Grupa Redan chce rozwijać sieć dyskontową i zwiększyć obecność za granicą. W branży modowej planuje utrzymać dynamikę sprzedaży

0

Bogusz Kruszyński, wiceprezes Redanu

Grupa Redan notuje wyższe obroty w swoich sklepach odzieżowych. W pierwszym półroczu wzrosły o 13 proc. Właściciel marek Top Secret, Textil Market i Troll utrzymał procentową marżę handlową, mimo że kurs dolara wzrósł o ok. 20 proc. w skali roku. Firma zakłada stabilny wzrost w branży dyskontowej, chce otwierać kilkadziesiąt sklepów rocznie i wzmocnić swoją obecność na zagranicznych rynkach. W branży modowej zaś chce poprawić wyniki sprzedażowe i utrzymać wysoką dynamikę przyrostu sprzedaży. 

 

W biznesie dyskontowym ceny z roku na rok spadały bardzo regularnie. Wciąż są niższe w poszczególnych grupach asortymentowych, natomiast w strukturze sprzedaży, jeżeli sprzedajemy więcej kurtek, a mniej skarpetek, to w naturalny sposób rośnie średnia zrealizowana cena – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Bogusz Kruszyński, wiceprezes Redanu.

Grupa stopniowo zwiększa swoje wyniki sprzedażowe. W pierwszym półroczu Redan osiągnął 254 mln zł przychodu, to wynik o 13 proc. lepszy od analogicznego okresu w 2014 roku. Większe obroty zanotowała sieć dyskontów odzieżowych Textil Market, która uzyskała ze sprzedaży o 16 proc. więcej niż rok wcześniej. Utrzymana została tendencja wzrostu sprzedaży i marży.

W części dyskontowej przed nami stabilny wzrost. Zakładamy, że będziemy otwierać po 40-50 sklepów rocznie. W tym roku chcemy otworzyć co najmniej 20 sklepów zagranicznych. Jesienią rozpoczniemy działalność na rynku rumuńskim. Jest przestrzeń, żeby zamiast tych ponad 300 sklepów mieć pięćset w najbliższych latach – analizuje wiceprezes Redanu.

Na koniec czerwca sektor dyskontowy liczył 324 sklepy własne o łącznej powierzchni 69,7 tys. mkw. Oznacza to 9-proc. wzrost w skali roku. Dominują sklepy w Polsce, za granicą otwartych jest zaledwie kilka. Wzrosła też łączna powierzchnia punktów handlowych działających w sieci sprzedaży marek Top Secret, Troll i Drywash – do 34,9 tysiąca metrów kwadratowych, czyli 16 proc. więcej niż w czerwcu 2014 roku.

W branży modowej marże są bardziej złożonym zagadnieniem, o ile w TXM towar kupujemy w złotych, to w Top Secret część zakupów jest dokonywana w dolarach. W ciągu roku złoty w stosunku do dolara osłabiła się o 20 proc. Automatycznie, gdybyśmy nie dokonali pewnych korekt, wzrosłyby również ceny towarów liczone w złotych. Marże mamy nieznacznie niższe niż przed rokiem, ale wynika to nie z obniżki cen sprzedaży, ale ze wzrostu cen zakupu – ocenia Kruszyński.

W I kw. 2015 roku wyniki sektora modowego Redanu były optymistyczne. Sprzedaż w Polsce wzrosła o 26 proc., w tym o 17,5 proc. w sklepach porównywalnych do Top Secret. Mimo wzrostu kursu dolara procentowa marża handlowa utrzymała się na zbliżonym poziomie co rok wcześniej (41,6 do 41 proc. w 2014 roku). Dzięki zmniejszeniu straty na wyprzedaży stoków marża handlowa wzrosła o 6,4 proc. do poziomu 22,3 mln zł.

W części modowej kluczowym elementem jest poprawienie wyników sprzedażowych. Pierwsze półrocze, zwłaszcza marzec i kwiecień, były dobre. Jeżeli będziemy w stanie utrzymać wysokie dynamiki przyrostu sprzedaży w istniejących sklepach. to będzie przestrzeń do tego, aby rozmawiać o dalszym rozwoju tego biznes – podkreśla Bogusz Kruszyński.

Polacy mają coraz więcej długów. Najwięcej jest zadłużeń w wysokości od 1 do 10 tys. zł

0

Edyta Szymczak

Na koniec II kwartału 2015 roku w Rejestrze Dłużników ERIF Biura Informacji Gospodarczej było ponad 2,7 mln spraw o łącznej wartości 13,1 mld zł. W porównaniu z I kwartałem 2015 roku zarówno liczba spraw, jak i ich wartość wzrosły o 8%. W Rejestrze przeważają jednak niewielkie zadłużenia konsumentów w wysokości do 3 tys. zł. Dynamicznie rośnie także liczba informacji pozytywnych o osobach, które terminowo opłacają swoje zobowiązania.

Po pierwszym półroczu 2015 roku mamy blisko 2,7 mln spraw konsumentów i firm w Polsce. Łącznie baza danych jest warta ponad 13 mld zł. Są w niej zarówno informacje negatywne, jak i pozytywne, czyli świadczące o terminowym wywiązywaniu się ze zobowiązań finansowych i niefinansowych – mówi agencji Newseria Biznes Edyta Szymczak z Rejestru Dłużników ERIF Biura Informacji Gospodarczej.

W Rejestrze dominują zobowiązania osób prywatnych. Przeważają osoby, które mają zadłużenie w wysokości od 1 do 3 tys. zł. Łączna wartość tych spraw wyniosła 1,4 mld zł. Blisko 0,5 mln osób ma długi o wartości od 3 do 10 tys. zł. Ich łączna wartość to 2,7 mld zł.

Konsument zalega średnio z płatnościami na kwotę 4,7 tys. zł, natomiast przedsiębiorca – na 7 tys. zł – dodaje Szymczak.

Niespłacone długi konsumentów dotyczą przede wszystkim zobowiązań za usługi z sektora szeroko rozumianych multimediów – opłat za usługi telefonii komórkowej czy internetu. Na koniec II kwartału 2015 roku stanowiły one w Rejestrze Dłużników ERIF 26 proc. wszystkich tytułów zadłużeń konsumenckich. Blisko połowę (46 proc.) wszystkich spraw konsumenckich znajdujących się w bazie Rejestru stanowiły zobowiązania z bankowego i pozabankowego sektora finansowego.

W sektorze finansowym średnie zobowiązanie konsumenta oscyluje wokół 7 tys. zł. Natomiast średnia kwota zadłużenia konsumenta w sektorze multimediów, na przykład za korzystanie z usług internetowych czy telekomunikacyjnych, to kwota rzędu 1,8 tys. zł – wyjaśnia Szymczak.

Zadłużenie firm wynika przede wszystkim z braku terminowych płatności za usługi telekomunikacyjne i internet (stanowią one ok. 53 proc. wszystkich spraw firm) oraz z niespłacania umów leasingowych, ubezpieczeń i kredytów.

Coraz więcej Polaków chce budować pozytywną historię płatniczą. Terminowe opłacanie rachunków i faktur poprawia ich wiarygodność na rynku. Na koniec II kwartału 2015 roku w Rejestrze Dłużników ERIF znajdowało się ponad 0,6 mln pozytywnych informacji. Względem I kwartału 2015 roku to wzrost o 24 proc., natomiast w porównaniu z analogicznym okresem z 2014 roku to zmiana o ponad 1252 proc.

Informacje pozytywne są niezbędne przy ocenie ryzyka, doskonale uzupełniają informację negatywną, dając kompleksowy obraz wiarygodności płatniczej potencjalnego klienta – przekonuje Edyta Szymczak. – Firmy profesjonalnie oceniające ryzyko potrzebują takich danych i sięgają do zewnętrznych źródeł informacji, do których należą m.in. biura informacji gospodarczej.

Z pozytywnych informacji gospodarczych korzystają zarówno firmy, jak i instytucje finansowe oraz usługowe. Tym bardziej warto dbać, by takie informacje znalazły się w rejestrze, zwłaszcza że coraz więcej instytucji sprawdza wiarygodność płatniczą klientów. Na koniec I połowy 2015 roku Rejestr Dłużników ERIF udostępnił 2,8 mln raportów (na koniec I półrocza 2014 – 2,1 mln, a na koniec I półrocza 2013 – 1,8 mln).

O przewagach rynkowych decyduje sposób dopasowania usługi oraz właściwe zarządzenie ryzykiem – analizuje Edyta Szymczak. – Rośnie liczba zapytań, rosną bazy danych biur informacji gospodarczej, to naturalny trend i kierunek, jakiego spodziewamy się w przyszłości. Biura informacji gospodarczej są już stałym elementem procesu oceny ryzyka i zarządzania wierzytelnościami w instytucjach finansowych, a także tych niefinansowych.

Pracownik powinien sprawdzać, czy pracodawca odprowadza składki do ZUS. Może to robić regularnie przez internet

Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

Każdy ubezpieczony powinien regularnie sprawdzać swoje konto w ZUS. Przez Platformę Usług Elektronicznych można to robić na bieżąco. ZUS umożliwia sprawdzenie, czy pracodawca odprowadza składki, ile środków zostało zgromadzonych na koncie i jaka ich część trafiła do OFE. W ten sposób łatwo sprawdzić prognozowaną emeryturę. Osoby, które nie założyły jeszcze konta na PUE, o swoich składkach dowiedzą się z listów o stanie konta ubezpieczonego, których wysyłkę ZUS rozpoczął w czerwcu. Listy dotrą do 16 mln osób.

To my decydujemy o naszej przyszłości, o tym, jak będzie wyglądało nasze życie na emeryturze. Świadczenie będzie zależeć od tego, ile przez całe życie odprowadzimy składek. Dlatego ZUS wysyła informacje o stanie konta, podaje, ile zostało odłożonych środków, na jaką emeryturę można liczyć na dzisiaj, a na jaką, jeśli składki będą dalej opłacane – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

W informacji jest wyszczególnione, ile składek zostało przekazanych przez pracodawcę. Raz do roku środki zgromadzone na koncie emerytalnym podlegają waloryzacji, czyli pomnożeniu zgromadzonego kapitału przez wskaźnik waloryzacji zależny od inflacji i wzrostu płac w gospodarce.

ZUS podaje też stan subkonta, którego waloryzacja zależna jest od wzrostu PKB i wartość środków przekazanych do OFE. Ubezpieczony może w ten sposób dowiedzieć się, na jakie świadczenie może liczyć w przyszłości.

W czerwcu rozpoczęliśmy wysyłkę 16 mln listów o stanie konta ubezpieczonego. Dostanie go każdy, kto ma konto, czyli kto choćby przez jeden dzień odprowadzał składki. Obecnie wysyłamy korespondencję, która dotyczy zbiorczo 2013 i 2014 roku. W informacji jest dokładne rozbicie na poszczególne miesiące, w których wpływały składki – mówi Andrusiewicz. – List został opracowany z językoznawcą, który podpowiadał, jakie zapisy powinny się w nim znaleźć, żeby były zrozumiałe dla każdego klienta.

Nie trzeba jednak czekać na list z ZUS. Osoby, które założyły konto na Platformie Usług Elektronicznych, mogą stan swojego konta sprawdzić samodzielnie. To także możliwość skontrolowania pracodawcy, czy składki odprowadza regularnie i w odpowiedniej wysokości. Przez PUE można również zgłosić członków rodziny do ubezpieczenia, skorzystać z kalkulatora emerytalnego i samemu sprawdzić wysokość przyszłej emerytury.

Andrusiewicz przypomina, że warto zestawić stan swojego konta z drukiem RMUA, który pracodawca powinien przynajmniej raz w roku przekazać pracownikowi.

Weryfikujemy wówczas, czy to, co przedstawia pracodawca, zgadza się ze tym, co jest na koncie w ZUS. W ten sposób sprawdzamy zarówno naszego pracodawcę, jak i sam Zakład – podkreśla Andrusiewicz.

Warto z takiej możliwości skorzystać, bo zdarza się, że pracodawcy zalegają ze składkami. Jeśli wysokość zgromadzonych środków się nie zgadza, w danym miesiącu składka nie została opłacona, a z tytułu umowy o pracę powinna, to można poprosić o wyjaśnienie pracodawcę lub ZUS. Zauważony błąd można w ramach reklamacji zgłosić w Zakładzie.

ZUS jest zobligowany, żeby na taką reklamację odpowiedzieć, a przy potwierdzeniu błędu – sprostować go. Każdy klient może też dopytać się o poszczególne zapisy, dzwoniąc na infolinię ZUS, czyli Centrum Obsługi Telefonicznej – przypomina Wojciech Andrusiewicz.

LUX MED inwestuje w rozwój zaplecza onkologicznego. To obszar niedoinwestowany w polskiej służbie zdrowia

Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED

Grupa LUX MED chce dalej zwiększać swoje zaplecze onkologiczne. Po przejęciu 80 proc. udziałów w spółce Magodent, a wraz z nimi dwóch szpitali i ambulatoryjnej placówki onkologicznej, grupa będzie mogła zaoferować pełne leczenie pacjentów z nowotworami: od podstawowej opieki, czyli wykrycia symptomów choroby nowotworowej, przez diagnostykę i leczenie, aż po opiekę po jego zakończeniu. Onkologia to dziedzina, w której pacjentów szybko przybywa, a nakłady są niewystarczające.

Onkologia to jeden z ważniejszych obszarów, którym chcemy się zajmować. Przede wszystkim zależy nam na naszych pacjentach. Jest to również bardzo istotne z punktu widzenia naszego inwestora Bupa. Będąc największą firmą medyczną, czujemy, że onkologia to ważny obszar w polskiej medycynie, który jest jeszcze mocno niedoinwestowany – mówi Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

LUX MED kupił 80 proc. udziałów w spółce Magodent. Realizuje ona ok. 60 tys. wizyt rocznie, a zdecydowana większość przychodów spółki pochodzi z kontraktu z NFZ. Należą do niej dwa szpitale w Warszawie specjalizujące się w onkologii. Placówka przy ul. Fieldorfa umożliwia leczenie chirurgiczne pacjentów z nowotworami i chemioterapię, a także opiekę nad chorymi z innymi schorzeniami, m.in. kardiologicznymi. Drugi szpital – onkologiczno-hematologiczny – znajduje się przy ul. Św. Wincentego. Do Magodentu należy także zakład rehabilitacji z przychodnią specjalistyczną przy ul. Narbutta.

Magodent ze swoimi szpitalami jest uzupełnieniem całej ścieżki onkologicznej. Mamy możliwość zajmowania się naszym pacjentem od początku, od wykrycia nowotworu, poprzez diagnostykę, aż leczenie i później opiekę po leczeniu – wyjaśnia Rulkiewicz.

Grupa LUX MED uruchomiła też program czujności onkologicznej „Onkonawigator”, który edukuje personel i pacjentów w zakresie wczesnego wykrywania chorób nowotworowych.

Jak podkreśla Rulkiewicz, podejście do onkologii w polskiej służbie zdrowia zmienia się na korzyść. Jednym z przykładów jest wprowadzony od początku roku pakiet onkologiczny. Wprawdzie, jak ocenia, nie wszystko działa sprawnie i pakiet wymaga wielu poprawek, to jednak i tak duży postęp w leczeniu onkologicznym.

To dotyczy bardzo ważnego obszaru. Myślę więc, że wszystkie uwagi, które spływają do ministerstwa, dotyczące pakietu onkologicznego będą uwzględniane i wdrażane. Wiele zmian już zostało wprowadzonych. Myślę, że w niedługim czasie ten pakiet będzie wyglądał dużo lepiej – mówi Anna Rulkiewicz.

Przejęcie Magodentu przez LUX MED to największa w tym roku tego typu transakcja na rynku opieki zdrowotnej w Polsce. Doradcami LUX MED podczas transakcji byli kancelaria prawna Gessel oraz PwC.

Grupa LUX MED prowadzi już siedem szpitali. Pierwsza placówka została uruchomiona pięć lat temu.

Na danych można zarobić. Uczą się tego kolejne branże, m.in. telekomy i banki

0

Stephen Brobst

Przetwarzanie danych pozyskiwanych od użytkowników i zarabianie na nich przestało być domeną zastrzeżoną tylko dla firm internetowych. Dołączyły do nich firmy z innych branż, na przykład bankowości, telekomunikacji czy handlu detalicznego. Dzięki wykorzystaniu informacji firmy mogą sprostać coraz większym oczekiwaniom klientów, a jednocześnie utrzymać zyskowność.

Jedną z największych szans w zakresie technologii IT jest dziś możliwość wykorzystania nowych źródeł danych. W przeszłości dane, które były pozyskiwane i wykorzystywane na potrzeby analiz, w większości pochodziły z systemów wewnętrznych, m.in. systemów billingowych, bankowych. Obecnie, i na tym polega fenomen Big Data, jesteśmy w stanie gromadzić dane z innych źródeł – z sieci społecznościowych, z wiadomości głosowych czy tekstowych – i na ich podstawie tworzyć nową wartość, wcześniej nieosiągalną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stephen Brobst, dyrektor ds. technologii (CTO) w Teradata.

Jeden z najbardziej wartościowych obszarów wykorzystania Big Data jest interakcja z klientami w celu zrozumienia jego potrzeb. Wykorzystując analitykę danych, firmy mogą lepiej dopasować swoją ofertę do zmieniających się preferencji klientów, co skutkuje wzrostem sprzedaży. To sytuacja korzystna dla obu stron.

Są jednak także inne możliwości wykorzystania tych danych. Na przykład firmy telekomunikacyjne dysponują ogromną liczbą danych zbieranych chociażby za pomocą modułów geolokalizacyjnych w telefonach.

Jedną z dróg zapewnienia zyskowności jest wykorzystanie danych, aby budować wartość dla zupełnie nowej grupy klientów. Na przykład można ocenić, ile osób przechodzi przez konkretne skrzyżowanie ulic między 12:00 a 13:00 w poniedziałki. Takie informacje okazują się bardzo cenne, jeśli planuje się budowę nowej restauracji czy kawiarni, ponieważ pozwalają łatwiej podjąć decyzję o najlepszej lokalizacji pod taką inwestycję. Oznacza to, że firmy detaliczne kupują dane od firm telekomunikacyjnych, aby lepiej planować rozwój działalności – wyjaśnia Brobst.

Brobst zaznacza, że takie transakcje są dokonywane z poszanowaniem prywatności użytkowników i nie dotyczą zachowań poszczególnych klientów, a jedynie reprezentowanych przez nich segmentów. W ten sposób firmy telekomunikacyjne wykorzystują dane nie tylko do poprawienia własnych usług, lecz także do bezpośredniego zarabiania na ich sprzedaży.

Dane stają się tym samym coraz bardziej podobne do tradycyjnych, fizycznych produktów. W rozwoju obszaru Big Data pomaga to, że coraz więcej urządzeń pozwala zbierać coraz większą liczb a informacji, tzw. internet rzeczy (Internet of Things). Mowa tu oczywiście o instalowaniu w coraz to nowszych urządzeniach (np. w urządzeniach kuchennych czy innych sprzętach AGD) czujników i systemów umożliwiających połączenie z internetem.

Internet rzeczy jest kolejnym krokiem w upowszechnieniu Big Data. Na razie rozwiązanie to jest na stosunkowo wczesnym etapie rozwoju – mówi Brobst. – Wartość płynąca z możliwości gromadzenia i wykorzystania danych jest jednak ogromna, więc internet rzeczy zdecydowanie stanie się źródłem danych większym niż jakiekolwiek inne dotychczasowe źródło. Mogłoby wydawać się, że media społecznościowe są źródłem dużej liczby danych, jednak jest to źródło relatywnie niewielkie w porównaniu z internetem rzeczy.

Brobst podaje przykład inteligentnych liczników zużycia prądu, popularnych w jego rodzinnej Kalifornii, ale instalowanych już także w Polsce.

Praktycznie wszystkie domy mieszkalne w większych miastach, jak San Francisco i Los Angeles, zostały wyposażone w inteligentne liczniki (smart meters), co umożliwia monitorowanie zużycia energii minuta po minucie. Dane zgromadzone na inteligentnych licznikach są udostępniane konsumentom, a ci mogą za pośrednictwem swojego telefonu czy tabletu precyzyjnie analizować swoje zużycie energii, ustawić alerty i podejmować na ich podstawie określone działania. Pokazuje to, że dane podlegają konsumeryzacji. Tu chodzi już nie tylko o analitykę biznesową, lecz także o analitykę konsumencką.

Ponadto pozyskane dzięki tej metodzie dane mogą też trafiać do systemów miejskich i w ten sposób pomóc zarządzać zużyciem energii w całej aglomeracji w ramach tzw. inteligentnego miasta.

Internet rzeczy ma także ogromny wpływ na przemysł motoryzacyjny. Kiedy samochód opuści fabrykę, producent za pomocą wbudowanych czujników może pozyskiwać dane pozwalające określić, w jaki sposób konkretne auto jest używane, jak się sprawuje. Takie informacje mogą zostać wykorzystane jako wsparcie do projektowania lepszych samochodów lub do tego, by w ramach opieki serwisowej podpowiedzieć klientowi, kiedy powinien zgłosić się na przegląd – tłumaczy Brobst.

Obecnie zarządzanie danymi w coraz większym stopniu warunkuje poziom konkurencyjności firm, a o sukcesie biznesowym decyduje umiejętność zarobienia na pozyskanych od klientów informacjach. To skłania coraz więcej przedsiębiorców do tego, by poświęcili czas i odpowiednie zasoby na określenie tego, jakie korzyści może przynieść zastosowanie Big Data.

Mitsubishi chce zwiększać sprzedaż o 10-15 proc. rocznie. Już jesienią i w przyszłym roku premiery nowych modeli o zupełnie innej stylistyce

Adam Męciński

Mitsubishi chce zwiększać sprzedaż samochodów o 10-15 proc. rocznie. Zamierza się koncentrować na autach typu SUV, crossover oraz pick-up. Koncern wymienia istniejącą gamę modeli. Jeszcze w tym roku w sprzedaży pojawi się nowy Outlander w zmienionej stylistyce. Design następnych modeli – Mitsubishi L200, a w szczególności ASX, które zadebiutują w tym i w przyszłym roku, pokaże zupełnie nowe stylistyczne oblicze Mitsubishi. 

Mitsubishi to przede wszystkim samochody z napędem 4×4. Rozwijamy naszą sprzedaż i gamę modelową w tym właśnie kierunku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Męciński, dyrektor sprzedaży w Mitsubishi Motors Polska. – W przyszłości Mitsubishi będzie koncentrować swoją sprzedaż na samochodach typu SUV, crossover oraz pick-up.

W 29-letniej historii Rajdu Dakar (dawniej Paryż-Dakar) najbardziej utytułowanym samochodem było Mitsubishi Pajero, które zapewniło zawodnikom dwanaście zwycięstw (w tym przez siedem lat z rzędu). Japoński koncern słynie też z modelu Lancer Evolution – samochodu, który pięciokrotnie wygrał Rajdowe Samochodowe Mistrzostwa Świata (WRC – ang. The World Rally Championship).

Naszym najlepiej sprzedającym się modelem jest Mitsubishi ASX – zarówno w Polsce, jak i Europie [kompaktowy crossover SUV, produkowany od 2010 roku – red.] – podkreśla Adam Męciński. – W najbliższych latach chcemy zwiększać sprzedaż o około 10-15 proc. każdego roku. Na pewno nadal wiodącym modelem będzie Mitsubishi ASX, a kolejnymi – Outlander i pozostałe.

W ubiegłym roku finansowym Mitsubishi w Polsce sprzedał 6 441 sztuk pojazdów – o 62 proc. więcej niż rok wcześniej. Mimo tego marka nie zakwalifikowała się do pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedających się samochodów w Polsce podczas pierwszych sześciu miesięcy br., choć sprzedaż także wzrosła w tym okresie o ponad 13 proc.

Oczywiście nie mamy ambicji, by być liderem wśród producentem samochodów. Staramy się koncentrować na jakości obsługi oraz produktów. Dzisiaj najważniejsze dla nas jest dostarczenie dobrych, wysokiej jakości samochodów i jak najlepszej obsługi – zapewnia Męciński.

Jak podkreśla, koncern koncentruje się na wymianie istniejącej gamy modeli. Nowa wersja Outlandera trafi na rynek w październiku. Kolejny odświeżony model – nowy pick-up Mitsubishi L200 – zadebiutuje pod koniec tego roku, a w przyszłym roku w salonach powinien pojawić się nowy ASX.

Te modele to przede wszystkim zupełnie nowy design – precyzuje dyrektor sprzedaży Mitsubishi Motors Polska. – Outlander, którego wprowadzimy na rynek w październiku, będzie pierwszym zaprojektowanym w nowej stylistyce. Zostanie ona utrzymana w kolejnych modelach. Nowe L200 będzie z kolei pierwszym samochodem typu pick-up o takich samych właściwościach komfortu jazdy, jak auta osobowe. Liczymy, że część klientów, która jest zainteresowana kupnem dużego SUV-a, skorzysta z naszej oferty.

Według badającego rynek samochodów Instytutu Samar w czerwcu br. Polacy kupili i zarejestrowali nieco ponad 30 tys. aut – o 11,56 proc. więcej niż w maju oraz o 18,47 proc. w stosunku do czerwca ubiegłego roku. W całym pierwszym półroczu liczba kupionych i zarejestrowanych aut osobowych wyniosła 176 634 i była o 1,48 proc. wyższa niż w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2014 roku.

Politechnika Warszawska położy większy nacisk na zajęcia praktyczne i nowe formy nauczania

Władysław Wieczorek, prorektor ds. studenckich Politechniki Warszawskiej

Dzięki większej liczbie zajęć praktycznych i relacjom z przemysłem kształcenie studentów na Politechnice Warszawskiej ma być bardziej dopasowane do potrzeb rynku pracy. To na pewno ułatwi jej absolwentom zawodowy start. Uczelnia wdraża także nowe formy nauczania, jak design thinking, czyli nauczanie poprzez pracę w grupie i rozwiązywanie problemów.

 W tym roku Politechnika Warszawska obchodzi jubileusz istnienia pod obecną nazwą i z wykładowym językiem polskim, to już 100 lat. To czas na świętowanie, ale i na podsumowanie. Dokonaliśmy analizy naszej marki, pojawiły się opracowania, które zostaną przedstawione Senatowi Politechniki w październiku. Myślę, że to zapoczątkuje dyskusję na temat tego, co trzeba zmienić – mówi agencji Newseria Biznes Władysław Wieczorek, prorektor ds. studenckich Politechniki Warszawskiej. – Z ankiet wynika, że są pewne rzeczy, z których możemy być bardzo zadowoleni, ale są też kwestie, nad którymi należałoby popracować.

Jak podkreśla Wieczorek, analizy wskazują na potrzebę zwiększenia nacisku na nauczanie praktyczne. Takie zapotrzebowanie zgłaszają również studenci.

Większy udział zajęć praktycznych i większy kontakt z przemysłem – to rzeczy, których studenci od nas oczekują. To ułatwia późniejszy start w karierę, szczególnie tym, którzy się zdecydują na pracę w przemyśle lub laboratoriach przemysłowych. Nie zmienimy tego w rok, to proces, który musimy rozłożyć na kilka lat, ale na pewno w tym roku zaczniemy – zapowiada prorektor.

Jednym z pierwszych kierunków realizowanych na warszawskiej uczelni jako kierunek praktyczny, a nie akademicki będzie geoinformatyka. W ramach studiów przewidziane są wykłady specjalistów z firm geoinformatycznych, wykładowców zagranicznych oraz trzy miesiące praktyki produkcyjnej.

W krajach Europy Zachodniej sytuację absolwentów poprawił dualny system studiów, gdzie oprócz ćwiczeń studenci odbywali praktyki u wybranych pracodawców. W Polsce uczelnie coraz częściej dostrzegają konieczność współpracy z przedsiębiorcami. Po stronie pracodawców zainteresowanie też jest coraz większe. Zdaniem Wieczorka współpraca wymaga jednak jeszcze dopracowania.

– Zmiany muszą nastąpić zarówno po naszej stronie, jak i po stronie naszych partnerów, bo politechnika nie przygotowuje studenta do danej konkretnej fabryki czy konkretnego przedsiębiorstwa, zwłaszcza przy posiadanych finansach. W Polsce jest kilkaset zakładów przemysłowych, z czego kilkadziesiąt z nami współpracuje. To przygotowanie studentów siłą rzeczy musi być bardziej ogólne i oczekiwałbym, że nasi partnerzy to zrozumieją – mówi Władysław Wieczorek.

Zapewnia jednak, że Politechnika Warszawska jest otwarta na sugestie i uwagi przemysłu.

Takie działania uczelni przekładają się na sytuację absolwentów na rynku pracy i oceny, jakie pracodawcy im wystawiają. Z danych Pracodawców RP wynika, że na rynku pracy cenieni są przede wszystkim absolwenci politechnik – w ich przypadku zadowolenie pracodawców sięga ok. 80 proc. Wyniki badania „Monitoring karier zawodowych absolwentów PW” wskazują, że blisko połowa absolwentów szukała pracy krócej niż miesiąc.

Będziemy w dalszym ciągu wdrażali nowe formy nauczania. Sztandarowym projektem Politechniki Warszawskiej jest nauczanie poprzez pracę w grupie i rozwiązywanie problemów. To design thinking, sposób nauczania wprowadzony na Uniwersytecie Stanforda w Stanach Zjednoczonych. Od roku prowadzimy działania w tym kierunku. Była grupa modelowa, która miała zajęcia tego typu w tym roku akademickim, prawdopodobnie w roku akademicki 2015-2016 będzie więcej takich grup – mówi Władysław Wieczorek.

Pracodawcy podkreślają, że absolwentom brakuje nie tylko odpowiedniej wiedzy, lecz także umiejętności miękkich. Nie są przygotowani do pracy zespołowej, tym samym brakuje im umiejętności potrzebnych w przedsięwzięciach biznesowych. Programy takie jak design thinking mają to zmienić.

Outsourcing szansą na rozwój dla małych i dużych przedsiębiorstw

„Designed in California. Assembled in China” – głosi napis na obudowie iPhone’ów. I choć outsourcing największych amerykańskich spółek, wywołuje spory polityków i niekończące się dyskusje ekonomistów, wydaje się dzisiaj jedynym sposobem nie tylko na międzynarodowy sukces, ale – paradoksalnie – na osiągnięcie niezależności od rynkowych zawirowań i perturbacji personalnych. I nie trzeba być Apple, by czerpać z niego korzyści. Kiedy i kto powinien więc pomyśleć o outsourcingu?

Alina Rudnicka-Acosta, Prezes Zarządu Impel Business Solutions
Alina Rudnicka-Acosta, Prezes Zarządu Impel Business Solutions

Historie wszystkich firm – zarówno wielkich, międzynarodowych korporacji, jak i podmiotów działających jedynie lokalnie – pokazują, że outsourcing to sposób nie tylko na oszczędności. Choć są one ważne i stanowią istotny element rozwoju firmy – w ostatecznym rozrachunku nie wystarczają, by uczynić ją konkurencyjną i stabilną w długiej perspektywie. Dlaczego? Koncentracja na oszczędnościach zawsze prędzej czy później zamienia się w asekurację, hamującą dalsze pomnażanie zysków. Te zapewnia jedynie rozwój i elastyczne dopasowywanie się do ewoluujących potrzeb rynku. Firmy, które zdołały nie tylko zbudować, ale i obronić swoją markę na przestrzeni lat, zamiast polityki oszczędności prowadzą i zawsze prowadziły politykę ekspansji. Tam tkwi tajemnica ich sukcesu.

Zdefiniuj core business, oddeleguj peryferia

– Wiele polskich przedsiębiorstw doszło do takiego momentu, w którym struktura organizacyjna nie pozwala na dalszy i sprawny rozwój – nie ma wątpliwości Alina Rudnicka-Acosta, Prezes Zarządu Impel Business Solutions. – W związku z tym zarządy, menedżerowie wysokiego szczebla i prezesi spółek poszukują nowych metod zarządzania swoimi firmami, które umożliwią im dalszy wzrost.

Ale żeby działać szeroko, nie sposób działać samemu. Rozwijając firmę, czy to poprzez wprowadzanie jej na nowe rynki, czy też poprzez uzupełnienie jej kompetencji, szybko napotyka się na problemy. Najszybciej na te najbardziej prozaiczne.

– Pierwszymi sygnałami wskazującymi na to, że warto rozważać wsparcie zewnętrznego partnera, są coraz częstsze problemy z utrzymaniem ciągłości działania, spowodowane kłopotami organizacyjnymi, administracyjnymi czy kadrowymi – wyjaśnia Rudnicka-Acosta.

Prozaiczne czy nie, wymagają zwykle natychmiastowego rozwiązania, a wiec poświęcenia im czasu i uwagi. A jeśli pochłaniają ich zbyt wiele, to sygnał, by oddelegować część obowiązków na zewnątrz. Którą część? Każdą, która nie wpisuje się w podstawowy obszar działalności firmy.

– Pod rozwagę należy poddać wszelkie procesy niestanowiące w opinii zarządu firmy core klienta, a co za tym idzie – zadecydować, które z nich można powierzyć bez większego ryzyka partnerom zewnętrznym – radzi Alina Rudnicka-Acosta.

Jeśli jesteś właścicielem linii lotniczej, zatrudnij pilotów i kup samolot, ale zamiast kucharzy możesz pomyśleć o cateringu.

Rozwijaj się, nie oszczędzaj

Outsourcing to oczywiście także oszczędności. Duże. Według wewnętrznych analiz Impel Business Solutions w przypadku firm, które nigdy nie korzystały z tego rozwiązania, mogą one sięgać nawet 30 procent. Przede wszystkim jednak outsourcing pozwala trzymać w ryzach koszty, które przy zwiększającej skali działania, nie stanowią stałego obciążenia, tylko rosną proporcjonalnie do uzyskiwanych przychodów.

Nie oszczędności jednak, a szansa pozyskania stabilnego partnera biznesowego jest główną zaletą outsourcingu. Zewnętrzny partner – którego doświadczenie nie ogranicza się do pracy z jedną marką – gwarantuje oczywiście jakość świadczonych usług, ale przede wszystkim pozwala zarządzającym skupić się na podstawowej działalności przedsiębiorstwa. To sprawia z kolei, że nie jest on narzędziem zarezerwowanym tylko i wyłącznie dla firm o korporacyjnej skali działania i globalnych ambicjach.

Inwestuj, nie wydawaj

Z outsourcingu wciąż zbyt rzadko korzystają start-upy. Jest on wprawdzie trudny do zastosowania w fazie zalążkowej, ale na kolejnych – gdy firma zdobyła już pierwszych klientów i inwestorów – wydaje się właściwie koniecznością. Dlaczego? Właśnie wtedy, kiedy wprowadzany na rynek firmę, nową markę czy innowacyjne narzędzie, koncentracja na tym, by znaleźć dla nich miejsce musi być najsilniejsza. Taka jest wtedy konkurencja, której nie da się pokonać inaczej niż całkowicie koncentrując się na swoich atutach. Jeśli więc prowadzisz firmę produkującą oprogramowanie, skup się na tym, by oprogramowanie było jak najlepsze. To od powodzenia produktu zależą dalsze losy twojego przedsiębiorstwa – zarówno pozyskanie kolejnych klientów, jak i inwestorów. Księgowość, HR i całą resztę możesz więc bez ryzyka powierzyć specjalistom – nie to będziesz sprzedawał.

Duże firmy o międzynarodowej skali działania i ogromnych, potwierdzonych rynkowo, możliwościach z jednej strony i niewielkie, ale śmiałe start-upy z ambicjami – z drugiej. Pozornie niewiele je łączy, a jednak outsourcing jest narzędziem, które sprawdza się w obu przypadkach. Zapewnia bowiem stabilność, bez której nie ma mowy o rozwoju. Stabilność – co ważne – która nie polega na tym, by trwać w nienaruszonym stanie, ale na tym, by elastycznie reagować na zmiany zarówno te, jakim podlega rynek, jak i te jakim podlega sama firma.

– Outsourcing to dobre narzędzie nie tylko dla dojrzałych firm chcących się restrukturyzować, ale także dla takich przedsiębiorstw rodzinnych o wieloletnim stażu, które czeka rychła sukcesja – mówi przedstawicielka Impel Business Solutions. – Niezwykle ważne jest odpowiednie przygotowanie struktur zarządczych i ukierunkowanie takiego podmiotu, by w momencie przejęcia przez mniej doświadczonego szefa był w stanie płynnie realizować zadania.

Jeśli więc prowadzisz firmę ukierunkowaną na rozwój, a nie jedynie przetrwanie, outsourcing jest optymalnym rozwiązaniem. Pozwala poczynić oszczędności – w krótkim terminie i osiągnąć upragnioną pozycję na rynku – w długim. Korzystasz bowiem z doświadczeń specjalistów, ale nie wiążą cię z nimi długoterminowe zobowiązania, dzięki czemu trzymasz się w granicach wyznaczonych budżetów i w pełni koncentrujesz na produkcie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Nowe mieszkania rozchodzą się błyskawicznie. Wielu kupujących lokuje w ten sposób kapitał

Firmy prześcigają się w ilości wprowadzanych na rynek projektów mieszkaniowych. W sześciu największych aglomeracjach w kraju – Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi – od połowy minionego roku do połowy tego roku deweloperzy wprowadzili do sprzedaży 48,5 tys. lokali, obliczają analitycy Reas. Tym samym, zbliżyli się do rekordowego wyniku z 2007 roku, w którym zainicjowali jak dotąd najwięcej budów w historii rynku.

Tarasy Dionizosa Barc Warszawa SA.,Rekord padł w sprzedaży. W ciągu ostatnich 12 miesięcy deweloperzy poprawili swój wynik sprzed kilku lat i to prawie o jedną trzecią. Ostatnie cztery kwartały w sześciu miastach, w których powstaje najwięcej mieszkań, przyniosły sprzedaż blisko 46 tys. lokali.

Oferta mieszkaniowa nie rośnie  

Choć na rynek wchodzi mnóstwo nowych projektów, dzięki ogromnemu apetytowi Polaków na mieszkania, oferta w największych miastach nie rośnie. Jedynie w Poznaniu w ostatnich miesiącach analitycy odnotowali lekki wzrost podaży.

Mieszkania rozchodzą się błyskawicznie, a wybierać jest w czym. Firma Emmerson Realty oblicza, że tylko w Warszawie deweloperzy mają do sprzedania ponad 16 tys. mieszkań. Gotowych jest wśród nich tylko 2,5 tys. lokali. Te liczby najlepiej obrazują, jak duży jest popyt i jak szybko mieszkania trafiają do odbiorców. Po zakończeniu budowy nie ma już w czym wybierać. Tak dobry poziom sprzedaży nowych mieszkań utrzymuje się już drugi rok, a ostatnio z kwartału na kwartał deweloperzy poprawiają swoje wyniki.

Ceny stanęły  

Należy przy tym zaznaczyć, że w odróżnieniu od rynkowego boomu sprzed 8 lat, kiedy z każdym tygodniem mieszkania były droższe, teraz ceny nowych lokali w największych miastach utrzymują się na stabilnym poziomie. Jedynie w Trójmieście w ostatnich miesiącach obserwatorzy rynku zarejestrowali niewielki wzrost średnich stawek ofertowych.

W czasie ostatniego boomu sprzedaż mieszkań nakręcały przede wszystkim kredyty, które klienci deweloperów zaciągali masowo. Teraz można mówić raczej o regresji na rynku kredytów hipotecznych. Pomimo rekordowo niskich stóp procentowych i kosztów kredytów, które udzielane są średnio z oprocentowaniem poniżej 4 proc. – jak podaje Comperia.pl – liczba zaciąganych zobowiązań jest niższa niż kilka lat temu.

Środki z depozytów

Jaki jest zatem powód tak dużego sukcesu sprzedaży nowych mieszkań? Duże zainteresowanie zakupem lokalami deweloperskimi to odpowiedź na pozytywne sygnały płynące z rynku oraz niskie stopy procentowe, które sprawiają, że zyski z lokat bankowych są nieatrakcyjne. Z likwidowanych depozytów pieniądze trafiają na rynek mieszkaniowy, gdzie środki lokowane są w nieruchomości pod wynajem.

Drugim czynnikiem stymulującym sprzedaż mieszkań deweloperskich jest program dopłat do kredytów Mieszkanie dla młodych, który w tym roku nabrał tempa. O ile środki przeznaczone na dopłaty w roku ubiegłym nie zostały wykorzystane, to teraz może ich zabraknąć.

Wzrost wysokości dopłat do kredytów

Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa SA., budującej w warszawskiej Białołęce mieszkania, które można kupić w programie MdM, zauważa wzrost zainteresowania lokalami z dopłatą wśród klientów. – Przyjęte zmiany w przepisach dotyczących przyznawania dofinansowania powodują, że za kilka tygodni klienci będą mogli dostać dużo wyższe dopłaty do zaciąganych kredytów. Rodziny z trójką dzieci zamiast 15 proc. dopłaty dostaną 30 proc., a dofinansowana powierzchnia mieszkania zwiększy się o 15 m kw. – informuje. – Możliwość otrzymania tak wysokiej subwencji przez rodziny wielodzietne powoduje, że klienci podpisują już teraz umowy rezerwacyjne na największe mieszkania w osiedlu Tarasy Dionizosa, które budujemy przy ul. Winorośli w Warszawie – przyznaje Wojciech Stisz.

Na wyższe dopłaty do kredytów po wejściu w życie nowelizacji ustawy będą mogli liczyć wszystkie osoby, które spełnią wymogi programu. Analitycy rynkowi snują hipotezy, że zainteresowanie dofinansowaniem w ramach MdM-u może być tak duże, że roczna pula środków przeznaczonych na dopłaty wyczerpie się przed końcem 2015 roku. Tym bardziej, że dzięki zwiększeniu wysokości dopłat dla wielu osób mieszkania staną się bardziej dostępne cenowo.

Tanie kredyty

Obecne, niskie oprocentowanie hipotek i mniejsze miesięczne raty spłaty zobowiązań wpływają na zwiększenie zdolności kredytowej osób planujących zakup mieszkania za pieniądze banku. Jak podają analitycy Comperia.pl, rata kredytu zaciągniętego na 200 tys. zł na 30 lat wynosi teraz ok. 920 zł, a trzy lata temu trzeba byłoby spłacać taki kredyt po ok. 1 330 zł miesięcznie.

Z danych Biura Informacji Kredytowej  wynika, że nie mamy kłopotu ze spłatą zobowiązań hipotecznych. Tylko nieznaczny odsetek kredytów spłacany jest z opóźnieniem powyżej 90 dni. Pod koniec maja br. kredyty mieszkaniowe miało zaciągnięte w naszym kraju około 3,4 mln kredytobiorców. Jak podaje BIK, 28 proc. zobowiązań spłacanych jest przez jedną osobę. Dwie trzecie kredytobiorców to osoby, które nie ukończyły 45 roku życia.

Autor: Barc Warszawa SA.

5 powodów, dla których warto mieć w firmie copyroom

Jak wynika z najnowszego raportu „Bezpieczeństwo informacji w Polsce” przeprowadzonego przez HSM – aż 80 proc. firm w naszym kraju, nie ma w swojej siedzibie specjalistycznego pomieszczenia służbowego tzw. copyroom’u dedykowanego m.in prawidłowej utylizacji dokumentów. Zdaniem ekspertów taka sytuacja może narazić polskich przedsiębiorców na wyciek poufnych danych z firmy i nieprawidłowości związane z niszczeniem i archiwizowaniem dokumentacji firmowej.

Marcin Sobaniec z HSM Polska
Marcin Sobaniec z HSM Polska

Według ekspertów odpowiednio zorganizowane pomieszczenia do pracy, mają istotny wpływ nie tylko na komfort pracowników i jakość wykonywanej przez nich pracy, ale także na bezpieczeństwo i wydajność całej organizacji. Niestety świadomość o tym nie dość, że nie jest jeszcze zbyt powszechna wśród kadry zarządzającej, to często jest też przez nią bagatelizowana.

Pomimo postępującej cyfryzacji, w większości firm w Polsce, dokumentacja cały czas funkcjonuje w papierowej formie. Jednak zarówno wrażliwe informacje przechowywane na papierze, jak i na elektronicznych nośnikach są narażone na wycieki danych, przed którymi zabezpieczać powinni się wszyscy Ci, którym zależy na sprawnym działaniu przedsiębiorstwa.

Poniżej 5 powodów, dla których warto zorganizować w firmie copyroom:

większe bezpieczeństwo: dostęp do profesjonalnych urządzeń biurowych takich jak niszczarki, drukarki, kopiarki etc. mają wyłącznie dedykowani do takich działań pracownicy, co ogranicza ingerencję osób trzecich.

większa kontrola: można sprawować większą kontrolę nad dostępem ludzi do urządzeń, dokumentów i archiwów, jak i monitorować działania poszczególnych pracowników, a także skuteczniej dbać o stan techniczny urządzeń oraz ich serwis.

większa poufność: osoby utylizujące lub drukujące dokumenty mogą mieć stuprocentową pewność, że nikt postronny nie będzie miał wglądu ani dostępu do ich danych. Dodatkową gwarancję poufności może zapewnić zainstalowanie monitoringu copyroom’u, a zdecydowanie łatwiej jest monitorować pojedyncze pomieszczenie niż urządzenia rozmieszczone po całej firmie.

większy porządek: wdrożeni do firmy rozwiązania takiego jak copyroom usystematyzuje działania pracowników. Każdy z nich będzie znał procedury, wiedział gdzie i jak zutylizować poufne dokumenty, w jaki sposób odpowiednio je katalogować i archiwizować. Niewątpliwie wpłynie to nie tylko na panujący ład, ale także uporządkuje mechanizmy funkcjonowania przedsiębiorstwa.

mniej strat: copyroom zminimalizuje ryzyko wycieku poufnych danych, które mogą narazić firmę na poważne starty nie tylko finansowe, ale i wizerunkowe. Specjalnie dedykowane pomieszczenie z ograniczonym dostępem pozwoli także łatwiej wytropić ewentualnego sprawcę wycieku danych.

 „Gdy już wiemy na jakie zagrożenia jesteśmy narażeniu postarajmy się zaprojektować bezpieczniejsze środowisko pracy dla naszych pracowników. Jeżeli mamy taką możliwość, urządzenia powinny być odizolowane od osób postronnych (goście, petenci, klienci, pracownicy niższego szczebla) w postaci wydzielonego pomieszczenia z kontrolą dostępu czyli tzw. copyroom’u. Sytuacja, gdzie urządzenia stoją na korytarzach, są jawnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa” – dodaje Marcin Sobaniec z HSM Polska.

Zmodernizowany Mercedes Klasy A od 88 900 zł

W salonach Mercedes-Benz można już zamawiać odnowioną Klasę A. Kompaktowy model łączy sprzeczności – lepsze osiągi z niższym zużyciem paliwa i wyższym komfortem jazdy, a przy tym wygląda jeszcze dynamiczniej niż dotychczas. Nowością w ofercie jest m.in. bazowa odmiana A 160 z benzynową, turbodoładowaną jednostką 1.6 R4 o mocy 90 KM i 180 Nm maksymalnego momentu obrotowego oraz 6-stopniową przekładnią manualną. Jej ceny startują od 88 900 zł.

Klasa A jest symbolem rewolucji w gamie kompaktowych Mercedesów. Produkowany od 2012 roku model radykalnie odciął się od wizerunku poprzednich serii i zdążył zdobyć wielką popularność – zwłaszcza wśród młodych nabywców. Jego odnowiona wersja wyróżnia się jeszcze bardziej emocjonującym designem, z naciskiem na elementy typowe dla aut coupé, oraz montowaną w standardzie osłoną chłodnicy z diamentowym wypełnieniem. W kabinie uwagę zwracają nowe okładziny, bogatsza gama kolorystyczna materiałów wykończeniowych, nowa stylistyka wskaźników i kierownicy, a także dostępny na życzenie system multimedialny z ekranem o większej przekątnej (8 cali). Na początku 2016 r. na liście wyposażenia pojawią się nowe opcje telematyki, umożliwiające integrację smartfona z interfejsem MirrorLink oraz Apple CarPlay.

Każda Klasa A jest wyposażona m.in. w: klimatyzację, komputer pokładowy, elektrycznie sterowane szyby, fotochromatyczne lusterka, 7 poduszek powietrznych, wielofunkcyjną kierownicę oraz system multimedialny Audio 5 ze złączem USB i 6 głośnikami. Montowane seryjnie systemy wspomagające kierowcę otrzymały dodatkowe funkcjonalności – układ antykolizyjny COLLISION PREVENTION ASSIST PLUS może przeprowadzić autonomiczne hamowanie, a monitorujący zmęczenie ATTENTION ASSIST działa w szerszym zakresie prędkości. Na liście dodatków debiutują: w pełni LED-owe, inteligentne przednie reflektory, nastrojowe oświetlenie w 12 kolorach do wyboru oraz system trybów jazdy DYNAMIC SELECT, który za naciśnięciem przycisku pozwala w mgnieniu oka zmienić charakter samochodu. Zakres ustawień poszerza oferowane opcjonalnie aktywne zawieszenie z komfortowym i sportowym trybem tłumienia.

Kolejna nowość w gamie Klasy A to specjalna seria „Motorsport Edition”, z efektowną stylizacją utrzymaną w barwach zwycięskiego zespołu Formuły 1 MERCEDES AMG PETRONAS. Zderzaki, obręcze AMG i spojler tylnej klapy mają tu akcenty w charakterystycznym, jasnozielonym kolorze, podobnie jak fotele oraz pasy bezpieczeństwa w kabinie. Seria „Motorsport Edition” jest oferowana dla wszystkich odmian z wyjątkiem A 160, A 180 i A 180 d.

Gama napędowa odnowionej Klasy A liczy 17 wariantów – wiele z nich dysponuje większą mocą, a jednocześnie wyróżnia się niższym zapotrzebowaniem na paliwo. Mistrzem oszczędności jest wariant A 180 d BlueEFFICIENCY o mocy 80 kW (109 KM), zużywający średnio zaledwie 3,5 l/100 km. Nabywcy ceniący sportowe walory mają teraz do wyboru  dynamiczne odmiany A 250 i A 250 Sport z manualnymi przekładniami oraz jeszcze mocniejszy wariant Mercedes-AMG A 45 4MATIC – jego 2-litrowy silnik turbo rozwija 381 zamiast 360 KM. Dodatkowy zastrzyk mocy przekłada się na jeszcze lepsze osiągi: model przyspiesza od 0 do 100 km/h w ciągu 4,2 s, o 0,4 s szybciej niż poprzednik.

Cennik odnowionego Mercedesa Klasy A w skrócie

Wersje benzynowe:

  • A 160 (90 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 88 900 zł
  • A 180 (122 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 93 700 zł
  • A 200 (156 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 105 400 zł
  • A 220 4MATIC (184 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 122 600 zł
  • A 250 (211 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 121 600 zł
  • A 250 Sport (218 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 136 200 zł
  • A 250 4MATIC (211 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 137 700 zł
  • A 250 Sport 4MATIC (218 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 152 200 zł
  • A 45 AMG 4MATIC (381 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 188 200 zł

Wersje wysokoprężne:

  • A 180 d (109 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 103 800 zł
  • A 200 d (136 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 125 500 zł
  • A 200 d 4MATIC (136 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 144 200 zł
  • A 220 d (177 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 151 000 zł
  • A 220 d 4MATIC (177 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 160 500 zł

Anna Panek nowym dyrektorem HR w Vivus Finance

0

Od lipca 2015 r. Anna Panek objęła stanowisko Dyrektora Departamentu HR.

Anna Panek nowym dyrektorem HR w Vivus Finance
Anna Panek nowym dyrektorem HR w Vivus Finance

Nowe stanowisko traktuje, jako największe wyzwanie w swojej dotychczasowej karierze zawodowej. Do zmiany pracy przekonała ją dynamika rozwoju firmy i całej branży.
– Na polskim rynku jest niewiele firm rosnących w takim tempie jak Vivus. Nasza kultura organizacyjna to mieszanka atmosfery pracy w start-up’ie i doświadczenia ludzi, którzy wiele lat spędzili w bankowości. Współpraca z takim zespołem to chyba marzenie każdego HR-owca – mówi Anna Panek, Dyrektor HR Vivus Finance. – Cały czas poszukujemy talentów – najlepszych w swojej dziedzinie ekspertów, managerów, ale też młodych pracowników, którzy mają przede wszystkim chęć do rozwijania się – dodaje.

W przypadku Vivusa rozwój pracowników, przychodzących nawet do pracy w call-center nie jest tylko sloganem z ofert pracy. Wiele nowych stanowisk obsadzanych jest w ramach rekrutacji wewnętrznej. – Standardowo, w firmach o stabilnym poziomie zatrudnienia, rekrutacje wewnętrzne to oferta trudno dostępna, trafiająca się „raz, kiedyś”.  W Vivusie stanowisko zmieniło już 65 osób, czyli ponad 30 proc. pracowników – wyjaśnia Anna Panek. – Promocje wewnętrzne zawsze będą dla nas priorytetem, bo przede wszystkim stawiamy na rozwój naszych pracowników, a dopiero w drugiej kolejności szukamy talentów poza organizacją. Mamy osoby, które zaczynały jako konsultant w obsłudze klienta, a teraz są szefem zespołu albo specjalistą w Departamencie Ryzyka. Jedyne czego wymagamy zawsze, to zaangażowanie w obecną pracę.

Vivus Finanse prowadzi aktywną politykę rozwoju pracowników. W jej ramach odbywają się szkolenia będące elementem planów rozwojowych tworzonych osobno dla każdego pracownika i dostosowanych do specyfiki pracy.  – Ale to nie wszystko. Stawiamy na silną rolę przywództwa w organizacji i unikatowe wartości, które budują nasza przewagę konkurencyjną. Wspieramy także mocno wewnętrzne inicjatywy rozwojowe. Mamy na pokładzie wiele wyjątkowych osób, które nie tylko posiadają szeroką wiedzę z danego obszaru, ale dodatkowo chcą i potrafią się nią dzielić z innymi – mówi Anna Panek.

Vivus jako jeden z nielicznych na rynku organizuje płatne staże i praktyki nie tylko dla studentów wyższych uczelni, ale i uczniów ostatnich klas szkół średnich. Rzetelność i tworzenie nowych miejsc pracy zostało wyróżnione przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. W czerwcu tego roku Vivus został doceniony w konkursie „Kreator Miejsc Pracy” za wkład w tworzenie nowych miejsc zatrudnienia.

Anna Panek posiada jedenastoletnie doświadczenie w zarządzaniu zasobami ludzkimi, które zdobywała pracując na stanowiskach managerskich w korporacjach z branży bankowej, FMCG i farmaceutycznej. Jest absolwentką Wydziału Zarządzania Kadrami na Uniwersytecie Jagiellońskim i doktorantką w Akademii Leona Koźmińskiego. Biegle posługuje się językiem angielskim oraz niemieckim. Interesuje się rozwijaniem talentów w organizacji oraz coachingiem. Prywatnie jest mamą dwóch chłopców, na bieżąco z warszawskimi wydarzeniami kulturalnymi. Aktywnie uprawia sport.

Kto skorzysta na rządowej pomocy dla frankowiczów?

Na rządowej propozycji pomocy frankowiczom najbardziej zyskają ci, którzy zadłużyli się przy kursie wynoszącym ok. 2 zł. Oni uzyskają nie tylko spadek zadłużenia, ale i wysokości raty. Niestety z wyliczeń Expandera wynika, że wysokość ich comiesięcznego zobowiązania spadnie tylko na chwilę. W ciągu kilku lat po przewalutowaniu, ze względu na wzrost stóp procentowych, może ono wzrosnąć nawet o ponad 600 zł. Z drugiej strony rezygnacja z przewalutowania również może skończyć się wzrostem raty. Frankowicze będą więc musieli podjąć bardzo trudną decyzję.

Przepisy umożliwiające przewalutowanie z częściowym umorzeniem zadłużenia kredytów walutowych jeszcze nie zostały uchwalone. Natomiast już pojawiają się wątpliwości, czy warto będzie z tego rozwiązania skorzystać. Prezes NBP, Marek Belka zwrócił uwagę, że na franku jest bańka spekulacyjna i za jakiś czas kurs może spaść. O znacznym przewartościowaniu franka mówi również prezes Szwajcarskiego Banku Narodowego. Z drugiej strony w ostatnim czasie agencja Bloomberg opublikowała prognozy, według których frank dopiero w 2019 roku powróci do poziomu sprzed tzw. czarnego czwartku, czyli 15 stycznia 2015 r.

Prawda jest taka, że nikt nie wie, co się stanie z kursem CHF za kilka lat. Możliwe jest zarówno pęknięcie bańki i bardzo szybki spadek kursu, jak i jego długotrwałe pozostawanie na poziomie zbliżonym do aktualnego. Nie można też zupełnie wykluczyć, że frank za jakiś czas będzie kosztował np. 5 zł, choć to obecnie wydaje się mało prawdopodobne.

Trudna decyzja

Jeśli ustawa wejdzie w życie, to zadłużeni w CHF będą musieli podjąć bardzo trudną decyzję. Z jednej strony mogą bowiem uwolnić się od ryzyka walutowego i zmniejszyć zadłużenie. Jednocześnie jednak zgodzą się na to, że mimo umorzenia ich zadłużenie pozostanie wyższe niż kwota zaciągniętego kredytu i to mimo kilku lat regulowania rat. Zgodzą się również na to, że ich dług będzie od dnia przewalutowania oprocentowany według polskich stóp procentowych. Te są natomiast znacznie wyższe niż w Szwajcarii. Ponadto szacuje się, że pod koniec przyszłego roku stopy w naszym kraju zaczną rosnąć. Tymczasem Szwajcarzy stóp nie podniosą dopóki kurs nie spadnie, gdyż to mogłoby spowodować dalsze umocnienie się ich waluty, co jest szkodliwe dla tamtejszej gospodarki.

Co się stanie, gdy przewalutujemy kredyt

Niestety wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje będzie miało podjęcie decyzji o przewalutowaniu lub pozostaniu przy kredycie w CHF. Przeanalizowaliśmy kilka możliwych scenariuszy, które mogą nastąpić w najbliższych latach. Załóżmy na początek, że osoba, która zaciągnęła kredyt na 300 000 zł w sierpniu 2008 r. zdecydowała się na skorzystanie z zaproponowanej przez rząd pomocy. W jej wyniku zadłużenie spadnie z niemal 500 tys. zł do 367 tys. zł. Spadnie również rata – z 1966 zł do 1761 zł. Początkowo może się więc wydawać, że takie preferencyjne przewalutowanie przynosi jedynie korzyści.

Jednak za jakiś czas ta ocena może się zmienić. Obecnie mamy w Polsce najniższe w historii stopy procentowe. Nie pozostaną one jednak na tym poziomie na zawsze. Wystarczy, że stopa referencyjna powróci do poziomu z czerwca 2013 r. (2,75%), a już rata takiej osoby będzie nieco wyższa niż obecnie. Tymczasem stopy w ciągu kilku lat mogą wzrosnąć znacznie bardziej.

Przypomnijmy, że jeszcze w listopadzie 2012 r. stopa referencyjna NBP wynosiła 4,5%. W takiej sytuacji rata kredytu z sierpnia 2008 r. byłaby o niecałe 400 zł wyższa niż obecnie, a kredytu ze stycznia 2007 r. nawet o blisko 640 zł wyższa. Wniosek jest więc taki, że korzystając z przewalutowania z częściowym umorzeniem trzeba być przygotowanym na to, że w przyszłości nasza rata może istotnie wzrosnąć. W projekcie ustawy ewidentnie brakuje nakazu poinformowania wnioskodawców jak może zmienić się rata po preferencyjnym przewalutowaniu, w sytuacji wzrostu stóp procentowych w Polsce.

Co może się stać jeśli nie przewalutujemy kredytu

Jeśli nie skorzystamy z propozycji preferencyjnego przewalutowania kredytu to niestety również istnieje ryzyko, że wysokość naszej raty się zwiększy. Gdyby kurs z jakiegoś powodu wzrósł do 5 zł, to rata opisywanego wcześniej kredytu wzrosłaby o ok. 300 zł (przy założeniu, że jednocześnie jeszcze mocniej spadłyby szwajcarskie stopy procentowe). Z drugiej jednak strony gdyby pękła bańka spekulacyjna na franku i kurs spadł do 3 zł, to rata kredytu w CHF byłaby znacznie niższa niż w sytuacji skorzystania z preferencyjnego przewalutowania z częściowym umorzeniem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że stopy procentowe w Polsce wzrosną, to nawet spadek kursu do 3,4 zł (ok. tyle średnio wynosił od połowy 2012 r. do połowy 2014 r.) spowodowałby większe zmniejszenie raty niż skorzystanie z propozycji rządowej. Problem polega jednak na tym, że nie mamy pewności, czy i kiedy kurs powróci do takiego poziomu.

Jak może się zmienić wysokość płaconej raty

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Grodno wypłaci 0,12 zł dywidendy na akcję

Zarząd firmy Grodno SA, zarekomendował Radzie Nadzorczej oraz Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 1.845.823,32 zł, tj. 0,12 zł na akcję z zysku netto wypracowanego w roku obrotowym od 1 kwietnia 2014 r. do 31 marca 2015 r.

W dniu 23 lipca 2015 r. została podjęta uchwała dotycząca rekomendacji w sprawie wypłaty dywidendy za rok obrotowy 2014/2015. Zgodnie z uchwałą, Zarząd rekomenduje Radzie Nadzorczej oraz Walnemu Zgromadzeniu Spółki wypłatę dywidendy w wysokości 1.845.823,32 zł, tj. 0,12 zł na akcję z zysku netto wypracowanego w roku obrotowym od 1 kwietnia 2014 r. do 31 marca 2015 r. w wysokości 6.086.415,61 zł, co daje stopę wypłaty dywidendy na poziomie 30,33%.

 

Spółka wypłaciła dywidendę dla akcjonariuszy za rok obrotowy 2013/2014 w kwocie 984 tys. zł, co daje 0,08 zł na akcję. Polityka dywidendy spółki przewiduje możliwość rekomendacji Walnemu Zgromadzeniu przeznaczanie do 30% zysku netto na wypłatę dywidendy po każdym zakończonym roku obrotowym, jeżeli tylko będzie to możliwe przy uwzględnieniu możliwości finansowych, w tym poziomu generowanego zysku netto, prowadzonego programu inwestycyjnego oraz bieżących potrzeb kapitałowych.

 

Wrocław zainspirowany zdrowiem. Na Placu Nowy Targ funkcjonuje Centrum Stworzone dla Zdrowia.

Od początku lipca we Wrocławiu otwarte jest Centrum Stworzone dla Zdrowia.
To miejsce pozwola nie tylko sprawdzić kondycję swojego organizmu, ale także nad nią popracować. Przez dwa letnie miesiące można wziąć udział w inspirujących warsztatach i wykładach, uzyskać porady ekspertów i trenerów oraz pogłębić wiedzę na temat zdrowia. Bogaty i różnorodny program przewiduje zajęcia dla każdego – młodszych i starszych, dzieci i rodziców. Centrum czynne jest codziennie do 30 sierpnia, a korzystanie z niego – bezpłatne. Partnerem przedsięwzięcia jest Miasto Wrocław.

Centrum Stworzone dla Zdrowia na Placu Nowy TargCentrum Stworzone dla Zdrowia to pierwszy tak zaawansowany projekt popularyzujący wiedzę  o zdrowiu, który na 400m2 łączy najnowocześniejszą technologię, design i naturę. Każdy, kto je odwiedzi będzie mógł sprawdzić swoje podstawowe parametry organizmu. Nowoczesna technologia pozwola w wygodny i ciekawy sposób oszacować blisko 30 podstawowych wskaźników określających stan zdrowia. Można poznać m.in. stopień zmineralizowania kości, zawartość wody i tkanki tłuszczowej w organizmie. Dzięki interaktywnym powierzchniom dotykowym odwiedzający przyjrzą się budowie
i funkcjonowaniu ludzkiego organizmu, a księga wiedzy dostarczy wielu ciekawostek dotyczących funkcjonowania ich ciała.

W Centrum można także liczyć na wiele inspiracji i wskazówek, dotyczących nawyków i codziennej troski o dobre samopoczucie. Odwiedzający mogą sprawdzić swój indywidualny Styl Zdrowia i dowiedzieć się więcej o swoim zdrowiu, a także, o które z jego wymiarów powinni zadbać w szczególności.

Centrum Stworzone dla Zdrowia to projekt firmy USP Zdrowie, zainaugurowany dwa lata temu  w Warszawie. W ubiegłym roku to niezwykłe miejsce mogli odwiedzić mieszkańcy Trójmiasta i pobliskich miejscowości. Teraz przyszedł czas na Wrocław – miasto z którym pomysłodawca przedsięwzięcia – firma USP Zdrowie – jest związana od 1997 r., kiedy to przy ul. Ziębickiej została otwarta Wytwórnia – zakład produkcyjny należący do Grupy USP Zdrowie.

Cieszymy się, że w tym roku Centrum Stworzone dla Zdrowia jest właśnie we Wrocławiu – mieście dla nas szczególnym – oraz że do współpracy przy tym niezwykłym przedsięwzięciu udało się nam zaprosić wielu lokalnych partnerów. Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia Centrum Stworzone dla Zdrowia wszystkich mieszkańców Wrocławia i okolic. Warto skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji i dowiedzieć się jeszcze więcej na temat tego, jak dbać o zdrowie swoje i swoich bliskich – komentuje Sebastian Świerc, Dyrektor Wytwórni Grupy USP Zdrowie we Wrocławiu. Celem projektu jest skłonienie Polaków do refleksji
na temat własnego zdrowia i zainspirowanie ich do zdrowszego stylu życia.

Raport najbardziej medialne kluby Ekstraklasy w sezonie 2014/2015

W badaniu „Polska Piłka”, przygotowanym przez PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, na szczycie miesięcznego zestawienia znalazł się Lech Poznań. „Kolejorz” w czerwcu najczęściej gościł w prasie i na stronach internetowych. W całym sezonie, tj. od lipca 2014 do czerwca 2015, najbardziej medialna była jednak Legia Warszawa.

Raport najbardziej medialne kluby Ekstraklasy 6 miesięcy 2015Tylko w czerwcu na temat Mistrza Polski pojawiło się ponad 4,3 tys. materiałów medialnych. W całym sezonie o Lechu Poznań informowano ponad 40 tys. razy. Znakomity wynik „Kolejorza” został jednak pobity przez „Wojskowych”. Co prawda w czerwcu na temat Lecha pojawiło się o 7,3 proc. więcej publikacji niż o Legii,  jednak w perspektywie roku lepsi okazali się Warszawiacy. Od lipca 2014 do czerwca 2015 dziennikarze pisali o stołecznej drużynie ponad 48 tys. razy. „Medialny sezon” zakończył na podium także Śląsk Wrocław, o którym w ciągu dwunastu miesięcy informowano ponad 37 tys. razy. Barierę 30 tys. publikacji w ciągu roku przekroczyły jeszcze dwa zespoły. W rywalizacji o prymat w Krakowie lepsza okazała się Wisła. Na temat „Białej Gwiazdy” odnotowano blisko 35 tys. materiałów, a o Cracovii pisano nieco ponad 30 tys. razy.

Na zapleczu Ekstraklasy, w czerwcowym badaniu, najlepsze okazały się zespoły, którym udało się wywalczyć awans do najwyższej klasy rozgrywkowej: Zagłębie Lubin i Termalica Bruk-Bet Nieciecza. „Miedziowi” ponownie zdystansowali konkurencję. Badanie „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” wykazało, że w całym sezonie zespół z Lubina również był najbardziej medialny. Analiza przeprowadzona w tym okresie wykazała blisko 12,5 tys. publikacji. Drugie miejsce pod względem medialności przypadło na koniec sezonu Widzewowi Łódź (10,2 tys.), a trzecie – Arce Gdynia (9 tys.). Poza podium znalazły się GKS Tychy (8,3 tys.) oraz  Wisła Płock (7,7 tys.).

 

„Hakerzy” z Hacking Team zhakowani! Wyciekło 400 GB rządowych danych

Hacking Team, firma zajmująca się cyberzabezpieczeniami padła ofiarą ataków hakerskich, które doprowadziły do wycieku 400 GB danych. Wśród nich znalazły się m.in. e-maile, kody źródłowe oraz dane klientów firmy, którymi są represyjne rządy i… Centralne Biuro Antykorupcyjne.

Prawdopodobnie dzięki programom typu malware oraz podatnością w zabezpieczeniach sieciowych, nieznani sprawcy zaatakowali włoską firmę trudniącą się przede wszystkim dostarczaniem wyspecjalizowanego oprogramowania inwigilującego organizacjom rządowym na całym świecie. Jak twierdzą analitycy z portalu Niebezpiecznik.pl lista plików wskazuje, że hakerom udało się skopiować zawartość całej sieci wewnętrznej oraz wszystkich serwerów.

Obecnie dominują ataki APT, czyli ataki kierowane, z wykorzystaniem malware’u, którego sygnatury nie są znane. Co miesiąc powstają wielkie liczby nowych wirusów, z którymi obecne systemy sobie nie radzą – twierdzi Krzysztof Wójtowicz z firmy Check Point Software Technologies.

Z Check Point Security Report 2015 wynika, że drastycznie rośnie liczba ataków hakerskich z użyciem nieznanego dotąd złośliwego oprogramowania – w ciągu każdej godziny przeprowadzanych jest na świecie 106 różnego rodzaju działań wymierzonych w firmę lub organizację.

Hacking Team zagrożeniem dla wolności Internetu

W 2014 roku Hacking Team został oskarżony przez organizację Citizen Lab, działającą przy uniwersytecie w Toronto, o współpracę z rządzami nieprzestrzegającymi podstawowych praw człowieka, taki jak Etiopia. Firma na początku nie ustosunkowała zarzutów. Dopiero w tym roku jej rzecznik starał się podważyć wiarygodność raportu Citizen Lab.

Rok wcześniej Reporterzy bez Granic uznali Hacking Team jako jednego z „korporacyjnych wrogów Internetu”, nazywając ich „cyfrowymi najemnikami”. Na odpowiedź firmy nie trzeba było długo czekać. Hacking Team oświadczył, że firma dokłada wszelkich starań, aby upewnić się, że oprogramowanie nie jest sprzedawane krajom znajdującym się na czarnej liście UE, Stanów Zjednoczonych i NATO, czy jakimkolwiek represyjnym reżimom.

Dane, które wypłynęły do Internetu świadczą o tym, że przedstawione zarzuty nie były bezpodstawne. Wśród nich znajdowały się listy usługobiorców, wśród których znalazły się kraje o najbardziej represyjnych reżimach na świecie takie jak Bahrajn, Uzbekistan, Etiopia czy Sudan, które wielokrotnie oskarżane były o śledzenie swoich obywateli.

Co więcej, eksperci z „Niebezpiecznika” informują, że kody źródłowe oprogramowania szpiegowskiego (które również zostały wykradzione), zwierają błędy bezpieczeństwa oraz wstawki w kodzie, które – według jednej z teorii – mogły umożliwiać podstawianiu w komputerach ofiar fałszywych wpisów, świadczących o pobieraniu dziecięcej pornografii, dzięki czemu służby tworzyły pretekst do aresztowań. Oczywiście są to jedynie domysły. Możliwe, że wstawki były nigdy nieużywanymi funkcjami programu.

Bardziej niepokojącym jest fakt, że w RCS znajdowały się tzw. backdoory, które mogły umożliwiać podglądanie Hacking Team działań poszczególnych służb specjalnych.

Hacking Team a sprawa Polska

Z wykradzionych dokumentów wynika, że w gronie klientów firmy jest przynajmniej jedna organizacja z Polski. Wśród 400 GB danych znajdują się faktury wystawione na Centralne Biuro Antykorupcyjne. Polskie służby zakupiły System RCS, służący do zdalnej kontroli komputerów oraz urządzeń mobilnych. Jak informuje portal Niebezpiecznik.pl, narzędzie pozwala m.in. na nagrywanie rozmów, kopiowanie wiadomości, śledzenie lokalizacji a nawet odbiór obrazu pochodzącego z kamery urządzenia ofiary. Całkowita wartość transakcji pomiędzy CBA a Hacking Team opiewa na kwotę bliską 250.000 Euro.

W marcu 2014 roku Helsińska Fundacja Praw Człowieka poprosiła o udostępnienie informacji, czy CBA i ABW posługują się oprogramowaniem RCS. CBA odmówiło udzielenia odpowiedzi, zasłaniając się ustawą o ochronie informacji niejawnych; z kolei ABW zaprzeczyła, jakoby używało RCS.

Nasdaq Composite – hossa czy bańka?

Amerykański indeks giełdowy Nasdaq Composite, w którym główną rolę odgrywają spółki z sektora technologicznego, takie jak chociażby Apple czy Facebook, pokonuje kolejne rekordowe szczyty.

Wall Street - NasdaqMotorem napędowym ostatnich wzrostów była spółka Google, która pochwaliła się zaskakująco dobrymi wynikami finansowymi za zakończony kwartał. Spółka po raz pierwszy od sześciu lat pokonała projekcje analityków, tym samym przyczyniając się do wyznaczania przez indeks Nasdaq Composite kolejnych historycznych rekordów notowań. Świetny raport finansowy spółki, która jest jedną z największych w całym indeksie pod względem kapitalizacji rynkowej, pozwolił inwestorom na kontynuację zakupów akcji przedsiębiorstw wchodzących w skład indeksu Nasdaq. Stopa zwrotu tego indeksu od początku roku wynosi około 11%, z czego ponad 5% wzrostu zostało osiągniętych tylko w lipcu.

Po zakończeniu wtorkowej sesji na amerykańskiej giełdzie, kolejni giganci branży technologicznej przedstawili wyniki finansowe za zakończony kwartał, które jednak w przeciwieństwie do publikacji raportu spółki Google, zostały potraktowane przez rynek w kategorii rozczarowania. Spółka Apple, mimo przedstawienia lepszych od oczekiwań analityków wyników przychodu oraz zysku na akcję, zanotowała gorszy poziom sprzedaży telefonów iPhone, czyli flagowego produktu odpowiadającego za lwią część generowanego zysku. Inwestorom nie pomogły informacje o 38% wzroście zysków w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej, a wśród analityków pojawiają się opinie, że szczyt sprzedaży telefonów iPhone został już osiągnięty. W reakcji na opublikowane wyniki finansowe, akcje Apple traciły prawie 7% podczas handlu posesyjnego.

Kolejnym rozczarowaniem są wyniki finansowe przedstawione przez firmę Microsoft, która odnotowała najwyższą w historii istnienia stratę kwartalną w wysokości 3,2 miliardów dolarów oraz spadek sprzedaży o około 5% do poziomu 22 miliardów. Słaby rezultat giganta branży technologii informacyjnych to przede wszystkim efekt odpisów związanych z zakupem od Nokii działu telefonów komórkowych. Ich wartość w zakończonym kwartale wynosi około 7,5 miliardów USD. Przedstawione wyniki finansowe przyczyniły się do prawie 4% spadku notowań producenta popularnego systemu Windows, w trakcje handlu posesyjnego.

Aktualna wartość indeksu Nasdaq Composite jest już wyższa od szczytu osiągniętego przed krachem dot-comów, jak popularnie nazywane jest pęknięcie bańki na akcjach spółek technologicznych w 2000 roku. Najistotniejsza różnica w porównaniu do tamtego wydarzenia polega jednak na zupełnie innym poziomie rozwoju spółek, które wtedy odpowiadały za wzrosty, a które teraz mają największy wpływ na osiąganie kolejnych rekordowych poziomów notowań. Przedsiębiorstwa posiadające obecnie największy udział w indeksie Nasdaq Composite to światowi giganci branży technologicznej, chociażby Google, Facebook, Apple czy Amazon, a wzrost wartości ich akcji jest poparty realnym rozwojem tych spółek, które każdego roku kontynuują ekspansję w skali globalnej, poprawiając wyniki finansowe. Początek XXI wieku, podczas którego nastąpiło załamanie na rynku dot-comów, upływał pod znakiem szaleństwa zakupowego akcji wszystkich spółek, których profil działalności chociaż w minimalnym stopniu wpisywał się w branżę „nowych technologii”. Po fakcie okazywało się jednak, że część z tych przedsiębiorstw nie wytworzyła w historii swojej działalności żadnego produktu.

Bieżące wyceny fundamentalne indeksu Nasdaq Composite przemawiają za tym, że kolejna bańka na tym rynku nam raczej nie grozi. Według prognoz zebranych przez agencję Bloomberga na zakończenie tego roku wskaźnik C/Z dla tego indeksu ma wynieść 22,66, a dla porównania podczas krachu dot-comów była to wartość na poziomie 190. Porównanie wycen Nasdaq do pozostałych indeksów na amerykańskiej giełdzie – gdzie wskaźnik C/Z na koniec roku dla S&P500 prognozowany jest na poziomie 17,87, a dla Dow Jones w okolicach 16 – może budzić pewne obawy wśród inwestorów, jednak należy pamiętać o tym, że szybko rozwijające się spółki technologiczne charakteryzują się wyższymi wskaźnikami C/Z.

Jedynym zagrożeniem na horyzoncie, które w dłuższej perspektywie mogłoby powstrzymać dalsze wzrosty indeksu Nasdaq Composite jest możliwe rozpoczęcie procesu zacieśniania polityki pieniężnej przez Rezerwę Federalną, która może zdecydować się na pierwszą podwyżkę stóp procentowych już we wrześniu tego roku. Silniejszy dolar, który byłby wynikiem takiej decyzji, wraz z wyższym kosztem pieniądza, miałby negatywny wpływ na cały rynek akcji w Stanach Zjednoczonych, nie tylko na indeks Nasdaq Composite.

Robert Pietrzak, HFT Brokers

Rząd uszczęśliwia frankowców

Na światowych rynkach rządzą dziś odczyty indeksów PMI. Z głównych gospodarek dobrze wypadła właściwie tylko Japonia. Chiny i Europa wyraźnie pod kreską. Pojawiły się założenia do rządowego programu pomocy kredytobiorcom frankowym. Nie znamy wszystkich szczegółów, ale już teraz widać, że to od nich będzie zależało komu ten program w ogóle będzie się opłacał.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Spowolnienie w Chinach jest powoli widoczne w danych makroekonomicznych. Większość danych nieindeksowych jest w dalszym ciągu na nieosiągalnych dla rozwiniętych państw poziomach, aczkolwiek widać problemy wyraźnie w indeksach koniunktury. Wczorajszy odczyt indeksu PMI dla przemysłu wyniósł zaledwie 48,2pkt. Jest to o 1,5pkt poniżej oczekiwań i o ponad 1pkt mniej niż ostatni odczyt. Świadczy to o spadku optymizmu wśród menadżerów produkcyjnych w tym kraju. Indeks ten uważany jest za dobrze prognozujący kondycję gospodarki w przyszłości. Jego wartość spadająca poniżej 50pkt świadcząca o przewadze negatywnych oczekiwań nad pozytywnymi zwyczajowo zwiastuje recesję. Recesja na warunki chińskie to prawdopodobniej nie osiągnięcie przez Państwo Środka zakładanego celu wynoszącego 7% wzrostu PKB w skali roku. Co ciekawe pomimo tego giełda w Shanghaju cały dzień rosła, po czym dopiero pod koniec gdy ruszyły sesje w Europie gwałtownie zanurkowała.

Pozostałe indeksy PMI wypadają optymistycznie. Japoński indeks wyniósł 51,4pkt przekraczając o 0,9pkt oczekiwania. Słabo wypadają natomiast dane dla Europy. Zarówno indeksy dla Francji jak i te ważniejsze dla Niemiec wypadły słabiej niż oczekiwano. Wynikiem tych danych była przecena euro względem dolara. Ruch ten nie był zbyt silny, ale warto zwrócić uwagę, że wynikało to głównie z tego, że euro jest już i tak słabe względem dolara.

Widać zbliżające się wybory. Polscy posłowie rzadko są tak aktywni latem. Obecnie na tapetę trafiła ustawa mająca pomóc kredytobiorcom frankowym. Wstępny projekt ustawy zakłada, że kredytobiorca będzie mógł podzielić się częścią kredytu z bankiem. Jak to ma dokładnie działać? Wyliczamy różnicę pomiędzy wartością kredytu w CHF, a takim samym kredytem wyrażonym w złotych. Z tej różnicy bank umarza połowę, a resztę bierze na siebie kredytobiorca. Brzmi bardzo korzystnie? Tak, ale należy pamiętać, że nagle płacimy WIBOR a nie LIBOR. W efekcie nasza rata … może wzrosnąć. Nie są znane jeszcze szczegóły, ale już teraz wiadomo, że opcja ta byłaby na pewno korzystna tylko dla osób, które chcą szybko sprzedać nieruchomość, reszta musiałaby to poważnie policzyć. O ile ucieczka przed ryzykiem walutowym ma swoją wartość, to gdyby frank nie zmieniał swojej wartości a tym bardziej gdyby spadł wariant ten dla wielu osób okazałby się niekorzystny. Teraz trzeba czekać na detale, ale w obecnej formie nie wygląda na to by wariant ten był korzystny aż dla 50 tysięcy kredytobiorców jak pokazują symulacje. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na brak kryterium dochodowego, które się niemal na pewno pojawi.

EUR/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wybicia była linia na 4,1450. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.

CHF/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9200, kolejnym ważnym poziomem jest 3.8450.

USD/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wybił się dołem z kanału wzrostowego. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem po wybiciu są ważne minima na 3,7200.

GBP/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs GBP/PLN wybił się dołem z kanału wzrostowego Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków dalszych spadków najbliższym wsparciem jest Ostatnie minimum lokalne na 5,7700.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i walutomat.pl

Już ponad 100 spółek w portfelu niemieckiego funduszu Rocket Internet. Wśród nich znajduje się warte prawie 8 mld euro Zalando

W portfolio inwestycyjnym berlińskiego Rocket Internet znajduje się ponad 100 spółek tworzonych przez fundusz od zera. Większość biznesów to sklepy internetowe skierowane do klienta końcowego. Wśród najbardziej wartościowych spółek portfelowych funduszu znajduje się Zalando. Internetowy sklep wysyłkowy, który jesienią ubiegłego roku zadebiutował na giełdzie we Frankfurcie, wyceniany jest na 8 mld euro. Rocket Internet działa także nad Wisłą, choć Polska nie należy do kluczowych rynków dla niemieckiej spółki.

Katarzyna Kazior, dyrektor Rocket Internet w Polsce
Katarzyna Kazior, dyrektor Rocket Internet w Polsce

Fundusz Rocket Internet jest bardzo nietypowym funduszem, ponieważ nie inwestuje w istniejące już spółki, ale inwestuje w spółki, które tworzy sam – mówi Katarzyna Kazior, dyrektor Rocket Internet w Polsce.

Zarówno wybór pomysłu, jak i dobór zespołu należy do kompetencji spółki Rocket Internet. Dzięki temu proces inkubacji przebiega bardzo szybko, a nowa spółka już średnio po 100 dniach od powstania pomysłu jest w stanie rozpocząć funkcjonowanie na rynku.

W swoim portfelu mamy już ponad 100 spółek. Są to głównie spółki oparte o modele e-commerce’owe, związane z konsumentem ostatecznym, a nie spółki w modelu B2B. W Polsce np. jest to Zalando, które niedawno zadebiutowało na giełdzie w Niemczech – mówi Katarzyna Kazior.

Zalando jest jedną z najbardziej wartościowych spółek w portfelu Rocket Internet. Debiut na giełdzie we Frankfurcie odbył się w październiku 2014 roku, a obecna kapitalizacja przedsiębiorstwa wynosi około 8 miliardów euro.

W przypadku polskiego rynku do najważniejszych inwestycji należą Westwing, spółka zajmująca się internetową sprzedażą elementów wyposażenia wnętrz, oraz CupoNation, oferujące klientom dostęp do kodów rabatowych w ponad 2000 sklepach internetowych. Jak tłumaczy Katarzyna Kazior, Polska nie zalicza się jednak do kluczowych miejsc z punktu widzenia strategii Rocket Internet. Rynek polski, choć jest stabilny,to  pod względem dynamiki rozwoju i zainteresowania inwestorów ustępuje krajom Azji i Afryki.

Spółki w Polsce bardzo często ograniczają się na początku do rodzimego rynku. Często spotykamy się z sytuacją, w której spółka z naszego portfela bardzo długo nie decyduje się na wyjście poza Polskę, ponieważ nasz kraj jest na tyle duży, że z ekonomicznego punktu widzenia racjonalne jest pozostanie na tym rynku. Z drugiej jednak strony jesteśmy na tyle mali, że zagraniczni inwestorzy nie traktują takiej inwestycji bardzo poważnie – zwraca uwagę Katarzyna Kazior.

Natomiast spośród branż, w które inwestorzy najchętniej chcieliby się zaangażować, wymienia głównie obszar FinTech, dotyczący usług finansowych, oraz tzw. sharing economy, czyli model biznesowy, w którym posiadacz jakiegoś dobra, dzieli się nim odpłatnie z innymi osobami.

W przypadku rozwiązań, które już znajdują zastosowanie rynkowe, największą dynamikę wzrostu widać w dziedzinie mody i wyposażenia domu. Do tej pory klienci dość niechętnie podchodzili do zakupów produktów wielkogabarytowych przez internet.

Obecnie klienci coraz częściej otwierają się na zakupy wielkogabarytowe w sieci. Wiąże się to z tym, że dostawcy są w stanie dużo lepiej niż kiedyś zaprezentować produkt np. w formie video. Oznacza to, że otwierają się na potrzeby konsumenta – wyjaśnia Katarzyna Kazior.

Spółka akcyjna Rocket Internet została założona w 2007 roku i zatrudnia obecnie około 25 tysięcy osób. Akcjami internetowej firmy można handlować na frankfurckiej giełdzie. Debiut odbył się w październiku 2014 roku, a aktualna wartość rynkowa przedsiębiorstwa wynosi ponad 5,5 miliarda euro.

TYNKBUD1 na wiosnę przyszłego roku wprowadzi do sprzedaży mieszkania w dwóch inwestycjach na warszawskiej Pradze

Ryszard Banacki, dyrektor ds. sprzedaży w Tynkbud-1

Zajmująca się od 20 lat generalnym wykonawstwem firma TYNKBUD1, która od kilku lat zajmuje się również działalnością deweloperską, zamierza na wiosnę uruchomić sprzedaż mieszkań w dwóch inwestycjach na warszawskiej Pradze.

– Nasza spółka istnieje już od 20 lat, przez 15 pierwszych lat budowaliśmy inwestycje jako generalny wykonawca, od 5 lat prowadzimy projekty w działalności deweloperskiej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ryszard Banacki, dyrektor ds. sprzedaży w TYNKBUD1.

Obecnie spółka realizuje cztery inwestycje, które znajdują się w sprzedaży na terenie Warszawy. Największe z nich – na Woli i Bemowie – liczą po około 50 mieszkań.

– Kolejne inwestycje planujemy realizować w przyszłym roku. Na wiosnę chcemy wprowadzić do sprzedaży po praskiej stronie Warszawy dwie inwestycje – zapowiada Ryszard Banacki.

Także w tym przypadku chodzi o realizacje o kameralnym charakterze. Przykładowo powierzchnia działki przy ulicy Liwieckiej, na której powstanie jedna z inwestycji, wynosi tylko 806 mkw. TYNKBUD1 stawia natomiast na wysoki standard wykończenia części wspólnych budowanych mieszkań. Przywiązanie do jakości ma być istotną cechą odróżniającą dewelopera od konkurencji.

– Jeśli porównamy lata poprzednie z boomem w 2008 roku, to zobaczymy, że trochę więcej osób szuka mieszkań dwu- i trzypokojowych, kompaktowych z dużą liczbą izb, czyli w tym wypadku kuchnie są pozamykane – tłumaczy przedstawiciel TYNKBUD1.

Choć tradycyjnie przy wyborze liczy się cena i lokalizacja, a zwłaszcza dobre skomunikowanie budynku z miastem, nie są to jedyne kryteria, którymi kierują się klienci przy wyborze mieszkania.

– Zwróciłbym tu uwagę jeszcze na taki często niedoceniany element jak indywidualne potrzeby każdego klienta – podkreśla Ryszard Banacki. – Na pewno komunikacja, dostęp do infrastruktury socjalnej, technicznej, ale bardzo ważna jest również sama funkcjonalność mieszkania, lokalizacja względem stron świata, koszty administrowania i zarządzania.

Jego zdaniem obowiązująca od ponad trzech lat ustawa deweloperska nie wpłynęła w znaczący sposób na działalność deweloperów, natomiast przysłużyła się klientom.

Ustawa deweloperska w sposób zasadniczy uregulowała rynek deweloperski. Spowodowała, że klienci czują się pewniej – tłumaczy rozmówca.

Ustawa o ochronie nabywcy lokalu mieszkaniowego lub domu jednorodzinnego weszła w życie w kwietniu 2012 roku. Dokument reguluje stosunku prawne pomiędzy deweloperem a nabywcą lokalu i dotyczy między innymi kwestii ewentualnej niewypłacalności sprzedającego.

Ona w moim odczuciu niewielkie znaczenie ma dla funkcjonowania deweloperów, po prostu musieli oni się do niej dostosować. Również uporządkowała rynek, więc uważam, że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia – ocenia Banacki.

Jego zdaniem nie należy też przeceniać wpływu na rynek obowiązującego od 2014 roku rządowego programu Mieszkanie dla Młodych. W jego ramach małżeństwa oraz osoby samotnie wychowujące dzieci mogą liczyć na wsparcie o wartości nawet 15 proc. nabywanego mieszkania.

Ze swojej strony obserwujemy, że ma to niewielki wpływ, w programie rządowym MdM sprzedajmy od 5 do 10 proc. mieszkań. Jest to impuls, ale nie na tyle silny, żeby mówić, że to jest tendencja stała – informuje dyrektor ds. sprzedaży w spółce TYNKBUD1.

Zdaniem Ryszarda Banackiego wpływ na popyt na mieszkania ma także wyższy wkład własny przy kredycie hipotecznym . Od początku roku banki wymagają od klientów minimum 10 proc. wartości kredytu. Do końca ubiegłego roku było to tylko 5 proc.

Wyższy wkład własny może w sposób zasadniczy spowodować, że na początku roku będzie trochę mniej kredytów, choć uważam, że te 5 proc. to nie jest aż tak duża różnica – komentuje przedstawiciel budowlanej spółki.

Poziom minimalnego wkładu kredytobiorcy będzie rósł także w kolejnych latach. Docelowo w 2017 roku ma to być 20 procent.

Simple planuje ekspansję na rynki zagraniczne

0

Przemysław Gnitecki, prezes zarządu Simple

Spółka Simple prowadzi wstępne rozmowy na temat wdrożenia swoich rozwiązań informatycznych w krajach UE. Chodzi o uniwersalne, niewymagające lokalizacji systemy front office dla wyższych uczelni oraz szpitali. Kraje będące w kręgu zainteresowań należą do Unii Europejskiej, więc podobnie jak Polska korzystają z unijnego budżetu. Przedstawiciel spółki nie chce jednak zdradzać na jakich rynkach prowadzone są rozmowy. Niemniej jednak zaznacza, że efekty tych rozmów będą widoczne w 2016 roku. 

Do tej pory eksploatowaliśmy efektywnie rynek polski – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Przemysław Gnitecki, prezes zarządu oferującej rozwiązania informatyczne głównie dla klientów instytucjonalnych spółki Simple – Natomiast widzimy także potencjał za granicą, Już w tej chwili prowadzimy rozmowy na temat możliwości wdrożenia tam naszych rozwiązań.

Chodzi przede wszystkim, jak informuje Przemysław Gnitecki, o systemy front office (miejsce, gdzie odbywa się pierwszy kontakt klienta z pracownikiem), przeznaczone dla wyższych uczelni, obejmujące obsługę toku studiów oraz kadry naukowej. Ale w grę wchodzą także oferowane przez przedsiębiorstwo rozwiązania dla służby zdrowia (przede wszystkim szpitali), dotyczące obsługi ruchu chorych i wszystkich procesów z tym związanych.

Widzimy możliwości wdrożenia naszych rozwiązań w zagranicznych odpowiednikach polskich instytucji, jednostkach opieki zdrowotnej i odpowiadających za szkolnictwo wyższe – przekonuje prezes Gnitecki. – Rynki np. południowo-wschodnie mają pod tym względem duży potencjał i co ważne, również dofinansowanie, ponieważ znajdują się w UE.

Oczywiście trudniej jest prowadzić taką sprzedaż, bo wymaga to nawiązania partnerstw, zbudowania relacji biznesowych – tłumaczy prezes Gnitecki. – Natomiast już rozpoczęliśmy pracę i mam nadzieję, że w przyszłym roku będą pierwsze efekty.

Istotne jest, jak zauważa prezes zarządu, że oferowane przez spółkę systemy są dość uniwersalne i nie wymagają zgodności z prawem lokalnym ani dużej adaptacji, jak w przypadku systemów ERP (enterprise resource planning, czyli planowanie zasobów przedsiębiorstwa).

Nasze rozwiązania są związane z obsługą front office’ową instytucji – tłumaczy prezes spółki Simple – Wiadomo, że zarówno w przypadku szpitali, jak i uczelni wygląda to bardzo podobnie w różnych krajach.

W I kwartale br. przychody Simple SA wyniosły nieco ponad 15 mln zł i były wyższe o około 40 proc. niż w tym samym okresie 2014 roku. Spółka wypracowała również lepszy zysk netto niż w roku ubiegłym. Wynosi on 440 tys. zł.

Podatek bankowy uderzy w małe banki. Może je skłonić do konsolidacji

Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk finansowy Domu Maklerskiego BPS

PiS chce uzyskać 5 mld zł z sektora bankowego dzięki proponowanemu w programie tej partii podatkowi. Instytucje finansowe prawdopodobnie będą musiały zapłacić od 0,15 do 0,39 proc. wartości swoich aktywów. Podatek pochłonie jedną trzecią zysków całego sektora i może szczególnie uderzyć w mniejsze banki.

Podatek obejmowałby aktywa i byłoby to ok. 0,39 proc., chociaż informacje na temat stawki były różne  od 0,15 do 0,39 proc. Wydaje się, że taką stałą wartością jest 5 mld zł, które PiS chce uzyskać z sektora bankowego – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk finansowy Domu Maklerskiego BPS.

Pomysł wprowadzenia podatku dla banków znalazł się już w programie wyborczym prezydenta elekta Andrzeja Dudy. Prawo i Sprawiedliwość zawarło ten postulat także w swoim programie wyborczym. Według wyliczeń partyjnych ekspertów, na których powoływała się w swoim przemówieniu na kongresie programowym w Katowicach kandydatka na premiera Beata Szydło, miałby on przynieść właśnie 5 mld zł rocznie.

Na razie PiS nie podał precyzyjnie, w jaki sposób i w jakiej wysokości miałby być naliczany podatek. Najprawdopodobniej będzie to jednak danina od aktywów banków w wysokości do 0,39 proc.

Podatek wpłynie bardziej na mniejsze, mniej rentowne banki. Jego wpływ na zysk netto będzie wtedy wyższy. Większe, bardziej rentowne banki – moim zdaniem  dalej będą zyskowne, podczas gdy mniejsze mogą zacząć generować straty – prognozuje Czajkowska-Bałdyga.

Jak podkreśla, danina będzie równa jednej trzeciej wszystkich zysków sektora bankowego. W 2014 r. zarobił on netto 16,23 mld zł.

Nowe obciążenie dla banków na pewno wpłynie na klientów. Czajkowska-Bałdyga ocenia, że może on skłonić banki do konsolidacji. Polski rynek bankowy jest w tej chwili jednym z bardziej konkurencyjnych w Europie, ale jeśli małe banki będą zagrożone stratami, mogą chcieć się łączyć z większymi.

Ten podatek będzie wpływał negatywnie na ceny oferowanych produktów przez sektor bankowy. Banki będą starały się przełożyć na klientów część tej straty spowodowanej podatkiem, który jest podatkiem janosikowym – ocenia Czajkowska-Bałdyga.

Podatek w formie zaproponowanej przez PiS będzie najwyższy dla banków z dużym portfelem kredytowym. To właśnie pożyczki stanowią główny składnik aktywów instytucji finansowych.

Jak wynika z wyliczeń mediów, podatek bankowy może być jeszcze większym obciążeniem dla instytucji finansowych innego typu. Jeśli objąłby także towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI) i domy maklerskie, to mógłby doprowadzić do nierentowności obydwu tych sektorów. Jak wyliczył „Dziennik Gazeta Prawna”, obciążenie podatkowe dla tych instytucji wyniosłoby odpowiednio 1,1 mld i ponad 400 mln zł, podczas gdy zyski netto w 2014 r. wyniosły tylko 477 mln i 396 mln zł.

Obcokrajowcy ratunkiem dla polskiego rynku pracy. Potrzebna jest jednak odpowiednia polityka integracyjna

Dominika Potkańska, analityczka w Instytucie Spraw Publicznych

Starzejące się społeczeństwo i rosnąca emigracja sprawiają, że w Polsce w niektórych zawodach zacznie brakować pracowników i szybko rosnąć będzie zapotrzebowanie na pracowników z innych krajów. Dziś wielu obcokrajowców jest zatrudnianych jako opiekunowie osób starszych czy dzieci, jednak zwykle nielegalnie i w prywatnych domach. Eksperci wskazują, że potrzebne są przepisy, które ułatwią zatrudnianie obcokrajowców, nie tylko przy pracach sezonowych, lecz także na stanowiskach, gdzie potrzebni są wysoko wykwalifikowani pracownicy.

Zatrważająca sytuacja demograficzna – oprócz postępującego procesu starzenia się społeczeństwa wydłużony wiek emerytalny – wpływa na to, że potencjał opiekuńczy polskich rodzin się zmniejsza. Dodatkowo dochodzi też kwestia emigracji zarobkowej Polaków. Powstaje więc bardzo duża luka na rynku usług opiekuńczych nad osobami starszymi i dziećmi – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Potkańska, analityczka w Instytucie Spraw Publicznych.

Jak podaje GUS, osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną. W 2035 roku 23 proc. Polaków będzie miało powyżej 65 lat. W 2050 roku ten wiek przekroczy już co trzeci Polak. Wpłynie to na większe zapotrzebowanie na pracę w sektorze usług opiekuńczych.

Z badań przeprowadzonych przez IPS w ramach unijnego projektu „Niewidzialna siła robocza. Warunki pracy i prawa pracownicze migrantów w sektorze opiekuńczym” wynika, że obecnie w placówkach świadczących opiekę w formie zinstytucjonalizowanej zatrudnionych jest zaledwie 4 proc. obcokrajowców.

Częściej spotyka się zatrudnienie w domach prywatnych. Celem naszego badania było zobrazowanie sytuacji cudzoziemskich pracowników oraz relacji między pracodawcą, migrantem a seniorem. Inaczej postrzegają tę sytuację same migrantki. Wskazują na szereg nadużyć, z którymi się spotykają, np. pracą bez umowy, nielegalną, czy nielimitowanym czasem pracy – podkreśla ekspertka.

Z badań ISP wynika, że przeciętne zarobki imigrantki za opiekę nad osobą starszą nie przekraczają 1,6 tys. zł. Najczęściej praca wykonywana jest nielegalnie, ale jak wynika z raportu, żadna ze stron nie jest zainteresowana jej zalegalizowaniem. Pracodawcy twierdzą, że wówczas miesięczny koszt zatrudnienia wzrósłby do 4 tys. zł.

Pracodawcy wskazują na szereg niedogodności, w tym biurokratycznych przeszkód w polskim prawie, które przyczyniają się do problemów z legalnym zatrudnieniem cudzoziemca w Polsce. Prawo warto tak zmieniać, żeby łatwiej było legalizować zatrudnienie osób, które pracują przy opiece nad osobami starszymi – zaznacza Potkańska.

Imigrantów w Polsce wciąż przybywa. Na koniec 2014 roku karty pobytu miało już 175 tys. osób. Z danych resortu pracy wynika również, że wzrasta liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Na podstawie takich oświadczeń mieszkańcy Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy mogą uzyskać wizę pobytową lub zezwolenie na pobyt czasowy. W I kw. tego roku liczba oświadczeń zwiększyła się o 150 proc., zaś o 410 proc. wzrosła liczba oświadczeń dotyczących zamiaru zatrudnienia w sektorze pomocy domowej. Łącznie złożono ponad 10 tys. oświadczeń o pracy w tym segmencie.

Warto też skupić się na grupie cudzoziemców o wysokich kwalifikacjach. Tego potrzebuje polski rynek pracy. Warto stosować takie instrumenty polityki publicznej, które będą ich aktywnie zachęcać do przyjazdu i osiedlania się tu. Wskazałabym też na sferę pozaprawną. Nic się nie zmieni w sytuacji pracowników, jeżeli nie zmienimy świadomości i podejścia pracodawców – przekonuje analityczka ISP.

Same zmiany prawne nie wystarczą, istotne będzie też stworzenie odpowiedniej polityki integracyjnej, nie tylko na szczeblu krajowym, lecz także na szczeblu lokalnym. Będzie to konieczne, zwłaszcza że – jak wynika z raportu Boston Consulting Group – w 2030 roku Polska będzie potrzebować 20 mln pracowników. Aktywnych zawodowo będzie zaś tylko ok. 16 mln osób. Lukę będą mogli zapełnić tylko imigranci.

Wysoki poziom pomocy publicznej przyciąga inwestorów na Warmię i Mazury. Dodatkowym atutem jest rozbudowywana infrastruktura

0

Marcin Kuchciński, dyrektor departamentu pozyskiwania inwestorów w Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej

Warmińsko-Mazurska Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga inwestorów najwyższym w kraju poziomem pomocy publicznej. W nowej perspektywie unijnej będzie to jeszcze istotniejsze, bo o dofinansowanie dla firm może być trudniej. Dodatkowym atutem regionu jest rozbudowywana infrastruktura – coraz większa sieć dróg i lotnisko w Szymanach, które może zacząć działać w przyszłym roku.

Ta perspektywa finansowa zdecydowanie będzie się różniła od tej ubiegłej. Dofinansowania w dużej mierze będzie trudniej dostać i nie dla wszystkich firm będą one dostępne, więc strefa z najwyższym poziomem pomocy publicznej może się okazać jedyną formą pomocy i to na bardzo wysokim poziomie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Kuchciński, dyrektor departamentu pozyskiwania inwestorów w Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.

Spośród 14 działających w Polsce SSE Warmińsko-Mazurska ma najwyższy możliwy próg pomocy publicznej – aż 50 proc. dla dużych przedsiębiorstw (60 i 70 proc. odpowiednio dla średnich i małych). Na taki sam poziom pomocy publicznej mogą liczyć inwestorzy w strefach, które obejmują województwa podlaskie, lubelskie i podkarpackie (m.in. Suwalska SSE i Tarnobrzeska SSE).

W innych regionach przedsiębiorcy dostaną znacznie niższe wsparcie państwa. Na Pomorzu to np. 35 proc., na Śląsku – 25 proc., a w Warszawie – 15 proc.

Inna przewaga dotyczy regionalnego programu operacyjnego i projektów, które są z tym związane. My, jako strefa, oferujemy pomoc publiczną w postaci zwolnienia dochodu z podatku dochodowego – dodaje Kuchciński.

Podkreśla, że dla inwestorów barierą nie jest już ani infrastruktura, ani kapitał ludzki. Te dwa czynniki, poza pomocą publiczną i ulgami podatkowymi, najbardziej interesują inwestorów. Zauważyli już, jak podkreśla Kuchciński, że drogi w województwie warmińsko-mazurskim  są coraz lepsze. Dzięki temu po ulokowaniu inwestycji w tej strefie można nadal szybko dojeżdżać do Gdańska czy Warszawy.

Dodatkową zachętą dla przedsiębiorców będzie lotnisko w Szymanach, w pobliżu Szczytna. Jego budowa ma zakończyć się do końca tego roku, a władze lotniska liczą na pierwsze rejsy wiosną 2016 r. Na razie żadna linia nie zapowiedziała uruchomienia połączenia do Szyman.

Lotnisko jest kilka kilometrów od Szczytna, w centralnej części województwa warmińsko-mazurskiego – podkreśla Kuchciński. Zwraca też uwagę na to, że dla inwestorów liczy się nie tylko ruch pasażerski: – Myślę, że docelowo pojawi się strefa cargo. Widać to na przykładzie innych lotnisk regionalnych, gdzie tereny inwestycyjne wokół lotniska są dobrze postrzegane, jest duże zainteresowanie takimi terenami. Myślę, że to jest kolejna wartość dodana, a to przekonuje inwestorów, by zainwestowali w naszym regionie.

Coraz więcej kolekcjonerów samochodów zabytkowych. Co roku rynek rośnie o 30 proc.

Michał Wróbel, dyrektor domu aukcyjnego Ardor Auctions

W Polsce przybywa pasjonatów zabytkowych samochodów. Coraz częściej kupujemy auta nie do codziennego użytku, ale dla przyjemności. Choć w porównaniu z krajami zachodnimi rynek jest wciąż niewielki, to dynamicznie się rozwija – nawet 30 proc. w skali roku. Popyt na takie auta będzie rósł, zwłaszcza że to również dobry sposób na inwestycje. W ciągu 10 lat ceny zabytkowych samochodów wzrosły o 456 proc.

Rynek samochodów kolekcjonerskich rośnie w sposób bardzo dynamiczny. Od trzech lat możemy mówić o wzroście ponad 30-proc. rok do roku. Najczęściej kupujemy samochody poniżej 60-70 tys. zł, jesteśmy zainteresowani tanimi klasykami. To jeden z najbardziej dynamicznych rynków niszowych – mówi agencji Newseria Biznes Michał Wróbel, dyrektor domu aukcyjnego Ardor Auctions, pierwszego w Polsce domu aukcyjnego wyspecjalizowanego wyłącznie w motoryzacji klasycznej zabytkowej.

Coraz większa jest także grupa ludzi o ponadprzeciętnych dochodach, którzy decydują się albo na zakup luksusowego samochodu, albo zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim. Dlatego też, jak przekonuje Wróbel, rynek powinien wciąż rosnąć w siłę.

W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie zabytkowymi samochodami w marcu br. powstał pierwszy w Polsce dom aukcyjny, który ma pomóc w kupnie i sprzedaży.

Potencjał jest naprawdę duży. Z roku na rok zwiększa się grupa ludzi, których stać na wydanie nawet 80 tys. zł na zabawkę, na stary samochód i jeszcze na jego utrzymywanie. Dlatego jeśli sytuacja ekonomiczna się nie zmieni, to rynek będzie rósł w tempie powyżej 20 proc. – analizuje ekspert.

W Europie jest ponad 1,5 mln zabytkowych samochodów, w rękach polskich kolekcjonerów znajduje się ok. 50 tys. Część z nich to youngtimery, czyli samochody 40-letnie, które można kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze. Starsze samochody to znacznie poważniejszy wydatek. W ubiegłym roku padła rekordowa kwota, 38 mln dolarów, za Ferrari 250 GTO z 1962 roku. Przeciętny koszt oldtimerów to kilka, kilkanaście milionów, jednak ceny rozpoczynają się od kilkudziesięciu tysięcy euro.

Jest coraz więcej osób majętnych, które decydują się na zakup auta zamiast nieruchomości. To też ciekawsze niż dzieło sztuki, które można postawić w domu, ale nie ma z niego żadnego użytku – zaznacza Wróbel.

Zabytkowy samochód jest dobrym pomysłem na inwestycje, zwłaszcza że ceny takich pojazdów idą w górę. Z danych zebranych przez Lion’s Bank wynika, że w ciągu dziesięciu lat wzrosły one o 456 proc. To znacznie więcej niż wzrost wartości nieruchomości, monet czy alkoholi.

Samochodów klasycznych powyżej 200 tys. zł będzie coraz więcej, co też sprawi, że rynek usług związany z tymi samochodami będzie się rozrastał. Z jednej strony mowa o ubezpieczeniach, z drugiej strony o usługach związanych z serwisowaniem i dilerach samochodów klasycznych – prognozuje Michał Wróbel.

Liczba robotów przemysłowych w polskich przedsiębiorstwach będzie rosnąć. Najlepsze perspektywy w branży metalowej

Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska

Wskaźnik robotyzacji w polskim przemyśle jest czterokrotnie niższy niż średnia w Europie, blisko piętnaście razy niższy niż w Niemczech oraz dziewięć razy niższy niż w rozwiniętych technologicznie krajach, jak Belgia czy Szwecja. To jednak powoli się zmienia. Zastosowanie rozwiązań z zakresu automatyki i robotyki pozwala na obniżenie kosztów produkcji oraz zwiększenie precyzji wykonania produktów. Szczególne korzyści widoczne są w przypadku branży metalowej, a także motoryzacyjnej, spożywczej, medycznej i farmaceutycznej.

Wciąż będziemy dostarczać produkty do branż, w których koszty produkcji nieubłaganie rosną. Nowoczesne środki automatyzacji są szczególnie przydatne tam, gdzie istnieje ryzyko uszkodzenia produktu podczas procesu technologicznego lub ryzyko jego nieprecyzyjnego wykonania, co przynosi przedsiębiorstwu straty.Mowa tu o branżach motoryzacyjnej, metalowej oraz maszynowej – tam, aby móc nadal produkować w naszym kraju, należy inwestować w innowacyjne technologie niosące za sobą możliwość zarówno podniesienia jakości produktów, jak i obniżenia kosztów produkcyjnych, a co najważniejsze  utrzymania stabilnej jakości – mówi agencji Newseria Biznes Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska, firmy dostarczającej rozwiązania z zakresu automatyki przemysłowej.

Jak podkreśla, wyjątkowo ciekawe perspektywy są w branży metalowej, gdzie możliwe jest nie tylko zastosowanie jednej technologii, lecz także łączenie kilku różnych. To wprawdzie wiąże się z większymi kompetencjami, które są niezbędne do wykorzystania tych rozwiązań, ale daje również większe możliwości zwiększania efektywności produkcji. Przykładem są aplikacje spawalnicze wykorzystywane w powtarzalnych procesach wymagających dużej dokładności. W ocenie Kowalczyka w takich przypadkach widoczny jest najszybszy zwrot z inwestycji.

Na pewno bardzo interesujące i perspektywiczne są branże spożywcza, medyczna i farmaceutyczna. Tam pracuje obecnie jeszcze niewiele robotów, ale na pewno będziemy obserwować wzrost ich wykorzystania – ocenia Jędrzej Kowalczyk. – Branża spożywcza ma przed sobą ciekawy okres. Aby móc zapewnić higienę pracy i większą różnorodność produktów, niezbędna będzie automatyzacja.

Zdaniem prezesa FANUC Polska można liczyć również na ożywione inwestycje w branży motoryzacyjnej.

Kondycja w branży jest bardzo dobra, nie tylko z punktu widzenia producentów aut, lecz także ich poddostawców. Są oni coraz bardziej cenieni na arenie międzynarodowej. Wielu klientów mówi nam, że uzyskało silną pozycję u swoich kontrahentów dzięki automatyzacji i robotyzacji – mówi Kowalczyk.

Wyjaśnia, że w Polsce największym zainteresowaniem cieszą się zaawansowane technologicznie maszyny obróbcze oraz roboty do aplikacji spawalniczych, zgrzewalniczych i paletyzacji.- Widzimy również bardzo duże zainteresowanie robotami współpracującymi, umożliwiającymi bezpośrednią współpracę człowieka z robotem, bez konieczności budowania dodatkowych systemów bezpieczeństwa – dodaje Kowalczyk.

Polska jest perspektywicznym rynkiem dla dostawców rozwiązań z zakresu automatyki i robotyki, ponieważ krajowy przemysł wciąż jest mało zautomatyzowany. Wskaźnik gęstości robotyzacji, czyli liczba robotów zainstalowanych na 10 tys. pracowników przemysłu, wynosi zaledwie 19. Średnia dla Europy wynosi 82, czyli czterokrotnie więcej.

FANUC Polska stanowi część międzynarodowej korporacji FANUC. Spółka zatrudnia ponad 5,2 tys. pracowników. Jej akcjami można handlować na giełdzie papierów wartościowych w Tokio.

Bilety kolejowe i autobusowe coraz częściej kupowane przez internet. Podróżnych przyciągają promocje cenowe

Andrzej Soroczyński, prezes Teroplan, właściciela serwisu e-podroznik.pl

Wygoda, promocje i niższe ceny powodują, że liczba pasażerów kupujących bilety w sieci systematycznie rośnie. W ten sposób zakupu można dokonać niemal przez całą dobę, a należną kwotę uiścić za pośrednictwem szybkiego e-przelewu. Z tej opcji najczęściej korzystają ludzie młodzi. W okresie wakacji zainteresowanie jest jeszcze większe.

Po kilku kliknięciach pasażer bez wychodzenia z domu otrzymuje na e-mail dokument uprawniający do podróży. Może go wydrukować lub pokazać konduktorowi na ekranie urządzenia mobilnego.

Coraz więcej osób kupuje bilet online, ponieważ po pierwsze jest to wygodne, a po drugie często przewoźnicy oferują promocje, które są dostępne tylko online. To też przyciąga pasażerów, dla których najbardziej się liczy cena, więc cieszy ich, że mogą u nas kupić bilet dużo taniej niż na dworcu czy u kierowcy i nie trzeba wychodzić z domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Soroczyński, prezes Teroplan, właściciela serwisu e-podroznik.pl.

Trend wzrostowy dotyczy zarówno przewozów autobusowych, jak i kolejowych. Dla przykładu PKP Intercity w pierwszych dwóch miesiącach tego roku zanotowało aż 85-procentowy wzrost sprzedaży biletów online. Ponad 25 proc. biletów sprzedawanych jest przez internet. W marcu przewoźnik wprowadził też możliwość zakupu biletu przez aplikację IC Mobile Navigator.

Soroczyński podkreśla, że w transporcie coraz bardziej widoczne są nowe technologie.

Bilety online kupują przede wszystkim ludzie młodzi, którzy korzystają z internetu czy aplikacji mobilnych, to oni są często odbiorcami tej usługi. A druga grupa to ludzie starsi, którzy albo proszą kogoś o pomoc, albo też sami starają się skorzystać z tej usługi – tłumaczy Andrzej Soroczyński

Ze statystyk wynika, że bilety przez internet najczęściej kupują mieszkańcy dużych miast – Warszawy, Katowic, Krakowa, Poznania, Trójmiasta i Wrocławia. Pasażerowie, którzy dokonują zakupów w sieci, są na bieżąco informowani o promocjach. Nie muszą się też rejestrować jako użytkownicy serwisów, mogą dokonywać zakupów jako goście.

W wakacje widać ożywiony ruch na trasach do miejscowości typowo turystycznych.

Pasażerowie najczęściej wyjeżdżają z dużych, zatłoczonych miast do centrów turystycznych, nad Bałtyk, m.in. do Łeby, Ustki, Karwi, Władysławowa, Międzyzdrojów, lub w góry, m.in. do Zakopanego, Kudowy Zdroju i innych miejscowości górskich – dodaje Andrzej Soroczyński.

Jak podkreśla, w wielu miejscowościach wypoczynkowych nie ma transportu kolejowego, stąd podróżni częściej decydują się na autobus. Do większych miast chętniej wybierane są pociągi.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Stać nas na pół metra mieszkania więcej niż w 2005 roku

W 2005 roku za roczne średnie wynagrodzenie mogliśmy nabyć 4,2 metra kwadratowego mieszkania w stolicy. Chociaż od 2005 roku przeciętna płaca zwiększyła się o 62%, to wraz z płacami rosły też ceny nieruchomości. Dzisiaj za roczną średnią pensję w Warszawie możemy kupić o 0,5 metra kwadratowego mieszkania więcej niż 10 lat temu.

Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl
Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl

– Przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw zwiększyła się z 1727 zł netto do 2813 zł obecnie, czyli prawie 1 tys. zł (62%). W miarę stałe względem wzrostu płac były ceny nieruchomości w stolicy. W 2005 roku za roczną średnią pensję netto można było nabyć 4,2 metra kwadratowego nowego mieszkania (0,35 m kw. miesięcznie). Z kolei dzisiaj za równowartość obecnej rocznej średniej pensji kupimy 4,7 m kw. mieszkania, czyli pół metra więcej niż 10 lat temu – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Na obecną chwilę za średnią płacę można kupić więcej powierzchni we Wrocławiu, Warszawie i Krakowie, ale w niektórych miastach Polski relacja przeciętnej płacy do ceny nieruchomości wyraźnie się pogorszyła. W Poznaniu za roczną średnią płacę kupimy 0,2 m kw. mniej niż w 2005 roku  a w Gdańsku „tracimy” aż 1,5 m kw. rocznie.

Dzisiaj, by zakupić mieszkanie o powierzchni 50 m2 w stolicy, trzeba wydać ok. 400 tys. zł. Jeżeli zaciągniemy kredyt na 85% wartości nieruchomości, to przez 30 lat będziemy spłacać ratę, która będzie oscylować w granicach 1500 zł miesięcznie. Obecnie taka kwota stanowi 53% przeciętnego wynagrodzenia.

– Gdy przeciętny Polak w 2005 roku decydował się zaciągnięcie kredytu na mieszkanie musiał zadłużyć się na ok. 200 tys. zł, co dawało ratę w wysokości 1300 zł miesięcznie m.in. z powodu dużo wyższych stóp procentowych. Wówczas obciążenie ratą stanowiło ponad 70% jego wynagrodzenia. Teraz raty od tego kredytu stanowią ok. 30% średniej krajowej. Innymi słowy, osoby które zdecydowały się na kupno mieszkania 10 lat temu, chociaż było wtedy ciężko, to dzisiaj na tym korzystają – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Umowa o pracę, dzieło czy zlecenie? Przy której w portfelu zostaje najwięcej?

W opinii publicznej często słychać oburzenie, ponieważ część pracowników w Polsce jest zatrudnionych w oparciu o umowę zlecenie czy o dzieło, które potocznie są nazywane „śmieciowymi”. Według danych opublikowanych w tym roku przez GUS, w 2013 roku około 1,4 mln osób zawarło umowę zlecenie lub o dzieło.

Infografika - wynagrodzenia a różne formy umowy
Infografika – wynagrodzenia a różne formy umowy

Co więcej: osoby te nie były oprócz tego nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz nie pobierały renty lub emerytury. Niestety nie zostały przeprowadzone badania, które wskazywałyby, ile procent z tej grupy zatrudnionych jest niezadowolonych z formy zawartej umowy. Wiadomo, że taka grupa istnieje.

Umowę o dzieło lub kontrakt menedżerski zawiera wielu menedżerów. Taka decyzja pozwala uniknąć wysokich podatków po przekroczeniu drugiego progu podatkowego. Są też i tacy, którzy nie zarabiają kroci, a jednak świadomie wybierają inne formy umowy niż umowa o pracę.

Postanowiliśmy przeanalizować, jak wysokie wynagrodzenie netto otrzymuje pracownik zatrudniony w oparciu o umowę o pracę, umowę zlecenie i umowę o dzieło, jeżeli jego wynagrodzenie brutto równe jest płacy minimalnej, średniej płacy w gospodarce narodowej lub dwukrotności średniego wynagrodzenia. Poddaliśmy również analizie koszty, jakie ponosi pracodawca w związku z zatrudnieniem takich pracowników.

Dofinansowanie wyprawki szkolnej dla dzieci pracownika przez pracodawcę

Pracodawcy mają wiele możliwości, by pomóc swoim pracownikom. Jednym z najbardziej cenionych sposobów jest zatroszczenie się o dzieci osób zatrudnionych w firmie, na przykład przez sfinansowanie wyprawki szkolnej. Pracodawca może w tym celu skorzystać ze środków  Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (ZFŚS) lub bezpośrednio z pieniędzy przedsiębiorstwa. Taka forma pomocy pracownikom musi być jednak w odpowiedni sposób rozliczona.

Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl
Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl

Wyprawka szkolna – dofinansowanie ze środków ZFŚS

Istnienie w zakładzie pracy ZFŚS ułatwia przedsiębiorcy zadanie, jeśli chodzi o finansowanie wyprawki dzieciom pracowników – zgodnie z regulaminem może on przekazać im niezbędną sumę właśnie ze środków funduszu lub kupić odpowiednie przedmioty. W takim przypadku limit dofinansowania na wyprawkę powinien odpowiadać sytuacji materialnej, życiowej i rodzinnej pracownika.

Art. 21 ust. 1 pkt 67 Ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych reguluje te kwestię i wskazuje, że do pewnej kwoty dofinansowanie wyprawki szkolnej jest zwolnione z opodatkowania. Suma, którą pracodawca może przekazać jednemu pracownikowi, wynosi 380 złotych rocznie.

Ważne!
Kwota ta odnosi się do  wszystkich świadczeń przekazanych w danym roku z ZFŚS.Jak wskazuje natomiast § 2 ust. 1 pkt 19 Rozporządzenia w sprawie szczegółowych zasad ustalania podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, świadczenia pochodzące z ZFŚS, są całkowicie zwolnione ze składek ubezpieczeniowych.Dopłata do wyprawki szkolnej dziecka pracownika może być także wypłacona w ramach zapomogi w związku z indywidualnym zdarzeniem losowym czy klęską życiową, długotrwałą chorobą lub śmiercią. Tu zwolnienie z opodatkowania odnosi się do kwot wyższych niż 2280 złotych na rok podatkowy. W takiej sytuacji nie ma także znaczenia, czy pochodzi ona z ZFŚS, czy z dochodów firmy. Wyprawka szkolna – dofinansowanie ze środków obrotowych firmy Jeżeli pracodawca nie chce skorzystać z zasobów ZFŚS lub w zakładzie pracy nie funkcjonuje taka instytucja, może przeznaczyć na wyprawkę dla dzieci pracowników część środków obrotowych firmy. Dofinansowanie należy jednak wtedy traktować jako dodatkowy  pozapłacowy element wynagrodzenia za pracę i jako taki opodatkować.Sumę, jaką pracodawca przeznaczył na wyprawkę, dolicza się do wynagrodzenia pracownika za dany miesiąc. Zatrudniający jest zobowiązany do odliczenia, pobrania i odprowadzenia zaliczki na podatek dochodowy od całości na zasadach przewidzianych dla opodatkowania przychodów ze stosunku pracy.Pieniądze na wyprawkę szkolną nie są częścią składową podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne pod warunkiem, że taką sytuację przewidziały układy zbiorowe pracy, regulaminy wynagrodzenia, obowiązujące w danym zakładzie pracy, lub przepisy o wynagradzaniu. W przypadku, gdy takie dofinansowanie zostało uregulowane przez którąś ze wspomnianych regulacji, podlega ono oskładkowaniu.

Andrzej Lazarowicz prezes wfirma.pl

Coaching zamiast szkolenia?

Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup
Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup

Po każdym szkoleniu nasza półka wzbogaca się o kolejny plik notatek i materiałów edukacyjnych. Jednak niezwykle rzadko do nich wracamy – najczęściej z braku czasu. Tymczasem badania Neila Rackhama dowodzą, że 87% wiedzy, którą zdobywamy na szkoleniach, ulega zapomnieniu już po miesiącu. Co zatem zrobić, by przeciwdziałać tej prawidłowości? Jak zwiększyć efektywność szkoleń bez konieczności ciągłego powracania do notatek? 

Nauka przez praktykę

Proces coachingowy jest niezależnym narzędziem rozwoju kompetencji, ale może również stanowić skuteczne dopełnienie specjalistycznego szkolenia. Jeśli bezpośrednio po szkoleniu rozpoczniemy pracę z coachem, mniej informacji ulegnie zapomnieniu, a my szybciej i efektywniej wykorzystamy nowo nabyte umiejętności.

– Podczas szkolenia w krótkim czasie otrzymujemy dużą dawkę nowej wiedzy, której nie jesteśmy w stanie przyswoić w całości. Sesje z coachem sprawiają, że ze spotkania na spotkanie wiedza może być systematycznie utrwalana. A jak wiadomo najlepiej uczymy się poprzez praktykę. Dlatego zadaniem coacha jest zainspirowanie osoby do tego, by znalazła sposoby na wykorzystanie nowych kompetencji w swojej pracy – wyjaśnia Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup.

Szkolimy się, ale co dalej?

O tym, że szkolenie pracowników jest niezbędną inwestycją nie trzeba już w Polsce nikogo przekonywać. Z raportu MillwardBrown SMG/KRC wynika, że ze szkoleń korzysta 98% średnich przedsiębiorstw oraz 80% małych firm. Większość pracodawców wysyła pracowników zarówno na szkolenia obowiązkowe, wymagane ustawowo, jak i te podnoszące kompetencje (84% w przypadku średnich firm oraz 57% w przypadku małych). Jedynie ok. 10% przedsiębiorstw ogranicza się wyłącznie do szkoleń obligatoryjnych.

Jednak na szkoleniach zwykle się kończy, dlatego zarówno pracodawcy, jak i pracownicy często narzekają na nieefektywność szkoleń. Pracownik w teorii wie bardzo dużo, ale nie potrafi tego zastosować, wykonując swoje zawodowe obowiązku. Brakuje przełożenia wiedzy na praktyczne rozwiązania. Polscy przedsiębiorcy dopiero zaczynają odkrywać zalety coachingu.

W poszukiwaniu praktycznych rozwiązań

Według szacunków ekspertów z GóreckiGroup ok. 10-15% firm w Polsce decyduje się na uzupełnianie szkoleń procesami coachingowymi. Dla porównania, dane amerykańskie mówią o ponad 60% przedsiębiorstw, które wspierając rozwój pracowniczy, korzystają z różnych form coachingu. Bez wątpienia ten trend będzie niedługo widoczny także w Polsce, bo regularnie rośnie liczba menedżerów i właścicieli firm, którzy dostrzegają korzyści płynące z sięgania po usługi coachingowe.

Co decyduje o tym, że coaching stanowi idealne uzupełnienie procesu rozwoju, zainicjowanego poprzez uczestnictwo w szkoleniu? W coachingu, w przeciwieństwie do szkolenia, nie ma transferu wiedzy. Coach nie musi być ekspertem w dziedzinie, w której pracuje jego klient. Nie jest jego trenerem, mentorem ani przewodnikiem duchowym. Nie przekazuje klientowi rad ani gotowych rozwiązań. – Wprost przeciwnie, rolą coacha jest pokierowanie klientem w taki sposób, aby ten zaczął korzystać z wiedzy, którą posiada, aby wypracowywał nowe rozwiązania, szukał nowych dróg osiągania założonych celów zawodowych – tłumaczy Jarosław Gibas.

Zwrot z inwestycji

Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup
Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup

Aby proces coachingowy skutecznie uzupełniał kompetencje nabyte dzięki szkoleniu, można podczas sesji pracować nad celem bezpośrednio związanym z tematyką szkolenia. Dla przykładu przedstawiciel handlowy, który właśnie wziął udział w szkoleniu sprzedażowym, może od razu wspólnie z coachem szukać praktycznych rozwiązań jak wdrożyć do codziennej pracy poznane techniki, a tym samym zwiększyć poziom sprzedaży. – Dzięki wykorzystaniu coachingu skraca się czas pomiędzy treningiem, czyli szkoleniem, a jego rezultatem w postaci np. zwiększenia wydajności czy uzyskania lepszych wyników sprzedażowych. Mówiąc wprost, dla pracodawcy zastosowanie coachingu oznacza wyższy zwrot z inwestycji w programy szkoleniowe – mówi Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup.

Coaching w biznesie jest stosowany coraz częściej nie tylko jako element programu szkoleniowego. Popularność zyskuje również nurt kierowania zespołem z zastosowaniem technik coachingowych, wykorzystywanie coachingu do rozwiązywania konfliktów między pracownikami czy planowania ścieżki kariery wewnątrz firmy. – Coaching staje się nieodłącznym elementem myślenia o rozwoju pracowników i rozwoju firmy. Opierając się na klasycznych modelach zarządzania, rezygnując ze stawiania na kapitał ludzki, nie inwestując w rozwój swoich pracowników, firmy szybko zostają w tyle za nieustannie rozwijającym się rynkiem. A przecież konkurencja nie śpi – podsumowuje Górecki.

Nowa Honda HR-V wjedzie do polskich salonów sprzedaży we wrześniu tego roku

Od momentu wejścia na rynek w Japonii pod koniec 2013 roku, nowy, niewielki SUV Hondy – oferowany na tamtejszym rynku pod nazwą Vezel – wspiął się na szczyt statystyk sprzedaży, oferując nabywcom niespotykane połączenie stylowo zaprojektowanego nadwozia, przestronnego wnętrza oraz wszechstronnych rozwiązań. W Europie model ten pojawi się pod nazwą HR-V.

W 2014 roku Honda Vezel sprzedała się w Japonii w liczbie 96 000* egzemplarzy, zyskując miano ulubionego SUV-a Japończyków, natomiast w ciągu ostatnich 18 miesięcy było to najlepiej sprzedające się auto w segmencie SUV. Do dziś, Vezel trafił w ręce 140 000 klientów z Japonii, przy czym tylko w pierwszej połowie 2015 roku sprzedano 38 218 sztuk tego modelu Hondy.

W Stanach Zjednoczonych, w pierwszej połowie 2015 roku, sprzedaż SUV-ów zwiększyła się o ponad 10 procent w porównaniu z tym samym okresem w 2014 roku. Największy wzrost zainteresowania autami tego typu odnotowano w czerwcu, gdy do salonów Hondy trafił model HR-V. Sprzedaż SUV-ów wzrosła wówczas o 18 procent w stosunku do ubiegłego roku. „Nowa Honda HR-V weszła do sprzedaży z impetem, notując doskonałe wyniki po zaledwie sześciu miesiącach obecności na rynku”,powiedział Jeff Conrad, wiceprezes i dyrektor Hondy w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym pełnym miesiącu sprzedaży, model HR-V trafił aż do 7 760 nabywców.

Honda HR-V wkrótce zadebiutuje w Europie, oferując klientom unikatowe rozwiązania techniczne. Zawieszenie tego modelu zostało zestrojone z uwzględnieniem charakterystyki europejskich dróg, podczas gdy nowy system sterowania pracą przekładni CVT odpowiada preferencjom europejskich kierowców. Wszystko to, w połączeniu ze 120-konnym silnikiem wysokoprężnym o pojemności 1,6 litra i-DTEC, oferowanym wyłącznie w Europie, sprawia, że model ten ma duże szanse sukcesu sprzedażowego również na Starym Kontynencie.

Wiesław Kołodziej, prezes Oddziału Hondy w Polsce powiedział: „Cieszymy się, że już wkrótce tak atrakcyjny produkt, jakim jest HR-V, trafi do sieci autoryzowanych dealerów Hondy. Liczymy, że podobnie jak w Japonii i USA, przypadnie on do gustu polskim klientom. Samochód ten reprezentuje ostatnio bardzo modny na naszym rynku segment niewielkich crossoverów, przy czym – oprócz niezwykle atrakcyjnego designu – zaoferuje nabywcy przestronne, funkcjonalne wnętrze, w tym obszerny bagażnik, a także bardzo ekonomiczne jednostki napędowe.”

 

Mniej pijanych kierowców i wypadków drogowych w Polsce

W sobotę, 25 lipca br., już po raz dziesiąty w Polsce obchodzić będziemy Dzień Bezpiecznego Kierowcy. Z najnowszych statystyk policji wynika, że Polacy z roku na rok są rzeczywiście ostrożniejszymi kierowcami. W pierwszym półroczu tego roku doszło do 14912 wypadków drogowych, co oznacza 7% spadek w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Mniej było też kierujących pod wpływem alkoholu (o 7% r/r). Jak podkreślają eksperci zakładu ubezpieczeń Gothaer, na bezpieczeństwo drogowe wpływa z jednej strony coraz większa świadomość zagrożeń wśród kierowców, z drugiej natomiast intensyfikacja działań policji.

Kierowcy w Polsce coraz większą wagę przykładają do prawidłowej jazdy. Wprowadzone wcześniej regulacje prawne w zakresie obowiązku jazdy z włączonymi światłami, zapiętymi pasami czy w przypadku dzieci, jazdy w specjalnym foteliku dostosowanym do wieku i wzrostu dziecka, stały się już naturalnym i automatycznym zachowaniem kierowcy rozpoczynającym podróż. Obszarem, nad którym jeszcze musimy popracować, i któremu w ostatnich latach nasza policja poświęca więcej uwagi, jest stan trzeźwości kierowców jeżdżących po polskich drogach. Od stycznia do czerwca br. liczba badań na zawartość alkoholu wzrosła aż o 19% -z 7,5 mln do ponad 9,3 mln. To oczywiście ma pozytywne przełożenie na bezpieczeństwo, gdyż jazda pod wpływem alkoholu jest jedną z najczęstszych przyczyn wypadków drogowych. Pijana osoba za kierownicą stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla siebie, ale także dla pasażerów i otoczenia – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Działania podejmowane przez policję wpływają na większą ostrożność polskich kierowców. Z najnowszych danych Komendy Głównej Policji wynika, że w okresie od stycznia do czerwca br. liczba kierujących pojazdami mechanicznymi pod wpływem alkoholu zmniejszyła się o 7% rok do roku (IH 2014 r.: 48514, IH 2015 r.: 45203). Znajduje to odzwierciedlenie w liczbie wypadków drogowych, których w pierwszej części tego roku było o 7% mniej niż w analogicznym okresie 2014 r. (IH 2014 r.: 15961, IH 2015 r.: 14912). Również liczba rannych w wypadkach w tym roku była niższa – o 8% r/r (IH 2014 r.: 19451, IH 2015 r.: 18040).

Pijany kierowca zapłaci słony rachunek

Zgodnie ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych, każdy właściciel pojazdu jest zobowiązany do posiadania polisy OC, aby po spowodowaniu wypadku czy stłuczki rekompensatę poszkodowanym osobom trzecim wypłaciło jego towarzystwo ubezpieczeń. Jednak w przypadku jazdy pod wpływem alkoholu odpowiedzialnością finansową zostanie obarczony sam kierowca. – Jeśli sprawca zdarzenia był w stanie po użyciu alkoholu lub nietrzeźwy, to zgodnie z art. 43 ustawy, jego ubezpieczyciel wypłaci odszkodowanie poszkodowanym, ale następnie wystąpi do sprawcy o zwrot wypłaconego odszkodowania – podkreśla Marek Dmytryk.

W sytuacji, kiedy sprawcą zdarzenia jest kierowca pod wpływem alkoholu, poszkodowany i ubezpieczony w Gothaer może także skorzystać z likwidacji szkody w ramach modelu bezpośredniej likwidacji szkód. – Nie ma znaczenia stan trzeźwości sprawcy zdarzenia na fakt możliwości skorzystania z bezpośredniej likwidacji szkód w Gothaer. Wystarczy, że zgłosi szkodę do nas, a my weźmiemy na siebie wszystkie obowiązki związane z likwidacją szkody i wypłatą odszkodowania. To z pewnością wpłynie na szybkość i jakość całego procesu – wyjaśnia przedstawiciel Gothaer TU S.A.

Regionalna mapa wypadków drogowych

Jeśli spojrzymy na liczbę wypadków drogowych w rozbiciu na poszczególne regiony, to zobaczymy, że z mniejszą liczbą wypadków w pierwszym półroczu tego roku mieliśmy do czynienia w 12 regionach. Największy spadek został odnotowany w województwie śląskim (-17,2%) i zachodniopomorskim (-15,7%). Wzrost natomiast policja zanotowała w 5 województwach, największy w woj. lubuskim (+9,3%)[1]. Również w większości regionów Polski w wyniku wypadków samochodowych było mniej rannych. Niewielki wzrost zanotowano tylko w 3 województwach: podkarpackim, łódzkim i kujawsko-pomorskim.

[1] Źródło: http://statystyka.policja.pl/

Nowy dyrektor Polskiego HR – Hanna Listek

Hanna Listek
Hanna Listek

Tworzenie nowych strategii rozwoju oraz osiągnięcie wyznaczonych celów długoterminowych – to zadania, z którymi zmierzy się nowa dyrektor zarządzająca holdingu Polski HR – Hanna Listek. Jako sprawny manager i psycholog z 15-letnim doświadczeniem w branży HR, zadba o spójność działań wszystkich podmiotów rekrutacyjnych grupy Loyd S.A., działających pod egidą Polskiego HR-u.

Dotychczas Hanna Listek zarządzała spółką Polski HR Doradztwo Personalne wchodzącą w skład holdingu Polski HR, gdzie odpowiadała za projekty rekrutacji, outplacementu, a także aktywizacji osób bezrobotnych.

–„Wybór nowego dyrektora zarządzającego holdingu Polski HR był oczywisty. Jako osoba zarządzająca spółką Polski HR Doradztwo Personalne Hanna Listek wykazała, że posiada niezbędne kompetencje do kierowania zespołem oraz realizowania wizji grupy LOYD S.A. Do obowiązków dyrektora zarządzającego holdingu należy koordynacja i wytyczanie wspólnego kursu dla blisko 20 spółek Polskiego HR działających w obszarze Human Resources. W ramach swoich kompetencji Hanna Listek odpowiadać będzie za współpracę z kontrahentami z Polski i zagranicy, budowę i wdrażanie strategii rozwoju firmy oraz planowanie i nadzór budżetu spółki. Do realizacji tych zadań potrzeba kompetencji menedżerskich oraz zaawansowanych umiejętności interpersonalnych. Według mnie Hanna Listek pozwoli spółce Polski HR rozwinąć skrzydła i wykorzystać potencja holdingu” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes grupy kapitałowej LOYD S.A.

– „Branża HR w Polsce cały czas się kształtuje, co sprawia, że  agencje zatrudnienia muszą nieustannie się rozwijać i dbać o jak najlepszy poziom obsługi swoich klientów. Ten awans stawia przede mną nowe wymagania. Moim celem będzie rozbudowanie portfela klientów krajowych oraz rozszerzenie współpracy na rynkach międzynarodowych. Chciałam bardzo podziękować za zaufanie jakim mnie obdarzono. Na ten awans patrzę przez pryzmat mojej dotychczasowej działalności w spółce Polski HR Doradztwo Personale. Docenienie efektów wieloletniej pracy jest bardzo motywujące”- skomentowała Hanna Listek, nowa dyrektor zarządzająca Polski HR.

Nowa dyrektor zarządzająca równocześnie prowadzi własną pracownię badań, gdzie rozwija zainteresowania z dziedziny psychologii. Wiedzę z zakresu HR łączy z wyjątkową wrażliwością na problemy drugiego człowieka.

Maciej Jędrzejak: Nadmiar ropy szkodzi cenom

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Na rozchwianym rynku surowcowym, informacja o wzroście zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych wystarczyła, by notowania amerykańskiej WTI spadły o ponad 3 proc., do 49 dolarów za baryłkę. To poziom najniższy od końca marca. O 2,5 proc. w dół poszły też ceny benzyny, mimo że jej zapasy zmniejszyły się w ostatnim tygodniu o 1,7 mln baryłek. Kontrakty na miedź zniżkowały o prawie 2 proc., do poziomu widzianego poprzednio w lipcu 2009 r. Oparcia nadal nie mogą znaleźć notowania złota. Czwartkowy poranek przynosi uspokojenie nastrojów na giełdach towarowych.

Na nowojorskim parkiecie najmocniejszej przecenie poddawały się w środę nie spółki surowcowe, lecz technologiczne, między innymi Apple, Microsoft, IBM. W Warszawie odgrywające podobną rolę akcje banków, oddały wczoraj dwa pierwsze miejsca wśród spadkowiczów walorom KGHM i PZU. W czwartek przodują akcje PKN Orlen, po publikacji rozczarowujących wyników finansowych. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja na polskiej giełdzie miała się radykalnie poprawić, ale odreagowanie przeceny jest możliwe. Środowa panika nie przenosi się ani na złotego, ani na notowania obligacji.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska