości materiału wideo w formie sferycznej (a więc obejmującego pełną sferę 360 stopni) jest skomplikowane technicznie i drogie.

– Żeby stworzyć wysokiej jakości materiał wideo sferycznego, powiedzmy ok. 3 minut, potrzeba budżetu na poziomie miliona dolarów. Proces technologiczny powstawania takiego filmu jest bardzo złożony. Z racji tego, że wiele kamer pracuje jednocześnie, ryzyko, że coś się nie powiedzie, jest bardzo wysokie. My zredukowaliśmy je do minimum, a przy tym znacząco obniżyliśmy koszt powstawania takiego wideo – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Surgiel, prezes zarządu firmy Bivrost.

Technologia rejestrowania materiału wideo 360 stopni została opracowana przez Bivrost oraz zaledwie kilka innych firm na świecie. Są wśród nich tacy giganci jak Google czy GoPro, bo stosowanie własnego algorytmu niesie ze sobą wymierne korzyści.

– Mamy autorski algorytm, który w połączeniu z naszymi systemami kamerowymi pozwala uzyskać wysokiej jakości wideo w formacie sferycznym, a więc wideo dla wirtualnej rzeczywistości, które uzyskujemy w czasie rzeczywistym. Tym samym nasz system znacząco redukuje koszty i sprawia, że wideo jest przystępne dla twórców jako format  – wyjaśnia Paweł Surgiel.

Jak twierdzi prezes zarządu Bivrost, zastosowanie technologii wideo 360 umożliwi studentom zdobycie bezcennego doświadczenia. Dzięki tej technologii kandydaci na lekarzy będą mogli dokładnie prześledzić, co dzieje się w sali operacyjnej.

– Wystarczy, że na sali operacyjnej stanie zestaw wielokamerowy, który zarejestruje w wysokiej rozdzielczości i najwyższej jakości to, co dzieje się podczas operacji. Student zakładając w domu gogle do wirtualnej rzeczywistości, jest w stanie wirtualnie przenieść się na salę operacyjną. Tym samym poczuje się jakby tam był. Z jednej strony może widzieć lekarza prowadzącego, z drugiej anestezjologa, gdzieś za sobą panią instrumentariuszkę. On jest częścią tej operacji, przez to jej doświadcza. To jest też klucz tej technologii. Możemy jej doświadczać, a nie tylko oglądać – twierdzi Paweł Surgiel.

Ponadto najnowsza technologia ma znaleźć zastosowanie także podczas transmisji telewizyjnych, dając widzowi jeszcze większą porcję sportowych emocji.

– Każdy z nas w ciągu dwóch lat będzie oglądał piłkarską Ligę Mistrzów w tej technologii. Swoją ofertę kierujemy do profesjonalistów, firm z najwyższej półki, stacji telewizyjnych, studiów produkcyjnych oraz firm, które mają bardzo wysokie wymagania. Natomiast dla rynku eventowego, rynku wydarzeń czy rynku telewizji opartego między innymi o dziennikarstwo oferujemy między innymi rozwiązania do transmisji na żywo, także w formacie 360. Tutaj już medium odbioru nie jest wirtualna rzeczywistość, nie są headsety, które się na siebie zakłada i człowiek czuje się, jakby przenosił się w inne miejsce, tylko są smartfony, tablety, urządzenia, które każdy z nas ma w kieszeni  – wylicza prezes Bivrost.

Polska firma weszła w skład globalnego konsorcjum OSVR (Open Source Virtual Reality), w skład którego wchodzą także takie firmy jak Intel czy Razer. Trwają obecnie prace nad nowym formatem wideo do wirtualnej rzeczywistości.

– Pracujemy nad czymś takim, np. czym np. format JPG jest dla obrazu. Niedługo nasz format będzie dla wideo 360 tym, czym mp3 jest dla muzyki, JPG jest dla obrazu – zdradza Paweł Surgiel

Wchodzi w życie nowelizacja ustawy o obrocie instrumentami finansowymi

Już za dwa dni wejdą w życie bardzo ważne dla inwestorów zmiany. Zawężona zostanie grupa podmiotów, które mogą zachęcać do skorzystania z usług maklerskich, takich jak oferowanie obligacji, akcji czy też handel na walutowych platformach transakcyjnych. W efekcie po wejściu w życie nowych przepisów jedynymi podmiotami, które będą mogły proponować usługi maklerskie inwestorom indywidualnym będą:

  • domy i biura maklerskie posiadające odpowiednie zezwolenie i wymienione w rejestrze KNF (w tym polskie domy maklerskie zrzeszone w Izbie Domów Maklerskich),
  • nadzorowani pośrednicy (tzw. agenci firm inwestycyjnych) działający w imieniu i na rzecz ww. firm inwestycyjnych.

W najbliższy piątek 29 kwietnia br. wejdzie w życie nowelizacja ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, będąca wynikiem uzgodnień, w których uczestniczyły polskie domy maklerskie zrzeszone wokół Izby Domów Maklerskich. Izba Domów Maklerskich ma nadzieję, że nowe prawo pomoże eliminować z rynku podmioty działające w sposób nieetyczny i niezgodny z przepisami prawa, np. nękające Polaków telefonami i emitujące nierzetelne reklamy. Zgodnie z już obowiązującymi przepisami prowadzenie działalności w zakresie obrotu instrumentami finansowymi bez wymaganego zezwolenia podlega bardzo wysokiej grzywnie, w wysokości nawet do 5 milionów złotych.

Wprowadzenie nowych przepisów ma na celu ograniczenie działalności nierzetelnych podmiotów, które działając jako pośrednicy i stosując zabiegi socjotechniczne – nakłaniały polskich inwestorów do otwierania rachunków w zagranicznych podmiotach i wpłacania do nich swoich oszczędności . Zdarzało się również, że przekazywały one inwestorom nierzetelne albo wręcz nieprawdziwe informacje mające ich zachęcić do inwestowania, często powołując się na zagraniczne debiuty giełdowe dużych, znanych spółek.

Mamy nadzieję, że nowe przepisy nie tylko nie zaszkodzą polskim podmiotom prowadzącym legalną działalność maklerską, ale wręcz umożliwią im rozwój w kraju i za granicą. Jesteśmy za tym, aby przepisy skuteczniej umożliwiały nadzorcy eliminowanie z rynku podmiotów prowadzących działalność niezgodnie z prawem. Przed skorzystaniem z usług maklerskich każdy inwestor powinien sprawdzić, czy dany podmiot znajduje się w odpowiednim rejestrze, dostępnym na stronie internetowej Komisji Nadzoru Finansowego – wskazuje Marek Wołos z Izby Domów Maklerskich.

W ostatnich latach na terytorium Polski znacząco wzrosła aktywność nielegalnych firm, które oferują usługi maklerskie bez wymaganego zezwolenia, działają w sposób niezgodny z prawem i podszywają się pod firmy inwestycyjne działające zgodnie z prawem. Ich działalność negatywnie wpływa na wizerunek całego polskiego rynku usług finansowych. Dlatego Izba Domów Maklerskich wspiera wszelkie działania mające na celu eliminację z rynku firm działających niezgodnie z prawem oraz skuteczniejsze egzekwowanie przepisów tak, aby uniemożliwić agresywne i wprowadzające w błąd reklamowanie usług. Jednocześnie Izba podejmuje własne działania, których celem jest zwiększenie bezpieczeństwa inwestorów i całego rynku.

Przykładem może być tu przygotowany przez IDM informator pt. „Jak bezpiecznie inwestować na rynkach finansowych”. W materiale przedstawiono i szczegółowo opisano sześć kluczowych, podstawowych zasad bezpiecznego inwestowania.

Polscy inwestorzy muszą być świadomi, komu można zaufać na rynku finansowym, i na jakich warunkach powinni podpisywać umowy dotyczące inwestowania. Po zmianie przepisów łatwiej będzie odróżnić podmiot licencjonowany od firmy działającej w szarej strefie. Mamy także nadzieję, że również działania edukacyjne podejmowane przez Izbę, KNF i inne instytucje przyniosą pozytywne skutki. Stoimy na stanowisku, że wzrost bezpieczeństwa na rynku finansowym można osiągnąć tylko dzięki połączeniu skuteczniejszych działań prawnych i nadzorczych wobec oszustów z systematyczną edukacją ekonomiczną polskich inwestorów – dodaje Marek Wołos.

60 miliardów zł na wsparcie polskiego eksportu

Plan rządu mający na celu wsparcie polskiego eksportu wydaje się bardzo dobrą inicjatywą. Mówi się o 60 miliardach złotych, które agencje związane z rządem mają przeznaczyć na wsparcie przedsiębiorstw w tym zakresie oraz w rozwoju biznesu zagranicą.

– Wymaga to zmian legislacyjnych związanych z ubezpieczeniem w kwestii ryzyka politycznego, nie komercyjnego – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Jarosław Jaworski, prezes Coface – Wiąże się to również z możliwością realizowania projektów inwestycyjnych przez polskie przedsiębiorstwa w krajach, gdzie występuje poważne ryzyko polityczne. Banki komercyjne nie będą zainteresowane tego typu inwestycjami. Dlatego rola państwa we wspieraniu polskich eksporterów jest bardzo ważna. Problemem może pozostawać wykonanie takich przedsięwzięć. Czekamy na realizację bardzo dobrych zapowiedzi. Ważne jest wspieranie takich inicjatyw poprzez dostarczanie informacji o potencjalnych eksporterach, jak również wskazywanie miejsc, gdzie takie inwestycje i eksport powinno się realizować. Tutaj jest pole do współpracy pomiędzy agencjami rządowymi a firmami komercyjnymi, które zajmują się profesjonalnie tego typu działalnością – dodał Jaworski.

W 2016 roku Work Service poprawił przychody i rozpoczął procesy transformacji

Ubiegły rok Grupa Kapitałowa Work Service zakończyła z wynikiem 2,48 mld złotych skonsolidowanych przychodów, co stanowiło wzrost o 16% r/r. Była to szybsza dynamika rozwoju niż dla całego rynku, którego poprawa w regionie Europy Środkowo-Wschodniej prognozowana jest na poziomie 13%. Firma dokonała szeregu zmian i zapowiada dalszą transformację w nadchodzących miesiącach. Co więcej, Grupa po raz pierwszy w historii przedstawiła prognozy na 2017 rok, przewidujące osiągnięcie zysku operacyjnego na poziomie 85,3 mln zł. 

Mijające dwanaście miesięcy były dla nas bardzo aktywnym czasem. Rozpoczęliśmy szereg procesów transformacji Grupy Kapitałowej Work Service, począwszy od zmian personalnych i składu zarządu, przez reorganizację strukturalną, po wyznaczenie nowych celów rozwoju na kolejne lata. Zgodnie z przyjętymi strategicznymi kierunkami postawiliśmy na rozwój organiczny wspierany koniunkturą rynkową, poprawę efektywności, a także zoptymalizowanie struktury całej Grupy – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. Wiele podjętych przez nas działań jest w trakcie realizacji. Jednak już dziś możemy powiedzieć o dalszym dwucyfrowym wzroście naszego biznesu, optymalizacji struktury poprzez konsolidację spółek czy realizacji transakcji mających na celu ujednolicenie modelu biznesowego – dodaje Maciej Witucki.

Rozwój na rynku kandydata

Z danych Interconnection Consulting z ubiegłego roku wynika, że Grupa Work Service umocniła pozycję lidera rynku usług personalnych w Europie Środkowo-Wschodniej, z udziałem wartościowym sięgającym niemal 15%. W tej części kontynentu pracodawcy w największym stopniu odczuli rekordowo niskie poziomy bezrobocia i powiększające się deficyty kadrowe. Stąd pojawiło się wzmożone zapotrzebowanie na usługi Work Service, które w ubiegłym roku poprawiało wynik przychodowy o 16% r/r., osiągając poziom 2,48 mld złotych.

W 2016 roku niemal 45% przychodów Grupy pochodziło z działalności międzynarodowej, a zatrudnienie, w przeliczeniu na pełne etaty, za pośrednictwem Work Service wzrosło o 5% r/r. Jednocześnie Grupa poprawiła zysk brutto ze sprzedaży, który wzrósł o ponad 10% do poziomu 262 mln złotych.

Odnotowaliśmy solidne wyniki, bazujące na 9% wzroście organicznym, choć poziom zysku operacyjnego sięgający 63 mln złotych, był niższy od naszych założeń. Był to głównie efekt jednorazowych zobowiązań związanych z restrukturyzacją prowadzoną w Niemczech, zmianami personalnymi oraz zakończeniem wcześniej rozpoczętych procesów inwestycyjnych. Jednak należy podkreślić, że organiczny wzrost kosztów wyniósł 6% i był wolniejszy od naszego tempa naszego rozwoju – mówi Maciej Witucki

Rozbudowa zaplecza rekrutacyjnego i prognoza na 2017 rok

W 2017 roku wiodącym wyzwaniem dla pracodawców będzie pozyskiwanie nowych pracowników. Dlatego Work Service, w celu budowania przewagi konkurencyjnej w sektorze agencji zatrudnienia, wprowadza szereg nowych rozwiązań mających na celu rozbudowę zaplecza rekrutacyjnego. Od kwietnia wystartowała kampania wizerunkowa, która ma zachęcać Polaków do podejmowania pracy za pośrednictwem spółki. Powstały innowacyjne narzędzia rekrutacyjne oparte o nowe technologie i rozwiązania mobilne. Rozwijane są projekty transgraniczne w regionie i budowana jest nowa struktura na Ukrainie, która dodatkowo wspomoże procesy rekrutacyjne dla polskich firm.

Przed nami czas dalszej transformacji, ale jesteśmy przekonani, że dotychczasowe i planowane działania przełożą się na wymierne wyniki. Zmierzamy w kierunku większej transparentności i efektywności. Dlatego po raz pierwszy w historii Grupy Work Service, przedstawiamy prognozę wyniku na 2017 rok, przewidującą osiągnięcie zysku operacyjnego na poziomie 85,3 mln złotych – podsumowuje Maciej Witucki.

Atrakcyjne zarobki nie są wystarczające. Dla 35 proc. Polaków najważniejsze przy wyborze pracy są pozapłacowe benefity

Atrakcyjne zarobki nie są wystarczające. Dla 35 proc. Polaków najważniejsze przy wyborze pracy są pozapłacowe benefity 3

Dla co trzeciego pracownika to nie pensja, a pozapłacowe bonusy mają zasadnicze znaczenie przy podejmowaniu decyzji o zmianie pracy. Wśród atrakcyjnych dodatków Polacy wymieniają m.in. ubezpieczenia zdrowotne i grupowe na życie. Blisko połowa pracowników przyznaje jednak, że w ich firmach nie ma możliwości przystąpienia do takiego ubezpieczenia – wynika z badania przeprowadzonego dla Nationale-Nederlanden. Problem dotyczy zwłaszcza osób zatrudnionych w małych i średnich firmach oraz pracujących na umowach cywilnoprawnych.

– Dla pracowników z segmentu małych i średnich przedsiębiorstw to nie pensja zasadnicza jest najważniejsza przy wyborze pracodawcy lub też przy decyzji o jego zmianie. Istotne są bliskość miejsca zamieszkania, miła atmosfera w pracy oraz to, że pracodawcy oferują różnego rodzaju dodatkowe benefity pozapłacowe. Wśród nich jako najważniejsze wymieniane są ubezpieczenia zdrowotne oraz ubezpieczenia grupowe na życie zarówno dla pracowników, jak i dla członków ich rodzin – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Jakubowski, dyrektor Departamentu Klienta Korporacyjnego i Partnerów Zewnętrznych w Nationale-Nederlanden Towarzystwie Ubezpieczeń na Życie.

Co trzecia osoba wskazuje, że przy wyborze pracodawcy liczą się dla niej pozapłacowe bonusy. To wyjątkowo istotne w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, które rzadko oferują benefity tego typu.

Pozapłacowe elementy wynagrodzenia – takie jak ubezpieczenie na życie – największym powodzeniem cieszą się wśród studentów (90 proc.) i osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych (50 proc.). Jako atrakcyjne bonusy pozapłacowe wymieniane są ubezpieczenie grupowe na wypadek utraty zdrowia (dla połowy badanych pracowników), ubezpieczenie zdrowotne i grupowe ubezpieczenie na życie (po 40 proc.). Ponad 60 proc. wskazuje, że możliwość przystąpienia do ubezpieczenia grupowego byłaby dla nich atrakcyjna. Wskazują na to prawie wszyscy zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych i trzy czwarte pracujących na etacie.

Na rynku MŚP jest bardzo dużo firm, które w ogóle nie oferują ubezpieczenia. Pracownicy coraz częściej naciskają na swojego pracodawcę, żeby wyszedł z inicjatywą zawarcia tego typu polisy i objęcia pracowników ochroną. Największe obawy pracowników to wypadki oraz poważne zachorowania, na skutek których nie będą w stanie pracować i utrzymać rodziny. Takie ubezpieczenie zabezpiecza również na wypadek śmierci pracownika, zapewniając rodzinie środki na życie. Te dwa elementy, czyli ochrona życia i zdrowia, są w tej chwili najbardziej pożądane, szczególnie wśród pracowników małych i średnich przedsiębiorstw – tłumaczy dyrektor w Nationale-Nederlanden.

Ubezpieczenia grupowe gwarantują wsparcie finansowe przy różnych wydarzeniach losowych – w przypadku niezdolności do pracy ze względu na chorobę czy wypadek wypłacana jest comiesięczna renta. Możliwości przystąpienia do takiego ubezpieczenia nie ma jednak blisko połowa badanych (44 proc.).

– Obecnie w Polsce ubezpieczonych jest łącznie ok. 10 mln pracowników i członków ich rodzin. W segmencie MŚP szacujemy, że jest to 3–4 mln osób, ale 2–2,5 mln wciąż nie ma tego typu ubezpieczenia. Dlatego coraz więcej pracowników wychodzi z inicjatywą do swoich pracodawców, żeby zawarli umowy ubezpieczenia grupowego – mówi Michał Jakubowski.

W Polsce działa ok. 1,7 mln małych i średnich przedsiębiorstw zatrudniających ok. 5–6 mln pracowników. Jeśli doliczymy do tego kilka milionów członków rodzin pracowników, okazuje się, że to bardzo duża grupa, spośród której nie wszyscy mają szansę korzystania z pakietu benefitów.

– Wydawałoby się, że małe przedsiębiorstwo ma mniejszą siłę przebicia czy mniejsze możliwości wynegocjowania dobrych warunków. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – bardzo wiele firm zdecydowało się postawić na segment małego i średniego przedsiębiorcy jako rynek strategiczny do dalszego rozwoju i stworzyło specjalne oferty i produkty dla tych podmiotów – wyjaśnia dyrektor Nationale-Nederlanden.

Możliwość przystąpienia do ubezpieczenia mają firmy zatrudniające nawet kilku pracowników. Polisą mogą zostać objęci wszyscy pracownicy, niezależnie od rodzaju umowy, przy górnym limicie wieku 75 lat.

– Przy ubezpieczeniu grupowym pracownik zyskuje bardzo dobrą relację składki do sumy ubezpieczenia. Pracodawca może zafundować pracownikom składkę, współfinansować ją razem z pracownikami lub zdecydować się jedynie podpisać polisę ubezpieczeniową, a wszystkie składki będą wtedy płacone przez samych pracowników z ich pensji – tłumaczy Michał Jakubowski.

Rośnie liczba chorych na chłoniaka. Nowe terapie są jednak wciąż poza zasięgiem polskich pacjentów

Rośnie liczba chorych na chłoniaka. Nowe terapie są jednak wciąż poza zasięgiem polskich pacjentów 4

Dzięki nowoczesnym metodom leczenia nawet agresywne postaci chłoniaków nie muszą już być chorobami śmiertelnymi, a mogą stać się przewlekłymi. Nowa terapia opornej lub nawrotowej postaci rozlanego chłoniaka z dużych komórek B z powodzeniem stosowana jest w wielu krajach UE nawet u starszych pacjentów wymagających szczególnej troski o układ sercowo-naczyniowy. Polscy pacjenci nie mają jednak jeszcze do niej dostępu.

Chłoniaki to złośliwe nowotwory układu chłonnego charakteryzujące się niekontrolowanym rozrostem białych krwinek. Medycyna wciąż nie zna przyczyny ich powstawania. Istnieją jednak czynniki sprzyjające rozwojowi choroby, m.in. kontakt z niektórymi środkami chemicznymi, ekspozycja na promieniowanie jonizujące, wcześniejsze leczenie za pomocą radioterapii lub chemioterapii, przebyta mononukleoza zakaźna bądź infekcje wirusowe i bakteryjne. Większość chłoniaków długo rozwija się bezobjawowo, co utrudnia rozpoznanie choroby i sprawia, że pacjenci zgłaszają się do lekarza z zaawansowaną postacią nowotworu.

– Objaw, który powinien nas zaniepokoić, to powiększenie węzłów chłonnych. Ale jeżeli węzły chłonne powiększają się w klatce piersiowej albo w jamie brzusznej, to tego nie widać, przez co choroba długo nie jest rozpoznawana, ponieważ nie jest sygnalizowana organizmowi chorego – mówi agencji informacyjnej Newseria Wiesław Jędrzejczak, konsultant krajowy w dziedzinie hematologii.

Inne nieswoiste symptomy chłoniaka to utrata masy ciała, świąd, nocne poty, gorączka, narastające osłabienie i bóle brzucha. W Polsce stale o ok. 5 proc. rocznie rośnie liczba zachorowań na chłoniaki – co roku nowotwór ten diagnozuje się u blisko 7,5 tys. osób.

Wykrycie nowotworu układu chłonnego nie musi być równoznaczne z wyrokiem śmierci, współczesna medycyna potrafi bowiem coraz skuteczniej z nim walczyć. W przypadku ziarnicy złośliwej, zwanej także chłoniakiem Hodgkina, całkowite wyleczenie można uzyskać u 95 proc. chorych. W pozostałych odmianach wyleczenie następuje u 40–70 proc. pacjentów.

– Chłoniaki agresywne postępują dynamicznie, ale można je „wyrwać z korzeniami” u większości pacjentów. Mamy też chłoniaki indolentne, łagodne, gdzie kolejne wznowy są wpisane w naturalny rozwój choroby, i gdzie rokowanie co do przeżycia kolejnych 20–30 lat jest dobre. Natomiast są to procesy nieuleczalne – mówi prof. Wojciech Jurczak, hematolog z Katedry i Kliniki Hematologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie.

Do grupy chłoniaków źle rokujących należą: szpiczak, chłoniak z komórek płaszcza oraz chłoniak rozlany z dużych komórek B (DLBCL), diagnozowany głównie u osób po 65. roku życia. Pacjenci ci często cierpią także z powodu innych schorzeń, np. kardiologicznych, co znacznie utrudnia skuteczne leczenie. W dodatku DLBCL bardzo szybko uodparnia się na tradycyjną chemioterapię.

Wielka nadzieja dla chorych to nowoczesna immunoterapia, której celem jest stymulowanie naturalnych mechanizmów obronnych organizmu do walki z komórkami nowotworowymi. Obecnie standardem leczenia jest schemat R-CHOP, w ramach którego pacjentom podaje się kombinację leków cytostatycznych oraz przeciwciał monoklonalnych, głównie leku o nazwie rytuksymab. Terapia ta jest dostępna w Polsce w ramach programu lekowego.

W chłoniaku rozlanym z dużych komórek B immunoterapia R-CHOP, czyli podstawa leczenia pierwszego rzutu, jest refundowana. Brak możliwości stosowania przeciwciał u pacjentów, u których nie można stosować antracyklin, czyli u znacznej części starszych osób z chorobami serca, to pierwsza rzecz, którą należałoby zmienić. Kolejną jest brak możliwości stosowania rytuksymabu w leczeniu drugiego rzutu – mówi prof. Wojciech Jurczak.

Wielu pacjentów nie odpowiada jednak na tego rodzaju leczenie, nie mogą być poddawani immunochemioterapii ze względu na choroby towarzyszące lub mają drugi bądź trzeci rzut choroby.

– Leczenie pierwszego rzutu jest na tyle skuteczne, że wznawia 20–30 proc. chorych, podczas gdy 10–20 lat temu wznawiała połowa pacjentów, a połowę z nich byliśmy w stanie uratować przy pomocy wysokodawkowanej chemioterapii i przeszczepu – mówi prof. Wojciech Jurczak.

Szansą dla chorych są leki od kilku lat zarejestrowane w Unii Europejskiej, ale w Polsce jeszcze niedostępne. Jednym z nich jest piksantron – refundowany w 13 krajach Europy, w tym w Słowacji i Słowenii, które mają porównywalny z naszym poziom PKB. Terapia piksantronem wskazana jest w leczeniu dorosłych pacjentów z wielokrotnie nawracającym lub opornym na leczenie agresywnym chłoniakiem rozlanym z dużych komórek B. Lek ten może być stosowany u seniorów, u których obok nowotworu występują także choroby układu sercowo-naczyniowego. Terapia piksantronem nie jest dożywotnia, zazwyczaj lek podawany jest przez kilka miesięcy (od 4 do maksymalnie 6 cykli).

Jeżeli jeszcze parę lat temu mogliśmy mówić, że większość naszych chorych jest leczona według najlepszych europejskich standardów, to dziś jest to niemożliwe. Nie dlatego że coś strasznego stało się z NFZ czy, że drastycznie zmniejszono liczbę pieniędzy, po prostu świat uciekł nam do przodu. Ostatnie parę lat to rejestracja kolejnych nowych cząstek aktywnych w leczeniu chłoniaków, które stały się standardem w leczeniu większości niepowodzeń – mówi prof. Jurczak. – Niestety żaden lek nie jest na razie refundowany dla pacjentów polskich, chociaż wszystkie są zarejestrowane w UE, więc jako lekarze mamy prawo stosować te leki u każdego chorego, ale NFZ ich nie refunduje.

Latem 2017 roku w Unii Europejskiej zostaną zarejestrowane biosymilary rytuksymabu, co zdaniem ekspertów doprowadzi do spadku cen leków. Według prof. Wojciecha Jurczaka może to dać nawet 50 proc. oszczędności, co pozwoli na rozszerzenie wskazań do terapii rytuksymabem oraz wprowadzenie nowych leków dotąd nierefundowanych.

W 2016 roku pojawiły się generyki imatinibu i bortezomibu, co spowodowało spadek nakładów na te refundowane dotąd leki o blisko 25 proc. w skali budżetu całej hematologii, bo to były bardzo drogie leki. Liczymy na to, że w zamian za te oszczędności dostaniemy któreś z cząsteczek, które są już zarejestrowane w Unii Europejskiej i czekają na refundację – podkreśla prof. Wojciech Jurczak.

Ostatnie dni na rozliczenie się z fiskusem. Termin 2 maja obowiązuje nie tylko zatrudnionych na etacie i umowach cywilnoprawnych

Ostatnie dni na rozliczenie się z fiskusem. Termin 2 maja obowiązuje nie tylko zatrudnionych na etacie i umowach cywilnoprawnych 5

Do 2 maja można składać zeznania podatkowe za 2016 rok. Termin obowiązuje osoby rozliczające się na formularzu PIT-37, które m.in. pracują na umowie o pracę czy cywilnoprawnej, oraz PIT-36, dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Ale to nie jedyne grupy podatników, które muszą rozliczyć się w ciągu najbliższego tygodnia. Obowiązek dotyczy też podatników, którzy zarobili na giełdzie i sprzedaży nieruchomości (odpowiednio formularze PIT-38 i PIT-39). Do ostatniej chwili zeznania można składać przez internet. 

 Zgodnie z ustawą terminem rozliczenia jest ostatni dzień kwietnia. W tym roku przypada on na dzień wolny od pracy, więc termin przesuwa się na pierwszy dzień roboczy po 30 kwietnia. W tym roku jest to 2 maja, stąd do tego dnia istnieje obowiązek złożenia zeznania podatkowego. Obowiązuje on osoby, które uzyskują dochody z tytułu działalności gospodarczej, z tytułu etatu, umowy o dzieło, umowy zlecenia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Doradztwa Finansowego z mFinanse.

Obowiązek złożenia rocznej deklaracji PIT spoczywa na osobach, które uzyskały w roku podatkowym jakikolwiek przychód, nawet jeśli nie przekracza on kwoty wolnej od podatku. Podatnicy są zobowiązani do złożenia zeznania o wysokości osiągniętego dochodu lub poniesionej straty w roku podatkowym.

 Najbardziej popularne PIT-y, które składamy, to oczywiście PIT-37, który dotyczy m.in. dochodów z tytułu umowy o pracę, ale również PIT-36, jeśli chodzi o działalność gospodarczą, PIT-36L to zaś działalność gospodarcza rozliczana na zasadach liniowych. Dodatkowo także PIT-38 oraz PIT-39 – wymienia ekspert.

Najpopularniejszym formularzem podatkowym jest PIT-37, który w ubiegłym roku, jak wynika z informacji resortu finansów, złożyło 16,4 mln osób (81 proc. wszystkich rozliczeń z urzędem skarbowym). Na tym druku rozliczają się podatnicy, którzy deklarują wynagrodzenia i zarobki rozliczane za pośrednictwem płatników, czyli osoby zatrudnione na umowę o pracę czy umowy cywilnoprawne. Podatnicy, którzy nie rozliczają się za pośrednictwem płatnika lub uzyskują przychody z wielu źródeł składają przede wszystkim PIT-36.

PIT-38 składają osoby, które uzyskują przychody z giełdy i zbycia udziałów w spółkach, a PIT-39 dotyczy osób, które np. sprzedały nieruchomość.

– Składając PIT, musimy pamiętać, aby w przypadku, kiedy składamy go bezpośrednio do urzędu skarbowego nie przekroczyć terminu 2 maja. Trzeba więc wziąć pod uwagę godziny pracy urzędu. Możemy również wysłać zeznanie pocztą, w tym przypadku decyduje data na stemplu nadania, bo musimy mieć potwierdzenie przekazania formularza. Jeśli skorzystamy z kuriera, nie działa to tak jak w przypadku poczty. Musimy mieć pewność, że kurier dostarczy to w odpowiedniej dacie do urzędu skarbowego – przypomina Leszek Zięba.

Zeznanie podatkowe można złożyć także za pośrednictwem internetu. Z roku na rok rośnie liczba zeznań podatkowych składanych drogą elektroniczną. W 2016 roku Polacy złożyli ponad 8 milionów zeznań podatkowych przez internet (przy 7 mln w 2015 roku i 5,2 mln w 2014 roku). Do 18 kwietnia można było skorzystać z rozwiązania PFR, czyli deklaracji wstępnie wypełnionej (Pre-Filled Tax Return). Dzięki niemu to urząd skarbowy wypełniał formularz za podatnika, który następnie – w przypadku braku zastrzeżeń – miał tylko zatwierdzić przesłany dokument.

Firmy nieprzygotowane na cyberzagrożenia z powodu braku specjalistów i niskich budżetów. Połowa nie jest w stanie wykryć i odeprzeć ataku

Firmy nieprzygotowane na cyberzagrożenia z powodu braku specjalistów i niskich budżetów. Połowa nie jest w stanie wykryć i odeprzeć ataku 6

Zbyt mały budżet i brak specjalistów o określonych kompetencjach w obszarze cyberbezpieczeństwa – to główne bariery, które utrudniają firmom ochronę przed atakami w sieci. Ponad połowa przyznaje, że nie jest w stanie wykryć i odeprzeć zaawansowanego cyberataku. Mimo rosnącej świadomości firmy wciąż nie dysponują odpowiednim poziomem zabezpieczeń. 

 Liczba ataków i przestępstw w świecie internetowym rośnie dramatycznie. W Polsce wzrasta o około 40 proc. rok do roku. W ślad za tym idzie rosnąca świadomość firm w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ciągle jest ona jednak niewystarczająca i nie nadąża za tym, co hakerzy robią w internecie – mówi Grzegorz Leopold, ekspert ds. bezpieczeństwa IT w Info Sources.

Z opublikowanego w ubiegłym miesiącu „Światowego badania bezpieczeństwa informacji” firmy doradczej EY wynika, że 57 proc. firm doświadczyło w ostatnim czasie znaczącego incydentu naruszenia bezpieczeństwa. Jednocześnie połowa spośród 1735 zbadanych firm przyznaje, że nie jest w stanie wykryć i odeprzeć zaawansowanego cyberataku. 64 proc. nie wdrożyło lub ma tylko nieformalny program wymiany informacji o zagrożeniach. 48 proc. wskazuje jako swój słaby punkt nieaktualne zabezpieczenia, które nie chronią przed nowymi rodzajami ataków, a ponad połowa (55 proc.) jako najsłabsze ogniwo bezpieczeństwa wymienia czynnik ludzki, czyli beztroskę lub nieświadomość swoich pracowników.

Z ubiegłorocznego badania Ipsos na zlecenie Intela wynika natomiast, że 40 proc. firm nie ma przygotowanego żadnego scenariusza awaryjnego na wypadek cyberataku, a 62 proc. stosuje do uwierzytelniania systemu bezpieczeństwa wyłącznie hasło.

Ekspert do spraw cyberbezpieczeństwa zwraca uwagę na to, że w firmach popularne i powszechnie stosowane są zabezpieczenia klasy firewall i programy antywirusowe. Są jednak niewystarczające, bo coraz częściej przedsiębiorstwa dotykają ataki ukierunkowane, specjalnie przygotowane i sprofilowane pod kątem konkretnej firmy. Tymczasem, jak pokazało globalne badanie EY, 44 proc. przedsiębiorstw wciąż nie ma zespołu SOC, składającego się ze specjalistów monitorujących cyberataki i stan firmowej infrastruktury bezpieczeństwa.

– Żaden popularny program, który zabezpiecza przed typowymi wirusami i dobrze znanymi zagrożeniami, nie jest w stanie uchronić firmy przed takim atakiem. Tutaj potrzebne są zdecydowanie inne metody i wyspecjalizowane narzędzia. Potrzebni są również specjaliści, którzy będą potrafili rozpoznać, co się dzieje i zidentyfikować przepływ informacji ze świata zewnętrznego do środka organizacji – mówi Grzegorz Leopold.

W czołówce największych cyberzagrożeń firmy wymieniają natomiast złośliwe oprogramowanie (52 proc.), phishing (51 proc.), cyberataki prowadzone w celu kradzieży danych finansowych (45 proc.) albo osobowych (42 proc.) i ataki wewnętrzne. Podatność firmy na cyberataki można sprawdzać, przeprowadzając co pewien czas testy penetracyjne, które pozwolą wykryć i załatać luki w systemie zabezpieczeń.

 Pierwszy krok to rozpoznanie i ocena sytuacji. Trzeba zacząć od określenia podatności firmy na zagrożenia i wykrycia możliwych luk. Następnie konieczne jest wdrożenie narzędzi, procesów, pewnych metod pracy i zaangażowanie specjalistów. Narzędzia, procesy i ludzie to trójkąt, który jest niezbędny do tego, żeby obniżyć poziom ryzyka – podkreśla Grzegorz Leopold.

Monitorowanie zagrożeń w sieci i firmowych systemów zabezpieczeń jest podstawą do tego, by wykryć i odeprzeć cyberatak. Przydatne są w tym celu narzędzia klasy CM, które zbierają informacje ze wszystkich urządzeń sieciowych, z serwerów, a także z tzw. N Pointów i urządzeń mobilnych, pełniąc rolę centralnej bazy informacji.

Z kolei zaawansowane narzędzia threat intelligence umożliwiają nie tylko monitorowanie staniu firmowych zabezpieczeń, lecz także bieżącą kontrolę tego, jak firma jest obecna w cyberprzestrzeni, czy jej nazwa jest wymieniana na specjalistycznych forach albo portalach dla cyberprzestępców.

– Takie rozwiązania umożliwiają zbadanie nie tylko tego, co przepływa z internetu przez firmowy firewall, lecz także otoczenia, czyli tego, jak firma jest rozpoznawana w cyberprzestrzeni, gdzie używane są jej określone identyfikatory albo nazwy własne, czy hakerzy wzmiankują coś na jej temat na swoich forach albo portalach. Dzięki temu można uzyskać informacje, które pozwolą zapobiec dalszym zagrożeniom albo zareagować odpowiednio wcześniej – mówi Grzegorz Leopold.

Z ubiegłorocznych badań Intela wynika, że ponad połowa dużych firm zamierza w ciągu najbliższych dwóch lat zwiększać wydatki na cyberbezpieczeństwo. Ich menadżerowie IT wskazują, że jest to konieczne, aby nie pozostawać w tyle za cyberprzestępcami, którzy stosują coraz nowsze i coraz bardziej zaawansowane metody ataków.

EY podaje natomiast, że 53 proc. firm ankietowanych w „Światowym badaniu bezpieczeństwa informacji” deklaruje, że ma ten krok już za sobą i w ostatnim czasie zwiększyło swój budżet na cyberbezpieczeństwo. Dla ponad połowy (57 proc.) priorytetem jest ciągłość prowadzenia biznesu i szybki powrót do normalności po cyberataku. Tyle samo przedsiębiorstw wskazuje na konieczność ochrony przed wyciekami danych.

Dla przeciwwagi dwie trzecie przedsiębiorstw wskazuje zbyt mały budżet jako główną barierę, która uniemożliwia inwestycje w bezpieczeństwo. Ponad połowa (56 proc.) stwierdziła również, że nie ma pracowników o określonych kompetencjach w obszarze cyberbezpieczeństwa.

Potwierdzają to wyniki tegorocznego badania Cisco, w którym menadżerowie IT wskazali złożoność organizacji, niewystarczające budżety (34 proc.), brak odpowiednich narzędzi (24 proc.) oraz brak ekspertów (20 proc.) jako główne czynniki utrudniające wprowadzenie odpowiednich zabezpieczeń przed cyberzagrożeniami. Z drugiej strony tylko 6 proc. uważa, że ich firma jest całkowicie bezpieczna i odporna na ataki.

– Nie można się zabezpieczyć na sto procent. Można jednak to ryzyko zminimalizować, ale do tego potrzebne są narzędzia, procesy i ludzie – mówi Grzegorz Leopold.

PKO BP filarem polskiego budżetu. Bank zasilił kasę państwa kwotą ponad 2,5 mld zł z tytułu podatków

PKO BP filarem polskiego budżetu. Bank zasilił kasę państwa kwotą ponad 2,5 mld zł z tytułu podatków 7

2,5 mld zł – taką kwotę z tytułu podatków największy bank w Polsce odprowadził w ubiegłym roku do budżetu państwa. To dwukrotnie więcej niż przed rokiem. PKO Bank Polski jest pod tym względem numerem jeden wśród instytucji finansowych i numerem dwa wśród wszystkich firm w Polsce. Działalność banku ma nie tylko przełożenie na państwową kasę, lecz także na całą gospodarkę i rozwój polskich przedsiębiorstw.

Z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych odprowadziliśmy do budżetu państwa 1 mld 120 mln podatku. To stanowi 4,6 proc. ogólnych wpływów budżetowych z tego tytułu. Są to wpływy nie tylko od instytucji finansowych, ale też z ogółu działalności polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Szymańska, dyrektor pionu rachunkowości i rozliczeń w PKO Banku Polskim.

Największy w Polsce bank jest jednym z głównych płatników podatku do Skarbu Państwa. Rok temu odprowadził do budżetu ponad 2,5 mld zł, co stanowiło 1,3 proc. ogółu dochodów budżetowych. Ta kwota obejmowała wpływy z tytułu podatku bankowego, CIT-u, podatku od wynagrodzeń wypłaconych swoim pracownikom oraz podatku od zysków kapitałowych swoich klientów. W skali całej grupy kapitałowej środki odprowadzone do budżetu były wyższe o dodatkowe kilkaset milionów złotych.

Kwota podatku dochodowego od osób prawnych odprowadzonego za 2016 rok była dwukrotnie wyższa niż jeszcze rok wcześniej. Jest to efektem skali działalności i rosnących wyników banku. Jesteśmy niekwestionowanym liderem w sektorze bankowym, nie tylko pod względem sumy depozytów, aktywów i kredytów, ale również pod względem wyniku finansowego – zaznacza Danuta Szymańska.

Ubiegłoroczne wpływy podatkowe, które bank odprowadził do Skarbu Państwa, kolejny raz z rzędu były rekordowo wysokie. Dlatego strategiczna spółka została po raz trzeci uhonorowana przez dziennik „Rzeczpospolita” tytułem Filar Budżetu, przyznawanym instytucjom, które w największym stopniu wspierają publiczne finanse.

Od początku ukazywania się rankingu znajdujemy się zawsze w pierwszej piątce największych podatników wśród instytucji finansowych – potwierdza Danuta Szymańska.

W zestawieniu największych płatników podatków wśród wszystkich firm w Polsce PKO Bank Polski zajął drugie miejsce, za PKN Orlen.

 Postrzegamy płacenie podatków nie tylko jako naturalny obowiązek i powinność wynikającą z przepisów prawa, ale traktujemy to również  jako obowiązek patriotyczny  podkreśla Szymańska.

Dyrektor pionu rachunkowości PKO Banku Polskiego zauważa, że odprowadzanie podatków do polskiego budżetu wpisuje się w nurt patriotyzmu gospodarczego. Środki, którymi spółki z czołówki Listy 500 zasilają Skarb Państwa, wspierają inwestycje i projekty społeczne oraz stymulują pozytywnie całą gospodarkę.

Z aktywami na poziomie 285,6 mld zł i zyskiem netto w wysokości 2,87 mld zł (dane za 2016 rok) PKO Bank Polski jest nie tylko liderem sektora bankowego, ale i największą w Polsce instytucją finansową o strategicznym znaczeniu dla gospodarki. Ma najwyższe, sięgające prawie 18 proc. udziały w rynku kredytowym, a statystycznie co trzeci kredyt hipoteczny na zakup mieszkania  udzielany jest przez PKO Bank Polski.

W tym roku na rynki zagraniczne trafi ponad 1 mln ton polskich jabłek. Sadownicy poradzili sobie z rosyjskim embargiem

W tym roku na rynki zagraniczne trafi ponad 1 mln ton polskich jabłek. Sadownicy poradzili sobie z rosyjskim embargiem 8

Przed nałożeniem przez Rosję embarga na jabłka z Polski tamtejszy rynek odpowiadał za ponad 50 proc. całego eksportu tych owoców. Trafiała tam jedna piąta polskiej produkcji. Ponieważ ubiegłoroczne zbiory były rekordowe, a krajowy rynek jest nasycony, sadownicy zmuszeni byli szukać nowych kierunków eksportu. Duży potencjał ma Azja i rynek chiński, który otworzył się przed nami pod koniec ubiegłego roku.

– Struktura eksportu polskich jabłek zmienia się bardzo dynamicznie. Sprzedajemy jabłka do krajów, o których jeszcze kilka lat wcześniej nawet byśmy nie pomyśleli. Wynika to z faktu, że jesteśmy coraz lepiej przygotowani do obsługi nowych, bardziej wymagających rynków i dzięki temu możemy odpowiadać na zapotrzebowanie zagranicznych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Żółcik, prezes Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”.

Produkcja jabłek w Polsce szybko rośnie. Zgodnie z szacunkami GUS ubiegłoroczne zbiory były rekordowe i sięgnęły 3,6 mln ton (wzrost o 14 proc.), natomiast sadownicy szacują, że ten wynik był jeszcze lepszy i przekroczył 4 mln ton. To plasuje Polskę na pierwszym miejscu w UE oraz w ścisłej czołówce największych na świecie wytwórców. Eksperci rynków rolnych zgodnie prognozują, że produkcja jabłek w kolejnych latach będzie coraz wyższa. Przy nasyconym rynku wewnętrznym (w Polsce spożycie jabłek wynosi około 14 kg na osobę rocznie i utrzymuje się na stabilnym poziomie), sadownicy muszą szukać nowych kierunków eksportowych.

Z danych FAMMU/FAPA wynika, że w sezonie 2015/2016 zapotrzebowanie na jabłka deserowe wyniosło 1,8 mln ton, z czego blisko 1 mln ton przypadł na eksport. Ponad połowę, czyli 2,2 mln ton, przerobił przemysł przetwórczy. Wyniki za sezon 2016/2017 mają być zbliżone do tych poziomów, z zaznaczeniem, że eksport może wzrosnąć do 1,1 mln ton.

– Jeśli chodzi o polskie jabłka, widzimy potencjał wzrostowy. Mieliśmy spory problem z rosyjskim embargiem, które mocno nas dotknęło, ponieważ  większość eksportu kierowaliśmy właśnie na ten rynek. Niestety, upychaliśmy wszystkie jabłka do jednego koszyka. Natomiast teraz walczymy skutecznie o nowe rynki – mówi Waldemar Żółcik.

Przed nałożeniem embarga w 2014 roku polscy producenci rokrocznie eksportowali do Rosji ponad 500 tys. ton jabłek. Tamtejszy rynek odpowiadał za około 55 proc. całego eksportu jabłek z Polski i nieco ponad jedną piątą krajowej produkcji.

Eksport skurczył się, kiedy polscy sadownicy stracili możliwość bezpośredniej sprzedaży jabłek do Rosji. Owoce z Polski są jednak nadal sprzedawane na tamtejszym rynku, tyle że oznaczone jako pochodzące z Białorusi. Natomiast rodzimi producenci skupili się na większej aktywności w handlu zagranicznym i szukaniu nowych kierunków. Duży potencjał importowy stwarzają rynki azjatyckie i Chiny.

– Walczymy o rynek chiński, który niedawno się otworzył, oraz o rynek wietnamski. Polska jest producentem bardzo dobrych owoców i pierwszym na świecie producentem jabłek deserowych, więc myślę, że trzeba o ten eksport walczyć. Jesteśmy bardzo aktywni, wystawiamy się na targach, spotykamy się z klientami, spotykamy się z biznesem i walczymy. Przekonujemy ludzi, że warto kupować polskie jabłka i warto nimi handlować – mówi Waldemar Żółcik.

W listopadzie ubiegłego roku na mocy umowy handlowej dla polskich eksporterów otworzył się rynek chiński, a do Państwa Środka pojechał pierwszy kontyngent owoców. Szacunki mówią, że do 2022 roku polscy producenci mogą sprzedawać w Chinach nawet 100 tys. ton jabłek rocznie.

Tamtejszy rynek ma jednak bardzo rygorystyczne wymogi, a krajowi eksporterzy oceniają, że dostosowanie się do nich w pełni może potrwać nawet dwa lata. Potrzebne są również inwestycje w nowoczesne obiekty do przechowywania i sortowania owoców. Ponieważ transport owoców z Polski do Chin zajmuje średnio około dwóch miesięcy, na tamtejszy rynek eksportowane są tylko wytrzymałe odmiany owoców. Podobnie jak na pozostałe odległe geograficznie rynki.

– Liczba państw, do których eksportujemy nasze owoce, jest naprawdę bardzo duża i wciąż rośnie. Klienci doceniają polskie jabłka, a przede wszystkim ich walory zdrowotne. Po drugie, okazuje się też, że jabłka są produkowane bardziej naturalnie i dzięki temu mają smak, prawdziwy aromat i tego się po prostu nie da zafałszować – mówi Waldemar Żółcik.

W lutym w sieciach supermarketów w Dubaju i Abu Zabi rozpoczęła się kampania promocyjna i sampling polskich dwukolorowych jabłek. To kolejny potencjalny rynek dla rodzimych producentów i część większej kampanii informacyjnej (koordynowanej przez Agencję Rynku Rolnego), która jest prowadzona w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i w Chinach.

– Celem naszej kampanii promocyjnej jest przekonanie klientów, że europejskie i polskie jabłka dwukolorowe są najwyższej jakości i warto tych owoców spróbować. Dotąd stereotypem było, że tylko w całości czerwone owoce są słodkie. My natomiast ten stereotyp przełamujemy – wyjaśnia Waldemar Żółcik.

Eksperci rynków rolnych zauważają, że polscy producenci poradzili sobie z rosyjskim embargiem. Chociaż nadal nie udało się osiągnąć poprzedniego wolumenu eksportu, to w I połowie sezonu 2016/2017 eksport jabłek z Polski wzrósł prawie o połowę, osiągając najwyższy wynik od momentu jego wprowadzenia. Eurostat podaje, że w okresie lipiec–grudzień na rynki zagraniczne trafiło 331 tys. ton jabłek (wobec 220 ton w analogicznym okresie 2015 roku).

W strukturze eksportu polskich jabłek kierunki pozaeuropejskie stanowią na razie zaledwie kilka procent. Zdecydowanie największym rynkiem eksportowym dla krajowych producentów pozostaje Białoruś. Sprzedaż jabłek na tamtejszy rynek od momentu wprowadzenia rosyjskiego embarga zwiększyła się kilkukrotnie.

PGNiG zwiększa wydobycie norweskiego gazu

Realizacja strategii PGNiG dotyczącej norweskich złóż gazu ma zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne Polski. PGNiG ma 20 koncesji i będzie zwiększać wydobycie.

O planach koncernu w rozmowie z MarketNews24 mówi wiceprezes zarządu PGNiG, Łukasz Kroplewski.

Grupa Work Service sprzedaje IT Kontrakt

31 marca 2017 roku Work Service S.A. podpisał z funduszem private equity Oaktree Capital Management reprezentowanym w Polsce przez Cornerstone Partners wstępna umowę sprzedaży udziałów w spółce IT Kontrakt sp. z o.o.. Wartość transakcji wyniesie 147 mln złotych, a pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój w głównym segmencie działalności Grupy Work Service jakim jest praca tymczasowa oraz spłacenie zobowiązań.

Grupa Work Service nabyła 75% udziałów w IT Kontrakt w maju 2012 roku za 52 mln złotych i zwiększyła swoje zaangażowanie w spółce w kolejnych latach do 95%.

W wyniku ostatniego przeglądu strategicznego, który miał miejsce w 2016 roku, Grupa Work Service zdecydowała postawić na ekspansję w obszarze głównej linii biznesowej. Dlatego też podjęta została decyzja o sprzedaży IT Kontrakt oraz wykorzystaniu środków z tej transakcji na przyspieszenie wzrostu w segmencie pracy tymczasowej. W tym segmencie właśnie otrzymaliśmy zgodę regulatora na przejęcie pozostałych 25% udziałów w Prohuman, naszej najszybciej rosnącej spółce-córce będącej liderem rynku węgierskiego. W wyniku tych dwóch transakcji, struktura i operacje Grupy Work Service staną się bardziej transparentne i skoncentrowane na perspektywicznej usłudze pracy tymczasowej – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Obecnie jesteśmy największą firmą z sektora usług personalnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i naszą strategią jest dalsze wzmacnianie pozycji na najbardziej perspektywicznych rynkach. Zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech zajmujemy pozycję lidera z udziałami w rynku odpowiednio na poziomach 26% i 22%. Prognozy rozwoju dla rynku pracy tymczasowej w naszym regionie Europy są bardzo korzystne i do 2019 roku zakładają zwiększenie tego rynku o ponad połowę. Dlatego też chcemy w jak największym stopniu skorzystać z tej nadarzającej się koniunktury i stąd decyzje o większym zaangażowaniu w działalność Prohuman oraz sprzedaży IT Kontrakt. Dodatkowo w drugiej połowie 2017 roku planujemy zmianę marki na Węgrzech z Prohuman na Work Service celem wzmocnienia pozycji naszej kluczowej marki w regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz uproszczenia struktury Grupy Work Service pod względem wykorzystywanych marek – podsumowuje Tomasz Misiak, Prezydent Rady Nadzorczej Work Service S.A.

Umowa ma charakter warunkowy, a jej wykonanie jest uzależnione od uzyskania zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zamknięcie transakcji planowane jest na czerwiec 2017 roku.

Przy transakcji Grupie Work Service doradzał Azimutus (doradca transakcyjny i finansowy) oraz CMS Cameron McKenna (doradca prawny). Doradcami funduszu Cornerstone Partners/Oaktree Capital Management byli: PwC (due diligence biznesowe), EY (due diligence finansowe i podatkowe) oraz Weil (doradca prawny).

Przedsiębiorcy stawiają na e-commerce i personalizację

E-commerce jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów. Dziś z możliwości handlu elektronicznego i personalizacji korzystają nie tylko duże przedsiębiorstwa, ale także mniejsze organizacje. Za pomocą nowoczesnych rozwiązań technologicznych optymalizują obszary sprzedaży i wdrażają dystrybucję wielokanałową. W jaki dokładnie sposób rozwiązania te wspierają biznes?

W dzisiejszych czasach przeniesienie tradycyjnych procesów biznesowych do przestrzeni wirtualnej to nie innowacyjny dodatek, ale niemal obowiązek firm, które chcą sprostać wzrastającym oczekiwaniom swoich obecnych i potencjalnych klientów. O rozwiązaniach e-commerce oraz personalizacji sprzedaży opowiada Tomasz Gibas, założyciel Coders Center, wrocławskiej firmy IT.

E-commerce a wzrost sprzedaży

Zaletą handlu elektronicznego jest oszczędność czasu i pieniędzy – sprzedaż dokonywana jest nawet po godzinach otwarcia placówki. Znikają także ograniczenia terytorialne, ponieważ zakupu może dokonać osoba mieszkająca w innym mieście lub nawet poza granicami kraju. Te czynniki w połączeniu z personalizacją mogą sprawić, że klient zostanie poprowadzony przez zakupy w intuicyjny, prosty i szybki sposób. W praktyce oznacza to, że konsumenci są zadowoleni, a firma zyskuje nowych klientów i zwiększa swoją sprzedaż.

Rosnąca rola sektora e-commerce może doprowadzić do zmiany funkcjonalności regularnych sklepów (np. w centrach handlowych), które w przyszłości będą pełniły rolę salonów wystawowych i punków odbioru, a nie miejsca faktycznego zakupu towarów.

Personalizacja w sprzedaży

Ciężko jest wyobrazić sobie, jak często mamy styczność z dedykowanymi działaniami mającymi zachęcić konsumentów do transakcji. Obejmują one nie tylko indywidualne zwroty w wiadomościach e-mail, ale także dynamiczne zmienne, dzięki czemu firmy dostosowują do potrzeb klientów całe oferty, rekomendacje produktów czy przyciski call to action (CTA). Personalizacja jest wykorzystywana także w supermarketach (karty lojalnościowe lub programy kuponowe), sklepach typu Amazon (podpowiedzi zakupów), a także przez inne sklepy detaliczne (wysyłanie przypomnień o opuszczonych koszykach na podany adres e-mail).

Techniki personalizacji stale się rozwijają – tak aby klient mógł zrealizować to czego chce lub potrzebuje, jeszcze zanim będzie o tym wiedział. Aby wdrożyć te metody w życie i utrzymać się w szybko zmieniającym się świecie cyfrowym, firma potrzebuje odpowiedniej platformy pomagającej podtrzymywać dobre relacje ze swoimi klientami.

Klucz do sukcesu?

Według ostatnich danych opublikowanych przez Econsultancy, aż dla 94 proc. firm personalizacja ma kluczowe znaczenie przy odnoszeniu sukcesu. Jednak zanim przedsiębiorstwo zdecyduje się na wprowadzanie rozwiązań tego typu, powinno wziąć pod uwagę inne kwestie.

Trzeba pamiętać, że sam zakup licencji na korzystanie z konkretnych narzędzi to dopiero początek. Należy przygotować harmonogram działań, który zapewni firmie płynne przejście w personalizację. Oprócz tego warto zadbać o przygotowanie całego zespołu do zmiany. Platforma, która ma angażować klientów, powinna w ten sam sposób oddziaływać na pracowników. Tylko takie połączenie zapewni pozytywny odbiór ze strony konsumentów.

Spełnienie trzech warunków: zapewnienie właściwej treści, odpowiedniemu użytkownikowi, we właściwym czasie, ma kluczowe znaczenie w zwiększaniu współczynników konwersji. Personalizacja ma prowadzić do większej skuteczności, a więc mniejszej liczby porzuconych koszy, zwiększonego zaangażowania i lojalności wobec firmy. Pomoże także w uzyskaniu przewagi konkurencyjnej nad firmami, które wysyłają ogólne informacje na temat sprzedaży i ofert, które nie są interesujące dla konsumentów.

Kto może mieć wgląd do dokumentów wspólnoty mieszkaniowej?

Często zdarza się, że mieszkańcy chcą zobaczyć dokumenty, jakie w imieniu wspólnoty mieszkaniowej przechowuje zarządca (np. umowy z dostawcami usług, faktury). Czy zarządca ma obowiązek udostępnić te materiały? Czy właściciel mieszkania może ich żądać?

Odpowiedź na oba pytania brzmi: TAK! Właściciel może w każdej chwili poprosić o wgląd w dokumenty, zaś zarządca ma obowiązek je udostępnić. Wynika to z artykułu 29 ustęp 3 Ustawy o własności lokali, który stanowi, że właścicielom lokali służy prawo kontroli działalności zarządu wspólnoty mieszkaniowej. Dlatego też, właściciele lokali mogą zwrócić się do zarządcy o udostepnienie konkretnych dokumentów, a także możliwość zrobienia ich kopii. – Właściciele lokali coraz częściej chcą angażować się w działania wspólnoty, a także orientować się, z jakimi podwykonawcami zostały zawarte umowy – zaznacza Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus zarządzającej i administrującej nieruchomościami. – W tym celu właśnie korzystają z możliwości wglądu w dokumentację – dodaje Łubiński.

Zdarza się, że zarządca odmawia wydania dokumentów lub nie zezwala na wykonanie ich kserokopii zasłaniając się ochroną danych osobowych. Jednakże w większości przypadków takie działanie nie ma podstaw prawnych. – Warto pamiętać, że zarząd wspólnoty ma dostęp i uprawnienia do przetwarzania danych osobowych w granicach niezbędnych do zarządu nieruchomością wspólną, a więc są to dane, które w praktyce mogą być udostępnione – podkreśla Mariusz Łubiński.

Właściciel lokalu ma możliwość przejrzenia dokumentów na miejscu, ale może też poprosić o wykonanie ich kserokopii. Trzeba mieć jednak na uwadze, że wspólnota nie pokrywa kosztów wydruku, dlatego należy się przygotować na koszty związane z wykonaniem kserokopii.

Właściciel, który zwraca się z wnioskiem o wgląd do dokumentów musi się również liczyć z tym, że w przypadku chęci zapoznania się z nimi na miejscu nie może paraliżować pracy zarządu tj. nie może przeglądać dokumentów całymi dniami, utrudniając tym samym dostęp do nich np. zarządcy.

– Najkorzystniejszym rozwiązaniem jest, aby właściciel lokalu złożył wniosek, czy zwrócił się do zarządu z prośbą i informacją, w jakie dokumenty chciałby mieć wgląd, a następnie ustalenie w jakim terminie chciałby się z nimi zapoznać lub ustalenie na kiedy zostaną przygotowane ich kserokopie – podsumowuje Mariusz Łubiński.

Coraz lepsze nastroje wśród przedsiębiorców

Po mocnym zakończeniu I kwartału, kolejny ma jeszcze mocniejsze otwarcie. Wskaźnik oceny bieżącej koniunktury biznesowej wydobył się z dołka i jest najwyższy od 15 miesięcy. Gorzej jednak prezentuje się zmiana dynamicznie rosnącego w kilku poprzednich okresach wskaźnika oczekiwań co do przyszłej sytuacji – tak pokazuje Indeks Optymizmu Przedsiębiorców, który powstaje na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród członków Pracodawców RP.

Ocena ogólna bieżącej sytuacji biznesowejW kwietniu 2017 r. Indeks Optymizmu Przedsiębiorców przyjął wartość 102,4 pkt w zakresie oceny bieżącej sytuacji biznesowej, wobec 95,9 pkt w marcu. Nieznacznemu pogorszeniu uległa natomiast prognoza sytuacji przyszłej w perspektywie najbliższych 6 miesięcy – spadła ona z 111,1 pkt w poprzednim miesiącu do 110,5 pkt w kwietniu.

Główne wskazania Indeksu Optymizmu PrzedsiębiorcówW ślad za następującą od końca ubiegłego roku poprawą wskaźnika oczekiwań przedsiębiorców na przyszłość, coraz wyraźniej poprawia się również ich ocena zmiany bieżącego klimatu biznesowego panującego w Polsce. W efekcie po raz pierwszy od lipca 2016 r. subindeks oceny sytuacji bieżącej znalazł się na poziomie powyżej 100 pkt, co sygnalizuje przewagę pozytywnych tendencji. Jego zanotowany w kwietniu wzrost o 6,5 pkt w stosunku do poprzedniego miesiąca był drugim najwyższym w historii badania – po rekordowym wzroście o 7,8 pkt w marcu br. Wyraźnie zahamował natomiast – bardzo dynamiczny w ostatnich miesiącach – wzrost wskaźnika oceny przyszłej sytuacji w perspektywie najbliższych 6 miesięcy. Wartości obu głównych składowych wskazują jednak na przewagę pozytywnych wskazań wśród uczestniczących w daniu podmiotów – po raz ostatni taka sytuacja miała dotąd miejsce w grudniu 2015 r.

Siłą napędową wzrostu ogólnych wskaźników nastrojów przedsiębiorców jest istotna poprawa aktualnej oraz oczekiwanej koniunktury przez firmy z branży finansowej oraz profesjonalnych usług dla biznesu, a także sektor przemysłowy. Mniej optymistycznie koniunkturę zaczęły zaś oceniać podmioty zajmujące się handlem oraz świadczeniem usług na rzecz klientów detalicznych. Ambiwalentne nastroje wciąż utrzymują się ponadto w budownictwie.

Uczestniczące w badaniu firmy nadal często podkreślają w komentarzach dołączonych do swoich odpowiedzi, iż istotnym problemem oraz czynnikiem ryzyka dla ich działalności pozostaje niestabilność rozwiązań prawnych oraz niepewność co do kierunku polityki gospodarczej oraz możliwych przyszłych zamian legislacyjnych. Wskazuje się ponadto na nadmierną liczbę wprowadzanych zmian, co potęguje panujące zamieszanie oraz poczucie niepewności. Stosunkowo mało optymistycznym wnioskiem płynącym z wyników najnowszej edycji Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców jest także to, że odsetek przedsiębiorstw planujących zwiększanie nakładów inwestycyjnych, jak i podnoszenie poziomu zatrudnienia spadł do najniższego poziomu od listopada 2016 r. Rewizja w dół planów związanych z przyszłymi inwestycjami oraz tworzeniem nowych miejsc pracy mogła również być czynnikiem wpływającym na spowolnienie poprawy finalnego wskaźnika oczekiwań na kolejne półrocze.

Indeks Optymizmu Przedsiębiorców

Indeks Optymizmu Przedsiębiorców to cykliczne badanie, w którym członkowie Pracodawców RP (ok. 12 tys. firm zatrudniających ok. 5 mln osób) oceniają co miesiąc obecny klimat do prowadzenia interesów oraz prognozują koniunkturę dla biznesu. Organizacja wzorowała się przy tym na niemieckim wskaźniku IFO. Gdy wynik Indeksu przyjmuje wartości poniżej 100 pkt, oznacza to pogarszanie się sytuacji biznesowej, a kiedy przekracza 100 pkt – sygnalizuje poprawę (równe 100 pkt świadczy o braku zmian).

Polacy bardziej doceniają technologię niż inni Europejczycy

Z najnowszej edycji badania „Nowoczesne IT w MŚP 2017[1]” zrealizowanego przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoft wynika, że 86 proc. polskich pracowników firm z sektora MŚP potwierdza, że technologie informatyczne pozwalają zaoszczędzić czas w pracy. Badanie jednoznacznie wykazało, że rodzimi przedsiębiorcy i pracownicy zdecydowanie bardziej doceniają technologie, niż ich koledzy z innych krajów Europy. Elastyczność pracy z wykorzystaniem technologii mobilnych i chmurowych podkreśla aż 81 proc. Polaków, podczas gdy średnia europejska sięga w tym przypadku 72 proc.

58 proc. uczestników badania przeprowadzonego przez Ipsos MORI wśród polskich małych i średnich firm, rozumie, że cyfryzacja w ich przedsiębiorstwach polega na automatyzacji głównych procesów biznesowych, takich jak lepsza komunikacja i współpraca z klientami z wykorzystaniem narzędzi online (28 proc.), możliwość prowadzenia księgowości i sprawdzania stanu zapasów (26 proc.) czy analiza stanu firmy dzięki zastosowaniu aplikacji wspomagających zarządzanie firmą (25 proc.). Analogicznie o 8 p.p. mniej, czyli 50 proc. przedstawicieli firm europejskich utożsamia cyfryzację z automatyzacją procesów finansowych, sprzedaży czy obsługi klientów. Jednocześnie 39 proc. respondentów europejskich traktuje ją jako przejście od pracy papierowej do tej z użyciem komputera. ¼ Europejczyków łączy cyfryzację z pracą zdalną. Taką samą opinię potwierdziło 18 proc. Polaków co wskazuje, że nadal praca zdalna i korzyści z niej płynące nie są w Polsce powszechne.

Technologia pozwala oszczędzić czas

„Rozwiązania w chmurze to podstawa każdego innowacyjnego biznesu” – podkreśla Tomasz Dorf odpowiedzialny za segment MŚP w polskim oddziale Microsoft. „Dzięki nim, dzisiaj każda firma może wykorzystywać najnowsze technologie do budowy przewagi konkurencyjnej na rynku. Chmura wspiera też jakość pracy w firmach poprzez bardziej mobilne i wydajne narzędzia pracy, co podkreślają sami pracownicy. To już pewien standard, do którego wielu przywykło i nie wyobraża sobie powrotu do poprzednich rozwiązań”.

86 proc. przedstawicieli polskich małych i średnich firm potwierdza, że technologie informatyczne pozwalają zaoszczędzić czas w pracy. Odsetek ten rośnie do 94 proc. w przypadku przedstawicieli sektora usług biznesowych, 90 proc. w przypadku usług finansowych i telekomunikacyjnych oraz 89 proc. w przypadku handlu detalicznego. W innych krajach europejskich, optymizm pracowników MŚP jest nieco mniejszy. Na oszczędność czasu, dzięki technologiom wskazuje 71 proc. Niemców i Finów, oraz 82 proc. Czechów i Norwegów.

81 proc. polskich respondentów wskazało, że technologie – w samodzielnie wybranym czasie dnia – dają większą elastyczność pracy z dowolnego miejsca i urządzenia. W przypadku Czech jest to 72 proc., Rosji – 71 proc., Niemiec jedynie 70 proc., a Finlandii raptem 62 proc. Co ciekawe, niemal ¾ respondentów w Polsce przyznaje, że dzięki technologii można zyskać więcej wolnego czasu na sprawy prywatne. Wśród pracowników europejskich – z wspomnianą wcześniej tezą – zgodziło się 2/3 pytanych. Biorąc pod uwagę wyniki z poszczególnych krajów, o korzystnym wpływie technologii na zwiększenie czasu wolnego mówi 59 proc. Finów, 61 proc. Niemców oraz 70 proc. Rosjan i 74 proc. Włochów.

Technologia zapewnia elastyczność

Na oszczędność czasu i elastyczność pracy zwraca uwagę firma Abak S.A., działająca na rynku usług księgowych, która wprowadziła w swojej firmie technologie chmurowe w celu usprawnienia pracy swoich specjalistów. Dzisiaj generowanie tego samego raportu z wykorzystaniem chmury trwa od 3 do 4 minut, co daje 10-11 minut oszczędności na jednym raporcie. Dodatkowo, elastyczny dostęp do mocy obliczeniowej w chmurze zwiększył efektywność pracy w newralgicznym dla firmy księgowej, okresie rozliczania podatków.

Technologia daje więcej czasu wolnego

„Jeżeli weźmiemy pod uwagę tzw. gorący okres, czyli dni między 20 a 25 każdego miesiąca, kiedy wyliczane są kwoty podatków, to każdy pracownik oszczędza dużo czasu, a jego wydajność znacząco wzrasta” – przekonuje Wojciech Kaliciak, Wiceprzewodniczący Rady Nadzorczej w firmie Abak S.A. „Innym istotnym elementem wdrożenia usług w modelu cloud jest pełna skalowalność rozwiązania. Oznacza to, że jeżeli firma potrzebuje zwiększenia mocy obliczeniowych, nie ma konieczności kupowania dodatkowych serwerów, a niezbędne „posiłki” uzyskuje się jednym kliknięciem myszki”.

[1] Badanie „Nowoczesne IT w MŚP 2017” przeprowadzone przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoft objęło 1001 pracowników reprezentujących polski sektor małych i średnich firm, zatrudniających do 250 pracowników. W globalnym badaniu wzięło udział 13 tys. pracowników MŚP z 19 rynków europejskich. Badanie zostało przeprowadzone w lutym i marcu 2017 r.

Jak zabezpieczyć się przed ryzykiem w sprzedaży?

dr Agnieszka Grostal, ekspert w zarządzaniu sprzedażą, założycielka firmy doradczej Salents
dr Agnieszka Grostal, ekspert w zarządzaniu sprzedażą, założycielka firmy doradczej Salents

Choć istnieją branże szczególnie narażone na sytuacje kryzysowe, to tak naprawdę każda firma ponosi ryzyko. Na szczęście dzięki odpowiednim zabiegom można je znacznie zminimalizować. Jak tego dokonać? Wyjaśnia
dr n. ekon. Agnieszka Grostal.

Zazwyczaj przedsiębiorców największą grozą napawają sytuacje niezależne od nich – warunki atmosferyczne, opóźnienia w transporcie, wadliwość dostarczanych surowców… Jednak wbrew pozorom, ryzyko operacyjne jest możliwe do oszacowania. Znając specyfikę klimatu lub obliczając odległość zakładu produkcyjnego od magazynu, przedsiębiorca może świadomie zarządzać ryzykiem, jakie podejmuje. Czy możliwe jest jednak zarządzanie nim w sprzedaży, która przecież tak bardzo zależy od samego konsumenta? Tak, to wykonalne, ale pod warunkiem dobrego przygotowania działu sprzedaży i sprawnej pracy handlowców.

Zdefiniuj, wprowadź, realizuj

„Najlepszym rozwiązaniem chroniącym przedsiębiorców przed niepotrzebnym ryzkiem jest rzetelne zdefiniowanie procesu sprzedaży” – radzi dr Agnieszka Grostal, założycielka firmy doradczej Salents. „Proces sprzedaży określa między innymi aktywności sprzedawców i sposób podejścia do klienta, a co więcej – rekomenduje najlepsze rozwiązania. Po wdrożeniu należy go konsekwentnie realizować, ale też monitorować, a to z kolei zadanie dla dyrektora działu sprzedaży”.

Należy bacznie obserwować przepływy okazji sprzedażowych, czas cyklu sprzedaży, a także współczynnik konwersji i wydajności handlowców. Posługując się zbiorem kompletnych informacji o procesie sprzedaży, można kontrolować procesy i szybko wykrywać wszelkie nieprawidłowości. Wprowadzenie korekty na wczesnym etapie oddali widmo ryzyka utraty zaufania klientów i partnerów. Niestety wielu liderów nie dostrzega konieczności szacowania ryzyka. Niesłusznie, ponieważ pozwala to przedsiębiorstwu unikać ponoszenia niespodziewanych kosztów.

Wspomagaj się użytecznymi narzędziami

Sukcesem sprzedawcy nie jest nawiązanie kontaktu z klientem, lecz ostateczne dokonanie transakcji. „Postęp zabiegów sprzedażowych można kontrolować za pomocą tzw. sales pipeline’u, czyli lejka sprzedażowego. Obrazuje on pełen przebieg procesu sprzedaży – od znalezienia potencjalnego konsumenta, poprzez przedstawienie mu oferty, aż po negocjacje i zrealizowanie kontraktu” – tłumaczy dr Agnieszka Grostal z Salents.

Status poszczególnych transakcji oznaczamy odmiennym kolorem i odpowiednim komentarzem, np. „złożenie pierwszej oferty” lub „przesłanie danych do podpisania umowy”. Po każdej zmianie statusu, dane muszą być aktualizowane. Pipeline stanowi wówczas miarodajne narzędzie do budowania prognoz handlowych, które uwzględniają np. prawdopodobieństwo niewyrobienia założonych celów finansowych, czyli omawiane ryzyko.

Warto poinformować swoich handlowców, jakie miesięczne lub kwartalne wartości powinien przyjmować lejek sprzedażowy, np.: ile transakcji może pozostać niezamkniętych, aby nie zagroziło to płynności operacyjnej i finansowej firmy. Do wyznaczenia celów sprzedawcom można wykorzystać miedzy innymi Balanced Score Card, czyli Zrównoważoną Kartę Wyników.

Przekładaj teorię na praktykę

„Informacje płynące z raportów same w sobie nie pomogą zminimalizować ryzyka w sprzedaży. Należy je mądrze wykorzystać, tzn. systematycznie wprowadzać korekty tam, gdzie wyniki nie są zadowalające” – przestrzega dr Agnieszka Grostal.

Wyniki sprzedaży poszczególnych handlowców dają kadrze zarządzającej obraz, który pracownik dysponuje dużym potencjałem i w czyj rozwój warto inwestować. W przypadku sprzedawców z niezadowalającymi rezultatami, należy zastanowić się nad szkoleniami – zadbać o ich specjalistyczną wiedzę, znajomość technik sprzedażowych, ale i wewnętrzną motywację. Sprawna praca zdolnych handlowców to podstawa do prawidłowego przewidywania wyników, a tym samym zmniejszania ryzyka.

UI TFI: Czy apetyt inwestorów na europejskie i polskie akcje się utrzyma?

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
  • Po pierwszej turze wyborów prezydenckich we Francji jest 1:0 dla Emmanuela Macrona. Inwestorzy się cieszą, bo szanse eurosceptycznej Marine Le Pen na wygraną istotnie zmalały.
  • Ostateczny wynik głosowania będzie istotny dla rynków akcji w Europie – także dla warszawskiej giełdy.
  • W oczekiwaniu na wiadomości z Francji warto zwrócić uwagę na dobre dane napływające z polskiej gospodarki.

Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich we Francji, na rynkach finansowych można było niemal usłyszeć westchnienie ulgi. Francuski indeks giełdowy CAC40 zyskał w poniedziałek aż 4%, a zieleń zdominowała również inne, europejskie parkiety. Obrazuje to 4-procentowy wzrost indeksu Euro Stoxx 50 grupującego pięćdziesiąt największych przedsiębiorstw strefy euro.

Sondaże wskazują na to, że w drugiej turze prorynkowy kandydat Emmanuel Macron powinien zwyciężyć w starciu z eurosceptyczną Marine Le Pen. Jeśli tak się stanie, apetyt inwestorów na europejskie akcje się utrzyma.

Rok wyborczy w Europie a sprawa polska

Na wygaszeniu ryzyka politycznego we Francji skorzystaliby wszyscy inwestorzy, którzy lokują kapitał w Europie. Beneficjentem byłaby też warszawska giełda. Polska jako „specyficzny” rynek wschodzący jest bowiem silnie powiązana z Europą Zachodnią i zachowanie rodzimych indeksów jest w dużym stopniu uzależnione od sentymentu panującego na europejskich parkietach. O tym, czy apetyt inwestorów na europejskie akcje się utrzyma, już niebawem zadecydują francuscy wyborcy.

Co jednak ważniejsze, za polskimi akcjami niezmiennie przemawiają twarde argumenty. W marcu produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w porównaniu do ubiegłego roku o 11,1%, a sprzedaż detaliczna o 9,7%. To jedne z lepszych wyników, jakie polska gospodarka osiągnęła w ciągu ostatnich kilku lat. W Polsce obserwujemy także silną poprawę na rynku pracy – w marcu bezrobocie spadło do 8,2%.

Ożywienie gospodarcze pomoże spółkom notowanym na GPW zrealizować tegoroczne prognozy zysków na poziomie kilkunastu procent. A jeśli utrzyma się napływ kapitału na europejskie giełdy, WIG powinien zamknąć ten rok na poziomach wyższych niż obecnie.

Macron vs. Le Pen – co dalej?

Już 8 maja Francuzi wybiorą nowego prezydenta. Jeśli zostanie nim Emmanuel Macron, rynki czeka chwila spokoju. W niepamięć odejdzie dyskusja na temat wyjścia Francji z Unii Europejskiej. Jeśli jednak po raz trzeci w przeciągu roku sondaże zawiodą i zwycięży Marine Le Pen, trzeba liczyć się ze spadkami.

Niezależnie od wyniku wyborów we Francji, to nie koniec politycznych emocji na rynkach. Już po wakacjach odbędzie się kolejny akt tegorocznego roku wyborczego w Europie – wybory parlamentarne w Niemczech.

Arrinera Hussarya – pierwszy polski supersamochód

Arrinera Hussarya GT

Pierwszy polski supersamochód, Arrinera Hussarya, dumnie nosi nazwę nawiązującą do bohaterskich momentów naszej historii. Jednocześnie budzi wiele kontrowersji i wzbudza rozpalone dyskusje na internetowych forach. Ile jest polskości w tym polskim projekcie? Czy ktoś zapłaci ponad 1,2 mln złotych za taki samochód? Co oznacza specyfikacja GT dla Arrinery? Czy w końcu zobaczymy ją zarejestrowaną na polskich drogach? Wyjaśniamy fakty i obalamy mity.

Made in Poland?

Projekt mechaniczny Arrinery Hussarya został wykonany przez polskiego inżyniera, Krzysztofa Stelmaszczuka. Za kształt nadwozia oraz wygląd wnętrza odpowiada polski designer – Pavlo Burkatskyy. Pakiet aerodynamiczny powstał pod nadzorem profesora Janusza Piechny i jego zespołu z Politechniki Warszawskiej. Poszycie z włókna węglowego oraz spawanie konstrukcji zostały wykonane w Polsce. Natomiast pozostałe części mechaniczne są kupowane u renomowanych producentów światowych, u których zaopatrują się wszyscy czołowi gracze motorsportu. Siedziba firmy Arrinera mieści się w Anglii, w kolebce europejskiego sportu motorowego z długą i piękną tradycją.Arrinera Hussarya

GT dla dżentelmena

Arrinera Hussarya GT kierowana jest do specyficznej grupy odbiorców, którzy chcą zacząć swoją przygodę w jednej z najciekawszych dyscyplin motorowych, czyli wyścigów klasy GT.

„Nasz samochód chcemy dostarczać tzw. gentlemen drivers, czyli dojrzałym kierowcom, którzy osiągnęli odpowiedni status i sukces zawodowy, i teraz są gotowi do podjęcia rywalizacji sportowej na torze w klasie GT” – wyjaśnia Piotr R. Frankowski, członek zarządu Arrinera S.A. – „Tacy odbiorcy szukają auta, które jest szybkie, bezpieczne, ekonomiczne w eksploatacji i świetnie wygląda. Hussarya oferuje to w swoim pakiecie”.

Cena samochodu wyścigowego wraz z pakietem części do sportu wynosi 299 tysięcy dolarów. Dla porównania, w tym przedziale cenowym dostępne są… kilkuletnie, używane Ferrari, Porsche czy Mercedesy, również w wersjach wyścigowych. Niekoniecznie jednak gentlemen drivers chcą nabywać takie okazy – często wolą wybrać nowe pojazdy. A Hussarya jest nowa i składana ręcznie, co nadaje dodatkowego charakteru i jest doceniane przez tę grupę odbiorców.

National GT – diabeł tkwi w szczegółach

Arrinera Hussarya GT wyścigiW nazwie Hussaryi w wersji torowej znalazł się skrót GT. Co to oznacza? Ni mniej, ni więcej, tylko że auto spełnia techniczne wymogi homologacji GT3 FIA. Nie spełnia jednak wymogu produkcji seryjnej, czyli minimum 500 sztuk, w przeciwieństwie do Ferrari GT3 czy Porsche GT3.

Nie oznacza to, że Arrinera nie może startować w wyścigach. Hussarya ma tzw. homologację national GT, która uprawnia do startów w zawodach na tej samej zasadzie jak inne pojazdy GT z niewielkich manufaktur, których nie brakuje zarówno w Anglii, jak i na świecie. Dobrym przykładem jest debiut Arrinery w wyścigu DMV Gran Turismo / Touring Car Cup na słynnym torze Hockenheim w Niemczech. Warto dodać, że ten start miał na celu sprawdzenie samochodu w realnych warunkach wyścigowych, głównie pod względem bezawaryjności i wytrzymałości. Nie ma lepszego poligonu niż kilkugodzinna jazda na najwyższych obrotach, w towarzystwie mocnej konkurencji nastawionej na wyniki. Dla wyścigowej Hussaryi czas na wyniki jeszcze nadjedzie.

Koniec mitów

Arrinera Hussarya GT wyścig 2017Wokół Arrinery obrosło sporo mitów, wiele z nich bierze się z niewiedzy lub tzw. fake news. Jest to zdecydowanie polski projekt, na ile może być polski w globalnym świecie. Warto zaznaczyć, iż kapitał spółki, notowanej na giełdzie, jest całkowicie prywatny, bez żadnych dotacji państwowych. Młodej firmie daleko również do pełnych budżetów rozwojowych takich marek jak Porsche czy Audi. Arrinera nawiązuje duchem do klasycznych samochodowych manufaktur, które ręcznie składają samochody dla niemasowego odbiorcy.

Arrinera Hussarya GT – 2017Do pełnego sukcesu brakuje już tylko większej sprzedaży – na razie nabywców znalazły 2 samochody. Ale i to się może wkrótce zmienić, zwłaszcza że tą polską manufakturą zainteresowali się przedstawiciele branży moto z Zatoki Perskiej. A ci znają się na szybkich i ekskluzywnych autach jak nikt na świecie.

Nowy fundusz V4C będzie oparty na finansowaniu z EFI i EBOiR

Value4Capital, firma private equity działająca w Polsce i Europie Środkowej, przygotowuje się do uruchomienia kolejnego funduszu, V4C Polska Plus (Poland Plus), o docelowej wielkości 150 mln euro. Fundusz V4C Poland Plus będzie koncentrował się na inwestycjach typu private equity w małe i średnie przedsiębiorstwa, szczególnie w sektorze usług gdzie istniejące możliwości wzrostu organicznego i konsolidacji stwarzają potencjał dla tych firm do starania się o miano liderów w swoich branżach.

Nowy fundusz powstaje po zawarciu przez V4C umowy dotyczącej sprzedaży polskiej spółki Konsalnet Holding S.A., ostatniej spółki portfelowej obecnego funduszu V4C Eastern Europe, na rzecz China Security and Fire Company, inwestora branżowego z sektora usług ochrony i transportu gotówki.

Nowy fundusz V4C Poland Plus pozyskał 35 milionów euro z Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego (EFI) i 25 milionów euro z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR). EBOiR jest inwestorem V4C od 2006 r., kiedy to zaangażował się w fundusz V4C Eastern Europe. Inwestycja EFI jest finansowana z Unijnego programu EFSI (European Funds for Strategic Investments) utworzonego w ramach Planu Inwestycyjnego dla Europy. Program EFI w ramach programu angażuje się w fundusze private equity aktywne w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw. Celem programu EFSI jest wspieranie finansowania i wdrażania inwestycji w Unii Europejskiej oraz zapewnienie lepszego dostępu do kapitału. Inwestycja EFI w fundusz V4C Poland Plus jest pierwszą, którą EFI realizuje w ramach programu EFSI. Pośrednio obejmuje ona również zaangażowanie Polskiego Funduszu Funduszy Wzrostu (PFFW) – utworzonego w ramach współpracy Banku Gospodarstwa Krajowego i EFI.

„Nowy fundusz będzie pierwszym niezależnym funduszem, którym nasza firma będzie zarządzać po wyjściu z grupy bankowej w 2011 r.- mówi Bill Watson, Partner Zarządzający V4C. Z moimi partnerami, Jackiem Pogonowskim i Piotrem Misztalem, będziemy kontynuować współpracę z firmami średniej wielkości i pomagać im realizować ich ambicje, aby stały się liderami rynku. Mimo tego, że segment MŚP charakteryzuje się silnym wzrostem i potencjałem ekspansji, jest on często pomijany przez międzynarodowych inwestorów, a kapitał private equity koncentruje się w większych funduszach. Wsparcie ze strony EFI i EBOiR pomoże zapewnić kontynuowanie działalności inwestycyjnej w tej kluczowej części gospodarki”

Dyrektor Naczelny EFI Pier Luigi Gilibert skomentował: „Sektor private equity w Europie Środkowo-Wschodniej jest wciąż słabo rozwinięty w porównaniu z innymi regionami Europy, szczególnie dotyczy to segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. Inwestycje EFI w fundusz V4C Poland Plus korzystnie przyczynią się do rozwoju private equity w regionie, szczególnie w Polsce w sektorze małych i średnich firm. Jako EFI bardzo cieszymy się, że przyczyniamy się do ich rozwoju w Europie Środkowej i Wschodniej, oraz że zapewniamy firmom dostęp do alternatywnych źródeł finansowania.”

Anne Fossemalle, dyrektor EBOiR ds. funduszy inwestycyjnych powiedziała: „Jesteśmy bardzo zadowoleni, że wspieramy pierwszy niezależny fundusz V4C, który jest długoletnim partnerem EBOiR. Nasza inwestycja w nowy fundusz potwierdza nasze pragnienie dalszego wspierania sektora private equity w Europie Środkowo-Wschodniej „.

Duża podaż nowych mieszkań w Katowicach i Aglomeracji Śląskiej przyciągnie kupujących do rynku pierwotnego

Podaż nowych mieszkań w Katowicach i innych miastach Aglomeracji Śląskiej utrzyma się w najbliższym czasie na wysokim poziomie. Ceny lokali z rynku pierwotnego mogą w tym roku jeszcze lekko wzrosnąć, za to ceny mieszkań na rynku wtórnym w tym rejonie powinny pozostać na dotychczas notowanych poziomach. Takie wnioski płyną z raportu E-VALUER INDEX 2017, przygotowanego przez Emmerson Evaluation.

E-VALUER INDEX 2017 to już czwarta edycja kompleksowego raportu na temat rynku mieszkaniowego w Polsce, przygotowywanego przez ekspertów od wyceny nieruchomości z Emmerson Evaluation. Raport obejmuje mediany[1] cen transakcyjnych mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym oraz szczegółowe dane dla struktury ich sprzedaży.

Ostatnie lata były okresem boomu na rynku mieszkaniowym w całej Polsce. Dzięki dużemu zainteresowaniu klientów deweloperzy bili rekordy sprzedaży. Podobnie było w Katowicach i miastach aglomeracji. Na rosnący popyt branża mieszkaniowa odpowiedziała zwiększeniem podaży. Deweloperzy byli zatem ostatnio bardzo aktywni nie tylko w stolicy województwa śląskiego, ale i w pozostałych omawianych w raporcie miastach Aglomeracji Śląskiej  (Chorzów, Jaworzno, Dąbrowa Górnicza, Gliwice, Sosnowiec i Mysłowice). Liczba pozwoleń na budowę wydanych w ubiegłym roku w Katowicach wyniosła 1615, w tym 1395 dla deweloperów. To tylko niewielki spadek w porównaniu do ubiegłego roku (1695 pozwoleń w 2015 roku). Wysoki poziom nowych inwestycji odnotowano także w przypadku wymienionych w raporcie miast Aglomeracji Śląskiej. Łącznie wydano 2360 pozwoleń, 1431 trafiło w ręce deweloperów.

Duże zainteresowanie Katowicami oraz okolicznymi miastami aglomeracji obserwujemy już od dwóch lat. Rekord w otrzymanych pozwoleniach na budowę padł w 2015 roku, ale w 2016 ich poziom był bardzo zbliżony. W najbliższej perspektywie można oczekiwać sporej podaży mieszkań na rynkach pierwotnych w tym regionie. To z kolei powinno wpłynąć na znaczące ograniczenie ewentualnych wzrostów cen – komentuje Radosław Ostrowski, dyrektor katowickiego oddziału Emmerson Evaluation.

Jak kształtują się ceny mieszkań?

Jak podaje raport E-VALUER INDEX 2017, w stolicy województwa śląskiego mediana cen nowych mieszkań wyniosła w 2016 roku 4957 zł/mkw. Mieszkania z drugiej ręki były już znacznie tańsze (3395 zł/mkw.). Wspólna mediana cen na rynku pierwotnym Chorzowa, Jaworzna, Dąbrowy Górniczej, Gliwic, Sosnowca i Mysłowic sięgnęła 3938 zł/mkw. Tu także obserwowano duże różnice między cenami nowych i używanych lokali. Ceny na rynku wtórnym kształtowały się bowiem na poziomie 2691 zł/mkw.

katowice

Co ciekawe, w ubiegłym roku to mieszkania z drugiej ręki drożały najmocniej. W Katowicach wzrosły o 5%, a w miastach Aglomeracji Śląskiej o 4%. Tymczasem na rynku pierwotnym, zaobserwowaliśmy znacznie mniejsze wzrosty w Katowicach (2%) oraz stabilizację cen w miastach aglomeracji. W tym roku oczekujemy odwrócenia trendu. Bogata oferta nowych mieszkań przyciągnie kupujących i wpłynie na lekkie podwyżki cen na rynkach pierwotnych, które ze względu na wystarczającą podaż nie powinny jednak być zbyt dotkliwe – dodaje ekspert Emmerson Evaluation.

Jakie mieszkania kupowano najczęściej?

W przypadku struktury sprzedaży w Katowicach widać wyraźnie, że kupujący w tym mieście preferują małe i średnie metraże mieszkań. Lokale o pow. 35-50 mkw. stanowiły 40% sprzedanych mieszkań, niewiele mniej (38%) miało powierzchnię 50-70 mkw. Bardzo podobnie prezentują się dane dla katowickiego rynku wtórnego. W analizowanych miastach Aglomeracji Śląskiej zdecydowanie najpopularniejsze na rynku pierwotnym były mieszkania średnie, o powierzchni od 50 do 70 mkw. (52%). W przypadku mieszkań z drugiej ręki, podobnie jak w stolicy województwa, sprzedawano najczęściej lokale o metrażu od 35 do 50 mkw.sprzedaż mieszkań w katowicach

[1] Mediana (tzw. wartość środkowa, dzieląca zbiór na dwie równe części) lepiej odzwierciedla informację na temat cen nieruchomości niż średnia, ponieważ na jej wynik, nie wpływają pojedyncze wartości znacznie odchylające się od większości transakcji typowych w całym zbiorze (takie jak np. zakup jednej nieruchomości luksusowej).

Wygrana Macrona dobrym scenariuszem dla kredytobiorców frankowych

Rynki dalej optymistyczne po pierwszej rundzie wyborów prezydenckich we Francji. Po wczorajszych wzrostach na giełdach przyszedł czas na WIG. Rosną szanse na podwyżkę stóp w USA.

Krajobraz po wyborach we Francji

Po tym jak wczoraj rynki otworzyły się na nowych poziomach wielu analityków przewidywało szybką korektę. Jak się okazało, wczoraj kursy pomimo dużej zmienności pozostały na tych samych poziomach. Ku uciesze kredytobiorców frankowych za walutę Szwajcarii płaci się obecnie zaledwie 3,91 zł. Dolar spadł poniżej 3,90 zł. Najmniejsze zmiany były w sumie na euro, ale i tak europejska waluta utrzymuje się poniżej 4,25 zł. Powodem entuzjazmu na rynkach jest sytuacja w sondażach. Przewaga Emmanuela Macrona jest obecnie na tyle duża, że bukmacherzy powoli przestają w ogóle płacić za jego zwycięstwo. Druga tura odbędzie się już 7 maja. W rezultacie analitycy wątpią czy jest coś co jest w stanie przechylić szalę zwycięstwa na rzecz Marine Le Pen. W tym wypadku należałoby przypomnieć zarówno Brexit jak i wybory w USA. Ostatnimi czasy nie brakowało wszakże niespodzianek wyborczych. Gdyby tylko w sondażach Marine Le Pen zaczęła się zbliżać do wyrównania rynki najprawdopodobniej szybko korygują obecny optymizm.

Dobre wyniki WIG-u 20

Optymizm na rynkach udzielił się również inwestorom giełdowym. WIG20 znajduje się na najwyższym poziomie od połowy 2015 roku. Polska giełda ma ogólnie dobre półroczne. Od wyborów w USA główny indeks urósł z 1771 pkt do 2330 pkt. Co ciekawe wzrosty na pozostałych parkietach miały miejsce już wczoraj kiedy to rynki odetchnęły z ulgą po wyniku pierwszej tury we Francji.

Podwyżka stóp procentowych w czerwcu?

Najbliższe posiedzenie FED-u ma miejsce 3 maja. Analitycy nie spodziewają się istotnych decyzji na tym posiedzeniu. Ważne jednak powinno być kolejne. Wedle analizy cen kontraktów terminowych 14 czerwca istnieje już 66% szans na podwyżkę stóp procentowy w USA. Gdyby do tej decyzji doszło można spodziewać się fali umacniania się dolara wobec euro. Zjawisko to jest tym bardziej uzasadnione, że po wyborach we Francji euro jest wyjątkowo mocne względem amerykańskiej waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,
  • 16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów – Conference Board.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Deloitte: Firmy zbyt wolno, w stosunku do oczekiwań klientów, wdrażają technologie

Z internetu aktywnie korzysta już prawie połowa światowej populacji, w Polsce to już nawet ponad 25 mln osób. Aż 56 centów z każdego dolara wydanego w handlu detalicznym jest powiązane z cyfrową interakcją. Technologia rozwija się w tempie, które jeszcze kilka lat temu było nie do wyobrażenia. Jak jednak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Tech Trends 2017. The kinetic enterprise” firmy, w tym najwięksi gracze, mają problemy ze skutecznym reagowaniem na zmiany, których oczekują klienci. Aż dwie trzecie szefów IT na świecie uważa, że kompetencje kierowanych przez nich zespołów są niewystarczające, by sprostać wymaganiom biznesowym, a tym samym oczekiwaniom klientów.  

Raport Tech Trends zawiera trendy technologiczne, które będą kształtować światowy biznes w ciągu kilkunastu najbliższych miesięcy. Technologia rozwija się gwałtownie i szybko. Na świecie aktywnymi użytkownikami internetu jest już ponad 3,4 mld ludzi, w Polsce wskaźnik ten sięga ponad 25 mln osób. Polacy w internecie spędzają średnio prawie sześć godzin dziennie. Zarówno w Polsce, jak i na świecie jedna trzecia populacji jest aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych.

IT musi przestać być oddzielnym działem w firmie

Technologia, konsumenci oraz biznes tworzą dziś jeden ekosystem. To, czy będzie on prawidłowo funkcjonował, w dużej mierze zależy od działów IT, które już dawno przestały spełniać w firmach jedynie funkcję wewnętrznych usługodawców. Tymczasem z badań Deloitte wynika, że tylko 11 proc. prezesów firm i działów HR wie, jak stworzyć organizację przyszłości opartą m.in. na elastycznych modelach zarządzania, które umiejętnie łączą ekspertów biznesowych z ekspertami IT oraz sprawnie wykorzystują wszystkie możliwości, jakie dają nowoczesne technologie. „W czasach rewolucji technologicznej nie da się robić biznesu bez IT, a IT nie istnieje bez biznesu. Granice pomiędzy tymi dwoma światami mogą wyłącznie spowalniać rozwój. Jednocześnie bardzo wyraźnie widać, że działy IT są świadome odpowiedzialności, która na nich spoczywa” – mówi Daniel Martyniuk, Dyrektor w zespole Technology Strategy & Architecture, Deloitte.

Z badania Deloitte wynika, że istnieją ogromne luki pomiędzy kompetencjami działów IT a oczekiwaniami, które stawia przed nimi biznes. I tak jedynie 18 proc. szefów IT uważa, że ich zespoły są innowacyjne, podczas gdy 57 proc. jest zdania, że biznes oczekuje od nich takich rozwiązań. Podobne różnice widać w obszarze cyberbezpieczeństwa. Aż 61 proc. szefów IT zdaje sobie sprawę, że biznes stawia im w tym zakresie wymagania, ale jedynie 29 proc. jest gotowych im sprostać. „Luki podobnej wielkości uwidoczniły się również w obszarze wsparcia biznesowego i operacyjnego. Wynika z tego, że aż dwie trzecie działów IT na świecie nie jest gotowych, by stać się równorzędnym partnerem dla działów biznesowych. Tymczasem te dwa światy przenikają się. Firmy, które tego nie zrozumieją, pozostaną w tyle” – mówi Daniel Martyniuk.

Jak wynika z raportu Deloitte nieuchronny trend to modernizacja architektury rozwiązań IT poprzez wirtualizację, konteneryzację, standaryzację i autonomię. Zapewnia to zwiększenie wydajności i tempa wdrożeń nowych rozwiązań, zmniejszenie kosztów, a także elastyczność i lepsze wyniki. W celu zwiększenia swoich możliwości biznesowych przedsiębiorstwa coraz częściej podlegają również reorganizacji i zaczynają oferować produkty bądź realizować procesy biznesowe w modelu „as a-service” (czyli jako usługę).

Sztuczna inteligencja uwalnia potencjał ogromu nieuporządkowanych danych

Od kilku lat mówi się o wielkich możliwościach, które biznesowi oferuje analityka czy Big Data. Nowym trendem w tym obszarze jest analiza dark data, czyli wykorzystanie nieuporządkowanych danych, takich jak pliki wideo, audio, notatki czy maile, będące w posiadaniu firm. Według szacunków Deloitte wciąż 90 proc. danych pozostaje nieustrukturyzowanych. Tymczasem całkowity rozmiar cyfrowego wszechświata od 2013 do 2020 roku wzrośnie z 4,4 do 44 Zeta Bajtów. „Rzucenie światła na dane z trzech wymiarów: niewykorzystanych i nieuporządkowanych oraz pochodzących z tzw. deep web może przynieść organizacjom wiele korzyści, m.in. nowe źródła pozyskiwania danych, niższe koszty ich przechowywania oraz przewagę konkurencyjną” – mówi Rafał Milewski, Dyrektor w zespole Analytics & Information Management, Deloitte.

Kolejnym rozdziałem zaawansowanej analityki jest sztuczna inteligencja, która nie tylko tworzy inteligentniejsze algorytmy i szybsze systemy rozproszone, ale też zwiększa wydajność pracowników. Najwięksi gracze na rynku, tacy jak Apple, Amazon, Facebook czy IBM inwestują w uczenie maszynowe, komputerowe rozpoznawanie obrazu, przetwarzanie języka naturalnego czy też robotykę. Już teraz wypuszczane przez nich na rynek oprogramowania zawierają elementy sztucznej inteligencji. Zaawansowane algorytmy będą miały szersze zastosowanie w sektorze publicznym i prywatnym, gdy pojawią się przypadki biznesowego jej wykorzystania. Wg IDC wydatki na różne aspekty sztucznej inteligencji wzrastają i mają osiągnąć wartość blisko 31,3 mld dolarów w 2019 roku. Sztuczna inteligencja staje się również priorytetem dla dyrektorów IT. W badaniu Deloitte aż 64 proc. ankietowanych CIO zadeklarowało, że w ciągu najbliższych dwóch lat zamierza znacząco zainwestować w technologie kognitywne.

Blockchain wchodzi na salony

Jak zauważają eksperci Deloitte w rozwijającej się „gospodarce zaufania” blockchain może przyjąć rolę zaufanego strażnika oraz gwaranta jawności transakcji. „Przedsiębiorstwa zaczynają odkrywać możliwości selektywnego dzielenia złożonej tożsamości cyfrowej z innymi podmiotami, pomagając bezpiecznie i sprawnie wymieniać aktywa i oferować cyfrowe umowy” – wyjaśnia Rafał Milewski. Blockchain jest obecnie jednym z najbardziej omawianych i najczęściej opisywanych trendów technologicznych. Dla biznesu przekonujące są jego kluczowe cechy, takie jak nieodwracalność, chronologiczność, zabezpieczenie kryptograficzne oraz zaufanie.

Firmy stoją nie tylko przed wyzwaniem przezwyciężenia bezwładności operacyjnej, lecz przede wszystkim muszą rozwijać się w coraz bardziej wymagającym środowisku biznesowym pozostającym w ciągłym ruchu. „Do tego w wielu firmach, nie wyłączając również polskich, widać opór przed zmianami, co w dłuższej perspektywie może doprowadzić do tego, że po prostu upadną. Rolą biznesu jest dziś umiejętne wykorzystanie potencjału tkwiącego w nowoczesnych technologiach, które są na wyciągnięcie ręki. Tempo adopcji zmian technologicznych przez firmy znacznie odbiega od oczekiwań klientów, którzy kierują się natychmiastowością, wspólnotowością i mobilnością” – podsumowuje Daniel Martyniuk.

Poznański rynek mieszkaniowy – rekord podaży jeszcze przed nami

Według informacji przedstawionych w najnowszym raporcie E-VALUER INDEX 2017, opracowanym przez firmę Emmerson Evaluation, mieszkania na poznańskim rynku pierwotnym zdrożały nieznacznie w ubiegłym roku o 1%. To jeden z mniejszych wzrostów odnotowanych dla miast wojewódzkich. W bieżącym roku można oczekiwać rekordowej podaży, co sprawi, że ceny nowych i używanych mieszkań będą stabilne i pozostaną na obecnym poziomie.

E-VALUER INDEX 2017 to już czwarta edycja kompleksowego raportu na temat rynku mieszkaniowego w Polsce, przygotowywanego przez ekspertów od wyceny nieruchomości z Emmerson Evaluation. Raport obejmuje mediany[1] cen transakcyjnych mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym oraz stawek czynszu w największych miastach Polski.

Jak wynika z raportu, w 2016 roku ceny poznańskich mieszkań z rynku pierwotnego były na tle innych dużych ośrodków w Polsce jednymi z najmniej drożejących lokali. Podobne nieznaczne wzrosty cen nowych mieszkań (o 1%) miały miejsce we Wrocławiu, Bydgoszczy oraz Rzeszowie. Większą dynamikę podwyżek eksperci Emmerson Evaluation zanotowali natomiast dla poznańskiego rynku mieszkań używanych, tutaj ceny podniosły się o 3%.

Nowe mieszkania najbardziej rozchwytywane

Według prognoz Emmerson Evaluation, w 2017 roku poznański rynek mieszkaniowy czeka jednak stabilizacja. Zanotowana w raporcie E-VALUER INDEX 2017 dla rynku pierwotnego mediana cen transakcyjnych za 1 mkw. w stolicy Wielkopolski wynosiła w 2016 roku 5 840 zł dla rynku pierwotnego i 5109 zł dla wtórnego. Podobnie jak w wielu innych lokalizacjach, również w Poznaniu, rynek nowych mieszkań najmocniej przyciąga kupujących.  – Duży popyt jest jednak coraz skuteczniej zaspokajany przez ofertę deweloperów. W 2016 roku liczba zezwoleń na budowę wydana w Poznaniu była najwyższa spośród wszystkich analizowanych lat (począwszy od 2009 r.) i wyniosła wg danych GUS 4 166, w tym ponad 3 600 stanowiły pozwolenia na budowę uzyskane właśnie przez deweloperów. Jest to poziom zbliżony do roku 2011, kiedy to wydano 4 146 pozwoleń na budowę. Na poznańskim rynku pierwotnym możemy zatem spodziewać się w najbliższych dwóch – trzech latach  rekordowej podaży mieszkań – mówi Agnieszka Dopierała, dyrektorka poznańskiego oddziału Emmerson Evaluation. – Rosnąca podaż nowych mieszkań powinna też już w bieżącym roku ustabilizować ceny na obecnym poziomie – prognozuje Dopierała.

Gdzie najdrożej a gdzie najtaniej?

Natomiast jeśli spojrzymy na dane dotyczące dzielnic Poznania, to trend zwyżkowy dla rynku pierwotnego nie potwierdza się w przypadku Starego Miasta oraz Wildy. W przypadku Starego Miasta ceny nowych mieszkań spadły o 3%, podczas gdy ceny używanych lokali wzrosły o 2% – zauważa Agnieszka Dopierała. Podobnie na Wildzie ceny na rynku pierwotnym zmalały o 3%, a na wtórnym wręcz przeciwnie – wzrosły o 3%. Co ciekawe, praktycznie we wszystkich dzielnicach, za wyjątkiem Jeżyc, trendy cen na rynku wtórnym zyskiwały w porównaniu do rynku pierwotnego. Ponadto, Jeżyce pozostały najdroższą poznańską dzielnicą z medianą cen za 1 mkw. nowego lokalu w wysokości 6 137 zł, a używanego 5 241 zł. Najtańsze cztery kąty znajdziemy natomiast na rynku wtórnym na terenie Wildy, gdzie mediana ceny za 1 mkw. nie przekraczała 5 tysięcy zł (4 843 zł). Natomiast najniższych cen w ofercie deweloperów można szukać na terenie dzielnicy Nowe Miasto, mediana cen nowych mieszkań wyniosła tu 5 733 zł/mkw. Porównując rynek poznański np. do krakowskiego, w stolicy Wielkopolski występuje stosunkowo niewielka różnica w medianach cen pomiędzy poszczególnymi dzielnicami, zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym.

nieruchomości Poznań

Wynajem dobrą inwestycją

Popularność nowych mieszkań deweloperskich to również wynik atrakcyjności inwestycji w nieruchomości pod wynajem – zwracają uwagę eksperci Emmerson Evaluation. – Do inwestycji w ten segment rynku zachęca Polaków wysoka rentowność oraz bezpieczeństwo tej formy lokowania kapitału. W przypadku rynku poznańskiego, raport E-VALUER INDEX 2017 wskazuje, że dla mieszkań niedawno zakupionych, które zostały wybudowane w latach 2014-2016, stopa zwrotu z najmu wynosi już od 4,5 do nawet 5,7%. To blisko dwa czy nawet trzy razy więcej niż można uzyskać na lokacie w banku – komentuje ekspertka Emmerson Evaluation.

[1] Mediana (tzw. wartość środkowa, dzieląca zbiór na dwie równe części) lepiej odzwierciedla informację na temat cen nieruchomości niż średnia, ponieważ na jej wynik, nie wpływają pojedyncze wartości znacznie odchylające się od większości transakcji typowych w całym zbiorze (takie jak np. zakup jednej nieruchomości luksusowej).

Szymon Piduch o debiucie Dino Polska S.A. na GPW

Największa oferta publiczna od 2013 roku i drugie największe IPO polskiej spółki prywatnej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Wartość oferty Dino Polska S.A. wyniosła około 1,65 mld zł. Kurs spółki na zamknięciu debiutanckiej sesji wzrósł o 11,9%, a obroty sięgnęły 380 mln zł. Jest to piąty debiut na Głównym Rynku GPW w 2017 r.

– Już w pierwszej godzinie sesji kurs rósł nawet ponad 10%. Debiut Dino to ważny moment w historii naszego rozwoju i strategiczna decyzja, która wzmocni transparentność i wiarygodność Spółki – mówi newsrm.tv Szymon Piduch, prezes zarządu Dino Polska S.A.

Oferta objęła maksymalną przewidywaną liczbę akcji – 48.040.000 akcji, czyli wszystkie akcje należące do akcjonariusza sprzedającego (Polish Sigma Group S.à r.l. z siedzibą w Luksemburgu, należąca do Polish Enterprise Fund VI, zarządzanego przez Enterprise Investors). Wartość Oferty wyniosła ok. 1,65 mld zł, a kapitalizacja Spółki według Ostatecznej Ceny Akcji Oferowanych dla Inwestorów Instytucjonalnych wynosi ok. 3,4 mld zł. W Ofercie wzięły udział najważniejsze instytucje finansowe z blisko 20 krajów.

– Do końca 2020 roku chcemy mieć przynajmniej 1200 marketów. Planujemy zagęszczać naszą sieć w obszarach, w których już jesteśmy obecni, czyli w zachodniej części Polski, a także stopniowo będziemy przesuwać się z ekspansją w kierunku wschodnim oraz północnym – dodaje Szymon Piduch.

Dino to wiodący gracz w perspektywicznym i rosnącym segmencie supermarketów proximity w Polsce. W  latach 2010-2015 Dino było najszybciej rozwijającą się siecią supermarketów proximity w Polsce (pod względem średniej rocznej stopy wzrostu liczby sklepów i przychodów ze sprzedaży), a w 2015 roku drugą siecią w segmencie proximity pod względem wielkości przychodów ze sprzedaży (według raportu Rolanda Bergera z listopada 2016 r.).

Sieć obejmuje 628 sklepów (dane na 31.12.2016 r.), zlokalizowanych głównie w zachodniej części Polski, o średniej powierzchni sali sprzedaży wynoszącej ok. 400 m2. Większość sklepów jest zlokalizowana w mniejszych miejscowościach, średnich miastach oraz na peryferiach dużych miast, w lokalizacjach dogodnych dla klientów.

Model biznesowy Grupy Dino łączy zalety formatu proximity oraz umiejętność szybkiej ekspansji sieci sklepów, atrakcyjny asortyment, na który składają się przede wszystkim markowe i świeże produkty oraz konkurencyjne ceny. Sklepy oferują klientom ok. 5 tys. pozycji asortymentowych (tzw. SKU), w tym w większości produkty pod znanymi markami, w tym produkty świeże, w konkurencyjnych cenach Jednym z najważniejszych aspektów, które odróżniają Grupę Dino od sieci dyskontowych jest posiadanie stoisk mięsnych z obsługą w każdym sklepie.

Jeśli nie Francja, to na co patrzeć teraz?

Wygrana Macrona za dwa tygodnie dla inwestorów zdaje się już przesądzona, a zatem i niemal w pełni zdyskontowana. Rynki podtrzymują dobry sentyment, ale jak zwykle muszą szybko znaleźć temat zastępczy. Polityka Trumpa wysuwa się tutaj przed szereg, co może poprawić pozycję USD. Byłoby to zagrożenie dla ostatniej poprawy notowań złotego.

Poza domykaniem (teraz) bezużytecznych pozycji zabezpieczających przed ryzykiem powyborczego szoku, reszta poniedziałkowego handlu na rynkach europejskich przebiegła bez większych emocji. Indeksy akcji pozostały wysoko, ale pierwsza „euforia” nie powinna mieć dalszej kontynuacji, gdyż wynik pierwszej tury francuskich wyborów mimo wszystko jest bliski generalnym oczekiwaniom inwestorów. Przewaga Macrona nad Le Pen w sondażach przed drugą turą wynosi ok. 60:40, co w tym momencie daje uczestnikom rynku przekonanie, że najgorsze (z ich punktu widzenia) nie nastąpi. Na rynku długu rentowności rosły, bo inwestorzy pozbywali się kupionych na wszelki wypadek obligacji. Różnica w rentownościach między 10-letnimi obligacjami skarbowymi Francji i Niemiec spadła wczoraj o 18 pb i jest na poziomach ze stycznia, co oznacza wyraźny spadek wyceny ryzyka. Na rynku walutowym jednomiesięczna zmienność implikowana EUR/USD (miara strachu rynku przed gwałtownym skokiem kursu) wymazała cały silny wzrost sprzed dwóch tygodni, kiedy swoim zasięgiem (1 miesiąc) „zagarniała” druga turę wyborów. Zatem rynek nie widzi podstaw, by obawiać się wyników po 7 maja, widząc Macrona już jedną nogą w gabinecie prezydenta Francji. Nawet wczorajsze zapowiedzi Le Pen, że rezygnuje z przewodnictwa we Froncie Narodowym, by zaskarbić sobie więcej eurosceptycznych wyborców Melenchona i Fillona nie robi na nikim wrażenia (EUR/USD nie zareagował). A jeśli tak, to wydarzenie jest już niemal w całości zdyskontowane i rynek może szukać nowego tematu.

EUR/USD niewiele sobie poczynił po kolejnym solidnym odczycie indeksu Ifo z Niemiec, jakby rynek nie miał przekonania do dalszych wzrostów. Bez wątpienia czwartkowe posiedzenie ECB jest czynnikiem ryzyka dla euro i naszym zdaniem ktoś, kto liczy na jastrzębie wzmianki, może się rozczarować. Ale z drugiej strony inwestorzy nie mają jeszcze solidnego punktu zaczepienia, by w ciemno przejść na stronę kupowania dolara. Rentowności 10-latek USA nie zdołały wczoraj utrzymać się ponad 2,30 proc., a regionalne wskaźniki koniunktury pokazują, że optymizm przedsiębiorców słabnie i będzie rzutować na odczyty ISM w przyszłym tygodniu. Obraz może odmienić się jutro, kiedy administracja Trumpa ma przedstawić plan reformy podatkowej. W ostatnich tygodniach rynek wyzerował oczekiwania w stosunku do polityki Trumpa, więc każdy sygnał wzmocnienia ożywienia ekspansja fiskalną może być pozytywny dla USD. Według Wall Street Journal Trump chce obniżyć podatek dla przedsiębiorstw z 35 proc. do 15 proc. Dodatkowo Kongresowi może się udać uniknąć zamrożenia prac administracji publicznej i przed sobotą uzgodnić podwyższenie limitu zadłużenia, gdyż Republikanie są gotowi odroczyć do końca roku poszukiwanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem (główny powód sporu). USD może w tym tygodniu znaleźć siłę do odbicia.

Wskazywany wczoraj krótkoterminowy cel na 4,23 został osiągnięty już w poniedziałek, co pokazuje, że rynek preferuje handel w dotychczasowym korytarzu wahań. Dalsza aprecjacja złotego będzie warunkowana zachowaniem EUR/USD, gdyż wygaszanie poniedziałkowych wzrostów będzie wywierać presję na USD/PLN, co będzie miało przeważającą siłę na rynku EUR/PLN. Osobiście widzę duże ryzyko takiego scenariusza i ostrożnie podchodzę do szans testu 4,22 za euro.

Kalendarz we wtorek zawiera drugorzędne dane. Indeksy cen domów z USA powinny przejść bez echa, a spadek indeksu zaufania konsumentów jest oczekiwany jako odejście od 17-letniego szczytu. W nocy poznamy kwartalny odczyt inflacji z Australii, gdzie oczekiwania są ustawione wysoko na 2,2 proc. r/r po 1,5 proc. w IV kw. Jednak słaba presja płacowa utrzymuje nisko inflację bazową (prog. 1,8 proc.) i wątpliwe, aby nawet pozytywne zaskoczenia w najbliższym odczycie mogły prędko zmienić nastawienie RBA. AUD może mieć problemy na utrzymaniem pozytywnej reakcji na dane.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Optymizm na giełdach

Wynik niedzielnych wyborów we Francji usatysfakcjonował uczestników rynku. W konsekwencji umocnieniu uległa pozycja euro. Zyskiwały też na sile indeksy giełdowe, w tym WIG20.

Wygrana „centrowego” Emmanuela Macrona, a przede wszystkim przekazanie mu swojego poparcia przez Fillona, wlały na europejskie rynki optymizm. Inwestorzy lubią bowiem spokój i stabilizację, a obietnice zmian i poprawy sytuacji Francji Marine Le Pen postrzegane są jako obarczone ryzykiem destabilizacji. Handel rozpoczął się więc od dużych wzrostów na euro. Podobnie było z indeksem WIG20, który rozpoczął handel luką otwarcia, i tak też zakończył dzień. Analogicznie przedstawiał się później wykres notowań indeksu SP500 z USA.

W cieniu wydarzeń na rynku walutowym i giełdowym taniała ropa. Ceny tego surowca zakończyły dzień na minusie. Inwestorzy nie mają pewności czy OPEC zdecyduje się przedłużyć okres ograniczenia wydobycia tego surowca. Danych makroekonomicznych było wczoraj niewiele. Podobnie będzie również i dzisiaj. Dużo lepiej będzie pod tym względem dopiero w czwartek, kiedy to swoje posiedzenia zakończą Bank Japonii oraz Europejski Bank Centralny.

SP50025042017r

Wczorajsze zmiany na giełdach w USA mogą napawać optymizmem. Indeks SP500 wyszedł ponad linię spadkową. Równocześnie wskaźnik RSI powrócił ponad poziom 50. Teoretycznie droga na 2450 jest teraz otwarta. Wszystko zależy od tego, czy w najbliższych dniach uda się utrzymać optymizm z wczoraj. Jeśli nie dojdzie do odwrotu, byki staną przed dużą szansą na zyski. Wsparcie mamy na 2350 a następnie 2300.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Firmy na świecie najbardziej obawiają się utraty reputacji

Najnowszy globalny raport Aon „Zarządzanie ryzykiem i ubezpieczeniami 2017”, który powstał na bazie wyników badania przeprowadzonego w 1843 firmach na całym świecie, w tym m.in. w Polsce, pokazuje, że sytuacja ekonomiczna, demograficzna oraz geopolityczna, jak również postęp technologiczny całkowicie zmieniają rzeczywistość, w której funkcjonują firmy.

Z danych dostarczonych przez badane firmy wynika, że kilka ryzyk zyskało w ciągu ostatniego roku na znaczeniu: rosnąca konkurencja, przestępczość internetowa oraz ryzyka polityczne. Jednocześnie są ryzyka, które mają słabszą pozycję niż przed rokiem: zmiany regulacji prawnych, niezdolność do przyciągania i zatrzymywania talentów, przerwa w prowadzeniu działalności oraz odpowiedzialność cywilna. Niniejszy raport pokazuje, że gotowość firm do stawienia czoła ryzykom jest najniższa od 10 lat.

Najistotniejsze ryzyka w opinii przedsiębiorców (TOP 10 globalnie):

  1. Utrata reputacji/wizerunku
  2. Spowolnienie gospodarcze
  3. Rosnąca konkurencja
  4. Zmiany regulacji prawnych
  5. Przestępczość internetowa/ hakerzy/ wirusy
  6. Niezdolność do opracowywania i wdrażania innowacji
  7. Niezdolność do przyciągania i zatrzymywania talentów
  8. Przerwa w prowadzeniu działalności
  9. Niestabilność polityczna
  10. Odpowiedzialność cywilna (włączając OC zawodowe)

Głównie wnioski:

  • Przyczyną wysokiej pozycji ryzyka utraty reputacji marki jest popularyzacja mediów społecznościowych
  • Niepewna sytuacja polityczna na świecie spowodowała, że ryzyka polityczne powróciły na listę TOP 10 najważniejszych ryzyk dla przedsiębiorców
  • Ostrożny optymizm charakteryzujący dużą część zarządzających spowodował, że ekonomiczne spowolnienie znalazło się na 2 miejscu listy TOP 10 ryzyk
  • Rosnąca konkurencja, która znalazła się na 3 miejscu najważniejszych ryzyk, to wyzwanie dla menadżerów, którzy muszą na bieżąco weryfikować, w jakiej branży i z jakimi firmami konkurują
  • Istotnie wzrosło znaczenie przestępczości internetowej, która z miejsca dziewiątego przesunęła się na miejsce piąte
  • Zakłócenia w procesie dystrybucji lub łańcuchu dostaw znalazły się na najniższym miejscu od 2009 roku, spadając z miejsca 14 na 19

Utrata reputacji marki jest na szczycie listy najważniejszych ryzyk w oczach przedsiębiorców. O ile jednak dotychczas wiązała się ona wyłącznie z takimi aspektami jak wadliwość produktów, nieuczciwe praktyki biznesowe czy korupcja, o tyle teraz jest wzmocniona przez popularyzację social mediów. Do ryzyka utraty reputacji coraz trudniej jest się przygotować i tym samym trudniej je załagodzić.

Ryzyka polityczne, które wcześniej plasowały się na 15-tej pozycji wkroczyły do listy 10 najistotniejszych ryzyk jako numer 9. W tym samym czasie gotowość do stawienia czoła ryzykom spadła z 39 procent w 2015 roku do 27 procent obecnie. Należy podkreślić, że kraje rozwinięte, dotychczas kojarzone z polityczną stabilnością, stały się nowym źródłem niestabilności oraz niepewności. To rodzi niepokój w świecie biznesu, szczególnie w tych przedsiębiorstwach, które działają na rynkach wschodzących. Dodatkowo, zgodnie z najnowszą Mapą Ryzyk Aon 2017, która uwzględnia ryzyka polityczne, terroryzm oraz przemoc polityczną, wzrastają tendencje protekcjonistyczne w handlu, a terroryzm i przemoc polityczna są na najwyższym poziomie od 2013 roku.

Dominika Kozakiewicz, CEO w Aon Polska komentuje: Żyjemy w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Z jednej strony pojawiają się nowe możliwości, z drugiej zaś intensyfikują się ryzyka, którymi trzeba odpowiednio zarządzać. Co ważne, ta zmieniająca się rzeczywistość niejako wymusza inne podejście do ryzyk, spojrzenie na nie z różnych perspektyw właśnie po to, by móc im jako organizacja stawić czoła. Z globalnego raportu Aon wynika, że stopień przygotowania firm do stawienia czoła ryzykom jest najniższy od 10 lat. Przyczyny tej sytuacji można szukać w pojawieniu się nowych ryzyk, do zarządzania którymi nie zostały jeszcze wypracowane narzędzia.

Bardzo ważnym ryzykiem wschodzącym jest rewolucja technologiczna, którą w tym roku uczestnicy badania uplasowali na 20-tym miejscu, a która, zgodnie z przewidywaniami, już za trzy lata znajdzie się w pierwszej dziesiątce największych ryzyk. Wraz z niezwykle dynamicznym rozwojem nowych technologii, o czym świadczą np. drony, samochody bez kierowców, zaawansowana robotyka, przedsiębiorstwa zdają sobie sprawę z wpływu, jaki te technologie mają lub będą miały na działalność biznesową.

Informacja na temat badania

Badanie zostało przeprowadzone w czwartym kwartale 2016 roku na podstawie wypowiedzi 1843 respondentów – publicznych i prywatnych firm z całego świata. To największe badanie od czasu powstania tego raportu i jedno z najbardziej wszechstronnych tego rodzaju. Pełen raport można pobrać ze strony: www.aon.com/2017GlobalRisk.

Raport poświęcony rynkowi polskiemu, który powstanie na bazie 239 odpowiedzi z polskich firm, będzie dostępny we wrześniu 2017 roku.

Kurs funta i dolara – komentarz 25.04.2017

Mnogość wydarzeń politycznych oraz publikacja ratingu dla Polski przez agencję Standard&Pool’s doprowadziła do sporych zmian na złotym w szczególności w stosunku do dolara i funta.

Inwestorów mogło zaskoczyć znaczne umocnienie się złotówki wobec dolara. Mając na uwadze fakt, iż jeszcze w zeszłym tygodniu za dolara było trzeba zapłacić ponad 4 złote i analitycy uważali, że jest to okazja do zakupu, to przy kursie 10 groszy niższym, to wręcz znaczna przecena, by nie powiedzieć, że promocja.

Kurs dolara USDPLN W1

Kurs dolara USDPLN W1 wykresAnalizując USDPLN w bardzo szerokim tygodniowym interwale, można zauważyć stałą tendencję i powtarzalność. Obecnie kurs zbliża się do linii trendowej poprowadzonej po dołkach z sierpnia 2015, marca oraz sierpnia 2016. Jest to bardzo istotne wsparcie, gdyż cena już 3-kronie silnie reagowała na test linii trendowej. Dodatkowo każdy kolejny test odbywał się pomiędzy głębokimi mierzeniami Fibo 78,6% – 88,6% poprzedzających impulsów wzrostowych. Obecnie przez wspomnianą strefę przebiega linia trendowa, co dodatkowo pozwala zakładać, że można się spodziewać wyrysowanie nowych lokalnych dołków i zaksięgowanie poziomu w okolicach 3,85. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż każdy test linii trendowej odwracał trend ze spadkowego na wzrostowy na kilka miesięcy, a zakres wzrostów był spory, pomiędzy 42 – 52 grosze. Zakładamy, że cały scenariusz może się powtórzyć już niebawem, a zakres wzrostów może być większy niż dotychczasowe.

Kurs dolara USDPLN H4

Kurs dolara USDPLN H4 wykresNa mniejszym interwale mamy bardzo ciekawą sytuację. Silne spadki doprowadziły do testu poziomu dołków z 28 marca przy 3,8930. Jest to silny poziom wsparcia i mocna strefa popytowa. Cena zareagowała wzrostami, jednak popyt nie miał siły kontynuować wzrosty, dlatego też bardziej prawdopodobne są dalsze spadki. Zakres tych spadków wyznaczamy za pomocą zewnętrznego mierzenia Fibo, mierząc ostatni impuls wzrostowy i wyznaczamy mierzenie 161,8%. Poziom ten wypada poniżej linii trendowej i poziomu strefy statystycznego odwrócenia trendu (z analizy wykresu W1) jednakże nie zapominajmy, że poziom ten może zostać zaksięgowany cieniem na dużej dynamice. W przypadku wzrostów opór wyznaczyliśmy za pomocą wewnętrznego mierzenia Fibo, gdzie równość impulsów wypada na poziomie 4,0150. Jest to ponadto poziom lokalnych szczytów i z dużym prawdopodobieństwem, podaż będzie broniła ten poziom.

Kurs funta GBPPLN

Kurs funta GBPPLN wykresDo bardzo dużej korekty doszło także na funcie. Końcem tygodnia wyrysowywaliśmy lokalne szczyty powyżej 5,10, a obecnie popyt próbuje trwale wybić poziom 5 zł. Po gwałtownych spadkach cena zareagowała na poziom wsparcia przy 4,99, jednak brak silnej reakcji nakazuje zakładać dalsze spadki do poziomu 4,96 gdzie mamy silny poziom wsparcia, który działał już kilkukrotnie. Wyłamanie tego wsparcia otworzy drogę do przetestowania 4,86. Naszym zdaniem taki test jest jednak mało prawdopodobny, chociażby z punktu widzenia teorii fal Eliota. W przypadku wzrostów oporem pozostają lokalne szczyty przy 5,12.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Andrzej Sadowski: W Polsce należy powszechnie wprowadzić emerytury obywatelskie

Prezydent Centrum im. Adama Smitha przewiduje, że przyszłe emerytury będą takie same dla wszystkich obywateli. Kosztowny system informatyczny, liczący zabierane nam pieniądze, których nie ma na naszych kontach nie generowałby już niepotrzebnych wydatków. Seniorzy otrzymywaliby świadczenia na podstawie spisów wyborców.

W ocenie eksperta, nieważne jest to, jaki mamy rodzaj umowy z pracodawcą i czy w ogóle posiadamy stałe zatrudnienie, bo i tak nasza praca tworzy dobrobyt w kraju. Dlatego, zdaniem członka Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, najprostszy i najsprawiedliwszy system emerytalny, polega na tym, że każdy obywatel danego kraju, od określonego wieku, otrzymuje jednakowe, podstawowe świadczenie. Za to, co gwarantuje mu państwo, oczywiście nie spełni swoich marzeń, np. o egzotycznych podróżach, ale będzie miał poczucie życiowego bezpieczeństwa. Wyższy standard życia w wieku senioralnym zależałby wyłącznie od życiowej aktywności samego zainteresowanego.

– Emerytura obywatelska byłaby dla Polaków znacznie pewniejszym rozwiązaniem od tego, jakie aktualnie obowiązuje. Zamiast inwestować w skomplikowany i drogi w użytkowaniu system informatyczny, który liczy, zmienianą decyzjami polityków, wysokość świadczenia dla każdego, można by było wypłacać środki na podstawie spisów wyborców. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze trafiłyby na emerytury dla wszystkich seniorów. Właśnie dlatego, w mojej opinii, ten model jest najlepszy z możliwych – mówi Andrzej Sadowski.

Ekonomista przypomina, że w naszym kraju jest kilka grup zawodowych, które już od wielu lat otrzymują emerytury, bez pobierania od nich jakichkolwiek składek. Świadczenia dla sędziów, prokuratorów czy też wojskowych są finansowane bezpośrednio z budżetu państwa, z tą różnicą wobec emerytury obywatelskiej, że nie są one w tej samej wysokości. Tymczasem, proponowane rozwiązanie polegałoby na zagwarantowaniu wszystkim Polakom dokładnie identycznych emerytur finansowanych z budżetu państwa.

– Uważam, że w Polsce, podobnie jak np. w Nowej Zelandii, można wdrożyć model emerytury obywatelskiej. Tam nie ma tzw. składek emerytalnych czy zdrowotnych, obciążających wynagrodzenie pracownika. Świadczenia finansuje się z innych tytułów, niż podatek od pracy, dla zmylenia nazwany składką ZUS, która w naszym kraju jest natychmiast przeznaczana na wypłatę bieżących emerytur. I nic nie jest odkładane na naszych indywidualnych kontach. Dlatego, moim zdaniem, rozwiązanie Nowozelandczyków jest nie tylko prostsze w realizacji, ale też uczciwsze wobec obywateli – zapewnia Andrzej Sadowski.

Jak podsumowuje ekspert, wprowadzenie emerytury obywatelskiej staje się koniecznością wobec narastającego niedostatku pieniędzy na świadczenia dla Polaków. Jego zdaniem, jedyne wręcz, co w obecnej sytuacji można zrobić, to wprowadzić emeryturę obywatelską dla osób nowo wchodzących na rynek pracy, aby miały one zagwarantowane przyszłe świadczenia. Andrzej Sadowski twierdzi też, że w momencie, gdy już całkiem zabraknie środków na świadczenia dla obywateli, emerytura obywatelska stanie się nieuniknionym rozwiązaniem. Wdrażając ten system, należy jednak uczciwie powiedzieć młodym ludziom, że o wyższy standard życia w wieku senioralnym, np. za 50 lat, będą musieli zadbać indywidualnie. Żaden rząd nie zrobi tego lepiej od nich.

Shumee ma nowy pomysł na media społecznościowe i chce rywalizować z Facebookiem

Shumee ma nowy pomysł na media społecznościowe i chce rywalizować z Facebookiem 9

W ciągu ostatnich kilku lat rynek social mediów nie odnotował żadnych spektakularnych zmian, w postaci pojawienia się nowych usług czy nowych graczy. Polska firma Shumee chce wejść w ten zabetonowany układ i udowodnić, że istnieją jeszcze na nim pewne wyraźne nisze, związane z sondowaniem opinii. Plany rozwojowe platformy zakładają przekroczenie 1 mln użytkowników w zaledwie 2 lata.  

Twórcy różnego rodzaju platform, szukający swojego miejsca na tym rynku poprzez oferowanie unikalnych funkcjonalności lub adresujący swoje projekty w ściśle określone nisze, próbują odpowiedzieć na pytanie, czy na rynku od lat zdominowanym przez Facebooka, Twittera czy Instagram jest jeszcze miejsce na kolejne medium społecznościowe.

Shumee służy do głosowania, sondowania opinii, wyrażania siebie. Jesteśmy typową platformą społecznościową, swego rodzaju kawiarnią, w której chcemy, żeby ludzie dyskutowali, głosowali, pomagali sobie w podejmowaniu małych i dużych decyzji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Szymon Midera, prezes zarządu firmy Shumee.

Serwis wyróżnia się bardzo prostą koncepcją opartą na zerojedynkowym podejmowaniu decyzji, rekomendowaniu sobie miejsc, wydarzeń i produktów jedynie za pomocą „plusa” i „minusa”.

Nikt dotąd nie zaproponował tak prostego modelu głosowania, tym się rzeczywiście wyróżniamy. Mamy proste algorytmy, nie zamykamy użytkownika w bańce informacyjnej, pokazujemy mu inny punkt widzenia. Poprzez przycisk czerwony, który jest na „nie” pokazujemy mu ludzi, którzy myślą inaczej. To są te elementy, którymi chcemy się wyróżnić – przekonuje Szymon Midera.

Choć to dopiero początki – platforma ruszyła zaledwie kilkanaście dni temu, już teraz Shumee cieszy się dużym zainteresowaniem. Ponad 50 tys. wiadomości za pośrednictwem mediów społecznościowych i w chwili obecnej 2 tys. aktywnych użytkowników. Ale to jeszcze nic, prezes zarządu prognozuje, że w przeciągu roku z platformy będzie korzystało 300 000 osób, a po dwóch latach blisko 1 mln użytkowników. Polski rynek ma pełnić rolę pilotażową, ma być trampoliną, która pozwoli Shumee zaistnieć w przyszłości również zagranicą.

Zaczynamy, jesteśmy dobrej myśli. Tu i teraz polski rynek jest dla nas najważniejszy, natomiast chcemy go docelowo traktować jako rynek pilotażowy i wchodzić również na rynki zagraniczne. Shumee jest dostępne jako dwie aplikacje w dwóch systemach w języku angielskim. Otworzyliśmy się na inne kraje, ale chcemy jeszcze poczekać, ustabilizować projekt od strony technologicznej, biznesowej i zacząć komunikację w Wielkiej Brytanii – mówi Szymon Midera.

Jak przekonuje prezes zarządu firmy Shumee, platforma potrzebuje ok. 24 miesięcy, by projekt stał się w pełni rentowny i nie trzeba było do niego dokładać.

Tu nie ma cudów, nie możemy liczyć na to, że z dnia na dzień staniemy się rentownym biznesem. Duże platformy społecznościowe, te największe, cały czas walczą z rentownością. Jeżeli chodzi o zainwestowany kapitał mogę powiedzieć tylko tyle, że poszliśmy ścieżką, która jest dla nas trudniejsza, dobraliśmy sobie partnerów, z którymi pracujemy na co dzień, wymaga to ogromnego zaangażowania. Nie zdecydowaliśmy się na taki korporacyjny model, gdzie outsourcuje się pewne rzeczy na zewnątrz, więc zainwestowaliśmy mniej środków, ale po naszej stronie jest więcej pracy – komentuje Szymon Midera.

Nowe projekty udowadniają, że rynek social mediów nie jest jeszcze kompletnie zabetonowany i wciąż można dołożyć do niego swoją cegiełkę. Przede wszystkim wystarczy dobry pomysł. Shumee będzie się cały czas rozwijać i według zamysłu twórców już wkrótce może stać się dobrą platformą do kupna i sprzedaży rzeczy używanych.

Chcemy znaleźć dla siebie swoją niszę, swoich fanów i użytkowników, ludzi, którzy chcą głosować, chcą widzieć, sondować opinie znajomych. Ludzi, których obserwują i będą w stanie w kolejnym kroku razem z nami sprzedawać swoje używane rzeczy. Chcemy, by Shumee stało się typowym second handem. Chcemy zaproponować bardzo prosty model sprzedawania rzeczy używanych przez internet, chcemy pokazać, że to może być banalnie proste, tak jak wysłanie posta w mediach społecznościowych – twierdzi Szymon Midera.

Jak twierdzi prezes zarządu Shumee, około 80 proc. osób konsultuje się ze znajomymi przed zrobieniem zakupów. Właśnie z tego powodu nowa platforma społecznościowa do sondowania opinii ma okazać się strzałem w dziesiątkę.

Ta rekomendacja jest najważniejszym elementem, który decyduje o decyzji zakupowej. Jest dużo ważniejsza niż prosta informacja marketingowa, więc idziemy zgodnie z trendem. Wykorzystujemy ten model komunikacji bezpośredniej – human to human. Myślę, że możemy być spokojni, po tych kilku dniach mamy blisko 2 tys. użytkowników i kilkanaście tysięcy głosów oddanych na różnego rodzaju treści – podsumowuje Szymon Midera.

Przez grę do wydajniejszej pracy. Gamifikacja dobrym sposobem na zwiększenie zaangażowania pracowników

Przez grę do wydajniejszej pracy. Gamifikacja dobrym sposobem na zwiększenie zaangażowania pracowników 10

Gamifikacja, zwana też grywalizacją, polega na użyciu mechanizmów z gier w innych dziedzinach życia. Chodzi o mobilizację do działania, na przykład poprzez zwiększenie zaangażowanie pracowników w wykonywane przez nich zadania. Według prognoz globalny rynek gamifikacji już w najbliższej przyszłości czeka niezwykle dynamiczny wzrost.

Gamifikacja staje się coraz bardziej popularną i efektywną metodą motywacji pracowników. Branżą, która korzysta z niej najczęściej, są agencje typu call center. Kluczowe znaczenie dla biznesu odgrywa sposób jej wdrożenia, jak również dobre zaprojektowanie gry, bo jak twierdzą eksperci, to sposób wdrożenia stanowi w tej działce największe wyzwanie. Co ciekawe branżą, która korzysta z grywalizacji najczęściej, są agencje typu call center.

Moim zdaniem technologia ma tutaj trochę drugorzędne znaczenie. Jak porównuję wyzwanie technologiczne naszych innych produktów, czyli wielokanałowego contact center do grywalizacji, to poziom wyzwania technologicznego po stronie tego pierwszego jest zdecydowanie większy. Jeżeli chodzi o samą rywalizację, to o wiele większe znaczenie ma sposób wdrożenia i dobre zaprojektowanie gry  mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aleksander Wierciński, Prezes Zarządu firmy Cludo.

Gamifikację do obiegu wprowadził w 2002 roku brytyjski programista gier Nick Pelling, choć warto zaznaczyć, że samo pojęcie zostało upowszechnione dopiero kilka lat później wraz z rozwojem technologii i Internetu. Obecnie metoda ta staje się coraz bardziej popularna, a co ważniejsze – przynosi dobre rezultaty.  

– Przy każdym wdrożeniu patrzymy na wyniki i widzimy procentowo niewielkie wzrosty, choć warto zaznaczyć, że w perspektywie contact center, zmniejszając o 1/4 liczbę konsultantów i zwiększając ich zaangażowanie oraz poprawiając o 5 proc. sam serwis, otrzymujemy naprawdę duże cyfry   twierdzi Aleksander Wierciński.

W 2013 roku rynek usług związanych z gemifikacją wyceniany był na około 500 mln dolarów, natomiast w tym roku osiągnął już wartość 2 mld dolarów. Według prognoz prawdziwy skok dopiero się jednak rozpoczyna, bo do 2020 roku wartość takich usług ma przekroczyć 11 mld dolarów. To efekt tego, że rynek zintensyfikuje swoją walkę o wydajność i zaangażowanie pracownika.

  Wszyscy zaczynają inwestować w gamifikację, bo zdają sobie sprawę, że wchodzimy w okres, kiedy o pracownika będzie coraz ciężej, bo ten pracownik będzie specyficzny – przyzwyczajony do gier, bardzo częstego zwrotu informacyjnego, jak również do natychmiastowej gratyfikacji. Nie będzie czekał dwóch lat, aż go ktoś poklepie po plecach i da lepsze stanowisko. On musi wiedzieć, jak mu idzie już  dzisiaj. On musi być zaangażowany w swój zespół i musi wiedzieć, że mu pomaga. Właśnie do tego służy gamifikacja – mówi Aleksander Wierciński.

Jak podkreśla Prezes Zarządu firmy Cludo, równie istotnym aspektem jest stworzenie strategii gry, która pozwoli zrozumieć procesy wewnątrz biur typu call center i contact center.

  Samo stworzenie strategii gry spowoduje, że jako zarządzający contact center dostaniemy o wiele dokładniejszą informację na temat tego, gdzie są nasi konsultanci i co powinniśmy poprawić   dodaje Aleksander Wierciński.

Mimo że gamifikacja jest bardzo perspektywiczną metodą zwiększania efektywności wśród pracowników, to ma także swoje ciemniejsze strony.

Czy mamy się obawiać gamifikacji? Wydaje mi się, że w o wiele większym stopniu możemy obawiać się złej i niejasnej struktury, z informacją zwrotną do konsultantów, gdzie oni mogą czuć się po prostu zagubieni. Oczywiście, możemy też popełnić błędy w gamifikacji i np. postawić za bardzo na rywalizację. Czyli np. wdrożyć za dużo gier o sumie zerowej, bo to jest pewna strategia. I w ten sposób premiujemy osoby w contact center, które są nastawione na rywalizację, a nie na współpracę. Ale to jest błąd, który da się wykryć i poprawić   podsumowuje Aleksander Wierciński.

Inteligentne miasta dobrą perspektywą dla polskiego rynku. Nowe technologie przyjmą się w Polsce szybciej niż na Zachodzie Europy

Inteligentne miasta dobrą perspektywą dla polskiego rynku. Nowe technologie przyjmą się w Polsce szybciej niż na Zachodzie Europy 11

Smart city to koncepcja inteligentnego miasta, które jest bardziej energooszczędne i przyjazne środowisku, a równocześnie tańsze w utrzymaniu. Dzięki nowym technologiom polskie metropolie mają szansę rozwijać się szybciej niż miasta w krajach Europy Zachodniej.

Specjaliści twierdzą, że Polska idealnie nadaje się do realizacji projektu SmartCity, ponieważ najnowocześniejsze technologie zaadaptują się w naszym kraju znacznie szybciej niż w rozwiniętych krajach.

– W państwach takich jak Francja czy Niemcy najnowsze zdobycze technologii są już dostępne, więc te rynki niechętnie patrzą na tego typu nowinki. Tymczasem Polska czy Rumunia nie mają najnowocześniejszych technologii i aplikacji, więc są otwarte na nowości i chętnie przechodzą do kolejnych faz rozwoju. Dlatego technologie inteligentnego miasta mogą się przyjąć w Polsce szybciej niż na Zachodzie Europy – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Balaji Renukumar, dyrektor generalny firmy Sensfix.

Opóźnienie we wdrażaniu nowych rozwiązań technologicznych w Polsce sprawia, że choć sukcesywnie wprowadza się nowe technologie, to na tym tle wciąż można sporo poprawić.

– Przede wszystkim powinniście postawić na inteligentny transport – bardziej energooszczędny, przyjazny środowisku, szybszy, a równocześnie tańszy dla miasta. W polskich miastach przydałby się również inteligentny system oświetlenia. Dziś na ulicach marnuje się mnóstwo energii, czemu mógłby zapobiec scentralizowany system czujników łączących się w ramach internetu rzeczy – radzi Balaji Renukumar.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę doradczą PwC „World in 2050”, do 2030 roku PKB Polski wzrośnie z 813 mld do 1415 mld dolarów. Również magazyn „The Economist” niedawno napisał o Polsce, że „jest w znakomitej formie i szybko się rozwija”. Jak podkreślają eksperci, gospodarka wolnorynkowa w Polsce już dojrzała i nasz kraj jest dzięki temu bardziej otwarty na innowacyjne rozwiązania.

– Jestem pierwszy raz w Warszawie i moim zdaniem ma ona bardzo porządną infrastrukturę. Polska to także jedna z najszybciej rozwijających się gospodarek w regionie Europy Środkowowschodniej. Miałem wczoraj kilka spotkań z udziałem przedstawicieli Rady Miasta i widzę, że są oni otwarci na nowe pomysły. Myślę, że Warszawa może przyswoić nowe technologie bardzo szybko – ocenia Balaji Renukumar.

Do niedawna wprowadzanie nowych technologii wiązało się z olbrzymimi kosztami, jednak od kilku lat sytuacja dynamicznie się zmienia.

– W ostatnich kilku latach koszty tworzenia oprogramowania spadały bardzo szybko, podobnie jak koszty przesyłania danych poprzez LTE, 4G czy moduły Wi-Fi. Ogółem koszty obliczeniowe się obniżyły. Dzięki internetowi rzeczy tworzenie nowych aplikacji i oprogramowania również staje się tańsze niż jeszcze trzy czy pięć lat temu – mówi Balaji Renukumar.

Co istotne, w dzisiejszych czasach dla nowych start-upów inwestorzy stali się łatwiej dostępni, co oznacza, że obecnie dużo prościej nawiązać kontakty biznesowe i rozwinąć swoją działalność.

– W porównaniu z okresem sprzed 10 lat start-upom dużo łatwiej jest pozyskać nowych inwestorów i rozwinąć działalność. Wystarczy wspomnieć wszystkie te spektakularne sukcesy, takie jak Uber czy Airbnb, które stały się firmami wartymi miliardy dolarów w ciągu 2 do 5 lat. Dwadzieścia lat temu raczej nie byłoby to możliwe. Teraz start-upom jest znacznie łatwiej, jeżeli mają dobry pomysł i siatkę kontaktów. Dziś bowiem każdy szuka możliwości inwestycyjnych – podsumowuje Balaji Renukumar.

W tym kontekście tworzenie w Polsce nowych start-upów technologicznych działających w ramach szeroko rozumianego tematu inteligentnego miasta wydaje się dobrym rozwiązaniem.

Ochrona infrastruktury krytycznej w Polsce jest stale ulepszana. Rosnące zagrożenia terrorystyczne i zmieniające się otoczenie geopolityczne bardzo ważne dla rozwoju zabezpieczeń

Ochrona infrastruktury krytycznej w Polsce jest stale ulepszana. Rosnące zagrożenia terrorystyczne i zmieniające się otoczenie geopolityczne bardzo ważne dla rozwoju zabezpieczeń 12

Zmieniająca się sytuacja geopolityczna i wzrastające zagrożenie terrorystyczne to czynniki, które mają obecnie kluczowy wpływ na rozwój zabezpieczeń infrastruktury krytycznej wykorzystujących coraz bardziej zaawansowane technologie. Zadaniem infrastruktury krytycznej jest zapewnienie niezbędnych zasobów mających podstawowe znaczenie dla funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki.

– Infrastruktura krytyczna to obiekty o znaczeniu strategicznym dla funkcjonowania państwa i ludności. Musimy pamiętać o tym, że w tych instytucjach stosowane są rozwiązania najwyższej klasy. O poziomie zabezpieczenia dającym możliwość zapewnienia niezbędnych zasobów mających podstawowe znaczenie dla funkcjonowania ludności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Palewicz, Business Unit Manager firmy Assa Abloy.

W ostatnim czasie trendy w zabezpieczeniach sukcesywnie się zmieniają ze względu na dostępność nowych technologii. Przede wszystkim coraz częściej wykorzystywane są zabezpieczenia elektroniczne.

– Do niedawna stawiono na zabezpieczenia mechaniczne: solidne kraty, potężne bramy i drzwi trudne do sforsowania. W tym momencie wszędobylska elektronika powoduje, że do tych systemów dokładana jest pewnego rodzaju elastyczność – komentuje Piotr Palewicz.

Jak podkreśla menadżer z firmy Assa Abloy, często osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w obiektach strategicznych wybierają rozwiązania elektroniczne, takie jak chociażby nadzór telewizji przemysłowej, poprzez weryfikację kontroli wejść elektronicznych. Niestety, czasem i ona bywa zawodna, bowiem wszystko zależy od czasu reakcji odpowiednich służb.

– Bardzo istotnym parametrem w ochronie obiektów infrastruktury krytycznej jest czas reakcji służb, które będą odpowiadały na zdarzenia, niezależnie od tego, czy to włamanie, czy atak terrorystyczny. To powoduje, że idziemy w stronę rozwiązań, które łączą zagadnienia solidnej mechaniki z elastycznością – twierdzi Piotr Palewicz.

Do infrastruktury krytycznej zaliczają się przede wszystkim obiekty telekomunikacyjne oraz dostarczające wodę, gaz i prąd. To również wszelkie struktury komunikacyjne zajmujące się transportem. Każda taka branża wymaga nieco innych zabezpieczeń, lecz warto zaznaczyć, że największym wspólnym zagrożeniem jest często niepowołana osoba, która ma do nich dostęp.

– Każdy system jest projektowany na potrzeby konkretnej branży z tego względu, że musimy mieć uwzględnioną strukturę funkcjonowania danego przedsiębiorstwa. System bezpieczeństwa, który proponujemy, nie może utrudniać funkcjonowania. Ma za to dodawać funkcje kontroli bezpieczeństwa przy zachowaniu właściwej struktury – mówi Piotr Palewicz.

Ochrona infrastruktury krytycznej w Polsce jest stale ulepszana, głównie z powodu zmieniającej się sytuacji geopolitycznej, a także zwiększającego się zagrożenia terrorystycznego.

– Rozwiązania stosowane w infrastrukturze krytycznej są najczęściej z najwyższej półki, co oznacza, że mają bardzo wysoki poziom zabezpieczenia. W porównaniu do rozwiązań komercyjnych są zarówno lepszej jakości, jak i dużo droższe – podsumowuje Piotr Palewicz.

Inwestycje w młode, innowacyjne firmy dają zarobić funduszom venture capital nawet kilkaset procent

Inwestycje w młode, innowacyjne firmy dają zarobić funduszom venture capital nawet kilkaset procent 13

Współpraca z funduszami venture capital to dla innowacyjnych start-upów szansa na szybki rozwój. Dzięki wsparciu doświadczonych inwestorów unikają błędów charakterystycznych wśród młodych przedsiębiorców. Korzyści są obopólne. Osiągamy zwykle dwucyfrowe stopy zwrotu z inwestycji w start-upy– mówią przedstawiciele Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Najlepsze firmy pozwalają inwestorom zarobić kilkaset procent.

 Jako fundusz osiągamy bardzo różne stopy zwrotu, oczywiście najbardziej medialne są przypadki, gdy sięgają one kilkuset procent. Natomiast trzeba sobie zdawać z tego sprawę, że tak się dzieje niezwykle rzadko, przeciętnie są to raczej dwucyfrowe wyniki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Dardziński, menadżer inwestycyjny z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Z kolei dla start-upu współpraca z funduszem to korzyści zarówno finansowe, jak i biznesowe. To źródło wiedzy o tym, jak poruszać się w świecie biznesu i jak optymalnie wydać na rozwój otrzymane pieniądze. Takie wsparcie pozwala uniknąć błędów początkującego i zdecydowanie przyspieszyć rozwój firmy, a także niejednokrotnie skorzystać z kontaktów osób obecnych na rynku o wiele dłużej.

Mówiąc o ryzykach i wyzwaniach dotyczących współpracy z funduszem venture, trzeba sobie zdać sprawę z dużej asymetrii informacji. Z jednej strony, jako fundusz staramy się, jak najlepiej poznać młodych przedsiębiorców, natomiast nie wszystko jesteśmy w stanie zbadać – mówi Maciej Dardziński. –Natomiast oni, wchodząc w stosunkowo młodym wieku w rynek kapitałowy, nie wiedzą o wielu zagrożeniach, które się z tym wiążą. Wiele osób nie jest przygotowanych na zastrzyki znacznych środków pieniężnych, stąd też mówi się o tym, że co dziesiąty, niektórzy mówią nawet, że co setny start-up, odnosi sukces.

Istniejący od 1995 roku Podlaski Fundusz Kapitałowy zamierza w tym roku zainwestować w dwa nowe start-upy. Jeden z nich działa w branży fintech, drugi – w branży outsourcingu – ma ambicje wykraczające poza granice Polski. Portfolio funduszu ma się też pomniejszyć o dwie firmy.

Natomiast jeśli chodzi o plany inwestycyjne, to mamy również dwa bardzo zaawansowane tematy, oczywiście na tym etapie trudno o nich cokolwiek jeszcze powiedzieć, natomiast wydaje mi się, że takie dwa dosyć duże wejścia co najmniej w tym roku będą – zapowiada Maciej Dardziński.

W portfelu PFK znajduje się obecnie 10 przedsiębiorstw z rozmaitych branż. Są to m.in.: technologiczny BitCraft, agencja ochrony mienia Stekop, kino wielosalowe CinemaLumiere, spółka doradztwa energetycznego ABZ Energia, firma LSA wytwarzająca zaawansowane technologicznie kruszywo dla branży budowlanej oraz hurtownia budowlanych materiałów ekologicznych MBI Group.

Na ten rok mamy zaplanowane dwa wyjścia z inwestycji, oba raczej zostaną zrealizowane poprzez sprzedaż inwestorom branżowym. Jedno z nich, gdyby się udało, okazałoby się inwestycją bardzo krótką w swoim czasie funkcjonowania. To oczywiście wpłynie na duży zwrot dla nas i duży zwrot dla osób, które założyły to przedsięwzięcie – informuje Dardziński.

Podlaski Fundusz Kapitałowy w ciągu ponad dwudziestu lat swojej działalności zainwestował ponad 41 mln zł w kilkadziesiąt firm. Przeciętny czas trwania inwestycji to od trzech do pięciu lat. Na pojedynczy projekt fundusz może przeznaczyć maksymalnie 1,5 mln zł, choć zazwyczaj są to kwoty niższe, mieszczące się w przedziale od 0,5–1 mln zł. Celem PFK jest osiąganie co najmniej kilkudziesięcioprocentowych stóp zwrotu.

Dziś premiera Sniper Ghost Warrior 3. To najnowsza odsłona popularnej gry tworzonej przez polskie studio CI Games

Dziś premiera Sniper Ghost Warrior 3. To najnowsza odsłona popularnej gry tworzonej przez polskie studio CI Games 14

Dziś premiera polskiej wysokobudżetowej produkcji Sniper Ghost Warrior 3 – gry stworzonej przez polskie studio CI Games. Najnowszy tytuł to taktyczna strzelanka z otwartym światem, która będzie wydana na całym świecie i ukaże się na platformach Xbox One, PlayStation 4 oraz PC. Nad grą pracowało ponad 100 osób, dlatego twórcy zapowiadają, że Sniper Ghost Warrior 3 zapewni graczom wiele godzin rozgrywki na najwyższym poziomie.

Sniper Ghost Warrior 3 to gra, w której gracz wciela się w rolę amerykańskiego snajpera Jonathana Northa. Próbuje on przedostać się za linię wroga, by ratować swego zaginionego brata. Akcja rozgrywa się w Gruzji, nieopodal rosyjskiej granicy. Jak podkreślają twórcy, najnowsza odsłona gry była projektem wyjątkowo trudnym do zrealizowania i bardzo czasochłonnym

– Tworząc grę Sniper Ghost Warrior 3, nasza ekipa spędziła nad nią setki tysięcy godzin. Programiści napisali blisko miliona linijek kodu. Jest to nasz największy projekt, więc oba nasze studia w Warszawie i Rzeszowie były bardzo zaangażowane. Dodatkowo nawiązaliśmy współpracę z wieloma zagranicznymi partnerami na całym świecie, od Stanów Zjednoczonych, przez Azję i Australię – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Pruski, starszy projektant poziomów studia CI Games.

Nad grą pracowało ponad 100 osób, dlatego to zdecydowanie największa produkcja polskiego studia. Twórcy twierdzą, że najnowsza odsłona jest zdecydowanie bardziej ambitna od poprzednich części tej serii, dlatego oczekują pozytywnego przyjęcia tytułu przez fanów. Pomóc ma w tym pełna polska lokalizacja gry.

– Jako polskie studio chcieliśmy stworzyć pełną polską lokalizację gry, więc zaangażowaliśmy ponad 40 osób, które podkładały głos. W projekt zaangażowany był m.in. Piotr Stramowski oraz Zofia Zborowska. Chcieliśmy stworzyć dla polskich fanów coś, co im się spodoba, i myślę, że to nam się udało – twierdzi Tomasz Pruski.

Designer studia CI Games dodaje, że w porównaniu do poprzednich wersji trzecia odsłona Snipera jest produkcją, która została stworzona z o wiele większym rozmachem. Jest większa, okraszona pełną swobodą działania. Co istotne, studio wzięło pod uwagę sugestie graczy, którzy aktywnie udzielali się na forach internetowych powiązanych z tytułem. W konsekwencji gra otrzymała o wiele większy budżet i pod każdym aspektem przewyższa wcześniejsze produkcje. Nic dziwnego, że twórcy zdecydowali się wydać swój produkt we wszystkich zakątkach świata.

– Gra będzie wydana na całym świecie. Stworzyliśmy pełną lokalizację głosową w języku polskim, w języku angielskim, niemieckim i francuskim. Tworzymy też lokalizacje kinowe, czyli z napisami, z tekstem wyświetlanym na ekranie w różnych językach, od hiszpańskiego, przez chiński, a nawet koreański – komentuje Tomasz Pruski.

Twórcy stawiają na fabułę, otwarty świat i bardziej taktyczne podejście do gry, oparte na rozwoju trzech podstawowych drzewek umiejętności snajpera, wojownika i ducha.

– Akcja gry Sniper Ghost Warrior 3 dzieje się na terenie północno-wschodniej Gruzji opanowanej przez separatystów. Wcielamy się w postać Jona Northa, amerykańskiego snajpera, który szuka swojego brata, który został porwany. Chcemy zobaczyć, gdzie on jest, co się z nim stało. Jest to gra, która dzieje się w otwartym świecie. Mamy 3 ogromne mapy, które w trakcie gry będziemy eksplorować. Mamy otwarte podejście do misji, możemy dowolnie podchodzić do celów. Korzystamy też z ogromnego arsenału, który nie tylko ogranicza się tylko do karabinów snajperskich, lecz także mamy też strzelby czy łuki, a nawet możemy skorzystać z drona ­– wymienia zalety gry Tomasz Pruski.

Sniper Ghost Warrior 3 ukaże się na platformach Xbox One, PlayStation 4 i na PC i będzie miał kategorię wiekową od 18 lat.

Do 2030 roku miejski transport ma być znacznie bardziej ekologiczny. To wymusza na przewoźnikach inwestycje

Do 2030 roku miejski transport ma być znacznie bardziej ekologiczny. To wymusza na przewoźnikach inwestycje 15

Zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej do 2030 roku połowa taboru komunikacji miejskiej musi być nisko- bądź bezemisyjna, a do 2050 roku tradycyjny olej napędowy powinien zupełnie zniknąć z transportu w miastach. To powoduje, że przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej już dziś inwestują w nowy tabor. W Warszawie w ciągu 3 lat pojawi się na ulicach 160 autobusów elektrycznych. Na wielu pojazdach MZA montuje panele słoneczne, a w jednej z zajezdni powstała elektrownia słoneczna.

– Prowadzimy szeroką działalność związaną z ochroną środowiska. Do zrealizowanych już zadań zaliczyć można m.in. montaż energooszczędnego LED-owego oświetlenia na wszystkich zajezdniach autobusowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych. – Najbardziej widoczne dla mieszkańców Warszawy są autobusy elektryczne, których mamy 10, a do końca 2020 roku będziemy ich mieli 160.

W kolejnych latach MZA planuje też zakupy większej liczby autobusów hybrydowych i gazowych. W taborze MZA znajduje się także 35 autobusów z napędem gazowym. W tym roku przybędzie 5 kolejnych, a docelowo ich liczba ma zwiększyć się do kilkuset. Zakupy te robione są z myślą o nowej zajezdni, która powstanie przy ul. Spedycyjnej. Będą tam garażowane wyłącznie autobusy na gaz.

 Jednym z naszych projektów w ramach oszczędność energii elektrycznej jest montaż paneli fotowoltaicznych w kilkudziesięciu autobusach zamówionych w zeszłym roku. Takie panele już zostały zamontowane. To w trakcie kursowania autobusów pozwala zaoszczędzić do 5 proc. kosztów paliwa. Panele wykorzystujemy m.in. do zasilania elektronicznych informacji wewnętrznych, biletomatów czy klimatyzacji – mówi rzecznik prasowy MZA.

Warszawskie MZA inwestuje także w odnawialne źródła energii. Jak wyjaśnia Adam Stawicki, na dachu jednego z budynków zajezdni przy ulicy Woronicza zainstalowana została elektrownia słoneczna z 260 panelami, systemem ładowarek do obsługi elektrycznych autobusów i LED-owym oświetleniem. Dzięki instalacji miejsce to stało się w kilkudziesięciu procentach energetycznie samowystarczalne.

To wszystko stanowi wstęp do kolejnych działań. Najbardziej zaawansowanym przykładem będzie zajezdnia przy ul. Redutowej, gdzie do 2020 roku powstanie najnowocześniejszy zakład obsługi autobusów w całym kraju, jeżeli chodzi o oszczędność energii oraz o ochronę środowiska – informuje Adam Stawicki.

Adam Stawicki chwali się, że warszawski organizator transportu autobusowego jest jednym z liderów, jeśli chodzi o wykorzystywanie najnowszych rozwiązań technologicznych w swojej flocie.

– Przypomnę, że według wskazań Komisji Europejskiej do roku 2030 połowa taboru przedsiębiorstw komunikacji miejskiej musi już być niskoemisyjna lub bezemisyjna, czyli wyłączywszy autobusy na olej napędowy. Natomiast do roku 2050 olej napędowy całkiem ma zniknąć z przedsiębiorstw komunikacji miejskiej – podkreśla rzecznik Miejskich Zakładów Autobusowych.