Mieszkania w tym roku nadal będą się dobrze sprzedawać. Zagrożeniem jest ograniczony dostęp do kredytów

Mieszkania w tym roku nadal będą się dobrze sprzedawać. Zagrożeniem jest ograniczony dostęp do kredytów 1

W 2016 roku na sześciu największych rynkach w Polsce deweloperzy sprzedali blisko 62 tys. mieszkań – wynika z raportu firmy Reas. To o jedną piątą więcej niż w 2015 roku. Wyniki dalszej sprzedaży w dużej mierze zależeć będą od akcji kredytowej, ponieważ większość transakcji na rynku nieruchomości finansowana jest właśnie z kredytu. Jeśli na rynku przestaną działać pośrednicy finansowi, czym może skutkować rządowy projekt przepisów, to liczba udzielanych kredytów może spaść.

Sprzedaż mieszkań przez deweloperów jest w ostatnich latach bardzo dobra. Od 2014 roku widzimy duże wzrosty – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Skirmuntt, dyrektor działu rynku pierwotnego w Maxon Nieruchomości. – Jest to ściśle związane z kredytowaniem. W tym roku sytuacja na rynku również w dużej mierze będzie zależała od sytuacji w kredytach. Jeśli klienci nie będą mieć problemów z uzyskaniem finansowania, to sprzedaż mieszkań powinna być przynajmniej tak samo dobra jak w poprzednich latach.

Zdaniem eksperta zagrożeniem mogą być planowane zmiany w ustawie o kredycie hipotecznym. Pod koniec grudnia ubiegłego roku rząd przyjął przepisy, wprowadzające m.in. zakaz pobierania przez pośredników wynagrodzenia od banków. Branża podkreśla, że wyeliminuje to z rynku większość z 20 tys. działających na rynku doradców kredytowych.

Jeśli stanie się to z dnia na dzień, to na pewno wpłynie na liczbę udzielanych kredytów. „Maszyna” przygotowująca klienta do wzięcia kredytu cały czas pracuje, a banki tak szybko nie przyjmą ludzi, którzy mogliby zastąpić pośredników – zauważa Aleksander Skirmuntt. – Jeżeli zmian w przepisach nie będzie, sprzedaż nadal powinna być wysoka. Deweloperzy wciąż ruszają z nowymi projektami, budują dużo mieszkań, co więcej, sprzedają większość z nich na etapie budowy. Kończąc inwestycję, firmy mają zazwyczaj nabywców na wszystkie lokale.

Jak wynika z danych firmy Reas, w ubiegłym roku sprzedaż na rynku w sześciu największych miastach sięgnęła prawie 62 tys., o 20 proc. więcej niż w 2015 roku.

Klienci wolą kupować nowe lokale od deweloperów, bo sami mogą je wykończyć, w dodatku to nowe budynki mające niższe koszty utrzymania – wskazuje Aleksander Skirmuntt. – Natomiast rynek wtórny zawsze się dobrze sprzedawał. Część ludzi, jeśli nie może uzyskać satysfakcjonującej ceny, przeznacza mieszkanie na wynajem i czeka, aż jego wartość rynkowa dojdzie do spodziewanego poziomu. Ale lepiej sprzedaje się rynek pierwotny.

Jak podkreśla, w Warszawie, która jest największym rynkiem sprzedaży nieruchomości, większym zainteresowaniem cieszą się mieszkania po lewej stronie Wisły. Według specjalizującego się w określaniu wartości nieruchomości serwisu Urban.One liderem dzielnic jest Wola, której udział w transakcjach wynosi około 60 proc.

Prawdziwym zagłębiem budowlanym są okolice ulic Jana Kazimierza i Ordona, ale aktywne jest także Bemowo. Plan rozbudowy drugiej linii metra powoduje, że wielu ludzi chce bardzo tam zamieszkać. Poza tym sporo mieszkań powstaje także na Mokotowie, w rejonie Galerii Mokotów – wyjaśnia Aleksander Skirmuntt.

Eksperci Reas podkreślają, że ceny lokali wprowadzanych na rynek w ostatnim kwartale 2016 roku były o ponad 6 proc. wyższe niż w ostatnim kwartale 2015 roku, ale stabilne względem poprzednich trzech miesięcy.

W pamięci deweloperów pozostał kryzys z 2009 roku. Boją się zostać z niesprzedanymi mieszkaniami, więc redukują trochę swoją marżę – tłumaczy Aleksander Skirmuntt. – Dzisiaj skłonność do negocjowania ceny jest dużo niższa niż kilka lat temu. Wartość oferowana jest zazwyczaj jednocześnie ceną sprzedaży, różnica zmniejszyła się do 1–2 proc., podczas gdy w 2013 roku sięgała nawet kilkunastu procent.

W ocenie eksperta, jeśli tempo sprzedaży mieszkań w tym roku będzie się utrzymywać, to deweloperzy nie będą bardziej skłonni do udzielania rabatów. Jeśli dynamika zacznie się obniżać, to można się spodziewać redukcji marż.

W UE wycofywanych jest kilkanaście produktów spożywczych tygodniowo. Częściowo koszty takiej operacji pokrywają ubezpieczyciele

W UE wycofywanych jest kilkanaście produktów spożywczych tygodniowo. Częściowo koszty takiej operacji pokrywają ubezpieczyciele 2

W UE wycofywanych jest z rynku średnio 13 produktów spożywczych tygodniowo. Przyczyny to m.in. błędy w etykietach dotyczące alergenów, obecność bakterii czy substancji zewnętrznej. Koszt wycofania wyrobu spożywczego uznanego za niebezpieczny może kosztować producenta miliony euro. Koszty ponoszą także dystrybutorzy i sprzedawcy. Od takiego zdarzenia można się jednak ubezpieczyć. Firma ubezpieczeniowa pokryje nie tylko koszty związane z wycofaniem produktu, lecz także kampanii, która ma poprawić wizerunek firmy. 

– Coraz częściej z mediów czy organów kontroli spożywczej dowiadujemy się o tym, że jakiś produkt na rynku jest skażony bądź zanieczyszczony, wyrządza szkody osobowe, więc musi być wycofany – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Krukowski, specjalista ds. ubezpieczeń OC i zarządzania kryzysowego w AIG Europe Limited. – Zdarza się, że producent bądź dystrybutor wykonuje taką operację na własny rachunek, co wiąże się z dużymi kosztami, w szczególności, jeżeli mamy do czynienia z dużym eksportującym producentem. Jeżeli dotyczy to terytorium Stanów Zjednoczonych czy Japonii, to mamy do czynienia naprawdę z ogromnymi kwotami.

Najczęściej wycofywane są z rynku produkty z kategorii: owoce i warzywa (634 przypadki w UE w 2015 roku), produkty zawierające orzechy i nasiona (477), produkty mięsne i drobiowe (335) oraz mleczne (152). Wśród częstych przyczyn były błędy na etykietach dotyczące alergenów, skażenie mikrobiologiczne czy obecność substancji zewnętrznej. W 2015 roku w 28 krajach unijnych odnotowywano średnio 13 przypadków wycofania produktów tygodniowo, w USA było ich 9 tygodniowo. W Polsce w całym 2014 odnotowano 133 przypadki.

Jak informuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postępowanie administracyjne wobec producentów podejrzanych o niedochowanie zasad bezpieczeństwa żywności wszczynane jest w Polsce po otrzymaniu informacji od Inspekcji Handlowej. Podstawą działań są również sygnały od konsumentów oraz władz nadzoru innych państw członkowskich UE. Gdy Prezes UOKiK stwierdzi, że produkt faktycznie stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia użytkowników, może m.in. zakazać wprowadzania go na rynek, zażądać oznakowania ostrzeżeniami o zagrożeniach, publikacji w prasie ostrzeżenia dla konsumentów, wyeliminowania zagrożenia, wycofania produktu, odkupienia go od posiadaczy.

Ze względu na rosnącą liczbę wycofań rośnie też popularność polis CPI, czyli Contaminated Product Insurance.

Ubezpieczenie CPI pokrywa więcej kosztów niż tylko wydatki związane z wycofaniem produktu. Obejmuje nakłady na akcję marketingową, która ma poprawić wizerunek firmy, a nawet pokrywa koszty okupu, gdy klient dostaje telefon z żądaniem i groźbą, że w przeciwnym razie media otrzymają informacja o niekorzystnym zdarzeniu – wymienia Krukowski.

CPI ma zapewnić ochronę przeciwko szkodom katastroficznym, a jej głównym celem jest ochrona przedsiębiorstwa (producenta, importera, sprzedawcy) przed bankructwem w przypadku wystąpienia sytuacji kryzysowej.

 W Polsce ubezpieczenie kosztów wycofania produktu rynku jest wciąż dość mało popularne – wskazuje Michał Krukowski. – Najczęściej mamy do czynienia z sytuacją, w której klient nigdy nie miał klauzuli wycofania swoich produktów z rynku i prosi o wstępną indykację kwotową, czyli informację o tym, ile to wszystko by kosztowało. Często po jej otrzymaniu rezygnuje, bo takie ubezpieczenie to wyższa składka, a przedsiębiorca nie widzi w tym ryzyka.

Jak podkreśla, rzadko kiedy zakup takiej polisy jest świadomą decyzją producenta, częściej są oni poniekąd do tego zmuszeni, ze względu na wymagania zagranicznych kontrahentów. Taki wymóg jest coraz powszechniejszy, ponieważ jeśli polski producent dostarczy na rynek niemiecki skażony produkt, to tamtejszy dystrybutor czy sprzedawca ponosi związane z tym koszty.

Potencjał rozwoju ubezpieczeń CPI w Polsce jest coraz większy, ponieważ coraz częściej słyszy się o tym, że coś zostało wycofane z rynku, że duża sieć spożywcza wycofuje w kilku krajach produkt danego producenta, czasem są to producenci polscy – mówi Krukowski.

Dla przykładu, koszt polisy CPI dla średniej wielkości producenta czekolady to kilkadziesiąt złotych rocznie. Jednak nakłady związane z wycofywaniem produktu z rynku i ratowaniem wizerunku firmy mogą być liczone nawet w milionach złotych.

 Firm, które oferują takie specyficzne ubezpieczenie na rynku, nie ma wiele. Zwykle są to tylko dodatkowe klauzule do polis odpowiedzialności cywilnej – wyjaśnia Michał Krukowski. – My mamy w portfelu około setki ubezpieczeń CPI. Są one przygotowane stricte dla branży spożywczej, bo czymś zupełnie innym jest wycofanie z rynku np. produktu z kategorii automotive.

Standardowa polisa OC z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej, z rozszerzeniem o OC za produkt, sprawdza się w sytuacjach, gdy wadliwy produkt wywołał uszkodzenie ciała, problemy zdrowotne konsumenta czy doprowadzi do jego śmierci. W takiej sytuacji firma ubezpieczeniowa wypłaca odszkodowanie poszkodowanemu lub jego rodzinie. W przypadku polis CPI beneficjentem świadczenia jest ubezpieczony, czyli producent, dystrybutor czy sprzedawca, i to jemu ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie.

Prof. S. Gomułka: w II połowie 2017 roku wzrost gospodarczy przyspieszy

Prof. S. Gomułka: w II połowie 2017 roku wzrost gospodarczy przyspieszy 3

Pierwsze kwartały 2017 roku upłyną pod znakiem wyhamowania wzrostu gospodarczego – prognozuje prof. prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC. Spada tempo inwestycji, co powoduje, że tylko w pierwszych trzech kwartałach 2016 roku wzrost gospodarczy sięgnął 0,9 proc. Ekspert zauważa, że w ciągu roku tempo wzrostu gospodarczego będzie zaś niewiele wyższe niż 1,5 proc. Dopiero w II połowie 2017 roku będzie się można spodziewać polepszenia absorpcji środków unijnych i wzrostu gospodarczego.

W 2016 roku pod względem gospodarki Polski mieliśmy pewną niespodziankę. W 2015 roku tempo wzrostu było dość wysokie, ponad 4-proc., wysokie było zwłaszcza tempo wzrostu inwestycji. W 2016 roku mieliśmy zmianę pod tym względem. Doszło do gwałtownego zmniejszenia inwestycji publicznych. Zdolności absorpcyjne Polski znacznie zmalały, nie ma projektów inwestycyjnych przygotowanych do absorpcji środków unijnych. Spadek inwestycji wnosi 5- 8 proc., a inwestycji publicznych w granicach 20–30 proc. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Center Club.

W I kw. 2016 roku inwestycje spadły o 2,2 proc. w skali roku. W II kw. było to już 5 proc., a w III kw. 7,7 proc. (największy spadek od 2010 roku). Inwestycje przedsiębiorstw ogółem wyniosły po trzech kwartałach 2016 roku blisko 80 wobec 87,2 mld zł w 2015 roku. Spadek w ujęciu rocznym sięgnął 9,1 proc.

Sumaryczny wzrost PKB w pierwszych trzech kwartałach wyniósł 0,9 proc. w ciągu roku. Wedle Głównego Urzędu Statystycznego w III kw. w relacji rok do roku, mamy wzrost nieco szybszy, bo ok. 2–2,5 proc.. Z uwzględnieniem liczby dni przepracowanych, ten wzrost jest w granicach nieco ponad 2 proc., a oczekiwaliśmy wzrostu ponad 3 proc. Takie też było założenie rządu w projekcie budżetu na ten rok – przypomina Gomułka.

W III kw. 2016 roku wzrost PKB wyniósł 2,5 proc. W IV kw. analitycy Ministerstwa Rozwoju szacują, że PKB był nieznacznie niższy niż 2,5 proc.

– To negatywna niespodzianka, bo początkowo przedstawiciele rządu sugerowali, że już w II półroczu tego roku dojdzie do znacznego wzrostu inwestycji publicznych. Obecnie raczej oczekujemy, że dojdzie do polepszenia w absorpcji środków unijnych dopiero w II połowie przyszłego roku, a więc z rocznym opóźnieniem. To oznacza, że przez kilka kwartałów będziemy mieć bardzo poważne wyhamowanie wzrostu gospodarczego – prognozuje prof. Stanisław Gomułka.

Wzrost cen w tym roku może być silniejszy od prognozowanego. Przedsiębiorcy testują na razie możliwości konsumentów

Wzrost cen w tym roku może być silniejszy od prognozowanego. Przedsiębiorcy testują na razie możliwości konsumentów 4

Dzięki środkom z programu Rodzina 500 plus konsumenci ruszyli na zakupy. Widać to nie tylko po lepszych danych o sprzedaży detalicznej, lecz także po cenach. W grudniu po raz pierwszy od ponad dwóch lat wzrosły ceny. Przedsiębiorcy przez pierwsze miesiące tego roku będą testować, na jakie podwyżki mogą sobie pozwolić – ocenia główna ekonomista Konfederacji Lewiatan. Na koniec roku inflacja może się okazać wyższa, niż zakłada budżet. To oznacza, że wpływ programu Rodzina 500 plus w tym roku może być nieco mniejszy.

Do tej pory we wszystkich prognozach mówiliśmy o tym, że osiągnięcie 1,3 proc. wzrostu cen założonego w budżecie będzie trudne. Natomiast impuls, który dał program Rodzina 500 plus, został wykorzystany przez producentów i sprzedawców różnego rodzaju dóbr nabywanych przez gospodarstwa domowe i przełożył się na wzrost cen. Już to bardzo wyraźnie odczuwamy. W tym roku gospodarstwa domowe będą mogły kupować więcej, ale jednocześnie za to, co kupują będą musiały płacić więcej – mówi agencji Newseria Biznes dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

W całym 2016 roku deflacja wyniosła 0,6 proc., jednak w grudniu po raz pierwszy od wielu miesięcy mieliśmy do czynienia z inflacją. Wyniosła ona 0,8 proc. w ujęciu rocznym. Żywność, napoje bezalkoholowe, alkoholowe oraz wyroby tytoniowe podrożały o 2,2 proc. Rząd spodziewa się, że na koniec 2017 roku inflacja wyniesie 1,3 proc. Ekonomiści Crédit Agricole szacują, że w I kwartale wzrost cen wyniesie ok. 1,5 proc., a w kolejnych kwartałach ukształtuje się w przedziale 1,3–1,7 proc. (średniorocznie 1,5 proc.).

Przedsiębiorcy w końcówce roku – listopad, grudzień – testowali rynek, czy mogą zacząć już podnosić ceny, czy rynek jest na to gotowy. Okazało się, że tak. Zwłaszcza że święta temu sprzyjały – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. – Myślę, że I kwartał również będzie okresem testowania możliwości podnoszenia cen. W dobrach podstawowych zdecydowanie skończy się to dalszymi podwyżkami. Tu ceny na pewno będą rosły znacznie szybciej niż ceny dóbr wyższego rzędu, bo po prostu konsumenci łatwiej te zmiany cen zaakceptują.

Program Rodzina 500 plus działa od kwietnia 2016 roku. Do końca roku wsparciem objęto ponad 3,8 mln dzieci. W tym czasie do blisko 2,8 mln rodzin trafiło 17 mld zł. Część środków została przeznaczona na spłatę zadłużenia gospodarstw domowych, ale ożywienie było widać również w konsumpcji. W skali roku sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,1 proc. (w cenach stałych). W całym roku zwiększyła się o 5,7 proc.

Bardzo dynamicznie rosła sprzedaż samochodów, w tym spora część to samochody używane sprowadzane z państw Unii Europejskiej, ale rosła też sprzedaż innych dóbr trwałego użytku – sprzętu AGD i RTV. Ludzie wymieniali meble, remontowali mieszkania. Mimo że budownictwo dołowało strasznie, to ta część sektora, która wiązała się z usługami na rzecz gospodarstw domowych, całkiem dobrze się miała. To są te małe, drobne przedsiębiorstwa usługowe i budowlane – mówi główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Beneficjentem programu Rodzina 500 plus jest także budżet państwa.

Jeśli cena rośnie, to 23-proc. podatek VAT, który nakładamy na tę cenę, daje nam także wyższą wartość tego, co będzie wpływać z podatku do budżetu państwa. Więc niejako beneficjentem programu w 2017 roku będą nie tylko gospodarstwa domowe, lecz także – poprzez to, że będą je wydawać – budżet państwa oraz w części przedsiębiorcy – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

BioMaxima zainwestuje w tym roku 5 mln zł. Liczy też na dotacje unijne

Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA

Po połączeniu z Biocorpem specjalizująca się w mikrobiologii klinicznej BioMaxima zakłada wzrost przychodów, efektywności operacyjnej i efekty synergii. Wystąpiła o kolejne dotacje i inwestuje w centrum badawczo-rozwojowe w Lublinie. Tylko w tym roku przeznaczy na rozwój 5 mln zł.

– Pod koniec zeszłego roku otrzymaliśmy dotację na budowę centrum badawczo-rozwojowego w Lublinie. Dotacja wynosi 2,3 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima SA. – Ubiegamy się o kolejne dotacje związane właśnie z budową naszej infrastruktury badawczo-rozwojowej, również produkcyjnej. 2017 rok będzie bardzo znaczącym okresem, jeżeli chodzi o inwestycje, planujemy je na poziomie ponad 5 mln zł.

Informację o przyznaniu dotacji na centrum badawczo-rozwojowe spółka podała w październiku i zadeklarowała, że prace związane z budową zostaną zakończone w 2017 roku. Całkowity koszt inwestycji to 3,84 mln zł. Później spółka otrzymała jeszcze ponadpółmilionową dotację na opracowanie technologii ilościowych testów do oznaczania minimalnego stężenia hamującego wzrost mikroorganizmów w antybiotyku. Jednak przede wszystkim ze względu na dokonane pod koniec roku przejęcie spółki Biocorp ma nadzieję na wzrost przychodów i efekty synergii wynikający z poszerzenia wachlarza usług i bazy klientów.

– Na pewno liczymy na przyrost przychodów ze względu na dobudowanie niejako tej nogi przemysłowej do struktury naszych klientów, czyli na tych wszystkich rynkach eksportowych i krajowych, gdzie istnieliśmy tylko w zakresie badań klinicznych, będziemy chcieli zachęcać naszych dystrybutorów i  przedstawicieli również do oferowania naszej oferty przemysłowej – zapowiada Łukasz Urban. – To jest zupełnie nowy rynek i tutaj liczymy też na tzw. cross-selling, który umożliwi nam zwiększenie przychodów.

Połączenie z Biocorpem, który specjalizuje się w mikrobiologii przemysłowej, dokonało się 1 grudnia ub.r. Podniesiono również kapitał BioMaximy o 690 tys. zł do 3,73 mln zł poprzez emisję nowych akcji. Łukasz Urban, poprzednio wiceprezes BioMaximy, a jeszcze wcześniej prezes Biocorp Polska, został prezesem połączonych spółek. Jak podkreśla, liczy na poprawę wskaźników operacyjnych i rentowności.

Biocorp jest firmą, która specjalizowała się w mikrobiologii, natomiast w BioMaximie koncentrowaliśmy się na klinice, w tej chwili bardzo silnie rozszerzyliśmy naszą ofertę i bazę klientów właśnie o przemysł – mówi nowy prezes BioMaximy. – Po połączeniu mikrobiologia przemysłowa i kliniczna będzie stanowiła prawie 50 proc. całości przychodów BioMaximy, więc to połączenie jest istotnym krokiem dla BioMaximy.

Jeszcze przed sfinalizowaniem połączenia z Biocorpem BioMaxima dokonała zakupu dwóch spółek w Rumunii: Qias Roco i Istar. Ich łączne przychody to równowartość ok. 3 mln zł. BioMaxima miała w 2016 roku 27 mln zł przychodów, o niemal 23 proc. więcej niż przed rokiem. Sprzedaż eksportowa wzrosła w całym roku o niemal 25 proc., z czego w grudniu – o 350 proc. rok do roku.

KPF: zmiany w ustawie antylichwiarskiej ograniczą dostęp do finansowania kilkuset tysiącom Polaków

KPF: zmiany w ustawie antylichwiarskiej ograniczą dostęp do finansowania kilkuset tysiącom Polaków 5

Projekt ustawy antylichwiarskiej nie ograniczy zysków firm pożyczkowych, ale całkowicie wyeliminuje te podmioty z rynku – prognozuje Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych, która zrzesza firmy pożyczkowe. Według Konfederacji udzielanie pożyczek stanie się ekonomicznie nieopłacalne, więc firmy będą zmuszone zamknąć działalność. W efekcie kilkaset tysięcy konsumentów bez zdolności kredytowej straci dostęp do legalnego finansowania i zasili szarą strefę.

Dla ekonomistów przeanalizowanie skutków tej nowelizacji dla firm z sektora pożyczkowego jest dość proste. Gdyby nowe przepisy weszły w życie, toby 80 proc. klientów straciło dostęp do produktów finansowych. To oznacza, że tylko w przypadku członków KPF bez finansowania zostanie grono około 600 tys. osób – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Roter, prezes zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.

Pod koniec ubiegłego roku Ministerstwo Finansów opublikowało projekt ustawy antylichwiarskiej, który określa maksymalne limity prowizji i opłat pobieranych przy kredycie konsumenckim. Zgodnie z propozycją resortu maksymalny koszt kredytu utrzymywanego rok zostanie obniżony z 55 proc. do maksymalnie 20 proc., zaś bez względu na okres utrzymywania ze 100 proc. do 75 proc.

Z obliczeń ekspertów Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że po wejściu w życie nowych regulacji udzielanie pożyczek będzie ekonomicznie nieopłacalne, a wręcz zacznie przynosić straty. W przypadku pożyczek na kwotę 500 i 1 000 zł udzielonych na okres od dwóch tygodni do trzech lat instytucja pożyczkowa straci cały włożony kapitał – wynika z analizy KPF. Zmusi to większość firm pożyczkowych do zamknięcia działalności. W efekcie stracą nie tylko legalnie działające przedsiębiorstwa i budżet państwa, lecz także konsumenci. Z analiz Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że około 90 proc. klientów instytucji pożyczkowych straci dostęp do finansowania i zasili szarą strefę.

Można założyć, że około 1/3 tej grupy znajdzie finansowanie w bankach albo w SKOK-ach, ale pozostaje ogromna grupa osób, która znajdzie się pod presją prawdziwych lichwiarzy – mówi Andrzej Roter.

Prezes KPF zauważa, że nie minął nawet rok od wejścia w życie poprzedniej nowelizacji ustawy o kredycie konsumenckim, która narzuciła limity kosztów okołopożyczkowych. Zgodnie z jej zapisami obecnie całkowita kwota do spłaty nie może przekroczyć 100 proc. wartości zaciągniętego kredytu, natomiast firma pożyczkowa nie może pobierać od klienta więcej niż 30 proc. kwoty kredytu w skali roku.

Branża podkreśla, że poprzednie regulacje były efektem dwuletnich negocjacji wszystkich interesariuszy rynku finansowego, resortu finansów, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Komisji Nadzoru Finansowego. Od momentu ich wprowadzenia, w marcu 2016 roku, minęło zbyt mało czasu, aby w pełni oszacować ich wpływ na rynek finansowy.

Limit kosztów kredytu, który został wówczas wypracowany, można uznać za punkt równowagi zarówno dla konsumentów, jak i przedsiębiorców. Teraz, zaledwie po kilku miesiącach, bez poparcia żadnymi danymi mówi się, że skala nadmiernego zadłużenia rośnie drastycznie, rośnie liczba spraw w organizacjach konsumenckich. To nie jest prawdą. Okazuje się, że jakość portfeli banków i firm pożyczkowych jest bardzo racjonalna. W związku z tym nie ma żadnych powodów społecznych ani gospodarczych, żeby znów zmieniać limit kosztów kredytowych – mówi Andrzej Roter.

Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych postuluje, aby zamiast nowych regulacji utworzyć rejestr firm pożyczkowych, który pozwoli uporządkować rynek oraz zwiększy nadzór UOKiK-u nad instytucjami, które udzielają kredytów konsumenckich.

Wszystkie firmy udzielające pożyczek musiałyby znaleźć się rejestrze. Dzięki temu moglibyśmy badać rynek i zachowania klientów, określić jakość portfeli i odpowiedzieć na pytanie, czy warunki, na jakich są zaciągane pożyczki, rzeczywiście wpływają na sytuację finansową albo niewypłacalność klientów. Na dziś praktycy mówią, że nie ma takiego uzasadnienia, natomiast urzędy posługują się argumentami, które są bliższe polityce niż ekonomii – mówi Andrzej Roter.

Swoje wątpliwości ws. projektowanych zmian zgłosił m.in. Narodowy Bank Polski, który zasugerował, że przyjęcie przepisów w takim kształcie mogłoby istotnie i negatywnie oddziaływać na skłonność banków i instytucji kredytowych do oferowania niektórych produktów kredytowych, przez co część klientów zostałaby zmuszona do korzystania z usług podmiotów działających w szarej strefie.

Z mediów społecznościowych korzysta tylko 15–20 proc. firm. Ich liczba będzie rosła

Z mediów społecznościowych korzysta tylko 15–20 proc. firm. Ich liczba będzie rosła 6

Odsetek firm korzystających z mediów społecznościowych w Polsce wciąż nie jest wysoki. Mimo rosnącej liczby użytkowników Facebooka, YouTube’a, Snapchata czy Instagrama tylko ok. 1520 proc. firm wykorzystuje możliwości, jakie te serwisy dają – wynika z szacunków firmy Sotrender. Eksperci szacują jednak, że odsetek ten będzie dynamicznie rósł. Firmy będą też coraz lepiej znały funkcjonalności social mediów.

– Odsetek firm wykorzystujących social media wciąż nie jest duży, podejście strategiczne do tego narzędzia nadal nie jest za bardzo rozpowszechnione – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Cyprowski, główny analityk firmy Sotrender. – Udział social mediów w biznesie na pewno będzie coraz powszechniejszy, jak zresztą wszystkiego, co dotyczy tego kanału komunikacji. Ogólnie możemy się spodziewać wzrostu i lepszych kompetencji.

Według grudniowego raportu Fanpage Trends analizującego portale społecznościowe pod kątem komercyjnym firmy Sotrender Facebooka ma w Polsce 15,48 mln użytkowników, z czego 7,48 mln to mężczyźni, a 8 mln – kobiety. Najbardziej liczne grupy wiekowe to przedział między 19 a 25 lat oraz 26 a 33. To znaczące grupy konsumentów.

Z kolei na YouTubie w grudniu przeciętna liczba subskrypcji wzrosła o prawie 4 proc. w ujęciu miesięcznym, a ogólna liczba subskrypcji w analizowanych przez Sotrender kanałach zwiększyła się o 22 proc. Ogromną popularnością cieszyły się świąteczne reklamy Huawei oraz Allegro, które zostały wyświetlone odpowiednio prawie 19 mln i ponad 10 mln razy. Z Instagrama korzysta ponad 3,4 mln osób. 

Mimo to potencjał mediów społecznościowych, jak wynika z obserwacji Sotrender, wykorzystuje od 15 do 20 proc. przedsiębiorstw.

– W naszym badaniu liczyliśmy wszystkie firmy, także jednoosobowe działalności gospodarcze, które często nie potrzebują social mediów – precyzuje Filip Cyprowski. – Mimo to udział wykorzystujących te serwisy podmiotów cały czas wydaje się mały.

W 2015 roku – jak wynika z danych Eurostatu – 22 proc. polskich firm korzystało z co najmniej jednego serwisu społecznościowego. Zaangażowanie na co najmniej dwóch deklarowało 8 proc. firm. To jednak powinno się szybko zmieniać.

Jak podkreśla analityk Sotrender, sposób wykorzystania social media zależy od strategii firmy, grupy odbiorców i obranych celów.

– Są trzy główne aspekty, które powinniśmy uwzględniać – wskazuje Filip Cyprowski. – Pierwszym jest wiedza o tym, co ma być sprzedawane i jaki kanał będzie do tego potrzebny. Drugim jest wiedza o klientach, ich zainteresowaniach, odwiedzanych stronach www i reakcji na treści. Trzeci aspekt to wartościowe treści na temat produktu, które będą angażowały naszych klientów, a w efekcie przyczynią się do większej sprzedaży.

Istotna jest także reakcja na komentarze, uwagi i skargi klientów. Media społecznościowe znacznie ułatwiają bezpośrednią interakcję między klientem a firmą. Jak wynika z grudniowego raportu Fanpage Trends, najkrótszy czas reakcji w procesie obsługi klienta charakteryzuje firmy telekomunikacyjne (5 minut 18 sekund), na kolejnych miejscach są banki (prawie 25 minut), supermarkety (prawie 30 minut) oraz firmy RTV/AGD (prawie 31 minut). Supermarkety za to najczęściej odpowiadają na komentarze klientów. Procent reakcji wynosi 81,61 proc., w dalszej kolejności są banki (80,38 proc.), firmy telekomunikacyjne (78,46 proc.) i RTV/AGD (75,23 proc.).

Rynek obligacji okazją roku?

W ostatnim czasie mogliśmy zaobserwować potężny wzrost rentowności obligacji. Niektórzy analitycy zaczęli ogłaszać, że rynek byka (wzrostu cen obligacji) został zakończony. Osoby, które uwierzą w takie prognozy mogą zostać skazani na sporą stratę. Na samym początku przyjrzyjmy się argumentom, dla których rentowność obligacji ma zacząć rosnąć:

  1. Wzrost podaży obligacji;
  2. Nowy Prezydent USA;
  3. Wzrost stóp procentowych;
  4. Wzrost inflacji;
  5. Świat pozbywa się obligacji USA.

Z każdym z powyższych powodów (oprócz ostatniego) mieliśmy już do czynienia w przeszłości, a i tak trend spadkowy rentowności obligacji został zachowany. Dla potwierdzenia wystarczy spojrzeć na poniższy wykres:

Rynek obligacji okazją roku? 7

Źródło: Bloomberg

Wykres przedstawia kadencję Prezydentów USA na tle rentowności 10- letnich obligacji. Żadna z powyższych osób, ani kadencji nie zdołała zmienić trendu na rynku obligacji. Obecny trend jest utrzymany od 1980 roku, czy zatem możemy spodziewać się, że jedno wydarzenie oraz podwyżka stóp procentowych zmieni jego bieg?

Dla przeciwwagi, poniżej znajdują się argumenty, dla których trend na rynku obligacji powinien być kontynuowany:

  1. Banki centralne cały czas dodrukowują pustą walutę;
  2. Spada szybkość waluty w obiegu;
  3. Dług jest zbyt duży, ewentualny wzrost rentowności przełoży się na sporą liczbę bankructw na każdym poziomie zadłużenia (rządowym, korporacyjnym oraz prywatnym);
  4. Luźna polityka monetarna na całym świecie;
  5. Zaniżanie inflacji przez agencje statystyczne.

Powodów do dalszego spadku rentowności jest o wiele więcej, ale podał najważniejsze. Niektóre z nich zostały już dokładnie omówione na spotkaniach: Smart Inwestor. W tej analizie skupimy się na dwóch: Szybkości obiegu pieniądza oraz skali zadłużenia.

Szybkość obiegu pieniądza

Rynek obligacji okazją roku? 8

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie pokazano szybkość obiegu pieniądza (linia czerwona) na tle rentowności 30-letnich obligacji USA. Wskaźnik „Velocity of Money” w dużej mierze oddziałuje na inflację. Jeżeli spada, to bardzo wątpliwe jest, aby wzrost cen przyspieszył. Obecnie znajduje się na poziomie 1.44, oznacza to, że każdy 1 dolar amerykański znajdzie się w gospodarce jedynie 1.44 razu. W 1997 roku 1 USD znajdował się w obiegu dwa razy. Reasumując, po kryzysie w 2008 roku ludzie zwiększyli stopę oszczędności obawiając się o najbliższą przyszłość.

Dług jest nie do utrzymania

Rynek obligacji okazją roku? 9

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano rentowność 10-letnich obligacji USA (żółta linia) oraz dług publiczny USA w stosunku do PKB (linia biała), który obecnie przekracza 105 procent. Od 1980 roku możemy zaobserwować spadek rentowności obligacji. Rosnącemu długowi musi towarzyszyć spadek rentowności, w przeciwnym razie rząd ugiąłby się pod jego ciężarem i zbankrutowałby.

Ostatni wzrost rentowności przyczynił się do spadku jej ceny, co możemy zaobserwować na poniższym wykresie.

Rynek obligacji okazją roku? 10

Źródło: Admiral Markets

Spadek ceny uatrakcyjnił poziomy do zajęcia pozycji długiej. Cena oraz rentowność obligacji są ze sobą odwrotnie skorelowane, warto o tym pamiętać. Kontynuacja 30-letniego trendu spadku rentowności wzniesie cenę obligacji na jeszcze wyższe poziomy.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Sukces komercyjny firm jest powiązany z ich strategicznym zaangażowaniem na rzecz zrównoważonego rozwoju

Świat wciąż boryka się z wieloma problemami społecznymi i ekonomicznymi, z którymi rządy poszczególnych państw nie są w stanie poradzić sobie samodzielnie. Równolegle firmy coraz częściej przekonują się, że trwały sukces komercyjny w biznesie powinien być powiązany z zaangażowaniem na rzecz zrównoważonego rozwoju. Jednak organizacje mają problem z definiowaniem i komunikowaniem celu, na którym chcą się skoncentrować. Tylko jedna czwarta największych firm w Wielkiej Brytanii ma w swojej strategii jasno wyznaczony cel związany ze zrównoważonym rozwojem. Firma doradcza Deloitte na odbywającym się w ubiegłym tygodniu Światowym Forum Ekonomicznym w Davos przedstawiła raport „2030 Purpose: Good business and a better future. Connecting sustainable development with enduring commercial success” zachęcający przedsiębiorstwa do transformacji modeli biznesowych na bardziej zrównoważone, które nie tylko poprawią ogólny dobrobyt społeczny, ale także przyczynią się do ich sukcesu biznesowego.

We wrześniu 2015 r. na szczycie ONZ przywódcy ponad 100 państw przyjęli 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju do 2030 r. (z ang. Sustainable Development Goals – SDGs). Cele te uwzględniają wymiar ekonomiczny, społeczny i środowiskowy, zwracają uwagę na konieczność eliminacji ubóstwa, ochronę środowiska naturalnego oraz zagwarantowanie zrównoważonej konsumpcji i produkcji. „Cele zrównoważonego rozwoju powinny stanowić ramy dla wspólnych działań, które mogą chronić przyszłość naszą i kolejnych pokoleń. Przedsiębiorcy mają tutaj ogromną rolę do odegrania. Firmy w swoich strategiach biznesowych powinny mieć jasno zdefiniowany cel, na którym chcą się skoncentrować i w którego realizację autentycznie wierzą. W Deloitte nazwaliśmy tę koncepcję 2030 Purpose – mówi Irena Pichola, Partner w Deloitte, Lider Zespołu Sustainability Consulting Central Europe. 2030 Purpose jest dobrowolnym wyborem, ale jest to wybór, który coraz częściej jest uznawany przez biznes jako konieczny warunek gwarantujący dostarczenie długoterminowej wartości, zarówno dla interesariuszy, jak i ogółu społeczeństwa. Co ważniejsze, takie podejście przynosi korzyści również samym przedsiębiorstwom, które zyskują nowe szanse i możliwości biznesowe” – dodaje.

Działanie biznesu na rzecz zrównoważonego rozwoju pozytywnie wpływa na wszystkich jego interesariuszy. Firmy, które w swojej strategii mają jasno zdefiniowane cele społeczne, środowiskowe oraz ekonomiczne, przyciągają najbardziej utalentowanych pracowników. Również konsumenci wybierają te marki, które cieszą się zaufaniem społecznym. Aktywność w obszarze zrównoważonego rozwoju działa korzystnie także na partnerów danej firmy oraz wspiera dialog z regulatorami. Również inwestorzy w dłuższej perspektywie czasowej coraz częściej dostrzegają korzyści płynące z zaangażowania firmy na rzecz zrównoważonego rozwoju. Wreszcie, ważnym elementem jest przyjęcie założeń gospodarki o obiegu zamkniętym, która, uwzględniając ograniczoną ilość zasobów naturalnych, nie tylko redukuje ilość odpadów i emisji, ale również wg wyliczeń Komisji Europejskiej może przynieść unijnym firmom oszczędności rzędu 600 mld euro, co w przeliczeniu na udział w ich rocznym obrocie dałoby 8 proc. mniej wydatków.

Jak podkreślają eksperci Deloitte, cel wybrany przez daną firmę musi być spójny ze strategią biznesową, modelem działania i jej kulturą; tym bardziej, że w erze cyfrowej rzeczywistości wszelkie podejmowane przez nią działania za pośrednictwem Internetu i mediów społecznościowych szybko trafiają do opinii publicznej.

W aktywności na rzecz zrównoważonego rozwoju niezbędna jest przejrzystość, spójność oraz zaangażowanie. Tymczasem, z badania przeprowadzonego przez Deloitte wśród 150 brytyjskich spółek giełdowych o najwyższej kapitalizacji, które wchodzą w skład indeksu FTSE350, wynika, że tylko jedna czwarta spółek ma jasno wyznaczony cel związany z działaniem na rzecz dobra społecznego, ekonomicznego i środowiskowego. Co więcej, jedynie połowa z tej grupy wyraźnie opisała ten cel w swojej strategii. Spośród 17 celów zrównoważonego rozwoju zdefiniowanych przez ONZ firmy najczęściej wybierały te związane z:

  • zapewnieniem ochrony zdrowia wszystkim, niezależnie od wieku, i promocji dobrej jakości życia (SDGs nr 3),
  • promowaniem trwałego, zrównoważonego i sprzyjającego włączeniu społecznemu rozwoju gospodarczego oraz godnej i produktywnej pracy dla wszystkich (SDGs nr 8),
  • budowaniem trwałej i wydajnej infrastruktury, wspieraniem zrównoważonego przemysłu oraz rozwijaniem innowacyjności (SDGs nr 9).

Raport Deloitte przywołuje szereg przykładów koncernów, które w swojej strategii zawarły cele zrównoważonego rozwoju, i co ważniejsze, koncentrują się na ich praktycznym wdrażaniu. Serwis pośredniczący w wynajmie nieruchomości Airbnb, opierając się na badaniach Harvardu, które mówią o tym, że właściciele domów i mieszkań wolą zrezygnować z zysku niż wynająć je osobom czarnoskórym, w swoich umowach zaczął stosować klauzule antydyskryminacyjne. Z kolei firma Lucozade Ribena Suntory jesienią ubiegłego roku ogłosiła, że w swoich napojach, w trosce o zdrowie konsumentów, obniża poziom cukru o 50 proc. Skupiająca prawie 800 operatorów komórkowych z całego świata organizacja GSMA zainicjowała akcję „Humanitarian Connectivity Charter”, która wspiera operatorów w ich gotowości w obliczu katastrof naturalnych.

„Również Deloitte w ramach idei „Making an impact that matters” angażuje się w szereg działań na rzecz społeczności, wśród których działa firma. W Polsce wspieramy zaangażowanie pracowników w inicjatywy społeczne, które przyczyniają się do pozytywnych zmian w naszym otoczeniu. Rozumiemy, że sukces finansowy w dłuższej perspektywie idzie w parze z realizacją celów zrównoważonego rozwoju. Co ważne, także na co dzień, poprzez nasze doradztwo, odgrywamy ważną rolę – pomagamy naszym klientom lepiej funkcjonować, wyróżniać się i odnieść sukces biznesowy, jednocześnie adresując wyzwania zrównoważonego rozwoju naszego świata. Zaproponowana przez nas idea 2030 Purpose pomoże firmom jeszcze bardziej połączyć ich rozwój z pozytywnym wpływem na pracowników, klientów i pozostałych interesariuszy” – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte Polska.

Dynamiczna kontynuacja – prognoza rozwoju polskiego e-commerce w 2017 roku

Ostatni rok dla handlu internetowego można zdecydowanie zaliczyć do bardzo udanych. Dynamika przyrostu postępuje zgodnie z prognozami – na koniec roku wartość rynku oscylowała wokół 36 mld PLN. Na koniec 2017 wielkość ta ma realną szansę przekroczyć 40 mld. Wydaje się także, że dominujące w 2016 roku trendy nadal będą się umacniać.

Szybki rozwój z turbulencjami

Ostatnie lata dla polskiego e-commerce stoją pod znakiem stałego, dynamicznego rozwoju. Stabilność tego trendu wydaje się nienaruszalna, niezależnie od wydarzeń i zmian w światowych gospodarkach czy na scenie politycznej. E-commerce w Polsce jakby stał obok i kompletnie nie zwracał uwagi na to co się dzieje dookoła. Wydaje się, że póki co nic nie jest w stanie zakłócić kontynuacji dużych wzrostów i najprawdopodobniej tak będzie i w tym roku. Kiedy Bank Światowy obniża prognozy wzrostu PKB w Polsce w 2017 roku z 3,4 do 3,1%, w internetowym handlu należy się spodziewać zmiany znów na poziomie kilkunastu procent.

To zdecydowanie bardzo dobra perspektywa, lecz trzeba także zwrócić uwagę na ciemniejszy aspekt zjawiska tak szybkiego rozwoju. Gwałtowne wzrosty, tak można to określić patrząc z perspektywy makro, oznaczą również bardzo wymagającą konkurencję. Szczególnie w przypadku najmniejszych sklepów. Stale obserwujemy powstawanie nowych firm, które starają się zaistnieć w przestrzeni e-commerce, i mimo że wydaje się ona nieograniczona, w krótkiej i średnioterminowej perspektywie, nie każdego ona przyjmie. Stąd trzeba brać pod uwagę, że temu rosnącemu jak na drożdżach sektorowi gospodarki będą towarzyszyć mniej lub bardziej spektakularne plajty.

Wiązać się to będzie nie tylko z presją na poziomie cen. Polski rynek e-commerce rozwija się także pod względem jakościowym, co oznacza że coraz ważniejszą rolę odgrywają takie czynniki jak: client service, sprawność obsługi dostaw i zwrotów, a także umiejętność nadążania za innymi istotnymi trendami, które aktualnie kształtują i profesjonalizują obraz handlu internetowego.

Należy także zwrócić uwagę, że wobec szybkiego rozwoju biznesu w Internecie, nie nadąża trochę rynek pracy. Już teraz widoczne są braki kadrowe, które mogą stanowić poważną barierę w rozwoju firm i całego rynku. Aktualnie mówi się nawet o braku kilkudziesięciu tysięcy specjalistów szerokorozumianego IT! Należy zakładać, że w nadchodzącej przyszłości rozwarstwienie to może nawet się jeszcze powiększać. Oznacza to, że przed firmami z branży e-commerce stoi bardzo poważne wyzwanie (szczególnie jeśli chcą z powodzeniem dostosowywać swoje firmy do bieżących trendów i oczekiwań klientów), o którym niestety nie mówi się wystarczająco często i głośno.

Główne trendy – must have dla sklepu

Wśród nich należy z pewnością wymienić m-commerce. Już obecnie surfujemy częściej na tabletach czy smartfonach. Za tym nieubłaganie idą także zakupy. Brak dostosowania się do tego faktu (responsywność stron, aplikacja etc.) poniekąd oznacza dobrowolne wykluczenie swojego sklepu z coraz ważniejszego, a być może już w niedalekiej przyszłości, głównego kanału sprzedaży.

Wybór płatności to z pewnością kolejny punkt, który podobnie jak w 2016 r., będzie nabierał na znaczeniu w tym roku. Klienci oczywiście liczą na gwarancję bezpieczeństwa transakcji, ale oprócz tego zakupy ma się dokonywać szybko i wygodnie. Obecnie na rynku istnieje co najmniej kilka różnych rozwiązań w tym zakresie i dobrze, żeby sklep oferował swoim klientom odpowiedni wybór. Pomijając nadal popularne przelewy bankowe czy płatności kartami, konsumenci mogą korzystać z przelewów bezpośrednich, oferowanych przez innowacyjne firmy takie jak SOFORT. Ta metoda płatności jest tak samo bezpieczna, jak w przypadku usług bankowych, lecz charakteryzuje się większą wygodą oraz szybkością realizacji płatności. Dzięki temu, użytkownicy mogą korzystać z tych rozwiązań, które preferują i najbardziej lubią.

Z pewnością dalej będzie postępować rozwój omnichannel. Sprzedaż wielokanałowa naturalnie oznacza docieranie do klienta na kilku płaszczyznach. To oczywiste zwiększania szans na poprawę sprzedaży, ale również wyzwanie na poziomie strategicznym. Skuteczne wdrożenie wymaga przede wszystkim perfekcyjnego przekazu danych pomiędzy kanałami sprzedaży tradycyjnej i on-line. Do tego konieczne jest zadbanie o spójność i konsekwencję komunikacji. Kluczowe jest także zadbanie, aby poszczególne kanały sprzedaży nie kanibalizowały się, zwalczały, tylko wspólnie pracowały na dobry wynik. Należy przyjąć filozofię, że jeden kanał powinien stanowić wsparcie dla drugiego i na odwrót. Finalna decyzja klienta o miejscu zakupu (on line czy off line) powinna być, z punktu oceny samego sklepu, drugorzędna.

Jak zostało to wspomniane – cena, mimo że nadal odgrywa dominującą rolę w decyzjach zakupowych, nie jest już jedynym wyznacznikiem powodzenia. Coraz częściej sklepy dochodzą do punktu, że po prostu nie mogą już sobie pozwolić na obniżki w imię konkurencji. Stąd istotniejsza staje się wartość dodana w postaci dodatkowych treści, które towarzyszom klientom podczas obcowania z naszym sklepem. Content daje możliwość budowania przywiązania, lojalności, tworzenia relacji z konsumentem, która sprawi, że zakup w naszym sklepie nie będzie należał do zdarzeń jednorazowych.

Z samymi treściami i ich kształtowaniem ściśle wiąże się UX. Zgodnie ze starym powiedzonkiem „nasz klienta, nasz pan”, badanie, analiza, a następnie wdrażanie rozwiązań w oparciu o doświadczenia użytkowników poruszających się po naszej stronie, to skuteczny sposób na dostosowanie strony czy aplikacji sklepu do praktycznych zachowań i oczekiwań konsumentów, a co za tym idzie – do zwiększenia sprzedaży i przyciągania kolejnych klientów.

Z dostarczaniem unikalnych treści oraz UX ściśle wiąże się również personalizacja. Każdy klient lubi być traktowany indywidualnie, wyjątkowo, wtedy czuje się lepiej zadbany przez sklep. W przypadku handlu internetowego na ratunek przychodzi potencjał drzemiący w Big Data. Już doświadczamy wykorzystywania „ton” danych w układaniu relacji z klientem w e-commerce, lecz należy spodziewać się, że zjawisko to tak naprawdę na dobre zaistnieje dopiero teraz. Śledzenie tego trendu może być szczególnie ciekawe, gdyż na faktyczne efekty i powodzenie wykorzystania analityki licznych informacji do personalizowania oferty czeka cała branża. Może oznaczać to poważną i jednocześnie fascynującą zmianę dla struktur i sposobu funkcjonowania firm operujących w handlu internetowych.

Dłuższa perspektywa

Wydaje się więc, że zdecydowana większość trendów królujących w 2016 roku też będzie na szczycie konferencyjnych agend i programów w roku obecnym. To tym bardziej ważne, mając z tyłu głowy zdecydowaną nadwyżkę miejsc pracy dla specjalistów nad ich liczbą. Z tego też względu branża e-commerce powinna za jeden ze strategicznych celów przyjąć sobie zaangażowanie w projekty edukacyjne, współpracę z uczelniami wyższymi, tak aby w miarę możliwości łagodzić tę hamującą rozwój dysproporcję. W mojej ocenie może być to jedno z ważniejszych wyzwań dla naszego sektora na najbliższe kilka lat. Pomijając tę „rysę” na obliczu polskiego e-commerce, przyszłość zdaje się świetlana.

Przy założeniu, że przez najbliższe 5-6 lat rynek będzie się rozwijał tak szybko jak obecnie, to przewidywania, że w tym czasie się on podwoi, są jak najbardziej realne (tym bardziej, że zauważalny jest już proces kurczenia się handlu off line). Ciężko oczywiście twardo trzymać się tego scenariusza, lecz póki co na horyzoncie nie widać jakieś konkretnej przyczyny, która miałaby przyhamować to tempo. Na bardziej rozwiniętych rynkach takich jak Francja czy Niemcy nadal nie widać ewentualnych symptomów nasycenia rynku, stąd w Polsce tym bardziej istnieje jeszcze ogromna przestrzeń do zagospodarowania i rozwoju. Wydaje się, że można jedynie się zastanawiać kiedy e-commerce będzie stanowić nie 5% PKB (jak obecnie), a 10%.

Dagmara Sobańska, Country Manager SOFORT GmbH w Polsce

Analiza danych w firmie z sektora MŚP. Czym jest i w jaki sposób ją przeprowadzić?

Gromadzenie i analiza danych jest obecnie istotnym procesem, który pozwala budować wyraźną przewagę konkurencyjną. Wbrew pozorom, analiza danych nie jest czynnością zarezerwowaną wyłącznie dla największych firm, ponieważ z powodzeniem może być też przeprowadzana w małych i średnich przedsiębiorstwach.

Właściciele małych i średnich przedsiębiorstw często podejmują kluczowe dla biznesu decyzje jedynie w oparciu o swoje doświadczenia, obserwacje i intuicję. Zamiast dokładnie przeanalizować daną sytuację, korzystamy z porad przypadkowych osób, bazujemy na niepotwierdzonych informacjach bądź na własną rękę staramy się przewidzieć przyszłość. Tymczasem, we współczesnym świecie biznesu, takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Wobec konieczności konkurowania z wielkimi przedsiębiorstwami, często międzynarodowymi, małe i średnie firmy nie mogą sobie pozwolić na nadmierne koszty lub nieprzemyślane decyzje. Jak więc się tego ustrzec? Odpowiedzią jest analiza danych (ang. Big Data Analysis) – dziedzina dostępna do niedawna tylko dla największych, która obecnie staje się wręcz niezbędna dla każdego, kto chce prowadzić biznes z sukcesem. O skutecznej analizie danych przy podejmowaniu decyzji biznesowych opowiada Wojciech Kryński, współwłaściciel firmy Ground Frost, zajmującej się analizą danych dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Po co gromadzić dane?

Większość dużych przedsiębiorstw już dawno dostrzegła korzyści płynące z analizy danych. Znane firmy z branży IT prowadzą ciągłą rejestrację naszego ruchu w Internecie, aby pokazywać reklamy lepiej dopasowane do naszych zainteresowań. Pomaga im to sprzedawać kampanie reklamowe w wyższych cenach, argumentując, że są one skutecznie dostosowane do profilu potencjalnych klientów. Zbieranie danych odbywa się nie tylko w Internecie, ale także i w codziennym życiu. Podczas wizyty na stacji benzynowej, jej pracownicy z chęcią wydają nam karty stałego klienta. W efekcie, w zamian za obietnice nagród przekazujemy im informacje na temat tego co, gdzie i kiedy kupujemy. Supermarkety zachęcają nas do zainstalowania na swoich telefonach aplikacji, dzięki którym otrzymamy u nich zniżki, ale za to będą one znać zawartość naszych koszyków oraz to, kiedy i gdzie robimy zakupy, co z kolei pozwala na oszacowanie wielkości naszych zarobków. Oprócz tego, udostępniamy też informacje o tym, gdzie mieszkamy oraz z jakich kanałów sprzedaży korzystamy najczęściej.

Dzięki takim praktykom firmy mogą kreować promocje bardziej dopasowane do potrzeb poszczególnych klientów, co znacznie zwiększa prawdopodobieństwo, że ci wybiorą właśnie ich sklep. Oprócz tworzenia promocji, analiza zebranych danych wpływa na wiele kluczowych decyzji biznesowych, jak wybór oferowanego asortymentu, tworzenie i umiejscowienie nowych placówek sprzedażowych i formę kontaktu z klientami. Trafne decyzje podjęte na podstawie analizy danych, które przekładają się np. na skuteczniejsze dotarcie do klienta, są efektywnym sposobem budowania przewagi konkurencyjnej na rynku.

Co mogą małe i średnie przedsiębiorstwa?

Czy sektor MŚP ma szansę na skorzystanie z dobrodziejstwa, jakim jest Big Data Analysis? Na pewno środki przeznaczane przez wielkie firmy na gromadzenie danych są niedostępne dla mniejszych przedsiębiorstw. Nowoczesne systemy informatyczne, a także systemy analizy danych (wspierane przez profesjonalnych matematyków i statystyków) to olbrzymi wydatek, nieuzasadniony w przypadku mniejszych firm. Zyski, które przedsiębiorstwa z sektora MŚP osiągnęłyby przy zastosowaniu tak rozbudowanych metod byłyby nieporównywalnie mniejsze do poniesionych kosztów zakupu, wdrożenia i utrzymania takich systemów. Małe i średnie firmy nie muszą jednak iść tak daleko. Ich siłą jest umiejętność dokonywania szybkich zmian i dostosowań. To, co duże firmy zrobią po przeanalizowaniu petabajtów danych i pięciu zebraniach zarządów, mała firma może zrobić na podstawie obserwacji trendów i jednej decyzji prezesa.

Jak przeprowadzić poprawną analizę danych?

Analiza danych to, w najprostszym ujęciu, składanie razem cząstek informacji i łączenie ze sobą kropek, które w przeszłości pozostawały niepołączone. To w zasadzie przedłużenie intuicji właściciela lub menedżera, tylko oparte na twardych danych pochodzących z różnych źródeł w firmie. Analiza danych składa się z trzech etapów:

Ustalenie celu analizy danych

Przed przystąpieniem do analizy małe i średnie przedsiębiorstwa muszą zastanowić się nad jej celem. Posiadając ograniczony budżet, musimy najpierw postawić odpowiednie pytania, tak aby przeprowadzona analiza była ukierunkowana na znalezienie dla nich trafnych odpowiedzi. Może chodzi o to, by zwiększyć sprzedaż do określonej grupy klientów, grupy zawodowej lub konkretnej kategorii wiekowej? Może zależy nam na zmniejszeniu kosztów lub zwiększeniu skuteczności akcji marketingowych? A może chodzi o to, by poprzez dogłębną analizę zmniejszyć koszty, które nie przekładają się na oczekiwane wyniki?

Pozyskanie rzetelnych danych

Analiza danych dla małych i średnich przedsiębiorstw musi spełniać dwa podstawowe kryteria:

  • musi być tania – tak od strony gromadzenia danych, jak i ich analizy;
  • musi w jak największym stopniu bazować na danych, które już, w jakiś sposób do organizacji docierają i uzupełniać je o nowe źródła danych, stopniowo minimalizując koszty.

