Perspektywa dalszych wzrostów na europejskim rynku nieruchomości logistycznych

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, aktywność inwestycyjna w europejskim sektorze nieruchomości logistycznych w 2022 r. utrzymuje się na wysokim poziomie, a wartość transakcji zawartych w pierwszym kwartale sięgnęła 14,3 mld euro, przebijając rekord z 2021 r.

W wyniku niewystarczającej podaży w Europie obserwowany jest wzrost stawek czynszu. Najsilniej odczuwalny jest on w Londynie, gdzie koszty wynajmu najbardziej atrakcyjnych magazynów wzrosły aż o 20%. W Polsce, najwyższe stawki czynszu dotyczą Warszawy, gdzie w rezultacie obserwowanego od początku roku silnego trendu wzrostowego skala podwyżek zbliża się do tego notowanego w stolicy Wielkiej Brytanii.

Największe wolumeny inwestycyjne odnotowano w Niemczech (4,1 mld euro) i Wielkiej Brytanii (2,9 mld euro), których udział w całkowitych obrotach na europejskim rynku w pierwszym kwartale wyniósł blisko 50%. Wysoki poziom aktywności inwestycyjnej w pierwszym kwartale 2022 r. zaobserwowano także w Holandii (2,0 mld euro) i we Francji (1,1 mld euro).

„Do głównych czynników dynamicznego wzrostu sektora logistycznego nadal można zaliczyć zapoczątkowany przez pandemię boom w branży e-commerce, a od niedawna także wysoki popyt na dodatkową powierzchnię magazynową, która umożliwiłaby firmom zabezpieczenie łańcuchów dostaw w obliczu kryzysów geopolitycznych” – komentuje Marcus De Minckwitz, dyrektor działu nieruchomości przemysłowych i logistycznych w regionie EMEA, Savills.

W pierwszym kwartale najemcy w Europie wynajęli 10 mln m kw. powierzchni magazynowej, czyli o 28% więcej, niż wynosi średnia pięcioletnia. Największy udział w strukturze popytu od początku roku miały firmy w Niemczech (2,4 mln m kw.), Holandii (2,2 mln m kw.), Polsce (1,5 mln m kw.) i Wielkiej Brytanii (1,3 mln m kw.).

Z raportu firmy Savills pt. „European Logistics Census 2021” wynika, że najemcy przewidują, iż jednym z najważniejszych skutków pandemii będzie skracanie łańcuchów dostaw, czyli reshoring, co pozwoliłoby na minimalizowanie ryzyka. Zakłócenia w łańcuchach dostaw związane z wojną w Ukrainie i ponownie wprowadzonymi niedawno twardymi lockdownami w Chinach skutkowały rekordowo dużym wolumenem popytu na powierzchnię magazynową m.in. w Polsce, gdzie w pierwszym kwartale odnotowano najwyższy poziom aktywności najemców w historii polskiego rynku.

Jak podaje Savills, luka podażowa związana z rekordowym spadkiem wskaźników powierzchni niewynajętej w 2021 r. będzie potęgować zainteresowanie inwestorów obiektami magazynowymi. Najniższe stopy pustostanów nadal obserwuje się w Dublinie (1,1%), Danii (1,5%), Barcelonie (1,7%), Czechach (2,0%), Wielkiej Brytanii (2,7%), Polsce (3,05%) i Holandii (3,2%). Podobnie jak w 2021 r., silnie ograniczona podaż atrakcyjnej powierzchni magazynowej spowodowała presję na czynsze, które wzrosły na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy średnio o 5,9%.

Zgodnie z danymi Savills, wskutek utrzymującego się wysokiego zainteresowania kapitału nieruchomościami logistycznymi w Europie, stopy kapitalizacji dla najlepszych obiektów uległy kompresji w ostatnich sześciu miesiącach średnio o 23 punkty bazowe i wynoszą obecnie 4,08%. W Szwecji, Finlandii i Włoszech obniżyły się odpowiednio o 65 pb, 40 pb i 35 pb. W Belgii, Czechach, Danii, Francji i Norwegii spadki sięgnęły 25 pb. Z kolei w Niemczech i Holandii zmniejszyły się odpowiednio o 20 pb i 10 pb. Stopy kapitalizacji pozostały na stabilnym poziomie jedynie w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Portugalii.

Jak zauważa Savills, optymistycznym sygnałem dla inwestorów poszukujących produktów inwestycyjnych na kluczowych rynkach może być wysoki poziom aktywności deweloperskiej w Europie w pierwszym kwartale 2022 r.  W ujęciu rocznym, zasoby obiektów logistycznych powiększyły się w szybkim tempie między innymi w Polsce (aż o 16,5%), a także w Madrycie (o 11,6%), Holandii (8,8%) i Wielkiej Brytanii (5,5%).

 

„Wskutek rosnących kosztów pozyskiwania przez inwestorów finansowania dłużnego Polska wkracza w etap niespotykanego wcześniej szybkiego wzrostu stawek czynszowych. Czynsze rosną obecnie znacznie szybciej, niż do tej pory, a w przypadku czynszów ofertowych wzrosty sięgają 20 procent. Jednocześnie indeksacja czynszów w zawartych już umowach najmu będzie czynnikiem zachęcającym do zakupu aktywów generujących przychód” – komentuje John Palmer, dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego dla sektora nieruchomości magazynowych w Savills w Polsce.

„Prognozy na najbliższy rok nadal napawają dużym optymizmem. Wszystkie wskaźniki dotyczące rynków najmu są zachęcające – spada stopa pustostanów i rośnie popyt. W porównaniu z innymi sektorami nieruchomości komercyjnych, branża logistyczna nadal ma silne fundamenty. Z tego względu przewidujemy, że tegoroczny wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku logistycznym sięgnie ok. 60 mld euro i będzie zbliżony do ubiegłorocznego rekordu, który wyniósł 62 mld euro” – podsumowuje Kevin Mofid, dyrektor działu badań rynku nieruchomości magazynowych i logistycznych w regionie EMEA, Savills.

Rośnie popyt na towary luksusowe pomimo wojny i inflacji

Pomimo zawirowań geopolitycznych i znacznego pogorszenia koniunktury gospodarczej sprzedaż osobistych dóbr luksusowych zwiększyła się w pierwszym kwartale rok do roku aż o 17-19 proc., wynika z najnowszego raportu Bain & Company. Analitycy przewidują, że jeśli tempo wzrostu utrzyma się, w całym roku sprzedaż sięgnie 320-330 mld euro i będzie wyższa o 10-15 proc. w stosunku do 2021.

Wzrost sprzedaży w pierwszych trzech miesiącach tego roku to w głównej mierze zasługa dobrych nastrojów konsumenckich w Europie i Stanach Zjednoczonych. Luzowanie obostrzeń covidowych i powrót do przedpandemicznej normalności sprawił, że klienci bardzo chętnie powrócili do zakupów. Nastrojów nie był w stanie popsuć wzrost inflacji, spowolnienie gospodarcze ani wybuch wojny w Ukrainie.

Popyt na towary luksusowe rośnie pomimo splotu tylu negatywnych czynników, które wydawać by się mogło powinny popsuć nastroje konsumentów. Po dwóch latach pandemii, ludzie chcą znów żyć normalnie i czerpać radość z wyjątkowych przedmiotów – powiedziała Katarzyna Wal, Senior Manager w Bain & Company.

W Europie wzrostowi popytu pomogło otwarcie granic i powrót podróży, na razie głównie w obrębie Unii Europejskiej. W opinii analityków Bain & Company, nastroje w Europie są na tyle dobre, że powrót do poziomu sprzedaży sprzed pandemii ma szansę nastąpić rok wcześniej niż przewidywano, czyli w 2023 roku. W Stanach Zjednoczonych konsumenci są również optymistyczni. Do wzrostów przyczyniła się zmiana podejścia marek luksusowych, które postawiły na różnorodność i inkluzywność, dzięki czemu dotarły do szerszej grupy klientów.

Nad rynkiem chińskim, który odpowiada za ok. 20 proc. globalnej sprzedaży, nadal ciążą ograniczenia covidowe. Jednak jak pokazują dane sprzedażowe z przypadającego na luty Chińskiego Nowego Roku, popyt konsumentów na luksusowe dobra jest silny w Państwie Środka i odbicie na tym rynku nastąpi na przełomie tego roku.

Wojna w Ukrainie ma, jak na razie, ograniczony wpływ na globalny rynek towarów luksusowych. Jej negatywny wpływ widać głównie na rynku rosyjskim, który ucierpiał ze względu na wprowadzenie sankcji oraz spadek wartości rubla.

W pierwszych trzech miesiącach 2022 roku do najlepiej sprzedających się produktów luksusowych należały akcesoria, w tym eleganckie obuwie i torebki, biżuteria oraz zegarki.

Jak wynika z szacunków ekspertów Bain & Company, którzy wraz z mediolańską Fondazione Altagamma analizują trendy w branży, jeśli przyśpieszenie inflacji i dalsze osłabienie wzrostu gospodarczego będą miały negatywny wpływ na nastroje konsumentów, a do odbicia w Chinach dojdzie nieco później, to w tym roku globalna sprzedaż może sięgnąć 305-320 mld euro, co nadal nie jest wynikiem złym i oznacza 5-10 proc. wzrost w stosunku do 2021 roku.

Bez względu na to, czy tegoroczna dynamika sprzedaży wyniesie 10-15 proc. w scenariuszu bardziej optymistycznym, czy 5-10 proc. jak przewiduje scenariusz mniej optymistyczny, eksperci Bain & Company podtrzymali średnioterminową prognozę, według której wartość rynku sięgnie 360-380 mld euro w 2025 roku.

W opinii ekspertów Bain & Company marki luksusowe mają nadal duże pole do rozwoju. Jednym z obiecujących obszarów są cyfrowe towary, na co pozwala rozwój metaverse, mediów społecznościowych i gamingu. Eksperci szacują, że w 2030 roku cyfrowe dobra i metaverse będą odpowiadały za 5-10 proc. rynku towarów luksusowych.

Kilka znanych marek luksusowych, jak Gucci, Balenciaga, Burberry czy Louis Vuitton już mają za sobą pierwsze doświadczenia z wirtualnym światem. Warto zwrócić uwagę, że wirtualna wersja kultowej torebki Gucci – Dionysus, została sprzedana na aukcji za 1000 dolarów więcej niż jej prawdziwa wersja – powiedziała Katarzyna Wal – Z kolei marka Dolce & Gabbana sprzedała w zeszłym roku kolekcję dziewięciu ubrań haute couture, z których cztery były wirtualne w wersji NFT za niebagatelną kwotę 6 milionów dolarów.

Producenci mebli i płyt drewnopochodnych zaniepokojeni planami Lasów Państwowych

Kolejne Regionalne Dyrekcje Lasów Państwowych rozważają rezygnację z międzynarodowej certyfikacji FSC, która wyznacza standardy dla odpowiedzialnej gospodarki leśnej. Wzbudziło to niepokój wśród polskich producentów artykułów pochodzenia drzewnego, dla których certyfikat jest często niezbędny, by mogli sprzedawać swoje wyroby zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym. W związku z tym, organizacje branżowe – Stowarzyszenie Producentów Płyt Drewnopochodnych w Polsce i Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli, wystosowały list do Józefa Kubicy, Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych, z prośbą o utrzymanie certyfikacji i wprowadzenie jej we wszystkich Regionalnych Dyrekcjach Lasów Państwowych.

Stowarzyszenie Producentów Płyt Drewnopochodnych w Polsce i Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli podkreślają, że certyfikowane drewno z Lasów Państwowych daje produkowanym z niego płytom i meblom bardzo dużą przewagę konkurencyjną na rynkach światowych. Klienci polskich firm zarówno zagraniczni, jak i krajowi wymagają bowiem od producentów dostarczania wyrobów certyfikowanych – w większości w systemie FSC. Certyfikat ten potwierdza, że surowiec drzewny, który wykorzystano do wytworzenia produktów, pochodzi z lasów zarządzanych w odpowiedzialny i zrównoważony sposób. Jest on niezwykle istotny dla firm, ponieważ jego brak uniemożliwi im w wielu przypadkach sprzedaż produktów. Utrata przez polskich producentów certyfikatów oznaczać będzie utratę klientów i dotkliwe konsekwencje biznesowe.

Mimo, iż certyfikat FSC stawia przed podmiotami certyfikowanymi o wiele więcej wymagań, niż inne systemy certyfikacji (co dotyczy nie tylko Lasów Państwowych, ale również producentów w ramach łańcucha dostaw), dla polskich firm – jak podkreślają organizacje branżowe – najważniejsze są oczekiwania klientów, które muszą spełnić producenci, by dostarczać im swoje wyroby.

Organizacje wskazują również na zalety FSC dla polskiej gospodarki leśnej. Jak piszą, certyfikacja przyniosła Lasom Państwowym wiele dodatkowych korzyści w postaci m.in. podwyższenia świadomości w zakresie bezpieczeństwa i prawa pracy, odpowiedzialności za powierzone zasoby przyrody i ich ochronę, a także w zakresie prowadzenia konsultacji społecznych. Tym samym, poprawiła transparentność procesów planowania i prowadzonej gospodarki leśnej.

Na czerwcowym spotkaniu z przedstawicielami branży drzewnej, Lasy Państwowe jednoznacznie oświadczyły, że certyfikacja FSC zostanie utrzymana. Przedsiębiorcy mają nadzieję, że obietnica ta zostanie dotrzymana, co przełoży się na korzyści nie tylko dla polskiego sektora przemysłu drzewnego i meblarskiego, ale również dla środowiska naturalnego i całego społeczeństwa, dla którego dobrodziejstwa obszarów leśnych są nie do przecenienia.

Czarne chmury nad frankowiczami

Biorąc pod uwagę ostatnie burze w Polsce metafora “czarnych chmur” jest dosyć ryzykowna. Problem w tym, że jeżeli zmaterializują się zapowiedzi prezesa Szwajcarskiego Banku Narodowego, raty kredytów znów mogą wystrzelić.

Czesi zaskoczyli rynki

Po ostatnich deklaracjach Czeskiego Narodowego Banku wielu analityków oczekiwało, że pomimo tego, że stopy procentowe znajdowały się już na poziomie 5,75%, podwyżka może być nawet o 1%. Przemawiały za tym ostatnie dwie podwyżki o 0,5% i 0,75%. Należy pamiętać, że ostatni odczyt inflacji w Czechach wyniósł 16%. Przekraczała ona zatem o ponad 10% stopy procentowe. W rezultacie okazało się, że stopy procentowe podniesiono nawet o 1,25%. Na uwagę musi jednak zasługiwać fakt, że inflacja bazowa sięga tam niemal 14%. Wynika to z tego, że lokalny dystrybutor paliw nie postanowił zwielokrotnić zysków kosztem społeczeństw. Przez to (w przeciwieństwie do Polski) inflacja nie wynika tak bardzo z kosztów benzyny. Czesi mierzą się ze znacznie większym problemem strukturalnym, stąd podwyżki powinny być zdecydowanie wyższe niż w Polsce.

Szwajcaria podniesie stopy

Na rynku działania Szwajcarskiego Banku Centralnego budzą duże zaskoczenie. Najciekawsze jest to, że to jeden z niewielu banków centralnych, które postępują zgodnie z tym, co znajduje się w podręcznikach do makroekonomii. Reszta banków stara się bowiem znacznie bardziej sprzyjać rozwojowi PKB, dopuszczając do często bardzo znacznego wzrostu inflacji. Szwajcarzy, co zresztą potwierdził na wczorajszej konferencji prezes tamtejszego banku centralnego, są jednak gotowi zaakceptować umocnienie franka wywołane wzrostem stóp procentowych, by nie sprowadzić inflacji do kraju. Co to oznacza dla kredytobiorców frankowych? Ponownie po tym, jak mieli oni przez jakiś czas znów wyraźnie lepiej niż kredytobiorcy złotowi, mogą ich czekać trudne czasy. Z jednej strony jest to podwyżka kursu franka, z drugiej wzrost odsetek spowodowany wzrostem stóp procentowych.

Ropa znów poniżej 110 dolarów

W ciągu półtora tygodnia baryłka ropy naftowej staniała nawet 15%. Jeżeli ktoś lubi się denerwować, może porównać sobie, jak duży wpływ ta zmiana miała na ceny paliw, czy to na stacjach, czy w hurcie. Dla osób o słabszych nerwach polecamy jednak nie wykonywać tej czynności. Powodem spadków cen ropy jest spadek oczekiwań co do tempa wzrostu gospodarczego na świecie. Analitycy nie są jednak zgodni, czy to początek poważnej przeceny, czy zaledwie powód, by ropa spadła z okolic 125 dolarów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Co dziesiąte mieszkanie w Polsce stoi puste?

Główny Urząd Statystyczny stopniowo opracowuje wyniki Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z 2021 roku. Wspomniana instytucja niedawno podała informacje dotyczące między innymi odsetka pustych lokali i domów w poszczególnych częściach kraju. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, w którym regionie jest on największy.

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego, w minionym roku poszczególne części Polski cechowały się następującym odsetkiem pustych lokali i domów (mieszkań):

  • dolnośląskie – pustostany jako 11,4% ogółu mieszkań
  • kujawsko-pomorskie – 9,7%
  • lubelskie – 13,5%
  • lubuskie – 9,6%
  • łódzkie – 12,8%
  • małopolskie – 14,8%
  • mazowieckie – 13,7%
  • opolskie – 8,9%
  • podkarpackie – 11,1%
  • podlaskie – 14,7%
  • pomorskie – 12,3%
  • śląskie – 10,4%
  • świętokrzyskie – 13,5%
  • warmińsko-mazurskie – 10,2%
  • wielkopolskie – 10,8%
  • zachodniopomorskie – 11,8%

W skali całej Polski, ubiegłoroczny spis powszechny wykazał 15,34 miliona mieszkań. Około 12,1% z nich było pustych, co daje wynik na poziomie 1,86 mln. Na podstawie danych GUS z końca 2020 r. wiemy również, że szacunkowa liczba pustostanów zarządzanych przez gminy (jako mieszkania komunalne i socjalne) wynosi ok. 64 000. Przeważająca część pustostanów to zatem lokale i domy należące do osób prywatnych. Dużą grupę pustostanów mogą stanowić starsze i słabo zlokalizowane domy.Co dziesiąte mieszkanie w Polsce stoi puste

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Grupa ORLEN planuje budowę pierwszego portu instalacyjnego dla morskich farm wiatrowych

Spółka ORLEN Neptun odpowiedzialna w Grupie ORLEN za rozwój nowych projektów morskiej energetyki wiatrowej weszła w finalny etap postępowania na dzierżawę terenu w Porcie Świnoujście. W przypadku wygrania przez Spółkę postępowania, z początkiem 2025 roku możliwe będzie uruchomienie w tej lokalizacji pierwszego na polskim wybrzeżu portu instalacyjnego dla morskich farm wiatrowych. Obiekt zlokalizowany na Pomorzu Zachodnim, wraz z drugim portem instalacyjnym, którego realizacja planowana jest w Gdańsku, będzie w stanie zapewnić kompleksową obsługę wszystkich projektów wiatrowych na Bałtyku.

Na 20 hektarach wydzierżawionych od Portu Świnoujście planowane jest wybudowanie infrastruktury zdolnej do obsługi dużych jednostek, transportujących kluczowe komponenty farm wiatrowych, takie jak turbiny, ich wieże oraz fundamenty. Z portu wypływałyby również specjalistyczne jednostki zajmujące się realizacją zaawansowanych prac budowlanych.

– Morska energetyka wiatrowa to skuteczna odpowiedź na wyzwania związane z transformacją energetyczną i zwiększaniem bezpieczeństwa naszego regionu. Do pełnego wykorzystania jej potencjału potrzebne jest jednak osiągnięcie efektu skali. Dlatego oprócz realizowanego już projektu farmy wiatrowej, która ma rozpocząć produkcję w 2026 roku, Grupa ORLEN wystąpiła o koncesje na kolejnych 11 projektów na Bałtyku. Realizacja tak wielkoskalowych projektów wymaga od nas zapewnienia odpowiedniej infrastruktury. Dwa porty instalacyjne będą w stanie efektywnie zabezpieczyć potrzeby związane z tymi inwestycjami, ale będą również mocnymi impulsami rozwojowymi dla całych regionów – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Rozwój morskiej energetyki wiatrowej jest fundamentem strategii rozwoju ORLEN2030. W perspektywie dekady koncern zamierza przeznaczyć 47 mld zł na inwestycje w nowoczesną nisko- i zeroemisyjną energetykę. Obok zaawansowanego projektu Baltic Power o mocy do 1,2 GW, Grupa ORLEN wystąpiła także o jedenaście koncesji, których łączny potencjał szacowany jest na ponad 10 GW. To moc, która byłaby w stanie zaspokoić 25% zapotrzebowania Polski na energię elektryczną. Ponadto, koncern analizuje możliwość realizacji podobnych inwestycji na litewskim i łotewskim obszarze Bałtyku.

Zgodnie z Polityką Energetyczną Polski do 2040 roku na polskich wodach ma powstać od 9 do 11 GW mocy zainstalowanych w źródłach odnawialnych. Budowa nowoczesnych terminali instalacyjnych w polskiej części Morza Bałtyckiego Inwestycje w porty, realizowane z udziałem polskich dostawców, będą również znaczącym impulsem dla rozwoju regionów oraz krajowej gospodarki.

Bartłomiej Wnęk nowym COO w MODIVO S.A.

Do zespołu MODIVO S.A. dołączył Bartłomiej Wnęk, który jako Chief Operating Officer będzie odpowiedzialny za nadzór nad procesami operacyjnymi –  logistyką, biurem obsługi klienta oraz biurem zamówień. Do jego zadań należeć będzie m.in. opracowywanie i wdrażanie strategii dotyczących operacjonalizacji sprzedaży oraz dbanie o doświadczenia zakupowe konsumentów. To odpowiedź na intensywny rozwój Spółki, która w nadchodzących latach planuje dalsze inwestycje w inteligentną logistykę, łańcuch dostaw oraz obsługę klienta.

– Zapewnianie klientom jak najlepszych doświadczeń w zakresie obsługi posprzedażowej to jeden z naszych priorytetów. Oczywiście zależy nam również, by z zadowoleniem i pełnym przekonaniem korzystali z naszych platform ponownie. To powody, dla których przekazujemy nadzór nad działaniami z obszaru logistyki i obsługi klienta w ręce jednej osoby. Bartłomiej Wnęk ma ogromne doświadczenie i ekspercką wiedzę, dzięki której może zapewnić optymalny rozwój sieci logistycznej oraz usprawnić procesy zwrotów i planowanie S&OP. Jesteśmy przekonani, że podejmowane wewnątrz jego zespołu aktywności przyczynią się do poprawy doświadczeń zakupowych klientów – mówi Damian Zapłata, Prezes Zarządu MODIVO S.A.

Bartłomiej Wnęk ma 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu projektami, rozwoju sieci i inwestycji, tworzeniu floty kurierskiej, wprowadzaniu innowacji procesowych oraz wdrażaniu nowych technologii. Budował i kierował zespołami liczącymi prawie 8000 osób. Swoją karierę rozpoczął w 2002 roku w firmie DHL, gdzie od 2018 roku był Członkiem Zarządu DHL, pełniącym funkcję wiceprezesa ds. operacyjnych.

– To dla mnie duża radość, że dołączyłem do zespołu MODIVO. Spółka ma na swoim koncie liczne sukcesy, a do tego wciąż ogromne ambicje i perspektywę rozwoju. Mam obok siebie zgrany zespół, który każdego dnia dokłada starań, aby rozwijać nasze brandy. W dalszym ciągu będziemy koncentrować się na działaniach zapewniających klientom najlepsze doświadczenia w zakresie obsługi posprzedażowej. Myślę, że będą zadowoleni z efektów wdrażanych przez nas rozwiązań – mówi Bartłomiej Wnęk, Chief Operating Officer w MODIVO S.A.

Case Elona Muska, czyli kilka słów o tym, jak wdrażać nowy model pracy w firmie

Ostatnia wypowiedź Elona Muska, w której odniósł się negatywnie do modelu pracy zdalnej i wystosował wobec swoich pracowników żądanie, by pracowali z biura w wymiarze min. 40 godzin tygodniowo, wywołała liczne kontrowersje. Dlaczego decyzja CEO Tesli odbiła się takim szerokim echem i o czym nam mówi w kontekście projektowania środowiska pracy?

Office-based vs remote-only

Choć już przed wybuchem pandemii część firm praktykowała elastyczne formy pracy, to kolejne lockdowny i odgórny przymus tymczasowego przeniesienia procesów na tryb „fully remote” śmiało możemy nazwać tym przysłowiowym kamyczkiem, który uruchomił hybrydową lawinę. Elastyczność modelu pracy i pozostawienie pracownikom wyboru, skąd chcą wykonywać swoje obowiązki, jest obecnie najbardziej przez nich pożądanym podejściem i często staje się kartą przetargową w walce o talenty. Firmy są więc w pewnym sensie zmuszone do wzięcia tego rozwiązania pod uwagę, ponieważ lekceważąc oczekiwania pracowników w zakresie elastycznego trybu pracy ryzykują tym, że utracą najlepszych. Z drugiej strony elastyczność z punktu widzenia biznesu jest trudniejsza: wymaga istotnych zmian w podejściu zarządczym i niesie szereg wyzwań w zakresie obiegu informacji, współpracy międzyobszarowej, dbania o nieformalne sieci relacji i budowania kapitału społecznego organizacji. A zatem decyzja o tym gdzie na skali między modelem pracy całkowicie zdalnej a modelem pracy w biurze ulokować własną organizację, nie jest prosta. Nie warto podejmować jej wyłącznie na bazie osobistych preferencji lidera, ani też samych preferencji pracowników. Jej podstawą powinny być natomiast pogłębione badania potrzeb pracowników oraz potrzeb biznesowych organizacji.

Model „fully remote”, choć często postrzegany jako atrakcyjny przez pracowników, jest rozwiązaniem radykalnym, nie dla wszystkich organizacji wskazanym czy możliwym. Firmy, które zdecydują się na ten model funkcjonowania, muszą liczyć się z tym, że wiąże się on z potrzebą całkowitej przebudowy wszystkich procesów i całego modus operandi organizacji.

Mając na uwadze skalę zmian, których wymaga wprowadzenie modelu „fully remote”, a także silną niechęć pracowników do pracy wyłącznie z biura, większość organizacji decyduje się na wdrożenie modelu hybrydowego, postrzegając to jako bezpieczne i kompromisowe rozwiązanie. Czy jednak na pewno takie jest?

Badania i wskaźniki

Wybór modelu pracy powinien być przede wszystkim poprzedzony badaniami potrzeb pracowników i analizą stylu ich pracy. W większości organizacji, niezależnie od stopnia ich złożoności, wyróżnić możemy kilka typowych profili użytkowników. Wydany ostatnio przez nowy koncept biznesowy Colliers, czyli platformę Colliers Define, przewodnik po hybrydowych stylach pracy „Persony i modele pracy hybrydowej” opisuje trzy przykładowe persony nazwane w sposób oddający charakter ich pracy – Analytical Albert, Collaborative Claire i Varied Victor.

Takie podejście pomaga uwzględnić realne potrzeby pracowników przy definiowaniu założeń nowego modelu pracy i wdrażaniu związanych z nim zmian. Pozwala też przeanalizować jak funkcjonujemy w elastycznym ekosystemie pracy hybrydowej. W naszym przykładzie Analytical Albert, który zazwyczaj ok. 50% czasu spędza na wykonywaniu zadań indywidualnych, będąc w domu pracuje w skupieniu, ale po przyjściu do biura staje się duszą towarzystwa – pojawia się tam przede wszystkim po to, aby spotkać się z ludźmi. U Collaborative Claire te proporcje są odwrócone. Na co dzień  najwięcej czasu pochłaniają jej spotkania i interakcje (w biurze nawet 67% czasu), natomiast na pracę indywidualną Claire przeznacza średnio ok. 36% swojego dnia pracy. W przypadku Varied Victora żadna z jego codziennych czynności nie przeważa w znacznym stopniu. Jego dzień pracy wypełniony jest różnorodnymi czynnościami: poza wspomnianymi spotkaniami i pracą indywidualną pojawiają się również rozmowy telefoniczne czy praca z dokumentami papierowymi. Każda z tych person ma inne potrzeby i różne są też ich motywacje oraz sposób korzystania z przestrzeni biurowej. Wdrażając nowe modele pracy, każda organizacja powinna przejść proces analizy stylu pracy i potrzeb funkcjonalnych, aby nie popełnić kosztownych w skutkach błędów.

Równie istotne jak analiza potrzeb, jest zdefiniowanie i regularne monitorowanie kluczowych wskaźników „zdrowia organizacyjnego” w modelu hybrydowym. Pozwolą nam one ocenić wpływ wdrożonego modelu pracy na nasz biznes. Wskaźniki takie oprócz tradycyjnych biznesowych KPI oraz powszechnie znanych wskaźników satysfakcji i zaangażowania, obejmują także różne czynniki wpływające na dobrostan pracowników czy aspekty dotyczące efektywności pracy zespołowej i współpracy pomiędzy zespołami. Brak zdefiniowania i regularnego monitorowania takich wskaźników uniemożliwia zauważenie, że pewne procesy funkcjonują gorzej i odpowiednio wczesne skorygowanie kursu.

W złożonym hybrydowym świecie nie ma prostych rozwiązań, które są dobre dla wszystkich. Bez starannego zbadania, z jakimi stylami pracy mamy do czynienia w naszej organizacji, kim są nasi pracownicy, czego potrzebują i co powinniśmy im zaoferować, żeby mogli pracować efektywnie, przy jednoczesnym zadbaniu o to, aby zminimalizować ryzyko negatywnego wpływu nowego modelu pracy na biznes, będziemy błądzić po omacku. Wdrożenie modelu pracy na bazie tego typu analizy może istotnie usprawnić funkcjonowanie firmy. Natomiast podjęcie złej decyzji, na podstawie założeń przefiltrowanych wyłącznie przez prywatne poglądy i odczucia lidera, może mocno zaszkodzić organizacji, skutkując nie tylko odejściem pracowników, ale także pogorszeniem wyników finansowych w perspektywie kilku lat.

EURUSD ponownie w potrzasku

Obawy, że środki zaostrzające politykę pieniężną wdrażane przez banki centralne na całym świecie mogą znacząco spowolnić gospodarkę, ponownie wpłynęły wczoraj na rynki finansowe. Mówiąc dokładniej, rosną obawy, że gospodarka USA może popaść w recesję w wyniku agresywnych podwyżek stóp procentowych ze strony amerykańskiego banku centralnego.

Wczorajsze komentarze prezesa Fed Jerome’a Powella nie do końca przyczyniły się do uspokojenia sytuacji. Podczas przesłuchania przed Senatem na pytanie o ryzyko recesji w USA, Powell odpowiedział, że Fed nie chce tego, ale jest to z pewnością możliwy skutek zacieśnienia polityki monetarnej. Wspomniał również, że gospodarka amerykańska jest dobrze przygotowana na zacieśnienie polityki pieniężnej. Przysłowiowe „miękkie lądowanie” będzie jednak trudne do osiągnięcia.

Podczas wystąpienia dolar nie zdołał się umocnić. Wręcz przeciwnie, względem euro zaczął ponownie tracić a główna para walutowa zahaczyła o poziom 1,06. Dolar otrzymał w ostatnim czasie od Fed argumenty do aprecjacji. Po podwyżce nastąpiło zjawisko „sprzedaży faktów” i na ten moment brak paliwa do dalszego ruchu umacniającego.

Z drugiej strony wspólna waluta nie zyskuje jakoś znacznie. Owszem, EBC zasygnalizował podwyżkę stóp procentowych w lipcu a w ciągu roku prawdopodobnie dojdzie do kolejnych zmian. Nawet wzrost o 50 pb wydaje się obecnie dość prawdopodobny. Jednak w ogólnym rozrachunku inne banki centralne kradną uwagę EBC, gdyż już dawno podjęły działania. Polityka europejskiej instytucji jest nadal mocno ekspansywna a jastrzębi zwrot, który nastąpił w maju w niewielki stopniu wpłynął na wzrostowy ruch na EUR/USD.

Wydaje się na ten moment, że główna para walutowa skazana jest w tym momencie na szeroki ruch boczny, przynajmniej w średnim terminie. Kluczowymi poziomami są obecnie o od góry 1,0780 a od dołu 1,0360.

Autor: Łukasz Zembik, DM TMS Brokers

Wyniki rynku ubezpieczeniowego w I kw. 2022 r.

W I kwartale 2022 r. Polacy otrzymali ponad 11,5 mld zł odszkodowań i świadczeń ubezpieczeniowych – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU). To aż o 12,6 proc. więcej niż rok wcześniej. W dużym stopniu wzrosły wypłaty związane ze szkodami majątkowymi, przede wszystkim dotyczącymi ognia i innych żywiołów.

Ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym ponad 11,5 mld zł

  • 11,5 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
    • 5,3 mld zł z ubezpieczeń na życie
    • 4 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych (OC+AC).
    • 2,2 mld zł z pozostałych ubezpieczeń.
  • Na ubezpieczenia przeznaczyliśmy 18,1 mld zł, o 2,9 proc. więcej niż rok wcześniej.
  • 84,6 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne.
  • 16,8 mld zł aktywów było ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu.
  • 262 mln zł podatku dochodowego zapłacili ubezpieczyciele

Ubezpieczenia na życie

Świadczenia z ubezpieczeń na życie wzrosły o 10,8 proc. Największy wzrost wypłat dotyczył ubezpieczeń o charakterze inwestycyjnym i oszczędnościowym i wyniósł ponad 23 proc. Na ubezpieczenia na życie wydaliśmy w I kw. 2022 r. 5,2 mld zł, o 5,5 proc. mniej niż rok wcześniej.

Spadek składki dotyczy przede wszystkim polis inwestycyjnych, co ma związek z interwencją produktową, obowiązującą od początku tego roku. Rośnie natomiast rynek ubezpieczeń ochronnych i wypadkowych – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu PIU.

Ubezpieczenia komunikacyjne

W ubezpieczeniach majątkowych największą część odszkodowań stanowią ubezpieczenia komunikacyjne. Ich wartość w porównaniu z zeszłym rokiem wzrosła.

  • Odszkodowania i świadczenia z obowiązkowego OC posiadaczy pojazdów wyniosły 2,4 mld zł i były o 2,8 proc. większe niż przed rokiem.
  • Odszkodowania z autocasco wyniosły 1,6 mld zł, o 8 proc. więcej niż przed rokiem.

Średnia składka za obowiązkowe ubezpieczenie OC ppm wyniosła w I kwartale 2022 r. 488 zł, o 1,2 proc. mniej niż rok wcześniej. Jednocześnie wzrosła średnia szkoda. Jej koszt wyniósł 8 255 zł, o 2,7 proc. więcej niż przed rokiem.

Polityka cenowa jest indywidualną decyzją każdego zakładu ubezpieczeń. W OC komunikacyjnym od dłuższego czasu widać jednak wyraźnie spadek średniej ceny i wzrost kosztów napraw pojazdów. Z analizy przeprowadzonej dla PIU przez firmę Deloitte wynika, że jeśli ceny OC ppm pozostaną na dotychczasowym poziomie, w ciągu dwóch lat strata dla całego rynku wyniesie 3,4 mld zł. Dodatkowo pamiętajmy, że wkrótce poznamy nowe rekomendacje KNF, dotyczące likwidacji szkód komunikacyjnych. Nie znamy ich ostatecznej treści, ale istnieje prawdopodobieństwo, że koszty napraw po wprowadzeniu rekomendacji jeszcze wzrosną, a ubezpieczyciele będą wyłącznie płatnikami ze znacznie mniejszą kontrolą nad likwidacją szkód – mówi Jan Grzegorz Prądzyński.

Ubezpieczenia majątkowe

Wzrost odszkodowań i świadczeń w I kw. 2022 r. wiązał się w dużej mierze z większymi wypłatami w obszarze szkód majątkowych. – W porównaniu z ubiegłym rokiem, zgłoszono znacznie więcej szkód związanych z wichurami, gradobiciami i pożarami. Większa była nie tylko ich liczba, ale też średnia wartość – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.

W związku z ogniem i innymi żywiołami, ubezpieczyciele wypłacili w I kw. 2022 r. prawie 691 mln zł, aż o 77 proc. więcej niż rok wcześniej.

Wynik netto

Polscy ubezpieczyciele wypracowali w I kw. 2022 r. 771 mln zł zysku netto, czyli o 33 proc. mniej niż przed rokiem. Do budżetu państwa ubezpieczyciele odprowadzili 262 mln zł podatku dochodowego.

Wielkość I kw. 2021 r. (tys. zł) I kw. 2022 r. (tys. zł) Różnica rok do roku
Dział I
Koszty działalności ubezpieczeniowej 1 276 467 1 352 951 5,99%
Wynik techniczny 527 284 534 089 1,29%
Wynik finansowy brutto 477 648 474 716 -0,61%
Podatek dochodowy 112 165 72 915 -34,99%
Wynik finansowy netto 365 242 401 311 9,88%
Udziały, akcje oraz inne papiery wartościowe o zmiennej kwocie dochodu oraz jednostki uczestnictwa i certyfikaty inwestycyjne w funduszach inwestycyjnych 6 683 835 5 662 116 -15,29%
Dłużne papiery wartościowe i inne papiery wartościowe o stałej kwocie dochodu 29 704 471 29 185 853 -1,75%
Wielkość
Dział II I kw. 2021 r. (tys. zł) I kw. 2022 r. (tys. zł) Różnica rok do roku
Koszty działalności ubezpieczeniowej 2 518 727 2 765 639 9,80%
Wynik techniczny 745 962 579 705 -22,29%
Wynik finansowy brutto 992 491 558 969 -43,68%
Podatek dochodowy 221 205 189 213 -14,46%
Wynik finansowy netto 771 286 369 755 -52,06%
Udziały, akcje oraz inne papiery wartościowe o zmiennej kwocie dochodu oraz jednostki uczestnictwa i certyfikaty inwestycyjne w funduszach inwestycyjnych 11 066 578 11 135 034 0,62%
Dłużne papiery wartościowe i inne papiery wartościowe o stałej kwocie dochodu 58 287 311 55 371 793 -5,00%

Przykłady szkód ubezpieczeniowych z I kw. 2022 r.

Rodzaj polisy Składka Zdarzenie Pomoc dla poszkodowanych
OC komunikacyjne 512 zł (rocznie) Wymuszenie pierwszeństwa na drodze ekspresowej. Poszkodowany stracił panowanie nad autem i zderzył się z ciągnikiem, transportującym wysokospecjalistyczne urządzenie górnicze. Szacunkowy koszt naprawy wszystkich pojazdów i urządzenia górniczego to ok. 2,4 mln zł.
Ubezpieczenie domu i prowadzonej w nim działalności gospodarczej 2060 zł (rocznie) Pożar domu zniszczył całe poszycie dachu, wszystkie instalacje a także wszystkie rzeczy osobiste i sprzęt związany z funkcjonowaniem rodzinnej działalności gospodarczej. Ubezpieczyciel wypłacił odszkodowanie w wysokości 2,8 mln zł.
Indywidualne ubezpieczenie na życie 1700 zł (rocznie) Śmierć 41-letniego mężczyzny w wyniku miażdżycy. Świadczenie dla uposażonego: 430 tys. zł.
NNW 84 zł (miesięcznie) Nieszczęśliwy wypadek w wyniku upadku. Poważne obrażenia czaszki, w wyniku których doszło do śmierci. Pieniądze dla rodziny zmarłego: 150 tys. zł.
Ubezpieczenie podróżne 429 zł (za cały wyjazd) Poszkodowana doznała ataków duszności podczas podróży po jednym z krajów azjatyckich. Na finalne koszty pokryte przez ubezpieczyciela złożył się szereg badań specjalistycznych zlecanych przez neurologa oraz neurochirurga. Doszło także do repatriacji poszkodowanej do kraju w asyście lekarza. Łączny koszt pomocy przekroczył 106 tys. zł.

 

Sprytna (przetargowa) pułapka elektromobilności

Firmy ubiegające się dziś o zamówienia publiczne nie zdają sobie sprawy, że muszą mieć pojazdy elektryczne lub na gaz ziemny. Tymczasem od początku 2022 r. gminy i powiaty liczące więcej niż 50 tys. mieszkańców, jak również województwa (jednostki samorządu terytorialnego) mogą powierzać określone zamówienia publiczne wyłącznie firmom, które skierują do realizacji tych zamówień co najmniej 10% pojazdów elektrycznych lub pojazdów napędzanych gazem ziemnym.

Problem polega na tym, że dokumentacje wielu trwających już przetargów nic o tym wymogu nie wspominają. Czy taki przetarg i jego wynik mogą zostać oprotestowane i unieważnione? Jakie konsekwencje grożą firmie, która co prawda wygrała przetarg, ale zapomniała o „posiadaniu pojazdów elektrycznych lub tych napędzanych CNG”? O różnych problemach związanych z tymi przepisami rozmawiamy z Wojciechem Michalcem, radcą prawnym z katowickiej kancelarii JKM i Partnerzy.

Zamawiający często sami nie zdają sobie sprawy z tych obowiązków – pomimo tego, że ustawa obowiązuje już od 2018 r., a obowiązek zagwarantowania odpowiedniego udziału pojazdów elektrycznych lub na gaz ziemny we flocie pojazdów realizujących zamówienie był już raz przesuwany (z 1 stycznia 2021 r. na 1 stycznia 2022 r.) – stąd brak w specyfikacjach określonych wymogów odnośnie do tych pojazdów.

Należy też zaznaczyć, że chodzi nie tylko o gminy, ale również o powiaty i województwa (wszystkie jednostki samorządu terytorialnego), poza gminami i powiatami „małymi”, czyli liczącymi nie więcej niż 50 tys. mieszkańców. Obowiązki dotyczą obecnie także naczelnych i centralnych organów administracji państwowej, jak również wszystkich pozostałych zamawiających publicznych udzielających konkretnych zamówień związanych ze środkami transportu (sprzedaż, leasing, najem, dzierżawa pojazdu; usługi transportu zbiorowego; usługi w zakresie wywozu odpadów, transportu przesyłek, poczty czy paczek).

Odnosząc się do pytania – ustawodawca nie przewidział, jakie miałyby być konsekwencje udzielenia zamówienia wykonawcy, który nie skieruje do jego realizacji odpowiedniej liczby pojazdów ekologicznych (na prąd lub gaz ziemny). Wydaje się jednak, że zamawiający, który „przypomni sobie” o obowiązku wynikającym z art. 35 ust. 2 pkt 2 czy art. 68 ust. 3 ustawy o elektromobilności już po otwarciu ofert, nie będzie mógł unieważnić postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, ponieważ nie zaistnieje taka wada, która prowadziłaby do ryzyka unieważnienia umowy w sprawie zamówienia publicznego. Czym innym jest bowiem unieważnienie umowy, a czym innym wygaśnięcie umowy z mocy prawa (o którym mowa w art. 76 ust. 1 lub ust. 2 ustawy o elektromobilności).

Analogicznie – wykonawca po otwarciu ofert również nie zyska uprawnienia do wniesienia odwołania do KIO i domagania się unieważnienia postępowania lub unieważnienia wyboru najkorzystniejszej oferty ze względu na fakt, że zamawiający „zapomniał” wpisać do dokumentów obowiązku skierowania do realizacji zamówienia określonej liczby pojazdów na prąd czy gaz ziemny.

Uważam jednak, że przed terminem składania ofert wykonawca mógłby pokusić się o odwołanie od treści specyfikacji warunków zamówienia, żądając niejako przymuszenia zamawiającego do określenia wymogów odnoszących się do elektromobilności i paliw alternatywnych oraz wskazania sposobu weryfikacji ich spełnienia przez wykonawcę zamówienia. Byłby to szczególnie cenny instrument w rękach podmiotów posiadających pojazdy elektryczne lub na gaz ziemny, które chciałyby zmniejszyć liczbę potencjalnych konkurentów o oferentów nieposiadających takich pojazdów lub dysponujących niewystarczającą ich liczbą.

Czy jeżeli organizujący przetarg nie wpisze do specyfikacji, a następnie do umowy warunku realizacji zamówienia z uwzględnieniem udziału pojazdów elektrycznych lub na gaz ziemny, obowiązek ten będzie nadal wiążący dla obu stron?

Tak. W doktrynie wskazuje się, że ustawa nałożyła obowiązki na zamawiających, ale również na wykonawców. Co więcej, najdalej idącym tego odzwierciedleniem są przepisy art. 76 ust. 1 i ust. 2 ustawy o elektromobilności. Zgodnie z nimi umowy,  w ramach których nie zapewniono odpowiedniego odsetka pojazdów na prąd lub na gaz ziemny, wygasają z mocy prawa. A zatem bez znaczenia jest, czy konkretne obowiązki w zakresie pojazdów ekologicznych zostały, czy nie zostały w nich wskazane, jak również fakt, w jakim terminie umowy te zostały zawarte.

Wykonawcom, których umowy wygasły, mogą przysługiwać roszczenia odszkodowawcze, ale to inna kwestia.

Jednak jeśli zamawiający „przypomni sobie” o obowiązku w zakresie elektromobilności i paliw alternatywnych przed datą wygaśnięcia umowy z mocy prawa, może zażądać od wykonawcy jego spełnienia oraz wykazania, w jaki sposób obowiązek ten został spełniony. W najdalej idącym scenariuszu zamawiający mógłby próbować odstąpić od umowy z wykonawcą z powodu niewypełnienia przez niego obowiązków umownych związanych z koniecznością przestrzegania przepisów obowiązującego prawa.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przyjąć, że wiele firm nawet nie wie, że zgodnie z prawem będą musiały posiadać co najmniej 10% ekologicznych pojazdów w swojej flocie. Czy będą mogły odmówić zawarcia kontraktu, skoro w dokumentacji przetargowej słowem o tym nie wspomniano? Co wtedy z już wpłaconym wadium?

Nie wydaje się, żeby wykonawca mógł odmówić zawarcia umowy w sprawie zamówienia publicznego wyłącznie z powodu przypomnienia sobie o istnieniu ustawy oraz obowiązkach z niej wynikających. W omawianym zakresie sytuacja prawna jest bowiem znana i nie uległa zmianie co najmniej od 24 grudnia 2021 r., kiedy wprowadzona została modyfikacja przesuwająca termin wejścia w życie obowiązków związanych z elektromobilnością i paliwami alternatywnymi w zamówieniach publicznych oraz termin wygaśnięcia umów niezapewniających właściwego odsetka takich pojazdów z 31 grudnia 2021 r. na 31 grudnia br.

W związku z powyższym istnieje duże ryzyko utraty wadium w przypadku, gdyby wykonawca uchylał się od zawarcia umowy w sprawie zamówienia publicznego.

Inaczej jednak sprawa miałaby się, gdyby zamawiający dokonał ingerencji we wzór umowy i nałożył na wykonawcę np. dodatkowe obowiązki, które nie wynikają z ustawy o elektromobilności, lub gdyby zamawiający zastosował zaostrzone rygory odnośnie do progu procentowego wymaganej liczby pojazdów czy innych reguł obliczania liczby tych pojazdów. W takich sytuacjach wykonawca mógłby odmówić podpisania umowy z przyczyn od siebie niezależnych, zmniejszając ryzyko utraty wadium.

Czy przetargi, w których pominięto kwestię udziału pojazdów ekologicznych we flocie wykonawcy, są dotknięte wadą nakazującą ich unieważnienie, skoro sam przepis wynika wprost z ustawy?

Nie wydaje się, żeby zamawiający miał prawo (czy obowiązek) unieważnienia postępowania ze względu na nieusuwalną wadę, która stwarza ryzyko, że umowa zostanie unieważniona. Przepisy nie przewidują sankcji w postaci unieważnienia umowy (jeśli odsetek pojazdów na prąd czy gaz ziemny jest niższy niż wymagany w ustawie o elektromobilności), ale jej wygaśnięcie z mocy prawa – co jest instytucją inną niż unieważnienie umowy.

Jeśli jednak zamawiający „przypomni” sobie o istnieniu ustawy o elektromobilności przed wyznaczonym terminem składania ofert, to powinien dokonać odpowiedniej zmiany w dokumentach zamówienia, określając wymogi odnoszące się do konieczności zapewnienia przez wykonawcę odpowiedniego udziału pojazdów na prąd lub gaz ziemny oraz sposobu weryfikacji tego obowiązku przez zamawiającego.

Część komentatorów zwraca uwagę na fakt, że terminy dostaw specjalistycznych pojazdów ekologicznych (gaz lub prąd jako źródło napędu) często przekraczają rok. Jeśli chodzi o pojazdy na gaz ziemny, to po pierwsze również są one trudno dostępne, a po drugie brakuje stacji do ich tankowania. Pojawiają się więc głosy, że niektóre firmy chcą posiłkować się wynajmem aut elektrycznych (osobowych), chociażby dla kadry kierowniczej. Bo choć ustawa mówi o 10% pojazdów używanych przy wykonywaniu danego zadania, to równie dobrze mogą nimi jeździć np. kierownicy budowy, a nie kierowcy ciężarówek. Czy to rozwiązuje problem?

Zasadniczo tak, ponieważ ustawa nie precyzuje, o jakie konkretnie pojazdy chodzi – mowa jest jedynie o pojazdach użytkowanych przy wykonywaniu zadania. Pojęcie to doprecyzowano, wskazując, że chodzi o pojazdy samochodowe (ponieważ część wykonawców próbowała obchodzić powyższy przepis, kierując do realizacji zamówienia np. hulajnogi elektryczne). Pojazdy, którymi przemieszczają się kierownicy budowy, również są użytkowane przy wykonywaniu zadania. Nie polecałbym jednak rozciągania tego sformułowania na pojazdy zarządu firmy wykonawcy, które użyte byłyby raz do przyjazdu na uroczyste podpisanie umowy, a drugi – do przewiezienia zarządu na przecięcie wstęgi po zakończeniu realizacji zamówienia publicznego. Jakkolwiek więc granica może wydawać się cienka, to jednak jest intuicyjnie wyczuwalna. Pojazdem użytkowanym przy wykonywaniu zadania są samochody, które służą w jakiś sposób do jego realizacji przez okres tej realizacji.

A co w sytuacji, kiedy przedsiębiorstwo, pomimo najlepszych chęci, nie będzie w stanie wypełnić nowych obowiązków? Czym to może grozić, skoro ustawa nie przewiduje specjalnych kar, a specyfikacja przetargowa, ponieważ nie wspomina nic o wymogach dotyczących elektromobilności, nie może wskazywać sankcji za ich niewypełnienie? Czy to oznacza, że „jakoś to będzie” i „jakoś się dogadamy”?

Może tak być. W sytuacji gdy zamawiający nie wpisał obowiązków wynikających z ustawy o elektromobilności do dokumentów zamówienia, może się okazać, że o nich nie wie i nie zostanie o nich poinformowany (np. przez instytucję kontrolującą czy w czasie audytu). W takim wypadku nikt nie będzie żądał od wykonawcy spełnienia tego wymogu ani tym bardziej wykazania, że te obowiązki realizuje. Skoro tak, to również nikt nie nałoży na niego kar czy innych sankcji.

Jeśli jednak zamawiający „przypomni sobie” o obowiązku w zakresie elektromobilności i paliw alternatywnych (bądź wytknie mu to kontrola lub audyt), może zażądać od wykonawcy jego spełnienia oraz wykazania, w jaki sposób obowiązek ten został spełniony. Zamawiający mógłby próbować korzystać z różnych postanowień umownych oraz przepisów w celu przymuszenia wykonawcy do realizacji tego obowiązku (np. umownego wymogu realizacji zamówienia „zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa” czy zawieranej często w postanowieniach końcowych formuły: „W kwestiach nieuregulowanych w niniejszej umowie zastosowanie znajdują przepisy prawa polskiego”). W najgorszym dla wykonawcy przypadku zamawiający mógłby próbować odstąpić od umowy z wykonawcą z powodu niewypełniania przez niego obowiązków umownych związanych z koniecznością przestrzegania przepisów obowiązującego prawa.

W jaki sposób zamawiający może ustalać i weryfikować w procedurze przetargowej limity ekologicznej floty pojazdów? Czy ustawa pozwala mu uczynić z tego warunek udziału w postępowaniu i odrzucić ofertę przedsiębiorcy, który nie posiada określonego procentu pojazdów elektrycznych?

Ustawa nie precyzuje, w jaki sposób obowiązki wynikające z ustawy o elektromobilności przenosić do postępowania o udzielenie zamówienia (czy mają to być warunki udziału w postępowaniu, czy wymagania opisane w dokumentach zamówienia, a odnoszące się do etapu jego realizacji).

Uważam, że nie jest prawidłowe wskazywanie tych obowiązków jako warunków udziału w postępowaniu, ponieważ liczba pojazdów elektrycznych lub na gaz ziemny, które musi posiadać wykonawca na etapie realizacji zamówienia, zależna jest wyłącznie od całkowitej liczby pojazdów, którymi będzie realizował zamówienie, ta z kolei powinna zostać pozostawiona do swobodnej decyzji wykonawcy.

Nawet w przypadku, gdy w ramach warunku udziału w postępowaniu zamawiający wymaga, żeby wykonawca wykazał posiadanie określonej minimalnej liczby pojazdów, wykonawca może posługiwać się również innymi pojazdami (na etapie realizacji zamówienia), a zatem pojazdy elektryczne lub na gaz ziemny nie muszą być tymi, które świadczą o spełnianiu warunków udziału w postępowaniu (przykładowo: jeśli warunkiem udziału w postępowaniu jest posiadanie 10 pojazdów budowlanych – koparek, zwyżek, dźwigów – to wykonawca może do realizacji zamówienia skierować dodatkowe 5 pojazdów kadry kierowniczej, których nie wymaga zamawiający, a które będą elektrykami. W takim przypadku wykonawca spełnia obowiązki wynikające z ustawy o elektromobilności).

Z tego powodu uważam, że wymóg dotyczący pojazdów elektrycznych i na gaz powinien zostać wskazany w projektowanych postanowieniach umowy lub opisie przedmiotu zamówienia i dotyczyć etapu realizacji zamówienia (z możliwością jego weryfikacji przed podpisaniem umowy oraz w każdej fazie realizacji zamówienia).

Odmiennie będzie ta kwestia wyglądała w przypadku zamówień, których przedmiotem są sprzedaż, leasing, najem, dzierżawa pojazdu samochodowego czy usługi w zakresie transportu drogowego (publicznego bądź specjalistycznego), wywóz odpadów, transport przesyłek, poczty lub paczek. Tutaj zamawiający będzie mógł wpisać wymogi odnoszące się do odpowiedniej kategorii pojazdów do warunków udziału w postępowaniu lub dotyczących przedmiotu zamówienia. Ich niespełnienie przez oferenta będzie równoznaczne z odrzuceniem jego oferty (za niespełnienie warunków udziału w postępowaniu lub za niezgodność z dokumentami zamówienia).

Czy zamawiający będzie mógł w tym zakresie żądać przed podpisaniem umowy przedłożenia wykazu takich pojazdów?

Tak, zamawiający – jeśli opisze to w dokumentach zamówienia (przykładowo w rozdziale SWZ dotyczącym formalności, jakie muszą zostać dopełnione po wyborze oferty w celu zawarcia umowy w sprawie zamówienia publicznego) – może wymagać, by wykonawca złożył wykaz pojazdów, które skieruje do realizacji zamówienia.

Wykonawcy powinni jednak pamiętać, że wykaz taki może być w trakcie realizacji zamówienia rozszerzany. O ile więc na początku wykonywania umowy do jej realizacji mogą wystarczać przykładowo dwa samochody (a zatem odsetek aut na prąd czy gaz ziemny będzie odpowiednio mniejszy), o tyle już po pewnym czasie flota tych pojazdów może zostać rozszerzona do kilkunastu aut, co spowoduje, że odpowiednio większa będzie liczba wymaganych pojazdów ekologicznych.

W tym zakresie niezwykle ważne jest dokładne zweryfikowanie, jaki odsetek aut ekologicznych powinien posiadać wykonawca, i zestawienie go z regułami zaokrąglania przewidzianymi w ustawie o elektromobilności (które mogą być inne niż w „normalnej” matematyce). Dla przykładu – próg 10% aut na prąd lub gaz ziemny oznacza, że w przypadku skierowania do realizacji zamówienia od jednego do czterech pojazdów wykonawca nie musi posiadać żadnego pojazdu na prąd czy gaz ziemny. Z kolei realizując zamówienie za pomocą od pięciu do czternastu pojazdów wykonawca musi skierować do tej realizacji jeden pojazd elektryczny lub na gaz.

Czy przepisy dotyczące posiadania floty czystych pojazdów odnoszą się do pojazdów nowych, czy też używanych? Czy mogą to być samochody, które w wyniku modernizacji spełniają wymagania wobec czystych pojazdów, co jest potwierdzone badaniem technicznym przeprowadzonym przed dopuszczeniem do ruchu?

Pojazdy mogą być zarówno nowe, jak i używane. Ustawa o elektromobilności wprost dopuszcza możliwość posłużenia się pojazdami, które w wyniku modernizacji spełniają wskazane wymagania (co zostanie potwierdzone badaniem technicznym wykonanym przed dopuszczeniem do ruchu). Chodzi tutaj przede wszystkim o autobusy zeroemisyjne i busy (o masie maksymalnej do 5 t, służące do przewozu pasażerów i bagażu) oraz pojazdy do przewozu towarów (o masie maksymalnej do 3,5 t) o napędzie hybrydowym lub napędzane gazem ziemnym o emisji maksymalnej 50 g CO2/km i emisji zanieczyszczeń w rzeczywistych warunkach jazdy poniżej 80% dopuszczalnych wartości.

Osiągnięcie powyższych parametrów może być wynikiem odpowiedniej modernizacji posiadanych już pojazdów. Jeśli potwierdzą to badania techniczne – pojazd będzie spełniał wymagania ustawy o elektromobilności.

Czy możliwe jest, żeby w celu spełnienia wymagań wykonawca wypożyczył pojazdy zeroemisyjne, np. od innego przedsiębiorcy, czy też musi zakupić lub wyleasingować własny pojazd?

Tak, jest to możliwe. Ustawa o elektromobilności nie nakazuje, żeby pojazdy były własnością wykonawcy. W związku z tym wykonawca może je wydzierżawić, wynająć, użyczyć od kogokolwiek.

Co więcej, poza zamówieniami, których przedmiotem jest dostawa tych pojazdów wprost do zamawiającego, ustawa o elektromobilności nie wskazuje, że muszą to być pojazdy, które posiada konkretnie wykonawca. Jeśli więc wykonawca powierzy realizację części zamówienia podwykonawcy, który dysponuje pojazdami o określonych parametrach, i tenże podmiot będzie wykonywał zadanie z ich wykorzystaniem, wliczą się one do łącznej liczby pojazdów realizujących zamówienie. Tak samo, jeśli wykonawca uzgodni z kierownikiem budowy, że ten będzie poruszał się po inwestycji pojazdem (np. elektrycznym), który wykorzystuje w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej. Również ten pojazd będzie wliczał się do ogólnej liczby pojazdów realizujących zamówienie.

Rozumiem, że nowe wymagania dotyczą wszystkich zamówień udzielanych przez samorządy liczące powyżej 50 tys. mieszkańców?

Ustawa o elektromobilności przewiduje odmienne obowiązki i wielorakie progi dla różnych kategorii zamawiających. Jednymi z nich są rzeczywiście samorządy (gminy, powiaty i województwa), z wyłączeniem gmin i powiatów „małych” (w których liczba mieszkańców nie przekracza 50 tys.). Inną grupą zamawiających są naczelne i centralne organy administracji państwowej. Ustawa o elektromobilności dotyka również wszystkich zamawiających publicznych (zgodnie z ustawą – Prawo zamówień publicznych), którzy udzielają zamówień na dostawy pojazdów służących do transportu osób czy towarów, usługi transportu drogowego (publicznego czy specjalistycznego), wywóz odpadów, transport przesyłek, poczty czy paczek. A zatem do stosowania przepisów ustawy o elektromobilności (w tym ostatnim przypadku) zobowiązani są wszyscy zamawiający publiczni, np. szpitale, uczelnie publiczne, sądy, prokuratury, SPZOZ, państwowe i samorządowe instytucje kultury (muzea, filharmonie, opery itd.), zamawiający sektorowi (spółki energetyczne, wodne, kopalnie itd.) i inni.

No dobrze, a co z umowami zawartymi do 31 grudnia 2021 r., których realizacja rozpoczyna się dopiero teraz?

Jeśli umowa została podpisana przed 31 grudnia 2021 r., to może być realizowana na dotychczasowych zasadach (nie stosuje się do niej limitów pojazdów elektrycznych lub na gaz). Nie uchroni to jednak tej umowy przed wygaśnięciem w przypadku, gdy na dzień 31 grudnia 2022 r. nie zostanie zapewniony odpowiedni odsetek pojazdów wymaganych ustawą o elektromobilności. Niezależnie bowiem od tego, kiedy została zawarta umowa, ustawodawca, chcąc przymusić wykonawców do pozyskania pojazdów elektrycznych lub na gaz (czy innych wskazanych w ustawie), zawarł w przepisach regulację, zgodnie z którą jeśli na dzień 31 grudnia 2022 r. nie zostanie zapewniona odpowiednia liczba pojazdów ekologicznych, umowa taka wygasa z mocy prawa.

Zatem nawet jeśli w momencie zawierania umowy nie obejmowała jej ustawa o elektromobilności, wykonawca i tak musi zapewnić sobie odpowiednią liczbę pojazdów ekologicznych, o ile umowa ma obowiązywać dłużej niż do 31 grudnia 2022 r.

STIR: Fiskus w trzy miesiące zablokował ponad 15 mln złotych na rachunkach bankowych firm

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, o blisko 8% spadła liczba blokad STIR w pierwszym kwartale br. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Z kolei zablokowana kwota wzrosła rdr. o ponad 5,5%. Natomiast liczba zablokowanych rachunków zmniejszyła się o 31%. Ostatnio szacowane uszczuplenia przekroczyły 66 mln zł. I były one o przeszło 61% mniejsze niż rok wcześniej. Według ekspertów, STIR wciąż będzie wykorzystywany. I nie jest wykluczone, że zostanie użyty przeciwko mniejszym podmiotom.

Blokady w akcji

Według danych udostępnionych przez Ministerstwo Finansów, w pierwszym kwartale br. liczba blokad STIR wyniosła 59 (Szef KAS – 28, naczelnicy urzędów celno-skarbowych – 31), a podmiotów nimi objętymi było 58 (Szef KAS – 28, NUCS – 30). To nieznacznie mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było to odpowiednio 64 (Szef KAS – 43, NUCS – 21) oraz 63 (Szef KAS – 42, NUCS – 21).

– Nieznaczny spadek blokad STIR może oznaczać, że organy zapoznały się z tym narzędziem, potrafią z niego efektywnie korzystać i nadal chętnie po nie sięgają. Zainteresowanie ze strony fiskusa kontrolami dotyczącymi tzw. karuzel w podatku VAT jest mniejsze, ale blokady są wykorzystywane również prężnie do różnych działań. Dane potwierdzają, iż narzędzie to sprawdza się w walce z nieuczciwym podatnikiem, stąd liczba blokad utrzymuje się aktualnie na w miarę stałym poziomie – komentuje prof. Adam Mariański, przewodniczący Krajowej Izby Doradców Podatkowych i Komisji Podatkowej BCC.

Jak informuje biuro prasowe Ministerstwa Finansów, liczba blokad Szefa KAS i naczelników urzędów celno-skarbowych jest na porównywalnym poziomie. Kwestia, który organ dokonał blokady, jest drugorzędna. Istotne pozostaje osiągnięcie celu, jakim jest zapobieganie wykorzystywaniu systemu bankowego do wyłudzeń skarbowych. Działania KAS w tym obszarze są nadzorowane i koordynowane, a poszczególne organy ściśle ze sobą współpracują. Ponadto z blokadą wiąże się szereg innych działań, tj. czynności analitycznych, dochodzeniowo-śledczych, kontroli celno-skarbowych czy postępowań zabezpieczających, które również wykonywane są w ramach wzajemnej współpracy.

– Liczbę zablokowanych podmiotów można uznać za stosunkowo małą. W listopadzie 2021 roku zarejestrowanych było 4,6 mln podmiotów gospodarczych. Należy stwierdzić, że relatywnie w niewielu przypadkach Szef KAS i NUCS mają przesłanki wynikające z ustawy do zablokowania – analizuje doradca podatkowy Ewa Flor.

Miliony na celowniku

W pierwszym kwartale br. łącznie zablokowana kwota po przeliczeniu na PLN wyniosła 15,92 mln zł (Szef KAS – 7,3 mln zł, NUCS – 8,62 mln zł). W analogicznym okresie ub.r. było to 15,08 mln zł (Szef KAS – 10,1 mln zł, NUCS – 4,98 mln zł). Ponadto widzimy ostatnio 267 zablokowanych rachunków (Szef KAS – 129, NUCS – 138), a wcześniej – 387 (Szef KAS – 243, NUCS – 144). Według prof. Mariańskiego, wzrost zablokowanych kwot potwierdza, iż narzędzie jest stosowane umiejętnie i organy uczą się je wykorzystywać bardziej precyzyjnie. Nie są to już działania przypadkowe, a system jest coraz bardziej sprawny.

– Zgodnie z szacunkami MF, w 2021 roku i 2022 roku STIR miał przynieść do budżetu państwa odpowiednio 3,5 oraz 4 mld zł. Analiza przedstawionych danych wskazuje, że wyniki te nie zostaną osiągnięte. Tak było też w 2020 roku, kiedy założenia były na 3 mld zł wpływów do państwa. Wówczas zablokowano środki na rachunkach w wysokości 96,2 mln zł. Przy tym brakuje danych, czy te blokady skutkowały ostatecznie wpływem do budżetu oraz w jakiej wysokości. Wygląda więc na to, że system STIR nie działa zgodnie z założeniami resortu – zaznacza doradca podatkowy Emil Paduch.

Jak stwierdza Ewa Flor, znacząco spadła rdr. liczba zablokowanych kont przy nieznacznym spadku liczby zablokowanych podmiotów. To może świadczyć o tym, że ww. podmioty nie korzystają z wielu rachunków bankowych. Tylko transfer środków między nimi jest mniej skomplikowany albo mniej czytelny dla systemu. Ponadto z danych resortu wynika, że w I kw. br. szacowane uszczuplenia wyniosły 66,34 mln zł (Szef KAS – 43,46 mln zł, NUCS – 22,88 mln zł). W analogicznym okresie ubiegłego roku było to 171,46 mln zł (Szef KAS – 113,76 mln zł, NUCS – 57,7 mln zł).

– Szacowane uszczuplenia spadły rdr. o 105,12 mln zł. To może wskazywać, że uszczelnienie systemu podatkowego przynosi skutki. Może to także sygnalizować, że podatnicy próbują przechytrzyć organy podatkowe i rozkładają planowane nielegalne zyski na wiele podmiotów lub wykorzystują nowe furtki w prawie – dodaje Ewa Flor.

W opinii prof. Mariańskiego, pandemia mogła wpłynąć na przekonanie, iż działania organów będą mniej intensywne, przede wszystkim z uwagi na izolację. To łączy się z tradycyjnym postrzeganiem kontroli, jako czynności dokonywanych głównie osobiście przed urzędnikami. Ale organy wykorzystywały wówczas nowe narzędzie, o którego istnieniu wielu podatników nawet nie wiedziało. Stąd też mogli oni być bardziej nierozważni w swoich działaniach.

STIR w przyszłości

– W mojej ocenie, STIR będzie nadal wykorzystywany przez organy podatkowe. Państwo poniosło i ponosi bowiem istotne koszty w tym zakresie, a projekt został zaplanowany na dłuższy czas. Być może STIR nie wpłynie istotnie na uszczelnienie systemu. Może jednak być narzędziem pomocniczym w procesie typowania podatników do kontroli. Należy obserwować, w jaki sposób STIR będzie się rozwijał w kolejnych latach – podkreśla doradca podatkowy Emil Paduch.

Jak zaznacza doradca podatkowy Ewa Flor, STIR bez wątpienia jest narzędziem, które w znaczącym stopniu redukuje uszczuplenia budżetu państwa. Wskazują na to raporty NIK chwalące ten system i wnoszące o dalsze rozwijanie. Zdaniem eksperta, kwota zablokowanych środków będzie wzrastać mimowolnie. Natomiast ogólna liczba blokad prawdopodobnie nieznacznie zwiększy się lub będzie na poziomie z ubiegłego roku. Z kolei liczba zablokowanych podmiotów, a także zablokowanych rachunków i szacowane uszczuplenia powinny zmniejszać się rok do roku.

– Obserwowany ostatnio spadek liczby blokad może też wynikać z coraz lepszej wiedzy podatników, szczególnie tzw. dużych w zakresie narzędzi kontroli. Jeśli w kolejnych danych pojawi się taki spadek przy wzroście liczby zablokowanych podmiotów i środków, to może świadczyć o przesuwaniu przez organy działań w kierunku mniejszych podmiotów. Ale może również mówić o bardziej skutecznym i precyzyjnym typowaniu transakcji kwalifikujących się do zastosowania tego narzędzia – podsumowuje przewodniczący Krajowej Izby Doradców Podatkowych.

Będą podwyżki opłat za autostrady

W 2022 roku można oczekiwać oddania do użytku kolejnych kilometrów dróg. Obecnie mamy już ponad 4 tysiące z planowanych ponad 6 tysięcy dróg o najwyższej kategorii: prawie 1760 km autostrad oraz 2880 kilometrów dróg ekspresowych. W ubiegłym roku oddano aż 425 km nowych dróg, a w tym roku GDDKiA planuje 346 km. Obejmie to 46 km autostrad, 253 km dróg ekspresowych oraz 46 km obwodnic. Jeszcze przed wakacjami powinna być dostępna S3 Kamienna Góra-Lubawka, czyli granica Państwowa, S6 – czyli bardzo potrzebny fragment ekspresówki między Gdynią a miejscowością Szemud oraz S7 na odcinku Naierki-Mława i Pieńki-Płońsk. Kolejne kilometry będą dopiero po wakacjach – na przykład S14, czyli obwodnica Łodzi od strony zachodniej, pomiędzy Łodzią Lublinek – czyli bliskim rejonie lotniska, a węzłem Łódź Teofilów. Do tego spodziewana jest obwodnica Kędzierzyna Koźle.

– Wszystko wskazuje na to, że plany budów zostaną zrealizowane, ale można spodziewać się podwyżek opłat za autostrady. Państwowe autostrady w większości nadal pozostają bezpłatne. Te, które są płatne 10 groszy za 1 km niestety za te kwoty nie mogą być prawidłowo utrzymywane. Dlatego prywatni koncesjonariusze planują podwyżki opłat – A4 już to zapowiedziała, na pewno będziemy mieli podwyżki na koncesyjnej A2 – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Tutaj mamy stary typ koncesji, więc możemy ponarzekać – ale państwo nie jest w stanie tych podwyżek zablokować. Ja jestem ciekaw, jakie są wpływy z nowego systemu e-toll za rok ubiegły. Wiemy, że wciąż nie poprawiono biurokracji związanej z zarejestrowaniem się przez aplikację państwową. Na szczęście państwo poszło po rozum do głowy i podpisało porozumienia z prywatnymi firmami, które dostarczają aplikacje. Znacznie łatwiej jest się włączyć do tego systemu. Znacznie łatwiej jest płacić za ten system. I co jest ważne – nie ma groźby, że aplikacja będzie nas śledzić po zjechaniu z płatnego odcinka. To w przypadku państwowej autostrady i państwowego systemu było poddawane jako rzecz niebezpieczna i nie wiadomo po co państwu konieczna do funkcjonowania – wyjaśnia Furgalski.

Polski przemysł znacząco przyspieszył wdrażanie cyfrowych rozwiązań

Polski sektor produkcyjny znacząco przyspieszył wdrażanie cyfrowych rozwiązań. Wskazują na to wyniki najnowszej, 3. edycji raportu DIGI INDEX, który tworzony jest przez Siemensa od 3 lat. W 2022 r. wskaźnik wzrósł z 1,8 do 2,4 pkt. Wynik ten – mimo wciąż relatywnie niskiego stopnia cyfryzacji – jest bardzo pozytywnym sygnałem. Dowodzi, że większość badanych firm przeszła już z etapu przygotowań do tworzenia podstaw cyfryzacji.

  • Wskaźnik DIGI INDEX 2022 wzrósł aż o 0,6 pkt. – z 1,8 pkt. w 2021 r. do 2,4 pkt. w 2022 r.
  • 39,3% firm zamierza zwiększyć budżet przeznaczony na cyfryzację w najbliższych 12 miesiącach
  • 70% firm deklaruje, że inwestuje w digitalizację i jest w stanie dokładnie określić procent nakładów na ten cel
  • Zarządzanie danymi ma największy wpływ na uzyskaną wartość wskaźnika
  • Brak finansowego wsparcia wskazywany jest jako główna bariera dla wdrażania transformacji i digitalizowania swoich zakładów (53,3%)

Raport DIGI INDEX w 4-punktowej skali określa digitalizację branż: Machinery, Chemistry&Pharmacy, Automotive oraz Food&Beverages. Rezultat poniżej 2 pkt. oznacza bardzo niski, nawołujący do pilnych wdrożeń, wynik. Przez ostatnie dwa lata mieliśmy do czynienia właśnie z taką sytuacją. W tym kontekście wzrost do poziomu 2,4 pkt. napawa optymizmem.

Nasze badanie jednoznacznie potwierdza rosnącą świadomość korzyści wynikających z transformacji cyfrowej. Postrzegane są one jako konieczne dla rozwoju, ale mogą okazać się wręcz niezbędne do przetrwania firm działających w bardzo niestabilnych realiach biznesowych. Warto podkreślić, że badanie przeprowadzone zostało w szczególnym momencie – kiedy rosnąca koniunktura, napędzana powolnym wychodzeniem z pandemicznego kryzysu, została zakłócona wojną w Ukrainie. Tegoroczne wskaźniki DIGI INDEX wprost wskazują, że niepewność rynkowa wcale nie wpłynęła negatywnie na stosunek do digitalizacji. Wręcz przeciwnie – pogłębiła jedynie zainteresowanie rozwiązaniami stanowiącymi podstawy przemysłu 4.0 – powiedział Maciej Zieliński, prezes zarządu (CEO) oraz dyrektor Digital Industries w Siemens Polska.

Firmy produkcyjne chętniej inwestują w cyfryzację

W 2022 r. 70% firm deklarowało, że inwestuje w digitalizację i jest w stanie dokładnie określić procent nakładów na ten cel. Oznacza to ogromny wzrost w porównaniu do poprzedniej edycji, kiedy takich odpowiedzi było zaledwie 28%. Co więcej, z tegorocznych badań wynika, że 39,3% firm zamierza zwiększyć budżet przeznaczony na cyfryzację w najbliższych 12 miesiącach. W 2021 r. tak odpowiedziało 16% respondentów. Z kolei 34,7% chce obecnie utrzymać go na dotychczasowym poziomie (68% w 2021 r.).

Rosnąca świadomości korzyści

Producenci twierdzą, że główne przewagi, jakie daje cyfryzacja, to wyższa wydajność, a finalnie również oszczędności dla spółki. Inwestujący w digitalizację zyskują też większe bezpieczeństwo, wyższą jakość produktu i znacznie większe możliwości wprowadzania nowych, innowacyjnych rozwiązań. Z kolei główną barierą dla digitalizacji firm jest brak finansowego wsparcia. Warto pamiętać, że wewnętrzny audyt pozwoli firmom określić swoje potrzeby i teoretyczne starty wynikające z aktualnych procesów. Dzięki współpracy w tej kwestii z dostawcą cyfrowych rozwiązań możliwe jest oszacowanie ROI. Na tym etapie przedsiębiorstwa często dowiadują się o tym, że inwestycja sama się sfinansuje w akceptowalnym okresie.

– Okres całego, trzyletniego badania miał charakter wysoce wyjątkowy; przypadł na czas wielopoziomowych, rozległych zakłóceń funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki, w swojej skali niemających odpowiednika w ostatnich kilkudziesięciu latach, spowodowanych globalną pandemią koronawirusa. To radykalnie zmieniło warunki funkcjonowania i perspektywę strategiczną analizowanych sektorów i firm. Trudność generalnej oceny tego wpływu wynika też stąd, że jest on zapewne różny dla każdego z czterech opisywanych obszarów gospodarki. Autorzy Raportu zdają sobie z tego sprawę — powiedział prof. dr hab. Piotr Płoszajski, Katedra Teorii Zarządzania, Szkoła Główna Handlowa.

Duże firmy częściej wdrażają digitalizację

Cyfryzacja rozwija się znacznie szybciej w dużych firmach. Przedsiębiorstwa zatrudniające 150-249 pracowników istotnie częściej deklarują, że transformacja cyfrowa jest wdrażana. Z kolei mniejsze zakłady (100-149 pracowników) oraz firmy, które działają tylko w kraju, oceniają, że budżet przeznaczony na wdrożenie cyfrowej transformacji w firmie ma raczej niski priorytet.

Digitalizacja w czasach niepewności rynkowej

Badanie DIGI INDEX przeprowadzone zostało w wyjątkowo burzliwym okresie, kiedy to próba szybkiego odrabiania strat wynikających z pandemii COVID-19 została dodatkowo poddana wpływowi czynników wynikających z ataku Rosji na Ukrainę. Z danych przedstawionych w tegorocznej edycji wynika, że niepewność rynkowa wpłynęła wręcz mobilizująco na firmy, które w coraz większym stopniu są świadome korzyści płynących z digitalizacji. Gdy minęły przestoje pracy, biznes ponownie mógł rozpocząć odrabianie strat, pozwalając producentom skupić się na inwestycjach, które zoptymalizują ich wyniki.

Czym jest cyfryzacja?

Transformacja cyfrowa to integracja technologii cyfrowej we wszystkich obszarach biznesu, mająca na celu zmianę sposobu działania przedsiębiorstwa i dostarczanie klientom nowych wartości w nowy sposób. To również wykorzystywanie rozwiązań cyfrowych do tworzenia nowych modeli biznesowych i strategii umożliwiających monetyzację danych. Wreszcie to także zmiana kulturowa, która wymaga eksperymentowania i dostosowywania się do nowej rzeczywistości. Efektem digitalizacji jest dużo szybszy przepływ informacji, co przekłada się na podniesienie współczynnika efektywności wszystkich procesów w firmie.

Budownictwo mieszkaniowe wciąż bez respektu nad słabnącą koniunkturą

Czerwcowa informacja GUS, komunikująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w maju oraz w okresie pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku, nie zdradza oczekiwanych oznak tendencji ograniczania inwestycji mieszkaniowych przez inwestorów, a zwłaszcza deweloperów. Pytanie jednak, skąd rozbieżność pomiędzy sygnałami ostrego hamowania mieszkaniowej kontraktacji na rynku pierwotnym, a wciąż trzymającymi fason statystykami nowych inwestycji deweloperskich.

Już trzeci kwartał z rzędu pojawiają się sygnały narastającej nierównowagi popytowo-podażowej na pierwotnym rynku mieszkaniowym. Z tym tylko zastrzeżeniem, że w odróżnieniu od sytuacji sprzed roku, obecnie to podaż zaczyna wyraźnie górować nad popytem. O ile dobrze widać to było już w statystykach z marca i kwietnia, to dane z maja pobiły pod tym względem wszelkie rekordy. Według danych serwisu BIGDATA.RynekPierwotny.pl, w minionym miesiącu wolumen mieszkań sprzedanych na sześciu głównych rynkach kraju był dwukrotnie mniejszy w relacji rok do roku.

W tej sytuacji należałoby oczekiwać przynajmniej stopniowego ograniczania produkcji nowych lokali przez deweloperów, choćby w trosce o utrzymanie równowagi rynkowej bez ryzyka pompowania nawisu podażowego.
Tabela 2 - Statystyki GUS mieszkaniowych inwestycji deweloperskich w PolsceTymczasem publikowane dane sygnalne GUS wciąż nie komunikują słabnącego potencjału inwestycyjnego deweloperów. Tak jak w czasach sprzedażowego boomu, do najmocniejszych stron przedmiotowych statystyk budownictwa mieszkaniowego wciąż należą dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym oraz mieszkań rozpoczętych. Nieznaczne osłabienie, prawdopodobnie o przejściowym charakterze, widać jedynie w przypadku mieszkań oddanych do użytkowania, których wolumen ogółem zniżkował w maju do jednej z najniższych wartości od dwóch lat.
W przypadku najważniejszych danych GUS z punktu widzenia oceny bieżącego stanu koniunktury, wynik 22,2 tys. mieszkań rozpoczętych może nie wydawać się imponujący w relacji rdr, a to z racji spadku o blisko jedną czwartą. Podobnie rzecz ma się u samych deweloperów, którzy uruchomili nieco ponad 13 tys. nowych budów. Są to jednak de facto całkiem zadowalające rezultaty, zwłaszcza jak na obecne czasy, a istotny spadek wynika jedynie z bardzo wysokiej bazy wyników sprzed roku, które należały wówczas do rekordowych w historii pierwotnego segmentu mieszkaniówki.
Tabela 1 - Wyniki GUS - maj 2022Wciąż brak słabnięcia rynkowej euforii inwestycyjnej komunikują gusowskie dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. W sumie, w maju w ramach wszystkich form budownictwa wydano grubo ponad 30 tys. przedmiotowych decyzji administracyjnych, co jest wynikiem minimalnie lepszym licząc rok do roku. Natomiast od początku roku nowych pozwoleń było ogółem 136 tys., czyli niespełna 4 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub. roku.
I tym razem decydujący wpływ na relatywnie wysoki poziom statystyk GUS mieli deweloperzy. Ich wynik z maja br. na poziomie blisko 21 tys. jednostek był lepszy rdr o ponad 18 proc., natomiast za okres styczeń – maj w wymiarze 91,5 tys. nowych pozwoleń, wypadł o ułamek procenta powyżej wyniku liczonego w relacji rdr.
Jak wiadomo nowe pozwolenia na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów oraz wiarygodnym wskaźnikiem ich optymizmu inwestycyjnego. Jednak w dzisiejszych warunkach rynkowych możemy mieć do czynienia z efektem różnicy w czasie od złożenia wniosku o pozwolenie do momentu jego uzyskania. Innymi słowy obecnie wydawane pozwolenia w większości były wnioskowane na tyle dawno temu, że niewiele wskazywało na bliską perspektywę koniunkturalnego przesilenia.
Z kolei statystyki lokali oddawanych do użytkowania, najmniej istotne dla oceny bieżącej koniunktury, wciąż trzymają się na zadowalających poziomach, choć bliższych dolnemu zakresowi wahań. W tym przypadku regresu wciąż nie widać, co jest oczywistym efektem charakteru tej kategorii danych, odzwierciedlających stan koniunktury rynkowej sprzed około 2 lat.
W maju było takich mieszkań w sumie prawie 18 tys., czyli licząc rok do roku o ponad 11 proc. więcej. Również dodatnio prezentuje się dynamika lokali oddanych do użytkowania w pięciu pierwszych miesiącach br. Przy wolumenie 91 tys. daje to wynik lepszy od uzyskanego przed rokiem o prawie 4 proc.
Tymczasem zbliża się koniec drugiego kwartału. Już niedługo poznamy więc wyniki sprzedażowe deweloperów za kolejne 3 miesiące tego roku i całe pierwsze półrocze. Na ich podstawie oraz dołączonych komentarzy zarządów spółek prawdopodobnie będzie można nieco więcej powiedzieć o bieżącym stanie koniunktury rynkowej oraz jej perspektywach w bliższej i dalszej przyszłości.
Przede wszystkim jednak kontraktacja głównych branżowych tuzów w II kw. br. być może da odpowiedź na pytanie, czy wciąż w pełni zadowalające statystyki inwestycyjne GUS rynku mieszkaniowego nie są przypadkiem na wyrost w odniesieniu do jego kurczących się perspektyw.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Branża cyfrowa będzie działać na rzecz bezpiecznego rozwoju rynku fotowoltaiki w Polsce

Związek Cyfrowa Polska, który reprezentuje krajową branżę cyfrową, inicjuje kampanię „Jasne jak słońce”, której celem jest podkreślenie znaczenia cyberbezpieczeństwa w procesie transformacji energetycznej. Organizacja będzie edukować biznes i decydentów w tym zakresie, a także promować rozwiązania pochodzące od bezpiecznych dostawców.

Jak zauważa prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik niezależność energetyczna i dywersyfikacja źródeł dostaw surowców to kierunki działań, które, szczególnie w kontekście inwazji na Ukrainie, w ostatnim czasie nabrały szczególnego znaczenia. – Europa jest dzisiaj w dużym stopniu uzależniona od zagranicznych dostawców energii, co ogranicza jej kontrolę nad polityką bezpieczeństwa. Zmiana tej sytuacji to priorytet dla całej Unii Europejskiej. Jako branża cyfrowa, mająca na swoim pokładzie ekspertów z zakresu cyberbezpieczeństwa, chcemy włączyć się w proces transformacji energetycznej, pokazując bezpieczne rozwiązania i możliwości – mówi Michał Kanownik.

W tym celu Związek Cyfrowa Polaka rozpoczyna kampanię „Jasne jak słońce” za pomocą, której będzie podkreślać znaczenie niezależności energetycznej Polski i rozwoju sektora energii odnawialnej, w szczególności fotowoltaiki. W ramach działań organizacja będzie promowała wykorzystywanie urządzeń i komponentów od bezpiecznych dostawców.

Związek Cyfrowa Polska przypomina, że Komisja Europejska opracowała szczegóły planu REPower EU, którego celem jest zmniejszenie zależności Unii Europejskiej od importu rosyjskich surowców energetycznych. Jednym z elementów tego planu jest stopniowe wprowadzenie obowiązku montażu paneli fotowoltaicznych m.in. na budynkach publicznych i komercyjnych, a nawet nowych domach. Dodatkowo, Komisja Europejska w czerwcu poinformowała, że chcąc przyspieszyć transformację energetyczną w siedmiu krajach, przeznaczy na ten cel 2,4 mld euro.

Tymczasem w Polsce, rynek zielonej energii z roku na rok coraz szybciej się rozwija. Sektor energii odnawialnej, w szczególności fotowoltaika, z 48 proc. udziałem w rynku, staje się jednym z kluczowych dla przyszłości polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Przy montażu paneli coraz częściej wykorzystywane są inteligentne urządzenia – czyli te, które podłączone są do jednej sieci i mogą efektywnie się ze sobą komunikować. Jednak jak zauważa Michał Kanownik jest to również związane z przesyłaniem i udostępnianiem wrażliwych danych. – Niestety, komponenty urządzeń pochodzą także z krajów, których polityka zagraniczna nie zawsze sprzyja polskiemu bezpieczeństwu strategicznemu – mówi prezes Cyfrowej Polski.

– Musimy pamiętać, że cyberbezpieczeństwo dotyczy również sektora energii odnawialnej. Cyberataki stają się realnym zagrożeniem. Wystarczy przypomnieć sytuację z grudnia 2015 w zachodniej Ukrainie – bez prądu pozostało wtedy ponad 700 tys. klientów. Był to jeden z najbardziej dotkliwych ataków na infrastrukturę krytyczną w historii – podkreśla Michał Kanownik i dodaje: – Dlatego właśnie proponujemy stworzenie przejrzystych i korzystnych dla przedsiębiorców pochodzących z państw sojuszniczych przepisów, które określą certyfikację komponentów wykorzystywanych w produkcji paneli fotowoltaicznych. To powinno pozwolić na realne kontrolowanie ich właściwości dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego.

Więcej o kampanii „Jasne jak słońce” można znaleźć na stronie: https://jasnejakslonce.org

Columbus Energy rozpoczyna działalność w Czechach

Spółka Columbus Energy będzie sprzedawać i montować instalacje fotowoltaiczne, magazyny energii oraz inne produkty związane z odnawialnymi źródłami energii.

Zarząd spółki Columbus Energy S.A. podpisał dziś umowę typu joint-venture z dwoma czeskimi podmiotami. Zgodnie z umową, za pośrednictwem utworzonej w Republice Czeskiej spółki, w której Columbus obejmie 52% w nowym podmiocie, firma będzie dostarczała kompleksową ofertę dla swoich produktów, tj. fotowoltaikę, pompy ciepła, magazyny energii i ładowarki do samochodów elektrycznych. Oferta będzie skierowana zarówno do klientów indywidulanych, jak i biznesowych. Do rozwoju działalności w Czechach Columbus chce wykorzystać swoje zasoby technologiczne, sprzedażowe i marketingowe.

– To nasz pierwszy krok w kierunku działalności poza granicami kraju – wyjaśnia Dawid Zieliński, Prezes Columbus Energy S.A. – Od dłuższego czasu sondujemy zagraniczne rynki pod kątem odnawialnych źródeł energii. Zapotrzebowanie na produkty i rozwiązania w tym zakresie jest duże w całej Europie i wciąż będzie wzrastać, nie tylko ze względu na przyjętą w UE politykę klimatyczną. Teraz w większości krajów wymusza to także chęć energetycznego uniezależnienia się od Rosji. Rynek czeski jest pod tym względem bardzo atrakcyjny i w ostatnim czasie notuje systematyczny wzrost w zakresie mikroinstalacji. Liczę, że nasze kompetencje i know-how trafią na podatny grunt w Czechach, gdzie zamierzamy także trafić do czołówki firm dostarczających rozwiązania z zakresu OZE.

W 2021 r. 77% osób budujących domy w Polsce przekroczyło budżet

Jednym z kluczowych elementów planowania inwestycji jest określenie budżetu. Obecnie zadanie to jest dodatkowo utrudnione przez niestabilną sytuację na rynku materiałów budowlanych. Według danych z ostatniego Raportu o budowie domów Oferteo.pl, zbilansowanie budżetu sprawiło trudność co piątemu inwestorowi.

Raport o budowie domów zawiera informacje między innymi na temat:

  • szacunkowych, łącznych kosztów inwestycji;
  • źródła funduszy na realizację budowy (gotówka/kredyt);
  • wpływie ceny na wybór zakresu usług ekipy budowlanej;
  • różnicy między szacunkowymi a rzeczywistymi kosztami.

Koszty budowy domów w 2021 roku

W Raporcie o budowie domów w Polsce, opracowanym przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług budowlanych z ich wykonawcami, ankietowani wskazali, że najczęściej planowali zapłacić za budowę domu między 400 a 600 tysięcy złotych. W tym przedziale znalazło się blisko 31% wszystkich inwestycji. Następne były zakresy 200 – 400 tysięcy i 600 – 800 tysięcy złotych, stanowiąc odpowiednio 25% i 20%. Najmniej wycen kosztów znalazło się w przedziałach poniżej 200 tysięcy (13%) i powyżej 800 tysięcy (11%).

W 2021 roku najwięcej domów wybudowanych zostało w województwach mazowieckim i śląskim. Stanowiły one 17% i 12% wszystkich projektów tego typu realizowanych w Polsce. To właśnie w tych regionach powstawało najwięcej inwestycji kosztujących powyżej 800 tysięcy złotych.wykres wycena

Koszty szacunkowe a rzeczywiste

Ubiegły rok upłynął pod znakiem rosnących kosztów budowy. Z tego powodu szacunkowe wyceny nie zawsze znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Dla blisko 77% Polaków ostateczny koszt budowy był wyższy niż zaplanowany na starcie inwestycji. Zaledwie 5% osób poniosło niższe wydatki na budowę niż wcześniej założyło.wykres ostateczne koszty 1

Najczęściej nieoczekiwane dodatkowe koszty dotyczyły cen materiałów. Sytuację taką zasygnalizowało 89% osób, które ostatecznie zapłaciły więcej niż planowały. We znaki dała się im również podwyżka stawek za robociznę (58%) oraz nieprzewidziane, dodatkowe naprawy i prace (33%). Wzrost kosztów wynosił zazwyczaj około 20% względem całości szacowanego budżetu.wykres ostateczne koszty 2

Sposób finansowania inwestycji

Niezaplanowany wzrost kosztów może być problematyczny zwłaszcza dla osób realizujących inwestycje środkami pochodzącymi z kredytu bankowego. W 2021 roku 53% Polaków zdecydowało się na właśnie taką formę sfinansowania budowy domu.wykres kredyt

Jednym ze sposobów obniżenia kosztów może być samodzielne wykonanie części prac. Odsetek osób decydujących się na taki krok był wyższy wśród kredytobiorców. Najczęściej inwestorzy we własnym zakresie wykonywali prace wykończeniowe, jak np. malowanie, oraz porządkowe: wnoszenie i ustawianie mebli.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2022 roku metodą CAWI na próbie 416 osób, które w 2021 roku budowały dom.

Budowa domu w 2022 r. – zapłacimy nawet 58 000 zł więcej

Budujący dom w Polsce nie mają łatwo ani tanio. 53 proc. z nich odczuło wzrost cen materiałów, u 24 proc. ekipa budowlana zwlekała z zakończeniem prac, a 77 proc. przekroczyło budżet przeznaczony na fachowców. Do tego postawienie domu kosztuje od 42000 zł do nawet 58 000 zł więcej niż rok temu w zależności od metrażu. 

Eksperci porównywarki rankomat.pl przeanalizowali rynek fachowców budowlanych oraz koszty postawienia domu. Podstawą do wyliczenia były badanie Wavemaker i dane portalu kb.pl dla domów powierzchni 100 m2, 140 m2 i 195 m2.

Podane kwoty budowy domu są stawkami netto i nie obejmują 8 proc. VAT-u, a także niektórych kosztów, jak zakup i uzbrojenie działki budowlanej, zakup projektu domu, wykończenia domu do stanu pod klucz i jego wyposażenia oraz zagospodarowania ogrodu przy domu.

Na co piątej budowie „jakoś to będzie”

Największym problemem na etapie budowy i remontu domu są finanse. 53 proc. ankietowanych odczuło wzrost cen materiałów, a 41 proc. miało nieprzewidziane wydatki – wynika z badania rankomat.pl w czerwcu 2022 r.Probemy z budową

Dopiero na kolejnych miejscach źródłem problemów z budową i remontem domu okazali się fachowcy, w tym trudność z ich znalezieniem (27 proc. pytanych) i brak odpowiednich kompetencji (22 proc.).

Co do samych materiałów budowlanych, oprócz ich ceny, najgorzej jest z dostępnością (23 proc. odpowiedzi) i jakością (13 proc. zauważyło pogorszenie).

7 grzechów głównych fachowcy

Ankietowani w badaniu wskazali też przyczyny niezadowolenia z fachowców. Zwykle chodzi o dochowanie terminów. Zdaniem 24 proc. pytanych fachowcy kilkukrotnie przekładali termin zakończenia prac, a według 22 proc. problem dotyczył przekładania rozpoczęcia budowy.Problemy z fachowcami

17 proc. uznało, że ekipom budowlanym i remontowym brakuje fachowej wiedzy, 16 proc. wprost przyznało, że doszło do wykonania fuszerki skutkującej późniejszą usterką i również 16 proc. wskazało na nieobecność specjalisty w dniu wykonania zlecenia bez wcześniejszego ostrzeżenia.

Dla 9 proc. główny problem związany z budową i remontem domu stanowiło wycofanie się fachowcy z podjętych prac, a dla 7 proc. brak zwrotu zaliczki.

Co do samych płatności 73 proc. fachowców chciało rozliczenia za pracę w gotówce, a tylko 6 proc. przyjmowało płatność kartą czy blikiem (5 proc.). 13 proc. zgodziło się na przelew bankowy. Nieco ponad połowa fachowców (53 proc.) za wykonaną usługę wystawiła rachunek lub paragon.

Tylko co 4 Polak zmieścił się w budżecie

77% ankietowanych przyznało, że wydało więcej niż planowało, na remont lub budowę. Największa grupa (20%) zadeklarowała, że przekroczyła budżet od 1001 zł do 5000 zł. Nieco mniej badanych (17%) wydało od 101 zł do 500 zł i od 501 zł do 1000 zł. Jednocześnie 23% Polaków zmieściło się w założonym budżecie.O ile przekroczyli budżet

Przed rokiem postawienie domu tańsze o 58 000 zł

Im większy dom, tym różnica w kosztach budowy na przestrzeni lat jest bardziej wyraźna. W przypadku domu 195 m2 w stanie deweloperskim koszt takiej inwestycji zamknie się średnio w kwocie 470 000 zł. Rok wcześniej było to jeszcze 412 000 zł, a 5 lat temu 319 000 zł. Z każdym rokiem postawienie prawie 200-metrowego domu bez wykończenia kosztuje średnio o 30 000 zł więcej. Różnica dla domu 195 m2 między rokiem 2021 a 2022 to 58 000 zł – wynika z danych kb.pl.

Dom 140 m2 bez wykończenia będzie kosztował w 2022 r. średnio 410 000 zł, podczas gdy rok wcześniej było to 358 000 zł, a 5 lat wcześniej 276 000 zł. Tu tempo wzrostu jest na poziomie średnio 26 800 zł rocznie. Postawienie domu 140-metrowego przed rokiem było tańsze o 52 000 zł. 0 22 000 zł więcej co roku trzeba wydać na budowę domu 100 m2 do stanu deweloperskiego. Jeszcze w 2018 r. wystarczyło 232 000 zł, w 2021 r. równo 300 000 zł, a w tym roku już 342 000 zł, czyli o 42 000 zł więcej. Koszt budowy domu 2018-2022

185 000 zł to dopiero początek wydatków na budowę domu

W 2022 r. trzeba mieć co najmniej 185 000 zł, aby zakończyć budowę 100-metrowego domu w stanie surowym otwartym. Etap ten obejmuje wylanie fundamentów, postawienie ścian nośnych i działowych, stropów, wylanie schodów i położenie dachu. 198 000 zł to wydatek potrzebny do zakończenia budowy w stanie surowym otwartym domu o powierzchni 140 m2. Różnica rzędu 13 000 zł w porównaniu z domem 100 m2 jest stosunkowo niewielka, za to znacznie wyraźniejsza przy porównaniu kosztów budowy domu 195 m2, gdzie średni wydatek według danych kb.pl. zamyka się w kwocie 252 000 zł.Koszt budowy domu - SSODroższe jest postawienie domu do stanu surowego zamkniętego, a więc z zadaszeniem, drzwiami i oknami oraz bramą garażową. W 2022 r. trzeba przeznaczyć co najmniej 214 000 zł (dom 100 m2), 236 000 zł (dom 140 m2) i 290 000 zł (dom 195 m2).  Jednak ten etap budowy jest najtańszy. Różnica między stanem surowym otwartym i zamkniętym wynosi 29 000 zł dla domu 100 m2. Dla inwestycji o powierzchni 140 m2 i 195 m2 jest taka sama i wynosi o 38 000 zł więcej. Koszt budowy domu - SSZ

Doprowadzenie budowy domu do stanu deweloperskiego w 2022 r. to wydatek 342 000 zł dla domu 100 m2. Budujący dom o powierzchni 140 m2 muszą liczyć się z rachunkiem na kwotę 410 000 zł. Dom 195 m2 w stanie deweloperskim, czyli z elewacją, instalacjami, posadzkami i tynkami będzie kosztował 470 000 zł – wylicza kb.pl. Różnica między stanem deweloperskim a surowym zamkniętym to kolejne 128 000 zł (dom 100 m2), 174 000 zł (dom 140 m2) i 180 000 zł (dom 195 m2) więcej. Koszt budowy domu - SD

Wraca rynek kupującego na rynku mieszkaniowym

Z najnowszych danych GUS, które przeanalizował Otodom wynika, że w maju 2022 roku deweloperzy rozpoczęli budowę 13,1 tys. mieszkań. To najwyższy miesięczny wynik od ubiegłorocznych wakacji. Zdaniem analityków Otodom ożywienie jest jednak tylko „wirtualne”, a na rynku obserwujemy inną ważną zmianę – powrót rynku kupującego.

– Na pierwszy rzut oka 13,1 tys. nowych lokali mieszkalnych w budowie, o ponad 18 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, to zaskakująca informacja. W branży otwarcie mówi się o problemach dotyczących realizacji inwestycji i o tym, że wraz z kurczącym się popytem maleje też podaż, a tu dane Głównego Urzędu Statystycznego mówią coś zupełnie innego. Ale gdy spojrzeć szerzej na rynek, wszystko stanie się jasne – komentuje Marcin Krasoń, ekspert obido i Otodom.

Od 1 lipca br. deweloperzy będą zobowiązani do wpłacania składki do Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego i realizowania innych obowiązków związanych z nowelizacją prawa. Jednak będą mogli tego uniknąć, jeśli lokal mieszkalny zostanie wprowadzony do sprzedaży (de facto oznacza to rozpoczęcie budowy) przed tą datą. Stąd w maju i czerwcu nagłe ożywienie nie powinno dziwić, za to w lipcu i sierpniu spodziewamy się, że nowych budów będzie ich mniej. Na dodatek część tych wprowadzeń może być „wirtualna”, np. z zaporowymi cenami, by w rzeczywistości utrzymać harmonogram wprowadzania na nowych inwestycji na rynek.

Rośnie oferta, ale ceny nie spadają

– Dzięki pełnemu monitoringowi rynku deweloperskiego w największych miastach w Polsce prowadzonego przez obido i Otodom wiemy, że maj był piątym z rzędu miesiącem, gdy więcej mieszkań wprowadzono do sprzedaży niż sprzedano – mówi Katarzyna Kuniewicz, Head of Residential Research w obido i Otodom. – W efekcie rośnie liczba lokali w ofercie. Na koniec stycznia było to niecałe 39 tys. mieszkań, a na koniec maja już 45,2 tys. – dodaje ekspertka.

Jednak ani to, ani większa liczba mieszkań raportowana przez GUS nie powodują, póki co, spadku cen. Stoją za tym niezmiennie rosnące wynagrodzenia budowlańców oraz coraz wyższe ceny materiałów budowlanych. Te w ciągu roku podrożały o 1/3, a w porównaniu miesięcznym ceny podrożały o 4 proc. – raportują Polskie Składy Budowlane. Dodatkowym czynnikiem w kolejnych miesiącach będzie wspomniana wyżej nowelizacja ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, powszechnie zwanej ustawą deweloperską. Według Polskiego Związku Firm Deweloperskich spowoduje ona wzrost cen mieszkań o dodatkowe 2-3 procent.

Klient wymaga więcej czasu i uwagi

– Dokładne przyjrzenie się sytuacji w mieszkaniówce pozwala zauważyć bardzo istotną zmianę, która wydarzyła się w ostatnich miesiącach. Zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym widzimy, że dość gwałtownie wrócił rynek kupującego. To oznacza, że zarówno agenci jak i pracownicy biur sprzedaży deweloperów będą musieli lepiej zaopiekować się klientem – przewiduje Katarzyna Kuniewicz.

– Mieszkania nie sprzedają się już jak świeże bułeczki, a proces podjęcia decyzji o zakupie wydłuża się. To wprowadza niepokój wśród sprzedawców, bo od lat nie było takiej sytuacji. Wielu jej nie rozumie i nie wie jak działać – dodaje analityczka obido i Otodom.
Ta zmiana nie cofnie się w ciągu miesiąca czy dwóch i te firmy, które najlepiej i najszybciej się do niej zaadaptują i skorzystają z najlepszych narzędzi, będą miały przewagę konkurencyjną.

Pilotażowy projekt elektryfikacji ciężkiego transportu w Polsce

Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) wraz z szeregiem podmiotów aktywnie działającymi w obszarze rozwoju zrównoważonego transportu inauguruje sektorowy projekt eHDV Infrastructure Lab mający na celu budowę polskiego „know-how” w zakresie wdrażania i eksploatacji stacji ładowania, dedykowanej pojazdom ciężkim oraz rozwoju elektromobilności w sektorze transportu towarów.Pilotażowy projekt elektryfikacji ciężkiego transportu w Polsce

W obliczu coraz większych wyzwań stawianych przed sektorem transportu ciężkiego w zakresie elektryfikacji floty i rozbudowy infrastruktury ładowania, PSPA zainaugurowało sektorowy projekt „eHDV Infrastructure Lab” (www.ehdv.eu). Jest to kompleksowa inicjatywa ukierunkowana na rozwój elektrycznych pojazdów ciężarowych, realizowana w regionie CEE. Jednym z podstawowych założeń projektu „eHDV Infrastructure Lab” jest budowa polskiego „know-how” w zakresie rozwoju elektromobilności w sektorze pojazdów wysokotonażowych. W ramach prac określone zostaną wymagania techniczne dla stacji ładowania oraz wskazane zostaną potencjalne lokalizacje hubów eHDV w naszym kraju. Dokonana zostanie także analiza potencjalnych mechanizmów wsparcia rynku, a docelowo planowane jest uruchomienie pilotażowego hubu ładowania elektrycznych pojazdów ciężarowych.

Projekt „eHDV Infrastructure Lab” to ważny krok sektora transportu w kierunku dekarbonizacji i tym samym neutralności klimatycznej. Jest to jedn z największych tego typu projektów realizowany w regionie CEE. Specjalna grupa ekspercka powołana w ramach projektu składająca się z przedstawicieli podmiotów z sektora: logistyki, retailu, OEM oraz jednostek administracji publicznej dążyć będzie do budowy w pełni funkcjonalnego, pierwszego w Polsce hubu ładowania dedykowanego elektrycznym pojazdom ciężarowym. Działania te mają stanowić impuls do rozwoju całego sektora elektromobilności oraz utrzymać konkurencyjność polskiego rynku transportowego na arenie międzynarodowej – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Z myślą o realizacji celów projektu utworzona została grupa robocza składająca się z przedstawicieli podmiotów z sektora: logistyki i transportu, producentów pojazdów, producentów stacji ładowania, dystrybutorów usług ładowania, retailu oraz sektora finansowego. Duży przekrój przedsiębiorstw angażujących się w projekt pozytywnie świadczy o wzrastającej świadomości potrzeby aktywnego udziału w rozwoju elektromobilności w szeroko rozumianym łańcuchu dostaw.  Partnerami projektu są: Eleport, IKEA (Inter), PKO Leasing, DHL Parcel Polska, Amazon, Rhenus Logistics, InPost, H&M, No Limit, Volvo Trucks Poland, GreenWay Polska, ABB, Webfleet Solutions, Ennovation Technology, EKOCEL, Sobanscy Transport, Volkswagen Samochody Dostawcze, IVECO.

Należy pamiętać, że sektor transportu ciężkiego – kluczowy w dążeniu Europy do osiągnięcia neutralności klimatycznej – stoi w obliczu szeregu wyzwań związanych z elektryfikacją flot i rozbudową ogólnodostępnej infrastruktury ładowania. Pojazdy ciężarowe odpowiadają za 5% ogólnego parku samochodów poruszających się po drogach Starego Kontynentu. Generują przy tym 19,2% ogólnej emisji dwutlenku węgla (CO2) pochodzącego z transportu drogowego w Unii Europejskiej (UE). Głównymi elementami determinującymi rozwój rynku w kierunku dekarbonizacji jest wprowadzone przez UE Rozporządzenie 2019/1242 ustanawiające normy emisji CO2 dla pojazdów ciężkich o dużej ładowności oraz regulacje zaadresowane w pakiecie klimatycznym Fit for 55. To właśnie w nim zawarto rozporządzenia w sprawie rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych (AFIR). Celem jest zagęszczenie sieci punktów ładowania pojazdów elektrycznych i wodorowych. W przypadku sieci bazowej TEN-T strefy ładowania pojazdów ciężarowych nie powinny znajdować się dalej niż 60 km od siebie, a moc wyjściowa ma wynosić 1400 kW najpóźniej na koniec 2025 roku. Do końca 2030 roku ma się ona zwiększyć do 3500 kW. W przypadku sieci kompleksowej TEN-T odległość pomiędzy stacjami nie powinna być większa niż 100 km. Wymienione wcześniej moce powinny być osiągnięte odpowiednio do 2030 i 2035 roku. Ponadto liczba stacji miałaby sięgnąć 1 mln w 2025 r., 2,5 mln w 2030 r., 11,4 mln w 2040 r., i 16,3 mln w 2050 r.

Aby sprostać unijnym regulacjom i wyjść naprzeciw oczekiwaniom obecnych i przyszłych użytkowników samochodów elektrycznych, Polska już wkrótce powinna stać się gigantycznym placem budowy nowych ładowarek, a inwestycje powinny być liczone w tysiącach nowych stacji i to w perspektywie najbliższych kilku lat. Jednym z większych wyzwań jest właśnie sektor transportu ciężkiego. Jest on jednak kluczowy z punktu widzenia sektora transportu – dodaje Maciej Mazur.

Polska jako lider sektora transportu ciężkiego w Europie (co 5. pojazd o DMC powyżej 3,5 tony w Unii Europejskiej (UE) zarejestrowany jest w Polsce), obsługujący niemal jedną trzecią przewozów towarowych UE, zobligowana jest do objęcia aktywnej roli w elektryfikacji tego sektora i rozbudowie obsługującej go infrastruktury ładowania. Ponad 150 tys. podmiotów funkcjonujących w krajowej branży przewozu towarów, stoi w obliczu konieczności ponownego zdefiniowania strategii w zakresie ochrony środowiska, modelu biznesowego oraz podejścia do zarządzania flotą, która dziś w 98% oparta jest o pojazdy wyposażone w silniki Diesla. Działania Polski w zakresie elektryfikacji samochodów ciężkich stanowić będą kluczowy czynnik rozwoju elektromobilności nie tylko w Polsce, ale i całej Europie.

W celu realizacji jednego z założeń projektu (budowa i dystrybucja wiedzy) uruchomiona została również strona internetowa dedykowana rozwojowi elektromobilności w sektorze pojazdów ciężarowych w Polsce oraz Europie (www.ehdv.eu). Platforma stanowić będzie główne źródło informacji na temat postępów projektu oraz inicjatyw podejmowanych na rynku eHDV.

Bioceltix planuje emisję blisko 300 tys. akcji

W połowie czerwca br. wrocławska spółka Bioceltix zapowiedziała, że rozważa emisję akcji w mniejszej skali niż pierwotnie zakładana emisja prospektowa, skierowaną do wybranej grupy inwestorów. 21 czerwca br. zarząd Bioceltix podjął uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego w granicach kapitału docelowego poprzez emisję nie więcej niż 292 679 nowych akcji. Spółka chce w ten sposób pozyskać środki na dalszy rozwój leków biologicznych dla psów i koni.

Bioceltix to wrocławska spółka biotechnologiczna rozwijająca leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących ze szczególnym uwzględnieniem psów i koni. Swoje produkty lecznicze opiera na autorskiej technologii wykorzystującej mezenchymalne komórki macierzyste. W listopadzie 2021 r. firma zadebiutowała na rynku New Connect. Komercjalizacja terapii Bioceltix zbliża się krok po kroku, wraz z kolejnymi etapami badań nad lekami. By utrzymać ich tempo, spółka planuje emisję akcji w ramach kapitału docelowego.

Sytuacja na rynku kapitałowym jest wciąż trudna, szczególnie jeśli chodzi o możliwości przeprowadzenia emisji. Dlatego musimy działać maksymalnie elastycznie i z chirurgiczną precyzją, a podwyższenie kapitału zakładowego w granicach kapitału docelowego daje nam właśnie takie narzędzie – mówi Paweł Wielgus, członek zarządu.

Spółka planuje wykorzystać środki z emisji na kontynuację obecnie najbardziej zaawansowanych projektów dotyczących leczenia stanów zwyrodnieniowych stawów i atopowego zapalenia skóry u psów oraz zapalenia stawów u koni.

Nasze bieżące projekty idą w dobrym tempie, osiągamy kolejne etapy zgodnie z harmonogramem, jaki sobie narzuciliśmy. W projekcie atopowym realizujemy pilotażowe badanie kliniczne, w którym jesteśmy już po pierwszych podaniach, a w projekcie dotyczącym stawów właśnie uzyskaliśmy zgodę Urzędu Regulacji Produktów Zdrowotnych w Irlandii na przeprowadzenie planowanego terenowego badania klinicznego na psach ze zmianami zwyrodnieniowymi. To przybliża nas do potencjalnej komercjalizacji w obu projektach – mówi Paweł Wielgus.

Jednocześnie Zarząd Bioceltix podtrzymuje plany jak najszybszego przejścia na rynek regulowany GPW. Spółka jest w trakcie postępowania prospektowego w KNF.

Dlaczego benzyna drożeje bardziej niż ropa naftowa?

Wysokie ceny paliw oraz mocny dolar odpowiadają za 2/3 wzrostu ceny paliwa w Polsce. Reszta to efekt zwiększonego popytu na podróże, ograniczonych mocy rafinerii oraz ograniczeń w eksporcie paliwa przez Chiny. To dlatego paliwo drożeje bardziej niż ropa naftowa. A przed nami kolejne impulsy do wzrostu cen: wakacje oraz sezon huraganów w USA.

Ceny paliw na stacjach benzynowych zależą od ceny ropy naftowej, taką zależność zna prawie każdy polski kierowca. Ceny paliw są kwotowane w dolarach, a to oznacza, że na cenę ropy dla polskiego odbiorcy wpływa także kurs złotego wobec dolara. Jednak uważni obserwatorzy zauważyli, że w ostatnim czasie cena benzyny w Polsce wzrosła znacznie bardziej niż wynikałoby to z samego wzrostu ceny ropy i osłabienia złotego. Ten proces obserwujemy na całym świecie, gdzie benzyna drożeje mocniej niż ceny ropy.

Od 1 lutego weszła w życie obniżka podatku vat i akcyzy, po której cena benzyny 95 spadła do około 5,30 zł za litr, dziś cena wynosi już około 7,90 zł za litr, co oznacza wzrost ceny o 49 proc. W tym samym czasie cena baryłki ropy brent wzrosła o 22 proc. (z 90 na 110 dolarów), a złoty osłabił się wobec dolara o 11 proc. (z 4 zł na 4,44 zł/dolara). Te dwa czynniki odpowiadają zatem tylko za 2/3 obecnego wzrostu ceny benzyny.

Pozostała 1/3 te efekt innych czynników. Najważniejsze z nich, które wpływają na dodatkowy wzrost ceny paliw na świecie, to zwiększony popyt na podróże (samochodowe i lotnicze), ograniczona moc przerobowa rafinerii, które nie są w stanie zaspokoić rosnącego popytu oraz ograniczenia w eksporcie gotowego paliwa przez Chiny, które w ten sposób chcą zmniejszyć emisyjność własnej gospodarki. Te czynniki już podbiły cenę benzyny, a to jeszcze nie koniec, bo wakacje na półkuli północnej dopiero się zaczynają. W USA natomiast czeka nas sezon huraganów, który dotyka obszarów, gdzie przerabia się ponad połowę amerykańskiej ropy.

Beneficjentem tych wzrostów są rafinerie i spółki paliwowe. Orlen w I kwartale br. wypracował rekordowy zysk wynoszący 2,8 mld zł, czyli o 1 mld więcej niż rok wcześniej. Także w USA zyskują rafinerie od Marathon (MPC) po Valero (VLO). Rosnące ceny paliw to poważny problem dla domowych budżetów, bowiem wydatki na transport stanowią 9,5 proc. udziału w koszyku inflacji GUS (w USA jest to tylko 4 proc). To wpływa także na wzrost oczekiwań inflacyjnych, które potem przekładają się na rzeczywistą inflację.

Ceny paliw to także temat polityczny. W Polsce rząd wprowadził tarcze antyinflacyjną, polegającą na obniżce akcyzy i podatku VAT. Jednak ceny wzrosły o prawie 50 proc. mimo jej wprowadzenia. W USA dwadzieścia stanów obniżyło swoje podatki paliwowe, by obniżyć ceny benzyny. Natomiast federalny podatek od paliwa w wysokości 18,4 centa za galon nie zmienił się od 1993 roku.

Amerykanie podróżują samochodem dwa razy dalej niż Europejczycy, przeciętnie 14 tys. km na rok (kontra 7 tys. km w Europie). Do tego amerykańskie samochody mają o około 20 proc. niższą przeciętną wydajność paliwową. Wydajność w Europie jest lepsza (+15 proc. w stosunku do średniej), ale podatki są wyższe. Blisko 50 proc. cen paliw w Wielkiej Brytanii i 60 proc. cen paliw w UE to podatki.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Start-upy z ambicją na zrewolucjonizowanie konkretnych obszarów życia w skali globu

Tworzenie przełomowych technologii nie jest domeną wyłącznie największych korporacji i środowisk naukowych. Udowadniają to współcześni innowatorzy – twórcy start-upów – którzy często zaczynając od minimalnych nakładów i pracy „po godzinach”, opracowują rozwiązania technologiczne, które w realny sposób przekładają się na poprawę warunków życia milionów ludzi.

Prezentujemy przegląd najciekawszych start-upów z całego świata, które zrewolucjonizowały konkretne obszary życia. Wskazujemy również na potencjał rodzimego deep techu.

Nuritas – zdrowotne peptydy odkrywane dzięki sztucznej inteligencji

Nuritas to irlandzki start-up założony w 2014 roku przez dr Norę Khaldi – matematyczkę i naukowczynię w dziedzinie ewolucji molekularnej i bioinformatyki. Wraz z zespołem naukowców i ekspertów od technologii, zdrowia i innowacji stworzyła projekt Nuritas. To firma biotechnologiczna wykorzystująca sztuczną inteligencję do odkrywania bioaktywnych peptydów (związków organicznych) o niezwykłych właściwościach zdrowotnych. Platforma Nuritas Peptide Finder stworzona przez ekspertów i badaczy ma za zadanie analizowanie miliarda ukrytych w roślinach i naturalnych elementach żywności peptydów. Kolejny krok to zidentyfikowanie ich i dopasowanie do odpowiednich obszarów zdrowia, na które mogą pozytywnie wpływać. Zanim zostaną wprowadzone na rynek, peptydy poddawane są walidacji i badaniom klinicznym, skalowane i opatentowane. Nuritas stał się partnerem wielu znanych marek. Pomaga im w opracowywaniu bezpiecznych i ekologicznych produktów. W 2019 roku firma wprowadziła na rynek pierwszy produkt zdrowotny odkryty przez sztuczną inteligencję – PeptAlde – składnik aktywny, który zapobiega nadwrażliwości skóry.

Pollenity – algorytmy, które wspierają pszczoły

Pollenity to bułgarski start-up, który stworzył innowacyjne rozwiązanie z myślą o pszczelarzach, ale przede wszystkim o pszczołach. Firma wykorzystuje czujniki oraz biologiczne algorytmy w celu analizowania danych dotyczących stanu zdrowia oraz produktywności pszczół i informuje o nich właścicieli pasiek. Dzięki tej technologii w kontrolowany sposób można zapobiegać na przykład utratom owadów. Projekt BeeSmart został założony w 2015 roku przez Siergeya Petrova, ale już w 2014 roku twórca opracował prototyp inteligentnego ula. Start-up działa na trzech płaszczyznach. Oferuje system monitorowania ula–Beebot (posiada czujniki IoT rejestrujące dane dotyczące temperatury i wilgoci), platformę uczciwego i zrównoważonego handlu miodem oraz wariant inteligentnego ula–uHive (kontroluje temperaturę, wilgotność oraz ruchy pszczół i w przypadku odchyleń od norm, informuje o tym pszczelarza). Firma dostarcza pszczelarzom system czujników, które optymalizują pracę owadów i wpływają na poprawę łańcucha dostaw miodu. Pollenity aktualnie jest jednym z głównych sprzedawców miodu w Bułgarii.

MotionEco – drugie życie oleju

Ten chiński start-up opracował technologię wykorzystania zużytego oleju roślinnego do produkcji biopaliwa dla przemysłu transportowego. Założycielem MotionEco jest Liu Shutong. 10 czerwca 2018 roku w chińskim mieście Nanjing zainicjował on akcję zbierania zużytego oleju kuchennego (w tym tzw. oleju rynnowego), w celu przekształcenia go w zrównoważone, niskoemisyjne ekologiczne paliwo do stosowania w pojazdach z silnikami diesla. Problem tzw. oleju rynnowego w Chinach polega na ponownym wykorzystaniu zużytego oleju w gastronomii. Zdarza się nawet, że olej wydobywany jest z kanalizacji znajdujących się w pobliżu drogich restauracji przy pomocy dużej chochli i wiadra – stąd nazwa „olej rynnowy”. Produkt taki poddawany jest wstępnej filtracji, podgrzaniu i oddzieleniu płynu od reszty zanieczyszczeń. Finalnie sprzedawany do ulicznych punktów gastronomicznych. Główne cele chińskiego start-upu to ukrócenie praktyki wtórnego wykorzystywania oleju w sprzedaży gastronomicznej oraz zmniejszenie emisji spalin.

Inwestycyjny potencjał deep techu

– Start-upy typu deep tech nie tylko rozwiązują realne problemy, ale też tworzą produkty lub usługi jedyne w swoim rodzaju, najczęściej nieposiadające na rynku bezpośredniej konkurencji. Inwestorzy muszą mieć jednak świadomość, że inwestycja w start-up deep tech niesie za sobą pewne ryzyko i co do zasady ma wymiar długoterminowy. Tego typu biznesy często potrzebują wielu lat, aby wprowadzić nowy pomysł na rynek – co oczywiste, przy występującym dużym ryzyku niepowodzenia całości projektu. Kiedy dane rozwiązanie zostanie już jednak poddane komercjalizacji, dochód z inwestycji może okazać się pewny i długotrwały dzięki wysokim barierom wejścia – mówi Rafał Sobczak, managing partner w funduszu Unfold.vc.

Na uwagę zasługują też start-upy działające w obszarze deep tech na rodzimym rynku. Często przy pomocy niewielkich nakładów opracowują one lub komercjalizują rozwiązania technologiczne o ogromnym potencjale – zarówno pod kątem użyteczności dla społeczeństwa, jak i zyskowności biznesu.

GlucoActive – poprawa komfortu życia cukrzyków

Start-up GlucoActive chce zmienić życie cukrzyków, którzy codziennie muszą pobierać krew do badań. Zespół inżynierów z Wrocławia pracuje nad GlucoStation – pierwszym na świecie glukometrem bezinwazyjnym (niewymagającym nakłuwania palca ani pobierania jakichkolwiek płynów ustrojowych), który już wkrótce może być dostępny w sprzedaży. Stacjonarne urządzenie odczytuje poziom glukozy we krwi dzięki wiązce światła laserowego, która przenika przez skórę. Jest to proces całkowicie bezbolesny i w pełni bezpieczny. GlucoStation powiązane będzie z dedykowaną aplikacją, która ułatwi cukrzykom kontrolowanie wyników. Założycielem start-upu powstałego w 2017 roku jest Robert Stachurski.

– Na rynku nie ma i nie było całkowicie bezinwazyjnych glukometrów – stoimy przed realną szansą, że będziemy pierwsi na świecie. Nasze urządzenie zostało stworzone przy relatywnie niewielkich kosztach prac badawczo-rozwojowych. Wyprzedzając gigantów technologicznych ze Stanów Zjednoczonych, Azji i Europy Zachodniej osiągnęliśmy etap działającej technologii, co wykazały wyniki niezależnego eksperymentu medycznego – wyjaśnia Robert Stachurski, CEO GlucoActive.

Innowacyjny glukometr ma trafić do sprzedaży już w 2023 roku. Nie oznacza to jednak zakończenia prac rozwojowych. W planach GlucoActive jest m.in. stworzenie opaski na ramię GlucoFit, która sprawdzi się szczególnie wśród osób prowadzących aktywny tryb życia.

Bioceltix – bezpieczniejsze i skuteczniejsze leczenie dla zwierząt domowych

Bioceltix to wrocławska spółka biotechnologiczna rozwijająca nowoczesne produkty lecznicze dla zwierząt towarzyszących ze szczególnym uwzględnieniem psów i koni. Firma rozwija autorską technologię wytwarzania leków biologicznych w oparciu o mezenchymalne komórki macierzyste. Rozwijane w Bioceltix leki biologiczne mają szansę – obok działania objawowego – wykazywać również działanie przyczynowe poprzez wpływanie na środowisko zapalne oraz uruchomienie naturalnych mechanizmów odbudowy zmienionych chorobowo tkanek.

– Obecnie traktujemy zwierzęta jak członków rodziny, łożymy na nie coraz więcej, coraz lepiej dbamy o ich zdrowie i dobrostan. Przekłada się to na wzrost świadomości i oczekiwań co do jakości i skuteczności dostępnych terapii, a to w naturalny sposób pociąga za sobą rozwój rynku w kierunku nowych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii – mówi dr inż. Paweł Wielgus, członek zarządu Bioceltix.

U zwierząt towarzyszących, podobnie jak u ludzi, obserwuje się wyraźny wzrost liczby pacjentów cierpiących z powodu chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym – już 20% psów cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu u tego gatunku, z kolei 15% populacji psów cierpi z powodu atopowego zapalenia skóry. Leki biologiczne oparte na komórkach macierzystych mogą tutaj odegrać kluczową rolę, gdyż dają szansę na skuteczniejszą terapię o trwalszych skutkach.

Szczególnie że w weterynarii wciąż najbardziej powszechnym sposobem leczenia chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym jest leczenie objawowe za pomocą klasycznych leków chemicznych.

Wynagrodzenia urlopowe dla kierowców zawodowych nawet trzykrotnie wyższe niż rok wcześniej?

Sezon urlopowy powoli się rozpoczyna, a wraz z nim firmy transportowe czekają kolejne wydatki, których mogą nie być nawet do końca świadomi. Jakie? Chodzi o wynagrodzenia urlopowe kierowców zawodowych, które wylicza się na podstawie wynagrodzenia z umowy o pracę, najczęściej za okres ostatnich 3 miesięcy. Jeszcze rok wcześniej pracownicy otrzymywali pensję brutto w wysokości 3200 – 3300 zł i to właśnie z tej średniej wyliczane było wynagrodzenie urlopowe. Od 2 lutego 2022 r. to się zmienia, ponieważ wypłata polskiego kierowcy wzrosła do 10-12 tys. brutto. I właśnie ta kwota posłuży do wyliczenia średniej za urlop wypoczynkowy, co daje prawie trzykrotny wzrost względem wypłat za poprzedni sezon. – Może się okazać, że będzie to kolejna „cegiełka” do tych wyższych kosztów, których firmy transportowe, szczególnie te małe, mogły nie wziąć pod uwagę, planując budżet na 2022 rok. A ten koszt będą musieli dopiero ponieść, bo sezon urlopowy dopiero się rozpoczyna  – tłumaczy Łukasz Włoch, ekspert OCRK, Grupa Inelo.

Zapracowany, jak polski kierowca

Kierowcy polskich firm transportowych spędzają więcej czasu w trasie niż większość przedstawicieli tego zawodu w innych krajach Europy. Według jednego z badań przeprowadzonych przez Grupę Inelo, rekordziści w pojedynczej delegacji za granicą przebywali nawet 28 dni. W ciągu roku za kółkiem byli nawet do 294 dni. Ponad 4 na 10 pracowników wyjeżdża średnio od 241 do nawet 260 dni. A co z odpoczynkiem i urlopem? Rzadko wykorzystują go w całości. Największa grupa kierowców (ok. 40 proc.) wybiera od 11 do 20 dni wolnych. Czy w tym roku to się zmieni?

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Podejście pracowników do brania urlopów jest bardzo różnorodne. Zdarzają się przypadki, w których kierowcy mają skumulowane nawet po 40 dni zaległego urlopu, a warto przypomnieć, że zgodnie z kodeksem pracy, urlop należy wykorzystać maksymalnie w terminie do 30 września następnego roku. Nie zmienia to faktu, że każdego roku przeciętny trucker zatrudniony w polskiej firmie transportowej pokonuje około 87 tys. kilometrów, pozostaje w trasie nawet 294 dni i statystycznie rzadko wykorzystuje pełny urlop. Czy w tym roku to się zmieni? Niewykluczone. Do tej pory, gdy kierowca poszedł na 2-tygodniowy urlop, to otrzymywał wynagrodzenie liczone od mniejszej kwoty – 3200 zł. W tym roku za 14 dni niepracujących otrzyma on wynagrodzenie identyczne, jak gdyby cały czas pracował. Możemy więc przypuszczać, że w tym sezonie pracownicy firm transportowych znacznie chętniej będą korzystali z urlopu, szczególnie tego dłuższego –mówi Łukasz Włoch, główny ekspert OCRK, Grupa Inelo.

Budżety wakacyjne firm będą nadszarpnięte

Zmiany w polskiej ustawie przyczyniły się do wzrostu wynagrodzeń kierowców, wykonujących międzynarodowy przewóz rzeczy, a w konsekwencji wzrosła również kwota wypłacanego wynagrodzenia za urlop.

–  Zmienił się sposób rozliczania kierowcy, polegający na tym, że obecnie nie naliczamy diet i ryczałtów za nocleg, które wcześniej, choć oficjalnie były traktowane jako zwrot kosztów z tytułu podróży służbowej, to kierowca postrzegał je jako część swojego wynagrodzenia. Przed 2 lutym 2022 roku, kierowca zatrudniony na umowie o pracę, otrzymywał przeciętną pensję w wysokości około 3200 zł brutto. Znaczną część jego wypłaty stanowił właśnie zwrot kosztów za diety i ryczałty noclegowe, sięgający nawet do 5-6 tysięcy złotych miesięcznie, który nie był brany pod uwagę przy obliczaniu wysokości wynagrodzenia urlopowego. Było ono wyliczane wyłącznie na podstawie wynagrodzenia za pracę, czyli przed zmianami od średniej kwoty, wynoszącej około 3200 zł brutto. Aktualnie diety i ryczałty noclegowe zostały zlikwidowane, co oznacza, że całe wynagrodzenie pracownika wlicza się do obliczania wysokości wynagrodzenia za urlop kierowcy. Aby dostał on identyczną pensję, co wcześniej, pracodawcy zostali zobowiązani do podniesienia wysokości wynagrodzenia do około 10-12 tysięcy złotych brutto, a w rezultacie przewoźnicy muszą liczyć się z trzykrotnym wzrostem – komentuje Łukasz Włoch.

Zdaniem Kamila Wolańskiego, Kierownika Dziełu Ekspertów z Grupy Inelo, wielu przewoźników nie uwzględniło konieczności wypłacenia wyższego wynagrodzenia urlopowego dla kierowców przy planowaniu finansów na bieżący rok i nie są świadomi, że będą musieli takie koszty ponieść, a także, że w tym roku ich kierowcy mogą chętniej niż dotychczas decydować się na wybranie urlopu.

Kamil Wolański, ekspert OCRK
Kamil Wolański, Kierownik Działu Ekspertów, Grupa Inelo

– Niestety może to skomplikować sytuację finansową przedsiębiorców, która już i tak jest niełatwa, bo warto zauważyć, że po pierwsze nie będą oni zarabiać przez ten czas, dzięki zleceniom wykonywanym przez kierowcę, a po drugie będą zobowiązani do wypłaty trzykrotnie wyższego wynagrodzenia urlopowego podkreśla Kamil Wolański, Kierownik Działu Ekspertów, Grupa Inelo.

Kogo dotyczą zmiany?

Warto zaznaczyć, że pracodawcy, którzy zatrudniają wyłącznie kierowców krajowych mogą nie odczuć wprowadzonych zmian do ustawy. Z racji tego, że wynagrodzenie za pracę kierowców krajowych (około 5 000 – 7 000 tys. brutto) już wcześniej było zdecydowanie wyższe, nie przysługiwały im tak wysokie diety i ryczałty noclegowe, jak w przypadku kierowców międzynarodowych.

Nawet do 30 tys. kary dla przewoźnika

Pracodawca, który nie dopilnuje zaległych urlopów pracowniczych, grozi kara w wysokości 1 000 – 2 000 zł. za wszystkie takie przypadki, stwierdzone podczas kontroli.  Wówczas Państwowa Inspekcja Pracy jest uprawniona do nakazania pracodawcy wypłaty wynagrodzenia urlopowego lub ekwiwalentu za niewykorzystany urlop. Warto pamiętać, że ekwiwalent za niewykorzystany urlop możemy wypłacić tylko zwolnionym pracownikom. Co prawda, Sąd może nałożyć przewoźnikowi maksymalną karą, sięgającą nawet 30 tys. złotych w przypadku, gdy PIP ponownie stwierdzi te same naruszenia podczas drugiej kontroli.

Można by powiedzieć, że nową „karą” dla przedsiębiorcy za brak dopilnowania urlopów nie będą sankcje, nałożone przez Państwową Inspekcję Pracy, a właśnie konieczność wypłacenia zaległego urlopu po nowej stawce, która jest zdecydowanie większa niż wcześniej – podsumowuje Łukasz Włoch z Grupy Inelo.

Salesforce: do 2024 r. 54% przychodów z handlu będzie generowanych w kanałach cyfrowych

W obliczu presji inflacyjnej, trwającej pandemii i stale zmieniających się zachowań klientów, przedsiębiorstwa handlowe i ich partnerzy w dziedzinie sprzedaży, obsługi klienta i marketingu poruszają się po nieznanym terytorium. Aby zrozumieć, jak zmienia się otoczenie klientów i jak na te zmiany reagują specjaliści, firma Salesforce przeanalizowała zachowania zakupowe na stronach internetowych korzystających z platformy Commerce Cloud oraz przeprowadziła ankietę wśród ponad 4000 specjalistów ds. handlu z całego świata na potrzeby swojego najnowszego raportu State of Commerce, który został właśnie opublikowany.

Oto kilka kluczowych wniosków z tego nowego raportu.

Kanały cyfrowe rozwijają się, aby sprostać oczekiwaniom klientów

Migracja klientów indywidualnych i biznesowych do kanałów cyfrowych rozpoczęła się na długo przed pojawieniem się COVID-19, ale pandemia przyspieszyła to przejście. Z odrębnego badania wynika, że około 60% interakcji z klientami odbywa się obecnie w Internecie, a ponad połowa (53%) klientów woli dokonywać zakupów za pośrednictwem kanałów cyfrowych — tendencja ta dotyczy głównie millenialsów i pokolenia Z.

Mimo że przed zespołami ds. handlu stoi wiele wyzwań – tylko 41% respondentów badania czuje się w pełni przygotowanych do obsługi nowych kanałów – inwestycje w rozwój tych kanałów są na zaawansowanym etapie. 60% ankietowanych specjalistów ds. handlu wprowadziło nowe kanały w ciągu ostatnich dwóch lat, a 81% jest w trakcie ich wprowadzania.

Inwestycja ta jest być może podyktowana prognozami dalszego rozwoju handlu cyfrowego. Przykładowo szacuje się, że w 2020 r. 30% przychodów przedsiębiorstw handlowych pochodziło z kanałów cyfrowych, ale do 2024 r. odsetek ten ma wzrosnąć do 54%.

Choć powszechnie kojarzona z zachowaniami konsumentów, migracja do kanałów cyfrowych dotyczy zarówno segmentu B2B, jak i B2C. Oczekuje się, że w ciągu najbliższych dwóch lat ponad połowa (52%) przychodów przedsiębiorstw, które prowadzą sprzedaż dla klientów B2B, będzie generowana cyfrowo. Ponadto 88% sprzedawców B2B oczekuje, że w ciągu najbliższych dwóch lat ich klienci będą składać większe i bardziej złożone zamówienia przez Internet.

Platformy handlu elektronicznego, takie jak Amazon i Alibaba, są obecnie szczególnie popularnymi kanałami dla przedsiębiorstw handlowych — ustępują jedynie własnym stronom internetowym i mediom społecznościowym. Jednak definicja platform handlowych również się rozszerza — ponad jedna trzecia (37%) przedsiębiorstw handlowych traktuje priorytetowo wdrożenie własnych platform, w których artykuły innych firm mogą być sprzedawane na ich własnych stronach internetowych.

„Alternatywne” opcje płatności zyskują na znaczeniu

Istnieje wiele opcji płatności. Oprócz standardowych rozwiązań, takich jak karty kredytowe i przelewy bankowe, co najmniej połowa przedsiębiorstw handlowych akceptuje takie opcje, jak PayPal, Apple Pay i płatności ratalne (często określane jako „kup teraz, zapłać później”). Jeśli prognozy się potwierdzą, zdecydowana większość firm (prawie dziewięć na dziesięć) zaakceptuje takie opcje w ciągu dwóch lat.

Akceptacja jednej z najbardziej dyskutowanych opcji płatności – kryptowalut – dopiero raczkuje. Oferuje ją zaledwie 30% przedsiębiorstw. Jednak rola kryptowalut w handlu będzie się znacznie zwiększać: kolejne 46% przedsiębiorstw handlowych twierdzi, że planuje akceptować kryptowaluty jako formę płatności w ciągu najbliższych dwóch lat — jest to wyższe prognozowane tempo wdrażania niż w przypadku jakiejkolwiek innej opcji płatności. Obecnie przedsiębiorstwa w Indiach, Holandii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich przodują pod względem akceptacji kryptowalut.

Wdrażanie nowych opcji płatności nie jest pozbawione przeszkód: tylko 40% ankietowanych specjalistów ds. handlu czuje się w pełni przygotowanych do obsługi nowych typów płatności. Na pierwszym miejscu znajdują się obawy związane z oszustwami, a na drugim – koszty i czas potrzebny na wdrożenie.

Najlepsze zespoły handlowe koncentrują się na efektywnym wykorzystywaniu danych

W miarę jak pliki cookie innych firm tracą na znaczeniu w odpowiedzi na zmiany w przepisach, specjaliści ds. handlu – wraz ze swoimi partnerami w dziedzinie marketingu – stają przed coraz większymi wyzwaniami, aby sprostać wymaganiom klientów w zakresie wysoce spersonalizowanych ofert i komunikacji. W rzeczywistości 88% ankietowanych specjalistów ds. handlu twierdzi, że coraz mniejsze znaczenie plików cookie innych firm w pewnym stopniu wpływa na ich strategie dotyczące danych.

W odpowiedzi na to 36% przedsiębiorstw handlowych planuje inwestycje w strategie związane z danymi własnymi w ciągu najbliższych dwóch lat, ale plany te są skorelowane z ogólną kondycją handlu. Czterdzieści procent cyfrowych liderów – tych, którzy mogą przypisać ogólny sukces firmy handlowi cyfrowemu – planuje takie inwestycje, w porównaniu z 25% przedsiębiorstw zapóźnionych cyfrowo – czyli tych, które nie mogą przypisać ogólnego sukcesu swojej firmy handlowi cyfrowemu i nie mają wysokiego stopnia powodzenia takich projektów.

Oczywiście posiadanie własnych danych samo w sobie nie jest zwycięską strategią. Cyfrowi liderzy wyróżniają się na tle swoich cyfrowo zapóźnionych konkurentów umiejętnością wykorzystania danych w działaniu. Przykładowo liderzy 1,7 razy częściej efektywnie wykorzystują dane w celu zrozumienia zachowań klientów i 1,5 raza częściej w celu informowania o strategii marketingowej lub biznesowej.

W miarę narastania presji inflacyjnej na firmy we wszystkich branżach, nacisk na efektywność i optymalizację jest kolejnym celem, na którym koncentrują się najskuteczniejsze przedsiębiorstwa handlowe. Prawie połowa (45%) przedsiębiorstw handlowych zamierza nadać priorytet automatyzacji procesów w ciągu najbliższych dwóch lat. Cyfrowi liderzy wyprzedzają konkurencję, ponieważ ponad 4 razy częściej niż firmy zapóźnione cyfrowo twierdzą, że są skuteczni w automatyzacji procesów i 3,5 raza częściej, że są w stanie skutecznie wdrożyć strategię sztucznej inteligencji.

Metodologia

Firma Salesforce przeprowadziła w lutym 2022 r. badanie metodą podwójnie ślepej próby wśród 4102 starszych specjalistów ds. handlu B2C i B2B z różnych branż za pośrednictwem panelu zewnętrznego, aby zebrać spostrzeżenia praktyków. Respondenci pochodzili z Australii, Brazylii, Kanady, Danii, Francji, Finlandii, Niemiec, Hongkongu, Indii, Irlandii, Izraela, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Nowej Zelandii, Singapuru, RPA, Hiszpanii, Szwecji, Tajlandii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Dodatkowo firma Salesforce przeanalizowała aktywność zakupową ponad 1 mld kupujących z 54 krajów, która miała miejsce w okresie od I kw. 2019 r. do I kw. 2022 r. na stronach internetowych działających w oparciu o platformę Salesforce Commerce Cloud. Aby zakwalifikować się do tej analizy, witryny musiały spełniać miesięczny próg minimalnej liczby wizyt i zamówień. Zastosowano dodatkowe czynniki higieny danych, aby zapewnić spójność obliczeń.

Lipcowe wypłaty a nowelizacja Polskiego Ładu

Już 1 lipca wchodzą w życie przepisy nowelizujące Polski Ład, a wśród nich oczekiwana obniżka podatku PIT z 17% do 12%. Wielu podatników zastanawia się z tej okazji, czy w lipcowej wypłacie zostanie rozliczona nadwyżka podatku dochodowego opłaconego za okres od 1 stycznia do 30 czerwca bieżącego roku.

Przypomnijmy: nowa obniżona stawka PIT będzie obowiązywała z mocą wsteczną od 1 stycznia 2022 roku. Oznacza to, że podatnicy, którzy rozliczali się w pierwszym półroczu według stawki 17%, będą mieli za ten okres nadpłacony podatek dochodowy. Dotyczy to pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, ale także osób mających umowy – zlecenie czy umowy o dzieło, a także przedsiębiorców rozliczających się na zasadach ogólnych.

W przypadku wielu pracowników ich lipcowa wypłata okaże się wyższa niż wcześniejsze – właśnie z powodu obniżenia stawki PIT. Kwota brutto oraz koszty pracodawcy pozostaną bez zmian, ale pracownikowi zostanie więcej „na rękę”. W niektórych przypadkach ta różnica może nie być znacząca, zwłaszcza jeśli ktoś stosował w pierwszym półroczu ulgę dla klasy średniej, która od 1 lipca zostanie zlikwidowana z mocą wsteczną od 1 stycznia.

Nie można niestety oczekiwać, że w lipcu zostanie od razu wyrównana nadpłata podatku za pierwsze półrocze. Wielu pracowników może mieć taką nadzieję i zwłaszcza w kontekście bieżącej wysokiej inflacji liczyć na to, że otrzyma zwrot środków już teraz. W tym przypadku jednak przepisy stanowią, że nastąpi on dopiero po złożeniu zeznania rocznego za 2022 rok, co będzie trzeba zrobić pomiędzy 15 lutego a 2 maja 2023 roku.

Warto mieć na uwadze, że podatnik, który rozlicza się elektronicznie, na zwrot będzie musiał czekać maksymalnie 45 dni, a ten, który wybierze formę papierową – nawet 3 miesiące. W skrajnym przypadku może się więc okazać, że jeśli ktoś złoży papierowe zeznanie na ostatnią chwilę, to będzie musiał czekać na zwrot pieniędzy nawet do przełomu lipca i sierpnia 2023 roku.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Kapitał ucieka z giełd, złoty na razie stabilny

Po gwałtownym osłabieniu polskiej waluty w Boże Ciało nie ma już śladu na rynku. Złoty wraca w okolice swojej nowej wartości względem euro. Przynajmniej tej normy, którą utrzymuje w trakcie rosyjskich działań wojennych.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Wczoraj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej nad Wisłą. Rośnie ona o 15%. Jest to symbolicznie wolniej niż oczekiwana wartość 15,2%. Pokazuje to zatem, że pomimo wzrostu cen zarówno dla konsumentów, jak i dla producentów w dalszym ciągu nie widać ograniczeń aktywności gospodarczej. Jest to bardzo korzystny sygnał, biorąc pod uwagę potencjalny wpływ rosnących stóp procentowych i możliwego ograniczenia konsumpcji przez obywateli. Z drugiej strony działania rządu idą w dokładnie odwrotną stronę niż działania Rady Polityki Pieniężnej. Kolejne rządowe projekty zalewają gospodarkę coraz większą ilością pieniądza. Polski złoty dobrze się odnajduje w tej sytuacji mimo trwającej wojny na Wschodzie, gdzie Rosjanie cały czas prowadzą agresję na terytorium Ukrainy. Obecnie euro, będące głównym punktem odniesienia dla wartości polskiej waluty wyceniane jest na około 4,64 zł.

Korekta na rynku obligacji

Po tym, jak ostatnie dwa tygodnie przyniosły gwałtowne wzrosty rentowności na rynku obligacji, przyszedł czas na korektę. Przypomnijmy, że wzrosty były na tyle duże, że aż EBC zorganizował nadzwyczajne posiedzenie, by starać się ratować rentowność włoskich papierów dłużnych. Mógł też reagować przez ostatnie lata, kiedy Włosi prowadzili swoją beztroską politykę gospodarczą, ale nie o to chodzi w strefie euro. Obecna sytuacja spowodowana jest też tym, że kapitał ucieka z giełd. Lądując na rynku obligacji, powoduje, że rentowność papierów dłużnych spada. Nie można jednak wykluczyć, że wraz ze wzrostem oczekiwanych docelowych poziomów wzrostu stóp procentowych rentowność w kolejnych miesiącach znów wyskoczy. Jest to o tyle ważne, że rentowność obligacji jest mocno połączona z kosztami obsługi zadłużenia. To z kolei będzie powodować, że budżety wielu państw mogą mieć problem.

Ukraina i Mołdawia bliżej Unii

Wojna na Ukrainie przyspieszyła proces, który w normalnych warunkach powinien trwać dekadami. Beneficjentem jest też Mołdawia, która razem z Ukrainą otrzymała właśnie status krajów kandydujących do Unii Europejskiej. Warto jednak pamiętać, że biorąc pod uwagę potencjał gospodarczy to wsparcie, które Mołdawia okazała uchodźcom ukraińskim, jest olbrzymie. Jaki to będzie miało wpływ na waluty? Do strefy euro zbliżą się z jednej strony kolejne rynki zbytu, ale również kolejne państwa będące beneficjentami funduszy wyrównywania różnic. Z perspektywy państw naszego regionu może to się odbić na mniejszych środkach dla nas. Z drugiej strony to dodatkowe rynki w strefie wolnego handlu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

GUS o e-handlu w maju – eksperci komentują

Wg najnowszych danych GUS w maju 2022 r. udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej (ceny bieżące) pozostał bez zmian wobec kwietnia na poziomie 8,9% w maju 2022 r. Wartość sprzedaży przez internet wzrosła o 0,8% w ujęciu miesięcznym.

Najnowsze dane komentują poniżej eksperci z Unity Group i Insightland:

Grzegorz Rudno-Rudziński
Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group

Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający w Unity Group:

Ostatnie tygodnie – czy wręcz miesiące – to czas dużej zmienności, także w obszarze handlu. Z uwagi na galopującą inflację i ostrożniejsze zarządzanie domowymi budżetami ulega stagnacji lub spada sprzedaż większości dóbr (wyjątkiem są produkty pierwszej potrzeby). Przekłada się to na większą wrażliwość cenową klientów, którzy zwykle w poszukiwaniu przecen kierują się do internetu. Oczywiście negatywne konsekwencje wyraźnie malejącej, realnej siły nabywczej Polaków odbiją się na całym handlu detalicznym, ale to kanał online, jako że jest najszybszy i najbardziej wrażliwy na zmiany cen, odczuł to jako pierwszy. Jednak z tego samego powodu jako pierwszy się otrząśnie, przegrupuje i wzmocniony stanie do walki cenowej z tradycyjną sprzedażą.

W ujęciu mikro obserwowany od początku roku spadek udziału e-commerce w całym handlu detalicznym jest dość wyraźny, ale ze względu na wspomniany specyficzny charakter e-handlu, szybciej powinien wrócić on na ścieżkę wzrostu niż inne sektory. Pierwsze sygnały sugerujące odwrócenie negatywnej tendencji widać już w danych GUS na koniec maja.

W szerszym kontekście obecne turbulentne czasy, po raz kolejny, wystawią wiele tradycyjnych biznesów na próbę. Dlaczego? Bez należytej transformacji cyfrowej wiele z nich nie będzie potrafiło szybko dostosować się do zmienności i nowych realiów, czyli np. reagować nagłym ograniczeniem kosztów czy sprawną modyfikacją asortymentu. A skala problemu jest olbrzymia – jak pokazują najnowsze badania KPMG w partnerstwie z Microsoftem, tylko co czwarta firma ma gotową strategię transformacji cyfrowej, a wydatki na działania związane z cyfryzacją w ciągu najbliższego roku zamierza zwiększyć jedynie 21 proc. przebadanych firm. Dlatego temat przygotowania handlu – czy biznesu w ogóle – na funkcjonowanie w bardzo zmiennym otoczeniu i rola transformacji cyfrowej w tym procesie – będzie myślą przewodnią zaplanowanej już na 22-23 września we Wrocławiu branżowej konferencji Commerce Transformation Days.

Katarzyan Iwanich Insightland
Katarzyna Iwanich, prezes Insightland z grupy Hexe Capital

Katarzyna Iwanich – prezes zarządu Insightland z grupy Hexe Capital:

Możemy przypuszczać, że pogarszająca się w Polsce koniunktura wpłynie na handel w Internecie i jeśli inflacja nie zacznie wyhamowywać, to taki stan rzeczy może utrzymać się nawet przez kilkanaście najbliższych miesięcy. W pandemii rozwój e-handlu przyśpieszył, sukcesywnie zwiększał się jego udział w handlu detalicznym ogółem. Prognozy rynkowe zakładały utrzymanie się tych wzrostów rok do roku. Teraz, z powodu inflacji, możemy spodziewać się tu jednak spowolnienia. Rosną i ceny produktów i materiałów – wg danych GUS w maju br. w porównaniu z majem 2021 wzrost cen producentów w przemyśle wyniósł 24,7%. – i koszty związane np. z utrzymaniem magazynów. Marketplace’y zaczynają podnosić prowizje, większość tych podwyżek odbija się na klientach, a ci po prostu coraz częściej w ogóle rezygnują z zakupów w sieci. Sklepy internetowe zaczynają oferować kolejne rabaty, promocje i wyprzedaże chcąc w ten sposób zapobiec dużym spadkom sprzedaży i obrotów w nadchodzących miesiącach. Coraz mniejsze zainteresowanie zakupami w sieci widać też choćby po liczbie przesyłek – tych, jak deklarują firmy kurierskie, jest w ostatnich tygodniach zauważalnie mniej. Do tej pory konsumenci szukali w Internecie lepszych ofert niż w sklepach tradycyjnych, teraz także tam zaczyna być po prostu drogo. Wzrost udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej miesiąc do miesiąca jest bardzo nieznaczny, co może świadczyć o rosnącej zachowawczości klientów w dokonywanych zakupach, ale także o tym, że kupujemy coraz mniej za coraz więcej. Polacy zaczynają wstrzymywać się z zakupami z kategorii RTV, AGD oraz tekstylia – czyli produktów, które nie są tymi pierwszej potrzeby a to takie zwykłe nabywamy online.

Ekonomiści na Open For Business Summit w Warszawie: Polityka, która promuje i toleruje dyskryminację, okrada polską gospodarkę z talentów

Nawet 9,5 mld złotych rocznie traci Polska w związku z dyskryminacją osób LGBT – to główny wniosek z raportu organizacji Open For Business, dotyczącego wpływu homofobii na gospodarki i możliwości rozwoju krajów Europy Środkowej. O wynikach raportu oraz o potencjale rozwoju otwartych społeczeństw rozmawiali ekonomiści, politycy i przedstawiciele świata biznesu podczas odbywającej się w Warszawie konferencji Open For Business Summit.

Pretekstem do dyskusji był raport organizacji Open For Business, w którym czytamy, że kraje Europy Środkowej tracą szanse na inwestycje zagraniczne z powodu systemowej dyskryminacji mniejszości. Istnieje także korelacja pomiędzy prawami osób LGBT+ a wynikami gospodarczymi państw i regionów. Wskaźniki takie jak Globalny Indeks Innowacyjności czy Indeks Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego niezbicie wskazują, że otwarte, różnorodne społeczeństwa sprzyjają wzrostowi gospodarczemu – zaznaczają autorzy raportu.

„Drenaż mózgów” ogromnym problemem dla gospodarki

Podczas konferencji Open For Business Summit w Warszawie tematowi bliżej przyjrzeli się ekonomiści. – Przecieramy szlaki, jeśli chodzi o badania ekonomiczne wiążące się z włączaniem osób LGBT+ do gospodarki – mówiła Ewa Balcerowicz, wiceprzewodnicząca Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich. – To szalenie ważne, bo oprócz imperatywu moralnego jest też imperatyw finansowy – podkreślała.

Podobne zdanie miał prof. Witold Orłowski, były doradca ekonomiczny prezydenta RP, a obecnie główny doradca ekonomiczny w PwC Polska: – Dyskryminować nie należy, nie wolno i nie warto – mówił, zaznaczając różnice pomiędzy moralnością, obowiązującym prawem i wymiernymi gospodarczymi skutkami dyskryminacji. A te ostatnie, jak wynika z raportu Open For Business, wiążą się głównie ze zjawiskiem tak zwanego „drenażu mózgów”. – Kluczowe wyzwanie współczesności to zatrzymanie talentów, bo prawdziwe talenty to najrzadszy zasób w gospodarce. Jeśli sami z nich rezygnujemy, to dużo tracimy względem konkurencji – zaznaczał prof. Orłowski.

Nadchodzą pozytywne zmiany?

Także pozostali paneliści skupili się na konieczności zatrzymania wysoko wykwalifikowanych kadr oraz na powiązaniu tego tematu z dyskryminacją osób LGBT. – Polityka, która promuje dyskryminację, to kradzież polskiej gospodarki z talentów – twierdził Marcin Tomaszewski, ekonomista z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Podkreślił, że wielu wykwalifikowanych pracowników wyjeżdża do pracy w bardziej otwartych społeczeństwach.

Dlatego tak ważne jest uwzględnienie, zarówno przez przedstawicieli biznesu, jak i przez polityków na szczeblu krajowym oraz samorządowym, tak zwanych wskaźników ESG (Environmental, Social, Governance), czyli ochrony środowiska, odpowiedzialności społecznej i ładu korporacyjnego. Ich nieodłącznym tematem jest pełne wykorzystanie potencjału kadr LGBT. – We włączaniu społeczności LGBT+ drzemie oczywisty potencjał dla całej gospodarki – mówił James Hughes, Radca Ministra ds. Ekonomicznych Ambasady Wielkiej Brytanii w Polsce.

Paneliści zgodzili się, że obecna sytuacja nie sprzyja zatrzymaniu w naszym kraju zjawiska drenażu mózgów na podłożu dyskryminacji. Tym niemniej, pojawiło się światełko w tunelu: – Optymistyczne jest to, że firmy zaczynają dostrzegać wagę talentów. Inicjatywy takie jak Open For Business są bardzo ważne, bo dzięki nim dostrzegam dobre zmiany, które jeszcze nie wychodzą w badaniach, ale tworzą w Polsce zmiany kulturowe – mówiła Ewa Balcerowicz. Prof. Witold Orłowski deklarował z kolei, że jest „rozczarowanym optymistą”: – Wiele rzeczy idzie w dobrą stronę, ale za wolno – mówił.

Letnia fala rekrutacji w handlu

W pierwszej połowie czerwca liczba ofert pracy w handlu przekroczyła 8,1 tys. – wynika z raportu Grupy Progres. Sezon rekrutacyjny w tym sektorze nabiera tempa, a jego nasilenie jest i będzie widoczne również w lipcu. Poszukiwani są kasjerzy, doradcy klientów, osoby wykładające towar czy pracownicy hali. To, jak szybko sklepy i punkty handlowe zaspokoją swoje potrzeby kadrowe z pewnością odczują też ich klienci, bo brak chętnych do pracy i niedobory wśród personelu w bezpośredni sposób przełożą się na funkcjonowanie ich biznesu.

  • Mimo że koronawirus zmienił zachowania zakupowe Polaków, a obecnie rosnąca inflacja i idące w górę ceny nie zachęcają do wydawania pieniędzy, to nadal jest kogo obsługiwać.
  • Polacy odwiedzają markety zdecydowanie częściej niż przed rokiem, w sezonie sporą (kilkunastomilionową) grupę klientów stanowią też turyści, a po wybuchu wojny w Ukrainie, również uchodźcy.
  • Braki kadrowe, z którymi boryka się branża może odczuć wielu klientów.
  • 71 proc. klientów polskich sklepów jest niezadowolonych z powodu kolejek, drażnią ich również inne ceny produktów przy kasie i na półkowych etykietach, przeterminowane produkty, puste półki i braki w asortymencie oraz koszyki na zakupy, których ciągle brakuje.
  • Niestety, tego typu sytuacje zdarzają się i będą zdarzać, bo weryfikacja zgodności cen produktów oraz ich terminów ważności, wykładanie towarów na półkach czy ustawianie koszyków przy wejściu do sklepu i dbanie o ich wystarczająca liczbę to zadania, które wykonują pracownicy, a tych w handlu brakuje.

Firmy z branży handlowej, działające w naszym kraju, tworzą jedną z największych grup pracodawców. W 2021 r. w Polsce działało 376,1 tys. sklepów, a cała branża zatrudniała od 1,5 do 2 mln osób (GUS) i ciągle przyjmuje na etat kolejnych chętnych. Na początku tego roku cztery największe sieci handlowe planowały stworzyć ponad 2,2 tys. nowych miejsc pracy. Rekrutacje nie ustały, a w kurortach wypoczynkowych zintensyfikował je sezon wakacyjny, w którym swoją działalność rozpoczynają również sklepy i stragany z pamiątkami szukające sprzedawców.

Mimo że koronawirus zmienił zachowania zakupowe Polaków, a obecnie rosnąca inflacja i idące w górę ceny nie zachęcają do wydawania pieniędzy, to nadal jest kogo obsługiwać. Jak wynika z raportu Proxi.cloud, w tym roku Polacy odwiedzają sklepy zdecydowanie częściej niż przed rokiem. Nieco ponad 28 proc. klientów dyskontowych robi w nich zakupy co najmniej raz w tygodniu. Nasi rodacy nie są jedyną liczącą się grupą konsumentów, tylko w kwietniu średnio ponad 7 proc. osób w centrach handlowych stanowili Ukraińcy. W sezonie wakacyjnym sporą grupę osób korzystających z oferty sektora handlowego stanowią również turyści, których nie brakuje. W 2021 r. branża HoReCa obsłużyła w sumie 22,2 mln osób przebywających na wakacjach, goście swoje pieniądze wydawali również w trakcie zakupów. Dokładna liczba tegorocznych turystów nie jest jeszcze znana, ale już wiadomo, że 71 proc. badanych Polaków planuje spędzić wakacje w naszym kraju (dane POT).

Spora liczba klientów jest dla wielu handlowców niemałym wyzwaniem rekrutacyjnym, szczególnie w mniejszych miastach czy kurortach szukających kadry na sezon. Pracy nie brakowało już w maju, porównując oba miesiące rok do roku – tegorocznych ofert było więcej niż w 2021 r. A rynek dopiero zaczął się budzić. Co widać, bo obserwujemy nasilenie rekrutacji, które nie zmaleje w lipcu. Ten pik zauważalny jest szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie braki kadrowe są trudne do uzupełnienia, a handel również ma klientów i do ich obsługi potrzebuje pracowników – mówi Paweł Dąbrowski, Prezes spółek operacyjnych w Grupie Progres.  ­– Duże aglomeracje mają większe szanse na zakończenie rekrutacji sukcesem, bo mogą oferować pracę np. Ukraińcom. Nasi Wschodni sąsiedzi na ogół przebywają w większych miastach, a ich skłonność do relokacji jest na bardzo niskim poziomie. Obecnie tylko nieco ponad 5 proc. z nich zgadza się na zmianę miejsca zamieszkania, jeśli dzięki temu będą mogli liczyć na dobrą pracę, mieszkanie i opiekę nad nimi oraz ich rodziną zaznacza ekspert.

Według raportu Grupy Progres – analizującego warunki pracy i skalę rekrutacji w sektorze handlowym – w pierwszej połowie czerwca br. 14 proc. ogłoszeń (ponad 1,1 tys.) skierowanych było do Ukraińców. W ich przypadku barierą uniemożliwiającą podjęcie pracy na stanowiskach związanych z bezpośrednią obsługą klienta jest brak znajomości języka polskiego. Jak wynika z badania Grupy Progres, nie zna go aż 84 proc. uchodźców wojennych z Ukrainy poszukujących pracy nad Wisłą, a posługuje się nim niecałe 16 proc. osób. To spory problem, który sprawia, że Ukraińcy często podejmują etat poniżej swoich kwalifikacji. Co więcej, mimo chęci do pracy nie są zatrudniani w handlu na stanowiskach frontowych, bo bariera językowa może wpływać na oczekiwaną przez klientów jakość obsługi. W tym przypadku wynika ona nie ze źle wykonywanej ­przez Ukraińców pracy, a z braku komunikacji zrozumiałej dla obu stron, która w kontakcie z kupującym jest kluczowa.

Jak wynikało z corocznego badania Daymakerindex, przed pandemią jakość obsługi klienta w sklepach detalicznych rosła z roku na rok. Polacy mieli wysokie oczekiwania i nie chcieli robić zakupów w miejscach, w których nie odpowiadał im sposób, w jaki zostali obsłużeni. Obecnie, na poziom ich zadowolenia mogą wpłynąć braki kadrowe, które odczują np. stojąc w długiej kolejce, bo liczba otwartych kas będzie niewystarczająca, a za przysłowiową ladą nie będzie miał kto stanąć. Tego typu sytuacje są jedną z rzeczy, która od lat denerwuje naszych rodaków. Co potwierdzają badania Mastercard, według których, aż 71 proc. klientów polskich sklepów jest niezadowolonych z powodu kolejek, a dla 47 proc. jest to najbardziej frustrujący element zakupów, głównie ze względu na stratę czasu.

Krajowych konsumentów drażnią również inne ceny produktów przy kasie i na półkowych etykietach, przeterminowane produkty, puste półki i braki w asortymencie oraz koszyki na zakupy, których ciągle brakuje. Niestety, tego typu sytuacje zdarzają się i będą zdarzać, bo weryfikacja zgodności cen produktów oraz ich terminów ważności, wykładanie towarów na półkach czy ustawianie koszyków przy wejściu do sklepu i dbanie o ich wystarczająca liczbę to zadania, które wykonują pracownicy, a tych w handlu brakuje.

 

Tego typu sytuacje obserwowałem w sezonie letnim m.in. w Międzyzdrojach, gdzie liczba klientów sektora handlu w wakacje bardzo wzrosła, a zespół pracujący w jednym z marketów był zbyt mały, by sklep mógł płynnie funkcjonować. W efekcie półki świeciły pustkami, a kupujący byli odprawiani z kwitkiem – mówi Paweł Dąbrowski. – Utrudnienia w robieniu zakupów nie muszą się wydarzyć, ale powinniśmy być na nie przygotowani. Ratunkiem, ale też wyzwaniem dla firm jest nie tylko stworzenie konkurencyjnych warunków pracy, ale też oferowanie Ukraińcom kursów językowych, dzięki którym będą mogli oni zająć stanowisko bezpośrednio związane z obsługą kupujących. Do momentu, gdy tego typu działanie nie zostanie wdrożone, handlowcy borykający się niedoborami w zespole, będą musieli zmierzyć się z planowaniem pracy sklepu w taki sposób, by dostosować ją do płynnej obsługi klientów i nie wywoływać u nich negatywnych emocji. To spore wyzwanie, szczególnie ważne w czasach, gdy wiele osób jest poddenerwowanych inflacją, a swoje niezadowolenie okazują np. kasjerom, gdy przychodzi do płacenia za towar znajdujący się w koszyku – podkreśla ekspert.

GfK: Ponad 70 proc. Polaków chce, aby biznes działał w sposób zrównoważony

Już trzy czwarte Polaków oczekuje od marek konkretnych działań w zakresie zrównoważonego rozwoju, a blisko jedna trzecia weryfikuje te inicjatywy – wynika z raportu  „Green Mood”, opracowanego przez firmę badawczą GfK. Wzrost znaczenia zielonych trendów sprawia, że coraz częściej korzystamy także z innowacyjnych i przyjaznych dla środowiska rozwiązań, takich jak np. automaty paczkowe. Chętniej sięgamy też po ekologiczne produkty – w tym przypadku istotną barierą są jednak wciąż zbyt wysokie ceny tego rodzaju artykułów.

Ochrona środowiska i dążenie do zrównoważonego sposobu prowadzenia działalności staje się podstawowym elementem strategii marek. Firmy odpowiadają w ten sposób nie tylko na bieżące wyzwania w zakresie ekologii, ale i postawy konsumentów, których świadomość systematycznie wzrasta. Według GfK aż 73 proc. z nich twierdzi, że to ważne, aby biznes angażował się i podejmował działania ekologiczne. – Nabywcom nie wystarczają już same deklaracje. W dobie łatwego dostępu do informacji konsumenci mogą w szybki oraz prosty sposób zweryfikować działania prowadzone przez firmy i co najważniejsze – coraz chętniej to robią. Potwierdzeniem są m.in. wnioski płynące znaszego raportu „Green Mood”. Wynika z niego, że już blisko 30 proc. Polaków korzysta z takich możliwości i aktywnie szuka informacji o zielonych praktykach marek – mówi Mateusz Zubkowicz, Client Business Partner w GfK.

Ekologia jest ważna dla Polaków także w codziennym życiu. Z danych GfK wynika, że 26 proc. konsumentów czuje się winnych, gdy nie postępuje w sposób przyjazny dla środowiska. Co szczególnie ciekawe, różnice w deklaracjach są wyraźnie widoczne w zależności od wieku badanych. Taka opinia jest bardziej powszechna wśród starszych konsumentów – podziela ją co trzeci badany. Z kolei w przypadku przedstawicieli pokolenia „Z”, czyli osób urodzonych po 1995 roku,  jest to co piąty nabywca.

Co determinuje eko-postawy?

Zgodnie z raportem „Green Mood” ponad 70 proc. Polaków oszczędza w domach energię i wodę, na przykład poprzez używanie energooszczędnych żarówek czy wyłączanie światła. Coraz częściej wybieramy jakość zamiast ilości, a 60 proc. nabywców kupuje tylko to, czego naprawdę potrzebuje. – Dotychczas jako główną motywację takich działań konsumenci wskazywali chęć ochrony środowiska. Zapewne w najbliższych miesiącach będzie się to zmieniać. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza może sprawić, że jeszcze więcej osób, zacznie ograniczać konsumpcję, a tym samym zużywanie wody czy energii. Jednak nie będziemy tego robić z pobudek ekologicznych, a chęci szukania kolejnych oszczędnościwyjaśnia Mateusz Zubkowicz.

Czego oczekują konsumenci?

Mimo wyraźnych chęci, aby korzystać z ekologicznych produktów, nabywców ograniczają domowe budżety. Niezależnie od wieku badanych blisko połowa Polaków przyznaje, że „zielone” alternatywy wielu produktów są zbyt drogie.

Zdaniem eksperta GfK nabywcy coraz bardziej doceniają też innowacje w biznesie. – Konsumenci chętnie korzystają z nowoczesnych udogodnień, które z jednej strony pozwalają zaoszczędzić czas, ale z drugiej ograniczyć także ślad węglowy. Dobrym przykładem, który odzwierciedla ten trend są nasze postawy zakupowe. Już 72 proc. nabywców korzysta z automatów paczkowych podczas wysyłania lub odbierania przesyłek, a prawie połowa kupuje produkty w opakowaniach wielokrotnego użytkupodkreśla Mateusz Zubkowicz.

Idą chude lata na rynku mieszkaniowym?

Ten rok będzie jednym z trudniejszych na rynku nieruchomości w Polsce. Według danych SonarHome od początku roku ceny mieszkań w największych polskich miastach już wzrosły o 5%, a czas ich sprzedaży – wydłużył nawet do 90 dni. Trwa seria najszybszych podwyżek stóp procentowych w historii, a pierwszych obniżek będzie można spodziewać się najszybciej w IV kw. 2023 r. lub nawet na początku 2024 r., co sygnalizuje, że popyt kredytowy będzie dalej spadał. Poprawić sytuację może jedynie złagodzenie rekomendacji KNF, o którą wnioskuje Polski Związek Firm Deweloperskich. Czy właśnie kończy się poprzedni cykl na rynku nieruchomości?

Z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych systematycznie będzie zmniejszała się liczba osób, które będą mogły pozwolić sobie na kredyt. Powodem są nie tylko wysokie raty, ale również brak zdolności kredytowej wyliczanej każdorazowo przed udzieleniem przez bank kredytu.

– Zdolność kredytową Polaków bardzo ograniczyła rekomendacja KNF, która nałożyła na banki obowiązek dodawania 5 pp. buforu do obecnej wysokości stopy procentowej. Oznacza to, że jeśli dziś wysokość stóp wynosi 6%, to bank oblicza zdolność kredytową klienta na wysokość stóp o wartości 11% (6% + 5pp.). To spowodowało, że w maju 2022 r. liczba wnioskujących o kredyt, jak wskazują dane BIK, spadła o prawie 52% w porównaniu do analogicznego okresu w poprzednim roku – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk SonarHome.SonarHome1

Ponadto, według danych SonarHome, od początku roku w cenach ofertowych mieszkań w największych miastach w Polsce odnotowano wzrosty, sięgające od 2% w Poznaniu do 5% we Wrocławiu (porównanie maja 2022 ze styczniem 2022). W tym samym okresie czas ekspozycji mieszkania w ofercie wydłużył się nawet do ponad 90 dni. W maju natomiast trend wzrostu cen wyhamował – jego kontynuacja widoczna była jedynie w Poznaniu (+1,5% maj vs kwiecień 2022).

Czy mamy do czynienia z kryzysem na rynku?

Prezes NBP zapowiedział, że pierwszych obniżek stóp możemy się spodziewać najszybciej w IV kw. 2023 r. lub nawet na początku 2024 r. To sygnalizuje, że popyt kredytowy nadal będzie spadał.SonarHome2

Rynek nieruchomości jest cykliczny, a każdy cykl składa się z fazy wzrostu i spowolnienia. Możliwe więc, że jesteśmy w momencie, w którym kończy się poprzedni cykl zapoczątkowany w 2013. Nie jest to kryzys, a spowolnienie, kiedy to sprzedający muszą zawalczyć o klienta. Przypomnijmy, że w poprzednim cyklu spowolnienie na rynku mieszkaniowym trwało od końca 2008 r. (czyli około 4 lat). Nie każdy cykl wygląda jednak dokładnie tak samo, ale warto przypomnieć, że ten etap nie musi trwać jedynie roku – tylko znacznie dłużej. W momentach prosperity i niskich stóp nie pamiętamy, że rynek jest cykliczny i najpewniej za jakiś czas sytuacja się odwróci – mówi Barbara Bugaj.

SonarHome3Jest szansa na szybszą poprawę

Uczestnicy branży nieruchomości nie pozostają bezczynni wobec kwietniowej rekomendacji stworzonej przez Komisję Nadzoru Finansowego, która mocno ograniczyła Polakom możliwość ubiegania się o kredyt. Środowisko deweloperskie (Polski Związek Firm Deweloperskich) wystosowało pismo do KNF z propozycją zmian łagodzących. Głównym argumentem PZFD jest to, że obecny wymóg 5 pp. buforu jest zbyt wysoki i przesadnie hamuje popyt na mieszkania. Związek tłumaczy swój apel tym, że wysokość stóp procentowych przewyższający 10% mieliśmy w latach 2001-2002 i apeluje o zmniejszenie tego buforu do 3 pp., a dla kredytów branych na stałą stopę procentową do 1 pp.

– Dziś nie można wykluczyć nawet tego, że podwyżki stóp procentowych możliwe są również w kolejnym roku i mogą dojść nawet do 10%. Sytuacji popytowej na rynku pomogłoby na pewno złagodzenie założeń rekomendacji KNF, ponieważ podwyższyłoby to zdolność kredytową nawet o około 20-30%. Nie wiemy jednak, jaka będzie odpowiedź Komisji na apel PZFD – dodaje analityk SonarHome.  

Popyt na rynku podtrzymują klienci gotówkowi, kupujący mieszkania na wynajem. Dla nich bowiem mimo bieżących cen mieszkań, zakup jest opłacalny, ponieważ stale rosną również czynsze najmu. Dla klienta, który kupiłby mieszkanie inwestycyjne na kredyt ze zmienną stopą, zakup jest najczęściej nieopłacalny i ryzykowny w kontekście kolejnych podwyżek stóp procentowych.

Mocny dolar. Miedź najtańsza od ponad roku. Bitcoin powyżej 20 tys. USD

W trakcie „covidowej” hossy rozpoczętej w marcu 2020 ceny miedzi wzrosły 2,5-krotnie osiągając najwyższy w historii poziom. Ta zwyżka zakończyła swą dynamiczną fazę w maju 2021. W marcu br. po rozpoczęciu przez Rosję ataku na Ukrainę cena miedzi ponownie ustanowiła rekord, ale tym razem to ożywienie było krótkotrwałe. Obecnie – po spadku o ponad 20 proc. – cena kontraktów na miedź na COMEX-ie znalazła się na najniższym poziomie od marca 2021 (dziś rano -3,8 proc.).

Ceny kontraktów na metale szlachetne również dziś rano spadały (złoto -0,66 proc., srebro -2,52 proc., platyna -1,39 proc., pallad -0,95 proc.), ale pozostawały powyżej poziomów swoich minimów z ostatnich tygodni.

Ponad 5 proc. taniały dziś rano kontrakty na ropę naftową osiągając najniższy poziom od miesiąca.

Taniały również zboża. Cena kontraktów na pszenicę na CBOT była dziś rano najniższa od 3 miesięcy.

Generalnie mocny był amerykański dolar. Osiągnął on dziś swe nowe przynajmniej roczne maksima względem kilku azjatyckich walut: izraelskiego szekla, indonezyjskiej rupii, koreańskiego wona, filipińskiego peso, tajlandzkiego bata oraz japońskiego jena. W przypadku tej ostatniej waluty osiągnięty dziś poziom był najwyższy od 1998 roku. Kurs EUR/USD spadał rano poniżej poziomu 1,05 proc. (-0,46 proc. ok. 9:30). W ślad za euro osłabiał się złoty (USD/PLN +0,73 proc., EUR/PLN +0,32 proc.).

Bitcoin, którego kurs względem dolara wrócić w ostatnich dniach powyżej poziomu 20000 USD, spadał dziś rano o ponad 3 proc.
Słabość surowców i siła dolara wspierała dziś obligacje skarbowe na świecie. Rentowności rządowych 10-latek generalnie spadały, ale oczywiście trzeba pamiętać, że jeszcze wczoraj rentowności 10-letnich obligacji skarbowych emitowanych przez rząd polski były najwyżej od kilkunastu lat (ponad 8 proc.).

Ceny akcji w USA korygowały wczoraj swój wcześniejszy spadek (S&P 500 +2,45 proc. we wtorek), ale ta poprawa koniunktury nie zrobiła wrażanie na giełdach azjatyckich. Główne indeksy wszystkich ważniejszych azjatyckich rynków akcji traciły dziś na wartości (Hang Seng, TAIEX i Kospi ponad 2 proc.). Najniżej od ponad roku były dziś TAIEX, Kospi oraz filipiński PSEi.

Tak samo było dziś rano w Europie (DAX -2,31 proc., CAC 40 -2,13 proc. ok. 9:40). Najniżej od ponad roku były dziś szwajcarski SMI oraz szwedzki OMX Stockholm.

WIG-20 spadał dziś rano o 1,85 proc. Jedynym indeksem sektorowym GPW, który ok. 9:40 nie tracił był WIG-Nieruchomości. Najsilniej – ok. 3,5 proc. – spadał WIG-Górnictwo, do czego przyczyniała się głównie prawie 4 proc. zniżka ceny akcji KGHM.

Wielka Rotacja – czyli polski odpowiednik globalnego trendu

Tyko w samych Stanach Zjednoczonych w 2021 roku z pracy odeszło ponad 20 milionów pracowników. Wielka Rezygnacja, bo tak określa się to zjawisko, dociera także do Europy. Dużą skalę rezygnacji z pracy odnotowano między innymi w Wielkiej Brytanii. Jednak, czy w Polsce będziemy mieli do czynienia z masowymi odejściami pracowników? Jaka będzie przyszłość rodzimego rynku pracy?

W kraju nad Wisłą 80% pracowników podczas pandemii nie przepracowało ani jednego dnia zdalnie. Natomiast przeciążenie pracą zdalną, izolacja od ludzi oraz brak rozgraniczenia pomiędzy życiem prywatnym, a pracą, to główne przyczyny masowego odchodzenia z pracy za wielką wodą. – W Polsce mamy pięć głównych gałęzi gospodarki i żadna z nich nie nadaje się do całkowitego przejścia na pracę zdalną, czy nawet hybrydową. Produkcja, transport, budownictwo, handel czy rolnictwo, funkcjonują stacjonarnie, wręcz w ściśle określonych godzinach. Mam w dodatku wrażenie, że w przypadku Wielkiej Rezygnacji w USA to myli się trochę przyczyny ze skutkami. To po stronie pracodawców bowiem leży zorganizowanie pracy tak, aby pracownicy biurowi odczuli w minimalny sposób skutki przymusowego przejścia na zdalny czy hybrydowy tryb pracy. Tam, gdzie się to nie udało widzimy tego skutki – mówi Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jeżeli chodzi o Polskę, myślę, że mamy raczej do czynienia z Wielką Rotacją, z uwagi na obecną sytuację gospodarczą, inflację i wzrost kosztów życia, mało osób będzie mogło sobie pozwolić na dłuższą przerwę w pracy. Polacy szukają raczej nowych możliwości – dodaje Kubisiak.

W Polsce bezrobocie w kwietniu tego roku wyniosło 5,2% utrzymując się stabilnie od miesięcy. Jednak od początku roku widać duży ruch w liczbie ogłoszeń rekrutacyjnych. Według analizy 50 największych portali rekrutacyjnych, liczba ogłoszeń wzrosła o 37% w stosunku do analogicznego okresu. Sami pracownicy biurowi do momentu pandemii mieli minimalne doświadczenie z pracą zdalną. Szacuje się, że przed pandemią zaledwie około 5% z 5 milionów polskich pracowników biurowych pracowało z domu. – Pandemia przewróciła nasz świat do góry nogami. Wywołała ogromny stres, a tam, gdzie równowaga w pracy została zachwiana, wśród pracowników zaczęły pojawić się myśli związane ze zmianą. I mimo, że już jesteśmy w nowej normalności, pewnych doświadczeń nie da się zapomnieć – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Przed pracodawcami stoi obecnie wyzwanie związane z adaptacją do nowych warunków, w tym pracy hybrydowej. Tu potrzebne są rozwiązania systemowe, które będą uniwersalne dla całej organizacji – mówi Martyna Matusik, psycholog i doradca zawodowy.

Potrzeba systemowych rozwiązań związana jest także z nowymi regulacjami dotyczącymi pracy zdalnej. Tu z pomocą może przyjść technologia ułatwiająca między innymi rozliczanie pracy hybrydowej. – Znaczna część pracowników, którzy podczas pandemii „przymusowo” pracowali zdalnie, obecnie oczekuje od pracodawcy kontynuacji pracy w modelu hybrydowym. Jest to duże wyzwanie, ponieważ bez wsparcia technologii trudno będzie zarządzić tak zwanymi „gorącymi biurkami”, nie mówiąc już o rozliczaniu czasu pracy. Działy HR rozumieją, że bez elastycznego podejścia do nowej rzeczywistości firma zacznie tracić pracowników. Dziś narzędzia wspierające pracę hybrydową, to nie tylko praktyczne rozwiązanie wyzwań związanych z nową legislacją, ale przede wszystkim element zapewnienia dobrego doświadczenia pracownikom. „Employee Experience” projektuje się dziś podobnie do „user experience”, a stawką źle – lub wcale niezaprojektowanego doświadczenia, jest często ryzyko utraty pracownika – mówi Jacek Ratajczak, CEO Zonifero.

– Myślę, że pracodawcę kandydaci będą oceniali jak produkt, przez pryzmat liczby gwiazdek, a ważnym czynnikiem będzie to, jak zaadaptowaliśmy się do nowych warunków. W jaki sposób odpowiadamy na indywidualne potrzeby pracowników. Na znaczeniu zyskuje między innymi inkluzywne miejsce pracy, czyli takie w którym każdy będzie mógł czuć się dobrze i bezpiecznie – podsumowuje Katarzyna Salamończyk-Napierska z Volkswagen Poznań.

W otaczającej nas obecnie rzeczywistości amerykańska „Wielka Rezygnacja” raczej nie będzie dotyczyć polskiego rynku pracy. To co stanie się jednak znakiem naszych czasów to „Wielka Rotacja”. Sposobów na ograniczanie tego zjawiska jest kilka, jednak eksperci mówią zgodnie, że tematu nie można przespać, a do jego rozwiązania należy podejść systemowo. Budowanie doświadczenia pracowniczego jest dziś jednym z najważniejszych wyzwań każdej organizacji, która chce sprawnie funkcjonować w nowej postpandemicznej biurowej rzeczywistości.

Znacząco wzrosła ilość i wartość pożyczek

W maju 2022 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły łącznie 317,0 tys. nowych pożyczek o wartości 795 mln zł. W porównaniu do maja 2021 r. przyznały więcej pożyczek zarówno w ujęciu liczbowym (+34,3%), jak i wartościowym (+41,9%). Średnia wartość nowo udzielonej w maju 2022 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 285 zł i była wyższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w maju 2021 r. o (+4,5%).

W maju 2022 r. 41,4% wartości nowo udzielonych pożyczek firmy pożyczkowe przyznały na kwoty powyżej 5 tys. zł, które w ujęciu liczbowym stanowiły jednak tylko 9,6% sprzedaży.

W ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 46,9% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 10,7% udział w sprzedaży.

W maju br. nowo udzielone pożyczki ze wszystkich przedziałów kwotowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały dodatnie dynamiki. Najwyższą dodatnią dynamikę w porównaniu do maja 2021 r. w ujęciu wartościowym odnotowały pożyczki z przedziału powyżej 5 tys. zł (+52,1%).

Jastrzębia podwyżka o 125 pb. zakończy cykl w Czechach?

Posiedzenie Czeskiego Banku Narodowego, którego wynik poznamy w środę 22.06, może przynieść podwyżkę stóp nawet o 125 pb. – ostatnią lub jedną z ostatnich w cyklu. To też ostatnie spotkanie przed sporymi zmianami personalnymi w Zarządzie banku, który decyduje o stopach procentowych. NBP prawdopodobnie zaserwuje rynkowi więcej podwyżek, co sprawia, że perspektywy złotego rysują się lepiej niż korony.

W Czechach nie widać wyraźnych oznak wygasania presji inflacyjnej: wzrost cen w maju ponownie okazał się wyższy od oczekiwań, osiągając 16%, zaś inflacja bazowa wzrosła do 13,9%, co jest najwyższym wynikiem w historii jej pomiarów. Dlatego bank centralny (CNB) przygotowuje się do kolejnej, dziewiątej z rzędu podwyżki stóp procentowych. Była ona już sygnalizowana przez obecnego prezesa Jiříego Rusnoka i członków Zarządu CNB.

Wykres 1: Inflacja w Czechach (2010 – 2022)Inflacja w Czechach (2010 – 2022)

Źródło: CNB, CZSO Data: 21.06.2022

Mocne pożegnanie jastrzębi z CNB

Większość ekonomistów spodziewa się podwyżki stóp o 100 lub 125 pb. z obecnych 5,75%. Uważamy, że takie oczekiwania są uzasadnione. Sami skłaniamy się ku wyższej z tych dwóch, czyli wzrostowi stopy referencyjnej do 7%, jednocześnie nie możemy wykluczyć nawet nieco większej podwyżki.

Obecny, jastrzębi Zarząd CNB może chcieć podjąć na posiedzeniu w tym tygodniu zdecydowane działania, biorąc pod uwagę, że ze względu na zmiany personalne od lipca może dojść do zmiany w podejściu banku. Na stanowisku prezesa zasiądzie gołębi Aleš Michl, rotacja zajdzie też na trzech innych stanowiskach w 7-osobowym Zarządzie. Michl jako członek obecnego Zarządu uporczywie głosował przeciwko podwyżkom stóp procentowych, nie mamy jednak pełnego obrazu w zakresie tego, jakie podejście mają nowo wybrani Eva Zamrazilová (wiceprezeska), Jan Frait i Karina Kubelková.

Otwarte pozostają pytania, czy bank zakończy podwyżki w czerwcu i kiedy nowy Zarząd rozpocznie odwracanie cyklu podwyżek stóp. Rosnąca liczba rozwiniętych gospodarek, które agresywnie podnoszą stopy, oraz silna presja cenowa sprawiają, że niepewność w tym zakresie wzrosła.

Koniec cyklu podwyżek zahamuje aprecjację korony

Ze względu na to, że rynkowe wyceny stóp procentowych w Czechach są wysokie i w ostatnim czasie jeszcze wzrosły, wspierane przez zewnętrzne wydarzenia, uważamy, że nawet podwyżka o 125 pb. może nie wesprzeć korony.

Znaczne umocnienie, jakiego doświadczyła korona, prawdopodobne bliskie zakończenie cyklu podwyżek stóp, a w dalszej perspektywie także ich obniżki to kwestie, które sprawiają, że uznajemy potencjał do dalszej aprecjacji waluty za ograniczony. Zakładamy, że polski złoty ma więcej potencjału do umocnienia i powinien doświadczyć aprecjacji również w parze z koroną czeską.

W przypadku CNB możliwe, że podwyżki skończą się na jednym, mocnym ruchu w tym tygodniu. Narodowy Bank Polski prawdopodobnie ma przed sobą więcej podwyżek. W dużej mierze liczba i wielkość ruchów RPP zależą od sytuacji wewnętrznej, w tym ewolucji inflacji w kolejnych miesiącach. Wcześniej kotwiczyliśmy nasze oczekiwania na ok. 7%, obecnie, pomimo gołębiego zwrotu NBP, bierzemy pod uwagę, że stopy mogą wzrosnąć mocniej. Rynek jest podobnego zdania i spodziewa się, że za pół roku stopy dobiją do ok. 8,5% i będą wyższe niż w Czechach. Znaczenie dla wzrostu oczekiwań mają duże podwyżki stóp procentowych ze strony banków centralnych krajów rozwiniętych (ostatnio w USA czy Szwajcarii), mogą bowiem nakładać presję na złotego, czego świadkami byliśmy w ubiegłym tygodniu.

Korona czeska jest walutą silniejszą i wydaje się mniej narażona na tego typu presję. Ponadto CNB prowadzi stosunkowo aktywną politykę kursową, reagując nawet w ostatnim okresie na negatywne zmiany na rynku, w czym pomagają mu ogromne rezerwy walutowe – większe od polskich nawet w ujęciu nominalnym. Niewykluczone, że nowy Zarząd postawi większy nacisk na to narzędzie. W tym kontekście czekamy jednak na sygnały od lipca, a szczególnie na sierpniowe posiedzenie decyzyjne Zarządu – pierwsze w nowym składzie – przy okazji którego CNB przedstawi też nowe projekcje makroekonomiczne.

Wykres 2: Czechy i Polska: stopy referencyjne, 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR i oczekiwane 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR za pół roku (FRA 6×9)Czechy i Polska. Stopy referencyjne, 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR i oczekiwane 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR za pół roku

Źródło: CNB, NBP, Bloomberg Data: 21.06.2022

CNB ogłosi decyzję w sprawie polityki pieniężnej o 14:30 w środę 22.06, konferencja prasowa przewodniczącego Rusnoka rozpocznie się o 15:45.

Autor: Roman Ziruk – starszy analityk Ebury

Połowa Polaków jest zestresowana bardziej niż pół roku temu, a ¼ myśli o branży IT

Prawie ¼ Polaków chciałaby pracować w IT. To, co przyciąga ich do tej branży to między innymi wysokie zarobki (79 proc.), możliwość pracy zdalnej (64 proc.) czy elastyczne podejście do pracownika (44 proc.). Globalny twórca i dostawca oprogramowania do gier online, firma Evolution, która cały czas zatrudnia inżynierów oprogramowania do swojego hubu nad Wisłą, opracowała raport “Stres a praca”, z którego wynika, że ponad 45 proc. Polaków odczuwa stres silniej niż jeszcze pół roku temu, a blisko 20 proc. wskazuje, że martwi się o swoją karierę w przyszłości, a jednocześnie prawie 40 proc. chce pracować 4 dni w tygodniu. Czy i czym Polacy faktycznie są zestresowani i jak radzą sobie ze stresem? 

3xzdrowieJak wynika z poprzedniego raportu firmy Evolution “Praca w IT”, blisko ¼ Polaków (25 proc.) chciałoby pracować w branży IT, a to, czego najbardziej oczekiwaliby po przebranżowieniu to atrakcyjne wynagrodzenie (81 proc.), elastyczny czas pracy (60 proc.) i możliwość pracy z dowolnego miejsca na Ziemi (59 proc.). Ankietowani zostali również zapytani o to, dlaczego chcieliby pracować w IT, co w ich ocenie praca w tej branży by im dała. Wśród odpowiedzi poza wysokimi zarobkami (79 proc.), pojawiła się możliwość pracy zdalnej (64 proc.), oraz elastyczne podejście do pracownika (44 proc.).

Branża IT ma bardzo dużo do zaoferowania. Pracownicy jak wynika z naszych raportów, chwalą pracodawców za dobre i elastyczne warunki pracy. W Evolution bardzo mocno stawiamy na te aspekty i wiemy, że owocowe czwartki to za mało, by odpowiednio docenić pracownika. Branża IT wyznacza standardy w obszarze zatrudnienia oraz relacji pracodawca – pracownik i być może właśnie dlatego aż ¼ Polaków zastanawia się nad przebranżowieniem do tego sektora. W Evolution zawsze chcemy dbać o wszystkich naszych pracowników. Dlatego postanowiliśmy sprawdzić, jak bardzo Polacy są zestresowani i co mogłoby im pomóckomentuje Konrad Bromiński, Senior HR Manager w Evolution.

¾ Polaków stresuje się inflacją, niewiele mniej posiadanym kredytem hipotecznym

Jak wynika z najnowszych danych 46 proc. osób biorących udział w badaniu firmy Evolution powiedziało, że czuje się bardziej zestresowana niż 6 miesięcy temu. Przy czym 44 proc. ankietowanych zadeklarowało, że nie czuje silniejszego stresu, a 10 proc. nie potrafiło udzielić jednoznacznej odpowiedzi i zaznaczyło opcję “nie wiem”.

Według badania 75 proc. ankietowanych powiedziało, że stresuje się poziomem inflacji, 11 proc. nie miało zdania na ten temat, a dla 14 proc. osób inflacja nie jest powodem do stresu. Kolejnym czynnikiem, który negatywnie wpływa na Polaków to posiadanie kredytu hipotecznego. Jest to stresogenny czynnik dla 69 proc. z nich. Dla 16 proc. ankietowanych posiadanie takiego kredytu nie jest stresujące, a 15 proc. odpowiedziało na to pytanie: nie wiem.

Nasz raport pokazuje, co czują i z jakimi problemami borykają się pracownicy nad Wisłą. Większość Polaków jest bardziej zestresowana, ma problemy ze snem i martwi się poziomem inflacji oraz o swoją karierę. Trudna sytuacja sprawia, że połowa z nich chciałaby pracować dłużej w ciągu dnia, ale 4 dni w tygodniu, zapewne by zachować więcej czasu wolnego na odpoczynek. Dobrym tutaj przykładem są właśnie firmy IT, które jako jedne z pierwszych wyszły już lata temu ku wprowadzeniu elementów relaksu w czasie pracy. W Evolution również dbamy o to, by utrzymać dobrą atmosferę każdego dnia. Chcemy, by nasi pracownicy czuli, że mogą liczyć na zrozumienie i empatię w każdej sytuacji.  komentuje Jacek Mrzygłód, Employer Branding and Communications Lead.

Prawie połowa Polaków boryka się problemami ze snem

Jak wynika z raportu blisko połowa (42 proc.) Polaków boryka się z problemami ze snem. 55 proc. ankietowanych zaprzeczyło temu, że ma takie trudności, a 3 proc. osób odpowiedziało, że nie wie. Jak powszechnie wiadomo, stres jest jednym z poważniejszych czynników, które wpływają na zakłócenia snu. Biorąc pod uwagę to, jak wielu Polaków przyznaje, że jest bardziej zestresowana niż 6 miesięcy temu, nie dziwi fakt problemów ze snem.

Firma Evolution postanowiła zapytać respondentów o to, w jaki sposób walczą ze stresem. Jak się okazuje najchętniej oglądamy film lub serial (57 proc.). Na drugim miejscu znalazło się słuchanie muzyki (54 proc.), a na trzecim spacerowanie (53 proc.). Kolejne aktywności, które pomagają ankietowanym w walce ze stresem to: spędzanie czasu ze znajomymi lub rodziną (43 proc.), czytanie książek (39 proc.), granie w gry (28 proc.), uprawianie sportu (19 proc.) i uprawianie sztuki jak malowanie, czy gra na instrumentach (6 proc.). Natomiast 6 proc. badanych nie wskazało żadnej z powyższych czynności.

Już 40 proc. Polaków chce pracować 4 dni w tygodniu

Branża IT słynie z tego, że najchętniej umożliwia swoim pracownikom możliwość pracy zdalnej i hybrydowej. Kuszące okazują się również propozycje nowych form współpracy w zakresie dni i godzin pracy. Firma Evolution zapytała ankietowanych, czy gdyby była taka możliwość, to czy chcieliby, aby godziny ich pracy zostały wydłużone, a w zamian za to mogliby pracować tylko 4 dni w tygodniu. Blisko 40 proc. (39,96 proc.) Polaków chciałaby takiej zmiany. 28,27 proc. osób biorących udział w badaniu nie chciałaby takiego systemu, a 31,77 proc. osób nie potrafiła się zdecydować.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez niezależną agencję badawczą na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków/Polek. W badaniu udział wzięło 1001 osób, z czego 52,35 proc. to kobiety, a 47,65 proc. mężczyźni. Osoby w wieku 56+ stanowiły 38,36 proc. osób badanych, osoby w wieku 41-55 lat 25,77 proc., w wieku 25-40 lat 27,07 proc., a w wieku 18-24 8,79 proc. Mieszkańcy miejscowości do 5 tys. mieszkańców (36,46 proc.), od 5 do 20 tys. mieszkańców (12,49 proc.), od 20 do 100 tys. mieszkańców 20,78 proc., od 100 do 500 tys. mieszkańców 18,28 proc., a powyżej 500 tys. mieszkańców 11,99 proc.

Jak można uratować Polski Ład?

Polski Ład 2.0, czyli przepisy, które wejdą w życie 1 lipca, jest próbą doprowadzenia do sytuacji, w której każdemu podatnikowi będzie lepiej niż w ramach obecnych przepisów (…) Nie zmienia to mojego przekonania, że przełom 2022 i 2023 roku raczej przyniesie kolejne błyskotliwe pomysły, kombinacje i próby zmian – oby tym razem po nauce na dotychczasowych błędach – prognozuje Grzegorz Ziółkowski, wykładowca w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej i doradca podatkowy.

Reforma, znana dziś jako Polski Ład, w swoim pierwotnym założeniu miała podstawy ideologiczne, zgodne z generalnym podejściem rządzących. Nie neguję tego – można mieć różne pomysły na zmiany podatkowe i różne cele jakie te zmiany mają realizować. Cały problem polega jednak na tym, że sposób wdrożenia Polskiego Ładu i całe zamieszanie, które nastąpiło w styczniu i lutym, było efektem naruszenia wszelkich możliwych zasad legislacji, awersji do konsultowania i odporności urzędników Ministerstwa Finansów, którzy koordynowali projekt tej reformy podatkowej, na wszelkie komentarze i uwagi. Wszelkie uwagi ekspertów, wypracowane przez lata sposoby postępowania z podobnymi zmianami, zostały zupełnie zignorowane.

To dotyczy nas wszystkich

Polski Ład można jedynie „usprawiedliwić” tym, że nie jest to pierwsza źle napisana ustawa. Podobny sposób postępowania resort wyrażał również przy opracowywaniu innych przepisów, dotyczących głównie przedsiębiorców – ustawie VAT-owskiej, ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych czy innych, bardziej „technicznych” aktach prawnych, po wejściu których w życie przedsiębiorcom utrudniano prowadzenie biznesu, a państwo nie odnotowywało z tego tytułu znaczących korzyści. Doskonałym przykładem są chociażby przepisy MRD (najbardziej chyba skomplikowane na świecie), czy też zasady rozliczania podatku u źródła, gdzie poziom oderwania pomysłów MF od rzeczywistości gospodarczej jest już legendarny. O ile jednak tego typu ustawy nie są tak nośne medialnie, o tyle zapisy Polskiego Ładu obejmują praktycznie nas wszystkich, indywidualnych podatników i wydaje się, że ministerialni urzędnicy na etapie opracowywania tej reformy nie zdawali sobie z tego sprawy – nie przemyśleli tematu, nie wykonali odpowiednich analiz i symulacji, a w konsekwencji niesamowicie skomplikowali sposób rozliczania podatków doprowadzając jednocześnie do tymczasowego pogorszenia sytuacji finansowej znacznej grupy pracowników.

Zawiodła komunikacja?

Często w przypadku niepowodzenia przedsięwzięć biznesowych mówi się, że „zawiodła komunikacja” i na przykładzie Polskiego Ładu widać to doskonale. Zawiodła bowiem przede wszystkim komunikacja z ekspertami – doradcami podatkowymi oraz księgowymi. To specjaliści, którzy globalnie w swojej masie ze względu na doświadczenia swoje lub swoich klientów potrafią lepiej i skuteczniej przewidywać skutki wejścia w życie kolejnych przepisów.

Na konsultacje dano bardzo mało czasu, ich efekt wyrzucono do kosza, w trakcie procesu legislacyjnego nikt już nie słuchał uwag ekspertów, ustawę przeforsował tzw. walec, a w styczniu Ministerstwo Finansów obudziło się w sytuacji, w której ludzie zaczęli dostawać niższe wynagrodzenia.

To, że Ministerstwo Finansów zaprasza ekspertów na konsultacje, po czym nie uwzględnia uwag pozyskanych na drodze tych konsultacji, jest już niestety trendem i to nie od kilku, a od kilkunastu lat. Eksperci wskazują potencjalny problem i wykazują jego skutki, a urzędnicy ministerialni zakrywają uszy, zasłaniają oczy i po ostrzeżeniu dalej brną w forsowanie reformy w niezmienionym kształcie. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć, czemu nasze uwagi są ignorowane i czemu ludzie podejmujący decyzje o kształcie przepisów, piszą je źle. Czy to kwestia „tylko” złego zarządzania i podejścia a może „aż” buty czy przekonania o własnej omnipotencji? A może po prostu brak doświadczenia, wiedzy i wyobraźni?

W kontekście Polskiego Ładu często przewijało się również pytanie, czy przesunięcie jego wdrożenia o rok uratowałoby tę ustawę. Odpowiedź jest klarowna: przy tak źle skonstruowanych, dziurawych i zapętlonych przepisach mogłoby uchronić ją od tylko niektórych błędów, ale wiedząc, że Ministerstwo i tak nie posłucha głosów ekspertów, rok zwłoki chyba nic by nie dał.

1 lipca Polski Ład zostanie uratowany?

Jedyny możliwy ruch do wykonania – a tym samym uratowania Polskiego Ładu – to doprowadzenie do sytuacji, w której nowa „ratunkowa” ustawa polepsza sytuację wszystkich podatników. Przepisy, praktyka i wyroki Trybunału Konstytucyjnego w bardzo dużym uproszczeniu sprowadzają się bowiem do tego, że w podatkach dochodowych zmian niekorzystnych dla podatników nie można wprowadzać w trakcie roku.

Polski Ład 2.0, czyli przepisy, które wejdą w życie 1 lipca, jest próbą doprowadzenia do sytuacji, w której każdemu podatnikowi będzie lepiej niż w ramach obecnych przepisów. Nie można było zrobić tego w styczniu szybkim zawieszeniem ustawy dlatego, że dla części podatników opodatkowanie pod nowymi przepisami było korzystniejsze niż dotychczas. Jedynym wyjściem rządzących było doprowadzenie do sytuacji, w której sytuacja wszystkich podatników będzie po prostu lepsza. Obniżenie stawki podatku z 17 do 12 proc., uproszczenie innych regulacji czy możliwość zmiany formy opodatkowania przez przedsiębiorców to przykładowe rozwiązania, które czynią sytuację podatników lepszą. Nie zmienia to mojego przekonania, że przełom 2022 i 2023 roku przyniesie chyba kolejne problemy, kombinacje i próby zmian – oby tym razem po nauce na dotychczasowych błędach.

Brakuje dialogu i profesjonalizmu

Wdrożenie Polskiego Ładu to niechlubny fenomen. W żadnym z krajów z naszego kręgu kulturowego nie spotkałem się z sytuacją wprowadzenia zmian podatkowych w tak krótkim czasie i w tak chaotyczny sposób. Każdy rząd ma prawo zmieniać przepisy i uważać, że podatki, składki zdrowotne czy ubezpieczenia społeczne powinny być wyższe lub niższe. Zmiany można jednak wprowadzać profesjonalnie i nieprofesjonalnie.  Pierwszy sposób oznacza, że w oparciu o określoną ideę przygotowuje się spójne, dobre przepisy, które realizują przyjęty cel. Później potrzebne są już tylko czas na refleksję i konsultacje społeczne, w wyniku których następuje dostrojenie przepisów, załatanie dziur, poprawienie wątpliwości interpretacyjnych itp. Drugi sposób zakłada całkowitą odwrotność i to właśnie jego doświadczyliśmy na etapie wdrożenia Polskiego Ładu.

W moim odczuciu w Ministerstwie Finansów brakuje osób, które byłyby w stanie podjąć realny dialog z biznesem, otworzyć się na ich sugestie, pomysły i nabrać rzeczywistego przekonania, że przedsiębiorcy, księgowi i doradcy podatkowi mogą podsunąć konstruktywne, dobre i mądre rozwiązania. Nie chodzi nawet o kompromis na poziomie samej idei, a wyłącznie jej wdrażania – tak, by przepisy były spójne, a ich wdrożeniu towarzyszyły dialog i profesjonalizm. Jeżeli Ministerstwo Finansów nie zmieni podejścia i nie nawiąże prawdziwego dialogu z rynkiem, takich Polskich Ładów będziemy mieli niestety więcej.

Grzegorz Ziółkowski, wykładowca w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, doradca podatkowy, członek ACCA

Deloitte: Prędkość połączenia przestaje być jedynym wyznacznikiem atrakcyjności usług dostępu do sieci – kluczowa jest stabilność i niezawodność

Użytkownicy coraz częściej oczekują usług szerokopasmowego dostępu do sieci o lepszej jakości i większej stabilności połączenia, podczas gdy prędkość transferu schodzi na drugi plan – wynika z raportu Broadband Consumer Survey 2022, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Relatywnie dobra jakość dostępnego w Polsce Internetu szerokopasmowego powoduje, że polscy konsumenci deklarują wyższą satysfakcję z otrzymywanych usług w porównaniu z użytkownikami z Czech czy Węgier.

Przeprowadzone w kwietniu 2022 r. badanie Deloitte pokazuje, że z perspektywy Polaków to właśnie niezawodność i stabilność sieci są kluczowe dla doświadczenia korzystania z Internetu, na co wskazuje 94 proc. respondentów. Jednocześnie jednak jedynie co czwarty badany z Polski posiada w pełni stabilne i niezawodne połączenie z Internetem. 46 proc. deklaruje, że problemy z dostępem do sieci ma rzadziej niż raz w miesiącu, a blisko co dziesiąty doświadczał pogorszenia jakości połączenia szerokopasmowego co najmniej raz w tygodniu. Z badania wynika również, że w szczególności grupa młodych ludzi (18-24) deklarowała problem z niezawodnością łączy częściej niż raz w miesiącu (35 proc.).

Stabilna sieć oferuje transfer bez utraty pakietów danych, powstawania opóźnień czy desynchronizacji, co przekłada się na odczuwaną wysoką jakość połączenia. Co dziesiąty konsument w badaniu Deloitte wskazuje ten problem jako barierę podczas korzystania z Internetu. Świadomość wagi tego czynnika dla końcowego doświadczenia w sieci jest większa w najmłodszej grupie wiekowej, najczęściej korzystającej z gier online, gdzie kształtuje się na poziomie 21 proc.

– W ostatnich latach trwale zmienił się nie tylko rynek pracy dopuszczający w większym stopniu telepracę, ale i zachowania konsumentów, którzy aktywnie korzystają z internetowych serwisów wideo, zakupów w sieci czy gier online. Wchodzimy obecnie w nowy etap rozwoju rynku usług dostępu do Internetu, w którym dla znacznej części użytkowników prędkość przestaje być jedynym wyznacznikiem atrakcyjności danej oferty, a o doświadczeniach klienta w coraz większym stopniu będzie decydować jakość otrzymywanej usługi – podkreśla Sławomir Lubak, partner, lider branży Telekomunikacji, Mediów i Technologii, Deloitte.

Eksperci Deloitte wskazują na potencjał rozwoju usług i możliwości poprawy doświadczenia klienta właśnie w obszarze jakościowym. Stawia to oczywiście przed operatorami i dostawcami szereg wyzwań, w tym m.in. w zakresie jakości obsługi klienta z naciskiem na takie aspekty jak wielokanałowość, łatwość dostępu czy szybkość rozwiązywania problemów. Jednocześnie kluczowe są dalsze prace techniczne nad poprawą jakości i stabilności sieci.

Odpowiedzią na zmieniające się oczekiwania klientów może być wdrożenie nie tylko analizy jakości połączenia końcowego, co jest obecnie już praktycznie standardem u operatorów telewizji kablowych i sieci światłowodowych, ale także dodatkowych narzędzi, które pozwolą na analizę pozyskiwanych danych. W praktyce tzw. predictive maintenance pozwala na szybsze rozpoznanie problemów zanim będą one zauważalne i odczuwalne dla użytkowników sieci, a tym samym obniża koszt obsługi i poprawia jakość doświadczenia klienta – mówi Marcin Ziółkowski, partner associate, z działu konsultingu Deloitte.

Blisko co drugi uczestnik badania z Polski posiadający dostęp do Internetu szerokopasmowego korzysta obecnie z łączy cechujących się deklarowanym transferem powyżej 100 Mb/s, a blisko 70 proc. posiada połączenia o prędkości powyżej 50 Mb/s. Z usług o niższych parametrach dostępu szerokopasmowego częściej korzystają mieszkańcy mniejszych miast i terenów wiejskich, ale nie są to duże różnice. W konsekwencji co trzeci ankietowany w badaniu Deloitte wyraża wątpliwość, czy potrzebuje większej przepustowości do użytku domowego.

Co ciekawe, jedynie co drugi badany przeprowadził test prędkości posiadanego łącza i posiada wiedzę, jaką prędkością Internetu realnie dysponuje. Jest to tendencja obserwowana także na innych badanych rynkach naszego regionu. Świadomość możliwości, jakie mamy jako użytkownicy w zakresie monitorowania jakości otrzymywanych usług dostępu szerokopasmowego, jest wyższa w grupie konsumentów do 44. roku życia, z których blisko 60 proc. sprawdzało prędkość domowego Internetu.

Za jakość Internetu Polacy są skłonni zapłacić więcej

Swego rodzaju punktem zwrotnym w rozwoju usług dostępu do Internetu była pandemia, gdy pewność komunikacji i jakość połączenia okazała się kluczowa, przesuwając czynnik cenowy na drugi plan.

O tym, że polski rynek dojrzał do konkurowania jakością świadczy wysoki odsetek ankietowanych deklarujących gotowość do ponoszenia wyższej opłaty za szerokopasmowy dostęp do sieci, jeśli korzyścią będzie wyższa jakość połączenia – tak odpowiedziało aż 78 proc. badanych. Na zwiększenie wydatków z domowego budżetu w zamian za jakość częściej są skłonni zgodzić się mieszkańcy średnich i mniejszych miast oraz terenów wiejskich. Co czwarty ankietowany z grupy zamieszkałej w miastach poniżej 20 tys. i terenów wiejskich byłby skłonny dopłacić do 20 zł za lepszą jakość domowego łącza. Z kolei jedna trzecia respondentów powyżej 55. roku życia nie zamierza ponosić większych kosztów z tego tytułu. Warto także podkreślić, że 40 proc. ankietowanych byłaby skłonna zapłacić za udostępnienie tzw. kanału zapasowego, oferowanego automatycznie w przypadku awarii łącza podstawowego, co bardzo jasno pokazuje znaczenie niezawodności dla użytkowników sieci.

Rozwój nowoczesnych sieci w opinii konsumentów

Najbardziej zadowoloną grupą użytkowników Internetu szerokopasmowego są w badaniu Deloitte konsumenci deklarujący posiadanie światłowodu, który cieszy się opinią najbardziej stabilnego i niezawodnego łącza. Zdecydowana większość respondentów rozumie potrzebę prac instalacyjnych związanych z zapewnieniem dostępu do sieci światłowodowej. Jedynie 5 proc. nie zgodziłoby się na instalację z uwagi na potencjalne niedogodności na terenie posesji czy budynku.

Jak pokazuje badanie, usługi oferowane przez sieć komórkową także zyskały duże grono zadowolonych klientów, co jest dobrym sygnałem pod kątem dalszego rozwoju sieci 5G i pozyskiwania kolejnych użytkowników. Blisko 60 proc. respondentów w Polsce jest skłonnych zamienić swój stacjonarny Internet na rozwiązanie mobilne gwarantujące oczekiwane standardy połączenia, w tym 5G. Chęć zmiany częściej wykazują mieszkańcy ośrodków średniej wielkości, a użytkownicy powyżej 55. roku są bardziej sceptycznie nastawieni do takiego rozwiązania.

Polski rynek telekomunikacyjny pójdzie, moim zdaniem, drogą współistnienia sieci mobilnych i sieci światłowodowych. W praktyce oznacza to, że w tych lokalizacjach, gdzie charakter korzystania z sieci ma formę bardziej stacjonarną, a nie będzie dostępny światłowód, będziemy polegać na Internecie mobilnym, w tym 5G. Dopiero wykorzystanie 5G przez biznes m.in. do Internetu rzeczy, przemysłu 4.0 czy telemedycyny będzie impulsem do jej pełnego wykorzystania, także przez konsumentów indywidualnych – mówi Sławomir Lubak.

Polski rynek na tle ościennych – nowsze rozwiązania, większa satysfakcja

Rozwój rynku telekomunikacyjnego w oparciu o nowsze rozwiązania przekłada się na poczucie satysfakcji z oferowanych w Polsce usług sieciowych. 81 proc. ankietowanych wyraża swoje zadowolenie, podczas gdy w Czechach podobną opinię podziela 70 proc. respondentów, a na Węgrzech tylko 57 proc. Co ważne, w Polsce poziom satysfakcji z otrzymywanych usług szerokopasmowego dostępu jest zbliżony niezależnie od miejsca zamieszkania użytkownika.

Pomimo deklarowania wysokiej satysfakcji z otrzymywanych usług polscy konsumenci nie wykazują się jednak wysoką lojalnością – aż 23 proc. z nich jest gotowa do zmiany dostawcy Internetu, a kolejne 37 proc. byłoby skłonne rozważyć taką możliwość. Oznacza to, że grupa użytkowników potencjalnie gotowa na przejście do innego dostawcy jest blisko cztery razy większa niż badanych, którzy nie widzą potrzeby zmiany (jedynie 16 proc.). Co dziesiąta ankietowana osoba rozważając zmianę oferty zdecydowanie wołałaby pozostać przy obecnym dostawcy.

O badaniu

Badanie Polski raport jest częścią Deloitte Broadband Consumer Survey 2022 – międzynarodowego badania użytkowników Internetu szerokopasmowego przeprowadzonego na podstawie ponad kilku tysięcy wywiadów z respondentami na wybranych rynkach europejskich w pierwszej połowie 2022 r. Dane cytowane w raporcie dla Polski oparte są na reprezentatywnej w skali kraju próbie 2008 polskich konsumentów w wieku 18-65 lat. Badania odbyły się w kwietniu 2022 r. i zostały przeprowadzone przez Internet przez niezależną firmę badawczą Dynata na podstawie pytań dostarczonych przez Deloitte.

Badane zagadnienia dotyczyły m.in. takich kwestii, jak kluczowe czynniki satysfakcji z usług dostępu do Internetu, najważniejsze czynniki brane pod uwagę przy zmianie dostawcy lub usługi, gotowość użytkowników do dodatkowych inwestycji w usługi dostępu do Internetu, analiza skłonności użytkowników do zmiany dostawcy lub oferty, największe wyzwania związane z korzystaniem z szerokopasmowego Internetu z perspektywy użytkowników, porównanie danych z rynkiem czeskim, węgierskim i niemieckim.