Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy

W rankingu krajów europejskich Polska zajęła podobnie jak w ubiegłym roku 29 miejsce.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy, co stanowi 6 710 euro (28 591 zł). Tym samym w rankingu krajów europejskich Polska zajęła dopiero 29 miejsce. Pozycja ta nie zmieniła się w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Analizując dane na poziomie powiatów widoczny jest kontrast między bogatymi i biednymi regionami. Mieszkańcy najbogatszych powiatów dysponują trzykrotnie większymi środkami finansowymi niż mieszkańcy najbiedniejszych powiatów.

10 polskich powiatów o najwyższej sile nabywczej

Ranking (z 380) Powiat Liczba mieszkańców Indeks krajowy Indeks europejski*
1 Warszawa 1 753 977 185,9 89,5
2 Piaseczyński 179 496 146,9 70,7
3 Sopot 36 849 146,7 70,6
4 Poznań 540 372 143,2 68,9
5 Warszawski Zachodni 114 079 142,1 68,4
6 Katowice 298 111 140,3 67,5
7 Wrocław 637 683 140,0 67,4
8 Pruszkowski 161 645 137,7 66,3
9 Tychy 128 351 129,8 62,5
10 Gliwice 182 156 129,0 62,1

Źródło: © GfK Purchasing Power Poland 2017
*indeks: wartość na mieszkańca / średnia = 100

Powiatem o najwyższej sile nabywczej jest Warszawa. Warszawiacy dysponują przeciętnie środkami w wysokości 12,472 euro na osobę. Jest to kwota wyższa o niemal 86 proc. od średniej krajowej. Niemniej jednak to ciągle 11 proc. mniej niż średnia europejska.

Przemysław Dwojak, dyrektor działu Customer Analytics & Sales Strategies w GfK, komentuje: „W ostatnich latach obserwujemy w Polsce stały wzrost liczby najbogatszych i najbiedniejszych powiatów. Spośród wszystkich 380 powiatów, dwadzieścia dwa dysponują siłą nabywczą, która przewyższa średnią krajową o co najmniej 20 proc. Dla porównania, mieszkańcy powiatu przysuskiego, najbiedniejszego polskiego powiatu, mają do dyspozycji mniej niż 62 proc. średniej krajowej per capita, co stanowi jedynie 29,8 proc. średniej europejskiej.”siła nabywcza Polski

O badaniu
Badanie siły nabywczej GfK Purchasing Power Europe 2017 jest dostępne dla 42 europejskich krajów ze szczegółowym rozbiciem na regiony, według gmin lub kodów pocztowych. Zawiera też odpowiednie dane dotyczące mieszkańców i gospodarstw domowych oraz mapy cyfrowe.
Siła nabywcza jest miernikiem rozporządzalnego dochodu per capita po odjęciu podatków, składek na ubezpieczenie społeczne, ale z uwzględnieniem wszelkich świadczeń otrzymywanych od państwa.

Badanie podaje siłę nabywczą na osobę w skali roku w euro lub w postaci wartości indeksu. Pojęcie siły nabywczej stosowane przez GfK odnosi się do nominalnego dochodu rozporządzalnego, czyli podane wartości nie uwzględniają inflacji. Badanie opiera się na statystycznych danych dotyczących dochodów, stawek podatkowych, wysokości świadczeń społecznych oraz na prognozach instytutów ekonomicznych.

Według definicji siła nabywcza to wydatki konsumentów pokrywające koszty związane z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, na media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport i wydatki konsumpcyjne.

Chomikuj przegrywa ważny proces ws. naruszenia praw autorskich

Sąd Apelacyjny w Krakowie (sygn. akt I ACa 1494/15) wydał orzeczenie, w którym nakazał serwisowi Chomikuj.pl monitorowanie przez 3 kolejne lata, czy w sieci nie pojawiają się odesłania do tego serwisu po wpisaniu nazw określonych trzech filmów. Administrator serwisu ma również kasować konta użytkowników, którzy dopuszczą się naruszenia praw autorskich podmiotu uprawnionego do przedmiotowych filmów.

Opieszały chomik

Wyrok zapadł na skutek pozwu złożonego przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich w związku z udostępnianiem w ramach serwisu filmów „Dzień Świra”, „Wenecja” i „Katyń”. SFP zgłaszało witrynie Chomikuj.pl żądanie usunięcia zakwestionowanych treści i kont użytkowników udostępniających je. Ostatecznie serwis usunął nielegalne treści, jednak zwlekał z tym zbyt długo. Główna linia obrony serwisu opierała się na przepisach ustawy o świadczeniu usług droga elektroniczną, które w określonych sytuacjach przewidują wyłączenie odpowiedzialności do hosting providera.

Chomik monitorujący

Jednym z głównych rozstrzygnięć w tej sprawie (najczęściej omawianym w mediach) jest wydanie nakazu zgodnie z którym przez trzy lata serwis ma raz w miesiącu wpisywać w wyszukiwarki Google oraz Bing słowa „Chomikuj” + „Dzień Świra” („Katyń”, „Wenecja”) + „film”, a następnie blokować dostęp do plików, które pojawią się na pierwszych pięciu stronach rekordów wyszukiwania. W wielu doniesieniach prasowych mówi się nawet o precedensowym charakterze tego rozstrzygnięcia. Pełnomocnik Chomikuj.pl podnosił po przegranej, iż przedmiotowe rozstrzygnięcie jest dla niego niezrozumiałe, gdyż Polska nie wdrożyła przepisu unijnej dyrektywy, który umożliwia nakładanie zobowiązań do monitorowania pod kątem naruszeń praw autorskich.

Analizowane rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego w Krakowie nie ma jednak precedensowego (w rozumieniu prawnotwórczego lub quasi-prawnotwórczego) charakteru i pozostaje w zgodzie z dyrektywą 2000/31/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie niektórych aspektów prawnych usług społeczeństwa informacyjnego, w szczególności handlu elektronicznego w ramach rynku wewnętrznego (dyrektywa o handlu elektronicznym). Dyrektywa ta nakłada jedynie zakaz stosowania ogólnego obowiązku monitorowania przez dostawców sieci lub hosting providerów treści. Natomiast zgodnie z pkt. 45. preambuły do przedmiotowej dyrektywy „Ograniczenia odpowiedzialności usługodawców będących pośrednikami przewidziane w niniejszej dyrektywie nie mają wpływu na możliwości zakazów sądowych różnych typów; zakazy takie mogą przede wszystkim przybierać formę orzeczeń sądów lub innych organów administracyjnych wymagających, aby usunąć lub zapobiec każdemu naruszeniu prawa, łącznie z usunięciem bezprawnych informacji lub uniemożliwieniem dostępu do nich”. Podobnie temat ten precyzuje pkt 47. preambuły dyrektywy o handlu elektronicznym wskazując, iż „Państwa Członkowskie nie mogą nakładać na usługodawców obowiązku nadzoru jedynie w odniesieniu do obowiązków o charakterze ogólnym; nie dotyczy to obowiązków nadzoru mających zastosowanie do przypadków szczególnych oraz, w szczególności, nie ma wpływu na decyzje władz krajowych podjęte zgodnie z ustawodawstwem krajowym”. Ponadto w samej treści analizowanej dyrektywy art. 14 ust. 3 wyraźnie wskazuje, iż „Niniejszy artykuł nie ma wpływu na możliwość wymagania od usługodawcy przez sądy lub organy administracyjne, zgodnie z systemem prawnym Państw Członkowskich, żeby przerwał on naruszenia prawa lub im zapobiegł oraz nie ma wpływu na możliwość ustanowienia procedur regulujących usuwanie lub uniemożliwianie dostępu do tych informacji przez Państwa Członkowskie”. Wydaje się, iż w polskim prawie krajowym można znaleźć już istniejące środki, w ramach których można pokusić się o wydawanie takich rozstrzygnięć, jak to Sądu Apelacyjnego w Krakowie, w szczególności w ramach roszczenia obejmującego żądanie usunięcia skutków naruszenia praw autorskich, o którym mowa w art. 79 ust. 1 pkt 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Chomik współodpowiedzialny

Dużo ciekawsze jest natomiast inne ustalenie Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Jak wynika z doniesień medialnych (brak na razie dostępu do uzasadnienia przedmiotowego orzeczenia) sąd przypisał dostawcy hostingu witryny Chomikuj.pl współodpowiedzialność. A zatem sąd uznał, że administrator serwisu sam jest niejako odpowiedzialny za zakwestionowane treści i nie ma w ogóle możliwości powoływania się na wyłączenie odpowiedzialności na gruncie art. 14 ustawy o świadczeniu usług droga elektroniczną. Powyższe sąd miał wywieść z tego, że nie można mówić o pełnieniu przez serwis jedynie roli pasywnego pośrednika ze względu na kwestie szczegółowo omówione przez sąd, a związane z pobieraniem opłat za transfer treści.

„Nie” dla piratów?

Powyższy wyrok bez wątpienia wpisuje się w europejski, ale także ogólnoświatowy nurt kładący nacisk na obronę podmiotów uprawnionych z praw autorskich. Raczej nie słyszy się o orzeczeniach, które nie uwzględniałyby roszczeń uprawnionych z praw autorskich względem dostawców sieci lub hosting providerów w sytuacjach podobnych do tych, będących przedmiotem rozpoznania przez krakowski sąd. Interpretacja przepisów dotyczących możliwości wyłączenia odpowiedzialności hosting providerów lub dostawców sieci (vide ostatnie orzeczenia TS UE w sprawie serwisu The Pirate Bay) obrała kurs restrykcyjny. Stąd każdy właściciel serwisu o zbliżonym profilu powinien przeprowadzić uważną weryfikację swojego biznesu.

Autor: radca prawny Tomasz Brolski, radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

10,5 proc. dynamika europejskiego rynku leasingu

  • Wartość nowych kontraktów leasingowych zawartych w Europie w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017r. wyniosła 164,3 mld euro.
  • Najnowsze dane Leaseurope wskazują na 10,5 proc. dynamikę europejskiego rynku w I połowie br. (r/r).
  • Ożywienie jest obserwowane we wszystkich głównych grupach środków trwałych.

Dane bazujące na wynikach zebranych od krajowych organizacji leasingowych, stowarzyszonych w europejskiej federacji Leaseurope pokazują, że całkowita wartość nowych kontraktów leasingowych zawartych w Europie w pierwszej połowie 2017r. wyniosła 164,3 mld euro. Europejski rynek leasingu w I połowie 2017r. odnotował tym samym 10,5 proc. dynamikę (w porównaniu do pierwszej połowy 2016r.).

Co istotne, ożywienie widać we wszystkich kategoriach aktywów, finansowanych przez europejskich leasingodawców. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017r., wartość umów odnoszących się do leasingu pojazdów wzrosła o 9,8% (r/r), transakcje dotyczące maszyn i urządzeń wzrosły o 12% (r/r), podczas gdy dynamika nowych umów leasingowych nieruchomości wyniosła 12,3% (r/r).

Wyniki polskiego rynku, zgłoszone do Leaseurope, przez Związek Polskiego Leasingu po I połowie 2017r. (11,6 proc. dynamika, 31,8 mld zł (7,3 mld euro) wartości nowych umów), plasują polską branżę leasingową na siódmym miejscu w zestawieniu europejskich rynków.

Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope
Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope

„Europejski rynek leasingu odnotował 10,5-proc. dynamikę w I połowie 2017r., zaś głównym kontrybutorem tak dobrego wyniku był wzrost leasingu samochodów, w tym w znacznej mierze wzrost leasingu samochodów dla osób fizycznych. Analizując główne segmenty europejskiego rynku, największy bo 66 proc. udział stanowią transakcje odnoszące się do leasingu pojazdów, 1/3 wartości transakcji przypada na leasing sprzętu, a 4 % na finansowanie nieruchomości. Struktura polskiego rynku jest bardzo zbliżona do europejskiego: 70 proc. stanowią transakcje dotyczące leasingu pojazdów (w tym pojazdów ciężarowych), za 27% odpowiadają maszyny i inne urządzenia, przy mniejszym udziale nieruchomości i ciągle znikomym udziale transakcji zawieranych z klientami indywidulanymi” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

Kolejny kongres Open Eyes Economy Summit uwieńczony sukcesem

W dniach 14-15 listopada b.r. w Centrum Kongresowym ICE Kraków, odbyła się druga edycja Open Eyes Economy Summit. Prawie 200 prelegentów z całego świata opowiadało o szeroko pojętej ekonomii wartości i gospodarce otwartych oczu. W tym roku w wydarzeniu uczestniczyło prawie 2000 osób. Open Eyes Economy rośnie i wciąż rozwija błękitną rewolucję.

Inteligentne miasta, gospodarka okrężna, upadek roli kapitału i wzrost siły wartości w życiu firm. To tylko niektóre tematy, które zostały poruszone w ramach 5 filarów tematycznych Kongresu: Firma-Idea, Miasto-Idea, Marka – Kultura, Człowiek – Praca, Ład międzynarodowy. W ramach OEES2 odbyły się również liczne spotkania w meeting points, sesje Q&A i starcia poglądów w battle point. Nie zabrakło również kultury i sztuki, zostały poruszone tematy związane z życiem w mieście, świadomym kupowaniem i odpowiedzialnym handlem. Mowa była również o inicjatywach oddolnych, tworzących wyspy i archipelagi połączone wspólnymi poglądami i ideami, które oddziałują na gospodarkę i kulturę.

Wydarzenie wyszło poza przestrzeń Centrum Kongresowego ICE Kraków – spotkania, pokazy filmów, koncerty i spektakle odbywały się w całym Krakowie, i były dostępne nie tylko dla uczestników kongresu, ale również mieszkańców Miasta. Ta lokalność i bliska współpraca z władzami miasta i województwa jest bardzo ważna dla twórców kongresu, objawia się nie tylko poprzez to, że odbywa się w Krakowie. To właśnie Kraków i Małopolska mogą być poligonem dla zmian postulowanych przez Open Eyes Economy.

Podczas tegorocznej edycji Gil Penalosa, ekspert od zarządzania przestrzenią miejską i założyciel 8-80 Cities, brał udział w otwartej debacie dotyczącej ulicy Krupniczej w Krakowie, przedstawiając pomysły na jej modernizację i dyskutując o niej z innymi ekspertami, aktywistami miejskimi i najważniejszymi interesariuszami – samymi mieszkańcami Krakowa. – Mamy świadomość, że zmiany należy konsultować z mieszkańcami – zapewnia Jacek Majchrowski, Prezydent Miasta Krakowa. – Ekonomia nie jest tylko kwestią zysku, ani biznesu w sensie czysto matematycznym. Powinna nieść za sobą wartości dodatkowe. Wartości nie tylko dla tych, którzy tworzą tę ekonomię, ale także dla całego społeczeństwa. Ten kongres zdecydowanie wychodzi poza sprawy ekonomiczne, kładzie nacisk na kulturę, politykę mieszkaniową, komfort życia i funkcjonowania w mieście, czyli na sprawy, które dla Krakowa są bardzo ważne – dodaje Prezydent.

Historia ruchu intelektualnego Open Eyes Economy cały czas się rozwija i ewoluuje. Jak stwierdził prof. dr hab. Jerzy Hausner, współtwórca Open Eyes Economy i przewodniczący Rady Programowej – Idea OEE opiera się na założeniu, że wolnorynkowa gospodarka odeszła od wartości. Ekonomiści posługują się tym kryterium głównie w kontekście ceny i zysku. Czas przypomnieć sobie, że jeżeli coś monetyzujemy, to ma to wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne. I nie możemy pominąć tego związku. Celem OEES jest dyskusja nad tym jak ten powrót do humanizmu w ekonomii przeprowadzić.

Open Eyes Economy Summit już jest przez niektórych określanym mianem małego Davos. Prace nad przyszłą edycją już się rozpoczęły i odbędzie się ona 20-21 listopada 2018 r. Przez cały kolejny rok w ramach cyklu OEES on Tour będą odbywały się spotkania, seminaria i wydarzenia propagujące ideę Open Eyes Economy. W 2018 roku Open Eyes Economy chce mocniej zaznaczyć swoją obecność zarówno w kraju, jak i za granicą.

Kurs funta podąża w kierunku wrześniowych szczytów

W środę tuż po otwarciu rynku złoty chwilowo umocnił się, sprowadzając kurs EURPLN do wsparcia na 4,188. Szybko jednak para powróciła na wyższe poziomy w okolice 4,20. Silny złoty to nadal wypadkowa dobrych danych dot. polskiej gospodarki oraz dobrych nastrojów na globalnych rynkach finansowych, na których wiara w dolara na razie nadal nie jest zbyt silna (rynek obawia się, czy Fed poradzi sobie z niską inflacją) powodując, że kurs EURUSD nie może wybić się dołem z utrzymującego się od początku miesiąca trendu wzrostowego. W ostatnich dniach dolarowi nawet niewiele pomógł wspinający się na kilkunastoletnie maksima indeks zaufania amerykańskich konsumentów. Statystycznie patrząc, najnowszy 129,5 pkt odczyt wskaźnika Conference Board ostatni raz widziany był w listopadzie 2000 roku. Niewielki pozytywny wpływ miała też rewizja w górę do 3,3% wyniku PKB za III kw. w USA.

Przy nadal relatywnie silnym euro (w okolicach 1,18-1,19 na EURUSD) i dodatkowo lokalnych danych gospodarczych pokazujących wzrost produkcji przemysłowej najszybszy od ponad 7-lat, nieprzeciętny 7,4% wzrost płac, czy w końcu zaskakująco dobre wykonanie budżetu państwa (po pierwszych 10 miesiącach br. saldo notuje niewidzianą od przynajmniej ćwierćwiecza nadwyżkę przy realnym wzroście PKB przekraczającym 4% rocznie), nawet gołębia postawa członków RPP obecnie nie jest w stanie zaszkodzić naszej walucie.  W czwartek GUS opublikuje dane o wzroście PKB w III kwartale wraz z jego składowymi, w tym z najbardziej interesującymi inwestorów danymi dot. inwestycji. Wstępny szacunek pokazał PKB na poziomie 4,7% r/r a rynek nie wyklucza, że inwestycje mogły wzrosnąć o ponad 5%. W czwartek opublikowane zostaną też wstępne dane inflacyjne, które powinny wpisać się w ostatnio rosnące oczekiwania rynkowe co do zaostrzenia tonu ze strony RPP.

Widząc zatem kolejne rekordy wszech czasów na nowojorskich parkietach (wg Goldman Sachs przedłużający się rynek byka na akcjach i obligacjach doszedł do momentu kiedy miara średniej wyceny aktywów jest najwyższa od 1900 roku), inwestorzy coraz chętniej poszukują bardziej perspektywicznych aktywów na rynkach wschodzących. Stąd złoty próbuje się wybić na nowe szczyty. Wydaje się jednak, że jego możliwości wzrostowe są ograniczone.

Przede wszystkim Fed pozostaje na ścieżce do dalszej normalizacji polityki monetarnej (pomimo, że niska i to z niewyjaśnionych powodów amerykańska inflacji budzi obawy o skalę podwyżek stóp w 2018 roku) i coraz bliżej jest też do realizacji reformy podatkowej w USA. Zatwierdzenie przez Komisję Budżetową Senatu projektu zmian w systemie podatkowym oraz wycofanie przez dwóch republikańskich senatorów złożonych wcześniejszych zastrzeżeń, wyraźnie daje większe szanse na przegłosowanie ustawy przez Senat. To zaś otworzy drogę do porozumienia i zwiększy szanse na przyjęcie zmian fiskalnych jeszcze przed końcem roku, co da mocno pro dolarowy impuls. Złoty oraz inne waluty EM znajdą się wówczas pod silną presją spadkową.

Tymczasem, w środę wśród głównych walut najsilniejszy był funt szterling, który zyskuje w reakcji na doniesienia o możliwym postępie w negocjacjach pomiędzy Londynem, a Brukselą dotyczącym płatności do unijnego budżetu. Media podają różne kwoty, dziennik Daily Telegraph podał, że UE godzi się na kompromis brexitowy proponowany przez Wielką Brytanię i cena „wyjścia”, którą zapłacą Brytyjczycy, wyniesie od 45 do 55 mld euro (o 60 mld euro mówił zaś Reuters). Choć rząd brytyjski tych informacji nie potwierdził (a wg doniesień Reutera wręcz im zaprzeczył), kurs GBPUSD wzrósł z 1,323 do notowanych w czwartek rano 1,348, co automatycznie wsparło wzmocnienie wspólnej waluty kosztem dolara. Jeśli informacje te potwierdziłyby się, wydaje się, że funt pozostanie mocy względem waluty amerykańskiej, kierując się ku wrześniowym szczytom w okolicach 1,36. Wielkiej Brytanii najbardziej zależy na porozumieniu w sprawie handlu, ale UE chce najpierw zamknąć trzy inne sprawy: rachunek za odejście, prawa obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii oraz dot. granicy z Irlandią. Theresa May ma zaproponować pakiet rozwiązań, a spotkanie w Brukseli zaplanowane jest na 4 grudnia. Zgodnie z planem, do formalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej powinno dojść w marcu 2019 roku.Kurs funta podąża w kierunku wrześniowych szczytów

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Sygnalisty nie zwolnisz z pracy bez zgody prokuratora

Sytuacja finansowa szpitali publicznych w Polsce. Edycja 2017

Jak nowe technologie pomagają w osiąganiu mistrzowskich wyników

Za to, czy sportowiec wygra zawody i stanie się mistrzem, odpowiada mózg; psychiczne nastawienie i gotowość do podjęcia walki to w wielu przypadkach aż 80% sukcesu. Dlatego w przygotowaniach sportowych tak ważną rolę odgrywa trening mentalny, tzw. biofeedback. To metoda znana i z powodzeniem stosowana już od wielu lat, a ponieważ oparta jest na nauce, która ostatnio znacząco się rozwinęła, polscy uczeni postanowili ją zmodernizować.

Wszyscy wiemy, że sport to wysiłek przede wszystkim fizyczny. Odpowiednie predyspozycje, liczne wyrzeczenia, tysiące godzin ciężkich treningów są niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak ważną rolę
w sporcie odgrywa mózg. I nie chodzi tylko o samodyscyplinę czy umiejętność przegrywania. Odporność na stres, koncentracja, odpoczynek, koordynacja ruchów, precyzja czy refleks – to wszystko jest konieczne do osiągania sportowych sukcesów, a siedzi w głowie. Więc jest nie do wyćwiczenia na siłowni czy boisku. Dlatego sportowcy poprawiają swoje możliwości z pomocą biofeedbacku – treningu mentalnego, który usprawnia wybrane, ważne z punktu widzenia sportowca, partie mózgu. Prawda jest bowiem taka, że nawet najlepiej przygotowany zawodnik, który w chwili startu nie zapanuje nad swoimi emocjami i nie będzie potrafił się odpowiednio skoncentrować, przegra.

Biofeedback w sporcie jest wykorzystywany od ponad 30 lat. Zawodowi sportowcy, przedstawiciele większości dyscyplin, stosują go regularnie. Są wśród nich m.in. Adam Małysz (kiedy jeszcze skakał), Kamil Stoch, Justyna Kowalczyk, Agnieszka Radwańska, Li Na, Peter Gelle, zawodnicy klubów AC Milan czy Real Madryt.

O pozytywnych efektach tej metody przekonali się m.in. zawodnicy Igrzysk Olimpijskich, które odbyły się w Pekinie w 2008 roku. Sesjom treningu mentalnego poddano wówczas 200 sportowców. Badania wykazały, że dzięki temu ich wyniki poprawiły się średnio o 5%, a 32 z nich, mimo że nie byli to faworyci, zdobyło medale.

Ćwiczenia dla mózgu

Trening mentalny składa się z wielu składowych takich jak np. koncentracja, relaksacja, pewność siebie, wizualizacja i wiele innych. Często wspomagany jest najnowszą technologią taką jak biofeedback. Jest to bardzo prosty nieinwazyjny „zabieg”. Zawodnik podłączany jest do specjalnego urządzenia, które analizuje sygnały psychofizjologiczne, takie jak EEG (badanie czynności mózgu), EDA czy puls.  To pozwala sprawdzić, w jaki sposób organizm zachowuje się w określonych sytuacjach, jak zachowania te wpływają na jego wydajność, a także wychwycić ewentualne nieprawidłowości. Podczas kolejnych sesji, powtarzając dane czynności, sportowiec uczy się panować nad swoim ciałem i reagować w sposób umożliwiający najbardziej wydajną pracę i optymalizację aktywności potrzebnych do osiągnięcia sukcesu.

Każdego dnia sportowiec zmaga się z nowymi wyzwaniami. Niezależnie od tego, jak dobrze jest przygotowany fizycznie, o wygranej w zawodach decyduje umiejętność zapanowania nad wieloma niezależnymi czynnikami, takimi jak: stres, zmęczenie czy rozproszenie uwagi. Często jest to kwestia psychiki, którą można wspomóc biofeedbackiem – tłumaczy dr Dagmara Budnik-Przybylska, psycholog sportu z Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie właśnie rozpoczęły się prace nad nowoczesną wersją treningu mentalnego.

Trening przyszłości

Ponieważ obecnie stosowany biofeedback opiera się na wiedzy, która w ostatnich latach została mocno zweryfikowana, naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego rozpoczęli pracę nad jego nowszą wersją. Wraz z inżynierami z firmy Neuro Device Group chcą zastosować najnowsze odkrycia dotyczące pracy naszego układu nerwowego.

Nasz obecny poziom wiedzy o mózgu pozwala znacznie skuteczniej monitorować jego pracę niż to było jeszcze dekadę  temu. 90% tego, co dzisiaj o nim wiemy, odkryliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dlatego postanowiliśmy tę nową wiedzę wykorzystać do rozwoju biofeedbacku – tłumaczy Paweł Soluch z firmy Neuro Device Group. – Chociaż ta metoda już jest bardzo skuteczna, wiemy, że wprowadzone przez nas zmiany znacząco ją usprawnią – dodaje.

Chodzi przede wszystkim o dokładniejszą obserwację aktywności mózgu podczas wykonywania określonych ruchów. Pilotażowe badanie, którego celem było zmierzenie wyobrażenia ruchowego przy pomocy badania EEG, wykazało, że monitorowanie tego wyobrażenia może stać się podstawą do rozszerzenia dotychczas stosowanego biofeedbacku. To dla sportowców bardzo ważne – liczne badania pokazują, że trening z wyobrażeniami ruchowymi pozwala nie tylko poprawić efektywność i technikę, ale też lepiej radzić sobie ze stresem, brakiem pewności siebie czy negatywnymi stanami przedstartowymi.

Praca nad nowoczesnym biofeedbackiem realizowana jest przez dr Dagmarę Budnik-Przybylską oraz dr Jacka Przybylskiego z Uniwersytetu Gdańskiego we współpracy z Krzysztofem Malejem i zespołem z Institute of Sensory Analysis należącym do firmy Neuro Device Group. Pracownicy Uniwersytetu są odpowiedzialni za projektowanie i przeprowadzenie eksperymentu, analizę wyników badań i tworzenie narzędzia pod kątem naukowym z wykorzystaniem wiedzy eksperckiej. Neuro Device zajmie się natomiast opracowaniem metod analizy danych z urządzeń pomiarowych oraz przygotowaniem samego narzędzia pod kątem technicznym.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Małe spółki – reaktywacja

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Powoli zbliżamy się do końca roku, który na krajowym parkiecie zapisze się jako okres dużych kontrastów. O ile bowiem duże spółki utrzymują swoją drugą lokatę pod względem wygenerowanych stóp zwrotu w całym spektrum rynków wschodzących (mierzonej dla indeksu MSCI Poland w dolarach), o tyle rynek szeroki znalazł się pod sporą presją, którą dobrze oddaje wciąż ujemna stopa zwrotu indeksu cenowego całego rynku. Ten ostatni indeks od początku roku traci 8%, podczas gdy WIG20 zyskuje 25%. Dodając do tego słabszego dolara oraz dobre zachowanie wybranych większych spółek średnich otrzymujemy stopę zwrotu indeksu MSCI Poland na poziomie 50%.

Lekko lepszy okazał się tylko indeks MSCI China. Oznacza to, że ten rok był bardzo udany przede wszystkim dla operujących na naszym parkiecie inwestorów zagranicznych. Oni zarobili najwięcej. Środowisko było z kolei najgorsze dla krajowych inwestorów indywidulanych, którzy działają głównie w spektrum spółek mniejszych, czyli w tym roku najsłabszych. Wydaje się, że powoli fortuna może się zmieniać i teraz duże spółki złapać mogą zadyszkę, a obraz poturbowanych mniejszych podmiotów może ulec poprawie. Sprzyjać temu będą efekty kalendarzowe.

Koniec roku powinien stać pod znakiem wstępnego przygotowywania portfeli na kolejny rok, co sprowadzać się może do redukcji zaangażowania w silniejszych dotychczas blue chipach i budowania pozycji w przecenionych maluchach. Sam początek roku wraz z tzw. efektem stycznia powinien faworyzować rynek szeroki, który przecież na samym początku tego roku też radził sobie bardzo dobrze. Dopiero w drugim kwartale publikowane przez spółki słabsze wyniki podcięły mu skrzydła. Podawane aktualnie wyniki za III kw. na przełom jeszcze nie wskazują, ale można znaleźć pozytywne zaskoczenia, które podchwytywane są przez inwestorów. To dobry znak, gdy dobre informacje nie są ignorowane, ale wykorzystywane do zakupów.

Sam indeks sWIG80 w połowie miesiąca spadł do najniższych poziomów od ubiegłego lata i naruszył istotne wsparcie przebiegające na wysokości maksimów z maja 2016 roku oraz minimów sprzed dokładnie roku. Nasz rynek znany jest jednak z wysyłania fałszywych sygnałów technicznych. Naruszone wsparcie uruchomiło bowiem pokłady popytu, a nie podaży. Ponowne wejście we wzrostową fazę nie będzie jednak łatwe, co pokazuje indeks cenowy całego rynku, który równie sprawnie nie odbija, a na dniach nawet poprawił tegoroczne minima. Warto jednak pamiętać, że w nowy rok mniejsze podmioty wejdą z pomocną niższą bazą wynikową. Podobne szczęście w tym roku miały blue chipy, które jednocześnie ten atut zaczynają tracić.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Czy status „korporacji” pomaga w biznesie?

42 proc. Polaków czuje, że w obecnej firmie nie może doskonalić swoich kompetencji, natomiast 64 proc. nie widzi dla siebie szans na awans – takie dane płyną z badania satysfakcji zawodowej Polaków 2016[1]. Syndrom wypalenia zawodowego może być szczególnie widoczny w przedsiębiorstwach o skostniałej strukturze, a to tylko jeden z powodów dlaczego firmy nie chcą pretendować do miana korporacji.  

  1. Droga do zmian – jak stąd do Szanghaju

Pracując w korporacji, kreatywni i otwarci na zmiany ludzie często odczuwają zawodowy zastój. Świeżego ducha i motywację do działania mogą zabić sztywne formalności i długa droga akceptacji – od managerów, po dyrektorów, handlowców, czy działy HR. Jeszcze bardziej kręta ścieżka prowadzi przez korytarze firm, których centrala znajduje się zagranicą, np. w Szanghaju czy Nowym Jorku. Zmiany wewnętrzne, realizacja projektów biznesowych, czy wyjście na rynek z nowym produktem może poprzedzać wielomiesięczne oczekiwanie na decyzje wyższego szczebla. Taka powolność w działaniu, czy nawet wrażenie bezradności zdecydowanie nie jest tym, czego pragną aktywne na rynku firmy. – Jesteśmy Grupą Kapitałową, w skład której wchodzi klika niezależnych spółek. Taki podział umożliwia nam nie tylko funkcjonowanie w oderwaniu od zawiłych, korporacyjnych struktur, ale też lepszą specjalizację w danej dziedzinie, jak np. outsourcing usług IT, rozwój technologii z pogranicza Internetu Rzeczy (IoT), Rozszerzonej Rzeczywistości (AR), czy bioinformatyki. Za tak skrojonym modelem działania przemawia także możliwość szybszego reagowania na potrzeby naszych klientów. Dedykowany zespół ekspertów do danego projektu jesteśmy w stanie wybrać szybciej, niż kiedy działaliśmy w ramach jednej firmy o rozbudowanych działach – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

  1. Wypaleni już na starcie

Niskie wynagrodzenia (41 proc.), nierównomierne obłożenie zadaniami (32 proc.), nadmiar nadgodzin (32 proc.) – to trzy główne czynniki wypalenia zawodowego[2]. Przepracowanie i brak satysfakcji to także wynik złego zarządzania, czy niesprzyjającej kultury miejsca pracy. Choć syndrom „burnout” nie jest obcy przedsiębiorstwom o różniej wielkości, najbardziej z jego powodu cierpią firmy zatrudniające powyżej 2,5 tys. pracowników.

– Pracownicy dużych korporacji to w większości młodzi ludzie, między 20 a 30 rokiem życia. To osoby, którym szczególnie zależy na poczuciu rozwoju kompetencji oraz możliwości sprawdzenia się w różnych sytuacjach i obowiązkach, a zarazem realizacji swoich zainteresowań. Dzięki współpracy Transition Technologies z klientami z różnych krajów, możemy angażować pracowników w międzynarodowe projekty. Dodatkowo zapewniamy im możliwość migracji pomiędzy projektami, tak by mogli zdobywać nowe doświadczenia, rozwijać kompetencje i realizować swoje pasje. W ramach specjalnych akademii z zakresu niszowych technologii tj. Salesforce, Adobe Experiance Manager czy Documentum dbamy o to, by nasi pracownicy mieli poczucie rozwoju – komentuje prof. Konrad Świrski.

  1. Indywidualne podejście to podstawa

Sztywna struktura i formalizacja codziennych stosunków  sprawiają, że korporacje cechuje brak indywidualnego podejścia do pracownika. – Większość naszych pracowników zaczynało karierę w Transition Technologies będąc jeszcze na stażu. W związku z tym wszyscy w firmie bardzo dobrze się znamy, tworzy się też wiele serdecznych relacji. To pozwala na wypracowanie zupełnie innych stosunków pomiędzy zatrudnionymi – bardziej bezpośrednich. Wiedza na temat podległych pracowników pozwala przede wszystkim lepiej wykorzystywać ich potencjał w różnych międzynarodowych projektach. – dodaje prof. Świrski.

Powolne zmiany, wczesne wypalenie zawodowe, aż wreszcie zanik poczucia zespołowości – to właśnie te cechy coraz częściej opisują korporacyjną rzeczywistość. Choć duże firmy rosną i wciąż poszerzają swoje szeregi, chcą być niezmiennie postrzegane jako aktywne i troszczące się o swoich pracowników, dzięki którym ta dobra passa jest możliwa.

[1] Satysfakcja zawodowa Polaków 2016, Sedlak&Sedlak

[2] The Employee Burnout Crisis: Study Reveals Big Workplace Challenge in 2017, Kronos Incorporated i Future Workplace

Mówisz językiem szakala czy żyrafy? O sztuce budowania porozumienia

W każdym z nas jest coś z żyrafy i szakala. W codziennych rozmowach – zawodowych, rodzinnych czy towarzyskich – posługujemy się językami symbolizowanymi właśnie przez te zwierzęta. Co to oznacza dla nas samych i naszych relacji? Jak, mając tego świadomość, budować porozumienie nawet w trudnych sytuacjach?

Szakal w akcji

W codziennym wirze obowiązków, tych zawodowych czy domowych, łatwo o nieporozumienie lub sprzeczkę. Kiedy dochodzi do spięcia, coraz trudniej o wzajemne wysłuchanie i zrozumienie. Zamiast rozmowy o potrzebach i rozwiązaniach pojawiają się krytyczne oceny („jesteś niepoważny”), zarzuty („nie obchodzi cię to, co ja myślę”), naciski („musisz zrozumieć…”) – to znaczy, że do głosu dochodzi szakal. Sprawdźmy na przykładzie, jak działa ten drapieżnik w warunkach biznesowych. Pracownik, któremu przełożony dziękuje za wykonaną pracę, mówi: „Wiesz, z tych podziękowań, to dla mnie nic nie wynika, bo kieszenie mam ciągle puste. To nie pierwszy raz, więc może znalazłaby się dla mnie jakaś podwyżka albo chociaż dobra premia? Życie jest coraz droższe, a wynagrodzenia stoją w miejscu”. W odpowiedzi słyszy: „Uważasz, że już wszystkie rozumy pozjadałeś? Dzisiaj podwyżka, jutro awans? Tu nie ma miejsca na dwóch kierowników! Ja w twoim wieku nie myślałem o szybkiej karierze. Jak zrobisz coś naprawdę sensownego, to możemy porozmawiać, a teraz powinieneś się przede wszystkim uczyć. Musisz zrozumieć, że w tej firmie nie ma nic za darmo. Weź się do roboty”. – Ta wypowiedź to przede wszystkim przekonania, ocena i nacisk właśnie taki sposób komunikowania się, w koncepcji porozumienia bez przemocy Marshalla B. Rosenberga, symbolizuje szakal. Posługiwanie się językiem tego drapieżnika bardzo często eskaluje nieporozumienia i rodzi konflikty. To styl komunikacji oparty na legendach (które niewiele mają wspólnego z faktami), słownym nacisku i wyrażaniu żądań – komentuje Renata Świrydczuk, trener z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Pracownikowi, który usłyszałby taką odpowiedź, będzie trudno przyjąć perspektywę przełożonego, który ma z pewnością swoje powody, by oczekiwać od podwładnych rozwoju umiejętności i dobrze wykonywanej pracy. A przecież można inaczej…

Co na to żyrafa?

W analogicznej do powyższej sytuacji szef posługujący się językiem żyrafy powiedziałby na przykład: „Naprawa, której dokonałeś faktycznie była ważna. Słyszę, że oczekiwałeś za tę pracę premii. Widzę, że ci na tym zależy, dlatego chciałbym z tobą porozmawiać. Zapewnienie sprawności sprzętu jest twoim obowiązkiem, za który otrzymujesz wynagrodzenie. Tym razem usunąłeś tę awarię szybciej niż ostatnio i byłem ciekawy, jak to zrobiłeś. Rozmawiamy o tym, bo chciałbym, żebyśmy wspólnie ustalili zasady i warunki, po spełnieniu których będę mógł cię dodatkowo wynagrodzić. Zależy mi na tym, aby sytuacja dla ciebie i dla mnie była przejrzysta. Może masz jakieś propozycje, co możesz i chcesz robić ponadstandardowo?”. – W tej reakcji nie ma oceny pracownika, jest za to opis sytuacji, próba zrozumienia jego perspektywy i przedstawienie swojej potrzeby – charakterystyczne dla języka żyrafy. Dlaczego właśnie żyrafa? Ma długą szyję, dzięki której widzi więcej – dostrzega fakty w szerszym kontekście. Ma również bardzo sprawne serce, które jest symbolem empatii – podejścia nastawionego na dialog i zrozumienie. Widać to w przytoczonej wypowiedzi, gdy przełożony dostrzega również potrzeby pracownika – zauważa Renata Świrydczuk z Integra Consulting Poland. Przełożony mówiący językiem żyrafy stara się zrozumieć pracownika, ale nie zapomina też o swoich możliwościach. Zrozumienie nie zawsze będzie oznaczało przyjęcie określonej strategii, czyli sposobu realizacji potrzeby, którą proponuje rozmówca. Warto zwrócić na to uwagę, bowiem osobom posługującym się językiem żyrafy często błędnie przypisuje się uległość i brak własnego zdania. Nic bardziej mylnego – one okazują innym ludziom, że są zainteresowane zarówno swoimi, jak i ich potrzebami. Kiedy każdy z rozmówców autentycznie słucha, ale też mówi o tym, czego potrzebuje, wzrasta szansa na porozumienie. Warto przy tym pamiętać, że rozmowa o potrzebie jest czymś innym niż przedstawianie strategii i żądania, czyli pomysłu na to, jak inni mają ją zrealizować. Na przykład osoba, która potrzebuje ciszy, jeśli zakomunikuje to innym w formie strategii: „wyjdźcie stąd natychmiast, bo przeszkadzacie” – może nie dostać od odbiorców tego, czego faktycznie potrzebuje – zrozumienia i spokoju.

„Zaparkuj” swój dialog wewnętrzny i legendy – posłuchaj rozmówcy

W trudnych rozmowach bardzo pomocna jest umiejętność empatycznego słuchania, czyli autentycznego skupienia na rozmówcy, przyjęcia jego perspektywy, dostrzeżenia dobrej potrzeby, nawet jeśli „zapakowana” jest w strategię, na którą nie chcemy się zgodzić. – Trudności w porozumieniu zaczynają się zwykle od braku uważnego słuchania i prowadzenia równolegle dialogu wewnętrznego. Na przykład, gdy w czasie rozmowy myślimy „on mnie w ogóle nie rozumie, jest skupiony tylko na sobie” – trudno nam będzie zrozumieć położenie rozmówcy. „Zaparkujmy” ten dialog wewnętrzny, żeby posłuchać. Za chwilę wrócimy, do tego co jest ważne dla nas. Kolejnym utrudnieniem w budowaniu porozumienia jest kierowanie się przekonaniami, opowiadanie sobie legend i snucie domysłów. W efekcie nasze emocje, które powstają pod wpływem interpretacji, choć prawdziwe, nie zawsze będą adekwatne do faktów czy intencji rozmówcy. Chroniąc siebie, próbujemy zawalczyć o nas samych i skupiamy się na wyrażaniu gotowych strategii, czyli pomysłów na to, co inni powinni zrobić, żeby nasza potrzeba była zrealizowana – tłumaczy Renata Świrydczuk.

Jeśli potrafimy wprost i z szacunkiem wyrażać swoje myśli, emocje oraz potrzeby i jednocześnie jesteśmy otwarci na myśli, emocje i potrzeby naszego rozmówcy, to możemy dotrzeć do tego, co jest istotne nie tylko dla innych, ale i nas samych. W wyniku takich rozmów często okazuje się, że oczekiwana początkowo strategia nie jest jedyną, która prowadzi do zaspokojenia danej potrzeby. Wtedy obie strony mają szansę znaleźć inny sposób, który jest możliwy do zaakceptowania przez każdą z nich. – Warto sprawdzać, czy nawet za zachowaniami – strategiami, które nas denerwują, nie kryją się dobre intencje i potrzeby naszego rozmówcy. Dla przykładu, pod strategią polegającą na ciągłym przerywaniu wypowiedzi może leżeć chęć bycia zauważonym i zrozumianym. Czy jest w tym coś złego, że chcemy być ważni dla innych? Szerokie spojrzenie żyrafy, która poszukuje prawdziwej potrzeby, może nam pomóc w nawiązaniu autentycznego kontaktu z rozmówcą. Gdy przyjmiemy perspektywę drugiej osoby, jej też łatwiej będzie zrozumieć nasze położenie – wyjaśnia Renata Świrydczuk.

Nie walcz, tylko powiedz, czego potrzebujesz

Warto pamiętać też o tym, że jednym z powodów tego, że nasze prośby nie są spełniane, może być ich niejasne wyrażanie. – Zanim zaczniemy walczyć o „swoje” warto zadać sobie pytanie: o co ważnego chcę zadbać dla siebie i jak o to poprosić innych. Nawiążmy kontakt sami ze sobą, aby sprawdzić, czego naprawdę potrzebujemy i mówmy o tym otwarcie. Na przykład, zamiast: „jakoś dziwnie to tłumaczysz, niczego nie można zrozumieć”, powiedzmy: „zależy mi na tym, żeby cię dobrze zrozumieć”. Słowa mają znaczenie. Gdy prowadzimy rozmowę w języku żyrafy, zwiększamy szansę na to, że dostaniemy dokładnie to, czego potrzebujemy. Nasza uwaga i energia będzie wówczas skupiona na budowaniu autentycznego porozumienia i wzajemnej pomocy w realizacji codziennych obowiązków – podsumowuje Renata Świrydczuk z Integra Consulting Poland.

Osłabienie złotego pomimo świetnych danych o PKB, inflacja zatrzyma tę wyprzedaż?

Najszybszy od prawie 6 lat wzrost gospodarczy w Polsce, a jednocześnie jeden z najlepszych wyników w Unii Europejskiej, nie przekonał inwestorów. Złoty w czwartek traci na wartości. Tę przecenę mogą jeszcze powstrzymać dane o inflacji.

W III kwartale polska gospodarka rozwijała się w tempie najszybszym od ostatniego kwartału 2011 roku. Roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB) przyspieszyła do 4,9 proc. z 4 proc. w II kwartale br. To wynik lepszy niż wskazywały na to wstępne szacunki (4,7 proc.) i lepszy od rynkowych prognoz (4,7 proc.). To też jeden z najwyższych wzrostów PKB w całej Unii Europejskiej.

Roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB)

pl_pkb_waluteo_30102017
Źródło: GUS

Wzrost gospodarczy w Polsce niezmiennie napędza konsumpcja (4,8 proc. R/R). Zaczęły też odbijać inwestycje (3,3 proc. R/R wobec 0,9 proc. w II kwartale), ale wciąż ich dynamika jest gorsza od prognoz (4,5-5 proc. R/R). Pocieszać można się natomiast tym, że w kolejnych kwartałach będą one dalej rosnąć, stanowiąc jeden z ważnych silników wzrostu. Skąd więc takie przyspieszenie PKB? Dołożył się do tego eksport netto, czyli nadwyżka eksportu na importem, co przełożyło się na wzrost PKB o 1,1 proc. proc.

Świetne dane o PKB (nawet pomimo narzekania na inwestycje), które sugerują wzrost gospodarczy w całym 2017 roku na poziomie 4,3-4,4 proc., nie zdołały przełożyć się na umocnienie złotego. Wręcz przeciwnie. Złoty od rana traci na wartości w relacji do głównych walut.

O godzinie 13:14 za euro trzeba było zapłacić 4,2050 zł (4,1995 zł tuż przed publikacją danych o PKB przez GUS), co oznacza wzrost o 0,2 gr w stosunku do wczorajszego zamknięcia. Dolar drożeje o 0,5 gr do 3,5505 zł (3,5455 zł przed danymi), szwajcarski frank jaki jedyny tanieje o 0,5 gr do 3,5960 zł (3,5973 zł), a brytyjski funt drożeje o o 2 gr do 4,7763 zł (4,7702 zł).

Osłabienie złotego nie jest jednak następstwem rozczarowania wynikiem inwestycji, czy też realizacją zysków po świetnych danych o PKB (na zasadzie kupuj plotki, sprzedaj fakty), ale sytuacji na rynkach globalnych. Złotemu ciąży spadek notowań EUR/USD, przy jednoczesnym słabszym zachowaniu innych walut regionu (m.in. węgierskiego forinta). Może to też być związane z końcówką miesiąca i realizacją zysków na złotym.

Obserwowane w czwartek osłabienie złotego nie rozstrzyga jeszcze o losach dzisiejszego dnia. O godzinie 14:00 inwestorzy będą musieli bowiem jeszcze zmierzyć się z jedną ważną niewiadomą. Danymi o listopadowej inflacji w Polsce.

Rynek oczekuje, że wysokie ceny żywności i paliw podniosły wskaźnik inflacji do 2,3 proc. w relacji rocznej z 2,1 proc. w październiku. Nie jest jednak wykluczone, że wzorem Niemiec, inflacja okaże się wyższa od prognoz i wzrośnie do 2,4 proc. To zaś mogłoby zwiększyć u niektórych uczestników rynku oczekiwania na wcześniejszą, niż w zakładanym obecnie ostatnim kwartale 2018 roku, podwyżkę stóp procentowych w Polsce. Tym samym takie dane powinny wesprzeć złotego, niwelując jego  przedpołudniowe osłabienie. Szczególnie, że w piątek kolejnym wsparciem mogą okazać się dane nt. indeksu PMI dla polskiego przemysłu.

Ten kij w postaci danych o inflacji ma jednak dwa końce. Niższa od rynkowych prognoz listopadowa inflacji złotego dodatkowo przeceni, uświadamiając jednocześnie inwestorom, że wszystkie dobre wieści z polskiej gospodarki są już zwarte w cenach, a spodziewane w kolejnych miesiącach obniżenie dynamiki inflacji (z uwagi na efekt bazy), będzie złotemu ciążyć.

Niezależnie od tego jakie dziś i jutro dane napłyną z gospodarki, na wykresach polskich par można dostrzec pewien przełom, sugerujący zakończenie dobre passy złotego. Widać to przede wszystkim na wykresie dziennym EUR/PLN, gdzie wczoraj miał miejsce zwrot ze strefy popytowej 4,19-4,20 zł, jaką m.in. tworzy lokalny dołek z lipca br.

Aktualny układ sił na wykresie EUR/PLN sugeruje rosnące prawdopodobieństwo wzrostów w kierunku 4,22 zł, gdzie podwójną barierę podażową tworzy dolne ograniczenie niedawnej miesięcznej konsolidacji 4,22-4,2550 zł oraz linia łącząca szczyt z końca września i połowy listopada br. Tam też się rozstrzygnie co dalej. Czy EUR/PLN zawróci do 4,19-4,20 zł? Czy jednak ruszy ku 4,25-4,2550 zł, a końcówka roku upłynie pod znakiem osłabienia rodzimej waluty. Przyjmując, że grudzień będzie należał do dolara, wspieranego przez reformę podatkową w USA i spodziewaną w grudniu podwyżkę stóp procentowych przez Fed, to jednocześnie mocny dolar będzie oznaczał odpływ kapitałów z rynków wschodzących, a więc i osłabienie złotego. Dlatego też na tę chwilę test 4,25 zł jest bardziej prawdopodobny niż 4,19 zł.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+Daily (1)

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Akceleracja przyspiesza rozwój start-upów

Statystycznie tylko 1 na 10 start-upów odnosi sukces. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest brak możliwości przetestowania pomysłów w warunkach rynkowych. Sposobem na wyższą skuteczność są programy akceleracyjne typu Scale Up. Akcelerator IDEA Global przewiduje na przykład skuteczność wdrożenia na poziomie 60-80% wspieranych projektów.

Jak wynika z raportu Deloitte z 2016 roku, polski ekosystem startupów oferuje relatywnie dobre warunki rozwoju na początkowym etapie działalności, kiedy tworzone są ogólne koncepcje przekształcane w pomysły biznesowe. Sytuacja wygląda jednak gorzej w fazie wdrażania rozwiązań i pozyskania partnerów biznesowych. To moment, gdy młodzi przedsiębiorcy, którzy poświęcili już czas i pieniądze, nie otrzymują często wystarczającego wsparcia, pozwalającego przekuć ich pomysły na realny biznes. W takich warunkach innowacyjne inicjatywy często spowalniają albo zostają całkowicie zatrzymane.

Szanse na udany start-up

Swoista moda na start-up jako formę promowania i rozwoju pomysłów biznesowych nie ma bezpośredniego przełożenia na liczbę wdrożeń. Jak podaje portal MamBiznes.pl, aż 25% polskich start-upów upada w ciągu pierwszego roku istnienia, natomiast w drugim – nawet 40%. Ryzyko inwestycyjne nie jest możliwe do wyeliminowania. Jest ono niejako wpisane w definicję startupu, gdyż ten model biznesowy bywa określany jako wdrażanie produktu lub rozwiązania w warunkach ekstremalnej niepewności. Można jednak zredukować to ryzyko, dzięki wsparciu doświadczonych przedsiębiorców, którzy pomogą uniknąć błędów i pułapek stojących na drodze rozwoju firmy.

Przyczyn niepowodzenia startupu może być wiele. Najczęściej wymienia się brak rzeczywistego popytu na produkt, nieprzemyślane wydatki, brak umiejętności organizacyjnych oraz złą współpracę zespołu. Są to powody wynikające przede wszystkim z braku umiejętności prowadzenia firmy, a nie chybionych koncepcji produktów. Z drugiej strony, nawet najlepsze pomysły, jeżeli nie są odpowiednio rozwijane, mogą się okazać mało wartościowe z rynkowego punktu widzenia.

Inkubacja czy akceleracja?

W inkubatorach biznesu osoby z innowacyjnymi pomysłami mogą zdobyć podstawowe wsparcie doradcze i organizacyjne oraz postawić pierwsze kroki w stronę założenia własnej firmy. To idealne miejsce dla tych, którzy myślą o rozpoczęciu działalności gospodarczej, nawet jeżeli nie mają sprecyzowanego modelu biznesowego czy w pełni dopracowanego pomysłu. Inkubator daje możliwość szlifowania koncepcji, wskazuje kierunki, stara się inspirować do działania.

Akceleracja pomysłów biznesowych przeznaczona jest dla tych inicjatyw, które wykonały już pierwsze kroki w kierunku wdrożenia pomysłu. Wprowadzane rozwiązanie nie może być wyłącznie ideą, ale nie musi też być ukończone – wystarczy prototyp. Dzięki wsparciu akceleratora młodzi przedsiębiorcy mogą testować i rozwijać swój produkt pod okiem ekspertów. To także platforma otwierająca drzwi do siedzib dużych partnerów biznesowych oraz ułatwiająca dostęp do potencjalnych klientów.

Inkubacja i akceleracja, chociaż są zbieżne w kilku punktach, nie stanowią dla siebie konkurencji, a raczej uzupełnienie. Osoba rozpoczynająca swoją przygodę z biznesem zdobędzie w inkubatorze wiedzę i umiejętności niezbędne na starcie, co w przyszłości może zaowocować realizowaniem konkretnych pomysłów. Akceleracja ma na celu rozwinięcie idei, przetestowanie jej oraz przygotowanie do wdrożenia. Obie platformy wspierają więc startupy, ale na innych etapach ich ścieżki rozwoju.

Nie tylko branża IT

Chociaż startupy kojarzą się przede wszystkim z branżą IT, to ten model rozwoju biznesu sprawdza się w również w innych gałęziach gospodarki. Przykładami mogą być biotechnologia i przemysł chemiczny. Rozwijanie startupów z tych obszarów jest skomplikowane, ponieważ wymaga specjalistycznej wiedzy, zaawansowanej infrastruktury oraz kosztownych badań. W sposób szczególny mogą one zyskać na uczestnictwie w procesie akceleracji. Młodzi przedsiębiorcy otrzymują nie tylko wsparcie finansowe czy merytoryczne, ale również dostęp do zaplecza laboratoryjnego dużych firm. Pozwala to na zminimalizowanie ryzyka tworzenia produktów nieadekwatnych do potrzeb, które nie zostały wcześniej przetestowane w warunkach zbliżonych do rzeczywistych.

Dobrym przykładem udanej współpracy tego rodzaju jest startup oferujący innowacyjny produkt o nazwie LifeGel. Otrzymał on możliwość testowania i ulepszania koncepcji proponowanej przez młodych naukowców w specjalistycznych laboratoriach firmy Olimp Labs. LifeGel pozwala na prowadzenie hodowli komórkowych w warunkach 3D. Do tej pory proces hodowli odbywał się w płaskim środowisku, co ograniczało jego przydatność. Trójwymiarowa przestrzeń zwiększa jakość przeprowadzanych badań, a co za tym idzie – możliwości testowania nowych leków. Obecnie trwają prace nad wdrożeniem lifegel-u, który jest już praktycznie gotowy.

Jak twierdzi Marcin Krzykawski, jeden z twórców wynalazku, uczestnictwo w Akceleracji ułatwia wejście na rynek: – Mając produkt uczymy się w jaki sposób może on zaistnieć na rynku i jak przekonać do tego ludzi, aby później w efekcie po kilku krokach mogło to dać pozytywne wyniki w postaci lepszych leków. Ważną korzyścią z uczestnictwa w programie akceleracyjnym IDEA Global jest to, że współpracujemy z dużym przedsiębiorcą. Naszym największym wyzwaniem było znalezienie klienta, który będzie chciał zaryzykować, bo jest to nowy i kosztowny produkt – mówi Krzykawski. – Dzięki udziałowi w programie akceleracyjnym IDEA Global dostaliśmy kontakt do osoby decyzyjnej u dużego przedsiębiorcy. To był dla nas bardzo ważny moment. Udowadniając, że potrafimy opracować zaplanowany produkt we współpracy z partnerem, podnosimy naszą wiarygodność, co ułatwia nam wejście na rynek. Akcelerator IDEA Global pozwolił nam nawiązać ten pierwszy kontakt, wsparł nas również finansowo i doradczo – dodaje jeden z twórców LifeGel.

Możliwość przetestowania rozwiązań w praktyce otrzymał również startup Beahive.be, którego partnerem została sieć sklepów sprzedaży detalicznej SPAR. Startup oferuje system służący do lokalizacji ludzi i obiektów przemieszczających się na określonej przestrzeni. Wykorzystuje on technologię Beacon. Rozwiązanie znajdzie zastosowanie m.in. w sklepach wielkopowierzchniowych, gdzie poprzez analizowanie aktywności klientów przyczyni się do optymalizacji rozmieszczenia towarów oraz układu architektonicznego obiektu.

Mateusz Gronkowski, pomysłodawca rozwiązania, oprócz wsparcia finansowego, docenia także pomoc organizacyjną i merytoryczną: – W ramach Akceleratora IDEA Global szczególnie istotna była możliwość korzystania z dodatkowych usług szkoleniowych oraz mentorskich. Przydatne okazały się warsztaty sprzedażowe, dzięki którym dowiedzieliśmy się jak skalować sprzedaż, oraz spotkania dotyczące rozwijania produktów i systemów. Mentorzy z Akceleratora wspierali nas również w rozmowach z Partnerem.

Akcelerator IDEA Global jest inicjatywą firmy Ideo sp. z o.o. funkcjonującej od 18 lat w branży projektów internetowych. Realizowany jest we współpracy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości, w ramach rządowego programu Start In Poland. W zakończonej, I turze akceleracji wsparto rozwój 10 projektów, z których 8 jest obecnie w fazie wdrożenia. W trwającej II turze IDEA Global uczestniczy 11 kolejnych projektów. Wśród partnerów wspierających platformę znajdują się m.in.: Autosan, Aviva, Kirchhoff Automotive, mBank, Microsoft, Olimp Labs, Orange, Play, Spar. Informacje o akceleratorze i wspieranych projektach dostępne są na stronie ideaglobal.pl.

Zmiany w Zarządzie Dyrekcji Handlowej Intermarché

We wrześniu br. stanowisko Prezesa w strukturach Dyrekcji Handlowej Intermarché objął Maciej Ćwikliński. Funkcję tę przejął po Hannie Olech. Dotychczasowa Prezes SCA PR Polska, została powołana do Zarządu ITM Polska.

Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy
Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy

Nowy Prezes SCA PR był od lutego br. członkiem Zarządu Dyrekcji Handlowej Intermarché. Wcześniej, od marca 2015 r. pełnił funkcję członka Zarządu spółki IMMO Muszkieterowie Polska,  która odpowiada za ekspansję Grupy Muszkieterów tj. pozyskiwanie terenów oraz budowanie obiektów sklepowych. Pracował również jako szef Pozyskiwania Nowych Lokalizacji w Regionie Zachód, a swoją karierę w strukturach centralnych Grupy Muszkieterów zaczął od stanowiska w Dziale Zakupów oraz Dziale Marketingu Intermarché.

Grupa Muszkieterów daje ogromne możliwości rozwoju zawodowego. Dzięki wytrwałości i doskonaleniu swoich kompetencji pokonujemy drogę od właściciela sklepu do funkcji zarządczych w centrali. Wierzę, że szeroka i praktyczna wiedza o handlu, którą nabyłem przez lata pracy, pozwoli mi wdrożyć nowoczesne rozwiązania biznesowe oraz dalej wspierać rozwój Grupy i jej współpracowników – mówi Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy.

Unikalny model franczyzowy Grupy Muszkieterów sprawia, że każdy franczyzobiorca nie tylko decyduje o kierunkach rozwoju swojej placówki handlowej. Ma on również istotny wpływ na działalność całej sieci, pełniąc funkcje zarządcze w centrali Grupy. Konsekwencją takiego modelu biznesowego jest to, że kluczowe stanowiska w strukturach firmy zarezerwowane są dla franczyzobiorców i to właśnie oni podejmują decyzje o strategicznych kierunkach rozwoju Muszkieterów.

Finlandia – kraj ekologicznych i inteligentnych rozwiązań tworzących przestrzenie przyjazne do życia

Fińskie ekologiczne budownictwo wprowadza nowy wymiar do skandynawskiego designu. Surowy klimat i brak własnych paliw kopalnych zmotywowały fińskie firmy do stworzenia całej gamy materiałów i technologii budowlanych nowej generacji. Niektóre z nich zostały zaprezentowane podczas wystawy i konferencji Building Green 2017 w Kopenhadze.

Dziś coraz częściej wykorzystuje się biomasę drzewną do produkcji ekologicznych materiałów budowlanych, wnętrzarskich i izolacyjnych. W Finlandii powstało wiele innowacyjnych technologii i produktów tego rodzaju wykorzystujących włókno drzewne. Jednym z przykładów innowacji ekologicznych jest powłoka izolacji akustycznej w sprayu. Innym – lekkie panele ścienne. Stworzono tu również umywalkę z kompozytu drzewnego o dużej twardości.

Nasza przewaga polega na połączeniu doskonałej znajomości biomateriałów z najwyższej klasy wzornictwem. Dzięki temu możemy tworzyć nowe, przyjazne dla środowiska i atrakcyjne estetycznie produkty – powiedziała Pia Qvintus, dyrektorka programowa w Finpro.

Inteligentne budynki ratunkiem dla klimatu

Na całym świecie budynki odpowiadają za znaczną część emisji CO2, dlatego w zapobieganiu ociepleniu klimatu duże znaczenie będą miały technologie budowlane, a w szczególności idea inteligentnych budynków.

Wyzwania, jakie przed nami stawia życie, wymagają nowych rozwiązań w budownictwie. W Finlandii wiemy o tym świetnie. Nasze firmy mają szeroką ofertę technologii pozwalających połączyć efektywność energetyczną i niskie koszty cyklu życia mieszkań z komfortem – zadeklarował Petri Lintumäki, dyrektor programowy w Finpro.

  • Poniżej prezentujemy niektóre z innowacyjnych rozwiązań dla budownictwa, które fińscy wystawcy pokazali podczas wystawy Building Green 2017 w Kopenhadze:

Lumir

W firmie Lumir opracowano nową metodę wewnętrznej izolacji akustycznej. Rozpylana izolacja z włókien biologicznych tworzy gładką powłokę, którą można stosować w budynkach nowych i starych. Jest wytrzymała, ognioodporna i nie zawiera szkodliwych włókien szklanych ani lotnych związków organicznych.

www.lumir.fi

Wall+

W firmie Wall+ opracowano i wyprodukowano lekkie panele ścienne i meblowe CompoFIBER składające się wyłącznie z materiałów biologicznych, czyli z włókien drzewnych. Można je dopasowywać do różnych zastosowań i poddawać recyklingowi. Odpowiedni dobór materiału drzewnego i nowa technologia modelowania pozwoliły uzyskać produkt unikatowy, od trzech do sześciu razy lżejszy od produktów konkurencji.

www.wallplus.fi

Woodio

Woodio Oy to fiński start-up powstały w 2016 roku. Firma opatentowała i wprowadziła na rynek nowy wodoodporny kompozyt drzewny o dużej twardości, z którego można tłoczyć rozmaite formy. Nadaje się on do masowej produkcji umywalek i innych elementów hydrauliczno-sanitarnych, a także dachówek i paneli ściennych. Jest to produkt ekologiczny, w całości poddający się recyklingowi.

www.woodio.com

Itula

Itula Oy to fińska firma rodzinna specjalizująca się w projektowaniu przyjaznych dla środowiska, energooszczędnych systemów grzewczych i chłodniczych. Jednym z takich rozwiązań jest ItuGraf, przepływowy panel ogrzewający i chłodzący nowej generacji. ItuGraf to ekologiczny produkt pozwalający oszczędzać energię i ułatwiający kontrolę temperatury wnętrz. Jego wymiary sprawiają, że z punktu widzenia architekta jest elementem łatwym do zainstalowania w każdym pomieszczeniu. Panele ItuGraf są produkowane przy zachowaniu najwyższych standardów jakości.

www.itula.fi

SmartWatcher

SmartWatcher to fiński start-up, który stworzył profesjonalny system całodobowego monitorowania jakości powietrza w pomieszczeniach. System działający w modelu IoT (internet rzeczy) składa się z dwóch elementów. Pierwszy to zespół czujników kontrolujących na bieżąco jakość powietrza, drugi zaś to serwis udostępniający dane przechowywane w cyfrowej chmurze. Użytkownicy mogą programować alarmy informujące o przekroczeniu dopuszczalnych stanów. System można uzupełnić o bezprzewodowy czujnik powiadamiający na bieżąco o zmianach ciśnienia.

www.smartwatcher.fi

Nuuka Solutions

Nuuka’s Connect & Create Solution oferuje systemy sprawiające, że w budynkach lepiej się żyje i pracuje, a zarazem ograniczające negatywny wpływ ich funkcjonowania na środowisko. Nuuka jest jedną z czołowych fińskich firm zajmujących się przetwarzaniem dużych zbiorów danych (big data analytics). Opracowany przez nią program gromadzi wszystkie dane dotyczące budynku na jednym interfejsie, umożliwiając właścicielom oraz użytkownikom budynku analizę i kontrolę jego wydajności energetycznej, jakości powietrza w pomieszczeniach oraz oddziaływanie na środowisko naturalne. Pomaga to nie tylko w bieżącym zarządzaniu budynkiem, lecz także w utrzymaniu jego rynkowej wartości.

www.nuukasolutions.com

Źródło: SPCC/ www.circularbioecofin.com

Opracowano nowy typ wypełnień stomatologicznych imitujący żywe tkanki. Zawiera włókna stosowane w kamizelkach kuloodpornych

Opracowano nowy typ wypełnień stomatologicznych imitujący żywe tkanki. Zawiera włókna stosowane w kamizelkach kuloodpornych 1

Coraz większą popularność na świecie zyskuje stomatologia bionaśladowcza. To sposób leczenia prowadzący do zachowania własnych zębów tak długo, jak to możliwe. W tym celu stosuje się włókna polietylenowe, wykorzystywane do tej pory do produkcji kamizelek kuloodpornych. To szansa na przełom w leczeniu zębów. Wypełnienia stają się o wiele bardziej wytrzymałe i trwalsze, a to przekłada się na możliwość jak najdłuższego zachowania własnych zębów, zamiast stosowania np. implantów. W Polsce jak dotąd tylko jedna klinika stosuje tę metodę leczenia.  

– Zbyt dużo dzisiaj poświęca się czasu temu, żeby odtwarzać zęby w postaci implantów czy koron, a zbyt mało kładzie się nacisku na utrzymanie i leczenie własnych zębów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Wiśniewski, właściciel kliniki Naturaldens, stosującej metodę stomatologii bionaśladowczej.

W stomatologii bionaśladowczej są stosowane m.in. materiały kompozytowe oraz specjalne, opatentowane włókna polietylenowe, podobne do tych wykorzystywanych w kamizelkach kuloodpornych. Wypełnienia stosowane do tej pory miały przede wszystkim uzupełnić jedynie kształt zęba, a nie wzmocnić jego wytrzymałość.

– Mamy materiał, który służy do wypełnień, a ten materiał jest wzmocniony włóknami. To powoduje, że jesteśmy w stanie przenieść ogromne siły, które wytwarzają się podczas żucia zębami z bardzo cienkich ścianek, które pozostają po opracowaniu zęba, po zniszczeniu części struktur przez próchnicę, na materiał wypełniający oraz na korzenie zęba. W związku z tym cała struktura znacznie lepiej się trzyma i znacznie dłużej trwa –  podkreśla stomatolog.

Tradycyjne wypełnienie zęba wytrzymuje zazwyczaj do 7 lat. Nowa metoda pozwala wydłużyć ten czas nawet trzykrotnie. Zaletą tej formy leczenia mają być również znacznie niższe koszty, niż w przypadku zabiegów do tej pory szeroko stosowanych. W porównaniu do tradycyjnych wypełnień, leczenie w Polsce z wykorzystaniem nowej metody jest prawie dwa razy droższe. Jednak jak przekonuje stomatolog, biorąc pod uwagę większą ich trwałość – w dłuższej perspektywie się opłaca.

– Wszystkie koszty z tym związane typu korony, leczenie kanałowe czy stosowanie implantów i potem odbudowy na tych implantach są odsuwane w czasie albo w ogóle tego unikamy, w związku z czym koszty ponoszone przez pacjenta są minimalizowane – przekonuje Paweł Wiśniewski.

Jak wynika z badania Ministerstwa Zdrowia zrealizowanego w ramach programu „Monitoring Zdrowia Jamy Ustnej”, próchnicę zębów ma 99,9 proc. Polaków w wieku 35-44 lat. Ten problem dotyka również ponad 90 proc. dzieci i nastolatków w naszym kraju. Strach przed dentystą dotyczy wielu osób. Część z nich paraliżuje do tego stopnia, że wizyta u stomatologa to dla nich ostateczność.

– Cały przemysł stomatologiczny idzie w kierunku jak najlepszych materiałów do robienia koron, coraz lepszych materiałów implantologicznych, technik, diagnostyki – to powinno zostać, tyle tylko, że nie powinniśmy od tego zaczynać i to nie powinno być bardzo często pierwszym sposobem leczenia zębów pacjenta – apeluje Paweł Wiśniewski.

Jak wynika z raportu Research and Markets, globalny rynek stomatologii protetycznej warty jest obecnie 15,6 bln dolarów. Do roku 2022 ma rosnąć średniorocznie w tempie 6,4 proc., by osiągnąć wartość 21,3 bln dolarów.

Coraz częściej zmieniamy banki

Jeszcze do niedawna Polacy niechętnie zmieniali swoje banki, nawet jeśli byli z nich niezadowoleni. To już jednak przeszłość. Wraz z rozwojem ofert bankowych przenosimy nasze rachunki coraz częściej.

Według danych Krajowej Izby Rozliczeniowej w ciągu trzech kwartałów 2017 r. swój bank zmieniło przeszło 25 tys. Polaków. Większość z nas (ponad 77%) przeniosła się do Credit Agricole.

„Sam proces przeniesienia rachunku jest bardzo prosty, trwa najwyżej kilka dni i właściwie nie wymaga zaangażowania klienta. Wystarczy przyjść do naszego oddziału, złożyć odpowiedni wniosek i upoważnienie dla doradcy, a on zajmie się wszystkimi formalnościami: zamknie konto w poprzednim banku, złoży zlecenie przeniesienia wszystkich stałych zleceń oraz upoważnień, a jeśli będzie taka potrzeba, poinformuje też o zmianie numeru rachunku właściwe urzędy, np. urząd skarbowy czy Zakład Ubezpieczeń Społecznych” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy w Credit Agricole.

Skupieni na gromadzeniu oszczędności rezygnujemy z zysków

  • Stopa oszczędności w Polsce osiągnęła niespotykany jak na ostatnie lata poziom 3,6 proc., jednak większość z nas pomnaża swoje pieniądze nieefektywnie – pokazują dane z raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. 
  • Dla zapewnienia finansowego poczucia bezpieczeństwa potrzebujemy wysokich kwot – nawet 20-krotności naszych miesięcznych dochodów. Tylko co trzeci oszczędzający ma taką poduszkę bezpieczeństwa.
  • Wierzymy, że najskuteczniejszym i najbezpieczniejszym sposobem pomnażania oszczędności jest ich ulokowanie w aktywach materialnych. Jednocześnie produkty kojarzące się z inwestycjami postrzegamy jako ryzykowne.
  • Silna awersja do ryzyka sprawia, że nawet wśród osób najbardziej zamożnych najwyżej co dziesiąty jest skłonny inwestować swoje oszczędności, akceptując ewentualną stratę.

Jak pokazuje najnowszy raport BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” mimo, że jako społeczeństwo oszczędzamy najwięcej od 5 lat, to pieniądze te nie są pomnażane efektywnie. W swoich decyzjach finansowych kierujemy się przede wszystkim przekonaniami, a nie obiektywną wiedzą. Ryzyko nie ma dla nas odcieni szarości – nie jesteśmy zainteresowani potencjalnym wyższym zyskiem, jeśli nie mamy jednocześnie gwarancji ochrony kapitału. Wierzymy w inwestycje w aktywa materialne. W konsekwencji przechodzimy obojętnie wobec narzędzi pozwalających skutecznie pomnażać nasz kapitał.

W 2016 roku po raz pierwszy od 5 lat istotnie zwiększyła się stopa oszczędności polskich gospodarstw domowych, osiągając poziom 3,6 proc. To dobra wiadomość, choć na tle średniej dla Unii Europejskiej (11 proc.) nadal wypadamy blado. Wzrost ten przypadł na moment trudny dla oszczędnych. Spadek realnego oprocentowania depozytów, będący konsekwencją niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji skutkował obniżeniem wartości otwieranych lokat terminowych przez cały 2017 rok.

BGŻOptima postanowiła sprawdzić, jak tę sytuację postrzegają oszczędzający i czy wpływa ona na ich przekonania i działania związane z zarządzaniem zgromadzonym kapitałem.

Oszczędzamy bez planu

Na poziomie deklaracji osoby, które oszczędzają, robią to modelowo. Jak wynika z 5. edycji raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny”, ponad 2/3 Polaków posiadających min. 1 000 zł oszczędności twierdzi, że gromadzenie pieniędzy na przyszłość przychodzi im naturalnie. Większość zgadza się, że tak powinni robić ludzie odpowiedzialni, a blisko ¾ zapewnia, że nie ma problemów z długoterminowym oszczędzaniem. W ocenie 54 proc. badanych optymalną strategią jest odkładanie co miesiąc konkretnej kwoty, według ustalonego planu.

W praktyce jednak okazuje się, że oszczędzamy chaotycznie. Najczęściej wskazywaną praktyką jest odkładanie na koniec miesiąca pieniędzy, które nie zostały wydane (41 proc.), przeznaczanie na zaskórniaki dodatkowych środków, np. z premii (40 proc.) oraz oszczędzanie bez sprecyzowanego planu (31 proc. wskazań).

Dla poczucia bezpieczeństwa potrzebujemy małej fortuny

Niezależnie od wysokości bieżących dochodów dla zapewnienia sobie poczucia finansowego bezpieczeństwa potrzebujemy dużych kwot. Średnia wartość minimalnej poduszki finansowej, wskazywana przez badanych to aż 69 tys. złotych. Trzy czwarte oszczędzających oczekuje, że ich oszczędności będą wynosić do 100 tys. złotych. W związku z wysoko zawieszoną poprzeczką zaledwie 1/3 badanych udało się odłożyć oczekiwaną sumę.

Taki poziom oczekiwanej poduszki bezpieczeństwa burzy mit o tym, że rolę tę spełnia trzykrotność miesięcznego wynagrodzenia. Niemal połowa osób, które mają takie oszczędności wcale nie czuje się z nimi bezpiecznie. Jak obliczyli eksperci BGŻOptima, niezależnie od poziomu dochodów kwota, którą wskazujemy jako bezpieczne minimum oszczędności to równowartość około 20 miesięcznych pensji!

– Co więcej, nasz apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im wyższy dochód, tym większe też nasze oczekiwania finansowe, jeśli chodzi o oszczędności. Budowanie poduszki bezpieczeństwa nie wynika zatem tylko z przezorności. Chcemy chronić też wyższy standard życia i utrzymać go w razie niespodziewanego zdarzenia – tłumaczy Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Co trzeci oszczędzający przyznaje, że na przyszłe wydatki odkłada maksymalnie 10 proc. swojego miesięcznego wynagrodzenia. Jak zauważa Piotr Marciniak, przy takiej strategii do poziomu minimalnej poduszki bezpieczeństwa większość z nas będzie dochodzić nawet 20 lat.

– Te wygórowane oczekiwania tłumaczą, dlaczego nasze oszczędzanie jest takie krótkowzroczne i przypadkowe. Trudno oczekiwać od konsumenta, że będzie myślał o dywersyfikacji czy inwestycjach, jeśli ciągle nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby być spokojnym o swoją przyszłość – mówi Piotr Marciniak.

Nie inwestujemy, bo nie wiemy jak

Skoro nade wszystko oszczędności mają służyć bezpieczeństwu, nie można się dziwić, że Polacy mają bardzo wysoką awersję do inwestycji z powodu wiążącego się z nimi – w ich przekonaniu – ryzyka. Sytuacji nie poprawia świadomość, że na temat inwestowania wiemy niewiele.

Aż 83 proc. respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że aby inwestować trzeba się na tym znać. W konsekwencji główną barierą wskazywaną przez osoby, które nie inwestują, jest właśnie niewystarczająca wiedza i umiejętności (52 proc.). Mają one zdecydowanie większe znaczenie, niż dostępność wystarczającej sumy pieniędzy na taki cel (39 proc.) czy brak dostępu do osoby, która mogłaby doradzić, jak inwestować (22 proc. wskazań).

Co ciekawe, pojęcia „oszczędzanie” i „inwestowanie” kojarzone są dość swobodnie z różnymi instrumentami finansowymi. Każdą aktywność związaną z regularnym wpłacaniem pieniędzy –  niezależnie od miejsca, gdzie one trafiają – większość badanych utożsamia z oszczędzaniem. W tej kategorii umieszczamy np. odkładanie na IKE i IKZE. Oszczędzaniem jest też korzystanie z produktów, kojarzonych jako bezpieczne. Co trzeci badany w tej kategorii umieszcza zakup obligacji Skarbu Państwa, co piąty zakup walut. Ten ostatni za sposób na zabezpieczenie kapitału uważają głównie osoby starsze. Młodzi kojarzą waluty obce już silniej z inwestycjami i ryzykiem.

Ryzyka boimy się jak ognia

Aż 81 proc. badanych deklaruje, że mając do wyboru wysoki zysk lub gwarancję kapitału wybierze to drugie. Chociaż blisko połowa oszczędzających zgadza się ze stwierdzeniem, że dziś można zarobić tylko na inwestycjach, to 87 proc. przyznaje, że najbardziej zależy im na bezpiecznym pomnażaniu oszczędności.

Z badania BGŻOptima wynika jednoznacznie, że otwartość na inwestowanie oszczędności na rynku kapitałowym nie jest uzależniona od poziomu zgromadzonego kapitału. Bez względu na wartość posiadanych oszczędności średnio co piąty badany nie zainwestowałby na rynku finansowym żadnej części swoich oszczędności. Połowa deklaruje, że byłaby gotowa zainwestować maksymalnie 20 proc. odłożonej kwoty.

– Gdy Polacy myślą o skutecznym inwestowaniu i pomnażaniu oszczędności biorą pod uwagę zwykle te rozwiązania, które ze względu na bardzo wysoki próg wejścia dla większości z nich są nieosiągalne. Jest to na przykład zakup nieruchomości na wynajem lub inwestycja w antyki lub złoto. Jednocześnie tracimy z oczu wiele rozwiązań oferowanych przez rynek finansowy, które są bezpieczne i skutecznie pomnażają oszczędności, a przy tym są dostępne i płynne – mówi Piotr Marciniak.

Jak pokazuje badanie większość posiadaczy oszczędności nie widzi różnicy między poszczególnymi typami funduszy inwestycyjnych, jeśli chodzi o poziom potencjalnego ryzyka jaki wiąże się z inwestycją w nie. Tymczasem jak pokazują dane historyczne za ostatnie 5 lat, ich wyniki różnią się. Fundusze pieniężne przyniosły w tym okresie ponad 13 proc. zysku, tymczasem fundusze zrównoważone blisko 18 proc. W tym samym czasie inwestycja w nieruchomości w Warszawie wypracowała ok. 8 proc. zwrotu, a wartość pieniędzy zainwestowanych w złoto spadła o jedną czwartą.

***

Badanie do raportu „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” przeprowadzone zostało przez Kantar TNS na zlecenie BGŻOptima we wrześniu 2017 roku metodą wywiadów internetowych (CAWI)  na próbie 1000 osób w wieku 25-65 lat, posiadających oszczędności w kwocie minimum 1000 zł
w dowolnej formie; miesięczny dochód respondentów netto min. 1500 zł.

Co nas czeka w cyberbezpieczeństwie w 2018 roku?

Fortinet, światowy lider w dziedzinie zaawansowanych cyberzabezpieczeń, przedstawił swoje prognozy na temat zagrożeń informatycznych czekających nas w 2018 roku. Eksperci z laboratorium FortiGuard Labs  przedstawili strategie i metody, które będą wykorzystywane przez cyberprzestępców w najbliższej przyszłości oraz wskazują na potencjalny wpływ cyberataków na globalną gospodarkę.

W ciągu najbliższych lat będziemy świadkami rozwoju przestrzeni cyberataków, przy  jednoczesnym zmniejszaniu widoczności i kontroli nad infrastrukturą informatyczną. Powszechność urządzeń podłączonych od sieci, które uzyskują dostęp do danych osobistych i finansowych – armii urządzeń IoT i infrastruktury krytycznej stosowanych w samochodach, domach, biurach i inteligentnych miastach – oraz rosnąca sieć wzajemnych połączeń stwarzają nowe możliwości dla cyberprzestępców.

Cyfrowi kryminaliści są coraz bieglejsi w wykorzystywaniu takich osiągnięć jak sztuczna inteligencja, co czyni ataki jeszcze bardziej skutecznymi. Ten trend zapewne jeszcze przyspieszy w 2018 roku.

Najważniejsze prognozy specjalistów Fortinet:

  • Wzrost samouczących się sieci hivenet i swarmbots

Bazując na wyrafinowanych atakach, takich jak Hajime oraz Devil’s Ivy lub Reaper, można przewidywać, że cyberprzestępcy zastąpią botnety inteligentnymi klastrami zainfekowanych urządzeń, nazywanych hivenetami, aby otworzyć skuteczniejsze wektory ataku.

Hivenety wykorzystują metodę samouczenia, aby skutecznie docierać do zagrożonych systemów na niespotykaną dotąd skalę. Będą one w stanie komunikować się ze sobą oraz podejmować działania na bazie analizy lokalnie zbieranych danych. Hivenety będą rosły wykładniczo, co zwiększy ich zdolność do jednoczesnego ataku na wiele ofiar i znacznie utrudni podjęcie przeciwdziałań.

Laboratorium FortiGuard Labs odnotowało w tym roku 2,9 mld prób komunikacji botnetowej tylko w ciągu jednego kwartału.

  • Ransomware to wielki biznes

Chociaż dzięki nowym typom oprogramowania, jak np. ransomworm, liczba ataków ransomware wzrosła w ciągu ostatniego roku aż 35-krotnie, to nie należy sądzić, że to ostatnie słowo cyfrowych wyłudzaczy. Następnym wielkim celem dla tego typu ataków będą prawdopodobnie dostawcy usług w chmurze.

Złożone hiperpołączenia sieciowe, które tworzą dostawcy usług w chmurach, mogą skutkować tym, że pojedynczy punkt awarii dotknie setki firm, instytucji państwowych, organizacji opieki zdrowotnej oraz infrastrukturę krytyczną. Cyberprzestępcy zaczną łączyć technologie sztucznej inteligencji z wielowymiarowymi metodami ataku, aby skanować, wykrywać i wykorzystywać słabości dostawcy rozwiązań chmurowych.

  • Morphic Malware następnej generacji

Jeśli nie w przyszłym roku, to wkrótce po nim, zaczniemy dostrzegać złośliwe oprogramowanie stworzone całkowicie przez maszyny oparte na automatycznym wykrywaniu luk i skomplikowanej analizie danych. Polimorficzne złośliwe oprogramowanie nie jest nowe, ale przybierze inne oblicze. Poprzez wykorzystanie sztucznej inteligencji, zacznie tworzyć nowy, wyrafinowany kod, który za pomocą maszynowych procedur będzie w stanie nauczyć się, jak unikać wykrycia.

Dzięki ewolucji istniejących narzędzi, przestępcy będą mogli rozwinąć najlepszy możliwy exploit w oparciu o charakterystykę każdej unikalnej słabości. Złośliwe oprogramowanie jest już w stanie używać modeli uczenia się, aby ominąć zabezpieczenia, a co za tym idzie, może wyprodukować nawet ponad milion odmian wirusa w ciągu dnia. Jak do tej pory wszystko to opiera się tylko na algorytmie, co ogranicza poziom zaawansowania i kontroli nad wynikiem.

Eksperci Fortinet wykryli 62 miliony szkodliwych programów w jednym kwartale 2017 r. – wśród nich 16 582 warianty pochodzące z 2 534 rodzin malware’u. Z kolei 20% organizacji stwierdza, że doświadczyła aktywności malware’u atakującego urządzenia mobilne. Zwiększona automatyzacja szkodliwego oprogramowania sprawi, że te statystyki staną  się jeszcze bardziej niepokojące w nadchodzącym roku.

  • Infrastruktura krytyczna na pierwszy plan

Ze względu na kwestie strategiczne i ekonomiczne dostawcy i użytkownicy infrastruktury krytycznej nadal znajdują się na pierwszym miejscu listy najbardziej zagrożonych atakami. Organizacje te prowadzą sieci, które chronią ważne usługi i informacje. Jednak najbardziej krytyczna infrastruktura i operacyjne sieci technologiczne są kruche, ponieważ zostały pierwotnie zaprojektowane jako szczelne i izolowane.

Oczekiwanie szybkiego reagowania na potrzeby pracowników i konsumentów zaczęło zmieniać wymagania wobec tych sieci, napędzając potrzebę zastosowania w nich zaawansowanych zabezpieczeń. Biorąc pod uwagę znaczenie tych sieci i potencjał niszczycielskich rezultatów ich naruszeń, dostawcy infrastruktury krytycznej dołączyli do wyścigu cyfrowych zbrojeń z organizacjami państwowymi, przestępczymi i terrorystycznymi.

  • Nowe usługi wykorzystujące automatyzację oferowane przez cyberprzestępców i Darkweb

Wraz ze zmianami w cyberprzestępczym półświatku, ewoluuje również Darkweb. Można się spodziewać, że wkrótce zobaczymy nowe oferty w modelu C-a-a-S (Cybercrime-as-a-service) pochodzące z Darkwebu, ponieważ już teraz widzimy tam zaawansowane usługi, wykorzystujące uczenie maszynowe.

Na przykład usługa znana jako FUD (Fully Undetectable) jest już częścią kilku ofert. Umożliwia ona programistom zajmującym się cyberprzestępczością sprawdzenie, czy ich ataki i złośliwe oprogramowanie będą wykryte przez narzędzia bezpieczeństwa pochodzące od różnych dostawców.

Dodatkowo w ramach usługi zwiększony zostanie poziom wykorzystania uczenia maszynowego, które służy do modyfikowania i podnoszenia skuteczności analizowanego kodu.

Stawiaj czoła zagrożeniom

Dzięki postępowi w dziedzinie automatyzacji i sztucznej inteligencji istnieje szansa dla przedsiębiorczych cyberprzestępców, aby wykorzystać odpowiednie narzędzia do poważnego naruszenia gospodarki cyfrowej. Rozwiązania bezpieczeństwa muszą być w odpowiedzi budowane wokół zintegrowanych technologii bezpieczeństwa, użytecznych informacji o zagrożeniach oraz dynamicznie konfigurowalnych systemów zabezpieczających.

Ochrona powinna działać szybko, automatyzując reakcje, a także stosując inteligencję i samokształcenie, aby sieci mogły podejmować skuteczne i autonomiczne decyzje. Pozwoli to nie tylko zwiększyć widoczność i scentralizować kontrolę, ale także umożliwi strategiczną segmentację, podnoszącą poziom bezpieczeństwa. Ponadto podstawowe procedury bezpieczeństwa muszą stać się częścią polityki ochrony IT. Jest to wciąż często pomijane, ale kluczowe dla ograniczenia konsekwencji cyberataków.

Znów zamknięcie rządu w USA?

Zbliża sie limit zadłużenie w USA i jak zawsze wraca ryzyko zamknięcia rządu z powodu konfliktu pomiędzy dwoma partiami. Janet Yellen ostrzega przed narastającym długiem. Huśtawka kursowa na bitcoinie.

Coroczne zamknięcie rządu w USA?

Amerykanie mają nową świecką tradycję. Co roku, kiedy to kończy się limit zadłużenia państwa dochodzi do sporu o jego podniesienie. Pojawiają się często spełniane groźby tzw. shutdown-u. Jest to zamknięcie administracji za wyjątkiem stanowisk ważnych dla bezpieczeństwa kraju. Obecnie datą, po której pojawi się problem, jest 8 grudnia. Do tego czasu należy uchwalić nową ustawę budżetową lub stworzyć prowizorium. Główną sporną kwestią po stronie republikanów jest reforma podatkowa. Po stronie demokratów jest to kwestia imigrantów. Jaki wpływ na rynki walutowe ma to zamieszanie? Jeżeli dojdzie do zamknięcia rządu, można spodziewać się osłabienia dolara względem pozostałych walut. Warto z kolei zwrócić uwagę, że będzie to termin bliski posiedzeniu FED. Tego na którym najprawdopodobniej podniesione będą stopy procentowe. Pierwsza połowa grudnia może być zatem bardzo ciekawa dla osób obserwujących dolara.

Janet Yellen o zadłużeniu USA

Jak to często bywa, osoby pełniące ważne funkcje pod koniec kadencji, jeżeli wiedzą że nie mają szans na kolejną, mówią coraz odważniej. Podobnie jest z obecną szefową FED. W ostatnim wystąpieniu przed kongresem m.in. zwróciła uwagę na wspomniany już problem zadłużenia USA. Ma on jednak jeszcze drugie dno. Przekraczanie limitu zadłużenia w okresie dobrej koniunktury, kiedy to dług z roku na rok rośnie, stawia pytanie co będzie w kryzysie. O ile oczywiście ten kryzys nastąpi. Prognozy makroekonomiczne zadłużenia w USA nie pozostawiają wątpliwości, że problem ten sam się nie rozwiąże.

Kryptowaluty wciąż niestabilne

Środa była modelowym dniem pokazującym dlaczego bitcoin nie jest najlepszym zastępstwem dla klasycznego pieniądza. Od rana kurs najpierw wzrósł o imponujące 15%, po czym popołudniem runął o 20% w dół. Jak to często bywa po takich ruchach, od tego dołka znowu miało miejsce odbicie w górę. W efekcie dzisiaj oglądamy najpopularniejszą kryptowalutę delikatnie powyżej psychologicznej bariery 10 000 USD. Tak silne ruchy udowodniły niską wydajność transakcyjną systemu. To między innymi ona zdaniem części obserwatorów pogłębiła korektę po osiągnięciu szczytów w okolicach 11 350 USD.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

50 miliardów euro za brexit. Kurs funta w górę

Funt rośnie wobec swoich rywali na fali nadziei inwestorów w sprawie postępu rozmów dotyczących brexitu (pojawiły się informacje, że rozwód Londynu z Brukselą ma kosztować brytyjskich podatników około 50 mld euro). Ponieważ rynki najbardziej nie lubią niepewności, w rezultacie brytyjska waluta do amerykańskiego dolara jest najsilniejsza od około 2 miesięcy. I to mimo faktu, że z Beżowej Księgi Rezerwy Federalnej wynika, iż wzrost gospodarczy w USA jest całkiem niezły (w III kw. wzrost PKB wyniósł 3,3%), ale jednocześnie zwiększa się presja inflacyjna, co jest efektem rosnących kosztów transportu i produkcji.  

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,09%) i brytyjskiego funta (-0,53%), a zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,45%), dolara australijskiego (+0,23%) oraz japońskiego jena (+0,69%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,187, GBP/USD – 1,346, USD/CAD – 1,287, AUD/USD – 0,758 i USD/JPY – 112,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,82%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,3, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,882. Złotówka traci do lekko funta i euro, a minimalnie zyskuje do dolara i franka szwajcarskiego. W czwartek rano dolar kosztuje poniżej 3,54 zł, euro – 4,2 zł, funt – 4,76 zł, a frank – powyżej 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 tracił 0,9%, a paryski indeks CAC 40 zyskiwał 0,14%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,04%, meksykański indeks Bolsa podniósł się o 0,83%, a brazylijski indeks Bovespa stracił 1,94%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał 0,57%, chiński indeks Shanghai Composite obniżył się o 0,62%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 1,3%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej trzeci dzień z rzędu idą w dół. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztuje 63,11 USD (-0,79%), a ropy WTI – 57,3 USD (-1,2%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca obniżyła się o 1 USD do 65 USD. Po wcześniejszych wzrostach spada także cena złota. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1282 USD. To 14 USD mniej (-1,08%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 0:50 – Japonia – Produkcja przemysłowa (r/r), październik – 5,9%
  • 2:00 – Chiny – PMI dla usług wg CFLP, listopad – 54,8 pkt.
  • 2:00 – Chiny – PMI dla przemysłu wg CFLP, listopad – 51,8 pkt. (prognoza 51,4 pkt.)
    7:45 – Szwajcaria – PKB (r/r), III kw. – 1,2% (prognoza 0,9%)
  • 10:00 – Polska – PKB (r/r), III kw. (prognoza 5%)
  • 11:00 – Strefa euro – Stopa bezrobocia, październik (prognoza 8,9%)
  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja HICP (r/r), dane szacunkowe, listopad (prognoza 1,6%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 2,3%)
  • 14:30 – USA – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, tydzień (prognoza 240 tys.)
  • 14:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Cleveland
  • 14:30 – USA – Dochody Amerykanów (m/m), październik (prognoza 0,3%)
  • 14:30 – USA – Wydatki Amerykanów (m/m), październik (prognoza 0,3%)
  • 15:45 – USA – Chicago PMI, listopad (prognoza 63 pkt.)
  • 19:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Badanie EY: Dalszy szybki rozwój gospodarki wymaga kontynuacji ekspansji polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych

Firmy prywatne mają fundamentalne znaczenie dla polskiej gospodarki – wytwarzają ok. ¾ Produktu Krajowego Brutto. Jednak nadal jesteśmy krajem o stosunkowo niewielkiej liczbie przedsiębiorstw, a duża część firm to podmioty o bardzo małej skali działalności. Dla polskiej gospodarki bardzo korzystne byłoby upodobnienie struktury wielkościowej przedsiębiorstw do występującej w UE, polegające na awansie części mikroprzedsiębiorstw do kategorii firm małych. Dzięki takiej zmianie, polski PKB mógłby być wyższy o 2,7% – wynika z raportu EY „Polskie przedsiębiorstwa wczoraj i dziś. Źródła sukcesu i nowe wyzwania”. Polskie przedsiębiorstwa odgrywają coraz istotniejszą rolę na światowych rynkach, zmienia się również ich rola w globalnych łańcuchach wartości. To, co coraz częściej przedsiębiorcy wymieniają jako kluczową barierę rozwoju, to niedobór wykwalifikowanych pracowników.