Warto tu zaznaczyć, że małe i średnie firmy mają – wbrew pozorom – dużą ilość danych, z tym, że dane te nie są zazwyczaj poddawane analizie oraz kojarzeniu z danymi z innych źródeł, nawet w ramach tej samej firmy. Potrzebne nam informacje możemy pozyskiwać z systemów firmy, arkuszy prowadzonych przez przedsiębiorstwo, danych zewnętrznych jak Google Analytics, czy Facebook Insight.

Przykładami danych, które firma może zebrać w ramach codziennych działań, są:

  • konwersacje na temat produktów/usług firmy w mediach społecznościowych i ich związek z trendami zakupowymi;
  • wizyty na stronach internetowych, przepływ wizyt pomiędzy stronami, źródła wizyt;
    porównania kampanii marketingowych z ich efektem na stronie internetowej i w mediach społecznościowych;
  • analiza reklamacji/zapytań/rezygnacji klientów;
  • dane z systemów CRM, sprzedażowych, sieci sprzedaży;
  • dane z kadr na temat wydajności lub retencji pracowników;
  • dane z księgowości na temat przychodów i kosztów, oraz ich rodzajów.

Nawet jeżeli mała firma sama nie jest w stanie pozyskać wystarczająco dużo danych, aby wychwycić trendy, istnieje możliwość porównania pozyskanych danych z informacjami innych małych firm, by w ten sposób odkryć wzory zachowań i oczekiwań klientów z danej branży.

Analiza i wyciąganie wniosków

Łączenie danych i ich analiza może być wykonywana na wiele sposobów – poprzez arkusze kalkulacyjne, stworzone w tym celu bazy danych lub przez dostępne na rynku wyspecjalizowane aplikacje. Wszystko zależy od stopnia skomplikowania niezbędnych analiz oraz potencjalnych, możliwych do odniesienia korzyści. Warto jednak zwrócić uwagę, że analiza danych jest skutecznym narzędziem do budowania przewagi konkurencyjnej tylko pod warunkiem, że stanowi ona ciągły proces. Przykłady największych spółek na świecie – Facebooka, Google’a czy Walmarta – potwierdzają, że technika ta działa tylko w momencie, w którym zostanie wdrożona na stałe w działania firmy.

Jak korzystanie z analizy danych wpływa na nasz biznes?

Posiadanie twardych danych na temat klientów, zależności między przychodami a kosztami, efektywności wysiłków promocyjnych oraz skuteczności sprzedawców jest w stanie zmienić całkowicie charakter podejmowanych decyzji. W procesie decyzyjnym zostaje zniwelowany czynnik niepewności, a wybory podyktowane są rzetelną wiedzą, a nie przypadkowymi opiniami. Dzięki poznaniu wzorców zachowań klientów, przedsiębiorstwo jest w stanie edukować pracowników tak, aby mogli reagować na konkretne trendy. Analiza danych jest więc w stanie całkowicie zmienić sposób, w jaki zarządzana jest firma.

Analiza danych urasta w tej chwili do jednego z podstawowych narzędzi zarządzania biznesem. I tak jak w latach 90., polscy przedsiębiorcy musieli nauczyć się zasad profesjonalnego marketingu, aby nie pozostać w tyle firmami z Zachodu, tak teraz dokładnie ten sam proces następuje w zakresie analizy danych. Upowszechnianie się analiz danych jest zjawiskiem nie do przeskoczenia, a tym bardziej – nie do zignorowania. A ci z przedsiębiorców, którzy pierwsi to zauważą – wygrają.

GDPR – niedostateczna ochrona danych będzie bardzo kosztowna

Rok 2017 to czas, jaki mają polskie firmy na dostosowanie się do nowych unijnych rozporządzeń o ochronie danych osobowych, znanych pod skrótem GDPR (General Data Protection Regulation). Jeśli tego nie zrobią, grożą im kary w wysokości do 20 milionów euro lub 4 proc. rocznego obrotu.

Nowa europejska regulacja będzie obowiązywać od maja 2018 roku we wszystkich krajach UE. Wydaje się to dość odległym terminem, ale skala wyzwań związanych ze spełnieniem wymogów nowych regulacji jest na tyle duża, że przygotowania należy zacząć jak najwcześniej. Odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania związane z tymi wyzwaniami przygotowała firma Onwelo SA, która m.in. zajmuje się usługami doradczymi i wykonawczymi w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Jakie firmy muszą się dostosować do nowych przepisów?

Nowe przepisy w zakresie ochrony danych osobowych będą obowiązywały każdą firmę, która przetwarza dane osobowe w sposób automatyczny. W tej grupie są np. serwisy społecznościowe, sklepy internetowe, apteki, uczelnie, towarzystwa ubezpieczeniowe czy banki.

Należy pamiętać, że nowe obowiązki dotyczą tych firm i instytucji, które przetwarzają dane osobowe obywateli któregoś z państw UE lub gdy przetwarzanie danych odbywa się choćby w minimalnym stopniu na terenie UE – np. przez fizyczną lokalizację siedziby bądź oddziału firmy na terenie państwa członkowskiego” – tłumaczy Rafał Głąb, odpowiedzialny za usługi w zakresie bezpieczeństwa danych w Onwelo.

Czy muszę zatrudnić odrębną osobę do ochrony danych osobowych?

Wedle regulacji GDPR, wymóg zatrudnienia osoby odpowiedzialnej za ochronę danych osobowych jest obligatoryjny, ale jedynie w kilku przypadkach. Dotyczy to:

  • wszystkich podmiotów publicznych (poza organami sądowymi),
  • firm, których główna działalność polega na przetwarzaniu szczególnych danych osobowych, np. danych etnicznych, rasowych, dotyczących seksualności, poglądów politycznych, religijnych, czy też np. wyroków z przeszłości,
  • firm, które monitorują zachowanie osób i jednocześnie przetwarzają ich dane osobowe (pod tę definicję pochodzi np. Facebook albo Google).

Osoba na stanowisku Inspektora/Oficera Ochrony Danych może być wspólna dla grupy firm czy instytucji, o ile jest z nią zawsze łatwy kontakt niezależnie od geograficznego położenia każdej z firm czy instytucji.

Co to jest „Data Protection Impact Assessment” i czy muszę go mieć?

Każda z firm, która w automatyczny sposób przetwarza dane osobowe i z tego powodu podlega pod nowe regulacje, musi stworzyć sformalizowaną i udokumentowaną ocenę skutków ochrony danych (z ang. – „Data Protection Impact Assessment”).

Takie opracowanie musi zawierać dokładny i systematyczny opis celów przetwarzania danych, a także planowanych operacji z tym związanych. Należy także wyjaśnić jaki to ma związek z działalnością organizacji. Dokument musi zawierać także ocenę, czy operacje przetwarzania są niezbędne i proporcjonalne do wyznaczonych celów, a także oszacowanie ryzyka naruszenia praw lub wolności osób, których dane są przetwarzane. Każda organizacja musi także przedstawić środki planowane w celu zaradzenia potencjalnemu ryzyku. Każdorazowo w przypadku zmiany ryzyka trzeba też korygować DPIA” – wyjaśnia Marcin Baranowski, ekspert ds. bezpieczeństwa IT w firmie Onwelo. Jeśli ocena wykaże, że ryzyko naruszenia danych osobowych jest wysokie, administrator danych ma obowiązek skonsultowania się z organem nadzorczym przed rozpoczęciem przetwarzania danych. Ten w terminie do 8 tygodni (przedłużalne do 14 tygodni) wydaje pisemne zalecenia, w jaki sposób należy to ryzyko zminimalizować.

Na co jeszcze należy uważać, aby uniknąć kar?

GDPR wprowadza także szereg zmian w już istniejących przepisach dot. ochrony danych osobowych, które będą musiały znaleźć odzwierciedlenie w regulaminach i polityce prywatności firm. Konieczne będzie np. udokumentowanie każdego z miejsc i zakresu przetwarzania danych, uzupełnienie wszystkich wymaganych zgód, w sposób widoczny i jawny, a także wdrożenie narzędzi do monitorowania procesu przetwarzania danych i do alarmowania o wykrytych nieprawidłowościach.

Każdorazowo informacja o naruszeniu danych osobowych będzie musiała być przekazywana do GIODO, a także do wszystkich osób, których dane zostały naruszone. Jeśli kontakt z takimi osobami wymagałby niewspółmiernie dużego wysiłku, będzie można wydać np. publiczny komunikat. Zgłoszenie o naruszeniu danych musi zawierać opis charakteru naruszenia, imię, nazwisko i dane kontaktowe do administratora danych, a także opis możliwych konsekwencji naruszenia oraz środków podjętych w celu zaradzenia naruszeniu danych. Jeśli zgłoszenie o naruszeniu danych osobowych zostanie przekazane po 72 godzinach, będzie także należało dołączyć wyjaśnienie przyczyn opóźnienia” – tłumaczy Rafał Głąb.

Czy należy bać się GDPR?

Nowe przepisy z pewnością będą uciążliwe do wdrożenia, w szczególności dla małych firm czy e-sklepów. Dostosowanie się do nowych regulacji będzie wymagało od nich przejrzenia już istniejących regulacji w zakresie ochrony danych osobowych, istniejących procedur i narzędzi, a następnie uaktualnienia ich w zgodzie z nowymi przepisami. Dla większych firm, które przetwarzają duże ilości danych osobowych i gdzie ryzyko ich naruszenia jest większe, będzie to także duże wyzwanie. Będą one musiały dołożyć wszelkich starań, aby odpowiednio zabezpieczyć przetwarzane przez siebie dane osobowe i tym samym nie narazić się na drakońskie kary.

Przy tym wszystkim należy jednak pamiętać, że nowe regulacje zostaną wprowadzone z myślą o ochronie nas wszystkich i myślę, że to dobrze, że przetwarzające nasze dane osobowe firmy i instytucje będą musiały starać się to robić tak bezpiecznie, jak to tylko możliwe” – podsumowuje Rafał Głąb.

Słaba sprzedaż na Wyspach. Trump straszy rynki

Po Brexicie gospodarka brytyjska ma trochę zadyszki. Moody’s potwierdza dobrą kondycję polskich banków mimo zmian. Dolar traci względem euro.

Słabe dane z Wielkiej Brytanii

W piątek o 10:30 poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej na wyspach. Rośnie ona o 4,3% w skali roku. Nie jest to teoretycznie zły wynik. Teoretycznie, gdyż analitycy spodziewali się wzrostu o niemal 3% więcej. W rezultacie słabszego od oczekiwań odczytu rynki szybko skorygowały pozycję. W ciągu niecałego kwadransa funt staniał o grosz.

Moody’s o bankach

Agencja ratingowa Moody’s opublikowała komunikat na temat stabilności polskiego systemu bankowego w obliczu nowych rekomendacji Komitetu Stabilności Finansowej. Chodzi o przepisy, które wymagają większego zabezpieczenia hipotek walutowych. Teoretycznie wskaźniki banków pogorszą się. Jak jednak słusznie zauważa agencja spełniając te wymagania banki będą musiały zatrzymać więcej kapitału niż obecnie zatem ich ogólna sytuacja pod tym kątem się poprawi. Ryzykiem dla systemu bankowego może być niższa rentowność przez mniej nowych kredytów. Tutaj jednak agencja nie wskazuje na większe ryzyko podkreślając, że mniej kredytów może spowodować ich lepszą jakość.

Dane z Polski

Już wiemy dlaczego wzrost gospodarczy był taki niski w 2016 roku. Zdaniem Mateusza Morawieckiego winne są dane o eksporcie, a konkretnie udział w nim transakcji mających na celu wyłudzenie VAT. Z tego powodu rząd chce zaktualizować dane za lata 2014-2015 o szacowaną wysokość nadużyć. Ma to być kwota nawet 30 miliardów złotych, a co najważniejsze wrzucona na konto poprzedników. Teoretycznie wyższy wzrost gospodarczy uzyskany w ten sposób powinien wzmacniać złotego. Z drugiej strony negatywna rewizja powinna go osłabiać. Finalne najprawdopodobniej znowu okaże się, że inwestorzy nie ufają tego typu machinacją i mają potężny dystans do polskich wewnętrznych gierek, co w sumie dobre bo stabilizuje złotego.

Donald Trump jednak straszny

Od momentu wyboru nowego prezydenta w USA wydawało się, że pomimo pierwszych wątpliwości każdy wybór był korzystny dla USA. Im jednak bliżej jednak było to zaprzysiężenia tym bardziej rynki zaczynały się bać. Obecnie już dawno pożegnaliśmy poziom 1,05 na EURUSD i dotarliśmy do 1,075. Efektem tej zmiany jest fakt, że bez zmian kursu euro dolar potaniał o około 10 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych nie ma ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

J. Wojton (Copernicus Capital TFI): w 2017 roku spodziewamy się wzrostów w segmencie małych i średnich spółek

J. Wojton (Copernicus Capital TFI): w 2017 roku spodziewamy się wzrostów w segmencie małych i średnich spółek 11

Najbliższy rok powinien przynieść zyski w segmencie małych i średnich spółek – przewiduje Jacek Wojton z Copernicus Capital TFI. Jego zdaniem także spółki z WIG20, zwłaszcza po dobrej końcówce 2016 roku, mają spory potencjał do wzrostu. Zarządzający podkreśla jednak, że podstawą do osiągnięcia wysokich stóp zwrotu jest właściwa selekcja spółek portfelowych oraz kontrola tego, co dzieje się w globalnej gospodarce.

Zarządzający funduszami Copernicus Capital TFI oczekuje, że w tym roku spółki o małej i średniej wielkości będą kontynuowały wzrostową tendencję. Zaznacza jednak, że po wzrostach z końca 2016 roku interesującymi aktywami stały się także największe spółki wchodzące w skład indeksu WIG20.

– W poprzednich dwóch latach WIG20 mocno ciążył w większości funduszy akcyjnych, Ale tak jak widzieliśmy w ostatnich dwóch miesiącach 2016 roku, także ten indeks może dać zarobić inwestorom – mówi agencji Newseria Jacek Wojton, zarządzający funduszami Copernicus Capital TFI.

Według stanu na koniec 2016 roku aktywa zgromadzone w subfunduszu spółek wzrostowych wynosiły przeszło 8,3 mln zł. Większość z nich, bo blisko 90 proc., ulokowana była w akcje. Pozostałą część zgromadzonych kapitałów zainwestowano m.in. w obligacje i instrumenty pochodne. Podobną strukturą aktywów charakteryzuje się z drugi z funduszy akcyjnych Copernicusa, czyli FIO Akcji.

– Te fundusze są z założenia aktywnie zarządzane. Staramy się niemalże codziennie dostosowywać ich skład do zmieniającej się sytuacji globalnej, ale też do wyników spółek i przewidywań w poszczególnych sektorach – wyjaśnia Jacek Wojton. – Tak planujemy to robić w dalszym ciągu, żeby nie zaniedbywać zarządzania tymi funduszami, żeby one były ciągle dostosowywane do sytuacji, która panuje w globalnej gospodarce krajowej, ale też przewidywań osiągania zysków przez poszczególne podmioty – podkreśla zarządzający.

Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Copernicus Capital oprócz funduszy o charakterze otwartym zarządza przeszło setką funduszy inwestycyjnych zamkniętych, a łączna wielkość obsługiwanych aktywów to 9 mld zł. TFI jest częścią notowanej na rynku NewConnect grupy kapitałowej Copernicus Securities.

Nowe kierunki emigracji zarobkowej Polaków – Czechy coraz atrakcyjniejsze

Na europejskich rynkach pracy mamy do czynienia z regularnymi spadkami poziomu bezrobocia i poprawą sytuacji na rynkach pracy. Istnieją pewne wyjątki pokazujące, że może być lepiej niż spodziewaliśmy się w ostatnich miesiącach i latach. Dobrym przykładem jest czeski rynek pracy, który notuje najniższą stopę bezrobocia w całej Unii Europejskiej.

Bezrobocie w tym kraju wynosi obecnie 3,7% – jest niższe niż w Niemczech oraz Wielkiej Brytanii. Czescy pracodawcy przedstawiają swoje oferty pracownikom zza granicy – również Polakom. Work Service realizując rekrutacje czeskich firm – na poziomie 100 kandydatów tygodniowo – zwrócił uwagę na zainteresowanie Polaków tym kierunkiem emigracji.

– Nadal kluczowymi krajami emigracji polskich pracowników pozostaje Wielka Brytania i Niemcy – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Najpopularniejszym kierunkiem są Niemcy, lecz – jak pokazały ostatnie nasze badania – zaczynają one tracić swoją popularność. Głównym powodem jest kwestia zagrożenia terrorystycznego, które pojawiło się w Europie Zachodniej.

Co 5 Polak myślący o wyjeździe i pracy za granicą twierdzi, że jest zniechęcony ze względu na niebezpieczeństwo terrorystyczne. Kolejnym powodem, który zniechęca Polaków do wyjazdu, jest Brexit. Z ostatnich doniesień oraz wypowiedzi Theresy May – premier Wielkiej Brytanii – wynika, że Wielka Brytania opuści struktury wspólnego rynku unijnego. Prawdopodobnie będzie to powodem pojawienia się wiz dla pracowników zamierzających wyjechać do Wielkiej Brytanii. Spowoduje to osłabienie popularności tego kierunku emigracyjnego, który na przestrzeni ostatniego roku dwukrotnie stracił na swojej popularności – podsumował Kubisiak.

Kurs euro najwyższy w stosunku do dolara od grudnia

Amerykański dolar traci na wartości na poniedziałkowej sesji azjatyckiej, docierając do najwyższego poziomu w stosunku do euro od ponad miesiąca po tym, jak inwestorzy zaczęli realizować zyski z dolara po wzroście w oczekiwaniu na inaugurację Donalda Trumpa.

Euro umocniło się o 0,41 proc. w stosunku do dolara i jest obecnie handlowane na poziomie 1,0750, najwyższym od 8 grudnia. To pomogło zepchnąć indeks dolara o 0,51 proc. do poziomu 100,26. Dolar w stosunku do jena japońskiego, który jest uważany za bezpieczną przystań, traci 1 proc. i jest handlowany na poziomie 113,45.

Trump na swojej inauguracji podkreślił swoją politykę America First”, lecz w jego wypowiedziach było za mało konkretnych propozycji. Inwestorzy, mający nadzieję na szczegółowe informacje o planach Trumpa mocno się rozczarowali, co pokazuje dzisiejsza reakcja na światowych rynkach.

Ceny ropy po weekendowym spotkaniu ministrów krajów OPEC i krajów spoza OPEC zachowują się dosyć spokojnie. Większość komentarzy odnosiło się do pozytywnego cięcia ze strony wszystkich państw, lecz nie poznaliśmy nowych informacji, które byłyby znaczące dla rynku. Ropa WTI traci obecnie 0,56 proc. i jest handlowana na poziomie 52,91 dolarów za baryłkę.

Ceny złota wzrosły ze względu na słabego dolara i chęć schronienia przed niepewnością polityki USA po zaprzysiężeniu Trumpa na prezydenta. Cena złota rośnie obecnie o 0,66 proc. i jest handlowane ono na poziomie 1212 dolarów za uncję.

Maciej Boruc
Manager w KOI Capital

Trump trzyma rynki w napięciu

Prezydentura Trumpa wystartowała, ale jak na razie rynki finansowe nie wykazują optymizmu z tego powodu. Sesja w Azji przynosi spadki indeksów, przecenę USD, a kupowane są bezpieczne przystanie: JPY i złoto. Protekcjonistyczny ton przemówienia inauguracyjnego wzbudza strach o skurczenie się światowej wymiany handlowej.

Donald J. Trump został zaprzysiężony na 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych i szybko wskazał, co będzie motywem przewodnim jego kadencji: America First. Według słów Trumpa od teraz wszystko ma być czynione dla korzyścią amerykańskich pracowników i rodzin, a

„Ameryka ma znowu wygrywać, jak nigdy wcześniej”. Spośród weekendowych doniesień przebija się renegocjacja z Kanadą i Meksykiem porozumienia handlowego NAFTA, wstrzymanie prac nad Partnerstwem Transpacyficznym (TPP), czy wycofanie Obamacare. To duże i ważne zmiany nie tylko dla USA, ale dla świata, gdyż podnoszą obawy o wojny handlowe i ograniczenia w międzynarodowej wymianie dóbr i usług. Niepewność polityczna zaczyna wzrastać, co dla rynków finansowych oznacza kłopoty w utrzymaniu zrostów na rynku akcji i ucieczkę do bezpiecznych aktywów: złota, obligacji, a na rynku walutowym – JPY i CHF. Dla USD dalej trwają trudne czasy. Jakkolwiek wcześniej oczekiwania wzrostu wydatków budżetowych i niższych podatków dawały siłę dolarowi, tak teraz przyćmiewane są przez obawy o negatywne skutki (polityczno-handlowe) zaczynającej się prezydentury. Wciąż jest zbyt dużo długich pozycji w USD, które są skłonne do nerwowej kapitulacji. Pusty kalendarz danych makro na początku tygodnia oraz przerwa w wystąpieniach przedstawicieli Fed przed przyszłotygodniowym posiedzeniem oznacza, że będzie trudniej o sygnały wspierające USD. Ruch EUR/USD ponad 1,08 i USD/JPY pod 112 może być łatwy do przeprowadzenia.

Dziś sprzedaż hurtowa z Kanady i indeks nastrojów konsumentów z Eurolandu nie są publikacjami, które zwykły ruszać rynkiem walutowym. W Europie przemawiać będą prezes EBC Draghi oraz członek Banku Praet, choć nie ma pewności, że udzielą komentarzy odnośnie polityki pieniężnej. Reszta tygodnia nie rozpieszcza pod kątem publikacji. W USA dopiero w piątek trafią dane o PKB za IV kw. i zamówienia na dobra trwałe. Pierwszy ma wskazać spowolnienie względem III kw., a w zamówieniach ma pojawić się odbicie. W strefie euro wstępne szacunku PMI przyciągną uwagę pod kątem wskazania, czy dokonuje się dalsza poprawa aktywności biznesu. Negatywnie patrzymy na EUR w średnim ternie i gołębi wydźwięk ostatniego posiedzenia ECB przemawia w tym kierunku, choć EUR/USD niekoniecznie musi dobrze to odzwierciedlać. W Wielkiej Brytanii przy danych o PKB (czw) główne pytanie będzie dotyczyć inwestycji w obliczu Brexitu. Z ryzyk politycznych, we wtorek Sąd Najwyższy przedstawi wyrok w sprawie legalności odjęcia decyzji o uruchomieniu procedury Brexit przez rząd bez zgody parlamentu, ale nawet przy sprzeciwie Sądu jest mało realne, że rząd nie znajdzie większości w Izbie Lordów. Potencjalna pozytywna reakcja funta na wyrok raczej powinna być krótkotrwała.

W tym tygodniu z Polski otrzymamy jedynie grudniowe dane o stopie bezrobocia (śr). Spodziewany wzrost do 8,3 proc. jest sezonowym zjawiskiem bez negatywnego wydźwięku dla złotego. Minutki ze styczniowego posiedzenia RPP (czw) również powinny przejść bez echa, biorąc pod uwagę pasywną postawę Rady. W ostatnim wywiadzie dla PAP członek RPP Łukasz Hardt powiedział, że scenariuszu brak zmian stóp procentowych jest obecnie najbardziej prawdopodobny, ale jest wiele niewiadomych, więc wykluczałby on kategorycznie podwyżek. Złoty zszedł z radaru inwestorów zagranicznych, co trzyma EUR/PLN w paśmie 4,35-4,40, ale wyraźny wzrost apetytu na ryzyko pozwoli na test dolnego ograniczenia. Jednak obecny klimat na rynkach zewnętrznych nie sugeruje, by miało to prędko nastąpić.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Funt najtańszy od połowy lat 80. DM EFIX: w tym roku będzie na poziomie 1,21–1,30 do dolara

Funt najtańszy od połowy lat 80. DM EFIX: w tym roku będzie na poziomie 1,21–1,30 do dolara 12

Siedem miesięcy temu Brytyjczycy zdecydowali w referendum o opuszczeniu Unii Europejskiej. Od tamtej pory funt osłabił się do dolara o ponad 17,5 proc., z poziomu 1,5 do nieco ponad 1,2. Zdaniem Olafa Kowalskiego z Domu Maklerskiego EFIX najprawdopodobniej utrzyma się na tym poziomie przez cały rok.

– Od głosowania w czerwcu zeszłego roku mamy słabego funta. Aktualnie dotarliśmy do poziomu 1,21 i na tym poziomie wyhamowała para funt–dolar – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Olaf Kowalski, dyrektor działu Forex & CFD, Domu Maklerskiego EFIX. – W tym miejscu właściwie tworzy nam się tego typu strefa, w której prawdopodobnie możemy być przez ten rok, albo i dłużej, to jest strefa 1,21–1,30, w której funt–dolar powinien poruszać się do momentu jakichś bardziej kluczowych rozstrzygnięć związanych z brexitem.

23 czerwca ubiegłego roku obywatele Wielkiej Brytanii zdecydowali o zakończeniu uczestnictwa w Unii Europejskiej. Wciąż wprawdzie nie wiadomo, kiedy nastąpi rozstanie, bo choć premier Theresa May zapowiedziała, że rozpocznie dwuletnią procedurę w I kw. 2017 roku, warunki będzie musiał zatwierdzić parlament, w którym dominują przeciwnicy brexitu. Brytyjska premier mówi jednak o opuszczeniu unii celnej i wspólnego rynku oraz wprowadzeniu nowych przepisów imigracyjnych.

– Ewentualne negatywne rozstrzygnięcia są takie, że mogłaby się pojawić fala paniki, mogłoby oczywiście doprowadzić to nawet do zejścia w okolicę parytetu – zastrzega Kowalski. – Aktualnie tego oczywiście nie zakładamy. Bądź alternatywna wersja, czyli skomplikowana sytuacja w strefie euro, być może zachwianie samą Unią, tutaj mam na myśli pogłoski napływające z Francji, ruchy populistyczne, w tym roku mamy rok wyborczy również w Holandii, jak i w Niemczech, to mogłoby oczywiście doprowadzić do takiej sytuacji, w której funt mógłby nawet wrócić do poziomów 1,40.

Brytyjski funt jest obecnie wart 1,23 dol. i nie licząc dziennych korekt, jest to poziom najniższy od połowy lat 80. Nawet do osłabionego luźną polityką EBC euro funt osłabił się od czasu referendum o 13 proc., a do i tak słabego złotego – o ponad 10 proc. Zdaniem Olafa Kowalskiego dalszych gwałtownych ruchów w relacji do brytyjskiej waluty nie należy się jednak spodziewać, chyba że nastąpią nieoczekiwane przez rynek wydarzenia.

– To są dwa skrajne warianty, które jedynie mogłyby się wydarzyć w tych dwóch, też skrajnych, przypadkach. Podsumowując, zdecydowanie zakładam, że pierwsza część roku jest dla dolara, druga część roku dla euro.

W kontaktach z Rosją Trump może zapewnić Europie więcej korzyści

Według prof. Antoniego Kamińskiego, zapowiedź Trumpa o ściągnięciu sankcji z Rosji może być zarówno dobrą, jak i złą wiadomością dla Polski oraz całej UE. Wszystko zależy od tego, na jakich warunkach zostałoby to osiągnięte. Istnieje m.in. szansa na to, że Federacja Rosyjska wycofa swoje siły ze wschodniej Ukrainy.

W mowie inauguracyjnej Donald Trump zapowiedział, że USA „będzie chronić stare sojusze i tworzyć nowe”, a także zjednoczy „cywilizowany świat przeciwko radykalnemu islamskiemu terroryzmowi”. Natomiast w ostatnich dniach przed zaprzysiężeniem stwierdził, że jest gotowy znieść sankcje wobec Rosji pod warunkiem, że wesprze ona Stany Zjednoczone, m.in. w walce z terroryzmem. W opinii prof. Antoniego Kamińskiego z Instytutu Studiów Politycznych PAN, ta zapowiedź może mieć, jako efekty uboczne, pozytywne skutki dla Europy. Istnieje taka szansa, choć polityka amerykańska podporządkowana jest jej interesom tak, jak rozumie je obecna administracja republikańska. Korzyści dla Starego Kontynentu będą zależeć od warunków, na jakich ewentualnie zostaną zniesione sankcje. Będzie to też test na zdolność Europejczyków wpłynęcia na stosunki amerykańsko-rosyjskie.

– Przewiduję, że w pierwszej kolejności prezydent Trump będzie starał się doprowadzić do ograniczenia zbrojeń nuklearnych. Po drugie, powinien zmierzać do zredukowania napięcia polityczno-militarnego w Europie. Kluczowa będzie tu sytuacja na Ukrainie. Kwestia rosyjskiej okupacji Krymu zapewne znajdzie się w „dyplomatycznej zamrażarce”, podobnie jak – Abchazji, Południowej Osetii i Naddniestrza. Z Krymu Rosja nie zrezygnuje, ale może wycofać poparcie wojskowo-polityczne dla separatystów ukraińskich. Następną sprawą byłoby uzyskanie współpracy rosyjskiej w zażegnaniu kryzysu bliskowschodniego – przypuszcza w rozmowie z serwisem agencyjnym MondayNews, prof. Antoni Kamiński.

Pokój i stabilność na kontynencie europejskim niewątpliwie należy do priorytetów Ameryki. Tu szczególnie ważna jest sytuacja na Ukrainie. Zdaniem eksperta, separatyzm we wschodniej Ukrainie będzie trwać dopóty, dopóki Rosja pozostanie zaangażowana w jego tworzenie i utrzymywanie. Jednak, w ocenie prof. Kamińskiego, Donald Trump może doprowadzić do zmiany polityki, realizowanej przez Federację Rosyjską. Odprężenie w Europie przyniosłoby korzyść całej Unii Europejskiej, w tym również Polsce. Nasz kraj jest nadal traktowany jako bliski sojusznik USA. Warto jednak zauważyć, że poza dziedziną polityczno-militarną i stosunków bilateralnych, wspólne interesy łączą nas przede wszystkim z UE, jako całością.

– Rosjanie byli mocno zaangażowani w wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA. Być może prawdą jest, że posiadają  kompromitujące go materiały, zdobyte podczas jego pobytu w Moskwie w 2015 roku i liczą na ich możliwe wykorzystanie. Kolekcjonowanie tzw. „kompromatów” jest specjalnością rosyjskich służb. Nie wiemy jednak, czy jest to prawdą, czy też wrogą plotką, a Trump ma przecież wielu przeciwników. Ponadto, tego typu „hak” nie zawsze jest skuteczny, a użycie go często bywa ryzykowne – mówi prof. Antoni Kamiński.

Według eksperta, można też przyjąć, że Putin uznał, iż dotychczasowa polityka zagraża jego pozycji. Pogłębia się regres gospodarczy, izolacja w polityce międzynarodowej i rośnie ryzykowna zależność od Chin. W tej sytuacji potrzebny jest partner do rozmów z Zachodem, a może nim być tylko prezydent USA. Rosjanie uznali z jakiś względów, np. braku doświadczenia w polityce międzynarodowej, że korzystniejszy byłby dla nich Donald Trump. Rosyjskie zaangażowanie w jego kampanię było szeroko komentowane. Wiadomo też, że zwycięstwo Trumpa zostało dobrze w Moskwie przyjęte. Może to oznaczać gotowość do rozmów i – potencjalnie – do ustępstw dalszych, niż byłaby w stanie osiągnąć Hilary Clinton i administracja demokratyczna.

– Można mieć tylko nadzieję, że nowy prezydent USA i jego ekipa są dobrze przygotowani do poważnych negocjacji. W każdym razie, będzie to długi proces, którego efektów obecnie nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Wszystko ostatecznie zależeć będzie od tego, czy Donald Trump umiejętnie wykorzysta wszystkie posiadane atuty. Jego wizerunek „przyjaciela” Rosji, pozwoli Moskwie interpretować na użytek publiczny swe ewentualne ustępstwa. Wtedy, Putin mógłby przedstawiać je jako wspólny sukces i wyraz konstruktywnej rosyjsko-amerykańskiej współpracy, w dążeniu do znalezienia rozwiązania trudnych problemów współczesnego świata. W chwili obecnej trudno jednak przewidzieć, jaki kierunek przyjmie oraz jakie efekty przyniesie polityka nowej administracji waszyngtońskiej – podkreśla prof. Kamiński.

Koszty działania firm i administracji państwowej mogą być niższe. Oszczędności są możliwe dzięki rozwiązaniom IT

Koszty działania firm i administracji państwowej mogą być niższe. Oszczędności są możliwe dzięki rozwiązaniom IT 13

Administracja publiczna i prywatna w Polsce jest nadal konserwatywna w zakresie stosowanych technologii. Tymczasem najnowsze rozwiązania IT, które można dostosować do danej organizacji, zdobywają dojrzałe rynki możliwościami znaczącego obniżenia kosztów działalności. Dominik Żochowski, prezes Engave, liczy na to, że potencjał obniżenia kosztów przekona polską administrację do zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń.

Informatyzacja jak najbardziej może się przyczynić do obniżenia kosztów administracji. Żeby to osiągnąć, musimy podejść do tego sprytnie, ponieważ sama informatyzacja nie jest celem samym w sobie. My zalecamy bycie bardziej odważnym, sięganie po rozwiązania niszowe, które wykorzystują najnowsze technologie – mówi agencji Newseria Biznes Dominik Żochowski, prezes zarządu Engave. – Dzisiaj administracja publiczna bardzo chętnie korzysta ze sprawdzonych rozwiązań. W większości przypadków oznacza to rozwiązania już nieco przestarzałe.

Raport Technology Business Research stwierdza, że przedsiębiorstwa na użytek wewnętrzny coraz chętniej sięgają po zintegrowane rozwiązania, co prowadzi do wzrostu popularności systemów konwergentnych i hiperkonwergetnych w ramach przekształcania infrastruktur IT. Oznacza to system łączący w jeden „organizm” serwer, przestrzeń dyskową oraz funkcje sieciowe, zarządzane w ujednolicony sposób, za pośrednictwem warstwy oprogramowania, co przełamuje tradycyjne podziały w systemie IT. Engave oferuje własne rozwiązanie – alterVi, które zostało zbudowane na platformie HP. Oferuje ono serwery wraz z pojemnością dyskową, macierzą dyskową i backupem w jednej obudowie.

To wszystko jest replikowane do lokalnej chmury. Dzięki temu obniżamy koszty administracji samego urządzenia, po drugie obniżamy koszty zakupu i co najważniejsze, zwiększamy bezpieczeństwo przez replikację zdalnej lokalizacji bez dodatkowych kosztów – wskazuje Żochowski. – Poziom oszczędności zależy od konkretnego przypadku, ale to mogą być nawet kwoty do kilkuset tysięcy złotych, jeżeli mówimy o zakupie.

Przedstawiciele firmy podkreślają, że rozwiązania hiperkonwergentne są dostosowane do etapu rozwoju i zapotrzebowania danej organizacji. Można je uaktualniać i ulepszać bez ryzyka dla przechowywanych danych oraz dostępności czy funkcjonalności aplikacji. Dzięki takim platformom potrzeba zakupu nowych rozwiązań zostaje odłożona nawet o kilka lat, a całkowity koszt użytkowania jest znacznie niższy.

Żochowski zauważa, że obecnie w Polsce nie spotyka się z tego typu rozwiązaniami. Administracja zarówno publiczna, jak i prywatna jest dosyć konserwatywna w tym zakresie. Ciągle dominują wolno stojące urządzenia, zintegrowane z wolno stojącymi macierzami. Tymczasem z danych IDC wynika, że w minionym roku łączna globalna sprzedaż systemów hiperkonwergentnych mogła osiągną wartość 2 mld dol., zaś w roku 2019 roku wzrośnie do 4 mld dol.

Próbujemy od roku wprowadzić na polski rynek macierze dyskowe firmy Pure Storage. To już nie jest start-up, ale działająca siedem lat firma amerykańska, która do tego czasu zdobyła ponad 1,5 tys. klientów w USA. W Polsce po roku udało nam się sprzedać pierwszą sztukę kilka tygodni temu – wskazuje prezes Engave. – Pierwsze pytanie zwykle jest: a gdzie to już działa? W Polsce nigdzie, natomiast 1,5 tys. klientów za wielką wodą nie może się mylić.

Żochowski ocenia, że największe wątpliwości wynikają właśnie z tego, że są to nieznane w Polsce rozwiązania.

Nie ukrywam, że zderzamy się z dosyć silnym lobby polskich przedstawicieli vendorów, którzy dosyć aktywnie działają. Mam nadzieję, że uda się nam skutecznie przełamać ten impas. Mamy w planach dalej aktywnie edukować klientów i oferować nie tylko te rozwiązania, które mamy w tej chwili, lecz także aktywnie poszukiwać innych niszowych rozwiązań, których zastosowanie może przynieść bardzo dobre efekty – zapowiada szef Engave.

Jak podkreśla, firma ma w planach wprowadzenie na rynek innowacyjnej usługi, która zdobywa już inne rynki.

– Mam na myśli usługę długoterminowego wynajmu infrastruktury wraz z całą obsługą, bo to jest kolejny element, który może znacznie obniżyć koszty funkcjonowania w przedsiębiorstwie – mówi Dominik Żochowski.

Polskie urządzenia polecą na Marsa w poszukiwaniu życia. Pomogą też w badaniu ciemnej energii wszechświata

Polskie urządzenia polecą na Marsa w poszukiwaniu życia. Pomogą też w badaniu ciemnej energii wszechświata 14

Do końca I półrocza 2017 roku Sener Polska dostarczy urządzenia dla kosmicznych misji Euclid oraz ExoMars. Celem pierwszej z nich będzie badanie ciemnej energii wszechświata, natomiast druga uda się w kierunku Marsa w poszukiwaniu śladów życia. Sener ma także ambitne plany inwestycyjne. Jeszcze w tym roku chce zbudować profesjonalne laboratorium wspierające produkcje urządzeń dla przemysłu kosmicznego.

– Dla nas to jest szczególny rok. To jest nasz piąty rok obecności w branży kosmicznej i pierwszy, w którym spodziewamy się dostaw prawdziwych urządzeń do prawdziwych misji kosmicznych. Pierwszą dostawą, którą będziemy realizować już w najbliższych miesiącach, jest dostawa urządzeń w misji Euclid – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksandra Bukała, dyrektor generalna Sener Polska.

Zadaniem organizowanej przez Europejską Agencję Kosmiczną misji Euclid będzie zbadanie natury czarnej energii wszechświata. Na potrzeby realizowanego przedsięwzięcia spółka Sener dostarczy urządzenia wspomagające montaż ważącego trzy tony satelity, który docelowo będzie orbitował wokół Księżyca. Dostawa planowana jest na I kwartał 2017 roku, natomiast wystrzelenie sondy Euclid przewidziano na 2020 roku.

– Następną zaplanowaną dostawą jest już dostarczenie urządzenia lotnego, czyli takiego, które poleci w kosmos. Tego spodziewamy się około połowy roku. Będzie to mechanizm połączenia elektrycznego, tzw. pępowina, która połączy łazik marsjański z lądownikiem w pierwszej misji europejskiego łazika, który ma wylądować na Marsie w 2020 roku – wyjaśnia Bukała.

Dostawa urządzenia realizowana będzie w ramach misji ExoMars. Jest to przedsięwzięcie organizowane przez ESA oraz rosyjski Roskosmos, a jego celem jest poszukiwanie śladów procesów geologicznych i biologicznych na powierzchni Marsa. Wystrzelenie dwóch łazików w stronę czerwonej planety planowane jest na 2020 roku.

– W tym mechanizmie, podobnie jak w przypadku urządzeń dla misji Euclid, sto procent produkcji realizowane jest w Polsce. W tej chwili w naszym świeżo wybudowanym clean roomie składamy tzw. model kwalifikacyjny, jeśli ten model przejdzie pozytywnie testy, to wyprodukujemy z naszymi dostawcami i dostarczymy w połowie roku już mechanizm lotny – informuje dyrektor generalna spółki Sener.

Clean room to pomieszczenie pozwalające na kontrolowanie ilości zanieczyszczeń środowiskowych takich jak pył, kurz czy obecności bakterii i oparów chemicznych. W przypadku przemysłu kosmicznego ten rodzaj pomieszczeń wymagany jest w celu spełnienia standardów dotyczących montażu elementów przeznaczonych dla satelitów czy stacji kosmicznych.

Budowa własnego clean roomu stanowiła jeden z najważniejszych zeszłorocznych celów inwestycyjnych Sener Polska. Przedsięwzięcie zostało zakończone jesienią 2016 roku.

– W 2017 roku chcielibyśmy zbudować profesjonalne laboratorium. Myślę tutaj o dużym laboratorium, ponieważ część naszych urządzeń to urządzenia kilkumetrowe, czasami wielkości np. samochodu, więc chcielibyśmy zainwestować w tej chwili w budowę poważnego, profesjonalnego, dużego laboratorium – informuje Aleksandra Bukała.

Sener jest międzynarodowym koncernem działającym w branży inżynieryjno-konstrukcyjnej. Spółka ma swoje oddziały w 11 państwach, a główna siedziba znajduje się w hiszpańskim Getxo. W ramach grupy kapitałowej zatrudnione jest ponad 2000 osób, a przychody w 2014 roku przekroczyły 1,3 mld euro.

Import aut używanych największy od 2004 roku. Kierowcy chcą zdążyć przed zmianami prawa

Import aut używanych największy od 2004 roku. Kierowcy chcą zdążyć przed zmianami prawa 15

W 2016 roku na polski rynek trafiło zza granicy nieco ponad milion używanych samochodów – wynika z danych Instytutu Samar. Import był o 20 proc. większy niż w 2015 roku i największy od momentu wejścia Polski do UE. Rosnące zainteresowanie używanymi autami widać także w liczbie ogłoszeń. Jak wskazuje AAA Auto, w internecie, komisach i u dilerów pojawiło się blisko 2 mln ofert.

Jak podaje Samar, liczba samochodów sprowadzonych do Polski w ubiegłym roku była największa od 2004 roku, kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Średni wiek samochodu wyniósł ponad 12 lat, a średnia deklarowana cena to 29 tys. zł – mówi agencji Newseria Biznes Robert Hryniewicki, zarządzający usługami finansowymi w Grupie AAA Auto w Polsce. – Wpływ na to miała zapowiedziana zmiana akcyzy i chęć, by zdążyć przed zmianami cen.

Nowy wzór akcyzy dla aut używanych ma opierać się na wieku samochodu oraz pojemności silnika z uwzględnieniem normy emisji spalin. Im młodsze auto, mniejszy silnik i wyższe normy emisji, tym niższa stawka. Rząd chce w ten sposób powstrzymać napływ do Polski najstarszych aut.

Wszyscy się spodziewają, że do sprzedaży będą trafiać w związku z tym przede wszystkim auta młodsze, z mniejszymi silnikami – prognozuje Robert Hryniewicki. – Dilerzy oraz komisanci dokonywali większych zakupów w ubiegłym roku właśnie po to, żeby takie oferty móc zaproponować klientom w tym roku.

Jak wynika z opartego na analizie danych dotyczących sprzedaży aut używanych w komisach, na stronach internetowych oraz u dealerów pojazdów używanych corocznego raportu spółki AAA Auto w ubiegłych dwunastu miesiącach w Polsce pojawiło się 1 958 000 ofert sprzedaży.

Najwięcej było ich w województwie mazowieckim (295 510), a najmniej – w opolskim (33 340). Łącznie wystawiono na sprzedaż 1 230 różnych modeli samochodów. Średnia cena wyniosła 22 365 zł, przebieg – 173 560  km, a wiek – 11,9 roku.

Marką najczęściej trafiającą do sprzedaży był Ford, który według naszych danych ma około 10 proc. udziałów w rynku. Druga marka to mający 9,5 proc. Volkswagen, kolejną jest Opel, który ma około 9 proc. udziałów – wymienia Robert Hryniewicki. – Następnie są Škoda, później Renault z udziałami po około 7 proc. Statystycznie najczęściej kupowanym autem jest Ford, hatchback, czyli Focus. Na drugim miejscu sytuuje się Opel Astra, na trzecim Volkswagen Golf i Passat.

Blisko 2 mln ofert na rynku to najlepszy wynik w Grupie. Wynikiem tym Polska wyprzedziła Czechy, Słowację oraz Węgry.

Sieć komisów, w tym również Grupa AAA Auto, znacząco się rozwija. W 2016 roku w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech sprzedaliśmy ponad 69 tys. samochodów, o około 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Krajowe oddziały grupy miały na to znaczny wpływ, mimo że działają najkrócej – mówi Hryniewicki.

Jak podkreśla, polski rynek jest bardziej rozdrobniony niż w sąsiednich krajach. Niewiele jest na nim dużych sieci dilerskich, które mogłyby w znacznym stopniu oddziaływać na rynek.

Duży wpływ na rynek będzie mieć toczący się proces konsolidacji rynku oraz organiczny rozwój takich grupy jak nasza. Chcemy inwestować również w mniejszych miastach Polski – wskazuje Robert Hryniewicki. – W Czechach, na Węgrzech i Słowacji Grupa AAA Auto ma 36 oddziałów, co daje około jednej trzeciej rynku używanych samochodów w regionie. Biorąc pod uwagę możliwości grupy, będziemy w kolejnych latach otwierać w Polsce nowe oddziały.

Ceny produktów spożywczych wzrosną. Sektor handlu wciąż w niepewności

Ceny produktów spożywczych wzrosną. Sektor handlu wciąż w niepewności 16

Miniony rok nie był łatwy dla sektora handlu. Z jednej strony wzrost wynagrodzeń i program Rodzina 500+ napędzały sprzedaż detaliczną, ale z drugiej zapowiedź wprowadzenia podatku handlowego spowodowała, że branża funkcjonowała w warunkach dużej niepewności. Mimo że nowa danina została zawieszona, to niepewność pozostała. Sektor musi się przygotować również na powrót inflacji – ocenia Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów. 

– Rok 2016 był okresem stosunkowo trudnym, nie tylko dla handlu, lecz także dla całej gospodarki. Z jednej strony program Rodzina 500+ wyraźnie ożywił popyt w części regionów, o czym świadczą wyniki w większości sklepów zrzeszonych w PGS. Z drugiej strony na rynkach panowała niepewność, która częściowo paraliżowała działania inwestorów – mówi agencji Newseria Biznes Michał Sadecki, prezes zarządu Polskiej Grupy Supermarketów.

Rządowy program i rosnący poziom wynagrodzeń napędzają sprzedaż detaliczną. Według GUS-u w grudniu zwiększyła się ona o 6,1 proc. rok do roku (w cenach stałych). Nie ma jeszcze danych za cały 2016 rok, ale eksperci Business Center Club szacują, że wzrost wyniósł ok. 4 proc. Z drugiej strony przedstawiciele sektora handlu podkreślają, że przez ostatni rok branża funkcjonowała w warunkach dużej niepewności spowodowanej projektem podatku handlowego, który ostatecznie pod wpływem Komisji Europejskiej uległ zawieszeniu.

Uchwalona przez Sejm w połowie ubiegłego roku ustawa o podatku od sprzedaży detalicznej zakładała, że przedsiębiorcy z przychodami mieszczącymi się w kwocie 17–170 mln zł będą płacić od nich 0,8 proc. podatku. Powyżej 170 mln zł przychodów stawka miałaby wynosić 1,4 proc. Jednak Komisja Europejska zakwestionowała nowe przepisy, zwracając uwagę na to, że uzależnienie stawki podatku od wartości przychodów może dyskryminować większe podmioty. Komisja wszczęła postępowanie wyjaśniające, a podatek dochodowy został tymczasowo zawieszony do 1 stycznia 2018 roku.

Zakładamy, że w obecnym roku handel, tak jak wiele innych gałęzi gospodarki, będzie musiał funkcjonować w warunkach niepewności związanej z kolejnymi zmianami legislacyjnymi i podatkowymi. Nasze przypuszczenia potwierdzają prognozy indeksu ALK, który przewiduje osłabienie koniunktury w kolejnych dwóch latach. Zakładamy jednak, że zdobyta w ostatnich latach pozycja na polskim rynku pozwoli nam realizować nasze cele biznesowe i w dalszym ciągu wspierać rodzimą przedsiębiorczość – mówi Michał Sadecki.

Indeks ALK to corocznie opracowywana przez ekonomistów i socjologów Akademii Koźmińskiego prognoza na nadchodzące lata. Uwzględnia ona kilkadziesiąt różnych wskaźników – dane dotyczące eksportu, importu i poziomu wynagrodzeń, wzrostu i wielkości produkcji czy tempa wzrostu PKB – i obrazuje poziom równowagi systemu społeczno-ekonomicznego w Polsce. Tegoroczna prognoza dla gospodarki zakłada spadek koniunktury w bieżącym i przyszłym roku, spowolnienie w inwestycjach i ostrożne wydatki konsumentów. Eksperci prognozują, że kluczowe znaczenie dla gospodarki będzie mieć niepewne otoczenie prawne, polityczne i legislacyjne.

Prezes Polskiej Grupy Supermarketów zaznacza, że branża handlowa musi też przygotować się na powrót inflacji. Przez ostatnie ponad dwa lata w polskiej gospodarce panowała deflacja. Odbicie było widoczne już w grudniu, kiedy według GUS-u indeks cen konsumpcyjnych wzrósł o 0,8 proc. Powrotu inflacji z początkiem nowego roku spodziewała się większość ekonomistów.

– Pierwszy w najnowszej historii epizod deflacyjny polska gospodarka ma już za sobą. Teraz musimy się przygotować na powrót inflacji, która na początku 2017 roku może mocno dać o sobie znać. Wśród wielu czynników generujących inflację wymienia się m.in. ceny paliw, oczekiwania konsumentów, ceny producentów oraz rosnące koszty pracy – mówi Michał Sadecki.

Dla Polskiej Grupy Supermarketów ubiegły rok był udany, a sieć urosła do blisko 590 sklepów, rozszerzając działalność o kolejne regiony. Plany grupy na ten rok zakładają powiększenie sieci handlowej do 700 punktów. Według raportu Roland Berger marka Top Market jest trzecią pod względem dynamiki rozwoju sieci w Polsce ze średniorocznym wzrostem oscylującym w granicach 30 proc.

To potwierdza słuszność obranej przez nas strategii, opartej na systematycznym rozwijaniu sieci o sklepy do 400 mkw. powierzchni, pozwalające na szybkie i komfortowe zakupy w dogodnych lokalizacjach. Na bieżący rok postawiliśmy sobie ambitny cel, jakim jest przekroczenie 700 punktów sprzedaży pod egidą Polskiej Grupy Supermarketów. Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że podejmowane przez nas kroki muszą być ostrożne – mówi prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Przedsiębiorcy niejednoznacznie oceniają rząd. Doceniają ułatwienia dla biznesu, ale obawiają się kontroli i nowych obciążeń

Przedsiębiorcy niejednoznacznie oceniają rząd. Doceniają ułatwienia dla biznesu, ale obawiają się kontroli i nowych obciążeń 17

Środowisko przedsiębiorców niejednoznacznie ocenia dotychczasowe działania rządu. Z jednej strony doceniają wycofanie się z rujnujących budżet państwa wyborczych obietnic, obniżkę CIT dla małych firm, projekt „100 zmian dla biznesu”. Natomiast z drugiej strony obawiają się wzmożonych kontroli, wzrostu obciążeń finansowych i niepewnego otoczenia legislacyjnego. To nie sprzyja inwestycjom, bez których nie uda się osiągnąć zakładanego poziomu wzrostu gospodarczego. 

Wyzwań, które w 2017 roku stoją przed polską gospodarką, jest bardzo wiele. Rząd, który w moim przekonaniu znalazł się w najtrudniejszej sytuacji od czasów transformacji, potrzebuje pieniędzy, podobnie jak cała polska gospodarka. Pieniędzy potrzebują również przedsiębiorcy, aby móc inwestować, tworzyć nowe miejsca pracy i podnosić wynagrodzenia – mówi agencji Newseria Biznes Marek Goliszewski, prezes Business Center Club.

Z badań przeprowadzonych w grudniu przez Business Center Club wynika, że przedsiębiorcy z dużymi obawami wkroczyli w 2017 rok. Trzy czwarte przedsiębiorców zakłada, że koszty prowadzonej przez nich działalności wzrosną, a prawie dwie trzecie spodziewa się większych obciążeń podatkowych. Tylko co piąty planuje w tym roku zwiększać wydatki inwestycyjne. 88 proc. obawia się, że sytuacja ekonomiczna w tym roku nie będzie sprzyjać prowadzeniu biznesu.

Większość, bo aż 94 proc. przedsiębiorców, uważa, że rząd nie poprawił w ubiegłym roku warunków prowadzenia działalności gospodarczej. Z drugiej strony w grudniowym badaniu ponad połowa (53 proc.) przedsiębiorców oceniła sytuację swojej firmy jako dobrą, a co trzeci – jako umiarkowaną.

Ocena działań rządu jest niejednoznaczna, ponieważ szereg działań zasługuje na dobrą ocenę. Do pozytywów z pewnością trzeba zaliczyć obniżenie podatku CIT dla małych firm do 15 proc. oraz odstąpienie od pewnych obietnic wyborczych dotyczących na przykład podniesienia kwoty wolnej od podatku, które byłyby bardzo kosztowne dla Skarbu Państwa – mówi Marek Goliszewski.

Przedsiębiorcy doceniają także zaprezentowany w ubiegłym roku pakiet „100 zmian dla biznesu” oraz „Konstytucję biznesu” autorstwa Ministerstwa Rozwoju, które mają na celu poprawę otoczenia prawnego funkcjonowania przedsiębiorstw i wprowadzają szereg usprawnień w prowadzeniu działalności gospodarczej. Zdaniem prezesa BCC oba dokumenty cywilizują wzajemne relacje na linii państwo–biznes, co przełoży się na korzyści dla gospodarki.

„Konstytucja biznesu” stwarza poczucie bezpieczeństwa i wolności gospodarowania. Wprowadza zasady takie jak domniemanie uczciwości przedsiębiorcy, prawo do błędu i zasadę mówiącą, że dozwolone jest to, co nie jest zabronione prawem – mówi Marek Goliszewski.

Na plus przedsiębiorcy zaliczają też zapowiedź odejścia od pomysłu nacjonalizacji banków oraz przedstawiony w tym miesiącu projekt podniesienia limitów jednorazowego rozliczenia amortyzacji na zakup maszyn do 100 tys. Resort rozwoju szacuje, że nowa ulga pośrednio przyczyni się do powstawania nowych miejsc pracy i ułatwi przedsiębiorcom zrealizowanie inwestycji odkładanych na lepsze czasy.

Business Centre Club podkreśla, że korzystne jest też rozdzielenie środków z OFE w wysokości 153 mld zł, z których trzy czwarte ma trafić do towarzystw inwestycyjnych, zaś pozostała ćwierć zasili Fundusz Rezerwy Demograficznej. To daje nadzieję, że środki z OFE nie zostaną przejedzone, a zainwestowane.

Z drugiej strony mamy przepisy, które nakładają solidarną odpowiedzialność na sprzedającego i kupującego za niedociągnięcia w rozliczeniu podatku VAT. Za chwilę będziemy mieć przepisy, które pozwalają urzędom skarbowym wstrzymać zwrotu VAT na czas kontroli albo wprowadzić zarząd komisaryczny w przypadku podejrzenia, że firma nadużywa prawa na swoją korzyść – wskazuje Marek Goliszewski.

Prezes BCC wskazuje, że polskie prawo jest w wielu przypadkach skonstruowane dość nieprecyzyjnie, czego konsekwencje ponoszą często uczciwe i legalnie działające firmy. Dlatego część już wprowadzonych albo planowanych regulacji wymaga zmodyfikowania.

Problemem dla sektora przedsiębiorstw jest też uchwalone kilka miesięcy temu obniżenie wieku emerytalnego, które z jednej strony jest kosztowne dla Skarbu Państwa (koszt szacowany jest na 40 mld zł w ciągu czterech lat), a z drugiej – może spowodować odpływ pracowników z rynku pracy. To może pogorszyć i tak już trudną – z punktu widzenia pracodawców – sytuację na polskim rynku pracy. Z grudniowego badania BCC wynika, że aż 62,4 proc. przedsiębiorców deklaruje problemy z pozyskaniem wykwalifikowanej kadry.

Przedsiębiorcom dokucza również podniesienie płacy minimalnej. Koszty tej zmiany dla firm są bardzo duże i sięgają 2,4 mld zł. Szara strefa się powiększy – wylicza Marek Goliszewski. – Na to nakłada się biurokracja, ewidencjonowanie czasu pracy i Jednolity Plik Kontrolny, który wymusi na uczciwie działających firmach szalone obowiązki sprawozdawcze, co też rodzi dodatkowe koszty.

Prezes BCC wskazuje, że na stabilność i poczucie bezpieczeństwa przedsiębiorców pozytywnie nie wpływa też atmosfera polityczna w kraju ani szybkie tempo uchwalania przez Sejm nowych regulacji. Wśród przedsiębiorców wywołuje to niepewność dotyczącą otoczenia legislacyjnego, potęgowaną dodatkowo obawami o to, że rząd zechce wprowadzić restrykcyjne kontrole w poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy w budżecie. Wszystko to składa się na niesprzyjające otoczenie dla inwestycji, bez których nie uda się osiągnąć zakładanego poziomu wzrostu gospodarczego.

Sektor publiczny i spółki Skarbu Państwa znacznie ograniczyły inwestycje, które spadły o 40 proc., a w branży budowlanej nawet o 60 proc. To oznacza też spadek dopływu pieniędzy do budżetu państwa. Inwestycje są niezbędne dla wzrostu gospodarczego, a obecna sytuacja nie sprzyja temu, że przedsiębiorcy będą odważniej wykładać swoje pieniądze na nowe miejsca pracy – mówi Marek Goliszewski.

Na programy skierowane na ochronę powietrza w Polsce trafi 10 mld zł. NFOŚiGW chce promować odnawialne źródła energii, m.in. geotermię

Na programy skierowane na ochronę powietrza w Polsce trafi 10 mld zł. NFOŚiGW chce promować odnawialne źródła energii, m.in. geotermię 18

Czyste powietrze i rozwiązania proekologiczne to priorytety dla Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na poprawę jakości powietrza przeznaczy 10 mld zł. Na dofinansowanie w zakresie OZE czy termomodernizację trafi niemal 6 mld zł. W ramach działań na rzecz ograniczenia niskiej emisji fundusz wspiera wykorzystanie zasobów geotermalnych.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Ministerstwo Środowiska, Ministerstwo Energii kładą nacisk na rozwiązania proekologiczne i rozwiązania związane z najlepszymi w naszym kraju, bezemisyjnymi i bezodpadowymi odnawialnymi źródłami energii. Najlepszym przykładem jest geotermia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Michalski, zastępca prezesa zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Polska ma dobre warunki geotermalne. Taka energia ma też najwyższy potencjał techniczny ze wszystkich źródeł energii odnawialnej. Szacuje się go na poziomie 1512 PJ/rok – to ok. 30 proc. krajowego zapotrzebowania na ciepło. Badania prof. Juliana Sokołowskiego wskazują, że pod powierzchnią Polski są źródła gorącej wody o objętości dwa razy większej niż Bałtyk.

Energia odnawialna może być korzystna nie tylko z punktu widzenia środowiskowego, lecz także z punktu widzenia naszych kieszeni – zaznacza Michalski i jako przykład podaje Geotermię Podhalańską, zasilającej w ciepło Zakopane. – To przedsiębiorstwo rentowne, przynoszące zyski, a w 2016 roku dodatkowo obniżyło ceny energii cieplnej dla odbiorców indywidualnych.

W październiku 2016 roku Geotermia Podhalańska i NFOŚiGW podpisali umowę na dofinansowanie inwestycji w odwiert geotermalny, z którego produkowane będą ciepło i energia elektryczna.

Priorytetami na rzecz likwidacji lub ograniczania niskiej emisji ma być promowanie stabilnych źródeł OZE, a przede wszystkim pozyskiwanie energii z wód geotermalnych, biogazownie oraz małe elektrownie wodne. Fundusz przygotował program, którego celem jest zwiększenie produkcji energii pochodzącej z tych zasobów. Na energetyczne wykorzystanie zasobów geotermalnych przewiduje przeznaczyć 0,5 mld zł.

Rozwijamy programy związane z efektywnością energetyczną, co powoduje zmniejszenie zużycia energii i dzięki temu zmniejszenie presji na środowisko. Mamy programy, które są już de facto wdrażane. Wnioski spływają i będą oceniane, dalej procedowane, żeby przedsięwzięcia mogły być realizowane – zapowiada zastępca prezesa NFOŚiGW.

Część przedsięwzięć funduszu skierowana jest bezpośrednio do samorządów, które za pośrednictwem wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej wspierają lokalnych beneficjentów. W ramach walki ze smogiem w zależności od województw na wymianę starych pieców na nowe proekologiczne systemy ogrzewania można liczyć na dofinansowanie od 50 do 100 proc. poniesionych kosztów. Resort rozwoju szacuje, że w Polsce jest ok. 5,5 mln tzw. kopciuchów, czyli tanich pieców węglowych.

Środków jest tyle, że prawdopodobnie nie będzie tutaj ograniczeń w realizacji. Chcemy, by były one przeznaczane na kolejne przedsięwzięcia proekologiczne. Jeśli będzie finansowanie zwrotne i dopłaty, to będzie to dobry montaż finansowy – ocenia Artur Michalski.

Poza uruchomieniem programu Region skierowanego do regionów, NFOŚiGW podjął się realizacji projektu partnerskiego „Ogólnopolski system wsparcia doradczego dla sektora publicznego, mieszkaniowego oraz przedsiębiorstw w zakresie efektywności energetycznej oraz OZE”, w którym uczestniczy 14 wojewódzkich funduszy.

We wszystkich województwach są też regionalne programy operacyjne, które mogą finansować przedsięwzięcia związane ze smogiem, odpadami, szeroko pojętą ochroną środowiska czy energetyką. Za realizację strategii regionalnych i regionalne programy operacyjne, w których jest naprawdę dużo miliardów złotych w całym kraju, odpowiedzialne są urzędy marszałkowskie, zarządy województw, sejmiki wojewódzkie. Mogą finansować te przedsięwzięcia, które są ważne z punktu widzenia terenu – podkreśla zastępca prezesa NFOŚiGW.

Łącznie na poprawę jakości powietrza w Polsce poprzez środki krajowe i unijne NFOŚiGW przeznaczy 10 mld zł.

– Mamy też przedsięwzięcia skierowane do interwencji w przemyśle. W jednym programie jest ponad 2 mld zł, w innym na ten cel przeznaczony jest ponad 1 mld zł. Mowa głównie o przedsiębiorstwach ciepłowniczych. Ale są też środki krajowe kierowane na dostosowanie się do norm środowiskowych i w tzw. E-kumulatorze mamy środki rzędu ponad 1 mld zł – wskazuje Artur Michalski.

Program „Wsparcie przedsięwzięć w zakresie niskoemisyjnej i zasobooszczędnej gospodarki”, z budżetem 2,5 mld zł na pożyczki dla przedsiębiorców, dzieli się na trzy części. W ramach Ekologicznego Akumulatora dla Przemysłu podpisano 9 umów na ponad 426 mln zł. Do współfinansowania projektów w ramach I osi priorytetowej POIŚ 20142020 (500 mln zł) nabór jeszcze trwa, do programu Efektywne systemy ciepłownicze i chłodnicze (1 mld zł) nabór już się zakończył.

Koszty finansowania krajowego długu rosną w zawrotnym tempie

W minionym tygodniu agencje Moody’s i Fitch pozostawiły rating Polski na niezmienionym poziomie. Jednak ubiegłoroczna decyzja S&P oraz znaczny wzrost oczekiwanego zadłużenia w porównaniu z poprzednimi planami powodują, że koszty finansowania krajowego długu wyraźnie rosną – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Mija rok od otoczonej szeroką dyskusją decyzji o obniżeniu polskiej wiarygodności kredytowej przez S&P Global Ratings. Na początku niezwykle trudno było oszacować skalę kosztów związaną z tym wydarzeniem, gdyż paniczne reakcje inwestorów często wyraźnie zaburzają dłuższą perspektywę. Jednak po 12 miesiącach dużo lepiej można ocenić, jakie straty ponosi i prawdopodobnie będzie ponosić nasz kraj.

Podstawowym elementem, na który warto zwrócić uwagę, są zmiany na rentownościach (koszt długu wyrażony w procentach) polskich obligacji i ich relacja do instrumentów skarbowych emitowanych przez najbardziej wiarygodny kraj w regionie, czyli Niemcy.

Błędne jednak byłoby porównanie tych wartości dla obligacji polskich wyrażonych w złotym z niemieckimi denominowanymi w euro. W takim wypadku dużą rolę grałyby zmiany perspektywy stóp procentowych w Polsce i na obszarze wspólnej waluty oraz przepływy kapitałowe związane z polityką pieniężną w Stanach Zjednoczonych.

W celu eliminacji tych czynników zewnętrznych i skupieniu się tylko i wyłącznie na kosztach uzależnionych od wiarygodności kredytowej, do porównania użyte są obligacje polskie i niemieckie denominowane w euro

Już około 2 mld strat

Potrzeby pożyczkowe Polski w 2016 r. wynosiły ponad 180 mld zł. Składały się na to zarówno nowe zadłużenie (z deficytu sektora finansów publicznych) jak i dług, który należało wykupić z poprzednich lat.

Średnia zapadalność (czas do wykupu) polskiego długu wynosi ok. 5 lat. Stąd koszty zadłużenia najlepiej symulują rynkowe notowania 5-letniej obligacji skarbowej. W latach 2014-2015 różnica (spread) pomiędzy rentownościami 5-letniej obligacji polskiej i niemieckiej, denominowanej w euro, wynosiła 0.53 pkt proc.

Natomiast od obniżenia ratingu przez S&P do połowy stycznia 2017 r. średni spread pomiędzy wcześniej wymienionymi instrumentami wynosi już 0.75 pkt proc. Oznacza to, że koszty finansowania polskiego długu wzrosły o ok. 0.22 pkt proc. z powodu niższej wiarygodności kredytowej. Przy potrzebach pożyczkowych na poziomie 180 mld zł oznacza to wzrost kosztów finansowania o ok. 400 mln rocznie.

To jednak dopiero niewielka część zmartwienia. Ok. 90 proc. polskiego zadłużenia to instrumenty o stałym oprocentowaniu. Koszt już wyemitowanego w ostatnim roku długu nie zmieni się więc dla skarbu państwa przez kolejne 4 lata, czyli do momentu jego wykupu. Stąd 400 mln zł trzeba pomnożyć przez średnią zapadalność, co już daje nam 2 mld zł.

Koszty rosną w zawrotnym tempie

Nieuprawnionym i jednocześnie nielogicznym byłoby założenie, że decyzja jednej agencji może spowodować aż tak poważne straty. Warto przecież zauważyć, że również Moody’s obniżył perspektywę wiarygodności kredytowej Polski, a wszystkie główne agencje od miesięcy zwracają uwagę przede wszystkim na zagrożenia dla krajowej gospodarki.

Wynika to głównie z perspektywy polskiego zadłużenia. W „Strategii Zarządzania Długiem Sektora Finansów Publicznych” w latach 2016-2019, opublikowanej przez Ministerstwo Finansów we wrześniu 2015 r., prognozowany dług publiczny w 2019 r. miał wynieść 1,074 bln zł (47.5 proc. PKB). W tym samym dokumencie, ale wydanym już rok później, szacunki długu na 2019 r. wynoszą już 1,122 bln zł (51.1 proc. PKB). Warto zauważyć, że te negatywne zmiany przebiegają przy względnie szybkim wzroście gospodarczym w Unii i dobrej sytuacji fiskalnej naszych sąsiadów (Czechy i Niemcy mają nadwyżkę budżetową).

Ponieważ szansa, by polityka finansowa państwa skręciła nagle w kierunku oszczędności, jest stosunkowo niewielka, można założyć, że w kolejnych latach inwestorzy nadal będą domagać się wyższych stóp zwrotu niż przed zmianami ratingu. Gdy już cały dług będzie miał wyższe o 0.2 pkt proc. koszty finansowania, wtedy roczne straty wyniosą 2 mld zł, a do momentu wykupu zwiększą się do 10 mld zł.

Rząd milczy w sprawie renty dożywotniej

Kancelaria Prezydenta RP, Ministerstwo Rozwoju, Narodowy Bank Polski, Związek Banków Polskich, Komisja Nadzoru Finansowego, UOKiK, Rada Polityki Pieniężnej, Rzecznik Praw Obywatelskich, związki emerytów i rencistów oraz najważniejsze kluby parlamentarne i poselskie – ponad 40 instytucji otrzymało w listopadzie ubiegłego roku postulaty Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych i Funduszu Hipotecznego DOM o przyspieszenie prac nad ustawą o rencie dożywotniej. Odzewu nie ma.

– Wciąż czekamy na odpowiedź, rozpoczęcie dialogu, na wznowienie prac nad ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym. To rozwiązanie, które znalazło się w Założeniach Długofalowej Polityki Senioralnej naszego państwa na lata 2014-2020. Zdajemy sobie sprawę, że bez odgórnych działań instytucji państwowych nie rozwiążemy problemów starzejącego się społeczeństwa, nie zatrzymamy rosnącej liczby wyłudzeń i oszustw, które psują renomę kompetentnych usługodawców, a przede wszystkim nie zwiększymy skali działania i nie zbudujemy silnego oraz stabilnego rynku zapobiegającemu wykluczeniu finansowemu seniorów – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Co znalazło się postulatach branży?

Przede wszystkim kontynuacja prac nad ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym i kompleksowe uregulowanie rynku hipoteki odwróconej, które – paradoksalnie – zatrzymało się w 2014 roku, gdy weszła w życie ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym. Seniorzy czekali na nowe przepisy, jednak szybko okazało się, że żaden z banków nie zamierza wprowadzać do oferty odwróconego kredytu hipotecznego. KPF i Fundusz Hipoteczny DOM przekonują, że renta dożywotnia (która funkcjonuje w Polsce od 2008 roku) mogłaby rozwiązywać problemy finansowe seniorów, podobnie jak w innych krajach, chociażby w Wielkiej Brytanii i Włoszech. Trzeba pamiętać, że w Polsce żyje onad 6 mln osób w wieku 65+, ponad 1 mln więcej niż 10 lat temu. Główny Urząd Statystyczny przewiduje, że w 2024 roku ta grupa będzie liczyć ponad 8 mln Polaków i stanowić będzie ponad 21 proc. społeczeństwa. Z danych Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej wynika, że polskie społeczeństwo starzeje się najszybciej w Unii Europejskiej, a Rząd wydaje na emerytury ponad 10 md miesięcznie*. Tymczasem szacowana wartość aktywów, dzięki której seniorzy mogliby otrzymywać comiesięczną rentę dożywotnią, przekracza w Polsce 1 bilion złotych.

Wśród postulatów branży znalazło się wprowadzenie nadzoru obejmującego podmioty oferujące hipotekę odwróconą, co znacząco zwiększyłoby bezpieczeństwo seniorów. – W zakresie wsparcia dla seniorów możemy wzorować się na rozwiązaniach brytyjskich, gdzie wprowadzono nie tylko nadzór nad rynkiem, ale uruchomiono między innymi usługę Pension Wise, która oferuje darmowy dostęp do bezstronnych porad na temat możliwości finansowych dla tych, którzy osiągnęli wiek emerytalny. Powołano też do życia projekt pod nazwą Financial Advice Market Review (Przegląd Rynku Doradztwa Finansowego) będący uzupełnieniem Pension Wise w obszarze finansowania ich codziennych potrzeb ze środków zamrożonych w nieruchomościach – dodaje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Co mogłoby się zmienić?

Branży przyświecają dwa cele. Po pierwsze – stabilny i kompleksowy rozwój rynku, który zapewniałby osobom starszym bezpieczeństwo oraz spektrum różnych rozwiązań dopasowanych do ich potrzeb. – Dobrym przykładem są Włochy. W marcu 2016 tamtejszy rząd zakończył proces wprowadzania regulacji obejmujących rynek hipoteki odwróconej. Były one spójne z przepisami zainicjowanymi w 2014 roku przez Stowarzyszenie Konsumentów i Związek Banków. Co ciekawe, ustawa zyskała 80 proc. pozytywnych głosów w parlamencie. W ciągu pierwszych 6 miesięcy od wprowadzenia regulacji na rynek weszły 3 główne banki oraz szereg innych podmiotów – mówi Robert Majkowski. Przykłady z innych krajów europejskich pokazują, że udana współpraca instytucji finansowych oraz regulatora może skutkować rozwiązaniem korzystnym dla beneficjentów, obywateli, ale i interesującym dla rynku finansowego. Bez skutecznego dialogu nie da się przygotować i wprowadzić usługi korzystnej dla wszystkich, zarówno klientów jak i usługodawców.

Odpowiednie regulacje na rodzimym rynku miałyby zmienić ciężką i mało perspektywiczną sytuację finansową polskich seniorów. Przeciętna miesięczna nominalna emerytura brutto kształtowała się w czerwcu 2016 na poziomie 2082,47 zł brutto**. Polacy nie mają również zbyt wielu oszczędności związanych z emeryturą i zapewnieniem sobie bytu na starość. Z raportu opracowanego przez Pracownię Badań Społecznych wynika, że 21 proc. Polaków oszczędza lub podejmuje jakiekolwiek działania z myślą o przyszłej emeryturze. Blisko połowa badanych (45 proc.) zamiast płacić składkę emerytalną wolałaby otrzymywać wyższe wynagrodzenie. Z danych KPF wynika, że dotychczas (dane z 2015 roku) fundusze hipoteczne zrzeszone w tej instytucji wypłaciły seniorom pond 9,5 mln złotych, a przeciętne świadczenie wypłacane seniorowi z tytułu renty dożywotniej wynosi ok 1000 zł miesięcznie.

Prace wciąż stoją

– Prace nad kompleksową regulacją rynku tak zwanej hipoteki odwróconej rozpoczęły się już w 2009 roku i wciąż nie mogą doczekać się pełnej realizacji. Dzieje się tak pomimo niepokojących faktów związanych ze zmianami w strukturze demograficznej naszego społeczeństwa – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF. – Liczymy na to, że nasze postulaty, a przede wszystkim gotowość do dialogu i pracy nad przepisami przyniosą rezultaty. Mówimy głosem branży, ale również seniorów, z którymi mamy kontakt na co
dzień – dodaje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

*Artykuł „Emerytury albo zdrowie”. Rzeczpospolita, 9.03.2015.

http://archiwum.rp.pl/artykul/1270452-Emerytury-albo-zdrowie.html

** GUS. Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w I połowie 2016 roku

Dane z USA korzystne dla kursu dolara. Wątpliwe z Chin.

Wczorajszy pakiet informacji o 14:30 z Ameryki był korzystny dla dolara. Również dobrze wypadły dane z Polski, aczkolwiek bez takiego wpływu na rynki. Dane z Chin znów podejrzane. Dzisiaj zaprzysiężenie Donalda Trumpa.

Dobre dane z USA

Wczoraj o godzinie 14:30 poznaliśmy pakiet danych z USA. Najważniejszym elementem były wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Było ich zaledwie 234 tysiące. To o 20 tysięcy mniej od oczekiwań. To najprawdopodobniej ten odczyt odpowiadał za szybkie umacnianie się dolara tuż po publikacji. Ruch ten był wsparty przez dobry odczyt indeksu FED z Filadelfii. Analitycy przewidywali spadek z 21,5 pkt w grudniu na 15,8 pkt w styczniu. Odczyt wyniósł jednak 23,6 pkt. Ostatnimi danymi w pakiecie były dane z rynku budowlanego. Pozwoleń na budowę domów wydano mniej niż oczekiwano, za to więcej od oczekiwań rozpoczęto budów domów.

Zaprzysiężenie prezydenta Donalda Trumpa

Dzisiaj Donald Trump zostanie w końcu prezydentem USA. Przysięga będzie składana już po zamknięciu rynków w Europie i wątpliwe jest by miała większy wpływ na waluty. Jest to raczej wydarzenie symboliczne niż o większym znaczeniu finansowym. Co Ciekawe rynki wyraźnie boją się pierwszych wypowiedzi prezydenta, gdyż na dolarze widać wyraźną tendencję do zamykania pozycji. Dobrym przykładem jest wczorajszy dzień, gdzie mimo bardzo dobrych danych do końca dnia rynek wrócił na stare poziomy.

Dane z Polski

Wczoraj o godzinie 14:00 poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w Polsce. Są to jedne z najpopularniejszych wskaźników wyprzedzających dla gospodarki. Produkcja przemysłowa wzrosła o 2,3% czyli 0,5% szybciej od oczekiwań. Z kolei sprzedaż detaliczna o 6,4% czyli 0,3% powyżej oczekiwań. Dane te spowodowały delikatne umocnienie złotego.

Chińska Gospodarka wciąż rośnie

Zgodnie z oczekiwaniami i zapowiedziami partii Chińskie PKB rośnie o wartość z przedziału 6,5%-7%. W tym kwartale planiści wybrali 6,8% przekraczając oczekiwania o 0,1% w wyniku zaokrągleń. Dzięki temu wynikowi rezultat za 2016 rok wyniósł 6,7% i był najgorszy od 1990 roku. Analitycy od dawna przewidują spowolnienie w Chinach. Gospodarka jednak zasilana jest olbrzymimi ilościami taniego pieniądza co pozwala kontynuować imponujące wzrosty. Udało się w ten sposób zmienić profil gospodarki z przemysłu na usługi. Negatywnym efektem jest oczywiście bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

10:30 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zmiany w Zarządzie BioMaxima S.A.

Decyzją Rady Nadzorczej z dnia 17 stycznia b.r., Łukasz M. Urban zastąpi Henryka Lewczuka na stanowisku Prezesa Zarządu BioMaxima S.A, spółki notowanej na rynku NewConnect, działającej na rynku diagnostyki laboratoryjnej. Dotychczasowy Prezes Zarządu BioMaxima, Henryk Lewczuk, pozostanie w Zarządzie BioMaxima na stanowisku Wiceprezesa Zarządu.

Nowo wybrany Prezes Zarządu BioMaxima, Łukasz M. Urban, do tej pory pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu BioMaxima, nadzorując obszar mikrobiologii. Wcześniej był związany z BIOCORP Polska Sp. z o.o. – firmą wyspecjalizowaną w dynamicznie rosnącym segmencie mikrobiologii przemysłowej, która w grudniu 2016 r. połączyła się z BioMaxima.

„Objęcie funkcji Prezesa Zarządu BioMaxima w tak kluczowym dla spółki momencie to dla mnie zaszczyt i zobowiązanie. Po połączeniu z BIOCORP i zakupie spółek rumuńskich, BioMaxima posiada ogromny potencjał do dalszego rozwoju zarówno w Polsce, jak i za granicą. Dzięki rozszerzeniu portfolio produktowego, w 2017 roku dotrzemy z naszym asortymentem do nowych odbiorców, a naszym obecnym kontrahentom będziemy mogli zaoferować szerszy wachlarz produktów. Wszystko to, w połączeniu z ambitnymi inwestycjami które będą realizowane w tym roku, umożliwi spółce wzrost przychodów i wskaźników efektywności operacyjnej, co będzie skutkowało polepszeniem rentowności BioMaxima”. – mówi Łukasz M. Urban, nowo wybrany Prezes Zarządu BioMaxima S.A

„Oprócz mikrobiologii, BioMaxima posiada ofertę szeroko rozumianej analityki klinicznej, co czyni naszą firmę atrakcyjnym partnerem na ponad 60 rynkach na całym świecie, gdzie sprzedajemy nasze produkty. Prowadzimy intensywne prace badawczo-rozwojowe, dzięki którym co roku mamy możliwość poszerzenia oferty o kolejne pozycje, ostatnio informowaliśmy o otrzymanych dotacjach unijnych na opracowanie nowych testów do oznaczania lekowrażliwości oraz na budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego.” – dodaje Łukasz M. Urban

„Cieszę się, że pan Łukasz M. Urban zgodził się objąć funkcję Prezesa Zarządu BioMaxima. Jestem pewien, że ze względu na swoje bogate doświadczenie zawodowe i wykształcenie, pan Urban zdynamizuje spółkę i będzie w stanie poprowadzić BioMaxima w kierunku jeszcze szybszego rozwoju i coraz większej wydajności, czego dokonał zarządzając BIOCORP Polska na przestrzeni ostatnich kilku lat. W 2017 roku czeka nas wiele nowych wyzwań, takich jak połączenie operacji w obszarze mikrobiologii, integracja spółek rumuńskich czy realizacja bardzo ambitnych planów inwestycyjnych. Jestem przekonany, że Zarząd w nowej konfiguracji stanowi optymalny zespół, który podoła tym wyzwaniom.” – mówi Rafał Jelonek, Przewodniczący Rady Nadzorczej BioMaxima S.A.

Łukasz M. Urban jest absolwentem Yale University (Master of Science na Wydziale Biologii) oraz Hamilton College (Bachelor of Arts). Studiował również na Wydziale Biochemii Imperial College of Science Technology and Medicine (University of London). Posiada dyplom MBA z IESE Business School (Universidad de Navarra).

Był założycielem i wspólnikiem, a także Prezesem Zarządu w Biocorp Polska Sp. z o.o., spółce będącej producentem testów do diagnostyki mikrobiologicznej, która połączyła się z BioMaxima S.A.

Posiada również doświadczenie z rynku kapitałowego. Od 2012 roku jest Członkiem, a obecnie Przewodniczącym Komitetu Inwestycyjnego Krajowego Funduszu Kapitałowego, który inwestuje w fundusze venture capital, zasilające kapitałowo małe i średnie przedsiębiorstwa. W latach 2006-2009 był wiceprezesem i Dyrektorem Finansowym w PZU Asset Management. Wcześniej pracował w Londynie w 3i Investments plc, firmie zarządzającej funduszami private equity, gdzie m.in. współtworzył strategię w sektorze healthcare. Był sędzią Sądu Polubownego przy Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych.

Wcześniej pełnił też funkcje w organach zarządzających i nadzorczych innych spółek kapitałowych. Posiada wieloletnie doświadczenie doradcze. Jest członkiem amerykańskich naukowych stowarzyszeń honorowych Phi Beta Kappa oraz Sigma Xi. Biegle włada językiem angielskim i hiszpańskim.

Bartosz Najman o nowym prawie wynagradzania kierowców w Austrii

Wiele pytań, niepewność i nowe obowiązki dla przedsiębiorców – to efekt zmian w prawie w Austrii. Kraj znowelizował ustawę o zapobieganiu dumpingu płacowego i socjalnego, a w tym także kwotę płacy minimalnej oraz obowiązki związane z delegowaniem kierowców na terenie Austrii.

Wraz z początkiem tego roku każdy kierowca, przekraczający granicę austriacką, musi posiadać komplet dokumentów, wskazanych w przepisach. Jednym z najważniejszych jest dokumentacja płacowa, potwierdzająca otrzymywanie przez kierowcę minimalnej kwoty, wynoszącej od 8,49€ do 10,50€, w zależności od grupy, do której zostanie zaklasyfikowany kierowca, zgodnie z postanowieniami układu zbiorowego dla branży transportowej.

Na dzień dzisiejszy brakuje szczegółowych interpretacji powyższej ustawy na stronach austriackiego ministerstwa w kontekście wymagań dotyczących sektora transportowego. – Nowa ustawa została wprowadzona dość szybko, bez okresu przejściowego, który pozwoliłby na zweryfikowanie wprowadzonych restrykcji administracyjno-prawnych. Pierwsze tygodnie tego roku pomogą ocenić, w jaki sposób obowiązujące prawo działa w praktyce. Z nieoficjalnych informacji wiemy, że rząd austriacki bazując na doświadczeniach Niemiec i Francji, planuje w najbliższym czasie wprowadzenie biuletynu informacyjnego poświęconego całej branży transportowej. W planach jest również dostosowanie formularzy tak, by uprościć procedury i dopasować je do potrzeb przewoźników, ponieważ te obecnie obowiązujące mają zastosowanie głównie w sektorze budowlanym. Wyjaśnię na przykładzie, polski pracownik fizyczny delegowany do pracy na budowie w Austrii musi udać się w jedno miejsce, gdzie spędza konkretny okres czasu. Z przewozami jest zupełnie inaczej, jeden załadunek może mieć kilku zleceniodawców, a wtedy na każdego z nich musi zostać przygotowany osobny druk – tłumaczy Bartosz Najman, ekspert OCRK.

Firmy przewozowe wykonujące transport towarów i przewóz osób na terenie Austrii, zarówno w ramach kabotażu, jak również w ruchu dwustronnym z załadunkiem/rozładunkiem muszą natychmiast dostosować się do nowych przepisów prawa. W przypadku braku wymaganych dokumentów, kary grożące przewoźnikom mogą sięgać do 5 000€ lub w przypadku ponownych niezgodności podczas kontroli, nawet do 20 000€.

Nowa praca, czy kontroferta od pracodawcy – co wybrać, by wybrać dobrze?

Złożenie wymówienia zawsze związane jest z pewnym stresem, stres ten może się jeszcze dodatkowo zwiększyć, kiedy otrzymamy od obecnego pracodawcy kontrofertę. Jak podjąć najlepszą dla nas decyzję? Czy zawsze nowa praca to nowe, lepsze możliwości? A może jednak warto przyjąć kontrofertę od obecnego pracodawcy? Czy istnieje uniwersalna zasada pomagająca rozwiązywać takie dylematy?

Nowa praca – czy aby na pewno?

Złożenie wypowiedzenia przez pracownika może stać się dla pracodawcy powodem do refleksji. Szczególnie obecnie, w czasach kiedy niemal w każdym obszarze rynku i w każdej specjalizacji możemy mówić o rynku pracownika. Troska o już zatrudnionych pracowników, szczególnie tych, którzy są kluczowi dla firmy, jest jednym z priorytetów pracodawcy. Stąd coraz częściej pracownicy mogą spodziewać się, że ich aktualny pracodawca będzie się starał zatrzymać ich w firmie oferując zwiększenie wynagrodzenia lub dodatkowe benefity. Wtedy stajemy przed trudnym wyborem czy zdecydować się na nowe wyzwania i podjąć związane z tym ryzyko czy też przyjąć kontrofertę i pozostać w dobrze znanym środowisku.

Kluczem do podjęcia trafnej decyzji jest chłodna ocena sytuacji. Warto pamiętać o czterech podstawowych zasadach.

  1. Emocje nie są dobrym doradcą.

Pracodawca na pewno będzie chciał, aby pracownik podjął natychmiastowo decyzję czy przyjmuje kontrofertę. Ważnym jest, aby poprosić o kilka dni na zastanowienie, ponieważ należy przeanalizować dokładnie otrzymaną propozycję. Najważniejsze jest, aby poinformować także drugą stronę o otrzymaniu kontroferty, aby dać szansę nowemu pracodawcy i sprawdzić czy będzie on w stanie negocjować i zaoferować nowe warunki.

  1. Upewnij się czy to rzeczywiście na Tobie zależy pracodawcy

Upewnij się, jakie są prawdziwe powody złożenia kontroferty – może być to spowodowane faktyczną chęcią zatrzymania dobrego pracownika w organizacji i docenienia go, ale może także być to umotywowane brakiem czasu na szukanie nowej osoby na to stanowisko i wyszkolenie jej – co pociąga za sobą znaczne koszty – a nawet z koniecznością wygospodarowania zasobów na znalezienie zastępstwa.

  1. Prześwietl nową propozycję

Sprawdź, co kryje się za kontrofertą. Jeśli pracując w obecnej firmie od kilku lat nie otrzymałeś żadnej podwyżki, to trzeba zdawać sobie sprawę, że po przyjęciu kontroferty może minąć długi czas bez zmiany wynagrodzenia. W nowej firmie, o ile osiągnięcia nowego pracownika będą widoczne, ma on dużą szansę na awans i związany z tym wzrost wysokości pensji. Jeśli zaś proponowany przez pracodawcę awans polega tylko na zmianie nazwy stanowiska, bez zmiany obowiązków, warto zastanowić się, czy dalsza praca w obecnej organizacji przyczyni się do realnego rozwoju zawodowego.

  1. Oceń swe oczekiwania i motywacje

Zastanów się, co skłoniło Cię do przyjęcia oferty nowej pracy. Z jakich powodów pojawiła się myśl o zmianie pracy? Czy była to chęć zdobycia nowych doświadczeń w innej kulturze organizacyjnej, głód nowych wyzwań, chęć rozwoju? Czy pozostanie w obecnej organizacji rozwiąże te problemy czy tylko je spotęguje?

Kontroferta dobra na krótką metę

Z doświadczeń konsultantów HRK wynika, że przyjęcie kontroferty od obecnego pracodawcy bywa ryzykowne. Duża część kandydatów, którzy zdecydowali się przyjąć kontrofertę, w ciągu następnych 6 miesięcy znów rozpoczynała poszukiwanie pracy. Wynika to z dwóch powodów.

Po pierwsze, kandydat mimo pozostania w organizacji wciąż myśli o zmianie pracy. Zastanawia się co by było, gdyby jednak zmienił pracodawcę. Podjęcie decyzji o udziale w procesie rekrutacyjnym musiało być spowodowane brakiem pełnego zadowolenia z sytuacji w obecnej firmie. Po zaakceptowaniu kontroferty jego wątpliwości nie zniknęły, a często nawet się pogłębiły.

Po drugie, obecny pracodawca nie chcąc w krótkim czasie stracić dobrego pracownika, zdecydował się przedstawić kontrofertę. Jednak firma ma do takiej osoby ograniczone zaufanie, nie mając pewności czy za kilka miesięcy znów nie będzie ona chciała odejść.  Pracownik zostaje w organizacji, jednak firma rozpoczyna poszukiwania kandydatów, którzy mogliby go zastąpić. W rezultacie, może się okazać, że w krótkim czasie po przyjęciu kontroferty zostaje się zwolnionym z pracy.

Przyjmując kontrofertę należy również pamiętać o tym, czy ta decyzja będzie opłacalna. Nawet jeśli jest ona atrakcyjniejsza finansowo, musimy zastanowić się, czy pozostanie w firmie przyniesie długofalowe korzyści. Przede wszystkim powinniśmy chłodno ocenić wszelkie plusy i minusy obu możliwości i podjąć decyzję bez nadmiernego pośpiechu.

Marcin Iwaniec – Business Unit Manager Engineering & Technology

17 najczęściej zadawanych pytań o dług publiczny

Dług na liczniku FOR przekroczył już bilion złotych i na koniec 2017 roku rząd planuje, że udział zadłużenia w PKB osiągnie 55%. Dlatego FOR przypomina i aktualizuje odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania dotyczące długu publicznego.

  1. Co jest groźnego w polskim długu publicznym?

Największym problemem jest szybki przyrost długu, bo im wyższe mamy zadłużenie, tym więcej musimy płacić za jego obsługę. Gdyby Polska zaczęła być postrzegana przez inwestorów jako kraj, który w przyszłości może mieć problemy ze spłatą swojego zadłużenia, to już dzisiaj byłoby nam trudniej znaleźć chętnych na nasze obligacje. Wówczas moglibyśmy dalej się zadłużać, ale na znacznie gorszych warunkach (za wyższy procent), niż obecnie.

Do tej pory wzrost udziału długu publicznego w produkcie krajowym brutto (PKB) był hamowany przez szybki wzrost PKB. Jednak z każdym kolejnym spowolnieniem gospodarczym tempo wzrostu PKB w Polsce spada. Jednocześnie Polska ma wysoki udział eksportu w PKB, czego negatywną stroną jest większa wrażliwość na zawirowania w gospodarce światowej. Po każdym takim załamaniu dług publiczny przyrastał w Polsce o ponad 5% PKB. Jednocześnie na koniec 2017 roku rząd zakłada dług publiczny na poziomie 55% PKB, więc można się spodziewać, że w rok po wystąpieniu problemów w gospodarce światowej zbliżylibyśmy się do konstytucyjnej granicy zadłużenia 60% PKB  (Komunikat  FOR: Dług publiczny przekroczył 1 bilion złotych. Do końca roku rząd chce nas zadłużyć do 55% PKB z 10.01.2017; było to ciągle nieco mniej, bo próg konstytucyjny jest liczony według metodologii krajowej, która zaniża nieco poziom zadłużenia). Warto pamiętać, że 60% PKB to nie tylko konstytucyjna granica zadłużenia, ale i granica unijna, a przede wszystkim poziom po przekroczeniu którego dług zaczyna spowalniać tempo wzrostu w gospodarkach na poziomie rozwoju Polski.

Gdyby dług publiczny spadł i ustabilizował się na o chociaż kilka punktów procentowych niższym poziomie niż obecne 53% PKB (prognoza Komisji Europejskiej za 2016 rok), to w sprzyjających okolicznościach można by go rolować* bez końca. Ale to też ma swoją wysoką cenę – tylko w 2017 roku zgodnie z prognozą KE koszt obsługi długu publicznego osiągnie prawie 32 mld zł. To więcej niż zaplanowane wydatki na obronę narodową. A to przecież koszt obsługi długu tylko w tym jednym roku! Dlatego dług trzeba zmniejszać.

* Rolowanie długu – polega na spłacie wyemitowanych obligacji i bonów skarbowych w momencie gdy nadchodzi moment ich wykupu, ale nie z oszczędności, ale z pieniędzy, które pochodzą z zaciągnięcia nowego długu.

  1. Czym się różni dług publiczny od deficytu budżetowego?

Trzeba odróżnić sektor finansów publicznych od budżetu. Finanse publiczne poza budżetem rządu obejmują także m.in. budżety samorządów oraz różnego rodzaju funduszy pozabudżetowych, z których największy jest FUS. Na dług publiczny składają się więc długi rządu, samorządów i FUS-u. Na koniec 2015 r. wyniósł on ok. 877 mld zł. Z tego 805 mld zł przypadały na budżet centralny (odpowiada za niego rząd), 72 mld zł na samorządy i 0,1 mld zł na FUS.

Nasza krajowa definicja długu publicznego jest nieco węższa od unijnej. Eurostat (czyli unijny urząd statystyczny) zalicza do długu publicznego np. zobowiązania zaciągane przez Krajowy Fundusz Drogowy, które nie są uwzględniane w krajowej definicji tego długu. Według ostatniej prognozy rządu, na koniec 2016 r. dług publiczny wedle definicji krajowej ma wynieść 954 mld zł (51,4 proc. PKB), zaś według metodologii unijnej – 997 mld zł (53,7 proc. PKB).

Deficyt budżetowy to z kolei różnica pomiędzy wydatkami a dochodami rządu w konkretnym roku. Deficyt budżetowy jest częścią deficytu finansów publicznych, który dodatkowo obejmuje m.in. deficyty samorządów oraz funduszy pozabudżetowych (np. FUS). Co roku dług publiczny powiększa się o tę część deficytu budżetowego, która jest finansowana kredytem (emisją bonów lub obligacji skarbowych), a nie przychodami ze sprzedaży państwowych spółek.

 

  1. Jaki jest bezpieczny poziom długu i deficytu?

Im mniejszy dług (dług publiczny to suma pożyczek zaciągniętych w przeszłości przez rząd, samorządy i inne instytucje publiczne) i deficyt (deficyt finansów publicznych to różnica pomiędzy wydatkami i dochodami rządu, samorządów i innych instytucji publicznych w danym roku) tym lepiej.

Trudno jednak podać konkretne wartości. W 2010 roku Rumunia i Łotwa były zagrożone bankructwem i musiały korzystać z pomocy międzynarodowej (Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej). W tamtym roku dług publiczny Rumunii wyniósł 29,9% PKB, a deficyt 6,9% PKB. Analogiczne wartości dla Łotwy wyniosły 47,4% PKB i 8,5% PKB. W tym samym czasie Wielka Brytania bez większych problemów pożyczała pieniądze na sfinansowanie swojego deficytu, który w 2010 roku wyniósł 9,7% PKB, przy długu sięgającym 76,6% (niemniej dyskusja o naprawie finansów publicznych w Wielkiej Brytanii trwa). Skąd ta różnica? Wielka Brytania jest jednym z najbardziej rozwiniętych państw świata, które od kilkuset lat spłaca regularnie swoje długi (ostatni raz Wielka Brytania restrukturyzowała swój dług w latach 80. XIX wieku). Z drugiej strony Łotwa jest relatywnie biednym państwem, będącym na mapie Europy od zaledwie 20 lat. Wiarygodność kredytowa Rumunii również nie jest dużo większa – kraj ten nie spłacał swojego zadłużenia zagranicznego w latach 1933-1958, 1981-1983 i 1986.

Dodatkowo percepcja „bezpiecznego” poziomu długu i deficytu jest zmienna. Przed wybuchem kryzysu finansowego inwestorzy chętnie kupowali greckie obligacje – dług publiczny Grecji oscylujący wokół 100% PKB im nie przeszkadzał. Po wybuchu kryzysu inwestorzy stali się znacznie bardziej nerwowi, wzrósł grecki deficyt i kraj znalazł się na skraju bankructwa.

  1. Czy dług Polski można spłacić?

Zanim przejdziemy do spłacania długu najpierw trzeba spowolnić, a potem zatrzymać jego przyrost. W przeszłości w kilku krajach udało się zahamować narastanie zadłużenia, a w efekcie znacząco obniżyć relację długu do PKB.

Przykładem dla Polski mogą być.:

– Chile, które w latach 1989-1998 zredukowało dług publiczny z 46,8% do 12,9% PKB. Za ponad połowę tego spadku odpowiadała redukcja deficytu finansów publicznych, reszta wynikała ze wzrostu PKB.

– Turcja, która w latach 2001-2007 zredukowała dług publiczny z 77,6% do 39,4% PKB. Aż 70% tego spadku osiągnięto dzięki zmniejszeniu deficytu (głównie z podniesienia podatków), a 30% ze wzrostu PKB.

– Bułgaria, która w latach 1996-2007 zredukowała dług publiczny z 96,4% do 18,7% PKB. W połowie spadek ten wynikał z obniżenia deficytu (głównie redukcji wydatków), a reszta głównie ze wzrostu PKB.

– RPA, które w latach 1998-2008 zredukowało dług publiczny z 57,2% PKB do 22,5% PKB. W tym przypadku największe znaczenie miał szybki wzrost PKB, ale obniżka wydatków także miała istotny wpływ.

Analiza doświadczeń krajów, w których miały miejsce największe redukcje długu publicznego w relacji do PKB pozwala na sformułowanie pewnych ogólnych wniosków. Po pierwsze, ponad połowa spadku relacji długu publicznego do PKB w krajach rozwijających się wynikała z szybkiego wzrostu PKB, a w ok. 1/3 – ze zmniejszenia deficytu finansów publicznych. Po drugie, trwały spadek deficytu finansów publicznych wynikał średnio w 70% z redukcji wydatków publicznych, a jedynie w 30% ze wzrostu podatków. Po trzecie, w krajach rozwiniętych niemal cała redukcja długu publicznego w relacji do PKB wynikała ze spadku deficytu finansów publicznych, na który w mniej więcej równych proporcjach złożyły się spadek wydatków i wzrost podatków.

  1. Czy większość polskiego długu to dług zagraniczny?

Tak. Na koniec 2015 roku państwowy dług publiczny wyniósł 877 mld zł, z czego zadłużenie wobec inwestorów zagranicznych stanowiło 500 mld zł. Pozostałe 377 mld zł było zadłużeniem wobec krajowych instytucji finansowych oraz inwestorów indywidualnych. Warto zaznaczyć, że inwestorzy zagraniczni kupują nie tylko obligacje skarbowe denominowane w walutach obcych, ale także obligacje denominowane w polskich złotych. W efekcie, na koniec 2015 roku dług zagraniczny sektora finansów publicznych był o 193 mld zł większy od zadłużenia państwa wynikającego z emisji obligacji i zaciągniętych kredytów w walutach obcych.

Na całkowity dług zagraniczny Polaków składa się nie tylko ta część długu publicznego, którą posiadają podmioty za granicą, ale także prywatne zadłużenie Polaków i polskich firm w walutach obcych. Oprócz wspomnianego zagranicznego długu publicznego, Polska miała dodatkowo 755 mld zł długu za granicą, z czego:

  • 213 mld zł stanowiły długi sektora bankowego,
  • 21 mld zł pożyczył NBP,
  • 521 mld zł pożyczyli polscy obywatele i przedsiębiorstwa (w tym 313 mld zł pożyczyły polskie przedsiębiorstwa jako odbiorcy bezpośrednich inwestycji zagranicznych).
  1. Kiedy powstał ten dług publiczny? Może dług powinny spłacać te pokolenia, które najbardziej się zadłużały?

Prawie połowa długu publicznego powstała w ciągu ostatnich 15 lat. Jeszcze w 2000 roku polski dług publiczny wynosił 359 mld zł (w cenach stałych z 2010 roku), a do końca 2015 roku osiągnął poziom 859 mld zł. Z punktu widzenia ekonomii liczy się jednak przede wszystkim relacja długu publicznego do PKB. W ten sposób porównując to, co gospodarka produkuje w ciągu roku z zobowiązaniami państwa przybliżamy zdolność państwa do obsługi swojego zadłużenia. W tych kategoriach również nastąpił bardzo duży przyrost: w 2000 roku dług publiczny wynosił 36,5% PKB, a do końca 2015 roku wzrósł do 51,1% PKB.

  1. Czy kraj może zbankrutować? Co się wtedy dzieje? Czy istnieje jakiś komornik, który może zająć państwowy majątek?

Potocznie o bankructwie państwa mówimy wtedy, gdy nie jest ono w stanie terminowo spłacać swojego zadłużenia. W przeciwieństwie do przedsiębiorstw, dla których bankructwo oznacza zniknięcie z rynku (zamknięcie firmy), współcześnie bankructwa krajów nie oznaczają ich likwidacji. Rządy państw mają prawo nakładania podatków, a zatem mogą spłacić zaciągnięty dług, przy czym zazwyczaj wymaga to rozłożenia tej spłaty na dłuższy okres niż początkowo planowano. Dlatego w odniesieniu do państw bardziej właściwym określeniem problemów z obsługą zadłużenia jest utrata płynności finansowej lub przejściowa niewypłacalność.

Istotne znaczenie dla konsekwencji utraty płynności finansowej lub niewypłacalności krajów ma to, kto kredytuje państwo. Przykładowo, w III kwartale 2016 r. państwowy dług publiczny w Polsce wyniósł 940 mld zł, z czego 624 mld zł stanowił dług zaciągnięty w polskim złotym, a 315 mld zł w walutach obcych. W rzeczywistości nasze zobowiązania wobec inwestorów zagranicznych były większe, bo oprócz obligacji walutowych posiadali oni także blisko 184 mld zł obligacji denominowanych w złotym.

Państwo może zawiesić spłatę długów denominowanych w walucie krajowej lub w walutach obcych. W pierwszym przypadku, rządy mogą ułatwić sobie spłatę długów dopuszczając do wzrostu inflacji. W ten sposób obniżą realną wartość zaciągniętych długów. Ciężar takiej operacji ponoszą jednak wszyscy inwestorzy, którzy kupili krajowe obligacje oraz wszyscy obywatele, którzy posiadają gotówkę.

Gdy kraj zawiesza spłatę zadłużenia zagranicznego to musi liczyć się z tym, że w przyszłości będą omijać go inwestorzy. Kto bowiem chciałby inwestować w kraju, który nie spłaca długów? Taki kraj może również mieć problemy z zawieraniem umów międzynarodowych. Kłopoty z zaciąganiem zagranicznych kredytów będą mieli także przedsiębiorcy, co zredukuje wymianę handlową z zagranicą. Koszty niewypłacalności państw są bardzo zróżnicowane i szacowane przeciętnie na PKB niższe o 5%-8% PKB po ok. 8 latach. Jednak np. kiedy zbankrutowała Grecja, to jej PKB w latach 2008-2013 spadło o ok. 30%.

Kraje, które mają problemy ze spłatą zadłużenia próbują restrukturyzować swój dług. Zazwyczaj oznacza to rozłożenie spłaty długu na dłuższy okres, przejściową pomoc innych krajów lub instytucji międzynarodowych w zaciąganiu kolejnych długów (np. na niższy procent) lub ewentualnie anulowanie części zadłużenia.

  1. Czy możliwe są szybkie przyrosty długu publicznego?

W przeszłości szybkie przyrosty długu publicznego były głównie związane z wojnami. Powrót szybkiego wzrostu gospodarczego i cięcia wydatków zbrojeniowych po zakończeniu działań wojennych często pomagały uniknąć jednak państwom niewypłacalności. Dzisiaj epizody dużego przyrostu długu następują często w okresie pokoju i są spowodowane dysfunkcjonalnym systemem politycznym. Jaskrawym przykładem są tu Węgry, czyli jeden z najbardziej podobnych do Polski krajów pod względem historycznym, instytucjonalnym i dochodu na mieszkańca.

W 2016 roku dług publiczny Węgier (73,4% PKB) był o 20 pkt. proc. PKB wyższy niż Polski (54,4% PKB), według prognoz Komisji Europejskiej. Jednak jeszcze do 2001 roku, dług publiczny na Węgrzech spadał, kiedy wyniósł 51,7% PKB. Niestety szereg lat wysokich deficytów finansów publicznych odwrócił ten trend. W 2002 roku wynagrodzenia osób pracujących w sektorze publicznym podniesiono o ponad 50%, a dodatkowo zaczęto wypłacać im także 13-te pensje, a emerytom 13-te emerytury ( Analiza FOR: Orbanomika, czyli niespełniony sen o węgierskiej potędze gospodarczej). W rezultacie w latach 2002-2006 średni deficyt wyniósł 7,9% PKB (Polska od lat ’90 nie zanotowała tak wysokiego deficytu w żadnym roku), a dług wzrósł o 9,6 pkt. proc. PKB. Podjęta w kolejnych latach konsolidacja fiskalna i ożywienie gospodarki zostały zahamowane przez załamanie koniunktury na świecie. Kiedy wybuchł kryzys zadłużeniowy w strefie euro, jesienią 2008 roku Węgry uniknęły bankructwa tylko dzięki pożyczce 20 mld euro od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Unii Europejskiej i Banku Światowego. W 2009 roku PKB Węgier spadło o 6,6%, a w latach 2008-2010 dług wzrósł o 8,9 pkt. proc. PKB. Załamanie silnie przełożyło się na poziom życia. W latach 2001-2008 skorygowany poziomem cen dochód na mieszkańca był na Węgrzech przeciętnie o 17% wyższy niż w Polsce. Od 2011 roku jest już równy polskiemu.

  1. Jakie kraje i kiedy ogłosiły bankructwo?

Na zadłużeniu publicznym można bankrutować na różne sposoby. Po pierwsze, trzeba rozróżnić bankructwo na zadłużeniu wewnętrznym (w uproszczeniu: długi wobec własnych obywateli danego państwa) i zewnętrznym (w uproszczeniu: wobec zagranicznych instytucji).

W latach 1990-2009 zbankrutowały między innymi:

  • na zadłużeniu zagranicznym:

Argentyna (2001), Wybrzeże Kości Słoniowej (2000), Ekwador (1999 i 2008), Indonezja (1998 i 2000),

Kenia (2001), Myanmar (1997), Nigeria (2001 i 2005), Paragwaj (2002), Rosja (1998), RPA (1993), Turcja (prawie, pomoc MFW w 2000), Urugwaj (2003), Wenezuela (1995 i 2004), Zimbabwe (2000).

  • na zadłużeniu wewnętrznym:

Argentyna (2000), Argentyna (2007), Ekwador (1999), Angola (1992), Rosja (1998), Sri Lanka (1996), Wenezuela (1998), Zimbabwe (2006).

Krótsza lista bankructw krajowych nie wynika z tego, że jest ich mniej. Są one po prostu słabiej udokumentowane. Informacje o bankructwach zewnętrznych gromadzą międzynarodowe instytucje finansowe. W przypadku zadłużenia wewnętrznego rządy często uciekają się do wzrostu inflacji, a w efekcie realna wartość ich długu maleje i łatwiej jest ten dług spłacić. Choć nie można wprost nazwać tego bankructwem, to skutek jest ten sam – wierzyciele dostają znacznie mniej, niż pożyczyli.

Mówiąc o bankructwach warto jeszcze wymienić kraje, które w czasie ostatniego światowego kryzysu finansowego zwróciły się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i innych instytucji międzynarodowych (np. Komisji Europejskiej). Znaczna część z poniższych krajów, bez takiej zewnętrznej pomocy by zbankrutowała:

  • Angola (w 2009 roku), Antigua i Barbuda (2010), Bośnia i Hercegowina (2009), Dominikana (2009), Salwador (2010), Gruzja (2008), Grecja (2010), Gwatemala (2009), Węgry (2008), Islandia (2008), Irak (2010), Jamajka (2010), Kosowo (2010), Łotwa (2008), Malediwy (2009), Mongolia (2009), Pakistan (2008), Rumunia (2009), Serbia (2009), Sri Lanka (2009), Ukraina (2008)
  1. Czy istnieje kraj, który żyje bez długu?

Niewiele jest takich krajów. Na 182 państwa, dla których dane zebrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, właściwie tylko Hong Kong w ogóle nie miał długu publicznego. Na liście 10 najmniej zadłużonych krajów świata dominują kraje naftowe. Warto jednak zwrócić uwagę np. na Estonię, które niskie zadłużenie zawdzięcza przede wszystkim bardzo dobrej polityce gospodarczej, a nie bogatym złożom miedzi i innych surowców. Trzy pozostałe nienaftowe kraje z bardzo niskim długiem publicznym w relacji do PKB to azjatycki tygrys – Hong Kong, chińska enklawa której gospodarka opiera się o turystykę i hazard – Makao, i państwo wyspiarskie które po trudnościach z wypłacalnością skutecznie zredukowało w ostatnich latach zadłużenie publiczne – Wyspy Salomona.

10 najmniej zadłużonych państw świata

Kraj Dług (% PKB) Cechy
1. Makao 0%
2. Hong Kong 0%
3. Brunei 3% ropa i gaz
4. Afganistan 7% ropa i gaz
5. Wyspy 9%
Salomona
6. Estonia 9%
7. Algieria 13% ropa i gaz
8. Arabia 14% ropa i gaz
Saudyjska
9. Nigeria 15% ropa i gaz
10. Iran 15% ropa i gaz

Źródło: International Monetary Fund, World Economic Outlook Autumn 2016

 

  1. Od kogo państwa pożyczają?

Najczęściej od swoich obywateli.

Każdy Polak, który kupuje obligacje skarbowe, pożycza rządowi swoje pieniądze. Co więcej, ten dług zostanie mu spłacony z jego własnych podatków. To jednak oznacza, że im więcej państwo pożycza, tym więcej musi nakładać podatków. Jeżeli rząd systematycznie zwiększa dług, to ciężar jego spłaty spada na kolejne pokolenia. Statystyczny Polak może nawet nie wiedzieć o tym, że swoje pieniądze pożycza państwu. Wystarczy, że fundusz emerytalny, w którym zbiera pieniądze na jego emeryturę, kupuje obligacje skarbowe.

Dług publiczny w Polsce jest finansowany głównie przez Polaków. Na koniec III kwartału 2016 r. państwowy dług publiczny wynosił 940 mld zł, z czego 440 mld zł stanowił dług wobec tzw. rezydentów, czyli polskich firm i obywateli. Pozostałe 500 mld zł długu Polska miała wobec inwestorów z innych krajów.

Struktura zadłużenia publicznego jest silnie zróżnicowana. Niektóre kraje zadłużają się głównie u swoich obywateli (np. Japonia, Włochy), a inne przede wszystkim u inwestorów zagranicznych (np. Portugalia, Grecja). Gdyby Grecja lub Portugalia zawiesiły wykup swoich długów, to duże straty poniosłyby instytucje finansowe, które w swoich portfelach mają wiele ich obligacji (np. niemieckie banki).

  1. Niemcy, Wielka Brytania, Francja czy Włochy w relacji do PKB mają wyższy dług publiczny niż Polska. Czyli nasza sytuacja nie jest w cale taka najgorsza – może niepotrzebnie się przejmujemy się tym długiem?

Po pierwsze: w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej rosnące zadłużenie także niepokoi opinię publiczną, polityków i ekonomistów. Nowy brytyjski rząd wprowadza w życie program oszczędnościowy, w wyniku którego deficyt finansów publicznych Wielkiej Brytanii w latach 2010-2017 ma spaść z ponad 10 do 2 proc. PKB, a pracę straci prawie milion pracowników sfery budżetowej. Niemcy wpisały do swojej konstytucji niemal całkowity zakaz dalszego zadłużania się (zacznie obowiązywać na poziomie federalnym w 2016 roku, a na poziomie landów w 2020 roku). Nawet Francja zaczyna oszczędzać, podnosząc nieco wiek emerytalny.

Po drugie: kraje zachodnie są od nas nie tylko znacznie bogatsze, ale także znacznie bardziej wiarygodne dla inwestorów na rynku finansowym. W grudniu 2016 roku rentowności polskich obligacji skarbowych (czyli stopa procentowa po jakiej się zadłużamy) wynosiły przeciętnie 3,54%, a niemieckich jedynie 0,25%. Polskę lepiej więc porównywać do pozostałych krajów regionu, które mają podobną do nas wielkość PKB na mieszkańca. Niestety na ich tle również nie wypadamy dobrze: spośród państw naszego regionu w grudniu 2016 jedynie znacznie biedniejsza Rumunia miała wyższe rentowności obligacji od Polski.

W takim zestawieniu Polska wypada źle. Według prognoz Komisji Europejskiej na 2016 rok wśród krajów naszego regionu (państw członkowskich UE z dawnego bloku wschodniego):

  • Wyższy poziom długu publicznego w relacji do PKB będzie miała Chorwacja, Słowenia i Węgry, a Słowacja nieznacznie niższy. Pozostałe kraje regionu osiągną znacznie mniejszy poziom długu publicznego niż Polska, np. Czechy – 40% PKB.
  • Wyższy deficyt sektora finansów publicznych jest prognozowany tylko w Rumunii.

Po trzecie: Polska jest krajem na dorobku. Wysoki dług publiczny hamuje tempo rozwoju w Polsce, a w efekcie wydłuża czas niezbędny do skrócenia dystansu, jaki dzieli Polskę od krajów rozwiniętych. Zamiast wydawać publiczne pieniądze np. na autostrady i edukację, my płacimy ok. 1,7 proc. PKB (prognozy KE na 2016 rok) tylko za same odsetki od zaciągniętego długu. Już dziś Polska płaci nabywcom obligacji jedne z najwyższych odsetek spośród krajów Unii Europejskiej. Poza tym, narastające zadłużenie państwa ogranicza wielkość środków, jakie instytucje finansowe przeznaczają na inwestycje i kredyty dla przedsiębiorstw. W Polsce oszczędza de facto jedynie sektor prywatny. Sektor publiczny notuje bowiem deficyty budżetowe co roku, od początku lat ‘90. W efekcie, wysoki dług publiczny hamuje prywatne inwestycje w gospodarce, co również ogranicza tempo rozwoju Polski.

  1. Gdzie polski rząd chowa długi? Czym się różni metodologia unijna od polskiej?

Według prognozy rządowej z września, dług publiczny na koniec 2016 r. wyniósł 997,2 mld zł, czyli 53,7% PKB. Jednocześnie rząd zapowiada, że nie grozi nam przekroczenie zapisanego w ustawie o finansach publicznych progu ostrożnościowego 55% PKB. Państwowy dług publiczny według metodologii wykorzystywanej w polskim ustawodawstwie wyniesie na koniec 2016 r. „tylko” 954 mld zł (51,4% PKB). Skąd ta różnica?

Rząd polski i Komisja Europejska różnie definiują dług publiczny. Kluczowe znaczenie ma tu klasyfikacja Krajowego Funduszu Drogowego (KFD), który według Komisji Europejskiej jest częścią sektora finansów publicznych, a według rządu nie. Niestety prawda jest taka, że to Komisja Europejska ma rację – długi zaciągnięte przez KFD spłacają polscy podatnicy. Zresztą polski rząd poniekąd zgadza się z argumentami Komisji Europejskiej i oblicza zawsze dług publiczny według obu kategorii: unijnej i krajowej. Po co więc całe to zamieszanie? Krajowa metodologia powstała niemal tylko i wyłącznie po to, żeby zmniejszyć ryzyko przekroczenia progu ostrożnościowego, wynoszącego 55%, który nakłada na rząd konkretne, obowiązkowe oszczędności (m.in. zamrożenie płac w budżetówce, waloryzacja rent i emerytur tylko o inflację). A że oszczędności nie są popularne, rząd woli zmienić definicję długu, niż zacząć oszczędzać.

  1. Jak kiedyś wyglądały bankructwa krajów?

Historia bankructw krajów jest bardzo obszernym tematem. Sama tylko Francja w latach 1500-1800 bankrutowała 8 razy. Przyczyny bankructw były czasem bardzo prozaiczne. Na przykład, Hiszpania ogłosiła bankructwo w 1628 roku, gdy Holendrzy zdobyli ich Srebrną Flotę, która przewoziła srebro i złoto z kolonii w Ameryce do Kadyksu. Co ciekawe, w XVI i XVII wieku Hiszpania ogłosiła bankructwo aż 6 razy, choć po podbiciu Azteków i Inków była najbogatszym państwem w Europie.

W średniowieczu i na początku ery nowożytnej bankructwa miały wymiar bardzo krwawy. Przykładowo, królowi Francji często anulowali swoje długi wysyłając swoich największych wierzycieli na szafot. Królowie francuscy okradali swoich poddanych również w bardziej wyrafinowany sposób. W oświadczeniu Wersalu z 1706 roku można przeczytać: „(…) Sądząc, iż nie będziemy w stanie podołać ogromnym kosztom tej wojny bez zaciągnięcia kredytu, zamiast nakładać na poddanych nowe obciążenia, wprowadziliśmy papierowy pieniądz (…)”. Czyli innymi słowy Ludwik XIV finansował wojnę po prostu drukując pieniądze.

Niespłacane długi były też przyczyną interwencji zbrojnych, m.in. w Egipcie w 1880 roku, Wenezueli w 1902 roku, czy na Dominikanie i w Nikaragui w 1905 roku. Za skrajny przypadek można uznać likwidację państwa za długi, jak miało to miejsce w przypadku Nowej Funlandii w 1934 roku. Kiedy te demokratyczne państwo mające status dominium w ramach Imperium Brytyjskiego nie było w stanie obsługiwać swoich długów, rząd rozwiązał się, a władzę bezpośrednio przejął Londyn, który później w 1949 roku zdecydował o przyłączeniu Nowej Funlandii do Kanady.

  1. Jak zbankrutowała Grecja?

Współczesna Grecja niemal od zawsze miała problemy z finansami publicznymi. Od momentu odzyskania niepodległości w 1830 roku statystycznie co dwa lata znajdowała się w stanie bankructwa, nie spłacając swoich długów.

Przyjęcie Grecji do EWG (poprzedniczka UE) w 1981 r. było nagrodą ze demokratyczne reformy kraju, którym jednak nie towarzyszyły odpowiednie reformy gospodarcze. W efekcie, stabilność finansów publicznych nie uległa zasadniczej poprawie. Sytuacja zaczęła się jednak zmieniać pod koniec lat 90. Warunkiem wstąpienia Grecji do strefy euro było zmniejszenie deficytu poniżej 3% PKB. Inwestorzy uwierzyli wtedy w przemianę Grecji i zaczęli chętnie pożyczać jej pieniądze. Rentowność greckich obligacji skarbowych, czyli koszt zadłużania się, spadła o połowę. Wkrótce okazało się jednak, że był to fałszywy sukces, bo dane statystyczne z końca lat 90. były po prostu sfałszowane – przychody państwa były zawyżane, a wydatki zaniżane. Co więcej, kiedy wybuchł światowy kryzys finansowy w 2008 roku, w Grecji zbliżały się kolejne wybory i nikt nie myślał o szukaniu oszczędności czy podwyższaniu podatków. W 2009 roku, czyli już po wyborach, nowy rząd ujawnił, że deficyt budżetowy będzie wynosił nie 5,8% PKB, jak deklarował poprzedni rząd, a 15% PKB. Ta informacja w połączeniu z wysokim długiem publicznym (ok. 100% PKB) oraz z fatalną reputacją Grecji, będącą konsekwencją wcześniejszego manipulowania oficjalnymi statystykami i brakiem reform sprawiły, że prawie nikt nie chciał już pożyczyć Grecji więcej pieniędzy. Nieliczni inwestorzy skłonni kupić greckie obligacje oczekiwali bardzo wysokiego oprocentowania, które miało im wynagrodzić ponoszone przez nich ryzyko. Kiedy rząd niemiecki mógł zaciągać pożyczki na 3% rocznie, Grecji nikt nie chciał pożyczyć za mniej niż 8%. Rosnące koszty obsługi zadłużenia jeszcze bardziej pogorszały sytuację Grecji. W końcu przed bankructwem uratowała ją pomoc udzielona przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unię Europejską. I nawet kiedy Grecja już miała z czego refinansować swój dług, to rynki finansowe dalej oceniały prawdopodobieństwo bankructwa Grecji na ponad 50%.

  1. Czym różnią się jawny i ukryty dług publiczny?

Jawny dług publiczny to zobowiązania państwa wobec właścicieli obligacji skarbowych oraz banków i międzynarodowych instytucji finansowych, w których państwo zaciągnęło kredyty. Natomiast ukryty dług publiczny to inne niż kontrakty finansowe zobowiązania państwa do przyszłych płatności – w przypadku Polski przede wszystkim nabyte prawa do świadczeń emerytalno-rentowych. Obywatel kupując obligacje państwowe, przekazuje państwu pieniądze dziś, a państwo zobowiązuje się do wypłaty tej kwoty wraz z odsetkami w przyszłości. Takie zobowiązanie państwa to dług jawny. Obywatel wpłacając składkę emerytalną do ZUS przekazuje państwu pieniądze dziś, a państwo zobowiązuje się do wypłaty tej kwoty powiększonej o indeksację po jego przejściu na emeryturę. Takie zobowiązania państwa to dług ukryty.

Ukryty dług publiczny wynosi w Polsce ponad 170% PKB. To znacznie więcej niż dług jawny, który na koniec 2016 roku Komisja Europejska prognozowała na 53,4% PKB.

  1. Czym był spowodowany znaczący spadek wielkości długu publicznego w stosunku do PKB w 2014 roku?

Spadek wielkości długu publicznego do PKB w 2014 roku (według państwowej metodologii: 54,3% do 48,1% a według unijnej: 55,9% do 50,4%) był tylko pozorny, jako że zależał od metody liczenia. W tym czasie cześć oficjalnego długu publicznego była przeniesiona do ukrytego długu publicznego przez tzw. reformę OFE (Otwartych Funduszy Emerytalnych) wprowadzoną przez rząd Donalda Tuska.

Dług publiczny to suma oficjalnego długu, który jest uwzględniony w papierach skarbowych i długu publicznego ukrytego w systemie emerytalnym. Wprowadzony w 1999 roku polski system emerytalny oparty na zdefiniowanej składce nie generuje deficytu i jawnego długu publicznego, ponieważ świadczenia ściśle zależą od składek zapłaconych przez przyszłego emeryta. Jednak dług jest tworzony przez były system oparty na określonych świadczeniach, co oznacza, że emeryci otrzymują emeryturę niezależnie od wpłaconych składek. W nowym systemie emerytalnym składki płacone są do ZUS-u

(Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) albo do ZUS-u i OFE. Kiedy dana osoba wybiera OFE, otrzymuje indywidualny portfel inwestycyjny i tak skumulowany kapitał zostanie wykorzystany w przyszłości do wypłacenia świadczeń emerytalnych. W przypadku ZUS-u, osoba otrzymuje jedynie zobowiązanie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, że otrzyma emeryturę proporcjonalną do zapłaconych składek. To zobowiązanie ZUS-u jest częścią ukrytego długu publicznego. Dlatego właśnie pieniądze zapłacone do ZUS mogą być użyte jako zapłata za bieżące emerytury starego systemu, a pieniądze z OFE nie.

W 2013 roku pod tzw. Reformą OFE, rząd Donalda Tuska częściowo zmniejszył udział w OFE i wypchnął większość Polaków z systemu OFE, w skutek czego, każdego roku ujawniane jest mniej ukrytego długu emerytalnego niż poprzednio. Następnie w 2014 roku rząd upaństwowił prywatne otwarte fundusze emerytalne złożone głównie z państwowych obligacji skarbowych, które reprezentowały niektóre z 50% akcji OFE. Suma została dopisana do kont przyszłych emerytów, którzy wybrali ZUS. W tym czasie oficjalny dług publiczny został zredukowany, aby spełnić limitu długu wpisanego w konstytucję, progu ostrożnościowego i traktatów europejskich. Jednak ukryty dług, który będzie musiał być spłacony w przyszłości, proporcjonalnie wzrastał. Niektórzy uważali, według opinii FOR błędnie, że bez naprawy systemu emerytalnego istniałoby ryzyko przekroczenia progu 55% PKB w 2014 roku  (Analiza 3/2014: Konsekwencje niewejścia w życie rządowych zmian w systemie emerytalnym dla finansów publicznych w 2014 r .). Jednak pozwoliło to rządowi na zwiększenia wydatków w roku wyborczym (2015), zamiast wprowadzenia poprzednio planowanych oszczędności. Obecnie relacja długu do PKB praktycznie powróciła do poziomu z lat 2011-2013, czyli sprzed demontażu OFE, i na koniec 2017 roku ma osiągnąć 55% PKB.

Autorzy: Tomasz Dróżdż, Aleksander Łaszek, Rafał Trzeciakowski.

Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju – FOR

Jaki wpływ na kurs dolara ma dzisiejsza inauguracja prezydenta Trumpa

Uwaga rynków w piątek jest na inauguracji prezydenta Trumpa, która niesie ze sobą ryzyko przebudzenia sprzedaży USD. Nocne komentarze Yellen zostały odebrane gołębio, podnosząc nerwowość rynku. Utrzymuje się faza podwyższonej reaktywności na informacje, co też pokazało wczorajsze zachowanie euro w trakcie konferencji prezesa ECB.

To zabawne, jak pokraczna może być interpretacja wypowiedzi oficjeli przez rynek. Drugie w tym tygodniu przemówienie prezes Fed Janet Yellen zostało odebrane jako gołębie w stosunku do jej komentarzy udzielonych dzień wcześniej i stanowiło impuls do sprzedaży USD. Jakkolwiek wczoraj Yellen przestrzegała przed ryzykami utrzymywania stóp procentowych nisko zbyt długo, tak dziś jej słowa były bardziej zrównoważone. Yellen zaprzeczyła, jakoby Fed był spóźniony z reakcją na postępującą poprawę w gospodarce i zbagatelizowała ryzyka przegrzania rynku pracy, jednocześnie wskazując na niepewność o efekty polityki fiskalnej. I to wszystko, a ja się zastanawiam, skąd bije gołębiość? Czy rynek tak mocno liczył na kolejną podwyżkę stóp procentowych już w marcu? Wątpię. Odnoszę wrażenie, że inwestorzy zachowują się jak nazbyt wymagający rodzic, który przestał wyrażać zadowolenie z piątek przynoszonych przez dziecko ze szkoły i teraz tylko szóstki są w stanie wywołać uśmiech na jego twarzy. Słabość USD z nocy pokazuje, że wrażliwość pozostaje większą na negatywne czynniki, nawet jeśli sygnały z gospodarki pozostaję silne (jak wczoraj najwyższy do dwóch lat odczyt indeksu Fed z Filadelfii).

Piątek należy do jednego człowieka – Donalda Trumpa – który po południu zostanie zaprzysiężony na 45. Prezydent Stanów Zjednoczonych.

W przeszłości ani Obama, ani Bush w mowie inauguracyjnej nie rozwodzili się nad planami gospodarczymi, co mogłoby sugerować, że dzisiejsze wydarzenia powinny być neutralne dla rynków finansowych. Jednak tym razem mamy do czynienia z Donaldem Trumpem i wszystko wydaje się inne. Okresy wyprzedaży USD w ubiegłym tygodniu w trakcie konferencji prasowej Trumpa i na początku tego w reakcji na jego wywiad w prasie podkopały przekonanie inwestorów do perspektyw polityki Trumpa, która stała za siłą USD pod koniec 2016 r. Jakkolwiek finalnie polityka nowej administracji powinna wypaść pozytywnie dla gospodarki i USD, tak zbytnie skupienie się na sprawach gospodarczych w przemówieniu Trumpa będzie tylko podnosić niepewność o jego zdolność do gładkiej współpracy z Kongresem. W takim kontekście pozycje długie USD pozostają zagrożone kolejną falą ucieczki inwestorów.

Paradoksalnie dla USD byłoby lepiej, gdyby mowa inauguracyjna Trumpa dała impuls do sprzedaży waluty. To by oczyściło rynek z niepewności, gdyż jest segment inwestorów, którzy widzą siłę USD w średnim terminie i chcieliby odnowić pozycje, ale wstrzymują się z obawy przed jeszcze jedną falą kapitulacji ze strony inwestorów o większej wrażliwości na negatywne (niefundamentalne) czynniki. To napięcie utrudnia rynkowi USD znalezienie poziomu równowagi i opóźnia powrót do aprecjacji.

Rynek waluty pozostaje rozchwiany (przynajmniej na crossach z USD), co też rzucało się wczoraj podczas konferencji prasowej prezesa ECB Mario Draghiego. Draghi przedstawił niezmienione stanowisko banku w kwestii polityki monetarnej i oceny ryzyk dla perspektywy gospodarki, a jednak przyniosło to przebudzenie popytu na EUR. W jakim stopniu Draghi był bardziej gołębi niż w grudniu? Moim zdaniem nie był i powrót EUR/USD ponad 1,0650 pokazuje, że ostatecznie rynek też doszedł do takich wniosków. Ale zmienność wczoraj po 14:30 i tak wystąpiła, co tylko podkreśla, jak bardzo teraz inwestorzy przereagowują napływające informacje.

Z pozostałych wydarzeń zaplanowanych na piątek, przed południem rynek funta będzie przyglądał się grudniowym odczytom sprzedaży detalicznej i to słabsze dane mogą mieć większą moc do przebudzenia sprzedaży. Po południu przeciwnie – CPI i sprzedaż detaliczna z Kanady jest zagrożeniem dla budowanych od środy krótkich pozycji na CAD, pod warunkiem lepszych odczytów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rolnicy mają coraz częściej problemy z uzyskaniem finansowania. Powodem są wolno rosnące ceny ziemi

Rolnicy mają coraz częściej problemy z uzyskaniem finansowania. Powodem są wolno rosnące ceny ziemi 19

Eksperci podkreślają, że ceny ziemi rosną zbyt wolno, aby banki godziły się na udzielanie rolnikom kredytów pod zastaw tego rodzaju nieruchomości. W związku z tym producenci mięsa coraz częściej mają problemy z uzyskaniem środków obrotowych. Jak twierdzi Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego, wyjściem może być specjalizacja i rozwój współpracy rolnictwa ze światem nauki.

Rolnicy mają problem ze środkami obrotowymi – informuje agencję informacyjną Newseria Inwestor Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego (PZPBM). – Produkcja żywca wołowego jest kapitałochłonna, w związku z czym rolnicy poszukują taniego źródła finansowania, z którym jest kłopot. Ci, którzy chcą zwiększać produkcję, potrzebują wolnej hipoteki na ziemi. Proste zabezpieczenia majątkowe powoli się wyczerpują, a wartość działek nie rośnie tak szybko, żeby banki z naddatkiem mogły zabezpieczać pożyczkę. Mamy więc do czynienia ze swego rodzaju wąskim gardłem.

Informacje o średnich cenach gruntów ornych wykorzystywane są przez banki w procesie udzielania kredytów na inwestycje w rolnictwie i rybactwie śródlądowym (tzw. linia RR), zakup użytków rolnych (linia Z) z częściową spłatą kapitału na zakup użytków rolnych przez młodych rolników (linia MRcsk). Oceniając plany inwestycji, instytucje finansowe biorą pod uwagę ceny z uwzględnieniem jakości gruntów (dobre, średnie, słabe oraz różnej klasy łąki oraz pastwiska).

Według aktualnie obowiązujących wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego w drugim kwartale 2016 roku średnia cena hektara użytków rolnych w całej Polsce wyniosła 39,4 tys. zł i była o około 1 proc. wyższa niż podczas poprzednich trzech miesięcy. Jednak w stosunku do czwartego kwartału 2015 roku odnotowano spadek jej wartości (także w wysokości około 1 proc.).

Trzeba pamiętać, że w obrocie ziemią mamy dominujący udział pośredników – komentuje Jerzy Wierzbicki. – O ile przy zbieraniu małej liczby cieląt czy krów, można jeszcze twierdzić, że taka działalność jest uzasadniona, o tyle przy produkcji i kierowaniu do uboju żywca powinny mieć miejsce raczej bezpośrednie kontrakty rolnika z zakładem. W takim też kierunku rynek w tej chwili ewoluuje, w tą stronę właśnie się zmienia.

Zdaniem Jerzego Wierzbickiego szansą dla rolników na większe dochody są inwestycje w genetykę, bardziej efektywne żywienie zwierząt, wiedzę i jej transfer ze świata nauki w kierunku gospodarstw. W poprzedniej perspektywie finansowej w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na tego rodzaju działania wydano łącznie kilkaset milionów złotych. Obecne przedsięwzięcia są dopiero na etapie projektowania.

Spore nadzieje wiążemy ze współpracą w ramach tego programu – zapewnia Jerzy Wierzbicki. – To duża szansa, bo podczas poprzedniego okresu programowania instytuty realizowały na przykład programy białkowe, dzięki którym powstają alternatywne źródła białka oraz nowe technologie. Nadchodzi czas, aby to wszystko wdrażać do produkcji.

PZPBM, jak informuje Jerzy Wierzbicki, obecnie namawia także producentów rolnych do udziału w systemie Quality Meet Program (QMP). To zbiór zasad opisujących cały proces produkcji mięsa wołowego: od wskazania najbardziej szlachetnych ras bydła, po sposób pakowania gotowego wyrobu i oznakowania. W 2008 roku system, który został stworzony i jest nadzorowany przez PZPBM, został uznany przez Ministerstwo Rolnictwa za oficjalny, krajowy zbiór zasad dotyczących jakości żywności.

Odbyła się już nas ten temat pierwsza runda trzydziestu spotkań w terenie – informuje Jerzy Wierzbicki. – W tej chwili nasze tygodniowe zapotrzebowanie wynosi 300 sztuk bydła, a nasi rolnicy są w stanie dostarczyć niecałe 100, jest więc jeszcze sporo miejsca. Cena się zmienia, ale generalnie to bardzo dobra oferta, bo za klasę U, U2, buhajki producent może otrzymać około 15 zł. To także korzystny kierunek rozwoju. Moim zdaniem jest to specjalizacja, w którą powinien wchodzić krajowy sektor produkcji żywca wołowego.

Jak wynika z Umowy Partnerstwa, dokumentu podpisanego przez polski rząd z Komisją Europejską, w nowej perspektywie finansowej budżet PROW ma wynieść około 13,5 mld euro.

Większą wiedzę na temat wartości samych inwestycji w sektorze na pewno ma Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która w tej chwili rozpatruje wnioski, bo jednym z działań są obiekty w sektorze żywca wołowego – wyjaśnia Jerzy Wierzbicki. – W ramach strategii, nad którą pracujemy, chcemy doprecyzować tego typu wyliczenia, ale dopiero zaczynamy pracę. Myślę, że do czerwca nasz dokument będzie gotowy i wtedy będziemy mieć precyzyjne dane.

H. Bochniarz (Lewiatan): Największą szansą na wyższy wzrost gospodarczy w 2017 r. jest uruchomienie funduszy unijnych

H. Bochniarz (Lewiatan): Największą szansą na wyższy wzrost gospodarczy w 2017 r. jest uruchomienie funduszy unijnych 20

Według prognoz ekonomistów polska gospodarka urosła w 2016 roku o 2,5–3 proc. To wyraźnie mniej niż zakładano przed rozpoczęciem roku, gdy spodziewano się wzrostu o 3,8 proc. Rynek zakłada, że nowo rozpoczęty rok będzie pod tym względem korzystniejszy, jednak warunkiem jest uruchomienie inwestycji. Zdaniem szefowej Konfederacji Lewiatan bardziej widoczne będę efekty Rodziny 500 plus, natomiast nie ma wielkich szans na wysoki eksport netto.

– Gdy patrzymy na główne czynniki, które wpływają na wzrost gospodarczy, to mamy nadzieję, że wreszcie odbiją się inwestycje, bo one były rzeczywiście bardzo kiepskie w ubiegłym roku, i te prywatne, i te publiczne. Można liczyć na to, że lepiej będą wydawane środki unijne i to na pewno będzie jeden z czynników wzrostu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan. – Jeśli chodzi o konsumpcję, to myślę, że dopiero będziemy mieli do czynienia właśnie z pozytywnymi efektami Rodziny 500 plus, bo one się zaczęły pod koniec roku, ale sądzę, że właśnie w 2017 roku można będzie zauważyć, że one poważnie wpływają na poziom konsumpcji.

W grudniu sprzedaż detaliczna wzrosła rok do roku o 6,4 proc., mocniej niż spodziewali się ekonomiści. Zdaniem wielu z nich efekty programu Rodzina 500 plus działającego od kwietnia 2016 roku są nieco opóźnione, gdyż konsumenci najpierw spłacali długi, a potem dopiero zaczęli przeznaczać dodatkowe środki na konsumpcję. Odtąd powinien on pozytywnie przekładać się na wzrost gospodarczy. Natomiast nakłady brutto na środki trwałe, czyli inwestycje, były niższe od ubiegłorocznych w każdym z trzech kwartałów roku, a po dziewięciu miesiącach łącznie – o 5,3 proc.

Trzeci komponent składający się na dynamikę PKB to relacja eksportu i importu, czyli eksport netto. Po wrześniu eksport towarów i usług liczony w cenach stałych był wyższy od tego sprzed roku o 8,3 proc. Import jednak – o 8,8 proc.

– Nie byłabym zbytnio optymistyczna, jeśli chodzi o eksport, bo w ubiegłym roku już wyraźnie wykazywał tendencję spadkową, choć widzimy, że Europa się odbija powoli, więc jest taka szansa, że te nasze główne rynki, przede wszystkim niemiecki, dadzą możliwość wzrostu – tonuje. – Sądzę, że te 3 proc., które zakładamy, 3,1 proc. wzrostu dochodów, to jest realne, to jest mniej, niż to zakłada rząd w budżecie, ale na tle tego, co się dzieje w Europie, to jest całkiem nieźle.

W trzech pierwszych kwartałach 2016 roku PKB urósł odpowiednio o 3,0 proc., 3,1 proc. i 2,5 proc., licząc rok do roku, zaś po trzech kwartałach był wyższy w stosunku do okresu styczeń – wrzesień 2015 r. o 2,9 proc. Ministerstwo Rozwoju po grudniowych danych o produkcji i sprzedaży detalicznej prognozuje w komentarzu, że w IV kw. roczny wzrost PKB powinien być „jedynie nieznacznie” niższy od odnotowanych w III kw. 2,5 proc. To jednak wciąż oznacza dynamikę całoroczną (wstępne dane GUS opublikuje 31 stycznia) na poziomie 2,7–2,8 proc. wobec planowanych pierwotnie w ustawie budżetowej 3,8 proc. i ubiegłorocznego wzrostu na poziomie 3,9 proc. Założenia do ustawy budżetowej przewidują powtórzenie tempa z 2015 roku.

– Wydaje mi się, że największe szanse na przyspieszenie są jednak z uruchomienia funduszy unijnych, to jest praktycznie ostatnia perspektywa finansowa, w której mamy możliwość dostania takiego wielkiego zastrzyku. Jeżeli tylko te pieniądze zostaną uruchomione w sposób racjonalny, przewidywalny, to myślę, że to może być takie koło zamachowe – przewiduje Bochniarz. – Tylko znowu trzeba myśleć o tym, że ponieważ to jest ostatnia perspektywa finansowa, my jesteśmy już bardzo spóźnieni w jej wydawaniu tych pieniędzy, że za chwilę to się skończy. I w związku z tym jest pytanie, gdzie będą te następne czynniki wzrostu.

Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, do końca 2016 r. ogłoszono nabory na kwotę ponad 182 mld zł, czyli 59 proc. dostępnych środków z UE na politykę spójności, i podpisano umowy angażujące jedną czwartą wszystkich dostępnych środków unijnych dla Polski, co pozwoliło przekroczyć plan kontraktacji na 2016 r. o 6,4 mld zł. Pozytywny wpływ na polską gospodarkę inwestycji współfinansowanych ze środków UE powinien być zauważalny w kolejnych miesiącach 2017 r. – zapewnia resort.

– Myślę, że bardzo ważne jest to, żeby te plany rządu dotyczące tego, żeby to przede wszystkim poszło do gospodarki, która będzie bardziej innowacyjna, bardziej konkurencyjna, żeby to zostało zrealizowane. Bo jeżeli nie, to po pierwsze znowu się okaże, że ileś pieniędzy musimy oddać, a po drugie zawsze można te pieniądze wydać, tylko, że można je wydać po prostu głupio.

Termo2Power planuje emisję obligacji

Jacob Brouwer, prezes zarządu Termo2Power

Pod koniec grudnia spółka Termo2Power zadebiutowała na giełdowym rynku NewConnect. Jak mówi jej prezes, zależało mu na zdobyciu zaufania inwestorów, w następnym kroku zapowiada bowiem sprzedaż obligacji. Spółka zajmuje się budową urządzeń do odzyskiwania energii elektrycznej z ciepła odpadowego. Choć badania trwają, ma już pierwsze zamówienia.

– W tej chwili jest to private placement, nie wypuszczaliśmy dodatkowych akcji na rynek poza tymi należącymi do obecnych akcjonariuszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacob Brouwer, prezes zarządu Termo2Power. – Planujemy jednak w kolejnym kroku wyemitować obligacje, zdobyć kapitał i dlatego zdecydowaliśmy się na wejście na giełdę, żeby zdobyć zaufanie u osób, które mogą kupić te obligacje. Później zobaczymy, jakie będą potrzeby i zdecydujemy o nowych emisjach akcji albo obligacji.

29 grudnia 2016 roku istniejąca nieco ponad rok spółka zadebiutowała na NewConnect. Choć nie zaoferowała inwestorom nowych akcji, planuje dalszą aktywność na rynku publicznym bądź prywatnym.

– Emisja obligacji będzie na Catalyst albo prywatna, ponieważ Catalyst jest trochę formalny. Nasza emisja będzie trochę za mała do takiej formy jak Catalyst, ale to jest do rozważenia. Myślę też, że jest potencjalna szansa na to, żeby duże koncerny typu General Electric, które są zainteresowane tą technologią, mogą próbować nas kupić jako spółkę i chcemy tego na razie po prostu uniknąć.

Termo2Power dostarcza systemy do odzysku energii elektrycznej z ciepła odpadowego. Jak deklaruje, jest jedynym takim producentem w Europie Środkowo-Wschodniej. Jej koronnym produktem jest specjalnie stworzony ekspander – rozprężarka, czyli maszyna tłokowa lub wirnikowa, za pomocą której oziębia się gaz przez jego rozprężanie, w wyniku czego powstaje energia.

– Oczywiście pracujemy nad optymalizacją, np. jaki może być dolot do ekspandera, jaki kształt tłoków. Trzeba po prostu zwiększyć sprawność tego urządzenia. Pracujemy nad tym razem z Politechniką Wrocławską i Politechniką Warszawską, jesteśmy w stałym kontakcie z tymi uczelniami – mówi prezes Termo2Power. – Czekamy w tej chwili na pierwsze wyniki testowe naszego urządzenia badawczego, ale klienci stoją już faktycznie w kolejce, chcą zobaczyć nasz produkt i złożyć zamówienie. Na razie jednak chcemy spokojnie przeprowadzić badania i dopiero wejść na rynek.

Firma poinformowała ostatnio o zamówieniu o wartości 1,5 mln zł z rynku włoskiego na systemy do gazyfikacji drewna. Wcześniej otrzymała zlecenia od producenta irlandzkiego na urządzenia do produkcji biomasy oraz francuskiego wytwórcy silników siodłowych. Cały czas prowadzi badania w swoim zakładzie w Kwidzynie.

Po trzech kwartałach 2016 roku Termo2Power miała 319 tys. zł przychodów ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów oraz 88 tys. zł straty operacyjnej. Ten wynik ma się jednak zmienić.

– Na pewno wynik będzie na plus, obrót też. W tej chwili mamy małe obroty, kończymy fazę pionierską i badania. Dopiero gdy nastąpi rozwój i całkowity rozruch produkcji, obroty bardzo szybko wzrosną – zapowiada Brouwer.

Deregulacja negatywnie wpłynęła na branżę pośrednictwa nieruchomości. Na rynku pojawiły się nieuczciwe firmy i pośrednicy bez licencji

Deregulacja negatywnie wpłynęła na branżę pośrednictwa nieruchomości. Na rynku pojawiły się nieuczciwe firmy i pośrednicy bez licencji 21

Wprowadzona trzy lata temu deregulacja zniosła wymogi dotyczące kwalifikacji w zawodzie pośrednika i zarządcy nieruchomości. W efekcie na rynku pojawiły się nieuczciwe firmy i pseudopośrednicy, którzy świadczą usługi bez licencji zawodowej i odpowiedniego przygotowania. To prowadzi do degradacji zawodu – podkreśla przedstawiciel Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości. Odwróceniu tego trendu ma służyć prowadzony przez PFRN rejestr profesjonalnych pośredników i zarządców.

Po wprowadzeniu deregulacji rynek pośrednictwa uległ istotnym zmianom i niestety nie są one pozytywne. Licencje, które wcześniej były nadawane przez ministra i wymagane, aby móc profesjonalnie wykonywać zawód pośrednika nieruchomości, teraz przyznają stowarzyszenia branżowe. To nie umniejsza ich rangi, ale ubieganie się o licencję nie jest już obowiązkowe, więc nie wszyscy działający na rynku pośrednicy je mają – mówi agencji Newseria Jerzy Sobański, rzecznik prasowy Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości.

Z początkiem 2014 roku zostały zniesione wymogi dotyczące wykształcenia, kwalifikacji i niekaralności w zawodzie pośrednika i zarządcy nieruchomości. Obecnie przepisy wymagają jedynie obowiązku ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej, ale nie wprowadzają żadnych restrykcji za jego brak.

Ze starego systemu pozostał jedynie rejestr pośredników oraz obowiązek ubezpieczenia. Jest ono obowiązkowe, ale nie ma żadnych restrykcji za to, że pośrednik wykonujący czynności go nie ma. W praktyce to tak, jakby go nie było – mówi Jerzy Sobański.

Zdaniem rzecznika Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości wprowadzona trzy lata temu deregulacja negatywnie odbiła się na prestiżu zawodu pośrednika i zarządcy nieruchomości. Brak jasnych regulacji prawnych stwarza pole do nadużyć i przekłada się negatywnie na wizerunek całej branży. Na rynku pojawiły się firmy i pośrednicy, którzy świadczą usługi bez licencji i bez odpowiedniego przygotowania. Jakość ich usług często jest wątpliwa.

Deregulacja spowodowała, że ten zawód utracił prestiż, który był budowany przez kilkanaście lat. Być może częściowo sami jesteśmy sobie winni. Pierwotnie zawód pośrednika czy zarządcy nieruchomości mogły wykonywać wyłącznie osoby z licencją. Po pewnym czasie pojawiły się niekoniecznie dobre pomysły, na przykład pojawiły się osoby wykonujące czynności pośrednictwa pod nadzorem licencjonowanego pośrednika. Myślę, że był to jeden z gwoździ do trumny – mówi Jerzy Sobański.

Wraz z nowymi przepisami zniknęły też obowiązek odbywania obowiązkowych szkoleń oraz wymogi dotyczące kompetencji w zawodzie pośrednika i zarządcy nieruchomości. Polska Federacja Rynku Nieruchomości – największa w Polsce organizacja branżowa – prowadzi szkolenia dla osób, które chcą podnosić swoje kwalifikacje. Ponieważ jednak nie są one obowiązkowe, grono ich uczestników jest dużo mniejsze niż jeszcze trzy lata temu.

Brak precyzyjnych regulacji spowodował również kłopoty z określeniem jasnych standardów i norm etycznych w branży pośrednictwa.

Jako członek Komisji Etyki na co dzień spotykam się z problemami związanymi z wykonywaniem tego zawodu. Nikt nie jest jednak w stanie jasno określić, czy zachowanie pośrednika jest etyczne. W praktyce częste są sytuacje, kiedy pośrednik działa w dobrej wierze i podejmuje jakąś decyzję, a klient odbiera ją negatywnie – mówi Jerzy Sobański.

Rzecznik PFRN zauważa, że klienci rzadko zwracają uwagę na to, czy pośrednik lub zarządca ma licencję. Problemy często pojawiają się przy końcowym rozliczeniu, kiedy dojdzie do oszustwa albo nieuczciwych praktyk. PFRN odbiera wiele telefonicznych skarg od klientów oszukanych przez pseudopośredników.

Wykaz pośredników, którzy działają w oparciu o licencję zawodową, konsumenci mogą znaleźć Centralnym Rejestrze Pośredników i Zarządców Nieruchomości, prowadzonym przez PFRN. Rejestr zawiera blisko 8 tys. nazwisk profesjonalnych i profile pośredników zawierające ich dane, informacje o zakresie świadczonych usług i ubezpieczeniu OC.

Pośrednicy, którzy dobrowolnie ubiegają się o licencję zawodową, muszą spełnić wymogi regulaminowe, zaakceptować zobowiązania wynikające z Kodeksu Etyki Pośrednika i Zarządcy Nieruchomości oraz aktualizować swoją licencję co trzy lata. Rejestr pośredników uzupełnia system nadawania tytułu specjalisty PFRN, który obejmuje różne dziedziny pośrednictwa i zarządzania nieruchomościami. Tytuł potwierdza specjalistyczne kompetencje pośrednika, który aby go uzyskać, musi ukończyć szkolenie z danej dziedziny i zdać odpowiedni egzamin.

Każdy pośrednik, który zajmuje się majątkiem innej osoby, sprzedażą, kupnem czy wynajmem lokali, powinien mieć certyfikat lub licencję. W Stanach Zjednoczonych w zależności od tego, czy licencja jest na najniższym czy najwyższym poziomie, oczekiwania dotyczące pośrednika są większe lub mniejsze. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Klient miałby gwarancję, że obsługuje go osoba, która ma stosowne kwalifikacje i ubezpieczenie, a w razie błędu nie odbije się to na jego kieszeni – mówi Jerzy Sobański.

Z badań przeprowadzonych przez PFRN wynika, że blisko 50 proc. ankietowanych pośredników i konsumentów chce przywrócenia licencji zawodowych jako gwarancji bezpieczeństwa i przestrzegania standardów. 57 proc. obawia się rosnącej liczby nieuczciwych praktyk i nierzetelnych pośredników.

Jarosław Gowin [ówczesny minister sprawiedliwości, pomysłodawca deregulacji – red.] powiedział, że rynek sam wszystko ureguluje. Owszem, do branży trafiło wiele interesujących osób z nowoczesnymi pomysłami. Niemniej jednak brak nadzoru nad fachowością rzutuje na jakość usług. Powinniśmy zmierzać w tym kierunku, żeby klient był bezpieczny i zadowolony, a pośrednik kojarzył się z fachowością – mówi Jerzy Sobański.

Najmniejsze przedsiębiorstwa mocno odczują podwyżkę cen prądu. To może skłonić ich do inwestycji we własne źródła energii

Najmniejsze przedsiębiorstwa mocno odczują podwyżkę cen prądu. To może skłonić ich do inwestycji we własne źródła energii 22

Ceny energii są stabilne, wzrosły za to opłaty za sprzedaż i dystrybucję energii elektrycznej. Dlatego od stycznia odbiorcy w Polsce zapłacą rachunki wyższe średnio o kilka procent. Podwyżkę dotkliwiej odczują przedsiębiorstwa, zwłaszcza te najmniejsze. Niewykluczone, że skłoni je to do inwestycji we własne źródła wytwarzania energii – ocenia prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej.

 Sytuacja na rynku cen energii jest dwuznaczna, ponieważ ceny hurtowe energii nie rosną ani w Europie, ani w Polsce. Rosną natomiast opłaty i koszty dystrybucji – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Wiśniewski, prezes zarządu Instytutu Energetyki Odnawialnej.

W połowie grudnia prezes Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdził nowe taryfy na sprzedaż oraz dystrybucję energii elektrycznej. Średnia stawka opłat w dystrybucji od stycznia wzrosła o 5,6 proc., co wynika z wyższej opłaty przejściowej, doliczanej do każdego rachunku za prąd, oraz wyższej stawki opłaty OZE. Jednocześnie koszty jednostkowe zakupu energii spadną o blisko 5 proc., co wynika między innymi z sytuacji na rynku hurtowym.

– Gospodarstwa domowe odczują wzrost cen energii w najmniejszym stopniu. Dołożono im opłatę przejściową, która sięgnie około 100 zł w skali roku, ale za to hurtowe ceny energii spadną. W związku z tym nie będzie dużych zmian w rachunkach odbiorców na taryfie – przewiduje Grzegorz Wiśniewski.

Zdaniem prezesa IEO duże zmiany w rachunkach odczują za to odbiorcy przemysłowi, zwłaszcza najmniejsze, w grupie C. W ich przypadku opłata przejściowa będzie znacznie bardziej dotkliwa, uzależniona od mocy zamówionej.

– Taryfowanie dystrybucji energii pokazało, że ta część rachunku będzie rosła o kilka, a w niektórych miejscach nawet o kilkanaście procent. W związku z tym przedsiębiorstwa, które i tak są obciążone jednymi z najwyższych cen za dystrybucję energii w Europie, będą płaciły coraz więcej – mówi Grzegorz Wiśniewski.

Z drugiej strony – jak wskazuje Wiśniewski – spodziewany najwyższy wzrost cen energii dla mniejszych przedsiębiorstw może spowodować, że rozpoczną one inwestycje we własne źródła wytwarzania energii, w szczególności w mikroźródła do 40 kW i w małe źródła do 200 kW 

Istotnym problemem pozostaje brak jasno sprecyzowanej polityki energetycznej państwa. Dodatkowo, niskie ceny hurtowe energii w ostatnim czasie powodowały, że koncerny energetyczne traciły na podstawowej działalności wytwórczej i nie miały środków na modernizacje bloków czy znaczące inwestycje sieciowe. Natomiast minister energii Krzysztof Tchórzewski zapowiedział we wrześniu, że koszty związane z niezbędną modernizacją polskiej energetyki spowodują wzrost nominalnych cen energii. Rząd zamierza uzyskać od przedsiębiorstw energetycznych dodatkowe 10 mld zł, które mają zostać przeznaczone właśnie na modernizację energetyki.

– Wchodzimy w 2017 rok ponownie ze zbyt niską skalą i wolumenem inwestycji, z niewiadomą regulacyjną i bez polityki energetycznej. Ta wielka niepewność, wręcz nieprzewidywalność, która nie służy ani inwestycjom, ani innowacjom – mówi Grzegorz Wiśniewski.

Urząd Regulacji Energetyki podaje, że średnia cena sprzedaży energii elektrycznej na rynku konkurencyjnym w III kwartale 2016 roku wyniosła 171,52 zł/MWh. Jak wynika z Monitora Cen Energii WiseEuropa, w ujęciu rocznym ceny energii w na terenie całej UE spadły o 0,6 proc. Największy spadek dotyczył Włoch i Wielkiej Brytanii (-2,9 proc.), natomiast najmniejszy Polski (-1,1 proc.).

Afryka i Azja nowymi rynkami zbytu dla producentów drobiu. Zagrożeniem dla eksportu jest jednak ptasia grypa

Afryka i Azja nowymi rynkami zbytu dla producentów drobiu. Zagrożeniem dla eksportu jest jednak ptasia grypa 23

Polska jest jednym z największych w Europie producentów i eksporterów drobiu. Około 80 proc. całego polskiego eksportu trafia na rynki państw europejskich. Komisja Europejska szacuje jednak, że w kolejnych latach spożycie drobiu będzie rosło tylko nieznacznie, dlatego krajowi producenci muszą szukać nowych kierunków. Perspektywiczne są Afryka i Azja, zwłaszcza Chiny. Zagrożeniem dla eksportu drobiu może być jednak ptasia grypa. W Polsce wykryto już ponad 30 ognisk tej choroby.

Już prawie połowa polskiej produkcji drobiu jest przeznaczana na eksport. To dla nas duży kawałek tortu, na którym lokujemy nasze produkty. Od trzech lat koncentrujemy się na nowych rynkach. Mamy nadzieję, że teraz to zaprocentuje i zobaczymy efekty tej pracy – mówi agencji Newseria Magdalena Panasiuk-Krasińska, wiceprezes zarządu ds. handlu firmy SuperDrob.

Od trzech lat Polska zajmuje pierwszą pozycję na liście największych producentów drobiu w UE, wyprzedzając Wielką Brytanię, Francję i Niemcy. Jest również jednym z największych eksporterów drobiu, a najważniejszym rynkiem zbytu dla krajowych producentów są państwa Unii Europejskiej. Trafia do nich 80 proc. całego polskiego eksportu drobiu.

Komisja Europejska prognozuje jednak, że spożycie mięsa drobiowego w krajach Wspólnoty będzie rosło nieznacznie. W latach 2016–2025 zwiększy się zaledwie o 4 proc. Dlatego polscy producenci muszą szukać nowych kierunków eksportu. Perspektywiczny jest rynek chiński, według szacunków import drobiu do Chin w 2025 roku sięgnie 530 tys. ton.

– Na rynku chińskim lokujemy tylko część naszej produkcji. Tam nie sprzedajemy fileta ani mięsa z nogi, tamtejsi konsumenci oczekują od nas sprzedaży skrzydełek czy łapek, które trochę inaczej są pozycjonowane w Europie – mówi Magdalena Panasiuk-Krasińska.

Coraz większe znaczenie w eksporcie mają rynki wchodzące, głównie Azja i Afryka. Według przewidywań Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa spożycie mięsa drobiowego w Afryce wyniesie 6,3 mln ton do 2025 roku (wzrost o 30 proc. w stosunku do lat 2013–2015). Dla polskich eksporterów jest to więc kolejny, bardzo perspektywiczny kierunek.

– Wszystkie rynki państw trzecich i rynki wschodzące, cała Azja, Afryka to bardzo duzi konsumenci, którzy otwierają się i chętnie przyjęliby nasze mięso do siebie. Polski przemysł drobiarski stoi na wysokim poziomie. Obecnie jesteśmy w stanie sprostać najwyższym wymaganiom chociażby producentów produktów dla dzieci czy dużych sieci zajmujących się sprzedażą produktów gotowych. Polscy producenci mają wiele przewag, takich jak wieloletnia praca nad technologią, nad dopasowaniem standardów do poziomu europejskiego – mówi Magdalena Panasiuk-Krasińska.

Z raportu „Sektor drobiu  perspektywy rozwoju sprzedaży zagranicznej” opracowanego przez analityków BZ WBK wynika, że w całym 2016 roku wartość eksportu powinna się zamknąć wynikiem lepszym o 57 proc. rok do roku. Perspektywy na 2017 rok zakładają wzrost na podobnym poziomie.

Zagrożeniem dla krajowego eksportu drobiu mogą być natomiast ogniska ptasiej grypy, których wykryto w Polsce już 32. W ostatnich dniach Główny Lekarz Weterynarii wydał komunikat dotyczący wykrycia kolejnych ognisk tej choroby (w województwach mazowieckim, małopolskim, dolnośląskim i wielkopolskim). Embargo na eksport drobiu z zakażonych stref wprowadziły Unia Europejska, Rosja i Hongkong.

Wiceprezes firmy SuperDrob zauważa, że potrzeby polskich konsumentów dynamicznie się zmieniają. Polakom wciąż daleko do konsumentów francuskich czy brytyjskich, którzy wybierają niemal wyłącznie produkty gotowe. Na rodzimym rynku zapotrzebowanie na takie produkty wzrasta, ale duże sieci handlowe wciąż niechętnie rozszerzają o nie swoją ofertę.

– W dalszym ciągu stawiamy na tradycję, na samodzielne przygotowanie posiłku z dobrych surowców. Natomiast jako konsumenci powoli przekonujemy się do tego, że produkty proponowane jako dania gotowe również spełniają nasze oczekiwania i są zdrowe, czyli nie zawierają glutaminianu sodu, wspomagaczy czy kolorantów – mówi Magdalena Panasiuk-Krasińska.

Według Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ) w ubiegłym roku spożycie drobiu w Polsce wyniosło 28,5 kg na mieszkańca rocznie.

60 proc. Amerykanów dobrze ocenia prezydenturę Obamy. Gospodarka i opieka zdrowotna to największe wyzwania dla jego następcy

60 proc. Amerykanów dobrze ocenia prezydenturę Obamy. Gospodarka i opieka zdrowotna to największe wyzwania dla jego następcy 24

Donald Trump zostanie dziś zaprzysiężony na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego poprzednika po ośmiu latach rządów pozytywnie ocenia 60 proc. Amerykanów. Barack Obama, który obejmował urząd w samym środku Wielkiego Kryzysu, jest doceniany m.in. za politykę zagraniczną, podejście do kwestii rasizmu i działania na rzecz ochrony środowiska. Natomiast ekonomiści wskazują, że pod względem gospodarczym była to jednak z najgorszych kadencji. 

Pod względem gospodarczym kadencja Baracka Obamy była jedną z najgorszych w historii. Wzrost gospodarczy na mieszkańca utrzymywał się zdecydowanie poniżej 1 proc. Trudno powiedzieć, na ile jest to wina odchodzącego prezydenta, a na ile trudnych czasów, w których przyszło mu działać. Jednak niewątpliwie długoterminowe wyzwania, widoczne już na początku tej kadencji, nie zostały zrealizowane, a próby administracji Obamy w dużej mierze zakończyły się niepowodzeniem – ocenia w rozmowie z Newserią Biznes Maciej Bitner, główny ekonomista think-tanku WiseEuropa.

Barack Obama objął urząd 44. przywódcy Stanów Zjednoczonych w 2009 roku, kilka miesięcy po giełdowym krachu, kiedy kraj mierzył się z konsekwencjami kryzysu finansowego. Od 20 stycznia Donald Trump oficjalnie zajmie jego miejsce w fotelu prezydenckim.

Z najnowszego, przeprowadzonego w połowie stycznia sondażu CNN/ORC, wynika, że 60 proc. Amerykanów pozytywnie ocenia ustępującego prezydenta. Ponad dwie trzecie (65 proc.) twierdzi, że jego prezydentura była sukcesem, ale zdaniem połowy (49 proc.) jest to zasługa raczej jego osobistych cech niż okoliczności będących poza jego kontrolą.

Badanie pokazało, że Amerykanie pozytywnie oceniają Obamę w kontekście gospodarki, stosunków zagranicznych i jego podejścia do spraw różnic rasowych. Doceniają też jego działania na rzecz edukacji i politykę ochrony środowiska oraz przeciwdziałania zmianom klimatu. Z drugiej strony, społeczeństwo negatywnie ocenia jego politykę w kontekście dostępu do broni. W kwestiach takich jak nielegalna imigracja, opieka zdrowotna i terroryzm oceny opinii publicznej są podzielone. Dokładnie połowa Amerykanów (50 proc.) sądzi, że ogólna sytuacja kraju jest dobra. Nieco więcej, bo 57 proc. uważa, że gospodarka znajduje się w dobrej kondycji.

W ocenie prezydentury Baracka Obamy w kontekście gospodarki podzieleni są ekonomiści. Jednym z głównych wskaźników, przez pryzmat których ocenia się jego ośmioletnią kadencję, jest rekordowy dług publiczny. Zadłużenie Stanów Zjednoczonych przekroczy niedługo próg 20 bln dolarów (obecnie 19,96 bln dol.). Licznik długu zaczął bić szybciej, od kiedy Barack Obama zaczął pełnić funkcję prezydenta. W 2009 roku wynosiło ok. 10,6 bln dol. W trakcie prezydentury Baracka Obamy deficyt publiczny rósł szybciej niż za kadencji któregokolwiek z pozostałych prezydentów.

W trakcie rządów Obamy wolniej za to rozwijała się gospodarka. W trakcie ośmioletniej kadencji Baracka Obamy wzrost gospodarczy wynosił ok. 2 proc. (1,9 proc. w 2016 roku). Z drugiej strony, bezrobocie spadło do rekordowego poziomu 4,7 proc. i przybyło kilkanaście milionów nowych miejsc pracy. W październiku 2009 roku stopa bezrobocia wynosiła 10,3 proc. i był to poziom najwyższy od ćwierćwiecza.

Historyczne rekordy biła też giełda na Wall Street. W czasie, gdy Barack Obama obejmował urząd, amerykańska giełda osiągała najniższe poziomy na skutek kryzysu. Od ośmiu lat na amerykańskim rynku trwa hossa, indeks S&P500 zyskał w sumie ponad 160 proc.

W porównaniu z innymi krajami rozwiniętymi, Stany Zjednoczone stanowią pewien wzór wychodzenia z kryzysu. W Europie, pod względem wzrostu gospodarczego, sytuacja wygląda dużo gorzej. Ta dynamika amerykańskiej gospodarki, fakt, że udało się szybko sprowadzić bezrobocie do naturalnego poziomu, wzrost stóp procentowych i odradzająca się aktywność banków to jednak nie są zasługi, które można szczególnie przypisać administracji Baracka Obamy, a po prostu sile gospodarki amerykańskiej, konkurencyjności tych mechanizmów, które są w nią wpisane od dekad – mówi Maciej Bitner.

Jednym z największych wyzwań prezydentury Baracka Obamy była reforma systemu opieki zdrowotnej. Krótko po tym, jak objął urząd, bez ubezpieczenia zdrowotnego pozostawało ponad 44 mln Amerykanów. Wprowadzona w 2010 roku sztandarowa ustawa, tzw. Obamacare miała na celu objęcie polisą jak największej liczby obywateli, również z biedniejszych warstw społecznych. Z ubiegłorocznego raportu organizacji Commonwealth Fund wynika, że od czasu jej wprowadzenia liczba nieubezpieczonych w USA spadła o 20 mln osób.

Koszty opieki medycznej w Stanach są wielkim problemem. Program Obamacare, który był mocno krytykowany przez ekonomistów, w pewnym sensie wywrócił system zdrowotny do góry nogami, natomiast nie doprowadził ani do spadku kosztów, ani do radykalnej poprawy dostępności usług. Mówi się natomiast, że pogorszył konkurencję na rynku, co przyczyniło się do utrzymania wysokich kosztów leczenia – ocenia Maciej Bitner.

Reforma Obamacare podzieliła amerykańską opinię publiczną na jej zwolenników i przeciwników. Krytycy zarzucają ustawie m.in. to, że przełożyła się na dwucyfrowy wzrost składek na ubezpieczenia zdrowotne.

Tymczasem USA mają jeden z najdroższych systemów opieki zdrowotnej na świecie, a bez ubezpieczenia nadal pozostaje ponad 24 mln obywateli. Będzie to jeden z największych problemów nowego prezydenta Donalda Trumpa, który zapowiada, że jego administracja już pracuje nad projektem zmian w służbie zdrowia. Natomiast Kongres na początku stycznia zrobił pierwszy krok w celu cofnięcia reformy Obamacare, przyjmując odpowiednie poprawki do budżetu. Część komentatorów politycznych uważa, że to właśnie zapowiedź uchylenia reformy Obamacare przesądziła o wygranej kandydata Republikanów (którzy od początku byli reformie przeciwni).

Problemem, z którym prawie cały czas zmagał się Barack Obama – wyłączywszy dwa lata, kiedy udało się uchwalić Obamacare – był nieprzychylny Kongres. Wydaje się, że przez najbliższe cztery lata będzie Kongres republikański, który będzie współpracować z Donaldem Trumpem. Szczerze mówiąc, dużo bardziej liczę na pragmatyzm i prorynkowe nastawienie Republikanów w Kongresie niż na samego prezydenta Trumpa. Liczę, że on będzie realizował agendę partii republikańskiej, a niekoniecznie będzie przywiązany do populistycznych pomysłów z kampanii wyborczej – mówi ekonomista Maciej Bitner.