Roczne przychody branży call centre przekraczają już 1 mld zł rocznie. Wymagania klientów jednak rosną, więc firmy stawiają na nowe technologie

Roczne przychody branży call centre przekraczają już 1 mld zł rocznie. Wymagania klientów jednak rosną, więc firmy stawiają na nowe technologie 1

Już ponad miliard zł rocznie wynoszą przychody krajowego sektora zajmujących się obsługą klienta firm call centre. Dynamiczny rozwój nowych technologii sprawia jednak, że wymagania odbiorców takich usług także rosną. Branża będzie więc ewoluować w kierunku większego wykorzystania internetu, szczególnie sieci społecznościowych oraz czatów. Trwają także fuzje i przejęcia.

Polskie call centre przechodzą w tej chwili intensywną fazę zmian, tzn. dochodzi do zakupów, połączeń przedsiębiorstw, również akwizycji poprzez zachodnie podmioty – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Odkała, prezes zarządu w przedsiębiorstwie Teleperformance Polska. – Trudno oceniać aspekty finansowe tych ewolucji, sądzę, że konsolidacja rynku w tym momencie nie jest przypadkiem. Jeśli natomiast chodzi o popyt, szczególnie na obsługę posprzedażową klienta, to uważam, że w dalszym ciągu będzie się on rozwijać bardzo intensywnie.

Jak wynika z najnowszej edycji raportu „Rynek call center i contact center w Polsce” specjalizującej się w analizach branż Europy Środkowej i Wschodniej pracowni PMR, szacunkowe przychody blisko 160 podmiotów tego sektora działających w Polsce w 2015 roku wyraźnie przekroczyły 1 mld zł i w stosunku rocznym zwiększyły się o 7,5 proc. Progres ten był o 0,5 proc. wyższy niż podczas poprzednich dwunastu miesięcy.

Wydaje się, że Polska jeszcze jest dosyć dziewiczym rynkiem, jeśli chodzi o obsługę relacji z klientem – twierdzi Mariusz Odkała. – Sądzę, że zarówno my, jak i nasi konkurenci w najbliższych latach będziemy przeżywać boom i notować wzrosty wskaźników, takich jak na przykład liczba obsługiwanych klientów. Nacisk powinien być jednak położony na nowe kanały.

W tej chwili, jak zauważa Mariusz Odkała, branża call centre w zasadzie w całej Europie i na świecie najczęściej wykorzystuje telefon, słynne 0800 i 0801. W ten zazwyczaj sposób konsumenci kontaktują się z firmami w celu zadania pytania, czy wyjaśnienia swojego statusu wobec przedsiębiorstwa. Nowe technologie natomiast, jak wiadomo, rozwijają się coraz szybciej. Do dyspozycji firm są obecnie na przykład social media czy czat, ale do uruchomienia takich kanałów konieczne są doświadczone i wykształcone kadry.

Musimy mieć odpowiednie zespoły i modele zarządzania nimi, aby rozwijać organizację tak, żeby zagwarantować klientom, firmom globalnym i lokalnym brandom bardzo dobrą jakość obsługi – wyjaśnia Mariusz Odkała. – Dlatego zatrudniamy bardzo młodych ludzi, niezwykle dynamicznych. Będziemy rozwijać strategie personalne, które pozwolą dostosować poziom wykształcenia i umiejętności pracowników do wymogów usługi. Jest to również związane z szeregiem inicjatyw, które centra muszą podejmować po to, żeby jak najdłużej zatrzymać pozyskanego już pracownika. Zdecydowanie w tej chwili mamy do czynienia z rynkiem pracy zatrudnionego. Musimy więc myśleć inaczej, by dopasować się ewoluujących warunków.

Mimo tego oparte o komunikację telefoniczną call centre, zdaniem Mariusza Odkały, powoli zmieniać się będą w korzystające z różnych kanałów dotarcia do konsumenta lub petenta tzw. contact centre.

Na rynku mamy już kilku działających w ten sposób graczy świadczących usługi zarówno dla podmiotów polskich, jak i zagranicznych – zauważa Mariusz Odkała. – Firmy te przeżywają w tej chwili wzrost, rozkwit swojej działalności. W call center sytuacja jest nieco inna.

Wśród 90 największych zbadanych przez PMR komercyjnych podmiotów tej branży przeważają firmy średniej wielkości, mające od 51 do 200 stanowisk telemarketerskich. Firmy większe, zdaniem analityków, odpowiadają za około jedną czwartą całego rynku. Największe, dysponujące ponad 500 stanowiskami, zajmują 4 proc., a zatrudniające mniej niż 50 osób mikropodmioty – ok. 9 proc.

Wydaje się, że dla Polski perspektywy tego sektora są nadal świetlane – prognozuje Mariusz Odkała. – Jeszcze kilka, kilkanaście lat albo i więcej będziemy mogli świadczyć usługi dla firm globalnych czy regionalnych. Outsourcing będzie bowiem coraz popularniejszy także wśród krajowych przedsiębiorstw.

Inteligentne systemy parkingowe mają rozwiązać problem korków. Warszawa testuje smart parking

Wojciech Dec, product manager z obszaru smart city w Comarchu

Miasta coraz odważniej szukają w rozwiązaniach z zakresu smart city szans na zwiększenie oszczędności, poprawę bezpieczeństwa czy dodatkowe źródła przychodów. Możliwości uzyskania korzyści we wszystkich tych elementach mają oferować inteligentne systemy parkingowe. Warszawa właśnie rozpoczęła testy monitoringu płatnych postojów samochodów w centrum aglomeracji.

Smart parking to rozwiązanie, które pomoże mieszkańcom znaleźć w bardzo szybki sposób wolne miejsce parkingowe. Taki system powstał już w Warszawie, są dwie instalacje pilotażowe – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Dec, product manager z obszaru smart city w Comarchu.

Pierwsza instalacja znajduje się na stołecznym pl. Konstytucji, druga zaś umiejscowiona jest przy Dworcu Centralnym. Według informacji Zarządu Dróg Miejskich (ZDM) w pierwszej lokalizacji zamontowano półokrągłe czujniki po środku każdego miejsca. Z kolei przy ul. E. Plater system obsługują kamery.

W Polsce jest zaledwie kilka miejsc, gdzie takie systemy działają. Natomiast tutaj unikalną cechą jest to, że jest to rozwiązanie oparte o kamery i inteligentne analityki wideo – podkreśla przedstawiciel Comarchu. – Wkładając tam dodatkowe analityki, również z obszaru bezpieczeństwa, jesteśmy w stanie monitorować nie tylko sytuacje odnośnie do danego parkingu, zajętości miejsca i wskazywania informacji o tym, czy to miejsce jest czy nie, lecz także jesteśmy w stanie analizować, czy np. pozostawiono jakiś przedmiot lub pozostaje on na terenie parkingu zbyt długo.

ZDM zakłada, że do końca bieżącego roku zweryfikuje, który sposób monitorowania parkingów jest lepszy. Smart Parking dostępny jest obecnie w systemie Android. Po testach ma się pojawić również na platformach iOS i Windows. Plany zakładają stopniowe rozszerzanie systemu o kolejne miejskie, płatne, niestrzeżone miejsca postojowe. Pokrycie systemem całej strefy płatnego parkowania będzie zależało od kondycji finansowej stolicy.

Podobne funkcjonalności i podobny standard bezpieczeństwa, jaki jest obecnie na lotniskach, mógłby być też wdrożony w przestrzeni miejskiej. Może być też inna propozycja, gdzie jesteśmy w stanie analizować sytuację, która np. wykryje nam moment, w którym człowiek upada i leży na ziemi po to, żeby np. szybciej wezwać pomoc – dodaje Dec. – Postrzegamy analityki wideo jako narzędzie, które nie tylko pomoże w smart parkingu, lecz także będzie w stanie obsłużyć obszar bezpieczeństwa, który w dzisiejszych czasach jest bardzo istotny.

Warszawa ma 30 tys. miejsc parkingowych. W ubiegłym roku przychody z tytułu strefy parkingowej osiągnęły ponad 80 mln zł. Egzekucja stanowiła ok. 12 mln zł.

Każdy milion, który moglibyśmy dołożyć właśnie przez monitoring miejsc czy poprzez dodatkową analitykę ruchu, to są dodatkowe pieniądze, które miasto może wykorzystać na swoje własne potrzeby lub na potrzeby mieszkańców – stwierdza Dec. – Z kolei dzięki instalacji mieszkańcy zanim zaplanują podróż, mogą zobaczyć, czy w ogóle jest tam miejsce. System jest w stanie dynamicznie przekierować ich w momencie, kiedy miejsce zostanie zajęte. Dzięki temu mamy mniej korków, mniej zatrutego powietrza i w efekcie bardziej zadowolonych mieszkańców.

Integrated Solutions szacuje, że do 2020 r. wartość globalnego rynku smart rozwiązań dla miast przekroczy 1,5 mld dol. Cisco z kolei ocenia, że inteligentne rozwiązania w ciągu dekady pozwolą miastom na oszczędności rzędu 1,9 mld dol.

Inwestycje branży IT nabierają tempa. Mimo wysokich zarobków na rynku brakuje pracowników

Maciej Pustół, dyrektor operacyjny w firmie Modis

Mimo wysokich i wciąż rosnących wynagrodzeń oraz bogatych pakietów pozapłacowych świadczeń pracowniczych firmom informatycznym coraz trudniej znaleźć pracowników. Polska jest postrzegana na świecie jako miejsce przyjazne inwestycjom z tego sektora. Rośnie więc liczba ofert, których wymagania poza merytorycznymi obejmują także znajomość drugiego języka obcego. Prócz pensji kandydaci mogą liczyć na programy pozapłacowe oraz kursy doskonalenia zawodowego.

Z roku na rok, a nawet z miesiąca na miesiąc obserwujemy stały wzrost popytu na programistów specjalistów IT w Polsce i spadek podaży, czyli dostępności – informuje agencję Newseria Biznes Maciej Pustół, dyrektor operacyjny w firmie Modis. – Mimo że wiele osób kształci się w kierunku informatycznym, organizowanych jest również sporo kursów, to ciągle jednak brakuje osób do pracy, zwłaszcza z doświadczeniem. Pojawiają się nowe firmy, inwestycje, które chcą zatrudniać pracowników. Tych jednak cały czas brakuje.

Jak wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q2 2016” firmy ADP Polska pierwsza połowa br. była udana pod względem zatrudnienia, szczególnie dla sektora firm innowacyjnych i nowej gospodarki. Liczba pracowników w tego rodzaju przedsiębiorstwach wzrosła bowiem o 4,23 proc. wobec tego samego okresu 2015 roku. Bardzo korzystny był głównie drugi kwartał, kiedy to pracę znalazło o 4,52 proc. osób więcej.

Myślę, że trudno w tej chwili wskazać jeden, konkretny obszar popytu na zatrudnionych, bo braki kadrowe na rynku IT występują w zasadzie wszędzie – wskazuje Maciej Pustół. – Są być może jakieś starsze technologie, gdzie dostępność pracowników mających z nimi doświadczenie może być trochę większa. Natomiast rozwój nowych technologii i kształcenie się kadr sprawiają, że cały czas brakuje rąk do pracy.

Jak wynika z analiz podmiotów analizujących rynek zatrudnienia, przecięta pensja specjalisty w branży IT wynosi obecnie przeszło 6,6 tys. zł, eksperci mogą zarobić ponad dwa razy więcej. Połowa pracowników na pozycji zawodowej specjalisty IT otrzymuje miesięczną pensję w wysokości od 5150 do 8070 zł wynagrodzenia zasadniczego, eksperci natomiast zarabiają od 9,5 tys. do 13,2 tys. zł. W przypadku doświadczonych specjalistów stawki połowy zatrudnionych wahają się w granicach od 5,1 tys. do przeszło 7 tys. zł.

Nieustanne pojawianie się nowych technologii, urządzeń, aplikacji, programów wymusza nieustanne pobieranie nauki – zauważa Maciej Pustół. – Programiści zatem uczą się na różnego rodzaju kursach dokształcających, równie chętnie to robią w praktyce, czyli w trakcie pracy.

Jak wynika z umowy partnerstwa podpisanej przez rząd polski z Komisją Europejską, wiedza, nowe technologie i rozwój innowacyjności mają być priorytetami nowej, rozpoczętej formalnie w 2014 roku perspektywy finansowej. Głównymi beneficjantami wsparcia, w części dotyczącej Polski wartego 82,5 mld euro, powinni być właściciele małych i średnich przedsiębiorstw. Rynek IT zdaniem specjalistów nie rozwija się w Polsce tak szybko, jak powinien. Główną przyczyną jest opóźnienie w realizacji unijnego budżetu.

Mimo tego cały czas przewidujemy utrzymanie się dużego popytu na zatrudnianie specjalistów IT – prognozuje Maciej Pustół. – W tej chwili Polska staje się już bardzo mocno rozpoznawalna na świecie jako lokalizacja dająca pracę dużej liczbie specjalistów IT, gdzie warto lokować inwestycje. Z drugiej strony odczuwalne są jednak braki w dostępności takich kadr.

Oprócz umiejętności merytorycznych, jak zauważa Maciej Pustół, częściej pojawiają się obecnie również oferty pracy, w których wymagana jest znajomość drugiego języka obcego. Z reguły dotyczy ona popularnych dialektów, takich jak na przykład francuski czy niemiecki. Ale Modis zdarza się również poszukiwanie osób ze znajomością japońskiego.

Poza konkurencyjnymi w stosunku do innych branż wynagrodzeniami, które w dodatku cały czas rosną, większość specjalistów IT może liczyć na bardzo rozbudowane programy pozafinansowe – chwali Maciej Pustół. – Mówimy o takich oczywistych już dzisiaj rzeczach jak programy sportowe, opieka medyczna, ale również budowa ścieżek kariery, czyli treningi, szkolenia językowe, wysyłanie na staże do placówek zagranicznych w celu nauki nowych technologii czy rozwoju kompetencji.

Firma Modis specjalizuje się w poszukiwaniu i pośrednictwie pracy na rzecz firm z branży informatycznej od 2007 roku. Prowadzi działalność poprzez sieć siedemdziesięciu oddziałów w Europie i Ameryce Północnej. Z usług przedsiębiorstwa co roku korzysta ponad dwa tysiące prywatnych i państwowych podmiotów. W 2009 roku firma weszła w skład grupy Adecco – globalnego lidera usług HR działającego w ponad 60 krajach świata.

Na rynku elektroodpadów wciąż działa szara strefa. Istnieje grupa firm poddająca zużyty sprzęt nielegalnemu przetwarzaniu

Mirosław Baściuk, prezes zarządu Związek Pracodawców Branży Elektroodpadów Elektro-Odzysk

Zgodnie z unijną dyrektywą do 2021 roku Polska powinna osiągnąć 65 proc. poziom zbiórki elektroodpadów. Branże niepokoi jednak nie do końca precyzyjne prawo pozwalające na działania nieuczciwej konkurencji w szarej strefie. Zajmujący się legalną działalnością przedsiębiorcy powinni się przygotować na zmiany, które wejdą w życie już za dwa lata.

Powinien zostać stworzony i być promowany odpowiedni system zbierania elektroodpadów – postuluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Baściuk, prezes zarządu Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów Elektro-Odzysk. – Odcięci od tego rodzaju materiałów powinni być zbieracze poddający zużyty sprzęt nielegalnemu przetwarzaniu. To samo dotyczy punktu skupu złomu niespełniających wymagań.

Zgodnie z unijną dyrektywą ws. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego do 2021 roku Polska powinna osiągnąć 65 proc. poziom zbiórki, co oznacza, że taka część produktów sprzedawanych na rynku powinna być systematycznie zbierana. Obecnie, jak wynika z danych ZPBE, z trudem trafia do punktów skupu 35 proc. Biorąc pod uwagę to, że część takich procesów odbywa się w szarej strefie, może to być maksymalnie 40 proc.

Drugim, bardzo ważnym z punktu widzenia branży elementem jest zmiana nomenklatury dotyczącej zużytego sprzęt elektrycznego i elektronicznego. Unijna dyrektywa wprowadziła nowy podział na sześć grup odpadów. Niestety, jak zauważa Mirosław Baściuk, w Polsce takla klasyfikacja wejdzie w życie dopiero za niecałe dwa lata.

Spowoduje to wreszcie, że podmiot wprowadzający na rynek sprzęt elektryczny czy elektroniczny rzeczywiście będzie za to płacił – prognozuje Mirosław Baściuk – Obecnie droższy w zagospodarowaniu sprzęt często jest rozliczany tańszym, podmiot wprowadzający na przykład lodówki może je rozliczyć pralkami, które są tańsze w przetwarzaniu. Od 2018 roku takie praktyki nie powinny być już możliwe.

Do nowych przepisów, jak radzi prezes ZPBE Elektro-Odzysk, uczestnicy tego rynku powinni się dobrze przygotować. Obecnie nie ma na przykład odpowiedniej liczby instalacji do przetwarzania sprzętu chłodniczego. Podmioty w to nie inwestują, bo nie ma zapotrzebowania.

W 2018 roku popyt się nagle pojawi, a uruchomienie nowego zakładu to proces przynajmniej dwuletni – wskazuje Mirosław Baściuk. – Czyli prawdopodobnie będziemy mieć w tym zakresie spore opóźnienie.

Na rynku, jak informuje Mirosław Baściuk, działa kilka rodzajów graczy. Po pierwsze podmioty wprowadzające sprzęt na rynek, które płacą za zbiórkę i przetwarzanie sprzętu, ale nie mają nad nim kontaktu. Drugą są organizacje odzysku (w sumie w Polsce obecnie jest ich siedem), czyli podmioty pośredniczące pomiędzy wprowadzającym a zakładem przetwarzania. To one podpisują umowę na realizację związanych z utylizacją i przerobem sprzętu elektrycznego i elektronicznego obowiązków. Na trzecią grupę składa się w Polsce ponad 180 zakładów przetwarzania, z czego maksymalnie dziesięć wdrożyło odpowiednie standardy przetwarzania. Pozostałe to podmioty działające na pograniczu prawa.

Ważne, żeby skutecznie wyeliminować takie zakłady – wyjaśnia Mirosław Baściuk. – Oczywiście na samym końcu są recyklerzy, do których trafiają już przetworzone odpady, czyli huty metali przyjmujące zużyte urządzenia. Nie można także zapomnieć o zbierających, od których zależy ilość sprzętu w systemie. Należą do nich punkty handlowe, punkty selektywnej zbiórki odpadów komunalnych w gminach, spółki komunalne oraz firmy wywożące odpady. Nie wszystkie działają nieprawidłowo, są takie, choć w mniejszości, które właściwie podchodzą do swoich obowiązków, przekazując odpady zakładom przetwarzania.

Z innych, wdrożonych już wymagań unijnych najważniejszy – zdaniem Mirosława Baściuka – jest obowiązek zbiórki sprzętu małogabarytowego w sieciach handlowych i sklepach. Powinny one oferować nieodpłatny odbiór zużytego sprzętu w miejsce dostawy nowego. Od realizacji tego obowiązku również  zależy ilość sprzętu w legalnym systemie zbiórki.

Na razie obserwujemy, niestety, że wpływ tego zapisu jest minimalny – twierdzi Mirosław Baściuk. – Niektóre sieci handlowe i sklepy starają się ukrywać przed konsumentami dotyczące tego informacje. Część placówek przekazuje je z dużym opóźnieniem, dopiero wówczas, gdy klient szuka innych, alternatywnych dróg pozbycia się odpadów.

A. Krześniak: koniunktura w strefie euro powinna się stabilizować. Rośnie prawdopodobieństwo utrzymania łagodnej polityki monetarnej przez EBC

Arkadiusz Krześniak, główny ekonomista Deutsche Bank Polska
Ostatnie słabsze dane z europejskiej gospodarki świadczą o tym, że koniunktura w strefie euro jest umiarkowana. Rośnie zatem prawdopodobieństwo utrzymania stóp procentowych Eurolandu na dotychczasowym poziomie. Zdaniem Arkadiusza Krześniaka z Deutsche Bank Polska gospodarka Starego Kontynentu wchodzi w okres stabilizacji ze wzrostem na dosyć umiarkowanym poziomie.

– Wszystko wskazuje na to, że indeks koniunktury w strefie euro w nadchodzących miesiącach będzie się stabilizował – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Arkadiusz Krześniak, główny ekonomista Deutsche Bank Polska. – Poziom, który obecnie jest obserwowany, byłby spójny ze wzrostem PKB o około 2 proc. Ale oczywiście nie będzie to miało miejsca, bo koniunktura w handlu międzynarodowym jest słabsza.

Słabsze wskaźniki koniunktury w strefie euro zwiększają prawdopodobieństwo utrzymania łagodnej polityki monetarnej przez Radę Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Opublikowane w ostatnich tygodniach indeksy nastrojów w Europie (ESI – Economic Sentiment Indicator, Ifo) świadczyły, że nastroje podmiotów gospodarczych w ostatnich miesiącach się pogorszyły.

W takim kontekście negatywny wydźwięk miały również opublikowane na początku września dane z sektora przemysłowego strefy euro (indeks PMI), najsłabsze od maja tego roku. Relatywnie słabe nastroje przemawiają, zdaniem ekspertów, za tym, że EBC prawdopodobnie utrzyma dotychczasową, łagodną politykę monetarną (główna stopa procentowa na poziomie 0 proc. w skali roku, oraz miesięczny skup aktywów na kwotę 80 mld euro). Oczekiwania takie kontrastują z polityką polskiej Rady Polityki Pieniężnej, która deklaruje utrzymanie stóp Narodowego Banku Polskiego bez zmian, co powinno, zdaniem ekspertów, wspierać złotego w relacji do euro.

– Patrząc na indeksy koniunktury strefy euro, możemy stwierdzić, że wpływ brexitu na to, co obecnie się dzieje, na nastroje jest dość umiarkowany, na pewno jest mniejszy, niż sądzili analitycy – zauważa Arkadiusz Krześniak. – Niemniej można się spodziewać znacznie słabszego popytu na eksport ze strefy euro do brytyjskiej gospodarki. Także nastroje inwestycyjne w strefie euro w najbliższych kwartałach będą raczej słabe. Można powiedzieć, że będziemy mieć taką stabilizację gospodarczą ze wzrostem na dosyć umiarkowanym poziomie.

Pomimo utrzymywania się w Polsce deflacji (podczas ośmiu miesięcy tego roku średni wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniósł minus 0,8 proc. w skali roku), RPP konsekwentnie deklaruje potrzebę stabilizacji stóp NBP (obecny poziom głównej stopy wynosi 1,5 proc.). Podejście takie prawdopodobnie wynika z przekonania, jak twierdzą analitycy, że niski poziom inflacji jest konsekwencją przede wszystkim wcześniejszego, silnego spadku cen surowców na rynkach światowych, czyli czynników niezależnych od poziomu stóp procentowych w kraju.

– W krajowej gospodarce występuje natomiast szereg czynników dodatkowych, które powodują, że pojawia się deflacja, a inflacja jest znacząco niższa – zauważa Arkadiusz Krześniak. – Wydaje się, że gospodarka Niemiec w tym roku zanotuje całkiem przyzwoity wzrost o 1,9 proc. Natomiast ze względu na fakt, że struktura tego progresu nie jest dobra, można się spodziewać w przyszłym roku spowolnienia do około 1 proc., co będzie miało bezpośrednie przełożenie na polski eksport. Czyli w dalszym ciągu pozytywny impuls eksportowy będzie musiał wynikać z konkurencji cenowej, a nie ze zwiększenia popytu ze strony Berlina.

Polska w tyle Europy pod względem wielkości przeładowanych towarów. Niemiecki przeładunek 25 razy większy

Andrzej Rosiński, prezes zarządu w przedsiębiorstwie Waimea Holding

Pod względem wielkości przeładowywanych towarów Polska jest wciąż europejską prowincją. Rocznie trafia do kraju zaledwie 130 tys. ton rozmaitych ładunków, tymczasem tylko na lotnisku w Monachium wolumen jest trzy razy większy, a w całych Niemczech wynosi około 3 mln ton. Jednym z powodów jest niska jakość polskiej infrastruktury drogowej.

Wielkość ładunków przeładowywanych na krajowych lotniskach w porównaniu z niemieckimi jest śmiesznie niska, różnica jest potężna, musimy to nadrabiać – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Rosiński, prezes zarządu w przedsiębiorstwie Waimea Holding. – Obecnie większość ładunków lotniczych jedzie do Niemiec i dopiero tam trafia do samolotu. Jest to związane, oczywiście, z liniami lotniczymi, a także z infrastrukturą. Nikt nie wyśle do Polski specjalistycznego towaru, który nie będzie mógł być przemieszczany po odpowiedniej jakości drogach i autostradach. 

W całej Polsce – według Andrzeja Rosińskiego – przeładowywanych jest na lotniskach około 130 tys. ton rozmaitych ładunków rocznie. W przypadku portu lotniczego w Monachium, trzeciego lotniska w Niemczech – 450 tys., a w całym tym kraju – 2–3 mln ton rocznie.

Jest to więc po prostu potężna różnica, skala nieprawdopodobna. Musimy nadrabiać – podkreśla Andrzej Rosiński.

Jeszcze w br. Holding Waimea planuje rozpoczęcie realizacji obiektów magazynowo-produkcyjno-biurowych o łącznej powierzchni ponad 120 tys. mkw. Ponadto, rozszerzając swoją działalność, Grupa rozpocznie budowę nowoczesnych terminali cargo spełniających najwyższe światowe standardy. W planach rozwoju jest również dostarczanie dopasowanych do zróżnicowanych potrzeb kontrahentów wielofunkcyjnych obiektów magazynowych, przemysłowych, biurowych oraz inwestycji build-to-suit (BTS), czyli budowanych na indywidualne zamówienie klientów.

Wybieramy takie miejsca, które nie będą ze sobą za bardzo konkurować, mimo że wszystkie lotniska rywalizują – wyjaśnia Andrzej Rosiński. – W związku z tym nie będziemy inwestować w pobliżu Rzeszowa, na terenie portów lotniczych, które są najbliżej tego miasta. Nie mogę jeszcze zdradzić, z którą lokalizacją prowadzimy mocno zaawansowane rozmowy, bo nie podpisaliśmy jeszcze ostatecznych umów. Ale myślę, że do końca br. pojawią się co najmniej jedna lub nawet dwie nowe lokalizacje.

Jak wynika z prezentacji spółki, terminale cargo mają być zlokalizowane w obrębie lotnisk i mieć urządzenia do kontroli rentgenowskiej ładunków i przesyłek towarowych. W budynkach planowane jest rozmieszczenie wysokiej klasy (B+) klimatyzowanych pomieszczeń biurowych dla spedytorów, agencji celnych i urzędów celnych. Grupa Waimea jest zainteresowana realizacją projektów multimodalnych zarówno w Polsce, jak i za granicą.

Raport: Polacy pozytywnie nastawieni do rozwiązań biometrycznych w bankowości

  • 86% Polaków uważa banki za instytucje najbardziej godne zaufania w zakresie usług biometrycznej autoryzacji płatności
  • Zaufanie do banków jako podmiotów przechowujących dane biometryczne jest niemal trzykrotnie wyższe niż do instytucji państwowych (odpowiednio 68% i 24%)

Jak pokazują wyniki najnowszych badań Visa, pod względem ochrony danych biometrycznych, takich jak układ linii papilarnych czy obraz tęczówki oka, Polacy pokładają większe zaufanie w bankach niż w agendach rządowych. 68% badanych wskazuje banki jako podmioty bezpiecznie przechowujące informacje biometryczne – to niemal trzykrotnie więcej niż w przypadku instytucji państwowych (24%).

W odpowiedzi na pytanie, komu zaufaliby w zakresie biometrycznej weryfikacji tożsamości, respondenci najczęściej wskazywali na banki (86%) oraz systemy płatnicze (79%). W dalszej kolejności wybierano m.in. operatorów telefonii komórkowej (57%) czy globalne marki internetowe (40%).

Już niemal trzy czwarte (72%) konsumentów pragnie korzystać z uwierzytelniania biometrycznego przy dokonywaniu płatności, czemu sprzyja rosnąca znajomość tej metody wśród Polaków. Korzyści, jakie niesie z sobą uwierzytelnianie biometryczne, stają się widoczne dzięki coraz większemu zakresowi stosowania czytników linii papilarnych przy płatnościach mobilnych – co sprawia również, że 71% badanych uznaje metodę autoryzacji bazującą na układzie linii papilarnych za najbardziej wygodną. Jest ona również uznawana za metodę najbezpieczniejszą (tak uważa 83% respondentów), wyprzedzając pod tym względem inne rozwiązania uwierzytelniania biometrycznego, m.in. wykorzystujące obraz siatkówki oka (79%) lub rysy twarzy (51%).

Komentując przeprowadzone badania płatności biometrycznych, Jakub Kiwior, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Visa Europe, powiedział:

„Nadchodząca rewolucja płatnicza stwarza bankom ogromne możliwości. Już jesteśmy świadkami tego, jak banki zaczynają w różnych rozwiązaniach stosować biometrię dla celów uwierzytelniania. Ciesząc się zaufaniem konsumentów, zarówno jeśli chodzi o uwierzytelnianie, jak i przechowywanie danych biometrycznych, banki znajdują się w znakomitej sytuacji, gdzie wszystkie strony wygrywają – mogą bowiem zaoferować usługi, których domagają się klienci i na których same skorzystają.

Visa już teraz wspiera różne podmioty rozwijające nowe formy uwierzytelniania. Będziemy nadal umożliwiać dokonywanie płatności milionom konsumentów, firm i instytucji sektora publicznego na całym świecie, a jednocześnie – przy współpracy z partnerami z sektora bankowego – zachowamy neutralność względem konkretnych rozwiązań technologicznych, dbając jednak o to, żeby uwierzytelnianie przy pomocy wszelkich nowo wprowadzanych metod odbywało się jak zawsze bezpiecznie, wygodnie i przy pełnej ochronie naszych wrażliwych danych”.

Informacja o badaniu

Visa zleciła badanie nt. płatności biometrycznych agencji Populus. Badanie przeprowadzono w okresie od 22 kwietnia do 6 maja 2016 r. w 7 krajach Europy: Polsce, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Włoszech. Liczebność próby wyniosła 14 236 – po ok. 2 tys. na każdy kraj.

XVII edycja Ogólnopolskiego Forum Prawa Pracy 25-26 października

W dniach 25- 26 października SEKA S.A. organizuje już XVII edycję Ogólnopolskiego Forum Prawa Pracy. Wzorem lat ubiegłych miejscem wydarzenia będzie Pałac Prymasowski w Warszawie. Tym razem wybraliśmy dla Państwa dwa wiodące i ważne dla pracodawców tematy.

25- 26 października Ogólnopolskie Forum Prawa PracyPierwszy z nich dotyczy najnowszych zmian w zakresie prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. W tym bloku wstąpień i dyskusji pragniemy przeanalizować już uchwalone regulacje prawne, które zaczną obowiązywać od 1 stycznia 2017 r. W szczególności analizie poddana zostanie znowelizowana ustawa o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, która ma być rozszerzona o nowy krąg podmiotów  m.in. o zleceniobiorców. Omawiana będzie kwestia wysokości minimalnej stawki godzinowej od umów zlecenia i zasad jej waloryzowania. Poruszona będzie również kwestia nowych obowiązków spoczywających na zleceniodawcach i zleceniobiorcach związanych z m.in. koniecznością ewidencjonowania godzin czynności wykonywanych przez zleceniobiorcę, w tym również obowiązki dotyczących przechowywania dokumentacji z tym związanej.

Zaproszeni prelegenci omówią planowane zmiany w prawie i zastanowią się również nad ich skutkami.

Naszym celem jest takie przygotowanie pracodawców na czekające zmiany, aby ich wdrażanie w konkretnych firmach było należycie przygotowane, co pozwoli uniknąć narażenia się na odpowiedzialność prawną.

Drugi blok poświęcony będzie praktycznemu podejściu do tzw. optymalizacji kosztów pracy. Nasi eksperci przybliżą, między innymi, kwestie efektywnego uregulowania i rozliczania czasu pracy, tak, aby zapewnić wsparcie dla biznesu. W związku z tym, prelegenci podejmą rozważania dotyczące jak obniżać koszty tzw. „nieuzasadnionych nadgodzin”, a także ograniczać ryzyka przegranej przed sądami pracy z tytułu pracy w godzinach nadliczbowych.

Poruszymy również zagadnienia optymalizacji kosztowej w sferze prawa podatkowego i ubezpieczeń społecznych, a także w związku z zatrudnianiem pracowników niepełnosprawnych.

Serdecznie zapraszamy

Strona wydarzenia: kliknij tutaj

Partnerzy merytoryczni i patronaty:

Ile tak naprawdę płacimy Rosji za ropę i gaz?

Ile płacimy za rosyjską ropę i gaz ziemny, a ile za surowce sprowadzane z Bliskiego Wschodu? Nie wiadomo, bo są to tajemnice kontraktowe Orlenu, Lotosu czy PGNiG. Skąd więc w gazetach pojawiają się konkretne liczby?

– Pojawiają się z Rosji. Najczęściej są to przecieki, które władze rosyjskie przekazują do tamtejszych mediów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Maciążek, ekspert energetyka24.com.

– I tak trafiają nad Wisłę. Jest więc pytanie co Rosjanie chcą w ten sposób ugrać?

Nieoprocentowane kredyty: to bardzo niebezpieczny pomysł

Co stanie się jeżeli NBP obniży stopy procentowe do zera? Doprowadzi to do spadku kursu złotego. Mniej będzie bankructw, ale bardzo rzadkie stanie się rozpoczynanie działalności gospodarczej. Zerowe stopy bardziej osłabiają fundamenty wzrostu gospodarczego niż wspierają koniunkturę. Takie są doświadczenia Zachodu.

– Zerowe stopy procentowe pozwalają utrzymać się na rynku najsłabszym przedsiębiorstwom, a przez to utrudniają ekspansję tym bardziej dynamicznym – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Andrzej Rzońca, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich, główny doradca Rady i Zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju, były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Lewiatan przeciwny obowiązkowemu zwrotowi spreadów

Prezydencki projekt ustawy o pomocy frankowiczom został skierowany do pierwszego czytania w Sejmie. Konfederacja Lewiatan jest przeciwna wprowadzeniu ustawowego obowiązku zwrotu spreadów walutowych.

– Nie możemy zgodzić się z opinią wyrażoną w uzasadnieniu do projektu, że świadczenie w postaci spreadów walutowych pobieranych od klientów było świadczeniem nienależnym i konieczna jest eliminacja jego skutków. Nawet Rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego z 2008 r. dopuszczała możliwość udzielania spreadu, z uwzględnieniem kursu z tabeli banku. Poza tym już sam projektodawca jest niekonsekwentny – dopuszcza w projekcie ustawy możliwość pobierania spreadów, uznając że te pobrane od klientów w przypadku kapitału kredytu powyżej 350 000 zł były właściwe, a ich pobranie nie naruszało zasady równości stron – mówi Anna Dużyńska-Pucha, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan wskazała również, że projekt ustawy narusza zasadę nie działania prawa wstecz. Nie można ustanawiać przepisów prawa, które wiązałyby skutki prawne ze zdarzeniami prawnymi mającymi miejsce w przeszłości. Prawo musi być przewidywalne oraz budzić zaufanie, a podmiot prawa musi mieć pewność, że w określonej sytuacji postępuje zgodnie lub niezgodnie z obowiązującym prawem.

Projektowane przepisy naruszają również zasadę swobody umów wyrażoną w kodeksie cywilnym, ingerując w stosunki prawne, które są stosunkami autonomicznymi. Budzą również szereg wątpliwości pod kątem ich zgodności z Konstytucją.

Lewiatan zdaje sobie jednak sprawę, że projektodawca będzie zdeterminowany, by ustawa w zaproponowanym kształcie została uchwalona. – Dlatego poza ogólną oceną projektu, przedstawiliśmy szereg uwag szczegółowych. Wskazaliśmy na wątpliwości, które budzą poszczególne zapisy, w szczególności na ich nieprecyzyjność, a także zaproponowaliśmy pewne zmiany. Liczymy, że w toku prac nad projektem, znajdzie się miejsce na merytoryczną dyskusję – dodaje Anna Dużyńska-Pucha.

Konfederacja Lewiatan

Centra BPO/SSC stawiają na elastyczny model pracy, by przyciągnąć najlepszych

Centra usług działające w Polsce są otwarte na wprowadzenie smart wokingu, czyli modelu zarządzania, w którym główny nacisk kładzie się na efekty pracy, a nie ilość godzin spędzonych za biurkiem. Taki wniosek płynie z pierwszej części badania prowadzonego przez Mikomax Smart Office i ABSL, zrealizowanego na podstawie ankiety opracowanej przez firmę doradczą Variazioni. Jak pokazują wyniki ankiet przeprowadzonych wśród pracodawców, zainteresowani wdrożeniem takiego systemu są pracownicy na wszystkich poziomach organizacji, w szczególności kadra menedżerska, czyli osoby o dużej decyzyjności, mające realny wpływ na organizację pracy w danej firmie. Główną motywacją do zmian jest nie tylko zwiększenie produktywności, ale także budowanie marki pracodawcy. Smart working postrzegany jest bowiem jako atut, który może przyciągać do firmy wartościowych pracowników.

Uczestnicy projektu badawczego Mikomax Smart Office i ABSL wykazują dużą gotowość do wprowadzenia smart workingu we wszystkich czterech obszarach analizowanych w ankiecie przygotowanej przez firmę doradczą Variazioni. Są to polityka wewnętrzna firmy, przywództwo, technologia i aranżacja przestrzeni biurowej. Co istotne, ankietowane firmy wykazują wysoki poziom zaufania do pracowników. To kluczowe dla zastosowania bardziej elastycznego modelu pracy.

Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office
Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office

Smart working bazuje na założeniu, że ważne są efekty, jakie przynosi nasza praca i to one, a nie ilość godzin spędzonych przy biurku powinny być miernikiem efektywności. Pociąga to za sobą większą elastyczność jeśli chodzi o godziny i miejsce wykonywania obowiązków. Aby pracować efektywnie nie musimy, a czasem nawet nie powinniśmy spędzać wielu godzin przy jednym stanowisku pracy. W niektórych sytuacjach naszą kreatywność lepiej pobudzi wygodna sofa w strefie relaksu, szybkie spotkanie na stojąco lub wykonanie zleconych obowiązków w zupełnie innym miejscu, poza firmą. Jednak taki model pracy wymaga zaufania wobec pracowników i zapewnienia im większej swobody w organizowaniu swojego czasu poświęcanego na realizację zadań – komentuje Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu oraz Członek Zarządu Mikomax Smart Office oraz inicjatorka projektu badawczego Smart Working Guidebook for modern service centers in Poland.

Pierwsza faza badania pokazała, że zainteresowani smart workingiem są zarówno pracownicy, jak i pracodawcy. Co ciekawe, najbardziej otwarci na zmiany w modelu pracy są menedżerowie wysokiego szczebla. To dobra wiadomość, ponieważ jest to grupa o wysokiej decyzyjności, mająca bezpośredni wpływ na zmiany dokonywane wewnątrz organizacji.

Badanie sytuacji wyjściowej to kluczowy element wdrażania zmian w organizacji pracy. Pozwala ono na prawidłowe rozpoznanie potrzeb danej firmy i dzięki temu stworzenie rozwiązań dopasowanych do jej specyfiki. Ważne jest, by tworząc taką diagnozę nie koncentrować się wyłącznie na aspektach związanych z infrastrukturą czy kwestiami formalnymi. Równie ważny jest czynnik ludzki, i to na każdym poziomie organizacji. Wdrożenie smart workingu nie będzie bowiem możliwe bez współpracy pomiędzy zespołem a kadrą zarządzającą – tłumaczy Arianna Visentini , CEO Variazioni.

Innowacyjność i marka pracodawcy

Jeśli przyjrzymy się motywacjom ankietowanych pracodawców, okazuje się, że ich zdaniem smart working może mieć pozytywny wpływ na kluczowe obszary funkcjonowania firm. Jeśli chodzi o powody wprowadzenia elastycznego modelu pracy, najwyższą ocenę w badaniu otrzymała możliwość przyciągnięcia najlepszych kandydatów, talentów.

Poza budowaniem marki pracodawcy bardzo istotne korzyści smart workingu to lepsza organizacja i efektywność pracy, redukcja absencji czy zmniejszenie ilości podróży służbowych.

Elastyczna praca w praktyce

Jeśli chodzi o konkretne rozwiązania umożliwiające wprowadzenie modelu smart workingu, ankieta pokazała, że firmy widzą korzyści płynące zarówno z możliwości wykonywania zadań poza biurem, jak i  elastycznych godziny pracy. Jednak otwartość na to drugie rozwiązanie jest nieco większa – zdaniem pracodawców elastyczny czas pracy nie tylko nie zagraża produktywności, ale wręcz może jej sprzyjać. Co ciekawe, według ankiety, firmy nie przykładają aż tak dużej roli do dedykowanego miejsca wykonywania obowiązków. Ważniejsze niż imiennie przypisane biurko jest dla nich odpowiednie dopasowanie przestrzeni do charakteru realizowanych zadań. To sygnał, że w Polsce zwiększa się gotowość do wprowadzenia modelu shared deskingowego, w którym pracownicy mogą swobodnie wybierać miejsce pracy w różnych strefach, w zależności od zadań, które aktualnie realizują.

Bardzo istotne jest, że uczestnicy projektu wysoko oceniają infrastrukturę technologiczną, umożliwiającą bardziej elastyczny model pracy i wyłącznie komunikację online. Wdrożone zostały również rozwiązania zapewniające zdalny dostęp do zasobów firmy, co oznacza, że wiele zadań może być zrobionych poza biurem. Już teraz pracownicy ankietowanych organizacji często korzystają z narzędzi do komunikacji i spotkań zdalnych.

Inwestycje w infrastrukturę IT związaną z komunikacją są absolutnie niezbędne. Praca, którą wykonujemy, ma charakter coraz bardziej globalny i nie ogranicza jej fizyczna lokalizacja biura. Inwestycje w  IT szybko się zwrócą, ponieważ dzięki zdalnej pracy wiele projektów można wykonać szybciej, bez konieczności podróżowania. – mówi Iwona Maslon z Client Innovation Center IBM.

Wyzwania i poszukiwanie najlepszych praktyk

Projekt Smart Working Guidebook for modern service centers in Poland jest dopiero na półmetku. Zakończona właśnie część ankietowa miała na celu diagnozę sytuacji wyjściowej – wskazanie, w jakich aspektach firmy są już gotowe na taki model pracy, a co może stanowić wyzwanie. W kolejnej fazie odbędą się warsztaty, które pozwolą przyjrzeć się bliżej obszarom wymagającym jeszcze pracy i stworzyć przewodnik zbierający najlepsze praktyki. Obecnie pracodawcy jako obszar, który wymaga jeszcze najwięcej uwagi wskazują zaadoptowanie procedur i narzędzi bezpieczeństwa – zagadnienie to będzie z pewnością ważnym tematem spotkania grupy projektowej. Dodatkowo uczestnicy porozmawiają o tym, jak do potrzeb smart workingu dostosować inne elementy polityki firmy, m.in. konstruowanie umów o pracę czy system oceny pracowniczej.

Wyniki ankiety sugerują, że firmy są otwarte i gotowe operacyjnie na wdrożenie smart workingu, ale zwlekają z tym krokiem. Dlatego naszym celem jest stworzenie praktycznego przewodnika, który pokaże, w jaki sposób optymalnie wdrożyć zmiany w sposobie organizacji pracy – wyjaśnia Zuzanna Mikołajczyk, Mikomax Smart Office.

W projekcie badawczym Smart Working Guidebook for modern service centers in Poland biorą udział firmy reprezentujące sektor nowoczesnych usług dla biznesu, który jest jedną z gałęzi gospodarki generującej obecnie największy wzrost zatrudnienia w Polsce. Projekt badawczy realizowany jest przez Mikomax Smart Office we współpracy z ABSL. Partnerami projektu są firma Variazioni, odpowiedzialna za część badawczą, IBM, GSK, Luxoft, Transition Technologies i Wiewiórski Law Firm.

Gołębi FED napędził hossę na rynkach

Wczorajsza decyzja Rezerwy Federalnej wraz projekcjami makroekonomicznymi oraz konferencją prasową Janet Yellen wskazały na możliwość podwyżki stóp procentowych w grudniu, ale za razem z opinii członków Komitetu Otwartego Rynku mogliśmy wyczytać, że tempo dalszych podwyżek będzie łagodniejsze od wcześniejszych projekcji.

Stąd też optymizm na rynkach akcyjnych, gdzie główne światowe indeksy pną się zdecydowanie w górę. Niemiecki DAX poszybował o +2,42 proc., francuski CAC40 o +2,62 proc., a włoski FTSE MIB o +2,17 proc. Nasz WIG20 z kolei do godziny 16:43 wzrósł o +0,65 proc.

Wraz z rynkami akcji do góry poszybowały także surowce, w tym ropa WTI, która dziś drożała o ponad 1,6 proc. oraz złoto, wzrastając o +0,25 proc. Systematyczny trend na północ od dzisiejszego poranka był także obserwowany na rynku miedzi, która zyskała +1,39 proc.

Zatem brak wizji szybkiego wzrostu kosztu dolara spowodował, że inwestorzy dość ochoczo przeszli do kupna bardziej ryzykownych aktywów, w tym także do kupna złotego. Nasza rodzima waluta zyskała dziś najwięcej względem dolara amerykańskiego, aż +0,71 proc. w porównaniu do wzrostu wobec euro o +0,27 proc.

Kolejne posiedzenie Rezerwy Federalnej będzie mieć miejsce na początku listopada, ale będzie to posiedzenie bez publikacji projekcji oraz bez konferencji prasowej. Zatem dopiero w grudniu oczekuje się zmiany stóp procentowych w kierunku podwyżki.

Jednak do tego czasu odbędą się jeszcze wybory w USA, które aktualnie stają się tematem numer jeden dla rynków i to od ich wyniku uzależniona jest dalsza zmienność oraz kierunek dla giełd czy też dolara.

Daniel Kostecki

Dyrektor Departamentu Analiz Rynkowych
Departament Analiz Rynkowych

HFT Brokers
Dom Maklerski S.A.

PBH S.A. po II kwartałach 2016 r.

QUIOSQUE, marka odzieżowa należąca do bydgoskiej firmy PBH S.A., zwiększa przychody i rozwija sieć sklepów. Po zakończeniu pierwszego półrocza, odnotowano wzrost sprzedaży o 22% w porównaniu do tego samego okresu poprzedniego roku.

W pierwszym półroczu 2016 roku otwarto 8 nowych salonów w różnych lokalizacjach. Marka QUIOSQUE jest obecna w dużych i średnich miastach. Aktualny stan sklepów to 128 salonów regularnych oraz 6 outletów.  Aż 62 punkty to sklepy franczyzowe, reszta to salony własne.

Dzięki ekspansji, firma dociera do coraz większego grona klientek. Miesięcznie sklepy odwiedza około milion klientek.

Marka QUIOSQUE dostosowuje się do wymogów obecnego rynku i jest dostępna nie tylko w salonach stacjonarnych, ale także on-line. Sklep internetowy działa od września 2014 roku. Przez ostatnie 18 miesięcy obroty e-sklepu podwoiły się.

„Wyniki są zgodne z naszymi założeniami. W kolejnych okresach planujmy kontynuować przyjętą strategię rozwoju. W ciągu następnego półrocza chcemy zwiększyć skuteczność sprzedaży w sklepach o 25% – między innymi dzięki udoskonalanym standardom obsługi klienta. Planujemy także dalsze zwiększenie powierzchni handlowej poprzez otwarcia nowych salonów.” – mówi Agnieszka Krzywańska, Dyrektor Zarządu PBH SA.

Przedsiębiorcy sporo zapłacą za nowe kasy rejestrujące

Projekt rozporządzenia ministra rozwoju w sprawie kryteriów i warunków technicznych, którym muszą odpowiadać kasy rejestrujące budzi poważne wątpliwości przede wszystkim z uwagi na koszty, jakie będą musieli ponieść przedsiębiorcy – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

Przemysław Pruszyński
Przemysław Pruszyński

– Dla większości przedsiębiorców oznaczać to będzie potrzebę wymiany kasy rejestrującej na nową, odpowiadającą warunkom technicznym. Koszty zakupu nowej kasy fiskalnej szacuje się na 1500 – 2000 zł. Obecne przepisy przewidują ulgę na zakup kasy w wysokości do 700 zł. Jednak skorzystanie z niej jest możliwe wyłącznie przy pierwszym zakupie kasy przez podatnika, który rozpoczyna ewidencjonowanie obrotu i kwot podatku należnego. W razie konieczności wymiany kas większość przedsiębiorców nie będzie mogła skorzystać z ulgi – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Zdaniem Konfederacji prawdopodobnie stare kasy rejestrowe będą musiały zostać wyposażone w odpowiedni moduł komunikacyjny umożliwiający transmisję danych do repozytorium oraz bezpośrednie połączenie kasy z terminalem płatniczym. Na chwilę obecną nie sposób ocenić, jaki będzie koszt zainstalowania takiego modułu w kasach rejestrujących. Pewnym jest natomiast, że jest to koszt, który ponieść będą musieli przedsiębiorcy.

Wątpliwości wzbudza również fakt, iż aby umożliwić automatyczny transfer danych z kasy rejestrującej do repozytorium przedsiębiorcy będą musieli zapewnić łącze internetowe, za pomocą którego dane te będą mogły zostać przesłane. Wymóg zapewnienia stałego łącza internetowego będzie szczególnie uciążliwy dla przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą, jako partnerzy biznesowi przedsiębiorców działających np. w ramach sprzedaży bezpośredniej. Działalność ich w dużej mierze charakteryzuje się mobilnością oraz wykorzystywaniem przenośnych kas rejestrujących.

Bardzo ważną kwestią jest również czas, jaki będzie wskazany w harmonogramie na transmisję danych przez kasę do repozytorium, ponieważ jeżeli nie dojdzie do transmisji danych w tym czasie kasa ulegnie blokadzie. Problemy z transmisją danych w większości przypadków będą natury technicznej i mogą one być niezależne od podatnika, a nawet częściej występować po stronie administracji. Natomiast konsekwencje takich sytuacji będzie ponosił podatnik.

Zastrzeżenia budzi ponadto sposób wprowadzania zmian. Projekt rozporządzenia przewiduje zdecydowanie zbyt krótki czas na prawidłowe wdrożenie nowych regulacji. Ma wejść w życie już 1 stycznia 2018 r. Podnoszone są głosy, iż producenci kas rejestrujących w obliczu tak dużego zapotrzebowania na nowe kasy (Ministerstwo Finansów wskazuje, iż obecnie zarejestrowano 2,1 mln kas fiskalnych) mogą zwyczajnie nie zdążyć z zapewnieniem wszystkim przedsiębiorcom dostępu do kas rejestrujących spełniających nowe wymogi.

Konfederacja Lewiatan

Technologia będzie musiała zastąpić ochroniarza

W związku z radykalnym wzrostem kosztów pracy, firmy z branży usług ochrony muszą zmienić swoją strategię. Lider branży, Konsalnet, również zastanawia się jak sprzedawać z sukcesami swoje usługi na rynku w sytuacji, gdy klient wykupi mniej roboczogodzin.

– Wymaga to od firmy przeorientowania strategii związanej ze sferą nowych technologii w bezpieczeństwie, gdzie dzieje się bardzo dużo – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tomasz Wojak, wiceprezes zarządu Konsalnet – Nowe technologie stają co raz bardziej zaawansowane i dostępne cenowo. Szeroko wkraczają na rynek cywilny, gdyż wcześniej były zarezerwowane tylko dla sektorów związanych z obroną i wojskiem. Wpływ wywiera również ekspansja technologii z Chin, która jest w oczywisty sposób konkurencyjna cenowo. Chcąc utrzymać naszych klientów, a jednocześnie pomóc im sfinansować ogromny wzrost kosztów pracy, będziemy oferować swoje usługi w połączeniu z zaawansowaną i nowoczesną technologią. Jedną z masowo wykorzystywanych technologii w służbie bezpieczeństwa są zaawansowane systemy monitoringu, stosowane w instalacjach miejskich, obiektach przemysłowych, handlowych i użyteczności publicznej. Rozszerzony o funkcję inteligentnej analizy obrazu, dostarcza więcej informacji i analityki niż zwykła kamera, czy monitor, który służy ochroniarzowi do obserwacji np. czy nie doszło do kradzieży. Obserwujemy bardzo dynamiczny postęp technologii, wraz ze spadkiem cen za nią. Zamierzamy wykorzystać to i wprowadzić w miejsce zmniejszającego się popytu na pracę człowieka, która drożeje – podsumował Wojak.

Mobilna aplikacja będzie nawigować niewidomych uczestników pełnomorskiego rejsu

Już 1 października z chorwackiego portu w Sukosan wyruszy pełnomorska wyprawa osób niewidomych i słabowidzących organizowana przez fundację Gniazdo Piratów. W dotarciu do celu uczestników wspierać będzie dedykowana mobilna aplikacja Seeing Assistant: Zobaczyć Morze, opracowana przez Transition Technologies, polską firmę informatyczną.

Wyprawa, która zakończy się pod koniec października w Skradinie, organizowana jest w ramach projektu „Zobaczyć Morze”, realizowanego przez fundację Gniazdo Piratów od 2006 roku. W rejsach tych załogę w połowie stanowią osoby niewidome lub słabowidzące. Do tej pory w 10 edycjach programu udział wzięło już 864 osoby. W tym roku uczestnikom rejsu w dotarciu do portu docelowego pomoże opracowana przez firmę Transition Technolgies aplikacja Seeing Assistant: Zobaczyć Morze, która przez jej twórców nazywana jest  „mobilnym sterem na morzu”. Rozwiązanie jest dostosowane do zmiennych warunków atmosferycznych panujących na wodzie, a proste gesty (np. potrząśnięcie) spowodują podanie informacji o aktualnych parametrach kursu lub pozwolą ustanowić nowy.

– Do utrzymywania stałego kursu na morzu wykorzystuje się zwykle tradycyjne, nieudźwiękowione  narzędzia, takie jak kompas czy busola. Dzięki aplikacji Seeing Assistant: Zobaczyć Morze uczestnicy wyprawy, której połowę stanowią osoby niewidome i słabowidzące, mogą na bieżąco otrzymywać kompleksowe informacje o aktualnym położeniu i za pomocą dosłownie dwóch gestów zmieniać kurs żeglugi – mówi Robert Krzemiński, Wiceprezes Fundacji Gniazdo Piratów.

Ocean możliwości w jednej aplikacji

Głównym zadaniem aplikacji Seeing Assistant: Zobaczyć Morze jest ułatwienie osobom z dysfunkcją wzroku utrzymania zadanego kursu nawigowania w trakcie żeglugi jachtami po oceanach, morzach, jeziorach i innych akwenach wodnych. Dzięki niej, osoby niewidome będą  ze znacznie większą samodzielnością mogły wykonywać zadania sterników. Dzięki intuicyjnej obsłudze narzędzie mobilne jest w pełni dostosowane do potrzeb osób niewidomych i płynnie współpracuje z popularnymi programami odczytu ekranu.. Aplikacja korzysta z satelitarnych systemów nawigacyjnych (GPS lub Glonas), dzięki czemu uzyskane pomiary są znacznie dokładniejsze niż w przypadku popularnej funkcji kompasu dostępnego w smartfonie.

Transition Technologies już od kilku lat angażuje się w działania na rzecz osób niewidomych. Decyzja o wsparciu uczestników wyprawy „Zobaczyć morze” była dla nas kolejnym krokiem w realizacji tej misji.  mówi Sławomir Strugarek, ekspert ds. dostępności w Transition Technologies.  Podczas tworzenia aplikacji dla uczestników rejsu główny nacisk położyliśmy na jej intuicyjność, prostotę oraz skuteczność. Zależało nam, aby ustawienie i zmiana kursu odbywała się przy pomocy systemu do rozpoznawania mowy, informacje o aktualnym kursie pojawiały się na bieżąco, a zużycie baterii zostało ograniczone do minimum. Dlatego, aplikacja działa również w trybie samolotowym, bez połączenia z siecią GSM oraz WI-FI oraz na zablokowanym ekranie.  

Aplikacja powstała w oparciu o wcześniejsze doświadczenia firmy w tworzeniu rozwiązań szerokiej palety mobilnych poprawiających komfort życia osób niewidomych i słabowidzących. Z myślą o tej grupie społecznej Transition Technologies opracowało rodzinę aplikacji Seeing Assistant – zestaw siedmiu mobilnych asystentów ułatwiających wykonywanie codziennych czynności.

Aplikacja Seeing Assistant: Zobaczyć Morze jest darmowa i można ją pobrać na system iOS oraz Android.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Banków centralnych walka z wiatrakami

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Środa stała pod znakiem komunikatów ze strony dwóch ważnych banków centralnych. Poranek zagarnął BoJ, który pod przewodnictwem Haruhiko Kurody pozostaje liderem skali luzowania na arenie globalnej. Z początkiem roku bank wypłynął jednak na niespokojne wody. Tak bowiem można opisać zaadoptowanie polityki ujemnych stóp procentowych, która okazała kontrproduktywna. Krzywa rentowności obligacji przyjęła niekorzystną płaską formę, a jen zamiast się osłabić, umocnił się. W konsekwencji nie zmaterializowały się spodziewane korzyści z dalszego luzowania, a uwidoczniły się związane z nim problemy skoncentrowane głównie na sektorze bankowym, dla którego środowisko ujemnych stóp jest wyjątkowo niekorzystne. Teraz bank stał przed bardzo trudnym zadaniem. Z jednej strony nie mógł się poddać i wycofać z już ogłoszonych programów, a z drugiej ciężko dalej zwiększać ich skalę, skoro wcześniej się one nie do końca sprawdziły. Co więc zrobiono? Ustanowiono nowy program „kontroli krzywej rentowności”, którego głównym zadaniem jest zniwelowanie szkód powstałych w wyniku wcześniejszego agresywnego luzowania. Teraz zakupy obligacji będą tak kalibrowane, by zwiększyć nachylenie krzywej, a oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji ma być zakotwiczone na niskim poziomie 0%. Taka decyzja korzystna jest głównie dla banków i z tego względu akcje tych instytucji wyróżniały się wczoraj pozytywnie. Jen się jednak nie osłabił, gdyż zwiększenia skali luzowania nie zobaczyliśmy. Bank zaczął jedynie eksperymentować z tzw. „polityką forward guidance”. Oznajmił więc, że skup obligacji będzie trwał do czasu, aż inflacja przewyższy zakładany cel inflacyjny na poziomie 2%. Dlaczego tak zrobił? To też jest naprawa poprzedniego błędu ustalenia dwuletniego (niespełnionego zresztą) terminu, w którym inflacja miała wrócić do swojego celu. Warto przy tym dodać, że „forward guidance” było już testowane przez Rezerwę Federalną i zostało porzucone na rzecz aktualnie stosowanego podejścia „uzależnienia od danych”, które daje większą elastyczność. Powyższe zmiany nie wyglądają więc na kolejny „radyklany” krok, gdyż zaczyna ku niemu brakować wolnego miejsca. Obawiać się można, że przyszłość przyniesie więcej tego typu kalibracji, gdyż historia pokazuje, że deklaracje docelowych poziomów mogą być testowane przez rynek i w konsekwencji zarzucone.

Paradoksalnie Fed jest w niewiele lepszej sytuacji. Zmaga się bowiem z dwoma przeciwstawnymi trendami: rosnącą presją inflacyjną oraz słabością gospodarczą. To właśnie z próby pogodzenia ognia z wodą wychodzi obserwowany od dawna dziwny miks, zgodnie z którym bank bardzo chciałby podnieść stopy, ale tego nie robi. Dodatkowo z każdym kwartałem konsekwentnie w dół rewidowane są poziomy przyszłych stóp w bacznie obserwowanym przez inwestorów słynnym już wykresie „dot chart”. Tym samym przestał on spełniać swoje prognostyczne zadanie, skoro za każdym razem jest dopasowywany do rzeczywistości, która już od lat nie chce sprostać wymaganiom jej stawianym przez bankierów centralnych. Tym samym wciąż dzielnie walczą oni o zdynamizowanie globalnej kondycji gospodarczej poprzez zachęcenie banków do udzielania kredytów, a firmy do rozpoczynania projektów inwestycyjnych. Plany te jednak nie wychodzą poza modele ekonometryczne, których użyteczność tym samym również można zacząć kwestionować. Pytanie brzmi kiedy symboliczne uderzenie się w piersi nastąpi, czy może wciąż będziemy brnęli w grę negacji rzeczywistości na rzecz realizacji zamierzeń przez mechanizmy, które nie powinny być ku temu wykorzystywane. Banki postanowiły bowiem zmienić zachowania konsumentów i firm przez monetarną politykę, co jak widać od lat, egzaminu jednak nie zdaje.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Ulga na rynkach po posiedzeniu Fed-u

Rynki akcyjne, surowce i waluty rynków wschodzących zyskują po gołębim posiedzeniu Fed-u. Fed zgodnie z przewidywaniami pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie w przedziale 0,25-0,5 proc. Natomiast kluczowa dla rynków była zmiana przewidywań odnośnie poziomu stóp procentowych na koniec roku 2016 i 2017, przedstawiona przy pomocy tzw. „dot chartów”. Członkowie Fed-u wciąż przewidują 1 podwyżkę w 2016 roku, natomiast w 2017 tylko 2, podczas gdy 3 miesiące temu prognozowali 3 podwyżki. Z kolei prawdopodobieństwo podwyżki stóp w grudniu wzrosło po publikacji dot chartów do poziomu 60 proc. Można też powiedzieć, iż Janet Yellen dała po swoim wystąpieniu zielone światło do kontynuacji wzrostów na światowych parkietach.

Amerykańskie indeksy zareagowały pozytywnie na wynik posiedzenia Fed-u, zyskując wczoraj ponad 1 proc. i zbliżając się do poziomów z zeszłego miesiąca. Indeks S&P500 zakończył wczorajsze notowania na poziomie 2163 punktów a Dow Jones na poziomie 18293 punktów. Najbardziej spektakularny ruch wywołał indeks NASDAQ który osiągnął wczoraj historyczny, rekordowy poziom 5299 punktów. Kontrakty na amerykańskie indeksy wskazują dziś na kontynuację wczorajszych wzrostów. Europejskie parkiety również zareagowały bardzo pozytywnie na wczorajsze wieści. Niemiecki DAX zyskuje już prawie 2 proc. handlując w pobliżu poziomu 10640 punktów, francuski CAC40 zyskuje 2,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 4500 punktów a brytyjski FTSE 0,8 proc. handlując w pobliżu 6880 punktów.

Z szeregu światowych indeksów, nie po raz pierwszy, wyłamuje się WIG20, który pomimo dobrego sentymentu do rynków wschodzących, handluje wręcz płasko w pobliżu poziomu 1860 punktów. Przyczyną jest sejmowe wystąpienie ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, który zapowiedział, iż w ciągu kilku lat wartość nominalna spółek energetycznych Skarbu Państwa wzrośnie o 50 mld zł. Oznacza to praktycznie zamach na sektor energetyczny, który będzie skutkował drenażem kapitałowym tych spółek. Wszystkie spółki energetyczne z koszyka WIG20 obecnie mocno tracą: PGE ponad 6 proc., Energa i Enea ponad 5 proc. a Tauron ponad 3 proc.

Dolar traci praktycznie do wszystkich głównych walut, oprócz japońskiego jena, kontynuując wczorajszą mocną przecenę po ogłoszeniu projekcji stóp procentowych przez Fed. Para EURSD zyskuje około 0,4 proc. handlując już powyżej poziomu 1,1230, para GBPUSD zyskuje 0,3 proc. handlując powyżej poziomu 1,3070, natomiast para USDJPY odreagowuje wczorajszą, mocną przecenę, handlując w pobliżu poziomu 100,80 jenów. Złoty zyskuje około 0,5 proc. do dolara a para USD PLN handluje w okolicy poziomu 3,81. Korona norweska umocniła się względem euro do najwyższego poziomu w tym roku, po tym jak bank centralny nie zdecydował się na obniżkę stóp procentowych z obecnego poziomu 0,5 proc. i zasygnalizował, iż może to być koniec luzowania polityki pieniężnej. Para EURNOK traci obecnie ponad 1,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 9,10 a para USDNOK traci aż 1,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 8,10.

Ropa naftowa WTI zyskuje około 0,8 proc. i handluje już powyżej 46 dolarów za baryłkę. Ropa naftowa Brent zyskuje około 0,5 proc. handlując powyżej poziomu 47 dolarów za baryłkę. Jet to kontynuacja wczorajszych wzrostów, wywołanych spadkiem amerykańskich zapasów surowca w zeszłym tygodniu, aż o 6,2 mln baryłek. Było to zaskakujący odczyt dla rynku, gdyż spodziewano się wzrostu zapasów o ponad 3 mln baryłek. Arabia Saudyjska i Iran toczą prywatne rozmowy w Wiedniu, na tydzień przed zaplanowanym szczytem OPEC w Algierze. Dyplomatyczne rozmowy odwiecznych rywali mogą wskazywać na chęć osiągniecia porozumienia na oficjalnym spotkaniu.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Co przyniosła ustawa krajobrazowa?

11 września 2015 roku w życie weszła ustawa o zmianie niektórych ustaw w związku ze wzmocnieniem narzędzi ochrony krajobrazu zwana ustawą krajobrazową. Czekały na nią liczne gminy, miasta, właściciele i zarządy nieruchomości oraz cała branża reklamy zewnętrznej. Ustawa miała uporządkować przestrzeń publiczną, jasno określając m.in. zasady funkcjonowania legalnych nośników reklamowych. Na bazie wytycznych, zawartych w nowym akcie prawnym, poszczególne miasta deklarowały podjęcie prac nad lokalnymi uchwałami, doprecyzowującymi zapisy ustawy na konkretnych obszarach. Co udało się wypracować w ciągu tego roku? Które miasta rozpoczęły pracę nad kodeksami reklamowymi? Jak wpłynęło to i dalej będzie wpływać na wygląd miast oraz kondycję branży reklamowej?

12 miesięcy i co dalej?

Ustawa krajobrazowa z jednej strony dawała ogromne szanse, a z drugiej mimo wszystko budziła sporo niepokoju. Nowe prawo cedowało na lokalne władze uprawnienia w zakresie ustalania zasad lokowania nośników reklamowych. Zasady te regulować miały uchwały rady gminy, stanowiące akty prawa miejscowego. Poza wytycznymi dotyczącymi reklam w kodeksach miały znaleźć się zapisy dotyczące sytuowania obiektów małej architektury oraz ogrodzeń, włącznie z ich gabarytami, standardami jakościowymi, a nawet rodzajami materiałów, z których mogą być wykonane. Rady gminy mogły zatem wyznaczać odpowiednie reguły sytuowania wspomnianych obiektów a nawet całkowicie zakazać ich lokowania. Tak daleko idące uprawnienia mogły ograniczać prawo własności, dlatego też sprawa została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego i czeka na jego opinię. Mając na uwadze powagę sytuacji, część urzędników wstrzymała się z podjęciem decyzji o rozpoczęciu prac nad kodeksami, aż do czasu jej wyjaśnienia. Część jednak, niezrażona, postanowiła wykorzystać szansę i podjąć próbę usystematyzowania zasad funkcjonowania obiektów wyróżnionych w ustawie. Szczególnie istotną kwestią stało się stworzenie kodeksów reklamowych. Niejako to właśnie reklamy najbardziej przeszkadzały lokalnym władzom. Prace podjęły m.in. Łódź, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Gdynia, Szczecin. Każde z tych miast na swój sposób próbowało wypracować reguły, które zdaniem urzędników byłyby najbardziej satysfakcjonujące.

W mediach pojawiały się nieustające dyskusje na temat słuszności podejmowanych działań, pracy urzędników, proponowanych zapisów, które nierzadko budziły sprzeczne emocje. Na szali po jednej stronie stawiano zdanie samorządów lokalnych, a z drugiej liczne opinie ekspertów z branży reklamowej, właścicieli i zarządców nieruchomości, przedsiębiorców oraz mieszkańców. Nie było łatwo o kompromis. Część z miast decydowała się na podjęcie dialogu i rozpoczęcie konsultacji nie tylko z mieszkańcami, ale i z właścicielami nośników. Czy były to owoce dyskusje? Trudno to jednoznacznie określić. Jedno jest pewne – proces wdrażania uchwał już się rozpoczął i raczej na ten moment wszystko wskazuje, iż miasta, które rozpoczęły prace, do końca zrealizują swój plan, a branża reklamowa będzie musiała się do tego dostosować. Niezwykle istotna okazała się rola organizacji jednoczących przedstawicieli branży reklamowej. Przykładem może być Ogólnopolska Izba Gospodarcza Reklamy Wielkoformatowej, która to uczestniczyła w pracach nad kształtem dokumentu niemalże od początku procesu tworzenia ustawy i lokalnych uchwał, sukcesywnie dzieląc się swoją wiedzą, analizując poszczególne propozycje władz, podpowiadając konkretne rozwiązania pozwalające zatroszczyć się o interes każdej ze stron.

Reklamodawca (nie)zagrożony

Przez niejasną sytuację związaną z pracami nad lokalnymi uchwałami ucierpieć może nie tylko branża reklamowa, ale i sami reklamodawcy. Chaos jaki powodują niedoprecyzowane wytyczne lokalnych władz, często brak dostosowania przepisów do realiów branży reklamowej – nierzadko absurdalne zapisy ciężkie do zastosowania w przypadku poszczególnych nośników na danym terenie – przekładają się na nastroje na rynku reklamy. Czując się niepewnie, reklamodawcy obawiają się, że kampanie, które miałyby zostać zrealizować finalnie nie zostaną wdrożone, albo ich koszt znacząco wzrośnie. W branży reklamowej kontrakty niezwykle często podpisywane są z dużym wyprzedzeniem i są to umowy długofalowe, a brak jasnych komunikatów przekłada się na zawieszanie decyzji.

Warto jednak uspokoić reklamodawców. Rok 2017 będzie dla nich okresem bezpiecznym. Wpływ na to będą miały chociażby okresy przejściowe, deklarowane przez poszczególne miasta. Owszem, ilość nośników w następnych latach zgodnie z wytycznymi będzie się sukcesywnie zmniejszać, będą one zmieniały swój wygląd, zyskają bez wątpienia na prestiżu, ale sami reklamodawcy będą mogli w pełni z nich korzystać. Czy zmienią się stawki za ekspozycję reklam? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak. Wpływ na to będzie miało wspomniane już ograniczenie powierzchni reklamowych na rynku jednak na pewno nie nastąpi to od razu – komentuje Dariusz Skraba, Prezes Zarządu ad i media Group.

Plus czy minus?

Niemalże wszyscy zadają sobie sobie pytania dotyczące skutków wprowadzenia ustawy krajobrazowej i poszczególnych kodeksów reklamowych. Sprawa dotyczy bowiem nie tylko samej branży reklamowej, ale także lokalnych przedsiębiorców, właścicieli i zarządców nieruchomości, mieszkańców, jak i samych miast. Do tej pory każda ze stron czerpała korzyści z ekspozycji reklam – firmy posiadające nośnik otrzymywały opłaty za eksponowane tam kampanie, właściciele nieruchomości w zamian za udostępnienie powierzchni pod nośnik zyskiwali dodatkowe środki na remonty i bieżące prace konserwacyjne, społeczność dzięki temu mogła mieszkać w zadbanych budynkach, a do budżetu miasta wpływały środki z tytułu opłaty reklamowej. Wiele osób liczyło na uporządkowanie przestrzeni miejskiej, ale mieli nadzieję na rozsądne podejście – wzajemne poszanowanie interesów, docenienie osób działających w myśl litery prawa, a ukarania jedynie tych, którzy decydują się na nielegalne formy reklamy. Jednak okazało się to jednak nie do końca oczywiste. Miasta otrzymały możliwość na pozyskanie dodatkowych funduszy, związanych z koniecznością uiszczenia opłaty od każdej formy reklamowej, a jednak podejmują decyzje o usuwaniu nośników. Branża reklamowa spodziewała się odmiennego obrotu sprawy, szczególnie w miejscach, gdzie lokalne władze decydowały się na konsultacje społeczne, jednak nie zawsze się tak dzieje.

Aspekt ekonomiczny wprowadzanych zmian budzi spory niepokój. Najbardziej nowe reguły odczują oczywiście firmy z branży reklamy zewnętrznej – nie tylko stracą część powierzchni, ale też będą musiały z własnego budżetu pokryć koszt demontażu nośników, które zostaną wskazane jako niezgodne z uchwałami. Nie sposób pominąć też kwestie związane z redukcją etatów – jeśli firmy będą realizowały znacznie mniej kampanii na posiadanych nośnikach, nie będą one potrzebowały aż tak dużego sztabu ludzi, a co za tym idzie, rozpoczną się zwolnienia – mówi Prezes zarządu ad i media Group.

Ograniczenie możliwości pozyskiwania środków z ekspozycji reklam może również doprowadzić do pogorszenia się stanu licznych budynków, w tym także zabytkowych kamienic. Jak pokazują liczne przykłady z Krakowa, Gdańska, Warszawy, Wrocławia czy Łodzi, wpływy te pomagały odrestaurować nieruchomości, które to bez dodatkowego zastrzyku finansowego nie miałyby szans na remont wiążący się z kilkumilionowymi inwestycjami, na które właścicieli i mieszkańców nie było stać. Dotyczy to zarówno dużych remontów i siatek wielkoformatowych instalowanych na rusztowaniach, jak i bieżących prac, na które fundusze pozyskiwane są chociażby z ekspozycji billboardów na ścianach szczytowych budynków.

Krok wstecz

Kolejną kwestią wartą poruszenia jest zamknięcie się na nośniki digitalowe ze strony miast takich, jak chociażby Kraków, Gdańsk czy Łódź. Wprawdzie miasto Łódź po konsultacji z branżą dopuściło w projekcie Uchwały Rady Miasta takie nośniki, ograniczyło jednak znacznie ich funkcjonowanie w przestrzeni miejskiej i dopuściło istnienie tych form reklamy tylko na publicznych placach z ograniczeniem ilości do jednego nośnika na każde 30.000 m.kw. Taki ukłon w stronę firm digitalowych jest cenny, jednakże mocno zmniejsza atrakcyjność ekspozycyjną dla reklamodawców. Znaczne zredukowanie bądź wyeliminowanie nośników cyfrowych ze strefy miejskiej oznacza brak zrozumienia branży i ignorancję wobec światowych trendów. Sama ustawa krajobrazowa nie wyklucza z rynku nośników cyfrowych. Chęć ich eliminacji z miast jest niezrozumiała, powoduje, iż znów jest wykonywany krok wstecz – nie ma miejsca w naszym kraju dla zaawansowanych technologii outdoorowych i realizacji reklamy na najwyższym, światowym poziomie.

Miastowe rewolucje

Ile miast, tyle pomysłów na rewolucje reklamowe. Część z nich starała się stworzyć zasady pozwalające zachować pewien kompromis pomiędzy interesami wszystkich stron – samego miasta, mieszkańców i lokalnych przedsiębiorców, branży reklamowej. Warto tu wspomnieć chociażby Kraków, który obecnie pracuje nad dostosowaniem zapisów kodeksu reklamowego w oparciu o dialog prowadzony z przedstawicielami branży reklamowej. Na bazie sugestii ekspertów, w tym także tych zrzeszonych w Ogólnopolskiej Izbie Gospodarczej Reklamy Wielkoformatowej, wprowadzono w zapisach zmiany dotyczące chociażby siatek wielkoformatowych, które nadal będą mogły być eksponowane podczas remontów budynków, jednak będą musiały być zgodne z normami czasowymi oraz powierzchniowymi. Krakowscy urzędnicy wraz z branżą reklamową opracowują wspólnie kolejne zagadnienia, dokładnie przyglądając się nośnikom już istniejącym, wszystkim przesłanką dotyczącym ich użyteczności, parametrom i realiom miejskim, a także szansom i zagrożeniom jakie będą niosły zmiany.

Podobne podejście wykazują władze Katowic, chcąc przy tym powierzyć przygotowanie projektu uchwały zewnętrznemu wykonawcy. Obecnie uruchomiony został tam dialog techniczny. Na tej podstawie zostanie ustalony zakres uchwały oraz sposób zbierania informacji z rynku. Można więc domniemywać, iż urzędnikom zależy nie tyle na samym wdrożeniu kodeksu, ale przede wszystkim na zrobieniu tego profesjonalnie, w oparciu o opinie mieszkańców, branży reklamowej i lokalnych przedsiębiorców, jako bezpośrednich interesariuszy sprawy.

W opozycji do takiego podejścia stoi między innym Łódź, która to jako pierwsza chce uchwalić Kodeks Reklamowy – najprawdopodobniej nastąpi to jeszcze pod koniec tego roku. Wyznaczono tam twarde wytyczne, nie zważając na przedstawiane argumenty ekspertów. Łódzkie władze bardzo restrykcyjnie określiły możliwości lokowania nośników, co w opinii osób związanych z branżą reklamy zewnętrznej wygeneruje ogromne straty.

Jeżeli kodeks reklamowy wejdzie w formie identycznej do tej, przedstawionej w projekcie Uchwały Rady Miejskiej, straty firm outdoorowych, wynikające z wyeliminowania przez Miasto nośników pow. 18 m.kw. (m.in. tablice 12 m x 3 m, 12 m x 4 m oraz backlighty 8 m x 4 m) – co daje w sumie ponad 120 tablic – mogą wynieść, tylko z samego wynajmu, ok. 4,1 mln PLN rocznie. Nie mówiąc o demontażu wykluczonych nośników, które w większości są trwale związane z gruntem. Jeśli chodzi zaś o straty wynikające z braku możliwości wynajmu siatek wielkoformatowych będzie to ok. 4,5 mln PLN rocznie. Ważne, by podkreślić nie tylko sam aspekt utraty pieniędzy przez firmy, ale i daleko idących skutków, związanych z utratą pracy przez firmy podwykonawcze, czy też koniecznością spłaty kredytów zaciąganych na nośniki i sprzęt, które staną się po części bezużyteczne – wylicza Dariusz Skraba.

Ciekawym przykładem może okazać się również Płock, gdzie został rozpisany przetarg na opracowanie kodeksu krajobrazowego, jednak został on unieważniony ponieważ nie wpłynęła żadna oferta.

Widać zatem ogromny dysonans w podejściu władz poszczególnych miast. Jakie są tego przyczyny? Trudno jednoznacznie stwierdzić, pewne jest jednak, że jeśli urzędnicy nie będą na tyle otwarci, by skorzystać ze wsparcia ekspertów i wsłuchać się w głosy lokalnych przedsiębiorców, ustawa nie przyniesie spodziewanych efektów.

Sławomir Zawadzki Prezesem Zarządu Banku Pocztowego S.A.

Na posiedzeniu 21 września 2016 r. Rada Nadzorcza Banku jednogłośnie podjęła uchwałę w sprawie powołania Sławomira Zawadzkiego na Prezesa Zarządu Banku Pocztowego S.A.

Sławomir Zawadzki
Sławomir Zawadzki

Sławomir Zawadzki obejmuje stanowisko Prezesa Zarządu Banku Pocztowego S.A. 21 września 2016 r. Wcześniej, od 1 lipca 2016 r. w Banku Pocztowym pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu, p.o. Prezesa Zarządu, nadzorując Obszar Zarządzania Strategicznego i Informatyki.

Z sektorem finansowym Sławomir Zawadzki związany jest od wielu lat, ostatnio jako Wiceprezes Zarządu, p.o. Prezesa Zarządu Banku Ochrony Środowiska S.A. Wcześniej, w latach 2007-2011 Doradca Prezesa Narodowego Banku Polskiego i Wiceprzewodniczący Komisji Budżetowej NBP oraz reprezentant banku centralnego w Radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Od 1998 do 2001 r. Wiceprezes ds. Finansowych Banku Pocztowego S.A. Kierował także Zespołem ds. Współpracy z Zagranicznymi Instytucjami Finansowymi w PKO BP oraz Działem Finansowym Korporacji Brokerów Ubezpieczeniowych Protektor S.A.

Sławomir Zawadzki jest absolwentem studiów doktoranckich w dziedzinie ekonomii w Kolegium Zarządzania i Finansów Szkoły Głównej Handlowej, studiów MBA Wydziału Zarządzania Biznesem w Uniwersytecie Wisconsin (USA) oraz Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej. W latach 1995-96 był stypendystą Kongresu Stanów Zjednoczonych w ramach East Central European Scholarship Program administrowanego przez Uniwersytet Georgetown (Waszyngton, USA).

Polacy uważają, że rodzice powinni pomagać swoim dzieciom w kupnie mieszkania

FED nie podniósł stóp procentowych

FED zgodnie z oczekiwaniami nie podniósł stóp procentowych. Scenariusz z podwyżką w grudniu wciąż prawdopodobny. Poznaliśmy dane OECD na temat wzrostu gospodarczego na świecie.

Wczorajsza konferencja FED zgodnie z oczekiwaniami większości analityków nie przyniosła zmian stóp procentowych. Co ciekawe aż trzech z 10 członków FED głosowało za wzrostem stóp. To powoduje, że do podniesienia stóp procentowych potrzeba jeszcze 3 głosów. Jak zareagowały rynki? Ponieważ stopy nie wzrosły, a część uczestników rynku zakładała taki scenariusz, doszło do przeceny dolara. Nie była ona bardzo silna, aczkolwiek główna para walutowa świata przesunęła się o 0,5% na korzyść euro. Wraz ze słabością dolara w górę poszło złoto oraz akcje na giełdzie w Nowym Yorku, które nagle staniały w innych walutach. Co ciekawe prawdopodobieństwo grudniowej podwyżki jest wciąż bardzo wysokie i wynosi 58,4%, od wczoraj spadło zaledwie o 0,8%. Inwestorzy natomiast silnie zrewidowali szanse wzrostu stóp w listopadzie. Spadła ona z 20,8% do 12,4%. Obliczenia te wykonywane są na podstawie cen kontraktów na stopę procentową.

Poznaliśmy prognozy OECD na temat wzrostu gospodarczego. Rok 2017 ma wypaść podobno lepiej od 2016 roku. Największa poprawa ma dotyczyć USA, które w tym roku mają zamknąć rok zaledwie 1,4% wzrostu. W przypadku USA ma to być przyspieszenie do 2,1%. Przyspieszyć ma również bardzo silnie powiązana z USA Kanada. W Chinach zdaniem specjalistów z OECD mamy pożegnać się na stałe z 7% wzrostem. W 2016 roku ma to być 6,5% w kolejnym roku “zaledwie” 6,2%. Z dużych gospodarek najszybciej rozwijać się będą Indie, których gospodarka urośnie kolejno o 7,4% i 7,5%.

Wczorajsze dane pokazały to co już wiedziano. W USA spadły rezerwy ropy. Mniejsza podaż surowca na rynku jest efektem między innymi problemów w Libii. Efektem tych danych był wzrost cen ropy. Czarne złoto w wyniku tych danych podrożało o około 0,5%. Dobre dane nadeszły z Kanady, gdzie sprzedaż hurtowników wzrosła o 0,3% przy oczekiwanych 0,2%.

Dzisiaj dzień wolny w Japonii, warto zwrócić uwagę na następujące dane:

  • 13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:00 – Polska – koniunktura gospodarcza,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rezerwa Federalna dostosowała się do rynkowych oczekiwań

Bardziej gołębia Rezerwa Federalna osłabiła dolara amerykańskiego na szerokim rynku oraz doprowadziła do wzrostów na światowych giełdach. Najnowsze projekcje makroekonomiczne zostały dostosowane do oczekiwań inwestorów.

Wczorajszy komunikat najważniejszego Banku Centralnego na świecie nie zmienił się znacząco w porównaniu do tego z lipca.  W dokumencie Rezerwy Federalnej pojawiło się jedynie jedno nowe zdanie na temat perspektyw podwyżek stóp procentowych. FOMC przyznało w nim, że szanse na normalizacje polityki monetarnej są większe niż wcześniej, ale potrzeba dalszych potwierdzeń takiego ruchu.

Na posiedzeniu zostały również zaprezentowane opinii publicznej projekcje makroekonomiczne FOMC. Najważniejszy jest dot-chart. Została obniżona mediana podwyżek stóp procentowych na kolejne lata. W tym roku Rezerwa Federalna przystosowała się do oczekiwań rynku i zamierza dokonać jedynie jednej podwyżki kosztu pieniądza. W lipcu tego roku mediana na 2016 rok spadła z poziomu 0,875 proc. do poziomu 0,625 proc.

Dot-chart lipcowy i wrześniowy

fed-dots
Źródło: Bloomberg

Natomiast mediana stóp procentowych na 2017 rok została obniżona z 1,6 proc. do poziomu 1,1 proc. Rezerwa Federalna poprzez bardziej gołębi ton osłabiła dolara amerykańskiego na szerokim rynku oraz wsparła rynek akcji. Inwestorzy po raz kolejny mogą odetchnąć z ulgą, ryzyko podwyżki kosztu pieniądza zostało odsunięte w czasie. Kontynuacja luźnej polityki monetarnej doprowadzi do coraz większych baniek spekulacyjnych na rynku nieruchomości, akcji oraz obligacji. Historia już niejednokrotnie pokazała jak to się może skończyć.

Komentarz przygotował:

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych
Dział Strategii Rynkowych i Analiz Admiral Markets

Istotny wzrost w kredytach hipotecznych

Średnio o 12 proc. wzrosła w stosunku do pierwszych miesięcy roku wartość wypłaconych kredytów hipotecznych w II kwartale 2016 r., przez największych pośredników kredytowych w Polsce. Widać to było również na rynku nieruchomości, gdzie w tym samym czasie nastąpił ponad 5 proc. wzrost sprzedaży mieszkań*.

Podobnie było w tym samym czasie w ubiegłym roku, gdzie w porównaniu z pierwszym kwartałem, w drugim sprzedaż wzrosła o ok. 11 proc. Zestawiając natomiast II kwartał 2015 r. z II kwartałem 2016 r., wzrost sprzedaży mieszkań sięgnął 18,7 proc. Ciągła hossa na rynku nieruchomości jest z pewnością spowodowana możliwością otrzymania wsparcia z Mieszkania dla Młodych. Widmo kończących się dotacji sprawiło, że Polacy przyśpieszyli swoje decyzje o kupnie własnego lokum. Niektórzy eksperci wyrażają jednak zaniepokojenie bliskim końcem projektu, który ma nastąpić w 2018 r. Kiedy w 2013 r. zakończono program Rodzina na Swoim, już w następnym kwartale zmniejszył się wolumen transakcji do ok. 7,4 tysięcy – dla porównania, w II kwartale 2016 r. był on dwa razy większy.

– Na początku roku, obserwując wprowadzane zmiany (podatek bankowy, narzucane przez regulacje KNF ograniczenia zdolności kredytowej klientów), mieliśmy obawy, jak będzie wyglądał w takich warunkach popyt na kredyty hipoteczne. Rzeczywistość potwierdza, że zapotrzebowanie na mieszkania w naszym kraju jest ogromna, co odzwierciedla się w wynikach sprzedażowych pośredników kredytowych – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.

Póki co jednak z dobrej koniunktury korzystają zarówno deweloperzy, jak i banki. Siedmiu największych pośredników kredytowych wypłaciło w II kwartale tego roku kredyty hipoteczne o wartości blisko 4,5 mld złotych. To o 479 mln zł więcej niż w poprzednim kwartale. Największy, bo aż 20 proc. wzrost sprzedaży spośród tej siódemki zanotowała ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych**.

To był dobry kwartał dla naszej Spółdzielni. Cieszymy się, że przyjęty przez nas model biznesowy sprawdza się coraz lepiej, a klienci zaczynają dostrzegać potrzebę korzystania z usług firmy niezależnej. Niezależnymi doradcami w pierwszej piątce ogólnopolskich  pośredników  pozostaliśmy już tylko my i formuła spółdzielni gwarantuje, że tak pozostanie. Coraz większym zaufaniem doradztwo kredytowe cieszy się także wśród przedsiębiorców, o czym świadczy równie dobry wynik wchodzącego w skład Grupy ANG – ANG Biznes, który jest na piątym miejscu wśród największych pośredników sprzedaży kredytów dla firm, z wynikiem sprzedanych kredytów o wartości blisko 25 mln zł – dodaje Katarzyna Dmowska. 

* Raport Reas – Rynek mieszkaniowy w Polsce II kwartał 2016r.

** Wyniki i określenie miejsca na rynku wynika z zestawienia wyników sprzedażowych grupy ANG z wynikami firm zrzeszonych w ZFDF

Wysoki sezon niezapłaconych faktur

Piotr GąsiorowskiDruga połowa i koniec roku to dla przedsiębiorstw z sektora MSP trudny czas. Aż 43 proc.* mikro, małych i średnich firm zwyczajowo odczuwa wtedy nagromadzenie nieopłaconych faktur. Ci, którzy wcześniej nie zapewnią sobie finansowania, mogą nie doczekać wiosny. Ucierpieć może szczególnie branża budowlana.

„Wiosna będzie nasza” to ryzykowna strategia

Późna jesień i wczesna zima to jak co roku okres, kiedy płatności są opóźniane i przeciągane. Dzieje się tak dlatego, że po okresie wakacyjnym w wielu firmach przyspieszają inwestycje, z końcem roku często trzeba się też rozliczyć z dotacji czy dofinansowania, nie bez znaczenia są też kwestie podatkowe. Przedsiębiorcy wydają też resztę zaplanowanych na dany rok na różne cele budżetów. Oznacza to wzmożone zamawianie usług i towarów. Niestety, nie zawsze jest to równoznaczne z terminowym regulowaniem należności. Zatory płatnicze to w dalszym ciągu codzienność i obowiązująca rzeczywistość w polskim biznesie. Znacząca część przedsiębiorców finansuje swoją działalność kosztem faktur z odległym czasem zapłaty lub niezapłaconych w terminie. 35 proc. mikro, małych i średnich firm dotyka plaga nieterminowych płatności przez cały rok, ale aż 43 proc. uważa, że problemy z nimi nasilają się zazwyczaj na przełomie roku*.

– Jesień i koniec roku to w naszej branży „wysoki sezon”. Coraz więcej firm, pamiętając swoje zeszłoroczne doświadczenia, stara się wcześniej zaradzić problemowi odroczonych płatności podpisując umowy faktoringowe, pozwalające szybciej otrzymać należne środki za sprzedane towary i usługi. Ci, którzy wcześniej nie zapewnią sobie finansowania, w taki czy inny sposób, mogą nie dotrwać do wiosny – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Z analiz BIG InfoMonitor wynika, że 40 proc. przedsiębiorstw, które dotykają trudności ze ściąganiem należności, ma kłopoty z zachowaniem płynności finansowej. W sytuacji, kiedy nie są w stanie regulować swoich zobowiązań na czas, przesuwają problem na następne firmy.

Do sierpnia upadło ponad 500 firm, budowlanka pełna obaw

Niepokojącą oznaką czekających biznes trudności mogą być w tym roku dodatkowo dane z MSiG (Monitor Sądowy i Gospodarczy). Sierpień był już trzecim miesiącem w tym roku, w którym liczba upadłości była większa niż w analogicznym miesiącu ub. roku. W samym tylko sierpniu opublikowano informacje o upadłości 68 polskich przedsiębiorstw (62 w sierpniu 2015). Od początku roku opublikowano informacje o 503 takich przypadkach. W sierpniu najwięcej było ich w przemyśle, sporo w handlu – wzrosła ich liczba w dystrybucji, więcej niż w tym samym czasie w roku ubiegłym jest upadłości firm budownictwa ogólnego i mieszkaniowego. To z kolei pociąga za sobą trudności przedsiębiorstw zaopatrujących budownictwo.

– Rzeczywiście, te firmy są tradycyjnie naszymi klientami, a skala niezapłaconych, bądź wystawianych z długim terminem płatności faktur jest w tej branży duża. Przedsiębiorstwa budowlane są w szczególnie trudnej sytuacji, bo nie zawsze mogą otrzymać kredyt, który zresztą w tej branży może być dosyć drogi. Jeśli ma się jednak jako partnera elastycznego faktora może być łatwiej zachować płynność – ocenia Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Wcześniej dane mówiły, że do końca maja upadło o 7 proc. więcej firm budowlanych niż w tym samym czasie w 2015 roku, a GUS podaje, że w 2016 r. inwestycji budowlanych jest o 15 proc. mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Rywalizacja o zlecenia przekłada się na obniżanie zysków i kłopoty w branży. To z kolei zmusza firmy do poszukiwania dodatkowego, elastycznego finansowania.

* Badanie Millward Brown przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor.

Spółka Prime Car Management opublikowała Strategię Biznesową na lata 2016-2019

Zmiana polityki dywidendowej oraz koncentracja na sektorze MŚP i klientach indywidualnych, w tym rozwój produktów typu Abonament – to główne założenia Strategii Biznesowej Prime Car Management SA do 2019 roku.

W czwartek 22 września br. w Warszawie odbyło się spotkanie Prime Car Management SA z inwestorami i przedstawicielami mediów. Spółka podsumowała I półroczne 2016 roku, opowiedziała o największych wyzwaniach, a przede wszystkim zaprezentowała Strategię Biznesową, którą zamierza realizować do 2019 roku. Grupa chce przede wszystkim doprowadzić do wzrostu wartości Spółki dla akcjonariuszy. W tym celu, zamierza skoncentrować działania sprzedażowe i marketingowe na  sektorze małych i średnich przedsiębiorstw oraz klientach detalicznych. Będą się one opierać zarówno na już istniejących, jak i nowych produktach. Rozwój oferty dedykowanej tym grupom będzie obejmował programy private label, a także rozwój produktów typu Abonament. W wyniku obserwacji potrzeb klientów, silnych trendów rynkowych oraz możliwości technologicznych, Prime Car Management zdecydowała także o  rozwoju sprzedaży online.

Zarząd stawia sobie za cel wzrost aktywów o min. 10 % rocznie oraz podniesienie stopy zwrotu z kapitału własnego o min. 3,0 p.p. do końca 2019 roku w porównaniu do wyników na koniec pierwszego półrocza 2016.

Takie cele finansowe Spółka opracowała w oparciu o założenia Zarządu dotyczące rozwoju rynku leasingu oraz rynku sprzedaży samochodów w Polsce, które wskazują, że sprzedaż nowych samochodów do 2019 będzie rosła na poziomie 5%, a import używanych samochodów 3% średniorocznie. Z kolei dla rynku leasingu samochodów przewidywany jest w tym okresie średnioroczny wzrost na poziomie 20%. Branża CFM ma natomiast ma nadal rozwijać się głównie dzięki wzrostowi floty FSL (Full Service Leasing), który szacowany jest na 7% średniorocznie.

W naszej ocenie w najbliższych latach dojdzie do zmian w procesie sprzedaży samochodów do klientów detalicznych w Polsce. Jest to wynik zmian w mentalności konsumentów, które dotyczą zarówno sposobów finansowania samochodów oraz samej potrzeby  posiadania. Zgodnie z globalnymi trendami samochód przestaje być wartością samą w sobie, a staje się narzędziem użytkowym zapewniającym mobilność. Ważne są także możliwości częstej zmiany samochodu. W związku z tym kluczowymi parametrami w decyzjach zakupowych ważne będą »total cost of ownership«, czyli łączne koszty związane z użytkowaniem auta oraz elastyczność wymiany starego na nowe – mówi Jakub Kizielewicz, Prezes Zarządu Prime Car Management SA.

W związku z wypłatą w poprzednich okresach zakumulowanych zysków, Zarząd Spółki zmodyfikował także  założenia polityki dywidendowej. Jego zamiarem jest rekomendowanie w przyszłości Walnemu Zgromadzeniu, wypłaty dywidendy w kwocie na maksymalnym poziomie do 100% skonsolidowanego zysku netto Grupy Kapitałowej Prime Car Management za dany rok obrotowy, przy uwzględnieniu odpowiedniego poziomu płynności Grupy oraz kapitału niezbędnego do rozwoju jej działalności.

Polska atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów

W Polsce działa blisko 50 tys. spółek z udziałem kapitału zagranicznego. Tylko w pierwszej połowie 2016 r. zarejestrowało się ich prawie 4 tys. Jak sytuacja ta wpływa na społeczeństwo i gospodarkę kraju? Czy powinniśmy starać się przyciągnąć jeszcze więcej zagranicznych inwestorów?

Biznes najczęściej otwierają w Polsce firmy niemieckie, francuskie i amerykańskie. Najatrakcyjniejsze są dla nich woj. mazowieckie (44% firm), dolnośląskie (8%) i wielkopolskie (8%). Jak mówi serwisowi infoWire.pl Sebastian Arana, dyrektor zarządzający 3M Poland: „Polska jest dobrym miejscem do inwestowania ze względu na swoją stabilność polityczną i gospodarczą. Jest tu również wiele ulg podatkowych i specjalnych stref ekonomicznych, z których warto korzystać. Lokalni pracownicy są bardzo dobrze wykształceni, a koszty pracy – konkurencyjne”.

Kontakt z zagranicą niesie wiele korzyści dla Polski. „Przede wszystkim to trwała przynależność krajowej gospodarki do zrównoważonego świata gospodarki zachodniej. To zapewnienie stabilności ekonomicznej i politycznej, a także rozwoju najnowocześniejszych technologii” – zauważa Bartłomiej Morzycki, ekspert ds. relacji korporacyjnych 3M Poland.

Otwieranie przedsiębiorstw z zagranicznym kapitałem oznacza również tworzenie nowych miejsc pracy, w których zatrudnieni mają szansę podnosić swoje kwalifikacje. Kształcenie polskiej kadry służy gospodarce. Dobrą praktyką jest przeznaczanie 15% czasu pracowników na realizację ich własnych wizji. Zatrudnieni mogą wcielać je w życie z wykorzystaniem technologii oferowanych przez firmy. Rezultaty potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć.

Większa liczba zakładów produkcyjnych kojarzy się ze wzrostem obciążenia dla środowiska naturalnego. Dziś jednak nie jest to już problemem. Obecność zagranicznych firm na polskim rynku przyczynia się do podwyższania standardów ekologicznych. Coraz więcej przedsiębiorstw bierze udział w programach mających na celu ochronę środowiska. Zwiększenie produkcji i rozwój handlu napędzają tymczasem krajową gospodarkę. Miasta powinny więc dbać o to, by przyciągać inwestorów z różnych rejonów świata.

69% Polaków jest zadowolonych z własnej sytuacji mieszkaniowej

Własne M ma 67% Polaków. Co piąty właściciel obecnie spłaca kredyt hipoteczny. Jedynie 15% z nas mieszka w wynajętej nieruchomości. Co ciekawe, 69% Polaków jest zadowolonych ze swojego mieszkania. To więcej niż w przypadku np. Włochów, Niemców i Brytyjczyków.

Polacy są blisko średniej europejskiej (68,5%), jeśli chodzi o poziom satysfakcji z sytuacji mieszkaniowej. „Najbardziej zadowoleni są mieszkańcy Luksemburga (78%), Hiszpanii (77%), Belgii (76%) i Holandii (75%)” – mówi w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Karol Pogorzelski, ekonomista ING Banku Śląskiego.

Wśród powodów zadowolenia wymieniamy bezpieczną i przyjazną dzieciom okolicę (73%), bliskość miejsc takich jak sklepy (72%) czy krótki czas dojazdu do pracy (72%). Narzekamy najczęściej na koszty najmu (57%) lub kredytu (40%), efektywność energetyczną swojego mieszkania (53%), a także jego wielkość (45%).

Z Finansowego Barometru ING wynika ponadto, że 25% osób swoje mieszkanie odziedziczyło, a 13% dostało od rodziców lub dalszej rodziny. „Co drugi właściciel nieruchomości otrzymał od rodziny wsparcie przy nabyciu swojego mieszkania. Pomocy tej oczekujemy (56%)” – stwierdza ekspert.

W Polsce niewątpliwie brakuje dobrych mieszkań na wynajem, czyli takich, w których można zamieszkać długoterminowo bez obaw, że ktoś wymówi nam umowę. Nic dziwnego, że ze swojej sytuacji mieszkaniowej niezadowolonych jest 9% Polaków.

Decyzja Fed neutralna dla rynku

Za nami dzień posiedzeń dwóch z trzech najważniejszych banków na świecie. Decyzję Banku Japonii w sprawie dalszej polityki monetarnej poznaliśmy w środowy poranek. Zaskoczyła ona inwestorów, ponieważ BoJ nie zdecydował się obniżyć stóp procentowych, ale zmodyfikował program skupu aktywów. Dotychczasowy limit w kwocie 80 bilionów jenów rocznie został zniesiony, jednak w praktyce luzowanie ilościowe może przyjąć większe rozmiary, a kwoty wydawane na kupno aktywów finansowych mogą okazać się znacznie wyższe niż do tej pory.

Powyższa decyzja nie wpłynęła znacząco na kwotowanie jena, ponieważ w pierwszej reakcji na odczyt, JPY osłabiał się w stosunku do dolara, a w rezultacie para USD/JPY zakończyła dzień na poziomie 100,435, dzięki czemu jen umocnił się.

Pozytywny sentyment powrócił również na rynki europejskie, które od samego rana zyskiwały na wartości. Niemiecki DAX zakończył dzień wzrostem o 0,41%, francuski CAC40 zyskał 0,48, a brytyjski FTSE100 0,06%. Patrząc na wczorajszy wykres WIG20, można dojść do wniosku, że była to stosunkowo spokojna sesja bez gwałtownych ruchów na największych spółkach. Nasz indeks praktycznie nie zareagował na wieści z Japonii i ostatecznie zakończył sesję na niewielkim plusie (+0,16%), a obroty na całym rynku osiągnęły poziom 750 mln zł.

Wieczorem poznaliśmy natomiast długo wyczekiwaną przez inwestorów decyzję Rezerwy Federalnej w sprawie wysokości stóp procentowych w USA. Fed zdecydował o pozostawieniu głównej stopy funduszy federalnych na dotychczasowym poziomie 0,25%-0,50%. W komunikacie ocenił jednocześnie, że wzmocnieniu uległy czynniki przemawiające za podwyżką stóp. Zdecydowano się, aby jeszcze poczekać na kolejne dowody poprawy wskaźników gospodarczych w kierunku realizacji założonych celów. Rezerwa Federalna wskazała także, że rynek pracy uległ dalszemu wzmocnieniu. Po tej decyzji, znacznie osłabił się dolar, który wzrósł na parze EURUSA do około 1,1180. Zyskiwały natomiast złoto i srebro, a także rynek akcyjny w Stanach Zjednoczonych.

Ponadto, interesujące były najnowsze dane o zmianie zapasów paliw w USA. W ubiegłym tygodniu, według EIA, spadły o 6,2 mln baryłek, podczas gdy oczekiwano wzrostu o 3,2 mln. Dane przełożyły się na silny wzrost surowca – odmiany WTI o ponad 4%, a Brent o ponad 2%.

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny nie będzie rozbudowany, a inwestorzy skupią się prawdopodobnie na dyskontowaniu decyzji Fed. Rodzimych graczy może zainteresować protokół z ostatniego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, a także dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące koniunktury w przemyśle, budownictwie, handlu i usługach. Po południu napłyną natomiast dane ze Stanów Zjednoczonych dotyczące wyników sprzedaży domów na amerykańskim rynku wtórnym, a także liczby złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych.

Sesja w USA:
Indeksy w Stanach Zjednoczonych notowały w środę wzrosty po decyzji Fed o pozostawieniu bez zmian głównej stopy procentowej. Indeks Dow Jones Industrial Average na koniec dnia zyskał 0,90%, S&P500 wzrósł o 1,09%, natomiast Nasdaq Composite o 1,03%.

Waluty:
Kurs EURUSD na koniec środowych notowań dotarł do poziomu 1,1189 i tym samym zyskał 0,30%. Para EURGBP wzrosła o 0,01% i osiągnęła poziom 0,8589, natomiast EURJPY spadła o 1,06%, osiągając 112,24.

Polska waluta jest dziś rano wyceniana przez rynek następująco: 4,2848 PLN wobec euro, 3,8113 PLN wobec dolara amerykańskiego, 3,9327 PLN wobec franka szwajcarskiego i 4,9870 PLN wobec funta szterlinga.

Surowce:
Notowania złota w środę wzrosły o 0,58% do poziomu 1326,90 USD za uncję. Srebro zyskało 2,55% i było notowane po 19,768 USD za uncję.

Ropa naftowa, po danych o zapasach w USA, wg EIA odnotowała silne wzrosty. W przypadku odmiany WTI, dzień zakończył się wzrostem o 4,37% do poziomu 45,34USD za baryłkę. Odmiana Brent zyskała natomiast 2,07% i była notowana po 46,83 USD za baryłkę.

Konrad Mikołajko
Head of Support
Patron FX

Nowy Mercedes-Benz Klasy E All-Terrain

Premiera Klasy E All-Terrain odbędzie się podczas salonu samochodowego w Paryżu, a jej rynkowy debiut zaplanowano na wiosnę 2017 roku.

„Żadna inna Klasa E nie była dotąd tak uniwersalna jak All-Terrain. Nowy model łączy wygląd SUV-a z funkcjonalnością kombi, a do tego dorzuca mnóstwo innowacyjnych rozwiązań z dziedziny bezpieczeństwa i wielokrotnie nagradzane wnętrze Klasy E” – mówi Ola Källenius, Członek Zarządu koncernu Daimler odpowiedzialny za sprzedaż i marketing osobowych Mercedesów. „Za sprawą seryjnego napędu na cztery koła 4MATIC i zwiększonego prześwitu, jaki zapewnia wielokomorowe zawieszenie pneumatyczne AIR BODY CONTROL, wariant All-Terrain jest wszechstronnym towarzyszem rodzinnych wypraw, wycieczek wiodących nieutwardzonymi drogami i różnych form aktywnego wypoczynku”.

„Terenowe” elementy stylizacji podkreślają wytrzymałość Klasy E All-Terrain, a jednocześnie skutecznie odróżniają ją od tradycyjnych wersji Kombi. W pierwszej kolejności wzrok przyciąga tu charakterystyczny dla SUV-ów Mercedesa grill z dwiema srebrnymi listwami. Koresponduje z nim dolna część przedniego zderzaka z czarnego, matowego tworzywa i metalizowana oprawa centralnego wlotu powietrza. Kolejnym znakiem rozpoznawczym odmiany All-Terrain są nielakierowane osłony nadkoli oraz progi z charakterystycznym żebrowaniem i subtelną, chromowaną listwą. Wszechstronne kombi wyróżnia się również trzyczęściowym, częściowo lakierowanym tylnym zderzakiem z listwą ochronną progu załadunku i dolną osłoną z chromowanym wykończeniem. Ponadto, nabywcy mają do wyboru trzy specjalne wzory obręczy o średnicy 19 lub 20 cali.

W kabinie uwagę zwracają specjalne, aluminiowo-karbonowe elementy ozdobne wykończenia kokpitu, zarezerwowane wyłącznie dla Klasy E All-Terrain, dywaniki podłogowe z nazwą modelu, a także nakładki na pedały ze szczotkowanej stali z gumowymi wypustkami. Specyfikacja wyposażenia bazuje na linii wykończenia wnętrza AVANTGARDE; na życzenie dostępne są elementy z linii EXCLUSIVE oraz designo. Nowy model przejął wszystkie inteligentne rozwiązania transportowe znane z Klasy E Kombi, takie jak oparcia kanapy ustawiane w pozycji cargo i składane w proporcji 40:20:40. Obie te funkcje należą do wyposażenia standardowego. Dostępne są tu także wszelkie innowacje z dziedziny bezpieczeństwa i komfortu oferowane w Klasie E.

Model All-Terrain zadebiutuje w wersji E 220 d 4MATIC (143 kW/194 KM) napędzanej nowym, 4-cylindrowym silnikiem Diesla. Niedługo po debiucie dołączy do niej odmiana z jednostką 6-cylindrową, również wysokoprężną. Oba warianty standardowo otrzymają nową, 9-biegową przekładnię automatyczną 9G-TRONIC.

Dane techniczne w skrócie:

E 220 d 4MATIC
Liczba/układ cylindrów 4/R
Pojemność (ccm) 1950
Moc maks. (kW/KM przy obr./min) 143/194 przy 3800
Maks. moment obr. (Nm przy obr./min) 400 przy 1600-2800
Średnie zużycie paliwa w cyklu NEDC (l/100 km) 5,1
Średnia emisja CO2 (g/km) 137
Klasa efektywności A
Przyspieszenie 0-100 km/h (s) 8,0
Prędkość maksymalna (km/h) 232

Dane dla wersji z przekładnią 9G-Tronic

Klasa E All-Terrain jest seryjnie wyposażona w system DYNAMIC SELECT. Pozwala on na wybór jednego z pięciu trybów jazdy, różniących się ustawieniami silnika, przekładni, ESP® oraz układu kierowniczego. Wśród nich jest specjalny program All-Terrain, pochodzący z modelu GLE. Został on zestrojony pod kątem jazdy terenowej. Jeszcze bardziej komfortowe nastawy zawieszenia w połączeniu z większymi kołami i prześwitem sprawiają, że w porównaniu z Klasą E wariant All-Terrain zapewnia odczuwalnie większą wygodę jazdy po zniszczonych nawierzchniach.

Po wybraniu trybu All-Terrain, podczas jazdy z prędkością 35 km/h, seryjnie montowane zawieszenie pneumatyczne AIR BODY CONTROL podnosi się o 20 mm. Odpowiednio zmodyfikowane zostają wówczas progi aktywności systemu ESP®, aktywnej kontroli przechyłów i kontroli trakcji (ASR). Program All-Terrain współpracuje ze specjalnym interfejsem systemu multimedialnego, gdzie wskazuje aktualny kąt skrętu przednich kół, prześwit pojazdu (pozycję pneumatycznego zawieszenia), kąt nachylenia zbocza, kąt przechyłu bocznego, pozycję pedału gazu i hamulca oraz kompas.

Zawieszenie pneumatyczne pozwala na wybór jednej z trzech pozycji, od standardowej do podniesionej o 35 mm. Zależnie od trybu jazdy, najwyższy poziom można wybrać ręcznie, przyciskiem na konsoli środkowej. Klasa E All-Terrain jest o 29 mm wyższa od Klasy E Kombi – 14 mm przypada na większy profil opon, a kolejne 15 mm na bazowe podwyższenie pneumatycznego zawieszenia. Prześwit waha się od 121 do 156 mm.

Co było najpierw: startup czy korpo?

Z badań wynika, że ponad 50% firm jednego z sektorów gospodarki eksportuje swoje produkty zagranicę, tworząc przy okazji trzykrotnie więcej miejsc pracy niż lokalni dostawcy. 60% produktów sprzedawanych poza Polską trafia do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Połowa z tych firm oczekuje w perspektywie dwóch lat pięciokrotnego wzrostu wyceny przedsięwzięcia[1]. Mowa o startupach, które zyskały miano cudownego dziecka gospodarki. Skąd ich twórcy czerpali wiedzę na temat prowadzenia biznesu i dlaczego właśnie w korporacjach?

Zatrudnienie w innym sektorze osiągnęło natomiast w Polsce w 2016 roku 212 000 osób: programistów, finansistów czy poliglotów. Pracownicy wykonują swoje obowiązki 936 centrach, z czego 37 zatrudnia w tej chwili przynajmniej 1000 osób. 73 graczy rynkowych to podmioty z listy Fortune 500. To z kolei charakterystyka  sektora nowoczesnych usług dla biznesu, który określany jest przez niektórych jako koło zamachowe polskiej gospodarki, zaprezentowana w raporcie ABSL, czołowej organizacji zrzeszającej firmy tej branży w Polsce.

I pierwsi, i drudzy znaleźli na polskim rynku niszę nie wchodząc sobie w drogę. Chodzi zarówno o sposób działania, jak i o klientów, do których kierują swoje usługi. O ile startupowcy preferują w tym względzie firmy małe i mikro (odpowiednio 57 i 56% wskazań[2]), o tyle sektor nowoczesnych usług dla biznesu wymienia w swoim portfolio równych sobie dużych graczy. Dzięki startupom i korporacjom kwestia polska jest dyskutowana na zebraniach zarządów i w gabinetach prezesów poza granicami kraju. Dynamiczny wzrost serwisów IT czy stały napływ talentów sprawiają, że możemy pochwalić się z jednej strony Brand24 – polską firmą monitorująca social media, którą w 2015 zatrudniła do współpracy Pierwsza Dama USA, z drugiej gigantami jak Accenture czy Luxoft, których założyciele docenili Polskę jako lokalizację do prowadzenia biznesu.

Skąd się biorą startupy?

Według popularnej teorii, startupy tworzą przedstawiciele Generacji Y, którzy nie są w stanie poradzić sobie ze stereotypową presją, nastawieniem na wynik i sztywnymi procedurami. Zdaniem twórców raportu Deloitte „Diagnoza ekosystemu startupów w Polsce” (2016), twórca tego typu firmy to mężczyzna pomiędzy 31. i 40 rokiem życia – to nieco więcej niż wiek przeciętnego igreka. Dodatkowo 75% z nich może pochwalić się wykształceniem wyższym, a 90% przypadków założyciel pełni również funkcję dyrektora. W praktyce okazuje się, że Generacje Y i Z – osoby, które ze względu na wiek nie skończyły lub nawet nie zaczęły jeszcze studiów – stanowią częściej kadrę niż startupowy zarząd. Dlaczego? Być może do głosu dochodzi zdrowy rozsądek. Wprowadzenie na rynek innowacyjnego produktu to kusząca wizja. Mniej zachęcające są faktury, prowadzenie księgowości i pójście na kompromisy, do których zmusza rynkowa rzeczywistość. Ankieta Deloitte wykazuje, że jedynie 8% założycieli tych małych przedsiębiorstw nie posiadała żadnego doświadczenia w biznesie przed rozpoczęciem działalności. Gdzie pozostałe 92% nauczyło się podstaw wolnorynkowej konkurencji? Były to często same korporacje, co podkreślają ich pracownicy.

Zarówno praca w dużej organizacji, jak i na własny rachunek niewątpliwie mają swoje plusy i oba te modele są potrzebne w ekosystemie gospodarki. Zdarzają się przypadki, że pracownicy korporacyjni odchodzą ze stanowisk, aby założyć własne firmy. Chęć rozwoju i odnalezienia swojego miejsca w życiu zawodowym, proponowania innowacyjnych rozwiązań i dywersyfikacji na rynku pracy – rozumianym jako oferta dla konsumentów i odbiorców usług – może tylko cieszyć. Rozmawiając o start-up’ach zapominamy jednak często, że ich założyciele musieli gdzieś pozyskać wiedzę, dzięki której potrafią teraz zarządzać swoimi biznesami, zaznajomić się z trendami czy poznać różne modele biznesowe. Ten know-how czerpali często pracując właśnie w dużych, międzynarodowych organizacjach, które mają i zaplecze, i środki do inwestowania w ciągły rozwój oraz kształcenie swoich pracowników – komentuje Edyta Gałaszewska-Bogusz, Dyrektor Accenture Operations Polska.

Kiedy startup przestaje być startupem?

Z założenia startup to firma, której celem jest rozwój. Według definicji Steve’a Blanka i Boba Dorfa to rodzaj działalności, która szuka powtarzalnego modelu biznesowego gwarantującego wzrost. Startupy powstają najczęściej w branży nowoczesnych technologii. Często z powodu dostępności zasobów, czyli komputera. Sprofesjonalizowane startupy to obecnie po prostu korporacje. Przykład stanowią marki Microsoft i Google, których twórcy rozpoczynali działalność w garażach. Coraz częściej zdarza się, że duzi gracze wiążą się z mniejszymi. Są to np. telekomy współpracujące z markami streamingujacymi muzykę czy przedstawiciele branży automotive, jak w przypadku BMW, który zainwestował w ChargeNow i pomógł właścicielom aut elektrycznych znalezienie miejsca do naładowania pojazdu. To model, który pomaga jednym i drugim wzajemnie się uczyć i zyskiwać nowe kompetencje. Ta nauka powinna rozpocząć się już od wczesnych lat.

Uważam, że w polskim szkolnictwie wciąż zbyt mały nacisk kładzie się na rozwój samodzielności i przedsiębiorczości, przez co młode talenty często nie są w stanie przekuć swoich świetnych pomysłów na realnie funkcjonujące startupy. I tutaj rolę nie do przecenienia grają korporacje. Po paru latach pracy w „korpo” młodzi ludzie nie tylko potrafią świetnie zorganizować własny ślub, bazując na umiejętnościach nabytych jako kierownik projektu. Na przykład, dzięki zrozumieniu działania branży e-commerce umieją też założyć własny sklep internetowy, a znając od podszewki zasady prowadzenia biznesu tworzą sprawne startupy. Zdarza się, że takie osoby świadczą potem usługi dla swoich byłych pracodawców poszukując innowacyjnych partnerów. Innym przykładem synergii są partnerstwa, w których mniejsza firma z ciekawym produktem dołącza do korporacji. W ten sposób wnosi powiew nowatorskiego myślenia i zmusza „większego brata” do zdrowej ewolucji. Takim przykładem może być Pelagicore, firma technologiczna z branży motoryzacyjnej, która dołączyła do Luxoft we wrześniu 2016 roku   – mówi Wojciech Mach, Dyrektor Zarządzający Luxoft w Europie Centralnej.

[1] Startup Poland „Polskie Startupy Raport 2015”, 2016

[2] Startup Poland „Polskie Startupy Raport 2015”, 2016

Przyszłość niektórych z segmentów niemieckiej branży tekstylnej wisi na włosku

Euler Hermes, światowy lider w ubezpieczaniu należności handlowych, opracował raport na temat przemysłu tekstylnego w Niemczech. Z informacji w nim zawartych, ryzyko braku spłaty zobowiązań wciąż pozostaje na wysokim poziomie, w szczególności w zakresie sprzedaży detalicznej tekstyliów. Stagnacja w wynikach sprzedaży, niskie marże oraz niezmiennie silna presja ze strony konkurencji sprawiają, że pomimo odnotowania względnie stabilnej konsumpcji, funkcjonowanie wielu firm jest utrudnione. Terminy płatności również są mocno wydłużone w czasie.

Proces zmian strukturalnych rozkręcił się na dobre, jak również rośnie konkurencja ze strony handlu internetowego – oba te czynniki powodują zwiększone zapotrzebowanie na inwestycje. Wiele firm ma w tym aspekcie niewielkie pole manewru finansowego. Niemniej część firm cechuje względnie dobra sytuacja – co sprawia, że już teraz widać kto będzie zwycięzcą, a kto przegranym.

Przyszłość na przysłowiowym ‘włosku’. W sektorze tekstylnym nadal będzie sporo upadłości

„Ostatnie wydarzenia pokazały, że przyszłość niektórych sprzedawców detalicznych wisi na włosku” – powiedział Ron van het Hof, Prezes Euler Hermes na Niemcy, Austrię i Szwajcarię. „Z powodu niskich marż prognozy dotyczące dochodów i płynności nie są zadowalające. W niektórych przypadkach dochodzi do tego wysokie ryzyko braku spłaty zobowiązań. Od początku tego roku doszło już do niewypłacalności kilku dobrze znanych marek oraz do upadłości wielu małych firm. Ogólna średnia ocena kredytowa w tej branży stale się pogarsza, co naszym zdaniem spowoduje, iż więcej firm tekstylnych będzie miało tego typu problemy w przyszłości.”

Branża handlu detalicznego tekstyliami zmaga się z olbrzymią presją cenową – napędzaną głównie przez dyskonty odzieżowe – niestabilnością wynikającą z warunków pogodowych oraz koniecznością stworzenia kompleksowych i kosztownych, wielokanałowych strategii sprzedaży.

Koncepcja sklepu sieciowego to w większości przypadków przeżytek, gdyż coraz więcej klientów robi zakupy w Internecie

Handel w sieci staje się coraz istotniejszy. W Niemczech obecnie ok. 40% wszystkich produktów odzieżowych kupowanych jest online – jest to coraz silniejszy trend, szczególnie w segmentach niszowych.

„Książki, komórki, czajnik i swetry mają jedną wspólną cechę. Są to produkty, które można łatwo porównać i produkty, które nie wymagają dużego wsparcia klienta” – tłumaczy Van het Hof. „Dlatego też procentowy udział sprzedaży internetowej w zakresie książek, towarów elektronicznych i odzieży już obecnie jest na wysokim poziomie, podczas gdy meble, produkty DIY (do samodzielnego złożenia/zrobienia) i żywność nadal w większości przypadków kupowane są w sklepach detalicznych. Odpowiednia strategia sprzedaży za pośrednictwem wielu kanałów pozostaje niezwykle istotna dla wszystkich sprzedawców detalicznych, natomiast koncepcja prowadzenia sprzedaży detalicznej wyłącznie za pośrednictwem sieci sklepów jest w większości przypadków już przestarzała. Jeśli sprzedawcy detaliczni nie połączą takiej sprzedaży z handlem za pośrednictwem Internetu, ich szanse na przetrwanie w tej branży są niewielkie. To samo dotyczy niewielkich detalistów regionalnych, którzy prowadzą wyłącznie kilka małych sklepów.”

Obecnie przed dokonaniem zakupu, klienci szukają w Internecie informacji na temat materiałów, ofert i produktów, żeby przekonać się, czy warto wybrać się do sklepu i dokonać zakupu. I odwrotnie – bardzo oszczędni klienci kupują online, jeśli cena tego samego towaru jest niższa niż cena oferowana w sklepie. Po wcześniejszym, fizycznym sprawdzeniu rozmiaru, stylu i ceny w sklepie detalicznym.

Najsilniejsi gracze zapewniają sobie wyższe marże przez restrukturyzację swoich sieci sprzedaży

„Trzeba pamiętać, że sprzedaż internetowa nie jest złotym środkiem, który od razu przyniesie nam oczekiwane efekty, gdyż firmy muszą zapewnić spore budżety na wysokie nakłady i potencjalnie długie etapy rozkręcania sprzedaży w sieci” – powiedział Van het Hof. „Handlowcy osiągający niskie marże również muszą zapewnić sobie środki na sfinansowanie takich aplikacji. Ostatecznie wszystko sprowadza się do marż i zasobów finansowych. Firmy osiągające wyższe marże i posiadające większy potencjał finansowy automatycznie wychodzą na prowadzenie, jeśli chodzi o zmiany strukturalne. Ci najsilniejsi gracze rynkowi mają najlepsze pozycje startowe.”

Produkcja tekstylna: nierówne trendy, „szybka moda” nadal jednym z największych wyzwań dla łańcucha dostaw

Trendy w przemyśle tekstylnym nie są równe, nie tylko jeśli chodzi o sprzedawców detalicznych. Podczas gdy producenci tekstyliów technicznych są wysoko wyspecjalizowani, jak również działają w segmencie niszowym o stosunkowo wysokich cenach to wysokie koszty płac uniemożliwiają producentom odzieży w Niemczech konkurowanie z pozostałymi graczami na rynku. Producenci są więc zmuszeni od wielu lat do całkowitego outsourcingu produkcji i przeniesienia jej do krajów azjatyckich, takich jak Chiny czy Bangladesz, a ostatnio również do Europy wschodniej.

„Tzw. szybka moda zmusza producentów do wprowadzania na rynek coraz więcej kolekcji każdego roku” – objaśnia Van het Hof. „To z kolei wymaga krótszych terminów realizacji, które można łatwiej osiągnąć zlecając produkcję fabrykom w Europie wschodniej, niż w Azji. Zmiany w zakresie łańcucha dostaw oznaczały potrzebę odpowiedniego dostosowania produkcji.”

Ekspert: Wideo analityka wytropi klienta

Światowy rynek wideo analityki wzrasta co roku o około 20 proc. W 2021[1] roku ma być wart ponad 4 mld dolarów. Zdaniem Mariusza Chochołka, prezesa Integrated Solutions, takie rozwiązania pomogą mierzyć skuteczność akcji marketingowych, zredukują kolejki i przyspieszą obsługę klienta.

Mariusz Chochołek, prezes Integrated Solutions
Mariusz Chochołek, prezes Integrated Solutions

O ile śledzenie ścieżek zakupowych użytkowników w sklepach internetowych jest już pewnym standardem, to w offline z takich narzędzi nadal korzysta tylko część największych sieci detalicznych. Tymczasem nasze doświadczenia pokazują, że analiza tego, w jaki sposób klient porusza się po sklepie, na co zwraca uwagę, w jaki sposób reaguje na promocje, potrafi zwiększyć przychody w danym punkcie sprzedaży nawet o kilka procent. W dobie wysokiej konkurencyjności rynków, za wideo analityką stoją zatem konkretne korzyści finansowe – mówi Mariusz Chochołek z Integrated Solutions.

Globalne badania pokazują, że wzrost zainteresowania takimi technologiami może wynikać także ze zmian w zachowaniu samych konsumentów. 84 proc. posiadaczy smartfonów, mających 18-35 lat, chciałoby otrzymywać wiadomość od marki podczas wizyty w jej sklepie. Z kolei blisko jedna trzecia twierdzi, że ta informacja mogłaby być dopasowana do ich wcześniejszych zachowań z sieci[2].

Według Mariusza Chochołka przyzwyczajeni do intuicyjności dokonywania zakupów przez internet, wkrótce tego samego będziemy oczekiwać od sklepów stacjonarnych. – Ważną zaletą wideo analityki jest to, że umożliwia personalizację sprzedaży pod kątem demografii czy preferencji konsumenta, bazując na statystykach a nie danych osobowych – dodaje ekspert.

[1] http://www.marketsandmarkets.com/Market-Reports/intelligent-video-analytics-market-778.html

[2] http://www.chainstoreage.com/article/survey-millennials-want-connected-store-experience#

Co trzy pokoje, to nie dwa – zmiany w strukturze mieszkań wprowadzanych na rynek

Jeszcze pięć lat temu, w miastach objętych monitoringiem REAS, mieszkania 2-pokojowe stanowiły blisko połowę wszystkich mieszkań wprowadzanych do sprzedaży przez deweloperów. Obecnie obserwowany jest wyraźny spadek ich udziału na rzecz mieszkań 3- i 4- pokojowych. Co ciekawe, w tym samym czasie przeciętny metraż mieszkania 3-pokojowego np. w Warszawie zmniejszył się o ok. 5 mkw.

Branża deweloperska nie ma powodów do narzekania. Padają kolejne rekordy sprzedaży. W II kwartale 2016 r. na sześciu największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań i Łódź) deweloperzy sprzedali łącznie 15,1 tys. mieszkań. Niemal 20% więcej niż w analogicznym okresie 2015 r. Rekordowa była również liczba mieszkań, które wprowadzili do oferty. W minionym kwartale do sprzedaży trafiło na tych rynkach łącznie 17,7 tys. mieszkań, czyli aż o 34% więcej rdr.

Tak wysoka podaż mieszkań jest odpowiedzią deweloperów na wysoki popyt wynikający m.in. z tego, że w dorosłe życie wkracza pokolenie wyżu demograficznego kupujące swoje pierwsze mieszkania – m.in. przy pomocy programu MdM. Zwiększony popyt generują również inwestorzy poszukujący alternatyw dla niskooprocentowanych lokat i dołującego rynku kapitałowego. Z deklaracji deweloperów w przeprowadzonym przez REAS badaniu ankietowym wynika, że blisko 30% zakupów stanowią mieszkania nabywane w celach inwestycyjnych. Ci deweloperzy, którzy trafiają z ofertą w oczekiwania poszczególnych grup nabywców otrzymują bonus w postaci wysokich poziomów sprzedaży. Nie dziwi więc, że preferencje kupujących są jednym z ważniejszych czynników branych pod uwagę przy projektowaniu kolejnych inwestycji – zwłaszcza struktury mieszkań. Warto zatem przyjrzeć się temu, jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniała się struktura lokali wprowadzanych przez deweloperów do sprzedaży.

Trzy pokoje w cenie

Nie ma wątpliwości, że największym zainteresowaniem kupujących cieszyły się i nadal cieszą się mieszkania niewielkie – najczęściej 2-pokojowe. Są one popularne zarówno wśród osób kupujących dla siebie, jak również wśród inwestorów, nabywających mieszkania w celu ich późniejszego wynajęcia. Jeszcze pięć lat temu, w miastach objętych monitoringiem REAS, stanowiły one blisko połowę wszystkich mieszkań wprowadzanych do sprzedaży.

– W ostatnim czasie struktura mieszkań w inwestycjach wprowadzanych na rynek ulega widocznym zmianom. – mówi Anna Maroń, młodszy konsultant w firmie doradczej REAS. – Obserwowany jest wyraźny spadek udziału mieszkań 2-pokojowych na rzecz mieszkań 3- i 4-pokojowych. Miastem, w którym trend ten jest najbardziej zauważalny jest Łódź.

Z danych REAS wynika, że większość mieszkań, które trafiły do oferty w tym mieście, zarówno w całym 2015 r., jak i w I połowie 2016 r. stanowiły lokale 3-pokojowe, a nie 2-pokojowe jak w innych miastach. Czy ta tendencja się utrzyma? Wiele wskazuje na to, że jest to możliwe.

Rynek mieszkań 2011-2016

Łódź

W Łodzi, inaczej niż na pozostałych analizowanych rynkach, w I połowie 2016 r. największą część mieszkań wprowadzonych do oferty stanowiły mieszkania 3-pokojowe. Ich udział wyniósł aż 48%. W porównaniu do struktury mieszkań wprowadzonych do sprzedaży w 2011 r. jest to wzrost aż o 15 p.p. Nieznacznie zwiększył się również udział mieszkań 4-pokojowych. Udział mieszkań 2-pokojowych zmniejszył się o 8 p.p. i wyniósł „zaledwie” 38%. Na przestrzeni ostatnich 5 lat w Łodzi bardzo wyraźnie zmniejszył się również udział mieszkań 1-pokojowych – z 13% w 2011 r. do 4% w I połowie 2016 r.

Poznań

Wśród największych polskich miast dla których REAS prowadzi monitoring, Poznań jest tym, w którym odnotowano największy spadek udziału nowo wprowadzanych mieszkań 2-pokojowych. W I połowie 2016 r. ich udział zmniejszył się o 9 p.p. w porównaniu do 2011 r. i wyniósł 46%. Choć w tym samym czasie o 4 p.p. wzrósł udział mieszkań 1-pokojowych, to i tak łączna liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży w obu tych grupach była znacząco niższa niż przed 5 laty. Z kolei udział mieszkań 3-pokojowych wzrósł do 28% (wzrost o 3 p.p. w analizowanym okresie). Poznaniacy mogli też wybierać ze znacznie większej liczby mieszkań 4- i 5-pokojowych.

Trójmiasto

W I połowie 2016 r. w Trójmieście mieszkania 2-pokojowe stanowiły 44% wszystkich mieszkań wprowadzonych na rynek. Spadek o 4 p.p. w stosunku do liczby odnotowanej w 2011 r. nastąpił najprawdopodobniej na rzecz wzrostu puli mieszkań 1-pokojowych (o 4 p.p. w porównaniu do 2011 r.). Nie należy jednak zapominać o specyfice rynku trójmiejskiego, który wykazuje najwyższy wśród analizowanych miast udział zakupów inwestycyjnych – głównie z przeznaczeniem na tzw. najem krótkookresowy (np. apartamenty wakacyjne). Zauważalny przy tym był wzrost udziału mieszkań 3-pokojowych (o 5 p.p. w analizowanym okresie), które w I połowie 2016 r. stanowiły 37% wszystkich lokali wprowadzonych do sprzedaży. Nowa podaż dowodzi, że najmniejszą popularnością cieszą się w Trójmieście mieszkania 4- i 5-pokojowe. Spadek ich udziału w ogólnej liczbie wprowadzonych w I półroczu br. mieszkań był największy spośród 6 analizowanych miast.

Wrocław

W I połowie 2016 r. w stolicy Dolnego Śląska mieszkania 2-pokojowe stanowiły 46% wszystkich wprowadzonych, co oznacza spadek o 5 p.p. w porównaniu do 2011 roku. Z kolei udział mieszkań 3-pokojowych wzrósł o 4 p.p. (37% wszystkich mieszkań wprowadzonych w I półroczu br.). Z 4% do 7% wzrósł we Wrocławiu również udział mieszkań 4-pokojowych. Co ciekawe, był to największy wzrost w tej grupie mieszkań spośród 6 największych rynków w Polsce.

Kraków

Wśród 6 największych polskich miast Kraków jest tym, w którym w I połowie 2016 r. udział mieszkań 2-pokojowych wśród wszystkich mieszkań wprowadzanych przez deweloperów był najwyższy (47%). Niemniej jednak ich udział w porównaniu do 2011 r. spadł o 6 p.p. Z kolei udział mieszkań 3-pokojowych w I połowie 2016 r. wyniósł 32%, co oznacza, że na przestrzeni ostatnich pięciu lat wzrósł o 3 p.p. Na uwagę zasługuje również wzrost udziału mieszkań 4- i 5-pokojowych (łącznie o 3 p.p.).

Warszawa

Warszawa jest miastem, w którym omawiane trendy widoczne są w najmniejszym stopniu. Mieszkania 2-pokojowe w I połowie 2016 r. stanowiły tu 43% wszystkich lokali wprowadzonych przez deweloperów do sprzedaży. W porównaniu do 2011 r. spadek ich udziału wyniósł zaledwie 3 p.p. i był najniższy spośród analizowanych 6 miast. Jeśli dodać do tego wzrost udziału mieszkań 1- pokojowych (z 8% do 12%), to okazuje się, że rynek warszawski był jedynym, na którym łączny udział mieszkań 1- i 2-pokojowych wzrósł w stosunku do tego sprzed 5 lat. Mieszkania 3-pokojowe stanowiły 33% wszystkich wprowadzonych w I połowie 2016 r., co oznacza wzrost o 2 p.p. w analizowanym okresie. Nieznacznie spadł natomiast udział mieszkań największych: 4- i 5-pokojowych. Mimo to, ich udział (łącznie 12%) w puli mieszkań wprowadzonych pozostał najwyższy w grupie miast o największej skali obrotów na rynku pierwotnym.

Więcej tylko na papierze

Co ciekawe pomimo zwiększania się udziału mieszkań z większą liczbą pokoi w nowo wprowadzanych do sprzedaży mieszkaniach, ich średnia powierzchnia systematycznie malała. W porównaniu do 2011 r. przeciętna powierzchnia 2-pokojowego mieszkania wprowadzonego do sprzedaży w Warszawie w I połowie 2016 r. zmniejszyła się o 5,2 mkw. – w Łodzi o 4,3 mkw., w Trójmieście o 3,7 mkw., w Krakowie o 3,2 mkw., we Wrocławiu o 2,8 mkw. a w Poznaniu o 1,7 mkw.. Ten sam trend widoczny jest w grupie mieszkań 3-pokojowych.

– Mamy do czynienia z ciekawym zjawiskiem polegającym na maksymalizowaniu liczby pokoi w coraz mniejszych metrażowo mieszkaniach. Kupujący są zainteresowani niewielkimi ale funkcjonalnymi lokalami, z jak największą liczbą pomieszczeń i takim ich rozkładem, aby można było maksymalnie wykorzystać dostępną przestrzeń. Nie bez znaczenia jest również fakt, że mniejsza powierzchnia to też niższa cena całkowita mieszkania. – komentuje Anna Maroń z REAS.

Przyszłość w skali mikro?

Co czeka nas w kolejnych kilku latach? Wszystko wskazuje na to, że opisane tendencje się utrzymają. Nabywcy mieszkań są coraz bardziej świadomi i wymagający. Mniej liczy się dla nich metraż, bardziej funkcjonalność i rozkład lokalu. Na tej samej powierzchni zamiast dwóch większych pokoi, wolą 3 mniejsze. Dodatkowo, na utrzymanie tego trendu mogą mieć wpływ planowane zmiany w prawie. Na początku sierpnia br. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa zapowiedziało zmiany w rozporządzeniu z 2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Planowane zmiany dotyczą zniesienia limitów dotyczących minimalnej powierzchni pokoi, łazienek czy kuchni. Jeżeli zmiany weszłyby w życie, deweloperzy bez przeszkód będą mogli budować nawet kilkunastometrowe mieszkania. Generalnie wydaje się więc, że przybywać będzie lokali 3-pokojowych kosztem 2-pokojowych, ale zarówno jedne, jak i drugie będą miały mniejszą powierzchnię niż dotychczas.

Rusza repolonizacja energetyki, państwowe koncerny są gotowe

Kontrolowana przez skarb państwa energetyczna wielka czwórka, która ma ponad 60% udział w polskim rynku wytwarzania energii elektrycznej i zbliżone udziały w rynkach obrotu i sprzedaży odbiorcom końcowym, chce przejąć polskie elektrownie i elektrociepłownie należące do francuskiego EDF.

O zamiarze wspólnego przejęcia m.in. elektrowni Rybnik oraz elektrociepłowni w Gdańsku, Gdyni i Krakowie państwowe koncerny Enea, Energa, PGE i Tauron (wielka czwórka) poinformowały tydzień temu.

Oferta jest wstępna, ale dla EDF-u państwowe koncerny będą jednym z kluczowych rozmówców. Na początku września rząd wpisał EDF na listę spółek strategicznych, przez co chce zapewnić sobie prawo weta gdyby aktywa miał przejąć ktoś niepożądany.
Jeżeli państwowa czwórka potentatów porozumie się z kontrolowanym przez francuski rząd EDF-em, wówczas do zamknięcia transakcji potrzebna będzie jeszcze zgoda UOKiK-u.

-Wbrew pozorom nie będzie czystą formalnością, bo transakcja umacnia pozycję wielkiej czwórki przynajmniej na rynku wytwarzania energii elektrycznej – mówi w rozmowie z MarketNews24 ekspert WysokieNapiecie.pl, Bartłomiej Derski.

Grupa Auto Partner notuje dobre wyniki i zapowiada inwestycje i dalszy rozwój sprzedaży zagranicznej

Grupa Auto Partner notuje dobre wyniki i zapowiada inwestycje i dalszy rozwój sprzedaży zagranicznej 2
Wyniki finansowe za pierwsze półrocze Grupy Auto Partner były o blisko 40 proc. wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Ale podczas kolejnych sześciu miesięcy roku powinny być jeszcze lepsze. Jak zapowiada Aleksander Górecki, prezes zarządu spółki, niebawem zostanie uruchomione nowoczesne centrum logistyczne przedsiębiorstwa. W planach jest także dalsza ekspansja zagraniczna.

– Sytuacja rynkowa miała wpływ na to, że bieżący rok rewelacyjnie się dla nas rozpoczął i w związku z tym jesteśmy bardzo zadowoleni – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Aleksander Górecki, prezes zarządu w spółce Auto Partner. – W dodatku historycznie rzecz ujmując, drugie półrocze było zawsze lepsze od pierwszych sześciu miesięcy. Dlatego jesteśmy dobrej myśli, spodziewamy się, że tak będzie i tym razem.

Grupa Auto Partner (AP) jest importerem i dystrybutorem części zamiennych do samochodów osobowych, dostawczych oraz motocykli. Przedsiębiorstwo stanowi platformę sprzedaży głównie kanałami elektronicznymi oraz logistyki dostaw części zamiennych (w trybie just-in-time) do różnych klientów, przede wszystkim warsztatów i sklepów motoryzacyjnych. Spółka ma infrastrukturę logistyczną składającą się obecnie z magazynu centralnego wysokiego składowania o powierzchni 20 tys. mkw. (w Bieruniu), sieci niemal 70 oddziałów wyposażonych w dodatkową powierzchnię magazynową (łącznie ok. 30 tys. mkw.) oraz siatki transportowej umożliwiającej dostawę do klienta końcowego od trzech do pięciu razy dziennie.

Przychody ze sprzedaży AP w pierwszym półroczu tego roku wyniosły 332,5 mln zł wobec 242,6 mln zł rok wcześniej. Spółka zarobiła w tym czasie (netto) 17,7 mln zł (7,5 mln zł dwanaście miesięcy temu). Na początku czerwca akcje spółki zadebiutowały na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Obecnie wycena papierów jest o blisko 80 proc. wyższa niż podczas pierwszego notowania.

– Z takiego debiutu każdy byłby zadowolony, tym bardziej że pierwsze półrocze wykazało wzrost naszej rentowności z trzech do pięciu proc., czyli już ostateczne wyniki zdecydowanie poprawiły się także na poziomie zysku netto, który zwiększył się dwuipółkrotnie – wskazuje Aleksander Górecki. – Ale myślę, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.

Grupa AP współpracuje z ponad 150 dostawcami części zamiennych z tzw. obszaru rynku aftermarket oraz z dostawcami z całego świata. Oferta przedsiębiorstwa obejmuje blisko 150 tys. tzw. referencji, co przekłada się na ponad 5 mln części zamiennych w magazynie centralnym oraz krajowych filiach. Firma jest jedynym w Polsce dystrybutorem produktów takich producentów, jak Meyle, NK, Alco, MaXgear i Quaro (wszystkie grupy asortymentowe).

Około jednej piątej obrotów spółki, jak informuje Aleksander Górecki, stanowią przychody ze sprzedaży zagranicznej. Swoje produkty przedsiębiorstwo wysyła do około dziesięciu krajów, w tym przede wszystkim do Czech i na Słowację. Od roku spółka wchodzi do Europy Zachodniej, przede wszystkim Niemiec i Austrii, gdzie może uzyskać wyższe zarówno obroty, jak i marże.

– Bardzo dynamicznie rosną tam nasze przychody z zadowalającą marżą i w tym kierunku widzimy przyszłość naszej sprzedaży zagranicznej – precyzuje Aleksander Górecki. – Jest również Litwa, Łotwa, Estonia, kraje do których weszliśmy w tym roku, z czego jesteśmy zadowoleni. Pod względem marży jest tam jednak dużo trudniej. W tym roku rozpoczęliśmy również sprzedaż na Węgry, gdzie sytuacja jest podobna do tej w krajach bałtyckich. Od dwóch dekad jesteśmy także na Ukrainie. Obroty i marże mamy tam ustabilizowane.

Ale w planach, jak zapewnia Aleksander Górecki, są nowe rynki zagraniczne oraz inwestycje.

– Jest wiele krajów, do których chcielibyśmy wejść w kolejnych latach, ale nasz dwuletni program sprawia, że mamy tak dużo celów strategicznych do realizacji, a nie możemy wszystkiego zrobić w tym samym czasie – wyjaśnia Aleksander Górecki. – Kapitałochłonne jest uruchomienie nowoczesnego centrum logistycznego w Warszawie, gdzie zamierzamy zatrudnić kilkadziesiąt osób. W pierwszym półroczu przyszłego roku chcemy otworzyć mający kilka tysięcy metrów kwadratowych magazyn. Będzie to nowoczesna i w pełni zautomatyzowana placówka. Z rynków zagranicznych w pierwszej kolejności na pewno skierujemy się do Pragi oraz na Litwę.

Globalna polityka i decyzje banków centralnych blokują wzrosty na GPW

Globalna polityka i decyzje banków centralnych blokują wzrosty na GPW 3
Z technicznego punktu widzenia spółki na polskiej giełdzie są niedowartościowane, a Warszawski Indeks Giełdowy ma potencjał wzrostu nawet o 9 proc. Inwestorzy wstrzymują się jednak z bardziej ryzykownymi zakupami do czasu rozstrzygnięcia wyborów w USA i referendum we Włoszech. Działania banków centralnych także nie stanowią dostatecznej zachęty do opuszczenia bezpiecznych przystani.

– Z technicznego punktu widzenia nadal istnieje potencjał do niewielkiego wzrostu warszawskiego indeksu WIG o mniej więcej 3 proc. do 49 tys. punktów, a w pozytywnym rozwoju wydarzeń nawet do 52 tys. punktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mateusz Namysł, analityk DM Raiffeisen Polbanku. – Patrząc nieco bardziej fundamentalnie, polski rynek nadal wydaje się dosyć tani na tle np. rynków rozwiniętych i dzięki temu mógłby wzrastać, natomiast oczywiście istnieją czynniki ryzyka, które mogą ograniczyć te wzrosty.

WIG – indeks szerokiego rynku, skupiający zdecydowaną większość (398 z 483) spółek z warszawskiego głównego parkietu w ciągu ostatniego roku wahał się w przedziale od 41 tys. do 51 tys. punktów, przy czym od szczytu minęło już 11 miesięcy. Obecnie poziom indeksu to 47,6 tys. punktów, co dawałoby przestrzeń do wzrostów rzędu nawet 9 proc. Inwestorzy niechętnie sięgają jednak po bardziej ryzykowne aktywa, a do takich zaliczane są polskie papiery jako emitowane na jednym z rynków wschodzących. Choć sytuacja wewnętrzna Polski nie jest bez znaczenia, to obecnie najbardziej ważkie przyczyny braku zainteresowania polskim rynkiem leżą poza jego granicami.

– Przede wszystkim znaczenie dla rynków finansowych obecnie mają banki centralne. Amerykański Fed może podnieść stopy procentowe i negatywnie przekładałoby się to na notowania akcji na całym świecie. Z drugiej strony pozytywnie mogą oddziaływać inne banki centralne, jak np. Bank Anglii, Europejski Bank Centralny czy Bank Japonii, które mogłyby zwiększać programy skupu aktywów – wskazuje Namysł. – Jednakże trzeba zauważyć, że w tym momencie te banki centralne rozczarowują rynki i poprzez to notowania akcji na wielu giełdach nie rosną tak, jakby mogły, gdyby te programy skupu aktywów zostały uruchomione w większym stopniu.

Na razie Fed zgodnie z oczekiwaniami większości ekonomistów nie ruszył stóp procentowych, ale nie wiadomo, czy nie uczyni tego na kolejnym posiedzeniu połączonym z publikacją prognoz makroekonomicznych, czyli w grudniu, w rocznicę poprzedniej podwyżki. Bank Japonii zdecydował wczoraj o rezygnacji z limitu skupu aktywów, który do tej pory sięgał 80 bln jenów rocznie i skupieniu się na utrzymywaniu rentowności obligacji 10-letnich w okolicach zera. Stopy pozostały bez zmian na poziomie -0,1 proc. Wcześniej we wrześniu Europejski Bank Centralny utrzymał program luzowania ilościowego na niezmienionym poziomie i pozostawił bez zmian stopy procentowe, co rozczarowało rynki. Podobnie zachował się Bank Anglii, choć tu decyzja była spodziewana, bo obniżka do historycznie najniższego poziomu nastąpiła ledwie miesiąc wcześniej.

Poza bankami centralnymi znaczenie ma także niepewność polityczna. Najważniejszym nadchodzącym wydarzeniem są listopadowe wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, w których zupełnie realne jest zwycięstwo Donalda Trumpa, którego w sondażach od Hilary Clinton dzieli już tylko ok. 2 pkt proc. W połowie sierpnia było to 10 pkt proc.

– Z innych czynników ryzyka, już bardziej europejskich, to na pewno sytuacja Włoch jest bardzo ciekawa. Tam nadal sektor bankowy jest pod presją, ale w nieco krótszym terminie warto zwrócić uwagę na referendum, które pojawi się we Włoszech i może mieć ono bardzo duże znaczenie dla scenariusza politycznego – zwraca uwagę analityk. – Jeżeli to referendum byłoby niezgodne z tym, co chciałby osiągnąć premier Renzi, mógłby on podać się do dymisji i poprzez to mogłaby dojść do władzy partia Ruch Pięciu Gwiazd, która chciałaby wyjścia Włoch z Unii Europejskiej. Patrząc po tym, jak zachowywały się rynki akcyjne po brexicie, już teraz wiadomo, że mogłoby to negatywnie oddziaływać również na nasz rynek.

Niezwykła kariera szwajcarskich scyzoryków. Sto lat temu powstawały w małym warsztacie, obecnie są przedmiotem kultowym, znanym na całym świecie

Niezwykła kariera szwajcarskich scyzoryków. Sto lat temu powstawały w małym warsztacie, obecnie są przedmiotem kultowym, znanym na całym świecie 4

Wyposażone w miniaturowe wersje rozmaitych, najpotrzebniejszych narzędzi szwajcarskie scyzoryki najpierw powstawały w małym warsztacie produkcji noży na terenie miejscowości Ibach. Obecnie to przedmioty kultowe, znane każdemu mężczyźnie i chłopakowi, będące na wyposażeniu wielu armii świata. Jedynym producentem ich oryginalnej wersji jest firma Victorinox, która swoją marką sygnuje także m.in. perfumy, torby i akcesoria podróżne oraz odzież.

Obecnie jesteśmy absolutnym liderem i jedynym producentem szwajcarskich scyzoryków – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Różycki z przedsiębiorstwa Victorinox Poland. – Będący na wyposażeniu tamtejszej armii ma ostrze, piłę do drewna, śrubokręt Philipsa, dwa otwieracze do kapsli i puszek oraz szydło. Bardzo podobny mieć będą niemieckie siły zbrojne. W przypadku armii holenderskiej piła zostanie zastąpiona nożem z bezpiecznym ostrzem, np. do cięcia pasów.

Victorinox jest producentem i dystrybutorem wysokiej jakości praktycznych produktów. Najbardziej znanym wyrobem przedsiębiorstwa jest tradycyjny, znany na całym świecie, wyposażony w miniaturowe wersje rozmaitych narzędzi scyzoryk szwajcarski.

Na początku noże miały tylko rozmaite ostrza oraz otwieracze – precyzuje Jakub Różycki. – Wraz z rozwojem karabinów żołnierzom okazał się potrzebny także śrubokręt krzyżakowy Philipsa. Powstały więc wersje żołnierskie i oficerskie. Pierwsze zostały wyposażone w śrubokręt, drugie, co wiele mówi o hierarchii, w korkociąg.

Przedsiębiorstwo produkuje swoje wyroby, jak informuje Jakub Różycki, od 132 lat w tej samej, małej miejscowości Ibach w kantonie Schwyz. Wytwarzający noże zakład został wtedy założony przez Karla Elsenera. Szwajcaria była wówczas jednym z najbiedniejszych krajów Europy. W pierwszych latach działalności firma przyczyniła się do walki z ubóstwem i bezrobociem w kantonie. Ze szwajcarską armią przedsiębiorstwo kooperuje od 1891 roku. Pierwszym wyrobem na jej potrzeby była starannie zaprojektowana kolekcja noży oficerskich.

Przez te 130 lat doskonaliliśmy nasze produkty – wskazuje Jakub Różycki. – Na początku powstawały one oczywiście ze stali, ale w okładzinach drewnianych. Wraz z rozwojem technologii zaczęliśmy wprowadzać na rynek wyroby w okładzinach z tworzywa sztucznego. Obecnie jesteśmy absolutnym liderem i jedynym producentem oryginalnych scyzoryków szwajcarskich.

W swoim katalogu produktów Victorinox ma również różnego rodzaju noże, zegarki, torby i akcesoria podróżne, odzież, perfumy oraz narzędzia wielofunkcyjne, tzw. tule.

Nasze wyroby tego rodzaju są na wyposażeniu wojsk specjalnych szwajcarskich, holenderskich, Emiratów Arabskich oraz francuskich elitarnych jednostek Felin – chwali Jakub Różycki. – To jest to, czego tak naprawdę komandos potrzebuje na polu walki. Produkty dla wojsk specjalnych są oksydowane, czyli tworzone w specjalnej, czarnej wersji. Mają też zaciskacze do spłonek.