Analizując dostępne dane i informacje oraz doświadczenia laureatów programu EY Przedsiębiorca Roku, firma doradcza EY przygotowała raport „Polskie przedsiębiorstwa wczoraj i dziś. Źródła sukcesu i nowe wyzwania”, w którym zbadała uwarunkowania działania przedsiębiorstw, najważniejsze trendy, które kształtowały ten sektor w ostatnich latach oraz czynniki determinujące konkurencyjność polskich firm.

Firmy prywatne – fundament polskiej gospodarki

– Sukces polskiej gospodarki w ostatnich dekadach to przede wszystkim zasługa prężnie działających przedsiębiorstw prywatnych. Od początku transformacji ustrojowej stanowiły one fundament sektora prywatnego, którego znaczenie dla polskiej gospodarki w tym czasie nieprzerwanie rosło – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY.

Przedsiębiorstwa odgrywają kluczową rolę w gospodarce. Wytwarzają i dostarczają większość towarów i usług, z których korzystamy, odpowiadają za ogromną część zatrudnienia. Według szacunków EY, obecnie w Polsce aktywnych jest ok. 4,8 mln firm prywatnych, które generują blisko ¾ PKB.

Od początku transformacji znacząco rośnie udział sektora prywatnego w tworzeniu wartości dodanej brutto w polskiej gospodarce – z 60,3% w 1995 r. do 80,2% w 2015 r. Znaczącą rolę w tym procesie odegrały podmioty o dominującym udziale kapitału zagranicznego, które odpowiadały za zdecydowaną większość przyrostu tego udziału.

Polska firma, czyli jaka

Polska charakteryzuje się bardzo wysokim udziałem mikroprzedsiębiorstw w ogólnej liczbie przedsiębiorstw. – Znakomitą większość podmiotów w Polsce stanowią mikroprzedsiębiorstwa, które mogą być dowodem przedsiębiorczości Polaków, jednak ich wydajność względem większych firm w Polsce jest niestety najniższa w całej UE – mówi Marek Rozkrut, Partner, Główny Ekonomista EY.

Mikroprzedsiębiorstwa (do 9 pracujących) niefinansowe odpowiadają za bardzo dużą część zatrudnienia w Polsce. Odwrotnie jest w przypadku firm małych (10-49 pracujących), w których odsetek osób pracujących jest najniższy wśród wszystkich krajów UE.

– Gdyby struktura wielkościowa przedsiębiorstw w Polsce upodobniła się do przeciętnej w UE i część mikrofirm stała się firmami małymi – to, zgodnie z wynikami uproszczonej symulacji, nasz PKB mógłby być wyższy nawet o 2,7% – dodaje Marek Rozkrut.

Popyt zagraniczny generuje większość wzrostu PKB

Jednym z najważniejszych trendów w działalności polskich firm w ostatnich latach był proces internacjonalizacji. Od 1995 r. otwartość polskiej gospodarki, mierzona stosunkiem wartości eksportu do PKB, wzrosła bardzo istotnie – z blisko 29% do ponad 52%.

Dalszy szybki rozwój gospodarki wymaga kontynuacji ekspansji polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych

Za zdecydowaną większość eksportu odpowiadają firmy z przeważającym udziałem kapitału zagranicznego, choć w latach 2011-2016 krajowe firmy prywatne zwiększały swój eksport w tempie nieco szybszym niż firmy zagraniczne. – Polskie przedsiębiorstwa odgrywają coraz istotniejszą rolę na światowych rynkach. Coraz więcej firm przestaje być podwykonawcami globalnych koncernów. Rośnie udział dóbr finalnych w eksporcie, co oznacza, że coraz częściej wytwarzamy kompletne produkty. Zdecydowanie rośnie także rola eksportu usług, co wskazuje na wzrost liczby wysoko wykwalifikowanych pracowników – mówi Jacek Kędzior.

Integracja Polski w ramach międzynarodowych łańcuchów wartości była w ostatnim 20-leciu bardzo dynamiczna. Udział eksportu wartości dodanej w całkowitej wartości dodanej wytworzonej w Polsce wzrósł w latach 1995-2014 z ok. 16% do bardzo wysokiego poziomu 34%. Oznacza to, że Polska należy do krajów wyjątkowo silnie zintegrowanych w ramach międzynarodowych łańcuchów produkcji, a popyt zagraniczny odpowiadał za większość wzrostu PKB w Polsce w XXI wieku.

Od niskich kosztów pracy do innowacyjności

O ile jeszcze przed globalnym kryzysem finansowym większość badanych przedsiębiorców wskazywała ceny jako najważniejszy czynnik decydujący o ich konkurencyjności, to w 2014 r. było ich już tylko 15%. W ostatnich latach systematycznie spadał odsetek przedsiębiorców wskazujących na obniżanie cen jako najskuteczniejsze narzędzie konkurowania. – Polska jest w grupie krajów, które są w fazie przejściowej między rozwojem napędzanym inwestycjami a rozwojem napędzanym innowacyjnością. Dlatego kluczowe dla firm będzie tworzenie unikalnej wartości dla swoich klientów, opartej na działalności innowacyjnej – uważa Jacek Kędzior.

Dalszy szybki rozwój gospodarki wymaga kontynuacji ekspansji polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych 2

Niestety niewielki odsetek polskich firm prowadzi działalność innowacyjną. Nakłady polskich firm na badania i rozwój (B+R) w relacji do PKB były w 2015 r. znacząco niższe (0,5%) niż przeciętnie w UE (1,3%). Znacznie niższy niż przeciętnie w UE był również odsetek przedsiębiorstw angażujących się stale w działania z zakresu B+R.

Niedobór pracowników coraz ważniejszą barierą rozwoju firm

– Wyniki licznych badań prowadzonych wśród przedsiębiorców wskazują na narastające problemy z niedoborem pracowników, w szczególności wykwalifikowanych. Choć nie jest to jeszcze kluczowa bariera w ocenie przedsiębiorców, wiele zjawisk omawianych w raporcie EY „Polskie przedsiębiorstwa wczoraj i dziś. Źródła sukcesu i nowe wyzwania” wskazuje na to, że jest to zmiana strukturalna, która będzie stanowić coraz ważniejsze ograniczenie dla firm – uważa Marek Rozkrut. Wyzwania na rynku pracy będą potęgowane przez niekorzystne tendencje demograficzne. W 2015 r. w Polsce na 1 osobę w wieku 65 lat i więcej przypadały 4,2 osoby w wieku produkcyjnym. Do 2060 r. relacja ta – zgodnie z prognozami demograficznymi – ma się istotnie pogorszyć we wszystkich krajach UE, jednak w Polsce zmiana ta ma być jedną z najsilniejszych – na 1 osobę w wieku 65+ ma przypadać zaledwie 1,5 osoby w wieku 20-64 lata.

Wśród najczęściej wymienianych barier rozwoju przedsiębiorstw znajdują się także przepisy podatkowe. Przedsiębiorcy najczęściej bardzo źle lub źle oceniają przepisy i procedury związane z prawem podatkowym (60% firm), a w następnej kolejności z sądownictwem gospodarczym (43%) i kontrolą działalności gospodarczej (38%).

– Aby skutecznie konkurować lokalnie i na rynkach międzynarodowych, zarówno polscy przedsiębiorcy, jak i agendy czy organizacje ich wspierające, powinny postawić na strukturalne rozwiązania w zakresie takich kwestii jak: zwiększenie nakładów inwestycyjnych, wsparcie w ekspansji polskich firm na rynkach globalnych, przesunięcie w łańcuchu wartości w oparciu o czynniki jakościowe, działania zwiększające aktywność zawodową Polaków, a także systemowe rozwiązania zwiększające potencjał rozwojowy mikroprzedsiębiorstw – podsumowuje Jacek Kędzior. – Nie bez znaczenia w zmniejszaniu barier przedsiębiorczości jest także podejmowanie działań w celu ograniczenia stopnia skomplikowania przepisów podatkowych i związanych z tym obciążeń administracyjnych – dodaje.

2 na 3 specjalistów i menedżerów z podwyżką w 2017 roku

Większość specjalistów i menedżerów otrzymało w ciągu mijającego roku podwyżkę – ponad połowa zapytanych o od 1 do 20%, a co dziesiąty zarabia obecnie o ponad jedną piątą więcej – wynika z 7. edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy”. W grupie, która nie otrzymała żadnej podwyżki, łatwo dostrzec znaczny udział osób, które aktywnie dążą do zmiany pracy – aż 45%. Natomiast im wyższy wzrost wynagrodzenia tym rzadziej pracownicy myślą o poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia. To powinno dać do myślenia pracodawcom. Jeżeli firmy chcą zatrzymać talenty, muszą rozważyć w przyszłorocznych budżetach wyższe wynagrodzenia zarówno dla obecnej kadry jak i nowych pracowników.

W 2017 roku na polskim rynku pracy mieliśmy do czynienia z kontynuacją trendów z poprzednich lat. Umocnił się rynek kandydata i to praktycznie we wszystkich branżach, a pracodawcy musieli mierzyć się z wyzwaniem „3xZ”, czyli zdobądź, zapłać, zatrzymaj. Jak widzimy z naszego badania, stawienie czoła temu wyzwaniu nie jest łatwe. Zwłaszcza w obliczu tego, że przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymali rocznie aż 8 ofert pracy. W tym kontekście, na nowy rok pracodawcy powinni mieć sprecyzowane nie tylko cele biznesowe, ale i strategię zarządzania kadrami uwzględniającą system wynagrodzeń. Wśród pracowników rosną oczekiwania na coraz wyższe podwyżki, a firmy, które chcą zrekrutować nowe talenty, muszą pamiętać, że pozyskanie specjalisty może stać się bardziej kosztowne. Pamiętajmy też, że znajomość indywidualnych motywacji i potrzeb pracowników, ale nie tylko tych płacowych, to ważny czynnik budowania zaangażowanych struktur i odporności na odpływ pracowników z organizacji – mówi Artur Skiba, Prezes Zarządu Antal.

Uzyskane podwyżki niższe niż oczekiwania płacowe przy zmianie pracy

Z najwyższym wzrostem wynagrodzenia – o ponad 20%  – miał do czynienia w mijającym roku co ósmy pracownik. Ponad połowa zapytanych (55%) dostała podwyżkę niższą niż jedna piąta ich pensji, a aż jedna trzecia wciąż otrzymuje płace na takim samym poziomie jak rok wcześniej. Z ubiegłorocznej edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynikało, że średnio kandydaci oczekiwali 23% wzrostu pensji w przypadku zmiany pracy. – Oczekiwany wzrost pensji u obecnego pracodawcy najczęściej jest niższy. Jeśli pracownik chce podwyżki o 20% przy zmianie pracy, a w swojej organizacji otrzyma 10%, to z pewnością jego motywacja do zmiany miejsca zatrudnienia – za ofertę już tylko 10% wyższą – znacząco spadnie – mówi Agnieszka Wójcik, Market Research Manager Antal.podwyżki

Jak wskazuje Daria Stefańska z Antal, liderami w obszarze kreowania konkurencyjnej polityki płacowej są pracodawcy z sektora SSC/BPO ze względu na panującą od kilku lat dużą konkurencję na rynku pracy. – Dynamika rynku w postaci rosnącej liczby ofert pracy ze strony wchodzących na polski rynek centrów, jak i już obecnych pracodawców, którzy rozwijają swoje struktury powoduje, że firmy często konkurują między sobą wysokością wynagrodzenia oraz bogatym pakietem socjalnym. Większość firm z sektora usług dla biznesu od lat regularnie podnosi wynagrodzenia swoim pracownikom. Pracownicy z sektora SSC/BPO mogą się spodziewać podwyżek w wysokości 5-10% w skali roku. Ponadto, pracodawcy coraz częściej konkurują świadczeniami pozapłacowymi – mówi Daria Stefańska, Manager Antal SSC/BPO.

Im mniejsza podwyżka, tym większa chęć zmiany pracy

Wysokość otrzymanej podwyżki lub jej brak wyraźnie determinuje postawy pracowników. Im wyższy wzrost pensji, tym rzadziej specjaliści lub menedżerowie aktywnie poszukują nowego zatrudnienia. Wśród osób, które nie otrzymały żadnej podwyżki, niemal połowa (45%) aktywnie dąży do zmiany miejsca pracy np. przeglądając i odpowiadając na ogłoszenie rekrutacyjne. W grupie, w której osoby otrzymały najniższą podwyżkę, odsetek ten wynosi 29%, a w grupie osób z przeciętną podwyżką – 19%.

Śmiało można postawić tezę, że wzrost wynagrodzenia bezpośrednio przekłada się na spadek rotacji dobrowolnej. Im wyższe propozycje podwyżek, tym zdecydowanie mniejsza szansa na stratę pracownika. To właśnie wśród osób, które otrzymały najwyższą podwyżkę, aktywni kandydaci stanowią jedynie 15%, przy jednocześnie wysokim odsetku osób, które w żadnym wypadku nie rozważą zmiany pracy – zwraca uwagę Agnieszka Wójcik, Market Research Manager Antal.podwyżki 2

***

  1. edycja badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” została przeprowadzona metodą CAWI w terminie 24.07-16.08 2017 roku. W badaniu wzięło udział 1040 respondentów z całej Polski. Badanie było anonimowe.

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności

Szacuje się, że na całym świecie pracuje ponad 20 milionów ochroniarzy. Ok. 110 tysięcy kwalifikowanych ochroniarzy zatrudnionych jest w Polsce. Najczęściej ochraniają biurowce i osiedla mieszkaniowe. Wartość ich usług szacowana jest w tym roku na 10,12 mld zł.* Czy firmy ochroniarskie dają poczucie bezpieczeństwa swoim kontrahentom? Nie do końca, problemy z płatnościami są tu częściej spotykane niż w innych firmach usługowych, choć kwota zaległości nie jest zbyt wysoka i wynosi niecałe 28 mln zł – wynika z danych zgromadzonych w bazach BIG InfoMonitor i BIK.

Kondycja finansowa większości firm wygląda dobrze. Wyższe koszty i wzrost cen oferowanych usług odczuły głównie małe firmy. Koszty działalności firm ochroniarskich rosną w związku z oskładkowaniem umów-zleceń i podwyżką minimalnej stawki godzinowej. To z kolei powoduje wzrost cen usług ochroniarskich. Efekt? Zapowiadany przez ekspertów dalszy wzrost wyników branży stoi pod znakiem zapytania, bo zdaniem części przedstawicieli zmiany legislacyjne zahamują rozwój. Szansą na lepsze perspektywy ma być automatyzacja ochrony, czyli inwestowanie w nowe technologie. Coraz większą popularnością cieszą się np. zautomatyzowane systemy alarmowe oraz monitoring, ale czy każdą firmę na nie stać?

9 proc. firm ochroniarskich ma długi…

Z 5 638 firm ochroniarskich**, ponad 9 proc. ma zaległe zobowiązania. Biorąc pod uwagę, że wśród firm zajmujących się usługami administrowania i działalnością wspierającą (Sekcja N PKD), problemy z terminową obsługą zobowiązań ma 4,2 proc. moralność płatnicza firm ochroniarskich wypada słabo. Z danych zgromadzonych w BIG InfoMonitor i BIK wynika, że prawie 70 proc. problemów finansowych branży stanowią niespłacane w terminie kredyty bankowe, pozostałe to przeterminowane zobowiązania pozakredytowe powstałe w wyniku nieopłaconych faktur np. za telefon lub towar. Mowa tu o zaległościach przeterminowanych o co najmniej 60 dni na kwotę min. 500 zł wobec jednego wierzyciela. W sumie łączna kwota zaległości firm ochroniarskich wynosi ponad 27,7 mln zł. Średnia zaległość pozakredytowa wynosi 22 679 zł, zaś z kredytowa 179 172 zł.

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Warto dodać, że w bazie Biura Informacji Kredytowej są też widoczne powiązania klientów indywidualnych z prowadzonymi przez nich firmami. Zaległości kredytowe konsumentów, jednocześnie prowadzących działalność gospodarczą w zakresie ochrony, wynoszą 8,85 mln zł. Dana ta ma znaczenie, biorąc pod uwagę, że ok. 60 proc. przedsiębiorców deklaruje, że łączy finanse prywatne z firmowymi.

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności 2

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

…ale czy to liczba zadłużonych firm jest tu problemem?

Według szacunków Deloitte, rynek ochrony osób i mienia w 2016 r., wzrósł w porównaniu z 2015 r. prawie 10 proc. Stało się tak pomimo zmian regulacyjnych, w tym przede wszystkim „ozusowania” umów zleceń, czego obawiano się szczególnie. Z kolei na ten rok zapowiada się wzrost o 13 proc. do 10,12 mld zł, mimo dalszego wzrostu stawek. Według Deloitte dalej rynek będzie rósł w tempie zbliżonym do wzrostu PKB, do ok. 11,4 mld zł w 2021 r. Część branży obawia się, że podwyższone koszty pracy w 2018 r. – wzrost minimalnego wynagrodzenia do poziomu 2100 zł brutto, minimalnej stawki godzinowej do 13,7 zł brutto oraz wzrost obciążeń ZUS przyhamuje rozwój. Innego zdania są przedstawiciele dużych firm. Oceniają, że wprowadzone w ostatnich dwóch latach regulacje rynku pracy nie są zagrożeniem, lecz szansą na wzrost jakości usług ochrony osób i mienia w Polsce oraz bardziej pozytywne postrzeganie branży. Eksperci przewidują też konsolidację rynku wokół największych graczy oraz  profesjonalizację i coraz silniejszy zwrot ku nowoczesnym technologiom. Obecnie w segmencie security do 6 największych graczy należy jedynie ok. 30 proc. rynku.

Dwie na trzy firm z branży są w dobrej i bardzo dobrej kondycji finansowej

Analiza finansowa firm ochroniarskich z polskiego rynku, przeprowadzona przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska, na próbie niemal 1000 podmiotów pokazuje, że blisko 66 proc. z nich jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej. W słabej sytuacji finansowej jest 13 proc. a w bardzo złej 21 proc.

Lepiej dużym, gorzej małym firmom

Zdecydowanie słabszą kondycją wykazują się firmy mikro i małe, z zatrudnieniem nieprzekraczającym kilkunastu osób. Duże podmioty z każdym rokiem zwiększają nie tylko swoje przychody, lecz także zyski. To właśnie one odpowiadają za dynamicznie rosnący rynek branży ochrony.

Kondycja finansowa firm ochroniarskich

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności 3

Źródło: Bisnode Polska

Co najczęściej chroni się w Polsce?

Jak podaje raport jednej z największych firm ochroniarskich w kraju, w Polsce najczęściej chroni się biurowce i mieszkania – na zasadzie monitoringu i kontroli dostępu. Z branż: hotele i restauracje oraz transport i logistykę – monitoring pojazdów i ochrona łańcucha dostaw. Następnie budownictwo, gdzie ochroną objęty jest obszar budowy. Poza tym finanse – konwojowanie, sektor publiczny – ochrona VIP oraz imprezy masowe.

Jakie warunki należy spełnić, żeby zostać ochroniarzem?

  1. Mieć ukończone 21 lat i zdolność do czynności prawnych
  2. Świadectwo ukończenia co najmniej gimnazjum
  3. Obywatelstwo polskie lub kraju Unii Europejskiej, Norwegii, Islandii, Lichtensteinu lub Szwajcarii
  4. Brak toczących się postępowań karnych, wpisów w rejestrze skazanych za przestępstwo umyślne
  5. Nienaganna opinię wydana przez komendanta policji
  6. Pozytywne wyniki badań lekarskich i psychologicznych
  7. Zakończony kurs lub szkolenie na kwalifikowanego pracownika ochrony fizycznej i potwierdzone kwalifikacje.

*Raport firmy Deloitte, zaprezentowany podczas Debaty Eksperckiej ISBnews i Centrum im. A. Smitha pt. „Branża ochrony w Polsce i na świecie – perspektywy, szanse, zagrożenia”, która odbyła się 19 października br. w Warszawie.

** Dane z baz CEiDG oraz KRS

Grupa Abadon Real Estate z 17,5 mln zł zysku netto po pierwszych trzech kwartałach 2017 r.

Grupa Abadon Real Estate w ciągu dziewięciu miesięcy br. wypracowała 281,1 mln zł przychodów ze sprzedaży wobec 39,0 mln zł w analogicznym okresie ub.r. Zysk z działalności operacyjnej wzrósł o ok. 250 proc r/r do poziomu 20,6 mln zł. Z kolei zysk netto wypracowany w analizowanym okresie wynosi 17,5 mln zł wobec 4,4 mln zł rok wcześniej. Ponad siedmiokrotny wzrost przychodów ze sprzedaży r/r jest efektem rozbudowywania oferty Grupy o kompetencje kolejnych spółek wykonawczych zarówno w ramach segmentu usługowego, jak i handlowego.

Grupa Abadon Real Estate, skupiając segment wykonawczy holdingu Murapol, oferuje kompleksową obsługę projektów inwestycyjnych z zakresu budownictwa mieszkaniowego, przemysłowego oraz obiektów użyteczności publicznej.

Podstawową aktywność Grupy stanowi działalność usługowa nakierowana na obsługę inwestycji nieruchomościowych realizowanych zarówno we współpracy z Grupą Murapol, jak również na zlecenie inwestorów zewnętrznych. Oferowane usługi obejmują generalne wykonawstwo, usługi architektoniczno-projektowe świadczone przez Murapol Architecture Drive Sp. z o.o, wsparcie pracowni kreatywnej, zarządzanie nieruchomościami, wykończenie mieszkań pod klucz, komercjalizację inwestycji oraz wsparcie w zakresie kadr, księgowości oraz IT. Uzupełnieniem tej oferty są usługi generalnego wykonawstwa świadczone przez grupę budowlaną AWBUD, specjalizującą się w realizowaniu inwestycji z zakresu budownictwa przemysłowego, ekologii i energetyki.

W ciągu dziewięciu miesięcy br. Grupa Abadon RE wypracowała z działalności usługowej 241,5 mln zł przychodów ze sprzedaży, co stanowi 86 proc. wpływów ze sprzedaży ogółem w analizowanym okresie.

Drugi obszar działalności Grupy Abadon RE stanowi segment handlowy oferujący obsługę projektów realizowanych w ramach segmentu usługowego oraz dostawy do klientów zewnętrznych. Działalność handlowa realizowana jest przez dystrybutora materiałów budowlanych – firmę Cross Bud Sp. z o.o. Przychody Abadon RE z tego segmentu aktywności wynoszą  93,9 mln zł, z czego ponad 50 proc. została wypracowana z obsługi klientów zewnętrznych.

– Stworzyliśmy unikatowy w skali Polski podmiot o niespotykanym dotychczas modelu biznesowy, którego  oferta jest w stanie odpowiedzieć na potrzeby najbardziej wymagających inwestorów, realizujących najbardziej wyszukane i śmiałe koncepcje inwestycji nieruchomościowych. Stale rozbudowujemy kompetencje wykonawcze o nowe obszary, tak aby zakres obsługi uwzględniał wszystkie etapu realizacji projektów budowlanych. W bieżącym roku uzupełniliśmy ofertę Abadon RE o usługi świadczone przez grupę AWBUD, wchodząc w segment budownictwa przemysłowego, ale również wykorzystując kompetencje Awbudu na naszych budowach inwestycji mieszkaniowych. Łączymy również siły w pozyskiwaniu kontraktów od inwestorów zewnętrznych. Docelowo chcemy aby udział zleceń od podmiotów spoza holdingu Murapol dominował w portfelu zamówień Grupy Abadon RE. Biorąc pod uwagę, że Murapol ma ponad milion mkw. PUM-u w przygotowaniu to jesteśmy spokojni o zajętość spółek z Grupy na najbliższe 5-6 lat.  – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Abadon Real Estate S.A.

W ciągu trzech kwartałów 2017 roku holding Murapol zlecił spółkom z Grupy Abadon Real Estate prace o wartości ponad 260 mln zł.

Grupa AWBUD: nowe zlecenia o wartości 210 mln zł pozyskane w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2017

AWBUD, wyspecjalizowana grupa budowlana notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, wypracowała w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. ponad 159 mln zł skonsolidowanych przychodów, kończąc okres rozliczeniowy z ujemnym wynikiem finansowym netto na poziomie 1,2 mln zł. Pomimo odnotowanych strat, sytuacja Grupy AWBUD jest stabilna. W ciągu trzech kwartałów br. AWBUD zawarł umowy na roboty budowlane o wartości 210 mln zł, a portfel zamówień na rok 2017 i kolejne lata kształtuje się na poziomie 290 mln zł.

Dominujący, bo blisko 84 proc., udział w strukturze przychodów Grupy AWBUD miał segment usług budowlano-montażowych, z którego tytułu Grupa uzyskała blisko 134 mln zł. W ramach tego obszaru, biorąc pod uwagę charakter realizowanych obiektów, główny udział w przychodach za pierwsze trzy kwartały 2017 roku miało budownictwo przemysłowe, z którego Grupa uzyskała ponad 68 mln zł. Ponad 50 mln zł wpływów AWBUD wypracował z realizacji zleceń dla budownictwa komercyjnego, w tym rewitalizacji, zaś z zamówień z obszaru ekologii i energetyki pochodzi dalsze ponad 13 mln zł przychodów.

Grupa AWBUD ze świadczenia usług instalacyjnych, stanowiących drugi segment jej działalności, wypracowała blisko 26 mln zł przychodów w okresie sprawozdawczym.

Ujemny wynik finansowy netto na poziomie 1,2 mln zł, uzyskany w pierwszych dziewięciu miesiącach 2017 roku, stanowi spadek wobec analogicznego okresu roku poprzedniego, w którym Grupa AWBUD wypracowała zysk netto w wysokości 2,2 mln zł. Segment usług budowlano-montażowych w pierwszych trzech kwartałach br. przyniósł Grupie dodatni wynik na poziomie 0,1 mln zł netto, zaś segment usług instalacyjnych wygenerował 1,3 mln zł straty.

Czynnikiem mającymi istotny wpływ na wynik netto, w relacji do okresu porównawczego, była niska marża brutto na kontraktach realizowanych przez spółki wchodzące w skład Grupy AWBUD, na poziomie 2,2 proc. Znacznie niższa rentowność zleceń realizowanych przez Grupę jest wynikiem trudnej sytuacji na rynku podwykonawców i rosnącymi kosztami pracowników budowlanych. Wypracowany wynik skorelowany jest również z niższą od zakładanej sprzedażą, a przez to wyższym udziałem kosztów sprzedaży i kosztów ogólnego zarządu w przychodach o ok. 1,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ub.r.

– Silna konkurencja cenowa oraz niski wskaźnik rentowności netto to główne czynniki, które wpłynęły na kondycję i wyniki całej branży budowlanej. Taka niekorzystna sytuacja motywuje nas do większej koncentracji działalności na obszarach pozwalających uzyskiwać wyższe marże oraz atrakcyjniejsze warunki płatności. Efektem tego są kolejne kontrakty jakie podpisujemy na realizacje inwestycji z zakresu budownictwa mieszkaniowego oraz komercyjnego. W bieżącym roku pozyskaliśmy sześć takich zleceń na łączną kwotę ponad 96 mln zł. – mówi Michał Wuczyński, Prezes Zarządu AWBUD S.A. – Poza niekorzystną sytuacją na rynku, istotny wpływ na wynik wypracowany w ciągu trzech kwartałów tego roku miała niższa od zakładanej sprzedaż, będąca konsekwencją niewejścia w życie umowy na realizację zlecenia dotyczącego budowy Regionalnego Zakładu Zagospodarowania Odpadów w Chabierowie, które odpowiadało za blisko 20 proc. planowanej na ten rok sprzedaży. – dodaje Michał Wuczyński.

Pomimo niższego od przewidywanego wzrostu rynku budowlanego, który spowodował dalsze nasilenie konkurencji w obszarze działalności Grupy, jej sytuacja jest stabilna. W maju br. zostało sfinalizowane przejęcie pakietu kontrolnego akcji AWBUD S.A., przez Abadon Real Estate S.A., który w efekcie ogłoszonego wezwania, w październiku br. osiągnął poziom 66 proc. w kapitale akcyjnym spółki. Nowy większościowy akcjonariusz wspiera grupę AWBUD zarówno finansowo w formie udzielonych pożyczek, jak i w procesie reorganizacji. Efektem zacieśnienia współpracy z holdingiem Murapol jest również wchodzenie grupy AWBUD ma budowy inwestycji holdingu, jak i współpraca w pozyskiwaniu zewnętrznych kontraktów.

W okresie trzech kwartałów 2017 roku Grupa AWBUD realizowała prace w kilkunastu inwestycjach, które obejmowały następujące obszary: budownictwo przemysłowe (m.in. dla ZGH Bolesław S.A., Lafarge Cement S.A., Tymbark MWS Sp. z o.o. Sp. K.), budownictwo komercyjne (m.in. P.A. Nova S.A., Hosso Gubin H2 Sp. z o.o., DL Project Management S.A.), prace instalacyjne (m.in. dla Polimex Mostostal S.A., Polimex Opole Sp. z o.o., GE Power Sp. z o.o.) oraz prace żelbetowe (m.in. dla Partner S.A., Cavatina Sp. z o.o.). Klientami Grupy w systemie generalnego wykonawstwa były takie podmioty jak: Medico- Investment Sp. z o.o. we Wrocławiu, Konsorcjum Stali S.A. w Zawierciu oraz Biuro Inwestycji Kapitałowych Sosnowiec 2 Sp. z o.o.

Stopień zaangażowania w sprawę

OPEC i sojusznicy kartelu spotykają się dziś w Wiedniu i mają podjąć decyzję o przedłużeniu porozumienia o cięciach w wydobyciu o kolejne 9 miesięcy. Tak przynajmniej zakłada rynek, który przez ostatnie dwa miesiące pompował ceny ropy naftowej. Decyzja będzie wydarzeniem dnia, a oprócz niej mamy inflację z Niemiec, USA i Polski oraz szczegóły dynamiki PKB z Polski.

Obecne porozumienie producentów ropy naftowej do końca marca 2018 r. i przewiduje ścięcie realizowanego wydobycia o 1,8 mln baryłek/dzień. Celem ograniczeń jest obniżenie globalnej nadpodaży ropy naftowej do 5-letniej średniej, jednak po roku obowiązywania paktu, państwa-sygnatariusze są w połowie drogi. Arabia Saudyjska silnie lobbuje, by stosowne deklaracje o wydłużeniu porozumienia do końca 2018 r. zostały podjęte jak najszybciej. Drugi ważny gracz, Rosja, skłania się ku takim postanowieniom, choć w ostatnich dniach nie brakowało spekulacji, że możemy otrzymać przedłużenie o 9 miesięcy, ale z rewizją sytuacji po pierwszych trzech miesiącach, co równie dobrze może oznaczać uwolnienie produkcji od lipca 2018 r. Nie na to pisali się inwestorzy, którzy w ostatnich tygodniach napędzali zwyżki ropy. Według danych o pozycjach spekulacyjnych, od połowy września przewaga zleceń kupna zwiększyła się o 27% w przypadku Brent i aż o 141 proc. w przypadku WTI. Takie wyraźne spozycjonowanie rynku w jedną stronę grozi gwałtowną wyprzedażą w przypadku, gdyby OPEC i reszta nie spełnili oczekiwań. A nawet w przypadku „czystego” przedłużenia o 9 miesięcy nie można wykluczyć, że rynek „sprzeda fakty” i spienięży długie pozycje. W efekcie widzimy podwyższone ryzyko, że niezależnie do wyniku szczytu OPEC, spadki cen ropy są bardziej prawdopodobne.

Na FX handel jest sterowany przez indywidualne powody. Przede wszystkim gwiazda GBP świeci najmocniej, gdyż inwestorzy wyceniają coraz większy optymizm w stosunku negocjacji Brexitu. Jeszcze kilka tygodni temu wszystkim wydawało się, że rozwód z UE będzie tragiczny, więc teraz jest sporo kapitału, który ponownie chce wskoczyć do pociągu z kursem na silnego funta. EUR/GBP jest najbardziej oblegany i odbija się na kondycji EUR/USD. Koniec miesiąca przynosi też odrobinę szaleństwa w postaci rajdu rentowności obligacji: najpierw w Wielkiej Brytanii (łagodny Brexit to większe szanse na podwyżki stóp procentowych Banku Anglii), a za nim w USA, Europie. Pozostawiony w cieniu jest JPY, a wraz z zignorowaniem tematu Korei Północnej wymazane zostały nadzieje na spadki USD/JPY, które rodziły się na początku tygodnia. Szaleństwo dotyczy też AUD/NZD, gdzie aspiracje na głębsze spadki dziś w nocy zostały zmiażdżone przez mix dobrych danych z Australii (pozwolenia na budowę) i rozczarowujących z Nowej Zelandii (indeks zaufania biznesu).

Szaleństwo końca miesiąca plus szczyt OPEC nakazują czujność. Dziś w kalendarzu inflacja HICP z Eurolandu i wczorajsze odczyty z Niemiec dają nadzieję na pozytywne zaskoczenia, choć może to nie wystarczyć, by wesprzeć EUR. USD będzie miał swój raport o inflacji (PCE Core), ale wyczekiwanie na głosowanie ustawy podatkowej w Senacie USA jest na pierwszym planie. Z Polski otrzymamy dane o PKB za III kw. i wstępny odczyt listopadowej inflacji CPI. Szybki szacunek PKB zaskoczył w górę na 4,7 proc., ale dopiero teraz poznamy dane o komponentach. Słaba dynamika w inwestycjach prywatnych może być łyżką dziegciu, ale nie stanowi to zagrożenia dla złotego. CPI prawdopodobnie przyspieszył do 2,3 proc. na wzroście cen paliw – żaden to argument dla RPP. Od jakości zewnętrznego sentymentu rynkowego zależeć będzie, czy EUR/PLN złamie na dobre 4,20. Wczoraj się to nie udało.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy mogą, ale jednak nie naliczają dłużnikom dodatkowej kary za opóźnienia, bo im się to nie opłaca

Zgodnie z art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 2013 roku o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, przedsiębiorcy mogą żądać równowartości 40 euro za opóźnienie w płatności choćby o jeden dzień. Kara jest niezależna od odsetek za zwłokę i innych sankcji. Jednak w praktyce firmy niezwykle rzadko po nią sięgają. Jak zauważa dr Marcin Radwan-Röhrenschef, wierzyciele walczą w ten sposób tylko z istotnymi opóźnieniami w zapłacie, w incydentalnej wymianie towarowej, a także w relatywnie drobnym obrocie. Zwykle nie chcą narażać się na pogorszenie relacji biznesowych czy nawet posądzenie o nadużycie prawa w przypadku drobnych kwot.

Przedsiębiorcy masowo nie korzystają z uprawnienia do żądania taksy, przewidzianej w przepisach o terminach zapłaty za transakcje handlowe. W ocenie eksperta z Kancelarii Rö Radwan-Röhrenschef Petruczenko Piechota, część z nich może oczywiście nie wiedzieć o tej możliwości. I jak dodaje, ta sytuacja głównie wynika z tego, że w razie sporu sądowego mogą oni uzyskać większe zadośćuczynienie. Koszty wynagrodzenia pełnomocnika, już przy wartości przedmiotu sporu powyżej 500 zł, nawet w postępowaniu nakazowym, wynoszą 180 zł, czyli więcej, niż równowartość 40 euro. Tymczasem, w doktrynie i w orzecznictwie wskazuje się, że można dochodzić tej kwoty tylko wtedy, gdy strona wykaże, że podjęła jakiekolwiek czynności, zmierzające w zakresie odzyskania długu. Dla przykładu, wysłała wezwanie przedsądowe do zapłaty lub złożyła wniosek o zawezwanie do próby ugodowej.

– Należy pamiętać o tym, że nie jest to kwota automatycznie doliczana do należności z transakcji handlowej. Dotyczy tylko rekompensaty kosztów, związanych z dochodzeniem wierzytelności przy opóźnieniu płatności, czyli m.in. wezwań do zapłaty i zaangażowania prawnika. Może to być zatem mechanizm dyscyplinujący raczej w przypadku relacji incydentalnych i drobnych faktur. Wtedy 40 euro rzeczywiście będzie adekwatne do wysokości dochodzonego roszczenia i do realnie poniesionych wydatków na odzyskiwanie długu – mówi dr Marcin Radwan-Röhrenschef.

Z drugiej strony, ekspert zaznacza, że przy umowach ramowych możemy naliczyć 40 euro nie tyle od każdej faktury, ile od wszystkich świadczeń, które są zdefiniowane w konkretnych zapisach. Liczy się konstrukcja umowna i to, jak zostały określone terminy płatności. Jeżeli umowa definiuje świadczenia jako poszczególne zamówienia, to wtedy faktycznie będziemy mogli dochodzić rekompensaty od każdej wartości zamówienia przy opóźnieniu w płatności. Wówczas kwota dochodzonego roszczenia może wynosić w sumie nawet kilka milionów złotych.

– Warto przywołać wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z dnia 12 maja 2017, o sygn. IX GC 1174/16. Powód walczył o należności z 229 faktur. Według Sądu, nie było to nadużyciem prawa podmiotowego. Pozwany nie opłacił swojego zobowiązania na czas. Natomiast poszkodowany próbował rozwiązać spór polubownie. Ponadto, jako profesjonalny uczestnik obrotu gospodarczego, reprezentowany przez pełnomocnika, niewątpliwie poniósł koszty windykacyjne. Wobec powyższego, jeśli świadczenia są objęte jedną umową i z nich wynika ilość wystawionych faktur, to można naliczyć 40 euro od każdej z nich – zapewnia ekspert.

Naliczanie kary jest możliwe od pierwszego dnia po upływie terminu zapłaty, niezależnie od wysokości roszczenia. Kwota należności głównej może być nawet niższa, niż 40 euro. Ale, jeśli koszty jej odzyskania przekraczają wysokość stałej rekompensaty, wierzyciel ma prawo wystąpić na drogę sądową. Wtedy będzie mógł uzyskać zwrot poniesionych wydatków. Ekspert powołuje się przy tym na wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 12 maja 2016 roku, o sygn. I ACa 110/16. Zgodnie z art. 10 ust. 1 ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, orzeczono, że bez wezwania wierzyciel jest uprawniony do żądania od dłużnika wyłącznie 40 euro. Art. 10 ust. 2 nie zwalnia z obowiązku wezwania zadłużonego do spełnienia świadczenia. Jeśli więc koszty windykacyjne przekroczą 40 euro, to jest on zobowiązany wezwać dłużnika do zapłaty, na podstawie art. 455 kodeku cywilnego.

– Co do zasady, wierzyciel może dochodzić rekompensaty od każdej zdefiniowanej, niezapłaconej transakcji handlowej. Przedsiębiorca ma do tego pełne prawo, dopóki nie nastąpi przedawnienie roszczenia. Jest to typowe świadczenie uboczne, więc będzie traciło na ważności w terminach przewidzianych dla należności głównej. Ten czas będzie oczywiście zależał od rodzaju transakcji. Zwykle to są 2-3 lata. Ale nawet, jeżeli dłużnik ureguluje zobowiązanie po okresie przedawnienia, to 40 euro również powinno zostać zapłacone – tłumaczy dr Radwan-Röhrenschef.

Jednak egzekwowanie tej kwoty w pewnych wypadkach tak, jak korzystanie z każdego uprawnienia, może być traktowane jako szykana. Ekspert traktowałby w taki sposób sytuację, w której żądanie zostało wystosowane w dzień po upływie terminu, dotyczy kwoty bardzo niskiej, np. 50 groszy, a świadczenie zostało niezwłocznie spełnione. W tym momencie rzeczywiście można uznać, że doszło do nadużycia prawa, w rozumieniu art. 5 KC. Tak też widzą to sędziowie, o czym może świadczyć Wyrok Sądu Okręgowego w Rzeszowie z dnia 24 listopada 2016 roku, o sygn. VI Ga 346/16.

Sygnał do przeceny polskich obligacji skarbowych może nadejść z rynków bazowych

Na krajowym rynku stopy procentowej cały czas obserwować można stabilizację notowań. Z jednej strony publikowane dane makroekonomiczne zwiększają oczekiwania na podwyżki stóp w Polsce, z drugiej jednak strony aprecjacja złotego nieco te oczekiwania może chłodzić. Do tego cały czas rynek długu odczuwa pozytywny wpływ niskiej podaży obligacji skarbowych.

Póki co brakuje zatem impulsu, który miałby wybić rynek z tej stabilizacji. Bardzo ciekawie zapowiada się w tym kontekście czwartkowa sesja. Potencjalną przecenę polskich aktywów mogłaby wywołać publikacja danych nt. inflacji w listopadzie (możliwy wzrost inflacji w okolice 2,3-2,4% r/r z 2,1% w październiku). Z kolei informacja o podaży obligacji skarbowych (prawdopodobny jeden przetarg zamiany w grudniu o wartości ok. 6-7 mld PLN) powinna być neutralna dla rynku, podobnie jak druga publikacja wskaźnika PKB. Chociaż istnieje ryzyko lekkiej korekty wstępnego odczytu PKB z 4,7% r/r w górę, to jednak trudno oczekiwać, aby w III kw. 2017 r. doszło do wyraźniejszego odbicia w inwestycjach (dynamika wzrostu w okolicach 5% będzie wyzwaniem), co miałoby istotniejsze znaczenie dla rynku. Reasumując, dane nie powinny drastycznie zmienić notowań na rynku stopy procentowej, ale widać asymetryczne ryzyko, że pobudzą one wzrost rentowności, szczególnie w przypadku drogich już, krótkoterminowych obligacji skarbowych.

Może się okazać, że wspomniany bilans ryzyk najszybciej zmieni nieoczekiwanie sytuacja na rynkach bazowych. W ciągu ostatniego miesiąca rentowności Bundów stabilizowały się w bardzo wąskim przedziale wahań (skala zmian nie przekraczała 5 pb.). Mimo, że w świetle zbliżającej się zmiany polityki pieniężnej EBC trudno spodziewać się spadku rentowności obligacji, to jednak z drugiej strony nie widać było dotychczas impulsu do ich wzrostu. Podczas środowej sesji taki impuls, być może jedynie krótkoterminowy, dała publikacja nieco wyższych od prognoz rynkowych danych nt. inflacji w Niemczech (ceny konsumpcyjne mierzone wskaźnikiem CPI wzrosły w listopadzie o 1,8% r/r wobec szacowanych 1,7%), co doprowadziło do wyraźniej przeceny papierów skarbowych w Europie. Również w kierunku wzrostu rentowności oddziaływać mogła publikacja danych z USA, gdzie PKB (druga publikacja) wzrósł w III kw. 2017 r. o 3,3% r/r wobec wcześniej podawanych 3,0% (m.in. dzięki silniejszym inwestycjom). W efekcie środowa sesja na globalnym rynku stopy procentowej przyniosła wyraźny wzrost rentowności obligacji.

W najbliższych tygodniach dodatkowym czynnikiem, który mógłby pobudzić dalszy wzrost rentowności w USA, a pośrednio i na świecie, byłoby zatwierdzenie przez Kongres pakietu zmian podatkowych proponowanych przez prezydenta USA D. Trumpa. Mimo licznych sprzeciwów Izba Reprezentantów już zagłosowała „za”, podobnie jak komisja senacka (potrzebna jest jeszcze akceptacja Senatu). Wydaje się, że ostatecznie zmiany systemu podatkowego wejdą w życia, a kwestią sporną pozostaną jedynie niektóre rozwiązania i zapisy. Taka informacja oddziaływałaby globalnie na wzrost krzywych dochodowości.Sygnał do przeceny polskich obligacji skarbowych może nadejść z rynków bazowych

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Strategia dla polskiego pielęgniarstwa ma być gotowa do końca roku

Ministerstwo Zdrowia wraz z organizacjami zawodowymi podjęło działania, których celem jest wypracowanie strategii poprawiającej sytuację pielęgniarek i położnych w PolsceW składzie zespołu powołanego do jej realizacji znaleźli się przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia oraz Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Strategia zakłada wprowadzenie szeregu rozwiązań wspierających rozwój pielęgniarstwa, jak i poszczególnych jego dziedzin, rozpoczynając od etapu edukacji. Jednym z jej punktów będzie zwiększenie dotacji dla uczelni kształcących na kierunku pielęgniarstwo i położnictwo w celu wsparcia rekrutacji na te kierunki. Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych od lat włącza się w działania, których zadaniem jest promocja zawodu i poprawa warunków jego wykonywania.

– Mając na względzie drastyczne prognozy zawarte w raporcie opracowanym przez Naczelną Radę Pielęgniarek i Położnych, według których w 2020 r. w Polsce zabraknie pielęgniarek i położnych, rozpoczęcie działań zapobiegawczych jest sprawą konieczną i bardzo pilną. Praca nad strategią dla zawodu pielęgniarki i położnej to niezwykła odpowiedzialność oraz szansa, która może wpłynąć zarówno na sytuację personelu medycznego, jak i pacjentów  powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – Zespół został powołany przez Ministra Zdrowia Konstantego Radzwiłła, a przewodniczy mu Wiceminister Szurek-Żelazko. Zakres prac obejmuje pięć obszarów. Pierwszym jest kształcenie przed- i podyplomowe pielęgniarek i położnych – dziś jedynie 46,7% absolwentów studiów pielęgniarskich i położniczych ubiega się o prawo wykonywania zawodu, a około 30% podejmuje pracę w zawodzie. Jednym z naszych założeń jest ogólna poprawa jakości kształcenia podyplomowego. Kolejnym zagadnieniem jest zawód pomocniczy pielęgniarek – czyli opiekun medyczny, który może przejąć mniej wymagające obowiązki. Zapewniłoby to wsparcie zarówno dla pielęgniarek, jak i dla pacjentów. Ważne jest również ustalenie norm zatrudnienia, innowacyjność i nowe technologie w zawodzie, a także badania kliniczne i naukowe w pielęgniarstwie. Oprócz tego zespół zajmuje się kwestią prestiżu zawodu pielęgniarki i położnej, a także warunkami pracy oraz wynagrodzenia. Minister Zdrowia przedłużył termin prac zespołu do końca 2017 roku – dodała Zofia Małas.

Zaawansowana analityka napędza rozwój cyfrowej gospodarki. Pozwala prześcignąć konkurencję i tworzyć nowe modele biznesowe

Zaawansowana analityka napędza rozwój cyfrowej gospodarki. Pozwala prześcignąć konkurencję i tworzyć nowe modele biznesowe 2

Firmy coraz powszechniej korzystają z analizy danych i rozwiązań klasy big data, aby prześcignąć konkurencję i tworzyć nowe modele biznesowe. Segment ten rozwija się w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT, a biznes w coraz większym stopniu dostrzega korzyści związane z analizą danych – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie SAS, globalnego dostawcy analityki biznesowej. Wykorzystanie danych decyduje dziś o bezpieczeństwie i konkurencyjności przedsiębiorstw oraz satysfakcji ich klientów. Może też zapewnić gospodarce miliardowe wpływy.

Zdaniem ekspertów najważniejszymi czynnikami wpływającymi na wzrost wolumenu dostępnych danych są sieci społecznościowe oraz inteligentne urządzenia. Ich produkcja i popularyzacja tworzy zupełnie nowy ekosystem niespotykanych dotąd ilości danych, które mają istotne znaczenie dla biznesu. Ich skuteczne przetwarzanie i wykorzystywanie w procesach podejmowania decyzji, pozwalających np. na ograniczanie nieplanowanych przestojów maszyn i urządzeń, umożliwia  oferowanie i dostarczanie nowych usług o dużo większej wartości biznesowej.

– To wszystko zasila cyfrową gospodarkę. Czyli jeżeli zgodzimy się, że big data jest paliwem cyfrowej gospodarki, to możemy powiedzieć, że analityka to silnik, który będzie ją napędzał. Dzieje się tak dlatego, że potrzebujemy tego silnika analitycznego do odkodowania potencjału wszystkich gromadzonych danych. Tak będzie wyglądała przyszłość – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Amir Sohrabi, dyrektor operacyjny SAS na Europę Wschodnią i Bliski Wschód podczas listopadowej konferencji SAS Forum Polska 2017.

Zmieniająca się rola analityki biznesowej daje możliwość określenia na nowo rozwiązań odpowiedzialnych w firmach za gromadzenie, przetwarzanie i analizę danych. Zmienia się także podejście do strategii budowania samych rozwiązań. Popularyzacja korzystania z chmur obliczeniowych, wykorzystywania nowoczesnych algorytmów i sztucznej inteligencji zmusza organizacje do poszukiwania nowych rozwiązań i pozyskiwania nowej klasy pracowników – specjalistów data science.

Dyrektor operacyjny SAS na Europę Wschodnią i Bliski Wschód podkreśla, że kluczem do sukcesu w cyfrowych czasach jest umiejętność właściwego wyboru partnera w kreowaniu przewag konkurencyjnych przy pomocy  narzędzi analitycznych.

– Organizacje i firmy będą musiały pracować z tymi, którzy posiadają ekspercką wiedzę w domenie analityki. Ona jest sercem cyfrowej transformacji i to tu właśnie SAS wnosi najwięcej doświadczeń. Jesteśmy w tym biznesie od 40 lat – w zaawansowanej analityce, sztucznej inteligencji, przemysłowych zastosowaniach uczenia maszynowego. To nasze DNA, tym się zajmujemy – mówi Amir Sohrabi.

Zdaniem eksperta SAS rosnący popyt na specjalistów do zaawansowanej analizy danych nie jest zaskoczeniem. Jego zdaniem w tym aspekcie nie należy spodziewać się rewolucji w najbliższym czasie. Zaznacza jednak, że należy przygotować się do wsparcia gospodarki w transformacji.

– Zajmujemy się rozwojem talentów od ponad 40 lat, nasz etos i korzenie wywodzą się ze szkolnictwa wyższego. Ponieważ nie chodzi tylko o tworzenie technologii – chodzi o zapewnienie, że będą dostępni ludzie umiejący skutecznie ją wykorzystać. I to jest coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy. Jestem dumny, że tak wiele uniwersytetów i uczelni wyższych, szczególnie w Polsce, używa oprogramowania SAS do nauczania i rozwijania kompetencji swoich studentów. To pomaga napędzać ten typ innowacyjności, który jest krytyczny dla cyfrowej gospodarki. – mówi Amir Sohrabi

Globalna firma badawcza IDC szacuje, że w 2020 r. wydatki przedsiębiorstw związane z implementacją uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji wyniosą już 47 mld dolarów, co oznacza pięciokrotny wzrost w porównaniu z rokiem 2016. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez SAS, z których wynika, że tę technologię wykorzystuje już blisko co trzecie przedsiębiorstwo, a kolejne 30 proc. planuje w ciągu najbliższych kilku lat wykorzystać uczenie maszynowe (na przykład w projektach związanych z cyberbezpieczeństwem).

Dyrektor operacyjny SAS na Europę Wschodnią i Bliski Wschód zaznacza, że SAS jest gotowy do współpracy z biznesem i administracją publiczną w cyfrowej technologii i jej procesach.

– Dlaczego SAS? To kombinacja technologii którą stworzyliśmy, 40 lat aktywnej obecności na rynku i faktu, że opiekujemy się naszymi klientami oraz rozwijamy kadry i kompetencje dla kolejnych etapów rozwoju cyfrowej gospodarki – mówi Amir Sohrabi.

Wpływ analityki na rozwój gospodarki, big data, uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja i Internet rzeczy – czyli główne trendy napędzające cyfrową transformację biznesu – były głównym tematem zakończonej w Warszawie konferencji SAS Forum Polska 2017. To jedno z najważniejszych spotkań praktyków i użytkowników analityki biznesowej w Polsce, które rokrocznie przyciąga około tysiąca ekspertów z kraju i całego świata.

Oszczędzanie na emeryturę może obniżyć podatek. Za 2017 rok ulga sięgnie 1,6 tys. zł

Oszczędzanie na emeryturę może obniżyć podatek. Za 2017 rok ulga sięgnie 1,6 tys. zł 3

Wpłaty na IKZE dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania, dzięki czemu do zapłaty będziemy mieć niższy podatek. Podstawę rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat. Przy założeniu maksymalnej wpłaty na IKZE odliczenie w tym roku może wynieść ponad 1,6 tys. zł przy dochodach opodatkowanych według 32-proc. stawki PIT.

– Ważnym elementem oszczędzania na indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego jest możliwość odliczenia wpłat od podstawy opodatkowania. W praktyce oznacza to, że kwoty wpłacone na IKZE będą pomniejszały nasz dochód. Odliczenia mogą dokonać osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci, bo emerytury również są opodatkowane – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, manager ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

IKZE, czyli indywidualne konta zabezpieczenie emerytalnego, to wprowadzona pięć lat temu forma oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Limit wpłat na IKZE jest ustalany co roku na podstawie prognozy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. W tym roku wynosi 5115,60 zł.

– Limit zmienia się rok do roku. Jest to kwota odpowiadająca 1,2-krotności średniego prognozowanego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce krajowej, określanego na dany rok w ustawie budżetowej. W 2017 roku limit wpłat na IKZE wynosi 5115,60 zł. Wiemy już, że w przyszłym roku będzie o 200 złotych wyższy i sięgnie 5331,60 zł – mówi Łukasz Tymoszuk.

Wpłaty na IKZE dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania, co przełoży się na mniejszy podatek. Odpis należy uwzględnić w rocznym rozliczeniu podatkowym PIT. Podstawą rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat na IKZE, które zawierają dane identyfikacyjne płatnika.

– Składając zeznanie podatkowe, należy pamiętać o załączeniu odpowiedniego formularza informującego o ulgach. Jest to tak zwany PIT-0. Wpisujemy tam w odpowiednie pole wysokość wpłat dokonanych na IKZE – przypomina Łukasz Tymoszuk.

Wysokość odliczenia jest uzależniona od progu podatkowego. Przy założeniu maksymalnej wpłaty na IKZE odliczenie za 2017 rok może sięgnąć nawet 1637 zł przy dochodach opodatkowanych według 32-proc. stawki PIT. Korzyści są jednak znaczące nawet wtedy, kiedy posiadacz IKZE co miesiąc oszczędza na koncie niewielką kwotę, na przykład 300 zł.

– Wpłacając 300 złotych miesięcznie w ramach IKZE, w ciągu roku odłożymy łącznie 3,6 tys. zł. O tyle możemy pomniejszyć nasz dochód, a ulga podatkowa w tym przypadku wyniesie 648 zł – mówi Łukasz Tymoszuk.

Oszczędności odkładane w ramach IKZE nie są obciążone podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od zysków kapitałowych. Jednak w tym celu muszą pozostawać na koncie właściciela do osiągnięcia przez niego 65 roku życia. Pieniądze można wypłacić wcześniej (w tym celu trzeba złożyć odpowiedni wniosek), ale wówczas zostanie potrącony 10 proc. ryczałtowy podatek od wypłaconej kwoty. Po ukończeniu 65 roku życia pieniądze zgromadzone na koncie można wypłacić jednorazowo bądź w ratach. Wypłata środków oznacza automatyczną likwidację konta.

IKZE działają podobnie jak indywidualne konta emerytalne (IKE), które nie dają jednak prawa do odliczenia. Środki zgromadzone w IKZE są dziedziczne, a takie konto można założyć w jednym z kilkudziesięciu banków, domów maklerskich, towarzystw ubezpieczeniowych i towarzystw funduszy inwestycyjnych, które mają ten produkt w swojej ofercie. Warunkiem jest ukończenie 16 roku życia.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec I połowy 2017 roku liczba IKZE przekroczyła 664 tys. (wzrost z z blisko 614 tys.), a oszczędności na nich gromadzone wyniosły 1,3 mld zł. To wzrost po blisko 74 proc. w ujęciu rocznym. Z kolei środki zgromadzone na IKE to 7,5 mld zł, o jedną czwartą wyższe niż po I połowie 2016 roku. KNF podaje, że liczba otwartych IKE wyniosła 932,5 tys.

Polacy kupują coraz większe mieszkania. Stają się wymagającymi klientami na rynku nieruchomości

Polacy kupują coraz większe mieszkania. Stają się wymagającymi klientami na rynku nieruchomości 4

Trzypokojowe mieszkanie o powierzchni 54 mkw. za niecałe 250 tys. zł – takie lokale w ubiegłym roku najszybciej znajdowały nabywców. Kawalerki interesują z kolei wąskie grono klientów, którzy inwestują w nieruchomości na wynajem bądź szukają swojego pierwszego, niewielkiego M. W obu przypadkach nabywcy zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację, miejsce postojowe i balkon. Klienci na powrót szukają też zamkniętych osiedli, które zwiększają poczucie bezpieczeństwa.

Największy popyt na rynku dotyczy mieszkań 2- i 3-pokojowych, w metrażu mieszczącym się w granicach 40–60 mkw. Mniejsze mieszkania kupują głównie osoby młode na swoje pierwsze lokum oraz inwestorzy pod kątem wynajmu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Stradomska, manager do spraw szkoleń i marketingu w sieci RE/MAX Polska.

Potwierdzają to analizy Open Finance oparte na danych Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ubiegłym roku mieszkania trzypokojowe stanowiły 41 proc. wszystkich sprzedanych lokali. Przeciętnie takie mieszkanie liczyło około 54 mkw. i kosztowało ok. 249 tys. zł. Dwupokojowe lokale odpowiadały za jedną trzecią (35 proc.) transakcji.

Jak wyliczyli analitycy, tylko 6 proc. lokali sprzedanych w ubiegłym roku stanowiły kawalerki. Niewielkie mieszkania cieszą się przede wszystkim zainteresowaniem osób młodych, które kupują swoje pierwsze mieszkanie, oraz inwestorów, którzy – zniechęceni niskim oprocentowaniem lokat – lokują kapitał w nieruchomościach na wynajem. Większe mieszkania, co najmniej 4-pokojowe, stanowiły w ubiegłym roku 18 proc. wszystkich transakcji na rynku mieszkaniowym.

Co ciekawe, na rynku coraz większym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć mieszkania większe, ponad 70-metrowe. Takie mieszkania muszą mieć duże tarasy albo loggie. Stanowią one pewną alternatywę dla osób, które myślą o domu pod miastem. Dziś ludzie coraz mniej chcą się przemieszczać, wolą ten czas przeznaczyć na rodzinę, hobby, wypoczynek po pracy. Zamiast wybierać dom pod miastem wybierają bardziej komfortowe mieszkanie bliżej centrum – mówi Agata Stradomska.

Ponieważ zarówno popyt, jak i podaż utrzymują się na wysokim poziomie, nabywcy mogą znaleźć mieszkanie ściśle dopasowane do swoich oczekiwań. Podstawowym wymogiem jest lokalizacja. Większość klientów jest również zainteresowana lokalami, które mają własny balkon lub loggię.

To takie płuca mieszkania, gdzie można spędzić wolny czas czy rozwiesić pranie. Nabywcy preferują też mieszkania w blokach z windami. Wiele osób jest też zainteresowanych osobną lub chociaż częściowo odgrodzoną kuchnią. Powszechna moda na gotowanie sprawiła, że nie chcemy już mieć kuchni w salonie i chcielibyśmy mieć możliwość eksperymentów kulinarnych – mówi Agata Stradomska.

Ekspertka zauważa, że dla nabywców mieszkań coraz istotniejsze jest również bezpieczeństwo. Stąd popyt na lokale w zamkniętych, monitorowanych osiedlach z ograniczonym dostępem i własną, wewnętrzną ofertą handlowo-usługową.

W nowych mieszkaniach place zabaw czy centra fitness w obrębie budynku są coraz częstsze. To też ważna rzecz dla nabywców. Kolejna ważna rzecz to miejsce postojowe. W miastach, gdzie przemieszczamy się głównie samochodami, jedno auto przestaje być standardem w rodzinie. W przypadku mieszkań nowych jest możliwość zakupienia jednego lub dwóch miejsc postojowych w ramach danego budynku. Gdy kupujemy mieszkanie na rynku wtórnym w blokach z lat 70. czy 80., gdzie nie były przewidziane rozwiązania garażowe, trudniej jest o znalezienie większej liczby miejsc do parkowania – mówi Agata Stradomska.

W przypadku mieszkań z rynku pierwotnego nabywcom łatwiej jest znaleźć wymarzone mieszkanie lub dostosować do własnych potrzeb. W przypadku rynku wtórnego i starszego budownictwa taki remont jest zwykle albo niemożliwy, albo nieopłacalny.

– Wymagania nabywców nieruchomości rosną, trochę za sprawą deweloperów, którzy udostępniają różne możliwości zakupu mieszkań. Oferta jest bardzo duża – można sobie wybrać zarówno rozkład pomieszczeń, jak i strony świata. Większe wymagania są wszędzie tam, gdzie jest rynek pierwotny. W przypadku, kiedy jest okolica, która opiera się głównie o rynek wtórny i starsze mieszkania, trudno być bardzo wymagającym, bo moglibyśmy po prostu nigdy nie znaleźć wymarzonego mieszkania – podsumowuje ekspertka sieci RE/MAX Polska.

Biżuteria przestaje być postrzegana wyłącznie jako ozdoba. Ręcznie wykonane wyroby jubilerskie ze złota lub brylantów na celowniku inwestorów

Biżuteria przestaje być postrzegana wyłącznie jako ozdoba. Ręcznie wykonane wyroby jubilerskie ze złota lub brylantów na celowniku inwestorów 5

Jak wynika z prognoz do 2020 roku wartość światowego rynku jubilerskiego ma wzrosnąć do 250 mld euro, podczas gdy w 2015 roku wynosiła 150 mld euro. Biżuteria to jednak nie tylko ozdoba, lecz także coraz częściej sposób na lokatę kapitału. Najbardziej opłacalne są inwestycje w złoto, którego cena w Polsce wzrosła o 100 proc. w ciągu 10 lat, oraz brylanty i kamienie szlachetne. Zdaniem ekspertów warto kupować przede wszystkim rękodzielnicze wyroby o unikatowym sposobie wykonania.

Przemysł jubilerski w Europie i Stanach Zjednoczonych rozwija się bardzo dynamicznie i zdaniem analityków trend ten utrzyma się również w nadchodzących latach. W 2015 roku wartość światowego rynku biżuteryjnego wynosiła blisko 150 mld euro, a według prognoz firmy analitycznej McKinsey do 2020 roku ma wzrosnąć do 250 mld euro. W dobrej sytuacji jest także rynek polski, którego wartość rośnie średnio o 13 proc. rocznie.

Biżuteria przestaje być postrzegana wyłącznie jako ozdoba i coraz częściej interesują się nią inwestorzy.

– Atrakcyjność inwestycji w brylanty czy biżuterię jest zależna od niuansów i specyfiki danego produktu. W samych brylantach, w przeciwieństwie do złota, nie kupujemy gramów, ale indywidualne sztuki. W wyrobach jest tak samo – to tak jak na rynku sztuki. Zwroty również mogą być zarówno bardzo wysokie, jak i niskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Majsterek, doradca strategiczny Domu Jubilerskiego A&A.

Z danych Domu Jubilerskiego A&A wynika, że cena złota w ciągu ostatnich 10 lat wzrosła w Polsce o ponad 100 proc. Wartość brylantów tak w Polsce jak i na świecie pozostaje na stabilnym poziomie i według prognoz nie spadnie drastycznie w najbliższych latach. Może jednak podlegać wahaniom wynikającym z sezonowych trendów w modzie oraz sytuacji ekonomicznej na świecie. Według danych marki DeBeers wartość światowego rynku biżuterii brylantowej wynosiła w 2016 roku 80 mld dol. Na cenę wyrobów jubilerskich oprócz wartości komponentów, a więc kruszcu i kamieni szlachetnych, mają wpływ także takie czynniki jak ich unikatowość, precyzja wykonania, stopień wykorzystania pracy rąk ludzkich.

– Jeśli rękodzieło stworzyło coś nietypowego, pięknego, to ta rzecz będzie zyskiwać na wartości, będzie ją coraz trudniej powtórzyć. Widzimy takie przykłady na rynku. Stąd wielu Polaków, klientów domu jubilerskiego A&A, szuka bardzo nietypowych rzeczy, których wartość będzie wzrastać w przyszłości – mówi Artur Majsterek.

Jak podaje Dom Jubilerski A&A, koszt produkcji wysokiej jakości ręcznej biżuterii w ciągu ostatnich dziesięciu latach zwiększył się o ponad 100 proc., głównie ze względu na wzrost wynagrodzeń oraz mniejszą podaż doświadczonych jubilerów. W przypadku biżuterii masowej, dostępnej w popularnych sieciach salonów jubilerskich, koszt robocizny wzrasta przede wszystkim wraz ze zwiększającą się ceną kruszców. Zdaniem ekspertów w najbliższych latach na rynku jubilerskim będzie zachodzić wyraźna polaryzacja na segment biżuterii premium oraz segment quick fashion.

– Trendy na rynku biżuterii i brylantów są ciekawe. Nadchodzi pokolenie millenialsów, które patrzy na biżuterię trochę inaczej. Wiemy, jak ważny dla tego pokolenia jest wizerunek i pokazywanie się często w unikatowych rzeczach – mówi Artur Majsterek.

Oryginalnych, niepowtarzalnych precjozów poszukują również kobiety, które coraz śmielej inwestują na rynku jubilerskim. Ciekawym produktem dla inwestorów mogą być nie tylko takie kruszce i brylanty, lecz także kamienie kolorowe np. rubiny, szmaragdy, tanzanity czy szafiry. Niejednokrotnie osiągają one wyższe ceny niż klasyczne, bezbarwne brylanty. Myśląc o alokacji kapitału, warto się zainteresować kamieniami i kruszcami o wysokich parametrach, które łatwiej i szybciej sprzedać.

– To coś, co widzimy w naszej populacji, zainteresowanie czystościami o najwyższych parametrach, to są IF-y, czyli kamienie nieskazitelnie czyste, kamienie bezbarwne, brylanty o kolorze D z tego powodu, że rynek tych kamieni jest bardziej płynny, zamiana z powrotem tego kamienia na gotówkę jest prostsza –mówi Artur Majsterek.

Do podjęcia działalności inwestycyjnej na rynku jubilerskim nie trzeba wysokich nakładów finansowych. Zacząć można już od niewielkich kwot, takich jak 500–1000 zł. Warto jednak pamiętać o tym, że przy niższych kwotach koszty transakcji stają się stosunkowo wysokie, a tym samym zmniejsza się zyskowność transakcji.

Polacy pracują nad biohybrydową elektrodą grafenową. Nowa technologia pozwoli na produkcję paliwa wodorowego

Polacy pracują nad biohybrydową elektrodą grafenową. Nowa technologia pozwoli na produkcję paliwa wodorowego 6

Energetyka na świecie opiera się przede wszystkim na paliwach kopalnych. Ich złoża powoli się wyczerpują, a do 2035 roku zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 40 proc. Rozwiązaniem może być energia słoneczna. Wykorzystać tę energię na szeroką skalę mogłyby urządzenia zdolne do przeprowadzenia sztucznej fotosyntezy. Takie prace trwają w warszawskim Centrum Nowych Technologii. Celem projektu jest stworzenie biohybrydowych fotoelektrod grafenowych do produkcji paliw słonecznych.

W Laboratorium Fotosyntezy i Paliw Słonecznych w Centrum Nowych Technologii UW trwają prace nad sztucznym liściem z grafenu, czyli biohybrydową elektrodą, która pod wpływem światła wytwarza prąd. Grafen zwiększa wydajność fotoelektrod. W projekcie wysokostabilny fotosystem pierwszy, wyizolowany z ekstremofilnych mikroalg Cyanidioschyzon merolae, zostaje przyłączony do elektrody grafenowej, co umożliwia przepływ fotoprądów w obrębie grafenu pod wpływem światła słonecznego.

– Celem tego projektu jest wytworzenie wysokowydajnych biohybrydowych fotoelektrod, bazujących na grafenie i fotosystemie pierwszym, do połączenia ich w całe ogniwo paliwowe, które zastosowałoby wodę jako substrat do produkcji paliw słonecznych takich jak cząsteczkowy wodór czy tlenek węgla lub mrówczan – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. Joanna Kargul, kierownik Laboratorium Fotosyntezy i Paliw Słonecznych w Centrum Nowych Technologii UW.

Wyzwaniem cywilizacyjnym jest wytworzenie zielonych technologii, które pozwoliłyby na zaspokojenie wzrostu zapotrzebowania cywilizacji na energię. Na świecie energię produkuje się przede wszystkim z paliw kopalnych. Te jednak w ciągu kilkunastu, kilkudziesięciu lat przestaną być wystarczające. Z raportu Międzynarodowej Agencji Energii wynika, że do 2040 roku globalne zużycie energii wzrośnie o tyle, ile obecnie wynosi łączne zapotrzebowanie Chin i Indii.

Raport „Ciemna Chmura Europy: jak kraje spalające węgiel zanieczyszczają swoich sąsiadów” przygotowany przez European Environmental Bureau (EEB), Climate Action Network (CAN) Europe, WWF, Sandbag oraz HEAL, ocenia zaś, że emisje z energetyki węglowej są odpowiedzialne w Europie za 23 tys. przedwczesnych śmierci oraz dziesiątki tysięcy schorzeń. Skutki oddychania zanieczyszczonym powietrzem kosztują nawet 62,3 mld euro.

– Zajmujemy się odwróceniem tej reakcji poprzez opracowanie zielonej technologii konwersji energii słonecznej w proste paliwa, tzw. paliwa słoneczne, które nie niosłyby za sobą śladu węglowego. Projekt ma na celu wytworzenie biohybrydowych elektrod, które konwertowałyby energię słoneczną z zastosowaniem jednego z kompleksów fotosyntetycznych o bardzo wysokiej stabilności tolerancji na bardzo niekorzystne warunki zewnętrzne, jak wysoka temperatura, niskie pH czy ekstremalnie wysokie oświetlenie – mówi prof. Joanna Kargul.

Grafen został odkryty w 2004 roku przez dwóch rosyjskich badaczy z University of Manchester w Wielkiej Brytanii, którzy dostali za wyniki swojej pracy nagrodę Nobla. Grafen jest odmianą alotropową dobrze znanego węgla. Ma charakterystyczną strukturę molekularną. Tworzy sieć heksagonalną (składającą się z sześciu boków), gdzie w każdym z rogów sześcioboku znajdują się atomy węgla. Właściwości fizykochemiczne grafenu, takie jak olbrzymia wytrzymałość, lekkość, transparentność, świetne przewodzenie elektryczności i ciepła, czynią ten materiał bardzo atrakcyjnym dla bardzo wielu zastosowań.

– W energetyce czy w tworzeniu technologii bazujących na energii odnawialnej grafen może mieć kolosalne znaczenie. Po przetestowaniu różnych materiałów, które stosujemy do konstrukcji sztucznego liścia, zdecydowaliśmy, że to właśnie grafenu chcemy użyć do konstrukcji naszych biohybrydowych elektrod, które podobnie jak naturalne organizmy fotosyntetyczne konwertują energię słoneczną w energię chemiczną paliw. Te paliwa to nie paliwo komórkowe, takie jak cukier w przypadku naturalnej fotosyntezy, ale proste, czyste paliwa niepozostawiające śladu węglowego, takie jak wodór cząsteczkowy, etanol, metanol czy mrówczan – mówi prof. Joanna Kargul.

Wodór już kilku lat jest nazywany paliwem przyszłości. Jednak wciąż wyzwaniem pozostaje magazynowanie wodoru w bezpieczny sposób – jego spalanie prowadzi do reakcji wydzielającej ciepło i elektryczność. Nie ma jeszcze bezpiecznej metody przechowywania i użycia wodoru jako paliwa na przykład w pojazdach komunikacji miejskiej czy prywatnych samochodach.

– Nowoczesne materiały takie jak grafen są bardzo atrakcyjne do przechowywania wodoru. W tym momencie wieloletni, duży problem w technologiach opierających się o wodór jako paliwo jest minimalizowany. Znajdujemy się w bardzo ekscytującym etapie rozwoju technologicznego – podkreśla prof. Joanna Kargul z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Biohybrydowa elektroda grafenowa w ciągu 5–7 lat może zostać włączona w całe ogniwo paliwowe. Obecnie największą barierą wstrzymującą wprowadzenie takiego rozwiązania na szeroką skalę na rynek są koszty.

– Obecnie koszt wodoru wytworzonego przez biohybrydowe elektrody to około 6–7 dolarów za kilogram, natomiast kilogram wodoru wytworzonego z paliw kopalnych to 1–2 dolary. Mamy więc pole do popisu, aby nasze technologie wytworzyły paliwo słoneczne w sposób bardziej opłacalny – twierdzi ekspertka.

Doradcy restrukturyzacyjni będą ściśle kontrolowani przez resort sprawiedliwości. Najbardziej doświadczeni będą się zajmować dużymi spółkami w trudnej sytuacji

Doradcy restrukturyzacyjni będą ściśle kontrolowani przez resort sprawiedliwości. Najbardziej doświadczeni będą się zajmować dużymi spółkami w trudnej sytuacji 7

Proponowana nowelizacja ustawy o doradcach restrukturyzacyjnych wprowadzi trzy główne zmiany. Po pierwsze, ustanowi nadzór resortu sprawiedliwości nad działalnością doradców. Po drugie, wyróżni specjalistów z największym doświadczeniem, którzy będą zajmować się skomplikowanymi postępowaniami restrukturyzacyjnymi i upadłościowymi w dużych spółkach. Po trzecie, zmieni zasady, na jakich sądy przydzielają doradców restrukturyzacyjnych do konkretnych spraw. Część ekspertów ocenia, że to błąd, ponieważ o tym powinni decydować sami wierzyciele.

– Wymagania stawiane doradcom restrukturyzacyjnym się nie zmieniają. Ustawa wprowadzi natomiast dodatkową kategorię: doradców kwalifikowanych. Jest to główna zmiana, poza wprowadzeniem nadzoru ministerialnego nad doradcami. W tym kierunku zmierza Ministerstwo Sprawiedliwości, decydując o tym, w jaki sposób ten zawód powinien być uregulowany dla potrzeb sprawnego wykonywania zarządów w spółkach upadłych i restrukturyzowanych –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Zimmerman, radca prawny oraz wspólnik w Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

Doradca restrukturyzacyjny to stosunkowo nowa profesja, która została wprowadzona ustawą obowiązującą od stycznia 2016 roku. Powstała w oparciu o dotychczasowy zawód syndyka licencjonowanego. Doradca restrukturyzacyjny w oparciu o licencję nadawaną przez resort sprawiedliwości nadzoruje działania zadłużonego przedsiębiorstwa i jego kondycję finansową, wspiera proces zarządzania oraz zawierania układu z wierzycielami, tak aby zapobiec upadłości.

Rada Ministrów przyjęła z końcem października projekt nowelizacji ustawy o doradcach restrukturyzacyjnych przygotowany przez MS. Nowe przepisy precyzyjnie określają wymogi stawiane doradcom i wprowadzają ścisły nadzór ministerstwa nad ich działalnością.

Doradca restrukturyzacyjny to zawód licencjonowany, który wymaga zdania egzaminu. Ten egzamin jest dość trudny, skomplikowany, obejmuje kilkanaście dziedzin prawa, bo zajmujemy się prawem pracy, cywilnym, gospodarczym, odszkodowaniami i wszystkim, co jest związane z funkcjonowaniem podmiotu gospodarczego. Oprócz tego trzeba mieć doświadczenie w prowadzeniu przedsiębiorstwa, przy czym może to być również własna działalność gospodarcza – co akurat prawnicy mają zwykle z definicji wpisane w sposób wykonywania swojej pracy – wyjaśnia Piotr Zimmerman.

Resort sprawiedliwości podkreśla, że doradca restrukturyzacyjny jest zawodem zaufania publicznego, a jego przedstawiciele zajmują się również sprawami związanymi z upadłością konsumencką. Natomiast w obowiązującym prawie brakuje regulacji, które gwarantowałyby wysoki standard ich pracy. Stąd potrzeba nowelizacji.

Projekt zakłada również, że spośród licencjonowanych doradców zostaną wyłonieni specjaliści z największym doświadczeniem, którzy będą się zajmować skomplikowanymi postępowaniami restrukturyzacyjnymi i upadłościowymi. Uzyskają oni tytuł kwalifikowanego doradcy restrukturyzacyjnego – ich lista będzie dostępna w Biuletynie Informacji Publicznej. Doradcy kwalifikowani będą powoływani do pełnienia funkcji w największych podmiotach.

Projekt ustawy zakłada, że doradcą kwalifikowanym może zostać osoba z co najmniej kilkuletnim doświadczeniem, która przeprowadziła określoną liczbę postępowań upadłościowych czy restrukturyzacyjnych. Drugi wymóg to skuteczność, ponieważ nie liczą się postępowania zakończone umorzeniem, czyli te przeprowadzone nieskutecznie. Nieudane próby doprowadzenia do zawarcia układu, umorzenie upadłości z powodu braku środków na jej dalsze prowadzenie, czyli domyślnie brak wystarczającej gospodarności ze strony syndyka już powodują, że nie będzie on mógł zostać doradcą kwalifikowanym – precyzuje Piotr Zimmerman.

Ministerialny projekt zmienia również zasady przydzielania doradców restrukturyzacyjnych do pełnienia funkcji nadzorcy sądowego, zarządcy albo syndyka w konkretnych postępowaniach. To oznacza, że sąd będzie musiał wziąć pod uwagę nie tylko doświadczenie i kwalifikacje, lecz także listę spraw, które doradca aktualnie prowadzi, żeby nadmierne obciążenie obowiązkami nie odbiło się na jego rzetelności i terminowości. Zdaniem wspólnika kancelarii Zimmermann i Wspólnicy to zła droga, ponieważ wpływ na wybór syndyka czy zarządcy powinni mieć sami wierzyciele.

Dotychczasowy system, czyli wybieranie syndyków, nadzorców i zarządców wyłącznie przez sądy, nie sprawdził się, bo sąd patrzył wyłącznie na efektywność ze swojego punktu widzenia. Natomiast inne oczekiwania względem syndyka mają wierzyciele, dla których liczy się nie efektywność procesowa, tylko biznesowa. One często są ze sobą sprzeczne. Możliwości swobodnego wyboru doradców restrukturyzacyjnych to droga do podnoszenia ich kwalifikacji. Jeżeli doradca wybrany przez wierzycieli sprawdzi się w roli syndyka, zostanie wybrany w następnych postępowaniach i będzie miał motywację, żeby wykonywać swoją pracę jeszcze lepiej – uważa Piotr Zimmerman.

Zgodnie z projektem Ministerstwo Sprawiedliwości uzyska zwierzchni nadzór nad działalnością doradców restrukturyzacyjnych (niezależnie od nadzoru sądowego). Minister będzie mógł zawiesić lub cofnąć licencję doradcy, który rażąco narusza prawo przy wykonywaniu swoich czynności.

Rynek bardzo potrzebuje sprawdzonych, godnych zaufania profesjonalistów. Widać to dobrze w tych punktach, gdzie ustawodawca otworzył wierzycielom możliwość wpływania na wybór nadzorcy czy zarządcy w postępowaniach restrukturyzacyjnych. W większości wierzyciele z tego prawa korzystają. Dogadują się z dłużnikiem co do tego, kto ma nim zostać. Dzięki temu już na starcie mamy pewną więź między dłużnikiem a jego wierzycielami. Oni muszą się dogadać w tej sprawie i później jest im znacznie łatwiej rozmawiać na temat warunków układu i współpracy w czasie postępowania. Wzajemna komunikacja stron to warunek sukcesu – podkreśla Piotr Zimmerman.

Celon Pharma pozytywnie zakończyła zdecentralizowaną procedurę rejestracji leku Salmex w krajach skandynawskich

  • Zakończenie procedury DCP otwiera Spółce nowe perspektywy eksportowe na rynek
    o łącznej wielkości ok. 3 mln inhalatorów rocznie.
  • Procedura objęła swoim zasięgiem: Szwecję, Finlandię, Norwegię, Danię oraz Islandię.
  • Partnerem biznesowym Spółki w procesie rejestracji i dystrybucji produktu na rynki objęte procedurą jest Glenmark.

Kraje objęte procedurą skandynawską wydały pozytywne decyzje o zaakceptowaniu przedłożonej dokumentacji rejestracyjnej.

Bogdan Manowski, Dyrektor ds. Rozwoju, członek Zarządu Celon Pharma S.A.: To ważny dla nas rynek. Kluczowe w kolejnych miesiącach będą: akceptacja druków informacyjnych, kwestie refundacyjne oraz wprowadzenie produktu na rynek. Po zakończeniu procedury rejestracyjnej państwa biorące w niej udział zweryfikują druki oraz wydadzą narodowe decyzje o dopuszczeniu do obrotu. Aby usprawnić ten proces ściśle współpracujemy z naszym partnerem.

Dr Maciej Wieczorek, Prezes Zarządu Celon Pharma S.A.: W krajach skandynawskich leki generyczne szybko penetrują rynek, ze względu na szereg zachęt systemowych, które umożliwiają sprawną i korzystną dla pacjenta zamienność terapii. Dopuszczenie leku Salmex w na tych rynkach potwierdza wysoką jakość przedłożonej dokumentacji rejestracyjnej.  

Relacja z 3 edycji międzynarodowej konferencji CEE SME Banking Conference

Po raz trzeci SME Banking Club zorganizował międzynarodową konferencję CEE SME Banking Conference w Polsce. W tym roku konferencja odbyła się w Krakowie – 23-24 listopada w Hotelu Park Inn by Radisson i Krakowskim Parku Technologicznym. Uczestnicy konferencji – bankowcy, przedstawiciele firm leasingowych, faktoringowych oraz fintechowych – przyjechali do Krakowa z 20 krajów.

Podczas pierwszego dnia konferencji w Krakowskim Parku Technologicznym odbył się panel na temat branży Fintech w Polsce i współpracy banków ze startupami. Wojciech Przybylski, prezes Krakowskiego Parku Technologicznego, przedstawił Kraków na mapie ekosystemu startupowego w Polsce oraz mówił o tym, jak KPT wspiera rozwój współczesnej gospodarki i startupy. Thibaut Rouquette (the Heart Warsaw) przybliżył nam dlaczego i jak korporacje powinny współpracować z firmami Fintech. Michał Miszulowicz (BGŻ BNP Paribas) oraz Kamila Wincenciak (Alior Bank) opowiedziali o współpracy banków z firmami Fintech. A przedstawiciele firm fintechowych opowiadali o swoich przedsięwzięciach przez pryzmat ekosystemu startupowego oraz współpracy z korporacjami.

Drugi dzień Konferencji miał miejsce w sali konferencyjnej Hotelu Park Inn by Radisson i był poświęcony tematom transformacji cyfrowej oraz nowych rozwiązań w bankowości i produktach finansowych dla klientów MŚP.

Izabela Całusińska i Ewa Szerszeń (ING Bank Śląski) zaprezentowały proces zdalnego otwarcia konta dla klienta biznesowego. Elina Räsänen (Holvi, Finlandja) przedstawiła proces zdalnego otwarcia konta dla e-resydentów w ramach programu E-Residence w Estonii. Marek Sołtysiak opowiedział o działaniach Alior Banku wspierających rozwój firm z sektora MŚP. Mówił m.in. o portalu Zafirmowani.pl. Tamás Jósvai (OTP eBiz, Węgrzy) przedstawił cyfrowy portał OTP eBiz, uruchumiony dla klientów MŚP w Węgrzech. Wystąpienie Krzysztofa Pulkiewicza (BanqUP) dotyczyło zupełnie cyfrowej bankowości dla MŚP. Mariusz Zabrocki (iwoca Poland) mówił o szybkim dostępie do finansowania MŚP przez system iwoca, który udziela pozabankowych kredytów dla MŚP online, a także o potencjalnej współpracy w tym zakresie z bankami, brokerami finansowymi i platformami e-commerce, m.in. za pomocą otwartego API.

Odrębny panel był poświęcony usługom faktoringowym i leasingowym na rynku europejskim, jako że obserwuje się wzrost roli tych branż w finansowaniu firm z sektora MŚP.

Organizatorem Konferencji jest SME Banking Club – międzynarodowy klub bankowców MŚP, którego celem jest dostarczanie informacji o tym, co globalne i regionalne banki oraz inne instytucje finansowe oferują klientom MŚP.

Kolejna, czwarta już edycja konferencji CEE SME Banking Club Conference odbędzie się w Warszawie 1-2 listopada 2018 roku. Szczegółowe informacje na stronie internetowej: https://events.smebanking.club/ lub pod e-mailem [email protected].

Po ponad 30 latach Alfa Romeo powraca do Formuły 1

  • Alfa Romeo i zespół Sauber F1 Team podpisały wieloletnią umowę partnerską obejmującą współpracę strategiczną, handlową i technologiczną
  • Oficjalna nazwa zespołu brzmieć będzie: Alfa Romeo Sauber F1 Team

Alfa Romeo marka należąca do Fiat Chrysler Automobiles (FCA) podpisała dziś wieloletnią umowę o partnerskiej współpracy technicznej i handlowej ze szwajcarskim zespołem Sauber F1 Team. Umowa dotyczy udziału w mistrzostwach świata Formuły 1 począwszy od sezonu 2018.

Jednoosobowe bolidy będą ścigać się opatrzone charakterystycznymi barwami i logo Alfa Romeo – sponsora tytularnego zespołu – i wyposażone będą w jednostki napędowe Ferrari serii 2018.

Zakres umowy obejmuje współpracę strategiczną, handlową i technologiczną we wszystkich właściwych obszarach rozwoju, w tym dostęp do inżynieryjnej wiedzy fachowej i doświadczenia kadry technicznej Alfa Romeo. Ta partnerska współpraca stworzy dodatkowe możliwości dla obu podmiotów – zarówno w Formule 1, jak i ogólnie w sektorze motoryzacyjnym.

Oficjalna nazwa zespołu brzmieć będzie: Alfa Romeo Sauber F1 Team.

Sergio Marchionne, prezes FCA, powiedział: – Umowa z zespołem Sauber F1 Team to znaczący krok w kierunku przekształcenia marki Alfa Romeo, która powraca do Formuły 1 po ponad 30 latach nieobecności. Alfa Romeo, legendarna marka, która współtworzyła historię tego sportu, dołączy do grona największych producentów samochodów biorących udział w wyścigach Formuły 1. Sama marka również skorzysta na wymianie technologii i strategicznej wiedzy z partnerem o niezaprzeczalnym doświadczeniu – z zespołem Sauber F1 Team. Inżynierowie i technicy Alfa Romeo, którzy już zademonstrowali swoje możliwości za sprawą nowo wprowadzonych modeli Giulia i Stelvio, zyskają możliwość podzielenia się doświadczeniem z zespołem Sauber F1 Team. Jednocześnie fani marki Alfa Romeo będą mogli po raz kolejny wesprzeć producenta samochodów zdeterminowanego rozpocząć pisanie nowego, ekscytującego rozdziału w swojej wyjątkowej, legendarnej historii sportowej.

Pascal Picci, prezes zarządu Sauber Holding AG, skomentował: – Z przyjemnością witamy markę Alfa Romeo w zespole Sauber F1 Team. Alfa Romeo może poszczycić się długą historią wyścigów o Grand Prix. Jesteśmy niezwykle dumni z tego, że uznana na całym świecie firma zdecydowała się współpracować z nami nad powrotem na szczyt podium sportów motorowych. Ścisła współpraca z producentem samochodów stanowi dla Grupy Sauber doskonałą okazję do dalszego rozwoju projektów technologicznych i inżynieryjnych. Wierzymy, że wspólnie możemy doprowadzić do wielkiego sukcesu zespołu Alfa Romeo Sauber F1 Team, i cieszymy się na długą i owocną współpracę partnerską.

Powrót marki Alfa Romeo, jednego z najważniejszych bohaterów historii Formuły 1, ma w znacznym stopniu przyczynić się do zwiększenia atrakcyjności i przyszłego rozwoju tego sportu. Alfa Romeo wnosi swoją wiedzę technologiczną oraz obszerną grupę pełnych pasji fanów, zaś sam udział w mistrzostwach daje marce korzyści również w takich obszarach jak transfer technologii czy bezpieczeństwo ruchu drogowego.

Wyścigowe dziedzictwo i technologiczna doskonałość marki Alfa Romeo są znane na całym świecie. Alfa Romeo – niezaprzeczalny mistrz przedwojennych zmagań o Grand Prix (w 1925 r. pierwsze mistrzostwa świata zdominował laureat GP, model Alfa Romeo P2) – uczestniczyła w Formule 1 od 1950 r. do 1988 r. zarówno jako konstruktor, jak i dostawca silników. Tuż po debiucie Alfa Romeo wygrała pierwsze dwa Mistrzostwa Świata Kierowców w 1950 r. i 1951 r., a kierowcami byli Nino Farina i Juan Manuel Fangio. W latach 1961-1979 Alfa Romeo współpracowała z kilkoma zespołami wyścigowymi F1 jako dostawca silników. W roli konstruktora Alfa Romeo powróciła do wyścigów w 1979 r., a swój najlepszy wynik osiągnęła w 1983 r., zajmując szóste miejsce w klasyfikacji mistrzów świata konstruktorów. Ponad 30 lat po wycofaniu się z wyścigów Formuły 1 (w 1985 r.) marka powraca z wyraźnym zamiarem zaznaczenia swojej pozycji.

Sfinks z 5,41 mln zł EBITDA i 1,25 mln zł zysku netto w III kw. 2017

Sfinks Polska, spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło i Wook w  III kw. br. wygenerowała 5,41 mln zł EBITDA i 1,25 mln zł zysku netto. Po 9 miesiącach tego roku spółka wypracowała przychody jednostkowe na poziomie 136,84 mln zł, osiągając przy tym EBITDA w wysokości 11,72 mln zł i jednostkowy zysk netto o wartości 189 tys. zł. W okresie sSfinks zysk netto i EBITDAtyczeń-wrzesień 2016 r. Sfinks notował jednostkowe przychody w wysokości 140,03 mln zł, zysk netto w wysokości 6,86 mln zł oraz EBITDA na poziomie 12,33 mln zł. Jednak oczyszczenie wyniku zeszłego roku ze zdarzeń jednorazowych o wartości 14,5 mln zł, na które złożyło się umorzenie odsetek i odszkodowanie od kontrahenta pokazuje, że w ciągu roku Sfinks poprawił wynik netto o 7,82 mln zł i EBITDA o 4,51 mln zł.

– Analizując nasze dane sprawozdawcze należy mieć na uwadze, że dane z poprzedniego roku nie są wprost porównywalne z wynikami raportowanymi w roku obecnym, gdyż obejmują inne okresy kalendarzowe, co przy sezonowości naszej działalności ma istotny wpływ na ocenę wyników. Dodatkowo dane z 2016 r. zawierają zdarzenia jednorazowe, przez co ich proste zestawienie rok do roku nie obrazuje rzeczywistej zmiany w działalności spółki – wyjaśnia Sylwester Cacek.

Porównując dane sprawozdawcze, po 9 miesiącach 2017 r. wobec trzech pierwszych kwartałów poprzedniego roku, obejmującego okres grudzień 2015 – sierpień 2016 r., Sfinks zmniejszył przychody jednostkowe o 3,78 mln zł, osiągając w tym czasie jednostkowy zysk netto w wysokości 189 tys. zł i EBITDA na poziomie 11,72 mln zł po III kw. br. wobec 8,02 mln zł zysku netto i 14,55 mln zł EBITDA w poprzednim okresie sprawozdawczym.

– Nasze wyniki pokazują, że poradziliśmy sobie z wyzwaniami rynkowymi, jakie przyniosła w zeszłym roku presja kosztowa, i systematycznie zwiększamy rentowność mimo działania na mniejszej sieci. Zamknęliśmy jeszcze 3 restauracje w tym roku, co miało przełożenie na osiągnięcie przychodów gastronomicznych w wysokości 145 mln zł po III kwartałach 2017 r. wobec 148 mln zł rok wcześniej. Naszym celem jest jednak rozwój, stąd mimo prac nad optymalizacją obecnej sieci, cały czas angażujemy się w zwiększanie skali prowadzonej działalności. Rozpoczęliśmy już rozwój Fabryki Pizzy, a związku z przejęciem sieci Piwiarnia Warki skokowo powiększyliśmy liczbę zarządzanych lokali do 176. Efekty tych działań będą jednak uwzględniane w naszych wynikach dopiero w kolejnych okresach – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Sfinks kontynuuje rozwój swojej kluczowej sieci Sphinx. W tym roku otwarto w stolicy dwie restauracje pod tą marką – przy ul. Puławskiej i na Polu Mokotowskim, w przygotowaniu są lokale na rynku w Bydgoszczy, w Galerii Dominikańskiej we Wrocławiu, w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku i w nowej galerii handlowej w Poznaniu na Franowie. Planowane jest też otwarcie restauracji Chłopskie Jadło na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Jednocześnie zgodnie z ogłoszona strategią, Sfinks rozwija działalność w nowych segmentach rynkowych. W październiku br. uruchomił pierwszy lokal pod szyldem Fabryka Pizzy w Piastowie. W toku inwestycji są kolejne lokale tej sieci, m.in. Zgierzu, Warszawie, Kołobrzegu i Mińsku Mazowieckim. Sfinks pracuje także nad nowymi konceptami w segmencie fast casual dining – Lepione & Pieczone i Spice Up! Grupa przygotowuje się również do rozwoju sieci pod markami Meta i Funky Jim.

– Ważnym zdarzeniem dla grupy z ostatnich tygodni było przejęcie sieci 68 lokali Piwiarnia Warki. Jesteśmy już po wizji w większości z nich i po rozmowach z franczyzobiorcami. Uważamy, że jest to sieć z dużym potencjałem do dalszego rozwoju w ramach naszych struktur – komentuje Sylwester Cacek.

Sfinks rozwija także kanał delivery. W trzecim kwartale usługa została uruchomiona w Warszawie i Krakowie. Oprócz tego dania z grupy Sfinks Polska obecnie można zamówić w Poznaniu, Łodzi i Wrocławiu.

– Konsekwentnie realizujemy ogłoszoną strategię rozwoju. Uważamy, że jest sprzyjający moment, by umocnić swoją pozycję na rynku. Gdy wielu małych graczy ma trudności z utrzymaniem się na rynku, chcemy budować naszą skalę w oparciu o zróżnicowane portfolio marek gastronomicznych.. Chcemy osiągnąć biznes liczący minimum 400 lokali, ale nasze działania to nie tylko budowanie rozległej sieci, ale też siły marketingowej na rynku gastronomicznym i korzystanie z licznych synergii, które możemy w tym zakresie osiągać – mówi prezes Sfinksa.