Dziesiątki tysięcy Bułgarów wyszły w poniedziałek na ulice Sofii i innych miast, protestując przeciwko planowi budżetowemu na 2026 rok oraz utrzymującej się w kraju korupcji. To największe demonstracje od lat, a ich skala i emocje odzwierciedlają narastające napięcia wokół wejścia Bułgarii do strefy euro 1 stycznia oraz kosztów reform zapowiadanych przez rząd. Część manifestacji przerodziła się w gwałtowne starcia z policją.
Według szacunków mediów w centrum Sofii zebrało się około 50 tys. osób. Tłum skandował hasła „Dymisja!”, „Bułgaria bez mafii” oraz „Nadchodzi nowe pokolenie”, wyrażając sprzeciw wobec klasy politycznej, którą wielu protestujących obarcza winą za wieloletnie zaniedbania i brak realnej walki z korupcją. Główna część protestu miała pokojowy charakter, jednak późnym wieczorem doszło do eskalacji napięcia.
Grupy agresywnych demonstrantów zaczęły obrzucać policję kamieniami, butelkami i petardami. Doszło do podpaleń koszy na śmieci oraz zniszczeń radiowozów i siedzib partii politycznych. Policja odpowiedziała użyciem gazu łzawiącego i zatrzymaniem co najmniej kilkunastu osób. Władze poinformowały o rannych po obu stronach, nie podając jednak dokładnych danych.
Rdzeniem sprzeciwu społecznego są założenia projektu budżetu na 2026 rok, pierwszego przygotowanego już w euro przed formalnym przyjęciem wspólnej waluty. Rząd mniejszościowy premiera Rosena Żelazkowa planuje podwyższenie składek na ubezpieczenia społeczne oraz podatku od dywidend, aby sfinansować wyższe wydatki publiczne. Krytycy ostrzegają, że uderzy to w przedsiębiorców, klasę średnią i rynek pracy, jednocześnie nie rozwiązując strukturalnych problemów państwa.
18 listopada komisja parlamentarna przyjęła projekt w pierwszym czytaniu, co wywołało falę oburzenia i protesty społeczne. Po kolejnych manifestacjach rząd zapowiedział ponowne skierowanie projektu do parlamentu w celu przeprowadzenia dodatkowych konsultacji z opozycją, związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców. Demonstranci twierdzą jednak, że to za mało i domagają się zarówno wycofania kontrowersyjnych zmian, jak i dymisji gabinetu.
Silnym wątkiem protestów jest sprzeciw wobec korupcji, uznawanej za problem systemowy. Gniew manifestujących w dużej mierze koncentruje się na Delanie Peewskim, wpływowym liderze partii DPS–Nowy Początek, który w 2021 r. został objęty sankcjami USA na mocy ustawy Magnitskiego za korupcję. Według organizacji Transparency International Bułgaria pozostaje jednym z najbardziej skorumpowanych państw Unii Europejskiej – gorzej wypada jedynie Węgry.
Protesty wpisują się także w szerszy niepokój związany z przyjęciem euro. Około połowa społeczeństwa sprzeciwia się wejściu do strefy euro, obawiając się utraty części suwerenności gospodarczej oraz wzrostu cen po konwersji waluty. Wielu Bułgarów obawia się, że przedsiębiorcy wykorzystają zmianę waluty do „ukrytych” podwyżek, tak jak miało to miejsce w innych państwach. Wcześniej prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde ostrzegała, że w krótkim okresie po przyjęciu euro inflacja w Bułgarii może ponownie przyspieszyć.
Sytuację dodatkowo podgrzewają napięcia polityczne. Prezydent Rumen Radew, od dawna krytyczny wobec rządu, wezwał do jego dymisji i przeprowadzenia przedterminowych wyborów. Zarzuca gabinetowi Żelazkowa nie tylko brak dialogu społecznego przy konstruowaniu budżetu, lecz także niewystarczające działania na rzecz ograniczenia korupcji i poprawy standardów rządzenia. Rząd odpiera zarzuty, przekonując, że reformy są niezbędne, by spełnić kryteria strefy euro i ustabilizować finanse publiczne.
Skala i intensywność protestów pokazują jednak, że dla wielu Bułgarów agenda reform kojarzy się bardziej z rosnącymi obciążeniami niż z perspektywą poprawy jakości życia. Nadchodzące tygodnie – w tym kolejne głosowania nad budżetem i dalsze rozmowy o wejściu do strefy euro – mogą przesądzić o przyszłości rządu Żelazkowa i kierunku, w jakim podąży bułgarska polityka.






