Postępowania sanacyjne w trzecim kwartale 2018

W trzecim kwartale 2018 roku nadal obserwujemy   wzrostowy trend liczby otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych. Według raportu Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA, przygotowanego we współpracy ze SpotData, szacowana liczba restrukturyzacji otwartych między lipcem a wrześniem 2018 wynosi 138 i jest aż o 60 proc. wyższa niż w III kwartale poprzedniego roku. Branżami, w których jest najwięcej restrukturyzacji pozostają przemysł oraz handel.

Nadal rośnie przewaga popularności postępowań restrukturyzacyjnych nad upadłościami – o ile w okresie styczeń-wrzesień poprzedniego roku restrukturyzacje stanowiły 37% wszystkich niewypłacalności, tak teraz jest to aż 44 proc.

Przy rosnącej liczbie nowych postępowań, liczba zatwierdzanych układów spadła w trzecim kwartale do 23 z 44, które zatwierdzono w wyjątkowo dobrym ostatnim kwartale 2017 roku. Świadczy to o dość niskiej skuteczności postępowań i przedłużającym się czasie ich trwania.

Na podstawie stanu wiedzy po trzecim kwartale utrzymujemy naszą prognozę, że obecny rok zakończy się liczbą 450-500 nowych restrukturyzacji (przy 380 w roku 2017).

Liczba otwieranych postępowań sanacyjnych od połowy 2017 roku fluktuuje wokół 30 w ciągu kwartału. W III kwartale 2018 roku otwarto 33 postępowania w tym trybie, czyli najwięcej od początku istnienia Prawa Restrukturyzacyjnego w Polsce.

Efektywność postępowań sanacyjnych jest cały czas relatywnie niska (dwa razy częściej postępowanie jest umarzane niż zatwierdzany jest układ). W ostatnim kwartale wystąpiła w tej kwestii istotna poprawa. Najprawdopodobniej (dane estymowane) zatwierdzono aż 8 układów.

Struktura geograficzna otwieranych postępowań nie różni się istotnie od struktury wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych – liderem pozostaje Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy, a po nim sądy rejonowe w największych miastach.

Od początku roku medianowy czas procedowania 3 z 5 najważniejszych etapów postępowania sanacyjnego wydłużył się. Szybciej niż miało to miejsce wcześniej dokonywane są umorzenia. Nieznacznie krócej zajmuje również sądom otwieranie postępowań – mierzymy ten czas od momentu zabezpieczenia majątku. Aż o 17 dni roboczych wydłużył się medianowy czas od otwarcia postępowania do zatwierdzenia układu. Długi czas procedowania wynika niewydolności sądów rozpoznających sprzeciwy, a także z powodu potrzeby  wdrożenia wielu działań restrukturyzacyjnych.

Postępowanie sanacyjne jest jednym z dwóch postępowań, cieszących się wśród dłużników największym zainteresowaniem. W tej formie odbywa się około 25% restrukturyzacji.  

Ze względu na ich charakter odsetek umorzeń zawsze będzie wyższy niż zatwierdzonych układów. Jest to sytuacja normalna, gdyż często stan finansowy dłużnika decydującego się na ten rodzaj procedury jest często krytyczny. Do tego dochodzą trudności wynikające z realiów rynku.

Mimo wielu trudności, napotykanych przez firmy, które rozpoczęły postępowanie sanacyjne, otoczenie restrukturyzacji w Polsce jednak dojrzewa i udanych sanacji będzie coraz więcej.

Jednak w chwili obecnej statystycznie na 27 zatwierdzonych układów przypada 57 umorzonych postępowań sanacyjnych. Oznacza to, że dłużnik w sanacji ma dwa razy większe szanse na umorzenie postępowania i w konsekwencji upadłość niż na skuteczne zawarcie układu. Nie wykluczone więc, że po podsumowaniu kolejnego roku obowiązywania Prawa restrukturyzacyjnego konieczna okaże się nowelizacja ustawy – bez wątpienia bowiem w sanacji pokładano największe nadzieje i brak spodziewanego efektu musi budzić zaniepokojenie.

Szumowski: Eksport to przyszłość polskiej branży alkoholowej

Brak stabilizacji prawa dla produktów alkoholowych, a dokładnie spirytusowych, jest największą barierą rynku wewnętrznego w Polsce. Powstają dysproporcje między kategoriami. Preferowane są słabsze alkohole, które mają też niższy podatek akcyzowy. Jeśli chodzi o rynek zewnętrzny, to przyszłością polskich alkoholi jest eksport.

– Powinniśmy koncentrować się na kierowaniu naszych produktów za granicę i odpowiedniej ich promocji – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka – Stanowią one doskonały element narodowego prezentu. To także uzupełnienie polskiej oferty kulinarnej. Pod tym względem powinny być promowane, aby sięgać dalej. Rodzimy rynek jest już względnie nasycony i ustabilizowany. Problemem stają się obostrzenia legislacyjne i zaciskająca się pętla wokół alkoholu w myśl polityki prozdrowotnej. W tym przypadku znaczenie ma edukacja, a nie restrykcyjne prawo i regulacje. Polskie alkohole, a w szczególności wódka, stanowią rodzaj lodołamacza torującego drogę dla eksportu innych rodzimych towarów – niekoniecznie spożywczych. Kojarzy się ją z wysoką jakością i odpowiednią ceną. Do tego sięga przecież do kolebki – bo tradycja związana z wódką narodziła się przecież w Polsce, a nie w Rosji czy innych krajach – wyjaśnił Szumowski.

Firmy często testują nowe rozwiązania na realnych danych swoich klientów. To zwiększa ryzyko ich kradzieży

Firmy często testują nowe rozwiązania na realnych danych swoich klientów. To zwiększa ryzyko ich kradzieży 1

Wiele firm testuje nowe rozwiązania, opierając się na rzeczywistych danych obecnych klientów lub kontrahentów. Takie środowisko testowe zwiększa ryzyko wycieku poufnych informacji. To z kolei naraża przedsiębiorstwo na poważne konsekwencje – zarówno finansowe, wizerunkowe, jak i prawne, związane z RODO. Polska firma opracowała rozwiązanie, które zapewnia bezpieczeństwo i wiarygodność danych w środowisku nieprodukcyjnym. Informacje są anonimizowane w oparciu o polskie algorytmy, ale zachowują przy tym realizm i właściwości statystyczne.

– Testy i wdrożenia są najbardziej newralgicznym obszarem, w którym najczęściej dochodzi do wycieku danych. Zwykle te dane znajdują się poza systemem zabezpieczeń organizacji, dosyć często dochodzi do uproszczeń przy budowaniu środowisk testowych i wykorzystywane są dane produkcyjne, co może później powodować kłopoty. Zdarza się, że ktoś wykorzysta te dane w sposób niezgodny z polityką firmy. Z badań wynika, że jeden taki incydent bezpieczeństwa może kosztować organizację średnio 3,6 mln dol., a wyciek jednego rekordu danych to średnio koszt 141 dol. Każdy taki przypadek to też utrata reputacji, co już dużo trudniej wycenić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szadkowski, prezes Soflab Technology.

Wyciek danych klientów czy kontrahentów albo informacji dotyczących przedsiębiorstwa, takich jak raporty finansowe czy plany rozwoju, to dla firm zagrożenie, które może powodować ogromne straty zarówno finansowe, jak i wizerunkowe. Pokazuje to choćby ostatni przykład koncernów motoryzacyjnych. W lipcu br. 160 GB danych – w tym również takich, które były objęte klauzulą poufności – trafiło na publiczne serwery. Do sieci trafiły m.in. poufne dane Forda, General Motors, Tesli i Volkswagena.

Do takiego wycieku może dojść w wyniku ataku hakerskiego (według KPMG w ubiegłym roku 82 proc. polskich firm odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent), jednak główną przyczyną jest czynnik ludzki, czyli celowe działanie albo zwyczajny brak ostrożności ze strony pracowników.

 Średni czas wykrycia takich incydentów to 191 dni, natomiast z badań wynika, że 56 proc. organizacji nigdy nie wykrywa wycieku danych. Dowiaduje się o tym od swoich klientów i dopiero wtedy uruchamiana jest cała procedura wyjaśniania zaistniałej sytuacji i poszukiwania źródeł problemu – mówi Tomasz Szadkowski.

Eksperci podkreślają, że środowisko testowe lub deweloperskie jest jednym z tych obszarów w firmie, gdzie najłatwiej dochodzi do wycieku danych. Tworzenie środowiska, które odwzorowuje dane produkcyjne, jest skomplikowane i czasochłonne. Dlatego często testy są przeprowadzane na danych rzeczywistych, np. klientów lub kontrahentów firmy. To jednak wiąże się z ryzykiem, że dostęp do nich będą mieć osoby nieuprawnione albo nie zostaną zachowane należyte środki bezpieczeństwa.

– Nie ma na rynku rozwiązań, które ograniczałyby wycieki danych w 100 proc. Dlatego istotne jest, żeby dane zabezpieczyć nie tylko od strony technicznej, lecz także od strony formalnej. Zawsze mamy do czynienia z technicznymi zabezpieczeniami czy monitoringiem, a z drugiej strony z użytkownikiem, który te dane wprowadza i nimi operuje. Tu pojawia się problem. O ile w przypadku produkcji każdy z operatorów jest świadom, że pracuje na danych klienta, o tyle w środowisku nieprodukcyjnym, podczas testów i szkoleń, ten sam użytkownik już nie pomyśli, że te informacje mogą być kopią danych z produkcji i pozostają wrażliwe – mówi Marcin Myrta, Business Intelligence i Smart Data Unit Manager w Soflab Technology.

Polska firma specjalizująca się w testowaniu i zapewnianiu jakości rozwiązań ICT opracowała rozwiązanie, które zapewnia bezpieczeństwo, spójność i wiarygodność danych w środowisku nieprodukcyjnym.

– Soflab GALL pozwala usunąć dane wrażliwe ze środowisk testowych i szkoleniowych. Te dane są anonimizowane, zaciemniamy je, miksujemy, zmieniamy. Robimy to jednak w taki sposób, aby nadal statystycznie i analitycznie odzwierciedlały produkcję – mówi Marcin Myrta.

Anonimizacja danych przez system Soflab GALL oznacza, że przykładowo zamaskowany wiek klienta nadal znajduje się w tej samej grupie, a suma kontrolna PESEL lub karty kredytowej jest obliczana poprawnie. Co istotne, anonimizacja odbywa się w oparciu o polskie algorytmy. W ten sposób osoby, które pracują na tych danych, nie zauważają różnicy i mogą skutecznie przeprowadzać testy, programować czy wykonywać analizy. Jednocześnie ryzyko wycieku i ujawnienia poufnych informacji zostaje wyeliminowane.

 Trzeba podkreślić, że jest to polskie rozwiązanie. Inne narzędzia dają być może zbliżone wyniki, natomiast GALL nastawiony jest na stricte polskie algorytmy. To nie będzie national ID, ale nasz polski numer PESEL albo NIP wylosowany spośród takich, które mają szansę faktycznie wystąpić na polskim rynku. Jeżeli oprogramowanie, którego używamy, w jakiś sposób waliduje te numery, to Soflab GALL jest na to przygotowany – podkreśla Marcin Myrta.

Bezpieczeństwo danych ma kluczowe znaczenie zwłaszcza teraz, kiedy od maja br. obowiązuje RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Nakłada ono na firmy oraz wszystkie podmioty przetwarzające dane wyśrubowane wymogi dotyczące ich ochrony. Za niespełnienie należytych standardów firmom grożą wysokie kary. Rozwiązanie opracowane przez Soflab zapewnia bezpieczeństwo, a także umożliwia realizację prawa do zapomnienia, które jest jednym z najważniejszych wymogów RODO.

PGE, TVN i Polsat to najsilniejsze marki na polskim rynku. Najlepiej oceniana jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

PGE, TVN i Polsat to najsilniejsze marki na polskim rynku. Najlepiej oceniana jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą” 2

PGE Polska Grupa Energetyczna, TVN, Polsat, Mercedes, BMW, „Gazeta Wyborcza” i „Przegląd Sportowy” – to najsilniejsze brandy na polskim rynku, które znalazły się na czele rankingu Top Marka 2018, przygotowanego przez Press-Service Monitoring Mediów oraz Magazyn Press. Na jego potrzeby przeanalizowano 52 mln materiałów z prasy, internetu i mediów społecznościowych. Badanie pokazało, że najlepiej postrzeganym brandem, który cieszy się najwyższym wskaźnikiem sentymentu, jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”, z kolei największe zasięgi buduje Grupa TVN. 

– Polskie marki są coraz silniejsze. Świetnie wykorzystują nadarzające się okazje związane z rewolucją medialną. Potrafią łączyć swoją komunikację, zarówno w mediach tradycyjnych, jak i w mediach społecznościowych, budując zaangażowanie. Często działają niekonwencjonalnie, podejmują takie praktyki, które wzbudzają jakieś emocje, w tym także negatywne, ale wszystko to powoduje, że na tle innych marek naprawdę potrafią się wyróżnić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

Top Marka to największy ranking medialności brandów na polskim rynku. Tegoroczna, XI edycja badania objęła aż 500 marek z 50 branż. Na potrzeby badania przeanalizowano łącznie 1 mln tekstów prasowych, 5 mln internetowych i aż 46 mln postów w mediach społecznościowych opublikowanych w okresie od 1 lipca 2017 roku do 30 czerwca br.

– Na tej podstawie wyłoniliśmy kilkaset różnych marek i uporządkowaliśmy je w 50 branżach. Z tego się zrodził ranking 500 najbardziej medialnych marek i brandów w polskiej przestrzeni medialnej – mówi Sebastian Bykowski.

W tegorocznej edycji autorzy wprowadzili nową metodologię badania. O pozycji danego brandu w rankingu zadecydowała siła marki określana jako wypadkowa kilku zmiennych (liczby publikacji, impaktu i indeksu sentymentu) świadczących zarówno o liczbie kontaktów odbiorców z marką, jak i jakościowej ocenie komunikatu na jej temat. Raport uwzględnia także inne elementy, jak np. rankingi branżowe, które miały wpływ na jego ostateczny kształt.

– Top Marka to największe badanie aktywności medialnej firm w polskiej przestrzeni medialnej. Tegoroczna edycja inicjatywy jest już jedenastą, co przez te wszystkie lata pozwoliło nam dostrzec różnego rodzaju trendy i zmiany zarówno na rynku medialnym, jak i w zakresie komunikacji, dlatego postanowiliśmy wprowadzić wiele modyfikacji w samej metodologii. W pewien sposób kluczową rzeczą, którą nam się udało zrobić, to było sprowadzenie doniesień medialnych, zarówno z mediów tradycyjnych, jak i z mediów społecznościowych, do takiego wspólnego mianownika, którym jest właśnie impact, zasięg który jest generowany przez informacje, jak i kontekst – mówi Sebastian Bykowski.

Jak podkreśla, kluczowy wniosek z tegorocznego badania jest taki, że liczy się nie tylko liczba doniesień medialnych dotyczących danej marki, lecz także ich wydźwięk i dotarcie do odbiorców. Badanie Top Marka pozwala analizowanym brandom porównać się na tle bezpośredniej konkurencji, ale i szerzej, w odniesieniu do innych branż. Ranking jest rodzajem komunikacyjnego drogowskazu i stanowi dla firm punkt wyjścia do tworzenia i modyfikowania strategii w tym zakresie.

– Dla firm, które chcą badać swój wizerunek, wartościową informacja jest określenie czy publikacje na ich temat osiągnęły określony zasięg. W zależności od tego, jaki cel strategiczny ma dana marka, dobiera odpowiednie narzędzie. Jeżeli chce szeroko rozpropagowywać informacje o sobie, może wybrać media tradycyjne, które świetnie sprawdzają się w tej roli. Kiedy chce raczej aktywizować społeczności wokół siebie, oczywiście wtedy lepszy będzie internet czy media społecznościowe. To wydaje się takim najbardziej wyraźnym trendem, że firmy, które stosują działania o charakterze public relations, zatrudniają dziś również specjalistów od mediów społecznościowych – mówi Sebastian Bykowski.

W tym roku topową marką całego rankingu została PGE Polska Grupa Energetyczna. O jej przewadze nad dwiema kolejnymi markami w badaniu zdecydował wyższy indeks sentymentu. Na 2. miejscu znalazł się TVN, który wyprzedził Polsat. Czwarte miejsce należało do Mercedesa, a pierwszą piątkę zestawienia zamknęło BMW. Na trzy kolejne miejsca trafiły tytuły prasowe – „Gazeta Wyborcza”, „Przegląd Sportowy” i „Super Express”. Na 9. miejscu znalazła się marka samochodów premium – Audi. Natomiast miejsce 10. rankingu należy do TVP Info. Ostatecznie w pierwszej dziesiątce rankingu 500 najsilniejszych marek znalazło się aż sześć brandów mediowych, trzy marki motoryzacyjne i jedna energetyczna.

– Oczywiście my również badamy wydźwięk tych informacji. Dla nas jest kluczowe to, czy informacje są pozytywne, neutralne czy negatywne. W tym kontekście wpływa to również na to, czy dana marka ma mocny wizerunek, czy też znajduje się w słabszej formie – mówi Sebastian Bykowski.

W tegorocznym rankingu Top Marka 2018 najwyższy indeks sentymentu odnotował brand z kategorii projekty charytatywne – Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”. Nieco niższą ocenę uzyskała sieć apteczna Super-Pharm. Trzecią najlepiej ocenianą marką została Szlachetna Paczka. Natomiast top 5 marek o największym wskaźniku dotarcia informacji otworzył TVN, za którym uplasowały się kolejno „Gazeta Wyborcza” oraz Polska Grupa Energetyczna.

– W świecie, w którym wiele produktów i usług jest do siebie bardzo podobnych – język komunikacji jest tym, co zapamiętują odbiorcy. Często ten wizerunek medialny decyduje o wyborze konkretnej usługi lub produktu przez konsumentów. Dużą rolę odgrywają w tym media, które są coraz silniejsze w tym procesie kreowania wizerunku. Dziś nie mówimy już o opiniach dziennikarzy i redaktorów z mediów profesjonalnych albo o opiniach naszych bliskich i znajomych, bo te dwa światy mocno się przeniknęły. W zasadzie mamy dziś do czynienia z jedną platformą medialną, w której spotykamy zarówno opinie profesjonalnych dziennikarzy, blogerów, influencerów, jak i opinie naszych najbliższych. To są ważne informacje dla firm i marek, bo komunikację można w dużym stopniu monitorować i mierzyć. Dzięki temu jesteśmy w stanie badać, jakie przekazy przenikają do świadomości odbiorców i czy one docierają do tych grup docelowych, dla których są budowane – mówi Sebastian Bykowski, dyrektor generalny Press-Service Monitoring Mediów.

Polska branża kosmiczna się rozwija. Minister Emilewicz największe szanse polskiego sektora upatruje w aplikacjach satelitarnych i nanosatelitach

Polskie firmy podbijają sektor kosmiczny. Działają głównie jako podwykonawcy, ale coraz częściej współpracują z największymi agencjami i firmami kosmicznymi na świecie. Polską specjalizacją już wkrótce mogą się stać nanosatelity i aplikacje satelitarne. Wysłaliśmy już w kosmos 80 instrumentów badawczych. Według minister Emilewicz polska branża jest na takim poziomie rozwoju, że może aktywnie uczestniczyć w światowym rynku technologii kosmicznych.

– To, co jest dzisiaj naszą ambicją, to aby któreś z podmiotów tego sektora stały się partnerami globalnych prime’ów bądź największych agencji kosmicznych, które najwięcej wydają na technologie kosmiczne. W Europie mówimy o Niemcach, Francuzach, Włochach, Brytyjczykach czy Hiszpanach, oczywiście o USA także, a zatem mówimy o europejskiej kosmicznej piątce i tych globalnych największych graczach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Polska Agencja Kosmiczna poczyniła już pierwsze kroki ku nawiązaniu współpracy z największymi graczami na rynku technologii kosmicznych. Podczas warsztatów zorganizowanych we współpracy z delegacją naukową z Niemieckiej Agencji Kosmicznej omawiano m.in. osiągnięcia technologiczne obu państw w dziedzinie monitorowania zmian klimatycznych przy wykorzystaniu danych satelitarnych.

Z kolei polska firma Astronika podjęła współpracę z NASA i opracowała próbnik kosmiczny zaprojektowany z myślą o marsjańskiej misji InSight. Dzięki penetratorowi Kret HP3, sonda będzie się mogła wgryźć w marsjański grunt i pobrać próbki z głębokości ok. pięciu metrów. Lądownik powinien dotrzeć na Marsa 26 listopada, a po dwumiesięcznym okresie przygotowawczym rozpocznie dwuletnią misję badawczą.

– Mam nadzieję, że za chwilę będziemy celebrować szczęśliwy powrót z marsjańskiej misji, na którą polska firma inżynieryjna dostarczyła wiertło, dzięki któremu urządzenia badawcze mogą się osadzić na powierzchni Marsa. To bardzo skomplikowane, niszowe i wysublimowane technologicznie rozwiązanie. Do dziś nikt nie wie, że to właśnie polska firma, podwykonawca podwykonawcy, dostarczyła to rozwiązanie. Spotykamy się z NASA, aby uświadomić, że to rozwiązanie jest dostarczone przez małego, średniego polskiego przedsiębiorcę – mówi minister.

Polska ma już pewne doświadczenia w budowie nanosatelitów. Pierwszy był studencki PW-Sat 1 w 2012 r. Kolejne satelity z konstelacji Brite powstały w Centrum Badań Kosmicznych PAN we współpracy z Kanadą i Austrią. Niedawno polska firma Creotech nawiązała współpracę z Iceye, fińską firmą założoną przez Polaka, przy integracji satelitów radarowych.

Pomyśle testy przeszedł także kolejny polski satelita, który rozpocznie swoją misję w kwietniu przyszłego roku. Firma SatRevolution zaprojektowała Światowida w oparciu wyłącznie o polską myśl technologiczną. Ta niewielka sonda została przystosowana do obserwowania powierzchni ziemi w świetle widzialnym i posłuży do monitorowania poziomu wód, zmian pogodowych oraz jakości powietrza w celu planowania przestrzennego oraz monitorowania procesów wielkoobszarowych.

Polska Grupa Zbrojeniowa podpisała także umowę partnerską z ukraińską spółką Kiev Radio Plant. Współpraca ma zaowocować wymianą doświadczeń z zakresu technologii rakietowych i ułatwić polskim firmom wejście na światowy rynek zminiaturyzowanych rakiet sondujących. W ramach współpracy obu państw powołano do życia fundusz BRIdge Alfa, działający przy Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, który będzie inwestował w polsko-ukraińskie projekty oraz technologie z sektora kosmicznego, takie jak system naddźwiękowych dronów MINI-REIS czy narzędzie do przetwarzania hydrologicznych danych satelitarnych MaxiMAPA.

