Najaktywniej we Wrocławiu

Pierwsza połowa 2023 roku na wrocławskim rynku biurowym przyniosła największą wśród głównych miast regionalnych aktywność najemców, a także deweloperów, którzy budowali prawie 151 000 m kw. powierzchni biurowej.

W II kwartale 2023 roku rynek biurowy we Wrocławiu powiększył się o 11 700 m kw., w ramach projektu Brama Oławska (Tower Inwestycje). Od stycznia do czerwca deweloperzy dostarczyli blisko 32 600 m kw., co stanowiło ponad 28% całkowitego wolumenu powierzchni oddanej do użytku w miastach regionalnych.

Zasoby biurowe w stolicy Dolnego Śląska na koniec czerwca wyniosły ponad 1,31 mln m kw., co pozwoliło miastu zachować drugie miejsce pod względem wielkości wśród rynków regionalnych.

„We Wrocławiu odnotowano najwyższy wynik powierzchni biurowej w budowie na rynkach regionalnych. Na koniec II kwartału 2023 roku w realizacji pozostawało 151 000 m kw. i zakładając, że deweloperom uda się dotrzymać założonych terminów to 60% zostanie dostarczone na rynek jeszcze w tym roku. Oddanie kolejnych projektów do użytku zaplanowane jest na 2024 roku,” – komentuje Anna Patrzyk-Sperzyńska, dyrektor w Knight Frank.

Największymi projektami pozostającymi w budowie są m.in. Inifinity (22 000 m kw., Avestus Real Estate) oraz Quorum Park A i B (łączna powierzchnia 71 000 m kw., Cavatina Holding).

„Warto zauważyć, że również aktywność wrocławskich najemców, w zestawieniu z pozostałymi głównymi miastami regionalnymi, była najwyższa i w pierwszych sześciu miesiącach 2023 roku wolumen podpisanych umów wyniósł 88 100 m kw. Osiągnięty wynik stanowił 26% wszystkich transakcji w tym okresie. W samym II kwartale wolumen wynajętej powierzchni wyniósł ponad 51 700 m kw.,” – dodaje Katarzyna Bojar, konsultant w dziale badań rynku w Knight Frank.

Największy udział, ponad 68%, przypadł nowym umowom. Renegocjacje odpowiadały za blisko 28% wolumenu transakcji, a pozostałe 4% dotyczyły ekspansji.

Wysoki popyt wpłynął na obniżenie się współczynnika pustostanów, który w ujęciu kwartał do kwartału spadł o 1,2 pp. i na koniec czerwca wyniósł 16,1%. W porównaniu do analogicznego okresu w roku 2022 współczynnik pozostał jednak wyższy o 1,3 pp.

Czynsze wywoławcze we Wrocławiu na koniec czerwca 2023 roku pozostały stabilne względem poprzedniego kwartału i wahały się od 10,00 EUR do 16,00 EUR za m kw. miesięcznie. Utrzymujące się wysokie koszty budowy, a także wciąż wysokie koszty obsługi kredytów budowlanych hamują możliwości negocjacyjne inwestorów, dlatego zwłaszcza w nowych budynkach możliwy jest wzrost stawek czynszów. Stawki opłat eksploatacyjnych wahały się od 16,00 do 31,00 PLN/m kw./miesięcznie.

Kredyt hipoteczny ze wsparciem doradcy finansowego. Dlaczego warto?

Kredyt hipoteczny to największe zobowiązanie finansowe, jakie zaciąga przeciętny Polak. Jego wysokość w ostatnich latach oscyluje w przedziale 300-400 tys. złotych, a okres kredytowania wynosi średnio od 25 do 30 lat. W tym czasie, co miesiąc, będziemy musieli płacić określoną, wysoką kwotę, bez względu na swoją sytuację życiową czy materialną. Do kredytu hipotecznego warto więc podejść z rozsądkiem i ostrożnością, a w procesie jego uzyskiwania wspomóc się wsparciem specjalisty – jest nim doradca finansowy ds. kredytu hipotecznego, który pomoże w wyborze najlepszej oferty.

Czym zajmuje się doradca finansowy ds. kredytu hipotecznego?

Doradca finansowy ds. kredytu hipotecznego to niezależny od banków specjalista, który wspiera swoich klientów w procesie ubiegania się o kredyt na zakup mieszkania lub domu. Klientem doradcy może zostać każda osoba, która w najbliższej przyszłości planuje kupno nieruchomości mieszkalnej na kredyt. Do specjalisty warto zgłosić się jeszcze zanim wybierzemy i zarezerwujemy wymarzoną nieruchomość – doradca na pierwszym spotkaniu wyliczy naszą zdolność kredytową, czyli maksymalną kwotę, jaką będziemy w stanie uzyskać od banku.

Poznanie swojej zdolności kredytowej jest pierwszą rzeczą, jaką musimy zrobić, planując zaciągnięcie kredytu hipotecznego. Warto wiedzieć, że każdy bank posiada własne kalkulatory i liczy zdolność inaczej – może się więc okazać, że w jednym banku nasza zdolność będzie większa niż w innym. Doradca finansowy ds. kredytu hipotecznego ma dostęp do kalkulatorów wszystkich banków, jest więc w stanie od razu wskazać instytucje, które będą skłonne udzielić nam finansowania w oczekiwanej wysokości. Na tym jednak jego rola się nie kończy!

Doradca i jego zadania

Współpraca z doradcą finansowym wiąże się z licznymi korzyściami dla klienta. Oprócz poznania swojej zdolności kredytowej, zyskuje on możliwość zapoznania się z aktualnymi ofertami kredytów hipotecznych, poznania zalet oraz wad poszczególnych ofert i wyboru spośród nich tej, która jest najbardziej opłacalna. Zadaniem doradcy jest bowiem zaprezentowanie każdej oferty i jej analiza pod kątem potrzeb klienta i jego sytuacji życiowej. Współpraca z nim pozwala więc wybrać tę ofertę, która ma największe szanse okazać się korzystna w perspektywie długoterminowej.

Doradca finansowy ds. kredytu hipotecznego przeprowadza klienta przez cały proces ubiegania się o kredyt. W jego imieniu wypełnia wnioski kredytowej, informuje, jakie dokumenty trzeba uzyskać, a także monitoruje status wniosku. Pośredniczy także w kontaktach między bankiem a klientem, wyjaśniając wątpliwości i uzupełniając dokumentację o dodatkowe informacje wymagane przez analityka.

Po uzyskaniu pozytywnej decyzji kredytowej, doradca wspólnie z klientem analizuje przygotowaną przez bank umowę oraz towarzyszy mu w czasie jej podpisywania – wszystko po to, aby klient czuł się pewnie i świadomie zdecydował się na zaciągnięcie kredytu hipotecznego. Co jednak najważniejsze, usługi doradcy finansowego są dla klienta bezpłatne – jego wynagrodzenie wypłaca bowiem bank, z którym podpisana została umowa.

Skuteczne zarządzanie pracownikami w nowoczesnej firmie

Jednym z najważniejszych zadań, jakie ciążą na przedsiębiorstwie, jest właściwa organizacja pracy. Składa się na nią m. in. tworzenie grafików, planowanie urlopów, a także mierzenie ilości przepracowanych godzin. Podejmowanie dobrze skoordynowanych działań na wszystkich tych polach gwarantuje firmie sprawne funkcjonowanie, z uwzględnieniem zapotrzebowania na pracowników i poszanowaniem przepisów prawnych. W ich realizacji wielu polskim firmom pomagają dedykowane programy do zarządzania czasem pracy.

Co składa się na prawidłowe zarządzanie pracownikami?

Kluczem do właściwego zarządzania pracownikami jest odpowiednie planowanie czasu ich pracy. Należy dostosować go zarówno do potrzeb firmy w danym okresie, przepisów prawnych, a także potrzeb pracowników w zakresie urlopów i dni wolnych od pracy. Aby stworzyć harmonogram czasu pracy, który będzie uwzględniał wszystkie te zmienne, warto skorzystać z możliwości, jakie oferują profesjonalne programy do zarządzania czasem pracy. Są to automatyzowane systemy, które uwzględniają najnowsze regulacje prawne, a także pozwalają na dostosowanie grafików do potrzeb firmy i jej pracowników. Niektóre z nich pozwalają także składać wnioski urlopowe online.

Przy sporządzaniu grafików pracowniczych należy kierować się przede wszystkim przepisami Kodeksu Pracy, który regule, ile godzin tygodniowo może przepracować dany pracownik, ile godzin odpoczynku mu przysługuje i w jakich godzinach może wykonywać swoje obowiązki na rzecz pracodawcy. To jednak jeszcze nie wszystko – dobry harmonogram czasu pracy musi ponadto uwzględniać indywidualne zapotrzebowanie na pracowników ze strony firmy w konkretnym czasie, a także samą dyspozycyjność pracowników – firma powinna dawać każdej zatrudnionej osobie możliwość wzięcia dnia wolnego np. na opiekę nad dzieckiem, członkiem rodziny czy ważną okazję.

Program do zarządzania czasem pracy. Dlaczego warto?

Bardzo ważną kwestią są również abstynencje, które powinien uwzględniać grafik pracowniczy. Są to zarówno planowane urlopy, jak i zwolnienia. Grafiki powinny być tworzone w taki sposób, aby bez problemu można było zapewnić zastępstwo dla nieobecnego pracownika, a firmie ciągłość funkcjonowania. W tym wszystkim pomocny jest dedykowany program do zarządzania czasem pracy. Jego atutem jest nie tylko możliwość tworzenia w pełni zgodnych z obowiązującymi przepisami prawnymi grafików, lecz także możliwość składania za jego pośrednictwem wniosków o urlop czy dni wolne.

Aby było to możliwe, program musi posiadać funkcję wnioski urlopowe online. Jego zadaniem jest umożliwienie pracownikom wnioskowania o dni wolne od pracy online, bez potrzeby wypełniania w tym celu papierowych druczków, ich dostarczania do przełożonego i oczekiwania na jego akceptację. Program do urlopów pozwala na zorganizowanie w firmie elektronicznego obiegu wniosków urlopowych i planowanie dni wolnych od pracy w taki sposób, aby nigdy nie zabrakło rąk do pracy. Oprócz funkcji wnioski urlopowe online, program pozwala uzyskać informacje o ilości dni przysługujących konkretnym pracownikom, zaległych urlopach oraz planowanych nieobecnościach. Wszystko to bez zbędnej papierologii, w jednym miejscu, do którego dostęp można uzyskać z dowolnego miejsca.

Przełomowy wyrok NSA – dywidendy a podatek u źródła

Przełomowy wyrok NSA w sprawie dywidend i innych dochodów podlegających podatkowi u źródła.

Przedsiębiorcy mogą pomniejszyć swoje zobowiązanie w podatku u źródła (WHT)
o całość podatku dochodowego zapłaconego za granicą, maksymalnie do wysokości 19%, a nie tylko do wysokości określonej w umowie w sprawie unikania podwójnego opodatkowania (UPO), jak chciał tego fiskus. Tak orzekł Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 28 lutego 2023 r. (sygn. akt II FSK 1171/22).

Podatek u źródła

Do poboru WHT są zobowiązani płatnicy mający siedzibę, zakład zagraniczny, lub miejsce zamieszkania w kraju, w którym powstaje dochód. Zgodnie jednak z art. 30a ust. 9 polskiej ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, osoby uzyskujące poza granicami RP przychody (dochody) z tytułu udziału w funduszach kapitałowych, z odsetek, dywidend i innych przychodów z tytułu udziału w zyskach osób prawnych, mogą odliczyć od swojego zobowiązania kwotę równą podatkowi zapłaconemu za granicą, jednakże odliczenie to nie może przekroczyć stawki 19%.

Podatek WHT zapłacony za granicą

Sprawa dotyczyła jednego z przedsiębiorców, który dokonywał inwestycji zagranicznych, m.in. w otwarte fundusze, czy w akcje zagranicznych spółek. Uzyskał on dywidendę z tytułu udziału w amerykańskiej spółce. Przedsiębiorca nie przedstawił jednak tamtejszym władzom wymaganego w USA formularza podatkowego W-8BEN. Z tego powodu, na podstawie amerykańskich przepisów, pobrano od niego 30% podatek u źródła. Podatnik nie negował tego faktu. W postępowaniu przed polskim organem podatkowym stał na stanowisku, że skoro zapłacił w USA 30% podatek WHT, to nie będzie musiał już płacić 19% podatku dochodowego w Polsce.

Fiskus stwierdził, że podatnik będzie musiał dopłacić

Polski organ podatkowy stwierdził, że przedsiębiorca jest w błędzie. Uznał, że od zryczałtowanego podatku obliczonego w Polsce może on bowiem odliczyć kwotę równą podatkowi zapłaconemu za granicą, ale tylko do wysokości stawki podatku od dywidendy przewidzianej we właściwej UPO, a ta w przypadku umowy z USA wynosi 15%. Mimo więc, że faktycznie zapłacił 30% podatek WHT, będzie zobowiązany dopłacić w Polsce jeszcze 4%.

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wskazał, że dywidendy i inne przychody z tytułu udziału w zyskach osób prawnych podlegają opodatkowaniu na zasadach szczególnych, określonych w art. 30a ustawy o PIT. A zgodnie z art. 30a ust. 2 tej ustawy, przepisy ust. 1 pkt 1-5 stosuje się z uwzględnieniem umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, których stroną jest Rzeczpospolita Polska. W polsko-amerykańskiej umowie, która jest nadrzędna w stosunku do wewnętrznych przepisów podatkowych danego państwa, ustalono, że kwota podatku w USA nie może przekroczyć 15% kwoty dywidendy brutto. Bez znaczenia w tej sprawie jest więc to, że podatnik zapłacił w Stanach Zjednoczonych 30% podatku WHT, skoro UPO wskazuje 15%. Tylko ta druga stawka opodatkowania ma więc zastosowanie przy odliczeniu.

Ograniczenia w odliczeniu podatku nie zależą od istnienia umowy międzynarodowej

Przedsiębiorca zaskarżył tę interpretację Dyrektora KIS i wygrał. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 19 maja 2022 r. stwierdził, że art. 30a ust. 2 ustawy o PIT nie dotyczy opodatkowania dywidend, lecz stawki tego opodatkowania, pozostawiając poza zakresem swojej regulacji inne kwestie, np. zasady odliczania podatku zapłaconego za granicą. Dlatego podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia podatku zapłaconego za granicą, z ograniczeniem do kwoty podatku obliczonego od tych przychodów uzyskanych z dywidendy przy zastosowaniu stawki 19 %, o której mowa w art. 30a ust. 9. Przepis ten wskazuje, kto może korzystać z odliczenia i jakie są tego odliczenia granice, jednak nie jest ono uzależnione od istnienia żadnej umowy międzynarodowej (sygn. akt I SA/Gl 24/22).

Wyrok sądu I instancji podtrzymał NSA

Organ podatkowy z wyrokiem tym się nie zgodził. We wrześniu 2022 r. wniósł skargę kasacyjną, którą Naczelny Sąd Administracyjny pół roku później oddalił. W swoim rozstrzygnięciu poparł ustalenia sądu I instancji. Art. 30a ust. 9 ma brzmienie bezwarunkowe – w każdym wypadku pozwala odliczyć od polskiego zobowiązania w podatku dochodowym kwotę odpowiadającą podatkowi zapłaconemu za granicą, wskazując ograniczenie odliczenia do wysokości 19 %.

Co ten wyrok oznacza dla podatników?

Rozstrzygnięcie NSA jest przełomowe. Poprawia i czyni korzystniejszą sytuację tych podatników, którzy padli ofiarą błędnej interpretacji przepisów dotyczących reguł odliczenia zapłaconego za granicą podatku WHT, jak i tych, którzy dopiero staną przed rozliczeniem się z fiskusem ze swojego opodatkowania w Polsce z tytułu osiąganych za granicą przychodów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarią Prawną Skarbiec specjalizującą się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Amerykanie zawiedli analityków

Patrząc na wczorajsze komentarze, wiele osób czekało z zapartym tchem na dane na temat inflacji z USA. Okazało się, że niesłusznie, bo dużych zmian na rynkach nie było. W Czechach ceny rosną coraz wolniej, a surowce energetyczne delikatnie odbiły w dół.

Miała być bomba

Dane o inflacji w USA reklamowano na rynkach jako bombę. Wyszedł z tego bardziej kapiszon. Owszem inflacja wzrosła z 3% na 3,2%, co może wydawać się szokiem, ale wielu analityków wskazywało na efekt niższej bazy. Szczyt wzrostu cen był w czerwcu, a nie lipcu zeszłego roku. Dane czerwcowe, względem których mamy właśnie wzrost, były spadkiem z samego szczytu, stąd łatwiej było uzyskać ekstremalny wynik. Rynki oczekiwały wzrostu nawet do 3,3%. To właśnie dlatego efekt na rynku był taki mizerny. Z jednej strony radość, że inflacja nie rośnie tak, jak oczekiwano, z drugiej szok, że wzrasta, a już była tak blisko celu. W rezultacie pomimo pewnego pesymizmu przed samymi danymi i wyprzedaży dolara dzień zakończył się bardzo blisko poziomów, na których się zaczął.

Kolejny spadek tempa wzrostu cen w Czechach

Nasi południowi sąsiedzi coraz mocniej okupują się ze wzrostem cen na poziomie jednocyfrowym. Miesiąc temu ceny rosły o 9,7%, teraz jest już to „tylko” 8,8%. Na tle Europy Zachodniej wciąż dużo, ale to pełne 2 punkty procentowe mniej niż w Polsce. Pamiętajmy, by nie mylić spadku tempa wzrostu cen ze spadkiem cen. To jak z nabieraniem wagi. Jak w 2022 przybraliśmy 10 kg, a w 2023 tylko 5 kg, to wcale nie znaczy, że chudniemy. Czeska korona po samych danych zyskuje względem euro, ale nie zmienia to faktu, że waluta naszych sąsiadów wyraźnie traci w ostatnich miesiącach. Od szczytów w kwietniu korona czeska spadła z 20 groszy obecnie poniżej 18,5 grosza. 7,5% przeceny to nie jest często spotykana wartość na rynkach walutowych w tak krótkim czasie.

Korekta cen surowców energetycznych

Czwartek był dniem odbicia cen surowców energetycznych. Po gwałtownym wzroście cen gazu wciąż znajdujemy się na bardzo wysokich poziomach, ale korekta na poziomie 7% w dół pozwoliła wrócić na bardziej akceptowalne dla odbiorców poziomy. Pewną korektę widzimy również w notowaniach ropy naftowej. Surowiec ten w dalszym ciągu jednak pozostaje w bardzo silnym trendzie wzrostowym. Teoretycznie powinno to powodować wzrost inflacji. Na razie jednak jeszcze nie widać go w danych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja producencka,
16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan,
19:00 – USA – liczba wież wiertniczych ropy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Rośnie ryzyko gwałtownego wzrostu cen nowych mieszkań

Przewaga popytu nad podażą zwykle skutkuje wzrostem cen mieszkań. Eksperci portalu GetHome.pl sprawdzili, gdzie nierównowaga rynkowa jest obecnie największa oraz jaki ma to wpływ na ceny.

W tym roku średnia cena metra kwadratowego nowych mieszkań najbardziej wzrosła w ofercie krakowskich, trójmiejskich i warszawskich deweloperów. I najpewniej to nie jest przypadek – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.Wyk. 1 - Ceny mieszkań - lipiec 2023

W tych trzech metropoliach deweloperzy sprzedali znacznie więcej mieszkań niż ich wprowadzili na rynek. Na przykład w Warszawie w okresie siedmiu miesięcy pojawiło się na nim niespełna 6,3 tys. nowych lokali. Natomiast na blisko 12,5 tys. znaleźli się chętni. W efekcie  dramatycznie uszczuplona została oferta firm deweloperskich.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w Krakowie było w niej pod koniec lipca aż o 36% mniej mieszkań niż jeszcze siedem miesięcy wcześniej. W stolicy oferta lokali skurczyła się w tym okresie o 29%, a w Trójmieście – o 23%.Wyk. 2 - Ceny wprowadzonych i sprzedanych-lipiec 2023

Z sytuacją niewystarczającej podaży mieszkań mieliśmy do czynienia zaledwie dwa lata temu. Rok 2021 najpewniej przez wielu zostanie zapamiętany jako okres wręcz szalejących cen – zauważa Marek Wielgo.

I przypomina, że w stolicy oferta mieszkaniowa zmniejszyła się wówczas w ciągu sześciu miesięcy aż jedną czwartą. Wprawdzie deweloperzy zaczęli ją później uzupełniać, ale i tak w całym 2021 r.  średnia cena metra kwadratowego poszła w górę o 14%. Podobna podwyżka miała miejsce w Krakowie i Wrocławiu, zaś w Trójmieście wyniosła 18%.

Obawy, że w tym roku historia może się powtórzyć nie są bezpodstawne. W lipcu w bankach zaczęła się ustawiać kolejka chętnych po tzw. bezpieczny kredyt z budżetową dopłatą. Z takiego preferencyjnego kredytu mogą skorzystać nawet ci, którzy nie mają wkładu własnego. Zagwarantuje im go bowiem państwo.

Ekspert portalu GetHome.pl przyznaje, że na ryzyko podwyżek wskazują też statystyki budowlane GUS oraz dane popytowo-podażowe z BIG DATA RynekPierwotny.pl. W Łodzi, Poznaniu czy Katowicach wydaje się ono na razie niewielkie, bo deweloperzy dysponują zapasem mieszkań, na które uzyskali pozwolenia na budowę, ale jeszcze jej nie zaczęli. Jednak w Warszawie, Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu aktywność inwestycyjna firm deweloperskich jest w tym roku zbyt mała w stosunku do popytu. Jeśli wzrośnie tam jeszcze bardziej, to zapas mieszkań w pozwoleniach na budowę uzyskanych także w poprzednich latach szybko się wyczerpie.

Z punktu widzenia kupujących zagrożenie znacznie lepiej obrazuje struktura cen mieszkań w ofercie firm deweloperskich. Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że nie dość, że jest ich mniej, to w ofercie zmniejszyła się liczba takich, które można kupić za cenę nie przekraczającą 9 tys. zł za m kw. Ba, w Warszawie i Krakowie skurczyła się też w tym roku pula mieszkań z ceną poniżej 12 tys. zł za metr. We wszystkich metropoliach wzrósł natomiast udział lokali droższych. Nie jest to tylko efektem podnoszenia cen przez deweloperów. Pamiętajmy, że równocześnie wyprzedają się najtańsze mieszkania. Tego rodzaju zjawisko najbardziej widoczne jest w tym roku właśnie w Krakowie, Warszawie i Trójmieście.Wyk. 3 - Oferta mieszkań-lipiec 2023

W najbliższych miesiącach deweloperzy działający w największych miastach powinni zwiększyć podaż mieszkań dostępnych dla nabywców kredytowych. Mogłoby to wyhamować wzrost średniej ceny metra kwadratowego. W lipcu taka sytuacja miała miejsce w Warszawie i Łodzi. Średnia cena metra kwadratowego była tam o 1% niższa niż w czerwcu. W stolicy nie wzrosła ona także w czerwcu, bo sporo niższe były ceny mieszkań wprowadzonych przez deweloperów do sprzedaży.Wyk. 4 - Struktura cen - lipiec 2023

Inflacja osłabia dolara, komentarze z Fed działają odwrotnie

Dane o inflacji w USA wspierają podejście Fed-u, które w skrócie można określić jako: poczekamy, zobaczymy. Wrześniowa podwyżka stóp procentowych może przemienić się w pauzę, ale również może się okazać, że lipcowy ruch w górę na stopach był ostatnim w całym cyklu zacieśniania monetarnego. Kolejne dane będą wciąż mocno obserwowane. Dolar zareagował na początku osłabieniem, ale w kolejnych godzinach nastąpiła reakcja odwrotna (spowodowana wypowiedziami Mary Daly z Fed) i ostatecznie kurs EUR/USD zamknął dzień poniżej 1,10. Rynkowa wycena przyszłych podwyżek kosztu pieniądza w USA została zredukowana jedynie w niewielkim stopniu.

W czwartek dowiedzieliśmy się, że inflacja w USA obniżyła się, potwierdzając tym samym pozytywny trend z danych czerwcowych. Co więcej, wyższa niż oczekiwano liczba nowych bezrobotnych (248 tys. vs 230 tys. oczekiwanych) potwierdziła, że rynek pracy traci impet. Zgodnie z oczekiwaniami, ceny konsumpcyjne wzrosły tylko o 0,2 proc. miesiąc do miesiąca, podobnie jak w czerwcu. Wskaźnik bazowy (z wyłączeniem energii i żywności), który jest ważny jako wskaźnik trendu, również wyniósł tylko 0,2 proc., podobnie jak w czerwcu. Inflacja zasadnicza urosła do 3,2 proc. r/r (oczekiwano 3,3 proc.) a bazowa w relacji rok do roku spadla do 4,7 proc. z 4,8 proc. w czerwcu.

Dane opublikowane od ostatniego posiedzenia sugerują zatem, że agresywne zacieśnianie polityki pieniężnej w USA przynosi coraz bardziej pożądane efekty. Rynek walutowy również wydaje się postrzegać kontynuację cyklu podwyżek stóp jako coraz mniej prawdopodobną, o czym świadczy początkowe osłabienie USD po wczorajszych danych.

Późniejsza reakcja odwrotna była wywołana wypowiedziami przedstawicielki Fed z San Francisco – Mary Daly. Stwierdziła ona, że Rezerwa Federalna ma wciąż „wiele do zrobienia” a wczorajsze dane nie są wystarczającym argumentem do ogłoszenia zwycięstwa nad inflacją. Należy jednak pamiętać, że przedstawicielka banku centralnego USA nie jest uprawniona do głosowania w tym roku. Dlatego też uważam, że ta reakcja była chwilowa, a dolar powinien powrócić do deprecjacyjnego ruchu.

Teraz uwaga rynku będzie skupiona w coraz większym stopniu na komentarzach poszczególnych decydentów Fed-u. Oni natomiast będą starali się sygnalizować łagodne zakończenie cyklu ale jednocześnie będą wystrzegać się podsycania oczekiwań na rychłe obniżki stóp.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Wzrost przychodów Miraculum po siedmiu miesiącach br.

Notowana na Głównym Rynku GPW firma kosmetyczna Miraculum osiągnęła 27,7 mln zł przychodów w okresie od stycznia do lipca 2023 r. To wynik o 14 proc. lepszy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W tym okresie najbardziej wzrosła sprzedaż na eksport, która była wyższa o 38 proc. r/r. Wysoką dynamikę zanotowała również sprzedaż w kanale nowoczesnym, która wzrosła o 14 proc. r/r.

W samym lipcu sprzedaż okazała się nieznacznie niższa niż rok wcześnie i wyniosła 3,2 mln zł. W tym okresie sprzedaż sprzedaż w nowoczesnym kanale dystrybucji wzrosła o 4 proc. r/r., na eksport spadła o 9 proc. r/r.

– Sprzedaż w lipcu na rynku krajowym tj. w drogeriach, supermarketach, dyskontach stabilnie rosła, przy niższej sprzedaży eksportowej. Jest to wynikiem końcowej fazy realizacji kontraktu dla klienta z Arabii Saudyjskiej. Pracujemy nad dalszym wzmocnieniem sprzedaży na rynku krajowym i kolejnymi zamówieniami eksportowymi, zarówno z krajów Bliskiego Wschodu, jak i z innych kierunków. W lipcu rozpoczęliśmy sprzedaż do klienta z USA. – komentuje Sławomir Ziemski, prezes zarządu Miraculum.

W lipcu Spółka zrealizowała sprzedaż eksportową do nowych klientów w Malezji i USA oraz do stałych partnerów z Hiszpani, Włoch, Finlandii, Cypru, Kazachstanu, Rumunii i Arabii Saudyjskiej. W lipcu firma kosmetyczna rozpoczęła realizację nowego kontraktu z amerykańskim partnerem o wartości 78,6 tys. USD. W ramach tego kontraktu została zrealizowano sprzedaż o wartości 26 tys. USD. Realizacja całego kontraktu planowana jest w III kwartale.

PCF Group – książka popytu na akcje serii G pokryta w całości

PCF Group, po przeprowadzeniu procesu budowy księgi popytu, zdecydowała o zaoferowaniu wszystkich akcji serii G, tj. ponad 2,51 mln szt. po cenie 40,20 zł za akcję. Łączna wartość emisji wyniesie zatem nieco ponad 100,9 mln zł.

Oferta akcji serii G jest skierowana do inwestorów krajowych i międzynarodowych. Stanowi uzupełnienie emisji akcji serii F, przeprowadzonej na przełomie maja i czerwca br. Środki pozyskane z oferty akcji serii G będą stanowić dopełnienie finansowania zaktualizowanej strategii rozwoju PCF Group.

Celem strategicznym PCF Group jest osiągnięcie co najmniej 3 mld zł łącznych przychodów w latach 2023-2027, czyli niemal 5-krotnie więcej niż w latach 2018-2022. Większość gier, nad którymi obecnie pracuje spółka ma zostać stworzona i wydana w modelu self-publishing. Środki pozyskane z oferty akcji F oraz G zostaną przeznaczone na realizację tych projektów.

– Pokrycie w całości księgi popytu odbieram jako wyraz zaufania inwestorów wobec naszych planów i zapowiedzi związanych z realizacją projektów nad którymi obecnie pracujemy. Gry te zamierzamy wydawać samodzielne, co jest według nas optymalnym modelem, pozwalającym mieć większy udział w komercyjnym sukcesie kolejnych tytułów – informuje Sebastian Wojciechowski, Prezes i główny akcjonariusz PCF Group.

Działalność w modelu self-publishing uzupełniać ma praca na zlecenie, czyli w tzw. modelu „work-for-hire”. Tego typu współpraca zapewnia Spółce stabilność finansową i przekłada się pozytywnie na generowane przychody i przepływy pieniężne. W ostatnich tygodniach PCF Group podpisała umowę z Microsoft Corporation na produkcję gry z segmentu AAA i list intencyjny dotyczący potencjalnej współpracy z renomowanym wydawcą ze Stanów Zjednoczonych na produkcję nowej gry wideo na platformy VR, w obu przypadkach właśnie w tym modelu.

Osiem projektów w portfelu, kolejny w negocjacjach

People Can Fly pracuje obecnie nad ośmioma projektami znajdującymi się na różnych etapach zaawansowania. Pięć z nich to gry z segmentu AAA, z czego dwie realizowane są w modelu work-for-hire: Projekt Gemini (na zlecenie Square Enix, obecnie już w fazie produkcji) oraz Projekt Maverick (na zlecenie Microsoft Corporation). Trzy kolejne gry z segmentu AAA – Projekt Dagger, Projekt Bifrost oraz Projekt Victoria – znajdują się w preprodukcji i Spółka zamierza je wydać w modelu self-publishing, z planowanymi premierami w latach 2025-2026. Kolejną grą jest Projekt Red, z segmentu compact-AAA, obecnie będąca w fazie koncepcyjnej. W portfelu People Can Fly znajdują się także dwie gry przeznaczone na platformy wirtualnej rzeczywistości (VR) – Bulletstorm VR (wcześniej pod nazwą kodową Thunder) oraz Green Hell VR – realizowane przez Incuvo, spółkę zależną PCF Group.

Ponadto, w drugiej połowie czerwca Spółka podpisała wspomniany powyżej list intencyjny i rozpoczęła negocjacje z renomowanym amerykańskim wydawcą dotyczące potencjalnej współpracy przy realizacji gry na platformy VR o nazwie kodowej Dolphin i przewidywanym budżecie na produkcję w wysokości od 16 do 24 mln USD. Jeśli prowadzone negocjacje zakończą się pozytywnie, portfel gier realizowanych przez People Can Fly powiększy się o kolejny projekt prowadzony w modelu work-for-hire.

Inflacja USA niższa od oczekiwań. Co dalej z dolarem?

Inflacja w USA wzrosła do 3,2% r/r, co było odczytem minimalnie niższym od oczekiwań na poziomie 3,3% r/r. Inflacja bazowa zaliczyła spadek do 4,7% r/r przy poprzednim odczycie 4,8% r/r, natomiast obie dynamiki miesięczne zaliczyły wzrost na poziomie 0,2% m/m, co było zgodne z oczekiwaniami, zgodne z długoterminowymi średnimi wzrostami oraz dodatkowo zgodne z 2% celem inflacyjnym Fed, który ma być zgodnie z prognozą osiągnięty w 2025 roku. Czy Fed podniesie jeszcze stopy procentowe?

Pojawiły się obawy o to, że wyższe ceny paliw doprowadzą do mocniejszego wzrostu inflacji CPI za lipiec, co będzie również kontynuowane w sierpniu. Okazuje się jednak, że wyższe ceny energii zostały skompensowane mniejszymi przyrostami i spadkami cen w innych kategoriach. Spadały przede wszystkim ceny używanych samochodów czy również ceny nowych samochodów. Co ciekawe, spadły również ceny elektryczności, nawet pomimo ostatnich mocnych wzrostów cen gazu, który jest ważnym surowcem w produkcji elektryczności w USA. Największy spadek miał jednak miejsce po stronie biletów lotniczych, choć to w inflacji waży niezbyt wiele. Paliwa są dosyć ważne i te wzrosły dosyć istotnie, ale wciąż jedną z najmocniejszych kategorii w amerykańskiej inflacji jest ekwiwalent czynszu. Tzw. „shelter” waży w inflacji aż 34% i ceny kontynuowały wzrosty na poziomie 0,4% m/m i 7,7% r/r. Warto jednak pamiętać, że jest to dosyć opóźniony wskaźnik i wraz z upływem kolejnych miesięcy udział tej kontrybucji w ogólnej inflacji powinien być coraz mniejszy.

Z perspektywy Rezerwy Federalnej dzisiejszy odczyt teoretycznie otwiera drogę do utrzymania stóp procentowych we wrześniu. Jeśli za sierpień dane z rynku pracy wypadłyby w końcu słabo, a inflacja ponownie nie zaliczyłaby dużego odbicia, wrzesień nie będzie taki pewny jeśli chodzi o podwyżkę. Zdania w Fedzie są obecnie podzielone. Warto zwrócić uwagę na wypowiedzi Harkera, który należy raczej do jastrzębiej strony w Rezerwie Federalnej, a ostatnio sugerował możliwość utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Dla Fedu kluczowy będzie jednak brak odbicia inflacji bazowej w ujęciu rocznym i zgodny z celem inflacyjnym miesięczny wzrost. Oczywiście dalszy wzrost cen paliw na koniec tego roku może dodać sporo do odbicia inflacji, ale pomijając te ceny w inflacji bazowej, Fed może być bardziej pewny, że dotychczasowe podwyżki wpłynęły na ograniczenie perspektyw wzrostu cen.

Dolar amerykański zareagował negatywnie na odczyt inflacji CPI za lipiec i względem euro notowany jest powyżej poziomu 1,10. Jest to też dobra informacja dla polskiego złotego, gdyż para USDPLN zaliczyła spadek rzędu ok. 0,7% do poziomu 4,04 zł, choć jeszcze na początku tego tygodnia testowane były okolice 4,08 zł.

Autor: Michał Stajniak CFA, wicedyrektor Działu Analiz XTB

W I półroczu 2023 r. wzrosła sprzedaż nowych samochodów osobowych w Polsce

W pierwszej połowie 2023 roku w Polsce zarejestrowano 238,7 tys. nowych samochodów osobowych – o ponad 12% więcej w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Od stycznia do czerwca 2023 roku Polacy kupili 102 tys. nowych pojazdów z napędami alternatywnymi, o 24% więcej niż rok wcześniej. Lepsze wyniki notują również fabryki motoryzacyjne w Polsce, w których w pierwszym półroczu br. wyprodukowano blisko 306 tys. pojazdów, o 42,7% r/r.

W okresie od stycznia do czerwca 2023 roku w Polsce zarejestrowano ponad 238 tys. samochodów osobowych, o 12,4% więcej w porównaniu z pierwszym półroczem 2022 roku. We wszystkich kategoriach zarejestrowano więcej samochodów niż przed rokiem, a największy wzrost odnotowały pojazdy z napędem alternatywnym. W pierwszym półroczu 2023 roku klienci instytucjonalni zarejestrowali ponad 172 tys. pojazdów osobowych – o 15,6% więcej niż w analogicznym okresie 2022 roku. Natomiast klienci indywidualni w omawianym okresie zarejestrowali 66 tys. nowych pojazdów – co przełożyło się na wzrost o 4,7% r/r.

W pierwszym półroczu 2023 roku zwiększyła się również liczba rejestracji nowych samochodów marek premium+ (58,1 tys.) co przełożyło się na 18,7% wzrost r/r. Ponad 60% tego typu pojazdów była napędzana alternatywnie. Dominujący segment klientów instytucjonalnych nabył o 15,1% więcej samochodów marek premium+ (47,6 tys.), natomiast o ponad 1/3 wzrosła liczba rejestracji wśród klientów indywidualnych (10,4 tys., wzrost o 38,8%).

Pierwsze półrocze 2023 roku możemy zaliczyć do udanych. Jak pokazują wyniki rejestracji, wzrosty wynosiły ponad 12% i co szczególnie istotne, prawie 16% wolumenu stanowiły zakupy przez klientów instytucjonalnych. Pokazuje to, że nastroje przedsiębiorców są dobre, a gospodarka – mimo wszystkich problemów – ma się nieźle. Segmentem, który wskazuje najwyższe wzrosty, nieraz nawet powyżej 100%, jest segment pojazdów z napędami zero- i niskoemisyjnymi. Trzeba jednak dodać, że dzieje się to kosztem zmniejszenia liczby rejestracji pojazdów z silnikami spalinowymi – w tym samochodów z silnikami Diesla. Warte odnotowania są również wzrosty w segmencie marek premium, które wyniosły prawie 20%, a w których aż 60% stanowiły samochody z napędami nisko- i zeroemisyjnymi. Mając jednak na uwadze fakt, że w 2030 roku w praktyce połowa zarejestrowanych aut będzie miała napędy zeroemisyjne – to zupełnie nie dziwi. – Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Coraz więcej samochodów z napędami alternatywnymi na rynku

W okresie od stycznia do czerwca 2023 roku Polacy zarejestrowali 102 tys. samochodów osobowych z napędami alternatywnymi – o 24% więcej w porównaniu z tym samym okresem 2022 roku.

Samochody osobowe napędzane silnikami alternatywnymi nieustannie zwiększają swój udział w rynku. W pierwszym półroczu bieżącego roku w Polsce zarejestrowano 102 tys. sztuk tego typu pojazdów co przełożyło się na 24% wzrost r/r. Niezmiennie przeważającą większość rynku wynoszącą 85% stanowiły hybrydy, których w ciągu 6-ciu miesięcy 2023 roku zarejestrowano 86,7 tys. – o 1/5 więcej niż rok wcześniej. Jednak największy wzrost procentowy sprzedaży dotyczy samochodów elektrycznych, których zarejestrowano aż 76,7% więcej (8,6 tys.) niż w pierwszym półroczu 2022 roku. W podobnym tempie rośnie liczba nowych samochodów napędzanych alternatywnie rejestrowanych zarówno przez nabywców indywidualnych (+25,2% r/r) jak i instytucjonalnych (+23,6% r/r). – Mirosław Michna, Partner, Doradztwo Podatkowe, Lider doradców dla branży motoryzacyjnej, Szef biura Doradztwa Podatkowego w Krakowie, KPMG w Polsce

Rośnie sprzedaż samochodów ciężarowych, autobusów oraz motocykli

Rosnącą sprzedaż nowych pojazdów obserwujemy również w przypadku samochodów ciężarowych. W pierwszej połowie 2023 roku zarejestrowano ponad 17,3 tys. tego typu pojazdów, co przełożyło się na blisko 11% wzrost r/r. Niewielki wzrost (0,4% r/r) zanotował również segment nowych przyczep i naczep, których zarejestrowano 14,2 tys. Z kolei o ponad 21% w stosunku do pierwszego półrocza 2022 roku wzrosła liczba rejestracji nowych autobusów. W ciągu 6 miesięcy bieżącego roku zarejestrowano w Polsce 733 pojazdy tego typu.

Również rynek motocykli odnotował wzrost w pierwszym półroczu br., kiedy Polacy zarejestrowali ponad 16,4 tys. motocykli – o 13,4% więcej r/r. Największym zainteresowaniem cieszyły się motocykle typu Sport Tourer (+96% r/r) i Tourist(+32% r/r).

rejestracje w polsce

Produkcja pojazdów samochodowych w Polsce wyższa o 42,7%

Przez 6 miesięcy 2023 roku wyprodukowano w Polsce 305,8 tys. pojazdów samochodowych – o blisko 43% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wzrost odnotowano w każdej z kategorii, największy w przypadku samochodów dostawczych i ciężarowych (+63% r/r), najmniejszy natomiast w segmencie autobusów (+11,1% r/r).

Jak upskilling i reskilling mogą pomóc firmom w cyfrowej transformacji?

8 na 10 pracodawców branży IT na świecie ma trudności ze znalezieniem pracowników o odpowiednich kompetencjach, a 67% dyrektorów organizacji wskazuje na dodatkowe ryzyko rekrutacyjne dla firmze względu na brak pożądanych talentów. Jednym z rozwiązań zapewniających rozwój zespołów i przedsiębiorstw jest reskilling zatrudnionych już osób. Dlaczego tak ważne jest inwestowanie w dotychczasowych pracowników? Jak zapewnić talentom odpowiedni know-how? Z czego powinien składać się dobrze przeprowadzony reskilling i upskilling? O tym w najnowszym raporcie Experis „Cyfrowa transformacja? Zadbaj o IT”.

Podnoszenie kwalifikacji w IT, czyli upskilling, opiera się na zdobywaniu przez pracowników nowych kompetencji, umożliwiającym im w przyszłości wykonywanie nowych zadań. W ten sposób mogą być także szkoleni odpowiedni pracownicy z innych obszarów, takich jak np. produkcja czy logistyka – wówczas proces nazywamy zmianą kwalifikacji, czyli reskillingiem. To szansa na znalezienie ukrytych talentów w obrębie istniejących już zespołów.

Transformacja cyfrowa generuje potrzebę błyskawicznego rozwoju technologicznego, co sprawia, że działy IT ewoluowały do roli filaru wspierającego główne procesy biznesowe organizacji – o te same, wysoko wykwalifikowane talenty mogą teraz konkurować zarówno korporacje technologiczne, jak i międzynarodowa sieć hoteli. Niestety, jak podaje CapGemini, 52% firm nie dysponuje niezbędnymi do podnoszenia kwalifikacji narzędziami edukacyjnymi, 42% organizacji nie opracowało konkretnego programu zmiany umiejętności związanego z digitalizacją, a dla 41% respondentów podnoszenie kwalifikacji i zmiana specjalizacji w obszarach cyfrowych wciąż nie jest najwyższym priorytetem.

Jak mówi Sylwia Panek-Strzała, ekspertka rynku pracy, manager sprzedaży w Experis, mimo korekty zatrudnienia w branży nowych technologii, z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnim czasie, nadal możemy mówić o niedoborze talentów IT na rynku. – Firmy mają świadomość tego, że bez odpowiednio zbudowanych zespołów nie utrzymają wysokiej konkurencyjności i wystarczająco dynamicznego tempa rozwoju. Dlatego wielu pracodawców wprowadza dopasowane do potrzeb programy upskillingu i reskillingu, zarówno zatrudnionych już osób, jak i przyszłych pracowników.

To działania niezbędne do tego, by być na bieżąco z rozwojem technologii, w tym także sztucznej inteligencji, która w coraz większym stopniu wkracza w naszą codzienność. Akademie, kursy doszkalające są ogromnie ważne także w kontekście zapewnienia odpowiedniego przygotowania młodych pracowników, którzy dopiero wkraczają na rynek pracy – dodaje ekspertka. Jak podkreśla, by przyciągnąć najlepsze na rynku talenty, oferty powinny zawierać nie tylko informacje o wynagrodzeniu, ale również dodatkowych opcjach pozapłacowych, jak np. benefity czy programy rozwojowe oferowane przez organizację.

– Podczas rekrutacji kandydaci często pytają o dodatkowe korzyści, możliwość rozwoju, szkoleń czy kwestie certyfikatów technologicznych, oferowanych lub finansowanych przez pracodawcę. W przypadku pracy projektowej oraz kontraktowej rzadko spotykamy dodatkowe opcje rozwojowe, dlatego zaprezentowanie ich w ofercie może stać się dodatkowym wyróżnikiem dla firmy – podkreśla ekspertka rynku pracy.

Motywacja i zaangażowanie napędzają zmiany

Upskilling i reskilling bez wątpienia zyskują na zainteresowaniu wśród talentów – według danych Workable, 74% wszystkich pracowników, którzy jeszcze nie brali udziału programach podnoszących kompetencje lub pomagających w przekwalifikowaniu, wolałoby pracować w firmie oferującej tego typu możliwości. Ważnym elementem jest motywacja – firmy mogą wzmocnić zaangażowanie pracowników poprzez dodatkową premię za dalsze szkolenia, czy stałe nagrody, przyznawane stopniowo po nabyciu konkretnych umiejętności. To działania sygnalizujące zatrudnionym osobom, że rozwój dodatkowych umiejętności IT jest nie tylko mile widziany przez pracodawcę, ale wręcz aktywnie wspierany.

– Programy dopasowane do potrzeb danej firmy, do których trafiają wyselekcjonowani kandydaci, pozwalają na uporządkowanie zdobytej do tej pory wiedzy oraz zdobycie nowych umiejętności, które będą w krótkim czasie wykorzystywać w codziennej pracy. Planując tego typu szkolenie nie możemy zapominać o rozwoju kompetencji miękkich, są one bowiem kluczowe nie tylko w pracy zespołowej. Dzięki nim łatwiej jest odnaleźć się w nowym miejscu pracy lub na nowym stanowisku – mówi Sylwia Panek-Strzała.

Zdarza się, że wieloletni pracownicy IT stawiają pewien opór wobec innowacji, między innymi ze względu na przywiązanie do znanych im od lat rozwiązań. Wyjściem z sytuacji może okazać się zapewnienie zarówno możliwości zmiany kwalifikacji, jak i zdobycia nowych umiejętności w ramach pracy z nowymi technologiami, na czym zdecydowanie zyska profil zawodowy pracowników.

Do automatyzacji potrzebni są pracownicy i ich umiejętności

Jak podaje CapGemini, duże firmy o wysokim stopniu oraz jakości automatyzacji działań, w których funkcjonują dobrze rozwinięte programy podnoszenia kwalifikacji, oszczędzają w ciągu trzech lat średnio 278 milionów dolarów. Usprawnienia te dotyczą wielu obszarów działalności organizacji, od płac po marketing, jednak w dużej mierze skupiają się właśnie w IT. Metody automatyzacji nowych technologii zwiększają efektywność rozwiązań cyfrowych w praktycznie wszystkich wymiarach – od tworzenia i wdrażania aplikacji, po całą cyberprzestrzeń.

– Rozwój AI oraz automatyzacja procesów przejmują część zadań, które dotychczas były wykonywane przez ludzi. Sprawia to, że niektóre z organizacji będą zmuszone do redukcji etatów. W takim przypadku idealnym rozwiązaniem jest przeprowadzenie weryfikacji kompetencji tych pracowników, a następnie, bazując na wynikach, zaproponowanie im rozwoju oraz nowej ścieżki kariery w organizacji, przez stworzenie dedykowanego programu upskillingu czy reskillingu. To pozwoli na zaoszczędzenie kosztów i czasu, a przede wszystkim, zachowamy cenne talenty, które znają już strukturę i działanie firmy, a zatem będą mogły efektywnie działać już od samego początku, bez konieczności czasochłonnego wdrażania – mówi ekspertka Experis.

Rozwiązania w chmurze – tego potrzebują organizacje

Lista kompetencji, które w kontekście cyfrowej transformacji są potrzebne niemal od zaraz, jest długa. Według badania przeprowadzonego przez DevOps Instititute, najbardziej rozchwytywani są obecnie specjaliści IT w obszarach bezpieczeństwa i cyberbezpieczeństwa, przetwarzania danych w chmurze, orkiestracji kontenerów, architektury IT oraz technologii aplikacyjnych. Z danych serwisu CodinGame wynika, że w 2022 roku rekruterzy najbardziej aktywnie poszukiwali kompetencji w takich dziedzinach jak sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe, DevOps i web development. Z kolei w badaniu przeprowadzonym w 2020 roku przez McKinsey, 43% firm wskazało na luki kompetencyjne w zakresie analityki danych, a 26% w obszarze IT, aplikacji mobilnych a także projektowania stron internetowych.

Zdaniem Sylwii Panek-Strzały, organizacje działające w zakresie technologii chmurowych oraz cyberbezpieczeństwa niemalże nie odczuły wpływu zwolnień, wciąż dynamicznie rozwijają się oraz rekrutują nowych pracowników. – Te rozwiązania mają znaczący wpływ na całą gospodarkę, a nie tylko na branżę IT, są wykorzystywane przez miliony ludzi każdego dnia. Firmy działające w obszarze tych kompetencji będą potrzebować stałego przyrostu pracowników, dlatego dobrym rozwiązaniem jest zaplanowanie programów rozwojowych i wdrożenie ich tak szybko, jak to możliwe, ponieważ jest to proces zaplanowany na wiele miesięcy – podsumowuje ekspertka.

Euro po 4,47 i rośnie

W sezonie wakacyjnym lokalne maksima cenowe na pewno nie cieszą osób chcących jechać na zagraniczny urlop. W tle kolejne wzrosty surowców energetycznych ciekawe, jaki będzie to miało wpływ na inflację.

Euro najdroższe od ponad miesiąca

Polski złoty ma obecnie dość słaby tydzień. Od początku tygodnia traci już 3 grosze względem euro, a względem poniedziałkowych minimów nawet 6 groszy. Podobnie wyglądają osiągnięcia względem dolara i franka szwajcarskiego. W przypadku tych walut jednak, ze względu na zmiany na rynkach globalnych nie przebiliśmy wczoraj jednomiesięcznych szczytów cenowych. Co powoduje, że złoty słabnie? Inwestorzy powoli nastawiają się na spadek stóp procentowych na wrześniowym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. Widać to wyraźnie po spadku rynkowej stawki oprocentowania. W ostatnich dniach zarówno WIBOR trzy-, jak i sześciomiesięczny szły wyraźnie w dół, co sugeruje, że rynek już zaczyna uwzględniać w cenach zmiany.

Strajki w Australii i drożejący gaz

Wydawać by się mogło, że potencjalne strajki w Australii wśród pracowników branży wydobycia gazu ziemnego nie będą miały znacznego wpływu na rynki w Europie. Problem w tym, że po odcięciu surowca ze Wschodu musimy importować surowiec z bardzo ciekawych kierunków. Potencjalne strajki w Australii powodują, że na rynku może zabraknąć surowca. Magazyny mają przyzwoity poziom zapełnienia, ale nadal pozostaje gdzieś strach przed tym, co zrobi rosyjski dyktator zimą. To właśnie dlatego wczoraj widzieliśmy 28% wzrost cen surowca na rynku w Amsterdamie. Tak duże zmiany mogą odbić się jednak na inflacji. W sytuacji, gdzie rosną dwa główne surowce energetyczne, a transformacja energetyczna Europy jest bardziej na banerach niż w praktyce, istnieje spore ryzyko, że szybko zobaczymy wpływ tej sytuacji w naszych portfelach.

Co z tą ropą?

Spekulacja na czarnym złocie wyraźnie się rozpędza. Zgodnie z prognozami dużych banków inwestycyjnych ceny ropy naftowej miały rosnąć i rosną. Nie do końca jednak wiadomo dlaczego. Z jednej strony oczywiście mamy działania kartelu OPEC, który w sojuszu z Rosją ma olbrzymi wpływ na światowy rynek tego surowca. Z drugiej mamy dane makroekonomiczne. O ile OPEC faktycznie dąży do podbicia cen, to nie czyni tego tak ostro, jak byłby w stanie, wydaje się, że bardziej konsekwencja przemawia do wyobraźni traderów. Dane makroekonomiczne z kolei stawiają całe wzrosty pod dużym znakiem zapytania. Chociażby wczorajszy wzrost tygodniowych rezerw surowca w USA o niemal 6 mln baryłek. To jest poziom odpowiadający niemal 1% światowego wydobycia w tym czasie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych inwestorzy czekają na odczyt inflacji w USA o godzinie 14:30.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Jak kampania wyborcza może wpływać na kurs złotego

Prezydent ogłosił, że wybory parlamentarne odbędą się 15 października. Oficjalnie rozpoczęła się zatem kampania wyborcza. Efektem kampanii mogą być impulsy w kierunku osłabienia złotego.

Oficjalne ogłoszenie daty wyborów 15 października rozpoczęło w Polsce kampanię wyborczą. Ta nieoficjalna toczy się już od kilku miesięcy. Ważnymi tematami w kampanii będą te ekonomiczne i finansowe. Już uchwalone zostały zmiany 500+ na 800+, a także pojawił się „kredyt mieszkaniowy 2 proc.”. To pewnie jeszcze nie koniec wyborczych obietnic, które mogą być całkiem kosztowne dla budżetu. Przed wyborami może także dojść do pierwszej obniżki stóp procentowych, co wydaje się, że byłoby decyzją bardziej motywowaną politycznie niż ekonomicznie.

Od początku roku złoty umocnił się wobec euro o 4,7 proc. i o 7,1 proc. wobec dolara. Mimo trwającej wojny na Ukrainie, w tym roku zyskiwały na wartości wszystkie waluty Europy Środkowej. Wyższe stopy procentowe, przy szybko spadającej inflacji, niż w innych regionach, przekładają się na wyższą atrakcyjność naszego regionu dla inwestorów. Napływ zagranicznych inwestycji wzmacniał w tym roku złotego, podobnie jak bardzo dobry bilans handlowy Polski. W okresie od stycznia do końca maja 2023 roku Polska zanotowała dodatnie saldo w handlu zagranicznym wynoszące 24,6 mld zł. (5,7 mld dolarów). W stosunku do tego samego okresu rok wcześniej eksport wzrósł wartościowo o 8,1 proc., a import spadł o 1,6 proc.

To wszystko wpływało dotychczas na umacnianie się złotego. Jednak rozpoczęcie kampanii wyborczej oznacza jednak zwiększone ryzyka dla złotego:

  1. Obietnice wyborcze mogą nadwątlić sytuację budżetu na rok 2024, a w przypadku wyrównanego wyborczego wyścigu nawet jeszcze w 2023.
  2. Obecne sondaże wskazują, że wynik wyborczy może być bardzo niejednoznaczny. Niewielkie zwycięstwo PiS lub opozycji może nie wystarczyć by uchwalić ustawy konieczne do uruchomienia pieniędzy z KPO.
  3. Przed wyborami może dojść do pierwszej podwyżki stóp procentowych, co może być impulsem do osłabienia złotego.
  4. W kampanii wyborczej mogą pojawić się zdarzenia niespodziewane, które wpłyną także na sytuację na rynku walutowym.

W okresie kampanii wyborczej, może pojawić się znacznie więcej impulsów osłabiających złotego niż wzmacnianych go. Tym bardziej, że poprawa sytuacji gospodarczej w kolejnych miesiącach może spowodować wzrost popytu wewnętrznego, co powinno obniżyć nadwyżkę Polski w handlu zagranicznym. Wydaje się zatem, że do końca roku złoty będzie poruszał się w przedziale 4,40-4,60 zł w stosunku do euro. Osłabienie dolara wobec euro spowoduje natomiast, że notowania dolara na dobre powinny zadomowić się poniżej 4 zł.

Autor: Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Nieruchomości handlowe z największym udziałem w wolumenie inwestycyjnym

W pierwszej połowie 2023 roku wolumen inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej wyniósł 2,02 mld euro, o ok. 64% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Eksperci Colliers odnotowali relatywnie duże zainteresowanie sześcioma[1] analizowanymi rynkami szczególnie ze strony kapitału z CEE, część inwestorów w dalszym ciągu kontynuuje jednak strategię oczekiwania. W I połowie roku popyt wzrósł w sektorze handlowym – na koniec pierwszej połowy 2023 r. jego udział w całym wolumenie wyniósł 35%.

— Wolumeny inwestycji w 2023 roku w Europie Środkowo-Wschodniej były jednymi z najniższych w historii. Spadek o 64%, według wstępnych odczytów, pokrywa się niestety z wynikami europejskimi i światowymi. Biorąc pod uwagę obecne warunki, w szczególności w odniesieniu do kosztów obsługi zadłużenia, przewidywanie aktywności rynkowej w pozostałej części roku pozostaje wyzwaniem. Szacujemy, że przy utrzymaniu się obecnych trendów wolumen inwestycji na koniec 2023 r. może osiągnąć około 5 mld euro —  mówi Kevin Turpin, dyrektor ds. rynków kapitałowych na region Europy Środkowo-Wschodniej, Colliers.

W Polsce łączny wolumen inwestycji za drugi kwartał wyniósł 150 mln euro (801 mln euro w pierwszej połowie roku, co zapewniło jej największy udział w wolumenach inwestycyjnych w CEE – ok. 42%). Na drugim miejscu uplasowały się Czechy z udziałem na poziomie 34%, z kolei Bułgaria była jedynym rynkiem w regionie ze wzrostami w skali roku. Pozostałe rynki odnotowały spadki wolumenów od 42 do 87%.

Cała Europa

Nie tylko kraje Europy Środkowo-Wschodniej odnotowały niską aktywność inwestorów – zgodnie z analizami Colliers niepewność cenowa i zaostrzone warunki finansowe nadal hamują handel nieruchomościami komercyjnymi w całym regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Eksperci zwracają także uwagę na znaczną rozbieżność między oczekiwaniami kupujących i sprzedających, która wpływa na niską aktywność na rynku.

— Drugi kwartał roku pod wieloma względami był kontynuacją pierwszego, w którym ogromny wpływ na rynek inwestycyjny miały podwyżki stóp procentowych. Utrudniły one proces zakupu, zwiększając lukę między oczekiwaniami cenowymi kupujących i sprzedających. Niemniej jednak w tym okresie zamknięto kilka znaczących transakcji, ponieważ inwestorzy kapitałowi nadal poszukiwali i znajdowali strategiczne aktywa —  dodaje Luke Dawson, Dyrektor ds. transgranicznych rynków kapitałowych w regionie EMEA w Colliers.

Dynamika wzrostu

Zbyt mała liczba transakcji na rynku powoduje, że wyzwaniem dla wszystkich graczy jest określenie, gdzie obecnie znajduje się rentowność. Wymusza to konieczność analizowania nastrojów inwestorów i różnych czynników wpływające na płynność, np. stóp procentowych, terminów zapadalności obligacji, zgodności z wymogami ESG i zmian strukturalnych na rynkach najemców w niektórych sektorach.

— Całkowite koszty finansowania wynoszą obecnie powyżej 5,5%, co jest spowodowane znacznie wyższymi stopami procentowymi, a także kosztami innych instrumentów finansowych, takich jak swapy stopy procentowej. Ponadto w dużej mierze zanikły różnice między inwestowaniem w nieruchomości a innymi strategiami inwestycyjnymi. W niektórych przypadkach zaczynają one jawić się jako atrakcyjne alternatywy dla nieruchomości, co wywiera dalszą presję na oczekiwania cenowe kupujących — tłumaczy Kevin Turpin.

Centra handlowe wracają do łask

Pierwsza połowa roku przyniosła roszady w topowych aktywach. Znacznie spadł wolumen inwestycji biurowych, zarówno w skali globalnej, jak i w Europie Środkowo-Wschodniej (stanowi zaledwie 29,5% wolumenu w CEE w I połowie 2023 roku). Spadki zaintaresowania odnotował też sektor przemysłowo-logistyczny. Na szczycie ponownie znalazł się natomiast sektor handlowy z 35-proc. udziałem w wolumenie na koniec półrocza. To tu odnotowano jedyną transakcję powyżej 100 mln euro w II kwartale – właściciela zmieniło centrum handlowe w Pardubicach w Czechach.

Lokalni inwestorzy najbardziej aktywni

Do tej pory w 2023 roku największą aktywność wykazywał kapitał krajowy z regionu CEE-6 z 59-proc. udziałem w całkowitym wolumenie regionalnym. Najbardziej aktywni byli inwestorzy z Czech (40%, z czego prawie 17% stanowiły zaledwie dwie transakcje w sektorze handlowym). Kapitał z innych regionów Europy Środkowo-Wschodniej stanowił kolejne 19%. Za nimi uplasował się kapitał z Europy (14%), Azji-Pacyfiku (7%), USA (5,4%) i Bliskiego Wschodu (5%).

Trendy i perspektywy

Colliers przewiduje, że w Polsce w trzecim kwartale rynek będzie kontynuował poszukiwania odpowiedniego poziomu cen przy niewielkiej aktywności w okresie letnim. W nadchodzących miesiącach eksperci spodziewają się sfinalizowania kilku transakcji biurowych i logistycznych, a także nieznacznego wzrostu zainteresowania aktywami handlowymi. Warto podkreślić, że w Polsce kredyty bankowe są dostępne, ale procesy finansowania nadal się przeciągają. W drugim kwartale ogłoszono jednak szereg transakcji dłużnych w sektorze logistycznym, co wskazuje na utrzymującą się aktywność.

– Biorąc pod uwagę ograniczoną płynność, a co za tym idzie niewielką liczbę transakcji referencyjnych, uczestnicy mają trudności z ustaleniem cen rynkowych, widoczna jest różnica między proponowanymi cenami kupna i sprzedaży. Z tego powodu większość inwestorów o ugruntowanej pozycji czeka na stabilizację cen i zmianę nastrojów na rynku. Stwarza to rzadką okazję dla regionalnych nabywców z Europy Środkowo-Wschodniej i krajów bałtyckich do konkurowania o najlepsze produkty po niższych cenach – podkreśla Marek Paczuski, Senior Director w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego Colliers.

Colliers utrzymuje optymistyczne długoterminowe prognozy dla regionu CEE-6. W krajach tych stosunek między płacą a produktywnością nadal jest bardzo atrakcyjny, co powoduje, że gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej będą odnotowywać szybki wzrost gospodarczy. W ujęciu długoterminowym wszelkie potencjalne średnioterminowe problemy stworzą nowe możliwości dla tego regionu.

[1] Polska, Czechy, Słowacja, Rumunia, Bułgaria, Węgry.

Satyra a naruszenie dóbr osobistych konkretnej osoby

W ostatnim czasie głośno zrobiło się na temat sporu celebrytki Caroline Derpieński z artystką Katarzyną Nosowską. Sprawa ta wywiązała się w związku z udziałem Katarzyny Nosowskiej w reklamie napoju sojowego znanej marki – w związku z kreacją piosenkarki w tejże reklamie, modelka dotknięta poczuła się dotknięta jej treścią. Przy okazji podniesione zostały interesujące wątki prawne, które mogą mieć znaczenie dla przyszłych sporów dotyczących m. in. ochrony dóbr osobistych.

Nie ulega wątpliwości, że przytoczenie okoliczności czy cech umożliwiających identyfikację konkretnej osoby może wywołać u odbiorców skojarzenie z daną osobą bez wskazania takich konkretnych danych osobowych. Dobra osobiste człowieka, jako dobra indywidualne, nierozerwalnie związane z konkretną osobą, pozostają zaś pod ochroną kodeksu cywilnego. Ich katalog jest otwarty, jednak niektóre z nich, takie jak cześć czy wizerunek zostały wymienione w Kodeksie cywilnym.

Wizerunek to nie tylko ustalony obraz danej osoby (np. fotografia czy film), ale także ukazanie zespołu charakterystycznych dla danej osoby cech fizycznych, poprzez które uzyskuje się wyobrażenie o jej wyglądzie. Poza dostrzegalnymi dla otoczenia cechami fizycznymi, tworzącymi wygląd danej osoby i pozwalającymi na jej identyfikację wśród innych ludzi może on obejmować dodatkowe utrwalone elementy związane z wykonywanym zawodem jak charakteryzacja, ubiór, sposób poruszania się i kontaktowania z otoczeniem (Wyrok Sądu Najwyższego z 20 maja 2004 r., sygn. akt II CK 330/03).

Cześć jest natomiast pojęciem, które obejmuje zasadniczo dwa dobra osobiste. Cześć wewnętrzna – godność osobista – stanowi wyobrażenie danej osoby o jej własnej wartości i związanego z nią oczekiwania szacunku ze strony otoczenia. Cześć zewnętrzna – dobre imię – jest zaś wyobrażeniem innych ludzi o wartości danej osoby, tj. reputacją tej osoby. Naruszenie godności osobistej polegać może na okazaniu komuś pogardy, obrażenie tej osoby. Naruszenie dobrego imienia następuje zaś poprzez zniesławienie, czyli pomówienie danej osoby o takie cechy lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii innych lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności.

Co ważne, w celu ustalenia, że doszło do naruszenia dobra osobistego, konieczne jest stwierdzenie takiego działania naruszyciela, które daje się zindywidualizować jako podjęte przeciwko danej osobie ubiegającej się o udzielenie jej ochrony. Naruszenie musi zatem odnosić się do oznaczonego lub dającego się oznaczyć podmiotu, a powód musi wykazać, że jest osobą, której dobra osobiste naruszono. Istotne jest także, czy w danym przekazie umieszczono cechy wykluczające skojarzenie z daną osobą. Jeżeli działanie nie jest wymierzone przeciwko konkretnej osobie, nie dochodzi do naruszenia jej dóbr osobistych. Podobnie jeśli dana jednostka przynależy do pewnej zbiorowości , ale sama nie jest dostatecznie przez daną wypowiedź identyfikowana.

Ocena danego zachowania musi być także dokonana z uwzględnieniem obiektywizacji. Istotna jest tu odpowiedź na pytanie, czy przeciętny odbiorca – osoba zwykła, rozsądna i racjonalnie oceniająca, nieobciążona uprzedzeniami, nieskłonna do wyrażania ekstremalnych sądów, mająca przeciętną kompetencję językową i przeciętną znajomość kodów kulturowych – mógłby, kierując się powszechnym znaczeniem użytych słów oraz na podstawie okoliczności towarzyszących wypowiedzi i innych znanych mu faktów, powziąć uzasadnione przypuszczenie, że wypowiedź dotyczy konkretnej znanej mu osoby.

Poprzez nawiązanie do konkretnej osoby (spełniające ww. kryteria) można więc naruszyć jej dobra osobiste – nie trzeba wskazywać jej z imienia, nazwiska czy okazywać wizerunku – jeśli to nawiązanie będzie nosiło cechy bezprawności.

Za bezprawne uznawane jest przy tym każde działanie naruszające dobra osobiste, jeżeli nie zachodzi żadna ze szczególnych okoliczności, które takie działanie usprawiedliwiają. W każdym przypadku konieczne jest tu wzajemne wyważanie pozostających ze sobą w kolizji praw i wolności, którym porządek prawny przyznaje równą wartość.

Taką wartością kolizyjną może być wolność wypowiedzi, która wynika wprost z art. 54 ust. 1 Konstytucji i jest również gwarantowana przez art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Wolność ta obejmuje prawo do posiadania opinii i informacji, ich przekazywania oraz otrzymywania i jest fundamentem społeczeństwa demokratycznego, w ramach którego dochodzi do nieskrępowanej – co do zasady – wymiany myśli i poglądów na sprawy budzące zainteresowanie społeczeństwa.

Wolność wypowiedzi może być przy tym realizowana nie tylko poprzez wypowiedzi prasowe, ale także inne wypowiedzi, w tym o charakterze artystycznym. Z tego względu, gdy twórczość artystyczna odnosi się do spraw budzących zainteresowanie opinii publicznej, należy ją postrzegać jako element tzw. debaty publicznej.

Dotyczy to w szczególności wypowiedzi o charakterze satyrycznym. Satyra to utwór, który ośmiesza i piętnuje ludzkie wady, obyczaje, czy stosunki społeczne, a także zjawiska – t Typową cechą satyry jest dążenie do ośmieszenia tego, co jej autorowi wydaje się szkodliwe, bezwartościowe lub błędne. Przyjmuje Często się wskazuje, że satyra przedstawia rzeczywistość „w krzywym zwierciadle”. Celem utworu satyrycznego jest nie tyle wywołanie u odbiorców pewnych doznań (duchowych czy estetycznych), co spowodowanie refleksji umysłowej na tematy poruszane w satyrze, często dotyczące zjawisk zachodzących w różnych dziedzinach życia. Satyra zmierza więc do przekazania pewnych treści, a sama forma utworu jest tylko metodą zwrócenie uwagi odbiorców na samą wypowiedź oraz zawartą w niej treść. Wypowiadanie w formie satyrycznej, przy uwzględnieniu jej wymienionych cech, opinii o zdarzeniach i ludziach jest zatem prawnie dozwolone i mieści się, co do zasady, w granicach konstytucyjnej wolności słowa.

Ważny jest przy tym cel krytyki utworu satyrycznego – chodzi o to, czy zmierza on do ochrony ważnych społecznie wartości. W takim przypadku dopuszczalna jest krytyka w tej formie także osoby publicznej nie pełniącej funkcji publicznej np. należącej do kręgu kultury masowej, jeżeli dotyczy ona prezentowanych publicznie przez tę osobę poglądów i postaw, mających wpływ na społeczeństwo, z wyłączeniem jej spraw ze sfery prywatnej, chyba że osoba ta sama zabiegała o zainteresowanie nimi opinii publicznej, wyrażając w ten sposób domniemaną zgodę do pozbawienia się części swojej prywatności (wyrok Sądu Najwyższego z 24 stycznia 2008 r., sygn. akt I CSK 341/07). Od wielu lat Europejski Trybunał Praw Człowieka podkreśla, że osoby podejmujące działalność publiczną w sposób nieunikniony, a zarazem świadomy i dobrowolny, wystawiają się na kontrolę i reakcję ze strony opinii publicznej. Muszą wykazywać zatem większy stopień tolerancji nawet wobec szczególnie brutalnych ataków przeciwko nim skierowanych. Tego wymaga w szczególności prawo do otwartej i nieskrępowanej debaty publicznej, stanowiącej jedną z podstawowych wartości państwa demokratycznego.

Należy przy tym rozważyć, czy naruszenie dóbr osobistych danej osoby objętej satyrą było niezbędne dla osiągnięcia celu utworu satyrycznego. Ocena sformułowań naruszających dobra osobiste powinna być dokonana z uwzględnieniem całego kontekstu utworu, w którym były one zawarte oraz ukształtowanych zwyczajów w ramach tej dziedziny kultury, do której zalicza się dany utwór.

Niewątpliwie rozstrzygnięcie takiego zagadnienia wymaga więc wielowarstwowej dedukcji. Ważne jest już prawidłowe ujęcie problemu: dokonanie przeglądu faktów (dokładnej weryfikacji ocenianej wypowiedzi, treści i odniesień w niej zawartych), rozpoznanie problemu i jego skonkretyzowanie. Konieczne jest też prawidłowe umieszczenie tego problemu w kontekście wzajemnie oddziałujących na siebie w systemie prawa dóbr i wartości oraz sformułowanie szczegółowych hipotez i prognoz. Ważne jest przy tym zachowanie obiektywizmu w dokonywaniu wszelkich dedukcji czy indukcji, co wymaga świadomości własnych schematów myślowych – naturalną tendencją człowieka jest bowiem poszukiwanie wyłącznie okoliczności potwierdzających daną hipotezę.

Autorka – r.pr. Edyta Oleszczuk-Romańska, Kancelaria Prawna „Chałas i Wspólnicy”

Czy bankructwo udziałowca będzie ulgą dla Pepco?

W ostatnich dniach wiele mówi się o przyszłości Pepco. Ta niezwykle popularna w Polsce marka, teoretycznie, stoi przed poważnymi problemami. Wszystko za sprawą faktu, że większościowy udziałowiec – Steinhoff International – zbankrutował. Czy to oznacza koniec tej sieci handlowej?

Odpowiadając wprost – nie, to nie jest koniec sieci detalicznej Pepco. Steinhoff International nie jest jedynym właścicielem Pepco NV, lecz jedynie większościowym udziałowcem, kontrolującym 72% pakietem udziałów. Zasadniczo, Pepco NV to odrębna od Steinhoff International firma, a zadłużenie udziałowca nie jest długiem Pepco. Wobec faktu, że Steinhoff International ogłosił upadłość, na skutek serii księgowych skandali sprzed lat, dla inwestorów kluczowe będzie to, co stanie się z jej akcjami (udziałami) w Pepco NV. Firma będzie musiała sprzedać aktywa, aby spłacić wierzycieli – istotny wydaje się tu czas, który zyska na zebranie kapitału. To on może determinować z jak dużym dyskontem od rynkowej ceny firma zdecyduje się sprzedać udziałów w Pepco.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się odsprzedaż w ramach oferty dla jednego, kilku czy nawet kilkunastu instytucjonalnych podmiotów zainteresowanych długoterminowym rozwojem Grupy Pepco. Jeśli znajdzie się inwestor (nie możemy być pewni czy za kulisami już go nie ma) – może to mieć pozytywny wpływ na nastroje wokół akcji. Część akcjonariuszy może obawiać się, że Steinhoff zostanie zmuszony do sprzedaży po rynkowej cenie, co wiązałoby się ze spadkiem akcji Pepco – na niekorzyść dla samego głównego udziałowca. W interesie Steinhoff leży zorganizowanie oferty na zakup akcji, być może zbudowanie przyspieszonej księgi popytu (ABB). Ta prawdopodobnie pozwoliłaby na szybsze znalezienie inwestorów zainteresowanych kupnem udziałów. Pozytywny dla Pepco jest także fakt sporego zainteresowania inwestorów ostatnią ofertą 375 mln USD obligacji Pepco – wartość złożonych przez nich zapisów przewyższyła samą ofertę firmy. Dlatego, jeśli zostanie zorganizowana podobna oferta na zakup udziałów, to kupiec prawdopodobnie się znajdzie. Główne agencje ratingowe utrzymują pozytywną ocenę biznesu i rozwoju Pepco. Firma prawdopodobnie ma rację, wskazując, że bankructwo Steinhoff nie będzie wiązało się z zamknięciem sklepów i wycofaniem firmy z rynku.

Akcje Grupy Pepco w ostatnim czasie tracą nie tylko z powodu niepewności wokół udziałów Steinhoff. Warto podkreślić, że od strony fundamentalnej walory nie są wyceniane tanio – spadek częściowo wynika również z wysokiej ceny, po której na rynku zadebiutowała firma w 2021 roku. Ogólna niepewność co do przyszłej koniunktury gospodarczej i relatywnie wysokie zadłużenie także wpływają na nastroje inwestorów. Również specyfika branży, w której operuje Pepco, czyni walory wrażliwymi na zmienne nastroje i możliwości finansowe konsumentów. Z drugiej strony, słabszy sentyment inwestorów, który wpływa na niższą wycenę firmy, może sprzyjać ożywieniu popytu, jeśli sprawa udziałów Steinhoff International zostanie rozwiązana, a koniunktura w europejskiej i polskiej gospodarce utrzyma się na korzystnym poziomie. Ogólna kondycja biznesu Pepco pozostaje zdrowa, pomimo sporego zadłużenia. Odejście Steinhoff International może być przez rynek ostatecznie odebrane jako zdarzenie pozytywne dla grupy.

Grupa Steinhoff specjalizowała się w handlu detalicznym “value”. W 2022 roku zatrudniała ponad 90,000 pracowników i posiadała ponad 12,000 punktów sprzedaży na kilku kontynentach. Za ponad 11% sprzedaży odpowiadał rynek Polski, niemal 16% stanowił rynek brytyjski, przy ponad 40% udziałach RPA (łącznie 45% przychodów pochodziło z rynku afrykańskiego). Sprzedaż prowadziły oczywiście odrębne spółki. 3800 punktów sprzedaży w Europie otwartych było pod markami Poundland (PEPCO), Dealz, PEP&CO oraz LIPO Einrichtungsmärkte, 5800 punktów w Afryce (PEPKOR, PEP, ACKERMANS, Russells), oraz ponad 2,300 punktów w Stanach Zjednoczonych (Mattress Firm, Sleepy’s) Australia i Nowa Zelandia (Greenlit Brands, Freedom Furniture, Fantastic Furniture i Snooze).

Autor: Eryk Szmyd, analityk XTB

Rynki akcji odrabiają straty po danych o CPI. Kurs euro wobec dolara rośnie do najwyższego poziomu od 15 lat

Dziś o godz. 14:30 zostaną w Stanach Zjednoczonych dane na temat zachowania CPI i „bazowego” CPI w lipcu br. Ankietowani ekonomiści oczekują wzrostu rocznej dynamiki CPI z najniższego od marca 2021 poziomu osiągniętego w czerwcu br. (3 proc.) do 3,3 proc. Gdyby tak się rzeczywiście stało, byłby to pierwszy wzrost rocznej dynamiki CPI w USA po 12 miesiącach spadku. Według prognoz roczna dynamika „bazowego” CPI na pozostać na poziomie z czerwca czyli +4,8 proc. Główne indeksy amerykańskiego rynku akcji spadły wczoraj ponownie (S&P 500 -0,7 proc., DJIA -0,54 proc., Nasdaq 100 -1,12 proc.), ale dziś rano ceny kontraktów na te indeksy odrabiały środowe straty (S&P 500 +0,65 proc. ok. godz. 9:30).

Na rynkach akcji Azji i Oceanii brak było dziś dominującej tendencji (japoński Nikkei 225 (+0,84 proc.).

Wzrosty głównych indeksów giełdowych dominowały w czwartkowy poranek w Europie. Niemiecki DAX było ok. godz. 9:30 najwyżej od 6 sesji (+0,94 proc.), podobnie jak francuski CAC 40 (+1,41 proc.).

Zwyżkowały na początku sesji główne polskie indeksy (WIG-20 +0,64 proc. ok. godz. 9:50). Poza WIG-Nieruchomości rosły również wszystkie pozostałe indeksy sektorowe GPW. Wśród składników mWIG-u 40 swój najwyższy od 2017 roku zanotowały dziś akcje spółki Tauron Polska Energia. Jeśli chodzi o akcje wchodzące w skład sWIG-u 80, to dziś swój najniższy od roku poziom osiągnął kurs akcji spółki Sunex, zaś cena akcji spółki Medicalgorithmics była najwyższa od marca 2019.

Wobec porannych wzrostów cen akcji rosła rentowność 10-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych (4,026 proc.) i Polski (5,508 proc.).

Kurs euro wobec japońskiego jedna osiągnął dziś najwyższy poziom od września 2008 (EUR/USD +0,48 proc. ok. godz. 9:15 proc). 15 lat temu po raz pierwszy kurs EUR/JPY osiągnął taki poziom jak obecnie w lutym 2007. Jeszcze wcześniej kurs EUR/JPY osiągał obecny poziom od okresie czerwiec-październik 1998 (kryzys azjatycki, bankructwo Rosji, upadek funduszu spekulacyjnego Long-Term Capital Management). Kurs EUR/USD znów wrócił powyżej poziomu 1,10 USD (+0,36 proc. ok. godz. 9:15). Najwyżej od miesiąca był natomiast kurs amerykańskiego dolara względem japońskiego jena (USD/JPY +0,11 proc.).
Kurs EUR/PLN był dziś rano w okolicach swojego miesięcznego maksimum (+0,08 proc. ok. godz. 9:15), zaś kurs USD/PLN spadał o 0,28 proc.

Kurs Bitcoina względem amerykańskie godolara oscylował wokół poziomu 29500 USD (+0,12 proc. ok. godz. 9:20).

Kolejny najwyższy poziom od listopada ub.r. osiągnęły dziś rano ceny kontraktów na ropę naftową na NYMEX-ie (WTI +0,47 proc. ok. godz. 9:20). Ropa Brent była najdroższa od stycznia br. (+0,46 proc.). Cena kontraktów na gaz ziemny na NYMEX-ie oscylowała w okolicach swego najwyższego poziomu od 5 miesięcy (+0,57 proc.). Odrabiały dziś rano swe ostatnie straty metale (złoto +0,09 proc., srebro +0,77 proc., platyna +1,17 proc., pallad +1,28 proc., miedź +0,48 proc. ok. godz. 9:25). Drożały dziś rano również kontrakty na soję i pszenicę na CBOT, a cena kontraktów na bawełnę na ICE notował minimalną zmianę.

Autor Wojciech Białek, OANDA TMS Brokers

Liczba niesolidnych płatników w branży budowlanej rośnie

Wzrost cen energii i paliw, materiałów budowalnych, wynagrodzeń oraz wysokie koszty finansowania, przekładające się na ograniczenie popytu na nieruchomości, okazały się wyjątkowo trudnymi okolicznościami dla działania branży budowalnej. Efekt? Jest to jeden z sektorów polskiej gospodarki, w którym jakość rozliczeń z bankami i partnerami pogorszyła się przez 12 miesięcy najbardziej, wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie informacji kredytowych BIK. Choć w budownictwie wciąż przeważają nastroje pesymistyczne, powoli jednak przybywa optymistów. Widać ku temu również powody w saldzie zaległości, firmy wznoszące budynki powiększają je wolniej, a przedsiębiorstwa budujące drogi i mosty systematycznie je obniżają.

Budownictwo, to trzecia branża pod względem sumy zaległości po handlu i przemyśle. Na koniec czerwca firmy budowlane miały nieopłacone faktury zgłoszone do rejestru dłużników BIG InfoMonitor oraz opóźnione o min. 30 dni raty kredytów na łączną kwotę 6,19 mld zł. Sytuacja branży nie jest prosta, a zmiana zaległości pokazuje, że lata 2021 i 2022 okazały się szczególnie trudnym okresem, w sumie w tym czasie przybyło ponad 1 mld zł nieopłaconych rat i faktur. Tylko od czerwca 2022 do czerwca 2023 było to 0,7 mld zł, choć należy zaznaczyć, że przyrost nieopłaconych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych w tym roku już wyhamował i to w sytuacji, gdy w pozostałych sektorach przyspieszył.

Liczba firm aktywnych, zawieszonych i zamkniętych z problemami w spłacie zobowiązań zbliżyła się do 50,3 tys. W ciągu ostatnich miesięcy do czerwca 2023 w bazach BIG InfoMonitor i BIK przybyło 1840 nowych niesolidnych płatników, ale ich odsetek w branży zmniejszył się z 5,1 do 5 proc. Wynika to z faktu, że w sektorze – mimo trudnych czasów – wciąż pojawiają się nowe biznesy.

– Problemy z płynnością finansową często niestety są wynikiem złego zarządzania, w tym również zarządzania ryzykiem kontraktów budowalnych. W warunkach zmiennej koniunktury na poszczególnych rynkach budowalnych najlepiej wypadają firmy, które mogą sobie pozwolić na zdywersyfikowanie działalności. Niestety nie jest to opcja dla każdego – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Z prawie 6,2 mld zł nieopłaconych w terminie zobowiązań kredytowych i pozakredytowych branży budowlanej, największa kwota przypada na firmy zajmujące się robotami związanymi ze wznoszeniem budynków (PKD 41) – 3,82 mld zł. W dziale Roboty budowlane specjalistyczne (PKD 43) w grę wchodzi 1,40 mld zł zaległości. Przeterminowane kredyty i faktury działu Roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej, czyli dróg kołowych i szynowych, mostów, tuneli czy rurociągów (PKD 42) to niecały 1 mld zł.

Budownictwo: problemy z płynnością finansową

Plany deweloperów legły w gruzach

Obecna skala problemów budownictwa z rozliczeniami, to w dużej mierze zasługa przedsiębiorstw zajmujących się robotami budowlanymi związanymi ze wznoszeniem budynków. W rok powiększyły one zaległe zadłużenie o niemal 22 proc. Przybyło im też 381 niesolidnych dłużników. Przyczyną – załamanie rynku. Jak wskazuje Polski Związek Firm Deweloperskich, w 2022 roku deweloperzy sprzedali o 38 proc. mniej mieszkań niż w 2021, a pod względem liczby transakcji zaobserwowano powrót do poziomów z lat 2013-2014. Uruchamianie nowych inwestycji w obliczu niskiego zainteresowania nabywców i trudności w pozyskiwaniu finansowania było bardzo ryzykowne, szczególnie dla małych i średnich firm. Do tego należy dodać wzrost kosztów materiałów budowlanych i robocizny. W efekcie, rok 2022 skutkował obniżeniem liczby nowych inwestycji o około 1/3. Deweloperzy ruszyli z budową 50 tys. mieszkań mniej niż rok wcześniej.

Wznoszenie nowych budynków to jednak nie tylko „mieszkaniówka”. – Innym trudnym tematem są wielkopowierzchniowe obiekty handlowe. Nowe nie powstają, część istniejących jest rozbierana, a grunt przeznaczany jest pod budownictwo mieszkaniowe. W Polsce mamy większe nasycenie galeriami handlowymi niż np. w Niemczech. W Stanach Zjednoczonych, od co najmniej dziesięciu lat, galerii handlowych ubywa. Punktem zwrotnym okazała się pandemia i masowe zainteresowanie zakupami internetowymi. Nie wszyscy oczywiście w e-handlu zostali, część klientów wróciła do sklepów stacjonarnych, ale nie jest to już ta sama skala, co wcześniej – komentuje dr hab. Waldemar Rogowski. – Spójrzmy też na branżę hotelarską. Ceny pokoi hotelowych są coraz bardziej ekskluzywne. Był moment, w którym obserwowaliśmy proces zwiększenia dostępności bazy hotelowej dla przeciętnego Kowalskiego. Dzisiaj dzieje się odwrotnie, a to nie jest dobra wiadomość dla firm budowlanych, bo może istotnie zmniejszyć zapotrzebowanie na nowe obiekty w branży hotelarskiej. W perspektywie kilku lat prawdopodobnie pojawi się problem z nowymi projektami, które mogłyby realizować duże firmy – dodaje.

Choć obaw nie brakuje, to jednak widać też, że tegoroczne zmiany w dostępie do kredytów mieszkaniowych wpłynęły na poprawę sytuacji firm wznoszących budynki. Po tym jak w II połowie zeszłego roku przeterminowane zobowiązania wzrosły o 550 mln zł, w I półroczu br. było to 131 mln zł.

Firmy wykończeniowe w opałach

Od tego, jak radzą sobie firmy zajmujące się wznoszeniem budynków, w dużej mierze zależą losy biznesów związanych ze specjalistycznymi robotami budowlanymi (PKD Dział 43). Dla przedsiębiorców skupionych wokół „wykończeniówki” oraz prac takich jak przygotowywanie terenu pod budowę czy wykonywanie instalacji elektrycznych i wodno-kanalizacyjnych, brak nowych budów oznacza brak nowych zleceń. Wystarczy podać, że np. zaległości wykonawców instalacji elektrycznych w rok wzrosły o ponad 40 proc., a w ostatnim półroczu o 24 proc. i wynoszą dziś 239 mln zł. Posadzkarstwo, tapetowanie i oblicowywanie ścian zwiększyło przeterminowane długi odpowiednio o 29 i 16 proc. do 76 mln zł. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, łączne zaległe zadłużenie specjalistycznych robót budowlanych w czerwcu 2023 r. wyniosło ponad 1,4 mld zł i było to o 17 proc. więcej niż w czerwcu 2022 r. Nieterminowych płatników w tym czasie przybyło 1290. W przeciwieństwie do sytuacji w firmach wznoszących budynki, na razie nie widać tu spowolnienia w przyroście zaległości. W I poł. br. podobnie tak jak II poł. ub.r. przybyło im na koncie ok. 100 mln zł nieopłaconych zobowiązań.

Choć jedna z przeszkód w prowadzeniu biznesu, czyli gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych, wygląda już nieco lepiej, bo zamiast notowanych średnich 24 i 20 proc. zmian w 2021 i 2022, w czerwcu 2023 r., w stosunku do czerwca 2022 r., było to 3,6 proc. podaje Grupa PSB[1]. Jak wynika z ostatniej analizy GUS, jest to obecnie trzecia na liście barier prowadzenia działalności budowlanej. Poważniejszymi utrudnieniami są płace pracowników oraz koszty energii i paliw.

– Możemy przypuszczać, że w dłuższej perspektywie pomoże program „Pierwsze mieszkanie”. Program będzie czynnikiem stymulującym popyt na kredyty mieszkaniowe, a tym samym na nieruchomości. Szacujemy, że za 1/3 akcji kredytowej w II półroczu będą odpowiadać kredyty udzielone właśnie w ramach tego projektu. Część kredytów będzie finansować zakup nieruchomości na rynku pierwotnym od dewelopera, część na rynku wtórnym, a część budowę we własnym zakresie. We wszystkich trzech sytuacjach zwiększy to popyt na usługi firm budowalnych z różnych działów budownictwa. To bardzo dobra wiadomość dla sektora, ale na zmiany trzeba będzie jeszcze trochę poczekać – mówi dr hab. Waldemar Rogowski. – Szansą jest również zaangażowanie w budowę centrów logistycznych i hal magazynowych – dodaje.

Środki unijne ratunkiem dla budownictwa infrastrukturalnego

Zdecydowanie najlepiej radzą sobie przedsiębiorcy wykonujący roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej (PKD Dział 42). Tam, w ciągu ostatnich 12 miesięcy, zmniejszyła się kwota nieopłaconych w terminie zobowiązań i w czerwcu 2023 wyniosła 957 mln zł. W analogicznym okresie roku ubiegłego było to niemal 1,2 mld zł. Spadek – na tle innych podmiotów z sektora – jest zatem dość znaczny. Z czego może to wynikać? – Bardzo duże projekty infrastrukturalne realizowane są w większości ze środków unijnych. Gdy płyną pieniądze z UE wykonawcy tych inwestycji są bezpieczni. Ich losy nie są zależne od czynników zewnętrznych w tak dużym stopniu, jak losy podmiotów realizujących projekty prywatnych inwestorów – wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor. – Także KPO i środki z nowej perspektywy finansowej byłyby bardzo dużym, pozytywnym zastrzykiem dla budownictwa drogowego i kolejowego – dodaje.

[1] PSB, „Zmiany cen materiałów budowlanych oraz do domu i ogrodu w czerwcu i za 6 miesięcy 2023 r.

„https://www.grupapsb.com.pl/centrum-prasowe/trendy-cenowe/trend/zmiany-cen-materialow-budowlanych-oraz-do-domu-i-ogrodu-w-czerwcu-i-za-6-miesiecy-2023-r.html, 30.07.2023 r.

Sztuczna inteligencja poza prawem. Co mają teraz zrobić firmy?

Parlament Europejski przegłosował tzw. AI Act, który będzie regulował możliwe sposoby korzystania z technologii sztucznej inteligencji. Zarówno wśród prywatnych użytkowników, jak i przedstawicieli dużych firm tworzących tego rodzaju oprogramowanie, pojawiają się różne opinie na ten temat. Wiemy już, że nowe regulacje prawne wejdą w życie najprawdopodobniej nie wcześniej niż w 2025 roku. Zanim to nastąpi, prace nad przepisami będą procedowane w tzw. trilogu czyli w koordynacji pomiędzy Parlamentem Europejskim, Radą i Komisją Europejską. Aż do momentu opublikowania obowiązujących zapisów prawnych w ostatecznym kształcie, rynek będzie regulował się samodzielnie.

W jaki sposób firmy powinny podejść do tego okresu przejściowego i jakie może mieć on konsekwencje, opowiada Sebastian Drzewiecki, Country Manager SoftServe Poland.

Aby regulacje prawne z zakresu AI pełniły swoją funkcję ochronną, a z drugiej strony nie ograniczały rozwoju tej technologii, potrzebna jest duża precyzja i ostrożność. Stąd konieczny jest skrupulatny proces legislacyjny, którego nie można przeprowadzić zbyt szybko. Trwający obecnie okres zawieszenia, może okazać się rozwojowy dla technologii AI, o ile firmy wykorzystają go na wdrożenie regulacji wewnętrznych, które pozwolą na bezpieczne korzystanie ze sztucznej inteligencji.

Ryzyko wytworzenia mechanizmów AI niskiej jakości

Dziś jesteśmy w momencie, w którym najwięksi aktorzy na rynku dysponują dużymi modelami AI, jednak wciąż trwają prace w mniejszych firmach nad modelami opartymi na mniejszej liczbie danych. Co więcej, może się okazać, że takie rozwiązania będą działały lepiej, ponieważ na mniejszych zbiorach danych łatwiej będzie prowadzić proces uczenia się i korygować ewentualne błędy. Taka większa konkurencyjność rynku może doprowadzić nas do szybszego rozwoju i większej dostępności AI nawet w modelu open source. Powstaje tu jednak ryzyko wytworzenie wielu mechanizmów AI niskiej jakości – to może zdecydowanie wpłynąć na bezpieczeństwo naszych danych, które jak wiemy od lat, są niesłychanie cenne.

Pamiętać należy zarówno o danych prywatnych użytkowników, jak również firm. Coraz częściej narzędzia oparte na AI są na co dzień użytkowane przez pracownice i pracowników. Rozmowy na temat bezpiecznego używania AI i wewnętrzne regulacji są absolutnie kluczowe, aby sztuczna inteligencja przyczyniła się do rozwoju biznesu, a nie zagroziła jego bezpieczeństwu.

Uwaga na dokumenty biznesowe

Podstawowe reguły, które wprowadzamy w SoftServe to niezgoda na generowanie kodu przez AI lub wklejanie jego partii do tego rodzaju narzędzi w celu weryfikacji. Oczywiście zachęcamy twórczynie i twórców do zadawania pytań AI i korzystania z jej pomocy, jednak nie możemy narażać się na wyciek naszej własności intelektualnej. Musimy stale przypominać o tym, że narzędzia oparte na AI nie tylko odpowiadają na pytania, ale również uczą się na ich podstawie. Raz przekazana im informacja, zostaje zapisana w ich pamięci na zawsze. Należy o tym pamiętać tworząc i tłumacząc dokumenty biznesowe.

Łatwo również ulec iluzji, że AI jest w stanie w pełni wykonać za nas wiele czynności i zadań. Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie rozwoju technologii, a bez ludzkiej weryfikacji zadania mogą być wykonane w błędny sposób. To wydaje się oczywiste, ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że wielu osobom w natłoku obowiązków zdarza się nadmiernie zawierzyć AI.

Konieczne są wewnętrzne regulacje i edukacja

Aby ograniczać takie sytuacje konieczne są wewnętrzne regulacje oraz edukacja wszystkich pracowników i pracownic. Firmy nie mogą sobie pozwolić na zostawienie eksploracji narzędzi AI w sferze prywatnej. Ta technologia prawdopodobnie wpłynie na pracę prawie wszystkich, a więc wiedza o niej jest sprawą publiczną oraz zagadnieniem z zakresu zarządzania biznesem.

Kolejną sferą, na którą z pewnością wpłynie dynamiczny rozwój AI jest rynek pracy. Szerokie wykorzystanie sztucznej inteligencji może przyczynić się m.in. do automatyzacji procesu wytwarzania kodu. Tego rodzaju zmiany mogą przynieść korzyść wielu firmom, jednak mogą przyczynić się do trudności na rynku pracy IT.

Biorąc pod uwagę jak szybko i dynamicznie rozwija się technologia AI, zasadne wydaje mi się postawienie jeszcze jednego pytania: czy przegłosowane niedawno przez PE zapisy, aby na pewno będą aktualne w 2025 roku, kiedy to mają wejść w życie? Oczywiście procesów legislacyjnych nie można skracać, jednak istnieje ryzyko, że nie nadążą one za zmieniającymi się potrzebami w zakresie sztucznej inteligencji.


Sebastian Drzewiecki, Country Manager SoftServe Poland

GAMIVO zaprasza do sprzedaży akcji

Notowana na NewConnect spółka GAMIVO ogłasza zaproszenie do składania ofert sprzedaży akcji po z góry ustalonej cenie 100 zł za jeden papier. Zaproszenie jest ograniczone czasowo i potrwa do 23 sierpnia.

GAMIVO planuje nabyć 50 tys. zdematerializowanych akcji zwykłych. Stanowią one łącznie 2,48 proc. kapitału zakładowego spółki, a więc uprawniają do wykonywania ok. 2,48 proc. ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu. Spółka ustaliła cenę zakupu akcji w ramach zaproszenia na 100 zł za jedną akcję. Przyjmowanie ofert rozpocznie się 10 sierpnia 2023 r. i potrwa do 23 sierpnia. Podmiotem pośredniczącym jest Dom Maklerski Trigon.

GAMIVO od początku istnienia rozwijała się bardzo dynamicznie. W lipcu liczba zarejestrowanych użytkowników platformy przekroczyła próg 5 mln, którzy kupili już łącznie ponad 21,5 mln gier, programów, kart podarunkowych oraz innych produktów cyfrowych. Zaufanie graczy odzwierciedla się także w wynikach.

Dzięki nieustannej optymalizacji biznesu, udanym akcjom marketingowym i skutecznej promocji premier spółka w 2022 roku wypracowała rekordowe 44,2 mln zł przychodów i niemal 7,1 mln zł zysku netto, którymi postanowiła podzielić się z akcjonariuszami. Zarząd GAMIVO zaproponował wypłatę dywidendy, natomiast Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podjęło decyzję, by zamiast tego przeprowadzić skup akcji własnych oraz emisję akcji bonusowych. Przymnijmy, że do otrzymania akcji gratisowych uprawnieni są inwestorzy posiadający akcje GAMIVO na koniec notowań 28 czerwca 2023 r.

Ich emisja odbywa się w stosunku 1:1.

Dom Maklerski INC rozpoczyna jako depozytariusz obsługę pierwszego FIZ

Zgodnie z przyjętymi kierunkami rozwoju, Grupa INC poszerza zakres prowadzonej działalności i dywersyfikacji źródeł przychodów. Należący do niej Dom Maklerski INC podpisał umowę z funduszem inwestycyjnym zarządzanym przez Origin Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. i od 11 sierpnia br. będzie świadczył usługę depozytariusza tego funduszu.

– Pierwsza umowa na świadczenie usługi depozytariusza to milowy krok w realizacji strategii rozwoju Grupy INC i samego Domu Maklerskiego INC, który stał się bardzo istotnym podmiotem w naszej organizacji. Dziękujemy naszemu pierwszemu Klientowi za zaufanie, jakim obdarzył nas jako podmiot wchodzący na rynek depozytariuszy funduszy inwestycyjnych. Wierzę, że już na etapie przejmowania obsługi funduszu udowodniliśmy, że jesteśmy profesjonalnym i zaangażowanym partnerem. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes zarządu Domu Maklerskiego INC S.A. oraz prezes zarządu i główny akcjonariusz INC S.A.

Depozytariusze funduszy inwestycyjnych pełnią bardzo ważną rolę w ekosystemie rynku kapitałowego. W opinii Zarządu Domu Maklerskiego INC, trwają istotne zmiany na rynku usług depozytariuszy funduszy inwestycyjnych zamkniętych, ponieważ część banków wycofuje się lub ogranicza tego typu działalność. Dla dużych instytucji finansowych nie jest to podstawowa linia biznesowa, może to natomiast być dochodowa działalność dla kilku mniejszych podmiotów działających na rynku kapitałowym i posiadających odpowiednie licencje. Analogicznie jak bankowi depozytariusze, Dom Maklerski INC korzysta z najczęściej stosowanego na rynku systemu IT renomowanego dostawcy i również dzięki temu narzędziu może zaoferować najwyższą jakość usług.

– Prowadzimy zaawansowane rozmowy z kolejnymi towarzystwami funduszy inwestycyjnych, które powinny przełożyć się na nowe umowy. Przez ostatnie miesiące intensywnie i konsekwentnie przygotowywaliśmy się do rozpoczęcia świadczenia usługi depozytariusza. Teraz zaczynamy zbierać pierwsze owoce naszej pracy. Co nie zmienia faktu, że by odnieść rynkowy sukces przed nami jeszcze wiele do zrobienia. – dodaje Paweł Śliwiński.

Zespół depozytariusza złożony jest z bardzo doświadczonych osób, pracujących wcześniej przez wiele lat przy obsłudze funduszy inwestycyjnych zamkniętych w bankach, domach maklerskich,  podmiotach wyceniających fundusze na zlecenie towarzystw funduszy inwestycyjnych i w samych towarzystwach funduszy inwestycyjnych. Korzystamy też z mocno rozwiniętych kompetencji analityków Domu Maklerskiego INC w obszarze wycen aktywów. To daje Domowi Maklerskiemu INC szerokie kompetencje i wszechstronność, a naszym Klientom gwarancję zrozumienia ich potrzeb, pewność sprawnej i skutecznej komunikacji i wysokiej responsywności.

– Zarząd Origin Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. docenia konstruktywną i efektywną współpracę z Domem Maklerskim INC S.A. już na etapie zmierzającym do zawarcia umowy o wykonywanie funkcji depozytariusza funduszu. W szczególny sposób należy podkreślić kompetencje osób zaangażowanych z ramienia Domu Maklerskiego INC S.A. w realizację tego projektu. Ich wiedza, doświadczenie i elastyczność operacyjna dobrze rokują na naszą współpracę przy prowadzeniu spraw funduszu – komentuje Andrzej Król, prezes zarządu Towarzystwa.

Coraz więcej studentów w Polsce uczy się i pracuje jednocześnie

Łączenie pracy ze studiami szczególnie w ostatnich latach stało się jednym z najbardziej powszechnych, ale i korzystnych ekonomicznie sposobów zdobywania wykształcenia. Zmiana modelu studiowania to między innymi wynik drastycznie rosnących kosztów życia. To one często sprawiają, że studenci decydują się na łączenie pracy z edukacją. Dla jednych to warunek konieczny, by kontynuować naukę i opłacić studia, a dla innych to dodatkowe zajęcie, uzupełniające źródła dochodu, jak wsparcie rodziny czy stypendia. Pracowity, jak polski student? Okazuje się, że tak. Badanie przeprowadzone na 268 polskich uczelniach zgromadziło odpowiedzi od 13 616 studentów, na podstawie których wykazano, że w Polsce 80 proc. z nich podejmowało pracę w trakcie nauki. To wynik zbliżony do średniej uzyskanej spośród 26 przebadanych europejskich krajów (78 proc.).[1] Co ich motywuje? Odpowiadają eksperci Aplikuj.pl.

Kim jest pracujący student?

Zaledwie kilka lat temu średnia wieku osób w Europie, które podjęły studia wynosiła mniej niż 25 lat (64 proc.). Dane te różnią się jednak w zależności od kraju. W Polsce zdecydowana większość studentów miała 18-24 lat (77 proc.), z czego ponad połowa (55 proc) miała mniej niż 22 lata. Najmniejszy odsetek stanowiły osoby w przedziale 25-29 i powyżej 30 lat.

Nie będzie zaskoczeniem fakt, że pracujący studenci to przede wszystkim osoby będące na drugiego stopniu studiów (studia magisterskie). Biorąc pod uwagę wiek, udział studentów pracujących wynosił we wspomnianym wcześniej badaniu 40 proc. w grupie poniżej 22 lat, z kolei 91 proc. w grupie powyżej 30 lat. Wyjątkiem była Dania, w której proporcje były odwrotne. Według raportu ponad 6 na 10 żaków, którzy podejmowali się pracy zarobkowej nie korzystało jednocześnie z krajowego wsparcia publicznego.

Pasja czy pieniądze, czyli na co stawiają studenci?

Podejmowanie pracy z jednej strony pozwala rozwijać kompetencje i umiejętności, zwiększając ich szanse i pozycje na początku zawodowej kariery, z drugiej strony ciągłe kursowanie między biurem a uczelnią może studentów odciągać od nauki i być dodatkowym obciążeniem. Czy da się to pogodzić? Badanie Eurostudent pokazuje, że tak i jest to powszechna praktyka wśród studentów w wielu krajach Europy. Co stanowi dla nich motywację do podjęcia pracy? 4 na 10 pracujących deklaruje, że pracuje głównie dla pieniędzy, z kolei ponad połowa traktuje na równi kwestię wynagrodzenia i możliwości zdobycia doświadczenia.

W zależności czy dany student mieszka z rodzicami i studiuje w swojej rodzinnej miejscowości czy też wyjechał na studia do innego miasta ta motywacja może się nieco różnić. Ci drudzy znacznie częściej decydują się na podjęcie pracy, żeby pokryć koszty utrzymania. Dla wielu taka praca warunkuje możliwość studiowania, co również stanowi silną motywację. Z drugiej strony Ci, którzy nadal mieszkają z rodzicami często dorabiają, by pozwolić sobie na kupno dodatkowych rzeczy, na które w innym przypadku nie byłoby ich stać. Z drugiej strony ponad połowa studentów, którzy wzięli udział w badaniu Eurostudent zdecydowała się na drugie zajęcie, by zdobyć doświadczenie. To co widać na rynku pracy studentów to ich zwiększone zainteresowanie ofertami pracy na portalach, takich jak nasz – z drugiej strony pracodawcy nadal chętnie przyjmują ich do swoich firm z racji wielu korzyści wynikających choćby z atrakcyjnej formy zatrudnienia – mówi Izabela Foltyn, Aplikuj.pl.

Gdzie studenci szukają pracy?

Młodzi ciekawych ofert szukają głównie w sieci. Do najbardziej popularnych miejsc, z których korzystają należą m.in. serwisy z ofertami pracy (45 proc.) – według SW Research. Na drugim miejscu pozostają media społecznościowe (38 proc.) i polecenia znajomych (36 proc.).

W naszym serwisie studenci mogą znaleźć kilkaset ofert pracy, sprofilowanych pod ich doświadczenie i możliwości. Wiemy też, że z takiej formy szukania pracy korzysta wiele przedstawicieli Pokolenia Z. Dlatego też zwracamy szczególną uwagę na kompletność zamieszczanych ogłoszeń na naszym portalu i zachęcamy też klientów do rozszerzania swojego profilu pracodawcy, tak aby kandydat miał dostęp do wszystkich informacji w jednym miejscu – mówi Izabela Foltyn, Aplikuj.pl.

Studenta zatrudnię od zaraz

Zatrudnianie osób do 26 roku życia, które studiują wiąże się z wieloma korzyściami dla pracodawcy, jak niższe koszty utrzymania takiego pracownika, brak konieczności opłacania ubezpieczeń społecznych czy w końcu – zerowy podatek dochodowy. Czy to przekonuje przedsiębiorców, żeby inwestować w młodych i niedoświadczonych pracowników, biorąc pod uwagę, że w lipcu tego roku minimalna stawka godzinowa na umowę zlecenie wzrosła do 23,50 zł?

– Dzisiaj możemy wskazać przynajmniej na dwie tendencje w branży zatrudnienia. Ze względu na obecne realia firmy często decydują się na cięcia i ograniczają przyjmowanie do pracy studentów lub redukują ich liczbę godzin w miesiącu. Z drugiej strony od kilku lat można również dostrzec pozytywną zmianę w podejściu przedsiębiorców do pracy wykonywanej przez studentów, a także w powierzonych im zadaniach, które często są znacznie bardziej odpowiedzialne. Widać to, szczególnie w globalnych firmach, które szukają młodych talentów i decydują się w nich inwestować, by w krótkiej perspektywie stali się ważną częścią organizacji stwierdza Magdalena Trojak, Aplikuj.pl.

[1] Eurostudent VII – raport krajowy, 2019-2021

Jak będziemy mieszkać w 2030 roku? Eksperci prognozują zmiany na rynku najmu

75 specjalistów związanych z rynkiem nieruchomości opowiedziało, jak będziemy mieszkać w 2030 roku. Ponad 60% z nich jest przekonanych, że mieszkania będą wynajmowane z konieczności, ponieważ tylko najbogatsi będą w stanie kupić własną nieruchomości. Przewiduje się też, że presja na posiadanie własnego mieszkania znacząco spadnie. Zainteresowanie wzbudzą za to mieszkania dedykowane seniorom – twierdzą analitycy ThinkCo w raporcie „Najem 2030. Kierunki rozwoju najmu mieszkań w Polsce”.

Po trzech dekadach monokultury własności w ciągu kilku lat niemal jednocześnie spadła dostępność kredytów hipotecznych, gwałtownie wzrosły ceny nieruchomości, a w kraju pojawiły się setki tysięcy imigrantów i uchodźców. Wśród kupców mieszkań zaczęli dominować inwestorzy indywidualni. Do Polski zawitali też komercyjni operatorzy najmu instytucjonalnego oraz wprowadzono rozwiązania dające samorządom dodatkowe narzędzia do powiększania zasobu mieszkań o dostępnym czynszu. Jakie są zatem scenariusze rozwoju najmu w Polsce? Raport ThinkCo kreśli prognozę niedalekiej przyszłości rynku najmu i możliwe scenariusze jego rozwoju.

W wynajmowanych pokojach zatrzyma nas przymus ekonomiczny

Ponad 60% ekspertów uczestniczących w badaniu zgadza się, że w perspektywie następnych siedmiu lat osłabnie społeczna presja na posiadanie własnego mieszkania. Po części ma być to wynik utrzymujących się wysokich cen nieruchomości i niskiej dostępności kredytów.  Ze względu na cenę mieszkania staną się mniej dostępne, zwłaszcza dla mieszkańców dużych miast, a oddalająca się wizja posiadania lokum na własność będzie skłaniała do akceptowania innych form zaspokajania potrzeb mieszkaniowych. Najprawdopodobniej już za 7 lat ludzie zaczną przenosić się do średnich miast, w których będą mogli liczyć na wynajem mieszkań o bardziej atrakcyjnym stosunku ceny do jakości. Eksperci zwracają również uwagę na ewoluującą sytuację demograficzną i społeczną.

Młodzi ludzie są skłonni wynajmować mieszkanie, dopóki nie mają dzieci i nie wchodzą w sformalizowane związki. To nie jest obecny trend, tylko prawidłowość obserwowana od dawna. Już dzisiaj przybywa jednoosobowych gospodarstw domowych, ponieważ później i rzadziej decydujemy się na zawieranie małżeństw oraz wychowywanie dzieci. Ta tendencja nie spada i zmniejsza presję na wiązanie się z jednym miejscem czy budowanie majątku dla swoich potomków. Stąd należy spodziewać się, że w przyszłości będziemy współlokatorami dłużej niż obecnie – komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom Analytics. 

Wzrost popytu ze strony różnorodne grupy, od najemców z wyboru po migrantów

Wzrost zasobu mieszkań na wynajem i jego segmentacja są niemal pewne. Popyt będzie budowany jednocześnie przez wiele grup: najemców z wyboru, osoby bez odpowiedniej zdolności kredytowej i migrantów. Wszystko wskazuje na to, że naturalną odpowiedzią będzie rozszerzanie oferty najmu, od opcji luksusowych, po najbardziej ekonomiczne, ale z dużym zasobem w przeciętnym standardzie. Tym bardziej, że na rynku pojawia się coraz więcej inwestorów indywidualnych, funduszy inwestycyjnych PRS oraz podmiotów wspieranych publicznieAnna Błaszczyk, członek zarządu PFR Nieruchomości

Obecnie zasób mieszkań oferowanych w ramach najmu instytucjonalnego (PRS) obejmuje ok. 12 tys. lokali, co stanowi mniej niż 1% zasobów najmu komercyjnego. W bliskiej przyszłości sektor PRS, mimo szybkiego rozwoju, pozostanie nadal niszowym segmentem w skali całego kraju. Zwiększy się za to udział średnich i dużych mieszkań dostępnych na wynajem.

Czeka nas profesjonalizacja rynku najmu

98% ekspertów jest zdania, że zaangażowanie podmiotów instytucjonalnych w najem będzie nieproporcjonalnie duże i pozytywnie wpłynie na profesjonalizację całego sektora. Wyższa jakość i atrakcyjne lokalizacje spowodują, że PRS nabierze charakteru kreatora rynku, a zastosowane tam standardy zostaną skopiowane przez indywidualnych właścicieli na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. W przyszłości również jakość otoczenia zyska na znaczeniu i stanie się jednym z kluczowych czynników przy wyborze mieszkania na wynajem, co potwierdziło w badaniu blisko 80% ekspertów.

Rosnące grono właścicieli mieszkań na wynajem coraz częściej decyduje się na współpracę z firmami zarządzającymi, by oszczędzić czas i unikać bezpośredniego kontaktu z najemcą, również w sytuacjach problemowych. Trend ten będzie się pogłębiał. Rozwiną się inne usługi dla najmu, takie jak pomoc techniczna, ubezpieczenia czy weryfikacja najemców i wynajmujących dodaje Piotr Pajda, założyciel simpl.rent i flatbingo.com.

Mieszkania senioralne będą trendem na rynku nieruchomości

68% ekspertów twierdzi, że w 2030 roku popularne staną się mieszkania senioralne. W najbliższych latach będziemy obserwować rozwój różnych form tego typu mieszkalnictwa – nie tylko domów opieki, ale też mieszkań na wynajem dostosowanych do fizycznych i społecznych potrzeb osób starszych, budowanych z myślą o jak największej samodzielności.

Wydaje się to logicznym następstwem starzenia się społeczeństwa. Szczególnie w sytuacji, gdy zanikają domy wielopokoleniowe, częściej mieszkamy z dala od rodziców i dziadków, a aktywność zawodowa kobiet, na barkach których najczęściej spoczywała opieka nad seniorami w rodzinie, rośnie.

Wprowadzone zostaną polskie REIT-y

Wśród ekspertów dominuje również przekonanie, że w 2030 roku prawdopodobne jest wprowadzenie do polskiego porządku prawnego tzw. REIT-ów i umożliwienie jednostkom lokowania kapitału w funduszach inwestujących w mieszkania na wynajem. Uważa tak 66% badanych.

– Wprowadzenie REIT-ów może przyczynić się do znaczącego zwiększenia udziału polskiego kapitału na rynku PRS oraz kolejnego impulsu do profesjonalizacji tego sektora. Choć obecny rząd deklaruje, że na dzisiaj temat jest zamknięty, konsensus rynkowy jest taki, że absolutnie potrzebujemy tego rozwiązania tu i teraz. Polacy, tak samo jak Amerykanie, Niemcy czy Skandynawowie, powinni mieć możliwość lokowania oszczędności emerytalnych w dobrze zarządzanych funduszach nieruchomościowych – komentuje Przemysław Chimczak-Bratkowski, współzałożyciel firmy doradczej ThinkCo i prezes Fundacji Rynku Najmu.

A co się nie uda zdaniem analityków? Tezy, które nie znalazły potwierdzenia w ich opinii

Eksperci nie spodziewają się intensywnego rozwoju rynku najmu w najmniejszych i małych miastach czy wzrostu popularności wynajmowania domów na terenach wiejskich i podmiejskich. Nie przewidują również wprowadzenia obowiązku mieszanego użytkowania nowych inwestycji mieszkaniowych przez miasta. Dominuje wśród nich pogląd, że rządzący nie zaangażują się w stymulowanie rynku najmu bardziej, niż w promowanie własności mieszkań. Dodatkowo, eksperci za mało prawdopodobne uznają zliberalizowanie przepisów o ochronie praw lokatorów na korzyść właścicieli mieszkań. Nie przewidują także większego rozpowszechnienia się wynajmowania nieumeblowanych mieszkań ani wprowadzenia przepisów regulujących wysokość czynszów na poziomie ogólnokrajowym.

Dzisiaj program Bezpieczny Kredyt 2% zakłada zwiększenie dostępności własności mieszkaniowej. Jego krytycy uważają jednak, że program ten pobudza popyt i prowadzi jedynie do szybszego wzrostu cen nieruchomości. Naszym zdaniem polityka mieszkaniowa nie może krążyć jedynie wokół zwiększania własności, a dywersyfikacji rynku potrzebujemy na wczoraj. W tym procesie ogromną rolę może odgrywać najem, dlatego właśnie rozpoczęliśmy dyskusję o jego przyszłości – tłumaczy Tomasz Bojęć, współzałożyciel  ThinkCo.

Raport Najem 2030 oparty jest na wynikach jakościowego badania eksperckiego przeprowadzonego przez zespół ThinkCo na grupie 75 specjalistów reprezentujących rynek nieruchomości, środowisko akademickie i prawnicze, organizacje pozarządowe oraz samorządy. Dzięki temu udało się uzyskać szerokie spektrum opinii osób związanych z mieszkalnictwem w Polsce. Badanie składało się z 23 tez nt. przyszłości rynku najmu podzielonych na trzy kategorie: rynek, politykę i standardy. Poruszone wątki zostały wzbogacone o 22 wywiady pogłębione oraz przekrojową analizę kondycji polskiego najmu.

Publikacja została opracowana przez zespół ThinkCo. Partnerami strategicznymi opracowania są Otodom, PFR Nieruchomości oraz simpl.rent.

Apartamenty nad morzem na fali wznoszącej. Sprzedaje się ich najwięcej od 2019 roku

Ceny małych apartamentów nad morzem zaczynają się już od 11-12 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Im większa miejscowość, tym wyższe ceny. Nie bez znaczenia jest również standard apartamentu, fakt czy jest on zakupywany z rynku pierwotnego czy wtórnego oraz oczywiście odległość od morza. – Po kilku latach spowolnienia, w te wakacje telefony znowu się rozdzwoniły – przyznaje Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości. Najdrożej jest w Świnoujściu. Niższe ceny widać w Mielnie, Władysławowie, Rewalu czy Międzywodziu.

Przedsiębiorcy wyczuli wiatr zmian w polskich kurortach. „Apartamenty częściej wybierane niż hotele”

Przedstawiciele rynku nieruchomości przyznają, że – jak to nad morzem – zainteresowanie zakupem nieruchomości przychodzi „falami”. Po kilku słabszych sezonach, gdzie głównymi klientami deweloperów oraz sprzedawców indywidualnych byli cudzoziemcy, w tym sezonie widać odwrotny trend. Pytań o dostępne apartamenty na sprzedaż jest bardzo dużo, a transakcji jest najwięcej od roku 2019.

–  Inwestorów nie przerażają ceny, choć te, co oczywiste sięgają nawet kilkuset tysięcy złotych za mały apartament blisko morza. Z naszych obserwacji wynika, że osoby, które decydują się na zakup, myślą o tym pod kątem inwestycyjnym. Polska turystyka bardzo się zmienia. Coraz częściej zamiast pobytu w hotelach, preferujemy wynajem apartamentów. Inwestorzy czują więc, że zakup atrakcyjnego apartamentu nad morzem jest szansą, by ich pieniądze nie traciły na wartości, a wręcz przeciwnie nieruchomość będzie na siebie zarabiać – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

– Wzrost zapytań jest znaczący, widzimy, że inwestorzy bacznie obserwują tendencje turystyczne w Polsce – dodaje Król.

Klienci zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację apartamentu, jakość wykończenia oraz możliwość komercjalizacji obiektu.

Najdroższe jest Świnoujście. Ceny apartamentów potrafią szokować

Jak kształtują się ceny apartamentów nad morzem? Eksperci zauważają, że rozstrzał wartości ofert jest znaczący.

– Apartamenty na rynku wtórnym, w mniejszych miejscowościach nadmorskich można znaleźć już za 10-12 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Dodajmy, że ich metraż zwykle nie przekracza 25 metrów kwadratowych. Atrakcyjniejsze lokalizacje, nowe budownictwo i widok na morze powoduje, że ceny rosną. Apartament z widokiem na morze w Rewalu może kosztować nawet 25 tysięcy złotych za metr kwadratowy – słyszymy.

– Najdroższe jest Świnoujście, gdzie finalizowanych jest obecnie szereg inwestycji deweloperskich. Za kawalerkę na parterze blisko promenady płacimy 20 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Im wyższa kondygnacja, tym wyższe ceny, nawet do 40-50 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Tutaj mówimy jednak o bardzo luksusowych propozycjach – mówi Mirosław Król, ekspert rynku nieruchomości.

Największym zainteresowaniem cieszą się kawalerki i małe apartamenty – większość inwestycji deweloperskich nad morzem to właśnie budynki podzielone tylko na małe mieszkania.

Dlaczego warto zainteresować się pozycjonowaniem strony www?

Każdy, kto ma swoją stronę internetową lub e-sklep, na pewno chciałby, aby była ona odwiedzana przez jak najwięcej osób. Prowadząc działalność usługową typu fryzjer, stomatolog czy psycholog musimy liczyć się z tym, że panuje w nich ogromna konkurencja. Nie możemy czekać, aż ktoś nas znajdzie. Musimy mu w tym pomóc. Nie wystarczy tylko stworzyć ładną i funkcjonalną stronę internetową. Musimy też zadbać o to, żeby była ona widoczna w wyszukiwarce Google. A do tego potrzebne jest pozycjonowanie, które przybliżamy w poniższym tekście.

Czym jest pozycjonowanie?

Pozycjonowanie strony to proces, który ma na celu poprawienie pozycji naszej strony w wynikach wyszukiwania Google dla określonych słów kluczowych. Słowa kluczowe to tzw. frazy, które wpisują użytkownicy, szukając informacji, produktów lub usług w internecie. Na przykład, jeśli prowadzisz sklep z rowerami w Trójmieście, należy zadbać o to, aby Twoja strona pojawiała się wysoko w Google, gdy ktoś wpisze „sklep z rowerami Gdańsk”, lub innych przykład „stomatolog w centrum Krakowa”. Im wyżej Twoja strona będzie się znajdować, tym większa szansa, że ktoś zainteresuje się Twoją ofertą, a nie konkurencji.

Pozycjonowanie rozpoczyna się tak naprawdę w momencie utworzenia strony internetowej. Polega na optymalizowaniu jej pod kątem technicznym, treściowym i linkowym. Oznacza to, że musimy zadbać o to, żeby strona była szybka, łatwa w nawigacji i dostosowana do urządzeń mobilnych. Należy też tworzyć wartościowe i unikalne treści, które będą odpowiadać na potrzeby i zapytania użytkowników. Dodatkowo należy zdobywać linki z innych stron, które będą wskazywać na Twoją stronę jako źródło wiarygodnej informacji lub rekomendacji. Można to tego wynająć link building agency lub korzystać ze specjalnych platform.

Czy każda strona internetowa powinna się pozycjonować?

Pozycjonowanie jest jedną z najskuteczniejszych metod promocji w internecie. Dzięki niemu możesz dotrzeć do osób, które są zainteresowane tym, co oferujesz i są gotowe do podjęcia działania. Co, jednak jeśli nie zależy nam na popularności? Jeśli Twoja strona ma charakter prywatny lub hobbystyczny może sobie istnieć dla nas samych. Bywa również iż nie potrzebujemy się pozycjonować w głównych wynikach wyszukiwania Google, gdyż działamy jedynie lokalnie np. prowadzimy salon urody. Wówczas możemy wybrać tzw. pozycjonowanie lokalne ograniczone do najbliższej okolicy.

Czy pozycjonowanie daje szybkie efekty?

Wokół tego tematu narosło wiele mitów. Dlatego warto wiedzieć, że pozycjonowanie nie jest procesem krótkoterminowym. Wymaga ciągłego monitorowania, analizy i dostosowywania do zmieniających się warunków rynkowych i algorytmów Google. Pozycjonowanie to inwestycja, która przynosi efekty stopniowo i długofalowo. Zazwyczaj pierwsze efekty pozycjonowania można zauważyć po kilku tygodniach lub miesiącach, a pełne rezultaty po kilku lub kilkunastu miesiącach. Jej efekty zależą od szeregu czynników, branży, konkurencyjności, tego, czy robimy wszystko samodzielnie, czy korzystamy z pomocy firm typu link building agency. Nie należy więc poddawać się, jeśli nie widzimy natychmiastowej poprawy. Pozycjonowanie to proces długotrwały, ale opłacalny.

Jak można wesprzeć pozyskiwanie klientów inaczej niż poprzez pozycjonowanie?

Wiedząc już, że pozycjonowanie wymaga czasu, nie należy czekać z założonymi rękami, tylko działać na własną rękę. Istnieją inne metody, które mogą być uzupełnieniem lub alternatywą dla pozycjonowania w kwestii pozyskiwania klientów. Niektóre z nich to:

  • reklama w Google Ads – to płatna forma promocji, która polega na wyświetlaniu Twoich reklam w wynikach wyszukiwania Google lub na innych stronach internetowych,
  • reklama Facebook Ads, działa podobnie jak powyższa, ale na stronach Facebooka i Instagrama,
  • social media marketing – to działania mające na celu zwiększenie obecności i rozpoznawalności tego, co robimy na portalach społecznościowych, takich jak Facebook, Instagram, Tiktok czy Twitter.

Podsumowanie

Pozycjonowanie strony internetowej to proces, który z całą pewnością warto podjąć w sytuacji, gdy potrzebujemy stale pozyskiwać nowych klientów. Wiedząc jednak, że nie działa on od razu, musimy mieć budżet na to, aby przeznaczyć go na inne formy reklamy aż do czasu, gdy pozycjonowanie zacznie dawać rezultaty.

Krajowy System e-faktur. Przedsiębiorcy mają obawy techniczno-informatyczne

Krajowy System Faktur. Przedsiębiorcy: „Żeby nie było wpadek, należy rozpocząć szybkie prace nad rozwiązaniami technicznymi”.

Korzyści podatkowe, ale i sporo obaw o to, jak ten system będzie wdrażany i czy nie będzie  komplikacji więcej niż korzyści. Obowiązek e-fakturowania wchodzi w życie w lipcu 2024, a w styczniu 2025 obejmie sektor MŚP zwolniony z VAT. Zmiany są oceniane przez przedsiębiorców pozytywnie, ale nie brakuje obaw natury technicznej.

Zmiana oceniana dobrze, ale trzeba się nad jej wdrożeniem trochę napracować

Projekt zmiany ustawy o podatku od towarów i usług dla większości przedsiębiorców nie był kontrowersyjny. To zmiany raczej techniczne, a nie merytoryczne, stąd doradcy podatkowi zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie zwracają uwagę na konieczność szybkich szkoleń dla przedsiębiorców oraz możliwości jak najszybszego zapoznawania się z infrastrukturą informatyczną nowego systemu zwanego „KSeF”

– Krajowy System Faktur to zmiana rewolucyjna i zakończył się proces legislacyjny w tej sprawie. Wejdą one w życie od 1 lipca 2024, ale to duże wyprzedzenie czasowe jest nam bardzo potrzebne. To wielka zmiana dla biur księgowych czy dla prawników. Poważnym zadaniem będzie zmiana programów informatycznych i formatów rozliczeniowych. To jest nowa jakość, oceniamy to narzędzie pozytywne, oszustw na pewno będzie mniej. Mamy jednak pewne wątpliwości natury organizacyjnej – mówi Michał Wojtas, skarbnik Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, doradca podatkowy.

Jakie obawy ma biznes?

– Czy Ministerstwo Finansów podoła z realizacją struktury informatycznej? E-PUAP pokazał nam, że nowy system wymaga dopracowania. Przedsiębiorcy dadzą radę, będziemy się wiele uczyć w tym zakresie. Apelujemy jednak do Ministerstwa Finansów, by jak najszybciej rozpoczęto prace nad rozwiązaniami technicznymi w tym procesie – mówi ekspert.

Przedsiębiorcy muszą być gotowi na zmianę techniczną, ale i na przyzwyczajenie się do pełnego przejścia rozliczeń w system online. Eksperci oceniają te zmiany pozytywnie, choć przyznają, że dla biur księgowych, które miały problem z informatyzacją usług nadchodzi trudniejszy czas.

Apelujemy o szybkie szkolenia dla przedsiębiorców i informacje o szczegółach programu

Przedsiębiorcy chcieliby uniknąć problemów z wdrażaniem projektu oraz z używaniem go w pierwszych etapach po wdrożeniu.

– Apelujemy, by prace nad systemem Krajowego Systemu Faktur zacząć jak najwcześniej. Nie chcemy znów sytuacji, że system powinien zacząć działać, a przedsiębiorcy będą mówili nam o zawieszającym się systemie, odrzucanych fakturach czy znikających dokumentach i plikach. Czasu jest wiele, oczekujemy konkretnych rozwiązań i nowoczesnego, kompleksowego podejścia do tego tematu – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Współczesna księgowość musi być w pełni zinformatyzowana. Czas, by sterty segregatorów zmienić na pliki i foldery w komputerach – dodaje Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Pierwsze zmiany  w tym zakresie wchodzą w życie 1 lipca 2024.

SatRev rozpoczyna drogę na giełdę

SatRev, wrocławska spółka z sektora kosmicznego, która jako pierwszy polski komercyjny podmiot umieściła na orbicie własnego satelitę, planuje zadebiutować na rynku jeszcze w 2023 r. W celu sfinansowania dalszego rozwoju, spółka planuje pozyskać kwotę do 15 mln złotych.

SatRev dotychczas umieściła na orbicie okołoziemskiej 11 satelitów, a obecnie firma rozwija kolejne projekty mające na celu wyniesienie nowych orbiterów. Najbliższy start satelity jest zaplanowany na czwarty kwartał 2023 roku. Będzie to satelita dla agencji rządowej Sułtanatu Omanu, co stanowi element strategii ekspansji Spółki na rynki bliskowschodnie oraz Afrykę wschodnią.

Bardzo szybko się rozwijamy, mamy już podpisane kontrakty w zakresie odbioru zdjęć z naszych satelitów m. in. kontrakt z KOWR na łączną kwotę 42 mln zł na 90 tys. km2 zdjęć z całej Polski (dla potrzeb rolnictwa) SkyWatch z Kanady na łącznie 13 mln USD. Obsługujemy również projekty związane ze wsparciem dużych miast oraz gmin na terenie Polski w zakresie czynności kontrolnych uszczelniania lokalnego systemu podatkowego od nieruchomości. Jesteśmy obecni również w Omanie, gdzie sprzedajemy systemy satelitarne, w Australii gdzie bierzemy udział w budowie australijskiego systemu satelitarnego, w Afryce Subsaharyjskiej, która jest dla nas idealnym projektem do szybkiego rozwoju – opowiada o Spółce Grzegorz Zwoliński, założyciel i Prezes SatRev – Obecnie powstaje dla nas w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej fabryka satelitów, która umożliwi nam produkcję nawet 200 własnych satelitów rocznie. Aby wykorzystać ten potencjał będziemy potrzebować zastrzyku kapitału od inwestorów. Realizujemy już kontrakty w zakresie odbioru zdjęć z naszych satelitów oraz mamy perspektywy na zawarcie kolejnych. Nasze projekty nie są już w fazie badawczej, wchodzą w fazę komercjalizacji. Jesteśmy w przededniu zarabiania na naszej głównej usłudze, czyli dostarczaniu danych satelitarnych i potrzebujemy pieniędzy, by dostarczyć w pełni działający system i budować kolejne nowe satelity. Stąd finansowanie na tym etapie rozwoju spółki jak najbardziej jest nam potrzebne. Wybraliśmy proces tj. nową emisję akcji i wprowadzenie spółki na NewConnect, który w naszej ocenie przyniesie nam najwyższe prawdopodobieństwo sukcesu – dodaje Prezes SatRev.

Spółka rozpoczęła prace przygotowawcze do oferty, podpisała umowę współpracy z Domem Maklerskim BOŚ S.A.

Spółka już obecnie prowadzi rentowne projekty, oprócz wspomnianych kontraktów na dostarczanie danych, SatRev realizuje kompletne programy projektowania, produkcji i wynoszenia satelitów na rzecz agencji rządowych Sułtanatu Omanu oraz Australii. Planowane są także kolejne podobne kontrakty, w tym w krajach afrykańskich. Dodatkowo, przez ponad trzy lata firma skutecznie angażuje się w projekty wsparcia działań kontrolnych w obszarze podatku od nieruchomości, obsługując klientów na terenie całej Polski, w tym zarówno duże miasta, jak i gminy. Sztandarowym projektem jest miasto Wrocław, który jako pierwsze miasto na świecie wykorzystuje technologię kosmiczną do uszczelniania lokalnego systemu podatkowego od nieruchomości.

Zapotrzebowanie na zdjęcia satelitarne z roku na rok mocno rośnie. Widzimy, że nadchodzi coraz więcej zamówień, zatem koncentrujemy się na budowaniu kompetencji w dostarczaniu takich zdjęć i zdobywaniu nowych zamówień. Poza rolnictwem widzimy duży potencjał w leśnictwie, transporcie, wodzie, rybołówstwie, ochronie granic, planowaniu miast, rozbudowie sieci telekomunikacyjnych, czy też planowaniu i automatyzacji w innych obszarach. Wszystkie będą potrzebowały systemów obserwacyjnych by dostarczać coraz lepsze programy i usługi. Przygotowujemy się by być bardziej aktywnym w tym sektorze – kontynuuje Prezes SatRev Naszym projektem strategicznym jest też opracowanie własnej technologii – DeploScope – obrazującej w wysokiej rozdzielczości która jest obecnie w fazie końcowych testów. Jest to rewolucyjne rozwiązanie, pozwalające zbierać dokładniejsze dane, przy znacznie niższym koszcie niż istniejące obecnie rozwiązania. Mam nadzieję, że debiut giełdowy, dzięki pozyskanym środkom, przyspieszy realizację wszystkich naszych celów i rozwój SatRev – podsumował Zwoliński.

Anwim S.A. podpisał umowę z NFOŚiGW na dofinansowanie budowy stacji ładowania pojazdów elektrycznych

Anwim S.A., właściciel i operator sieci stacji paliw MOYA pozyskał dofinansowanie w kwocie 17 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na budowę 46 punktów ładowania samochodów elektrycznych na stacjach MOYA. Już w przyszłym roku na wybranych stacjach MOYA pojawią się szybkie ładowarki pojazdów elektrycznych o mocy od 120 do 180 kW.   

Współpraca z NFOŚ przyspieszy rozwój punktów ładowania aut elektrycznych na stacjach sieci MOYA. Lokalizacja przy najważniejszych szlakach komunikacyjnych w Polsce umożliwi kierowcom łatwy i dogodny dostęp do stacji ładowania. Realizacja pierwszego etapu budowy punktów ładowania e-samochodów w sieci MOYA rozłożona jest na trzy lata. Docelowo Anwim planuje mieć ponad 4 tys. własnych punktów ładowania do końca 2030 r. oraz zamierza rozszerzać sieć akceptacji poprzez współpracę z innymi operatorami w ramach roamingu. Dzięki temu klienci MOYA już pod koniec tego roku będą mieli dostęp do około 1 tys. punktów ładowania pojazdów elektrycznych w całym kraju.

– Realna transformacja energetyczna transportu wymaga od całego rynku umiejętnego dostosowania się do zmian legislacyjnych, a także potrzeb konsumenckich. To także proces, który musi być dobrze i odpowiednio wcześnie zaplanowany. Nasza strategia zakłada rozwój sieci własnych punktów ładowania zarówno w ramach sieci stacji paliw MOYA, jak i poza nią. Chcemy, aby do 2030 roku co najmniej 80% naszych stacji własnych było wyposażonych w ładowarki aut elektrycznych, a w sumie chcemy zaoferować rynkowi minimum 4 tys. punktów ładowania – mówi Paweł Grzywaczewski, członek zarządu Anwim S.A.

Spółka w ramach opublikowanej w maju br. nowej strategii rozwoju wyznaczyła dwa główne obszary wzrostu grupy na najbliższe pięć lat. Obejmują one: dynamiczny rozwój sieci stacji paliw MOYA, a także zielone inwestycje, w tym budowę punktów ładowania pojazdów elektrycznych oraz produkcję i sprzedaż prądu z odnawialnych źródeł energii.

Łącznie w perspektywie 5-7 lat spółka przeznaczy ponad 1,5 mld zł na inwestycje, w tym do 1 mld zł na realizację zielonej strategii. Ten ambitny program będzie finansowany ze środków własnych spółki, jak i ze źródeł zewnętrznych, nad pozyskaniem których spółka aktywnie pracuje.

Zielona transformacja należy do priorytetowych obszarów strategii Grupy Anwim, jednego z głównych graczy na polskim rynku paliw. Spółka m.in. od lat instaluje panele fotowoltaiczne, a także realizuje wiele działań z zakresu ESG we współpracy z wieloma organizacjami pozarządowymi. Firma we wszystkich swoich procesach uwzględnia kryteria zrównoważonego rozwoju, czyli dbałość o środowisko (E – Environment), społeczeństwo (S – Society) i ład korporacyjny (G –Governance).

Polskie lasy pozbawiane są certyfikacji odpowiedzialnej gospodarki leśnej. Polskim producentom grozi eliminacja z rynku a pracownikom zwolnienia

Pod koniec lipca Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych (RDLP) w Białymstoku poinformowała o rezygnacji z kontynuowania certyfikacji gospodarki leśnej w systemie FSC od 1 stycznia 2024 r. Już wcześniej z certyfikacji zrezygnowały m.in. Dyrekcje Regionalne w Gdańsku, Toruniu, Poznaniu i Warszawie. Brak w naszym kraju uznawanej na całym świecie certyfikacji FSC gospodarki leśnej sprawi, że dotychczas silne sektory polskiej gospodarki oparte na przetwarzaniu drewna, np. przemysł meblarski czy papierniczy, utracą możliwość sprzedawania swoich produktów, co w efekcie doprowadzi do zamykania fabryk i zwolnień pracowników.

– FSC jest wymagany praktycznie przez wszystkich największych dystrybutorów mebli na świecie. W dodatku jest również coraz bardziej rozpoznawalny przez zorientowanych na ekologię konsumentów. Mimo, że certyfikacja nakłada także bardzo dużo obowiązków na producentów mebli, to jest ona niezbędna, by mogli oni sprzedawać swoje produkty w hurtowniach i sieciach sprzedaży w Polsce i za granicą. Jej brak oznacza więc dla polskich firm, które ciężko pracowały na swoją silną pozycję na świecie, eliminację z rynku – tłumaczy Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli – Odchodzenie od certyfikacji odpowiedzialnej gospodarki leśnej w systemie FSC, po ponad 25 latach jej stosowania przez Lasy Państwowe, jest sprzeczne z trendami i oczekiwaniami konsumentów, którzy w coraz większym stopniu wymagają od przedsiębiorstw dowodów na zrównoważony rozwój oraz transparentności na wszystkich etapach produkcji i łańcucha dostaw – dodaje.

W sytuacji, kiedy Lasy Państwowe z niezrozumiałych dla branży drzewnej przyczyn rezygnują z certyfikacji FSC (dobitnym przykładem jest tutaj ostatnia decyzja RDLP Białystok o rezygnacji z certyfikacji FSC z dniem 1 stycznia 2024, mimo iż ma ona ważny certyfikat i podpisaną umowę licencyjną do 10 sierpnia 2026 roku), powierzchnie certyfikowane w takich krajach, jak Turcja, Hiszpania, Finlandia, Brazylia, Kamerun czy Chiny, rosną. Nasi najwięksi światowi konkurenci w produkcji i sprzedaży mebli (Chiny, Turcja i Brazylia) doceniają coraz bardziej znaczenie i wagę certyfikacji FSC. Bez certyfikacji FSC nasza konkurencja z nimi staje się praktycznie niemożliwa.  Ma to oczywiste przełożenie na sytuację przedsiębiorstw na polskim rynku, a co za tym idzie, sytuację pracowników. Warto zaznaczyć, że sama tylko branża meblarska zapewniała jeszcze nie tak dawno w Polsce zatrudnienie dla ponad 200 000 osób – więcej niż jakikolwiek kraj unijny, jeśli chodzi o ten sektor.  Kłopoty tak dużej branży będą oznaczały olbrzymią skalę zwolnień pracowników. W dodatku redukcje zatrudnienia dotkną głównie tereny, gdzie wzrost bezrobocia wiąże się z olbrzymimi problemami społecznymi, gdyż fabryki mebli zazwyczaj zlokalizowane są daleko od dużych aglomeracji i często są jedynym dużym pracodawcą w swoim regionie.

– Niepokoi nas fakt, że mimo, iż trwają rozmowy pomiędzy FSC a Lasami Państwowymi i Lasy Państwowe deklarują chęć utrzymywania konstruktywnego dialogu, w tym samym czasie kolejne Dyrekcje Regionalne LP rezygnują z certyfikacji. Brak spójności między deklaracjami i działaniami Lasów Państwowych wywołuje poczucie niepewności wśród pracodawców i pracowników sektorów, których losy uzależnione są od porozumienia Lasów Państwowych z FSC – komentuje Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

Przypadek Białegostoku potwierdza niestety tę niechlubną regułę. W opublikowanym 25 lipca 2023 komunikacie Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku powołuje się na brak konstruktywnych działań ze strony FSC oraz wyłączenie z procesu opracowywania wymagań certyfikacyjnych, a przez to brak wpływu na ostateczny kształt krajowego standardu gospodarki leśnej FSC w Polsce. Przedstawiciele FSC przytaczają jednak obiektywne fakty, które obalają tę argumentację i świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. W oświadczeniu opublikowanym na polskiej stronie Forest Stewardship Council czytamy: „Współpraca FSC z Lasami Państwowymi trwa nieprzerwanie od przeszło 25 lat. Rozmowy dotyczące kształtu współpracy FSC z Lasami Państwowymi prowadzone są od listopada 2022 r. Ostatnie spotkanie w tej sprawie z Dyrekcją Generalną Lasów Państwowych (DGLP), która reprezentuje podległe jej regionalne dyrekcje Lasów Państwowych, odbyło się 30 czerwca br., a jego celem było m.in. omówienie kwestii związanych z kształtem umowy licencyjnej oraz rewizją krajowego standardu gospodarki leśnej. Spotkanie odbyło się w konstruktywnej atmosferze, co podkreśliły obie strony. FSC i DGLP uzgodniły kolejne niezbędne kroki, które każda ze stron podejmie, aby dążyć do porozumienia w kwestii umowy licencyjnej. Dodatkowo FSC przedstawiło DGLP aktualny status procesu rewizji standardu i harmonogram dalszych prac. FSC Polska zaprosiło Lasy Państwowe, które aktywnie uczestniczyły w procesie rewizji standardu, do udziału w webinarium w dniu 23 sierpnia 2023 r. Zostaną podczas niego przedstawione wyniki ostatnich konsultacji społecznych oraz treść ostatniego projektu standardu.”

– Apelujemy do Lasów Państwowych o działania zgodnie z deklarowaną dobrą wolą porozumienia się z FSC w imię nie tylko interesów polskiego przemysłu, ale również sytuacji tysięcy Polaków pracujących w branży meblarskiej, którzy i tak już zmagają się z coraz większymi kosztami życia. Dla wielu z tych ludzi utrata pracy oznacza ogromną tragedię – podsumowuje Michał Strzelecki, dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.

W sądach jest już blisko 120 tys. spraw frankowych. Pod koniec roku ma być ich ponad 150 tys.

Według najnowszych danych, w sądach okręgowych w całej Polsce liczba czynnych spraw frankowych na początku czerwca br. dobijała do 120 tys. Najwięcej zarejestrowano ich w SO w Warszawie – blisko 45 tysięcy, a także w Gdańsku i Poznaniu – ponad 11 tys. i blisko 9 tys. Z kolei w większości tego typu sądów odnotowano średnio po kilkaset spraw. Jak oceniają eksperci, to sporo, ale system wciąż jest mało wydolny. To niepokoi tym bardziej, że spraw przybywa. Jednocześnie obecnie można szacować, że ponad połowa kredytobiorców nie podjęła jeszcze działań procesowych. Eksperci podkreślają również, że nowelizacja k.p.c. pozwoli na przyspieszenie postępowań, ale efekt będzie widoczny dopiero za rok lub dwa lata. A on jest potrzebny już teraz. Nie brakuje też prognoz, że na koniec roku przekroczymy barierę 150 tys. spraw. Wówczas, jak dodają znawcy tematu, zaczną się poważniejsze problemy.

Niekończące się spory i zapchane sądy

Jak wynika z danych z 47 sądów okręgowych, na początku czerwca br. było w nich ponad 116 tys. czynnych spraw frankowych. Według Radosława Płonki, eksperta BCC ds. prawa gospodarczego, świadczy to o tym, że problem kredytów frankowych pozostaje cały czas aktualny. Tego typu sprawy stanowią zapewne niewielki odsetek w skali działalności sądów. Natomiast system wymiaru sprawiedliwości, pomimo niezliczonych już reform i ciągłych zmian, jest nadal niewydolny. To jedna z najsłabiej działających sfer naszego państwa.

– Od 1 lipca br. do sądów okręgowych trafiają sprawy, których wartość przedmiotu sporu przekracza 100 tys. zł. Wcześniej było to powyżej 75 tys. zł. Do tych 116 tys. spraw należy doliczyć również te prowadzone w sądach rejonowych, choć jest ich dużo mniej – może w skali całego kraju kilka tysięcy. Warto też dodać, że łączna liczba postępowań z tego zakresu nie przekracza ok. 20% wszystkich umów kredytowych. Uwzględniając zawarte ugody, można szacować, że ponad połowa kredytobiorców nie podjęła jeszcze żadnych działań związanych z odzyskaniem pieniędzy z banku. Jeśli kolejni kredytobiorcy zdecydują się na egzekwowanie swoich praw, sądy mogą mieć naprawdę poważny problem – analizuje adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Zalew sądów sprawami frankowymi to skutek braku rozwiązania ustawowego, co podkreśla Marek Rzewuski, wiceprezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. I dodaje, że strona społeczna walczyła o taką możliwość, biorąc udział w pracach nad ustawą w Sejmie i w Senacie. W tym czasie Komisja Nadzoru Finansowego prezentowała m.in. dokumenty przedstawiające, ile to będzie kosztowało sektor bankowy. Ekspert zaznacza, że – w jego ocenie – ostatecznie lobbystom bankowym, wspieranym przez KNF, udało się zablokować ustawowe rozwiązanie problemu. Oznaczało to, że spory będą rozstrzygane na drodze sądowej.

– Wskazana liczba spraw to relatywnie dużo, zwłaszcza że kilkadziesiąt tysięcy sporów jest już zakończonych. Nie sądzę, aby polskie sądy były przygotowane na takie wolumeny. Świadczyć o tym może na przykład wyznaczenie terminu pierwszej rozprawy w SO w Warszawie na wrzesień 2026 roku. Dodam, że ten pozew został złożony w marcu 2022 roku. Przewidujemy zatem, że na finał tej sprawy będzie trzeba poczekać ok. 8 lat, a np. w Sądzie Okręgowym w Sieradzu czy w Łodzi mogłoby się to zakończyć w ciągu dwunastu miesięcy. W zależności od podjętych przez Ministerstwo Sprawiedliwości czynności usprawniających, 116 tys. spraw może być rozstrzyganych nawet w okresie od 4 do 5 lat. To znacznie za długi termin, biorąc pod uwagę dotychczasową utrwaloną już linię orzeczniczą – komentuje Adrian Goska, ekspert ds. problemów frankowych w sądownictwie, radca prawny z Kancelarii SubiGo.

Po nowelizacji k.p.c. już nie tylko Warszawa

Analizując dane z poszczególnych sądów okręgowych, widzimy, że na początku czerwca zdecydowanie najwięcej spraw czynnych było w Sądzie Okręgowym w Warszawie – ponad 44,6 tys. Marek Rzewuski podkreśla, że stolica charakteryzuje się dużym przyrostem liczby kredytów. Tak jest obecnie, tak też było w poprzednich latach. Ponadto w tym mieście znajdują się siedziby wielu banków, stąd wpływ pozwów do stołecznych sądów nie powinien nikogo dziwić.

– Ogólnie można powiedzieć, że linia orzecznicza wyspecjalizowanego wydziału SO w Warszawie jest przychylna klientom banków. Do tego, im więcej orzeczeń wydaje dany sąd, z tym większym prawdopodobieństwem – po lekturze jego orzeczeń – można założyć, jaki będzie finał sprawy. Dlatego liczba spraw nakręcała się tam jak kula śniegowa. Trend ten odmieni dokonana w tym roku nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego. W efekcie pozew w sprawie frankowej można złożyć wyłącznie według miejsca zamieszkania powoda, więc stolica trochę straci impet w tej kwestii – mówi ekspert z BCC.

Bazując na ww. danych, można stwierdzić, że pięciocyfrowa liczba czynnych spraw frankowych jest tylko jeszcze w Sądzie Okręgowym w Gdańsku – ponad 11 tys.  Kolejny wysoki wynik zanotowano w Poznaniu – blisko 9 tys. spraw. Z kolei po kilka tysięcy było ich w wybranych sądach, a po kilkaset – w większości. Ekspert z Kancelarii SubiGo podkreśla, że sąd w Gdańsku to nie tylko duży obszar działania. To również sąd właściwy dla niektórych banków. Według Adriana Goski, można się zatem spodziewać, że po nowelizacji k.p.c. napływ spraw będzie bardziej równomierny i będzie odpowiadał średniej demografii kraju.

– Przed nowelizacją k.p.c. bezpieczniej było złożyć pozew w sądzie, w którym sędziowie mieli już do czynienia ze sprawami kredytowymi, znali i stosowali przepisy europejskie – czasem wbrew błędnie utrwalonym przyzwyczajeniom. Po zmianie przepisów jedynie właściwym miejscowo sądem jest ten, w okręgu którego mieszkają kredytobiorcy. Dlatego już teraz zaczyna być widoczny wzrost liczby pozwów w sądach w innych miastach. I ten stan będzie się pogłębiał – dodaje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

W sądach będzie ponad 150 tys. spraw

Jak podkreśla Radosław Płonka, sądy są obciążone różnymi sprawami. Napływ kolejnych pozwów frankowych spowoduje dalsze spowolnienia tempa ich rozpoznania. Ono zależy nie tylko od liczby sędziów w danym sądzie, ale i sprawności działania administracji sądowej. Według eksperta, uzasadnione jest założenie, że w wyniku nowelizacji k.p.c. dojdzie do przyspieszenia rozpoznania spraw. One nie będą już tak skoncentrowane w tzw. wydziale frankowym w Warszawie, a w wielu sądach w całej Polsce. A to pozwoli na skrócenie kolejki do wyroku.

– To bardzo prawdopodobne, że nowelizacja k.p.c. spowoduje przyspieszenie postępowań. Natomiast na widoczny efekt trzeba będzie poczekać rok lub dwa lata. Zmniejszenie wpływu nowych spraw nie przyspieszy rozpoznania tych, które już się toczą. Rozpoznanie sprawy w I instancji zajmuje średnio półtora roku do 2 lat. Oczywiście są przykłady skrajne, bo znam sprawę, która rozpoznana została zaledwie w 3 miesiące po złożeniu pozwu. Jednak są i takie, w których od czterech lat czeka się na wyrok. II instancja to zwykle 12-18 miesięcy. Sprawy wnoszone obecnie do sądu mogą liczyć na rozpoznanie w okresie od trzech do czterech lat – mówi mec. Jakub Bartosiak.

Z kolei Marek Rzewuski spodziewa się, że postępowania z czasem będą coraz krótsze ze względu na rosnącą wiedzę sędziów i ich doświadczenie. Natomiast dla przyspieszenia prowadzenia spraw spoza Sądu Okręgowego w Warszawie kluczowe mogą być szkolenia dla sędziów, przede wszystkim dotyczące linii orzeczniczej, wynikającej m.in. z wyroków TSUE.

– W mojej opinii, w najbliższych miesiącach czekają nas kolejne fale pozwów. Realnie to widać po postawach i gotowości do działania wśród kredytobiorców. Na koniec roku możemy spodziewać się, że ten licznik przekroczy nawet 150 tys. czynnych spraw frankowych. Jeżeli w sądach nie zmieni się liczba sędziów czy organizacja pracy, to czas trwania nowych postępowań będzie się wciąż niebezpiecznie wydłużał. I tak będzie aż do momentu, kiedy napływ spraw nie zmaleje. A to może nastąpić dopiero za kilka lat. Do tego czasu sytuacja będzie naprawdę trudna – podsumowuje radca prawny Adrian Goska.

Wypalenie zawodowe: częstsze w pracy fizycznej czy biurowej?

Większość pracujących Polaków (63%) deklaruje, że potrafi utrzymać balans pomiędzy zaangażowaniem w pracę a życiem prywatnym i regeneracją. Jak wynika z badania Pracuj.pl, nieco częściej o taką równowagę potrafią zadbać pracownicy biurowi, niż fizyczni. Jednocześnie ponad 1/3 ogółu badanych doświadczyła w życiu epizodu, który określiliby jako wypalenie zawodowe. Ponad 7 na 10 pracowników uważa, że pracodawcy powinni wspierać swoje zespoły w utrzymaniu odpowiedniej równowagi pomiędzy pracą a czasem wolnym. W praktyce takie wsparcie odczuwa tylko około 4 na 10 pracowników. Częściej mogą na to liczyć pracownicy biurowi niż fizyczni. Mimo to właśnie pracownicy z grupy tzw. white collars częściej deklarują przeciążenie obowiązkami zawodowymi.

Najważniejsze informacje:

  • 63% pracowników deklaruje, że utrzymuje w życiu balans między pracą a życiem prywatnym.
  • Ponad połowa badanych widzi, że w ich otoczeniu zaczęto zwracać uwagę na tę równowagę.
  • 74% osób uważa, że pracodawcy powinni ich wspierać w utrzymaniu work-life balance.
  • Tylko 43% respondentów zauważa, że ich pracodawca rzeczywiście dba o tę kwestię.
  • 27% pracowników biurowych i 22% fizycznych ma poczucie przeładowania obowiązkami.

Życiowy balans coraz ważniejszy

Ponad jedna trzecia badanych pracujących Polaków doświadczyła w swojej karierze zawodowej epizodu, który określiliby jako wypalenie zawodowe. Skala tego problemu w Polsce jest wciąż bardzo duża i utrzymuje się na podobnym poziomie zarówno pod kątem grupy tzw. white collars, czyli pracowników biurowych, jak i blue collars, czyli osób wykonujących prace fizyczne. Kluczowa staje się tu rola pracodawców, którzy powinni wspierać swoje zespoły w zachowywaniu życiowego balansu i dbać o to, by obowiązki zawodowe nie przeciążały ich pracowników. Zespoły, które będą pod tym kątem zaopiekowane, będą również bardziej efektywne, a więc troska o work-life balance to praktyka, która opłaca się każdej ze stron.

Aby sprawdzić, jak sytuacja wygląda w polskich organizacjach i czy bardziej narażone na wypalenie zawodowe są osoby wykonujące prace umysłowe czy manualne, serwis Pracuj.pl przeprowadził badanie wśród 1736 osób w wieku 18-65. Struktura próby była kontrolowana biorąc pod uwagę płeć, wiek i wielkość miejscowości zamieszkania odpowiadających.

Rośnie świadomość i znaczenie work-life balance

Choć doświadczyli wypalenia, to uczą się balansu pomiędzy zaangażowaniem w pracę a życiem prywatnym i regeneracją – to słowa dobrze opisujące polskich pracowników. Dziś już 63% Polaków deklaruje, że na co dzień utrzymuje w życiu odpowiednią równowagę. Nieco częściej takie deklaracje składają przedstawiciele sektora white collars (65%), niż osoby z grupy blue collars (62%). Tę tendencję widać także pod kątem czasu pracy – ponad ¼ pracowników fizycznych deklaruje, że dziennie pracuje więcej niż osiem godzin, z czego co dziesiąty badany na obowiązki zawodowe poświęca średnio 10 godzin dziennie.

Co istotne, ponad połowa respondentów (55%) zauważa, że wśród ich znajomych i rodziny w ostatnich latach zaczęto zwracać większą uwagę na równowagę pomiędzy życiem zawodowym a osobistym. Taką tendencję jednak rzadziej zauważają pracownicy fizyczni (48%) niż pracownicy biurowi, wśród których poprawę w tym zakresie zauważa aż 6 na 10 badanych.

Sytuacja na lokalnym rynku z pewnością nie jest idealna, wciąż zbyt wiele osób w pracy odczuwa przeciążenie obowiązkami, czy nawet wypalenie zawodowe. Jak jednak wskazują nasze badania, rośnie grono pracowników, którzy potrafią jasno wyznaczać granicę: tu jest moja praca, a tu życie. Wydarzenia gospodarcze ostatnich lat, choć w wielu kwestiach osłabiły rynek, to paradoksalnie – umocniły pracowników. Dziś formują się zasady i oczekiwania zespołów i kandydatów, które będą miały kluczowy wpływ na standardy rynku pracy w najbliższych latach i możemy określić z dużą dozą prawdopodobieństwa, że będą to coraz wyższe standardy – mówi Agata Roszkiewicz, Ekspertka ds. wynagrodzeń i benefitów w Pracuj.pl.

Co za dużo, to… na urlop!

Choć Polacy grupowo składają deklaracje o tym, że opanowali już sztukę balansu życiowego, to w rzeczywistości wciąż duże grono osób ma problemy związane z utrzymaniem pełni dobrostanu. Liczby wciąż są bowiem alarmujące – aż 39% badanych pracowników biurowych i 32% pracowników fizycznych deklaruje, że w ich życiu zdarzył się epizod, który mogliby nazwać wypaleniem zawodowym.

Wśród respondentów widoczna jest potrzeba odpoczynku, zrobienia sobie przerwy. Taką potrzebę odcięcia się od pracy na dłużej niż dwa tygodnie odczuwa 28% pracowników biurowych i 26% pracowników fizycznych. Ta sytuacja może wynikać z przemęczenia związanego z dużą ilością zawodowych obowiązków – 28% przedstawicieli segmentu white deklaruje zmęczenie bieżącymi zadaniami. Podobną deklarację składa 21% badanych z grupy blue collars. Ponad 1/4 respondentów ma poczucie przeładowania obowiązkami. Co interesujące, w największym stopniu przeładowani czują się przedstawiciele najmłodszego pokolenia (32%), a najmniej odczuwają to najstarsze na rynku osoby aktywne zawodowo – przedstawiciele pokolenia silver (23%). 34% pracowników biurowych i 37% pracowników fizycznych z kolei wyczekuje zakończenia dnia pracy. Także w tej kwestii utrzymuje się tendencja wiekowa – najbardziej końca dnia pracy nie mogą się doczekać najmłodsi (54%), a godziny w najmniejszym stopniu odliczają najstarsi (28%). Aż 21% badanych pracowników biurowych i 16% pracowników fizycznych deklaruje poczucie niemocy i braku sensu.

Wśród badanych widać jednak, że jeśli praca nie będzie dla nich satysfakcjonująca, to nie skończy się wyłącznie pójściem na urlop. Połowa deklaruje, że zrezygnuje z pracy, jeśli będzie miała ona negatywny wpływ na zdrowie fizyczne (51% z grupy white i 53% z grupy blue). 51% nie zdecyduje się zostać w organizacji, jeśli praca będzie wywoływać u nich negatywny wpływ na zdrowie psychiczne – w takim wypadku decyzję o rezygnacji chętniej podejmą pracownicy biurowi (54%) niż fizyczni (48%). Co więcej, ponad 1/3 badanych deklaruje, że wśród znajomych lub rodziny posiadają przynajmniej jedną osobę, o której wiedzą, że rzuciłaby pracę ze względu na jej zły wpływ na zdrowie psychiczne. Z kolei aż 54% pracowników nie zgodzi się na mobbing. Jeśli taka sytuacja wystąpi w firmie, odejście deklaruje 55% badanych pracowników biurowych i 49% pracowników fizycznych.

Po 29% zgodnie w każdej z grup. Tylu respondentów czuje, że w swojej organizacji nie są doceniani. 1/4 pracowników fizycznych i ponad 1/5 pracowników biurowych odczuwa niechęć do rozpoczęcia dnia pracy. Wpływ na ten stan może mieć wiele czynników, od atmosfery, przez rodzaj zadań, po wynagrodzenie. Obecna sytuacja polskiego pracownika jest konsekwencją wieloletniego podejścia do standardów pracy w organizacjach. Dlatego od lat staramy się edukować naszych klientów, pokazując dobre przykłady, by mogli oni tworzyć środowiska pracy motywujące i sprzyjające rozwojowi. Do tego niezbędna jest dobra komunikacja i zrozumienie potrzeb zespołów. Dla pracodawcy to może być dodatkowy wysiłek, ale bez niego nie da się osiągać dobrych wyników – mówi Konstancja Zyzik, Ekspertka ds. rekrutacji i rozwoju talentów w Pracuj.pl.

W zgodzie ze słowami ekspertki – najważniejsza okazuje się komunikacja. Ponad połowa badanych z grupy pracowników biurowych (54%) i mniej, bo 42% pracowników fizycznych, zgadza się z twierdzeniem, że pracownicy w Polsce zbyt mało otwarcie komunikują swoje potrzeby w obszarze wsparcia psychologicznego. 31% pracowników biurowych i 27% pracowników fizycznych zgadza się z opinią, że informowanie współpracowników o korzystaniu z opieki psychologa lub psychiatry jest pozytywną postawą.

Troska w gestii pracodawcy

Czy pracodawca powinien dbać o równowagę życiową pracowników? Z badań wynika jasno – zdecydowanie tak. Aż 74% badanych odpowiada zgodnie: pracodawcy powinni wspierać pracowników w utrzymaniu odpowiedniego balansu pomiędzy pracą a czasem wolnym. Takie działania popiera zdecydowana większość zarówno pracowników biurowych (76%), jak i pracowników fizycznych (72%).

Co więcej, ponad połowa badanych uważa, że firmy powinny informować o sposobach, za pomocą których wspierają równowagę pomiędzy pracą i życiem osobistym pracowników już na poziomie oferty pracy. To szczególnie istotne dla pracowników biurowych, wśród których aż ponad 6 na 10 pracowników oczekuje takich informacji w ogłoszeniu. Podobne oczekiwania ma ponad połowa pracowników fizycznych (55%). Różnica w oczekiwaniach jest w tym wypadku zauważalna. 40% osób z grupy white collars chciałaby mieć w pracy dostęp do szkoleń z radzenia sobie ze stresem. Takie udogodnienie interesuje o 11% mniej pracowników fizycznych. Ze szkoleń z work-life balance chętnie skorzystałoby 22% badanych pracowników biurowych i 14% pracowników fizycznych.

Jak oczekiwania mają się do rzeczywistości? Tu obraz jest nieco mniej pozytywny, niż życzyliby sobie tego pracownicy. Wsparcie pracodawcy w utrzymaniu balansu pomiędzy życiem zawodowym a osobistym deklaruje 43% ogółu badanych. 1/4 pracowników fizycznych zaznacza, że ich pracodawca nie prowadzi działań w tym zakresie. Podobną deklarację składa nieco ponad 1/5 badanych z grupy white collars. W tym zakresie z pewnością czas na zmiany.

Choć pozytywnym aspektem jest fakt, że ponad połowa badanych w każdej z grup (55% pracowników biurowych i 51% fizycznych) deklaruje, że potrafi rozgraniczyć życie prywatne i zawodowe, to badania wskazują, że wciąż jest w tym zakresie wiele do zrobienia. Dziś widać już, że w Polsce kształtuje się nowy rodzaj pracownika, a ostatnie niepewne lata tylko umocniły tę tendencję. Niezależnie od tego, czy jest to praca fizyczna czy biurowa, pracownicy mają coraz wyższe standardy i sprecyzowane oczekiwania w stosunku do pracodawców – oczekują odpowiedniego traktowania i szanowania granicy pomiędzy życiem zawodowym a osobistym. Najbliższe lata pokażą skalę, jaką przyjmie ta transformacja, ale zmiany będą niewątpliwe i niewątpliwie będą to zmiany na lepsze.

O BADANIU

Badanie „Dobrostan w czasach niepewności” zostało przeprowadzone w marcu 2023 roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie serwisu Pracuj.pl. Pomiar wykonany metodą CAWI wykonano na próbie 1736 Polaków w wieku 18-65. Struktura próby była kontrolowana biorąc pod uwagę płeć, wiek i wielkość miejscowości zamieszkania odpowiadających.

Czesi szturmują kurorty nad Bałtykiem. Ilość turystów z tego kraju wzrosła nawet o 40%

Doceniają atrakcyjność zachodniopomorskiego pasa nadmorskiego, nie narzekają na ceny i… wybierają Polskę, bo Hiszpania czy Grecja jest dla nich „zbyt gorąca”, a polski klimat stanowi ciekawą odmianę. Czescy turyści podbijają zachodniopomorskie kurorty. Hotelarze zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie przyznają, że jest to rekordowy rok jeżeli chodzi o obecność turystów z tego kraju nad polskim morzem. – Inwestycje w infrastrukturę się opłacają – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie – Droga S3, tunel w Świnoujściu. Czesi mają do nas zaledwie kilka godzin samochodem, to argument, który napędza turystykę z tej destynacji – mówi prezes Izby.

Rekordowe zainteresowanie Czechów turystyką w Polsce. „Chciałabym, by turystyka w Polsce doczekała złotego czasu”

Nie da się ukryć, że w tym roku polscy turyści nie szturmują polskiego morza. Nad Bałtykiem nie sprzyja pogoda, a i przedsiębiorcy przyznają, że kampania związana z paragonami grozy i wysoka inflacja wyganiają turystów krajowych.

Czy to oznacza, że turyści z zagranicy również odwracają się od naszego pasa nadmorskiego? Tu zasada jest zupełnie odwrotna. Hotelarze przyznają, że tylu turystów z Czech w Polsce nie było jeszcze nigdy.

– Stare powiedzenie mówi: „Cudze chwalicie, swego nie znacie” i rzeczywiści w przypadku tego, co o polskim morzu mówią Niemcy, Czesi czy Słowacy idealnie się potwierdza. Polacy narzekają na pogodę, a Czesi mówią, że klimat jest przyjemniejszy niż w suchej Hiszpanii. Dla nas polskie plaże to nic imponującego, a dla turystów z Czech ich szerokość i piaszczystość jest imponująca, a na dodatek nie ma stref zastawionych tylko leżakami na wynajem, będącymi własnością hoteli. Chwalona jest także nasza baza hotelowa – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

 – Chciałabym, by polska turystyka doczekała złotego czasu, by turyści z całej Europy docenili, że jesteśmy atrakcyjną, ciekawą destynacją – dodaje Hanna Mojsiuk.

Nawet czeskie biura podróży organizują wyjazdy z Czech do Polski. Doceniają szerokie plaże, niskie ceny i… umiarkowaną pogodę

Hotelarze zrzeszeni w Północnej Izbie Gspodarczej w Szczecinie przyznają, że wzrost zainteresowania turystów z Czech rok do roku to wskaźnik od 25% do nawet 40% w niektórych hotelach. Co ważne, Czesi przyjeżdżają do Polski indywidualnie, ale i

– Hotele to wyraźnie zauważają. Zachęca ich nasza infrastruktura, jakość usług hotelowych, na dodatek cenowo jesteśmy dla nich atrakcyjni. Turyści mówią nam, że bywali już w Austrii, bywali w Chorwacji, a Polska jest dla nich nowym lądem do odkrycia – mówi dyrektor hotelu Hamilton Roman Kucierski.

– Wyjeżdżając z Pragi, jedziemy do Wrocławia, a z Wrocławia do Szczecina połączenie jest samą przyjemnością. Nasze wybrzeże i Morze Bałtyckie stają się bardzo atrakcyjne. Co ciekawe, wielu Czechów mówi, że upały z Grecji czy Hiszpanii też są dla nich męczący i w sumie to pogoda w Polsce im wcale nie przeszkadza – dodaje Kucierski.

– Kiedyś dominowali Niemcy, a teraz widzimy, że Czesi bardzo mocno ich gonią. Warto jednak dodać, że jest także więcej Węgrów i Słowaków w tym roku. Podstawowa zaleta Polski dla nich to oczywiście to, że jest blisko, tanio i bardzo ładnie. Turyści z Czech wybierają komfort i raczej droższe zakwaterowanie – Magdalena Ziętek z Dune Beach Resort.  – Myślę, że to dopiero początek zainteresowania Polską. Jeżeli będziemy mieć dobrą prasę, to jego szczyt przypadnie na lata 2025-2026 – dodaje ekspertka.

Polacy wydają średnio 800 zł na wyprawkę szkolną

Wybierając produkty do wrześniowej wyprawki dla naszych dzieci, często kierujemy się ceną – deklaruje tak ponad 62 proc. dorosłych przepytanych w ramach badania Barometr Providenta. Pomimo oszczędnego podejścia, najważniejszy okazuje się jednak gust dziecka, a koszty szkolnych zakupów są wysokie – co trzeci rodzic na wyprawkę przeznaczy kwotę między 501 a 1000 zł.

Około połowa Polaków kompletuje przybory szkolne systematycznie przez całe wakacje – wynika z tegorocznej edycji cyklicznego badania Barometr Providenta na temat szkolnej wyprawki. Większą systematycznością wykazywały się kobiety – aż 56 proc. z nich zakupy rozłożyła na wszystkie letnie miesiące. Co trzeci respondent poświęca na ten cel tylko kilka ostatnich dni wakacji, a 10 proc. najbardziej spóźnialskich ankietowanych zostawia to jeszcze na pierwsze dni szkoły.

Wyprawka jak spod igły

– W tym roku, kompletując wyprawkę dla naszych dzieci rzadziej sięgamy po rzeczy z drugiej ręki. Jeszcze rok temu co dziesiąty rodzic decydował się na zakup tak wielu używanych elementów wyprawki jak to możliwe. W tym roku wskazało tak zaledwie 3,2 proc. ankietowanych. Natomiast odsetek badanych, którzy kupują używane i nowe rzeczy w podobnych proporcjach utrzymał się na podobnym poziomie niecałych 40 proc. – zauważa Karolina Łuczak, Rzeczniczka Provident Polska. – Jak pokazuje Barometr Providenta, trend zero waste nie ma przełożenia na nasze szkolne zakupy. Choć w przypadku mody coraz częściej decydujemy się na produkty z drugiej ręki, w przypadku wyprawek możemy zaobserwować odwrotną tendencję – dodaje.

Aż 58,8 proc. kupujących podczas kompletowania wyprawki szkolnej, stawia tylko na rzeczy nowe. Podczas wyboru produktów dla rodziców najważniejszy jest gust dziecka – wskazało tak 63,4 proc. z nich. Cena, która była priorytetem w ubiegłorocznej edycji badania, spadła na drugie miejsce. Podium zamyka funkcjonalność produktów – ten element jest ważny dla 60,9 proc. Polaków. Co trzeci rodzic stawia również na walory edukacyjne wyprawki.

Szkolne wydatki rosną

Średnio na wyprawkę szkolną Polacy wydadzą w tym roku 802,80 zł. To dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku. Wyższe wydatki deklarują ojcowie – przeciętnie mężczyźni chcą wydać 930 zł, natomiast kobiety 706 zł. Niemal połowa Polaków kompletujących wyprawkę szkolną dla swojego dziecka, chce zmieścić się w budżecie między 201 a 500 zł, natomiast co trzeci ankietowany na ten cel przeznaczy kwotę między 501 a 1000 zł.

– Wzrost kosztów wyprawki możemy powiązać z kilkoma czynnikami – podkreśla Karolina Łuczak. – Pierwszym z nich jest inflacja, która wpłynęła na wzrost cen artykułów szkolnych, ale to nie jedyny trop. Większe wydatki mogą być spowodowane faktem, że częściej niż w ubiegłym roku decydujemy się na zakup całkowicie nowej wyprawki. Dodatkowo, ważniejszą pozycją w tegorocznym szkolnym budżecie jest sprzęt elektroniczny. Dla co trzeciego respondenta był on w tym roku najkosztowniejszy. To wzrost o 13,5 pp. w stosunku do ubiegłego roku – dodaje.

W tym roku, podobnie jak w poprzednim, największym obciążeniem finansowym dla rodziców kompletujących wyprawkę są podręczniki – tę odpowiedź wskazało 52,3 proc. badanych. Równie kosztowne są nowe ubrania dla dzieci – wskazuje tak 49,1 proc. rodziców. Plecak wspomniało 35,8 proc. ankietowanych.

Wyprawkę finansujemy z pensji

Dwóch na trzech przepytanych Polaków pokryje koszty wyprawki szkolnej z bieżących dochodów. Częściej deklarują tak mężczyźni (72,5 proc. vs. 66 proc. wśród kobiet). Niemal połowa, bo aż 45,2 proc. rodziców, skorzysta z różnych programów socjalnych. Na takie rozwiązanie częściej decydują się kobiety niż mężczyźni (49,1 proc. vs. 40 proc.). Co czwarty badany sięgnie do oszczędności. Ojcowie deklarują to częściej niż mamy – różnica to aż 11,9 pp. (30,8 proc. vs. 18,9 proc.). Niecałe 3 proc., aby sfinansować wyprawkę pożyczy pieniądze od rodziny, natomiast 1,8 proc. Polaków skorzysta z oferty instytucji finansowej.

O badaniu:

Barometr Providenta to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze rozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zostało zrealizowane przez Danae sp. z o.o. metodą CAWI na próbie N=1002 dorosłych Polaków, w lipcu 2023 r.

Słabe nastroje giełdowe i słabe dane z Chin wywierają presję na EURUSD

Kurs EURUSD korygował wczoraj wzrostowy ruch z piątku, który był wywołany publikacją NFP. Dołek został ustanowiony w okolicach 1,0930. Dziś od rana główna para walutowa lekko zyskuje. Wczoraj nastroje giełdowe były słabe a indeksy z Wall Street spadały, choć ostatecznie zniżki nie przekroczyły 1 proc. Zniżki to po części wpływ wczorajszych słabych danych eksportowych Chin, które wywołały obawy o globalną gospodarkę. Dziś kalendarz makro ponownie jest ubogi. Rynek oczekuje na jutrzejszy raport o inflacji z USA.

Wczorajsze dane z Chin wskazały, że eksport znajduje się w wyraźnym trendzie spadkowym. Eksport skurczył się o 14,5 proc. r/r a import o 12,4 proc. r/r. Związany z pandemią „boom” chińskiego sektora eksportowego dobiega końca w imponująco szybkim tempie. Z jednej strony dzieje się to w niefortunnym momencie, ponieważ zbiega się ze słabym popytem krajowym, wzmacniając i potęgując negatywne skutki gospodarcze. Z drugiej strony nie wróży to dobrze chińskiej walucie. Słabszy juan pomaga co prawda zwiększyć konkurencyjność cenową chińskich eksporterów na globalnym rynku i może w pewnym stopniu złagodzić spowolnienie eksportu. Jednak wyraźna deprecjacja juana może jeszcze bardziej wzmocnić tendencję prywatnego kapitału krajowego do opuszczenia Chin.

Na wczorajszej sesji Hang Seng spadł z poziomu powyżej 19 500 pkt. i wyznaczył minima w okolicach 19 065 pkt. Zniżki wyniosły ostatecznie 1,81 proc. Dziś widać minimalne odreagowanie ale brak jest wyraźnego popytu. Shanghai Composite stracił jedynie 0,25 proc. Dziś spadki są kontynuowane a indeks jest „pod kreską” prawie 0,6 proc.

Wracając do głównej pary walutowej – ta zdołała w 100 proc. zredukować piątkowe wzrosty. Euro nie otrzymało żadnego wsparcia ze strony danych makro. Presja cenowa w strefie euro słabnie, przez co kolejna podwyżka stóp EBC wydaje się być już nie tak pewna jak jeszcze niedawno. Miesięczne badanie oczekiwań konsumentów EBC pokazało, że oczekiwania inflacyjne w tej grupie nadal spadają. Pokazało ono także, że nadal oczekują oni, że dynamika wzrostu cen pozostanie powyżej celu instytucji w ciągu najbliższych trzech lat.

Bank centralny prawdopodobnie pozostanie zaniepokojony inflacją w strefie euro, mając jednocześnie nadzieję, że pozytywny rozwój sytuacji będzie kontynuowany. W przeciwieństwie do sytuacji w USA, gospodarka w strefie euro słabnie, co może wywierać presję na wspólną walutę. Jeśli inflacja będzie nadal podążać we właściwym kierunku, spekulacje na temat cięcia stóp w strefie euro mogą zostać ponownie podsycone.

Dolar w pewnym stopniu korzysta na słabych nastrojach. Piątkowe dane NFP nie były aż tak słabe, aby mogły mocniej osłabić USD. Reakcja rynku była zrozumiała, ale widać, jak ten ruch był mało trwały. Ochłodzenie rynku pracy, które jest widoczne, najwyraźniej jest jeszcze za słabe, aby stłumić obawy o inflację. W połączeniu z wciąż dość solidnymi danymi gospodarczymi, które prawdopodobnie spowodują wątpliwości co do recesji w USA, argumenty za rychłą obniżką stóp w Stanach Zjednoczonych nie są zbyt przekonujące.

Jutrzejsza publikacja CPI dla USA za lipiec może jednak ten obraz w pewnym stopniu zmienić. Konsensu rynkowy zakłada taki sam wynik jak w czerwcu w przypadku odczytu bazowego (4,8 proc. r/r). Z kolei wskaźnik zasadniczy, który uwzględnia ceny energii oraz żywności ma nawet urosnąć z 3 proc. do 3,3 proc. w relacji rok do roku. Zmiana miesiąc do miesiąca ma również pozostać niezmieniona i wynieść 0,2 proc. Niższe cyfry powinny osłabić dolara i spowodować, że kurs głównej pary walutowe ponownie znajdzie się powyżej 1,10 i oddali się od linii trendu wzrostowego, przy której to aktualnie się znajduje.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Polskie „hipoteki” prawie najdroższe w Europie

Ubiegłoroczne analizy portalu RynekPierwotny.pl dotyczące wysokiego kosztu nowych kredytów mieszkaniowych w Polsce wzbudziły spore zainteresowanie mediów. Trudno się dziwić, bo nasz kraj bardzo niekorzystnie wypadł pod względem średniego kosztu „hipotek”. W marcu 2022 r. Polska cechowała się najwyższym oprocentowaniem nowych kredytów mieszkaniowych w całej grupie krajów UE. Czy od tamtej pory sytuacja się poprawiła?

Poniższa tabela przygotowana przez ekspertów RynekPierwotny.pl na podstawie danych EBC wskazuje, że w czerwcu 2023 r. Polska nie miała już najwyższego oprocentowania nowych „hipotek” wśród krajów Unii Europejskiej. Według informacji zebranych przez Europejski Bank Centralny, czerwcowa średnia stopa oprocentowania nowych kredytów mieszkaniowych była jednak wyższa tylko na Węgrzech (10,06%). Polska zajmowała natomiast drugą pozycję w gronie krajów UE z wynikiem na poziomie 8,55%.

W czerwcu 2023 r. powody do narzekania mieli również kredytobiorcy hipoteczni z Rumunii, gdzie przeciętne oprocentowanie nowych „hipotek” oscylowało na poziomie 7,42%. Jeżeli chodzi o pozostałe państwa członkowskie Unii Europejskiej, to ich wyniki były znacznie niższe. Mowa o wartościach z przedziału 2,30% (Malta) – 5,60% (Łotwa).

Po uwzględnieniu wszystkich udzielanych kredytów mieszkaniowych z czerwca 2023 r. okazało się, że znacznie taniej od Polaków pieniądze na lokum pożyczają np. Czesi (średnie oprocentowanie: 5,40%) oraz Słowacy (3,92%). Od lipca bieżącego roku sytuację na korzyść naszego kraju poprawia program Bezpieczny Kredyt 2%. Pamiętajmy jednak, że z tego rozwiązania co do zasady mogą korzystać tylko osoby nie posiadające wcześniej żadnego lokum. Tab. 1 - Oprocentowanie kredytów hipotecznych

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Piotr Kuczyński: Sierpień rozpoczął się od ratingowego szoku

W pierwszym dniu sierpnia agencja ratingowa Fitch obniżyła rating długu USA z AAA do AA+. Dolar zamiast osłabnąć umocnił się, mimo że dług USA przekroczy w tym roku 130 proc. PKB. Jednak to ważne ostrzeżenie, które pokazuje, że problemy jednak mogą się pojawić.

Ostatni, lipcowy komentarz kończyłem pisząc, że teoretycznie po posiedzeniu FOMC i podczas raportów kwartalnych spółek w USA można oczekiwać letniej hossy na rynkach akcji, ale zbyt pozytywne nastroje inwestorów sygnalizują, że kontrarianin musi zakładać, iż wcześniej przejściowe ochłodzenie nastrojów jest bardzo prawdopodobne. Okazało się, że letnia hossa wytrwała w USA do końca lipca i dopiero potem rozpoczęła się bardzo umiarkowana korekta.

Zarówno Fed jak i EBC nie zawiodły oczekiwań – stopy zostały podwyższone o 25 pb. W obu przypadkach zarówno Jerome Powell, szef Fed jak i Christine Lagarde szefowa EBC zapowiedzieli, że we wrześniu (w sierpniu posiedzeń nie ma) decyzje o poziomie stóp procentowych będą podejmowane w oparciu o dane makro (podczas dwóch miesięcy będzie ich wiele). Dano wyraźnie do zrozumienia, że za dwa miesiące możliwa jest zarówno podwyżka stóp, jak i pauza, ale nie koniec cyklu zacieśniania polityki monetarnej.

Decyzja Rady Polityki Pieniężnej (RPP) też nikogo nie zaskoczyła – stopy pozostały na poziomie 6,75%. Rozpętała się jednak dyskusja na temat możliwej obniżki stóp. Wydaje się, że jest prawie pewna, ale ja twierdzę, że byłby to bardzo duży, wręcz niewybaczalny błąd. Nie będę powtarzał swoich argumentów, ale nadal twierdzę, że są one zarówno natury ekonomicznej, jak i politycznej.

W pierwszym dniu sierpnia pretekstu do korekty dostarczyła agencja ratingowa Fitch, obniżając rating długowi USA z AAA do AA+. To drugi taki ruch, bo 12 lat temu, też w sierpniu (5.08.2011) podobną decyzję podjęła agencja ratingowa Standard&Poor’s. Zabawne było to, że dolar się po tej decyzji bardzo umocnił. Czyli jak niepokój zagości na rynkach, to ucieka się do dolara, mimo że jego emitent ma problemy.

Widać było, że rynki szybko o tej decyzji Fitch zapomną, ale czy słusznie? USA są emitentem wehikułu finansowego całego świata, czyli dolar jest globalną walutą rezerwową. Udział dolara w rezerwach banków centralnych spadł w ciągu 20 lat z 70 proc. do około 50 proc., ale nadal jest potężny. Udział w handlu zagranicznym też spada, ale 40 proc. to nie jest mało. Amerykańska gospodarka jest największa na świecie – PKB ponad 25 bln dol. Tak więc bankructwo USA na razie nie grozi, bo będą w stanie spłacać odsetki od potężnego długu. Z naciskiem na „na razie”.

Generalnie jednak można powiedzieć, że Fitch słusznie postąpił, obniżając rating USA, bo ich zadłużenie w relacji do PKB przekroczy w tym roku 130 proc. Warto też odnotować, że agencja boi się czynnika politycznego – olbrzymiej polaryzacji politycznej, która może doprowadzić do fatalnych skutków. Na przykład po wyborach prezydenckich w 2024 r. lub przy podwyższaniu limitu zadłużenia w 2025 roku.

Obniżka ratingu była znikoma i należy uznać, że było to ostrzeżenie: uważajcie, bo mimo że jesteście najwięksi na świecie i możecie wydrukować globalną walutę, to w kwestii zadłużenia posuwacie się w niewłaściwym kierunku. Zakładam, że trendy będą dla USA i dolara niekorzystne, do czego dążyć będą Chiny. Tam politycy się nie śpieszą, więc problemy USA, które każą powiedzieć, że Fitch i Standard&Poor’s były kanarkami w kopalni, odłożone są w czasie nie o parę, a raczej o wiele lat.

Autor: Piotr Kuczyński, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, DI Xelion

Bezpieczny kredyt zwiększył zainteresowanie niewielkimi domami

Rośnie zainteresowanie domami na sprzedaż. W lipcu potencjalni nabywcy tego typu nieruchomości poszukiwali ich o 15% częściej niż rok temu. Na popularności zyskują przede wszystkim niewielkie cztero- i pięciopokojowe domy, których ceny mieszczą się w limicie programu Bezpieczny Kredyt 2%, czyli do 800 tys. zł. Jednak wśród konsumentów widać także rosnące zainteresowanie droższymi domami w kwotach do 1,5 mln oraz wyższych. Równocześnie popyt ze strony konsumentów zachęcił sprzedających do wystawiania nieruchomości na sprzedaż, a w niektórych regionach baza dostępnych ofert zwiększyła się nawet o 20%  r/r.

Szczyt ożywienia w segmencie domów na sprzedaż przypada zazwyczaj w okresie noworocznym. W tym roku jednak, za sprawą obietnicy rządowych dopłat w programie Bezpieczny Kredyt 2%, historycznie obserwowana sezonowość zakupów na rynku mieszkaniowych nie ma zastosowania. Według danych Otodom w lipcu 2023 r. liczba wyszukiwań domów na sprzedaż wzrosła o 14% względem czerwca i była o 15% wyższa w porównaniu do ubiegłego roku.

– Wzrost popytu w segmencie domów na sprzedaż to efekt ogólnego ożywienia na rynku nieruchomości, związanego częściowo z programem dopłat do kredytów. Z jednej strony obserwujemy bowiem rosnące zainteresowanie domami w cenach spełniających limity programu Bezpieczny Kredyt 2%. Jednak z drugiej strony Polacy coraz częściej poszukują także droższych domów. To wskazuje, że obecnie zakup tego typu nieruchomości rozważają również nabywcy gotówkowi lub dysponujący wyższą zdolnością kredytową – komentuje Karolina Klimaszewska, starsza analityczka Otodom.

Rośnie popularność niewielkich domów

W porównaniu do ubiegłego roku potencjalni nabywcy częściej zwracają uwagę na domy o mniejszym metrażu. W lipcu prawie 40% wyszukiwań domów dotyczyło tych o powierzchni liczącej minimum 76-100 mkw., podczas gdy te przekraczające 150 mkw. stanowiły niecałe 14% wyszukiwań. Trend znajduje odzwierciedlenie także w preferowanej liczbie pokoi. Najbardziej na popularności wśród potencjalnych nabywców zyskują bowiem domy cztero-i pięciopokojowe, których wyszukiwania stanowiły w lipcu 43% wszystkich ogłoszeń w tej kategorii.

Biorąc pod uwagę limity programu Bezpieczny Kredyt 2%, nie dziwi fakt, że w ostatnim czasie zwiększyła się liczba wyszukiwań mniejszych domów, których cena całkowita mieści się w dopuszczalnej kwocie. W kolejnych miesiącach możemy się spodziewać nasilenia tej tendencji. Nabywcy zainteresowani skorzystaniem z oferty kredytu z rządowym subsydium będą nadal poszukiwać nieruchomości o mniejszym metrażu przy liczbie pokoi, która umożliwi komfortowe funkcjonowanie na stosunkowo niewielkiej przestrzeni – podkreśla Karolina Klimaszewska.

Warto zauważyć jednak, że większym niż rok temu zainteresowaniem cieszą się także domy na sprzedaż w cenie od 1-1,5 mln. zł ( +1,5 p.p. r/r w udziale wyszukiwań według przedziału cenowego).

Wysoki poziom inflacji i koszty budowy prawdopodobnie przekierowują uwagę części osób, które planowały samodzielną budowę domu, na zakup gotowych nieruchomości. Równocześnie większa niż przed rokiem liczba dostępnych ofert oraz wzrost dostępności kredytowania zachęca nabywców dysponujących wyższym budżetem do poszukiwania domów dla siebie – dodaje ekspertka Otodom.

Polacy najchętniej wybierają domy wolnostojące

Dane Otodom wskazują, że niezmiennie największą popularnością wśród potencjalnych nabywców domów cieszą się nieruchomości wolnostojące. W lipcu dotyczyło ich aż 63% wyszukiwań w serwisie. Na drugim miejscu, daleko w tyle, znalazły się domy z zabudowie bliźniaczej (10% wyszukiwań), podczas gdy szeregowców dotyczyło jedynie 6% zapytań.

W II kwartale tego roku koszt zakupu mkw. powierzchni użytkowej domu wolnostojącego był o ok. 12% niższy niż w przypadku szeregowca i o ok. 10% niższy od domu w zabudowie bliźniaczej. Jednak za tak dużą popularnością domów wolnostojących stoi przede wszystkim nasze przywiązanie do posiadania własnego ogrodu i prywatności, której inne typy domów nie zapewniają w tak dużym stopniu – zaznacza Karolina Klimaszewska, Otodom.

Szeroka oferta domów do 800 tys. zł.

Nabywcy, którzy planowali sfinansowanie zakupu domu przy pomocy programu Bezpieczny Kredyt 2%, mieli w czym wybierać. W lipcu br. blisko połowa aktywnych ofert domów na sprzedaż w serwisie Otodom kwalifikowała się do maksymalnego limitu programu, czyli 800 tys. zł. Konsumenci z mniejszym budżetem, do 600 tys. zł, mieli do dyspozycji blisko 26% spośród 68 tys. ogłoszeń. Z kolei domy na sprzedaż w granicach 600-800 tys. zł stanowiły ponad jedną czwartą dostępnej oferty.

Jednak nie w każdym regionie Polski potencjalni nabywcy mieli równie szeroki wybór. W lipcu najwięcej ofert domów na sprzedaż dostępnych było w województwach mazowieckim (ponad 12 tys.), śląskim, wielkopolskim i dolnośląskim (7-8 tys.). Natomiast zainteresowani zakupem tego typu nieruchomości w Świętokrzyskiem, Opolskiem i Lubuskiem musieli liczyć się z najmniejszą liczbą ofert.

Co ciekawe, w porównaniu do ubiegłego roku w niektórych regionach kraju baza dostępnych domów na sprzedaż znacząco się zwiększyła. W województwach takich jak warmińsko-mazurskie, opolskie i lubelskie wzrosła o blisko jedną piątą r/r. Może to wskazywać na to, że sprzedający domy w tych regionach wiążą spore nadzieje z programem dopłat do kredytów dla osób kupujących pierwszą nieruchomość.

OLYMP planuje emisję akcji z prawem poboru

OLYMP zwołał Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które zdecyduje o emisji akcji z zachowaniem prawa poboru. Spółka chce pozyskać finansowanie na realizację rosnącego portfela zamówień. Udział w emisji zapowiedział największy akcjonariusz Spółki, który zamierza nabyć akcje o wartości około 3 mln zł.

OLYMP systematycznie zwiększa portfel zamówień. W lipcu Spółka podpisała umowę z Xtreme Fitness, dzięki której została jedynym z głównych dostawców sieci fitness. W ramach poszczególnych zamówień będzie odpowiadać za kompleksowe wyposażanie klubów tej sieci. Wartość umowy to co najmniej 2-5 mln zł rocznie.

– Umowa z Xtreme Fitness to dla nas kluczowy kontrakt, a jego roczna wartość prawdopodobnie przewyższy dotychczasowe roczne przychody OLYMP. To niejedyna umowa, którą realizujemy dlatego zdecydowaliśmy się zaproponować akcjonariuszom emisję akcji z prawem poboru. Wierzę, że wspólnie możemy dalej rozbudowywać OLYMP. – komentuje Sylwia Czepiżak, prezes OLYMP.

Spółka ma zabezpieczone finansowanie na rozpoczęcie realizacji kontraktu z Xtreme Fitness dzięki pożyczce od kancelarii Sommerrey&Partners, największego akcjonariusza OLYMP. Zapowiedział on udział w planowanej emisji akcji, w ramach której m.in. planuje skonwertowanie na akcje udzielonej w lipcu br. pożyczki o wartości 1,8 mln zł.

– Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, moje zaangażowanie w OLYMP jest długoterminowe. Wszystkie środki ze sprzedaży akcji przeznaczę na reinwestycję w spółkę, planuję objąć akcje o wartości około 3 mln zł. Wspólnie z nowymi inwestorami, którzy w ostatnich tygodniach nabyli znaczące pakiety akcji spółki chcemy dalej zwiększać skalę jej działalności. – komentuje Hubert Sommerrey, wspólnik Sommerrey&Partners Kancelaria Radców Prawnych sp.k.; główny akcjonariusz i pełnomocnik zarządu OLYMP.

Zgodnie z propozycją uchwał na Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, OLYMP może wyemitować maksymalnie 19,98 mln akcji. Każdy Akcjonariusz OLYMP posiadający akcje na dzień 20 września 2023 r. (dzień prawa poboru) otrzyma jedno jednostkowe prawo poboru na każdą posiadaną akcję, a każde jednostkowe prawo poboru będzie uprawniać do objęcia trzech akcji nowej emisji. Decyzję w sprawie emisji akcji podejmą Akcjonariusze OLYMP na NWZA zwołanym na 4 września 2023 r.

8 sierpnia Spółka poinformowała o transakcji zakupu akcji przez Pawła Karpińskiego, który kupił od kancelarii Sommerrey&Partners 1 mln akcji OLYMP i obecnie posiada 15% wszystkich akcji OLYMP. Wcześniej, w czerwcu 2023 r., w akcjonariacie spółki ujawnił się Adam Kalisiak, który posiada 8% akcji Spółki.

Xtreme Fitness działa na rynku od 2012 roku. Obecnie posiada ponad 50 klubów fitness na terenie całego kraju. Firma zapowiada dynamiczny rozwój – do 2027 r. planuje zwiększyć sieć do 227 lokalizacji na terenie Polski oznacza to, że w tym czasie są planowane otwarcia około 40 klubów rocznie. Umowa z OLYMP obejmuje wyposażenie od 3-7 klubów rocznie  – wraz z pełnym serwisem – jednak przez wzgląd na duże potrzeby sprzętowe Xtreme Fitness może ona zostać rozszerzona. OLYMP ma za sobą udane, testowe wdrożenie w nowym klubie Xtreme Fitness w Opolu.

W 2022 roku spółka OLYMP osiągnęła 2,8 mln zł przychodów względem 2,1 mln zł rok wcześniej. W I kwartale br. spółka wypracowała 1,6 mln zł przychodów.

Stany Zjednoczone i Chiny: dwie różne gospodarki, dwa różne problemy

Amerykanie pokazali czerwcowe dane ze swojego handlu. Bilans handlowy zwyczajowo pokazywany jest dopiero około 40 dni po zakończeniu miesiąca. W tle mamy deflację w Chinach, tak Pekin boryka się z rocznym spadkiem cen.

Stabilizacja bilansu USA

Wczorajsze dane pokazują, że handel w USA się powoli jednak stabilizuje. Import towarów dalej przekracza oczywiście eksport, ale deficyt w wysokości 65,5 mld USD to trzeci najniższy wynik w okresie ostatnich dwóch lat. Słabnący dolar pomaga zresztą stabilizować ten parametr. Musimy oczywiście pamiętać, że to dane za czerwiec, więc jeszcze sprzed nagłego osłabienia, które miało miejsce dopiero w lipcu. Warto jednak zwrócić uwagę, że już wtedy trend był korzystny dla stabilizacji. Należy pamiętać, że bilans ten powstaje na podstawie danych z urzędów celnych, co powoduje, że część analityków wskazuje na problemy z uwzględnieniem niektórych usług, co powoduje zawyżanie tego parametru.

Inflacja w Chinach

Dane z Chińskiej Republiki Ludowej często znajdowały się na zupełnie innych poziomach niż zachodnie. Przeważnie dotyczyło to jednak wzrostu PKB, produkcji przemysłowej czy sprzedaży detalicznej. Dzisiaj w nocy na rynek trafiły dane z Chin. Panuje tam deflacja na poziomie 0,3%. Tak w Chinach naprawdę ceny spadły w ciągu roku. Nie wynika to z tego, że ktoś nie rozumie, jak działa spadek inflacji, tylko ceny naprawdę spadają. Co ciekawe, ceny producentów spadają nawet mocniej, bo o 4,4%. Jest to jednak wynik zupełnie innej polityki Państwa Środka. Kraj ten, obniżając stopy procentowe w covidzie, nie poszedł na modłę zachodnią zalewania gospodarki, tylko zrobił to ostrożnie, o 0,2%, obniżając później jeszcze o kolejne 0,3%. W rezultacie nie zalano gospodarki tanim pieniądzem, z którym potem trzeba byłoby walczyć.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat