Na rynki finansowe powrócił niepokój związany z sytuacją w Turcji. Agencja ratingowa Moody’s obniżyła ocenę wiarygodności dla 20 tamtejszych banków wskazując na rosnące ryzyko dla sektora finansowego w kontekście nadmiernego zadłużenia w walutach obcych. W rezultacie turecka lira ponownie znalazła się pod silną presją i to pomimo zwiększenia przez bank centralny finansowania dla banków komercyjnych. Od początku roku kurs USDTRY wzrósł już o prawie 40%. Wysoki deficyt na rachunku bieżącym i galopująca inflacja spowodowała, że zagraniczni inwestorzy wcześniej finansujący boom kredytowy w Turcji, teraz wycofują się z rynku.
Agencje Moody’s i S&P prognozują w przyszłym roku recesję w Turcji wobec 7,4% wzrostu w I kw. 2018 roku. Na rynku rośnie obawa, że coraz gorsze perspektywy dla tamtejszej gospodarki będą oddziaływały na inne kraje rozwijające się. Wyprzedaży poddał się więc zarówno złoty, jaki i węgierski forint oraz czeska korona. Dodatkową presję na waluty EM wywiera też ponownie umacniający się dolar, po tym jak porozumienie USA z Meksykiem zwiększyło nadzieje na podobny obrót sprawy na linii USA-Chiny.
Po silnych amerykańskich danych nt. PKB (w II kw. 4,2%), w czwartek poznamy odczyty inflacyjne z USA. Oczekiwany wzrost cen może nasilić aprecjację dolara wobec euro i dodatkowo negatywnie wpłynąć na złotego zarówno w relacji do dolara jak i euro.
Na krajowym rynku stopy procentowej doszło w środę do lekkiej przeceny obligacji skarbowych. Zmiany były widoczne głównie na dłuższym końcu krzywej, co doprowadziło do jej wystromienia. W związku z brakiem istotniejszych wydarzeń w kraju, należy przypuszczać, że przecena była skutkiem zmian zachodzących na rynku globalnym. A tam od kilku dni widać wyraźną przecenę aktywów bezpiecznych (w środę ten ruch wsparła dodatkowo publikacja lepszych od oczekiwań danych nt. PKB w II kw. W USA). Wczoraj rentowności 10-letnich Bundów wzrosły powyżej 0,4%, a US Treasuries dotknęły 2,90%. Mimo, że polski rynek długo pozostawał odporny na globalną przecenę, to jednak teraz z opóźnieniem inwestorzy zaczynają sprzedawać też polskie papiery.
W najbliższych dniach możliwy jest dalszy wzrost rentowności polskich obligacji. Z technicznego punktu widzenia istotne jest to, że od początku lipca notowania papierów 10-letnich utrzymują się poniżej 3,20%, przy ograniczonej amplitudzie wahań. Przebicie tego oporu technicznego możne uaktywnić podaż w najbliższych dniach i sprowokować silniejszy ruch rentowności w górę. Warto też wspomnieć, że powoli zbliża się przetarg obligacji skarbowych (6 września), co również może skłaniać do skracania portfeli w oczekiwaniu na atrakcyjniejsze wyceny. Głównym argumentem za takim scenariuszem pozostaje rosnący na świecie popyt na aktywa bezpieczne i oczekiwania na zaostrzenie polityki pieniężnej w USA.
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski
Autor: Mike Bursell, Chief Security Architect, Red Hat
Każdy z nas uwielbia śledzić rywalizacje sportowe. Emocje związane z oglądaniem Mundialu, zmagań siatkarzy, skoczków narciarskich czy piłkarzy ręcznych są nie do opisania. Można powiedzieć, że jesteśmy wręcz mistrzami w dziedzinie kibicowania i uważnego obserwowania postępów i sukcesów naszych drużyn. Jednak trochę inaczej sprawa wygląda, kiedy próbujemy się aktywnie w sport angażować.
Pewnego dnia zacząłem się zastanawiać nad podobieństwami między sportem a światem oprogramowania, a w szczególności tymi pojawiającymi się w użytecznym i dość popularnym procesie DevOps. Olśniło mnie! Jeżeli na świecie istnieje jedna rzecz, która ze sportem nie ma nic wspólnego, to na pewno jest to metodyka DevSecOps. Dlaczego? Już spieszę z przykładami i wyjaśnieniem.
Nie da się zwalić winy na bramkarza
Wybaczcie, że zacznę od przykładu tak konkretnego, jednak jest on mi bardzo bliski – głównie dlatego, że w latach szkolnych kończyłem zwykle jako bramkarz, a tej funkcji nikt przecież nie lubił. Gdy piłka przelatywała czy wręcz przetaczała się obok mnie – i w konsekwencji lądowała w siatce – za sytuację taką zawsze obwiniano mnie. Nie tylko jest to sytuacja o beznadziejnym wpływie na zespołowe morale, nie powinna być ona bowiem również postrzegana jako odzwierciedlenie funkcjonowania zespołu.
Co mam na myśli? Zawsze jestem ostrożny, kiedy spotykam się ze stwierdzeniem, że „w DevSecOps za bezpieczeństwo odpowiadają wszyscy”. Nie każdy jest ekspertem od bezpieczeństwa, jednak każdy powinien brać choć trochę odpowiedzialności za zrozumienie prawidłowości procesów i za postępowanie zgodnie z jej założeniami. W momencie, gdy coś pójdzie nie po naszej myśli, winy nie należy nigdy zrzucać na ramiona jednej osoby. I nie zapominajmy jeszcze o jednej kwestii: DevSecOps każdorazowo daje szansę na naprawę tego, co poszło nie tak, naprawa ta jest szybka, a następnie ma miejsce wdrożenie testów, które pozwolą na upewnienie się, że ta wrażliwość systemu nie będzie nigdy więcej narażona na atak.
Nie wiadomo, kim jest przeciwnik
W sporcie zwykle jasna jest tożsamość adwersarza, jego położenie oraz to, co dany zawodnik w danym momencie robi. Może nie będziecie w stanie zawsze go zatrzymać, ale przynajmniej wiadomo, kim on jest i jaki jest jego cel, czyli co próbuje osiągnąć.
W przypadku DevSecOps powyższe nie ma miejsca, sytuacja taka występuje jeszcze rzadziej niż w świecie normalnych projektów programistycznych. Dzieje się tak, ponieważ jako zespół zajmujecie się opracowywaniem, testowaniem i wykorzystaniem warstw systemu, natomiast Wasi oponenci mogą reprezentować różny poziom umiejętności, mogą też korzystać z różnych zasobów.
Kluczowe jest tu „zespołowe” podejście do sprawy. Jeżeli wdrażacie prawdziwą pracę zespołową, połączona wiedza ekspercka może być używana w wielu warstwach abstrakcji, na sposoby zwykle trudno osiągalne w standardowym modelu programistycznym: „design, develop, test, deploy”. To z kolei daje Wam szerszy i głębszy wgląd w sposoby zwiększenia bezpieczeństwa projektu.
Nie gracie na zasadach takich samych jak Wasz przeciwnik
To dość trudna kwestia. W sporcie istnieją zasady, zgodnie z którymi postępować muszą obie strony. W przeciwnym razie strona, która je złamie, musi liczyć się z konsekwencjami nakładanymi przez sędziego, arbitra bądź innego oficjela.
Oczywiście miło byłoby żyć w świecie, gdzie strona atakująca zawsze będzie schwytana i karana (w momencie, gdy podejmie ona kroki zmierzające do ataku infrastruktur lub aplikacji), jednak póki co nic nie wskazuje na to, że taka bajkowa rzeczywistość wkrótce nastąpi. Biorąc pod uwagę mało prawdopodobny scenariusz, w którym adwersarza będziemy „gonić” w czasie rzeczywistym w ramach aktywnego kontrataku, rozważyć trzeba to, jakie możemy wdrożyć środki łagodzące, jak je stosować, i jak szybko można je wprowadzić do działania.
Co istotne, nie może być to obszar pozostawiony do dyspozycji wyłącznie ekspertom zespołu bezpieczeństwa. Mimo iż są oni w stanie przewidzieć prawdopodobne ataki, to kluczowy personel inżynieryjny i operacyjny najlepiej nadaje się do przewidywania potencjalnego wpływu ataku na działanie systemu. To te zespoły powinny projektować odpowiednie środki łagodzące, do przeciwdziałania problemom.
W grę zaangażowany jest cały zespół – za każdym razem przez cały czas
W większości gier zespołowych drużyna nigdy nie znajduje się w całości na boisku, korcie czy lodowisku. Jedną z zalet działań DevSecOps jest możliwość zaangażowania wszystkich członków zespołu w cały proces. Trener nie musi przebywać poza boiskiem. W działania można zaangażować psychologa, eksperta od wyników czy specjalistów od techniki, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba.
Każdy z członków zespołu wnosi swój wkład w rozwój oprogramowania, w miarę pojawiania się zmian w aplikacji, środowisku wdrożenia czy w krajobrazie bezpieczeństwa. Zespoły DevSecOps nie powinny być izolowane od innych działów firmy: jeżeli trzeba je przez jeden lub dwa dni zaangażować, nie wahajmy się tego zrobić. Nie bójmy się wykonywania szybkich ruchów i przyznawania się do tego, że potrzebujemy pomocy.
Porażki są OK – i to w dużych ilościach
Gdy myślimy o zmaganiach sportowych, bardzo wiele emocji poświęcamy zwycięstwu naszych zespołów w każdym spotkaniu. W zasadzie jednak najlepsi sportowcy i najlepsze sportowe drużyny wiedzą również jak przegrywać, a przede wszystkim jak przekuć porażkę na późniejsze sukcesy.
W DevSecOps powinniśmy kibicować naszym zespołom, jednak z intencją odniesienia przez nie porażek – częstych i szybkich. Nasze aplikacje i projekty można usprawnić tylko poprzez doświadczenie i obserwowanie błędów. Nikt nie wierzy w nieśmiertelność systemów lub aplikacji: nie należy zadawać pytania, czy będziemy obiektem ataku lub włamań, tylko kiedy do tego dojdzie. Wasze procesy projektujcie w taki sposób, aby można było szukać zachowań odbiegających od normy. Bądźcie gotowi na łagodzenie ich skutków. Należy także upewnić się, że istnieją procesy, które pozwolą ocenić, co poszło nie tak, a co za tym idzie zbudować nową wersję projektu – lepszego, solidniejszego i odporniejszego.
Kilka słów podsumowania
No dobrze, nie będę udawać, że między DevSecOps i sportem nie ma żadnych podobieństw. Naturalnie istnieje wiele wspólnych cech między nimi. Niektóre z bardziej oczywistych przykładów: jak znaczące zmiany wymagają odgórnego zobowiązania, jak i oddolnego zaangażowania; istota budowania zespołu, którego członkowie będą w stanie się między sobą sprawnie komunikować; zdolność do reakcji na zagrożenia w czasie rzeczywistym.
Skąd zatem pomysł na niniejszy artykuł? Celem ostatecznie nie było ograniczenie się do podania różnic. Czasami dogłębne zrozumienie istoty danego zjawiska czy problemu jest możliwe dzięki porównaniu czegoś do rzeczy, która pozostaje odwrotnością, a nie jest jego odpowiednikiem. Mam nadzieję, że ten artykuł choć w pewnym stopniu pozwolił zrozumieć metodykę DevSecOps.
W II kwartale gwałtownie wzrosła kwota zaległości Polaków, widoczna w bazach Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz BIK. W ciągu trzech miesięcy, tj. od końca marca do końca czerwca tego roku, przybyło 5,25 mld zł (8 proc.) niespłaconych w terminie zobowiązań, wobec 1,24 mld zł w I kwartale.
Tym razem, na pogłębienie problemów finansowych konsumentów, wpłynęły głównie opóźniane kredyty – 3,74 mld zł, które w większości zostały zaraportowane przez instytucję finansową znajdującą się w upadłości. Zaległości pozakredytowych przybyło bowiem 1,5 mld zł. Długi wynikające m.in. z nieterminowego regulowania kredytów, pożyczek, alimentów, rachunków za telefon, media, czynsz czy kar za jazdę na gapę, wynoszą obecnie już prawie 71 mld zł. Są to opóźnienia wynoszące min. 30 dni na kwotę co najmniej 200 zł u jednego wierzyciela.
Sporo wyższa suma zaległości jest udziałem stosunkowo nieznacznie większej liczby niesolidnych dłużników. W ciągu II kwartału ich liczba zwiększyła się o niecałe 38 tys. osób (1,4 proc.) i jest ich obecnie 2 729 399. Nowa liczba niesolidnych dłużników przełożyła się na wzrost Indeksu Zaległych Płatności Polaków z 85,3 pkt do 86,5 pkt. Wskaźnik obrazujący ilu niesolidnych dłużników przypada na 1000 osób po 18 roku życia pokazuje, że jest ich już ponad 87 na 1000 dorosłych obywateli. Choć są obszary kraju jak Dolny Śląsk, Ziemia Lubuska Pomorze Zachodnie czy woj. kujawsko-pomorskie, w których problemy z obsługą płatności ma ponad 110 osób na każde 1000 – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Raport analizuje problemy z przeterminowanym zadłużeniem w ujęciu geograficznym oraz demograficznym. Niekorzystne zmiany widoczne są w każdym obszarze, niezależnie od miejsca zamieszkania, płci i wieku. Kwota zaległości najbardziej przyrosła w Zachodniopomorskiem i na Mazowszu. Ale już procentowo liczba dłużników w rejonach, gdzie wciąż jest ich najmniej czyli w Świętokrzyskiem i na Podkarpaciu, choć w liczbach bezwzględnych niesolidnych dłużników najbardziej przybyło natomiast na Mazowszu i Górnym oraz Dolnym Śląsku – od 3,7 tys. do ponad 5,3 tys. W grupach wiekowych tym razem wyróżniają się 18–24 latkowie. Procentowy wzrost liczby najmłodszych dłużników jak i kwota ich zaległości okazały się najbardziej znaczące.
Ważne liczby
Na koniec czerwca, łączna kwota zobowiązań Polaków wyniosła 70 984 541 426 zł. Przez drugi kwartał zaległe zobowiązania kredytowe i pozkaredytowe Polaków wzrosły o 5 250 614 529 zł. To dużo większy wzrost niż w poprzednim kwartale tego roku, kiedy to przybyło 1,24 mld zł zaległości.
Na obecną zmianę wpływ miały głównie zobowiązania kredytowe, które zwiększyły się o 3,74 mld zł do 33,13 mld zł. Dla porównania kwartał temu ich przyrost wyniósł 0,27 mld zł. Dla widocznych w bankach zaległości, ogromne znaczenie ma polityka sprzedaży złych portfeli kredytowych. Banki bowiem ze względu na chęć poprawy płynności, wymogi regulatora i prawo podatkowe, regularnie pozbywają się wierzytelności. W zeszłym roku sprzedały kredyty konsumenckie i hipoteczne o wartości 11,8 mld zł*, w poprzednich latach były to jeszcze większe sumy. Sprzedane portfele kredytowe są widoczne w BIK już jedynie jako zamknięte rachunki, które sprawiały problemy. Jeśli firma windykacyjna, która je nabędzie nie zgłosi ich do BIG InfoMonitor, nie widać ich również w tej bazie. Dla statystyk związanych z kredytami spore znaczenie ma również fakt, że jest to dopiero drugi kwartał, w którym Raport InfoDług dotyczy płatności opóźnionych o 30 dni, a jak pokazuje doświadczenie połowa kredytów z takim przeterminowaniem w kolejnym miesiącu jest już spłacana prawidłowo – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Za 13 procentowym wzrostem zaległości kredytowych stoi niemal taka sama liczba osób nieradzących sobie z zobowiązaniami kredytowymi jak w poprzednim kwartale. Od marca ubyło ich nawet o 1960. Liczba konsumentów opóźniających obsługę kredytu o co najmniej 30 dni wyniosła na koniec czerwca 1 191 797 osób. W przypadku dłużników pozakredytowych, mowa jest o wzroście o 52 190 osób, czyli 4,1 proc. do 2 103 490.
W sumie, Polaków posiadających zaległe zobowiązania było w obu bazach na koniec czerwca 2 729 399. Liczba ta jest mniejsza niż łączna suma dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, ponieważ 565 888 osoby mają jednocześnie źle obsługiwane zobowiązania notowane w obu bazach. Udział niesolidnych dłużników z co najmniej dwoma opóźnianymi zobowiązaniami, wśród których jest kredyt oraz przynajmniej jeden niezapłacony na czas rachunek, rata pożyczki, alimenty, czy też należność windykowana przez firmę windykacyjną utrzymuje się tak jak wcześniej w granicach 20 proc. W takiej sytuacji znajduje się więc co piąty niesolidny dłużnik naszego raportu.
Średnia wartość zadłużenia przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika w kraju zyskała od poprzedniego kwartału 1 584 zł i jest to obecnie 26 007 zł. Największe kwoty powyżej średniej krajowej, występują w czterech województwach: mazowieckim – 35 200 zł (wzrost o 3 632 zł), zachodniopomorskim – 27 701 zł (wzrost o 3 556 zł), małopolskim – 27 620 zł (wzrost o 787 zł) oraz pomorskim – 26 621 zł (wzrost o 1 137 zł). Najmniejsze średnie zaległości mają natomiast mieszkańcy województw świętokrzyskiego jak i warmińsko-mazurskiego – odpowiednio 21 305 zł i 21 261 zł. Doszło tu do zmiany, bo kwartał wcześniej, na końcu listy obok woj. warmińsko-mazurskiego było woj. lubuskie.
Jeśli chodzi o liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, zaobserwowaliśmy wzrosty we wszystkich regionach poza Wielkopolską, gdzie wartości te utrzymują się na takim samym poziomie jak w I kwartale. W czołówce nadal znajdują się woj. lubuskie i zachodniopomorskie, które mają po 113 niesolidnych dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców. Wciąż najlepiej prezentują się województwa: świętokrzyskie, podlaskie, małopolskie i podkarpackie. Choć należy zauważyć, że z wyjątkiem Małopolski, w tych właśnie regionach doszło do największej dynamiki przyrostu liczby dłużników.
Funt brytyjski ma za sobą najlepszy dzień od stycznia, a wszystko dzięki załagodzeniu niektórych obaw związanych z Brexitem. Polityczne umowy trzymają też w potrzasku CAD, ale dziś uwaga skupi się na danych. Fundamenty przypomniały już o sobie na Antypodach z fatalnymi skutkami dla AUD i NZD.
Rynek znalazł wiele pocieszenia w słowach unijnego negocjatora Barniera, zdaniem którego UE jest gotowa zaproponować Wielkiej Brytanii uszyte na miarę partnerstwo, którym nie może pochwalić się żaden inny kraj. Jednocześnie zastrzegł, że „jednolity rynek oznacza jednolity rynek i jest to poza dyskusją”. Brytyjski sekretarz ds. Brexitu Raab dodał jeszcze, że porozumienie jest w zasięgu wzroku. Czy na pewno? Nie rozpędzajmy się za bardzo. Emocje tonuje niemiecki minister spraw zagranicznych, według którego nie będzie specjalnego traktowania dla Wielkiej Brytanii. Mimo to wygląda na to, że bilans ryzyk wokół GBP uległ zmianie. Słowa Barniera otwierają wachlarz możliwości, aby z fatalnego położenia GBP znalazł punkty zaczepienia dla odbicia. Aby jednak do tego doszło, wypadałoby poznać więcej szczegółów, czym to szyte na miarę rozwiązanie może być. Podczas gdy USD nie ma dobrego tygodnia, będzie łatwiej pociągnąć GBP/USD wyżej, ale przekonanie inwestorów może być łatwo zachwiane przy każdym szokującym nagłówku z brytyjskiej prasy. Nigdy nie jest łatwo handlować funtem.
Polityczne umowy trzymają też w potrzasku CAD. Wczoraj przywódcy USA i Kanady wyrazili optymizm w stosunku do zakończeniu negocjacji NAFTA do piątku. Jednak USD/CAD po tych doniesieniach prawie nie ruszył się z miejsca. Po pierwsze otrzymaliśmy tylko potwierdzenie poniedziałkowych słów prezydenta Meksyku. Po drugie nie wiadomo, w jakim położeniu jest teraz Kanada. Czy bilateralne porozumienia między Meksykiem i USA nie wywiera presji na szybkie trójstronne porozumienie, w efekcie czego Kanada będzie zmuszona pójść na większe ustępstwa niżby pierwotnie chciała. Z drugiej strony jest mało realne, aby USA chciały teraz zagrać podkręconą piłkę i szantażować Kanadę ostrymi warunkami. Moim zdaniem jest bardziej prawdopodobne, że ewentualne ustępstwa Kanady nie będą przeważać nad ogólnym spadkiem niepewności o przyszłość relacji handlowych. Finalnie CAD powinien zareagować pozytywnie, ale teraz inwestorzy mogą czekać na usunięcie jeszcze jednego czynnika ryzyka z drogi – PKB za II kw. dziś po południu. Silny odczyt powyżej konsensus 3,1 proc. może wstrząsnąć rynkiem, jeśli na poważnie obudzi spekulacje odnośnie podwyżki stopy procentowej na posiedzeniu 5 września. W ostatnich dniach rynek przerzucił oczekiwania na październik (82 proc. szans vs 21 proc. dla września), ale kombinacja zakończenia negocjacji NAFTA i silnych danych może zachęcać Bank Kanady do wcześniejszej decyzji.
Największymi przegranymi handlu w czwartek są NZD i AUD w związku z rozczarowującymi danymi. Indeks zaufania biznesu ANZ z Nowej Zelandii spadł do najniższego poziomu od 10 lat. W komentarzu napisano, że niepewność wśród firm będzie rzutować na decyzję dotyczące inwestycji i zatrudnienia. Stąd łatwa droga do złagodzenia stanowiska RBNZ, a dla rynku bodziec do dyskontowania obniżki stopy procentowej – zła cecha waluty G10, kiedy w wielu innych miejscach rozmawia się o zacieśnianiu polityki. W Australii gorzej od prognoz wypadły dane o inwestycjach przedsiębiorstw i wydanych pozwoleniach na budowę domów. Słabość fundamentów dokłada się do wczorajszych zły informacji o planowanych podwyżkach kosztu kredytu przez jeden z czołowych banków. W obliczu tych wydarzeń trudno oczekiwać, aby RBA dalej bronił retoryki, że „następny ruch na stopach będzie w górę”. Może być u progu kolejnej fali spadkowej AUD.
Niemal każde przedsiębiorstwo doświadczyło ataku z wykorzystaniem luk w oprogramowaniu – wynika z najnowszego kwartalnego raportu o cyberzagrożeniach firmy Fortinet. Analitycy ostrzegają, że cyberprzestępcy rozwijają funkcjonalności złośliwego oprogramowania oraz narzędzia do cryptojackingu, które przejmują moc obliczeniową domowych urządzeń z kategorii internetu rzeczy.
Nie ma mocnych na eksploity
Badanie Fortinet pokazuje, że aż 96% firm doświadczyło ataku z wykorzystaniem luk w zabezpieczeniach. Ponadto prawie jedna czwarta przedsiębiorstw stała się ofiarami cryptojackingu. Jedynie sześć wariantów złośliwego oprogramowania rozprzestrzeniło się na ponad 10% wszystkich badanych organizacji. W minionym kwartale analitycy z laboratorium FortiGuard Labs odkryli również 30 nowych podatności typu zero-day, czyli takich, które pojawiły się przed załataniem luki w zabezpieczeniach przez producenta. – Wyniki te pokazują, że organizacje powinny przyjąć bardziej proaktywne podejście do eliminowania luk w swoich zabezpieczeniach – zwraca uwagę Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.
Cryptojacking na domowym IoT
Przestępcy wykorzystujący moc obliczeniową do wydobywania kryptowalut, przejmują kolejne rodzaje urządzeń. Domowe IoT, włączając w to urządzenia multimedialne, są dla nich szczególnie atrakcyjnym celem z uwagi na bogate źródło mocy, którą mogą wykorzystywać. Urządzenia tego typu są w dodatku przez większość czasu włączone i połączone z siecią. Ich interfejsy natomiast to zmodyfikowane przeglądarki internetowe, które generują dodatkowe luki w zabezpieczeniach i stwarzają nowe wektory ataku. W związku z tym trendem coraz większe znaczenie, także w sieciach korporacyjnych, będzie miała segmentacja urządzeń IoT.
Wykorzystanie aplikacji edukacyjnych i rządowychSektor rządowy wykorzystuje o 108% więcej aplikacji w modelu SaaS (oprogramowanie jako usługa, ang. Software-as-a-Service) niż wynosi średnia dla wszystkich innych sektorów. Jest też na drugim miejscu, za sektorem edukacyjnym, jeśli chodzi o liczbę codziennie wykorzystywanych aplikacji – odpowiednio o 22,5% (dla sektora rządowego) oraz 69% (dla edukacyjnego) więcej niż średnia. Organizacje z tych sektorów, potrzebujące dostępu do wielu różnych rodzajów aplikacji, wymagają rozwiązań bezpieczeństwa zapewniających odpowiednią widoczność i kontrolę, włączając w to środowiska wielochmurowe.
Kreatywność widoczna w botnetachAnaliza dominujących trendów w przypadku botnetów (sieci zainfekowanych urządzeń) daje szeroki obraz kreatywności cyberprzestępców. Dzięki temu widoczne jest, w jaki sposób maksymalizują oni efekty swoich działań. Przykładowo Wicked, nowy wariant dobrze znanego botnetu Mirai, został uzupełniony o przynajmniej trzy nowe eksploity, aby celować w niezabezpieczone urządzenia IoT. Poważnym zagrożeniem okazała się również odmiana botnetu VPNFilter. Atak przy jego wykorzystaniu był sponsorowany przez jedno z państw i wymierzony przeciwko środowiskom SCADA/ICS odpowiedzialnym za technologie operacyjne w przemyśle. Tego typu naruszenie jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ może spowodować, że urządzenia przemysłowe będą całkowicie niesprawne. Z kolei wariant Anubis z rodziny Bankbot jest już zdolny do działania jako oprogramowanie typu ransomware, pełni funkcje keyloggera (złośliwego oprogramowania, które śledzi klawisze naciskane przez użytkownika i służy do przejmowania haseł), przechwytuje SMS-y, blokuje ekran i przekazuje połączenia, a także działa jako RAT – trojan dający zdalny dostęp do urządzenia ofiary. Cyberprzestępcy wykorzystują nowy sposób tworzenia oprogramowania (ang. Agile Development)Agile Development dotyczy sposobu zarządzania projektem przy produkcji oprogramowania. Ostatnie trendy zaobserwowane podczas cyberataków pokazują, że przestępcy również sięgają po tego typu praktyki, aby tworzony przez nich malware był jeszcze trudniejszy do wykrycia. Przykładem na to jest ransomware GandCrab – w tym roku odnotowano już wiele jego nowych odmian, a twórcy nadal aktualizują go w szybkim tempie.
– Cyberprzestępcy coraz częściej korzystają ze zautomatyzowanych narzędzi oraz tworzą nowe warianty znanych eksploitów. Dzięki temu są w stanie jeszcze precyzyjniej kierunkować ataki. Przedsiębiorstwa muszą mieć to na uwadze, aby skutecznie się bronić – zwraca uwagę Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce. – Kluczem do tego będą zautomatyzowane i zintegrowane systemy obronne, które pozwolą rozwiązać problemy związane z szybkością i skalą działania cyberprzestępców. Dużą rolę będzie odgrywało uczenie maszynowe oraz analiza informacji o zagrożeniach – podsumowuje Malak.
Metodologia badania
Globalny raport zagrożeń informatycznych Fortinet to kwartalny przegląd, który stanowi zestawienie danych analitycznych zebranych przez laboratoria FortiGuard Labs w drugim kwartale 2018 roku. Ponadto Fortinet publikuje bezpłatny biuletyn informacyjny o zagrożeniach (Threat Intelligence Brief), analizujący największe niebezpieczeństwa związane ze złośliwym oprogramowaniem, wirusami i innymi zagrożeniami internetowymi, które zostały wykryte w ostatnim czasie wraz z linkami do wyników najważniejszych badań nad zdarzeniami z ostatniego tygodnia.
Ebury, firma oferująca rozliczanie transakcji walutowych, kontynuuje analizę skandynawskich walut. Czas na koronę norweską. Spodziewane kursy na koniec roku to: USD/NOK 7,95; EUR/NOK 9,20 oraz NOK/PLN 0,46.
W grudniu ubiegłego roku kurs pary EUR/NOK wzrósł do okolic 10, tym samym korona względem euro był najsłabsza od dziewięciu lat. Walucie Norwegii jednak sprzyjał gwałtowny wzrost światowych cen paliw, od których w znacznej mierze zależy jej kurs. Od tamtego momentu korona norweska doświadczyła aprecjacji o 5%, co czyni ją jedną z najlepiej radzących sobie walut gospodarek G10. Nasz pogląd sugerujący, że wyprzedaż korony norweskiej w tamtym okresie była przesadna, tym samym okazał się słuszny.
Ostatnim miesiącom towarzyszył stabilny wzrost światowych cen ropy naftowej, który stanowił znaczące wsparcie dla korony norweskiej. Nie jest to zaskakujące, zważywszy na to, że eksport surowca stanowi ok. 2/3 dochodów Norwegii z handlu zagranicznego. Ceny ropy naftowej rosną nieprzerwanie od czerwca 2017 roku. Od tego czasu koszt baryłki Brent wzrósł o 60% (obecnie wynosi ok. 75 USD). W ostatnim kwartale ubiegłego roku kurs korony był nieco oderwany od trendu zmian światowych cen paliw, od których wcześniej w istotnym stopniu zależał kurs waluty. Wygląda na to, że od maja historyczna korelacja powróciła, zakładamy, że wzrost cen paliw będzie nadal wspierał walutę Norwegii.
Kurs NOK/USD oraz cena baryłki ropy naftowej Brent
Koronę norweską wspierał również wzrost inflacji. Nagłe przyspieszenie wzrostu dynamiki cen w Norwegii skłoniło krajowy bank centralny (Norges Bank) do zasygnalizowania gotowości do pierwszej od 2011 roku podwyżki głównej stopy procentowej. W marcu Norges Bank zasugerował, że najpewniej podniesie stopy wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Natomiast podczas spotkania w czerwcu bank centralny zaprezentował szczegółowy plan na nadchodzące kwartały. Decydenci twierdzą, że „przy obecnej ocenie perspektyw gospodarczych i ryzyka, referencyjna stopa procentowa zostanie podniesiona najpewniej we wrześniu 2018”. Ostatnie komunikaty sugerują, że w przyszłym roku bank centralny może zdecydować się nawet na dwie podwyżki stóp procentowych.
Gospodarka Norwegii rośnie w przyzwoitym poziomie, niemniej należy wspomnieć, iż w pierwszym kwartale 2018 roku ekspansja w ujęciu rocznym wyniosła zaledwie 0,3%. Dane makroekonomiczne dla drugiego kwartału były dość mieszane – w końcówce pierwszej połowy bieżącego roku aktywność gospodarcza w Norwegii wyraźnie spowolniła. W czerwcu wskaźnik aktywności biznesowej PMI dla norweskiego sektora przemysłowego spadł poniżej poziomu 50, co oznacza, że po raz pierwszy od ponad roku sektor doświadczył skurczenia. Z kolei sprzedaż detaliczna odnotowała czwarty największy spadek w ujęciu miesięcznym w całym XXI wieku. Te niepokojące sygnały mogą sugerować, że wewnętrzna aktywność gospodarcza w Norwegii zaczyna zwalniać.
Mimo dość słabych informacji z gospodarki, bazując na dynamice cen, która przekracza cel inflacyjny, Norges Bank wydaje się pozostawać na kursie zmierzającym do podwyżki stóp procentowych we wrześniu. W tym kontekście kluczowa wydaje się również marcowa decyzja o obniżeniu celu inflacyjnego, która może przyspieszyć tempo podwyżek w następnym roku. Perspektywa bardziej restrykcyjnej polityki monetarnej i dalszego wzrostu cen ropy naftowej powinna wspierać koronę. Oczekujemy zatem wyraźnego umocnienia norweskiej waluty względem euro. Nasze prognozy na koniec roku: USD/NOK 7,95; EUR/NOK 9,20 oraz NOK/PLN 0,46.
Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Rynek azjatycki to 4,5 miliarda konsumentów i 48 krajów. Dla polskich przedsiębiorców jest niezmiernie interesujący geograficznie i społecznie. Bardzo szybko się rozwija i może być drugą ważną destynacją eksportową – zaraz po Unii Europejskiej, do której trafia ok. 80 proc. całego polskiego eksportu. Dotyczy to producentów żywności, maszyn czy komponentów farmaceutycznych. Azja – ze względu na liczbę ludności – jest w stanie wchłonąć niezliczoną ilość towarów. Sam chiński sektor restauracyjny jest wart ponad 500 mld dolarów rocznie.
–Eksport do krajów pozaeuropejskich obarczony jest dość dużym ryzykiem. Już w momencie wychodzenia poza Polskę niejednokrotnie przedsiębiorcy zastanawiają się nad tym, jakie niesie to ze sobą zagrożenie, a w przypadku Azji wrasta ono jeszcze bardziej – powiedział serwisowi eNewsroom Janusz Władyczak, prezes KUKE SA– Obecnie niezależnie od tego, dokąd polska firma chce wyeksportować swoje towary, KUKE jest w stanie wesprzeć ją za pomocą różnego rodzaju instrumentów ubezpieczeniowych. W zależności od sytuacji i potrzeb przedsiębiorcy – mogą to być gwarancje, ubezpieczenia należności, aż po ubezpieczenia kredytów inwestycyjnych. Zapewniamy je we wszystkich z 48 krajów azjatyckich – zarówno wysokorozwiniętych, jak i wschodzących. Świadome używanie wszelkiego rodzaju instrumentów zabezpieczających przed potencjalnym ryzykiem utraty płatności powoduje, że przedsiębiorcy polscy eksportując dobra są w stanie zwiększyć wolumen i skupić się na swojej działalności.Sprawdzeniem kontrahenta zajmuje się zaś KUKE – dodał Władyczak.
Każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Według ONZ jeśli to tempo zostanie utrzymane, to do 2050 roku w oceanach może być już więcej plastikowych odpadów niż ryb. W walkę o czystsze środowisko coraz aktywniej włącza się duży biznes. Sieć restauracji McDonald’s do 2025 roku wymieni wszystkie swoje opakowania na takie, które pochodzą z recyklingu bądź certyfikowanej produkcji i będą w 100 proc. biodegradowalne. Do końca przyszłej dekady obniży również emisję gazów cieplarnianych o jedną trzecią. Z badań wynika, że takich działań oczekują sami konsumenci.
Ze styczniowego sondażu PBS wynika, że 89 proc. Polaków chce korzystać z możliwości segregacji odpadów w miejscach publicznych czy restauracjach szybkiej obsługi, a 93 proc. Polaków oczekuje od producentów podejmowania działań zmniejszających wpływ zużytych opakowań na środowisko naturalne.
– Zgodnie z badaniami prowadzonymi przez KE ponad 90 proc. Europejczyków zauważa problem zanieczyszczenia plastikiem. Ważne, że mamy tego świadomość i chcemy się angażować w takie działania, natomiast przez brak infrastruktury nie zawsze mamy taką możliwość. Również wśród młodzieży pojawia się rosnące zainteresowanie tym problemem. Ogranicza się wykorzystanie jednorazowych plastików, chodzenie z własnym kubkiem po kawę czy po wodę staje się już normą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID Warszawa.
Na przestrzeni ostatnich 60 lat produkcja plastiku zwiększyła się ponad dwustukrotnie, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku.
Według danych Komisji Europejskiej co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, ale nadal raptem niecałe 30 proc. jest zbieranych i poddanych recyklingowi. Przyjęta w styczniu ogólnoeuropejska strategia w dziedzinie tworzyw sztucznych zakłada jednak, że do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się już nadawać do recyklingu.
– Jeżeli produkcja i zapotrzebowanie na tworzywa sztuczne będzie rosnąć w podobnym tempie, osiągniemy poziom ponad 1 mld ton tworzyw sztucznych w 2050 roku. To jest ogromne zagrożenie dla środowiska, dlatego musimy zmienić nasze zachowania – apeluje Maria Andrzejewska. – To jest olbrzymie wyzwanie, zarówno dla nas samych, dla administracji publicznej, jak i dla firm, które mają olbrzymią siłę oddziaływania na społeczeństwo i swoich konsumentów. One powinny edukować, w jaki sposób segregować odpady, pokazywać, że można wprowadzać na rynek opakowania przyjazne środowisku.
Dla ochrony środowiska znaczenie mają nawet niewielkie zmiany – zwłaszcza w przypadku firm o tak dużej skali jak McDonald’s.
– Firma działa na ponad 120 rynkach. W ponad 37 tys. restauracji obsługujemy dziennie około 69 mln gości. Jest to ogromna skala i wielka odpowiedzialność. Jesteśmy tego świadomi, stąd tak silne włączenie się w walkę z globalnymi problemami. Do 2025 roku recykling zostanie wprowadzony we wszystkich restauracjach na świecie. Dodatkowo wszystkie opakowania dla gości będą pochodziły ze źródeł odnawialnych, produkcji certyfikowanej lub recyklingu. To ogromne przedsięwzięcie, zważywszy na różnice w zakresie infrastruktury, przepisów prawa czy nawyków konsumentów w krajach, w których prowadzimy działalność – mówi Natalia Sobolewska, kierownik restauracji McDonald’s.
Sieć zobowiązała się, że do 2025 roku wszystkie opakowania dla gości restauracji będą pochodzić z materiałów z recyklingu bądź certyfikowanej produkcji. Preferowane będą surowce oznaczone certyfikatem Forest Stewardship Council (FSC). Dodatkowo 100 proc. opakowań we wszystkich restauracjach McDonald’s na świecie będzie poddawanych recyklingowi. Już w zeszłym roku jednorazowe sztućce – łyżeczki, noże i widelce z trudnego do recyklingu polistyrenu – zostały wymienione na czarne odpowiedniki z polipropylenu, który jest w 100 proc. przetwarzalny. W 2017 roku restauracje McDonald’s w Polsce wydały gościom ponad 27 mln takich jednorazowych sztućców. Klienci mogą wrzucić je do odpowiedniego pojemnika na odpady.
– Polska jest jednym z wiodących rynków w zakresie wdrażania celów recyklingowych McDonald’s. Ponad 90 proc. restauracji zostało już wyposażonych w kosze do segregacji odpadów. Obserwujemy, że nasi goście chętnie i prawidłowo z nich korzystają – mówi Natalia Sobolewska.
W ramach globalnej strategii Scale for Good sieć McDonald’s do 2030 roku obniży także emisję gazów cieplarnianych z biur i restauracji o 36 proc., a w odniesieniu do całego łańcucha dostaw – o 31 proc. W efekcie do atmosfery nie trafi 150 mln ton dwutlenku węgla, co odpowiada rocznej emisji gazów cieplarnianych emitowanych przez 32 mln samochodów osobowych. Ogłoszona w tym roku strategia Scale for Good jest odpowiedzią firmy na globalne problemy dotyczące środowiska i zmian klimatycznych.
Zwrócenie uwagi na problem zanieczyszczenia plastikowymi odpadami było celem tegorocznych obchodów Światowego Dnia Środowiska, w którym została zainagurowana kampania „Zielona Wstążka HASHDlaPlanety”. Jej organizatorem jest Centrum UNEP/GRID-Warszawa, które realizuje w Polsce misję Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska. W tę kampanię aktywnie włączy się również McDonald’s Polska.
– Każda firma powinna się zastanowić nad tym, jakie jest jej oddziaływanie na środowisko, i podjąć odpowiednie działania związane chociażby ze zmianą materiału, z którego wytwarzane są jej produkty, aby był w 100 proc. biodegradowalny, wytwarzany z recyklingu. Jest jeszcze drugi obszar, związany z oddziaływaniem w ramach łańcucha wartości, a więc współpraca z podwykonawcami, producentami, odbiorcami i przede wszystkim z konsumentem. Tutaj jest olbrzymia możliwość oddziaływania poprzez edukację konsumenta i pokazywanie mu tych lepszych możliwości, zachęcanie do zmiany – mówi Maria Andrzejewska.
Każda zabawka, która trafia na polski i unijny rynek, musi spełniać wymogi bezpieczeństwa z tzw. dyrektywy zabawkowej. Odpowiedzialność za wykonanie odpowiednich testów, sprawdzenie pod kątem bezpieczeństwa i oznakowanie zabawki spoczywa na jej producencie lub importerze. Czujność powinni zachować również sami konsumenci i dokładnie sprawdzać, czy zabawka dla dziecka ma odpowiednie atesty. W ramach ubiegłorocznej akcji Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i służba celna stwierdzili nieprawidłowości w blisko połowie spośród 1,5 mln kontrolowanych zabawek, które miały trafić na polski rynek. 30 tys. sztuk, które zawierały zbyt dużo toksycznych substancji, zostało zniszczonych.
– Zabawka, która trafia na polski rynek, musi spełniać dokładnie takie same wymogi bezpieczeństwa jak w innych krajach UE. Przede wszystkim musi być bezpieczna dla użytkowników zamierzonych, czyli dla dzieci z danej kategorii wiekowej. Musi być bezpieczna pod względem właściwości mechanicznych i fizycznych, co oznacza, że nie może np. stwarzać ryzyka uduszenia dziecka. Zabawka powinna być również bezpieczna pod względem chemicznym. Nie może zawierać substancji, które mogą powodować alergie, ani substancji rakotwórczych, mutagenicznych, które są szkodliwe dla dzieci i dorosłych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zuzanna Wiśniewska, ekspert Compliant Product.
Zabawka, która spełnia wymogi przewidziane w tzw. dyrektywie zabawkowej może być zgodnie z prawem sprzedawana na terenie całej Unii. Konkretne wymogi bezpieczeństwa określa załącznik II do dyrektywy zabawkowej. Za ich dopełnienie odpowiedzialny jest producent lub importer, czyli podmiot wprowadzający wyrób na któryś z rynków UE.
– Każda zabawka, przeznaczona dla dzieci poniżej 3. roku życia, musi dawać możliwość wyczyszczenia jej. Najczęściej są to zabawki z tkanin, dlatego powinna istnieć możliwość uprania jej bez ryzyka zniszczenia. Co więcej, zabawki nie mogą być łatwopalne. Tu jest pewien haczyk, ponieważ wiele substancji, które powodują niepalność zabawek, może być jednocześnie bardzo szkodliwych, np. mogą mieć właściwości rakotwórcze. Istnieje bardzo duże pole do wykazania się dla producenta, który powinien wytwarzać zabawki tak, aby były niepalne i jednocześnie nieszkodliwe – mówi Zuzanna Wiśniewska.
Producent lub importer powinien zweryfikować i udokumentować fakt, że zabawka wprowadzana na unijny rynek faktycznie spełnia wymogi określone w dyrektywie zabawkowej. W tym celu niezbędne są badania produktu przeprowadzone w akredytowanym laboratorium.
– Bada się zgodność z konkretnymi wymogami bezpieczeństwa. To oznacza, że inne badania będą robione dla zabawek korzystających z prądu elektrycznego, a inne testy będą przechodzić zabawki używane przez dzieci poniżej 3. roku życia albo zabawki przeznaczone do używania w wodzie. Producent lub importer powinien zapewnić, że takie testy zostały przeprowadzone, a wymogi bezpieczeństwa są spełnione – mówi ekspert Compliant Product.
Wszyscy członkowie łańcucha dostaw, czyli hurtownicy, dystrybutorzy, sprzedawcy bezpośredni, ale również konsumenci, mogą domagać się od producenta bądź importera zabawki wykazania zgodności z normami bezpieczeństwa i wykazania odpowiedniej dokumentacji, która to potwierdzi.
– Można również domagać się odpowiednich instrukcji użytkowania. Ponadto taki wyrób powinien być również właściwie oznakowany znakiem CE. Jest to deklaracja importera lub producenta potwierdzająca, że wyrób spełnia wymogi bezpieczeństwa. Jeżeli produkt nie ma tego znaku, w ogóle nie powinien się znaleźć na rynku polskim ani unijnym – podkreśla Zuzanna Wiśniewska.
Również sami konsumenci, kupując zabawkę dla dziecka, powinni zwracać uwagę na to, czy ma ona odpowiednie atesty i oznakowania. Zwłaszcza jeżeli są to zabawki kupowane na przykład na straganach czy bazarkach, które nie zawsze spełniają unijne wymogi bezpieczeństwa.
– Bardzo ważny jest numer seryjny, który pozwala producentowi zweryfikować, z jakiej serii produkcyjnej pochodzi dany wyrób. Powinno również znaleźć się na nim oznakowanie producenta lub importera, pełna nazwa oraz jego adres – tak żeby konsument, a także każdy inny członek łańcucha dostaw, dystrybutor lub sprzedawcy bezpośredni, mogli się z tym importerem lub producentem skutecznie skontaktować – mówi Zuzanna Wiśniewska.
W latach 2013–2017 laboratorium UOKiK w Łodzi przebadało 813 próbek zabawek i w 230 z nich (około 28 proc.) wykryło zbyt wysoki poziom ftalanów, które służą do zmiękczania plastiku i nadają mu elastyczność. W zabawkach nie może być ich więcej niż 0,1 proc. Wyższe stężenie jest niebezpieczne dla zdrowia – może powodować zaburzenia płodności, grozić uszkodzeniem nerek lub wątroby, rozwojem astmy, a nawet nowotworów. Na podstawie decyzji prezesa UOKiK w latach 2013–1017 wycofano ze sklepów ponad 74,5 tys. produktów, które zagrażały zdrowiu dzieci.
Nieprawidłowości wykazał także wspólna akcja urzędu i Krajowej Administracji Skarbowej, podczas której skontrolowali prawie 1,5 mln zabawek zgłaszanych do odprawy na granicy.
– Aż 700 tys. wzbudziło zastrzeżenia, czyli około 50 proc. Prawdopodobnie nie było to znaczne nieprawidłowości, być może brakowało dokumentacji, jakiegoś znaku. Natomiast 30 tys. zabawek z tych 1,5 mln skontrolowanych zostało wycofanych z rynku i przeznaczonych do zniszczenia. Ich wadliwość była na tyle duża, że absolutnie nie powinny nigdy znaleźć się na rynku, ani w rękach dorosłych, ani dzieci – podkreśla ekspert Compliant Product.
Zaawansowane narzędzia IT pozwalają nie tylko zwiększyć efektywność produkcji, lecz także reagować w nieprzewidzianych sytuacjach, takich jak brak surowców, nieobecność pracowników czy niesprawność maszyn. Koszt wdrożenia takiego systemu waha się od kilku do kilkuset tysięcy złotych w przypadku większych firm, ale inwestycja może zwrócić się już po roku. Większość firm ostrożnie podchodzi jednak do tego typu wydatków.
– Pomimo możliwości zastosowania nowoczesnych narzędzi wspomagających optymalizację i zarządzanie produkcją wiele firm wciąż używa takich narzędzi jak Microsoft Excel albo zwykła kartka papieru. Dotyczy to nawet tych, które wdrożyły już u siebie systemy klasy ERP. Spowodowane jest to faktem, że funkcjonalności, które zostały im zaproponowane w tych systemach, nie do końca są zgodne z ich procesami i modelami biznesowymi. Nie mając innych, tańszych rozwiązań, wybierają te najłatwiejsze, np. Excela – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes, dr Norbert Krygier, członek zarządu spółki Intelo.
W najnowszym tegorocznym zestawieniu The Digital Economy and Society Index (w kategorii Integration of Digital Technology) Komisja Europejska sklasyfikowała Polskę na przedostatniej, 27. pozycji w UE, przed Rumunią. Jednym z kryteriów oceny wskaźnika było właśnie wykorzystanie systemów ERP oraz rozwiązań chmurowych w przedsiębiorstwach.
Pomimo dostępności narzędzi informatycznych do zarządzania produkcją klasy MES, APS czy ERP znaczna część polskich przedsiębiorstw wciąż wykorzystuje do tego celu oprogramowanie biurowe, a nawet przysłowiową kartkę papieru. Powodem są trudności w dostosowaniu zaawansowanych rozwiązań IT do konkretnych, zmieniających się w czasie potrzeb firm. Ponadto duże standardowe systemy klasy ERP są często drogie, a nawet drobne zmiany wymagają ponoszenia wysokich kosztów.
– Jeżeli firmy nie korzystają z zaawansowanych narzędzi, nie dysponują możliwością prawidłowego śledzenia procesów produkcyjnych. Pojawiają się problemy z optymalizacją tego procesu, ustalaniem kolejności zleceń, reagowaniem w sytuacji zmian zasobów, niesprawności maszyn czy w przypadku braku kadry. Brak odpowiedniego narzędzia uniemożliwia zoptymalizowanie tych procesów i usprawnienie ich – mówi Norbert Krygier.
Jak podkreśla ekspert Intelo, brak odpowiednich narzędzi uniemożliwia poprawę wydajności produkcji i hamuje konkurencyjność przedsiębiorstwa. Jest to szczególnie istotne przy aktualnych problemach rynkowych związanych z brakiem fachowej kadry i koniecznością dostosowywania się polskich firm do wymogów narzucanych przez globalne łańcuchy dostaw.
– Te narzędzia pozwalają w szybkim czasie dostosować plan produkcyjny i harmonogram do nowych warunków. To wszystko jest niezbędne do skutecznego zarządzania firmą, dostosowania jej do oczekiwań rynku, klientów, konsumentów, a także – w momencie, kiedy firmy uczestniczą w złożonych, globalnych łańcuchach dostaw – dostosowania się do oczekiwań ich partnerów – podkreśla Norbert Krygier.
Jak ocenia, firmy dostrzegają potrzebę poprawy efektywności procesów produkcyjnych i są świadome, że nowoczesne narzędzia informatyczne wspomagające te procesy są koniecznością. Jeżeli jednak specjalistyczne oprogramowanie nie zaspokaja ich potrzeb, wtedy znów pomocny staje się MS Excel. Takie doświadczenia powodują obawy firm, w których nie wdrożono jeszcze żadnych specjalistycznych narzędzi wspomagających zarządzanie produkcją. Z ostrożnością podchodzą do wydawania znacznych kwot na systemy klasy ERP, które mogłyby nie spełnić ich oczekiwań.
– Firmy mają potrzebę doinwestowania, ale cały czas są dosyć ostrożne. Mają też obawy co do nadmiernych kosztów związanych z zakupem drogich rozwiązań. Mają dystans do tego rodzaju decyzji. Oprócz kwestii finansowych, firmy – które już wdrażały u siebie pewne rozwiązania i zraziły się do nich – nie chcą podejmować po raz kolejny takiego ryzyka. Wolą stosować takie narzędzia jak Microsoft Excel, żeby wypełniać luki w brakach funkcjonalnych w zarządzaniu produkcją – mówi Norbert Krygier.
Odpowiedzią na obawy przedsiębiorstw są systemy ściśle dopasowane do procesów biznesowych realizowanych przez konkretną firmę. Koszty zakupu i wdrożenia takiego oprogramowania do wspomagania zarządzaniem produkcją są uzależnione od wielkości i rodzaju przedsiębiorstwa, a korzyści z wdrożenia można zaobserwować już po pierwszych tygodniach.
– Firmy, które chcą wprowadzić narzędzia wspomagające procesy zarządzania produkcją, muszą się liczyć z wydatkami rzędu od kilku do nawet kilkuset tysięcy złotych w przypadku dużych firm. Jeśli chodzi o czas zwrotu z inwestycji, pierwsze efekty widać bardzo szybko, w przeciągu kilku tygodni bądź miesięcy. Natomiast realny zwrot następuje w ciągu od roku do trzech lat – mówi Norbert Krygier.
Członkowie społeczności LGBT stanowią 10 proc. polskich konsumentów. To zamożna grupa, mająca dużą siłę nabywczą i chętnie inwestująca w siebie. Kobiety LGBT+ najwięcej pieniędzy wydają na zdrową, naturalną żywność, mężczyźni natomiast chętnie kupują produkty do pielęgnacji twarzy i ciała. Społeczność nieheteronormatywna jest bardziej aktywna fizycznie i towarzysko – jej członkowie trenują kilka razy w tygodniu, często też spędzają wieczory w klubach i kawiarniach. Osoby LGBT+ wciąż stanowią jednak niedocenianą grupę konsumencką.
LGBT+ to akronim określający osoby o różnych tożsamościach płciowych i orientacjach seksualnych, inne niż osoby heteroseksualne, które identyfikują się ze swoją płcią biologiczną. Według różnych szacunków osoby te mogą stanowić 2–7 proc. każdego społeczeństwa, co stanowi istotną grupę docelową dla branży handlowej. Styl życia osób nieheteronormatywnych, a więc także dokonywanie decyzji zakupowych, różni się od stylu życia pozostałych osób. Konsumenci ci mają określone przyzwyczajenia oraz potrzeby i liczą na to, że zostaną one spełnione.
– Choć dziś w Polsce LGBT+ nie jest już tematem tabu, to wciąż wiele firm nie ma pomysłu, jak zaadresować potrzeby tej grupy społecznej. Część tych problemów wynika z faktu, że nie do końca rozumiemy tego konsumenta – mówi Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający w Nielsen Polska.
Społeczność LGBT+ jest mocno zróżnicowana wewnętrznie, m.in. pod względem wieku, tożsamości płciowej, wykształcenia, poziomu zamożności. Przyglądając się zachowaniom konsumenckim członków tej grupy, możliwe jest jednak wyodrębnienie trendów dla niej charakterystycznych. Jak pokazuje raport „Tęczowe złotówki”, przygotowany przez firmę Nielsen, kobiety nieheteronormatywne kupują więcej produktów naturalnych oraz wpisujących się w zasady zdrowego żywienia, np. produkty niskotłuszczowe lub o obniżonej zawartości cukru, produkty mleczne bez laktozy, a także ziarna, orzechy i batoniki energetyczne.
– Kobiety LGBT+ w wieku 18–39 lat cenią sobie wygodę i jakość, są w stanie inwestować więcej w produkty dobrej jakości, produkty markowe, a także wolą jeść poza domem niż gotować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magda Markowska, senior market research analyst w Nielsen.
Kobiety LGBT+ powyżej 40. roku życia kupują natomiast więcej środków czystości i artykułów gospodarstwa domowego oraz produktów do higieny osobistej, takich jak szampony, żele pod prysznic i dezodoranty. Młodzi mężczyźni LGBT+ inwestują w wygląd, kupują więc więcej produktów do pielęgnacji oraz do makijażu. Wśród tej grupy konsumentów autorzy badania zauważyli skłonność do korzystania z promocji cenowych i świadomego szukania najtańszej oferty.
– Mężczyźni także zwracają uwagę na nowinki. Niezależnie od wieku mężczyźni LGBT+ lubią gotować i uznają to za swoje hobby – mówi Magda Markowska.
Członkowie społeczności LGBT+ są poza tym bardziej aktywni fizycznie niż osoby heteroseksualne. Trenują nawet cztery razy w tygodniu, a do ich ulubionych aktywności sportowych należą bieganie, jazda na rowerze, stretching i aerobik. Zamiłowanie do aktywnego stylu życia to efekt dbałości o zdrowie i przyjemności czerpanej z treningów, ale również względy estetyczne, co według autorów raportu „Tęczowe złotówki” jest charakterystyczne dla tej grupy konsumentów.
– Są też bardziej aktywni pod względem towarzyskim. Częściej wychodzą do barów czy na dyskoteki, co szczególnie jest zauważalne wśród osób po 40. roku życia – mówi Magda Markowska.
Konsumenci LGBT+ spędzają blisko pięć godzin dziennie online, o pół godziny dłużej niż osoby heteroseksualne. Internet służy im głównie do oglądania filmów lub seriali oraz utrzymywania kontaktów poprzez komunikatory czy strony społecznościowe. Zakupów online dokonują przede wszystkim osoby w wieku 18–39 lat oraz kobiety LGBT+ powyżej 40. roku życia. Liczba osób robiących zakupy przez internet raz w tygodniu jest podobna jak w przypadku konsumentów spoza społeczności LGBT+.
– Zarówno konsumenci heteroseksualni, jak i konsumenci LGBT+ cenią sobie firmy, które inwestują w różnorodność i równość wśród swoich pracowników. Wśród firm, które konsumenci LGBT+ zauważają jako firmy inwestujące w te wartości, jest np. Coca-Cola – mówi Magda Markowska.
Sama firma badawcza Nielsen także stawia na różnorodność. I choć jest to wyzwaniem, to przynosi wiele korzyści pracownikom i organizacji.
– Innowacyjne pomysły nie biorą się ze standardu i podążania za normą, ale z kreatywności, która jest możliwa tylko wtedy, kiedy osoby z różnymi poglądami i pomysłami spotykają się w otwartej dyskusji. Według mnie różnorodność i jej akceptacja jest kluczem do biznesowego sukcesu firmy – mówi Karolina Piedziuk dyrektor personalna w Nielsen Polska. – Różnorodność w miejscu pracy pozwala zmienić nasz punkt widzenia, akceptować innych takimi, jacy są i zobaczyć wartość w tym, że mimo że każdy z nas jest różny, to potrafimy wspólnie pracować i dostarczać klientom najwyższej jakości usługi.
Celem badania „Tęczowe złotówki” było przyjrzenie się społeczności, o której z punktu widzenia branży handlowej mówi się zbyt mało, choć dysponuje ona dużą siłą nabywczą. Raport jest częścią większego projektu. Podobne badania zostały przeprowadzone już w Stanach Zjednoczonych oraz Hiszpanii. Obecnie natomiast firma Nielsen przygotowuje się do badań w Niemczech i Wielkiej Brytanii, docelowo dążąc do stworzenia raportu porównującego zachowania konsumenckie LGBT+ w wybranych krajach europejskich.
54 proc. internautów robiących zakupy online w ubiegłym roku sięgnęło po towar z kategorii książki, płyty, filmy – wynika z badania Gemius „E-commerce w Polsce 2018”. Tylko nieco mniej badanych kupiło przez internet bilet do kina czy teatru. Obie kategorie są też bardzo często wskazywane przez internautów, którzy dopiero zamierzają robić zakupy online. Zaletą są wygoda, atrakcyjne ceny i duży wybór, ale eksperci przypominają, że w tych kategoriach są inne zasady zwrotu zakupów. 14-dniowy termin dotyczy tylko książek i nierozpakowanych płyt, ale jest bardzo ograniczony w przypadku treści cyfrowych.
– W przypadku zakupienia książki przez internet przysługuje nam 14-dniowe prawo do odstąpienia od umowy, co oznacza, że w ciągu 14 dni od daty otrzymania towaru możemy poinformować sprzedawcę, że tego towaru nie chcemy. Mamy wówczas kolejne 14 dni na odesłanie towaru. Musimy być przygotowani, że prawdopodobnie to my zapłacimy za koszty przesyłki zwrotnej, czasami oczywiście sprzedawcy pokrywają te koszty, ale nie jest to nasze ustawowe prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rak, country manager Trusted Shops.
Do odstąpienia od umowy wystarczy przesłanie sprzedawcy oświadczenia o chęci zwrócenia produktu, bez konieczności wskazywania przyczyny. Zwracając uszkodzoną książkę, należy liczyć się z tym, że sprzedawca zwróci nam niepełną kwotę.
Nieco inaczej sytuacja wygląda w przypadku nagrań wizualnych i dźwiękowych, choćby coraz bardziej popularnych wśród Polaków audiobooków, a także gier i programów komputerowych. Jeśli zostaną one dostarczone w zapieczętowanym opakowaniu, kupujący ma prawo 14-dniowego odstąpienia od umowy, jednak tylko w sytuacji, gdy nie otworzy opakowania po otrzymaniu przesyłki. Możliwość zwrotu ograniczona jest także w przypadku nabywania treści cyfrowych pobieranych bezpośrednio ze strony internetowej sklepu.
– Mamy 14 dni, pod warunkiem że nie pobierzemy tej treści, nie zaczniemy słuchać muzyki, oglądać filmu czy nie wpiszemy klucza aktywującego, np. do programów komputerowych. Kiedy wpiszemy klucz, pobierzemy audiobooka, to tracimy prawo do odstąpienia od umowy, ale w tym momencie sprzedawca powinien nas o tym poinformować. Gdybyśmy jednak nie pobrali treści, to wciąż mamy prawo do odstąpienia od umowy – mówi Anna Rak.
Sprzedawca nie tylko musi poinformować klienta o okolicznościach utraty prawa do odstąpienia od umowy, lecz także uzyskać od niego wyraźną zgodę na rozpoczęcie realizacji świadczenia. Jeśli tak się nie stanie, kupujący zachowa prawo do zwrotu zakupionych treści nawet, gdy zaczął z nich korzystać.
14-dniowa możliwość zwrotu nie przysługuje natomiast w ogóle w przypadku zakupienia biletów na wydarzenia kulturalne i sportowe. Sprzedawca może oferować możliwość całościowego lub częściowego zwrotu zapłaconej kwoty, co najczęściej zależy od liczby dni pozostałych do wydarzenia. Nie jest to jednak jego obowiązkiem.
– Moglibyśmy sprzedać taki bilet za pomocą mediów społecznościowych czy też na specjalnych forach, natomiast musimy uważać, żeby nie wrzucać tam zdjęcia kodu kreskowego, żeby bilet nie został sfałszowany – mówi Anna Rak.
Kupujący ma się prawo domagać zwrotu kosztów zakupu biletu wyłącznie w przypadku, gdy wydarzenie zostało odwołane lub przełożone na inny termin.
W ostatnim czasie głośno było o przypadkach oferowania sprzedaży biletów na wydarzenia kulturalne przez nieuczciwych pośredników. Przy takich zakupach eksperci doradzają szczególną ostrożność. Podstawą jest dokładne czytanie regulaminów, warto też zweryfikować sprzedawcę, sprawdzając dane jego sklepu w systemie KRS, oraz zwrócić uwagę na opinie wystawione przez innych internautów. Szczególnie wartościowe są oceny na stronach innych niż prowadzone przez sprzedawcę, nie ma on bowiem wówczas wpływu na ich treść.
– Warto również skorzystać z dodatkowych gwarancji, np. Trusted Shops. Jeżeli mamy później problem ze sprzedawcą, to można się do gwaranta zwrócić i on zwróci nam pieniądze – mówi Anna Rak.
Wraz ze wzrostem zainteresowania asystentami głosowymi rośnie także ryzyko, że poufne informacje o ich użytkownikach dostaną się w niepowołane ręce. Aby móc wykonywać nasze polecenia, asystent musi nieustannie nasłuchiwać tego, co dzieje się w jego otoczeniu. Jeśli do takiego inteligentnego systemu włamie się haker, może nie tylko podsłuchać nasze rozmowy, ale także przejąć kontrolę nad urządzeniami funkcjonującymi w ramach internetu rzeczy.
– Takie firmy jak Google rejestrują to, co się dzieje w otoczeniu asystenta i to jest kolejny element informacji o nas, które mają. Oprócz asystenta głosowego, Google ma Google Maps, jedną z najbardziej popularnych aplikacji rejestrujących nasze położenie nawet wtedy, kiedy nie wyraziliśmy na to zgody. A jeżeli wyraziliśmy na to zgodę, to możemy ileś lat wstecz zobaczyć, gdzie byliśmy danego dnia. Analogicznie jest z asystentem głosowym, te dane po prostu trafiają do tzw. chmury producenta takiego rozwiązania i tam są poddawane obróbce i analizie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrzej Nowodworski, architekt bezpieczeństwa i współwłaściciel Immunity Systems.
Mimo że asystenci głosowi powinni się aktywować wyłącznie w momencie usłyszenia hasła aktywacyjnego, nieustannie podsłuchują i nagrywają nasze rozmowy. Korporacje nie mają zamiaru zdradzić, jak szczegółowe dane na temat swoich użytkowników przechowują w cyfrowych archiwach. W głośnej sprawie śmierci Victora Collinsa, którego ciało znaleziono w domu Jamesa Batesa w 2015 r., Amazon odmówił władzom przekazania zarejestrowanych rozmów przez głośnik Echo z asystentką głosową Alexa, powołując się na zapisy w konstytucji. Na wniosek samego oskarżonego, dane ostatecznie zostały udostępnione, po czym prokuratura wycofała zarzuty wobec Batesa.
W tym roku po raz kolejny zrobiło się głośno o Aleksie. Podczas kłótni pewnego amerykańskiego małżeństwa inteligentny głośnik błędnie rozpoznał jedno z wypowiadanych słów jako „Alexa”, potem w natłoku wypowiadanych słów usłyszał polecenie „wyślij”, a następnie przechwycił słowo podobne do nazwiska znajomego małżeństwa i w ten sposób cała rozmowa została przesłana bez wiedzy użytkownika do tego znajomego. W wydanym oświadczeniu Amazon stwierdził, że doszło do nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności. Firma odmówiła jednak zwrotu pieniędzy za zakup urządzenia, kiedy para postanowiła oddać je w ramach reklamacji.
– Musimy być tego świadomi, że nawet kiedy nie jest to naszą intencją, to taki asystent może zadziałać, bo nie ma tam jakiejś bardzo zaawansowanej sztucznej inteligencji po drugiej stronie. Są algorytmy, które wychwytują słowa klucze. Jeżeli gdzieś w naszej rozmowie, która jest prowadzona w bliskiej odległości od takiego asystenta, te słowa klucze padną, to asystent się uruchomi i wykona polecenia, których nie chcieliśmy, a które pasowały do tego wzorca – tłumaczy Andrzej Nowodworski.
Firma Checkmarx zajmująca się badaniem bezpieczeństwa oprogramowania udowodniła, że niepozorny głośnik od Amazonu może się zmienić w urządzenie szpiegujące. Programistom udało się opracować prostą aplikację z kalkulatorem, w której zaszyto kod aktywujący nieustanne nagrywanie tego, co słyszy Alexa. Gdyby takie oprogramowanie trafiło w ręce cyberprzestępców, mogliby oni nieustannie nasłuchiwać, co dzieje się w otoczeniu ich potencjalnych ofiar. Przechwycenie poufnych rozmów mogłoby posłużyć do przeprowadzenia szantażu albo zaplanowania kradzieży.
– Często asystenci głosowi czy tego typu systemy są podłączane do większej infrastruktury typu inteligentny dom lub w firmach, w salach konferencyjnych. Możemy za pomocą takiego inteligentnego asystenta wydawać jakieś polecenia i to powoduje obniżenie poziomu bezpieczeństwa całego systemu, ponieważ system jest tak bezpieczny, jak bezpieczne jest najsłabsze ogniwo – ostrzega ekspert.
Wraz z popularyzacją Internetu Rzeczy zagrożenia ze strony inteligentnych asystentów będą coraz większe. Jeśli haker włamie się do naszego komputera i będzie w stanie wyemitować komendę głosową, otrzyma praktycznie nieograniczony dostęp do naszych prywatnych danych oraz samego mieszkania. Pozwoli to np. zdalnie wyłączyć system monitoringu, a nawet otworzyć inteligentny zamek w drzwiach naszego domu.
Jeśli za pośrednictwem asystenta głosowego przestępcy uzyskają dostęp do nagrań z monitoringu, będą wiedzieli, kiedy najlepiej dokonać włamania i gdzie mieszkańcy trzymają swoje oszczędności. Wejdą do mieszkania niezauważeni i opróżnią je w kilkanaście minut, zanim ktokolwiek zdąży zareagować.
– Hakerzy to też ludzie, nie utrudniają sobie pracy, idą najprostszą możliwą ścieżką. Dla producentów priorytetem jest funkcjonalność, a nie bezpieczeństwo. Doskonały przykład mamy w samochodach, gdzie nie da się włamać do samochodu, ale okazało się, że poprzez system multimedialny, który jest podłączony do internetu, można się dostać do komponentów samochodu i wydawać im różne polecenia. Tutaj jest analogicznie – jeżeli dostaniemy się do systemu inteligentnego domu, zarządzania salą konferencyjną czy jakiegoś innego systemu poprzez takie słabe ogniwo, to jesteśmy już na o wiele lepszej pozycji i mamy większe pole manewru jako hakerzy – twierdzi współwłaściciel Immunity Systems.
Według analiz przeprowadzonych przez firmę badawczą Market Research Future, branża inteligentnych asystentów do 2023 roku osiągnie wartość 7,8 mld dol. W najbliższych latach będzie rozwijać się w tempie niemal 40 proc. średniorocznie.
Kolonizacja Księżyca to jeden z najbliższych celów wielu agencji kosmicznych i prywatnych firm. Zbudować bazę na naturalnym satelicie Ziemi chce m.in. najbogatszy człowiek na świecie Jeff Bezos. Buduje w tym celu nowoczesne, ekologiczne i tanie rakiety, które pozwolą znacząco obniżyć koszty podróży kosmicznych. Niedawne odkrycie naukowców z NASA, którzy udowodnili istnienie na Księżycu wody w stanie stałym, może być przełomem w kolejnych misjach kosmicznych.
W najnowszym oświadczeniu NASA udowadnia, że na Księżycu znajduje się woda w stanie stałym. Chociaż Księżyc nie ma atmosfery i ziemskie życie by tam nie przetrwało, to odnalezienie dowodów na istnienie wody, może się okazać przełomem dla przyszłych misji kosmicznych. Na Księżycu temperatura w ciągu dnia dochodzi do 100 stopni Celsjusza, ale na jego biegunach nigdy nie świeci słońce, a temperatura nie wzrasta powyżej -157 stopni Celsjusza. Tzw. lód wodny odkryto w kraterach właśnie na biegunach księżyca.
– Ten lód po prostu nie odparował przez te parę miliardów lat. To ma ogromne znaczenie dla przyszłych misji księżycowych. Gdybyśmy chcieli wybudować wreszcie bazę na Księżycu, miejmy nadzieję w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat, to moglibyśmy właśnie stamtąd czerpać wodę. Przewiezienie nawet kilograma wody na Księżyc to są setki tysięcy dolarów. To byłaby ogromna oszczędność, gdybyśmy znaleźli źródło wody tam, na miejscu – mówi agencji Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Centrum Nauki Kopernik.
Od 46 lat na Księżycu nie wylądowała ani jedna misja załogowa. Powodem zawieszenia lotów były ograniczenia budżetowe. NASA planowała zrealizować jeszcze trzy loty na ziemskiego satelitę, ale rząd USA stwierdził, że nie ma pieniędzy na kolejne misje. Stany Zjednoczone wygrały ze Związkiem Radzieckim wyścig na Księżyc, nie istniały żadne polityczne powody dla dalszego finansowania programu Apollo.
– Dziś mamy więcej innych kłopotów, ale agencje kosmiczne – nie tylko te narodowe, lecz także te mniejsze – i prywatne firmy są w stanie podjąć wspólnie np. budowę bazy księżycowej. Wspólna misja realizowana przez różne agencje kosmiczne, to jest to, do czego dąży człowiek – tak będzie łatwiej i taniej. Dzięki prywatnym firmom opracowywane są też nowe technologie, dzięki którym wysyłanie nawet zwykłego satelity na orbitę jest znacznie tańsze – twierdzi Mateusz Borkowicz.
Według ekspertów obecnie jedynym sensownym powodem powrotu na Księżyc wydaje się założenie stałej bazy badawczej, która ułatwiłaby dalszy podbój kosmosu. Do niedawna było to jednak przedsięwzięcie zbyt kosztowne, aby można było wcielić je w życie. Dopiero założenie przez Elona Muska firmy SpaceX i zbudowanie rakiet wielokrotnego użytku sprawiło, że można zacząć myśleć o powrocie na Księżyc. Dzięki wykorzystaniu rakiet z rodziny Falcon wysyłanie ładunków w przestrzeń kosmiczną stało się znacznie tańsze.
– Mam nadzieję, że wreszcie wybudujemy bazę na Księżycu, a dalej pewnie na Marsie. Tak naprawdę robimy to z wielu powodów. Po pierwsze, żeby udowodnić sobie, że potrafimy. Po drugie, musimy znaleźć w przyszłości miejsce, gdzie moglibyśmy uciec z Ziemi, gdyby coś mogło jej realnie zagrozić – tłumaczy ekspert Centrum Nauki Kopernik.
Nie tylko Elon Musk pracuje nad obniżeniem kosztów lotów kosmicznych, również Jeff Bezos, szef Amazonu, finansuje badania nad ekonomicznymi rakietami kosmicznymi. Finansowana przez niego firma Blue Origin pracuje nad rakietą New Glenn, która już w 2020 roku ma ruszyć w swoją pierwszą podróż. Rakieta ma być tańsza w eksploatacji niż obecnie używane systemy, a przy okazji wyniesie więcej ładunku niż rakiety Falcon od SpaceX.
Bezos jest także bardzo zdeterminowany w swoich planach kolonizacji kosmosu. Uważa, że Księżyc jest wprost stworzony do założenia tam stacji badawczej i zrobi wszystko, aby ta powstała. Zapowiedział, że jest gotów pracować z NASA i ESA nad realizacją tego projektu, a jeśli te nie będą zainteresowane – sam sfinansuje stworzenie pierwszej księżycowej kolonii.
Z kolei szef NASA, Jim Bridenstine, twierdzi, że kluczem do podboju kosmosu nie powinno być jak najszybsze wysłanie człowieka na Księżyc, a zbudowanie specjalnych portów kosmicznych, czyli punktów przesiadkowo-przeładunkowych, które ułatwią przemieszczanie się w odległe zakątki Układu Słonecznego. Pierwsza taka brama miałaby usprawnić stworzenie bazy na Księżycu, a druga pozwoliłaby wysyłać regularne ładunki w stronę Marsa.
– Być może kiedyś coś uderzy w Ziemię, nie będziemy w stanie się przed tym obronić, będziemy musieli się przenieść. Księżyc jest najbliżej, to jest najłatwiejszy cel. Z drugiej strony Mars jest planetą, jest większy, ale jest dalej od Słońca, jest tam zimniej, choć przy współczesnej technologii jesteśmy w stanie tam dotrzeć. Problem pojawia się jeżeli chodzi o budżet, więc współcześnie te misje są wydłużone ze względu na brakujący budżet, ale nie są niemożliwe do zrealizowania.– podsumowuje Mateusz Borkowicz.
Według raportu opracowanego przez Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniesie 360 mld dol. Do 2026 roku wzrośnie do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.
Virtooal.com to firma, która wprowadziła do branży e-commerce nowatorski produkt – wirtualne lustro oraz wirtulną przymierzalnię. Rok temu zainwestował w nią Vit Endler, były dyrektor zarządzający Mall.pl. Dziś jako współwłaściciel wraz z Ondřejem Baginem (założycielem Vitooal.com) informuje o nowym inwestorze, który pomoże w dalszym rozwoju i globalnej ekspansji start-upa.
To wielkie wydarzenie, które stanowi kontynuację dobrej passy firmy. Cała kwota oferowana przez inwestora zostanie wykorzystana na rozwój produktu, marketing i poszerzenie modelu dystrybucji.
Ostatnie miesiące działalności Virtooal.com upłynęły na tworzeniu nowej struktury firmy, polepszaniu produktów od ich technicznej strony i planowaniu strategii na następne 3 lata. Produkt został podzielony na 4 segmenty, którym poświęcono wiele czasu i pracy, by je doprecyzować. Dla przykładu – wirtualne lustro posiada wersje, które dopasowane są do potrzeb e-sklepów sprzedających np. okulary, biżuterię lub kosmetyki. Obecnie jego pełnej wersji używa przeszło 50 sklepów, a wersji darmowej blisko 1000 sklepów. Celem na koniec 2018 roku jest uzyskanie 100 klientów subskrybujących dostep do wirtualnego lustra. W kolejnym roku firma planuje obsługiwać kilkuset klientów.
Vít Endler
Plany mogą jednak ulec poszerzeniu, w zależności od wyników testowania Virtooal.com jako platformy reklamowej dla polskich stron content web sites, które już trwa i których wyniki poznamy jeszcze w tym roku. Stanowić będą niezwykle cenne źródło wiedzy o specyfice polskiego e-handlu, oczekiwaniach klientów docelowych i potrzebach sklepów internetowych. Okazuje się, że branżę e-commerce nie można traktować globalnie. Jest to dziedzina, którą kształtują lokalne aspekty. Dlatego tak ważne jest, że testowanie platformy reklamowej odbędzie się właśnie na rynku polskim. Jego specyfika nie jest obca dla Vita Endlera, który przez lata z sukcesem zarządzał polskim oddziałem firmy Mall – giganta w branży e-commerce. Jego doświadczenie i wyniki testów będące źródłem aktualnej wiedzy to potężna narzędzie, które niewątpliwie wyznaczy firmie właściwy kierunek działań.
W pierwszej fazie testów firma będzie koncentrować się na rynkach Europy Środkowej,
w której Polska stanowi jeden z rynków z największym potencjałem. Następnie na cel zostaną obrane rynki amerykańskie (zarówno północne jak i południowe), choć największy potencjał dla Virtooal.com upatrywany jest na rynkach Azjatyckich. Póki co firma partnerska uczestnicząca w testach na terenie Polski pozostaje tajemnicą, tymczasem testowany produkt jest już oferowany polskim przedsiębiorcom.
Nowy inwestor – firma CS Development ma długoletnie doświadczenie w tworzeniu oprogramowania dla dużych projektow IT. Nowy inwestor wniesie nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim merytoryczną wiedzę, zaplecze i źrodła personalne – mówi Vit Endler, współwłaściciel Virtooal.com. Wartość firmy szacowana jest już na ponad 1 mln EUR. CS Development zdecydowała się zainwestować w zamian za udział mniejszościowy. – Wartość firmy nie jest teraz dla nas najważniejsza. Skupiamy się na stworzeniu najlepszego produktu, który pomoże e-commerce w branży beauty i fashion – dodaje V. Endler.
Ondřej Bagin
– Mamy doświadczenie z budowania potężnych systemow IT dla dużych korporacji. Inwestycja w Virtooal.com to dla nas nowe doświadczenie, ale wpisuje się w ogólny cel naszego działania – wyszukiwać innowacyjne projekty i inwestować w ich rozwój. W Virtooal.com ujrzeliśmy ogromny potencjał i szanse powodzenia na rynku światowym – mówi Jan Suchomel CEO CS Development. – Ondřej Bagin i Peter Soos, założyciele projektu odpowiadają za handel i rozwój IT, z kolei Vit Endler wnosi duże doświadczenie z zakresu e-commerce i kierowania firmą medzynarodową. Takie połączenie wzbudziło nasze zaufanie, dlatego zdecydowaliśmy się zainwestować – dodaje J. Suchomel.
CS Development to czeska firma software’owa z 25-letnim doświadczeniem, która zajmuje sie bezpieczeństwem i przepływem dokumentów. W ostatnich latach opracowuje też rozwiązania dla platform internetowych i mobilnych. W związku z tym zdecydowała się na stworzenie w swojej centrali w Pradze działu wsparcia dla młodych start-upów z branży IT.
Pozyskanie nowego inwestora daje wielkie możliwości i pozwala planować przyszłość. Działania, zarówno te krótko jak i długoterminowe są już określone i świadczą o wielkich aspiracjach zarządu firmy. – Mieliśmy plan przenieść firmę ze Słowacji do Pragi, ale w końcu zostajemy na miejscu. Development team zbudujemy częściowo z naszych pracowników, a częściowo z outsourcingu. Naszym biznesowym priorytetem jest stworzenie sieci dystrybucyjnej, która pozwoli poszerzyć nasz światowy zasięg. Równolegle przygotowujemy Virtooal.com do największych platform e-commerce typu Shopify czy Magento – zdradza Ondřej Bagin.
Spośród 2 mln europejskich pojazdów wjeżdżających co roku do Wielkiej Brytanii ponad 450 tysięcy stanowią polskie ciężarówki. Dlatego już samo zmniejszenie wymiany towarowej i zerwanie dotychczasowych łańcuchów dostaw pomiędzy wyspą a kontynentem odbije się znacząco na liczbie przewozów a tym samym na przychodach polskiej branży transportowej – ostrzegają Konfederacja Lewiatan oraz organizacja Transport i Logistyka Polska.
O fatalnych dla sektora transportu drogowego skutkach wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, bez zawarcia umowy o przyszłym partnerstwie, alarmują również Międzynarodowa Unia Drogowa (IRU) oraz BusinessEurope. Jeśli brytyjski rząd oraz Komisja Europejska nie wynegocjują na czas umowy regulującej wzajemne relacje po 29 marca 2019 roku grożą nam wysokie koszty operacji i trudności dla naszych firm w dostępie do brytyjskiego rynku.
Zdaniem organizacji Transport i Logistyka Polska ewentualne wprowadzenie zabierających czas procedur celnych i paszportowych oraz konieczność posiadania gwarancji celnych, znacząco zwiększą koszty i ryzyko prowadzonych operacji transportowych.
– Wobec prawdopodobnego załamania negocjacji w sprawie zasad dalszych relacji Unii i Wielkiej Brytanii, oprócz znacznego podniesienia kosztów, problemem dla polskich firm transportowych może być sam dostęp do brytyjskiego rynku. Być może konieczny będzie powrót do obowiązującej przed wejściem Polski do Unii Europejskiej dwustronnej umowy w sprawie międzynarodowych przewozów drogowych lub szybkie podjęcie prac przez nasz rząd nad zdefiniowaniem na nowo dwustronnych relacji polsko-brytyjskich dotyczących reguł prowadzenia przewozów drogowych – mówi Maciej Drozd, ekspert ds. międzynarodowych Konfederacji Lewiatan.
Fakt ustanowienia kontroli granicznej i celnej między Unią Europejską a Wielką Brytanią, nawet w warunkach zawartego porozumienia, spowoduje utrudnienia w płynności ruchu drogowym przez kanał La Manche, co skutkować może przeniesieniem nawet 50-60 proc. ładunków na transport morski, na czym skorzystałyby przede wszystkim holenderskie i belgijskie porty. Brak umowy między Londynem a Brukselą i trudności formalne w wykonywaniu przewozu w Wielkiej Brytanii przez firmy z UE może tylko zwiększyć ten odsetek.
Przez 15 lat rząd będzie dopłacał do czynszu najmu. Program startuje z początkiem 2019 r. Wydatki finansowane przez podatników będą rosnąć, docelowo program ma kosztować ponad 3 mld zł rocznie.
Program „Mieszkanie na start” powstał skutkiem zmian w programie „Mieszkanie +”. Doszło do dużych zmian w najważniejszych jego założeniach. Rząd stał się on bardziej hojny, ale też wprowadzono coroczną kontrolę dochodów tych, którzy będą korzystać z programu.
-To program dla rodzin, których nie stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego, albo nie chcą się zadłużać na wiele lat, ponosząc koszty spłaty kredytu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M.Skoczeń z Emmerson Realty SA.
W pierwszym roku na dopłaty w budżecie ma być zarezerwowana kwota 200 mln zł. Co ma rosnąć o kolejne 200 mln. Na przeciętnego beneficjenta przypadać będzie ok. 54 tys. zł dofinansowania. Oczywiście kwota ta rozłożona ma być na 15 lat, a więc miesięcznie daje to 300 zł. Wysokość dopłaty zależy jednak od wielkości wynajmowanego mieszkania, lokalizacji i liczby osób w gospodarstwie domowym.
Aby skorzystać z dopłat, trzeba będzie spełnić szereg wymagań. Najważniejszy jest poziom zarobków: dla jednej osoby maksymalnie 60% średniego wynagrodzenia. Każdy dodatkowy członek rodziny, to dodatkowe 30 pkt. proc.
Przystępując do programu nie można też posiadać mieszkania lub domu, a wynajmując z dopłatą. Sama nieruchomość będzie musiała być nowa i zbudowana w porozumieniu z gminą.
– Irańskiej ropy będzie nawet 1,5 mln baryłek mniej, a Chiny mogą wkrótce po raz kolejny skorzystać z niskich cen tego surowca w Stanach Zjednoczonych – przewiduje analityk XTB Michał Stajniak.
Bycze sygnały dla rynku ropy naftowej płyną przede wszystkim z Iranu, który jest izolowany po wyjściu Stanów Zjednoczonych z porozumienia nuklearnego z tym krajem. Z początkiem listopada w życie ma wejść embargo na irańską ropę.
– Wiele państw, które kupowały ropę z Iranu już tym momencie decyduje się na znaczne zmniejszenie importu lub nawet ograniczenie go do zera. Dane z tankowców pokazują, że w pierwszej połowie sierpnia spadek eksportu tego surowca mógł sięgnąć nawet 700 tys. baryłek na dzień, co jest zdecydowanie większa wartością, niż oczekiwali analitycy jeszcze kilka tygodni temu. (…) Ropy może być nawet 1,5 mln baryłek mniej – ocenia w rozmowie z MarketNews24 Stajniak.
Kolejnych pozytywnych sygnałów dla rynku ropy analityk doszukuje się w Chinach, które w najbliższym czasie mogą znów rozpocząć import surowca ze Stanów Zjednoczonych. – Kraj ten nie nałożył bezpośrednich taryf celnych na ropę naftową z USA, a jedynie na produkty ropopochodne. Dlatego Chiny po raz kolejny mogą skorzystać z dość niskich cen amerykańskiej ropy – wyjaśnia.
Niemal 90% Polaków jest spokojnych o swoje miejsce zatrudnienia, a 6 na 10 oczekuje dalszych podwyżek w nadchodzących miesiącach. Takie nastroje nie powinny dziwić, w warunkach historycznie niskich poziomów bezrobocia i rekordowego popytu na pracowników. Obecnie ponad 45% firm planuje rekrutacje, co jest najwyższym wynikiem od 5 lat – wynika z najnowszej, dziesiątej już edycji „Barometru Rynku Pracy” przygotowanego przez Work Service S.A.
Tak jak zapowiadaliśmy na początku roku, rynek pracy w ostatnich miesiącach wrzucił wyższy bieg. Wiele dotychczasowych trendów jeszcze się pogłębiło, co przełożyło się na osiąganie rekordowych wskazań. Przy dobrej koniunkturze gospodarczej i wzroście PKB przekraczającym 5%, to strona pracownicza nadaje dziś tempo zmian rynkowych. Widać to choćby po względem poczucia stabilności sytuacji zawodowej. Obecnie tylko 8,7% Polaków obawia się utraty, a ponad 88% jest przekonanych o utrzymaniu obecnego zatrudnienia, co jest najwyższym wynikiem w historii naszych badań. Takie nastroje przekładają się również na inne aspekty, jak choćby najlepsze od 3 lat wskazania związane ze spodziewanym czasem znalezienie nowej pracy, a także wysokie aspiracje zarobkowe. Nadal niemal 60% oczekuje poniesienia poziomów płac, a przy zmianie zatrudnienia liczą na wyższe stawki o 25-50%. Tak silna presja płacowa z pewnością staje się dużym wyzwaniem dla strony pracodawców, ale jednocześnie napędza wysokie poziomy konsumpcji w polskiej gospodarce – podkreśla Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Co ciekawe, przy rekordowo niskich poziomach bezrobocia i wysokim poczuciu stabilizacji zawodowej, skłonność do zmiany pracy utrzymuje się na stabilnych poziomach. Obecnie 19,8% pracowników rozważa zmianę miejsca zatrudnienia i tylko co czwarta osoba z tej puli chce podjąć tę decyzję ze względu na obawę przed zwolnieniem. Główną motywacją, choć tracącą na znaczeniu, są wyższe zarobki – na nie wskazuje 37% respondentów. Co więcej ponad 66% Polaków spodziewa się znaleźć nowe miejsce zatrudnienia w okresie krótszym niż 3 miesiące.
W coraz większym stopniu zmierzamy w stronę merytokracji. Przez wiele lat pracownicy narzekali, że nie mogli znaleźć pracy bez odpowiedniej sieci znajomych, którzy mogliby ich polecić do pracy, a wiedzę o ofertach czerpali głównie od sieci koleżeńskiej. Kolejny kwartał z rzędu informacje pochodzące z portali ogłoszeniowych zyskują na znaczenia jako podstawowe źródło informacji o ofertach pracy – szuka ich tam 60% pracowników. Znajomi nadal są ważni, bo to drugie źródło wiedzy o ofertach pracy na które wskazuje 54% badanych. Rośnie też znaczenie mediów społecznościowych na które wskazuje jedna trzecia szukających pracy – komentuje wyniki raportu Piotr Arak, Zastępca Dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.
Rekordowa skala rekrutacji pod presją niedoborów
Ponad 45% przedsiębiorstw zamierza w najbliższym czasie uruchomić rekrutacje pracowników. Jest to wynik 6,2 p.p. wyższy niż przed rokiem i jednocześnie najwyższe wskazanie w pięcioletniej historii Barometru Rynku Pracy. Ponad połowa odpowiedzi dotyczy zwiększenia poziomu zatrudnienia, a pozostałe utrzymania obecnego stanu, który będzie zmienny ze względu na rotację pracowniczą. Jedynie 5% firm zapowiada zwolnienia. Największe plany rekrutacyjne wykazują sektor produkcyjny i handlowy, wśród których co drugi pracodawca zapowiada poszukiwanie nowych kadr. Firmy będą zabiegać głównie o pracowników niższego (55,6%) i średniego szczebla (47,3%), a 12,6% pracodawców planuje rekrutować członków kadry zarządzającej.
Ciekawym wnioskiem z badania jest to, że w Polsce nie widać jeszcze wyraźnie obecnego w krajach wysokorozwiniętych trendu, jakim jest tzw. polaryzacja rynku pracy. To zjawisko charakteryzuje się zanikiem ofert pracy dla mało doświadczonych oraz średniej klasy specjalistów, które polegają na wykonywaniu rutynowych zadań i jednoczesnym wzrostem liczby ofert dla wysokiej klasy specjalistów z mało powtarzalnymi zadaniami. Specjalistów średniego szczebla planuje zatrudnić ponad 47% firm w Polsce, a specjalistów niskiego szczebla – ponad 55% Wśród nich część wakatów to miejsca pracy z rutynowymi zadaniami, które są najbardziej podatne na automatyzację – zauważa Julia Patorska, Lider Zespołu ds. analiz ekonomicznych Deloitte.
Z raportu Work Service wynika, że niemal 72% firm zapowiadających zwiększenie zatrudnienia doświadczyło problemów rekrutacyjnych. Co więcej w tych regionach Polski, gdzie pracodawcy mają największe plany rekrutacyjne, tam zgłaszane są największe niedobory kadrowe.
Zapotrzebowanie na talenty znacznie przewyższa podaż w wielu branżach. Żyjemy na rynku opartym na kandydatach, a firmy stoją przed wyzwaniem dostosowania swojego procesu rekrutacji, aby móc szybko i efektywnie zaprosić najlepszych kandydatów do współpracy. Na dzisiejszym konkurencyjnym rynku, skrócenie czasu rekrutacji, to jedno z najtrudniejszych zadań dla firm. Najlepszy kandydat, po kilku tygodniach rozmów rekrutacyjnych, może po prostu być już niedostępny, kiedy otrzyma ofertę pracy. Sukces wymaga zbudowania dobrych relacji między menedżerami rekrutującymi i zespołem rekruterów, wdrożenia nowoczesnych narzędzi oraz ciągłego kontaktu z kandydatem – mówi Dorota Dublanka, Dyrektor Departament Rozwoju Zasobów Ludzkich i Efektywności Organizacyjnej KIR.
W drugiej połowie roku mniej podwyżek
Z „Barometru Rynku Pracy X” wynika, że 15,6% firm zapowiada podwyżki w nadchodzących miesiącach, co jest wynikiem niższym o 13,4 p.p. względem poprzedniej edycji badania, ale o 4,3 p.p. wyższym niż w analogicznym okresie przed rokiem. Największą skłonność do zwiększenia wynagrodzenia mają duże firmy, które zatrudniają ponad 250 pracowników (20,4%), a także przedsiębiorstwa z branży usługowej (26,5%) i produkcyjnej (25%). Co ciekawe, jedynie 0,7% badanych firm dopuszcza obniżenie stawek płac.
Skłonność pracodawców do podnoszenia płac jest niższa niż w pierwszych miesiącach roku. Ostatnie edycje badania wyraźnie sugerują występowanie sezonowości cyklu podwyżek na polskim rynku pracy. Gros pracodawców przyznaje je w pierwszym i drugim kwartale, a w drugiej połowie roku często brakuje już wolnych środków w budżetach na dalszą poprawę poziomów wynagrodzeń – podsumowuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor ds. Analiz w Work Service S.A.
USA podpisały wiążący dokument z Meksykiem dot. stworzenia nowego układu handlowego, który docelowo miałby zastąpić NAFTA. – To porozumienie pozwoli Trumpowi przekierować siły na inne fronty, przede wszystkim na chiński – ocenia w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Choć Donald Trump zasłynął z prowadzenia wielu wojen handlowych, to pierwsze istotne porozumienie handlowe podpisał z krajem, który – paradoksalnie – był obiektem jego największej krytyki w czasie kampanii wyborczej. Czy umowa z Meksykiem oznacza radykalną zmianę w polityce prezydenta Stanów Zjednoczonych?
– Byłby to optymistyczny scenariusz, ale moim zdaniem się nie zmaterializuje. Zamknięcie frontu z Meksykiem, czyli spokój na swoim podwórku, bo do porozumienia dołączy też prawdopodobnie Kanada, pozwoli przekierować siły na inne fronty, przede wszystkim na chiński. (…) Spodziewałbym się powrotu twardej linii wobec Pekinu i sądzę, że jesień może przynieść nowy etap w wojach handlowych Trumpa – przewiduje Kwiecień.
Ciągle rozwijasz swój biznes. Zapewne wiesz, jak wiele zależy od pracy i zaangażowani osób, które rozprowadzają twoje produkty do dalszych podmiotów. Chodzi tu konkretnie o wszelkich dystrybutorów, agentów i sprzedawców. Na ich pracę również możesz wpłynąć, stosując różnego rodzaju programy. Wykorzystaj swoje relacje i zyskuj!
Od czego zacząć?
Pierwszy krok to przygotowanie planu działania – strategii. Co ważne musi być ona zrozumiała nie tylko dla ciebie, ale też przede wszystkim tych, którzy będą jej uczestnikami. Zadbaj o konkrety, osiągalny cel, to kierunek zdefiniowany w dostępny sposób. Przedstaw dane, liczby, które są realne i możliwe do osiągnięcia. W przeciwnym razie możesz osiągnąć wynik przeciwny do zamierzonego, osłabić zapał podmiotów, na które zamierzałeś wpłynąć.
Wybierz konkretną grupę lub grupy docelowe. Dobra strategia to strategia dedykowana do wybranych podmiotów, a nie do wszystkich. Jakich? Takich, które mają duży potencjał wzrostowy. Jeżeli zawęziłeś krąg określonych osób, w dalszej kolejności ustal, jak będziesz mierzyć efekty ich aktywności. Musi być to proces prosty i skuteczny, aby szybko dawał odpowiedź na twoje wszelkie pytania.
Wszystko powinno być jasne także dla uczestników, aby wiedzieli, ile zyskają, przekraczając kolejny próg punktowy. Ustal ponadto, w jaki sposób będziesz się komunikował z osobami, do których skierowany jest program motywacyjny. Od tego zależy, czy takie wsparcie sprzedaży będzie skuteczne.
Karta przedpłacona – jasne zasady
Decydując się na takie rozwiązanie, musisz pamiętać, aby dokładnie określić kwotę, jaką zasilana będzie karta. Zbyt skomplikowane i wyśrubowane reguły mogą zniechęcić nawet najbardziej zaangażowanego uczestnika. Określ także czas, w jakim będzie obowiązywał ten program. A dla siebie przygotuj informację o budżecie, jaki chcesz przeznaczyć na twoje programy motywacyjne.
Dużo więcej informacji o tym, czym jest program lojalnościowy znajdziesz na stronie internetowej Edenred.pl. Sprawdź, dlaczego motywacja i dobre kontakty, to kwestie kluczowe w biznesie.
Branded Content to pojęcie co raz częściej pojawiające się w języku reklamy. Oznacza kreatywne podejście do zaspokojenia potrzeb klienta w zakresie promocji samej firmy czy jej produktów. Angażuje użytkownika dużo bardziej niż klasyczna reklama. Jest wiarygodny, nie jest nachalny, nie epatuje brandem.
– Najbardziej spektakularnym przykładem jest ten z 2001 roku, kiedy to niemiecki producent zatrudnił czołowych hollywoodzkich reżyserów do stworzenia serii krótkich filmów, gdzie główną rolę zagrał Clive Owen. Jedynym brandingiem był samochód BMW prowadzony przez głównego bohatera. Efekt jaki osiągnięto to ponad 100 000 mln wyświetleń na stronie bmw, a zaznaczam, że było to jeszcze cztery lata przed powstaniem serwisu YouTube – mówi w rozmowie z MarketNews24 Luiza Jasińska z MrTarget.
Najpopularniejszą formą są filmy, gry, blogi i aplikacje. Najlepszym i wszystkim nam znanym przykładem takich realizacji jest seria filmów i gier komputerowych z udziałem figurek popularnych klocków Lego, a najnowszy trend w obszarze branded kontent związany jest z urządzeniami mobilnymi.
Są to tzw drugie ekrany „second screen”. Wystarczy, że podczas oglądania filmu, czy programu telewizyjnego mamy przy sobie swoje smartfona i zainstalowaną na nim odpowiednią aplikacje. Rozpoznaje ona co aktualnie wyświetlane jest na ekranie i uruchamia odpowiednią stronę internetową z dodatkowymi treściami, czy materiałami niedostępnymi w inny sposób. Np. oglądając mecz w telewizji możemy otrzymać darmową wersję gry, gdzie np. możemy stworzyć własną drużynę w koszulkach z logiem producenta.
Pozwala to na stwierdzenie, że Branded Content to przyszłość reklamy. Nowy sposób na dotarcie do klienta końcowego, który szuka nie tylko danego produktu ale również rozrywki i traktowanie go jak równorzędnego partnera, a nie tylko oglądacza reklam.
Po raz pierwszy od eksplozji kredytów ich liczba spadła poniżej 500 000. Turecka lira wciąż traci na wartości, nie ciągnie za sobą jednak tak mocno innych walut. Argentyńskie peso wciąż w odwrocie.
Zmniejszający się problem frankowy
Frank nie kosztuje co prawda jak w kwietniu poniżej 3,50 zł, ale nadal poziomy w okolicach 3,70 zł okazały się atrakcyjne do spłat. Z pewnością nie przeszkadzają rosnące ceny nieruchomości pozwalające się uwolnić wielu kredytobiorcom od hipotek frankowych. Liczba kredytów w ostatnim badaniu spadła już poniżej 500 000 sztuk. To nadal dużo, ale pamiętajmy, że w kulminacyjnym momencie było ich ponad 700 000 sztuk. Jeżeli tendencja utrzyma się to w kolejnych wyborach problem frankowy z pewnością nie będzie tak głośno dyskutowany. Po pierwsze kredytów będzie mniej, po drugie obecny kurs franka powoduje, że straty o ile są na tym rozwiązaniu są znacznie mniejsze.
Turcja dalej straszy
Kilka dni spokoju wcale nie spowodowało, że inwestorzy nagle ruszą do Turcji. Emocji jest mniej, ale tendencja dalej mówi o wycofywaniu się z tego regionu. To właśnie dlatego od początku tygodnia lira straciła na wartości już 5%. To co się zmieniło to promieniowanie tego problemu na zewnątrz. Wielu inwestorów pogodziło się z tym, że Turcja ma problem i nie przenosi tego tak silnie na inne kraje regionu. To właśnie dlatego złoty odzyskał sporo na wartości pomimo faktu, że turecka lira wciąż idzie w dół
Wraca temat Argentyny
Problemy argentyńskiego peso chowały się dotychczas trochę w cieniu liry tureckiej. Warto zwrócić uwagę, że pomimo wsparcia Międzynarodowego Funduszu Walutowego wcale nie doszło do cudownego rozwiązania sytuacji. W ciągu roku ostatniego miesiąca za jednego dolara trzeba płacić już nie 27,5 peso a ponad 31. Na początku roku było to 19 peso. Wszystko dzieje się pomimo wrzucanych na rynkach kolejnych pakietów środków. Co powoduje problemy waluty? Rosnące ponad 9% bezrobocie. Inflacja właśnie przekraczająca 30% pomimo podniesienia głównej stopy procentowej w ciągu roku z 29% do 45%. Na szczęście problemy Argentyny nie rzutują na złotego. Powodują one jednak wzrost napięć na rynkach światowych, który może nam finalnie zaszkodzić.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – PKB.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Konflikt gospodarczy Stanów Zjednoczonych i Chin jest realną szansą dla polskich przedsiębiorców? Komentarz Marka Suczyka, wiceprezesa Famedu Żywiec.
1 bilion USD – do takiego poziomu, zgodnie z założeniami, wzrosną do 2020 roku wydatki na służbę zdrowia w Chinach. Wedle szacunków do końca trwającej dekady chiński rynek urządzeń medycznych stanie drugim pod względem wartości na świecie*. Wytwarzany w Polsce sprzęt medyczny – m.in. stoły operacyjne i łóżka szpitalne – jest bardzo pozytywnie oceniane przez tamtejszych lekarzy.
Czy narastający konflikt gospodarczy Stanów Zjednoczonych i Chin, w ostatnich dniach karne cła objęły m.in. sprzęt medyczny, może stać się szansą dla polskich producentów?
Polskim przedstawicielem branży medycznej w Państwie Środka jest Famed Żywiec. Na tamtejszym rynku spółka obecna jest od kilkunastu lat sukcesywnie umacniając swoją pozycję.
Marek Suczyk – Wiceprezes Famed Żywiec
Specyfiką rynku chińskiego jest polaryzacja, hermetyczność i wysoka bariera wejścia. Z jednej strony mamy do czynienia z ogromnym zapotrzebowaniem na sprzęt niskiej jakości, co jest efektem funkcjonowania systemu nastawionego na masową opiekę medyczną. Równolegle jednak działają wysokiej klasy szpitale kliniczne zaopatrujące się jedynie w sprzęt najwyższej klasy.
Skutecznie spełniamy oczekiwania w tym zakresie. Nasz eksport do Chin obejmuje najbardziej zaawansowane produkty, jak np. łóżka na oddziały intensywnej terapii. W Chinach Famed spozycjonowany jest w segmencie premium. O pozytywnym odbiorze naszych wyrobów decydują: solidna marka oraz funkcjonalność i niezawodność, a także europejski design. To kluczowe czynniki, które pozwalają nam skutecznie konkurować z cieszącymi się wysoką renomą produktami firm amerykańskich, niemieckich czy japońskich. Ważnym wyróżnikiem jest przy tym właśnie nasza marka, gdyż chiński klient gotowy jest zapłacić kilkukrotnie więcej za tę samą funkcjonalność i jakość, jeżeli oferuje je uznany wytwórca.
Potwierdzeniem zaufania do produktów Famedu są wyniki. W latach 2014-2016, rokrocznie, niemal dwukrotnie zwiększaliśmy wartość przychodów uzyskiwanych w Chinach. Sprzedaż na tamtejszym rynku – jednym z kluczowych w strategii spółki – stanowi obecnie 17 proc. naszych przychodów.
Specyfiką branży jest m.in. konieczność przebrnięcia przez bardzo kosztowny proces rejestracji, trwający w ChRL minimum dwa lata. Z kolei cykl sprzedaży w branży medycznej obejmuje zwyczajowo okres kilku kwartałów. Wprowadzenie dodatkowych ceł na produkty medyczne nie przełoży się w prosty sposób na rozwój polskiego eksportu na tamtejszy rynek. Choć nie sposób przewidzieć czy za trzy lata będzie nadal trwała wojna handlowa, to jednak z pewnością zaistniała sytuacja jest szansą zwiększenia udziału w rynku dla europejskich producentów. Biznes nie znosi próżni, więc brak importowanych amerykańskich produktów – z uwagi na dużą chłonność rynku – zostanie szybko zastąpiony głównie produktami europejskim, japońskimi, jak również rodzimej produkcji. Jestem przekonany, że będziemy mieli w tym swój udział, co będzie wiązać się z utrzymaniem notowanego przez nas w ostatnich latach trendu wzrostowego.
***
23 sierpnia br., nastąpiła eskalacja konfliktu w wojnie handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami. W ramach odwetu po decyzji administracji prezydenta USA o rozszerzeniu katalogu produktów objętych karnymi cłami, władze ChRL objęły nimi m.in. sprzęt medyczny, którego amerykańskie firmy są istotnym globalnym producentem i eksporterem. Niemal wszyscy ważniejsi wytwórcy sprzętu medycznego ze Stanów Zjednoczonych eksportują swoje produkty na chiński rynek, a większość z nich prowadzi również produkcję w ulokowanych tam zakładach.
* Dane za: „Rynek urządzeń medycznych w Chinach”. Druk zrealizowany w ramach projektu pt. „Sieć Centrów Obsługi Inwestorów i Eksporterów (COIE)” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego”, PO Innowacyjna Gospodarka, 2007-2013.
34 proc. firm w Europie Zachodniej wykorzystuje w swojej działalności roboty. Polska pod tym względem znajduje się w ogonie wśród państw Unii Europejskiej, jednak i naszą gospodarkę czekają zmiany. Według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki jesteśmy w czołówce krajów, w których najszybciej rośnie liczba robotów wykorzystywanych do pracy. Jak automatyzacja procesów i rozwój nowoczesnych technologii w zarządzaniu przedsiębiorstwem wpływają na bezpieczeństwo ludzi?
Z danych raportu A.T. Kearney wynika, że 34 proc. zachodnioeuropejskich firm i aż 54 proc. amerykańskich podmiotów już teraz wykorzystuje roboty w swojej bieżącej działalności. Wśród branż najbardziej doceniających korzyści z automatyzacji i robotyzacji procesów na czele znajdują się finanse i ubezpieczenia. Jedna na cztery badane firmy z tego sektora korzysta z tego typu technologii. Na dalszych miejscach znajduje się branża zdrowotna (16 proc.), telekomunikacja i media (10 proc.), handel (9 proc.), produkcja oraz transport i logistyka po 6 proc., a stawkę zamyka sektor publiczny z wynikiem 5 proc. – Logistyka to branża z ogromnym potencjałem pod względem rozwoju i implementacji nowoczesnych technologii, w szczególności na rodzimym rynku. Polska, z racji położenia, coraz lepszej infrastruktury i dostępności wykwalifikowanej kadry znajduje się w europejskiej czołówce usług z tego sektora. Nasz kraj jest logistycznym hubem między Wschodem a Zachodem – mówi Jan Obojski, pełnomocnik ds. zarządzania logistycznego w ILS Grupa InterCars, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Aby praca była w pełni efektywna nasze centra dystrybucji posiadają zautomatyzowane regały, sortery, urządzenia transportowe, które pozwalają nie tylko na lepsze, ale i bezpieczniejsze wykorzystanie potencjału logistycznego. Pracownicy nadal są zobowiązani do ścisłego przestrzegania zasad i procedur, jednak zmienia się nie tylko charakter ich pracy, ale i zagrożenia psychofizyczne. Ludzie przejmują w dużym stopniu zadania koncepcyjne, a wykonywanie prac fizycznych wspierają maszyny. Nierzadko prace fizyczne zostają całkowicie po stronie maszyn. Ma to istotny wpływ na bezpieczeństwo – dodaje. Polska znajduje się wśród liderów pod względem przyrostu robotów wykorzystywanych do pracy. Według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki między 2011 a 2016 r. liczba takich urządzeń w Polsce rosła o 20 proc. średniorocznie. Rekordowy padł w 2015 r., kiedy polskie przedsiębiorstwa zainstalowały 1,5 tys. tego typu urządzeń. W efekcie w ubiegłym roku w krajowych firmach „pracowało” 10 tys. robotów.
Automatyzacja a bezpieczeństwo
Specjaliści zajmujący się bezpieczeństwem w firmach stają przed nowym wyzwaniem – organizacją bezpiecznej pracy ludzi w środowisku, w którym część zadań wykonują roboty. Z danych GUS wynika, że najczęstszą przyczyną wypadku jest nieprawidłowe zachowanie pracownika. Automatyzacja procesów po części zniweluje tę przyczynę, jednak dopóki człowiek będzie pełnił nadzór nad maszyną, dopóty będą miały miejsce wypadki przy pracy. A te z udziałem maszyn niosą za sobą najpoważniejsze konsekwencje. Statystyki PIP pokazują, że wśród zdarzeń śmiertelnych największą grupę od lat stanowią tego typu wypadki.
Specjaliści bhp muszą odpowiedzieć na te wyzwania. Już teraz parki maszynowe wyposażane są w czujniki bezpieczeństwa i szereg zabezpieczeń (wydzielone strefy, odcięcie zasilania, środki ochrony indywidualnej), które mają za zadanie minimalizację ryzyka wypadku. Firmy prowadzą także restrykcyjną politykę informacyjną na stanowiskach pracy zamieszczając odpowiednie komunikaty przy kluczowych z punktu widzenia bezpieczeństwa miejscach.
Wirtualny wypadek
Okazuje się, że nowoczesne technologie mogą nie tylko pozytywnie wpłynąć na obniżenie kosztów oraz szybkość i dokładność realizowanych zadań, ale także pomóc w zapewnieniu bezpieczeństwa pracownikom. Czasami są to bardzo proste rozwiązania, jak czujniki wykrywające ruch w miejscach, w których ze względu na martwe punkty może dochodzić do zderzeń i wypadków z udziałem ludzi czy wózków widłowych. Nie brakuje jednak bardziej złożonych rozwiązań. – Firmy zdają sobie sprawę, jak istotną kwestią jest bezpieczeństwo pracowników, dlatego wykorzystują zdobycze technologiczne w celu zapewnienia odpowiedniej wiedzy i bezpiecznych warunków pracy. Nie tak dawno turecka dywizja DHL Supply Chain zorganizowała dla pracowników szkolenie z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości, stworzonej na wzór gry komputerowej. Każdy z uczestników otrzymał specjalne okulary z interaktywnymi filmami 3D, w których wykorzystano 12 sytuacji o dużym ryzyku wypadku podczas pracy – opowiada Łukasz Włodyga, SHEQ & BCM Lead Central and Eastern Europe DHL Supply Chain, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Tego typu szkolenie jest bardziej angażujące niż tradycyjna prezentacja w Power Poincie. Dużo łatwiej jest przekazać uczestnikowi szkolenia potrzebną wiedzę, ponieważ bazuje się na autentycznych, mogących mieć miejsce zdarzeniach. Dodatkowo budzą one w uczestnikach silne emocje, co sprawia, że łatwiej jest zapamiętać zasady zachowania bezpieczeństwa – dodaje.
Przyszłość pod znakiem sztucznej inteligencji
Według szacunków A.T. Kearney rynek RPA (robotyzacji i automatyzacji procesów) w 2016 roku oscylował wokół kwoty 800 mln dolarów. Dwa lata później sięgnął 2 mld, a w 2020 roku przekroczy 5 mld dolarów. Podobna dynamika powinna utrzymać się w kolejnych latach. Badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych na zlecenie FleishmanHillard pokazuje, że 49 proc. respondentów uważa, że wykorzystanie sztucznej inteligencji i automatyzacji procesów wpłynie korzystnie na pracę i obowiązki pracowników. Najbardziej pozytywną opinię na temat nowych technologii mają osoby w wieku 25-34 lat – dwóch na trzech respondentów w tej kategorii wiekowej zauważa zalety wykorzystywania sztucznej inteligencji i automatyzacji. A to dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie będą mieli największy wpływ na kreowanie światowego rynku pracy.
Badania potwierdzają, że osobowość prezesa wpływa na wynik finansowy firmy na poziomie 17-24 procent. Przedstawiamy listę cech, które dominują wśród polskich managerów oraz jakie ma to konsekwencje dla firmy.
Według raportu* Assessment Systems Polska w pierwszych 18 miesiącach
od momentu objęcia stanowiska porażkę ponosi 38%-50% prezesów. Badania dowodzą, że nie ma gwarancji, iż osoba, która odnosi sukcesy w jednej firmie powtórzy je w kolejnej.
Cechy osobowości prawdziwego lidera
Osobowość managerów została zbadana za pomocą 7 skal:
Stabilność: pewność siebie, opanowanie w sytuacjach stresowych.
Ambicja: inicjatywa, współzawodnictwo oraz potencjał twórczy.
Towarzyskość: ekstrawersja, bogactwo kontaktów oraz dążenie do interakcji społecznych.
Wrażliwość interpersonalna: takt, społeczna wnikliwość oraz zdolność
do utrzymywania relacji z innymi.
Systematyczność: samodyscyplina, odpowiedzialność i sumienność.
Dociekliwość: wyobraźnia, ciekawość oraz potencjał twórczy.
Otwartość na wiedzę: orientacja na osiągnięcia, bycie na bieżąco w sprawach biznesowych i technicznych.
– Dobry przywódca to taki, który prócz posiadania odpowiednich kompetencji potrafi stworzyć i właściwie zarządzać zespołem tak, by osiągać bardzo dobre wyniki. Muszą być również dobrymi strategami, umiejętnie wykorzystać nadarzające się szanse, jak również zachowywać spokój w trudnych sytuacjach. – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.
Jakie cechy osobowości dominują wśród kadry zarządzającej?
Mediana wyników badania pokazuje, że wśród polskich managerów dominuje otwartość na wiedzę i towarzyskość. Obie te cechy na swoich skalach są w okolicach 60 percentyla. Dociekliwość jest na poziomie 55 percentyla, a skala systematyczności wskazała 52 percentyl. Wrażliwość interpersonalna i ambicja są na poziomie 47 percentyla natomiast stabilność ulokowała się na poziomie 32 percentyla. Badania nie wykazały istotnych różnic w osobowości w rozróżnieniu na płeć. Mężczyźni wykazują nieznacznie wyższą dociekliwość (mężczyźni na skali dociekliwości plasują się w ok. 31 percentylu, a kobiety w ok. 26 percentylu). Kobiety zaś są bardziej otwarte na wiedzę (mężczyźni na skali otwartości na wiedzę plasują się w ok. 60 percentylu a kobiety w ok. 73 percentylu).
– Polska kadra managerska jest otwarta na wiedzę i łatwo nawiązuje kontakty biznesowe. Ma wysokie ambicje i świadomie buduje swoją karierę. Jednak pomimo dobrego wykształcenia, wysokich kompetencji zawodowych i otwartości na nowinki technologiczne, odznacza się niską samooceną, odpornością na stres oraz małą pewnością siebie, co nie sprzyja podejmowaniu trafnych decyzji biznesowych. Z badań wynika również, że polscy managerowie łatwo się denerwują i często ulegają nastrojom. – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.
Tylko ok 30% firm potrafi właściwie wytypować managerów wewnątrz organizacji.
Rekrutacje na wysokie stanowiska często są przeprowadzone intuicyjnie. Według raportu Assessment Systems Polska 65%-75% pracowników awansuje się ze złych powodów, czego konsekwencją są błędne decyzje biznesowe. Niewłaściwie przeprowadzona rekrutacja to koszt ok. 150% rocznej pensji źle zrekrutowanego pracownika. Warto zatem skorzystać z narzędzi, które zweryfikują nie tylko kompetencje techniczne, ale również osobowość kandydata. Firma przed awansem pracownika, czy zatrudnieniem nowej osoby z zewnątrz powinna wiedzieć, czy dana osoba podoła wyzwaniu i odniesie sukces na nowym stanowisku. Kwestionariusze dr Roberta Hogana, które badają zarówno osobowość jak i motywację wypełniło już 6 milionów osób na całym świecie. Są rekomendowane przez Amerykańskie i Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne. Dzięki nim można obiektywnie ocenić poszczególnych kandydatów, ponieważ nie są brane pod uwagę wiek, płeć, uprzedzenia, stereotypy, czy inne kwestie pozamerytoryczne.
*Raport na podstawie badania Assessment Systems Poland przeprowadzonego na grupie 3542 polskich, czynnych zawodowo managerów, którzy pracują w średnich i dużych firmach o polskim i międzynarodowym kapitale w przeciągu ostatnich 5 lat.
ONE MORE LEVEL S.A. (poprzednio Laser-Med S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, zaprezentuje na amerykańskich targach PAX WEST swój flagowy produkt – grę „God’s Trigger”. Spółka pokaże całkowicie nowe demo, które zostało przygotowane specjalnie na te targi.
W dniach od 31 sierpnia do 3 września 2018 roku najważniejszy projekt Emitenta, czyli gra „God’s Trigger” będzie prezentowana na amerykańskich targach PAX WEST odbywających się w Seattle. Gra pojawi się na stoiskach partnerów ONE MORE LEVEL S.A. – amerykańskiej firmy Razer oraz fundacji Indie Games Polska. Prezentowana na targach wersja „God’s Trigger” jest zupełnie nowym i przygotowanym specjalnie na PAX WEST demem. Flagowa produkcja Spółki zostanie również zaprezentowana na polskim rynku, bowiem Emitent przygotowuje specjalne stoisko dla wszystkich uczestników największych polskich targów poświęconych tematyce gier komputerowych – Poznań Game Arena 2018, które odbędą się w dniach 12-14 października 2018 r. Zarząd ONE MORE LEVEL S.A. jest przekonany, że prezentacja gry na kolejnych branżowych targach wpłynie pozytywnie na budowanie grona odbiorców oraz stanowi ważny element kampanii marketingowej.
„Jest nam niezmiernie miło, że po bardzo ciepłym przyjęciu na targach E3, nasza gra po raz kolejny trafi do amerykańskiej publiczności. Prezentując grę za oceanem nie zapominamy jednocześnie o naszych lokalnych odbiorcach na polskim rynku. Dlatego też stoisko „God’s Trigger” pojawi się w październiku tego roku na największych polskich targach gier komputerowych – Poznań Game Arena. Uważamy, że nasza obecność na branżowych wydarzeniach to istotny element kampanii marketingowej, który pozwala zwiększać grono potencjalnych odbiorców gry.” – komentuje Iwona Cygan-Opyt, Prezes Zarządu Spółki ONE MORE LEVEL S.A.
Prace nad flagową produkcją Spółką – grą „God’s Trigger” – przebiegają zgodnie z przyjętym planem. Zespół ONE MORE LEVEL S.A. koncentruje się obecnie na realizacji jak najlepszego doświadczenia gameplayowego, a także na przygotowaniu premiery gry na wszystkich zapowiedzianych platformach jednocześnie, a więc na konsolach (PS4, Xbox One) oraz na komputerach osobistych PC. Projekt znajduje się obecnie w fazie polishingu, czego najistotniejszym elementem jest doskonalenie warstwy rozgrywki, która stanowi główny selling-point gry „God’s Trigger”.
W czerwcu 2018 r. Emitent podpisał umowę licencyjną z podmiotem, który będzie wyłącznym Wydawcą nowej gry z gatunku FPP produkowanej przez ONE MORE LEVEL S.A. Całkowity budżet tego projektu wynosi 4,5 mln zł. Nowa gra z gatunku FPP powstanie przy użyciu technologii Unreal Engine, a jej zapowiedź została przewidziana na drugą połowę 2019 r. Gra będzie docelowo tworzona na platformy PC, Xbox oraz PlayStation. Poprzez ukończenie zdecydowanej większości elementów w grze „God’s Trigger” część zespołu Emitenta została już przetransferowana do nowego projektu.
Spółka zakończyła 2 kw. 2018 r. zyskiem netto w wysokości 224 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 1.770 tys. zł. Rok wcześniej strata netto Emitenta sięgnęła 1,4 tys. zł, a jego przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 27 tys. zł. W całym pierwszym półroczu 2018 r. zysk netto ONE MORE LEVEL S.A. przekroczył 213 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 1.980 tys. zł.
Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 4 kwietnia 2018 r., sygn. akt I FSK 887/16, prawdopodobnie zapoczątkował nową linię orzeczniczą w zakresie podatku od towarów i usług w transakcjach pomiędzy małżonkami, prowadzącymi odrębne działalności gospodarcze. Wydane orzeczenie jest sporym ukłonem w stronę polskich podatników.
Stan faktyczny
Prowadząca działalność gospodarczą wnioskodawczyni zwróciła się do Ministra Finansów o wydanie interpretacji indywidualnej w przedmiocie podatku od towarów i usług. We wniesionym piśmie wskazała, że od maja 2014 r. prowadzi firmę zajmującą się transportem drogowym towarów, jest czynnym podatnikiem VAT i wykonuje wyłącznie czynności objęte tym podatkiem. W kontekście każdej transakcji przysługuje jej prawo do odliczenia podatku w pełnej wysokości. Nadto wnioskodawczyni pozostaje w związku małżeńskim. Małżonkowie nie zawarli tak zwanej intercyzy, a zatem dotyczy ich ustrój ustawowej wspólności majątkowej. Mąż wnioskodawczyni również prowadzi działalność gospodarczą w tej samej branży co jego żona i także jest podatnikiem VAT. W lipcu 2014 r. mąż wnioskodawczyni wynajął jej firmie maszyny – dwa ciągniki siodłowe, dwie naczepy oraz notebook. Małżonkowie planują jednak przeprowadzenie transakcji sprzedaży tych dóbr za cenę 1 zł netto, a zatem po cenie niższej od wartości rynkowej. Biorąc pod uwagę powyższy stan faktyczny, wnioskodawczyni zadała następujące pytania: czy przeniesienie składników majątkowych z działalności męża do działalności wnioskodawczyni jest neutralne na gruncie ustawy o VAT z uwagi na istniejącą wspólność majątkową małżeńską, czy wnioskodawczyni postąpi prawidłowo, kupując od męża maszyny za kwotę 1 zł netto i nabywając tym samym prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego oraz czy brak fizycznej zapłaty za zakupione od męża składniki majątkowe zobowiązuje wnioskodawczynię do dokonania korekty odliczonej kwoty podatku, wynikającej z tej faktury dokumentującej nabycie składników majątkowych od męża, zgodnie z art. 89b ustawy o VAT?
Stanowisko wnioskodawczyni
Wnioskodawczyni stała na stanowisku, że przeniesienie składników majątkowych z działalności męża do jej działalności jest neutralne w zakresie podatku VAT, ponieważ małżonkowie pozostają we wspólności majątkowej. Wnioskodawczyni jest formalnie współwłaścicielem maszyn. Ustawy o VAT nie stosuje się natomiast do czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy. Wnioskodawczyni nie może, na gruncie przepisów polskiego prawa, zawrzeć z mężem umowy dotyczącej ich wspólnego majątku. Nadto wnioskodawczyni uznała, że postąpi prawidłowo, kupując od męża maszyny i będzie to skutkowało prawem do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego, ponieważ na gruncie ustawy o VAT ona i jej mąż są traktowani niezależnie, jako samodzielne podmioty. Wnioskodawczyni nie widzi również konieczności dokonania korekty odliczonej kwoty podatku VAT, zgodnie z art. 89b ustawy, ponieważ nie nastąpi zapłata za maszyny (w praktyce bowiem żona musiałaby zapłacić mężowi z ich wspólnych pieniędzy).
Stanowisko Ministra Finansów i WSA
Minister Finansów, wydając interpretację indywidualną z 24 grudnia 2014 r., przyznał jedynie częściową rację wnioskodawczyni. Uznał, że jej stanowisko jest prawidłowe w zakresie prawa do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego w związku z zakupem maszyn. Organ nie zgodził się jednak z tym, iż przeniesienie składników majątkowych z działalności męża do działalności wnioskodawczyni jest neutralne na gruncie ustawy o VAT z uwagi na istniejącą wspólność ustawową małżeńską oraz że po stronie podatniczki nie istnieje obowiązek dokonania korekty odliczonej kwoty podatku wynikającej z faktury, zgodnie z art. 89b ustawy o VAT. Wojewódzki Sąd Administracyjny, rozpatrując skargę wnioskodawczyni, przychylił się do stanowiska Ministra Finansów. Wnioskodawczyni zwróciła się zatem ze skargą do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego
Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 4 kwietnia 2018 r., sygn. akt I FSK 887/16, zakończył kilkuletni spór. Sąd uznał, że w sytuacji, gdy pomiędzy małżonkami istnieje ustawowa wspólność majątkowa, wszelkie transakcje zawierane pomiędzy nimi, nie mogą mieć charakteru odpłatnego, nawet jeżeli małżonkowie prowadzą oddzielne działalności. W kontekście VAT natomiast Naczelny Sąd Administracyjny nawiązał do zasady autonomii prawa podatkowego i na tej podstawie stwierdził, że nie ma przeszkód, aby uznać, iż przesunięcie towarów z jednej działalności do drugiej nie stanowi odpłatnej dostawy towarów i nie podlega opodatkowaniu VAT. Jeżeli natomiast przeniesienie nie jest odpłatne, nie stanowi dostawy towarów, to w konsekwencji nie ma konieczności dokonania korekty zgodnie z art. 89b ustawy o VAT.
Rewolucyjne orzeczenie NSA
Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 4 kwietnia 2018 r. zdecydowanie odbiega od dotychczasowej linii orzeczniczej organów podatkowych i sądów administracyjnych. Wynika z niego bowiem, że małżonkowie prowadzący odrębne działalności, ale pozostający we wspólności majątkowej, będą mogli swobodnie przesuwać określone składniki majątkowe z jednej firmy do drugiej. Takie działanie nie wywoła skutków podatkowych w zakresie podatku od towarów i usług. Dlaczego orzeczenie NSA jest niezwykle korzystne dla podatników? Poza oczywistym wnioskiem, iż podatnicy zaoszczędzą 23% podatku VAT, należy zauważyć, iż możemy mieć do czynienia z układem, gdy jedno z małżonków jest podatnikiem VAT, a drugie nie. W tym układzie VAT-owiec kupuje towar i odlicza VAT, a nieVAT-owiec odsprzedaje go dalej bez VAT. To ogromny zysk dla firm!
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Segment hurtu na ścieżce wzrostu i poprawy efektywności. Detal pod znakiem akwizycji i integracji przejętych sklepów oraz inwestycji w nowe projekty
Przychody Grupy Eurocash w pierwszym półroczu 2018 r. sięgnęły blisko 10,8 mld zł, co oznacza wzrost o prawie 7% w porównaniu z analogicznym okresem 2017 r. Wzrost organiczny Grupy (z wyłączeniem przejętej w drugim kwartale sieci sklepów Mila) wyniósł ponad 5%.
Grupa notuje bardzo dobre wyniki w segmencie hurtowym. Sprzedaż tego segmentu wzrosła o ponad 5% r/r do 8,6 mld zł, a EBITDA, czyli zysk operacyjny powiększony o amortyzację, przekroczyła 160 mln zł i była o 13% wyższa niż przed rokiem.
Sprzedaż segmentu detalicznego wzrosła w okresie pierwszych sześciu miesięcy br. o ponad 7% do blisko 1,8 mld zł. Wpływ na wynik EBITDA tego segmentu (w pierwszym półroczu 2018 r. wyniosła 53,5 mln zł) ma integracja oraz remodeling i renowacja sklepów EKO. Po pierwszej połowie tego roku już 149 sklepów EKO działało pod szyldem Delikatesy Centrum, a trzy zaczęły funkcjonować pod szyldem Lewiatan.
Rozwijany przez Eurocash projekt dostaw produktów świeżych, który jest kluczowy dla wzmocnienia pozycji konkurencyjnej sklepów detalicznych, przyniósł w pierwszym półroczu br. ponad 300 mln zł przychodów i był bliski osiągnięcia progu rentowności już w drugim kwartale – znacznie szybciej od oczekiwań.
Znormalizowana EBITDA (po wyłączeniu kosztów o charakterze jednorazowym) dla całej Grupy Eurocash w pierwszym pórloczu 2018 r. wyniosła blisko 160 mln zł wobec niespełna 158 mln zł przed rokiem.
Znormalizowany skonsolidowany zysk netto w pierwszym półroczu br. wyniósł 21 mln zł wobec 38 mln zł przed rokiem. Niższy wynik związany był głównie ze wzrostem amortyzacji oraz kosztów finansowych.
W pierwszym półroczu br. Grupa Eurocash zanotowała silne dodatnie przepływy pieniężne z działalności operacyjnej w kwocie 186 mln zł. Mimo wypłaty dywidendy i wydatków na nabycie sieci Mila (łącznie 450 mln zł), zadłużenie netto Grupy Eurocash na koniec czerwca 2018 r. było na bezpiecznym poziomie (1,9 x 12-miesięczna EBITDA).
– W hurcie, który pozostaje wiodącym segmentem działalności Grupy Eurocash, kontynuujemy poprawę efektywności operacyjnej, co przekłada się zarówno na rosnącą sprzedaż, jak i wzrost wyniku EBITDA. W drugim kwartale sprzedaż like-for-like w naszych hurtowniach Cash & Carry wzrosła o 2,7%, co jest najlepszym wynikiem tego formatu od ponad czterech lat i potwierdza skuteczność przeprowadzonej w ubiegłym roku restrukturyzacji – wskazał Jacek Owczarek, członek zarządu i dyrektor finansowy Grupy Eurocash.
Na bardzo dobre wyniki segmentu hurtowego w pierwszym półroczu br. złożył się także silny, 10-procentowy wzrost sprzedaży w formacie dystrybucji aktywnej (Eurocash Dystrybucja), który obejmuje dostawy między innymi do klientów zrzeszonych w sieciach franczyzowych i partnerskich Lewiatan, Euro Sklep, Groszek oraz PSD (Gama).
— W segmencie detalicznym ważnym wydarzeniem w drugim kwartale tego roku było sfinalizowanie zakupu 187 sklepów Mila. Akwizycja ta dołożyła ponad 120 mln zł sprzedaży do całkowitych przychodów segmentu – w pierwszym półroczu sięgnęły one niemal 1,8 mld zł. Uwzględniając natomiast przychody sieci Mila od początku roku, sprzedaż pro forma segmentu detalicznego wyniosła prawie 2,4 mld zł, czyli o 43% więcej niż rok wcześniej – powiedział Jacek Owczarek. – Sfinalizowanie zakupu sieci Mila oraz planowane nabycie udziałów w spółce Partner, prowadzącej 26 sklepów Lewiatan, to kolejne etapy konsekwentnie realizowanej przez nas strategii, mającej na celu wzmocnienie pozycji rynkowej tysięcy niezależnych przedsiębiorców prowadzących sklepy detaliczne w Polsce. Dzięki własnym placówkom możemy sprawniej wdrażać w życie innowacyjne rozwiązania, zwiększać efektywność w obszarze logistyki, marketingu, jak i uzyskiwać od dostawców warunki zakupowe, które poprawią konkurencyjność naszych klientów wobec dyskontów – dodał członek zarządu.
W segmencie detalicznym Eurocash kontynuował ponadto integrację sieci EKO, przejętej na początku 2017 r. Po pierwszej połowie tego roku 149 sklepów EKO funkcjonowało pod szyldem Delikatesy Centrum, a trzy pod szyldem Lewiatan.
– Zmianie szyldu towarzyszy remodeling i renowacja sklepów, co wiąże się z ich czasowym zamknięciem na czas remontu, a także wyprzedażą produktów i późniejszymi działaniami promocyjnymi. W krótkim terminie odbija się to na rentowności segmentu. Dzięki renowacji lokalni klienci mają jednak możliwość robienia zakupów w znacznie dogodniejszych warunkach i przede wszystkim mają dostęp do znacznie korzystniejszej oferty. Już dziś widzimy, że sklepy po zmianie szyldu odnotowują lepsze wyniki sprzedaży od tych, które jeszcze nie przeszły renowacji –powiedział dyrektor finansowy Eurocash.
Ujemny wpływ na bieżącą rentowność Grupy Eurocash ma ponadto segment Projekty. Obejmuje on inwestycje w rozwój innowacyjnych formatów detalicznych, takich jak Duży Ben (sklepy z alkoholem), abc na kołach (mobilne sklepy spożywcze) oraz Kontigo (sklepy kosmetyczne), a także rozwój dystrybucji wysokiej jakości produktów świeżych.
– Pomimo że Projekty obciążają wynik EBITDA, my patrzymy na tę pozycję nie jak na koszt, tylko jak na inwestycję. Nie ma znaczenia, że z księgowego punktu widzenia są one widoczne w rachunku wyników zamiast w rachunku przepływów pieniężnych z działalności inwestycyjnej. Projekty wzmacniają konkurencyjność niezależnych polskich przedsiębiorców. Nasi klienci często nie są w stanie sfinansować samodzielnie takich inwestycji, więc uważamy, że naszą rolą jest przejąć tę odpowiedzialność. Po czasie, projekty zaczynają przynosić korzyści nie tylko właścicielom niezależnych sklepów, ale też i nam. W drugim kwartale projekt dostaw artykułów świeżych był bliski osiągnięcia progu rentowności. Znacznie wcześniej od naszych pierwotnych oczekiwań – podkreślił Jacek Owczarek.
Po okresie testów, Grupa Eurocash zdecydowała o udostępnieniu niezależnym przedsiębiorcom konceptów Duży Ben oraz Kontigo. Sieci te będą rozwijane w modelu franczyzowym i agencyjnym.
Po serii udogodnień opartych o sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe wprowadzonych z myślą o sprzedawcach platformy, eBay otwiera się także na polskich sympatyków marketingu afiliacyjnego. Już dziś, jeden z największych portali aukcyjnych na świecie, udostępnia możliwość przystąpienia do programu partnerskiego również w Polsce.
„eBay Partnership Network” (ePN) to program partnerski platformy eBay oparty o technikę marketingu afiliacyjnego, który poprzez kontekstowe plasowanie produktów na stronie internetowej, blogu lub innym medium, łączy użytkowników i potencjalnych kupców z platformą sprzedażową. Model ten pozwala na uzyskiwanie korzyści finansowych poprzez tworzenie interesujących, angażujących treści, np. na prowadzonego przez siebie bloga, wraz z promocją artykułów pasujących do przygotowanego materiału, które, dzięki wykorzystaniu spersonalizowanych linków, odsyłają czytelnika na platformę eBay.
Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay
– Niektóre firmy, oferując rozwiązania z zakresu marketingu afiliacyjnego, korzystają z partnerów zewnętrznych. W trosce o prawidłowy przebieg, eBay od początku do końca samodzielnie nadzoruje cały proces, tym samym zapewniając bezpieczeństwo transakcji. Po ważnych zmianach w sposobie śledzenia ruchu na stronach eBay, ePN jest teraz dostępny także dla polskich partnerów – mówi Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay.
Korzyść dla wszystkich
Dla angażującego funkcjonowania tego modelu marketingowego ważne jest, by promowanie produktów było odpowiednio premiowane. W partnerskim programie eBay, jeśli przekierowany użytkownik w ciągu 24 godzin dokona zakupu danego produktu, w zależności od kategorii produktowej, partner programu zyskuje od 50 do nawet 70% od prowizji eBay ze sprzedaży artykułu. Jedynym warunkiem otrzymania należności jest uzyskanie łącznej sumy przychodów w wysokości 10 dolarów miesięcznie (koszt uczestniczenia w programie partnerskim).
Z kolei dla użytkowników jest to przede wszystkim dotarcie do unikatowych produktów wyszukanych specjalnie dla nich przez partnerów programu. Dodatkowo, jeśli to właśnie dzięki przekierowaniu dokonali swojego pierwszego od roku zakupu na platformie, partner zyskuje dla nich bonus.
Jak przystąpić do programu
Aby dołączyć do programu partnerskiego, należy założyć konto na stronie programu (https://partnernetwork.ebay.com/), a następnie pobrać rozszerzenie Smart Share dla przeglądarki Chrome. To dzięki niemu tworzone są spersonalizowane linki odnoszące na stronę oferty zamieszczonej na eBay.de, a następnie przekierowujące na eBay.pl, w przypadku gdy dany produkt dostępny jest także na polskiej platformie eBay. Jeśli użytkownik dokona zakupu, zostanie to odnotowane na koncie danego partnera programu w ciągu następnego dnia.
Dołączenie do programu to także dostęp dla partnerów do raportów i analiz nastawionych na pomiar i poprawę wydajności, które pomogą w wyborze odpowiednich artykułów. Platforma zapewnia również wsparcie zespołu eBay, kontakt z jej społecznością zebraną wokół forów internetowych oraz szereg narzędzi promocji takich jak na przykład pomoc w tworzeniu kreatywnych banerów reklamowych.
Ebury, firma oferująca rozliczanie transakcji walutowych, po raz kolejny przeanalizowała skandynawskie waluty. Na początek przedstawiamy sytuację korony szwedzkiej. Spodziewane kursy na koniec roku to: USD/SEK 8,45; EUR/SEK 9,80 oraz SEK/PLN 0,43.
Polskie firmy chętnie prowadzą wymianę handlową ze Szwecją. Przedsiębiorstwa z Polski więcej eksportują do Szwecji (najczęściej maszyny i urządzenia) niż z niej importują. Choćby z tego względu warto wiedzieć w jakiej kondycji jest szwedzka gospodarka.
Trudny rok dla korony
Ostatnie miesiące cechowały się sporą zmiennością korony szwedzkiej (SEK). Przez pierwsze cztery miesiące 2018 roku waluta doświadczyła silnych spadków, w maju kurs EUR/SEK osiągnął najwyższy poziom od dziewięciu lat. Od tamtej pory korona odrobiła część strat względem wspólnej europejskiej waluty. Mimo to SEK pozostaje najgorzej radzącą sobie walutą wśród walut G10. Kurs pary EUR/SEK jest obecnie o 5% wyższy niż na początku roku, z kolei kurs USD/SEK w tym samym okresie wzrósł o niemal 10%. Korona szwedzka nadal cechuje się słabością również w parze z polskim złotym
Słabości szwedzkiej korony towarzyszy utrzymująca się gołębia retoryka Riksbanku. Mimo dość dobrej kondycji szwedzkiej gospodarki i rosnącej inflacji CPI, bank centralny od 2011 roku nie podniósł stóp procentowych. Główna stopa procentowa Riksbanku pozostaje ujemna od początków 2016 roku i wynosi (-0,5%). Ujemny koszt pieniądza ma stymulować inflację, która zgodnie z założeniami ma dojść do poziomu 2%, czyli celu inflacyjnego kraju.
Ostatnia (lipcowa) komunikacja banku centralnego była jednak dużo bardziej optymistyczna i nieco odmienna od tej z kwietnia. Tym samym na rynkach pojawiła się nadzieja, że główna stopa procentowa Riksbanku może wzrosnąć w okolicach końca 2018 roku. Decydenci wymieniali silniejszą od oczekiwanej przez konsensus dynamikę cen, rosnącą zmienność na rynku walutowym i groźbę bańki na rynku nieruchomości jako podstawowe czynniki sugerujące potrzebę zmodyfikowania polityki monetarnej. Dwóch z pięciu członków rady decydującej o poziomie stóp procentowych (Henry Ohlsson oraz Martin Floden) odwołało się do potrzeby zaostrzenia polityki pieniężnej przed grudniem. Wraz z upływem czasu coraz więcej decydentów może skłaniać się ku temu poglądowi. Co ważne, bank centralny oficjalnie prognozuje, że na przełomie 2018 i 2019 roku tempo wzrostu cen przekroczy 2-procentowy cel inflacyjny. To kolejny czynnik przemawiający za podwyżkami stóp procentowych.
Dynamika CPI rośnie stabilnie od początku 2018 roku. Preferowanym wskaźnikiem inflacji Riksbanku jest wskaźnik CPIF, który nie uwzględnia wpływu zmian oprocentowania kredytów hipotecznych. W czerwcu indeks CPIF ponownie przekroczył cel inflacyjny i osiągnął poziom 2,1%. Inflacja bazowa nadal jednak rozczarowuje – w tym samym okresie spadła ona do 1,4%, poziomu najniższego od roku. Jesteśmy zdania, że podobnie jak w przypadku strefy euro, również szwedzki bank centralny może być niechętny do natychmiastowej podwyżki stóp procentowych, dopóki inflacja bazowa nie wykaże zrównoważonego wzrostu.
Przez ostatnie kilka kwartałów gospodarka Szwecji doświadczała ożywienia, co może zachęcić bank centralny do znormalizowania polityki pieniężnej. W drugim kwartale bieżącego roku wzrost gospodarczy w ujęciu rocznym wyniósł 3,3%, mimo iż pod koniec kwartału część wskaźników rozczarowała. W czerwcu gwałtownie spadła sprzedaż detaliczna. W ujęciu miesięcznym był to drugi największy spadek indeksu od października 2012. Od końca 2017 roku regularnie spadają również wskaźniki zaufania konsumentów – w czerwcu odnotowano siódmy miesiąc spadków z rzędu. Zmalał również wskaźnik aktywności PMI dla sektora przemysłu. Jest on jednak nadal wyższy od historycznych poziomów i utrzymuje się znacznie powyżej wartości 50, co oznacza ekspansję sektora.
Pozostajemy optymistyczni względem perspektyw korony szwedzkiej. Wzrost inflacji i nieco bardziej optymistyczny ton banku centralnego sugerują, że istnieje szansa na podwyżkę stóp procentowych przed końcem bieżącego roku. Nawet jeśli niski poziom inflacji bazowej sprawi, że zacieśnienie polityki monetarnej może nadejść dopiero od początku roku, na wyższe stopy w Szwecji trzeba będzie i tak czekać krócej niż na podobną podwyżkę ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Ze względu na to oczekujemy umocnienia korony względem euro. Ostatnia wyprzedaż SEK sprawiła, że kurs waluty znalazł się na bardzo niskich poziomach, które nie są uzasadnione przez obecne warunki gospodarcze. Nasze prognozy na koniec roku to: USD/SEK 8,45; EUR/SEK 9,80 oraz SEK/PLN 0,43.
Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Globalny rynek danych rośnie w tempie dwucyfrowym. W tym roku jego wartość wyniesie 20,6 mld dolarów, w przyszłym – wzrośnie o ponad 26% do poziomu 26 mld dolarów. Rozwój rynku danych jest silnie związany z postępującą digitalizacją przedsiębiorstw, jak również z szybko rosnącym rynkiem marketingu online, dla którego cyfrowe informacje o internautach stanowią paliwo. Polski rynek danych potwierdza światowy trend – w tym roku firmy nad Wisłą wydadzą na dane o internautach 21 mln dolarów, a w przyszłym już o 16,2 mln dolarów więcej.
Cloud Technologies, spółka specjalizująca się w Big Data marketingu, do której należy jedna z największych na świecie hurtowni danych, przeanalizowała 23 kluczowe rynki danych na świecie. Raport „Global Data Market Size 2017 – 2019” to jedyne badanie, które na taką skalę analizuje międzynarodowe wydatki firm na tzw. audience data, czyli cyfrowe informacje o zainteresowaniach i preferencjach internautów. Z raportu wynika, że jeszcze w tym roku globalny rynek danych osiągnie wartość 20,6 mld dolarów, a w 2019 r. będzie on wart już 26 mld, co oznacza wzrost na poziomie 26,6 proc. rdr.
Reklamodawcy głównym odbiorcą danych
Również w Europie analitycy przewidują dwucyfrowe tempo wzrostu. Wartość rynku danych na Starym Kontynencie w 2019 r. ma wynieść 4,2 mld dolarów. To o 1 mld więcej niż rok wcześniej – W debacie publicznej pojawiały się opinie, że RODO gwałtownie zahamuje rozwój rynku danych. Tymczasem okazuje się, że pomimo nowych unijnych regulacji, dynamika jego wzrostu wciąż jest imponująca – zwraca uwagę Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies. Jego zdaniem taki stan rzeczy zawdzięczamy przede wszystkim pogłębiającej się digitalizacji światowej gospodarki. Zastosowanie danych najbardziej jest dziś widoczne w reklamie online realizowanej w modelu programmatic, jak również w marketing automation. Informacje o zachowaniu i zainteresowaniach użytkowników Internetu są paliwem dla tych obszarów cyfrowego marketingu. Potwierdza to rosnący rynek reklamy programmatic, który globalnie osiągnie w tym roku wartość 75 mld dolarów, co daje wzrost o ponad 25% rdr.
– Na skuteczność internetowych kampanii reklamowych składa się wiele czynników. Jednym z najważniejszych jest jakość danych wykorzystywanych do targetowania i personalizacji komunikatów. Im lepiej znamy zainteresowania internautów, wiemy jakie strony odwiedzają i w jaki sposób podejmują decyzje zakupowe, tym kampanie są skuteczniejsze. Kolejnymi driverami wzrostu rynku danych jest sztuczna inteligencja oraz technologia blockchain – mówi Prajsnar.
Europa nie przestraszyła się RODO
25 maja, wraz z wejściem w życie nowych przepisów o ochronie danych osobowych, pliki cookies jeśli nie są poddane procesowi anonimizacji to w niektórych przypadkach mogą być klasyfikowane jako dane osobowe. Portale internetowe posługujące się ciasteczkami zostały zobligowane do wyświetlania tzw. cookie banerów, szczegółowo informujących o tym, w jakim celu pozyskują one dane i jakie podmioty uczestniczą w ich przetwarzaniu. Dla firm specjalizujących się w online marketingu, dostosowanie się do nowych regulacji było sporym wyzwaniem. Szybko jednak okazało się, że unijne regulacje nie zniechęciły reklamodawców do inwestycji w kampanie typu programmatic, których skuteczność uzależniona jest od jakości danych. Miesiąc po wejściu w życie RODO wydatki na kampanie w tym modelu wróciły do poziomu, na jakim były zanim nowa dyrektywa zaczęła oficjalnie obowiązywać, a jak podaje Cloud Technologies, globalne wydatki na programmatic w 2019 r. urosną do 89 mld dolarów.
Nad Wisłą obrót cyfrowymi informacjami również rośnie w szybkim tempie. Jeszcze w 2017 r. wartość polskiego rynku danych szacowano na 11,9 mln dolarów. W tym roku ma ona sięgnąć 21 mln dolarów, a w 2019 – już 37,2 mln, co oznacza wzrost o niemal 77 proc.
– Rosnący rynek danych w Polsce jest skorelowany z rozwojem rynku reklamy online realizowanej w modelu programmatic. Rośnie też świadomość firm związana z przetwarzaniem danych. Nie oznacza to wcale, że możemy spocząć na laurach. Biorąc pod lupę całą polską gospodarkę okazuje się bowiem, że odsetek przedsiębiorstw, które skutecznie monetyzują cyfrowe informacje w porównaniu z rozwiniętymi rynkami wciąż jest niewielki. Istnieje więc duże pole do dalszych wzrostów – uważa Maciej Sawa, CEO OnAudience.com, jednej z największych hurtowni danych na świecie.
Państwo Środka depcze po piętach liderom
Z raportu wynika, że najwięcej cyfrowych informacji o internautach wciąż kupuje się w Stanach Zjednoczonych. Północnoamerykański rynek danych osiągnie w tym roku wartość 12,3 miliardów dolarów, a w przyszłym wzrośnie o kolejne 2,9 mld. Na drugim miejscu znajduje się obecnie Wielka Brytania, gdzie wydatki na dane w br. sięgną niemal 1,9 mld dolarów, a w 2019 r. wzrosną o 25% do 2,4 mld dolarów. Intensywnie rozwija się także rynek chiński, który spośród 5 największych rynków świata charakteryzuje się największą dynamiką wzrostu – w tym roku wyniesie ona 95,5 proc. Wartość chińskiego rynku szacuje się na 1,5 mld dolarów, a w 2019 r. ma wzrosnąć do 2,4 mld. Taki wynik sprawi, że Państwo Środka stanie się drugim co do wielkości rynkiem danych na świecie.
W raporcie „Global Data Market Size 2017-2019” przeanalizowano 23 najważniejsze rynki świata, które łącznie generują około 90 proc. światowych wydatków na dane. Jest to druga edycja raportu przedstawiającego globalne zestawienie w tym obszarze. Raport powstał na podstawie danych firmy Cloud Technologies oraz badań takich podmiotów jak eMarketer czy IAB Europe.
Kompetencje pracowników nie nadążają za zmianami jakie niesie rozwój technologii – wskazują eksperci Adecco. Brak współpracy między uczelniami i biznesem to problem, który może wyhamować rozwój naszej gospodarki. Jakich umiejętności brakuje Polakom? Jak poprawić efektywność kształcenia?
Czym jest niedopasowanie umiejętności? To luka pomiędzy umiejętnościami zawodowymi danej osoby a wymaganiami rynku pracy. Niedopasowanie staje się głównym wyzwaniem gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej, wpływając na produktywność i wydajność przedsiębiorstw oraz szanse na budowanie dobrobytu w przyszłości.
Ze względu na rekordowo niską stopę bezrobocia, pracodawcy mają coraz większy problem ze znalezieniem pracowników. Dotyczy to zarówno wyspecjalizowanych kadr, jak i ludzi o niższych kwalifikacjach. Jednocześnie bez zatrudnienia pozostaje w Polsce ponad milion osób zdolnych do pracy. To, co wydaje się nielogiczne, znajduje swoje uzasadnienie właśnie w niedopasowaniu kompetencji do potrzeb.
Kompetencje jutra
W raporcie „Kompetencje przyszłości – czwarta rewolucja przemysłowa w Europie Wschodniej”[1] wydanym przez Adecco w ramach cyklu Inovantage, eksperci wskazują jakie kompetencje będą kluczowe dla biznesu jutra.
Kluczowe kompetencje twarde
w Europie Wschodniej
Kluczowe kompetencje miękkie
w Europie Wschodniej
Zarządzanie strategiczne w IT
Inżynieria mechaniczna
Obsługa wózka widłowego
Marketing i reklama
Inżynieria lotnicza
Pozycjonowanie w wyszukiwarkach (SEO)
Cyberbezpieczeństwo
Analityka danych
Analiza finansowa
Kreatywność
Przywództwo i zarządzanie kryzysowe
Wytrwałość i odporność
Elastyczne rozwiązywanie problemów
Wzajemne zrozumienie kulturowe
Przedsiębiorczość
Umiejętność analizowania danych
Zręczność i szybkie uczenie się
– Póki co, polska gospodarka boleśnie odczuwa deficyty niektórych spośród tych kompetencji – mówi Anna Wicha. – Jako kluczowy partner HR wielu spośród największych firm w Polsce, na co dzień rekrutujemy na stanowiska każdego szczebla. W branżach inżynieryjnych czy IT, szukanie pracowników staje się coraz bardziej wymagające. Jednocześnie na rynku jest wiele osób, których umiejętności nie pasują do potrzeb pracodawców – dodaje.
Autorzy raportu, na podstawie przeprowadzony badań, przygotowali listy zawodów, w których szczególnie brakuje rąk do pracy i takich, w których jest ich nadmiar. Kogo polskie firmy potrzebują najbardziej? Na szczycie piramidy – co nie powinno dziwić – są specjaliści IT. Na rynku brakuje jednak również specjalistów z dziedziny ochrony zdrowia, managerów, inżynierów, wykwalifikowanych pracowników fizycznych oraz nauczycieli i wykładowców przekazujących wiedzę w kluczowych dla gospodarki obszarach. Na liście zawodów, w których specjalistów mamy aż nadto, znaleźli się m.in. pracownicy przemysłu spożywczego, pracownicy z sektorów obróbki drewna, leśnictwa i rybołówstwa, a także socjologowie i kulturoznawcy.
Ucz się albo rynek pracy o Tobie zapomni
– Konieczność zmian w edukacji jest oczywista – komentuje wyniki badania Anna Wicha. – Trudno jednak w dobie tak szybkich zmian technologicznych wymagać od uczelni, by programy nauczania były idealnie wpasowane w potrzeby gospodarki, które ujawnią się po pięciu latach. To okres jaki statystyczny młody człowiek spędza na studiach. Dlatego, kluczowe jest rozwijanie umiejętności miękkich – przydatnych zawsze, podstaw które posłużą jako baza do dalszego kształcenia oraz kształtowanie otwartości na „lifelong learning” czyli nieustanne poszerzanie swoich kompetencji – wskazuje Anna Wicha.
Podobne zdanie o kluczowych kierunkach edukacji ma Krzysztof Martyniak, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Ludzie, widząc co mogą osiągnąć lub stworzyć dzięki już zdobytym informacjom, będą we własnym zakresie poszerzać taką wiedzę – na wszystkich etapach życia – jeśli stanie się ona niewystarczająca. To podstawa zasady „lifelong learning” – mówi Martyniak. – Kolejne wyzwanie szkolnictwa, to rozwój u młodych osób umiejętności miękkich/społecznych, współpracy w grupie i kreatywności – związanych z kapitałem społecznym i kulturowym. Na świecie nie ma wielu wizjonerów, ale za to mnóstwo fantastycznych osiągnięć było efektem efektywnej pracy grupy ludzi – efekt synergii – dodaje.
Lepszego czasu na zmiany nie będzie?
Autorzy raportu „Kompetencje przyszłości – czwarta rewolucja przemysłowa w Europie Wschodniej” wskazują kilka rekomendacji, które mogą przyczynić się do znacznego ograniczenia niedopasowania umiejętności do potrzeb biznesu. Eksperci Adecco podkreślają istotność:
Kształcenia w miejscu pracy i przyuczania do zawodu jako sposobu, by efekt edukacji odpowiadał na potrzeby przedsiębiorstw, dając jednocześnie młodym ludziom cenne pierwsze doświadczenie.
Uczenia się przez całe życie, jako niezbędnego w czasach szybkich przemian technologicznych i gospodarczych.
Mobilności zawodowej, która umożliwia firmom znalezienie talentów, których potrzebują, mimo niedoborów na lokalnym rynku pracy.
Różnorodności pracowników (ze względu na płeć, wiek, pochodzenie geograficzne i kulturowe), a także różnorodności umów o pracę i form zatrudnienia
Bez głęboko idących zmian, gospodarki krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, mogą już wkrótce znaleźć się w pułapce. Panująca na rynku koniunktura nie powinna nas usypiać, bowiem zmiany gospodarcze zachodzą błyskawicznie i to, co dziś wydaje nam się zagrożeniem mało realnym lub odległym może szybko stać się codziennością. By nadążać za światowymi trendami i w dalszym ciągu zmniejszać różnice w poziomie rozwoju i poziomie życia pomiędzy Polską, a krajami Europy Zachodniej, musimy wykorzystać sprzyjające warunki i zmienić sposób myślenia o przygotowywaniu młodych ludzi do wejścia na rynek pracy.
– Optymistycznie wierzę, że jesteśmy w doskonałym momencie do zmian na lepsze w wielu sferach naszego życia – mówi Krzysztof Martyniak. – Z gospodarki płyną dobre dane makroekonomiczne, a stopa bezrobocia jest na rekordowo niskim poziomie. Rynek chłonie pracowników jak gąbka, a w wielu branżach pracodawcy są skłonni na własną rękę przyuczać do zawodu osoby niemal bez doświadczenia, ale z potencjałem nabywania kompetencji. Lepszego czasu na zmiany w szkolnictwie może już długo nie być – podsumowuje ekspert.
Niemal połowa badanych Polaków ma zaufanie do technologicznych koncernów, takich jak Google, Apple, Facebook czy Amazon (GAFA). Nie jesteśmy jednak jeszcze gotowi, by skorzystać z ich usług finansowych. Ani udostępnić im swoich danych do bankowości internetowej – wynika z tegorocznej edycji badania Blue Media “Podejście Polaków do fintechu”.
Wchodząca w tym roku w życie unijna dyrektywa PSD2 wprowadza i reguluje podmioty, które po otrzymaniu danych do logowania w bankowości internetowej klienta, będą mogły inicjować w jego imieniu płatność w określonej kwocie do określonego odbiorcy. Takimi podmiotami mogą zostać np. sklepy internetowe czy firmy technologiczne.
Z dużym dystansem podchodzimy do udostępniania swoich danych bankowych podmiotom zewnętrznym. Jest na to gotowych zaledwie 12 proc. badanych Polaków. Choć warto dodać, że w porównaniu do ubiegłego roku wzrósł odsetek osób, które nie mają zdania na ten temat (z 34 do 38 proc. wskazań).
Co trzecia osoba spośród tych, które byłyby gotowe udostępnić swoje dane do logowania deklaruje, że mogłaby je udostępnić innemu bankowi (33 proc.). W dalszej kolejności: zaufanemu sklepowi internetowemu (24 proc.), firmie telekomunikacyjnej (23 proc.), operatorowi płatności (19 proc.). Najmniej chętnie udostępnimy te dane takim podmiotom jak Google czy Facebook (8 proc.) – wynika z badania spółki technologiczno-finansowej Blue Media.
Niebankowe usługi finansowe? Wahamy się
Banki wciąż mają w Polsce duży kredyt zaufania. Ufa im 73 proc. badanych, podczas gdy koncernom technologicznym – 44 proc. (wzrost o 3 punkty proc. w porównaniu do ubiegłego roku).
Zaledwie 7 proc. Polaków jest gotowych skorzystać z usług finansowych oferowanych przez inne niż finansowe instytucje. Jest to mniej niż w ubiegłym roku. Ciekawe wnioski płyną jednak z analizy odpowiedzi negatywnych i neutralnych. W ciągu dwóch lat odsetek osób deklarujących, że na pewno nie skorzystają z niebankowych usług finansowych spadł z 81 do 44 proc, a tych niezdecydowanych wzrósł z 13 do 48 proc.
Osoby deklarujące gotowość do korzystania z niebankowych usług finansowych najchętniej skorzystałyby z produktów globalnych firm technologicznych (należy jednak pamiętać o niewielkiej liczebności próby, poniżej 100 osób).
Rosnący popyt na aktywa ryzykowne na świecie będzie negatywnie wpływać na wyceny polskich obligacji. Dynamika umacniania się złotego wyraźnie wytraciła impet, kurs EUR/PLN konsoliduje się w okolicach 4,27.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Dobre nastroje nie opuszczają rynków finansowych, po tym jak USA podpisały wiążący dokument z Meksykiem dot. stworzenia nowego układu handlowego, który docelowo miałby zastąpić NAFTA. Zawarcie układu zwiększyło optymizm, że być może również z innymi partnerami handlowymi takimi jak np. Chiny uda się również wypracować porozumienie. W oczekiwaniu na publikację indeksu Conference Board, rosnący na rynku apetyt na ryzyko ciążył dolarowi (EUR/USD utrzymywał okolice powyżej 1,17) i wspierał złotego (EUR/PLN stabilizował się w okolicach 4,27). Dane z USA zaskoczyły wyższym odczytem (w sierpniu indeks nastrojów wzrósł do 133,4 pkt.) nieznacznie wspierając dolara. Zmiany kursu EUR/USD były jednak kosmetyczne, choć odczyt wspiera Fed w drodze do dalszej normalizacji polityki monetarnej.
W kraju dynamika spadku EUR/PLN wyraźnie wytraciła impet, co może oznaczać, że przestrzeń do silniejszego umocnienia złotego jest niewielka. Powrotowi do wzrostów notowań EUR/PLN powinny sprzyjać piątkowe krajowe dane inflacyjne, po których oczekuje się, że pokażą lekkie wyhamowanie wzrostu indeksu CPI względem lipcowych 2,0% r/r oraz oczekiwany wzrost eskalacji wojen handlowych jaki prawdopodobnie nastąpi we wrześniu w związku z nową transzą amerykańskich ceł na chińskie produkty. W rezultacie perspektywy dla złotego pozostają nie najlepsze, co wraz ze spodziewanym silniejszym dolarem do euro powinno przełożyć się na ponowny wzrost notowań EUR/PLN w przyszłym miesiącu.
Na krajowym rynku stopy procentowej notowania obligacji skarbowych pozostają stabilne. W tym samym czasie na świecie systematycznie rośnie apetyt na ryzyko. Widać to po dalszych wzrostach indeksów na giełdach akcji, a także po rosnących rentownościach Bundów, czy US Treasuries (w sektorze 10-letnim notowania wspomnianych papierów wzrosły odpowiednio w pobliże 0,4% i 2,90%). Inwestorzy najwyraźniej uznali, że obawy przed wojną handlową pomiędzy Chinami a USA zostały już w wystarczającym stopniu wycenione, a teraz większego znaczenia nabierają nadzieje na zawarcie porozumienia handlowego między USA a Meksykiem.
Utrzymaniu w najbliższych dniach dotychczasowych pozytywnych tendencji na globalnym rynku sprzyjać będzie rosnące również prawdopodobieństwo pozytywnego wyniku negocjacji pomiędzy USA a Kanadą (rozmowy mają być prowadzone w najbliższych dniach). Biorąc pod uwagę, że już wcześniej pojawiły się szanse na zawarcie porozumienia także z Unią Europejską, to inwestorzy mogą dalej zwiększać swoje ekspozycje na giełdach akcji kosztem obligacji skarbowych.
Dotychczas notowania polskich obligacji nie reagowały na informacje napływające ze świata. Niemniej dalsza przecena na rynkach bazowych powinna skutkować wzrostem rentowności długoterminowych krajowych papierów, a tym samym przynieść też wystromienie krzywej.
Wykres dnia: Premia za ryzyko kredytowe Włoch systematycznie zwiększa się. Notowania kontraktów CDS we Włoszech rosną, ponieważ inwestorzy obawiają się ekspansywnej polityki fiskalnej prowadzącej do wzrostu zadłużenia.
Źródło: Thomson Reuters
Autor / Źródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski
Toyota Motor Corporation inwestuje pół miliarda dolarów w Uber Technologies, aby wspólnie prowadzić prace nad autonomicznymi samochodami. Obie firmy zintegrują swoje dotychczasowe technologie w specjalnie opracowanych do tego celu samochodach Toyoty, które zostaną włączone do sieci Ubera. Dotychczas Toyota i Uber współpracowały na polu zelektryfikowanych napędów.
Toyota, jeden z największych producentów samochodów, i Uber, operator największego serwisu ride-sharingowego, ogłosiły, że zamierzają rozszerzyć współpracę, aby wprowadzić na rynek zakrojony na dużą skalę autonomiczny ride-sharing. Obie firmy przewidują, że masowo produkowane autonomiczne samochody trafią do floty powołanego do tego celu, odrębnego przedsiębiorstwa.
Początkowo Toyota i Uber stworzy flotę Autono-MaaS (autonomous-mobility as a service). Trafią do niej samochody zbudowane na platformie minivana Sienna. Z systemem Autono-MaaS zostanie zintegrowany Autonomous Driving System Ubera oraz system wsparcia kierowcy w bezpiecznej jeździe, Toyota Guardian. Toyota wykorzysta także swoją Platformę Usług Mobilnych MSPF, infrastrukturę informacyjną dla samochodów połączonych w chmurze. Program pilotażowy rozpocznie się w 2021 roku w sieci Ubera.
„Połączenie sił z Uberem, jednym z największych operatorów ride-sharingu oraz ośrodków badań nad autonomicznym prowadzeniem, sprawi, że w przyszłości mobilność będzie jeszcze bardziej zaawansowana” – powiedział Shigeki Tomoyama, wiceprezydent Toyoty i prezydent Toyota Connected Company. – „To porozumienie to kamień milowy dla naszej transformacji w firmę zajmującą się szeroko rozumianą mobilnością. Chcemy stworzyć ścieżkę do rozwoju usług mobilności takich jak ride-sharing z samochodami i technologiami Toyoty”.
Jak powiedział dr. Gill Pratt, CEO firmy badawczej Toyota Research Institute, system autonomicznej jazdy Ubera oraz system Guardian Toyoty będą niezależnie monitorować otoczenie samochodu w czasie rzeczywistym. Zwiększy to bezpieczeństwo samochodu i jego pasażerów. We współpracę z Uberem będą zaangażowane Toyota Motor Corporation, Toyota Research Institute (TRI) zajmująca się autonomicznym prowadzeniem, robotyką i systemami Guardian i Chauffeur oraz Toyota Research Institute-Advanced Technologies (TRI-AD), rozwijająca oprogramowanie do autonomicznych samochodów.
W drugim kwartale 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały na świecie blisko 70 mld USD, to prawie 75% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Ponad połowa pieniędzy została zainwestowana w Azji. Już ponad 20% transakcji dotyczy późnych faz inwestycji, co pokazuje, że inwestorzy preferują coraz bardziej dojrzałe spółki. Systematycznie wzmacnia się rola korporacyjnych funduszy venture capital w szczególności w przypadku dużych transakcji: takie fundusze odpowiadają za 22% transakcji, ale ich udział wartościowy wynosi prawie 67%. Europa pomimo rekordowych inwestycji w Q2 2018 r. (5,6 mld USD), ma coraz mniejsze znaczenie na globalnym rynku venture capital – wynika z najnowszego badania KPMG.
W II kwartale 2018 r. łączna kwota zainwestowanych środków wyniosła 69,8 mld USD, co oznacza wzrost o 40% w stosunku do poprzedniego kwartału. Największą inwestycję (14 mld USD) zrobiono w chiński fintech Ant Financial. Liczba transakcji na całym świecie maleje, ale znacząco wzrosła średnia wartość inwestycji w pojedynczą spółkę realizowaną przez fundusze: w przypadku finansowania we wczesnej fazie rozwoju (tzw. seed) ogólnoświatowa mediana wyniosła w tym roku 1,4 mln USD (podczas, gdy w 2010 r. było to tylko 0,4 mln USD).
Ogólnoświatowy rynek venture capital jest coraz bardziej dojrzały. Doświadczone fundusze venture capital preferują inwestycje w już rozwinięte startupy, mające za sobą pierwsze rundy finansowania, poszukując przede wszystkim spółek, które mają największy potencjał szybkiego wzrostu na największych rynkach – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.
W erze cyfrowej fundusze szukają przede wszystkim nowego oprogramowania
Fundusze venture capital koncentrują się przede wszystkim na inwestycjach w spółki produkujące oprogramowanie – blisko połowa środków inwestowanych przez fundusze służy finansowaniu rozwoju firm software’owych. Na całym świecie fundusze również chętnie inwestują w firmy biotechnologiczne – na inwestycje w tej branży fundusze przeznaczyły w Q2 2018 r. ponad 7 mld USD. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się startupy z branży agrtech – w ciągu pierwszych 6-ciu miesięcy 2018 r. spółki z tej branży pozyskały ponad 600 mln USD.
Cyfryzacja jest teraz kluczowym trendem w biznesie. Dlatego tak dużym zainteresowaniem cieszą się spółki software’owe, które rozwijają specjalizowane oprogramowanie dla wszystkich branż włącznie z sektorem publicznym. Dodatkowym impulsem dla rozwoju rynku oprogramowania jest dynamiczny rozwój rozwiązań bazujących na złożonej analityce danych i sztucznej inteligencji – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.
Korporacyjne fundusze venture capital odgrywają kluczową rolę przy największych transakcjach
Analizy KPMG pokazują również, że korporacje coraz bardziej interesują się startupami, koncentrując się na największych spółkach. Tzw. korporacyjne fundusze inwestycyjne brały udział w 24% transakcji na całym świecie, jednak ich inwestycje (46 mld USD) stanowiły de facto 2/3 wartości wszystkich transakcji w Q2 2018 r.
Wyścig po innowacje przyspiesza i dlatego coraz więcej korporacji poszukuje startupów, które mają innowacyjne rozwiązania. Korporacje mogą osiągnąć największe korzyści z pozyskania startupów i dlatego też często oferują najwyższe wyceny. Ograniczając swoje ryzyko chętniej inwestują w bardziej dojrzałe spółki, czego wynikiem jest ich tak duża wartość transakcji robionych przez korporacyjne fundusze inwestycyjne – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.
Europa odgrywa coraz mniejszą rolę na globalnym rynku venture capital mimo dość dużego wzrostu wartości inwestycji w regionie
Wartość inwestycji funduszy venture capital w Europie w pierwszych dwóch kwartałach br. wyniosła 5,6 mld USD, o 37% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jednak było to zaledwie około 8% wszystkich transakcji dokonywanych w tym czasie przez fundusze na całym świecie. Jedną z największych inwestycji w Europie (175 mln USD) zrobiono w estoński startup z branży transportowej – Taxify.
Podobnie, jak na całym świecie, w Europie wzrasta wartość pojedynczych inwestycji (np. 1,2 mln USD w fazie seed podczas, gdy było to tylko 0,8 mln USD w analogicznym okresie zeszłego roku), jednak średnia wartość inwestycji jest mniejsza niż dla innych kontynentów – np. w Ameryce gdzie średnia wartość wyniosła 1,4 mln USD. Podobnie, jak reszta świata, europejskie fundusze inwestują przede wszystkim w spółki tworzące oprogramowanie (36% wartości inwestycji) i biotechnologie (15% wartości inwestycji).
Francja wschodzącą gwiazdą na europejskim rynku venture capital
Od wielu lat Wielka Brytania pozostaje najważniejszym rynkiem venture capital w Europie. W II kwartale 2018 r. fundusze zainwestowały tam ponad 2 mld USD, to jest około 35% wartości całych inwestycji funduszy venture capital w Europie. W zeszłym kwartale zdecydowanie spadła wartość inwestycji w Niemczech (z blisko 1,2 mld w Q1 2018 r. do niecałych 300 mln USD w Q2 2018 r.). Natomiast Francja z inwestycjami przekraczającymi 800 mln USD w ostatnim kwartale znacząco wzmocniła swoją pozycję na europejskim rynku venture capital.
Polski rynek venture capital znajduje się nadal w bardzo wczesnej fazie rozwoju i dla jego przyspieszenia na pewno warto wziąć pod uwagę doświadczenia Niemiec czy Francji, w których w ostatnich latach nastąpiła prawdziwa eksplozja inwestycji robionych przez fundusze i które podobnie jak Polska działają w ramach systemu regulacyjno-prawnego Unii Europejskiej – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.
Polski rynek e-handlu co roku notuje dwucyfrowe wzrosty liczby transakcji. W tym roku wartość całego rynku może sięgnąć 45 mld zł – szacuje PwC. To efekt większej częstotliwości transakcji i pozyskiwania nowych klientów. Jednocześnie 67 proc. Polaków przyznaje, że gdyby koszty dostawy były niższe, kupowaliby częściej. Platforma zakupowa Allegro wprowadziła rewolucyjną usługę o nazwie Allegro Smart!. Użytkownicy w ramach jednorazowej opłaty otrzymują darmowe dostawy oraz zwroty aż 365 przesyłek. Usługa zwraca się po 6–7 zamówieniach. To rewolucyjna zmiana korzystna dla polskich klientów e-handlu – przekonuje Francois Nuyts, CEO Allegro.
– Dostawa ma ogromne znaczenie dla konsumentów. Dla klientów ważne jest nie tylko to, by mieli dostęp do szerokiej oferty milionów produktów w niskich cenach, lecz także możliwość jak najszybszego i jak najdogodniejszego ich odbioru. I tym się zajęliśmy, tworząc usługę Allegro Smart! – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Francois Nuyts, CEO Allegro.
Raport PwC wskazuje, że rynek e-commerce w Polsce może w tym roku osiągnąć wartość aż 45 mld zł. Co roku liczba transakcji rośnie w dwucyfrowym tempie. To efekt częstszych zakupów robionych przez stałych klientów i przyciągania nowych. Obecnie już ponad połowa Polaków robi zakupy w internecie, jednak z badania Gemius „E-commerce w Polsce 2018” wynika, że ich liczba mogłaby być wyższa – 67 proc. osób kupowałoby więcej, gdyby koszty dostawy były niższe.
– Allegro Smart! zmienia polski rynek e-commerce. Wielu Polaków robi zakupy online, ale jednocześnie mamy świadomość, że jest to wciąż mała część społeczeństwa, mimo że oferta online jest zdecydowanie szersza i tańsza niż offline. Liczymy zatem, że uda nam się przekonać większą liczbę Polaków do zakupów przez internet, a gdy już spróbują, liczymy, że staną się one ich nawykiem – ocenia Francois Nuyts.
Allegro, aby zachęcić do częstszych zakupów, wprowadziło program Allegro Smart!. Obejmuje on 365 dostaw za 49 zł (rok) lub 180 za 39 zł (sześć miesięcy), użytkownicy otrzymują darmowe dostawy oraz zwroty towarów, a także dodatkowe korzyści, jak m.in. dostęp do specjalnych zniżek czy dodatkowych monet. Na start programu dostępnych jest już ponad 30 mln produktów (z ok. 90 mln ofert) od najlepszych sprzedawców na Allegro.
– Każdy klient jest inny i ma różne wymagania. Jednego dnia będzie mu zależało na szybszej dostawie, drugiego – na dostawie do konkretnego punktu. Dlatego wspólnie z naszymi partnerami, firmami logistycznymi, stale opracowujemy innowacje. Chcemy zapewnić konsumentom zróżnicowaną ofertę umożliwiającą najdogodniejszą dostawę każdego rodzaju paczki i każdego dnia. Allegro Smart! to jedna z wielu naszych innowacji, której celem jest maksymalne ułatwienie procesu zakupów i maksymalne przyspieszenie dostawy zakupionych produktów – mówi Francois Nuyts.
Nowa usługa obejmuje dostawę do sieci 15 tys. punktów odbioru: Paczkomaty InPost, placówki Poczty Polskiej, punkty odbioru w kioskach Ruchu, sklepach Żabka, Freshmarket oraz na stacjach Orlen. Obecnie dostawa pojedynczych przesyłek z Allegro przez kuriera to koszt od ok. 11 zł do blisko 16 zł. Za przesyłki realizowane przez Pocztę Polską trzeba zapłacić ok. 8 zł, a w sieci Ruchu ceny zaczynają się od ok. 6–7 zł.
– Usługa Allegro Smart! to nawet 365 dostaw do sieci ponad 15 tys. paczkomatów i punktów odbioru w cenie 49 zł na rok, czyli ok. 4 zł miesięcznie – mówi Grzegorz Czapski, dyrektor ds. rozwoju Allegro. – Na Allegro mamy 17 mln klientów. Kupujący na Allegro wykonują średnio 20 transakcji w trakcie roku. Usługa Allegro Smart! zwraca się już po 6–7 takich transakcjach.
Allegro Smart obejmuje też bezpłatne zwroty i dodatkowe bonusy, m.in. monety, które uprawniają do tańszych zakupów, oraz specjalne oferty.
Brak kierowców w połączeniu z niekorzystnymi regulacjami unijnymi może zachwiać mocną pozycją polskich firm transportowych w Europie. Szacuje się, że na rynku jest obecnie ok. 30 tys. wakatów. Przedsiębiorstwa zachęcają wysokimi pensjami – ponad 6 tys. zł zarabia więcej niż 30 proc. kierowców. Oznacza to, że kierowcy wciąż otrzymują wynagrodzenie ponadprzeciętne w porównaniu do innych zawodów na polskim rynku, mimo że wzrost pensji w 2018 roku nie jest tak wysoki jak w roku ubiegłym.
Z danych firmy doradczej PwC wynika, że na polskim rynku pracuje obecnie ok. 650 tys. kierowców zawodowych. Jak pokazuje raport TransJobs.eu, ponad 98 proc. z nich to mężczyźni, zatrudnieni najczęściej w oparciu o umowę o pracę. Ponad 70 proc. kierowców ma mniej niż 40 lat, do największej grupy należą mężczyźni z grupy wiekowej 31–40 lat. Tylko niespełna 8 proc. przekroczyło 51. rok życia. Blisko 80 proc. twierdzi, że lubi swoją pracę, mimo to, jak wynika z danych PwC, co roku z zawodu odchodzi 25 tys. osób. Przyczynia się do znacznych niedoborów kadrowych w branży transportowej.
– Myślę, że realną liczbą, która mogłaby zaspokoić istniejące potrzeby przedsiębiorców, jest 30 tys., może trochę mniej, bo rynek został zabezpieczony przez kierowców ze Wschodu, którzy uzupełniają te braki na bieżąco – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Wolak, prezes TransJobs.eu.
Brak kierowców zawodowych stanowi realne zagrożenie dla rozwoju polskich firm transportowych. Już dziś wakaty na tych stanowiskach sprawiają, że posiadane przez przedsiębiorstwa samochody nie są eksploatowane, a tym samym nie zarabiają na siebie. Problem powiększają dodatkowo unijne regulacje dotyczące delegowania pracowników. Chodzi o tzw. pakiet mobilności, narzucający pracodawcy konieczność płacenia kierowcy co najmniej pensji minimalnej kraju, w którym obecnie przebywa, w przypadku jeśli spędza w nim więcej niż trzy dni w miesiącu. Komisja Europejska zmieniła ponadto zasady płacenia składek na ubezpieczenia społeczne.
– To wszystko powoduje, że czynnik ludzki jest bardzo delikatną sprawą i to się przekłada na rotację. Do rotacji najbardziej motywuje kierowców zawodowych fakt, że łatwiej jest im dzisiaj znaleźć nową pracą i tę pracę zmienić w zasadzie z dnia na dzień – mówi Marcin Wolak.
Z raportu TransJobs.eu wynika, że ponad połowa polskich kierowców pracuje w jednej firmie tylko rok, 25 proc. natomiast najwyżej 2 lata. Eksperci nie mają wątpliwości, że w przypadku branży transportowej można mówić o rynku pracownika. Podstawową zachętą do podejmowania pracy w charakterze kierowcy jest pensja, wynosząca nawet 7 tys. zł. Badania pokazują, że powyżej kwoty 6 tys. zł netto zarabia ponad 35 proc. kierowców, przede wszystkim pracujących w ruchu międzynarodowym. Problemem jest jednak brak podwyżek – 42 proc. kierowców deklaruje, że u obecnego pracodawcy jego pensja nie wzrosła, oraz problemy z punktualnym wypłacaniem wynagrodzenia. Tylko nieco ponad 77 proc. pracowników otrzymuje pensję zgodnie z wyznaczonym terminem.
– Wiele czynników wpływa na to, czy kierowca jest zadowolony ze swojej pracy. To jest atmosfera w pracy, jakość taboru, system pracy czy relacje z przełożonymi. Jeżeli tego typu rzeczy są pozytywne, to warto się dwa razy zastanowić, czy dla kilkuset złotych obiecanych przez innego pracodawcę warto zmieniać pracę, czy może poczekać na lepszy czas u danego pracodawcy – mówi Marcin Wolak.
Prawie połowa ankietowanych przez TransJobs.eu stwierdziła, że w swojej pracy najbardziej lubi możliwość poznawania nowych miejsc. Blisko 40 proc. docenia wysokie zarobki, a ponad 29 proc. – szanse na spotykanie nowych ludzi. Myśląc o zmianie miejsca zatrudnienia, kierowcy koncentrują się przede wszystkim na opiniach, które znajdują w internecie lub uzyskują w bezpośrednich rozmowach z kolegami z branży.
Wśród przyczyn niechęci do wykonywanej pracy ponad połowa respondentów wymieniła długie rozłąki z rodziną i przyjaciółmi, niebezpieczeństwa na drodze i stres. Eksperci nie mają wątpliwości, że praca kierowcy jest dobrym rozwiązaniem dla ludzi młodych, którzy jeszcze nie założyli rodziny i mogą przebywać z dala od domu przez długi czas.
– Na pewno w tej chwili zarobki kierowcy zawodowego dla młodych ludzi są na tyle atrakcyjne, że stanowią realną alternatywę dla emigracji zarobkowej. Lepiej zostać kierowcą w polskiej firmie i często być w trasie niż emigrować w nieznane, gdzie można uzyskać mniejsze lub niewiele większe wynagrodzenie – mówi Marcin Wolak.
Coraz więcej państw decyduje się na wdrażanie strategii rozwoju sztucznej inteligencji. Przykładem mogą być Chiny, które chcą być technologicznym liderem w tej dziedzinie. Do 2030 roku tamtejszy rynek AI ma być wart 150 mld dol. Prognozy dla światowego rynku firmy Markets & Markets mówią o 190 mld dol. w 2025 roku. Eksperci biją na alarm: jeśli Polska chce się znaleźć w gronie najbardziej zaawansowanych technologicznie państw, musi mieć odpowiednią strategię. Prace nad dokumentem nabierają tempa.
Chiny, Stany Zjednoczone, Kanada, Japonia czy ostatnio Francja to przykłady państw, które zdecydowały się na przyjęcie narodowej strategii dotyczącej AI. Francuski rząd do 2022 roku planuje przeznaczyć 1,5 mld euro na rozwój tej technologii i wsparcie nauki. W ocenie prezydenta Francji sztuczna inteligencja przewartościuje wszelkie modele biznesowe i dlatego kraj musi być częścią nadchodzącej rewolucji. W innym przypadku Francja będzie tylko podmiotem, który zamiast kreować nową rzeczywistość, będzie się musiał dostosować do narzuconych przez innych zmian, pozbawiając się możliwości tworzenia na przykład nowych miejsc pracy.
Wielu państwom, jak pokazuje raport przygotowany przez Fundację Digital Poland, tego rodzaju strategia ma przede wszystkim pomóc w osiągnięciu dominującej pozycji na światowym rynku AI. Zgodnie z zapowiedziami wicepremiera i ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina prace nad taką strategią rozpoczyna także Polska.
– Nie można powiedzieć wprost o rekomendacjach, bo najpierw powinniśmy pójść krok wstecz, tak jak we Francji, gdzie najpierw dokonano analizy silnych stron, kompetencji, możliwości finansowania, potencjalnych nisz, a dopiero potem przyszły rekomendacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mieczkowski, Dyrektor Wykonawczy Fundacji Digital Poland. – Wydaje się, że to, co się dzieje w tej chwili w administracji publicznej, czyli formułowanie tej strategii, wychodzi od dobrej strony.
Prace nad strategią ruszyły już m.in. w Ministerstwie Cyfryzacji, Przedsiębiorczości i Technologii oraz Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Raport przygotowany przez Fundację Digital Poland, który pokazuje, jak inne kraje zaplanowały strategię wspierania AI i z czego ona się de facto składa, przedstawia możliwe drogi dla Polski. Teraz fundacja pracuje nad mapą sztucznej inteligencji w Polsce, która przedstawi pełny i aktualny obraz rozwoju tej technologii w kraju. Bez takiej wiedzy trudno będzie stworzyć strategię, która przyniesie zamierzone efekty.
Taka baza to dopiero początek. Przeprowadzona przez Digital Poland analiza wybranych światowych programów rozwoju AI pozwala dostrzec kolejne kluczowe elementy, jakie powinna posiadać strategia w Polsce. Można wśród nich wyróżnić również zdefiniowanie celu oraz horyzontu czasowego. Przykładowo, Chiny zdefiniowały daty, kiedy gospodarka ma osiągnąć konkretną przewagę rynkową. Podobnie podchodzi do tego Francja. Japonia z kolei opracowała szczegółową mapę drogową wdrożenia AI i jej poszczególnych zastosowań. Strategia określa szczegółowo, kto i na jakim etapie będzie odpowiedzialny za jej realizację.
– Elementem wspólnym dla tych strategii jest np. wiodący ośrodek badawczy. Czasami jest to jeden ośrodek badawczy, jak w Kanadzie CIFAR czy RIKEN w Japonii, czasami jest to sieć instytutów. W Polsce w tej chwili nie mamy takiego wiodącego ośrodka, ewentualnie kilku instytutów, które byłyby partnerem do rozmów na arenie międzynarodowej – mówi Piotr Mieczkowski. – Nie mamy także grantów, konkursów na rozwijanie sztucznej inteligencji w różnych obszarach. Nie chodzi o to, aby przeznaczać miliard złotych na cały obszar, tylko bardziej na konkretne projekty, np. na polskiego asystenta mowy.
Określenie wiodących zastosowań też jest kluczowe. Przykładowo niemiecka dolina cybernetyczna wybrała na specjalizację rozwój autonomicznych pojazdów.
Podczas prac nad strategią, jak uważa ekspert, warto też przeanalizować bariery prawne. Łatwo bowiem w takim przypadku o przeregulowanie rynku.
– Paradoksalnie wiele krajów deregulacją uzyskuje przewagę konkurencyjną. Na przykład spółki chińskie testując autonomiczne pojazdy, bardzo często robiły to w USA, bo niektóre stany zezwalały na jeżdżenie autonomicznych pojazdów i badania nad nimi. U nas pojawiła się ustawa, która wstępnie na to pozwala, a mało kto jeszcze o tym wie – mówi Piotr Mieczkowski. – Dodatkowo przydałaby nam się ustawa dotycząca dronów, co by spowodowało, że płynęłyby do nas pieniądze od firm, które chciałby prowadzić w Polsce badania, oczywiście w kontrolowany sposób.
Jak podkreśla, brakuje także jednej spójnej polityki dotyczącej wykorzystywania danych.
– Jest wprawdzie RODO, ale nie mamy możliwości łatwego udostępnienia tych danych, więc toczą się dyskusje nad tym, jak je udostępniać, bo bez nich sztuczna inteligencja nie ma się z czego nauczyć. Tutaj Polska zaproponowała na forum europejskim inicjatywę swobodnego przepływ danych. Bardzo możliwe, że tutaj coś się wydarzy, natomiast na chwilę obecną nie mamy platform wymiany do danych publicznych – mówi dyrektor Fundacji Digital Poland.
Większość strategii zakłada ścisłą współpracę świata nauki i biznesu, a także wsparcie sektora badawczego. Ważne jest także rozpoznanie, jakich kompetencji brakuje, by rozwijać segment sztucznej inteligencji, i jak zmieniać w tym celu system edukacji. Z przeprowadzonej przez ekspertów Fundacji Digital Poland analizy wynika, że z rozwojem sztucznej inteligencji wiążą się także znaczące nakłady finansowe sektora publicznego i prywatnego. Suma wsparcia AI w Chinach w samym 2017 roku wyniosła w sumie 28 mld dol.