– Z całą pewnością dzisiaj mamy do czynienia z rozwojem aplikacji satelitarnych. Często mówimy, że smartfon jest efektem inwestycji w politykę kosmiczną, ale również to wszystko, co w nim, a zatem aplikacje, które posługują się i dotyczą danych. Dzisiaj polskie firmy tworzą aplikacje oparte na geolokalizacji, zatem w zakresie rozwoju aplikacji satelitarnych na pewno mamy szansę na czempiona i zajęcie dobrej pozycji na rynku – dodaje Jadwiga Emilewicz.

W listopadzie odbędzie się pierwsza polska edycja Copernicus Hackathon, programu realizowanego przez Komisję Europejską do promowania start-upów rozpoczynających działalność w branży kosmicznej. Wydarzenie jest skierowane zarówno do środowisk akademickich, jak i biznesowych, wyspecjalizowanych w przetwarzaniu danych z satelitów obserwacji Ziemi, które chcą zaprezentować innowacyjne rozwiązania wykorzystujące dane satelitarne.

Spośród uczestników wyłoniony zostanie najciekawszy projekt, który weźmie udział w programie akceleracyjnym Copernicus, pomagającym pozyskiwać środki na komercjalizację badań z sektora kosmicznego.

– Rynek dzisiaj się bardzo zmienia. To już nie są ciężkie, wielkie i bardzo kosztowne satelity. Wszyscy na świecie dzisiaj mówią, że będziemy otoczeni konstelacją mikro- i nanosatelitów. Kilka lat temu studenci z Politechniki Warszawskiej wysłali PW-Sat 1. Wiosną – mamy nadzieję szczęśliwie – zostanie wysłany w kosmos PW-Sat 2, więc tutaj naprawdę otwiera się okienko możliwości dla Polski – twierdzi minister Emilewicz.

Według szacunków firmy Morgan Stanley wartość rynku technologii kosmicznych w 2040 roku może przekroczyć 1,1 bln dol.

Liczba zachorowań na raka do 2035 roku wzrośnie prawie dwukrotnie. Nowe technologie przyspieszające diagnostykę pozwolą ograniczyć śmiertelność

Liczba zachorowań na raka do 2035 roku wzrośnie prawie dwukrotnie. Nowe technologie przyspieszające diagnostykę pozwolą ograniczyć śmiertelność 3

Diagnostyka nowotworowa jest czasochłonna i skomplikowana, przez co wielu chorych traci szansę na przeżycie. WHO ocenia, że 1/3 zgonów można by uniknąć, gdyby proces ten był szybszy. Z pomocą przychodzą nowe technologie. Przykładem jest mikrosonda do wykrywania nowotworów piersi. Urządzenie spółki SDS Optic ma trafić na rynek w 2021 roku i pozwolić zmniejszyć umieralność na ten typ nowotworów o 30 proc. Tego typu rozwiązania umożliwiające przeprowadzenie mało inwazyjnych badań w czasie rzeczywistym będą potężnym przełomem w walce z nowotworami. To istotne o tyle, że według WHO liczba zachorowań na raka podwoi się w ciągu kolejnych dwóch dekad.

W obszarze, jakim są tzw. biologiczne techniki diagnostyczne w diagnostyce nowotworowej, przez kilkadziesiąt ostatnich lat nie wydarzyło się kompletnie nic. Biopsje były 50 lat temu i są do dzisiaj. Poprawiła się trochę diagnostyka laboratoryjna w obszarach mikroskopowych czy w obszarach odczynników, ale nadal ten etap pobrania tkanki, wysyłania i czekania na wyniki trwa długo i dla pacjentek jest bardzo trudny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Sagan, dyrektor ds. rozwoju i członek rady nadzorczej SDS Optic.

Jak podkreśla, poważnym problemem dla świata medycyny jest także starzenie się zawodu patologa, który analizuje w laboratorium próbki tkanek pobrane od pacjentów. Dzisiaj średnia wieku patologów w Europie Zachodniej to ponad 60 lat, a napływ nowych specjalistów do zawodu jest niewielki. Według prognoz WHO już za kilkanaście lat w Europie może zabraknąć patologów, którzy będą analizować pobierane od pacjentów tkanki.

Z opublikowanego na początku tego roku raportu NIK („Dostępność i efekty leczenia nowotworów”) wynika, że w 2017 roku mniej niż połowa szpitali wykonujących onkologiczne zabiegi operacyjne miała w swojej strukturze zakład patomorfologii. Najwyższa Izba Kontroli podkreśliła też, że w Polsce proces diagnostyki nowotworowej jest długotrwały, nieskoordynowany i przerywany długimi okresami oczekiwania – zarówno na wizytę u lekarza specjalisty, jak i na badania diagnostyczne i ich wynik.

Zdaniem dyrektora ds. rozwoju SDS Optic nowe technologie, które umożliwią przeprowadzenie bezbolesnego, mało inwazyjnego badania w czasie rzeczywistym będą potężnym przełomem w diagnostyce i walce z nowotworami.

– Każdy lekarz ucieszyłby się, mogąc zdiagnozować pacjentkę u siebie w gabinecie, bez konieczności pobierania od niej próbki, wysyłania i czekania kilka tygodni na wynik. Jeżeli lekarz onkolog otrzyma taki wynik biopsji czy histopatologii przykładowo po trzech tygodniach, to on niestety nie wie, co się z jego pacjentką aktualnie dzieje, ponieważ złośliwe nowotwory potrafią być bardzo mocno przerzutowe już po kilku tygodniach – mówi Mateusz Sagan.

Rak piersi to najczęstszy nowotwór występujący u kobiet. Na całym świecie każdego roku notuje się ok. 1,7 mln przypadków i około pół miliona zgonów. W Polsce każdego roku rak piersi jest diagnozowany u ok. 12 tys. kobiet. Połowa z nich (ok. 6 tys.) umiera, ponieważ choroba jest wykrywana zbyt późno. U ok. 5–10 proc. pacjentek nowotwór rozpoznawany jest dopiero wówczas, gdy choroba daje przerzuty do innych organów.

Mikrosonda do wczesnego wykrywania raka piersi, którą rozwija SDS Optic, ma usprawnić proces diagnostyki i zredukować umieralność z powodu raka piersi o 30 proc. Urządzenie wyklucza potrzebę pobierania od pacjentki tkanek do badania, a precyzyjny wynik lekarz i pacjentka poznają w kilkanaście minut. Spółka ma już gotowy prototyp urządzenia, a na rozwój wynalazku pozyskała grant w wysokości blisko 4 mln euro z programu realizowanego przez Komisję Europejską. Wcześniej otrzymała też 3 mln zł dofinansowania z funduszu INNOventure. Według wcześniejszych zapowiedzi mikrosonda ma trafić na rynek w 2021 roku.

Potężnym wyzwaniem w leczeniu chorób cywilizacyjnych jest wczesna diagnostyka i jej czas. WHO twierdzi, że 1/3 osób umierających co roku na raka dałoby się uratować, gdyby ta diagnostyka była szybsza. Ponieważ każdego roku na świecie z powodu różnego rodzaju nowotworów umiera ponad 8 mln ludzi – to oznacza, że prawie 3 mln moglibyśmy uratować, gdyby diagnostyka była szybsza – mówi dyrektor ds. rozwoju i członek rady nadzorczej SDS Optic.

Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów każdego roku w Polsce diagnozę nowotworową słyszy około 160 tys. pacjentów (w 2015 roku liczba zachorowań wyniosła 163,3 tys.), z których 100–110 tys. umiera. Według danych przytaczanych przez NIK rak jest w Polsce drugą najczęstszą przyczyną zgonów, zaraz po chorobach układu krążenia (w 2015 r. ponad 27 proc. zgonów mężczyzn oraz prawie 24 proc. wśród kobiet). Od 1999 roku liczba zachorowań na nowotwory w Polsce zwiększyła się o 46 proc., a liczba zgonów – o 23,2 proc.

Skuteczność leczenia onkologicznego Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów UE. Uśredniony pięcioletni odsetek przeżyć wśród pacjentów chorych na nowotwór wynosi ok. 43 proc. i jest niższy niż w krajach zachodnioeuropejskich. W 2015 roku koszty chorób nowotworowych dla polskiej gospodarki przekroczyły 17 mld zł, przy czym koszty opieki i leczenia stanowiły mniej niż połowę tej kwoty. Z szacunków wynika, że do 2025 r. zachorowalność na choroby onkologiczne wzrośnie o ponad 25 proc., a nowotwory staną się wówczas główną przyczyną zgonów w Polsce.

Podobny trend obserwuje się na świecie. Każdego roku diagnozuje się około 14 mln zachorowań i ponad 8 mln zgonów spowodowanych chorobami nowotworowymi. Według prognoz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC), która jest agendą WHO, liczba pacjentów z chorych na raka będzie skokowo rosnąć. W 2030 roku wzrośnie już do 22 mln, a w 2035 – do 24 mln.

Zmienia się rola kobiet w nowych technologiach. Widać to także w Polsce

Zmienia się rola kobiet w nowych technologiach. Widać to także w Polsce 4

W Polsce na 1,2 mln naukowców i inżynierów 600 tys. to kobiety. Jak pokazuje raport „Kobiety w IT i TECH 2018”, na tle innych krajów wypadamy bardzo dobrze. W całej Europie wśród 17 mln inżynierów i naukowców 7 mln to kobiety. Szacuje się, że włączenie większej liczby kobiet, pobudziłoby znacząco ten rynek, który cierpi na brak wykwalifikowanych pracowników.

– Kobiety mogą bardzo dużo dać tej branży, mogą ją wzbogacić ilościowo, a niedobór specjalistów, ekspertów czy po prostu pracowników w branży IT jest bardzo dotkliwy, na każdym odcinku, na odcinku jednej firmy, całego państwa, Europy i świata. Po drugie wydaje się, że kobiety mają pewien specyficzny potencjał społeczny i bardzo odpowiedzialnie myślą o przyszłości świata, o swojej przyszłości, o swoim otoczeniu, więc jeżeli one będą mocniej zaangażowane w ten odcinek tworzenia rozwiązań pewnych problemów cywilizacji za pomocą technologii, to być może ten świat będzie zmierzał też w trochę lepszym kierunku niż dotychczas – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Biznes dr Bianka Siwińska, dyrektor zarządzająca Fundacji Edukacyjnej Perspektywy.

Jak pokazuje „Raport Women in IT”, 53 proc. pracownic firm IT w Polsce uważa, że kobiecie jest trudniej niż mężczyźnie poradzić sobie w tej branży. Jako najważniejszy powód gorszych perspektyw podają one panujące stereotypy i przekonanie o tradycyjnych rolach społecznych kobiet. Połowa pracowniczek IT uważa, że mężczyźni osiągają wyższe wynagrodzenie za tę samą pracę.

Według raportu „Kobiety w IT i TECH 2018” tylko w Europie w branży brakuje miliona specjalistów. Jak podaje Komisja Europejska, tylko dzięki kobietom PKB ma szansę rosnąć o 16 mld euro rocznie.

– Rynek pracy bardzo potrzebuje kobiet, czeka na nie i bardzo cieszy się każdą inżynierką, a programistki wręcz są rozchwytywane na pniu, natomiast też jest zjawisko dyskryminacji w branży. Często widać, dziewczyny same o tym mówią, że cały czas są traktowane dziwnie, że otoczenie bardzo zmaskulinizowane w pewien sposób działa nie przygnębiająco, 53 proc. dziewczyn według raportu odczuwa pewną dyskryminację w miejscu swojej pracy, dziewczyn, które pracują w IT – dodaje dr Bianka Siwińska.

Udział kobiet wśród studentów kierunków informatycznych w Polsce wynosi 14,3 proc. Wzrósł on w stosunku do roku poprzedniego o jedną ósmą. Jest to historycznie największy wzrost w tej dziedzinie. Co ważne, liczba studentek informatyki rośnie w tej chwili dwa razy szybciej niż studentów płci męskiej. Zainteresowanie tym obszarem wśród młodych Polek najwyraźniej się zwiększa. Rodzi się trend, który za kilka lat będzie miał wpływ na rynek pracy w nowych technologiach w Polsce.

– Przede wszystkim obecnie cały świat się cyfryzuje i zapotrzebowanie na specjalistów w obszarze IT, obszarze informatyki, telekomunikacji jest olbrzymie i nie jesteśmy w stanie go zaspokoić, dlatego tak ważne jest, żeby potencjał połowy społeczeństwa, jakim są kobiety, uruchamiać. Tu już nie chodzi o płeć, tylko chodzi o to, żeby więcej zdolnych ludzi w tych obszarach działało. W tym momencie w Polsce brakuje nam 50 tys. specjalistów, w Europie 1 mln specjalistów, a do roku 2050 w Europie powstanie kilka milionów nowych miejsc pracy w tym obszarze, dlatego nie możemy sobie pozwolić na to, żeby lekceważyć i nie używać potencjału kobiet w tym segmencie rynku.

Polskie dzieci za mało ćwiczą i źle się odżywiają. Regularna aktywność fizyczna może zadecydować o ich sukcesie w przyszłości

Polskie dzieci za mało ćwiczą i źle się odżywiają. Regularna aktywność fizyczna może zadecydować o ich sukcesie w przyszłości 5

Ponad 25 proc. dzieci w wieku 12–13 lat, które nie mają żadnej dodatkowej aktywności fizycznej poza lekcjami WF-u, ma nieprawidłową masę ciała. Projekt badawczy HASHzacznijodlekkiej przeprowadzony wśród polskich nastolatków wykazał, że regularne ćwiczenia fizyczne są zarówno kluczem do zdrowia fizycznego, jak i osiągnięcia sukcesu w przyszłości. Zdaniem ekspertów w tej kwestii jednak dużo jest jeszcze do zrobienia. Konieczna jest także zmiana sposobu odżywiania. W jadłospisie dzieci brakuje bowiem warzyw i owoców, a dominują cukry proste.

HASHzacznijodlekkiej to projekt, który został przeprowadzony przez Wydział Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie, Polski Związek Lekkiej Atletyki (PZLA) oraz Nestlé Polska. Badaniem objęto ponad tysiąc nastolatków – dziewcząt i chłopców w wieku 12–13 lat z różnych regionów kraju. Połowa z nich uczestniczyła w programie Lekkoatletyka dla każdego (LDK).

– W 2017 roku postanowiliśmy sprawdzić, jaki wpływ ma regularna aktywność fizyczna na kondycję i wzrost nastolatków w Polsce. W ramach projektu badawczego HASHzacznijodlekkiej porównaliśmy dzieci, które aktywnie uczestniczą w programie edukacyjnym Lekkoatletyka dla każdego z ich kolegami w tym samym wieku i z tego samego miejsca zamieszkania, które nie ćwiczą w żadnym tego typu programie. To był cel badania – sprawdzić, jaki jest wpływ regularnej aktywności fizycznej na nastolatków, na ich ciało, na kondycję – mówi agencji informacyjnej Newseria Blanka Mellova, kierownik Centrum ds. Żywienia, Zdrowia i Wellness w Nestlé Polska.

Nastolatki były porównywane między innymi pod kątem budowy ciała i sprawności fizycznej, sposobu odżywiania oraz kompetencji społeczno-emocjonalnych. Badanie potwierdziło, że uprawianie sportu pomaga w utrzymaniu prawidłowych parametrów fizycznych, w tym m.in. masy ciała i obwodu talii. U ok. 80 proc. ćwiczących w ramach LDK były one w normie. Pod względem wydolności fizycznej lepiej wypadła młodzież z dużych miast – zarówno ćwicząca, jak i niećwicząca. Przeczyłoby to zatem powszechnemu przekonaniu, że w mniejszych miejscowościach żyje się aktywniej.

– Tylko niecałe 9 proc. dzieci, które regularnie ćwiczą dwie godziny tygodniowo, ma nieprawidłową masę ciała, mówimy tutaj o nadwadze i otyłości. Natomiast wśród dzieci, które nie ćwiczą regularnie poza zajęciami WF w szkole, ten odsetek wynosi 25,5 proc., czyli co czwarty nastolatek ma nieprawidłową masę ciała – mówi Blanka Mellova. – U polskich nastolatków od dekad obserwujemy ciągły wzrost stosunku masy ciała w porównaniu do wzrostu. Jeżeli porównujemy to do danych europejskich, to Polska jest mniej więcej w środku stawki. Nie należymy do państw, gdzie ten odsetek jest bardzo duży.

Z badania wynika, że aktywność fizyczna nie zawsze idzie w parze z prawidłowym odżywianiem. Pomimo teoretycznie wyższej świadomości na temat jego roli, u młodzieży ćwiczącej w ramach LDK regularne uprawianie sportu nie przekłada się na przestrzeganie właściwych nawyków żywieniowych. Obie badane grupy nastolatków przede wszystkim spożywają za dużo cukrów prostych. Ale to nie są ich jedyne grzechy żywieniowe.

– Najważniejszy z nich jest taki, że jedzą za mało warzyw – tylko trzy porcje dziennie, a rekomendowanych jest pięć. Poza tym piją za mało mleka – tylko jedną porcję dziennie, a rekomendowane są trzy – mówi Blanka Mellova.

Dlatego też duże zadanie stoi przed rodzicami, którzy od wczesnych lat życia dziecka powinni kształtować w nim prawidłowe nawyki żywieniowe.

– To rodzic decyduje o tym, co dziecko ma w swoim tornistrze jako drugie śniadanie, co zje na obiad czy kolację. Będzie to bardzo ważnym zadaniem dla nas, żeby dotrzeć do rodziców. Program edukacyjny Lekkoatletyka dla każdego skupia się również na budowaniu odpowiednich nawyków żywieniowych wśród dzieci – mówi Blanka Mellova.

Eksperci tłumaczą, że życiowy sukces pomagają osiągnąć m.in. otwartość, umiejętność pracy w zespole, wiara we własne możliwości i realizację zamierzonych celów. A z badania wynika, że regularne uprawianie sportu kształtuje i wzmacnia tzw. profil mistrza. Charakteryzowało się nim 30 proc. osób ćwiczących w ramach LDK – to o 8,5 pkt proc. więcej niż w grupie niećwiczącej.

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje rynek marketingu i reklamy. Pozwala precyzyjnie trafiać z przekazem do klientów

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje rynek marketingu i reklamy. Pozwala precyzyjnie trafiać z przekazem do klientów 6

Do internetu rzeczy podłączonych jest coraz więcej urządzeń, które codziennie wysyłają coraz więcej cennych danych, zwłaszcza pod kątem marketingowym. Wyzwaniem dla marketerów pozostaje ich opracowanie, by profilować oferty i reklamy pod konkretnych klientów. Kluczowe w tym procesie ma być wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które pozwoli trafiać z przekazem do konkretnych klientów w odpowiednim czasie, np. przez wysłanie powiadomienia na smartfona o promocji podczas wizyty w sklepie. W prezentacji ofert klientom pomaga także technologia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości.

– Wykorzystanie sztucznej inteligencji pozwoli właścicielom marek lepiej sprofilować i usprawnić przekaz. Będzie też miało spory wpływ na budżet marketingowy. To ogromna szansa dla marek, choć wymagająca dostępu do odpowiedniej technologii, posiadania analityków danych, wybitnych ekspertów od mediów i sporej wiedzy w zakresie customer journey w ramach firmy i poza nią. Takie firmy jak Amazon czy Alibaba już wykorzystują dane do profilowania i projektowania doświadczenia klienta. W niedalekiej przyszłości to będzie coś absolutnie kluczowego dla marek – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tanguy Pincemin z Dunnhumby.

Przykładem wykorzystania danych do sporządzania ofert marketingowych mogą być beacony, które działają np. w centrach handlowych. W momencie gdy klient przechodzi obok takiego urządzenia umieszczonego w sklepie, na smartfonie włącza się specjalna aplikacja. Za jej pośrednictwem klient jest informowany o promocjach w danym sklepie. Identyfikacja konkretnego użytkownika może dać dostęp do historii jego transakcji, co pomaga jeszcze bardziej spersonalizować ofertę, na przykład poprzez udzielenie rabatu.

– Analityka danych pozwala marketingowcom dobrać najlepszy możliwy przekaz i w najlepszym możliwym momencie dostarczyć go do najbardziej obiecującego klienta. Oznacza to, że z punktu widzenia właścicieli marek, marketing prawdopodobnie stanie się bardziej efektywny. Z kolei po stronie klientów, kontakt z reklamą będzie bardziej płynny. Skoro korzystają na tym obie strony, zarówno klienci, jak i marki, taka zmiana jest czymś pozytywnym –przekonuje Tanguy Pincemin.

Szczególnie duże oczekiwania marketingowcy wiążą ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Boty, czyli programy wykonujące czynności w zastępstwie człowieka i posługujące się tekstem lub ludzkim głosem, są wykorzystywane przez firmy na stronach internetowych, w aplikacjach, a także w mediach społecznościowych. Dzięki nim możliwe jest zapewnienie klientom wsparcia w zakresie najczęściej zadawanych pytań o dowolnej porze i z dowolnego miejsca bez wykorzystywania zasobów ludzkich.

Kolejnym poziomem w marketingowej komunikacji mogą być asystenci głosowi. Za pomocą Alexy, Asystenta Google czy Siri lub Cortany można m.in. sprawdzić pogodę, zrobić zakupy, porównać cenę jakiegoś towaru czy umówić wizytę lekarską. Za pomocą komend głosowych wydawanych asystentom głosowym dokonało zakupów 57 proc. posiadaczy inteligentnych głośników dostarczanych przez Amazona i Google. Zdaniem specjalistów wyzwaniem dla marketingowców będzie w najbliższej przyszłości wykorzystanie sztucznej inteligencji już nie tylko do bezbłędnej obsługi klienta, lecz także sporządzania dla niego spersonalizowanych ofert.

– Obecnie właściciele marek próbują zrozumieć, w jaki sposób mogą wykorzystać technologie cyfrowe do budowania najwyższej klasy doświadczenia klienta. Nie jest to łatwe, ponieważ możliwości świata cyfrowego są dla wielu z nich nowością. Poza tym wiążą się one z interakcją z klientami na różnych urządzeniach i poprzez szereg różnych kanałów komunikacji. Wymaga to zrozumienia zasady działania wszystkich tych kanałów, a następnie opracowania takiej platformy marketingowej, która pozwoli na przesyłanie odpowiednich wiadomości lub odpowiednich ofert na właściwe urządzenia – tłumaczy ekspert.

Marketerzy z powodzeniem wykorzystują także technologię wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Marka Volvo przy promocji modelu XC90 wykorzystała gogle Google Cardboard do wizualizacji jazdy próbnej. Z kolei Ikea proponuje możliwość wykorzystania rozszerzonej rzeczywistości do sprawdzenia, czy dany mebel dobrze komponuje się z wnętrzem mieszkania klienta.

Do internetu podłączanych jest coraz więcej urządzeń, które zbierają coraz więcej danych. Według Forbesa światowy rynek IoT wzrośnie z niemal 160 mld dol. w 2016 roku do niemal 460 mld dol. w roku 2020 przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 28,5 proc. W efekcie firmy będą miały możliwość sięgnięcia po jeszcze większe zasoby danych, by uzyskać lepsze wyniki sprzedaży.

– Około 90 proc. wszystkich naszych danych zebraliśmy w okresie ostatnich dwóch lat. Oznacza to, że mamy coraz większy zasób do wykorzystania. Każdego dnia tych danych będziemy produkować coraz więcej, korzystając z naszych smartfonów i całego mnóstwa innych urządzeń podłączonych do sieci. Dzięki temu będziemy mogli jeszcze bardziej poprawiać komunikację z naszymi klientami tak, byśmy mogli trafiać do nich z odpowiednim przekazem w odpowiednim momencie – mówi Tanguy Pincemin.

Według analityków MarketsandMarkets rynek sztucznej inteligencji w marketingu do 2025 r. osiągnie wartość ponad 40 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie blisko 30 proc. średniorocznie.

Stabilizacja notowań kursów EUR/PLN oraz EUR/USD

Wstępny odczyt PKB strefy euro za III kwartał spadł z 2,2% do 1,7%, październikowy wskaźnik sentymentu gospodarczego kolejny raz obniżył się (ze 110,9 do 109,9), a na dodatek również główne koło zamachowe eurolandu, czyli gospodarka niemiecka, również zaczęła okazywać oznaki hamowania (realna sprzedaż detaliczna z Niemiec zaskoczyła in minus i we wrześniu spadła aż o -2,6% w skali rok do roku wobec oczekiwań na poziomie 0,9% oraz 1,5% poprzednio w sierpniu). Na tym tle rynki zaczęły oczekiwać, że to wszystko będzie miało również swoje przełożenie na piątkowy polski odczyt PMI sektora wytwórczego za październik i zaczęły osłabiać złotego wobec euro windując do środy kurs EUR/PLN do poziomu 4,3475 (maksimum tygodnia).

Pomoc dla złotego przyszła zza oceanu. Rozmowa telefoniczna Trump-Jinping przyniosła na tyle wyraźną poprawę nastrojów na linii USA-Chiny, że rynki zaczęły optymistyczniej postrzegać możliwość zażegnania sporu handlowego między obydwoma mocarstwami gospodarczymi. Co prawda nie padły, żadne wiążące deklaracje, gdyż Chiny cały czas domagają się równouprawnienia, premier Chin proponuje kompromis w postaci „spotkania się w połowie drogi” żądań USA, a doradca ekonomiczny Białego Domu ostrzega, że brak porozumienia będzie oznaczał zwiększone tempo nakładania ceł na chińskie towary, jednak rynki zareagowały pozytywnie. Globalny wzrost apetytu na ryzyko spowodował umocnienie euro wobec dolara (EUR/USD odbił od ważnego technicznie poziomu 1,13) a złoty zaczął odzyskiwać wcześniejsze straty wobec tych obu walut.

W końcówce ubiegłego tygodnia złotemu pomogły również dane Caixin PMI sektora wytwórczego z Chin, które wbrew oczekiwaniom rynków nie spadły poniżej poziomu 50 oddzielającego ekspansję od recesji (50,1 wobec oczekiwanych 49,9 oraz 50 poprzednio), oraz lepszy od oczekiwań odczyt polskiego wskaźnika PMI sektora wytwórczego (50,4 wobec oczekiwanego 50,1 oraz 50,5 poprzednio). W tych okolicznościach dobrym nastrojom na rynkach nie zaszkodziły mocne dane z amerykańskiego rynku pracy (NFP wzrosło do 250 tys. wobec oczekiwań na poziomie 183 tys. oraz 113 tys. we wrześniu).

W tym tygodniu oczekujemy stabilizacji notowań kursów EUR/PLN oraz EUR/USD. Ani posiedzenie RPP ani FOMC nie powinny przynieść raczej żadnych nowych informacji, które w obliczu braku ważniejszych danych makroekonomicznych mogłyby silniej wahnąć wspomnianymi parami walutowymi w jednoznacznym kierunku.

Wykres dnia: Umocnienie juana do dolara w rezultacie poprawy nastrojów na linii USA-Chiny pomogło spaść kursowi EUR/PLN.

Umocnienie juana do dolara
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Żródło: Jarosław Kosaty / PKO Bank Polski

Cyfryzacja w edukacji a kwestia e-learningu

Powszechność urządzeń mobilnych i dostęp do szybkiego Internetu, umożliwiające naukę z dowolnego miejsca i o każdej porze, stały się jednym z głównych czynników rozwoju edukacji. Potencjał e-learningu wciąż jednak wykorzystujemy zaledwie w ułamku procenta.

– Według klasycznej literatury SF, ludzie naszej epoki mieli nabywać pożądane umiejętności i wiedzę poprzez zażycie odpowiednich „uczących” pastylek albo wlewając informacje wprost do mózgu przy pomocy skomplikowanych maszyn. Wciąż daleko nam do tych wizji, ale nie próżnujemy. Digitalizacja to obecnie jeden z najważniejszych trendów w edukacji, a wartość rynku e-learningu na świecie szacuje się już na ok. 200 mld dol[1]. – mówi Robert Paszkiewicz, Dyrektor Sprzedaży w OVH Polska, dostawcy usług w chmurze.

Z danych wynika, że cyfryzacja stabilnie postępuje, tak w sektorze prywatnym, jak i publicznym. Zresztą, digitalizacja to jedno z ważniejszych zagadnień, o których stale mówi się w kontekście uniwersytetów przyszłości[2]. Jak natomiast prezentuje się teraźniejszość?

Uniwersytet, nowoczesność… i stara szafa (serwerowa)

Jak co roku wraz z początkiem roku akademickiego wracają problemy z systemami IT, zbudowanymi z myślą o ułatwieniu wielu administracyjnych kwestii, np. takich jak zapisy na zajęcia.

Jeden z najstarszych funkcjonujących w Polsce systemów – USOS (lub USOSweb), czyli Uniwersytecki System Obsługi Studiów, powstał niespełna 20 lat temu i zapoczątkował cyfryzację polskich uczelni. Zaprojektowano go tak, by towarzyszył studentom od momentu rekrutacji na studia, aż do uzyskania dyplomu. Opanowanie jego obsługi powinno być zatem jedną z pierwszych nowo nabytych umiejętności każdego studenta. Z założenia, system miał uprościć życie studentów, umożliwiając im załatwienie większości spraw związanych ze studiami przez Internet, z pominięciem konieczności stania w kolejkach do dziekanatu. W praktyce, prawie co drugi student negatywnie ocenia działanie cyfrowej administracji[3].

W przypadku USOS-a, studenci narzekają m.in. na system migracji danych. Pojawiają się zarzuty, że aktualizacja baz danych wykonywana raz na dobę uniemożliwia śledzenie zmian na indywidualnych kontach w czasie rzeczywistym. Jest jednak jeszcze inna wada, którą wytykają użytkownicy systemu. Najpoważniejszym zarzutem wobec USOS-a jest jego zawodność podczas elektronicznych zapisów na zajęcia i egzaminy. W momencie, w którym studenci mają zdecydować o kształcie swojego planu zajęć na najbliższy semestr, system przestaje płynnie działać. O powodzeniu zapisów decyduje natomiast przypadek[4].

Bolączką tego typu systemów do administrowania jest brak skalowalności zasobów – tłumaczy Robert Paszkiewicz, OVH Polska. – Nawet dobrze zaprojektowany system, który z powodzeniem obsługuje dziennie dziesiątki tysięcy zapytań, może odmówić posłuszeństwa, kiedy w przeciągu kilku sekund od startu zapisów, stara się z niego skorzystać jednocześnie kilka tysięcy studentów. Od strony technicznej przypomina to trochę atak DDoS w skali mikro.

E-learning w szkolnictwie – mile widziany gość

Informatyzacja uczelni jest realizowana dwojako – nie tylko poprzez umożliwienie studentom administracji studiami przez Internet, ale także poprzez przeniesienie części zajęć do środowiska cyfrowego. W tym celu powstały uczelniane platformy edukacyjne, takie jak Centrum Otwartej i Multimedialnej Edukacji Uniwersytetu Warszawskiego (platforma COME UW) czy Centrum Zdalnego Nauczania na Uniwersytecie Jagiellońskim, na których zajęcia odbywają się zdalnie, przez Internet. Edukacja w trybie online umożliwia większą elastyczność, co jest korzyścią dla studentów, którzy łączą studia z pracą lub preferują naukę online, we własnym tempie.

W e-learningu istotne jest stosowanie kompleksowych i niezawodnych rozwiązań informatycznych, które umożliwią sprawne działanie i bezpieczeństwo dedykowanych platform – dodaje Paszkiewicz.

Dzięki temu przeniesienie części zajęć lub całych studiów do Internetu staje się standardem na uczelniach z całego świata. Dzięki e-learningowi nawet studia na Harvardzie czy innych prestiżowych uczelniach stały się możliwe z każdego miejsca. Trend nauki przez internet coraz mocniej dociera także do Polski – pojawiają się oferty studiów prowadzonych całkowicie w trybie zdalnym. Mimo to jednak, według ekspertów, najważniejszym trendem w edukacji jest nie całkowite przeniesienie studiów do trybu online, ale edukacja mieszana (ang. blended learning). Rozwiązanie to łączy tradycyjne, stacjonarne metody uczenia z realizowaniem części zajęć przez internet. Blended learning ma według szacunków osiągnąć do 2020 roku wartość aż 447 mld. dol. rocznie[5]. Digitalizacja szkolnictwa nie jest zatem jedynie trendem, ale staje się standardem.

Trendy na globalnym rynku edukacji

Globalny rynek e-learningu każdego roku rośnie średnio o 5 proc., co według analityków ma skutkować tym, że w 2023 roku jego wartość przekroczy kwotę 240 mld dol[6]. Nieustannie rośnie także sektor EdTech (ang. Educational Technology, czyli sektor łączący edukację z nowoczesnymi technologiami). Według danych amerykańskiej firmy CB Insights, globalne inwestycje w startupy z sektora EdTech miały przekroczyć w 2017 roku kwotę 3 mld dol., co stanowi aż 24 proc. wzrost względem roku poprzedniego[7].

E-learning to wiedza podana w przystępnej, interaktywnej formie, ale także rozwijające się trendy, takie jak chociażby społeczne uczenie się (ang. Social Learning, SL) czy nauka przy użyciu technologii bezprzewodowych (ang. Mobile Learning, ML). Mimo, że te zjawiska te nie są niczym nowym, uważa się jednak, że dopiero teraz technologia staje się na tyle dojrzała, by można korzystać w pełni z jej możliwości, nie tylko na użytek własny, ale także chociażby w środowisku pracy.

Na znaczeniu zyskuje również microlearning, czyli przyswajanie małych partii materiału w postaci skondensowanych, przydatnych treści, które można opanować w kilka minut, z każdego urządzenia z dostępem do Internetu. Coraz większą popularnością cieszą się również otwarte kursy online (ang. Massive Open Online Course, MOOC), czyli ogólnodostępne szkolenia osadzone na platformach internetowych, do których największych należy chociażby Coursera. Trend ten wspierają nie tylko uczelnie[8], ale także największe firmy na świecie, które nie ograniczają się do inwestowania we własne platformy do rozwoju pracowników, ale także finansują szkolenia pracowników na zewnętrznych platformach. Przykładem może być firma Yahoo, która zwraca pracownikom koszty ukończenia płatnych kursów na takich platformach MOOC, jak wyżej wspomniana Coursera[9].

E-learning przyszłości to koniec e-learningu jaki znamy

Edukacja przyszłości naturalnie wchłania technologiczne nowości – coraz większe znaczenie w e-learningu zyskuje wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości (ang. Virtual Reality, VR) i rzeczywistości rozszerzonej (ang. Augmented Reality, AR). Umożliwiają one kreowanie edukacyjnych środowisk poprzez łączenie elementów symulujących realny świat z fikcyjną warstwą szkoleniową. Umożliwia to przećwiczenie różnorodnych scenariuszy w kontrolowanych warunkach. Dlatego technologie te powoli, ale z powodzeniem, wdraża nie tylko coraz więcej polskich uczelni, ale i innych jednostek szkoleniowych.

– Obecnie e-learning nie jest jednak narzędziem tak doskonałym, jak mógłby być. Internet i rozbudowane aplikacje do nauki online dają nieograniczone możliwości, ale wciąż nie wykorzystujemy w pełni jego potencjału. – zauważa Robert Paszkiewicz, OVH Polska.

Znawcy tematu uważają, że barierą leżącą na drodze do powstania „e-learningu idealnego” są koszty i znaczące nakłady pracy, których wymagałoby zaangażowanie uczenia maszynowego (ang. Machine Learning, ML) czy głębokiego uczenia się (ang. Deep Learning, DL). Według badań przeprowadzonych przez firmę konsultingową Chapman Alliance, opracowanie jednej godziny treści e-learningowej może zająć od 49 aż do 125 godzin. W porównaniu z 22 do 82 godzin, które zajmuje szkolenie prowadzone przez instruktora, koszty w fazie tworzenia obu tych form edukacji znacząco się różnią[10].

E-learning nie powinien być jedynie przeniesieniem materiału szkoleniowego do internetu, ale zastosowaniem możliwości, które otwiera nam sztuczna inteligencja, albo system adaptive learning, który rozpozna postępy użytkownika i zmodyfikuje tryb nauki oraz przyswajany materiał indywidualnie. To właśnie indywidualizacja oraz personalizacja nauczania istotnych treści z akcentem na te, których nie są i nie będą w stanie pojąć maszyny, są przyszłością e-learningu – podsumowuje Paszkiewicz.

[1] https://bloomlearningtechnologies.co.nz/file/whitepapers/Docebo-eLearning-Trends-for-2018.pdf

[2] http://outsourcing.com.pl/project-management/252/2-3-naukowcow-przekonanych-ze-wspolpraca-uczelni-i-biznesu-to-priorytet/#_ftn1

[3] http://nzs.org.pl/wp-content/uploads/downloads/Raport%20-%20Cyfryzacja%20na%20uczelniach.pdf

[4] Odpowiedź twórców USOS-a na stawiane zarzuty: https://usosownia.uw.edu.pl/node/897

[5] http://beta.grzegorzmazurek.pl/wp-content/uploads/2017/05/ADL_Future_of_higher_education.pdf

[6] https://bloomlearningtechnologies.co.nz/file/whitepapers/Docebo-eLearning-Trends-for-2018.pdf

[7] https://www.cbinsights.com/research/ed-tech-startup-funding-deals-dollars/

[8] http://beta.grzegorzmazurek.pl/wp-content/uploads/2017/05/ADL_Future_of_higher_education.pdf

[9] https://bloomlearningtechnologies.co.nz/file/whitepapers/Docebo-eLearning-Trends-for-2018.pdf

[10] https://elearningindustry.com/artificial-intelligence-will-shape-elearning;

Europejski Tydzień Umiejętności Zawodowych (5-9 listopada 2018 r.)

Europejski Tydzień Umiejętności Zawodowych jest w tym roku organizowany jest przez Komisję Europejską pod hasłem „Odkryj swój talent”. Celem inicjatywy skierowanej do pracodawców i instytucji szkoleniowych jest zachęta do kształcenia i szkoleń zawodowych. Z badań Eurostat wynika, że Polska wciąż jest w ogonie Europy pod względem uczenia się osób dorosłych – jesteśmy na piątym miejscu od końca. Za nami są tylko Słowacja, Chorwacja, Bułgaria i Rumunia. Przodują zaś kraje skandynawskie ze Szwecją na czele.

Mimo, że europejskie badania sytuują Polskę na szarym końcu pod względem kształcenia i szkoleń zawodowych, dużo bardziej optymistycznie pokazują to najnowsze wyniki badania Bilansu Kapitału Ludzkiego 2018 (PARP)[1]. Według nich prawie 80 % (dokładnie 76,6) dorosłych Polaków  rozwija swoje kompetencje zawodowe ucząc się w szkołach, na studiach, kursach i szkoleniach. Polacy uczą się też samodzielnie, coraz częściej wykorzystując do tego Internet a także książki i prasę.

– Oferta szkoleń na rynku wciąż się powiększa dzięki dostępnym środkom unijnym, jednak wielu właścicieli mikro i małych firm nadal zbyt mało uwagi poświęca konieczności inwestowania w rozwój kwalifikacji pracowników. Badania PARP pokazują, że jedynie 20 proc. pracowników rozwijało swoje kompetencje zawodowe wykonując pracę przy wsparciu innych osób czy pod ich kierunkiem w ramach mentoringu, czy coachingu – mówi Marcin Kowalski, prezes zarządu firmy szkoleniowej Human Partner.

Europejski Tydzień Umiejętności Zawodowych obchodzony jest w tym roku od 5 do 9 listopada. Jest to inicjatywa Komisji Europejskiej adresowana głównie do instytucji z sektora kształcenia i szkoleń zawodowych, ale także do dużych przedsiębiorstw, sektora MŚP oraz szkół i firm doradczych.

Główne obchody Tygodnia odbędą się w Wiedniu, a ich największą atrakcją będzie rozdanie VET Excellence Award 2018 czyli „Nagród za doskonalenie zawodowe”. Zostaną one wręczone podczas finałowej gali 9 listopada, a zwycięzców ogłosi Marianne Thyssen, komisarz UE ds. zatrudnienia, spraw społecznych, umiejętności i mobilności pracowników.

Szansę na nagrodę za skuteczny program rozwojowy dla pracowników ma m.in. wrocławska firma konsultingowo-szkoleniowa Human Partner, która została nominowana jako jedyna polska firma z sektora MŚP w kategorii „Training at Work”.

Rozwój pracowników jest wpisany w DNA naszej firmy. Doskonale wiemy, że o przewadze konkurencyjnej na rynku decydują dziś przede wszystkim ludzie oraz jakość ich kompetencji. Dlatego niezwykle cieszymy się z nominacji do tej nagrody – podkreśla Marcin Kowalski.

Obok Human Partner do finału konkursu dostały się dwa inne zespoły z Polski w kategoriach „Teacher and Trainer” oraz „European Social Fund project”. Nagrody VET Excellence Award  są wyróżnieniem za najlepsze praktyki w kształceniu i szkoleniu zawodowym w całej Europie. Ich laureaci będą mieli prestiż stania się ambasadorami w swojej dziedzinie.

O zwycięstwie nominowanych w dużej mierze zadecydują głosy internautów. Do 7 listopada można głosować na stronie:

https://ec.europa.eu/eusurvey/runner/Awards-VET-Excellence-2018

[1] Bilans Kapitału Ludzkiego 2018 https://power.parp.gov.pl/home/bilans-kapitalu-ludzkiego-wyniki-badania

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu uwaga rynków najpierw skupi się na wynikach wyborów do Kongresu USA, gdzie wiele czynników wskazuje na odbicie przez Demokratów Izby Reprezentantów. Poza tym posiedzenia banków centralnych w Australii, Polsce, Nowej Zelandii i USA nie powinny przynieść niespodzianek. Dyskusją o tempie globalnego ożywienia wzbogacą kolejne publikacje indeksów PMI/ISM, dane z przemysłu i handlu zagranicznego.

Przyszły tydzień: wybory do Kongresu USA, FOMC, PMI i PKB z Wielkiej Brytanii, RPP, PMI i handel zagraniczny z Chin, RBA, RBNZ

USA

Wstępne wyniki głosowań, sondaże i przewidywania ekspertów jednomyślnie wskazują, że w wyborach do Kongresu (wt) Demokraci odzyskają większość w Izbie Reprezentantów, ale Republikanie utrzymają (jeśli nie wzmocnią) większości w Senacie. Spodziewany wynik nie powinien wywołać większej reakcji rynków, nawet jeśli podzielony Kongres może implikować mniej optymistyczny pogląd na perspektywy polityki gospodarczej. W większym stopniu ulgę rynkowi akcji powinno przynieść zdjęcie z rynków niepewności o wynik wyborów, a poprawa sentymentu będzie wspierać upłynnianie długich pozycji w USD. W temacie wydarzeń gospodarczych, posiedzenie FOMC (śr-czw) prawdopodobnie nie dostarczy nowych informacji. Od czasu wrześniowego posiedzenia gospodarka utrzymała solidne tempo rozwoju, dzięki czemu Fed powinien podtrzymać dotychczasowy kurs i zmierzać ku kolejnej podwyżce stóp procentowych w grudniu. Zawirowania na rynkach finansowych mogą być wymienione w komunikacie, ale opierając się o wypowiedzi niektórych członków, nie stanowią dla FOMC powodu do niepokojów.

Strefa euro

W strefie euro PMI dla usług (wt) jest tylko rewizją, a dane o sprzedaży detalicznej (śr) mają drugorzędne znaczenie. Dane o produkcji przemysłowej z Niemiec (śr) mogą być obciążone zmianami zasad emisji spalin, co wytworzyło zatory w produkcji. Ryzyka dla ożywienia w strefie euro nie są pierwszoplanowym tematem dla EUR, jednak mogą być hamulcowym odbicia przy wyciszeniu tematu włoskich finansów publicznych.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy PMI dla usług (pon), dane z handlu zagranicznego, produkcji przemysłowej i PKB (pt). Po rozczarowującym odczycie PMI z przemysłu i równie słabych danych z sektora usługowego w strefie euro, niski odczyt PMI z brytyjskiego sektora usług nie będzie zaskoczeniem. Z danymi o produkcji wiąże się ryzyko słabszego odczytu pod wpływem doniesień o gorszej postawie sektora motoryzacyjnego we wrześniu. Nie powinno to jednak zagrozić dynamice PKB za III kw., która ma wzrosnąć do 0,6 proc. k/k z 0,4 proc. w II kw. Wszytko to jednak będzie tłem dla spekulacji o szansach porozumienia między Wielką Brytanią i UE w sprawie warunków Brexitu. W ostatnich dniach optymizm ponownie się przebudził, co może być istotną siłą ciągnącą GBP wyżej.

Polska

W Polsce tydzień przynosi decyzję Rady Polityki Pieniężnej (śr), gdzie zanosi się na kolejny neutralny rezultat. Nawet mimo słabszych danych za wrzesień, jest mało realne, aby Rada decydowała się na odważne zmiany w komunikacie na podstawie odczytów z jednego miesiąca, choć nawet i wzmocnienie retoryki gołębiego skrzydła niewiele zmienia w rynkowej ocenie szans na podwyżkę. Złoty wciąż cieszy się ograniczoną zmiennością (w porównaniu do innych walut rynków wschodzących), a przy uspokojeniu na globalnych rynkach EUR/PLN powinien zbiegać do poziomu równowagi blisko 4,30.

Chiny

Dane z Chin będą przyciągać uwagę w związku z toczącą się dyskusją o spowolnienie gospodarcze pod wpływem wojny handlowej z USA. PMI z przemysłu już wskazał, że tempo ożywienia spowalnia i kolejny negatywny impuls może przyjść z danych z usług (pon). Pod lupą będą dane z handlu (czw) i dynamika eksportu, gdzie słabość będzie szybko generować spekulacje o wpływie wojen handlowych. Ogólny obraz mogą jednak ratować kolejne przecieki o działaniach wspierających chińskiego rządu, zatem i ze słabych danych mogą iść pozytywne wnioski dla sentymentu.

Australia

W Australii mamy posiedzenie RBA (wt) i publikowany później (pt) Raport Polityki Monetarnej. Stopa procentowa pozostanie bez zmian, a w komunikacie prawdopodobnie zostanie podtrzymane stanowisko, że zmiany nie są planowane w najbliższym czasie. Słabe odczyty inflacji oraz obaw o sytuację na rynku kredytowym mogą podkreślić ryzyka w raporcie, nadając mu gołębi wydźwięk. Jeśli jednak sentyment wokół Chin będzie ulegał poprawie, powinno to mieć mocniejszy wpływ na AUD niż warunki lokalne. W Nowej Zelandii RBNZ (śr) także pozostawi stopę procentową bez zmian, ale nowy zestaw prognoz może zawierać wyższe ścieżki inflacji i PKB. Bank będzie starał się utrzymać neutralny ton komunikatu, ale między wierszami rynek może doszukiwać się bardziej konstruktywnego przekazu. Widzimy potencjał do kontynuacji spadków AUD/NZD.

Kanada

Dane z Kanady w przyszłym tygodniu są drugorzędne i głównie skupione na rynku budownictwa mieszkaniowego – pozwolenia na budowę (wt) i rozpoczęte budowy (czw). Nie powinny być to figury istotnie wpływające na CAD, stąd pierwsze skrzypce będą odgrywać generalny sentyment i wahania wartości USD. Kiepski raport z rynku pracy Kanady za październik ustawia ton po negatywnej stronie dla loonie i może on w mniejszym stopniu niż inne waluty surowcowe korzystać na poprawie apetytu na ryzyko.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ceny paliw spadną poniżej 5 zł/l

Czy polscy kierowcy, narzekając na wysokie ceny paliw, zdają sobie sprawę, że benzyna w naszym kraju jest najtańsza w całej Unii Europejskiej? Na dodatek perspektywy na rok 2019 wyglądają dziś mniej pesymistycznie niż jeszcze kilka tygodni temu – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Komisji Europejskiej benzyna bezołowiowa kosztowała w Polsce pod koniec października 5,08 zł za litr, czyli 1,18 euro. To zdecydowanie poniżej średniej w Unii kształtującej się na poziomie 1,48 euro czy wartości obserwowanych we Włoszech (1,66 euro/litr). Zwykle jednak nabywcy paliw w Bułgarii oraz w Rumunii mają tańszą „95” niż Polacy. Bywa też, że niższe ceny oferują stacje na Węgrzech, a czasami nawet w bogatym Luksemburgu. Dlaczego teraz Polska stała się unijnym liderem cen tankowania?

Podatki i krótkoterminowe zaburzenia

Choć różnice pomiędzy cenami detalicznymi benzyny w Unii są znaczne, to w większości przypadków zależą one głównie od podatków nałożonych przez państwo. Ceny paliw bez VAT-u, akcyzy, opłaty paliwowej czy innych krajowych danin są podobne w całej Wspólnocie.

Obecnie średnia cena litra benzyny w detalu po wyłączeniu wszystkich obowiązkowych podatków to ok. 0,61 centów w Unii. Taniej jest w Polsce, ale ta różnica, mimo że niemal największa w historii, nie przekracza czterech eurocentów za litr na korzyść tankujących nad Wisłą.

Najczęściej jednak waha się ona w granicach 2 eurocentów, a po okresach relatywnie tańszych paliw w Polsce zwykle przesuwa się na pewien czas do zera. Przez ostatnie dwa miesiące cena benzyny była więc niższa o ok. 10 groszy na litrze, niż wynikało to z wieloletnich zależności średnich cen w pozostałych krajach Unii. Niestety, na dłuższą metę detaliści nie zrezygnują z marż. Robią to tylko okresowo, by wygładzać np. silniejsze podwyżki w hurcie. Później te chwilowe straty marży są odrabiane, gdy cena podstawowego surowca, czyli ropy naftowej, spada.

Mniej pesymizmu na rok 2019

Oczekiwane silne spadki eksportu ropy naftowej przez Iran oraz problemy w Wenezueli spowodowały, że w tym roku ropa Brent momentami przekraczała 85 dol. za baryłkę. Na początku listopada jest ona jednak o kilkanaście dolarów poniżej szczytów i niewykluczone, że rok 2019 rozpocznie się jeszcze niższymi cenami.

Przede wszystkim cieszyć może wzrost wydobycia w USA. 1 listopada EIA opublikowała miesięczne dane wydobycia ropy z USA, które pokazały, że w ciągu roku (w porównaniu do sierpnia 2017 r.) wzrost produkcji ropy w Stanach Zjednoczonych wyniósł aż 22,7 proc. (o 2,1 mln baryłek w ujęciu dziennym). Obecnie Amerykanie wydobywają aż 11,3 mln baryłek ropy (b/d) każdego dnia i są największym producentem „czarnego złota” na świecie.

Rekordowe wydobycie w USA oznacza, że Amerykanie importują mniej ropy i jej produktów ze świata, a to z kolei sygnał, że dla innych krajów pozostaje więcej tego podstawowego surowca energetycznego. Średniomiesięczny import netto od stycznia do sierpnia br. wynosił zaledwie 2,88 mln b/d. Rok temu w analogicznym okresie było to 4,18 mln b/d, a jeszcze w 2011 r. import przekraczał 8,5 mln b/d.

Pozytywnym elementem może być także fakt, że Stany Zjednoczone, według doniesień agencji Bloomberg, mogą na pewien czas dać możliwość importu ropy z Iranu. Wraz z rekordową produkcją tego surowca w USA może to zmniejszyć ryzyko zbyt małej podaży w kolejnych miesiącach, a w 2019 r. doprowadzić nawet do nadpodaży na rynku ropy i odbudowy utraconych ostatnich zapasów.

Szansa na ceny poniżej 5 zł za litr

Najbliższe tygodnie nadal będą trudne dla kierowców. Detaliści będą odrabiać stracone w ostatnich miesiącach marże, a to oznacza, że mimo spadku cen ropy naftowej i paliw benzyna bezołowiowa utrzyma się lekko powyżej granicy 5,00 zł za litr.

Więcej zapłacą tankujący samochody napędzane silnikiem Diesla. Olej napędowy pozostaje drogi na europejskim rynku hurtowym, a okres niskich marż na stacjach wyraźnie dobiegł końca. W rezultacie ON może w listopadzie utrzymywać się w przedziale 5,20-5,30 zł/litr.

Na przełomie roku 2018 i 2019 sytuacja jednak powinna się nieco poprawić. Wszystko wskazuje na to, że podaż ropy zaspokaja popyt, a w takim scenariuszu powinniśmy zobaczyć ropę Brent poniżej 70 dolarów za baryłkę. W rezultacie rośnie szansa, że zarówno ON, jak i benzyna bezołowiowa spadną poniżej granicy 5,00 zł/litr.

Rekordowe inwestycje dużych graczy w kryptowaluty

Relatywnie niska wycena kryptowalut, spore straty od początku roku oraz wyciszenie tematu w mediach nie przeszkadzają inwestorom instytucjonalnym w lokowaniu rekordowych kwot w wirtualne waluty. Czy to znak, że ich ceny niebawem ponownie wkroczą na ścieżkę wzrostu? – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Królestwo bitcoina rozciąga się na ponad połowę wartości całego rynku kryptowalut. W piątek jego wartość rynkowa względem wszystkich konkurentów wynosiła 54 proc., wg Coinmarketcap. Ostatnio królestwo jednak mocno zubożało – tylko w tym roku bitcoin stracił niemal połowę swojej wartości, a jeszcze więcej od szczytu, gdy w połowie grudnia ub.r. kosztował blisko 20 tys. dolarów. Tymczasem dziś cena jednostki to ok. 6,4 tys. dol.

Rekiny płyną na żer

Spadek ceny, jaki obserwowaliśmy w tym okresie, odzwierciedla zmniejszająca się częstotliwość wyszukiwania tematów związanych z kryptowalutami i samym bitcoinem w największej internetowej wyszukiwarce Google. Zainteresowanie inwestorów detalicznych, tych którzy właśnie w przeważającej mierze byli odpowiedzialni za astronomiczne wzrosty kryptowalut, wyraźnie opada.

Tym większe zdziwienie może wywołać fakt, że odwrotną sytuację obserwujemy wśród inwestorów instytucjonalnych, tj. dużych graczy. Jak podaje CNBC, największy fundusz inwestujący w kryptowaluty na świecie, nowojorski Greyscale Investment, notuje właśnie rekordowy napływ kapitału. Z raportu finansowego firmy wynika, że tylko w trzecim kwartale inwestycje w fundusz zwiększyły się o 81 mln dolarów, a to o 33 proc. więcej niż w poprzednim kwartale. Z tej kwoty zdecydowana większość, 70 proc., pochodziła od inwestorów instytucjonalnych, czyli m.in. funduszy hedgingowych i emerytalnych (oczywiście niepolskich).

I w tym przypadku bitcoin także królował. 73 proc. całości inwestycji w tym okresie napłynęło do produktu związanego z najpopularniejszą z kryptowalut. Greyscale zarządza już aktywami w wirtualnych walutach o łącznej wartości 1,5 miliarda dolarów. Co ciekawe, w okresie od stycznia do września br., czyli akurat w czasie gdy kryptowaluty notowały stopniowy spadek cen, do funduszu napłynęło 330 mln dol. kapitału – najwięcej w historii jego istnienia, jeżeli popatrzymy na napływ kapitału od stycznia do końca września w poprzednich latach.

Ostrożności nigdy za wiele

Wydaje się więc dosyć jasne, że cenowe spadki inwestorzy instytucjonalni postrzegają jako dobrą okazję do zwiększenia ekspozycji na kryptowaluty. To z kolei może być sygnałem, że wyczekiwany wzrost cen jest tuż za rogiem. Może, bo kryptowaluty standardowym aktywem nie są i cały czas nierozwiązane pozostają kwestie regulacyjne czy zastosowania.

A zdrowego sceptycyzmu daleko szukać nie trzeba. BlackRock, który ma pod swoja wodzą aktywa o wartości 1,5 bilionów dol., nie zamierza angażować się w kryptowaluty i uruchamiać opartego o nie funduszu ETF.

Wprawdzie Larry Fink, prezes BlackRock, nie wykluczył takiej możliwości definitywnie, ale dodał, że wszystko zależy od wprowadzenia regulacji. “Ostatecznie musiałyby być poparte przez jakiś rząd” – powiedział w wywiadzie dla CNBC. “Nie czuje tego, by jakikolwiek rząd miał na to zezwolić, jeżeli nie będzie miał pojęcia, gdzie te pieniądze płyną, w związku z unikaniem podatków czy innymi kwestiami” – dodał.

Trend napływu coraz większej ilości kapitału do największego funduszy kryptowalutowego może być pozytywnym znakiem, ale należy również zachować dawkę sceptycyzmu. Kwoty inwestowane w kryptowaluty są cały czas relatywnie niewielkie. Wspomniany największy fundusz kryptowalut na świecie jest ciągle tysiąc razy mniejszy od największego funduszu zarządzającego tradycyjnymi aktywami.

Na początku 2019 r. spodziewamy się małego „paraliżu” na rynku nieruchomości

Z powodu likwidacji użytkowania wieczystego i przekształceniem go w prawo własności lub współwłasności, rynkowi mieszkaniowemu grozi na początku roku paraliż, którego skala trudna jest do ocenienia. Wszystko przez to, że bez zaświadczenia od dotychczasowego właściciela gruntu, mieszkanie nie będzie mogło zmienić właściciela. A na wydanie zaświadczenia, urzędy będą miały cztery miesiące.

Zgodnie z ustawą „o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności tych gruntów” 1 stycznia 2019 r. 2,5 mln gospodarstw domowych zostanie właścicielami lub współwłaścicielami gruntu, na którym mieszkają. Nie trzeba składać żadnych wniosków, gdyż przekształcenie zostanie przeprowadzone automatycznie. Dotychczasowi użytkownicy wieczyści otrzymają zaświadczenie pocztą (na adres, który wskazali w ewidencji gruntów i budynków) w ciągu roku od dnia przekształcenia. Chyba że będą wnioskować o wcześniejsze wystawienie dokumentu – wówczas urząd będzie miał na to cztery miesiące.

Po co ktoś miałby wnioskować o wydanie zaświadczenia przed czasem? Chęć poznania wysokości opłaty przekształceniowej i wysokości bonifikaty za jednorazową spłatę to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że taki dokument będzie trafiał też do sądu prowadzącego księgi wieczyste i będzie podstawą ujawnienia prawa własności gruntu w KW oraz ewidencji gruntów i budynków.

Ujawnienie prawa własności gruntu w księdze wieczystej jest bowiem niezbędne do tego, by sprzedać nieruchomość na danym gruncie położoną. Bez tego notariusz nie ma podstawy do przygotowania transakcji.

– Istnieje więc ryzyko, że handel mieszkaniami i domami położonymi na działkach, które dziś są w użytkowaniu wieczystym, będzie na początku przyszłego roku utrudniony – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker. – To od sprawności działania i dobrej woli urzędników zależeć będzie, czy uda się sprzedać mieszkanie.

W negatywnym scenariuszu, osoba składająca wniosek o zaświadczenie o przekształceniu 4 stycznia 2019 r., otrzyma ten dokument na początku kwietnia. Szybka sprzedaż nieruchomości będzie wówczas niemożliwa. Jeśli kupującemu będzie się śpieszyć, poszuka innego mieszkania, a sprzedający zostanie z niczym.

A przy okazji warto pamiętać, że sprzedaż mieszkania przed zakończeniem 20-letniego okresu uiszczania opłaty przekształceniowej nie zwalnia z niej. Obowiązek ten przechodzi po prostu na nowego właściciela nieruchomości.

Dr Przemysław Kwiecień: Na koniec roku możemy się spodziewać umocnienia złotego

Za dolara i franka szwajcarskiego trzeba płacić ponad 3,80 zł. Polska waluta osłabiła się też wobec euro. Przyczyną jest rosnące ryzyko polityczne.

– Osłabienie złotego wynika z kwestii politycznych, nie tyle w kraju, co na Starym Kontynencie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Najważniejsze przyczyny to brak porozumienia co do realizacji brexitu, spór o włoski budżet i narastająca niepewność o sytuację w Niemczech.

– Jeżeli te napięcia osłabną, złoty może się wzmocnić i pod koniec roku będziemy płacić 3,60-3,65 zł za dolara – ocenia ekspert.

Kurs funta, euro i dolara. Spojrzenie na główne waluty

Polski złoty wczoraj umocnił się w relacji do dwóch głównych walut, istotnie zyskując zwłaszcza w parze z dolarem amerykańskim.

Krajowej walucie sprzyjała przede wszystkim poprawa nastrojów wokół aktywów ryzykownych i odpowiadająca jej słabość USD, która umożliwiła wzrost innym głównym walutom oraz walutom emerging markets. Poprawa nastrojów wokół konfliktu handlowego na linii USA-Chiny oraz stabilizacja po ostatniej wyprzedaży na globalnych rynkach akcji to jedne z głównych czynników zewnętrznych wspierających polską walutę.

Co tyczy się informacji z kraju, ostatnie dni nie przyniosły optymistycznych informacji. Inflacja CPI w ostatnim miesiącu pomiarów wyniosła zaledwie 1,7% w ujęciu rocznym. Te oraz ostatnie, słabsze dane z krajowego rynku pracy nie sprzyjają perspektywom rychłych podwyżek stóp procentowych ze strony Rady Polityki Pieniężnej. A niektóre inne kraje regionu od jakiegoś czasu stopy podnoszą. Rumunia może nie być najlepszym przykładem, z uwagi na to, że boryka się z najwyższą inflacją wśród krajów UE. Jednak kraj z dużo bardziej umiarkowanym poziomem dynamiki cen, czyli Czechy, dokładnie wczoraj podjęły decyzję o podniesieniu referencyjnej stopy procentowej do poziomu 1,75%. Tym samym stopa procentowa u naszych południowych sąsiadów przekroczyła poziom referencyjnej stopy NBP.

Pozytywne nie są również ostatnie informacje płynące z sektora przemysłowego. Dzisiejszy indeks PMI wprawdzie pokazał odczyt wyższy od oczekiwanego i zbliżony do tego z poprzedniego miesiąca, tak jednak nadal znajduje się jedynie nieznacznie powyżej granicy oddzielającej ekspansję, od kurczenia się sektora. Problemy widać również, jeśli przyjrzymy się kompozycji danych. W październiku aktywność w sektorze nieco ratował wewnętrzny popyt, nowe zamówienia eksportowe natomiast malały trzeci miesiąc z rzędu. Po raz pierwszy od ponad 5 lat spadło zatrudnienie w sektorze, a niższe zamówienia i rosnąca presja kosztowa negatywnie wpływała na nastroje menedżerów – indeks je opisujący znalazł się na najniższym poziomie od 6 lat. Nietrudno wyobrazić sobie, żeby indeks w najbliższym czasie przebił graniczny poziom 50 punktów.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

Kurs euro – EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,32-4,34. Wspólna europejska waluta doświadczyła wczoraj znaczącego umocnienia w parze ze słabszym dolarem amerykańskim, jednocześnie nieco osłabiła się w relacji do funta brytyjskiego.

Dzisiejsza rewizja indeksu aktywności w przemyśle strefy euro nie przyniosła większych zaskoczeń. W październiku wskaźnik znalazł się na poziomie 52, minimalnie niższym niż podano we wstępnym szacunku.

Kurs funta – GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,89-4,94. Funt brytyjski był wczoraj jedną z lepiej radzących sobie walut świata. Szterlingowi sprzyjało zarówno osłabienie dolara amerykańskiego, jak i optymizm ze strony Banku Anglii.

W kontekście wczorajszego spotkania Banku Anglii warto wspomnieć, że BoE ostrzegł, że w przypadku „nieuporządkowanego” wyjścia z UE wcale niekoniecznie obcinałby stop procentowe, aby wspierać gospodarkę. Prezes BoE, Mark Carney stwierdził, że ruch nie byłby automatyczny i mógłby nastąpić w obu kierunkach. Nie jest to jednak scenariusz bazowy Banku – jeśli warunki wyjścia byłyby korzystne, oczekiwane podwyżki stóp procentowych mogłyby następować nieco szybciej.

Ostatnie dane gospodarcze ze Zjednoczonego Królestwa są dość mieszane: wczorajsza publikacja indeksu PMI dla przemysłu solidnie rozczarowała. Wskaźnik w październiku spadł bowiem do poziomu 51,1, tym samym w ostatnim miesiącu pomiarów znajdował się na najniższym poziomie od lipca 2016 r. sugerując, że sektor nie radzi sobie zbyt dobrze, podobnie jak przemysł reszty Europy. Dzisiejsze dane z kolei zaskoczyły na plus. Indeks aktywności w budownictwie pokazał poziom 53,2 wobec oczekiwanego 52. Tak wczoraj, jak i dziś dane z brytyjskiej gospodarki nie miały jednak istotnego przełożenia na handel.

Kurs dolara – USD

Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 1,2%, wahając się w widełkach 3,78-3,84. Amerykańska waluta charakteryzowała się wczoraj wyjątkową słabością zarówno w relacji do głównych walut, jak i do walut rynków wschodzących. Słabość dolara amerykańskiego można w pewnym stopniu powiązać z ostatnimi doniesieniami, zgodnie z którymi Donald Trump chce zawrzeć porozumienie z Chinami podczas szczytu G20 w Argentynie, który odbędzie się w tym miesiącu. Agencja Bloomberg sugeruje, że prezydent USA złagodził swoje stanowisko i nakazał przygotować wstępny projekt warunków porozumienia, po rozmowie telefonicznej z przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej, w której obaj liderzy wyrazili optymizm w kwestii rozwiązania sporu wokół handlu. Na informacje oczywiście pozytywnie zareagowały waluty, które były poddane wyprzedaży z powodu obaw związanych z konfliktem handlowym, czyli m.in. rupia indyjska, czy juan chiński.

Ostatnie dane z USA były dość mieszane. Opublikowane wczoraj indeksy aktywności w sektorze przemysłowym w październiku rozczarowały, co jest pewnym zaskoczeniem biorąc pod uwagę wcześniejsze odczyty, które zaskakiwały mocno na plus. W przeciwieństwie do ich europejskich odpowiedników nowe wskaźniki nadal jednak sugerują bardzo silną ekspansję sektora. Kluczowymi danymi, które poznamy dziś będą odczyty z amerykańskiego rynku pracy w październiku. Oprócz nich poznamy szacunek bilansu handlowego USA oraz dane o zamówieniach amerykańskich fabryk we wrześniu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:30 – raport NFP z amerykańskiego rynku pracy w październiku
  • 13:30 – bilans handlowy USA we wrześniu
  • 15:00 – dane o zamówieniach amerykańskich fabryk we wrześniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Aforti Finance wchodzi z pożyczkami na rynek rumuński

Aforti Finance – spółka udzielająca pożyczek dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców, należąca do Grupy AFORTI – startuje z usługami finansowymi
w Rumunii. Będzie to możliwe dzięki uzyskanej przez spółkę licencji niebankowej instytucji finansowej, wydanej przez Narodowy Bank Rumunii.
To urzędowe pozwolenie uprawnia Aforti Finance do prowadzenia działalności operacyjnej w zakresie udzielania rumuńskim przedsiębiorcom pożyczek pozabankowych.

Rumunia jest jednocześnie pierwszym z siedmiu planowanych na najbliższe lata rynków zagranicznych, na których partner finansowy firm z sektora MSP świadczyć będzie usługi pożyczkowe. W ramach szeroko zakrojonej ekspansji międzynarodowej, Aforti Finance zamierza dotrzeć ze swoją ofertą do takich krajów, jak: Czechy, Węgry, Chorwacja, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Albania oraz Macedonia, w których wcześniej swoją działalność rozpocznie Aforti Exchangeplatforma wymiany walut online dla firm, również zarządzana przez holding finansowy AFORTI.

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI
Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI

– Podbój rynków zagranicznych rozpoczęliśmy od ekspansji Aforti Exchange, bowiem wiążą się z tym znacznie niższe progi wejścia niż w przypadku spółek świadczących usługi finansowe, przy których niezbędna jest budowa modeli scoringowych. Nie zmienia to jednak faktu, że nasze działania na arenie międzynarodowej będziemy realizować konsekwentnie, zgodnie ze strategią rozwoju Grupy AFORTI na lata 2018-2020, rozwijając ofertę dla przedsiębiorców – tak w zakresie wymiany walut online, jak i pożyczkową – na co najmniej siedmiu kolejnych rynkach – podkreśla Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Aforti Holding, spółki notowanej od 2011 roku na rynku NewConnect.

Przetarcie biznesowych szlaków przez jedną ze spółek należących do Grupy AFORTI pozwoli nie tylko na bezpieczne i sprawne wdrażanie nowych usług pod kątem prawnym i operacyjnym, ale będzie także znacząco minimalizować ryzyko biznesowe i finansowe związane z uruchamianiem nowych biznesów na zagranicznych rynkach. Taka strategia ma również zapewnić Grupie Aforti efekt synergii między spółkami działającymi na arenie międzynarodowej.

Jak podkreśla Klaudiusz Sytek – Rynek rumuński – jako miejsce realizacji projektów biznesowych, tak w przypadku Aforti Finance, jak i Aforti Exchange – nie jest przypadkowy. To doskonale przemyślana decyzja, wynikająca między innymi z pozycji gospodarczej Rumunii w Europie. Kraj ten – wbrew pozorom – jest jedną z największych i najdynamiczniej rozwijających się gospodarek na Starym Kontynencie, stąd nasza obecność w tej części Europy.

W 2017 roku nominalny PKB Rumunii, wyrażony w cenach bieżących, wyniósł 206,9 mld USD, a mierzony w ten sam sposób PKB per capita osiągnął poziom 10,56 tys. USD. Według szacunków Komisji Europejskiej realny PKB Rumunii wzrósł tym samym o 6,7 proc. w 2017 roku względem 4,9 proc. rok wcześniej, a najważniejszymi sektorami odpowiadającymi za tworzenie PKB Rumunii był sektor usług i przemysłu, które wygenerowały odpowiednio ok. 64 proc. i 33 proc. PKB.

Komisja Europejska oraz Bank Światowy szacują, że gospodarka rumuńska nadal będzie rosnąć, przy jednoczesnym założeniu, że  tempo wzrostu spadnie do poziomu 4,5 proc. w 2018 roku i nawet do 4 proc. w 2019 roku. Z kolei według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego wzrost gospodarczy Rumunii osiągnie w bieżącym roku nawet poziom 5 proc. Najbardziej optymistyczne szacunki wskazuje jednocześnie rumuńska Krajowa Komisja ds. Prognozy, według której w perspektywie średniookresowej na lata 2018-2021, w 2018 roku Rumunia osiągnie wzrost PKB sięgający nawet
6,1 proc.

– Bez wątpienia, Rumunia pozostanie liderem tempa wzrostu gospodarczego w Europie, stąd – podobnie, jak ma to miejsce w odniesieniu do wielu firm z Europy Zachodniej – aktywnie pracowaliśmy nad wejściem na ten dynamicznie rozwijający się, chociaż nadal bardzo młody rynek. Jego przewagą – jak w przypadku większości rynków wschodzących – są dodatkowo niższe bariery wejścia i ogromny potencjał rodzimych przedsiębiorców, którzy podążając za rozwojem krajowej gospodarki, aktywizują własne działania biznesowe, szukając szybkich i atrakcyjnych źródeł finansowania. Tym samym, wejście Aforti Finance na ten rynek powinno przynieść w kolejnych latach wymierne efekty, tak w formie pozytywnych wyników finansowych, jak też rosnącej rozpoznawalności i tym samym mocnej pozycji Aforti Finance na rynkach zagranicznych dodaje Klaudiusz Sytek.

Zmiany w Zarządzie ING Commercial Finance

Rada Nadzorcza ING Commercial Finance podjęła decyzję dotyczącą zmian w składzie zarządu spółki. Stanowisko Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za nadzór nad ryzykiem kredytowym i zarządzanie procesami z dniem 1 listopada 2018 roku objął Tomasz Grzybowski.

Tomasz Grzybowski
Tomasz Grzybowski

Tomasz Grzybowski jest związany z Grupą ING od ponad 20 lat. W latach 1997 – 2001 odpowiadał za relacje z kluczowymi klientami strategicznymi banku. Następnie objął stanowisko Kierownika Zespołu Wsparcia Kredytowego w segmencie średnich i dużych firm w ING Banku Śląskim. W 2007 r. został powołany na stanowisko Dyrektora Sprzedaży w ING Banku Hipotecznym. Następnie pełnił funkcję głównego decydenta kredytowego w ING Banku Śląskim, a w 2011 r. objął funkcję Dyrektora Centrum Kredytowego w Regionie Korporacyjnym. W latach 2013-2015 Tomasz Grzybowski zajmował stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Lease odpowiedzialnego za obszar ryzyka. Na stanowisku Dyrektora Departamentu Ryzyka Kredytowego w ING Banku Śląskim, które obejmował do końca października br., był odpowiedzialny za obszar klientów strategicznych oraz finansowanie specjalistyczne klientów korporacyjnych.

Tomasz Grzybowski jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej ze specjalizacją Finanse Przedsiębiorstw.

Paweł Mitoraj
Paweł Mitoraj

Paweł Mitoraj, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ING Commercial Finance od 2015 roku, od 1 listopada zajmuje stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Lease odpowiedzialnego za Zarządzanie Ryzykiem.

Paweł Mitoraj pracuje w Grupie ING od 1993 r. Przez wiele lat pełnił role kierownicze w obszarze sprzedaży, rozwoju produktów kredytowych, a następnie zarządzania kredytowym ryzykiem transakcyjnym w ING Banku Śląskim.

Zmiany w Zarządzie ING Lease

Rada Nadzorcza ING Lease podjęła decyzję dotyczącą zmian w składzie zarządu spółki. Na stanowisko Wiceprezes Zarządu odpowiedzialnej za Operacje, Finanse, IT i Zarządzanie Procesami powołano Alicję Żyłę. Wiceprezesem Zarządu odpowiedzialnym za Zarządzanie Ryzykiem został Paweł Mitoraj. Zmiany personalne weszły w życie 1 listopada 2018 roku.

Alicja Żyła jest związana z ING od ponad 20 lat, przez lata zajmowała szereg stanowisk związanych z rozwojem produktów i procesów detalicznych, zarządzania projektami, a także rozwój i realizację strategii biznesowej w zakresie bankowości dla klientów bankowości detalicznej. Od 2008 roku zajmuje stanowisko Dyrektora Banku w Pionie Operacji w ING Banku Śląskim. W tym czasie z sukcesem przeprowadziła szereg zmian, centralizując i optymalizując procesy wspierające wszystkie linie biznesowe banku. Wniosła ogromny wkład w zbudowanie systemu zarządzania operacyjnego banku.

Na stanowisku Wiceprezes Zarządu Alicja Żyła będzie odpowiadać za obszar operacji, finansów, IT oraz zarzadzanie procesami.

Paweł Mitoraj
Paweł Mitoraj

Paweł Mitoraj pracuje w Grupie ING od 1993 r. Przez wiele lat pełnił role kierownicze w obszarze sprzedaży, rozwoju produktów kredytowych, a następnie zarządzania kredytowym ryzykiem transakcyjnym w ING Banku Śląskim. Od 2015 r. pełnił rolę Wiceprezesa Zarządu ING Commercial Finance odpowiedzialnego za nadzór nad ryzykiem kredytowym i zarządzanie procesami.

Na stanowisku Wiceprezesa Zarządu Paweł Mitoraj będzie odpowiadać za obszar zarządzania ryzykiem.

Jacek Studziński, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ING Lease odpowiedzialny za obszar Finansów i Operacji zdecydował się zakończyć swoją karierę w ING, z którym był związany od 2004 roku. Od tego czasu zajmował stanowiska w obszarze finansów, sprzedaży, zarządzania finansami oraz IT. W 2015 roku objął stanowisko Dyrektora Departamentu Finansów w ING Lease, a następnie powołano go do Zarządu spółki.

Oscar Swan, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ING Lease odpowiedzialny za obszar ryzyka zdecydował się zakończyć swoją karierę w ING. W 1995 r. rozpoczął współpracę z ING w warszawskim oddziale ING Bank NV. Był wieloletnim Wiceprezesem Zarządu ING Banku Śląskiego odpowiedzialnym za obszar Ryzyka, a także zajmował stanowiska związane z zarządzaniem ryzykiem w Grupie Kapitałowej ING Banku Śląskiego. Od 2015 r. pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu ING Lease.

Świeży start

Obraz rynku na początku nowego tygodnia jest zgoła inny od tego, jak go zostawiliśmy w październiku. Pozytywne doniesienia w temacie relacji handlowych USA-Chiny stały się katalizatorem odwrotu na rynnach – odbijają indeksy giełdowe, a na FX upłynniane są długie pozycje w USD. Złoty jest silniejszy przy nie tak tragicznym odczycie PMI dla przemysłu. Reszta rynku czeka na raport NFP z USA.

Październik został oddzielony grubą kreską i inwestorzy liczą na świeży start w przedostatnim miesiącu roku. Pomocne są doniesienia z obszaru relacji handlowych USA-Chiny. Według wpisu prezydenta USA Trumpa na Twitterze, odbył on dobrą rozmowę z prezydentem Chin Xi Jingpingiem, głównie o handlu. „Dyskusje idą w dobrym kierunku” i dobrze rokują przed planowanym spotkaniem na szczycie G20 pod koniec miesiąca. Dodatkowo dziś Bloomberg doniósł, że Trump zlecił członkom gabinetu, by przygotowali potencjalną umowę porozumienia, która mogłaby sygnalizować zawieszenie broni w konflikcie handlowym. Wszystko brzmi wyjątkowo dobrze, choć pozostanę przezorny do czasu aż będziemy mieli coś bardziej formalnego, na czym będziemy mogli oprzeć nas zachwyt. To wszystko może być polityczną grą, w której Trump chce wygrać i osłabienie czujności przeciwnika jest skuteczna strategią. Ponadto przyszłotygodniowe wybory do Kongresu mogą wymagać przypomnienia tematu wojen handlowych, ale bardziej jako dowód „wielkości Ameryki” niż przyczyny spadków na Wall Street. Mimo tej ostrożności, trzeba jednak przyznać, że po zeszłomiesięcznych zawirowaniach inwestorzy każdy przebłysk szans na porozumienie przyjmą z zadowoleniem. Oczekiwania zostały obniżone do takiego poziomu, że teraz łatwiej będzie wyprowadzić rajd apetytu na ryzyko z korzyścią dla chińskiego juana (i innych walut rynków wschodzących) i Shanghai Composite (a zanim dla globalnego rynku akcji). Na starcie listopada sytuacja wygląda dużo lepiej niż się zapowiadał kilka dni temu.

Dziś oczywiście jest piątek z NFP, choć przy całych zawirowaniach globalnego sentymentu dane mogą zejście na dalszy plan. W raporcie z rynku pracy dynamika zatrudnienia powinna wrócić bliżej 200 tys. i otrząsnąć się z wpływu czynników jednorazowych (we wrześniu przez wpływ huraganów zatrudnienie wzrosło tylko o 134 tys.). Tradycyjnie już płace będą gwiazdą raportu, a prognoza 0,2 proc. będzie neutralnym wynikiem. Jeśli będzie mniej, to jeden słabszy miesiąc po trzech miesiącach z rzędu odczytów na 0,3 proc. nikogo nie zaniepokoi. Z drugiej strony kolejny silny wynik nie przyspieszy zacieśniania Fed i nie podniesie oczekiwań na podwyżkę stóp procentowych już za tydzień (ale grudzień jest niemal pewny). Dla USD ważniejsze w ostatniej dobie było spieniężanie zysków po ostatnim radzie i teraz rynek złapał równowagę, której przed weekendem nie będzie chciał zaburzać.

Około przerwy świątecznej złoty książkowo osłabił się niemal do 4,35 za euro (górna granica wahań z ostatnich czterech miesięcy), ale ponieważ wczorajszy handel nie przyniósł pogłębienia awersji do ryzyka (wręcz przeciwnie) EUR/PLN zaczął zbiegać do jądra swojego zakresu zmienności (tj. 4,30). Na 4,32 dalej jesteśmy w strefie lekko nieprzychylnego położenia, ale przy rozwinięciu rajdu ryzyka polska waluta powinna mieć się lepiej. Na szczęście (dla złotego) nie zrealizowały się nasze kasandryczne wizje w odniesieniu do indeksu PMI dla polskiego przemysłu, który w październiku nie spadł poniżej granicy 50 pkt, a zatem nie zasygnalizował kurczenia się sektora. Szczegóły raportu nie są jednak zbyt optymistyczne – w październiku odnotowano trzeci z rzędu spadek liczby nowych zamówień, a prognozy produkcji są najsłabsze od niemal sześciu lat. Złoty będzie teraz większym zakładnikiem zewnętrznego sentymentu, gdyż dane krajowe na razie przestają być solidną tarczą ochronną.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zatrudnianie cudzoziemców przez polskie przedsiębiorstwa

Polska jest coraz atrakcyjniejszym kierunkiem zarobkowym dla obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. Jak wskazują wszelkie dane statystyczne, polscy pracodawcy coraz częściej korzystają z usług pracowników pochodzących z Ukrainy, Albanii, Armenii czy Gruzji, a także z odleglejszych rejonów świata jak Indie, czy Bangladesz. Zanim jednak zdecydują się na zatrudnienie cudzoziemca muszą uzyskać stosowne zezwolenia.

Zezwolenie na pracę dla obywateli państw trzecich

Zezwolenie na pracę jest dokumentem, który umożliwia cudzoziemcom podjęcie legalnej pracy. Należy jednak pamiętać, że wspomniane zezwolenie nie legalizuje jeszcze ich pobytu. Oprócz dokumentu zezwalającego na podjęcie pracy konieczne jest jeszcze posiadanie podstawy do legalnego pobytu, np. zezwolenia na pobyt czasowy, czy wizy, a w wybranych przypadkach wystarczy jedynie paszport biometryczny.

Wniosek o zezwolenie na pracę powinien zostać złożony do urzędu wojewódzkiego właściwego z uwagi na siedzibę pracodawcy. Co więcej, z takim wnioskiem nie występuje potencjalny pracownik, lecz robi to pracodawca. Uzyskanie zezwolenia na pracę umożliwia cudzoziemcom podjęcie zatrudnienia u konkretnego pracodawcy. Jeśli chciałby on zmienić miejsce pracy, to konieczne jest wystąpienie przez nowego pracodawcę o kolejne zezwolenie.

Zezwolenie na pracę jest wydawane w drodze decyzji administracyjnej w trzech egzemplarzach. Jeden jest przeznaczony dla pracodawcy, drugi dla pracownika, a trzeci zostaje w aktach urzędu wojewódzkiego. Złożenie wniosku wiąże się z uiszczeniem opłaty administracyjnej, która wynosi:

  • 50 zł, jeżeli zezwolenie na pracę ma obowiązywać przez okres krótszy niż 3 miesiące;
  • 100 zł, jeżeli zezwolenie na pracę ma obowiązywać przez okres dłuższy niż 3 miesiące;
  • 200 zł, jeżeli cudzoziemiec zostaje delegowany do Polski w związku z realizacją usługi eksportowej.

Wraz z wnioskiem należy jeszcze przygotować stosowne dokumenty. Będą to m.in. oświadczenie podmiotu powierzającego wykonywanie pracy cudzoziemcowi, wydruk z KRS lub kopia dowodu osobistego pracodawcy (w zależności od formy prawnej), kopia wszystkich stron paszportu cudzoziemca, czy umowy stanowiącej o warunkach zatrudnienia wskazanych we wniosku. W niektórych przypadkach konieczne może być przedłożenie tzw. testu rynku pracy, który jest wydawany przez starostę.

Procedura powinna trwać do jednego miesiąca, a w szczególnych przypadkach do dwóch.

Zatrudnianie obywatela Ukrainy, Białorusi, Rosji, Mołdawii, Gruzji i Armenii

Uproszczona forma uzyskania legalnego zatrudnienia została przeznaczona dla obywateli Ukrainy, Białorusi, Rosji, Mołdawii, Gruzji i Armenii. Pracodawca może zdecydować się na zatrudnienie cudzoziemca pochodzącego z ww. krajów bez konieczności posiadania zezwolenia na pracę przez okres do 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12, gdy złoży do powiatowego urzędu pracę oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Starosta wydaje stosowną decyzję w terminie 7 dni roboczych. Jeśli sprawa tego wymaga, to procedura może się przedłużyć do 30 dni.

Jeśli cudzoziemiec przepracuję wskazane 6 miesięcy, to konieczne jest uzyskanie zezwolenia na pracę w celu kontynuowania zatrudnienia.

Ustawa o elektromobilności może być dla miast trudna w realizacji. Problemem pozyskanie środków i dopasowanie infrastruktury ładowania do potrzeb komunikacyjnych

Ustawa o elektromobilności może być dla miast trudna w realizacji. Problemem pozyskanie środków i dopasowanie infrastruktury ładowania do potrzeb komunikacyjnych 7

Uchwalona w styczniu tego roku ustawa o elektromobilności nakazuje m.in., by w średnich i większych gminach i powiatach już za dwa lata udział pojazdów niskoemisyjnych wynosił 10 proc. W kolejnych trzech ma się on podwoić. Ustawa nakłada też na samorządy obowiązek stopniowego zwiększania floty autobusów zeroemisyjnych i budowy infrastruktury do ich ładowania. Realizacja nowych przepisów może być trudna – oceniają eksperci. Nie wskazują one bowiem źródeł finansowania tych inwestycji. Ponadto wbudowanie stacji ładowania pojazdów elektrycznych w istniejącą tkankę miejską może być trudne do pogodzenia z logiką transportu w danym mieście.

– Wprowadzenie ustawy o elektromobilności nakłada szereg obowiązków na miasto. Mówi ona wprost o pewnej liczbie pojazdów komunikacji publicznej, mówi o autobusach zeroemisyjnych, określa na poszczególne lata progi procentowe, ile takich pojazdów powinno się znaleźć, natomiast równolegle nie zapewnia możliwości odpowiedniego przygotowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Załuska, prezes spółki Mobilis, świadczącej usługi transportu publicznego m.in. w Warszawie, Krakowie i Bartoszycach. – Pojazdy elektryczne czy elektrobusy są pojazdami dosyć specyficznymi. Żeby one mogły świadczyć prace przewozowe na ulicach, muszą być ładowane i doładowywane, a do tego potrzebna jest infrastruktura.

Zgodnie z ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych gmina czy powiat, w którym mieszka ponad 50 tys. mieszkańców, ma zapewnić lub zlecić usługę komunikacji miejskiej podmiotowi, którego udział autobusów zeroemisyjnych we flocie użytkowanych pojazdów na terenie danej jednostki samorządowej wynosi co najmniej 30 proc. Próg ten ma zostać osiągnięty od 1 stycznia 2028 roku. Według prognoz PSPA (Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych) na ulicach polskich gmin i miast ma wówczas jeździć ponad 3,5 tys. autobusów elektrycznych. Jednym z problemów jednak jest konieczność ładowania przez nie baterii i stworzenie analogicznej do stacji paliw infrastruktury punktów ładowania pojazdów.

Odpowiednie doprowadzenie tej infrastruktury w już istniejącą tkankę miejską jest w większości wypadków bardzo istotnym problemem – ocenia Dariusz Załuska. – Wiąże się to z doprowadzeniem określonych mocy w określone miejsca, które optymalne z punktu widzenia przewozowego niekoniecznie muszą być optymalne z punktu widzenia infrastruktury. Tu pojawiają się pierwsze problemy związane z tym, w jakim zakresie i gdzie to jest możliwe i czy taka moc jest dostępna.

Drugim istotnym elementem jest kwestia finansowania budowy takiej infrastruktury w wyznaczonym przez ustawodawcę terminie. Minimalna liczba punktów ładowania zainstalowanych do dnia 31 grudnia 2020 roku w ogólnodostępnych stacjach ładowania zlokalizowanych w gminach wynosi 1 tys. w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 1 mln, w których zostało zarejestrowanych co najmniej 600 tys. samochodów i na 1 tys. mieszkańców przypada co najmniej 700 pojazdów samochodowych; 210 w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 300 tys., w których zostało zarejestrowanych co najmniej 200 tys. pojazdów samochodowych i na 1 tys. mieszkańców przypada co najmniej 500 pojazdów; 100 w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 150 tys., w których zostało zarejestrowanych co najmniej 95 tys. pojazdów samochodowych i na 1 tys. mieszkańców przypada co najmniej 400 samochodów oraz 60 w gminach o liczbie mieszkańców wyższej niż 100 tys., w których zostało zarejestrowanych co najmniej 60 tys. pojazdów samochodowych i na 1 tys. mieszkańców przypada ich co najmniej 400.

Ustawa określa, w jakich miastach ile punktów ładowania powinno być, ale to jest bardzo ogólne, w każdym mieście może to inaczej wyglądać, a przede wszystkim ustawa nie wskazuje źródła finansowania, nie daje żadnych ulg, a końcowo przenosi te koszty na odbiorcę, czyli na przewoźnika, który będzie płacił czy to za prąd, czy za gaz – wskazuje prezes zarządu Mobilis. – Ci, którzy będą wykonywać te inwestycje i później operować tymi punktami, przeniosą to w koszty świadczenia usługi dostawy prądu. Tutaj nie ma żadnych zachęt do tego, żeby przyspieszyć realizację tworzenia tej infrastruktury i żeby pełne koszty nie były przenoszone w pierwszej kolejności na miasto, a później na przewoźników.

Gminy i powiaty, których liczba mieszkańców przekracza 50 tys., powinny zapewnić udział autobusów zeroemisyjnych w użytkowanej flocie pojazdów w wysokości co najmniej 5 proc. od 1 stycznia 2021 roku, 10 proc. od 1 stycznia 2023 roku, 20 proc. od 1 stycznia 2025 roku i 30 proc. od 1 stycznia 2028 roku. W ocenie branży to bardzo napięty harmonogram. Zakup autobusu niskoemisyjnego to koszt 2–2,5 razy wyższy niż tradycyjnego.

Jeżeli byłoby to wprowadzane stopniowo, miałoby to pewną logikę. I gdyby na to były środki, bo dzisiaj obowiązek jest przekazywany, natomiast nie przekazuje się żadnych środków, gminy mają same je znaleźć. Pół biedy, jeżeli mają dostęp do środków unijnych, które w znacznym stopniu mogą wykorzystać na zakupy autobusów, ale później ten tabor trzeba utrzymać – wyjaśnia Dariusz Załuska. – Jeśli chodzi o autobusy elektryczne, to producenci obiecują, że ona wytrzyma 10 lat, gwarancji nie dają. Trzeba się liczyć z wymianą baterii w trakcie eksploatacji, a to jest koszt kilkuset tysięcy złotych na autobus.

Polskie firmy coraz śmielej działają na skalę międzynarodową. Mogą przy tym korzystać z pomocy państwa

Polskie firmy coraz śmielej działają na skalę międzynarodową. Mogą przy tym korzystać z pomocy państwa 8

Eksport polskich firm rośnie. W ciągu ośmiu miesięcy tego roku wyeksportowały one towary warte 143,6 mld zł, czyli o prawie 7 proc. więcej niż w tym samym okresie 2017 roku. Doradztwo, ubezpieczenie eksportu i finansowe wsparcie rządowych funduszy to tylko niektóre z możliwości, z których może skorzystać polski przedsiębiorca podejmujący decyzję o wyjściu poza granice Polski. Takich firm jest coraz więcej.

Zachęcam przedsiębiorców do tego, żeby rozwój lokować za granicą. W naszym przypadku to jest bardzo dobry ruch strategiczny, dlatego że dywersyfikujemy biznes i czynniki ryzyka w oparciu o poszczególne segmenty, a jednocześnie skutecznie, konsekwentnie budujemy grupę, budujemy polskiego lidera wsparcia sprzedaży w Europie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stańczak, prezes ASM Group.

Po ośmiu miesiącach 2018 roku eksport polskich firm wyniósł 143,6 mld euro, więcej o 6,7 proc. niż w ciągu ośmiu miesięcy 2017 roku. Eksport do Unii Europejskiej wzrósł o 7,1 proc. (do 115,2 mld euro), w tym do Niemiec o 9,3 proc., Czech – o 6 proc., Francji – o 7,4 proc., Niderlandów – o 7,5 proc. (dane Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii za GUS). W przypadku eksportu do Wielkiej Brytanii odnotowano nieznaczny wzrost o 0,3 proc., zaś do Włoch spadek o 1,1 proc. Spośród państw unijnych aż do 17 z nich odnotowano szybszy niż przeciętnie wzrost sprzedaży polskich towarów, w tym najszybszy do Luksemburga – o 44 proc., Irlandii – o 30,6 proc., Słowenii – o 20,1 proc., Chorwacji oraz Rumunii – po 17 proc.

Według wrześniowej fali badania Bibby MSP Index ponad połowa rodzimych firm prowadzi działalność eksportową.

Stawiamy obecnie na ekspansję zagraniczną, dlatego że po 20 latach obecności na rynku polskim osiągnęliśmy poziom lidera w branży. Kolejnym istotnym elementem, wydaje się naturalnym, jest rozwój biznesu za granicą. Jesteśmy po kilku akwizycjach. Jesteśmy dziś obecni w pięciu krajach, planujemy kolejne akwizycje w Europie – deklaruje Adam Stańczak. – Chcemy dalej rozwijać swoje przedsiębiorstwo w oparciu o przejęcia podmiotów na rynkach zagranicznych po to, żeby poszerzać kompetencje, grono klientów, jak również budować po prostu wartość grupy.

ASM Group to firma od 20 lat działająca w branży marketingowo-handlowej. Obsługuje ponad 1,5 tys. klientów na rynkach polskim, włoskim, niemieckim, austriackim i szwajcarskim. Trzy rynki niemieckojęzyczne spółka pozyskała w tym roku, dokonując na początku czerwca przejęcia 91,6 proc. udziałów w większej od siebie grupie z branży, Vertikom. Przy przejęciu niemieckiej firmy spółkę wspomógł Fundusz Ekspansji Zagranicznej, zarządzany przez PFR TFI z Grupy Polskiego Funduszu Rozwoju. Wraz z ASM Group utworzył on w Niemczech spółkę, która dokonała akwizycji wartej ponad 22 mln euro grupy.

Przykład naszej firmy pokazuje, że można skorzystać nie tylko z pomocy kredytów bankowych czy różnych instrumentów dłużnych, jakie są dostępne na rynku, lecz także ze wsparcia Funduszu Ekspansji Zagranicznej, dzięki któremu udało nam się przeprowadzić transakcję – przekonuje Adam Stańczak. – Polska giełda w ostatnim czasie ma trudności z tym, żeby realizować skutecznie możliwość pozyskania finansowania, więc w dużej mierze opieramy swój plan rozwoju na możliwościach finansowania z własnych środków, a z drugiej strony na możliwościach pozyskania kredytowania lub instrumentów dłużnych, jakie banki oferują, stąd też aktywny udział FEZ rzeczywiście pomaga w realizacji planów strategicznych rozwoju spółek w Europie.

Jak podkreśla Adam Stańczak, wsparcie finansowe to nie jest jedyna forma pomocy państwa, z jakiej mogą skorzystać przedsiębiorcy chcący wyjść z działalnością poza rynek polski. Polska Agencja Inwestycji i Handlu, także z Grupy PFR, w ciągu dwóch lat działania Zagranicznych Biur Handlowych pozyskała inwestycje o wartości 350 mln euro. Istnieje też możliwość ubezpieczenia należności eksportowych, np. w KUKE.

Na etapie transakcji we Włoszech, która odbyła się kilka lat temu, korzystaliśmy z działań doradczych. Na pewno przy pomocy instrumentów państwowych możemy wykorzystać wiedzę lub istotne informacje po to, żeby ograniczyć pewne ryzyka związane z ekspansją na danym rynku – radzi szef ASM Group. – Każdy kraj ma swoje uwarunkowania prawne, ekonomiczne i kulturowe, o czym należy pamiętać. Niewątpliwie pomoc instytucji, które już są obecne w formie różnych organizacji, może się przydać w nauce tego, jak postępować na danym rynku.

Cyberprzestępcy wykorzystają do wykradania danych sztuczną inteligencję. Technologia, by pozostać nierozpoznaną, będzie udawać żywego człowieka

Cyberprzestępcy wykorzystają do wykradania danych sztuczną inteligencję. Technologia, by pozostać nierozpoznaną, będzie udawać żywego człowieka 9

Dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji może się obrócić przeciwko ludziom. Przestępcy mogą wykorzystać systemy inteligentne oraz narzędzia automatyzujące do przeprowadzenia ataków na coraz szerszą skalę. Zagrożenie może również przyjść ze strony asystentów głosowych, którzy mogą do nas dzwonić i podając się za konsultantów telefonicznych, wykradać nasze wrażliwe dane. Technologia jest już na tyle zaawansowana, że trudno rozpoznać, czy rozmówcą jest człowiek czy maszyna.

– W chwili obecnej jesteśmy świadkami znacznej automatyzacji cyberprzestępczości. Dzięki dostępności różnorodnych narzędzi wiele osób przekazuje złośliwe oprogramowanie i wykonuje powiązane z tym czynności, nie zdając sobie nawet sprawy, w jaki sposób to wszystko działa – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Juraj Malcho, dyrektor ds. technologii z firmy ESET.

Firma Neustar przeprowadziła w październiku badania wśród 301 specjalistów IT zajmujących się tematyką bezpieczeństwa informacji, aby się dowiedzieć, jak zapatrują się na rozwój technologii sztucznej inteligencji. Choć 87 proc. ankietowanych stwierdziło, że widzą w SI narzędzie, które pomoże walczyć z cyberprzestępczością, to aż 82 proc. obawia się, że może doprowadzić do narodzin nowych, niebezpiecznych form ataków ze strony hakerów. Połowa badanych stwierdziła, że SI może posłużyć do wykradania danych osobowych, a 16 proc. respondentów stwierdziło, że może zdestabilizować działania biznesowe oraz zwiększyć koszty związane z zapewnieniem bezpieczeństwa sieci.

Specjaliści z ZeroFOX postanowili sprawdzić, czy sztuczna inteligencja rzeczywiście może ułatwić pracę cyberprzestępcom. Naukowcy wykorzystali technologię uczenia maszynowego do pokazania botowi SNAP_R, jak zachowują się użytkownicy Twittera. Następnie sprawdzono, w jaki sposób łatwiej będzie rozprzestrzenić szkodliwe linki – za pośrednictwem człowieka czy maszyny. Sztuczna inteligencja działała znacznie szybciej, infekując w tym samym czasie czterokrotnie więcej użytkowników niż haker.

– Automatyzacja ataków odbywać się będzie poprzez chatboty czy też linguboty. Obecnie ktoś musi podnieść słuchawkę, zadzwonić i wykorzystać pewne tricki psychologiczne, aby uzyskać od rozmówcy określone dane. Niebawem możemy mieć do czynienia ze zautomatyzowanymi, cyfrowymi specjalistami poszukującymi konkretnych informacji. Wykorzystując w tym celu odpowiednie zwroty i formy odpowiedzi, będą postępować tak, jak doskonali psycholodzy. Myślę, że jest to szczególnie niebezpiecznie, zwłaszcza że w grę wchodzą dziesiątki tego rodzaju ataków dziennie – przewiduje Juraj Malcho.

Szczególnie niebezpieczna może się okazać technologia, która w założeniu ma ułatwiać nam życie. Asystent głosowy Google Duplex, wykorzystując technologię uczenia maszynowego, może prowadzić rozmowę w taki sposób, że rozmówca nie rozpozna, że ma do czynienia z maszyną. Sztuczna inteligencja mówi płynnie, przytakuje rozmówcy i kiedy wyszukuje odpowiedzi na bardziej skomplikowane pytania – wzdycha. Google Duplex stworzono po to, aby wyręczyła nas np. w rezerwowaniu stolików czy umawianiu spotkać w firmach, które nie prowadzą systemu rezerwacji online.

W rękach cyberprzestępców narzędzie może się zamienić w maszynę do wyłudzania danych. Można wykorzystać je do podszywania się pod przedstawicieli banków czy jednostek państwowych. W przygotowaniu są kolejne technologie, które z jednej strony mają przyspieszać obliczenia i ułatwiać nam życie, ale z drugiej mogą się stać poważnym zagrożeniem.

– Być może w ciągu 10 lat w użyciu znajdą się komputery kwantowe, które całkowicie zmienią znane nam w tej chwili oblicze kryptografii. Gdybym jednak miał spojrzeć na najbliższe trzy do pięciu lat, to myślę, że nastąpią zmiany związane z większą automatyzacją określonych rodzajów ataków. Skupiłbym się tutaj na działaniach, które korzystają lub wiążą się z użyciem sztucznej inteligencji czy uczenia maszynowego – mówi ekspert.

Brytyjska sieć handlowa Marks & Spencer już teraz wykorzystuje sztuczną inteligencje na infoliniach. Kiedy klienci dzwonią do firmy, chatbot Twilio prosi o zadanie pytania. System rozpoznawania mowy wysyła zapytanie do sztucznej inteligencji Google Dialogflow, która analizuje jej treść i decyduje, z jakim oddziałem połączyć danego klienta. Na podobnej zasadzie mogą działać asystenci głosowi od cyberprzestępców. Tyle że zamiast przekierowywać rozmowę na inny numer, poprowadzą ją tak, aby wyłudzić nasze dane osobowe.

W 2017 roku wartość rynku asystentów głosowych wyniosła niemal 1,7 mld dol. Eksperci z Research and Markets szacują, że do 2023 roku branża będzie rozwijała się w tempie 32 proc. średniorocznie, aż osiągnie wartość 9 mld dol.

Za 10 lat w zawodach technologicznych liczba kobiet i mężczyzn się zrówna. Obecnie największą barierą są stereotypy

Za 10 lat w zawodach technologicznych liczba kobiet i mężczyzn się zrówna. Obecnie największą barierą są stereotypy 10

Choć tradycyjnie zawody związane z naukami ścisłymi, takie jak matematyka, inżynieria czy technologia kojarzą się z męskim światem, kobiety wkraczają w nie coraz odważniej. Służą temu nie tylko programy typu „Dziewczyny na politechniki”, lecz także proste wymogi rynku pracy, na którym brakuje inżynierów i programistów. Za 10 lat proporcje między oboma płciami w zawodach technologicznych powinny się wyrównać – podkreśla dr Aleksandra Przegalińska z Akademii Leona Koźmińskiego.

– Kobiety w branży technologicznej będą coraz bardziej obecne. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli w tym punkcie, w którym powinniśmy być, czyli że jest tyle samo kobiet co mężczyzn w tej dziedzinie. Właściwie to nie musi być, ale tych wymagań branży technologicznej jest tak dużo, że coraz więcej ludzi powinno ją zasiedlać – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Aleksandra Przegalińska, ekspertka w obszarze sztucznej inteligencji z Akademii Leona Koźmińskiego i MIT Center for Collective Intelligence. – Bardzo ważne jest to, żeby w tym rozwoju technologicznym uczestniczyła cała populacja.

Z opublikowanego na początku 2018 roku raportu ośrodka badawczego DELab Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że na uczelniach technicznych studentki stanowią obecnie ponad jedną trzecią wszystkich słuchaczy (37 proc.). I choć z badania ankietowego wynikło, że 65 proc. Polaków postrzega zawód automatyka czy robotyka jako męski, 64 proc. sądzi to samo o profesji inżyniera energetyka, a 59 proc. o programiście, to coraz więcej absolwentek szkół średnich podejmuje trud nauki na kierunkach ścisłych.

– Na pewno widać dobre trendy, rokujące pozytywnie na przyszłość. Myślę, że w ciągu najbliższych 10 lat będziemy mieć coraz więcej kobiet, które będą reprezentować branżę technologiczną, będą w niej pracować na wszystkich szczeblach, łącznie z zarządczymi – przewiduje dr Aleksandra Przegalińska. –Na studiach technicznych, technologicznych, teleinformatycznych, ścisłych jest coraz więcej dziewczyn. Nawet jeśli teraz w świecie zawodowym spotykamy mniej kobiet, to za kilka lat nie będzie to już żadną kwestią.

W Polsce 36 proc. stanowisk zarządczych obsadzonych jest przez kobiety. Jak pokazały badania, spośród siedmiu wskazanych stanowisk dyrektorskich tylko jedno – dyrektor ds. personalnych – uznane zostało przez ankietowanych Polaków za raczej kobiece (22 proc. wskazań) niż męskie (13 proc.). Pozostałe posady kierownicze, w tym fotel menadżera wysokiego szczebla, wciąż przypisuje się mężczyznom. Największe różnice występowały w przypadku dyrektora ds. logistyki (35 proc. versus 8 proc.), najmniejsze dyrektora ds. administracyjnych (21 proc. wobec 19 proc.).

Tymczasem z doświadczeń Aleksandry Przegalińskiej wynika, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety dysponują cechami predestynującymi ich do pracy na stanowiskach zarządczych i w branżach z obszaru STEM (nauka, technologia, inżynieria, matematyka).

– W branży technologicznej potrzeba skupienia i koncentracji oraz ciężkiej pracy. W moim obszarze data science potrzeba dużo pieczołowitości. Myślę, że i kobiety, i mężczyźni są obdarzeni tymi cechami. Istotne jest to, żeby kobiety przestały się tych branż bać – podkreśla ekspertka. – One nie są przesadnie trudniejsze niż inne branże. Myślę, że są w miarę przystępne. Programowanie nie jest szalenie trudną dziedziną. Jedyna bariera jaka jest, to ta w głowie, myśl, że może się do tego nie nadajemy. Uważam, że wszyscy się nadają.

Tego typu myśleniu sprzyjają stereotypy społeczne często powielane w rodzinach. Co dziesiątej studentce zdarzyło się usłyszeć że studia techniczne nie są dla kobiet, co czwarta była zniechęcana do podjęcia studiów ścisłych przez rodzinę, a 17 proc. utwierdzano w przekonaniu, że sobie nie poradzą z nauką – wynika z badań Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Według Aleksandry Przegalińskiej praktyka jest zupełnie inna – kobiety są chętnie przyjmowane przez kolegów z pracy, a ich nieco inne spojrzenie na rzeczywistość często pomaga rozwiązać problem w nietuzinkowy sposób.

– Chociaż głównie pracuję z mężczyznami, to mam raczej doświadczenia pełnej inkluzji, zaproszenia, radości z tego, że jesteśmy różni, że w zespole są kobiety i mężczyźni – ocenia Aleksandra Przegalińska. – Myślę, że panowie się cieszą z tego, że w tych typowo męskich zespołach pojawiają się dziewczyny. One często mają inną perspektywę na rozwiązanie danego problemu, inny pomysł, zgłaszają swoje zastrzeżenia. Wszyscy odetchną z ulgą, jeśli w tej branży będzie więcej kobiet.

Think global, Go global, czyli FinTech & InsurTech Digital Congress 2018

Wzrastające tempo innowacji oraz rozwoju technologicznego, sprawiło że współczesnym organizacjom przyszło funkcjonować w niezwykle konkurencyjnym i nieprzewidywalnym środowisku rynku globalnego. Największą wartością jest umiejętność elastycznej adaptacji do zmieniającego się otoczenia. Konieczne staje się wykorzystanie nadarzających się szans w otoczeniu biznesowym. Aby efektywnie wykorzystać potencjał szybko rozwijającego się rynku, trzeba edukować swoich pracowników tak, aby nie bali się automatyzacji, digitalizacji i robotyzacji, a następnie wprowadzać nowoczesne rozwiązania do praktyk biznesowych. Firma, która otworzy się na zmiany będzie musiała również przeformułować swoją kulturę organizacji, dostosowując ją do nowych, panujących zasad. Jest to złożone, ważne wyzwanie, naprzeciw któremu wyszedł FinTech & InsurTech Digital Congress, który odbędzie się 13-14 listopada 2018 r., w hotelu Westin w Warszawie.11.13-14-FinTech-KG1168,-InsurTech-KG1169_Partner_20%_ENG_CEO-Biznes-w-praktyce

W pogoni za trendami

Must have rynku ubezpieczeń to z całą pewnością wejście w świat off-linowy. Pozyskanie klienta digitalowego to wyzwanie dla wielu branż. Odpowiedzią na przekonanie do siebie klienta, który już wcześniej stracił zaufanie do firm ubezpieczeniowych, może być multi-chanelling. Pomoże również zmiana formuły z długoterminowych umów na krótkoterminowe ubezpieczenia. Potrzeby konsumentów wymuszają również nieoferowane wcześniej produkty takie jak ubezpieczenia dla kobiet w ciąży. Nad tymi zagadnieniami pochylą się prelegenci, przedstawiając problem z perspektywy międzynarodowej. Podczas IV InsurTech Digital Congress odbędą się również business use cases, które obrazują konkretne przykłady wykorzystywanych narzędzi w nowoczesnych organizacjach. AI, machine learning, voice recognition to dobrodziejstwa dzisiejszych czasów, które pomagają pokonać konkurencję w walce o klienta. Bot rozpoznający szkody, nie tylko skraca czas jej likwidacji, ale zwiększa zadowolenie i zaangażowanie klienta, który może w każdej chwili zgłaszać problem przez komunikator. W szacowaniu szkód wykorzystywane są również drony. Nowoczesne rozwiązania pozwalają zobaczyć więcej i wyjść naprzeciw potrzebom klienta, przyzwyczajonego do nowoczesnych zdobyczy techniki. Współczesny rynek usług medycznych został zrewolucjonizowany przez telemedycynę i MedTech, dzięki którym pacjent ma łatwiejszy dostęp do opieki medycznej, niż kiedykolwiek wcześniej. Zakres podstawowych ubezpieczeń zdrowotnych znacznie się rozszerzył przyjmując formę pacjentocentryzmu. Nowe trendy w InsurTech dotknęły też klasyczne ubezpieczenia na życie. Na kwotę stawki ma już teraz wpływ stylu życia klienta, jego aktywność fizyczna, a nawet wkład jaki wnosi w ochronę środowiska.

Przestrzeń dla inwestorów

Rok 2018 stoi pod znakiem zwiększonych transakcji inwestycyjnych. To właśnie inwestycje napędzają biznes i są wyznacznikiem rozwoju. Aby takie przedsięwzięcia miały możliwość zaistnienia, potrzebne jest partnerstwo między osobami posiadającymi kapitał, a młodymi startupami. Czy aby tradycyjne firmy finansowe dobrze współpracowały z fintechami, potrzebny jest moderator, który pozwoli im wysłuchać wzajemne argumenty i dojść do porozumienia? Na przeciw temu wyzwaniu wyszedł V FinTech Digital Congress. Obecna sytuacja to około 200 fintechów na 5-6 największych banków w Polsce, które mają możliwości inwestowania w nowe technologie. Oznacza to, że wiele rozwojowych, przyszłościowych pomysłów może nie przetrwać, ze względu na brak możliwości zaistnienia w biznesie.  Rozwiązaniem jest stworzenie miejsca, w którym inwestorzy przedstawią swoje potrzeby i oczekiwania oraz jasno określa jakie warunki musi spełniać start-up, aby zyskał ich zainteresowanie. Z drugiej strony potrzebna jest przestrzeń, aby młode firmy dowiedziały się, gdzie się udać po kapitał początkowy i w jaki sposób mają przedstawić swój pomysł, aby wzbudził on zainteresowanie inwestora. Dysproporcję widać również między fintechami, które cechuje elastyczność, zwinność, nieszablonowość i kreatywność, a klientami, którzy nadal są przywiązani do tradycji i obawiają się zmian. To właśnie do inwestora należy wybór, na które nowoczesne rozwiązania, ich zdaniem, są przygotowani konsumenci. Wniosków na przyszłość trzeba szukać za granicą, dlatego w Kongresie będą uczestniczyć międzynarodowi eksperci. To właśnie z najbardziej rozwiniętych rynków Unii Europejskiej potrzebne są przykłady konkretnych rozwiązań. Podczas Kongresu nie zabraknie sucess stories, w ramach których zostaną podane przykłady udanych rund negocjacyjnych zakończonych nawiązaniem współpracy.

Swoją obecność podczas FinTech & InsurTech Digital Congress potwierdzili już:

  • Robin Daina, CEO & Founder Connexa
  • Jakub Kiwior, General Manager, Poland and Hungary at Visa Europe
  • Stefan Krueger, VP Investment Bank, Morgan Stanley
  • Jacek Obłękowski, CEO, Horum Bank
  • Michał Pawlik, CEO, SMEO
  • Adam Rozwadowski, Założyciel Enel-Med i Fundator/CEO Fundacji Zdrowia Publicznego”Pro Bono”
  • Tal Sharon, Managing Director at Equitech Financial Consulting; a Fintech Master at FinTech-Aviv
  • Martin Zalewski, Growth, Transformation & Innovation Expert; Board Advisor & Startup Mentor, Fr. Strategy & Transformation Director, Lloyds Banking Group

FinTech & InsurTech Digital Congress to platforma wymiany doświadczeń kluczowych ekspertów z kraju i z zagranicy, gdzie technologia spotyka się z sektorem finansowym – Nie ma drugiego takiego miejsca, gdzie w pigułce można dowiedzieć się, co zaszło w ostatnim czasie w zakresie fintech oraz insurtech, zatem nad czym warto skupić swoją uwagę w przyszłości – twierdzi Anna Streżyńska, CEO, MC2 Solutions, była Minister Cyfryzacji.

Kongres realizowany jest w ramach działalności grupy MMC Polska organizującej prestiżowe kongresy, konferencje, warsztaty i szkolenia biznesowe w Polsce dedykowane specjalistom, kadrze menadżerskiej oraz zarządom firm.

Wszelkie informacje na temat FinTech & InsurTech Digital Congress można znaleźć za pośrednictwem oficjalnej strony kongresu: www.fintechdigitalcongress.pl oraz profili społecznościowych na portalach Facebook, Twitter oraz LinkedIn.

XIX Ogólnopolski Kongres Energetyczno-Ciepłowniczy POWERPOL 2019

W imieniu Europejskiego Centrum Biznesu pragniemy zaprosić Państwa do udziału w XIX edycji Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL, który odbędzie się w dniach 14-15 stycznia 2019 r. w Warszawie w Hotelu Sofitel Warsaw Victoria. Patronem Medialnym Kongresu jest CEO Magazyn Polska. Temat przewodni brzmi: „Rok 2019: Zrównoważony rozwój polskiej energetyki”

Rok 2019 jest dla polskich wytwórców i dostawców energii czasem intensywnych zmian związanych zarówno z otoczeniem legislacyjnym, optymalizacją procesów wytwarzania, zapewnieniem bezpieczeństwa operacyjnego spółek strategicznych, przygotowaniem nowych inwestycji jak i nowymi priorytetami rządowej polityki energetycznej w zakresie zrównoważonego rozwoju, efektywności energetycznej, ochrony środowiska, elektromobilności, OZE oraz czystości powietrza.

informacja podstawowa-grafikaKongres jest okazją do wymiany opinii i doświadczeń pomiędzy przedstawicielami największych w kraju przedsiębiorstw energetycznych, najważniejszych organizacji branżowych, środowisk akademickich i przedstawicieli biznesu. W tym gronie chcemy poruszyć kwestie kondycji i perspektyw dla sektora elektroenergetycznego i gazowego oraz szans na rozwój elektromobilności i kogeneracji, budowania rynku mocy, a także coraz silniejszego wpływu legislacji i sytuacji międzynarodowej na bezpieczeństwo energetyczne. Szczegółowe informacje: www.powerpol.pl

Charakterystyka postępowania o zatwierdzenie układu – restrukturyzacja przedsiębiorstwa

postępowanie o zatwierdzenie układuRestrukturyzacja firmy przebiega w ramach jednego z czterech postępowań restrukturyzacyjnych przewidzianych prawem. Wybór właściwego postępowania zależy od kondycji przedsiębiorstwa, możliwości finansowych i obecnych relacji z wierzycielami, a także zdolności menadżerskich kadry zarządzającej, czy ilości wierzytelności spornych. Jednym z postępowań restrukturyzacyjnych jest postępowanie o zatwierdzenie układu.

Przesłanki wszczęcia postępowania o zatwierdzenie układu

Warunkiem umożliwiającym skorzystanie z restrukturyzacji firmy jest wystąpienie stanu zagrożenia niewypłacalnością lub utrata zdolności do regulowania wymagalnych zobowiązań pieniężnych, czyli niewypłacalność. Jak pokazuje praktyka, dłużnicy, którzy korzystają z postępowania o zatwierdzenie układu z reguły są we wstępnej fazie problemów z płynnością finansową, więc można mówić o występowaniu zagrożenia utratą zdolności spłaty zobowiązań.

Dodatkowo, czynnikiem wpływającym na możliwość skorzystania z tego rodzaju postępowania jest ilość wierzytelności spornych. Nie mogą one przekraczać 15% wierzytelności kwestionowanych w odniesieniu do sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem.

Przebieg postępowania o zatwierdzenie układu

Postępowanie o zatwierdzenie układu odbywa się w znacznej mierze bez udziału sądu. Inicjowane jest poprzez zawarcie umowy przez dłużnika z osobą posiadającą licencję doradcy restrukturyzacyjnego, który pełni funkcję nadzorcy układu. Co do zasady, doradca restrukturyzacyjny powinien wykonać te czynności, które przewiduje ustawa, a także związane z procedurą restrukturyzacji, m.in.:

  • przeprowadzić weryfikację stanu przedsiębiorstwa pod kątem ekonomicznym;
  • zdiagnozować powody obecnej sytuacji firmy;
  • przygotować program restrukturyzacji wraz z harmonogramem.

Następnie, doradca restrukturyzacyjny sporządza spis wierzytelności, również spornych, określa propozycje układowe i zbiera pisemne głosy wierzycieli. Dobrym rozwiązaniem jest przygotowywanie propozycji układowych w porozumieniu z wierzycielami (przynajmniej tymi kluczowymi), aby szanse na zaakceptowanie przez nich propozycji było większe. Jeżeli za przyjęciem układu wypowie się większość wierzycieli, która ma łącznie co najmniej 2/3 sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem, to doradca restrukturyzacyjny winien złożyć wniosek do sądu.

Ostatecznie, sąd zatwierdza uzgodniony wcześniej układ, a nadzorca układu staje się nadzorcą wykonania układu.

Korzyści z wykorzystania postępowania o zatwierdzenie układu

Restrukturyzacja firmy wywiera określone skutki, m.in. w sferze zarządu własnego dłużnika. Postępowanie o zatwierdzenie układu nie pozbawia jednak dłużnika zarządu własnego. Z uwagi na prowadzenie postępowania bez udziału sądu, posiada ono o wiele mniej formalny charakter niż pozostałe procedury. W przypadku zatwierdzenia układu dłużnik może liczyć m.in. na redukcję zadłużenia, czy prolongatę spłaty (w zależności od koncepcji zawartych w propozycjach układowych). Dodatkowo, wraz z wydaniem postanowienia w przedmiocie zatwierdzenia układu dochodzi do zawieszenia postępowań egzekucyjnych dotyczących wierzytelności objętych z mocy prawa układem, a także możliwe jest uchylenie zajęć w zawieszonym postępowaniu egzekucyjnym lub zabezpieczającym. Niedopuszczalne jest też wszczęcie nowych postępowań komorniczych wobec wierzytelności objętych układem z mocy prawa.

Koszty zatrudnienia i brak pracowników barierami rozwoju polskich firm

Z deficytem pracowników borykało się w III kwartale br. 53% przedsiębiorstw w budownictwie i 45% w przemyśle. Wzrost kosztów zatrudnienia sygnalizowało 55-63% firm w budownictwie, przemyśle, handlu detalicznym i transporcie – wynika z danych GUS.

W cieniu publikacji danych o bieżącej koniunkturze znalazł się materiał GUS o koniunkturze z perspektywy historycznej. Dostarcza on unikatowego wglądu w postrzeganie barier działalności przedsiębiorstw w przemyśle, budownictwie i usługach z ostatnich niemal dwudziestu lat. Płyną z niego ciekawe wnioski. Po pierwsze, relatywnie niewielkie różnice między deklaracjami podmiotów różnej wielkości sugerują, że większość barier ma charakter uniwersalny.

– Nie oznacza to jednak, że przedsiębiorstwa znajdują na nie sposób jednakowo skuteczny. Ich wyniki finansowe wskazują, że z barierami łatwiej radzą sobie duże podmioty. Oznaczałoby to, że największym beneficjentem znoszenia barier rozwojowych są mniejsze firmy – mówi Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan

Po drugie, niezmiennie widoczna jest korelacja barier z fazami cyklu koniunkturalnego. Niedostateczny popyt, problemy finansowe czy niepewność sytuacji gospodarczej tradycyjnie są deklarowane częściej w okresach spowolnienia, natomiast niedobór pracowników czy koszty zatrudnienia stają się bardziej dotkliwe w okresach rozkwitu. Z deficytem zasobów pracy (zwłaszcza wykwalifikowanej) – kiedyś marginalnym, w III kwartale 2018 borykała się nawet ponad połowa przedsiębiorców: 53% w budownictwie, 45% w przemyśle, 44% w transporcie i logistyce, 29% w handlu detalicznym. Jest to wyraźnie więcej niż w poprzednim szczycie koniunktury i nawet relatywnie wysokie wynagrodzenia nie chronią przed deficytem pracowników.

– Z tego samego powodu obserwujemy wzrost roli kosztów zatrudnienia, które hamowały działalność w 55-63% podmiotów w budownictwie, przemyśle, handlu detalicznym, transporcie i logistyce czy administrowaniu. Niedobór pracowników i wzrost kosztów zatrudnienia to obecnie dwie najpowszechniej deklarowane bariery funkcjonowania przedsiębiorstw. Niewątpliwie więc ujawnia się potrzeba refleksji nad długookresową polityką aktywizacji zawodowej i podnoszenia kompetencji pracowników – zauważa Sonia Buchholtz.

Po trzecie, na więcej uwagi zasługuje dotkliwość obciążeń na rzecz państwa, która przewija się we wszystkich badaniach nad rozwojem przedsiębiorczości. Bariera ta ma charakter antycykliczny – rosnący w okresach dobrej koniunktury popyt pozwala łatwiej pokryć wyższe obciążenia (chociaż nawet teraz deklaruje tę barierę 37-47% przedstawicieli największych branż). Z kolei w okresach spowolnienia poszukiwaniu oszczędności towarzyszy większa refleksja nad wydatkami, w tym wydatkami na rzecz państwa. W tym kontekście racjonalne zmniejszanie obciążeń na rzecz państwa będzie zawsze długookresowo z korzyścią dla przedsiębiorczości.

Warto też spojrzeć na niski poziom i trend spadkowy bariery popytowej. Popyt stanowi fundament przedsiębiorczości. Jeszcze w 2010 roku z deficytem popytu borykało się nawet 74% przedsiębiorstw przemysłowych i 40% w budownictwie. Przybywa firm, które żadnych barier nie deklarują. Nie powinno to jednak nas zmylić. Około 9 na 10 podmiotów nadal takie bariery funkcjonowania widzi. Warto także rozważyć, czy na horyzoncie nie czają się nowe wyzwania, których badanie GUS jeszcze nie identyfikuje.

– Wśród nich fundamentalna będzie odpowiedź na pytanie, do jakiego stopnia brak dostępu do nowoczesnych technologii utrudni funkcjonowanie firmom. Nie należy także zapominać o roli niefinansowych obciążeń na rzecz państwa, w tym obowiązków sprawozdawczych czy uciążliwości kontroli. Od zdolności do skutecznego niwelowania tych barier zależeć będzie zarówno długookresowy wzrost gospodarczy, jak i zdolność do łagodzenia okresów spowolnień gospodarczych – dodaje Sonia Buchholtz.

„Milkną” ważni informatorzy CIA w rządzie rosyjskim

Według „The New York Times” w ostatnich miesiącach spadła aktywność tajnych informatorów CIA w rosyjskim rządzie, na których USA opierały swoją taktykę i strategię działania wobec Moskwy. Sieć była budowana latami. Składała się z urzędników zajmujących wysokie stanowiska na Kremlu i w innych rosyjskich instytucjach rządowych. Informatorzy mieli kluczowe znaczenie w ujawnianiu rosyjskich prób ingerencji w wybory prezydenckie z listopada 2016 r. Dziennik, cytując „obecnych i byłych oficerów wywiadu”, utrzymuje, iż nie wierzą oni w schwytanie lub likwidację agentów. Prawdopodobnie w związku z nasilonymi działaniami kontrwywiadu rosyjskiego zostali „uśpieni”. Moskwa zintensyfikowała działania kontrwywiadowcze od czasu incydentu z Siergiejem Skripalem, kiedy to stosunki między Kremlem a większością krajów Zachodnich były chyba najgorsze od czasów zimnej wojny. W konsekwencji informatorzy „ocenili, że przekazywanie informacji jest zbyt niebezpieczne”.

Sytuacja ta pozbawiła CIA i inne amerykańskie agencje ważnych źródeł informacji w obliczu ostrego konfliktu z Rosją. Brak danych pogłębił się w marcu 2018 r. wraz z wydaleniem kilkudziesięciu amerykańskich dyplomatów z Rosji w odwecie za wydalenie 60 rosyjskich pracowników placówek dyplomatycznych.

Wielu dyplomatów wyrzuconych z Rosji było w rzeczywistości funkcjonariuszami wywiadu działającymi pod „przykryciem”. Nieliczni, którzy pozostali „znajdują się pod niewiarygodnym nadzorem” rosyjskich służb kontrwywiadowczych. Waszyngton nadal zbiera informacje z Rosji za pośrednictwem innych kanałów, w tym przechwytu satelitarnego, ale wywiad USA uważa, iż nastąpiła degradacja wartości informacji płynących z Rosji.

Źródło: The New York Times z 24.08.2018 r.

Rynek powierzchni biurowych w miastach regionalnych w III kwartale 2018 r.

  • Na regionalnym rynku biurowym obserwowany jest trend decentralizacji firm z sektora usług dla biznesu, przez co zwiększa się aktywność w mniejszych ośrodkach, takich jak Rzeszów, Bydgoszcz, Toruń, Gliwice czy Częstochowa, gdzie w III kw. 2018 r. zarejestrowano nowe transakcje najmu.
  • Największy przyrost powierzchni niewynajętej kwartał do kwartału został zanotowany w Krakowie (+1,33 pp.) a największy spadek w Poznaniu (-1,15 pp.)
  • Absorpcja netto po pierwszych trzech kwartałach 2018 roku wyniosła 400 000 mkw. i w porównaniu do analogicznego okresu w 2017 roku była wyższa o ponad 22%. Relatywnie wysoki wskaźnik jest w dużym stopniu efektem dostarczenia powierzchni biurowej zabezpieczonej umowami przednajmu zawartymi w 2017 roku.
  • Skanska rozpoczyna realizację swojego pierwszego projektu w Gdańsku. Biurowiec Wave będzie oferował blisko 48 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, a planowana data oddania do użytku to 2020 rok.
Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield
Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield

– W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku wolumen inwestycyjny w miastach regionalnych w sektorze biurowym osiągnął EUR 670m, co stanowi przyrost o 210% w porównaniu do odpowiedniego okresu w roku poprzednim. Miastem o największej aktywności inwestycyjnej był Kraków, gdzie zamknięto 3 transakcje o łącznej wartości EUR 225m. Drugim, pod tym względem, rynkiem był Wrocław, gdzie 5 nieruchomości biurowych zmieniło właścicieli, a łączna wartość transakcji wyniosła EUR 220m – powiedział Michał Wachowicz, konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.

W trzecim kwartale 2018 roku na największych regionalnych rynkach biurowych w Polsce (Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie i Lublinie) oddano 21 nowych inwestycji, co przełożyło się na wzrost dostępnej powierzchni o ponad 176 tys. mkw. Dzięki nowej podaży całkowite zasoby w głównych miastach regionalnych wyniosły 4,81 mln mkw. Największym z dostarczonych na rynek budynków jest Olivia Prime A w Gdańsku (28 000 mkw.), zlokalizowany w Łodzi budynek Ogrodowa Office (24 700 mkw.) oraz pierwsza faza projektu Podium Park w Krakowie (15 700 mkw.). Analitycy firmy doradczej Cushman & Wakefield spodziewają się, że przy realizowanym obecnie wolumenie nowej podaży – prawie 140 000 mkw. – całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na największych regionalnych rynkach mogą zbliżyć się do granicy 5 mln mkw. na koniec roku.

Pomimo dość wysokiej liczby nowych inwestycji, wskaźnik pustostanów nie zmienia się znacząco. Na koniec trzeciego kwartału 2018 roku średnia dla ośmiu największych miast regionalnych wyniosła 9,7%, co stanowi wzrost o 0,4 pp. w stosunku do poprzedniego kwartału. Najmniej powierzchni niewynajętej znajdowało się w Poznaniu (6,6%), a najwięcej w Lublinie (18,9%).

Całkowita aktywność najemców w ośmiu największych miastach regionalnych od stycznia do września 2018 roku wyniosła 421 400 mkw. i była o 9% niższa w porównaniu do analogicznego okresu w rekordowym 2017 roku, ale jednocześnie o 4% wyższa od średniej trzyletniej. W strukturze popytu w analizowanym okresie największym zainteresowaniem najemców cieszyły się Kraków (46 000 mkw.), Trójmiasto (40 400 mkw.) Wrocław (38 100 mkw.). To również w tych miastach zarejestrowano największe transakcje, tj. renegocjację umowy Capgemini w Krakowie (11 850 mkw. w Rondo Business Park), umowę przednajmu zawartą w Trójmieście przez firmę Sii (10 100 mkw. w Olivia Prime A), a także umowę ekspansji Credit Agricole we Wrocławiu (9 850 mkw. Business Garden I).

Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield
Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield

– W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku aktywność najemców skupiała się na trzech największych rynkach biurowych, czyli w Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Niemniej jednak, dzięki zauważalnemu trendowi decentralizacji firm z sektora usług dla biznesu, obserwujemy zwiększoną aktywność najemców, nie tylko w średnich ośrodkach, takich jak Łódź, Poznań czy Katowice, ale również w mniejszych miastach, takich jak Rzeszów, Bydgoszcz, Toruń, Gliwice czy Częstochowa, gdzie w III kw. 2018 r. zarejestrowano nowe transakcje najmu – powiedział Jan Szulborski, konsultant w dziale Badań i Doradztwa, Cushman & Wakefield, autor raportu.

W trzecim kwartale 2018 roku, na analizowanych rynkach wyjściowe stawki czynszów w najlepszych lokalizacjach utrzymały się na stabilnym poziomie i wyniosły między 12 a 14,5 EUR/mkw. miesięcznie.

Narzucenie obowiązku zawierania umów na dostawę owoców w Polsce

Praktycznie żadne z państw Unii Europejskiej poza Polską nie zdecydowało się na wprowadzenie obowiązku zawierania umów na dostawę tak wielu grup produktów rolnych w formie zaproponowanej w Rozporządzeniu 1308/2013. Niezastosowanie się do nowych obowiązków może skutkować m.in. karą w wysokości 10% zakupionych produktów, co może mieć negatywne skutki dla wielu branż w Polsce, w tym dla producentów soków – wynika z analizy ekspertów firmy doradczej PwC, przygotowanej na zlecenie Stowarzyszenia Krajowej Unii Producentów Soków.

Obowiązek zawierania umów na dostawę produktów rolnych ma swe źródło w przepisach europejskich. Unijny prawodawca w Rozporządzeniu 1308/2013 nie narzucił jednak krajom członkowskim obowiązku wprowadzenia przymusu zawierania tego typu umów w zakresie obrotu wszystkimi produktami rolnymi – w odniesieniu do większości kategorii produktów przewidziano jedynie taką możliwość, ale ostateczną decyzję pozostawiono poszczególnym rządom. Celem wprowadzenia tego typu rozwiązania ma być wzmocnienie współpracy w łańcuchu dostaw żywności na terenie Unii Europejskiej.

Choć rozwiązanie zaproponowane przez UE nie jest obligatoryjne w odniesieniu do rynku owoców i warzyw, Polska skorzystała z możliwości rozszerzenie postanowień Rozporządzenia 1308/2013 i w 2015 r. wprowadziła do polskiego porządku prawnego obowiązek zawierania umów na dostawę tych produktów. W ślad za nowymi obowiązkami wprowadzono również sankcje dla przetwórców i dystrybutorów, którzy nabywaliby owoce i warzywa bez zawarcia odpowiedniej umowy. Kara pieniężna, która grozi dziś za brak umowy w formie narzuconej przepisami Rozporządzenia 1308/2013, wynosi 10% wartości zakupionych produktów.

W celu zbadania skutków wprowadzenia obowiązku zawierania tego typu umów, eksperci PwC poddali analizie aktualną sytuację polskiego rynku owoców, a także zbadali czy porównywalne obciążenia zostały wprowadzone w innych krajach UE.

Dziś największym problemem, z którym w praktyce borykają się strony umowy na dostawę produktów rolnych jest odpowiednie określenie ceny na poszczególne produkty na kilka miesięcy przed dostawą towarów. Jest to szczególnie trudne dla uczestników rynku owoców. Ceny rynkowe jabłek mają charakter sezonowy i zależą w dużej mierze od czynników takich jak pogoda i trendy światowe. Z tego względu ustalenie ceny na kilka miesięcy przed datą dostawy jest praktycznie niemożliwe i zawsze będzie powodowało nieuzasadnione straty po jednej ze stron umowy. Co ważne, w przypadku owoców również niemożliwe jest odwołanie się do obiektywnych wskaźników ułatwiających ustalenie ceny, jak ma to miejsce np. w przypadku innych produktów rolnych, takich jak zboże i rzepak – produktów, które są przedmiotem obrotu na światowych giełdach towarowych. Takie rozwiązanie może więc wcale nie wzmocnić sadowników, którzy w latach gorszej pogody i niższych zbiorów poniosą straty, ale też może osłabić producentów polskich soków na arenie międzynarodowej, którzy w latach nadpodaży będą zmuszeni do zakupu surowca po zawyżonych cenach. – Katarzyna Urbańska, wicedyrektor ds. regulacji w PwC

Jak wynika z analizy, produkcja owoców w Polsce staje się coraz bardziej efektywna. W latach 2009-2018 średnia produkcja jabłek z jednego hektara wzrosła o 5 ton. W 2016 r. Polska była trzecim na świecie eksporterem jabłek w ujęciu ilościowym. Około 82% polskich jabłek kierowanych jest na eksport – mniejszość stanowią jabłka do konsumpcji, zdecydowana większość eksportowana jest pod postacią soku zagęszczonego. Polski rynek jabłek jest silnie powiązany z rynkiem międzynarodowym, ceny sprzedaży owoców są więc w dużej mierze determinowane przez realia i uwarunkowania światowe, w tym w dużej mierze przez cenę sprzedaży soku zagęszczonego oferowaną w danym roku na rynkach europejskich.

Dodatkowo, jak wynika z raportu PwC, polskim sadownikom nie pomaga ich wysokie rozdrobnienie. Liczba małych gospodarstw o powierzchni nieprzekraczającej 1 ha jest bardzo duża – mała skala produkcji i brak odpowiedniej wiedzy oraz przygotowania utrudniają utrzymanie rentowności produkcji. W dodatku, tylko część z ponad 148 tysięcy sadowników obecnych w Polsce zrzesza się w ramach grup producenckich. Jak wynika z dostępnych danych, udział sprzedaży realizowanej przez organizacje producentów owoców w całkowitej wartości sprzedanych owoców i warzyw stanowił w Polsce zaledwie 16% w 2016 r., podczas gdy już w 2011 r. średnia dla Unii Europejskiej wynosiła 35,5%, wskaźnik dla Austrii równał się 22,5%, a w krajach takich jak Irlandia, Wielka Brytania i Holandia – ponad 50%.

W Polsce mamy również do czynienia z niedostosowaniem podaży jabłek do popytu. Zbyt wielu rolników decyduje się na produkcję jabłek deserowych, które teoretycznie oferują wyższą stopę zwrotu, ale wiążą się również z koniecznością poniesienia wyższych kosztów. Brak odpowiednio wysokiego popytu na jabłka deserowe oraz niesatysfakcjonująca jakość części produkcji powodują, że jabłka te są sprzedawane jako jabłka przemysłowe. W efekcie, ich produkcja jest nierentowna.

Eksperci PwC podkreślają, iż praktycznie żadne z państw UE poza Polską nie zdecydowało się na wprowadzenie obowiązku zawierania umów na dostawę produktów rolnych w formie zaproponowanej w Rozporządzeniu 1308/2013. Wynika to najczęściej z istnienia w tym obszarze alternatywnych regulacji krajowych. We Francji producent rolny ma możliwość odmowy podpisania umowy, a klauzule renegocjacyjne są obowiązkowe. Z kolei w Hiszpanii wzorce umów dla poszczególnych kategorii owoców są zatwierdzane w rozporządzeniach ministra rolnictwa i rybołówstwa i są one przygotowywane każdorazowo dla konkretnego sezonu. W Belgi i Holandii skoncentrowano się na zachęcaniu i wspieraniu producentów rolnych do zrzeszania się w większe grupy.

Zdaniem autorów analizy należałoby rozważyć wyłączenie owoców z zakresu przymusowych umów na dostawę produktów rolnych, albo rząd powinien zdefiniować obiektywne wskaźniki, umożliwiające stronom działającym na rynku owoców prawidłowe ustalenie ceny na kilka miesięcy przed dostawą produktów. Dodatkowo, warte rozważenia jest umożliwienie stronom renegocjacji zawartych umów – na wzór rozwiązań przyjętych w innych krajach.

Black Friday z każdym rokiem popularniejszy

Black Friday przypadający w tym roku na 23 listopada rozpocznie gorączkę zakupów trwającą aż do świąt Bożego Narodzenia. W Stanach Zjednoczonych to wieloletnia tradycja, ale Polacy też polubili promocje, z których coraz chętniej korzystają.

Black Friday to prawdziwe święto zakupów. Jedne źródła donoszą, że tradycja zakupowego szaleństwa odbywającego się zawsze w następny dzień po Święcie Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych wzięła swoją nazwę od paraliżu komunikacyjnego, jaki przeżyła Filadelfia w 1966 roku. Wówczas to Amerykanie tak tłumnie ruszyli na zakupy, że miejscowa policja nie mogła sobie poradzić z chaosem i sytuację nazwała mianem Black Friday. Inni twierdzą, że zyski ze sprzedaży tego dnia od dziesięcioleci są tak wielkie, że księgowi zapisujący je używali tylko czarnego atramentu (czerwony zarezerwowany był na straty). W jakim stopniu czas ten wpływa na decyzje zakupowe za oceanem, a w jakim na naszym rodzimym gruncie?

Amerykanie kupują prezenty

Według danych statista.com w Stanach Zjednoczonych, kolebce Black Friday, wartość sprzedanych produktów podczas ostatniego Czarnego Piątku wzrosła o 16,8 proc. w odniesieniu do edycji w roku 2016. Coraz większą popularnością cieszy się też tzw. Cyber Monday – poniedziałek następujący zaraz po Czarnym Piątku, kiedy również przeceniane są produkty w sieci. W tym przypadku zanotowano podobny wzrost – 16,9 proc. Gdyby jednak przyjrzeć się celom, jakie przyświecają Amerykanom podczas korzystania z promocji, okaże się że w tym zakupowym szaleństwie jest metoda. Wyniki ankiety przeprowadzonej w Stanach z 2017 r. wskazują motywy, jakie kierują konsumentami: 42 proc. osób uzasadnia, że to świetny moment, aby zakupić świąteczne prezenty, 39 proc. robi to dla tradycji, 33 proc. uważa, że to świetna okazja, by kupić wartościowy produkt w atrakcyjnej cenie, a 31 proc. argumentuje, że to sposobność do kupna produktów, na które nie stać ich w innym czasie.

Według branżowych szacunków, przeciętny Amerykanin w okresie od Black Friday do końca roku 2017 wydał na zakupach niemal 1000 dolarów, podczas gdy na przykład pięć lat temu ta kwota wynosiła około 750 dolarów.

Polacy po prostu kochają promocje

W Europie, w tym i Polsce, tradycja Black Friday również zdążyła się rozgościć na dobre, tym bardziej, że Polacy od zawsze lubią promocje i wyprzedaże. Co więcej, dla wielu z nas ciekawa promocja jest główną przyczyną podjęcia decyzji zakupowej. Według badania opublikowanego przez agencję doradczą KPMG, pod koniec 2017 roku dla 76 proc. Polaków niska cena jest głównym czynnikiem motywującym do zakupu, a dla połowy (49 proc.) powodem, aby zwlekać z decyzją zakupową do czasu, aż zostanie ona właśnie obniżona.

O ile w Stanach Zjednoczonych zamiłowanie do Black Friday wynika w dużym stopniu z tradycji, o tyle w Polsce na wyniki sprzedażowe spory wpływ ma wciąż naprawdę atrakcyjna oferta i skuteczna komunikacja na linii marka-klient. Obok coraz bardziej popularnych nowoczesnych kanałów sprzedażowych, dla polskich konsumentów bardzo ważne wciąż są tradycyjne SMS-y, które mogą odegrać istotną rolę w zakupowym szaleństwie.

– Wyniki badania „Komunikacja SMS w Polsce” potwierdzają, że aż 76,2 proc. konsumentów otrzymuje za pośrednictwem SMS-ów bieżące informacje dotyczące rabatów i innych ofert handlowych. Co równie ważne, aż 69 proc. osób z tego grona utrzymuje, że chce takie wiadomości otrzymywać nadal – komentuje Edyta Godziek, Marketing & PR Manager Platformy SerwerSMS.pl, zajmującej się wysyłką SMS-ów. To jasny sygnał, że jest to aprobowana, a nawet pożądana forma komunikacji z potencjalnymi klientami – dodaje.

Reklama w Google AdWords, na Facebooku, kampanie display, powiadomienia push zdaniem ekspertów nie gwarantują dotarcia z komunikatem do klienta „tu i teraz”, jak to się dzieje w przypadku SMS-ów.

– W okresie, kiedy do konsumentów trafia szczególnie dużo przekazów reklamowych, warto postawić na kreację, która albo wyjątkowo wyróżni się formą, albo dotrze do obiorcy maksymalnie bezpośrednio i nie będzie musiała konkurować z setkami banerów, billboardów czy zalegających w skrzynce ulotek. SMS-y mają to do siebie, że otwieramy je bezpośrednio po otrzymaniu na nasz telefon – bardzo osobiste, stale towarzyszące nam urządzenie. Z wiadomością docieramy zatem natychmiast, możemy być pewni, że zostanie ona odczytana, ba, nawet odebrana dużo bardziej osobiście, bowiem istnieje możliwość jej personalizacji. To jednocześnie sposób prosty, szybki i tani, pozwalający informować o danej akcji nieograniczoną praktycznie liczbę odbiorców. Współcześnie także sama postać SMS-a daje wiele możliwości w zakresie tworzenia angażującego komunikatu – wylicza Edyta Godziek. Jak widać elementów wpływających na efektowność i efektywność kampanii SMS jest sporo, dlatego wciąż warto wdrażać je do pakietu narzędzi reklamowych – uzupełnia.

W wielu krajach to właśnie listopad, a nie grudzień, jest miesiącem generującym największe zyski sprzedawcom. Bez wątpienia Black Friday to doskonały pretekst, aby te wyniki sprzedażowe jeszcze podnosić, przy jednocześnie stosunkowo najniższych nakładach na promocję. Warto także pamiętać, że z roku na rok wzrasta ilość transakcji dokonywanych przez smartfony, zatem komunikaty dostarczane na telefony, mogą zwiększyć szansę na tego typu interakcję. Nie znaczy to oczywiście, że SMS to rozwiązanie dedykowane działalności e-Sklepów. Wspomniane już badanie „Komunikacja SMS w Polsce” wskazuje, że chęć odwiedzenia sklepu internetowego po otrzymaniu SMS-a promocyjnego deklaruje 79,5 proc. ankietowanych, a punktu stacjonarnego – 76,6 proc. Różnica zatem jest niewielka. Jak więc w tym roku przedsiębiorcy wykorzystają idący za Black Friday potencjał? Czy słupki zakupowe poszybują w górę? To się niebawem okaże. Na pewno i tegoroczne podsumowanie nie umknie uwadze marketerom.

Rosja poszukuje zaginionych rakiet nuklearnych

Według źródeł zbliżonych do amerykańskiego wywiadu Rosja organizuje zakrojone na szeroką skalę poszukiwania rakiet nuklearnych, które kilka miesięcy temu zaginęły podczas testowania. Mogą one być częścią nowego systemu rakietowego o nieograniczonym zasięgu, który prezydent W. Putin wychwalał w czasie swojego corocznego wystąpienia 1 marca 2018 r. System został tak zaprojektowany, że mógłby ominąć znane systemy obrony przeciwrakietowej, a tym samym byłby „niewrażliwy na przechwycenie”.

Według obserwatorów nowa broń rosyjska rozwijana jest od ponad 15 lat. Jednak wbrew twierdzeniom Putina nigdy nie została pomyślnie przetestowana. Amerykanie twierdzą, że rosyjskie wojsko wypróbowało te rakiety co najmniej cztery razy w okresie od listopada 2017 r. do lutego 2018 r. oraz że wszystkie pociski rozbiły się na długo przed osiągnięciem zamierzonego celu. Moskwa zaprzecza jednak informacjom o rozbiciu rakiet.

Amerykańska sieć informacyjna CNBC twierdzi, że Rosja przygotowuje się do rozpoczęcia operacji poszukiwania jednego z pocisków jądrowych, który zaginął w listopadzie 2017 r. Uważa się, że pocisk rozbił się na Morzu Barentsa, rozległym obszarze wodnym położonym u północnych wybrzeży Rosji i Norwegii. CNBC, cytując anonimowe źródła wywiadowcze, poinformowała, że rosyjska misja poszukiwawcza będzie składała się z trzech statków, z których co najmniej jeden będzie specjalnie przygotowany do obsługi materiałów promieniotwórczych. Amerykańska stacja ujawniła, że rosyjska misja poszukiwawcza nie ma określonego harmonogramu. Rosyjski rząd nie skomentował rewelacji CNBC.

Źródło: Agencja informacyjna CNBC z 23.08.2018 r.

Urzędnicy USA dyskutowali plany zamachu wojskowego z oficerami Wenezueli

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump miał upoważnić amerykańskich urzędników do tajnych spotkań z wenezuelskimi wojskowymi, którzy planowali zamach stanu przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Informacje ujawnił „The New York Times”, cytując „rozmowy z 11 aktualnymi i byłymi amerykańskimi urzędnikami” oraz informacje anonimowego wenezuelskiego dowódcy wojskowego. Ten ostatni stwierdził, że uczestniczył w tajnych rozmowach, których kilka odbyło się w ciągu ostatniego roku. Według dziennika spotkania zainicjował sam Trump, który w sierpniu 2017 r. nie wykluczał „opcji wojskowej”, aby „przywrócić spokój” w Wenezueli. Ta wypowiedź spowodowała, że co najmniej trzy grupy wenezuelskich wojskowych, sprzeciwiających się władzy prezydenta Maduro, podjęły próby dotarcia do Białego Domu.

W konsekwencji miało to doprowadzić do „szeregu potajemnych spotkań za granicą”, z których pierwsze odbyło się jesienią 2017 r. Spiskowcy twierdzili, że reprezentują kilkuset członków Narodowych Boliwariańskich Sił Zbrojnych, których celem jest obalenie prezydenta Maduro i ustanowienie tymczasowego rządu gwarantującego pokojowe i wolne wybory. Wyrazili zainteresowanie bezpiecznym sprzętem łączności, który mogliby wykorzystać do koordynacji operacji.

Ostatecznie Biały Dom uznał, że przedsięwzięcie byłoby zbyt ryzykowne ze względu na możliwy rozlew krwi. Ponadto urzędnicy rządu USA byli zaniepokojeni składem rebeliantów. Przynajmniej jeden z nich łamał prawa człowieka, a wcześniej był oskarżany o udział w przemycie narkotyków i bliski związek z rewolucjonistami Sił Zbrojnych Kolumbii, które znajdują się na oficjalnej liście zagranicznych organizacji terrorystycznych Waszyngtonu. W końcu spiskowcy zrezygnowali z planów zamachu.

Biały Dom odrzucił sugestie gazety, oświadczając, że ważny jest „dialog ze wszystkimi Wenezuelczykami, którzy przejawiają pragnienie demokracji”. Odmówił udzielenia odpowiedzi na konkretne pytania dotyczące możliwego poparcia zamachu. Prezydent Maduro wcześniej obwinił USA za dwie próby zamachu na jego życie w ciągu ostatnich 18 miesięcy, z których ostatnia miała się odbyć przy użyciu eksplodującego drona.

Francja oskarża Rosję o szpiegostwo danych satelitarnych

Francuska minister obrony Florence Parly oskarżyła Rosję o próbę przechwytywania francuskiej komunikacji satelitarnej, nazywając ją aktem szpiegostwa. Jej zdaniem w ubiegłym roku Rosja próbowała przechwycić transmisje i szpiegować satelitę zapewniającą bezpieczną komunikację francuskiego wojska. Ujawniła, że satelita Athena-Fidus, obsługiwany wspólnie przez Francję i Włochy, był inwigilowany przez rosyjski Luch-Olymp, znany z zaawansowanej zdolności odsłuchowej.

Według francuskiej minister próby podsłuchiwania sąsiadów są nie tylko nieprzyjazne, ale także stanowią akt szpiegostwa, stąd urzędnicy podjęli „odpowiednie środki” i nadal monitorują satelitę po jej odejściu. W zeszłym miesiącu Waszyngton oskarżył Moskwę o opracowanie broni anty-satelitarnej, powołując się na „bardzo nietypowe zachowanie” rosyjskiego obiektu kosmicznego.

Parly stwierdziła, iż Francja, a w szczególności wojskowa komunikacja, operacje i manewry mogą być zagrożone w przypadku braku odpowiedniej reakcji.

Oczekuje się, że prezydent Francji Emmanuel Macron przedstawi w przyszłym roku „strategię obrony kosmosu”, a komitet doradczy do listopada 2018 r. wypracuje odpowiednie propozycje.

Źródło: The Guardian z 07.09. 2018 r.

Konwencja MLI (ang. Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties)

Z początkiem 2019 r. Polacy, którzy mają w Polsce rodzinę, ale pracują i zarabiają wyłącznie za granicą, będą musieli rozliczać się także z rodzimym fiskusem. Jest to konsekwencja przepisów, które weszły w życie 1 lipca 2018 r. Początkowo nowe regulacje będą dotyczyły jedynie osób pracujących w Austrii oraz Słowenii, ale z czasem lista zobowiązanych podmiotów będzie się wydłużała. Powyższe jest rezultatem międzynarodowych regulacji Konwencji MLI (ang. Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties), mających na celu walkę z unikaniem podwójnego opodatkowania.

Centrum życia wyznacza rodzina

W świetle dotychczas obowiązujących przepisów, jeżeli podatnik pracuje za granicą, a w Polsce nie uzyskuje żadnych dochodów, ma obowiązek rozliczyć się tylko z zagranicznym urzędem skarbowym. Natomiast od stycznia 2019 r. osoby posiadające rezydencję podatkową w Polsce, o ile uzyskują dochody wyłącznie zagranicą będą musiały złożyć deklarację PIT również w naszym kraju. Nie ma przy tym znaczenia, czy osiągnęły tutaj jakikolwiek dochód. Istotna jest sama okoliczność złożenia zeznania podatkowego. Konwencja przewiduje, że centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych) pracownika wyznacza miejsce, w którym na stałe zamieszkuje jego rodzina. Nowe przepisy nie zmienią zatem sytuacji osób nieposiadających małżonka i dzieci oraz wszystkich tych, którzy wraz z całą rodziną przenieśli się na obczyznę. Co innego, gdy jeden z członków rodziny pracuje w Słowenii, Austrii, na Wyspie Jersey lub Wyspie Man (jak dotąd tylko w tych czterech krajach oraz w Polsce przepisy konwencji MLI weszły w życie), a jego rodzina zdecydowała się pozostać w Polsce. Ustalenie „ośrodka interesów życiowych” osoby pracującej za granicą będzie zatem kluczowe dla określenia jej obowiązków wobec polskiego fiskusa.

Wysokość podatków pozostanie bez zmian

Wprawdzie nowe przepisy wprowadzają dodatkowe obowiązki dokumentacyjne, to jednak wysokość płaconych podatków pozostanie bez zmian (chyba że podatnik uzyskuje przychody także w Polsce). Wszystko dzięki uldze abolicyjnej przewidzianej w ustawie o PIT, która zwalnia osoby zarabiające za granicą z obowiązku ponoszenia dodatkowego ciężaru fiskalnego. Osoby, które będą musiały rozliczyć się w Polsce, powinny pamiętać o jeszcze jednej istotnej kwestii – odprowadzeniu zaliczki na podatek dochodowy. Jednakże zobowiązani podatnicy mogą starać się o ograniczenie poboru zaliczek. Stosowny wniosek należy złożyć przed upływem terminu płatności pierwszej zaliczki, a zatem przed 20 stycznia 2019 r. Jest to niewątpliwie dodatkowe utrudnienie dla osób, które z uwagi na to, że nie osiągają w Polsce żadnych dochodów, nie muszą płacić tutaj podatków. Na szczęście problem zauważyło już Ministerstwo Finansów, które rozważa wprowadzenie rozwiązań usuwających niepotrzebne obowiązki administracyjne.

Ile osób obejmie nowy obowiązek?

Według danych GUS na emigracji przebywa około 2,5 mln Polaków. Najwięcej w Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemczech oraz Irlandii. Nie wiadomo jednak dokładnie, jak wielu Polaków, którzy mieszkają i pracują w państwach będących stroną Konwencji MLI, ma swój „ośrodek interesów życiowych” w Polsce. W świetle nowych przepisów pojawia się też wiele problematycznych kwestii natury prawnej, związanych z posiadaniem rodziny. Zgodnie
z prawem bezdzietna para pozostająca w separacji nadal tworzy związek małżeński, ale trudno tutaj przecież mówić o jakimkolwiek wspólnym pożyciu. Zatem na początku, często to sam podatnik będzie mógł zadecydować, czy chce rozliczać się w Polsce. Jeśli nie,  to pomocne w tym będzie przekonujące udowodnienie, że centrum jego interesów osobistych lub gospodarczych znajduje się w innym kraju.

Konsekwencje karnoskarbowe braku złożenia zeznania

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że znaczna część rodaków pracujących za granicą nie ma i nie będzie miała pojęcia o nowych przepisach, przez co nie złoży wymaganego zeznania podatkowego. Być może w początkowym okresie funkcjonowania nowych przepisów osoby te będą mogły liczyć na łagodniejsze potraktowanie przez fiskusa. Należy jednak pamiętać, że zaniechanie złożenia deklaracji organowi podatkowemu usankcjonowane jest w art. 56 § 4 Kodeksu karnego skarbowego, a grzywna za popełnienie tego wykroczenia określona jest kwotowo – od jednej dziesiątej do dwudziestokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia. W 2018 r. rozpiętość kary wynosi zatem od 210 zł do 42 000 złotych. Biorąc pod uwagę, że zaniedbanie będzie najczęściej wynikało ze zwykłej niewiedzy, a nie chęci ukrywania dochodów, pracujący za granicą mogą spodziewać się grzywny w najniższym przedziale.

Kiedy odczujemy skutki konwencji?

Pierwsze skutki nowych regulacji będziemy mogli zaobserwować najszybciej dopiero za 2-3 lata. Dlaczego tak długo trzeba czekać? Wraz z początkiem 2019 r. zobowiązani podatnicy zapłacą lub nie pierwsze zaliczki, a mniej więcej po roku organy kontroli skarbowej zaczną weryfikować ich poprawność. Na pierwsze decyzje i interpretacje organów podatkowych, a być może nawet orzeczenia sądowe, będzie trzeba poczekać kolejne kilka miesięcy. Dopiero wówczas tak naprawdę będzie można określić, jak dużą grupę podatników obejmie obowiązek rozliczania się w Polsce, a także jakie są skutki nowych regulacji.

Które państwa będą następne?

Jak wskazano powyżej, Konwencja MLI, choć została stworzona przede wszystkim w celu ograniczenia unikania opodatkowania przez wielkie korporacje oraz walki z przerzucaniem zysków za granicę, uderzy rykoszetem także w część Polaków pracujących za granicą. Nie ulega wątpliwości, że liczba osób, których dotyczyć będzie obowiązek podwójnego rozliczania się z fiskusem, będzie systematycznie rosła. Jest to spowodowane faktem, iż z upływem czasu kolejne państwa będą podpisywały Konwencję MLI. Od 1 października 2018 r. Konwencja MLI zaczęła także obowiązywać w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Serbii
i Szwecji.

Trudno przy tym przewidywać, kiedy przepisy zaczną obowiązywać w kolejnych krajach, chętnie wybieranych przez naszych rodaków jako destynacje pracownicze (np. Irlandia). Pewne jest natomiast, że stroną konwencji nie zostaną Stany Zjednoczone.

Podsumowując, osoby pracujące za granicą, które pozostawiły swoje rodziny w Polsce, powinny zwrócić szczególną uwagę na zmieniające się w tym zakresie przepisy, a w razie wątpliwości skonsultować swoją sytuację z wykwalifikowanym prawnikiem lub doradcą podatkowym.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ceny w Polsce. Japonia z ujemnymi stopami

GUS podał, że ceny w październiku rosły najwolniej od maja tego roku. Indeks sprzedaży detalicznej na wyspach poniżej oczekiwań. Japończycy wciąż z ujemnymi stopami procentowymi.

Inflacja w Polsce nie rośnie

Część analityków bała się, że nie podnoszenie stóp może spowodować wzrost inflacji. Spowolnienie gospodarcze w Europie okazało się jednak przeciwdziałać równie skutecznie. Dzisiaj GUS podał, że ceny wzrastają o 1,7% w skali roku. Dla przypomnienia cel inflacyjny wynosi 2,5% i ma 1% “tolerancji”. Ceny zatem są pod kontrolą i na pożądanym poziomie. Warto zwrócić uwagę, że pomimo wzrostu cen ropy inflacja wcale nie wzrosła tak wyraźnie. Oznacza to, że prognozy o niepodnoszeniu stóp procentowych w Polsce w następnych kwartałach są jak najbardziej zasadne. Im bliżej będziemy podwyżek stóp tym mocniejszy będzie złoty.

Słabsze dane z Wielkiej Brytanii

Indeks sprzedaży detalicznej wg. CBI wyniósł zaledwie 5pkt to wyraźnie gorzej niż spodziewane 20 punktów. Funt i tak jest obecnie blisko październikowych minimów, ale im więcej słabszych danych się pojawia tym większa szansa, że się z nich nie odbije za szybko. Powodem jest niepokój inwestorów w sprawie negocjacji Brexitowych, które pomimo tego, że do marca powinny się zakończyć co chwila się blokują. Z drugiej strony nie brakuje opinii, że jeżeli tylko Brytyjczycy osiągną porozumienie funt powinien przekroczyć psychologiczną barierę 5 zł.

Japonia wciąż z ujemnymi stopami procentowymi

Bank Japonii wciąż utrzymuje stopy procentowe na poziomie -0,1%. W rezultacie różnica pomiędzy oprocentowanie w USA a Japonii nie uległa zmniejszeniu. Efektem tej rozbieżności jest większe zainteresowanie inwestorów dolarem, w którym pojawiają się lepsze stopy zwrotu. To właśnie dlatego od dołka z pierwszego kwartału tego roku dolar umocnił się względem jena o imponujące kilkanaście procent.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:15 – USA – raport ADP z rynku pracy,
  • 13:30 – Kanada – miesięczne PKB,
  • 14:34 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl